Praca zdalna – co musisz o niej wiedzieć? – komentarz eksperta

Od wejścia w życie ustawy o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych w wielu zakładach pracy zapanował organizacyjny chaos. Z jednej strony chęć zastosowania się do rekomendacji rządu i obawa przed zarażaniem, a z drugiej realna obawa o dalsze, efektywne funkcjonowanie zakładu pracy. Wielu z pracodawców umożliwiło swoim pracownikom pracę zdalną. Dla tych, którzy dotychczas jej nie wykorzystywali, nowa sytuacja okazuje się być nie lada wyzwaniem. Czym praca zdalna tak właściwie jest i co każdy pracodawca wiedzieć powinien, aby przejść ten ciężki czas odpowiedzialnie? Na te pytania i wiele innych dotyczących organizacji pracy w obliczu epidemii koronawirusa odpowiada Marta Lazar – aplikantka adwokacka z Kancelarii Ślązak, Zapiór i Wspólnicy.

Praca zdalna – czym właściwie jest?

Żadne z obecnie obowiązujących przepisów nie definiują pojęcia pracy zdalnej. Nie należy jej utożsamiać z tzw. telepracą, szczegółowo uregulowaną w kodeksie pracy, polegającą na wykonywaniu pracy regularnie poza zakładem pracy i przekazywaniu jej wyników pracodawcy w szczególności za pośrednictwem środków komunikacji elektronicznej (art. 675 i n. KP).

Praca zdalna to pojęcie szersze. Najkrócej rzecz ujmując, pracownik wykonuje wszystkie dotychczasowe obowiązki z taką różnicą, że robi to w miejscu innym niż zakład pracy. Tzw. home office może więc przebiegać w różnoraki sposób, w tym także bez użycia środków komunikacji elektronicznej (komputera, internetu) i bez bieżącego raportowania. Jego przebieg uzależniony jest od charakteru pracy i indywidualnych obowiązków pracowniczych. Przykładowo pracownik na odległość analizuje, sporządza dokumenty, projekty, zadania a pracodawcy przekazywane są wyłącznie efekty jego pracy.

Odpowiedzi i wskazówek nie daje również sama ustawa, z której pracodawca może jedynie wywnioskować, że praca zdalna to praca określona w umowie o pracę, wykonywana poza miejscem stałego jej wykonywania w celu przeciwdziałania COVID-19. Nie bez znaczenia jest fakt, że niekoniecznie jest to praca wykonywana z domu – przepisy ustawy nie odwołują się do warunków mieszkaniowych lub rodzinnych pracownika przy polecaniu pracy zdalnej. Za w pełni uzasadnione zatem można uznać obawy i wątpliwości pracodawców – brak ewidencji, faktycznej kontroli nad pracownikami może przełożyć się na jakość pracy wykonywanej zdalnie. Szereg wątpliwości budzi również bezpieczeństwo powierzanych pracownikom danych czy sprzętów.

Co na pewno wiadomo?

  1. To pracodawca, a nie pracownik decyduje o pracy zdalnej

Decyzja o poleceniu pracy zdalnej leży wyłącznie w gestii pracodawcy. Pracownik może oczywiście zawnioskować o pracę w takim trybie, jednak nie może on na pracodawcy niczego wymusić, powołując się np. na obawy przed zarażeniem. Zgodnie z treścią art. 100 § 1 k.p. obowiązkiem pracownika jest stosowanie się do poleceń przełożonych, które dotyczą pracy, jeżeli nie są one sprzeczne z przepisami prawa lub umową o pracę. Odmowa wykonania polecenia pracodawcy, o ile nie jest ono sprzeczne z prawem lub umową o pracę, może skutkować nałożeniem na pracownika kary porządkowej. Pracodawca może stosować karę upomnienia lub nagany za nieprzestrzeganie przez pracownika ustalonej organizacji i porządku w procesie pracy, jak również przepisów bezpieczeństwa i higieny pracy (art. 108 § 1 k.p.).

  1. Forma polecenia pracy zdalnej

Zważywszy, że ustawa nie reguluje formy polecenia pracy zdalnej, uznać należy, że może ono zostać wydane w dowolnej formie, również ustnie. Najbezpieczniejszym rozwiązaniem będzie jednak z pewnością wydanie polecenia w formie pisemnej, ewentualnie przesłanie drogą mailową na służbowy adres e-mail. Należy też pamiętać, że zgodnie z art. 3 ustawy, praca zdalna może być polecona pracownikowi, a zatem preferowanym jest, aby polecenie było skierowane indywidualnie do każdego z pracowników. Ustawa nie nakłada na pracodawcę obowiązku zawarcia w poleceniu uzasadnienia, określa natomiast, że pracodawca może polecić pracownikowi pracę zdalną tylko w celu przeciwdziałania COVID-19. Zgodnie z treścią art. 2 ust. 2 ustawy, przez przeciwdziałanie COVID-19 rozumie się wszelkie czynności związane ze zwalczaniem zakażenia, zapobieganiem rozprzestrzenianiu się, profilaktyką oraz zwalczaniem skutków choroby wywołanej zakażeniem wirusem SARS-CoV-2. Polecając pracownikowi pracę zdalną, pracodawca powinien więc działać w takim celu.

  1. Tylko na czas określony

Zgodnie z treścią wskazanego przepisu polecenie pracy zdalnej może zostać nałożone na czas określony. Pracodawca zobowiązany jest więc z góry oznaczyć czas pracy zdalnej pracownika. Nie ma możliwości, aby pracodawca wydał polecenie pracy zdalnej na czas nieokreślony. Jednocześnie ustawodawca nie wskazał maksymalnego okresu wykonywania pracy zdalnej – należy jednak pamiętać, że to, jak długo praca wykonywana będzie w tym trybie uzależnione jest od celu, w jakim pracownik został na nią skierowany, tzn. przeciwdziałania COVID-19. Pewną wskazówkę stanowi art. 36 ust. 1 ustawy, zgodnie z którym część z przepisów, w tym przepisów regulujący pracę zdalną, traci swą moc po upływie 180 dni od dnia wejścia w życie. Uzasadnionym jest więc, aby czas pracy zdalnej pracownika nie przekraczał okresu, liczonego od 8 marca 2020 r., tzn. dnia, w którym ustawa weszła w życie. Ustawa nie zawiera żadnych ograniczeń w zakresie ewentualnego skracania lub wydłużania okresu wykonywania pracy zdalnej, należy zatem uznać, że dopuszczalne jest zarówno jego skrócenie jak i wydłużenie na czas oznaczony i uzasadniony przeciwdziałaniem COVID-19.

Z treści art. 3 ustawy wynika ponadto, że regulacja w zakresie polecenia pracy zdalnej dotyczy wyłącznie pracowników zatrudnionych na podstawie umowy o pracę. Nie jest jednak wykluczone, aby zdecydował się on skierować do wykonywania pracy zdalnej także osoby nieobjęte umowami o pracę.

  1. Regulamin pracy zdalnej

Praca zdalna rodzi wiele potencjalnych niebezpieczeństw zarówno po stronie pracodawcy, jak i pracowników. Po pierwsze pojawia się wiele wątpliwości co do kwestii ochrony danych, powierzonych sprzętów i odpowiedzialności za niego, a także bezpieczeństwa i higieny pracy. Niełatwo jest również wydawać wiążące polecenia, w tym zlecań zadania na odległość. Wszystko w tym zakresie zależy od dobrej woli i zrozumienia obu stron stosunku pracy. Nie ułatwia również sygnalizowany brak rozwiązań prawnych, które narzuciłyby odgórnie określony tryb i zasady, według których praca zdalna mogłaby funkcjonować.

Dlatego też każdy z pracodawców, który zdecydował się na powierzenie pracownikom pracy zdalnej powinien rozważyć przyjęcie wewnątrzzakładowego aktu prawa pracy jakim jest regulamin wykonywania pracy zdalnej. W interesie każdego przedsiębiorcy jest, aby praca, w tym zdalna, świadczona była w sposób efektywny i zorganizowany oraz aby mógł on wyegzekwować od pracowników stosowanie się do jasno ustalonych reguł. W treści regulaminu warto więc zawrzeć ogólne zasady organizacji pracy zdalnej, w tym m.in. zasady kontaktowania się pracodawcy z pracownikami, sposoby ewidencjonowania faktycznego czasu spędzanego na pracy (np. przed komputerem), prawa i obowiązki obu stron, w tym w szczególności instrukcje bezpiecznej i higienicznej pracy. Należy mieć bowiem na uwadze, że zakres obowiązków pracodawcy względem pracowników w tym zakresie zasadniczo się nie zmienia.

Największym wyzwaniem wydaje się jednak zabezpieczenie szeroko pojętych danych, w tym danych osobowych. Te kwestie, zważywszy, że brak jest jakichkolwiek wymagań dotyczących warunków, w jakich pracownik pracuje zdalnie, powinny być uregulowane szczególnie pieczołowicie. Odpowiednio sporządzony i zredagowany regulamin powinien zobowiązać pracownika do stosowania adekwatnych zabezpieczeń przy świadczeniu pracy, w tym w zakresie korzystania ze sprzętu komputerowego i telefonów służbowych, używania mobilnych nośników danych oraz obsługiwania poczty elektronicznej. Należy także zwrócić uwagę na zasady odpowiedzialności za powierzony pracownikowi sprzęt elektroniczny. Dzięki kompleksowo przygotowanej regulacji, pracodawca może zabezpieczyć się i ograniczyć ryzyko wystąpienia wielu potencjalnych problemów mogących ujawnić się podczas okresu obowiązkowej izolacji. Nie należy też zapominać, że taki dokument może być także wykorzystany w przyszłości, w każdym innym przypadku, w którym zajdzie potrzeba zastosowania pracy zdalnej – która ma przecież sama w sobie wiele zalet.

Tylko 30 proc. zmian wdrażanych przez firmy kończy się sukcesem. Najlepiej wypadają branża finansowa, szkolnictwo i przemysł

Modyfikacja struktury, strategii oraz kultury organizacyjnej – to najczęściej wskazywane cele wprowadzania zmian w firmach i organizacjach. Wyniki V Ogólnopolskiego Badania Zarządzania Zmianą pokazały, że proces ich wdrażania jest skuteczny tylko w co trzecim przypadku. Powody tak słabego wyniku to m.in. zbyt małe zaangażowanie zarządu w zmiany i niewystarczająca komunikacja z pracownikami. – Kolejnym istotnym czynnikiem sukcesu jest wykorzystanie odpowiedniej metodologii, czyli technik zwinnego zarządzania – przekonują twórcy badania.

 Wyniki uzyskiwane przez polskie firmy są zbliżone do światowych statystyk, które również pokazują, że ok. 30 proc. przeprowadzonych zmian kończy się pełnym sukcesem. W związku z tym można uznać, że skuteczność wprowadzania zmian jest na poziomie średnio zadowalającym – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marek Naumiuk, partner w Szkole Zarządzania Zmianą.

Według danych z V Ogólnopolskiego Badania Zarządzania Zmianą przeprowadzonego przez Szkołę Zarządzania Zmianą najwyższy poziom pełnej realizacji celów wykazywały zmiany polityki jakości (50 proc zakończyło się sukcesem), a najniższy – te związane z modyfikacją technologiczną (15 proc.). W przypadku strategii co czwarty proces zmian można uznać za sukces. Powodów niskiej skuteczności działania firm i organizacji w tym zakresie jest wiele. Jak podkreśla Marek Naumiuk, jednym z nich jest stosowana metodologia zarządzania zmianą.

– Nowoczesne metody zarządzania, które gwarantują większe prawdopodobieństwo odniesienia sukcesu, są stosunkowo rzadko stosowane, ale jest ich coraz więcej. Przykładowo metody zwinne [w których plan i lista priorytetów zmienia się wraz z postępami w projekcie – red.] wprowadza 32 proc. badanych firm. Organizacje w Polsce ciągle się ich uczą – dodaje ekspert Szkoły Zarządzania Zmianą. – Tradycyjne metody waterfallowe [kaskadowe, zakładające sekwencyjną realizację poszczególnych, z góry zaplanowanych etapów projektu – red.] z roku na rok coraz rzadziej stosowane – w ubiegłym roku wykorzystywało je tylko 45 proc. badanych, a jeszcze dwa lata temu było to 60 proc.

Najlepiej z wprowadzaniem zmian radzą sobie firmy z branży finansowej (banki, firmy ubezpieczeniowe oraz świadczące usługi finansowe), gdzie poziom realizacji celów sięga 64 proc. (pełna realizacja – 29 proc.). Na drugim biegunie znalazła się branża FMCG ze skutecznością na poziomie 38 proc. ocen zadowalających i 13 proc. pełnego osiągnięcia celów. Firmy działające w obszarze nauki i szkolnictwa mają taki sam odsetek ocen zadowalających i pełnego sukcesu (40 proc.), branża IT osiągnęła wyniki satysfakcjonujące w połowie przypadków, a całkowity sukces w 15 proc. Sektor produkcji przemysłowej zajął drugie miejsce pod względem skuteczności, przy ocenie poziomu sukcesu zmian w branży jako zadowalający w 54 proc. przypadków oraz w 23 proc. przypadków jako pełny sukces.

– Najczęściej przyczyną niepowodzenia we wprowadzaniu zmian jest zła komunikacja – wyjaśnia Marek Naumiuk. – Organizacje nie dbają o należyte komunikowanie się wszystkich pracowników tak, aby wiedzieli oni, czemu służą wprowadzane zmiany i jaka jest wizja na przyszłość. Kolejna kwestia, która ewidentnie wpływa na niepowodzenia we wdrażaniu zmian, to brak odpowiedniego zaangażowania ze strony zarządu.

Jak zaznacza ekspert, bardzo istotna jest rola menedżerów, bo to oni mogą pozytywnie wpłynąć na zaangażowanie ze strony innych pracowników. Ich zadaniem jest pokazać swoją postawą, że zmiana jest istotna dla firmy.

Dobra komunikacja może w największym stopniu wpłynąć na powodzenie zmiany, a jednocześnie zła komunikacja w największym stopniu psuje zmianę – podkreśla ekspert.

Badania pokazują, że nie warto pomijać pracowników w procesie wdrażania modyfikacji. Okazało się bowiem, że najbardziej efektywne są te zespoły, które składają się z menedżerów i pracowników liniowych. Zróżnicowane grupy dają większe szanse na odniesienie sukcesu. To właśnie zbudowanie takiego zespołu, w którym będą zarówno członkowie zarządu i menedżerowie średniego szczebla, jak i pracownicy liniowi – zdaniem eksperta Szkoły Zarządzania Zmianą – powinno być punktem wyjścia do skutecznego wprowadzania zmian.

– Następnie należy stworzyć kanwę strategicznej zmiany, która składa się z kilku elementów. Jednym z nich jest wizja i cel zmiany. Jest to niezwykle ważne, żeby już na tym początkowym etapie wszystkie osoby, które mają wdrażać zmianę, dokładnie rozumiały, w którym kierunku mają podążać. Kolejny element kanwy to odpowiedź na pytanie, czy zmiana jest ważna i pilna. Nasze doświadczenia pokazują, że wiele osób dostrzega ważność zmian, ale nie przypisuje im priorytetu. To z kolei powoduje mniejsze zaangażowanie w ten proces – tłumaczy Marek Naumiuk.

Sprzedaż bezpośrednia przechodzi w całości do internetu. Branża walczy też z nieuczciwymi sprzedawcami, którzy chcą zarobić na koronawirusie

Pandemia koronawirusa wymusiła na firmach zajmujących się sprzedażą bezpośrednią sporą zmianę trybu działania. W tej chwili wsparcie konsumenta odbywa się wyłącznie za pośrednictwem komunikatorów lub telefonicznie, a przedsiębiorstwa przyjmują zamówienia zdalnie i wysyłają je do paczkomatów. Pandemia i związane z nią ograniczenia tylko przyspieszają proces digitalizacji, który zachodzi w branży już od kilku lat, ale – jak podkreśla przewodniczący Polskiego Stowarzyszenia Sprzedaży Bezpośredniej – pojawiają się też nieuczciwe firmy, które chcą na niej zarobić, oferując klientom np. suplementy rzekomo pomocne w zwalczaniu COVID-19.

 Jesteśmy i działamy. Nasze dostawy nie są zagrożone. Robimy wszystko, żeby nasi konsumenci czuli niezmienną satysfakcję z korzystania z systemu zakupowego w sprzedaży bezpośredniej – podkreśla Konrad Szałkiewicz, przewodniczący zarządu Polskiego Stowarzyszenia Sprzedaży Bezpośredniej.

Pandemia koronawirusa i rządowe ograniczenia, m.in. zakaz wychodzenia z domu i konieczność utrzymywania odległości min. 1,5 metra od rozmówcy, wymusiły na firmach zajmujących się sprzedażą bezpośrednią zmianę sposobu działania. Zamówienia przyjmowane są zdalnie i dostarczane do paczkomatów, konferencje, warsztaty i konsultacje odbywają się online, a konsultanci zapewniają wsparcie i odpowiadają na pytania klientów za pośrednictwem komunikatorów lub telefonicznie.

 Dzięki temu, że branża od lat wykorzystuje narzędzia online, jej reorganizacja przebiega bez zakłóceń – mówi Konrad Szałkiewicz. – Większość firm sprawnie zaadaptowała się do nowego modelu.

W Polsce z branżą sprzedaży bezpośredniej współpracuje ok. 1 mln konsultantów. Ta forma sprzedaży opiera się na osobistym kontakcie i dobrej, długotrwałej relacji z klientami, którzy doceniają, że mogą w spokoju, bez wychodzenia z domu przetestować dany produkt przed zakupem i zasięgnąć fachowej porady konsultanta. Wdrożone zmiany i nowe narzędzia mają zarówno zapewnić bezpieczeństwo konsumentom i partnerom, jak i zachować ciągłość działalności magazynów i płynność dostaw.

– Wprowadzone zostały pewne ograniczenia wynikające z bezpieczeństwa m.in. osób pracujących w magazynach. Te z kolei – jak dotąd – działają bez zmian, a dystrybucja produktów jest płynna – mówi przewodniczący PSSB.

Co istotne, pandemia koronawirusa i związane z nią ograniczenia przyspieszają proces digitalizacji, który w branży sprzedaży bezpośredniej zachodzi już od kilku lat. Udział cyfrowych kanałów kontaktu z klientami sukcesywnie rośnie – do tej pory już blisko 3/4 zamówień było składanych online i przy użyciu mobilnych narzędzi, za to na przestrzeni ostatnich lat spadał udział poczty czy tradycyjnego telefonu.

Branża sprzedaży bezpośredniej wykorzystuje również obecny okres na intensywną edukację pracowników struktur. Prowadzone są wewnętrzne szkolenia online w formie wideokonferencji czy webinariów, które mają podnieść kompetencje konsultantów i przedstawicieli handlowych.

Przewodniczący PSSB podkreśla jednak, że pewne firmy spoza stowarzyszenia próbują wykorzystać kryzysową sytuację w nieuczciwy sposób.

– Na rynku pojawiają się nieuczciwi sprzedawcy, którzy oferują konsumentom produkty niespełniające obowiązujących standardów. Wykorzystują obecną sytuację i promują suplementy, które ich zdaniem „leczą” lub są pomocne w zwalczaniu COVID-19 – mówi Konrad Szałkiewicz. – Przypominamy, że wszystkie firmy w stowarzyszeniu działają zgodnie z naszym kodeksem etycznym, który stanowczo zabrania stosowania takich praktyk oraz ma na celu dobro i ochronę konsumentów. Tylko na podstawie ścisłego przestrzegania tego dokumentu dana firma może być członkiem PSSB.

Polskie Stowarzyszenie Sprzedaży Bezpośredniej działa na rynku od ponad 25 lat i skupia kilkadziesiąt przedsiębiorstw prowadzących sprzedaż bezpośrednią na terenie Polski. Jego główne cele to stanowienie etycznych standardów sprzedaży, monitorowanie ich przestrzegania przez firmy członkowskie i promocja tego kanału dystrybucji.

Technologie szansą na odbicie gospodarcze w czasie kryzysu. Tą drogą poszły też Chiny

W obszarze cyfryzacji Polska wciąż ma dużo do nadrobienia względem bardziej rozwiniętych zachodnich gospodarek. W ubiegłorocznym rankingu DESI zajęła dopiero 25. miejsce wśród 28 państw w Unii Europejskiej, a według raportu McKinsey gospodarka cyfrowa stanowi w niej tylko nieco ponad 6 proc. krajowego PKB. Prezes Fundacji Digital Poland podkreśla, że konieczne są wzrost wydatków w tym obszarze i większa adaptacja cyfrowych technologii w sektorze MŚP. W obliczu spodziewanego spowolnienia wywołanego pandemią koronawirusa to może być szansa na wzrost. Taki plan mają też Chiny.

– Cyfrowe technologie mogą wesprzeć wzrost gospodarczy. W Polsce szykuje się spowolnienie i paradoksalnie może to być dobry impuls do wzrostu wydatków na nowe technologie, ponieważ one pozwalają zoptymalizować koszty w fabrykach, biznesie, w kontakcie z klientem. W związku z tym wydatki na nie powinny wzrosnąć – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Piotr Mieczkowski, dyrektor zarządzający Fundacji Digital Poland.

Kryzys wywołany rozprzestrzenianiem się koronawirusa SARS-CoV-2 uderza w polską gospodarkę. Ekonomiści spodziewają się gwałtownego hamowania. Agencja ratingowa Fitch prognozuje, że w tym roku wzrost polskiego PKB spowolni do 1,8 proc. Z kolei Polski Instytut Ekonomiczny ocenia, że w najbardziej optymistycznym scenariuszu tegoroczny wzrost sięgnie 1,1 proc., a z kolei w najbardziej pesymistycznym (spowolnienie liczby zachorowań latem i powrót epidemii jesienią) – spadek wyniesie 4,7 proc. Konsekwencje epidemii dotkliwie odczuły już przedsiębiorstwa zwłaszcza w takich branżach jak transport, hotelarstwo, turystyka, handel i gastronomia.

Aby zamortyzować skutki pandemii dla polskiej gospodarki, Sejm przyjął w nocy z piątku na sobotę projekt tarczy antykryzysowej. Rządowy pakiet rozwiązań ma kosztować w sumie 212 mld zł, czyli ok. 9,2 proc. krajowego PKB i – poza szeregiem instrumentów wsparcia dla przedsiębiorców i pracowników – obejmuje także m.in. wsparcie służby zdrowia kwotą 7,5 mld zł oraz 30 mld zł na inwestycje publiczne. Jak podkreśla prezes Fundacji Digital Poland, Polska – wzorem Chin – powinna też stymulować gospodarkę poprzez inwestycje w cyfryzację i nowe technologie.

– W obliczu koronawirusa Chiny ogłosiły, że postawią na nowe technologie, przeznaczą znaczne sumy na budowę infrastruktury światłowodowej, sieci 5G, zatem w tym roku stymulant fiskalny ma być w tym kraju skoncentrowany wokół nowych technologii – mówi Piotr Mieczkowski.

Jak wynika z szacunków McKinsey & Company, przyspieszenie cyfryzacji i oparcie systemu ekonomicznego na nowych technologiach mogłoby stać się nowym motorem wzrostu rodzimej gospodarki. Analitycy w 2018 roku wyliczyli, że dzięki niej polskie PKB mogłoby wzrosnąć o dodatkowe 64 mld euro do 2025 roku, co umożliwiłoby zwiększenie konkurencyjności na globalnych rynkach, poprawę sytuacji ekonomicznej 38 mln obywateli i awans do grona najbardziej zaawansowanych cyfrowo gospodarek w Europie. W takim scenariuszu odsetek PKB, który generuje gospodarka cyfrowa Polski, wzrósłby z 6,2 proc. aż do 15 proc. PKB w 2025 roku (raport „Polska jako Cyfrowy Challenger”).

W tej chwili – jak ocenia prezes Fundacji Digital Poland – Polska wciąż ma na tym polu dużo do nadrobienia względem bardziej rozwiniętych zachodnich gospodarek. W ubiegłorocznej edycji indeksu gospodarki cyfrowej i społeczeństwa cyfrowego (DESI), opracowywanego przez Komisję Europejską, zajęliśmy dopiero 25. pozycję na 28 państw.

– Pod względem cyfryzacji Polska na tle Europy wypada słabo. Świat nam ciągle ucieka, inni robią to szybciej. Drugi powód to sektor MŚP – póki małe i średnie polskie spółki nie ruszą z cyfryzacją, nie zaczną korzystać z grantów Unii Europejskiej czy pożyczek i nie zaczną cyfryzować się na większą skalę, to statystycznie będzie nam trudno pójść do góry – mówi Piotr Mieczkowski.

Jak zauważa, niski stopień cyfryzacji wśród MŚP odzwierciedlają m.in. dane Eurostatu, które pokazują, ile z nich korzysta z analizy Big Data. O ile działające na polskim rynku korporacje mieszczą się pod tym względem w unijnej średniej, o tyle MŚP pozostają daleko w tyle. Jak wynika z raportu Fundacji Digital Poland „Big data w Polsce. Praktyczny i krótki przewodnik dla MŚP, w Polsce zaledwie 8 proc. firm korzysta z tej technologii, podczas gdy średnia dla UE wynosi prawie 30 proc.

– Bez impulsu ze strony dużych spółek, w szczególności Skarbu Państwa, raczej też bym nie oczekiwał, że cyfryzacja nagle ruszy z kopyta – mówi prezes Fundacji Digital Poland.

Opracowano pierwszą na świecie metodę odzyskiwania sadzy z opon. Polskie rozwiązanie pozwoli uniknąć spalania paliw kopalnych i emisji CO2

Co roku na świecie zużywa się ponad miliard opon. Większość trafia na wysypiska. Dzięki polskiej firmie zużyte opony można niemal w 100 proc. przywracać do obiegu. Pojedyncza instalacja Syntoilu uzdatnia sadzę z 6 tys. opon do parametrów sadzy technicznej, która zazwyczaj powstaje z gazu ziemnego czy ropy naftowej. Aby wyprodukować tradycyjną drogą tonę sadzy, trzeba wyemitować do atmosfery tony CO2. To pierwsza na świecie metoda oczyszczania sadzy.

– W Syntoilu zajmujemy się odzyskiwaniem sadz ze zużytych opon. Sadza jest nieprawdopodobnie ważnym produktem w przemyśle. Nowa opona bez niej byłaby w stanie przejechać tylko 100 km, inaczej by się starła. Zwykła opona zawiera do 30 proc. sadzy. Dzisiaj sadza jest pozyskiwana ze spalania paliwa kopalnego. My odzyskujemy ją z produktu, który już został kiedyś wyprodukowany, czyli zużytych opon – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Martyna Sztaba, prezes i współzałożycielka firmy Syntoil.

Według „Analizy rynku globalnego recyklingu opon 2025” przygotowanej przez Goldstein Research wynika, że co roku powstaje ponad 1,6 mld nowych opon, a zużywa się blisko miliard. Przemysł recyklingu przetwarza 100 mln opon rocznie. Z okruchów gumy ze zużytych opon powstają powierzchnie placów zabaw i boisk sportowych. Może też powstać wytrzymały asfalt. Wciąż jednak odzyskuje się niewielką część opon.

Polska firma opracowała pierwszą na świecie metodę oczyszczania sadzy. W ten sposób powstaje sadza techniczna o czystości 99,68 proc. Zazwyczaj produkuje się ją poprzez spalanie ropy naftowej czy gazu ziemnego, tym samym do atmosfery emituje się tony CO2. Syntoil pozwala odzyskać sadzę w sposób ekologiczny,  a przy tym znacznie tańszy.

– Rynek sadzy to ok. 14 mln ton, co przekłada się na 14 mld dolarów. To bardzo duży rynek, tym bardziej że sadza jest nie tylko wypełniaczem do mieszanek gumowych czy produktów gumowych, lecz także pigmentem do różnych tworzyw i innych czarnych rzeczy. W Polsce mamy bardzo silny przemysł gumowy, dlatego nasz produkt świetnie się tutaj sprawdza. Ale sprawdzi się też w każdym kraju, gdzie produkuje się opony i wyroby gumowe – przekonuje Martyna Sztaba.

Syntoil wpisuje się ze swoją technologią w ekonomię zamkniętego obiegu, gdzie każda rzecz może znaleźć kolejne zastosowania. W ramach circular economy z plastikowych butelek znalezionych w morzach i oceanach powstają zabawki dla dzieci. Technologia EcoVolt amerykańskiej firmy Cambrian Innovation oczyszcza ścieki zanieczyszczone procesami przemysłowymi, przekształca je w czystą wodę i przy okazji wytwarza biogaz. Lehigh Technologies przekształca stare opony i inne odpady gumowe w mikronizowany gumowy proszek, który można następnie wykorzystać przy produkcji opon, asfaltu i materiałów budowlanych. Holenderska firma DyeCoo opracowała z kolei proces farbowania tkanin, który w ogóle nie zużywa wody, a dwutlenek węgla można ponownie wykorzystywać.

– Nasz model biznesowy opiera się na trzech filarach. Pierwszy to circular economy, czyli obieg zamknięty. Odzyskujemy odpad, czyli coś, co właściwie mogłoby zostać wyłącznie spalone, natomiast my z tego półproduktu robimy faktyczny produkt, który wraca na rynek. I trzeci, chyba najważniejszy filar to idea zero waste czy less waste – nie zużywamy za każdym razem nowych chemikaliów, tylko doczyszczamy te, które już raz były użyte – tłumaczy ekspertka.

Syntoil, według zapowiedzi, może co roku przetwarzać 6 tys. opon. Na razie jednak produkt jest testowany wspólnie z producentami opon i gumy.

– Obecnie dopasowujemy naszą produkcję do przemysłowej skali. Takie przemysłowe projekty trwają zazwyczaj 18–20 miesięcy. Mamy nadzieję, że to się zamknie w ciągu kolejnych miesięcy – zapowiada Martyna Sztaba.

Sejm w nocnym głosowaniu uchwalił tarczę antykryzysową i jednocześnie zablokował możliwość jej niezwłocznego wprowadzenia

Przedsiębiorcy potrzebują natychmiastowej pomocy, aby ratować miejsca pracy. Sytuacja polskich firm i pracowników jest dramatyczna! Tymczasem, w ostatniej chwili, do ustawy wprowadzono zapisy m.in. grożące paraliżem dialogu z przedsiębiorcami. Komplikując tak ustawę, rządzący de facto opóźniają jej wprowadzenie.

Oburza nas, że nie tylko nie zwiększono wsparcia dla pracowników i przedsiębiorców, ale w przyjętych przepisach, premier uzyskał możliwość odwoływania członków Rady Dialogu Społecznego zgodnie ze swoim uznaniem. Rada jest dziś ostatnim miejscem gdzie toczy się dialog przedstawicieli pracowników i przedsiębiorców z rządem. Ma ustawowe uprawnienia do konsultowania ustaw. Jeżeli przyjęty przepis wejdzie w życie, premier będzie mógł de facto rozmawiać tylko z tymi, których do rozmów wybierze. Oznaczać to będzie likwidację jakiejkolwiek, rzetelnej współpracy związków zawodowych i organizacji pracodawców z rządem. I dzieje się to w momencie, gdy premier apeluje o wspólne działanie w tej wyjątkowej sytuacji.

Tarcza ma ratować polskich przedsiębiorców. Tymczasem wprowadzono do niej zapisy, które nie mają nic wspólnego z pomocą dla biznesu. Zmiany w Kodeksie wyborczym i ustawie o RDS są jednak tak kontrowersyjne, że mogą opóźnić wprowadzenie przepisów, które mają ratować miejsca pracy. Konfederacja Lewiatan – jako organizacja pracodawców zdecydowanie protestuje przeciwko takim działaniom.

Ruch w sieciach handlowych nawet o połowę mniejszy. Sprzedaż przenosi się do Internetu

Podczas dwutygodniowej „kwarantanny narodowej” ruch w sklepach stacjonarnych średnio zmniejszył się o blisko 50%, porównując tydzień do tygodnia. Najbardziej spadł w hipermarketach, w sieciach cash&carry i w sklepach convenience – wszędzie o ponad połowę. Poniżej 50% mniej wizyt odnotowały też dyskonty i supermarkety. Z kolei na stacjach paliw ruch obniżył się o nieco ponad 40%, a w aptekach – o prawie 50%. Tak wynika z analizy firmy technologicznej Proxi.cloud oraz UCE RESEARCH, przeprowadzonej na podstawie obserwacji blisko 900 tys. dorosłych Polaków i ponad 21 tys. obiektów.

Raport wskazuje, że liczba wizyt w największych sieciach handlowych średnio spadła o 48,5% w okresie od 16 do 22 marca w porównaniu z tygodniem od 9 do 15 marca br. Jak podkreśla dr Andrzej Maria Faliński, prezes Stowarzyszenia Forum Dialogu Gospodarczego, to bardzo duża i uzasadniona zmiana. Konsumenci szybko nasycili się towarami, które pospiesznie kupowali w związku z epidemią. Przyzwyczaili się do anormalnej sytuacji i przestali obawiać się zamknięcia sklepów.

– Obniżony ruch klientów w przypadku handlu art. spożywczymi nie musi świadczyć o mniejszych obrotach. Zachowania zmieniły się w związku z akcją „Zostań w domu”. Klienci raczej rzadziej wychodzą do sklepów, ale w trakcie jednej wizyty robią na ogół większe zakupy. Należy oczekiwać zatem, że średnia wartość koszyka może być wyższa niż przed epidemią. Niemniej jest jeszcze za wcześnie, żeby oceniać wszystkie skutki pandemii dla handlu. Wstępną wiedzę będziemy mieć około połowy kwietnia, kiedy poznamy dane z marca – zaznacza Maciej Ptaszyński, Wiceprezes Zarządu Polskiej Izby Handlu (PIH).

Z kolei w opinii Andrzeja Wojciechowicza, eksperta Komisji Europejskiej, społeczeństwo zrozumiało, że podstawą bezpieczeństwa jest izolacja. Konsumenci korzystają ze swoich zapasów i wybierają się do sklepów głównie po produkty świeże. W FMCG przedsiębiorcy mają teraz niższe obroty od regularnych. Jednak ich sumaryczna wielkość za kwartał powinna utrzymać się w normie. Polacy nie będą mniej jedli. Może nawet zaczną spożywać więcej, np. z nudów. Straty implikować mogą zwiększone koszty prowadzenia handlu. Gorzej jest w branżach, w których nastąpiło spowolnienie, funkcjonuje tylko sprzedaż online. Dotyczy to np. branży modowej, obuwniczej, dekoracji wnętrz etc. Dlatego cały handel jako taki mocno zubożeje.

– W dobie pandemii handel przenosi się do Internetu. W Polsce wzrost sprzedaży online niektórych produktów żywnościowych wynosi ponad 380%, a artykułów sanitarnych – nawet 2000%. Następuje też podświadome samoograniczenie zakupowe przed nadchodzącymi w wielu rodzinach trudnymi czasami. Wiąże się to z lękiem o zdrowie, zatrudnienie i dochody. Jeszcze tego nie widać w statystykach, ale można już dostrzec, że klienci zaczynają kupować tylko to, co jest faktycznie niezbędne – mówi Janusz Piechociński, były wicepremier i minister gospodarki.

Analizując poszczególne formaty, widać, że największy średni spadek ruchu z tygodnia na tydzień nastąpił w hipermarketach – o 55,9%. Dalej są placówki typu cash&carry – 53,4%, convenience – 50,7%, a potem dyskonty – 47,5%. Najmniejsza zmiana dotknęła supermarkety – 46,7%. Jak przekonuje dr Faliński, różnice między ww. kanałami sprzedaży nie są duże. Mieszczą się w granicach błędu pomiaru. Zdaniem eksperta, wynik hipermarketów nie powinien dziwić. Tam podczas jednej wizyty można kupić wiele towarów na trudne czasy. I w tego typu sklepach głównie zaopatrywali się konsumenci w chwili paniki.

– Minimalizacja obecności w przestrzeni publicznej przekłada się na to, że zakupy są realizowane w najbliższym otoczeniu, gdzie jest też najniższa frekwencja kupujących. W mojej ocenie, to istotnie wzmacnia małe, lokalne placówki i powoduje przesunięcia w przepływie klientów pomiędzy poszczególnymi formatami – komentuje Janusz Piechociński.

Na największych na rynku stacjach paliw średni ruch zmniejszył się w drugim analizowanym tygodniu o 43,3%. – Kiedy pojawiły się informacje o tzw. narodowej kwarantannie, Polacy zatankowali samochody praktycznie do pełna. Teraz nie wychodzą z domów. Jeżeli ktoś jedzie autem, to ma ku temu naprawdę ważny powód. Znaczne ograniczenie dotknęło też transport ciężarowy i komunikację zbiorową. Na ocenę strat jest jeszcze za wcześnie. Pierwsze dane zostaną zebrane w kwietniu – informuje Krzysztof Romaniuk, dyrektor ds. Analiz Rynku Paliw w Polskiej Organizacji Przemysłu i Handlu Naftowego (POPiHN).

Analiza wykazała też, że średnia liczba wizyt klientów w aptekach spadła o 49,7% w okresie od 16 do 22 marca br. w porównaniu do wcześniejszego tygodnia. – Na jakiekolwiek oceny rynku jest za wcześnie. Nasze dane wyraźnie wskazują, że nadal istnieje wzmożony ruch. Od 14 do 23 marca farmaceuci obsłużyli ponad 20 mln pacjentów. Z kolei od początku pandemii apteki odwiedziło ponad 40 mln osób. Od wielu dni prosimy pacjentów, aby nie robili zapasów leków i kupowali tylko potrzebne produkty, a także ograniczyli do minimum zakup suplementów diety, szamponów czy kosmetyków – zwraca uwagę Tomasz Leleno, rzecznik prasowy Naczelnej Izby Aptekarskiej.

Raport pochodzi z firmy technologicznej Proxi.cloud, która we współpracy z analitykami UCE RESEARCH zebrała dane do analizy za pośrednictwem tzw. geofencingów, czyli wirtualnych punktów na mapie. Po ich zainstalowaniu dokonano rejestru osób wchodzących na dany teren. Monitoring trwał pełne dwa tygodnie, w rozbiciu na równe okresy, tj. od 9 do 15 oraz od 16 do 22 marca br. Obserwacji poddano łącznie 895 tys. dorosłych Polaków. Działaniami objęto 23 największe sieci handlowe, w tym hipermarkety, dyskonty, supermarkety, sieci convenience i cash&carry (16 746 placówek), duże i średnie sieciowe apteki (823 punkty) oraz 8 ogólnopolskich brandów stacji paliw (3 491 obiektów) we wszystkich 16 województwach.

Czy czeka nas powtórka kryzysu z 1929 roku?

Wielu komentatorów teraźniejszej sytuacji gospodarczej, stojącej na progu załamania w związku z epidemią koronawirusa, sięga do porównań z przeszłymi, wielkimi kryzysami finansowymi XX wieku. Jednym z nich jest Wielka depresja, która dotknęła światową gospodarką w latach 1929-1939. Jednak porównywanie współczesnej sytuacji do sytuacji ekonomicznej tych lat byłoby całkowicie błędne.

– Za wielkie spadki na giełdach w roku 1929 i wzrost bezrobocia w Stanach Zjednoczonych do 30% w latach 1930-tych odpowiedzialny był w dużym stopniu rząd i bank centralny USA, które nie zadziałały od razu i w takiej skali, która skutecznie zmniejszyłaby koszty gospodarcze kryzysu – powiedział serwisowi eNewsroom Stanisław Gomułka, główny ekonomista Business Centre Club. – Rezultatem był głęboki spadek zaufania ze strony prywatnych inwestorów, rezultacie silny spadek wydatków inwestycyjnych. Ten spadek spowodował z kolei spadek popytu na wszystko, w rezultacie bankructwa firm na wielką skalę. W Stanach Zjednoczonych, a także w innych krajach, ta reakcja od strony polityki fiskalnej przyszła z opóźnieniem, w postaci tzw. New Deal Roosevelta. Kryzys gospodarczy, z którym mierzymy się dzisiaj, ma dość znaczną skalę Ale będzie on krótszy i mniej groźny, ponieważ jakość mechanizmów gospodarki rynkowej jest teraz dużo wyższa, a reakcja obronna ze strony polityki gospodarczej rządów i banków centralnych jest poprawna. Te czynniki spowodują, że dojdzie do stosunkowo szybkiego polepszenia sytuacji. To jest ta różnica – podkreśla Gomułka.

Najbliższe tygodnie będą niepewne dla polskiej waluty

Złoty odrobił część strat wobec dolara, euro i franka szwajcarskiego, ale nadal będzie walutą pozostającą pod dużą presją spowodowaną niepokojem wśród inwestorów.

– Złoty znajduje się niestety po złej stronie rynkowych zawirowań – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Rosnący niepokój powoduje, że kapitał ucieka do amerykańskiego dolara.

Dolara brakuje tym, którzy są zadłużeni w tej walucie, a muszą odnowić zabezpieczenia walutowe. To sprawiło, że za dolara płaciliśmy nawet 4,30 zł.

Kurs dolara spadł pod koniec marca do 4,11 zł, złotemu brakuje jednak nadal dużo do 3-miesięcznego najniższego kursu, gdy 9 marca za dolara płaciliśmy 3,79 zł.

Sytuacja uległa względnemu uspokojeniu po potężnych interwencjach banków centralnych, a zwłaszcza Fed, który na różne sposoby próbował ożywić nie tylko amerykański rynek kredytowy. Skala tej interwencji jest olbrzymia, a euro wzmocniło się wobec dolara, dzięki temu zyskała też polska waluta.

Lekka poprawa nastrojów inwestorów, którzy odetchnęli, gdy udało się ugasić pierwszy pożar spowodowała, że złoty odrobił trochę strat także wobec euro i franka szwajcarskiego.

Okres dużej presji wywieranej na złotego nie jest jednak za nami, a kilka najbliższych tygodni będzie kluczowych, bo jeżeli wrócą duże spadki na globalnych rynkach akcji, jeżeli na rynku będzie dużo strachu, to euro będzie kosztować ponad 4,60 zł.

Za euro pod koniec marca trzeba było płacić ok. 4,50 zł, czyli niewiele mniej niż wynosiło lokalne maksimum z 24 marca (4,60 zł za 1 euro).

– Patrząc na punkt startowy, w którym jest złoty i na mniejszą skalę nierównowag w porównaniu do kryzysowego 2008 r., to osłabienie złotego nie będzie tak dynamiczne jak wówczas, a po kilku miesiącach polska waluta powinna odrobić co najmniej część strat – komentuje ekspert XTB. – Patrząc właśnie długoterminowo kurs złotego wobec euro powinien powrócić do poziomu 4,40 zł.

Jak Europa walczy ze skutkami gospodarczymi pandemii koronawirusa?

Sejm rozpoczął pracę na tarczą antykryzysową, która zdaniem biznesu jest niewystarczająca i wypada blado przy pakietach innych państw. Najbliższe dni będą krytyczne dla wielu firm. Brak adekwatnego wsparcia pociągnie za sobą bankructwa i zwolnienia na skalę, nawet większą jak w czasie globalnego kryzysu finansowego przed dekadą.

Z epidemią COVID-19 walczy cała Europa i przynajmniej na froncie gospodarczym radzi sobie zdecydowanie sprawniej niż my. Spektrum wsparcia, jakie w ostatnich tygodniach zaproponowały rządy, jest bezprecedensowe – tak jak sytuacja, w której się znaleźliśmy. Wśród nich:

  • subsydia dla firm: przede wszystkim do płac, ale również innych kosztów stałych działalności; w wybranych krajach stworzono fundusze stabilizacyjne (solidarnościowe) dla przedsiębiorstw lub branż dotkniętych w szczególny sposób;
  • pożyczki i gwarancje, których celem jest utrzymanie płynności firm – przy czym narzędzia zależą od lokalnych uwarunkowań;
  • komplementarne wsparcie banków w akcji kredytowej, przeciwdziałające naturalnej skłonności do ograniczania przez banki własnego ryzyka;
  • przyjazne rozstrzygnięcia podatkowe: odraczanie płatności, przyspieszone zwroty należności, obniżka podatków, ograniczenie kar i odsetek, wydłużanie terminów;
  • większa tolerancja w krajowych prawodawstwach zamówień publicznych;
  • projektowanie działań na okres po kryzysie: kampanie promocyjne, vouchery itd.
    oraz dość podobne między krajami i wprowadzane powszechnie działania w obszarze rynku pracy, polegające przede wszystkim na:
  • ograniczeniu liczby godzin pracy (jako alternatywie dla zwolnień);
  • uelastycznieniu czasu pracy (także w górę na krytycznych stanowiskach);
  • rozluźnieniu prawodawstwa dotyczącego zwolnień;
  • poszerzeniu zakresu zasiłków opiekuńczych i chorobowych (koszt tych ostatnich niekiedy bierze na siebie państwo);
  • zwiększeniu dostępności zasiłków dla bezrobotnych (w tym dla samozatrudnionych),
  • obniżeniu kosztów pracy np. przez współdzielenie ich z państwem lub zawieszenie płatności składek;
  • ograniczeniu innych obciążeń administracyjnych, np. raportowania.

Obok zakresu wsparcia ważna jest również skala interwencji. Według naszych oszacowań, z obiecanych przez nasz rząd 212 mld zł jedynie około 60 mld zł ma charakter impulsu fiskalnego. Z tej kwoty ok. 22,5 mld ma szansę niezwłocznie trafić do firm – to ledwie 1% PKB z obiecanego ponad 9-procentowego pakietu. To niewiele na tle Niemiec (4,4%) i porównywalnie z Francją (1,1%), chociaż należy wspomnieć, że strefa euro dostanie dodatkowy 2-procentowy bodziec, który Polskę ominie.

Nawet gdyby do tej kwoty dołożyć obietnicę prezydenta o zwolnieniu mikroprzedsiębiorców ze składek, to impuls rośnie do 1,6% PKB. Zwiększenie skali pakietu jest w polskich warunkach ograniczane przez ustawę o finansach publicznych, ale doświadczenia globalne pokazują, że obecny kryzys doprowadził do złamania tabu, jakim dotąd był dług publiczny. Koronawirus ograniczający stronę podażową i popytową gospodarek uruchomił w największych gospodarkach w praktyce nieograniczone zasoby.

W tej chwili, można jeszcze wpisać do tarczy antykryzysowej rozwiązania, które staną się realnym wsparciem dla utrzymania miejsc pracy:

  • zwolnienie z danin publicznych płaconych do ZUS i urzędów skarbowych dla wszystkich firm w kłopotach
  • wprowadzenie przestoju ekonomicznego, obniżonego wymiaru czasu pracy na warunkach dostępnych dla firm
  • zwrot podatku VAT w najkrótszym możliwym terminie oraz zwolnienie środków z konta VAT
  • czasowe zwolnienie z wpłat PPK.

Lewiatan przygotował gotowe poprawki w tych punktach i przekazał do wszystkich klubów parlamentarnych. Liczymy, że posłowie pokażą, że rozumieją powagę sytuacji i wspólnie przegłosują rozwiązania, które są neutralne politycznie, za to mogą okazać się niezwykle pozytywne dla gospodarki.

Komentarz dr Sonii Buchholtz, ekspertki ekonomicznej Konfederacji Lewiatan

Tarcza antykryzysowa to sito. I zadziała w czasie ulewy jak sito, nie parasol

Wywiad z Andrzejem Malinowskim, Prezydentem Pracodawców RP i Przewodniczącym Rady Dialogu Społecznego.

Jak Pan ocenia ostateczną wersję tarczy antykryzysowej?

Jak wielu pracodawców jestem rozczarowany. Tarcza przyniesie takie same efekty jak korzystanie podczas ulewy zamiast z parasola – z sita. Pakiet ochronny dla gospodarki zadziała, jeśli każde z ogniw będzie tak samo mocne. Tymczasem tak nie jest. Co z tego, że proponuje się procedury pomocy, skoro są one obłożone warunkami w rodzaju spadek dochodów o 50 proc. 50 proc. dla wielu przedsiębiorstw to bankructwo. W takiej sytuacji potrzebny jest tylko grabarz, a nie lekarz. Co z tego, że jest procedura odroczenia terminu płatności zobowiązań podatkowych o 3 miesiące. Tylko nie dzieje się to automatycznie. Trzeba złożyć wniosek, który musi rozpatrzyć urzędnik. Dziesiątki takich sprzeczności i mielizn zawarliśmy w naszych uwagach. Większości z nich nie uwzględniono.

Co konkretnie, zdaniem pracodawców, trzeba zmienić?

Brakuje np. uwolnienia należnego VAT-u w ramach tzw. split paymentu.  Wsparcie dla dużych firm jest skromne, a należy pamiętać, że tworzą one 24 proc. PKB. Nie zawieszono terminu naliczania odsetek podatkowych od 1 marca do 30 września 2020 r. A wprowadzona możliwość zwolnienia pracodawców z obowiązku opłacania składek na obowiązkowe ubezpieczenia społeczne, zdrowotne itd. przez 3 miesiące – może doprowadzić do zwalniania pracowników, zamiast ochrony miejsc pracy!

Jak to?

Z tego udogodnienia mogą skorzystać tylko firmy zatrudniające do 9 pracowników. Przecież jak ktoś będzie zatrudniał np. 11 pracowników, to minutę po tym jak przeczyta ten projekt zwolni dwóch z nich! Żeby nie płacić składek za resztę! Tak ma wyglądać ochrona miejsc pracy?

Czy autorzy ustawy uważają, że firma mająca już 10 pracowników jest odporna na kryzys gospodarczy? I że 3 miesiące wystarczą? Moim zdaniem będziemy wtedy w dołku kryzysu. Poza tym dlaczego możliwość zawieszenia składek dotyczy wyłącznie przedsiębiorców działających w oparciu o wpis do ewidencji? Spółka cywilna, komandytowa, kapitałowa, nawet jeśli dziś ma tylko 5 pracowników – nie może skorzystać z tego udogodnienia. To się po prostu nie trzyma kupy. Różnicowanie przedsiębiorców jest niedopuszczalne. Sprzeczne z konstytucyjną zasadą równości wobec prawa. Kryteria skorzystania z tego instrumentu są po prostu bez sensu. Powinien on pomagać również średnim i dużym firmom. Warunek jego przyznania musi być oparty na przesłankach ekonomicznych, on sam powinien być szybko dostępny, „na oświadczenie” i z pomocą prostego formularza. Następnie ostatecznie weryfikowany dopiero ex-post na bazie wyników za kilka miesięcy.

Może nie macie we wszystkim racji?

Wśród naszych poprawek były też czysto redakcyjne. Nawet ich nie uwzględniono! To musi budzić wątpliwości, czy w ogóle ktoś przyjrzał się naszym propozycjom! Można się spierać merytorycznie. Nasze propozycje szczegółowo uzasadniliśmy posługując się logiką i liczbami. To dość mocne narzędzia, bo 2 plus 2 jest cztery niezależnie od barw politycznych. A przynajmniej tak powinno być.

Ale te 212 mld złotych jednak coś polskim przedsiębiorcom da.

Jakie 212 miliardów? Z tej kwoty najpierw obiecano 66 mld zł bezpośredniego wsparcia dla firm, pracowników i służby zdrowia. Potem mówiono nawet o 80 mld zł. Zajrzyjmy jednak do tzw. oceny skutków regulacji. To taka, wymagana prawem, ocena projektu. I co widzimy? Wsparcie jedynie na kwotę zaledwie ok. 38 mld zł w 2020 r.! I to są fakty na temat tarczy. 38 mld złotych! Czy to jest kwota, którą chcemy powstrzymać kryzys?

Mówi się: „tak krawiec kraje, jak mu materiału staje”. Rząd musi utrzymać równowagę finansową w priorytetowych wydatkach.

A co może być priorytetem w czasie pandemii, jak nie walka z jej skutkami? Zdrowotnymi i gospodarczymi? Powiedzmy wreszcie jasno i dokładnie, że to są właśnie priorytety! Rozmaite prezenty oraz transfery służące kampanii wyborcze – na pewno nimi nie są! Bo zwyczajnie być nie mogą! Jest takie powiedzenie pasujące do obecnej sytuacji. „Nie czas żałować róż, gdy płoną lasy”. Gdy grozi nam poważny kryzys, trzeb ciąć to wszystko co nie jest niezbędne. I skupić się na obronie fundamentów.

To znaczy, że Tarcza jest kompletnie zła?

Tarcza w obecnym kształcie to nie mechanizm, który skutecznie zadziała. Można więc powiedzieć „założenia są słuszne, budujcie jednak prawdziwą tarczę”. To rozwiązanie, które trzeba zaproponować we właściwych rozmiarach. A my tracimy czas. Prace trwają zbyt długo, mimo tego, że podobno rząd przygotowywał się od tygodni. Jeśli przegramy walkę z czasem, to oprócz pandemii zdrowotnej doświadczymy pandemii gospodarczej. Dla mnie i dla wielu ekspertów, a myślę też, że i dla członków rządu jest już jasne. W niebezpieczeństwie są dziesiątki tys. firm. A w związku z tym setki tys. miejsc pracy oraz los milionów pracowników i ich rodzin. To są kostki domina. Nie możemy pozwolić, by padła pierwsza z nich, bo wtedy pociągnie za sobą resztę. Dlatego musimy walczyć o zachowanie płynności finansowej firm, gdy z powodów od nich niezależnych nie mają one żadnego dochodu. Trzeba zdjąć z nich koszty pracy, by zachowały one miejsca pracy. Zdjąć daniny i obciążenia fiskalne – by mogły zapłacić swoim kontrahentom. Choćby szczątkowo wywiązać się z swoich zobowiązań biznesowych.

Ale czy firma nie wytrzyma miesiąca – dwóch bez dochodów?

A ilu z Polaków wytrzyma bez dochodów miesiąc, czy dwa nie zmieniając swoich wydatków, spłacając czynsze, rachunki, raty itp.? W firmie wolne pieniądze się ponadto inwestuje, a przynajmniej powinno, by się rozwijać. To jest biznes, nie skarbonka w skarpecie. Dlatego odpowiedź brzmi „nie, nie wytrzyma”. Pewnie, że jakaś część firm da sobie radę, ale przeciętna statystyczna polska firma obróci się w proch i pył. I te firmy z „pierwszego rzutu” pociągną za sobą inne, które być może wytrzymają dłużej. Bo nie spłacą faktur, nie kupią nowych usług czy towarów.

Kostki domina runą, jeśli nie zareagujemy zanim zacznie się chwiać pierwsza z nich. Poza tym dwa miesiące to nie jest minimalny horyzont, na który powinniśmy się nastawiać.

Za dwa miesiące pandemia koronawirusa nie minie?

Mam co do tego wątpliwości patrząc na inne kraje Europy czy choćby Chiny. Eksperci zajmujący się zdrowiem prognozują raczej połowę roku. To trzy, cztery miesiące. A walka ze skutkami ekonomicznymi potrwa dłużej. O wiele dłużej. Nie mamy się co oszukiwać. Jest takie oklepane powiedzenie „las płonie szybko, a rośnie wolno”. To samo niestety można powiedzieć o gospodarce. I musimy mieć tego pełną świadomość.

Świat zmieni podejście do higieny na zawsze. Colgate-Palmolive z rekomendacjami kupna

Po trzech dniach solidnego odbicia na Wall Street koniec tygodnia przynosi niewielką korektę. Warto nadmienić, że skala wzrostów amerykańskich indeksów w tym tygodniu wyniosła około 20 proc., więc aktualne około 3 proc. cofnięcie nie robi już dużego wrażenia. Do historii przejdzie odbicie na indeksie Dow Jones, którego ostatnie trzydniowe wzrosty były największe od niemal 100 lat. Indeks ten zawdzięcza głównie ten wynik oszałamiającym wzrostom cen akcji Boeinga.

Nastroje inwestorów pogorszył fakt, że to Stany Zjednoczone stały się obecnie epicentrum epidemii koronawirusa i to Stany Zjednoczone prześcignęły Chiny w ilości zdefiniowanych przypadków zakażenia. To z drugiej strony daje jednak nadzieję na dalszą pomoc zarówno ze strony Rezerwy Federalnej, rządu jak i prezydenta USA.

Wracając jeszcze do spółki Boeing dostała ona pozytywną rekomendację kupna od Argus. Według analityków tej firmy spółka BA ma lepsze perspektywy długoterminowe ze względu na znaczne zaległości i silną obecność w rozwijającym się komercyjnym przemyśle lotniczym. Dodano także, że rentowny segment obronny firmy znajduje się w pierwszej piątce wykonawców. Jeśli Boeingowi uda się przezwyciężyć krótkoterminowe problemy związane z epidemią COVID-19, to jest szansa, aby cena akcji zmierzała do poziomu docelowego, wynoszącego 220 USD. Obecnie na giełdzie akcje BA można kupić za około 160 USD. Spółka ma 12 rekomendacji kupna, 15 trzymaj i 2 sprzedaj. Średni poziom ceny docelowej znajduje się na 214 USD.

Również pozytywną rekomendację otrzymała dobrze znana nam wszystkim spółka Colgate-Palmolive. Firma może zyskać ze względu na wzrost zapotrzebowania na mydło i inne produkty do mycia ze względu na kryzys związany z epidemią. Analityk SunTrust podniósł rekomendację, z trzymaj, do kupuj, podnosząc cenę docelową z 65 do 75 USD. Odnotowano także możliwość, że pandemia nie tylko teraz wpływa na wyższy standard higieny, ale zmieni go w długiej perspektywie. Dobre nawyki, które zostaną z nami na długo obejmą nie tylko częste mycie rąk, ale także np. pielęgnację jamy ustnej (częstsze używanie płynu do płukania).

Także firma Stifel podniosła rekomendację dla CL i poziom ceny docelowej do 80 USD (na rynku obecnie 65 USD). Stifel oczekuje, że organiczny wzrost sprzedaży w pierwszym kwartale wyniesie 4,5 proc.

Departament Zarządzania Aktywami

Copernicus Capital TFI S.A.

Koniec amerykańskiego snu? Rynek pracy w USA ma poważne problemy

Rynek pracy w USA ma poważne problemy. Tylko w ciągu tygodnia ponad 3 miliony Amerykanów złożyło wnioski o zasiłek dla bezrobotnych. Taka liczba sugeruje 2% spadek liczby pracujących osób.

Amerykańskie zasiłki

Wczoraj było wiadomo, że skoro amerykańskie dane o zasiłkach dla bezrobotnych są tygodniowe, będzie się działo. Spodziewano się około 3,5 krotnego wzrostu wniosków, czyli powiedzmy sobie wprost i tak rekordu wszechczasów. Wzrost był ponad 11-krotny. Złożono ponad 3,2 mln wniosków o zasiłek dla bezrobotnych. Dotychczas te dane podawano w tysiącach i biorąc pod uwagę, że właśnie 2% pracujących Amerykanów poprosiło o zasiłek sytuacja ta nie może się długo utrzymać. Wydawać by się mogło, że dane te wstrząsną rynkiem. Nic bardziej mylnego. Dolar owszem tracił, ale podobnie jak miało to miejsce wczoraj. Co ciekawe, na zamknięciu mocno zyskała giełda.

Oddech na  złotym

To byłby bardzo dobry tydzień dla naszej waluty… gdyby zaczął się we wtorek. Poniedziałek zaczął się bowiem ruchem na euro z 4,52 zł do 4,62 zł. Od tego czasu euro w ciągu trzech dni wróciło do poziomu 4,52 zł. Frank stracił nawet więcej. Zaczynał tydzień od 4,30 zł a teraz jest na 4,27 zł. Najlepiej pod tym kątem wypadł dolar, który w ciągu tygodnia taniał nawet 15 groszy, ale to zasługa istotnego osłabienia się dolara względem euro spowodowana między innymi spadkiem stóp procentowych.

Czesi ścięli stopy procentowe

Nasi południowi sąsiedzi wyraźnie biorą przykład z działań FED. W ciągu niecałego miesiąca ścięli stopy procentowe o 1,25% w dwóch ruchach. Po pierwszym o 0,5% wczoraj dołożyli jeszcze 0,75%. Co ciekawe, pomimo odcięcia stóp procentowych czeska korona wczoraj zyskiwała na wartości względem euro. Obniżka była spodziewana o 0,5% a nie o 0,75%, ale inwestorzy widząc, co się dzieje, zareagowali pozytywnie.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski główny analityk w Internetowykantor.pl

Tarcza Antykryzysowa a prawo ochrony konkurencji i konsumentów

W dniu 26 marca 2020 r. na stronach Rządowego Centrum Legislacji zostały oficjalnie opublikowane dwa rządowe projekty ustaw mających na celu przeciwdziałanie kryzysowi wywołanemu koronawirusem. Tego samego dnia oba projekty zostały skierowane do Sejmu.

Mowa o następujących dokumentach:

  1. projekt ustawy o zmianie ustawy o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych oraz niektórych innych ustaw[1] (tzw. „Tarcza Antykryzysowa”) oraz
  2. projekt ustawy o zmianie niektórych ustaw w zakresie systemu ochrony zdrowia związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19[2] („Projekt Ustawy Nowelizującej”).

Lektura obu projektów potwierdza prawdziwość wcześniejszych doniesień medialnych dotyczących założeń projektowanych prawnych instrumentów przeciwdziałania rozprzestrzenianiu się wirusa COVID-19.
Oba projekty (w obecnym brzmieniu) nadają nowe uprawnienia Prezesowi UOKiK oraz zawierają rozwiązania, które mogą mieć znaczenie dla stosowania prawa ochrony konkurencji i konsumentów.

System cen maksymalnych

Obowiązująca od dnia 8 marca 2020 r. tzw. Specustawa COVID-19[3] nadała ministrowi właściwemu do spraw zdrowia kompetencję do ustalania w drodze obwieszczenia maksymalnych cen produktów leczniczych wydawanych bez przepisu lekarza (OTC) oraz z przepisu lekarza (Rp)[4], wyrobów medycznych[5] oraz środków spożywczych specjalnego przeznaczenia żywieniowego[6]. Zgodnie z założeniami Projektu Ustawy Nowelizującej katalog ten ma zostać rozszerzony o produkty biobójcze[7]. Dodatkowo, Projekt doprecyzowuje, że kompetencja ta ma obejmować ceny zbytu brutto (zawierających VAT), marżę hurtową oraz marże detaliczne. Celem uniknięcia wątpliwości, możliwość ustalania cen maksymalnych nie obejmuje produktów refundowanych, których ceny zostały ustalone w drodze decyzji administracyjnych ministra właściwego do spraw zdrowia[8].

 

Z kolei pierwotny projekt Tarczy Antykryzysowej został „wzbogacony” o rozwiązania postulowane przez UOKiK. Do Specustawy COVID-19 miałaby zostać wprowadzona delegacja dla ministra właściwego do spraw gospodarki, który – w porozumieniu z ministrem właściwym do spraw zdrowia oraz ministrem właściwym do spraw rolnictwa i rozwoju wsi – mógłby również wydać rozporządzenie określające maksymalne ceny lub maksymalne marże hurtowe i detaliczne towarów lub usług mających znaczenie dla ochrony zdrowia lub bezpieczeństwa ludzi lub kosztów utrzymania gospodarstw domowych. Maksymalne ceny mogłyby dotyczyć różnych poziomów obrotu towarowego (wprowadzania do obrotu, hurtowego, detalicznego), jak również uwzględniać skalę sprzedaży albo świadczenia usług i uwarunkowania regionalne (np. inne poziomy dla ogólnopolskich sieci sklepów). Przy ustalaniu wysokości maksymalnych cen minister mógłby wziąć pod uwagę wysokość cen w okresie poprzedzającym wprowadzenie stanu zagrożenia epidemicznego, a także uzasadnione zmiany kosztów produkcji i zaopatrzenia. Rozporządzenie powinno również określać podstawę obliczania maksymalnych marż. Maksymalne poziomy określone w rozporządzeniu mogłyby dotyczyć marż dla poszczególnych rodzajów towarów lub marż naliczanych od ceny hurtowej.

Wprowadzenie mechanizmu cen maksymalnych na niezbędne dla konsumentów towary lub usługi jest działaniem uzasadnionym w świetle aktualnej sytuacji. Do stosowania mechanizmów cen maksymalnych, nawet bez urzędowej ingerencji, „zachęcają” samych producentów również organy antymonopolowe zrzeszone w Europejskiej Sieci Konkurencji[9].

Administracyjne kary pieniężne

Na podmioty stosujące wyższe niż maksymalne ceny mogłyby zostać nałożone kary pieniężne w wysokości od 5 tys. do 5 mln zł. Kary te wymierzane byłyby w drodze decyzji przez właściwe organy Inspekcji Farmaceutycznej, Urzędu Rejestracji Produktów Leczniczych Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych, Inspekcji Sanitarnej lub Inspekcji Handlowej (w zakresie towarów lub usług objętych ich właściwością). Niepokojącym postulatem jest kwestia nadania decyzji o karze – uiszczanej w terminie 7 dni od uostatecznienia się decyzji – rygoru natychmiastowej wykonalności bez możliwości wstrzymania tego rygoru przez sąd administracyjny.

Jeszcze większe kontrowersje budzi możliwość ukarania za opisaną powyżej praktykę również przez Prezesa UOKiK, jeżeli naruszenie (chociażby nieumyślne) miało miejsce „wielokrotnie” w odniesieniu do „wielu towarów lub usług lub na dużą skalę”. W takiej sytuacji organ antymonopolowy miałby mieć możliwość nałożenia kary pieniężnej w wysokości do 10% rocznego obrotu przedsiębiorcy. Warto zwrócić uwagę, że możliwość wydania tzw. decyzji zobowiązującej („uzgodnionej” pomiędzy przedsiębiorcą a organem) miałaby być wyłączona. Ponadto, w przypadku nieudzielenia lub udzielenia organowi nieprawdziwych lub wprowadzających w błąd informacji, jak również uniemożliwiania lub utrudniania kontroli Prezes UOKiK mógłby nałożyć na przedsiębiorcę karę w wysokości do 5% rocznego obrotu, ale nie więcej niż 50 mln zł.

Kredyty konsumenckie

Szczególne znaczenie dla sektora bankowego mogą mieć zaproponowane przez UOKiK przepisy Tarczy Antykryzysowej, zgodnie z którą – przez 1 rok od dnia wejścia w życie tejże zmiany – miałyby obowiązywać maksymalne limity pozaodsetkowych kosztów kredytu konsumenckiego. Koszty te nie mogłyby przekroczyć poziomów obliczonych zgodnie ze wzorami zawartymi w ustawie, jednak nie mogłyby być wyższe niż 45% całkowitej kwoty kredytu. Z kolei, w przypadku, gdy kredytodawca lub podmiot z nim powiązany udzielił konsumentowi kolejnych kredytów w okresie 120 dni od wypłaty pierwszego z nich, na potrzeby ustalenia maksymalnej wysokości pozaodsetkowych kosztów kredytu za całkowitą kwotę uznawana miałaby być kwota pierwszego udzielonego kredytu. W takiej sytuacji maksymalny dopuszczalny poziom pozaodsetkowych kosztów kredytu dotyczyłby pozaodsetkowych kosztów wszystkich kredytów udzielonych w tym okresie.

Naruszenie ww. przepisów mogłoby zostać uznane za praktykę naruszającą zbiorowe interesy konsumentów. Konsekwencją tej regulacji byłaby możliwość nałożenia przez Prezesa UOKiK kary w wysokości do 10% rocznego obrotu na kredytodawcę naruszającego tymczasowe przepisy o maksymalnych pozaodsetkowych kosztach kredytu. Należy pamiętać, że ustawa od 15 grudnia 2018 r. odpowiedzialność za naruszenie zakazu praktyk naruszających zbiorowe interesy konsumentów rozciąga się również na osoby zarządzające przedsiębiorcy, przy czym w przypadku osób zarządzających podmiotami podlegającymi nadzorowi finansowemu kara ta może wynieść nawet 5 mln zł (dla osób zarządzających „pozostałymi” przedsiębiorcami maksymalny poziom kary wynosi 2 mln zł).

Dobrą wiadomością dla sektora finansowego jest fakt, że żaden z analizowanych projektów nie zawiera propozycji obowiązku kredytodawców do zawieszenia wykonania umowy o kredyt konsumencki na wniosek kredytobiorcy. Zgodnie bowiem z pierwotną inicjatywą UOKiK, okres kredytowania miał ulec wydłużeniu o okres zawieszenia (bez negatywnych konsekwencji dla kredytobiorcy), a naruszenie nowego obowiązku również miało stanowić praktykę naruszającą zbiorowe interesy konsumentów.

Autor: Szymon Gołębiewski, adwokat, senior associate w Taylor Wessing w Warszawie

[1] Link do procesu legislacyjnego na stronie: http://www.sejm.gov.pl/sejm9.nsf/agent.xsp?symbol=RPL&Id=RM-10-29-20

[2] Link do procesu legislacyjnego na stronie: http://www.sejm.gov.pl/sejm9.nsf/agent.xsp?symbol=RPL&Id=RM-10-28-20

[3] Ustawa z dnia 2 marca 2020 r. o szczególnych rozwiązaniach związanych z zaopbieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych (Dz.U. 2020 poz. 374).

[4] Art. 23a ust. 1 pkt 1 i 2 ustawy z dnia 6 września 2001 r. – Prawo farmaceutyczne (tekst jednolity – Dz.U. 2019 r. poz. 499 z późn.zm.).

[5] Ustawa z dnia 20 maja 2010 r. o wyrobach medycznych (tekst jednolity – Dz.U. 2020 r. poz. 186 z późn.zm.).

[6] Ustawa z dnia 25 sierpnia 2006 r. o bezpieczeństwie żywności i żywienia (tekst jednolity – Dz.U. 2019 r. poz. 1252 z późn.zm.).

[7] Ustawa z dnia 9 paźdzernika 2015 r. o produktach biobójczych (tekst jednolity – Dz.U. 2018 r. poz. 2231 z późn.zm.).

[8] Ustawa z dnia 12 maja 2011 r. o refundacji leków, środków spożywczych specjalnego rpzeznaczenia żywieniowego oraz wyrobów medycznych (tekst jednolity – Dz.U. 2020 r. poz. 357 z późn.zm.).

[9]https://www.concurrences.com/IMG/pdf/european_competition_network_antitrust-_joint_statement_by_the_european_competition_network_ecn_on_application_of_competition_law_during_the_corona_crisis_23_march_2020.pdf?58090/1c6c6dbef875f74d2336a1c1aa208cdfaef9b5fb

Ochrona europejskiej gospodarki powinna być priorytetem dla unijnych przywódców

Przed planowaną na 26 marca br. wideokonferencją Rady Europejskiej, Prezydent BusinessEurope Pierre Gattaz przypomniał o stanowisku federacji w związku z kryzysem: „W tym tygodniu europejscy przywódcy mają historyczną okazję, aby postawić unijną solidarność, działanie i odpowiedzialność w centrum naszej reakcji na kryzys. Długoterminowy dobrobyt Europy można zabezpieczyć tylko wtedy, gdy przywódcy europejscy zrobią wszystko co w ich mocy, aby zachować unię gospodarczą i walutową oraz jednolity rynek. Oba mają zasadnicze znaczenie dla dobrobytu naszej gospodarki, naszych firm i pracowników.”

Dyrektor Generalny BusinessEurope, Markus Beyrer dodał: „Zachowanie jak największej liczby firm i miejsc pracy podczas tego ogromnego kryzysu będzie miało kluczowe znaczenie dla ograniczenia jego długoterminowego wpływu na gospodarkę. EBC podjął zdecydowane działania w celu wsparcia stabilności finansowej i naszej wspólnej waluty. Rada i państwa członkowskie muszą teraz podążać za przykładem EBC, w tym poprzez wprowadzenie ambitnego i skoordynowanego bodźca fiskalnego „.

Chociaż władze muszą podjąć wszelkie niezbędne kroki, aby powstrzymać rozprzestrzenianie się COVID-19, konieczne jest zdaniem BusinessEurope również:

  • Zwiększenie elastyczności i jasności zasad dotyczących pomocy państwa dot. wsparcia przekraczającego 800 000 EUR, które będzie wymagane w przypadku wielu większych przedsiębiorstw dotkniętych kryzysem.
  • Podjęcie wszystkich niezbędnych kroków, aby transport towarów na jednolitym rynku nie był blokowany. Oznacza to pilne zniesienie niedawno wprowadzonych przez niektóre państwa członkowskie zakazów wywozu środków ochrony osobistej, sprzętu medycznego i urządzeń medycznych, skrócenie czasu oczekiwania na granicach wewnątrz UE dzięki zharmonizowanym rozwiązaniom dla samochodów ciężarowych oraz utrzymanie mobilności pracowników transgranicznych poprzez szybkie wdrożenie zaproponowanej przez Komisję Europejską Inicjatywy „Green Lanes”.
  • Wdrożenie skoordynowanego podejścia UE do infrastruktury krytycznej oraz podstawowych towarów i usług.
  • Pilne opracowanie unijnego planu konwersji przemysłowej, aby szybko zwiększyć produkcję kluczowych towarów, w tym we wszystkich medycznych łańcuchach dostaw. Firmy dążące do zmiany orientacji produkcji na niezbędne towary muszą uzyskać tymczasowe odstępstwa od normalnych wymagań regulacyjnych oraz szybsze procedury wydawania zezwoleń i certyfikacji. Utrzymanie szeroko rozumianej działalności przemysłowej ma kluczowe znaczenie dla zminimalizowania zakłóceń.
  • Zapewnienie utrzymania międzynarodowych przepływów handlowych, biorąc pod uwagę rosnące ryzyko, że zakazy wywozu niezbędnych artykułów medycznych na całym świecie powodują dodatkowe niedobory dostaw.
  • Odroczenie konsultacji społecznych i propozycji legislacyjnych UE, poza niezbędnymi, aby móc skoncentrować wszystkie wysiłki na zwalczaniu kryzysu COVID19.

W liście do szefów państw i rządów krajów UE, razem z BusinessEurope i innymi federacjami pracodawców, zaapelowaliśmy o kluczowe i pilne rozwiązania. Musimy ochronić jednolity rynek i europejskie łańcuchy dostaw, potrzebujemy skoordynowanego podejścia w zakresie infrastruktury krytycznej i niezbędnych towarów i usług, elastyczności w zakresie wymogów regulacyjnych i przyspieszenia procedur wydawania zezwoleń i certyfikacji, jak również znacznego poprawienia cyfrowego potencjału w Unii – zauważa Kinga Grafa, dyrektorka przedstawicielstwa Konfederacji Lewiatan w Brukseli.

Kluczowa w tym momencie dla całej UE jest synergia działań zmierzająca do zagwarantowania maksymalnego bezpieczeństwa zarówno zdrowotnego, jak i gospodarczego. Jedno warunkuje drugie, bo ciężko sobie wyobrazić, aby przykładowo w trakcie bardzo złej sytuacji gospodarczej udało się zapewnić wysokie standardy zdrowotne. – mówi Adam Dorywalski, ekspert Konfederacji Lewiatan ds. UE w Brukseli.

Apel Polskiej Grupy Supermarketów o wsparcie lokalnej przedsiębiorczości

Epidemia COVID-19, która rozprzestrzenia się po Polsce i świecie stała się niezapowiedzianym sprawdzianem dla polityków, przedsiębiorców oraz wszystkich obywateli. Polska gospodarka zaczyna coraz silniej odczuwać skutki kryzysu epidemiologicznego, choć – jak twierdzą eksperci – jego kulminacja jest jeszcze przed nami.

Polska Grupa Supermarketów zwraca się z apelem do wszystkich obywateli i rezydentów o wsparcie drobnych, lokalnych przedsiębiorców. Jednocześnie dziękuje współpracownikom, którzy każdego dnia obsługują tysiące Klientów.

Rozwaga oraz stosowanie się do odgórnych zaleceń bezpieczeństwa to dwa priorytety, którymi powinniśmy kierować się w celu ochrony zdrowia naszego i naszych bliskich. Jednak w tym krytycznym momencie waży się również przyszłość tysięcy mikro- i małych przedsiębiorców oraz ich pracowników, którzy codziennie starają się pełnić obowiązki, dostarczając nam swoje usługi i produkty.

Apelujemy o wsparcie dla tysięcy małych polskich firm –  sklepów i restauracji, których sytuacja jest coraz bardziej skomplikowana. Wybierajmy lokalne osiedlowe sklepy spożywcze, które od wielu lat znajdują się w trudnej sytuacji, borykając się z niską marżą i konkurencją światowych korporacji. Wspierajmy lokalne usługi, których przyszłość zależy od lokalnych społeczności.   Innymi słowy prosimy o wsparcie dla polskiej gospodarki, której kondycja zależy głównie od ciężkiej pracy wszystkich obywateli.

Polski Rząd ogłosił niedawno wdrożenie wartej około 212 mld złotych „Tarczy Antykryzysowej”, mającej złagodzić m.in. zdrowotne jak i ekonomiczne skutki kryzysu epidemiologicznego. Niestety, już dziś wiemy, że podjęte środki okażą się niewystarczające, by uchronić tysiące polskich firm przed upadłością oraz dziesiątki tysięcy osób przed utratą pracy.

Jako konsumenci mamy jednak niesamowitą moc. Wybierając polskie marki, polskie produkty i usługi pomagamy zachować produkcję i miejsca pracy, czyniąc jednocześnie polską gospodarkę silniejszą na tle światowego rynku. Wspomóżmy w tych ciężkich chwilach tych, którzy na co dzień budują wspólny dobrobyt.

KUPS: podatek cukrowy dobije ocalałe po epidemii COVID-19 polskie gospodarstwa sadownicze oraz firmy producentów napojów owocowych i nektarów

Sejm na posiedzeniu zdecyduje o losach ustawy cukrowej. Czy Sejm odrzuci ustawę cukrową, za czym opowiedział się Senat? To ostatni moment dla posłów na wycofanie się z tej szkodliwej dla osłabionej polskiej gospodarki ustawy. Stowarzyszenie KUPS i organizacje reprezentujące sadownictwo oraz przetwórstwo owoców i warzyw apelują do posłów o zagłosowanie za uchwałą Senatu o odrzuceniu ustawy w całości. – „Zwracamy się do posłów o jednomyślność z senatorami, by w obliczu negatywnych skutków wywołanych światową epidemią koronawirusa, z jakimi dodatkowo mierzą się dziś przedsiębiorcy – wesprzeć polskie rolnictwo i sadownictwo” – mówi Julian Pawlak, prezes Stowarzyszenia Krajowa Unia Producentów Soków. Odrzucenie ustawy przez Sejm, pozwoli przygotować regulację, której celem będzie rzeczywista,  a nie postulowana promocja nawyków prozdrowotnych wśród konsumentów. Ważnym elementem tej regulacji powinno być całkowite wykluczenie z opłaty wartościowych nektarów i napojów z wysoką zawartością soku czy przecieru.

– „Mimo naszych uwag, zgłaszanych w toku prac legislacyjnych w polskim parlamencie, do projektu ustawy cukrowej nie udało się wprowadzić poprawek, które zostałyby przyjęte z satysfakcją przez polskich rolników i sadowników, a dotyczących wycofania z objęcia opłatą nektarów i napojów z naturalnym wsadem z  owoców i/lub warzyw. W trakcie dyskusji publicznej dostrzeżono za to szereg absurdów, jak m.in. nieobjęcie podatkiem producentów słodyczy czy pominięcie słodzonych piw smakowych i radlerów. Wyrazem krytyki wobec zasadności dalszego procedowania ustawy, była decyzja Izby Wyższej Senatu o odrzuceniu ustawy w całości. Dodatkowo martwiące nas są słowa Pani Minister Jadwigi Emilewicz, w których wskazuje, że rządzący mają zamiar nadal forsować szkodliwy podatek od 1 lipca 2020, a nie jak deklarowano wcześniej od 1 stycznia 2021. Firmy i gospodarstwa rolne, których nie zniszczy pandemia, zostaną pogrążone przez te fatalne w skutkach decyzje rządzących. Upadłości polskich firm nie będą efektem siły wyższej, ale świadomej, antygospodarczej decyzji polityków” – mówi Julian Pawlak, prezes Krajowej Unii Producentów Soków.

Podzielamy zastrzeżenia senatorów i podtrzymujemy naszą opinię, że ustawa wymaga rzetelnej i spokojnej decyzji oraz wyboru takich mechanizmów, które przybliżą ustawodawcę do osiągnięcia celu prozdrowotnego, zakładanego w ustawie. Aby tak się stało, potrzebna jest na tym etapie jednomyślność obu izb polskiego parlamentu, czyli odrzucenie ustawy w całości także przez Sejm. – „W tych trudnych momentach powodowanych aktualną sytuacją epidemiologiczną, polscy przedsiębiorcy, rolnicy i sadownicy będą liczyć na wsparcie w postaci pakietu rozwiązań ujętych przez rząd w tzw. „tarczy antykryzysowej”, ale równocześnie zostanie im zadany kolejny cios w postaci nowej daniny, której efekty dodatkowo pogrążą branżę i zniwelują wszelkie efekty tarczy. Apelujemy o wsłuchanie się w głosy wielu organizacji pracodawców, którzy podkreślają, że oprócz rozwiązań „tarczy antykryzysowej”, kluczowe jest nienakładanie nowych podatków i opłat na przedsiębiorców” – przekonuje Julian Pawlak.

O naszych obawach związanych z przyszłością branży owoców i warzyw po wejściu w życie ustawy cukrowej wielokrotnie informowaliśmy.  W przypadku tak wrażliwej na wszelkie czynniki zewnętrzne branży  nałożenie dodatkowych obciążeń fiskalnych ma tym większe znaczenie. Negatywne skutki ustawy dotkną przede wszystkim sadowników, a także ważny dla polskiej gospodarki sektor małych i średnich przetwórców. Nie skorzystają na tym też konsumenci, ponieważ dowiedziono, że wyższe podatki nie wpływają na ograniczenie spożywania przez nich produktów zawierających dodany cukier. – „Warto przypomnieć, że  cała kategoria napojowa wykorzystuje tylko ok. 19 proc. cukru spożywanego w Polsce. W ustawie zabrakło zatem opłaty na słodycze oraz pozostałe kategorie napojów alkoholowych jak piwa smakowe i piwa radler” – wskazuje Julian Pawlak, prezes KUPS.

Kilkadziesiąt tys. ton owoców i warzyw pozostanie w sadach i na polach

Podniesienie podatku wywoła podwyżkę cen na napoje owocowe, a ich producenci szukając ratunku drastycznie obniżą zbyt na polskie owoce i warzywa. Prognozowany spadek jest niebagatelny – szacuje się go na kilkadziesiąt  tysięcy ton rocznie.  Sam ten efekt, bez dodatkowych strat spowodowanych epidemią, przełoży się na upadłość części gospodarstw sadowniczych (głównie zajmujących się uprawą jabłek, wiśni, malin, czarnej porzeczki czy aronii) oraz małych i średnich firm przetwórczych.  Ograniczanie zbytu na surowce od polskich dostawców, to poważny problem dla całego krajowego rynku sadowniczego. – „Polska jest jednym z największych producentów owoców i warzyw w Europie i jednym z największych na świecie. Ze względu na rosnącą konkurencję w eksporcie owoców i warzyw oraz ich przetworów bardzo ważne jest zagospodarowanie każdej tony polskich owoców i warzyw na rynku krajowym, także jako składnika do napojów i nektarów” – przypomina prezes Julian Pawlak.

Bankructwa rodzinnych sadów, małych i średnich firm przetwórczych

Skutki finansowe dla całej branży owocowo-warzywnej wynikające z podatku cukrowego, to straty liczone ostrożnie w setkach milionów złotych. W obliczu kryzysu wywołanego przez epidemię koronawirusa, świadome przyzwolenie na spadek konkurencyjności polskich firm wobec zagranicznych przetwórców, to igranie z ogniem i działanie na szkodę polskiego interesu gospodarczego.  Producenci napojów owocowych i warzywnych oraz nektarów to w większości polskie firmy, które po spadku ich wartości narażone są na zagraniczne  przejęcia.

Potrzebna spokojna i merytoryczna dyskusja, jak wpływać na nawyki prozdrowotne i zachęcać do reformulacji 

Odrzucenie ustawy przez Sejm, pozwoli przygotować regulację, której celem będzie rzeczywista, a nie postulowana promocja nawyków prozdrowotnych wśród konsumentów. Ważnym elementem tej regulacji powinno być całkowite wykluczenie z opłaty wartościowych nektarów i napojów z wysoką zawartością soku czy przecieru. Obecnej ustawy, z przyczyn obiektywnych, nie można poprawić z dnia na dzień. Wymaga ona daleko idących zmian, które w trosce o konsumentów niemożliwe są do wprowadzenia na jednym czy drugim posiedzeniu komisji, nawet przy zaangażowaniu wszystkich jej członków. Przygotowanie pakietu racjonalnych rozwiązań w dialogu ze stroną społeczną, daje szansę na poprawę kondycji zdrowotnej polskiego społeczeństwa i podnoszenie świadomości w zakresie właściwego sposobu odżywiania. Deklarujemy pełne wsparcie i zaangażowanie się w ten proces jako branża, która uczyniła wiele w kierunku reformulacji swoich produktów. Służymy naszym doświadczeniem, mając przekonanie, że wspólnie można zdziałać o wiele więcej i lepiej.

Dane tak złe, że aż dobre lub bez znaczenia

Reakcja rynku akcji w czwartek po szokująco złych danych o liczbie nowych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych w USA sugeruje, że albo dane są bez znaczenia (gdyż należało się spodziewać gwałtownego skoku bezrobotnych po nagłym zatrzymaniu gospodarki), albo będą zachętą dla rządu i Fed, by zrobić więcej. Wygląda też na to, że inwestorzy są zmęczeni pogrążaniem się w otchłani pesymizmu i chcą trwalszego odreagowania. Ale idzie weekend, a liczba zachorowań w USA już przewyższyła liczbę przypadków w Chinach.

Nastał niewygodny do analizowania okres na rynkach finansowych – kiedy każdą informację można interpretować jako dobrą lub złą i tylko od tego, za którą opcją stoi większa siła, w tamtym kierunku podążą ceny. Szokujący wzrost liczby nowych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych o 3,28 mln w jedne tydzień bez wątpienia jest dowodem dramatycznego załamania aktywności gospodarczej i bez przemyślanego podejścia w realizacji pomocy fiskalnej może dojść do trwałych i dotkliwych szkód opóźniających powrót ożywienia. Ale jednocześnie terapia szokowa może przynieść skuteczniejszą odpowiedź ze strony władz, zapewnić lepszą ochronę Amerykanów przed utratą pracy, skutkować wprowadzeniem prawa odroczenia spłat kredytów i regulowania czynszów lub wzmocnić wsparcie dla służby zdrowia. Wszystko ma swoje jasne i ciemne strony i tylko od nas zależy, na których się skupimy. W tym tygodniu inwestorzy na rynku akcji są pełni nadziei na przyjście lepszego, co na Wall Street przerodziło się w odbicie indeksów od dołka o ponad 20 proc. Z definicji wkroczyliśmy w rynek byka, ale nie dajmy się ponieść magii liczb. Jeśli już, to wolę przywołać inna wartość: 85612 – tyle na wczoraj było przypadków potwierdzonych zachorowań na koronawirusa w USA. Chorych w USA jest już więcej niż w Chinach i gdziekolwiek na świecie. Boję się pomyśleć, jak te statystki będą wyglądać po weekendzie. Dla przypomnienia, ostatnie trzy poniedziałki przynosiły silne spadki indeksów.

Silnemu odbiciu rynku akcji towarzyszyła wyraźna wyprzedaż dolara i utrzymania tego tempa do końca dnia zapewni najgorszy tydzień w wykonaniu amerykańskiej waluty od 2009 r. Ale biorąc pod uwagę, że poprzedni tydzień był najlepszym dla dolara od 12 lat, nie ma co tu ogłaszać końca ery dolara. Silne wahania na rynku walutowym wzięły się z panicznego poszukiwania płynności w USD, porzucając w zamian wszystko, co jeszcze miało jakąś wartość. Teraz jednak, kiedy globalne banki centralne podjęły kroki na rzecz dostarczenia finansowania w USD, zaspokojenie niedoborów odbiera z crossów z dolarem istotny czynnik ryzyka. Ekstremalne przeceny pozostałych walut G10 są teraz do „odkręcenia”. Ale poziom równowagi zostanie w końcu osiągnięty i ponownie przyjdzie ewaluacja walut pod kątem innych ryzyk. Fatalne dane z USA nie powinny ciążyć na dolarze, jeśli za chwilę z innych gospodarek przyjdą podobnie ponure odczyty. Jeśli już dowody recesji i postepowanie pandemii koronawirusa będzie tyko podnosić awersję do ryzyka, co dla USD stanowi tarczę ochronną w relacji do ryzykownych walut. Najprędzej słabość USD względem JPY ma szanse utrzymać się w przypadku większości scenariuszy. Jestem mniej przekonany do trwałości wzrostów EUR/USD, a duże ryzyko powrotu spadków widzę w GBP/USD.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

COVID-19: Europejski przemysł oponiarski spodziewa się długotrwałych skutków pandemii i wzywa do wspierania gospodarki

Coraz poważniejszy wpływ globalnej pandemii COVID-19 na nasze społeczeństwa i gospodarkę jest bezprecedensowy. Obawy o zdrowie, braki w dostawach, niski popyt i środki podejmowane przez rządy państw skłoniły europejski przemysł oponiarski do podjęcia zdecydowanych działań. W ciągu ostatniego tygodnia wiele firm członkowskich Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Opon i Gumy (ETRMA) ogłosiło tymczasowe zamknięcie swoich zakładów produkcyjnych zlokalizowanych w Europie. Konsekwencje będą poważniejsze: odczują je również ośrodki badawczo-rozwojowe, inne obszary operacyjne i sieci detaliczne, które mają kluczowe znaczenie dla przyszłości branży. Ze względu na rozległe konsekwencje tego kryzysu dla gospodarki i ludzi, ETRMA wzywa do konstruktywnego dialogu na temat środków zaradczych i systemów wsparcia zarówno na szczeblu UE, jak i krajowym.

Przemysł oponiarski podejmuje wszelkie właściwe i niezbędne środki w celu ochrony zdrowia pracowników i społeczności oraz szybkiego podjęcia działań mających na celu powstrzymanie rozprzestrzeniania się wirusa. Przez tymczasowe zamykanie zakładów europejski przemysł oponiarski zastosował się do zaleceń organów międzynarodowych, krajowych i lokalnych w celu ochrony swoich pracowników, przerwania łańcuchów infekcji i pomocy w powstrzymaniu rozprzestrzeniania się pandemii.

„Zawieszenie głównych działań operacyjnych przyniesie niewątpliwie poważne, długotrwałe skutki dla naszej branży. Jest to jedno z największych wyzwań, przed jakimi kiedykolwiek stanął nasz przemysł” – potwierdza Fazilet Cinaralp, sekretarz generalny ETRMA, dodając: „nie mamy jeszcze pewności, kiedy europejski przemysł oponiarski będzie mógł wznowić swoją działalność produkcyjną, a międzynarodowy łańcuch dostaw zostanie przywrócony”.

Ze względu na bezprecedensowy charakter tego kryzysu europejski przemysł oponiarski wzywa do podjęcia zdecydowanych i szybkich działań zarówno na szczeblu UE, jak i krajowym, w celu wprowadzenia w życie polityki, która pozwoli złagodzić skutki tego kryzysu dla europejskich producentów opon. ETRMA wspiera konstruktywny dialog między przemysłem oponiarskim, instytucjami UE i rządami państw członkowskich w celu opracowania programów, które zapewnią wsparcie dla pracowników przemysłu oponiarskiego w czasie trwania pandemii wywołanej wirusem COVID-19, oraz które będą wspierały sprawne i pomyślne wznowienie działalności w tym ważnym dla całej gospodarki europejskiej sektorze, po zakończeniu bezpośredniego zagrożenia dla zdrowia.

„Opony są kluczowe nie tylko dla przepływu towarów i osób, ale także dla gospodarki europejskiej. W Europie zatrudniamy bezpośrednio około 370 000 osób. Teraz konieczne jest określenie, w jaki sposób wspierać naszych pracowników i służyć sektorowi motoryzacyjnemu oraz naszym klientom, a także jak stymulować ożywienie w naszym sektorze, aby uniknąć trwałej utraty zdolności, potencjału badawczego i innowacji, przy zaangażowaniu wszystkich zainteresowanych stron w Europie” – zakończyła Fazilet Cinaralp.

ETRMA podkreśla swoje stałe poparcie dla środków, które zostały już podjęte zarówno na szczeblu europejskim, jak i krajowym oraz wyraża głęboką wdzięczność wszystkim, którzy znaleźli się na pierwszej linii walki z pandemią, w celu zapewnienia nam bezpieczeństwa.

Tarcza antykryzysowa – konieczne są szybkie zmiany w prawie restrukturyzacyjnym

Tarcza antykryzysowa nie przewiduje póki co rozwiązań na czas tąpnięcia gospodarczego oraz masowych wniosków do sądów. Sądom – nie po raz pierwszy – grozi paraliż, zaś brak szybkich orzeczeń przynieść może fatalne skutki dla przedsiębiorców poszukujących ochrony. Niekorzystne jest również wejście w życie w dniu 24 marca 2020 r. przepisów liberalizujących przesłanki ogłoszenia upadłości konsumenckiej.

Przedsiębiorca w czasach kryzysu ekonomicznego wywołanego epidemią może nie tylko ochronić swoją firmę przed upadłością, lecz również uchronić się przed odpowiedzialnością odszkodowawczą za nieterminowe złożenie wniosku o ogłoszenie upadłości, rozpoczynając postępowanie restrukturyzacyjne.

Prawo restrukturyzacyjne przewiduje cztery rodzaje postępowań restrukturyzacyjnych: postępowanie o zatwierdzenie układu, przyspieszone postępowanie układowe, postępowanie układowe i postępowanie sanacyjne. Wybór konkretnego rodzaju postępowania zależy od indywidualnej oceny każdego przypadku.

Poddać pod rozwagę trzeba następujące postulaty:

  1. Zapewnienie szybszej ochrony majątku dłużnika możliwe bez ingerencji sądu. Temu służyć może ochrona przed egzekucją z mocy prawa na skutek samego złożenia wniosku restrukturyzacyjnego. Ochrona trwać będzie do nieprawomocnego rozpoznania wniosku i może być uchylona na wniosek wierzyciela. W jej trakcie firma nie może wyzbywać się majątku, a zatem wierzyciele są również chronieni.
  2. Likwidacja obowiązkowych rozpraw i dopuszczenie posiedzeń niejawnych, przy zachowaniu decyzyjności organu sądowego w tym zakresie. Chodzi o to, aby eliminować przestoje związane z organizacją rozprawy oraz wyłączyć konieczność osobistego uczestnictwa – co jest niewskazane, a obecnie niedopuszczalne.
  3. Wyraźne wskazanie, że wysyłka pism sądowych dla wielu wierzycieli może być przekazana zarządcy lub nadzorcy na mocy zarządzenia sędziego-komisarza. To ograniczy obciążenie pracy sekretariatu wydziału.
  4. W razie konieczności, dopuszczenie składania przez nadzorców sądowych i zarządców pism do sędziego-komisarza za pomocą poczty elektronicznej.
  5. Zmniejszenie liczby spraw podlegających kognicji sądu lub sędziego-komisarza. Przykładowo zbędne są orzeczenia w przedmiocie uprzednio rozpoznanym przez radę wierzycieli. Organ sądowy powinien rozpoznawać spory pomiędzy uczestnikami oraz organami pozasądowymi, a nie zajmować się podejmowaniem decyzji biznesowych.
  6. Uproszczenie wymogów formalnych wniosku o wszczęcie restrukturyzacji oraz innych wymogów – np. co do szczegółowości planu restrukturyzacyjnego – zwłaszcza wobec małych przedsiębiorców. Niektóre obowiązki są zbędne na etapie rozpoznania wniosku – stanowią obciążenie dla dłużnika, który musi je spełnić oraz dla sądu, który musi je zweryfikować.
  7. Wszelkie głosowania oraz posiedzenia odbywane przez wierzycieli muszą być dopuszczalne zdalnie lub drogą obiegową.

„Otwarcie postępowania restrukturyzacyjnego, albo zatwierdzenie układu w postępowaniu o zatwierdzeniu układu pozwala na uchronienie się przed wszelkimi negatywnymi skutkami niezłożenia wniosku o ogłoszenie upadłości w terminie. Należy jednak zwrócić uwagę, iż nie wystarczy w tym przypadku samo złożenie wniosku – jak w przypadku wniosku upadłościowego. Konieczne jest przynajmniej wydanie przez sąd nieprawomocnego postanowienia o otwarciu postępowania restrukturyzacyjnego, bądź o zatwierdzeniu układu w postępowaniu o zatwierdzenie układu. Może się to okazać problematyczne, gdyż z uwagi na epidemię wiele sądów odracza wszelkie posiedzenia z wyjątkiem spraw pilnych. Szczęśliwie jednak, zgodnie z § 2 pkt 5 lit. l Rozporządzenia Ministra Sprawiedliwości – Regulamin urzędowania sądów powszechnych, za sprawy takie zostały uznane właśnie wnioski o zatwierdzenie układu w postępowaniu w przedmiocie zatwierdzenia układu i otwarcia postępowania restrukturyzacyjnego” – komentuje dr Patryk Filipiak, wspólnik w kancelarii Filipiak Babicz.

Nie oznacza to jednak, iż z decyzją co do złożenia wniosku restrukturyzacyjnego można zwlekać, albowiem przygotowanie takiego wniosku jest bardzo czasochłonne. W przeciwieństwie do innych pism sądowych – oprócz szczegółowej analizy prawnej wymaga również przeprowadzenia zaawansowanej analizy ekonomicznej przedsiębiorstwa.

Korzyści płynące z restrukturyzacji

Postępowania restrukturyzacyjne niosą za sobą korzyści, które pozwolą przedsiębiorcy na przetrwanie załamania koniunktury i uregulowanie swoich zobowiązań po powrocie rynku na właściwe tory. Przede wszystkim restrukturyzacja pozwala na zamrożenie zobowiązań powstałych przed otwarciem postępowania restrukturyzacyjnego i ich spłatę na warunkach, które co do zasady proponuje dłużnik. W grę może wchodzić m.in. częściowe umorzenie zobowiązań, rozłożenie na raty, odroczenie terminu płatności, czy konwersja wierzytelności na udziały lub akcje.

W zależności od konkretnego postępowania restrukturyzacyjnego dłużnik otrzymuje również m.in. ochronę przed egzekucją oraz gwarancję, że kluczowe dla działalności przedsiębiorstwa umowy nie zostaną wypowiedziane. Z drugiej strony możliwe jest wypowiedzenie przez dłużnika nierentownych kontraktów oraz przeprowadzenie redukcji zatrudnienia na zasadach, na jakich redukcję tę prowadzi się w upadłości.

Grupa CDRL podsumowała 2019 rok

Grupa CDRL, właściciel marki Coccodrillo oraz Buslik w 2019 roku wypracowała rekordowe skonsolidowane przychody ze sprzedaży, które wyniosły 514,1 mln zł. Oznacza to wzrost o blisko 105 proc. z poziomu 251,3 mln zł rok wcześniej. EBITDA wyniosła 54,2 mln zł i była o 60 proc. wyższa niż rok wcześniej.

CDRL na początku 2019 roku zrealizował szereg akwizycji, które doprowadziły do dwukrotnego powiększenia skali działalności oraz przychodów Grupy. Od 2019 roku portfolio Grupy poza Coccodrillo tworzą również: Buslik (białoruska sieć sklepów z artykułami dla dzieci i niemowląt), Lemon Explore (odzież i obuwie dziecięce), Petit Bijou (akcesoria dziecięce), Broel (czapki) oraz Sale Zabaw Fikołki.

To pierwszy raz, kiedy możemy podsumować działalność nowej, powiększonej Grupy CDRL. W minionym roku koncentrowaliśmy się na intensywnych pracach związanych optymalizacją i konsolidacją Grupy po przejęciach nowych podmiotów. Procesy te nadal trwają, ale już dziś możemy powiedzieć, że jesteśmy znaczącym graczem na rynku międzynarodowym, a jednocześnie jednym z liderów wśród projektantów oraz dystrybutorów odzieży i akcesoriów dziecięcych w Europie Środkowo-Wschodniej. – mówi Marek Dworczak, prezes CDRL

Procesy optymalizacyjne wygenerowały w ubiegłym roku dodatkowe koszty, jednak wprowadzone zmiany już w 2020 r. pozytywnie przełożą się na rentowność Grupy. W 2019 roku CDRL wypracowało 12,7 mln zł skonsolidowanego zysku netto przypadającego akcjonariuszom jednostki dominującej. To wynik o 46 proc. niższy niż rok wcześniej.

Budowa liczącej się na arenie międzynarodowej spółki to praca bardzo żmudna i czasochłonna, wymagająca również nakładów finansowych, poniesienia dodatkowych kosztów w pierwszych kwartałach. Na spadek rentowności miała również wpływ wyjątkowo ciepła zima, która przełożyła się na sprzedaż zarówno w Cocodrillo, jak i w Busliku – komentuje Tomasz Przybyła, wiceprezes CDRL.

Obecnie spółka koncentruje się na rozbudowie i wzmacnianiu kanału e-commerce, który w związku z pandemią koronawirusa SARS-CoV-2 i obostrzeniami prawnymi związanymi z zamykaniem obiektów handlowych, stał się tymczasowo głównym kanałem sprzedaży na terenie Polski, Czech, Słowacji, Niemiec, Austrii i UE. W styczniu zostało wdrożone nowe oprogramowanie platformy sprzedażowej e‑commerce.

– W ostatnich dniach odnotowaliśmy istotny wzrost ruchu oraz dłuższy czas przebywania użytkownika w sklepie. Dodatkowo, rośnie zaangażowanie użytkownika z offline w online i już 52 proc. użytkowników planuje robić zakupy online. To duża szansa dla tego kanału, którą chcemy wykorzystać. Trudno jednak oszacować dokładną skalę wzrostu tego kanału w perspektywie kolejnych tygodni. – dodaje Marek Dworczak.

Sytuacja związana z rozprzestrzenianiem się wirusa COVID-19 sposób istotny wpłynie na wyniki Grupy, przede wszystkim przez znaczące zmniejszenie przychodów. Dokładny wpływ tej nadzwyczajnej sytuacji na wyniki CDRL, zależy w głównej mierze od długości trwania ograniczeń oraz zakresu ewentualnych państwowych pakietów pomocowych.

W najbliższych dniach przedsiębiorcy będą decydować o utrzymaniu lub cięciu etatów. Największa fala upadłości spodziewana jest latem

W kolejnych dniach przedsiębiorcy muszą zdecydować, czy stać ich na przedłużanie umów z pracownikami. W skali najbliższego miesiąca zagrożone są setki tysięcy miejsc pracy – zauważa Związek Przedsiębiorców i Pracodawców. Cięć etatów można spodziewać się zwłaszcza w branżach najbardziej zagrożonych bankructwem, czyli m.in. w handlu, gastronomii czy turystyce. Wiele firm już w tej chwili ma ogromne problemy z płynnością, ale największej fali upadłości można spodziewać się na przełomie lata i jesieni – prognozują eksperci kancelarii Zimmerman i Wspólnicy.

– Na pewno trzeba się spodziewać lawinowego wzrostu upadłości spółek i indywidualnych przedsiębiorców. Jest zbyt wcześnie, żeby określić, jaka będzie skala tych bankructw, ponieważ wszystko zależy od pomocy ze strony organów władzy publicznej. Jednak niewątpliwie po ustaniu pandemii sądy upadłościowe i restrukturyzacyjne zostaną zalane wnioskami – mówi agencji Newseria Biznes Bartosz Sierakowski, radca prawny kancelarii Zimmerman i Wspólnicy, kwalifikowany doradca restrukturyzacyjny Zimmerman Filipiak Restrukturyzacja SA.

Jak podkreśla, szczególnie narażone na problemy z niewypłacalnością będą te branże, które zostały de facto wyłączone z możliwości prowadzenia działalności, czyli m.in. hotelarstwo i branża turystyczna, dla której – wskutek rządowych ograniczeń dotyczących przemieszczania się – kryzys może być najbardziej dotkliwy. Ze stratami musi liczyć się też handel oraz właściciele restauracji, kawiarni i pubów, w których zakazane jest spożywanie posiłków na miejscu.

– Odpowiedź na pytanie, kiedy możemy spodziewać się lawiny bankructw, zależy od tego, jak długo będzie utrzymywać się pandemia. Wydaje się, że koniec lata i wczesna jesień to jest ten moment, kiedy fala bankructw istotnie wzrośnie – mówi Bartosz Sierakowski.

Przedsiębiorcy czekają na wsparcie w ramach tzw. tarczy antykryzysowej. Rządowy pakiet rozwiązań ochronnych obejmuje m.in.: dopłaty do pensji dla pracowników, świadczenia w wysokości około 2 tys. zł dla osób samozatrudnionych i na umowach cywilnoprawnych, które utraciły dochody, mikropożyczki do 5 tys. zł dla mikrofirm, możliwość automatycznego przedłużenia firmowego kredytu obrotowego oraz odroczenia czy nawet rezygnacji z obowiązku płacenia składek ZUS przez trzy miesiące. Rządowy pakiet antykryzysowy ma kosztować w sumie 212 mld zł, czyli ok. 9,2 proc. krajowego PKB.

Tarcza ma wejść w życie od kwietnia. Tymczasem Związek Przedsiębiorców i Pracodawców podkreśla, że gros firm już w tej chwili ma problemy z płynnością finansową i nie stać ich na opłacanie swoich pracowników ani kontrahentów, z którymi powinny uregulować należności jeszcze za poprzedni miesiąc.

 Pojawienie się SARS-CoV-2 samo w sobie nie jest przesłanką do zerwania czy niewykonania umowy, ale w polskim systemie ponosimy odpowiedzialność za wykonanie umowy na tzw. zasadzie winy. Innymi słowy, jeżeli nie mamy pieniędzy, ponieważ nie możemy prowadzić działalności wskutek siły wyższej, a taką jest stan epidemii, wówczas będziemy mogli zwolnić się z obowiązku zapłaty odsetek za opóźnienie. Wynika to z faktu, że jako kontrahent nie ponosimy winy za nienależyte wykonanie zobowiązania. Nie jest to jednak generalna zasada, gdyż znajdzie ona zastosowanie w konkretnych, indywidualnych przypadkach – mówi Bartosz Sierakowski.

ZPP podkreśla, że ze względu na bliski koniec miesiąca część przedsiębiorców musi szybko zdecydować, czy stać ich na przedłużanie umów z pracownikami. To oznacza, że w skali najbliższego miesiąca zagrożone są setki tysięcy miejsc pracy.

Zdalne lekcje są dla nauczycieli testem cyfrowych kompetencji. Mogą też unowocześnić model nauczania

Blisko 70 proc. uczniów już w ubiegłym tygodniu uczestniczyło w lekcjach online, a 92 proc. z nich miało zadawane prace domowe – wynika z badania przeprowadzonego przez Brainly. Jednak połowie uczniów brakuje kontaktów z nauczycielami. Jak ocenia dyrektor Instytutu Badań Edukacyjnych, Piotr Stankiewicz, przymusowe zdalne lekcje będą testem cyfrowych kompetencji nauczycieli, ale stworzą również szansę na zmianę dotychczasowego, archaicznego modelu nauczania. – Od dawna mówi się o konieczności przejścia na bardziej angażujący model, w którym nauczyciel nie naucza, ale wspiera dziecko w poznawaniu świata, rozbudza jego pasje, pomaga kształtować kompetencje i samodzielnie się kształcić – podkreśla ekspert.

W związku z epidemią koronawirusa Ministerstwo Edukacji Narodowej zadecydowało 16 marca o zamknięciu szkół i placówek oświatowych. Od środy, 25 marca do 10 kwietnia obowiązują nowe przepisy MEN, które określają szczegółowe zasady nauczania na odległość oraz wprowadzają możliwość oceniania i klasyfikowania uczniów. Za organizację kształcenia na odległość odpowiada dyrektor szkoły, którego zadaniem jest m.in. powiadomienie rodziców, w jaki sposób będzie zorganizowana nauka, oraz ustalenie z nauczycielami zakresu materiału dla poszczególnych klas i tego, w jaki sposób będą monitorowane i sprawdzane wiedza uczniów i ich postępy w nauce.

– Sytuacja w szkołach jest bardzo zróżnicowana. Nauka zdalna z wykorzystaniem narzędzi online będzie wyglądała inaczej w topowym warszawskim liceum, a inaczej w małej wiejskiej podstawówce. Nie zapominajmy przy tym jeszcze o przedszkolach. Jednak w ostatnich latach wiele zostało zrobione w zakresie wyposażenia szkół w odpowiedni sprzęt i rozwiązania techniczne: zakupiono tablice interaktywne, stworzono platformę Epodreczniki.pl,  a w ramach Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej podłączono większość szkół do internetu – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Stankiewicz, dyrektor Instytutu Badań Edukacyjnych i profesor na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu.

Jak podkreśla, osobną kwestią są jednak cyfrowe kompetencje nauczycieli i ich umiejętność wykorzystywania interaktywnych narzędzi nauczania. Obecna sytuacja będzie dla nich sprawdzianem i pokaże, jaki jest rzeczywisty efekt licznych kursów i szkoleń, w których masowo brali udział w ramach swojej ścieżki awansu zawodowego.

– Największym wyzwaniem będzie dostosowanie sposobu nauczania do nowej sytuacji. Uświadomienie sobie, że nauczanie zdalne nie polega na zadawaniu uczniom materiału z podręcznika do samodzielnego przerobienia, a następnie zlecaniu zadań przez e-mail i wyznaczaniu terminu na ich odesłanie. Nauka zdalna powinna być zindywidualizowana, oparta na kontakcie z każdym uczniem, interaktywna i angażująca. Zamiast przerabiania materiału z podręcznika powinna opierać się na ustalaniu projektów do samodzielnej pracy. Można przy tym wykorzystać dostępne platformy do nauczania zdalnego, które umożliwiają kontakt z całą klasą – mówi Piotr Stankiewicz.

Jak wynika z badania przeprowadzonego przez Brainly, blisko 70 proc. uczniów w Polsce już w ubiegłym tygodniu uczestniczyło w lekcjach online prowadzonych przez ich nauczycieli. Placówki oświatowe najczęściej wykorzystują do nauki online takie platformy jak: dziennik elektroniczny, w tym Librus, ale także Skype, Google Classroom, Discord czy należący do Facebooka Messenger. Mimo przerwy od szkoły 92 proc. uczniów w dalszym ciągu ma zadawaną pracę domową. Samodzielna nauka stwarza jednak pewne problemy, ponieważ prawie połowie uczniów (48 proc.) brakuje wskazówek nauczyciela.

– Powinniśmy potraktować tę sytuację jako szansę, żeby zmienić archaiczny model nauczania, w którym to nauczyciele – będący posiadaczami całej wiedzy – przekazują ją uczniom za pomocą podręczników. W dzisiejszym świecie takie podejście jest nietrafione. Od dawna mówi się o konieczności odejścia od modelu podawczego na rzecz angażującego. W tym ujęciu nauczyciel nie naucza, ale wspiera dziecko w uczeniu się, w poznawaniu świata, rozbudza jego pasje, pomaga kształtować kompetencje i samodzielnie się kształcić, uczy pracy w zespole. Mamy szansę wyjść z tego kryzysu wzmocnieni, ale czy tak się stanie – to zależy przede wszystkim od postawienia sobie takiego celu – mówi dyrektor Instytutu Badań Edukacyjnych.

W czasie pandemii co trzeci Polak zwiększył liczbę płatności online. Rosną obawy o bezpieczeństwo takich transakcji

0

Stan epidemii sprawia, że Polacy boją się zarówno o swoje zdrowie, jak i finanse. 2/3 rodaków obawia się, że sytuacja negatywnie odbije się na ich domowym budżecie – wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie Biura Informacji Kredytowej. Zdaniem 40 proc. badanych zawirowania związane z koronawirusem mogą  także spowodować zmniejszenie bezpieczeństwa transakcji płatniczych w sieci. A tych w ostatnim czasie przybywa, szczególnie w związku z częstszymi zakupami produktów spożywczych online. Pozytywne jest to, że ponad połowa Polaków już podjęła albo zamierza podjąć działania zwiększające bezpieczeństwo haseł dostępu do kont bankowych czy poczty mailowej.

 Polacy boją się zarówno o swoje zdrowie, jak i o finanse. 2/3 rodaków obawia się negatywnych skutków epidemii koronawirusa dla ich sytuacji finansowej w najbliższej przyszłości – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Joanna Charlińska, dyrektor ds. sprzedaży w Departamencie Rynku Detalicznego Biura Informacji Kredytowej.

Z badania opinii przeprowadzonego w dniach 18–19 marca br. na zlecenie BIK wynika, że ponad połowa ankietowanych uważa, że będzie zmuszona naruszyć swoje oszczędności, lokaty czy inwestycje, żeby mieć pieniądze na bieżące potrzeby. Z kolei 45 proc. obawia się, że pracodawca będzie miał problemy finansowe, które odbiją się na ich zatrudnieniu i płacy, co z kolei przełoży się na ich trudności z opłaceniem rachunków czy rat kredytów.

Badanie BIK pokazuje też, że z powodu zaniepokojenia zakażeniem i rządowych ograniczeń, które dotyczą przemieszczania się, wielu Polaków przeniosło dokonywanie zakupów do internetu. Niemal co trzeci zwiększył liczbę transakcji dokonywanych online. W sieci płacimy przede wszystkim za zakupy spożywcze (85 proc.), bieżące rachunki (39 proc.), jedzenie zamawiane z restauracji (36 proc.) i dostęp do rozrywki (24 proc.).

– Niepokój budzi bezpieczeństwo transakcji w cyberprzestrzeni. Polacy są coraz bardziej świadomi czyhających zagrożeń. Zdaniem 40 proc. badanych zwiększenie aktywności w internecie może spowodować zmniejszenie bezpieczeństwa transakcji płatniczych dokonywanych w sieci – mówi Joanna Charlińska

Jak podkreśla, zmieniło się podejście Polaków do bezpieczeństwa danych w sieci. Ponad połowa już podjęła albo zamierza podjąć działania zwiększające bezpieczeństwo haseł dostępu, zwłaszcza do kont bankowych, ale także poczty mailowej, telefonu, komputera i kont w serwisach społecznościowych.

– Badani wskazywali również, że będą zwracać dużą uwagę na linki, które otrzymują w wiadomościach mailowych, na adresy stron sklepów internetowych czy instytucji finansowych, jak również na konieczność instalowania programów antywirusowych. Można więc powiedzieć, że pandemia wpłynęła na zwiększenie świadomości Polaków w zakresie cyberbezpieczeństwa – mówi Joanna Charlińska.

Tak zwany phishing, czyli wysyłanie podejrzanych maili z prośbą o kliknięcie w link lub pobranie pliku, co prowadzi do zawirusowania komputera, to najczęstsza niebezpieczna sytuacja, z jaką Polacy stykają się w sieci. Co trzeci badany zetknął się z nią osobiście albo słyszał o tym od znajomych. Co dziesiąty miał natomiast styczność z kradzieżą tożsamości i bezprawnym wykorzystaniem danych.

– Trzeba zaznaczyć, że na dziś nie ma żadnych wiarygodnych statystyk, które wskazywałyby liczbę i skalę wyłudzeń w okresie pandemii. Należy jednak zachować czujność i słuchać komunikatów instytucji zaufania publicznego, które ostrzegają przed nowymi metodami, jakie stosują przestępcy, żeby pozyskać nasze dane – podkreśla ekspertka z Biura Informacji Kredytowej. – Policja i FinCERT, czyli Bankowe Centrum Cyberbezpieczeństwa Związku Banków Polskich, ostrzegają przed fałszywymi SMS-ami, linkami czy transakcjami online. Trzeba w tym czasie zachować wzmożoną czujność w zakresie wszelkich komunikatów, które otrzymujemy SMS-em czy e-mailem i dokładnie je weryfikować.

Dane BIK pokazują, że poczucie bycia narażonym na kradzież tożsamości towarzyszy niemal połowie Polaków, a 30 proc. dopuszcza prawdopodobieństwo stania się ofiarą cyberataku. Z kolei ponad 2/3 badanych czuje się niepewnie co do danych, które udostępniają w internecie. Pozytywnie należy odbierać deklarację, że 61 proc. Polaków przyznaje, że wie, jak postąpić i gdzie zgłosić się w razie podejrzenia kradzieży swoich danych.

Jak podkreśla Joanna Charlińska, we wszystkich niepokojących sytuacjach, gdy chodzi o bezpieczeństwo naszych danych, najlepsza jest prewencja. Metodą na ochronę swoich danych przed ich bezprawnym wykorzystaniem mogą być Alerty BIK, czyli SMS-owe ostrzeżenia o każdej próbie zaciągnięcia kredytu lub pożyczki na skradzione dane. Dotychczas BIK rozesłał już ponad 4 mln takich powiadomień kierowanych do użytkowników tej usługi.

 Alerty przychodzą w postaci SMS-a czy e-maila dokładnie w momencie, kiedy ktoś próbuje wykorzystać nasze dane w celu zaciągnięcia finansowania. Jeżeli nie byliśmy w banku czy instytucji pożyczkowej, a otrzymujemy taki alert, może to świadczyć o próbie wyłudzenia – mówi dyrektor ds. sprzedaży Biura Informacji Kredytowej. – Dzięki tej informacji możemy szybko zareagować, ponieważ w alercie znajdziemy nazwę instytucji, w której ktoś próbuje wyłudzić kredyt, i numer infolinii BIK. Współpracujemy z całym sektorem bankowym, więc informację o próbie wyłudzenia możemy bardzo szybko przekazać do właściwych instytucji w celu zablokowania udzielenia kredytu złodziejowi.

Alerty BIK można aktywować bez wychodzenia z domu, na stronie internetowej biura. Potwierdzenie tożsamości odbywa się z wykorzystaniem danych z dowodu osobistego oraz przelewu weryfikacyjnego na 1 zł, a cały proces nie trwa dłużej niż kilka minut. Po potwierdzeniu tożsamości użytkownika usługa zaczyna działać niemal natychmiast i jest aktywna przez 24 godziny, 7 dni w tygodniu, 12 miesięcy, a jej miesięczny koszt wynosi 2 zł.

Wirtualna i rozszerzona rzeczywistość to przyszłość branży PR. Wykorzystanie Big Data pozwoli stworzyć lepsze kampanie reklamowe

Nowe technologie zmieniają branżę PR. Agencje wykorzystują analizę dużych zbiorów danych, aby uzyskać unikatowe informacje od konsumentów i stworzyć skuteczniejsze kampanie. Sztuczna inteligencja w połączeniu z wirtualną i rozszerzoną rzeczywistością pozwala z kolei na lepsze dotarcie do klientów. – Przyszłością branży PR jest przejście w kierunku integracji danych i zwiększone wykorzystanie technologii VR, AR i MR oraz technologii immersyjnych – ocenia John Dalton, założyciel London School of Public Relations.

– W branży PR w przyszłości będzie można dostrzec zdecydowane przejście w kierunku integracji danych i zwiększone wykorzystanie technologii XR (ang. cross reality, krzyżówka VR, AR i MR – przyp. red.) i technologii immersyjnych. Firmy będą musiały zacząć stosować te technologie i coraz bieglej je wykorzystywać – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Innowacje John Dalton, założyciel London School of Public Relations, który przyjechał do Polski na zaproszenie Związku Firm Public Relations.

Technologie immersyjne są coraz częściej stosowane w różnych branżach. Jeszcze kilka lat temu wirtualna czy rozszerzona rzeczywistość urozmaicały gry, teraz są już niemal powszechne. Wykorzystują je medycyna, przemysł czy turystyka. Także firmy, żeby dotrzeć do klientów, używają nowych technologii. Przykładem może być włoska marka mebli Natuzzi, która połączyła wirtualną i rozszerzoną rzeczywistość, aby wyświetlać swoje produkty w wirtualnych pokojach. Volvo stworzyło aplikację, która pozwala użytkownikowi prowadzić SUV-a XC90 podczas jazdy testowej bez wychodzenia z domu. Sieć Marriott, aby zachęcić do podróżowania, pokazuje w VR atrakcje położone najbliżej swoich hoteli.

To jednak dopiero początek, gdyż już wkrótce branża reklamy i PR praktycznie nie będzie funkcjonować bez nowych technologii.

– Popularność zyska podejście oparte na dowodach, a zadowolenie klientów będzie rosło, ponieważ akcent zostanie przeniesiony z podejścia jakościowego na ilościowe, w którym dostępne są dowody empiryczne. Wzrośnie też zainteresowanie naukami behawioralnymi i ekonomią behawioralną. Zastosowanie technologii w tych naukach z pewnością zmieni sposób dostarczania treści PR i ich ukierunkowania, a satysfakcja klientów wzrośnie – przekonuje John Dalton.

Nowe technologie pozwalają klientom bezpośrednio, empirycznie doświadczać produktów. Wirtualna czy rozszerzona rzeczywistość umożliwia też lepiej zaktywizować klientów i przywiązać ich do marki. Dzięki wielu aplikacjom i programom dostępnym online, takim jak Hootsuite i Mention, agencje PR mogą zaś być na bieżąco z informacjami o marce i wydarzeniami. VR to szansa dla firm i marek na wykorzystanie technologii, opowiadanie historii i kontaktowanie się z odbiorcami. Także zastosowanie zbiorów danych może być dla agencji PR ogromną szansą, jednak zdaniem eksperta firmy nie potrafią jeszcze w pełni korzystać z tych możliwości.

– Agencje PR muszą trochę zaczekać, zanim będą mogły stosować duże zbiory danych. Potrzeba określonego rodzaju umiejętności, aby je analizować. Jest to więc kwestia pozyskania odpowiednich kadr. Agencje PR muszą dopiero zdobyć umiejętności korzystania z dużych zbiorów danych – ocenia ekspert.

Szersze wykorzystanie zgromadzonych danych to dla agencji PR szansa na lepsze, spersonalizowane kampanie reklamowe, dostosowane do różnych grup odbiorców. Według badania Gartnera już prawie 75 proc. firm używa dużych zbiorów danych do poprawy wydajności, lepszego zrozumienia klientów, konkurencji czy pracowników.

– Zaletą dużych zbiorów danych są wielce interesujące wnioski, które można następnie połączyć, zyskując bardzo ciekawą perspektywę. To oznacza możliwość dotarcia do jednej grupy i w wyniku tego wywarcie wpływu na inną. To fascynująca sieć możliwości – podkreśla John Dalton.

Według analiz ARtillery Intelligence rynek rozszerzonej rzeczywistości w reklamie do 2022 roku osiągnie wartość 2,6 mld dol. Według Technavio obecne tempo wzrostu tego rynku przekracza 31 proc. średniorocznie.

Ratujmy miejsca pracy! Bez pomocy rządu, za kilka dni zacznie się fala zwolnień

Sytuacja polskich pracowników i przedsiębiorców jest dramatyczna! Z badania Lewiatana wynika, że 69% pytanych firm planuje redukcje zatrudnienia. Prawie połowa, jeżeli nie otrzyma wsparcia od państwa, będzie zmuszona zwalniać pracowników w ciągu trzech tygodni. 55% już dziś odczuwa bardzo poważnie skutki pandemii. W tej sytuacji Rząd musi działać skutecznie i błyskawicznie.

Projekt tzw. Tarczy Antykryzysowej wciąż nie jest odpowiedzią na realne potrzeby wielu przedsiębiorców. Zawiera wiele pozytywnych rozwiązań, ale one nie wystarczą do uratowania polskiej gospodarki. Trzeba dużo więcej. Rozmiar pomocy jest za mały, a jej otrzymanie ogromnie uzależnione od biurokratycznych procedur, których nie można stosować w takiej chwili.

Po pierwsze – pomoc musi trafić do firm do 10 kwietnia. Najbliższe 2-3 tygodnie zdecydują o przyszłości dziesiątek tysięcy firm. W najbliższych dniach pracownikom trzeba wypłacić wynagrodzenia. Firmy, które dzisiaj są w kłopotach muszą natychmiast dostać pomoc. Bez względu na ich wielkość. Wsparcie musi obejmować okres od 13 marca, gdy ogłoszono stan zagrożenia epidemicznego, a nie od dnia wejścia w życie ustawy.

Po drugie – dziś każdy musi wiedzieć, jaką pomoc otrzyma i jak może działać. Potrzebne jest niezwłoczne, jasne zapewnienie rządu, z jakich danin i obowiązków będą zwolnieni przedsiębiorcy, i to od 13 marca 2020 r. Przedsiębiorcom brakuje również precyzyjnych informacji na jakich zasadach mogą działać, aby – tu gdzie to możliwe – nie zamykać działalności.

Po trzecie – stosujmy proste procedury. Pomoc nie może być uzależniona od rozbudowanych procedur, oczekiwania na decyzje itp. Musi być dostępna na podstawie oświadczenia, które składa przedsiębiorca (weryfikowanego ex post).

Po czwarte – w tarczy musi się znaleźć:

  • zwolnienie na 3 miesiące z danin publicznych, płaconych do ZUS i US, dla wszystkich firm przeżywających trudności ekonomiczne w związku ze skutkami COVID-19, bez ograniczeń co do ich wielkości. Konieczna jest gwarancja utrzymania uprawnień dla ubezpieczonych. Musi też zapewnić możliwość przedłużenia zwolnień na kolejne miesiące.
  • natychmiastowe umożliwienie wszystkim firmom do tego zmuszonym, wprowadzenia przestoju ekonomicznego lub obniżonego wymiaru czasu pracy oraz zagwarantowanie dopłat wynagrodzeń do wysokości połowy przeciętnego wynagrodzenia wraz ze składkami na ubezpieczenia społeczne. Rozwiązanie to musi być wprowadzone bez limitu de minimis, z uwzględnieniem pracy tymczasowej, z dwudniowym terminem konsultacji z pracownikami, obowiązkiem utrzymania zatrudnienia maksymalnie przez okres równy okresowi wsparcia i niezależnie od wielkości firmy.
  • uwolnienie środków z kont split payment VAT i przyspieszony zwrot VAT (14 dni), zagwarantowane w przepisach, a nie oddane uznaniowości urzędów.

Nie mamy już czasu. Aby uratować miejsca pracy i gospodarkę przed zapaścią, potrzebne są natychmiastowe, radykalne i skuteczne działania rządu. Muszą one wykraczać daleko poza obecny projekt Tarczy Antykryzysowej. Sama Tarcza musi być na bieżąco nowelizowana w kolejnych dniach i tygodniach.

W związku z dramatyczną sytuacją w polskich firmach, Zarząd Konfederacji Lewiatan wystosował dziś apel, w którym zwraca się do rządu o niezwłoczne podjęcie działań ratujących miejsca pracy i przedsiębiorstwa przed upadkiem. W swoim stanowisku przedstawia najważniejsze rozwiązania, które muszą znaleźć się w Tarczy Antykryzowej, aby była skuteczna.

Epidemia gwałtownie zwiększy liczbę bezrobotnych w Polsce

Jedną z największych konsekwencji gospodarczych epidemii koronawirusa będzie gwałtownie rosnące bezrobocie. Dane przedstawiające poziom bezrobocia w lutym są już teraz całkowicie nieaktualne. Problemy finansowe małych i dużych przedsiębiorstw szybko przekładają się na masowe zwolnienia. Statystyki zarejestrowanych bezrobotnych urosną – a jeszcze większa będzie liczba osób praktycznie bezrobotnych, których system nie zdoła policzyć. Walka z rozprzestrzenianiem się koronawirusa wygasza kolejne sektory gospodarki. Sytuacja w Polsce nie osiągnęła jeszcze poziomu włoskiego – ale epidemiolodzy przewidują, że również nas czeka całkowity lock-down. A nawet jeśli tak się nie stanie, recesja na rynkach partnerskich będzie miała ogromny wpływ na żywotność gospodarki.

– Pojawia się groźba recesji w Niemczech, Stanach zjednoczonych, Anglii, we Włoszech i w Wielkiej Brytanii. To nasi główni partnerzy handlowi. Brak zamówień i kontraktów z tych rynków sprawi, że zapotrzebowanie na kadrę w Polsce będzie mniejsze. To – obok wygaszania kolejnych gałęzi gospodarczych, gdzie zapasy finansowe nie będą starczać na utrzymanie zatrudnienia – poskutkuje galopującym bezrobociem – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Kubisiak, zastępca dyrektora Polskiego Instytutu Ekonomicznego. – Jednak skala tego zjawiska jest bardzo trudna do określenia. Mamy różne scenariusze, związane z rozwojem epidemii. Epidemiolodzy przewidują, że czeka nas na pewno kilka tygodni silnej izolacji społecznej, która hamuje rozprzestrzenianie się wirusa. Ale może to być także kilka miesięcy, a nawet cały rok. Te długoterminowe scenariusze oznaczają, że także w Polsce docelowo pojawi się recesja. Ciężko jest jednak w tak zmiennej sytuacji przewidzieć, jakiego poziomu bezrobocia mamy się spodziewać – twierdzi Kubisiak.

Koronawirus działa na umysły inwestorów

Media ekonomiczne od dawna, z ogromnym upodobaniem zajmują się wytrącaniem rynków finansowych ze stanu równowagi. Koronawirus to świetna okazja, żeby namieszać inwestorom w głowach jeszcze bardziej. A inwestorzy, słuchając rad szukających sensacji dziennikarzy, stadnie podejmują nieracjonalne decyzje.d

O wpływie koronawirusa na gospodarkę napisano już prawie wszystko. Wiemy, że kłopoty mają sieci hoteli, restauracje i linie lotnicze. Wiemy też, że powstają nowe szanse rynkowe dla sektora e-commerce. Zastanówmy się jednak, jak można rozwiązać najważniejszy problem dzisiejszych rynków, jakim jest skokowy wzrost ryzyka. A ryzyko wzrosło ostatnio tak bardzo, że wielu inwestorów zaczyna na poważnie myśleć o chowaniu gotówki pod materacem. Jest jednak jedno wyjście. Kompasem na wzburzonym oceanie powinno być konsekwentne opieranie strategii inwestycyjnych na danych fundamentalnych.

Czy dolar przestaje być bezpieczną przystanią?

Przeglądając ostatnio światową prasę biznesową można dojść do wniosku, że jedynym problemem inwestorów było to, czy w związku z epidemią koronawirusa, amerykańska rezerwa federalna po raz kolejny obniży stopy procentowe. Wysokość stóp w USA jest ustalana przez Federalny Komitet Otwartego Rynku (FOMC), który spotyka się według określonego wcześniej harmonogramu, z reguły mniej więcej raz na dwa miesiące.

W związku z epidemią koronawirusa, 3 marca komitet spotkał się w trybie awaryjnym i obniżył stopy procentowe. Najważniejsza z nich – Federal Funds Base Rate spadła z 1,75 do 1,25%. Rynki finansowe już kilka dni wcześniej spodziewały się tej obniżki, co doprowadziło do panicznej wyprzedaży dolara. Za 1 euro 21 lutego trzeba było zapłacić około 1,08 dolara. Pod koniec dnia, 9 marca, było to już 1,15 dolara. Inwestorzy skoncentrowali się na prasowych doniesieniach o obniżeniu stóp procentowych i kompletnie zapomnieli, że gospodarka USA rozwija się znacznie szybciej niż strefa euro, sytuacja budżetu jest dużo lepsza a podatki niższe. Jeżeli ktoś pod wpływem doniesień prasowych kupił parę walutową EUR/USD, popełnił bardzo poważny błąd, gdyż po trzech dniach intensywnych wzrostów doszło do dużego spadku. 15 marca kurs wrócił w okolice 1,11. Wtedy FED zareagował, ponownie obniżając główną stopę procentową do 0,25%. Wbudziło to entuzjazm grupy inwestorów czekającej na wzrosty. Jednak kurs zamiast wzrosnąć spadł dalej, aż w okolice 1,06. Reakcją FED było ogłoszenie praktycznie nieograniczonego dodruku pieniądza w dniu 23 marca. Rynek na moment zareagował logocznie, czyli niewielkim spadkiem wartości dolara (i wzrostem kursu EUR/USD). Jednak w dalszej perspektywie, wątpliwe jest, czy polityka monetarna ma jeszcze jakikolwiek wpływ na wartość dolara. Nawet po obniżce do 0,25%, amerykańska podstawowa stopa procentowa jest nieskończoną ilość razy wyższa od europejskiej, wynoszącej zero. Nie ma też wątpliwości, że aktualnie strefa euro jest znacznie bardziej narażona na działanie gospodarczych skutków epidemii.

Te wszystkie czynniki dają podstawę do przypuszczeń, że póki co, dolar wcale nie przestał być bezpieczną przystanią. Inwestorom jednak zdarza się tracić orientację tworząc doskonałe okazje inwestycyjne na rynku walutowym. Okazje te dostępne są jednak tylko dla tych, którzy zamiast bezmyślnie czytać, samodzielnie analizują procesy gospodarcze.

Każdy krach giełdowy to bańka spekulacyjna

Bardzo twardy orzech do zgryzienia inwestorzy będą mieć w przypadku najważniejszego rynku finansowego świata, czyli amerykańskich giełd papierów wartościowych o łącznej kapitalizacji około 30 bilionów dolarów. Duża część inwestorów jest przekonana, że epidemia koronawirusa doprowadzi do ogromnych strat.

Na razie ten scenariusz się sprawdza. Indeksy amerykańskie do 25 marca straciły prawie jedną trzecią swojej wartości sprzed kryzysu. Aby przewidzieć przyszłość, dobrze jest przeanalizować historię wcześniejszych krachów giełdowych. We wszystkich przypadkach zaczęło się tak samo. Wielki kryzys lat 30-tych zaczął się od spadków na poziomie 38% pomiędzy sierpniem a listopadem 1929. W 1987 roku indeksy zanurkowały o około 32% pomiędzy sierpniem i listopadem. W 2008 roku spadki były głębsze, bo wyniosły około 43% od sierpnia do listopada.

Największe zniszczenia w gospodarce spowodował kryzys lat trzydziestych. W tamtym czasie rezerwa federalna nie zdecydowała się na zapewnienie płynności instytucjom finansowym upadającym w wyniku krachu na giełdzie. Doprowadziło to do masowej utraty oszczędności przez ludność a także do utraty płynności przez ogromną część podmiotów gospodarczych. Kryzys rozlał się na całą gospodarkę a giełda zanurkowała ponownie. Spadki w sumie osiągnęły ponad 90%.

Zupełnie odwrotna sytuacja miała miejsce w roku 1987. FED, prawdopodobnie nauczony doświadczeniem z lat trzydziestych aktywnie wsparł instytucje finansowe, które straciły płynność w wyniku krachu giełdowego z 19 października. Zdecydowana reakcja władz monetarnych pozwoliła na ograniczenie strat do sektora finansowego.

Obecny kryzys ma cechy obu poprzednich. Z jednej strony władze monetarne działają bardzo aktywnie, z drugiej nie są w stanie zapobiec rozlaniu się kryzysu na całą gospodarkę, gdyż to już się stało. Można więc wysnuć wniosek, że będziemy mieli do czynienia z dalszymi spadkami. Prawdopodobnie, dzięki postawie władz, będą one jednak mniejsze niż w latach trzydziestych.

Cały czas będzie się zwiększać ilość pieniądza w obiegu. Banki centralne, zarówno w Europie, jak i w Stanach Zjednoczonych będą wprowadzać kolejne programy stymulacyjne. Przynajmniej część tych środków będzie musiała być zainwestowana w akcje. Niewiadomą pozostaje tylko moment, w którym indeksy ponownie przyjmą kierunek „na północ”.

Wielu inwestorów już od dawna krytykowało model, w którym napędzana w ogromnym tempie podaż pieniądza nakręca giełdy. Jednak nic nie wskazuje na to, żeby miał on się w najbliższym czasie zmienić, przynamniej tak długo, jak czołowe banki centralne nie zdecydują się na podwyżki stóp procentowych. Jeżeli w najbliższych miesiącach dojdzie do wzrostów giełdowych, błędem może się okazać rozumienie tego procesu jako symbol siły gospodarki. To, z czym będziemy mieli do czynienia, to raczej spadek wartości dolara w stosunku do indeksów giełdowych.

Autor: Łukasz Blichewicz, Senior Partner w firmie Assay

Globalne trendy zagrożeń pokazują polityczne i ekonomiczne intencje cyberprzestępców

Fortinet, ogłosił wyniki opracowanego przez FortiGuard Labs najnowszego raportu „Threat Landscape”, przedstawiającego aktualne zagrożenia, obecne w cyberprzestrzeni na całym świecie w IV kwartale 2019 r. Informacje poddane analizie zostały zebrane z miliardów czujników obecnych w rozwiązaniach ochronnych firmy Fortinet. Raport pokrywa globalne i regionalne zagadnienia, a skupia się na trzech głównych aspektach: exploitach, złośliwym oprogramowaniu oraz sieciach botnet.

Przeprowadzone badania pokazują, że cyberprzestępcy nie tylko nadal starają się wykorzystywać wszelkie nadarzające się okazje do ataku w infrastrukturze cyfrowej, ale także uważnie obserwują aktualne globalne realia ekonomiczne i polityczne, aby zmaksymalizować korzyści i jeszcze bardziej zwiększyć prawdopodobieństwo realizacji swoich celów.

Według globalnych trendów częstotliwość występowania i wykrywania zagrożeń może różnić się w zależności od położenia geograficznego, ale wyrafinowanie i automatyzacja ataków na całym świecie są spójne. Ponadto, priorytetowa pozostaje konieczność edukowania użytkowników w zakresie cyberhigieny, ponieważ jest to jedna z najskuteczniejszych metod eliminacji ryzyka sprowadzenia na firmę zagrożenia w czasach, gdy siła podejmowanych ataków rośnie szybciej niż kiedykolwiek wcześniej.

Oto najważniejsze wnioski z badania:

1) Kociak nie jest aż tak czarujący: Wyniki badań pokazują, że w IV kwartale 2019 r. nadal miał miejsce znaczący poziom aktywności cyberprzestępczej w regionach, w których operuje powiązana z Iranem grupa Charming Kitten (Czarujący kociak), specjalizująca się w zaawansowanych, uporczywych atakach (APT). Ten działający od około 2014 r. podmiot jest odpowiedzialny za liczne kampanie cyberprzestępcze. Jego ostatnie działania sugerują, że rozszerzył swoją działalność o akcje związane z zakłócaniem wyborów, po tym jak został powiązany z serią ukierunkowanych ataków na konta poczty elektronicznej należących do osób prowadzących prezydencką kampanię wyborczą w USA. Ponadto zaobserwowano, że grupa Charming Kitten przyjęła nową strategię przeciwko przyszłym ofiarom, które miały na celu ich zmanipulowanie, aby udostępniły wrażliwe informacje.

2) Coraz więcej zagrożeń dla urządzeń IoT: Internet rzeczy to wciąż relatywnie młoda dziedzina, a przez to wiele używanych w tego typu systemach urządzeń (często nie postrzeganych jako potencjalny cel, np. kamer IP) nie jest odpowiednio zabezpieczonych. Sytuację pogarsza fakt, że wiele urządzeń IoT, oferowanych przez różnych dostawców i pod różnymi markami, posiada wbudowane komponenty i oprogramowanie stworzone przez jednego producenta, co w przypadku powodzenia ataku znacznie ułatwia zwiększenie jego zasięgu. Często też są powszechnie dostępne fragmenty kodu (np. bazują na otwartym źródle oprogramowania), przez co cyberprzestępcy z łatwością mogą przeanalizować je i wykryć ewentualne luki. Rosnąca popularność i skala wdrożeń Internetu rzeczy, w połączeniu z częstym brakiem możliwości łatwego wgrania aktualizacji do tych urządzeń, stanowi coraz większe wyzwanie. Brak świadomości dostępności łatek, częste występowanie luk w niektórych urządzeniach IoT oraz udokumentowane próby przejęcia kontroli nad nimi przez botnety – wszystkie te czynniki przyczyniły się do tego, że w ciągu IV kwartału 2019 r. odnotowano trzecią co do wielkości liczbę luk w rozwiązaniach IoT, wykrytych przez wszystkie systemy przeciwdziałania włamaniom (IPS).

3) Starsze zagrożenia pomagają młodszym: W obliczu ciągłej presji, by być gotowym na pojawianie się nowych zagrożeń, często zapomina się o tym, że te starsze nie mają daty ważności, a cyberprzestępcy będą korzystać ze znanych im luk tak długo, jak będzie to opłacalne. Przykładem jest exploit EternalBlue, który był wykorzystywanych w wielu kampaniach, w tym przede wszystkim w atakach ransomware WannaCry i NotPetya. Ponadto, w maju ubiegłego roku wydano łatkę dla luki BlueKeep, która mogłaby być wykorzystana na tak dużą skalę jak miało to miejsce w przypadku ataków WannaCry i NotPetya. Tymczasem w IV kwartale 2019 r. pojawiła się nowa wersja trojana EternalBlue Downloader, który wykorzystuje właśnie lukę BlueKeep. Na szczęście rozsyłana obecnie wersja tego złośliwego kodu nie jest całkowicie dopracowana, przez co zaatakowane urządzenia zawieszają się, zanim zostanie on uruchomiony. Ale należy zakładać, że zdeterminowani cyberprzestępcy prawdopodobnie szybko naprawią swój błąd i będą mieli funkcjonalną wersję tego potencjalnie szkodiwego pakietu w niedługiej przyszłości. I, choć łatka dla BlueKeep jest dostępna od maja ub.r., zbyt wiele przedsiębiorstw nadal nie przeprowadziło aktualizacji swoich krytycznych systemów

4) Nowe spojrzenie na globalną dystrybucję spamu: Niechciane wiadomości nadal są jednym z najważniejszych wyzwań, z którymi muszą radzić sobie firmy i osoby prywatne. W najnowszym raporcie Fortinetu porównano wielkość przepływu spamu pomiędzy krajami z danymi pokazującymi stosunek ilości wysłanego spamu do liczby otrzymanych wiadomości, co umożliwiło nowe spojrzenie na stary problem. Większość wysyłanego spamu wydaje się podążać za trendami gospodarczymi i politycznymi. Przykładowo, oprócz USA, do największych spamowych „oferentów” należą takie kraje jak Polska, Rosja, Niemcy, Japonia i Brazylia. Ponadto, jeśli chodzi o proporcje w ilości spamu wysyłanego wobec otrzymywanego w poszczególnych regionach geograficznych, Europa Wschodnia wiedzie prym na całym świecie, zaś na kolejnych miejscach uplasowały się różne podregiony w Azji. Z kolei znacznie więcej spamu otrzymują niż wysyłają pozostałe podregiony europejskie, za nimi zaś są kraje obu Ameryk i Afryka.

5) Śledzenie cyberprzestępców w celu poznania ich planów: Spojrzenie na sytuacje, w których w danym regionie systemy przeciwdziałania włamaniom (IPS) generowały alarmy, nie tylko pokazuje, jakie zasoby były atakowane, ale także pozwala domniemywać na czym cyberprzestępcy będą skupiać się w przyszłości. Prawdopodobieństwo słuszności tego typu wniosków wynika z faktu, że wystarczająco wiele takich ataków zakończyło się sukcesem oraz że w niektórych regionach stosuje się więcej rozwiązań konkretnego rodzaju. Ale nie zawsze tak jest. Na przykład, według wyszukiwarki shodan.io, zdecydowana większość wdrożeń systemu CRM ThinkPHP zrealizowanych zostało w Chinach – prawie 10 razy więcej niż w Stanach Zjednoczonych. Zakładając, że firmy łatają swoje oprogramowanie w podobnym tempie w każdym regionie, jeśli przed wdrożeniem exploita botnet po prostu sondował podatne na zagrożenia instancje ThinkPHP, liczba alertów powinna być znacznie większa w regionie APAC. Jednak prób instalacji exploita w całym regionie APAC wykryto tylko 6% więcej niż w Ameryce Północnej,. Ponadto, przyjmując podobny styl analizy dotyczącej wykrywania złośliwego oprogramowania, większość zagrożeń kierowanych przeciwko firmom obecnych jest w makrach VBA (Visual Basic for Applications). Jest to prawdopodobne, ponieważ ta technika atakowania nadal jest skuteczna i przynosi efekty.

Potrzebna jest szeroko zakrojona, zintegrowana i zautomatyzowana ochrona

W miarę szybkiego wzrostu liczby aplikacji oraz połączonych ze sobą urządzeń, powstają miliardy nowych kombinacji, a wraz z nimi rośnie prawdopodobieństwo ataku. Konieczne jest więc zapewnienie odpowiedniego zarządzania i chrony. Ponadto, przedsiębiorstwa stają w obliczu coraz bardziej wyrafinowanych ataków wymierzonych w rozszerzającą się infrastrukturę cyfrową, z których część wykorzystuje sztuczną inteligencję i uczenie maszynowe. Aby skutecznie zabezpieczyć swoje rozproszone sieci, firmy muszą przejść od ochrony konkretnych rozwiązań do zabezpieczania danych rozsianych na brzegu sieci, znajdujących się u użytkowników, w systemach IT, urządzeniach i krytycznych aplikacjach. Tylko platforma cyberochronna, zaprojektowana w celu zapewnienia kompleksowych informacji co do stanu infrastruktury oraz parametrów prowadzonego właśnie ataku – wdrożona na urządzeniach użytkowników (także mobilnych), w środowiskach wielochmurowych i infrastrukturze SaaS – jest w stanie zabezpieczyć dzisiejsze szybko rozwijające się sieci, umożliwiające uzyskanie cyfrowej innowacyjności.

Derek Manky, Chief, Security Insights & Global Threat Alliances, FortiGuard Labs

„W cyberprzestępczym wyścigu zbrojeń wyraźną przewagę często ma ta zła strona, ze względu na rosnące umiejętności, rozszerzającą się powierzchnię cyfrowych ataków oraz dzięki zaskakiwaniu niczego nie podejrzewających użytkowników za pomocą takich taktyk, jak inżynieria społeczna. Aby zminimalizować wpływ coraz bardziej wyrafinowanych i zautomatyzowanych zagrożeń, firmy muszą korzystać z tego samego jak cyberprzestępcy rodzaju narzędzi i strategii w celu obrony swoich sieci. Oznacza to konieczność wdrożenia zintegrowanych platform, które wykorzystują siłę sztucznej inteligencji do walki z zagrożeniami. Powinno się także postępować zgodnie ze zdefiniowanymi mechanizmami w celu zapewnienia ochrony całej cyfrowej infrastruktury oraz możliwości wglądu w parametry jej pracy.”

Eugeniusz Grzybek rezygnuje z pełnienia funkcji w Zarządzie INEA

Eugeniusz Grzybek, współtwórca INEA, podjął decyzję o rezygnacji z pełnienia funkcji Członka Zarządu spółki. Pozostanie w niej jednak obecny, służąc wsparciem i wiedzą merytoryczną. Zarząd INEA tworzyć będą: Michał Bartkowiak oraz Marta Wojciechowska i Piotr Sujecki.

Eugeniusz Grzybek razem z Januszem Kosińskim współtworzył INEA, a od 2005 roku pełnił w niej funkcję Członka Zarządu ds. Techniki. Rolę tę będzie sprawował tylko do 1 lipca 2020 roku. Nie jest to jednak koniec współpracy Eugeniusza Grzybka ze spółką – będzie on pełnił funkcję doradczą w INEA, służąc wsparciem merytorycznym.

– INEA wkracza w zupełnie nowy etap w swojej historii. Takie przełomowe chwile są dobrymi momentem na zmiany, nie tylko zawodowe, ale też prywatne. Stąd właśnie moja decyzja o rezygnacji z Zarządu INEA. Chciałbym przede wszystkim pogratulować Michałowi, Marcie i Piotrowi zaangażowania oraz odwagi, jaką kierują się w zarządzaniu INEA. W miarę możliwości będę oczywiście nadal wspierał jej działania swoim doświadczeniem i wiedzą – komentuje swoją decyzję Eugeniusz Grzybek, Członek Zarządu ds. Techniki INEA S.A.

– W imieniu całego Zarządu INEA chciałbym podziękować Eugeniuszowi za wielkoletnią współpracę. Jesteśmy świadomi tego, że przed nami niełatwy, pełen wyzwań rok, dlatego nadal mocno liczymy na jego wsparcie oraz na to, że będziemy mogli korzystać z ogromnej wiedzy i doświadczenia Eugeniusza – komentuje zmianę Michał Bartkowiak, Prezes INEA S.A.

Pozostały skład Zarządu INEA nie ulegnie zmianie i poza Prezesem – Michałem Bartkowiakiem tworzą go: Marta Wojciechowska i Piotr Sujecki. Marta Wojciechowska odpowiada w INEA za całokształt spraw prawnych, compliance, dział ochrony danych osobowych, cyberbezpieczeństwo oraz EHS. Piotr Sujecki odpowiedzialny jest z kolei za księgowość, skarbiec, kontroling, a także zakupy operacyjne i HR.

Znów kryzys na rynku nieruchomości?

Rynki stabilizują się, ale poziomy, na których to się dzieje, nie przypominają tych sprzed miesiąca. Kolejne rekomendacje przygotowują nas by minimalizować negatywnie skutki sytuacji. Amerykanie ograniczają zakupy nieruchomości.

Spadek zmienności

Dla osób bojących się rosnących kursów walut obcych są dwie wiadomości. Jak to często bywa w takich sytuacjach jedna jest dobra, druga zła. Dobra to ta, że zmienność powoli słabnie. Oznacza to, że kurs staje się trochę bardziej przewidywalny. Druga wiadomość to, że stabilizacja ta następuje na relatywnie bardzo wysokich poziomach. Euro znajduje się niewiele poniżej 4,60 zł, frank na 4,32 zł, dolar 4,20 zł a funt 5,00 zł.

KNF ogranicza dywidendy banków

Ostatnia wiadomość szefa KNF nawołująca do wstrzymania dywidend przez banki nie zachwyciła inwestorów. Warto jednak zwrócić uwagę, że w obecnej sytuacji wypłata dywidend może nie być najlepszym pomysłem. Spadek aktywności obywateli może się przełożyć również na spadek korzystania z usług bankowych, a te z kolei pogorszyć wyniki banków. W rezultacie także inwestorom powinno się opłacać nie pobierać teraz dywidendy, mając na uwadzę wartość akcji banku w przyszłości.

Znów kryzys w nieruchomościach?

Symbolem kryzysu w 2008 roku były nieruchomości. Fakt, że tam temat bardzo mocno pogłębiały instrumenty pochodne o kredyty hipoteczne nie zmienia tego, że dane z tego rynku są pilnie obserwowane. W ciągu tygodnia w USA liczba wniosków o kredyt spadła o 29,4%. Biorąc pod uwagę co się dzieje łatwo sobie wyobrazić, że ludzie odsuwają decyzję o zakupie domów na później. Efektem tej decyzji może być z kolei nadmiar podaży nad popytem, który spowoduje spadek cen. Jeżeli w tej sytuacji ludzie tracący pracę, a tacy mogą się pojawić będą zmuszeni sprzedawać mieszkania mogą nie być w stanie spłacić kredytu. W ten sposób możemy mieć podobny problem jak w 2008 roku….

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

13:00 – Czechy – decyzja w sprawie stóp procentowych,

13:00 – Wielka Brytania – decyzja w sprawie stóp procentowych,

13:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych.

Maciej Przygórzewski główny analityk w Internetowykantor.pl

Czy Ukraincy wyjada z Polski? Czy pracodawcy mają się czego obawiać?

Prawie 80% Ukraińców jest zadowolonych z pracy w Polsce, a jeszcze więcej docenia życie w kraju nad Wisłą, jak wynika z raportu „Doświadczenia i plany zawodowe obywateli Ukrainy pracujących w Polsce”. Pomimo dużego zadowolenia część Ukraińców zamierza wyjechać, co stwarza realne zagrożenie dla polskich pracodawców. Nie bez znaczenia jest również obecna sytuacja wywołana epidemią. Czy pracodawcy mają się czego obawiać?

Z 200 tys. do 900 tys. wzrosła liczba obywateli Ukrainy pracujących w Polsce w latach 2013-2018, według szacunków NBP. Ten znaczący napływ częściowo pomógł rozwiązać problemy kadrowe w firmach działających w Polsce. Bez pracowników z Ukrainy rozwój branży budowlanej, produkcyjnej czy usługowej byłby zahamowany. Sytuacja się jednak zmienia. Od ponad roku do Polski przyjeżdża coraz mniej osób z Ukrainy. Stopniowo zmniejsza się także liczba Ukraińców ubezpieczonych w ZUS-ie. Ponadto niemiecki rynek pracy otworzył się na osoby spoza Unii Europejskiej, a panująca epidemia już zmusiła do wyjazdu na Ukrainę ok. 3,5 tysiąca osób z powodu utraty pracy. W obliczu tych zmian część pracodawców w Polsce obawia się masowego odpływu pracowników. Czy słusznie?

Odpowiedź na powyższe pytanie daje raport „Doświadczenia i plany zawodowe obywateli Ukrainy pracujących w Polsce” przygotowany przez spółkę Sanpro Synergy (Grupa Impel) przy współpracy z Fundacją Ukraina. Aby dowiedzieć się, czy warto jeszcze zatrudniać Ukraińców w polskich firmach, przeprowadzono ankietę wśród 500 pracowników z Ukrainy. ­

Wyniki badania prezentują deklarowany poziom zadowolenia z życia, pracy i zarobków, plany sprowadzenia rodziny do Polski, wyjazdu za zachodnią granicę czy powrotu do ojczyzny – przybliża raport Natalia Myskova, dyrektor rynków zagranicznych w Sanpro Synergy.

Chcą sprowadzać rodziny

Blisko dziewięciu na dziesięciu Ukraińców jest zadowolonych z życia w Polsce. To bardzo optymistyczny obraz. Obywatele Ukrainy czują się tu dobrze przede wszystkim ze względu na bliskość kulturową (tylko 8% wskazało odmienność kulturową jako problem). Potwierdza to fakt, że co trzecia z ankietowanych osób już sprowadziła swoją rodzinę do Polski, a dalszych 21% planuje to zrobić. Natalia Myskova podkreśla, że polskie firmy powinny im w tym pomóc: – Niektórzy obywatele Ukrainy traktują pobyt w Polsce jako czasowy wyjazd zarobkowy w celu poprawienia finansowej sytuacji całej rodziny. Tęsknią jednak za domem. Zdarza się, że niektórzy  wracają na Ukrainę, ale nie mogą tam znaleźć odpowiedniej pracy. Starając się zatrzymać takich pracowników, należy pomóc im sprowadzić rodzinę do Polski oraz zapewnić warunki sprzyjające stabilizacji życiowej np. pomóc w zakupie mieszkania.

Mieszkanie lub dom w Polsce kupiło tylko 7% ankietowanych. Zdecydowana większość ukraińskich emigrantów (78%) mieszka w wynajętym mieszkaniu lub domu (64%) albo pokoju (14%). Pracodawcy zapewniają zakwaterowanie tylko co siódmemu z nich.

Zdaniem eksperta z Sanpro Synergy, Polska powinna kształtować długodystansową politykę sprzyjającą trwałemu włączeniu Ukraińców w nasz system edukacji, socjalny czy finansowy itd. Powinna stwarzać możliwości rozwoju i awansu zawodowego.

Związanie tych pracowników na stałe z naszym krajem leży w żywotnym interesie polskiego rynku pracy – zaznacza Natalia Myskova. I dodaje: – Ogromna rola przypada pracodawcom, którzy skutecznie mogą działać na rzecz zatrzymania Ukraińców w naszym kraju zapewniając warunki sprzyjające.

Wśród ankietowanych dominują osoby, które nie planują powrotu do swojej ojczyzny (42%). Co trzeci pracownik z Ukrainy jest jeszcze niezdecydowany, a tylko co dziesiąty chce definitywnie zakończyć emigrację. – Mimo, że zarobki na Ukrainie osiągnęły w ostatnim czasie dynamikę najwyższą w Europie, nadal odbiegają od wynagrodzeń w Polsce – zaznacza Natalia Myskova.

Zostaną, czy wyjadą do Niemiec?

Zarobki w naszym kraju są wyraźnie mniej atrakcyjne niż w Niemczech, co może być argumentem decydującym. W kontekście otwarcia niemieckiego rynku pracy, m.in. dla obywateli Ukrainy, nasuwa się więc pytanie: jak wielu z nich i kiedy zamierza wyjechać za naszą zachodnią granicę? – Niemiecka gospodarka zgłasza aż 1,2 mln wakatów, więc najczarniejsze scenariusze przewidywały, że pracownicy z Ukrainy wyjadą od nas w błyskawicznym tempie. Nasze badanie rozwiewa mgłę niepewności. Pokazuje, że wprawdzie musimy się liczyć z dość istotnym odpływem Ukraińców, ale jednak na poziomie bezpiecznym dla naszego rynku pracy – analizuje Natalia Myskova.

Z badania wynika, że o wyjeździe z Polski za naszą zachodnią granicę myśli co piąty obywatel Ukrainy pracujący dziś w naszym kraju. Co dziesiąty, spośród ogółu badanych,  chce to zrobić już przed końcem 2020 roku. Mniej więcej połowa planujących wyjazd zaczęła już szukać w Niemczech pracodawcy i uczyć się języka.

Wszystko wskazuje na to, że osób zainteresowanych pracą w Niemczech mogło być więcej, jednak rynek pracy nad Łabą, Menem i Renem nie został otwarty bezwarunkowo. W Niemczech wprowadzono precyzyjne zasady dla obywateli krajów spoza Unii Europejskiej. Regulują to, w których landach mogą oni podjąć pracę, na jakiego rodzaju stanowiskach i w jakich okresach, wymagają też znajomości języka na określonym poziomie. Z ankiety wynika, że 18% Ukraińców nie rozważa wyjazdu do Niemiec właśnie ze względu na wymienione bariery, a 33% nie wyjedzie z innych powodów.

Wpływ epidemii

Wpływ na decyzję Ukraińców o wyjeździe z Polski ma również przestój w niektórych branżach wywołany obecną sytuacją związaną z wirusem, szczególnie w branży turystycznej i produkcyjnej. Część firm i zakładów jest zmuszonych do wstrzymania lub ograniczenia działalności, przez co Ukraińcy zatrudnieni na umowy zlecenie tracą źródła dochodu. – Te osoby podejmą próbę znalezienia pracy w innych branżach lub powrotu do ojczyzny. Jest to jednak bardzo utrudnione, po tym jak w połowie marca zostały wstrzymane regularne połączenia pomiędzy Polską a Ukrainą – podkreśla Natalia Myskova. – Osoby, które chcą wyjechać, muszą organizować wyjazdy grupowe poprzez konsulaty, co może skłonić ich do pozostania w Polsce. Ruch na innych granicach również nie jest płynny. Kiedy sytuacja wróci do normy, pracownicy z Ukrainy chętnie wrócą do przerwanych prac. Znów będą pracodawcom bardzo potrzebni – twierdzi.

Kluczowe wyniki badania

  • 87% obywateli Ukrainy jest zadowolonych z poziomu życia w Polsce.
  • 55% posiadających rodzinę, sprowadziło lub planuje sprowadzić ją do Polski.
  • 42% badanych nie planuje powrotu na Ukrainę.
  • 18% rozważa wyjazd do Niemiec.
  • 7% ankietowanych kupiło w Polsce mieszkanie lub dom.

Natalia Myskova podsumowuje:  –  Aby podnosić zadowolenie pracowników z Ukrainy i odwieść ich od pomysłu wyjazdu z Polski, należy konsekwentnie dbać o odpowiednie warunki aklimatyzacji, tworzyć systemy onboardingowe, a przede wszystkim pomagać w sprowadzeniu rodziny. Trzeba przy tym pamiętać o wsparciu w znalezieniu zakwaterowania i w procesie legalizacji pobytu. Dobrym rozwiązaniem na niedobory kadrowe są też nowe kierunki rekrutacji i kandydaci z Azji czy Afryki chętni do podjęcia pracy w Polsce. Najlepszym ich źródłem są firmy outsourcingowe, które znają rynek i umiejętnie poprowadzą procesy.

Cały raport do pobrania: https://raporty.sanprosynergy.pl/ukraincy

Pracodawcy RP: „Tarcza Antykryzysowa” to nie tarcza, tylko sito

Rozczarowujący – tak Pracodawcy RP oceniają rządowy projekt tzw. “Tarczy Antykryzysowej”, nieuwzględniający większości postulatów strony przedsiębiorców. To ponad 200 propozycji i uwag do projektu zgłoszonych przez Pracodawców RP i inne organizacje biznesowe.

Pracodawcy RP nie są zadowoleni z pakietu – rząd poszedł w innym kierunku niż proponowała to strona przedsiębiorców. Nasze propozycje poparliśmy rzeczową i dogłębną argumentacją, oparliśmy się na logice i na liczbach. Byliśmy przekonani, że wszystkie nasze uwagi i uzupełnienia znajdą się w ostatecznym projekcie ustaw – a jeśli nie wszystkie, to większość. Tymczasem nie zostały one uwzględnione. Z merytorycznego punktu widzenia bardzo trudno to zrozumieć.

W projekcie ustaw brakuje przede wszystkim zdecydowanych rozwiązań utrzymujących płynność finansową przedsiębiorstw (a jej brak grozi falą upadłości, likwidacją miejsc pracy i ograniczeniem wpływów do budżetu w wymiarze długofalowym). Brakuje np. uwolnienia należnego VAT-u w ramach tzw. split paymentu. Bardzo oszczędne jest proponowane wsparcie dla dużych firm – a należy pamiętać, że  tworzą one 24% PKB (a 32%, gdy weźmiemy pod uwagę tylko wkład przedsiębiorców w PKB)! Duże firmy mają też większy wpływ na rozwój gospodarki, ponoszą relatywnie większe nakłady na inwestycje, a także częściej zatrudniają pracowników na podstawie stosunku pracy, zdecydowanie częściej eksportują swoją produkcję, wprowadzają innowacje czy podejmują prace badawczo-rozwojowe.

Zapowiadano, że pakiet bezpośredniego wsparcia wyniesie nawet 80 mld zł, że finanse publiczne na to stać. W projekcie przewidziano działania na kwotę ok. 38 mld zł w 2020 r. Nasze propozycje to  przeznaczenie pozostałych 42 mld zł na wsparcie płynności, wsparcie utrzymania miejsc pracy. Na wsparcie, które w warunkach szoku podażowego najskuteczniej radzi sobie z przyczynami kryzysu. Jest to także przestrzeń do szerszego zakresu zniesienia danin ponoszonych przez najbardziej potrzebująced firmy i dla ochrony w nich  miejsc pracy.

W obszarze rynku pracy wprowadzono… dodatkowe ograniczenia w udzielanej pomocy. W efekcie uzyskanie wsparcia będzie dla przedsiębiorców jeszcze trudniejsze i będzie wymagało porozumienia ze stroną społeczną. Oznacza to, że wiele z rządowych rozwiązań okaże się fikcją.

W zakresie niezbędnych rozwiązań administracyjno-prawnych (otoczenie biznesu) projektowane regulacje nadal są niewystarczające i nieczytelne. Zabrakło wielu niezbędnych rozwiązań w tym obszarze – m.in. zniesienia zakazu handlu w niedziele, ograniczenia uznaniowości procedur, umożliwienia wnioskowania o odroczenie terminu płatności zobowiązań podatkowych o 3 miesiące bez konieczności wydawania decyzji, czy zniesienia opłat prolongacyjnych.

W rządowym pakiecie brakuje informacji o funduszu Rozwoju i Bezpieczeństwa, który miał wydatkować 30 mld zł na projekty inwestycyjne. Inwestycje rozwojowe są ważne i powinny być priorytetem w kolejnych latach, lecz w nadchodzących miesiącach, przy uwzględnieniu ograniczonych środków, pakiet inwestycyjny nie jest najlepszym rozwiązaniem. Naszym zdaniem, środki te powinny być wydatkowane w pierwszej kolejności na obniżenie klina podatkowego.

W obszarze ochrony zdrowia nasze postulaty także pozostają aktualne. Zabrakło np. jednoznacznej regulacji dotyczącej  wystawiania przez lekarzy zwolnień podczas porad telemedycznych. Nie zaproponowano stworzenia specjalnych warunków pracy dla personelu medycznego. Zapowiadana kwota wsparcia finansowego (7,5 mld zł) także nie znajduje potwierdzenia w przygotowanych rozwiązaniach legislacyjnych. Zabrakło też środków pomocowych dla podmiotów leczniczych, które w związku z pandemią będą zmagać się z ogromnymi komplikacjami (od obciążenia pracą po wzrost kosztów funkcjonowania) czy przedłużenia okresu ważności orzeczeń lekarskich do 90 dni, zabrakło również przepisów dotyczących uzyskania w obecnej sytuacji tzw. książeczki sanepidowskiej – niezbędnej chociażby w branży spożywczej. Projekt należało uzupełnić także m.in. o rozwiązania rozszerzające możliwość wykonywania diagnostycznych badań laboratoryjnych w pojazdach i w obiektach przenośnych.

Zauważyliśmy też, że tam, gdzie przedsiębiorcy postulowali zmniejszenie ograniczeń w stosowaniu pomocy, zadziałano dokładnie odwrotnie – wprowadzono dodatkowe obostrzenia. Stało się tak m.in. w zapisach dotyczących ochrony rynku pracy.

Nie dość tego, nie uwzględniono nawet niezbędnych poprawek redakcyjnych – czyli pozamerytorycznych. Rodzi to pytanie. Czy nadesłane propozycje zostały w ogóle przeczytane w całości?

Okazuje się, że zapowiedziane 212 mld zł pomocy to raczej pokaz fajerwerków dla gapiów niż faktyczna armata na kryzys gospodarczy” – komentuje dr Sławomir Dudek, główny ekonomista Pracodawców RP. „Oprócz potrzebnych instrumentów kapitałowo-finansowych, obiecano najpierw 66 mld zł bezpośredniego wsparcia dla firm i pracowników, a potem mówiono nawet o 80 mld zł bezpośredniego wsparcia. Tymczasem w ocenie skutków regulacji widzimy kwotę mniejszą niż 40 mld zł. Więc jaka ta tarcza jest naprawdę?” – pyta dr Dudek.

Wygrani i przegrani w branży dóbr konsumenckich w czasach pandemii koronawirusa SARS-CoV-2

Jednym z efektów ubocznych pandemii koronawirusa SARS-CoV-2 są problemy, z którymi zmaga się branża dóbr konsumenckich. Z uwagi na skokowo zwiększony popyt konsumentów zmuszonych do pozostania w domach, producenci żywności, szczególnie kasz, ryżu, mąki czy zdrowych produktów gotowych mierzą się z wyzwaniem, jak sprostać oczekiwanej skali produkcji. Okazję do wzrostu zyskały także e-sklepy spożywcze czy segment food tech, czyli aplikacje, dzięki którym możemy cieszyć się jedzeniem dostarczanym bezpośrednio pod drzwi. Tymczasem przyszłość firm oferujących dobra trwałe, takie jak odzież, obuwie, dobra luksusowe oraz komercyjne nieruchomości czy też usługi branży dóbr konsumenckich, takie jak restauracje, hotelarstwo, transport, turystyka oraz rozrywka stoi przed wielkim znakiem zapytania. Jednak niezależnie od dzisiejszego położenia, wszyscy uczestnicy rynku muszą wprowadzić zmiany w zarządzaniu łańcuchem dostaw i w zarządzaniu operacyjnym – i to jak najszybciej.

Sytuację, z którą obecnie mamy do czynienia, czyli pandemii spowodowanej wirusem SARS-CoV-2 należy rozpatrywać w trzech wymiarach czasowych: krótko-, średnio- i długoterminowym. Pierwsza perspektywa obejmuje przede wszystkim dynamiczną, negatywną reakcję na światowych rynkach finansowych. Musimy pamiętać, że dziś nie tylko panika inwestorów decyduje o tym, że rynki dołują. Coraz większy wpływ na to, jak obecnie wyglądają światowe giełdy mają algorytmy – maszyny wykorzystywane do tradingu dużego wolumenu oraz dużej częstotliwości. Handel algorytmiczny to metoda wykonywania zleceń przy użyciu zautomatyzowanych, zaprogramowanych instrukcji uwzględniających takie zmienne jak czas, cena i wolumen oraz oczywiście zmienność kursu instrumentu bazowego. W odróżnieniu od ludzi algorytmy nie ulegają panice, ale kiedy kursy spadają poniżej określonych poziomów, uruchamiają procedury, mogące w efekcie dodatkowo pogłębić istotne już spadki wartości aktywów.

Wygrani

W perspektywie średnioterminowej firmy będą musiały zmierzyć się z licznymi wyzwaniami w zarządzaniu operacyjnym. Pamiętajmy jednak, że nie wszyscy w sektorze dóbr konsumenckich są dziś dokładnie w tej samej sytuacji. Są przedsiębiorstwa, dla których obecny kryzys zrodził dużą szansę na to, by ten rok zakończyć lepszym niż przewidywany wynikiem finansowym. Należą do nich niewątpliwie wytwórcy produktów z długą datą przydatności do spożycia: kasz, ryżu, makaronu, mąk czy konserw. Dziś nie są w stanie sprostać gigantycznemu popytowi, który jest skutkiem masowego wykupowania tego typu produktów z półek sklepowych. Produkty te muszą na nowo wrócić do sklepów, aby klienci mieli do nich dostęp już w normalnym, nie-kryzysowym trybie. Niektóre z firm spożywczych nie muszą więc obawiać się najbliższych tygodni czy miesięcy, oczywiście jeżeli będą w stanie zapewnić potrzebne do zrealizowania zamówień, „nadprogramowe” moce produkcyjne.

Zwycięsko z obecnej sytuacji wyjdą również firmy z sektora e-grocery. W tej chwili, przez rosnącą liczbę zamówień, internetowe markety oferują klientom terminy z odległym, dochodzącym nawet do 3-4 tygodni, terminem realizacji dostaw. W normalnym trybie funkcjonowania zakupy można było zamówić z jedno- lub dwudniowym wyprzedzeniem.

W obecnej sytuacji makroekonomicznej, relatywnie stabilne mogą okazać się również firmy cateringowe, specjalizujące się w tzw. dietach pudełkowych. Wielu ludzi, nie chcąc wychodzić z domu, a jednocześnie nielubiących lub niemogących gotować we własnym zakresie, decyduje się na dostawę pod drzwi zestawów z jedzeniem na cały dzień. Duże wyzwanie, z którym musi jednak zmierzyć się ta branża, to obawa konsumentów o bezpieczeństwo sanitarne przygotowywanego jedzenia.

Firmy z segmentu food tech również pierwszy kwartał tego roku prawdopodobnie zaliczą do udanych. Po zamknięciu przez rząd restauracji, pubów czy barów, polskie ulice zapełniły się dostawcami z charakterystycznymi zielonymi i żółtymi plecakami. Firmy te postawiły na „bezdotykową” i bezgotówkową formę kontaktów z klientem, aby chronić zarówno swoich pracowników, jak i ostatecznego konsumenta.

Przegrani

W zupełnie odmiennej sytuacji są producenci tzw. produktów trwałych, nie wspominając już o dobrach luksusowych. Konsumenci w kryzysowych momentach wstrzymują się z kupowaniem rzeczy, które nie są im niezbędne do życia. Produkty konieczne do „przetrwania” okresu coraz bardziej rygorystycznych zasad współżycia społecznego oraz poruszania się to dla przykładu jedzenie, picie oraz środki higieniczne. Cała reszta, nawet obuwie czy odzież nie są produktami pierwszej potrzeby.

W obecnej sytuacji odłożymy też ewentualne inwestycje w remont, nowe umeblowanie, zakup auta. Zastanowimy się też dodatkowe dwa razy nad zakupem nieruchomości, szczególnie biorąc pod uwagę niepewność związaną z reakcją banków komercyjnych na sytuację makroekonomiczną. W jeszcze większych kłopotach znajduje się cała branża usługowa dóbr konsumenckich: restauratorzy, hotelarstwo, transport, turystyka, salony fryzjerskie i kosmetyczne, siłownie, kina – większość z nich niemal z dnia na dzień musiały zamknąć swoje placówki i na razie nie wiadomo, kiedy będą mogły wrócić do normalnego funkcjonowania. Co gorsza, ostatnie dni pokazują, że zarówno w Polsce, jak i szerzej, w Unii Europejskiej, już zaczęły pojawiać się informacje o ogłaszaniu bankructw w obszarze usług FMCG.

Co dalej?

Otwartym pytaniem pozostaje, czy po uporaniu się z pandemią koronawirusa, trwale nie zmienią się przyzwyczajenia i preferencje konsumentów. Czy równie chętnie jak do tej pory, będziemy wychodzić z domu do restauracji, jadać na mieście i spotykać się ze znajomymi? Czy być może praca zdalna spodoba nam się na tyle, że przynajmniej w części naszego czasu pracy, zamienimy biurowce na domowy gabinet? Na te i wiele innych pytań będzie musiała znaleźć odpowiedź branża dóbr konsumenckich w czasie kolejnych miesięcy.

Zmiany zasad gry
Globalizacja doprowadziła do bardzo szerokiej sieci współzależności krajów i gospodarek. Wielkie korporacje polegają na centrach produkcyjnych znajdujących się w odległych krajach, w tym krajach azjatyckich. Do tej pory pozwalało to minimalizować koszty, tym samym zwiększać zyski. Obecny kryzys pandemiczny pokazał, jak bardzo globalne firmy są w swoim łańcuchu dostaw uzależnione od Chin. Odczuli to niemal wszyscy przedsiębiorcy, niezależnie od branży, w której funkcjonują, w tym także technologiczni giganci. W efekcie, odczuli to również klienci końcowi.

Jaka nauka płynie dla biznesu z pandemii wirusa SARS-CoV-2? Firmy muszą zwracać większą uwagę na dywersyfikację łańcucha dostaw. Kwestia ta będzie zyskiwała na znaczeniu również w ocenie inwestorów, którzy w obawie przed paraliżem produkcji i sprzedaży, będą baczniej przyglądać się temu, jak łańcuch dostaw wygląda, gdzie dana firma produkuje i jakich ma poddostawców. Klasyczne stwierdzenie „Business as a going concern”, czyli prowadzenie działalności na dotychczasowych zasadach, na naszych oczach przestaje mieć rację bytu.

Komentarz Kamila Kucharczyka, Wicedyrektora w zespole M&A, Lidera sektora dóbr konsumenckich Działu Doradztwa Finansowego Deloitte w regionie Europy Środkowej

Przyszłość dla Gastronomii – branża łączy siły – petycja do rządu

Mijają dwa tygodnie, od kiedy rząd poinformował o zawieszeniu działalność restauracji, pubów, kawiarni, klubów i wszelkich miejsc rozrywki. Według portalu horecatrends.pl w pierwszych dniach kwarantanny większość miejsc gastronomicznych zanotowało spadek w obrotach o ok. 60%. Nowa rzeczywistość branży może okazać się kluczowym momentem. Dane jednoznacznie wskazują, że sytuacja jest wyjątkowa. Na Facebooku powstała grupa, do której w przeciągu zaledwie kilku dni dołączyło prawie dwa tysiące członków związanych zawodowo i sympatyzujących z gastronomią. Według przeprowadzonej wśród nich ankiety ponad połowa restauratorów musiała zamknąć lokale lub zawiesić działalność. Stowarzyszenie „Przyszłość dla Gastronomii” to inicjatywa firmy Stalgast sp. z o.o.

Branża gastronomiczna przeżywa ogromny kryzys. Najprawdopodobniej bardzo dużo biznesów zakończy swoją działalność. Natomiast, te które przetrwają będą odczuwały długotrwałe problemy finansowe. Gastronomia jest istotnym elementem naszej gospodarki. Warto podkreślić, że w ostatnim badaniu GUS oszacował liczbę placówek gastronomicznych (stałych i sezonowych) na ponad 69,8 tys., z czego 38,2% stanowiły punkty gastronomiczne, 28,2% – restauracje, 27,6% – bary. Według raportu pt. Rynek dostawców HORECA w Polsce (opracowanego przez PMR) wartość branży szacuje się na ponad 33 mld zł.  Obecnie dużo punktów zostało zamkniętych lub to rozważa. Warto pamiętać, że wiele z nich to firmy rodzinne. Dla 83% przedsiębiorców firma jest jedynym źródłem utrzymania ich rodziny – wynika z danych udostępnionych przez „Fundację Firmy Rodzinne”. Wskazują one ponadto, że jeżeli obecny stan i blokada gospodarcza potrwają̨ do kwietnia br. prawie podwoi się̨ liczba firm, które będą̨ zmuszone zwolnić wszystkich pracowników. Co więcej, 45% ankietowanych z grupy „Przyszłość dla Gastronomii” zadeklarowało, że prowadzą dostawę na wynos. Należy jednak podkreślić, że nie zawsze takie rozwiązania pozwalają na ekonomiczne przetrwanie firmy.

Sektor nie poddaje się i zaczyna działać w wspólnej sprawie. W trudnych chwilach ważne, by cała branża zachowała jedność oraz wzajemnie wsparcie. Aby to ułatwić powstała grupa „Przyszłość dla Gastronomii”, umożliwiająca nie tylko wymianę doświadczeń, sposobów radzenia sobie w obecnej sytuacji, ale także wspólne poszukiwanie rozwiązań. Do grupy cały czas dołączają m.in. kolejni importerzy, producenci, dystrybutorzy oraz restauratorzy, ale również pracownicy, którzy są istotnym elementem całego gastronomicznego systemu. Założyciel grupy – firma Stalgast – zapewnia indywidualną pomoc prawną.

Powstała szeroka reprezentacja branży, ale nie tylko – wskazuje Maciej Kotecki, Prezes Zarządu Stalgast sp. z o.o. Stworzyliśmy możliwość wymiany sposobów radzenia sobie w obliczu pandemii COVID-19 oraz miejsce, w którym wspólnie wypracujemy Rządowi RP propozycje ratujące branżę i zatrudnionych w niej ludzi. Propozycje, które nie tylko będą dotyczyły najbliższych dni i tygodni, ale również przyszłości gastronomii w Polsce – dodaje.

Grupę na Facebooku można znaleźć tutaj:  https://www.facebook.com/groups/PrzyszloscDlaGastronomii/

Stowarzyszenie „Przyszłość dla Gastronomii” wraz z podmiotami współpracującymi opracowało propozycję pomocy dla zagrożonego sektora nazwaną „Piątka dla gastro” i wysuwa następujące postulaty:

  1. Zwolnienie przedsiębiorców prowadzących Placówki Gastronomiczne oraz współpracujących z nimi na rynku gastronomicznym producentów, importerów i dystrybutorów, zarówno żywności, jak i wyposażenia („Przedsiębiorcy Współpracujący”) ze składek na ubezpieczenie zdrowotne i społeczne bez względu na formę zatrudnienia i wielkości przedsiębiorstwa – na okres minimum 3 miesięcy.
  2. Dofinansowanie przez państwo wynagrodzenia pracowników Placówek Gastronomicznych i Przedsiębiorców Współpracujących – w wymiarze 65% wynagrodzenia przez okres 6 miesięcy, poczynając od dnia wprowadzenia zakazu prowadzenia działalności. Wsparcie osób już zwolnionych w wymiarze 80% minimalnego wynagrodzenia miesięcznego obowiązującego w roku 2020 – przez okres minimum 3 miesięcy od dnia zakończenia świadczenia pracy na rzecz danego pracodawcy.
  3. Dofinansowanie kosztów najmu lokali wynajmowanych przez przedsiębiorców prowadzących Placówki Gastronomiczne od osób fizycznych lub przedsiębiorców w wymiarze 90% czynszu należnego na podstawie umowy najmu – przez cały okres zakazu prowadzenia wyszczególnionej w rozporządzeniu działalności gospodarczej, a w przypadku Przedsiębiorców Współpracujących, którzy po dniu 1 marca 2020 roku odnotowali spadek obrotu o minimum 40% w okresie wybranych kolejno przypadających po sobie 30 dni – dofinansowanie czynszu najmu na poziomie 50% wskazanych wyżej kosztów. Co więcej, zwolnienie na powyższych zasadach z opłat za czynsz najmu w przypadku lokali należących do miast. Po uchyleniu zakazu prowadzenia działalności – dofinansowanie dla ww. przedsiębiorców w wysokości 50% należności z tytułu czynszu najmu na kolejne 3 miesiące. Analogicznie w przypadku zwolnienia z czynszu kosztów najmu odnośnie lokali należących do miasta.
  4. Uproszczenie procedur przyznawania wsparcia finansowego dla przedsiębiorców prowadzących Placówki Gastronomiczne oraz Przedsiębiorców Współpracujących z gwarancją de minimis i podwyższenie jej do minimum 80%.
  5. Uproszczenie procedur związanych ze zwolnieniem ww. grup przedsiębiorców z podatków PIT i CIT, składek na ubezpieczenie społeczne, jak i otrzymania wsparcia z innych programów, które mają być rozdysponowane na podstawie ustaw z tzw. pakietu antykryzysowego.

Petycję można znaleźć tutaj: https://www.petycjeonline.com/przyszloscdlagastronomii

Postulaty poprały następujące firmy:

  1. PLASTMET Sp. z o.o. Sp. k.; ul. Chrobrego 1; 64-720 Lubasz;
  2. STALGAST Sp. z o.o.; Plac Konesera 9; 03-736 Warszawa;
  3. KOMAT Mieczysław Kozłowski; 64-704 Romanowo Dolne 105;
  4. SPOMASZ NAKŁO Sp. z o.o.; ul. Potulicka 1; 89-100 Nakło nad Notecią;
  5. RM GASTRO POLSKA Sp. z o.o.; ul. Sportowa 15a; 43-450 Ustroń;
  6. PRIMULATOR Sp. z o.o.; ul. Lodowa 128; 93-232 Łódź;
  7. KROSNO-METAL Sp. z o.o.; ul. Kamień 16 m; 66-600 Krosno Odrzańskie;
  8. DAJAR Sp. z o.o.; ul. Poznańska 129/133; 05-850 Ożarów Mazowiecki;
  9. FUNDACJA FIRM RODZINNYCH; ul. Bukowska 12 lok. 124; 60-810 Poznań; Poland;
  10. HENDI Polska sp. z o.o.; ul. Magazynowa 5; 62-023 Gądki;
  11. POLGAST Sp. z o.o.; ul. Przemysłowa 2; 64-730 Wieleń;
  12. OPTIMET Sp. z o.o.; Brzeźno, Krótka 3; 64-700 Czarnków;
  13. ONNERA POLAND Sp. z o.o.; Palmiry ul. Warszawska 9; 05-152 Czosnów;

Materiał wideo z apelem reprezentanta Stowarzyszenia – Maciejem Koteckim – został wyświetlony na Facebooku prawie 300 tys. razy. Można znaleźć go tutaj:

Facebook: https://www.facebook.com/stalgast/videos/2630217533878160/

Stowarzyszenie „Przyszłość dla Gastronomii” jest zrzeszeniem osób fizycznych, zawiązanym dla wspierania osób i organizacji prowadzących przedsięwzięcia gospodarcze na rynku HORECA oraz osób i organizacji, podejmujących działania na tym Rynku. Celami Stowarzyszenia jest m.in. pomoc przedsiębiorcom dotkniętym, zdarzeniami losowymi ze szczególnym uwzględnieniem wydarzeń związanych z epidemią wirusa COVID – 19, wsparcie podmiotów w poszukiwaniu nowych możliwości biznesowych, ochrona polskiego rynku HORECA, podnoszenie kwalifikacji i kompetencji członków oraz ich reprezentacja wobec instytucji Państwowych w zakresie celów statutowych Stowarzyszenia.

Polska Izba Nieruchomości Komercyjnych apeluje o dodatkowe instrumenty wsparcia dla przedsiębiorców

Polska Izba Nieruchomości Komercyjnych (PINK) docenia podjęcie przez rząd działań osłonowych dla przedsiębiorców i pracodawców w postaci tzw. Tarczy Antykryzysowej, jednak zawarte tam rozwiązania ocenia za niewystarczające. Zdaniem PINK, reprezentującej największych deweloperów biurowych, magazynowych i handlowych, zarządców i właścicieli nieruchomości, inwestorów instytucjonalnych oraz firmy doradcze, niezbędne jest wprowadzenie dodatkowych instrumentów wsparcia dla przedsiębiorców.

PINK postuluje o zwiększenie kwoty wsparcia z uwagi na przestój ekonomiczny oraz czasowe zaniechanie pobierania zaliczek i przesyłania deklaracji dotyczących podatku VAT, PIT i CIT. Zdaniem PINK, czasowe zwolnienie z obowiązku płacenia składek na ZUS powinno dotyczyć bezwarunkowo wszystkich przedsiębiorców i innych osób zatrudnionych (obecnie zwolnieniem objęci są mikroprzedsiębiorcy, którzy osiągnęli w lutym 2020 r. określony przychód), oraz stać się podstawowym mechanizmem wsparcia pracodawców.

Oczekujemy także wprowadzenia rozwiązań dedykowanych konkretnie branży nieruchomości komercyjnych. Tarcza antykryzysowa powinna zagwarantować branży możliwość finansowego, symetrycznego wsparcia zarówno wynajmujących jak i najemców, np. poprzez dopłaty do czynszów lub określenie tzw. wakacji czynszowych. Mamy nadzieję, że projektowane przepisy zostaną doprecyzowane tak, aby w należyty sposób uchronić przedsiębiorców przed skutkami panującego obecnie kryzysu.

Agnieszka Jachowicz, Dyrektor Operacyjna PINK

Giełda w USA pnie się w górę mimo rekordowych wniosków o zasiłek

Jesteśmy świadkami historii, która tworzy się na naszych oczach. Dziś na rynek trafiły pierwsze dane z rynku pracy, pokazujące wstępnie, jaki wpływ może mieć epidemia koronawirusa na gospodarkę Stanów Zjednoczonych. Mowa liczbie wniosków o zasiłek dla bezrobotnych, które sięgnęły najwyższego poziomu w historii. Liczba Amerykanów, która wypełniła wniosek o zasiłek dla bezrobotnych, wzrosła do poziomu 3,28 miliona w tygodniu zakończonym 21 marca. Żeby uzmysłowić sobie skalę, oznacza to, że 1 proc. Amerykanów jest na bezrobociu.

Wbrew pozorom to jest bardzo dobra wiadomość dla amerykańskiej giełdy. Indeks Dow Jones Industrial Average rośnie dziś o ponad 4 proc., S&P 500 zwyżkuje o ponad 3,6 proc., a Nasdaq o 3,2 proc. Do znanych spółek, które sobie dziś bardzo dobrze radzą, możemy zaliczyć Boeinga, który rośnie o ponad 15 proc., American Express oraz Coca Colę. Te spółki drożeją o 7-8 proc.

Skąd ten optymizm? Przerabialiśmy już to dawno temu, podczas kryzysu finansowego, a także podczas kryzysu w strefie euro związanego z Grecją. Wtedy dominującym podejściem inwestorów było podejście na zasadzie — czym jest gorzej, tym lepiej. Zatem im gorzej w gospodarce, tym lepiej dla inwestorów i sektora finansowego, a teraz także i dla obywateli, ponieważ gorsze dane mogą wzmagać oczekiwania odnośnie kolejnych programów pomocowych. Amerykański Senat już zaakceptował pomoc dla gospodarki rzędu 2 bln dolarów i może się okazać, że to jeszcze nie koniec.

To oczekiwanie na pomoc jest dobrze widoczne na przykładzie akcji spółki Boeing, który tylko w tym tygodniu zyskał 90 proc. Wzrost odzwierciedla właśnie optymizm w zakresie wsparcia rządowego, które powinno odrzucić kilka najgorszych scenariuszy. Jak podają analitycy JPMorgan, firma otrzyma kilkanaście miliardów dolarów pomocy, a następne kilka lat firma spędzi na naprawie swojej struktury kapitałowej.

Dla spółki pojawiła się także pozytywna rekomendacja od Bernsteina. Cena docelowa została ustanowiona na poziomie 202 USD względem poprzedniej wynoszącej 173 USD. Obecnie na giełdzie za akcję BA należy zapłacić 181 USD. Na Wall Street spółka ma 11 rekomendacji kupna, 16 trzymaj i 2 sprzedaj.

Departament Zarządzania Aktywami

Copernicus Capital TFI S.A.

Holistyczne zarządzanie API rozwinie potencjał otwartej bankowości

Indeks Open Banking Opportunity[1] przewiduje, że ten rodzaj bankowości naprawdę ruszy za trzy do pięciu lat, ale to może się szybko zmienić. Jak wskazują dane Urzędu ds. Konkurencji i Rynków[2] – liczba użytkowników otwartej bankowości podwoiła się w ciągu ostatnich sześciu miesięcy, a regulacje wspierają wzrost. Europejska dyrektywa PSD2 ma na celu promowanie innowacji, pomoc usługom bankowym w integracji nowych technologii i zapewnienie bezpieczeństwa płatności. Co ważne, PSD2 zawiera nowe wymagania dotyczące uwierzytelniania wieloskładnikowego podczas wykonywania operacji bankowych. Otwarta bankowość jest zasadniczo praktyką dzielenia się informacjami finansowymi elektronicznie, bezpiecznie i w warunkach zaakceptowanych przez klientów. Budzi nieustanne zainteresowanie, ponieważ może być znaczącym katalizatorem innowacji – w tym lepszej obsługi dla użytkowników poprzez usprawnienie pożyczek, automatyzację księgowości i zapewnienie nowych opcji płatności.

Azja entuzjastycznie adaptuje tę koncepcję, napędzana przez kraje digitalizujące się w czasie rzeczywistym, dużą bazę doświadczonych technologicznie konsumentów i wszechobecność cyfrowej platformy płatniczej. Europejczycy są nieco bardziej ostrożni. Nadal istnieje tu niechęć do udostępniania danych osobowych, za co częściowo odpowiada kultura, ale co jest także reakcją na częste przypadki naruszeń. Niska jest też świadomość nt. otwartej bankowości. Według badania Splendid Unlimited[3] zaledwie 20% respondentów wie, co to jest „open banking”. Z jej usług korzystało jedynie 9% uczestników ankiety.

Otwarta bankowość będzie się rozwijała najlepiej wtedy, gdy będzie przydatna dla klientów. W końcu to ich wymagania dotyczące większej zwinności i lepszego „user experience” popychają dostawców usług do konkurowania i wprowadzania innowacji. W tym miejscu wkraczają interfejsy aplikacji (API). Mówiąc najprościej, interfejs API stanowi zestaw procedur, protokołów i narzędzi do tworzenia aplikacji oraz określa sposób interakcji komponentów oprogramowania.

W dziedzinie bankowości korzystanie z otwartych interfejsów API umożliwia programistom zewnętrznym tworzenie podstawowych technologii dla aplikacji i stron internetowych.Open Banking Europe opublikował w listopadzie zeszłego roku katalog z listą wszystkich publicznie dostępnych interfejsów API banków w UE. Katalog przejrzystości PSD2 zaspokaja potrzebę dostawców zewnętrznych (TPP) i dostawców usług płatniczych prowadzących rachunek (ASPSP) na przechowanie wszystkich kluczowych informacji na temat interfejsów API banków w jednym miejscu. Obecnie zawiera informacje o ponad 1500 portalach dla deweloperów związanych z bankami i będzie rozbudowywany.

Ciężar definiowania, publikowania, zabezpieczania, monitorowania i analizowania interfejsów API spoczywa teraz na infrastrukturze, operacjach i zespołach DevOps.  Rozwiązania do zarządzania interfejsami API umożliwiają autorom publikowanie tych interfejsów w różnych środowiskach, takich jak produkcja czy testy. Zapewnia to spójność dla każdego środowiska i zapobiega błędnym konfiguracjom.  Kluczowe przykłady to:

Bramki interfejsu API zabezpieczają i pośredniczą w ruchu między końcowymi użytkownikami API. Funkcjonalność bramki API obejmuje uwierzytelnianie wywołań API, kierowanie żądań do odpowiednich backendów, stosowanie limitów prędkości w celu zapobiegania przeciążeniom systemu. Mogą one także łagodzić ataki DDoS, odciążać ruch SSL/TLS w celu poprawy wydajności oraz obsługi błędów i wyjątków.

Tradycyjne bramki API mogą być nieefektywne podczas obsługi ruchu w środowiskach rozproszonych (np. mikrousługi lub obsługa ruchu IoT dla analizy w czasie rzeczywistym). Do przetwarzania wywołań API w tego typu scenariuszach wymagane są mikrobramki, które są lżejszymi bramkami API, odpowiednimi dla architektur mikrousług.Dzisiejsze rozwiązania mogą zapewnić analitykę – dokładny wgląd we wskaźniki operacyjne dla poszczególnych interfejsów API, umożliwiając nowy poziom rozwiązywania problemów i optymalizacji wydajności. Zabezpieczenia infrastruktury interfejsu API powinny obejmować uwierzytelnianie, autoryzację, kontrolę dostępu opartą na rolach (RBAC) i ograniczanie szybkości (poprzez nakładanie ograniczeń na liczbę żądań, które osoba dzwoniąca może wykonać w określonym czasie).

Dobrze zaprojektowany portal dla programistów ma kluczowe znaczenie dla sukcesu każdego programu API. Powinien ułatwić szybkie wdrożenie konsumentów, zawierać katalog zewnętrznych interfejsów API, obszerną dokumentację i przykładowy kod. Niektóre rozwiązania zapewniają również mechanizm interakcji programistów.

Otwartą bankowość będzie budować API. Warto już teraz ją obserwować, jeśli biznes ma aspiracje w tym kierunku.

Ireneusz Wiśniewski, dyrektor zarządzający F5 Poland

[1] https://www.finance-monthly.com/2019/12/2020-will-be-the-year-of-reckoning-for-open-banking-2/

[2] regulator otwartej bankowości w Wielkiej Brytanii

[3] https://www.finance-monthly.com/2019/12/2020-will-be-the-year-of-reckoning-for-open-banking-2/

Rynek mieszkaniowy w 2020 r. przed koronawirusem

Jak szła deweloperem sprzedaż mieszkań w pierwszych miesiącach bieżącego roku? Czy wyniki były lepsze od ubiegłorocznych? Czy popyt na rynku mieszkaniowym wciąż utrzymywał się na wysokim poziomie? Sondę przeprowadził serwis nieruchomości Dompress.pl

Mirosław Kujawski, członek zarządu Develia S.A.

Początek każdego roku to okres wzmożonego zainteresowania klientów i sporej liczby zawieranych umów. Sytuacja była podobna także w tym roku. W okresie styczeń-luty br. odnotowaliśmy rekordową liczbę zapytań, zarówno ze strony klientów kupujących mieszkania na użytek własny, jak i w celach inwestycyjnych. Spowolnienie widać od marca, co jest zgodne z trendem na rynku i niewątpliwie potęgowane sytuacją związaną z koronawirusem.

Zbigniew Juroszek, prezes Atal

W pierwszych miesiącach 2020 roku utrzymywał się trend, który notowany był w sprzedaży w roku ubiegłym. W styczniu i lutym podpisaliśmy o ponad 29 proc. więcej umów deweloperskich niż w tym samym czasie w 2019 roku.

Małgorzata Ostrowska, członek zarządu i dyrektor Pionu Marketingu i Sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

W pierwszych miesiącach tego roku nie zaobserwowaliśmy żadnych symptomów spowolnienia. Oczywiście nowa sytuacja, związana z epidemią wirusa COVID-19, nie pozwala na formułowanie jakichkolwiek, zdecydowanych prognoz na najbliższe miesiące. Można jedynie domniemywać, że jeżeli epidemia będzie miała znaczący wpływ na całą gospodarkę, to również może mieć wpływ na popyt na rynku nieruchomości. Nie wydaje się jednak, by było to zjawisko trwałe, bo lokowanie wolnych środków w lokalach jest najbezpieczniejszą inwestycją, a mieszkanie jest i pozostanie dla Polaków jednym z najważniejszych dóbr.

Monika Perekitko, członek zarządu Matexi Polska

Jesteśmy bardzo zadowoleni, zarówno z wyników sprzedaży na rynku warszawskim, jak i pierwszych tygodni sprzedaży nowego projektu na rynku krakowskim. Z naszych obserwacji wynika, że struktura i dynamika popytu w naszych projektach w styczniu i lutym bieżącego roku była bardzo podobna do tej w analogicznym okresie w roku ubiegłym.

Edyta Kołodziej, dyrektor sprzedaży i marketingu w Nickel Development

Z perspektywy dwóch miesięcy poprzedzających wyjątkową sytuację związaną z zagrożeniem epidemiologicznym koronawirusem, mogę powiedzieć, że ten rok zaczął się dla nas dobrze, również w porównaniu z analogicznym okresem roku minionego. Duży popyt na mieszkania w wieżowcu ST_ART Piątkowo utrzymał się względem końcówki roku. Poza tym, zaobserwowaliśmy wyraźnie większy ruch w sprzedaży po ogłoszeniu informacji o rozpoczęciu budowy kolejnego etapu Osiedla Księżnej Dąbrówki, które od 20 lat sukcesywnie rozbudowujemy w podpoznańskiej Dąbrówce.

Zuzanna Należyta, dyrektor ds. handlowych w Eco Classic

Popyt na mieszkania na początku roku utrzymywał się na wysokim poziomie. Średnia sprzedaż w dwóch pierwszych miesiącach roku była o ponad 40 proc. większa niż średnia sprzedaż w całym 2019 roku, jak również w styczniu i lutym minionego roku. W omawianym czasie popyt zdecydowanie nie osłabł.

Karolina Guzik, menadżer ds. sprzedaży w spółce mieszkaniowej Skanska

Zgodnie z przewidywaniami rynek mieszkaniowy wciąż odnotowuje wzrost, a popyt utrzymuje się na wysokim poziomie. Wyniki sprzedaży mieszkań osiągnięte przez Skanska w pierwszych dwóch miesiącach tego roku są równie zadowalające, jak te zeszłoroczne. Z uwagi na obecną sytuację związaną z pandemią COVID-19 za wcześnie jednak na przedstawienie finalnych wniosków i ocenę sprzedaży za I kwartał 2020. Nieustannie obserwujemy dynamikę rozwoju bieżącej sytuacji i analizujemy wpływ, jaki pandemia koronawirusa będzie mieć na gospodarkę w Polsce.

Joanna Chojecka, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Robyg SA.

Rok 2019 potwierdził niesłabnący popyt na mieszkania w Polsce. Niewątpliwie przewagę mieli deweloperzy mający rozbudowaną ofertę i dużą liczbę różnorodnych lokali w sprzedaży. Grupa Robyg w 2019 roku istotnie zwiększyła geograficzny zakres działania. Weszliśmy na rynek wrocławski i poznański. Tym samym działamy w czterech kluczowych miastach w Polsce. Na początku tego roku popyt na mieszkania utrzymywał tendencję wzrostową. Było to wynikiem dobrej oferty kredytów mieszkaniowych, rosnącego popytu inwestycyjnego oraz utrzymującej się na wysokim poziomie podaży, w tym ofert w atrakcyjnych lokalizacjach i nowych formatach – np. typu mikroapartamenty.

Wojciech Chotkowski, prezes zarządu Aria Development

Na początku tego roku popyt utrzymywał się na wyższym poziomie niż w ubiegłym roku, aczkolwiek trzeba pamiętać, że w przypadku projektów deweloperskich niemożliwe jest dokładane porównanie krótkich okresów sprzedaży ze względu na różnice w cyklu życia każdego produktu.

W pierwszych miesiącach bieżącego roku obserwowaliśmy znaczący wzrost zainteresowania mieszkaniami w Łomiankach, gdzie uruchomiliśmy sprzedaż lokali realizowanych w drugim etapie projektu. Nie jest to dla nas zaskoczenie, ponieważ mieszkania w Osiedlu Łomianki należą do najtańszych na podstołecznym rynku nieruchomości. Z kolei w Osiedlu Natura w Wieliszewie w ciągu dwóch pierwszych miesięcy tego roku sprzedane zostało dwukrotnie więcej mieszkań niż w tym samym okresie rok wcześniej. W trzecim etapie tej inwestycji w ofercie zostały już ostatnie trzy i czteropokojowe lokale w cenie od 4290 zł/mkw.

Michał Płoucha, dyrektor zarządzający By Made

Legnicka 60C to nasza pierwsza inwestycja aparthotelowa, więc nie możemy odnieść się do lat poprzednich, ale z pewnością możemy być zadowoleni z zainteresowania podczas początkowego okresu realizacji projektu. Popyt na lokale inwestycyjne konsekwentnie rośnie, a mikroapartamenty mają szansę stać się najgorętszym towarem na rynku nieruchomości. Był to idealny moment na debiut, co potwierdzają wyniki sprzedaży w pierwszych miesiącach 2020 roku. W styczniu i w lutym podpisaliśmy umowy rezerwacyjne z kilkunastoma inwestorami, którzy nabywali jeden lub więcej lokali. Inwestorzy docenili możliwość obejrzenia gotowego lokalu pokazowego, który wykończyliśmy i urządziliśmy w wysokim standardzie na bardzo wczesnym etapie realizacji budynku.

Krzysztof Jabłoński, prezes spółki Iglica Nieruchomości

Ubiegły rok był to dla nas, jako firmy prowadzącej sprzedaż mieszkań w inwestycjach deweloperskich, bardzo udany. Uzyskaliśmy więcej niż zadowalające wyniki, nie tylko pod względem ilości sprzedanych mieszkań, ale również wartości transakcyjnych. Klienci nabywali apartamenty w prestiżowych lokalizacjach równie chętnie, jak mieszkania w segmencie popularnym. Pierwsze miesiące bieżącego roku przyniosły bardzo dobre wyniki w odniesieniu do inwestycji, których sprzedaż prowadzimy, zaowocowały kilkudziesięcioma zawartymi umowami rezerwacyjnymi i deweloperskimi. Co więcej, zanotowaliśmy wysokie wskaźniki zapytań ofertowych.

Autor: Dompress.pl

ORLEN: Produkcja płynu do dezynfekcji rąk przebiega bez zakłóceń

Stanowczo podkreślamy, że nie jest prawdą informacja o wstrzymaniu produkcji płynu do dezynfekcji rąk w Zakładzie ORLEN Oil w Jedliczu opublikowana 25.03.2020 r. na portalu wyborcza.pl w artykule pt. „Orlen ma problemy z produkcją płynu dezynfekcyjnego? Spółka zaprzecza.”

Linie produkcyjne ORLEN Oil w Jedliczu pracują na pełnych mocach wytwórczych. Produkcja płynu do dezynfekcji rąk trwa bez jakikolwiek zakłóceń, a instalacja jest na bieżąco monitorowana przez wewnętrzne służby techniczne ORLEN Oil. Sugerowanie, że PKN ORLEN ma jakiekolwiek problemy techniczne z linią produkującą płyn do dezynfekcji jest nieuzasadnione i wprowadza czytelników w błąd.

Kwestia produkcji środków do dezynfekcji jest obecnie szczególnie wrażliwą społecznie kwestią. Przytoczony w publikacji cytat anonimowego informatora, dotyczący rzekomego rozszczelnienia uszczelek na liniach produkcyjnych w związku z użyciem alkoholu w produkcji, stanowi nadużycie i nie ma nic wspólnego ze stanem faktycznym. Pragniemy z całą mocą podkreślić, że linie produkcyjne są w pełni dostosowane do rozlewu produktów zawierających alkohol etylowy i jakiekolwiek spekulacje na ten temat są nieuzasadnione.

Jednocześnie w odniesieniu do spekulacji zawartych w artykule na portalu wyborcza.pl dotyczących potencjalnej współpracy PKN ORLEN ze spółką Boryszew przy produkcji płynu do dezynfekcji rąk, informujemy, że taka współpraca nie ma miejsca.

W odniesieniu do wskazanych w publikacji wolumenów produkcji płynu do dezynfekcji rąk przez PKN ORLEN zapewniamy, że poziom produkcji w marcu (2,5 mln litrów) zostanie zrealizowany. PKN ORLEN ma świadomość, jak ogromne jest zapotrzebowanie na płyn. Przestawienie linii produkujących płyn do spryskiwaczy na produkcję płynu i uruchomienie dystrybucji trwało zaledwie 10 dni. Uruchomiona została druga linia produkcyjna, co oznacza, że płynu będzie więcej. W kwietniu Zakład w Jedliczu wyprodukuje ok. 4,5 mln litrów.

Ze względu na wysoką wrażliwość społeczną tematu i próbę podważenia stanu faktycznego, mimo natychmiastowego zdementowania doniesień Gazety Wyborczej przez spółkę, PKN ORLEN rozważa podjęcie kroków prawnych w celu ochrony dobrego imienia spółki.