Kobiety na Rynku Pracy – Badanie „Confidence Index” firmy rekrutacyjnej PageGroup

Jak Polki oceniają swoją pozycję zawodową na rynku pracy? Okazuje się, że kobiety w Polsce są bardziej zadowolone z warunków zatrudnienia i wysokości pensji niż mężczyźni, jednak mniej optymistycznie wypowiadają się o stabilności swojego stanowiska
i możliwościach awansu. Panie, w porównaniu do panów, mniejszą wagę  przykładają do pieniędzy, za to większe znaczenie ma dla nich etyka organizacji – pokazuje badanie „Confidence Index” przeprowadzone przez firmę rekrutacyjną PageGroup w IV kwartale 2019 r. wśród polskich pracowników.

Zadowolone z pracy, bardziej elastyczne i kompromisowe

Zbliżający się Dzień Kobiet to dobry moment, aby przyjrzeć się sytuacji kobiet na rynku pracy. Firma rekrutacyjna PageGroup (częścią której w Polsce są dwie marki: Michael Page i Page Executive) zapytała polskie kobiety o to, jak oceniają poszczególne aspekty swojego zatrudnienia. Okazuje się, że w porównaniu do mężczyzn, panie są bardziej zadowolone z pracy – 60 proc. z nich wyraziło satysfakcję z ogólnych warunków zatrudnienia w stosunku do 55 proc. panów. Z badania „Confidence Index” wynika również, że kobiety rzadziej narzekają na wysokość wynagrodzeń. Niemal 60 proc. respondentek deklaruje, że jest zadowolona ze swojej pensji, przy czym takiej samej odpowiedzi udzieliło niecałe 50 proc. mężczyzn. Porównując dane ze względu na płeć, okazuje się, że kobiety jednak mniej optymistycznie podchodzą do kwestii awansu – 17 proc. z nich (w stosunku do 20 proc. mężczyzn) spodziewa się otrzymania wyższego stanowiska w ciągu najbliższych 12 miesięcy. Polki mają również nieco więcej obaw względem stabilności zatrudnienia – aspekt ten pozytywnie ocenia co druga z nich w stosunku do 57 proc. panów.

Mocną stroną kobiet są również relacje w pracy. Z wyników badania PageGroup wynika, że kobiety lepiej dogadują się ze współpracownikami oraz szefem i rzadziej odchodzą z organizacji ze względu na atmosferę w miejscu zatrudnienia. Dodatkowo, wykazują się większą elastycznością pod kątem np. poświęcenia swojego work-life balance na rzecz pracy – do takich wyrzeczeń skłonnych jest o 8 p.p. więcej Polek niż Polaków.

Polki na szczycie

Z raportu Głównego Urzędu Statystycznego „Kobiety i Mężczyźni na rynku pracy” wynika, że wskaźnik aktywności zawodowej kobiet w wieku produkcyjnym w Polsce nadal pozostaje niższy w porównaniu do mężczyzn[1]. Podobnie jest w całej Europie, gdzie w 2018 r. poziom zatrudnienia mężczyzn we wszystkich państwach członkowskich Unii Europejskiej był wyższy niż wskaźnik zatrudnienia kobiet[2]. Dane GUS za II kwartał 2019 r. pokazują, że udział pań aktywnych zawodowo w Polsce na tle ogółu pracujących wynosi 47 proc[3].

Większość najwyższych stanowisk w polskich firmach nadal zajmują mężczyźni. Jak wynika
z raportu Deloitte z 2019 r., kobiety w Polsce stoją na czele 6 proc. firm i objęły 13 proc. stanowisk członków zarządów wszystkich spółek giełdowych. Zajmują też niemal 16 proc. miejsc w radach nadzorczych spółek giełdowych z rynku głównego, a w 9 proc. analizowanych firm pełnią funkcję przewodniczącego rady nadzorczej, co stanowi około 0,9 proc. wzrost w porównaniu do 2017 r.  Na arenie globalnej, odsetek kobiet w zarządach jest nieco wyższy i wynosi 17 proc., co oznacza, że od 2017 r. wzrósł o niemal 2 p.p[4].

Mniejszy odsetek kobiet niż mężczyzn pełniących najważniejsze role w przedsiębiorstwach wynika z wielu czynników. Jednym z nich są np. uwarunkowania kulturowe, których podstawą mogą być np. różnice w wychowaniu dziewczynek i chłopców. Odmienne spojrzenie na przygotowywanie ich do ról społecznych sprawia, że w dalszym ciągu to głównie panie odpowiadają za organizację życia rodzinnego i domowego (niejako drugi darmowy etat). M.in. taka socjalizacja powoduje, że część kobiet bywa mniej pewna swoich kompetencji w późniejszym życiu zawodowym i rzadziej niż mężczyźni pretenduje do wyższych stanowisk. Na szczęście te trendy się sukcesywnie zmieniają. Kobiety w Polsce nie tylko są lepiej wykształcone – jak pokazują dane Eurostatu z 2018 r. dyplom wyższej uczelni posiadała co trzecia Polka (34 proc.) i co piąty mężczyzna[5]. W wielu obszarach, to panie mają również bardzo dobre predyspozycje do pełnienia funkcji zarządczych. Wg raportu opracowanego przez Fundację Liderek Biznesu w 2019 r.,  jedną z przewag kobiet są wysoko rozwinięte umiejętności miękkie, w tym wyróżniający je wysoki poziom empatii i umiejętności komunikacyjne[6]. W PageGroup w Polsce, 65 proc. zatrudnionych pracowników stanowią kobiety, z czego dwie pełnią najwyższe stanowiska
w organizacji
  – mówi Agnieszka Kulikowska, partner w Page Executive, firmie executive search zajmującej się rekrutacją kandydatów na najwyższe stanowiska zarządzające. – Choć liczba kobiet na najwyższych stanowiskach z roku na rok się zwiększa, polskie firmy nadal mają jeszcze wiele do zrobienia w tej kwestii – dodaje Agnieszka Kulikowska.

Czego pragną kobiety?

Badanie przeprowadzone przez PageGroup sprawdzało również, jakie aspekty miejsca zatrudnienia są najistotniejsze dla kobiet. Okazuje się, że w IV kwartale 2019 r. najczęstszymi powodami zmiany pracy wśród pań były: chęć zdobycia nowych umiejętności (58 proc.) oraz brak perspektyw do rozwoju w obecnej firmie (37 proc.). W przeciwieństwie do mężczyzn, dla Polek mniejsze znaczenie ma wysokość oferowanego wynagrodzenia. Chęć zarabiania większych pieniędzy do zmiany pracy skłaniała 44 proc. Polek i ponad 54 proc. panów. Panie większą uwagę zwracają natomiast na strukturę etyczną firmy – z tej przyczyny nowego pracodawcy szukało 38 proc. respondentek i zaledwie 27 proc. respondentów.

Atrakcyjne miejsce pracy to wg pań takie, które umożliwia zachowanie równowagi między pracą, a życiem prywatnym. Takiej odpowiedzi udzieliło 95 proc. z nich. Niewiele mniej, bo 94 proc. przyznało, że zależy im na dostępie do szkoleń branżowych. Dodatkowym atutem organizacji może być również zaoferowanie prywatnej opieki medycznej (92 proc.), czy dodatkowego ubezpieczenia na życie (80 proc.). Co ciekawe, Polki w porównaniu do mężczyzn, większą uwagę zwracają także na samochód służbowy – chciałoby go mieć niemal 60 proc. z nich. Dla porównania, wśród panów takiej odpowiedzi udzieliło tylko 47 proc. ankietowanych.

[1] Główny Urząd Statystyczny, Raport „Kobiety i Mężczyźni na rynku pracy” 2018 r.

[2] Eurostat, Dane statystyczne dotyczące zatrudnienia, 2019 r.

[3] Główny Urząd Statystyczny, Informacja o rynku pracy w drugim kwartale 2019 r.

[4] Deloitte, Kobiety w zarządach. Perspektywa globalna, 2019 r.

[5] Eurostat, Dane dotyczące wykształcenia, 2018 r.

[6] Fundacja Liderek Biznesu, Kobiety w biznesie. Marzenia, a rzeczywistość, 2019 r.

Globalny e-commerce w obliczu koronawirusa

Serwisy informacyjne zostały zdominowane przez informacje o rozprzestrzeniającym się koronawirusie. Okazuje się, że zagraża on nie tylko ludziom, ale również… biznesowi. Alibaba już przygotowała 3 mld USD na pożyczki dla firm poszkodowanych wskutek ograniczenia handlu. Czy globalna epidemia zatrzęsie rynkiem ecommerce?

Od początku roku z ust całego świata nie schodzi słowo „koronawirus”. Groźna epidemia szybko rozprzestrzenia się po całym globie i budzi strach wśród jego mieszkańców. Okazuje się, że niebezpieczna choroba zagraża nie tylko ludzkiemu życiu, ale w konsekwencji również kondycji rynku internetowej sprzedaży. Jak to możliwe?

Rynek zmaga się z problemami logistycznymi i niedoborami produktów. Dotyczy to szczególnie dóbr importowanych z Chin. To jedna strona medalu. Druga jest taka, że wybuch epidemii stworzył przychylne warunki dla handlu elektronicznego, gdyż kupujący utknęli w domach, a w związku z tym robią zakupy online – zauważa Sascha Stockem z sopockiego start-upu Nethansa, który wspiera polskie i niemieckie firmy w sprzedaży na Amazonie. – Coraz częściej dochodzą do nas głosy, że wirus ma wpływ na kondycję rynku e-commerce. Jednak nie są to wyłącznie zmiany o charakterze negatywnym, jak wielu mogłoby sądzić – dodaje ekspert.

Jego słowa znajdują odzwierciedlenie w wynikach poszczególnych podmiotów. I tak w okresie 10 dni (do 2. do 12. lutego) sprzedaż świeżej żywności na stronie JD.com urosła o 215%. Tylko w tym okresie firma sprzedała aż 15 tys. ton produktów spożywczych.

Strach przed zachorowaniem i troska o życie najbliższych to główne motywatory zakupowe. Dlatego wybuch epidemii wywołał gwałtowny wzrost internetowej sprzedaży produktów, pomagających zabezpieczyć się przed epidemią. Należą do nich środki czystości, leki oraz obiecujące podniesienie odporności organizmu suplementy diety. Dobrym przykładem jest sytuacja marki Dettol, która należy do firmy Reckitt Benckiser. W chińskim sklepie internetowym Suning.com sprzedaż środków dezynfekujących  Dettol w terminie pomiędzy 10. do 13. lutego wzrosła o imponujące 643% w porównaniu z analogicznym okresem w roku ubiegłym.

Doskonale zdają sobie z tego sprawę szefowie jednej z największych spółek na świecie – Procter & Gamble. Poinformowali oni akcjonariuszy, że wirus pozytywnie oddziałuje na gałąź sprzedaży internetowej. Dzieje się tak kosztem sprzedaży w sklepach stacjonarnych. Popyt jest ten sam, klienci natomiast chętniej decydują się na zakupy bez wychodzenia z domu. Taka zmiana tendencji może wydawać się czymś błahym, jednak od strony logistycznej stanowi ogromne wyzwanie. Jest to prawdą szczególnie w przypadku największych korporacji, których obroty sięgają miliardów dolarów. – To przeciwność, na jaką ciężko się było przygotować, wyzwania operacyjne zmieniają się z upływem każdej godziny, co bardzo utrudnia dokładne oszacowanie tego, jak rozwinie się sytuacja – przyznał Jon Moeller, dyrektor finansowy Procter & Gamble.

Czy wobec tego, każdy sklep online zyskuje? – Niekoniecznie. Wiele zależy od kategorii produktów. Na przykład zabawki czy komponenty komputerowe, które często produkowane są w Chinach, zdrożały nawet o 300%. Inaczej sprawy mają się w przypadku szybko zbywalnych produktów, takich jak np. żywność czy środki czystości. Zazwyczaj nie są to dobra importowane, lecz wytwarzane regionalnie, więc łatwo jest zaspokoić na nie popyt – uspokaja Sascha Stockem i zaznacza jednocześnie, że z będących fabryką świata Chin sprowadzamy gros atrakcyjnych cenowo komponentów, koniecznych do wyrobu całego wachlarza produktów.

Restrykcje związane z działaniem fabryki odpowiedzialnej np. za ogniwa lub tranzystory mogą spowodować opóźnienia i komplikacje w wytwarzaniu urządzeń, które wcale nie dzierżą metki „Made in China”. Działanie wirusa nie ogranicza się więc do konsumentów zamkniętych w domach. To również zablokowane drogi, krótszy czas pracy fabryk czy problemy z logistyką – szczególnie z transportem lotniczym.

Zareagować na posuwające się zmiany w dotychczasowych trendach sprzedażowych postanowił Alibaba, chiński gigant ecommerce i jeden z głównych konkurentów Amazona. Jak podaje agencja Reuters, spółka zapowiedziała, że przeznaczy blisko 3 mld USD na nisko oprocentowane pożyczki, które mają pomóc firmom w pośredni sposób dotkniętym epidemią wirusa. Co więcej, firma zaoferuje również „wyjątkowo tanie” warunki kredytowe dla przedsiębiorstw, które zlokalizowane są w prowincji Hubei – centrum wybuchu epidemii. Alibaba przeznaczy ok. 1,5 mld USD firm tylko z tego regionu.

Nie ma w tym przypadku. Siłą chińskiej platformy są rodzimi producenci i dystrybutorzy, którzy skupiają się na sprzedaży dóbr wyprodukowanych wewnątrz kraju. W porównaniu z Amazonem jest to diametralnie inny model biznesowy. Platforma Jeffa Bezosa współpracuje bowiem z firmami z całego świata. Taka dywersyfikacja pozwala na zachowanie stabilności całej platformy – tłumaczy CEO Nethansy.

Czy wobec tego globalny handel online jest zagrożony? I tak i nie. Wszystko zależy od perspektywy. W jednych miejscach powstają wyrwy, podczas gdy inne stają się bardziej rentowne. Można pokusić się o stwierdzenie, że środowisko handlu nie cierpi próżni i przy pomocy niewidzialnej ręki rynku, zawsze dąży do równowagi.

Odbicie na Wall Street. Kongres USA przeznaczy prawie 8 mld USD na walkę z koronawirusem

Wall Street znalazło powód do zadowolenia w lepszym odczycie ISM dla usług i przeznaczeniu przez Kongres prawie 8 mld USD na walkę z koronawirusem. Otrzymaliśmy dowody, że polityka fiskalna i monetarna zostały zaprzęgnięte do przeciwdziałania skutkom wirusa. To wystarczy, by zatrzymać panikę, ale działania tylko ze strony USA to za mało na mocniejsze odbicie.

Powinniśmy chwalić Kongres za szybkie działanie, jak również widać plusy decyzji Fed o obniżce stóp procentowych o 50 pb. Ale nie mamy jasnych sygnałów, aby inne rządy i banki centralne widziały konieczność nadzwyczajnych działań. Otrzymaliśmy wprawdzie zapewnienia o gotowości do podjęcia środków, jeśli będzie to konieczne, ale rynki i decydenci mocno mijają się w ocenie, kiedy ta konieczność zaistnieje. W G10 RBA i Bank Kanady też już dokonały obniżek stóp procentowych, choć trzeba przyznać, że było im łatwiej podjąć tą decyzję na już zaplanowanych na ten tydzień posiedzeniach. EBC, Bank Anglii czy Bank Japonii dalej kończą swoją aktywność na werbalnych zapewnieniach i zasłanianiu się potrzeba otrzymania dodatkowych danych. Sam nie jestem zwolennikiem przereagowywania, ale obecnie każdy dzień uspokojenia inwestorów, konsumentów i przedsiębiorców może ważyć na tym, czy gospodarki otrą się o recesję.

Dodatkowa gotówka nie zachęci ludzi do wyjścia z domu i nie stworzy magicznej bariery ochronnej przed wirusem. Ale zadbanie o efekt majątkowy, obniżenie obciążeń kredytowych lub gwarancje zapewnienia płynności dla firm wstrzymujących działalność lub ponoszących straty z powodu załamania popytu – tymi kanałami zwiększa się szanse, że po zdławieniu epidemii będzie do czego wracać. Takich szans inwestorzy na razie nie widzą i nie nabierzmy się na imponujące odbicie na Wall Street wczoraj. Jest bardziej prawdopodobne, że nastroje na rynkach będą teraz raz lepsze, raz gorsze przy podwyższonej zmienności.
Na FX widzimy podtrzymanie ostrożności i mniej zapału do odwracania bezpiecznych pozycji. USD/JPY pozostaje blisko 107, gdyż jen dalej jest postrzegany jako podstawowa bezpieczna przystań. USD wciąż jest uwiązany oczekiwaniami, że Fed zrobił za mało i przed nami jeszcze kilka cięć stóp procentowych, może nawet już na najbliższym posiedzeniu 18 marca. Ale EUR/USD nie wspina się dalej ponad 1,12, gdyż wzmacnia się retoryka, że strefa euro ucierpi od koronawirusa, szczególnie, że nie słychać o żadnej interwencji monetarnej i fiskalnej. Zyskuje funt, gdyż rynek stawia na połączone działania rządu (przyszłotygodniowa rewizja budżetu) i Banku Anglii (ale obniżka o 25 pb jest już w pełni wyceniona). Hojniejsze wydatki budżetowe zdejmą z BoE presję do dalszych cięć, co powinno uwolnić potencjał GBP.

Na PLN mamy huśtawkę wokół 4,30, co odzwierciedla silną zależność od nastrojów na rynkach zewnętrznych, ale też i obniżoną płynność, co wpływa na większe wahania. Wczorajszy przekaz RPP niewiele wniósł do oceny perspektyw złotego, gdyż nikt nie wierzył, aby Rada miała podnieść swoją skłonność od obniżek stóp procentowych. RPP w dalszym ciągu za pierwszorzędny cel stawia stabilizację stóp procentowych do końca kadencji w połowie 2022 r., a prezes Glapiński nie ma przekonania, aby obniżka mogłaby pomóc w przeciwdziałaniu skutkom wirusa i większą skuteczność widzi w działaniach rządu. Osobiście nie sądzę, aby w wycenie złotego była uwzględniona premia za oczekiwane obniżki stóp procentowych, stąd nie sądzę, aby bierność RPP miała mieć teraz pozytywny wpływ na walutę.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Prawie 14 mld euro zasiliło rynek inwestycyjny w regionie CEE w 2019

Obroty w regionie Europy Środkowo-Wschodniej w 2019 r. osiągnęły poziom ok. 13,7 mld EUR, tylko nieco poniżej rekordu z 2018 r. Najwięcej kapitału popłynęło do Polski – wynika z najnowszego raportu Colliers International „The CEE Investment Scene Q4 2019”.

Polska pozostaje bardzo ważnym celem inwestycyjnym dla kapitału międzynarodowego. Wolumen inwestycji w tym kraju w 2019 r. stanowił 55% ogółu inwestycji w regionie CEE6. Drugie miejsce zajęły Czechy z 24% udziałem w ogóle inwestycji, a kolejne Węgry (13%). W pozostałych krajach regionu obroty spadły poniżej wielkości z lat 2018 i 2017.

Pomimo rekordowo niskich stóp zwrotu na większości rynków i w większości sektorów, w kolejnych 12 miesiącach przewiduje się ich dalszą kompresję ze względu na duży napływ kapitału w poszukiwaniu produktów inwestycyjnych.

Działalność inwestycyjna w 2019 r. była zdominowana przez sektor biurowy, który odpowiadał dokładnie za połowę obrotów. W porównaniu z 2018 r. obroty w segmencie handlowo-usługowym i przemysłowym zmniejszyły się o ok. jedną trzecią, natomiast branża hotelowa wyraźnie zyskała w ujęciu rok do roku.

W 2019 r. największą aktywność wykazywali rodzimi inwestorzy z Europy Środkowo-Wschodniej, zwłaszcza kapitał czeski i węgierski, który lokowany był zarówno na rynkach krajowych, jak i na rynkach zagranicznych regionu. Przykładowo węgierska firma WING nabyła udział większościowy w polskiej spółce Echo Investment, a Grupa CPI nieustannie rozwija swoją platformę i portfel w całym regionie.

Jak zwykle aktywny kapitał zachodnioeuropejski niemal dotrzymywał tempa inwestorom z Europy Środkowo-Wschodniej, odpowiadając za 26% wolumenu inwestycji. Szerszym strumieniem napływał również kapitał azjatycki, zwłaszcza z Korei Południowej, wyprzedzając inwestorów z RPA.

— Ogólnie rzecz ujmując, różnorodność pochodzenia kapitału w tym regionie jest bardzo pozytywnym czynnikiem. Spodziewamy się, że taka tendencja się utrzyma ze względu na wciąż bardzo atrakcyjne wskaźniki rynkowe w regionie. Wybiegając w przyszłość, dostrzec można szereg sprzyjających i niekorzystnych czynników, które będą miały wpływ na budowę nowych nieruchomości, ich najem czy zakup. Przewiduje się jednak globalne spowolnienie gospodarcze, którego skala jest jak dotąd nieznana. To zjawisko przełoży się na zmiany na rynkach nieruchomości, choć jak dotąd wskaźniki rynku Europy Środkowo-Wschodniej kształtują się całkiem nieźle, a apetyt inwestorów w roku 2020 nie słabnie. Mamy nadzieję, że dostępność produktów będzie wystarczająca – mówi Kevin Turpin, dyrektor regionalny ds. badań rynku na Europę Środkowo-Wschodnią w Colliers International.

— Region Europy Środkowo-Wschodniej pozostaje jednym z najbardziej dynamicznych i atrakcyjnych celów inwestycyjnych w Europie, o czym wyraźnie świadczą dane. Zarówno w 2019 r., jak i w późniejszym czasie działalność inwestycyjną ograniczała w zasadzie jedynie podaż. Wszystkie pozostałe czynniki, takie jak inwestycje krajowe, apetyt międzynarodowych inwestorów, stopy kredytowe i poziom najmu wskazują na to, że nasz region ma prawo utrzymać dotychczasowe tempo rozwoju — dodaje Luke Dawson, dyrektor zarządzający i dyrektor ds. rynków kapitałowych na region CEE w Colliers International.

Ministerstwo Sprawiedliwości: Mediacje stają się coraz bardziej popularnym i skutecznym sposobem rozwiązywania konfliktów

Wiele wskazuje, że w ub.r. do mediacji została skierowana rekordowa liczba spraw. Mówi się nawet o 30 tysiącach, ale na oficjalne dane z Ministerstwa Sprawiedliwości trzeba będzie jeszcze poczekać. W zestawieniach za pierwszą połowę 2019 roku widnieje niemal 15 tys. przypadków, czyli np. więcej niż w całym 2014 roku. Ostatnio odsetek spraw skierowanych do tego trybu wyniósł 1,2%, a więc był przeszło 2 razy wyższy niż 6 lat temu. Statystyki za okres od stycznia do czerwca ub.r. obejmują przeszło 4 tys. skutecznych mediacji. Oznacza to, że wskaźnik skuteczności zbliżył się do poziomu 27%. Natomiast w 2017 roku przekroczył on 32%. Z kolei współczynnik ugód w sprawach cywilnych wyniósł blisko 37% w pierwszej połowie zeszłego roku. To najlepszy wynik w ostatnich latach.

Jak informuje Agnieszka Borowska, rzecznik prasowy Ministerstwa Sprawiedliwości, liczba spraw kierowanych do mediacji z roku na rok znacząco wzrasta. W 2014 roku było ich 13 239, a w 2018 roku – już 2 razy więcej – 26 810. Z najnowszych statystyk wynika, że w I połowie 2019 roku takich przypadków odnotowano 14 933. To oznacza, że na koniec grudnia mogło ich być nawet 30 tysięcy. Jednak dane za cały ubiegły rok dopiero zostaną opublikowane.

– Zainteresowanie mediacjami rośnie bardzo dynamicznie. Sami sędziowie przekonują się do tego rozwiązania i zauważają w nim potencjał, albowiem spora część pracy jest wykonywana przez samego mediatora i strony. To w istotny sposób odciąża sąd. Pozwala też zakończyć spór szybciej i definitywnie, bez potrzeby sporządzania uzasadnienia wyroku i odwoływania się przez niezadowoloną stronę po rozstrzygnięcie do drugiej instancji – mówi radca prawny Hubert Sommerrey.

Z kolei Agnieszka Borowska podkreśla, że wskaźnik mediacji wzrósł ponad dwukrotnie od 2014 roku do połowy 2019 roku. Na początku tego okresu wyniósł 0,5% (tak jak w 2013 roku), a ostatnio – 1,2%. Jak stwierdza Hubert Sommerrey, cieszy wzrost spraw kierowanych do mediacji, ale jest on ciągle dalece niezadowalający. Według eksperta, wynik z ubiegłego roku jest niski i w tym zakresie pozostaje jeszcze dużo do zrobienia.

– W mojej ocenie, przy obecnych regulacjach prawnych, odsetek liczby spraw kierowanych do mediacji znacząco wzrósł w ostatnich latach. Bez wątpienia do tego rozwiązania coraz bardziej przekonują się sędziowie oraz prokuratorzy. Także sami pełnomocnicy coraz chętniej wyrażają wolę mediowania w imieniu swoich klientów. Nie mam jednak złudzeń, że odsetek ten mógłby być znacznie większy, gdyby wprowadzone zostały odpowiednie przepisy – komentuje adwokat Maciej Zaborowski.

Natomiast rzecznik Ministerstwa podkreśla dużą efektywność mediacji. Wskaźnik skuteczności, który w 2017 r. wyniósł aż 32,4% (8897 skutecznych mediacji), to najlepszy wynik w analizowanym czasie. W statystykach z badanego okresu widzimy, że w latach 2013-2014 wyniósł on 28,7% (3836 i 3798 skutecznych mediacji), w 2015 roku – 24,3% (4328), a w 2016 roku – 21,8% (5246). Później mieliśmy 2018 rok – 26,4% (7090), a także I półrocze 2019 roku – 26,8% (4006).

– Efektywność należy rozpatrywać na dwóch poziomach. Jeden to powyższe statystyki. Tutaj faktycznie jest wzrost i wynika on w głównej mierze z mediacji, które kończą się najczęściej zawarciem ugody przez strony. Ale jest też drugi. Często sam proces przeprowadzenia jej może mieć bardzo pozytywny wpływ na dalszy proces sądowy, nawet jeśli z różnych przyczyn nie dojdzie do zawarcia samej ugody – podkreśla mecenas Zaborowski.

Jak dodaje Hubert Sommerrey, rośnie świadomość samych stron procesu, które gotowe są pójść na różnego rodzaju ustępstwa. W efekcie kończą spór szybciej i uzyskują przynajmniej częściowo satysfakcjonujące rozwiązanie. Unika się dzięki temu ryzyka przegranej w procesie, nie traci czasu i nie ponosi dalszych kosztów występowania przed sądem. Z ekonomicznego punktu widzenia to bardzo korzystne rozwiązanie.

– Skuteczność w ogromnej części zależy od profesjonalizmu samego mediatora. Tutaj niestety bywa bardzo różnie, żeby nie powiedzieć słabo. Jedną z przyczyn są bardzo niskie wynagrodzenia, w szczególności w sprawach karnych. Zniechęcają one wysokiej klasy specjalistów do podejmowania takiej pracy. Zdecydowanie należy to zmienić. Na zajęciach, które prowadzę z aplikantami adwokackimi, zawsze powtarzam, że jeśli ktoś zajmuje się w profesjonalny sposób mediacją, to musi być pasjonatem. Z całą pewnością nie da się z tego żyć i utrzymać rodziny – zaznacza Maciej Zaborowski.

W pierwszej połowie 2019 roku wskaźnik ugód w sprawach cywilnych wyniósł 36,7% (1535 zawartych ugód). I był najwyższy w ostatnich latach. W statystykach za 2013 rok widzimy 26,8% (663 ugody), za 2014 rok – 32,9% (922), a za 2015 rok – 33,4% (1155). Z kolei dane za 2016 rok to 32,5% (1649), 2017 rok – 34,2% (2269), natomiast za 2018 rok – 32,3% (2476).

– Mediacja, jako sposób rozwiązywania sporów, jest stosunkowo nowym rozwiązaniem i nie tak popularnym, jak ugoda zawarta podczas procesu. Są też sprawy, które można załatwić ugodą na sali sądowej, a w mediacji, ze względów formalnych, zakończyć się nie da. Konieczna jest też wola stron do tego, żeby ze sobą rozmawiały. W sytuacji, kiedy są one gotowe do dialogu, często kompromis udaje się wypracować już na rozprawie. Wtedy mediator nie jest nam potrzebny – podsumowuje radca prawny Hubert Sommerrey.

Kobiety o kobietach w pracy i karierze

Kobiety coraz lepiej radzą sobie na rynku pracy, ale wciąż obserwują na nim wiele nierówności – wynika z najnowszych badań Pracuj.pl. Według 6 na 10 badanych Polki są w znacznie lepszej sytuacji zawodowej, niż 10 lat temu. Jednocześnie aż 7 na 10 z nich zauważa, że wciąż nie mają równych szans na rynku pracy, co mężczyźni. Z okazji Międzynarodowego Dnia Kobiet zapytaliśmy je o poglądy na temat życia zawodowego.

Wybrane wyniki badań w skrócie:

  • 7 na 10 Pań uważa, że płeć ma wpływ na wysokość wynagrodzenia.
  • 8 na 10 chce gwarancji równych zarobków i elastycznego grafiku.
  • 7 na 10 chce od pracodawców dostępu do szkoleń w „męskich” zawodach.
  • Co druga badana wspiera parytety płci na kierowniczych stanowiskach.
  • Tylko 15% oczekuje, że ich stanowisko będzie podawane w żeńskiej formie.

W dobrą stronę

Międzynarodowy Dzień Kobiet obchodzony jest już od 1910 roku. Pod kątem życia zawodowego trudno porównywać tamtą epokę z dzisiejszymi czasami. Tylko w latach 1950-2016 udział kobiet w ogólnej liczbie zatrudnionych w Polsce wzrosła z 31 do 49%. W ostatniej dekadzie przemiany na rynku pracy dodatkowo przyspieszyły. Kolejne firmy podejmują odważne kroki dotyczące równości płac między płciami, parytety w zarządach czy szkolenia dedykowane dla kobiet w zawodach zdominowanych przez mężczyzn.

Co Polki myślą o karierze i pracyOgólne pozytywne zmiany potwierdzają także najnowsze badania, przeprowadzone wśród użytkowniczek serwisu Pracuj.pl. 61% pań uważa, że sytuacja zawodowa kobiet w Polsce jest obecnie znacznie lepsza, niż 10 lat temu. Jednocześnie badane zauważają jednak liczne wyzwania, przed którymi wciąż stają. Oczekują także wprowadzania wielu rozwiązań, które wspierają kobiety w życiu zawodowym.

Szanse wciąż nierówne

Jak wykazały wyniki badania Pracuj.pl, ogólna poprawa sytuacji zawodowej kobiet nie wpływa w ich oczach na negatywną ocenę ich sytuacji w kluczowych aspektach kariery. Aż 7 na 10 badanych uważa, że nadal nie mają równych szans w życiu zawodowym, co mężczyźni. O równouprawnieniu na rynku przekonana jest mniej, niż co piąta respondentka (19%). Podobnie jest w wypadku wpływu płci pracownika na wysokość wynagrodzenia – dostrzega go w Polsce 69% pań, a o równouprawnieniu przekonane jest 22%. Większość badanych Polek (60%) uważa, że mężczyźni są inaczej traktowani, gdy starają się o awanse.Co Polki myślą o karierze i pracy 2

Wyniki najnowszego badania Pracuj.pl to kolejny dowód na to, że zmiany mentalne i społeczne, które obserwujemy w ostatnich latach, do świata pracy i biznesu wciąż przedostają się z pewnym opóźnieniem.

Większość Pań, które przebadaliśmy, jest oczywiście świadoma pozytywnej ewolucji. Pojawia się też w Polsce coraz więcej wewnętrznych firmowych regulacji, wspierających różnorodność w zarządach czy promujących przykłady błyskotliwych karier kobiet, zwłaszcza w dużych firmach. Szczegółowe odpowiedzi Polek pokazują jednak, że wciąż muszą mierzyć się z nierównościami w obszarze płac czy awansów. Pracodawcy powinni pamiętać, że coraz więcej kobiet jako kandydatki zwraca szczególną uwagę na politykę przyjętą przez firmy w celu wyrównywania szans – komentuje Konstancja Zyzik, Talent Acquisition & Capabilities Development Manager w Grupie Pracuj.

Wsparcie mile widziane

W obliczu przedstawionych danych trudno się dziwić, że badane Polki w większości przypadków odnoszą się pozytywnie do różnorodnych form wsparcia ich karier, wykorzystywanych na rynku pracy. Największym uznaniem badanych cieszą się gwarancje równych zarobków na dwóch równoważnych stanowiskach niezależnie od płci, regulowane odgórnie przez firmę. Pozytywnie postrzega je aż 83% respondentek, a przeciwnych jest im tylko co dziesiąta (9%).

Dużym uznaniem badanych cieszą się formy wsparcia dedykowane dla matek. 80% respondentek docenia umożliwianie kobietom wychowującym dzieci układania elastycznego grafiku pracy (80%) oraz oferowanie im dodatkowego wsparcia (76%) – np. dodatkowych dni urlopowych, pracy zdalnej, dedykowanych benefitów pozapłacowych.Co Polki myślą o karierze i pracy 3

W opiniach użytkowniczek Pracuj.pl odbijają się także wyraźnie głośne dyskusje związane z kwestiami równouprawnienia. Odnosi się to szczególnie do debat toczących się wokół parytetów zaangażowania kobiet w biznesie. Polki są podzielone np. w ocenie wyznaczania odgórnie udziału kobiet na stanowiskach kierowniczych. To działanie firm postrzega pozytywnie 51% respondentek, negatywnie – 20%, a aż 28% jest wobec niego obojętnych. Jeszcze mniej (43%) popiera parytety płci podczas rekrutacji.

Warto zauważyć, że badane Polki dość zgodnie popierają natomiast szkolenia w zawodach, w których większość pracowników stanowią mężczyźni (71%). Istotny wpływ na ten stan rzeczy mogą mieć wysokie lub stale rosnące płace w specjalizacjach postrzeganych potocznie jako „męskie” – nie tylko w branży IT, ale choćby m.in. wśród specjalistów Business Intelligence, w budownictwie czy wśród wykwalifikowanych pracowników fizycznych.

Tytuł (raczej) nie ma znaczenia

Zdecydowanie mniej wyraźne emocje budzi wśród badanych Polek nazewnictwo stanowisk zawodowych, będące jednym z tematów regularnie wracających w dyskusjach o równouprawnieniu w miejscu pracy. Aż 7 na 10 respondentek Pracuj.pl nie przykłada wagi do tego, czy pełnione przez nie stanowisko będzie miało formę męską (np. „specjalista”, „kierownik”) czy żeńską (np. „specjalistka”, „kierowniczka”).Co Polki myślą o karierze i pracy 4

Co interesujące, 14% badanych pań mając wybór wybrałoby nazwę charakterystyczną dla mężczyzn, a tylko 15% – dla kobiet. Jak zauważa ekspertka, w przypadku tego zagadnienia trudno o jednoznaczne wskazówki dla pracodawców.

Nazewnictwo stanowisk to obszar, w którym odbijają się nasze wieloletnie przyzwyczajenia. Widać to choćby w dyskusjach na ten temat, w których przetaczane bywają argumenty o „nienaturalnym” brzmieniu danego terminu czy profesji w wersji żeńskiej. Z drugiej strony decyzja o wykorzystywaniu nazw stanowisk dopasowanych do płci może być ze strony pracodawcy formą dodatkowego okazania szacunku pracowniczce. Wiele w tym wypadku zależy od kontekstu. Dla wielu firm problem niejako rozwiązuje coraz częstsze stosowanie nazewnictwa w języku angielskim, w którym problem „płci” stanowiska nie występuje – komentuje Konstancja Zyzik.

Długa droga do sukcesu

Opinie respondentek Pracuj.pl pokazują z jednej strony dość surową ocenę równouprawnienia na rynku pracy ze strony Polek, z drugiej – ich otwartość na różne formy wsparcia, niekoniecznie wynikające np. z odgórnie wyznaczanych parytetów.

W tych wyzwaniach nie są jednak osamotnione. Według raportu Światowego Forum Ekonomicznego, całkowite zamknięcie luki między płciami (m.in. w obszarach ekonomii, edukacji, zdrowia i reprezentacji politycznej) przy obecnej dynamice zmian zajmie ponad 99 lat. W świetle tych danych nie tylko w Międzynarodowy Dzień Kobiet warto wsłuchiwać się w ich głos dotyczący aspiracji zawodowych i wyzwań, przed którymi muszą stawać.
Aleksandra Skwarska

Od białej listy podatników po czarny spis dłużników

  • Biała lista podatników z założenia miała być narzędziem służącym przedsiębiorcom do sprawdzania partnerów biznesowych.
  • Pomysł Ministerstwa Finansów nie jest jednak pomocny przy obecnie największej bolączce polskich firm – zatorach płatniczych.
  • W bazie brak jest m.in. informacji o opóźnieniach w regulowaniu faktur, które stanowiłyby faktyczną pomoc przy wyborze kontrahentów.

Przedsiębiorcy liczący na to, że biała lista podatników – narzędzie zaproponowane przez Ministerstwo Finansów, będzie faktycznie pomocne przy dobieraniu kontrahentów, bardzo się rozczarują. Pomysł zamiast ułatwiać firmom codzienne funkcjonowanie, nakłada na nie kolejne obowiązki, których niedopełnienie od 1 stycznia może skutkować przykrymi konsekwencjami. Działania ustawodawcy, choć potrzebne, nie nadążają za potrzebami przedsiębiorców, dla których najważniejsze jest utrzymanie płynności finansowej firmy i dysponowanie własnymi zafakturowanymi pieniędzmi tak szybko jak tylko to możliwe.

Niestety „czarne listy” dłużników są znacznie dłuższe niż te białe – nawet 9 na 10 przedsiębiorców w naszym kraju płaci rachunki po terminie (raport Intrum European Payment Raport 2019).

Zamiast pomocy kolejny obowiązek

Biała lista podatników umożliwia sprawdzenie, czy kontrahent jest czynnym płatnikiem VAT i na jaki numer rachunku bankowego powinien zostać wykonany przelew za wystawioną fakturę. Nie jest to jednak ułatwienie dla przedsiębiorcy, ale obowiązek. Zapłata należności na inny niż widniejący w bazie nr konta, może skutkować brakiem możliwości zaliczenia tej płatności do kosztów uzyskania przychodów, a nawet solidarną odpowiedzialnością za zaległości podatkowe dostawcy usługi.

Prowadzenie firmy wymaga wiele uwagi, przedsiębiorcy codziennie muszą mierzyć się z kolejnymi wyzwaniami, a wśród największych z nich są bez wątpienia opóźnienia w spłacie należności przez kontrahentów. Należałoby szukać takich rozwiązań, które nie będą dodatkowo przytłaczały przedsiębiorców, a stanowiły faktyczną pomoc w walce z zatorami płatniczymi. Być może ujęcie w bazie dodatkowych informacji o dotychczasowych problemach danej firmy ze spłatą należności ustrzegłoby przedsiębiorców przed nawiązywaniem relacji biznesowych z nieuczciwymi podmiotami. Czasem jednak są zmuszeni współpracować z partnerem, który ich cierpliwość wystawia na próbę, bo chce płacić po wielu miesiącach. Takich problemów jest bardzo dużo, codziennie docierają do nas przedsiębiorcy wnioskujący o finansowanie faktoringowe skracające czas otrzymania gotówki i będące buforem chroniącym przed ewentualnymi nieuczciwymi płatnikami – mówi Jacek Załęcki Dyrektor Regionu w eFaktor.

Dotychczasowe pomysły nie są wystarczające

Od początku roku przedsiębiorcy mogą korzystać także z innego mechanizmu, który w konsekwencji ma wyeliminować zatory płatnicze (tzw. ustawy antyzatorowej). Nowe rozwiązania przewidują m.in. skrócenie do maksymalnie 60 dni terminu zapłaty należności mikro, małym lub średnim przedsiębiorstwom przez duże firmy. Ważnym rozwiązaniem jest także zmniejszenie podstawy opodatkowania wierzyciela, który na zapłatę czeka od przynajmniej 90 dni – licząc od dnia upływu terminu płatności. Dzięki temu przedsiębiorca nie będzie musiał ponosić dodatkowych strat związanych ze współpracą z nierzetelnym kontrahentem.

Wszystkie pomysły, które weszły w życie na początku roku bez wątpienia są potrzebne, ale nie nadążają za potrzebami firm, które od lat musiały samodzielnie mierzyć się ze zjawiskiem zatorów płatniczych. Do tej pory pomocy można było szukać jedynie u firm faktoringowych, które w tego typu sytuacjach gwarantują finansowanie pomostowe. Tak z pewnością będzie nadal, ponieważ nawet miesięczne opóźnienie w uzyskaniu należności skutkuje zaburzeniem płynności finansowej, co przy spowolnieniu gospodarki może skończyć się upadłością firmy. Przedsiębiorcy często nie mogą sobie pozwolić na długie oczekiwanie na pomoc ze strony państwa – dodaje Jacek Załęcki z eFaktor.

Paweł Śliwiński: INC planuje pozyskać dla klientów ponad 20 mln zł

Grupa INC od początku roku podpisała 5 nowych umów na wprowadzenie spółek na warszawską giełdę, a obecnie jest w trakcie realizacji 11 takich projektów. W I półroczu Grupa chce przeprowadzić procesy oferowania papierów wartościowych dla 12 klientów, a ich oczekiwana wartość to łącznie ponad 20 mln zł. Trwają również zaawansowane rozmowy z kolejnymi podmiotami planującymi pozyskanie finansowania lub debiut na GPW.

Zdecydowana większość nowo pozyskanych klientów Grupy INC to dynamiczne rosnące spółki tzw. nowej ekonomii, które poszukują finansowania na rynku publicznym lub prywatnym, poprzez emisję akcji, obligacji, czy też equity crowdfunding. Część projektów realizowana jest także w formule venture, w której Grupa INC zostaje już na wczesnym etapie rozwoju spółki jej strategicznym doradcą i inwestorem, wspierając ją w na każdym etapie drogi na giełdę.

– Intensywnie rozpoczęliśmy 2020 r., spośród trzech tegorocznych debiutów pracowaliśmy przy dwóch z nich. Jesteśmy bardzo aktywni zarówno w zakresie wprowadzania spółek, jak i oferowania papierów wartościowych, przede wszystkim dla firm z segmentu nowych technologii, gamingu i life science. W całym roku chcieliśmy wprowadzić minimum 10 spółek na warszawską giełdę i już obecny pipeline zapewnia nam realizację tego celu. Dodatkowo prowadzimy zaawansowane rozmowy z kolejnymi podmiotami, zarówno w zakresie pozyskania finansowania, jak i wprowadzenia na giełdę. To również większe projekty, które powinny się zmaterializować się w II połowie bieżącego roku i trafić na Główny Rynek GPW. – komentuje Paweł Śliwiński, prezes INC.

Grupa INC zawarła także dwie nowe umowy na wprowadzenie do obrotu akcji notowanych już spółek. Dodatkowo w I połowie br. Dom Maklerski INC planuje dwie publiczne emisje obligacji korporacyjnych o wartości kilku milionów złotych. Aktualnie Grupa INC może zaoferować pełne portfolio usług dla firm poszukujących finansowania oraz notowanych na giełdzie. W najbliższych tygodniach Grupa przedstawi zaktualizowaną strategię rozwoju, która będzie odpowiedzią na bieżące otoczenie rynkowe oraz potrzeby innowacyjnych i rosnących firm tzw. nowej ekonomii.

– Dynamiczny wzrost działalności INC to konsekwencja zmian w Grupie, które zaszły na przestrzeni ostatnich dwóch – trzech lat, a które znacznie przyśpieszyły w ostatnich miesiącach. W najbliższych tygodniach chcemy przedstawić zaktualizowaną strategię rozwoju, która będzie konsekwencją tych zmian oraz potrzeb małych i średnich firm na rynku kapitałowym. – dodaje Paweł Śliwiński.

Udział kobiet w zarządach i radach nadzorczych spółek z WIG20

Kobiety piastują funkcję przewodniczącej rady nadzorczej w 29 proc. największych organizacji notowanych na warszawskiej giełdzie.

Odsetek kobiet wchodzących w skład zarządów i rad nadzorczych organizacji działających w Polsce rośnie powoli. Pozytywne tendencje najwyraźniej widać w największych spółkach giełdowych. Jak wynika z szóstej edycji raportu „Women in the Boardroom: A Global Perspective”, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte, kobiety przewodniczą niespełna 9 proc. rad nadzorczych w Polsce. Co ciekawe, w przypadku największych spółek akcyjnych notowanych na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie odsetek kobiet stojących na ich czele jest ponad trzykrotnie wyższy.

W 2019 roku odsetek kobiet wchodzących w skład rad nadzorczych w Polsce wynosił 15,8 proc. To wzrost o 0,6 proc. w porównaniu z 2017 rokiem. Kobiety zasiadają na czele zaledwie 8,7 proc. rad, co stanowi prawie jednoprocentowy wzrost. Te wyniki są zauważalnie wyższe w przypadku firm wchodzących w skład WIG20, czyli indeksu 20 największych spółek akcyjnych notowanych na warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych. Kobiety zajmują 23 proc. miejsc w ich radach nadzorczych, co oznacza wzrost o 4 proc. w porównaniu z wynikami badania sprzed dwóch lat i piastują funkcję przewodniczącej rady w 29 proc. tych organizacji (spadek o 1 proc.).

Obserwowany trend wzrostu liczby kobiet w radach nadzorczych spółek wchodzących w skład WIG20 bardzo cieszy. Różnorodność perspektyw, jaką gwarantuje prowadzenie kultury włączającej kobiety do organów zarządzających i nadzorczych, pozwala kadrze zarządzającej podejmować trafniejsze decyzje, a sam proces ich podejmowania staje się ciekawszy i sprawniejszy, co ma również wpływ na wyniki – mówi Dorota Snarska-Kuman, Partner w Sektorze Instytucji Finansowych, Liderka Programu Rozwoju Rad Nadzorczych w Deloitte.

Na tle Europy

Z raportu Deloitte wynika, że najlepszym wynikiem, jeżeli chodzi o udział kobiet w radach nadzorczych, mogą pochwalić się Niemcy. W 2019 roku po raz pierwszy odsetek ten przekroczył 30 proc. Z kolei w Austrii procentowy udział kobiet w radach nadzorczych spółek giełdowych objętych parytetem wynosi 27,5 proc. Warto jednak zauważyć, że w organizacjach nie spełniających tego wymagania wynik jest ponad dwukrotnie niższy (13 proc.). W największych spółkach na rynku austriackim należących do ATX20, czyli najważniejszego indeksu Wiedeńskiej Giełdy Papierów Wartościowych, udział procentowy kobiet w radach nadzorczych wynosi 27,7 proc, czyli jest zbliżony do polskiego wyniku. W Czechach panie stanowią 15,2 proc. członków rad.

Różnorodność sprzyja innowacyjności

W polskim biznesie stale rośnie świadomość potrzeby wprowadzenia różnorodności płci. Odbywa się wiele debat publicznych, konferencji i wydarzeń, które zachęcają do zwiększania obecności kobiet w radach nadzorczych i zarządach. Od 2016 roku spółki notowane na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie podlegają Kodeksowi Dobrych Praktyk. Dokument ten, co prawda, zobowiązuje organizacje do publikowania na swoich stronach internetowych polityki różnorodności w odniesieniu do organów spółki i kluczowych funkcji kierowniczych, jednak nie określa formalnych sankcji za nieprzestrzeganie tych zasad. W 2013 roku Ministerstwo Skarbu Państwa zarekomendowało spółkom częściowo należącym do Skarbu Państwa, aby przy wyborze członków rad nadzorczych uwzględniały postulat zróżnicowania płci.

Do tej pory praktyki zalecane w Kodeksie zastosowała zaledwie jedna czwarta spółek giełdowych. Dla porównania w Norwegii i Francji zostały przyjęte normy gwarantujące kobietom 40 proc. miejsc w radach nadzorczych spółek publicznych. W Belgii zaś wymagany jest udział każdej płci w zarządach firm na poziomie co najmniej jednej trzeciej mówi Dorota Snarska-Kuman.

Promocja kultury włączającej w Polsce

Na rodzimym rynku powstają różnego rodzaju inicjatywy, które mają wspierać rozwój osobisty i zawodowy kobiet na stanowiskach menedżerskich, wykonawczych i zarządczych. Jedną z takich inicjatyw jest powołany w 2011 roku Klub Deloitte SheXO, który obecnie działa w ośmiu krajach Europy Środkowej.

W zeszłym roku ogłosiliśmy wyniki Diversity & Inclusion Rating, pierwszego ratingu liderów zarządzania różnorodnością i promowania włączającej kultury organizacyjnej, opracowanego razem z Forum Odpowiedzialnego Biznesu. Firmy są oceniane w oparciu o cztery obszary związane z różnorodnością i integracją, z uwzględnieniem światowych standardów i wytycznych. Celem jest zapewnienie obiektywnej i przejrzystej oceny postępów firm w zakresie różnorodności i integracji – mówi Iva Georgijew, Partner w Deloitte, Liderka Diversity & Inclusion w Deloitte w Europie Środkowej, założycielka i liderka Klubu SheXO Deloitte.

O badaniu „Women in the Boardroom: A Global Perspective”

Na zlecenie Deloitte Global firma MSCI ESG Research Inc. zgromadziła dane na temat różnorodności członków zarządów w 8 648 spółkach z 49 krajów w regionie Azji i Pacyfiku, Ameryk oraz Europy, Bliskiego Wschodu i Afryki (według stanu na dzień 15 grudnia 2018 roku). Na ich podstawie opracowany został raport „Women in the Boardroom”, zawierający analizę postępów, jakie dokonują się w skali globalnej, regionalnej i krajowej w obszarze zwiększania różnorodności w organach zarządzających różnych firm. Publikacja zawiera również szczegółowe informacje na temat liczebności kobiet w zarządach w podziale na sześć kluczowych sektorów (branża usług finansowych; konsumencka; technologii, mediów i telekomunikacji; produkcyjna; nauk przyrodniczych i medyczna; energetyczna). Dane te zostały uzupełnione przez Deloitte Global informacjami na temat wiążących kwot dla kobiet oraz innych inicjatyw podejmowanych w celu zwiększenia różnorodności zarządów spółek w 17 innych krajach. Publikacja koncentruje się zatem na działaniach podejmowanych w 66 różnych krajach celem osiągnięcia odpowiedniego parytetu płci w organach zarządzających. Dodatkowe wywiady przeprowadzone z członkami zarządów firm z Australii, Stanów Zjednoczonych i Hiszpanii prezentują istotne wnioski płynące z badania z perspektywy autorów publikacji, uzupełnione wnikliwymi obserwacjami na temat stopniowych zmian zachodzących w tym zakresie w tych trzech częściach świata.

Statystyki dotyczące Polski przygotowane zostały na bazie danych dla 444 spółek giełdowych według stanu na dzień 28 czerwca 2019 roku.

Zmiany w konsumpcji piwa. Polacy odwrócili się od piw mocnych, coraz częściej wybierają bezalkoholowe

Spada konsumpcja piw zawierających alkohol, a od kilku lat zmniejsza się także średnia zawartość alkoholu w piwie. W 2019 roku Polacy wypili blisko 0,6 mln hektolitrów piwa alkoholowego mniej niż w 2018 roku – wynika z badania firmy Nielsen. Tracą piwa mocne, o zawartości alkoholu powyżej 6,1 proc., i tradycyjne lagery. Szybko rośnie natomiast spożycie piwa bezalkoholowego, które stanowi już 5 proc. rynku piwa. Taki trend będzie się utrzymywać.

– Piwo jako cała kategoria zanotowało w 2019 roku niewielki spadek wolumenu sprzedaży. Jest to podyktowane przede wszystkim słabszymi wynikami największego z jego segmentów, czyli lagera alkoholowego, który spadł o 2,7 proc. Za niższy wolumen sprzedaży lagerów odpowiada przede wszystkim spadek mocnego lagera o 3,7 proc. To jest bardzo znaczący trend, który pokazuje, że konsumenci odwracają się od piw mocnych – mówi agencji Newseria Biznes Marcin Cyganiak, dyrektor komercyjny Nielsen.

Choć spada wolumen piwa, to rośnie wartość rynku. Sprzedaż zwiększyła się o ponad 3 proc., do 17,4 mld zł. To nie tylko wynik inflacji, lecz także tego, że sięgamy po coraz lepsze jakościowo piwa. Zawartość alkoholu ma w nich mniejsze znaczenie, wybiera się je ze względu na smak.

– Ludzie piją trochę mniej, ale lepszej jakości piwa. Można powiedzieć, że pijąc piwa z górnej półki, przyczyniają się do „premiumizacji” – wskazuje Paul Davies, prezes ZPPP – Browary Polskie. – Drugim trendem jest ogromna dynamika rozwoju piw bezalkoholowych.

– 2019 był dobrym, stabilnym rokiem dla branży piwowarskiej, chociaż już nie tak dobry jak rok 2018. Za spadek wolumenu sprzedaży w ubiegłym roku o 0,5 proc. odpowiada m.in. pogoda. Ten spadek byłby większy, gdybyśmy tylko wzięli pod uwagę piwo alkoholowe, ponieważ w tym segmencie te spadki są już dość wyraźne – ocenia Bartłomiej Morzycki, dyrektor generalny ZPPP – Browary Polskie.

Z analiz firmy Nielsen wynika, że od kilku lat systematycznie spada średnia zawartość alkoholu w piwie – w 2017 roku było to 5,37 proc., w 2018 roku – 5,33 proc., a w 2019 roku już 5,27 proc. W ubiegłym roku liczba kupionych lagerów spadła o 2,7 proc., zaś lagery smakowe i piwne specjalności wzrosły pod względem wolumenu o ponad 7 proc.

Na znaczeniu rosną przede wszystkim piwa bezalkoholowe, które stanowią już 4,7 proc. całej kategorii, a wartość tego segmentu rynku sięga 822 mln zł. Taki trend będzie się utrzymywać, a zdaniem ekspertów w 2020 roku wartość piw bezalkoholowych sięgnie aż miliarda złotych.

– Od kilku lat obserwujemy dynamiczne wzrosty wolumenu piw bezalkoholowych. W zeszłym roku ten wzrost wyniósł prawie 60 proc. i w tym momencie już prawie 5 proc. wartości rynku piwa w Polsce to są piwa bezalkoholowe – informuje Bartłomiej Morzycki.

Dane Nielsena wskazują, że spośród piw 0,0 proc. najchętniej wybierane są warianty smakowe (2,9 proc. kategorii), które wzrosły pod względem wolumenu o 64,2 proc. w 2019 roku.

– Rosną piwa smakowe, tzw. radlery, 1/3 stanowią bezalkoholowe lagery, ale również w zeszłym roku pojawiła się bardzo ciekawa kategoria bezalkoholowych specjalności, czyli piwa pszeniczne, piwa typu IPA i APA. Ten rynek staje się coraz bardziej zróżnicowany i cały czas się rozwija – przekonuje dyrektor generalny ZPPP – Browary Polskie.

Jak wskazują eksperci, podobny trend obserwuje się w innych krajach regionu. W Niemczech piwa bezalkoholowe odpowiadają za 7,5 proc. rynku, w Rosji – 2,3 proc., w Czechach i Słowacji – podobnie jak w Polsce, czyli nieco mniej niż 5 proc.

– Na wielu rynkach daje się zaobserwować podobną tendencję w zakresie wzrostu udziału piw bezalkoholowych i silnego spadku w obszarze piw mocniejszych. W przypadku tzw. piw smakowych wzrost jest bardzo gwałtowny. Jeśli chodzi natomiast o piwa bezalkoholowe, uważam, że Polska jest najdynamiczniej rozwijającym się rynkiem w skali całej Europy – mówi Paul Davies.

Za spadek spożycia mocniejszych piw odpowiada też rosnąca świadomość konsumentów. Rzadziej po nie sięgają, częściej sprawdzają skład. Dlatego też ZPPP – Browary Polskie podpisały dobrowolne porozumienie, w którym zobowiązały się podawać na etykietach piw zawierających alkohol pełny skład produktu.

– Na wszystkich piwach alkoholowych warzonych przez członków naszego związku znajdują się już  informacje dotyczące wartości kalorycznej, jak i pełny skład produktów. W internecie natomiast dostępne są wszystkie informacje dotyczące wartości odżywczych danego piwa – zaznacza Bartłomiej Morzycki.

Eksperci podkreślają, że 2020 rok może być dla branży piwowarskiej pełen wyzwań. Rosną koszty, o 10 proc. wzrosła też akcyza, a podatek cukrowy uderzy w bezalkoholowe piwa smakowe.

– Tym, czego nam brakuje jest bardziej przewidywalne środowisko regulacyjne i szersze konsultacje nowych rozwiązań prawnych – ocenia Paul Davies. – Branża potrzebuje tego dla lepszego planowania działań w kolejnych latach– podsumowuje prezes ZPPP – Browary Polskie.

W Polsce brakuje pielęgniarek i położnych. Średnia wieku w tym zawodzie to 52 lata

W polskich szpitalach i placówkach medycznych pracuje 233 tys. pielęgniarek oraz 28 tys. położnych. Mimo że w latach 2013–2018 przybyło ich ponad 20 tys., wciąż brakuje młodych adeptów tych zawodów. Niezbędne są działania, które przyciągną studentów na kierunki pielęgniarskie i położnicze. – Ostatnio płace pielęgniarek i położnych wyraźnie wzrosły, a to ma wpływ na postrzeganie tych profesji jako dobry wybór na przyszłość – mówi Andrzej Tytuła, przewodniczący Okręgowej Izby Pielęgniarek i Położnych w Lublinie oraz Komisji Warunków Płacy i Pracy przy Naczelnej Radzie Pielęgniarek i Położnych.

– Wzrost wynagrodzeń nie jest aż tak duży, jak byśmy tego oczekiwali, ale na pewno wpłynął na polepszenie sytuacji zawodowej pielęgniarek i położnych – dodaje Andrzej Tytuła. – W efekcie częściej decydują się one na pozostanie w Polsce i poszukują pracy w swoim zawodzie. Myślę, że w porównaniu z wysokością wynagrodzeń, którą można było uzyskać w tych zawodach jeszcze kilka lat temu, teraz zarobki są na godnym poziomie i taka tendencja powinna być utrzymana. Pensje pielęgniarek i położnych w Polsce powinny stopniowo dochodzić do poziomu średniej krajowej i wierzę, że przy dobrej współpracy z Ministerstwem Zdrowia będzie to możliwe.

Jak podkreśla, to wysokość wynagrodzeń jest czynnikiem stanowiącym o atrakcyjności zawodu i jednocześnie motywuje do zdobywania wykształcenia. Systematyczny wzrost płac pielęgniarek i położnych będzie przyciągał młodych ludzi do szkół, gdyż daje dobre perspektywy na przyszłość.

– Efekty są już widoczne, bo coraz więcej osób studiuje na wydziałach pielęgniarskich i położniczych, a zawody pielęgniarki i położnej na nowo stają się atrakcyjne – zauważa przewodniczący Okręgowej Izby Pielęgniarek i Położnych.

Nadmierny optymizm nie jest jednak wskazany, ponieważ sytuacja wciąż nie jest dobra. W Polsce wskaźnik liczby pielęgniarek przypadających na tysiąc mieszkańców jest jednym z najniższych w Europie i wynosi 5,2. Dla porównania średnia unijna to 9,4. Niepokojące są także dane dotyczące średniego wieku polskich pielęgniarek – w 2015 roku wynosił on 50 lat, a w 2019 roku 52 lata. Według prognoz na 2030 rok średnia wieku pielęgniarek wyniesie 60 lat.

– Jeszcze trudniejsza jest sytuacja w podstawowej opiece zdrowotnej, gdzie średnia wieku pielęgniarek i położnych już dziś wynosi powyżej 60 lat – uściśla Andrzej Tytuła. – Na rynku pracy w zawodach pielęgniarki i położnej obserwujemy tzw. lukę pokoleniową, czyli brak kadry, który wynika z okresowego spadku zainteresowania tym zawodem wśród młodych ludzi. Staramy się to zmienić i wypełnić niedobór pielęgniarek i położnych. Gdyby nie wzrost wynagrodzeń, sytuacja byłaby jeszcze trudniejsza niż obecnie.

Wzrost liczby studentów to dopiero początek zmian, bo nauka na studiach pierwszego stopnia trwa trzy lata, więc trzeba jeszcze poczekać, aby absolwenci trafili na rynek pracy. Jak zakłada przewodniczący OIPiP w Lublinie, sytuacja będzie się poprawiać z roku na rok i tzw. luka pokoleniowa będzie się wypełniać.

Rocznie w Polsce prawie 5 tys. absolwentów studiów pielęgniarskich odbiera prawo wykonywania zawodu, a 10 proc. z nich to położne. Wykształcenie personelu pielęgniarskiego systematycznie rośnie – w 2013 roku było 42,4 tys. pielęgniarek z wyższym wykształceniem, a w 2018 roku liczba ta sięgnęła 76,2 tys.

Jeszcze cztery lata temu izby pielęgniarskie wydawały ponad tysiąc zaświadczeń umożliwiających wyjazd za granicę. W roku 2018 było ich tylko 400, a w ciągu ostatnich czterech lat ponad 3 tys. pielęgniarek wróciło do zawodu. Jednak szpitale wciąż odczuwają ich deficyt.

– Największe potrzeby związane z niedoborem kadry pielęgniarskiej mają szpitale powiatowe, bo tam wynagrodzenia są niższe niż w placówkach wojewódzkich, klinicznych czy specjalistycznych – zaznacza Andrzej Tytuła. – Szczególnie trudna sytuacja panuje na zachodzie Polski. W niektórych szpitalach pielęgniarki mogą znaleźć zatrudnienie od ręki. Personelu pielęgniarskiego brakuje także w Małopolsce, np. w nowo powstałym szpitalu klinicznym w Krakowie-Prokocimiu, który jest tak dużą placówką, że w zasadzie mógłby zatrudnić niemal każdą liczbę pielęgniarek.

Dlaczego ulgi z PFRON decydują o wygraniu przetargów publicznych?

Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) zwraca uwagę na niepokojącą praktykę związaną z zamówieniami publicznymi. Kryteria oceny ofert konkurujących ze sobą o zamówienie często są oceniane nie ze względu na jakość ich usług i cenę, lecz na możliwość przyznania ulg za zatrudnianie osób niepełnosprawnych. Według FPP takie postępowanie wynaturza cel działania Polskiego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych (PFRON), który wspiera zatrudnianie osób z niepełnosprawnością, przyznając takie ulgi pracodawcom. Niestety, instytucje publiczne otrzymują odpisy obowiązkowych wpłat na PFRON, których musiałyby dokonać jeśli nie współpracują z firmą zatrudniającą osoby z niepełnosprawnością. Jest to więc praktyka uszczuplająca budżet Funduszu. Odbija się również negatywnie na jakości zamawianych usług.

– Konkurencja w postępowaniach o zamówienia publiczne jest całkowicie wypaczona, ponieważ finalna ocena oferty nie ma żadnego związku z jakością usługi – powiedział serwisowi eNewsroom Grzegorz Lang, ekspert Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP).  – Zamawiający – zwłaszcza nabywający usługi takie, jak sprzątanie czy ochrona – nadal stosują kryterium oceny ofert uzależnione od przyznania ulgi z PFRON. To drastycznie zmniejsza możliwość porównania jakości ofert składanych w postępowaniu. Dlatego FPP zwraca się do właściwych władz postulując, by wyeliminować tę praktykę. Przy ocenianiu aspektów finansowych oferty powinno brać się pod uwagę tylko koszt usługi. Natomiast kwestie związane z odpisami na PFRON powinno się oceniać w sferze, do której należą – czyli promocji zatrudnienia osób niepełnosprawnych – podkreśla Lang.

20 maja papierosy mentolowe znikną ze sklepowych półek. Dziewięciu na dziesięciu palaczy nie zamierza z tego powodu rzucić nałogu

0

Dziewięć milionów Polaków to palacze, z których blisko połowa sięga po papierosy mentolowe. Te wskutek unijnej dyrektywy po 20 maja całkowicie znikną z rynku. Tymczasem ponad połowa palaczy w ogóle nie jest świadoma zbliżających się zmian, ale zdecydowana większość – bo aż 90 proc. – nie zamierza z tego powodu rzucać palenia. Co czwarty wprost zapowiada, że papierosów mentolowych będzie szukać w szarej strefie – wynika z badania przeprowadzonego dla Forum Konsumentów. Organizacja rozpoczęła właśnie akcję informacyjną, która ma uświadomić palaczom, że po 20 maja nie znajdą już popularnych mentoli na sklepowych półkach. Po tym terminie jedynym legalnym wyrobem tytoniowym o aromacie mentolowym będą podgrzewacze tytoniu.

– Większość Polaków nie jest świadoma zbliżającego się wycofania z rynku papierosów mentolowych i produktów mentolowych. Co ważniejsze, również palacze papierosów mentolowych nie są świadomi nadchodzących zmian – mówi w rozmowie z agencją Newseria Biznes prof. Dominika Maison, dziekan Wydziału Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego.

Od 20 maja z rynku wycofane zostaną papierosy mentolowe i z kapsułką w filtrze, która po naciśnięciu zmienia smak zwykłego papierosa na mentolowy. To efekt unijnej dyrektywy tytoniowe, przyjętej w 2014 roku, która w założeniu ma się przyczynić do spadku liczby nałogowych palaczy. Zakaz sprzedaży mentoli zostanie wprowadzony nie tylko w Polsce, lecz także w całej UE. Dyrektywa wprowadza zakaz sprzedaży papierosów i tytoniu do samodzielnego skręcania papierosów o charakterystycznym aromacie, tj. zapachu lub smaku innym niż zapach lub smak tytoniu, w tym mentolowym. Po 20 maja jedyną legalną alternatywą tytoniową o aromacie mentolowym dostępną w sklepach będą tzw. podgrzewacze tytoniu. Pierwszym tego typu produktem w Polsce był system IQOS. W sprzedaży pozostaną także mentolowe olejki do e-papierosów.

Z danych Forum Konsumentów wynika, że papierosy pali obecnie ponad 25 proc. dorosłych Polaków, czyli ok. 9 mln osób. W tej grupie aż 42 proc. sięga właśnie po papierosy mentolowe bądź z kapsułką – z czego 28 proc. wybiera je regularnie. Co istotne, ponad połowa (51 proc.) z nich nie ma świadomości zbliżających się zmian i nie wie, że po 20 maja nie znajdzie już popularnych mentoli na sklepowych półkach.

– Większość Polaków negatywnie ocenia ten zakaz. Po pierwsze, uważają, że jest to pewne ograniczenie wolności wyboru, po drugie – nie bardzo wierzą, że wpłynie to na zachowania związane z paleniem – mówi prof. Dominika Maison.

Jak wynika z badania przeprowadzonego w styczniu br. przez Maison & Partners dla Forum Konsumentów – 81 proc. Polaków jest zdania, że wycofanie z rynku popularnych mentoli nie przyczyni się do zmniejszenia liczby palaczy, a ci znajdą inne sposoby, żeby obejść unijny zakaz. Większość Polaków uważa też, że palacze powinni mieć prawo, aby samemu decydować, jakie papierosy chcą palić.

Negatywnie do planowanych zmian odnoszą się także sami palacze – zwłaszcza ci, którzy sięgają po papierosy mentolowe i z kapsułką. Ponad 60 proc. z nich jest zdania, że unijna dyrektywa ogranicza ich wolność wyboru i nie przyniesie oczekiwanych rezultatów. Jednocześnie wielu z nich nie rozumie tej zmiany i nie wie, z czego zakaz wynika. Zdecydowana większość z nich – bo aż 90 proc. – nie zamierza też z jego powodu rzucać palenia.

– Zdecydowana większość osób palących mentolowe papierosy nie zamierza kończyć z nałogiem. Około 50 proc. z nich planuje przerzucić się na tradycyjne papierosy, a tylko 16 proc. będzie szukać alternatywnych, legalnych wyrobów tytoniowych [jak e-papierosy czy podgrzewacze tytoniu – przyp. red.]. Z kolei prawie 20 proc. deklaruje, że będzie szukać tych produktów na czarnym rynku. Przy czym trzeba zaznaczyć, że ten wynik może być zaniżony, ponieważ z natury trudno nam się przyznać – nawet w badaniach – do tego, że zamierzamy łamać prawo – mówi Agnieszka Plencler, prezes Fundacji Forum Konsumentów.

– Blisko 20 proc. palaczy zadeklarowało, że zamierza szukać na czarnym rynku produktów, które zastąpią ich dotychczasowe papierosy mentolowe. To bardzo zły wynik, który oznacza, że ta grupa będzie sięgać po produkty z nielegalnego źródła, być może dużo gorszej jakości i o większej szkodliwości dla zdrowia – dodaje prof. Dominika Maison.

Prezes Fundacji Forum Konsumentów przestrzega przed kupowaniem papierosów mentolowych z szarej strefy, ponieważ stanowi to duże ryzyko związane z brakiem zachowania odpowiednich standardów i wątpliwą jakością takich produktów, które mogą być niebezpieczne dla zdrowia.

– Konsumenci powinni pamiętać, że kupowanie w szarej strefie to przede wszystkim ryzyko dla własnego zdrowia, ponieważ, po pierwsze, np. na bazarach – czy innymi kanałami – kupują produkty niewiadomej jakości, dość ryzykowne. Po drugie, jest to wspieranie nieuczciwej konkurencji, producentów, którzy wytwarzają coś w sposób nielegalny, a po trzecie – przekłada się to również na mniejsze wpływy do budżetu państwa – wylicza Agnieszka Plencler.

Wczoraj ukazał się także szósty raport Public Health England (PHE), czyli agencji wykonawczej ministerstwa zdrowia Wielkiej Brytanii, w którym eksperci zachęcają do korzystania z alternatyw dla papierosów. – Najlepszą rzeczą, jaką palacz może zrobić dla swojego zdrowia, jest całkowite rzucenie palenia. Elektroniczne papierosy mogą pomóc niektórym osobom rzucić palenie i są bezpieczniejszą alternatywą – powiedział prof. Chris Whitty, Chief Medical Officer for England.

Eksperci PHE podkreślają, że choć palenie e-papierosów nie jest całkowicie pozbawione ryzyka, są znacznie mniej szkodliwe niż papierosy. Produkty te zawierają znacznie mniej szkodliwych substancji, wywołujących choroby związane z paleniem, ale długoterminowe skutki ich używania pozostaną nieznane jeszcze przez jakiś czas. Specjaliści z Wielkiej Brytanii zwracają uwagę, że błędne przekonanie o  wyższej szkodliwości e-papierosów od zwykłych gwałtownie wzrosło wśród brytyjskich palaczy po przypadkach uszkodzenia płuc wśród ich konsumentów w USA jesienią 2019 roku. Władze USA potwierdziły jednak, że główną przyczyną śmierci pacjentów i zachorowań był octan witaminy E, środek zagęszczający dodawany właśnie do nielegalnych płynów (w Polsce i Wielkiej Brytanii) zawierających THC, czyli substancję czynną konopi indyjskich.

Eksperci w raporcie podkreślają, że polscy konsumenci muszą przede wszystkim rozumieć, po co i dlaczego zostaje wprowadzony zakaz mentoli. Tymczasem badania jednoznacznie pokazują, że większość Polaków – w tym palących papierosy – nie jest ani świadoma zbliżającego się zakazu, ani nie wie, z czego on wynika, i nie zamierza z jego powodu rzucać nałogu.

Forum Konsumentów zapowiada, że będzie śledzić efekty zmiany ustawodawczej, a tymczasem – w celu uświadomienia konsumentom zbliżających się zmian, które wejdą w życie 20 maja br. – wystartowało z akcją HASHZakazMentoli. Na stronie internetowej kampanii osoby palące mogą znaleźć wszystkie informacje związane z wejściem w życie zakazu sprzedaży mentoli, rady dotyczące tego, jak wyjść z nałogu, oraz informacje o ryzykach związanych z kupowaniem produktów tytoniowych w szarej strefie.

– Na pewno będziemy monitorować konsekwencje tej zmiany ustawodawczej, mamy nadzieję, że efekt będzie taki, jaki został zamierzony. Jednak biorąc pod uwagę wyniki badań, śmiemy w to wątpić, a ponadto nie jesteśmy zwolennikami metody zakazów i nakazów. Dlatego ruszamy z kampanią informacyjną, która wychodzi naprzeciw konsumentom – na stronie www.zakazmentoli.pl znajdą wszystkie niezbędne informacje i ostrzeżenia – mówi Agnieszka Plencler.

Kobiety 45+ Znikający uczestnicy rynku pracy

W ostatniej dekadzie sytuacja na rynku pracy uległa diametralnej zmianie, pozytywnie wpływając jednocześnie na pozycję kobiet, również tych z kilkunasto lub nawet kilkudziesięcioletnim stażem zawodowym. Widoczny już jednak trend spadkowy, powodujący powolny, lecz ponowny wzrost bezrobocia sprawia, że można patrzeć w przyszłość z lekkim niepokojem i troską o dalszą bezpieczną pozycję kobiet. I choć w niektórych przedziałach wiekowych % aktywnych zawodowo pań jest zbliżony lub identyczny jak panów, stale obserwowany jest niebezpieczny trend związany ze „znikaniem” z rynku pracy kobiet po 45 roku życia. Wiele pań ma nie tylko problem z utrzymaniem dotychczasowych stanowisk, ale również ze znalezieniem nowego zatrudnienia, często w innej niż dotychczas branży czy zawodzie, a z każdym kolejnym rokiem ich życia, znalezienie pracy staje się coraz trudniejsze. I choć mówi się, że zarówno płeć, jak i wiek, nie mają obecnie znaczenia w kwestii zatrudnienia, nadal mierzymy się ze stereotypami, stawiającymi kobiety w gorszej pozycji i powodującymi ich odpływ z rynku pracy, niestety często już definitywny. Dlaczego tak się dzieje i jakie mogą być główne powody takiej sytuacji oraz jak takiemu stanowi rzeczy mogą zapobiegać same zainteresowane?

Rynek pracy – kobiety vs. mężczyźni, a kwestia pokoleń

Cykl życia kobiet na rynku pracy znacząco różni się od cyklu mężczyzn. Panie później niż panowie wchodzą na rynek pracy, poświęcając się częściej zdobywaniu wykształcenia i zwykle już po kilku latach znikają z niego na jakiś czas, by urodzić i wychować potomstwo. Przerwa w ich życiu zawodowym trwa zwykle od kilku miesięcy do nawet kilku lat, a powrót do zawodowej rzeczywistości może być niezwykle trudny, nie tylko ze względu na „pauzę” w zatrudnieniu, ale często w związku z koniecznością poszukiwania nowego pracodawcy lub też zawodu. A następnie szybciej niż mężczyźni odchodzą na emeryturę. Opisany powyżej schemat zmienia się jednak w zależności od pokolenia i już obecnie widoczne są spore odchylenia od niego w najmłodszych grupach wiekowych zatrudnionych (obecnie na rynku pracy mamy przedstawicieli aż czterech pokoleń).

Według danych GUS, w styczniu 2020 roku stopa bezrobocia w Polsce wynosiła 5,5%, choć jak pokazują liczby, sytuacja delikatnie pogarsza się z każdym miesiącem. W 2018 roku aktywnych zawodowo było 60% kobiet w wieku produkcyjnym[1], choć % ten różnił się w zależności od przedziału wiekowego. Aktywność kobiet na rynku pracy jest mocno uzależniona od poziomu ich wykształcenia – pracuje znacznie więcej pań posiadających wyższe wykształcenie niż wykształcenie podstawowe. Przy zmianie listy obecnie wykonywanych zawodów w najmłodszych pokoleniach (szczególnie w pokoleniu Z) widoczny jest jednak trend rezygnacji z edukacji na rzecz zdobywania praktycznych umiejętności i doświadczenia zawodowego w różnych obszarach i organizacjach. Na krok taki decyduje się coraz więcej młodych kobiet, które postanawiają odłożyć na później edukację, by była ona bardziej dostosowana do ich zawodowych potrzeb.

W większości miejsc pracy 50% siły roboczej stanowią aktualnie przedstawiciele pokolenia Millenialsów, w wieku 38 lat i młodsi. Oznacza to, że wielu rekrutujących, którzy szukają talentów, może być uprzedzonych wobec starszych pracowników, często również kobiet, które przynajmniej z założenia posiadają już rodzinę i są zaangażowane w jej życie, i ignorować ich kandydatury na wakujące stanowiska. Pracodawcy szukają zaangażowania, nowych pomysłów i sposobów optymalizacji pracy, aby stale zapewniać lepsze wyniki. Najlepiej zatem pokazać im nie tylko własne umiejętności, podejście do pracy i wykonywanych obowiązków, ale również swój potencjał i pomysły na stały rozwój.

Nie popełniaj samobójstwa zawodowego

Proces poszukiwania pracy zmienił się (dostosowując się do różnych pokoleń), zatem zmianie musi ulec również podejście kandydatów, tym bardziej w przypadku kobiet ze starszych generacji pracowników. Rekruterzy patrzą już nie tylko na osiągnięcia i doświadczenie, ale oceniają również wygląd, sposób prezentowania się, mówienia i komunikowania, a także np. wygląd profilu na LinkedIn i ostatnie aktywności edukacyjno-rozwojowe czy eksperckie, nie mówiąc już o nastawieniu i otwartości na zmiany, technologie czy współpracowników. Nie można zatem spocząć na laurach i myśleć, że można utrzymać pracę lub łatwo znaleźć nową, bez inwestowania we własny rozwój, zarówno ten w obszarze umiejętności technicznych, jak i miękkich. Osoby rekrutujące poszukują osób zorientowanych na sukces. Chcą ludzi, którzy dostarczają wyniki i nie poprzestają we własnym rozwoju. Patrząc na zachowania starszych pokoleń pracowników na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci stwierdzić można jednak, że wiele osoby aktywnych zawodowo, osiągając pewien wiek nie inwestowało we własny rozwój, wycofywało się z rynku i nie wykazywało się już innowacyjnością, często również uniknąć wyzwań. Sytuacja taka miała miejsce również w przypadku wielu kobiet, które po powrocie na rynek pracy i łączeniu życia zawodowego z życiem rodzinnym nie poświęcały już czasu na własną edukację i rozwój.

Wiele osób boi się zmian i dodatkowego wysiłku, jaki trzeba podjąć, aby poradzić sobie z innowacjami i iść naprzód, a wiele pań dodatkowo boi się porażki. Kobiety osiągające pewien wiek, choć zaznaczam że ta sama sytuacja dotyczy również mężczyzn, muszą być obecnie antytezą stereotypu – gdy masz ponad 40 lat nie jesteś już kreatywna, brakuje Ci umiejętności technicznych i nie masz zapału, by wykonać „dobrą robotę”. Warto zatem stale inwestować we własny rozwój i każdego dnia mieć przekonanie, że stereotypy i obiegowe przekonania nie dotyczą mnie. W związku z niezwykle dynamicznym rozwojem technologii, zmieniających również, a może przede wszystkim, rynek pracy, przewiduje się, że „Rewolucja 4.0” może wpłynąć na jeszcze większą dyskryminację i znacząco osłabić pozycję kobiet na rynku pracy, pomimo stale rosnącej liczby absolwentek kierunków technicznych. Dotyczyć będzie to szczególnie pracujących pań posiadających już znaczne doświadczenie zawodowe. Warto zatem już teraz myśleć o jednoczesnym rozwoju umiejętności technicznych i miękkich, ale też otaczać się ludźmi o dobrym nastawieniu i charyzmie, którzy zarażają pozytywnym myśleniem, motywacją i energią do działania. Choć rynek pracy rządzi się oczywiście swoimi prawami i w różny sposób traktuje różne pokolenia pracowników, to w coraz większej liczbie krajów dostrzec można, że dyskryminacja ze względu na wiek zaczyna się znacznie szybciej, niż zakładano do tej pory i jest szczególnie widoczna w przypadku kobiet, pojawiając się nawet już w przypadku 40-latków. Klucz do tej sytuacji kryje się w kolejnym stereotypie dotyczącym zdolności ludzi do uczenia się nowych rzeczy, dostosowywania się i podejmowania inicjatyw w miarę starzenia się. I to rolą kobiet jest jego przełamanie. W Polsce coraz częściej mają one jednak świadomość zagrożeń i dlatego poświęcają czas na własną edukację czy zdobywanie nowych umiejętności lub zmianę kwalifikacji w kierunku bardziej technicznymtwierdzi Grzegorz Święch, Wiceprezes i Partner w firmie szkoleniowej Nowe Motywacje.

Udział kobiet w sile roboczej danego kraju jest odzwierciedleniem jego sytuacji gospodarczej, wzrostu i rozwoju, ale także poziomu wykształcenia, współczynnika dzietności, norm społecznych i innych czynników. Ma jednak pozytywny wpływ nie tylko na wyniki ekonomiczne, ale przede wszystkim na zajmowaną przez kobiety pozycję w społeczeństwie i ich rolę w jego dalszym rozwoju. To co jednak jest najważniejsze to zapewnienie im dostępu do wysokiej jakości edukacji, możliwości uczenia się przez całe życie oraz miejsc pracy, które pozwolą im aktywnie uczestniczyć w życiu społeczeństwa na każdym etapie ich życia, bez względu na wiek czy sytuację osobistą. Można mieć jednak nadzieję, że kurczące się zasoby dostępnych „rąk do pracy” spowodują, że kobiety w wieku 45+ nie będą niczym duchy znikać bez śladu z rynku pracy, ale coraz mocniej zaznaczać na nim swoją obecność i rozwijać karierę w kolejnych obszarach. Tkwiący w nich potencjał jest bowiem tak ogromy, że jego niewykorzystanie byłoby stratą zarówno dla nich samych, jak i całego społeczeństwa. Być może nie każdy wie, że kariera wielu kobiet sukcesu np. Very Wang, Marthy Steward, Anny Wintour czy Marii Skłodowskiej Curie, zaczęła się już dobrze po 40-tce.

[1] https://www.parp.gov.pl/storage/publications/pdf/2019_BKL_raport_zbiorczy.pdf

Ministerstwo Rozwoju: W ułamku procenta zachodzi ryzyko, że koronawirus przełoży się na stan naszej gospodarki. Rząd nie przygotowuje się na trudne czasy

Agencja S&P zweryfikowała swoje spojrzenie na wpływ SARS-CoV-2 na gospodarkę, a OECD zaapelowała do banków centralnych i rządów o wsparcie rynków, aby zapobiec jeszcze większemu spowolnieniu. – Zachodzi ryzyko, ale w ułamku procenta, że znajdzie to odzwierciedlenie w naszej gospodarce – powiedział Wojciech Murdzek, sekretarz stanu w Ministerstwie Rozwoju. Epidemia koronawirusa obejmuje już 83 kraje na wszystkich kontynentach. Wczoraj pierwszy przypadek został potwierdzony także w Polsce.

Z ocen agencji S&P wynika, że makroekonomiczne skutki koronawirusa od ostatniego raportu z 11 lutego są dwa razy większe. Obniżyła więc swoje prognozy globalnego wzrostu PKB z przewidywanych w grudniu 3,3 proc. do 2,8 proc. Obniżyła też o 0,9 p.p. tempo wzrostu chińskiej gospodarki, a o 0,7 włoskiej.

Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju jest jeszcze bardziej sceptyczna. Jej zdaniem globalny PKB wzrośnie nie więcej niż 2,4 proc., i  to pod warunkiem, że koronawirus przestanie się rozprzestrzeniać po I kwartale. W przeciwnym przypadku może spaść nawet do 1,5 proc.

Zagrożona jest również strefa euro, której gospodarka spowolni z prognozowanych wcześniej 1,1 proc. do 0,8 proc. OECD zaapelowała więc do rządów i banków centralnych o wzmocnienie poszczególnych gospodarek, aby oprócz epidemii nie rozprzestrzeniała się również recesja. Pierwszy zareagował Fed, który niespodziewanie obniżył stopy procentowe. Jego śladem poszły banki centralne Kanady, Australii i Malezji. Spowolnienie może też dotknąć Polskę, ale NBP zachował spokój.

Na pewno w gospodarce są zjawiska, które pilnie musimy obserwować. Odzwierciedlają się one we wzroście lub spadku PKB i wskazują, czy mamy wzrost gospodarczy, czy grozi nam stagnacja. Cieszymy się, że na tle innych krajów polska gospodarka wykazuje zdecydowanie większą stabilność, i chcemy, żeby rosła w tempie ponad 3-proc. i powyżej średniego europejskiego PKB  – mówi Wojciech Murdzek,  sekretarz stanu w Ministerstwie Rozwoju.

Zdaniem analityków Citibanku scenariusz taki może być jednak zagrożony. Ich zdaniem, gdyby nie epidemia, polska gospodarka rzeczywiście rosłaby w tempie 33,5 proc. Z końcem lutego, czyli zanim koronawirus trafił do Polski, obniżyli już swoje prognozy do 2,8 proc.

–  Nie jesteśmy wyizolowaną wyspą, ale analizy zawsze są trudne, bo w tej chwili nie tylko ci, którzy zajmują się naszym zdrowiem, ale też świat gospodarczy stawia sobie pytania, na ile ten kryzys związany z koronawirusem przełoży się na gospodarkę. Wiemy, że tąpnięcie w Chinach jest bardzo wyraźne, a ten kraj i gospodarka globalna to naczynia połączone. Zachodzi ryzyko, ale w ułamku procenta, że znajdzie to odzwierciedlenie w naszej gospodarce  mówi Wojciech Murdzek.

Zdaniem OECD PKB chińskiej gospodarki spadnie do 4,8 proc. Spadną też obroty handlowe między Chinami i innymi państwami, co Polska może odczuć  nie tylko bezpośrednio, ale i pośrednio. Bezpośrednio, ponieważ gros towarów importujemy z Chin, a pośrednio, ponieważ od dawna odczuwalne jest spowolnienie gospodarcze Niemiec, które są naszym największym partnerem handlowym, a znaczącym dla Chin. Niektóre przedsiębiorstwa już zaczęły sygnalizować brak importowanych półproduktów.

– Powinniśmy więc zachęcać do szukania dywersyfikacji rynków docelowych. To jest wyzwanie, ale Polacy potrafią – nazwijmy to – improwizować gospodarczo, bo przecież spowolnienie w Niemczech nie przełożyło się wprost na polską gospodarkę. Stało się tak, ponieważ zbudowaliśmy powiązania gospodarcze z wieloma różnymi krajami, choćby z Chinami, do których eksport w 2019 roku wzrósł aż o 25 proc., wypełniając lukę, która pojawiła się gdzie indziej tłumaczy sekretarz stanu w Ministerstwie Rozwoju.

Resort nie wyklucza, że spowolnienie może się przełożyć na zahamowanie wzrostu cen. Nie widzi więc powodu, żeby podejmować jakieś nadzwyczajne działania.

– Rząd nie przygotowuje się wprost na trudne czasy, bo stara się reagować na rzeczywistość w sposób dynamiczny i płynny. Cały czas staramy się podnosić poprzeczkę, akcentować, że rozwój gospodarczy jest podstawową bazą i siłą naszego kraju. Wszystkie rozwiązania temu służą. Pracujemy nad kolejnymi ustawami, które mają wspierać inwestycje i innowacje. To jest właśnie nie permanentne przygotowywanie się, tylko ciągła gotowość do szukania coraz lepszych rozwiązań i do wspierania gospodarki jako podstawy wszystkich poczynań związanych z budżetem podkreśla Wojciech Murdzek.

Polscy i francuscy naukowcy zacieśniają współpracę. Jej najsilniejsze obszary to fizyka i biologia

Międzynarodowa współpraca to dla naukowców z Polski szansa na wymianę doświadczeń i wiedzy, poszerzenie perspektyw, zdobycie większego finansowania, a także na szybszą komercjalizację efektów prac badawczych. Polscy badacze – szczególnie fizycy, matematycy i biolodzy – od lat rozwijają ją na gruncie polsko-francuskim. Dowodem na jej potencjał jest przyznana właśnie po raz pierwszy Polsko-Francuska Nagroda Naukowa im. Marii Skłodowskiej i Pierre’a Curie. Otrzymały ją dwa polsko-francuskie tandemy naukowców za wieloletnią współpracę, która zaowocowała m.in. prestiżowymi publikacjami naukowymi.

– Współpraca polskich uczonych z naukowcami i uczelniami z innych krajów jest niezwykle ważna, bo, po pierwsze, dzięki niej powstają świetne publikacje, a po drugie – buduje się środowisko naukowe. Tym, co nas niszczy – czasem nawet wśród polskich naukowców – jest fakt, że współzawodniczymy o granty przyznawane przez różne instytucje. Tymczasem w wielu przypadkach powinniśmy ze sobą współpracować – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes prof. Maciej Żylicz, prezes Fundacji na rzecz Nauki Polskiej.

Jak podkreśla, polscy uczeni szczególnie fizycy, matematycy i biolodzy współpracują ze wszystkimi ważnymi ośrodkami naukowymi na świecie i publikują wyniki swoich prac, co przekłada się nie tylko na międzynarodowy prestiż. Choć istnieją różnice kulturowe i komunikacyjne między badaczami z różnych państw, a problemy sprawiają też rezygnacja ze współzawodnictwa czy różnice w standardach i dokumentacji naukowej, to dla naukowców współpraca ta daje szansę na wymianę doświadczeń i wiedzy, poszerzenie perspektyw, zdobycie większego finansowania, a także szybszą komercjalizację efektów prac badawczych.

– Publikacje, które powstają w wyniku współpracy naukowej, są lepiej rozpoznawalne na świecie, a opłaca się ona niemal wszystkim – mówi prof. Maciej Żylicz. – Jeżeli chcemy publikować dobre prace, które będą zauważone przez społeczność naukowców – najlepiej, żeby one powstawały właśnie w wyniku współpracy.

– Współpraca międzynarodowa zawsze daje pewien efekt synergii. Mamy różne wykształcenie i pochodzenie, inny sposób rozumienia rzeczywistości, bo pochodzimy z różnych środowisk. To wzbogaca, rozwija i ułatwia działalność – dodaje prof. Jakub Zakrzewski z Wydziału Fizyki, Astronomii i Informatyki Stosowanej Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Polsko-francuską współpracę rozwija też Fundacja na rzecz Nauki Polskiej. W ramach prowadzonego przez nią programu Międzynarodowe Agendy Badawcze przy wsparciu Komisji Europejskiej powstają w Polsce tzw. centra doskonałości – czyli wyspecjalizowane jednostki, które prowadzą interdyscyplinarne badania w międzynarodowych zespołach (przy pomocy wiodących instytucji i agencji ds. badań w Europie). FNP utworzyła już 14 takich jednostek – z czego trzy we współpracy z francuskimi ośrodkami naukowymi.

– Współpraca polsko-francuska od lat jest najbardziej zaawansowana w fizyce, natomiast bardzo dobrze rozwija się też w innych naukach ścisłych i w naukach humanistycznych. Mamy Instytut Polski w Paryżu, który działa od XIX w., prowadzi działalność i się rozwija – mówi prof. Jakub Zakrzewski.

Dowodem na to, że polsko-francuska współpraca naukowa jest silna, ale ma dalszy potencjał do rozwoju, są przyznane właśnie po raz pierwszy Polsko-Francuskie Nagrody Naukowe im. Marii Skłodowskiej i Pierre’a Curie. Zostały one ustanowione w ubiegłym roku przez Fundację na rzecz Nauki Polskiej i Francuską Akademię Nauk wspólnie z francuskim Ministerstwem Szkolnictwa Wyższego, Nauki i Innowacji z okazji Polsko-Francuskiego Roku Nauki  w celu wspierania i promowania polsko-francuskiej współpracy naukowej. Nagrody, których wysokość wynosi 15 tys. euro dla każdego z laureatów. przyznano w drodze konkursu.

– Ta nagroda naukowa jest ukoronowaniem naszej wspólnej pracy. Wielu z nas współpracuje z ośrodkami naukowymi we Francji i osiągnęło tam sukces. Mało tego, pozyskujemy pieniądze na dalszą współpracę. Dzięki temu studenci i doktoranci mają szansę wyjechać do Francji, a francuscy naukowcy mogą przyjechać do Polski. Tak się buduje międzynarodowe środowisko – mówi prof. Maciej Żylicz.

W tym roku laureatami pierwszej nagrody zostały dwa zespoły naukowców. Pierwszy z nich tworzą dr hab. Marcin Szwed (Instytut Psychologii Uniwersytetu Jagiellońskiego) i neurolog, prof. Laurent Cohen (Instytut Badań nad Mózgiem i Rdzeniem Kręgowym w Paryżu), którzy współpracują od 2007 roku. Zostali docenieni za nowatorskie badania dotyczące procesów zachodzących w mózgu podczas czytania. Ich eksperymenty wykazały, że u osób niewidomych czytanie za pomocą alfabetu Braille’a pobudza te same obszary wzrokowe, co zwykłe czytanie u osób widzących. Naukowcy dowiedli, że specjalizacja korowa mózgu wynika ze specyfiki zadania część wzrokowa kory mózgowej nauczyła się czytać brajlem, mimo że powinna za to odpowiadać jej część dotykowa.

Eksperyment pokazał, że mózg jest bardziej plastyczny, niż naukowcy wcześniej zakładali, a obszary kory mózgowej odpowiedzialne za wzrok czy słuch potrafią się przestawić na odbiór informacji z innych zmysłów. Wyniki badań zostały opisane w siedmiu artykułach naukowych.

– Mam bardzo pozytywne doświadczenia związane ze współpracą naukową z dr. Marcinem Szwedem. Jestem pewien, że będzie ona kontynuowana. Wpisuje się ona w tradycję współpracy kulturalnej pomiędzy naszymi krajami. Polska i Francja, czyli państwa o tak długich tradycjach intelektualnych i naukowych, powinny ze sobą współpracować – mówi prof. Laurent Cohen.

Drugi nagrodzony zespół to fizycy, prof. Jakub Zakrzewski (Wydział Fizyki, Astronomii i Informatyki Stosowanej Uniwersytetu Jagiellońskiego) oraz dr hab. Dominique Delande (Narodowe Centrum Badań Naukowych we Francji, CNRS), którzy współpracują od 1995 roku i zostali wyróżnieni za osiągnięcia dotyczące fizyki układów kwantowo-mechanicznych. Zrozumienie podstawowych procesów mikroskopowych zachodzących w tych układach ma ogromne znaczenie dla szybkiego rozwoju technologii kwantowych. Przez 28 lat naukowcom udało się zbudować wzorcowy system długoterminowej współpracy między polskimi i francuskimi grupami badawczymi, a owocem ich badań jest 36 wspólnych publikacji z czego siedem ukazało się w prestiżowym czasopiśmie naukowym „Physical Review Letters”.

Jak podkreśla prezes Fundacji na rzecz Nauki Polskiej, prof. Maciej Żylicz zainteresowanie konkursem było bardzo duże, co pokazuje, że naukowe kontakty pomiędzy badaczami z Polski i Francji się rozwijają.

– Złożonych zostało aż 51 nominacji, mimo że czas na wybór nagrody był bardzo krótki. Wiele wniosków było bardzo dobrych, co pokazuje, że współpracę polsko-francuską prowadzimy już od lat, nieformalnie, oddolnie. Ona jest stymulowana przez przyjaźń i ciekawość naukową – myślę, że w ten sposób robi się prawdziwą naukę – mówi prof. Maciej Żylicz.

Powstaje Genomiczna Mapa Polski. Będzie pomagać w lepszym doborze leków i walce z groźnymi chorobami

Trwają coraz bardziej zaawansowane badania genetyczne. Opracowywana jest Genomiczna Mapa Polski, która pozwoli na wprowadzanie na rynek leków celowanych. Coraz więcej start-upów i młodych firm pracuje nad analizą danych genetycznych, która może przyczynić się do lepszego doboru leków w konkretnych chorobach. Krakowska firma Intelliseq chce oferować szpitalom i uczelniom przystępne cenowo oprogramowanie do analizy genów.

– Nasze oprogramowanie ma na celu zautomatyzowanie i przyspieszenie procesu analizowania danych genetycznych i usprawnienie pozyskiwania informacji z kodu genetycznego – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Rafał Sobczak, dyrektor ds. produktu w Intelliseq. – Rynek jest ciągle w początkowej fazie. Pierwszy genom zsekwencjonowano mniej więcej 15 lat temu. Od tego czasu zaczęły powstawać kolejne firmy, jednak nie obawiamy się konkurencji. Udało nam się znaleźć własną niszę.

Krakowski Intelliseq działa na rynku badań genomicznych, oferując oprogramowanie do analizy badań genetycznych. Obecnie prowadzi dwa projekty. PGx Plus zakłada opracowanie oprogramowania do farmakogenomiki, które bada wpływ genomu danej osoby na leki i pozwala na ich optymalny dobór. Celem projektu Mobigen jest z kolei opracowanie aplikacji mobilnej, która w przejrzysty i czytelny sposób zaprezentuje użytkownikowi informacje z dziedziny genetyki personalnej. Firma rozwija też system do analizy danych genetycznych z NGS (Next Generation Sequencing).

–  Na rynku są dostępne bardzo zaawansowane metody, które są drogie w zakupie, jak również kosztowne we wdrożeniu. Nasze rozwiązanie nie wymaga dużych nakładów na start. Dzięki temu jest dostępne dla wielu laboratoriów i tym samym pozwala im wejść na rynek danych genetycznych – zaznacza Rafał Sobczak. – Z naszym rozwiązaniem chcielibyśmy trafić do laboratoriów, do uniwersytetów i do tzw. core facilities przy uniwersytetach i przy szpitalach.

Z kolei Inno-Gene opracowuje Genomiczną Mapę Polski. W jej ramach firma wykona 5 tys. sekwencjonowań genomowych mieszkańców Polski. Na ich podstawie utworzy narzędzia bioinformatyczne. To największy w historii Polski projekt genetyczny. Jego efektem będzie lepsze profilowanie i wprowadzenie leków celowanych. Instytut Chemii Bioorganicznej PAN przekazał pod koniec lutego pierwszych 500 próbek do badań.

W połowie 2020 roku planowana jest z kolei komercjalizacja projektu PCR|ONE warszawskiej spółki Scope Fluidics. System ten pozwoli na analizę materiału biologicznego pacjenta i identyfikację ewentualnych zakażeń bakteryjnych. Docelowo ma on skrócić czas wykrycia gronkowca złocistego z doby do 15 minut, co może okazać się szczególnie pomocne w szpitalach, gdzie najczęściej dochodzi do zakażenia tą bakterią.

W marcu ruszy natomiast usługa Intelliseq.

– My już używamy tego rozwiązania wewnątrz naszej firmy, wykorzystujemy silnik, który analizuje dane genetyczne. Wykonujemy już usługi dla wielu ciekawych podmiotów z Polski i z zagranicy, głównie ze Stanów Zjednoczonych. Jednak uruchomienie produktu, z którego będzie można skorzystać  w formie SaaS (Software as a Service – przyp. red.), jest przewidziane na marzec – mówi Rafał Sobczak.

Według danych Allied Market Research globalny rynek NGS był w 2018 roku wart 4,5 mld dol. W 2026 roku jego wartość ma osiągnąć poziom 18,56 mld dol., rosnąc rok do roku o 19,2 proc.

Polska musi gonić Europę pod względem innowacyjności. Najbardziej obiecującymi obszarami są biomedycyna i energetyka

Z Europejskiego Rankingu Innowacyjności opracowanego przez Komisję Europejską wynika, że w 2019 roku kraje unijne po raz pierwszy przegoniły pod względem wdrażania innowacyjnych projektów technologicznych Stany Zjednoczone, ustępując jedynie Japonii oraz Korei Południowej. Polska gospodarka zajmuje czwarte miejsce od końca pod względem innowacyjności wśród krajów unijnych. W poprawieniu naszej pozycji w rankingu mogą pomóc konkursy oraz programy wsparcia dla obiecujących przedsiębiorców, a w jednym z nich ogłoszono polskie produkty przyszłości.

– Zachęcamy przedsiębiorców z wszystkich branż, żeby przychodzili do Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości po wsparcie, startowali w różnych konkursach. Nagradzane produkty przedsiębiorców i jednostek naukowych dotyczą bardzo różnych branż. W tym roku do konkursu Polski Produkt Przyszłości zgłosiło się prawie 100 projektów i są to gotowe produkty, które często przeszły już kilkuletnią, a czasami kilkunastoletnią drogę – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Małgorzata Oleszczuk, prezes Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości.

Uczestnicy 22. edycji konkursu Polski Produkt Przyszłości ubiegali się o trzy granty w wysokości 100 tys. zł na rozwój projektów z takich sektorów jak biotechnologia, chemia, elektronika czy medycyna. Inicjatywa ta ma zachęcić przedsiębiorców oraz ośrodki naukowe do prac nad innowacyjnymi rozwiązaniami, które mają potencjał na sukces w skali międzynarodowej.

Za najbardziej obiecującą innowację z sektora prywatnego uznano inteligentny stetoskop StethoMe, który pozwala przeprowadzić samodzielne badanie w domu pacjenta. Nagrodę innowacyjności w sektorze nauki i szkolnictwa wyższego przyznano Akademii Górniczo-Hutniczej za stworzenie protezy ucha środkowego Otoimplant o działaniu bakteriobójczym. W kategorii głównej nie wyłoniono zwycięzcy, lecz przyznano jedno wyróżnienie dla Fundacji Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu oraz firmy Innosil za opracowanie produktu stymulującego odporność roślin.

– Biomedycyna ma bardzo dużą przyszłość, drugim takim obszarem jest energetyka. Branże te mają tak duży potencjał dlatego, że jest bardzo duże zapotrzebowanie na tego typu produkty nie tylko w Polsce, ale i na świecie. W mojej subiektywnej ocenie najciekawszym produktem w konkursie Polski Produkt Przyszłości była szyba z nanokryształami, która potrafi nie tylko wytworzyć energię elektryczną z promieni słonecznych, ale również zaabsorbować około 80 proc. ciepła, nie wpuszczając go do budynku – wskazuje Wojciech Kamieniecki, dyrektor Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.

Jednym z kluczowych problemów, z jakim zmagają się polscy innowatorzy, są niewielkie zasoby finansowe przeznaczane na działalność badawczo-rozwojową zarówno w sektorze publicznym, jak i prywatnym. Plan na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju opublikowany przez polski rząd w 2016 roku zakładał, że do 2020 roku wydatki na ten cel wzrosną do 2 proc. PKB. Tymczasem z najnowszych badań Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że dziś wskaźnik ten wynosi zaledwie 1,21 proc. PKB. Unijna średnia wydatków na innowacje jest blisko dwukrotnie wyższa.

Polska może mieć także problem z realizacją założeń programu Europa 2020, który zakłada, że do końca bieżącego roku wskaźnik innowacyjności Unii Europejskiej osiągnie poziom 3 proc. unijnego PKB. Aby zrealizować te założenia, wskaźnik innowacyjności polskiej gospodarki powinien wzrosnąć powyżej poziomu 1,7 proc. PKB.

Konkursy takie jak Polski Produkt Przyszłości mają pomóc przedsiębiorcom oraz ośrodkom naukowym wybić się na tle europejskich i globalnych rozwiązań.

– Wydawałoby się, że technologie techniczne w Polsce to jest abstrakcja, ale okazuje się, że nie, i bardzo się z tego cieszę, bo nie możemy tracić dystansu w bardzo rozwojowych dziedzinach – mówi Wojciech Kamieniecki.

W 2020 roku NCBiR ma większe środki do rozdysponowania. Oprócz normalnego budżetu dostępne są także środki z nadkontraktacji.

– To są oszczędności, które się uwidoczniły przy realizacji projektów z zeszłych lat, lub też środki, które były zaoszczędzone w wyniku przerwania niektórych projektów na pewnym etapie prac badawczych. Badania przy ocenie wniosku są zawsze stopniowane i po osiągnięciu pewnego „kamienia milowego” następuje ocena. Jeżeli okaże się, że badania nie idą w kierunku przewidywanych efektów, tylko gdzieś zbaczają albo udowadniają, że ten efekt jest niemożliwy, to ten projekt kończymy. Środki wracają wtedy do puli i możemy dysponować nimi ponownie – wyjaśnia Wojciech Kamieniecki.

Web Push – przeglądarki powiedziały dość!

Czy zauważyliście, że Firefox i Chrome zaczęły blokować powiadomienia Web Push, czyli krótkie wiadomości, które za zgodą użytkowników wyświetlały się w przeglądarce internetowej? Według niedawnych badań Firefox’a, irytowały one aż 97 proc. użytkowników! W trosce o ich komfort przeglądarka od stycznia br. znacząco ograniczyła inwazyjność tego sposobu komunikowania się stron internetowych z nami. W zeszłym miesiącu w ślady swojego konkurenta poszedł Chrome, a wkrótce na podobny krok powinien zdecydować się także Edge – informuje serwis Domeny.pl.

Strony internetowe wykorzystywały powiadomienia Web Push do informowania w krótkiej formie o np. nowych informacjach opublikowanych na stronie. Prośba o zezwolenie na wyświetlanie tego typu komuników pojawiała się zawsze podczas pierwszego kontaktu użytkownika ze stroną. Po jej akceptacji, witryna mogła wysyłać powiadomienia.

Eksperyment Fierfox’a przesądził sprawę

„W jaki sposób na to narzędzie reagowali użytkownicy? Takie pytanie zadał sobie niedawno Firefox i przeprowadził eksperyment, żeby to sprawdzić. Jego wyniki pokazały między innymi, że aż 99 proc.  wyświetlających się powiadomień nie zostało zaakceptowanych przez użytkowników – w tym niemal 48 proc. zostało wprost zanegowanych, a pozostałe 52 proc. powiadomień zostało zamkniętych przez wybranie opcji ‘nie teraz’. Dodatkowo ustalono, że jeżeli użytkownik nie wyrazi zgody na Web Push za pierwszym razem, nie zrobi tego również później” – mówi Elżbieta Kornaś z serwisu Domeny.pl.

Bazując na wynikach swojego eksperymentu, Firefox wprowadził w styczniu zmiany w sposobie wyświetlania komunikatów Web Push.

„Dotychczas pojawiające się okienka zostały zastąpione przez ikonki powiadomienia. Znalazły one miejsce w pasku przeglądarki – zaraz obok ikonki „kłódki”, która symbolizuje, że oglądana witryna jest bezpieczna, bo posiada certyfikat SSL. Dopiero w tym momencie, po najechaniu ikonki, użytkownik ma kontakt z notyfikacją. Użytkownik, chcąc dołączyć do bazy subskrybentów, będzie musiał kliknąć w pasku przeglądarki widoczną ikonkę i wówczas wyrazić zgodę na otrzymywanie komunikatów” – tłumaczy serwis Domeny.pl.

Chrome idzie w ślady Firefoxa, wkrótce powinien dołączyć Edge

Od lutego śladem Firefoxa podążył także Chrome, który w wersji nr 80 swojej przeglądarki wprowadził m.in. zmiany związane z komunikatami Web Push. Stały się one obecnie cichsze.

„Automatyczne blokowanie powiadomień push odbywa się tu w przypadku dwóch sytuacji. Pierwsza z nich jest związana z doświadczeniami użytkowników. Ci, którzy konsekwentnie pozostają niewzruszeni na pojawiające się komunikaty, blokując powiadomienia, nie będą musieli robić tego ręcznie. Blokowanie zostanie włączone domyślnie. Druga sytuacja dotyczy witryn, na których współczynnik akceptacji powiadomień Web Push jest na bardzo niskim poziomie, czyli w praktyce dla większości. Tu również Chrome będzie domyślnie blokował powiadomienia” – wyjaśnia serwis Domeny.pl.

Eksperci Domeny.pl spodziewają się, że wkrótce na ograniczenie inwazyjności Web Push w podobny sposób, jak Chrome, powinna się także zdecydować przeglądarka Edge, która od swojej najnowszej wersji bazuje na silniku Chromium – takim samym, jak wykorzystywany przez przeglądarkę Google’a. Zwracają oni też uwagę, że najwcześniej komunikaty Web Push zostały ograniczone w przeglądarce Safari. Witryny nie mogą w niej wyświetlać prośby o zgodę na powiadomienia podczas ładowania strony internetowej. Mogą natomiast poprosić o taką zgodę w odpowiedzi na interakcję użytkownika na stronie.

„Za powiadomieniami Web Push użytkownicy raczej nie będą tęsknić. Niejednokrotnie zdarzało się przecież, że omyłkowo klikali oni niewłaściwy przycisk i tym samym zgadzali się na aktywację powiadomień. To stanowiło nie lada gratkę dla cyberprzestępców, którzy często przejmowali kontrolę nad tym narzędziem na witrynach i używali go do rozpowszechniania podejrzanych linków. Jedno niewłaściwie kliknięcie, a na komputerze moglibyśmy mieć złośliwe oprogramowanie. Dlatego to dobrze, że komfort i bezpieczeństwo użytkowników stały się priorytetem dla najpopularniejszych przeglądarek” – komentuje Elżbieta Kornaś.

Małgorzata Fibakiewicz awansuje w strukturach BNP Paribas Real Estate Poland

Z początkiem roku 2020 Małgorzata Fibakiewicz objęła stanowisko Dyrektora Zarządzającego ds. sektora nieruchomości biurowych i projektów strategicznych w BNP Paribas Real Estate Poland.

Małgorzata Fibakiewicz posiada 15-letnie doświadczenie na polskim rynku nieruchomości. W BNP Paribas Real Estate Poland pełniła dotychczas rolę Dyrektora Działu Powierzchni Biurowej oferując rozwiązania dopasowane do potrzeb i oczekiwań wynajmujących, najemców oraz inwestorów.

W ramach awansu Małgorzata Fibakiewicz przejęła nowy zakres obowiązków. W najbliższym czasie skupi się na stworzeniu platformy, której będzie oferować kompleksowe usługi dla klientów z sektora biurowego z wykorzystaniem multidyscyplinarnych kompetencji poszczególnych linii biznesowych. Ważnym obszarem działalności Małgorzaty będą również szeroko rozumiane projekty strategiczne które pozwolą na dalszy, intensywny rozwój spółki w Polsce, w perspektywie krótko i długookresowej. Dodatkowo, wykorzystując doświadczenia Małgorzaty w obszarze account managementu, przejmie ona odpowiedzialność za doradztwo i obsługę klientów korporacyjnych w zakresie projektów nieruchomościowych.

Erik Drukker, Prezes Zarządu, Europa Środkowo-Wschodnia, BNP Paribas Real Estate Poland
Erik Drukker, BNP Paribas Real Estate

Biorąc pod uwagę naszą strategię, zmierzającą do intensywnego rozwoju spółki, realizacja strategicznych projektów to jeden z kluczowych jej elementów. W naturalny sposób podnoszą one bowiem efektywność i zyskowność wszystkich linii biznesowych. Powołanie Małgorzaty na stanowisko Dyrektora Zarządzającego to kolejny etap ekspansji naszej organizacji. Znajomość sektora nieruchomości biurowych, otwartość na innowacje, a także umiejętność zarządzania projektami z pewnością pozwolą Małgosi odnieść sukces, a nam realizować nasze cele – Erik Drukker CEO, CEE w BNP Paribas Real Estate

Branża nieruchomości coraz częściej odchodzi od tradycyjnych rozwiązań stając się przez to coraz bardziej wymagająca. Klienci są świadomi swoich potrzeb, które dodatkowo dynamicznie się zmieniają. Dla nas oznacza to pracę nad nowymi rozwiązaniami i ofertą, która sprosta rosnącym oczekiwaniom naszych klientów. Innowacyjność staje się priorytetem zarówno w kwestii stosowanych narzędzi jak i samego podejścia do potrzeb partnerów biznesowych. Okazane mi zaufanie, jakim jest powierzenie tego stanowiska, jest dla mnie ogromnym zaszczytem, a jednocześnie ogromnym wyzwaniem, któremu mam nadzieję, uda mi się sprostać. Wierzę bowiem, że dzięki ciężkiej wspólnej pracy uda nam się zrealizować nasze coraz ambitniejsze cele

Małgorzata Fibakiewicz, Dyrektor Zarządzający ds. sektora biurowego & projektów strategicznych.

Coraz bliżej 10 tysięcy złotych za metr kwadratowy w Warszawie

Co dzieje się z cenami mieszkań, kiedy popyt jest tak duży, że może przewyższać podaż? Ceny mieszkań rosną i właśnie pod znakiem regularnych wzrostów cen w Warszawie upłynął cały 2019 rok. Opierając się na danych transakcyjnych jednoznacznie możemy potwierdzić, że średnia cena 1m2 mieszkania w 2019 roku przekroczyła 9 tys. zł i zmierza ku 10 tys. zł.

Rynek wtórny w gąszczu wielu publikacji pozostaje w cieniu rynku pierwotnego Natomiast jest to rynek trudniejszy do zbadania, bardziej rozproszony, mniej mierzalny w porównaniu do łatwości obserwacji działalności i wyników spółek deweloperskich. Rynek tak samo ciekawy i tak samo rozgrzany w ostatnim czasie.

Przeciętna cena transakcyjna mieszkania w 2019 roku wyniosła 9 285 zł/m2. Jeszcze na początku roku, czyli w I kw. 2019 r. dynamika wzrostu cen wynosiła około 10%, jednak kolejne kwartały przyniosły lekkie spowolnienie wzrostu. Zgodnie z badaniami SonarHome tempo wzrostu cen mieszkań z rynku wtórnego zwolniło w 2019 roku do około 6% (2019 vs 2018 r.). Nie znaczy to jednak, że ceny przestaną rosnąć, tutaj dużą rolę odgrywa popyt – czyli kupujący, których do tej pory nie powstrzymuje ogólne spowolnienie gospodarcze kraju.

Po przekroczeniu granicy cenowej 9 tys. zł/m2 widzimy wyraźne spowolnienie wzrostu w kolejnych kwartałach. Bardzo dobrze to zjawisko odzwierciedla wykres zmiany cen mieszkań od I kw. 2018 r. do IV kw. 2019 roku. Na tej podstawie możemy przypuszczać, że dalsza droga ku 10 tys. zł/m2 jest jak najbardziej możliwa jednak ceny będą rosły wolniej niż dotychczas.” – mówi Barbara Bugaj, główny analityk ds. rynku nieruchomości w SonarHome.

Średnie ceny transakcyjne 1 m2 mieszkania w Warszawie

Średnie ceny transakcyjne 1 m2 mieszkania w Warszawie
źródło: SonarHome
* w przypadku wartości dotyczących ostatnich miesięcy 2019 roku zastosowano prognozę wartości z powodu trwającego procesu pobierania danych transakcyjnych z tego okresu.

Ponad 10 tys. zł/m2 już w pięciu dzielnicach

W pięciu warszawskich dzielnicach za 1m2 mieszkania z rynku wtórnego kupujący zapłacili więcej niż 10 tys. zł. Ceny transakcyjne nominalnie przekroczyły już poziom z poprzedniego boomu na rynku nieruchomości, który miał miejsce w latach 2007-2008. Pozycja liderów pod względem ceny za 1m2 się nie zmienia. Na średnią cenę w stolicy, najmocniej wpływają dzielnice, w których zawierana jest najwyższa liczba transakcji, czyli Mokotów i Wola.

  • Śródmieście – 12 404 zł/m2
  • Żoliborz – 10 878 zł/m2
  • Wola – 10 212 zł/m2
  • Wilanów – 10 168 zł/m2
  • Mokotów – 10 100 zł/m2

Średnie ceny mieszkań w dzielnicach Warszawy vs średnia cena 1 m2 w całym mieście

Średnie ceny mieszkań w dzielnicach Warszawy vs średnia cena 1 m2 w całym mieście
źródło: SonarHome

„Najbardziej dynamicznie rosły ceny na Włochach (9%) i Ursusie (10%), Nie bez znaczenia w ich przypadku były wciąż niskie na tle całej Warszawy ceny mieszkań. W 2019 roku za mieszkanie z rynku wtórnego kupujący na Ursusie płacili średnio 7,8 tys. zł/m2 a na Włochach 8,6 tys. zł/m2. Oprócz ceny, która jest jednym z najważniejszych kryteriów, zaletą Ursusa i Włoch są połączenia komunikacyjne z różnych części tych dzielnic: zarówno stacje kolejowe (między innymi Koleje Mazowieckie), połączenia regionalne oraz WKD (Warszawska Kolej Dojazdowa). Kolejnym czynnikiem wpływającym na wyraźne odbicie ceny średniej jest niska wartość bazowa cen w tych dzielnicach w 2018. W takim przypadku przy wzroście cen średnich wartość procentowa rośnie wyraźniej niż w przypadku dzielnic z wysoką wartością bazową w poprzednim roku (czyli np. Śródmieście, Żoliborz)” – komentuje Barbara Bugaj, główny analityk rynku nieruchomości w SonarHome.

Wzrost ceny 1 m2 mieszkania w Warszawie w podziale na dzielnice (2019 vs 2018)

Wzrost ceny 1 m2 mieszkania w Warszawie w podziale na dzielnice
źródło: SonarHome

Ceny ofertowe rosną nieprzerwanie

Wysoki popyt zachęca sprzedających do podnoszenia cen ofertowych, które rosną systematycznie od dłuższego czasu. Przez ostatnie dwa lata nie było momentu, by trend wzrostowy zatrzymał się chociaż na chwilę. Roczne tempo wzrostu cen w styczniu 2020 było równe 13% (01.2020/01.2019) to o 2 pp. więcej niż w grudniu 2019, kiedy wzrost cen w skali roku wynosił 11%. Przez dwa lata poziom ceny ofertowej w Warszawie wzrósł z 8,5 tys. zł/m2 do 10,5 tys. zł/m2, co daje 24% wzrost.

„Obecnie obniżenie ceny ofertowej mieszkania nie musi być regułą na portalach ogłoszeniowych. Sprzedającym zdarzało się również podnosić cenę w trakcie trwania oferty lub wystawiać to samo mieszkanie do ekspozycji na różnych portalach ogłoszeniowych w różniących się cenach. Jednak na dzisiejszym rozgrzanym rynku wtórnym skłonności sprzedających do negocjacji ceny są niskie i bardzo często cena mieszkania w ofercie nie ulega obniżeniu.”- wyjaśnia Barbara Bugaj

Cykl życia oferty – skrajne przykłady z 2019 r.

  • Aż o 35% wzrosła cena ofertowa kawalerki na Woli o powierzchni 20 m2, sprzedający podniósł cenę z 215 tys. zł do 289, 9 tys. zł (czyli z 10,6 tys. zł/m2 do 14,4 tys. zł), mieszkanie było w ofercie przez 45 dni.
  • O 28% sprzedający obniżył cenę mieszkania o powierzchni 91 m2 na Dolnym Mokotowie. Cena spadła z 1 mln zł do 720 tys. zł (11 tys. zł/m2 -> 7,9 tys. zł/m2)

Średnie ceny ofertowe 1 m2 mieszkania w Warszawie – styczeń 2020

Średnie ceny ofertowe 1 m2 mieszkania w Warszawie – styczeń 2020
źródło: SonarHome

Pół metra mieszkania za przeciętne wynagrodzenie

Dzięki wzrostowi przeciętnej płacy przez ostatnie dwa lata możliwości nabywcze dla kupujących na rynku wtórnym w Warszawie pozostawały na stabilnym poziomie mimo wzrostu cen mieszkań. Tempo wzrostu wynagrodzeń pozostawało stałe (na poziomie 5%-6% r/r), natomiast wzrost średnich cen 1 m2 lokalu mieszkalnego w 2019 roku nieco złagodniał i również w porównaniu do 2018 roku wyniósł około 6%. Oznacza to, że płace rosły w takim samym tempie co ceny mieszkań, dlatego zmiany wskaźnika możliwości nabywczych były niewielkie. Potencjalny kupujący, zarabiający średnią pensję w Warszawie, planujący zakup mieszkania z rynku wtórnego o powierzchni 50 m2 musiałby oszczędzać całkowitą wysokość swojej pensji przez prawie 8,5 roku. Gdyby powierzchnia mieszkania zwiększyła się do 55 m2 pełną kwotę mieszkania kupujący uzbierałby dopiero po upływie 9 lat i 3 miesięcy, a na mieszkanie o powierzchni 70 m2 musiałby oszczędzać prawie 12 lat.

przeciętne wynagrodzenie netto średnia cena mieszkania [zł/m2] możliwości nabywcze kupujących [m2 ]
I kw. 2018          4 344 zł             8 499 zł 0,51
II kw. 2018          4 325 zł             8 728 zł 0,50
III kw. 2018          4 254 zł             8 925 zł 0,48
IV kw. 2018          4 484 zł             9 201 zł 0,49
I kw. 2019          4 564 zł             9 276 zł 0,49
II kw. 2019          4 558 zł             9 228 zł 0,49
III kw. 2019          4 502 zł             9 272 zł 0,49
IV kw. 2019          4 766 zł             9 365 zł 0,51

źródło: SonarHome

Co dzisiejsze trendy znaczą dla kupujących i sprzedających? Prognozy na 2020

Dzisiejszy rynek nieruchomości mieszkaniowych w Polsce jest bardzo rozgrzany. Widać to zarówno na rynku pierwotnym jak i wtórnym. O kolejkach do kupna mieszkania, w których ustawiają się potencjalni kupujący mówią zarówno deweloperzy, pośrednicy jak i osoby prywatne sprzedające mieszkanie. Nie ma jednego słusznego scenariusza na to jak zachowa się rynek w bieżącym roku ani w dalszej perspektywie. Dlatego od prognoz ważniejsza jest bieżąca analiza czynników zewnętrznych (makroekonomicznych) wpływających na rynek oraz obserwacja popytu, podaży i tempa wzrostu cen.

 

Obecne czynniki zewnętrzne wpływające na rynek wskazują jednoznacznie na kontynuację wzrostu cen mieszkań. Dopóki pozostaną one w dotychczasowych trendach, trudno wyobrazić sobie inną sytuację. Należy zauważyć jednak, że w momencie, gdy cena transakcyjna lokalu mieszkalnego w Warszawie przekroczyła 9 tys. zł/m2 dynamika wzrostu nieco wyhamowała. Na tej podstawie można przyjąć założenie, że kolejne wzrosty cen w kierunku 10 tys. zł/m2 mogą być łagodniejsze niż dotychczas. Z drugiej strony tempo zmian cen ofertowych, biorąc pod uwagę najświeższe wyniki ze stycznia 2020, nie słabnie i jest szybsze niż wzrost cen transakcyjnych.

Mimo spowolnienia gospodarczego w ubiegłym roku (wzrost PKB w 2018 = 5,1%; w 2019 = 4%) popyt na mieszkania wciąż pozostawał na wysokim poziomie Prognozowane przez NBP tempo wzrostu w 2020 roku wyniesie około 3%-3,6%[1]. Obserwacja zachowania rynku pozwala stwierdzić, że strona popytowa nie zareagowała na osłabienie tempa wzrostu gospodarki. Początek roku, który zwykle jest spokojniejszy na rynku nieruchomości mieszkaniowych, w 2020 roku wcale spokojny nie jest. Rynek wtórny przeżywa oblężenie szczególnie w segmencie mieszkań o najpopularniejszym metrażu, czyli do 60 m2.

Co może czekać rynek wtórny w najbliższej przyszłości? Czy zbliżamy się do bańki cenowej?

Nastała moda na nieruchomości. Czego z reguły nie przeczytamy w analizach rynku, to tego, że nieruchomości stały się modne. Ważny wpływ na to mają niskie stopy procentowe NBP (nieopłacalność trzymania pieniędzy na lokatach) oraz to, z czym może nie każdy zechce się zgodzić, czyli bogacenie się społeczeństwa. Dlatego rynek wtórny jest tak bardzo popularny, bo tzw. mieszkania używane mają większą popularność wśród inwestorów indywidualnych niż mieszkania z rynku pierwotnego. Wynika to przede wszystkim z szybkiej dostępności lokali.

W krótkim okresie najbardziej prawdopodobnym scenariuszem jest kontynuacja wzrostu cen mieszkań, jednak tempo wzrostu w Warszawie może plasować się na poziomie kilku procent. Gdyby z rynku pracy zaczęły spływać słabsze dane o zatrudnieniu, a wzrost wynagrodzeń zatrzymałby się, istnieje możliwość, że popyt na te dane zareaguje szybciej niż na spadek wzrostu gospodarczego, który do tej pory nie miał negatywnego wpływu. Taka sytuacja jednak nie może trwać w nieskończoność i gdyby tempo wzrostu gospodarczego zwolniło do poziomu poniżej 3%, najprawdopodobniej przełożyłoby się to na zmniejszenie popytu. Gdyby pogorszenie warunków gospodarczych postępowałoby łagodnie, mamy większe prawdopodobieństwo na stabilizację cen w pierwszym okresie tych zmian.

Czy na rynku mamy bańkę cenową? Nie dowiemy się o tym, póki ona nie pęknie. Obecny poziom cen jeszcze na bańkę nie wskazuje. To szybkie tempo wzrostu cen mogłoby być przyczyną narastania bańki cenowej. Jeśli utrzyma się ono przez kolejne lata i zbiegnie się z możliwym podwyższeniem stóp procentowych, reakcja rynku może być natychmiastowa. Ryzyko powstania bańki zatem istnieje. Co obecnie jest podobne do poprzedniego boomu? – Historie, brzmiące jak samospełniające się przepowiednie. Mało kto wierzy w to, że trend zmian cen może się kiedykolwiek zmienić. Na początku 2008 roku ceny także miały tylko rosnąć. Zmiana przyszła nagle i to już pod koniec roku, choć główny na to wpływ miał wybuch globalnego kryzysu finansowego. Czy obecnie sytuacja jest inna? Warto przytoczyć pewne fakty. W obecnym cyklu ceny rosły w tempie kilku do kilkunastu procent r/r wobec dynamiki rzędu 40% – 50% r/r podczas poprzedniego boomu. Realnie po uwzględnieniu inflacji oraz wzrostu wynagrodzeń dzisiejsze ceny mieszkań są niższe niż te z poprzedniego boomu. Dlatego mamy jeszcze przestrzeń do kontynuacji wzrostów. Obecnie banki udzielają dużej liczby kredytów, jednak zniknęły wcześniej bardzo popularne kredyty walutowe, a wymagania co do wysokości minimalnego wkładu własnego zostały zwiększone. Kupując mieszkanie na inwestycję i posiłkując się kredytem warto dokładnie policzyć opłacalność takiej inwestycji. Obliczenia należy dokonać nie tylko przy aktualnych warunkach rynkowych, ale również zakładając inne scenariusze, jak np. wzrost raty kredytu w wyniku hipotetycznego podniesienia stóp procentowych. Inwestor, który nie rozumie tych mechanizmów, może doświadczyć w przyszłości niemiłej niespodzianki.

Przy narastaniu bańki cenowej w 2007 roku możliwości nabywcze kupujących spadły do 0,34 m2. Obecnie wynoszą one 0,51 m2. Aby na warszawskim rynku powtórzyła się sytuacja sprzed 13 lat, wynagrodzenia musiałyby przestać rosnąć, a ceny musiałyby być wyższe od obecnych o 35%” – podsumowuje Barbara Bugaj, główny analityk ds. rynku nieruchomości

Co dzisiejsze trendy znaczą dla kupujących:

Na rynku wtórnym kupujący mają więcej opcji niż na rynku pierwotnym. Istnieje również możliwość negocjacji cenowych i wydaje się, że jest ona większa niż w przypadku nowych mieszkań. Nie oczekuj jednak dużych rabatów. Sprzedający wiedzą, że są dziś w komfortowej sytuacji, bo kupujących jest bardzo dużo. W krótkim czasie nie można raczej liczyć na spadek cen, może się też zdarzyć, że mieszkanie z oferty, która Ci się podobała podrożeje, bo sprzedający oceni, że może to podnieść cenę ze względu na wysokie zainteresowanie. Najczęściej będzie to dotyczyło mieszkań do 60 m2.

Co dzisiejsze trendy znaczą dla sprzedających:

Gwałtowne wzrosty cen zwalniają, ale sprzedawcy nadal mogą spodziewać się mocnego popytu. Popyt jest napędzany z dwóch kierunków. Twój klient albo kupuje dla siebie albo inwestycyjnie. Bez względu na to jak może być to trudne, porzuć sentyment do swojego mieszkania. W ofercie jest wiele przeszacowanych mieszkań. Skutkiem czego długo pozostają one w ofercie i trudno je sprzedać. Porównaj ceny z okolicy, możesz dodatkowo skorzystać z darmowego narzędzia do wyceny online. Mimo tego, że popyt jest wysoki, z podażą na rynku wtórnym nie ma aż tak dużego problemu, jak na rynku pierwotnym. Szczególnie zwróć na to uwagę, gdy Twoje mieszkanie ma większą powierzchnię, czyli taką powyżej 60 m2.

[1] Wypowiedź prezesa NBP Adama Glapińskiego, luty 2020

Spowolnienie gospodarcze o wiele głębsze. Wszystkie prognozy ekonomiczne trzeba pisać na nowo

Spowolnienie w Polsce jest o wiele głębsze niż wynikałoby to z rządowych prognoz – alarmują Pracodawcy RP. Jego skala spowoduje o wiele silniejsze negatywne konsekwencje takich zjawisk jak uboczne skutki „ofensywy” uszczelniania podatków, wzrostu płacy minimalnej czy fatalnego wpływu braku konsultacji społecznych przy tworzeniu prawa.

Spowolnienie to jeszcze nie recesja, ale jego skutki mogą być dotkliwe – ocenia dr Sławomir Dudek, Główny Ekonomista Pracodawców RP. Zwraca uwagę, że choć statystycznie PKB nadal może notować wzrost, to dla konkretnych firm i ich pracowników rzeczywistość może nabrać ciemnych barw. – W wymiarze społecznym w ciągu kilkunastu miesięcy możemy spodziewać się wzrostu bezrobocia, co po ostatnich latach, gdy panował „rynek pracownika” może być dla wielu szokiem. Przedsiębiorstwa będą z kolei ciąć koszty, walczyć o przetrwanie zamiast planować ekspansję i inwestycje – mówi ekspert.

Jego zdaniem najważniejszą sprawą jest obecnie zaktualizowanie rządowych prognoz, które w ciągu ostatnich miesięcy całkowicie oderwały się od rzeczywistości. W ciągu pół roku rządowa prognoza wzrostu PKB – 3,7 proc. zupełnie wyszła poza zakres prognoz rynkowych. Obecnie średnia prognoza rynkowa to 3,1 proc., a minimum 2,7 proc. Z inflacja jest jeszcze gorzej – prognozowany przez Ministerstwo Finansów wskaźnik inflacji konsumenckiej w wysokości 2,5 proc. na luty 2020 roku zderza się prognozą Reutersa – maksimum 3,9 proc. oraz minimum 3,2 proc. Przeciętna prognoza rynkowa to 3,6 proc.

– Mam nadzieję, że w wieloletnim planie finansowym państwa, nad którym Ministerstwo Finansów już pracuje zobaczymy zaktualizowane plany makroekonomicznie i plany finansowe. Wtedy dowiemy się jaki jest prawdziwy stan finansów publicznych. O tym dokumencie już teraz powinniśmy publicznie rozmawiać – mówi dr Dudek. Zaznacza, że w świetle corocznego raportu Unii Europejskiej „Country Report” o stanie gospodarki każdego z członkowskich państw, w 2019 roku deficyt Sektora Finansów Publicznych wyniesie ok. 2,2 proc. PKB. – Jeśli dołożymy do tego spowolnienie gospodarcze, coraz bardziej dotkliwe konsekwencje koronawirusa, to zaczynamy bardzo niebezpiecznie zbliżać się do przekroczenia bariery, za którą jest drakońska procedura nadmiernego deficytu – uważa Dudek.

Jego zdaniem, groźnymi konsekwencjami na polskiej gospodarce odbiją się wszystkie decyzje niemające oparcia w gospodarczych realiach, a jakie w ostatnich latach zostały wprowadzone w życie. Będą to przede wszystkim negatywne skutki „ofensywy” uszczelniania VAT. Firmy zostaną też przytłoczone wzrostem kosztów pracy po zwiększeniu płacy minimalnej z pominięciem konsultacji społecznych. Część firm zostanie z kolei dodatkowo „dociśnięta” podatkami sektorowymi.

Pracodawcy RP

Wartość rynkowa przedmiotu czynności cywilnoprawnej jako podstawa opodatkowania w podatku od czynności cywilnoprawnych

Ustawa o podatku od czynności cywilnoprawnych (dalej „pod. cyw.”) w dużej części odwołuje się do wartości rynkowej czynności w przypadku określania podstawy opodatkowania. Prawidłowe określenie podstawy opodatkowania jest istotne w celu uniknięcia dyskusji z organami podatkowymi, w szczególności nie powinno się tego robić w oparciu o dowolne dane, lecz z uwzględnieniem szczególnych okoliczności oraz wytycznych z ustawy w zakresie określania wartości rynkowej.

Podstawa opodatkowania

Wartość rynkowa czynności cywilnoprawnej powinna zostać uwzględniona w przypadku: umów sprzedaży oraz zamiany, umowy dożywocia, umowy o zniesienie współwłasności lub o dział spadku, przy oddaniu spółce rzeczy lub praw majątkowych do nieodpłatnego używania.

Z powyższego wyliczenia widać, że wartość rynkowa czynności cywilnoprawnej wpływa na bardzo dużą liczbę zdarzeń objętych podatkiem od czynności cywilnoprawnych. Prawidłowe ustalenie podstawy opodatkowania ma wpływ na kwotę podatku do zapłaty.

Ustalenie wartości rynkowej

Zgodnie z treścią art. 6 ust. 2 pod. cyw. co do zasady wartość rynkową przedmiotu czynności cywilnoprawnej wyznacza się w oparciu o ceny stosowane w obrocie rzeczami tego samego rodzaju i gatunku, biorąc pod uwagę stan, stopień zużycia oraz inne okoliczności. Niezbędnymi elementami określającymi wartość rynkową przedmiotu czynności cywilnoprawnych jest przeciętna cena stosowana w obrocie rzeczami tego samego rodzaju i gatunku, a także takie czynniki jak miejsce położenia, stan rzeczy, na który składa się zarówno stan faktyczny, jak i stan prawny, jak również stopień zużycia rzeczy. Zgodnie z orzecznictwem Naczelnego Sądu Administracyjnego przez pojęcie „przeciętnej ceny” rozumie się wynagrodzenie, jakie można uzyskać w obrocie wolnorynkowym za podobne rzeczy uwzględniające miejsce oraz czas, a także cechy tych rzeczy oraz sytuację rynkową, a w szczególności zależność między popytem a podażą na daną rzecz.

Przykładowo więc w przypadku umów sprzedaży pojazdu powinno się kierować wytycznymi dotyczącymi wartości rynkowej, a jeżeli podatnik uważa, że powinna ona być inna, wtedy winien mieć uzasadnienie w zakresie niższej wartości (np. pojazd uszkodzony). Nieco bardziej skomplikowanie wygląda sytuacja zakupu nieruchomości, w szczególności wymagającej nakładów inwestycyjnych. Należy pamiętać, że kwota nakładów co do zasady nie może pomniejszyć bezpośrednio kwoty podstawy opodatkowania, jednak w przypadku wyceny nieruchomości jej stan powinien być wzięty pod uwagę przy ustaleniu ceny rynkowej.

Wartość firmy – przykład wyceny rynkowej

W celu prawidłowego określenia wartości rynkowej czynności cywilnoprawnej istotne jest przeanalizowanie jedynie czynników wpływających na tę wartość. Dobrym przykładem jest tzw. goodwill, czyli wartość firmy, która ma wymiar finansowy, lecz nie jest to prawo majątkowe i jako taka nie podlega opodatkowaniu podatkiem od czynności cywilnoprawnych. Zgodnie z wyrokiem Naczelnego Sądu Administracyjnego z dnia 23 maja 2019 r., sygn. II FSK 1393/17, „Sprzedaż przedsiębiorstwa podlega podatkowi od czynności cywilnoprawnych w odniesieniu do poszczególnych składników. Opodatkowana jest jednak tylko sprzedaż rzeczy i praw majątkowych. Podstawą opodatkowania jest ich wartość rynkowa”. Oznacza to, że w takim przypadku podatnik powinien dla ustalenia wartości rynkowej brać pod uwagę tylko rzeczy i prawa opodatkowane tym podatkiem, a nie dowolne składniki wyceny.

Określenie wartości rynkowej przez organ podatkowy

Jeżeli podatnik w sposób nieprawidłowy określi wartość rynkową czynności, organ podatkowy wzywa go do określenia prawidłowej wartości w terminie minimum 14 dni. Jeżeli powyższe okaże się w ocenie organu nieskuteczne, może on na podstawie opinii biegłego lub wyceny rzeczoznawcy sam dokonać określenia wartości rynkowej czynności. W takim przypadku, jeżeli wartość określona przez organ podatkowy odbiegałaby o więcej niż 33% wartości określonej przez podatnika, podatnik będzie musiał pokryć koszty opinii biegłego lub wyceny rzeczoznawcy.

Punktem wyjściowym do ustalenia wartości rynkowej przez organ jest wartość rynkowa wskazana przez podatnika. Jeżeli organ podatkowy nie zgadza się z wartością ujawnioną przez podatnika, powinien wezwać go do zmiany wartości, wskazując, jak zaznaczył WSA w Krakowie (wyrok z dnia 20 kwietnia 2018 r. I SA/Kr 31/18), uzasadnienie wezwania wraz ze wstępną wyceną oraz stanowiskiem organu.

Opinia biegłego

Opinia biegłego powinna określać wartość wolnorynkową przedmiotu czynności cywilnoprawnych. Należy jednak zaznaczyć, że nie powinna ona zmierzać do ustalenia stanu faktycznego, lecz do wykorzystania eksperckiej wiedzy w trakcie oceny stanu faktycznego, przedstawionego przez organ podatkowy. Innymi słowy, biegły nie powinien wyręczać organów podatkowych w zakresie prawidłowego i pełnego ustalenia stanu faktycznego. Oczywiście opinia biegłego jest jednym z dowodów w postępowaniu i będzie musiała być poddana ocenie organu podatkowego. W podobnym tonie wypowiedział się też WSA w Łodzi w wyroku z 9 marca 2004 r., sygn. akt I SA/Łd 292/03.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Infekcja czy choroba przewlekła – jak koronawirus wpłynie na gospodarkę Polski?

Dla posiadaczy akcji miniony tydzień był jednym z najgorszych od kilkunastu lat. Silne przeceny dotknęły najważniejsze rynki, taniała również ropa naftowa. Kapitał szukał schronienia w tzw. „bezpiecznych przystaniach”, a więc obligacjach skarbowych Niemiec, USA czy innych rozwiniętych gospodarek, które wyraźnie podrożały. Wielu analityków i uczestników rynku mówiło wprost o panice spowodowanej informacjami o kolejnych przypadkach występowania koronawirusa. Była ona podsycana przez napływające informacje o zakłóceniach w ruchu lotniczym w Europie czy masowych rezygnacjach z noclegów w miejscowościach turystycznych. Ostatnie wzrosty cen akcji po zeszłotygodniowych spadkach nie oznaczają, że sytuacja – w oczach inwestorów – jest już pod kontrolą. Decydujące w kontekście wpływu koronawirusa na gospodarkę będzie to, czy szybko uda się zahamować wzrost liczby zachorowań w krajach rozwiniętych i przywrócić sprawne funkcjonowanie globalnych łańcuchów wartości.

Jak interpretować sytuację na rynkach finansowych i jakie ma ona znaczenie dla gospodarek?

Rynki finansowe – zwłaszcza rynek akcji czy rynki walutowe – charakteryzują się w niektórych okresach dużą zmiennością wycen. Z jednej strony można to interpretować w ten sposób, że inwestorzy ulegają czasami nadmiernie emocjom. Z drugiej poszukiwanie tzw. godziwej wyceny aktywów jest jedną z głównych funkcji tych rynków, a ceny muszą reagować na pojawiające się nowe informacje. Zwłaszcza, jeśli są to sygnały, które wymagają zmiany dotychczasowych prognoz wzrostu PKB, inflacji czy zysków firm.pl_jak_koronawirus_wplynie_na_gospodarke_grap1Silny spadek cen akcji i jednocześnie silny wzrost cen obligacji (czyli spadek ich rentowności) występuje najczęściej w okresach poprzedzających recesję. Taniejące akcje odzwierciedlają niższe przewidywane zyski i dywidendy płacone przez spółki, z kolei wycenom obligacji zazwyczaj sprzyja łagodzenie polityki pieniężnej przez banki centralne, które w ten sposób starają się podtrzymywać słabnącą koniunkturę.

Skala zmian na rynku finansowym sugeruje, że koronawirus będzie oddziaływał na gospodarki poprzez wiele mechanizmów, a siła tego oddziaływania jest wciąż nieznana. W przypadku koronawirusa mamy do czynienia zarówno z czynnikami fundamentalnymi, czyli wpływającymi na warunki prowadzenia działalności gospodarczej jak i psychologicznymi, takimi jak np. niepewność czy nawet panika W przypadku tych pierwszych możemy wyróżnić zmienne, które oddziałują na gospodarkę i sektor przedsiębiorstw od strony popytowej jak i podażowej.

pl_jak_koronawirus_wplynie_na_gospodarke_grap2.pngChoć w Polsce potwierdzono dopiero jeden przypadek zakażenia COVID-19, to także w naszym kraju możemy zauważyć wpływ sytuacji globalnej na lokalne zachowania. W niektórych sklepach zaczęto wykupywać duże ilości żywności i produktów higienicznych w obawie przed zbliżającą się kwarantanną. Organizacje pracodawców i niektóre przedsiębiorstwa zaczęły ostrzegać przed kurczącymi się zapasami materiałów i półproduktów, które są importowane z Chin. Wstrzymanie pracy chińskich portów morskich oraz lotniczych oznacza, że problemy dotkną również firmy eksportujące, których wyroby czekają na rozładunek i dostarczenie do odbiorców.

Struktura konsumpcji w Polsce – dobra i usługi krajowe oraz z importu
Trudność w ocenie wpływu koronawirusa na gospodarkę polega m.in. na tym, że jednocześnie dotyka on strony popytowej oraz podażowej, przez co to ryzyko dotyczy wielu branż. W przypadku przemysłu, bezpośrednie ryzyko wynika przede wszystkim z zaburzeń w łańcuchach dostaw, natomiast koniunktura w branżach usługowych będzie zależeć głównie od popytu ze strony konsumentów. Istotny jest również podział na dobra i usługi produkowane w Polsce oraz importowane. Spadek popytu w przypadku tych drugich będzie oddziaływał negatywnie na PKB innych krajów niż UE-27.

Ze struktury konsumpcji gospodarstw domowych w Polsce wynika, że w przypadku dóbr i usług produkowanych w kraju największe ryzyko spadku popytu może dotyczyć handlu detalicznego (zwłaszcza dóbr trwałego użytku), usług finansowych oraz usług związanych z wyżywieniem. Usługi związane z rynkiem nieruchomości czy dostawami energii ze względu na dominację czasowych kontraktów nie powinny być istotnie dotknięte. Pozostałe kategorie charakteryzują się mniej elastycznym popytem lub koronawirus nie powinien mieć istotnego wpływu na decyzje zakupowe.

W analizach i komentarzach dotyczących wpływu koronawirusa często wskazuje się turystykę jako branżę doświadczającą wysokiego spadku popytu. W perspektywy gospodarki, usługi, które można przyporządkować do tej branży nie stanowią dużego udziału w wydatkach przeciętnego gospodarstwa domowego w Polsce. Czynnikiem łagodzącym może być również to, że obecny czas nie należy do tzw. wysokiego sezonu w turystyce. Zupełnie inny byłby wpływ na tę branżę i gospodarkę w miesiącach letnich lub w czasie ferii zimowych.

Sytuacja w przypadku dóbr importowanych jest bardziej skomplikowana, gdyż te rynki mogą być dotknięte zarówno poprzez ograniczenie popytu (jak w przypadku droższych dóbr trwałego użytku np. elektroniki, komputerów, mebli), ale także ograniczenie podaży, zwłaszcza, jeśli są produkowane w Chinach. Wysokie ryzyko spadku popytu – także zakłóceń w łańcuchach dostaw – dotyczy produkcji pojazdów, zwłaszcza samochodów i części do nich. Oczywiście powyższy przegląd statystyk jest dopiero pierwszym krokiem w analizie potencjalnego wpływu, który może dotknąć poszczególne branże.

Struktura wymiany handlowej Polski z Chinami
Mimo stabilizacji sytuacji w Chinach pod względem dynamiki zachorowań, gospodarka wciąż operuje znacznie poniżej swojego potencjału, co generuje ryzyko dla wszystkich partnerów handlowych. Wskazuje na to najnowszy wskaźnik PMI, mierzący koniunkturę w sektorze usług i przemysłu. Jego lutowe odczyty dla Chin były wyraźnie poniżej poziomu 50 pkt., który oddziela wzrost aktywności gospodarczej od jej ograniczania (wartość PMI wyniosła 35,7 pkt dla przemysłu, 29,6 pkt. dla usług). W efekcie, były to najsilniejsze spadki tego wskaźnika dla Chin w całej historii jego publikacji.

Pięć najważniejszych grup wyrobów, które Polska importuje z Chin to:

  • urządzenia elektryczne (32,55 proc.),
  • urządzenia przemysłowe (18,84 proc.),
  • zabawki (5,79 proc.),
  • odzież (4,30 proc.),
  • meble (3,95 proc.).

Analogiczny ranking dla eksportu Polski do Chin to:

  • miedź (23,40 proc.),
  • urządzenia elektryczne (16,19 proc.),
  • urządzenia przemysłowe (14,49 proc.),
  • pojazdy (10,93 proc.),
  • meble (5,95 proc.).

Patrząc na mapę wpływu koronawirusa na gospodarkę, sytuacja w handlu zagranicznym z Chinami jest tylko jednym z wielu czynników ryzyka dla polskiej gospodarki. Polski eksport może również ucierpieć z powodu pogorszenia się koniunktury w Niemczech, które są bardzo ważnym partnerem handlowym dla Polski oraz Chin. W przypadku największej gospodarki UE sytuacja jest o tyle ciekawa, że niemiecki rząd rozważa zawieszenie reguły wymagającej uchwalania zrównoważonego budżetu. Taki ruch ma umożliwić próbę stabilizowania koniunktury poprzez wyższe wydatki publiczne lub ograniczenie ciężarów podatkowych. Obecnie nie są znane szczegóły zapowiadanego pakietu fiskalnego, więc nie da się ocenić, czy i jak silnym wsparciem dla polskiego eksportu może być luźniejsza polityka fiskalna w Niemczech.

Co dalej?

Nie jest wykluczone, że wpływ koronawirusa będzie ograniczony do pierwszego półrocza 2020, a rynki akcji zaczną rosnąć i nadrobią straty z lutego. To scenariusz optymistyczny i na razie mamy za mało informacji by móc określić, czy jest on najbardziej prawdopodobny. W bardziej negatywnym scenariuszu koronawirus będzie jedynie „zapalnikiem”, katalizatorem, który poprzez wskazane kanały wpływu – gospodarkę realną, rynek finansowy i czynniki psychologiczne – odsłoni poważniejsze strukturalne problemy w krajach rozwiniętych, zwłaszcza UE i USA.

Niezależnie od scenariusza dalszego rozwoju sytuacji, klasyczne polityki makroekonomiczne oddziałujące na popyt – tj. polityka monetarna i fiskalna będą miały ograniczoną skuteczność. To dlatego, że koronawirus – przynajmniej w krótkim okresie – będzie negatywnie wpływał na gospodarki od strony podażowej, a więc produkcyjnej. W takiej sytuacji pobudzanie popytu może powodować wzrost inflacji i generować różne zniekształcenia rynków i konkurencji. Jeszcze inną kwestą zasługującą na odrębną analizę jest to, czy cel w postaci podtrzymywania wzrostu PKB, bez dostatecznej dbałości o jego strukturę i jakość jest zawsze wart kosztów i ryzyk, jakie generuje w średnim i długim okresie.

Decydujące w kontekście wpływu koronawirusa na gospodarkę będzie to, czy szybko uda się zahamować wzrost liczby zachorowań w krajach rozwiniętych i przywrócić sprawne funkcjonowanie globalnych łańcuchów wartości.

Dane za 2017 r. The Growth Lab at Harvard University. (2019). “Growth Projections and Complexity Rankings, V2” [Data set].

Fed tnie stopy o 50 pb. w odpowiedzi na epidemię koronawirusa

Wśród inwestorów dominują obawy związane z epidemią koronawirusa, które istotnie wpływają na handel na rynku walutowym. Wraz z alarmującym tempem wzrostu liczby zakażeń koronawirusem poza Chinami, inwestorzy zaczęli zastanawiać się, jakiej odpowiedzi można oczekiwać ze strony światowych banków centralnych oraz rządów państw.

Odpowiedź ze strony Rezerwy Federalnej była szybka i zdecydowana. Decydenci we wtorek ogłosili obniżkę stóp procentowych o 50 punktów bazowych, ścinając stopę fed funds do przedziału 1,00-1,25%. Decyzja była jednogłośna i nadeszła niedługo po publikacji oświadczenia ministrów finansów i bankierów centralnych krajów G7, które sugerowało, że niedługo prawdopodobnie nadejdzie szerokie rozluźnienie polityki pieniężnej i fiskalnej.

Rynek spodziewał się, że Fed w tym miesiącu obetnie stopy procentowe o co najmniej 25 pb., jednak inwestorów zaskoczył moment obniżki stóp. Decyzja ws. stóp procentowych miała zapaść 18 marca, pod koniec zaplanowanego spotkania decyzyjnego banku centralnego. Ostatni raz Fed podjął decyzję o nieplanowanym cięciu stóp procentowych u szczytu kryzysu finansowego w październiku 2008 roku. Widać, że Fed nie ociąga się i woli podjąć natychmiastowe działania mające na celu ochronę gospodarki USA przed skutkami negatywnych zdarzeń.

W oświadczeniu do decyzji, bank centralny zwrócił uwagę, że koronawirus stanowi „ewoluujące ryzyko dla aktywności gospodarczej, stwierdzając, że dodatkowa stymulacja była niezbędna w celu osiągnięcia celów banku centralnego, czyli maksymalnego zatrudnienia i stabilności cen. Konferencja prasowa przewodniczącego FOMC, Jerome’a Powella, w następstwie decyzji była dość krótka. Niemniej, w jej trakcie Powell wyraził przekonanie, że cięcie będzie stanowiło znaczące wsparcie dla gospodarki. Stwierdził również, że bank centralny będzie nadal wykorzystywał wszelkie dostępne mu środki, co sugeruje możliwość dalszych obniżek stóp procentowych w przyszłości oraz możliwej formalnej koordynacji działań decydentów monetarnych G7.

Natychmiastowa reakcja amerykańskiej waluty w odpowiedzi na decyzję Rezerwy Federalnej nie stanowi zaskoczenia: dolar osłabił się zarówno w relacji do euro, jak i polskiego złotego. Kurs EUR/USD na moment wzrósł powyżej poziomu 1,12, jednak skala owego ruchu była ograniczona, a niedługo później euro utraciło większość tych zysków. Kurs USD/PLN po decyzji na moment znalazł się nieznacznie poniżej poziomu 3,84. Od tamtej pory odrobił część strat, jednak nadal znajduje się wyraźnie poniżej poziomu notowanego przed decyzją Rezerwy Federalnej (Wykres 1). Ograniczoną reakcję wspomnianych par wiążemy ze wspomnianymi wyżej wysokimi oczekiwaniami rynku dotyczącymi działań Rezerwy Federalnej w odpowiedzi na epidemię koronawirusa.

Wykres 1: Kurs USD/EUR & USD/PLN (luty ‘20 – marzec ‘20)

Kurs USD
Źródło: Refinitiv Data: 04/03/2020

Reakcja rynku akcji sama w sobie opowiada pewną historię. Pierwszą reakcją amerykańskich indeksów były zwyżki, jednak przed końcem nowojorskiej sesji indeks Dow Jones znalazł się na poziomie o około 800 punktów niższym niż podczas jej rozpoczęcia, kończąc dzień spadkiem rzędu ok. 3% (Wykres 2). Realną obawą rynku jest to, że działania ze strony polityki monetarnej mogą jedynie częściowo zgładzić ekonomiczne skutki epidemii i nie są w stanie rozwiązać kryzysu zdrowotnego. Mówiąc wprost: banki centralne nie mogą wydrukować szczepionki. O ile ich działania mogą wesprzeć popyt konsumpcyjny, to jednak ich wpływ na złagodzenie szoku podażowego wywołanego przez wirus najpewniej będzie bardzo ograniczony. Ostatnie informacje z USA sugerują, że amerykańskie firmy już notują pewne niedobory komponentów z Chin, co jest bezpośrednią konsekwencją powszechnych przestojów w największej gospodarce Azji. Niższe stopy procentowe nie rozwiążą tej kwestii. Wygląda na to, że zamiast uspokoić inwestorów, obniżka ujawniła skalę obaw Rezerwy Federalnej w kontekście koronawirusa.

Wykres 2: Indeksy S&P 500 i Dow Jones Industrial Average (luty ‘20 – marzec ‘20)

Indeksy S&P 500 i Dow Jones Industrial Average
Źródło: Refinitiv Data: 04/03/2020

Sądzimy, że obniżka stóp procentowych ze strony Fed oraz oświadczenie opublikowane przez bankierów centralnych i ministrów finansów G7 będą wstępem do rozluźnienia polityki pieniężnej ze strony kluczowych światowych banków centralnych. Jeszcze przed tym jak stopy procentowe ściął Fed, Bank Rezerwy Australii (RBA) zdecydował się na cięcie stóp procentowych o 25 pb., sugerując możliwość ich dalszej obniżki. Sądzimy, że podczas dzisiejszego spotkania decyzję o obniżce stóp podejmie Bank Kanady (BoC). Także rynek nie ma wątpliwości, że będzie to kolejny bank, który zdecyduje się na taki ruch. Oczekujemy też, że podczas spotkania 26 marca decyzję o cięciu stóp podejmie Bank Anglii.

Europejski Bank Centralny (EBC) o stopach decydować będzie z kolei w następny czwartek. Sądzimy, że cięcie stopy depozytowej o 10 pb. jest bardzo prawdopodobne, możliwe jest również zwiększenie pożyczek w ramach programu TLTRO oraz zwiększenie programu luzowania ilościowego. Problemem dla EBC jest to, że – uwzględniając, że stopy procentowe w strefie euro są ujemne – bank centralny nie ma zbyt dużego pola do działania.

Wspomniane oświadczenie G7 sugeruje, że światowe rządy są gotowe zwiększyć wydatki, jeśli niepewność przełoży się na istotne spowolnienie globalnego wzrostu. Grono to obejmuje również Niemcy, które przez długi czas opierały się głosom sugerującym odpowiedź ze strony polityki fiskalnej na niski wzrost w Europie. Oceniamy, że brak miejsca na istotne obniżki ze strony EBC w połączeniu z rosnącymi szansami na kolejne cięcia stóp ze strony Fed-u i stymulację fiskalną ze strony niemieckiego rządu powinny w tym roku wspierać zarówno euro, jak i polskiego złotego w relacji do dolara amerykańskiego.

Autor: Analitycy Ebury – Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk

Jak wygląda rynek mieszkań kupowanych jest w celach inwestycyjnych? Deweloperzy odpowiadają

Czy liczba mieszkań nabywanych w celach inwestycyjnych rośnie? W których projektach deweloperskich najczęściej kupowane są lokale pod wynajem? W jakiej cenie można znaleźć najtańsze mieszkania? Sondę przeprowadził serwis nieruchomości Dompress.pl

Mirosław Kujawski, członek zarządu Develia S.A.

Większość osób kupujących mieszkanie z myślą o wynajmie czy alokacji kapitału wybiera przede wszystkim małe, jedno lub dwupokojowe mieszkanie w projektach zlokalizowanych w centrach miast lub też w pobliżu większych ośrodków biznesu czy oświaty. Tego typu lokale dają najwyższą stopę zwrotu. Ich nabywcy nie mają też później trudności z ich szybką sprzedażą. Na rynku zwyczajnie brakuje tego typu oferty. Wystarczy wspomnieć, iż w typowym projekcie udział mieszkań o małej powierzchni waha się w okolicy 50 proc., co oznaczałoby, że niemal wszystkie niewielkie mieszkania kupowanie są przez inwestorów, zarówno w inwestycjach w centrum, jak i na obrzeżach miast.

W zależności od projektu, jego lokalizacji i struktury mieszkań zakup inwestycyjny może jednak dominować. Tak było w przypadku inwestycji Bastion Wałowa zlokalizowanej w centrum Gdańska, Kamienna 145 we Wrocławiu, czy Przy Mogilskiej w Krakowie, gdzie do 70 proc. liczby mieszkań nabywanych było z myślą o wynajmie. W zależności od projektu, ceny mniejszych lokali zaczynały się od 8 tys./mkw.

Zbigniew Juroszek, prezes Atal

W skali całej sprzedaży ilość mieszkań kupowanych inwestycyjnie to maksymalnie około 30 proc. Większość mieszkań nabywanych jest z przeznaczeniem na własne cele mieszkaniowe. Mamy dedykowaną ofertę lokali inwestycyjnych w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu i Trójmieście. Projekty cieszą się dużym zainteresowaniem, a przy zakupie mieszkań można odliczyć podatek VAT. Ceny za metr kw. zaczynają się od 6300 zł netto.

Małgorzata Ostrowska, członek zarządu i dyrektor Pionu Marketingu i Sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

Szacujemy, że w celach inwestycyjnych ponad 30 proc. klientów kupiło mieszkania w inwestycji Bliska Wola Tower na warszawskiej Woli u zbiegu ulicy Kasprzaka i alei Prymasa Tysiąclecia, w szczególności te o najmniejszych metrażach. Inwestycja łączy funkcje mieszkalne z biurowo-aparthotelowymi i usługowymi. Powstanie w niej 170 apartamentów i 407 małych biur o wysokim standardzie, które idealnie nadają się dla przedsiębiorców lub klientów-inwestorów zainteresowanych wynajmowaniem powierzchni biurowych. Lokal użytkowy na wynajem to inwestycja, która może przynieść więcej korzyści niż inne nieruchomości inwestycyjne, tym bardziej, że przy jego zakupie przedsiębiorca odliczy VAT. Od lokalu zakupionego w celach użytkowych, na wynajem, może odliczyć 23 proc. podatku praktycznie każdy, kto jest czynnym podatnikiem podatku od towarów i usług. Od lokalu mieszkalnego podatek VAT wynosi natomiast 8 proc. Własne biuro w Bliskiej Woli Tower można kupić już za 230 tys. zł netto. Podobna sytuacja jest w naszej prestiżowej inwestycji w centrum Szczecina, gdzie łącznie powstanie 480 lokali mieszkalnych i wiele z nich, zostało zakupionych za gotówkę i w celach inwestycyjnych. Najmniejszy lokal o metrażu ponad 28 mkw. kosztuje około 275,5 tys. zł.

Joanna Chojecka, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu ROBYG SA.

Mniej więcej na stałym poziomie utrzymuje się liczba klientów inwestycyjnych, w Robyg to około 30-40 proc. zakupów. Dopasowujemy ofertę mieszkaniową do potrzeb kupujących i obserwujemy rynek elastycznie się do niego dostosowując. Należy równocześnie podkreślić, że kupujący są coraz bardziej świadomi i decyzje zakupowe opierają także na poza cenowych parametrach. Dla klientów oprócz renomy marki dewelopera, liczy się również dobra komunikacja drogowa i miejska, czy dostęp do placówek publicznych, jak ośrodki zdrowia, szkoły oraz sklepy.

Ponadto wprowadziliśmy na rynek nowy produkt – mikroapartamenty. Pierwsza tego typu inwestycja powstanie w sąsiedztwie projektu City Sfera w warszawskich Włochach. W dwóch budynkach Modern Space powstaną 402 lokale o metrażach od 17 mkw. do 39 mkw. w cenie od 239 tys. zł. Mikroapartamenty to nowoczesna forma inwestowania i doskonała lokata finansowa. Są atrakcyjnym rozwiązaniem m.in. dla osób poszukujących wygodnego lokum blisko miejsca pracy, alternatywą dla wynajmu lub hotelu, a dla studentów perspektywą inwestycyjną. Pozwalają także przedsiębiorcom na odliczenie VAT.

Andrzej Gutowski, wiceprezes Ronson Development, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu

Udział zakupów inwestycyjnych w naszych projektach wynosi średnio około 20-25 proc. Dla klientów kupujących mieszkania na wynajem kluczową rolę odgrywa lokalizacja. Największym zainteresowaniem cieszą się więc nieruchomości w centrach miast lub w ich okolicy, bardzo dobrze skomunikowane z resztą miasta. Odsetek mieszkań kupowanych pod kątem inwestycyjnym w takiej lokalizacji wyraźnie się zwiększa.

Interesującą opcją dla inwestorów jest koncepcja aparthotelu, którą zrealizowaliśmy w naszej wrocławskiej inwestycji Miasto Marina nad samą Odrą. Powstało w niej 151 lokali w wysokim standardzie w pięciu kameralnych apartamentowcach. Projekt jest położony vis-a-vis Politechniki Wrocławskiej. W tej chwili oferujemy w nim ostatnie apartamenty dwupokojowe.

Klienci kupują także mieszkania na wynajem w klasycznych projektach mieszkaniowych. W inwestycji City Link na warszawskiej Woli odsetek klientów, którzy kupują mieszkania na wynajem, przekracza 70 proc. W sąsiedztwie tego projektu realizowana jest stacja metra Płocka, której otwarcie planowane jest w kwietniu br. W ofercie zostały już obecnie ostatnie lokale.

Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest

Prowadzimy sprzedaż mieszkań w kilku inwestycjach w Warszawie. W zależności od lokalizacji grupa osób nabywających mieszkania w celach inwestycyjnych z przeznaczeniem na wynajem jest mniejsza lub większa. Największym zainteresowaniem inwestorów cieszą się projekty zlokalizowane w pobliżu stacji metra. Takim przykładem jest choćby inwestycja Metro Park. Budynek położony będzie zaledwie 5 minut pieszo od stacji metra Słodowiec. W ofercie mamy jeszcze mieszkania i mikroapartamenty od 21 mkw. do 65 mkw. Najtańszy lokal można kupić w cenie 290 tys. zł brutto. W styczniu 2020 roku rozpoczęliśmy też budowę inwestycji Apartamenty Oszmiańska 20, która znajduje się 450 metrów od stacji metra Targówek Mieszkaniowy. Najtańsze mieszkanie dwupokojowe kosztuje tam 363 tys. zł brutto.

Agnieszka Jaworska-Goździewska, Marketing i PR Manager w Nickel Development

Potwierdzamy duży udział klientów kupujących w celu inwestycyjnym. Z produktów będących w naszym portfelu najczęściej interesują się oni mieszkaniami w wieżowcu ST_ART Piątkowo w Poznaniu. Duży udział mają w nim dwupokojowe mieszkania o powierzchni około 40 mkw., obecnie bardzo popularne wśród wynajmujących. W aktualnej ofercie inwestycji ST_ART Piątkowo znajdują się mieszkania i apartamenty w cenie od 290 tys. zł brutto.

Magdalena Gąsienica-Samek, p.o. dyrektor marketingu Red – Real Estate Development

40 procent to dokładnie odsetek mieszkań kupowanych pod wynajem w naszym poznańskim Red Parku. W ostatnim czasie obserwujemy wzrost zainteresowania inwestorów tym właśnie projektem. We wrocławskiej Nowej Papierni odsetek kupujących inwestycyjnie jest jeszcze wyższy i wynosi około 70 proc. To właśnie z myślą m.in. o inwestorach stworzyliśmy apartamenty w Kamienicy pod Pelikanem. Budynek stoi w znakomitej lokalizacji, niedaleko ścisłego centrum Wrocławia. Lokalizacja jest dla inwestorów jednym z kluczowych czynników decydujących o wyborze. Zwracają także uwagę na wielkość mieszkań. Pod wynajem poszukują zwłaszcza lokali jednopokojowych lub dwupokojowych. W ostatnich latach inwestorzy stali się na wielu rynkach najważniejszą grupą nabywców i to oni napędzają popyt i dobrą koniunkturę.

Zuzanna Należyta, dyrektor ds. handlowych w Eco Classic

Klienci kupujący mieszkania w celu inwestycyjnym stanowią około 20-30 proc. i wybierają zwykle małe lokale. Notujemy zakupy inwestycyjne, zarówno w warszawskiej inwestycji Przy Arsenale, jak i w gdańskim projekcie Wolne Miasto.

Jarosław Kozak, wiceprezes w Waryński S.A. Grupa Holdingowa

Gdańska inwestycja Atol to projekt mieszkaniowy, w którym lokale sprzedawane są głownie klientom w celu dalszego wynajmu. Na dzień dzisiejszy najtańsze mieszkania, które są w niej dostępne oferujemy w kwocie około 9330 zł/mkw. To cena zakupu mieszkania o powierzchni 56 mkw., do której należy doliczyć standardowe miejsce postojowe w garażu w kwocie 29,9 tys. zł lub z boksem na jednoślad w cenie 38870 zł, albo miejsce postojowe naziemne za 15 tys. zł.

Kostiantyn Fedyna – członek zarządu grupy BY MADE

W naszym przypadku sprawa jest oczywista, Legnicka 60C to wrocławski projekt stworzony w odpowiedzi na potrzeby inwestorów, którzy zgłaszają coraz większe zainteresowanie lokalami na wynajem. W kręgu ich zainteresowania od długiego czasu są nieduże lokale i takie oferujemy. Największą popularnością cieszą się apartamenty inwestycyjne o powierzchni 18,5 mkw. oraz małe lokale dwupokojowe o metrażu 23 mkw. Przemawia za nimi nie tylko świetna lokalizacja, zapewniająca inwestorom wysokie stawki najmu, ale także atrakcyjna cena zakupu, od której dodatkowo można odliczyć podatek VAT. Dotyczy to również osób fizycznych, którym pomagamy w tym procesie. Ceny w aparthotelu Legnicka 60C zaczynają się od 189 tys. zł netto za apartament z wykończeniem pod klucz. Lokale będą wykończone i wyposażane w wysokim standardzie, co doskonale widać na przykładzie gotowego apartamentu pokazowego. Grupa BY MADE jako pierwsza we Wrocławiu umożliwia obejrzenie lokalu na tak wczesnym etapie realizacji projektu. Wykończeniem zajmuje się profesjonalny operator, któremu można powierzyć także zarządzanie wynajmem. W takim przypadku stopa zwrotu z inwestycji wynosi 7 proc.

Wojciech Duda, wiceprezes Duda Development

Inwestorzy stanowią znaczną część naszych klientów. Ich szczególnym zainteresowaniem cieszą się mieszkania o kompaktowym metrażu, zazwyczaj jedno lub dwupokojowe. W Poznaniu jest to inwestycja Fyrtel Wilda zlokalizowana u zbiegu ulic Sikorskiego i 28 Czerwca, natomiast w Łodzi – Diasfera Łódzka położona pomiędzy ulicą Kilińskiego i Targową.

Cezary Grabowski, dyrektor sprzedaży i marketingu Bouygues Immobilier Polska

W niektórych inwestycjach, szczególnie tych w niewielkiej odległości od centrum, przeważają zakupy pod wynajem. Obecnie największym zainteresowaniem inwestorów, głównie ze względu na bardzo dobre połączenie z centrum transportem publicznym, cieszy się nasza nowa inwestycja w Warszawie przy ulicy Grochowskiej 230, w której większość mieszkań zostało już sprzedanych. Najtańsze, dostępne lokale są do nabycia w cenie od 410 tys. zł. Inwestorzy kupują mieszkania także w Zajezdni Wrocław, którą realizujemy przede wszystkim z myślą właśnie o nich. W tej inwestycji dominują mieszkania jednopokojowe typu studio, które są idealne pod wynajem. Ich ceny zaczynają się od 269,9 tys. zł. Do tego dochodzi dogodna lokalizacja na klimatycznym Nadodrzu oraz kompletna infrastruktura okolicy. To wszystko zachęca inwestorów, którzy postrzegają takie inwestycje jak pewną, rentowną lokatę kapitału.

Aleksandra Goller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu w spółce mieszkaniowej Skanska

Nasze osiedla cieszą się dużym zainteresowaniem, zarówno wśród klientów indywidualnych, jak i inwestycyjnych. Tych drugich szczególnie przyciągają projekty usytuowane w okolicach biznes hubów. Wiedzą, że dobra lokalizacja, gęsta siatka komunikacji miejskiej i podwyższony standard to aspekty szczególnie ważne dla wynajmujących. W tego typu osiedlach inwestorzy upatrują możliwości najwyższej stopy zwrotu zainwestowanych środków.

Wojciech Chotkowski, prezes zarządu Aria Development

W przeciwieństwie do Warszawy, gdzie czasem połowę mieszkań w inwestycji sprzedawana jest na wynajem krótko bądź długoterminowy, w naszych projektach klienci przede wszystkim kupują w celu zamieszkania. Zdarzają się również nabywcy inwestycyjni, ale to raczej rodziny, które chcą na przykład kupić mieszkanie i dopóki dzieci nie dorosną planują je wynajmować. To olbrzymi plus naszych realizacji. Dzięki temu, społeczność mieszkańców jest bardzo zintegrowana i wszyscy traktują osiedla jak dom.

Sebastian Barandziak, prezes zarządu Dekpol Deweloper

Duże zainteresowanie zakupem projektów w celach inwestycyjnych widzimy od wielu lat. Taki trend utrzymywał się również w minionym roku. Dlatego w ramach szerokiej oferty przygotowujemy różne projekty, które są atrakcyjne dla tego rodzaju klientów. Wybierają oni inwestycje zlokalizowane w ścisłym centrum Gdańska, jak np. Grano Residence, które są przeznaczone pod najem krótkoterminowy. Dużą popularnością cieszą się także inwestycje powstające w tzw. sypialni Gdańska i przeznaczone pod najem długoterminowy. W tym zakresie proponujemy lokale m.in. w Osiedlu Pastelowe w dzielnicy Łostowicach czy Osiedlu Zielone w Jasieniu. Na terenie Gdańska najtańsze mieszkanie jest dostępne w Osiedlu Pastelowe w cenie około 350 tys. zł brutto. Tańsze propozycje, już od 230 tys. zł klienci znajdą w ramach inwestycji zlokalizowanej w Rokitkach koło Tczewa.

Autor: Dompress

Rezerwa Federalna wkracza do akcji. Indeksy zwyżkują

Na początku marca pisaliśmy w komentarzu o tym, że Wall Street liczy na pomoc Fed, przez zwiększenie presji na cięcie stóp procentowych za oceanem. Wczoraj Rezerwa Federalna, po raz pierwszy od 12 lat, wykonała obniżkę stóp procentowych między posiedzeniami o 50 punktów bazowych. Był to tzw. emergency cut, aby już teraz przeciwdziałać skutkom wpływu epidemii koronawirusa na amerykańską gospodarkę. Rynki liczą również na podobne działanie po drugiej strone Atlantyku, dając 90 proc. szans, że Europejski Bank Centralny obniży stopę depozytową w przyszłym tygodniu.

Jak pokazują kontrakty na amerykańskie indeksy, dziś rynek kasowy wzrośnie po otwarciu. Kontrakt na indeks DoW Jones rośnie o 2,2 proc., S&P 500 idzie w górę o 1,9 proc., a Nasdaq 100 o niecałe 2 proc. Co ważne, cofa się kontrakt na indeks strachu VIX, zmniejszając oczekiwaną zmienność na rynku akcji w USA. Z punktu widzenia danych z gospodarki, pozytywnie na nastroje mogły wpłynąć również dane o zmianie zatrudnienia w sektorze prywatnym w lutym. Według raportu ADP zatrudnienie wzrosło o 183 tys. nowych etatów przy konsensusie rynkowym na poziomie 170 tys..

Z poszczególnych spółek warto zwrócić uwagę ponownie na Home Depot. HD otrzymała wyższą rekomendację od Nomury, z neutralnej do kupuj. Akcje dziś drożeją o około 2 proc. Cena docelowa została podniesiona z 240 USD do 251 USD (obecnie 233 USD). Argumentem za zmianą nastawienia ma być m.in. spadek stóp procentowych, jako dodatkowy bodziec popytowy, który z kolei może zrównoważyć wszelkie zakłócenia spowodowane koronawirusem. HD ma na Wall Street 19 rekomendacji kupna, 12 trzymaj i 2 sprzedaj. 25 lutego spółka opublikowała wyniki, które przekroczyły oczekiwania analityków na Wall Street.

Spółką, która dziś się pozytywnie wyróżnia w indeksie Dow Jones Industrial Average, jest Unitedhealth Group. Wzrost ceny akcji spółki o wartości prawie 280 mld dolarów wynosi dziś ponad 10 proc. Spółka działa w sektorze opieki zdrowotnej, w tym obsługuje duże, małe i średnie przedsiębiorstwa czy osoby prywatne. Posiada również usługi w zakresie konsultingu dla całego sektora opieki zdrowotnej, agencji rządowych, jak i organizacji i całych szpitali. Pod względem kapitalizacji UNH znajduje się w pierwszej dziesiątce spółek z DJIA.

Rynek wydaje się zatem już teraz bardzo spokojny, po awaryjnym cięciu stóp procentowych przez Fed i wie, że są szanse na ewentualne dalsze kroki, jeśli sytuacja w najbliższych dwóch tygodniach się nie ustabilizuje. Do tego mogą dojść działania z zakresu polityki fiskalnej, ponieważ mamy również w USA rok wyborczy, a obniżki podatków mogłyby być dobre i dla obywateli i dla rynków.

Departament Zarządzania Aktywami, Copernicus Capital TFI S.A.

home.pl podbija Europę

Rumunia, Bułgaria i Węgry to kraje, w których największy w Polsce dostawca usług internetowych już prowadzi sprzedaż. W kolejnych miesiącach home.pl wejdzie do Czech i na Słowację. Zagraniczna ekspansja popularnego hostingodawcy nabiera tempa.

Docelowo firma chce do 2025 roku prowadzić sprzedaż i wspierać ebiznes na co najmniej 15 europejskich rynkach. Na miejsce zagranicznego debiutu home.pl wybrał Rumunię. Sprzedaż ruszyła tam w połowie 2019 roku, a oferta firmy spotkała się ze sporym zainteresowaniem tamtejszych klientów.

– Zaczęliśmy od Rumunii, co było następstwem analizy potencjału rynku małych i średnich firm w zakresie informatyzacji i wykorzystania nowoczesnych technologii internetowych – mówi Marcin Kuśmierz, prezes home.pl.

Zagranicą home.pl posługuje się marką IONOS należącą do globalnej grupy United Internet, której home.pl jest częścią. IONOS to rozpoznawalny w świecie brand, który obecny jest m.in. w Austrii, Francji, Wielkiej Brytanii, Niemczech, Włoszech, Meksyku i Stanach Zjednoczonych. Teraz do tej grupy dołączyły – prócz wspomnianej Rumunii – także Węgry i Bułgaria. Za wprowadzenie tam biznesu i jego rozwój odpowiada właśnie home.pl.

– Bułgaria i Węgry to kraje z wysokim wzrostem PKB i potencjałem w zakresie transformacji cyfrowej. W obu przypadkach strategie rządowe aktywnie wspierają rozwój sektora nowych technologii, a małe i średnie firmy są ich głównymi beneficjentami. Chcemy być ich partnerem w zakresie wykorzystania nowych technologii informatycznych – komentuje Marcin Kuśmierz.

Na Węgrzech i w Bułgarii funkcjonuje ponad 1,1 mln małych i średnich firm. Kraje te są znane dzięki technologicznym start-upom o globalnym zasięgu. Pochodzą stamtąd m.in. pCloud, AImotive czy Prezi.

Na każdym z nowych, zagranicznych rynków marka IONOS już na starcie posiada najszerszy katalog rozwiązań biznesowych w chmurze. W ofercie – prócz szeregu aplikacji takich jak antywirusy, G Suite i Office 365 – znajdują się także domeny i hostingi, certyfikaty SSL i kreatory stron WWW. Oprócz usług własnych firma posiada w portfolio produkty kilkudziesięciu międzynarodowych dostawców oprogramowania w chmurze m.in. Dropbox, Google czy Microsoft. Wkrótce udostępni też cyfrowe materiały edukacyjne i konsultacje dla rodzimego biznesu.

– Na zagranicznych rynkach oferujemy wsparcie techniczne w lokalnych językach i rozwiązania dopasowane do potrzeb i realiów tam panujących – mówi Marcin Kuśmierz.

Po doświadczeniach pierwszych trzech zagranicznych przyjdzie czas na kolejne. W planach firma ma rozpoczęcie świadczenia usług w Czechach i na Słowacji. Stanie się to prawdopodobnie w drugim kwartale bieżącego roku.

Oferta home.pl skierowana do klientów w Rumunii, Bułgarii i na Węgrzech dostępna jest w serwisach internetowych: ionos.ro, ionos.bg i ionos.hu.

Spowolnienie gospodarcze o wiele głębsze niż początkowo prognozowano

Prognozy dla polskiego PKB w 2020 r. są coraz gorsze i będą się jeszcze wielokrotnie zmieniać. Niepewność narasta i możliwe, że wzrost gospodarczy spadnie do 3 proc.

W 2018 r. dynamika PKB była bardzo wysoka, wynosiła 5,1 proc. W minionym roku była o prawie 1 pkt. proc. gorsza, choć nadal wysoka jak na kraje UE. Teraz wiele ośrodków badawczych zgłasza korekty do swoich prognoz, obniżając swe przewidywania.

Mamy dużo czynników zewnętrznych, które wpłynęły na obniżenie prognoz dla polskiego PKB. To sytuacja gospodarcza w krajach UE, konsekwencje brexitu, które dopiero są przed nami i skutki wojen handlowych. Natomiast nie uwzględniono jeszcze konsekwencji koronawirusa, bo jest zbyt wcześnie, aby je określić.

– Negatywne czynniki wewnętrzne związane są z tym, że nie będzie już tak wysokiego impulsu wzrostowego ze strony konsumpcji, bo poziom świadczeń społecznych, który był odpowiedzialny za wzrost tych wydatków stabilizuje się – mówi w rozmowie z MarketNews24 Bohdan Wyżnikiewicz, prezes Instytutu Prognoz i Analiz Gospodarczych, były prezes GUS.

Coraz większym zagrożeniem w bliskiej przyszłości będą bardzo niskie obecnie inwestycje przedsiębiorstw. To będzie czynnik ograniczający konkurencyjność polskiej gospodarki.

Prognozy dotyczące 2020 r. prawdopodobnie będą się jeszcze zmieniać i to w istotnym stopniu, zwłaszcza że niepewność jest coraz większa.

– Powinniśmy spodziewać się wzrostu PKB w granicach 3,0-3,4 proc. – ocenia B.Wyżnikiewicz.

5 alarmujących infografik o sytuacji kobiet na rynku pracy

Kobieta, która rodzi dziecko, nigdy nie dorówna swoimi zarobkami kobietom bezdzietnym. Bycie ojcem nie wpływa na wysokość zarobków. Sytuacja matek jest najgorsza, ale kobietom na całym świecie jest trudniej na rynku pracy niż mężczyznom o takich samych kwalifikacjach.

W skali globalnej sytuacja kobiet na rynku pracy ulega poprawie od drugiej połowy XX wieku, a jednak dane wciąż szokują. Kobiety mniej zarabiają. Bycie kobietą obniża szanse na sukces podczas rekrutacji, a matka po 10 latach od urodzenia dziecka zarabia średnio 20% mniej niż kobieta, która nie zdecydowała się mieć potomstwa. Eksperci rankomat.pl, największej polskiej porównywarki ubezpieczeń i usług finansowych, przypatrują się danym o zarobkach i zatrudnieniu kobiet.

W ponad połowie krajów świata kobiety wciąż nie mogą wykonywać tych samych zawodów, co mężczyźniCzy niekarmiące i nieciężarne kobiety mogą wykonywać te same zawody co mężczyźni_v1

Na mapie zaznaczono na zielono kraje, w których kobiety osiągnęły pełną równość wykonywania wszystkich zawodów. W 2017 roku, kiedy przeprowadzono to badanie po raz ostatni, takich krajów było zaledwie 45% na świecie. Do państw, w których występują nierówności płciowe (choćby niewielkie), zaliczają się również demokratyczne europejskie kraje rozwinięte takie jak Czechy czy Francja.

Przyczyny są różne, w części krajów powodem są przepisy wyraźnie zakazujące wykonywania kobietom niektórych prac. Przykładowo w Rosji tylko mężczyzna może zostać maszynistą w metrze (zmiana ma nastąpić w 2021), na Białorusi obowiązuje zakaz pracy kobiet z materiałami szkodliwymi dla zdrowia. Kobiety również (pomimo braku barier prawnych) nie są zatrudniane z pewnych zawodach ze względu na stereotypy oraz tradycyjne role płciowe. Kobiety częściej wykonują prace związane z opieką nad chorymi i dziećmi (odpowiednio 89% i 95% wszystkich zatrudnionych w tych branżach to kobiety). Tymczasem zatrudnienie kobiet w przemyśle nie przekracza 17%, a na stanowiskach związanych z nowymi technologiami wynosi zaledwie 25%.

Ślepa rekrutacja wyrównuje szanse kobiet na rynku pracy Jak ślepa rekrutacja wpływa na szanse mężczyzn i kobiet na sukces w procesie rekrutacyjnym_v1

Kobiety odnoszą większy sukces na rynku pracy, jeśli rekruterzy nie znają płci kandydatów starających się o nowe stanowisko. Różnica to nawet blisko 60% więcej szans na zatrudnienie, kiedy rekrutacja przeprowadzona jest w trybie “ślepym”.  Nawet kiedy na danym rynku nie ma formalnych przeszkód, żeby kobiety wykonywały dowolny zawód, nierówności płciowe nie zawsze zupełnie znikają. Zatrudniający, świadomie bądź podświadomie kreują bariery, faworyzując mężczyzn w procesie rekrutacyjnym.

Wykres pokazuje, jak zmieniał się procent zatrudnionych kobiet, kiedy w rekrutacji ukryto tożsamość (w tym płeć) kandydatów. Badanie przeprowadzono w orkiestrach symfonicznych w Stanach Zjednoczonych.

Większość znanych orkiestr symfonicznych w Stanach Zjednoczonych zmieniło zasady przesłuchań muzyków w latach 70tych i 80tych czyniąc je bardziej wyrównanymi i ustandaryzowanymi.

Wprowadzony dodatkowe zasady mające na celu bezstronny płciowo wybór. Płeć muzyka mogła zostać ukryta przed komisją. Nie wszystkie przesłuchania przeprowadzone były w trybie “ślepym” (czyli z ukrytą tożsamością uczestników). Te same kandydatki uczestniczyły w ślepych i tradycyjnych rekrutacjach, dzięki temu można porównać jakie szanse na sukces miały w obu przypadkach.

W tradycyjnej rekrutacji (komisja znała płeć kandydatów) jedynie 1,7% ze startujących kobiet zostało zatrudnionych, podczas gdy wśród mężczyzn aż 2,7% odniosło sukces. 2,7% spośród tych samych kobiet odniosło sukces w ślepej rekrutacji. U mężczyzn różnice pomiędzy ślepymi a tradycyjnymi rekrutacjami są niewielkie, natomiast dla kobiet szanse na sukces wzrosły niemal o 60%. Obecnie ślepe rekrutacje zyskują na popularności. Na taką formę poszukiwania nowych kandydatów zdecydowało się między innymi BBC. Jest to sposób na wyrównywanie szans na rynku pracy bez uciekania się do pozytywnej dyskryminacji (takiej jak parytety).

Równość płci w trendzie wzrostowymLuka płacowa w wybranych krajach_v1

W skali świata nierówności płac mężczyzn i kobiet zmniejszają się. Wciąż są znaczące, ale mniej przytłaczające niż w roku 1970. W szczególności ogromną poprawę widać na rynku brytyjskim oraz w Stanach Zjednoczonych, jednak tam wyjściowy poziom nierówności był szczególnie wysoki.

Luka płacowa według OECD (liczona jako różnica średniego wynagrodzenia kobiet i mężczyzn) dla Wielkiej Brytanii w roku 1970 wynosiła 47,6%, w roku 2016 spadła do 16,8%. W Stanach Zjednoczonych od roku 1973 do 2016 nastąpił spadek z 38,1% do 18,1%. Natomiast dla Francji w roku 2002 wynosiła 13,3%, w roku 2014 spadła do 9,9%.

Nierówności płacowe związane z posiadaniem dzieci, czyli kara za macierzyństwo (motherhood penalty)Wpływ posiadania dzieci na zarobki (kobiety)_v1 Wpływ posiadania dzieci na zarobki (mężczyźni)_v1

Zmniejszająca się luka płacowa działa na korzyść kobiet, ale nie wyrównuje szans matek na rynku pracy.

Badania przeprowadzone w Danii (warto zauważyć, że to kraj cechujący się wysoką równością płci) pokazały, jakie są prawdziwe konsekwencje macierzyństwa. Po urodzeniu dziecka, zarobki kobiet gwałtownie spadają i już nigdy nie zrównają się z dochodami kobiet bezdzietnych. W przypadku mężczyzn nie widać wpływu narodzin dziecka na wysokość wynagrodzeń ani na dynamikę ich wzrostu.

Wykres pokazuje zmiany w wynagrodzeniu kobiet i mężczyzn po narodzinach dziecka. Punktem odniesienia jest wynagrodzenie odnotowane przed narodzinami dziecka, a więc przed momentem, kiedy możemy obserwować skutki narodzin na wysokość zarobków. Powody, dla których obserwujemy “karę za macierzyństwo” mogą być różnorakie. Często po narodzinach dziecka kobiety decydują się na zmianę pracy na taką, która pozwoli im na wcześniejsze powroty do domu, są mniej skłonne do pozostawania w pracy w godzinach nadliczbowych, w niektórych przypadkach rezygnują z awansu lub zupełnie rezygnują z pracy zawodowej.

Przeszkoda, której nie dało się pokonaćNierówność związana z dziećmi a nierówność związana z wykształceniem-_v1

Nierówność płacowa będąca konsekwencją posiadania dzieci jest dziś większa niż w roku 1980. Dzieje się tak mimo faktu, że luka płacowa zmniejsza się. Kolejne kraje znoszą lub łagodzą bariery prawne dla kobiet na rynku pracy (Rosja i Białoruś zmniejszą do roku 2021 liczbę zawodów, których wykonywanie przez kobiety jest zabronione). Firmy zaczynają sięgać po rozwiązania umożliwiające “ślepe” rekrutacje, aby wyrównać szanse kobiet i mężczyzn w walce o stanowisko.

Wykres pokazuje strukturę zmniejszającej się nierówności płacowej płci (luki płacowej). Podczas gdy zdecydowanie zmniejszyła się nierówność będąca wynikiem różnic w wykształceniu oraz nierówność, której źródłem były inne czynniki (bariery prawne, stereotypy), to nierówności będące wynikiem macierzyństwa utrzymują się na tym samym poziomie, a nawet lekko wzrastają w porównaniu do lat 80tych. Warto dodać, że dane te pochodzą z Danii, kraju który ma najwyższy odsetek pracujących matek na świecie (82%) oraz szeroko rozbudowany system wspierania kobiet po urodzeniu dziecka na rynku pracy (urlop tacierzyński, bezpłatna opieka nad dziećmi w państwowych żłobkach i przedszkolach).

W tekście wykorzystano następujące źródła danych:

Dane o zatrudnieniu OECD,

Dane The National Center for Women & Information Technology (NCWIT),

Dane The World Bank,

Dane National Women’s Law Center,

Badanie autorstwa Henrik Kleven, Camille Landais, Jakob Egholt Søgaard, styczeń 2018, Children and Gender Inequality: Evidence from Denmark,

Badanie CLAUDIA GOLDIN AND CECILIA ROUSE, wrzesień 2000, Orchestrating Impartiality: The Impact of “Blind” Auditions on Female Musicians.

Różnorodność wspiera innowacje. Ale w działach B+R kobiety wciąż stanowią mniejszość

Obszar innowacyjności pozostaje zdominowany przez mężczyzn. Z „Międzynarodowego Barometru Innowacji” opracowanego przez Grupę Ayming wynika, że niemal połowa kadry zarządzającej uważa, że różnorodność w miejscu pracy nie jest ważna. W przypadku kierowników zespołów B+R odsetek ten wynosi 35 proc. Osoby na najwyższych stanowiskach często nie są dostatecznie świadome korzyści wynikających z różnorodności pracowników dla generowania innowacyjnych rozwiązań.

Z badania Kantar* wynika, że w ponad połowie firm, które prowadzą w Polsce działalność innowacyjną, kobiety stanowią mniej niż 15 proc. członków zespołów badawczo-rozwojowych. W co piątej firmie odsetek kobiet wynosi od 15 do 50 proc., a tylko u 7 proc. przedsiębiorców zespoły B+R składają się w większości z kobiet. Na tym tle ciekawie prezentuje się przypadek Francji, gdzie – według „Międzynarodowego Barometru Innowacji” Grupy Ayming – 16 proc. respondentów deklaruje, że ich zespoły składają się w całości z kobiet. Z kolei w Kanadzie w większości zespołów B+R kobiety zajmowały od 26 do 50 proc. stanowisk.

Kobiety w innowacjach

Innowacje powstają dzięki umiejętnościom pracowników, a połączenie doświadczeń zróżnicowanej kadry pozwala podejmować lepsze decyzje oraz efektywniej zarządzać kompleksowymi wyzwaniami. Tymczasem to mężczyźni zajmują większość stanowisk związanych z obszarem B+R, a różnorodność płciowa jest często uznawana za niemającą wpływu na sukces innowacji. Firmy powinny stosować różne strategie zachęcające kobiety do podjęcia pracy w obszarze badań i rozwoju oraz tworzyć instrumenty motywujące je do podążania tą ścieżką kariery. Jak to zrobić? Według respondentów „Międzynarodowego Barometru Innowacji” najlepszym sposobem jest stosowanie przejrzystej ścieżki kariery – uważa tak 40 proc. osób.

– Dostępność talentów to największa siła napędowa B+R. Im firma ma ich więcej, tym więcej środków może zainwestować w działania proinnowacyjne. Nie można planować budżetu na działania B+R bez znalezienia i zatrudnienia odpowiednich osób. Jednak dostęp do odpowiednich specjalistów bywa ograniczony. Dlatego tak ważne jest zachęcanie kobiet do studiowania na kierunkach ścisłych, inżynieryjnych i technicznych, a na dalszym etapie – do zajmowania stanowisk związanych z badaniami i rozwojem, co pomoże poszerzyć grupę talentów – dodaje Agnieszka Hrynkiewicz-Sudnik, Dyrektor Obszaru Podatków i Innowacji w Ayming Polska.

Z politechniki do biznesu

W raporcie „Kobiety na Politechnikach”, przygotowanym przez Fundację Edukacyjną „Perspektywy”, czytamy, że w latach 2015-2018 udział kobiet wśród studentów uczelni technicznych wyniósł 37 proc. (dekadę wcześniej było to około 30 proc.). W roku akademickim 2017/2018 najmniej studentek wybrało kierunki związane z elektrotechniką, mechatroniką, automatyką, mechaniką i budową maszyn (udział kobiet wyniósł od 6 do 9 proc.), a najwięcej – architekturę wnętrz i architekturę krajobrazu (odpowiednio 89 i 83 proc.) oraz biotechnologię i chemię (po 76 proc.). Inżynierię chemiczną i procesową wybrało 65 proc. studentek, a na zarządzaniu i inżynierii produkcji niemal połowę studentów stanowiły kobiety.

Studentki na uczelniach technicznych nie natrafiają na wiele przeszkód. Na pewno problemem jest to, że kobiety często myślą, że nie będą tak dobre w przedmiotach ścisłych, jak mężczyźni. Zmiana myślenia nie leży tylko po ich stronie. Każdy powinien zmienić swój sposób postrzegania udziału kobiet nie tylko w obszarze STEM (z ang. Science, Technology, Engineering, Mathematics), ale także w biznesie. Coraz więcej organizacji powinno tworzyć kulturę organizacyjną, która ceni różnorodność oraz zapewnia otwarty dostęp do możliwości i rozwoju dla obu płci – stwierdza inżynier Karolina Łukasik, Starszy Konsultant w Dziale Innowacji, Ulg i Dotacji w Ayming Polska.

Zmiana podejścia zarządów

Zachęcanie kobiet do podjęcia pracy w obszarze badań i rozwoju jest ważne, jednak w pierwszym kroku należy dostrzec wartość różnorodności płci w organizacji. Ma ona bezpośrednie przełożenie na zróżnicowanie umiejętności całego zespołu i wzmocnienie tak pożądanych cech, jak empatia, komunikacja czy kreatywność. Różnorodność płciowa nie jest uznawana za czynnik wspierający innowacje – co zaskakujące – zwłaszcza przez osoby, które mogłyby najwięcej na niej skorzystać, czyli przez kadrę zarządzającą. 41 proc. ankietowanych przez Grupę Ayming CEO i CFO przyznało, że obecność kobiet w zespołach badawczo-rozwojowych nie ma przełożenia na wzrost innowacyjności organizacji.

Musimy zmienić postrzeganie znaczenia różnorodności płciowej, a sposobem na to jest odpowiednie uświadamianie kadry zarządzającej. Przykład musi iść z góry. Bardzo ważne jest wspieranie rozwoju zawodowego kobiet, ponieważ ich kompetencje stanowią istotny wkład w funkcjonowanie każdej firmy. Niemniej istotna jest większa elastyczność czasu pracy w momencie, gdy na horyzoncie pojawi się kwestia wychowania dzieci” – tłumaczy Magdalena Burzyńska, Dyrektor Zarządzający Ayming Polska.

* Badanie Kantar na zlecenie Ayming Polska, zrealizowane metodą CATI od 30 kwietnia do 30 maja 2019 r. wśród 100 firm zatrudniających ponad 50 pracowników.

„Międzynarodowy Barometr Innowacji” powstał na podstawie szczegółowej ankiety przeprowadzonej w drugiej połowie 2019 r. wśród 300 ankietowanych – CFO, kadry zarządzającej, właścicieli firm i ekspertów B+R – w 12 krajach: w Belgii, Kanadzie, Czechach, Francji, Irlandii, Włoszech, Polsce, Portugalii, Słowacji, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii i w Stanach Zjednoczonych.

Niespodziewana obniżka stóp procentowych w USA

Mamy już prawdopodobnie zamknięty temat największej niespodzianki na rynkach finansowych tego kwartału. Obniżka stóp procentowych o dwa poziomy w USA raczej nie zostanie przebita. Co ciekawe, zaskoczyło to znacznie bardziej analityków niż inwestorów. Najwyraźniej ludzie, którzy popierali własne prognozy swoimi pieniędzmi, mieli znacznie lepsze rozeznanie.

Dobry początek tygodnia dla złotego

Po wyraźnej przecenie przyszedł czas na korektę. Na początku tygodnia złoty był na niewidzianym od października poziomie niemal 4,34 zł za euro. Dzisiaj oglądamy je poniżej 4,30 zł. Mocniej staniał dolar, którego przecena sięgnęła aż 7 groszy. Jest to wynikiem silnego ruchu na EURUSD osłabiającego dolara względem europejskiej waluty. Skoro dolar tracił do euro, a euro traciło do złotego, to dolar tracił zdecydowanie mocniej względem złotego niż euro.

Niespodzianka dla analityków, a nie rynków

Niespodziewana obniżka stóp procentowych w USA to coś, co rozpaliło do czerwoności analityków. Pamiętajmy, że obniżono je na nadzwyczajnym posiedzeniu i to od razu o 0,5%, podczas gdy typowa zmiana FED wynosi 0,25% i bardzo rzadko wykonywana jest podwójna. Znacznie częściej są to ciągi zmian na kolejnych posiedzeniach. Co takiego wydarzyło się, że doszło do tej decyzji? Powodem są zmiany prognoz w światowej gospodarce. Mówiąc wprost, wstrzymana produkcja w Chinach z powodu koronawirusa powoduje, że świat (a w tym USA) nie będą się rozwijać tak szybko, jak sądzono. Jak zareagowały rynki? Delikatnie mówiąc sennie. Dolar, co prawda, wyraźnie tracił od wielu dni, co było po części pokłosiem plotek o możliwej zmianie, aczkolwiek przewidywana skala była znacznie mniejsza. Po samej decyzji dolar tracił na wartości ledwo powyżej pół centa względem euro.

Co zrobi RPP

Dzisiaj poznamy decyzję Rady Polityki Pieniężnej w sprawie stóp procentowych w Polsce. Analitycy są zgodni co do dwóch rzeczy. Po pierwsze decyzja będzie o utrzymaniu stóp procentowych na niezmienionych poziomach. Po drugie pojawi się głos nawołujący do obniżki stóp procentowych, jak zresztą co posiedzenie. Patrząc na spadki dynamiki wzrostu PKB i sytuację na świecie członkowie postulujący podwyżkę stóp procentowych w związku z wyskokiem inflacji mogą się wstrzymać od głosowania tego wniosku. Patrząc na rozwój sytuacji inflacja może być bowiem faktycznie przejściowa, a Rada nie lubi zmieniać stóp procentowych jeżeli nie jest do tego zmuszona.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Polska wschodzącą gwiazdą na światowej mapie producentów gier wideo

Firma Try Evidence przygotowała raport na temat stanu polskiej branży gier wideo. Dane pokazują, że gry wideo stanowią obecnie jeden z najważniejszych „towarów eksportowych” Polski. Rok 2020 może być najważniejszy od momentu, gdy Wiedźmin 3 i Dying Light podbiły światowe rynki.

Z raportu „Przekrój polskiej branży gier wideo” wynika, że Polska jest wschodzącą gwiazdą na światowej mapie producentów gier, a rodzime rozwiązania technologiczne należą do światowej czołówki i potrafią wyznaczać nowe trendy.

Ubiegły rok był przysłowiową „cisza przed burzą”. W roku 2020 premierę będzie miała jedna z najbardziej oczekiwanych gier w historii –  tworzony w Polsce Cyberpunk 2077 od CD Projekt Red. Możliwe, że na rynku pojawi się także Dying Light 2 od Techland, choć jego premiera została przesunięta na niesprecyzowany termin.

CD Projekt Red, wyceniany na 8 mld dolarów, jest aktualnie drugą co do wartości firmą w sektorze gier w Europie, ustępuje jedynie światowemu potentatowi o kilkudziesięcioletniej tradycji – Ubisoft (9,6mld $ wyceny spółki).

Polski rynek gier wideo od lat dynamicznie rośnie. Jak wynika z podsumowania graczpospolita.pl ze stycznia 2020 roku, wartość 36 notowanych na giełdzie krajowych spółek tworzących i wydających gry wzrosła w ciągu roku z 17,7 do 32,3 mld zł. Do końca lutego, nawet w czasie rynkowej paniki spowodowanej oczekiwaną epidemią koronawirusa, spółki gamingowe głównego parkietu radziły sobie w większości lepiej niż szeroki rynek. Rynek gier już wiele lat temu prześcignął branżę filmową.  Mamy w tym swój udział. Polacy w grach są wszechstronni. Na rynek składają się zarówno firmy tworzące produkcje klasy AAA jak CD Projekt RED czy Techland, są też firmy o modelu inwestycyjnym orientowanym na współpracę z licznymi, małymi studiami, tworzącymi gry o niewielkich budżetach (grupa PlayWay), jak i działające w sektorze mobile (Ten Square Games). W Polsce tworzymy gry na wszystkie dostępne platformy i możemy konkurować z każdym zagranicznym rynkiem – ocenia Maciej Żmuda Adamski, Członek zarządu Try Evidence.

Rok 2019 pod wieloma względami był czasem przygotowywania do zmian, których efekty mają się pojawić w roku 2020. W tym roku szykuje się wiele przełomowych wydarzeń, a dużo obietnic i oczekiwań zostanie zweryfikowanych przez rynek. W nadchodzących miesiącach zobaczymy, czy niezwykle wysoko postawionym oczekiwaniom graczy sprosta CD Projekt z Cyberpunkiem 2077 i drugi raz po serii Wiedźmin dostarczy wzorcową grę RPG. Wkrótce zadebiutują nowe generacje konsol: PlayStation 5 i Xbox Series X, w bardziej dojrzałą fazę rozwoju wejdą również platformy streamingowe gier, takie jak Stadia. Z perspektywy producentów i wydawców gier to będzie kolejny rok, w którym trzeba zintensyfikować zabiegi marketingowe w celu pozyskania coraz bardziej rozproszonej uwagi graczy. Z tradycyjnymi grami w modelu „premium” rywalizują gry F2P, eSport, czy wreszcie trend „oglądania gier” w serwisach streamingowych, takich jak Twitch czy Mixer. Jednocześnie według wszystkich prognoz rynek gier wideo będzie stale rósł, a wraz z nim będzie przybywać graczy na całym świecie. Według prognoz, do 2021 roku rynek gier wideo  i gier mobilnych może przekroczyć wartość 180 miliardów dolarów – komentuje Michał Gembicki, CEO, Klabater S.A.

Raport „Przekrój polskiej branży gier wideo” nie jest skoncentrowany na wynikach finansowych spółek, na które wpływ ma wiele czynników, ale na wynikach konkretnych gier: jak sobie poradziły na rynku, do ilu graczy dotarły i jak zostały odebrane w mediach. Wiele firm tworzących gry nie jest notowanych na giełdzie. Twórcy raportu dotarli także do takich spółek.

Pełna treść raportu do pobrania: https://tryevidence.com/raport-przekroj-polskiej-branzy-gier-wideo-01-2020/

Notino z przychodem 384 milionów euro

Obroty największego w Europie e-sklepu z perfumami i kosmetykami Notino, dawniej znanego w Polsce jako iperfumy.pl, wzrosły o 17% w porównaniu do ubiegłego roku. Firma przyciągnęła 2,1 miliona nowych klientów oraz osiągnęła sprzedaż na poziomie 384 milionów euro, o 56 milionów więcej niż w 2018 roku.  Jest to najlepszy wynik w ciągu 15 lat funkcjonowania Notino na rynku europejskim.

Firma zanotowała rekordowy rok pod względem liczby sprzedanych produktów. „W 2018 roku sprzedaliśmy w Europie 29 milionów produktów, natomiast w ubiegłym roku liczba ta wyniosła o 20% więcej, czyli 35 milionów, z czego największą część, bo aż 6 milionów stanowiły perfumy.” – powiedział Zbyněk Kocián, dyrektor zarządzający Notino. Rośnie również zainteresowanie klientów kosmetykami do pielęgnacji skóry i makijażu, a także wzrasta zapotrzebowanie na produkty do pielęgnacji włosów oraz zapachy do domu.

Najbardziej udanym, pod względem sprzedażowym, dniem w roku był tak jak poprzednio Black Friday, który przypadł na 29 listopada 2019 roku. „W Black Friday zrealizowaliśmy 100 000 zamówień w całej Europie i sprzedaliśmy 400 000 produktów, co daje około 280 produktów na minutę” – powiedział Tomáš Hofer, dyrektor logistyki w Notino.

Obecnie Notino działa w 24 krajach. Ponadto w zeszłym roku firma weszła na rynek w Szwajcarii i Rosji. „Rosja stanowi dla nas największe wyzwanie pod względem logistyki. Podczas gdy w 2018 roku, paczka z zamówieniem dotarła najdalej do Hiszpanii, teraz musi pokonać dwa razy dłuższą drogę – ponad 8000 kilometrów do regionu Sachalin” – dodał Hofer.

W 2019 roku firma rozszerzyła również swoją sieć sklepów stacjonarnych i punktów odbioru zamówień. Pierwsze sklepy zostały otworzone w Bułgarii i Austrii dzięki czemu zakupy stacjonarnie można zrobić i odebrać już w 9 krajach. W Polsce Notino ma 8 sklepów w 7 miastach: w Warszawie, Poznaniu, Krakowie, Katowicach, Gdańsku, Wrocławiu i Łodzi.

W tym roku europejski lider branży beauty e-commerce planuje rozbudowę i modernizację istniejących sklepów stacjonarnych, rozszerzenie asortymentu, uruchomienie drugiego magazynu oraz zwiększenie sieci kanałów dystrybucji w całej Europie.

Notino w 2019 roku w liczbach:

  • Przychody ze sklepu internetowego Notino wyniosły 384 milionów euro. Jest to wzrost o 17% w porównaniu do minionego roku.
  • Notino przyciągnęło 2,1 miliona nowych klientów.
  • Firma sprzedała 35 milionów produktów, o 6 milionów więcej niż w 2018 roku.
  • Najbardziej udanym dniem pod względem sprzedażowym był Black Friday (29.11.2019 r.) – 400 000 produktów i 100 000 zamówień.

Cyberprzestępcy grają z nami w chowanego, zagrożony przemysł i urzędy

Cyberprzestępczość rozwija się równie szybko jak nowoczesne technologie. Gdy firmy instalują nowe zabezpieczenia, hakerzy nie próżnują i znajdują coraz to nowsze sposoby na skuteczne cyfrowe oszustwa i wymuszenia. Co więcej, coraz częściej wykorzystują metody służące do maskowania swoich działań – wynika z najnowszego raportu VMware Carbon Black “2020 Cybersecurity Outlook”. Cyberataki udają zaufane procesy, standardowy ruch sieciowy i  jak podają autorzy badania, najbardziej na te naruszenia podatne są dzisiaj instytucje publiczne, firmy energetyczne i przemysł.

Firma VMware, lider w dziedzinie nowoczesnego oprogramowania dla biznesu, opublikowała właśnie swój najnowszy raport poświęcony krajobrazowi współczesnych cyberzagrozeń. VMware Carbon Black “2020 Cybersecurity Outlook” ukazuje najpopularniejsze techniki i sposoby cyberataków zaobserwowane w ciągu ostatniego roku. Oto najważniejsze wnioski:

  • Omijanie zabezpieczeń: na 2000 analizowanych cyberataków, ponad 90 proc. imituje standardowe zachowania ruchu sieciowego, zaufane procesy lub po prostu dezaktywuje rozwiązania zabezpieczające.
  • Ransomware znowu na topie: jest to kategoria złośliwego oprogramowania, zaprojektowanego aby blokować dostęp do komputera, dopóki odpowiednia suma okupu nie zostanie uiszczona na konto przestępcy. W ciągu ostatniego roku hakerzy chętniej sięgali po tę metodę niż rok wcześniej. W 95 proc. przypadków ataki te były maskowane.
  • Geopolityka sprzyja hakerom: z raportu wynika, że w ciągu ostatniego roku kamuflowane ataki ransomware dotknęły przede wszystkim instytucje publiczne oraz organizacje z takich branż jak energetyka i przemysł. Zdaniem autorów to wynik uboczny rosnących na świecie napięć politycznych.
  • Czysta destrukcja w cenie: ataki typu „wiper”, czyli takie, które mają wymazywać wszystkie pliki oraz dane zyskują na popularności. Hakerzy z takich krajów jak np. Iran doceniają destruktywne korzyści płynące ich efektów. Ataki te również są maskowane. 64 proc. analizowanych próbek stosowało metody maskujące.

Cyberzagrożenia rozwijają się dzisiaj szybciej niż są w stanie za nimi nadążyć działy bezpieczeństwa. Gonimy króliczka i choć w tej grze akurat chodzi o to, żeby go złapać, to przy obecnym podejściu to się nie uda. Choćby dlatego, że zawsze będą tzw. podatności dnia zerowego, czyli luki w systemie, których nikt jeszcze nie opublikował, więc dla których też nikt nie opublikował rozwiązania. Króliczek jest więc zawsze o krok przed nami – komentuje Stanisław Bochnak, strateg ds. biznesowych w VMware Polska. Musimy zmienić reguły gry. Zamiast gonić złego króliczka, wykorzystajmy nasze przewagi tj. znajomość naszego środowiska, naszych aplikacji, tego jak się zachowują i co jest normalnym stanem. I taki dobrze znany, bezpieczny stan chrońmy na każdym poziomie infrastruktury – we własnym centrum danych i w chmurze, wszędzie w taki sam sposób – dodaje

Sojusznik na wagę bezpieczeństwa

Z istniejących zagrożeń i wyzwań przedstawiciele kadry zarządzającej w firmowych działach IT i departamentach bezpieczeństwa doskonale zdają sobie sprawę. Jak wykazały jednak analizy VMware, przeprowadzone we współpracy z Forrester Consulting, ponad 74 proc. z nich jest zgodnych, że ich działy nie podejmują w tym zakresie odpowiedniej i koniecznej współpracy.

Broniąc swoje dane, musimy przestać myśleć o tym, jak samodzielnie to osiągnąć. Poszczególne działy w firmach muszą budować odpowiednie relacje z zespołami IT. Nadszedł czas na współpracę. Dzisiaj firmowe działy nie mogą już sobie pozwolić na rozwiązanie problemu cyberbezpieczeństwa samemu – komentuje Rick McElroy, jeden z autorów raportu VMware Carbon Black. Potrzebujemy zespołów IT, aby szukać rozwiązań bezpieczeństwa, które są wbudowane w każde narzędzie w firmie. Czas, aby bezpieczeństwo stało się częścią naszego organizacyjnego DNA. Czas, aby bezpieczeństwo stało się nieodłącznym elementem naszego procesu tworzenia, wdrażania i utrzymywania technologii – dodaje.

Badania VMware wykazały ponadto, że dla 55 proc. ankietowanych kierowników ds. IT i/lub bezpieczeństwa współpraca ta powinna być dla współczesnych firm jednych ze strategicznych priorytetów. 50 proc. z nich przyznało, że w ciągu kolejnych 3-5 lat zarówno działy IT, jak i bezpieczeństwa powinny wspólnie pracować nad bezpieczeństwem urządzeń pracowniczych, firmowej infrastruktury IT i zarządzaniem tożsamością użytkowników.

Czas na wbudowane bezpieczeństwo

Poważnym wyzwaniem w przypadku obu działów pozostaje jednak nadal poważny deficyt specjalistów. Prawie 50 proc. ankietowanych w badaniu VMware przyznało wprost, że ich działy są niedokadrowane. Walki z cyberprzestępcami nie ułatwia zresztą samo skomplikowanie firmowych zabezpieczeń. Według raportu „VMware & Forbes Security Research” już teraz 29 proc. firm posiada ponad 26 różnych rozwiązań dla cyberbezpieczeństwa. 83 proc. proc. organizacji zamierza zakupić nowe usługi w ciągu 3 lat.

Dzisiaj firmom potrzebne jest podejście „platformowe”, które upraszcza operacyjne zarządzenie bezpieczeństwem. 5 lat temu nasze własne IT wykorzystywało ponad 70 różnych narzędzi w obszarze bezpieczeństwa. Obecnie zmniejszyliśmy tę liczbę o połowę i cały czas pracujemy dalej, by obciąć kolejną połowę – do ok. kilkunastu, może nawet kilku narzędzi – przyznaje Bochanak z VMware – To właśnie jest obietnica, którą składamy biznesowi: radykalnie uprościmy Wasze środowisko. To też wyzwanie rzucone rynkowi cyberbezpieczeństwa: uprościmy ten rynek – konkluduje.

O raporcie VMware Carbon Black 

Badanie przeprowadzone zostało w dwóch częściach. Do pierwszej, analizującej krajobraz zagrożeń, firma wykorzystała globalnie uznany framework MITRE ATT&CK™. To dostępna na całym świecie baza wiedzy o taktyce i technikach cyberprzestępców, oparta na obserwacjach w świecie rzeczywistym. W drugiej fazie badań, firma VMware we współpracy z Forrester Consulting przeprowadziła wywiady z grupą ponad 624 przedstawicieli kadry menadżerskiej z korporacyjnych działów IT i departamentów ds. cyberbezpieczeństwa. Celem analizy było zbadanie relacji miedzy tymi oddziałami i jak wpływa ona na bezpieczeństwo firm.

STIR – Szef Krajowej Administracji Skarbowej blokuje coraz więcej kont

Rośnie liczba blokad rachunków bankowych w ramach Systemu Teleinformatycznej Izby Rozliczeniowej. Algorytm, na podstawie którego rachunki są blokowane, nie jest znany przedsiębiorcom, dlatego istnieje ryzyko nadużyć przez organy skarbowe.

To jest system, który umożliwia szefowi Krajowej Administracji Skarbowej zainicjowanie blokady rachunków firmowych, które w ocenie KAS są wykorzystywane przy wyłudzeniach skarbowych.

– Firma, która zostaje pozbawiona dostępu do własnego rachunku bankowego jest jak sparaliżowana, co może prowadzić do jej upadłości – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Jacek Matarewicz, adwokat, doradca podatkowy w Kancelarii Ożóg Tomczykowski. – Nasz niepokój budzi to, że przesłanki dotyczące blokowania rachunków są bardzo nieostre, nieweryfikowalne z punktu widzenia zaskarżalności tego bardzo dotkliwego środka.

Ten mechanizm nie powinien być stosowany w sytuacjach, gdy to kontrahenci firmy są nieuczciwi i na tej podstawie blokuje się rachunki uczciwego przedsiębiorcy. Może tak się stać, ponieważ algorytm, na podstawie którego rachunki są blokowane, nie jest znany przedsiębiorcy.

– Warto też zwrócić uwagę na kwestię dowodową, tutaj nie możemy ograniczać się do tego, że algorytm pokazał, że rachunek jest wykorzystywany do wyłudzeń – komentuje dr Jacek Matarewicz. – Ten materiał dowodowy powinien być badany przez organ, który stosuje ten środek, tak dotkliwy dla przedsiębiorcy, ważne jest, aby można było sprawdzić czy podjęte działania nie wykraczają poza ramy Konstytucji.

Przedsiębiorca powinien mieć możliwość zakwestionowania materiału dowodowego. Nie może być tak, że ograniczamy się do algorytmu, którego nikt nie zna.

Wystawcy weksli inwestycyjnych kuszą wysokimi zyskami. W razie ich upadłości inwestorzy nie są w żaden sposób chronieni

Inwestycje w weksle kuszą zyskiem 6–10 proc. w skali roku. To kilkukrotnie więcej niż w bankach na lokatach. Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów ostrzega jednak przed takimi produktami. Firmy, które emitują weksle inwestycyjne, próbują ominąć wymogi dotyczące emisji obligacji korporacyjnych. – Taka inwestycja nie jest chroniona gwarancjami Bankowego Funduszu Gwarancyjnego, w związku z czym istnieje ryzyko, że konsument nie odzyska wpłaconych pieniędzy – podkreśla Agnieszka Majchrzak z UOKiK.

Celem zwykłego weksla jest dodatkowe zabezpieczenie długu. Wątpliwości urzędu budzi fakt, że z pieniędzy uzyskanych w emisji weksla udzielane są pożyczki.

– W prawie funkcjonuje tylko pojęcie zwykłego weksla, nie ma czegoś takiego jak weksel inwestycyjny. Niektórzy przedsiębiorcy, aby ominąć wymagania dotyczące emisji obligacji korporacyjnych, wykreowali ten produkt jako nowy sposób pozyskiwania kapitału. Konsument może kupić taki weksel, a z tych pieniędzy emitent udziela przedsiębiorcom pożyczek, których zabezpieczeniem są ich nieruchomości. To transferowanie pieniędzy budzi nasze wątpliwości, bo nie wiadomo, czy konsument w ogóle odzyska pieniądze – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Agnieszka Majchrzak z Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

Zgodnie ze zmienionymi przepisami papiery wartościowe muszą zostać zarejestrowane w Krajowym Depozycie Papierów Wartościowych. Taka regulacja pojawiła się w związku z aferą z obligacjami korporacyjnymi firmy GetBack. Obowiązek ten nie dotyczy jednak weksli. Nie podlegają one również ustawie o ofercie publicznej czy o obrocie instrumentami finansowymi, pieniądze nie są więc właściwie zabezpieczone.

– Firmy, które emitują weksle inwestycyjne, próbują niejako ominąć dosyć restrykcyjne wymogi dotyczące emisji obligacji korporacyjnych, czyli np. obowiązek przedstawienia dokumentu ofertowego czy warunków emisji obligacji. W związku z tym osoba, która decyduje się na taką inwestycję, może nie mieć wystarczających informacji o ryzyku – mówi ekspertka.

Taka osoba ma za to perspektywę szybkiego wzbogacenia się, ponieważ emitenci weksli inwestycyjnych nieruchomościowych deklarują zyski na poziomie 6–10 proc.

– Firmy, które emitują takie weksle, oferują tę inwestycję jako atrakcyjną formę lokowania pieniędzy. Wielu konsumentów zamiast wybierać standardową lokatę, będzie chciało zainwestować w taki weksel inwestycyjny. Jednak apelujemy do konsumentów, bo to inwestycja obarczona dużym ryzykiem, nie jest chroniona gwarancjami Bankowego Funduszu Gwarancyjnego – ocenia Agnieszka Majchrzak. – BFG dotyczy naszych oszczędności zgromadzonych w bankach oraz w SKOK-ach do 100 tys. euro.

To oznacza, że w przypadku upadłości emitenta weksli konsumenci mogą nie odzyskać swoich pieniędzy. Urząd przygląda się tym produktom i jeżeli będą podstawy, rozpocznie postępowania wyjaśniające.

– Zawsze musimy pamiętać o ryzyku, które się wiąże z jakąkolwiek inwestycją, zwłaszcza z taką, która nam obiecuje szybki zysk. Nie ma czegoś takiego jak oferty bardzo szybkiego, bezpiecznego i pewnego zysku – przypomina ekspertka UOKiK.

Radzi, aby dokładnie przeanalizować każdą ofertę, zwłaszcza taką, która oferuje znacznie większy zysk niż np. lokata bankowa czy obligacje korporacyjne. W przypadku wątpliwości można zgłosić taką ofertę do Rzecznika Finansowego, Komisji Nadzoru Finansowego oraz UOKiK.

– Potrzebne są nam zrzuty ekranu, SMS-y, które ktoś dostał od firmy, umowa, którą zawarł, regulaminy, adres strony internetowej, numer telefonu. Im więcej informacji, tym lepiej. Prosimy każdego konsumenta o to, żeby robił zrzut ekranu oferty, którą przegląda, żeby nie informował nas enigmatycznie o jakiejś inwestycji, tylko dostarczył nam konkretne dowody. Takie informacje pozwolą nam zidentyfikować i namierzyć osoby, które mogą stać za danym procederem, i prowadzić postępowanie w sprawie – apeluje Agnieszka Majchrzak.

Pracownicy chcą się rozwijać i mieć realny wpływ na decyzje w firmach. To, obok dobrego wynagrodzenia i umowy, najważniejsze aspekty relacji pracowniczych

Rynkiem pracy od zawsze rządzą skomplikowane zależności. Dziś jednym z ważniejszych tematów z nim związanych staje się kultura organizacji zbudowana na wartościach, świadomym zarządzaniu i odpowiedzialnej kadrze menedżerskiej. Trendy te przybierają obecnie na sile i dotyczą oczekiwań pracowników, którzy szukają takich miejsc pracy, w których mogą rozwijać się zawodowo oraz czuć się z nimi związani poprzez budowanie relacji i przynależności. Pracodawcy powinni coraz lepiej zdawać sobie sprawę, że budowanie zaangażowania pracowników nie opiera się na systemie benefitów, ale przede wszystkim zależy od umiejętności liderów zespołów, którzy potrafią rozwijać ludzi i dbać o nich.

– Ludzie przede wszystkim oczekują szacunku od pracodawcy, podstawowego kontraktu i możliwości samorozwoju w pracy. Można też spojrzeć na to w kontekście tego, jak zmieniają się gospodarka, firmy i oczekiwania konsumentów. Pracownik też jest konsumentem, a konsumenci coraz mocniej naciskają na firmy, żeby zmieniały swoje praktyki, żeby produkty były bardziej ekologiczne, a firma odpowiedzialna społecznie. Te oczekiwania przenoszą również na pracę – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paulina Zadura, dyrektor Departamentu Analiz i Strategii w Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości.

Pracownicy chcą też mieć poczucie przynależności i wpływu na organizację. Tymczasem w 43 proc. polskich przedsiębiorstw decyzje dotyczące zatrudnionych są podejmowane bez konsultacji z nimi – wynika z badania „Bilans Kapitału Ludzkiego” (BKL)” realizowanego przez PARP wraz z Uniwersytetem Jagiellońskim. Jedynie 2 proc. organizacji pozostawia pracownikom podejmowanie ważnych dla nich decyzji.

– Wiele firm zapomina, że dzisiaj pracownicy chcą być zaangażowani w to, jak organizacja osiąga swoje cele. Jedną z prostych rzeczy jest umożliwienie im wpływu na to, w jaki sposób ona funkcjonuje. Zaangażowanie ich nie tylko w codzienną pracę, ale też w sukces całej firmy można osiągnąć poprzez rozmowę, docenianie działań, które szef uważa za cenne. To są proste elementy, które dzisiaj każda organizacja może wdrożyć, żeby zaangażowanie szybko wzrosło – mówi Tomasz Józefacki, członek zarządu Nais, aplikacji do doceniania i nagradzania pracowników.

Eksperci podkreślają, że kultura organizacji zbudowana na wartościach, świadomym zarządzaniu i odpowiedzialnej kadrze menedżerskiej to dziś jeden z kluczowych wymogów rynku pracy. Wynika wprost z oczekiwań pracowników, którzy szukają takich miejsc pracy, gdzie mogą rozwijać się zawodowo, ale i będą doceniani i będą czuli się związani z organizacją.

– Firmy konkurują dziś same ze sobą o pracowników, szukają ludzi i kompetencji, których na rynku brakuje. Pozycjonowanie się jako firma, która dba o pracowników, jest bardzo dobrym sposobem, aby ich pozyskać – mówi  Paulina Zadura.

Tymczasem – jak wynika z badań BKL – tylko trzy czwarte polskich firm korzysta z jakichkolwiek narzędzi zarządzania zasobami ludzkimi. Najczęściej wykorzystywanym narzędziem w tych przedsiębiorstwach są opisy stanowisk pracy – korzysta z nich połowa średnich i dużych firm, natomiast identyfikacja pracowników o wysokim potencjale odbywa się tylko w 7% z nich.

Zmianom na rynku pracy sprzyjają także zmiana pokoleniowa, gdyż urodzone w latach 80. pokolenie milenialsów i późniejsze generacje stanowią dziś najliczniejszą grupę pracowników, jak i rekordowo niskie bezrobocie, które pozwala im dyktować warunki pracodawcom.

– Powoli zaczyna już dominować pokolenie, które pojawiło się na rynku pracy po 2000 roku. Jego oczekiwania – dotyczące docenienia przez pracodawcę i dobrej atmosfery w pracy – są niezwykle istotne. Kolejny trend to rosnąca konkurencyjność organizacji. Firmy starają się być bardziej skuteczne i szybciej reagować na to, co dzieje się na rynku, szybciej wychodzić z produktami i inicjatywami. Aby móc te rzeczy dostarczać, wszystko sprowadza się do tego, jaką mamy atmosferę w pracy, w zespole najbliższych współpracowników, jak często i w jaki sposób ze sobą rozmawiamy  – mówi Tomasz Józefacki.

Badania pokazują, że w tej chwili nie są to jednak mocne punkty polskich firm. Aż 91 proc. liderów biznesowych i HR-owych deklaruje, że jakość komunikacji ma duże znaczenie dla zapewnienia pozytywnych doświadczeń pracowników, ale jednocześnie tylko 52 proc. określiło ją jako skuteczną lub bardzo skuteczną – wynika z raportu „Trendy HR 2018” opracowanego przez Randstad i Deloitte. Szwankująca komunikacja przekłada się z kolei na niezadowolenie kadry i większy stres, mniejszą efektywność pracy, pogorszenie atmosfery w zespołach oraz ogólne relacje między pracodawcą i pracownikami. Te również wymagają poprawy. Jak wynika z badania zrealizowanego przez Komitet Dialogu Społecznego KIG, Forum Odpowiedzialnego Biznesu i House of Skills, w Polsce aż 95 proc. pracowników dostrzega zjawiska, które mogą wiązać się z deficytem kapitału społecznego. Jako najbardziej problematyczne na pierwszym miejscu zostały wymienione brak przepływu informacji wewnątrz organizacji, brak zaufania i brak współpracy między zespołami.

Ważne w budowaniu dobrej atmosfery w pracy jest też przeciwdziałanie zagrożeniom wywołanym stresem, który prowadzi wprost do spadku motywacji i produktywności. Tymczasem Polacy są narodem pracującym w największym stresie – prawie co trzeci pracownik (27 proc.) twierdzi, że odczuwa go codziennie. Wśród następnych w zestawieniu pracowników francuskich i brytyjskich ten odsetek wynosi 20 proc. („The Workforce View in Europe 2018”).

– O dobrostan pracowników trzeba zadbać w sposób odpowiedzialny. To nie są wyłącznie benefity, nagrody rzeczowe czy motywowanie konkretną nagrodą. Ważniejsze jest to, żeby lider, który zarządza zespołem czy całą organizacją, był po prostu w dobrych relacjach ze swoimi pracownikami, potrafił o nich zadbać. Z badań wynika, że pracownicy deklarują potrzebę przynależności do miejsca pracy, identyfikowania się z pracodawcą. Chcą czuć się dobrze w miejscu pracy i jest to dla nich ważniejsze niż liczba benefitów – mówi Magdalena Bigaj, ekspertka Komitetu Dialogu Społecznego KIG.

Eksperci podkreślają, że – w kontekście czwartej rewolucji przemysłowej i rozwoju nowych technologii – redefinicji wymagają też wszelkie aspekty powiązane ze stosunkami pracy. Dlatego też konieczna jest szeroka publiczna debata obejmująca takie zagadnienia jak przemiany rynku pracy, modele biznesowe przedsiębiorstw, znaczenie związków zawodowych, Kodeks pracy i dobrostan pracowników.

Trendy na rynku smartfonów w 2020 roku

Rynek telefonów komórkowych osiągnął już swoją dojrzałość. Według GSMA Intelligence urządzenia te posiada aż 67% światowej populacji. Wciąż jednak jest to jeden z najdynamiczniej rozwijających się segmentów – producenci prześcigają się w tworzeniu nowych modeli telefonów z lepszymi podzespołami oraz ciekawym designem.

Pod względem premier, szczególnie pierwsza połowa 2020 zapowiada się bardzo obiecująco. Swoje modele z serii Galaxy S20 zaprezentował Samsung i są już w oficjalnej przedsprzedaży, choć do rąk klientów trafią od połowy marca. Na marzec Huawei zaplanował prezentację P40 i zapowiada się, że w najbliższym czasie Apple ogłosi wejście na rynek długo wyczekiwanego nowego modelu iPhone. Wielką niewiadomą wciąż jeszcze jest premiera Xiaomi Mi10 i 10 Pro na rynku europejskim. Produkty już pojawiły się na rynku chińskim, na którym okazały się hitem i zostały całkowicie wyprzedane, więc w Europie też mogą podbić rynek. Nie wiadomo tylko, kiedy…

Jeszcze doskonalsze zdjęcia

Producenci premierowych modeli postawili na udoskonalone aparaty fotograficzne, pozwalające na precyzyjne oddanie rzeczywistości, a także nagrywanie coraz lepszych filmów. Tegorocznym hitem będą aparaty o rozdzielczości 108 megapikseli. Taki posiada już dostępny na rynku Xiaomi Mi Note 10, a firma zapowiada, że wyposażone będą w niego również premierowe modele – Mi 10 i 10 Pro. W aparat robiący zdjęcia o takiej rozdzielczości wyposażony jest również Samsung Galaxy S20 Ultra.

– Pierwszy kwartał nowego roku to na rynku smartfonów zawsze czas premier i wzmożonego zainteresowania tą kategorią produktów – mówi Mariusz Joachimiak, Kierownik Działu Handlowego w RTV EURO AGD. – Duża grupa klientów poszukuje w tym czasie nowości. Według naszych badań aż 22 proc. klientów rozważa wymianę sprzętu natychmiast gdy pojawia się nowy model na rynku, a dla 51 proc. ważne jest, aby sprzęt elektroniczny pasował do ich stylu. Smartfony przestają być już tylko gadżetem elektronicznym, wyrażają indywidualny charakter i styl użytkownika, stąd tak duże zainteresowanie nowościami.

Klienci są obecnie bardziej świadomi – porównują oferty, poszukują rzetelnych dostawców, którzy są w stanie zaoferować atrakcyjne i elastyczne warunki zakupu.

– Ostatnio notujemy zwiększone zainteresowanie smartfonami. Wpływa na to kilka czynników, między innymi interesujące premiery, a także sytuacja na polskim rynku. Wielu klientów do niedawna szukających spektakularnych okazji cenowych u nieautoryzowanych sprzedawców zraziła się do takich zakupów i poszukują teraz wiarygodnego dostawcy. Dodatkowo smartfony to grupa produktów najchętniej kupowanych na raty, a RTV EURO AGD oferuje system finansowania ratalnego, więc klient może przyjść do naszego sklepu, w ciągu kilku minut załatwić formalności i wyjść z najnowszym smartfonem nie płacąc nawet złotówki – dodaje Mariusz Joachimiak, Kierownik Działu Handlowego w RTV EURO AGD.  

Producenci już stawiają na 5G

Od kilku już lat mówi się o wdrożeniu sieci 5G, ale w tym roku jest szansa, że testowany na całym świecie system będzie realnie dostępny dla dużo większej liczby użytkowników. W porównaniu do 4G ma zapewnić dziesięciokrotnie szybszą transmisję danych i dużo stabilniejsze połączenie. Według zapowiedzi operatorów, pierwsze komercyjne wdrożenia sieci piątej generacji mają nastąpić w Polsce już w 2020 roku.

– W związku z wdrożeniami sieci 5G na świecie, producenci telefonów równolegle pracują nad swoją ofertą i na rynku zaczynają się pojawiać urządzenia obsługujące ten standard. W tym roku Samsung zaprezentował Galaxy S20+, który dostępny będzie zarówno w wersji 5G, jak i 4G oraz S20 Ultra, dostępny wyłącznie w wersji 5G – mówi Mariusz Joachmiak, Kierownik Działu Handlowego w RTV EURO AGD. – Według danych Strategy Analytics, w roku 2025 liczba smartfonów funkcjonujących w standardzie 5G będzie wynosić już 1,5 miliarda.

Modele składane w nowej odsłonie

Moda na designerskie klasyki z klapką, które były hitem na rynku telefonów przed kilkunastoma laty, zainspirowała producentów do wprowadzenia ich w zupełnie nowej i innowacyjnej odsłonie. Motorola, inspirując się klasycznym modelem, zaprezentowała najnowszy razr, a Samsung 11 lutego oficjalnie pokazał światu Galaxy Z Flip, który jest już dostępny w sprzedaży.

– Galaxy Z Flip i razr są ciekawymi nowościami na rynku smartfonów – komentuje Mariusz Joachimiak, Kierownik Działu Handlowego w RTV EURO AGD. – Obydwa modele mają ciekawy design, są kompaktowe, wyposażone w składane, elastyczne ekrany oraz niewielkie wyświetlacze, pokazujące powiadomienia po złożeniu smartfonu. Dodatkowo, Samsung w modelu Z Flip zastosował tryb Flex, który dzieli aplikacje na pół, zamieniając górną połowę w obszar do oglądania, a dolną do sterowania.

Od przyszłego roku na dopłaty do czynszu najmu mieszkania będzie trafiać 1 mld zł rocznie. Liczba osób z nich korzystających spada

Z dopłat państwa do czynszu najmu mieszkania korzysta w Polsce co najwyżej 12 proc. dorosłych Polaków, a jeszcze 10 lat temu odsetek ten wynosił 15 proc. – Spadek ten wynika w dużej mierze z tego, że przyrosty liczby mieszkań socjalnych, komunalnych czy społeczno-czynszowych są niskie – mówi Łukasz Stępkowski, ekspert Centrum Amron. Sposobem na poprawę sytuacji mają być inwestycje finansowane z udziałem Banku Gospodarstwa Krajowego.

– Najem subsydiowany to najem z pewną pomocą publiczną, w ramach której dopłaca się do czynszu. Mówimy tu głównie o mieszkaniach komunalnych oraz czynszowo-społecznych. Szacuje się, że w Polsce w zeszłym roku z tego typu formy wsparcia korzystało około 11 do 12 proc. dorosłych Polaków. To dużo, jeżeli spojrzymy na kraje europejskie, ale mniej niż jeszcze kilka lat temu. W 2010 roku z takiej formy pomocy korzystało około 15 proc. populacji – mówi agencji Newseria Biznes Łukasz Stępkowski, specjalista ds. eksploatacji i rozwoju systemu Grupy Amron.

Z jednej strony to efekt bogacącego się społeczeństwa. Poprawa sytuacji na rynku pracy sprawiła, że część najemców czynszowych w poszukiwaniu lepszych standardów mieszkaniowych przeszła na otwarty najem. Z drugiej strony powodem jest niska podaż mieszkań na rynku najmu subsydiowanego. Tendencje spadkową widać od kilku lat. Jak podaje Centrum Amron, z roku na rok maleje liczba nowych lokali socjalnych i czynszowych – w 2010 roku oddano do użytku 3506 lokali komunalnych, podczas gdy osiem lat później było zaledwie 1863 takich mieszkań. To może się zmienić dzięki prowadzonym inwestycjom.

Z danych GUS wynika, że w ubiegłym roku oddano do użytkowania ponad 4,5 tys. mieszkań komunalnych, czynszowo-społecznych i zakładowych. To o 30 proc. więcej niż rok wcześniej. Nieco zmniejszyła się za to liczba mieszkań, których budowę rozpoczęto (2,8 tys. wobec 2,6 tys.).

– Bank Gospodarstwa Krajowego w latach 2019–2025 planuje duże inwestycje związane z dopłatami do czynszów, ale też kredyty. Na tego typu inwestycje mieszkaniowe od 2021 roku ma być miliard złotych rocznie – mówi Łukasz Stępkowski.

W ramach akcji kredytowej BGK rozdysponuje 1,3 mld zł w programie Społecznego Budownictwa Czynszowego. W ubiegłym roku ruszył też program bezzwrotnego wsparcia budownictwa komunalnego i socjalnego z Funduszu Dopłat. W 2019 i 2020 roku na ten cel trafi 500 mln zł rocznie, a w kolejnych czterech latach – po 1 mld zł rocznie.

– Wydaje się, że działania Banku Gospodarstwa Krajowego są nie tyle potrzebne, co wręcz konieczne. W Polsce cały czas jest grupa osób, która wymaga takiego wsparcia. Musimy mieć świadomość, że najem subsydiowany jest przeznaczony dla grupy społecznej na odpowiednio niższym poziomie płacowym. Te inwestycje Banku Gospodarstwa Krajowego mają więc za zadanie przede wszystkim pomóc najuboższym – wyjaśnia Łukasz Stępkowski.

Celem prowadzonej przez rząd polityki jest zwiększenie dostępu do mieszkań dla osób o zbyt niskich dochodach, aby kupić lub wynająć mieszkanie na wolnym rynku, ale też zaspokojenie podstawowych potrzeb mieszkaniowych osób zagrożonych wykluczeniem społecznym ze względu na niskie dochody lub szczególnie trudną sytuację życiową. Jak wynika z prezentacji „Narodowy Program Mieszkaniowy – raport z realizacji”, 149 tys. osób w Polsce czeka na mieszkanie komunalne.

Rynek najmu zmieniają także rozwiązania instytucjonalne, m.in. Fundusz Mieszkań na Wynajem, dzięki któremu w kilku największych miastach Polski powstały mieszkania wynajmowane na zasadach rynkowych, ale na stabilnych warunkach. Program Mieszkanie Plus zakłada budowę dostępnych cenowo mieszkań na wynajem, także z dojściem do własności. W styczniu 2019 roku został uzupełniony o Mieszkanie na Start – system dopłat do czynszu najmu. Mogą się o nie ubiegać najemcy mieszkań budowanych terenie gmin, które zawarły umowy z BGK.

– Podmioty instytucjonalne, które działają na rynku najmu, generują wzrosty w obszarze najmu subsydiowanego – mówi Łukasz Stępkowski. – Najem instytucjonalny daje większą ochronę prawną zarówno najemcom, jak i wynajmującym, więc zdaje się, że to dobry mechanizm, aby najem stał się bardziej popularny. Myślę, że coraz więcej osób będzie decydowało się na wynajem mieszkania właśnie w takiej formie.