O północy z piątku na sobotę Wielka Brytania opuści Unię Europejską. Zgodnie z umową o wystąpieniu z UE do końca 2020 r. obowiązywać będzie tzw. okres przejściowy. Oznacza to, że m.in. zasady przekraczania granicy i pobytu obywateli Wielkiej Brytanii oraz członków ich rodzin w Polsce pozostaną bez zmian.
Umowa o wystąpieniu Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej z UE zakłada obowiązywanie okresu przejściowego do końca 2020 r. Przewiduje on utrzymanie obecnych relacji pomiędzy Unią Europejską a Wielką Brytanią na dotychczasowych warunkach, w tym m.in. zachowanie swobody przepływu osób.
Tym samym od 1 lutego do 31 grudnia 2020 r. obowiązywać będą dotychczasowe zasady przekraczania granicy między Polską (UE) i Zjednoczonym Królestwem. Obywatele RP będą mogli podróżować do Wielkiej Brytanii na podstawie dowodu osobistego lub paszportu.
W trakcie okresu przejściowego bez zmian pozostaną także zasady przekraczania granicy, pobytu oraz pracy obywateli Wielkiej Brytanii i członków ich rodzin w Polsce. Osoby mieszkające w Polsce w trakcie okresu przejściowego i kontynuujące ten pobyt po jego zakończeniu, utrzymają swoje prawa dotyczące pobytu i nie będą musiały rejestrować się aby je zabezpieczyć. Obowiązek rejestracji po zakończeniu okresu przejściowego będzie dotyczył tylko obywateli Wielkiej Brytanii będących pracownikami przygranicznymi – prowadzącymi działalność zarobkową w Polsce ale mieszkającymi w innym kraju.
Obywatele Zjednoczonego Królestwa będą jednak mogli wymienić swoje dokumenty pobytowe wydane im jako obywatelom UE na dokumenty poświadczające ich prawa na bazie umowy o wystąpieniu lub uzyskać takie dokumenty pobytowe jeśli ich wcześniej nie posiadali. Planuje się, że dokumenty te będą wydawały urzędy wojewódzkie po zakończeniu okresu przejściowego.
Obecnie nieco ponad 6,3 tys. obywateli Wielkiej Brytanii posiada zarejestrowany pobyt lub dokument potwierdzający prawo stałego pobytu w Polsce. Najwięcej osób zarejestrowało swój pobyt w województwach: mazowieckim – 2,3 tys. osób, małopolskim – 960 os., dolnośląskim – 580 os., śląskim – 490 os. oraz pomorskim – 450 os.
Z badania, przeprowadzonego przez Mobiem Polska, wynika, że ponad 60% osób w wieku 15-35 lat praktycznie nie rozstaje się z telefonem w ciągu dnia. Przeszło 50% ma w ręku komórkę aż kilka godzin dziennie. Prawie tyle samo respondentów korzysta z niej po trochu od rana do wieczora. Najczęściej odbywa się to w salonie. Blisko 70% młodych Polaków jest gotowych wrócić do domu po aparat, nawet kosztem spóźnienia się, np. do pracy lub szkoły. A niemal 82% musi go mieć przy sobie podczas snu.
Non stop z telefonem
Ogólnopolskie badanie Mobiem Polska wykazało, że ponad 60% Polaków, będących w przedziale wiekowym od 15 do 35 lat, nosi telefon przy sobie przez większość dnia lub w ogóle się z nim nie rozstaje. Niecałe 7% ma aparat blisko siebie przez mniej niż godzinę dziennie.
– Większość osób odczuwa silną potrzebę bycia w stałym kontakcie z innymi. Niektórzy obawiają się, że bez telefonu mogą nie otrzymać ważnych informacji lub zepsuć swoje relacje ze znajomymi. Dotyczy to szczególnie młodych ludzi – komentuje Małgorzata Osowiecka, psycholog z Uniwersytetu SWPS.
Najwięcej respondentów zadeklarowało, że spędza z telefonem w ręku kilka godzin dziennie – ponad 50%. Pozostałe odpowiedzi miały zdecydowanie mniej wskazań. Kilkanaście procent młodych osób korzysta z komórki przez większość lub przez połowę dnia.
– W styczniu 2007 roku, gdy weszły na rynek znane nam obecnie telefony, najmłodsi respondenci mieli dwa lata. Przeszło 5 lat później mogli już bawić się iPhonami piątej generacji. Smartfony towarzyszą im, odkąd sięgają pamiętają. I ta technologia rozwija się razem z nimi. Gdyby nie szkolne obowiązki, uczniowie zapewne spędzaliby z komórkami znacznie więcej czasu – mówi Paweł Murawski z Mobiem Polska.
Zapytani o godziny korzystania z telefonów, respondenci najczęściej wskazywali „cały dzień po trochu”. Tak zadeklarowało 45% badanych. Natomiast 16,6% nie potrafiło tego określić. Konkretny przedział godzinowy, tj. od 18:00 do 21:00, podało 16,4%.
– Badani tak związali się ze swoimi telefonami, że stracili rachubę czasu. Nie są pewni, kiedy z nich korzystają. Są stale gotowi do odebrania połączenia lub przeczytania wiadomości. Wiele osób za pośrednictwem komórek poszukuje m.in. kontaktów społecznych, które w świecie rzeczywistym nie są dla nich satysfakcjonujące lub budzą lęk – dodaje ekspert z SWPS.
Każde miejsce jest dobre
Przeszło 90% badanych, mogąc zaznaczyć kilka opcji, zadeklarowało, że używa telefonu do pisania i odbierania SMS-ów, sprawdzania godziny, przeglądania Internetu i wykonywania połączeń. Z kolei ponad 80% korzysta z nawigacji w terenie i z komunikatorów, a także robi zdjęcia. Niespełna 80% odtwarza muzykę. Ponad 60% wykonuje operacje bankowe i jest obecnych w social mediach. Mniej niż 50% respondentów planuje lub realizuje zakupy oraz tworzy notatki pisemne lub głosowe.
– Kluczowy jest sposób, ale też powód korzystania z telefonu. Jeśli młody człowiek przez kilka godzin dziennie przebywa w social mediach, to może być oznaką patologii albo chęci zdobycia popularności w celach biznesowych. Z kolei wielogodzinne planowanie zakupów niekoniecznie świadczy o oszczędności. To może też być objawem zakupoholizmu – stwierdza prof. Janusz Hryniewicz, socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego.
Z kolei ekspert z Mobiem Polska zwraca uwagę na to, jak dużym zaufaniem użytkownicy darzą swoje telefony. Świadczy o tym fakt, że ponad 60% badanych wykonuje za ich pośrednictwem operacje bankowe. Młodzi ludzie muszą być też zadowoleni z funkcjonalności komórek, skoro niespełna 80% używa ich do odtwarzania muzyki, zamiast sięgać po dedykowane do tego urządzenia. O tym decyduje nie tylko rozwój samych urządzeń, ale też aplikacji streamingowych.
Lepiej się spóźnić, niż zapomnieć
– Prawie 87% respondentów korzysta z telefonu w salonie, a 82% osób – w sypialni. Oba miejsca kojarzą się z odpoczynkiem, który może sprzyjać sięganiu po urządzenie. Osoby zmęczone mają uszczuplone zasoby poznawcze. Brakuje im pomysłów na inne spędzanie wolnego czasu niż z komórką w ręku. To oczywiście bywa ucieczką przed kontaktem z bliskimi i z samym sobą. Niewielki odsetek respondentów może też prowadzić w domu własną działalność i tam dzwonić do klientów – uważa Małgorzata Osowiecka.
Należy dodać, że 82% badanych sięga po telefon na zewnątrz, np. na ulicy. W grupie pracujących osób ponad 76% korzysta z niego w pracy. Z kolei 66% studentów i uczniów „zagląda” do komórki na uczelniach i w szkołach. Niecałe 30% respondentów nie zwraca uwagi na miejsce, w którym zwykle używa tego urządzenia.
– Telefony pomagają w wykonywaniu niektórych obowiązków służbowych i studenckich, a nawet szkolnych. Pozwalają np. na pilnowanie grafiku zajęć czy fotografowanie notatek. Wygodnie jest mieć wszystko w jednym urządzeniu. Jednak problem powstaje wtedy, gdy rozrywka odwraca uwagę od tego, co istotne – podkreśla prof. Hryniewicz.
Prawie 70% młodych Polaków uważa, że wróci po telefon w momencie, gdy zapomni go z domu, nawet kosztem spóźnienia się, np. do pracy. Niecałe 20% deklaruje, że nie cofnie się po aparat. Dla tych osób zadecydowanie ważniejsza jest punktualność.
– Postawa może być determinowana miejscem zamieszkania i charakterem pracy. W dużych miastach stosunek do punktualności bywa swobodniejszy, a integracja użytkownika z telefonem – większa. Brak urządzenia w kieszeni może poważnie zdezorganizować dzień i mieć skutki dużo poważniejsze niż ewentualne spóźnienie. Z kolei w małych, zintegrowanych społecznościach wiejskich prędzej można obyć się bez komórki. Decyduje o tym wolniejsze tempo życia, lepsza dostępność alternatywnych metod załatwiania codziennych spraw i doskonała znajomość terenu – wymienia Paweł Murawski.
Prawie 82% badanych użytkowników, idąc spać, kładzie telefon blisko siebie. W tym 50% zdecydowanie to wyraża. Zdaniem Małgorzaty Osowieckiej, niepokojące jest to, że komórka bardzo często znajduje się tuż przy poduszce. Zwykle wynika to z przekonania, że trzeba być stale dostępnym dla innych, nawet w trakcie snu. Taki nawyk mają zwłaszcza osoby nadaktywne i impulsywne, o wysokiej potrzebie czerpania bodźców z otoczenia. Niektórzy też mogą mieć poczucie, że „ktoś w telefonie” jest obok nich.
Badanie zostało zrealizowane techniką CAWI, na ogólnopolskiej próbie 856 osób w wieku 15-35 lat, na przełomie grudnia u.br. oraz stycznia 2020 roku.
Największym wyzwaniem dla pracodawców w 2020 roku będzie pozyskanie pracowników z zagranicy. Z tym problemem zmaga się coraz więcej europejskich gospodarek. Wśród nich największy niedobór pracowników, zwłaszcza tych wykwalifikowanych, odnotowują Niemcy. Na koniec zeszłego roku w całym kraju brakowało niemal 1,5 mln rąk do pracy.
Według danych Eurostatu, w połowie zeszłego roku Niemcy odnotowały ponad 1,4 mln wakatów. Perspektywa niestety nie jest optymistyczna. W ciągu kolejnych 10 lat na emeryturę przejdzie 1,3 mln pracowników sektora publicznego, co w połączeniu z problemami demograficznymi zapowiada raczej pogłębienie kryzysu na rynku pracy niż jego zażegnanie.
Pracownicy z Ukrainy nie rozwiążą problemu
Szans na zmniejszenie liczby wakatów niemiecki rząd upatruje w otwarciu rynku pracy dla pracowników spoza Unii Europejskiej. Ustawa o migracji wykwalifikowanej siły roboczej znosi obowiązek wykazania, że na dane stanowisko pracodawca nie jest wstanie znaleźć niemieckiego pracownika. Pracodawcy często skarżyli się na ten przepis, który znacznie utrudniał im proces rekrutacji. Nowe przepisy, które weszły w życie 1 stycznia, znoszą tę zasadę, co w pewniej mierze prawdopodobnie skróci czas potrzebny na znalezienie odpowiedniego pracownika. Nie jestem jednak przekonana, że ta zmiana sprawi, że pracownicy z państw spoza UE zaczną masowo przyjeżdżać do Niemiec i rozwiążą tym samym problemy na rynku pracy, co było założeniem ustawodawcy. Brak elastycznych form zatrudnienia w niemieckim prawie pracy również nie sprzyja walce z deficytem pracowników. Nie ma takich form zatrudnienia jak umowa zlecenie, umowa o dzieło czy praca sezonowa. Rząd wprowadzając zmiany liczył szczególnie na przyciągniecie pracowników z Europy Wschodniej, zwłaszcza z Ukrainy. Już zapowiedzi zmian wzbudziły wśród polskich pracodawców obawę o masowe wyjazdy, zwłaszcza, że i w Polsce coraz trudniej o pracowników. Niemiecki rynek pracy potrzebuje przede wszystkim pracowników wykwalifikowanych, posiadających co najmniej dwuletnie kwalifikacje zawodowe potwierdzone certyfikatem. Wszystkie certyfikaty i kwalifikacje muszą zostać zaakceptowane przez niemieckie urzędy. Dodatkowo wymagana jest również potwierdzona certyfikatem znajomość języka. Realia pokazują, że Ukraińcy, których w Polsce jest ponad 1,2 mln dobrze czują się w naszym kraju. Chociaż spora część z nich, według niektórych badań nawet 70% deklaruje chęć wyjazdu do Niemiec, sądzę, że są to tylko deklaracje, wynikające być może z niepełnej wiedzy o wymaganiach niemieckiego rządu. Tylko ok. 2,6% z nich spełnia postawione warunki. Zdecydowana ich większość pracuje niezgodnie ze swoim wykształceniem i często poniżej kompetencji. Większość wykonuje prace fizyczne – pracuje na budowach i w gastronomii.
Wprowadzone zmiany są więc szansą dla ludzi młodych, wykształconych i znających języki. O takie właśnie osoby w perspektywie najbliższych lat będą walczyli pracodawcy nie tylko z Europy Zachodniej czy Polski. Ukraińska gospodarka, w którą coraz chętniej inwestują zachodnie koncerny również może zachęcać do pozostania w kraju.
Komentarz przygotowany przez Karolinę Serwańską, prezes Zarządu w Agencji Pośrednictwa Pracy Polski HR
Wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej to nie jest ostatnio jej jedyne zmartwienie. Francuzi właśnie pokazali pierwszy raz od 2016 roku ujemny kwartalny wzrost PKB. Inne dane również nie stawiają tamtejszej gospodarki w dobrym świetle.
Bank Anglii nie wyprzedza działań
Wczorajsze posiedzenie Banku Anglii zgodnie z oczekiwaniami nie przyniosło zmian stóp procentowych. Jedyna zmiana, na którą zwracają uwagę analitycy, to mniejsza skłonność członków tego gremium do obniżania stóp procentowych. Za utrzymaniem głosowało ich 7, za to 2 za obniżką. To jeden więcej za utrzymaniem niż sądzono. Warto zwrócić uwagę, że w przeciwieństwie do Polski Wielka Brytania nie ma problemu rosnącej inflacji, zatem nie odczuwa presji na wzrost stóp procentowych. Inwestorzy przyjęli te dane jako lepsze dla funta, niż wcześniej sądzono, co było najprawdopodobniej powodem wzrostu wartości brytyjskiej waluty.
Euro dobija się do 4,30
Dzisiaj od rana kurs euro względem złotego próbuje przebić poziom 4,30 zł. Klimat dla walut krajów bardziej ryzykownych nie jest najlepszy. Wielu inwestorów wini za to strach przed koronawirusem. Warto jednak zwrócić uwagę, że jest znacznie więcej czynników podnoszących ogólny niepokój. Dane gospodarcze głównych europejskich gospodarek nie zachwycają, zamieszanie związane z wymiarem sprawiedliwości również nie stawia Polski w dobrym świetle. Ten ostatni czynnik ciężko ocenić. Z jednej strony, patrząc na notowania euro względem czeskiej korony, można dojść do wniosku, że to właśnie sądy osłabiają złotego. Z drugiej strony, porównując z forintem, można uznać, że to ogólna słabość naszego regionu. Większość analityków jest jednak zgodna, że na rynku jest ostatnio sporo emocji i nie służą one złotemu.
Francja na skraju recesji
Dane gospodarcze z Francji mogą okazać się trudniejszym tematem dla euro niż niemieckie. Wzrost gospodarczy w IV kwartale okazał się – wbrew oczekiwaniom analityków spodziewających się wzrostu o 0,2% – ujemny. Pamiętajmy, że są to tylko wstępne dane, które zostaną zrewidowane w przyszłym miesiącu. Spadają również wydatki konsumenckie, nawet inflacja w ujęciu miesięcznym jest ujemna. Jest to bardzo zły sygnał dla strefy euro. W sytuacji, gdy największe gospodarki mają zadyszkę, można się spodziewać, że szybko przełoży się to na wspólny pieniądz.
Dzisiaj kolejny dzień wolny w Chinach z okazji Nowego Roku Księżycowego, a w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
14:30 – USA – dochody Amerykanów,
16:00 – USA – raport Uniwersytetu Michigan.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl
Już niedługo przedsiębiorców prowadzących działalność gospodarczą w formie spółki osobowej lub kapitałowej czeka swoisty „coming out”. 13 października 2019 r. weszły bowiem w życie przepisy ustanawiające Centralny Rejestr Beneficjentów Rzeczywistych. Czy mechanizm ten zdoła poprawić ściągalność podatków?
Nowelizacja ustawy o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy
Ustawa z dnia 1 marca 2018 r. o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy oraz finansowaniu terroryzmu jest właściwie konsekwencją nowych aktów prawa unijnego, a dokładniej dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2015/849 z 20 maja 2015 r. w sprawie zapobiegania wykorzystywaniu systemu finansowego do prania pieniędzy lub finansowania terroryzmu. Przepisy unijne nałożyły na poszczególne ustawodawstwa krajowe obowiązek wdrożenia przepisów, które identyfikowałyby i ograniczałyby ryzyka dotyczące prania pieniędzy i finansowania terroryzmu. Dyrektywa ustanawia ramy prawne odnośnie do problemu gromadzenia środków pieniężnych lub mienia na cele terrorystyczne. Stwierdzono bowiem, że charakter zagrożeń i podatności związanych z praniem pieniędzy i finansowaniem terroryzmu zmienia się, a cała Unia Europejska powinna wypracować jednolity schemat działania, aby skutecznie walczyć z tymi zjawiskami. W pewnym zakresie bodźcem do stworzenia nowych przepisów była też rosnąca popularność walut wirtualnych. Ze względu na swą anonimowość pozwalają one na ich potencjalne wykorzystanie do celów przestępczych. Polska regulacja, która ma dopiero niecałe dwa lata, była zmieniana już dziesięciokrotnie. Jedna z ostatnich nowelizacji uregulowała utworzenie Centralnego Rejestru Beneficjentów Rzeczywistych, czyli systemu skupiającego informacje o beneficjentach rzeczywistych.
Kto jest beneficjentem rzeczywistym?
Zgodnie z przepisami ustawy o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy przez osobę beneficjenta rzeczywistego rozumie się „osobę fizyczną lub osoby fizyczne sprawujące bezpośrednio lub pośrednio kontrolę nad klientem poprzez posiadane uprawnienia, które wynikają z okoliczności prawnych lub faktycznych, umożliwiające wywieranie decydującego wpływu na czynności lub działania podejmowane przez klienta, lub osobę fizyczną lub osoby fizyczne, w imieniu których są nawiązywane stosunki gospodarcze lub przeprowadzana jest transakcja okazjonalna”. Zatem co do zasady beneficjentem rzeczywistym spółki, „której papiery wartościowe są dopuszczone do obrotu na rynku regulowanym”, będzie osoba fizyczna, która jest „udziałowcem lub akcjonariuszem i przysługuje jej prawo własności, co najmniej 25% ogólnej liczby udziałów lub akcji tej osoby prawnej”. Może być to również osoba fizyczna, która dysponuje „więcej, niż 25% ogólnej liczby głosów w organie stanowiącym spółki”. Po trzecie beneficjentem rzeczywistym może być „osoba fizyczna, która sprawuje kontrolę nad daną osobą prawną, której to przysługuje prawo własności więcej niż 25% ogólnej liczby udziałów lub akcji albo 25% ogólnej liczby głosów w organie spółki”. Po czwarte natomiast może to być „osoba fizyczna, która sprawuje kontrolę nad spółką ze względu na posiadanie w stosunku do niej uprawnień”, jako podmiot dominujący. Z kolei, jeżeli tożsamość wyżej wymienionych osób fizycznych nie jest możliwa do ustalenia, za beneficjenta rzeczywistego należy uznać osobę fizyczną, która „zajmuje wyższe stanowisko kierownicze w organach spółki”.
CRBR – jakie są obowiązki przedsiębiorców?
W efekcie nowelizacji ustawy o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy Ministerstwo Finansów opracowało Centralny Rejestr Beneficjentów Rzeczywistych. System ten będzie gromadził i przetwarzał wszelkie informacje dotyczące beneficjentów rzeczywistych. Rejestr będzie miał jawny charakter, dzięki czemu każdy podmiot nieodpłatnie zweryfikuje, kto jest beneficjentem rzeczywistym określonej firmy. Centralny Rejestr Beneficjentów Rzeczywistych będzie dotyczył wszystkich spółek, a zatem jawnych, komandytowych, komandytowo-akcyjnych, z ograniczoną odpowiedzialnością, akcyjnych, a od 1 marca 2020 r. również prostych spółek akcyjnych. Obowiązek zgłoszenia spółki do Centralnego Rejestru Beneficjentów Rzeczywistych spoczywa na osobie, która jest uprawniona do reprezentowania danej spółki. Podmioty, które zostały wpisane do KRS przed dniem wejścia w życie przepisów o Centralnym Rejestrze Beneficjentów Rzeczywistych, będą miały na to czas do 12 kwietnia 2020 r. Podmioty nowo utworzone będą musiały to natomiast zrobić w ciągu 7 dni od dnia rejestracji.
Jakie będą skutki ujawnienia beneficjentów rzeczywistych?
Ta swoista „autodenuncjacja” przedsiębiorcy będzie miała daleko idące skutki. Krajowa Administracja Skarbowa poprzez uzupełniony Centralny Rejestr Beneficjentów Rzeczywistych będzie miała szeroki obraz wszelkich powiązań pomiędzy poszczególnymi podmiotami. Publiczne udostępnienie tak istotnych dla działalności danego podmiotu danych przełoży się również na transparentność dokonywanych transakcji. Fiskus będzie mógł prześledzić określone przepływy finansowe. Dla wielu przedsiębiorców polska rezydencja podatkowa może zatem okazać się bardzo niewygodna i generująca wiele trudności.
Oczywiście sytuacja nie jest zupełnie patowa. Polskie prawo wciąż stwarza możliwości, aby w pewien sposób obronić się przed uznaniem za beneficjenta rzeczywistego. Możliwa jest przede wszystkim zmiana prywatnej rezydencji podatkowej. Wiele państw, w tym państw europejskich, oferuje bowiem swoim rezydentom bardzo atrakcyjne zasady opodatkowania poszczególnych dochodów. Zmiana rezydencji jest oczywiście złożonym i trudnym procesem, bo nie sprowadza się wyłącznie do zakupu określonej nieruchomości na terytorium innego państwa albo założenia konta w banku. Z pomocą kompetentnych doradców podatkowych zabieg ten jest jednak możliwy.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.
Żadna z wielu zmian, jakich przedsiębiorstwa doświadczyły w trakcie cyfrowej rewolucji, nie jest tak głęboka, jak wzrost uzależnienia od systemów informatycznych. Dla wielu banków, firm telekomunikacyjnych, dostawców usług online oraz w chmurze ciągłość pracy centrów danych jest wymogiem o znaczeniu krytycznym. Zwłaszcza, że przestoje mogą powodować realne straty, nawet rzędu kilku tysięcy dolarów za minutę.
Prawie każdy, kto ma dostęp do internetu korzysta z popularnych platform i usług jak Facebook, Netflix czy Twitter, bankowości elektronicznej, jak też robi zakupy w sieci. Prawidłowe działanie tych serwisów jest uzależnione od niezawodnego funkcjonowania centrów danych.
– Obecnie więcej przedsiębiorstw niż kiedykolwiek wcześniej polega na swoich centrach danych w zakresie obsługi aplikacji o znaczeniu krytycznym dla działalności gospodarczej – mówi Bartłomiej Raab, Country Manager w firmie Vertiv Poland. – Jednak znaczne luki w infrastrukturze IT oraz błędne wyobrażenia na temat częstotliwości występowania awarii i związanych z nimi kosztów narażają wiele firm na zwiększone ryzyko przestoju w ich funkcjonowaniu.
Koszty liczone w tysiącach dolarów
Awarie i będące ich efektem przestoje w pracy centrów danych niosą ze sobą ogromne konsekwencje nie tylko dla użytkowników usług. W ogromnym stopniu cierpią na tym także ich dostawcy. Według wyliczeń Uptime Institute, w 40% przypadków koszty takich incydentów wynoszą więcej niż 100 tys. dolarów, a co dziesiąta awaria to więcej niż milion dolarów strat[1].
Natomiast według danych firmy Vertiv i agencji badawczej Ponemon Institute przyjmując średni zgłoszony czas trwania incydentu wynoszący 90 minut, można oszacować, że koszt pojedynczego przestoju wynosi przeciętnie około 505 tys. dolarów. Co może być zaskakujące, koszty sprzętowe były jednymi z najniższych zgłoszonych w przypadku przestoju i wynosiły średnio ok. 9 tys. dolarów na jedno zdarzenie. Oznacza to, że późniejsze, następujące po sobie skutki, są często o wiele bardziej dotkliwe, niż koszty wykrycia i usunięcia pierwotnej przyczyny.
– Trzeba zdać sobie sprawę także z tego, że konsekwencje przestojów mają wymiar nie tylko finansowy – mówi Bartłomiej Raab. – To także duży problem wizerunkowy dla przedsiębiorstwa, nadszarpnięcie zaufania a nawet odpływ klientów czy też utrata perspektyw biznesowych.
Jakie są przyczyny?
Według Uptime Institute, w 2019 r. przestoje w pracy centrów danych wynikały najczęściej z awarii zasilania w ich lokalizacji (jedna trzecia przypadków), awarii sieci (30%) lub w wyniku błędów w oprogramowaniu i systemach IT (19%). Co warte podkreślenia, w 15% przypadków nie udaje się ustalić przyczyny awarii. Dla porównania: w 2018 r. nie udało się zidentyfikować przyczyny tylko w 5% przypadków[2].
Jak zapobiegać?
Aż 60% respondentów stwierdziło, że przestoju w pracy ich centrów danych można było uniknąć dzięki lepszemu zarządzaniu i odpowiednim procedurom. Zdaniem ekspertów Vertiv najlepsze praktyki przeciwdziałania przestojom to m.in. regularne przeprowadzanie prewencyjnej konserwacji środowiska IT wraz z monitorowaniem infrastruktury krytycznej, obejmującym centra danych należące do firmy oraz zewnętrznych dostawców usług, a także uwzględniającym skutki zmian klimatycznych na poziomie regionalnym. Ponadto, proces weryfikacji usług świadczonych przez podmioty trzecie powinien obejmować nie tylko prosty przegląd umów pod kątem zapisów dotyczących poziomu świadczonych usług, ale też obejmować odpowiedzialność usługodawców i uwzględniać rzeczywiste koszty związane z ewentualnym przestojem. Ważne jest także posiadanie odpowiednich systemów zasilania gwarantowanego, które podtrzymają pracę centrum danych, pomimo problemów z energią.
[1] Annual Data Center Survey Results, Uptime Institute, 2019
Przedsiębiorstwa, w których rok podatkowy pokrywa się z rokiem kalendarzowym muszą sporządzić sprawozdanie finansowe do 31 marca. Dlatego warto przypomnieć najważniejsze kwestie związane z podpisywaniem e-sprawozdań i przedstawić problemy przedsiębiorstw w tym temacie.
Od początku października 2018 roku spora grupa przedsiębiorstw (jednostki wpisane do KRS, które nie sporządzają sprawozdań zgodnych z MSR oraz podmioty prowadzące księgi rachunkowe podlegające podatkowi dochodowemu od osób fizycznych) jest zobligowana do sporządzania sprawozdań finansowych jedynie w formie elektronicznej.
Taka zmiana – wynikająca m.in. z coraz większej cyfryzacji w społeczeństwie – to dość duże wyzwanie dla przedsiębiorców. Dlatego warto przypomnieć i usystematyzować podstawowe informacje w jednej z bardziej problematycznych kwestii dla przedsiębiorców, czyli podpisywaniu e-sprawozdań finansowych.
Kto podpisuje elektroniczne sprawozdanie finansowe?
Aby precyzyjnie odpowiedzieć na powyższe pytanie, warto przytoczyć art. 52 ust. 2 Ustawy o rachunkowości, który mówi, że sprawozdanie finansowe podpisuje (podając zarazem datę podpisu) osoba, której powierzono prowadzenie ksiąg rachunkowych, i kierownik jednostki, a jeżeli jednostką kieruje organ wieloosobowy – wszyscy członkowie tego organu.
Jak podpisać e-sprawozdanie?
Aktualnie można podpisywać e-sprawozdanie finansowe za pośrednictwem jednej z trzech metod:
podpisu kwalifikowanego,
profilu zaufanego ePUAP,
podpisu osobistego.
Początkowo, czyli od początku października 2018 r. do końca grudnia 2019 r., firmy składające e-sprawozdania mogły je podpisywać jedynie za pomocą podpisu kwalifikowanego oraz profilu zaufanego ePUAP. Jednak od początku 2020 r. można także korzystać z tzw. podpisu osobistego.
W ubiegłym roku wiele przedsiębiorstw miało różnorodne problemy z podpisaniem e-sprawozdań. Każda z dostępnych metod podpisu wymaga poświęcenia chwili na kwestie techniczne związane ze złożeniem podpisu pod elektronicznym plikiem. Osoby podpisujące muszą wiedzieć o kilku niuansach związanych z podpisami:
Ważna jest kolejność składania podpisów. Jeśli jeden z członków Zarządu (bądź osoba, której powierzono prowadzenie ksiąg rachunkowych) zdecydował się na złożenie podpisu poprzez ePUAP – musi on być pierwszym. Nie można złożyć podpisu za pomocą ePUAP w pliku, który już wcześniej został podpisany przez inną osobę za pomocą podpisu kwalifikowanego, odwrotna kolejność jest jak najbardziej możliwa.
W przypadku podpisu kwalifikowanego trudności nastręczał również wybór rodzaju podpisu – czy sprawozdanie powinno zostać podpisane podpisem wewnętrznym (otoczonym) czy zewnętrznym. W przypadku podpisu wewnętrznego, podpis zapisuje się w pliku sprawozdania. W przypadku podpisu zewnętrznego, podpis generuje dodatkowy plik z rozszerzeniem XADES – jednak w tym przypadku bardzo ważne jest przesyłanie i zapisywanie pliku sprawozdania i pliku podpisu razem. W ubiegłym roku wiele osób próbowało przeedytować podpisany podpisem zewnętrznym plik XML zawierający sprawozdanie – co powodowało zerwanie integralności sprawozdania i podpisu, i podpis był nieważny.
Problematyczna dla kierowników jednostek była również kwestia odczytania zawartości sprawozdania przed złożeniem podpisu. Ze względu na brak sensownych i darmowych rozwiązań, które umożliwiałyby prostą wizualizację zawartości pliku XML, pojawiały się obawy członków Zarządu, czy podpis jest składany pod poprawnym dokumentem.
Ostatnim sporym problemem zeszłego roku był wymóg składania podpisów pod sprawozdaniem jednego (tego samego) dnia przez wszystkie osoby. Niby Ministerstwo Finansów odniosło się do tego zagadnienia na swojej stronie pisząc, iż sprawozdania nie muszą być podpisane tego samego dnia. Jednak doświadczenie we współpracy np. z biegłymi rewidentami badającymi sprawozdanie pokazuje, iż oczekiwanym było złożenie podpisów pod sprawozdaniem przez wszystkie osoby tego samego dnia. Było to związane z faktem iż podpis elektroniczny zapisuje datę złożenia podpisu – a zatem w interpretacji wielu audytorów data powinna być dla wszystkich taka sama.
Powyższe problemy mogą się pojawić również w tym roku. Kierownicy jednostek powinni zatem przygotować się do procesu składania podpisu również w tym roku.
Kiedy podpisuje się i składa elektroniczne sprawozdanie finansowe?
W kwestii terminów ponownie warto odwołać się do Ustawy o rachunkowości, gdzie w art. 52 ust. 1 czytamy, że kierownik jednostki zapewnia sporządzenie rocznego sprawozdania finansowego nie później niż w ciągu 3 miesięcy od dnia bilansowego i przedstawia je właściwym organom, zgodnie z obowiązującymi jednostkę przepisami prawa, postanowieniami statutu lub umowy. Przykładowo, w sytuacji, gdzie rok podatkowy pokrywa się z rokiem kalendarzowym – termin na sporządzenie sprawozdania finansowego upływa 31 marca. Warto jednak dodać, że dopóki sprawozdanie finansowe nie zostanie zatwierdzone przez właścicieli (mają na to 6 miesięcy od dnia bilansowego), może być ono zmieniane i podpisywane ponownie.
Sprawozdanie finansowe w formie elektronicznej powinno być złożone w ciągu 10 dni od dnia zatwierdzenia do sądu rejestrowego. Obowiązuje oczywiście forma elektroniczna wniosku. Co warto podkreślić, wniosek o złożenie sprawozdania musi również zostać podpisany elektronicznie – w tym przypadku jednak jedynie przez jednego członka Zarządu ujawnionego z numerem PESEL w KRS, prokurenta bądź adwokata, prawnika wpisanego na odpowiednią listę.
Autorka: Magdalena Michniewicz, Senior Manager w MDDP Outsourcing
Pierwszy miesiąc roku nie pozwolił się nudzić inwestorom. Zaczynając od szybko zażegnanego konfliktu USA – Iran, na koronowirusie kończąc. Przełożyło się to w wyraźny sposób na poziom rynkowej zmienności, gdzie jednak tradycyjnie Stany Zjednoczone kończą miesiąc na niewielkim plusie, zaś krajowy rynek akcji (duże spółki) od początku roku znajduje się pod wodą. Niniejszy komentarz intencjonalnie nie będzie wskazywał na przebieg wydarzeń związanych z problemem koronowirusa, gdyż aktualnie jest on tak dynamiczny, że po kilku godzinach staje się nieaktualny. Patrząc nieco szerzej i skupiając się na rynkach, ostatni miesiąc pozwolił poczynić kilka pożytecznych obserwacji.
Krajowy rynek akcji w dalszym ciągu nie jest homogeniczny
Wrażliwość dużych spółek na wzrost napięć międzynarodowych w dalszym ciągu zaskakuje. Część spadków można tłumaczyć silną wyprzedażą na rynkach wschodzących, związaną wpierw z sytuacją w Iranie, a teraz ze spadkami na rynkach azjatyckich pod wpływem epidemii koronowirusa. Były jednak sesje, gdzie tendencje spadkowe obserwowane na GPW w niczym nie odzwierciedlały tego, co działo się na świecie. Na pewno notowaniom mocno ciąży struktura indeksu. Co prawda spółki energetyczne w mojej ocenie w najbliższych kwartałach mają przed sobą dużo lepszy okres niż poprzednie lata, ale nawis ryzyka politycznego związanego z karuzelą na stanowiskach prezesów oraz różne poboczne projekty ciążą notowaniom. PKN Orlen w zauważalny sposób pogorszył swoje wyniki. Jeden z motorów wzrostu w poprzednich latach, czyli CCC, w dalszym ciągu wyraźnie zwalnia. Banki ogółem znajdują się pod presją rezerw związanych z kredytami frankowymi i gotówkowymi po wyrokach TSUE. Nawet CD Projekt zwolnił tempo po informacjach o przesunięciu premiery Cyberpunka. Wniosek nasuwa się sam, w przypadku dużych spółek widzę szanse jedynie w selektywnej grze na wybrane spółki z wysoką ekspozycją na konsumenta lub długoterminowy zakład na spółki energetyczne, które w mojej ocenie są obecnie niedowartościowane.
Najbardziej perspektywiczny segment
Inaczej przedstawia się sytuacja średnich, a przede wszystkim małych spółek. Indeksowi mWIG40 nieco ciążą banki, sWIG jest praktycznie wolny od tego czynnika ryzyka. Sytuacja techniczna sporej ilości małych i średnich spółek wygląda bardzo dobrze. Cały szeroki rynek akcji, po kryzysie z lat 2017-18, wykazuje zauważalne oznaki wyzdrowienia. `Ryzykiem oczywiście pozostaje płynność, ale zarówno z perspektywy wyników, jak i sytuacji technicznej jest to dla mnie najbardziej perspektywiczny segment.
Amerykański rynek w dalszym ciągu bez większej korekty
Trzecia i ostatnia obserwacja dotyczyć będzie rynku amerykańskiego i jest najbardziej kluczowa. Pomimo wrażliwości amerykańskich indeksów na rynkową panikę, rynek akcji pozostaje mocny. A biorąc pod uwagę skalę wzrostów z ostatnich 12 miesięcy, aż prosi się o większą korektę. Jeśli nawet globalna panika nie jest w stanie zmusić inwestorów do realizacji zysków, a jedynie zatrzymuje dalsze wzrosty, należy pozostać optymistą w perspektywie najbliższych kilku miesięcy. Niemniej jednak ryzyko korekty, nawet jeśli się nie realizuje, w dalszym ciągu istnieje.
Po wydarzeniach ze stycznia luty na rynkach rozpoczyna się w dużych emocjach. Chwilowo czynniki fundamentalne schodzą na dalszy plan. Największe obawy budzą spowolnienie chińskiej gospodarki, wywołane kryzysem spowodowanym epidemią koronowirusa, oraz działania amerykańskiego prezydenta skierowane w stronę Unii Europejskiej. Nie zapominajmy też, że luty zaczynamy w nowej erze, z Wielką Brytanią poza wspólnotą. To w mojej ocenie rodzi jednak więcej szans niż zagrożeń na rynku.
Autor: Kamil Hajdamowicz, zarządzający aktywami Vienna Life TU na Życia S.A. Vienna Insurance Group
W nocy z 31 stycznia na 1 lutego Wielka Brytania formalnie przestanie być członkiem Unii Europejskiej i rozpocznie się 11-miesięczny okres przejściowy, w trakcie którego de facto nic się nie zmieni. Wciąż będzie można do niej swobodnie podróżować, problemów nie muszą też obawiać się przedsiębiorcy. W tle będą jednak toczyć się negocjacje dotyczące przyszłych relacji handlowych pomiędzy Londynem i Brukselą od 2021 roku. Obie strony muszą renegocjować nawet ok. 800 umów. – Zagrożenie twardego brexitu nadal istnieje i czeka nas na koniec tego roku, jeśli Wielka Brytania i UE nie dogadają się w szczegółach – podkreśla główny doradca Brytyjsko-Polskiej Izby Handlowej.
– Wyjście Wielkiej Brytanii z UE z końcem stycznia to data formalna. 1 lutego rozpoczyna się okres przejściowy, podczas którego w praktyce nic się nie zmieni. Sytuacja na granicy będzie wyglądać dokładnie tak jak w tej chwili. Prawdziwą datą brexitu będzie dopiero 1 stycznia 2021 roku, kiedy powinno być ustalone, na jakich warunkach Wielka Brytania występuje z Unii – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Michał Dembiński, główny doradca Brytyjsko-Polskiej Izby Handlowej.
W piątek 24 stycznia brytyjski premier Boris Johnson podpisał uzgodnione z UE porozumienie o warunkach wystąpienia Zjednoczonego Królestwa z dniem 31 stycznia. To samo zrobili również przewodnicząca KE Ursula von der Leyen i szef Rady Europejskiej Charles Michel. Oznacza to, że w nocy z 31 stycznia na 1 lutego o północy czasu europejskiego Wielka Brytania formalnie przestanie być członkiem Unii Europejskiej i będzie jednocześnie pierwszym państwem, które wystąpiło ze Wspólnoty.
Ta data nie kończy jednak procesu brexitu – 1 lutego rozpocznie się 11-miesięczny okres przejściowy, w trakcie którego de facto nic się nie zmieni. W tym czasie wciąż będzie można swobodnie podróżować do Wielkiej Brytanii bez obaw o kontrole graniczne, choć żeby legalnie mieszkać na Wyspach po brexicie, należy być zarejestrowanym i mieć status osiedlonego. Około 900 tys. Polaków musi w tym celu złożyć odpowiedni wniosek przed 30 czerwca 2021 roku.
W trakcie okresu przejściowego Wielka Brytania będzie niegłosującym członkiem UE, podlegającym unijnym przepisom. Nadal będzie uczestniczyć w unii celnej, jednolitym rynku i płacić składkę do wspólnego budżetu. Jednak w tle będą toczyć się negocjacje dotyczące przyszłych stosunków i relacji handlowych pomiędzy Zjednoczonym Królestwem i UE po okresie przejściowym, który zakończy się 1 stycznia 2021 roku.
– Wielka Brytania miała wyjść z Unii Europejskiej 29 marca ubiegłego roku, potem ta data była wielokrotnie przesuwana. Do ostatniej chwili nie wiedzieliśmy, czy wyjdzie z umową, czy bez niej. Teraz wiemy już, że nie będzie brexitu bez porozumienia, co stanowiło wielkie zagrożenie dla handlu, obywateli, gospodarki polskiej, brytyjskiej i unijnej. Na szczęście do tego nie doszło. Jednak to zagrożenie nadal istnieje i czeka nas na koniec tego roku, jeśli Wielka Brytania i UE nie dogadają się w szczegółach – podkreśla Michał Dembiński.
Wówczas obie strony będą prowadzić wzajemną wymianę handlową zgodnie z przepisami Światowej Organizacji Handlu. To w praktyce oznacza, że import i eksport towarów z Wielkiej Brytanii będzie odbywać się na takich samych zasadach, jakie obowiązują w przypadku tzw. państw trzecich, z którymi UE nie ma umów handlowych.
– Czasu jest mało, bo okres przejściowy po tym, jak Wielka Brytania uruchomiła art. 50 traktatu lizbońskiego, skrócił się z 21 do 11 miesięcy, a wciąż jest ok. 750–800 umów do przedyskutowania i ustalenia – mówi Michał Dembiński. – Dwa najważniejsze ustalenia to deklaracja polityczna dotycząca stosunków brytyjsko-unijnych po upływie tego roku oraz właśnie umowa o wolnym handlu.
Jak podaje Ministerstwo Finansów, niezależnie od wyników negocjacji handlowych prawdopodobnie zostaną wprowadzone kontrole na granicy między Unią Europejską a Zjednoczonym Królestwem. Przedsiębiorcy będą mieć m.in. obowiązek dopełnienia standardowych formalności celnych. Dla osób, które dotychczas tego nie robiły, oznacza to np. konieczność zarejestrowania się w usłudze Krajowej Administracji Skarbowej „e-Klient”, składania zgłoszeń i deklaracji celnych oraz regulowania należności celnych i podatkowych (VAT i akcyza).
Pracodawcy RP zwracają uwagę, że Polska ma podpisaną z Wielką Brytanią umowę o unikaniu podwójnego opodatkowania, więc w trakcie okresu przejściowego nie powinny występować poważniejsze problemy, które będą paraliżować działalność przedsiębiorstw, choć te mogą spodziewać się pewnych dodatkowych obowiązków administracyjnych i celnych. Poważniejsze problemy mogą pojawić się w 2021 roku, jeśli do porozumienia Londynu z Brukselą nie dojdzie. „W takim przypadku pojawią się pytania np. o podmioty będące w holdingu z kapitałem brytyjskim i polskim. Problemy będą dotyczyć m.in. podatku u źródła, wypłacanych odsetek, opłat licencyjnych, restrukturyzacji. Będzie to jednak z reguły problem dużych podmiotów, które z pewnością odpowiednio wcześniej przygotują się na taką sytuację” – zwracają uwagę Pracodawcy RP.
– W kwestii kształtu relacji Wielkiej Brytanii z UE po okresie przejściowym niektórzy wskazują na przykład Norwegii. Rząd brytyjski nie chce być jednak częścią unii celnej ani jednolitego rynku. Bliższym wzorcem jest Kanada, ale negocjacje umowy handlowej pomiędzy tym krajem i UE zajęły siedem lat. Tutaj trzeba wynegocjować coś podobnego w trakcie 11 miesięcy. Różnica jest taka, że obie strony dobrze się znają i jest nadzieja, że dogadają się pod presją czasu – mówi Michał Dembiński.
Wielka Brytania jest jednym z największych partnerów handlowych Polski obok Niemiec i Czech. PIE ocenia, że Polska znajdzie się w gronie państw UE najsilniej dotkniętych brexitem. W przypadku wynegocjowania porozumienia spadek eksportu obniży polskie PKB o 0,14 proc., czyli ok. 3 mld zł. Jeśli zaś do porozumienia nie dojdzie, obniżka sięgnie 0,24 proc. PKB, czyli ok. 5 mld zł. Z kolei liczba miejsc pracy może spaść odpowiednio o 20 tys. i 35 tys. Konsekwencje będą dotkliwe również dla gospodarki brytyjskiej.
– Pod największym znakiem zapytania stanie eksport towarów. Około 50 proc. żywności konsumowanej przez Brytyjczyków pochodzi z innych krajów, w tym połowa z państw UE – wymienia Dembiński. – Wielka Brytania za mało produkuje – produkcja przemysłowa to tylko 9 proc. wartości dodanej do brytyjskiego PKB. Dla porównania w Polsce to jest 19 proc., a w Niemczech – 22 proc. To powoduje, że Brytyjczycy są skazani na import towarów. Kraj ma ogromny deficyt w handlu towarami, których jakość może zastąpić przez nadwyżkę handlową w eksporcie usług, przede wszystkim finansowych. Jednak już w końcówce 2018 roku większość brytyjskich instytucji finansowych, które obsługiwały rynki unijne, przeniosła swoje siedziby na teren UE.
Dla przykładu Prudential przeniósł już swoją europejską siedzibę do Dublina, Bank HSBC rezyduje w Paryżu, a Lloyd’s of London – najstarszy ubezpieczyciel na świecie – już nazywa się oficjalnie Lloyd’s Brussels. W Polsce każda nowa polisa wystawiona przez tego ubezpieczyciela jest już traktowana jako eksport belgijskich, a nie brytyjskich usług finansowych.
– Byłbym zaskoczony, gdyby to przeniesienie 50 największych instytucji finansowych nie spowodowało ogromnego tąpnięcia w nadwyżce handlowej. Jednak sporo unijnych instytucji finansowych już zabiega o pozwolenie, żeby sprzedawać swoje usługi finansowe na terenie Wielkiej Brytanii – mówi Michał Dembiński.
Główny doradca Brytyjsko-Polskiej Izby Handlowej podkreśla, że po zakończeniu okresu przejściowego z umową czy bez niej przedsiębiorcy mogą spodziewać się sporych problemów logistycznych.
– W tej chwili, gdy w porcie Dover cumuje prom, wyjeżdża z niego około 80 tirów. Brytyjskie służby celne są w stanie wychwycić może dwie–trzy ciężarówki podejrzane o jakieś nieprawidłowości. Jeśli jednak zatrzymają cztery, to już pojawiają się kłopoty, jeśli więcej, kolejny prom nie może zacumować. Teraz trzeba będzie kontrolować wszystkie 80 ciężarówek, więc utrudnienia i związane z tym koszty będą ogromne – mówi Michał Dembiński.
Przedsiębiorca dwa razy wygrał przed sądem spór z fiskusem o zwrot VAT. Zobowiązany do jego dokonania organ wciąż jednak nie zwrócił przedsiębiorcy pieniędzy. Sądy karzą go za to grzywną, nazywając jego bezczynność rażącym naruszeniem prawa. Mimo to organ nadal nie chce zwrócić należnych przedsiębiorcy ponad 4 mln zł.
Rażące naruszenie prawa przez organ
Warszawski przedsiębiorca wniósł skargę na bezczynność naczelnika jednego z warszawskich urzędów skarbowych (dalej: NUS) w przedmiocie rozpoznania wniosku o zwrot VAT, nadpłaconego w miesiącach październik i listopad 2017 r. Wyrokami z 7 listopada 2019 r. Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie (sygn. akt III SAB/Wa 48/19 oraz III SAB/Wa 49/19) dwukrotnie stwierdził bezczynność naczelnika w zakresie dokonania zwrotu nadwyżki podatku od towarów i usług naliczonego nad należnym, jak i dwukrotnie uznał, że bezczynność ta miała charakter rażącego naruszenia prawa. W każdym z wyroków wymierzył NUS grzywnę w wysokości 1000 zł i zobowiązał go do zwrotu przedsiębiorcy kosztów postępowania sądowego. Co najważniejsze i najistotniejsze: zobowiązał go do dokonania przedmiotowego zwrotu VAT w łącznej wysokości 4,11 mln zł w terminie 14 dni od dnia otrzymania odpisu prawomocnego wyroku wraz z aktami sprawy, lub do wydania w tym terminie decyzji zawierającej odmowę zwrotu.
Siedmiokrotnie przedłużany termin zwrotu VAT
W listopadzie 2018 r. wyrokami o sygn. akt III SA/Wa 1158/18 oraz III SA/Wa 1895/18 Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie orzekł, że naczelnik urzędu skarbowego nie może już dalej przedłużać przedsiębiorcy zwrotu VAT, albowiem postanowienia o przedłużeniu terminu zwrotu, odpowiednio z 27 listopada 2017 r. (w zakresie zwrotu za październik 2017 r.), jak i z 28 grudnia 2017 r. (w zakresie zwrotu za listopad 2017 r.) zostały przedsiębiorcy doręczone po upływie terminu. Wyrokami tymi WSA stwierdził, że w obliczu upływu terminu zwrotu podatku organ nie miał prawa dłużej go wstrzymywać. A czynił to wielokrotnie, w sumie przedłużając termin każdego ze zwrotów VAT aż siedem razy.
Prawnie niedopuszczalne działania organu wobec przedsiębiorcy
Mimo korzystnych wyroków przedsiębiorca nie doczekał się zwrotu. Po ich wydaniu 16 listopada 2018 r. naczelnik urzędu skarbowego wstrzymywał zwroty jeszcze trzykrotnie, postanowieniami z 13 grudnia 2018 r., 22 marca 2019 r. i 13 czerwca 2019 r. Reprezentujący firmę radca prawny Robert Nogacki z Kancelarii Prawnej Skarbiec, wniósł w jej imieniu skargę na bezczynność organu, domagając się wydania przez organ ostatecznego aktu administracyjnego w przedmiocie zwrotu podatku w terminie 14 dni, jak również dokonania przez sąd kontroli przewlekłości postępowania, zobowiązania organu do ukarania pracownika odpowiedzialnego za niezałatwienie sprawy w terminie, jak i ukarania grzywną samego organu. Pełnomocnik firmy podniósł, że organ skarbowy nie zastosował się do prawomocnego wyroku sądu, przedłużając ponownie termin zwrotu należnego firmie VAT, mimo usankcjonowania przez sąd, że jest to prawnie niedopuszczalne.
Sytuacja niedopuszczalna w demokratycznym państwie prawnym
NUS nie zgodził się ze skargą, twierdząc, że zgromadził w sprawie wystarczający materiał dowodowy, potwierdzający uczestnictwo skarżącego przedsiębiorcy w oszustwie podatkowym, a wszelkie jego działania mają na celu nienarażanie Skarbu Państwa na uszczuplenie oraz „możliwie szybkie oraz wnikliwe przeprowadzenie kontroli podatkowej”.
WSA w Warszawie wyrokami III SAB/Wa 48/19 oraz III SAB/Wa 49/19 z 7 listopada 2019 r. stwierdził bezczynność organu skarbowego mającą charakter rażącego naruszenia prawa. Sąd orzekł, że NUS pozostawał w bezczynności już od 29 listopada 2017 r., czyli od następnego dnia po dniu, w którym upłynął termin nieskutecznie przedłużonego przez organ zwrotu podatku. Niemniej z racji tego, że wyrok z 16 listopada 2018 r., w którym sąd stwierdził, że organ nie miał możliwości przedłużania terminu zwrotu, a który organ winien był respektować, wpłynął do organu 15 lutego 2019 r., za rażące naruszenie prawa bezczynność tę można uznać od dnia 16 lutego 2019 r. Sąd zobowiązał organ do zwrotu ponad 4 mln zł na rzecz skarżącego przedsiębiorcy lub wydania decyzji zawierającej odmowę zwrotu i ukarał go dwukrotnie grzywną po 1000 zł każda.
„Naczelnik US nie wydając żadnej decyzji w przedmiocie zwrotu podatku za powyższy okres, w istocie zanegował stan prawny powstały na skutek uprawomocnienia się powyższego wyroku, co oznacza, że zakwestionował treść tego wyroku. Sytuację taką sąd orzekający w tej sprawie uznał za niedopuszczalną w demokratycznym państwie prawnym” (sygn. akt III SAB/Wa 48/19).
Urzędnicze bezprawie
To jednak nie wszystkie aspekty sprawy. 31 października 2019 r. Dyrektor Izby Administracji Skarbowej w Warszawie wskutek wniesionego przez przedsiębiorcę zażalenia umorzył postępowanie w sprawie przedłużania zwrotu, respektując wyroki sądu z 16 listopada 2018 r. Rozstrzygnięcie DIAS za nic wziął naczelnik urzędu skarbowego i zwrotu nadal nie dokonał.
29 listopada 2019 r., w odpowiedzi na zażalenie z 18 października 2019 r. wniesione przez reprezentującego firmę radcę prawnego Roberta Nogackiego na postanowienie NUS w sprawie odmowy uznania zarzutów firmy co do prowadzonego postępowania egzekucyjnego, DIAS postanowił, że nie rozpatrzy go w zakreślonym przepisami prawa podatkowego terminie. Powołując się na konieczność ustalenia wszystkich okoliczności sprawy, wydłużył organom czas na gromadzenie materiału dowodowego, a później na dokonanie jego oceny, przesuwając termin załatwienia sprawy do 14 stycznia 2020 r. Co więcej, jak zaznaczył DIAS, jest to jedynie „przewidywany” termin załatwienia tej sprawy.
To nie wydłużanie czasu na gromadzenie materiału dowodowego – to po prostu danie organowi czasu na dalsze poszukiwanie dowodów przeciw przedsiębiorcy, by nie zwracać ponad 4 mln należnych mu zgodnie z wyrokami sądów, pieniędzy. No a już na pewno, by nie zwracać ich przed końcem roku, i nie zaniżać fiskusowi statystyk ściągalności podatków i finansowych sukcesów w uszczelnianiu systemu VAT. Pytanie jednak, czy są to jeszcze działania, które można uznać „tylko” za naruszenie prawa, czy urzędnicze bezprawie, nazwane przez warszawski sąd niedopuszczalnym w demokratycznym państwie prawa?
„…Naczelnik US naruszył prawo poprzez bezprawny brak dokonania zwrotu spornych kwot nadwyżki podatku naliczonego nad należnym lub wydania decyzji o odmowie zwrotu pozostając w bezczynności, która miała charakter rażącego naruszenia prawa…” (wyrok WSA w Warszawie z 7 listopada 2019 r., sygn. akt III SAB/Wa 48/19).
Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.
Zerowa emisyjność samochodów elektrycznych wciąż pozostaje kwestią sporną. Chociaż nie ulega wątpliwości, że silnik elektryczny jest jedynym rozwiązaniem gwarantującym brak emisji spalin z rury wydechowej – to jednak nie jest on pozbawiony śladu węglowego. Eksperci wskazują, że prąd używany do napędzania silników elektrycznych jest w większości przypadków produkowany z węgla – szczególnie w tak tradycyjnej gospodarce elektrycznej, jak polska. Również produkcja wzbogaconego wodoru, potrzebnego do działania technologii wodorowej w silnikach samochodów, wymaga zużycia dużej ilości energii elektrycznej. Podobnie jest z wytwarzaniem części samochodów elektrycznych, szczególnie baterii. Chociaż proces ten jest coraz czystszy i bardziej nowoczesny, wciąż wiąże się z produkcją zanieczyszczeń. Nie jest ona jednak porównywalna z emisyjnością silników spalinowych. Dlatego mimo wszystko skręt w kierunku elektromobilności jest ruchem w dobrą stronę. Topowi producenci samochodów wierzą, że całkowita bezemisyjność transportu drogowego jest możliwa. Potrzebna jest do tego jednak równoległa transformacja przemysłu samochodowego i energetycznego.
– Docelowo nawet te najbardziej tradycyjne rynki energetyczne w Unii Europejskiej, takie jak polski, mają w planie w pewnym momencie przejść na w pełni bezemisyjną gospodarkę elektryczną. To daje nadzieję, że samochody elektryczne będą mogły stać się całkiem czyste – powiedział serwisowi eNewsroom Aleksander Rzepecki, menedżer do spraw pojazdów elektrycznych w Mercedes-Benz Polska. – Czy to będzie wcześniej, czy później, to jest kwestia czasu. Wprowadzenie elektromobilności do powszechnego użycia również jest kwestią czasu. Gdybyśmy dzisiaj w cudowny sposób zmienili całą naszą gospodarkę na wiatraki i panele słoneczne, to od jutra nie będą przecież jeździły po naszych drogach same samochody elektryczne. Wprowadzenie takich samochodów to długi proces. Dlatego bardzo ważne jest, by te dwa procesy działy się jednocześnie. Należy przechodzić na odnawialne źródła energii oraz wprowadzać samochody elektryczne. Dzięki temu w perspektywie kilkudziesięciu lat będziemy coraz bliżej momentu, gdy na naszych drogach będą samochody elektryczne napędzane przez odnawialne źródła energii – przewiduje Rzepecki.
Aż 42 proc. kobiet w Polsce nie umie określić, czy są szczęśliwe. Do pełnego zadowolenia najczęściej brakuje im bliskości partnera lub bezpieczeństwa ekonomicznego. Wiele pań podkreśla, że wciąż szuka swojej drogi do szczęścia. – Duże znaczenie ma tutaj dbanie o własne potrzeby i umiejętność odpoczywania – podkreślają inicjatorzy kampanii Naturalnie 5zczęśliwe. Kobiety mają dla siebie średnio dwie godziny dziennie i twierdzą, że potrafią w tym czasie odpocząć, jednak zwykle robią to w sposób bierny, oglądając seriale lub przeglądając internet.
– 21 proc. kobiet w Polsce deklaruje poczucie całkowitego szczęścia. Pozostałe 79 proc. nie umie określić swojego obecnego stanu lub ciągle szuka właściwej drogi. W tym bardzo mały odsetek pań [5 proc. – red.] mówi otwarcie, że nie są szczęśliwe – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Ewa Łusiak, koordynatorka kampanii Naturalnie 5zczęśliwe.
Jedna czwarta respondentek twierdzi, że w życiu odczuwa brak bliskości partnera. 16 proc. przyznaje, że problemy ze zdrowiem własnym lub bliskich osób nie pozwalają im w pełni cieszyć się życiem. Istotne są również kwestie ekonomiczne. Co piąta badana podkreśla, że do szczęścia brakuje im więcej pieniędzy, 8 proc. chciałoby większego lub własnego mieszkania (lub domu), kolejne 7 proc. – stabilizacji finansowej.
Co ciekawe, na ostatnim miejscu respondentki wymieniły kompleksy związane z wyglądem. Jedynie 0,4 proc. kobiet przeszkadzają one w odczuwaniu szczęścia. Zdaniem większości najważniejsze w życiu są więzi emocjonalne i poczucie spełnienia.
– Zdaniem Polek kobieta szczęśliwa jest spełniona zarówno zawodowo, jak i prywatnie. To osoba otoczoną miłością bliskich i przede wszystkim mająca czas dla siebie. Co ciekawe, nie musi być to typowa zamożna kobieta sukcesu – dodaje Ewa Łusiak.
Wiele kobiet podkreśla, że szczęśliwa kobieta to taka, która dba o własne potrzeby, ma czas dla siebie i bliskich, żyje w zgodzie z samą sobą, realizuje swoje marzenia i cele. Z badania przeprowadzonego w ramach kampanii Naturalnie 5zczęśliwe wynika, że panie mają dla siebie około dwóch godzin dziennie, czyli około 15 godzin tygodniowo. Najmniej zajęte są singielki z dużych miast. Z kolei matki przeznaczają na relaks zdecydowanie mniej czasu. Wprawdzie 24 proc. Polek twierdzi, że potrafi odpoczywać, jednak jakość tego odpoczynku nie jest zadowalająca nawet dla nich samych.
– Okazuje się, że panie odpoczywają głównie pasywnie. Większość z nich ogląda telewizję lub surfuje po internecie. Z kolei kiedy pytamy, na co brakuje im czasu, wśród najczęstszych odpowiedzi pojawiają się sport i czytanie książek. Wynika z tego, że Polki nie do końca wiedzą, jak spędzać wolny czas – zwraca uwagę Ewa Łusiak.
70 proc. kobiet deklaruje, że spędza wolny czas na oglądaniu telewizji, filmów czy seriali, 62 proc. przegląda internet. Dla porównania wyjście na spacer wybiera 41 proc. badanych, a sport – 25 proc. Znacznie częściej Polki w wolnym czasie wybierają aktywność związaną z obowiązkami domowymi: sprzątaniem, gotowaniem czy zakupami.
– Polki nie zdają sobie sprawy, jak ważny jest ruch. Nie chodzi jedynie o utrzymanie zgrabnej sylwetki, lecz także o nasze zdrowie. Aktywność fizyczna ma duży wpływ na poziom hormonów w naszym ciele. Już spacer może sprawić, że będziemy szczęśliwsze – mówi Ewa Łusiak.
Jak podkreśla, kampania Naturalnie 5zczęśliwe ma wspierać kobiety w dążeniu do szczęścia, co przejawia się w dbaniu o siebie i dobrym jakościowo wypoczynku. Podstawą dla inicjatorów jest 200-letnia filozofia duchownego Sebastiana Kneippa, który oparł swoją naukę o leczeniu naturalnym na pięciu filarach: wodzie, roślinach, ruchu, odżywaniu i równowadze.
– Musimy pamiętać o tym, że w 80 proc. składamy się z wody. Bardzo łatwe zabiegi z hydroterapii mogą nam pomóc w tym, żeby pobudzić swoją odporność. Pamiętajmy o tym, jak zbawienną rolę ma dla nas kontakt z naturą czy rośliny, które spożywamy. Równowaga to niesamowicie ważny element. Chodzi o to, żeby nasze życie było poukładane i żebyśmy żyły w zgodzie z sobą i naturą. Powinniśmy się również odżywiać zgodnie z porą roku i miejscem, gdzie żyjemy. Kolejnym czynnikiem jest ruch, który jest nieodłącznym elementem tego, żeby być zdrową i szczęśliwą – tłumaczy Ewa Łusiak.
31 stycznia 2020 r. rozpoczął się okres przejściowy, który do 31 grudnia 2020 r. daje czas na wypracowanie ostatecznej umowy handlowej między Unią Europejską, a Wielką Brytanią
prawdopodobieństwo ryzyka “braku umowy handlowej” na koniec 2020 r. wynosi 15%
w przypadku twardego brexitu prognozujemy, że wzrost PKB Wielkiej Brytanii spadnie do +0.6% w 2020 r. oraz -0.6% w 2021 r.
straty Wielkiej Brytanii z tytułu eksportu towarów do UE i wszystkich krajów, z którymi UE ma zawarte porozumienie o wolnym handlu, wyniosłyby ponad 20 mld GBP (lub 22 mld EUR) w 2021 r.
Brexit, który formalnie nastąpi 31 stycznia, rozpocznie okres przejściowy, w którym swobodny przepływ kapitału, towarów, ludzi i usług w ramach Unii Europejskiej będzie miał nadal zastosowanie. Ostateczny termin upływa z dniem 31 grudnia 2020 roku, toteż do tej daty obie strony dały sobie czas na wypracowanie ostatecznej umowy handlowej. Komentarz w sprawie prawdopodobnego ryzyka braku porozumienia przygotowała Ana Boata, Kierownik Działu Badań Makroekonomicznych w Grupie Euler Hermes.
Po ratyfikacji przez parlament Wielkiej Brytanii umowy brexitowej została ona dnia 29 stycznia 2020 r. zatwierdzona przez Parlament Europejski. W związku z tym, 31 stycznia 31 stycznia o godz. 23:00 czasu uniwersalnego Zjednoczone Królestwo znajdzie się poza UE i nie będzie częścią instytucji europejskich, ani organów decyzyjnych w Europie. W ramach porozumienia, będzie musiało stosować zasady europejskie na czas okresu przejściowego, który upływa z dniem 31 grudnia 2020 r. Do tej daty, Wielka Brytania i Unia Europejska będą prowadzić swobodną wymianę handlową. Co prawda, finalizacja pierwszego kamienia milowego brexitu redukuje niepewność, lecz nie usuwa jej całkowicie, gdy weźmiemy pod uwagę otwarcie następnej rundy negocjacji w sprawie nowego porozumienia handlowego z UE. Co więcej, Wielka Brytania musi renegocjować ponad 50 innych umów o wolnym handlu, jakie UE zawarła z państwami trzecimi.
Zawarcie porozumienia w sprawie umowy handlowej z UE do czerwca 2020 r. wydaje się mało prawdopodobne, torując drogę do dłuższego okresu przejściowego.
Patrząc na kalendarz najważniejszych dat dla brexitu w 2020 roku (Rysunek 1), spodziewamy się, że debata szybko przesunie się w stronę ryzyka dla sytuacji „bez umowy handlowej”. Toteż, nawet jeśli premier Boris Johnson nie będzie chciał przedłużać okresu przejściowego sądzimy, że istnieje wysokie prawdopodobieństwo, iż w końcu będzie musiał to zrobić.
Źródło: Various, Allianz Research
Naturalnie, Komisja Europejska pozostaje sceptyczna wobec zdolności obu stron do wynegocjowania „nowego kompleksowego porozumienia” do Szczytu Europejskiego w dniach 18-19 czerwca, które obejmowałoby towary i produkty rolnicze, a także usługi, uwzględniając jednocześnie wymogi EU w zakresie norm społecznych i środowiskowych, pomocy państwa, zwalczania nadużyć i standardów pracy. Naszym zdaniem największym wyzwaniem będzie techniczna organizacja kontroli celnych na Morzu Irlandzkim. Również usługi finansowe straciłyby prawo dostępu do rynków i dlatego potrzebowałyby równoważnego statusu produkt za produkt. Negocjacje oficjalnie rozpoczną się 1 marca, lecz szczegóły techniczne nie zostały do tej pory jasno określone ani w Deklaracji Politycznej, ani Porozumieniu o Wystąpieniu. Porównując ten ostatni dokument z Kompleksową Umową Gospodarczo-Handlową (CETA) pomiędzy UE i Kanadą, na przykład, wciąż brakuje konkretnych słów, takich jak „sektory”, „przemysłowy”, „usługi finansowe”, „korporacje”, „dostęp do rynku” itd.
Naszym zdaniem, prawdopodobieństwo ryzyka “braku umowy handlowej” na koniec 2020 r. wynosi teraz 15% wobec 30% w 2019 r.
Prognozujemy, że wzrost PKB Wielkiej Brytanii spadnie do +0.6% w 2020 r. (z +1.0% w scenariuszu podstawowym) przed recesją w 2021 r. (-0.6% wobec +1.6% w scenariuszu podstawowym), jeżeli nastąpiłby twardy brexit, tj. wyjście na warunkach WTO 31 grudnia 2020 r. To oznaczałoby średnią stawkę celną na przywóz w średniej wysokości 5% na towary importowane z UE i reszty świata.
Sądzimy, że jest bardzo małe prawdopodobieństwo, aby Zjednoczone Królestwo było w stanie powielić niektóre już istniejące porozumienia o wolnym handlu UE (z Australią, Kanadą) przed końcem tego roku lub wynegocjować nowe (np. z USA). UE stosuje średnią stawkę celną w wysokości około 9% na przywóz z USA, podczas gdy USA stosuje stawkę celną w wysokości około 5% na przywóz z UE. W przypadku braku porozumienia o wolnym handlu, bez względu na to, czy brexit będzie twardy czy uporządkowany, UK mogłaby zastosować te same stawki celne wobec USA. Porozumienie o wolnym handlu z USA wydaje się mało prawdopodobne w 2020 r., biorąc pod uwagę fakt, że zgodnie z zapowiedziami Zjednoczonego Królestwa porozumienie z UE będzie miało pierwszeństwo przed porozumieniem z USA w tym roku.
Generalnie, straty Wielkiej Brytanii z tytułu eksportu towarów (do UE i wszystkich krajów, z którymi UE ma zawarte porozumienie o wolnym handlu) wyniosłyby ponad 20 mld GBP (lub 22 mld EUR) w 2021 r. (Rysunek 2). Dla UE wpływ ekonomiczny byłby bardziej ograniczony (około 16 mld EUR z tytułu towarów). Poza UE, Japonia i Kanada znajdują się na czele pośród 15 najbardziej dotkniętych krajów, ponieważ porozumienia o wolnym handlu, jakie mają z UE, nie będą miały zastosowania do UK (Rysunek 3).
Rysunek 2: Prognozowane roczne straty UK z tytułu eksportu według krajów w scenariuszu twardego brexitu, mld GBP
Źródło: ITC, Bank Światowy, Allianz Research
Rysunek 3: Oczekiwane roczne straty z tytułu eksportu z UK, biorąc pod uwagę koniec jednolitego rynku i zawartych porozumień o wolnym handlu, mld EUR
Niezależnie od tego, czy twoje produkty znajdują się w sklepie spożywczym, przemysłowym, motoryzacyjnym czy też właśnie szykujesz się na targi, na których chcesz zaprezentować swoją ofertę, musisz zadbać o to, aby się wyróżniać. Paradoksalnie, nie zawsze musi być to aż tak trudne. Często wystarczy przemyślana strategia, kilka dobrze rozmieszczonych ekspozytorów i ciekawe plakaty.
Pokaż się w sklepie
Stoisko reklamowe na poziomie
Pokaż się w sklepie
Sklep to miejsce, gdzie wchodzącego klienta atakuje natychmiast wielość produktów, które ma on na wyciągnięcie ręki. Bardzo często jednak ta wielość powoduje przytłoczenie i dezorientację klienta, który w pewnym momencie ma prawo stracić głowę. Twoim zdaniem jest pomóc mu przypomnieć sobie o twojej ofercie, jej wyjątkowości, konkurencyjnej cenie lub wyjątkowych właściwościach i wartościach dodanych. Jak to zrobić? Ekspozytory reklamowe to jeden z prostszych gadżetów reklamowych, który może w tym pomóc. Wykonanie ekspozytorów na ladę w dobrej drukarni internetowej zajmuje zaledwie kilka dni, a ty możesz znacznie lepiej wyeksponować swój produkt. Oczywiście koniecznie trzeba podjąć negocjacje z właścicielem sklepu, aby zgodził się on na tę dodatkową formę promocji, natomiast naprawdę warto o takie wyróżnienie zadbać. W przypadku produktów spożywczych na przykład klienci dość łatwo i chętnie decydują się jeszcze na zakup dodatkowego produktu, który został wyeksponowany na ladzie. Czekając w kolejce, z ciekawości mogą wziąć ulotkę, którą włożysz do ekspozytora. To wszystko nie wymaga szczególnie skomplikowanych zabiegów z twojej strony, a może przynieść bardzo wymierne efekty. Drukomat.pl zrobi dla ciebie takie gadżety w tydzień.
Stoisko reklamowe na poziomie
Nie każda firma może pozwolić sobie na zakup indywidualnego projektu stoiska reklamowego. Budżety na tego typu wydatki są bardzo wysokie i najczęściej na takie rozwiązania decydują się duże i bogate firmy. Stoisko, aby zwracało uwagę, nie musi jednak kosztować kilkudziesięciu tysięcy złotych. Umiejętne zaplanowanie rozstawienia roll-upów, ekspozytorów, ścianek reklamowych często wystarcza do tego, aby stworzyć przestrzeń, która zachęca klienta lub kontrahenta do rozmowy z tobą. Bardzo ważne jest przygotowanie pomysłowych plakatów (https://www.drukomat.pl/plakat-jednostronny), przyciągających wzrok, skupiających uwagę. Dzięki nim, naprawdę niewielkim kosztem, możesz wyróżnić się spośród innych. Tutaj liczy się przede wszystkim pomysł, koncepcja i jakość wykonania, a nie ilość pieniędzy wydanych na promocję.
Ferie zimowe w tym roku potrwają do 23 lutego. Teraz wypoczywają dzieci z województw: kujawsko-pomorskiego, lubuskiego, małopolskiego, świętokrzyskiego i wielkopolskiego. Od 10 lutego przerwę od szkoły będą mieć uczniowie z Dolnego Śląska, Mazowsza, Opolskiego i Zachodniopomorskiego. 60 proc. osób rezerwujących hotele i apartamenty na Noclegi.pl zdecydowało się na spędzenie urlopu w Polsce. Turyści najchętniej udają się do Zakopanego. Popularnością cieszą się również inne górskie miejscowości, takie jak Kościelisko, Szczyrk czy Białka Tatrzańska.
– Ponad 60 proc. turystów, którzy zarezerwowali nocleg na ferie zimowe, wybrało Polskę. Największą popularnością cieszą się kierunki górskie. Szukamy miejsc, w których towarzyszyć nam będzie zimowa aura, ponieważ chcemy spędzić czas na stoku – mówi agencji Newseria Biznes Agnieszka Rzeszutek, specjalistka ds. marketingu platformy rezerwacyjnej Noclegi.pl.
Zakopane ponownie okazało się najczęstszym kierunkiem wybieranym przez Polaków na zimowe wyjazdy. Coraz większym zainteresowaniem cieszą się także mniejsze górskie miejscowości.
– Tym razem ponad 40 proc. rezerwacji online dotyczyło właśnie zimowej stolicy Tatr. Inne wyszukiwane kierunki to Kościelisko, Szczyrk, Biały Dunajec czy Białka Tatrzańska. Tam oprócz wyciągów narciarskich czekają na nas atrakcje w postaci term czy gorących źródeł – tłumaczy Agnieszka Rzeszutek.
Ferie zimowe większości społeczeństwa kojarzą się ze śniegiem i sportami zimowymi. Plany wyjazdowe może jednak pokrzyżować pogoda. Nieprzychylne prognozy potrafią zmniejszyć liczbę dokonywanych rezerwacji nawet o 25 proc.
– Jeżeli pogoda w Polsce nie dopisuje, często decydujemy się na miejscowości zagraniczne. Najbardziej popularne kierunki to Węgry, Słowacja, Austria oraz Czechy – mówi Rzeszutek. – Wciąż popularne są Hajdúszoboszló i Balaton na Węgrzech, ale też coraz większą popularność zdobywa czeska Praga.
Coraz częściej planujemy wyjazdy z wyprzedzeniem. To okazuje się szczególnie ważne, gdy podczas ferii chcemy uczestniczyć w różnego rodzaju wydarzeniach i imprezach. Dla przykładu nocleg na weekend, podczas którego odbywa się konkurs skoków narciarskich w Zakopanem, trzeba rezerwować kilka miesięcy wcześniej.
– Ceny mogą rosnąć nawet o 19 proc. z każdym miesiącem. Podobnie sytuacja wygląda, jeżeli rezerwujemy wyjazd na jakieś widowisko, koncert czy wydarzenia sportowe. Właściciele obiektów noclegowych potrafią wtedy podnieść cenę nawet z dnia na dzień dla tych, którzy rezerwują na ostatnią chwilę – podkreśla Agnieszka Rzeszutek.
Cena wciąż odgrywa największą rolę przy szukaniu noclegów.
– Lubimy też zniżki i wszelkiego rodzaju pakiety. Obiekty noclegowe mogą zaoferować nam dodatkowe rabaty na atrakcje, takie jak termy czy wyciągi narciarskie – mówi specjalistka platformy Noclegi.pl.
Jeśli chodzi o organizację wyjazdu, Polacy z roku na rok robią się coraz bardziej samodzielni.
– Turyści, którzy rezerwują nocleg na portalu Noclegi.pl, najczęściej samodzielnie organizują sobie dojazd. Właściciele obiektów noclegowych mogą jednak zaoferować gościom dodatkowe atrakcje w postaci pieczenia kiełbasek z ogniska czy kuligu – wyjaśnia Rzeszutek.
Prezydent Andrzej Duda podpisał w środę ustawę zwaną „lex Ardanowski”, która ma ułatwić walkę z afrykańskim pomorem świń m.in. poprzez wybijanie dzików na terenach, na których stwierdzono obecność wirusa, i karanie więzieniem osób zaangażowanych w przeciwdziałanie odstrzałowi. Zdaniem ekologicznej organizacji WWF nowe przepisy przyniosą wiele szkód środowisku naturalnemu.
– Jest szereg rzeczy w ustawie dotyczącej walki z ASF, które bardzo mocno ingerują w nasze prawa obywatelskie. To m.in. karanie więzieniem za utrudnianie polowań, co jest karą absolutnie nieadekwatną – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Katarzyna Karpa-Świderek, rzeczniczka WWF Polska. – Są też inne kwestie, bo według tej ustawy będzie można np. zamykać przejścia nad autostradami. Dzik przecież nie jest jedynym zwierzęciem, który żyje w ekosystemie. Jeżeli zamkniemy korytarze ekologiczne, to będą na tym cierpieć także inne zwierzęta, również te, które są chronione, np. ryś, wilk, sarna.
Podpisana przez prezydenta ustawa, która ma wejść w życie już w dzień po jej publikacji w Dzienniku Ustaw, przyznaje myśliwym większe prawa odstrzału dzików i przewiduje kary więzienia dla osób, które będą usiłowały przeciwdziałać polowaniom. Senat zaakceptował sejmową wersję bez poprawek, choć tylko przewagą jednego głosu, gdyż przepisy poparło PSL. Zgodnie z nowymi regulacjami myśliwi będą mogli prowadzić odstrzał w dzień i w nocy, korzystając z tłumików, które zapobiegną ostrzeżeniu zwierząt przed niebezpieczeństwem. Dodatkowo osoby „spacerujące po lesie” w czasie polowania będą mogły być uznane za przeszkadzające odstrzałowi i skazane nawet na rok więzienia. Zdaniem WWF w ustawie niewłaściwie zostały rozłożone akcenty i rozdysponowane środki. Łącznie na walkę z wirusem państwo chce wydać 133 mln zł.
– Wydajemy niewspółmiernie dużo pieniędzy na odstrzał w stosunku do tego, ile wydajemy na bioasekurację. A to właśnie nie odstrzał, ale bioasekuracja, czyli takie zabezpieczanie hodowli, żeby wirus ze środowiska nie dostawał się do trzody chlewnej, faktycznie działa i jest metodą na ASF – przekonuje Katarzyna Karpa-Świderek. – Ta ustawa zamiast rozwiązywać problem, tworzy niejako kolejne problemy i jeszcze do tego polaryzuje społeczeństwo, a nawet penalizuje pewne zachowania, które wydawałyby się dalekie od tego, żeby karać je karą więzienia.
Za dziki pozyskane w ramach polowania dostarczone do punktu skupu lub zakładów powiatowy lekarz weterynarii wypłaci dzierżawcy lub zarządcy obwodu łowieckiego lub dyrektorowi parku narodowego 650 zł brutto za samice przelatki i dorosłe samice dzika oraz 300 zł brutto za pozostałe dziki. Tymczasem zdaniem naukowców to właśnie myśliwi mający kontakt z chorym zwierzęciem są częstym źródłem zarażeń w hodowlach świń, bo dziki bezpośredniego kontaktu ze zwierzętami hodowlanymi nie mają.
– Ta ustawa jest przeciwko dzikiej przyrodzie i nie poprawi jej stanu. Sposób jej procedowania był daleki od dobrego procesu legislacyjnego, w którym się słucha głosu naukowców i społeczeństwa, w tym organizacji pozarządowych – argumentuje rzeczniczka WWF. – To jest jeden z bardzo ważnych zarzutów. Nie można stanowić prawa, które będzie dotyczyło tak wielu osób i będzie miało wpływ na przyrodę w Polsce, w ogóle nie słuchając tych, którzy się na przyrodzie znają, czyli naukowców, biologów, zoologów, ale także organizacji pozarządowych zajmujących się ochroną środowiska. To jest niezwykle niebezpieczne i takie sytuacje zawsze się potem mszczą.
Polska walczy z wirusem ASF już szósty rok. W styczniu 2019 roku Polska Akademia Nauk opublikowała swoje stanowisko, w którym stwierdziła, że redukcja populacji dzików powinna być tylko jednym z działań zmierzających do zahamowania rozprzestrzenienia ASF, bo jedynie ok. 5 proc. odstrzelonych wcześniej dzików miało kontakt z tym wirusem. Inaczej jest z dzikami padłymi, gdzie odsetek ten wynosił 80 proc.
W tym roku przedsiębiorcom łatwiej rozliczyć się z fiskusem. Zamiast przelewów na różne konta urzędów skarbowych wszystkie zobowiązania uiszczają na jeden indywidualny mikrorachunek. Jego numer jest generowany automatycznie. Jednym przelewem można dokonać płatności za różne podatki. – Jeżeli jednak nie wskażemy, jakim tytułem dokonujemy wpłaty, urząd przypisze te należności zgodnie ze swoją wolą, niekoniecznie korzystnie dla podatnika – mówi Monika Spotowska, adwokat i doradca podatkowy z Kancelarii Rödl & Partner.
– Mikrorachunek ma ułatwić rozliczenia podatkowe przedsiębiorcy z urzędem skarbowym. Do tej pory przedsiębiorca, który miał różne należności z tytułu podatku dochodowego od osób fizycznych albo prawnych, czy podatek VAT, musiał przelewać odrębnymi przelewami na różne konta urzędów skarbowych. W tej chwili dokonuje wszystkich płatności na jedno własne, indywidualne konto podatkowe – przypomina w rozmowie z agencją Newseria Biznes Monika Spotowska, adwokat i doradca podatkowy z Kancelarii Rödl & Partner.
Od stycznia 2020 roku przedsiębiorcy rozliczą się z fiskusem za pomocą jednego numeru rachunku bankowego. Numer mikrorachunku można sprawdzić w dowolnym momencie w ciągu roku, korzystając z generatora (na stronie podatki.gov.pl) lub w każdym urzędzie skarbowym. Do wygenerowania numeru potrzebny jest tylko numer PESEL (w przypadku osób fizycznych) lub NIP (w przypadku przedsiębiorców). Mikrorachunek zmniejsza też ryzyko pomyłki. Dotychczas podatnik identyfikował się wyłącznie numerem podatkowym podanym w przelewie.
– Na naszym indywidualnym koncie rachunkowym będą zbierane należności z tytułu różnych podatków, jednak urząd musi mieć możliwość przyporządkowania wpłaty, dlatego w tytule przelewu należy wskazać należność, na poczet której dokonujemy płatności – podkreśla Monika Spotowska.
Mikrorachunek to rozwiązanie podobne do wprowadzonej przez ZUS e-składki, gdzie przedsiębiorcy opłacają wszystkie składki na indywidualny numer rachunku. Z danych Zakładu wynika, że liczba pomyłek znacznie spadła. Udział błędnych wpłat wynosi 0,001 proc. Podobnie ma być w przypadku mikrorachunku, o ile odpowiednio doprecyzujemy przelew.
– Urząd musi umieć przyporządkować te płatności. Jeżeli nie wskażemy, jakim tytułem dokonujemy wpłaty, albo napiszemy ogólnie PIT, CIT lub VAT, urząd najprawdopodobniej przypisze sobie te należności zgodnie ze swoją wolą. Niekoniecznie musi to być korzystne dla podatnika, który może nie mieć świadomości, jakie należności uregulował, a jakie należności są jeszcze otwarte. Z tego powodu zalecałabym dokonywanie płatności z podziałem na konkretne zobowiązanie podatkowe – radzi Monika Spotowska.
W nocy z 31 stycznia na 1 lutego Wielka Brytania formalnie przestanie być członkiem Unii Europejskiej i rozpocznie się 11-miesięczny okres przejściowy, w trakcie którego de facto nic się nie zmieni. Wciąż będzie można do niej swobodnie podróżować, problemów nie muszą też obawiać się przedsiębiorcy. W tle będą jednak toczyć się negocjacje dotyczące przyszłych relacji handlowych pomiędzy Londynem i Brukselą od 2021 roku. Obie strony muszą renegocjować nawet ok. 800 umów. – Zagrożenie twardego brexitu nadal istnieje i czeka nas na koniec tego roku, jeśli Wielka Brytania i UE nie dogadają się w szczegółach – podkreśla główny doradca Brytyjsko-Polskiej Izby Handlowej.
– Wyjście Wielkiej Brytanii z UE z końcem stycznia to data formalna. 1 lutego rozpoczyna się okres przejściowy, podczas którego w praktyce nic się nie zmieni. Sytuacja na granicy będzie wyglądać dokładnie tak jak w tej chwili. Prawdziwą datą brexitu będzie dopiero 1 stycznia 2021 roku, kiedy powinno być ustalone, na jakich warunkach Wielka Brytania występuje z Unii – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Michał Dembiński, główny doradca Brytyjsko-Polskiej Izby Handlowej.
W piątek 24 stycznia brytyjski premier Boris Johnson podpisał uzgodnione z UE porozumienie o warunkach wystąpienia Zjednoczonego Królestwa z dniem 31 stycznia. To samo zrobili również przewodnicząca KE Ursula von der Leyen i szef Rady Europejskiej Charles Michel. Oznacza to, że w nocy z 31 stycznia na 1 lutego o północy czasu europejskiego Wielka Brytania formalnie przestanie być członkiem Unii Europejskiej i będzie jednocześnie pierwszym państwem, które wystąpiło ze Wspólnoty.
Ta data nie kończy jednak procesu brexitu – 1 lutego rozpocznie się 11-miesięczny okres przejściowy, w trakcie którego de facto nic się nie zmieni. W tym czasie wciąż będzie można swobodnie podróżować do Wielkiej Brytanii bez obaw o kontrole graniczne, choć żeby legalnie mieszkać na Wyspach po brexicie, należy być zarejestrowanym i mieć status osiedlonego. Około 900 tys. Polaków musi w tym celu złożyć odpowiedni wniosek przed 30 czerwca 2021 roku.
W trakcie okresu przejściowego Wielka Brytania będzie niegłosującym członkiem UE, podlegającym unijnym przepisom. Nadal będzie uczestniczyć w unii celnej, jednolitym rynku i płacić składkę do wspólnego budżetu. Jednak w tle będą toczyć się negocjacje dotyczące przyszłych stosunków i relacji handlowych pomiędzy Zjednoczonym Królestwem i UE po okresie przejściowym, który zakończy się 1 stycznia 2021 roku.
– Wielka Brytania miała wyjść z Unii Europejskiej 29 marca ubiegłego roku, potem ta data była wielokrotnie przesuwana. Do ostatniej chwili nie wiedzieliśmy, czy wyjdzie z umową, czy bez niej. Teraz wiemy już, że nie będzie brexitu bez porozumienia, co stanowiło wielkie zagrożenie dla handlu, obywateli, gospodarki polskiej, brytyjskiej i unijnej. Na szczęście do tego nie doszło. Jednak to zagrożenie nadal istnieje i czeka nas na koniec tego roku, jeśli Wielka Brytania i UE nie dogadają się w szczegółach – podkreśla Michał Dembiński.
Wówczas obie strony będą prowadzić wzajemną wymianę handlową zgodnie z przepisami Światowej Organizacji Handlu. To w praktyce oznacza, że import i eksport towarów z Wielkiej Brytanii będzie odbywać się na takich samych zasadach, jakie obowiązują w przypadku tzw. państw trzecich, z którymi UE nie ma umów handlowych.
– Czasu jest mało, bo okres przejściowy po tym, jak Wielka Brytania uruchomiła art. 50 traktatu lizbońskiego, skrócił się z 21 do 11 miesięcy, a wciąż jest ok. 750–800 umów do przedyskutowania i ustalenia – mówi Michał Dembiński. – Dwa najważniejsze ustalenia to deklaracja polityczna dotycząca stosunków brytyjsko-unijnych po upływie tego roku oraz właśnie umowa o wolnym handlu.
Jak podaje Ministerstwo Finansów, niezależnie od wyników negocjacji handlowych prawdopodobnie zostaną wprowadzone kontrole na granicy między Unią Europejską a Zjednoczonym Królestwem. Przedsiębiorcy będą mieć m.in. obowiązek dopełnienia standardowych formalności celnych. Dla osób, które dotychczas tego nie robiły, oznacza to np. konieczność zarejestrowania się w usłudze Krajowej Administracji Skarbowej „e-Klient”, składania zgłoszeń i deklaracji celnych oraz regulowania należności celnych i podatkowych (VAT i akcyza).
Pracodawcy RP zwracają uwagę, że Polska ma podpisaną z Wielką Brytanią umowę o unikaniu podwójnego opodatkowania, więc w trakcie okresu przejściowego nie powinny występować poważniejsze problemy, które będą paraliżować działalność przedsiębiorstw, choć te mogą spodziewać się pewnych dodatkowych obowiązków administracyjnych i celnych. Poważniejsze problemy mogą pojawić się w 2021 roku, jeśli do porozumienia Londynu z Brukselą nie dojdzie. „W takim przypadku pojawią się pytania np. o podmioty będące w holdingu z kapitałem brytyjskim i polskim. Problemy będą dotyczyć m.in. podatku u źródła, wypłacanych odsetek, opłat licencyjnych, restrukturyzacji. Będzie to jednak z reguły problem dużych podmiotów, które z pewnością odpowiednio wcześniej przygotują się na taką sytuację” – zwracają uwagę Pracodawcy RP.
– W kwestii kształtu relacji Wielkiej Brytanii z UE po okresie przejściowym niektórzy wskazują na przykład Norwegii. Rząd brytyjski nie chce być jednak częścią unii celnej ani jednolitego rynku. Bliższym wzorcem jest Kanada, ale negocjacje umowy handlowej pomiędzy tym krajem i UE zajęły siedem lat. Tutaj trzeba wynegocjować coś podobnego w trakcie 11 miesięcy. Różnica jest taka, że obie strony dobrze się znają i jest nadzieja, że dogadają się pod presją czasu – mówi Michał Dembiński.
Wielka Brytania jest jednym z największych partnerów handlowych Polski obok Niemiec i Czech. PIE ocenia, że Polska znajdzie się w gronie państw UE najsilniej dotkniętych brexitem. W przypadku wynegocjowania porozumienia spadek eksportu obniży polskie PKB o 0,14 proc., czyli ok. 3 mld zł. Jeśli zaś do porozumienia nie dojdzie, obniżka sięgnie 0,24 proc. PKB, czyli ok. 5 mld zł. Z kolei liczba miejsc pracy może spaść odpowiednio o 20 tys. i 35 tys. Konsekwencje będą dotkliwe również dla gospodarki brytyjskiej.
– Pod największym znakiem zapytania stanie eksport towarów. Około 50 proc. żywności konsumowanej przez Brytyjczyków pochodzi z innych krajów, w tym połowa z państw UE – wymienia Dembiński. – Wielka Brytania za mało produkuje – produkcja przemysłowa to tylko 9 proc. wartości dodanej do brytyjskiego PKB. Dla porównania w Polsce to jest 19 proc., a w Niemczech – 22 proc. To powoduje, że Brytyjczycy są skazani na import towarów. Kraj ma ogromny deficyt w handlu towarami, których jakość może zastąpić przez nadwyżkę handlową w eksporcie usług, przede wszystkim finansowych. Jednak już w końcówce 2018 roku większość brytyjskich instytucji finansowych, które obsługiwały rynki unijne, przeniosła swoje siedziby na teren UE.
Dla przykładu Prudential przeniósł już swoją europejską siedzibę do Dublina, Bank HSBC rezyduje w Paryżu, a Lloyd’s of London – najstarszy ubezpieczyciel na świecie – już nazywa się oficjalnie Lloyd’s Brussels. W Polsce każda nowa polisa wystawiona przez tego ubezpieczyciela jest już traktowana jako eksport belgijskich, a nie brytyjskich usług finansowych.
– Byłbym zaskoczony, gdyby to przeniesienie 50 największych instytucji finansowych nie spowodowało ogromnego tąpnięcia w nadwyżce handlowej. Jednak sporo unijnych instytucji finansowych już zabiega o pozwolenie, żeby sprzedawać swoje usługi finansowe na terenie Wielkiej Brytanii – mówi Michał Dembiński.
Główny doradca Brytyjsko-Polskiej Izby Handlowej podkreśla, że po zakończeniu okresu przejściowego z umową czy bez niej przedsiębiorcy mogą spodziewać się sporych problemów logistycznych.
– W tej chwili, gdy w porcie Dover cumuje prom, wyjeżdża z niego około 80 tirów. Brytyjskie służby celne są w stanie wychwycić może dwie–trzy ciężarówki podejrzane o jakieś nieprawidłowości. Jeśli jednak zatrzymają cztery, to już pojawiają się kłopoty, jeśli więcej, kolejny prom nie może zacumować. Teraz trzeba będzie kontrolować wszystkie 80 ciężarówek, więc utrudnienia i związane z tym koszty będą ogromne – mówi Michał Dembiński.
Smartfony mogły wyprzeć najprostsze i najtańsze aparaty fotograficzne, lecz nie są w stanie zastąpić wszystkich urządzeń z tego segmentu branży technologicznej. Firmy specjalizujące się w produkcji aparatów cyfrowych postawiły na fragmentaryzację: na popularności zyskują aparaty natychmiastowe, a lustrzanki oraz aparaty bezlusterkowe wciąż sprawdzają się w zastosowaniach profesjonalnych.
Upowszechnienie się smartfonów wymusiło na branży fotograficznej wdrożenie drastycznych zmian w portfolio produktowym. Telefony z coraz bardziej zaawansowanymi czujnikami i wieloma obiektywami zastąpiły sektor tanich konsumenckich aparatów. Nie są natomiast w stanie zagrozić profesjonalnym lustrzankom bądź bezlusterkowcom – twierdzą eksperci.
– Rynek aparatów fotograficznych przechodzi dość drastyczne zmiany. Obecnie obserwujemy wiele zmieniających się kierunków dotyczących profesjonalnych lustrzanek cyfrowych, DSLR dla osób rozpoczynających swoją przygodę z fotografią, aparatów bezlusterkowych czy aparatów natychmiastowych – wymienia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Drew MacCallum z Canon USA.
W obliczu popularyzacji urządzeń mobilnych branża fotograficzna postawiła na wyspecjalizowane produkty skierowane do wąskich grup odbiorców. Dobrym przykładem takiej ścieżki rozwoju jest coraz większa popularność aparatów natychmiastowych, drukujących zdjęcia tuż po naciśnięciu zdjęcia migawki. Z badań przeprowadzonych przez analityków z Credence Research wynika, że ten niszowy segment branży fotograficznej będzie rozwijał się do 2027 roku w tempie 2,4 proc. w skali roku. Dziś sprzęty tego typu w swojej ofercie mają takie firmy jak Fujifilm, Canon czy Polaroid.
Największy potencjał wzrostowy wykazuje segment aparatów bezlusterkowych, który według Business Wire do 2023 roku ma rozwijać się w tempie 12 proc. w skali roku. Urządzenia tej kategorii zyskują na popularności dzięki połączeniu kompaktowych rozmiarów oraz możliwości, jakie do niedawna zapewniały wyłącznie cyfrowe lustrzanki. Dobrym przykładem takiego hybrydowego rozwiązania jest nowy aparat od Fujifilm. Model X-T200 ma typowo kompaktowy korpus o wadze wynoszącej zaledwie 370 g, a mimo to jest w stanie kręcić filmy w rozdzielczości 4K oraz w trybie HDR, dzięki czemu sprawdzi się m.in. w rękach twórców produkujących materiały do internetu.
Z kolei rynek cyfrowych lustrzanek zwraca się w stronę zawodowych fotografów poszukujących sprzętów wysokiej niezawodności i wszechstronności. Z myślą o rynku profesjonalnym powstał m.in. Canon EOS 1D X Mark III wyspecjalizowany do pracy w warunkach reporterskich. Sprzęt przystosowano do transmitowania nieskompresowanych materiałów 4K za pośrednictwem złącza HDMI oraz do fotografowania w trybie seryjnym do 20 zdjęć na sekundę. Dzięki tym funkcjom aparat ma sprawdzić się m.in. w rękach fotoreporterów pracujących przy transmisjach sportowych.
– Aparat 1D X Mark III przeznaczony jest dla profesjonalnych fotografów sportowych, fotografów specjalizujących się w uchwytywaniu ruchu czy fotografów zwierząt i natury, którzy wymagają aparatów najwyższej jakości. Wszystko – od systemu autofocus, przez czujnik, po przetwarzanie obrazu – zostało zmodernizowane i zmienione. Jedynie korpus, dopasowanie do dłoni i bateria się nie zmieniły – wskazuje ekspert.
Lustrzanek nie porzuca także Nikon, który odświeży swoją linię D, wprowadzając na rynek aparat Nikon D780. Nowy model również przystosowano do pracy w dynamicznym środowisku sportowym. D780 będzie w stanie uwiecznić do siedmiu pełnoformatowych zdjęć na sekundę przy czasie naświetlania rzędu 1/8000 sekundy.
– Nadal pracujemy nad lustrzankami cyfrowymi. Właśnie wprowadziliśmy na rynek 1D X Mark III, planujemy kolejne produkty. Dopóki jest zapotrzebowanie na aparaty DSLR, będziemy je oferować naszym klientom, a zapotrzebowanie na nie jest nadal ogromne – przekonuje Drew MacCallum.
Firma analityczna MarketWatch szacuje, że w najbliższych latach branża cyfrowych aparatów fotograficznych wykaże średnioroczny spadek na poziomie 0,9 proc. Jej wartość spadnie z 6,44 mld dol. w 2019 roku do 6,16 mld dol. w 2024 roku.
Innowacje w zakresie fotowoltaiki sprawiają, że nowoczesne ogniwa mogą być niewidoczne dla ludzkiego oka. Dzięki temu panele konwertujące promienie słoneczne na energię elektryczną będą mogły być stosowane właściwie na każdej przeszklonej powierzchni, w tym także na samochodach, pociągach czy jachtach. Panele są coraz lżejsze i bardziej wydajne, a pokrycie ich zabarwioną lub niewidoczną warstwą nie obniża już efektywności ich działania.
– W przyszłości innowacje technologiczne w branży fotowoltaiki zawitają wszędzie. Będą na przeszkleniach samochodów, pociągów czy jachtów. Wszędzie tam, gdzie mamy do czynienia ze szkłem, z lekkimi dużymi powierzchniami wystawionymi na słońce i na działanie temperatury, będziemy mieli do czynienia z fotowoltaiką, z darmową energią. W dobie elektromobilności samochody stojąc na parkingach, będą się ładować z szyb fotowoltaicznych zamiast prądu z wtyczki – przewiduje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Dawid Cycoń, prezes zarządu ML System.
Już dziś ogniwa fotowoltaiczne wykorzystywane do generowania energii elektrycznej potrzebnej do zasilania budynków można montować nie tylko na dachach, lecz także na fasadach. Służą do tego np. ogniwa kolorowe, które nie zaburzają estetyki budynków. Warstwa z barwą jest ultracienka, dzięki czemu nie tracą one na wydajności. Takie rozwiązanie zostało wykorzystane m.in. w siedzibie firmy Pol-Lab w Wilkowicach, Wyższej Szkole Technicznej w Katowicach, Wyższej Szkole Prawa i Administracji w Rzeszowie czy krytej pływalni w Niepołomicach. Ogniwa mogą też znajdować się w szybach okiennych. Warstwa aktywna jest w nich zupełnie niewidoczna dla ludzkiego oka.
– Naukowcy na całym świecie pracują nad coraz lepszymi warstwami aktywnymi fotowoltaicznie, nad coraz bardziej skomplikowanymi układami struktur zbudowanymi zaledwie z kilku atomów. Gołym okiem są one niewidoczne, a zamieniają ciepło na energię elektryczną. Łączą też wiele funkcji, np. tradycyjną fotowoltaikę z fotowoltaiką ultranowoczesną, wzbogaconą o kropki kwantowe czy perowskity. Wiele ośrodków naukowych pracuje nad łączeniem technologii z technologiami krzemowymi, my również pracujemy nad takimi rozwiązaniami. To będzie zapewniało z jednej strony większą wydajność, z drugiej strony obniżenie kosztów fotowoltaiki – wskazuje Dawid Cycoń.
Szczególne nadzieje branży energetycznej, a jednocześnie budowlanej, wiązane są z ogniwami perowskitowymi. Perowskit jest materiałem mającym zdolność pochłaniania światła. Wytwarzany syntetycznie ma możliwość przewodzenia prądu, przez co może stać się alternatywą dla krzemu. Perowskitowe panele fotowoltaiczne wytwarzane przy zastosowaniu druku atramentowego są ultracienkie, elastyczne, lekkie i semi-przeźroczyste. Cechują się wysoką wydajnością w produkcji energii. Pilotażowy program pokrywania fasad budynków ogniwami opracowanymi przez polską fizyczkę, Olgę Malinkiewicz, rozpoczęła w 2018 roku firma Skanska. Do 2021 roku ma być gotowy finalny produkt rynkowy. Na pełne wykorzystanie innowacyjnych technologii fotowoltaicznych będziemy musieli jednak poczekać znacznie dłużej.
– Wdrożenie nowej technologii to nie jest perspektywa dwóch–czterech lat od rozpoczęcia badań, to jest perspektywa od pięciu do nawet 20 lat, taki jest cykl życia wdrożenia. Zatem jeżeli ktoś liczy na to, że za dwa lata rozwiążemy wszystkie problemy z niskoemisyjnością, to tak nie będzie. To jest perspektywa kilkunastu–kilkudziesięciu lat, chociaż trzeba brać pod uwagę technologie wdrażane już od pewnego czasu, jak np. szyby z powłoką kwantową, które badamy od 2012 roku, a pierwsze wdrożenia planowane są już w tym roku – podkreśla prezes zarządu ML System.
Według analityków MarketsandMarkets światowy rynek fotowoltaiki osiągnie w 2020 roku wartość sięgającą 346 mld dol.
Zapewne każdy z nas był kiedyś w sytuacji, kiedy potrzebował jak najszybciej konkretnej kwoty pieniędzy, a portfel świecił pustkami. W takiej sytuacji dobrze jest skorzystać z usług internetowej firmy pożyczkowej udzielającej długoterminowego kredytowania. Czym konkretnie jest pożyczka długoterminowa? Dlaczego warto z niej skorzystać? Odpowiedź znajdziesz w poniższym artykule.
Czym jest pożyczka długoterminowa?
Zalety pożyczek długoterminowych
Czym jest pożyczka długoterminowa?
Pożyczki długoterminowe online to zazwyczaj formy kredytowania przyznawane przez pozabankowe instytucje finansowe. Zwykle firmy te działają jedynie w internecie, choć zdarzają się również takie podmioty, które udzielają finansowania w placówkach stacjonarnych. Długoterminowa pożyczka jest przyznawana na kilka, a nawet kilkanaście czy kilkadziesiąt miesięcy, w zależności od kwoty czy pożyczkodawcy. Aby ją uzyskać, należy mieć ukończone 18 lat.
Zalety pożyczek długoterminowych
Dlaczego warto skorzystać z pożyczek długoterminowych? Zalet wspomnianych form finansowania jest wiele. Przede wszystkim decydując się na ową pożyczkę, można w szybki sposób uzyskać potrzebną kwotę pieniędzy. Zazwyczaj składając wniosek w banku, należy liczyć się z długim, nierzadko nawet kilkutygodniowym okresem oczekiwania na weryfikację wniosku. W przypadku instytucji pozabankowych internetowych jest inaczej. Bardzo często czas weryfikacji wniosku wynosi kilkadziesiąt, a niekiedy nawet kilkanaście minut. Jak najbardziej realne jest więc otrzymanie środków jeszcze tego samego dnia, w którym złożono wniosek. Ta forma udzielania pożyczek jest nie tylko szybka, ale i bardzo wygodna. Wszystkie formalności załatwiane są bowiem w domu, bez konieczności wizyty w placówce danej instytucji. Jest to więc szczególnie korzystne rozwiązanie dla osób chorych, niepełnosprawnych czy starszych, dla których wyjście z domu może być bardzo trudnym, wyczerpującym przedsięwzięciem.
Ponadto pożyczkodawcy wymagają często jedynie podstawowych formalności , tzn. złożenia wniosku, bez konieczności przedstawiania zaświadczeń o zatrudnieniu, dochodach czy też innych dokumentów. Zazwyczaj wystarczy jedynie przedstawienie dowodu osobistego.
Zaletą pożyczek długoterminowych jest również ich długi i wygodny okres spłaty. Najczęściej są one rozdzielane na comiesięczne raty na rok, a niekiedy nawet na kilka lat. Dzięki temu miesięczna rata nie jest zbyt obciążająca dla portfela i domowego budżetu.
Warto również wspomnieć o kwotach, jakie można otrzymać. W przeciwieństwie do pożyczek krótkoterminowych, czyli tzw. internetowych chwilówek, w przypadku długoterminowego kredytowania można liczyć na wysokie kwoty. Są to sumy wynoszące nierzadko od kilku do kilkunastu tysięcy złotych, choć niektóre instytucje udzielają również pożyczek w wysokości ponad dwudziestu, a nawet trzydziestu tysięcy złotych.
Czy pożyczki długoterminowe mają wady? Jak każdy produkt finansowy, również i ten posiada cechy, które można uznać za wady. Minusem może być to, że kredyty te udzielane są zazwyczaj jedynie przez internet, tzn. nie ma możliwości, by np. wybrać się do placówki i otrzymać gotówkę osobiście. Jest ona przelewana na konto bankowe klienta, co wiąże się z obowiązkiem posiadania owego rachunku.
Decydując się na skorzystanie z oferty instytucji oferującej pożyczkę długoterminową, należy pamiętać, aby wcześniej dokładnie zaznajomić się z regulaminem przyznawania finansowania. Konieczne jest dokładne przeczytanie i przeanalizowanie umowy, a także zwrócenie szczególnej uwagi na terminy i kwoty płatności kolejnych rat.
Jak co roku serwis Oferteo.pl przygotował raport na podstawie analizy preferencji budowlanych Polaków. Wyniki tegorocznego badania pokazują, że w 2019 roku budowaliśmy mniejsze domy, na mniejszych działkach niż w poprzednich latach. Zwykle były to budynki parterowe, niepodpiwniczone, z garażem.
Budujemy na niedużych działkach
Wybór oraz zakup działki budowlanej to jeden z pierwszych etapów przedsięwzięcia, jakim jest budowa domu. Według analizy Oferteo.pl, największego polskiego serwisu łączącego poszukujących towarów i usług budowlanych z ich dostawcami, w 2019 roku Polacy budowali domy najczęściej na działkach od 10 do 20 arów. Popularność działek takich rozmiarów co roku nieznacznie rośnie (38% w 2017, 41% w 2018 i 43% w 2019 roku). Często nasze domy stawiane są również na działkach o powierzchni liczącej od 5,1 do 10 arów (31% zapytań).
Odsetek osób, które zdecydowały się na największe działki (ponad 30 arów) zauważalnie spada już od 2017 roku.
Polacy budują coraz mniejsze domy
Badania wskazują, że Polacy budują coraz mniejsze domy. W ubiegłym roku inwestorzy badani przez Oferteo.pl najczęściej decydowali się na budynki o powierzchni użytkowej między 101 a 150 m2. Taki metraż wskazywało aż 42% z nich. Był to więc najczęściej wybierany metraż w 2019 roku, mimo że jego popularność spadła o 9 punktów procentowych w stosunku do roku 2018. Nieduże domy do 100 m2 stawiał co trzeci badany. W tym przypadku widać wyraźny wzrost w stosunku do roku poprzedniego, kiedy to na najmniejsze budynki decydowało się tylko 13% inwestorów. Konsekwentnie spada natomiast zainteresowanie największymi domami powyżej 200 m2, które w 2019 roku stawiało 9% badanych. Rok wcześniej odsetek ten wynosił 12%.
Jeśli chodzi o liczbę pięter, to ponad połowa ankietowanych zdecydowała się na parter z poddaszem użytkowym (55%). 27% postawiło dom parterowy, a 10% – jednopiętrowy. Tegoroczna edycja „Raportu o budowie domów” pokazuje, że piwnice są w nowym budownictwie rzadkością. W ubiegłym roku swój dom podpiwniczyło tylko 9% badanych. W garaż wyposażonych jest natomiast aż 60% nowych budynków.
Bloczek komórkowy i cegła ceramiczna
W 2019 roku firmy budowlane najczęściej otrzymywały zlecenia doprowadzenia budynku do stanu surowego zamkniętego (28% zapytań) lub stanu deweloperskiego (27%). 52% domów powstało w technologii tradycyjnej murowanej z bloczku komórkowego, a 46% – z cegły ceramicznej. Pozostałe 2% zapytań dotyczyło technologii szkieletowej lub kanadyjskiej. To spadek aż o 7 punktów procentowych w stosunku do roku 2018, kiedy to domy z drewna stanowiły aż 9% wszystkich powstających.
– Dominację cegły ceramicznej oraz bloczku komórkowego wśród materiałów budowlanych obserwujemy już od pierwszej edycji „Raportu o budowie domów”. Pokazuje to, jak niechętnie Polacy wyłamują się z obowiązujących już w budownictwie trendów– zauważa Karol Grygiel z zarządu Oferteo.pl. W tej tematyce inwestorzy cenią sobie przede wszystkim prostotę oraz sprawdzone rozwiązania.
Dach dwuspadowy
W aż 69% domów, które powstały w 2019, zastosowano dach dwuspadowy. Na drugim miejscu znalazła się technologia wielospadowa, wybrana przez 14% budujących dom. Rzadziej stawiano na dach kopertowy (8%), płaski (5%) oraz jednospadowy (4%).
Do jego pokrycia w 44% przypadków wybierano blachodachówkę. To o 9 punktów procentowych więcej niż w roku ubiegłym. Na wzroście popularności blachodachówki straciła dachówka ceramiczna, która spadła z pierwszego na drugie miejsce z wynikiem 39%. 8% inwestorów pokryło dach blachą, 7% –dachówką cementową, a 2% karpiówką.
Metodologia badania
Przedstawione dane pochodzą z analizy ponad 21 tysięcy zapytań ofertowych złożonych w 2019 roku w serwisie Oferteo.pl przez osoby poszukujące towarów i usług związanych z budową domów oraz z badania ankietowego przeprowadzonego w styczniu 2020 roku metodą CAWI na próbie 660 osób, które w 2019 roku budowały dom.
Wartość aktywów zarządzanych przez Savills IM osiągnęła rekordowy poziom 20,75 mld EUR.
W 2019 r. na polskim rynku firma nabyła nieruchomości o łącznej wartości niemal 300 mln EUR.
Savills Investment Management (Savills IM), międzynarodowy menadżer inwestycyjny działający na rynku nieruchomości komercyjnych, w 2019 r. na całym świecie zrealizował transakcje o łącznej wartości 3,5 mld EUR (ok. 3 mld EUR w Europie oraz ok. 500 mln EUR w Azji). W skali globalnej, wartość transakcji sprzedaży wyniosła 1,3 mld EUR, a łączna wartość nabytych aktywów osiągnęła 2,2 mld EUR. Obecnie firma zarządza aktywami o rekordowej wartości ok. 20,75 mld EUR.
W 2019 r. Savills IM zrealizował aż 81 transakcji w 16 krajach. Firma była najbardziej aktywna w sektorze logistycznym, w którym nabyła aktywa o łącznej wartości ponad 1,3 mld EUR. Wśród najważniejszych akwizycji w tym sektorze należy wymienić portfel transakcji typu forward w Niemczech oraz nabycie pięciu projektów logistycznych w Polsce.
Jednym z kluczowych wydarzeń w 2019 r., było utworzenie przez Savills IM funduszu European Logistics Fund 3 (ELF 3), który kontynuuje strategię swojego poprzednika, opartą na inwestowaniu w wysokiej jakości centra dystrybucyjne, magazynowe oraz obiekty typu cross-dock. Fundusz pozyskał już kapitał w wysokości 160 mln EUR.
W ramach swojej działalności, Savills IM koncentruje się także na w sektorze biurowym, Najbardziej znaczące transakcje w tym segmencie rynku nieruchomości komercyjnych,
w 2019 r. zrealizowano w Dublinie, Monachium i Norymberdze.
Piotr Trzciński, Head of Transactions – Poland, Savills IM, powiedział:
“Za nami kilkanaście miesięcy intensywnych działań. Jesteśmy bardzo zadowoleni z ich rezultatów. W 2019 r. skoncentrowaliśmy się na sektorze magazynowym, dołączając w sumie siedem tego typu obiektów do naszego portfolio i zabezpieczając umowami przedwstępnymi trzy kolejne. Postrzegamy sektor magazynowy jako jeden z obszarów o najlepszych perspektywach wzrostu. Od 2017 r., kiedy rozpoczęliśmy działalność w Polsce, we współpracy z naszym partnerem Panattoni, zbudowaliśmy portfel magazynowy o wartości niemal 500 mln EUR. Obejmuje on m.in. największe w Polsce centrum dystrybucyjne Amazon Gliwice (200 tys. mkw.) oraz nowoczesne centrum logistyczne H&M w okolicach Bolesławca (75 tys. mkw.). Nie zamierzamy jednak zwalniać tempa i myślę, że w bieżącym roku będziemy mogli pochwalić się kolejnymi akwizycjami.
Dzięki relatywnie atrakcyjnym stopom kapitalizacji, sprzyjającemu otoczeniu makroekonomicznemu oraz konsekwencji w naszej strategii biznesowej, w zaledwie 3 lata obecności na polskim rynku zbudowaliśmy portfolio wysokiej jakości nieruchomości biurowych, handlowych i magazynowych o wartości ponad 1,2 mld EUR. Nie byłoby to możliwe bez niesamowitej pracy, jaką wykonał nasz zespół, partnerzy i doradcy. ”
Kiran Patel, Chief Investment Officer w Savills IM, podsumował:
„Globalny rynek nieruchomości stoi przed kilkoma wyzwaniami. Zdaniem wielu ekspertów, zbliżamy się do szczytu cyklu koniunkturalnego, a stopy kapitalizacji są niskie, szczególnie w porównaniu z ubiegłymi latami. Wskaźniki pustostanów spadają, a na większości rynków podaż nowej powierzchni jest stosunkowo niewielka.
Jeśli stopy procentowe dłużej utrzymają się na niskim poziomie, nieruchomości pozostaną atrakcyjne dla inwestorów. Nie można powiedzieć, że rynki lokalne są w nierównowadze, jednak wraz ze zmianami strukturalnymi, takimi jak wzrost znaczenia e-commerce, urbanizacja i zmiany demograficzne, różnice między poszczególnymi sektorami rynku nieruchomości będą ewoluować.
Występowanie rozbieżności między rynkami w poszczególnych krajach oraz między sektorami powoduje, że rynki te nie działają efektywnie, co tworzy atrakcyjne możliwości inwestycyjne. W Savills IM wierzymy, że do odkrycia tych nieefektywności niezbędna jest gruntowna wiedza o rynku lokalnym i zespół profesjonalistów na miejscu. Dlatego też ciągle pracujemy nad rozwojem naszej platformy inwestycyjnej złożonej z 17 biur, zlokalizowanych w 13 krajach.”
Zakończyły się prace nad projektem ustawy o badaniach klinicznych produktów leczniczych, które prowadzono w ramach realizacji Programu Rozwoju Badań Klinicznych, który przygotowała Agencja Badań Medycznych. Zespół ds. opracowania projektu ustawy, powołany przez Ministra Zdrowia przekazał w środę (29 stycznia) na jego ręce gotowy koncept.
Nowa regulacja dostosować ma polskie prawo do regulacji unijnych, ale przede wszystkim uporządkować rynek badań klinicznych w naszym kraju, uczynić go atrakcyjnym dla podmiotów niekomercyjnych i komercyjnych, a jednocześnie bezpieczniejszym i bardziej dostępnym dla pacjentów.
Projekt ustawy przewiduje rozwiązania zwiększające konkurencyjność Polski jako miejsca prowadzenia badań klinicznych poprzez wdrożenie przejrzystych regulacji prawnych umożliwiających stosowanie europejskich standardów oraz wprowadzenie dodatkowych ułatwień i mechanizmów zachęcających do prowadzenia badań klinicznych.
W projekcie przekazanym Ministrowi Zdrowia, określono dodatkowe mechanizmy wsparcia badań klinicznych, przygotowano nową definicję niekomercyjnych badań klinicznych, czy nowy system oceny etycznej wniosku o pozwolenie na badanie. Projekt ustawy zakłada również powstanie Funduszu Ochrony Uczestników Badań Klinicznych oraz precyzuje regulacje dotyczące odpowiedzialności badacza i sponsora oraz finansowania świadczeń przez sponsora i NFZ.
Przekazany dokument, przewiduje ponadto powołanie Naczelnej Komisji Bioetycznej przy Agencji Badań Medycznych. Jednocześnie, ze względów organizacyjnych nie jest możliwe, aby ten organ opiniował wszystkie wnioski, dlatego będą one recenzowane również przez komisje bioetyczne, które przejdą proces akredytacji. Jako organ kompetentny, zaangażowany w ocenę wniosku o pozwolenie na przeprowadzenie badania klinicznego wskazano natomiast Urząd Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych (URPL).
Nowością ma być także system ubezpieczeń badań klinicznych oparty na Funduszu gwarancyjnym oraz ubezpieczeniu OC badacza i sponsora. Choć wg projektu na sponsorów nałożone zostaną dodatkowe obciążenia związane z partycypacją w funduszu, koszty prowadzenia badań mają się zmniejszyć, m.in. poprzez obniżenie minimalnej sumy gwarancyjnej ubezpieczenia OC. Obecnie, bez względu na rodzaj badania, koszty polis, sięgają nawet kilkuset tysięcy złotych.
Projekt zakłada ponadto, że do rozpatrywania konkretnych roszczeń pacjentów, każdorazowo powoływana przez Prezesa Funduszu będzie komisja składająca się m.in. z ekspertów medycznych i prawników, która orzekałaby o zasadności wypłaty ewentualnego świadczenia dla pacjenta, jeżeli istnieje prawdopodobieństwo związku szkody z badaniem bez względu na winę. Fundusz zasilany miałby być głównie przez składki płacone przez sponsorów badania klinicznego.
Projekt ustawy przewiduje, że sprawy rozpatrywane będą w ciągu maksymalnie czterech miesięcy, co znaczne przyspieszy uzyskiwanie pieniędzy z tytułu roszczeń i zwiększy poczucie bezpieczeństwa pacjentów. Kolejną, ważną z punktu widzenia pacjentów zmianą jest zapewnienie agencji dostępu do centralnej ewidencji badań prowadzonej przez URPL. Dzięki temu możliwe będzie uruchomienie powszechnie dostępnej bazy badań klinicznych, z której pacjenci będą mogli czerpać informacje o prowadzonych badaniach.
Podjęte działania legislacyjne powinny zaprojektować na nowo polski rynek badań klinicznych, tworząc przyjazne oraz konkurencyjne środowisko do ich prowadzenia. Mamy bardzo konkretną i jasną deklarację Ministra Zdrowia, że po przedłożeniu projektu, ustawa trafi do parlamentu i mamy nadzieję w krótkim czasie zacznie obowiązywać, dostosowując nas do prawodawstwa europejskiego i rozwiązując problemy organizacyjne. – podsumowuje dr n. med. Radosław Sierpiński p.o. Prezesa Agencji Badań Medycznych.
Handel jest jednym z fundamentów rozwoju gospodarczego, szczególnie na obszarach mniej uprzemysłowionych. W Polsce w sektorze tym pracuje 1,3 mln osób i pod tym względem handel ustępuje miejsca tylko przemysłowi. Zdaniem ekspertów kancelarii Deloitte Legal zmiany w prawie, w tym podwyższenie płacy minimalnej, mogą znacząco wpłynąć na branżę handlową. W związku z tym, że poziom wynagrodzeń w poszczególnych sektorach wyrówna się, sieci handlowe będą musiały zintensyfikować działania, aby wzmocnić swoją markę pracodawcy. 2 lutego w Polsce obchodzony jest Dzień Handlowca.
Począwszy od 1 stycznia tego roku płaca minimalna wynosi 2 600 zł, co oznacza wzrost o 350 zł (15,6 proc.) w stosunku do roku poprzedniego. Natomiast minimalna stawka godzinowa wypłacana na podstawie umów zlecenia i umów o świadczenie usług wynosi 17 zł. Jest to znaczący wzrost w porównaniu z wcześniejszym okresem. Zgodnie z zapowiedziami, docelowo na koniec 2023 roku, wynagrodzenie minimalne będzie wynosić 4 000 zł, co oznacza wzrost o ponad połowę w stosunku do stanu obecnego.
Podwyższenie wynagrodzenia minimalnego może oznaczać presję na podwyżki wśród grup pracowników zarabiających najmniej, choć niekoniecznie na poziomie wynagrodzenia minimalnego. – Dotyczy to wbrew pozorom także sieci handlowych, w których, ze względu na uwarunkowania rynkowe i walkę o pracownika, zarobki już od jakiegoś czasu istotnie przewyższają kwotę ustawowego minimum. Znaczny wzrost progu minimalnego zmniejszy jednak atrakcyjność zarobków oferowanych pracownikom sklepów i może wymusić dalsze działania w celu zwiększenia zachęt do podjęcia pracy w danej sieci lub poszukiwania alternatywnych rozwiązań – mówi Anna Skuza, Radca prawny, Liderka zespołu prawa pracy Deloitte Legal.
Skutkiem podwyższenia płacy minimalnej będzie nie tylko wyższa pensja pracowników. Wyższe, minimalne miesięczne wynagrodzenie wpływa na inne świadczenia pracownicze, których wysokość obliczana jest z uwzględnieniem tego wskaźnika. Z początkiem 2020 r. wzrosła wysokość dodatku za pracę w porze nocnej, co dotyczy sporej grupy pracowników handlu, minimalnego wynagrodzenia za przestój czy minimalnego odszkodowania za naruszenie zasady równego traktowania w zatrudnieniu. Podwyższeniu do 39 000 zł uległ także ustawowy limit wysokości odprawy z ustawy o zwolnieniach grupowych oraz próg zarobków umożliwiający opłacanie niższej składki podstawowej pracownika na PPK. Skutkiem podwyższenia płacy minimalnej będzie także wzrost wpływów budżetowych z podatku dochodowego od osób fizycznych i składek na ubezpieczenia społeczne.
Zakaz handlu w niedzielę zaktywizował PIP
Zgodnie z przedstawionym w grudniu ubiegłego roku planem działania na rok 2020, Państwowa Inspekcja Pracy zamierza przeprowadzić w tym roku aż 72 tys. kontroli. W porównaniu z planami na rok poprzedni ich liczba wzrosła o dwa tysiące. Jednym z powodów takiego bardziej skrupulatnego podejścia jest zakaz handlu w niedzielę. Ten rok jest pierwszym, w którym ograniczenie to obowiązuje w docelowym wymiarze. Zatem mimo tego, że przyzwyczailiśmy się już do niehandlowych niedziel, skutki nowej regulacji w pełni odczujemy dopiero teraz, kiedy to zakupy będziemy mogli zrobić jedynie w ciągu siedmiu niedziel w roku.
Ustawa o zakazie handlu w niedzielę, właściwie od początku jej wprowadzania, była stosunkowo skrupulatnie przestrzegana przez handlowców, co potwierdziło Sprawozdanie Głównego Inspektora Pracy z działalności Państwowej Inspekcji Pracy. Paradoksalnie jednak uchwalenie tej ustawy przyczyniło się do poszukiwania nowych rozwiązań i formatów, które niejednokrotnie okazywały się pozytywnie odbierane przez klientów.
PIP wielokrotnie kwestionowała wykorzystywanie przez placówki handlowe wyjątków od zakazu handlu, w szczególności w zakresie rejestrowania sklepów jako placówek pocztowych czy wyspecjalizowanych w sprzedaży, m.in. tytoniu. – Pomimo negatywnego stanowiska PIP w tej kwestii, sądy, w tym w szczególności odwoławcze, wypowiadały się na korzyść handlowców, uchylając wyroki nakazujące zapłatę grzywny za naruszenie zakazu handlu w niedzielę i święta – mówi Kinga Jezierska, Radca prawny, senior associate w zespole prawa pracy Deloitte Legal
Większe uchybienia w mniejszych sklepach
Branża handlowa jest jedną z częściej kontrolowanych przez PIP. Co ciekawe, zgodnie ze statystykami przedstawionymi przez PIP, najwięcej takich uchybień występuje przede wszystkim w sklepach kontrolowanych po raz pierwszy, a także sklepach mniejszych, niesieciowych lub należących do sieci o rozproszonej strukturze zarządzania, gdzie większość kompetencji została scedowana na kierowników sklepów bądź osoby nadzorujące kilka czy kilkanaście placówek na określonym obszarze.
– Inspekcje koncentrują się na spełnianiu wymogów bezpieczeństwa, przestrzeganiu przepisów o czasie pracy i dotyczących obowiązku wypłacania minimalnej stawki godzinowej czy warunkach wykonywania umów cywilnoprawnych. Kontrolą objęta jest także legalność zatrudnienia obywateli polskich i cudzoziemców, przestrzeganie prawa wobec pracowników tymczasowych i prawidłowość delegowania pracowników na terytorium i z terytorium RP – mówi Anna Wądołowska, Aplikantka adwokacka, associate w zespole prawa pracy Deloitte Legal.
Tak określony zakres przedmiotowy inspekcji znajduje uzasadnienie w wynikach dotychczasowych kontroli prowadzonych w placówkach handlowych. Eksperci Deloitte wskazują również na wagę inspekcji interwencyjnych PIP na skutek złożonych skarg. Jak wynika z deklaracji Głównego Inspektora Pracy, liczba kontroli skargowych z roku na rok wzrasta. Zawiadomienia do inspekcji pracy składane są najczęściej przez byłych pracowników i niezadowolonych klientów. W czasie tych nieplanowanych kontroli na jaw wychodzi szerszy zakres stwierdzanych nieprawidłowości, jak i bardziej dotkliwe dla pracowników skutki nieprzestrzegania przez pracodawców przepisów prawa pracy.
Mniej niż dobę trwała stabilizacja nastrojów na rynkach finansowych i już wracamy do eskalacji obaw o skutki epidemii koronawirusa. Tymczasowe wstrzymanie operacji zagranicznych firm w Chinach stało się świeżym katalizatorem pesymistycznych wizji dla perspektyw ożywienia drugiej gospodarki świata. Risk-off wywiera presję na indeksy i ceny ropy naftowej, na rynku walutowym w cenie ponownie są jen, frank i dolar.
Podtrzymuję zdanie, że dopóki nie pojawią się sygnały, że tempo rozprzestrzeniania się koronawirusa nie wyhamuje i nie miniemy szczytu w liczbie zakażonych (prawdopodobnie pod koniec następnego tygodnia), rynki pozostaną wrażliwe na wszelkie negatywne informacje związane ze skutkami epidemii. Temat przyciąga uwagę oraz dominuje w dyskusjach inwestorów i nawet, jeśli chciałoby się zbagatelizować ten czynnik, to trzeba respektować konsensus i związane z tym reakcje aktywów.
Wczoraj Fed nie skorzystał z okazji, by uspokoić inwestorów. Decyzja o utrzymaniu celu dla stopy rezerw federalnych bez zmian i gwarancja utrzymania programów płynnościowych co najmniej do kwietnia były zgodne z oczekiwaniami. Na konferencji prasowej prezes Fed Powell wyraził niezadowolenie z utrzymywania się niskiego poziomu inflacji, który może obniżyć oczekiwania inflacyjne. Przez niektórych zostało to doczytane jako gołębi sygnał otwierający furtkę dla obniżki stóp procentowych w kolejnych miesiącach, ale sądzę, że to za daleko idące wnioski podsycone aktualnymi nastrojami paniki. Póki ocena perspektyw gospodarczych pozostaje optymistyczna (a taką prezentuje Fed), a ryzyka dla wzrostu są niskie, Fed będzie preferował nastawienie wait-and-see. Wzrost szans na cięcie w marcu z 5 proc. do 18 proc. jest przereagowaniem. Rynek FX był bardziej powściągliwy w interpelacji słów Powella i osłabienie USD było prawie niezauważalne.
Dziś w centrum uwagi jest Bank Anglii. Decyzja o obniżce stopy procentowej może przejść minimalną różnicą głosów, choć sądzimy, że lepsze od oczekiwań odczyty PMI z Wielkiej Brytanii zdjęły presję z decydentów i dają furtkę do wstrzymania się ze zmianą parametrów polityki pieniężnej. Styczniowe posiedzenie będzie też ostatnim pod kierownictwem Marka Carneya, który kończy swoją kadencję. Przy racjonalnych powodach za i przeciw może on preferować pozostawienie decyzji dla swojego następcy. Decyzji o pozostawieniu stopy procentowej na 0,75 proc. powinien towarzyszyć przekaz, że BoE uważnie obserwuje napływające dane i rozwój sytuacji globalnej dla oceny, czy ostatnia poprawa i wzrost indeksów zaufania jest trwały. Przy wycenie obniżki na poziomie ponad 40 proc., brak zmiany stopy z gołębim przekazem wciąż oferuje pozytywny wynik dla GBP. Przyjęcie przez BoE nastawienia wait-and-see powinno przestać blokować funta, który w średnim terminie wciąż ma do odjęcia z wyceny ogromną premię za ryzyko zbudowana wokół strachu przed bezumownym brexitem. Choć data brexitu jest już faktem, niepewność wciąż dotyczy finału okresu przejściowego i stanu relacji handlowych z UE po 2020 r. Gdy jednak stanie się jasne, że okres negocjacyjny zostanie wydłużony (prawdopodobnie jeszcze w I półroczu) da to więcej pola dla aprecjacji funta.
Rzecznik MŚP w piśmie z dnia 24 stycznia podnosi kwestię możliwości istnienia istotnych barier i utrudnień w wykonywaniu działalności gospodarczej, wynikających z przepisów ustawy z dnia 5 lipca 2018 r. o ułatwieniach w przygotowaniu i realizacji inwestycji mieszkaniowych oraz inwestycji towarzyszących (Dz.U. z 2018 r. poz. 1496).
W związku z licznymi głosami przedsiębiorców z branży deweloperskiej Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców wystąpił do Minister Rozwoju Pani Jadwigi Emilewicz, wskazując na problematyczne uregulowania w „specustawie mieszkaniowej”, stanowiące poważne utrudnienia w prowadzeniu działalności na rynku budowlanym:
brak trybu odwoławczego do rozstrzygnięcia wójta (burmistrza, prezydenta miasta) o pozostawieniu wniosku o ustalenie lokalizacji inwestycji mieszkaniowej bez rozpoznania. „Specustawa mieszkaniowa” wyłącza stosowanie przepisów Kodeksu postępowania administracyjnego, w związku z tym wnioskodawca nie może korzystać np. z instytucji ponaglenia organu;
wymóg wskazania we wniosku o ustalenie lokalizacji inwestycji mieszkaniowej niesprzeczności ze studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego gminy, która to zgodność jest ustalana niezależnie od ustaleń miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego;
wymóg uzgodnienia wniosku o ustalenia lokalizacji inwestycji mieszkaniowej z Wojewódzkim (Miejskim) Konserwatorem Zabytków – w odniesieniu do obszarów i obiektów objętych formami ochrony konserwatorskiej oraz ujętych w gminnej ewidencji zabytków.
Przedsiębiorcy wskazują, że specustawa mieszkaniowa, która z założenia miała ułatwiać inwestycje deweloperskie, przewiduje większe rygory niż ustawa o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym, zgodnie z którą decyzja o warunkach zabudowy nie musi być zgodnie z ustaleniami studium.
W wielu miastach wojewódzkich w latach 70-tych wydano decyzje administracyjne o wpisaniu całych dzielnic do obszarów cennych pod względem zabytkowym, co powoduje, że dla tych obszarów chronionych nie można uzyskać uzgodnienia konserwatora – nawet w przypadku, gdyby planowana inwestycja stanowiła rewitalizację zdegradowanej tkanki miejskiej.
Rzecznik MŚP zwrócił się do Pani Minister Rozwoju z prośbą o rozważenie ewentualnych zmian legislacyjnych w opisanym zakresie.
Prosumenci potrzebują magazynów energii. Dodanie funkcji magazynowania do instalacji fotowoltaicznych pozwoliłoby na przechowywanie nadwyżek energii i zużywanie ich np. w nocy, dzięki czemu gospodarstwa domowe mogłyby osiągnąć nawet 90-proc. samowystarczalność – wskazuje Polska Izba Magazynowania Energii. Proponuje uzupełnienie programu „Mój prąd” o „Mój magazyn energii”, zakładający dofinansowanie przydomowych magazynów kwotą do 15 tys. zł. Dziś ich koszt – choć maleje z roku na rok – wciąż jest bardzo wysoki. PIME podkreśla też, że rynek potrzebuje precyzyjnych regulacji, które umożliwią jego rozwój i doprecyzują status magazynów energii.
– Rozwój magazynów energii w Polsce hamuje brak odpowiednich regulacji. Przede wszystkim takich, które pozwalałyby magazynom energii na świadczenie usług m.in. energetyce systemowej, która ma problemy z bilansowaniem wzrastającego udziału odnawialnych źródeł energii w systemie. Co więcej, nie mamy też jasno określonej definicji magazynu energii i magazynowania energii – mówi agencji Newseria Biznes Krzysztof Kochanowski, wiceprezes zarządu, dyrektor generalny Stowarzyszenia Polska Izba Magazynowania Energii.
Jak podkreśla, na dziś sprzeczne ze sobą definicje występują w dwóch aktach prawnych – ustawie o odnawialnych źródłach energii oraz ustawie o elektromobilności i paliwach alternatywnych. O magazynach energii wspomina też przyjęta w 2017 roku ustawa o rynku mocy. W dotychczas obowiązujących przepisach brakuje jednak m.in. zasad taryfowania oraz regulujących współpracę magazynów energii z siecią, jednostkami wytwórczymi i odbiorcami.
– Brak jednomyślności co do tego, w którym kierunku powinny zmierzać regulacje, powoduje pewien chaos i ostrożność inwestorów, ponieważ dziś te inwestycje się nie spinają. Liczymy, że polskie ustawodawstwo wdroży przepisy, które zostały już wprowadzone w tzw. pakiecie zimowym. Tam zostały bardzo dobrze opisane technologie magazynowania energii i usługi świadczone przez magazyny energii. Bardzo istotne są też zapisy, że wszelkie usługi magazynowania energii, poza pewnymi wyjątkami, mają odbywać się na zasadach komercyjnych, czyli nie będzie monopolizowania tego nowego rynku – mówi Krzysztof Kochanowski.
Uregulowanie statusu prawnego instalacji magazynowania energii to cel nowelizacji Prawa energetycznego, którą Ministerstwo Energii przedstawiło już w końcówce 2018 roku. Ma ona znieść bariery formalnoprawne, takie jak brak szczegółowych wymagań technicznych i przepisów regulujących kwestię przyłączania do sieci, co pozwoli inwestorom odnosić korzyści z magazynowania energii elektrycznej i umożliwić rozwój branży. Rynek liczył, że nowe regulacje wejdą w życie już na początku ubiegłego roku, ale prace się wydłużyły. Jest jednak szansa, że projekt trafi do Sejmu wiosną.
– Magazyny energii powinny być budowane przez wszystkie podmioty, które mają problemy z jakością energii i chcą konkurować na tym rynku, ponieważ magazyn taki może zarabiać na tzw. arbitrażu cenowym. Czyli ładujemy magazyn energii w momencie, kiedy cena na rynku jest bardzo tania, a odsprzedajemy, kiedy energia jest najdroższa. To jest jeden ze sposobów zarabiania pieniędzy na magazynie energii. Drugi to świadczenie usług regulacyjnych operatorom systemów dystrybucyjnych, czyli energetyce zawodowej – mówi Krzysztof Kochanowski.
Eksperci są zgodni, że nie można mówić o rozwoju OZE bez odpowiednich technologii magazynowania energii. Jak podkreśla Kochanowski, magazynów energii potrzebują też prosumenci, którzy korzystając np. z rządowego wsparcia, wybudowali instalacje fotowoltaiczne na dachach swoich domów. Dodanie funkcji magazynowania do instalacji PV pozwala na przechowywanie nadwyżek produkcji energii i zużywania ich w nocy. Gospodarstwo może dzięki temu osiągnąć nawet 90-proc. samowystarczalność energetyczną.
– Magazyn uelastyczniłby im produkcję tej energii. Kiedy świeci słońce i instalacja współpracuje z magazynem energii, byłaby możliwość wykorzystania tej energii wieczorem. Dziś bez magazynów system jest niepełny. Producent energii oddaje ją bezpośrednio do sieci, która jest naturalnym magazynem dla tej mikroinstalacji, ale ma ona ograniczenia. Jeżeli w danym punkcie sieci jest za dużo generacji z takiej mikroinstalacji, zaczyna działać automatyka, która ją wyłącza. Czyli może się okazać, że energia produkowana z tej fotowoltaiki nie jest przesyłana do sieci, a wobec tego nie pracuje. Efekt? Czas zwrotu z inwestycji dla takiej mikroinstalacji się wydłuża – mówi Krzysztof Kochanowski.
Odpowiedzią na te problemy ma być autorski projekt PIME „Mój magazyn energii”, system dopłat analogiczny do programu „Mój prąd”, który okazał się rządowym sukcesem. Projekt zakłada dofinansowanie do instalacji magazynowania energii kwotą do 15 tys. zł, co przy łącznym budżecie 1,5 mld zł oznacza, że sfinansowałby on blisko 100 tys. magazynów. To da około 1000–2000 MWh zmagazynowanej energii (przy założeniu instalacji magazynu o pojemności 10–20 kWh).
– Odbiorca miałby zarówno swoją instalację do produkcji energii, jak i własny magazyn. Wykorzystywałby go do zmagazynowania wyprodukowanej przez siebie energii, ale i wsparcia całego systemu – mówi Krzysztof Kochanowski. – Ten program mógłby też zachęcić ludzi do kupowania samochodów elektrycznych. Mając taki magazyn energii w domu, można ładować z niego elektryczne auto, zamiast korzystać z sieci.
Jak podkreśla, dziś koszt magazynu energii jest wciąż bardzo wysoki, przy czym z roku na rok spada
– Taki przydomowy magazyn dla instalacji około 5 kW to jest koszt w granicach 30–35 tys. zł – mówi dyrektor generalny Stowarzyszenia Polska Izba Magazynowania Energii. – Koszt inwestycji w magazyn energii jest uzależniony od technologii. W najbardziej popularnej technologii bateryjnej rozpiętość cenowa jest dość duża, ponieważ tylko w rodzinie baterii litowo-jonowych mamy ich kilka typów. One różnią się m.in. mocą i pojemnością.
Podstawowa kwestia to jasne regulacje, które otworzą drogę dla tej technologii. W zeszłorocznym raporcie „Rynek magazynowania energii w Polsce” PIME podkreśla też, że w celu zapewnienia prawidłowej pracy krajowy system elektroenergetyczny potrzebuje ok. 6,5 tys. MW mocy zainstalowanej w magazynach energii elektrycznej, a te powinny funkcjonować na komercyjnych zasadach rynkowych, żeby sektor mógł się rozwijać.
Wykwalifikowani pracownicy fizyczni jak elektrycy, spawacze i mechanicy to profesje najtrudniejsze do zrekrutowania w Polsce. Czołówkę zawodów najbardziej dotkniętych niedoborem pracowników zamykają kierowcy oraz operatorzy produkcji i maszyn. Trudności w znalezieniu pracowników deklaruje aż 70% firm nad Wisłą, podczas gdy dwa lata temu mówiło o tym 51% przedsiębiorstw. Jak wynika z opublikowanego dziś raportu ManpowerGroup „Rozwiązanie problemu niedoboru talentów: dowiedz się, czego chcą pracownicy”, wyzwania w pozyskiwaniu rąk do pracy to także problem globalny i dotyczy 54% firm na świecie. Wynik dla Polski jest jednak znacznie powyżej tej średniej, co sprawia, że nasz kraj jest ósmy wśród 44 przebadanych przez ManpowerGroup rynków, gdzie najtrudniej jest znaleźć pracownika o potrzebnych umiejętnościach.
ManpowerGroup opublikował raport przedstawiający skalę niedoboru talentów w Polsce i na świecie. Wykwalifikowani pracownicy fizyczni jak elektrycy, spawacze, mechanicy otwierają polskie zestawienie 10 zawodów dotkniętych największym niedoborem talentów. To specjalizacje, które już od 10 lat typowane są przez pracodawców jako najtrudniejsze do zrekrutowania i niezmiennie zajmują pierwszą pozycję w rankingu. Kolejni w zestawieniu ManpowerGroup znajdują się kierowcy – ciężarówek, pojazdów budowlanych, środków transportu zbiorowego. Trzecie miejsce to pracownicy produkcyjni – operatorzy produkcji i maszyn. Listę zamykają pracownicy restauracji i hoteli, księgowi i finansiści oraz pracownicy biurowi. W porównaniu do rankingu sprzed dwóch lat poza listą znaleźli się przedstawiciele zawodów IT oraz stanowisk technicznych, na przykład kontrolerzy jakości. Po czterech latach nieobecności wrócili pracownicy służby zdrowia oraz niewykwalifikowani pracownicy fizyczni.
Iwona Janas – ManpowerGroup
– Polskie organizacje w różnym stopniu od lat walczą z niedoborem pracowników o potrzebnych umiejętnościach. Dziś aż 7 na 10 przedsiębiorstw nie może znaleźć rąk do pracy i jest to blisko o połowę więcej niż jeszcze dwa lata temu. Razem z malejącą stopą bezrobocia w naszym kraju wzrasta odsetek firm mających trudności w zrekrutowaniu pracowników, a szybki rozwój naszej gospodarki napędza popyt na ręce do pracy, których zwyczajnie mamy ograniczone zasoby – mówi Iwona Janas, dyrektor generalna ManpowerGroup w Polsce. – Co więcej, wiele z obecnych trendów związanych z rynkiem pracy nie jest optymistycznych dla polskich pracodawców. To duża mobilność pracowników, czyli ich większa otwartość na zmianę miejsca pracy a nawet miejsca zamieszkania. Zmiany demograficzne, czyli kurcząca się liczba osób starszych i jednocześnie malejąca liczba przedstawicieli młodego pokolenia. Ważnym źródłem informacji były ostatnie dane Głównego Urzędu Statystycznego, które potwierdziły, że na świat przychodzi coraz mniej Polaków, a co za tym idzie przyszłe zasoby osób w wieku produkcyjnych będą jeszcze mniejsze – dodaje Iwona Janas.
Dominik Malec, dyrektor regionalny w Manpower zauważa, że obecne tak duże trudności w pozyskiwaniu pracowników fizycznych wynikają przede wszystkim z inwestycji poczynionych w Polsce 10-15 lat temu. – Nad Wisłą powstawały wówczas głównie duże magazyny i zakłady przemysłowe, do których przenoszono proste procesy wymagające zatrudnienia pracowników fizycznych, często niewykwalifikowanych. Od tamtego okresu firmy te rozwinęły swoją działalność, zgłaszając z roku na rok większe zapotrzebowanie na ręce do pracy w tym obszarze. Deficyt pracowników fizycznych na rynku to również efekt emigracji po wejściu Polski do Unii Europejskiej. Rozwiązaniem wydawałaby się rekrutacja obcokrajowców, gdyby nie liczne ograniczenia formalne związane z ich zatrudnieniem. Niedobór wykwalifikowanych pracowników fizycznych to również efekt niedopasowanej do rynku pracy edukacji i braku programów, które kształcą uczniów w zakresie praktycznej nauki zawodu. Aby zakończyć ten trend potrzebne są szerokie zmiany, począwszy od strategii aktywizacji osób bezrobotnych uwzględniającej reskilling i uspkilling pracowników, przygotowujący ich do pełnienia deficytowych, technicznych zawodów. Potrzebna jest redefinicja szkół zawodowych i zmiany w edukacji odpowiadające na obecne potrzeby rynku pracy. W zapełnianiu wolnych miejsc pracy pomocna będzie uproszczona procedura zatrudniania obcokrajowców. Antidotum dla polskich przedsiębiorstw na coraz większe problemy z dostępem do pracowników jest również inwestycja w automatyzację procesów – wyjaśnia Dominik Malec.
Prawie ¾ polskich firm nie może znaleźć pracowników
Trudności w obsadzaniu miejsc pracy nowymi pracownikami zgłasza 70% firm, o 19 punktów procentowych więcej niż dwa lata temu. Obecnie o największych wyzwaniach mówią duże organizacje (pow. 250 pracowników) – 85% z nich nie może obsadzić miejsc pracy nowymi pracownikami. Nieco mniejsze trudności mają przedstawiciele średnich przedsiębiorstw (50-249 pracowników) – 76%, a także małych (10-49) – 70%. W najmniejszym, choć nadal w znacznym stopniu problem niedoboru talentów dotyka mikroprzedsiębiorstw – 48%. W ramach badania firmy zostały też zapytane o to, jak porównują stopień trudności w poszukiwaniu pracowników do analogicznego okresu w roku ubiegłym. 32% przedsiębiorstw odczuwa większe trudności w obsadzaniu miejsc pracy nowymi pracownikami, 58% mówi o podobnych wyzwaniach, 3% zanotowało poprawę, a 7% nie wie.
Polska ósma wśród 44 rynków, gdzie najtrudniej o pracownika
Niedobór talentów to również problem globalny – średnia dla 44 przebadanych przez ManpowerGroup rynków to 54%. Spośród 26 krajów regionu EMEA największe trudności w zrekrutowaniu pracowników zadeklarowały przedsiębiorstwa w Rumunii (86%), Grecji (77%) i w Chorwacji (75%). Najmniejsze wyzwania mają firmy w Wielkiej Brytanii (23%), Irlandii (27%) i Norwegii (33%). W ujęciu globalnym najwyższe wyniki uzyskano w Japonii (88%) i Tajwanie (77%), a także wspomnianej wyżej Rumunii i Grecji. Najmniejsze w Chinach (16%).
O badaniu: Bieżące wydanie raportu to 14. globalna edycja i 12. polska edycja badania ManpowerGroup. Na świecie wzięło w nim udział blisko 25 000 respondentów z 44 krajów. Ankietowani to osoby odpowiedzialne za politykę personalną w małych, średnich i dużych firmach. Celem prowadzonego przez ManpowerGroup badania przedsiębiorców jest określenie ich trudności w pozyskiwaniu pracowników a także sprawdzenie, które zawody i dlaczego, jest najtrudniej obsadzić. Raport z badania jest bezpłatny i ogólnodostępny w wersji polskiej i angielskiej na stronie. Dane do raportu zbierane były w ostatnim kwartale 2019 roku. Dane do wcześniejszej edycji badania były zbierane na przełomie 2017 i 2018 roku.
Program „mały ZUS”, czyli niższe składki na ubezpieczenia społeczne dla przedsiębiorców działających na mniejszą skalę, przestaje działać z końcem stycznia. Od lutego zastąpi go „mały ZUS plus”, z którego ma skorzystać znacznie więcej osób dzięki temu, że podniesiono kryterium przychodu – z 67,5 tys. do 120 tys. zł. Zmieni się też sposób obliczania składek, teraz będą one liczone od dochodu. – W efekcie osoba, która osiąga dochód w wysokości 3 tys. zł, zaoszczędzi około 500 zł miesięcznie z tytułu składek ZUS – wylicza Michał Kowalski, doradca podatkowy z kancelarii KNDP.
– „Mały ZUS” to dodatkowa ulga dla przedsiębiorców, którzy uzyskują niskie przychody, do 67 tys. zł przychodów rocznie. On obowiązuje tylko do końca stycznia 2020 roku, natomiast od 1 lutego obowiązuje już „mały ZUS plus” – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Michał Kowalski, adwokat i doradca podatkowy w kancelarii KNDP.
Z danych Zakładu Ubezpieczeń Społecznych wynika, że z „małego ZUS-u” na dotychczasowych zasadach korzystało około 170 tys. przedsiębiorców. Z nowego rozwiązania – według szacunków Ministerstwa Rozwoju – będzie mogło skorzystać nawet 320 tys.
– Podniesiono kryterium przychodowe. Z „małego ZUS-u” mogą więc skorzystać przedsiębiorcy, którzy maksymalnie osiągnęli przychód w wysokości 120 tys. zł rocznie w 2019 roku i jednocześnie osiągnęli dochody do kwoty mniej więcej 60 tys. zł – wskazuje Michał Kowalski.
Zmieni się także sposób obliczania składek. Dotychczas ich wysokość zależała od przychodu. Od lutego podstawą będzie dochód.
– Należy zwrócić uwagę na to, że przedsiębiorca, który zaliczył w koszt uzyskania przychodów składki ZUS swoje i swojej rodziny, musi je doliczyć do dochodu. To jest ten wyjątek i to są te same dochody, które bierzemy do rozliczenia podatkowego – tłumaczy doradca podatkowy.
Sposób wyliczania minimalnej i maksymalnej podstawy wymiaru składek pozostaje ten sam. Musi ona wynosić od 30 proc. minimalnego wynagrodzenia obowiązującego w danym roku kalendarzowym (780 zł w 2020 roku) do 60 proc. prognozowanego przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia ogłoszonego na dany rok kalendarzowy (3136,20 zł). Z ulgi skorzystają więc ci przedsiębiorcy, których miesięczny dochód wyniesie do 6 tys. zł.
– Przejście na „mały ZUS plus” jest opłacalne dla osób, które uzyskują niższe dochody z działalności gospodarczej. Osoba, która osiąga dochód w wysokości 3 tys. zł, zaoszczędzi około 500 zł miesięcznie z tytułu składek ZUS – wyjaśnia Kowalski.
Przedsiębiorcy, którzy nie mogą skorzystać z preferencyjnych składek, muszą co miesiąc płacić na ubezpieczenia społeczne 1431,48 zł.
Przedsiębiorca, który chce od lutego korzystać z „małego ZUS-u plus”, musi do 2 marca złożyć w ZUS odpowiednie dokumenty: ZUS ZWUA (wyrejestrowanie z dotychczasowym kodem ubezpieczenia) oraz ZUS ZUA lub ZUS ZZA (zgłoszenie do ubezpieczeń z kodem właściwym dla „małego ZUS-u”). Dodatkowo musi też złożyć dokumenty rozliczeniowe z informacją o rocznym przychodzie i dochodzie.
– Przedsiębiorcy, którzy w 2019 roku i w styczniu 2020 roku rozliczali „mały ZUS”, już nie muszą składać żadnej deklaracji do ZUS-u. Automatycznie będą mieli prawo do rozliczenia „małego ZUS-u plus” – wskazuje ekspert kancelarii KNDP.
Aby skorzystać z tego rozwiązania, należy prowadzić działalność w poprzednim roku przez co najmniej 60 dni. Z obniżki składek nie skorzystają przedsiębiorcy, którzy rozliczali się w poprzednim roku w formie karty podatkowej i jednocześnie korzystali ze zwolnienia sprzedaży z podatku VAT.
Przedsiębiorcy, którzy będą płacić preferencyjne składki, muszą się liczyć z możliwością kontroli ze strony ZUS.
– Organy ZUS mają uprawnienia do skontrolowania wysokości zadeklarowanych przez nas przychodów i dochodów z działalności gospodarczej. W ciągu 14 dni trzeba będzie przedstawić wszystkie dokumenty potwierdzające wysokość przychodów i kosztów. Kontrole mogą się zdarzyć, bo nowa regulacja zachęca przedsiębiorców do zaniżania wysokości przychodów i dochodów. Co istotne, dochód przedsiębiorstwa może być kontrolowany zarówno przez ZUS, jak i przez urząd skarbowy – wyjaśnia Michał Kowalski.
W 2019 roku PKN ORLEN osiągnął zysk operacyjny EBITDA LIFO na poziomie 9,4 mld zł oraz zysk netto w wysokości 4,5 mld zł. W ciągu ostatnich czterech lat od 2016 do 2019 r. zysk netto Koncernu wyniósł łącznie ponad 23 mld zł. Wynik EBITDA LIFO w 2019 roku był o 1,1 mld zł wyższy niż rok wcześniej i został wypracowany przy rekordowym przerobie ropy wynoszącym 33,9 mln ton oraz rekordowej sprzedaży na poziomie 43,3 mln ton. Najwyższy w historii Koncernu rezultat EBITDA LIFO, na poziomie ponad 3 mld zł, osiągnął segment detaliczny oraz obszar energetyki, który w minionym roku dostarczył do wyniku 1,6 mld zł.
Daniel Obajtek
– Dobre wyniki finansowe Koncernu w 2019 roku zostały wypracowane pomimo zdecydowanego pogorszenia warunków makroekonomicznych, na które spółka nie ma wpływu. Zmiany regulacyjne, globalne trendy gospodarcze, sytuacja w światowym handlu, wszystko to sprawia, że działamy w coraz bardziej konkurencyjnym otoczeniu. Dlatego właśnie o kondycji finansowej Koncernu myślimy w perspektywie długofalowej, realizując działania, które w przyszłości będą konsekwentnie wzmacniać nasze przewagi. Już dziś inwestujemy w nowoczesną petrochemię, zwiększamy efektywność produkcji, rozwijamy sieć detaliczną w całym regionie. Duży udział w wyniku PKN ORLEN miała energetyka, co pokazuje, że obrany przez nas kierunek budowy silnego koncernu multienergetycznego ma głębokie uzasadnienie. Rok 2020 będzie dla nas niezwykle ważnym okresem, pełnym wyzwań, ale też szans rozwojowych, które chcemy w pełni wykorzystać budując wartość Koncernu z korzyścią dla akcjonariuszy i całej polskiej gospodarki – powiedział Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.
W 2019 roku PKN ORLEN:
• Osiągnął wzrost przychodów do poziomu 111 mld zł
• Wypracował dobry wynik EBITDA LIFO na poziomie 9,4 mld zł o 1,1 mld zł wyższy niż rok wcześniej
• Wypracował rekordowy wynik EBITDA LIFO ponad 3 mld zł w segmencie detalicznym, przy wzroście łącznych wolumenów sprzedaży o 4% (12M/12M)
• Wypracował rekordowy wynik EBITDA LIFO 1,6 mld zł w obszarze energetyki
• Osiągnął rekordowy przerób ropy na poziomie 33,9 mln ton oraz najwyższą w historii firmy sprzedaż 43,3 mln ton
• Wypracował wynik netto na poziomie 4,5 mld zł
W 2019 roku Koncern utrzymywał dobrą sytuację finansową. Przepływy z działalności operacyjnej wynosiły 9,3 mld zł, zadłużenie netto spadło o (-) 3,2 mln PLN (r/r) do poziomu 2,4 mld PLN na koniec 2019 roku, a dźwignia finansowa utrzymywała się na bezpiecznym poziomie 6,3%.
Wzrost wpływów z detalu i energetyki
Rekordowy wynik segmentu detalicznego został wypracowany przy wzroście łącznych wolumenów sprzedaży o 4% (12M/12M), wzroście udziałów w rynku niemieckim i czeskim oraz kilkunastoprocentowym wzroście marży pozapaliwowej. W 2019 roku dynamicznie rozwijano format gastronomiczny i sklepowy, między innymi w Polsce, gdzie powstały 164 nowe sklepy convenience pod marką O!SHOP i w Niemczech, gdzie liczba punktów star Connect zwiększyła się ponad dwukrotnie. Sieć detaliczna Koncernu pojawiła się na rynku słowackim, na którym na koniec roku 2019 spółka posiadała 10 stacji paliw. Rozpoczęto proces co-brandingu, w ramach którego już niemal na wszystkich stacjach sieci widoczna jest marka ORLEN, Koncern został również sponsorem tytularnym zespołu F1 Alfa Romeo Racing ORLEN.
Znaczący wpływ na EBITDA LIFO Koncernu miały rekordowe wyniki osiągnięte przez obszar energetyki. Było to możliwe głównie dzięki utrzymującym się niskim cenom gazu. Rok 2019 był również pierwszym pełnym rokiem działania nowoczesnego bloku parowo-gazowego w Płocku.
Zysk netto Koncernu był pod negatywnym wpływem wyceny zapasów w efekcie spadku cen ropy oraz wzrostu kosztów amortyzacji związanych ze zmianami w sposobie raportowania (MSSF 16).
Czas inwestycji
Miniony rok był czasem ważnych inwestycji i procesów biznesowych mających na celu budowę wartości PKN ORLEN w długiej perspektywie. Łącznie na inwestycje w 2019 roku koncern przeznaczył 5,4 mld złotych.
W 2019 roku w obszarze produkcji zakończono inwestycje Metatezy w Płocku i PPF Splitter w Możejkach. Rozpoczęto rozbudowę zdolności produkcyjnych nawozów, budowę instalacji glikolu propylenowego, dokonano zakupu licencji i projektu bazowego dla instalacji bioetanolu II generacji, a także kontynuowano realizację Programu Rozwoju Petrochemii oraz uruchomiono budowę instalacji Visbreakingu.
Realizowane były kolejne etapy prac związane z przygotowaniem do inwestycji w morskie farmy wiatrowe, prowadzono m.in. badania środowiskowe, badania wietrzności oraz budowy geologicznej dna morza. Rozpoczęto proces wyboru projektanta morskiej farmy wiatrowej, finalizowany jest również proces pozyskiwania partnera do realizacji inwestycji.
W obszarze akwizycji kontynuowano proces przejęcia kontroli kapitałowej nad Grupą LOTOS, a także ogłoszono wezwanie do sprzedaży 100% akcji Grupy Energa. W 2019 roku kontynuowano dywersyfikację kierunków dostaw ropy naftowej. Koncern utrzymał rating inwestycyjny Fitch i Moody’s, a także, zgodnie z zapowiedziami, wypłacił dywidendę w wysokości 1,5 mld PLN, czyli 3,5 zł na akcję. Zadłużenie netto Koncernu na koniec 2019 roku wynosiło 2,4 mld zł i zostało zredukowane o 3,2 mld zł w stosunku do stanu na koniec 2018 roku.
Dobre wyniki w IV kwartale 2019 mimo trudnego makro
W IV kwartale 2019 roku PKN ORLEN osiągnął wynik netto na poziomie blisko 800 mln zł. Odnotowano wyraźny spadek modelowej marży downstream (r/r) o 3 USD/bbl, związany między innymi z przygotowaniami do wdrożenia regulacji IMO i globalnym wzrostem mocy petrochemicznych.
Segment downstream PKN ORLEN w IV kwartale 2019 roku wypracował wynik EBITDA LIFO na poziomie 1,1 mld zł, odnotowując wzrost sprzedaży produktów petrochemicznych (r/r), w tym olefin o 46%, nawozów o 6% i PTA o 63%. Na skutek niekorzystnej sytuacji makro odnotowano niższą sprzedaż produktów rafineryjnych (r/r), skompensowaną poprawą struktury sprzedaży, czyli niższą sprzedażą ciężkich frakcji.
Na wszystkich rynkach, na których obecny jest Koncern odnotowano wzrost konsumpcji oleju napędowego i benzyn, z wyjątkiem rynku niemieckiego, gdzie zużycie diesla utrzymywało się na niezmiennym poziomie.
Segment detaliczny PKN ORLEN w IV kwartale 2019 roku osiągnął wynik EBITDA LIFO na poziomie 592 mln zł, notując wzrost łącznych wolumenów sprzedaży o 3 (r/r) oraz wzrost marż pozapaliwowych na wszystkich rynkach (r/r). PKN ORLEN kontynuował również rozwój oferty pozapaliwowej poprzez otwarcie kolejnych 37 punktów gastronomicznych. Łącznie funkcjonowało już 2145 punktów, w tym: 1699 Stop Cafe w Polsce, 306 Stop Cafe w Czechach, 23 Stop Cafe na Litwie oraz 117 Star Connect w Niemczech. Na koniec 2019 roku Koncern posiadał 2836 stacje, co oznacza wzrost liczby obiektów o 33 (r/r). W IV kwartale PKN ORLEN kontynuował projekt rozwoju elektromobilności, uruchamiając kolejne stacje ładowania, których łącznie w sieci funkcjonuje już 64. W 2019 r. w ramach rozwoju technologii wodorowej Koncern podpisał listy intencyjne o współpracy z Górnośląsko-Zagłębiowską Metropolią oraz firmą PESA Bydgoszcz, a w styczniu br. z Gminą Miasto Płock.
Segment wydobycia PKN ORLEN w IV kwartale 2019 roku dostarczył porównywalny wynik EBITDA LIFO na poziomie 69 mln zł. Średnie wydobycie w tym czasie osiągnęło poziom 18,7 tys. boe/d. Koncern kontynuował realizację strategii w obszarze wydobycia, zakładającej koncentrację na najbardziej perspektywicznych złożach.
Na terenie polskich koncesji zakończono wiercenie otworu Bystrowice-OU3 oraz uzbrojono do wydobycia otwór Bystrowice-OU1. Rozpoczęto wiercenie dwóch otworów w projekcie Bieszczady, wykonano akwizycje zdjęć sejsmicznych w projekcie Edge oraz Płotki, a także zakończono interpretację zdjęć sejsmicznych w projektach Miocen, Płotki i Karpaty. W Kanadzie, wraz z partnerami, w minionym kwartale rozpoczęto wiercenie 8 odwiertów, zabiegowi szczelinowania poddano kolejnych 10 odwiertów, a do produkcji podłączono 8 otworów. Na bieżąco prowadzone są prace związane z budową i modernizacją infrastruktury wydobywczej oraz przesyłowej w kluczowych obszarach działalności. Przygotowywane są lokalizacje pod kolejne wiercenia. Łączne zasoby ropy i gazu (2P) Koncernu wyniosły na koniec 2019 roku 197,3 mln boe.
W 2019 roku PKN ORLEN nadal cieszył się zaufaniem gremiów eksperckich, ponownie uzyskując tytuł The World’s Most Ethical Company, a także Top Employer Polska. W 2019 roku PKN ORLEN po raz kolejny otwierał „Listę 500” dziennika Rzeczpospolita, w rankingu największych polskich spółek, zajął również 45. miejsce wśród największych koncernów energetycznych na świecie, notowanych w rankingu S&P Global Platts TOP250. Z kolei już na początku 2020 r. PKN ORLEN zostały wyróżniony przez redakcję Parkietu nagrodą Gwiazda Roku 2020 w kategorii Wydarzenie za paliwową fuzję. W tym samym plebiscycie Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN w głosowaniu czytelników otrzymał wyróżnienie Gwiazda Roku 2020 w kategorii Człowiek Roku. Był on często nagradzanym menadżerem również na przestrzeni 2019 r. Za realizację inwestycji rozwojowych oraz wsparcie krajowego biznesu oraz polskich sportowców w tym czasie otrzymał szereg nagród, m.in. Wektory 2019, tytuł Prezesa Roku w plebiscycie Parkietu Byki i Niedźwiedzie, czy Nagrodę Prometejską. Wśród najważniejszych aktywności marketingowych Koncernu znalazły się m.in. sponsoring tytularny zespołu F1 Alfa Romeo Racing ORLEN, sponsoring drużyny siatkarskich mistrzów świata, czołowych polskich lekkoatletów oraz PKOl.
Mimo że jako społeczeństwo Polacy nie tylko się bogacą, ale również dbają o posiadanie oszczędności na niespodziewane wydatki, nadal ogromnym zainteresowaniem cieszą się pożyczki oraz kredyty konsumenckie. Oferty bywają atrakcyjne, jednak nie zawsze pożyczkobiorcy potrafią do nich dotrzeć.
Sztuka znajdywania odpowiednich rozwiązań
Gdzie znaleźć najlepszą ofertę?
Nagła konieczność pozyskania dodatkowych środków pieniężnych sprzyja błędnym decyzjom finansowym. Kiedy pojawia się przysłowiowy nóż na gardle, większość osób lekceważy proces analityczny i decyzyjny, z marszu przystając na pierwszą napotkaną ofertę pożyczki lub kredytu. Taki błąd może być kosztowny, zwłaszcza w ujęciu całości kosztów pożyczki. Jeśli chodzi o kredyt gotówkowy najtańszy kredyt gotówkowy znajdziesz na direct.money.pl
Sztuka znajdywania odpowiednich rozwiązań
Podstawowym błędem, jakiego dopuszczają się osoby potrzebujące gotówki „tu i teraz”, jest gwałtowność decyzji, bez wcześniejszej analizy swojej sytuacji finansowej, ani zaistniałych potrzeb. Tymczasem krótka chwila poświęcona na przemyślenie może uchronić przed poważnymi konsekwencjami. W tym celu wystarczy odpowiedzieć sobie na trzy nieskomplikowane pytania.
Jaka kwota jest potrzebna?
Pytanie, które mogłoby się wydawać banalnie proste, w rzeczywistości często bywa problemem dla wielu kredytobiorców. Jeśli bowiem klienci nie oszacują dokładnie swoich potrzeb, może się okazać, że pożyczona kwota jest zbyt niska. Najprostszym rozwiązaniem jest kolejny dług, jednak w ten sposób może powstać tzw. spirala zadłużenia, kiedy jedno zobowiązanie spłacane jest kolejnym, co pogarsza sytuację pożyczkobiorcy. Z kolei skuszenie się na większą kwotę, oferowaną np. przez instytucję finansową, może okazać niemożność spłaty, ze względu na zbyt wysokie raty.
Na jaki okres?
Kwestia okresu spłaty zobowiązania jest równie ważna, chociażby ze względu na instytucję, do której klient zwróci się poszukując najlepszego rozwiązania. Krótkoterminowe pożyczki zazwyczaj udzielane są w formie tzw. chwilówek. Firmy oferujące tego rodzaju kredyty często kuszą atrakcyjnymi promocjami, np. w formie braku prowizji. Jeżeli pieniądze potrzebne na spłatę długu pojawią się już za kilka dni, być może najlepiej będzie skorzystać z promocyjnej chwilówki.
Na jaki cel?
Pytanie o cel kredytu najważniejsze jest w przypadku sporych wydatków, jak zakup nieruchomości albo samochodu. Niestety czasami nieświadomi konsumenci zaciągają na tego typu wydatki tradycyjne kredyty konsumenckie, podczas gdy kredyt hipoteczny albo samochodowy mogą oferować znacznie korzystniejsze oprocentowanie. Warto więc dokonać szybkiego rekonesansu lub poradzić się eksperta finansowego.
Gdzie znaleźć najlepszą ofertę?
Jeżeli brakuje czasu na sprawdzanie w placówkach banków i instytucji finansowych najlepszych ofert kredytów oraz pożyczek, można skorzystać z tzw. porównywarek, które w jednym miejscu zbierają propozycje banków i firm oferujących pożyczki. Eksperci finansowi podpowiadają, gdzie szukać kredytów gotówkowych, mieszkaniowych, pożyczek pozabankowych czy kredytów gotówkowych dla firm. Co więcej, za darmo można porównać oferty kont osobistych, lokat czy innych form oszczędzania pieniędzy. Klient może samemu zdecydować na jakim aspekcie zależy mu najbardziej. Czy chodzi o niskie oprocentowanie, brak prowizji, długi okres spłaty, a może komfort załatwienia wszystkich formalności online, bez konieczności wizyty w placówce banku czy innej instytucji finansowej. Jest to zatem znaczne przyspieszenie oraz uproszczenie całego procesu szukania najlepszej oferty finansowej, bez względu na sytuację.
Każdego roku wydłuża się kolejka pacjentów oczekujących na przeszczep, spada za to liczba zabiegów transplantacyjnych. To efekt niewystarczającej liczby dawców – przypada ich raptem 13 na 1 mln osób. Ten wskaźnik mógłby być wyższy, ale szpitale nie są chętne, żeby identyfikować i zgłaszać potencjalnych dawców, bo wiąże się to dla nich z kosztami i problemami organizacyjnymi. W efekcie robi to tylko co trzecia placówka. Problemem polskiej transplantologii jest też finansowanie, bo wyceny NFZ dawno już nie przystają do realnych kosztów ponoszonych przez szpitale.
– W Polsce, podobnie zresztą jak w wielu innych krajach, bolączką jest niedostateczna liczba narządów do przeszczepienia. Wzorcem jest Hiszpania, gdzie na 1 mln mieszkańców przypada ponad 40 zmarłych dawców. W Polsce ten wskaźnik oscyluje wokół 13 i nie zmienia się od trzech–czterech lat, mimo że podejmowane są różne działania – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. dr hab. n. med. Roman Danielewicz, prezes Polskiego Towarzystwa Transplantacyjnego.
Według statystyk Centrum Poltransplant w 2018 roku wykonano w Polsce 1390 przeszczepów narządów pobranych od 498 zmarłych dawców. Ich liczba z każdym rokiem spada. Wydłuża się za to kolejka pacjentów oczekujących na zabieg. W tej chwili liczy ona około 2 tys. pacjentów. Jeszcze w 2015 roku na Krajowej Liście Oczekujących na Przeszczepienie było ok. 1,5 tys. osób, a rok później – już ponad 1,7 tys.
– Ta liczba 2 tys. pacjentów jest niedoszacowana, ponieważ są to osoby aktywnie oczekujące na przeszczep, ale przecież są jeszcze osoby w trakcie kwalifikacji do przeszczepienia, więc należałoby ją pomnożyć przez dwa – wskazuje prof. Roman Danielewicz. – Z drugiej strony w Polsce czas oczekiwania nie jest aż tak długi, co być może wynika z faktu, że liczba oczekujących nie jest tak wysoka jak w innych krajach. Na nerkę czeka się średnio 10–11 miesięcy, podczas gdy w Stanach Zjednoczonych nawet pięć lat.
Sukcesem jest fakt, że na przestrzeni ostatnich kilku lat zwiększyła się liczba narządów pobieranych do transplantacji od pojedynczego dawcy, prawie dwukrotnie wzrosła też liczba przeszczepów serca i płuc. Lekarze alarmują jednak, że potrzeby są znacznie większe.
– Niestety nie wzrosła liczba przeszczepów nerek, a jest to najczęściej wykonywany przeszczep w Polsce i na świecie, ani wątroby. Wskaźniki powinny być wyraźnie wyższe – mówi prof. Roman Danielewicz.
Medycyna transplantacyjna w Polsce może poszczycić się bardzo dobrymi wynikami, jeśli już do zabiegu dochodzi. Wskaźniki przeżycia pacjentów po przyjęciu przeszczepu są porównywalne z obserwowanymi w innych krajach Unii Europejskiej, a nierzadko wyższe niż w Stanach Zjednoczonych. Głównym problemem pozostaje jednak fakt, że zbyt mała liczba zmarłych osób jest identyfikowana i zgłaszana jako potencjalni dawcy.
To z kolei efekt niewielkiej aktywności szpitali. W Polsce można pobierać narządy w 388 szpitalach, czyli we wszystkich placówkach, w których jest oddział intensywnej opieki medycznej i blok operacyjny. Jednak tylko co trzecia identyfikuje i zgłasza potencjalnych zmarłych dawców, a pozostałe 250 szpitali pozostaje biernych.
– Wiele szpitali z tzw. potencjałem donacyjnym nie prowadzi rozpoznań śmierci mózgu. Przyczyn jest wiele: niedofinansowanie, brak świadomości w społeczności medycznej, uwarunkowania socjologiczne w danym miejscu i brak kompleksowego podejścia do transplantologii – wymienia prof. dr hab. n. med. Zbigniew Włodarczyk, kierownik Katedry Transplantologii i Chirurgii Ogólnej Collegium Medicum UMK.
Bierność szpitali jest w dużej mierze winą problemów organizacyjnych oraz braków kadrowych i finansowych. Lekarzowi na OIOM-ie dużo łatwiej i szybciej jest wystawić akt zgonu, niż zgłosić potencjalnego dawcę. Z kolei dla dyrektorów placówek jest to problematyczne, bo trzeba w to zaangażować personel medyczny, przeprowadzić badania i pobieranie wielonarządowe.
– Wiele szpitali, które zgłaszają zmarłych dawców, nie wykonuje przeszczepów. Te placówki tylko uczestniczą w pierwszym etapie identyfikacji i zgłoszenia zmarłego dawcy. Ale to właśnie od nich zależy, czy będziemy pozyskiwać i przeszczepiać narządy. To wymaga szerszego spojrzenia: ludzie umierają i będą umierać i trzeba na to spojrzeć z perspektywy możliwości leczenia osób czekających na narządy. Od aktywności tych szpitali, anestezjologów, neurologów i neurochirurgów bardzo wiele zależy – przekonuje prof. Roman Danielewicz.
– Wiele ośrodków transplantacyjnych w Polsce realizuje znacznie więcej przeszczepów, niż zgłasza potencjalnych dawców. To szpitale kliniczne, wielospecjalistyczne czy ogromne oddziały intensywnej terapii. Nie znajduję odpowiedzi na pytanie, dlaczego szpital, który powinien być wiodącym i w przeszczepach, i w zgłaszaniu dawców, i w budowaniu edukacji, który ma potencjał szacowany wspólnie z Poltransplantem na 40–50 organów rocznie, zgłasza zaledwie 8–10. To zagadka, na którą nie znajduję odpowiedzi – powiedział podczas debaty „Dar życia. Transplantologia potrzebuje zmian” Sławomir Gadomski, wiceminister zdrowia. – To powinny być ośrodki, które przede wszystkim zgłaszają dawców i biorą na siebie ogromny ciężar odpowiedzialności, żeby spełniać pewne minima określone na podstawie europejskich wytycznych.
Jak wskazuje prof. Danielewicz, oprócz niedostatecznej liczby dawców transplantologia w Polsce boryka się również z niedostatecznym finansowaniem, które nie zostało zwiększone od kilku lat. W efekcie wyceny procedur transplantacyjnych Narodowego Funduszu Zdrowia dawno już nie przystają do rzeczywistych kosztów.
– Na szczęście Ministerstwo Zdrowia wraz z Agencją Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji zajęło się tą sprawą. Wyceny będą sukcesywnie zmieniane, dostosowane do poziomu inflacji i rzeczywistych kosztów – mówi prof. Roman Danielewicz. – Skorygowania wymaga też ustawa transplantacyjna z 2005 roku, która nie jest zła, ale zawiera kilka luk i błędów. Ustawa wymaga dostosowania do współczesności i doprecyzowania niektórych przepisów, żeby stymulowały środowisko i aktywizowały medycynę transplantacyjną.
– Transplantologia nerek jest ambitnym zadaniem na najbliższy czas, prowadzimy w ministerstwie dość duże analizy dotyczące liczby dializowanych w porównaniu z krajową listą oczekujących, analizy leczenia nerkozastępczego. Mam nadzieję, że w marcu sfinalizujemy zasady wyceny i kwalifikacji biorcy do przeszczepienia, co będzie zachęcającym aspektem pod kątem finansowym – dodaje Sławomir Gadomski, wiceminister zdrowia.
W Polsce spada także liczba przeszczepień od dawców żywych. W 2018 roku wykonano tylko 63 takie zabiegi, podczas gdy rok wcześniej było ich 80. To zaledwie kilka procent wszystkich przeszczepów, podczas gdy w krajach skandynawskich czy USA ten odsetek oscyluje wokół 30 proc.
– Niewątpliwie w wielu województwach ma miejsce pewne obniżenie aktywności transplantacyjnej. Nie jestem w stanie sformułować przyczyn, bo znając je, mielibyśmy gotową receptę, jak to naprawić. Dlatego powinniśmy apelować do Ministerstwa Zdrowia i Narodowego Funduszu Zdrowia o współdziałanie. Transplantologia, zwłaszcza przeszczepianie nerek, jest lepsza i tańsza niż inne metody leczenia nerkozastępczego, a w przypadku wątroby i serca – nie ma alternatywy – podkreśla prof. Zbigniew Włodarczyk.
Polska gospodarka w ubiegłym roku wzrosła o 4 proc. w ujęciu rocznym – wynika ze wstępnych danych GUS. Ten wynik plasuje nas w unijnej czołówce pod względem tempa wzrostu, okresowo tylko wyprzedzają nas znacznie mniejsze rynki, takie jak Estonia czy Węgry. Polska wciąż też jest na podium pod względem niskiej stopy bezrobocia. Jednak według Bohdana Wyżnikiewicza, prezesa Instytutu Prognoz i Analiz Gospodarczych, to właśnie rynek pracy będzie jednym z poważniejszych wyzwań w tym roku. Kolejnymi będą spowolnienie w gospodarce światowej i niski poziom inwestycji.
– W tym roku największym wyzwaniem dla polskiej gospodarki będzie poradzenie sobie z pogarszającą się koniunkturą w otoczeniu zewnętrznym, w gospodarce unijnej i światowej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Bohdan Wyżnikiewicz, prezes Instytutu Prognoz i Analiz Gospodarczych. – Są też wyzwania długookresowe, np. bardzo niska stopa inwestycji. Jeżeli chcemy być konkurencyjną gospodarką, która będzie się rozwijała i miała eksport na coraz wyższym poziomie, z dobrymi, chętnie kupowanymi artykułami, to jednak musimy zdecydowanie zwiększyć inwestycje. W tej chwili ich poziom w Polsce zaczyna być już zagrożeniem dla przyszłego wzrostu.
Polska gospodarka wydaje mieć się dobrze. W ubiegłym roku, jak wynika ze wstępnych szacunków Głównego Urzędu Statystycznego, PKB wzrósł o 4 proc. w ujęciu rocznym. Choć to o 1,1 pkt proc. mniej niż rok wcześniej, na tle innych europejskich gospodarek wciąż jest to szybkie tempo. Według Bohdana Wyżnikiewicza w 2020 roku spadnie ono nieco i będzie niższe niż założone przez rząd w ustawie budżetowej 3,7 proc.
– Polska gospodarka na tle krajów Unii Europejskiej, a szczególnie na tle krajów regionu, od dłuższego czasu znajduje się na tzw. pudle, czyli jest albo pierwsza, albo druga, albo trzecia. Mniejsze gospodarki niż Polska, takie jak rumuńska czy węgierska, a szczególnie gospodarki krajów nadbałtyckich, notują okresowo wyższe tempo wzrostu. Z kolei wzrost gospodarczy w Polsce utrzymuje się mniej więcej na zrównoważonym poziomie, przynajmniej w ostatnich latach tak było. I teraz, przy spowolnieniu, które ogarnia całą Europę, również będzie podobnie – podkreśla dr Bohdan Wyżnikiewicz.
Kołem zamachowym tego wzrostu jest konsumpcja, wynikająca głównie z coraz wyższych dochodów Polaków. Eksport netto, czyli przewaga eksportu nad importem, rośnie, ale głównie dzięki ograniczeniu importu. Jednak trzeci filar, czyli inwestycje, od kilku lat kuleje, bo szybkie zmiany w prawie powodują, że inwestorzy wstrzymują się z wydawaniem pieniędzy na rozwój. Do tego dochodzi problem niedostatku siły roboczej.
– Niedocenianym problemem i wyzwaniem dla gospodarki będzie doprowadzenie do stabilizacji na rynku pracy. Według polityków skoro mamy niskie bezrobocie, wzrost zatrudnienia i wynagrodzeń, to jest dobra sytuacja na rynku pracy, tymczasem największą barierą w kilku sektorach jest brak wykwalifikowanej siły roboczej – wskazuje dr Bohdan Wyżnikiewicz. – Z tego powodu może zmniejszać się produkcja czy usługi i również z tego powodu niektórzy inwestorzy nie podejmują nowych projektów z obawy, że jak je ukończą, to nie będzie można znaleźć ludzi do pracy. Jest też lekcja do odrobienia przez władze w sprawie większych ułatwień dla cudzoziemskich pracowników, zwłaszcza tych, którzy przyjeżdżają z Ukrainy.
Bezrobocie w grudniu 2019 roku wyniosło 5,2 proc. i jest to najniższy grudniowy odczyt w ciągu ostatnich trzech dekad. Minimalnie niższe było w październiku, ale zimą wskaźnik zwykle nieco wzrasta i jest to efekt sezonowy. Pracodawcy skarżą się na brak odpowiednio wykwalifikowanych kandydatów do pracy. W Polsce wciąż jest wysoki udział osób biernych zawodowo – w II kwartale 2019 roku wynosił 43,8 proc. ludności w wieku 15 lat i więcej. Z tego więcej niż jedną trzecią stanowiły osoby w wieku produkcyjnym (36,7 proc.). Ich aktywizacja mogłaby być sposobem na rozwiązanie problemu, podobnie jak automatyzacja produkcji i ułatwienia dla pracowników spoza Unii. Ostatnia kwestia jest o tyle pilna, że 1 marca dla pracowników spoza Wspólnoty otwiera się rynek niemiecki, oferujący znacznie wyższe płace, i przyciągnie część zatrudnionych w Polsce Ukraińców.
W ubiegłym roku Polacy zaciągnęli kredyty mieszkaniowe na kwotę 65 mld zł. Rosnące ceny nieruchomości przełożyły się też na wzrost wartości branych kredytów – średnio o 10 proc. Biuro Informacji Kredytowej prognozuje dalszy wzrost w tym segmencie. W tym roku banki mogą udzielić już kredytów mieszkaniowych na ponad 70 mld zł oraz 75 mld zł kredytów konsumpcyjnych. Tak dobrą dynamiką nie może wykazać się jednak segment firm pożyczkowych.
– Ubiegły rok był dobry dla kredytów bankowych i umiarkowany, a nawet dość trudny, dla pożyczek pozabankowych. Polacy zaciągnęli 65 mld zł kredytów mieszkaniowych, czyli o prawie 15 proc. więcej r/r, i był to drugi najwyższy wynik w historii. Z kolei kredytów gotówkowych zaciągnęliśmy w sumie 72 mld zł, co stanowiło wzrost o 5 pkt. proc. w porównaniu do poprzedniego roku – mówi agencji Newseria Biznes Mariusz Cholewa, prezes Biura Informacji Kredytowej.
Według statystyk BIK ubiegły rok na rynku kredytów mieszkaniowych był okresem hossy, natomiast wskaźnik pokazujący relację zadłużenia z tego tytułu do PKB jest jednym z najniższych w Europie, co stwarza przestrzeń dla dalszych wzrostów. Głównymi czynnikami napędzającymi ten segment są rosnące dochody gospodarstw domowych, utrzymujące się niskie stopy procentowe i wzrost cen nieruchomości. Ten ostatni przekłada się na wzrost wartości i liczby udzielanych kredytów wysokokwotowych, które charakteryzują się wyższą szkodowością. Jednak jakość spłaty kredytów mieszkaniowych na koniec grudnia pozostawała na stabilnym poziomie (0,78 proc. niespłacanych w terminie).
– Dużą niepewność stwarza ryzyko spowolnienia gospodarczego, co może wpłynąć zarówno na popyt, jak i podaż kredytów mieszkaniowych, lecz także gotówkowych. Wzrost stóp procentowych może spowodować też większe obciążenie kredytobiorców ratami bieżącymi i mniejszą zdolność do refinansowania swojego długu. Uważamy jednak, że 2020 rok będzie nadal bardzo dobry dla rynku kredytów mieszkaniowych i sprzedaż może osiągnąć poziom 70 mld zł. Szacujemy, że to może być o około 10 pkt. proc. więcej niż w roku 2019, co może stanowić najlepszy wynik w historii – mówi Mariusz Cholewa.
Według statystyk BIK w ubiegłym roku średnia wartość udzielanego kredytu hipotecznego wzrosła o 10 proc. do 272,8 tys. zł. Pewnym zagrożeniem dla tego segmentu rynku jest fakt, że w tej chwili ok. 75 proc. sprzedaży kredytów hipotecznych należy do pięciu banków, co powoduje, że zmiana polityki kredytowej w jednym z nich może wpłynąć na ograniczenie podaży.
W ubiegłym roku banki i SKOK-i udzieliły łącznie również 7,45 mln sztuk kredytów konsumpcyjnych. Najwyższą, 7-proc. dynamikę w ujęciu rocznym zanotował segment kredytów wysokokwotowych (powyżej 30 tys. zł). Kredyty na kwotę przekraczającą 50 tys. zł stanowią 41 proc. wszystkich nowo udzielanych pożyczek gotówkowych.
– Średni okres umowny dla nowego kredytu gotówkowego w tej chwili sięga 45 miesięcy, ale dla kwoty powyżej 50 tys. zł wynosi już 91 miesięcy – mówi Mariusz Cholewa. – Kredyty gotówkowe na wysokie kwoty charakteryzują się dużo większą szkodowością, która może być nawet dwucyfrowa i przekroczyć 10 proc. To jest obszar, który wymaga obserwacji.
Prognozy BIK na 2020 rok zakładają wzrost wartości udzielonych kredytów konsumpcyjnych z 72 mld do 75 mld zł. Przyczynią się do tego rosnąca konsumpcja i popyt na zakup dóbr i usług. Z drugiej strony wzrost mogą zahamować zmiany w polityce banków. Ubiegłoroczny wyrok TSUE dotyczący proporcjonalnego zwrotu prowizji w przypadku wcześniejszej spłaty pożyczki może spowodować, że banki będą skracać umowny okres kredytowania, który zbliży się do rzeczywistego, bo w tej chwili rozbieżność między nimi jest bardzo duża. W ubiegłym roku średni okres udzielania kredytu gotówkowego wynosił 45,5 miesięcy przy 23,1 miesiącach rzeczywistego okresu spłaty.
– Widzimy też zacieśnianie polityk kredytowych w bankach, co może spowodować pewne ograniczenia. Jednak wskaźnik kredytów konsumpcyjnych do PKB jest jednym z najwyższych w Europie i wynosi 8,9 proc. To jest trzeci rezultat po Grecji i Bułgarii. Tak więc wzrosty będą, ale może już nie aż tak bardzo dynamiczne – prognozuje prezes Biura Informacji Kredytowej.
Ubiegły rok nie był z kolei aż tak udany dla sektora pożyczek pozabankowych. Firmy pożyczkowe współpracujące z BIK udzieliły w sumie 2,7 mln pożyczek na łączną kwotę nieco ponad 6,82 mld zł. To oznacza, że ich liczba wzrosła raptem o 0,8 proc. r/r, natomiast wartość spadła o 3,5 proc. r/r.
– Przyczyniła się do tego niepewność regulacyjna oraz fakt, że ludzie mają większe dochody i coraz rzadziej sięgają po takie kredyty. Widzimy jednak, że do firm pożyczkowych zaglądają osoby, które całkiem nieźle zarabiają, i dość często są to przedsiębiorcy – mówi Mariusz Cholewa.
Wśród nowo udzielanych pożyczek pozabankowych dominują te niskokwotowe, do 1 tys. zł. W ubiegłym roku stanowiły 38 proc. udzielonego finansowania. O 7,4 proc. spadła z kolei liczba pożyczek udzielonych na kwoty przekraczające 5 tys. zł.
Co istotne, 77 proc. osób, które korzystają z pożyczek pozabankowych, ma jednocześnie kredyty w bankach. Łączna kwota zadłużenia takich pożyczkobiorców to 29,7 mld zł.
– Z punktu widzenia jakości tych kredytów jest to pewne wyzwanie. Aż 44 proc. osób w tym gronie ma przynajmniej jeden produkt kredytowy lub pożyczkowy przeterminowany powyżej 90 dni. To bardzo wysoki wskaźnik, który stwarza ryzyko zarówno dla banków, firm pożyczkowych, jak i obywateli i należałoby się temu mocno przyglądać – mówi Mariusz Cholewa.
Debiut dużych korporacji w sektorze kosmicznym przybliżył możliwość odbywania prywatnych misji kosmicznych. Jeszcze w tym roku możemy spodziewać się przeprowadzenia pierwszych turystycznych lotów kosmicznych oraz testów technologii, które umożliwią wykonywanie regularnych cywilnych pasażerskich lotów kosmicznych. Do skomercjalizowania podróży orbitalnych przygotowuje się także NASA, która planuje zmodernizować Międzynarodową Stację Kosmiczną.
– Zamożni ludzie są w stanie zapłacić za lot Sojuzem, ale to wciąż jest przyjemność dostępna dla bardzo nielicznych. Masowe podróże turystyczne to jest jednak przyszłość. Widać to po tym, co się dzieje np. z kapsułą załogową SpaceX. Proces certyfikacji wynoszenia ludzi przez prywatne podmioty trwa i nie jest wcale taki prosty. To jest bardzo atrakcyjna dziedzina, która będzie przynosiła w przyszłości dochody, ale nie sądzę, żeby to było w najbliższych latach – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje prof. dr hab. Maciej Konacki z Centrum Astronomicznego im. Mikołaja Kopernika PAN w Toruniu.
Potencjał prywatnych lotów kosmicznych docenili m.in. eksperci NASA, którzy w obliczu rosnących kosztów utrzymania Międzynarodowej Stacji Kosmicznej (ISS) postanowili przystosować ją do obsługi prywatnych lotów. Agencja zleciła startupowi Axiom opracowanie pierwszego komercyjnego modułu mieszkalnego dla ISS, który w przyszłości pozwoli dokować do stacji kapsuły SpaceX Dragon oraz Boeing Starliner funkcjonujące w ramach turystycznych lotów kosmicznych. Jeśli nic nie opóźni prac zespołu inżynierskiego, pierwsi turyści mogą zamieszkać w tym kosmicznym hotelu jeszcze w 2020 roku. Szacunkowy koszt jednodniowego pobytu na ISS to według NASA 35 tys. dol. na dobę. Do tego należy doliczyć koszt podróży, który w przypadku kapsuły od SpaceX wynosi ok. 52 mln dol.
Znacznie przystępniejsze będą za to misje pojazdów suborbitalnych. Odpowiada za nie firma Virgin Galactic, która w 2019 roku przeprowadziła pomyślny test załogowego statku kosmicznego SpaceShipTwo. Korporacja wybudowała już jeden turystyczny terminal kosmiczny i jest gotowa na odbywanie lotów suborbitalnych z załogą liczącą dwóch pilotów oraz sześciu turystów. Koszt takiej podróży kształtuje się na poziomie 250 tys. dol.
Testami pojazdów przystosowanych do obsługi turystycznych misji kosmicznych interesuje się również firma Blue Origin, która opracowała rakietę New Shepard pionowego startu i lądowania. Dotychczas Blue Origin udało się przeprowadzić 12 udanych misji suborbitalnych, które przybliżają firmę do realizacji komercyjnych lotów kosmicznych.
Ambitne plany związane z turystyką kosmiczną ma również Elon Musk, który zapowiedział, że w ciągu pierwszych miesięcy 2020 roku firma SpaceX zorganizuje swój pierwszy turystyczny lot kosmiczny. Misja zostanie zrealizowana przy wykorzystaniu statku Starship, którego prototyp pomyślnie przeszedł pierwsze procedury testowe.
– Najbardziej prawdopodobny scenariusz jest taki, że nowa rakieta SpaceX, która ma służyć m.in. do podboju Marsa, będzie też wykorzystywana do lotów turystycznych. W zeszłym roku pierwszy taki lot wokół Księżyca został ogłoszony przez Elona Muska i to będzie coś w rodzaju wydarzenia turystycznego, medialnego, czyli właściwie już na granicy turystyki kosmicznej, a nie do końca czysta eksploracja przestrzeni kosmicznej przez zawodowych astronautów – twierdzi astronom.
Sektor turystyki kosmicznej nie ogranicza się wyłącznie do misji realizowanych na orbicie. Prężnie rozwijają się także biznesy skupione wokół habitatów symulujących pozaziemskie misje kosmiczne. EBIOS, jeden z najbardziej zaawansowanych projektów, zakłada stworzenie turystycznej wioski kosmicznej, która pozwoli zasymulować warunki panujące w habitatach. Za rozwój tego projektu odpowiadają naukowcy z Interstellar Lab, którzy chcą skonstruować samowystarczalną bazę kosmiczną zdolną do wytwarzania energii, wody oraz żywności na potrzeby 100-osobowej symulacji. Budowa EBIOS rozpocznie się w 2021 roku, a za pobyt w habitacie trzeba będzie zapłacić od 3 do 6 tys. dol.
NASA ma jednak znacznie ambitniejsze plany związane z turystyką kosmiczną. Agencja zapowiedziała, że chce w ciągu najbliższych pięciu lat wybudować stację kosmiczną orbitującą wokół Księżyca, która pozwoli odbyć komercyjne podróże na naszego naturalnego satelitę. W tym celu konieczne będzie skonstruowanie nowego typu rakiet zwanych Space Launch System, przystosowanych do kursowania pomiędzy Księżycem a stacją orbitalną.
– Wynoszenie ludzi na orbitę niską i wyższą jest dużo bardziej ryzykowne niż latanie samolotem. Podejrzewam, że ludzie, którzy będą uprawiali turystykę kosmiczną, muszą się liczyć z dużo większym ryzykiem. Przykładem jest test kapsuły załogowej SpaceX, który w nieodległej przeszłości zakończył się katastrofą, tzn. test naziemny silników spowodował eksplozję całej kapsuły. Istnieją niuanse, które powodują, że nigdy w stu procentach nie będziemy pewni, że to bezpieczeństwo jest takie jak w przypadku lotów samolotem – zauważa prof. dr hab. Maciej Konacki.
Według analityków z firmy Research and Markets wartość globalnego rynku technologii kosmicznych w 2018 roku wyniosła 360 mld dol. Przewiduje się, że do 2026 roku wzrośnie ona do 558 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 5,6 proc.
Inteligentne zegarki zyskują coraz więcej zastosowań medycznych i skuteczniej pomagają monitorować przebieg przewlekłych chorób. Są już w stanie wykryć np. zmiany aktywności mogące zwiastować zaostrzenie nieswoistych zapaleń jelit, a także rejestrować mimowolne ruchy, które towarzyszą chorobie Parkinsona. Na rynek trafia także pierwszy smartwatch, który pozwoli w czasie rzeczywistym monitorować poziom glukozy we krwi bez konieczności nakłuwania. Cukrzyca jest uznawana przez Światową Organizację Zdrowia za epidemię XXI wieku. W samej Polsce cierpi na nią 3 mln osób.
– Glutrac to smartwatch, który wykrywa i monitoruje poziom glukozy we krwi w sposób bezinwazyjny. Nie nakłuwamy palca czy skóry igłą, nie trzeba nosić plastrów. Wykorzystaliśmy czujniki optyczne, które monitorują cząsteczki glukozy w płynach śródmiąższowych. Gromadzimy wszystkie te dane i przesyłamy do zabezpieczonej chmury. Analizy informacji dokonujemy za pomocą opatentowanego algorytmu opartego na sztucznej inteligencji – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Kerang Tian z firmy Add Care.
Czujniki smartwatcha Glutrac zbierają dane przy użyciu czterech metod monitorowania: spektroskopii absorpcyjnej, EKG, PPG i dynamicznego monitorowania ciepła metabolicznego. Urządzenie wyposażone jest w funkcje typowe dla innych inteligentnych zegarków. To m.in. krokomierz, pomiar tętna, częstotliwości oddechowej, jakości snu itp. Informacje zbierane przez urządzenie przetwarzane są w trybie ciągłym, w czasie rzeczywistym. Dzięki temu użytkownik otrzymuje wiedzę o tym, jak zmienia się funkcjonowanie jego organizmu w ciągu dnia. To szczególnie istotne zwłaszcza dla niedawno zdiagnozowanych cukrzyków, u których dopiero ustalany jest schemat leczenia. W przypadku cukrzycy typu 1 zachodzi w tym okresie konieczność wykonywania nawet 10 pomiarów dziennie.
– Osoby, u których rozpoznano cukrzycę, muszą nakłuwać palce, żeby zmierzyć poziom glukozy we krwi w celu dopasowania leczenia, planów żywieniowych i ćwiczeń. W przeciwnym razie mogą znaleźć się w groźnym dla zdrowia stanie hiperglikemii lub hipoglikemii. Naszym celem jest oszczędzenie ludziom bólu, zachodu i czasu. Większość z założycieli naszej spółki ma cukrzyków w rodzinie, więc naszym marzeniem i dążeniem jest pozbycie się tego bólu – mówi Kerang Tian.
Żeby skalibrować urządzenie, należy w ciągu pierwszego tygodnia wykonać 21 nakłuć palca. Pozwala to ustalić wartość bazową, czyli indywidualny model, na podstawie którego sztuczna inteligencja może nauczyć się, jak funkcjonuje organizm właściciela.
– Im dłużej nosimy zegarek, tym dokładniejsze otrzymujemy wyniki. Połączyliśmy chwilowe i ciągłe monitorowanie poziomu glukozy we krwi w jednym urządzeniu, dzięki czemu pacjent będzie miał dostęp do natychmiastowych odczytów poziomu glukozy w czasie rzeczywistym i do historii pomiarów. Jest to szczególnie ważne przy hospitalizacji czy konsultacjach lekarskich w celu dostosowania leków lub planu leczenia. Przeprowadziliśmy badania kliniczne i dotychczasowe wyniki są bardzo obiecujące – osiągnęliśmy ponad 90-proc. skuteczność – przekonuje ekspertka.
Inteligentne zegarki mogą być urządzeniami niezwykle pomocnymi w kontrolowaniu przebiegu również innych przewlekłych chorób. Badacze z University of Chicago odkryli, że opaski Fitbit mogą przewidzieć zaostrzenia nieswoistych chorób zapalnych jelit, czyli wrzodziejącego zapalenia jelita grubego i choroby Crohna. Naukowcy dostarczyli urządzenia 56 osobom, u których niedawno zdiagnozowano wrzodziejące zapalenie jelita grubego lub chorobę Leśniowskiego-Crohna. Kiedy choroby są aktywne, powodują zapalenie w przewodzie pokarmowym. Przez rok rejestrowano poziomy aktywności uczestników, częstość akcji serca i wzorce snu wraz z danymi z kolonoskopii oraz dwóch głównych wskaźników zapalenia jelit. Na kilka tygodni przed klinicznie potwierdzonym zaostrzeniem choroby uczestnicy zarejestrowali mniej kroków i wykazywali wyższe tętno spoczynkowe niż ci, którzy pozostali w remisji.
Z kolei Parkinson’s KinetiGraph (PKG) jest urządzeniem działającym na zasadzie takiej jak smartwatch, ale wyposażonym w system czujników wykrywających mimowolne ruchy. Dodatkowo urządzenie może przypominać o konieczności zażycia leku. Analizując zarejestrowane przez PKG ruchy, zespół opieki medycznej może zdalnie zmodyfikować schemat leczenia lub w przypadku konieczności przeprowadzenia konsultacji lekarskiej – umówić wizytę. Urządzenie jest obecnie testowane w Wielkiej Brytanii na grupie 150 pacjentów szpitala klinicznego Uniwersytetu w Plymouth.
Etap testowania przeszedł już natomiast Glutrac. Po sześciu latach badań debiutuje on na rynku detalicznym. Cukrzyca jest uznawana przez Światową Organizację Zdrowia za epidemię XXI wieku. W samej Polsce cierpi na nią 3 mln osób, a kolejnych 5 mln wykazuje stan przedcukrzycowy.
– W tym roku odnotowano aż 463 mln chorych na cukrzycę na świecie, z czego u połowy choroba nie została zdiagnozowana, więc osoby te nie otrzymują odpowiedniego leczenia – alarmuje Kerang Tian.
Według analityków z Fortune Business Insights światowy rynek medycznych wearables przekroczył w 2018 roku wartość 24,5 mld dol. Do 2026 roku ma wzrosnąć do ponad 139 mld dol.
Pracownicze Plany Kapitałowe (PPK) to nowy sposób oszczędzania na emeryturę. Wspierane przez firmę odkładanie kapitału przez pracowników pomaga im monitorować i zarządzać swoimi oszczędnościami. Kapitał gromadzony jest na specjalnych kontach, które powstają przy współpracy firmy i wybranej instytucji finansowej – jaka będzie odłożonymi środkami zarządzać. Pracownicze Plany Kapitałowe mają być wypłacane po 60 roku życia lub wcześniej, zgodnie z przyjętymi zasadami. Do końca 2019 roku obowiązek rozpoczęcia PPK nałożony był na duże firmy. W pierwszej połowie roku 2020 przychodzi kolej na firmy średnie, zatrudniające co najmniej 50 pracowników. Dzięki takiej kolejności właściciele średnich firm napotkają na swojej drodze mniej przeszkód.
– Firmy średnie będą mogły korzystać z doświadczeń dużych firm, jeśli chodzi o wdrażanie PPK. Szlak został już przetarty przez grupę największych przedsiębiorców. Mniejsi pracodawcy będą mieli więc możliwość łatwiejszego wdrażania tego systemu – powiedział serwisowi eNewsroom Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP). – Obowiązkiem tych firm będzie wybór instytucji finansowej, która poprowadzi Pracowniczy Plan Kapitałowy – co musi odbyć się po konsultacji z reprezentacją pracowników. Potem nastąpi proces zawierania umów o zarządzanie PPK, a później zawierane przez pracodawcę konkretnych umów w imieniu jego pracowników. Wierzymy, że chociaż średnie firmy dysponują mniejszymi zasobami finansowymi i potencjałem kadrowym – będą w stanie całkiem sprawnie poradzić sobie z nowym wyzwaniem administracyjnym, przed jakim stoją – zapewnia Kozłowski.
Największe koszty poniosą przedsiębiorstwa sprzedające wina i cydry, mimo że dawka alkoholu zawarta w tych wyrobach jest wielokrotnie niższa niż w wódce – tak wynika ze zaktualizowanej właśnie wersji projektu Ministerstwa Zdrowia dotyczącego nałożenia specjalnej opłaty na alkohole w małych pojemnościach. Będą one znacznie wyższe niż zakładano pierwotnie. – To kolejny raz, kiedy branża winiarska pada ofiarą rozgrywek pomiędzy branżą piwowarską, a branżą spirytusową – tak sprawę komentują szefowie firm zrzeszonych w Związku Pracodawców Polska Rada Winiarstwa.
Związek Pracodawców Polska Rada Winiarstwa wnioskował o wyłączenie wyrobów winiarskich zawierających do 15% alkoholu z opłat od sprzedaży „małpek”. Powód? Wino w wersji „mini” to zupełnie inna kategoria produktów, nabywanych w zupełnie innym celu. Rozwój segmentu małych win wiąże się z trendami premiumizacji i ograniczania konsumpcji alkoholu. Coraz więcej konsumentów woli kupić małą porcję droższego wina, niż dużą butelkę wina bardziej dostępnego cenowo. To dobry trend, który zostanie zahamowany przez projektowaną ustawę – podkreślają eksperci zrzeszeni w Związku Pracodawców Polska Rada Winiarstwa.
Jak przypomina Magdalena Zielińska, Prezes ZP PRW, podstawą do podjęcia prac nad projektem ustawy był niepokój rządzących związany z rosnącą sprzedażą napojów spirytusowych w małych butelkach. – Aktualna wersja projektu jest sformułowana w taki sposób, że największe koszty poniosą przedsiębiorstwa sprzedające wina i cydry, mimo że dawka alkoholu zawarta w tych wyrobach jest wielokrotnie niższa niż w wódce. Za najmniejsze obecne na rynku butelki wina dodatkowa opłata wyniesie 1,87 zł, a za cydr aż 2,75 zł, podczas gdy stumililitrowe „małpki” z wysokoprocentową wódką będą droższe jedynie o 1 zł. A przecież –przypomnijmy- celem planowanych opłat było ograniczenie nadmiernego spożywania wysokoprocentowego alkoholu. Premiowane jest zatem zamykanie jak najwyższej ilości procentów w jak najmniejszej objętości napoju. To nie jest zgodne z ustawą o wychowaniu w trzeźwości, w której wyraźnie wskazane jest, że akty prawne powinny służyć zmianie struktury spożycia napojów alkoholowych na rzecz tych o niskiej zawartości procentowej alkoholu.
Zdumiewa zwłaszcza dodatkowa opłata nałożona na cydr. To olbrzymie obciążenie, które czyni sprzedaż tego trunku w małych opakowaniach zupełnie nieopłacalną. – Na koniec roku rząd nie podniósł akcyzy na cydr, aby wspierać w ten sposób sadowników – jabłka bowiem są głównym surowcem w produkcji cydru. Teraz zaskakuje nas nową wersją ustawy, która spowoduje wzrost ceny małej butelki cydru na półce o około 3,5 zł (wzrośnie przecież kwota VAT oraz marże sieci). A to praktycznie wyeliminuje ten produkt z rynku – komentuje Jakub Nowak, Prezes firmy JNT Group. – To kolejny raz, kiedy branża winiarska pada ofiarą rozgrywek pomiędzy branżą piwowarską, a branżą spirytusową – podsumowuje Prezes Nowak.
Grzegorz Bartol, wiceprezes firmy Bartex, mówi jeszcze dosadniej: – Dlaczego nie ogranicza się spożycia piwa (przypomnę statystyki: 100 litrów na osobę rocznie) wprowadzając dodatkową opłatę, jeżeli ewidentnie widać, że w standardowej butelce piwa udział alkoholu jest znacznie większy niż w małej pojemności wina?Czy Ministerstwo Zdrowia lobbując za branżą piwowarską chce kompletnie zrujnować polskich sadowników i pogrążyć produkcję cydru w Polsce? Prezentowana ustawa jest kompletnie niespójna z polityką rządu i warto, aby ktoś spojrzał globalnie na jej założenia. A jeszcze nie tak dawno Premier Mateusz Morawiecki obiecywał zniesienie jakichkolwiek obciążeń fiskalnych dla produkcji cydru w Polsce…
Zgodnie z projektem ustawy, zmiany mają wejść w życie już od 1 kwietnia 2020 roku.
Aurec Home, doświadczony gracz na międzynarodowym rynku nieruchomości, planuje budowę nowoczesnych osiedli. Ma ambicje, by stać się znaczącym graczem w największych miastach, łącząc wysoką jakość z przystępną ceną.
Zrównoważone osiedla opierają się na czterech filarach: środowiskowym, społecznym, kulturowym i ekonomicznym. Chodzi o powstawanie miejsc przyjaznych mieszkańcom
i środowisku pod każdym względem. Inwestycje, które planuje Aurec Home, będą spełniały tę funkcje dzięki dobremu skomunikowaniu z centrum miasta, niskiej, nowoczesnej zabudowie, zastosowaniu przyjaznych środowisku, trwałych materiałów budowlanych, zagospodarowaniu przestrzeni wspólnej sprzyjającej budowaniu więzi społecznych wśród mieszkańców oraz konkurencyjnej cenie.
Wśród rozwiązań proponowanych przez Aurec Home znajdą się m.in. przygotowane przez najlepszych architektów krajobrazu tereny rekreacyjne, szklarnie do użytku mieszkańców, zasilanie części wspólnych energią słoneczną, wyposażenie parkingu w stację ładowania samochodów elektrycznych.
– Chcemy by budowane przez nas mieszkania były dostępne dla każdej kieszeni. Ich metraż dostosujemy zarówno do potrzeb singli, młodych małżonków, jak i par spodziewających się nowych członków rodziny. Osiedla Aurec Home będzie łączyć wysoka jakość z przystępną ceną, a ich wizytówką będą inteligentne technologie i nowoczesne rozwiązania ekologiczne – mówi Shraga Weisman, prezes iwspółwłaściciel Aurec Home.
Aurec Home jest zainteresowany przede wszystkim rynkiem warszawskim i tu poszukuje interesujących lokalizacji. Na razie firma zarezerwowała dwie działki – jedną we Włochach,
a drugą w Ursusie.
Aurec Home jest częścią międzynarodowej grupy Aurec Capital, która ma na swoim koncie inwestycje deweloperskie w Niemczech, Polsce, USA, Izraelu, Australii oraz na Węgrzech. Jej prezesem i współwłaścicielem jest Shraga Weisman, znany i ceniony manager z 25‑letnim międzynarodowym doświadczeniem w branży deweloperskiej, w tym na rynku polskim.