W rezultacie ogłoszenia stanu epidemii, rząd decyduje się na wprowadzanie kolejnych ograniczeń w życiu gospodarczym i społecznym. Niejednokrotnie, generują one nieprzewidziane uprzednio skutki praktyczne. Tak było choćby z nakazem zachowywania odległości 1,5 metra pomiędzy stanowiskami pracy. Przepis uchwalony w intencji zwiększenia bezpieczeństwa pracowników de facto wiązał się z zatrzymaniem pracy szeregu zakładów, w których ze względu na charakter prowadzonej działalności, zachowanie takich odstępów byłoby niemożliwe. Z zadowoleniem i uznaniem odnotowujemy, że prawodawca zreflektował się wyjątkowo szybko, umożliwiając funkcjonowanie zakładów, w których wprowadzenie tego rodzaju odstępów jest niemożliwe, pod warunkiem, że zapewnią one pracownikom środki ochrony osobistej związane ze zwalczaniem epidemii COVID-19. Ta szybka nowelizacja rozporządzenia stanowi przykład błyskawicznej, bardzo rozsądnej korekty niezbędnej z punktu widzenia utrzymania ciągłości życia gospodarczego.
Mając na uwadze powyższe doświadczenie, apelujemy o wprowadzenie analogicznie szybkiej poprawki odnoszącej się do ograniczeń wywozu środków do dezynfekcji. Zgodnie bowiem z §7 rozporządzenia Rady Ministrów z 31 marca 2020 roku w sprawie ustanowienia określonych ograniczeń, nakazów i zakazów w związku z wystąpieniem stanu epidemii (wcześniej było to §5 rozporządzenia Ministra Zdrowia z 20 marca 2020 roku w sprawie ogłoszenia na obszarze Rzeczypospolitej Polskiej stanu epidemii), przedsiębiorcy zobowiązani są do zgłaszania zamiaru wywozu lub zbycia poza terytorium RP m.in. środków do dezynfekcji rąk, powierzchni i pomieszczeń. Zgłoszenia takiego należy dokonać do wojewody nie później, niż na 36 godzin przed zamiarem wywozu lub zbycia za granicę. Wojewoda możez kolei złożyć do Prezesa Rady Ministrów wniosek w sprawie zakazu wywozu lub zbycia produktów poza terytorium RP. Po złożeniu powiadomienia do wojewody, firmy nie otrzymują żadnego rodzaju informacji zwrotnej. Nawet w przypadku zakazania wywozu przez Prezesa Rady Ministrów, przedsiębiorcy nie są o tym informowani. W rezultacie, niejednokrotnie dopiero na etapie odprawy celnej okazuje się, że wywóz został zakazany. Co więcej, służby celne często oczekują potwierdzenia prawa do wywozu towarów. Taka praktyka nie znajduje podstawy prawnej, zaś firmy tego rodzaju potwierdzeń dostarczyć nie mogą, ponieważ – jak już wspomniano – przepisy nie przewidują przekazywania im potwierdzeń w jakiejkolwiek formie.
Trzeba zaznaczyć, że Polska jest bardzo istotnym eksporterem środków do dezynfekcji. Część firm jest umownie zobligowana do kierowania całej swojej produkcji do innych państw. Obowiązujące przepisy narażają te podmioty na poważne konsekwencje logistyczne i finansowe, wynikające m.in. z konieczności zapłacenia kar umownych. Trzeba ponadto podkreślić, że w przypadku tych podmiotów ograniczenia wywozowe w obecnym kształcie nie wpłyną na zwiększenie produkcji na polski rynek, lecz osiągną przeciwny skutek. Podmioty gospodarcze dysponują bowiem ograniczoną powierzchnią magazynową, czyli ograniczonymi możliwościami składowania produktów, których nie mogą wywieźć zagranicę. Tym samym, mogą one zostać zmuszone do wstrzymania produkcji jako takiej z uwagi na brak logistycznych możliwości składowania większych zapasów.
Jednocześnie, wiele firm działających w Polsce zaopatruje podmioty zagraniczne w produkty do dezynfekcji, korzystając z dostaw produktów spoza granic Polski. Tym samym, produkty te znajdują się na terytorium naszego kraju jedynie w celu dalszego ich wywozu poza granice. Uniemożliwienie takiego wywozu powoduje uniemożliwienie prowadzenia dalszej sprzedaży. W rezultacie podmioty zagraniczne mogą wstrzymać zamówienia do polskich przedsiębiorców i zaprzestać sprowadzania towarów do Polski w celu dalszej odsprzedaży. W dłuższej perspektywie rodzi to ryzyko zmiany łańcuchów dostaw, polegającej na pominięciu w nich polskich przedsiębiorców.
Ostatecznie, problemy związane z ograniczeniem wywozu tych produktów dotyczą również tranzytu. Zatrzymywane są mianowicie środki, które przez Polskę jedynie przejeżdżają. Powoduje to kolejne, bardzo problematyczne dla przedsiębiorców, zaburzenia łańcuchów dostaw.
Uzupełniając, pragniemy podkreślić że przepisy rozporządzenia nie wskazują na żadne kryteria, na podstawie których środki do dezynfekcji mogłyby być objęte zakazem wywozu. Dodatkowo, pojawiają się wątpliwości interpretacyjne dot. samego pojęcia „środków do dezynfekcji”, co jedynie potęguje niepewność po stronie firm.
Mając na uwadze wszystkie powyższe okoliczności apelujemy o kontynuację programu szybkich korekt wdrażanych ograniczeń i zmianę przedmiotowego rozporządzenia, poprzez:
– jednoznaczne potwierdzenie, że producent oraz podmioty powiązane nie potrzebują pozwolenia na wywóz produktów wymienionych w rozporządzeniu lub zmianę przepisów w taki sposób, by przedsiębiorcy otrzymywali niezwłoczną informację zwrotną w odpowiedzi na zgłoszenie zamiaru wywozu produktu oraz w zakresie ewentualnej decyzji o wstrzymaniu wywozu;
– jednoznaczne wyłączenie spod omawianych obostrzeń tranzytu;
– doprecyzowanie kryteriów identyfikacji produktów jako środków do dezynfekcji objętych obowiązkami wynikającymi z rozporządzenia;
– określenie sposobu postępowania z zatrzymanymi środkami i wskazanie, czy (i w jakim terminie) zostaną one np. od producentów odkupione, czy też znacjonalizowane bądź odesłane do producenta.
Wobec powyższych uwag liczymy na kontynuację dobrej współpracy służącej poprawianiu jakości przedmiotowej rozporządzenia.
Mimo szokujących danych z amerykańskiego rynku pracy indeksy giełdowe dziś znajdują się w okolicach wczorajszego zamknięcia. Liczba wniosków o zasiłek dla bezrobotnych w Stanach Zjednoczonych w zeszłym tygodniu wzrosła do rekordowo wysokiego poziomu, osiągając 6,65 miliona. Przekroczyło to oczekiwania analityków, ponieważ oznacza to, że prawie 2 proc. Amerykanów jest już bez pracy.
Relatywnie dobre zachowanie indeksów giełdowych, mimo fatalnych danych makroekonomicznych, jest również podyktowane zaproszeniem do rozmów przez prezydenta Trumpa przedstawicieli branży naftowej. Rozmowy mają mieć charakter ustalenia pomocy sektorowi naftowemu, który nie dość, że ucierpiał po spadku popytu ze względu na epidemię koronawirusa, to przede wszystkim przez wojnę cenową na linii Rosja – Arabia Saudyjska. Dziś ceny akcji takich gigantów jak Chevron Corporation czy Exxon Mobil rosną około 4 proc. Oprócz ratowania gospodarki, jako całości, warto śledzić dalsze poczynania w sektorze naftowym w USA, ponieważ liczy on tak samo na pomoc, jak chociażby linie lotnicze.
MKM Partners zaktualizowało swoją rekomendację dla Activision Blizzard do kupuj z neutralnie. Firma uważa, że wydawca gier wideo robi znaczne postępy w poprawianiu i ulepszaniu swojego profilu wzrostu w krótkim i długim terminie. Warto również zwrócić uwagę na lepsze od oczekiwań wyniki premier gier, w tym “Call of Duty”. MKM widzi również potencjał dla ATVI, gdyby doszło do uzyskania zgody, na uruchomienie gier na rynku chińskim. Poziom ceny docelowej został podniesiony do 72 USD z 64 USD. Obecnie na giełdzie cena akcji oscyluje przy 59 USD. Na Wall Street spółka ma 29 rekomendacji kupna. 5 trzymaj i 1 sprzedaj. Średni poziom ceny docelowej to 68 USD.
Zmianę rekomendacji otrzymała również spółka Disney. Atlantic Equities LLP podniósł rekomendację Walt Disney Co. z neutralnej do przeważaj. Poziom ceny docelowej ustanowiony został na 119 USD, co oznacza potencjalny wzrost o 25% w stosunku do ostatniej ceny. Średnia cena docelowa dla Disneya na Wall Street wynosi 143,19 USD. Disney ma 26 rekomendacji kupna, 6 trzymaj i 0 sprzedaj – wynika z danych zgromadzonych przez agencję Bloomberg.
Jutro z kolei, dla amerykańskiego rynku, kluczowe będą pierwsze w okresie pandemii dane o zmianie zatrudnienia w sektorach poza rolnictwem. Dodatkowo pojawią się dane dotyczące stopy bezrobocia oraz dynamiki wynagrodzeń. Według konsensusu rynkowego stopa bezrobocia w USA ma wzrosnąć do 3,8 proc. w marcu, a NFP mają spaść o 100 tys.
Awersja do ryzyka wróciła po tym, jak wygasł efekt rozliczeń końca miesiąca, za to wieści dotyczące rozwoju pandemii nie mają wielu jasnych punktów. Mimo to na rynku niedźwiedzia nie będzie brakować efektu jo-jo i przejściowych rajdów ulgi, jak ten z dzisiejszego ranka wywołany skokiem cen ropy naftowej.
Rajd WTI i Brent podsycają dziś informacje, że Chiny planują skupować tani surowiec w celu zgromadzenia strategicznych rezerw. Kraj będący największym importerem ropy na świecie chce skorzystać na tąpnięciu cen o ok. 60 proc. w tym roku z powodu załamania popytu globalnego przez pandemię koronawirusa, ale też w związku ze sporem między Arabią Saudyjską i Rosją. Po tym jak Rosja nie chciała się zgodzić na większe ograniczenia wydobycia, Arabia Saudyjska poszła w przeciwnym kierunku, zwiększając produkcję i oferując ropę odbiorcom po zaniżonej cenie. W efekcie rynek ropy otrzymał szok podażowy i popytowy jednocześnie.
Oba szoki są jednak podatne na nagły zwrot w swoich przyczynach. Perspektywy globalnego gospodarki, a zatem i popytu na paliwa, są płynne i choć cudowne ozdrowienie jest mało prawdopodobne, nawet najmniejszy przełom medyczny w walce z COVID-19 diametralnie odmieni prognozy dla cen ropy. Spór między Arabią Saudyjską i Rosją może być rozwiązany jednym telefonem, a dochodzą informacje, że prezydent USA Trump stara się pogodzić obie strony (czego oczywiście nie robi bezinteresownie, ale z troską o branżę naftową USA). Cena ropy też nie może spaść do zera, gdyż świat nie przerzucił się na transport konny. Stąd Chiny reagują już teraz i nakazują rządowym agencjom skoordynowane zapełnianie tankowców i używanie instrumentów finansowych do zabezpieczenia niskich cen. Pekin zachęca też lokalne firmy, by także robiły zapasy.
Nasuwają się trzy wnioski. Po pierwsze, Chiny już myślą o zarządzaniu gospodarką po kryzysie i chcą zagwarantować sobie niskie koszty produkcji, aby szybciej odbudować wzrost. Prawdopodobnie muszą też przygotować się na pozostanie konkurencyjnym, gdy po wszystkim ożywi się dyskusja o ryzykach związanych z wyprowadzeniem kluczowych fabryk do Chin i poleganiu na globalnych łańcuchach dostaw. Sprytne posunięcie.
Z drugiej strony, zwiększony popyt ze strony Chin nie będzie zjawiskiem trwałym, tak samo jak i rajd cen surowca nie utrzyma się, jeśli nie dojdzie do istotnych zmian w równowadze popytu i podaży. Potrzeba końca kryzysu zdrowotnego i/lub interwencji OPEC po porozumieniu Arabii Saudyjskiej i Rosji.
Po trzecie, skok cen ropy o ponad 10 proc. wygląda dziś imponująco, ale to tylko trochę ponad 2 dolary na baryłce z odbicia od 18-letnich minimów. W okresach silnych zawirowań rynnowych śledzenie zmian względnych może być złudne. Tyczy się to nie tylko cen surowców, ale także i indeksów giełdowych. Na jakiś czas musimy się przyzwyczaić do podwyższonej zmienności i to w obu kierunkach. Nawet na rynku niedźwiedzia trafiają się przejściowe fazy euforii. W ubiegłym tygodniu Dow Jones zyskał ponad 20 proc. i technicznie wszedł w rynek byka. Dziś odbija ropa. Trzeba do tych zmian podchodzić z dystansem.
Pracownicy powinni rozważyć szybkie przekwalifikowanie się, by znaleźć pracę w obecnej sytuacji. Dopasowanie się do fluktuującego rynku przyniesie pracownikom korzyści również w przyszłości. I dotyczy to nie tylko ludzi pracujących w turystyce czy gastronomii. W związku ze zmianami, m.in. zwalniają się zasoby pracowników o wysokich kwalifikacjach, które można wykorzystać np. e-commerce. – mówi Krzysztof Trębski, wiceprezes Tikrow, platformy pośredniczącej między firmami poszukującymi elastycznych form zatrudnienia a osobami gotowymi pracować́ w systemie „na godziny.
Rząd estoński, również podkreśla rolę elastycznego podejścia do pracy i namawia obywateli do przebranżawiania się. W ramach szukania skutecznych rozwiązań, zorganizował akcję „Hack The Crisis”, do której zaprosił 27 startupów. Miały za zadanie opracować pomysły, które mogłyby pomóc społeczeństwu przetrwać okres epidemii i wywołanych nią zmian gospodarczych. Jednym z wyróżniających się pomysłów była aplikacja pomagająca firmom transferować między sobą pracowników. W ten sposób osoba, która np. pracuje w turystyce mogłaby szybko zacząć pracę w e-commerce.
Rekrutacja w dobie pandemii
Jeszcze do końca lutego mówiono o rynku pracownika. To pracodawcy „bili się” o wykwalifikowaną kadrę pracowniczą, którą teraz muszą zwalniać. Eksperci twierdzą, że pracownicy z sektorów, takich jak IT, opieka zdrowotna, telekomunikacja, handel elektroniczny i handel detaliczny żywnością, są stosunkowo najmniej narażeni na redukcję etatów. Wiele firm technologicznych podczas epidemii stale prowadzi rekrutacje na nowe stanowiska. Mimo to, w porównaniu do poprzednich miesięcy, ofert pracy jest relatywnie mniej. Chociaż niektóre firmy potrzebują jeszcze więcej rąk do pracy niż wcześniej, to jednak przedsiębiorcy nie planują rozbudowania działów czy zatrudniania dodatkowych specjalistów. Szukają przede wszystkim osób, które zapewnią ciągłość działania firmy.
Mimo trudnej sytuacji na rynku, pracodawcy wciąż potrzebują pracowników, niekoniecznie jednak na starych zasadach. Oczekuje się teraz większej elastyczności, która dla pracodawcy może być rozumiana w kontekście oszczędności. Jeżeli firma jest zmuszona zrezygnować z pracowników, a jednak chce podtrzymać ciągłość działania, może śmiało korzystać z Tikrow i zatrudniać ludzi wedle potrzeby. Pracodawca zgłasza zapotrzebowanie na godziny, dzięki temu może zapłacić więcej za konkretny czas pracy. Jest to też wygodne dla pracownika, za wykonaną pracę dostaje natychmiast wynagrodzenie i nie musi zobowiązywać się do pracy w firmie na kilka miesięcy, skoro w związku z dynamicznymi zmianami, może za jakiś czas zmienić pracę lub branżę. – dodaje Krzysztof Trębski.
Obecnie wszyscy czekamy niecierpliwie na zakończenie przymusowej izolacji społeczeństwa i powrót do „normalności”. Spodziewamy się przy tym, że aktualna sytuacja może trwać kolejne tygodnie i miesiące. Warto jednak już teraz zastanowić się nad tym, co będzie się działo później. W mediach mówi się o recesji, której czas trwania będzie mierzony raczej w kwartałach i latach.
Czego nauczył nas poprzedni kryzys z lat 2008 – 2009 jeśli chodzi o ubezpieczenia D&O i czy, bazując na doświadczeniach, można się przygotować do nadchodzącej sytuacji – poniżej wskazujemy kilka sugestii:
W czasach kryzysu rozsądnym działaniem jest wdrażanie różnych programów oszczędnościowych (w tym, „racjonalizacja” zatrudnienia, zawieszenie realizacji toczących się projektów). Nie wydaje się jednak dobrym rozwiązaniem, aby „cięcia” dotyczyły także ubezpieczeń, w szczególności D&O. W czasie poprzedniego kryzysu nastąpiła cała fala szkód D&O (polscy ubezpieczyciele odnotowali wtedy kilkaset nowych zgłoszeń), ich podstawą były najczęściej skody poniesione przez udziałowców/ akcjonariuszy, bądź samą spółkę, a ich natura sprowadzała się do istotnego pogorszenia kondycji finansowej spółki na skutek działania/braku odpowiedniego działania Członków Zarządu.
Pamiętajmy też, że jednym z głównych scenariuszy roszczeń D&O są sprawy pracownicze, których prawdopodobieństwo powstania drastycznie wzrasta w dobie zwolnień.
Z lat kryzysu 2008-09 pochodzi najwyższe jak dotąd, zakończone wypłatą, odszkodowania roszczenie z polisy D&O w Polsce. Jest to wielokrotnie już cytowany w mediach przypadek Huty Metali Nieżelaznych Szopienice, gdzie doszło do ogromnych strat finansowych będących następstwem zawierania przez Zarząd kontraktów terminowych (opcji). Odszkodowanie wypłacone przez ubezpieczyciela wyniosło 15 mln zł.
Nie wiadomo, czy w najbliższym czasie pojawi się jakiś wiodący schemat szkód D&O, taki jakim 10 lat temu były „opcje walutowe”. Warto jednak zastanowić się nad tym, że wówczas, w 2010 r., głównym zarzutem w treści roszczeń wnoszonych przeciwko Członkom Zarządu było działanie z pominięciem obowiązujących zasad, procedur lub brak wdrożenia takich zasad i procedur w spółce.
Czy nie powinno nam się to z czymś skojarzyć w obecnej, nadzwyczajnej sytuacji, w tym masowo wykorzystywanego trybu pracy zdalnej? Ostatnie tygodnie były czasem, w którym podjętych zostało (lub należało podjąć…) całe mnóstwo decyzji wykraczających poza „rutynę” działania spółki: nowa organizacja pracy, nowa organizacja obiegu dokumentów w firmie, inny (uproszczony) sposób podejmowania i zatwierdzania decyzji, przekazanie majątku firmowego do rąk pracowników itd. Obecnie nadal jest właściwy czas na to, aby weryfikować istniejące procedury, wdrożyć nowe i unikać postępowania „na skróty” pod pozorem działania w nadzwyczajnych okolicznościach
Nie jest wykluczone, że jednym z czynników uruchamiających falę szkód z polis D&O będzie sam wirus COVID-19. Na rynkach zagranicznych można już zaobserwować pewne przykłady takich szkód.
Akcjonariusz jednej z amerykańskich spółek giełdowych z branży farmaceutycznej wniósł roszczenie do członków zarządu z tytułu spadku wartości posiadanych przez niego akcji spółki. Akcjonariusz dokonał zakupu akcji po tym, jak prezes spółki ogłosił w mediach społecznościowych, że spółka w ciągu kilku miesięcy rozpocznie produkcję szczepionki na wirusa COVID-19. Kiedy informacja ta okazała się nieprawdziwa akcje spółki straciły na wartości, a akcjonariusz poniósł stratę.
Inny przypadek dotyczy europejskiej firmy organizującej rejsy dużymi statkami wycieczkowymi. Jej akcjonariusze wnieśli do sądu pozew zbiorowy zarzucając członkom zarządu składanie nieprawdziwych i wprowadzających w błąd informacji na temat sytuacji finansowej spółki. W raporcie rocznym oraz oświadczeniach zarząd zapewniał, że jej dobra kondycja finansowa jest zabezpieczona ponieważ spółka ma komplet rezerwacji na najbliższy sezon, z spółka jest w pełni przygotowana, posiada procedury i zasady działania uodporniające ją na zawirowania rynkowe związane z masowymi zachorowaniami.
Sprawa ujrzała światło dzienne wówczas, gdy kurs akcji firmy spadł o blisko 30% po tym jak do prasy wyciekły poufne instrukcje dla służb sprzedażowych spółki, których celem było zniechęcanie klientów do anulowania rezerwacji. Zawierały one nieprawdziwe informacje m.in. o tym, że wirus nie ma szansy rozprzestrzeniać się w gorącym klimacie mórz karaibskich.
Pamiętajmy, że obecna sytuacja w podobnym stopniu dotyka także samych ubezpieczycieli. Załatwienie wszelkich spraw (w tym proces odnowieniowy) może obecnie trwać dłużej niż dotychczas, stąd też odnowienia polis trzeba zaczynać wcześniej i dokładniej je planować – biorąc pod uwagę zbieranie informacji ze spółki, proces decyzyjny itp.
W Polsce jeszcze nigdy nie mieliśmy prawdziwych problemów z podażą ubezpieczeń D&O (tzw. pojemnością ubezpieczeniową). Obecnie może się to jednak zmienić, szczególnie w przypadku polis z wysokimi sumami gwarancyjnymi (przekraczającymi np.: 100 mln zł), gdzie zaangażowanych jest kilku ubezpieczycieli. Otrzymujemy bowiem informacje o kolejnych ubezpieczycielach (na razie zagranicznych), którzy wycofują się z rynku D&O.
W przypadku ubezpieczycieli działających na rynku lokalnym bardziej prawdopodobnym scenariuszem jest ich wycofanie się z ubezpieczenia konkretnych branż, postrzeganych jako te, których kryzys związany z epidemią dotnie najbardziej (turystyka, transport, centra handlowe, sport…). Na tą sytuację nie można się niestety w pełni przygotować, pozostaje nam pozostać w komunikacji z brokerem (aby wiedzieć, czy nasza branża zagrożona jest tego typu restrykcjami) i wspólnie opracować strategię działania (np.: uzyskanie przedłużenia dotychczasowej polisy, dotarcie do nowych ubezpieczycieli).
Warto mieć realne oczekiwania odnośnie ceny ubezpieczenia D&O. Od kilku miesięcy obserwujemy tendencję ubezpieczycieli do podnoszenia składek. Trudno oczekiwać, aby w obecnej sytuacji tendencja ta nie nasiliła się. W zdecydowanej większość przypadków ceny ubezpieczeń D&O będą rosnąć, a obniżki będą możliwe wyłącznie w zamian z istotne ograniczenie ochrony ubezpieczeniowej.
Jak wynika z raportu „Marsh Global Insurance Market Index”opracowanego za 4 kwartały 2019, był to dziewiąty z rzędu kwartał, w którym zanotowano znaczący wzrost stawek za produkty z grupy Financial Lines. Przy czym, zaobserwowano kolejny znaczący skok dynamiki wzrostu stawek D&O, z poziomu 23,3% w 3. kwartale 2019 do poziomu 27,8% w 4. kwartale 2019.
Rynek londyński, wciąż będący hubem dla ubezpieczeń linii finansowych, w tym D&O, stanowi wyznacznik dla cen i warunków polis europejskich m.in. z uwagi na fakt korzystania przez rynki europejskie pośrednio lub bezpośrednio z londyńskiej pojemności oraz know-how londyńskich underwriterów.
Wzrost stawek polis Financial lines Europy kontynentalnej nie jest na razie tak znaczący, jak wzrost na rynku londyńskim obserwowany w roku 2019. Jeżeli jednak przyjrzymy się przestrzeni kilku ostatnich lat, wyraźnie widać, że rynek polis D&O Europy kontynentalnej usztywnił się, a stawki również rosną. Biorąc pod uwagę poważny wzrost stawek w 2019 dla polis lokowanych w Londynie, spodziewamy się, że ta tendencja przełoży się na stawki europejskie, w tym Polskę w najbliższych miesiącach lub najdalej w przeciągu roku.
Główną przyczyną zmian na rynku ubezpieczeń menedżerów jest notowana szkodowość oraz zmienność rynku.
Wielką niewiadomą jest sposób zachowania się władz w trakcie i po ustaniu pandemii. Aktualnie w różnych urzędach dominuje narracja mówiąca o wspieraniu przedsiębiorców, urzędy zawiesiły realizację swoich uprawnień kontrolnych, mówi się nawet o „luzowaniu” szeregu wymogów (np.: w zakresie odprowadzania składek ZUS, przepisów prawa pracy, ale także rozłożenie na raty terminów płatności składek za OC komunikacyjne). Trudno przewidzieć jak długo utrzyma się taki stan i czy za jakiś czas Państwo nie zacznie wykorzystywać swojego aparatu do „łatania dziury” w finansach publicznych poprzez ścisłe egzekwowanie wszelkich regulacji i nakładanie administracyjnych kar i grzywien. Jak wiadomo, postępowania urzędowe oraz kary i grzywny administracyjne znajdują się „w obszarze zainteresowania” polisy D&O.
Włodzimierz Pyszczek – Dyrektor ds. Kluczowych Klientów, Marsh Polska
Jak wynika z badania Spicy Mobile od momentu pojawienia się pierwszego w Polsce przypadku zarażenia koronawirusem aktywność Polaków na urządzeniach mobilnych wzrosła skokowo. W czasie epidemii warto zatem pamiętać nie tylko o myciu rąk, ale i czyszczeniu smartfonów – to właśnie po te urządzenia sięgamy kilkadziesiąt razy w ciągu dnia.
Agencja marketingu mobilnego Spicy Mobile monitoruje aktywność na urządzeniach mobilnych z systemem Android. Wyniki pomiaru pokazują, że od 4 marca, kiedy to potwierdzono pierwszy przypadek zakażenia koronawirusem (2019-nCoV) w naszym kraju, Polacy korzystają z telefonów komórkowych o wiele częściej – liczba połączeń telefonicznych podwoiła się, a wiadomości SMS wzrosła o niemal 80%[1].
Lawino wzrosło też korzystanie z internetu na urządzeniach mobilnych. W analizowanym okresie rekordową aktywność na mobilnych stronach internetowych odnotowano w dniu ogłoszenia stanu epidemii (20 marca). Tego dnia przeciętny użytkownik aż siedemnaście razy wszedł na strony internetowe z poziomu smartfona.
Jak pokazują wyniki pomiaru Spicy Mobile, szczyt korzystania z aplikacji mobilnych przypadł kilka dni później, 25 marca. Tego dnia weszło w życie rozporządzenie Ministra Edukacji Narodowej w sprawie obowiązku nauczania zdalnego. Wcześniej ministerstwo jedynie zalecało, aby w czasie, gdy nie odbywają się w szkołach lekcje w formie tradycyjnej, nauczyciele prowadzili zajęcia online.
„W sytuacji zagrożenia czujemy potrzebę kontaktu z bliskimi, a także chcemy być na bieżąco” – przyznaje Małgorzata Wołejko, Dyrektor ds. Badań w Spicy Mobile. – „Smartfon okazuje się być intuicyjnym wyborem. Dzwonimy, piszemy, korzystamy z komunikatorów internetowych i aplikacji społecznościowych, sprawdzamy wiadomości. W sumie po telefon komórkowy sięgamy kilkadziesiąt razy dziennie. Jego czyszczenie powinno być takim samym nawykiem, jak mycie rąk – tym bardziej, że wystarczy do tego delikatna ściereczka, odrobina wody i mydło”.
[1]Połączenia telefoniczne i wiadomości SMS/MMS – dane na podstawie średniej liczby uruchomień wbudowanej funkcji telefonu do wykonywania/odbierania połączeń telefonicznych lub wiadomości SMS/MMS.
Eksperci kancelarii Mikulewicz Ostaszewski alarmują, wskazując zagrożenie dla przedsiębiorców zajmujących się najmem krótkoterminowym. Zwracają uwagę, że obostrzenia związane z walką ze skutkami pandemii z dnia na dzień pozbawiły ich przychodów. Jednocześnie prognozują, że efekty odroczenia spłaty rat kredytowych dla branży będą niewystarczające, wskazując rozwiązania mogące uchronić ich przed upadłością.
W dniu 13 marca br. weszło w życie Rozporządzenie Ministra Zdrowia w sprawie ogłoszenia na obszarze Rzeczypospolitej Polskiej stanu zagrożenia epidemicznego. W okresie od dnia 14 marca 2020 r. do odwołania ustanawia ono m.in. czasowy de facto całkowity zakaz prowadzenia działalności przez przedsiębiorców oraz inne podmioty działalności związanej z prowadzeniem obiektów noclegowych turystycznych i miejsc krótkotrwałego zakwaterowania. Eksperci zwracają uwagę, że kolejne rozporządzenia rządu wydłużają te ograniczenia. Jednocześnie wskazują skalę zagrożenia dla branży i podają liczbę nieruchomości oferowanych na rynku do najmu krótkoterminowego. W samej Warszawie jest to ponad 9000 obiektów. Zakopane oraz jego okolice oferuje ich kilka tysięcy, podobnie Kraków czy Wrocław.
Pandemia koronowirusa sprowadziła ogromne kłopoty dla całej gospodarki. Jej ofiarami są m.in. przedsiębiorstwa usługowe, szczególnie te z sektora MŚP. Główną przyczyną tego stanu rzeczy jest drastyczny spadek podaży wywołany ograniczeniami związanymi z zasadami ograniczania emisji wirusa. Jedną z grup przedsiębiorców, które odczują to najmocniej są ci, którzy zajmują się najmem krótkoterminowym. Dodatkowym gwoździem do trumny branży jest również rozporządzenie wstrzymujące przemieszczanie się pasażerów w transporcie kolejowym, wykonywanym z przekroczeniem polskiej granicy, a także odwołanie przez niemal wszystkich przewoźników połączeń lotniczych – wskazuje Sebastian Mikulewicz, partner w kancelarii Mikulewicz Ostaszewski.
Eksperci wskazują, że kryzys najmocniej odczują przedsiębiorcy, którzy nabyli nieruchomości wyłącznie w celu ich krótkoterminowego wynajmu i stanowi to dla nich jedyne źródło utrzymania.Ich obecne straty są znaczne, a realna perspektywa obiektywnie wskazuje na przykry fakt, iż będą one bezsprzecznie niepowetowane. Sytuacja jest jeszcze groźniejsza w przypadku, kiedy nieruchomość została zakupiona kredyt.
Co prawda, coraz to więcej banków proponuje odroczenie spłat rat kredytowych, jednak jest to jedynie środek doraźny, chwilowy, który w żaden sposób nie rozwiązuje istoty problemu.
Może go nawet spotęgować. Wśród działań banków dla przedsiębiorców wskazywane jest jedynie odroczenie, nie zaś zawieszenie. O ile ta druga z wymienionych instytucji faktycznie stanowiłaby realne antidotum na trwający impas, odroczenie będzie skutkować kumulacją zaległości kredytowych w bliżej nieokreślonej przyszłości. W dniu zakończenia takiego odroczenia przedsiębiorca, który w żaden sposób nie odrobi kilkutygodniowych czy nawet kilkumiesięcznych strat, nie osiągając przez cały okres kryzysu jakiegokolwiek dochodu z prowadzonej działalności, będzie miał duży problem z rozliczeniem z bankiem. Może to być równoznaczne z koniecznością ogłoszenia upadłości – zwraca uwagę Sebastian Mikulewicz
Przedstawiciele kancelarii przekonują, że w celu uniknięcia konieczności ogłoszenia upadłości należy przeprowadzić w odpowiednim momencie postępowanie restrukturyzacyjne, które ma na celu wyprowadzenie przedsiębiorcy w sposób najbardziej optymalny i bezpieczny ze złej kondycji finansowo-ekonomicznej.
W tak krytycznym dla działalności momencie, który mógłby się wydawać sytuacją bez wyjścia, rozwiązaniem może się okazać wszczęcie postępowania restrukturyzacyjnego, które służy wypracowaniu optymalnej dla danego podmiotu strategii restrukturyzacyjnej. Proces ten powinien odbyć się w porozumieniu z wierzycielami zadłużonej jednostki, w celu zażegnania problemów finansowych. Strategia jest opracowywana podczas spotkania z klientem, po przeprowadzeniu audytu przedsiębiorstwa. Wdrażanie strategii rozpoczyna otwarcie postępowania przed Sądem, inicjowane złożeniem odpowiednio przygotowanego wniosku o otwarcie postępowania restrukturyzacyjnego. Należy jednak rozważyć taką procedurę już teraz, kiedy wiadomo, że pandemia koronawirusa jeszcze długo będzie generować straty finansowe– przekonuje Sebastian Mikulewicz.
Eksperci zwracają uwagę, że Ustawodawca w rozdziale III ustawy prawo restrukturyzacyjne enumeratywnie wymienia elementy, które powinien zawierać plan restrukturyzacyjny. Postępowanie restrukturyzacyjne może zostać przeprowadzone w następujących trybach:
postępowanie o zatwierdzenie układu;
przyspieszone postępowanie układowe;
postępowanie układowe;
postępowanie sanacyjne.
Kancelaria wskazuje, że wybór trybu prowadzenia postępowania restrukturyzacyjnego jest dokonywany w sposób indywidualny, przy uwzględnieniu wszelkich istotnych czynników dotyczących danego przedsiębiorcy. W pierwszej kolejności przedsiębiorca powinien sporządzić prognozy finansowe, tj. prognozowane rachunki zysków i strat na najbliższe lata. Celem jest realna analiza sytuacji ekonomicznej dłużnika, co pozwoli na powzięcie niezbędnych informacji odnośnie dalszego funkcjonowania działalności. Prognozy finansowe będą w dużej mierze miały wpływ na wysokość zobowiązań, które będzie można uregulować.
Zdaniem prawników plan restrukturyzacyjny musi zostać oparty na rzetelnych źródłach finansowania, które nie będą rodziły obaw wierzycieli co do ich autentyczności i skuteczności. Powinien on zakładać możliwie najbardziej funkcjonalne rozwiązania, mając przy tym na względzie zarówno zaspokojenie wierzycieli, jak i możliwość dalszego funkcjonowania przedsiębiorcy na rynku. Propozycje zawarte w układzie mogą odnosić się do umorzenia części zobowiązań, odroczenia ich spłat oraz rozłożenia ich na raty.
W nocy znowu byliśmy świadkami wzrostu cen euro do 4,60 zł. Od tygodnia euro drożało i w końcu utrzymujac to tempo musiało dotrzeć do tej granicy. Zobaczymy, czy dzisiejsze odbicie z rana jest początkiem spadków, czy to tylko chwilowa korekta.
Euro odbija się od 4,60
Wczoraj w godzinach wieczornych euro dotarło z ceną do poziomu 4,60 zł długo jednak tam nie było, bo o 8:00 rano (jak tylko otworzyły się rynki) rozpoczął się szybki ruch spadkowy do poziomu 4,58 zł. Podobnie jak euro zachowały się inne waluty, wczoraj drożały, by rano już stanieć. Wyjątkiem jest tutaj dolar amerykański, który wciąż znajduje się na 4,20 zł. Powodem tego jest fakt umacniania się dolara względem euro.
Rynek pracy z USA
Wczoraj poznaliśmy dane na temat miejsc pracy w USA. W marcu ubyło ich zaledwie 27 tysięcy. Jest to duży kontrast względem wniosków o zasiłek dla bezrobotnych, których były miliony. Dzisiaj poznamy nowe dane na temat wniosków, aczkolwiek przy tak dynamicznych zmianach bardzo istotne są momenty badań. Najwyraźniej liczba wniosków jest znacznie bardziej aktualna, niż zmiana miejsc pracy. Przyjdzie nam zatem czekać kolejny miesiąc, aby potwierdzić, jak źle jest z rynkiem pracy w USA. Z drugiej strony (patrząc na rynek walutowy i umacniającego się dolara) inwestorzy i tak bardziej wierzą w amerykański sen niż w Unię Europejską.
Gwałtowny wzrost zapasów ropy
Wczorajsze dane na temat rynku ropy wskazują na gwałtowny wzrost zapasów. 13,8 mln baryłek to wyjątkowo duży przyrost tygodniowy. Patrząc na ceny czarnego złota, wydaje się być to bardzo dobry moment na zwiększenie zapasów. Z drugiej strony, skoro ceny nie wzrosły pomimo tak dużego dodatkowego popytu, to aż strach pomyśleć, ile kosztowałaby baryłka ropy naftowej, gdyby nie wzrost zapasów.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl
Liczba ataków phishingowych wykorzystujących motyw koronawirusa wciąż rośnie – alarmują analitycy Check Point Research. Cyberprzestępcy tym razem próbują wykorzystać kwarantannę oraz nieuwagę milionów użytkowników podszywając się pod najpopularniejszy na świecie serwis z filmami – Netflix.
Zalecenia kwarantanny domowej, towarzyszącej pandemii COVID-19, spowodowały znaczny wzrost zainteresowania platformami streamingowymi, głównie Netfliksem, który posiada już przeszło 160 mln subskrybentów. Zdaniem firmy Check Point, popularność serwisu streamingowego chcą wykorzystać cyberprzestępcy w różnego rodzaju oszustwach internetowych.
W ostatnich tygodniach Check Point Research zaobserwował dwukrotny wzrost liczby ataków phishingowych przez strony internetowe podszywające się pod witryny Netfliksa. Z analiz wynika, że większość z nich została zarejestrowana w ostatnich miesiącach – co świadczy o tym, że przestępcy internetowi świetnie przewidują bieżące zachowania internautów. O ich bezczelności świadczą m.in. adresy niektórych domen odnoszące się do oficjalnej nazwy choroby wywołanej przez koronawirus SARS-CoV-2 (np. netflixcovid19s.com).
Jak informują badacze bezpieczeństwa część fałszywych stron oferuje opcje płatności za fikcyjne usługi streamingowe, w celu nieuczciwego uzyskania danych użytkownika lub ich pieniędzy.
Opierając się o ThreatCloud, wiodący silnik wywiadowczy, analitycy wskazują, że choć łączna ilość cyberataków spadała od czasu wybuchu epidemii i spowolnienia gospodarczego, jednak ataki związane z koronawirusem w ostatnich miesiącach znacznie wzrosły.
Od stycznia do marca byliśmy świadkami spadku o około 17% ogólnej liczby incydentów związanych z cyberbezpieczeństwem w sieciach firmowych. Natomiast od połowy lutego eksperci Check Pointa zaobserwowali eskalację liczby cyberataków związanych z koronawirusem, a tylko w ciągu ostatnich dwóch tygodni liczba ta gwałtownie wzrosła z kilkuset dziennie do ponad 5000 w dniu 28 marca, przy średniej wartości przekraczającej 2600 ataków na dzień.
– Znaczny skok cyberataków związanych z koronawirusem ma związek z druzgocącymi wiadomościami o sytuacji w USA i UE. Możemy spodziewać się, że ten trend utrzyma się w najbliższym czasie – mówi Omer Dembinsky, menedżer danych Threat Intelligence w Check Point. – Hakerzy przesuwają swoje zasoby z ataków bezpośrednich na firmy – ponieważ większość z nas pracuje teraz zdalnie – w kierunku działań, które mogą dotknąć nas bezpośrednio w domu, wykorzystując popularne usługi takie jak Zoom i Netflix. Ważne jest, abyśmy wszyscy dbali o higienę również w cyberprzestrzeni i byli bardzo ostrożni odbierając dokumenty czy linki.
Powyższy wykres przedstawia wszystkie ataki związane z koronawirusem, które zostały wykryte przez różne technologie zapobiegania zagrożeniom Check Point w sieciach, punktach końcowych i urządzeniach mobilnych.
Jak donosi Check Point Research 84% incydentów zostało wywołanych przez strony phishingowe, natomiast około 2% dotyczyło ofiar wchodzących na złośliwe strony za pomocą swojego urządzenia mobilnego.
W ciągu ostatnich dwóch tygodni zarejestrowano ponad 30 103 nowych domen związanych z koronawirusem, z czego 0,4% (131) było złośliwych, a 9% (2 777) zostało uznane za podejrzane. Oznacza to, że od stycznia 2020 r. Zarejestrowano łącznie ponad 51 000 domen związanych z koronawirusem.
Jak pozostać bezpiecznym?
Jak nie dać się cyberprzestępcom? Poniżej znajdują się zalecenia Check Pointa dotyczące bezpieczeństwa w sieci:
Uważaj na domeny posiadające zbliżone nazwy do oryginalnych stron www, na błędy ortograficzne w wiadomościach e-mail lub witrynach internetowych oraz nieznanych nadawców wiadomości e-mail.
Zachowaj ostrożność w przypadku plików otrzymanych za pośrednictwem wiadomości e-mail od nieznanych nadawców, szczególnie jeśli dotyczą rzeczy, z którymi zazwyczaj nie masz do czynienia
Upewnij się, że zamawiasz towary z autentycznego źródła. Jednym ze sposobów na to jest NIE klikanie linków promocyjnych w wiadomościach e-mail, a zamiast tego sprawdzenie w Google żądanego sprzedawcy i kliknięcie linku na stronie wyników Google.
Strzeż się „ofert specjalnych”. „Ekskluzywne lekarstwo na koronawirusa za 150 USD” zazwyczaj nie jest godną zaufania okazją do zakupu. W tej chwili nie ma lekarstwa na koronawirusa, a nawet gdyby tak było, zdecydowanie nie byłby on oferowany za pośrednictwem wiadomości e-mail.
Upewnij się, że nie używasz tych samych haseł w różnych aplikacjach lub portalach
Związek Przedsiębiorców i Pracodawców aktywnie uczestniczył w procesie konsultacji projektu tzw. tarczy antykryzysowej, której celem ma być złagodzenie negatywnych gospodarczych skutków pandemii koronawirusa. Jednocześnie, niemal natychmiast po uchwaleniu pakietu ustaw, Ministerstwo Rozwoju ogłosiło przystąpienie do prac nad uzupełnieniem „tarczy”. Mając to na uwadze, chcielibyśmy wystosować postulat uwzględnienia w dalszych działaniach rządu projektu Refundacyjnego Trybu Rozwojowego PLUS. Jeszcze przed wyborami, w lipcu 2019 roku ówczesne Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii opublikowało raport nt. rekomendacji implementacji RTR. Niestety, po wyborach temat ucichł – wydaje się, że obecny, trudny i wymagający czas, jest jednocześnie najlepszym momentem na powrót do tej koncepcji.
Nie ulega wątpliwości, że innowacyjny przemysł farmaceutyczny może skutecznie pełnić rolę „koła zamachowego” dla rozwoju gospodarki. Pandemia koronawirusa udowodniła ponadto, że produkcja leków w kraju stanowi gwarancję bezpieczeństwa zdrowotnego obywateli, a uzależnienie dostępności produktów leczniczych i medycznych od dostaw z państw trzecich generuje szereg ryzyk związanych m.in. z zawodnością globalnych łańcuchów dostaw leków w warunkach kryzysowych. Wprowadzony przez większość państw zakaz eksportu wyrobów medycznych zatrzymał dostawy do wielu krajów. Przerwy w produkcji i spowodowane nimi braki na rynku powodują, że leki i substancje potrzebne do ich wytworzenia są coraz droższe i trudniej dostępne. Zagrożenia te już w tej chwili adresowane są przez bardzo dużą część państw rozwiniętych. Stany Zjednoczone podejmują wysiłki w celu uniezależnienia kraju od dostaw leków z zewnątrz i projektują rozwiązania prawne wprowadzające wymierne korzyści dla producentów wytwarzających leki lub sprzęt medyczny w USA. Również państwa europejskie zapowiadają rozwój rodzimych przemysłów farmaceutycznych i relokalizację produkcji do Europy. Inne, już od lat realizują programy wsparcia krajowej produkcji leków.
Mając na uwadze powyższe, całkowicie zasadne wydaje się być wdrożenie, w ramach uzupełnienia „tarczy antykryzysowej” Refundacyjnego Trybu Rozwojowego PLUS. Potrzeba ta jest o tyle pilna, że warunki działania branży sukcesywnie pogarszają się – wpływ na to mają zarówno zakłócenia w dostawach surowców i problemy logistyczne, jak i trudności z utrzymaniem pełnej załogi zakładów produkcyjnych. Tymczasem większa produkcja leków i wyrobów medycznych w Polsce oznacza wyższy poziom bezpieczeństwa zdrowotnego Polaków, a jednocześnie rozwój innowacyjnego sektora gospodarki. Aby była ona możliwa, konieczne jest włączenie branży w system rozwiązań osłonowych przygotowywanych przez rząd. Koncepcja Refundacyjnego Trybu Rozwojowego PLUS, zakładającego utrzymanie dotychczasowych cen leków krajowych wytwórców i szeroki pakiet preferencji dla podmiotów inwestujących w Polsce w kapitał produkcyjny, kapitał ludzki oraz badania i rozwój, pozwoliłaby na efektywne wsparcie krajowych producentów leków. Beneficjentem tego rozwiązania byliby jednocześnie pacjenci (dzięki zwiększonemu bezpieczeństwu zdrowotnemu), podmioty produkujące w Polsce, jak i gospodarka ogółem (dzięki faktycznemu wsparciu dla sektora innowacyjnego). Implementacja Refundacyjnego Trybu Rozwojowego PLUS umożliwiłaby w rezultacie zbudowanie suwerenności lekowej Polski i uczynienie z rodzimej branży farmaceutycznej potężnego koła zamachowego polskiej gospodarki. Mając to na uwadze, apelujemy o uwzględnienie tego działania w dalszych działaniach uzupełniających „tarczę antykryzysową”.
Od Wuhan do Nowego Jorku – lokalne biznesy, wielkie firmy, startupy, organizacje sąsiedzkie i nawet szkoły szybko edukują się z możliwości nowych technologii. Pandemia COVID-19 sprawiła, że cały świat w przyśpieszonym tempie odkrywa nowe zastosowania cyfrowych narzędzi. Eksperci oceniają, które z nich mają szansę zadomowić się na dłużej.
Internet poniekąd wrócił do swoich korzeni. W latach 60. sieć komputerów miała być dla USA sposobem na zagrożenie – wówczas chodziło o groźbę wojny nuklearnej. Dziś mamy do czynienia z pierwszą pandemią w dobie cyfrowych technologii i to właśnie dzięki nim gospodarki krajów zagrożonych koronawirusem nie zatrzymały się zupełnie.
Nie minęło kilka dni od wydania przez rządy zaleceń do dobrowolnej izolacji w domach, a Komisja Europejska poprosiła platformy streamingowe o zmniejszenie obciążenia łączy internetowych. Odpowiedziały m.in Netflix i YouTube, blokując przesyłanie wideo w najwyższej jakości. Tym samym uwolniły zasoby sieci na telekonferencje (od kilkunastu dni podstawę działania dla wielu firm), oraz rozmowy przez komunikatory, które powalają bliskim być w kontakcie.
– Szybko przekonaliśmy się jak mocno w tej nowej sytuacji polegamy na sprawnym działaniu sieci. Pandemia zweryfikowała przydatność i skuteczność wielu internetowych kanałów. Popularne sieci społecznościowe musiały przyznać, że stały się źródłem dezinformacji na temat wirusa. Twitter po kliknięciu w hasztag #koronawirus sam podpowiada, by rzetelne i sprawdzone informacji na temat zagrożenia czerpać ze stron i profilu Ministerstwa Zdrowia. Ostatnia rządowa aktualizacja zasad bezpieczeństwa została przesłana SMS-em jako Alert RCB z linkiem do treści rozporządzenia. Klęski żywiołowe z ostatnich lat dowiodły, że ten stary sprawdzony kanał jest w takich sytuacjach niezawodny. Nawet gdy łącza internetowe są przeciążone, wiadomości SMS docierają do adresatów – zauważa Maja Wiśniewska, PR & Content Marketing Manager w SMSAPI.
Na kłopoty – internet
Nowym wyzwaniem dla tysięcy biznesów są przymusowe zamknięcia lokali, jak również dobrowolna izolacja w domach zalecana przez władze i specjalistów. Sprawiły one, że wiele punktów usługowych straciło klientów. W gastronomii z dnia na dzień trendem stały się ghost kitchens, czyli restauracje sprzedające tylko online i tylko na wynos, a platformy do tego typu usług notują szybki wzrost zainteresowania.
Nie wszystko da się jednak dostarczać do domu, dlatego szybko pojawił się pomysł sprzedaży bonów do wykorzystania za kilka miesięcy, z których wpływy pozwalają biznesom dzisiaj opłacić czynsz oraz inne wydatki i przetrwać trudny czas. Bony dystrybuowane są oczywiście online np. w serwisie Lunch Next, a oferty ich zakupu rozchodzą się dzięki social media. W USA popularna aplikacja Yelp gromadząca opinie o lokalach wprowadziła możliwość oznaczenia, które z nich wciąż działają i oferują dostawy na wynos bez kontaktu z kurierem, a także rozpoczęła współpracę z serwisem crowdfundingowym GoFundMe pozwalając użytkownikom na przekazywanie ulubionym lokalnym biznesem niewielkich datków.
Podobną współpracę nawiązały serwis Soundcloud dla niezależnych muzyków i platforma streamingowa Twitch. Dzięki niej artyści, którzy w obecnych czasach żyją już głównie z koncertów, mogą łatwiej zarabiać na organizowanych teraz koncertach online.
– Oba przykłady zza oceanu pokazują, że jako konsumenci stajemy się świadomi, jak nasze pojedyncze wybory wpływają na gospodarkę i jesteśmy gotowi z ich pomocą ratować biznesy bliskie naszemu sercu. Jednak potrzebujemy do tego rozwiązań działających szybko i wygodnie, najlepiej zintegrowanych z aplikacjami, z których już korzystamy. Czasem dobrze jest zaoferować coś w prezencie na czas kwarantanny, jak robią niektóre wydawnictwa książkowe, poluzować zasady anulowania rezerwacji, jak zrobiło Airbnb albo pomagać miastu w dowożeniu posiłków dla seniorów, jak zrobili w Nowym Jorku kierowcy Ubera, a w Polsce dostawcy platformy Szopi. To okazja dla biznesów, by zrobić coś niestandardowego, co obecni i potencjalni klienci zapamiętają na długo – podpowiada Maja Wiśniewska.
Po pandemii będziemy bardziej online?
Jedną ze spółek, której ceny akcji w ostatnich tygodniach poszły w górę wbrew ogólnym tendencjom, jest producent programu Zoom służącego do grupowych konferencji. Liczba jego pobrań wzrosła w marcu kilkunastokrotnie. Reakcja rynków finansowych sugeruje, że wideorozmowy online nie będą tylko chwilową modą i nawet po zniknięciu zagrożenia firmy i organizacje będą z nich chętniej korzystać. Już wcześniej pojawiały się sugestie, by np. w związku z kryzysem klimatycznym ograniczać liczbę spotkań biznesowych na rzecz kontaktów przez komunikatory. Obecna sytuacja może po prostu przyspieszyć ogólny trend, podobnie jak II wojna światowa szybko spopularyzowała antybiotyki, które znalazły szerokie zastosowanie także w czasie pokoju.
– Wtyczka Netflix Party, która pozwala na równoczesne oglądanie tych samych filmów i seriali ze znajomymi oraz komentowanie ich na żywo, istnieje od kilku lat, ale dopiero niedawno zdobyła ogromną popularność. Nie byłoby wcale dziwne, gdyby taki sposób konsumpcji treści wideo utrwalił się, a nawet został oficjalnie wspierany przez sam serwis. Firmy powinny bacznie przyglądać, się, co działa w komunikacji z klientami, a co się nie sprawdza w tym wyjątkowym czasie, aby przygotować się na realia z przyszłości. Skoro w ostatnich tygodniach chatboty, mikropłatności, SMS-y czy kupony online znalazły nowe zastosowania i okazały się pomocne w sytuacji pandemii, jest spora szansa, że zostaną z nami na dłużej – podsumowuje Maja Wiśniewska z SMSAPI.
Polska nadal skutecznie hamuje tempo rozwoju pandemii – znajdując się w zdecydowanej czołówce krajów europejskich. Jestem absolutnie przekonany, że to zasługa nas wszystkich. Pozostawanie w jednym miejscu jest dużo łatwiejsze, gdy widzimy efekty.
Pierwszego kwietnia w Polsce minął ósmy dzień, licząc od dnia zdiagnozowania tysiąca chorych na COVID-19. Biorąc pod uwagę skalę zachorowań oraz zaawansowanie pandemii w wielu krajach, jest to dobry moment, aby potraktować „pierwszy tysiąc” jako dzień pierwszy epidemii. Dzięki temu możemy śledzić efekty bieżących działań w bardziej wiarygodny sposób.
A teraz garść statystyk ze świata – rozwój pandemii COVID-19 na różnych kontynentach. W Azji, poza Chinami, nadal wzrasta liczba zakażonych. Niemal połowa zachorowań w Europie koncentruje się we Włoszech i Hiszpanii.
Zdecydowana większość zachorowań w Ameryce Północnej przypada na Stany Zjednoczone. Tam tempo rozwoju COVID-19 jest dramatyczne, a Nowy Jork stał się epicentrum pandemii. Choroba „rozlewa” się na kolejne obszary. Kinsa, producent termometrów z funkcją chmury, regularnie przygotowuje mapę nietypowej temperatury ciała mieszkańców USA. Czy Floryda będzie kolejnym epicentrum pandemii?
Autor/Źródło: Mariusz Gromada, matematyk, statystyk, dyrektor Departamentu Customer Intelligence w Banku Millennium, opracowanie własne z dnia 01.04.2020 na podstawie danych udostępnianych przez The Johns Hopkins University https://github.com/CSSEGISandData/COVID-19; Kinsa – US Health Weather Map: https://healthweather.us/?mode=Atypical
Gigantyczna luka gotówkowa branży modowej nawet po uzyskaniu pomocy rządowej będzie się wahać od 11 do nawet 32 mld złotych. Trzy scenariusze przyszłości sektora modowego w Polsce stanowią wynik analizy PwC opublikowanej w najnowszym raporcie zatytułowanym: „Polski sektor modowy na krawędzi – wpływ COVID-19”. Autorzy podejmują próbę określenia wpływu rozwoju sytuacji epidemiologicznej w Polsce na sektor modowy, ze szczególnym uwzględnieniem polskich przedsiębiorstw odzieżowych i obuwniczych oraz producentów galanterii i akcesoriów.
Sektor modowy w Polsce generuje rocznie 70 mld złotych, z czego szeroko zdefiniowana „polska moda” to 73% tej kwoty. Polacy wydają w tym obszarze więcej niż na swoje zdrowie – statystycznie 1850 złotych rocznie, czyli ponad 7% swoich wydatków. Ośmiu na dziesięciu Polaków ubrania, buty i dodatki kupuje w centrach handlowych, a powierzchnia najmu opłacana przez sklepy z tej branży kosztuje rocznie 6,1 mld złotych. Branża przynosi budżetowi państwa nawet do 16 mld złotych co roku.
„Te liczby obrazują, z jak wielkim obszarem polskiej gospodarki mamy do czynienia, a branża modowa znajduje się na szczycie listy najdotkliwiej porażonych przez skutki epidemii COVID-19. Raport jasno pokazuje, że musimy zmierzyć się z ogromną dziurą gotówkową liczoną w dziesiątkach miliardów złotych. Musimy natychmiast znaleźć źródła finansowania, bo upadniemy i pociągniemy za sobą lawinę tragedii. Pamiętajmy, że nasze firmy należą do ekosystemu powiązań z licznymi partnerami biznesowymi” – komentuje Zarząd Związku Polskich Pracodawców Handlu i Usług.
Autorzy raportu rozpatrują trzy prawdopodobne warianty rozwoju sytuacji w zależności od skuteczności przebiegu walki z epidemią koronawirusa w Polsce i czasu trwania izolacji. Każdy ze scenariuszy uwzględnia pakiet pomocowy deklarowany przez administrację publiczną w tzw. „tarczy antykryzysowej”, zgodnie z brzmieniem projektów i ustaw aktualnych na dzień 30 marca 2020 roku. Na załamanie sytuacji płynnościowej w poniższych wariantach składają się trzy efekty: załamanie sprzedaży, kapitał obrotowy (konieczność poniesienia kosztów towarów), redukcja cen.
Scenariusz umiarkowanego spadku – Izolacja trwa miesiąc i kończy się po Wielkanocy 2020 roku (połowa kwietnia) – Luka gotówkowa w branży wyniesie 10,9 mld złotych
Scenariusz średniego spadku – Izolacja trwa dwa miesiące i kończy się w połowie maja 2020 roku – Luka gotówkowa w całej branży będzie na poziomie 16,1 mld złotych
Scenariusz dużego spadku – Izolacja trwa do połowy maja 2020 roku i zostaje wprowadzona ponownie w październiku i listopadzie 2020 roku oraz w marcu i kwietniu 2021 roku – Luka gotówkowa dla sektora modowego wyniesie co najmniej 32,0 mld złotych
Jakie konsekwencje dla polskiej gospodarki przewidują autorzy raportu? Raport wskazuje, że załamanie branży modowej odbije się na rynku pracy. W ekosystemie spółek związanych z branżą pracuje obecnie ponad 300 tys. pracowników. To może też wpłynąć na straty w budżecie państwa ze względu na obniżone dochody z podatków, składek zdrowotnych i konieczność wypłacania świadczeń socjalnych dla bezrobotnych. Problemy branży modowej odbiją się również na obniżeniu wpływów z podatku VAT oraz opłat celnych.
„Jako Związek Polskich Pracodawców Handlu i Usług widzimy rozwiązania, które pozwolą zniwelować lukę gotówkową. Teraz nadszedł czas na rozmowę pomiędzy wszystkimi stronami, instytucjami jak wprowadzić pieniądze do systemu. Inaczej nie przetrwamy, a nasi pracownicy stracą miejsca pracy. Czynnik czasu jest kluczowy. Jako pracodawcy i przedsiębiorcy walczymy o miejsca pracy, o zachowanie płynności finansowej, a w długiej perspektywie o powrót do względnej stabilizacji ciągłości biznesu. Mamy świadomość, że wszyscy będziemy przeżywać ciężkie chwile, bo pieniędzy za chwilę po prostu zabraknie. A to w pierwszej kolejności oznacza upadek najmniejszych przedsiębiorstw” – podsumowuje Zarząd ZPPHiU.
Polski parlament przegłosował pakiet projektów zmian dotychczasowych ustaw oraz wprowadzenia nowych przepisów, które składają się na tarczę antykryzysową. Niestety większość z nich nie rozwiązuje problemów branży gastronomicznej. Maciej Kotecki, pomysłodawca inicjatywy łączącej sektor oraz założyciel Stowarzyszenia „Przyszłość dla Gastronomii” komentuje wybrane rozwiązania istotne z punktu widzenia sektora.
Zwolnienie mikrofirm do 9 osób ze składek do ZUS przez 3 miesiące. Na rynku gastronomicznym mikrofirmy przeważają pod kątem ilościowym, jednak to małe i średnie przedsiębiorstwa generują największe zatrudnienie. Proponowane przez rząd rozwiązanie zwiększy bezrobocie. Wspomniany zapis nie rozwiązuje też problemów całego łańcucha dostaw.
Dofinansowanie wynagrodzeń pracowników.Są tu dwa przypadki. Pierwszym jest propozycja oparta o ustawę związaną z przestojem ekonomicznym – uproszczenie jej (2 miesiące spadków o co najmniej 15% lub 1 miesiąc o co najmniej 25%) daje możliwość szybszego wprowadzenia postojowego. Drugim jest możliwość wprowadzenia zmiany wymiaru czasu pracy poprzez jego obniżenie o 20%. Propozycja jest korzystniejsza niż poprzednie ustawy, ale maksymalne proponowane stawki dopłat z tytułu wynagrodzenia są zdecydowanie za niskie i odnoszą się do wynagrodzenia minimalnego lub średniej krajowej, a nie średniej wynagrodzenia pracownika – wskazuje Maciej Kotecki, Prezes Stalgast oraz założyciel Stowarzyszenia „Przyszłość dla Gastronomii”.
Rozliczenie całej tegorocznej straty w przyszłym roku. Umożliwienie rozliczenia straty z 2020 roku od zysku z 2019 roku będzie pomagało głównie dużym graczom na rynku restauracyjnym, dostawcom oraz dystrybucji. Niestety jak wszyscy wiem punkty gastronomiczne w większości osiągają dość słabe wyniki i efektywnie dużej pomocy z tego tytułu nie uzyskają. Trzeba zaznaczyć również, że jest to pomoc mocno odroczona czasowo.
Polityka nowej szansy. Pomoc dla małych i średnich firm, które przechodzą restrukturyzację oraz ułatwienie im ponownego rozpoczęcia działalności. Ustawa ta jeszcze nie została poddana pod głosowanie. Niestety oparta jest o formułę bazującą na EBIT, który w przypadku mikro i małych punktów gastronomicznych zwykle jest na niskim poziomie, tak więc będzie ratowała tylko nielicznych, którzy już wcześniej myśleli o pożyczkach i tak też kreowali swoje sprawozdania finansowe.
Propozycja na poziomie 10% PKB jest dość niską propozycją w stosunku do innych państw europejskich, dla przykładu Niemcy przeznaczyli 28,5%, Włosi 21,5%, Czesi 18%. W wielu przypadkach jest to dopiero początek. Mając świadomość jak istotne rolę pełnią przedsiębiorstwa we wzroście gospodarczym, priorytetem powinno być ich ratowanie – podsumowuje Maciej Kotecki, Prezes Stalgast oraz założyciel Stowarzyszenia „Przyszłość dla Gastronomii”.
Specjalny portal unicef-koronawirus.pl jest źródłem wiarygodnych informacji dla wszystkich, którzy szukają wiedzy na temat koronawirusa i wywoływanej przez niego choroby COVID-19. Na stronie znajdują się także praktyczne porady dla rodziców, nauczycieli i uczniów o tym, jak radzić sobie w czasie pandemii.
Na całym świecie potwierdzono już ponad 750 tysięcy przypadków zakażenia koronawirusem, a niemal 37 tysięcy osób zmarło. W kilka miesięcy COVID-19 zmienił życie milionów dzieci i ich rodzin. Informacje o chorobie docierają do nas ze wszystkich stron, a zakażenie koronawirusem może stanowić zagrożenie dla każdego z nas. Wiadomości te często budzą w nas lęk.
Wiele osób szuka rzetelnych informacji, aby dowiedzieć się, jak chronić siebie i swoich najbliższych przed zakażeniem. Niestety w Internecie znajdziemy mnóstwo nieprawdziwych informacji na temat koronawirusa. Dlatego uruchomiliśmy portal unicef-koronawirus.pl, gdzie każdy znajdzie rzetelne i wiarygodne informacje poparte najnowszymi dowodami naukowymi, mówi Marek Krupiński, Dyrektor Generalny UNICEF Polska.
Na stronie można znaleźć praktyczne informacje na temat koronawirusa, treści edukacyjne, psychologiczne, a także aktualności ze świata związane z COVID-19. Na portalu jest również sekcja z najczęściej zadawanymi pytaniami oraz materiały dla mediów. Wkrótce na stronie pojawią się także artykuły na temat możliwych sposobów spędzania czasu pod hasłem #zostańwdomu. UNICEF wraz z organizacjami partnerskimi robi wszystko, aby walczyć z dezinformacją, która może prowadzić do paraliżującego strachu czy stygmatyzacji. Pojawiające się w Internecie zalecenia jakoby np. unikanie jedzenia lodów i innych zimnych posiłków miało uchronić przed chorobą, jest oczywiście nieprawdą.
UNICEF globalnie współpracuje z ekspertami z dziedziny zdrowia publicznego, psychologii czy edukacji, aby dostarczyć sprawdzonych informacji i wskazówek, które mogą pomóc w czasie pandemii. Organizacja działa już od ponad 73 lat i jest obecna w 190 krajach świata niosąc wsparcie dzieciom i ich rodzinom.
W tych niecodziennych warunkach, w jakich przyszło nam funkcjonować, warto się wspierać i przekazywać wiarygodne informacje.Strona unicef-koronawirus.pl będzie regularnie aktualizowana o nowe wskazówki czy wytyczne, które pomogą rodzicom, uczniom, nauczycielom i nam wszystkim przetrwać trudny czas pandemii. Zachęcam do wejścia na stronę i korzystania z tych wartościowych treści, dodaje Marek Krupiński. Wiarygodna informacja o koronawirusie jest kluczowa dla ochrony naszej i naszych najbliższych przed zakażeniem.
Grupa Warta przekaże 10 milionów złotych na wsparcie walki z epidemią COVID-19. Firma wykorzysta na ten cel, m.in. środki, które miały być przeznaczone na kampanię jubileuszową z okazji 100-lecia działalności. W ramach działań Spółka wesprze szpitale zakaźne pomagające Polakom w czasie epidemii, a także uruchamia akcję Zostań w domu i pomagaj. Zakłada ona, że część składki ze sprzedaży zdalnej zostanie przeznaczona na lokalne działania w ramach walki z epidemią.
W związku z rozprzestrzenianiem się wirusa COVID-19 Warta rezygnuje z kampanii reklamowej z okazji 100-lecia firmy na rzecz wsparcia działań, których celem będzie pomoc dla społeczeństwa w ramach walki z epidemią.
– W obliczu wielkiego wyzwania przed jakim wszyscy stanęliśmy Warta dołącza do szerokiej koalicji ludzi, firm i instytucji wspierających walkę z koronawirusem. Jesteśmy w sytuacji, gdy solidarność i odpowiedzialność społeczna jest najważniejsza. Dlatego też chcemy skierować nasze działania nie tylko do jednej wybranej grupy, ale szeroko – aby przeciwdziałać wszelkim skutkom wirusa, również społecznym i psychologicznym. Zadaniem ubezpieczycieli, w tym Warty, jest pomagać – i to właśnie staramy się robić w przemyślany i punktowy sposób. Chcemy, aby nasza pomoc trafiła bezpośrednio tam, gdzie jest obecnie najbardziej potrzebna, w tym także do społeczności lokalnych – mówi Jarosław Parkot, Prezes Zarządu Warty.
W ramach przeznaczonej kwoty 10 milionów złotych Grupa Warta przekaże połowę tych środków szpitalom, które są na pierwszej linii frontu walki ze skutkami koronawirusa. Środki finansowe zostaną rozdzielone pomiędzy wybrane placówki zakaźne. W ten sposób Warta zamierza wspomóc te miejsca, gdzie pomoc w danej chwili jest najbardziej potrzebna.
W aktywną pomoc Warta angażuje także swoich agentów. W ramach akcji Zostań w domu
i pomagaj od każdej zawartej polisy firma przekaże część składki na działania związane z walką z epidemią COVID-19. Kwota wsparcia może łącznie wynieść nawet 5 milionów złotych. W myśl hasła „Zostań w domu” agenci Warty, pracujący obecnie w trybie zdalnym, również aktywnie włączą się w działania dla swojej najbliższej społeczności. To oni, znając dobrze potrzeby w swoim otoczeniu, zarekomendują lokalne organizacje, które wymagają wsparcia w walce z koronawirusem. Całkowita pomoc zostanie równo podzielona na poszczególne województwa i przekazana zgodnie z rekomendacją agentów.
– Dziś ludzie potrzebują działań, które ich wzmocnią, pomogą budować wspólnotę i poczucie solidarności. Szukają pozytywnych wzorców i codziennych bohaterów, którzy dadzą im nadzieję. To oczywiste, że w tych trudnych chwilach powinniśmy być razem i działać wspólnie. Dlatego nasi agenci będą mieli realny wpływ na to, jak środki zostaną wykorzystane. Wierzymy, że chętnie włączą się w akcję i będąc blisko swoich społeczności pomogą nam wybrać obszary wymagające bezpośredniego wsparcia. Chcemy w ten sposób, aby każdy z naszych agentów miał możliwość zaangażowania się i wniósł swój wkład w niesioną pomoc – dodaje Jarosław Parkot.
Jeszcze w lutym firma CCC prognozowała wzrost rynku obuwniczego w tym roku na 3–4 proc. Dziś wiadomo, że trudno będzie utrzymać to tempo, ponieważ sklepy stacjonarne, które od ponad dwóch tygodni pozostają zamknięte, odpowiadały dotąd za 70 proc. sprzedaży. W tym czasie znacząco wzrósł jednak ruch w kanale online. Ten trend może się utrzymać także po opanowaniu pandemii i w znacznym stopniu może wpłynąć na rynek. Podobnie jak zmiany pogodowe, ekologia oraz globalizacja trendów modowych.
– Część z konsumentów dotychczas niewykorzystująca cyfrowych kanałów do zakupów obuwia może się do nich trwale przekonać. Jako największy podmiot na rynku sprzedaży obuwia online widzimy silny wzrost sprzedaży w kanałach cyfrowych de facto od pierwszego dnia zamknięcia sklepów stacjonarnych, niemniej jednak trudno na dziś ocenić, na ile ten wzrost jest stały – mówi agencji Newseria Biznes Szymon Filipczak, head of strategy CCC.
Jak podkreśla, funkcjonowanie w tych nowych, nadzwyczajnych warunkach jest dużym wyzwaniem również dla firm z branży obuwniczej, które muszą działać przy ograniczonym dopływie gotówki z bieżącej sprzedaży.
– Należy na to nałożyć także sytuację makroekonomiczną i scenariusze wyhamowania wzrostu gospodarczego w najbliższych kwartałach. Spodziewamy się, że może to implikować przesuwanie się popytu konsumenckiego w kierunku niższych półek cenowych, co akurat jako CCC bardzo dobrze adresujemy – zapewnia Szymon Filipczak.
To oznacza, że prognozowany jeszcze w lutym przez spółkę wzrost rynku o kilka procent będzie trudny do utrzymania. W ostatnich latach nie było z tym problemów, bo rynek rozwijał się w tempie szybszym niż krajowa gospodarka.
W ostatnich latach zaszło na tym rynku wiele zmian. Jedną z nich jest rosnący udział kanału online, widoczny wyraźnie już od kilku kwartałów. Tego trendu sytuacja z koronawirusem nie odwróci, a wręcz przeciwnie, może nawet wzmocnić.
– Rynek zmienia się wraz z rosnącymi oczekiwaniami klientów w zakresie dostępności oferty, a więc wielokanałowości. Konsumenci oczekują dziś możliwości dokonywania zakupów w każdym momencie – mówi przedstawiciel CCC .
Jak podkreślił Szymon Filipczak podczas wywiadu realizowanego jeszcze przed wybuchem pandemii, kolejny istotny trend zauważalny na rynku ma związek z globalizacją i bardzo szybkim rozprzestrzenianiem się trendów modowych.
– Konsument oczekuje dziś przede wszystkim wygody, co obrazuje bardzo szybko rosnący segment obuwia sportowego. To w tej chwili najszybciej rosnący segment rynku – zarówno w Polsce, jak i w Europie. Ten trend nazywamy sneakeryzacją czy casualizacją. Obserwujemy go na ulicy czy w biurach – wszyscy odchodzimy dziś od stricte formalnego ubioru i obuwia na rzecz luźniejszego stylu – mówi ekspert CCC.
Polski konsument staje się coraz bardziej wymagający. Obok ceny, która nie jest już jedynym kryterium zakupowym, liczy się dla niego także jakość, dostępność produktu i zgodność z najnowszymi trendami w modzie.
– W różnych częściach świata preferencje klientów oczywiście się różnią. Dla przykładu, w regionie Zatoki Perskiej i Bliskiego Wschodu oferta letnia dominuje przez cały rok. W Europie Zachodniej klienci z kolei kładą duży nacisk na obuwie klasyczne, komfortowe. Projektanci kolekcji damskich na rynkach zachodnioeuropejskich częściej kierują się wygodą, klientki wybierają więc niższe szpilki niż kobiety w Europie Środkowo-Wschodniej. Jednak mamy przy tym pewne trendy ponadregionalne – jednym z nich jest właśnie szybki rozwój segmentu obuwia sportowego, obserwujemy go na wszystkich rynkach, na których jesteśmy obecni – mówi Szymon Filipczak.
W ostatnich latach czynnikiem, który wpływa na rynek obuwniczy, są też zmiany klimatyczne. Ze względu na cieplejsze temperatury i brak śnieżnych zim obuwie zimowe staje się mniej potrzebne, rośnie za to segment obuwia całorocznego.
– Zmiany klimatyczne prowadzą do wypłaszczania się sezonów pogodowych. Nie obserwujemy już tak śnieżnych zim, w tym roku na palcach jednej dłoni można policzyć dni, w których padał śnieg. Stąd też zmieniają się preferencje i oczekiwania konsumentów. Na ulicach widzimy, że część osób praktycznie przez całą zimę chodziła w obuwiu wiosennym. Równocześnie widzimy, że bardzo szybko rośnie właśnie segment obuwia sportowego – mówi ekspert CCC.
Rosnącego znaczenia w branży obuwniczej nabiera też ekologia. Konsumenci przywiązują coraz większą wagę do tego, z jakich materiałów – i jakiego pochodzenia – to obuwie jest wykonane. Grupa CCC zamierza w nadchodzących latach kłaść mocniejszy akcent na ten segment rynku.
– Widzimy rosnącą świadomość w zakresie produktów ekologicznych, rosną oczekiwania klientów związane z ochroną środowiska. Stąd jako Grupa CCC mamy już w ofercie produkty z odpowiednimi certyfikatami skór ekologicznych, chociażby linię Lasocki Kids. W tym roku planujemy poszerzenie tej oferty o kolejne linie produktowe. W tym roku pojawią się w niej właśnie produkty z linii eko – mówi Szymon Filipczak.
– Zależy nam, żeby konsumenci, którzy ze względu na koronawirusa są w trudnej sytuacji, mogli przetrwać ten czas bez dodatkowych problemów i bez pułapki zadłużenia – podkreśla Tomasz Chróstny, prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Podpisana przez prezydenta tarcza antykryzysowa umożliwia obniżenie rocznego limitu dla pożyczek udzielanych na więcej niż 30 dni z obecnych 55 proc. do 21 proc. Łączne maksymalne koszty kredytowania bez względu na czas trwania umowy mają zmaleć ze 100 do 45 proc.
– Wsparcie kredyto- i pożyczkobiorców w czasie pandemii koronawirusa odbywa się w dwóch formach. Z jednej strony to samoregulacja i rozwiązania wypracowane pod patronatem prezydenta Andrzeja Dudy wraz z bankami, a z drugiej strony to nasze propozycje rozwiązań w tarczy antykryzysowej – przypomina w rozmowie z agencją Newseria Biznes Tomasz Chróstny, prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.
Osoby, które w wyniku pandemii koronawirusa utraciły znaczną część dochodów, mogą liczyć na wsparcie w spłacie zobowiązań kredytowych. W podpisanej we wtorek przez prezydenta tarczy antykryzysowej znalazły się m.in. przepisy, których wprowadzenie postulował UOKiK. Nowe przepisy zakładają obniżenie limitu dla pożyczek udzielanych na mniej niż 30 dni do maksymalnie 5 proc.
– Jeżeli ktoś zaciąga pożyczkę na 1 tys. zł, to koszty związane z opłatami i prowizjami wynoszą około 250 zł. Po naszej propozycji wyniosą jedynie 50 zł – wylicza Tomasz Chróstny.
W przypadku pożyczek trwających 30 dni i dłużej poziom kosztów będzie mógł wynosić od 15 proc. plus 6 proc. za każdy rok trwania pożyczki, czyli np. przy pożyczce udzielonej na rok – nie więcej niż 21 proc. Oznacza to, że koszty spadną o połowę, dotychczas limity sięgały 55 proc. (25 proc. kosztów stałych plus 30 proc. uzależnionych od długości kredytu). Dodatkowo, dzięki nowym przepisom, niezależnie od długości trwania pożyczki, poziom kosztów pozaodsetkowych nie może przekroczyć 45 proc.
– Zależy nam, żeby konsumenci, którzy są w szczególnie trudnej sytuacji, mogli przetrwać ten czas bez dodatkowych problemów i bez pułapki zadłużenia, w której niestety mogą się znaleźć. To czas solidarności, kiedy rzeczywiście musimy postawić na uczciwość. Od instytucji finansowych również oczekujemy tej odpowiedzialnej postawy – podkreśla prezes UOKiK.
Jak zaznacza, nowe przepisy będą mieć zastosowanie dopiero do nowo zaciągniętych kredytów i pożyczek.
– W przypadku wcześniejszych produktów koszty związane z opłatami, prowizjami najczęściej już zostały pobrane – wskazuje Tomasz Chróstny.
W takiej sytuacji kredytobiorcy mogą skorzystać z tzw. wakacji bankowych. To możliwość zawieszenia spłaty całości bądź części zobowiązań przez okres trzech, a w niektórych bankach nawet sześciu miesięcy, a z rozwiązania mogą skorzystać zarówno klienci indywidualni, jak i przedsiębiorcy z sektora MŚP.
– To rozwiązanie bez wątpienia prokonsumenckie. Jednak pamiętajmy o tym, że nie jest bezkosztowe. Odsetki czy dodatkowe opłaty towarzyszące to elementy, z którymi powinien się liczyć konsument, obok wydłużonego terminu spłaty bądź wyższych rat w przyszłości. Zwracajmy uwagę na to, co nam oferuje bank, jakie są zapisy aneksów – radzi prezes UOKiK.
Jak podaje Związek Banków Polskich, do 30 marca możliwość odnawiania, wydłużania lub udzielania nowych kredytów z antykryzysowym zabezpieczeniem spłat oferowało 18 banków komercyjnych oraz zrzeszenia banków spółdzielczych BPS i SGB. Z danych ZBP wynika, że klienci indywidualni już złożyli ok. 200 tys. wniosków o wakacje kredytowe, a o zmianę warunków finansowania zawnioskowało nieco ponad 10 tys. firm.
– Banki nie są instytucjami pożytku publicznego, to jest biznes. Zachęcamy, żeby rozwiązania banków były prokonsumenckie. Pamiętajmy jednak, że jest to związane również z odsetkami, które mogą w tym czasie być przez nas płacone, z dodatkowymi opłatami, ale przede wszystkim w dłuższym czasie. Jeżeli nie musimy wcale z nich korzystać, wówczas nie ponosimy dodatkowych kosztów związanych z prolongatą – zaznacza Tomasz Chróstny.
Nad szczepionką przeciwkoSARS-CoV-2 pracuje wiele prywatnych firm farmaceutycznych i biotechnologicznych oraz ośrodków badawczych na świecie. W laboratoriach trwają testy co najmniej kilkunastu eksperymentalnych preparatów. Mimo przyspieszonego tempa prac szczepionka będzie dostępna za minimum kilkanaście miesięcy. Naukowcy podkreślają, że i tak jest to bezprecedensowa sytuacja, ponieważ w normalnych warunkach prace nad szczepionką przeciw koronawirusowi zajęłyby około 10 lat. W wyścig z czasem włączyła się także polska Agencja Badań Medycznych, która prowadzi prace w międzynarodowym konsorcjum.
– Ze względu na wagę problemu cały świat zintensyfikował swoje wysiłki: prace naukowców w laboratoriach i lekarzy w szpitalach, a także działania urzędników zajmujących się dokumentacją rejestracyjną. Obecnie kilkanaście grup badawczych niezależnie od siebie pracuje nad szczepionką. Są one wspierane zarówno przez państwa, jak i prywatnych darczyńców – mówi Aleksandra Mościcka-Strudzińska, koordynator obszaru farmacji i biotechnologii w Narodowym Centrum Badań i Rozwoju.
W połowie marca rozpoczęły się pierwsze testy na ludziach szczepionki przeciwko wirusowi SARS-CoV-2. Opracowana przez naukowców z amerykańskiej firmy Moderna, ma zostać docelowo podana 45 dorosłym zdrowym ochotnikom. Każdy z nich otrzyma dwie dawki w odstępie 28 dni. Jeżeli ten etap zakończy się sukcesem, badania mają zostać rozszerzone na większą liczbę osób, ale zanim szczepionka przejdzie przez fazę testów, procedury i zostanie dopuszczona do masowego stosowania, i tak minie co najmniej rok.
Nad szczepionką przeciwko koronawirusowi pracuje wiele prywatnych firm farmaceutycznych i biotechnologicznych oraz ośrodków badawczych na świecie. W laboratoriach trwają testy co najmniej kilkunastu eksperymentalnych preparatów. Naukowcy podkreślają jednak, że to bezprecedensowa sytuacja, ponieważ w normalnych warunkach praca nad szczepionką przeciw SARS-CoV-2 zajęłaby około 10 lat.
– Nie można z całego procesu opracowywania szczepionki wyeliminować badań klinicznych ani też przeprowadzić badań klinicznych według protokołu, który niepotrzebnie naraziłby ochotników. Zatem – mimo wszystkich wysiłków – musimy się liczyć z tym, że minie minimum kilkanaście miesięcy zanim szczepionka będzie dostępna – mówi Aleksandra Mościcka-Strudzińska.
Ten etap pozwala nabrać pewności, że szczepionka jest bezpieczna, faktycznie działa i powoduje uodpornienie.
– Musimy upewnić się, że nie zaczniemy podawać niemal całej populacji świata preparatu, który da nam fałszywą pewność, że osoby, które go przyjęły, są odporne na zachorowanie na COVID-19 – mówi Aleksandra Mościcka-Strudzińska.
Jak podkreśla, wszystkie trzy fazy badań klinicznych, przez które musi przejść nowa szczepionka, w normalnych warunkach mogą potrwać nawet siedem lat. Jednocześnie szczepionka automatycznie nie wyeliminuje wirusa z populacji – umożliwiłyby to tylko masowe szczepienia, bez odstępstw. Taki proces byłby niezwykle trudny, choć udało się to już raz w 1980 roku, kiedy Światowa Organizacja Zdrowia uznała za zwalczoną ospę prawdziwą.
Nad szczepionką na wirusa SARS-CoV-2 pracuje również m.in. niemiecka spółka biotechnologiczna CureVac, która w połowie marca dostała (w ramach instrumentu InnovFin) od Unii Europejskiej 80 mln euro na kontynuowanie prac. Zdaniem Dietmara Hoppa, który jest właścicielem spółki, jest szansa, aby szczepionka była gotowa jesienią. Według medialnych doniesień – potwierdzonych przez niemiecki rząd i rzecznika tamtejszego resortu zdrowia – wcześniej negocjacje zmierzające do wykupienia CureVac prowadził Donald Trump.
We wrześniu pierwsze testy swojej szczepionki na ludziach planuje rozpocząć amerykański Johnson & Johnson, który zainwestował w badania ok. 1 mld dol. Amerykański koncern zapowiedział, że wyniki testów mogą być znane jeszcze w tym roku, a szczepionka może trafić na rynek na początku 2021 roku. J&J planuje zwiększyć moce produkcyjne, aby do końca przyszłego roku na rynek trafiło już około miliarda szczepionek. Wśród dużych koncernów badania zmierzające do opracowania szczepionki na SARS-CoV-2 prowadzi też m.in. francuskie Sanofi.
W wyścig włączyli się również Polacy. Badania – w partnerstwie z polskimi i międzynarodowymi instytucjami – realizuje Agencja Badań Medycznych. Do współpracy wybrała trzy uznane polskie ośrodki: Sieć Badawczą Łukasiewicz – Instytut Biotechnologii i Antybiotyków wraz z zespołem prof. Marcina Drąga z Politechniki Wrocławskiej, Narodowy Instytut Onkologii w konsorcjum z Instytutem Biochemii i Biofizyki PAN i Warszawskim Uniwersytetem Medycznym oraz Uniwersytet Medyczny we Wrocławiu.
ABM poinformowała, że rozmawia też o współpracy z amerykańskim National Institutes of Health (NIH) i dr. Anthonym S. Faucim, dyrektorem Instytutu Chorób Zakaźnych w Waszyngtonie, oraz z międzynarodowymi uniwersytetami w Europie. Idea opracowywanej szczepionki ma się skupić na połączeniu nanoprzeciwciała z bakteriofagiem.
– W naszym projekcie chcemy wykorzystać nanoprzeciwciało, które umieszczone zostanie na główce bakteriofaga. Będzie ono w stanie rozpoznać wirusa SARS-CoV-2 i uniemożliwi mu wniknięcie do komórek ludzkich. Bakteriofagi są wykorzystywane w terapii od dziesięcioleci i są bezpieczne dla człowieka. Z kolei nanoprzeciwciała są od niedawna testowane jako potencjalne leki. Dotychczas nikt jeszcze nie wykorzystał połączenia bakteriofag – nanoprzeciwciało do walki z wirusami ludzkimi. Jesteśmy pionierami – powiedział cytowany w komunikacie ABM lider projektu, prof. Jan Walewski, dyrektor NIO-PIB.
Jak podkreśla Aleksandra Mościcka-Strudzińska, o potencjale realizacji tego projektu świadczy fakt, że Polacy mają już na tym polu spore sukcesy.
– Warto wspomnieć np. o dwóch projektach badaczek z Gdańska. W ramach naszego programu LIDER dr Ewelina Król opracowała szczepionkę przeciwko wirusowi Zika, a mgr Beata Gromadzka – system NaNoEXpo, który unowocześnia proces produkcji szczepionek nowej generacji – mówi ekspertka NCBiR-u.
Co istotne, szczepionka to w tej chwili jedyna możliwość zwalczenia wirusa SARS-CoV-2, który wywołał globalną pandemię. W odróżnieniu od poprzednika – czyli odpowiedzialnego za zachorowania na SARS wirusa SARS-CoV-1 – osoby zarażone nowym typem koronawirusa mogą być źródłem zakażenia, zanim zaczną mieć objawy choroby. Według NIH, czyli amerykańskiej rządowej agencji badań medycznych, na jedną zdiagnozowaną osobę przypada 5–10 kolejnych, u których zakażenie nie zostało wykryte. Dlatego też do czasu opracowania szczepionki konieczne są zachowanie dystansu w relacjach społecznych i wzmożona higiena.
Urzędy stoją u progu rewolucji związanej z upowszechnieniem się systemów sztucznej inteligencji. Przedstawiciele sektora publicznego inwestują w narzędzia do automatyzacji pracy, które usprawnią wykonywanie najbardziej powtarzalnych czynności oraz uproszczą kontakt z obywatelami. Polskie miasta eksperymentują z inteligentnymi asystentami, a Ministerstwo Finansów wdrożyło Jednolity Plik Kontrolny, który przetwarzany jest za pośrednictwem zaawansowanych algorytmów analitycznych funkcjonujących na pograniczu sztucznej inteligencji.
– Trzeba budować różne zależności, algorytmy, wypracowują się pewne rozwiązania, które później wchodzą w proces automatyczny. Internet rzeczy wchodzi coraz mocniej w nasze życie codzienne: algorytmy pokazują, że ten sprzęt może się uczyć i serwować rozwiązania adekwatne do naszych przyzwyczajeń – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Wojciech Murdzek, sekretarz stanu w Ministerstwie Rozwoju.
W Polsce za opracowanie spójnego programu rozwoju technologii inteligentnych odpowiada Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, które realizuje zapisy dokumentu „Założenia do strategii AI w Polsce Plan działań Ministerstwa Cyfryzacji” opublikowanego w 2018 roku przez Ministerstwo Cyfryzacji. Urzędnicy NCBiR planują aktywnie wspierać ten sektor nowych technologii m.in. za sprawą zarysowania programu systemowego wsparcia dla rozwiązań z zakresu sztucznej inteligencji.
Również Komisja Europejska zdaje sobie sprawę z tego, że stoimy u progu rewolucji technologicznej związanej z upowszechnieniem się systemów SI. W związku z tym rozpoczyna powszechną dyskusję o konieczności wypracowania spójnych wytycznych dotyczących etycznego korzystania ze sztucznej inteligencji. Przedstawiciele KE zachęcają kraje członkowskie do wprowadzenia regulacji prawnych dotyczących wykorzystania technologii autonomicznych. Miałyby one ułatwić i przyspieszyć wdrożenie rozwiązań tego typu na szeroką skalę.
– Ministerstwo Rozwoju jest mocno zaangażowane we wszelkie procesy pozwalające w sposób profesjonalny rozwiązywać problemy, z którymi borykają się przedsiębiorcy, wkraczając w przestrzeń cyfrową. W tej chwili wdrażamy testową wersję cyberbota urzędnika, który po numerze NIP-u odpowie nam słownie: my mówimy do telefonu, a słyszymy komunikat, czy przedsiębiorca jest vatowcem, czy nie. Myślę, że takich przyszłościowych rozwiązań będzie coraz więcej. One mają pomagać nam koncentrować się na tym, co robimy najlepiej w swojej branży, ale też zostawiać więcej przestrzeni np. na czas wolny – przekonuje ekspert.
Autonomiczne boty funkcjonują już na poziomie samorządów. Testuje je m.in. krakowski Urząd Miasta, który opracował wirtualną urzędniczkę. KRKbot powstała w ramach miejskiego hackathonu KrackHack i pomaga mieszkańcom w wyszukiwaniu informacji związanych z obsługą przedsiębiorców. W Gdyni testowano z kolei inteligentny system motywujący urzędników do pracy z uśmiechem na twarzy. Start-up Quantum CX z Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego Gdynia opracował narzędzie, które analizuje wyraz twarzy pracownika i rozpoznaje, kiedy ten uśmiecha się do petenta. Motywacją do uśmiechu były vouchery do sklepów online. W ten sposób sztuczna inteligencja miała wpływać na poprawę podejścia urzędników do obywateli.
Ważną rolę na mapie innowacji z zakresu sztucznej inteligencji może odegrać Wrocław – miasto wybrano jako potencjalnego kandydata do utworzenia w nim Wirtualnego Instytutu Badawczego. Nowa jednostka naukowa powołana w ramach „Polityki Rozwoju Sztucznej Inteligencji w Polsce na lata 2019–2027” ma skupić się na rozwoju projektów związanych z wykorzystaniem systemów autonomicznych. Miasto ma już doświadczenie w realizacji projektów skupionych wokół sztucznej inteligencji – w ramach Wrocław CityLab udostępniono przedstawicielom start-upów infrastrukturę miejską do testowania inteligentnych technologii nowej generacji.
– Chcemy tworzyć rozwiązania praktyczne, które będą rzeczywiście ułatwiały życie i wkraczały w przestrzeń, która pomaga funkcjonować – wskazuje Wojciech Murdzek. – Ta nowoczesność będzie wkraczała w każdą przestrzeń funkcjonowania człowieka.
Według firmy badawczej Grand View Research wartość globalnego rynku sztucznej inteligencji do 2025 roku wzrośnie do 390,9 mld dol. W najbliższych latach ma się rozwijać w tempie 46,2 proc. w skali roku.
Firma ID Logistics odnotowała wzrost sprzedaży o 8,8 proc. (10 proc. like-for-like) do ponad 1,534 mld EUR. Przychód operacyjny wzrósł o 14,2 proc.
Eric Hémar, prezes i dyrektor generalny ID Logistics, skomentował: „Rok 2019 charakteryzował się utrzymywaniem dobrych wyników sprzedażowych i finansowych. Dotyczy to zwłaszcza działalności na rynkach międzynarodowych, gdzie nasza aktywność rozwija się optymalnie, a rentowność wzrasta. Dodatkowo przejęcie w grudniu ub.r. firmy Jagged Peak pozwoliło ID Logistics na rozszerzenie zasięgu geograficznego o Stany Zjednoczone. Ten kierunek rozwoju biznesu umożliwiły nam korzystne warunki, a nowa działalność już przekłada się na pozytywne wyniki”.
UTRZYMANY DUŻY WZROST ORGANICZNY W SPRZEDAŻY O 10 PROC. LIKE-FOR-LIKE
W 2019 roku sprzedaż Grupy ID Logistics wyniosła ponad 1, 534 mld EUR i wzrosła o 8,8 proc. a w ujęciu like-for-like o 10 proc. Dobre wyniki odnotowano we Francji, gdzie sprzedaż wzrosła o 4,2 proc. do 714,7 mln EUR. Dynamicznie wzrosły przychody z działalności Grupy ID Logistics na rynkach międzynarodowych, o 13,1 proc. (15,5 proc. like-for-like) do poziomu 819,5 mln EUR. Po raz kolejny najszybciej rozwijającym się sektorem biznesu był e-commerce, który, po przejęciu amerykańskiej firmy Jagged Peak, stanowi obecnie 20 proc. sprzedaży całej Grupy.
ZNACZĄCY WZROST PRZYCHODU OPERACYJNEGO O 14,2 PROC. DO 54 MLN EUR
W 2019 roku poprawiła się rentowność operacyjna Grupy ID Logistics, mimo kosztów uruchomienia 21 nowych kontraktów. Przychód operacyjny wzrósł o 14,2 proc. do 54 mln EUR w porównaniu z 47,3 mln w 2018 roku. Marża operacyjna Grupy wzrosła o 10 punktów bazowych do 3,5 proc.
We Francji przychód operacyjny spadł do 29 mln EUR, tj. 4,1 proc. sprzedaży, w porównaniu z 33,5 mln EUR i 4,9 proc. w 2018 roku. Przychód z działalności operacyjnej Grupy ID Logistics na rynkach międzynarodowych wzrósł do 25 mln EUR, co stanowi marżę 3,1 proc. w porównaniu z 13,8 mln EUR i 1,9 proc. w 2018 r. Na poprawę marży wpłynął wzrost wydajności w latach 2017 i 2018 oraz podjęcie konkretnych działań, jak zamknięcie działalności w RPA. Rozpoczęta w grudniu ub.r. konsolidacja Jagged Peak w ramach Grupy ID Logistics daje już pierwsze pozytywne wyniki.
NIEWIELKI WZROST DOCHODU NETTO
W 2019 r. skonsolidowany zysk netto Grupy ID Logistics wyniósł 16,9 mln EUR, w porównaniu z 28,7 mln EUR w 2018. Na jego wysokość wpłynęły m.in. wydatki długoterminowe w wysokości 7,3 mln EUR, związane z nabyciem firmy Jagged Peak (4 mln EUR) oraz zamknięciem działalności w RPA (3,3 mln EUR).
WCIĄŻ WYSOKA ZDOLNOŚĆ INWESTYCYJNA PO PRZEJĘCIU JAGGED PEAK
W 2019 r. Grupa ID Logistics, odpowiadając na potrzeby klientów, zainwestowała 60,8 mln EUR w mechanizację i automatyzację procesów magazynowych. Jednak w porównaniu z pierwszym półroczem kwota inwestycji w drugiej połowie roku znacznie się zmniejszyła. W odniesieniu do sprzedaży nakłady inwestycyjne były nieco niższe niż wskaźnik obserwowany w 2018 r. (4 proc. wobec 4,2 proc.). Na bieżące przepływy pieniężne miała też wpływ cena i całkowite koszty przejęcia Jagged Peak, które wyniosły 17,2 mln EURecna sytuacja finansowa Grupy ID Logistics zapewnia jej zdolność inwestycyjną.
PERSPEKTYWY ROZWOJU BIZNESU
W 2020 r. Grupa ID Logistics przewiduje rozpoczęcie ok. 15 nowych projektów. Na działalność firmy korzystny wpływ będzie mieć spodziewany wzrost produktywności projektów rozpoczętych w 2019 roku, przejęcie Jagged Peak oraz realizacja przyjętych wcześniej planów. Grupa ID Logistics będzie nadal umacniać pozycję lidera w obsłudze sektora e-commerce, w którym już teraz jest uznawana za jednego z wiodących graczy.
Obecnie trudno jest przewidzieć i oszacować wpływ epidemii koronawirusa (COVID-19). ID Logistics uważnie i regularnie monitoruje rozwój sytuacji i jej wpływ na klientów oraz organizację. Firma podjęła środki zapobiegawcze i wdraża odpowiednie procedury we wszystkich oddziałach na świecie. Trzeba podkreślić, że Grupa ID Logistics w każdym z krajów, w których jest obecna, świadczy usługi na rynku wewnętrznym, nie korzystając ze spedycji międzynarodowej. Blisko 40 proc. działalności Grupy stanowi obsługa firm specjalizujących się w sprzedaży detalicznej żywności, wyrobów farmaceutycznych&środków higieny osobistej, 20 proc. stanowi e-commerce. Do tej pory te dwa sektory zachowały wysoki poziom aktywności. Na początku marca 2020 r. Grupa ID Logistics zakończyła refinansowanie swojego zadłużenia (przejęcia i instrumenty finansowe), dlatego też nie jest narażona na ewentualne zaostrzenie warunków kredytowych związanych z sytuacją gospodarczą.
Z powodu pandemii Covid-19 globalna sprzedaż osobistych dóbr luksusowych, takich jak odzież, torebki czy biżuteria spadła w pierwszym kwartale 2020 roku o 25-30 proc. w porównaniu do roku ubiegłego, wynika z szacunków ekspertów Bain & Company sporządzonych w oparciu o dane handlowe i przewidywania czołowych producentów na świecie.
Załamanie rynku rozpoczęło się wraz z pogłębianiem się kryzysu w Chinach, które odpowiadają za 35 proc. globalnej sprzedaży towarów luksusowych i gdzie niemal wszyscy producenci z powodu epidemii zmuszeni byli czasowo zamknąć sklepy lub ograniczyć ich godziny pracy. Sytuacja pogorszyła się jeszcze bardziej, gdy wirus dotarł do Włoch, gdzie siedzibę ma wiele luksusowych marek oraz ich poddostawców.
Zdaniem ekspertów Bain & Company wartość globalnego rynku towarów luksusowych w całym 2020 roku zdecydowanie spadnie w porównaniu z rokiem ubiegłym, kiedy to wyniosła ponad 280 mld euro. Skala spadku będzie zależeć od tego, jak szybko uda się opanować pandemię i jak silny będzie jej wpływ na światową gospodarkę. W oparciu o dane z końca marca Bain & Company przygotował trzy scenariusze rozwoju sytuacji, według których w tym roku wartość rynku może uszczuplić się o między 15–35 proc.
– Rynek towarów luksusowych doświadczył już wielu kryzysów, ale obecna sytuacja wydaje się o wiele bardziej poważna. Dla porównania, podczas epidemii SARS w 2002-2003 branża nie była aż w takim stopniu zależna od popytu z Chin jak dziś, zaś w czasie kryzysu finansowego w latach 2008-2009 coraz zamożniejsi obywatele Chin nie zaprzestali zakupów dóbr luksusowych– powiedziała Katarzyna Wal, menedżer w Bain & Company w Warszawie.
W najbardziej optymistycznym scenariuszu zakładającym, że do odbicia na rynku dojdzie już w drugim kwartale, globalny rynek dóbr luksusowych skurczy się w tym roku o 15-18 proc. Nieco mniej optymistyczny scenariusz zakłada, że spadek będzie utrzymywał się do czwartego kwartału, co oznacza, że cały 2020 rok będzie gorszy od poprzedniego o 22-25 proc., co oznacza spadek sprzedaży o 60-70 mld euro. W najbardziej pesymistycznym – spadek może sięgnąć 30-35 proc., szacują eksperci Bain & Company.
– Rozprzestrzenianie się koronawirusa ma olbrzymi wpływ na rynek towarów luksusowych i jest ogromnym wyzwaniem dla całej branży. Optymizm konsumentów i skłonność do zakupów gwałtownie osłabły, co ma związek z obawami o zatrudnienie i kondycję gospodarki oraz przekłada się na słabszy popyt – powiedział Jacek Poświata, partner zarządzający Bain & Company Poland/CEE. – Widzimy to również w Polsce, np. wśród producentów biżuterii.
Zdaniem ekspertów Bain & Company producenci dóbr luksusowych powinni skoncentrować się na łagodzeniu wpływu epidemii na swoją działalność biznesową i przygotowywaniu się do odbicia rynku. Obecnie najważniejsze jest, aby firmy skoncentrowały się na zapewnieniu bezpieczeństwa pracownikom, klientom i kontrahentom. W komunikacji wewnętrznej i zewnętrznej powinny stawiać na empatię oraz w razie możliwości angażować się w walkę z Covid-19. Istotna jest stabilizacja finansów i działalności operacyjnej w krótkim terminie. Wiąże się to z odłożeniem niestrategicznych inwestycji, zrewidowaniem planów otwarć nowych salonów w krajach dotkniętych pandemią, dokonaniu przesunięć w budżetach promocyjnych z reklamy zewnętrznej do mobilnej, optymalizacją kosztów i kapitału obrotowego na bieżący sezon (na przykład poprzez realokację zapasów), otwieraniem magazynów tymczasowych lub zmianą harmonogramów produkcji. Łańcuch dostaw powinien działać w trybie kryzysowym, uwzględniając awaryjne rozwiązania.
Już przed wybuchem pandemii branża luksusowa przechodziła fundamentalne zmiany, mierząc się ze zmieniającymi się preferencjami klientów. Obecna sytuacja powinna być dodatkowym impulsem do przebudowania modeli zarządzania na bardziej zwinne, a także do szerszego wykorzystania rozwiązań cyfrowych i rozwoju sprzedaży dóbr luksusowych w modelu omnichannel.
Rating krótkoterminowy Polski został zmieniony na średni (2) z niskiego (1). Średnioterminowa ocena ryzyka Polski pozostanie na poziomie BB.
Światowy lider na rynku ubezpieczeń należności handlowych obniżył również ratingi 126 sektorów, m.in. motoryzacyjnego, transportowego, elektronicznego i detalicznego, w wielu krajach
Osłabiona przez liczne czynniki niepewności (brexit, napięcia handlowe, terminy wyborcze) globalna gospodarka stoi teraz przed nowym wyzwaniem: pandemią Covid-19. Z jednej strony jesteśmy świadkami ogromnych kosztów społecznych, z drugiej powoduje ona straty w przedsiębiorstwach na całym świecie, przerywając łańcuchy dostaw i operacje biznesowe, oddziałując na zaufanie gospodarstw domowych i rynku, oraz poważnie ograniczając handel międzynarodowy.
Zdaniem ekspertów Euler Hermes światowy wzrost gospodarczy w 2020 r. odnotuje silne spowolnienie, osiągając tylko +0.5% (+2.5% w 2019 r.). Jednocześnie handel międzynarodowy w tym roku skurczy się do poziomu -4.5%. W rezultacie znacząco wzrośnie ryzyko braku spłaty należności, wobec czego Euler Hermes przewiduje zwiększenie liczby upadłości o +14% w 2020 r. W tym osłabionym, międzynarodowym otoczeniu poważnie ucierpi wiele krajów i sektorów.
Ryzyka kraju – kompas do przewidywania ryzyk „nagłego zatrzymania” (brutalnego przerwania przepływów kapitału)
Raz na kwartał, Euler Hermes publikuje swoje ratingi ryzyka krajów i sektorów w celu pomiaru rozwoju ryzyka braku płatności należności handlowych. Monitorujemy i oceniamy kwartalnie łącznie 242 kraje i 18 sektorów poprzez stałe śledzenie czterdziestu krótko- i długoterminowych wskaźników gospodarczych i finansowych. Opóźnienia w płatnościach w Argentynie i Libanie w ostatnich kilku miesiącach potwierdzają konieczność modelu ryzyka kraju w celu pomiaru podatności, które kryzys, taki jak epidemia Covid-19, może wyeksponować.
W pierwszym kwartale 2020 r. Euler Hermes obniżył ocenę 18 krajów: Ekwadoru, Tajlandii, Indonezji, Indii, Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Kuwejtu, Maroka, Kenii, Ghany, Mauritiusu, Republiki Czeskiej, Polski, Rumunii, Irlandii, Słowacji i Litwy. Lista ta obejmuje zarówno gospodarki rozwinięte, jak i gospodarki rozwijające się. Na przykład, Brazylia płaci bardzo wysoką cenę w tym globalnym kryzysie gospodarczym i zdrowotnym, mimo początkowych nadziei, że dynamiczne reformy przyspieszą wzrost. Podobnie Japonia, która była w trudnej sytuacji już na początku 2020 r. po kilku wstrząsach zeszłej jesieni, teraz dostrzega, że jej słabości zaostrzyły się wraz pandemią Covid-19. Na liście są również Indie, kraj który mierzył się już z licznymi strukturalnymi i cyklicznymi wyzwaniami, a które teraz są wzmacniane przez bieżącą sytuację.
„Widoczne i możliwe konsekwencje pandemii Covid-19 są zintegrowane w naszej analizie ryzyka kraju. Nadal zwracamy uwagę na sytuację innych rozwiniętych krajów, zwłaszcza Francji, Niemiec, Hiszpanii i Stanów Zjednoczonych. Te kraje posiadają niezbędne środki do ochrony swoich przedsiębiorstw, ale ich sytuacja może szybko stać bardziej skomplikowana, jeżeli ich działania izolacyjne i zamrożenie ich gospodarek potrwają dłużej” – ostrzega Ludovic Subran, Główny Ekonomista Euler Hermes i Allianz.
Rating krótkoterminowy Polski został zmieniony
Wzrost gospodarczy w Polsce spowolnił już w ciągu 2019 roku, do +3,2% w IV kwartale z +4,8% w I kwartale. Znacznie wyhamowała aktywność inwestycyjna i wzrost popytu zewnętrznego. A w 2020 r. kryzys Covid-19 uderzył i uderzy w cykl koniunkturalny w Polsce różnymi kanałami, w szczególności poprzez zakłócenie łańcuchów dostaw, spadek eksportu i wprowadzone środki ograniczające (m.in. zamknięcie dużej części handlu, usług, utrudnienie transportu etc.). Ekonomiści Euler Hermes spodziewają się słabego pierwszego kwartału i znacznego spadku w drugim kwartale, a następnie umiarkowanego ożywienia w drugim półroczu. Prognozuje się, że wzrost PKB Polski w całym roku 2020 wyniesie w najlepszym razie +1,0% (po korekcie w dół z +3,1% w grudniu 2019 r.). Ogłoszono uruchomienie bardzo dużych bodźców fiskalnych (równowartość 9% PKB), ale jeśli zostaną w pełni wdrożone, znacznie zwiększą deficyt budżetowy i dług publiczny. Dostępność zewnętrznego finansowania dla rządu i przedsiębiorstw może być w związku z tym trudna i/lub kosztowna. Euler Hermes spodziewa się, że w 2020 r. liczba bankructw przedsiębiorstw wzrośnie. W związku z tym rating krótkoterminowy Polski został zmieniony na średni (2) z niskiego (1). Średnioterminowa ocena ryzyka Polski pozostanie na poziomie BB.
Rekordowa liczba zmian ratingach sektorów od uruchomienia metodologii
Euler Hermes obniżył ratingi ryzyka 126 sektorów na całym świecie. To nowy historyczny poziom, nigdy wcześniej nienotowany. Poprzedni rekord pochodził z I kw. 2016 r., kiedy zostały obniżone ratingi ryzyka łącznie 70 sektorów. Ważne jest, aby podkreślić, że w 60% przypadków zmiany te prowadziły do obniżenia ratingu sektora z poziomu „ryzyka umiarkowanego” do poziomu „ryzyka wysokiego”. Te dwie oceny potwierdzają, że światowa gospodarka i przedsiębiorstwa przechodzą przez bezprecedensowy, wyjątkowo skomplikowany i niepewny czas.
Najbardziej dotknięty został sektor motoryzacyjny. Euler Hermes obniżył jego ocenę w 26 krajach. Po nim następuje sektor transportowy (ocena obniżona w 21 krajach), elektroniczny (14) i detaliczny (12). Farmaceutyki oraz oprogramowanie i technologia informacyjna to dwa najbardziej odporne sektory. Z perspektywy regionalnej największa liczba przypadków obniżenia ratingu sektorów dotyczy Europy Zachodniej (52 przypadki), następnie regionu Azji i Pacyfiku (29) oraz Europy Środkowej i Wschodniej (24).
Jedną z kluczowych powinności spoczywających na podmiotach będących administratorami danych osobowych stanowi na gruncie RODO obowiązek informacyjny przewidziany przez art. 12-14 Rozporządzenia. Jego istotą jest przekazanie szeregu wskazanych przez przepisy informacji dotyczących przetwarzania danych określonej osoby. W wielu okolicznościach realizacja tej czynności może być dla ADO problematyczna. Jednak, czy w każdym przypadku jest ona bezwzględnie wymagana?
Informacyjne prawo i obowiązek
Najpowszechniejszą formą, za pośrednictwem której administratorzy spełniają obowiązek informacyjny, jest przekazanie osobom, których dane dotyczą, klauzuli informacyjnej, obejmującej obligatoryjne elementy wskazane w art. 13 oraz 14 RODO. Do najistotniejszych należą tożsamość oraz dane kontaktowe administratora, cele i podstawy prawne przetwarzania danych, jego okres, a także odbiorcy danych. W rzeczywistości wskutek powyższego od niemal dwóch lat obowiązywania ogólnego rozporządzenia o ochronie danych informacje te bombardują nas przy niemal każdej czynności podejmowanej w internecie czy też poza nim.
Dane pozyskane niebezpośrednio od osoby, której dotyczą
Analizując przedmiotowe zagadnienie, nie sposób pominąć faktu, iż europejski ustawodawca nie bez powodu wyodrębnił dwa przepisy regulujące kwestię spoczywającego na administratorach obowiązku informacyjnego. Mianowicie art. 13 odnosi się do sytuacji, gdy dane pozyskiwane są bezpośrednio od osoby, której dotyczą, czyli np. w związku z wypełnianym przez taką osobę formularzem rejestracyjnym w serwisie internetowym administratora. Art. 14 RODO znajduje natomiast zastosowanie, gdy ADO wchodzi w posiadanie danych określonej osoby z innych niż ona sama źródeł, np. z publicznie dostępnych baz i rejestrów, takich jak CEIDG, od innej osoby bądź od innego administratora. Zakres przekazywanych w klauzuli informacyjnej danych odbiega wówczas nieznacznie od tego pierwszego przypadku, m.in. w związku z koniecznością podania źródła, z którego pochodzą dane osobowe.
Zwolnienia z obowiązku informacyjnego
Ze względu na specyfikę sytuacji, w której administrator nie pozyskuje danych osobowych wprost od ich podmiotu, art. 14. ust. 5 RODO przewiduje kilka wyjątków, które zwalniają administratora od spełnienia rzeczonej powinności. Stosownie do przywołanego przepisu są to następujące sytuacje:
osoba, której dane dotyczą, dysponuje już tymi informacjami,
udzielenie takich informacji jest niemożliwe lub wymagałoby niewspółmiernie dużego wysiłku, w szczególności w przypadku przetwarzania do celów archiwalnych w interesie publicznym, do celów badań naukowych lub historycznych lub do celów statystycznych,
prawo unijne lub prawo państwa członkowskiego, któremu podlega administrator, regulują kwestie informowania osób, których dane są przetwarzane,
dane osobowe muszą pozostać poufne zgodnie z obowiązkiem zachowania tajemnicy zawodowej przewidzianym w prawie unijnym lub w prawie państwa członkowskiego.
Osoba, której dane dotyczą, dysponuje już wszystkimi niezbędnymi informacjami
W praktyce okoliczność ta będzie sprowadzała się raczej do możliwości częściowego zwolnienia ADO z jego obowiązku. Aby bowiem w pełni skorzystać z tego wyłączenia, osoba, której dane dotyczą, musiałaby dysponować już wszystkimi informacjami wymaganymi przez przywołane przepisy. O ile w zakresie znajomości tożsamości czy danych kontaktowych administratora jest to realne (np. w związku z tym, że ADO przetwarza już dane tej osoby, lecz w odmiennych celach), o tyle w odniesieniu do podstaw, czasu przetwarzania czy kręgu odbiorców jest to mało prawdopodobne. Na szczególną uwagę zasługuje fakt, iż dowiedzenie okoliczności, że osoba, której dane dotyczą, posiadała uprzednio wszystkie stosowne informacje, spoczywa na administratorze, co może okazać się nad wyraz kłopotliwe. Przykładowo możemy wyobrazić sobie sytuację, gdy pracodawca przetwarza dane osobowe pracowników, w związku z czym realizuje wobec nich obowiązek informacyjny w tym zakresie. Po czasie pracodawca decyduje się na wykorzystanie wizerunku pracowników w celach promocyjnych marki, tworząc nowy cel przetwarzania, które pociągać będzie za sobą odmiennych odbiorców oraz okres przechowywania, o czym należy poinformować pracowników.
Niewspółmiernie duży wysiłek administratora danych
Ustawodawca nie precyzuje, co należy rozumieć przez „niewspółmiernie duży wysiłek”. Można domniemywać, że chodzi tu o konieczność dostarczenia klauzuli informacyjnej szerokiemu kręgowi osób bądź o znaczne koszty z tym związane. Nic bardziej mylnego. Z błędu wyprowadził nas bowiem Prezes UODO w decyzji nakładającej na Bisnode pierwszą karę finansową za niezgodność z RODO, którą co do zasady potwierdził również WSA w Warszawie. Ukarana spółka, przetwarzając dane wielomilionowej grupy przedsiębiorców, zrealizowała obowiązek informacyjny względem osób, których adres e-mail posiadała, zaniechując wysyłki blisko 7 milionów listów z klauzulami drogą tradycyjną do reszty podmiotów, co wygenerowałoby koszt 30 milionów złotych. Uznano, że skala taka nie świadczy o niewspółmiernie dużym wysiłku administratora, który zdaniem organu nadzorczego nie podlegał temu zwolnieniu.
Równocześnie nie należy zapominać, iż zgodnie z zasadą minimalizacji danych usankcjonowaną przez RODO administrator nie może przetwarzać więcej danych, niż jest to niezbędne do osiągnięcia celu przetwarzania. Zatem do realizacji obowiązku informacyjnego należy wykorzystać posiadane już dane, a skorzystanie z przesłanki zwalniającej może mieć miejsce dopiero w przypadku całkowitego braku danych kontaktowych osoby, której dane dotyczą.
Pozyskiwanie lub ujawnianie jest wyraźnie uregulowane prawem
Wyjątek ten ma zastosowanie wyłącznie w sytuacji, gdy określona norma prawna nakłada na administratora obowiązek przekazania danych osobowych konkretnemu podmiotowi bądź kategorii podmiotów. Zaakcentowania wymaga jednak, że przepis ten odwołuje się wyraźnie do kategorycznego obowiązku, nie zaś do uprawnienia czy możliwości udostępnienia danych. W praktyce dyspozycja ta będzie wykorzystywana zasadniczo przy przekazywaniu danych między organami administracji publicznej oraz w toku prowadzonych przez nich postępowań.
Tajemnice zawodowe
Ostatnia z przesłanek wyłączeń obowiązku informacyjnego dotyczy konieczności zapewnienia poufności danych osobowych związanej z przewidzianą prawem tajemnicą zawodową. Ze zwolnienia tego skorzystać mogą przede wszystkim radcowie prawni oraz adwokaci (np. w odniesieniu do świadków), a także przedstawiciele wszystkich zawodów, co do których poszczególne przepisy nakładają obowiązek zachowania tajemnicy zawodowej, której realizacja obowiązku informacyjnego nie może naruszyć. W tym miejscu należy jednak zwrócić uwagę na konieczność każdorazowej weryfikacji przepisów ustanawiających określoną tajemnicę i dokładne zbadanie jej zakresu.
Przepisy krajowe
Pewne zwolnienia z obowiązku informacyjnego wprowadził także polski ustawodawca. Na gruncie ustawy o ochronie danych osobowych z 10 maja 2018 r. administrator wykonujący zadanie publiczne nie przekazuje informacji o zmianie celu przetwarzania, jeżeli służy ona realizacji zadania publicznego, a przekazanie tych informacji uniemożliwi lub znacząco utrudni prawidłowe jego wykonanie, zaś interes lub podstawowe prawa lub wolności osoby fizycznej nie są nadrzędne względem interesu wynikającego z realizacji tegoż zadania lub naruszyłoby to ochronę informacji niejawnych.
Co istotne, przywołana ustawa przewiduje również wyłączenia stosowania art. 13 i art. 14 RODO w przypadku działalności dziennikarskiej opartej na przepisach prawa prasowego.
Jak można zauważyć, nie wszystkie przytoczone przesłanki zwalniające są jednoznaczne, a możliwość ich zastosowania wymaga dogłębnej i starannej analizy ze strony administratorów. Mając jednak na uwadze dotychczasowe stanowisko Prezesa UODO w tym zakresie, każdy obserwator z niecierpliwością oraz obawą oczekuje kolejnych wypowiedzi dotyczących tej materii.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.
Do Banku Pekao S.A. dołączył Ernest Pytlarczyk, który obejmie stanowisko Głównego Ekonomisty, jak również Dyrektora Biura Analiz Makroekonomicznych. Ernest Pytlarczyk to jeden z najlepiej ocenianych analityków, ekonomistów w Polsce oraz autor wielu książek i artykułów ekonomicznych.
Ernest Pytlarczyk był dotychczas m.in. Głównym Ekonomistą mBanku. W latach 2006-2020 w kierował w tej instytucji obszarem analiz makroekonomicznych i rynkowych. Poza tym, zdobywał również doświadczenie w relacjach inwestorskich, nadzorze spółek strategicznych, projektach M&A, czy kreowaniu nowej strategii Grupy mBanku. Wcześniej pracował m.in. jako researcher w Instytucie Cykli Koniunkturalnych na Uniwersytecie w Hamburgu oraz w banku centralnym Niemiec we Frankfurcie. W latach 2002-2003 był analitykiem rynków finansowych w BRE Banku oraz Banku Handlowym w Warszawie.
– Nie musimy się nawzajem przekonywać co do tego, że otoczenie zewnętrze stało się bardziej wymagające także dla Banku Pekao. Wszyscy stoimy przed dużym wyzwaniem, jak w tym otoczeniu nawigować. Mam nadzieję, że moje doświadczenie, wiedza i nastawienie okażą się szczególnie przydatne dla banku. Koncentruję się na tym, aby – w tym zmiennym otoczeniu – nie pomylić się w rozumowaniu – mówi Ernest Pytlarczyk.
Ernest Pytlarczyk jest doktorem nauk ekonomicznych Uniwersytetu w Hamburgu (praca doktorska: „Construction and Bayesian Estimation of DSGE Models for the Euro Area”). Jest absolwentem IESE University of Navarra (Advanced Management Program) i stypendystą Uniwersytetu w Osnabrueck. Posiada również tytuł Chartered Financial Analyst. Jest także autorem artykułów naukowych opublikowanych w czasopismach z tzw. Listy Filadelfijskiej, książek o tematyce ekonomicznej oraz laureatem konkursów prognostycznych i naukowych.
Marcin Mrowiec, dotychczasowy Główny Ekonomista i Szef Biura Analiz Makroekonomicznych, odchodzi z banku.
– Chciałbym podziękować za współpracę Marcinowi Mrowcowi. Jestem przekonany, że
z sukcesami dalej będzie rozwijał swoją ścieżkę zawodową i tego mu dziś bardzo życzę – podkreśla Marek Lusztyn, Prezes Zarządu Banku Pekao S.A. Chciałbym również powitać Ernesta Pytlarczyka. Wierzę, że jego szerokie doświadczenie będzie cenne dla banku szczególnie dziś. Obecna sytuacja stanowi wyzwanie dla całego sektora. Kluczowe jest natomiast, aby tę trudną sytuację dobrze rozumieć, interpretować i formułować przewidywania co do przyszłości – dodaje.
Koronawirus wywołujący chorobę COVID-19 nie przestaje siać spustoszenia na rynkach finansowych. Jak wygląda sytuacja na froncie walki z pandemią, jak w tym kontekście radzą sobie waluty i co może je czekać?
Niepokój związany z rosnącym tempem wzrostu nowych zakażeń koronawirusem skłonił wiele państw do podjęcia drastycznych środków mających na celu ograniczenie rozprzestrzeniania się wirusa. Epidemia mocno uderzyła w Europę. Obecnie, obok USA Stary Kontynent jest kluczowym epicentrum kryzysu zdrowotnego. Zarówno Włochy, Hiszpania, jak i Francja oraz Wielka Brytania wprowadziły ogólnokrajowy lockdown w reakcji na skokowy wzrost potwierdzonych przypadków zakażenia koronawirusem. Aby zahamować tempo rozprzestrzeniania się wirusa, w znacznej części europejskich państw wprowadzono szereg drakońskich rozwiązań, w tym zamknięte zostały restauracje, kawiarnie, hotele, szkoły i kina. Znacznie ograniczona została również możliwość poruszania się, a wydarzenia sportowe zostały albo odwołane, albo przełożone na późniejszy termin. W wielu krajach zakazano organizacji i uczestnictwa w nawet niewielkich zgromadzeniach.
W ostatnich tygodniach tempo wzrostu liczby nowych zakażeń wirusem (niestety również zgonów, do których się on przyczynił albo spowodował) poza granicami Chin zdecydowanie przyspieszyło. W momencie pisania tego raportu w 203 państwach na całym świecie potwierdzono już ponad 870 tysięcy zakażeń koronawirusem (wzrost o ponad 600 tysięcy w ciągu zaledwie dwóch tygodni). Z kolei liczba przypadków śmiertelnych przekroczyła już 43 tysiące (około pięciokrotny wzrost w tym samym okresie)*. Ogólna liczba przypadków odnotowanych poza granicami Chin wynosi ponad 790 tysięcy, co stanowi nieco ponad 90% wszystkich potwierdzonych zakażeń. Umiarkowany optymizm budzi fakt, że zgodnie z raportami władz sytuacja w Chinach wydaje się być obecnie pod kontrolą. Liczba odnotowywanych dziennie nowych zakażeń w tym kraju zdecydowanie zwolniła, od dwóch tygodni wynosi ona średnio ok. 50 przypadków*.
Wykres 1: Liczba dziennych potwierdzonych przypadków zakażenia koronawirusem w Chinach i poza Chinami (23/01 – 31/03)
Źródło: Worldometer Data: 01/04/2020
W USA liczba potwierdzonych zakażeń aktualnie ponad dwukrotnie przekracza tę odnotowaną dotąd w Chinach. Tym samym, Stany Zjednoczone stały się krajem najsilniej dotkniętym przez epidemię koronawirusa. Obecnie to w USA odnotowuje się najwyższą dzienną liczbę nowych zakażeń – ostatni dzień marca przyniósł ich niemal 25 tys. Koronawirus nadal pustoszy również Europę. Wśród państw Starego Kontynentu krajem, w który najmocniej uderzyła epidemia koronawirusa są Włochy, gdzie obecnie notuje się najwięcej zgonów z powodu koronawirusa na świecie. Hiszpania znajduje się na podobnej trajektorii zakażeń i podobnie jak w przypadku USA i Włoch liczba zakażeń w tym kraju przekroczyła tę notowaną w Chinach. Niewiele od tego poziomu odbiegają również Niemcy (Wykres 2).
Dla porównania, obecnie liczba aktywnych przypadków we Włoszech (tj. wszystkich zakażeń bez uwzględniania osób wyleczonych i przypadków śmiertelnych) przygniata liczbę aktywnych przypadków w Chinach, stanowiąc jej 39-krotność. Co więcej, we Włoszech relacja potwierdzonych przypadków do zgonów wynosi obecnie ok. 9:1, podczas gdy w Chinach ten sam wskaźnik znajduje się na poziomie ok. 25:1*. Istotny związek z powyższym prawdopodobnie mają dwie kluczowe kwestie. Po pierwsze, we Włoszech w porównaniu z wieloma innymi krajami, przeprowadza się dużo mniej testów na obecność koronawirusa. Po drugie, mediana wieku we Włoszech jest również relatywnie wysoka i wynosi 46,5 lat (w Chinach 38,4)**.
Wykres 2: Liczba potwierdzonych przypadków zakażenia koronawirusem w Europie (26/02 – 31/03)
Źródło: Worldometer Data: 01/04/2020
Jak rynki finansowe reagują na kryzys?
W obliczu pandemii zmiany na rynkach finansowych były bardzo dynamiczne i gwałtowne. Przypominały ruchy, jakie obserwowano podczas kryzysu finansowego z lat 2008/09, a w przypadku niektórych indeksów dzienna skala zmian była nawet większa. Rynki akcji doświadczyły gwałtownej wyprzedaży, wielu inwestorów porzuciło bowiem bardziej ryzykowne aktywa na rzecz tzw. bezpiecznych przystani. Część inwestorów z kolei zupełnie opuściła rynek. Główne indeksy giełdowe w USA zdążyły się ustabilizować, aczkolwiek nadal znajdują się na poziomach ok. 20-25% niższych od poziomów z połowy lutego, kiedy notowały historyczne szczyty (Wykres 3). Do spadków o podobnej skali doszło również na europejskich rynkach. Dla przykładu, brytyjski indeks FTSE 100 znalazł się na najniższym poziomie od 2011 roku. W ciągu niecałych trzech tygodni stracił on jedną trzecią dotychczasowej wartości, jednak od tamtej pory odrobił część strat. Zakrojone na szeroką skalę działania banków centralnych i rządów w pewnym stopniu pomogły wesprzeć sentyment, aczkolwiek na tym etapie zdecydowanie nie można mówić o pełnym przywróceniu zaufania inwestorów.
Wykres 3: Indeks S&P 500 oraz Dow Jones Industrial Average (marzec ‘19 – marzec ‘20)
Źródło: Refinitiv Datastream Data: 01/04/2020
Na rynku walutowym najpopularniejszą strategią przez większość ostatnich tygodni było skupowanie dolara amerykańskiego, kosztem zwłaszcza walut gospodarek wschodzących. W sytuacjach w których mieliśmy do czynienia z kryzysem lub istotnymi napięciami na rynkach, dolar zazwyczaj stawał się w oczach inwestorów preferowaną bezpieczną walutą. Nie inaczej jest i tym razem. Poniżej wymieniamy trzy powody, które naszym zdaniem sprawiają, że amerykańska waluta radzi sobie tak dobrze:
Dolar jest najbardziej płynną walutą na świecie.
Gospodarka USA jest dużo mniej zależna od popytu zewnętrznego w porównaniu z większością gospodarek rozwiniętych, zwłaszcza tych w Europie.
Rozprzestrzenianie się wirusa w Stanach Zjednoczonych przez dotychczasową, większą część trwania pandemii nie było tak agresywne jak w Europie i Azji, zwłaszcza biorąc pod uwagę procentowy udział zakażonych w całej populacji (jednak wraz ze wzrostem liczby przeprowadzanych testów w USA doszło do gwałtownego wzrostu liczby wykrytych zakażeń i obecnie Stany Zjednoczone są już krajem najmocniej dotkniętym przez koronawirusa).
Indeks USD ważony handlem wzrósł o ok. 8% w ciągu 10 dni licząc od 10 marca, aczkolwiek od tego czasu waluta straciła część zysków. Przez ostatnie kilka tygodni kurs EUR/USD charakteryzował się bardzo wysokim stopniem zmienności. Na początku kurs wyraźnie rósł, by następnie spaść poniżej poziomu 1,07, do najniższego od niemal trzech lat. W sytuacji, w której Rezerwa Federalna obcięła stopy procentowe do zera, inwestorzy nie mają już powodu, aby kupować euro w nadziei na dalsze zawężanie różnicy w stopach procentowych między Stanami Zjednoczonymi a strefą euro. Wśród głównych walut najbardziej podatnymi na obecny kryzys walutami były korona norweska, dolar australijski i nowozelandzki, a także funt brytyjski.
Brytyjska waluta notuje bardzo dużą zmienność. Kurs GBP/PLN w ostatnim czasie wzrósł do najwyższego poziomu od końcówki 2016 roku. Z kolei w parze z dolarem amerykańskim w drugiej połowie marca funt w pewnym momencie osiągnął najniższy poziom od 1985 roku (Wykres 4). Kluczowe wskaźniki zmienności implikowanej (tj. pokazujące oczekiwaną przyszłą zmienność) na parze GBP/USD eksplodowały, niektóre wzrosły powyżej poziomów na jakich znalazły się w następstwie referendum ws. Brexitu w czerwcu 2016 roku. Przypomnijmy, że wówczas mówiło się, że poziomy te prawdopodobnie będą nieosiągalna przez całe pokolenie.
Ogromną skalę wyprzedaży brytyjskiej waluty widoczną w relacji do USD, jak i EUR naszym zdaniem należy powiązać z zamykaniem przez inwestorów długich pozycji na GBP, które zawierano w następstwie brytyjskich wyborów parlamentarnych z grudnia 2019 roku. Znaczenie w tym kontekście w naszej ocenie ma również to, że funt jest walutą notowaną z dodatkową premią w związku z ryzykiem w kontekście Brexitu, a także znaczny deficyt na rachunku bieżącym Wielkiej Brytanii.
Patrząc na waluty gospodarek wschodzących, obecnie wiele z nich znajduje się na poziomach nienotowanych od lat. W ostatnich dniach najgorzej radziły sobie waluty państw, których gospodarki opierają się na produkcji surowców, zwłaszcza w obliczu gwałtownej wyprzedaży ropy (której ceny na światowych rynkach w samym marcu spadły o połowę). Dobrym przykładem jest rubel rosyjski – tylko w marcu waluta Rosji osłabiła się o ok. 15% w parze z dolarem amerykańskim.
Istotnej deprecjacji doświadczyły również inne popularne waluty emerging markets, takie jak meksykańskie peso, real brazylijski i rand południowoafrykański. Każda z walut od początku miesiąca osłabiła się o minimum 10% w relacji do USD (w przypadku MXN skala spadku jest bliższa 20%). W kontekście tych walut notowanych z dużą premią za ryzyko dalsze spadki wydają się możliwe, biorąc pod uwagę, że wzrost nowych zakażeń w kluczowych gospodarczo regionach świata nie osiągnął jeszcze szczytu.
Wykres 5: Skala zmian wybranych walut w relacji do USD (miesiąc od daty)
Źródło: Refinitiv Datastream Data: 01/04/2020
W kontekście kryzysu związanego z koronawirusem bardzo słabo radził sobie również polski złoty. Od początku marca polska waluta osłabiła się o ok. 5% w parze z euro, dochodząc do poziomu 4,63 (najniższego poziomu od 2009 roku). W relacji do dolara amerykańskiego, dodatkowo w związku ze zmianami na parze EUR/USD złoty był jeszcze słabszy i znalazł się w pewnym momencie na najniższym poziomie od 2001 roku. Słabość złotego należy wiązać z tym, że jest on walutą emerging markets, która podobnie jak wymienione wyżej waluty jest poddana presji w przypadku rynkowych zawirowań i odwrotu od ryzyka. Złotemu nie sprzyjały też działania polskich decydentów monetarnych, którzy rozluźnili politykę pieniężną obniżając stopy, ścinając stopę referencyjną o 50 pb. i ogłaszając dodatkowe operacje mające wspierać rynek i gospodarkę w trudnych czasach. Patrząc na stawki FRA, jesteśmy w stanie powiedzieć, że rynek obecnie wycenia kolejne cięcie stóp procentowych o ok. 40 pb. w perspektywie miesiąca (co można interpretować jako oczekiwanie ruchu stóp w dół o 25-50 pb.) – co również nie pomaga polskiemu złotemu.
Jak środki prewencyjne wpłyną na gospodarkę światowa?
W ostatnich dniach otrzymaliśmy kilka odczytów ekonomicznych, które zaczynają odsłaniać obraz wpływu środków mających ograniczyć rozprzestrzenianie się koronawirusa na światową gospodarkę. Po tragicznych danych PMI opisujących aktywność biznesową w Chinach w okresie szczytu epidemii nadeszły wstępne marcowe odczyty dla gospodarek zachodnich. Zbiorcze indeksy dla strefy euro (poziom 31,4 pkt.), Wielkiej Brytanii (37,1 pkt.) i Stanów Zjednoczonych (40,5 pkt.) osiągnęły najniższe poziomy w historii pomiarów (Wykres 7). W ostatni czwartek cotygodniowy raport o zadeklarowanych wstępnych bezrobotnych w USA wykazał, że w ciągu tygodnia do 20 marca w Stanach Zjednoczonych o zasiłek ubiegało się aż 3,3 mln nowych bezrobotnych, co niemal pięciokrotnie przekracza szczyt zarejestrowany w czasie ostatniego kryzysu finansowego.
Wykres 7: Zbiorcze indeksy PMI dla USA, strefy euro i Wielkiej Brytanii (2017 – 2020)
Źródło: Refinitiv Datastream Data: 30/03/2020
W ostatnich tygodniach banki centralne z całego świata robiły co w ich mocy, aby ograniczyć negatywne skutki gospodarcze związane z epidemią koronawirusa. Kluczowe działania w tym kontekście podjęła Rezerwa Federalna, która obcięła stopy procentowe łącznie o 150 punktów bazowych i uruchomiła nieograniczony (jeśli chodzi o skalę zakupów) program luzowania ilościowego. Spora część globalnych banków centralnych podążyła tą samą ścieżką, obcinając agresywnie stopy procentowe, czy też wprowadzając na rynek dodatkową płynność. Podstawowym wyzwaniem stojącym przed bankami centralnymi jest fakt, że polityka monetarna ma ograniczone możliwości w zakresie walki z kryzysem zdrowia publicznego. Decydenci nie są w stanie „wydrukować szczepionki”, ani nie mogą skutecznie skłonić konsumentów do ponoszenia wydatków, zwłaszcza, że w wielu krajach spora część sklepów została zamknięta. Najbardziej skutecznym działaniem, jakiego mogą się podjąć decydenci w świetle obecnego kryzysu, jest naszym zdaniem wsparcie przedsiębiorstw najbardziej narażonych na ryzyko jakie stwarza koronawirus, zwłaszcza małych i średnich. Tego typu pomoc może polegać na zamrożeniu spłat rat kredytów, udostępnieniu niskooprocentowanych pożyczek czy bezpośrednim wsparciu finansowym. W sporej części krajów tego typu wsparcie już nadeszło.
O ile uważamy, że opisane wyżej środki powinny pomóc w złagodzeniu najbardziej bezpośrednich skutków epidemii, obecnie naszym zdaniem pytanie nie brzmi „czy” gospodarka światowa wejdzie w recesję, ale jak głęboka i długotrwała ona będzie. Biorąc pod uwagę zarówno rygor, jak i skalę działań nakierowanych na ograniczenie rozprzestrzeniania się wirusa, jest bardzo możliwe, że uderzenie jakiego doświadczymy przynajmniej w krótkim terminie przerośnie załamanie, które obserwowaliśmy w trakcie poprzedniego kryzysu finansowego z lat 2008/09. Mamy jednak nadzieję, że światowa gospodarka odbije się wyraźnie w momencie, kiedy najgorszy etap pandemii będzie już za nami, a środki mające ograniczyć rozprzestrzenianie się koronawirusa zaczną być stopniowo wycofywane. Ostatnie działania państw dowodzą, że są one gotowe podjąć niezbędne środki, które pomogą gospodarce przetrwać trudny okres. Wierzymy, że powrót do struktury gospodarczej zbliżonej do tej sprzed pandemii jest możliwy. W przypadku konkretnych państw uważamy, że wiele będzie zależeć od struktury ich gospodarek oraz sposobu w jaki ich rządy będą wspierać działania mające na celu ograniczenie negatywnego wpływu pandemii na przedsiębiorstwa i gospodarstwa domowe. Za kluczowy uznajemy zwłaszcza ostatni punkt.
Czy polski złoty poradzi sobie z pandemią?
Brak historycznego precedensu sprawia, że jakiekolwiek dokładne prognozowanie, zwłaszcza w średnim i długim okresie staje się niezwykle trudne. Na tym etapie możemy stwierdzić jedynie, że rynkowa zmienność w najbliższym czasie niemal na pewno pozostanie bardzo wysoka, zwłaszcza dopóki nie osiągniemy szczytu zakażeń w kluczowych obecnie centrach epidemii, czyli Europie i USA. W bardzo krótkim terminie dolar może pozostać preferowaną walutą safe haven, jednak obserwowany przez nas ostry wzrost przypadków zakażeń koronawirusem w USA powinien ograniczyć atrakcyjność amerykańskiej waluty.
W przypadku walut gospodarek wschodzących uważamy, że zarówno skala jak i kierunek zmian ich kwotowań będą silnie uzależnione od czynników charakterystycznych dla poszczególnych państw. Obok kwestii takich jak płynność, czy rynkowe pozycjonowanie sądzimy, że kluczowe będą czynniki fundamentalne. Trzema najistotniejszymi wskaźnikami w tym zakresie będą w naszej opinii:
poziom rezerw walut zagranicznych (w przeliczeniu na liczbę miesięcy importu),
dług zagraniczny jako % PKB,
bilans rachunku obrotów bieżących jako % PKB.
Polska w tych trzech kategoriach wypada względnie dobrze. Kraj ma umiarkowany poziom rezerw walutowych (pokrywających ok. 5-6 miesięcy importu), a sytuacja rachunku bieżącego ostatnio była wyjątkowo dobra – w IV kwartale 2019 r. odnotowano nadwyżkę rzędu 1,5% PKB.
Spore jest natomiast zadłużenie zagraniczne, które wynosi około 60%. W tym kontekście warto jednak wspomnieć o jego strukturze walutowej, która jest sprzyjająca: dług jest bowiem w istotnej części (ok. ⅓) denominowany w walucie krajowej. Z kolei jego największa część (ok. ½) to dług w euro, którego wahania w parze ze złotym historycznie były relatywnie umiarkowane, nawet w okresach zwiększonej presji.
Patrząc tylko na powyższe czynniki można powiedzieć, że wśród walut emerging markets złoty nie należy do tych charakteryzujących się największym fundamentalnym ryzykiem. Nie wyklucza to oczywiście ryzyka kontynuacji wyprzedaży waluty, szczególnie w krótkim terminie – zwłaszcza jeśli sytuacja w kontekście koronawirusa istotnie się pogorszy. Niemniej, daje to nadzieję na to, że na tle innych walut rynków wschodzących PLN jest relatywnie dobrze przygotowany na przetrwanie tego szoku.
Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury
*ostatnie dane podane w tekście dotyczą stanu na dzień 01/04/20, godz. 14:35
W związku z obecną sytuacją epidemiologiczną, 31 marca 2020 r. weszła w życie ustawa przewidująca m.in. szczególne rozwiązania dla cudzoziemców w Polsce. Przepisy umożliwią legalne pozostanie w kraju osobom, które chcą realizować dotychczasowy cel pobytu lub nie mogą opuścić Polski w związku z rozprzestrzenianiem się wirusa SARS-CoV-2.
Do upływu 30-go dnia następującego po dniu odwołania tego ze stanów, który obowiązywał jako ostatni (stanu zagrożenia epidemicznego lub stanu epidemii) przedłużeniu ulegnie:
legalny pobyt cudzoziemców na podstawie wiz krajowych oraz zezwoleń na pobyt czasowy, który skończyłby się w okresie stanu zagrożenia epidemicznego lub stanu epidemii,
termin na składanie wniosków o legalizację pobytu,
ważność już wydanych zezwoleń na pracę, zezwoleń na pracę sezonową oraz oświadczeń o powierzeniu wykonywania pracy cudzoziemcowi.
Ponadto przesunięte zostaną terminy:
na opuszczenie przez cudzoziemców terytorium Polski,
dobrowolnego powrotu określone w decyzjach o zobowiązaniu cudzoziemca do powrotu.
Przedłużenie legalnego pobytu obywateli państw trzecich
Przedłużenie legalnego pobytu cudzoziemca przebywającego w Polsce na podstawie wizy krajowej i zezwolenia na pobyt czasowy będzie dotyczyło sytuacji, w których ostatni dzień legalnego pobytu przypadnie na czas obowiązywania stanu zagrożenia epidemicznego lub stanu epidemii. Będzie to zatem okres od 14 marca 2020 r., kiedy ogłoszono stan zagrożenia epidemicznego. Wówczas okres legalnego pobytu w Polsce będzie ulegał przedłużeniu z mocy prawa do upływu 30-go dnia następującego po dniu odwołania tego stanu, który obowiązywał jako ostatni.
Przedłużenie legalności pobytu nie będzie wiązało się z umieszczeniem w dokumencie podróży cudzoziemca nowej naklejki wizowej lub wydaniem nowej karty pobytu. Cudzoziemiec nie będzie mógł na podstawie tak przedłużonego pobytu podróżować po terytorium innych państw obszaru Schengen. Będzie miał jednak możliwość realizowania dotychczasowego celu pobytu w Polsce np. wykonywania pracy. Przedłużone zostaną bowiem zezwolenia na pracę i na pracę sezonową oraz dozwolony okres pracy na podstawie oświadczenia o powierzeniu wykonywania pracy cudzoziemcowi. Będzie mógł również opuścić Polskę bez ryzyka wejścia w nielegalny pobyt.
Przedłużenie terminów na składanie wniosków
Ustawa przewiduje wydłużenie terminów składania wniosków o udzielenie zezwoleń pobytowych, przedłużenie wiz oraz przedłużenie pobytu w ramach ruchu bezwizowego, jeżeli termin ten wypadłby w okresie stanu zagrożenia epidemicznego lub stanu epidemii. Jak dotychczas, wnioski te będzie można złożyć w urzędach wojewódzkich do 30-go dnia następującego po dniu odwołania stanu, który obowiązywać będzie jako ostatni. Pobyt cudzoziemca w Polsce w tym okresie będzie uważany za legalny pod warunkiem, że złoży on wniosek o legalizację pobytu w przedłużonym terminie.
Powyższe rozwiązanie będzie dotyczyło cudzoziemców, którzy chcieliby się ubiegać o:
udzielenie zezwolenia na pobyt czasowy, stały lub rezydenta długoterminowego UE,
przedłużenie wizy krajowej (symbol D) lub wizy Schengen (symbol C),
przedłużenie okresu pobytu w ramach ruchu bezwizowego – dotyczy to tylko obywateli Brazylii, Argentyny, Chile, Hondurasu, Kostaryki, Nikaragui, Singapuru i Urugwaju, ponieważ umowy o zniesieniu obowiązku wizowego tylko z tymi krajami przewidują taką możliwość.
Przedłużenie terminów opuszczenia terytorium Polski
Ustawa zawiera rozwiązanie stanowiące podstawę przedłużenia z mocy prawa terminów opuszczenia terytorium Polski wynikające z art. 299 ust. 6 ustawy o cudzoziemcach (np. w związku z doręczeniem ostatecznej decyzji o odmowie udzielenia zezwolenia na pobyt czasowy), jeżeli wypadałyby one w okresie stanu zagrożenia epidemicznego lub stanu epidemii. Ich przedłużenie nastąpi do upływu 30-go dnia następującego po dniu odwołania tego ze stanów, który obowiązywał jako ostatni.
Przedłużenie terminów dobrowolnego powrotu określonych w decyzjach o zobowiązaniu cudzoziemca do powrotu
Zakładane jest przedłużenie z mocy prawa terminu dobrowolnego powrotu określonego w decyzji o zobowiązaniu cudzoziemca do powrotu, którego koniec wypadałby w okresie stanu zagrożenia epidemicznego lub stanu epidemii. Jak w przypadku pozostałych rozwiązań zawartych w ustawie, przedłużenie terminu nastąpi do upływu 30-go dnia następującego po dniu odwołania tego ze stanów, który obowiązywał jako ostatni.
Obywatele państw UE, Europejskiego Porozumienia o Wolnym Handlu (EFTA), Konfederacji Szwajcarskiej i przebywający z nimi członkowie rodzin
Wprowadzenie w Polsce stanu zagrożenia epidemicznego, a następnie stanu epidemii, nie wpływa w żaden sposób na prawa pobytowe obywateli państw członkowskich Unii Europejskiej, Europejskiego Porozumienia o Wolnym Handlu (EFTA), Konfederacji Szwajcarskiej i przebywających z nimi członków rodzin. Uprawnienia te nie są bowiem uzależnione od posiadania jakichkolwiek zezwoleń czy dokumentów.
Wartość transakcji nabycia centrum logistycznego o powierzchni ponad 123 000 mkw. wyniosła 71 mln EUR.
Centrum dystrybucyjne Leroy Merlin w miejscowości Piątek pod Łodzią jest największym
w Polsce jednokondygnacyjnym obiektem magazynowym, zrealizowanym w formule BTS (build-to-suit).
Savills Investment Management (Savills IM), międzynarodowy menedżer inwestycyjny działający na rynku nieruchomości komercyjnych, nabył za 71 mln EUR centrum logistyczne Leroy Merlin w miejscowości Piątek pod Łodzią. Nieruchomość została zakupiona przez Savills IM od Invesco Real Estate w imieniu koreańskich inwestorów instytucjonalnych, zarządzanych przez Vestas Investment Management („Vestas”).
Centrum magazynowe położone jest ok. 40 km na północ od Łodzi, stanowiącej centralny punkt na logistycznej mapie Polski. Lokalizacja nieruchomości w miejscowości Piątek, zaledwie 2 km od węzła A1 „Piątek” – Stryków i 30 km od skrzyżowania autostrad A1 i A2, gwarantuje dogodny dostęp do kluczowych korytarzy transportowych. Podpisując umowę najmu na okres 10 lat, Leroy Merlin skonsolidował w obiekcie wszystkie swoje operacje logistyczne w Polsce. W październiku 2019 r., Panattoni Europe poinformowało, iż jest to dotychczas największy na polskim rynku jednokondygnacyjny obiekt magazynowy, zrealizowany w formule BTS (build-to-suit).
Transakcja nabycia centrum logistycznego o łącznej powierzchni ponad 123 000 mkw. została przeprowadzona przez Savills IM w formule „forward commitment to purchase”. Sfinalizowano ją po oddaniu do użytkowania drugiej fazy projektu i przekazaniu przestrzeni najemcy. Wartość inwestycji wyniosła 71 mln EUR i dzięki tej transakcji, łączna wartość portfela aktywów nieruchomościowych zarządzanych przez Savills IM w Polsce, wzrosła do około
1,4 mld EUR.
Równocześnie, nabycie centrum dystrybucyjnego pod Łodzią sprawiło, że wartość aktywów logistycznych Vestas Investment Management w Europie wzrosła do około 1 mld EUR,
z czego aż 470 mln EUR przypada na inwestycje zrealizowane w partnerstwie z Savills IM.
Podczas transakcji Savills IM doradzały firmy Savills i Dentons, natomiast Invesco Real Estate reprezentował Greenberg Traurig.
Alistair Ennever, Director in the Strategic Partnerships team w Savills Investment Management, powiedział:
„Cieszymy się, że mogliśmy doradzać firmie Vestas oraz jej inwestorom przy zakupie centrum magazynowego Leroy Merlin w Piątku pod Łodzią. Obiekt jest bardzo dobrze zlokalizowany, a jego istotną zaletę stanowi również długoterminowe zobowiązanie ze strony najemcy. Jest to kolejna wysokiej jakości inwestycja wybudowana przez Panattoni. Z przyjemnością zawarliśmy tę transakcję wspólnie z Invesco Real Estate, właścicielem i inwestorem całego projektu. Jesteśmy bardzo zadowoleni z realizacji kolejnej transakcji z naszymi partnerami
z Vestas i z niecierpliwością czekamy na możliwość dalszych działań w przyszłości.”
John Palmer, Head of Industrial Investment w Savills Polska, skomentował:
„Transakcja potwierdza atrakcyjność regionu magazynowego Polski Centralnej, zarówno dla inwestorów instytucjonalnych, jak i dla najemców, w tym zwłaszcza dla sieci handlowych, firm produkcyjnych i operatorów logistycznych, którzy lokują w nim swoje centra dystrybucyjne do obsługi krajowych i międzynarodowych klientów. Również z perspektywy rynku inwestycyjnego to bardzo pożądana lokalizacja, która cieszy się dużym zainteresowaniem funduszy.”
Petr Sramek, Director of CEE Transactions w Invesco Real Estate, dodał:
„Jesteśmy zadowoleni, że realizując tę inwestycję magazynową w centralnej lokalizacji logistycznej w Polsce, napotkaliśmy na bardzo sprzyjające otoczenie rynkowe. Zakończona sukcesem transakcja, odzwierciedla obiecujące połączenie dobrej inwestycji ze stabilnym, godnym zaufania i długoterminowym najemcą oraz korzystną lokalizacją.”
Jonathan Pierce, Senior Director – Fund Management w Invesco Real Estate, podsumował:
„Nasza pan-europejska strategia zakłada dużą elastyczność w podejściu transakcyjnym. Stale skupiamy się na osiąganiu świetnych wyników poprzez realizację działań, których celem jest zwiększenie dochodu i /lub zwrotu kapitału z aktywów. Dzięki decyzji o sprzedaży centrum dystrybucyjnego w Piątku koło Łodzi, nasze założenia zrealizowaliśmy z nawiązką, uzyskując dobre wyniki dla naszych inwestorów.”
Nowy miesiąc, nowy kwartał, ale awersja do ryzyka znajoma. Prezydent USA przestrzega, że kolejne tygodnie będą „bolesne” dla gospodarki USA, co dla rynków oznacza materializację tego bólu już teraz. Morze czerwieni zalewa rynek akcji, a na FX mamy tradycyjną ucieczkę w dolara i jena. Zaplanowane odczyty danych będą tylko przypominać, jak fatalnie wygląda otoczenie finansowo-gospodarcze.
„Nasza siła zostanie przetestowana, nasza wytrzymałość zostanie wystawiona na próbę. Przechodzimy przez najgorszą rzecz, jaką ten kraj prawdopodobnie widział”, powiedział prezydent Trump i tym samym przypomniał, że zeszłotygodniowy rajd ryzykownych aktywów był tylko przerywnikiem w generalnie paskudnych warunkach. Pomimo stabilizacji sytuacji rynkowej (nie mamy spadków indeksów o prawie 10 proc.), wciąż nie możemy mówić o tym, że najgorsze minęło. Szok gospodarczy dopiero będzie uwidaczniał się w danych, a sytuacja nie poprawi się, dopóki nie zobaczymy minięcia punktu przegięcia w kryzysie zdrowotnym. USA pozostają na trajektorii wzrostowej dla nowych przypadków zachorowań z Nowym Jorkiem jako nowym epicentrum epidemii. Już 75 proc. Amerykanów ma nakazane pozostawać w domach. Mamy sygnały poprawy sytuacji we Włoszech i Hiszpanii, ale Azja jest ostrzegana przez WHO przed drugą falą zachorowań. Do tego dochodzą lawino rosnące przypadki w słabo przygotowanych krajach rozwijających się. Więcej bolesnych tygodni przed nami, a to oznacza, że nie ma mowy jeszcze o uklepywaniu dna na rynkach. Słuchając się Trumpa, wrócimy do tematu za dwa tygodnie.
Klimat jest ponury, ale są też jasne akcenty. Wczoraj Fed zrobił kolejny krok na rzecz zadbania o dostępność USD dla tych, którzy jej potrzebują poza granicami USA. Fed otwiera tymczasowy program operacji repo dla innych banków centralnych, gdzie zamierza dostarczać USD pod zastaw obligacji skarbowych rządu USA. Program ma służyć jako alternatywne źródło pozyskiwania dolarów bez konieczności generowania podaży papierów skarbowych. Jest to kolejne narzędzie obok swapów walutowych, które zostały udostępnione czternastu bankom centralnym. Pozwalają one na złagodzenie napięć na rynku przy poszukiwaniach USD przez zagraniczne podmioty, które np. potrzebują dolarów do uregulowania zapadającego zadłużenia. Z perspektywy rynku walutowego nowy program niewiele zmienia. Nie jest tak silny jak wcześniej wprowadzone swapy. Jego wykorzystanie zależy też od tego, czy zagraniczne banki centralne mają dostęp do papierów skarbowych USA. Jeśli bank nie ma obligacji w swoich rezerwach, nowy program mu nie pomoże. Chiny i Japonia są w posiadaniu największej ilości obligacji USA, przy czym BoJ już korzysta z linii swapowej, z której pobrał już 370 mld USD. Wygląda na to, że Fed otwiera drogę dla banku centralnego Chin, oferując alternatywę dla upłynniania rezerw LBCh na rynku. Zatem nowe narzędzie bardziej chroni rynek obligacji skarbowych USA, a niewiele robi w uchronieniu rynków przed kolejną eksplozją ryzyka kredytowego przy poszukiwaniu USD przez te podmioty, które nie mogą pozyskać dolarów od rodzimych banków centralnych.
Indeks PMI dla polskiego przemysłu spadł w marcu do 42,4 z 48,2, co oznacza, że sektor kurczy się w najszybszym tempie do kwietnia 2009 r., podczas gdy załamanie w sektorze przedłuża się do 17 miesięcy. Według raportu Markit produkcja i nowe zamówienia spadają w najszybszym tempie od grudnia 2008 r. Pogorszyły się prognozy dot. przyszłej produkcji. Rekordowy spadek odnotował subindeks zatrudnienia. EUR/PLN podchodzi pod 4,58, ale bardziej na fali globalnej awersji do ryzyka, gdyż słaby odczyt PMI był zdyskontowany po znanych już wskazaniach z Europy Zachodniej. Mimo to sytuacja w przemyśle nie daje punktu zaczepienia dla oczekiwań na szybki powrót złotego pod 4,50 za euro. Dziś 4,60 nie wydaje się odległym poziomem.
Raport ISM dla sektora przemysłowego USA będzie punktem odniesienia dla oceny, jak źle jest z aktywnością gospodarczą. W raporcie ADP spodziewany jest spadek zatrudnienia o 150 tys. i dane rzucą więcej światła, czego spodziewać się po NFP w piątek.
Blisko połowa firm, w warunkach kryzysu wywołanego pandemią koronawirusa, utrzyma stabilność finansową najwyżej 2-3 miesiące. Co siódma firma, jest w stanie wytrwać do 4 tygodni, a część już nie daje rady. Przytłoczeni sytuacją przedsiębiorcy oczekują pomocy Państwa, przede wszystkim chcieliby anulowania i odroczenia składek ZUS, przejęcia płatności zasiłków chorobowych od 1 dnia oraz preferencyjnych kredytów na 0 proc. – wynika z badań przeprowadzonych dla Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor, przez Research&Grow.
Źródło: BIG InfoMonitor
Statystyki pokazują, że biznes został skażony koronawirusem znacznie bardziej niż ludzie. Jak wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor, pandemia z dnia na dzień unieruchomiła niemal jedną trzecią mikro, małych i średnich przedsiębiorstw. Te firmy znalazły się w najgorszej sytuacji. Połowie firm pandemia ograniczyła produkcję i obsługę klientów. Powodów nie brakuje, drastyczny spadek zamówień wynikający z paraliżu gospodarki, administracyjny zakaz realizacji określonych usług oraz niedostępność pracowników. W warunkach siejącego lęk wirusa, na razie pracuje bez zmian co czwarta firma. Są też biznesy, które zyskały, ale jest ich niewiele. Tylko trzy firmy na 100 przyznają, że właśnie przeżywają boom.
– Paraliż gospodarki wywołany pandemią z dnia na dzień odebrał wielu firmom dochody, pozostawiając jednak koszty. Oszczędności? To przede wszystkim zwolnienia, a tego nikt dziś nie chce, ani biznes, któremu zależy na zachowaniu pracowników, bo gdy sytuacja się uspokoi trudno będzie bez ludzi szybko rozpocząć działalność, ani Państwo, a tym bardziej pracownicy. Stąd oczekiwanie szybkiego i kompleksowego wsparcia ze strony Państwa, w tym głównie zniesienia konieczności płacenia składek ZUS. Firmy są w różnej kondycji i jak widać w naszym badaniu, co czwartej wystarczyłoby przełożenie na później płatności ZUS-u, ale zdecydowana większość aby przetrwać kryzys i czas po kryzysie potrzebuje ich zniesienia – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.
Przedsiębiorcy rozpaczliwe wypatrują pomocy. Na pytanie, jakie trzy rozwiązania byłyby najbardziej pomocne w przetrwaniu kryzysu dla Twojej firmy? Większość mikro, małych i średnich wskazuje anulowanie składek na ZUS przez kilka miesięcy. Potrzebuje tego dwie trzecie badanych (67 proc.). Dla nieco mniej niż połowy przedsiębiorstw (44 proc.) bardzo ważne są też dopłaty do wynagrodzeń. Około jednej czwartej wskazań zyskało przejęcie przez ZUS zasiłku chorobowego już od 1. dnia choroby pracownika oraz odroczenie wymagalności składek ZUS-u. Dla jednej piątej firm istotnym wsparciem będzie odroczenie spłaty kredytów. W podobny stopniu pożądane byłyby również preferencyjne nieoprocentowane kredyty.
Źródło: BIG InfoMonitorŹródło: BIG InfoMonitor
– Powszechne oczekiwanie szeroko zakrojonej pomocy ze strony Państwa łatwiej zrozumieć, gdy spojrzy się na przewidywania przedsiębiorców, ile potrwa paraliż gospodarczy spowodowany pandemią. Większość ankietowanych firm spodziewa się, że sytuacja kryzysowa związana z koronawirusem przeciągnie się co najmniej do początku lipca. A co trzecie mikro, małe i średnie przedsiębiorstwo obawia się, że może to trwać jeszcze dłużej – zwraca uwagę Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.
Tymczasem już 7 proc. przedstawicieli firm twierdzi, że ich biznes stracił stabilność finansową, 14 proc. mówi, że jest w stanie przetrwać co najwyżej miesiąc, 19 proc. daje sobie dwa miesiące, a 27 proc. trzy miesiące. 8 proc. nie potrafi przewidzieć jak będzie. Nieco więcej komfortu ma 16 proc. ankietowanych uważają, że zachowają stabilność finansową do pół roku, a niektórzy dłużej. 10 proc. deklaruje, że w kryzysowej sytuacji ich stabilność nie jest zagrożona.
Źródło: BIG InfoMonitor
Co radzą sobie nawzajem przedsiębiorcy w tak niespodziewanej sytuacji?
Przede wszystkim by zachować spokój i wykazać się cierpliwością. Przedsiębiorcy są też zdania, że należy się dostosować i kontynuować działalność, korzystać z pomocy Państwa i troszczyć o zdrowie pracowników.
W przyjętym przez Parlament pakiecie pomocy Tarczy Antykryzysowej znalazły się m.in. takie rozwiązania jak:
zwolnienie mikrofirm do 9 osób ze składek do ZUS na 3 miesiące (marzec–maj) – zwolnienie dotyczy składek za przedsiębiorcę i pracujące dla niego osoby; skorzystać mogą także samozatrudnieni z przychodem do 3-krotności przeciętnego wynagrodzenia, którzy opłacają składki tylko za siebie (15 681 zł);
świadczenie postojowe w kwocie do ok. 2 tys. zł – dla zleceniobiorców (umowa zlecenia, agencyjna, o dzieło) i samozatrudnionych o przychodzie poniżej 3-krotności przeciętnego wynagrodzenia przez dwa miesiące;
dofinansowanie wynagrodzeń pracowników – do wysokości 40% przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia i uelastycznienie czasu pracy – dla firm w kłopotach.
A także:
czasowe zniesienie opłaty prolongacyjnej przy odraczaniu lub rozkładaniu na raty należności skarbowych i składkowych (ZUS);
umożliwienie odliczenia od dochodu (przychodu) darowizn przekazanych na przeciwdziałanie COVID-19;
korzystniejsze zasady rozliczania straty;
wsparcie firm transportowych przez ARP w refinansowaniu umów leasingowych;
ułatwienia dla branży turystycznej;
umożliwienie sklepom – w niedziele objętym zakazem handlu – przyjmowania towaru, rozładowywania go oraz wykładania na półki;
obniżenie o 90 proc. czynszów najemców lokali i tzw. wysp w galeriach handlowych, dopóki obiekty te mają zakaz normalnego funkcjonowania;
przedłużenie legalnego pobytu i zezwoleń na pracę dla obcokrajowców;
zwalnianie z naliczania kar umownych za – związane z epidemią – opóźnienia przy realizacji przetargów;
umożliwienie gminom odstąpienia od pobierania podatku od nieruchomości od firm, które przez epidemię koronawirusa utraciły płynność finansową;
przedłużenie bankowych kredytów obrotowych, w oparciu o dane finansowe na koniec 2019;
gwarancje de minimis z BGK;
dopłaty BGK do odsetek;
fundusze płynnościowe BGK, PFR i KUKE, w tym możliwość uzyskania – przez średnie i duże firmy – z funduszu PFR Inwestycje podwyższenia kapitału lub finansowania w postaci obligacji – łącznie o wartości 6 mld zł.
Badanie przeprowadzone przez Research&Grow techniką CATI na próbie małych i średnich firm – do 250 pracowników, N=251, 16-18 marca 2020 r.
Projekty ustaw, składające się na tzw. tarczę antykryzysową, zostały ostatecznie przyjęte przez sejm. Ekspert kancelarii Chałas i Wspólnicy omawia kluczowe zapisy dla przedsiębiorców i wyjaśnia, jak z nich skorzystać.
Ochrona miejsc pracy i dofinansowanie do wynagrodzeń
Dla pracodawców, których obroty gospodarcze w następstwie wystąpienia COVID-19 spadły, przewidziane zostało świadczenie na rzecz ochrony miejsc pracy oraz wypłata z Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych świadczeń na dofinansowanie wynagrodzenia pracowników.
Za spadek obrotów gospodarczych uznaje się spadek sprzedaży towarów lub usług, w ujęciu ilościowym lub wartościowym:
nie mniej niż o 15%, obliczony jako stosunek łącznych obrotów w ciągu 2 kolejnych miesięcy w okresie po 01.01.2020 r., do łącznych obrotów z analogicznych 2 miesięcy z roku ubiegłego w następstwie wystąpienia COVID 19, lub
nie mniej niż o 25 %, obliczony jako stosunek łącznych obrotów w ciągu dowolnie wskazanego miesiąca w okresie po 01.01.2020 r., w porównaniu do obrotów z miesiąca poprzedniego.
Przewidziane zostały w tym przypadku dwa świadczenia dla pracodawców.
Po pierwsze, w przypadku objęcia pracownika przestojem ekonomicznym z powodu spadku obrotu gospodarczego w następstwie wystąpienia COVID-19 pracodawca wypłaca wynagrodzenia obniżone:nie więcej niż o 50% ale nie niższe niż w wysokości minimalnego wynagrodzenia z uwzględnieniem wymiaru czasu pracy
– mówi Adam Ziębicki, associate w kancelarii Chałas i Wspólnicy.
Obniżone wynagrodzenie pracownika jest dofinansowywane ze środków FGŚP w wysokości 50% minimalnego wynagrodzenia z uwzględnieniem wymiaru czasu pracy. Dofinansowanie to nie przysługuje wobec pracowników, których wynagrodzenie w miesiącu poprzedzającym złożenie wniosku przez przedsiębiorcę było wyższe niż 300% przeciętnego wynagrodzenia z poprzedniego kwartału ogłoszonego przez Prezesa GUS
– dodaje Ziębicki.
Po drugie, pracodawca, który obniżył wymiar czasu pracy w związku ze spadkiem obrotów gospodarczych w następstwie wystąpienia koronawirusa, może obniżyć wymiar czasu pracy pracownika o 20%, nie więcej niż do 0,5 etatu, z zastrzeżeniem, że wynagrodzenie nie może być niższe niż minimalne wynagrodzenie za pracę, z uwzględnieniem wymiaru czasu pracy. Przy tak obniżonym wymiarze czasu, FGŚP dofinansuje maksymalnie do 40% przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia z poprzedniego kwartału.
Oba świadczenia przysługują przez łączny okres 3 miesięcy od dnia złożenia wniosku o wypłatę świadczeń.
Skrócenie wymiaru wypoczynku dla pracowników
Dla pracodawców, którzy nie zalegają w regulowaniu zobowiązań podatkowych oraz składek na ubezpieczenia społeczne została przewidziana również możliwość skrócenia:
dobowego czasu nieprzerwanego odpoczynku dla pracownika z 11 do 8 godzin (z gwarancją oddania pracownikowi równoważnego odpoczynku w okresie 8 tygodni)
tygodniowego czasu odpoczynku z 35 do 32 godzin.
Pracodawca w porozumieniu ze związkami zawodowymi lub przedstawicielami pracowników będzie mógł także wydłużyć dobowy wymiar czasu pracy do 12 godzin oraz okres rozliczeniowy do maksymalnie 12 miesięcy.
Dopłaty do składek ZUS
Pracodawcy, w przypadku spadku obrotów gospodarczych w następstwie COVID-19, może zostać przyznane dofinansowanie części kosztów wynagrodzeń pracowników oraz należnych od tych wynagrodzeń składek na ubezpieczenia społeczne.
Przez spadek obrotów gospodarczych rozumie się zmniejszenie sprzedaży towarów lub usług w ujęciu ilościowym lub wartościowym obliczone jako stosunek łącznych obrotów w ciągu dowolnie wskazanych 2 kolejnych miesięcy kalendarzowych, przypadających w okresie po dniu 1 stycznia 2020 r. do dnia poprzedzającego dzień złożenia wniosku o przyznanie dofinansowania, w porównaniu do łącznych obrotów z analogicznych 2 kolejnych miesięcy kalendarzowych roku poprzedniego. Za miesiąc uważa się także 30 kolejno po sobie następujących dni kalendarzowych, w przypadku gdy dwumiesięczny okres porównawczy rozpoczyna się w trakcie miesiąca kalendarzowego, to jest w dniu innym niż pierwszy dzień danego miesiąca kalendarzowego.
Dofinansowanie, w przypadku spadku obrotów o:
co najmniej 30% może być przyznane w wysokości nieprzekraczającej kwoty sumy 50% wynagrodzeń poszczególnych pracowników objętych wnioskiem o dofinansowanie i 50% kwoty minimalnego wynagrodzenia za pracę;
co najmniej 50% może być przyznane w wysokości nieprzekraczającej kwoty sumy 70% wynagrodzeń poszczególnych pracowników objętych wnioskiem o dofinansowanie i 70% kwoty minimalnego wynagrodzenia za pracę;
co najmniej 80% może być przyznane w wysokości nieprzekraczającej kwoty sumy 90% wynagrodzeń poszczególnych pracowników objętych wnioskiem o dofinansowanie i 90% kwoty minimalnego wynagrodzenia za pracę.
Dofinasowanie to może być przyznane na okres nie dłuższy niż 3 miesiące. Pracodawca jest zobowiązany do utrzymania w zatrudnieniu pracowników objętych umową przez okres dofinansowania oraz po zakończeniu okresu dofinansowania, przez okres równy temu okresowi.
Powyższe rozwiązania stosuje się analogicznie dla przedsiębiorców będących osobami fizycznymi niezatrudniającymi pracowników, w celu dofinansowania części kosztów prowadzenia działalności gospodarczej
– wyjaśnia Adam Ziębicki, associate w kancelarii Chałas i Wspólnicy.
Zwolnienie ze składek dla mikrofirm
Dla mikrofirm zatrudniających do 9 osób przewidziane zostało zwolnione ze składek ZUS przez 3 miesiące tj. od 1 marca 2020 r. do 31 maja 2020 r. Zwolnienie dotyczy składek za przedsiębiorcę i pracujących dla niego osób. Zwolnienie dotyczy składek na ubezpieczenia społeczne, ubezpieczenie zdrowotne, Fundusz Pracy, Fundusz Solidarnościowy, FGŚP, FEP. Przedsiębiorca oraz pracujący na jego rzecz pracownicy zachowują prawo od świadczeń zdrowotnych i ubezpieczeń społecznych za okres zwolnienia ze składek.
Pożyczki dla mikroprzedsiębiorców
Dla mikroprzedsiębiorców została przewidziana pożyczka w wysokości do 5.000,00 zł przez okres 6 miesięcy. Pożyczka jest jednorazowa, wypłacana ze środków Funduszu Pracy na pokrycie bieżących kosztów prowadzenia działalności gospodarczej. Pożyczka jest oprocentowana w wysokości 0,05%, zaś okres jej spłaty nie może być dłuższy niż 12 miesięcy. W obecnie proponowanym rozwiązaniu przewiduje się, że pożyczka wraz z odsetkami ulega umorzeniu, pod warunkiem, że przedsiębiorca przez okres 3 miesięcy od dnia jej udzielenia nie zmniejszy stanu zatrudnienia na dzień 29 lutego 2020 r. w przeliczeniu na pełny wymiar czasu pracy.
Dla przedsiębiorców, którzy ponoszą negatywne konsekwencje COVID-19 przewidziane zostało prawo odliczenia straty poniesionej w 2020 r. od dochodu z działalności uzyskanego w 2019 r. Warunkiem jest osiągnięcie w 2020 r. w porównaniu do 2019 r. przychodów niższych o co najmniej 50%. Obniżenie jest jednorazowe, nie więcej niż o kwotę 5.000.000,00 zł. Tarcza odroczyła także niektóre terminy wykonania obowiązków spoczywających na przedsiębiorcach.
Okazuje się, że pandemia koronawirusa ma pozytywny wpływ na stan środowiska – wskazują ekolodzy. Zamykanie fabryk, ograniczenia w transporcie czy spowolnienie aktywności gospodarczej już przyczyniły się do poprawy jakości powietrza, widocznej nawet na zdjęciach satelitarnych NASA i ESA. Jak podkreśla ekspert SGGW, prof. Zbigniew Karaczun, ta poprawa jest jednak krótkotrwała i nie oznacza systemowej zmiany na lepsze. Z kolei recesja, która nastąpi po okresie pandemii, może skłonić rządy wielu państw do wspierania gospodarki kosztem polityki środowiskowej i cięcia wydatków na inwestycje proekologiczne.
– Wpływ pandemii koronawirusa na stan środowiska można uznać za pozytywny. Zmniejszenie aktywności gospodarczej, transportu lotniczego i samochodowego znacząco zmniejszyło presję działalności człowieka na środowisko przyrodnicze. Świetnie widać to np. na zdjęciach satelitarnych znad Chin porównywanych w grudniu i w lutym. Rzeczywiście Chiny były wtedy w zasadzie czystym państwem, co jest dla nich bardzo rzadkie. Wszędzie tam, gdzie rządy ogłaszają kwarantannę czy ograniczenia dla działalności ludzi, zmniejsza się wielkość emisji do środowiska, poprawia się stan jakości powietrza i wody. Jednak musimy mieć świadomość, że to jest wpływ krótkotrwały – mówi agencji Newseria Biznes prof. Zbigniew Karaczun z Katedry Ochrony Środowiska SGGW, ekspert Koalicji Klimatycznej.
Spadek zanieczyszczenia powietrza został po raz pierwszy zaobserwowany na zdjęciach satelitarnych NASA w chińskiej prowincji Hubei, gdzie wybuchła epidemia. Naukowcy z Uniwersytetu Stanforda wyliczyli, że w Chinach emisje CO2 spadły w sumie o 1/4, co mogło uratować życie 4 tys. dzieci poniżej piątego roku życia i 73 tys. osób starszych, powyżej 70 lat. To z kolei oznacza, że liczba ludzi uratowanych w ten sposób może wielokrotnie przewyższać liczbę zgonów spowodowanych pandemią koronawirusa w samych Chinach.
Dane z satelity Copernicus Sentinel-5P, który jest obecnie najdokładniejszym przyrządem do pomiaru zanieczyszczenia powietrza z kosmosu, pokazują jego spadek – zwłaszcza emisji dwutlenku azotu, również we Włoszech – podała Europejska Agencja Kosmiczna. Redukcja jest szczególnie widoczna w północnych Włoszech, co zbiega się z ogólnokrajową blokadą, aby zapobiec rozprzestrzenianiu się koronawirusa.
Ekspert podkreśla jednak, że ta poprawa jakości środowiska naturalnego jest tylko krótkotrwała i nie oznacza systemowej zmiany na lepsze.
– Obawiamy się, że kiedy skończy się panika związana z pandemią i wrócimy do normalnej rzeczywistości po kwarantannie, wtedy być może rządy będą starały się wspierać działalność gospodarczą nawet kosztem środowiska przyrodniczego. Może się okazać, że w nadchodzących miesiącach, latach czy tygodniach będziemy emitować do atmosfery znacznie więcej – mówi prof. Zbigniew Karaczun.
Zdaniem ekspertów ograniczenia wprowadzone z powodu pandemii mogą przełożyć się na długotrwałe korzyści, gdyż wiele osób zrezygnuje z niepotrzebnych podróży, wzrośnie też znaczenie zdrowia publicznego. Z drugiej strony spodziewana recesja może skłonić rządy wielu państw do wspierania gospodarki kosztem polityki środowiskowej i cięcia wydatków związanych z inwestycjami proekologicznymi.
– To, że dziś wszyscy zajmujemy się pandemią, nie oznacza, że powinniśmy zapomnieć o zmianach klimatu. One są równie wielkim niebezpieczeństwem, które nie zniknie, kiedy ją zwalczymy. Potrzebne są równie stanowcze działania w odniesieniu do ochrony klimatu – mówi ekspert Koalicji Klimatycznej.
Jak podkreśla, pandemia koronawirusa pokazuje, że możliwa jest globalna mobilizacja polityczna i społeczna na rzecz wspólnego celu. Taka sama mobilizacja i koalicja wszystkich państw będzie też potrzebna po uporaniu się z SARS-CoV-2.
– Mam nadzieję, że ta nauczka, którą daje nam pandemia, zostanie też odniesiona do ochrony klimatu, pokaże nam, że możemy zmienić gospodarkę, dostosować ją do wymogów ochrony środowiska – mówi prof. Zbigniew Karaczun. – W Polsce, Europie i na całym świecie o 180 stopni zmieniliśmy swoje życie, dostosowaliśmy się do wyzwań, jakie stawia przed nami pandemia. To pokazuje, że zmiana jest możliwa. To powinna być nauczka dla nas wszystkich, zwłaszcza polityków, że takie działania w zakresie ochrony klimatu i środowiska są możliwe. Jeżeli na jednej szali jest nasze bezpieczeństwo, wynikające z konieczności zachowania systemu przyrodniczego, a z drugiej – krótkoterminowe korzyści finansowe, to podobnie jak w przypadku tej pandemii powinniśmy postawić na to bezpieczeństwo.
Według danych Europejskiej Agencji Środowiska (EEA) zmniejszony ruch w miastach i ograniczenia w transporcie przekładają się na spadek zanieczyszczenia powietrza. W Mediolanie stężenie emitowanego głównie przez transport dwutlenku azotu (NO₂) spadło o 21 proc. w stosunku do analogicznego okresu rok wcześniej, w Barcelonie – o 55 proc., Madrycie – 41 proc., a Lizbonie – 51 proc.
Mimo to w Warszawie i wielu innych polskich miastach w ostatnich dniach utrzymywał się smog, a normy stężenia pyłów PM2,5 i PM10 były wielokrotnie przekroczone, o czym informowały m.in. Warszawski Alarm Smogowy i stowarzyszenie Miasto Jest Nasze. Według ekspertów taka sytuacja wynika m.in. z faktu, że nocą utrzymywały się niskie temperatury, więc mieszkańcy zaczęli grzać w swoich domach i palić w kominkach. Za smog w głównej mierze odpowiada więc ogrzewanie z tzw. kopciuchów i kominków. To sytuacja niekorzystna o tyle, że – jak zauważa stowarzyszenie Miasto Jest Nasze – pyły zawieszone stanowią podłoże, które umożliwia koronawirusowi pozostawanie w powietrzu w odpowiednich warunkach przez określony czas, od kilku godzin do nawet kilku dni.
We wtorek rząd ogłosił dodatkowe obostrzenia w celu ochrony przed rozprzestrzenianiem się koronawirusa. Im dłużej potrwa pandemia, tym poważniej jej skutkami będą dotknięte gospodarki Polski i jej partnerów z Unii Europejskiej. Pierwsze skutki już widać: prognozy 10-proc. spadku PKB, wnioski o wakacje kredytowe i zmianę harmonogramu spłat, obniżki wynagrodzeń i zwolnienia. W obliczu braku szczepionki i lekarstwa jedynym sposobem na ograniczenie choroby i wywołanej przez nią recesji jest higiena i izolacja.
– Budujemy różne scenariusze i wśród wielu zakładamy również ten, w którym polska gospodarka będzie zamknięta czas dłuższy, pewnie podobny jak gospodarka europejska. Życzyłbym sobie i wszystkim tego, żeby ten czas zamknięcia był jak najkrótszy, i cały czas mam poważne nadzieje, oparte również na analizach, że być może on będzie krótszy niż w Europie Zachodniej – we Francji, Włoszech czy w Hiszpanii – podkreślił podczas konferencji premier Mateusz Morawiecki w odpowiedzi na pytanie agencji Newseria. – Ale czy tak się ostatecznie stanie, zależy od tego, czy będziemy przestrzegać tych rygorów, które dzisiaj nakładamy. Bezwzględna izolacja osób starszych i oczywiście, jeżeli przemieszczają się, utrzymywanie odpowiedniego dystansu i dezynfekowanie rąk.
Kolejne ograniczenia dotkną sklepy. Naraz będzie mogło w nich przebywać tylko tylu klientów, ile wynosi trzykrotność kas. Będą musieli robić zakupy w rękawiczkach, które powinien zapewnić sklep. Przed południem, w godzinach 10–12 w sklepach spożywczych i aptekach będą mogły przebywać tylko osoby po 65. roku życia, by nie narażać ich na kontakt z młodszymi potencjalnymi nosicielami. W weekendy nieczynne będą sklepy budowlane. Wychodzić można na krótko i w konkretnym celu oraz trzeba utrzymywać odległość minimum 2 metrów. Nieletnim musi towarzyszyć osoba dorosła. Wszystkie te ograniczenia mają zatrzymać rozwój pandemii, skrócić czas jej trwania i tym samym czas powrotu gospodarek do pełnego funkcjonowania. W każdym wypadku jednak straty dla gospodarki będą bolesne.
– Wpływ pandemii na gospodarkę światową, europejską i polską będzie ogromny. Bardzo wielu przywódców już dzisiaj mówi, że jest to kryzys największy od czasów II wojny światowej. Wiele osób w Stanach Zjednoczonych mówi, że jest to kryzys większy niż wszystko, co spotkało ten kraj od czasów wielkiej depresji w latach 1929–1933, a niektórzy już mówią, że będzie od niej gorszy – mówił prezes Rady Ministrów. – Już pojawiają się prognozy bezrobocia w USA na poziomie 30 proc., a podczas wielkiej depresji to było mniej więcej 25 proc. Dla nas bardzo ważne jest, jak szybko wyjdzie z tych tarapatów gospodarka europejska. Na cotygodniowych naradach Rady Europejskiej przedstawiam nasz plan, nasz punkt widzenia, wiele naszych porad jest przyjmowanych, przekazujemy sobie najlepsze praktyki. To nie jest czas na to, żeby się ścigać na to, kto ma lepsze rozwiązania.
W Stanach Zjednoczonych w tygodniu zakończonym 21 marca liczba nowych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych wyniosła 3,283 mln, co oznacza wzrost o 3 mln. Jest to największy odczyt tego wskaźnika w historii USA. Jeśli to tempo się utrzyma, w ciągu kilku tygodni bezrobocie w tym kraju może osiągnąć wartość dwucyfrową.
W Polsce, jak poinformował Związek Banków Polskich, wpłynęło już 200 tys. wniosków o wakacje kredytowe od osób prywatnych i ponad 10,5 tys. wniosków o zmianę zasad finansowania od przedsiębiorstw. Zdaniem prezesa Polskiego Funduszu Rozwoju Pawła Borysa w II kwartale roku należy liczyć się z recesją rzędu 5–10 proc., a do wzrostu gospodarka powróci dopiero na przełomie 2020 i 2021 roku. Zdaniem ekonomistów Banku Millennium w całym roku polska gospodarka może spaść o 3 proc. – a miała o ponad 3 proc. wzrosnąć.
– Naszych włoskich przyjaciół doświadczył los straszliwy. Dzisiaj liczba zgonów, ale też w szczególności te mechanizmy segregacji mówią nam: nakładajcie nowe obostrzenia, budujcie nowe izolatoria, nowe miejsca kwarantanny, nowe miejsca szpitalne. I to robimy. Dzisiaj dla osób z koronawirusem jest dostępnych już około 8–9 tys. miejsc, za chwilę będzie powyżej 10 tys. Wykorzystanych łóżek jest około 1,5 tys. – mówił Mateusz Morawiecki. – Jeżeli będzie za chwilę 2–3 tys., cały czas te miejsca są, ale wiemy, że ten przyrost może być gwałtowny. Podchodzimy do tej sytuacji z bardzo dużą pokorą, ale jestem przekonany, że wspólnym wysiłkiem, jeżeli rzeczywiście w solidarny sposób będziemy przestrzegali tych zasad, to ograniczymy zasięg rozprzestrzeniania się koronawirusa.
Internet zalewa w ostatnich tygodniach lawina fake newsów, tzw. łańcuszków i niesprawdzonych informacji dotyczących koronawirusa. SARS-CoV-2 stał się pożywką zarówno dla internetowych trolli, jak i cyberprzestępców, którzy próbują wykorzystać sytuację, aby wyłudzić pieniądze, hasła do logowania w banku czy social mediach. W związku z tym NASK startuje właśnie ze specjalną kampanią, która ma skłonić internautów do aktywnego oznaczania oraz zgłaszania fake newsów i cyberoszustw. Fałszywą informację można skomentować, dodając hasztag HASHOznaczDezinfo, natomiast próbę wyłudzenia, fałszywe strony internetowe czy bramki do płatności należy zgłosić do CERT Polska.
– Radzenie sobie z dezinformacją ma wiele wspólnego z przeciwdziałaniem wirusowi. Musimy ograniczyć przekazywanie fałszywych informacji, aby nie „zarażać” innych użytkowników – podkreśla Krzysztof Silicki, dyrektor ds. cyberbezpieczeństwa w NASK.
Koronawirus i dezinformacja mają jeden wspólny mianownik: błyskawicznie się rozprzestrzeniają. Można to zjawisko nazwać infodemią, czyli dezinformacją w czasie pandemii. Kiedy w mediach pojawiły się doniesienia o tym groźnym wirusie, nie trzeba było też długo czekać na fake newsy. Internauci trafiają w ostatnich tygodniach na wiele fałszywych informacji i wprawdzie wiarygodnie wyglądających, ale nieprawdziwych nagłówków (np. o tym, że Polska nie zgodziła się na przelot rosyjskiego samolotu, który leciał z pomocą medyczną do Włoch).
W sieci rozprzestrzeniają się też tzw. łańcuszki. Jednym z najpopularniejszych jest ten, w którym „czeski lekarz” przekazuje znajomym rzekomo prawdziwe informacje dotyczące koronawirusa: „Tajwańscy eksperci zapewniają prosty autotest, który możemy wykonywać każdego ranka. Weź głęboki oddech i wstrzymaj oddech na dłużej niż 10 sekund. Jeśli pomyślnie zakończysz badanie bez kaszlu, bez dyskomfortu, zatłoczenia, napięcia itp., udowodnione jest, że w płucach nie ma mukowiscydozy, co w zasadzie oznacza brak infekcji”. Wiadomość ta wciąż krąży w internecie, mimo że zawarte w niej informacje są szkodliwe i kompletnie nieprawdziwe (mukowiscydoza jest ciężką chorobą genetyczną). Tylko do połowy marca portal EUvsDisinfo odnotował ponad 160 takich fałszywych informacji, z kolei agencja prasowa AFP – aż 1,9 tys.
– Dezinformacja może mieć np. charakter polityczny, jednak jest również wykorzystywana przez cyberprzestępców, aby zdobyć nasze wrażliwe dane – wskazuje Krzysztof Silicki.
Jak podkreśla, dezinformację wyróżnia szkodliwa intencja, umyślne wprowadzanie odbiorcy w błąd. Jej celem może być wywołanie chaosu i nieufności albo – jak w większości przypadków – chęć wyłudzenia pieniędzy i danych, np. haseł do logowania w banku czy social mediach.
Oprócz lawiny fake newsów koronawirus stał się dobrą pożywką dla internetowych trolli i cyberprzestępców, którzy rozsyłają m.in. podstawione strony internetowe, bramki do płatności czy złośliwe aplikacje. Popularną metodą kradzieży są fałszywe SMS-y i wiadomości e-mail zawierające linki do logowania, np. o tym, że środki z prywatnych kont zostaną przekazane do rezerw krajowych NBP, a żeby odzyskać 1 tys. zł, należy kliknąć w podany link. Eksperci NASK apelują, żeby za każdym razem sprawdzać m.in. adres i wygląd strony, która wymaga pozostawienia wrażliwych danych (logowania czy karty płatniczej).
Jednak źródłem fake newsów i dezinformacji często są również sami internauci, którzy w mediach społecznościowych udostępniają plotki, pogłoski i sensacyjne wiadomości dotyczące m.in. zamknięcia miast, sklepów czy wprowadzenia wojska na ulice.
Z tych powodów NASK startuje właśnie ze specjalną kampanią HASHOznaczDezinfo, która zachęca internautów do aktywnego oznaczania i zgłaszania fake newsów. Samo jej hasło stanowi jednocześnie akronim, którego rozwinięcie przybiera formę poradnika dla internautów (O – Odpowiedzialnie udostępniaj, Z – Zrozum cel, N – Nie wierz krzykliwym nagłówkom, A – Analizuj treść, C – Czekaj, aż opadną emocje, Z – Zgłaszaj dezinformację).
– Powinniśmy zachować emocjonalny dystans do tego, co czytamy, przestrzegać zasad cyberhigieny oraz wspierać tych, którzy nie są świadomi dezinformacji np. w mediach społecznościowych – podkreśla Krzysztof Silicki.
Eksperci ds. cyberbezpieczeństwa NASK apelują, żeby wyciszyć emocje i włączyć myślenie przed udostępnieniem niesprawdzonej informacji albo skomentowaniem postu lub artykułu. Radzą, aby dokładnie analizować ich treść, zwracać uwagę na krzykliwe nagłówki i tytuły, sensacyjne hasła – to tzw. clickbaity, które mają na celu przykuć uwagę. Należy też sprawdzić wiarygodność źródeł i portalu, który udostępnia daną informację, oraz to, czy został podany jej autor.
Fałszywą informację można skomentować, dodając hasztag HASHOznaczDezinfo, i zgłosić do moderatorów danego serwisu oraz organizacji fact-checkingowych (np. Stowarzyszenie Demagog, Konkret24 albo Demaskator24.pl). Z kolei próbę wyłudzenia, fałszywe strony internetowe czy bramki do płatności, które mają na celu m.in. wyłudzenie pieniędzy albo danych logowania, można zgłosić do CERT Polska pod adresem incydent.cert.pl. NASK prowadzi również listę ostrzeżeń przed przestępczymi domenami, które każdy może zgłosić do CERT Polska.
NASK apeluje, aby czerpać informacje dotyczące koronawirusa z oficjalnych, rządowych źródeł, np. portalu GOV.pl, stron internetowych i profili Ministerstwa Zdrowia, Kancelarii Premiera czy Głównego Inspektoratu Sanitarnego, a także z komunikatów podawanych w aplikacji mObywatel.
Systemy sztucznej inteligencji są przyszłością rynku technologicznego. Polskie start-upy oraz ośrodki naukowe coraz chętniej eksperymentują z systemami autonomicznymi, wsparcie płynie także ze strony przedstawicieli władz. Prowadzone są rozmowy na temat wdrożenia państwowych programów wsparcia dla rozwoju innowacyjnych technologii inteligentnych, które pozwolą polskim firmom na równi rywalizować z międzynarodowymi korporacjami specjalizującymi się w systemach SI.
– Polska jest w przedbiegu inwestycji w sztuczną inteligencję. Mam nadzieję, że uniwersytety również będą coraz więcej kształcić w tym zakresie, nawet na poziomach juniorskich. Firm, które wykorzystują SI, jest naprawdę niewiele. Muszą one posiadać ogromne ilości danych, żeby te modele w odpowiedni sposób wytrenować i żeby one były potem skuteczne – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Jarosław Królewski, prezes Synerise. – Ta dziedzina wiedzy jest strategiczna nie tylko z punktu widzenia gospodarki, ale również kraju, jego bezpieczeństwa, stabilności czy możliwości rozwoju konkurencji na rynkach.
O konieczności wdrożenia programów inwestycyjnych dla projektów z branży SI przekonuje Ministerstwo Rozwoju, które planuje rozwijać w Polsce centra sztucznej inteligencji. Jednostki te miałyby pełnić rolę hubów naukowo-biznesowych, które zrzeszałyby inżynierów pracujących nad innowacyjnymi technologiami z zakresu automatyzacji, algorytmów inteligentnych oraz uczenia maszynowego. Ułatwiłyby także polskim wynalazkom zaistnienie na arenie międzynarodowej.
Według ministerstwa huby SI mogłyby funkcjonować w ramach unijnego programu Horyzont Europa. Dzięki temu polskie ośrodki mogłyby ubiegać się o dofinansowanie w ramach klastra „Technologie cyfrowe, przemysł i przestrzeń kosmiczna”, na który Komisja Europejska przeznaczy 15 mld euro, z czego znaczna część środków posłuży do wsparcia projektów związanych z rozwojem inteligentnych algorytmów.
– Kluczowe technologie, jeśli chodzi o własność intelektualną, nie powstają w Polsce. Jesteśmy jedną z firm, która chce rywalizować na twarde technologie: budujemy własne systemy baz danych, własne algorytmy. Ale tych firm jest za mało, za bardzo wierzymy w to, że innowacja ma tylko cele sprzedażowe – przekonuje ekspert.
Potencjał technologii sztucznej inteligencji docenili m.in. projektanci robota edukacyjnego Photon. Według nich transformację polskiego rynku nowych technologii należy rozpocząć od podstaw, czyli od wdrożenia innowacyjnych programów nauczania, które przygotują młode pokolenie do pracy z algorytmami SI. Photona opracowano w ramach Podlaskiego Akceleratora Innowacji, a jego zadaniem jest przybliżenie podstaw programowania oraz sposobów funkcjonowania sztucznej inteligencji za pośrednictwem nieinwazyjnych narzędzi edukacyjnych. Dzieci uczą się nowych, przyszłościowych umiejętności poprzez zabawę, programując i konfigurując robota.
Na polskim rynku eksperymenty edukacyjne z zastosowaniem sztucznej inteligencji realizuje również Synerise. Firma we współpracy z Microsoftem oraz Bankiem Pekao prowadzi projekt AI Schools & Academy. W jego ramach edukatorzy będą uczyć dzieci innowacyjnych rozwiązań z zakresu sztucznej inteligencji, zaś przedsiębiorców zachęcać do wykorzystywania narzędzi automatyzujących pracę w swoich firmach.
W rozwój umiejętności związanych z wykorzystaniem sztucznej inteligencji w biznesie inwestuje także Ośrodek Przetwarzania Informacji przy Państwowym Instytucie Badawczym. Kursy prowadzone przez tę jednostkę nie są jednak skierowane do przyszłych informatyków i programistów, tylko mają zwiększyć świadomość szerokiego grona pracowników na temat systemów automatycznych, które mogą w przyszłości napotkać na swojej drodze biznesowej.
– Powinniśmy skupić się na tym, żeby dostarczać odpowiednią technologię z bardzo dużą marżą i sprzedawać ją przez partnerów. Takie dyscypliny wiedzy jak Big Data i sztuczna inteligencja pokazują, że nawet kilka umysłów jest w stanie dostarczać rozwiązania, które potem będą patentowalne i będą decydować o tym, jak kształtuje się świat technologii – twierdzi Jarosław Królewski.
Według analityków z firmy MarketsandMarkets wartość globalnego rynku sztucznej inteligencji do 2025 roku wzrośnie do przeszło 190 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 36,6 proc.
Po tak burzliwym miesiącu trudno ocenić, na ile dokonały się już rozliczenia pod porządkowanie portfeli na koniec kwartału. Pierwsze od czterech tygodni wzrosty na poniedziałkowej sesji na Wall Street mogą być właśnie skutkiem równoważenia pozycji niż dowodem poprawy klimatu na rynkach. Podobnie nie należy wyciągać pochopnych wniosków z imponującego odbicia indeksów PMI z Chin.
Chiny są jeden miesiąc do przodu w walce z wirusem, co oznacza, że główne uderzenie w gospodarkę nastąpiło w lutym, a marzec przynosi stopniowy restart aktywności gospodarczej. Oba wskaźniki PMI – dla sektorów przemysłowego i usługowego – wróciły do strefy sygnalizującej ekspansję, sugerując, że gospodarka najgorsze ma za sobą. Jednak prosta analiza odbicia z 35,7 i 29,6 do 52,0 i 52,3 może być myląca. Ankiety PMI mierzą saldo netto w odpowiedziach firm dotyczących poprawy lub pogorszenia sytuacji. Jest oczywistym, że po fatalnym lutym większość firm będzie widzieć swój biznes lepiej. Jednak same rozróżnienie lepiej/gorzej nic nie mówi o ogólnym poziomie produkcji. Z takiego punktu widzenia martwić powinno, że ledwo połowa firm widzi poprawę sytuacji. Globalne rozprzestrzenianie się wirusa skutkuje lockdownem na szeroką skalę, który paraliżuje rynki zbytu dla chińskiego eksportu. W samych Chinach wzrasta ryzyko importowania zakażonych, co hamuje aktywność w głównych miastach raju. Powrót indeksów powyżej 50 nie może być wprost intepretowane, że wszystko wróciło do normy.
Źródłem zaburzenia obrazu rynku jest też istota końca miesiąca/kwartału. Fundusze zobligowane do utrzymywania odpowiedniego współczynnika alokacji w akcjach i obligacjach muszą teraz odbudować zachwiane proporcje. Sugeruje to kupowanie akcji, których wartość drastycznie stopniała. Dla inwestorów zagranicznych działających na Wall Street oznacza to też mniejsze zapotrzebowane na zabezpieczenia przed ryzykiem kursowym, co powinno wspierać USD. Naturalnie nie wszyscy czekają na porządki do ostatniej chwili i część równoważenia mogło się dokonać w ubiegłym tygodniu. Przy obecnej zmienności trudno jednak oszacować, jak dużo tego procesu już za nami i jeszcze dziś może dojść do niespodziewanych wahań. Wniosek jest jednak taki, że nie należy dać się ponieść przekonaniu, że rynek akcji sygnalizuje trwałe odbicie od dołka. Świat musi zażegnać kryzys zdrowotny i rynki osiągną dno, dopiero gdy znajdzie się medyczne rozwiązanie.
Bank Anglii zrobił co miał do zrobienia, Sekretarz Skarbu także nie powinien dostarczać nowych wiadomości. Funt w najbliższym czasie pozostanie walutą zależną od rynkowego sentymentu. Relatywnie słaba jak na jedną z głównych walut sytuacja w bilansie płatniczym czyni funta bardzo podatnego na wyprzedaże w momentach braku dostępu do finansowania w dolarze. Obserwowaliśmy to już ostatnio, gdy notowania runęły najniżej od 1985 roku. Płynność została przywrócona przez banki centralne w sposób bardzo zdecydowany, ale spodziewamy się zdecydowanie mniej chaotycznego, ale jednak mniej sprzyjającemu ryzyku środowiska inwestycyjnego. W nim funt również będzie radził sobie gorzej niż dolar, ale także euro. Istnieje zatem wysokie ryzyko ostrego wymazania części wystrzału z 1,15 w okolice 1,25 i zniżki w kierunku 1,20. Kurs najpierw przestrzelił wartość godziwą w dół, teraz w górę. Notowania nie powinny podlegać już tak dramatycznemu spadkowi. Po pierwsze, należy przywołać wspomniany już mniejszy problem z płynnością. Po drugie, funt jako jedyna z głównych walut miał w momencie wybuchu pandemii zbudowaną długą pozycję spekulacyjną. Jej gwałtowne upłynnianie spotęgowało skalę ruchu i napędzało chaos.
Większość rynków biurowych w regionie EMEA powinna przetrwać krótki wstrząs lub nawet dłuższe spowolnienie gospodarcze – uważają eksperci Colliers International. Sytuacja wywołana przez pandemię może okazać się korzystna w perspektywie długoterminowej dla operatorów biur elastycznych.
Według portalu Colliers’ COVID-19 Insights, około 60% rynków EMEA, w tym także Polska, na początku 2020 r. bardziej sprzyjało deweloperom i właścicielom nieruchomości, z których większość liczyła na wzrost stawek czynszowych. Oczekiwanie to opierało się przede wszystkim na niskim poziomie pustostanów i niewielkiej dostępności biur. Sytuacja wywołana przez rozprzestrzenianie się koronawirusa spowodowała spowolnienie dynamiki popytowej. Można spodziewać się, że będzie miało to wpływ na warunki najmu.
– Obecna sytuacja jest nowa dla nas wszystkich, dlatego nie możemy na tym etapie wyciągać konkretnych wniosków czy snuć prognoz dotyczących funkcjonowania rynku nieruchomości biurowych. Zaobserwować możemy natomiast faktyczny wpływ sytuacji na wydłużenie się pewnych procesów, jak również ponowne sporządzanie analiz zapotrzebowania najemców na powierzchnię biurową. Mimo nietypowych okoliczności, z którymi się mierzymy, część transakcji nie została wstrzymana i praca nad nimi nadal się toczy. Można przypuszczać, że obecna sytuacja przyczyni się do zmiany trendów na rynku – w kolejnych latach będziemy mogli zaobserwować większy udział renegocjacji umów. Moim zdaniem również mobilizacja firm do pracy zdalnej może mieć przełożenie na liczbę wynajmowanych metrów w przyszłości – mówi Paweł Skałba, senior partner, dyrektor Działu Powierzchni Biurowych w Colliers International.
Podaż wciąż niewielka
Niedawny wzrost liczby umów typu pre-let na rynkach biurowych w regionie EMEA może zostać tymczasowo zahamowany, ale biorąc pod uwagę, że podaż nowoczesnych powierzchni biurowych prawdopodobnie osłabnie przez niższą aktywność budowlaną – ze względu na blokady w łańcuchach dostaw materiałów budowlanych – firmy będą się trzymać swoich planów dotyczących najmu powierzchni. Wobec tego na rynku nadal będzie odczuwalny niedobór dostępnych nowoczesnych i zrównoważonych przestrzeni biurowych.
Flex office może zyskać
Na rynku elastycznych powierzchni biurowych pojawiają się obawy operatorów uzależnionych od sektora MŚP, który wydaje się być najbardziej narażony na zmniejszenie przepływów pieniężnych.
– W krótkim okresie czasu, elastyczne biura mogą ucierpieć tracąc najemców, ponieważ to właśnie na elastycznym modelu najmu zbudowany jest ich model biznesowy. To największa zaleta tego produktu, że stosunkowo łatwo i szybko można z nich zrezygnować. Ewentualne straty uzależnione są od czasu, jaki będzie trwać obecna sytuacja – mówi Renata Hartle, manager ds. strategii flex office i rozwiązań technologicznych w Colliers International.
Jeśli jednak operatorzy przetrwają kryzys wywołany koronawirusem, ich pozycja rynkowa może wzrosnąć.
– Do tej pory większość firm w ramach zabezpieczenia kontynuacji biznesu pod kątem nieruchomości ograniczała się tylko do swoich tradycyjnych biur. Natomiast to, co się teraz dzieje, otwiera nam oczy na wiele różnych przypadków – np. co gdy nie będziemy mieli do naszego biura dostępu? Albo zostanie odcięte od prądu czy sieci? Co gdy nagle będziemy musieli ograniczyć zasoby ludzkie? Wtedy potrzebujemy alternatywnego miejsca pracy. Powierzchnie elastyczne gwarantują nam to, że w szybki sposób można mieć do nich dostęp nawet w sytuacji, gdy tradycyjne firmowe biuro jest już zamknięte czy wręcz zablokowane. A nasze mieszkania, choć są pewną alternatywą, to jednak nie na długi czas i nie na biznesowe spotkania. Myślę, że coraz więcej najemców będzie myślało o włączeniu powierzchni flex do swojej strategii business resilience, tak aby odpowiednio zarządzać ryzykiem i kosztami, np. planując jedynie 70% powierzchni w tradycyjnym układzie, a pozostałe 30% w biurach elastycznych, które dopasują się do bieżących potrzeb – dodaje Renata Hartle.
Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że w Polsce wciąż mamy więcej zgonów niż urodzeń. W pierwszej połowie ubiegłego roku przyrost naturalny wyniósł -1,4 na 1000 ludności. Najlepiej pod tym względem było w województwie pomorskim – 0,9 na 1000 osób. Na plusie znalazły się jeszcze małopolskie i wielkopolskie. W latach 2015-2017 wzrastała liczba urodzeń. 3 lata temu osiągnęła blisko 402 tysięcy, a następnie spadła. Zdaniem ekspertów, w najbliższym czasie dodatni przyrost naturalny jest nierealny. Grupa kobiet w wieku reprodukcyjnym będzie się kurczyć.
W Polsce w pierwszej połowie 2019 roku przyrost naturalny był ujemny. Według danych GUS-u, wyniósł -1,4 na 1000 ludności. Żywych urodzeń przypadło 9,5 na 1000 ludności, a zgonów ¬– 10,9. Populacja liczyła ponad 38,3 mln osób, w tym przeszło 19,8 mln kobiet.
– Jako demograf patrzę przede wszystkim na tzw. współczynnik dzietności. Jeśli on wynosi około 2,1, to zapewnia tzw. zastępowalność pokoleń. Kobieta rodzi dwoje dzieci, które są w stanie zastąpić ją i jej partnera. Jeżeli jest poniżej 2, to prędzej czy później widzimy ujemny przyrost naturalny. I taką sytuację mamy w Polsce od dłuższego czasu. Współczynnik oscyluje pomiędzy 1,25 a 1,4 i jest jednym z najniższych w Europie – komentuje dr hab. Anna Matysiak z Katedry Ekonomii Ludności i Demografii Uniwersytetu Warszawskiego.
Jak podkreśla dr Anita Abramowska-Kmon, kierownik Zakładu Demografii SGH w Warszawie, populacja Polski będzie maleć. Dodatni przyrost naturalny jest nierealny. Ludność Polski starzeje się, rośnie liczba i udział osób starszych, co oznacza, że w przyszłości należy oczekiwać dalszego wzrostu liczby zgonów. Ekspert przywołuje wyniki projekcji ludnościowej Eurostatu z 2018 roku. Według przewidywań, w 2040 roku zgonów będzie prawie 460 tysięcy, czyli ponad 10% więcej niż obecnie.
– Wydaje mi się, że dodatni przyrost naturalny nie jest realny w najbliższym czasie, zwłaszcza że mamy koronawirusa. Ale nawet abstrahując od tej sytuacji, nie widzę możliwości, żeby liczba urodzeń rosła, ponieważ raczej nie wzrośnie współczynnik dzietności. On ostatnio lekko spadł, a teraz zapowiada się spowolnienie gospodarcze, więc też raczej nie pójdzie w górę. Ponadto liczba kobiet w wieku rozrodczym maleje, co wynika ze spadku dzietności w ubiegłych trzech dekadach – mówi dr hab. Anna Matysiak.
Jak wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego, w pierwszej połowie ub.r. dodatni przyrost naturalny był w trzech województwach. To pomorskie (0,9 na 1000 osób), małopolskie (0,7) oraz wielkopolskie (0,5). Natomiast najgorsze wyniki pod tym względem zanotowały woj. łódzkie (-4,1), świętokrzyskie (-3,9) oraz śląskie (-3,1).
– Procesy demograficzne zawsze były zróżnicowane regionalnie. Dla przykładu, województwo łódzkie od lat charakteryzuje się niską dzietnością i jedną z najniższych wartości oczekiwanego trwania życia. To sprawia, że jest prekursorem, jeśli chodzi o spadek liczby ludności i jej starzenia się. Generalnie w województwach z dodatnim przyrostem naturalnym odnotowuje się największe wartości współczynnika dzietności, a także wyższe oczekiwane trwanie życia noworodka – zaznacza dr Anita Abramowska-Kmon.
GUS informuje, że w 2015 roku było 369 308 żywych urodzeń. W kolejnym roku – 382 257, a w 2017 roku – 401 982. Natomiast 2 lata temu liczba ta spadła do 388 178. Ze wstępnych szacunków wynika, że w 2019 roku zarejestrowano 375 tys. urodzeń żywych. Jak stwierdza dr hab. Anna Matysiak, wzrost w latach 2015-2017 wynikał przede wszystkim z dobrej sytuacji ekonomicznej w regionie. Mógł też być skutkiem wprowadzenia świadczeń społecznych, choć nie mamy na ten temat odpowiednich badań. Te dwa czynniki mogły sprawić, że młodzi ludzie przyspieszyli swoje decyzje o posiadaniu dzieci. Nie jest jednak pewne czy rodziny rzeczywiście chcą mieć więcej dzieci czy też po prostu zdecydowali się mieć je wcześniej. Spadek liczby urodzeń w 2017 wskazuje raczej na to drugie wyjaśnienie, choć jeszcze jest za wcześnie, abyśmy mogli wiedzieć to na pewno.
– Demografowie wskazywali, iż zmiany polityki rodzinnej od 2013 roku, w tym także wprowadzenie Programu Rodzina 500+, mogą zachęcić Polaków do decyzji o dziecku. Jednak podkreślali, że jeśli nawet wystąpi wzrost liczby urodzeń, to będzie krótkotrwały. Jest bowiem coraz mniej kobiet, które mogą urodzić dziecko. Obserwowany w latach 2015-2017 wzrost wynikał ze zmiany tzw. kalendarza urodzeń, czyli przyśpieszenia decyzji o urodzeniu kolejnego dziecka. W ogólnej liczbie zwiększył się udział dzieci drugiej i trzeciej kolejności – informuje kierownik Zakładu Demografii SGH w Warszawie.
Według dr hab. Anny Matysiak, wzrost dzietności był bardzo słaby w porównaniu do wzrostu w regionie. Ekspert podkreśla, że w Polsce ciągle jest trudno połączyć aktywność zawodową z posiadaniem dzieci, z rodziną. Są już teraz różne rozwiązania, np. płatne urlopy dostępne dla obojga rodziców, które gwarantują ciągłość dochodów rodzinom w ciągu roku po urodzeniu dziecka. Jednak mężczyźni rzadziej niż w wielu krajach europejskich decydują się na ten wariant. Korzystają z niego głównie kobiety, co potem uderza w nie na rynku pracy. Nie bez znaczenia jest również bardzo słabo rozwinięta opieka instytucjonalna, tj. żłobków i przedszkoli.
– Liczba urodzeń na poziomie około 400 tysięcy rocznie nie będzie wystarczająca, by zrównoważyć rosnącą liczbę zgonów i ustabilizować przyrost naturalny na poziomie 0. Projekcja ludnościowa Eurostatu dla Polski przewiduje zmniejszenie liczby urodzeń, mimo zakładanego wzrostu tzw. współczynnika dzietności całkowitej do prawie 1,6 dziecka na kobietę w 2040 roku. Za 20 lat prognozowana liczba urodzeń ma wynieść nieco ponad 305 tysięcy – wyjaśnia dr Anita Abramowska-Kmon.
Na liczbę ludności wielu państw, w tym Polski, wpływają także migracje. Jak wskazuje dr hab. Anna Matysiak, np. kraje Europy Północnej i Zachodniej mają duży napływ imigrantów i mały odpływ miejscowych. U nas do tej pory to saldo migracyjne było ujemne, choć ostatnio przybywa coraz więcej obcokrajowców. Ponadto, po 2004 roku wyjechało sporo osób, ale nie wiemy dokładnie ile. A w tej grupie było dużo ludzi w wieku rozrodczym. To też sprawia, że urodzeń jest mniej.
– W kolejnych latach należy oczekiwać dalszego spadku. Kobiet w wieku reprodukcyjnym, tj. 15-49 lat, będzie systematycznie ubywać w przyszłości. Ponadto zmaleje liczba kobiet w młodszych grupach wieku, czyli do 34. roku życia. Podobnie będzie z paniami charakteryzującymi się największą płodnością i natężeniem urodzeń, czyli w wieku 25-34 lata. Natomiast będzie rosła liczba kobiet w wieku 40-49 lat, odznaczających się niską płodnością – podsumowuje kierownik Zakładu Demografii SGH w Warszawie.
Dla wielu przedsiębiorstw i instytucji konieczność nagłego umożliwienia pracy zdalnej jest dużym wyzwaniem. Część z nich, które wcześniej nie podejmowały takiej praktyki, nie jest na to przygotowanych pod kątem zabezpieczenia firmowych danych. Warto więc przyjrzeć się wskazówkom, jak zachować bezpieczeństwo podczas pracy z domu.
Zgodnie z obowiązującym prawem pracodawca może zlecić pracownikowi przejście na pracę zdalną, a odmowa ze strony zatrudnionego może wiązać się z karą pieniężną. Przedsiębiorcy są jednak zobowiązani zapewnić pracownikom odpowiedni sprzęt. Ale przeniesienie personelu administracyjnego, zespołów wsparcia technicznego, działów HR, marketingu i innych pracowników (wraz z dostępem do ich danych i zasobów sieciowych), którzy na co dzień pracują z biura, jest bardzo dużym wyzwaniem dla wszystkich firm. Szczególnie administratorzy nie mogą zapominać, że cyberprzestępcy zawsze są gotowi do wykorzystania luk bezpieczeństwa, które często pojawiają się w takich sytuacjach. Eksperci Fortinet radzą, jak w kilku krokach zadbać o bezpieczeństwo danych podczas pracy zdalnej.
Bezpieczne połączenie z siecią Wi-Fi
Osoby wykonujące zdalnie swoją pracę korzystają najczęściej z domowej sieci Wi-Fi, która może nie być odpowiednio zabezpieczona. Ułatwia to cyberprzestępcom np. przechwycenie danych przesyłanych między komputerem lub telefonem a firmowym systemem. Ważne jest zatem, aby pracownik upewnił się, czy wszystkie służbowe urządzenia łączą się z zaufaną siecią w bezpieczny sposób. Coraz powszechniejsze korzystanie z urządzeń Internetu rzeczy sprawia, że weryfikacja, które z nich ma w danym momencie dostęp do globalnej sieci, nie jest łatwa. Dlatego warto rozważyć skonfigurowanie domowego routera w taki sposób, aby wydzielona została specjalna podsieć (segmentacja), z którą będą łączyć się tylko urządzenia firmowe. Istotną, a często pomijaną czynnością jest aktualizacja oprogramowania routera i sprawdzanie jego ustawień pod kątem bezpieczeństwa, w tym zmiana domyślnego hasła.
Zabezpieczenie dostępu do konta
Uwierzytelnianie wieloskładnikowe pomaga zapobiegać wykorzystywaniu skradzionych haseł dostępu do zasobów sieciowych przez niepowołane osoby. Aby umożliwić bezpieczny wgląd do danych, użytkownik ma do dyspozycji kilka opcji. Jedną z nich jest token, czyli urządzenie fizyczne lub oprogramowanie (np. aplikacja mobilna), służące do generowania jednorazowych kodów wykorzystywanych przy procesie autoryzacji dostępu do konta. Często stosowanym rozwiązaniem jest weryfikacja poprzez wiadomość SMS wysyłaną na numer użytkownika.
– Uwierzytelnianie wieloskładnikowe jest szczególnie ważne ze względu na coraz większą liczbę oszustw i ataków cyberprzestępców. Takie działanie może zapobiec przechwyceniu danych lub wyłudzeniu haseł, dlatego warto wdrożyć je jako jeden z elementów ochrony przed cyberatakami. Powinno się z niego korzystać wszędzie, gdzie tylko możliwe. Jeżeli dostaniemy powiadomienie za pomocą wiadomości SMS czy aplikacji mobilnej o próbie zalogowania na nasze konto, powinniśmy natychmiast wylogować się z usługi na wszystkich urządzeniach oraz zmienić hasło. Należy także, jeżeli dotyczy to aplikacji firmowych, powiadomić ich administratora – komentuje Jolanta Malak, dyrektor Fortinet w Polsce.
Potrzebna jest cyberświadomość
Technologia zabezpieczająca przed działaniem cyberprzestępców jest bardzo ważna, jednak nie wyręczy ona pracowników we wszystkim. Powinni oni zwracać szczególną uwagę na zabiegi socjotechniczne, takie jak ataki phishingowe, rozumieć czym jest ransomware oraz unikać klikania w podejrzane linki i odwiedzania ryzykownych stron internetowych.
– Bardzo ważne jest, aby pracodawcy kładli nacisk na edukację pracowników. Mogą to robić poprzez przeprowadzanie szkoleń z cyberhigieny i bezpieczeństwa w sieci, jak też tworzenie procedur, które będą dodatkową instrukcją dla użytkowników podczas codziennej pracy, również w nagłych przypadkach cyberzagrożenia – podsumowuje Jolanta Malak.
Obecna sytuacja rynkowa związana ze światową pandemią koronawirusa, odciśnie znaczące piętno na rynku reklamy on-line i programmatic. Ciężko w tym momencie prognozować, jak dokładnie będzie wyglądał rynek za kilka miesięcy, kiedy życie Polaków wróci do normalności, jednak pewne jest, że zmieni on swoje oblicze. Poniżej znajduje się krótkie podsumowanie obecnej sytuacji na rynku reklamy oraz przemyślenia dotyczące programmatic.
Media i reklama w obliczu lockdown
Jeśli prześledzimy najważniejsze krajowe serwisy piszące o marketingu i reklamie to szybko dostrzeżemy, że niemal wszystkie segmenty szeroko pojętej reklamy i mediów w jakimś stopniu dotyka obecna sytuacja.
W czasie epidemii cierpi m.in. prasa drukowana, reklama OOH czy branża eventowa. Ta ostatnia spodziewa się fali zwolnień i upadłości. Firmy przesuwają kampanie reklamowe i zmieniają media plany.
Zwierciadłem obecnej sytuacji są również wyniki wyszukiwania Google. Jak podaje na swoim profilu na Facebooku Damian Sałkowski, CEO Senuto, dla 131 serwisów, które przeanalizowali pod kątem wyświetleń w organicznych wynikach wyszukiwania, aż 112 z nich zanotowało spadek, z czego 90 z nich spadło powyżej 10%. Jak wskazuje Sałkowski kategorie, które ucierpiały najbardziej to turystyka: -49%, biżuteria i dodatki: -48%, Eventy: -43%. Pozytywną informację, jest wzrost zainteresowania o około 20% usług takim jak domeny, hosting.
Programmatic w czasach zarazy
Jak wygląda sytuacja od strony reklamy programmatic i wydawców internetowych? Które branże odnotowują spadki, a gdzie tlą się promyki nadziei?
Podobnie jak w przypadku innych gałęzi reklamy, tak i w programmatic ciężko wyciągnąć jednoznaczne wnioski, gdyż sytuacja bardzo dynamicznie się zmienia.
Przeanalizowaliśmy kategorie reklamodawców, u których widać największe różnice w licytowaniu reklam programmatic w tygodniu 23-27.03 vs okres przed pandemią.
Wybraliśmy TOP5 spadków i wzrostów dla żądań reklamowych, czyli próby kupienia powierzchni przez reklamodawcę z danej kategorii. Wzrosty żądań, które prezentujemy poniżej, nie nadrabiają straty spowodowanej spadkami (budżety np. na kategorie Travel czy Automotive są na ogół zdecydowanie wyższe niż na pozostałe kategorie).
TOP5 spadki :
Podróże i turystyka (Travel & Tourism): -65,18%
Samochody/pojazdy (Autos & Vehicles): -48,99%
Jedzenie i życie nocne (Dining & Nightlife): -44,03%
Żywność i artykuły spożywcze (Food & Groceries): -26,90%
Nieruchomości (Real Estate): -21,38%
TOP5 wzrosty:
Uroda i pielęgnacja (Beauty & Personal Care): +91,79%m
Społeczność (Family & Community): +83,08%
Odzież (Apparel): +76,73%
Prawo i rząd (Law & Government): +70,82%
Wiadomości, Książki i Publikacje (News, Books & Publications): +70,36%
Jak widzimy w obecnej sytuacji największe spadki, również w przypadku kampanii programmatic, notuje branża turystyczna. Spadki w kategorii żywności i artykułów spożywczych, które jeszcze przed tygodniem odnotowywały wzrosty, mogą być związane z celowym zwolnieniem działań marketingowych przez tę branżę. W obecnym okresie zdecydowanie rosną żądania reklamowe dla kategorii związanymi z dbaniem o urodę i wygląd. Wraz z potrzebą pozyskiwania informacji nt. epidemii wyraźne wzrosty odnotowują również takie kategorie jak wiadomości czy publikacje.