W Polsce jest zbyt mało stacji do tankowania pojazdów LNG. To hamuje rozwój rynku tego paliwa

Udział LNG w transporcie morskim i drogowym będzie rósł. – To paliwo przyszłości: ekologiczne, bardziej ekonomiczne, cichsze i jednocześnie szeroko dostępne – ocenia Marcin Płocharski z Polskiej Platformy LNG. Skroplony gaz ziemny sprawdzi się w transporcie drogowym pod warunkiem rozwoju odpowiedniej infrastruktury. W Polsce działają zaledwie cztery punkty ładowania, a pojazdów napędzanych LNG jest nieco ponad pół tysiąca. Na podobną barierę napotyka wykorzystanie LNG jako paliwa w transporcie morskim.

 Udział LNG w transporcie morskim i drogowym będzie rósł. Przede wszystkim jest to paliwo bardziej ekologiczne i ekonomiczne, ale także szeroko dostępne. Może w dużym stopniu zastąpić diesla, dlatego że w Europie mamy kilkadziesiąt terminali LNG, skąd możemy sprowadzać paliwo i dostarczać je dla pojazdów ciężarowych. W przypadku innych alternatywnych źródeł zasilania tej infrastruktury nie ma – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marcin Płocharski z Polskiej Platformy LNG.

Skroplony gaz ziemny jest nazywany paliwem przyszłości. Przede wszystkim ze względu na walory ekologiczne – pojazdy gazowe emitują o 99 proc. mniej cząstek stałych (PM) i 90 proc. mniej dwutlenku azotu (NO2). Do tego niskie ceny gazu ziemnego na europejskich giełdach i zerowa stawka podatku akcyzowego powodują, że pojazdy zasilane LNG mogą być atrakcyjną alternatywą dla diesla. W Polsce udział skroplonego gazu w transporcie jest jeszcze stosunkowo niewielki, jednak stopniowo rośnie.

Na rynek transportowy i drogowy wpływ mają trzy sprawy: przede wszystkim cena gazu, dostępność pojazdów i dostępność infrastruktury. W  kwestii ceny mamy już pierwszych graczy na rynku, którzy oferują bardzo konkurencyjne ceny w stosunku do diesla – wskazuje Marcin Płocharski.

Z opracowania DUON wynika, że obecnie w Polsce zarejestrowanych jest 520 pojazdów ciężarowych zasilanych LNG. W 2020 roku może być ich już tysiąc. Rozwój tego segmentu jest możliwy m.in. dzięki coraz większej dostępności LNG za sprawą terminalu w Świnoujściu. Jak podaje Instytut Studiów Energetycznych w analizie na cire.pl, w 2019 roku PGNiG odebrał w terminalu w Świnoujściu 31 transporty o łącznym wolumenie około 2,5 mln ton skroplonego gazu ziemnego. DUON prognozuje, że w 2020 roku konsumpcja LNG do napędu w Polsce może zbliżyć się do poziomu 25 tys. ton. Problemem jednak jest niewielka liczba stacji tankowania.

 Na razie mamy cztery stacje ładowania w Polsce. To kropla w morzu w porównaniu do standardowego diesla – ocenia ekspert Polskiej Platformy LNG.

Według Krajowych ram polityki rozwoju infrastruktury paliw alternatywnych do 2025 roku ma powstać 14 stacji rozlokowanych wzdłuż sieci TEN-T (Transeuropejskiej Sieci Transportowej).

 W przyszłym roku na pewno powstanie w Polsce kilka lub kilkanaście dodatkowych stacji tankowania LNG w Polsce. To będzie miało decydujący wpływ na decyzje zakupowe firm transportowych – wskazuje Marcin Płocharski.

LNG zyskuje też na znaczeniu w transporcie morskim, w dużej mierze ze względu na tzw. dyrektywę siarkową, zgodnie z którą Komisja Europejska chce do 2050 roku całkowicie wyeliminować emisje pochodzące z transportu morskiego. Już teraz na świecie w budowie jest ok. 100 statków na LNG. W Polsce rynek ten dopiero raczkuje. W marcu ubiegłego roku odbyły się pierwsze w portach w Gdańsku i Gdyni komercyjne bunkrowania statków morskich skroplonym gazem ziemnym LNG.

– W przypadku transportu morskiego trudno oszacować, jak szybko powstaną punkty bunkrowania. Wiemy natomiast, że Polskie LNG rozważa już kwestię wejścia w bunkrowanie LNG na morzu czy tankowanie statków w formule ship-to-ship. Miejmy nadzieję, że ich plany do 2022 roku wejdą w życie – mówi Marcin Płocharski.

Cyberataki wśród najpoważniejszych zagrożeń dla biznesu. Ściganie hakerów wciąż pozostaje dużym wyzwaniem

Prawie 40 proc. firm uznaje incydenty cybernetyczne za najważniejsze ryzyko biznesowe na świecie – wynika z Barometru Ryzyk Allianz 2020. Globalnie zajmują one pierwsze miejsce, a w Polsce trzecie wśród największych zagrożeń dla przedsiębiorców. Chociaż walka z hakerami jest coraz bardziej zacięta, to wciąż pozostaje dużym wyzwaniem. Ostatnie lata były bardzo aktywne pod względem tworzenia nowych regulacji, zarówno na forum unijnym, jak i krajowym. Jak podkreśla prezes ISSA Polska Tomasz Wodziński, w polskim systemie wciąż brakuje jednak edukacji, która przyczyniłaby się do większej świadomości zagrożeń wśród internautów, a z drugiej – regulacji poprawiających ściganie cyberprzestępstw.

Potrzebujemy dużego wzmocnienia w obszarze cyber w życiu społecznym, uruchomienia programów uświadamiających obywateli, w jakim stopniu powinni czuć się zagrożeni. Podczas korzystania na co dzień z internetu, portali aukcyjnych czy sklepów internetowych często dotykają ich różnego rodzaju cyberzagrożenia. Dziś w zasadzie nie otrzymują żadnego wsparcia ze strony państwa. Być może dobrym pomysłem byłoby przerzucenie na sklepy i dostawców usług internetowych obowiązku edukowania swoich użytkowników w obszarze cyber – mówi agencji Newseria Biznes Tomasz Wodziński, prezes zarządu ISSA Polska.

Jak podkreśla, w ostatnich latach w systemie prawnym zaszło wiele zmian dotyczących cyberbezpieczeństwa. W 2018 roku zaczęła obowiązywać ustawa wdrażająca RODO. W życie weszła również ustawa o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa – pierwszy w Polsce akt prawny dotyczący tego obszaru, wdrażający do polskiego prawa dyrektywę NIS. Stworzyła ona ramy dla całego krajowego ekosystemu cyberbezpieczeństwa i objęła m.in. sektor telekomunikacyjny, finansowy i administrację publiczną, na które zostały nałożone nowe obowiązki raportowania do CSIRT-ów incydentów naruszenia bezpieczeństwa w ciągu 24 godzin.

Trwają natomiast prace nad implementacją Cybersecurity Act – drugiej po dyrektywie NIS regulacji prawnej w zakresie cyberbezpieczeństwa na poziomie europejskim. Jej cel to budowa silnego systemu cyberbezpieczeństwa i wzmocnienie jednolitego rynku cyfrowego. Cybersecurity Act składa się z dwóch części: z jednej strony wzmacnia rolę Europejskiej Agencji ds. Bezpieczeństwa Sieci i Informacji (ENISA), z drugiej – tworzy ramy wspólnego europejskiego systemu certyfikacji cyberbezpieczeństwa dla produktów i usług ICT. Rozporządzenie weszło w życie w czerwcu 2019 roku, a Polska ma czas na jego implementację do 2021 roku.

Ministerstwo Cyfryzacji realizuje szereg działań, które mają zaimplementować tzw. Cybersecurity Act. Jednak dotyczy to głównie infrastruktury państwa, nie dotyka w żaden sposób obywateli. Ten akt ma za zadanie głównie wesprzeć działania kontrolne i koordynację w ramach państw Unii Europejskiej – mówi Tomasz Wodziński.

Prezes ISSA Polska podkreśla, że w polskim systemie wciąż brakuje z jednej strony działań edukacyjnych, które przyczyniłyby się do większej świadomości zagrożeń, a z drugiej – regulacji wzmacniających bezpieczeństwo konsumentów i poprawiających możliwości wykrywania cyberprzestępstw.

Policji, prokuraturze i sądom trudno jest dziś ścigać przestępców cyfrowych. Tutaj prawodawstwo powinno w jakiś sposób pomóc. Potrzebna jest też edukacja sądów, prokuratorów, policji, która pomogłaby im lepiej zrozumieć zagrożenia niesione przez cyberprzestrzeń – mówi prezes zarządu ISSA Polska.

Z raportu CERT Polska „Krajobraz bezpieczeństwa polskiego internetu” wynika, że skala cyberzagrożeń rośnie. W 2018 roku CERT wykrył 3739 incydentów naruszenia bezpieczeństwa, co stanowiło wzrost aż o 17,5 proc. r/r, a trzy czwarte z nich dotyczyło osób fizycznych lub podmiotów prywatnych. Trzy najczęściej występujące typy incydentów to phishing, dystrybucja złośliwego oprogramowania i spam, ale CERT odnotował też prawie trzykrotny wzrost incydentów związanych z fałszywymi sklepami internetowymi. Podszywanie się pod pośredników płatności było w 2018 roku najpopularniejszym atakiem na użytkowników bankowości elektronicznej, który powodował znaczące straty finansowe.

Ściganie cyberprzestępstw jest trudne, gdyż mechanizmy stosowane przez hakerów i przestępców są coraz bardziej skomplikowane, a policja dysponuje ograniczonymi zasobami. Na dodatek w wielu przypadkach prawo wciąż nie nadąża za coraz bardziej skomplikowanymi technikami.

Ustawowo trudno jest nałożyć jakieś wymogi na obywateli. W tej chwili Kodeks karny definiuje przestępstwa cyfrowe i odpowiedzialność atakujących, natomiast policja nie jest w stanie ich ścigać. Być może nowelizacja Prawa telekomunikacyjnego pozwoliłaby w większym stopniu wesprzeć organy rządowe w uzyskiwaniu informacji, ale często większym problemem są np. banki zasłaniające się informacją bankową, które utrudniają prokuraturze i policji szybkie dotarcie do przestępców działających zza adresów IP – mówi Tomasz Wodziński.

W Komendzie Głównej Policji działa Biuro do Walki z Cyberprzestępczością, a liczba koordynowanych przez nie spraw z roku na rok rośnie. W 2017 roku biuro koordynowało 1,6 tys. spraw, natomiast rok później było ich już blisko 2,2 tys. W 2018 roku policjanci biura ustalili 749 podejrzanych, a areszty zastosowano wobec 148.

1,3 mln gospodarstw domowych w Polsce jest dotkniętych ubóstwem energetycznym. Brakuje rozwiązań dla tego problemu

Niskie dochody, wysokie koszty energii i niedostateczna efektywność energetyczna budynków to główne przyczyny ubóstwa energetycznego. W Polsce boryka się z tym problemem ok. 10 proc. gospodarstw domowych, czyli 3,35 mln osób. Największe ryzyko związane z zapewnieniem ciepła dotyczy rodzin zamieszkujących domy jednorodzinne na wsi. – Liczymy, że Europejski Zielony Ład da impuls polskim władzom, aby zajęły się tym tematem – zakładają analitycy Forum Energii.

Ubóstwo energetyczne występuje wtedy, gdy koszty związane z ogrzewaniem oraz energią elektryczną mają bardzo duży udział we wszystkich kosztach ponoszonych przez gospodarstwa domowe i są bardzo wysokie w stosunku do uzyskiwanych dochodów – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Joanna Maćkowiak-Pandera, prezes zarządu Forum Energii.

Z analiz Instytutu Badań Strukturalnych, na które powołuje się Forum Energii, wynika, że w 2017 roku 1,3 mln z 13,57 mln polskich gospodarstw domowych było dotkniętych wielowymiarowym ubóstwem energetycznym (9,8 proc). W przeliczeniu na liczbę ludności to 3,35 mln z 38 mln osób mieszkających w Polsce.

Instytut podaje, że ryzyko wielowymiarowego ubóstwa energetycznego jest znacznie wyższe wśród gospodarstw domowych utrzymujących się ze świadczeń socjalnych niż wśród innych grup społeczno-ekonomicznych. Relatywnie wysokim ryzykiem objęci są rolnicy, emeryci i renciści oraz pracownicy fizyczni. 78 proc. wszystkich gospodarstw domowych ubogich energetycznie należy do jednej z tych grup.

 Największym problemem w Polsce są koszty ciepła, szczególnie w budynkach jednorodzinnych na wsi. Często starsze osoby mieszkają w stosunkowo dużych domach jednorodzinnych i mają duży problem z ich ogrzewaniem – mówi Joanna Maćkowiak-Pandera.

Ryzyko ubóstwa energetycznego w Polsce jest silnie związane z charakterystyką budynku – częściej dotyczy gospodarstw domowych mieszkających w domach jednorodzinnych niż w budynkach wielorodzinnych.

Obecnie w Polsce nie rozwiązuje się problemu ubóstwa energetycznego – uważa Joanna Maćkowiak-Pandera. – Wprawdzie istnieją dodatki energetyczne, ale dotyczą one tylko osób mieszkających w blokach. Są one przyznawane tym, którzy pobierają dodatek mieszkaniowy. Strategia walki z ubóstwem energetycznym powinna opierać się na bardzo dobrym zdefiniowaniu grupy docelowej, a to bardzo rzadko pojawia się w państwowych analizach. Następnie należy opracować plan pomocy tym osobom.

Zdaniem prezes Forum Energii powinno się to wiązać z dopłatami do czystego paliwa oraz wsparciem na rzecz poprawy efektywności energetycznej budynków.

Wiele jest do zrobienia na tym polu i liczymy, że Europejski Zielony Ład przyjęty przez Komisję Europejską, o którym ostatnio bardzo dużo się mówi, odniesie się do kwestii ubóstwa energetycznego i da impuls polskim władzom, aby zajęły się tym tematem – zakłada Joanna Maćkowiak-Pandera.

Raport IBS pokazał, że ryzyko ubóstwa energetycznego jest najwyższe w północnych i zachodnich regionach Polski, a najniższe we wschodniej części kraju. Mogłoby się wydawać inaczej, bo to wschodnie województwa są mniej zurbanizowane, a ludność uzyskuje niższe średnie dochody. Jednak znaczenie ma tutaj wiek budynków – domy na wschodzie Polski są nowsze i ryzyko subiektywnej oceny niewystarczającego komfortu cieplnego jest mniejsze.

Polacy opracowali rewolucyjne akumulatory. Przechowają o 50 proc. więcej energii i do 10 razy dłużej niż tradycyjne

W 2050 roku nawet połowa energii na świecie będzie pochodzić ze źródeł odnawialnych – przede wszystkim słońca i wiatru. Taki poziom będzie jednak trudno uzyskać bez postępu w technologii magazynowania energii. Akumulatory litowo-jonowe mają liczne ograniczenia, dlatego na świecie trwają prace nad stworzeniem wydajnych systemów magazynowania energii. Polacy opracowali kompozytowy akumulator kwasowy, który potrafi zakumulować o 50 proc. więcej energii, a czas jej przechowywania jest 10-krotnie dłuższy w stosunku do tradycyjnej metody.

– Magazynowanie energii jest rynkiem młodym, ale intensywnie się rozwijającym. Rośnie liczba małych wytwórców energii, przydomowych, jak również zapotrzebowanie na energię. Ładowarki do samochodów elektrycznych nie będą mogły zaopatrzyć aut bezpośrednio z elektrowni w krótkim czasie, potrzebują magazynów energii, które zakumulują ją wcześniej – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Piotr Podsadni, współtwórca KLAB i przedstawiciel zespołu wynalazców Uniwersytetu Warszawskiego.

Analizy Bloomberg New Energy Finance wskazują, że już w 2050 roku nawet połowa światowej energii będzie pochodzić z energii słonecznej i wiatru. Bez postępu w technologii magazynowania energii będzie to jednak trudne do osiągnięcia. Dlatego też na świecie naukowcy rozwijają kolejne sposoby magazynowania energii.

Austriacy opracowali metodę opartą na grawitacji, przy wykorzystaniu różnicy poziomów górskich wzniesień. Szwajcarski start-up wykorzystuje nadwyżkę energii elektrycznej zebranej w wietrzne dni do układania cegieł, a gdy spadają na ziemię – odzyskuje energię kinetyczną. Gravitricity z Edynburga opracował podobne rozwiązanie. Przechowuje energię grawitacyjną, a „zieloną” energię wykorzystuje do podniesienia ładunku o ciężarze ok. 3 tys. ton.

Polacy opracowali z kolei rewolucyjne akumulatory, które jeśli wejdą do użycia, przyspieszą rozwój rynku samochodów elektrycznych.

– W stosunku do istniejących już technologii jesteśmy w stanie zakumulować o 50 proc. więcej energii, jak również użyć mniej toksycznych materiałów typu ołów. Z kolei czas jej przechowywania jest wydłużony przynajmniej 10 razy w stosunku do konwencjonalnej metody – przekonuje Piotr Podsadni.

Akumulatory KLAB mogą być stosowane w szerokim zakresie temperatur w odróżnieniu od niektórych innych typów baterii, np. litowo-jonowych. Przy produkcji wymagają stosunkowo niskich nakładów, są zaś bezpieczne w użytkowaniu. Szacuje się, że koszt produkcji 1 kWh wynosi 130–140 zł, wyprodukowanie 12-woltowego akumulatora o pojemności 50 Ah będzie zaś kosztować ok. 80 zł. Z kolei magazyn KLAB o pojemności 14 kWh ma kosztować ok. 6 tys. zł.

– Naszym celem jest w pierwszej kolejności zastosowanie naszego produktu w magazynach energii przemysłowych czy nawet przydomowych. Każdy będzie mógł sobie postawić bank energii i z niego korzystać. Jesteśmy też ukierunkowani na wytwórców OZE, jak również tych, którzy handlują energią – wymienia ekspert.

Jak mówi współtwórca KLAB, aby zwiększyć produkcję, konieczne jest wsparcie inwestorów. Obecnie własnym nakładem naukowcy są w stanie wyprodukować niewielkie liczby akumulatorów.

– Jeżeli pozyskamy dofinansowanie lub partnera, jesteśmy w stanie wytworzyć działające magazyny energii, przetestować je, a następnie rozpocząć konstruowanie linii produkcyjnej. W  Polsce mamy zarówno technologię, jak i specjalistów, wszystko będzie ułatwione. Koszt wytworzenia takiej linii to 5–10 mln zł, w przeciwieństwie do kosztu np. akumulatorów litowych, gdzie jest to liczone już w miliardach dolarów – ocenia Piotr Podsadni.

Rolnictwo potrzebuje innowacji. Najnowsze technologie pozwalają efektywnie wykorzystać każdy fragment pól z uprawami i oszczędzać wodę

Zmiany klimatyczne wpływają na rolnictwo, wymuszając przekształcenia w technologiach uprawnych. Wspierane przez najnowsze technologie rolnictwo precyzyjne pozwala osiągnąć maksymalne możliwe plony z każdego fragmentu pola, a przy tym oszczędzać wodę. Przyszłość uprawy ziemi wiąże się z zarządzaniem całym gospodarstwem z poziomu platformy internetowej. Rynek inteligentnego rolnictwa podwoi wartość do 2023 roku.

– Zmiany klimatyczne wpływają na przekształcenia w technologiach uprawnych. Nie sprawdza się już klasyczna technologia uprawy, czyli późna uprawa gleby oraz szereg zabiegów, które sprawdzały się w momencie, gdy mieliśmy dostatecznie dużo opadów. Opadów jest praktycznie o połowę mniej niż jeszcze kilka–kilkanaście lat temu. Zabiegi, które wyparowują wodę z gleby, powodują, że nie ma wody do wzejścia rośliny, którą chcemy uprawiać – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Marek Różniak, właściciel firmy Mzuri.

W rolnictwie potrzebne są innowacje, które pozwolą efektywniej zarządzać glebą. Jedną z nich jest technologia uprawy pasowej. Polega na uprawie tylko wąskich pasów roli. Wysiewa się w nich nasiona, z których wzrastają rośliny. Dzięki pozostawianiu resztek pożniwnych przedplonu w nieuprawianych międzyrzędziach zatrzymuje się natomiast wilgoć i ogranicza straty materii organicznej. Poprawia to strukturę, żyzność i urodzajność gleby.

– Technologia uprawy pasowej Mzuri Pro-Til jest technologią jednego przejazdu. Po zbiorze plonu głównego wjeżdżamy na pole i jednym przejazdem głęboko uprawiamy glebę, zasiewamy nawozy przedsiewne pozycjonowane pod roślinę uprawną i siejemy roślinę plonu głównego. Z jednej strony oszczędzamy wodę, a z drugiej strony zmniejszamy zużycie paliwa, nawozów i materiału siewnego – wymienia Marek Różniak.

Kolejną technologią pozwalającą poprawić efektywność upraw jest rolnictwo precyzyjne, będące jednym z elementów tak zwanego rolnictwa inteligentnego. Polega ono na zbieraniu danych na temat konkretnego pola. Badane są np. wielkości plonów w poszczególnych jego częściach. Informacje te, uzupełnione satelitarną technologią różnicowego systemu globalnego pozycjonowania (DGPS), pozwalają stworzyć precyzyjną „mapę plonów”. Dysponując takim narzędziem, rolnik może tak nawozić pole i i rozpylać środki ochrony roślin, by było to możliwie jak najbardziej efektywne.

– W Polsce mamy w większości, w 80–90 proc., gleby mozaikowate. Na jednym polu spotykamy się z różnymi rodzajami gleb, mało tego, z różnymi klasami gleb i o różnym potencjale produkcyjnym. Dlatego też rolnictwo precyzyjne pozwala na to, żeby aplikować nawozy i ewentualnie zmieniać normy wysiewów tam, gdzie potencjał jest mniejszy lub większy. To jest świadome wykorzystywanie technologii przyszłości w dzisiejszej uprawie ziemi. W rolnictwie tradycyjnym możemy po prostu wykorzystywać rzeczy, które daje nam nauka do właściwego, świadomego wykorzystania środków do produkcji – wskazuje ekspert.

Współcześni rolnicy wspierani są przez narzędzia takie jak aplikacje mobilne. 365FarmNet to platforma, za pośrednictwem której można obsługiwać mapy aplikacyjne, monitorować rozwój roślin, a także kontrolować działanie maszyn. Wszystko to pozwala optymalizować działanie gospodarstwa rolnego.

Coraz więcej krajów decyduje się na wspieranie procesu wdrażania innowacji w rolnictwie. Pod koniec grudnia 2019 roku Korea Południowa zapowiedziała uruchomienie w 2020 roku zestawu programów mających na celu rozwój inteligentnego rolnictwa. W realizację inteligentnych projektów badawczo-rozwojowych związanych z uprawą ziemi kraj ma zainwestować w latach 20212027 332 mln dol., co pozwoli eksportować pakiety inteligentnego rolnictwa premium. Korea chce stać się jednym z największych światowych eksporterów w tym sektorze.

– Wprowadzenie innowacji to jest jedyna droga do właściwych zmian w rolnictwie. Innowacja polega na przeniesieniu nauki na rynek rolny czy na sam proces produkcji żywności – twierdzi Marek Różniak.

Według analityków z MarketsandMarkets światowy rynek inteligentnego rolnictwa osiągnie do 2023 roku wartość 13,5 mld dol. Dla porównania w roku 2017 było to 6,3 mld dol.

Kodeks pracy ma regulować kwestię ujawniania wysokości płacy w ofertach pracy

  • Poselski projekt nowelizacji Kodeksu pracy, który jest teraz w konsultacjach, ma na celu zobowiązanie pracodawców do ujawniania w ogłoszeniach o pracę wysokości proponowanego wynagrodzenia.
  • Wątpliwości budzi natomiast próba uregulowania tej praktyki w prawie i wprowadzenie sankcji karnych za niedopełnienie tego obowiązku.

– W pełni popieramy publikowanie wysokości wynagrodzenia w ofertach pracy. Wiele firm, które należą do Lewiatana, tak właśnie robi. Wspieramy działania wzmacniające transparentność informacji o wynagrodzeń, tworzenie przyjaznego środowiska pracy, które zapewnia równe traktowanie pracowników czy zapobiega negatywnym praktykom. Mamy jednak zastrzeżenia do ujęcia w ramy prawne tego obowiązku oraz wprowadzania sankcji karnych za jego niedopełnienie. Wątpliwości są podyktowane złożonością zagadnienia wynagrodzenia, zróżnicowaniem systemów wynagradzania u poszczególnych pracodawców – mówi Robert Lisicki, radca prawny, dyrektor departamentu pracy Konfederacji Lewiatan.

W praktyce często niemożliwe będzie podanie w ogłoszeniu konkretnej kwoty, a odniesienie się tylko do pewnych wskaźników, bądź przyjęcie średniej kwoty. Mamy bowiem do czynienia z różnymi systemami wynagradzania. Płaca często składa się z wielu elementów – stałych, ruchomych, dodatkowych, wypłacanych z różną częstotliwością. Tym bardziej niezrozumiałe jest wprowadzanie sankcji karnych przy tak niejasno sformułowanym przepisie. Brak możliwości zmiany ogłoszonego wynagrodzenia, przekroczenia „widełek” płacy opublikowanych w ogłoszeniu może ograniczyć swobodę negocjacji przyszłej umowy między pracodawcą i pracownikiem.

– Naszym zdaniem w obecnej sytuacji należy szczególny nacisk położyć na dobre praktyki. Natomiast problem dotyczący nierzetelnych informacji w ofertach pracy powinien być rozwiązywany w pierwszej kolejności z wykorzystaniem dostępnych instrumentów prawnych – dodaje Robert Lisicki.

Badanie Fortinet: cyberbezpieczeństwo w firmach przemysłowych

Fortinet zaprezentował wyniki przeprowadzonego przez Forrester Consulting badania dotyczącego poziomu zabezpieczeń rozwiązań technicznych w firmach przemysłowych, które – ze względu na coraz bardziej postępującą cyfryzację – jak nigdy wcześniej są narażone na cyberzagrożenia. Ponadto, brak współpracy między zespołami ds. technologii informatycznych (IT) i operacyjnych (OT) stanowi kolejną barierę w kontekście bezpieczeństwa w przedsiębiorstwach, które chcą w pełni wykorzystać konwergencję IT/OT w celu zwiększenia korzyści biznesowych.

Firmy przemysłowe kontynuują cyfryzację hal produkcyjnych w celu poprawy swojej wydajności oraz zdolności do gromadzenia danych, które zapewnią lepszy wgląd w przebieg procesów produkcyjnych. 66% respondentów stwierdziło, że ich fabryki są podłączone do sieci IP i wykorzystują dane do podejmowania decyzji biznesowych w czasie rzeczywistym. Fakt ten jednak wpływa na rozszerzenie przestrzeni możliwego cyberataku – tak twierdzi aż 73% ankietowanych. Tymczasem tylko połowa osób przyznała, że maszyny w ich fabryce są dobrze przygotowane do walki z zagrożeniami. Natomiast 55% nie ma planów wdrożenia narzędzi ochronnych w ciągu najbliższych 12 miesięcy.

Wyniki badania ujawniły też informację, że przemysłowe systemy sterujące (Industrial Control Systems, ICS) są zagrożone z powodu braku współpracy między środowiskami IT i OT. 51% respondentów twierdzi, że rozwiązania te działają w silosach, co oznacza, że ​​zespół OT zarządza ochroną krytycznego sprzętu przemysłowego, podczas gdy dział IT odpowiada za bezpieczeństwo narzędzi teleinformatycznych. Niemal jedna trzecia ankietowanych nie wiedziała kto ponosi główną odpowiedzialność za rozwiązania w zakresie cyberbezpieczeństwa procesów, systemów kontroli i automatyzacji, a nawet planowania biznesowego i logistyki. Jednak 91% osób stwierdziło, że za bezpieczeństwo maszyn w fabryce powinny wspólnie odpowiadać działy IT i OT, a także mieć ustalone przejrzyste procesy komunikacyjne na temat wizji konwergencji środowisk IT/OT (tak twierdzi 58% ankietowanych).

Przedsiębiorstwa mogą wiele zyskać na bliskiej współpracy między zespołami OT i IT, przy czym największą korzyścią jest dostęp do danych z procesów produkcyjnych w czasie rzeczywistym (66%), a następnie możliwość zarabiania i rozwoju biznesu dzięki lepszemu wglądowi w dane produkcyjne (59%). Natomiast, według 43% respondentów, dzięki ograniczeniu powielania procesów i zadań pomiędzy oddziałami firmy, a także lepszej widoczności w zakresie eliminacji cyberzagrożeń, można uzyskać dodatkowy przyrost wydajności.

Joe Sarno, VP International Emerging & Operational Technology & Critical Infrastructure EMEA, Fortinet: „Firmy przemysłowe muszą dokonać zmian na poziomie operacyjnym, aby zniwelować przepaść między środowiskami IT i OT oraz wypracować zaufanie między tymi zespołami, aby zapewnić pomyślną konwergencję. W miarę rozszerzania się przestrzeni możliwych ataków, zespoły IT i OT muszą współpracować w celu poprawy widoczności własnych procesów i środowisk, a także obrony przed cyberzagrożeniami. Dlatego w Fortinet inwestujemy wiele czasu oraz zasobów w badania i rozwój w zakresie ochrony rozwiązań ICS”.

W ankiecie online, przeprowadzonej przez Forrester Consulting na zlecenie Fortinetu, wzięło udział 459 decydentów IT i OT odpowiedzialnych za przemysłowe systemy sterujące w przedsiębiorstwach zatrudniających tysiąc lub więcej pracowników (motoryzacja, transport, produkcja, inżynieria morska i lotnictwo) z takich krajów jak Indie, Turcja, Wielka Brytania, Hiszpania, Polska, Niemcy, Słowacja, Włochy, Francja, Czechy i Holandia.

Alarmujące rezultaty innowacyjności polskiej gospodarki

Każda innowacja jest zmianą a nie da się efektywnie rozwijać przedsiębiorstw, kiedy tylko niecała jedna na trzy wdrażane zmiany w pełni osiąga zakładane cele.

Nie można włączyć się w nurt nowoczesnej gospodarki (Gospodarka 4.0), kiedy dramatycznie niski jest poziom skuteczności wdrażania przedsięwzięć związanych z przeprojektowaniem procesów (ok.24%) i wdrożeń technologii 16%.  

Właśnie opublikowano raport z V Ogólnopolskiego Badania Zarządzania Zmianą. Autorzy przebadali prawie 200 organizacji, w większości dużych firm. To największy tego typu raport w Polsce opisujący stan zmian. Daje też rekomendacje, jak można zwiększyć efektywność wdrażanych przedsięwzięć i innowacji.

Z raportu przygotowanego przez Szkołę Zarządzania Zmianą wynika, że polskie firmy wciąż podejmują wiele ważnych zmian, ale nie osiągają w pełni zakładanych celów (w pełni osiągnięto cele jedynie w prawie 30% przypadków).

Patrząc na metodyki stosowane przez wdrażających zmiany widzimy stały spadek korzystania z podejścia kaskadowego  – mówi dr Jarosław Rubin, Założyciel Szkoły Zarządzania Zmianą, trener biznesu i konsultant procesów zmian  w firmach. Rośnie znaczenie innych metodyk w tym zwinnych. Najbardziej skuteczną okazała się rzadko stosowana metoda 8 kroków Kotter’a. Metodyki zwinne kuszą swoją prostotą (prosty cykl zarządzania zmianą) oraz lekkością, ale ich skuteczność zależy od doboru i umiejętności stosowania właściwych narzędzi oraz od konsekwentnego wyciągania wniosków z rezultatów prowadzonych eksperymentów.

Co firmy zmieniają i dlaczego? Kto kieruje zmianami?

Największa liczba respondentów – 36% – wskazała, że głównym celem zmian była zmiana struktury organizacyjne, Druga na liście była zmiana strategii wskazywania przez prawie tylu samo respondentów i ten cel był na najwyższym stopniu podium przez dwa ubiegłe lata. Niemal tyle samo zmian miało na celu zmianę kultury organizacyjnej. Co czwarta opisywana zmiana była związana ze zmianą oprogramowania lub systemu IT. 84% wszystkich zmian trwało nie dłużej niż 12 miesięcy. Zmiany trwające nie dłużej niż 18 miesięcy w wyższym stopniu osiągały cele biznesowe.

Ponad 3/4 zmian było kierowanych zespołowo – przez koalicję liderów. Zmiany w organizacji były najczęściej kierowane przez zarządy (28%) lub zespół projektowy złożony menedżerów i pracowników (22%). Zespoły złożone z menedżerów i pracowników były wyraźnie skuteczniejsze i dlatego martwi, że nie wzrasta liczba tak kierowanych zmian.

Efekty wdrażania zmian kierowanych przez zarząd nie zachwycają. W przypadku wdrażania zmian, za które był odpowiedzialny zarząd, pełną realizację celów zmiany osiągnięto w 29%, a w przypadku jednoosobowego kierownictwa – jedynie w 23%. – mówi dr Jarosław Rubin, założyciel Szkoły Zarządzania Zmianą, konsultant procesów zmian w firmach – Dla porównania, kiedy zmianą kierował zespół złożony z menedżerów i pracowników, to w 41% przypadków zmiana kończyła się pełnym sukcesem.

Z jakim efektem wdrażano zmiany? Jaka branża radziła sobie najlepiej

Tylko niecałe 30% respondentów stwierdziło, że rozpatrywana zmiana osiągnęła w pełni zakładane cele. Inaczej mówiąc 70% zmian wprowadzanych w polskich organizacjach nie osiągnęło celów na poziomie w pełni zadowalającym inicjatorów zmian.

W różnych branżach osiągano różne poziomy skuteczności, i tak lepiej od średniej radziła sobie z wdrażaniem zmian branża finansowa (banki, firmy ubezpieczeniowe oraz usługi finansowe), gdzie poziom realizacji celów na poziomie zadawalającym sięgnął 64% (pełna realizacja 29%).

Na drugim końcu stawki znalazła się branża FMCG ze skutecznością 38% ocen zadawalających i 13% pełnego osiągnięcia celów. Branża „Nauka i szkolnictwo” ma identyczny odsetek ocen zadawalających i pełnego sukcesu, i wynosi on 40%, a branża IT – osiągnęła wyniki satysfakcjonujące w połowie przypadków, a całkowity sukces w 15%.

Respondenci z branży produkcji przemysłowej sprawili, że powróciła ona na podium i zajęli 2 miejsce pod względem skuteczności oceniając poziom sukcesu zmian w branży na zadawalający 54% przypadków oraz w 23% przypadków jako na pełen sukces. Co nam to mówi o gotowości do Gospodarki 4.0?

Naprzód, wszyscy razem, ucząc się z doświadczenia!

W tegorocznych wynikach najważniejszym wskazywanym przez respondentów (87%) czynnikiem sukcesu jest „Zaangażowanie pracowników w proces zmian”. Jest to najwyższy wynik od 5 lat. Co ciekawe w tym roku mamy też najwyższy poziom zadowolenia z osiągniętych celów (54,7%). Kolejnym co do ważności jest „Wizja i kierunek zmian” z wynikiem 82% wskazań ( oceny 4 i 5)  a „praca zespołowa” jest na trzecim miejscu uzyskując o 2 p.p  mniej

– komentuje Wiesław Grabowski, Partner Szkoły Zarządzania Zmianą, trener ,coach biznesu i konsultant procesów zmian  w firmach .

Budowanie zaangażowania, pracowanie w zespole i jakość postrzeganej wizji i kierunku zmian zależy od komunikacji.  To dzięki niej ludzie: widzą sens i powód samej zmiany, znają jej zakres i ryzyka. Mogą się wypowiedzieć przez co czują się ważni i mają poczucie wpływu na to co się dzieje w organizacji. Wiedzą na jakim etapie znajduje się zmiana i jaki ma priorytet. –dodaje Marek Naumiuk, partner Szkoły Zarządzania Zmianą, trener, konsultant, interim manager.

Dobra komunikacja, to komunikacja różnorodna i posługująca się wieloma narzędziami, dostosowanymi do różnorodności potrzeb ludzi. – tłumaczy Anetta Wróblewska, właścicielka firmy konsultingowo – szkoleniowej Team Focus – Praktyk wdrażania zmian w firmach.

W tym roku najczęściej wykorzystywanym narzędziem komunikacji było informowanie o zmianie z wykorzystaniem poczty elektronicznej, a w następnej kolejności spotkanie informacyjne dla wszystkich pracowników i spotkania menedżerów liniowych z podwładnymi, ale najskuteczniejszym narzędziem komunikacji okazały się seminaria dla nowozatrudnionych.

Po raz kolejny najczęściej, bo w 64% przypadków (spadek o 16p.p z poziomu 80% w ubiegłym roku), wykorzystywanym narzędziem budowy zaangażowania jest danie możliwości pracownikom wyrażenia swojej opinii dotyczącej wdrażanej zmiany.  Wynika badania pokazują, że bardziej istotne jest aktywne wspieranie pracowników poprzez np. szkolenia, oraz coaching i mentoring.  Rzadkie wykorzystywanie szkoleń z metodyki zarządzania zmianą może dziwić w zestawieniu z ich efektywnością. Prawie 60% organizacji sięgających po szkolenia z zarządzania zmianą osiągnęło satysfakcjonujący poziom realizacji celów zmiany. To najlepszy wynik spośród wszystkich rozpatrywanych metod i narzędzi. – zauważa dr Jarosław Rubin, założyciel Szkoły Zarządzania Zmianą, konsultant procesów zmian w firmach.

Co ma (może mieć) największy negatywny wpływ na wdrażanie zmiany? Ankietowani najczęściej wskazywali sabotowanie procesu zmian przez niektórych pracowników (48%) choć znacząco rzadziej niż w ubiegłym roku(spadek o 12p.p).

Jakie czynniki miały najsilniejszy pozytywny wpływ na proces przeprowadzania zmiany? Tu ankietowani wskazywali te same 3 czynniki co przed rokiem przede wszystkim na zaangażowanie pracowników w proces zmian (87%), wizję i kierunek zmian (82%) oraz pracę zespołową (80%).

Odpowiedź na pytanie: jak zwiększyć efektywność zarządzania zmianą, nie jest oczywista. Wyniki i wnioski z V Ogólnopolskiego Badania Zarządzania Zmianą dowodzą, że bez rozpoczęcia procesu uczenia się z doświadczeń i oparcia na dowodach podejścia do zarządzania zmianami trudno będzie podejmować wyzwania stojące przed firmami i osiągnąć zwiększenie innowacyjności naszej gospodarki.

* Raport powstał na bazie V Ogólnopolskiego Badania Zarządzania Zmianą, przeprowadzonego w listopadzie i grudniu 2019 r. przez Szkołę Zarządzania Zmianą. W badaniu wzięło udział 174 respondentów. Co czwarty z respondentów należał do kadry zarządzającej organizacją, a połowa z nich kierowała wdrożeniem opisywanej zmiany.

Polska zaliczyła spadek w rankingu. Lider bez zmian

Polska zajęła 22. miejsce w tegorocznej edycji rankingu najbardziej innowacyjnych krajów świata (Bloomberg Innovation Index). To spadek o jedno miejsce w porównaniu z rokiem ubiegłym[1]

[1] fragment artykułu sprzed roku ze strony https://tvn24bis.pl/ze-swiata,75/bloomberg-innovation-index-ranking-najbardziej-innowacyjnych-panstw,903020.html.

Jak tanio stworzyć koszulki z nadrukiem?

Koszulki z nadrukiem to niezwykle modny i zawsze aktualny element garderoby. Niejednokrotnie jednak ich cena nie jest adekwatna do jakości, a pomysłowość projektantów nie zawsze będzie współgrać z twoim gustem. W tym momencie wiele osób zaczyna myśleć o samodzielnym tworzeniu ubrań na własne potrzeby.

Powiedzmy, że masz już w głowie pewien zamysł w postaci zabawnego napisu, czy perfekcyjnej grafiki. Siadasz więc do komputera i wyszukujesz informacje na temat tego, jak umieścić swój projekt na dzianinie, z której wykonane są t-shirty. Po kilkunastu minutach czujesz się przytłoczony nadmiarem wiedzy. Mimo dalszego wertowania internetu nie masz pojęcia, jaką technikę wybrać. W tym artykule prezentujemy wady i zalety poszczególnych opcji, co oszczędzi wiele z twojego cennego czasu.

Nadruki na koszulki do naprasowania nie są wystarczająco trwałe.

Naprasowanki były popularne już w ubiegłym wieku. Chyba każdy z nas miał wśród swoich znajomych kogoś, kogo rodzice wykazali się niezwykłą kreatywnością przy tworzeniu oryginalnych wzorów, umieszczanych później na ubraniach za pomocą żelazka. Do stworzenia nadruku w tej postaci wystarczy drukarka atramentowa i dobrej jakości papier transferowy. Można również kupić gotowe naprasowanki, które nie wymagają drukowania.

Zadanie wydaje się więc banalne. Jednak w rzeczywistości efekt nader często znacznie odbiega od wymarzonej wizji. Zdarza się, że wzór nie nanosi się na koszulkę lub też jego kolorystyka znacznie odbiega od oczekiwanej. Jeśli nawet udaje się osiągnąć zamierzony rezultat, okazuje się on mało trwały, nadruk kruszy się i w krótkim czasie nie nadaje się do pokazania. Jeśli więc planujemy założyć koszulkę z nadrukiem więcej niż jeden raz, musimy rozejrzeć się za innymi technikami.

Farby do malowania na tkaninach pozwolą stworzyć proste koszulki z napisem.

Farby tego rodzaju pozwalają tworzyć prawdziwe arcydzieła. Oczywiście pod pewnymi warunkami. Po pierwsze musimy mieć talent plastyczny. Nawet umieszczenie na koszulce prostego logo, które wymaga jedynie odwzorowania, może się dla większości z nas okazać sporym wyzwaniem. Istnieją osoby, które mają do czynienia ze sztuką na co dzień. Być może i ty należysz do grona wybrańców, którzy w wolnych chwilach szkicują portrety lub rozkładają sztalugi i poświęcają swój czas na malowanie przepięknych, bogatych w barwy pejzaży. W takim wypadku farbki do tkanin to opcja, która pozwoli ci stworzyć ciekawe ubrania, choć będzie to wymagać sporo pracy. Dodatkowo musisz pamiętać o tym, że popularne t-shirty wykonane są z rozciągliwej dzianiny. Koniecznie wyszukaj więc sprawdzone farby, które po zaschnięciu okażą się trwałe i nie będą powodować powstawania w wybranym wzorze mało estetycznych zniekształceń.

Jeśli zaś nie uważasz się za artystę na miarę Salvadora Dali nie przejmuj się tym – mamy dla ciebie rozwiązanie.

Koszulki z nadrukiem stworzone przez profesjonalistów nie muszą być drogie.

Co odróżnia profesjonalnie przygotowane koszulki z nadrukiem od tych wykonanych domowymi metodami? Bynajmniej nie jest to cena. Sklepy, zajmujące się szeroką dystrybucją wszelkiego rodzaju gadżetów z nadrukiem mogą sobie bowiem pozwolić na utrzymanie cen przystępnych dla każdej kieszeni. Dzięki temu koszt wykonania drukowanej koszulki będzie porównywalny z sumarycznym kosztem narzędzi i materiałów potrzebnych do uzyskania gorszego efektu domowymi sposobami.

Profesjonalne akcesoria z nadrukiem różni od rzeczy DIY (ang. “do it yourself”, czyli “zrób to sam”) przede wszystkim doświadczenie osób, które je tworzą oraz zaplecze maszynowe, jakim dysponują. To właśnie dzięki tym dwóm czynnikom możliwe jest tworzenie ubrań z odpornym na częste pranie nadrukiem o bogatej kolorystyce, który nie wyblaknie i nie zmieni swojego wyglądu pod wpływem czasu.

Dodatkowo producenci na miarę IdeaShirt posiadają szeroką wiedzę o sprzedawanych przez siebie produktach bazowych, dzięki czemu mogą idealnie dobrać technikę nadruku do materiału, na którym zostanie on umieszczony. Co więcej, niezależnie od tego, czy zamówimy w ich sklepie kubki z nadrukiem, czy zapinane na zamek bluzy, możemy mieć pewność, że zostały one wykonane z wysokiej jakości materiału, który stanowi świetny podkład dla maszyn drukarskich. koszulki z nadrukiem ideashirt

Jeśli więc zależy ci na świetnym efekcie, oddaj swój projekt w ręce specjalistów.

Ile kosztuje wynajem biura w Warszawie – Styczeń 2020

Koszty wynajmu biura w Warszawie mogą być zróżnicowane. Zależą one od wielu czynników, m.in. od powierzchni, standardu wykończenia i wyposażenia. Najważniejszą kwestią jest jednak lokalizacja i to od niej w głównej mierze zależy koszt wynajęcia biura. Chodzi tu nie tylko o fakt, czy biuro znajduje się w mieście, czy poza jego granicami. Kluczowe znaczenie ma także dzielnica miasta, w jakiej znajduje się biuro. Jak kształtują się ceny wynajmu biur w Warszawie w 2020 roku? Poniżej można zapoznać się z kosztem wynajmu w poszczególnych dzielnicach.

Koszty wynajmu biura w Warszawie mogą być zróżnicowane. Zależą one od wielu czynników, m.in. od powierzchni, standardu wykończenia i wyposażenia. Najważniejszą kwestią jest jednak lokalizacja i to od niej w głównej mierze zależy koszt wynajęcia biura. Chodzi tu nie tylko o fakt, czy biuro znajduje się w mieście, czy poza jego granicami.

Kluczowe znaczenie ma także dzielnica miasta, w jakiej znajduje się biuro. Ceny wynajmu powierzchni biurowej w Warszawie w 2020 roku kształtują się w granicach 10-24 EUR w zależności od dzielnicy. Poniżej można zapoznać się z kosztem wynajmu w poszczególnych dzielnicach.

Aktualne Oferty Biur do wynajęcia w Warszawie: https://www.axiimmo.com/biura/region-warszawa/warszawa/

Warszawa Bemowo

Bemowo do jedna z zachodnich dzielnic Warszawy. Znajduje się ona raczej na uboczu miasta, ale dalej jest miejscem dobrze połączonym z centrum i innymi dzielnicami stolicy. Firmy wynajmujące biura w tym obszarze będą zadowolone z połączenia dobrej lokalizacji i spokojnej okolicy. Koszt wynajęcia biura w Warszawie w tym rejonie wynosi około 15-17 euro/m2.

Warszawa Białołęka

Średnia cena za wynajem biura na Białołęce wynosi ok. 10 euro/m2. Ta dzielnica jest najbardziej wysuniętą na północ częścią Warszawy. Powoduje to, że koszty wynajmu są niższe niż w dzielnicach znajdujących się blisko centrum. Okolica jest spokojna. Znajdują się w niej tanie lokale mieszkalne oraz miejsca, gdzie rozwija się działalność gospodarcza. Przykładem takiego miejsca może być Annopol Business Park I.

Warszawa Mokotów

Mokotów jest jedną z prestiżowych części miasta. Z jednej strony znajduje się tu wiele zieleni, a okolica jest spokojna. Z drugiej zaś lokalizacja Mokotowa pozwala na dobrą komunikację z centrum i innymi częściami Warszawy. W tym obszarze łatwo można znaleźć lokale biurowe do wynajęcia, a ich cena jest zróżnicowana i waha się od 10 do 17 euro/m2.

Warszawa Ochota

Ochota to bardzo ciekawa dzielnica Warszawy. Znana jest z tego, że jest obecnie najgęściej zaludnionym obszarem stolicy. Z kolei jej budownictwo jest bardzo zróżnicowane. Występują tu bloki z lat 60., kamienice i wille, ale też praktyczne przestrzenie biurowe jak Blue Office i Jerozolimskie Business Park. Wynajem biura w Warszawie w tym rejonie uważa się za dobry wybór, a cena za niego wynosi ok. 14-18 euro/m2.

Warszawa Praga-Północ

To dzielnica często niedoceniana, jeśli chodzi o powierzchnie biurowe, a szkoda. Dojazd do centrum jest bardzo dobry, a lokale biurowe w Warszawie znajdujące się w klimatycznych kamienicach mogą oczarować niejednego klienta. Cena za biura na Pradze-Północ wynosi około 11-18 euro/m2. Przykładem idealnego miejsca na biuro w Warszawie może być Mazovia Plaza.

Warszawa Praga-Południe

Jest równie dobrą lokalizacją do wynajęcia biura, co Praga-Północ. Ceny są bardzo zbliżone i także wahają się pomiędzy 11 a 18 euro/m2 powierzchni biurowej. Przykładem korzystnego miejsca na urządzenie biura może być lokal na Saskiej Kępie, dobrze skomunikowany z centrum, przestronny i wygodny.

Warszawa Śródmieście

Śródmieście jest niewątpliwie prawdziwą dzielnicą biznesową Warszawy. Za dnia tętni w niej dynamicznie rozwijające się życie zawodowe. O komunikacji nie trzeba wspominać, bo jest idealna z innymi dzielnicami, ale też innymi miastami Polski. Na śródmieściu biur do wynajęcia jest dużo, a ich ceny są najwyższe w Warszawie – 19-24 euro/m2.

Warszawa Targówek

Targówek jest dzielnicą Warszawy leżącą w jej północnej części. Okolica jest spokojna, a sam obszar można podzielić na część przemysłową i mieszkaniową. W związku z tym na pewno można znaleźć tam lokal, który sprawdzi się jako biuro. Średnie ceny za wynajem biura na Targówku to ok. 13-16 euro/m2.

Warszawa Ursynów

Lokalizacja biura na Ursynowie może okazać się strzałem w dziesiątkę. Ceny są przystępne, bo koszt wynajęcia 1m2 biura w tym rejonie wynosi od 9 do 13,5 euro. Dzielnica ma dużo terenów zielonych, które docenią pracownicy. Plusem jest także wysoko rozwinięta infrastruktura i dobra komunikacja, którą gwarantuje metro. Inwestorzy zatem chętnie budują w tej okolicy lokale biurowe, np. Viking House, Light House, czy też Poleczki Business Park II.

Warszawa Wilanów

Choć Wilanów kojarzy się głównie z prywatnymi lokalami mieszkalnymi, to na tym obszarze można znaleźć ciekawe oferty biur do wynajęcia. Trzeba się jednak nastawiać, że najlepiej w roli komunikacji z Wilanowem sprawdzi się samochód. Jeśli interesuje nas zatem wynajem biura w Warszawie, w pięknej, spokojnej i prestiżowej okolicy, Wilanów będzie idealnym miejscem. Średni koszt wynajmu będzie wynosił ok. 12-15 euro/m2.

Warszawa Włochy

Włochy to dzielnica terenów zielonych, ale też nowych dynamicznie rozwijających się inwestycji. Warto wykorzystać ten moment i wynająć biuro w dobrej cenie (około 11-14 euro /m2). Może okazać się, że przestrzeń biurowa w Libra Business Centre B będzie szansą na dynamiczny rozwój.

Warszawa Wola

Jeśli priorytetem podczas wynajmu biura jest dobre połączenie z centrum i rozsądna cena, warto zdecydować się na wynajem biura na Woli. Ceny wynajmu wahają się w granicach 14-21 euro/m2, ale rekompensuje je dobre połączenie z centrum i wygodne przestrzenie, jak te dostępne np. w Warsaw UNIT przy Rondzie Daszyńskiego.

Warszawa Żoliborz

Żoliborz kojarzy się głównie z przyjemnymi, niewielkimi osiedlami mieszkalnymi dobrze skomunikowanymi z centrum. Jednak może być on idealnym miejscem na biuro w spokojnej okolicy, ale blisko centrum. Ceny też znajdują się raczej w połowie stawki, gdyż ich średnia wynosi ok. 13-18 euro/m2.

Od czego zależy koszt wynajmu biura w Warszawie?

Jak już można było przeczytać wcześniej, koszt wynajmu biura w stolicy zależy przede wszystkim od jego lokalizacji, czyli przede wszystkim od tego, w jakiej dzielnicy się znajduje. Są jednak także inne czynniki mające wpływ na cenę wynajmu. Należą do nich:

  • lokalizacja w stosunku do punktów komunikacji, np. stacji metra, przystanku itp.
  • stan i wiek budynku, w jakim znajduje się biuro,
  • poziom wykończenia budynku, czyli standard wnętrza,
  • obecność wyposażenia w biurze oraz jego poziom,
  • dostępność zaplecza socjalnego oraz jego poziom,
  • powierzchnia biura.

Przeczytaj również artykuł: Jak wynająć biuro?

Podsumowując, koszt wynajmu biura zależy przede wszystkim od jego lokalizacji. Jednak nie można zapomnieć, że inne czynniki także mają wpływ na cenę.

Ludzie na liście gatunków zagrożonych. 2050 r. to koniec homo sapiens

Nasz dom, czyli Ziemia liczy sobie 4,5 mld lat. My, ludzie, zamieszkaliśmy w nim około 300 tysięcy lat temu, ale jak tak dalej pójdzie, to nie dalej jak za 3 dekady czeka nas eksmisja! Dlaczego? Bo jako  dotychczasowi lokatorzy okazaliśmy się wandalami, którzy zrujnowali dom idealny. Cały problem w tym, że to jedyny, jaki mamy. Czy to scenariusz do drugiej części filmu Armageddon? Niestety to wizja najbliższej przyszłości. Jak twierdzą naukowcy z Narodowego Centrum Odbudowy Klimatu w Melbourne – rok 2050 to prawdopodobny koniec historii homo sapiens.

Ziemia – jedyna znana nam planeta, na której istnieje życie. Przynajmniej na razie. Czy to znaczy, że lada chwila odkryjemy kolejne? Wręcz przeciwnie – już za moment staniemy się gatunkiem zagrożonym. Mimo że jesteśmy “tu” stosunkowo krótko, to efekty naszych działań są zarówno imponujące, jak i przerażające. Według analizy Narodowego Centrum Odbudowy Klimatu w Melbourne grozi nam katastrofa! Jak ocenili naukowcy: jeżeli w najbliższym czasie nie zostaną podjęte poważne działania, łagodzące wpływ człowieka na środowisko, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że ludzkość nie przetrwa dłużej niż do 2050 r.!

Decydująca dekada?

Według artykułu opublikowanego przez niezależny think tank skupiony na polityce klimatycznej – Narodowe Centrum Przywrócenia Klimatu w Melbourne zmiana klimatu stanowi „zagrożenie egzystencjalne dla ludzkości”. Według wspomnianej instytucji istnieje duże prawdopodobieństwo, że społeczeństwo może upaść już w 2050 r., o ile w ciągu dekad, która zacznie się w przyszłym roku nie zostaną podjęte poważne działania łagodzące wpływ człowieka na środowisko.

Topniejące lodowce, śmierć raf koralowych, tonące w wodzie przybrzeżne doliny, a nawet powstanie hiperpustyni to tylko niektóre z prognoz naukowców. Okazuje się, że sytuacja jest bardziej pesymistyczna niż mogło nam się pierwotnie wydawać. Nie jest to pierwsza tak negatywna prognoza, natomiast to pierwsza, która zapowiada tak rychły upadek cywilizacji ludzkiej.” – zauważa Marcin Kotarski, Manager Produktu z Purmo Group, które jest największym producentem branży grzewczej na świecie i dodaje: – „Proekologiczne inicjatywy zyskują na popularności, szczególnie w zakresie nowoczesnego budownictwa, ale skala tych zmian jest niewystarczająca. A przecież takie rozwiązania, wspierane technologią smart home pozwalają nie tylko zmniejszyć dług środowiskowy człowieka, ale również wysokość rachunków – jak podaje Point Central, nawet o 10% miesięcznie. Jeżeli więc nie z troski o otoczenie to chociaż o portfele, warto stosować nowoczesne rozwiązania budowlane.” – apeluje ekspert.

30 lat na odkupienie

Jak przewidują autorzy raportu, Ziemia pogrąży się w globalnym chaosie, który będzie rozprzestrzeniał się niczym pożar w suchym lesie, a głównym punktem zapalnym ma być jeden, szczególnie ponury scenariusz. Naukowcy twierdzą, że do 2050 temperatura na całym świecie wzrośnie o 3 stopnie Celsjusza. Wskazali też winnych – to przedstawiciele rządów światowych, którzy ignorują ich rady oraz zdają się nie dostrzegać społecznej presji dekarbonizacji gospodarki (np. poprzez znalezienie i eksploatację alternatywnych źródeł energii).

Już w tym momencie pokrywy lodowe świata znikają, co powoduje wzrost poziomu wody i skutkuje powstaniem nieodwracalnych zmian w faunie i florze. Planeta zaczyna sobie nie radzić z stresem który jej nadajemy, i pogrąża się w pętli cieplejszych i bardziej śmiercionośnych warunków. Kataklizmy takie jak te które teraz trwają w Australii mogą niedługo ogarnąć inne części świata. Dla pocieszenia Ziemia sobie poradzi bez nas- miliony lat po tym jak znikniemy ustabilizuje się i osiągnie nową równowagę….bez nas ” – zauważa Wojciech Stramski, CEO Deep Change Ventures – funduszu, który inwestuje w “zielone” startupy wpisujące się w Cele Zrównoważonego Rozwoju (SDG) określone przez ONZ.

Według autorów raportu 2050 r. to swoista “godzina zero” dla ludzkości i Ziemi jaką znamy. Dlaczego? Ich zdaniem w połowie XXI wieku 35% globalnego obszaru lądowego i 55% całej populacji stanie się narażona rocznie na ponad 20 dni śmiertelnych upałów, które przekraczają fizyczne możliwości przetrwania człowieka. Prawie ⅓ powierzchni Ziemi zmieni się w pustynię. Działalność człowieka powoduje, że zaburzona jest równowaga całego środowiska naturalnego, poczynając od raf koralowych, przez lasy deszczowe, po arktyczne pokrywy lodowe. Ekstremalne warunki klimatyczne zrujnują rolnictwo i zmienią ponad 1 mld ludzi w uchodźców, którzy wyruszą w poszukiwaniu stabilizacji i bezpieczeństwa.

Ten masowy ruch – w połączeniu z kurczącymi się liniami brzegowymi i spadkiem dostępności żywności i wody pitnej – rozpocznie wielki kryzys ludzkości i spowoduje powstanie wielu konfliktów globalnych mocarstw, w tym Stanów Zjednoczonych. Prawdopodobne są konflikty zbrojne o zasoby, co może być przyczyną wojny nuklearnej.

Ostatnie godziny przed zmierzchem

Szykuje się piękny koniec świata. Czy można mu zapobiec? – “Tak, ale tylko pod warunkiem, że podejmiemy natychmiastowe kroki. Przede wszystkim potrzebujemy powszechnej edukacji i akceptacji – wciąż wiele osób bagatelizuje problem zmiany klimatu. Z badań przeprowadzonych przez Pew Research Center wynika, że na całym świecie średnio 9% ludzi nie dostrzega w ogóle problemu, jakim są zmiany klimatu, zaś 20% twierdzi, że to niewielkie zagrożenie.” – mówi Stramski i dodaje – “Następne lata będą decydujące. Wciśniemy hamulec i zmienimy kierunek jazdy albo dodamy gazu i ruszymy wprost w przepaść.” – podsumowuje CEO Deep Change Ventures.

Tego samego zdania co Wojciech Stramski są autorzy badań, zdaniem ekspertów jeszcze nie wszystko stracone. Ludzkość ma nie więcej niż dekadę, by dokonać globalnego przekształcenia światowej gospodarki w system zeroemisyjny. Wysiłki wymagane do tego by to osiągnąć „byłyby podobne do skali mobilizacji w sytuacjach kryzysowych podczas II wojny światowej” – napisali naukowcy.

Bankructwo sposobem amerykańskiego Kościoła katolickiego na unikanie zadośćuczynienia ofiarom pedofilii

Bankructwo jednej diecezji stanowi swoisty kierunkowskaz dla innych, a jednocześnie zapowiada, co może się wydarzyć w przyszłości. Przypadek archidiecezji w Santa Fe pokazuje, jaki przyjęto modus operandi. Archidiecezja, stojąc w obliczu kilkudziesięciu pozwów przeciwko swoim duchownym, w grudniu 2018 r. złożyła wniosek upadłościowy. Jak stwierdziła, jest zbyt biedna, aby sprostać roszczeniom. Liczba pozwów do czerwca 2019 r., czyli do terminu, jaki sąd upadłościowy wyznaczył ofiarom na składanie roszczeń, wzrosła do około 375. Stan Nowy Meksyk nie wdrożył nowych przepisów, więc obowiązuje tu przedawnienie.

W dokumentach sądowych archidiecezja wykazała majątek o wartości 49 mln dolarów w nieruchomościach, gotówce i inwestycjach. Kwota uwzględniała siedzibę w Albuquerque, obligacje korporacyjne i komunalne, pół tuzina samochodów i pickupów oraz nieokreśloną ilość złota i srebra. Tymczasem dokumenty założycielskie kościoła z 1951 r. szacowały jego wartość na 40 mln dolarów, czyli obecne 396 mln. Skąd więc tylko 49 mln dolarów? Otóż dostojnicy kościelni uznali, że co najmniej 178 mln dolarów w gotówce i nieruchomościach jest własnością parafii, funduszu powierniczego lub fundacji, a zatem nie jest to własność archidiecezji. Prawnicy ofiar protestują, bowiem ich zdaniem nie może być mowy o prawdziwej separacji między archidiecezją i jej parafiami. Stąd też 178 mln dolarów powinno zostać włączone do dostępnych funduszy, co podniosłoby wartość puli do rozliczeń do kwoty 227 mln dolarów.

Kościół w Santa Fe zaczął się reorganizować już w 2012 r. Wypracowano wówczas nowe zasady przyłączania parafii do archidiecezji. Następowało to na mocy odrębnego aktu. Każda parafia przystępowała indywidualnie, zachowując formalnie niezależność organizacyjną i własnościową. Jak wynika z zapisów, w tym samym czasie zwierzchnicy kościelni utworzyli archidiecezję Santa Fe Real Estate Corp., przenosząc do niej setki nieruchomości. Codzienne funkcjonowanie parafii nie uległo zmianie. Był to jedynie ruch ochronny przed procesami pedofilskimi i roszczeniami finansowymi.

Reforma pozwoliła archidiecezji wyprowadzić z ksiąg około 91 mln dolarów. Część z nich, 34 mln dolarów, pochodziło z przeniesienia 120 nieruchomości w Santa Fe, Taos i z innych obszarów w depozyt, utrzymywany w imieniu parafii. Rzeczywista wartość nieruchomości jest prawdopodobnie znacznie wyższa. Archidiecezja zaniżyła znacznie ich wartość – zamiast rynkowej podała kwotę, od której odprowadzony jest podatek ustalany przez władze lokalne. Kolejne nieruchomości o wartości 57 mln dolarów będące własnością parafii, w tym cmentarze w Santa Fe, przekazano do osobnego funduszu powierniczego. Prawnicy ofiar alarmują, że przeniesienia zostały dokonane z zamiarem „utrudnienia, opóźnienia lub oszustwa”. Kościół z kolei uważa, że bankructwo jest najlepszym rozwiązaniem dla częściowego zaspokojenia dużej liczby roszczeń, ponieważ zapewnia sprawiedliwszą dystrybucję – wszystkie ofiary dzielą się pieniędzmi w uporządkowany sposób.

Urzędnicy kościelni przekazali również blisko 37 mln dolarów w gotówce i inwestycjach na konto Wells Fargo, które archidiecezja kontroluje, ale nie jest jego właścicielem. Kolejna pula pieniędzy znajduje się w Fundacji Katolickiej, która przyjmuje darowizny na rzecz archidiecezji. Fundacja ma prawie 50 mln dolarów, a około 1,8 mln przeznaczyła w 2019 r. na cele katolickie, w tym szkolenie nowych księży i na emeryturę starszych. Prawnicy kościelni twierdzą, że fundacja nie jest częścią masy upadłościowej. Z kolei prawnicy ofiar wskazują, że fundacja jest wymieniona jako „podległa organizacja” archidiecezji przez amerykańskiego fiskusa, czyli Internal Revenue Service, co oznacza, że należy ją zwolnić z podatków federalnych, ale jej udziały powinny zostać włączone do masy upadłościowej.

Dokumenty inkorporacyjne czterech parafii, które przejrzał Businessweek, pokazują, że archidiecezja zachowała nad nimi ścisłą kontrolę. Połowa zarządów niektórych parafii to personel archidiecezji. Statut parafii nie może zostać zmieniony bez zgody arcybiskupa, a parafie nadal oddają archidiecezji 12,5% swoich niedzielnych zbiórek. Płatności parafialne stanowią lwią część 6-milionowego rocznego dochodu archidiecezji.

Gdy w 2015 r. archidiecezja św. Pawła w Minneapolis ogłosiła upadłość, nie wykazała w aktywach parafii szkół ani 10 cmentarzy znajdujących się na jej terytorium. Zwierzchnicy kościelni przed sądem upadłościowym ujawnili aktywa, których wartość nie przekraczała 50 mln dolarów, podczas gdy prawnicy ofiar majątek ten szacowali na blisko 1,7 mld dolarów. Sąd nie wypracował konsensusu, ale około 450 ofiar otrzymało w sumie 210 mln dolarów – średnio około 467 tys. dolarów na osobę. Część tej kwoty pochodziła z majątku kościelnego, a część z ubezpieczenia. W Milwaukee w 2017 r. ówczesny arcybiskup Timothy Dolan wysłał list do Watykanu z prośbą o zgodę na przeniesienie prawie 57 mln dolarów na fundusz powierniczy przeznaczony na utrzymanie cmentarzy. List potwierdzał, że celem tego zabiegu jest ochrona aktywów przed roszczeniami. Mimo to Watykan zatwierdził to przesunięcie. Kiedy cztery lata później zwierzchnicy kościelni Milwaukee ogłosili bankructwo, prawnicy ofiar wywalczyli włączenie cmentarza do majątku roszczeniowego. Po prawie pięcioletnich zmaganiach, w których archidiecezja Milwaukee próbowała odrzucić praktycznie wszystkie roszczenia, około 350 ofiar otrzymało średnio po 60 tys. dolarów.

Wypracowany przewodnik bankructwa pozwala archidiecezji w Santa Fe zaspokoić roszczenia ofiar tylko połową swojego majątku. Oznacza to, że każdy z poszkodowanych może otrzymać ok. 65 tys. dolarów, czyli tylko 1/5 sumy, jaka zostałaby zasądzona, gdyby archidiecezja nie wyprowadziła ze swoich ksiąg 176 mln dolarów. To znacząca różnica, jeśli wziąć pod uwagę, że wykorzystywane seksualnie dzieci stoją potem w obliczu zwiększonych problemów psychicznych i fizycznych oraz zazwyczaj trudniejszej sytuacji materialnej. Wysoki wskaźnik ubóstwa, niska świadomość i tradycyjne pobożne posłuszeństwo miejscowym kapłanom spowodowało, że wiele dzieci z Nowego Meksyku było szczególnie narażonych na molestowanie seksualne z ich strony.

Czy kościelne bankructwa mają przyszłość?

Archidiecezja Santa Fe i prawnicy ofiar rozpoczęli we wrześniu ubiegłego roku mediację sądową. Cały Kościół amerykański bacznie śledzi te negocjacje, aby wypracować własną strategię w przypadku potencjalnych bankructw. Każde dotychczasowe bankructwo Kościoła kończyło się ugodą, ale ostentacyjne ukrywanie aktywów, którego się dopuszcza, zwiększa prawdopodobieństwo, że tym razem takiej ugody nie będzie. Jeśli archidiecezja nadal będzie się upierać przy wykazanym, okrojonym majątku jako puli do zaspokajania roszczeń, ofiary mogą odmówić porozumienia. W takim przypadku istnieje ryzyko, że sędzia może usunąć tarczę ochronną roztoczoną nad archidiecezją i kierować sprawy do „normalnych” postępowań sądowych. Ofiary mogłyby otrzymać odszkodowania arbitralnie zasądzone, a nie wynikające z ugody. W innym scenariuszu archidiecezja może przeciągać spór, licząc, iż wyczerpane ofiary zgodzą się na niższe odszkodowania, jak to miało miejsce w Milwaukee. Ewentualnie sędzia ma prawo powołać zewnętrznego eksperta ds. finansów w celu prześwietlenia księgowości archidiecezji, co może wymusić na zwierzchnikach kościelnych bardziej hojne świadczenia, jak to miało miejsce w San Diego.

Tymczasem walka ofiar molestowania przez księży z Kościołem w stanie Nowy Meksyk dobiega końca, ponieważ utrzymano tu instytucję przedawnienia. Oznacza to, że nikt nie może wnieść nowych spraw przeciwko archidiecezji za nadużycia, które popełniono przed bankructwem. Nie można jednak powiedzieć, że problem archidiecezji definitywnie się skończył. Prokurator generalny Nowego Meksyku jest zaniepokojony postawą archidiecezji dotyczącą spłacania ofiar i wymuszania tajemnicy. Pod koniec 2018 r. jego biuro zażądało danych osobowych i finansowych związanych z nadużyciami duchowieństwa, a jego funkcjonariusze dokonali przeszukania w siedzibie archidiecezji. Śledztwo nadal trwa, a jego celem jest ustalenie przejrzystości procedur bankructwa. Kodeks upadłościowy zdaniem prokuratora generalnego nie powinien być wykorzystywany do krzywdzenia ofiar.

Pod koniec grudnia ubiegłego roku, w imię większej otwartości, papież Franciszek zniósł zasadę „tajemnicy papieskiej”, którą urzędnicy kościelni zasłaniali się, aby ukrywać przed władzami cywilnymi informacje o wykorzystywaniu seksualnym. Ma to ogromne znaczenie dla toczących się postępowań. Z drugiej jednak strony prawnicy ofiar twierdzą, że to Watykan bezpośrednio kieruje zarówno reorganizacjami finansowymi diecezji, jak i procesami zaspokajania roszczeń. Ich zdaniem wszystkie decyzje finansowe i strategiczne są podejmowane przez Stolicę Apostolską. Pomimo to rzeczniczka Konferencji Episkopatu USA twierdzi, iż decyzja o tym, czy szukać ochrony przed roszczeniami, posiłkując się bankructwem, należy do diecezji.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, dr Marek Ciecierski, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

W 2020 r. po raz kolejny rosną limity na IKE, IKZE oraz PPE

2020 to kolejny rok, kiedy rosną maksymalne limity wpłat do IKE, IKZE oraz PPE. Będą one wynosiły odpowiednio 15 681 zł dla IKE, 6 272,40 zł dla IKZE oraz 23 521,50 zł jeśli chodzi o wpłatę dodatkową do PPE. Wraz ze wzrostem limitów rośnie atrakcyjność oszczędzania na cele emerytalne, zwłaszcza że przepisy pozwalają równocześnie korzystać ze wszystkich trzech rozwiązań, zwiększając tym samym możliwą korzyść podatkową.

IKE i IKZE pozwalają na indywidualne oszczędzanie, natomiast PPE to forma grupowego oszczędzania na emeryturę w zakładzie pracy. Każdemu z wymienionych rozwiązań towarzyszy szereg unikalnych przywilejów podatkowych, w tym m.in. zwolnienie z 19% „podatku Belki” oraz możliwość dziedziczenia środków bez konieczności odprowadzania podatku od spadków i darowizn.

Prywatne oszczędności emerytalne to jedyny sposób na powiększenie przyszłej emerytury. Warto pamiętać o preferencyjnych warunkach. Rozwiązania dedykowane emeryturze pod względem ułatwień i korzyści mają zdecydowaną przewagę np. nad kontem oszczędnościowym. Przykładowo, wpłacając w 2020 r. maksymalną kwotę na IKZE, możemy uzyskać nawet 2007 zł ulgi podatkowej, jeśli wpadamy w 32% próg podatkowy. W całym procesie oszczędzania kluczowa jest systematyczność, bowiem pozwala budować kapitał przy mniejszym wysiłku finansowym” – wyjaśnia Jacek Treumann, członek zarządu Esaliens TFI.

Zgodnie z ostatnimi dostępnymi raportami KNF, na koniec czerwca 2019 r. posiadaczy IKE jest już ponad milion (1 010 400 osób), natomiast IKZE posiada 690 886 osób[1]. Wartość aktywów zgromadzonych w ramach obu kont wyniosła 12,2 mld PLN, rosnąc w ciągu roku o niemal 2,1 mld PLN.

[1] https://www.knf.gov.pl/knf/pl/komponenty/img/Oprac_IKE_IKZE_2019_67694.pdf

ZPP: Poważne oznaki spowolnienia gospodarki. Rekordowo niski wskaźnik w obszarze inwestycji

Indeks nastrojów przedsiębiorców „Busometr” na pierwsze półrocze 2020 – wyniósł 44,5 punktu (spadek z 48,8 punktów w poprzednim półroczu), co oznacza, że nastroje przedsiębiorców w dalszym ciągu się pogarszają. Spadek nastrojów w firmach wystąpił we wszystkich badanych komponentach (koniunktura gospodarcza, rynek pracy, inwestycje). Poziom nastrojów w zakresie inwestycji osiągnął poziom najniższy w historii badania. Pomimo spadków, przedsiębiorcy wykazują relatywny optymizm odnośnie sytuacji na rynku pracy.

Od trzech półroczy notuje się spadek nastrojów w badaniu przedsiębiorców. W pierwszym półroczu 2020 roku najbardziej pesymistyczne pozostają mikrofirmy (indeks 41,3). Nastroje poprawiają się wraz ze wzrostem wielkości badanego przedsiębiorstwa. Wyższy wskaźnik optymizmu cechuje także młodsze firmy, działające na rynku nie dłużej niż 5 lat. Najgorsze nastroje wykazują podmioty w Polsce centralnej. Najbardziej pozytywnie patrzą w przyszłość firmy w północnej części Kraju.

– Po rekordowo optymistycznym II półroczu 2018 roku, od trzech edycji badania widzimy konsekwentny spadek nastrojów wśród przedsiębiorców. Są to bez wątpienia oznaki osłabienia koniunktury gospodarczej w Polsce. W obszarze inwestycji płacimy cenę chaosu komunikacyjnego generowanego przez rząd oraz pośpiesznych, dokonywanych znienacka regulacji – komentuje wyniki badania Cezary Kaźmierczak, prezes ZPP.

Najlepsze nastroje ciągle cechuje branża produkcyjna (wskaźnik 49,3). Gorsza atmosfera panuje w handlu (45,4) oraz usługach (43,2). Należy zaznaczyć, że dopiero wskaźnik powyżej 50 pkt. świadczy o pozytywnej tendencji w ocenie danego komponentu.

W dalszym ciągu polskie firmy pozytywnie oceniają sytuację na rynku pracy. Wartość indeksu w tym komponencie wyniosła 55,8 pkt. i zanotowała nieznaczny 1,3 pkt. spadek w odniesieniu do poprzedniego półrocza. Co ciekawe, wzrósł odsetek zarówno firm planujących podwyżki (29% wobec 25% w poprzednim półroczu), jak i tych, które wynagrodzenia planują obniżyć (6%, podczas gdy w II półroczu 2019 roku było to jedynie 2% firm).

Rekordowo niski poziom nastrojów panuje w obszarze inwestycji. Busometr w tym komponencie zanotował najniższy wynik w 9 letniej historii badania (indeks 33 pkt.). Aż 61% przedsiębiorców zadeklarowało, że nie planuje inwestycji w najbliższych miesiącach.

***
Busometr ZPP – Indeks Nastrojów Gospodarczych MSP, jest wskaźnikiem pokazującym stopień optymizmu małych i średnich przedsiębiorców i ich planowane działania w perspektywie najbliższego półrocza.

Na wartość Indeksu Busometr wpływ mają trzy komponenty: (1) koniunktury gospodarczej, (2) rynku pracy (płace i zatrudnianie) oraz (3) inwestycji.

Wartość każdego z komponentów mieści się w przedziale od 0 do 100.

Związek Przedsiębiorców i Pracodawców oraz firma Maison&Partners prowadzą badania wśród przedsiębiorców w oparciu o próbę zróżnicowaną ze względu na liczbę zatrudnianych pracowników, próby małych i średnich firm w Polsce (do 250 zatrudnionych).

Busometr ZPP jest publikowany co pół roku. Badanie jest realizowane od 2011 roku.

Czy czeka nas wzrost cen ropy?

Ugoda w konflikcie handlowym USA i Chin powoduje, że jeden z ważnych czynników hamujących dotychczasowy wzrost cen ropy znika. To właśnie cła miały spowalniać globalny wzrost gospodarczy, a tym samym prognozy wzrostu cen czarnego złota.

Japonia dalej zwalnia

W nocy poznaliśmy dane na temat japońskiej gospodarki. Produkcja przemysłowa spada w skali roku o 8,2%, co jest zaledwie 0,1% powyżej oczekiwań. Dane te nie zrobiły większego wrażenia na inwestorach, ale ich reakcje mogą być dzisiaj znacznie spokojniejsze ze względu na dzień wolny w USA. Dane makroekonomiczne z Japonii to zresztą specyficzny temat. Kraj ten od wielu lat pokazuje raczej słabe dane makroekonomiczne, ale pomimo tego powoli się rozwija.

Wygaszanie wojny handlowej pomaga ropie

Czarne złoto po podpisaniu umowy handlowej między Chinami a USA powoli odzyskuje siły. Widać też większe oczekiwania na temat przyszłego popytu. Dobrym dowodem na to jest rosnąca ilość wież wiertniczych w USA. Ropa nie jest co prawda tak droga, jak podczas konfliktu na linii Iran-USA, ale surowiec ten w przeddzień wybuchów konfliktów zbrojnych zwyczajowo idzie istotnie w górę.

Amerykanie budują

W piątek poznaliśmy dane z USA na temat budownictwa. O ile zgód na budowy domów było mniej, niż oczekiwano, o tyle rozpoczęto ich znacznie więcej, niż sądzono. Zamiast spodziewanych 1,38 mln domów, rozpoczęto budowę 1,6 mln domów. Oprócz tego poznaliśmy odczyty produkcji przemysłowej oraz wstępne dane na temat Raportu Uniwersytetu Michigan. Pomimo tego, że były one słabsze od oczekiwań, nie były tak złe, aby wpłynąć na optymizm inwestorów po odczytach z rynku budowlanego. W rezultacie dolar był najsilniejszy względem euro od początku roku.

Dzisiaj dzień wolny w USA z okazji dnia Martina Luthera Kinga, a w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski główny analityk w Internetowykantor.pl

Rzecznik MŚP proponuje zmiany w przepisach dotyczących informowania pracodawców o terminach pełnienia służby wojskowej przez ich pracowników

Rzecznik MŚP proponuje zmiany w przepisach dotyczących informowania pracodawców o terminach pełnienia służby wojskowej przez ich pracowników. Zgodnie z wnioskiem legislacyjnym do Ministra Obrony Narodowej, o wezwaniu pracownika do pełnienia służby w wyznaczonych dniach pracodawcy powinni dowiadywać się z urzędu od właściwych władz wojskowych.

Obecnie obowiązujące przepisy ustawy z dnia 21 listopada 1967 r. o powszechnym obowiązku obrony Rzeczypospolitej Polskiej (Dz. U. z 2019 r. poz. 1541, ze zm.) zawierają niejednolite rozwiązania w zakresie informowania pracodawców o konieczności udzielania dni wolnych pracownikom oraz umożliwienia im stawienia się do pełnienia służby wojskowej (w tym terytorialnej). Co do zasady, o wezwaniu pracownika do pełnienia tej służby w wyznaczonych dniach pracodawcy powinni dowiadywać się z urzędu od właściwych władz wojskowych.

Jednakże zgodnie z art. 101c ust. 5 ww. ustawy, w przypadku ćwiczeń wojskowych rotacyjnych żołnierz rezerwy ma obowiązek niezwłocznego poinformowania swojego pracodawcy o dniach, w których będzie odbywał te ćwiczenia, oraz o zmianach w tym zakresie, a także powiadamiać pracodawcę o powołaniu na te ćwiczenia. W takim przypadku jedynym źródłem informacji dla pracodawcy jest sam pracownik.

Do Rzecznika MŚP dotarły sygnały od przedsiębiorców o istotnych utrudnieniach w prowadzeniu działalności gospodarczej dla pracodawców, którzy nie zostali poinformowani przez swoich pracowników o dniach odbywania przez nich ćwiczeń wojskowych rotacyjnych oraz powołaniu ich na te ćwiczenia. Pomimo bowiem braku stosownej informacji pracodawcy Ci mają obowiązek umożliwić tym pracownikom stawienie się na te ćwiczenia. Natomiast brak wywiązania się przez pracowników z obowiązku niezwłocznego poinformowania pracodawców o ww. ćwiczeniach lub powołaniu na nie może skutkować co najwyżej ewentualną odpowiedzialności porządkową. Powyższe wnioski zostały potwierdzone stanowiskiem Szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego zawartym w piśmie z dnia 16 grudnia 2019 r. stanowiącym odpowiedź na wystąpienie Rzecznika MŚP.

W ocenie Rzecznika MŚP, w czasie pokoju, w sytuacjach, gdy nie zaistniała konieczność natychmiastowego stawiennictwa do służby wojskowej, pracodawcy powinni być informowani nie tylko niezwłocznie przez swoich pracowników, lecz przede wszystkim urzędowo o zaplanowanych terminach służby wojskowej pracowników, jak również o zmianie tych terminów. W związku z powyższym, pismem z 17 stycznia 2020 r. Rzecznik MŚP zawnioskował do Ministra Obrony Narodowej o podjęcie działań legislacyjnych, mających na celu zmianę ww. ustawy w taki sposób by w czasie pokoju pracodawcy byli zawiadamiani z urzędu o zaplanowanych terminach oraz ich zmianach, w których pracownicy będą pełnili służbę wojskową (w tym terytorialną).

Rynki czekają na kolejne informacje

W tym tygodniu poznamy istotne dane o aktywności biznesowej w kluczowych gospodarkach. Oprócz tego warto zwrócić uwagę na spotkanie EBC i konferencję w Davos.

Waluty G10, w sporej części, zakończyły ubiegły tydzień na niemal niezmienionych poziomach w porównaniu z tymi, na jakich go rozpoczęły. Istotnym wyjątkiem był japoński jen, który doświadczył osłabienia w  obliczu rosnącego apetytu na ryzyko, który nie sprzyja bezpiecznym aktywom. Rynki akcji i papierów dłużnych kontynuowały wzrosty, niejako świętując podpisanie przez USA i Chiny tzw. umowy “pierwszej fazy” – do czego doszło w środę. Zachowanie walut rynków wschodzących było zróżnicowane, jednak od początku roku w większości radzą one sobie całkiem nieźle.

Spodziewamy się, że za sprawą kluczowych odczytów PMI dla Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych i strefy euro w tym tygodniu na rynek walutowy powróci zmienność. Liczymy na pozytywny odczyt dla wspólnego bloku walutowego, który powinien wesprzeć euro. Warto też wspomnieć, że w czwartek odbędzie się spotkanie decyzyjne Europejskiego Banku Centralnego. W jego kontekście nie spodziewamy się jednak zmian parametrów polityki monetarnej ani istotnych zmian retoryki w kwestii perspektyw gospodarczych wspólnego bloku.

PLN

Na początku zeszłego tygodnia polski złoty umocnił się w parze z euro do najwyższego poziomu od kwietnia 2018 roku. Ostatecznie jednak zakończył tydzień lekkim osłabieniem w relacji do głównych walut. W ostatnich dniach poznaliśmy odczyty inflacji, które potwierdziły wyraźny wzrost dynamiki cen w grudniu – inflacja CPI znalazła się tuż poniżej górnych widełek celu inflacyjnego, a bazowa dynamika była najwyższa od ośmiu lat i mało brakowało, żeby nie przekroczyła tego poziomu. Nie musi to jednak oznaczać, że w najbliższym czasie RPP podniesie stopy procentowe. Wprawdzie Eugeniusz Gatnar, reprezentant “jastrzębi” w Radzie, stwierdził ostatnio, że zasadnym byłoby podniesienie stóp o 15-25 pb., jednak obecnie nie jest to dominujący głos w RPP. Pomimo silnego wzrostu inflacji, Rada skłania się ku stabilizacji stóp procentowych.

W tym tygodniu poznamy kilka istotnych odczytów z Polski, w tym dane o produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej w grudniu. Będą one w stanie powiedzieć więcej o tym, jak wyglądała sytuacja gospodarcza Polski pod koniec minionego roku.

GBP

Odporność funta brytyjskiego na szereg zdecydowanie słabych odczytów makroekonomicznych, które poznaliśmy ostatnio, jest godna podziwu. W ubiegłym tygodniu poniżej oczekiwań konsensusu wypadły m.in. dane o produkcji przemysłowej, sprzedaży detalicznej, jak również odczyt dynamiki cen. W konsekwencji publikacji oraz gołębich komentarzy ze strony kilku członków Banku Anglii, wyraźnie wzrosła rynkowa wycena obniżek stóp procentowych. Implikowane rynkowe prawdopodobieństwo cięcia stóp procentowych podczas najbliższego spotkania Banku Anglii w końcówce stycznia wynosi ok. 70%.

Mimo że w kontekście powyższych informacji naturalną reakcją waluty byłaby wyprzedaż, funt brytyjski zakończył ubiegły tydzień na niemal niezmienionym poziomie – zarówno w relacji do dolara amerykańskiego, jak i do euro. Jeśli  odczyty indeksów aktywności biznesowej PMI i raport opisujący sytuację na brytyjskim rynku pracy, które poznamy w tym tygodniu, nie zawiodą, może dojść do złagodzenia negatywnego sentymentu względem fundamentów gospodarczych Wielkiej Brytanii. Taki obrót spraw powinien sprzyjać brytyjskiej walucie.

EUR

Nasze oczekiwania, zakładające, że dane gospodarcze ze strefy euro będą lepsze od oczekiwań konsensusu, zostaną poddane próbie w tym tygodniu. W piątek poznamy bowiem wstępne styczniowe odczyty indeksów aktywności biznesowej PMI w bloku walutowym. W kontekście poprawy nastrojów i ogólnego poczucia optymizmu – widocznego chociażby w ostatnim zachowaniu światowego rynku akcji – spodziewamy się, że lepszy od oczekiwań okaże się zarówno odczyt dla przemysłu, jak i usług. Pozytywne zaskoczenie w danych powinno wzmocnić wspólną europejską walutę w relacji do głównych walut.

Czwartkowe spotkanie EBC nie powinno przynieść informacji o zmianach parametrów polityki monetarnej. Niemniej warto będzie zwrócić uwagę na informacje dotyczące rozpoczęcia “przeglądu strategii” banku centralnego, którego przeprowadzenie ogłosiła Christine Lagarde po objęciu funkcji prezesa EBC. Będzie to pierwsze tego typu działanie od 2003 roku.

USD

Abstrahując od podpisania umowy “pierwszej fazy” między USA a Chinami, w minionym tygodniu kluczowymi wieściami z USA były dane o inflacji. Nie przyniosły one przełomu, jednak część odczytów znalazła się na poziomach nieco niższych od oczekiwanych przez konsensus. W USA nie obserwujemy obecnie istotnej presji inflacyjnej, natomiast inflacja znajduje się w okolicy celu Fed-u. Sugeruje to, że w najbliższym czasie nie powinniśmy spodziewać się ruchu stóp procentowych w USA w żadną stronę.

W tym tygodniu kluczową publikacją dla inwestorów będą piątkowe wstępne dane PMI dla USA za styczeń. Oprócz tego, w kolejnych dniach warto będzie obserwować Światowe Forum Ekonomiczne w Davos, w trakcie którego przemawiać będzie m.in. prezydent Trump.

Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Ebury

Przemysł: w 2020 r. największym wyzwaniem będą ludzie a nie technologia

Największe możliwości wzrostu i poprawy wyników w polskim sektorze produkcyjnym daje praca nad rozwojem potencjału pracowniczego a nie tylko cyfryzacja czy automatyzacja procesów – wynika z analiz firmy konsultingowo-wdrożeniowej 4Results. Firma opiera swoje wnioski na podstawie projektów reorganizacji działania przedsiębiorstw produkcyjnych z ostatnich trzech lat. Przed jakimi zatem wyzwaniami stoją polscy producenci i gdzie mogą oni przede wszystkim szukać metod poprawy swoich wyników?

To nie cyfryzacja, nie robotyzacja i nie nowe metody zastosowania sztucznej inteligencji są obecnie największymi wyzwaniami dla polskiego przemysłu. Znacznie większe znaczenie dla poprawy wyników finansowych i wzrostu firm produkcyjnych ma odpowiednie wykorzystanie dostępnych w organizacjach zasobów ludzkich, jak również utrzymanie w firmach pracowników i ich właściwy rozwój. Tak twierdzą eksperci, którzy na co dzień zajmują się restrukturyzowaniem i poprawą efektywności przedsiębiorstw.

„Na podstawie doświadczeń z kilkudziesięciu projektów reorganizacji sposobu działania przedsiębiorstw zrealizowanych w ciągu ostatnich trzech lat można zaryzykować tezę, że dziś żadna z firm produkcyjnych pracujących w Polsce nie prowadzi produkcji w pełni efektywnie. Można nawet pójść dalej i powiedzieć, że ponad 90% przedsiębiorstw działa w sposób niedoskonały, ponosząc w różnych punktach działania straty istotnie wpływające na całościowe wyniki finansowe. Główne powody uszczuplenia marży nie wynikają z braku rozwiązań informatycznych czy nowoczesnych technologii, ale z niewykorzystania potencjału pracowników i kadr zarządzających oraz ze złej organizacji pracy– mówi Izabela Starnawska, partner zarządzający w 4Results.

W opinii 4Results uwolnienie potencjału drzemiącego w ludziach na wszystkich szczeblach organizacji, daje przedsiębiorstwom większe korzyści w porównaniu z nadmiarową koncentracją na wdrażaniu innowacyjnych rozwiązań. Co więcej – aby firmy mogły w pełni odczuć korzyści z nowoczesnych technologii i cyfryzacji, najpierw trzeba do tego odpowiednio przygotować pracowników.

W jaki sposób firmy produkcyjne tracą pieniądze?

4Results zaznacza, że sektor przemysłowy składa się z odmiennych branż, w których firmy działają w różnych modelach i skali. Dlatego odnoszenie danych statystycznych zebranych w poszczególnych branżach do szerokiego sektora może być mylące. Z całą pewnością można natomiast powiedzieć, że w polskich firmach produkcyjnych powszechnie występują zjawiska przyczyniające się do powstawania strat i obniżania efektywności. Poczynając od najczęściej spotykanych, są to:

  • zbyt długi czas przezbrojenia maszyn i przygotowania parku maszynowego do realizacji nowych zleceń;
  • niewłaściwe harmonogramowanie produkcji, niosące szkodliwe i groźne konsekwencje, po pierwsze w postaci nadprodukcji zbędnych SKU, co przyczynia się do zamrażania kapitału firmy i nadmiarowego obciążania magazynu, po drugie w postaci niepotrzebnie wydłużanego czasu realizacji zamówień klientów, co w licznych sytuacjach prowadzi do permanentnego przeciążania parku maszynowego i załogi oraz pogorszenia satysfakcji klientów;
  • nieumiejętność organizacji stanowisk pracy lub brak konsekwencji w panowaniu nad efektywnością na stanowisku – poczynając od tego rozumianego fizycznie, objawiającego się ustandaryzowanym ułożeniem w hali produkcyjnej czy działach utrzymania ruchu maszyn, urządzeń, części i narzędzi oraz potrzebnych do pracy informacji czy oznaczeń, przez sposób ulokowania półproduktów i wyrobów gotowych w magazynach, aż po porządek rozumiany jako przepływ pracy, zleceń oraz informacji w całej organizacji (w zespołach, między liderami a grupami roboczymi, wśród liderów, pomiędzy wydziałami produkcyjnymi, w procesie produkcyjnym, między kadrą kierowniczą a pracownikami itd.);
  • zbyt długie czasy realizacji zamówień – najczęściej problem polega na nieoptymalnym przepływie w procesie wytwarzania (np. niepotrzebnym ruchu półproduktów do kompletowania, niewłaściwej alokacji stanowisk przy taśmach produkcyjnych, czy niepraktycznej organizacji pracy wydziałów montujących wyrób gotowy składający się z różnych półproduktów). To pociąga za sobą straty będące sumą niepotrzebnie wykonanych czynności, nadmiaru czynnika ludzkiego w procesie, zajętej przestrzeni magazynowej, czasu realizacji zleceń itd.;
  • nieumiejętność trwałego wdrażania pożądanych zmian – to, że większość firm działa nieefektywnie, nie oznacza, że ich kierownictwo jest niekompetentne. Gdy zarząd jest zaangażowany w firmę, zazwyczaj doskonale wie, jakie zmiany są pożądane. Problem jednak tkwi w braku umiejętności ich przeprowadzenia: albo zawodzą metody, albo kierownictwo średniego szczebla nie ma odpowiedniego przygotowania, albo po prostu brakuje czasu, by konsekwentnie przeprowadzić zmianę do końca;
  • rosnące ilości reklamacji oraz zbyt duże ilości odpadów generowanych w trakcie produkcji w odniesieniu do potencjału i jakości wykorzystywanych maszyn oraz zatrudnionych ludzi. Wynika to m.in. z rosnącej ilości błędów popełnianych przez pracowników a spowodowanych nieefektywnym wdrażaniem do pracy nowych pracowników (nierzadko obcokrajowców), długiego procesu rozwoju pracowników, co pozwala uzyskać zastępowalność pracowników na różnych stanowiskach produkcyjnych oraz braku modelu kompetencji w wydziałach produkcyjnych. Model taki powinien służyć nie tylko właściwemu rozwojowi umiejętności, ale wpływać na składniki wynagrodzeń (model kompetencji, jako element motywowania i premiowania pracowników);
  • niewłaściwa komunikacja w organizacji – w firmach produkcyjnych komunikacja między działami ma silny wpływ na efektywność. Najczęstsze problemy w niewłaściwym harmonogramowaniu produkcji biorą się z zakłóconego przepływ informacji między działami rynkowymi (sprzedaż, obsługa klienta) a produkcją. Poza tym negatywny wpływ mają też: silosowe przetwarzanie danych i planowanie pracy odrębnie w poszczególnych wydziałach produkcyjnych oraz niedostateczne komunikowanie przez zarząd i liderów grup celów firmy. Dodatkowe problemy może stwarzać brak spotkań operacyjnych liderów zespołów lub niewłaściwe ich prowadzenie.

Jakie są ścieżki i scenariusze rozwoju przedsiębiorstw produkcyjnych?

Na wszystkie wyżej wymienione zjawiska największy wpływ ma to, w jaki sposób w danej firmie została zorganizowana praca, w jaką wiedzę zostali wyposażeni ludzie na poszczególnych stanowiskach oraz według jakich metod na co dzień działają pracownicy.

„Z prowadzonych projektów optymalizacji przedsiębiorstw wynika, że przeciętna firma produkcyjna w Polsce w zasięgu ręki ma duże możliwości poprawy wyników w oparciu o te zasoby, które już posiada. Mam na myśli takie rezultaty jak np. 30% wzrost efektywności, kilkuprocentowy wzrost marży, skrócenie o połowę czasu realizacji zamówień czy uwolnienie z magazynu kilkunastu procent zamrożonego w nim kapitału. Tego rodzaju rezultaty wypracowywane są dzięki wdrażaniu konkretnych zmian w metodach i stylu zarządzania, a także zmian postaw pracowników i wdrażania zasad działania w grupach i między zespołami. Co warto podkreślić, tego rodzaju wyniki firmy wypracowują bez większych inwestycji w sprzęt czy nowe technologie” – dodaje Izabela Starnawska.

Firmy produkcyjne mają do wyboru co najmniej kilka koncepcji ukierunkowanych na poprawę wyników, wzrost efektywności czy zmianę organizacji pracy. Puntem wyjścia zazwyczaj jest identyfikacja problemu lub wyzwania, która często jest wynikiem analizy przedsiębiorstwa. Zdefiniowany problem pomaga dobrać odpowiednie podejście i metodę jego rozwiązania.

Spośród najczęściej wybieranych metod można wymienić:

  • Lean Manufacturing – podejście, które koncentruje się na eliminacji start i marnotrawstwa istniejącego w procesie produkcyjnym poprzez zaangażowanie metod ciągłego doskonalenia, a pozwalających na wdrożenie długoterminowych rozwiązań
  • Training Within Industry (TWI) – działania ugruntowujące zarządzanie wiedzą o procesach produkcyjnych, zasadach i regułach pracy w danym przedsiębiorstwie. Po jego wdrożeniu liderzy grup i pracownicy uczą się nawzajem standardów, a organizacja jest zdolna do szybkiego wdrażania pracowników do pracy;
  • Total Productive Maintenance (TPM) – działania ukierunkowane na optymalne wykorzystanie parku maszynowego, nie tylko pod kątem czasu pracy i wydajności maszyn, ale też redukcji ich awarii, zwiększenia bezpieczeństwa pracy, zapewnienia długiego okresu eksploatacji.
  • Proces Sales & Operations Planning (S&OP) – zapewnienie przepływu informacji od działów rynkowych firmy (sprzedaż, marketing, obsługa klienta) do działów odpowiadających za produkcję i zakupy w celu zapewnienia optymalnego przepływu pracy w obszarze produkcji, redukcji zapasów i kosztu surowców, utrzymania ciągłości dostaw, skrócenia czasu realizacji zamówień oraz poprawy satysfakcji klientów.
  • Quick Response Manufacturing – działania reorganizujące sposób pracy wewnętrznych struktur firmy, dzięki którym jest ona w stanie znacznie szybciej realizować zamówienia. Strategia QRM adresowana jest przede wszystkim do firm wytwarzających krótkie serie lub produkujące w długich cyklach, wytwarzających złożone wyroby lub produkty dostosowywane do indywidualnych zamówień;
  • Różnego rodzaju inne programy Doskonałości Operacyjnej ukierunkowane na rozwiązanie problemów w obszarze produkcji, zakupów, magazynowania, jakości, sprzedaży czy dystrybucji.

Niezależnie od tego na czym koncentruje się projekt, wspólnym mianownikiem jest jednak praca z ludźmi – i dotyczy to zazwyczaj wszystkich szczebli organizacji, od członków zarządu, po operatorów maszyn czy magazynierów. „Bez uprzedniego wykonania pracy u podstaw z ludźmi żadna nowoczesna technologia czy specjalistyczny system informatyczny nie wpłynie znacząco na poprawę rezultatów przedsiębiorstwa. Firmy powinny sięgać po nowoczesne technologie dopiero po osiągnięciu statusu organizacji zdolnej do samodoskonalenia i umiejącej kształtować pożądane postawy wśród swoich pracowników” – mówi Izabela Starnawska. Chodzi o to, by w oparciu o własny kapitał ludzki mieć zdolność identyfikowania zachowań pracowniczych w firmie, które można ukształtować poprzez wdrożenie firmowych zasad i norm postępowania. Następnie wspólnymi siłami, w zespołach zasady te są utrwalane, by uzyskać lepsze i powtarzalne wyniki. Dzięki temu organizacje zmieniają swoją kulturę działania – uwzględniają szacunek wobec każdego człowieka i lepiej rozumieją potrzeby klientów. Firmy, które podążają tą drogą, stają się coraz bardziej konkurencyjne.

Polski przemysł może być bezkonkurencyjny!

Eksperci z 4Results zwracają uwagę, że pomimo niewykorzystanego w pełni potencjału, polskie firmy produkcyjne nadal dobrze sobie radzą. Przychody największych firm z sektora produkcyjnego rosną średnio trzykrotnie szybciej niż PKB. Na uwagę zasługuje rekordowy 15% wzrost CIT w 2019 r. (po części wynika on z uszczelnienia systemu podatkowego), jak również najwyższe w historii dodatnie saldo w wymianie towarowej Polski z zagranicą. Co ciekawe, udało się to zrobić pomimo kłopotów gospodarczych Niemiec, naszego największego zagranicznego odbiorcy. Mimo tego, że w 2019 r. sprzedaż do Niemiec rosła zaledwie w tempie 1,8%, polskie firmy znacznie powiększyły eksport na inne rynki (głównie Czech, Wielkiej Brytanii i USA). To pokazuje, że niezależnie od warunków u największego odbiorcy, rodzimi producenci umieją działać na różnych rynkach zagranicznych.

Według 4Results uwolnienie potencjału tkwiącego w zasobach ludzkich polskich przedsiębiorstw może przyczynić się do tego, że w niektórych branżach firmy produkcyjne staną się bezkonkurencyjne.

Rośnie Baza Danych Odpadowych

Od 1 stycznia 2020 r. ewidencja odpadów prowadzona jest za pośrednictwem systemu BDO, stworzonego przez Instytut Ochrony Środowiska – Państwowy Instytut Badawczy na zlecenie Ministerstwa Klimatu.

W pierwszych tygodniach uruchomienia nowych funkcjonalności systemu BDO, w systemie zarejestrowanych jest 200 000 podmiotów. To oznacza, że w ostatnich miesiącach grudnia do Rejestru-BDO trafiło około 30 000 przedsiębiorstw. W systemie już pracuje 114 779 użytkowników głównych do których przypisane jest 56 637 podmiotów oraz 35 978 użytkowników. A każdego dnia liczby te się zwiększają.

W Systemie BDO w ciągu doby wystawianych jest około 32 000 kart przekazania odpadów (KPO) oraz blisko 20 000 kart przekazania odpadów komunalnych (KPOK).
Baza Danych Odpadowych to wielkie przedsięwzięcie i mamy świadomość, że użytkownicy mają na razie zróżnicowany stosunek do jej funkcjonowania. Analizujemy wszystkie zgłaszane uwagi. Z tego powodu w systemie została udostępniona funkcja samodzielnego dodawania miejsc prowadzenia działalności. – Krystian Szczepański, dyrektor Instytutu Ochrony Środowiska.

W sytuacji, gdy podmiot rozpocznie działalność w nowym miejscu lub stwierdzi brak takich danych w systemie, ma możliwość ich samodzielnego dodania z poziomu konta użytkownika głównego. Podmiot, dodając nowe miejsce prowadzenia działalności, automatycznie uzyskuje możliwość wystawiania kart przekazania odpadów, kart przekazania odpadów komunalnych oraz prowadzenia ewidencji w tym miejscu. Należy jednak pamiętać, że po dodaniu nowego miejsca, podmiot jest zobowiązany do złożenia wniosku aktualizacyjnego do właściwego Urzędu Marszałkowskiego w terminie 30 dni od wystąpienia zmiany.

W Dzienniku Ustaw 30 grudnia 2019 r.* opublikowano nowe rozporządzenie ministra klimatu w sprawie rodzajów odpadów i ilości odpadów, dla których nie ma obowiązku prowadzenia ewidencji (Dz.U. poz. 2531). W ten sposób znacząco poszerzyła się grupa podmiotów, które nie mają obowiązku wpisywania się do rejestru, a więc i prowadzenia ewidencji i sprawozdawczości. Zmiana dotyczy przede wszystkim właścicieli małych punktów handlowych i wytwarzanych przez nich odpadów opakowaniowych do ilości określonej w rozporządzeniu. Również przeterminowana lub nieprzydatna do spożycia żywność nie musi podlegać ewidencji. Także świetlówki i baterie, które powstają w ramach zwykłej eksploatacji w biurach, sklepach czy punktach użyteczności publicznej nie podlegają wpisowi do bazy. To samo dotyczy niewielkich, określonych w rozporządzeniu ilości odpadów budowlanych powstających w wyniku prowadzonych prac w domach jednorodzinnych i mieszkaniach.

Historyczne wzrosty na Wall Street spełnieniem American dream? Legenda wyrywa ze snu

Kolejna sesja na Wall Street zakończyła się znaczącymi wzrostami, a indeksy są blisko historycznych szczytów. Hossa trwa niemal od dekady, a ostatnie zwyżki to efekt poprawy nastrojów po podpisaniu wstępnej umowy handlowej USA-Chiny. Passa dobrych danych jest ciągle przedłużana, ale rynek nie reaguje na te informacje większym ruchem. Motoryzacyjne giganty – takie jak – Harley Davidson wyrywają z utopijnego snu o potędze.

Rekordowa passa za oceanem, która zaczęła napędzać rynki akcji po zapowiedziach amerykańsko-chińskiej umowy handlowej trwa w najlepsze. Do dobrych wieści dołączyły dane o sprzedaży detalicznej oraz indeks Fed z Filadelfii. Odczyty makro z USA potwierdzają świetną kondycję gospodarki USA. Pokazują, że konsumenci wciąż stanowią silny fundament wzrostu gospodarczego oraz to, że amerykańskie przedsiębiorstwa są silniejsze od tych z innych części świata.

Trzy główne indeksy wspięły się po raz kolejny na najwyższe poziomy w historii przy prymie spółek z sektora technologicznego i finansowego (Dow Jones Industrial Average oraz S&P500 są blisko historycznych rekordów). Mocno zyskiwały również banki oraz producenci chipów po publikacji solidnych wyników przez Taiwan Semiconductor Manufacturing Co. oraz Morgan Stanley. Wszystko wygląda różowo, zwłaszcza że od strony fundamentów nie napływają niepokojące sygnały mogące zaburzyć optymizm rynkowy. Czy aby na pewno spełnia się amerykański sen o kapitalistycznej potędze?

American dream

Sprawdzamy. Sprzedaż detaliczna wskazała na wciąż silną postawę konsumentów jako fundamentu wzrostu gospodarczego, podczas gdy dane o aktywności biznesowej wskazują na zdecydowanie mocniejszą pozycję przedsiębiorstw z USA niż w innych częściach świata. To przede wszystkim daje świeży podmuch wiatru w żagle dla wzrostów indeksów na Wall Street, ale też pośrednio wzmacnia USD. Zawsze jest trudno wyważyć wpływ dobrych danych z USA na walutę: albo jest pozytywny, bo oddala wizję luzowania polityki Fed; albo negatywny, bo wzmacnia apetyt na ryzykowne aktywa kosztem dolara. Aktualnie wahadło przechyla się mocniej w stronę pierwszego.

Dolar jest zdecydowanie mocny. – Jest silniejszy po danych, ale raczej nie przez dane – ocenia Konrad Białas, główny ekonomista TMS Brokers i autor raportu „7 prognoz inwestycyjnych na 2020”.

Sen o potędze

Zdaniem eksperta bardziej istotne są dane mówiące o możliwości poprawy sentymentu w przemyśle. A to on leży u podstaw amerykańskiego snu, który został de facto zbudowany na fundamencie potęgi motoryzacyjnej. Jej symbolem stał się m.in. legendarny Harley-Davidson, który znajduje się w bardzo trudnym położeniu.

Popyt na motocykle w ostatnich latach obniża się w tempie ponad 5 proc. W ujęciu rok do roku kwartalne dynamiki zamówień właściwie nieprzerwanie notują wartości ujemne. Popyt na produkty firmy od ponad dwóch lat jest na poziomach poniżej globalnego kryzysu finansowego i recesji lat 2008-2009 pomimo fantastycznych nastrojów konsumentów, rozgrzanego rynku pracy i szybkiego tempa wzrostu gospodarczego.

Produkcja jest o ponad połowę niższa niż pięć lat temu. Spółka nie jest w stanie odwrócić negatywnego trendu w popycie na swoje flagowe pojazdy o wysokiej pojemności silnika. Zwyczajowo amerykańscy dealerzy budują zapasy w pierwszym kwartale, przed startem sezonu. W ostatnich pięciu latach zgłaszali oni zawsze zapotrzebowanie niższe niż w poprzednim roku, a mimo to zapasy pozostają wysokie, co negatywnie działa na marże.

wykres
Pomimo świetnej koniunktury w USA popyt na duże motocykle nieprzerwanie słabnie. Roczna dynamika kwartalnych zamówień na nowe motocykle. Źródło: Bloomberg, Harley Davidson

Zarząd spółki za cel stawia sobie pozyskanie dwóch milionów nowych klientów do 2027 roku. Ostatnio te prognozy obniżono o połowę. Wyjściem z sytuacji może być silniejsza dywersyfikacja geograficzna sprzedaży lub próba pozyskania młodszych kierowców. Wprawdzie w ostatnim zaraportowanym kwartale sprzedaż motocykli Harley-Davidson poza USA była dla spółki najwyższa w historii, ale anemiczna dynamika rynków eksportowych pokazuje, że nie są one w stanie zrekompensować problemów na krajowym podwórku.

Zagrożenia dla spełnienia marzeń

Zagrożenie nadal stanowią wojny handlowe i spowolnienie światowej gospodarki. – Osiągnięcie porozumienia od tygodni wspierało nastroje na światowych giełdach, jego sygnowanie nie wzbudziło już entuzjazmu. Nie należy spodziewać się też natychmiastowego wpływu na kondycję światowej gospodarki – wyjaśnia Białas.

Dodatkowo, w krajach z największym wzrostowym potencjałem jednoślady Harley–Davidson nie wpisują się w zapotrzebowanie ze względu na zbyt dużą pojemność silnika i cenę. Próba oferowania motocykli o niższej pojemności, a nawet pojazdów elektrycznych to niebezpieczny zwrot w strategii marketingowej, gdyż wymaga znacznych nakładów, zmiany wizerunku marki i zagraża utratą tradycyjnej klienteli.

Skala wyzwań znajduje odzwierciedlenie w przebiegu notowań na nowojorskiej giełdzie. W 2019 roku indeks S&P500 wzrósł około 30 proc. i seryjnie bił rekordy wszechczasów. Kurs Harley–Davidson wprawdzie podniósł się kilkanaście procent, ale pozostaje w długoterminowej tendencji spadkowej. Jego notowania w połowie ubiegłego roku runęły na dziesięcioletnie minima i znalazły się niemal 60 proc. poniżej szczytów z ostatniej dekady. Zdaniem analityków TMS Brokers słabość relatywna zostanie utrzymana i kurs instrumentu nadal podlegać będzie trendowi spadkowemu.

Branża mięsna o wieprzowinie: W I kw. 2020 r. będzie drożej nawet o 20%

Według analityków z Hiper-Com Poland, w latach 2018-2019 średnie ceny promocyjne wieprzowiny wzrosły o niecałe 13%. Najbardziej zdrożało podgardle, bo aż o blisko 32%. Koszt zakupu łopatki zwiększył się o ponad 22%, boczku – o ok. 18%, a szynki – o 16%. W ub.r. było też o prawie 17% mniej promocji niż rok wcześniej. Spadek był widoczny w supermarketach – o ok. 27%, w hipermarketach – o przeszło 24%, a także w sieciach cash&carry – o ponad 13%. W dyskontach przybyło promocji o niespełna 10%, a w convenience – o 8%. Z kolei branża zapowiada, że regularne ceny tylko w I kwartale mogą iść w górę nawet o 20%. Ponadto w sklepach może być dużo trudniej o dobre rabaty. 

Jak zauważa Janusz Rodziewicz, Prezes Zarządu Głównego Stowarzyszenia Rzeźników i Wędliniarzy Rzeczypospolitej Polskiej, przez 15 lat regularne ceny wieprzowiny prawie w ogóle się nie zmieniały. Aż nagle w ub.r. nastąpiła rewolucja cenowa, wywołana oczywiście wirusem ASF. Mięso, którego mocno ubyło na rynku, podrożało o ok. 50-60%. Ekspert dodaje, że zakłady dostarczały je do sklepów poniżej kosztów produkcji, bo były do tego zobowiązane wcześniejszymi umowami. I dlatego produkt w promocji zdrożał o blisko 13%, co wykazała szczegółowa analiza gazetek promocyjnych z lat 2018-2019.

– Rynek mięsa wieprzowego już od dłuższego czasu przeżywa turbulencje. Były one spowodowane afrykańskim pomorem świń, zmniejszeniem pogłowia i wzrastającym deficytem w Chinach. Z naszej analizy wynika, że na przestrzeni roku najbardziej zdrożało podgardle w promocji – o prawie 32%. Ceny łopatki poszły w górę o ponad 22%, boczku – o ok. 18%, a szynki – o 16%. Wszystko wskazuje na to, iż wzrostowa tendencja utrzyma się w tym roku. W najlepszym wypadku wartości rabatowe pozostaną na obecnym poziomie – mówi Julita Pryzmont z międzynarodowej firmy Hiper-Com Poland.

Natomiast Witold Choiński, Prezes Zarządu Związku Polskie Mięso, podkreśla, że prognozy na 2020 rok są dość niepewne. Oczekuje się, że do końca br. chińska produkcja spadnie o ponad 35% w porównaniu do ub.r. Wynikająca z tego luka podażowa podwoi światowy popyt na wieprzowinę. Natomiast wytwarzanie tego rodzaju mięsa w UE jest ograniczane z powodów środowiskowych. Dlatego ceny w tym roku prawdopodobnie jeszcze wzrosną. Stabilizacja może nadejść dopiero w kolejnych latach, jeśli Chińczycy powstrzymają ASF.

– Wyrównanie cen według nowych umów pomiędzy dostawcami i sprzedawcami spowoduje podwyżki w sklepach rzędu 20% w I kwartale br. Sytuacja na rynku jest dość skomplikowana i napięta. Dlatego nikt nie będzie chciał inwestować pieniędzy w promocje. Trudno przewidzieć ich wysokość w tym roku. Klienci powinni raczej spodziewać się zdecydowanie mniejszych rabatów niż dotychczas – przekonuje Prezes Rodziewicz.

Z analizy Hiper-Com Poland wynika też, że w 2019 roku było o blisko 17% mniej promocji wieprzowiny w sklepach niż dwa lata temu. Zdaniem Witolda Choińskiego, tak duża różnica może wynikać z bardzo wysokich cen surowca w ub.r. Po wybuchu ASF w Chinach wzrost w Europie wynosił blisko 30%. Zarówno zakłady mięsne, jak i sieci handlowe nie były zainteresowane pogłębianiem spadku uzyskiwanej marży i prawdopodobnie ograniczały sprzedaż produktu w promocji.

– Supermarkety ograniczyły promocje wieprzowiny o prawie 27%, hipermarkety – o ponad 24%, a sieci cash&carry – o przeszło 13%. Z kolei dyskonty i sklepy typu convenience zwiększyły udział mięsa wieprzowego w gazetkach – odpowiednio o ok. 10% i 8%. Oznacza to, że dwa ostatnie formaty chętnie je wykorzystują jako produkt mający skłonić konsumentów do zakupów. Bieżący rok pokaże, czy będą w stanie utrzymać ten poziom aktywności promocyjnej, pomimo tendencji wzrostowej cen – podsumowuje Julita Pryzmont.

Analizę wykonał zespół ekspertów z międzynarodowej firmy Hiper-Com Poland. Porównano średnie ceny promocyjne wieprzowiny (sprzedawanej luzem na wagę), jakie sieci handlowe oferowały w całym 2018 i 2019 roku. Sprawdzano gazetki z rabatami, wydawane przez wszystkie dostępne na rynku dyskonty, hipermarkety, supermarkety, sieci convenience i cash&carry. Łącznie przeanalizowano blisko 13,5 tys. akcji promocyjnych.

Jak zatrzymać Ukraińców?

W 2020 roku polski rynek pracy skupi się przede wszystkim na poszukiwaniu pracowników. Według różnych prognoz pracodawcy będą potrzebować ponad miliona osób. Jest to spore wyzwanie, nie tylko dla przedsiębiorców, ale też dla rządu. Przedsiębiorcy apelują o wsparcie w tym zakresie i wprowadzenie odpowiednich rozwiązań prawnych.

Komentarz przygotowany przez Katarzynę Bereś, prezes zarządu w Agencji Pośrednictwa Pracy Polski HR EAST

Według prognoz w perspektywie kolejnych 5-ciu lat na polskim rynku pracy będzie brakować nawet 1,5 mln osób. Dziś z takim niedoborem zmagają się nasi zachodni sąsiedzi. Jeśli nie chcemy powtarzać błędów Niemiec, to ostatnia szansa, aby przedsiębiorcy we współpracy z rządem zastanowili się, jak zachęcić pracowników z zagranicy do przyjazdu do Polski, a co ważniejsze do pozostania w naszym kraju na dłużej. Według badań ok. 60% pracowników z Ukrainy przyjeżdża na krócej niż 3 miesiące. Praca jaką podejmują jest de facto pracą dorywczą, a taka nie gwarantuje przedsiębiorcom stabilizacji, jeśli chodzi zasoby kadrowe. Rząd we współpracy z przedstawicielami pracodawców, a być może również z agencjami pracy i organizacjami pozarządowymi, powinien opracować długofalowy i realny plan mający na celu zatrzymanie w Polsce pracowników. Polityka migracyjna zainicjowana w 2017 roku była nastawiona na integrację, ułatwienia dla imigrantów i ich rodzin.  Te założenia zeszły jednak na dalszy plan i nie są efektywnie wdrażane.

Założenia dobre, wykonanie niekoniecznie

Założenia z 2017 roku opierały się na 3 podstawowych aspektach: ukierunkowaniu młodych, dopasowaniu emigracji od zapotrzebowania na rynku pracy oraz zagwarantowaniu szeregu ułatwień imigrantom i ich rodzinom. Wszystkie te działania miały w sposób szczególny zachęcić do przyjazdu i osiedlenia się w Polsce osób młodych, z odpowiednimi kwalifikacjami. Osoby, które chciałyby osiedlić się w Polsce miały mieć uproszczoną ścieżkę, jeśli chodzi o potwierdzenie kwalifikacji zawodowych czy nostryfikację dokumentów, zniesiono też obowiązek pracy u jednego, wskazanego pracodawcy. Dodatkowo, deklarowano szeroki dostęp do edukacji, ułatwienia w staraniu się o obywatelstwo i wszelkie świadczenia socjalne. Jeżeli polityka migracyjna byłaby prowadzona w ten sposób, osoby, które do nas przyjeżdżają byłyby bardziej skłonne do pozostania. Tymczasem Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji zakłada, że polityka imigracyjna powinna skupić się na chwilowych potrzebach rynku pracy. Jest to sprzeczne z potrzebami pracodawców, ponad 66% z nich chciałoby, żeby ukraińscy pracownicy mogli pracować w Polsce przynajmniej pół roku. Nie wprowadzono również zapowiadanych ułatwień w zakresie zalegalizowania ich pobytu w kraju.

Taka polityka imigracyjna w dłuższej perspektywie negatywnie przełoży się nie tylko na sektor prywatny, ale również na inwestycje publiczne, jak chociażby budowa dróg. Już teraz wykonawcy zmagają się z problemami, a biorąc pod uwagę ilość planowanych inwestycji zapotrzebowanie na pracowników, głównie z wykształceniem technicznym będzie rosło. Rząd powinien więc zweryfikować polityką imigracyjną, a przede wszystkim wziąć pod uwagę opinię pracodawców w tym zakresie, jeśli nie chce, aby w perspektywie kilku lat polska gospodarka zmagała się z problemem braku ponad miliona pracowników.

Już dziś mija termin zapłaty zaliczki za podatek dochodowy według nowych zasad

Podatnicy powinni pamiętać, że niedawno zostały zmienione zasady wpłaty zaliczek na podatek dochodowy za ostatni okres rozliczeniowy 2019 roku. Ustawodawca zlikwidował bowiem zapis o tym, że „podatnik nie wpłaca zaliczki za ostatni miesiąc lub odpowiednio kwartał, jeżeli przed upływem terminu do jej wpłaty złoży zeznanie i dokona zapłaty podatku (…)”.

Piotr Juszczyk, doradca podatkowy w firmie inFakt
Piotr Juszczyk, doradca podatkowy w firmie inFakt

Z przepisu wynikało, że złożenie zeznania rocznego do dnia, kiedy należy wpłacić zaliczkę za ostatni okres, powoduje, że zaliczka ta przekształcała się w zobowiązanie z tytułu zeznania rocznego. Dawało to podatnikom możliwość rozliczenia ulg, które mogły powodować np. zmniejszenie podatku lub nawet wystąpienie nadpłaty.

Podatnicy niejednokrotnie korzystali z tego przepisu, co przynosiło konkretne korzyści. Przykładem może być podatnik, który korzysta z ulgi na dzieci. Przypuśćmy, że Jan Kowalski miał do zapłaty za IV kwartał 2018 r. podatek w kwocie 5 000 zł. Pan Jan ma trójkę dzieci i skorzystał z ulgi prorodzinnej. Złożył zeznanie przed 20 stycznia 2019 r., w którym to wykazał tę ulgę i tym samym pomniejszył swój podatek o 4 224 zł. Tym samym pan Jan zapłacił zaliczkę do 20 stycznia w kwocie 776 zł. Korzyść była wyraźna.

Natomiast obecnie podatnik musi bezwzględnie zapłacić zaliczkę na podatek, a więc np. wyżej wskazane 5 000 zł, do 20 stycznia za ostatni okres rozliczeniowy, z uwagi na to, że zeznania podatkowe składane są pomiędzy 15 lutego a 30 kwietnia.

Zeznania złożone przed 15 lutego będą uznawane za złożone dopiero 15 lutego. Pan Jan, składając zeznanie, wykaże teraz nadpłatę, którą urząd zwróci mu na konto. W związku z tym pan Jan będzie na około 2 miesiące pozbawiony kwoty 4 224 zł.

Przegląd najważniejszych wydarzeń tego tygodnia

Kolejny wyskok cen ropy przez napięcia na Bliskim Wschodzie ma bardzo ograniczone pole rażenia, nie zakłócając ostrożnego optymizmu na rynku akcji, podczas gdy FX dryfuje bez kierunku. Perspektywa święta w USA paraliżuje handel także w Europie. Nie liczmy dziś na zbyt wiele.

Ceny ropy naftowej skoczyły mocniej po doniesieniach o wstrzymaniu wydobycia na polach naftowych w Libii i Iraku, jednak wewnętrzna walka o władzę (Libia) i zamieszki społeczne (Irak) nie są nowymi tematami, więc poza przebudzeniem inwestorów polujących na okazje i wskazujących w kontrakty na ropę, w pozostałych zakątkach rynków finansowych tydzień rozpoczął się jak zwykle. Nie odpuszcza wrażenie, że od strony makroekonomicznej rok 2020 zapowiada się na solidniejszy niż jego poprzednik, banki centralne nie rezygnują z dostarczania płynności a czynniki ryzyka (jak np. wojna handlowa) przynajmniej nie eskalują. To pozwala podtrzymać ostrożny optymizm na rynkach akcji z raportowaniem o świeżych rekordach. Na FX jest zdecydowanie mniej akcji, gdyż ten rynek preferuje zmienność opartą o kontrasty. Ale gdy większość gospodarek w podobnym stylu walczy o wypracowanie nawet wątłego ożywienia, a banki centralne mają związane ręce (nie ma amunicji do dalszego luzowania, ani warunków do powrotu do zacieśniania), różnice między walutami się zacierają. Obawy są większe o popsucie aktualnej sielanki, ale póki nie ma namacalnych powodów do rozterek, nikt się nie martwi na zapas.

Dziś raczej nic ciekawego się nie wydarzy w związku ze świętem w USA, które tradycyjnie dławi zmienność nie tylko na Wall Street, ale na rynkach dookoła globu. Ogólnie zapowiada się nudny tydzień po stronie danych z USA – uwagę zwraca tylko PMI w piątek, który prawdopodobnie potwierdzi wyjątkowość ożywienia gospodarczego względem reszty świata.

Jutro poznamy decyzję Banku Japonii, który jednak nie ma powodów, by zmieniać parametry polityki pieniężnej. W ocenie perspektyw gospodarczych jest miejsce na bardziej pozytywny wydźwięk przy uwzględnieniu wpływu programów fiskalnych i generalnej poprawie otoczenia makroekonomicznego. Dla JPY wydźwięk powinien być neutralny.

Niemiecki ZEW (wt) prawdopodobnie wzrośnie w styczniu, ale to styczniowe wskazania indeksów aktywności z Eurolandu (pt) są kluczowe, by ocenić potencjał gospodarki do odbicia po zeszłorocznym spowolnieniu i wydają się warunkiem koniecznym dla ruchu wzrostowego EUR. W tym samym kontekście EBC w ostatnich tygodniach nie otrzymało żadnych nowych informacji, które zmuszałyby go to zmiany nastawienia, stąd nie oczekujemy rewelacji w komunikacie EBC (czw).

W Wielkiej Brytanii wóz albo przewóz przy wstępnych odczytach indeksów PMI z przemysłu i usług (pt). Decydenci w Banku Anglii liczą na wyraźną poprawę nastrojów przedsiębiorców po wysokiej wygranej torysów w wyborach do parlamentu i usunięcia sporej części niepewności wokół procesu brexitu. Jeśli dane pozostaną niezadowalające i podkreślą głębsze problemy gospodarki, obniżka stopy procentowej BoE na koniec miesiąca będzie przesądzona. A z nią krótkoterminowy los GBP. Przyszły tydzień przynosi też raport z rynku pracy (wt), który również będzie ważny.

Dużo danych z Polski, ale prawdopodobnie z nikłym wpływem na złotego. W minutach RPP (czw) ciekawa może być dyskusja obozów jastrzębi i gołębi w reakcji na ostatni skok inflacji. Złoty pozostanie głównie pod wpływem nastrojów na rynkach zewnętrznych, choć odnosimy wrażenie, że niewykorzystana szansa na umocnienie w stronę 4,20 EUR zaczyna się mścić i rośnie presja na przełamanie 4,25.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Seniorzy wciąż z dystansem do bankowości internetowej

Osoby powyżej 60 roku życia stanowią już jedną piątą wszystkich Polaków. W związku z tym, że z roku na rok grupa ta będzie rosnąć, banki nie mogą być obojętne wobec ich potrzeb oraz preferencji. Z badania przygotowanego na zlecenie Alior Banku wynika, że blisko jedna trzecia osób będących po sześćdziesiątce jako największą barierę w korzystaniu z bankowości internetowej wymienia brak wiedzy. Seniorzy zdecydowanie bardziej przekonani są do bankowania za pomocą komputera (49 proc. wskazań) niż przez aplikację w smartfonie (16 proc.). Osoby starsze wciąż preferują osobisty kontakt z bankierem – aż 8 na 10 seniorów przynajmniej raz w ciągu ostatniego roku odwiedziło swój oddział bankowy.

Dynamiczny rozwój nowych technologii oraz jednoczesne starzenie się społeczeństwa to zjawiska, które w najbliższych latach mogą prowadzić do wykluczenia wielu starszych Polaków. Jednym z segmentów usług, gdzie postępuje szybka cyfryzacja jest bankowość. Według danych Narodowego Banku Polskiego rachunek w banku posiada 57 proc. osób po 59. roku życia, a jedna trzecia z nich korzysta ze zdalnych kanałów bankowych. Z okazji zbliżających się Dni Babci i Dziadka Alior Bank postanowił sprawdzić bankowe zwyczaje Polaków 60 plus.Seniorzy a bankowość elektroniczna

Z dystansem do nowoczesnych technologii

Z badania przeprowadzonego na zlecenie Alior Banku wynika, że osoby powyżej 60. roku życia zdecydowanie chętniej korzystają z bankowości internetowej niż mobilnej. Logowanie na konto przez stronę internetową banku zadeklarowało 49 proc. badanych, natomiast przez aplikację w telefonie zaledwie 16 proc. Bankowość internetowa najczęściej jest wykorzystywana do realizacji przelewów (96 proc. wskazań) oraz sprawdzania salda (90 proc.). Trzecią najpopularniejszą czynnością jest bezpośrednie płacenie za produkty i usługi przez internet m.in. za pomocą szybkich płatności typu pay-by-link (53 proc.).

Chociaż najstarsi uczestnicy badania najczęściej używają bankowości elektronicznej do nieskomplikowanych czynności, to i tak widać ku temu bariery. Wśród przeszkód respondenci wskazywali najczęściej brak wiedzy (29 proc.) oraz własne przyzwyczajenia i brak potrzeby korzystania z kanałów cyfrowych (21 proc.).  Osoby starsze zniechęcają także obawy o bezpieczeństwo (23 proc.)

Dostrzegamy te ograniczenia również w rozmowach z naszymi klientami. Wciąż wśród wielu z nich istnieje pewna nieśmiałość w korzystaniu z nowych technologii. Rozumiemy te argumenty i chcemy na nie odpowiadać. Dlatego jednym z celów bankowego projektu „cyfryzacja” jest wspieranie i edukowanie w zakresie korzystania z bankowości internetowej i mobilnej. W naszych oddziałach wprowadzamy strefy, w których bankierzy wytłumaczą, a przede wszystkim pokażą, jak działają nowoczesne formy bankowości – mówi Dorota Mielewczyk, Menedżer ds. Badań Marketingowych i Rozwoju Alior Banku, odpowiedzialna za projekt „cyfryzacji”.

Seniorzy w oddziale bankuAktywność „w realu”

Sześćdziesięciolatkowie wolą osobiście załatwiać swoje sprawy. Wyniki badania pokazują, że aż 83 proc. respondentów w tym wieku odwiedziło oddział swojego banku przynajmniej raz w roku. Jednocześnie 39 proc. ankietowanych przyznało, że takie wizyty miały miejsce więcej niż pięć razy w ciągu dwunastu miesięcy. Zaledwie 17 proc. z tej grupy nie było w placówce banku ani razu. Najczęściej polscy seniorzy w oddziałach wypłacają pieniądze (40 proc. wskazań), a 26 proc. zdobywa w ten sposób informacje na temat produktów finansowych. Ponad jedna piąta (22 proc.) Polaków po 60 roku życia wpłaca pieniądze w oddziale banku.

Co ciekawe, płacenie gotówką i kartą w sklepach stacjonarnych są wśród Polaków 60+ tak samo popularne. Te metody zyskały odpowiednio 78 proc. i 76 proc. wskazań. To zdecydowanie najchętniej wybierane sposoby rozliczania płatności za zakupy, które w przypadku tej grupy wiekowej utrzymują dużą przewagę nad różnego rodzaju płatnościami mobilnymi.  Jest to dobra informacja potwierdzająca, że osoby starsze nie boją się korzystać z karty płatniczej.

Wśród najstarszych ankietowanych tylko niewielka część jest otwarta na nowoczesne rozwiązania i usprawnienia, jakie umożliwia cyfrowa bankowość. Blisko połowa zgadza się ze stwierdzeniem, że chętnie załatwialiby sprawy urzędowe na stronie internetowej swojego banku. Jednocześnie tyle samo osób nie chciałoby w ten sposób kupować ubezpieczenia.

***

O badaniu:

Badanie zrealizowane na zlecenie Alior Banku przez Kantar Polska na przełomie listopada i grudnia 2019 roku. Badanie miało charakter ilościowy, w ramach którego przeprowadzono wywiady przy użyciu techniki CATI, na reprezentatywnej próbie ubankowionych Polaków 18+.

Kolejne pytania do TSUE w sprawie frankowiczów

Sąd Okręgowy w Gdańsku skierował pytania prejudycjalne do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w celu rozwiązania kilku problemów pojawiających się w orzecznictwie sądów powszechnych na gruncie kredytów frankowych. Z pięciu pytań, większość dotyczy kwestii, które zostały już rozstrzygnięte przez TSUE. Być może nie były wystarczająco uwypuklone w poszczególnych orzeczeniach. Niemniej dotychczasowa linia orzecznicza organu nie powinna się zmienić, a odpowiedzi będą zapewne korzystne dla kredytobiorców, w szczególności klientów byłego GE Money Bank – którzy nie mogą doczekać się prawomocnego rozstrzygnięcia w apelacji gdańskiej.

– Pierwsza kwestia dotyczy sytuacji, w której strony zmieniły postanowienia nieuczciwe przez wprowadzenie aneksów. W dacie orzekania umowa wiąże więc w innej formule niż pierwotnie, w momencie jej zawarcia. Pojawia się wątpliwość, czy sąd krajowy ma zatem obowiązek stwierdzenia nieuczciwości pierwotnego warunku, gdyby prowadziło to do upadku umowy. W tej kwestii Trybunał, jak i Sąd Najwyższy, udzielały już odpowiedzi. Chociażby w uchwale z 20 czerwca 2018 roku zaznaczono, że nieuczciwość warunków należy stwierdzać na datę zawarcia dokumentu – powiedziała eNewsroom Barbara Garlacz, radczyni prawna – Wątpliwości budzą także umowy kredytowe byłego GE Money Bank. Dotyczą one nieuczciwości postanowień odsyłających do tabel kursowych banku. Według sądu możliwe byłoby wyłącznie odcięcie marży kupna i sprzedaży i pozostawienie w umowie kursu średniego NBP. W tym przypadku kontrakty miały specyficzną konstrukcję. Sąd Okręgowy bazuje jednak na błędnym założeniu, że nieuczciwy nie jest sam mechanizm indeksacji – ale odesłania do tabel kursowych, w związku z tym że bank posługuje się swoimi marżami. W pytaniu zaznaczono, że samo ich odcięcie istotnie modyfikuje wspomniane odesłania. Tutaj także znaleźć można odpowiedź TSUE. W sprawie Santo, C-70/17 wskazał, że usuwanie elementu nieuczciwego z warunku umownego, który razem z nim stanowi nierozerwalną całość, co powoduje merytoryczną zmianę – nie jest dopuszczalne. Kolejne pytanie sądu dotyczy sytuacji, gdy w prawie krajowym obowiązuje już ustawa antyspreadowa. Z punktu widzenia radców prawych, wykazania wymaga to, że długofalowy, odstraszający efekt dyrektywy wynika z warunków umownych, które nie wiążą na przyszłość. Nie chodzi tu jedynie o tych przedsiębiorców, którzy zawarli z konsumentami takie umowy kredytów, ale i globalny efekt odstraszający na gruncie dyrektywy. Sąd Okręgowy w Gdańsku pyta również, jaki skutek ma stwierdzenie nieuczciwości warunku umownego w kontekście upadku umowy. Niejasne jest, od którego momentu należy wtedy liczyć termin wymagalności roszczeń banków, jak i kredytobiorców. TSUE rozwiał jednak wątpliwości w tej sprawie przy okazji art. 6., ust. 1. dyrektywy 93/13. Wskazano wówczas, że w przypadku stwierdzenia nieważności umowy z powodu zamieszczonych w niej nieuczciwych warunków, obowiązują sankcje przewidziane w prawie krajowym. W polskim porządku prawnym jest to sankcja bezwzględnej nieważności umowy (art. 58. Kodeksu Cywilnego). Komisja Europejska odpowiedziała już na to 20 lat temu, w sprawozdaniu stosowania dyrektywy 93/13. Ostatnią kwestią pozostaje temat powielany w tego typu sprawach. Chodzi o zakres, w jakim sądy powinny informować kredytobiorców o skutkach nieważności umowy. Czy powinno to obejmować wszelkie możliwe do przewidzenia roszczenia, w tym też te o odsetki? Postawienie tego pytania cieszy, bo da możliwość przedstawienia poglądu kredytobiorców, co do tego, że nie są one należne bankom. Trybunał powinien określić, czy na gruncie wyroku w sprawie Kasler, gdzie jest mowa tylko o natychmiastowym zwrocie wartości kredytu, oraz na podstawie art. 7. dyrektywy 93/13, możliwe jest stwierdzenie, że bankom nie należy się wynagrodzenie za korzystanie z kapitału. W konsekwencji rozwiane powinny zostać wątpliwości, czy o takim skutku, możliwym do przewidzenia przez sąd krajowy w razie stwierdzania nieważności umowy, sądy powinny informować kredytobiorców – dodała Garlacz.

Branża futrzarska w coraz większym kryzysie. Już ponad 1000 marek zrezygnowało z używania futer naturalnych

73 proc. Polaków chce zamknięcia ferm futrzarskich – wynika z badania opinii publicznej dokonanego przez Biostat na zlecenie Stowarzyszenia Otwarte Klatki. Branża znajduje się w ogromnym kryzysie. Jej wartość stale spada. Światowe marki i domy mody coraz częściej rezygnują z naturalnych futer na rzecz ekologicznych zamienników. Katarzyna Piekarska, przewodnicząca Parlamentarnego Zespołu Przyjaciół Zwierząt i posłanka Koalicji Obywatelskiej, zapowiedziała wniesienie do Sejmu projektu, który będzie zakładać całkowity zakaz hodowli zwierząt na futra.

– Projekt zakazu hodowli zwierząt na futra pojawił się w Sejmie w 2017 roku. W poprzedniej kadencji interes zwierząt przegrał jednak z interesem lobby futrzarskiego. Wierzymy, że tym razem dojdzie do wprowadzenia zakazu – mówi agencji Newseria Biznes Anna Iżyńska ze Stowarzyszenia Otwarte Klatki. – Warunki są wyjątkowo sprzyjające, bo branża znajduje się w ogromnym kryzysie. Liczba zwierząt hodowanych na futro spadła prawie o połowę – z 10 mln [w latach 2014–2015 – red.] do 5,2 mln [w 2018 roku – red.]. Oprócz tego poparcie społeczne dla zakazu hodowli zwierząt na futra nigdy nie było tak wysokie. Wierzymy, że tym razem głos cierpiących zwierząt zostanie wysłuchany przez polityków.

Eksperci tłumaczą, że zakaz hodowli zwierząt na futro to obecnie priorytetowy temat z punktu widzenia prawnej ochrony zwierząt w Polsce. W procedowaniu projektu zakazującego hodowli zwierząt na futra nie może być miejsca na polityczne przepychanki, ponieważ cierpią na tym zwierzęta.

– Zwierzęta futerkowe męczą się w zamknięciu, niezależnie od tego, jakiej wielkości klatki im zapewnimy. W naturalnym środowisku przemierzają dziesiątki kilometrów. Trzymanie ich w klatkach skutkuje licznymi problemami: agresją, autoagresją, a nawet problemami psychicznymi – tłumaczy Anna Iżyńska. – Powszechnym problemem na fermach jest stereotypia, czyli wykonywanie przez zwierzęta w kółko tych samych, bezsensownych czynności, takich jak przemieszczanie się z jednego końca klatki na drugi czy gryzienie prętów. Często występują również zachowania apatyczne. Podczas interwencji widzieliśmy lisy, które przez kilka tygodni nie ruszyły się z miejsca.

Noszenie naturalnego futra coraz częściej utożsamiane jest z modową wpadką. Znane osoby głośno sprzeciwiają się zabijaniu niewinnych zwierząt i trzymaniu ich w niegodziwych warunkach. Gwiazdy takie jak Ariana Grande czy Beyoncé decydują się na sztuczne futra, które w doskonały sposób imitują ich naturalne odpowiedniki. Różnica jest właściwie niezauważalna.

– Zdarza się, że sami hodowcy nie odróżniają futer sztucznych od naturalnych. Na twitterowym profilu Polskiego Przemysłu Futrzarskiego jakiś czas temu opublikowano post, w którym chwalono futra Ariany Grande i Beyoncé. Okazało się jednak, że okrycia były sztuczne, a obydwie panie aktywnie walczą o prawa zwierząt. Mało tego, królowa Elżbieta II ogłosiła niedawno, że nie będzie już kupować naturalnych futer – tłumaczy ekspertka Stowarzyszenia Otwarte Klatki.

Branża modowa w ostatnim czasie także zaczyna przywiązywać coraz większą wagę do ekologii. Z danych Fur Free Alliance wynika, że już ponad 1000 marek zrezygnowało z używania futer naturalnych.

– Od naturalnych futer odchodzą największe domy mody i marki: Armani, Gucci, Versace, Michael Kors, Prada czy Chanel. Z kolei Stella McCartney wprowadziła innowacyjne futro, które jest w pełni biodegradowalne i pochodzi z surowców roślinnych – zauważa Anna Iżyńska.

W ślad za największymi domami mody idą małe lokalne przedsiębiorstwa. Chociaż futra kiedyś kojarzyły się z luksusem i były oznaką bogactwa, dziś są jednoznacznie utożsamiane z okrucieństwem wobec zwierząt. Popularnością cieszą się ich zamienniki.

Pracownicze plany kapitałowe to szansa dla polskiej giełdy. Dzięki nim mogą na niej zadebiutować nowe spółki

Programy emerytalne, które zakładają inwestowanie środków przyszłych emerytów, mogą być szansą na rozwój rynku giełdowego. Większa liczba długoterminowych inwestorów powinna skłonić kolejne podmioty do debiutu na warszawskim parkiecie. – Projekty infrastrukturalne, ekologiczne czy technologiczne wymagają długoterminowego kapitału, a PPK są idealnym narzędziem, żeby go zbudować – ocenia Marcin Obroniecki z Ministerstwa Finansów.

– Pracownicze plany kapitałowe są szansą na rozwój giełdy i generalnie całej gospodarki. Celem PPK jest zbudowanie i wzmocnienie długoterminowego kapitału poprzez zachęcenie Polaków do tego, żeby odkładać, czy to na emeryturę, czy generalnie na długie lata. Z kolei długoterminowy kapitał zachęca emitentów do tego, żeby wchodzić na giełdę – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marcin Obroniecki, zastępca dyrektora Departamentu Rozwoju Rynku Finansowego w Ministerstwie Finansów.

Dziś na głównym rynku GPW jest obecnie 449 spółek (dane z 13 stycznia 2020 roku), a jeszcze dwa lata temu było ich niemal 490. Rozwój polskiego rynku kapitałowego będzie możliwy, jeśli napłynie kapitał długoterminowy. Rząd szacował, że dzięki uruchomieniu PPK na warszawską giełdę będzie napływać 2–6 mld zł, a od 2021 roku nawet do 15 mld zł, przy odpowiednio wysokim poziomie partycypacji zatrudnionych w programie.

– Taki emitent wie, że na giełdzie znajdzie kapitał i inwestorów, którzy będą patrzyli długoterminowo na jego plany. Będą potrafili mu zaufać w perspektywie nie tygodni, miesięcy, tylko kilku albo kilkunastu lat. To z punktu widzenia rozwoju gospodarki jest fundamentalne. Projekty infrastrukturalne, ekologiczne i innowacyjne, związane z nowymi technologiami, wymagają długoterminowego kapitału, więc musimy go zbudować i PPK jest do tego idealnym narzędziem – tłumaczy Marcin Obroniecki.

Ogólnopolskie Badanie Inwestorów z 2019 roku wskazuje, że po raz pierwszy w historii badania ponad połowa (52,4 proc.) inwestorów deklaruje, że swoje środki lokuje na warszawskiej giełdzie długoterminowo. Jednak – co ciekawe – tylko co trzeci badany zdecyduje się wziąć udział w PPK. Najczęściej niechęć do tego instrumentu tłumaczą tym, że sami oszczędzają na swoją emeryturę, nie ufają państwowym rozwiązaniom i zawiedli się na OFE (odpowiednio 58,8 proc., 50 proc. i 33,4 proc.).

W Ministerstwie Finansów pracujemy nad tym, żeby zwiększać zaufanie do rynku kapitałowego. Chcemy, żeby rynek finansowy coraz bardziej kojarzył się z bezpieczeństwem, inwestowaniem długoterminowym i atrakcyjną alternatywą dla lokowania środków na depozytach bankowych. Wydaje mi się, że w perspektywie kilku lat jest to bardzo dobry początek – mówi Obroniecki.

Pracownicze plany kapitałowe zaczęły obowiązywać w lipcu 2019 roku. Początkowo zostały wprowadzone w największych spółkach, które zatrudniają powyżej 250 pracowników. W styczniu 2020 roku PPK objęły spółki zatrudniające od 50 do 249 pracowników. Od 1 lipca br. zostaną wprowadzone w przedsiębiorstwach zatrudniających od 20 do 49 osób, a 1 stycznia 2021 roku – pozostałe firmy i instytucje publiczne. Obecnie poziom partycypacji w PPK i pracowniczych programach emerytalnych (utworzonych po wejściu w życie ustawy o PPK) szacuje się na ponad 40 proc. Rządowym celem jest 75 proc.

 PPK to jest nowy produkt, który daje możliwości inwestycyjne. Udało się go dobrze zaprezentować Polakom, jest duże zainteresowanie, może to nie jest szczyt marzeń w zestawieniu z najbardziej optymistycznymi prognozami, ale z każdym rokiem będzie lepiej – ocenia Marcin Obroniecki.

Gruzja dąży do zwiększenia eksportu na polski rynek. Tamtejsze firmy chcą w ten sposób poprawić swoją sprzedaż w Europie

0

Uruchomienie nowych rynków eksportowych w Europie jest jednym z celów polityki gospodarczej Gruzji. Temu ma służyć m.in. większa wymiana handlowa z Polską, którą Tbilisi traktuje jak bramę na rynki europejskie. Gruzja liczy także na wsparcie polskich firm przy realizacji dużych inwestycji w kraju. Polacy doceniają także walory turystyczne tego kraju.

Polskie produkty coraz częściej znajdują nabywców i cieszą się coraz większym zainteresowaniem – mówi agencji Newseria Biznes Stanisław Raźniewski, prezes Polsko-Gruzińskiej Izby Przemysłowo-Handlowej. – Uznawane są za produkty europejskie bardzo dobrej jakości. Blisko 23 proc. w strukturze ogólnej wymiany handlowej Gruzji ze światem stanowią produkty europejskie, co jest bardzo pozytywnym trendem.

Sztandarowy produkt eksportowy Gruzji to wino. Rocznie sprzedaje się za granicę ponad 85 mln butelek tego trunku. W 2013 roku tradycyjna metoda wyrobu wina w glinianych naczyniach kwewri została wpisana na listę niematerialnego dziedzictwa kulturowego ludzkości UNESCO.

Dodatkowo wśród eksportowych produktów spożywczych Gruzji można wymienić napoje bezalkoholowe, np. wody mineralne czy oranżady – dodaje Stanisław Raźniewski.

Ważnymi partnerami handlowymi tego państwa pozostają Rosja oraz inne kraje sąsiedzkie – Azerbejdżan, Armenia czy Turcja. Wynika to zarówno z bliskiego położenia oraz stałych, historycznych kontaktów, które powodują łatwość nawiązywania relacji, prowadzenia transakcji handlowych oraz niższe koszty transportu. Nie oznacza to jednak, że inne kraje europejskie, w tym Polska, są na straconej pozycji w handlu z Gruzją.

– Naszym głównym aspektem działania i główną intencją jest dywersyfikacja gruzińskiego eksportu na rynek polski i poprzez Polskę na rynki europejskie. Chcemy, aby Polska była pomostem dla firm i przedsiębiorstw gruzińskich, które poprzez nasz rynek i osadzenie swoich produktów tutaj będą mogły z sukcesami dokonywać dalszych działań na rynku europejskim – mówi Raźniewski.

Jak podkreśla, kondycja gruzińskiej gospodarki w ostatnich trzech latach była dobra i takie są też perspektywy na 2020 rok.

– Wzrost na poziomie blisko 5 proc. w 2018 roku, podobna tendencja w roku 2019 i planowany wzrost na 2020 rok pokazują, że gruzińska gospodarka pomimo wielu regionalnych i globalnych wyzwań rozwija się względnie stabilnie  – ocenia Stanisław Raźniewski.

Według raportu „Doing Business 2020” Banku Światowego Gruzja znajduje się na siódmym miejscu z 83,7 pkt pod względem ułatwień w prowadzeniu biznesu. Czynników pozytywnie wpływających na tamtejszą gospodarkę jest kilka – stale bogacące się społeczeństwo i znaczna liczba inwestycji prywatnych, również dużych zagranicznych koncernów, które widzą w Gruzji potencjał i atrakcyjne miejsce do prowadzenia biznesu. Kolejny czynnik to duże inwestycje publiczne w infrastrukturę drogową, kolejową i portową.

Gruzja jest hubem komunikacyjnym łączącym Wschód z Zachodem i bezpośrednio jest beneficjentem ruchu tranzytowego. Również współpraca z dużymi instytucjami i rozwój instytucji lokalnych powodują pewne pozytywne tendencje, które jednoznacznie wskazują, że warto być w Gruzji, warto się Gruzją zainteresować – zapewnia Stanisław Raźniewski.

Jak podkreśla, to, co może spowalniać rozwój gruzińskiej gospodarki, to m.in. deficyt  specjalistycznej wiedzy, know-how związanego z realizacją zadań z zakresu budownictwa czy zarządzania projektami.

W tym zakresie firmy z Polski, za którymi lobbujemy i które polecamy, mogą być partnerami Gruzji. Wyzwaniem dla gruzińskich przedsiębiorstw jest kwestia dostępności do kapitału i koszty pozyskiwania kapitału przez podmioty lokalne – zaznacza Stanisław Raźniewski.

Ważnym elementem w strukturze gruzińskiego PKB jest turystyka. Gruzja notuje stały trend wzrostowy w ruchu turystycznym – blisko 10-proc. wzrost rok do roku liczby odwiedzających. W 2017 roku kraj ten odwiedziło około 7,5 mln turystów, a w 2018 roku było już ich ponad 8 mln.

Farmaceuci będą odgrywać ważniejszą rolę w opiece szpitalnej. Ma to przynieść placówkom oszczędności

W szpitalach pracuje 1,8 tys. farmaceutów. Dziś głównie zajmują się zamawianiem leków i ich dostarczaniem na oddziały, ale ich zadania mogą zostać rozszerzone na podstawie procedowanych przepisów ustawy o zawodzie farmaceuty. Jak podkreśla wiceprezes Naczelnej Izby Aptekarskiej Michał Byliniak, włączenie farmaceutów w proces kliniczny, jak ma to miejsce w wielu krajach rozwiniętych, przełoży się na oszczędności dla szpitali i lepszą opiekę nad pacjentami. Ten proces wymaga jednak inwestycji i uświadomienia dyrektorom placówek, z jakimi korzyściami będą się one wiązać.

– Jesteśmy przed wdrożeniem w polskich szpitalach modelu, który zwiększa zaangażowanie farmaceutów w opiekę farmaceutyczną, włącza ich w proces kliniczny. Przykładowo, w Hiszpanii czy niektórych polskich szpitalach farmaceuci pracują już w zespołach interdyscyplinarnych razem z lekarzami i pielęgniarkami – mówi agencji Newseria Biznes Michał Byliniak, prezydent Europejskiej Organizacji Farmaceutów, prezes Okręgowej Izby Aptekarskiej w Warszawie i wiceprezes Naczelnej Izby Aptekarskiej.

Farmaceutów szpitalnych w Polsce jest zaledwie 1,7 tys. (dane kampanii „Po pierwsze farmaceuta” pod patronatem Ministerstwa Zdrowia). Pracują w szpitalnych aptekach albo działach farmacji szpitalnej, dbając o jakość i bezpieczeństwo leków. Odpowiadają m.in. za kompleksowe wsparcie farmakologiczne, zaopatrzenie szpitala w leki i wyroby medyczne, zamawianie i dystrybucję leków na poszczególne oddziały. Wykonują leki dla pacjentów i czuwają nad ciągłością terapii farmakologicznej.

– Liczba farmaceutów w szpitalach mogłaby być trochę wyższa, ale dopiero włączenie ich w proces kliniczny spowoduje, że będzie ich potrzebnych o wiele więcej. Wszędzie tam, gdzie przeprowadzono pilotażowe badania wpływu farmaceutów na poprawę procesu leczenia, optymalizację farmakoterapii i procesu zarządzania lekami w zakresie farmakoekonomii, okazywało się, że ich liczba szybko wzrosła. Przykładem jest szpital wojewódzki w Ostrołęce, gdzie rola farmaceutów została zwiększona, a w krótkim czasie ich liczba wzrosła z dwóch do ośmiu – podkreśla Michał Byliniak.

W końcówce grudnia Rządowe Centrum Legislacyjne opublikowało nowy projekt ustawy o zawodzie farmaceuty, nad którą prace toczą się od roku. Ten akt znacznie wzmocni rolę szpitalnych farmaceutów i nada im szereg nowych uprawnień, m.in. w zakresie uczestniczenia w badaniach klinicznych, prowadzenia terapii monitorowanej stężeniami leków, sprawowania nadzoru nad gospodarką produktami leczniczymi oraz wyrobami medycznymi w szpitalu oraz przeprowadzania analiz farmakoekonomicznych. Jak uzasadnił wiceminister zdrowia Maciej Miłkowski, większe uprawnienia dla farmaceutów mają przełożyć się na korzyści ekonomiczne dla szpitali, podnieść innowacyjność farmakoterapii oraz zapobiec nieprawidłowościom w realizacji usług farmaceutycznych i zadań aptek szpitalnych.

Takich nieprawidłowości – jak wynika z raportu Najwyższej Izby Kontroli – w latach 2015–2017 było całkiem sporo. Żaden z 24 szpitali skontrolowanych przez izbę nie prowadził działalności w sposób zapewniający bezpieczeństwo farmakoterapii, a zaniedbania dotyczące gospodarki lekami były na tyle poważne, że mogły zagrażać zdrowiu i życiu pacjentów. W dziewięciu z nich sposób postępowania z lekami nie gwarantował, że pacjent otrzyma pełnowartościowe medykamenty. NIK ujawnił też przypadki przechowywania na oddziałach szpitalnych lekarstw przeterminowanych lub o nieustalonym pochodzeniu. W niemal 80 proc. skontrolowanych szpitali stwierdzono niezgodności pomiędzy faktycznym stanem magazynowym leków a ewidencjami.

– Raport NIK-u wskazał pewne słabości szpitali w zakresie farmakoterapii i zarządzania lekami. Wnioski zostały wyciągnięte. Dziś kluczem jest trafienie do tych szpitali, które nie mają problemu z finansowaniem, i rozwijanie w nich idei włączania farmaceutów w procesy leczenia – mówi Michał Byliniak.

Jak podkreśla, zwiększenie roli i nadanie nowych uprawnień farmaceutom to proces, który wymaga przeniesienia dobrych wzorców z zagranicy i uświadomienia dyrektorom szpitali, z jakimi korzyściami będą się one wiązać.

– Konieczne są też pewne inwestycje – dostosowanie oprogramowania w szpitalach, wdrożenie innowacyjnych rozwiązań technologicznych, takich jak systemy Unit Dose czy szaf lekowych na oddziałach. Nie można tego pominąć. W ciągu kilku lat takie inwestycje się zwracają, a potem zaczynają już przynosić bardzo konkretne oszczędności – mówi Michał Byliniak.

Wiceprezes Naczelnej Izby Aptekarskiej zaznacza też, że wprowadzenie w szpitalach interdyscyplinarnych zespołów złożonych z lekarzy, pielęgniarek, farmaceutów, dietetyków czy terapeutów przede wszystkim przełoży się na korzyści dla pacjentów – lepszą, holistyczną opiekę i większą skuteczność terapii. Taki model sprawdza się już w wielu krajach.

– Farmaceuci są ekspertami od leków, ich łączenia, działań niepożądanych i farmakokinetyki, czyli wszystkiego, co decyduje o tym, czy farmakoterapia zaordynowana przez lekarza zakończy się sukcesem ­– podkreśla Byliniak. – Trzeba pamiętać, że przyjmowanie leków to nie tylko połknięcie tabletki, ale też inhalatory, peny do podawania leków domięśniowo i bardziej skomplikowane procedury. Wiele leków należy stosować w odpowiednich porach dnia, nie można ich łączyć z innymi lekami bądź pożywieniem. To skomplikowane dla pacjentów, zwłaszcza dla tych, którzy dopiero dowiadują się o chorobie, cierpią na chorobę przewlekłą lub zagrażającą życiu.

W ciągu najbliższych pięciu lat spodziewany jest bardzo szybki rozwój rynku inteligentnych domów. Wyzwaniami pozostają bezpieczeństwo systemu i lepsza komunikacja między urządzeniami

Rozwój nowych technologii, nacisk na oszczędność czasu i kosztów oraz popularyzacja dostępu do usług na żądanie napędzają rynek smart home. Rozwiązania pozwalające zdalnie sterować oświetleniem czy klimatyzacją cieszą się coraz większą popularnością, więc rynek na świecie rośnie. Urządzenia te są coraz wygodniejsze w obsłudze, a dzięki sztucznej inteligencji także coraz lepiej dopasowane do nawyków i preferencji użytkownika. – Przyszłość w sektorze inteligentnych domów zapowiada się obiecująco – podkreślają przedstawiciele firmy Yale, jednej z najstarszych międzynarodowych marek na świecie i najbardziej znana nazwa w branży zamków domowych.

Jak wynika z ubiegłorocznego raportu „Smart living”, opracowanego przez Infuture Hatalska Foresight Institute, do głównych czynników napędzających kategorię smart home należą m.in. rozwój nowych technologii (m.in. IoT, AI i 5G), większy nacisk konsumentów na oszczędność i popularyzacja dostępu do usług na żądanie (on demand) wśród szerokiego grona odbiorców.

– Przyszłość w sektorze inteligentnych domów zapowiada się obiecująco i opiera się na łączności. Znajdzie w nich zastosowanie także sztuczna inteligencja. Każde urządzenie w domu będzie połączone ze wszystkimi innymi, począwszy od drzwi wejściowych. Wszystko to wydarzy się w ciągu najbliższych pięciu lat – prognozuje Markus Henkelmann, Product Unit Director, Smart Residential Access w Yale EMEA.

W nadchodzących latach to właśnie kategoria smart home może być najszybciej rosnącym segmentem technologicznego rynku, do czego przyczyni się upowszechnienie sieci 5G, która umożliwi bezproblemową łączność pomiędzy urządzeniami. Już w tej chwili duża liczba domowych sprzętów jest wyposażona w funkcję „smart and connected”. Z analiz GfK wynika, że w Europie 26 proc. z 255 mld euro wydanych w I połowie ub.r. na kategorię tzw. technical consumer goods stanowiły wydatki na inteligentne urządzenia, takie jak domowe systemy audio, roboty odkurzające czy inteligentne diody LED. GfK szacuje, że w całym ubiegłym roku globalny rynek urządzeń inteligentnych (z wyłączeniem smartfonów i inteligentnych zegarków) wzrósł o ok. 9 proc. – ze 122 mld do 133 mld euro.

Rozwiązania, które pozwalają zdalnie sterować oświetleniem, ogrzewaniem, klimatyzacją, monitoringiem i wszystkimi domowymi urządzeniami, cieszą się coraz większą popularnością oraz coraz częściej są wspierane przez technologię uczenia maszynowego i sztucznej inteligencji. Algorytmy zapamiętują i analizują nawyki użytkownika, dzięki czemu system automatycznie dopasowuje się do jego potrzeb i wyprzedza jego ruchy. Badania GfK Consumer Life wskazują, że 24 proc. ankietowanych rodzin podoba się pomysł technologii, która „zna” ich preferencje i potrafi rekomendować konkretne rozwiązania albo działać automatycznie zgodnie z nimi.

 Przykładowo, inteligentny dom może zaproponować playlistę w zależności od nastroju domownika. Będzie wiedział, kiedy idzie on do łazienki, i wtedy ustawi ulubioną temperaturę wody pod prysznicem. Natomiast inteligentne zamki znają plan dnia domowników i po ich wyjściu automatycznie się zablokują – mówi Markus Henkelmann.

Problemem tego segmentu rynku wciąż pozostaje cyberbezpieczeństwo urządzeń podłączonych do sieci i ich kompatybilność. Obok stosunkowo popularnych systemów do zarządzania oświetleniem czy ogrzewaniem wciąż pojawiają się nowe inteligentne urządzenia, które można podłączyć do sieci, ale wyzwaniem dla producentów jest połączenie ich w spójny system, sterowany np. z poziomu jednej aplikacji w smartfonie.

– W obszarze interoperacyjności z pewnością mamy dużo do zrobienia, aby różne urządzenia w inteligentnym domu współpracowały między sobą – zarówno w obrębie jednej, jak i różnych marek. Ten aspekt staje się coraz ważniejszy. Jest też zapotrzebowanie na standardy. Istnieją protokoły komunikacyjne i normy bezpieczeństwa, które powinny być obowiązujące w Europie również dla tej kategorii. Nad tym także obecnie pracujemy – mówi Markus Henkelmann.

Z czerwcowego badania GfK Polonia wynika, że wzrost w kategorii smart home będzie w dużej mierze determinowany przez edukację konsumentów, bo obecnie aż 42 proc. Polaków (w wielkościach bezwzględnych to niemal 14 mln osób) deklaruje brak zainteresowania tego typu urządzeniami. Jednak po zapoznaniu się z korzyściami wynikającymi z użytkowania technologii smart home wskaźnik niezainteresowanych spada już do 26 proc. Wśród głównych zalet konsumenci doceniają oszczędność czasu (33 proc.), poprawę komfortu/standardu życia/mieszkania (23 proc.), umożliwienie odpoczynku (20 proc.), oszczędność pieniędzy (20 proc.), oszczędność energii i postawy ekologiczne (18 proc.), dostarczanie rozrywki (16 proc.), uproszczenie codziennych domowych obowiązków, np. sprzątania i prania (16 proc.), możliwość bycia nowoczesnym i postępowym (16 proc.) oraz zapewnienie bezpieczeństwa domu i rodziny (13 proc.).

Badania Yale EMEA pokazały z kolei, że już 2/3 konsumentów jest świadomych istnienia na rynku urządzeń z kategorii inteligentnego domu, ale dotąd tylko 1/3 zdecydowała się na taki zakup bądź planuje go w ciągu najbliższego roku.

 Luka między tymi dwiema grupami to dla Yale – jako jednej z największych marek na rynku – wyzwanie. Chcemy pokazać naszym klientom, na czym polegają korzyści z tych rozwiązań, jaka jest ich dodatkowa wartość. W połączeniu z inwestowaniem w nowe rozwiązania powoli będziemy mogli tę lukę zapełnić – mówi Markus Henkelmann. – W roku 2020 wprowadzimy na rynek nowe produkty dla inteligentnego domu. Będziemy również skupiać się na usługach. Współpracujemy w tym zakresie z partnerami zajmującymi się integracją systemów. Prowadzimy wspólne projekty pilotażowe, np. z firmą Assa Abloy i Stilia albo Posti w Finlandii. Ważne jest wprowadzenie usług do domów i mieszkań naszych klientów, ale w bezpieczny sposób, a ekosystem dostępu Yale pomoże nam to osiągnąć.

Marka Yale była obecna na CES 2020 w Las Vegas – prestiżowych, największych na świecie targach elektronicznych. Jednym z prezentowanych tam flagowych produktów firmy był inteligentny zamek Linus – zupełnie nowy, zmotoryzowany zamek, który zapewni konsumentom nowy poziom bezpieczeństwa oparty na zaawansowanym oprogramowaniu i przyjaznej dla użytkownika aplikacji Yale Access. Umożliwi on użytkownikom blokowanie i odblokowywanie drzwi telefonem, udzielanie dostępu bezkluczykowego i śledzenie wszystkich działań dzięki całodobowemu dostępowi do aktywności, która pozwoli im dowiedzieć się, kiedy drzwi były otwierane lub zamykane.

– Konstrukcja inteligentnego zamka daje możliwość dopasowania. Do jego instalacji można wykorzystać dotychczasową wkładkę albo nabyć u nas nową. Montuje się go po wewnętrznej stronie drzwi i działa on poprzez napęd. W przypadku drzwi bez klamki na zewnątrz również można użyć zamka inteligentnego. Aby wejść, można je bez problemu otworzyć za pomocą kliknięcia w aplikacji – mówi Markus Henkelmann.

Ponadto ekspert w dziedzinie inteligentnych rozwiązań dostępowych ogłosił nową rangę produktów do bezpiecznego przechowywania obejmującą Inteligentny Zamek Meblowy i Sejf. Te dwa nowe produkty będą również kompatybilne z aplikacją Yale Access i mostem Wi-Fi Yale Connect, które umożliwią użytkownikom zdalny dostęp i możliwość zarządzania produktami.

Polska branża ciepłownicza potrzebuje pilnych zmian. Pierwsze firmy zaczynają wykorzystywać najnowsze technologie w systemie zarządzania energią

Z raportu „Ciepłownictwo w Polsce. Edycja 2019” opracowanego przez analityków Forum Energii wynika, że polscy odbiorcy odpowiadają za spalanie aż 87 proc. węgla w gospodarstwach domowych Unii Europejskiej. Szacuje się, że 47 proc. polskich gospodarstw jest ogrzewanych za pomocą paliw stałych, co przyczynia się do emisji 68 mln ton dwutlenku węgla w skali roku. Krajowa branża ciepłownicza w obliczu rosnących kosztów emisji będzie zmuszona do przeprowadzenia modernizacji systemów grzewczych oraz zmiany struktury miksu energetycznego.

Polskie ciepłownictwo jest silnie uzależnieni od paliw kopalnych. Aż 74 proc. rodzimych ciepłowni zasilanych jest węglem kamiennym, a w skład miksu energetycznego wchodzi zaledwie ok. 7 proc. gazu oraz tyle samo energii pochodzącej ze źródeł odnawialnych. Zmiana struktury ciepłowniczego miksu energetycznego jest nieunikniona i wiąże się m.in. z rosnącymi cenami uprawnień do emisji dwutlenku węgla. Wraz z modernizacją źródeł energii mogą zostać wdrożone systemy inteligentnego zarządzania infrastrukturą ciepłowniczą, które usprawnią funkcjonowanie firm z tej branży.

– Nowatorskie ciepłownictwo zaczyna przypominać rozproszoną energetykę. W niedalekiej przyszłości domy będą bardzo efektywne energetycznie i zostaną źródłami ciepła, a nowoczesne systemy ciepłownicze staną się systemami dwukierunkowymi. Dzisiaj ciepło płynie od elektrociepłowni do odbiorcy, w przyszłości kierunek przepływu będzie dwustronny. Budynek będzie oddawał do sieci ciepłowniczej nadwyżki ciepła – zapowiada w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Andrzej Rubczyński, dyrektor ds. strategii ciepłownictwa, Forum Energii.

Projekt inteligentnej sieci ciepłowniczej rozwija m.in. warszawska firma Veolia, która wykorzystuje moduły zdalnego sterowania oraz czujniki rozmieszczone w strategicznych węzłach cieplnych. Dzięki nim przedsiębiorstwo może optymalizować pracę przepompowni w czasie rzeczywistym, a dzięki wykorzystaniu algorytmów uczenia maszynowego system nieustannie przeprowadza proces samodoskonalenia się, aby lepiej odpowiadać na zapotrzebowanie ze strony klientów.

Warszawska Veolia to wyjątek w skali kraju. Eksperci uczestniczący w dyskusji panelowej podczas 29. Forum Ekonomicznego uważają, że branża ciepłownicza w Polsce powinna przejść szereg zmian systemowych, które nie tylko uniezależnią ją od węgla – aby zmniejszyć koszty emisji dwutlenku węgla – lecz także umożliwią wdrożenie nowych, wydajniejszych technologii grzewczych.

– W Polsce nigdy nie zdefiniowano, co ciepłownictwo ma osiągnąć, oprócz tego, że ma dostarczać ciepło w jak najniższej cenie. Cała polityka organów administracji krajowej była nakierowana na obniżanie i utrzymywanie ceny ciepła na racjonalnym poziomie, nie koncentrowano się na modernizacji sektora ciepłownictwa. Powinniśmy doczekać się strategii, która określi konkretne cele. Oznacza to nie tylko dostawę ciepła w atrakcyjnej dla odbiorcy cenie, ale ciepłownictwo powinno także wpłynąć na poprawę jakości powietrza – przekonuje ekspert.

Urząd Regulacji Energetyki wykazał w raporcie „Energetyka cieplna w liczbach – 2018”, że rentowność firm ciepłowniczych spadła w 2018 roku do poziomu 1,88 proc. z 6,71 proc. w 2017 roku. Głównymi powodami spadku rentowności są gwałtowny wzrost kosztów zakupu węgla kamiennego oraz rosnące ceny uprawnień emisji dwutlenku węgla. W związku z tym sytuacja rynkowa wymusi przeprowadzenie inwestycji prowadzących do zmiany struktury miksu energetycznego.

Na konieczność przeprowadzenia gruntownych zmian w branży zwraca uwagę m.in. Tauron Polska Energia. Firma powołała do życia radę naukową, która pomoże wyznaczyć długoterminowe cele i kierunki rozwoju dla Grupy Tauron. Nowa jednostka badawcza będzie odpowiedzialna za wdrażanie nowych technologii oraz systemów, które pozwolą unowocześnić i usprawnić sieci ciepłownicze. Z kolei PGE Energia Ciepła planuje realizować proekologiczne programy energetyczne, które zmniejszą wpływ branży na nasz klimat oraz zdrowie m.in. poprzez zwiększenie efektywności energetycznej produkcji i przesyłu ciepła. Jedną z najważniejszych inwestycji tego typu jest projekt elektrociepłowni Nowa Czechnica wyposażonej w blok gazowo-parowy, która rozpocznie funkcjonowanie w 2022 roku i zastąpi obecnie działającą elektrownię węglową w Siechnicach.

– Do ceny ciepła nie włączono kosztów zdrowotnych i środowiskowych. Jeżeli do ciepłownictwa indywidualnego wprowadzimy zasadę „zanieczyszczający płaci”, która obowiązuje w przemyśle, to wyzwoli to bodźce rynkowe. Technologie wymagają wydatków inwestycyjnych, pompa ciepła to jest wydatek kilkunastu tysięcy złotych lub więcej, w zależności od domu. Najtańszy jest kocioł do spalania węgla, ale ten powoduje zanieczyszczenie środowiska i ciągnie dodatkowe koszty zdrowotne, których akurat właściciel tego kotła nie widzi – podsumowuje Andrzej Rubczyński.

Według analityków z firmy MarketsandMarkets wartość globalnego rynku sieci ciepłowniczych w 2018 roku wyniosła 170,1 mld dol. Przewiduje się, że do 2023 roku wzrośnie do 203 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 3,5 proc.

Sztuczna inteligencja będzie walczyć z atakami socjotechnicznymi i ransomware. To obecnie największe cyberzagrożenia dla internautów

Cybersecurity Ventures przewiduje, że szkody w cyberprzestępczości będą kosztować świat 6 bln dol. rocznie do 2021 roku. Hakerzy atakują co 39 sekund, średnio 2244 razy dziennie. Ponad 90 proc. szkodliwego oprogramowania przychodzi pocztą mailową. Hakerzy chętnie wykorzystują też elementy socjotechniki, a ataki najczęściej wykrywa się dopiero po kilku miesiącach. Nowe strategie walki z zaawansowanym złośliwym oprogramowaniem muszą wykraczać poza istniejące metody. Pomagają w tym oparte na sztucznej inteligencji usługi threat intelligence.

– Głównym zagrożeniem, z którym my konsumenci cały czas będziemy niestety musieli się zmierzyć, są zagrożenia polegające na socjotechnice, np. maile phishingowe, podszywające się pod jakąś instytucję, kiedy ktoś wysyła do nas maila z prośbą o kliknięcie, próbuje na nas wymusić jakąś akcję, np. otworzenie pliku, otworzenie złośliwego linku. Na takie podejrzane wiadomości w internecie poprzez pocztę elektroniczną czy social media trzeba zwrócić dużą uwagę – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Kamil Gapiński z Fundacji Bezpieczna Cyberprzestrzeń.

Hakerzy atakują coraz częściej – według University of Maryland co 39 sekund dochodzi do ataku, średnio do nieco ponad 2 tys. dziennie. Według IBM w 2019 roku średni czas wykrycia naruszenia wynosił 206 dni. Każdego dnia wykrywa się nowe złośliwe oprogramowanie i wirusy. Hakerzy bazują też na łatwowierności internautów, gdyż to wciąż człowiek jest najsłabszym ogniwem. Niesprawdzone maile i informacje w mediach społecznościowych, kliknięcie w link, który prowadzi do zainfekowanej strony – takich ataków jest coraz więcej.

– Zwykli konsumenci muszą uważać na ponowne pojawienie się złośliwego oprogramowania typu ransomware, które szyfruje stacje robocze i wymusza okup na ofierze. Przez pewien czas było trochę ciszej o tego typu incydentach, natomiast w 2019 roku było kilka poważnych przypadków w Stanach Zjednoczonych, gdzie doszło do szyfrowania dysków instytucji publicznych, samorządowych, a także zwykłych użytkowników. Taki trend będzie się utrzymywał – ocenia Kamil Gapiński.

Ransomware zostało uznane za jedno z największych zagrożeń szkodliwym oprogramowaniem w 2018 roku i wciąż zakłóca działalność firm oraz codzienne życie internautów. Tylko w 2019 roku 10 ofiar ataków tego typu w USA zapłaciło okup na łączną kwotę 2,3 mln dol. Ataki dotknęły gminy, miasta, szpitale czy szkoły. Do 1 grudnia 2019 roku w sumie 72 okręgi szkolne w USA padły ofiarą oprogramowania ransomware, które dotknęło 867 pojedynczych szkół i ponad 10 tys. uczniów. Ich ofiarami padają też zwykli internauci, choć okup, jaki płacą oni hakerom, jest znacznie mniejszy niż w przypadku instytucji publicznych.

– Pod koniec listopada 2019 roku mieliśmy incydent w urzędzie gminy w Kościerzynie, gdzie zaszyfrowano aktywa informacyjne urzędu i przez kilkanaście dni praca urzędników była całkowicie utrudniona. Budowa systemu cyberbezpieczeństwa w małej instytucji nie jest prosta i wymaga wielu kompetencji i dużego budżetu, ale zjawisko szyfrowania dysków może dzisiaj dotyczyć właściwie każdego – mówi ekspert.

Choć ataki trudno jest wykryć, a zwłaszcza przewidzieć, pomocne mogą okazać się nowe technologie. Analiza zagrożeń może pomóc w zdobyciu cennej wiedzy na temat tych zagrożeń, zbudowaniu skutecznych mechanizmów obronnych i zmniejszeniu ryzyka ataku. Rozwiązania do analizy zagrożeń gromadzą dane na temat pojawiających się lub istniejących podmiotów i zagrożeń z wielu źródeł. Dane te są następnie analizowane i filtrowane, w ten sposób generuje się informacje o zagrożeniach i raporty zarządzania, które mogą być wykorzystane przez rozwiązania do automatycznej kontroli bezpieczeństwa.

– W 2020 roku na pewno będziemy mieli do czynienia z dalszą automatyzacją procesów wykrywania, monitorowania i obsługi incydentów. Oprócz tego z pewnością będziemy bardziej wykorzystywać usługi typu threat intelligence polegające na tym, że zbieramy różne dane czy informacje, także surowe, i analizujemy je pod kątem budowania naszej świadomości sytuacyjnej dotyczącej cyberzagrożeń – wskazuje Kamil Gapiński.

W jakie firmowe torby papierowe warto zainwestować w 2020 roku?

Jeśli twoja firma chce pozostać na czasie i działać zgodnie z obowiązującymi w biznesie trendami, zapewne nie ma wielkich trudności z inwestowaniem w gadżety promocyjne. Jako osoba decyzyjna zdajesz sobie z pewnością sprawę, jak istotne dla funkcjonowania przedsiębiorstwa jest nawiązanie pozytywnej relacji z kontrahentami. Metoda obdarowywania ich drobiazgami opakowanymi w torebki papierowe z logiem firmy okazuje się dawać przy tym całkiem niezłe efekty marketingowe. Przed zakupem odpowiedniej papierowej torby trzeba jednak zatrzymać się na chwilę, by później osiągnąć zamierzone cele w najskuteczniejszy z możliwych sposobów.

Torby papierowe od producenta to gwarancja niskiej ceny.

Składając zamówienie hurtowe musisz poszukać dostawcy, który będzie w stanie je zrealizować. Właśnie dlatego w celu zaspokojenia potrzeb firmowych najlepiej zwracać się bezpośrednio do producenta. Nie każdy dostawca toreb papierowych może jednocześnie wykonać na nich profesjonalny nadruk. AllBag cechuje ogromne doświadczenie nie tylko w dziedzinie produkcji, ale i technologii drukarskich, które pozwalają osiągać niesamowite efekty. Ponieważ dysponujemy szeroką ofertą produktów bazowych, możesz u nas złożyć zamówienie na torebki prezentowe w różnych kształtach i rozmiarach i oszczędzić czas potrzebny na wyszukanie dobrego opakowania do każdego z twoich gadżetów.

torby papierowePapierowe torebki AllBag świetnie nadają się do profesjonalnych zastosowań.

Zadbaliśmy o to, by stylistykę naszych toreb papierowych można było dobrać do profilu sprzedażowego twojej firmy. Wśród naszych produktów znajdziesz torby z uchwytem skręcanym, płaskim i sznurkowym, dzięki czemu masz szansę wybrać spośród nich model, który najlepiej nawiąże do znajdującej się w nich zawartości. Do celów biznesowych szczególnie polecamy torby papierowe klasy premium oraz torby laminowane. Prezentują się one szczególnie elegancko, co z pewnością zostanie zauważone przez twoich klientów. Produkujemy także papierowe torebki klockowe, świetnie sprawdzające się jako opakowanie prezentowe do produktów sypkich. Warto wykorzystać je kreatywnie. Dla przykładu umieszczając na nich swoje logo możesz sprezentować swoim klientom paczkę firmowej kawy.

Tworzymy także torby materiałowe z nadrukiem dostosowane do potrzeb zmieniającego się świata.

Będąc przedsiębiorcą zdajesz sobie zapewne sprawę, że dobrym pomysłem w 2020 roku będzie inwestowanie w produkty ściśle powiązane z ekologią. Wychodzimy naprzeciw twoim oczekiwaniom. Zamiast popularnej torby papierowej możesz u nas zamówić torbę materiałową, którą twoi klienci będą mogli wykorzystać przy codziennych zakupach. Gest tego rodzaju powiąże twoją firmę w świadomości twoich kontrahentów z dbałością o szczegóły i pełnym przygotowaniem do sprostania wymaganiom współczesnego świata. W ten sposób prosta decyzja może cię wspomóc w budowaniu wizerunku profesjonalisty i w krótkim czasie przyciągnąć do ciebie wiele korzystnych okazji biznesowych.

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia 20-24/01/2020

Jak wysoko jeszcze mogą pójść indeksy? Pozytywne nastroje zbudowane na Pierwszej Fazie umowy handlowej USA-Chiny i globalnej ekspansji monetarnej nieustannie wspierają ryzykowne aktywa. Nawet jeśli wyceny są już wysokie, póki co nikt nie kwestionuje, że nie mogą być wyższe. Jednak wrażliwość na negatywne sygnały jest teraz większa, choć w przyszłym tygodniu testem mogą być dopiero odczyty PMI w piątek.

Przyszły tydzień: PMI z USA/EZ/Wlk. Bryt., ZEW z Niemiec, EBC, Norges Bank, produkcja/minutki RPP z Polski, BoJ, rynek pracy z Australii, CPI z NZ, BoC

USA

Spokojny tydzień w USA zaczyna się od święta w poniedziałek. Spośród danych styczniowe indeksy PMI (pt) raczej utrzymają relatywnie wysokie poziomy, podkreślając wyjątkowość ożywienia gospodarczego względem reszty świata. Cisza zapanuje w temacie wypowiedzi członków Fed w związku z okresem zamkniętym przed posiedzeniem FOMC w następnym tygodniu. Nawet pomimo trybu risk-on na rynkach nie widać odpływu kapitału z USD w stronę ryzykownych walut i nie sądzimy, aby nagle miało się to wyraźnie odmienić, o ile nie wystąpią pozytywne impulsy dla innych walut.

Strefa euro

Niemiecki ZEW (wt) prawdopodobnie wzrośnie w styczniu, na co wskazują opublikowany już Sentix oraz zachęcające odczyty nowych zamówień w grudniowych PMI. Ale to styczniowe wskazania indeksów aktywności z Eurolandu (pt) są kluczowe, by ocenić potencjał gospodarki do odbicia po zeszłorocznym spowolnieniu i wydają się warunkiem koniecznym dla ruchu wzrostowego EUR. W tym samym kontekście EBC w ostatnich tygodniach nie otrzymało żadnych nowych informacji, które zmuszałyby go to zmiany nastawienia. Na konferencji prasowej po posiedzeniu (czw) bardziej niż ocena przez bank gospodarki będą interesować założenia szykowanego przeglądu strategii EBC.

Wielka Brytania

W Wielkiej Brytanii wóz albo przewóz przy wstępnych odczytach indeksów PMI z przemysłu i usług (pt). Decydenci w Banku Anglii liczą na wyraźną poprawę nastrojów przedsiębiorców po wysokiej wygranej torysów w wyborach do parlamentu i usunięcia sporej części niepewności wokół procesu brexitu. Jeśli dane pozostaną niezadowalające i podkreślą głębsze problemy gospodarki, obniżka stopy procentowej BoE na koniec miesiąca będzie przesądzona. A z nią krótkoterminowy los GBP. Przyszły tydzień przynosi też raport z rynku pracy (wt), który również będzie ważny.

Norwegia

Norges Bank (czw) powinien utrzymać stopę procentową bez zmian. Styczeń przynosi międzyokresowe posiedzenie bez aktualizacji prognoz gospodarczych, więc służy zmianom w polityce tylko w nagłych przypadkach. Od posiedzenia w grudniu z Norwegii napłynęły mieszane dane, ale co najważniejsze, bez jednorazowego przechylenia szali za zmianą nastawienia w którymkolwiek kierunku. To powinno pozwolić NB do utrzymania stanowiska, że „stopa procentowa najprawdopodobniej pozostanie na tym poziomie w nadchodzącym okresie”.

Polska

Bogaty kalendarz z Polski z najciekawszymi produkcją przemysłową (śr) i minutkami RPP (czw). Pierwsze może ucierpieć przez niekorzystne efekty sezonowe, ale pod powierzchnią interesujące będzie, czy aktywność przedsiębiorstw odbija od dołka. W protokole z posiedzenia RPP ciekawa może być dyskusja obozów jastrzębi i gołębi w reakcji na ostatni skok inflacji. Jakkolwiek można się ekscytować powyższymi wydarzeniami, jest bardziej realne, że złoty pozostanie głównie pod wpływem nastrojów na rynkach zewnętrznych.

Japonia

Bank Japonii (pon-wt) nie ma powodów, by zmieniać parametry polityki pieniężnej. W ocenie perspektyw gospodarczych jest miejsce na bardziej pozytywny wydźwięk przy uwzględnieniu wpływu programów fiskalnych i generalnej poprawie otoczenia makroekonomicznego. Dla JPY wydźwięk powinien być neutralny. Risk-on na rynkach finansowych oferuje presję na osłabienie waluty.

Australia i Nowa Zelandia

Raport z australijskiego rynku pracy (czw) będzie tym razem wyjątkowo istotny, kiedy ważą się losy luzowania polityki monetarnej RBA na następnym posiedzeniu w lutym. Silne dane uciszą gołębie głosy na rynku i w obliczu ulgi po porozumieniu handlowym USA-Chiny otworzą drogę na mocniejszy rajd AUD. Aktualnie rynek jest podzielony mniej więcej po równo, więc rozczarowujące dane także wywołają reakcję. W Nowej Zelandii silniejsza inflacja CPI (czw) pozwoli RBNZ na zyskanie czasu w ocenie sytuacji gospodarczej bez konieczności zmiany polityki. Dla NZD byłby to świeży sygnał do umocnienia.

Odbicie w zmianie zatrudnienia w grudniu i pozytywny wydźwięk ostatniego badania Business Outlook powinny wystarczyć, by Bank Kanady (śr) utrzymał neutralne nastawienie. Na oczekiwaniach pozytywnego przekazu CAD może zyskiwać poniżej 1,30 USD/CAD jeszcze przed decyzją, ale potem tradycją jest sprzedaż faktów, więc uwaga na odwrót.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Niemiecka gospodarka rozwija się najwolniej od 2013 r.

Zeszły rok nie sprzyjał niemieckiej gospodarce. Z powodu problemów w przemyśle, PKB wzrósł w ubiegłym roku o zaledwie 0,6%, co jest najgorszym wynikiem od 2013 r.Jednak według prognoz, niemiecka gospodarka najgorsze ma już za sobą.Zmniejszenie ryzyka związanego z Brexitem, jak i podpisana w tym tygodniu wstępna umowa handlowa między USA a Chinami potwierdzają, że perspektywa pesymistycznego scenariusza recesji coraz bardziej się oddala. Wskaźnik klimatu biznesowego IFO w Niemczech nadal utrzymuje się jednak poniżej 100, a wskaźnik menedżerów logistyki i zakupów pozostaje na poziomie poniżej 50. Może to oznaczać, że problemy niemieckiej gospodarki raczej szybko nie znikną, choć z drugiej strony cieszy fakt, że wiodące wskaźniki odbiły się od dna. Daje to nadzieję, że również gospodarka światowa powinna najgorsze mieć już za sobą.

Kurs złotego w piątek rano wynosił 4,24 EUR/PLN. Na kurs złotego nie wpłynęło również stanowisko jednego z członków Zarządu Banku NBP, który z powodu rosnącej inflacji stanowczo odrzucił propozycję podwyżek stóp procentowych w Polsce. Kurs eurodolara, podobnie jak polskiego złotego, nie uległ w tym tygodniu większym zmianom. W piątek rano wynosił 1,114 EUR/USD.Rynki czekają na silny impuls makroekonomiczny, który spowoduje większe wahania kursów walut lub rozpocznie nowe trendy na parach walutowych.

Tygodniowy komentarz walutowo-makroekonomiczny Roksany Cichej, analityczki AKCENTY

Kurs dolara – prognoza 2020 r.

W 2019 roku dość agresywne tempo łagodzenia polityki monetarnej przez Rezerwę Federalną nie doprowadziło do osłabienia dolara amerykańskiego w parze ze złotym. Jaki dla dolara będzie ten rok?

Przez większą część 2019 roku dolar amerykański pozostawał na dość wysokich poziomach względem polskiego złotego i głównych walut. Siła waluty miała związek z wzrostem awersji do ryzyka na rynku, a także z faktem, że większość banków centralnych G10 zaczęła przyjmować bardziej akomodatywne stanowisko w kontekście polityki monetarnej. W październiku kurs USD/PLN wzrósł do najwyższego poziomu od ponad dwóch lat jednak zakończył rok na poziomie niewiele wyższym od tego na jakim go rozpoczął (Wykres 1).

Wykres 1: Indeks USD & kurs USD/PLN (01/01/19 – 17/01/20)

Indeks USDŹródło: Refinitiv Datastream Data: 17/01/20

Od połowy ubiegłego roku amerykańscy decydenci trzykrotnie ścięli stopy procentowe. Jest to dość nagły zwrot w porównaniu do sytuacji z 2018 roku, kiedy Fed podniósł stopy cztery razy. Ostatnia obniżka stóp w USA nastąpiła w październiku – stopy poszły wówczas w dół o kolejne 25 punktów bazowych, w konsekwencji czego znalazły się na poziomie 1,50-1,75%. Ton Jerome’a Powella w grudniu był jednak dość optymistyczny. Prezes Fed stwierdził, że perspektywy gospodarcze Stanów Zjednoczonych „pozostają korzystne”, a warunki na rynku pracy określił mianem „solidnych”. Zgodnie ze słowami Powella, polityka monetarna jest w „dobrym miejscu”, a ostatnie cięcia stóp procentowych to tzw. „insurance cuts”, a nie część trwałego cyklu łagodzenia polityki pieniężnej.

Co istotne, w komunikatach banku z października i grudnia nie zobaczyliśmy fragmentu mówiącego o tym, że będzie on „działał w odpowiedni sposób w celu utrzymania ekspansji”, które były zawarte w komunikatach publikowanych przy okazji kilku poprzednich spotkań decyzyjnych FOMC. Naszym zdaniem, zmiana języka oznacza, że nie zobaczymy obniżek stóp procentowych w USA w najbliższej przyszłości, a przynajmniej w pierwszej połowie 2020 roku. Sądzimy, że na tym etapie bank centralny będzie chciał wstrzymać się z działaniami, aby ocenić wpływ ostatnich obniżek stóp na sytuację gospodarczą USA przed podjęciem decyzji względem kierunku dalszych działań z zakresu polityki monetarnej. Brak apetytu na podjęcie działań wyraźnie widać w „dot plocie” opublikowanym po ostatnim spotkaniu decyzyjnym banku centralnego. W grudniu zaledwie czterech decydentów FOMC oczekiwało wyższych niż obecne 1,50-1,75% stóp procentowych w USA w tym roku, podczas gdy we wrześniu spodziewało się tego aż dziewięciu z nich.

Wykres 2: Dot plot FOMC (grudzień 2019)

Dot plot FOMCŹródło: Refinitiv Datastream Data: 17/01/20

Zdaniem Rezerwy Federalnej, niższe stopy procentowe stanowią bezpośrednią konsekwencję słabszych odczytów inflacji w Stanach Zjednoczonych. Odzwierciedlają również pewien niepokój, który zapanował wśród decydentów FOMC w związku z eskalacją konfliktu handlowego na linii USA-Chiny. W przypadku wojny handlowej ostatnie doniesienia miały umiarkowanie optymistyczne nacechowanie. Obie strony negocjacji uzgodniły porozumienie „pierwszej fazy” w październiku, a jego oficjalne podpisanie odbyło się w środę, 15 grudnia. Sądzimy, że podpisanie porozumienia „pierwszej fazy”, które wprowadza kilka ustępstw z obu stron konfliktu handlowego, łagodząc jego obraz, jest pozytywnym sygnałem sugerującym, że USA i Chiny zmierzają do osiągnięcia kompleksowego porozumienia w handlu.

Wielokrotnie podkreślaliśmy, że naszym zdaniem rozwiązanie konfliktu jest bardziej prawdopodobne niż przeciwny scenariusz. Nadal uważamy też, że protekcjonistyczna retoryka Donalda Trumpa jest przede wszystkim techniką negocjacyjną. Sądzimy, że Trump będzie chciał osiągnąć porozumienie przed wyborami prezydenckimi, które odbędą się w listopadzie br. Mimo to, nie sposób nie wspomnieć, że rozwiązanie konfliktu zajmuje znacznie więcej czasu niż oczekiwaliśmy – zarówno my, jak i rynek.

W kontekście informacji z USA warto zwrócić uwagę, że w ostatnim roku inflacja CPI w USA utrzymywała się poniżej poziomu 2%. W listopadzie przekroczyła jednak poziom 2,1% aby w grudniu wzrosnąć do 2,3%. Preferowana przez Fed miara dynamiki cen, czyli inflacja PCE w ostatnim czasie pozostawała jednak niższa, w ostatnim miesiącu pomiarów, listopadzie, znalazła się na poziomie 1,5%, a jej bazowa miara była nieznacznie wyższa (Wykres 3). Wysoka natomiast pozostaje bazowa inflacja CPI, która od marca 2018 r. utrzymuje się na poziomie lub powyżej 2-procentowego celu inflacyjnego Fed-u. Utrzymująca się dobra sytuacja na amerykańskim rynku pracy – a szczególnie względnie wysoka dynamika płac – powinna wspierać utrzymanie względnie wysokiej dynamiki cen w 2020 roku.

Wykres 3: Inflacja w USA (2014 – 2019)

Inflacja w USAŹródło: Refinitiv Datastream Data: 17/01/20

Powell stwierdził, że w jego opinii musiałby wystąpić „naprawdę znaczący wzrost inflacji, który utrzymywałby się, zanim rozważylibyśmy możliwość podwyżek stóp procentowych w celu zaadresowania obaw dotyczących inflacji”. Sugeruje to, że poprzeczka, po przekroczeniu której Rezerwa Federalna zdecydowałaby się na podwyżki stóp, jest dość wysoka, a decydenci przed głosowaniem za podwyżkami musieliby zaobserwować trwały wzrost inflacji powyżej 2%.

Jak już wspominaliśmy, Fed utrzymuje jednak optymistyczny pogląd co do perspektyw amerykańskiej gospodarki. Musimy też stwierdzić, że FOMC ma całkiem sporo argumentów za tym, żeby z optymizmem patrzeć w przyszłość. Mimo oznak spowolnienia w gospodarce, sytuacja amerykańskiego rynku pracy jest dobra. Ostatnie dane o zmianie zatrudnienia w sektorach pozarolniczych nie były imponujące, jednak średnia krocząca z ostatnich 12 miesięcy oscyluje obecnie w okolicy względnie wysokiego poziomu 175 tysięcy (Wykres 4). Dynamika wzrostu płac w USA utrzymuje się w okolicy 3% w ujęciu rocznym, co oznacza, że realny wzrost wynagrodzeń w Stanach Zjednoczonych pozostaje dodatni.

Wykres 4: Zatrudnienie w sektorach pozarolniczych w USA (2010 – 2019)

Zatrudnienie w sektorach pozarolniczych w USAŹródło: Refinitiv Datastream Data: 17/01/20

Na dobrej sytuacji amerykańskiego rynku pracy korzystają również amerykańscy konsumenci, co wspiera wzrost gospodarczy. W trzecim kwartale 2019 roku amerykańskie PKB w ujęciu zanualizowanym wzrosło o 2,1%. Konsumpcja, mająca największe znaczenie dla gospodarki najpewniej w podobny sposób wspierała wzrost gospodarczy w ostatnim kwartale ubiegłego roku.

W następstwie grudniowego spotkania FOMC sądzimy, że bank centralny nie będzie spieszył się ze zmianami w polityce monetarnej i powinien utrzymać obecny poziom stóp procentowych w dającej się przewidzieć przyszłości. Zważywszy na brak presji inflacyjnej w Stanach Zjednoczonych, jest bardzo mało argumentów, które mogłyby skłonić decydentów do podnoszenia stóp procentowych. O ile sądzimy, że poprzeczka, której przekroczenie oznaczałoby cięcie stóp procentowych, jest zawieszona niżej niż ta, po której przekroczeniu mielibyśmy do czynienia ze wzrostem stóp procentowych w USA, o tyle ostatnie dane z amerykańskiej gospodarki, naszym zdaniem, nie wspierają obaw względem możliwości wystąpienia recesji w Stanach Zjednoczonych. Postęp w negocjacjach handlowych między USA i Chinami sugeruje również, że dalsze obniżki stóp procentowych poniżej obecnych poziomów raczej nie będą uzasadnione. Rynki obecnie nie wyceniają obniżki stóp procentowych w USA aż do czwartego kwartału 2020 roku.

Podtrzymujemy naszą dotychczasową prognozę zakładającą stopniową aprecjację euro w parze z dolarem amerykańskim. W związku z tym, że w naszej ocenie banki centralne po obu stronach Atlantyku powinny nie dokonywać zmian w polityce monetarnej w 2020 roku, sądzimy, że główna para powinna reagować na zmiany oczekiwań względem sytuacji gospodarczej. Wzrost w USA powinien, w naszej ocenie, kształtować się mniej więcej zgodnie z oczekiwaniami. Sądzimy jednak, że pesymizm względem perspektyw gospodarki strefy euro jest nadmierny. Pozytywne zaskoczenie danymi gospodarczymi ze strefy euro naszym zdaniem powinno wesprzeć wspólną walutę w parze z USD. W związku z tym, że spodziewamy się lekkiego spadku kursu EUR/PLN na przestrzeni tego roku, oczekujemy też nieznacznie głębszego osłabienia dolara amerykańskiego w parze z polskim złotym.

EUR/USD USD/PLN
Q1-2020 1,14 3,70
Q2-2020 1,16 3,65
Q3-2020 1,17 3,60
E-2020 1,18 3,55
E-2021 1,20 3,50

Autorzy: Analitycy Ebury – Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk, Ebury

Jak wybrać najlepszego forex brokera? 10 wskazówek

W jaki sposób porównać brokerów forex i jak wybrać takiego, który będzie Ci najbardziej odpowiadał? Porównaliśmy szeroką gamę brokerów pod względem wielu aspektów. Od opłat, przez spready, aż po platformy handlowe oraz możliwości grafów i analizy – po prostu wszystko, co jest u brokerów ważne i ma wpływ na sukces każdego tradera.

„Najlepszy“ brokter to zazwyczaj kwestia indywidualnych preferencji. Może to zależeć od par, którymi najczęściej handlujesz, od platformy, od tego czy handel odbywa się natychmiastowo czy na podstawie jakiegoś future kontraktu, dla niektórych równie ważym aspektem może być także łatwość używania dostarczanych narzędzi.

Jak więc wybrać tego najlepszego forex brokera?

Wspomnieliśmy już o czynnikach, które powinny wpłynąć na twój wybór. Wielu TOP brokerów prawdopodobnie spełni te parametry. Polecamy przeczytać ten ranking forex brokerów, gdzie możesz porównać brokerów według większości tych parametrów.

Co uwzględnić podczas wyboru brokera?

  • Regulacje – Kiedy pojawi się problem, przepisy prawne są Twoją pierwszą (i w zasadzie jedyną) nadzieją rozwiązania problemów, które mogą się pojawić podczas współpracy z brokerem. Odpowiednie ramy regulacyjne mają charakter zapobiegawczy. To oznacza, że mają na celu przedewszystkim zapobieganie problemów. Każdy broker pownien być na danym rynku w jakiś sposób regulowany, jest to jego obowiązek. W Polsce regulatorem jest KNF. W Polsce wystarczy jeśli broker jest regulowany przez jakiegokolwiek regulatora w UE. Najczęściej możemy się spotkać z borkerami regulowanymi przez cypryjski urząd Cysec.
  • Reputacja – Bardzo ważne są także opinie innych traderów, którzy mają z danym brokerem jakieś doświadczenie. Ich opinie pomogą Ci stworzyć własny obraz o tym czego się można od brokera spodziewać.
  • Warunki handlu / opłaty – Jest to najważniejsza część Twojej globalnej oceny brokerów Forex. Nie ma sposobu, aby to obejść. Jeden broker Forex może pobierać opłatę 10 razy mniejszą za tę samą transakcję niż inny. Zwróć uwagę na „ukryte” opłaty, takie jak opłaty za wypłaty lub opłaty za brak aktywności.
  • Pokrycie rynku – Musisz być w stanie handlować wybraną przez siebie parą walutową lub produktem.
  • Wysokość wpłaty minimalnej – Początkujący i mali forexowi traderzy nie mają łatwo. Dobry broker nie powinienen zmuszać Cię do wpłaty minimalnej w wysokości, na której stratę nie możesz sobie pozwolić. Na przykład u XTB możesz handlować z dowolnym kapitałem, ale większość brokerów stara się ustawić wysokość wpłaty minimalnej. A to dlatego, że wpłata w wysokości 100 zł nie ma sensu. Lepiej założyć konto demo i poczekać aż nabierzesz więcej pewności w swoje umiętnośći.
  • Platformy handlowe – Platforma handlowa forex i narzędzia, które oferuje, to twoja podstawowa broń w osobistej wojnie o zyski. Wybierz ten, który najbardziej Ci odpowiada. Pamiętaj, że wiele platform jest konfigurowalnych, więc mogą być dostosowane do Twoich potrzeb. Najbardziej popularna platforma to MataTrader 4. Jest to jednak stosunkowo przestarzała aplikacja, więc lepiej się rozejrzeć za czymś bardziej nowoczesnym.
  • Aplikacje do tradingu mobilnego – Możliwość handlu w drodze może być ważna. Niektóre aplikacje mobilne są lepsze od innych. Idealna platforma mobilna będzie działać tak samo jak wersja internetowa.
  • Depozyty i wypłaty – Musisz w jakiś sposób przenieść środki do i od brokera, szybko i najlepiej tanio. Metody wpłat/wypłat obsługiwane przez brokera forex określają, czy można to osiągnąć, czy też nie. Finansowanie konta może również wymagać określonej metody płatności.
  • Obsługa klienta – Potrzebujesz kogoś, z kim możesz porozmawiać, gdy napotkasz problemy z depozytami, rzeczywistym handlem lub wypłatami. Kompetentne wsparcie jest koniecznością.
  • Edukacja – Nigdy nie zaszkodzi lepsze zrozumienie, w jaki sposób działają rynki forex i jak można w pełni wykorzystać ich możliwości. Niektórzy brokerzy oferują obszerne narzędzia edukacyjne.

Rynek handlowy zmierza w stronę nowych formatów

Niższe tempo przyrostu nowej powierzchni w centrach handlowych, rosnąca popularność segmentu convenience i projektów mixed-use, a także dalsza synergia handlu tradycyjnego i technologii – tak przedstawia się sytuacja na rynku obiektów handlowych w Polsce.

Firma doradcza JLL podsumowała sytuację na rynku nieruchomości handlowych w Polsce na koniec 2019 roku.

Podaż – deweloperzy dywersyfikują portfolio

Choć centra handlowe pozostają najpopularniejszym formatem na polskim rynku, to aktywność deweloperów w tym segmencie systematycznie spada. W 2019 r. do użytku oddano 169 000 mkw. w centrach handlowych, a to o 100 000 mkw. mniej niż jeszcze rok wcześniej. Taki rezultat pokazuje dywersyfikację oraz dojrzałość polskiego rynku. – Joanna Tomczyk, Starszy Analityk Rynku, JLL

Największe nowo otwarte projekty w ubiegłym roku to Galeria Młociny w Warszawie (78 500 mkw. powierzchni handlowej) oraz Stara Ujeżdżalnia w Jarosławiu (25 300 mkw.). Jednocześnie 56 000 mkw. wycofano z podaży z powodu zamknięcia kilku centrów handlowych Tesco. W rezultacie, powierzchnia handlowa w Polsce, obejmująca wielkopowierzchniowe formaty, osiągnęła poziom 14,6 miliona mkw. z czego za 10,2 mln mkw. odpowiadają 422 centra handlowe, przekładając się na nasycenie na poziomie 266 mkw. na 1 000 mieszkańców.

Aktualnie w budowie pozostaje około 217 000 mkw. w ramach centrów handlowych z terminem oddania do końca 2021 roku. Jednocześnie rosnąca liczba deweloperów dywersyfikuje swoje portfolio celując w inne formaty. W minionym roku na rynek trafiło blisko 210 000 mkw. w ramach parków handlowych i wolnostojących magazynów handlowych, o 29% więcej niż w roku poprzednim. 2019 był także owocny dla mniejszych formatów, w tym centrów convenience, w którym łącznie do użytku oddano blisko 138 000 mkw. – najwięcej w historii. – Joanna Tomczyk, Starszy Analityk Rynku, JLL

Cyfryzacja decyduje o handlowym „być albo nie być”

Szybsze tempo życia, zapotrzebowanie na wysokiej jakości produkty, wyższa świadomość, a także rosnące znaczenie technologii, cyfryzacji i sprzedaży internetowej wymuszają na sieciach handlowych przyjęcie nowych strategii. Widać to już nie tylko wśród sieci modowych, ale szczególnie w segmencie spożywczym, gdzie operatorzy na potęgę inwestują w nowatorskie rozwiązania. Należą do nich m.in. sklepy typu „kliknij i odbierz”, sklepy internetowe, formaty promujące produkty bio czy kasy samoobsługowe. – Anna Wysocka. Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Handlowych, JLL

Przykładem jest Biedronka, która testuje formaty premium w niektórych lokalizacjach po zamkniętych sklepach Piotr i Paweł, i wprowadza kasy samoobsługowe. Z kolei Lidl, w celu zminimalizowania skutków zakazu handlu w niedzielę, uruchomił sklep internetowy i przeprowadził kampanię marketingową zachęcającą do robienia zakupów w soboty. Żabka natomiast rozwija koncept sklepu jutra, wykorzystując elementy sztucznej inteligencji i zaawansowane algorytmy, a sieć Carrefour uruchomiła swój pierwszy w Polsce, całodobowy sklep Carrefour Express w formacie samoobsługowym i rozpoczęła testowanie nowych formatów Carrefour Bio i Supeco. Tak konkurencyjny rynek to spore wyzwanie dla centrów handlowych, które muszą proponować coś więcej niż tylko punkty sprzedaży.

Rozwój sprzedaży wielokanałowej („omnichannel”) powoduje, że galerie handlowe coraz częściej stają się uczestnikami handlu elektronicznego poprzez coraz bardziej rozbudowane strony internetowe, cyfrowe interfejsy oraz komunikację mobilną z klientami w budynku i poza nim. Przykładem może być Unibail-Rodamco Labs, jednostka firmy odpowiedzialna za innowacje cyfrowe, mające na celu ułatwienie zakupów i korzystanie z oferty gastronomicznej w obiektach handlowych z portfolio firmy. – Anna Wysocka. Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Handlowych, JLL

Debiuty i czynsze pod kontrolą

Popyt na nowoczesne powierzchnie handlowe w Polsce jest generowany przede wszystkim przez największe sieci handlowe poszukujące atrakcyjnych lokalizacji. Grupa ta reprezentuje stabilną strategię ekspansji, jednak bez presji ilościowej kolejnych otwarć. Ma to odzwierciedlenie w stabilnej liczbie debiutów międzynarodowych marek. W 2019 roku pierwsze sklepy w Polsce otworzyło 20 nowych zagranicznych brandów, m.in. kultowy Hermes z Francji, modowi giganci, tacy jak Monki i Weekday należący do Grupy H&M, czy amerykański Under Armour. – Anna Wysocka. Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Handlowych, JLL

Czynsze “prime” w Polsce w ubiegłym roku pozostały względnie stabilne, osiągając najwyższy poziom w Warszawie, do 135 EUR / mkw. / miesiąc (maksymalnie 60 EUR w lokalizacjach „sub-prime”), podczas gdy w miastach regionalnych oscylują między 45 a 60 EUR / mkw. / miesiąc.

Czynsze prime odnoszą się do najlepszych lokali handlowych o powierzchni około 100 mkw. przeznaczonych dla branży moda i dodatki, w wiodących centrach handlowych.

Rynek inwestycyjny

Wartość transakcji inwestycyjnych na polskim rynku nieruchomości handlowych przekroczyła w 2019 roku 2 mld EUR. To wynik znacznie powyżej rocznej średniej na poziomie ok. 1,5 mld EUR, odnotowanej w latach 2009 – 2018. W odróżnieniu od 2018, kiedy 75% ogólnej wartości przypadło na transakcje sfinalizowane w pierwszym półroczu, w 2019 największą aktywność inwestorów notowaliśmy w ostatnim kwartale roku, kiedy sfinalizowano umowy kupna/sprzedaży obiektów handlowych o wartości 1,14 mld EUR.- Andrzej Bzowski, Starszy Analityk, Dział Rynków Kapitałowych Nieruchomości Handlowych, JLL

W ubiegłym roku na rynku dominowały transakcje portfelowe, m. in. zrealizowanie przez Cromwell prawa pierwokupu do portfela centrów handlowych, sprzedaż Atrium Felicity w Lublinie i Atrium Koszalin do ECE European Prime Shopping Centre Fund II przez Atrium (298 mln EUR) czy nabycie drugiej transzy centrów handlowych M1 przez EPP.
Stopy kapitalizacji za najlepsze centra handlowe w Polsce pozostają na poziomie 4,9%. Najlepsze parki handlowe osiągają stopy kapitalizacji ok. 6,8%.

Wraca temat podwyżek stóp procentowych w Polsce

Rosnąca inflacja powoduje, że temat podwyżek stóp procentowych wraca. Sam fakt, że pojedynczy członkowie RPP o tym mówią, nie znaczy to, że od razu uzyskają oni większość na głosowaniu Rady.

Czy stopy procentowe wzrosną

Członkowie Rady Polityki Pieniężnej wyraźnie zmieniają retorykę pod wpływem danych o inflacji. Ci bardziej jastrzębi wskazują nawet na możliwość podwyżki stóp procentowych. Przykładem może być Eugeniusz Gatnar. Co ciekawe wskazuje on na wiele zalet tego rozwiązania, na to, że gospodarka rozwija się powyżej potencjału tworząc bańki spekulacyjne. Nawet mimo tego zwraca on uwagę, na negatywny wpływ takiej decyzji na wzrost stóp procentowych. Co ciekawe rozważa on mniejszą podwyżkę niż zwykle, zamiast 0,25% podnieść o 0,15%.

Dane z Chin

Chińskie PKB rośnie zgodnie z oczekiwaniami o równe 6% w skali roku i 1,5% w skali kwartału. Dokładność danych chińskich zawsze budzi pewne podejrzenia wśród analityków. Są one znacznie bardziej wygładzone niż większość odpowiadających im danych. Nie zmienia to faktu, że gospodarka rośnie w dalszym ciągu w bardzo imponującym tempie.

Lepsze dane zza oceanu

Liczba wniosków o zasiłek dla bezrobotnych znów spada. Są to dane tygodniowe zatem warto podejść do nich z pewnym dystansem i poczekać na potwierdzenie w kolejnych tygodniach. Lepiej natomiast wypadły również dane na temat sprzedaży detalicznej. Pewnym problemem jest natomiast sprzedaż samochodów, która wyraźnie ciąży na wynikach. Dolar przyjął te dane bardzo dobrze umacniając się względem głównych walut.

Maciej Przygórzewski główny analityk w Internetowykantor.pl