Dlaczego ulgi z PFRON decydują o wygraniu przetargów publicznych?

Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) zwraca uwagę na niepokojącą praktykę związaną z zamówieniami publicznymi. Kryteria oceny ofert konkurujących ze sobą o zamówienie często są oceniane nie ze względu na jakość ich usług i cenę, lecz na możliwość przyznania ulg za zatrudnianie osób niepełnosprawnych. Według FPP takie postępowanie wynaturza cel działania Polskiego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych (PFRON), który wspiera zatrudnianie osób z niepełnosprawnością, przyznając takie ulgi pracodawcom. Niestety, instytucje publiczne otrzymują odpisy obowiązkowych wpłat na PFRON, których musiałyby dokonać jeśli nie współpracują z firmą zatrudniającą osoby z niepełnosprawnością. Jest to więc praktyka uszczuplająca budżet Funduszu. Odbija się również negatywnie na jakości zamawianych usług.

– Konkurencja w postępowaniach o zamówienia publiczne jest całkowicie wypaczona, ponieważ finalna ocena oferty nie ma żadnego związku z jakością usługi – powiedział serwisowi eNewsroom Grzegorz Lang, ekspert Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP).  – Zamawiający – zwłaszcza nabywający usługi takie, jak sprzątanie czy ochrona – nadal stosują kryterium oceny ofert uzależnione od przyznania ulgi z PFRON. To drastycznie zmniejsza możliwość porównania jakości ofert składanych w postępowaniu. Dlatego FPP zwraca się do właściwych władz postulując, by wyeliminować tę praktykę. Przy ocenianiu aspektów finansowych oferty powinno brać się pod uwagę tylko koszt usługi. Natomiast kwestie związane z odpisami na PFRON powinno się oceniać w sferze, do której należą – czyli promocji zatrudnienia osób niepełnosprawnych – podkreśla Lang.

20 maja papierosy mentolowe znikną ze sklepowych półek. Dziewięciu na dziesięciu palaczy nie zamierza z tego powodu rzucić nałogu

0

Dziewięć milionów Polaków to palacze, z których blisko połowa sięga po papierosy mentolowe. Te wskutek unijnej dyrektywy po 20 maja całkowicie znikną z rynku. Tymczasem ponad połowa palaczy w ogóle nie jest świadoma zbliżających się zmian, ale zdecydowana większość – bo aż 90 proc. – nie zamierza z tego powodu rzucać palenia. Co czwarty wprost zapowiada, że papierosów mentolowych będzie szukać w szarej strefie – wynika z badania przeprowadzonego dla Forum Konsumentów. Organizacja rozpoczęła właśnie akcję informacyjną, która ma uświadomić palaczom, że po 20 maja nie znajdą już popularnych mentoli na sklepowych półkach. Po tym terminie jedynym legalnym wyrobem tytoniowym o aromacie mentolowym będą podgrzewacze tytoniu.

– Większość Polaków nie jest świadoma zbliżającego się wycofania z rynku papierosów mentolowych i produktów mentolowych. Co ważniejsze, również palacze papierosów mentolowych nie są świadomi nadchodzących zmian – mówi w rozmowie z agencją Newseria Biznes prof. Dominika Maison, dziekan Wydziału Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego.

Od 20 maja z rynku wycofane zostaną papierosy mentolowe i z kapsułką w filtrze, która po naciśnięciu zmienia smak zwykłego papierosa na mentolowy. To efekt unijnej dyrektywy tytoniowe, przyjętej w 2014 roku, która w założeniu ma się przyczynić do spadku liczby nałogowych palaczy. Zakaz sprzedaży mentoli zostanie wprowadzony nie tylko w Polsce, lecz także w całej UE. Dyrektywa wprowadza zakaz sprzedaży papierosów i tytoniu do samodzielnego skręcania papierosów o charakterystycznym aromacie, tj. zapachu lub smaku innym niż zapach lub smak tytoniu, w tym mentolowym. Po 20 maja jedyną legalną alternatywą tytoniową o aromacie mentolowym dostępną w sklepach będą tzw. podgrzewacze tytoniu. Pierwszym tego typu produktem w Polsce był system IQOS. W sprzedaży pozostaną także mentolowe olejki do e-papierosów.

Z danych Forum Konsumentów wynika, że papierosy pali obecnie ponad 25 proc. dorosłych Polaków, czyli ok. 9 mln osób. W tej grupie aż 42 proc. sięga właśnie po papierosy mentolowe bądź z kapsułką – z czego 28 proc. wybiera je regularnie. Co istotne, ponad połowa (51 proc.) z nich nie ma świadomości zbliżających się zmian i nie wie, że po 20 maja nie znajdzie już popularnych mentoli na sklepowych półkach.

– Większość Polaków negatywnie ocenia ten zakaz. Po pierwsze, uważają, że jest to pewne ograniczenie wolności wyboru, po drugie – nie bardzo wierzą, że wpłynie to na zachowania związane z paleniem – mówi prof. Dominika Maison.

Jak wynika z badania przeprowadzonego w styczniu br. przez Maison & Partners dla Forum Konsumentów – 81 proc. Polaków jest zdania, że wycofanie z rynku popularnych mentoli nie przyczyni się do zmniejszenia liczby palaczy, a ci znajdą inne sposoby, żeby obejść unijny zakaz. Większość Polaków uważa też, że palacze powinni mieć prawo, aby samemu decydować, jakie papierosy chcą palić.

Negatywnie do planowanych zmian odnoszą się także sami palacze – zwłaszcza ci, którzy sięgają po papierosy mentolowe i z kapsułką. Ponad 60 proc. z nich jest zdania, że unijna dyrektywa ogranicza ich wolność wyboru i nie przyniesie oczekiwanych rezultatów. Jednocześnie wielu z nich nie rozumie tej zmiany i nie wie, z czego zakaz wynika. Zdecydowana większość z nich – bo aż 90 proc. – nie zamierza też z jego powodu rzucać palenia.

– Zdecydowana większość osób palących mentolowe papierosy nie zamierza kończyć z nałogiem. Około 50 proc. z nich planuje przerzucić się na tradycyjne papierosy, a tylko 16 proc. będzie szukać alternatywnych, legalnych wyrobów tytoniowych [jak e-papierosy czy podgrzewacze tytoniu – przyp. red.]. Z kolei prawie 20 proc. deklaruje, że będzie szukać tych produktów na czarnym rynku. Przy czym trzeba zaznaczyć, że ten wynik może być zaniżony, ponieważ z natury trudno nam się przyznać – nawet w badaniach – do tego, że zamierzamy łamać prawo – mówi Agnieszka Plencler, prezes Fundacji Forum Konsumentów.

– Blisko 20 proc. palaczy zadeklarowało, że zamierza szukać na czarnym rynku produktów, które zastąpią ich dotychczasowe papierosy mentolowe. To bardzo zły wynik, który oznacza, że ta grupa będzie sięgać po produkty z nielegalnego źródła, być może dużo gorszej jakości i o większej szkodliwości dla zdrowia – dodaje prof. Dominika Maison.

Prezes Fundacji Forum Konsumentów przestrzega przed kupowaniem papierosów mentolowych z szarej strefy, ponieważ stanowi to duże ryzyko związane z brakiem zachowania odpowiednich standardów i wątpliwą jakością takich produktów, które mogą być niebezpieczne dla zdrowia.

– Konsumenci powinni pamiętać, że kupowanie w szarej strefie to przede wszystkim ryzyko dla własnego zdrowia, ponieważ, po pierwsze, np. na bazarach – czy innymi kanałami – kupują produkty niewiadomej jakości, dość ryzykowne. Po drugie, jest to wspieranie nieuczciwej konkurencji, producentów, którzy wytwarzają coś w sposób nielegalny, a po trzecie – przekłada się to również na mniejsze wpływy do budżetu państwa – wylicza Agnieszka Plencler.

Wczoraj ukazał się także szósty raport Public Health England (PHE), czyli agencji wykonawczej ministerstwa zdrowia Wielkiej Brytanii, w którym eksperci zachęcają do korzystania z alternatyw dla papierosów. – Najlepszą rzeczą, jaką palacz może zrobić dla swojego zdrowia, jest całkowite rzucenie palenia. Elektroniczne papierosy mogą pomóc niektórym osobom rzucić palenie i są bezpieczniejszą alternatywą – powiedział prof. Chris Whitty, Chief Medical Officer for England.

Eksperci PHE podkreślają, że choć palenie e-papierosów nie jest całkowicie pozbawione ryzyka, są znacznie mniej szkodliwe niż papierosy. Produkty te zawierają znacznie mniej szkodliwych substancji, wywołujących choroby związane z paleniem, ale długoterminowe skutki ich używania pozostaną nieznane jeszcze przez jakiś czas. Specjaliści z Wielkiej Brytanii zwracają uwagę, że błędne przekonanie o  wyższej szkodliwości e-papierosów od zwykłych gwałtownie wzrosło wśród brytyjskich palaczy po przypadkach uszkodzenia płuc wśród ich konsumentów w USA jesienią 2019 roku. Władze USA potwierdziły jednak, że główną przyczyną śmierci pacjentów i zachorowań był octan witaminy E, środek zagęszczający dodawany właśnie do nielegalnych płynów (w Polsce i Wielkiej Brytanii) zawierających THC, czyli substancję czynną konopi indyjskich.

Eksperci w raporcie podkreślają, że polscy konsumenci muszą przede wszystkim rozumieć, po co i dlaczego zostaje wprowadzony zakaz mentoli. Tymczasem badania jednoznacznie pokazują, że większość Polaków – w tym palących papierosy – nie jest ani świadoma zbliżającego się zakazu, ani nie wie, z czego on wynika, i nie zamierza z jego powodu rzucać nałogu.

Forum Konsumentów zapowiada, że będzie śledzić efekty zmiany ustawodawczej, a tymczasem – w celu uświadomienia konsumentom zbliżających się zmian, które wejdą w życie 20 maja br. – wystartowało z akcją HASHZakazMentoli. Na stronie internetowej kampanii osoby palące mogą znaleźć wszystkie informacje związane z wejściem w życie zakazu sprzedaży mentoli, rady dotyczące tego, jak wyjść z nałogu, oraz informacje o ryzykach związanych z kupowaniem produktów tytoniowych w szarej strefie.

– Na pewno będziemy monitorować konsekwencje tej zmiany ustawodawczej, mamy nadzieję, że efekt będzie taki, jaki został zamierzony. Jednak biorąc pod uwagę wyniki badań, śmiemy w to wątpić, a ponadto nie jesteśmy zwolennikami metody zakazów i nakazów. Dlatego ruszamy z kampanią informacyjną, która wychodzi naprzeciw konsumentom – na stronie www.zakazmentoli.pl znajdą wszystkie niezbędne informacje i ostrzeżenia – mówi Agnieszka Plencler.

Kobiety 45+ Znikający uczestnicy rynku pracy

W ostatniej dekadzie sytuacja na rynku pracy uległa diametralnej zmianie, pozytywnie wpływając jednocześnie na pozycję kobiet, również tych z kilkunasto lub nawet kilkudziesięcioletnim stażem zawodowym. Widoczny już jednak trend spadkowy, powodujący powolny, lecz ponowny wzrost bezrobocia sprawia, że można patrzeć w przyszłość z lekkim niepokojem i troską o dalszą bezpieczną pozycję kobiet. I choć w niektórych przedziałach wiekowych % aktywnych zawodowo pań jest zbliżony lub identyczny jak panów, stale obserwowany jest niebezpieczny trend związany ze „znikaniem” z rynku pracy kobiet po 45 roku życia. Wiele pań ma nie tylko problem z utrzymaniem dotychczasowych stanowisk, ale również ze znalezieniem nowego zatrudnienia, często w innej niż dotychczas branży czy zawodzie, a z każdym kolejnym rokiem ich życia, znalezienie pracy staje się coraz trudniejsze. I choć mówi się, że zarówno płeć, jak i wiek, nie mają obecnie znaczenia w kwestii zatrudnienia, nadal mierzymy się ze stereotypami, stawiającymi kobiety w gorszej pozycji i powodującymi ich odpływ z rynku pracy, niestety często już definitywny. Dlaczego tak się dzieje i jakie mogą być główne powody takiej sytuacji oraz jak takiemu stanowi rzeczy mogą zapobiegać same zainteresowane?

Rynek pracy – kobiety vs. mężczyźni, a kwestia pokoleń

Cykl życia kobiet na rynku pracy znacząco różni się od cyklu mężczyzn. Panie później niż panowie wchodzą na rynek pracy, poświęcając się częściej zdobywaniu wykształcenia i zwykle już po kilku latach znikają z niego na jakiś czas, by urodzić i wychować potomstwo. Przerwa w ich życiu zawodowym trwa zwykle od kilku miesięcy do nawet kilku lat, a powrót do zawodowej rzeczywistości może być niezwykle trudny, nie tylko ze względu na „pauzę” w zatrudnieniu, ale często w związku z koniecznością poszukiwania nowego pracodawcy lub też zawodu. A następnie szybciej niż mężczyźni odchodzą na emeryturę. Opisany powyżej schemat zmienia się jednak w zależności od pokolenia i już obecnie widoczne są spore odchylenia od niego w najmłodszych grupach wiekowych zatrudnionych (obecnie na rynku pracy mamy przedstawicieli aż czterech pokoleń).

Według danych GUS, w styczniu 2020 roku stopa bezrobocia w Polsce wynosiła 5,5%, choć jak pokazują liczby, sytuacja delikatnie pogarsza się z każdym miesiącem. W 2018 roku aktywnych zawodowo było 60% kobiet w wieku produkcyjnym[1], choć % ten różnił się w zależności od przedziału wiekowego. Aktywność kobiet na rynku pracy jest mocno uzależniona od poziomu ich wykształcenia – pracuje znacznie więcej pań posiadających wyższe wykształcenie niż wykształcenie podstawowe. Przy zmianie listy obecnie wykonywanych zawodów w najmłodszych pokoleniach (szczególnie w pokoleniu Z) widoczny jest jednak trend rezygnacji z edukacji na rzecz zdobywania praktycznych umiejętności i doświadczenia zawodowego w różnych obszarach i organizacjach. Na krok taki decyduje się coraz więcej młodych kobiet, które postanawiają odłożyć na później edukację, by była ona bardziej dostosowana do ich zawodowych potrzeb.

W większości miejsc pracy 50% siły roboczej stanowią aktualnie przedstawiciele pokolenia Millenialsów, w wieku 38 lat i młodsi. Oznacza to, że wielu rekrutujących, którzy szukają talentów, może być uprzedzonych wobec starszych pracowników, często również kobiet, które przynajmniej z założenia posiadają już rodzinę i są zaangażowane w jej życie, i ignorować ich kandydatury na wakujące stanowiska. Pracodawcy szukają zaangażowania, nowych pomysłów i sposobów optymalizacji pracy, aby stale zapewniać lepsze wyniki. Najlepiej zatem pokazać im nie tylko własne umiejętności, podejście do pracy i wykonywanych obowiązków, ale również swój potencjał i pomysły na stały rozwój.

Nie popełniaj samobójstwa zawodowego

Proces poszukiwania pracy zmienił się (dostosowując się do różnych pokoleń), zatem zmianie musi ulec również podejście kandydatów, tym bardziej w przypadku kobiet ze starszych generacji pracowników. Rekruterzy patrzą już nie tylko na osiągnięcia i doświadczenie, ale oceniają również wygląd, sposób prezentowania się, mówienia i komunikowania, a także np. wygląd profilu na LinkedIn i ostatnie aktywności edukacyjno-rozwojowe czy eksperckie, nie mówiąc już o nastawieniu i otwartości na zmiany, technologie czy współpracowników. Nie można zatem spocząć na laurach i myśleć, że można utrzymać pracę lub łatwo znaleźć nową, bez inwestowania we własny rozwój, zarówno ten w obszarze umiejętności technicznych, jak i miękkich. Osoby rekrutujące poszukują osób zorientowanych na sukces. Chcą ludzi, którzy dostarczają wyniki i nie poprzestają we własnym rozwoju. Patrząc na zachowania starszych pokoleń pracowników na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci stwierdzić można jednak, że wiele osoby aktywnych zawodowo, osiągając pewien wiek nie inwestowało we własny rozwój, wycofywało się z rynku i nie wykazywało się już innowacyjnością, często również uniknąć wyzwań. Sytuacja taka miała miejsce również w przypadku wielu kobiet, które po powrocie na rynek pracy i łączeniu życia zawodowego z życiem rodzinnym nie poświęcały już czasu na własną edukację i rozwój.

Wiele osób boi się zmian i dodatkowego wysiłku, jaki trzeba podjąć, aby poradzić sobie z innowacjami i iść naprzód, a wiele pań dodatkowo boi się porażki. Kobiety osiągające pewien wiek, choć zaznaczam że ta sama sytuacja dotyczy również mężczyzn, muszą być obecnie antytezą stereotypu – gdy masz ponad 40 lat nie jesteś już kreatywna, brakuje Ci umiejętności technicznych i nie masz zapału, by wykonać „dobrą robotę”. Warto zatem stale inwestować we własny rozwój i każdego dnia mieć przekonanie, że stereotypy i obiegowe przekonania nie dotyczą mnie. W związku z niezwykle dynamicznym rozwojem technologii, zmieniających również, a może przede wszystkim, rynek pracy, przewiduje się, że „Rewolucja 4.0” może wpłynąć na jeszcze większą dyskryminację i znacząco osłabić pozycję kobiet na rynku pracy, pomimo stale rosnącej liczby absolwentek kierunków technicznych. Dotyczyć będzie to szczególnie pracujących pań posiadających już znaczne doświadczenie zawodowe. Warto zatem już teraz myśleć o jednoczesnym rozwoju umiejętności technicznych i miękkich, ale też otaczać się ludźmi o dobrym nastawieniu i charyzmie, którzy zarażają pozytywnym myśleniem, motywacją i energią do działania. Choć rynek pracy rządzi się oczywiście swoimi prawami i w różny sposób traktuje różne pokolenia pracowników, to w coraz większej liczbie krajów dostrzec można, że dyskryminacja ze względu na wiek zaczyna się znacznie szybciej, niż zakładano do tej pory i jest szczególnie widoczna w przypadku kobiet, pojawiając się nawet już w przypadku 40-latków. Klucz do tej sytuacji kryje się w kolejnym stereotypie dotyczącym zdolności ludzi do uczenia się nowych rzeczy, dostosowywania się i podejmowania inicjatyw w miarę starzenia się. I to rolą kobiet jest jego przełamanie. W Polsce coraz częściej mają one jednak świadomość zagrożeń i dlatego poświęcają czas na własną edukację czy zdobywanie nowych umiejętności lub zmianę kwalifikacji w kierunku bardziej technicznymtwierdzi Grzegorz Święch, Wiceprezes i Partner w firmie szkoleniowej Nowe Motywacje.

Udział kobiet w sile roboczej danego kraju jest odzwierciedleniem jego sytuacji gospodarczej, wzrostu i rozwoju, ale także poziomu wykształcenia, współczynnika dzietności, norm społecznych i innych czynników. Ma jednak pozytywny wpływ nie tylko na wyniki ekonomiczne, ale przede wszystkim na zajmowaną przez kobiety pozycję w społeczeństwie i ich rolę w jego dalszym rozwoju. To co jednak jest najważniejsze to zapewnienie im dostępu do wysokiej jakości edukacji, możliwości uczenia się przez całe życie oraz miejsc pracy, które pozwolą im aktywnie uczestniczyć w życiu społeczeństwa na każdym etapie ich życia, bez względu na wiek czy sytuację osobistą. Można mieć jednak nadzieję, że kurczące się zasoby dostępnych „rąk do pracy” spowodują, że kobiety w wieku 45+ nie będą niczym duchy znikać bez śladu z rynku pracy, ale coraz mocniej zaznaczać na nim swoją obecność i rozwijać karierę w kolejnych obszarach. Tkwiący w nich potencjał jest bowiem tak ogromy, że jego niewykorzystanie byłoby stratą zarówno dla nich samych, jak i całego społeczeństwa. Być może nie każdy wie, że kariera wielu kobiet sukcesu np. Very Wang, Marthy Steward, Anny Wintour czy Marii Skłodowskiej Curie, zaczęła się już dobrze po 40-tce.

[1] https://www.parp.gov.pl/storage/publications/pdf/2019_BKL_raport_zbiorczy.pdf

Ministerstwo Rozwoju: W ułamku procenta zachodzi ryzyko, że koronawirus przełoży się na stan naszej gospodarki. Rząd nie przygotowuje się na trudne czasy

Agencja S&P zweryfikowała swoje spojrzenie na wpływ SARS-CoV-2 na gospodarkę, a OECD zaapelowała do banków centralnych i rządów o wsparcie rynków, aby zapobiec jeszcze większemu spowolnieniu. – Zachodzi ryzyko, ale w ułamku procenta, że znajdzie to odzwierciedlenie w naszej gospodarce – powiedział Wojciech Murdzek, sekretarz stanu w Ministerstwie Rozwoju. Epidemia koronawirusa obejmuje już 83 kraje na wszystkich kontynentach. Wczoraj pierwszy przypadek został potwierdzony także w Polsce.

Z ocen agencji S&P wynika, że makroekonomiczne skutki koronawirusa od ostatniego raportu z 11 lutego są dwa razy większe. Obniżyła więc swoje prognozy globalnego wzrostu PKB z przewidywanych w grudniu 3,3 proc. do 2,8 proc. Obniżyła też o 0,9 p.p. tempo wzrostu chińskiej gospodarki, a o 0,7 włoskiej.

Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju jest jeszcze bardziej sceptyczna. Jej zdaniem globalny PKB wzrośnie nie więcej niż 2,4 proc., i  to pod warunkiem, że koronawirus przestanie się rozprzestrzeniać po I kwartale. W przeciwnym przypadku może spaść nawet do 1,5 proc.

Zagrożona jest również strefa euro, której gospodarka spowolni z prognozowanych wcześniej 1,1 proc. do 0,8 proc. OECD zaapelowała więc do rządów i banków centralnych o wzmocnienie poszczególnych gospodarek, aby oprócz epidemii nie rozprzestrzeniała się również recesja. Pierwszy zareagował Fed, który niespodziewanie obniżył stopy procentowe. Jego śladem poszły banki centralne Kanady, Australii i Malezji. Spowolnienie może też dotknąć Polskę, ale NBP zachował spokój.

Na pewno w gospodarce są zjawiska, które pilnie musimy obserwować. Odzwierciedlają się one we wzroście lub spadku PKB i wskazują, czy mamy wzrost gospodarczy, czy grozi nam stagnacja. Cieszymy się, że na tle innych krajów polska gospodarka wykazuje zdecydowanie większą stabilność, i chcemy, żeby rosła w tempie ponad 3-proc. i powyżej średniego europejskiego PKB  – mówi Wojciech Murdzek,  sekretarz stanu w Ministerstwie Rozwoju.

Zdaniem analityków Citibanku scenariusz taki może być jednak zagrożony. Ich zdaniem, gdyby nie epidemia, polska gospodarka rzeczywiście rosłaby w tempie 33,5 proc. Z końcem lutego, czyli zanim koronawirus trafił do Polski, obniżyli już swoje prognozy do 2,8 proc.

–  Nie jesteśmy wyizolowaną wyspą, ale analizy zawsze są trudne, bo w tej chwili nie tylko ci, którzy zajmują się naszym zdrowiem, ale też świat gospodarczy stawia sobie pytania, na ile ten kryzys związany z koronawirusem przełoży się na gospodarkę. Wiemy, że tąpnięcie w Chinach jest bardzo wyraźne, a ten kraj i gospodarka globalna to naczynia połączone. Zachodzi ryzyko, ale w ułamku procenta, że znajdzie to odzwierciedlenie w naszej gospodarce  mówi Wojciech Murdzek.

Zdaniem OECD PKB chińskiej gospodarki spadnie do 4,8 proc. Spadną też obroty handlowe między Chinami i innymi państwami, co Polska może odczuć  nie tylko bezpośrednio, ale i pośrednio. Bezpośrednio, ponieważ gros towarów importujemy z Chin, a pośrednio, ponieważ od dawna odczuwalne jest spowolnienie gospodarcze Niemiec, które są naszym największym partnerem handlowym, a znaczącym dla Chin. Niektóre przedsiębiorstwa już zaczęły sygnalizować brak importowanych półproduktów.

– Powinniśmy więc zachęcać do szukania dywersyfikacji rynków docelowych. To jest wyzwanie, ale Polacy potrafią – nazwijmy to – improwizować gospodarczo, bo przecież spowolnienie w Niemczech nie przełożyło się wprost na polską gospodarkę. Stało się tak, ponieważ zbudowaliśmy powiązania gospodarcze z wieloma różnymi krajami, choćby z Chinami, do których eksport w 2019 roku wzrósł aż o 25 proc., wypełniając lukę, która pojawiła się gdzie indziej tłumaczy sekretarz stanu w Ministerstwie Rozwoju.

Resort nie wyklucza, że spowolnienie może się przełożyć na zahamowanie wzrostu cen. Nie widzi więc powodu, żeby podejmować jakieś nadzwyczajne działania.

– Rząd nie przygotowuje się wprost na trudne czasy, bo stara się reagować na rzeczywistość w sposób dynamiczny i płynny. Cały czas staramy się podnosić poprzeczkę, akcentować, że rozwój gospodarczy jest podstawową bazą i siłą naszego kraju. Wszystkie rozwiązania temu służą. Pracujemy nad kolejnymi ustawami, które mają wspierać inwestycje i innowacje. To jest właśnie nie permanentne przygotowywanie się, tylko ciągła gotowość do szukania coraz lepszych rozwiązań i do wspierania gospodarki jako podstawy wszystkich poczynań związanych z budżetem podkreśla Wojciech Murdzek.

Polscy i francuscy naukowcy zacieśniają współpracę. Jej najsilniejsze obszary to fizyka i biologia

Międzynarodowa współpraca to dla naukowców z Polski szansa na wymianę doświadczeń i wiedzy, poszerzenie perspektyw, zdobycie większego finansowania, a także na szybszą komercjalizację efektów prac badawczych. Polscy badacze – szczególnie fizycy, matematycy i biolodzy – od lat rozwijają ją na gruncie polsko-francuskim. Dowodem na jej potencjał jest przyznana właśnie po raz pierwszy Polsko-Francuska Nagroda Naukowa im. Marii Skłodowskiej i Pierre’a Curie. Otrzymały ją dwa polsko-francuskie tandemy naukowców za wieloletnią współpracę, która zaowocowała m.in. prestiżowymi publikacjami naukowymi.

– Współpraca polskich uczonych z naukowcami i uczelniami z innych krajów jest niezwykle ważna, bo, po pierwsze, dzięki niej powstają świetne publikacje, a po drugie – buduje się środowisko naukowe. Tym, co nas niszczy – czasem nawet wśród polskich naukowców – jest fakt, że współzawodniczymy o granty przyznawane przez różne instytucje. Tymczasem w wielu przypadkach powinniśmy ze sobą współpracować – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes prof. Maciej Żylicz, prezes Fundacji na rzecz Nauki Polskiej.

Jak podkreśla, polscy uczeni szczególnie fizycy, matematycy i biolodzy współpracują ze wszystkimi ważnymi ośrodkami naukowymi na świecie i publikują wyniki swoich prac, co przekłada się nie tylko na międzynarodowy prestiż. Choć istnieją różnice kulturowe i komunikacyjne między badaczami z różnych państw, a problemy sprawiają też rezygnacja ze współzawodnictwa czy różnice w standardach i dokumentacji naukowej, to dla naukowców współpraca ta daje szansę na wymianę doświadczeń i wiedzy, poszerzenie perspektyw, zdobycie większego finansowania, a także szybszą komercjalizację efektów prac badawczych.

– Publikacje, które powstają w wyniku współpracy naukowej, są lepiej rozpoznawalne na świecie, a opłaca się ona niemal wszystkim – mówi prof. Maciej Żylicz. – Jeżeli chcemy publikować dobre prace, które będą zauważone przez społeczność naukowców – najlepiej, żeby one powstawały właśnie w wyniku współpracy.

– Współpraca międzynarodowa zawsze daje pewien efekt synergii. Mamy różne wykształcenie i pochodzenie, inny sposób rozumienia rzeczywistości, bo pochodzimy z różnych środowisk. To wzbogaca, rozwija i ułatwia działalność – dodaje prof. Jakub Zakrzewski z Wydziału Fizyki, Astronomii i Informatyki Stosowanej Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Polsko-francuską współpracę rozwija też Fundacja na rzecz Nauki Polskiej. W ramach prowadzonego przez nią programu Międzynarodowe Agendy Badawcze przy wsparciu Komisji Europejskiej powstają w Polsce tzw. centra doskonałości – czyli wyspecjalizowane jednostki, które prowadzą interdyscyplinarne badania w międzynarodowych zespołach (przy pomocy wiodących instytucji i agencji ds. badań w Europie). FNP utworzyła już 14 takich jednostek – z czego trzy we współpracy z francuskimi ośrodkami naukowymi.

– Współpraca polsko-francuska od lat jest najbardziej zaawansowana w fizyce, natomiast bardzo dobrze rozwija się też w innych naukach ścisłych i w naukach humanistycznych. Mamy Instytut Polski w Paryżu, który działa od XIX w., prowadzi działalność i się rozwija – mówi prof. Jakub Zakrzewski.

Dowodem na to, że polsko-francuska współpraca naukowa jest silna, ale ma dalszy potencjał do rozwoju, są przyznane właśnie po raz pierwszy Polsko-Francuskie Nagrody Naukowe im. Marii Skłodowskiej i Pierre’a Curie. Zostały one ustanowione w ubiegłym roku przez Fundację na rzecz Nauki Polskiej i Francuską Akademię Nauk wspólnie z francuskim Ministerstwem Szkolnictwa Wyższego, Nauki i Innowacji z okazji Polsko-Francuskiego Roku Nauki  w celu wspierania i promowania polsko-francuskiej współpracy naukowej. Nagrody, których wysokość wynosi 15 tys. euro dla każdego z laureatów. przyznano w drodze konkursu.

– Ta nagroda naukowa jest ukoronowaniem naszej wspólnej pracy. Wielu z nas współpracuje z ośrodkami naukowymi we Francji i osiągnęło tam sukces. Mało tego, pozyskujemy pieniądze na dalszą współpracę. Dzięki temu studenci i doktoranci mają szansę wyjechać do Francji, a francuscy naukowcy mogą przyjechać do Polski. Tak się buduje międzynarodowe środowisko – mówi prof. Maciej Żylicz.

W tym roku laureatami pierwszej nagrody zostały dwa zespoły naukowców. Pierwszy z nich tworzą dr hab. Marcin Szwed (Instytut Psychologii Uniwersytetu Jagiellońskiego) i neurolog, prof. Laurent Cohen (Instytut Badań nad Mózgiem i Rdzeniem Kręgowym w Paryżu), którzy współpracują od 2007 roku. Zostali docenieni za nowatorskie badania dotyczące procesów zachodzących w mózgu podczas czytania. Ich eksperymenty wykazały, że u osób niewidomych czytanie za pomocą alfabetu Braille’a pobudza te same obszary wzrokowe, co zwykłe czytanie u osób widzących. Naukowcy dowiedli, że specjalizacja korowa mózgu wynika ze specyfiki zadania część wzrokowa kory mózgowej nauczyła się czytać brajlem, mimo że powinna za to odpowiadać jej część dotykowa.

Eksperyment pokazał, że mózg jest bardziej plastyczny, niż naukowcy wcześniej zakładali, a obszary kory mózgowej odpowiedzialne za wzrok czy słuch potrafią się przestawić na odbiór informacji z innych zmysłów. Wyniki badań zostały opisane w siedmiu artykułach naukowych.

– Mam bardzo pozytywne doświadczenia związane ze współpracą naukową z dr. Marcinem Szwedem. Jestem pewien, że będzie ona kontynuowana. Wpisuje się ona w tradycję współpracy kulturalnej pomiędzy naszymi krajami. Polska i Francja, czyli państwa o tak długich tradycjach intelektualnych i naukowych, powinny ze sobą współpracować – mówi prof. Laurent Cohen.

Drugi nagrodzony zespół to fizycy, prof. Jakub Zakrzewski (Wydział Fizyki, Astronomii i Informatyki Stosowanej Uniwersytetu Jagiellońskiego) oraz dr hab. Dominique Delande (Narodowe Centrum Badań Naukowych we Francji, CNRS), którzy współpracują od 1995 roku i zostali wyróżnieni za osiągnięcia dotyczące fizyki układów kwantowo-mechanicznych. Zrozumienie podstawowych procesów mikroskopowych zachodzących w tych układach ma ogromne znaczenie dla szybkiego rozwoju technologii kwantowych. Przez 28 lat naukowcom udało się zbudować wzorcowy system długoterminowej współpracy między polskimi i francuskimi grupami badawczymi, a owocem ich badań jest 36 wspólnych publikacji z czego siedem ukazało się w prestiżowym czasopiśmie naukowym „Physical Review Letters”.

Jak podkreśla prezes Fundacji na rzecz Nauki Polskiej, prof. Maciej Żylicz zainteresowanie konkursem było bardzo duże, co pokazuje, że naukowe kontakty pomiędzy badaczami z Polski i Francji się rozwijają.

– Złożonych zostało aż 51 nominacji, mimo że czas na wybór nagrody był bardzo krótki. Wiele wniosków było bardzo dobrych, co pokazuje, że współpracę polsko-francuską prowadzimy już od lat, nieformalnie, oddolnie. Ona jest stymulowana przez przyjaźń i ciekawość naukową – myślę, że w ten sposób robi się prawdziwą naukę – mówi prof. Maciej Żylicz.

Powstaje Genomiczna Mapa Polski. Będzie pomagać w lepszym doborze leków i walce z groźnymi chorobami

Trwają coraz bardziej zaawansowane badania genetyczne. Opracowywana jest Genomiczna Mapa Polski, która pozwoli na wprowadzanie na rynek leków celowanych. Coraz więcej start-upów i młodych firm pracuje nad analizą danych genetycznych, która może przyczynić się do lepszego doboru leków w konkretnych chorobach. Krakowska firma Intelliseq chce oferować szpitalom i uczelniom przystępne cenowo oprogramowanie do analizy genów.

– Nasze oprogramowanie ma na celu zautomatyzowanie i przyspieszenie procesu analizowania danych genetycznych i usprawnienie pozyskiwania informacji z kodu genetycznego – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Rafał Sobczak, dyrektor ds. produktu w Intelliseq. – Rynek jest ciągle w początkowej fazie. Pierwszy genom zsekwencjonowano mniej więcej 15 lat temu. Od tego czasu zaczęły powstawać kolejne firmy, jednak nie obawiamy się konkurencji. Udało nam się znaleźć własną niszę.

Krakowski Intelliseq działa na rynku badań genomicznych, oferując oprogramowanie do analizy badań genetycznych. Obecnie prowadzi dwa projekty. PGx Plus zakłada opracowanie oprogramowania do farmakogenomiki, które bada wpływ genomu danej osoby na leki i pozwala na ich optymalny dobór. Celem projektu Mobigen jest z kolei opracowanie aplikacji mobilnej, która w przejrzysty i czytelny sposób zaprezentuje użytkownikowi informacje z dziedziny genetyki personalnej. Firma rozwija też system do analizy danych genetycznych z NGS (Next Generation Sequencing).

–  Na rynku są dostępne bardzo zaawansowane metody, które są drogie w zakupie, jak również kosztowne we wdrożeniu. Nasze rozwiązanie nie wymaga dużych nakładów na start. Dzięki temu jest dostępne dla wielu laboratoriów i tym samym pozwala im wejść na rynek danych genetycznych – zaznacza Rafał Sobczak. – Z naszym rozwiązaniem chcielibyśmy trafić do laboratoriów, do uniwersytetów i do tzw. core facilities przy uniwersytetach i przy szpitalach.

Z kolei Inno-Gene opracowuje Genomiczną Mapę Polski. W jej ramach firma wykona 5 tys. sekwencjonowań genomowych mieszkańców Polski. Na ich podstawie utworzy narzędzia bioinformatyczne. To największy w historii Polski projekt genetyczny. Jego efektem będzie lepsze profilowanie i wprowadzenie leków celowanych. Instytut Chemii Bioorganicznej PAN przekazał pod koniec lutego pierwszych 500 próbek do badań.

W połowie 2020 roku planowana jest z kolei komercjalizacja projektu PCR|ONE warszawskiej spółki Scope Fluidics. System ten pozwoli na analizę materiału biologicznego pacjenta i identyfikację ewentualnych zakażeń bakteryjnych. Docelowo ma on skrócić czas wykrycia gronkowca złocistego z doby do 15 minut, co może okazać się szczególnie pomocne w szpitalach, gdzie najczęściej dochodzi do zakażenia tą bakterią.

W marcu ruszy natomiast usługa Intelliseq.

– My już używamy tego rozwiązania wewnątrz naszej firmy, wykorzystujemy silnik, który analizuje dane genetyczne. Wykonujemy już usługi dla wielu ciekawych podmiotów z Polski i z zagranicy, głównie ze Stanów Zjednoczonych. Jednak uruchomienie produktu, z którego będzie można skorzystać  w formie SaaS (Software as a Service – przyp. red.), jest przewidziane na marzec – mówi Rafał Sobczak.

Według danych Allied Market Research globalny rynek NGS był w 2018 roku wart 4,5 mld dol. W 2026 roku jego wartość ma osiągnąć poziom 18,56 mld dol., rosnąc rok do roku o 19,2 proc.

Polska musi gonić Europę pod względem innowacyjności. Najbardziej obiecującymi obszarami są biomedycyna i energetyka

Z Europejskiego Rankingu Innowacyjności opracowanego przez Komisję Europejską wynika, że w 2019 roku kraje unijne po raz pierwszy przegoniły pod względem wdrażania innowacyjnych projektów technologicznych Stany Zjednoczone, ustępując jedynie Japonii oraz Korei Południowej. Polska gospodarka zajmuje czwarte miejsce od końca pod względem innowacyjności wśród krajów unijnych. W poprawieniu naszej pozycji w rankingu mogą pomóc konkursy oraz programy wsparcia dla obiecujących przedsiębiorców, a w jednym z nich ogłoszono polskie produkty przyszłości.

– Zachęcamy przedsiębiorców z wszystkich branż, żeby przychodzili do Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości po wsparcie, startowali w różnych konkursach. Nagradzane produkty przedsiębiorców i jednostek naukowych dotyczą bardzo różnych branż. W tym roku do konkursu Polski Produkt Przyszłości zgłosiło się prawie 100 projektów i są to gotowe produkty, które często przeszły już kilkuletnią, a czasami kilkunastoletnią drogę – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Małgorzata Oleszczuk, prezes Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości.

Uczestnicy 22. edycji konkursu Polski Produkt Przyszłości ubiegali się o trzy granty w wysokości 100 tys. zł na rozwój projektów z takich sektorów jak biotechnologia, chemia, elektronika czy medycyna. Inicjatywa ta ma zachęcić przedsiębiorców oraz ośrodki naukowe do prac nad innowacyjnymi rozwiązaniami, które mają potencjał na sukces w skali międzynarodowej.

Za najbardziej obiecującą innowację z sektora prywatnego uznano inteligentny stetoskop StethoMe, który pozwala przeprowadzić samodzielne badanie w domu pacjenta. Nagrodę innowacyjności w sektorze nauki i szkolnictwa wyższego przyznano Akademii Górniczo-Hutniczej za stworzenie protezy ucha środkowego Otoimplant o działaniu bakteriobójczym. W kategorii głównej nie wyłoniono zwycięzcy, lecz przyznano jedno wyróżnienie dla Fundacji Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu oraz firmy Innosil za opracowanie produktu stymulującego odporność roślin.

– Biomedycyna ma bardzo dużą przyszłość, drugim takim obszarem jest energetyka. Branże te mają tak duży potencjał dlatego, że jest bardzo duże zapotrzebowanie na tego typu produkty nie tylko w Polsce, ale i na świecie. W mojej subiektywnej ocenie najciekawszym produktem w konkursie Polski Produkt Przyszłości była szyba z nanokryształami, która potrafi nie tylko wytworzyć energię elektryczną z promieni słonecznych, ale również zaabsorbować około 80 proc. ciepła, nie wpuszczając go do budynku – wskazuje Wojciech Kamieniecki, dyrektor Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.

Jednym z kluczowych problemów, z jakim zmagają się polscy innowatorzy, są niewielkie zasoby finansowe przeznaczane na działalność badawczo-rozwojową zarówno w sektorze publicznym, jak i prywatnym. Plan na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju opublikowany przez polski rząd w 2016 roku zakładał, że do 2020 roku wydatki na ten cel wzrosną do 2 proc. PKB. Tymczasem z najnowszych badań Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że dziś wskaźnik ten wynosi zaledwie 1,21 proc. PKB. Unijna średnia wydatków na innowacje jest blisko dwukrotnie wyższa.

Polska może mieć także problem z realizacją założeń programu Europa 2020, który zakłada, że do końca bieżącego roku wskaźnik innowacyjności Unii Europejskiej osiągnie poziom 3 proc. unijnego PKB. Aby zrealizować te założenia, wskaźnik innowacyjności polskiej gospodarki powinien wzrosnąć powyżej poziomu 1,7 proc. PKB.

Konkursy takie jak Polski Produkt Przyszłości mają pomóc przedsiębiorcom oraz ośrodkom naukowym wybić się na tle europejskich i globalnych rozwiązań.

– Wydawałoby się, że technologie techniczne w Polsce to jest abstrakcja, ale okazuje się, że nie, i bardzo się z tego cieszę, bo nie możemy tracić dystansu w bardzo rozwojowych dziedzinach – mówi Wojciech Kamieniecki.

W 2020 roku NCBiR ma większe środki do rozdysponowania. Oprócz normalnego budżetu dostępne są także środki z nadkontraktacji.

– To są oszczędności, które się uwidoczniły przy realizacji projektów z zeszłych lat, lub też środki, które były zaoszczędzone w wyniku przerwania niektórych projektów na pewnym etapie prac badawczych. Badania przy ocenie wniosku są zawsze stopniowane i po osiągnięciu pewnego „kamienia milowego” następuje ocena. Jeżeli okaże się, że badania nie idą w kierunku przewidywanych efektów, tylko gdzieś zbaczają albo udowadniają, że ten efekt jest niemożliwy, to ten projekt kończymy. Środki wracają wtedy do puli i możemy dysponować nimi ponownie – wyjaśnia Wojciech Kamieniecki.

Web Push – przeglądarki powiedziały dość!

Czy zauważyliście, że Firefox i Chrome zaczęły blokować powiadomienia Web Push, czyli krótkie wiadomości, które za zgodą użytkowników wyświetlały się w przeglądarce internetowej? Według niedawnych badań Firefox’a, irytowały one aż 97 proc. użytkowników! W trosce o ich komfort przeglądarka od stycznia br. znacząco ograniczyła inwazyjność tego sposobu komunikowania się stron internetowych z nami. W zeszłym miesiącu w ślady swojego konkurenta poszedł Chrome, a wkrótce na podobny krok powinien zdecydować się także Edge – informuje serwis Domeny.pl.

Strony internetowe wykorzystywały powiadomienia Web Push do informowania w krótkiej formie o np. nowych informacjach opublikowanych na stronie. Prośba o zezwolenie na wyświetlanie tego typu komuników pojawiała się zawsze podczas pierwszego kontaktu użytkownika ze stroną. Po jej akceptacji, witryna mogła wysyłać powiadomienia.

Eksperyment Fierfox’a przesądził sprawę

„W jaki sposób na to narzędzie reagowali użytkownicy? Takie pytanie zadał sobie niedawno Firefox i przeprowadził eksperyment, żeby to sprawdzić. Jego wyniki pokazały między innymi, że aż 99 proc.  wyświetlających się powiadomień nie zostało zaakceptowanych przez użytkowników – w tym niemal 48 proc. zostało wprost zanegowanych, a pozostałe 52 proc. powiadomień zostało zamkniętych przez wybranie opcji ‘nie teraz’. Dodatkowo ustalono, że jeżeli użytkownik nie wyrazi zgody na Web Push za pierwszym razem, nie zrobi tego również później” – mówi Elżbieta Kornaś z serwisu Domeny.pl.

Bazując na wynikach swojego eksperymentu, Firefox wprowadził w styczniu zmiany w sposobie wyświetlania komunikatów Web Push.

„Dotychczas pojawiające się okienka zostały zastąpione przez ikonki powiadomienia. Znalazły one miejsce w pasku przeglądarki – zaraz obok ikonki „kłódki”, która symbolizuje, że oglądana witryna jest bezpieczna, bo posiada certyfikat SSL. Dopiero w tym momencie, po najechaniu ikonki, użytkownik ma kontakt z notyfikacją. Użytkownik, chcąc dołączyć do bazy subskrybentów, będzie musiał kliknąć w pasku przeglądarki widoczną ikonkę i wówczas wyrazić zgodę na otrzymywanie komunikatów” – tłumaczy serwis Domeny.pl.

Chrome idzie w ślady Firefoxa, wkrótce powinien dołączyć Edge

Od lutego śladem Firefoxa podążył także Chrome, który w wersji nr 80 swojej przeglądarki wprowadził m.in. zmiany związane z komunikatami Web Push. Stały się one obecnie cichsze.

„Automatyczne blokowanie powiadomień push odbywa się tu w przypadku dwóch sytuacji. Pierwsza z nich jest związana z doświadczeniami użytkowników. Ci, którzy konsekwentnie pozostają niewzruszeni na pojawiające się komunikaty, blokując powiadomienia, nie będą musieli robić tego ręcznie. Blokowanie zostanie włączone domyślnie. Druga sytuacja dotyczy witryn, na których współczynnik akceptacji powiadomień Web Push jest na bardzo niskim poziomie, czyli w praktyce dla większości. Tu również Chrome będzie domyślnie blokował powiadomienia” – wyjaśnia serwis Domeny.pl.

Eksperci Domeny.pl spodziewają się, że wkrótce na ograniczenie inwazyjności Web Push w podobny sposób, jak Chrome, powinna się także zdecydować przeglądarka Edge, która od swojej najnowszej wersji bazuje na silniku Chromium – takim samym, jak wykorzystywany przez przeglądarkę Google’a. Zwracają oni też uwagę, że najwcześniej komunikaty Web Push zostały ograniczone w przeglądarce Safari. Witryny nie mogą w niej wyświetlać prośby o zgodę na powiadomienia podczas ładowania strony internetowej. Mogą natomiast poprosić o taką zgodę w odpowiedzi na interakcję użytkownika na stronie.

„Za powiadomieniami Web Push użytkownicy raczej nie będą tęsknić. Niejednokrotnie zdarzało się przecież, że omyłkowo klikali oni niewłaściwy przycisk i tym samym zgadzali się na aktywację powiadomień. To stanowiło nie lada gratkę dla cyberprzestępców, którzy często przejmowali kontrolę nad tym narzędziem na witrynach i używali go do rozpowszechniania podejrzanych linków. Jedno niewłaściwie kliknięcie, a na komputerze moglibyśmy mieć złośliwe oprogramowanie. Dlatego to dobrze, że komfort i bezpieczeństwo użytkowników stały się priorytetem dla najpopularniejszych przeglądarek” – komentuje Elżbieta Kornaś.

Małgorzata Fibakiewicz awansuje w strukturach BNP Paribas Real Estate Poland

Z początkiem roku 2020 Małgorzata Fibakiewicz objęła stanowisko Dyrektora Zarządzającego ds. sektora nieruchomości biurowych i projektów strategicznych w BNP Paribas Real Estate Poland.

Małgorzata Fibakiewicz posiada 15-letnie doświadczenie na polskim rynku nieruchomości. W BNP Paribas Real Estate Poland pełniła dotychczas rolę Dyrektora Działu Powierzchni Biurowej oferując rozwiązania dopasowane do potrzeb i oczekiwań wynajmujących, najemców oraz inwestorów.

W ramach awansu Małgorzata Fibakiewicz przejęła nowy zakres obowiązków. W najbliższym czasie skupi się na stworzeniu platformy, której będzie oferować kompleksowe usługi dla klientów z sektora biurowego z wykorzystaniem multidyscyplinarnych kompetencji poszczególnych linii biznesowych. Ważnym obszarem działalności Małgorzaty będą również szeroko rozumiane projekty strategiczne które pozwolą na dalszy, intensywny rozwój spółki w Polsce, w perspektywie krótko i długookresowej. Dodatkowo, wykorzystując doświadczenia Małgorzaty w obszarze account managementu, przejmie ona odpowiedzialność za doradztwo i obsługę klientów korporacyjnych w zakresie projektów nieruchomościowych.

Erik Drukker, Prezes Zarządu, Europa Środkowo-Wschodnia, BNP Paribas Real Estate Poland
Erik Drukker, BNP Paribas Real Estate

Biorąc pod uwagę naszą strategię, zmierzającą do intensywnego rozwoju spółki, realizacja strategicznych projektów to jeden z kluczowych jej elementów. W naturalny sposób podnoszą one bowiem efektywność i zyskowność wszystkich linii biznesowych. Powołanie Małgorzaty na stanowisko Dyrektora Zarządzającego to kolejny etap ekspansji naszej organizacji. Znajomość sektora nieruchomości biurowych, otwartość na innowacje, a także umiejętność zarządzania projektami z pewnością pozwolą Małgosi odnieść sukces, a nam realizować nasze cele – Erik Drukker CEO, CEE w BNP Paribas Real Estate

Branża nieruchomości coraz częściej odchodzi od tradycyjnych rozwiązań stając się przez to coraz bardziej wymagająca. Klienci są świadomi swoich potrzeb, które dodatkowo dynamicznie się zmieniają. Dla nas oznacza to pracę nad nowymi rozwiązaniami i ofertą, która sprosta rosnącym oczekiwaniom naszych klientów. Innowacyjność staje się priorytetem zarówno w kwestii stosowanych narzędzi jak i samego podejścia do potrzeb partnerów biznesowych. Okazane mi zaufanie, jakim jest powierzenie tego stanowiska, jest dla mnie ogromnym zaszczytem, a jednocześnie ogromnym wyzwaniem, któremu mam nadzieję, uda mi się sprostać. Wierzę bowiem, że dzięki ciężkiej wspólnej pracy uda nam się zrealizować nasze coraz ambitniejsze cele

Małgorzata Fibakiewicz, Dyrektor Zarządzający ds. sektora biurowego & projektów strategicznych.

Coraz bliżej 10 tysięcy złotych za metr kwadratowy w Warszawie

Co dzieje się z cenami mieszkań, kiedy popyt jest tak duży, że może przewyższać podaż? Ceny mieszkań rosną i właśnie pod znakiem regularnych wzrostów cen w Warszawie upłynął cały 2019 rok. Opierając się na danych transakcyjnych jednoznacznie możemy potwierdzić, że średnia cena 1m2 mieszkania w 2019 roku przekroczyła 9 tys. zł i zmierza ku 10 tys. zł.

Rynek wtórny w gąszczu wielu publikacji pozostaje w cieniu rynku pierwotnego Natomiast jest to rynek trudniejszy do zbadania, bardziej rozproszony, mniej mierzalny w porównaniu do łatwości obserwacji działalności i wyników spółek deweloperskich. Rynek tak samo ciekawy i tak samo rozgrzany w ostatnim czasie.

Przeciętna cena transakcyjna mieszkania w 2019 roku wyniosła 9 285 zł/m2. Jeszcze na początku roku, czyli w I kw. 2019 r. dynamika wzrostu cen wynosiła około 10%, jednak kolejne kwartały przyniosły lekkie spowolnienie wzrostu. Zgodnie z badaniami SonarHome tempo wzrostu cen mieszkań z rynku wtórnego zwolniło w 2019 roku do około 6% (2019 vs 2018 r.). Nie znaczy to jednak, że ceny przestaną rosnąć, tutaj dużą rolę odgrywa popyt – czyli kupujący, których do tej pory nie powstrzymuje ogólne spowolnienie gospodarcze kraju.

Po przekroczeniu granicy cenowej 9 tys. zł/m2 widzimy wyraźne spowolnienie wzrostu w kolejnych kwartałach. Bardzo dobrze to zjawisko odzwierciedla wykres zmiany cen mieszkań od I kw. 2018 r. do IV kw. 2019 roku. Na tej podstawie możemy przypuszczać, że dalsza droga ku 10 tys. zł/m2 jest jak najbardziej możliwa jednak ceny będą rosły wolniej niż dotychczas.” – mówi Barbara Bugaj, główny analityk ds. rynku nieruchomości w SonarHome.

Średnie ceny transakcyjne 1 m2 mieszkania w Warszawie

Średnie ceny transakcyjne 1 m2 mieszkania w Warszawie
źródło: SonarHome
* w przypadku wartości dotyczących ostatnich miesięcy 2019 roku zastosowano prognozę wartości z powodu trwającego procesu pobierania danych transakcyjnych z tego okresu.

Ponad 10 tys. zł/m2 już w pięciu dzielnicach

W pięciu warszawskich dzielnicach za 1m2 mieszkania z rynku wtórnego kupujący zapłacili więcej niż 10 tys. zł. Ceny transakcyjne nominalnie przekroczyły już poziom z poprzedniego boomu na rynku nieruchomości, który miał miejsce w latach 2007-2008. Pozycja liderów pod względem ceny za 1m2 się nie zmienia. Na średnią cenę w stolicy, najmocniej wpływają dzielnice, w których zawierana jest najwyższa liczba transakcji, czyli Mokotów i Wola.

  • Śródmieście – 12 404 zł/m2
  • Żoliborz – 10 878 zł/m2
  • Wola – 10 212 zł/m2
  • Wilanów – 10 168 zł/m2
  • Mokotów – 10 100 zł/m2

Średnie ceny mieszkań w dzielnicach Warszawy vs średnia cena 1 m2 w całym mieście

Średnie ceny mieszkań w dzielnicach Warszawy vs średnia cena 1 m2 w całym mieście
źródło: SonarHome

„Najbardziej dynamicznie rosły ceny na Włochach (9%) i Ursusie (10%), Nie bez znaczenia w ich przypadku były wciąż niskie na tle całej Warszawy ceny mieszkań. W 2019 roku za mieszkanie z rynku wtórnego kupujący na Ursusie płacili średnio 7,8 tys. zł/m2 a na Włochach 8,6 tys. zł/m2. Oprócz ceny, która jest jednym z najważniejszych kryteriów, zaletą Ursusa i Włoch są połączenia komunikacyjne z różnych części tych dzielnic: zarówno stacje kolejowe (między innymi Koleje Mazowieckie), połączenia regionalne oraz WKD (Warszawska Kolej Dojazdowa). Kolejnym czynnikiem wpływającym na wyraźne odbicie ceny średniej jest niska wartość bazowa cen w tych dzielnicach w 2018. W takim przypadku przy wzroście cen średnich wartość procentowa rośnie wyraźniej niż w przypadku dzielnic z wysoką wartością bazową w poprzednim roku (czyli np. Śródmieście, Żoliborz)” – komentuje Barbara Bugaj, główny analityk rynku nieruchomości w SonarHome.

Wzrost ceny 1 m2 mieszkania w Warszawie w podziale na dzielnice (2019 vs 2018)

Wzrost ceny 1 m2 mieszkania w Warszawie w podziale na dzielnice
źródło: SonarHome

Ceny ofertowe rosną nieprzerwanie

Wysoki popyt zachęca sprzedających do podnoszenia cen ofertowych, które rosną systematycznie od dłuższego czasu. Przez ostatnie dwa lata nie było momentu, by trend wzrostowy zatrzymał się chociaż na chwilę. Roczne tempo wzrostu cen w styczniu 2020 było równe 13% (01.2020/01.2019) to o 2 pp. więcej niż w grudniu 2019, kiedy wzrost cen w skali roku wynosił 11%. Przez dwa lata poziom ceny ofertowej w Warszawie wzrósł z 8,5 tys. zł/m2 do 10,5 tys. zł/m2, co daje 24% wzrost.

„Obecnie obniżenie ceny ofertowej mieszkania nie musi być regułą na portalach ogłoszeniowych. Sprzedającym zdarzało się również podnosić cenę w trakcie trwania oferty lub wystawiać to samo mieszkanie do ekspozycji na różnych portalach ogłoszeniowych w różniących się cenach. Jednak na dzisiejszym rozgrzanym rynku wtórnym skłonności sprzedających do negocjacji ceny są niskie i bardzo często cena mieszkania w ofercie nie ulega obniżeniu.”- wyjaśnia Barbara Bugaj

Cykl życia oferty – skrajne przykłady z 2019 r.

  • Aż o 35% wzrosła cena ofertowa kawalerki na Woli o powierzchni 20 m2, sprzedający podniósł cenę z 215 tys. zł do 289, 9 tys. zł (czyli z 10,6 tys. zł/m2 do 14,4 tys. zł), mieszkanie było w ofercie przez 45 dni.
  • O 28% sprzedający obniżył cenę mieszkania o powierzchni 91 m2 na Dolnym Mokotowie. Cena spadła z 1 mln zł do 720 tys. zł (11 tys. zł/m2 -> 7,9 tys. zł/m2)

Średnie ceny ofertowe 1 m2 mieszkania w Warszawie – styczeń 2020

Średnie ceny ofertowe 1 m2 mieszkania w Warszawie – styczeń 2020
źródło: SonarHome

Pół metra mieszkania za przeciętne wynagrodzenie

Dzięki wzrostowi przeciętnej płacy przez ostatnie dwa lata możliwości nabywcze dla kupujących na rynku wtórnym w Warszawie pozostawały na stabilnym poziomie mimo wzrostu cen mieszkań. Tempo wzrostu wynagrodzeń pozostawało stałe (na poziomie 5%-6% r/r), natomiast wzrost średnich cen 1 m2 lokalu mieszkalnego w 2019 roku nieco złagodniał i również w porównaniu do 2018 roku wyniósł około 6%. Oznacza to, że płace rosły w takim samym tempie co ceny mieszkań, dlatego zmiany wskaźnika możliwości nabywczych były niewielkie. Potencjalny kupujący, zarabiający średnią pensję w Warszawie, planujący zakup mieszkania z rynku wtórnego o powierzchni 50 m2 musiałby oszczędzać całkowitą wysokość swojej pensji przez prawie 8,5 roku. Gdyby powierzchnia mieszkania zwiększyła się do 55 m2 pełną kwotę mieszkania kupujący uzbierałby dopiero po upływie 9 lat i 3 miesięcy, a na mieszkanie o powierzchni 70 m2 musiałby oszczędzać prawie 12 lat.

przeciętne wynagrodzenie netto średnia cena mieszkania [zł/m2] możliwości nabywcze kupujących [m2 ]
I kw. 2018          4 344 zł             8 499 zł 0,51
II kw. 2018          4 325 zł             8 728 zł 0,50
III kw. 2018          4 254 zł             8 925 zł 0,48
IV kw. 2018          4 484 zł             9 201 zł 0,49
I kw. 2019          4 564 zł             9 276 zł 0,49
II kw. 2019          4 558 zł             9 228 zł 0,49
III kw. 2019          4 502 zł             9 272 zł 0,49
IV kw. 2019          4 766 zł             9 365 zł 0,51

źródło: SonarHome

Co dzisiejsze trendy znaczą dla kupujących i sprzedających? Prognozy na 2020

Dzisiejszy rynek nieruchomości mieszkaniowych w Polsce jest bardzo rozgrzany. Widać to zarówno na rynku pierwotnym jak i wtórnym. O kolejkach do kupna mieszkania, w których ustawiają się potencjalni kupujący mówią zarówno deweloperzy, pośrednicy jak i osoby prywatne sprzedające mieszkanie. Nie ma jednego słusznego scenariusza na to jak zachowa się rynek w bieżącym roku ani w dalszej perspektywie. Dlatego od prognoz ważniejsza jest bieżąca analiza czynników zewnętrznych (makroekonomicznych) wpływających na rynek oraz obserwacja popytu, podaży i tempa wzrostu cen.

 

Obecne czynniki zewnętrzne wpływające na rynek wskazują jednoznacznie na kontynuację wzrostu cen mieszkań. Dopóki pozostaną one w dotychczasowych trendach, trudno wyobrazić sobie inną sytuację. Należy zauważyć jednak, że w momencie, gdy cena transakcyjna lokalu mieszkalnego w Warszawie przekroczyła 9 tys. zł/m2 dynamika wzrostu nieco wyhamowała. Na tej podstawie można przyjąć założenie, że kolejne wzrosty cen w kierunku 10 tys. zł/m2 mogą być łagodniejsze niż dotychczas. Z drugiej strony tempo zmian cen ofertowych, biorąc pod uwagę najświeższe wyniki ze stycznia 2020, nie słabnie i jest szybsze niż wzrost cen transakcyjnych.

Mimo spowolnienia gospodarczego w ubiegłym roku (wzrost PKB w 2018 = 5,1%; w 2019 = 4%) popyt na mieszkania wciąż pozostawał na wysokim poziomie Prognozowane przez NBP tempo wzrostu w 2020 roku wyniesie około 3%-3,6%[1]. Obserwacja zachowania rynku pozwala stwierdzić, że strona popytowa nie zareagowała na osłabienie tempa wzrostu gospodarki. Początek roku, który zwykle jest spokojniejszy na rynku nieruchomości mieszkaniowych, w 2020 roku wcale spokojny nie jest. Rynek wtórny przeżywa oblężenie szczególnie w segmencie mieszkań o najpopularniejszym metrażu, czyli do 60 m2.

Co może czekać rynek wtórny w najbliższej przyszłości? Czy zbliżamy się do bańki cenowej?

Nastała moda na nieruchomości. Czego z reguły nie przeczytamy w analizach rynku, to tego, że nieruchomości stały się modne. Ważny wpływ na to mają niskie stopy procentowe NBP (nieopłacalność trzymania pieniędzy na lokatach) oraz to, z czym może nie każdy zechce się zgodzić, czyli bogacenie się społeczeństwa. Dlatego rynek wtórny jest tak bardzo popularny, bo tzw. mieszkania używane mają większą popularność wśród inwestorów indywidualnych niż mieszkania z rynku pierwotnego. Wynika to przede wszystkim z szybkiej dostępności lokali.

W krótkim okresie najbardziej prawdopodobnym scenariuszem jest kontynuacja wzrostu cen mieszkań, jednak tempo wzrostu w Warszawie może plasować się na poziomie kilku procent. Gdyby z rynku pracy zaczęły spływać słabsze dane o zatrudnieniu, a wzrost wynagrodzeń zatrzymałby się, istnieje możliwość, że popyt na te dane zareaguje szybciej niż na spadek wzrostu gospodarczego, który do tej pory nie miał negatywnego wpływu. Taka sytuacja jednak nie może trwać w nieskończoność i gdyby tempo wzrostu gospodarczego zwolniło do poziomu poniżej 3%, najprawdopodobniej przełożyłoby się to na zmniejszenie popytu. Gdyby pogorszenie warunków gospodarczych postępowałoby łagodnie, mamy większe prawdopodobieństwo na stabilizację cen w pierwszym okresie tych zmian.

Czy na rynku mamy bańkę cenową? Nie dowiemy się o tym, póki ona nie pęknie. Obecny poziom cen jeszcze na bańkę nie wskazuje. To szybkie tempo wzrostu cen mogłoby być przyczyną narastania bańki cenowej. Jeśli utrzyma się ono przez kolejne lata i zbiegnie się z możliwym podwyższeniem stóp procentowych, reakcja rynku może być natychmiastowa. Ryzyko powstania bańki zatem istnieje. Co obecnie jest podobne do poprzedniego boomu? – Historie, brzmiące jak samospełniające się przepowiednie. Mało kto wierzy w to, że trend zmian cen może się kiedykolwiek zmienić. Na początku 2008 roku ceny także miały tylko rosnąć. Zmiana przyszła nagle i to już pod koniec roku, choć główny na to wpływ miał wybuch globalnego kryzysu finansowego. Czy obecnie sytuacja jest inna? Warto przytoczyć pewne fakty. W obecnym cyklu ceny rosły w tempie kilku do kilkunastu procent r/r wobec dynamiki rzędu 40% – 50% r/r podczas poprzedniego boomu. Realnie po uwzględnieniu inflacji oraz wzrostu wynagrodzeń dzisiejsze ceny mieszkań są niższe niż te z poprzedniego boomu. Dlatego mamy jeszcze przestrzeń do kontynuacji wzrostów. Obecnie banki udzielają dużej liczby kredytów, jednak zniknęły wcześniej bardzo popularne kredyty walutowe, a wymagania co do wysokości minimalnego wkładu własnego zostały zwiększone. Kupując mieszkanie na inwestycję i posiłkując się kredytem warto dokładnie policzyć opłacalność takiej inwestycji. Obliczenia należy dokonać nie tylko przy aktualnych warunkach rynkowych, ale również zakładając inne scenariusze, jak np. wzrost raty kredytu w wyniku hipotetycznego podniesienia stóp procentowych. Inwestor, który nie rozumie tych mechanizmów, może doświadczyć w przyszłości niemiłej niespodzianki.

Przy narastaniu bańki cenowej w 2007 roku możliwości nabywcze kupujących spadły do 0,34 m2. Obecnie wynoszą one 0,51 m2. Aby na warszawskim rynku powtórzyła się sytuacja sprzed 13 lat, wynagrodzenia musiałyby przestać rosnąć, a ceny musiałyby być wyższe od obecnych o 35%” – podsumowuje Barbara Bugaj, główny analityk ds. rynku nieruchomości

Co dzisiejsze trendy znaczą dla kupujących:

Na rynku wtórnym kupujący mają więcej opcji niż na rynku pierwotnym. Istnieje również możliwość negocjacji cenowych i wydaje się, że jest ona większa niż w przypadku nowych mieszkań. Nie oczekuj jednak dużych rabatów. Sprzedający wiedzą, że są dziś w komfortowej sytuacji, bo kupujących jest bardzo dużo. W krótkim czasie nie można raczej liczyć na spadek cen, może się też zdarzyć, że mieszkanie z oferty, która Ci się podobała podrożeje, bo sprzedający oceni, że może to podnieść cenę ze względu na wysokie zainteresowanie. Najczęściej będzie to dotyczyło mieszkań do 60 m2.

Co dzisiejsze trendy znaczą dla sprzedających:

Gwałtowne wzrosty cen zwalniają, ale sprzedawcy nadal mogą spodziewać się mocnego popytu. Popyt jest napędzany z dwóch kierunków. Twój klient albo kupuje dla siebie albo inwestycyjnie. Bez względu na to jak może być to trudne, porzuć sentyment do swojego mieszkania. W ofercie jest wiele przeszacowanych mieszkań. Skutkiem czego długo pozostają one w ofercie i trudno je sprzedać. Porównaj ceny z okolicy, możesz dodatkowo skorzystać z darmowego narzędzia do wyceny online. Mimo tego, że popyt jest wysoki, z podażą na rynku wtórnym nie ma aż tak dużego problemu, jak na rynku pierwotnym. Szczególnie zwróć na to uwagę, gdy Twoje mieszkanie ma większą powierzchnię, czyli taką powyżej 60 m2.

[1] Wypowiedź prezesa NBP Adama Glapińskiego, luty 2020

Spowolnienie gospodarcze o wiele głębsze. Wszystkie prognozy ekonomiczne trzeba pisać na nowo

Spowolnienie w Polsce jest o wiele głębsze niż wynikałoby to z rządowych prognoz – alarmują Pracodawcy RP. Jego skala spowoduje o wiele silniejsze negatywne konsekwencje takich zjawisk jak uboczne skutki „ofensywy” uszczelniania podatków, wzrostu płacy minimalnej czy fatalnego wpływu braku konsultacji społecznych przy tworzeniu prawa.

Spowolnienie to jeszcze nie recesja, ale jego skutki mogą być dotkliwe – ocenia dr Sławomir Dudek, Główny Ekonomista Pracodawców RP. Zwraca uwagę, że choć statystycznie PKB nadal może notować wzrost, to dla konkretnych firm i ich pracowników rzeczywistość może nabrać ciemnych barw. – W wymiarze społecznym w ciągu kilkunastu miesięcy możemy spodziewać się wzrostu bezrobocia, co po ostatnich latach, gdy panował „rynek pracownika” może być dla wielu szokiem. Przedsiębiorstwa będą z kolei ciąć koszty, walczyć o przetrwanie zamiast planować ekspansję i inwestycje – mówi ekspert.

Jego zdaniem najważniejszą sprawą jest obecnie zaktualizowanie rządowych prognoz, które w ciągu ostatnich miesięcy całkowicie oderwały się od rzeczywistości. W ciągu pół roku rządowa prognoza wzrostu PKB – 3,7 proc. zupełnie wyszła poza zakres prognoz rynkowych. Obecnie średnia prognoza rynkowa to 3,1 proc., a minimum 2,7 proc. Z inflacja jest jeszcze gorzej – prognozowany przez Ministerstwo Finansów wskaźnik inflacji konsumenckiej w wysokości 2,5 proc. na luty 2020 roku zderza się prognozą Reutersa – maksimum 3,9 proc. oraz minimum 3,2 proc. Przeciętna prognoza rynkowa to 3,6 proc.

– Mam nadzieję, że w wieloletnim planie finansowym państwa, nad którym Ministerstwo Finansów już pracuje zobaczymy zaktualizowane plany makroekonomicznie i plany finansowe. Wtedy dowiemy się jaki jest prawdziwy stan finansów publicznych. O tym dokumencie już teraz powinniśmy publicznie rozmawiać – mówi dr Dudek. Zaznacza, że w świetle corocznego raportu Unii Europejskiej „Country Report” o stanie gospodarki każdego z członkowskich państw, w 2019 roku deficyt Sektora Finansów Publicznych wyniesie ok. 2,2 proc. PKB. – Jeśli dołożymy do tego spowolnienie gospodarcze, coraz bardziej dotkliwe konsekwencje koronawirusa, to zaczynamy bardzo niebezpiecznie zbliżać się do przekroczenia bariery, za którą jest drakońska procedura nadmiernego deficytu – uważa Dudek.

Jego zdaniem, groźnymi konsekwencjami na polskiej gospodarce odbiją się wszystkie decyzje niemające oparcia w gospodarczych realiach, a jakie w ostatnich latach zostały wprowadzone w życie. Będą to przede wszystkim negatywne skutki „ofensywy” uszczelniania VAT. Firmy zostaną też przytłoczone wzrostem kosztów pracy po zwiększeniu płacy minimalnej z pominięciem konsultacji społecznych. Część firm zostanie z kolei dodatkowo „dociśnięta” podatkami sektorowymi.

Pracodawcy RP

Wartość rynkowa przedmiotu czynności cywilnoprawnej jako podstawa opodatkowania w podatku od czynności cywilnoprawnych

Ustawa o podatku od czynności cywilnoprawnych (dalej „pod. cyw.”) w dużej części odwołuje się do wartości rynkowej czynności w przypadku określania podstawy opodatkowania. Prawidłowe określenie podstawy opodatkowania jest istotne w celu uniknięcia dyskusji z organami podatkowymi, w szczególności nie powinno się tego robić w oparciu o dowolne dane, lecz z uwzględnieniem szczególnych okoliczności oraz wytycznych z ustawy w zakresie określania wartości rynkowej.

Podstawa opodatkowania

Wartość rynkowa czynności cywilnoprawnej powinna zostać uwzględniona w przypadku: umów sprzedaży oraz zamiany, umowy dożywocia, umowy o zniesienie współwłasności lub o dział spadku, przy oddaniu spółce rzeczy lub praw majątkowych do nieodpłatnego używania.

Z powyższego wyliczenia widać, że wartość rynkowa czynności cywilnoprawnej wpływa na bardzo dużą liczbę zdarzeń objętych podatkiem od czynności cywilnoprawnych. Prawidłowe ustalenie podstawy opodatkowania ma wpływ na kwotę podatku do zapłaty.

Ustalenie wartości rynkowej

Zgodnie z treścią art. 6 ust. 2 pod. cyw. co do zasady wartość rynkową przedmiotu czynności cywilnoprawnej wyznacza się w oparciu o ceny stosowane w obrocie rzeczami tego samego rodzaju i gatunku, biorąc pod uwagę stan, stopień zużycia oraz inne okoliczności. Niezbędnymi elementami określającymi wartość rynkową przedmiotu czynności cywilnoprawnych jest przeciętna cena stosowana w obrocie rzeczami tego samego rodzaju i gatunku, a także takie czynniki jak miejsce położenia, stan rzeczy, na który składa się zarówno stan faktyczny, jak i stan prawny, jak również stopień zużycia rzeczy. Zgodnie z orzecznictwem Naczelnego Sądu Administracyjnego przez pojęcie „przeciętnej ceny” rozumie się wynagrodzenie, jakie można uzyskać w obrocie wolnorynkowym za podobne rzeczy uwzględniające miejsce oraz czas, a także cechy tych rzeczy oraz sytuację rynkową, a w szczególności zależność między popytem a podażą na daną rzecz.

Przykładowo więc w przypadku umów sprzedaży pojazdu powinno się kierować wytycznymi dotyczącymi wartości rynkowej, a jeżeli podatnik uważa, że powinna ona być inna, wtedy winien mieć uzasadnienie w zakresie niższej wartości (np. pojazd uszkodzony). Nieco bardziej skomplikowanie wygląda sytuacja zakupu nieruchomości, w szczególności wymagającej nakładów inwestycyjnych. Należy pamiętać, że kwota nakładów co do zasady nie może pomniejszyć bezpośrednio kwoty podstawy opodatkowania, jednak w przypadku wyceny nieruchomości jej stan powinien być wzięty pod uwagę przy ustaleniu ceny rynkowej.

Wartość firmy – przykład wyceny rynkowej

W celu prawidłowego określenia wartości rynkowej czynności cywilnoprawnej istotne jest przeanalizowanie jedynie czynników wpływających na tę wartość. Dobrym przykładem jest tzw. goodwill, czyli wartość firmy, która ma wymiar finansowy, lecz nie jest to prawo majątkowe i jako taka nie podlega opodatkowaniu podatkiem od czynności cywilnoprawnych. Zgodnie z wyrokiem Naczelnego Sądu Administracyjnego z dnia 23 maja 2019 r., sygn. II FSK 1393/17, „Sprzedaż przedsiębiorstwa podlega podatkowi od czynności cywilnoprawnych w odniesieniu do poszczególnych składników. Opodatkowana jest jednak tylko sprzedaż rzeczy i praw majątkowych. Podstawą opodatkowania jest ich wartość rynkowa”. Oznacza to, że w takim przypadku podatnik powinien dla ustalenia wartości rynkowej brać pod uwagę tylko rzeczy i prawa opodatkowane tym podatkiem, a nie dowolne składniki wyceny.

Określenie wartości rynkowej przez organ podatkowy

Jeżeli podatnik w sposób nieprawidłowy określi wartość rynkową czynności, organ podatkowy wzywa go do określenia prawidłowej wartości w terminie minimum 14 dni. Jeżeli powyższe okaże się w ocenie organu nieskuteczne, może on na podstawie opinii biegłego lub wyceny rzeczoznawcy sam dokonać określenia wartości rynkowej czynności. W takim przypadku, jeżeli wartość określona przez organ podatkowy odbiegałaby o więcej niż 33% wartości określonej przez podatnika, podatnik będzie musiał pokryć koszty opinii biegłego lub wyceny rzeczoznawcy.

Punktem wyjściowym do ustalenia wartości rynkowej przez organ jest wartość rynkowa wskazana przez podatnika. Jeżeli organ podatkowy nie zgadza się z wartością ujawnioną przez podatnika, powinien wezwać go do zmiany wartości, wskazując, jak zaznaczył WSA w Krakowie (wyrok z dnia 20 kwietnia 2018 r. I SA/Kr 31/18), uzasadnienie wezwania wraz ze wstępną wyceną oraz stanowiskiem organu.

Opinia biegłego

Opinia biegłego powinna określać wartość wolnorynkową przedmiotu czynności cywilnoprawnych. Należy jednak zaznaczyć, że nie powinna ona zmierzać do ustalenia stanu faktycznego, lecz do wykorzystania eksperckiej wiedzy w trakcie oceny stanu faktycznego, przedstawionego przez organ podatkowy. Innymi słowy, biegły nie powinien wyręczać organów podatkowych w zakresie prawidłowego i pełnego ustalenia stanu faktycznego. Oczywiście opinia biegłego jest jednym z dowodów w postępowaniu i będzie musiała być poddana ocenie organu podatkowego. W podobnym tonie wypowiedział się też WSA w Łodzi w wyroku z 9 marca 2004 r., sygn. akt I SA/Łd 292/03.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Infekcja czy choroba przewlekła – jak koronawirus wpłynie na gospodarkę Polski?

Dla posiadaczy akcji miniony tydzień był jednym z najgorszych od kilkunastu lat. Silne przeceny dotknęły najważniejsze rynki, taniała również ropa naftowa. Kapitał szukał schronienia w tzw. „bezpiecznych przystaniach”, a więc obligacjach skarbowych Niemiec, USA czy innych rozwiniętych gospodarek, które wyraźnie podrożały. Wielu analityków i uczestników rynku mówiło wprost o panice spowodowanej informacjami o kolejnych przypadkach występowania koronawirusa. Była ona podsycana przez napływające informacje o zakłóceniach w ruchu lotniczym w Europie czy masowych rezygnacjach z noclegów w miejscowościach turystycznych. Ostatnie wzrosty cen akcji po zeszłotygodniowych spadkach nie oznaczają, że sytuacja – w oczach inwestorów – jest już pod kontrolą. Decydujące w kontekście wpływu koronawirusa na gospodarkę będzie to, czy szybko uda się zahamować wzrost liczby zachorowań w krajach rozwiniętych i przywrócić sprawne funkcjonowanie globalnych łańcuchów wartości.

Jak interpretować sytuację na rynkach finansowych i jakie ma ona znaczenie dla gospodarek?

Rynki finansowe – zwłaszcza rynek akcji czy rynki walutowe – charakteryzują się w niektórych okresach dużą zmiennością wycen. Z jednej strony można to interpretować w ten sposób, że inwestorzy ulegają czasami nadmiernie emocjom. Z drugiej poszukiwanie tzw. godziwej wyceny aktywów jest jedną z głównych funkcji tych rynków, a ceny muszą reagować na pojawiające się nowe informacje. Zwłaszcza, jeśli są to sygnały, które wymagają zmiany dotychczasowych prognoz wzrostu PKB, inflacji czy zysków firm.pl_jak_koronawirus_wplynie_na_gospodarke_grap1Silny spadek cen akcji i jednocześnie silny wzrost cen obligacji (czyli spadek ich rentowności) występuje najczęściej w okresach poprzedzających recesję. Taniejące akcje odzwierciedlają niższe przewidywane zyski i dywidendy płacone przez spółki, z kolei wycenom obligacji zazwyczaj sprzyja łagodzenie polityki pieniężnej przez banki centralne, które w ten sposób starają się podtrzymywać słabnącą koniunkturę.

Skala zmian na rynku finansowym sugeruje, że koronawirus będzie oddziaływał na gospodarki poprzez wiele mechanizmów, a siła tego oddziaływania jest wciąż nieznana. W przypadku koronawirusa mamy do czynienia zarówno z czynnikami fundamentalnymi, czyli wpływającymi na warunki prowadzenia działalności gospodarczej jak i psychologicznymi, takimi jak np. niepewność czy nawet panika W przypadku tych pierwszych możemy wyróżnić zmienne, które oddziałują na gospodarkę i sektor przedsiębiorstw od strony popytowej jak i podażowej.

pl_jak_koronawirus_wplynie_na_gospodarke_grap2.pngChoć w Polsce potwierdzono dopiero jeden przypadek zakażenia COVID-19, to także w naszym kraju możemy zauważyć wpływ sytuacji globalnej na lokalne zachowania. W niektórych sklepach zaczęto wykupywać duże ilości żywności i produktów higienicznych w obawie przed zbliżającą się kwarantanną. Organizacje pracodawców i niektóre przedsiębiorstwa zaczęły ostrzegać przed kurczącymi się zapasami materiałów i półproduktów, które są importowane z Chin. Wstrzymanie pracy chińskich portów morskich oraz lotniczych oznacza, że problemy dotkną również firmy eksportujące, których wyroby czekają na rozładunek i dostarczenie do odbiorców.

Struktura konsumpcji w Polsce – dobra i usługi krajowe oraz z importu
Trudność w ocenie wpływu koronawirusa na gospodarkę polega m.in. na tym, że jednocześnie dotyka on strony popytowej oraz podażowej, przez co to ryzyko dotyczy wielu branż. W przypadku przemysłu, bezpośrednie ryzyko wynika przede wszystkim z zaburzeń w łańcuchach dostaw, natomiast koniunktura w branżach usługowych będzie zależeć głównie od popytu ze strony konsumentów. Istotny jest również podział na dobra i usługi produkowane w Polsce oraz importowane. Spadek popytu w przypadku tych drugich będzie oddziaływał negatywnie na PKB innych krajów niż UE-27.

Ze struktury konsumpcji gospodarstw domowych w Polsce wynika, że w przypadku dóbr i usług produkowanych w kraju największe ryzyko spadku popytu może dotyczyć handlu detalicznego (zwłaszcza dóbr trwałego użytku), usług finansowych oraz usług związanych z wyżywieniem. Usługi związane z rynkiem nieruchomości czy dostawami energii ze względu na dominację czasowych kontraktów nie powinny być istotnie dotknięte. Pozostałe kategorie charakteryzują się mniej elastycznym popytem lub koronawirus nie powinien mieć istotnego wpływu na decyzje zakupowe.

W analizach i komentarzach dotyczących wpływu koronawirusa często wskazuje się turystykę jako branżę doświadczającą wysokiego spadku popytu. W perspektywy gospodarki, usługi, które można przyporządkować do tej branży nie stanowią dużego udziału w wydatkach przeciętnego gospodarstwa domowego w Polsce. Czynnikiem łagodzącym może być również to, że obecny czas nie należy do tzw. wysokiego sezonu w turystyce. Zupełnie inny byłby wpływ na tę branżę i gospodarkę w miesiącach letnich lub w czasie ferii zimowych.

Sytuacja w przypadku dóbr importowanych jest bardziej skomplikowana, gdyż te rynki mogą być dotknięte zarówno poprzez ograniczenie popytu (jak w przypadku droższych dóbr trwałego użytku np. elektroniki, komputerów, mebli), ale także ograniczenie podaży, zwłaszcza, jeśli są produkowane w Chinach. Wysokie ryzyko spadku popytu – także zakłóceń w łańcuchach dostaw – dotyczy produkcji pojazdów, zwłaszcza samochodów i części do nich. Oczywiście powyższy przegląd statystyk jest dopiero pierwszym krokiem w analizie potencjalnego wpływu, który może dotknąć poszczególne branże.

Struktura wymiany handlowej Polski z Chinami
Mimo stabilizacji sytuacji w Chinach pod względem dynamiki zachorowań, gospodarka wciąż operuje znacznie poniżej swojego potencjału, co generuje ryzyko dla wszystkich partnerów handlowych. Wskazuje na to najnowszy wskaźnik PMI, mierzący koniunkturę w sektorze usług i przemysłu. Jego lutowe odczyty dla Chin były wyraźnie poniżej poziomu 50 pkt., który oddziela wzrost aktywności gospodarczej od jej ograniczania (wartość PMI wyniosła 35,7 pkt dla przemysłu, 29,6 pkt. dla usług). W efekcie, były to najsilniejsze spadki tego wskaźnika dla Chin w całej historii jego publikacji.

Pięć najważniejszych grup wyrobów, które Polska importuje z Chin to:

  • urządzenia elektryczne (32,55 proc.),
  • urządzenia przemysłowe (18,84 proc.),
  • zabawki (5,79 proc.),
  • odzież (4,30 proc.),
  • meble (3,95 proc.).

Analogiczny ranking dla eksportu Polski do Chin to:

  • miedź (23,40 proc.),
  • urządzenia elektryczne (16,19 proc.),
  • urządzenia przemysłowe (14,49 proc.),
  • pojazdy (10,93 proc.),
  • meble (5,95 proc.).

Patrząc na mapę wpływu koronawirusa na gospodarkę, sytuacja w handlu zagranicznym z Chinami jest tylko jednym z wielu czynników ryzyka dla polskiej gospodarki. Polski eksport może również ucierpieć z powodu pogorszenia się koniunktury w Niemczech, które są bardzo ważnym partnerem handlowym dla Polski oraz Chin. W przypadku największej gospodarki UE sytuacja jest o tyle ciekawa, że niemiecki rząd rozważa zawieszenie reguły wymagającej uchwalania zrównoważonego budżetu. Taki ruch ma umożliwić próbę stabilizowania koniunktury poprzez wyższe wydatki publiczne lub ograniczenie ciężarów podatkowych. Obecnie nie są znane szczegóły zapowiadanego pakietu fiskalnego, więc nie da się ocenić, czy i jak silnym wsparciem dla polskiego eksportu może być luźniejsza polityka fiskalna w Niemczech.

Co dalej?

Nie jest wykluczone, że wpływ koronawirusa będzie ograniczony do pierwszego półrocza 2020, a rynki akcji zaczną rosnąć i nadrobią straty z lutego. To scenariusz optymistyczny i na razie mamy za mało informacji by móc określić, czy jest on najbardziej prawdopodobny. W bardziej negatywnym scenariuszu koronawirus będzie jedynie „zapalnikiem”, katalizatorem, który poprzez wskazane kanały wpływu – gospodarkę realną, rynek finansowy i czynniki psychologiczne – odsłoni poważniejsze strukturalne problemy w krajach rozwiniętych, zwłaszcza UE i USA.

Niezależnie od scenariusza dalszego rozwoju sytuacji, klasyczne polityki makroekonomiczne oddziałujące na popyt – tj. polityka monetarna i fiskalna będą miały ograniczoną skuteczność. To dlatego, że koronawirus – przynajmniej w krótkim okresie – będzie negatywnie wpływał na gospodarki od strony podażowej, a więc produkcyjnej. W takiej sytuacji pobudzanie popytu może powodować wzrost inflacji i generować różne zniekształcenia rynków i konkurencji. Jeszcze inną kwestą zasługującą na odrębną analizę jest to, czy cel w postaci podtrzymywania wzrostu PKB, bez dostatecznej dbałości o jego strukturę i jakość jest zawsze wart kosztów i ryzyk, jakie generuje w średnim i długim okresie.

Decydujące w kontekście wpływu koronawirusa na gospodarkę będzie to, czy szybko uda się zahamować wzrost liczby zachorowań w krajach rozwiniętych i przywrócić sprawne funkcjonowanie globalnych łańcuchów wartości.

Dane za 2017 r. The Growth Lab at Harvard University. (2019). “Growth Projections and Complexity Rankings, V2” [Data set].

Fed tnie stopy o 50 pb. w odpowiedzi na epidemię koronawirusa

Wśród inwestorów dominują obawy związane z epidemią koronawirusa, które istotnie wpływają na handel na rynku walutowym. Wraz z alarmującym tempem wzrostu liczby zakażeń koronawirusem poza Chinami, inwestorzy zaczęli zastanawiać się, jakiej odpowiedzi można oczekiwać ze strony światowych banków centralnych oraz rządów państw.

Odpowiedź ze strony Rezerwy Federalnej była szybka i zdecydowana. Decydenci we wtorek ogłosili obniżkę stóp procentowych o 50 punktów bazowych, ścinając stopę fed funds do przedziału 1,00-1,25%. Decyzja była jednogłośna i nadeszła niedługo po publikacji oświadczenia ministrów finansów i bankierów centralnych krajów G7, które sugerowało, że niedługo prawdopodobnie nadejdzie szerokie rozluźnienie polityki pieniężnej i fiskalnej.

Rynek spodziewał się, że Fed w tym miesiącu obetnie stopy procentowe o co najmniej 25 pb., jednak inwestorów zaskoczył moment obniżki stóp. Decyzja ws. stóp procentowych miała zapaść 18 marca, pod koniec zaplanowanego spotkania decyzyjnego banku centralnego. Ostatni raz Fed podjął decyzję o nieplanowanym cięciu stóp procentowych u szczytu kryzysu finansowego w październiku 2008 roku. Widać, że Fed nie ociąga się i woli podjąć natychmiastowe działania mające na celu ochronę gospodarki USA przed skutkami negatywnych zdarzeń.

W oświadczeniu do decyzji, bank centralny zwrócił uwagę, że koronawirus stanowi „ewoluujące ryzyko dla aktywności gospodarczej, stwierdzając, że dodatkowa stymulacja była niezbędna w celu osiągnięcia celów banku centralnego, czyli maksymalnego zatrudnienia i stabilności cen. Konferencja prasowa przewodniczącego FOMC, Jerome’a Powella, w następstwie decyzji była dość krótka. Niemniej, w jej trakcie Powell wyraził przekonanie, że cięcie będzie stanowiło znaczące wsparcie dla gospodarki. Stwierdził również, że bank centralny będzie nadal wykorzystywał wszelkie dostępne mu środki, co sugeruje możliwość dalszych obniżek stóp procentowych w przyszłości oraz możliwej formalnej koordynacji działań decydentów monetarnych G7.

Natychmiastowa reakcja amerykańskiej waluty w odpowiedzi na decyzję Rezerwy Federalnej nie stanowi zaskoczenia: dolar osłabił się zarówno w relacji do euro, jak i polskiego złotego. Kurs EUR/USD na moment wzrósł powyżej poziomu 1,12, jednak skala owego ruchu była ograniczona, a niedługo później euro utraciło większość tych zysków. Kurs USD/PLN po decyzji na moment znalazł się nieznacznie poniżej poziomu 3,84. Od tamtej pory odrobił część strat, jednak nadal znajduje się wyraźnie poniżej poziomu notowanego przed decyzją Rezerwy Federalnej (Wykres 1). Ograniczoną reakcję wspomnianych par wiążemy ze wspomnianymi wyżej wysokimi oczekiwaniami rynku dotyczącymi działań Rezerwy Federalnej w odpowiedzi na epidemię koronawirusa.

Wykres 1: Kurs USD/EUR & USD/PLN (luty ‘20 – marzec ‘20)

Kurs USD
Źródło: Refinitiv Data: 04/03/2020

Reakcja rynku akcji sama w sobie opowiada pewną historię. Pierwszą reakcją amerykańskich indeksów były zwyżki, jednak przed końcem nowojorskiej sesji indeks Dow Jones znalazł się na poziomie o około 800 punktów niższym niż podczas jej rozpoczęcia, kończąc dzień spadkiem rzędu ok. 3% (Wykres 2). Realną obawą rynku jest to, że działania ze strony polityki monetarnej mogą jedynie częściowo zgładzić ekonomiczne skutki epidemii i nie są w stanie rozwiązać kryzysu zdrowotnego. Mówiąc wprost: banki centralne nie mogą wydrukować szczepionki. O ile ich działania mogą wesprzeć popyt konsumpcyjny, to jednak ich wpływ na złagodzenie szoku podażowego wywołanego przez wirus najpewniej będzie bardzo ograniczony. Ostatnie informacje z USA sugerują, że amerykańskie firmy już notują pewne niedobory komponentów z Chin, co jest bezpośrednią konsekwencją powszechnych przestojów w największej gospodarce Azji. Niższe stopy procentowe nie rozwiążą tej kwestii. Wygląda na to, że zamiast uspokoić inwestorów, obniżka ujawniła skalę obaw Rezerwy Federalnej w kontekście koronawirusa.

Wykres 2: Indeksy S&P 500 i Dow Jones Industrial Average (luty ‘20 – marzec ‘20)

Indeksy S&P 500 i Dow Jones Industrial Average
Źródło: Refinitiv Data: 04/03/2020

Sądzimy, że obniżka stóp procentowych ze strony Fed oraz oświadczenie opublikowane przez bankierów centralnych i ministrów finansów G7 będą wstępem do rozluźnienia polityki pieniężnej ze strony kluczowych światowych banków centralnych. Jeszcze przed tym jak stopy procentowe ściął Fed, Bank Rezerwy Australii (RBA) zdecydował się na cięcie stóp procentowych o 25 pb., sugerując możliwość ich dalszej obniżki. Sądzimy, że podczas dzisiejszego spotkania decyzję o obniżce stóp podejmie Bank Kanady (BoC). Także rynek nie ma wątpliwości, że będzie to kolejny bank, który zdecyduje się na taki ruch. Oczekujemy też, że podczas spotkania 26 marca decyzję o cięciu stóp podejmie Bank Anglii.

Europejski Bank Centralny (EBC) o stopach decydować będzie z kolei w następny czwartek. Sądzimy, że cięcie stopy depozytowej o 10 pb. jest bardzo prawdopodobne, możliwe jest również zwiększenie pożyczek w ramach programu TLTRO oraz zwiększenie programu luzowania ilościowego. Problemem dla EBC jest to, że – uwzględniając, że stopy procentowe w strefie euro są ujemne – bank centralny nie ma zbyt dużego pola do działania.

Wspomniane oświadczenie G7 sugeruje, że światowe rządy są gotowe zwiększyć wydatki, jeśli niepewność przełoży się na istotne spowolnienie globalnego wzrostu. Grono to obejmuje również Niemcy, które przez długi czas opierały się głosom sugerującym odpowiedź ze strony polityki fiskalnej na niski wzrost w Europie. Oceniamy, że brak miejsca na istotne obniżki ze strony EBC w połączeniu z rosnącymi szansami na kolejne cięcia stóp ze strony Fed-u i stymulację fiskalną ze strony niemieckiego rządu powinny w tym roku wspierać zarówno euro, jak i polskiego złotego w relacji do dolara amerykańskiego.

Autor: Analitycy Ebury – Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk

Jak wygląda rynek mieszkań kupowanych jest w celach inwestycyjnych? Deweloperzy odpowiadają

Czy liczba mieszkań nabywanych w celach inwestycyjnych rośnie? W których projektach deweloperskich najczęściej kupowane są lokale pod wynajem? W jakiej cenie można znaleźć najtańsze mieszkania? Sondę przeprowadził serwis nieruchomości Dompress.pl

Mirosław Kujawski, członek zarządu Develia S.A.

Większość osób kupujących mieszkanie z myślą o wynajmie czy alokacji kapitału wybiera przede wszystkim małe, jedno lub dwupokojowe mieszkanie w projektach zlokalizowanych w centrach miast lub też w pobliżu większych ośrodków biznesu czy oświaty. Tego typu lokale dają najwyższą stopę zwrotu. Ich nabywcy nie mają też później trudności z ich szybką sprzedażą. Na rynku zwyczajnie brakuje tego typu oferty. Wystarczy wspomnieć, iż w typowym projekcie udział mieszkań o małej powierzchni waha się w okolicy 50 proc., co oznaczałoby, że niemal wszystkie niewielkie mieszkania kupowanie są przez inwestorów, zarówno w inwestycjach w centrum, jak i na obrzeżach miast.

W zależności od projektu, jego lokalizacji i struktury mieszkań zakup inwestycyjny może jednak dominować. Tak było w przypadku inwestycji Bastion Wałowa zlokalizowanej w centrum Gdańska, Kamienna 145 we Wrocławiu, czy Przy Mogilskiej w Krakowie, gdzie do 70 proc. liczby mieszkań nabywanych było z myślą o wynajmie. W zależności od projektu, ceny mniejszych lokali zaczynały się od 8 tys./mkw.

Zbigniew Juroszek, prezes Atal

W skali całej sprzedaży ilość mieszkań kupowanych inwestycyjnie to maksymalnie około 30 proc. Większość mieszkań nabywanych jest z przeznaczeniem na własne cele mieszkaniowe. Mamy dedykowaną ofertę lokali inwestycyjnych w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu i Trójmieście. Projekty cieszą się dużym zainteresowaniem, a przy zakupie mieszkań można odliczyć podatek VAT. Ceny za metr kw. zaczynają się od 6300 zł netto.

Małgorzata Ostrowska, członek zarządu i dyrektor Pionu Marketingu i Sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

Szacujemy, że w celach inwestycyjnych ponad 30 proc. klientów kupiło mieszkania w inwestycji Bliska Wola Tower na warszawskiej Woli u zbiegu ulicy Kasprzaka i alei Prymasa Tysiąclecia, w szczególności te o najmniejszych metrażach. Inwestycja łączy funkcje mieszkalne z biurowo-aparthotelowymi i usługowymi. Powstanie w niej 170 apartamentów i 407 małych biur o wysokim standardzie, które idealnie nadają się dla przedsiębiorców lub klientów-inwestorów zainteresowanych wynajmowaniem powierzchni biurowych. Lokal użytkowy na wynajem to inwestycja, która może przynieść więcej korzyści niż inne nieruchomości inwestycyjne, tym bardziej, że przy jego zakupie przedsiębiorca odliczy VAT. Od lokalu zakupionego w celach użytkowych, na wynajem, może odliczyć 23 proc. podatku praktycznie każdy, kto jest czynnym podatnikiem podatku od towarów i usług. Od lokalu mieszkalnego podatek VAT wynosi natomiast 8 proc. Własne biuro w Bliskiej Woli Tower można kupić już za 230 tys. zł netto. Podobna sytuacja jest w naszej prestiżowej inwestycji w centrum Szczecina, gdzie łącznie powstanie 480 lokali mieszkalnych i wiele z nich, zostało zakupionych za gotówkę i w celach inwestycyjnych. Najmniejszy lokal o metrażu ponad 28 mkw. kosztuje około 275,5 tys. zł.

Joanna Chojecka, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu ROBYG SA.

Mniej więcej na stałym poziomie utrzymuje się liczba klientów inwestycyjnych, w Robyg to około 30-40 proc. zakupów. Dopasowujemy ofertę mieszkaniową do potrzeb kupujących i obserwujemy rynek elastycznie się do niego dostosowując. Należy równocześnie podkreślić, że kupujący są coraz bardziej świadomi i decyzje zakupowe opierają także na poza cenowych parametrach. Dla klientów oprócz renomy marki dewelopera, liczy się również dobra komunikacja drogowa i miejska, czy dostęp do placówek publicznych, jak ośrodki zdrowia, szkoły oraz sklepy.

Ponadto wprowadziliśmy na rynek nowy produkt – mikroapartamenty. Pierwsza tego typu inwestycja powstanie w sąsiedztwie projektu City Sfera w warszawskich Włochach. W dwóch budynkach Modern Space powstaną 402 lokale o metrażach od 17 mkw. do 39 mkw. w cenie od 239 tys. zł. Mikroapartamenty to nowoczesna forma inwestowania i doskonała lokata finansowa. Są atrakcyjnym rozwiązaniem m.in. dla osób poszukujących wygodnego lokum blisko miejsca pracy, alternatywą dla wynajmu lub hotelu, a dla studentów perspektywą inwestycyjną. Pozwalają także przedsiębiorcom na odliczenie VAT.

Andrzej Gutowski, wiceprezes Ronson Development, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu

Udział zakupów inwestycyjnych w naszych projektach wynosi średnio około 20-25 proc. Dla klientów kupujących mieszkania na wynajem kluczową rolę odgrywa lokalizacja. Największym zainteresowaniem cieszą się więc nieruchomości w centrach miast lub w ich okolicy, bardzo dobrze skomunikowane z resztą miasta. Odsetek mieszkań kupowanych pod kątem inwestycyjnym w takiej lokalizacji wyraźnie się zwiększa.

Interesującą opcją dla inwestorów jest koncepcja aparthotelu, którą zrealizowaliśmy w naszej wrocławskiej inwestycji Miasto Marina nad samą Odrą. Powstało w niej 151 lokali w wysokim standardzie w pięciu kameralnych apartamentowcach. Projekt jest położony vis-a-vis Politechniki Wrocławskiej. W tej chwili oferujemy w nim ostatnie apartamenty dwupokojowe.

Klienci kupują także mieszkania na wynajem w klasycznych projektach mieszkaniowych. W inwestycji City Link na warszawskiej Woli odsetek klientów, którzy kupują mieszkania na wynajem, przekracza 70 proc. W sąsiedztwie tego projektu realizowana jest stacja metra Płocka, której otwarcie planowane jest w kwietniu br. W ofercie zostały już obecnie ostatnie lokale.

Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest

Prowadzimy sprzedaż mieszkań w kilku inwestycjach w Warszawie. W zależności od lokalizacji grupa osób nabywających mieszkania w celach inwestycyjnych z przeznaczeniem na wynajem jest mniejsza lub większa. Największym zainteresowaniem inwestorów cieszą się projekty zlokalizowane w pobliżu stacji metra. Takim przykładem jest choćby inwestycja Metro Park. Budynek położony będzie zaledwie 5 minut pieszo od stacji metra Słodowiec. W ofercie mamy jeszcze mieszkania i mikroapartamenty od 21 mkw. do 65 mkw. Najtańszy lokal można kupić w cenie 290 tys. zł brutto. W styczniu 2020 roku rozpoczęliśmy też budowę inwestycji Apartamenty Oszmiańska 20, która znajduje się 450 metrów od stacji metra Targówek Mieszkaniowy. Najtańsze mieszkanie dwupokojowe kosztuje tam 363 tys. zł brutto.

Agnieszka Jaworska-Goździewska, Marketing i PR Manager w Nickel Development

Potwierdzamy duży udział klientów kupujących w celu inwestycyjnym. Z produktów będących w naszym portfelu najczęściej interesują się oni mieszkaniami w wieżowcu ST_ART Piątkowo w Poznaniu. Duży udział mają w nim dwupokojowe mieszkania o powierzchni około 40 mkw., obecnie bardzo popularne wśród wynajmujących. W aktualnej ofercie inwestycji ST_ART Piątkowo znajdują się mieszkania i apartamenty w cenie od 290 tys. zł brutto.

Magdalena Gąsienica-Samek, p.o. dyrektor marketingu Red – Real Estate Development

40 procent to dokładnie odsetek mieszkań kupowanych pod wynajem w naszym poznańskim Red Parku. W ostatnim czasie obserwujemy wzrost zainteresowania inwestorów tym właśnie projektem. We wrocławskiej Nowej Papierni odsetek kupujących inwestycyjnie jest jeszcze wyższy i wynosi około 70 proc. To właśnie z myślą m.in. o inwestorach stworzyliśmy apartamenty w Kamienicy pod Pelikanem. Budynek stoi w znakomitej lokalizacji, niedaleko ścisłego centrum Wrocławia. Lokalizacja jest dla inwestorów jednym z kluczowych czynników decydujących o wyborze. Zwracają także uwagę na wielkość mieszkań. Pod wynajem poszukują zwłaszcza lokali jednopokojowych lub dwupokojowych. W ostatnich latach inwestorzy stali się na wielu rynkach najważniejszą grupą nabywców i to oni napędzają popyt i dobrą koniunkturę.

Zuzanna Należyta, dyrektor ds. handlowych w Eco Classic

Klienci kupujący mieszkania w celu inwestycyjnym stanowią około 20-30 proc. i wybierają zwykle małe lokale. Notujemy zakupy inwestycyjne, zarówno w warszawskiej inwestycji Przy Arsenale, jak i w gdańskim projekcie Wolne Miasto.

Jarosław Kozak, wiceprezes w Waryński S.A. Grupa Holdingowa

Gdańska inwestycja Atol to projekt mieszkaniowy, w którym lokale sprzedawane są głownie klientom w celu dalszego wynajmu. Na dzień dzisiejszy najtańsze mieszkania, które są w niej dostępne oferujemy w kwocie około 9330 zł/mkw. To cena zakupu mieszkania o powierzchni 56 mkw., do której należy doliczyć standardowe miejsce postojowe w garażu w kwocie 29,9 tys. zł lub z boksem na jednoślad w cenie 38870 zł, albo miejsce postojowe naziemne za 15 tys. zł.

Kostiantyn Fedyna – członek zarządu grupy BY MADE

W naszym przypadku sprawa jest oczywista, Legnicka 60C to wrocławski projekt stworzony w odpowiedzi na potrzeby inwestorów, którzy zgłaszają coraz większe zainteresowanie lokalami na wynajem. W kręgu ich zainteresowania od długiego czasu są nieduże lokale i takie oferujemy. Największą popularnością cieszą się apartamenty inwestycyjne o powierzchni 18,5 mkw. oraz małe lokale dwupokojowe o metrażu 23 mkw. Przemawia za nimi nie tylko świetna lokalizacja, zapewniająca inwestorom wysokie stawki najmu, ale także atrakcyjna cena zakupu, od której dodatkowo można odliczyć podatek VAT. Dotyczy to również osób fizycznych, którym pomagamy w tym procesie. Ceny w aparthotelu Legnicka 60C zaczynają się od 189 tys. zł netto za apartament z wykończeniem pod klucz. Lokale będą wykończone i wyposażane w wysokim standardzie, co doskonale widać na przykładzie gotowego apartamentu pokazowego. Grupa BY MADE jako pierwsza we Wrocławiu umożliwia obejrzenie lokalu na tak wczesnym etapie realizacji projektu. Wykończeniem zajmuje się profesjonalny operator, któremu można powierzyć także zarządzanie wynajmem. W takim przypadku stopa zwrotu z inwestycji wynosi 7 proc.

Wojciech Duda, wiceprezes Duda Development

Inwestorzy stanowią znaczną część naszych klientów. Ich szczególnym zainteresowaniem cieszą się mieszkania o kompaktowym metrażu, zazwyczaj jedno lub dwupokojowe. W Poznaniu jest to inwestycja Fyrtel Wilda zlokalizowana u zbiegu ulic Sikorskiego i 28 Czerwca, natomiast w Łodzi – Diasfera Łódzka położona pomiędzy ulicą Kilińskiego i Targową.

Cezary Grabowski, dyrektor sprzedaży i marketingu Bouygues Immobilier Polska

W niektórych inwestycjach, szczególnie tych w niewielkiej odległości od centrum, przeważają zakupy pod wynajem. Obecnie największym zainteresowaniem inwestorów, głównie ze względu na bardzo dobre połączenie z centrum transportem publicznym, cieszy się nasza nowa inwestycja w Warszawie przy ulicy Grochowskiej 230, w której większość mieszkań zostało już sprzedanych. Najtańsze, dostępne lokale są do nabycia w cenie od 410 tys. zł. Inwestorzy kupują mieszkania także w Zajezdni Wrocław, którą realizujemy przede wszystkim z myślą właśnie o nich. W tej inwestycji dominują mieszkania jednopokojowe typu studio, które są idealne pod wynajem. Ich ceny zaczynają się od 269,9 tys. zł. Do tego dochodzi dogodna lokalizacja na klimatycznym Nadodrzu oraz kompletna infrastruktura okolicy. To wszystko zachęca inwestorów, którzy postrzegają takie inwestycje jak pewną, rentowną lokatę kapitału.

Aleksandra Goller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu w spółce mieszkaniowej Skanska

Nasze osiedla cieszą się dużym zainteresowaniem, zarówno wśród klientów indywidualnych, jak i inwestycyjnych. Tych drugich szczególnie przyciągają projekty usytuowane w okolicach biznes hubów. Wiedzą, że dobra lokalizacja, gęsta siatka komunikacji miejskiej i podwyższony standard to aspekty szczególnie ważne dla wynajmujących. W tego typu osiedlach inwestorzy upatrują możliwości najwyższej stopy zwrotu zainwestowanych środków.

Wojciech Chotkowski, prezes zarządu Aria Development

W przeciwieństwie do Warszawy, gdzie czasem połowę mieszkań w inwestycji sprzedawana jest na wynajem krótko bądź długoterminowy, w naszych projektach klienci przede wszystkim kupują w celu zamieszkania. Zdarzają się również nabywcy inwestycyjni, ale to raczej rodziny, które chcą na przykład kupić mieszkanie i dopóki dzieci nie dorosną planują je wynajmować. To olbrzymi plus naszych realizacji. Dzięki temu, społeczność mieszkańców jest bardzo zintegrowana i wszyscy traktują osiedla jak dom.

Sebastian Barandziak, prezes zarządu Dekpol Deweloper

Duże zainteresowanie zakupem projektów w celach inwestycyjnych widzimy od wielu lat. Taki trend utrzymywał się również w minionym roku. Dlatego w ramach szerokiej oferty przygotowujemy różne projekty, które są atrakcyjne dla tego rodzaju klientów. Wybierają oni inwestycje zlokalizowane w ścisłym centrum Gdańska, jak np. Grano Residence, które są przeznaczone pod najem krótkoterminowy. Dużą popularnością cieszą się także inwestycje powstające w tzw. sypialni Gdańska i przeznaczone pod najem długoterminowy. W tym zakresie proponujemy lokale m.in. w Osiedlu Pastelowe w dzielnicy Łostowicach czy Osiedlu Zielone w Jasieniu. Na terenie Gdańska najtańsze mieszkanie jest dostępne w Osiedlu Pastelowe w cenie około 350 tys. zł brutto. Tańsze propozycje, już od 230 tys. zł klienci znajdą w ramach inwestycji zlokalizowanej w Rokitkach koło Tczewa.

Autor: Dompress

Rezerwa Federalna wkracza do akcji. Indeksy zwyżkują

Na początku marca pisaliśmy w komentarzu o tym, że Wall Street liczy na pomoc Fed, przez zwiększenie presji na cięcie stóp procentowych za oceanem. Wczoraj Rezerwa Federalna, po raz pierwszy od 12 lat, wykonała obniżkę stóp procentowych między posiedzeniami o 50 punktów bazowych. Był to tzw. emergency cut, aby już teraz przeciwdziałać skutkom wpływu epidemii koronawirusa na amerykańską gospodarkę. Rynki liczą również na podobne działanie po drugiej strone Atlantyku, dając 90 proc. szans, że Europejski Bank Centralny obniży stopę depozytową w przyszłym tygodniu.

Jak pokazują kontrakty na amerykańskie indeksy, dziś rynek kasowy wzrośnie po otwarciu. Kontrakt na indeks DoW Jones rośnie o 2,2 proc., S&P 500 idzie w górę o 1,9 proc., a Nasdaq 100 o niecałe 2 proc. Co ważne, cofa się kontrakt na indeks strachu VIX, zmniejszając oczekiwaną zmienność na rynku akcji w USA. Z punktu widzenia danych z gospodarki, pozytywnie na nastroje mogły wpłynąć również dane o zmianie zatrudnienia w sektorze prywatnym w lutym. Według raportu ADP zatrudnienie wzrosło o 183 tys. nowych etatów przy konsensusie rynkowym na poziomie 170 tys..

Z poszczególnych spółek warto zwrócić uwagę ponownie na Home Depot. HD otrzymała wyższą rekomendację od Nomury, z neutralnej do kupuj. Akcje dziś drożeją o około 2 proc. Cena docelowa została podniesiona z 240 USD do 251 USD (obecnie 233 USD). Argumentem za zmianą nastawienia ma być m.in. spadek stóp procentowych, jako dodatkowy bodziec popytowy, który z kolei może zrównoważyć wszelkie zakłócenia spowodowane koronawirusem. HD ma na Wall Street 19 rekomendacji kupna, 12 trzymaj i 2 sprzedaj. 25 lutego spółka opublikowała wyniki, które przekroczyły oczekiwania analityków na Wall Street.

Spółką, która dziś się pozytywnie wyróżnia w indeksie Dow Jones Industrial Average, jest Unitedhealth Group. Wzrost ceny akcji spółki o wartości prawie 280 mld dolarów wynosi dziś ponad 10 proc. Spółka działa w sektorze opieki zdrowotnej, w tym obsługuje duże, małe i średnie przedsiębiorstwa czy osoby prywatne. Posiada również usługi w zakresie konsultingu dla całego sektora opieki zdrowotnej, agencji rządowych, jak i organizacji i całych szpitali. Pod względem kapitalizacji UNH znajduje się w pierwszej dziesiątce spółek z DJIA.

Rynek wydaje się zatem już teraz bardzo spokojny, po awaryjnym cięciu stóp procentowych przez Fed i wie, że są szanse na ewentualne dalsze kroki, jeśli sytuacja w najbliższych dwóch tygodniach się nie ustabilizuje. Do tego mogą dojść działania z zakresu polityki fiskalnej, ponieważ mamy również w USA rok wyborczy, a obniżki podatków mogłyby być dobre i dla obywateli i dla rynków.

Departament Zarządzania Aktywami, Copernicus Capital TFI S.A.

home.pl podbija Europę

Rumunia, Bułgaria i Węgry to kraje, w których największy w Polsce dostawca usług internetowych już prowadzi sprzedaż. W kolejnych miesiącach home.pl wejdzie do Czech i na Słowację. Zagraniczna ekspansja popularnego hostingodawcy nabiera tempa.

Docelowo firma chce do 2025 roku prowadzić sprzedaż i wspierać ebiznes na co najmniej 15 europejskich rynkach. Na miejsce zagranicznego debiutu home.pl wybrał Rumunię. Sprzedaż ruszyła tam w połowie 2019 roku, a oferta firmy spotkała się ze sporym zainteresowaniem tamtejszych klientów.

– Zaczęliśmy od Rumunii, co było następstwem analizy potencjału rynku małych i średnich firm w zakresie informatyzacji i wykorzystania nowoczesnych technologii internetowych – mówi Marcin Kuśmierz, prezes home.pl.

Zagranicą home.pl posługuje się marką IONOS należącą do globalnej grupy United Internet, której home.pl jest częścią. IONOS to rozpoznawalny w świecie brand, który obecny jest m.in. w Austrii, Francji, Wielkiej Brytanii, Niemczech, Włoszech, Meksyku i Stanach Zjednoczonych. Teraz do tej grupy dołączyły – prócz wspomnianej Rumunii – także Węgry i Bułgaria. Za wprowadzenie tam biznesu i jego rozwój odpowiada właśnie home.pl.

– Bułgaria i Węgry to kraje z wysokim wzrostem PKB i potencjałem w zakresie transformacji cyfrowej. W obu przypadkach strategie rządowe aktywnie wspierają rozwój sektora nowych technologii, a małe i średnie firmy są ich głównymi beneficjentami. Chcemy być ich partnerem w zakresie wykorzystania nowych technologii informatycznych – komentuje Marcin Kuśmierz.

Na Węgrzech i w Bułgarii funkcjonuje ponad 1,1 mln małych i średnich firm. Kraje te są znane dzięki technologicznym start-upom o globalnym zasięgu. Pochodzą stamtąd m.in. pCloud, AImotive czy Prezi.

Na każdym z nowych, zagranicznych rynków marka IONOS już na starcie posiada najszerszy katalog rozwiązań biznesowych w chmurze. W ofercie – prócz szeregu aplikacji takich jak antywirusy, G Suite i Office 365 – znajdują się także domeny i hostingi, certyfikaty SSL i kreatory stron WWW. Oprócz usług własnych firma posiada w portfolio produkty kilkudziesięciu międzynarodowych dostawców oprogramowania w chmurze m.in. Dropbox, Google czy Microsoft. Wkrótce udostępni też cyfrowe materiały edukacyjne i konsultacje dla rodzimego biznesu.

– Na zagranicznych rynkach oferujemy wsparcie techniczne w lokalnych językach i rozwiązania dopasowane do potrzeb i realiów tam panujących – mówi Marcin Kuśmierz.

Po doświadczeniach pierwszych trzech zagranicznych przyjdzie czas na kolejne. W planach firma ma rozpoczęcie świadczenia usług w Czechach i na Słowacji. Stanie się to prawdopodobnie w drugim kwartale bieżącego roku.

Oferta home.pl skierowana do klientów w Rumunii, Bułgarii i na Węgrzech dostępna jest w serwisach internetowych: ionos.ro, ionos.bg i ionos.hu.

Spowolnienie gospodarcze o wiele głębsze niż początkowo prognozowano

Prognozy dla polskiego PKB w 2020 r. są coraz gorsze i będą się jeszcze wielokrotnie zmieniać. Niepewność narasta i możliwe, że wzrost gospodarczy spadnie do 3 proc.

W 2018 r. dynamika PKB była bardzo wysoka, wynosiła 5,1 proc. W minionym roku była o prawie 1 pkt. proc. gorsza, choć nadal wysoka jak na kraje UE. Teraz wiele ośrodków badawczych zgłasza korekty do swoich prognoz, obniżając swe przewidywania.

Mamy dużo czynników zewnętrznych, które wpłynęły na obniżenie prognoz dla polskiego PKB. To sytuacja gospodarcza w krajach UE, konsekwencje brexitu, które dopiero są przed nami i skutki wojen handlowych. Natomiast nie uwzględniono jeszcze konsekwencji koronawirusa, bo jest zbyt wcześnie, aby je określić.

– Negatywne czynniki wewnętrzne związane są z tym, że nie będzie już tak wysokiego impulsu wzrostowego ze strony konsumpcji, bo poziom świadczeń społecznych, który był odpowiedzialny za wzrost tych wydatków stabilizuje się – mówi w rozmowie z MarketNews24 Bohdan Wyżnikiewicz, prezes Instytutu Prognoz i Analiz Gospodarczych, były prezes GUS.

Coraz większym zagrożeniem w bliskiej przyszłości będą bardzo niskie obecnie inwestycje przedsiębiorstw. To będzie czynnik ograniczający konkurencyjność polskiej gospodarki.

Prognozy dotyczące 2020 r. prawdopodobnie będą się jeszcze zmieniać i to w istotnym stopniu, zwłaszcza że niepewność jest coraz większa.

– Powinniśmy spodziewać się wzrostu PKB w granicach 3,0-3,4 proc. – ocenia B.Wyżnikiewicz.

5 alarmujących infografik o sytuacji kobiet na rynku pracy

Kobieta, która rodzi dziecko, nigdy nie dorówna swoimi zarobkami kobietom bezdzietnym. Bycie ojcem nie wpływa na wysokość zarobków. Sytuacja matek jest najgorsza, ale kobietom na całym świecie jest trudniej na rynku pracy niż mężczyznom o takich samych kwalifikacjach.

W skali globalnej sytuacja kobiet na rynku pracy ulega poprawie od drugiej połowy XX wieku, a jednak dane wciąż szokują. Kobiety mniej zarabiają. Bycie kobietą obniża szanse na sukces podczas rekrutacji, a matka po 10 latach od urodzenia dziecka zarabia średnio 20% mniej niż kobieta, która nie zdecydowała się mieć potomstwa. Eksperci rankomat.pl, największej polskiej porównywarki ubezpieczeń i usług finansowych, przypatrują się danym o zarobkach i zatrudnieniu kobiet.

W ponad połowie krajów świata kobiety wciąż nie mogą wykonywać tych samych zawodów, co mężczyźniCzy niekarmiące i nieciężarne kobiety mogą wykonywać te same zawody co mężczyźni_v1

Na mapie zaznaczono na zielono kraje, w których kobiety osiągnęły pełną równość wykonywania wszystkich zawodów. W 2017 roku, kiedy przeprowadzono to badanie po raz ostatni, takich krajów było zaledwie 45% na świecie. Do państw, w których występują nierówności płciowe (choćby niewielkie), zaliczają się również demokratyczne europejskie kraje rozwinięte takie jak Czechy czy Francja.

Przyczyny są różne, w części krajów powodem są przepisy wyraźnie zakazujące wykonywania kobietom niektórych prac. Przykładowo w Rosji tylko mężczyzna może zostać maszynistą w metrze (zmiana ma nastąpić w 2021), na Białorusi obowiązuje zakaz pracy kobiet z materiałami szkodliwymi dla zdrowia. Kobiety również (pomimo braku barier prawnych) nie są zatrudniane z pewnych zawodach ze względu na stereotypy oraz tradycyjne role płciowe. Kobiety częściej wykonują prace związane z opieką nad chorymi i dziećmi (odpowiednio 89% i 95% wszystkich zatrudnionych w tych branżach to kobiety). Tymczasem zatrudnienie kobiet w przemyśle nie przekracza 17%, a na stanowiskach związanych z nowymi technologiami wynosi zaledwie 25%.

Ślepa rekrutacja wyrównuje szanse kobiet na rynku pracy Jak ślepa rekrutacja wpływa na szanse mężczyzn i kobiet na sukces w procesie rekrutacyjnym_v1

Kobiety odnoszą większy sukces na rynku pracy, jeśli rekruterzy nie znają płci kandydatów starających się o nowe stanowisko. Różnica to nawet blisko 60% więcej szans na zatrudnienie, kiedy rekrutacja przeprowadzona jest w trybie “ślepym”.  Nawet kiedy na danym rynku nie ma formalnych przeszkód, żeby kobiety wykonywały dowolny zawód, nierówności płciowe nie zawsze zupełnie znikają. Zatrudniający, świadomie bądź podświadomie kreują bariery, faworyzując mężczyzn w procesie rekrutacyjnym.

Wykres pokazuje, jak zmieniał się procent zatrudnionych kobiet, kiedy w rekrutacji ukryto tożsamość (w tym płeć) kandydatów. Badanie przeprowadzono w orkiestrach symfonicznych w Stanach Zjednoczonych.

Większość znanych orkiestr symfonicznych w Stanach Zjednoczonych zmieniło zasady przesłuchań muzyków w latach 70tych i 80tych czyniąc je bardziej wyrównanymi i ustandaryzowanymi.

Wprowadzony dodatkowe zasady mające na celu bezstronny płciowo wybór. Płeć muzyka mogła zostać ukryta przed komisją. Nie wszystkie przesłuchania przeprowadzone były w trybie “ślepym” (czyli z ukrytą tożsamością uczestników). Te same kandydatki uczestniczyły w ślepych i tradycyjnych rekrutacjach, dzięki temu można porównać jakie szanse na sukces miały w obu przypadkach.

W tradycyjnej rekrutacji (komisja znała płeć kandydatów) jedynie 1,7% ze startujących kobiet zostało zatrudnionych, podczas gdy wśród mężczyzn aż 2,7% odniosło sukces. 2,7% spośród tych samych kobiet odniosło sukces w ślepej rekrutacji. U mężczyzn różnice pomiędzy ślepymi a tradycyjnymi rekrutacjami są niewielkie, natomiast dla kobiet szanse na sukces wzrosły niemal o 60%. Obecnie ślepe rekrutacje zyskują na popularności. Na taką formę poszukiwania nowych kandydatów zdecydowało się między innymi BBC. Jest to sposób na wyrównywanie szans na rynku pracy bez uciekania się do pozytywnej dyskryminacji (takiej jak parytety).

Równość płci w trendzie wzrostowymLuka płacowa w wybranych krajach_v1

W skali świata nierówności płac mężczyzn i kobiet zmniejszają się. Wciąż są znaczące, ale mniej przytłaczające niż w roku 1970. W szczególności ogromną poprawę widać na rynku brytyjskim oraz w Stanach Zjednoczonych, jednak tam wyjściowy poziom nierówności był szczególnie wysoki.

Luka płacowa według OECD (liczona jako różnica średniego wynagrodzenia kobiet i mężczyzn) dla Wielkiej Brytanii w roku 1970 wynosiła 47,6%, w roku 2016 spadła do 16,8%. W Stanach Zjednoczonych od roku 1973 do 2016 nastąpił spadek z 38,1% do 18,1%. Natomiast dla Francji w roku 2002 wynosiła 13,3%, w roku 2014 spadła do 9,9%.

Nierówności płacowe związane z posiadaniem dzieci, czyli kara za macierzyństwo (motherhood penalty)Wpływ posiadania dzieci na zarobki (kobiety)_v1 Wpływ posiadania dzieci na zarobki (mężczyźni)_v1

Zmniejszająca się luka płacowa działa na korzyść kobiet, ale nie wyrównuje szans matek na rynku pracy.

Badania przeprowadzone w Danii (warto zauważyć, że to kraj cechujący się wysoką równością płci) pokazały, jakie są prawdziwe konsekwencje macierzyństwa. Po urodzeniu dziecka, zarobki kobiet gwałtownie spadają i już nigdy nie zrównają się z dochodami kobiet bezdzietnych. W przypadku mężczyzn nie widać wpływu narodzin dziecka na wysokość wynagrodzeń ani na dynamikę ich wzrostu.

Wykres pokazuje zmiany w wynagrodzeniu kobiet i mężczyzn po narodzinach dziecka. Punktem odniesienia jest wynagrodzenie odnotowane przed narodzinami dziecka, a więc przed momentem, kiedy możemy obserwować skutki narodzin na wysokość zarobków. Powody, dla których obserwujemy “karę za macierzyństwo” mogą być różnorakie. Często po narodzinach dziecka kobiety decydują się na zmianę pracy na taką, która pozwoli im na wcześniejsze powroty do domu, są mniej skłonne do pozostawania w pracy w godzinach nadliczbowych, w niektórych przypadkach rezygnują z awansu lub zupełnie rezygnują z pracy zawodowej.

Przeszkoda, której nie dało się pokonaćNierówność związana z dziećmi a nierówność związana z wykształceniem-_v1

Nierówność płacowa będąca konsekwencją posiadania dzieci jest dziś większa niż w roku 1980. Dzieje się tak mimo faktu, że luka płacowa zmniejsza się. Kolejne kraje znoszą lub łagodzą bariery prawne dla kobiet na rynku pracy (Rosja i Białoruś zmniejszą do roku 2021 liczbę zawodów, których wykonywanie przez kobiety jest zabronione). Firmy zaczynają sięgać po rozwiązania umożliwiające “ślepe” rekrutacje, aby wyrównać szanse kobiet i mężczyzn w walce o stanowisko.

Wykres pokazuje strukturę zmniejszającej się nierówności płacowej płci (luki płacowej). Podczas gdy zdecydowanie zmniejszyła się nierówność będąca wynikiem różnic w wykształceniu oraz nierówność, której źródłem były inne czynniki (bariery prawne, stereotypy), to nierówności będące wynikiem macierzyństwa utrzymują się na tym samym poziomie, a nawet lekko wzrastają w porównaniu do lat 80tych. Warto dodać, że dane te pochodzą z Danii, kraju który ma najwyższy odsetek pracujących matek na świecie (82%) oraz szeroko rozbudowany system wspierania kobiet po urodzeniu dziecka na rynku pracy (urlop tacierzyński, bezpłatna opieka nad dziećmi w państwowych żłobkach i przedszkolach).

W tekście wykorzystano następujące źródła danych:

Dane o zatrudnieniu OECD,

Dane The National Center for Women & Information Technology (NCWIT),

Dane The World Bank,

Dane National Women’s Law Center,

Badanie autorstwa Henrik Kleven, Camille Landais, Jakob Egholt Søgaard, styczeń 2018, Children and Gender Inequality: Evidence from Denmark,

Badanie CLAUDIA GOLDIN AND CECILIA ROUSE, wrzesień 2000, Orchestrating Impartiality: The Impact of “Blind” Auditions on Female Musicians.

Różnorodność wspiera innowacje. Ale w działach B+R kobiety wciąż stanowią mniejszość

Obszar innowacyjności pozostaje zdominowany przez mężczyzn. Z „Międzynarodowego Barometru Innowacji” opracowanego przez Grupę Ayming wynika, że niemal połowa kadry zarządzającej uważa, że różnorodność w miejscu pracy nie jest ważna. W przypadku kierowników zespołów B+R odsetek ten wynosi 35 proc. Osoby na najwyższych stanowiskach często nie są dostatecznie świadome korzyści wynikających z różnorodności pracowników dla generowania innowacyjnych rozwiązań.

Z badania Kantar* wynika, że w ponad połowie firm, które prowadzą w Polsce działalność innowacyjną, kobiety stanowią mniej niż 15 proc. członków zespołów badawczo-rozwojowych. W co piątej firmie odsetek kobiet wynosi od 15 do 50 proc., a tylko u 7 proc. przedsiębiorców zespoły B+R składają się w większości z kobiet. Na tym tle ciekawie prezentuje się przypadek Francji, gdzie – według „Międzynarodowego Barometru Innowacji” Grupy Ayming – 16 proc. respondentów deklaruje, że ich zespoły składają się w całości z kobiet. Z kolei w Kanadzie w większości zespołów B+R kobiety zajmowały od 26 do 50 proc. stanowisk.

Kobiety w innowacjach

Innowacje powstają dzięki umiejętnościom pracowników, a połączenie doświadczeń zróżnicowanej kadry pozwala podejmować lepsze decyzje oraz efektywniej zarządzać kompleksowymi wyzwaniami. Tymczasem to mężczyźni zajmują większość stanowisk związanych z obszarem B+R, a różnorodność płciowa jest często uznawana za niemającą wpływu na sukces innowacji. Firmy powinny stosować różne strategie zachęcające kobiety do podjęcia pracy w obszarze badań i rozwoju oraz tworzyć instrumenty motywujące je do podążania tą ścieżką kariery. Jak to zrobić? Według respondentów „Międzynarodowego Barometru Innowacji” najlepszym sposobem jest stosowanie przejrzystej ścieżki kariery – uważa tak 40 proc. osób.

– Dostępność talentów to największa siła napędowa B+R. Im firma ma ich więcej, tym więcej środków może zainwestować w działania proinnowacyjne. Nie można planować budżetu na działania B+R bez znalezienia i zatrudnienia odpowiednich osób. Jednak dostęp do odpowiednich specjalistów bywa ograniczony. Dlatego tak ważne jest zachęcanie kobiet do studiowania na kierunkach ścisłych, inżynieryjnych i technicznych, a na dalszym etapie – do zajmowania stanowisk związanych z badaniami i rozwojem, co pomoże poszerzyć grupę talentów – dodaje Agnieszka Hrynkiewicz-Sudnik, Dyrektor Obszaru Podatków i Innowacji w Ayming Polska.

Z politechniki do biznesu

W raporcie „Kobiety na Politechnikach”, przygotowanym przez Fundację Edukacyjną „Perspektywy”, czytamy, że w latach 2015-2018 udział kobiet wśród studentów uczelni technicznych wyniósł 37 proc. (dekadę wcześniej było to około 30 proc.). W roku akademickim 2017/2018 najmniej studentek wybrało kierunki związane z elektrotechniką, mechatroniką, automatyką, mechaniką i budową maszyn (udział kobiet wyniósł od 6 do 9 proc.), a najwięcej – architekturę wnętrz i architekturę krajobrazu (odpowiednio 89 i 83 proc.) oraz biotechnologię i chemię (po 76 proc.). Inżynierię chemiczną i procesową wybrało 65 proc. studentek, a na zarządzaniu i inżynierii produkcji niemal połowę studentów stanowiły kobiety.

Studentki na uczelniach technicznych nie natrafiają na wiele przeszkód. Na pewno problemem jest to, że kobiety często myślą, że nie będą tak dobre w przedmiotach ścisłych, jak mężczyźni. Zmiana myślenia nie leży tylko po ich stronie. Każdy powinien zmienić swój sposób postrzegania udziału kobiet nie tylko w obszarze STEM (z ang. Science, Technology, Engineering, Mathematics), ale także w biznesie. Coraz więcej organizacji powinno tworzyć kulturę organizacyjną, która ceni różnorodność oraz zapewnia otwarty dostęp do możliwości i rozwoju dla obu płci – stwierdza inżynier Karolina Łukasik, Starszy Konsultant w Dziale Innowacji, Ulg i Dotacji w Ayming Polska.

Zmiana podejścia zarządów

Zachęcanie kobiet do podjęcia pracy w obszarze badań i rozwoju jest ważne, jednak w pierwszym kroku należy dostrzec wartość różnorodności płci w organizacji. Ma ona bezpośrednie przełożenie na zróżnicowanie umiejętności całego zespołu i wzmocnienie tak pożądanych cech, jak empatia, komunikacja czy kreatywność. Różnorodność płciowa nie jest uznawana za czynnik wspierający innowacje – co zaskakujące – zwłaszcza przez osoby, które mogłyby najwięcej na niej skorzystać, czyli przez kadrę zarządzającą. 41 proc. ankietowanych przez Grupę Ayming CEO i CFO przyznało, że obecność kobiet w zespołach badawczo-rozwojowych nie ma przełożenia na wzrost innowacyjności organizacji.

Musimy zmienić postrzeganie znaczenia różnorodności płciowej, a sposobem na to jest odpowiednie uświadamianie kadry zarządzającej. Przykład musi iść z góry. Bardzo ważne jest wspieranie rozwoju zawodowego kobiet, ponieważ ich kompetencje stanowią istotny wkład w funkcjonowanie każdej firmy. Niemniej istotna jest większa elastyczność czasu pracy w momencie, gdy na horyzoncie pojawi się kwestia wychowania dzieci” – tłumaczy Magdalena Burzyńska, Dyrektor Zarządzający Ayming Polska.

* Badanie Kantar na zlecenie Ayming Polska, zrealizowane metodą CATI od 30 kwietnia do 30 maja 2019 r. wśród 100 firm zatrudniających ponad 50 pracowników.

„Międzynarodowy Barometr Innowacji” powstał na podstawie szczegółowej ankiety przeprowadzonej w drugiej połowie 2019 r. wśród 300 ankietowanych – CFO, kadry zarządzającej, właścicieli firm i ekspertów B+R – w 12 krajach: w Belgii, Kanadzie, Czechach, Francji, Irlandii, Włoszech, Polsce, Portugalii, Słowacji, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii i w Stanach Zjednoczonych.

Niespodziewana obniżka stóp procentowych w USA

Mamy już prawdopodobnie zamknięty temat największej niespodzianki na rynkach finansowych tego kwartału. Obniżka stóp procentowych o dwa poziomy w USA raczej nie zostanie przebita. Co ciekawe, zaskoczyło to znacznie bardziej analityków niż inwestorów. Najwyraźniej ludzie, którzy popierali własne prognozy swoimi pieniędzmi, mieli znacznie lepsze rozeznanie.

Dobry początek tygodnia dla złotego

Po wyraźnej przecenie przyszedł czas na korektę. Na początku tygodnia złoty był na niewidzianym od października poziomie niemal 4,34 zł za euro. Dzisiaj oglądamy je poniżej 4,30 zł. Mocniej staniał dolar, którego przecena sięgnęła aż 7 groszy. Jest to wynikiem silnego ruchu na EURUSD osłabiającego dolara względem europejskiej waluty. Skoro dolar tracił do euro, a euro traciło do złotego, to dolar tracił zdecydowanie mocniej względem złotego niż euro.

Niespodzianka dla analityków, a nie rynków

Niespodziewana obniżka stóp procentowych w USA to coś, co rozpaliło do czerwoności analityków. Pamiętajmy, że obniżono je na nadzwyczajnym posiedzeniu i to od razu o 0,5%, podczas gdy typowa zmiana FED wynosi 0,25% i bardzo rzadko wykonywana jest podwójna. Znacznie częściej są to ciągi zmian na kolejnych posiedzeniach. Co takiego wydarzyło się, że doszło do tej decyzji? Powodem są zmiany prognoz w światowej gospodarce. Mówiąc wprost, wstrzymana produkcja w Chinach z powodu koronawirusa powoduje, że świat (a w tym USA) nie będą się rozwijać tak szybko, jak sądzono. Jak zareagowały rynki? Delikatnie mówiąc sennie. Dolar, co prawda, wyraźnie tracił od wielu dni, co było po części pokłosiem plotek o możliwej zmianie, aczkolwiek przewidywana skala była znacznie mniejsza. Po samej decyzji dolar tracił na wartości ledwo powyżej pół centa względem euro.

Co zrobi RPP

Dzisiaj poznamy decyzję Rady Polityki Pieniężnej w sprawie stóp procentowych w Polsce. Analitycy są zgodni co do dwóch rzeczy. Po pierwsze decyzja będzie o utrzymaniu stóp procentowych na niezmienionych poziomach. Po drugie pojawi się głos nawołujący do obniżki stóp procentowych, jak zresztą co posiedzenie. Patrząc na spadki dynamiki wzrostu PKB i sytuację na świecie członkowie postulujący podwyżkę stóp procentowych w związku z wyskokiem inflacji mogą się wstrzymać od głosowania tego wniosku. Patrząc na rozwój sytuacji inflacja może być bowiem faktycznie przejściowa, a Rada nie lubi zmieniać stóp procentowych jeżeli nie jest do tego zmuszona.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Polska wschodzącą gwiazdą na światowej mapie producentów gier wideo

Firma Try Evidence przygotowała raport na temat stanu polskiej branży gier wideo. Dane pokazują, że gry wideo stanowią obecnie jeden z najważniejszych „towarów eksportowych” Polski. Rok 2020 może być najważniejszy od momentu, gdy Wiedźmin 3 i Dying Light podbiły światowe rynki.

Z raportu „Przekrój polskiej branży gier wideo” wynika, że Polska jest wschodzącą gwiazdą na światowej mapie producentów gier, a rodzime rozwiązania technologiczne należą do światowej czołówki i potrafią wyznaczać nowe trendy.

Ubiegły rok był przysłowiową „cisza przed burzą”. W roku 2020 premierę będzie miała jedna z najbardziej oczekiwanych gier w historii –  tworzony w Polsce Cyberpunk 2077 od CD Projekt Red. Możliwe, że na rynku pojawi się także Dying Light 2 od Techland, choć jego premiera została przesunięta na niesprecyzowany termin.

CD Projekt Red, wyceniany na 8 mld dolarów, jest aktualnie drugą co do wartości firmą w sektorze gier w Europie, ustępuje jedynie światowemu potentatowi o kilkudziesięcioletniej tradycji – Ubisoft (9,6mld $ wyceny spółki).

Polski rynek gier wideo od lat dynamicznie rośnie. Jak wynika z podsumowania graczpospolita.pl ze stycznia 2020 roku, wartość 36 notowanych na giełdzie krajowych spółek tworzących i wydających gry wzrosła w ciągu roku z 17,7 do 32,3 mld zł. Do końca lutego, nawet w czasie rynkowej paniki spowodowanej oczekiwaną epidemią koronawirusa, spółki gamingowe głównego parkietu radziły sobie w większości lepiej niż szeroki rynek. Rynek gier już wiele lat temu prześcignął branżę filmową.  Mamy w tym swój udział. Polacy w grach są wszechstronni. Na rynek składają się zarówno firmy tworzące produkcje klasy AAA jak CD Projekt RED czy Techland, są też firmy o modelu inwestycyjnym orientowanym na współpracę z licznymi, małymi studiami, tworzącymi gry o niewielkich budżetach (grupa PlayWay), jak i działające w sektorze mobile (Ten Square Games). W Polsce tworzymy gry na wszystkie dostępne platformy i możemy konkurować z każdym zagranicznym rynkiem – ocenia Maciej Żmuda Adamski, Członek zarządu Try Evidence.

Rok 2019 pod wieloma względami był czasem przygotowywania do zmian, których efekty mają się pojawić w roku 2020. W tym roku szykuje się wiele przełomowych wydarzeń, a dużo obietnic i oczekiwań zostanie zweryfikowanych przez rynek. W nadchodzących miesiącach zobaczymy, czy niezwykle wysoko postawionym oczekiwaniom graczy sprosta CD Projekt z Cyberpunkiem 2077 i drugi raz po serii Wiedźmin dostarczy wzorcową grę RPG. Wkrótce zadebiutują nowe generacje konsol: PlayStation 5 i Xbox Series X, w bardziej dojrzałą fazę rozwoju wejdą również platformy streamingowe gier, takie jak Stadia. Z perspektywy producentów i wydawców gier to będzie kolejny rok, w którym trzeba zintensyfikować zabiegi marketingowe w celu pozyskania coraz bardziej rozproszonej uwagi graczy. Z tradycyjnymi grami w modelu „premium” rywalizują gry F2P, eSport, czy wreszcie trend „oglądania gier” w serwisach streamingowych, takich jak Twitch czy Mixer. Jednocześnie według wszystkich prognoz rynek gier wideo będzie stale rósł, a wraz z nim będzie przybywać graczy na całym świecie. Według prognoz, do 2021 roku rynek gier wideo  i gier mobilnych może przekroczyć wartość 180 miliardów dolarów – komentuje Michał Gembicki, CEO, Klabater S.A.

Raport „Przekrój polskiej branży gier wideo” nie jest skoncentrowany na wynikach finansowych spółek, na które wpływ ma wiele czynników, ale na wynikach konkretnych gier: jak sobie poradziły na rynku, do ilu graczy dotarły i jak zostały odebrane w mediach. Wiele firm tworzących gry nie jest notowanych na giełdzie. Twórcy raportu dotarli także do takich spółek.

Pełna treść raportu do pobrania: https://tryevidence.com/raport-przekroj-polskiej-branzy-gier-wideo-01-2020/

Notino z przychodem 384 milionów euro

Obroty największego w Europie e-sklepu z perfumami i kosmetykami Notino, dawniej znanego w Polsce jako iperfumy.pl, wzrosły o 17% w porównaniu do ubiegłego roku. Firma przyciągnęła 2,1 miliona nowych klientów oraz osiągnęła sprzedaż na poziomie 384 milionów euro, o 56 milionów więcej niż w 2018 roku.  Jest to najlepszy wynik w ciągu 15 lat funkcjonowania Notino na rynku europejskim.

Firma zanotowała rekordowy rok pod względem liczby sprzedanych produktów. „W 2018 roku sprzedaliśmy w Europie 29 milionów produktów, natomiast w ubiegłym roku liczba ta wyniosła o 20% więcej, czyli 35 milionów, z czego największą część, bo aż 6 milionów stanowiły perfumy.” – powiedział Zbyněk Kocián, dyrektor zarządzający Notino. Rośnie również zainteresowanie klientów kosmetykami do pielęgnacji skóry i makijażu, a także wzrasta zapotrzebowanie na produkty do pielęgnacji włosów oraz zapachy do domu.

Najbardziej udanym, pod względem sprzedażowym, dniem w roku był tak jak poprzednio Black Friday, który przypadł na 29 listopada 2019 roku. „W Black Friday zrealizowaliśmy 100 000 zamówień w całej Europie i sprzedaliśmy 400 000 produktów, co daje około 280 produktów na minutę” – powiedział Tomáš Hofer, dyrektor logistyki w Notino.

Obecnie Notino działa w 24 krajach. Ponadto w zeszłym roku firma weszła na rynek w Szwajcarii i Rosji. „Rosja stanowi dla nas największe wyzwanie pod względem logistyki. Podczas gdy w 2018 roku, paczka z zamówieniem dotarła najdalej do Hiszpanii, teraz musi pokonać dwa razy dłuższą drogę – ponad 8000 kilometrów do regionu Sachalin” – dodał Hofer.

W 2019 roku firma rozszerzyła również swoją sieć sklepów stacjonarnych i punktów odbioru zamówień. Pierwsze sklepy zostały otworzone w Bułgarii i Austrii dzięki czemu zakupy stacjonarnie można zrobić i odebrać już w 9 krajach. W Polsce Notino ma 8 sklepów w 7 miastach: w Warszawie, Poznaniu, Krakowie, Katowicach, Gdańsku, Wrocławiu i Łodzi.

W tym roku europejski lider branży beauty e-commerce planuje rozbudowę i modernizację istniejących sklepów stacjonarnych, rozszerzenie asortymentu, uruchomienie drugiego magazynu oraz zwiększenie sieci kanałów dystrybucji w całej Europie.

Notino w 2019 roku w liczbach:

  • Przychody ze sklepu internetowego Notino wyniosły 384 milionów euro. Jest to wzrost o 17% w porównaniu do minionego roku.
  • Notino przyciągnęło 2,1 miliona nowych klientów.
  • Firma sprzedała 35 milionów produktów, o 6 milionów więcej niż w 2018 roku.
  • Najbardziej udanym dniem pod względem sprzedażowym był Black Friday (29.11.2019 r.) – 400 000 produktów i 100 000 zamówień.

Cyberprzestępcy grają z nami w chowanego, zagrożony przemysł i urzędy

Cyberprzestępczość rozwija się równie szybko jak nowoczesne technologie. Gdy firmy instalują nowe zabezpieczenia, hakerzy nie próżnują i znajdują coraz to nowsze sposoby na skuteczne cyfrowe oszustwa i wymuszenia. Co więcej, coraz częściej wykorzystują metody służące do maskowania swoich działań – wynika z najnowszego raportu VMware Carbon Black “2020 Cybersecurity Outlook”. Cyberataki udają zaufane procesy, standardowy ruch sieciowy i  jak podają autorzy badania, najbardziej na te naruszenia podatne są dzisiaj instytucje publiczne, firmy energetyczne i przemysł.

Firma VMware, lider w dziedzinie nowoczesnego oprogramowania dla biznesu, opublikowała właśnie swój najnowszy raport poświęcony krajobrazowi współczesnych cyberzagrozeń. VMware Carbon Black “2020 Cybersecurity Outlook” ukazuje najpopularniejsze techniki i sposoby cyberataków zaobserwowane w ciągu ostatniego roku. Oto najważniejsze wnioski:

  • Omijanie zabezpieczeń: na 2000 analizowanych cyberataków, ponad 90 proc. imituje standardowe zachowania ruchu sieciowego, zaufane procesy lub po prostu dezaktywuje rozwiązania zabezpieczające.
  • Ransomware znowu na topie: jest to kategoria złośliwego oprogramowania, zaprojektowanego aby blokować dostęp do komputera, dopóki odpowiednia suma okupu nie zostanie uiszczona na konto przestępcy. W ciągu ostatniego roku hakerzy chętniej sięgali po tę metodę niż rok wcześniej. W 95 proc. przypadków ataki te były maskowane.
  • Geopolityka sprzyja hakerom: z raportu wynika, że w ciągu ostatniego roku kamuflowane ataki ransomware dotknęły przede wszystkim instytucje publiczne oraz organizacje z takich branż jak energetyka i przemysł. Zdaniem autorów to wynik uboczny rosnących na świecie napięć politycznych.
  • Czysta destrukcja w cenie: ataki typu „wiper”, czyli takie, które mają wymazywać wszystkie pliki oraz dane zyskują na popularności. Hakerzy z takich krajów jak np. Iran doceniają destruktywne korzyści płynące ich efektów. Ataki te również są maskowane. 64 proc. analizowanych próbek stosowało metody maskujące.

Cyberzagrożenia rozwijają się dzisiaj szybciej niż są w stanie za nimi nadążyć działy bezpieczeństwa. Gonimy króliczka i choć w tej grze akurat chodzi o to, żeby go złapać, to przy obecnym podejściu to się nie uda. Choćby dlatego, że zawsze będą tzw. podatności dnia zerowego, czyli luki w systemie, których nikt jeszcze nie opublikował, więc dla których też nikt nie opublikował rozwiązania. Króliczek jest więc zawsze o krok przed nami – komentuje Stanisław Bochnak, strateg ds. biznesowych w VMware Polska. Musimy zmienić reguły gry. Zamiast gonić złego króliczka, wykorzystajmy nasze przewagi tj. znajomość naszego środowiska, naszych aplikacji, tego jak się zachowują i co jest normalnym stanem. I taki dobrze znany, bezpieczny stan chrońmy na każdym poziomie infrastruktury – we własnym centrum danych i w chmurze, wszędzie w taki sam sposób – dodaje

Sojusznik na wagę bezpieczeństwa

Z istniejących zagrożeń i wyzwań przedstawiciele kadry zarządzającej w firmowych działach IT i departamentach bezpieczeństwa doskonale zdają sobie sprawę. Jak wykazały jednak analizy VMware, przeprowadzone we współpracy z Forrester Consulting, ponad 74 proc. z nich jest zgodnych, że ich działy nie podejmują w tym zakresie odpowiedniej i koniecznej współpracy.

Broniąc swoje dane, musimy przestać myśleć o tym, jak samodzielnie to osiągnąć. Poszczególne działy w firmach muszą budować odpowiednie relacje z zespołami IT. Nadszedł czas na współpracę. Dzisiaj firmowe działy nie mogą już sobie pozwolić na rozwiązanie problemu cyberbezpieczeństwa samemu – komentuje Rick McElroy, jeden z autorów raportu VMware Carbon Black. Potrzebujemy zespołów IT, aby szukać rozwiązań bezpieczeństwa, które są wbudowane w każde narzędzie w firmie. Czas, aby bezpieczeństwo stało się częścią naszego organizacyjnego DNA. Czas, aby bezpieczeństwo stało się nieodłącznym elementem naszego procesu tworzenia, wdrażania i utrzymywania technologii – dodaje.

Badania VMware wykazały ponadto, że dla 55 proc. ankietowanych kierowników ds. IT i/lub bezpieczeństwa współpraca ta powinna być dla współczesnych firm jednych ze strategicznych priorytetów. 50 proc. z nich przyznało, że w ciągu kolejnych 3-5 lat zarówno działy IT, jak i bezpieczeństwa powinny wspólnie pracować nad bezpieczeństwem urządzeń pracowniczych, firmowej infrastruktury IT i zarządzaniem tożsamością użytkowników.

Czas na wbudowane bezpieczeństwo

Poważnym wyzwaniem w przypadku obu działów pozostaje jednak nadal poważny deficyt specjalistów. Prawie 50 proc. ankietowanych w badaniu VMware przyznało wprost, że ich działy są niedokadrowane. Walki z cyberprzestępcami nie ułatwia zresztą samo skomplikowanie firmowych zabezpieczeń. Według raportu „VMware & Forbes Security Research” już teraz 29 proc. firm posiada ponad 26 różnych rozwiązań dla cyberbezpieczeństwa. 83 proc. proc. organizacji zamierza zakupić nowe usługi w ciągu 3 lat.

Dzisiaj firmom potrzebne jest podejście „platformowe”, które upraszcza operacyjne zarządzenie bezpieczeństwem. 5 lat temu nasze własne IT wykorzystywało ponad 70 różnych narzędzi w obszarze bezpieczeństwa. Obecnie zmniejszyliśmy tę liczbę o połowę i cały czas pracujemy dalej, by obciąć kolejną połowę – do ok. kilkunastu, może nawet kilku narzędzi – przyznaje Bochanak z VMware – To właśnie jest obietnica, którą składamy biznesowi: radykalnie uprościmy Wasze środowisko. To też wyzwanie rzucone rynkowi cyberbezpieczeństwa: uprościmy ten rynek – konkluduje.

O raporcie VMware Carbon Black 

Badanie przeprowadzone zostało w dwóch częściach. Do pierwszej, analizującej krajobraz zagrożeń, firma wykorzystała globalnie uznany framework MITRE ATT&CK™. To dostępna na całym świecie baza wiedzy o taktyce i technikach cyberprzestępców, oparta na obserwacjach w świecie rzeczywistym. W drugiej fazie badań, firma VMware we współpracy z Forrester Consulting przeprowadziła wywiady z grupą ponad 624 przedstawicieli kadry menadżerskiej z korporacyjnych działów IT i departamentów ds. cyberbezpieczeństwa. Celem analizy było zbadanie relacji miedzy tymi oddziałami i jak wpływa ona na bezpieczeństwo firm.

STIR – Szef Krajowej Administracji Skarbowej blokuje coraz więcej kont

Rośnie liczba blokad rachunków bankowych w ramach Systemu Teleinformatycznej Izby Rozliczeniowej. Algorytm, na podstawie którego rachunki są blokowane, nie jest znany przedsiębiorcom, dlatego istnieje ryzyko nadużyć przez organy skarbowe.

To jest system, który umożliwia szefowi Krajowej Administracji Skarbowej zainicjowanie blokady rachunków firmowych, które w ocenie KAS są wykorzystywane przy wyłudzeniach skarbowych.

– Firma, która zostaje pozbawiona dostępu do własnego rachunku bankowego jest jak sparaliżowana, co może prowadzić do jej upadłości – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Jacek Matarewicz, adwokat, doradca podatkowy w Kancelarii Ożóg Tomczykowski. – Nasz niepokój budzi to, że przesłanki dotyczące blokowania rachunków są bardzo nieostre, nieweryfikowalne z punktu widzenia zaskarżalności tego bardzo dotkliwego środka.

Ten mechanizm nie powinien być stosowany w sytuacjach, gdy to kontrahenci firmy są nieuczciwi i na tej podstawie blokuje się rachunki uczciwego przedsiębiorcy. Może tak się stać, ponieważ algorytm, na podstawie którego rachunki są blokowane, nie jest znany przedsiębiorcy.

– Warto też zwrócić uwagę na kwestię dowodową, tutaj nie możemy ograniczać się do tego, że algorytm pokazał, że rachunek jest wykorzystywany do wyłudzeń – komentuje dr Jacek Matarewicz. – Ten materiał dowodowy powinien być badany przez organ, który stosuje ten środek, tak dotkliwy dla przedsiębiorcy, ważne jest, aby można było sprawdzić czy podjęte działania nie wykraczają poza ramy Konstytucji.

Przedsiębiorca powinien mieć możliwość zakwestionowania materiału dowodowego. Nie może być tak, że ograniczamy się do algorytmu, którego nikt nie zna.

Wystawcy weksli inwestycyjnych kuszą wysokimi zyskami. W razie ich upadłości inwestorzy nie są w żaden sposób chronieni

Inwestycje w weksle kuszą zyskiem 6–10 proc. w skali roku. To kilkukrotnie więcej niż w bankach na lokatach. Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów ostrzega jednak przed takimi produktami. Firmy, które emitują weksle inwestycyjne, próbują ominąć wymogi dotyczące emisji obligacji korporacyjnych. – Taka inwestycja nie jest chroniona gwarancjami Bankowego Funduszu Gwarancyjnego, w związku z czym istnieje ryzyko, że konsument nie odzyska wpłaconych pieniędzy – podkreśla Agnieszka Majchrzak z UOKiK.

Celem zwykłego weksla jest dodatkowe zabezpieczenie długu. Wątpliwości urzędu budzi fakt, że z pieniędzy uzyskanych w emisji weksla udzielane są pożyczki.

– W prawie funkcjonuje tylko pojęcie zwykłego weksla, nie ma czegoś takiego jak weksel inwestycyjny. Niektórzy przedsiębiorcy, aby ominąć wymagania dotyczące emisji obligacji korporacyjnych, wykreowali ten produkt jako nowy sposób pozyskiwania kapitału. Konsument może kupić taki weksel, a z tych pieniędzy emitent udziela przedsiębiorcom pożyczek, których zabezpieczeniem są ich nieruchomości. To transferowanie pieniędzy budzi nasze wątpliwości, bo nie wiadomo, czy konsument w ogóle odzyska pieniądze – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Agnieszka Majchrzak z Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

Zgodnie ze zmienionymi przepisami papiery wartościowe muszą zostać zarejestrowane w Krajowym Depozycie Papierów Wartościowych. Taka regulacja pojawiła się w związku z aferą z obligacjami korporacyjnymi firmy GetBack. Obowiązek ten nie dotyczy jednak weksli. Nie podlegają one również ustawie o ofercie publicznej czy o obrocie instrumentami finansowymi, pieniądze nie są więc właściwie zabezpieczone.

– Firmy, które emitują weksle inwestycyjne, próbują niejako ominąć dosyć restrykcyjne wymogi dotyczące emisji obligacji korporacyjnych, czyli np. obowiązek przedstawienia dokumentu ofertowego czy warunków emisji obligacji. W związku z tym osoba, która decyduje się na taką inwestycję, może nie mieć wystarczających informacji o ryzyku – mówi ekspertka.

Taka osoba ma za to perspektywę szybkiego wzbogacenia się, ponieważ emitenci weksli inwestycyjnych nieruchomościowych deklarują zyski na poziomie 6–10 proc.

– Firmy, które emitują takie weksle, oferują tę inwestycję jako atrakcyjną formę lokowania pieniędzy. Wielu konsumentów zamiast wybierać standardową lokatę, będzie chciało zainwestować w taki weksel inwestycyjny. Jednak apelujemy do konsumentów, bo to inwestycja obarczona dużym ryzykiem, nie jest chroniona gwarancjami Bankowego Funduszu Gwarancyjnego – ocenia Agnieszka Majchrzak. – BFG dotyczy naszych oszczędności zgromadzonych w bankach oraz w SKOK-ach do 100 tys. euro.

To oznacza, że w przypadku upadłości emitenta weksli konsumenci mogą nie odzyskać swoich pieniędzy. Urząd przygląda się tym produktom i jeżeli będą podstawy, rozpocznie postępowania wyjaśniające.

– Zawsze musimy pamiętać o ryzyku, które się wiąże z jakąkolwiek inwestycją, zwłaszcza z taką, która nam obiecuje szybki zysk. Nie ma czegoś takiego jak oferty bardzo szybkiego, bezpiecznego i pewnego zysku – przypomina ekspertka UOKiK.

Radzi, aby dokładnie przeanalizować każdą ofertę, zwłaszcza taką, która oferuje znacznie większy zysk niż np. lokata bankowa czy obligacje korporacyjne. W przypadku wątpliwości można zgłosić taką ofertę do Rzecznika Finansowego, Komisji Nadzoru Finansowego oraz UOKiK.

– Potrzebne są nam zrzuty ekranu, SMS-y, które ktoś dostał od firmy, umowa, którą zawarł, regulaminy, adres strony internetowej, numer telefonu. Im więcej informacji, tym lepiej. Prosimy każdego konsumenta o to, żeby robił zrzut ekranu oferty, którą przegląda, żeby nie informował nas enigmatycznie o jakiejś inwestycji, tylko dostarczył nam konkretne dowody. Takie informacje pozwolą nam zidentyfikować i namierzyć osoby, które mogą stać za danym procederem, i prowadzić postępowanie w sprawie – apeluje Agnieszka Majchrzak.

Pracownicy chcą się rozwijać i mieć realny wpływ na decyzje w firmach. To, obok dobrego wynagrodzenia i umowy, najważniejsze aspekty relacji pracowniczych

Rynkiem pracy od zawsze rządzą skomplikowane zależności. Dziś jednym z ważniejszych tematów z nim związanych staje się kultura organizacji zbudowana na wartościach, świadomym zarządzaniu i odpowiedzialnej kadrze menedżerskiej. Trendy te przybierają obecnie na sile i dotyczą oczekiwań pracowników, którzy szukają takich miejsc pracy, w których mogą rozwijać się zawodowo oraz czuć się z nimi związani poprzez budowanie relacji i przynależności. Pracodawcy powinni coraz lepiej zdawać sobie sprawę, że budowanie zaangażowania pracowników nie opiera się na systemie benefitów, ale przede wszystkim zależy od umiejętności liderów zespołów, którzy potrafią rozwijać ludzi i dbać o nich.

– Ludzie przede wszystkim oczekują szacunku od pracodawcy, podstawowego kontraktu i możliwości samorozwoju w pracy. Można też spojrzeć na to w kontekście tego, jak zmieniają się gospodarka, firmy i oczekiwania konsumentów. Pracownik też jest konsumentem, a konsumenci coraz mocniej naciskają na firmy, żeby zmieniały swoje praktyki, żeby produkty były bardziej ekologiczne, a firma odpowiedzialna społecznie. Te oczekiwania przenoszą również na pracę – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paulina Zadura, dyrektor Departamentu Analiz i Strategii w Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości.

Pracownicy chcą też mieć poczucie przynależności i wpływu na organizację. Tymczasem w 43 proc. polskich przedsiębiorstw decyzje dotyczące zatrudnionych są podejmowane bez konsultacji z nimi – wynika z badania „Bilans Kapitału Ludzkiego” (BKL)” realizowanego przez PARP wraz z Uniwersytetem Jagiellońskim. Jedynie 2 proc. organizacji pozostawia pracownikom podejmowanie ważnych dla nich decyzji.

– Wiele firm zapomina, że dzisiaj pracownicy chcą być zaangażowani w to, jak organizacja osiąga swoje cele. Jedną z prostych rzeczy jest umożliwienie im wpływu na to, w jaki sposób ona funkcjonuje. Zaangażowanie ich nie tylko w codzienną pracę, ale też w sukces całej firmy można osiągnąć poprzez rozmowę, docenianie działań, które szef uważa za cenne. To są proste elementy, które dzisiaj każda organizacja może wdrożyć, żeby zaangażowanie szybko wzrosło – mówi Tomasz Józefacki, członek zarządu Nais, aplikacji do doceniania i nagradzania pracowników.

Eksperci podkreślają, że kultura organizacji zbudowana na wartościach, świadomym zarządzaniu i odpowiedzialnej kadrze menedżerskiej to dziś jeden z kluczowych wymogów rynku pracy. Wynika wprost z oczekiwań pracowników, którzy szukają takich miejsc pracy, gdzie mogą rozwijać się zawodowo, ale i będą doceniani i będą czuli się związani z organizacją.

– Firmy konkurują dziś same ze sobą o pracowników, szukają ludzi i kompetencji, których na rynku brakuje. Pozycjonowanie się jako firma, która dba o pracowników, jest bardzo dobrym sposobem, aby ich pozyskać – mówi  Paulina Zadura.

Tymczasem – jak wynika z badań BKL – tylko trzy czwarte polskich firm korzysta z jakichkolwiek narzędzi zarządzania zasobami ludzkimi. Najczęściej wykorzystywanym narzędziem w tych przedsiębiorstwach są opisy stanowisk pracy – korzysta z nich połowa średnich i dużych firm, natomiast identyfikacja pracowników o wysokim potencjale odbywa się tylko w 7% z nich.

Zmianom na rynku pracy sprzyjają także zmiana pokoleniowa, gdyż urodzone w latach 80. pokolenie milenialsów i późniejsze generacje stanowią dziś najliczniejszą grupę pracowników, jak i rekordowo niskie bezrobocie, które pozwala im dyktować warunki pracodawcom.

– Powoli zaczyna już dominować pokolenie, które pojawiło się na rynku pracy po 2000 roku. Jego oczekiwania – dotyczące docenienia przez pracodawcę i dobrej atmosfery w pracy – są niezwykle istotne. Kolejny trend to rosnąca konkurencyjność organizacji. Firmy starają się być bardziej skuteczne i szybciej reagować na to, co dzieje się na rynku, szybciej wychodzić z produktami i inicjatywami. Aby móc te rzeczy dostarczać, wszystko sprowadza się do tego, jaką mamy atmosferę w pracy, w zespole najbliższych współpracowników, jak często i w jaki sposób ze sobą rozmawiamy  – mówi Tomasz Józefacki.

Badania pokazują, że w tej chwili nie są to jednak mocne punkty polskich firm. Aż 91 proc. liderów biznesowych i HR-owych deklaruje, że jakość komunikacji ma duże znaczenie dla zapewnienia pozytywnych doświadczeń pracowników, ale jednocześnie tylko 52 proc. określiło ją jako skuteczną lub bardzo skuteczną – wynika z raportu „Trendy HR 2018” opracowanego przez Randstad i Deloitte. Szwankująca komunikacja przekłada się z kolei na niezadowolenie kadry i większy stres, mniejszą efektywność pracy, pogorszenie atmosfery w zespołach oraz ogólne relacje między pracodawcą i pracownikami. Te również wymagają poprawy. Jak wynika z badania zrealizowanego przez Komitet Dialogu Społecznego KIG, Forum Odpowiedzialnego Biznesu i House of Skills, w Polsce aż 95 proc. pracowników dostrzega zjawiska, które mogą wiązać się z deficytem kapitału społecznego. Jako najbardziej problematyczne na pierwszym miejscu zostały wymienione brak przepływu informacji wewnątrz organizacji, brak zaufania i brak współpracy między zespołami.

Ważne w budowaniu dobrej atmosfery w pracy jest też przeciwdziałanie zagrożeniom wywołanym stresem, który prowadzi wprost do spadku motywacji i produktywności. Tymczasem Polacy są narodem pracującym w największym stresie – prawie co trzeci pracownik (27 proc.) twierdzi, że odczuwa go codziennie. Wśród następnych w zestawieniu pracowników francuskich i brytyjskich ten odsetek wynosi 20 proc. („The Workforce View in Europe 2018”).

– O dobrostan pracowników trzeba zadbać w sposób odpowiedzialny. To nie są wyłącznie benefity, nagrody rzeczowe czy motywowanie konkretną nagrodą. Ważniejsze jest to, żeby lider, który zarządza zespołem czy całą organizacją, był po prostu w dobrych relacjach ze swoimi pracownikami, potrafił o nich zadbać. Z badań wynika, że pracownicy deklarują potrzebę przynależności do miejsca pracy, identyfikowania się z pracodawcą. Chcą czuć się dobrze w miejscu pracy i jest to dla nich ważniejsze niż liczba benefitów – mówi Magdalena Bigaj, ekspertka Komitetu Dialogu Społecznego KIG.

Eksperci podkreślają, że – w kontekście czwartej rewolucji przemysłowej i rozwoju nowych technologii – redefinicji wymagają też wszelkie aspekty powiązane ze stosunkami pracy. Dlatego też konieczna jest szeroka publiczna debata obejmująca takie zagadnienia jak przemiany rynku pracy, modele biznesowe przedsiębiorstw, znaczenie związków zawodowych, Kodeks pracy i dobrostan pracowników.

Trendy na rynku smartfonów w 2020 roku

Rynek telefonów komórkowych osiągnął już swoją dojrzałość. Według GSMA Intelligence urządzenia te posiada aż 67% światowej populacji. Wciąż jednak jest to jeden z najdynamiczniej rozwijających się segmentów – producenci prześcigają się w tworzeniu nowych modeli telefonów z lepszymi podzespołami oraz ciekawym designem.

Pod względem premier, szczególnie pierwsza połowa 2020 zapowiada się bardzo obiecująco. Swoje modele z serii Galaxy S20 zaprezentował Samsung i są już w oficjalnej przedsprzedaży, choć do rąk klientów trafią od połowy marca. Na marzec Huawei zaplanował prezentację P40 i zapowiada się, że w najbliższym czasie Apple ogłosi wejście na rynek długo wyczekiwanego nowego modelu iPhone. Wielką niewiadomą wciąż jeszcze jest premiera Xiaomi Mi10 i 10 Pro na rynku europejskim. Produkty już pojawiły się na rynku chińskim, na którym okazały się hitem i zostały całkowicie wyprzedane, więc w Europie też mogą podbić rynek. Nie wiadomo tylko, kiedy…

Jeszcze doskonalsze zdjęcia

Producenci premierowych modeli postawili na udoskonalone aparaty fotograficzne, pozwalające na precyzyjne oddanie rzeczywistości, a także nagrywanie coraz lepszych filmów. Tegorocznym hitem będą aparaty o rozdzielczości 108 megapikseli. Taki posiada już dostępny na rynku Xiaomi Mi Note 10, a firma zapowiada, że wyposażone będą w niego również premierowe modele – Mi 10 i 10 Pro. W aparat robiący zdjęcia o takiej rozdzielczości wyposażony jest również Samsung Galaxy S20 Ultra.

– Pierwszy kwartał nowego roku to na rynku smartfonów zawsze czas premier i wzmożonego zainteresowania tą kategorią produktów – mówi Mariusz Joachimiak, Kierownik Działu Handlowego w RTV EURO AGD. – Duża grupa klientów poszukuje w tym czasie nowości. Według naszych badań aż 22 proc. klientów rozważa wymianę sprzętu natychmiast gdy pojawia się nowy model na rynku, a dla 51 proc. ważne jest, aby sprzęt elektroniczny pasował do ich stylu. Smartfony przestają być już tylko gadżetem elektronicznym, wyrażają indywidualny charakter i styl użytkownika, stąd tak duże zainteresowanie nowościami.

Klienci są obecnie bardziej świadomi – porównują oferty, poszukują rzetelnych dostawców, którzy są w stanie zaoferować atrakcyjne i elastyczne warunki zakupu.

– Ostatnio notujemy zwiększone zainteresowanie smartfonami. Wpływa na to kilka czynników, między innymi interesujące premiery, a także sytuacja na polskim rynku. Wielu klientów do niedawna szukających spektakularnych okazji cenowych u nieautoryzowanych sprzedawców zraziła się do takich zakupów i poszukują teraz wiarygodnego dostawcy. Dodatkowo smartfony to grupa produktów najchętniej kupowanych na raty, a RTV EURO AGD oferuje system finansowania ratalnego, więc klient może przyjść do naszego sklepu, w ciągu kilku minut załatwić formalności i wyjść z najnowszym smartfonem nie płacąc nawet złotówki – dodaje Mariusz Joachimiak, Kierownik Działu Handlowego w RTV EURO AGD.  

Producenci już stawiają na 5G

Od kilku już lat mówi się o wdrożeniu sieci 5G, ale w tym roku jest szansa, że testowany na całym świecie system będzie realnie dostępny dla dużo większej liczby użytkowników. W porównaniu do 4G ma zapewnić dziesięciokrotnie szybszą transmisję danych i dużo stabilniejsze połączenie. Według zapowiedzi operatorów, pierwsze komercyjne wdrożenia sieci piątej generacji mają nastąpić w Polsce już w 2020 roku.

– W związku z wdrożeniami sieci 5G na świecie, producenci telefonów równolegle pracują nad swoją ofertą i na rynku zaczynają się pojawiać urządzenia obsługujące ten standard. W tym roku Samsung zaprezentował Galaxy S20+, który dostępny będzie zarówno w wersji 5G, jak i 4G oraz S20 Ultra, dostępny wyłącznie w wersji 5G – mówi Mariusz Joachmiak, Kierownik Działu Handlowego w RTV EURO AGD. – Według danych Strategy Analytics, w roku 2025 liczba smartfonów funkcjonujących w standardzie 5G będzie wynosić już 1,5 miliarda.

Modele składane w nowej odsłonie

Moda na designerskie klasyki z klapką, które były hitem na rynku telefonów przed kilkunastoma laty, zainspirowała producentów do wprowadzenia ich w zupełnie nowej i innowacyjnej odsłonie. Motorola, inspirując się klasycznym modelem, zaprezentowała najnowszy razr, a Samsung 11 lutego oficjalnie pokazał światu Galaxy Z Flip, który jest już dostępny w sprzedaży.

– Galaxy Z Flip i razr są ciekawymi nowościami na rynku smartfonów – komentuje Mariusz Joachimiak, Kierownik Działu Handlowego w RTV EURO AGD. – Obydwa modele mają ciekawy design, są kompaktowe, wyposażone w składane, elastyczne ekrany oraz niewielkie wyświetlacze, pokazujące powiadomienia po złożeniu smartfonu. Dodatkowo, Samsung w modelu Z Flip zastosował tryb Flex, który dzieli aplikacje na pół, zamieniając górną połowę w obszar do oglądania, a dolną do sterowania.

Od przyszłego roku na dopłaty do czynszu najmu mieszkania będzie trafiać 1 mld zł rocznie. Liczba osób z nich korzystających spada

Z dopłat państwa do czynszu najmu mieszkania korzysta w Polsce co najwyżej 12 proc. dorosłych Polaków, a jeszcze 10 lat temu odsetek ten wynosił 15 proc. – Spadek ten wynika w dużej mierze z tego, że przyrosty liczby mieszkań socjalnych, komunalnych czy społeczno-czynszowych są niskie – mówi Łukasz Stępkowski, ekspert Centrum Amron. Sposobem na poprawę sytuacji mają być inwestycje finansowane z udziałem Banku Gospodarstwa Krajowego.

– Najem subsydiowany to najem z pewną pomocą publiczną, w ramach której dopłaca się do czynszu. Mówimy tu głównie o mieszkaniach komunalnych oraz czynszowo-społecznych. Szacuje się, że w Polsce w zeszłym roku z tego typu formy wsparcia korzystało około 11 do 12 proc. dorosłych Polaków. To dużo, jeżeli spojrzymy na kraje europejskie, ale mniej niż jeszcze kilka lat temu. W 2010 roku z takiej formy pomocy korzystało około 15 proc. populacji – mówi agencji Newseria Biznes Łukasz Stępkowski, specjalista ds. eksploatacji i rozwoju systemu Grupy Amron.

Z jednej strony to efekt bogacącego się społeczeństwa. Poprawa sytuacji na rynku pracy sprawiła, że część najemców czynszowych w poszukiwaniu lepszych standardów mieszkaniowych przeszła na otwarty najem. Z drugiej strony powodem jest niska podaż mieszkań na rynku najmu subsydiowanego. Tendencje spadkową widać od kilku lat. Jak podaje Centrum Amron, z roku na rok maleje liczba nowych lokali socjalnych i czynszowych – w 2010 roku oddano do użytku 3506 lokali komunalnych, podczas gdy osiem lat później było zaledwie 1863 takich mieszkań. To może się zmienić dzięki prowadzonym inwestycjom.

Z danych GUS wynika, że w ubiegłym roku oddano do użytkowania ponad 4,5 tys. mieszkań komunalnych, czynszowo-społecznych i zakładowych. To o 30 proc. więcej niż rok wcześniej. Nieco zmniejszyła się za to liczba mieszkań, których budowę rozpoczęto (2,8 tys. wobec 2,6 tys.).

– Bank Gospodarstwa Krajowego w latach 2019–2025 planuje duże inwestycje związane z dopłatami do czynszów, ale też kredyty. Na tego typu inwestycje mieszkaniowe od 2021 roku ma być miliard złotych rocznie – mówi Łukasz Stępkowski.

W ramach akcji kredytowej BGK rozdysponuje 1,3 mld zł w programie Społecznego Budownictwa Czynszowego. W ubiegłym roku ruszył też program bezzwrotnego wsparcia budownictwa komunalnego i socjalnego z Funduszu Dopłat. W 2019 i 2020 roku na ten cel trafi 500 mln zł rocznie, a w kolejnych czterech latach – po 1 mld zł rocznie.

– Wydaje się, że działania Banku Gospodarstwa Krajowego są nie tyle potrzebne, co wręcz konieczne. W Polsce cały czas jest grupa osób, która wymaga takiego wsparcia. Musimy mieć świadomość, że najem subsydiowany jest przeznaczony dla grupy społecznej na odpowiednio niższym poziomie płacowym. Te inwestycje Banku Gospodarstwa Krajowego mają więc za zadanie przede wszystkim pomóc najuboższym – wyjaśnia Łukasz Stępkowski.

Celem prowadzonej przez rząd polityki jest zwiększenie dostępu do mieszkań dla osób o zbyt niskich dochodach, aby kupić lub wynająć mieszkanie na wolnym rynku, ale też zaspokojenie podstawowych potrzeb mieszkaniowych osób zagrożonych wykluczeniem społecznym ze względu na niskie dochody lub szczególnie trudną sytuację życiową. Jak wynika z prezentacji „Narodowy Program Mieszkaniowy – raport z realizacji”, 149 tys. osób w Polsce czeka na mieszkanie komunalne.

Rynek najmu zmieniają także rozwiązania instytucjonalne, m.in. Fundusz Mieszkań na Wynajem, dzięki któremu w kilku największych miastach Polski powstały mieszkania wynajmowane na zasadach rynkowych, ale na stabilnych warunkach. Program Mieszkanie Plus zakłada budowę dostępnych cenowo mieszkań na wynajem, także z dojściem do własności. W styczniu 2019 roku został uzupełniony o Mieszkanie na Start – system dopłat do czynszu najmu. Mogą się o nie ubiegać najemcy mieszkań budowanych terenie gmin, które zawarły umowy z BGK.

– Podmioty instytucjonalne, które działają na rynku najmu, generują wzrosty w obszarze najmu subsydiowanego – mówi Łukasz Stępkowski. – Najem instytucjonalny daje większą ochronę prawną zarówno najemcom, jak i wynajmującym, więc zdaje się, że to dobry mechanizm, aby najem stał się bardziej popularny. Myślę, że coraz więcej osób będzie decydowało się na wynajem mieszkania właśnie w takiej formie.

Misja nowego szefa Lexusa: wprowadzić zmiany

Przedstawiciele Lexusa nie mogą narzekać. W zeszłym roku marka sprzedała na całym świecie o 10% aut więcej niż rok wcześniej i zanotowała rekordową sprzedaż na wielu rynkach. Ale Koji Sato, nowy prezydent Lexus International, chce dalej rozwijać firmę i zamierza wprowadzić zmiany. Mówi m.in o nowych sportowych modelach. Jak twórca zjawiskowego Lexusa LC wpłynie na japońską markę?

Emocje, elektryfikacja i jazda zautomatyzowana

Koji Sato jest prezydentem Lexus International od 1 stycznia 2020 roku. Kiedy objął stanowisko, usłyszał bardzo krótką radę od Akio Toyody, prezydenta macierzystej Toyota Motor Corporation: dokonaj zmiany. „Lexus jest symbolem ducha wyzwań w koncernie Toyota. Toyota jest wielką organizacją, ale Lexus jest mniejszą i bardziej elastyczną firmą. Akio oczekuje od Lexusa, że wykona pewnego rodzaju zmianę czy podejmie nowe wyzwanie” – mówi w wywiadzie z portalem Automotive News Sato.

Nowy prezydent Lexusa podkreśla, że marka zamierza skupić się teraz na trzech głównych aspektach – emocjach, elektryfikacji i jeździe zautomatyzowanej. Elektryfikację producent rozpoczął już lata temu, pokazując w 2005 roku hybrydowego Lexusa RX – pierwszego w historii luksusowego SUV-a z takim napędem. Teraz Japończycy otwierają kolejny rozdział i zaraz wprowadzą do salonów w pełni elektryczny model UX 300e. A jeśli chodzi o jazdę zautomatyzowaną, to już w tym roku ma zadebiutować pierwszy model marki wyposażony w system Teammate, który niemal całkowicie wyręczy kierowcę w czasie jazdy po autostradach. W temacie emocji Japończycy również mają dość precyzyjne plany.

Więcej modeli F Lexusa

Ogromny udział napędów hybrydowych w sprzedaży powoduje, że Lexus nie musi obawiać się nowych, jeszcze bardziej restrykcyjnych norm emisji spalin. I kiedy wielu producentów w obawie przed nowymi regulacjami musi rozważyć wycofanie kolejnych sportowych modeli, prezydent Lexusa zapowiada coś zupełnie innego. „Zwiększymy aktywność w kwestii modeli F w przyszłości” – mówi dla Automotive News. „F obejmie prowadzenie. A każdy inny model zostanie w pewien sposób odświeżony” – dodaje. Na tę chwilę pod marką F Lexus sprzedaje dwa rasowo sportowe modele – coupé RC F oraz sedana GS F. Koji Sato nie precyzuje natomiast, jakie auto będzie kolejnym członkiem rodziny F.

Lexus LC F i 660 KM

Jednym z najsilniejszych kandydatów jest coupé LC. Już standardowa odmiana tego modelu – LC 500 – dysponuje V-ósemką o mocy ponad 450 KM. Zgodnie z tradycją w wersji F moc auta powinna wyraźnie wzrosnąć. Najnowsze plotki mówią, że Lexus LC F będzie dysponował motorem o mocy około 660 KM, sparowanym z 10-biegowym automatem. Niemal na pewno samochód zostanie wyposażony w nową V-ósemkę twin-turbo. Lexus potwierdził, że pracuje nad takim motorem i zamierza wykorzystać go w samochodach drogowych.

Model LC nie jest jednym, który może doczekać się rasowego krewniaka. Mówi się również o limuzynie LS ze znaczkiem F oraz o sportowym SUV-ie. Choć to nadal pogłoski, możemy traktować je poważnie. Kiedy na fotelu prezesa Lexusa siedzi główny inżynier odpowiedzialny za stworzenie zjawiskowego Lexusa LC – auta tak odważnego, że początkowo miało nie wejść do produkcji – to wszystko jest możliwe.

Sezonowość najmu w Polsce

High season, czyli tzw. wysoki sezon, jest okresem w roku, który statystycznie cechuje się wyższym obłożeniem w porównaniu do pozostałych miesięcy, czyli mid-season i low season. Zazwyczaj wyprzedzenie rezerwacji w wysokim sezonie jest wyższe, tak jak i przychody z wynajmu krótkoterminowego.

Kiedy tak naprawdę mamy high season w Polsce?

Sezonowość zależy od lokalizacji w jakiej znajduje się apartament. Nad morzem najwyższy sezon wypada w miesiącach lipiec-sierpień. Średnim sezonem, czyli miesiącami zazwyczaj poprzedzającymi wysoki sezon oraz zamykającymi go, są w przypadku lokalizacji nadmorskich maj-czerwiec oraz wrzesień. W okresie high season stawki za dobę w stosunku do sezonowych mogą wzrosnąć nawet o 200%.

W górach doświadczamy dwóch okresów, które można nazwać wysokim sezonem: są to okres letni (lipiec, sierpień) oraz okres zimowy (od połowy grudnia nawet do marca, jeśli pogoda sprzyja narciarzom). Miesiące takie jak maj, czerwiec, wrzesień i marzec są statystycznie miesiącami o średnich zarobkach oraz obłożeniu. Grudzień jest miesiącem dość specyficznym. W okresie świąteczno-sylwestrowym osiągane ceny za dobę potrafią być najwyższymi w roku, dzięki czemu zarobki w tym czasie potrafią być porównywalne do tych z całego sezonu zimowego.

W większych miastach sezonowość również występuje, natomiast jest zdecydowanie bardziej uzależniona od położenia apartamentu i nie obejmuje tak długich okresów jak w kurortach górskich lub nadmorskich. W Warszawie statystycznie najlepsze przychodowo miesiące to czerwiec i październik, jednakże dla apartamentów zlokalizowanych na Starym Mieście to miesiące takie jak czerwiec, lipiec i sierpień będą cechowały się najwyższym obłożeniem i zarobkami. Najsłabsze miesiące to okres zimowy, czyli styczeń i luty. Jednak przychody w dużych miastach są mocno uzależnione od wydarzeń specjalnych takich jak koncerty, mecze, targi lub wydarzenia biznesowe, które wiążą się z masowym napływem turystów. W dobrze zlokalizowanym apartamencie obłożenie podczas weekendów festiwalowych może wygenerować przychody rekompensujące niski sezon.

Wnioski z sezonowości

Statystyki dotyczące sezonowości są tylko wskazówką w kwestii szacowania obłożenia i przychodów na cały rok. Rynek wynajmu krótkoterminowego bardzo prężnie rozwija się i zmienia, co wpływa na zmiany w sezonowości danego obszaru. Wraz ze wzrostem konkurencji skraca się na przykład okno rezerwacji (czyli wyprzedzenie, z jakim goście dokonują rezerwacji) co oznacza, że rezerwacje w sezonie będą pojawiać się z krótszym wyprzedzeniem niż w poprzednich latach. Takie zjawisko zauważamy w ostatnich latach w Zakopanem. W sezonie letnim w 2018 roku średnie wyprzedzenie rezerwacji wyniosło 38 dni, natomiast w roku 2019 okno rezerwacji zmniejszyło się do średnio 25 dni.

Zespół Revenue Management, Rent like home

Fed skradł show

Fed skradł show we wtorek nadzwyczajną obniżką stóp procentowych o 50 pb, jednak reakcja rynków nie jest pomyślna. Zamiast znaleźć uspokojenie, inwestorzy zaczęli dywagować, czy Fed nie wie czegoś więcej niż oni o skutkach wirusa w USA. Wygląda na to, że banki centralne nie będą w stanie samodzielnie przeciwdziałać niepokojom. Konieczne jest wsparcie fiskalne.

Fed zadziałał wyprzedzająco w obawie przed spowolnieniem wzrostu gospodarczego wskutek rozwoju epidemii koronawirusa w USA, choć jednocześnie prezes Powell zapewniał, że gospodarka pozostaje silna. Cięcie o 50 pb miało pokazać, że Fed poważnie podchodzi do sprawy, jak również nie zamyka się przed dalszymi obniżkami. I rynek zdaje się dalej na to liczyć, oceniając wczorajsze działania za niewystarczające. Wczorajszy spadek głównych indeksów na Wall Street o ok. 3 proc. świadczy o tym najlepiej. Najbliższe posiedzenie FOMC jest już za dwa tygodnie i rynek podtrzymuje oczekiwania, że wówczas dojdzie do kolejnej obniżki o 25 pb. I ten aspekt najbardziej teraz ciąży dolarowi. Póki pole do łagodzenia polityki jest spore – a z poziomu 1,25 proc. takie w istocie jest – USD może nie odzyskać równowagi.

Fed dał sygnał dla innych banków centralnych, by podążyły jego śladem. Za nami już obniżka stopy procentowej RBA, a dziś po południu prawdopodobnie na cięcie zdecyduje się Bank Kanady. Ze stopą na 1,75 proc. BoC ma taką samą siłę reakcji, co Fed, nawet jeśli liczba przypadków wirusa w Kanadzie pozostaje mała. Jednak już poprzednim razem w styczniu bank wyrażał zaniepokojenie hamowanie ożywienia, więc teraz powinno być mu łatwiej poluzować politykę. Jakkolwiek obniżka o 25 pb jest w pełni zdyskontowana, tak bliźniaczy ruch do Fed może dołożyć presji na CAD.

W kolejnych dniach należy spodziewać się działań innych banków centralnych. W przyszłym tygodniu EBC może być niechętny do obniżek głębiej w ujemne poziomy, ale bank pokazał, że zna inne sposoby uwalniania płynności w sektorze bankowym. Na cięcie Banku Anglii przyjdzie poczekać do 26 marca. Ostatecznie bardziej gołębie nastawienie powinny podjąć wszystkie ważniejsze banki centralne, ale może to być za mało, by uchronić globalną gospodarkę przed spowolnieniem. Niepewność oznacza podwyższoną zmienność na rynkach i podtrzymanie apetytu na bezpieczne aktywa. A gdy nigdzie nie jest w pełni bezpieczne, wygrywa płynność, którą oferuje USD i obligacje skarbowe USA. Nawet jeśli rentowność 10-latek USA pierwszy raz w historii spadła poniżej 1 proc., to wciąż jest to wysoka dochodowość w porównaniu z papierami Niemiec (-0,64 proc.), czy Japonii (-0,13 proc.). Kiedy już strach przed Fed wyparuje, USD powinien wracać do szerokiego umocnienia.

Jest mało prawdopodobne, aby Rada Polityki Pieniężnej miała się zapatrywać na graczy z wyższej ligi i dokonać obniżki stóp procentowych. Jednak komunikat raczej będzie wzbogacony o obawy o wpływ koronawirusa na aktywność gospodarczą, choć na obecnym etapie skala szkód jest trudna do oszacowania i dlatego RPP woli pozostać przy nastawieniu wait-and-see. Decyzyjność Rady komplikują przeciwstawne sygnały z polskiej gospodarki, które dziś podkreśli nowa projekcja makroekonomiczna. Spodziewamy się obniżenia ścieżki wzrostu gospodarczego oraz podwyższenia prognoz inflacji.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

W ślad za taniejącą od początku roku ropą naftową spadają też ceny paliw. Spodziewane są kolejne obniżki

0

Od początku roku ceny ropy obniżyły się o przeszło 20 proc. Z pewnym przesunięciem czasowym zaczęły też tanieć paliwa na stacjach. Tylko w ciągu dwóch ostatnich tygodni spadły one o 10 lub nawet kilkanaście groszy na litrze. Dopóki epidemia koronawirusa nie zostanie opanowana i chińska gospodarka nie ruszy w normalnym tempie, nadpodaż ropy będzie skutkować spadkiem cen zarówno samego surowca, jak i jego pochodnych.

– Sytuacja na rynku międzynarodowym przekłada się na rynek polski, co jest optymistyczne z perspektywy kierowców, gdyż ceny paliw mogą ulegać pewnej obniżce – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jakub Bogucki, analityk rynku paliw, e-Petrol.pl. – Siłą rzeczy na Polskę oddziałują notowania międzynarodowe, a tam bardzo wyraźnie odzwierciedlają się spadki związane z sytuacją w Chinach. Zapotrzebowanie na ropę na świecie jest mniejsze, ropy jest dużo i co za tym idzie, również dotyczy to produktów ropopochodnych. Zatem ten czynnik także można wskazywać jako argument za spadkami na rynku polskim.

Od początku roku, gdy świat dowiedział się o epidemii koronawirusa w Wuhanie i całej prowincji Hubei, amerykańska ropa WTI potaniała o 25 proc., a europejska Brent o przeszło 22 proc. Są to poziomy najniższe od połowy 2017 roku. Pochodną tej przeceny są spadki cen na stacjach paliw: jeszcze w połowie lutego za litr oleju napędowego trzeba było płacić 5,12 zł, obecnie jest to 5,03 zł, a prognozy na początek marca przewidują zakres od 4,90 do 5,03 zł. Benzyna 95 ma kosztować od 4,76 do 4,89 zł (obecna średnia to 4,87 zł), zaś gaz LPG, który w ciągu ostatniego miesiąca staniał o kilkanaście groszy do 2,20 zł, wciąż ma potencjał spadku o kilka groszy w ciągu kolejnych dni.

– Myślę, że zejście jeszcze o kilka groszy jest prawdopodobne. To byłoby cały czas konsekwencją zmian, jakie mieliśmy na rynku hurtowym i półhurtowym, gdzie bardzo znaczące zmiany spadkowe są widoczne od początku roku – mówi Jakub Bogucki. – Jednak na stacjach zachodzi to zdecydowanie wolniej, można powiedzieć, że jest to odpracowywanie marż także przez właścicieli stacji czy też nie wszystkie stacje z jednakową szybkością przenoszą te spadki. Ale potencjał do tych spadków cały czas jest, więc wydaje się, że niższe ceny LPG jeszcze w najbliższych 2-3 tygodniach są jak najbardziej prawdopodobne.

Chiny są największym konsumentem ropy na świecie. Spowolnienie w chińskiej gospodarce spowodowane epidemią ograniczyło chiński popyt na ten surowiec o ponad 20 proc. W sobotę 29 lutego rządowa Chińska Federacja Logistyki i Zaopatrzenia opublikowała odczyty indeksów PMI za luty. Wskaźnik dla przemysłu  wyniósł 35,7 (oczekiwano 46), natomiast w usługach jest to 29,6 przy szacunkach 51,4. Poziom 50 punktów wyznacza granicę między rozwojem sektora a jego kurczeniem się. W dodatku są to dane oficjalne, zatem i tak prawdopodobnie zawyżone. Nic więc nie wskazuje na to, by w najbliższym czasie Chiny miały powrócić do normalnego poziomu zużycia ropy. Dlatego też spotkanie 30 krajów eksporterów ropy, uczestników porozumienia o ograniczeniu wydobycia OPEC+, zostało przyśpieszone i ma się odbyć 5–6 marca. Bardzo prawdopodobna jest decyzja o dalszym ograniczeniu wydobycia. Jednak w przypadku gazu LPG to nie jedyna przyczyna spadku cen na stacjach.

– Notowania na rynkach międzynarodowych są coraz niższe, co wiąże się chociażby ze zmianami produkcji czy wysokości eksportu, chociażby z Rosji, bo to jest główny dostawca LPG, które jest paliwem przede wszystkim importowanym do Polski z kierunku wschodniego. I tutaj zmiany o charakterze logistycznym czy produkcyjnym u naszych wschodnich sąsiadów powodują obniżki także na rynku polskim – tłumaczy analityk e-Petrol.pl. – Tę średnią można też wiązać z tym, co się dzieje w Chinach, to jest oczywiście dalsza konsekwencja, która dotyczy wszystkich produktów naftowych czy ropopochodnych, ale niebezpośrednio. Zdecydowanie bardziej zmiany w Rosji, o których często nawet w Polsce nie wiemy, determinują to, jak wygląda polski rynek LPG. W najbliższym czasie można się spodziewać  dalszego ciągu spadków na rynku detalicznym.

Straty branży turystycznej z powodu koronawirusa są szacowane na minimum 22 mld dol. Ich skala zależy od rozwoju epidemii

Sposób, w jaki epidemia koronawirusa wpłynie na branżę turystyczną w Polsce, pozostaje na razie zagadką. Andrzej Gut-Mostowy, wiceminister rozwoju ds. turystyki, podkreśla, że sytuacja w rodzimej branży będzie zależała od liczby zarażonych. Światowa Rada Podróży i Turystyki (WTTC) szacuje, że dochody ze światowej turystyki spadną o 22 mld dol. To dane obliczone tylko na podstawie malejących wydatków na cele turystyczne obywateli Chin.

W Polsce wciąż nie został potwierdzony żaden przypadek zachorowania na koronawirusa. Na świecie liczba chorych wzrosła do ponad 88 tys. osób, a z powodu wirusa zmarło ponad 3 tys. osób. Główny Inspektorat Sanitarny odradza wyjazdy do dziewięciu krajów: Chin, Hongkongu, Korei Południowej, Włoch, Iranu, Japonii, Tajlandii, Singapuru i Tajwanu. Jeśli sytuacja nie ustabilizuje się przed wakacjami, wielu Polaków zamiast wyjazdu za granicę może wybrać destynację w kraju. Minister Gut-Mostowy pytany o sytuację w branży w Polsce w ostatnich latach i tempo jej rozwoju jest optymistą.

– Turystyka rozwija się pod względem liczby turystów co roku średnio o 4–5 proc. Wydatki na turystykę krajową wzrosły aż 14 proc. rocznie. To jest bardzo duży wzrost środków przeznaczonych na turystykę przez Polaków – mówi agencji Newseria Biznes Andrzej Gut-Mostowy, wiceminister rozwoju ds. turystyki.

Szacuje, że branża turystyczna w Polsce będzie się rozwijać stabilnie, w podobnym tempie w ciągu najbliższych kilku lat. Minister podkreśla także dobrze działający w Polsce system zabezpieczeń wyjazdów turystycznych. Ubiegłoroczne upadki biur podróży – Thomasa Cooka i należącego do niego Neckermanna – były testem, które systemy zabezpieczeń zdały.

– Upadki zagranicznych biur podróży nie odbiły się mocno na polskich turystach, natomiast uświadomiły Polakom, jak dobry system zabezpieczeń wyjazdów turystycznych mamy w Polsce. Oczywiście to jest zasługa bardzo dobrej, konstruktywnej branży turystycznej, która potrafiła w odpowiednim momencie pokazać wszystkim osobom, które stwarzały podstawy legislacyjne do II filaru, że warto dopłacić dodatkowe 20 zł do każdej imprezy turystycznej w Polsce,  aby mieć 100-proc. pewność bezpiecznego powrotu z zagranicy – mówi Andrzej Gut-Mostowy.

Tegoroczny sezon wakacyjny może być wyjątkowy, bo turyści mogą podejmować decyzje pod wpływem chwili i bieżącej sytuacji związanej z koronawirusem, więc cena będzie miała dla nich drugorzędne znaczenie.

Zgodnie z procedowanym projektem ustawy ws. przeciwdziałania rozprzestrzenianiu się COVID-19 przygotowanym przez rząd – w przypadku odwołania wycieczek turystycznych biura podróży otrzymają rekompensaty z wpłat na Turystyczny Fundusz Gwarancyjny. Możliwe będą także zwroty kosztów w sytuacji, gdy z powodu wirusa z wycieczki zrezygnuje klient. Przepisy mają ograniczyć straty biur podróży.

Polski rynek nieruchomości handlowych 2019

Międzynarodowa firma doradcza Cushman & Wakefield podsumowała polski rynek nieruchomości handlowych. W 2019 roku dostarczono 406 000 m kw. nowoczesnej powierzchni handlowej. Około 500 000 m kw. jest obecnie w budowie, z czego aż 85% ma otworzyć się do końca roku. W najbliższym czasie wciąż będziemy obserwować wzmożone zainteresowanie inwestorów mniejszymi miastami – poniżej 100 000 mieszkańców, prognozują eksperci.

  • Aktywność inwestycyjna na polskim rynku nieruchomości handlowych osiągnęła poziom wynoszący 1,95 mld EUR, co wpisywało się w zakres osiąganych wartości z ostatnich 5 lat.
  • Pomimo utrzymującej się relatywnie dużej aktywności inwestycyjnej w sektorze nieruchomości handlowych na rynku zaobserwowano wzrost stóp kapitalizacji w tej klasie aktywów – do 4,75% dla najlepszych centrów handlowych w Warszawie.
  • Całkowite zasoby powierzchni handlowej w 2019 roku (wszystkie formaty) wyniosły 15 mln m kw., a nowa podaż 406 000 m kw.
  • Najwięcej nowej powierzchni oddano w formacie centrów handlowych – 183 000 m kw.
    Powierzchnia handlowa w budowie (wszystkie formaty) z planowanym terminem oddania do użytku na 2020-2021 r. wyniosła 500 000 m kw.
  • Poziom powierzchni niewynajętej dla 18 największych rynków w Polsce pozostał na niskim poziomie i wyniósł 3,9%.
  • Czynsze „prime” w najlepszych centrach handlowych w Warszawie wyniosły 120-130 EUR/m kw./miesiąc.

W najbliższym czasie wciąż będziemy obserwować wzmożone zainteresowanie inwestorów mniejszymi miastami o populacji poniżej 100 000 mieszkańców – prawie 50% powierzchni handlowej będącej obecnie w budowie zostanie dostarczone na te właśnie rynki.

Całkowita wielkość powierzchni handlowej oddanej do użytku w ramach wszystkich formatów w 2019 r. wyniosła 406 000 m kw., z czego 46% stanowiły centra handlowe. W związku z restrukturyzacją sieci Tesco i zamknięciem kilku centrów handlowych, około 28 000 m kw. powierzchni handlowej wycofano z podaży, a kolejne 50 000 m kw. ulegnie w najbliższym czasie przebudowie z formatu centrów handlowych na wolnostojące magazyny handlowe. Zasoby powierzchni handlowej wynoszą obecnie 15 mln m kw.

Centra handlowe z blisko 73% udziałem niezmiennie pozostają dominującym formatem rynku powierzchni handlowych w Polsce (456 obiektów o łącznej powierzchni ponad 11 mln m kw.), a zasoby w tym formacie powiększyły się w minionym roku o 183 000 m kw. Format parków handlowych zasiliło w ubiegłym roku ponad 84 000 m kw. powierzchni, a 127 000 m kw. powstało w ramach wolnostojących magazynów handlowych. W ramach centrów wyprzedażowych na rynku pojawił się jeden nowy obiekt o powierzchni 12 000 m kw. (Silesia Outlet w Gliwicach).

Połowa nowej podaży zasiliła największe miasta. Stało się to głównie dzięki otwarciu Galerii Młociny o powierzchni 78 500 m kw. w Warszawie. Natomiast na najmniejsze rynki miast i miejscowości o populacji poniżej 100 000 mieszkańców trafiło aż 27% nowej powierzchni handlowej w tym roku.

W najbliższym czasie wciąż będziemy obserwować wzmożone zainteresowanie inwestorów właśnie mniejszymi miastami. Na te rynki zostanie dostarczone prawie 50% powierzchni handlowej, będącej obecnie w budowie. Nasycenie rynku w głównych aglomeracjach oraz widoczne zmiany w zachowaniu i oczekiwaniach klientów wpływają na zmiany w planowanej podaży obiektów handlowych, na którą w najbliższych latach będą się składać głównie małe centra typu convenience”, parki handlowe i obiekty wielofunkcyjne – mówi Małgorzata Dziubińska, Associate Director, Consulting & Research, Cushman & Wakefield, autorka raportu.

Ponad 500 000 m kw. powierzchni handlowej jest obecnie w trakcie budowy, z czego 85% planowane jest do otwarcia do końca 2020 r. Pomimo ubiegłorocznego wyraźnego wyhamowania ilości nowej podaży centrów handlowych (-35% r/r) na rok 2020 planowane jest otwarcie około 220 000 m kw. w ramach tego formatu, czyli o 23% więcej niż w ubiegłym roku.

W 2019 roku o ekspansji w obiektach handlowych w Polsce zdecydowało dwadzieścia nowych międzynarodowych marek, między innymi włoska Gagliardi oferująca modę męską, niemiecka bieliźniarska marka Sloggi, czy luksusowa międzynarodowa marka Hermes. Nadal wyczekiwany przez rynek jest również debiut w Polsce irlandzkiej sieci Primark (Galeria Młociny, Warszawa), a także marki American Urban Outfitters (Elektrownia Powiśle, Warszawa), których wejście na rynek zapowiedziano na rok 2020.

Mniejsza odwiedzalność centrów handlowych w związku z niedzielnymi ograniczeniami handlu była zauważalna szczególnie w początkowym okresie ich obowiązywania. Z czasem sytuacja zaczęła się stabilizować. Ogółem średnia miesięczna odwiedzalność centrów handlowych (Fooftall Index, PRCH) wzrosła w 2019 r. o 4% r/r., a średnie obroty na m kw. we wszystkich kategoriach handlowych wynosiły w 2019 r. 882 zł.

Jak wynika z danych PRCH, szczególnie duży wzrost – o 12 % rok do roku – zanotowała kategoria rozrywkowa, a o 10% wzrosła kategoria restauracyjna. Jest to efekt działań wprowadzonych przez centra handlowe w zakresie poszerzania i uatrakcyjniania oferty rozrywkowo-gastronomicznej. Stabilny wzrost obrotów na poziomie 9% zaobserwowano również w kategorii usług, które mocno rozwijają się w obiektach handlowych w ostatnich latach.

Na koniec 2019 r. średni wskaźnik powierzchni niewynajętej w centrach handlowych osiemnastu największych rynków w Polsce pozostał na niskim poziomie 3,9%. Wśród ośmiu głównych aglomeracji najwięcej powierzchni niewynajętej odnotowano w Krakowie (6,1%), Łodzi (5,6%) i Poznaniu (5,4%). W grupie miast o populacji 100-200 tys. mieszkańców poziom pustostanów utrzymuje się na niskim poziomie 2,0%, co jest wynikiem mniejszego nasycenia tych rynków powierzchnią handlową.

Czynsze ”prime” w najlepszych centrach handlowych pozostają stabilne z lekką tendencją zwyżkową. Najdroższym rynkiem wciąż jest Warszawa, gdzie czynsze „prime” za lokale o pow. 100 m kw. w najlepszych centrach handlowych oscylują w granicach 120-130 EUR/m kw./miesiąc. W pozostałych głównych miastach stawki dla podobnych lokali wahają się w granicach 40-52 EUR/m kw./miesiąc.

Silna konkurencja i rosnące nasycenie rynku powierzchni handlowych w Polsce powoduje coraz większą presję na obniżenie czynszów w drugorzędnych centrach handlowych z mniej atrakcyjną ofertą lub gorszą lokalizacją. Z tego powodu wciąż pogłębia się obserwowana od pewnego czasu polaryzacja rynku centrów handlowych, w wyniku której zwiększają się różnice w średnich stawkach czynszu w poszczególnych obiektach – mówi Małgorzata Dziubińska.

Mimo zwrotu inwestorów w kierunku nieruchomości magazynowych i biurowych, rok 2019 należy uznać za kolejny udany okres biorąc pod uwagę osiągnięte wolumeny transakcji w sektorze nieruchomości handlowych. Łączna wartości transakcji na rynku powierzchni handlowych przekroczyła ponad 1,95 mld EUR, co wpisywało się w zakres osiąganych wartości z ostatnich 5 lat. Spośród aktualnych trendów na rynku nieruchomości handlowych należy wymienić rosnące zainteresowanie transakcjami w formule sale & lease-back, gdzie nieruchomości handlowe sprzedawane są przez ich dotychczasowych właścicieli, którzy po zakończonej transakcji pozostają nadal jej użytkownikami najczęściej w formule długoletniej umowy najmu na okres powyżej 10 lat.

Co-living wkroczył na polski rynek nieruchomości

Co-living wkroczył na polski rynek nieruchomości. Dzielenie przestrzeni, zainteresowań i wartości, przy uwzględnieniu możliwości finansowych osób wspólnie zamieszkujących daną nieruchomość, to trend, który w Stanach Zjednoczonych i w Europie zachodniej zdążył się już zadomowić, natomiast w Polsce dopiero raczkuje, przez co stanowi ogromny potencjał do rozwoju. Eksperci przewidują wzrost tego trendu na polskim rynku nieruchomości. Mają na to wpływ między innymi boom technologiczny, zmiany pokoleniowe oraz demograficzne. Zagadnienie zgłębiają eksperci międzynarodowej firmy doradczej Cushman & Wakefield w najnowszym raporcie „Co-living – nowa era na inwestycyjnym rynku nieruchomości w Polsce”.

Zmiany demograficzne i kulturowe, postęp technologiczny, coraz większa świadomość konsumentów dotycząca ochrony środowiska, a także motywy finansowe mają wpływ na rosnące zainteresowanie co-livingiem w Polsce. Elastyczność, mobilność, brak długoterminowych zobowiązań finansowych to tylko niektóre zalety tej formy zamieszkiwania. Szczególną rolę odgrywa tu również możliwość stworzenia mini społeczności, a także poczucie przynależności do niej i brak poczucia osamotnienia. Przestrzenie co-livingowe niezależnie od tego, do jakiej grupy docelowej są adresowane, mają jedną wspólną cechę – zamiast własności oferują wynajem powierzchni mieszkalnej ograniczonej do minimum na rzecz rozbudowanych przestrzeni wspólnych, bogatej oferty udogodnień i usług dodatkowych” – podkreśla Małgorzata Dziubińska, Associate Director, Consulting & Research, Cushman & Wakefield.

W odpowiedzi na potrzeby rynku

Z raportu Cushman & Wakefield wynika, że ekonomia współdzielenia rozwija się między innymi przez zmiany demograficzne. Klasa średnia, która napędza popyt w globalnej gospodarce, rozwija się obecnie najszybciej ze wszystkich klas społecznych i po raz pierwszy w dziejach ludzkości stanowi ponad połowę globalnej populacji. Co ciekawe, Liczba obcokrajowców decydująca się na studia w Polsce rośnie dynamicznie, a obecnie ich liczba przekracza już 78 tys. i tylko w ciągu ostatniego roku wzrosła o prawie 8%. Polskie uczelnie są w stanie zapewnić zakwaterowanie tylko niewielkiej grupie osób z zagranicy. Jakub Bartos, Head of Residential w Golub GetHouse podkreśla: „Segment prywatnych akademików w Polsce jest jednym z najbardziej perspektywicznych sektorów nieruchomości w kraju. Jestem przekonany, że zapotrzebowanie na nowoczesne powierzchnie w domach studenckich będzie stale rosło, ponieważ jak pokazują najnowsze dane rynkowe, obecnie dostępne akademiki uczelnianie zapewniają zakwaterowanie zaledwie ok. 9% studentów.”

Co-living na emeryturze

Ekonomia współdzielenia będzie też w coraz większym stopniu dotyczyć osób w wieku emerytalnym, ponieważ – zgodnie z danymi Światowej Organizacji Zdrowia – odsetek osób w wieku 60 lat i więcej do 2050 roku podwoi się z około 11% do 22%, a ich liczba wzrośnie z 605 milionów do 2 miliardów na całym świecie.

Nowoczesne ośrodki dla seniorów w Polsce to na razie rzadkość. Co więcej, zgodnie z wynikami „Badania spójności społecznej 2015”, aktywność osób starszych w zakresie kontaktów społecznych jest generalnie niższa niż osób w młodszych grupach wiekowych. Eksperci zaznaczają, że częściowe lub całkowite wyłączenie się z życia zawodowego nie oznacza rezygnacji z życia towarzyskiego i społecznego. Wręcz przeciwnie, jest to doskonały moment na rozpoczęcie spędzania czasu w sposób aktywny lub taki, jaki seniorzy prowadzili wcześniej. Senior housing, czyli co-living na emeryturze jest rozwiązaniem wielu problemów. Takie projekty, dzięki odpowiedniej koncepcji i lokalizacji, dają osobom w starszym wieku możliwość realizowania pasji i zainteresowań, wzajemnej opieki oraz socjalizacji.

Zapotrzebowanie na stacjonarną opiekę długoterminową systematycznie rośnie – do 2035 r. co trzeci Polak będzie miał ponad 65 lat. Tworząc miejsca tętniące życiem, ORPEA Polska przeczy stereotypom związanym z funkcjonowaniem domów opieki, a rozwijając sieć placówek w centrach miast lub w ich pobliżu umożliwia utrzymywanie więzi rodzinnych i przyjacielskich oraz udział mieszkańców w życiu kulturalnym i społecznym” – zaznacza z kolei Beata Leszczyńska, Prezes Zarządu ORPEA Polska.

Współdzielenie dla młodych profesjonalistów

W raporcie poruszone są także kwestie młodych specjalistów i zmian na rynku pracy. Boom technologiczny, zmiany pokoleniowe oraz wprowadzenie koncepcji ekonomii współdzielenia wpływają bezpośrednio na zmianę tradycyjnego sposobu wykonywania pracy oraz wykorzystywania powierzchni biurowej i mieszkalnej. Styl życia młodych pokoleń zmienia się, a młodzi ludzie stają się bardziej mobilni. Jak sytuacja wygląda w stolicy? „W Warszawie dostępnych jest na rynku wiele lokali w pełni umeblowanych, ale nie oferują one użytkownikom wartości dodanej. Postanowiliśmy poszerzyć ofertę i ułatwić przeprowadzkę do Warszawy, zapewniając przy tym idealne warunki do mieszkania. Dzięki obecności w stolicy wielu międzynarodowych firm, do czego przyczynił się między innymi Brexit, powstały tysiące nowych miejsc pracy dla młodych specjalistów. Z uwagi na najwyższy w historii Polski odsetek absolwentów lokalnych szkół wyższych, relokację miasta start-upów z Berlina, rozwój kultury hipsterskiej na Pradze i przystępne koszty życia, Warszawa będzie nadal zyskiwała na atrakcyjności, a towarzyszyć temu będzie rosnący popyt na w pełni wyposażone mieszkania” – mówi Yoni Karako, Co-Founder i C.E.O. Vonder.

Więcej w raporcie Cushman & Wakefield

We wtorek, 3 marca 2020 r. raport „Co-living – nowa era na inwestycyjnym rynku nieruchomości w Polsce” został zaprezentowany na śniadaniu biznesowym w warszawskiej Elektrowni Powiśle. Rodzaje co-livingów, alternatywne inwestycje, sposoby ich finansowania oraz aspekty prawne i podatkowe – między innymi te zagadnienia były tematem wtorkowych rozmów. Ekspertami Cushman & Wakefield, którzy wcielili się w role prelegentów były: Mira Kantor-Pikus, Partner, Capital Markets Equity, Debt & Alternative Investments, Małgorzata Dziubińska, Associate Director, Consulting & Research oraz Katarzyna Lipka-Nawrocka Associate Director, Consulting & Research Manager.

Na Polaka przypada już 11 500 zł mieszkaniowego długu

W 2019 r. znów zwiększyło się zadłużenie wynikające z kredytów mieszkaniowych. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl postanowili przeanalizować, jak wzrastał taki dług w przeliczeniu na jednego Polaka.

Dobra kondycja rynku mieszkaniowego połączoną z szybkim wzrostem cen lokali, sprzyjała powiększaniu się zadłużenia hipotecznego Polaków w 2019 r. Na podstawie danych Narodowego Banku Polskiego można sprawdzić, ile takie zadłużenie wynosiło pod koniec minionego roku. Eksperci RynekPierwotny.pl przy wykorzystaniu informacji NBP obliczyli również poziom mieszkaniowego zadłużenia w przeliczeniu na jednego Polaka.

Infografika – Zadłużenie – mały rozmiarNarodowy Bank Polski regularnie publikuje comiesięczną wartość kredytów mieszkaniowych, które w swoich bilansach mają krajowe banki. Takie informacje NBP wskazują, że pod koniec każdego kolejnego roku zadłużenie gospodarstw domowych związane z finansowaniem mieszkań wynosiło:

  • 2005 r. – 50,37 mld zł
  • 2006 r. – 77,59 mld zł
  • 2007 r. – 116,63 mld zł
  • 2008 r. – 192,05 mld zł
  • 2009 r. – 214,46 mld zł
  • 2010 r. – 263,28 mld zł
  • 2011 r. – 313,52 mld zł
  • 2012 r. – 315,90 mld zł
  • 2013 r. – 330,18 mld zł
  • 2014 r. – 350,15 mld zł
  • 2015 r. – 375,08 mld zł
  • 2016 r. – 393,78 mld zł
  • 2017 r. – 387,95 mld zł
  • 2018 r. – 415,22 mld zł
  • 2019 r. – 442,76 mld zł

Pomimo dużych podwyżek cen mieszkań w 2019 roku, dług mieszkaniowy Polaków rósł tak samo szybko, jak rok wcześniej (od stycznia do grudnia 2018 r.). Jedną z przyczyn takiej sytuacji mogła być większa wartość nadpłacanego zadłużenia.

Jeżeli natomiast chodzi o wartość mieszkaniowego długu przypadającą na jednego Polaka, to w analizowanym okresie zmieniała się ona następująco:

  • 2005 r. – 1 319 zł
  • 2006 r. – 2 034 zł
  • 2007 r. – 3 059 zł
  • 2008 r. – 5 039 zł
  • 2009 r. – 5 624 zł
  • 2010 r. – 6 898 zł
  • 2011 r. – 8 137 zł
  • 2012 r. – 8 197 zł
  • 2013 r. – 8 569 zł
  • 2014 r. – 9 096 zł
  • 2015 r. – 9 748 zł
  • 2016 r. – 10 245 zł
  • 2017 r. – 10 094 zł
  • 2018 r. – 10 804 zł
  • 2019 r. – 11 527 zł

Wzrost analizowanego wskaźnika z minionego roku był znaczący (+7%). Trudno go jednak porównywać z wynikami notowanymi w czasach poprzedniego boomu mieszkaniowego (2006 r. – 54%, 2007 r. – 50%, 2008 r. – 65%).

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Spowolnienie to fakt. Firmy będą ciąć koszty

Trzy czwarte pracodawców już odczuwa spowolnienie gospodarcze – tak wynika z ankiety przeprowadzonej wśród członków Pracodawców RP na przełomie lutego i marca. Ponad 60 proc. zapytanych zamierza zmniejszyć koszty prowadzonej działalności, a ponad połowa – ograniczyć inwestycje.

Ankieta członkowska pokazuje, że przedsiębiorcy obecną sytuację gospodarczą oceniają niejednoznacznie: 56 proc. zapytanych uważa ją za złą, 44 proc. za dobrą. Jednak aż trzy czwarte widzi przejawy spowolnienia gospodarczego w prowadzonej działalności.

Spowolnienie-ankieta-PracodawcyRP-1Spowolnienie-ankieta-PracodawcyRP-2Spowolnienie-ankieta-PracodawcyRP-3Spowolnienie-ankieta-PracodawcyRP-4Najwięcej obaw rodzi wzrost kosztów pracy – ponad 80 proc. zaznaczyło tę odpowiedź. Ale już na drugim miejscu znalazło się niestabilne prawo i niejasne przepisy – ponad 70 proc. ankietowanych wskazało na to zagrożenie. – Niestabilne prawo to motyw przewodni obaw polskich przedsiębiorców. Teraz do problemów, z jakimi muszą się borykać dochodzą raptowny wzrost kosztów pracy i globalne spowolnienie – mówi Piotr Wołejko, ekspert ds. społeczno-gospodarczych Pracodawców RP – Jak widać, ich sytuacja robi się coraz trudniejsza.

Kolejnymi zagrożeniami dostrzeganymi przez pracodawców są wzrost inflacji, płacy minimalnej i obciążeń fiskalnych oraz spadek zamówień. Te odpowiedzi wskazywał co drugi zapytany przez organizację przedsiębiorca.

Z nadchodzącymi problemami pracodawcy zamierzają walczyć. Ponad 55 proc. zadeklarowało ograniczenie inwestycji, ponad 35 proc. ograniczenie zatrudnienia, a ponad 65 proc. wprowadzenie innych działań redukujących koszty prowadzenia działalności. – Przedsiębiorcy będą walczyć o przetrwanie swoich firm, o zachowanie ich w najlepszej kondycji. Redukcja kosztów, inwestycji czy zatrudnienia to naturalne drogi – mówi Piotr Wołejko. – Tym bardziej zatrważa fakt, że do problemów przedsiębiorców państwo „dokłada” coś, czego wcale nie musi być – niestabilne prawo i niejasne przepisy. O ile łatwiej byłoby prowadzić działalność i zmagać ze spowolnieniem, gdyby tego dodatkowego kłopotu nie było – dodaje ekspert Pracodawców RP.

Pracodawcy RP

Największe wzrosty od lat. Stay at home trade będzie popularną strategią?

Tak spektakularnego odbicia amerykańskich indeksów giełdowych, jakie miało miejsce wczoraj, nie obserwowaliśmy od lat. Główne indeksy z Wall Street podskoczyły od 4 do 5 proc., czyniąc poniedziałek 2 marca kolejnym dniem, który zapisze się w historii rynków finansowych. Wszystko to dzięki bardzo dużym nadziejom na globalne ratowanie gospodarki przez banki centralne i rządy krajów.

Dziś pierwszy z banków centralnych, podejmujący decyzje w marcu, obniżył główną stopę procentową o 0,25 pkt proc. do 0,5 proc. Mowa tu o banku centralnym Australii. Kolejnym może być jest Bank Kanady, Europejski Bank Centralny oraz amerykańska Rezerwa Federalna. To właśnie w tej instytucji inwestorzy pokładają największe nadzieje i liczą na to, że przedział dla stopy funduszy federalnych zostanie obniżony o 50 pkt bazowych już 18 marca.

W okolicach godziny 14:00 pojawiło się oświadczenie ministrów finansów G7 i prezesów banków centralnych wydane po wspólnej konferencji. Nie przyniosło ono żadnych konkretnych deklaracji, a jedynie ogólniki, co trochę zepsuło dobre nastroje panujące na rynku od godzin porannych. Potwierdzono zobowiązanie do korzystania ze wszystkich odpowiednich narzędzi politycznych w celu osiągnięcia silnego, trwałego wzrostu i zabezpieczenia przed ryzykiem jego spadku. Z kolei ministrowie finansów G7 oświadczyli, że są gotowi podjąć działania, w tym, w stosownych przypadkach, środki fiskalne, aby wesprzeć gospodarkę. Rynek i inwestorzy czekają zatem na konkrety i działania, a nie tylko deklaracje.

Z ciekawszych nowych rekomendacji dla znanych spółek pojawiła się rekomendacja dla Tesli od JMP Securities. Została ona podniesiona z market perform do outperform. Cena docelowa została ustanowiona na poziomie 1060 USD, co jest najwyższą wartością na Wall Street. Różnica między poniedziałkową ceną zamknięcia to aż 43 proc.

Wśród analityków w Nowym Jorku pojawiają się również pierwsze sygnały dla spółek, które mogą zyskiwać w związku z faktem, że ludność świata zaczyna przebywać dłużej w domu w związku z koronawirusem. Nazywają to „stay at home trade”. Mowa głównie o spółkach z sektora gamingowego. Twórcy i wydawcy gier wideo już zaczynają zauważać wzrost zaangażowania graczy i sprzedaży w regionach bardziej narażonych na COVID-19 – wynika z informacji podanych przez agencję Bloomberg. Mowa np. o Ubisoft, Electronic Arts czy Activision Blizzard.

Departament Zarządzania Aktywami

Copernicus Capital TFI S.A.

Krzysztof Domarecki: Światowa gospodarka zaczyna pękać na pięć kawałków, tworzących nowe bloki ekonomiczne

W 2020 roku w skali światowej jesteśmy w zupełnie nowej sytuacji ekonomicznej. Skończyła się złota epoka globalizacji. Epoka, w której praktycznie nie było granic, a przedsiębiorcy na całym świecie z entuzjazmem rozwijali swoje firmy w ramach nieskrępowanego handlu w skali światowej. Dotyczy to zarówno małych,  średnich, jak i dużych przedsiębiorców. Ostatnie pięć lat zajęło nam jednak tworzenie coraz większej liczby granic. Zglobalizowany świat zaczyna pękać na pięć kawałków, tworzących nowe bloki ekonomiczne – które będą ścierać się między sobą. Do gospodarki światowej wraca więc bardziej lub mniej rozwinięty protekcjonizm. Polska jest na tym tle w dobrej sytuacji. Mamy rozpędzoną gospodarkę, nowe inwestycje – częściej zagraniczne, rzadziej polskie – ale jest ich cały czas dużo. Natomiast stoi przed nami też kilka wyzwań.

– Polska należy do tych kilku krajów w skali światowej, które mają wyjątkowo niekorzystną strukturę kapitału lokalnego. Obserwujemy w Polsce przewagę kapitalizmu państwowego. Coraz większa liczba firm należy do skarbu państwa. Z drugiej strony mamy bardzo dużą liczbę firm z kapitałem zagranicznym. Pomiędzy tymi dwoma blokami znajduje się nierosnący, pozostający w stagnacji, blok firm z kapitałem krajowym prywatnym – powiedział serwisowi eNewsroom Krzysztof Domarecki, prezes zarządu Grupy Selena. – Te firmy muszą się przebić, mimo rosnącej konkurencji ze strony gigantów państwowych, które pochłaniają coraz większą część gospodarki. Z drugiej strony odczuwają presję bardzo silnego, rozwiniętego, mającego znakomite wsparcie ze strony swoich spółek matek, kapitału zagranicznego. By utrzymać dynamikę polskiej gospodarki, musimy wspierać polski eksport, realizowany przez polskie firmy prywatne. Niestety – wsparcie firm prywatnych w Polsce jest z jednej strony deklarowane, a z drugiej coraz bardziej wątpliwe. Obserwujemy rosnące regulacje i większą penalizację gospodarki. To nie są elementy sprzyjające wzrostowi gospodarczemu, a tym samym nie są to elementy budujące siłę państwa polskiego – analizuje Domarecki.