Tegoroczne nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii zwracają uwagę ze względu na zagadnienie, jakimi zajmowali się ich laureaci. Wyróżnienie otrzymali trzej ekonomiści – przedstawiciele nurtu tzw. ekonomii rozwoju, czyli innymi słowy – zielonej ekonomii. Temat ten jest bardzo istotny, a pojęcia te nie bez powodu stają się coraz bardziej popularne. Obecny model konsumpcji oraz oceny zysków i sukcesów firm może nie mieć dalszych perspektyw wskutek wyczerpania zasobów do produkcji towarów i usług. Należy pamiętać, że są one nieodnawialne. Chodzi nie tylko o paliwa kopalne – ale i inne surowce, które widocznie się kurczą.
– Potrzeba dzisiaj nowego modelu, który nazywa się już zieloną ekonomią. Jeżeli zastąpi on starą szkołę w tej dziedzinie, taki scenariusz przyniesie niezaprzeczalne korzyści – powiedział serwisowi eNewsroomKamil Wyszkowski, przedstawiciel i prezes Rady Global Compact Network Poland. – Tegoroczne nagrody i decyzja komitetu noblowskiego potwierdza, jak ważną staje się to kwestią. Jeśli rozwój nie pójdzie w tym kierunku, już wkrótce pojawią się skutki złych decyzji. Wyraźnie wzrosną temperatury – co jest spowodowane nadmiernym wytwarzaniem energii, produktu ubocznego w procesie powstawania wszystkich rzeczy codziennego użytku. W ramach globalnego gniazdka elektrycznego pozyskuje się ją aż w 70-ciu proc. z paliw kopalnych. Taki model konsumpcji – mierzony w PKB, bez zwracania uwagi na zasoby – w perspektywie długoterminowej nie może być utrzymany. Koszty związane z obsługą takiego rozwoju będą wyższe od korzyści, jakie zapewnia.Podczas wrześniowego szczytu ONZ, w ramach „ClimateActionSummit – zwołanego przez sekretarza generalnego – globalny sektor ubezpieczeniowy wycenił, że 40 proc. zjawisk związanych ze zmianami klimatycznymi nie można ubezpieczyć. W przeciwnym razie sektor ten zostałby doprowadzony do bankructwa. To najlepiej pokazuje, jak poważna jest sytuacja związana ze zmianą klimatu – wskazał Wyszkowski.
Styczniowa informacja GUS, prezentująca wyniki budownictwa mieszkaniowego, tradycyjnie dotyczy już kompletnych statystyk inwestycyjnych pierwotnego segmentu krajowej mieszkaniówki w zakończonym 2019 roku. Pod względem sprzedażowym był to okres, który rodzimi deweloperzy mogą zaliczyć do nadspodziewanie udanych,zdecydowanie przeczący tezie o słabnącym popycie na mieszkania z pierwszej ręki. Pytanie, jaki był pod względem inwestycyjnym.
Rekordowy potencjał inwestycji rozpoczętych
Pierwszą kategorią gusowskich statystyk budownictwa mieszkaniowego za rok 2019, która może budzić respekt, są dane dotyczące mieszkań, których budowę rozpoczęto. Jak się okazało ponownie osiągnęły one historycznie rekordowe poziomy. W roku 2019 licząc ogółem ruszyła budowa ponad 237 tys. mieszkań i domów jednorodzinnych, poprawiając wynik z 2018 roku o blisko 7 proc. Z tego sami deweloperzy uruchomili w ub. roku budowę 142 tys. lokali, co daje wynik najlepszy w historii i lepszy rok do roku o 8 proc.
Mocno wyśrubowane roczne statystyki nowych budów tym razem są odpowiedzią przedsiębiorców na ponownie wzmożony po okresowym hamowaniu w 2018 roku ruch w deweloperskich biurach sprzedaży. Budowniczy mieszkań na sprzedaż niemal z aptekarską precyzją dostosowują podaż w postaci lokali wprowadzanych do sprzedaży do popytu, którego potencjał jest wciąż znaczący, co nie znaczy, że łatwy do przewidzenia.
Jednak statystyki inwestycji rozpoczętych są pierwszorzędnym wskaźnikiem stanu bieżącej koniunktury rynkowej, a ich rekordowy wymiar mówi sam za siebie.
Rekordowa liczba pozwoleń na budowę
Bodaj jeszcze bardziej optymistycznie prezentuje się sytuacja w kwestii pozyskanych w roku ubiegłym nowych pozwoleń na budowę lub zgłoszeń z projektem budowlanym. W tym przypadku ogólnie ich całoroczny wolumen wyniósł 268,5 tys., poprawiając wynik z roku 2018 o 4,4 proc. Podobnie jak w przypadku mieszkań rozpoczętych bezkonkurencyjni okazali się i tu deweloperzy, którzy zabezpieczyli na własne potrzeby grubo ponad 167 tys. takich decyzji administracyjnych, co ponownie oznacza wynik rekordowy.
Jak wiadomo, statystyki nowych pozwoleń na budowę są podstawowym parametrem oceny potencjału popytowego rynku w przyszłych okresach przez deweloperów. Wygląda wiec na to, że optymizm branży deweloperskiej w kwestii perspektyw rozwoju koniunktury pierwotnego segmentu mieszkaniówki w dłuższym terminie nieprzerwanie pozostaje na stałym od miesięcy bardzo wysokim poziomie. Co ciekawe, pomimo licznych wątpliwości co do możliwości utrzymania wysokich parametrów sprzedaży nowych mieszkań w najnowszej historii rynku pierwotnego, determinacja przedsiębiorców w przedmiotowej kwestii nie słabnie ani na chwilę, co jak się okazuje wciąż jest najlepszym z możliwych wyborem.
Mieszkania oddane również na rekordowej fali
Kolejnym aspektem działalności inwestorów, w ramach którego także udało im się potwierdzić rosnącą rok do roku dynamikę w rekordowym wymiarze, są statystyki mieszkań oddanych do użytkowania. W szczególności ostatni miesiąc ubiegłego roku okazał się w tej kwestii rewelacyjny z ogólnym wynikiem blisko 23 tys. lokali, nigdy wcześniej nie zanotowanym w historii pierwotnego rynku mieszkaniowego. To głównie efekt pracy deweloperów, którzy w grudniu ub. roku oddali 14,6 tys. mieszkań, czyli najwięcej w skali jednego miesiąca.
W efekcie w 2019 roku GUS doliczył się ponad 207 tys. lokali ukończonych, czyli – bagatela – o równe 12 proc. więcej niż rok wcześniej. W tej kategorii rola lidera także przypadła deweloperom, którzy rezultatem 131 tys. poprawili wynik z 2018 roku o blisko 17 proc.
Statystyki mieszkań oddawanych do użytku nie zależą jednak od aktualnej sytuacji rynkowej, ale są efektem stanu koniunktury sprzed około dwóch lat, a wiec okresu odpowiadającego cyklowi inwestycyjnemu w budownictwie mieszkaniowym. W związku z tym w kolejnych miesiącach i kwartałach, niezależnie od bieżącej koniunktury, należy oczekiwać kontynuacji tendencji utrzymywania się tych danych na rekordowo wysokich poziomach.
Perspektywy roku bieżącego pod znakiem zapytania
Pomimo wręcz kapitalnych osiągnieć inwestycyjnych rodzimego pierwotnego rynku mieszkaniowego, bardzo trudno jest przyjąć założenie bezwarunkowej kontynuacji podobnej tendencji w roku bieżącym. Rynek sprawia wrażenie dość mocno już przegrzanego, a wiec takiego, któremu przydałby się nieco dłuższy odpoczynek od pogoni za rekordami kolejnych budów, pozwoleń i sprzedaży nowych mieszkań.
Coraz mocniej niepokojącym zjawiskiem są nieprzerwanie, choć już z nieco hamującą dynamiką rosnące ceny, bezkrytyczny pęd do inwestycji w mieszkania jako absolutnie pewnej lokaty oszczędności i kapitałów, czy wreszcie coraz powszechniejsze przekonanie o braku jakichkolwiek przesłanek do odwrócenia tendencji rynkowej.
Tymczasem tego typu okoliczności odpowiadają raczej symptomom charakterystycznym dla okresów schyłkowych rynkowej prosperity, występującym w czasie kształtowania szczytu cyklu koniunkturalnego. W tej sytuacji rośnie ryzyko cyklicznego przesilenia, które w wypadku materializacji w roku bieżącym wpłynie destrukcyjnie nie tylko na statystyki inwestycyjne pierwotnego rynku mieszkaniowego, ale wszelkie pozostałe parametry stanu koniunktury.
Najnowszy raport „2020 Best Countries” stworzony przez BAV Group (spółka zależna VMLY&R), U.S. News & World Report i Wharton School of the University of Pennsylvania jest już dostępny. Który kraj jest najlepszym miejscem do życia, gdzie zanotowano największy wzrost gospodarczy, a które państwa mają jeszcze sporo do nadrobienia w kwestii równouprawnienia? Na te i inne pytania odpowiadają autorzy publikacji.
Best Countries Report
Raport został podzielony na 9 osobnych dziedzin tworzących oddzielne subrankingi: atrakcyjność turystyczna, społeczeństwo, wpływy kulturowe, przedsiębiorczość, dziedzictwo kulturowe, wzrost gospodarczy, otwartość na biznes, pozycja na arenie międzynarodowej oraz jakość życia. Każdy subranking dotyczy innego obszaru, a ich zestawienie dało możliwość stworzenia ogólnego obrazu przebadanych państw oraz wyciągnięcia przekrojowych wniosków.
Polska wśród najlepszych krajów do rozpoczęcia kariery
W ogólnym zestawieniu Polska uplasowała się na 34 miejscu. Znaleźliśmy się także w TOP 5 krajów, w których warto rozpocząć karierę. W zestawieniu dotyczącym Otwartości na Biznes poprawiliśmy wynik i z 41 pozycji przeskoczyliśmy o 9 pozycji – zajmując 32 miejsce. Polska zajęła 20 miejsce w kategoriach: Najlepsze Miejsce do Wychowania Dzieci oraz Najbardziej Przejrzysty Kraj Pod Względem Praktyk Biznesowych. Od ubiegłego roku największy wzrost (14 punktów) zanotowaliśmy pod względem Zmniejszenia Wskaźnika Biurokracji i wzrost w rankingu Liderów. Uplasowaliśmy się na 16 miejscu pod względem Dbałości o Środowisko oraz jako Miejsce Przyjazne Rodzinie, na miejscu 17 znaleźliśmy się jako państwo z Wykwalifikowaną Siłą Roboczą oraz Bezpieczne Miejsce do Życia.
Szwajcaria, Kanada i Japonia w czołówce raportu
W tegorocznej edycji raportu przebadano 73 państwa w różnych kategoriach: od wpływów ekonomicznych i siły militarnej po edukację i jakość życia, aby określić, które kraje mają największy wpływ i najsilniejszą pozycję na arenie międzynarodowej. W pierwszej piątce znalazły się również Niemcy i Australia. Wielka Brytania pojawia się na 6 miejscu, a USA awansowało o jedną pozycję – na 7 miejsce.
Spadek zaufania do USA
Mniej ufamy innym nacjom. Chociaż Stany Zjednoczone są postrzegane jako najpotężniejszy kraj na świecie, nie są darzone zaufaniem. Kanada jest postrzegana jako najbardziej godny zaufania kraj od czasu pierwszego raportu „Best Countries” z 2016 roku. W tym samym czasie postrzeganie USA jako kraju godnego zaufania obniżyło się do rekordowo niskiego poziomu 16,3 w skali 100-punktowej. Wielka Brytania również zanotowała spadek zaufania, podczas gdy Grecja, Korea Południowa i Hiszpania poprawiły swój dotychczasowy wynik.
Zmiana klimatu – widzimy, nie reagujemy
Istnieje globalny konsensus w sprawie skutków zmiany klimatu. Większość respondentów (87%) zgadza się, że zmiana klimatu jest realna. Spośród 36 badanych krajów respondenci w Rosji potwierdzili świadomość zmian klimatu w najmniejszym stopniu (71%), natomiast współczynnik zgodności z tą tezą w Indonezji był najwyższy (97%) wraz z narodami afrykańskimi, w tym z Nigerii, Kenii i Południowej Afryki. Co ciekawe – tylko 60% respondentów zgadza się, że ich kraj skutecznie zajmuje się przeciwdziałaniu i zwalczaniu skutków zmian klimatycznych.
Technologia powodem globalnego niepokoju
Globalny niepokój związany z technologią utrzymuje się. Niemal 3 na 4 badanych (74%) sądzi, że duże firmy technologiczne, takie jak Facebook, Google i Amazon są zbyt silne, przez co znacząco kontrolują rynek, a mniej więcej tyle samo osób zgadza się, że technologia zastępuje miejsca pracy ludzi. Respondenci z Wielkiej Brytanii, Kanady i Australii najliczniej zgadzają się z ograniczaniem wpływu dużych korporacji technologicznych. W Japonii, która jest postrzegana jako siła napędowa technologii, tylko 31,5% badanych zgadza się, że technologia zastępuje obszary pracy ludzi, a 55% zgadza się, że wpływ gigantów technologicznych powinien być ograniczony.
Równość płci obowiązuje jedynie w teorii
Równość płci jest postrzegana pozytywnie, ale istnieje różnica między teorią a rzeczywistością. Dziewięćdziesiąt procent respondentów zgadza się, że kobiety powinny mieć takie same prawa jak mężczyźni. Jednocześnie, zapytani o to, czy reprezentanci wszystkich płci mają takie same możliwości ekonomiczne w swoich krajach, tylko 64% respondentów odpowiedziało twierdząco. 69% badanych uważa, że tradycyjny podział ról jest ważny ze społecznego punktu widzenia – uważa tak 73% mężczyzn i 66% kobiet.
Metodologia badania
Metodologia „2020 Best Countries Report” wykorzystuje dane zebrane poprzez szerokie badania, na grupie ponad 20 000 liderów biznesu; osób z wykształceniem wyższym, z klasy średniej lub wyższej oraz grup reprezentatywnych mieszkańców poszczególnych krajów.
Na początku roku do agencji Mobiem Polska, która należy do Grupy Interia.pl i specjalizuje się w mobile marketingu, dołączył Michał Pietruszka, obejmując stanowisko Head of Mobile Product. Jego najważniejszym celem na 2020 rok będzie stworzenie w pełni kompleksowej oferty firmy, obejmującej nie tylko aplikacje mobilne. Ponadto będzie odpowiadał m.in. za konsultacje w zakresie rozwoju produktów reklamowych, doradztwo w kwestii rozpoznania nowych obszarów biznesowych, a także wdrażanie proponowanych rozwiązań i monitoring branżowych trendów.
Michał Pietruszka wcześniej pracował w CR Media Consulting, ostatnio jako Senior Media Planner and Buyer. Następnie rozwijał swoją karierę w Clickad, gdzie pełnił między innymi funkcję Account Directora. Z kolei w Spicy Mobile zbudował od podstaw sieć reklamy mobilnej. Piastował tam stanowisko Head of Trading. Przez kilka lat odpowiadał też za wiele kluczowych obszarów, tj. trading, wdrażanie i rozwój nowych produktów, szkolenie oraz poszerzanie kompetencji pracowników, a także optymalizację procesów zakupowych.
– Współpracowałem wcześniej z Michałem i bardzo wysoko oceniam jego kompetencje. Dlatego wiem, że nasza agencja zyskała solidnego i godnego zaufania specjalistę. Ma on duże doświadczenie w mobile marketingu. Stale śledzi trendy oraz nowości branżowe. Dzięki takiemu wzmocnieniu kadrowemu spółka szybko rozwinie swoją ofertę. Stanie się jeszcze bardziej konkurencyjna niż dotychczas i lepiej spełni wysokie oczekiwania klientów wobec efektywności kampanii reklamowych – mówi Michał Giera, prezes zarządu Mobiem Polska.
Na nowym stanowisku Michał Pietruszka będzie odpowiadał m.in. za konsultacje w zakresie rozwoju produktów reklamowych i doradztwo w kwestii rozpoznania nowych obszarów biznesowych. Zajmie się również monitoringiem branżowych trendów, wdrażaniem proponowanych rozwiązań, zarządzaniem zbieranymi przez spółkę danymi oraz rekomendowaniem sposobów ich monetyzacji. Ponadto będzie nadzorował dział realizacji zleceń oraz kreacji reklamowych.
– Wdrażając się w nowe obowiązki, rozpocząłem pracę od analizy marżowości produktów reklamowych i optymalizacji procesów zakupowych. Obecnie poszukuję ciekawych i innowacyjnych produktów, które będą odpowiedzią na potrzeby dynamicznie zmieniającego się otoczenia biznesowego. Moim najważniejszym celem na ten rok będzie stworzenie w pełni kompleksowej oferty dla spółki. Będzie ona obejmowała nie tylko aplikacje mobilne, ale również rozliczenia w modelach efektywnościowych oraz realizacje działań niestandardowych zarówno na rynku polskim, jak i zagranicznym – podsumowuje Michał Pietruszka.
Zorganizowany po raz drugi i otwarty wczoraj Dom Polski w Davos ma służyć promocji regionu Europy Środkowo-Wschodniej jako naturalnego kierunku działania globalnych inwestorów. PZU i Bank Pekao – już nazwani gospodarczymi ambasadorami Polski – wskazują kluczowe dane makroekonomiczne i demograficzne jako czynniki warunkujące atrakcyjność regionu, łączącą w sobie stabilność polityczną właściwą krajom członkowskim UE oraz rozwój gospodarczy właściwy krajom szybko rozwijającym się.
Według danych publikowanych przez renomowane ośrodki i agendy badawcze, 11 krajów tworzących Trójmorze cieszy się stabilnością i rozwojem. Siła regionu bierze się również z udanej transformacji, jaką przeszły tworzące go kraje. Od gospodarek opartych na centralnym planowaniu do gospodarek z powodzeniem konkurujących już nie tylko na rynku Unii Europejskiej, ale śmiało wychodzących na arenę światową. Zaledwie 30 lat wystarczyło, żeby kraje, które znajdowały się za żelazną kurtyną, teraz były pełnoprawnymi członkami Unii Europejskiej, Paktu Północnoatlantyckiego czy Światowej Organizacji Handlu. Kraje, które wkraczały do globalnego systemu wolnorynkowego z bagażem funkcjonowania w gospodarce centralnie planowanej, stały się ważnym motorem wzrostu gospodarczego Unii Europejskiej, co potwierdzają dane makroekonomiczne.
Łączny produkt krajowy brutto 11 krajów regionu Trójmorza (Bułgaria, Chorwacja, Czechy, Estonia, Litwa, Łotwa, Polska, Rumunia, Słowacja, Słowenia, Węgry) wynosi blisko 1,2 biliona euro. Ich gospodarki generują łącznie 20 proc. wzrostu gospodarczego Unii Europejskiej. Bezpośrednie inwestycje zagraniczne w Europie Środkowo-Wschodniej stanowiły w 2015 roku zaledwie 2 proc. wartości dla całej Unii Europejskiej. W 2018 roku było to już 15 proc., czyli ponad siedem razy więcej niż zaledwie trzy lata wcześniej. Wzrost PKB dla krajów Trójmorza w 2018 roku był ponad dwa razy większy od średniej dla wszystkich 28 krajów UE (4,3 proc. vs. 2,0 proc. rok do roku w 2018). Udział Trójmorza w globalnej wymianie handlowej wzrósł w latach 2005-2018 z 3,4 do 4,7 proc.
O sile regionu świadczy również potencjał jego mieszkańców, których obecnie jest ponad 100 milionów. Dawne kraje bloku wschodniego wchodzące skład regionu Trójmorza posiadają wysoki odsetek osób z wyższym wykształceniem w wieku 25-64, co wskazuje na olbrzymi potencjał zawodowy regionu. Sama Polska ma więcej absolwentów kończących kierunki STEM (nauki ścisłe, technologia, inżynieria, matematyka) niż Włochy czy Hiszpania. Testy PISA potwierdzają, że młodzież z Polski i Estonii należy do światowej czołówki we wszystkich trzech obszarach objętych badaniem: czytaniu i interpretacji, matematyce i rozumowaniu przyrodniczym.
Biorąc pod uwagę twarde dane makroekonomiczne oraz coraz większą aktywność różnego rodzaju i wielkości firm wywodzących się z regionu, nie dziwią zapowiedzi i ogłoszenie ścisłej współpracy środowisk biznesowych, pod patronatem głów państw Trójmorza. Udział PZU i Banku Pekao w tym przedsięwzięciu podyktowany jest chęcią promowania rozwoju polskiej i regionalnej gospodarki, a zarówno PZU jako największy ubezpieczyciel w kraju, jak i Pekao – czołowy bank – mają ambicje stać się globalnymi graczami gospodarczymi.
Budżet marketingowy nie jest z gumy. Świadomi tego faktu właściciele firm stale poszukują takich narzędzi promocji, które przy relatywnie niewielkich wydatkach przyniosą im krociowe zyski. Takie formy reklamy oferuje internet, z usługami świadczonymi przez Google na czele. Rzecz jasna główną rolę odgrywa tutaj najpopularniejsza na świecie wyszukiwarka, dzięki której można wybić się na kilka różnych sposobów.
300% więcej wejść na stronę w ciągu kilku miesięcy. Takie wyniki w SEO da się osiągnąć
Pozycjonowanie firmowej strony w internecie opiera się na stałym ulepszaniu jakości witryny, optymalizowaniu jej pod najnowsze wytyczne Google oraz pozyskiwaniu odnośników. Idealnie jest w momencie, kiedy to internauci sami, z chęci podzielenia się interesującą treścią, zostawiają linki w serwisach zewnętrznych. Kolejne audyty, poprawa kodu strony oraz regularne aktualizowanie jej wartościowymi, przydatnymi treściami pozwalają poprawiać miejsce w internetowym rankingu. To złożony proces, trzeba na bieżąco śledzić trendy i zmiany w algorytmach wyszukiwarki.
Dlatego najbardziej opłacalnym wyjściem jest korzystanie z usług specjalistycznych agencji – Afterweb byłby tutaj bardzo dobrym przykładem. Zachowanie pełnego profesjonalizmu oraz najwyższych standardów w pozycjonowaniu przynosi trwałe efekty, najbardziej korzystne w perspektywie długofalowej. Po zajęciu miejsca na pierwszej stronie w Google liczba użytkowników rośnie lawinowo, a wraz z nią firmowe zyski, płynące wartkim strumieniem dzięki pozyskiwaniu kolejnych klientów za pośrednictwem wyszukiwarki.
Wykładasz 2000 zł na reklamę, a w zamian nabija Ci sprzedaży za 10 razy tyle
Powyższe liczby chyba jeszcze bardziej przemawiają do wyobraźni. Takie rezultaty mogą przynosić kampanie w Google Ads, platformie służącej do wykupywania linków sponsorowanych. W końcu najczęściej klikalnymi odnośnikami w całej wyszukiwarce są reklamy, te prezentowane powyżej wyników organicznych. Tutaj jednak pozycje poszczególnych stron zmieniają się w sposób zdecydowanie bardziej dynamiczny. Aby nie marnować budżetu w Google Ads na kliknięcia, które nie konwertują, należy precyzyjnie ustawić wszelkie parametry oraz zakresy w panelu. Dobór fraz kluczowych, na które ma wyświetlać się reklama firmy w Google, ma tutaj ogromne znaczenie. Im ich więcej, tym bardziej uzasadniona staje się pomoc certyfikowanych specjalistów Ads, potrafiących optymalizować rozbudowane kampanie.
Domena .icu, należąca do chińskiego koncernu Alibaba, jest obecnie najpopularniejszą i jednocześnie najszybciej rosnącą na świecie domeną z nietypowym rozszerzeniem. Wyprzedza ona następujące domeny: .top .xyz, .site, .vip, .online, .club, .wang, .live, .shop. W Polsce niezmiennie najpopularniejszą nietypową domeną jest .online, która wyprzedza kolejno: .site, .xyz, .ovh, .tech, .cloud, .shop, .store, .space, .app – wynika z zestawienia przygotowanego przez serwis Domeny.pl.
Sukces domeny .icu (skrót od „I see you”) jest tym większy, że jest ona dostępna zaledwie od maja 2018 roku, a zrejestrowano już prawie 5.4 milionów adresów stron internetowych z takim rozszerzeniem, ze średnią liczbą rejestracji na poziomie 51850 na tydzień. To zdecydowanie więcej niż niedawny lider – domena .top – która ma obecnie 3.44 milionów rejestracji na świecie, a tygodniowo – 720. Trzecia w zestawieniu domena .xyz została wykorzystana do tej pory 2.1 miliona razy, ale rośnie ona szybciej niż domena .top, bo w tempie 3626 rejestracji na tydzień.
„75 proc. wszystkich rejestracji domeny .icu przypada na Chiny. Kolejne kraje, w których ta domena jest popularna, to USA, Japonia, Rosja, Indie i Indonezja. Chiny, dzięki swojej ogromnej populacji, są także odpowiedzialne za sukces domeny .wang, która pod koniec 2019 roku weszła do pierwszej dziesiątki najpopularniejszych nietypowych domen na świecie. Jest to także obecnie druga po .icu najszybciej rosnąca domena na świecie, która notuje średnio prawie 6 tys. nowych rejestracji na tydzień” – mówi Elżbieta Kornaś, Brand Manager serwisu Domeny.pl.
Wedle danych Domeny.pl, w Polsce w rankingu najpopularniejszych nietypowych domen nie zaszły aż tak duże zmiany, jak globalnie. Na uwagę zasługuje jednak awans domeny .site na drugie miejsce, a także wejście do pierwszej dziesiątki takich domen, jak .store, .space oraz .app. Najbardziej dramatyczny spadek zanotowała domena .loan, która wypadła z pierwszej setki najpopularniejszych nietypowych domen w Polsce, a jeszcze na początku 2019 roku zajmowała pozycję nr 3. Domena .icu w krajowym rankingu plasuje się na miejscu nr 28.
„W Polsce jest obecnie zarejestrowanych 48830 domen z nietypowymi rozszerzenia, czyli o 181 proc. więcej niż rok wcześniej! Na świecie ogólna liczba nietypowych domen to już 31852537, co oznacza wzrost o 20,7 proc. w stosunku do minionego roku. Powody popularności nietypowych domen to przede wszystkim możliwość utożsamienia adresu internetowego z profilem działania firmy oraz lepszego pozycjonowania w wyszukiwarkach internetowych” – dodaje Elżbieta Kornaś.
Domeny z nietypowymi rozszerzeniami (tzw. „new gTLD” – „generic top-level domains”) pojawiły się w świecie internetu od 2014 roku. Było to 2 lata po tym, kiedy to ICANN – organizacja odpowiadająca za przyznawanie nazw domen internetowych, ustalanie ich struktury oraz za ogólny nadzór nad działaniem serwerów DNS na całym świecie – dopuściła taką możliwość dla wszystkich zainteresowanych firm. Wcześniej w internecie funkcjonowało zaledwie 22 domeny gTLD (jak .com, .info czy .travel).
Sieć franczyzowa Polska Grupa Supermarketów (PGS) planuje dalszy rozwój i utrzymanie obecnego tempa przychodów w 2020 roku. Dziś pod parasolem PGS funkcjonuje ponad 600 placówek, należących do prywatnych przedsiębiorców. W 2020 PGS chce rosnąc poprzez rozwój organiczny jak i przejęcia sklepów wcześniej pracujących pod innymi markami. Już w styczniu br. PGS przyłączył 57 nowych sklepów. W ciągu najbliższych 3 lat PGS może dołączyć ok. 100 placówek w kraju.
– Dziś coraz bardziej powszechny staje się trend zakupów convenience, blisko domu, od znanego producenta i sprzedawcy. Kliencie coraz częściej pytają o produkty BIO. Dlatego też staramy się bardzo umacniać pozycję „bliskiego” sklepu – podkreśla Michał Sadecki, prezes Polskiej Grupy Supermarketów.
Nie oznacza to, że sieć – znana polskim konsumentom z takich marek jak Top Market, Delica i Minuta8– rezygnuje z większych sklepów. Top Market planuje otwarcie w tym roku flagowego marketu o powierzchni ponad 1000 m2 w nowo powstałej Galerii Otwockiej. Placówka ta ma być wyznacznikiem nowego standardu i nowej identyfikacji sieci, która – po 15 latach – zmieniła swoje logo. To jedna z kilku inicjatyw prezesa Sadeckiego, który obchodzi swoje 17-lecie pracy. To właśnie zmiana logo wszystkich placówek staje się strategicznym celem PGS w 2020 roku i będzie kontynuowana przez 2021.
Marki własne
Rok 2020 ma również stać się okresem zwiększonej dynamiki poszerzania portfolio produktowego marki Spiżarnia Dworska. Obok dotychczasowych alkoholi i produktów gotowych, mają znaleźć się wędliny i nabiał – wszystko od lokalnych, polskich producentów. Celem PGS jest poszerzenie i promocja produktów BIO, marek własnych – tak, aby na koniec 2020 stanowiły one ok. 15% przychodów Grupy.
Bliska współpraca z polskimi producentami żywności –wędlin, nabiału, owoców, warzyw – od dawna zapowiadana była przez PGS. Teraz sieć przechodzi do czynów, zacieśniając współpracę z W tym celu PGS z lokalnymi producentami na Mazurach i na Podlasiu.
PGS nie zapomina o marce O… Dobre, Pewne, Twoje! Aktualnie oferta obejmuje ponad 200 produktów różnych kategorii, w tym m.in. napoje, makarony, kasze, ryż, dżemy, sosy, żywność w puszkach.
– Na konkurencyjnym rynku musimy wychodzić na przeciw oczekiwaniom klientów. Klienci muszą wiedzieć, że znajdą w sklepie szeroki katalog podstawowych artykułów w cenach porównywalnych do dyskontowych, dlatego rozwijamy ofertę wysokiej jakości produktów marki własnej – dodaje M. Sadecki.
Obecnie za około 50 proc. sprzedaży sklepów w sieci odpowiada asortyment, którego zakup od producentów i dostawców oferuje centralny magazyn PGS. Ponad 9 proc. obrotów stanowią produkty pod marką własną — od artykułów spożywczych, chemicznych, higienicznych i przemysłowych po alkohol. Około 30 proc. sprzedaży generują produkty od lokalnych dostawców.
Współpraca z partnerami
PGS od kilku lat wypracował model współpracy z partnerami – przedsiębiorcami prowadzącymi sklepy – pozwalający na elastyczne dopasowanie do regionalnej specyfiki oraz oczekiwań klientów. PGS wspiera właścicieli sklepów w zakresie marketingu, negocjacji cenowych z producentami (zaopatrzenie większości sklepów pochodzi z magazynu centralnego PGS), przy zachowaniu swobody dla franczyzobiorcy przez realizacji zakupów towarów ze źródeł własnych.
– Oferujemy narzędzia i wsparcie finansowe z tytułu realizacji wspólnej polityki handlowej. Celem jest umożliwienie przedsiębiorcom poprawy rentowności prowadzonej działalności. Służy temu platforma zamówień z magazynu centralnego, system dystrybucji oraz inwestycje w nowe technologie, mi.in. wprowadzany system kas samoobsługowe – podkreśla prezes PGS.
Zanieczyszczenie plastikiem rzek i oceanów może kosztować światową gospodarkę nawet 19 mld dolarów rocznie, ale jego zastąpienie nie jest proste i efektywne energetycznie.
Rocznie do wód, rzek i oceanów dostaje się od 0,8 do 2,7 mln ton plastiku. Dla gospodarek 87 krajów przybrzeżnych zjawisko to w samym 2018 roku wygenerowało straty w wysokości od 6 do 19 mld dolarów1. Szacuje się, że łączny koszt usunięcia pływających śmieci na świecie może oscylować między 5,6 a 15 mld dolarów – wynika z raportu firmy doradczej Deloitte „The price tag of plastic pollution”. Jutro, 23 stycznia, obchodzimy Dzień bez Opakowań Foliowych.
Trafiające do akwenów wodnych odpady z tworzyw sztucznych blokują odpływ rzek, kanałów czy wodociągów. Żeby zminimalizować ilość wprowadzanych codziennie na rynek na całym świecie opakowań z plastiku, kumulujących ogromne zanieczyszczenia, coraz więcej krajów decyduje się na ograniczenia prawne w ich dystrybucji. Jedna trzecia z 3,5 mln ton tworzyw sztucznych zużywanych przez polski rynek2, wykorzystywana jest do produkcji opakowań. Unia Europejska rozpoczęła wdrażanie przepisów, których celem jest zminimalizowanie negatywnych skutków oddziaływania odpadów powstałych z tworzyw sztucznych na środowisko. Niektóre nowe wymogi zaczną obowiązywać już w 2021 roku. Odczują je nie tylko firmy wytwarzające jednorazowe plastikowe sztućce i opakowania, ale też producenci napojów, chusteczek nawilżanych czy papierosów. Wszystko po to, by ograniczyć zanieczyszczenie mórz i o oceanów.
Równocześnie szybkie znalezienie alternatywy dla zastosowań plastiku w naszym codziennym życiu nie jest proste. Pomimo pojawiających się innowacyjnych pomysłów dotyczących kompostowalnych polimerów, nie udaje się zapewnić wszystkich funkcjonalności dotychczasowych opakowań plastikowych i na masową skalę przerzucić się na inne materiały. Zwłaszcza przy opakowaniach żywności trudne jest zachowanie barierowości, czyli podstawowej, ochronnej funkcji opakowania. Dlatego aby ograniczać straty gospodarek i lepiej chronić środowisko naturalne, należy w krótkim czasie przede wszystkim tak zmienić zachowania, aby wspierać ograniczanie powstawania odpadów oraz ich przedostawanie się do środowiska naturalnego.
Środowisko naturalne dotkliwie odczuwa skutki rosnącego poziomu zanieczyszczeń, a zły stan środowiska niesie za sobą poważne skutki finansowe. Pokazała to firma doradcza Deloitte, która wspólnie z organizacją The Ocean Cleanup (holenderska organizacja non-profit mająca na celu oczyszczenie oceanów z plastiku) zebrała dane z 87 krajów, których gospodarki tracą w wyniku zanieczyszczenia wód plastikowymi odpadami.
Gospodarka narzeka na plastikową wodę
Zanieczyszczenie rzek i oceanów kosztowało gospodarki państw przybrzeżnych w 2018 roku między 6 a 19 mld dolarów.
Patrząc na całościowe podsumowanie strat finansowych powinniśmy pamiętać, że w takiej sytuacji tracą konkretne branże i ludzie. Zanieczyszczenie wód plastikiem sprawia, że obroty branży turystycznej maleją od 0,2 do 2,4 mld dolarów – mówi Julia Patorska, liderka zespołu analiz ekonomicznych w Deloitte.
Eksperci Deloitte dzielą wpływ zanieczyszczenia wód plastikiem na dwie grupy. Pierwsza to wpływ pośredni, który łączy koszty finansowe z długoterminowymi zmianami środowiskowymi. Niszczenie przyrody ma ogromny wpływ na otoczenie, który finalnie trudno jest przeliczyć na pieniądze. Przede wszystkim wiąże się to z pogorszeniem stanu zdrowia społeczeństwa i degradacją morskiego środowiska naturalnego. Druga grupa to bezpośrednie skutki ilościowe, które finansowo i krótkoterminowo obciążają gospodarkę. Tutaj wyróżnia się m. in. spadek przychodów z turystyki i innych branż oraz obciążenie lokalnych władz kosztami oczyszczania wód.
Z powodu zanieczyszczenia wód plastikiem straty dla gospodarki Azji wynoszą od 0,2 do 2,3 mld dolarów rocznie. W Ameryce Północnej to skala „zaledwie” 44-465 mln dolarów, a w Europie 0,1-1 mld dolarów – dodaje Julia Patorska.
Kosztowne sprzątanie
Specjaliści Deloitte podkreślają, że największym kosztem związanym z zanieczyszczeniem wód jest ich oczyszczanie. Usunięcie plastiku z terenów morskich, portów i plaż może kosztować globalnie od 5,6 do 15 mld dolarów. Kontynentem, który może ponieść najwyższe koszty oczyszczania jest Azja, gdzie takie działania mogą pochłonąć między 5,3 a 14 mld dolarów.
Nie dziwią tak wysokie koszty oczyszczania w Azji, ponieważ bazując na gęstości zanieczyszczeń w rzekach widzimy, że 19 badanych krajów z tego kontynentu odpowiada za aż 82 proc. globalnej emisji plastikowych śmieci spływających do oceanów – ocenia Julia Patorska. W Ameryce Północnej oczyszczanie może wiązać się z wydatkami w przedziale 47-139 mln dolarów, natomiast w Europie od 73 do 308 mln dolarów.
Środowisko naturalne wciąż najważniejsze
Mimo negatywnego oddziaływania zanieczyszczeń na gospodarkę, warto przede wszystkim pamiętać, że szkody dla środowiska są dużo trudniejsze do odwrócenia i będą wpływać na funkcjonowanie przyszłych pokoleń. Potencjał recyklingowy plastiku nie jest w pełni wykorzystany. Lekkie odpady plastikowe celowo lub przez czynniki atmosferyczne przedostają się do rzek, które znajdują ujście w morzach i oceanach. Rocznie przedostaje się od 0,8 do 2,7 mln ton takich śmieci.
Najbardziej znanym „efektem” procesu zanieczyszczenia wód plastikiem jest Wielka Pacyficzna Plama Śmieci, która na Oceanie Spokojnym osiąga powierzchnię trzykrotnie większą od powierzchni Francji. Plastikowe śmieci na wodach mórz i oceanów rozkładają się na drobne fragmenty, które dostając się do organizmów zwierząt powodują ich śmierć z powodu uduszenia. Rządy państw, lokalne władze, prywatne firmy i organizacje pozarządowe powinny współpracować na szczeblu lokalnym i globalnym, aby ograniczyć rozwój tego zjawiska – mówi Julia Patorska.
Podczas trwającego właśnie Forum Ekonomicznego w Davos przedstawiona została wspólna inicjatywa Deloitte, Salesforce i LinkedIn – UpLink, globalna platforma działania, skupiająca przedsiębiorców społecznych chcących wspierać wypełnianie Celów Zrównoważonego Rozwoju. Pierwsza odsłona platformy, która zostanie uruchomiona w lutym skupi się na 14 Celu, związanym właśnie z „Życiem pod Wodą”.
Badanie „Price Tag of Plastic Pollution” nie objęło swoim zasięgiem Polski, ale istniejące dane pokazują, że Bałtyk to jedno z najbardziej zanieczyszczonych mórz świata, a 56 proc. wszystkich odpadów znajdujących się na bałtyckich plażach to tworzywa sztuczne, takie jak plastikowe opakowania, worki czy torebki po żywności3.
Zmiany klimatyczne i debata o przyszłości energetyki zdominowały spotkania szefów państw, m.in. podczas Światowego Forum Ekonomicznego. Tymczasem Polska wciąż w zbyt małym stopniu rozwija zieloną energię. Władze mówią o „nietypowym miksie energetycznym” i składają sprzeczne deklaracje. Eksperci przyznają, że odejście od węgla jest kosztowne, ale przypominają, że OZE to znacznie niższe koszty produkcji i jedyny kierunek dla branży.
Zmiany klimatyczne to temat, który zdominował ostatnio dyskusję o kierunku rozwoju gospodarki. Przykładem jest chociażby trwające właśnie Światowe Forum Ekonomiczne w Davos, przy okazji którego organizatorzy opublikowali coroczny raport „Global Risks Report” poświęcony najistotniejszym zagrożeniom na najbliższe lata. Wśród nich znalazły się, m.in.: porażka w przeciwdziałaniu anomaliom atmosferycznym, utrata bioróżnorodności, ekstremalne zjawiska pogodowe oraz kryzys związany z brakiem dostępu do wody.
O tym, że jesteśmy na skraju przepaści, alarmowała kilka dni wcześniej na łamach dziennika „The Guardian” młoda aktywistka Greta Thunberg:
Wzywamy światowych liderów do zaprzestania inwestycji w gospodarkę związaną z paliwami kopalnymi, które stanowią sedno kryzysu planetarnego. Zamiast tego należy przeznaczać te środki na rozwój zrównoważonych technologii, badania oraz ochronę przyrody. (…) Dzisiejszy biznes popełnia zbrodnię przeciwko ludzkości. Żądamy od przywódców zatrzymania tego szaleństwa. Stawką jest nasza przyszłość i niech ona będzie postrzegana jako najlepsza inwestycja.
Wahania polityków: rozwijamy wiatraki, ale i uruchamiamy kopalnie
To właśnie sposób pozyskiwania energii jest postrzegany jako jeden z największych problemów do rozwiązania, aby zapobiec katastrofie czekającej planetę. Jak wynika z ustaleń NIK (grudzień, 2019), Polska jest po Niemczech drugim w Unii krajem co do ilości wyprodukowanej energii elektrycznej opartej na węglu kamiennym (80 TWh) i brunatnym (49 TWh). Przy tym była jedynym krajem we Wspólnocie, w którym odnotowano wzrost produkcji w oparciu o węgiel kamienny (o 2 TWh). To daje nam tytuł niechlubnego lidera w tym zakresie i staje się dla Polski coraz większym problemem, nie tylko wizerunkowym, ale i ekonomicznym.
Rządzący coraz wyraźniej zdają sobie z tego sprawę. 21 stycznia podczas wizyty w Japonii, premier Mateusz Morawiecki stwierdził, że Polska ma „nietypowy miks energetyczny”, który jednak traktuje jako szansę. Deklarował także, że jesteśmy u progu podjęcia kluczowych decyzji dotyczących atomu i energetyki atomowej.
– Problemem Polski jest przede wszystkim znikomy udział w gospodarce odnawialnych źródeł energii. Rząd wyraźnie waha się między chęcią utrzymania tradycyjnego górnictwa, które generuje miejsca pracy, a koniecznością dopasowania się do unijnych wymogów, zakładających osiągnięcie neutralności klimatycznej w 2050 roku. Z jednej strony mamy plany uruchomienia odkrywki Złoczew, a z drugiej programy takie jak „Mój Prąd”, promujące fotowoltaikę. Otrzymujemy zapowiedź ogromnych inwestycji wiatrowych na Bałtyku, a jednocześnie informację, że do 2035 roku istniejące turbiny lądowe zostaną zezłomowane, a w ich miejsce nie powstaną nowe. W expose premier zapowieda, że energetyka prosumencka, fotowolatika i elektromobilność będą ważnymi obszarami dla rozwoju polskiego przemysłu, ale też deklaruje, iż tradycyjna energetyka jeszcze długo nie straci na ważności. – Tomasz Żołyniak, prezes Energii Polskiej.
Stagnacja OZE: ambitne plany i wciąż za wolny rozwój
O tym, że zapowiedzi nadal dość mocno rozmijają się z rzeczywistością, najlepiej świadczy analiza wykorzystywania źródeł energii. Jak wynika z danych Urzędu Regulacji Energetyki na koniec czerwca 2019 roku moc zamontowanych instalacji OZE wynosiła w przypadku tych wykorzystujących biomasę – 1 467,962 MW, energię wiatru – 5 881,158 MW, hydroenergię – 972,512 MW, energię promieniowania słonecznego – 259,256 MW, biogaz – 239,009 MW. Co więcej wykorzystanie mocy różnych typów OZE wzrastało wolniej niż w ubiegłych latach. W 2016 roku łączny przyrost wynosił 1 445,508 MW, a w 2018 zaledwie 55,083 MW. Najszybciej rozwijały się inwestycje wykorzystujące energię wiatru (2 496,748 MW w 2012 roku i 5 881,158 MW w 2019 roku) oraz biomasę (820,700 MW w 2012 roku i 1 467,962 MW w 2019 roku). Mimo to udział węgla w branży to wciąż ok. 87%. Komisja Europejska oceniła w kwietniu 2019 roku, że Polska jest w grupie 11 państw, których aktualne lub planowane do wdrożenia kampanie promujące odnawialne źródła energii wydają się być niewystarczające.
– Rezygnacja z tradycyjnej energetyki nie jest prosta, a przede wszystkim jest kosztowna. Niemcy za odejście firm od węgla do 2038 roku będą musiały zapłacić około 2,6 miliarda euro. Mają też problem z zablokowaniem uruchomienia elektrowni Datteln 4 w Nadrenii Północnej-Westfalii ze względu na zbyt wysokie ewentualne rekompensaty. Jednak zielona energia to kierunek, od którego nie da się odejść. To wysokie zyski dla społeczeństwa i przyszłych pokoleń, a jednocześnie dużo niższe koszty eksploatacji i produkcji, czyli rachunek, który musimy zapłacić. – Sebastian Biela, wiceprezes Energii Polskiej
Nie bez przyczyny marnowanie żywności stało się jednym z najczęściej nagłaśnianych tematów ubiegłego roku. Jako trzeci największy emitent gazów cieplarnianych na świecie, zmarnowane jedzenie w znacznym stopniu przyczynia się do wzrostu emisji CO2 również w Polsce. Jak przypomina Too Good To Go, Polska, będąca krajem członkowskim ONZ, zobowiązała się do osiągnięcia założeń strategii “Cele Zrównoważonego Rozwoju”, które obejmują między innymi odpowiedzialną konsumpcję i produkcję oraz działania w dziedzinie klimatu. Wszystko to, aby do 2030 roku zmniejszyć o połowę globalną ilość marnowanej żywności per capita w sprzedaży detalicznej i konsumpcji.
Choć droga jeszcze daleka, Polska już zaczęła wprowadzać zmiany systemowe w tym zakresie. Do 18 lutego 2020 roku przedsiębiorstwa o powierzchni powyżej 250 metrów kwadratowych, których sprzedaż żywności stanowi co najmniej połowę przychodów, mają obowiązek podpisania umów z organizacjami pozarządowymi. Do tej pory przepisy obowiązywały tylko sklepy wielkopowierzchniowe.
Jeśli chodzi o obywateli, przytłoczeni ilością i złożonością danych o stanie środowiska, zwykli ludzie często czują się bezradni. Dobra wiadomość jest taka, że już teraz obywatele mogą wesprzeć starania ONZ, angażując się w proste, acz przynoszące wymierne efekty, działania. Przedstawiamy cztery proste kroki, dzięki którym każdy z nas może znacznie ograniczyć marnowanie jedzenia.
#1 Grunt to dobry plan – niezawodna lista zakupów
Jak podaje przygotowany przez Banki Żywności raport “Nie marnuj jedzenia 2019”, 42% Polaków przyznaje się do marnowania jedzenia. Według badania, w 22% przypadków jest to spowodowane zbyt dużymi zakupami. Brak wcześniej przygotowanej rozpiski potrzebnych produktów zwiększa szanse uleganiu promocjom i kompulsywnym decyzjom zakupowym. Dlatego idąc do sklepu, warto sprawdzić stan lodówki i uzbroić się w niezawodną listę zakupów.
#2 Pokochaj resztki – “Doggy bag”
Popularne na Zachodzie, a w szczególności w Stanach Zjednoczonych, “doggy bags”, czyli przygotowane na wynos resztki (np. z restauracyjnej kolacji), w Polsce są dopiero rozpoczynającym się trendem. Restauracje coraz częściej oferują klientom zabranie niezjedzonej potrawy do domu, dzięki czemu nie ląduje ona w koszu. Każdy klient ma również możliwość samemu poprosić o zapakowanie niedojedzonej porcji i nie powinno być to powodem do wstydu, a wręcz przeciwnie. Dzięki temu wyprodukowane jedzenie nie marnuje się, a resztki mogą zyskać drugie życie, jako baza nowej potrawy w domowej kuchni.
#3 Niezmarnowany 1% podatku dla Banków Żywności
Banki Żywności obejmują pomocą około 1,6 miliona osób, a każda złotówka to 8 kg uratowanej żywności, z której można przygotować aż 16 posiłków. 31 Banków Żywności działających na terenie całego kraju tworzy Federację Polskich Banków Żywności. Wszystkie są organizacjami pozarządowymi o statusie stowarzyszenia lub fundacji, którym można przekazać 1% podczas rozliczenia podatkowego. Środki z darowizny przeznaczane są na działalność, a w szczególności transport uratowanego jedzenia, dzięki czemu trafia ono do najbardziej potrzebujących.
#4 Zostań Pogromcą Marnowania Jedzenia
Od początku jej działania w Polsce, użytkownicy aplikacji Too Good To Go uratowali 45 000 posiłków, co odpowiada 112 500 kg mniej zmarnowanego CO2. Idea Too Good To Go jest prosta, firma chce inspirować jak najszersze grono do podjęcia wyzwania walki z marnowaniem żywności i robi to przy wykorzystaniu nowoczesnych technologii. Aplikacja bardzo skutecznie łączy użytkowników z piekarniami, cukierniami, sklepami czy hotelami, gdzie na koniec dnia zostaje niesprzedane jedzenie. Misja firmy i jej społeczny wpływ zostały uhonorowane niedawno certyfikatem B Corp. Każda firma, która znajdzie się w gronie B Corps, jest zaliczana do globalnych liderów ruchu, w którym wykorzystuje się biznes do czynienia dobra i budowania bardziej zrównoważonej i inkluzyjnej gospodarki. Firma ogłosiła także plany wejścia na rynek amerykański
Czy obcokrajowcy kupują mieszkania w Polsce? Czy wielu jest takich nabywców? Z jakich krajów pochodzą? Jakie mieszkania wybierają? Sondę przygotował serwis nieruchomości Dompress.pl
Mirosław Kujawski, członek zarządu Develia S.A.
W strukturze naszych transakcji udział obcokrajowców waha się w okolicy 3 proc. i nie widzimy w tym przypadku większych zmian. Podobnie, jak w poprzednim roku najwięcej mieszkań kupowanych jest przez obywateli z Ukrainy i Białorusi, choć nominalnie ostatnio takich transakcji było mniej. Nowy trend, jaki można dostrzec to większa ilość zakupów w celach inwestycyjnych. Ceny mieszkań w Polsce, mimo iż rosną od kilku lat, są jednymi z najniższych w tej części Europy. Jako pierwsze dostrzegły to zagraniczne fundusze, kupujące całe budynki pod wynajem. Do tego grona powoli dołączają inwestorzy detaliczni, choć póki co są to osoby związane z Polską traktujące zakup mieszkania, nie tylko jako inwestycję, ale także alternatywę do późniejszego zamieszkania.
Zbigniew Juroszek, prezes Atal
Obserwujemy tendencję związaną z rosnącym zainteresowaniem zakupem mieszkań ze strony obcokrajowców, przede wszystkim zza wschodniej granicy. W niektórych miesiącach transakcje realizowane przez cudzoziemców stanowią blisko 20 proc. umów. Obcokrajowcy, podobnie jak Polacy, zwykle decydują się na mieszkania o powierzchni do 50-60 mkw. Warto dodać, że liczba klientów zza wschodniej granicy wzrosła na tyle, że postanowiliśmy zatrudnić do ich obsługi pracowników mówiących w języku ukraińskim i rosyjskim.
Sebastian Barandziak, prezes zarządu Dekpol Deweloper
W tym roku obserwujemy nieco większe zainteresowanie lokalami ze strony zagranicznych inwestorów w porównaniu z sytuacją w latach ubiegłych. Popyt zapewniają głównie obywatele z Ukrainy oraz Niemiec. Najchętniej wybierają lokale w dobrych lokalizacjach, sprzyjających wynajmowi. Dotyczy to niewielkich apartamentów z funkcjonalnym układem pomieszczeń, który umożliwia zamieszkanie kilku osobom.
Małgorzata Ostrowska, członek zarządu i dyrektor Pionu Marketingu i Sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.
Dużym zainteresowaniem klientów z zagranicy cieszyły się mieszkania w kameralnym osiedlu Zielona Dolina na warszawskiej Białołęce, którego sprzedaż już zakończyliśmy. Obecnie, mamy nabywców przeważnie z Ukrainy wśród klientów Osiedla Bliska Wola w Warszawie. Mieszkania i apartamenty w Hanza Tower w Szczecinie kupują głównie szczecinianie, ale jest też niewielka liczba nabywców z Niemiec czy krajów skandynawskich. We wszystkich naszych inwestycjach liczba klientów z zagranicy utrzymuje się na stałym, niewielkim poziomie.
Monika Perekitko, członek zarządu Matexi Polska
Obcokrajowcy to stale widoczna grupa klientów. Wyraźnie widać zainteresowanie inwestorów zagranicznych mieszkaniami w Warszawie. Z naszych obserwacji wynika, że najczęściej są to nabywcy z Izraela, Azji, a także Ukrainy.
Wojciech Duda, wiceprezes Duda Development
Wśród osób nabywających nasze mieszkania i domy liczba obcokrajowców nie rośnie. Utrzymuje się na niezbyt wysokim, ale stałym poziomie. Trudno wyróżnić narodowości, które najbardziej są zainteresowane mieszkaniami. Naszymi klientami są zarówno mieszkańcy Unii Europejskiej, jak i Europy Wschodniej oraz Chińczycy.
Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest
Obserwujemy wzrost liczby klientów z zagranicy, którzy kupują mieszkania w naszych inwestycjach, a także Polaków mieszkających za granicą, którzy być może planują w przyszłości powrót do kraju. Najwięcej klientów pochodzi z Ukrainy. Wybierają najczęściej nieduże, kompaktowe mieszkania, chociaż zdarzają się również transakcje związane z zakupem lokali o większych metrażach. Ilość transakcji z udziałem obcokrajowców nadal jednak jest niewielka w przypadku naszych inwestycji.
Zuzanna Należyta, dyrektor ds. handlowych w Eco Classic
Nie zauważyliśmy znaczącej zmiany, jeśli chodzi o udział obcokrajowców wśród nabywców mieszkań, które mamy w ofercie.
Wojciech Chotkowski, prezes zarządu Aria Development
Nie zauważamy wzrostu zainteresowania zakupem mieszkań wśród klientów z zagranicy. Takie osoby stanowią niezmiennie około 5-7 procent nabywców. Najczęściej są to obywatele Ukrainy, którzy dobrze odnajdują się w polskich realiach.
Agnieszka Kozak, pełnomocnik zarządu ds. sprzedaży w Republice Wnętrz
Obserwujemy rosnące zainteresowanie zakupem mieszkań ze strony klientów z zagranicy, szczególnie z krajów Unii Europejskiej. Zainteresowani są głównie mikroapartamentami pod wynajem. Na tą chwilę nie stanowią jednak znaczącej grupy kupujących w grupie naszych klientów.
Andrzej Gutowski, wiceprezes Ronson Development, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu
Klienci z zagranicy nie stanowią dużej grupy kupujących, a ich liczba nie zwiększa się znacząco. Największą grupę w tej chwili stanowią Ukraińcy, którzy kupują mieszkania na własne potrzeby. Mowa o osobach, które mają już w Polsce stałą pracę i mogą bez większych przeszkód wziąć kredyt, ponieważ banki zaczęły traktować klientów z Ukrainy podobnie jak Polaków. Takie osoby zaczynają wycofywać się z rynku najmu i poszukują własnego M. Wybierają podobne lokale, jak klienci kupujący pierwsze mieszkania, o mniejszych metrażach, oddalone nieco od centrów miast. W przypadku naszych projektów ukraińscy klienci najchętniej decydują się na mieszkania w inwestycji Miasto Moje położonej na warszawskiej Białołęce.
Aleksandra Goller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu w spółce mieszkaniowej Skanska
Wśród naszych klientów są osoby różnej narodowości. Bardziej jednak niż kraj ich pochodzenia liczą się dla nas ich oczekiwania i potrzeby. Za każdym razem pomagamy naszym klientom określić, czego oczekują od mieszkania, osiedla oraz okolicy i wybrać lokal idealny.
Współpraca rządów z bankami poprawia warunki wzrostu gospodarczego i pozytywnie wpływa na klimat inwestycyjny – zgodnie podkreślają uczestnicy debaty zorganizowanej w Davos w ramach Światowego Forum Ekonomicznego przez Bank Pekao S.A. wraz z firmą doradczą Deloitte. W dyskusji na temat kooperacji rządów z sektorem finansowym wzięli udział Tadeusz Kościński, Minister Finansów Rządu RP, profesor Nouriel Roubini, prezesi Charlotte Hogg z Visa Europe i Gilberto Caldart z Mastercard oraz Laszlo Benscik reprezentujący bank OTP. Dyskusję moderowała Anna Celner, Lider praktyki Global Banking and Capital Markets w Deloitte.
Europejska gospodarka stoi przed wieloma wyzwaniami, którym musi sprostać, by dalej dynamicznie się rozwijać. Współpraca rządów, instytucji finansowych i sektora bankowego jest jednym z najważniejszych czynników, które bez wątpienia pomagają przezwyciężyć bariery wzrostu. Bez wzajemnego zaufania i współpracy systemy gwarancji kredytowych, płatności bezgotówkowych, otwartej bankowości, czy uwierzytelniania tożsamości praktycznie nie mogłyby istnieć.
– Współpraca administracji państwowej z sektorem bankowym generuje ogromne korzyści dla całej gospodarki. Obserwujemy to na co dzień u nas w kraju. Projekty współpracy pomagają Polsce poprawić usługi publiczne. Dzięki takiej kooperacji gospodarstwa domowe i firmy mogą korzystać z lepszych usług, dostępu do technologii i bardziej przystępnego finansowania – podkreślał w trakcie dyskusji Marek Lusztyn, prezes Zarządu Banku Pekao S.A. i dodał: – Współpraca pomaga także polskim bankom lepiej reagować na nowe technologie i regulacje. Co ważne, dzięki niej możemy osiągać skalę niezbędną dla wprowadzania nowych rozwiązań oraz zwiększać efektywność kosztową.
Jak zaznaczył prezes Lusztyn, jest to korzystne nie tylko dla banków, jako bezpośrednich beneficjentów takiej współpracy, ale przede wszystkim dla ich klientów – przedsiębiorstw. Dzięki temu mogą one skuteczniej prowadzić swoje interesy w oparciu o stabilne finasowanie, w przyjaznym otoczeniu regulacyjnym. Kiedy rządy udzielają gwarancji kredytowych i subwencji za pośrednictwem banków, wykorzystywane są inwestycje publiczne, klienci i firmy mają lepszy dostęp do kredytów, a banki korzystają z wyższych wolumenów klientów biznesowych.
– Dobrym przykładem udanej współpracy banku z rządem jest ta w ramach programu Mieszkanie dla Młodych. Pekao, jako wiodący dostawca finansowania potrzeb mieszkaniowych, przyznał i obsługiwał aż 48 proc. kredytów hipotecznych w ramach MdM. Pomogliśmy w ten sposób wielu tysiącom rodzin sfinansować zakup mieszkania. Kolejnym ogromnym sukcesem, z którego korzystać mogą także nasi klienci, są gwarancje COSME i program gwarancji de minimis. Dzięki nim małe i średnie firmy mogą finansować kredyty obrotowe i inwestycyjne – zauważył prezes Pekao.
Jako inny przykład można podać również program „Polska bezgotówkowa” (Cashless Poland). Jest to wspólna inicjatywa uczestników rynku usług płatniczych w Polsce: wydawców kart, agentów rozliczeniowych, organizacji Visa i Mastercard oraz Związku Banków Polskich i Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii. Dzięki programowi obrót bezgotówkowy w Polsce staje się codziennością dla tysięcy firm, usługodawców i ich klientów. Rozwiązania płatnicze to najbardziej rozpowszechniona kategoria współpracy. Płatności stale się zmieniają. Stają się wygodniejsze dzięki technologii, za którą odpowiadają banki, i bezpieczniejsze – dzięki przepisom wprowadzanym przez rządy. Jedni i drudzy mają jednak jeszcze jedno zadanie do wykonania. Współpraca między bankami a rządami powinna odbywać się nie tylko na szczeblu krajowym, ale także międzynarodowym. Dzięki temu będzie mogła następować odpowiednia standaryzacja tego typu usług na szczeblu ogólnoeuropejskim czy światowym.
– Polska wyróżnia się pozytywnie na tle Europy i ma wiele ciekawych rozwiązań, którymi moglibyśmy się podzielić z innymi krajami. Dalszy dynamiczny wzrost współpracy między bankami i rządami może się okazać kluczowy dla zapewnienia konkurencyjności europejskiego sektora bankowego – mówił dr Grzegorz
W. Cimochowski, Partner, Lider Sektora FSI w Polsce, Deloitte.
Według analizy przeprowadzonej przez firmę Deloitte, współpraca między bankami
i instytucjami publicznymi rośnie nieprzerwanie od dwóch dekad, choć istotnie przyspieszyła w okresie ostatnich 10 lat. Wynika to przede wszystkim z przyspieszenia trendu digitalizacji gospodarek oraz sektora bankowego. Różne formy współpracy pomagają przyspieszyć wzrost gospodarczy poprzez stymulowanie inwestycji oraz dostarczanie usług publicznych, osiąganie skali i zwiększanie przychodów – umożliwiając także ograniczanie kosztów i ryzyka. Popularność i skala adopcji różni się w zależności od kategorii. Najpopularniejsze są stowarzyszenia, rozwiązania płatnicze oraz programy gwarancji kredytowych i subsydiów. Najmniej popularne natomiast są usługi e-administracji oraz współdzielenie infrastruktury (np. bankomaty).
Ponad 160 000 naruszeń danych osobowych zostało odnotowanych w 28 krajach członkowskich Unii Europejskiej, Norwegii, Islandii i Liechtensteinie od dnia wejścia w życie RODO, 25 maja 2018 r. Według najnowszego Raportu dotyczącego naruszeń danych osobowych (Data Breach Survey – Raport dostępny tylko w angielskiej wersji językowej) przygotowanego przez kancelarię DLA Piper, organy regulacyjne ds. ochrony danych osobowych nałożyły kary w wysokości 114 mln euro za szereg naruszeń wskazanych w RODO.
Zgodnie z oficjalnymi danymi za okres od 25 maja 2018 r. do końca maja 2019 r. w Polsce odnotowano 4 538 naruszeń danych osobowych zgłoszonych do PUODO. Francja, Niemcy i Austria zajmują pierwsze miejsce w rankingu dotyczącym wartości nałożonych kar, wynoszących odpowiednio ok. 51 mln euro, 24,5 mln euro i 18 mln euro. Holandia, Niemcy i Wielka Brytania znalazły się na czele tabeli dotyczącej liczby naruszeń wskazanych organom regulacyjnym i jest to odpowiednio 40 647, 37 636 i 22 181 zgłoszeń.
Dzienny wskaźnik liczby zawiadomień wzrósł o 12,6% – z 247 zawiadomień dziennie w ciągu ośmiu miesięcy od 25 maja 2018 r. do 27 stycznia 2019 r., do 278 w bieżącym roku.
Biorąc pod uwagę populację danego kraju, Holandia ponownie znalazła się na czele z liczbą 147,2 naruszeń na 100 000 osób, w porównaniu z 89,8 w zeszłym roku. Na kolejnych pozycjach znalazły się Irlandia i Dania. Włochy, Rumunia i Grecja zgłosiły najmniejszą liczbę naruszeń na jednego mieszkańca. Włochy, kraj zamieszkały przez ponad 62 miliony ludzi, odnotowały jedynie 1886 zawiadomień.
Najwyższa dotychczas kara nałożona na Google przez francuski organ regulacyjny za m.in. rzekome naruszenie zasady przejrzystości wyniosła 50 mln euro. Po dwóch znaczących naruszeniach, brytyjska organizacja ICO opublikowała w lipcu 2019 r. informacje o zamiarze nałożenia dwóch kar w wysokości 282 mln funtów, przy czym żadna z nich nie została nałożona do dnia sporządzenia niniejszego Raportu.
„Wprowadzenie RODO otworzyło dyskusję dotyczącą naruszania danych osobowych. W porównaniu z ubiegłorocznym Raportem wskaźnik zgłoszeń wzrósł o ponad 12%, a organy regulacyjne zaczęły korzystać z nowych uprawnień w zakresie nakładania kar. Łączna kwota kar nałożonych do tej pory wyniosła 114 mln euro i jest stosunkowo niska w porównaniu z potencjalnymi możliwościami organów regulacyjnych. Spodziewamy się, że w nadchodzącym roku będziemy świadkami wzrostu liczby kar o dużej wartości.” – mówi Ewa Kurowska-Tober, partner kierująca praktyką własności intelektualnej i nowych technologii.
zostało ustalone, że zaświadczenie to było sfałszowane, ale nie stanowi to potwierdzenia świadomego udziału przedsiębiorcy nabywającego towar w oszustwie. Wręcz przeciwnie, fałszerstwo ma jakiś cel i swojego adresata. Gdyby przedsiębiorca był uczestnikiem oszustwa, to po co zaświadczenie fałszowano celem przedstawienia go właśnie jemu.
Dowody przeciwne twierdzeniom organów
NSA zwrócił również uwagę, że z akt sprawy wynika, iż przebywając już w zakładzie karnym, pośrednik w złożonych zeznaniach potwierdził, że sprzedawany przedsiębiorcy towar był jego własnością, a faktury na jego prośbę wystawiał brat. Co więcej, zeznał, że zawsze dostarczał towar przedsiębiorcy wraz z właścicielem firmy, który wystawiał fakturę. Organy same potwierdziły, że przedsiębiorca rzeczywiście poniósł wydatki wynikające z zakwestionowanych faktur.
„Skoro, w ocenie Sądu I instancji skarżąca miała wiedzę o tym, że działalność prowadził G. K., to jaki byłby cel posługiwania się przez niego sfałszowanym dowodem zatrudnienia. Sąd nie przedstawił racjonalnej oceny tych okoliczności. Także treść wpisu do ewidencji działalności gospodarczej K. K., z którego wynikało, że zgłosił on prowadzenie działalności w zakresie usług transportowych i gastronomicznych, niczego w sprawie nie przesądza. Możliwe jest prowadzenie działalności w dziedzinie, która nie została zgłoszona do ewidencji” (wyrok NSA z 7 maja 2019 r., sygn. akt I FSK 973/17).
Organy nie mogą odmawiać podatnikowi odliczenia VAT bez udowodnienia mu zawinienia
WSA w Łodzi podkreślił, że wolą ustawodawcy ustanawiającego regulację art. 88 ust. 3a pkt 4 lit. a) ustawy o podatku od towarów było uniemożliwienie odliczania VAT z faktur i dokumentów celnych w przypadku, gdy stwierdzają one czynności, które nie zostały dokonane w części dotyczącej tych czynności. Jednak przy wykładni tego przepisu należy mieć na uwadze wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE z 21 czerwca 2012 r. w sprawach połączonych C 80/11 i C 142/11, w którym stwierdził, że przepisy unijnej dyrektywy 2006/112 stoją na przeszkodzie praktyce krajowej, dopuszczającej, by organy podatkowe odmawiały podatnikowi prawa do odliczenia VAT z tytułu świadczonych mu usług z tego powodu, że wystawca faktur lub jeden z jego usługodawców dopuścił się nieprawidłowości, podczas gdy podatnikowi temu nie udowodniły, że wiedział lub powinien był wiedzieć, iż faktura ta jest elementem popełnianego przez nich przestępstwa.
„Z wyroku tego wynika, że nie powinno się odmawiać podatnikowi prawa do odliczenia podatku naliczonego nie tylko wtedy, gdy nieprawidłowości dotyczą wcześniejszej lub późniejszej transakcji, ale nawet wtedy, gdy dotyczą one bezpośrednio transakcji zakupu zawartej przez tego podatnika, czyli tej transakcji, której dotyczy podatek naliczony do odliczenia, pod warunkiem jednak, że na podstawie obiektywnych przesłanek nie da się stwierdzić, że podatnik wiedział lub powinien był wiedzieć, że zawierana przez niego transakcja zakupu wiązała się z przestępstwem popełnionym przez wystawcę faktury” (wyrok WSA w Łodzi z 19 listopada 2019 r., sygn. akt I SA/Łd 633/19)
Podsumowanie
Prawo wspólnotowe nie zezwala więc państwom członkowskim, aby dopuszczały do sytuacji, w której organy podatkowe odmawiają podatnikom prawa do odliczenia VAT z tytułu rzeczywiście opłaconych faktur, jeśli ich wystawca lub jeden z jego kontrahentów dopuścił się nieprawidłowości bez udowodnienia przez organy temu podatnikowi, że o nieprawidłowościach tych wiedział lub powinien był wiedzieć.
Jedną z gwarancji wynikających z „powołanej dla przedsiębiorców” Konstytucji Biznesu jest zasada domniemania uczciwości przedsiębiorcy. Jak wyjaśnia tę darowaną przedsiębiorcom gwarancję Ministerstwo Finansów: „Administracja nie może zakładać, że przedsiębiorca działa nieuczciwe lub niezgodnie z prawem. Jeśli organ chce obciążyć Cię obowiązkiem albo ograniczyć Twoją swobodę, musi mieć do tego podstawę prawną i przedstawić niepodważalne dowody” (www.gov.pl).
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.
Jeff Bezos, miliarder i twórca Amazona, padł ofiarą ataku hakerskiego na swój telefon komórkowy w 2018 roku po otrzymaniu wiadomości WhatsApp, która najwyraźniej została wysłana z osobistego konta księcia Arabii Saudyjskiej – wskazuje The Guardian. Uważa się, że zaszyfrowana wiadomość wysłana z numeru używanego przez Mohammeda bin Salmana zawierała złośliwy plik, który infiltrował telefon najbogatszego człowieka na świecie.
Analiza kryminalistyczna wykazała, że najprawdopodobniej włamanie do telefonu zostało wywołane przez zainfekowany plik wideo wysłany z konta spadkobiercy rodziny królewskiej Arabii Saudyjskiej. Niewykluczone, że do ataku wykorzystano lukę, wykrytą w zeszłym roku przez specjalistów bezpieczeństwa cybernetycznego z Check Point Software Technologies.
– Używanie popularnych aplikacji społecznościowych do infekowania ludzi za pomocą złośliwego oprogramowania to trend, który przewidywaliśmy i o którym ostrzegaliśmy od ponad roku. Jak wskazaliśmy w naszych badaniach dotyczących WhatsAppa z grudnia ubiegłego roku oraz w analizach aplikacji prowadzonych od sierpnia 2018 r., złośliwe linki mogły zostać wysłane dzięki niektórym lukom istniejącym w platformie (dopóki nie zostały załatane po naszej współpracy z Facebookiem) – komentuje Oded Vanunu, szef działu podatności produktów w Check Point.
– Uważamy, że ten sposób działania jest bardzo prawdopodobny w przypadku ukierunkowanych ataków na osoby korzystające z tych aplikacji. Hakerzy są skłonni zapłacić coraz większe kwoty za podatności wykrywane w tak popularnych platformach (które przecież przechowują dane miliardów ludzi na całym świecie), a exploity takich błędów mogą służyć jako bardzo skuteczna broń cybernetyczna. Kompleksowe bezpieczeństwo cybernetyczne wymaga wyznaczonych rozwiązań dla wszystkich obecnych i przyszłych platform cyfrowych, a im bardziej powszechne się stają, tym trudniejsze jest to zadanie – dodaje specjalista Check Pointa
Pomimo przyspieszenia wzrostu produkcji przemysłowej złoty zareagował spadkami. Powodem jest fakt, że analitycy spodziewali się szybszych wzrostów.
Produkcja przemysłowa wolno wzrasta
Po fatalnych danych na temat produkcji przemysłowej w Polsce w listopadzie dane grudniowe wypadły znacznie lepiej. Rośnie ona o 3,8% w skali roku, a nie jak wcześniej oczekiwano o 1,4%. Problem w tym, że oczekiwania analityków wyniosły 6,1% i jak widać nie zostały spełnione. W wyniku tych danych złoty od rana stracił względem głównych walut około grosza.
Dobre dane z Niemiec
Indeks Instytutu ZEW z Niemiec opublikowany wczoraj okazał się wyraźnie lepszy od oczekiwań. 26,7 punktów to znacznie lepiej od oczekiwanych 15. Warto zwrócić uwagę, że miesiąc temu było to zaledwie 10,7 punktów, zatem analitycy spodziewali się poprawy, ale nie aż takiej. Co ciekawe wczoraj pomimo tych danych nie udało się euro odrobić strat względem franka. Udało się za to (co powinno trochę uspokoić kredytobiorców frankowych) zatrzymać wzrost wartości franka wobec euro przekładający się negatywnie na stan portfeli osób ze zobowiązaniami w tej walucie.
Lepsze dane z brytyjskiego rynku pracy
Wczoraj poznaliśmy liczbę wniosków o zasiłek dla bezrobotnych w Wielkiej Brytanii. Pomimo oczekiwań na poziomie 33,4 tysiąca wynik wyniósł zaledwie 14,9 tysiąca. Dane te spowodowały kolejne wzrosty na funcie i to pomimo tego, że złoty miał dobry dzień, zyskując ponad grosz wobec euro. Finalnie funt nie przebił bariery 5zł, ale zarówno dzisiaj jak i wczoraj otarł się o nią, przebijając 4,99 zł.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
16:00 – Kanada – decyzja Bank of Canada w sprawie stóp procentowych,
16:00 – USA – sprzedaż domów na rynku wtórnym.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl
Niedługo trwała panika związana z wybuchem nowej epidemii grypy i już następnego dnia na rynki wraca spokój. Mimo że odnotowano pierwszy przypadek zarażenia koronowirusem w USA, dla inwestorów ważniejsza jest szybka reakcja chińskich władz i starania powstrzymania epidemii. Apetyt na ryzyko odbudowuje się.
Futures na DAX wyznacza nowe historyczne szczyty, a za jego śladem idzie reszta rynku akcji w Europie. Na FX mamy osłabienie jena i franka i korektę wczorajszej ucieczki w stronę bezpieczeństwa. Ogólnie jednak zmiany nie są duże, gdyż też i panika wczoraj była niewielka. Wczoraj podkreślaliśmy, że z ekonomicznego punktu widzenia ryzyka wynikające z epidemii grypy należy uznać za niskie, a dla perspektyw globalnego ożywienia wciąż silniejszy wpływ mają odreagowanie strachu o eskalację wojny handlowej USA-Chiny oraz masowa ekspansja monetarna banków centralnych. Głównym zagrożeniem było wykorzystanie koronowirusa jako pretekstu do korekty, co byłoby szczególnie niebezpieczne dla rozgrzanych rynków. Wygląda jednak na to, że element szokowy był zbyt słaby, by podkopać zaufanie inwestorów do stabilności rajdu ryzyka.
Odsuwając na bok ryzyka biologiczne, rynki wracają do śledzenia wydarzeń makro. Dziś najciekawiej zapowiada się ogłoszenie decyzji Banku Kanady. Powszechnie oczekuje się utrzymania głównie stopy procentowej na 1,75 proc., ale nie ma już takiego konsensusu dla wydźwięku komunikatu i konferencji prasowej prezesa Poloza. Sądzimy, że bank podtrzyma neutralne nastawienie, ale z komunikatu będzie bił ostrożny optymizm. Choć w ostatnim czasie dane gospodarcze z Kanady miały swoje mocne i słabe strony, najważniejsze miary inflacji bazowej utrzymują się celu 2 proc. Pewne niebezpieczeństwo wiązało się z silnym odwróceniem trendów na rynku pracy, ale po fatalnych danych za październik i listopad kolejny miesiąc przyniósł wyraźne odbicie w zatrudnieniu i spadek stopy bezrobocia. Z drugiej strony ostatnie raporty o sprzedaży detalicznej i inicjatywach inwestycyjnych przedsiębiorstw wypadły poniżej oczekiwań. W tej mieszaninie dobrych i złych informacji decydująca może być opinia prezesa Poloza, a ten kilkanaście dni temu brzmiał mniej gołębio niż rynek zakładał. Prezes BoC bagatelizował zagrożenia z tytułu konfliktów handlowych, co w obliczu porozumienia USA-Chiny i finalizacji prac na USMCA okazało się słuszne. Pod tym kątem ryzyka dla perspektyw przeważają po pozytywnej stronie, co od strony BoC ogranicza rozważania do szokowania podwyżki stopy procentowej lub robienia niczego. A jednak rynek uparcie dyskontuje 50 proc. szans na cięcie w 2020 r. Stąd jest przestrzeń do tego, aby przekaz Banku Kanady był odebrany pozytywnie i umocnił CAD.
Ubiegły rok był dość trudny dla wspólnej europejskiej waluty – koniec roku zakończyła ona osłabieniem w parze z dolarem amerykańskim, kilkakrotnie w jego trakcie schodząc też poniżej psychologicznego poziomu 1,10. Jaki dla euro będzie ten rok?
W 2019 roku amerykańska Rezerwa Federalna dokonała dość agresywnych cięć stóp procentowych. Również Europejski Bank Centralny rozluźnił politykę monetarną, ogłaszając we wrześniu szereg działań mających wesprzeć spowalniającą gospodarkę strefy euro. Gołębi EBC oraz rozczarowujące dane makro sprawiły, że wspólna waluta zakończyła rok na poziomie o ok. 2% niższym w parze z dolarem amerykańskim. I to pomimo tego, że w końcówce roku pomogła jej m.in. dematerializacja ryzyka związanego z Brexitem. Ponadto euro osłabiło się także o ok. 1,5% na poziomie nominalnego, efektywnego kursu walutowego (czyli kursu ważonego handlem) obliczanego przez EBC. W parze z polskim złotym na koniec 2019 roku kurs euro znalazł się na nieznacznie niższym poziomie niż na tym na którym rozpoczął rok. Zachowanie pary EUR/PLN więcej niż o zachowaniu wspólnej europejskiej waluty mówi jednak o zachowaniu polskiego złotego (Wykres 1).
W kontekście zachowania euro w minionym roku, warto przyjrzeć się działaniom Europejskiego Banku Centralnego. Na wrześniowym spotkaniu EBC postanowił obniżyć stopę depozytową o 10 pb. w celu stymulacji dynamiki cen i zabezpieczenia gospodarek wspólnego bloku przed ryzykami związanymi z napiętą globalną sytuacją w handlu. Tym samym ta jedna z kluczowych stóp znalazła się na rekordowo niskim poziomie -0,5%. To o tyle istotne, że ujemne stopy procentowe mogą wiązać się ze skutkami ubocznymi. W celu ograniczenia związanej z ujemnymi stopami presji na banki komercyjne, EBC zdecydował się na wprowadzenie dwupoziomowego systemu różnicowania depozytów. Decydenci ogłosili również zmiany w programie kwartalnych ukierunkowanych dłuższych operacji refinansujących (TLTRO III), dostarczając bankom jeszcze tańsze źródło finansowania.
Kluczową częścią działań Europejskiego Banku Centralnego z zakresu polityki pieniężnej było ponowne uruchomienie programu luzowania ilościowego (ang. quantitative easing, QE). Program, polegający na skupowaniu aktywów przez bank centralny, powrócił niecały rok po jego wygaszeniu. Rozpoczęcie nowej rundy programu, w ramach której EBC skupuje aktywa o wartości 20 mld euro miesięcznie, nastąpiło w listopadzie (Wykres 2). Nie określono przy tym daty jego zakończenia. Otwarta natura programu QE wskazuje na zobowiązanie banku centralnego do wspierania inflacji w ponownym jej wzroście do celu inflacyjnego.
Wykres 2: Miesięczna wartość aktywów skupowanych przez EBC w ramach programu QE (2014 – 2019)
Źródło: Refinitiv Datastream Data: 17/01/20
Były prezes EBC, Mario Draghi, w swoich ostatnich wypowiedziach na stanowisku przewodniczącego banku centralnego utrzymywał “gołębią” retorykę. Podkreślał obawy banku centralnego związane z niepewnością w handlu międzynarodowym, wskazując na “uporczywe” ryzyka oraz “przytłumioną” presję inflacyjną. Zgodnie z najnowszymi komunikatami EBC “Rada Prezesów oczekuje, że podstawowe stopy procentowe EBC pozostaną na obecnym lub niższym poziomie, dopóki Rada nie stwierdzi, że perspektywy inflacji w horyzoncie czasowym jej projekcji zdecydowanie zbliżają się do poziomu, który jest wystarczająco blisko, ale poniżej 2%, oraz że zbliżenie to konsekwentnie odzwierciedla się w dynamice inflacji bazowej.”. Nowa prezes EBC, Christine Lagarde, również podkreślała wolę banku centralnego do zwiększenia skali działań, jeśli zajdzie taka potrzeba. Jej ton podczas spotkania w grudniu był jednak bardziej optymistyczny. Określiła wówczas ryzyka dla perspektyw gospodarki strefy euro jako “nieco mniej wyraźne” i zasugerowała, że wzrost gospodarczy we wspólnym bloku wykazuje oznaki stabilizacji.
Od dłuższego czasu reprezentowaliśmy pogląd, że Europejski Bank Centralny będzie utrzymywać akomodatywną politykę pieniężną, dopóki inflacja w strefie euro pozostanie znacznie poniżej celu inflacyjnego EBC określanego jako “poniżej, ale w okolicy 2%”. W październiku ubiegłego roku inflacja konsumencka spadła do poziomu 0,7%, co było najniższym odczytem od listopada 2016 roku. W końcówce roku inflacja odbiła, dochodząc w grudniu do poziomu 1,3%, jednak nadal jest on daleki od tego, jakiego życzyłby sobie Europejski Bank Centralny. Z zasady bardziej istotny wskaźnik dla banku centralnego, jakim jest inflacja bazowa, od kilku lat niezmiennie utrzymuje się w okolicy 1%. W ostatnim czasie wskaźnik ten zaczął nieco rosnąć, osiągając w listopadzie i grudniu poziom 1,3% (Wykres 3). Nadal jest on jednak odległy od celu inflacyjnego. Dobra sytuacja na rynku pracy w strefie euro powinna przełożyć się na wyższą dynamikę cen, aczkolwiek zajmuje to zdecydowanie więcej czasu niż oczekiwał i bank centralny, i my.
Wykres 3: Inflacja w strefie euro (2013 – 2019)
Źródło: Refinitiv Datastream Data: 17/01/20
Ponowne uruchomienie programu luzowania ilościowego przez EBC w części można powiązać również z dość słabymi danymi o aktywności w strefie euro. Dynamika PKB w bloku walutowym w trzecim kwartale ubiegłego roku (ostatnim okresie pomiarów) wyniosła zaledwie 0,2% w ujęciu kwartalnym. Tak samo było kwartał wcześniej. Niemiecka gospodarka zdołała uniknąć recesji, aczkolwiek wzrost w trzecim kwartale na poziomie 0,5% w ujęciu rocznym w przypadku największej gospodarki strefy euro trudno określić inaczej niż mianem anemicznego. W grudniu Christine Lagarde nawoływała rządy państw strefy euro, które mogą sobie na to pozwolić, do rozluźnienia polityki fiskalnej w celu stymulowania gospodarek. Niemniej jednak, ze względu na to, że Niemcy uniknęły technicznej recesji, tamtejsi decydenci mogą być mniej skorzy do wsparcia gospodarki poprzez wzrost wydatków. Niewykluczone więc, że bez zewnętrznego kryzysu nie dojdzie do istotniejszego rozluźnienia niemieckiej polityki fiskalnej. Co prawda kierownictwo SPD wydaje się zmieniać dotychczasowy tor partii i wyrażać poparcie dla stymulacji fiskalnej, ale zarówno kanclerz Angela Merkel, jak i minister finansów, Olaf Scholz, dotychczas byli niechętni do zmiany obecnej polityki zerowego deficytu. Obecnie nie zakładamy, że w Niemczech dojdzie do istotniejszego rozluźnienia polityki fiskalnej, tego typu możliwości nie można jednak wykluczyć.
W czwartym kwartale 2019 roku ekspansja gospodarcza w strefie euro najpewniej pozostała niska. Niemniej warto zwrócić uwagę na ostatnią stabilizację odczytów indeksów aktywności biznesowej PMI, którą należy odbierać pozytywnie. Z drugiej strony, patrząc na dane dla sektora przemysłu, aktywność w niemal wszystkich państwach bloku walutowego, w których jest ona mierzona, pozostaje słaba. Indeks dla strefy euro znajduje się na poziomie 46,3 pkt, czyli głęboko poniżej poziomu 50, który oddziela ekspansję od kurczenia się danego sektora (Wykres 4). Mimo to warto wspomnieć, że zbiorczy wskaźnik uwzględniający aktywność zarówno w przemyśle, jak i usługach, wzrósł do poziomu 50,9 pkt, w czym najpewniej pomogła poprawa nastrojów w kontekście wojny handlowej USA i Chin. O ile obecny poziom tego indeksu jest daleki od pożądanego, to poprawę jego odczytów w ostatnich miesiącach należy uznać za krok w dobrą stronę. Niemniej w kontekście samego wzrostu gospodarczego oczekiwania rynku i Europejskiego Banku Centralnego są stonowane. Zgodnie z ostatnią projekcją EBC z grudnia, wzrost PKB w 2020 r. powinien wynieść zaledwie 1,1%.
Wykres 4: Indeksy PMI w strefie euro (2017 – 2019)
Źródło: Refinitiv Datastream Data: 17/01/20
Tak jak wspominaliśmy, sądzimy, że mianowanie Christine Lagarde prezesem Europejskiego Banku Centralnego zapewni kontynuację prowadzonej dotychczas polityki monetarnej. Dotyczy to szczególnie utrzymania ekstremalnie niskich stóp procentowych, jak i znacznej stymulacji monetarnej. Jednocześnie nadal spodziewamy się umocnienia euro w relacji do dolara amerykańskiego w 2020 roku. Z uwagi na to, że stopy procentowe w strefie euro znajdują się na niezwykle niskich poziomach, sądzimy, że bank centralny ma bardzo ograniczone pole do ich dalszych obniżek bez generowania większych negatywnych konsekwencji dla sektora bankowego. W tym kontekście należy zaznaczyć, że EBC ma możliwość zwiększenia programu skupu aktywów, jednak sygnały płynące z Rady Prezesów sugerują, że decydenci są podzieleni w kontekście stosowania tego instrumentu.
Ryzyka dla naszej prognozy kursu EUR/USD to m.in. pogorszenie danych ekonomicznych ze strefy euro oraz wiążące się z tym potencjalne zwiększenie programu QE. Przy stabilnej lub jeszcze bardziej akomodatywnej polityce EBC, na główną parę niekorzystnie mógłby wpływać też potencjalny wzrost stóp procentowych w USA. Z drugiej strony, ryzyka te powinna balansować możliwość stymulacji fiskalnej ze strony Niemiec. Nasza prognoza rozwoju sytuacji gospodarczej strefy euro pozostaje bardziej optymistyczna od konsensusu.
Nasza prognoza EUR/PLN zakłada lekkie umocnienie złotego w relacji do euro. Spodziewamy się tego przede wszystkim w kontekście oczekiwanej poprawy nastawienia inwestorów do walut rynków wschodzących. Mimo ostatnich sygnałów wskazujących na spowolnienie polskiej gospodarki, jesteśmy dość pozytywnie nastawieni do rozwoju sytuacji gospodarczej w Polsce.
Tak jak oczekiwaliśmy, rynek wycofał się z częściowego oczekiwania obniżek stóp procentowych w Polsce. W kontekście ostatniego istotnego wzrostu inflacji wzrost oczekiwań względem podniesienia stóp procentowych nie jest zaskakujący. Sądzimy, że wzrostu stóp nie można wykluczyć, a taki ruch jest bardziej prawdopodobny niż ich obniżka. RPP utrzymuje jednak, że stopy powinny pozostać stabilne. Sugeruje to, że nawet ewentualny ruch w górę byłby raczej symboliczny. W tym kontekście zakładamy, że umocnienie złotego w kolejnych kwartałach będzie ograniczone.
EUR/USD
EUR/PLN
Q1-2020
1,14
4,23
Q2-2020
1,16
4,22
Q3-2020
1,17
4,21
E-2020
1,18
4,20
E-2021
1,20
4,20
Autorzy: Analitycy Ebury – Enrique Díaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk
Czy zapłata w drodze kompensaty (potrącenia) niesie za sobą obostrzenia określone w art. 15d ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych?
Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej w interpretacji wydanej 21 listopada 2019 roku potwierdził, iż obostrzenia określone w art. 15d ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych nie będą miały zastosowania do zobowiązań realizowanych w ramach kompensaty.
We wspomnianej interpretacji organ zgodził się z Wnioskodawcą, że art. 19 ustawy prawo przedsiębiorców, jak również odnoszący się do niego art. 15d ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych, mówi o płatnościach – a w konsekwencji przyjmuje się najczęściej, że odnosi się wyłącznie do spełnienia świadczeń w formie rozliczeń pieniężnych (dla przykładu wyrok NSA z dnia 2 czerwca 2011 r., I FSK 1075/10).
W konsekwencji oznacza to, że w części w jakiej zobowiązania są regulowane w drodze potrącenia (kompensaty) obowiązek dokonywania i przyjmowania płatności za pośrednictwem rachunku płatniczego nie obowiązuje, a co za tym idzie takie płatności nie będą wyłączone z kosztów podatkowych na podstawie art. 15d ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych.
– Agnieszka Piętak, ekspert ds. podatków MDDP Outsourcing
Grudzień zwyczajowo jest miesiącem, kiedy średnie wynagrodzenie notuje kolejne maksima. Jest to związane między innymi z premiami końcoworocznymi. Dla przedsiębiorstw zatrudniających ponad 9 pracowników, średnia płaca wyniosła już 5600 zł brutto, to o ponad 6% więcej niż rok temu. Zatrudnienie nadal rośnie w tempie 2,6% w skali roku. Może to powodować, że w kolejnym roku będziemy obserwować rekordy na polskim rynku pracy. Dane te są zgodne z oczekiwaniami.
Słabe dane z polskiej budowlanki
Poznaliśmy dane z GUS na temat dynamiki produkcji budowlano-montażowej w grudniu 2019 r. oraz informacje o budownictwie mieszkaniowym w okresie styczeń-grudzień 2019. Dane te, o ile nie są niespodzianką dla analityków, to wśród osób postronnych mogą budzić wątpliwości. Porównując dane z grudniem 2018 trzeba zaznaczyć, że zmniejszeniu uległa wartość produkcji budowlano-montażowej dla jednostek zajmujących się budową budynków i wykonujących roboty budowlane specjalistyczne. Wartość tej produkcji była natomiast większa w jednostkach zajmujących się budownictwem obiektów inżynierii lądowej i wodnej. Ogólnie w okresie styczeń-grudzień 2019 r. produkcja budowlano-montażowa wzrosła tylko o 2,6%. w porównaniu do tego samego okresu w 2018 r., kiedy odnotowano wzrost o 17,9%. Grudzień to trzeci miesiąc z kolei, w którym roczna dynamika produkcji budowlano-montażowej uzyskała wartość ujemną. Z drugiej informacji GUS wynika, że w 2019 roku oddano więcej mieszkań do użytku niż w 2018 roku – wzrosła liczba mieszkań zarówno tych, których budowę już rozpoczęto, jak i tych, dla których wydano pozwolenia na budowę lub zgłoszono projekt budowlany.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl
Niemal 960 miliardów euro – to wielkość obecnego budżetu Unii Europejskiej. Ta astronomiczna kwota, jest jednak o 1/5 mniejsza niż 7 lat skumulowanych strat podatków uciekających między granicami państw UE. Sama likwidacja sztucznego transferowania zysków przez międzynarodowe korporacje między różnymi jurysdykcjami doprowadziłaby do odzyskania 420 miliardów euro – to z kolei więcej niż kwota przeznaczana przez Unię na politykę spójności. Największe straty na CIT, związane z funkcjonowaniem rajów podatkowych występują w Niemczech, Wielkiej Brytanii i Francji. Najnowszy raport Polskiego Instytutu Ekonomicznego i Banku Gospodarstwa Krajowego „Niesprawiedliwość podatkowa w Unii Europejskiej. W kierunku większej solidarności w walce z unikaniem opodatkowania.”, pokazuje, że wiele problemów w Europie udałoby się rozwiązać zmniejszając skalę transgranicznego unikania płacenia podatków.
– Analizując dane dotyczące unikania podatków w Europie, można dojść do smutnego wniosku, że solidarność jest tylko deklaratywną wartością w Unii Europejskiej. Straty wynikające z wykorzystywania międzynarodowych transakcji do oszustw podatkowych oraz unikania płacenia podatków zmniejszają dochody państw członkowskich UE o około 170 mld EUR rocznie. Unia powinna podjąć zintegrowane działania na rzecz uszczelnienia systemu podatkowego, co mogłoby stać się dodatkowym źródłem finansowania dla nowego budżetu, konstruowanego już bez ważnego płatnika w postaci Wielkiej Brytanii. Te środki mogłyby również zasilić budżet Sprawiedliwej Transformacji Energetycznej lub Green Deal – podkreśla Piotr Arak, dyrektor Polskiego Instytutu Ekonomicznego.
Nieliczni zyskują dużo kosztem wszystkich
Efektywne opodatkowanie korporacji w państwach UE spadło w ostatnich dwóch dekadach o 8 punktów procentowych (z 24 proc. na 16 proc.). Międzynarodowe firmy swobodnie przenoszą zyski z krajów, w których działają, do państw z łagodniejszymi systemami podatkowymi w UE. Dane za 2016 r. pokazują, że kraje najbardziej dotknięte stratami wynikającymi ze sztucznego transferowania zysków przez korporacje to Niemcy (18 mld EUR), Wielka Brytania (14 mld EUR) i Francja (11 mld EUR) . Rezultatem jest poważny ubytek dochodów publicznych, który musi być uzupełniany innymi źródłami finansowania.
Sześć państw członkowskich zyskuje na konkurencji podatkowej w UE. Komisja Europejska określiła je wewnętrznymi rajami podatkowymi. Są to Belgia, Cypr, Holandia, Irlandia, Luksemburg i Malta. Kraje te celowo wdrażają takie regulacje prawne, które sprzyjają sztucznemu transferowaniu do nich zysków. Co więcej, kraje te często są także wykorzystywane przez międzynarodowe korporacje jako państwa pośredniczące w dalszym transferowaniu zysków do tradycyjnych rajów podatkowych, takich jak Kajmany czy Wyspy Dziewicze. Jeśli UE nie podejmie skutecznych działań w walce z rajami podatkowymi, to doprowadzi do podważenia zaufania i solidarności między państwami.
Unikanie podatków kosztuje Unię Europejską jako wspólnotę 170 miliardów euro rocznie. W tej kwocie mieszczą się zarówno środki wyprowadzane przez wielkie korporacje (60 miliardów euro), jak i przez osoby zamożne (46 miliardów euro). Istotny wpływ na skalę zjawiska ma również olbrzymia luka VAT, wynosząca w krajach UE średnio 12 proc. dochodów z tego podatku. Znaczna część luki wynika z wykorzystywania przez firmy i grupy przestępcze transakcji transgranicznych do wyłudzania VAT. Ten proceder przekłada się na kolejne 64 miliardy euro strat każdego roku.
– Osoby zamożne trzymają w rajach podatkowych majątek o wartości 10 proc. PKB całej Unii Europejskiej, z czego około 75 proc. w ogóle nie jest zgłaszane organom podatkowym. Tracimy ogromne pieniądze, a jednocześnie tniemy budżet polityki spójności dzięki, któremu UE mogła się szybciej rozwijać w poprzednich dekadach. Tymczasem wystarczy powstrzymaćwyciek pieniędzy do rajów. Zyskują na tym nieliczni, a tracimy wszyscy – mówi Jakub Sawulski, kierownik zespołu makroekonomii Polskiego Instytutu Ekonomicznego.
Co musi zrobić UE, żeby poprawić sytuację?
Istnieje kilka sposobów rozwiązania problemu unikania opodatkowania. Jednym z nich jest stworzenie czarnej listy państw członkowskich będących rajami podatkowymi i przyznanie Komisji Europejskiej uprawnień do nakładania sankcji na państwa, które nie współpracują w zwalczaniu procederu. Środkiem zaradczym może być także ustanowienie minimalnej stawki podatku od osób prawnych w całej UE, obliczanej z wyłączeniem z podstawy opodatkowania płatności najczęściej wykorzystywanych do unikania podatków, takich jak odsetki czy opłaty licencyjne.
Polska aktywnie działa na forum unijnym w kwestiach związanych z unikaniem opodatkowania i walką z tym zjawiskiem. W szczególności ważne jest dążenie do opodatkowania zysków w miejscu ich generowania i do przejrzystości przepływów podatkowych w całej UE. Dlatego 22 stycznia, podczas World Economic Forum w Davos odbędzie się debata z udziałem Premiera RP Mateusza Morawieckiego, Sekretarza Generalnego OECD Angela Gurii oraz ministra finansów Republiki Francuskiej Bruno le Maire’a. Światowi przywódcy i decydenci będą dyskutować nad tym, w jaki sposób można wspólnie wyeliminować zjawisko unikania płacenia podatków. Jest to jeden z podstawowych warunków sprostania globalnym wyzwaniom, przed jakimi staje społeczność międzynarodowa.
W środę odbędzie się posiedzenie sztabu kryzysowego Światowej Organizacji Zdrowia, który ma zdecydować, czy w związku z rozprzestrzenianiem się nowego typu koronawirusa z Chin należy wprowadzić stan globalnego zagrożenia dla zdrowia publicznego. Jak dotąd stwierdzono 300 przypadków zakażenia i sześć zgonów, a wczoraj oficjalnie potwierdzono pierwszy przypadek zachorowania na 2019-nCoV w Stanach Zjednoczonych. Samoloty z Polski wciąż jednak latają do Chin, a Główny Inspektor Sanitarny zapewnia, że sytuacja jest pod kontrolą, a wszystkie europejskie instytucje na bieżąco ze sobą współpracują. Europa jest dobrze przygotowana na rozpoznanie i leczenie wirusa, który pod wieloma względami przypomina SARS.
– W tej chwili analizujemy sytuację w Chinach, gdzie mają miejsce przypadki zachorowań na wirus wywołujący zapalenie płuc. Istnieje podejrzenie, że może być on transmitowany między ludźmi. Na razie jest to tylko podejrzenie, aczkolwiek trwają istotne badania prowadzone przez różne ośrodki naukowe. Analizujemy to, co dzieje się w całej Europie, jesteśmy powiązani z europejskimi i amerykańskimi instytucjami zajmującymi się kontrolą chorób – mówi agencji Newseria Biznes Jarosław Pinkas, Główny Inspektor Sanitarny.
W środę ma się odbyć posiedzenie sztabu kryzysowego Światowej Organizacji Zdrowia, zwołane przez dyrektora generalnego Tedrosa Adhanoma Ghebreyesusa w celu omówienia sytuacji związanej z rozprzestrzenianiem się nowego typu koronawirusa 2019-nCoV (koronawirusy to gatunki wirusów wywołujące m.in. przeziębienia, zapalenia oskrzeli i płuc). Pod koniec grudnia zaatakował w Chinach i do tej pory stwierdzono już 300 przypadków zakażenia i sześć zgonów. Kilkunastu pracowników personelu medycznego zaraziło się nim od pacjentów.
Większość zakażeń miała miejsce w kilkunastomilionowym mieście Wuhan, ale kilkadziesiąt osób zachorowało również m.in. w Pekinie, Szanghaju i Shenzhenie. Władze wprowadziły już specjalne środki zapobiegawcze, m.in. kontrole temperatury ciała na dworcach i lotniskach, ale wirus rozprzestrzenił się poza Chiny na cztery inne kraje. Pojedyncze przypadki stwierdzono już w Japonii, Tajlandii, Korei Południowej i na Tajwanie. W Australii kwarantannie poddano mężczyznę, który wrócił z podróży do Chin z objawami grypy.
Z kolei we wtorek stwierdzono pierwszy przypadek osoby zarażonej nowym rodzajem koronawirusa poza Azją. Za pośrednictwem stacji CNN amerykańskie Centrum Zapobiegania i Kontroli Chorób poinformowało, że stwierdzono go u jednego z mieszkańców Waszyngtonu.
– Europa jest dobrze przygotowana przede wszystkim na rozpoznanie i późniejsze skuteczne leczenie chorób wywołanych przez tego wirusa – zapewnia Jarosław Pinkas. – Wydajemy na bieżąco komunikaty dotyczące tego, jak należy się zachowywać. Na razie zachowujemy daleko idący spokój. Wciąż latamy do Chin, ale szkolimy załogi latające i nasze stacje graniczne w rozpoznawaniu tej choroby. Na razie nie ma wzmożonego nadzoru na żadnym hubowym lotnisku w Europie.
Zarówno personel latający, jak i stacja graniczna Inspekcji Sanitarnej na Okęciu przeszły już specjalne przeszkolenia dotyczące rozpoznawania 2019-nCoV. GIS rekomenduje, żeby w miarę możliwości przełożyć podróż do Chin – zwłaszcza osobom, które mają obniżoną odporność, są w podeszłym wieku bądź w trakcie leczenia, np. chemioterapeutykami.
– Najlepiej, żeby takie osoby nie podróżowały w tej chwili do Chin. Oczywiście odpowiednia higiena, mycie rąk i unikanie skupisk ludzkich także mogą przeciwdziałać epidemii – mówi Główny Inspektor Sanitarny.
Jak zauważa Jarosław Pinkas, problem może stanowić fakt, że w Chinach rozpoczyna się właśnie największy okres migracji ludności związany z chińskim Nowym Rokiem, co może ułatwić rozprzestrzenianie się koronawirusa.
– Liczymy się z tym, że i w Europie może pojawić się istotny problem związany z tą chorobą – mówi Jarosław Pinkas.
Wciąż nie wiadomo, co jest źródłem zakażenia nowym typem koronawirusa, choć badacze ustalili, że epidemia rozpoczęła się od jednego z targów owoców morza w mieście Wuhan, a 2019-nCoV przypomina wirusa SARS, który na początku lat dwutysięcznych wywołał globalną pandemię – zaraziło się nim wówczas ok. 8 tys. osób. Objawy wywoływane przez oba typy wirusów są podobne: gorączka, trudności w oddychaniu i zmiany w płucach.
Zmiany klimatyczne wyłoniły nową kategorię ryzyka finansowego i stanowią dziś jedno z głównych zagrożeń dla światowej gospodarki. Według szacunków IPCC do końca stulecia mogą kosztować ją nawet 69 bln dol. Aby je spowolnić i wypełnić swoje zobowiązania klimatyczne do 2030 roku, Unia Europejska musi wypełnić lukę inwestycyjną sięgającą 260 mld euro rocznie. W sfinansowaniu inwestycji zapobiegających globalnym zmianom klimatu dużą rolę ma do odegrania sektor bankowy, który już odczuwa rosnącą presję na tzw. zielone finansowanie. Odzwierciedla to m.in. gwałtownie rosnąca popularność zielonych obligacji i listów zastawnych.
– Zielone finanse właściwie są już w tej chwili priorytetem Komisji Europejskiej, wytyczną dla polityki na kolejnych pięć lat i będą coraz bardziej rozpowszechniane w sektorze finansowym. Wiąże się to z faktem, że w sektorze finansowym istnieje duża przestrzeń dla wspierania walki ze zmianami klimatu i transformacji gospodarek w stronę niskoemisyjności – mówi agencji Newseria Biznes Ludwik Kotecki, były wiceminister finansów, ekspert Instytutu Odpowiedzialnych Finansów – Centrum Myśli Strategicznych. – Wydaje się więc, że oprócz tego, że w sektorze finansów pojawiają się nowe ryzyka związane z klimatem, to też są tam duże szanse.
Zmiany klimatyczne w długiej perspektywie stanowią dziś jedno z największych zagrożeń dla światowej gospodarki. Moody’s, powołując się na raport Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (IPCC), wskazuje, że konsekwencje globalnego ocieplenia o 2°C będą kosztować globalną gospodarkę 69 bln dol. do 2100 roku.
Finansowy aspekt zmian klimatu dostrzegły już organizacje nadzoru i banki centralne, które analizują ekspozycję poszczególnych sektorów, głównie ubezpieczeniowego, na ich skutki. Wzrost liczby klęsk żywiołowych oznacza, że ubezpieczyciele muszą być gotowi na wyższe koszty, ale na straty i niższą rentowność będą narażone również banki i przedsiębiorstwa, które muszą liczyć się m.in. z zakłóceniami łańcuchów dostaw czy wzrostem cen energii.
Dane przytaczane przez KE pokazują, że w latach 2000–2016 częstotliwość występowania klęsk pogodowych w globalnej skali wzrosła o 46 proc., a w latach 2007–2016 spowodowane nimi straty ekonomiczne zwiększyły się o 86 proc. (117 mld euro w 2016 roku). To istotne o tyle, że – jak podkreśla KE – blisko 50 proc. ekspozycji na ryzyko banków strefy euro jest bezpośrednio lub pośrednio związane z zagrożeniami wynikającymi ze zmian klimatu. Dlatego też Komisja chce, aby m.in. międzynarodowe agencje ratingowe uwzględniały kwestie środowiskowe i związane z nimi ryzyka w swoich ocenach kredytowych.
– Tych ryzyk jest bardzo wiele, szczególnie dla banków. Są to ryzyka kredytowe, bo pewne modele biznesowe przestaną mieć rację bytu ze względu na regulacje środowiskowe, część przedsiębiorstw po prostu przestanie być zyskowna. Jeżeli są kredytowane przez sektor finansowy, to ryzyko wzrośnie. Po drugie, pojawia się ryzyko płynnościowe oraz ryzyko zmiany preferencji klientów. Klienci, dla których ważne jest środowisko naturalne, będą zwracać uwagę, czy ich bank wspiera transformację klimatyczną i walkę ze zmianami klimatu. Jest też kwestia ryzyka dla renomy takiego banku czy ubezpieczyciela, którzy muszą dostosować się do zmian. One wydają się może odległe, ale za chwilę okażą się bardzo ważne dla stabilności całego sektora finansowego – mówi Ludwik Kotecki.
Coraz więcej globalnych firm z sektora finansowego zaczyna wspierać zielone projekty i wycofuje się z tych nieekologicznych.
– Sektor finansowy z natury rzeczy dostarcza finansowanie dla różnych projektów inwestycyjnych. Dlatego będzie w coraz większym stopniu uwzględniał ich wpływ na środowisko w swoich decyzjach kredytowych – ocenia Ludwik Kotecki. – Dla sektora finansowego to duża odpowiedzialność i duże pole do wspierania tych projektów, które nie niszczą środowiska i przyczyniają się do transformacji gospodarek w stronę niskoemisyjności. Również regulacje obejmujące sektor finansowy będą w coraz większym stopniu kierunkowały go w tę stronę.
Działająca w ramach G20 Rada Stabilności Finansowej (FSB), która wydaje zalecenia dla globalnego sektora finansowego, powołała już kilka lat temu grupę zadaniową ds. ujawniania informacji finansowych związanych z klimatem (TCFD, Task Force on Climate-related Financial Disclosures). Jej sformułowane w połowie 2017 roku rekomendacje mają przygotować przedsiębiorstwa na skutki, jakie zmiany klimatyczne wywrą na ich modele biznesowe.
– Polski sektor finansowy podlega unijnym regulacjom. Te w coraz większym stopniu będą wymagały od banków, ubezpieczycieli czy funduszy inwestowania w zielone, prośrodowiskowe inwestycje. W związku z tym także w Polsce ta zielona rewolucja nastąpi prędzej czy później. Lepiej przygotować się do tego procesu wcześniej i przeprowadzić go w sposób płynny, łagodny – mówi Ludwik Kotecki.
Zgodnie z projektem Europejskiego Zielonego Ładu przejście na zrównoważoną gospodarkę oznacza konieczność inwestycji we wszystkich sektorach w wysokości 260 mld euro rocznie do 2030 roku. Konieczne będą też inwestycje m.in. w infrastrukturę mieszkaniową i przemysłową, a dużą ich część będą musiały ponieść samorządy. Jednym ze sposobów finansowania takich projektów są dla nich tzw. green bonds, czyli zielone obligacje, z których środki muszą zostać w całości przeznaczone właśnie na projekty prośrodowiskowe.
Wycena bitcoina oscyluje w tej chwili wokół 8,6 tys. dol., co oznacza, że „złoto internetu” zyskało na wartości przeszło 1000 dol. w ciągu niecałego miesiąca. Część analityków prognozuje, że w tym roku w wyniku planowanego na maj tzw. halvingu, czyli zmniejszenia nagrody za wykopanie pojedynczego bloku BTC, cena poszybuje do rekordowego poziomu 100 tys. dol. Ma się do tego przyczynić także ograniczona podaż i rosnąca adopcja kryptowaluty. Co istotne, mimo bardzo dużej zmienności popularność bitcoina wśród inwestorów nie słabnie.
– Rynek bitcoina w Polsce cały czas się rozwija, podobnie jak przez ostatnie trzy lata. W tym momencie mamy dosyć duże zainteresowanie zarówno ze strony inwestorów, jak i biznesu, ale też ludzi, którzy chcieliby się po prostu dowiedzieć, czym są kryptowaluty – mówi agencji Newseria Biznes Filip Pawczyński, prezes Polskiego Stowarzyszenia Bitcoin.
Najpopularniejsza z kryptowalut ma za sobą bardzo udany początek roku. Podczas gdy jeszcze w końcówce grudnia była warta ok. 7,2 tys. dol., teraz kurs przekroczył najwyższy od listopada poziom 8,6 tys. dol. W ubiegłym roku szczyt notowań przypadł na wakacje – na przełomie czerwca i lipca bitcoin był wart ok. 13 tys. dol.
Prognoz dotyczących tego, jak zachowa się bitcoin w 2020 roku, jest wiele, a przewidywania wahają się od radykalnych spadków wartości kursu kryptowaluty aż po osiągnięcie przez nią poziomu 100 tys. dol. To szacunek m.in. anonimowego inwestora i analityka PlanB, który w obliczeniach wykorzystuje własny model S2F. Jak przekonuje PlanB, do tej pory model ten okazywał się niezawodny. Podobnego zdania był też prezes Blockchain Development Foundation, Kamil Gancarz, który ocenił, że kurs wywinduje do poziomu 100 tys. dol. planowany na maj tego roku tzw. halving, czyli podział nagrody dla górników za wykopanie bloku bitcoina (w wyniku którego spadnie liczba bitcoinów trafiających na rynek).
– Mamy co cztery lata taki event, w wyniku którego nagroda za wydobywanie bloków bitcoina się zmniejsza, a jego możliwa do wydobycia ilość na rynku maleje. Dlatego też zakładamy, że wartość będzie rosła. W tej chwili jest wiele różnych możliwości używania bitcoinów w porównaniu do stanu sprzed kilku lat, więc liczymy, że ten rynek nie będzie tylko spekulacyjny, ale bitcoin stanie się medium płatności – mówi Filip Pawczyński.
Nowe bitcoiny są wydobywane w blokach co 10 minut i stanowią nagrodę za pracę górników biorących udział w tzw. miningu, udostępniających moc obliczeniową swoich komputerów. Pierwsza nagroda wynosiła 50 BTC na blok. Ta wartość zmniejsza się o połowę średnio co cztery lata – to właśnie tzw. halving. Pierwszy odbył się w 2012 roku, a nagroda spadła do 25 bitcoinów, kolejny nastąpił w 2016 roku i nagroda spadła do 12,5 bitcoinów. W maju 2020 roku będzie miał miejsce kolejny podział nagrody, w którego wyniku liczba BTC zmniejszy się do 6,25. Dane Bloomberga przytaczane przez branżowy Comparic.pl wskazują, że po dwóch poprzednich halvingach cena kryptowaluty skoczyła odpowiednio o 8 tys. proc. i ok. 2 tys. proc. cztery lata temu.
Dodatkowy czynnik, który może przyczynić się do wzrostu wartości, to ograniczona podaż bitcoina, która oznacza niemal pewny wzrost popytu. BTC będzie docelowo dokładnie 21 mln sztuk, a w tej chwili wykopano już około 85 proc. Szacuje się, że ostatni pojawi się około 2140 roku.
Mimo dużej zmienności bitcoin stał się już pełnoprawnym aktywem w portfelach inwestycyjnych. Jego popularność nie słabnie – liczba aktywnych adresów BTC rośnie nieprzerwanie.
– Kryptowaluty dają dosyć duży zwrot z inwestycji w ciągu ostatnich pięciu lat czy nawet dłużej. Zainteresowanie jest na pewno większe niż jeszcze kilka lat temu – mówi Filip Pawczyński.
Jak podkreśla, rynek bitcoina jest dosyć hermetyczny i tworzą go głównie ludzie, którzy już sprawdzili tę technologię. Niemniej nie są to wyłącznie inwestorzy i spekulanci, ale i biznes, który coraz częściej używa kryptowalut do tego, żeby wyróżnić się na rynku albo móc świadczyć swoje usługi w innych krajach ze względu na możliwość płatności w tej formie.
– Ten rynek inwestorski, bardziej spekulacyjny, jest o wiele większy, ponieważ głównym medium do wymiany bitcoina jest dolar i euro. Polski złoty kiedyś plasował się w pierwszej piątce walut najczęściej wymienianych na bitcoina, w tym momencie jest poza pierwszą dziesiątką. Jednak zainteresowanie polskich inwestorów wciąż jest duże – ocenia Pawczyński.
Część ekspertów podkreśla, że w tym roku do wzrostu wartości bitcoina będzie przyczyniać się też coraz większa adopcja kryptowaluty. Jest ona coraz częściej akceptowana jako powszechny środek płatniczy (w ubiegłym roku Nowa Zelandia jako pierwsza na świecie zalegalizowała wypłacanie pensji w BTC), a „złoto internetu” będzie też zyskiwać na postępującej regulacji rynku.
Według aktualnych danych CoinMarketCap łączna kapitalizacja rynku przekracza w tej chwili 230 mld dol. Bitcoin – z kapitalizacją na poziomie 156 mld dol. – odpowiada za ok. 2/3 wartości tego rynku.
Ubiegły rok przyniósł prawdziwy boom w fotowoltaice, a moc w instalacjach PV przekroczyła próg 1 GW. Pod względem przyrostu nowych mocy znajdujemy się już na piątym miejscu w Europie. Rozwój sektora mocno przyspieszył m.in. dzięki rządowym programom, takim jak Energia Plus, Czyste Powietrze czy Mój Prąd. W ramach ostatniego dofinansowano ponad 27 tys. instalacji PV. Dodatkowym bodźcem dla rynku może być obowiązująca od listopada ujednolicona stawka VAT na instalacje fotowoltaiczne montowane również w innych miejscach niż dachy budynków mieszkalnych.
– Rynek fotowoltaiki w Polsce jest zróżnicowany. Zaczęło się na południu Polski, od miejsc lepiej nasłonecznionych, gdzie powstawały pierwsze duże farmy i projekty parasolowe (takie, gdzie beneficjentami unijnego wsparcia dla jednostek samorządu terytorialnego są osoby fizyczne – red.), kiedy wiele wsi po kilkaset domków jednorodzinnych uczestniczyło w pilotażowych projektach wdrażania fotowoltaiki na masową skalę. Potem kolejne wsie i miasteczka przekonywały się, że warto. Teraz powoli ten trend z południowej i wschodniej części Polski postępuje na północ i zachód – mówi agencji Newseria Biznes Dawid Cycoń, prezes ML System.
Fotowoltaika to jeden z najszybciej rosnących sektorów OZE w Polsce i na świecie, a ubiegły rok przyniósł prawdziwy boom. Podczas gdy jeszcze w 2016 roku moc zainstalowana w źródłach PV wynosiła 100 MW, na koniec 2018 roku sięgnęła już 500 MW, a w październiku ubiegłego roku – według informacji PSE – przekroczyła próg 1 GW. Tempo przyrostu nowych mocy instalacji fotowoltaicznych wynosi ok. 150 proc. rocznie, a Instytut Energii Odnawialnej prognozuje, że w 2020 roku fotowoltaika może stać się drugą najważniejszą mocą w Polsce („Rynek fotowoltaiki w Polsce 2019”).
– Rok do roku rynek fotowoltaiki rośnie. Już 2019 rok okazał się rekordowy pod względem liczby instalacji PV i mocy zainstalowanych. Spodziewamy się, że rok 2020 jeszcze ten rekord pobije. Mam nadzieję, że kolejne lata napędzane zaistniałą modą też okażą się bardzo dobre dla branży – mówi Dawid Cycoń.
Według przytaczanego przez IEO raportu SolarPower Europe w ubiegłym roku Polska znalazła się już na piątym miejscu w Europie pod względem rocznego przyrostu nowych mocy w fotowoltaice. Ubiegły rok był zresztą pod tym względem rekordowy: w Europie zainstalowano 16,7 GW, co oznacza ponad 100-proc. wzrost w porównaniu z 8,2 GW na koniec 2018 roku. Prym wiodły Hiszpania (wzrost o 4,7 GW), Niemcy (4 GW), Holandia (2,5 GW), Francja (1,1 GW). Jak podaje IEO, w Polsce potencjał fotowoltaiki wciąż jest co najmniej 100 razy większy od obecnego wykorzystania.
– Na tle rynków światowych Polska jest w środku stawki pod względem mocy zainstalowanych w fotowoltaice. Jednak w ostatnim czasie program Mój Prąd i inne systemy wsparcia, projekty parasolowe, projekty wsparcia w ramach regionalnych programów operacyjnych powodują, że szybko nadrabiamy dystans do krajów wysoko rozwiniętych. Upłyną jeszcze lata, zanim dogonimy kraje rozwinięte, takie jak Włochy, Hiszpanię, Niemcy czy Francję – mówi Dawid Cycoń.
Rosnąca popularność fotowoltaiki w Europie to m.in. efekt spadających kosztów technologii i faktu, że energia ze słońca jest tańsza niż z innych źródeł. Rozwój napędzają także unijne cele klimatyczne.
W Polsce instalacje domowe, w małym biznesie i samorządach powstawały do tej pory dzięki dotacjom z regionalnych programów operacyjnych, a dzięki aukcyjnemu systemowi wsparcia od trzech lat rozwijają się też farmy fotowoltaiczne. Rozwój sektora mocno przyspieszył również dzięki programom Energia Plus, Czyste Powietrze czy Mój Prąd. Ten ostatni – z budżetem wynoszącym 1 mld zł – to jeden z największych w Europie programów finansowania mikroinstalacji fotowoltaicznych dla osób fizycznych, które wytwarzają energię elektryczną na własne potrzeby. Do wykorzystania pozostało jeszcze ponad 90 proc. budżetu. Bilans pierwszej edycji to – jak podaje NFOŚiGW – 131,9 mln zł dotacji na 27 tys. instalacji PV.
Dodatkowym bodźcem dla rynku ma być ujednolicenie stawki podatku VAT na instalacje fotowoltaiczne funkcjonalnie związane z budynkiem. Ta zmiana weszła w życie pod koniec listopada ubiegłego roku.
– Obniżka VAT-u do 8 proc. dla wszystkich instalacji związanych z budynkiem, nie tylko tych na dachach, zwiększy zapotrzebowanie. Dużo bardziej opłacalna może okazać się instalacja fotowoltaiki na tarasie, na zadaszeniu dla samochodów czy w przypadku rolników na stodole – mówi prezes ML System.
Do tej pory 8-proc. stawka podatku VAT obowiązywała tylko dla instalacji na dachach budynków, w pozostałych przypadkach wynosiła 23 proc. Po nowelizacji stawka dla wszystkich mikroinstalacji do 50 kW została ujednolicona do 8 proc. (wyłączone są domy o powierzchni użytkowej przekraczającej 300 mkw. i mieszkania powyżej 150 mkw.).
– Skorzystają na tym przykładowo właściciele domów jednorodzinnych, którzy mają problem z przegrzewającym się tarasem. Będą mogli zbudować sobie zadaszenie tarasu, które jednocześnie będzie pełnić funkcję generatora energii. Dzięki zmianom na fotowoltaikę mogą też zdecydować się rolnicy, którzy najczęściej mają dużo wolnej powierzchni obok budynków – mówi Dawid Cycoń.
W trzecim kwartale 2019 roku gospodarka Unii Europejskiej wzrosła o 0,3 proc. kwartał do kwartału, natomiast kraje strefy euro odnotowały wzrost o 0,2 proc. Dane Eurostatu wskazują, że kwartał wcześniej oba obszary powiększyły swój PKB również o 0,2 proc. Choć to wyraźnie mniej niż w 2016 czy 2017 roku, Europa ciągle odnotowuje wzrost. Zdaniem byłego ministra finansów Mateusza Szczurka sytuacja w niemieckim przemyśle samochodowym się ustabilizowała, a polska gospodarka ma się na tyle dobrze, że nie należy oczekiwać dramatycznych wydarzeń.
– Spowolnienie gospodarcze właściwie już nastąpiło. W drugiej połowie 2019 roku wzrost gospodarczy w Unii Europejskiej był znacząco wolniejszy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mateusz Szczurek, ekonomista regionalny Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju, były minister finansów. – Chociaż trzeba przyznać, że sytuacja gospodarcza w całym 2019 roku zakończyła się właściwie w zbliżony sposób do tego, co było oczekiwane rok wcześniej. Po bardzo dużej fali optymizmu z początku roku przyszła fala pesymizmu. Wygląda na to, że załamanie produkcji przemysłowej, szczególnie w sektorze samochodowym w Niemczech, się ustabilizowało.
O nadchodzącym spowolnieniu gospodarczym ekonomiści mówią od miesięcy. Rzeczywiście gospodarka z kwartału na kwartał rośnie coraz wolniej. Polska wciąż jednak jest prymusem na tle innych europejskich krajów, i to pomimo silnych powiązań z gospodarką niemiecką, której zaszkodziła wojna handlowa między Stanami Zjednoczonymi a Chinami. Jednak żaden kraj w Unii nie odnotował spadku PKB.
Z danych Eurostatu wynika, że w trzecim kwartale 2019 roku to właśnie polska gospodarka rosła najszybciej w Unii – o 1,3 proc. w ujęciu kwartalnym (dane odsezonowane). Na drugim miejscu były Węgry (1,1 proc.), a na trzecim Estonia (1,0 proc.). W ujęciu rocznym liderem wzrostu były Węgry (4,8 proc.), zaś Polska i Estonia ex aequo zajmowały drugą pozycję (4,1 proc.).
– To spowolnienie w Europie w bardzo niewielkim stopniu przekładało się na sytuację gospodarczą w Polsce, która ciągle jest bardzo dobra: niezwykle niskie bezrobocie, łatwość znalezienia pracy – mówi Mateusz Szczurek. – Jest właściwie najlepiej w historii posttransformacyjnej i trudno oczekiwać, że aż tak dobrze będzie zawsze. Pewne pogorszenie sytuacji na rynku pracy już następuje i pewnie nastąpi w trochę większym stopniu, ale nie mamy do czynienia z takimi nierównowagami, które kazałyby oczekiwać dramatycznego kryzysu. Dzisiaj nie ma nierównowagi zewnętrznej, czyli zależności od finansowania z zagranicy, nadmiernego importu czy konieczności ciągłego napływu kapitału zagranicznego, żeby utrzymać bieżącą sytuację, a tak było przed wielkim kryzysem.
Odwilż między Stanami Zjednoczonymi a Chinami w ponaddwuletniej wojnie handlowej, do której zmusił prezydenta Donalda Trumpa spadek eksportu amerykańskich produktów rolnych do Chin, poprawiła globalne nastroje. Nawet wskaźnik PMI dla sektora przemysłowego, choć już od 14 miesięcy znajduje się poniżej poziomu 50 punktów (co oznacza, że liczba zamówień i produkcja się kurczą), odnotował pewien wzrost i daje szansę na poprawę. Tempo spadku nowych zamówień oraz produkcji zwolniło, a prognozy odnośnie do przyszłej aktywności poprawiły się po rekordowo słabych wynikach zarejestrowanych w listopadzie. Jedynym kłopotem może być najwyższa od przeszło siedmiu lat inflacja, która w grudniu wyniosła 3,4 proc. rok do roku. Jednak ekonomiści spodziewają się, że po I kwartale powróci ona do dopuszczalnego pasma wahań.
– Nie ma nadmiernego wzrostu kredytów. Pojawia się inflacja i to jest niewątpliwie pewien problem, więc kredytobiorcy na pewno muszą liczyć się z możliwością podwyżek stóp procentowych. Ale to jest normalny cykl koniunkturalny, a nie powtórka z kryzysu z 2009 roku, nie bez powodu nazywanego wielkim – ocenia ekonomista EBOiR. – Ekonomiści i instytucje międzynarodowe nigdy nie przewidują kryzysu, on w pewnej mierze zawsze jest zaskoczeniem. Jednak na horyzoncie nie widać znaczących zagrożeń wewnątrz Polski, poza zagrożeniami z zewnątrz związanymi z wojnami handlowymi czy ewentualnym pojawieniem się recesji w Unii Europejskiej.
Naukowcy z Uniwersytetu Warszawskiego wykorzystali technologię galwanizacji do opracowania niespotykanych dotychczas stopów wolframu. Nowe materiały mogą wyprzeć ich kancerogenne odpowiedniki, przyczynić się do powstania innowacyjnych ogniw paliwowych oraz narzędzi nowej generacji o zwiększonej wytrzymałości, przystosowanych do pracy w ekstremalnych warunkach.
– Wolfram jest ciekawym przypadkiem metalu, którego nie da się wydzielić jako czystego metalu, można wytwarzać tylko jego stopy. Zanim zacząłem się zajmować swoimi badaniami, wydawało się, że istnieją trzy dwuskładnikowe stopy, a w trakcie badań udało się udowodnić występowanie czwartej klasy. Te materiały nie powstają w procesach hutniczych, da się je wytworzyć jako powłoki w procesie elektroosadzania – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Paweł Bącal, założyciel Inelco.
Za odnalezienie nowego stopu wolframu odpowiadają naukowcy z Wydziału Chemii Uniwersytetu Warszawskiego, którzy odkryli go podczas eksperymentów z technologią galwanizacji powłok metalowych. W trakcie badań laboratoryjnych dowiedziono, że stop wolframowy można uzyskać nie tylko w wyniku reakcji z cząsteczkami niklu, żelaza bądź kobaltu, lecz także przy obecności miedzi.
Odkrycie zaowocowało powołaniem do życia spółki spin-off Inelco wyspecjalizowanej w produkcji nowatorskich stopów metali. Start-up pokłada duże nadzieje w wykorzystaniu galwanizowanego wolframu do produkcji ogniw paliwowych nowych generacji, które nie będą bazowały na metalach szlachetnych. Dzięki temu koszt ich produkcji znacząco spadnie, a co za tym idzie, ich wdrożenie na rynek będzie znacznie przystępniejsze.
– Powłoki wolframowe były pomyślane jako powłoki antykorozyjne i dekoracyjne, a teraz wygląda na to, że będą świetną platformą do stworzenia materiałów do ogniw paliwowych, zarówno do wydzielania gazów, jak i do zbierania prądu do kolektorów ładunku. Cechują się wysoką odpornością na agresywne warunki, w których będą pracowały ogniwa do kontaktów elektrycznych. Czyli do miejsca, gdzie będzie następowała zmiana z energii chemicznej na energię elektryczną – wyjaśnia ekspert.
Warto zauważyć, że nie tylko Inelco doceniło potencjał wolframu w branży energetycznej. Amerykańska firma Xtalic Corporation wykorzystała ten pierwiastek w roli stabilizatora w procesie elektroosadzania stopów niklu (Xtronic) oraz srebra (Luna). Korporacja chce wykorzystywać autorskie stopy do produkcji przyłączy o zwiększonej żywotności na potrzeby produkcji systemów ładowania pojazdów elektrycznych.
Stopy od Inelco pozwolą również upowszechnić produkcję galwanizowanych powłok ochronnych, które będą bardziej przyjazne dla środowiska niż te stosowane dotychczas. Eksperymenty ze stopami wolframu uzyskanymi metodą elektroosadzania pozwoliły opracować ekologiczną alternatywę dla chromu. Nowy materiał ma podobne właściwości fizyczne, ale do jego produkcji nie są wykorzystywane toksyczne odczynniki, a co za tym idzie – są mniej szkodliwe dla środowiska.
Inżynierowie z Uniwersytetu Warszawskiego pracują także nad nowatorskimi narzędziami przeznaczonymi do pracy w trudnych warunkach. Dzięki procesowi galwanizacji zespołowi naukowców udało się wypracować stop do utwardzania powierzchni narzędzi narażonych m.in. na duże naprężenia.
– Nie istnieje nowoczesna branża przemysłu, w której nie wykorzystuje się materiałów wytwarzanych na drodze elektroosadzania. Znajdują one zastosowanie praktycznie wszędzie, ale nie możemy dłużej stosować wszystkich rozwiązań, które były znane od początku tych technik. Część z nich wiąże się z produkcją dużej ilości odpadów, kancerogenów albo z dużą konsumpcją energii. Takich procesów nie możemy dłużej prowadzić, musimy szukać alternatyw. I tutaj pojawiają się elektroosadzane stopy wolframu, które nie ustępują właściwościami mechanicznymi i wyglądem takim powłokom, a nie zawierają w swoim składzie komponentów, o których wiemy, że mogą wpływać na nasze życie – podsumowuje Paweł Bącal.
Według firmy badawczej KBV Research wartość globalnego rynku powłok ze stopów metali do 2025 roku wzrośnie do 13,6 mld dol. W najbliższych latach ma się rozwijać w tempie 5,13 proc. w skali roku.
Dzięki mobilnemu laboratorium jakości powietrza strażnicy miejscy i gminni będą mogli szybko zbadać, czy dane gospodarstwo pali w piecu odpowiednim paliwem. Bez takiego urządzenia reakcja na zgłaszane interwencje byłaby właściwie niemożliwa. Tymczasem okazuje się, że średnio aż przez jedną trzecią dni w roku Polacy oddychają powietrzem, w którym przekroczone są normy zawartości szkodliwych substancji. Za ich emisję odpowiadają w większości gospodarstwa domowe.
– Mobilne laboratorium jakości powietrza składa się z jednostki głównej, będącej przyczepą pomiarową, stanowiącą jednocześnie miejsce startu dronów. One umożliwiają pomiary w kominach czy w konkretnych paleniskach. Sama przyczepa ustawiona w jakimś miejscu może zbierać informacje o wpływie czy jakości powietrza w danej lokalizacji. Oprócz rozwiązania technicznego jest tutaj także know-how związane z kalibracją. Dzięki temu wiem, że dane, które są zbierane przez tę przyczepę, są wiarygodne – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Arkadiusz Kurek z firmy Zdrochem.
Laboratorium zbudowane przez spółkę spin-out Uniwersytetu Warszawskiego służy do badań na skalę lokalną. Jego działanie skupione jest więc na konkretnym budynku, palenisku czy ognisku, w którym ktoś pali śmieci. Urządzenie może stanowić rozwiązanie problemu, jakim dla wielu strażników miejskich jest brak możliwości skutecznego zareagowania na zgłaszaną interwencję.
– Dzięki temu, że mamy takie laboratorium mobilne, możemy podjechać i nasze centrum pomiarowe działa tam, gdzie jest najbardziej potrzebne, gdzie jest potrzebna interwencja. Można zdecydować, czy w danym miejscu dochodzi do nielegalnego spalania śmieci, czy to jest po prostu normalne ogrzewanie bytowe węglem gorszej jakości, czy też czymś, co zawiera zbyt dużo wilgoci. To też jesteśmy w stanie wykryć – zapewnia Arkadiusz Kurek.
Z danych Krajowego Ośrodka Bilansowania i Zarządzania Emisjami wynika, że niska emisja, za którą w większości odpowiadają spaliny pochodzące z przydomowych pieców na paliwa stałe, była w 2017 roku źródłem 46 proc. zanieczyszczeń powietrza pyłami zawieszonymi PM10. W 84 proc. odpowiadała natomiast za emisję rakotwórczego benzoalfapirenu. Głównie na właścicielach domów jednorodzinnych spoczywa więc odpowiedzialność za jakość powietrza w ich najbliższym otoczeniu.
– W większości przypadków trują nas najbliżsi sąsiedzi, czyli ktoś, kogo możemy zidentyfikować. Często jest tak, że idąc ulicą, widzimy jeden budynek, który na całą okolicę emituje taką chmurę gryzącego dymu, że wiadomo, że to on truje. Jeżeli nie będziemy o tym mówić, jeżeli nie będziemy dawali możliwości pomiaru tego, to świadomość ekologiczna nie będzie rosła – przestrzega ekspert.
Grupami szczególnie narażonymi na działanie niskiej emisji są osoby starsze, kobiety w ciąży i dzieci. Najdrobniejsze cząstki pyłu zwieszonego w powietrzu są w stanie nie tylko przenikać wraz z tlenem poprzez płuca do krwioobiegu, lecz także mają zdolność przenikania błony łożyska, przez co mogą negatywnie oddziaływać na płód. Z kolei osoby starsze i dzieci to grupy szczególnego ryzyka z uwagi na obniżoną odporność.
– Nasze rozwiązania kierujemy też do szkół i przedszkoli. System, który pokazuje jakość powietrza w najbliższej okolicy, ostrzeże osoby przebywające w przedszkolu, jeśli w okolicy znajduje się np. komin, który może zanieczyszczać powietrze w miejscu zabaw dzieci – mówi Arkadiusz Kurek.
Rekordowe zanieczyszczenie powietrza zostało zarejestrowane w Polsce w połowie stycznia. Według danych Airly 17 stycznia normy WHO w Warszawie zostały przekroczone o 400 proc., we Wrocławiu o ponad 500 proc., w Kielcach o ponad 1000 proc,. a na Śląsku niemal o 1000 proc. Z raportu sporządzonego przez firmę wraz z Onetem wynika, że w okresie od 1 sierpnia 2017 roku do 1 sierpnia 2019 roku przez 226 dni w Polsce notowane były przekroczenia norm zanieczyszczeń. Stanowi to niemal 31 proc.
Kursy, szkolenia i benefity pozapłacowe – to trzy oczekiwania wobec pracodawcy najczęściej wymieniane przez 50-latków i 60-latków szukających pracy, wynika z badania Grupy Progres*. Osoby, które przekroczyły 50 r.ż. dokładnie wiedzą, co powinien oferować przyszły przełożony, żeby zachęcić ich do podjęcia pracy. Niestety wielu z nich nie znajduje wymarzonego szefa, a liczba pracowników po 50-tce i 60-tce spada, mimo że mają w sobie spory i w dużej mierze niewykorzystany potencjał.
W naszym kraju pracuje jedynie 34 proc. osób między 50 a 64 r.ż. (dane GUS). Niestety większość Polaków z tej grupy wiekowej, mimo swojego dorobku i doświadczenia zawodowego, często pozostaje bez etatu. Niską aktywność zawodową zarówno 50-latków jak i 60-latków potwierdzają też najnowsze badania Grupy Progres, z których wynika, że w 2019 r. liczba pracowników powyżej 50-tego i 60-tego r.ż. spadła o 15 proc. w porównaniu do 2018 r. Przed firmami borykającymi się z brakami kadrowymi i pokładającymi nadzieję w bezrobotnych z grupy 50-60+ stoi nie lada wyzwanie. Muszą wykazać się dużą otwartością na ich potrzeby i oczekiwania mogące zaskoczyć przedsiębiorców, szczególnie tych, którzy do tej pory unikali inwestowania w rozwój zawodowy pracowników po 50-tce.
Perspektywa rozwoju zawodowego, a nie emerytury
Bezrobotni z grupy 50-60+ mają sprecyzowane oczekiwania względem przyszłego pracodawcy – 57 proc. chce zagwarantowania im benefitów, 21 proc. nie ma takich wymagań, a dla 22 proc. kwestia dodatków pozapłacowych jest obojętna. Pytani o to jakie możliwości rozwoju powinna zapewniać pracownikom firma, najczęściej wymieniają kursy i szkolenia (73 proc. badanych). Pożądana jest też możliwość podnoszenia kwalifikacji zawodowych wskazywana przez 43 proc. ankietowanych. 14 proc. respondentów oczekuje zapewnienia udziału w konferencjach i wydarzeniach branżowych, tyle samo badanych chce by pracodawca finansował lub przynajmniej współfinansował ich kursy językowe oraz studia podyplomowe. Podejście do swojej pozycji na rynku pracy wśród bezrobotnych obecnie 50-latków i 60-latków nie powinno dziwić, tym bardziej że aż 86 proc. z nich oczekuje od pracodawcy wsparcia przy pokierowaniu rozwojem zawodowym i ścieżką kariery zanim przejdą na emeryturę.
Kwalifikacje i doświadczenie, rzadziej znajomości
Badani uważają, że wspomniany rozwój zawodowy jest istotny i w znaczący sposób może przyczynić się do znalezienia pracy. Twierdzą bowiem, że o zatrudnieniu decydują kwalifikacje (86 proc. wskazań), doświadczenie (43 proc. odpowiedzi), wykształcenie (36 proc. wskazań), rzadziej kompetencje twarde i miękkie (21 proc. odpowiedzi) czy znajomości (14 proc. wskazań). Z badania Grupy Progres* wynika też, że rekrutowani kandydaci w wieku 50-60+, gdy dostaną pracę nie odchodzą z niej z dnia na dzień. Pytani o to, ile razy zmieniali pracodawcę w ciągu całego zawodowego życia najczęściej odpowiadają, że raz lub dwa razy (36 proc.), tyle samo ankietowanych deklarowało, że ok. 5 razy (36 proc.) Przez kilkadziesiąt lat w jednym miejscu zatrudnionych było 14 proc. osób 50-60+, podobną grupę stanowią te zmieniające przełożonego 3 lub 4 razy.
Na obecnym rynku pracy jest wiele różnych pokoleń pracowników aktywnych zawodowo. A każde z nich reprezentuje różne cechy i postawy. Lekcją do odrobienia dla wielu firm jest otwartość na osoby po 50-tym i 60-tym r.ż. Tej grupy nie można bagatelizować, należy jej się szacunek i zrozumienie. Przedsiębiorstwa, które postawią na dywersyfikację procesów zatrudniania mają przed sobą perspektywiczną przyszłość.
* Raport Rynek Pracy 360 ° – to najnowszy projekt Grupy Progres, który pokazuje perspektywy zarówno pracodawców, pracowników jak i bezrobotnych. W badaniu uczestniczyło w sumie 1 000 respondentów – osób aktywnych zawodowo i tych szukających zatrudnienia z całej Polski. Celem było zgłębienie zależnych od siebie obszarów jakim są rekrutacja, rozwój, a także utrzymanie pracowników (obecnych i potencjalnych). Autorom zależało także na poznaniu doświadczeń, postaw, motywacji i planów każdej ze stron – pracodawców, osób aktywnych zawodowo oraz bezrobotnych.
Partnerami badania zostały osoby, organizacje i instytucje, którym sektor rynku pracy jest bardzo bliski – Gdański Urząd Pracy, Konfederacja Lewiatan, Pomorska Specjalna Strefa Ekonomiczna, Strateg Biznesowy Anna Stachniuk oraz Stowarzyszenie Agencji Zatrudnienia.
Motywy i metody działania cyberprzestępców są zróżnicowane. Niektórzy dokładnie wiedzą kogo chcą zaatakować, jakiego rodzaju narzędzia powinni użyć oraz na jakiego rodzaju korzyści mogą liczyć. Starannie dobierają ofiary – organizacje lub użytkowników i niejednokrotnie tworzą złośliwe oprogramowanie „szyte na miarę”. Inni chcą zaatakować możliwie jak największą liczbę osób. Ich celem jest szeroka dystrybucja złośliwego oprgoramowania i splendor wśród innych cyberprzestępców. Eksperci Cisco przeanalizowali cyberincydenty, które miały miejsce w ubiegłym roku i przygotowali zestawienie technik oraz metod najczęściej wykorzystywanych przez cyberprzestępców.
Główne sposoby działania cyberprzestępców w 2019 roku to:
Ataki na DNS
Remote Access Trojans (RATs)
Ukrywanie ataków w szyfrowanym ruchu sieciowym
Media społecznościowe jako platforma do komunikacji dla cyberprzestępców
Żółw morski wypływa na szerokie wody – ataki na DNS
Jedną z najczęściej wykorzystywanych przez cyberprzestępców metod były ataki na System Nazw Domenowych (ang. Domain Name System). Za każdym razem gdy użytkownik wpisuje nazwę określonej domeny, DNS przeformatowuje go na zrozumiały dla maszyny adres IP składający się z ciągu cyfr.
Jaki może być przykładowy scenariusz ataku? Załóżmy, że pracownik przychodzi do biura i przed rozpoczęciem pracy postanawia umilić sobie poranną kawę lekturą newsów w Internecie, klikając na którąś z zakładek w przeglądarce. Nie jest świadomy, że system przekierowuje go na inną, podobnie wyglądającą stroną zawierającą złośliwe oprogramowanie, które może być wykorzystane do pozyskania loginów i haseł wpisywanych na często odwiedzanych stronach internetowych, kradzieży tożsamości i poufnych informacji czy nawet szantażu. Ataki na DNS są niezwykle trudne do wykrycia, gdyż użytkownicy mogą nawet nie zdawać sobie sprawy, że korzystają z zainfekowanej strony www. Przykładem kampanii mającej na celu ataki na DNS jest Sea Turtle. Była ona skierowana przeciwko organizacjom zarządzającym domenami najwyższego poziomu TLD (ang. top-level domains). Mimo, że zespół ekspertów ds. cyberbezpieczeństwa Cisco Talos ujawinił działanie „morskiego żółwia”, zdaniem specjalistów Cisco, w roku 2020 możemy spodziewać się kolejnych ataków.
Szczury (RATs) wykradające dane i kontrolujące komputery ofiar
RATs (ang. Remote Access Trojans) są trojanami umożliwiającymi zdalny dostęp do urządzeń. Służą cyberprzestępcom do uzyskiwania informacji i kontrolowania komputerów swoich ofiar. Oznacza to, że po zainstalowaniu złośliwego oprogramowania mogą oni m.in. pozyskać dane, w tym loginy i hasła zapisane w pamięci podręcznej, usunąć informacje z komputera, podglądać użytkownika za pomocą kamery zamontowanej w komputerze, podsłuchiwać użytkownika włączając mikrofon w komputerze, uzyskać dostęp do serwera współdzielonego, a nawet zainstalować dodatkowy malware np. keyloger, który zapisuje teksty napisane na klawiaturze komputera.
Według chińskiego horoskopu, 2020 będzie rokiem szczura. Podobnie sądzą, choć z innego powodu, specjaliści ds. cyberbezpieczeństwa Cisco. Biorąc pod uwagę aktywność cyberprzestępców w roku 2019 i przykłady trojanów takich jak Orcus RAT czy RevengeRAT możemy sądzić, że programy umożliwiające uzyskanie zdalnego dostępu do zasobów wciąż będą stanowiły poważne zagrożenie.
Szyfrowany ruch sieciowy – broń obusieczna
Pierwotnie szyfrowanie ruchu sieciowego miało uniemożliwić uzyskanie dostępu do danych osobom niepowołanym. Niestety technologia ta stała się narzędziem w rękach cyberprzestępców, którzy w ten sposób kamuflują swoje działania. Jak wynika z danych Cisco, 63% wszystkich incydentów wykrytych za pomocą Cisco Stealthwatch, systemu do analizy ruchu sieciowego, było ukrytych w ruchu szyfrowanym. Chcąc zwalczać ten proceder organizacje powinny stale monitorować szyfrowane pakiety danych przemierzające sieć, aby odkryć wzorce wskazujące na działalność cyberprzestępców. Eksperci Cisco podkreślają jednak, że dopiero wykorzystanie algorytmów uczenia maszynowego pozwoli na wykrycie bardziej złożonych złośliwych połączeń. Nie jest to łatwe zadanie, gdyż cyberprzestępcy oprócz zainfekowanych, umieszczają w ruchu sieciowym również przypadkowe pakiety danych, aby zmylić specjalistów ds. cyberbezpieczeństwa.
Media społecznościowe – targowisko dla cyberprzestępców
Działalność cyberprzestępców kojarzy się z najciemniejszymi odmętami Internetu. Nic bardziej mylnego. Osoby zajmujące się tworzeniem i dystrybucją złośliwego oprogramowania wykorzystują powszechnie dostępne portale społecznościowe, takie jak np. Facebook do wymiany informacji o wykorzystywanych technikach, sprzedaży narzędzi hakerskich czy wykradzionych danych. Brian Krebs, badacz zajmujący się cyberbezpieczeństwem, zaprezentował niedawno zestawienie 120 grup w mediach społecznościowych zrzeszających nawet 300 tys. tzw. hakerów. Mimo, że zostały one zgłoszone i usunięte przez administratorów, na ich miejsce wciąż pojawiają się nowe.
Cisco radzi jak chronić się przed powyższymi zagrożeniami
· Monitoruj rekordy DNS i blokuj złośliwe domeny. Platforma Umbrella Investigate daje całościowy obraz zależoności i zmian jakie zachodzą w domenach internetowych, numerach IP i plikach. Dzięki temu można wskazać źródła ataku, przewidywać przyszłe zagrożenia i szybko lokalizować zmiany w rekordach DNS.
· Wdróż odpowiednie rozwiązanie do ochrony punktów końcowych. Gdy coraz więcej urządzeń podłącza się do Twojej sieci, niezwykle ważne jest zrozumienie, jakie ataki mogą być na nie skierowane. Należy je proaktywnie blokować i szybko odpowiadać na wszystkie zagrożenia, które przedarły się przez system zabezpieczeń. Rozwiązanie Cisco AMP dla Punktów Końcowych blokuje złośliwe oprogramowanie już podczas pierwszego kontaktu z infrstrukturą IT, następnie lokalizuje i zapobiega rozprzestrzenianiu bardziej złożonych zagrożeń.
Wykorzystuj uwierzytelnianie wielopoziomowe. Rozwiązania MFA (ang. multi-factor authentication), takie jak Cisco Duo, pozwalają weryfikować tożsamożć użytkowników, zyskiwać wgląd w każde urządzenie, a także egzekwować zasady polityki bezpieczeństwa, aby zabezpieczyć dostęp do każdej aplikacji. Uwierzytelnianie wielopoziomowe może także uniemożliwić cyberprzestępcom logowanie do systemu, jeżeli uda im się uzyskać dane do logowania.
Monitoruj ruch sieciowy. Cisco Stealthwatch jest najbardziej kompleksowym narzędziem zapewniającym przejrzystość i analizę bezpieczeństwa ruchu sieciowego, wykorzystującym telemterię z istniejącej infrastruktury sieciowej. Stealthwatch zawiera także narzędzie Encrypted Traffic Analytics, które umożliwia lokalizowanie zagrożeń w szyfrowanym ruchu sieciowym.
· Bezpieczeństwo poczty elektronicznej. Poza podstawowymi zabezpieczeniami przed spamem, wirusami i złośliwym orpogramowaniem warto rozważyć bardziej zaawansowane rozwiązania z zakresu bezpieczeństwa poczty elektornicznej, wykorzystujące uczenie maszynowe do potwierdzania tożsamości nadawców i rozpoznawania powiązań behawioralne, aby blokować ataki phishingowe.
· Identyfikuj złośliwe zachowanie plików. Rozwiązanie Cisco Threat Grid wyszukuje zainfekowane pliki i automatycznie informuje o tym cały ekosystem produktów bezpieczeństwa Cisco. Threat Grid łączy możliwość izolacji określonych programów od reszty systemu z wiedzą z zakresu threat intelligence.
· Podejście platformowe. Całościowo blokuj nowe ataki, zapobiegaj rozpowszechnianiu naruszeń wykorzystujących różne wektory ataku i ograniczaj ich wpływ na systemy. Przykładem rozwiązania platfromowego jest Cisco Threat Response (CTR). CTR pozwala automatyzować i przyśpieszać podstawowe funkcje operacyjne: wykrywanie, prowadzenie śledztw oraz naprawianie. Stanowi główny filar zintegrowanej architektury bezpieczeństwa Cisco.
· Reakcja na incydenty. Zwiększ gotowość i usparwnij reakację na cyberataki. Zespół specjalistów Talos Incident Response pomoże Twojej organizacji przygotować się na atak, zareagować i przywrócić działenie systemów poprzez bezpośredni dostęp do wiedzy, którą dysponuje Cisco.
Można odzyskać wkład ze spółdzielni (dotyczący spółdzielczego lokatorskiego prawa do lokalu) i wykorzystać go przy kredycie. Wyjaśniamy, jak to zrobić.
Spółdzielcze lokatorskie prawo do mieszkania wzbudza mniejsze zainteresowanie niż jego własnościowy odpowiednik i pozostaje niejako w cieniu. Zapewne wynika to z faktu, że lokatorskie prawo jest mniej pożądane niż prawo własnościowe i okazuje się bardziej zbliżone do najmu. Nie można jednak lekceważyć wspomnianego prawa lokatorskiego. Wynika to z dwóch względów. Po pierwsze, spółdzielcze lokatorskie prawo do mieszkania wciąż jest stosunkowo popularne w Polsce. Po drugie, wspomniane prawo pomimo swojej niezbywalności przedstawia istotną wartość. W tym kontekście warto przypomnieć, że posiadacz lokatorskiego prawa może odzyskać wniesiony wcześniej wkład ze spółdzielni (wkład mieszkaniowy). Postanowiliśmy wyjaśnić, jak można to zrobić. W drugiej części naszego artykułu pokrótce tłumaczymy zasady odzyskiwania partycypacji z TBS-u. Tę kwotę również można wykorzystać do zaciągnięcia kredytu bankowego na własne „M”.
Po zmianach nadal można zrzec się lokatorskiego prawa
Informacji o tym, jak można odzyskać wkład ze spółdzielni, powinniśmy szukać w ustawie z dnia 15 grudnia 2000 r. (Dz.U. 2001 nr 4 poz. 27). Wspomniana ustawa o spółdzielniach mieszkaniowych informuje, że spółdzielcze lokatorskie prawo do lokalu mieszkalnego wygasa wraz z chwilą ustania członkostwa w spółdzielni. Możliwe są także inne (szczególne) przyczyny wygaśnięcia opisywanego prawa. „Przykładowo spółdzielnia może domagać się, aby sąd w trybie procesowym orzekł o wygaśnięciu spółdzielczego prawa lokatorskiego jeśli lokator zalega z opłatami eksploatacyjnymi za co najmniej 6 miesięcy, rażąco lub uporczywie wykracza przeciwko porządkowi domowemu lub utrudnia korzystanie z innych lokali albo nieruchomości wspólnej” – mówi Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.
Warto podkreślić, że znowelizowania ustawa o spółdzielniach mieszkaniowych nie przewiduje możliwości dobrowolnego zrzeczenie się członkostwa w spółdzielni oraz spółdzielczego lokatorskiego prawa do mieszkania. Sąd Okręgowy w Piotrkowie Trybunalskim niedawno wskazał jednak, że nadal możliwie jest zrzeczenie się spółdzielczego lokatorskiego prawa do mieszkania oraz członkostwa w spółdzielni mieszkaniowej (zobacz wyrok z dnia 23 stycznia 2019 r. o sygnaturze akt I C 959/18). „Oznacza to, że osoba zamierzająca pozbyć się wspomnianego prawa i odzyskać wkład ze spółdzielni, nie będzie musiała prowokować spółdzielni do wszczęcia postępowania sądowego (np. na wskutek utrzymywania zaległości w opłatach eksploatacyjnych dłuższych niż 6 miesięcy)” – wyjaśnia Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.
Spółdzielnia oddaje pieniądze wedle relacji rynkowych
Możliwość zrzeczenia się spółdzielczego lokatorskiego prawa do mieszkania jest korzystna w świetle obecnych przepisów. Wygaśnięcie wspomnianego prawa będzie bowiem skutkowało:
wypłatą wartości rynkowej lokalu pomniejszonej: o przypadającą na dany lokal część zobowiązań spółdzielni związanych z budową i nominalną kwotę umorzenia kredytu lub dotacji oraz ewentualne zaległości z tytułu opłat eksploatacyjnych i koszty określenia wartości rynkowej lokalu – wariant rozliczenia stosowany jeśli mieszkanie spółdzielcze po wygaśnięciu lokatorskiego prawa trafiło na przetarg
zwrotem wkładu mieszkaniowego zwaloryzowanego według wartości rynkowej lokalu i pomniejszonego o ewentualne zaległości z tytułu opłat eksploatacyjnych oraz koszty określenia wartości rynkowej lokalu – wariant rozliczenia stosowany jeśli mieszkanie spółdzielcze po wygaśnięciu lokatorskiego prawa nie trafiło na przetarg i znalazła się inna osoba chętna na prawo lokatorskie
„Trzeba także podkreślić, że wkład ze spółdzielni zostanie zwrócony wedle jednej z powyższych zasad pod warunkiem opróżnienia mieszkania przez osobę, która wcześniej wykorzystywała je na podstawie spółdzielczego lokatorskiego prawa” – zwraca uwagę Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.
Swoje środki będzie można odzyskać również od TBS-u
Można przypuszczać, że wiele osób zamierzających odzyskać wkład ze spółdzielni, później będzie chciało użyć tych pieniędzy do zaciągnięcia kredytu na własne „M”. Podobne zastosowanie może mieć również odzyskana partycypacja, którą wcześniej wniesiono do towarzystwa budownictwa społecznego (TBS). O zasadach działania TBS-ów pisaliśmy już wcześniej w jednym z naszych artykułów. „Warto jednak pokrótce przypomnieć, że wpłata partycypacji stanowiącej do 30% kosztów budowy „M” jest warunkiem rozpoczęcia najmu w systemie budownictwa społecznego. Pieniądze wpłacone do TBS-u można odzyskać na dwa sposoby” – tłumaczy Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.
Pierwszy wariant wynika wprost z przepisów regulujących zasady działania towarzystw budownictwa społecznego. Te przepisy mówią, że po wygaśnięciu umowy najmu TBS zwraca partycypację zwaloryzowaną o zmiany wskaźnika ceny 1 mkw. powierzchni użytkowej budynku mieszkalnego (podawane przez GUS). „Nie można również zapominać, że istnieje możliwość zbycia (cesji) prawa do najmu mieszkania w TBS-ie. Pieniądze pozyskane w ten sposób, także mogą posłużyć do sfinansowania własnego lokum” – podsumowuje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.
Wraz z podpisaniem wstępnej umowy handlowej kwestia ta schodzi na drugi plan wraz z zejściem rozmów na poziom techniczny. Optymizm, że dojdzie do sygnowania dokumentu to wyczerpane źródło apetytu na ryzyko. Pozostały cła na chińskie towary o wartości 360 mld USD oraz słabość globalnej koniunktury. Zagraża to wygenerowaniu korekty w notowaniach indeksów a na rynku walutowym zwiastuje m.in. umocnienie jena.
Bezpośrednim zapalnikiem do nerwowego startu tygodnia są informacje o tajemniczym wirusie, który w Chinach uśmiercił już kilka osób. Zainfekowany został również personel medyczny i rośnie obawa, że wirus jest bardzo zaraźliwy. Nie spodziewamy się, żeby był to temat, który na długi czas przykuje uwagę rynków, ale dostarcza on pretekstu do zapoczątkowania korekty, która zacznie żyć swoim życiem.
Nie należy spodziewać się natychmiastowego wpływu wstępnego porozumienia na kondycję światowej gospodarki. Po pierwsze, stawka celna na towary o wartości 240 mld USD nadal wynosi 15 proc. Do 7,5 proc. obniżona została taryfa jedynie na 120 mld USD. Wiemy już, że do listopadowych wyborów Stany Zjednoczone nie wycofają się z ceł. Po drugie, kilkanaście miesięcy niepewności i obaw sprawiło, że dynamika globalnego PKB jest najmizerniejsza od kryzysu finansowego. Wzrost zacznie z czasem przyśpieszać, ale załamanie w przemyśle, inwestycjach i handlu międzynarodowym nie zniknie z dnia na dzień. Po trzecie, kompleksowa umowa ma regulować między inny politykę przemysłową Chin, co oznaczać musi rezygnację z pozataryfowych instrumentów polityki handlowej ograniczających dostęp do rynku Państwa Środka. Liberalizacji miałby podlegać także cały sektor usług ze szczególnym uwzględnieniem branży nowych technologii i internetu. Hasło wolnej konkurencji pomiędzy chińskimi i amerykańskimi firmami brzmi wręcz utopijnie. Dodatkowo Pekin musiałby przystać na stworzenie mechanizmu kontroli i gwarantowania przestrzegania ustaleń. Kwestie sporne będą naprawdę liczne, wicepremier Liu zapowiedział przecież w połowie ubiegłego roku, że 20 proc. postulatów USA jest nie do zaakceptowania. Można mieć też wątpliwości, czy zapisy zawarte na 86 stronach sygnowanej w Waszyngtonie umowy będą respektowane. Temperatura negocjacji będzie zależna od wyników sondaży poparcia dla Trumpa. Jeśli będzie ono niskie nie będzie ryzykował pogorzenia nastrojów przedsiębiorców i inwestorów. W takiej sytuacji mógłby zostać otwarty drugi front: cła na europejskie auta mogą być traktowane jako panaceum na niskie poparcie w stanie Michigan, kolebce amerykańskiej motoryzacji.
Wśród rynków akcji gospodarek rozwiniętych wyróżnilibyśmy dwa szczególnie zagrożone korektą. W Azji jest to tokijski parkiet. Główny indeks nie ustanawiał nowych szczytów mimo rekordów w USA, czy Europie. Relatywna słabość grozi głębokim odreagowaniem. Tym bardziej, że na papierze wycenie japońskich spółek powinna sprzyjać słabość jena. Naszym zdaniem dobiega ona końca, Uważamy, że USD/JPY wyczerpał potencjał wzrostowy i będzie osuwać się na niższe pułapy. Katalizatorem byłoby zejście kursu pod 109,70. Drugim rynkiem jest rynek francuski Akcje notowanych w Paryżu firm są drogie zarówno na historycznym tle, jak również w porównaniu z innymi rynkami. Wskaźniki wyceny fundamentalnej skorygowane o wahania cykliczne przyjmują skrajne wartości, wyższe nawet niż dla podlegającego wieloletniej hossie rynku amerykańskiego.
Poza spadkami USD/JPY widzimy również potencjał do umiarkowanego osłabienia złotego i innych walut emerging markets. Zakładamy jednocześnie, że dolar może tracić względem euro i funta, który staje się odporny na przesądzoną już obniżkę stóp na styczniowym posiedzeniu Banku Anglii. Sceptycznie podchodzimy do perspektyw walut surowcowych, zwłaszcza dolara nowozelandzkiego.
Prezydent USA Donald Trump podpisał dokument będący „pierwszą fazą” układu handlowego między Stanami Zjednoczonymi a Republiką Ludową Chin. Na mocy uzgodnionych ustaleń Chiny zobowiązały się zwiększyć import z USA o 200 mld dolarów w porównaniu do wartości z 2017 roku. Porozumienie to z jednej strony spowodowało spadek ryzyka na rynkach finansowych, z drugiej zaś wywołało wiele spekulacji na temat jego wpływu na globalną gospodarkę.
Na koniec ubiegłego tygodnia GPW w Warszawie zanotowała wzrost. Indeks szerokiego rynku WIG zyskał na wartości 0,52%. Notowania największych spółek (tworzących index WIG20) zakończyły tydzień z nieco słabszym wzrostem – o 0,37%. Z kolei indeksy małych i średnich spółek wzmocniły się o: 2,00% dla sWIG80 oraz 0,71% dla mWIG40.
Nadchodzący tydzień będzie bogaty w dane makroekonomiczne z Polski. We wtorek (21.01.2020) poznamy dane o zatrudnieniu oraz wynagrodzeniu. Z kolei w środę (22.01.2020) poznamy dotyczące produkcji przemysłowej. W czwartek (23.01.2020) będą opublikowane dane dotyczące sprzedaży detalicznej.
Jednak najważniejszym wydarzeniem tygodnia będzie posiedzenie rady ECB pod przywództwem nowego prezesa – Christine Lagarde. W czwartek (23.01.2020) o 14:30 odbędzie się konferencja prasowa po posiedzeniu, na której poznamy więcej szczegółów dotyczących polityki monetarnej w eurolandzie. Poza tym, w piątek (24.01.2020) poznamy odczyty wskaźników PMI w europejskich gospodarkach Francji oraz Niemiec, co może mieć kluczowe znaczenie dla rynkowego sentymentu w najbliższym czasie.
Departament Zarządzania i Analiz SUPERFUND TFI S.A.
Podczas oficjalnej wizyty premiera RP w Tokio przedstawiciele japońskiego rządu zapewnili o chęci współpracy przy strategicznym polskim projekcie. Jutro rusza kolejny etap dialogu technicznego CPK z Lotniskiem Narita w Tokio w ramach procesu wyboru doradcy strategicznego.
Do licznych rozmów na temat Centralnego Portu Komunikacyjnego doszło przy okazji oficjalnej wizyty premiera RP Mateusza Morawieckiego w Japonii, w której biorą też udział przedstawiciele CPK.
– CPK jako inwestycja strategiczna cieszy się wsparciem polskiego rządu. We współpracy z Japonią liczymy na pozyskanie najnowocześniejszych technologii oraz dostęp do wiedzy z zakresu organizacji i zarządzania dużymi projektami. Polska ma do zaoferowania stronie japońskiej możliwości prowadzenia biznesu na skalę, która jest dziś nie do uzyskania w żadnym innym europejskim kraju – powiedział Marcin Horała, wiceminister infrastruktury i pełnomocnik rządu ds. CPK.
Tokijskie lotnisko Narita jest jednym z najnowocześniejszych portów przesiadkowych na świecie, które jest kandydatem do roli doradcy strategicznego CPK i z którym spółka prowadzi rozmowy w sprawie udziału w projekcie. Jutro obie strony spotkają się w Tokio w ramach drugiego etapu trwającego dialogu technicznego. Poprzedni miał miejsce w grudniu w Warszawie.
Podczas wizyty w Japonii wiceminister infrastruktury Marcin Horała i prezes CPK Mikołaj Wild spotkali się z wiceministrem transportu Japonii Naoki Fujii i prezesem spółki zarządzającej lotniskiem Narita Akihiko Tamurą. Tematem była potencjalna współpraca przy inwestycjach lotniskowych oraz wsparcie przy projektowaniu i budowie w Polsce Kolei Dużych Prędkości, które są elementem inwestycji CPK.
Wiceszef ministerstwa infrastruktury Japonii Naoki Fujii zapewnił, że jego kraj będzie współpracował z Polską w realizacji CPK.
To już kolejna w ciągu ostatnich dni inicjatywa międzynarodowa CPK. W ubiegłym tygodniu Ministerstwo Infrastruktury ogłosiło, że Komisja Europejska w ramach Programu Wspierania Reform Strukturalnych przyznała spółce CPK 3 mln zł dofinansowania na współpracę z Francją. Koleje Francuskie SNCF, do których należą m.in. pociągi TGV, będą doradzać Polsce w sprawie standardów technicznych szybkich kolei.
Inwestycje lotniskowe i kolejowe CPK są elementem rządowych dokumentów: Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju i Strategii Zrównoważonego Rozwoju Transportu do 2030 r. W kwietniu ub. roku rząd przyjął rozporządzenie, na mocy którego każdy z nowych odcinków torów, którymi pociągi dojadą do CPK i Warszawy, został włączony do wykazu linii kolejowych o znaczeniu państwowym.
W lipcu ub. roku decyzją premiera RP Mateusza Morawieckiego CPK został dofinansowany kwotą 300 mln zł. Rząd uznał CPK nie tylko za projekt strategiczny dla rozwoju Polski, ale także za inwestycję o wysokiej stopie zwrotu. Według raportu PwC z kwietnia ub. roku, polski rynek lotniczy ma jeden z największych potencjałów wzrostu w całej Europie, a budowa hubu pod Warszawą jest uzasadniona m.in. prognozami ruchu i zakładaną stopą zwrotu. Według raportu Baker McKenzie i Polityki Insight z maja ub. roku, powstanie CPK może przynieść Polsce od 4 do 7 proc. wzrostu PKB.
W związku z ostatnimi i planowanymi zmianami legislacyjnymi, przychody Jednostek Samorządów Terytorialnych znacznie zmaleją. W jakim stopniu uderzy to w gminy? Kraków oszacował, że wprowadzone zmiany będą kosztować miasto 200 mln zł, w Szczecinie zabraknie 90 mln zł, a dochody Częstochowy mogą zmniejszyć się o około 70 mln zł. Gminy próbują pokryć dziurę budżetową, m.in. zwiększając wpływy z podatku od nieruchomości.
17 lipca 2019 r. ukazał się Raport dla Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego pokazujący strukturę dochodów Jednostek Samorządów Terytorialnych. Czytamy w nim, że udział dochodów własnych spadł z 31 do 25,2 proc. w okresie od 2003 do 2018 r. Jako przyczynę można wskazać przede wszystkim
trzy kwestie:
zmiany w ustawie o podatkach i opłatach lokalnych (nowe ulgi i zwolnienia z podatku, np. zwolnienie z opodatkowania infrastruktury kolejowej) oraz niewielką waloryzację stawek maksymalnych;
kolejną fazę przekształceń prawa użytkowania wieczystego w prawo własności, co spowodowało spadek dochodów z majątku;
ulgi i zwolnienia w podatkach lokalnych, udzielane przez właściwe gminy w ramach lokalnej polityki podatkowej (głównie płatnikom, którzy nie byli w stanie ich zapłacić).
Dodatkowo, w połowie 2019 r. weszły w życie zmiany w podatku PIT (obniżenie stawki z 18 do 17 proc.), które wpłyną na pogorszenie kondycji finansowej gmin. Oprócz tego na przyszły rok zaplanowano zwiększenie wydatków na edukację (podwyżki dla nauczycieli) i ochronę zdrowia oraz wzrost cen energii elektrycznej, co przełoży się na zmniejszenie budżetów jednostek samorządowych. W konsekwencji może dojść do zahamowania planowanych inwestycji, a w skrajnych przypadkach – do redukcji zatrudnienia. W tej sytuacji gminy szukają sposobów na złagodzenie skutków mniejszych wpływów do lokalnej kasy. Jednym z rozwiązań jest zwiększenie wpływów z podatku od nieruchomości poprzez podniesienie stawek lub wyegzekwowanie niedopłat od podatników.
Nowe stawki, wyższe koszty
15 października 2019 r. ogłoszono maksymalne stawki podatku od nieruchomości. Najbardziej zauważalne zmiany, dotyczące głównych kategorii opodatkowania (budynki, budowle i grunty), kształtują się następująco:
grunty związane z prowadzeniem działalności gospodarczej – 0,95 zł od 1 m kw. (wzrost o 15,7 proc.
w porównaniu z rokiem 2019)
budynki związane z prowadzeniem działalności gospodarczej – 23,90 zł od 1 m kw. (wzrost o 8,3 proc. w porównaniu z rokiem 2019)
Załóżmy, że przedsiębiorstwo posiada następujący majątek wykorzystywany do prowadzenia działalności gospodarczej: grunty o powierzchni 200 000 m kw. oraz budynki o powierzchni 100 000 m kw. Jeśli płatnik odprowadza maksymalne stawki za podatek od nieruchomości, w 2019 r. przekazał gminie daninę w wysokości 2 533 000 zł, zaś w 2020 r. wyniesie ona 2 580 000 zł, czyli o 47 000 zł więcej. Na utrzymanie maksymalnych stawek zdecydowały się nie tylko duże aglomeracje, jak Warszawa czy Gdańsk, ale również mniejsze miasta (np. Słupsk, Terespol, Mszczonów czy Starachowice), dla których każdy ubytek w budżecie ma znaczenie. Co ciekawe, trzy najbogatsze gminy w Polsce, czyli Kleszczów, Rząśnia i Jerzmanowa, także zdecydowały o utrzymaniu najwyższych stawek.
Gminy kontrolują przedsiębiorców
Podwyższenie stawek podatku od nieruchomości nie jest jedynym sposobem na zwiększenie budżetu przez gminy. Jednostki samorządowe przeprowadzają także więcej kontroli wśród płatników. Podczas takiej weryfikacji sprawdzają przede wszystkim, czy podatnik wywiązuje się z obowiązków wynikających z przepisów ustawy o podatkach i opłatach lokalnych oraz czy poprawnie deklaruje podstawę opodatkowania. Organy podatkowe najczęściej najpierw wzywają do samodzielnego sprawdzenia składanych deklaracji. Jednak zdarza się, że przedsiębiorca otrzymuje pismo z urzędu gminy, z którego dowiaduje się o wszczęciu kontroli czy postępowania w zakresie weryfikacji poprawności rozliczeń w podatku od nieruchomości.
– Z raportu Ayming wynika, że 65 proc. firm w Polsce odprowadza podatek w niewłaściwej wysokości. Organy podatkowe głównie koncentrują się na weryfikacji ewentualnych niedopłat, więc podatnik sam musi sprawdzić, czy nie wpłaca do gminy za dużo. W przypadku zidentyfikowania niedopłaty w podatku od nieruchomości, przedsiębiorca jest zobowiązany nie tylko uregulować różnicę, ale również zostaną mu naliczone odsetki ustawowe– tłumaczy Małgorzata Pałys, Kierownik Projektu w Dziale podatków i opłat lokalnych w Ayming Polska.
Pragma Faktoring poinformowała dziś o przejęciu większościowego pakietu udziałów w fintechu Brutto.pl.
Brutto to fintech specjalizujący się we współpracy z platformami umożliwiającymi wystawianie faktur online i księgowość online polegającej na onlinowym dostarczaniu usług finansowych do Klientów platform. Spółka współpracuje m.in. z fakturownia.pl, ifirma.pl, afaktury.pl, szybkafaktura.pl, favato.pl.
PragmaGO® zapewni Brutto szeroką gamę produktów finansowych online, technologię do ich wdrożenia oraz finansowanie, co pozwoli Brutto zaoferować Klientom platform dodatkowe usługi o wysokiej jakości. Współpraca ta będzie realizowana w modelu white label, pod marką Brutto (pozyskanie i obsługa Klienta) na książki PragmaGO®. Brutto będzie też sprzedawać komplementarne usługi innych podmiotów, dostosowując ofertę do potrzeb danego Klienta.
Założyciele spółki będą wchodzić w skład jej organów: Piotr Strzelecki będzie nadal Prezesem Zarządu a Rafał Agnieszczak wejdzie w skład Rady Nadzorczej spółki.
Za 99 % udziałów w Brutto Pragma zapłaciła 1,6 mln zł. Cena może być w przyszłości podwyższona stosownie do wyników finansowych osiąganych przez Brutto oraz przez Pragma z transakcji dostarczonych przez Brutto.
„Ta transakcja jest dla nas niezwykle ciekawa. Dzięki Brutto będziemy mogli onlinowo zaoferować nasze usługi przeszło 100 tys. przedsiębiorcom korzystającym z platform współpracujących z naszym nowym fintechem. Co równie ważne, zaczynamy współpracę z Piotrem i Rafałem, których kompetencje i doświadczenie są dla nas niezwykle cennym aktywem.” – podsumowuje Tomasz Boduszek, prezes Pragma.
„Pragma jest dla nas idealnym partnerem, dzięki któremu będziemy mogli istotnie zwiększyć skalę naszej działalności. Dostęp do szerokiej gamy produktów oferowanych przez Pragmę, technologii oraz doświadczenia przybliży nas do celu, jakim jest zostanie serwisem pierwszego wyboru dla przedsiębiorców szukających finansowania jak i dla platform B2B, chcących zaoferować produkty finansowe swoim klientom.” – dodaje Piotr Strzelecki, prezes Brutto.
Osiągająca w Polsce dochody spółka maltańska chciała zaliczyć ponoszone na wynagrodzenia dyrektorskie wydatki do kosztów uzyskania przychodu. Wystąpiła do fiskusa z wnioskiem o udzielenie informacji co do prawidłowości dokonywanych przez nią w tym zakresie rozliczeń. Fiskus odmówił jednak przeprowadzenia postępowania w przedmiocie wydania interpretacji, powołując się na klauzulę obejścia prawa podatkowego. Spółka zaskarżyła takie rozstrzygnięcie organu, a sąd przychylił się do jej skargi. Wskazał, że rozstrzygnięcie organu nie spełnia wymogów prawa i brak w nim wykazania nawet uzasadnionego przypuszczenia, że opisane przez spółkę zdarzenie może podlegać klauzuli przeciw unikaniu opodatkowania (wyrok WSA w Warszawie z 9 listopada 2019 r., sygn. akt III SA/Wa 838/18).
„Czynność dokonana przede wszystkim w celu osiągnięcia korzyści podatkowej, sprzecznej w danych okolicznościach z przedmiotem i celem przepisu ustawy podatkowej, nie skutkuje osiągnięciem korzyści podatkowej, jeżeli sposób działania był sztuczny” – to zawarta w art. 119a § 1 Ordynacji podatkowej (Dz.U. 2019 poz. 900, dalej: O.p.) treść klauzuli obejścia prawa, zwanej również klauzulą przeciw unikaniu opodatkowania. To właśnie na nią powołują się organy podatkowe, odmawiając zgodności z prawem podejmowanych przez podatników działań, zwłaszcza gdy ci ostatni przy prowadzeniu swojej działalności gospodarczej wykorzystują zagraniczne struktury organizacyjne.
Zgodnie z art. 3 ust. 2 ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych (Dz.U. 1992 nr 21 poz. 86, ze zm.) przedsiębiorcy niemający w Polsce siedziby lub zarządu podlegają obowiązkowi podatkowemu tylko od dochodów, które osiągają na jej terytorium. Umowa między rządem Rzeczypospolitej Polskiej a rządem Malty w sprawie unikania podwójnego opodatkowania i zapobiegania uchylaniu się od opodatkowania w zakresie podatków od dochodu, sporządzona w La Valetta dnia 7 stycznia 1994 r. (Dz.U. z 1995 r. nr 49, poz. 256, ze zm.), w art. 16 stanowi, że wynagrodzenie dyrektora mającego miejsce zamieszkania w Polsce, zasiadającego w organie spółki mającej siedzibę na Malcie, może być opodatkowane na Malcie. W art. 23 ust. 1 lit. a) precyzuje zaś, że „…jeżeli osoba mająca miejsce zamieszkania lub siedzibę w Polsce osiąga dochód, który zgodnie z postanowieniami niniejszej Umowy może być opodatkowany na Malcie, Polska zwolni taki dochód z opodatkowania”.
Zakład spółki maltańskiej w Polsce
25 listopada 2019 r. Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej po ponownym rozpoznaniu zażalenia w związku z wyrokiem Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie z 9 listopada 2018 r. (sygn. akt III SA/Wa 838/18) uchylił postanowienie z 25 października 2017 r. o odmowie wydania interpretacji przepisów prawa podatkowego dotyczącej podatku dochodowego od osób prawnych w zakresie przypisania wynagrodzeń dyrektorów maltańskiej spółki do kosztów uzyskania przychodów tej spółki.
Jak wynika z wyroku sądu, „spółka maltańska będąca rezydentem podatkowym Malty występuje w charakterze komplementariusza w spółce komandytowej prawa polskiego i uzyskuje dochód z tytułu uczestnictwa w polskiej spółce komandytowej na podstawie umowy tej spółki. Z racji uzyskiwania dochodów w Polsce objęta jest ograniczonym obowiązkiem podatkowym na jej terytorium. Polska spółka komandytowa prowadzi rzeczywistą działalność gospodarczą na terenie RP. Spółka maltańska, która nie wykonuje żadnej innej działalności na Malcie, będzie zatrudniać dyrektorów na terytorium Polski”.
Wynagrodzenie dyrektorskie w kosztach uzyskania przychodu
Spółka maltańska w sierpniu 2017 r. wystąpiła do organu podatkowego z wnioskiem o wydanie interpretacji indywidualnej i potwierdzenie, że wydatki ponoszone na wynagrodzenia dyrektorów będzie mogła w całości przypisać do kosztów uzyskania przychodów swojego zakładu. Jak argumentowała, zezwala na to umowa w sprawie unikania podwójnego opodatkowania zawarta między Polską i Maltą. Jak stanowi m.in. art. 7 ust. 3 tej umowy: „Przy ustalaniu zysków zakładu dopuszcza się odliczenie nakładów ponoszonych dla tego zakładu (włącznie z kosztami zarządzania i ogólnymi kosztami administracyjnymi) i które podlegałyby odliczeniu, gdyby zakład, który poniósł wydatki, był niezależną jednostką, niezależnie od tego, czy koszty powstały w tym Państwie, w którym położony jest zakład, czy gdzie indziej” (Dz.U. 1995 nr 49 poz. 256). Również mocą samych przepisów ustawy o CIT do kosztów uzyskania przychodów należy zaliczyć koszty pośrednie, związane z zarządzaniem spółką, takie jak wynagrodzenia jej dyrektorów.
Przypuszczenia organu
Organ tłumaczył, że nie mógł rozpoznać wniosku, albowiem przedstawione w nim czynności odpowiadają zagadnieniu stanowiącemu przedmiot opinii wydanej przez Szefa KAS i przypuszczalnie spełniają ustawowe kryteria unikania opodatkowania. Organ po usunięciu danych identyfikacyjnych podmiotu, w sprawie którego Szef KAS wydał opinię, dołączył ją do akt sprawy. Postanowienie o odmowie wszczęcia postępowania ws. wniosku o wydanie interpretacji organ uzasadnił więc powzięciem przypuszczenia, że wskazane w nim elementy zdarzenia przyszłego mogą być przedmiotem decyzji wydanej z zastosowaniem art. 119a Ordynacji podatkowej.
Organ zastosował klauzulę, choć nie uzasadnił dlaczego
Pismem z 9 listopada 2017 r. spółka wniosła zażalenie na postanowienie Dyrektora KIS o odmowie wydania interpretacji. Organ odwoławczy – Dyrektor Izby Skarbowej w Warszawie w imieniu Ministra Finansów w styczniu 2018 r. utrzymał w mocy to postanowienie. Miesiąc później reprezentujący spółkę radca prawny Robert Nogacki, właściciel Kancelarii Prawnej Skarbiec, wniósł skargę do WSA w Warszawie. Jak się okazało, skuteczną, bo 9 listopada 2018 r. sąd uchylił zaskarżone postanowienia organów obu instancji.
Jak orzekł sąd, uzasadnienie odmowy wydania interpretacji nie wskazuje istnienia uzasadnionego przypuszczenia, że opisane przez spółkę działania mogą stanowić przesłankę do uruchomienia klauzuli unikania opodatkowania, a zatem stanowią próbę obejścia prawa podatkowego, tj. zostały dokonane w sposób sztuczny w celu osiągnięcia korzyści podatkowej, sprzecznej z celem i przedmiotem przepisu ustawy podatkowej.
„Skarga zasługuje na uwzględnienie. Uzasadnienie zaskarżonego postanowienia jest ogólnikowe i przez to nie spełnia wymogów prawa. Organ nie wykazał w nim istnienia uzasadnionego przypuszczenia, że opisane we wniosku zdarzenie przyszłe może być przedmiotem decyzji wydanej z zastosowaniem art. 119a O.p. (…) W niniejszej sprawie organ, uzasadniając postanowienie, nie odnosi się, nawet w minimalnym stopniu, do opisanego we wniosku o wydanie interpretacji zdarzenia przyszłego” (wyrok WSA w Warszawie z 9 listopada 2018 r., sygn. akt III SA/Wa 838/18).
Przedsiębiorcy korzystają i mogą korzystać z zagranicznych spółek
Fiskus wykorzystuje nadaną mu prawem klauzulę przeciw unikaniu opodatkowania przeciw przedsiębiorcom, którzy dla zabezpieczenia i zapewnienia ochrony majątku swojego i firmy, w sposób przemyślany korzystają z innych regulacji tego samego prawa. Co więcej, w braku argumentów odsuwają w czasie, najdłużej jak to możliwe, wydanie korzystnego dla podatnika rozstrzygnięcia.
W obliczu wyroku sądu Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej uchylił zaskarżone postanowienie i zobowiązał się, że wniosek o wydanie interpretacji indywidualnej z 11 sierpnia 2017 r. zostanie rozpatrzony niezwłocznie. Uchylił je 25 listopada 2019 r., a więc 2 lata i 3 miesiące po złożeniu wniosku przez spółkę i aż rok po wydaniu wyroku przez WSA. Nie zmieni to jednak faktu, że tak jak zagraniczni przedsiębiorcy mogą prowadzić na terytorium Polski legalną działalność z wykorzystaniem położonych na tym terytorium zakładów, tak i polskie spółki mogą rozszerzać swoją działalność o zagraniczne struktury.
Zalety maltańskich spółek
Zgodnie z polsko-maltańską umową o unikaniu podwójnego opodatkowania dochód polskiego rezydenta podatkowego pełniącego funkcję dyrektora zarządzającego w spółce maltańskiej jest zwolniony z opodatkowania w Polsce. Z kolei na Malcie wynagrodzenie to, przy spełnieniu określonych warunków, również jest zwolnione z opodatkowania. Tym sposobem wynagrodzenie polskiego dyrektora zarządzającego maltańską spółką posiadającą zakład w Polsce nie podlega opodatkowaniu ani na Malcie, ani w Polsce.
Co więcej, minimalne ciężary podatkowe ponosi sama spółka. Bo mimo iż podlega wyższym zobowiązaniom podatkowym z tytułu opodatkowania dochodów uzyskiwanych przez swój zakład w Polsce, kompensuje to właśnie zaliczeniem wypłat pensji dyrektorskich do kosztów uzyskania przychodu.
Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.
Złoto, ropa naftowa czy pallad to surowce, które mocno zdrożały w 2019 roku. Zdaniem Doroty Sierakowskiej, analityczki surowcowej w DM BOŚ, wciąż mają potencjał wzrostu. Ich notowania będą zależeć od popytu i podaży, ale też polityki i skali spodziewanego globalnego spowolnienia gospodarczego. Inwestorzy uważnie śledzą również rynek towarów rolnych, bo mimo dużej dynamiki niektóre surowce dają zarobić doświadczonym graczom.
– 2020 rok może być ciekawym okresem na rynku surowcowym, przede wszystkim dlatego, że spora część inwestorów wciąż uznaje tę grupę aktywów za niedowartościowaną, zwłaszcza w stosunku do wieloletniego trendu wzrostowego na rynkach akcji, np. w Stanach Zjednoczonych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dorota Sierakowska, analityk surowcowy Domu Maklerskiego BOŚ. – W centrum uwagi z pewnością pozostaną najpopularniejsze surowce, wśród nich ropa naftowa. Inwestorzy na pewno będą śledzić sytuację na Bliskim Wschodzie pod kątem politycznym, ale również działania OPEC. Najprawdopodobniej jakieś zmiany w porozumieniu naftowym nastąpią w 2020 roku.
W ciągu ostatnich 12 miesięcy europejska ropa brent podrożała o ok. 4 proc., a teksańska WTI – o ok. 10 proc. W ciągu roku zdarzały się jednak duże wahania notowań. Początek roku przyniósł niewielkie spadki, jednak ogólny trend sprzyja wzrostowi cen czarnego złota, bo co najmniej do marca trwa porozumienie OPEC i kilkunastu producentów spoza kartelu, z których najważniejszym jest Rosja. Nie brakuje jednak głosów, że 2020 rok może zakończyć ten układ. Zasygnalizował to nawet minister energii Rosji Aleksander Novak, zapowiadając, że jego kraj rozważa wycofanie się z porozumienia.
Z kolei od początku grudnia 2019 roku drożeje miedź, która wcześniej miała nie najlepszą passę. Ten surowiec również będzie w centrum uwagi inwestorów, podobnie jak metale szlachetne.
– Inwestorzy obawiają się spowolnienia gospodarczego na świecie i tego, jak może ono wpłynąć na notowania metali przemysłowych – zwraca uwagę Dorota Sierakowska. – Złoto w ostatnich miesiącach definitywnie było gwiazdą na globalnych rynkach surowcowych. W tym roku notowania mogą kontynuować wzrosty i to może być jeden z najmocniej zyskujących surowców. Notowania srebra na ogół podążają za złotem. Notowania platyny w ostatnich latach radziły sobie słabo w porównaniu do złota i srebra, ale istnieją pewne fundamentalne przesłanki za ich wzrostami. Z kolei ceny palladu radzą sobie zdecydowanie najlepiej na tle innych metali szlachetnych w ciągu ostatnich kilku lat.
Złoto zdecydowanie zaczęło iść w górę na przełomie maja i czerwca 2019 roku i zdrożało o ponad 20 proc. Także początek nowego roku nie przynosi jego spadków. Za uncję kruszcu trzeba płacić ponad 1550 dolarów, najwięcej od siedmiu lat. Srebro zaliczyło trend wzrostowy – podobnie jak złoto – w końcówce pierwszej połowy roku 2019, jednak zatrzymało się na poziomach z 2017 roku. Platyna także jest najdroższa od dwóch lat. Z kolei ceny palladu pną się w górę nieprzerwanie od początku 2016 roku – metal ten jest cztery i pół razy droższy niż cztery lata temu.
Bardziej kapryśnie kształtują się ceny surowców rolnych, uzależnionych od mocno nieprzewidywalnych warunków pogodowych.
– W 2020 roku sytuacja na rynku towarów rolnych prawdopodobnie pozostanie zróżnicowana, niektóre z nich mają szansę na zwyżki, inne raczej pozostaną pod presją podaży. Dużo zależy od fundamentów, ale również od polityki. Dla przykładu notowania soi prawdopodobnie będą ściśle uzależnione od tego, co się będzie działo na linii Stany Zjednoczone – Chiny – tłumaczy analityczka DM BOŚ. – W ostatnich latach bardzo często pojawiały się informacje o suszach albo wręcz przeciwnie – o bardzo dużej produkcji w niektórych częściach świata, co mocno przekładało się na ceny, niekoniecznie w ujęciu całorocznym. Bardzo często są to nerwowe ruchy, trwające kilka tygodni czy miesięcy, a więc inwestorzy powinni się na nie przygotować.
Podobnym mechanizmom podlegają surowce rolne poza zbożami, takie jak kawa, cukier, kakao czy bawełna. Notowania bawełny mają potencjał wzrostowy, pod warunkiem że Chiny i Stany Zjednoczone będą kontynuować kompromis handlowy. Na rynkach kawy, cukru czy kakao analitycy spodziewają się wysokiej produkcji w 2020 roku, co może ograniczać ich potencjał wzrostowy, choć warto pamiętać, że właśnie te surowce potrafią w ciągu kilku tygodni czy paru miesięcy wypracować bardzo spektakularne ruchy cenowe. Jednak by umieć na tym zarobić, potrzebne jest doświadczenie i uważne śledzenie zmian na rynku.
– Na rynkach surowcowych panuje duża zmienność, co przyciąga wielu inwestorów, dlatego że jest to szansą na duże zyski. Jest to też kluczowy czynnik ryzyka, więc na pewno na tych rynkach warto inwestować, ale raczej niewielką część kapitału i stopniowo zwiększać to zaangażowanie. Plusem dla wielu inwestorów jest to, że w ostatnich latach na rynkach surowców rozwinęło się bardzo wiele różnych form inwestowania, krótko-, jak i długoterminowych. To, jakie stopy zwrotu są wypracowywane, wynika w dużej mierze z tego, na jaki zdecydujemy się instrument finansowy – wskazuje Dorota Sierakowska.
Po siedmioletnim okresie przejściowym zakończył się specjalny program wsparcia dla polskich firm, który miał za zadanie ułatwić im budowanie kompetencji w sektorze kosmicznym. Tym samym Polska weszła w etap dojrzałego członkostwa w Europejskiej Agencji Kosmicznej, a krajowe przedsiębiorstwa będą teraz mierzyć się w otwartych przetargach z zagraniczną konkurencją. Jak podkreśla dr Aleksandra Bukała z Polskiej Agencji Kosmicznej, zainteresowanie tą branżą jest duże i rośnie. Siłą polskiego sektora kosmicznego jest to, że tworzą go głównie podmioty MŚP, które cechują się dużą kreatywnością i elastycznością. Z kolei brak doświadczenia, zaplecza i kapitału to obszary, które wciąż wymagają nadgonienia w stosunku do innych państw.
– Sektor kosmiczny w Polsce rozwija się coraz lepiej, a polskie firmy wykazują duże zainteresowanie udziałem w programach kosmicznych. Pomaga nam też koniunktura światowa, ponieważ sektor kosmiczny na świecie gwałtownie rośnie i zmienia się z branży sterowanej przez wydatki rządowe lub międzyrządowe, jak w przypadku Europy, w kierunku bardziej komercyjnym. Tę szansę zauważyły polskie firmy, które starają się aktywnie w tym wyścigu uczestniczyć – mówi agencji Newseria Biznes dr Aleksandra Bukała, dyrektor Departamentu Strategii i Współpracy Międzynarodowej w Polskiej Agencji Kosmicznej.
Jak podkreśla, polski sektor kosmiczny jest teraz w specyficznym momencie, ponieważ z końcem roku zakończył się specjalny program Polish Industry Incentive Scheme (PLIIS). Miał on za zadanie ułatwić polskim firmom budowanie kompetencji w sektorze kosmicznym i dostosować ich możliwości do udziału w projektach i programach Europejskiej Agencji Kosmicznej. W ramach PLIIS 45 proc. obowiązkowej składki Polski do ESA (ok. 8 mln euro rocznie) było dotąd przeznaczane wyłącznie na kontrakty dla krajowych firm i instytutów naukowo-badawczych. Z podobnego mechanizmu wsparcia stosowanego w początkowym okresie członkostwa w ESA skorzystały też m.in. Czechy, Rumunia, Węgry czy Estonia.
– Ten program kończy się po siedmiu latach naszego członkostwa w Europejskiej Agencji Kosmicznej. Teraz nasze firmy będą musiały zmierzyć się w otwartych przetargach z partnerami z zagranicy – mówi dr Aleksandra Bukała. – Polski rząd przez ostatnie lata pracował nad mapą drogową, która miała przygotować na to polskie firmy. Jednak na pewno 2020 rok będzie dla nich wyzwaniem w obszarze instytucjonalnym. Wszyscy jesteśmy ciekawi, co się wydarzy w obszarze komercyjnym, tzw. New Space, ponieważ ten sektor jest niesłychanie prężny, ale też dosyć zaskakujący.
Szybki rozwój krajowego sektora kosmicznego rozpoczął się wraz z przystąpieniem Polski do ESA w 2012 roku. Od tego czasu polskie przedsiębiorstwa i instytuty naukowo-badawcze zrealizowały lub realizują dla europejskiej agencji około 330 kontraktów o łącznej wartości przekraczającej 100 mln euro. Biorą udział w prestiżowych misjach kosmicznych ESA, jak: Rosetta (na kometę 67P/Czuriumow-Gierasimienko), Cassini-Huygens (na Tytana, księżyc Saturna), ExoMars2016 czy JUICE – do księżyców Jowisza. Szybki rozwój branży odzwierciedla też rosnąca liczba podmiotów zarejestrowanych na EMITS – portalu przetargowym ESA.
– Mamy ogromne zainteresowanie sektorem kosmicznym ze strony polskich firm. Świadczy o tym ponad 300 zgłoszeń na portalu przetargowym Europejskiej Agencji Kosmicznej. Oceniamy, że realnie w branży działa w tej chwili około 20 podmiotów, które z sukcesem nie tylko aplikowały o projekty kosmiczne, ale i od kilku lat skutecznie je realizują – mówi dr Aleksandra Bukała.
Według danych Polskiej Agencji Kosmicznej w krajowej branży kosmicznej działa obecnie w sumie około 50 podmiotów – w większości z sektora MŚP – których działalność koncentruje się na obszarze technologii satelitarnych i kosmicznych. Dla kolejnych ok. 100 podmiotów projekty z tego obszaru stanowią tylko fragment prowadzonej aktywności. W Polsce dynamicznie rozwijają się kosmiczne specjalizacje, takie jak robotyka, optoelektronika, systemy mikrosatelitarne i integracja małych satelitów czy rakiety suborbitalne.
– Polski sektor kosmiczny jest specyficzny i trochę różni się od innych krajów, które od dziesięcioleci rozwijają się w tej branży. W nich sektor kosmiczny jest zdominowany przez wielkie firmy, które budowały swoją pozycję przez dziesięciolecia. Nasz tworzą głównie małe i średnie przedsiębiorstwa, w tym bardzo wiele start-upów – mówi dr Aleksandra Bukała. – Polskie firmy wyróżniają się kreatywnością i dynamiką, ponieważ mniejsze podmioty są dużo bardziej elastyczne w reagowaniu na zmiany rynkowe. W tym upatrujemy siły naszego sektora, oczywiście przy wielu słabościach – braku doświadczenia, zaplecza i kapitału, ale mam nadzieję, że to wszystko powoli zbudujemy.
W końcówce listopada ub.r. państwa członkowskie ESA uchwaliły budżet i zadecydowały, jakie programy kosmiczne realizowane przez tę agencję będą objęte wsparciem w nadchodzących latach. ESA realizuje dwa rodzaje programów: obowiązkowy program naukowy (w którym uczestniczą wszystkie kraje) oraz dobrowolne programy opcjonalne (finansowane przez państwa, które biorą w nich udział).
Na programy opcjonalne Polska przeznaczyła łączną kwotę 39 mln euro, angażując się w siedem projektów (European Exploration Envelope Programme – E3P, Space Safety Programme, Earth Observation, Programme of Advanced Research in Telecommunication Systems – ARTES 4.0, Navigation – NAVISP, General Support Technology Programme – GSTP oraz PRODEX).
Według danych przytaczanych przez POLSA obecnie w podbój kosmosu inwestuje blisko 50 państw, z których dziewięć dysponuje na ten cel kwotą przekraczającą 1 mld dol., a prawie 20 z nich – ok. 100 mln dol. rocznie. Swoje satelity posiada obecnie 80 państw. W Europie rynek usług kosmicznych zanotował w 2017 roku sprzedaż o wartości 8,76 mld euro (wzrastając o 6,2 proc.), a zatrudnienie zwiększyło się o 3,2 proc.
Co istotne, sektor kosmiczny ma duże przełożenie na rozwój i innowacyjność innych gałęzi gospodarki. Na technologiach kosmicznych opiera się m.in. telekomunikacja i nawigacja, a dzięki systemom satelitarnym funkcjonuje m.in. internet, telefonia komórkowa, systemy bankowe, sieci kablowe i telewizyjne platformy cyfrowe. Nowoczesne rozwiązania opracowane na potrzeby misji kosmicznych znajdują również zastosowanie w wielu dziedzinach przemysłu, związanych np. z lotnictwem, obronnością czy motoryzacją.
– Sektor kosmiczny to dwa główne obszary: upstream – związany z budową infrastruktury na orbicie i w przestrzeni międzyplanetarnej, oraz downstream, który jest znacznie większy i wiąże się z wykorzystaniem danych spływających do nas z kosmosu. Firmy spoza branży, które mogłyby spróbować swoich sił w sektorze upstream, to m.in. branża lotnicza i zbrojeniowa, bo tu występuje największa synergia. Obie te branże wymagają podobnego podejścia do projektowania, duży nacisk jest położony na jakość, dokumentację, właściwe śledzenie etapów projektu i dużą dokładność wykonania komponentów. Branża upstream może też korzystać z doświadczenia sektora motoryzacyjnego, który również podlega bardzo wyśrubowanym reżimom jakościowym. Z kolei obszar downstream to głównie firmy informatyczne i te, które umieją sobie radzić z przetwarzaniem dużych ilości danych – mówi dyrektor Departamentu Strategii i Współpracy Międzynarodowej w Polskiej Agencji Kosmicznej.