Czas na radykalne uproszczenia w podatkach, bo toniemy w absurdach

W ubiegłym roku nie było zbyt wielu korzystnych zmian podatkowych dla przedsiębiorców. Ministerstwo Finansów podejmowało przede wszystkim działania związane ze zwiększaniem restrykcji oraz z rozbudową systemu kontroli. Eksperci wystawiają skrajne oceny m.in. za wdrożenie obowiązkowego mechanizmu podzielonej płatności. Zróżnicowane opinie pojawiają się też w kwestii białej księgi podatników VAT, tzw. podatku u źródła, a także obowiązku raportowania schematów podatkowych (MDR). Pozytywne głosy dotyczą np. Wiążącej Informacji Stawkowej (WIS), ulgi IP BOX czy CIT-u. Natomiast zgoła odmiennie postrzegane są poprawki nowelizowanych wcześniej przepisów czy częste zmiany dot. VAT-u. 

Zmiany na plus…

Prof. Modzelewski
Prof. Witold Modzelewski, były wiceminister finansów

– Zdecydowanym pozytywem było wprowadzenie obowiązkowej podzielonej płatności na grupę towarów i usług, które w dużej części były objęte tzw. odwróconym VAT-em. Zlikwidowano patologię, bo odwrócony VAT był inną nazwą stawki zerowej. To spowoduje skokowy wzrost efektywności fiskalnej systemu. Korzystna jest też nowa koncepcja podatku u źródła, choć po raz kolejny odroczona. Pozytywnie oceniam również obowiązek raportowania schematów podatkowych, co oznacza ujawnianie wszelkich działań mających na celu legalne unikanie opodatkowania – komentuje prof. Witold Modzelewski, były wiceminister finansów.

Z kolei Roman Namysłowski, ekspert BCC ds. podatków, zaznacza, że wśród korzystnych zmian mógłby na siłę wskazać wprowadzenie obowiązkowego mechanizmu podzielonej płatności. I dodaje, że nie jest to rozwiązanie, którego wdrożenie nic nie kosztowało firm. Jednak jego stosowanie daje większą pewność przedsiębiorcom, że nie zostaną wplątani w karuzelę VAT-owską. A w takim przypadku organy podatkowe nie mają litości.

Jerzy Martini, doradca podatkowy, członek prezydium Rady Podatkowej PKPP Lewiatan
Jerzy Martini, doradca podatkowy, członek prezydium Rady Podatkowej PKPP Lewiatan

– Niestety, w ub.r. nie było zbyt wielu korzystnych zmian dla przedsiębiorców. W podatku VAT jest nią Wiążąca Informacja Stawkowa. Do tej pory stosowanie stawek obniżonych wiązało się z ryzykiem sporu ze skarbówką. Preferencje w VAT oparte były w większości na klasyfikacjach statystycznych, co do których fiskus w swoich interpretacjach indywidualnych nie chciał zajmować wiążącego stanowiska. WIS daje podatnikom takie zabezpieczenie, stanowi „urzędowe” poświadczenie prawidłowości stosowania stawki do danego towaru czy usługi – wskazuje Jerzy Martini, doradca podatkowy.

Według Przemysława Pruszyńskiego, eksperta ds. podatków i doradcy podatkowego z Konfederacji Lewiatan, pozytywną zmianą było wprowadzenie ulgi IP BOX. Jednak odczują to tylko przedsiębiorstwa, które chcą podejmować trudną i ryzykowną działalność, a więc inwestują w badania i rozwój. Ekspert dodaje, że w 2019 roku zmieniono regulacje dot. podatku CIT. Firmy z obrotem do 1,2 mln euro mogły skorzystać z niższej stawki, wynoszącej 9%. Natomiast od 2020 roku prawo to przysługuje przedsiębiorstwom z obrotem do 2 mln euro.

Jakub Bińkowski, analityk i sekretarz Departamentu Prawa i Legislacji Związku Przedsiębiorców i Pracodawców
Jakub Bińkowski, analityk i sekretarz Departamentu Prawa i Legislacji Związku Przedsiębiorców i Pracodawców

– Wśród pozytywnych działań trzeba wymienić przede wszystkim zmniejszenie klina podatkowego, tj. obniżenie podstawowej stawki PIT z 18 do 17% oraz podniesienie kosztów uzyskania przychodu. Podatkowo-składkowe obciążenie wynagrodzeń jest w Polsce zbyt wysokie, ale został poczyniony pewien krok w kierunku ich zmniejszenia. Ponadto, należy wyróżnić uchwalenie nowej matrycy VAT, znacznie upraszczającej przyporządkowanie poszczególnych stawek do rodzajów towarów i usług – mówi Jakub Bińkowski, dyrektor Departamentu Prawa i Legislacji Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.

Z kolei Paweł Mazurkiewicz, doradca podatkowy i partner w MDDP, zaznacza, że generalnie fiskus idzie w kierunku zwiększenia restrykcji i wprowadzania rozbudowanych mechanizmów kontrolnych. Niemniej jednak można wskazać też pozytywne zmiany. Do takich należy m.in. wprowadzenie 9% stawki podatku CIT i 5% stawki dot. dochodów z wartości intelektualnych – tzw. Innovation Box. Ekspert podkreśla, że doszło też do uproszczenia w zakresie dokumentacji cen transferowych, zwłaszcza w odniesieniu do transakcji pomiędzy polskimi podatnikami. Ponadto nastąpiło skrócenie do 90 dni terminu umożliwiającego skorzystanie z ulgi na złe długi w VAT, co trzeba uznać za korzystny ruch dla przedsiębiorców.

Wojciech Kotowski, doradca podatkowy w Kancelarii Ożóg Tomczykowski
Wojciech Kotowski, doradca podatkowy w Kancelarii Ożóg Tomczykowski

– Było sporo zmian, które trudno jest przyporządkować do kategorii korzystnych lub niekorzystnych. One idą w kierunku, który pozwoli na eliminację oszustw podatkowych. Przykładowo tzw. biała lista podatników VAT jest narzędziem, które umożliwia uzyskanie informacji nt. kontrahenta. Naruszenie tych przepisów obarczone jest sankcjami. Jednak podatnikom pozostawiono niewiele czasu na wdrożenie rozwiązań, które pozwalałyby na stosowanie nowych przepisów – stwierdza Wojciech Kotowski, doradca podatkowy z Kancelarii Ożóg Tomczykowski.

… i na minus

Jak podkreśla prof. Witold Modzelewski, część wprowadzanych zmian zawsze będzie mieć wiernych krytyków. Dotyczy to zwłaszcza osób, które oferują pomoc w kwestii unikania opodatkowania. Jednak ekspert dostrzega, że zdarzały się bardzo często tzw. wpadki, polegające na nowelizacji dokonanych nowelizacji. Czyli poprawiano to, co już wcześniej zmieniono. Ponadto podatnicy są przytłoczeni liczbą modyfikacji. W ciągu roku były aż 4 duże zmiany dot. podatku VAT, a wcześniej zazwyczaj jedna lub dwie. Jeszcze więcej nowelizacji przygotowano w zakresie podatku dochodowego.

– W 2019 roku było dużo propozycji uszczelniających system podatkowy, jak nazywa to MF. Została wprowadzona podzielona płatność w podatku VAT. Ona jest kłopotliwa dla firm działających w tzw. wrażliwych branżach, czyli tam gdzie mamy m.in. obrót złomem, stalą lub paliwami. Po pierwsze, to rozwiązanie oznacza obowiązki administracyjne. Po drugie, pojawia się dodatkowe zagrożenie sankcjami, czyli wzrost ryzyka prowadzenia działalności – tłumaczy Przemysław Pruszyński.

Zdaniem Jakuba Bińkowskiego, bardziej kontrowersyjnych zmian raczej unikano. Za jedną z nich część przedsiębiorców może uznawać obowiązkowy split payment. Jednak ZPP do tej pory nie odnotował generalnych skarg na to rozwiązanie. Ekspert podkreśla również, że od 2019 roku przedsiębiorcy zobowiązani są do raportowania schematów podatkowych, z czym związany jest szereg problemów. Jednak jest to rezultat przepisów uchwalonych w 2018 roku.

– Szczególnie niekorzystne są dwie zmiany. Pierwsza dot. nowego obowiązku raportowania tzw. schematów podatkowych. Przepisy szalenie skomplikowane, niejasne i dalej idące niż wymagania UE, a dodatkowo wprowadzone rok wcześniej niż wynikało to z zobowiązań. Mam wrażenie, że sami projektodawcy tego rozwiązania mają kłopot z interpretacją i prawidłowym stosowaniem tych przepisów. Natomiast drugi temat to zmiana zasad poboru podatku u źródła przy płatnościach za granicę trzech kategorii, tj. dywidend, odsetek i należności za tzw. usługi niematerialne – wylicza Roman Namysłowski.

Ekspert z MDDP uznaje obowiązek raportowania schematów podatkowych i przepisy dot. tzw. podatku u źródła za niekorzystne zmiany. Te ostatnie zostały wprowadzone mimo zastrzeżeń przedstawicieli nauki prawa podatkowego i organizacji przedsiębiorców. Wprawdzie nie zwiększyły obciążenia finansowego, ale jednak nałożyły na przedsiębiorców dodatkowe, trudne do wykonania obowiązki administracyjne. I dodaje, że resort finansów zdecydował się w trybie nadzwyczajnym na zawieszenie części z tych przepisów. Co pół roku przedłużana jest taka „abolicja”, ostatnio do 30 czerwca 2020 roku.

– Zmianą, która budzi bardzo wiele kontrowersji, jest tzw. MDR. Jednocześnie mam wrażenie, że podatnicy bardzo mało o tym wiedzą. Tymczasem obowiązek raportowania schematu podatkowego może wystąpić również wówczas, gdy zamiarem podatnika nie jest odniesienie korzyści podatkowej. Sankcje z tytułu niezaraportowania są absurdalnie wysokie i zupełnie nieproporcjonalne do zakresu wykroczenia, jakim jest nieprzesłanie danego raportu do Ministerstwa Finansów. Dla wielu podmiotów to może być zupełnie nieakceptowalny fakt – podkreśla Wojciech Kotowski.

Jak przekonuje Jerzy Martini, absolutnie skandaliczny charakter mają przepisy o tzw. białej liście podatników VAT. Pewne elementy są słuszne, bo podatnicy mogą sprawnie zweryfikować swoich kontrahentów. Jednak jako całość przepisy te są mocno niedopracowane. Przykładem jest zamieszanie z rachunkami technicznymi, szybkimi przelewami, kartami debetowymi etc. Ustawodawca chyba zapomniał, że przedsiębiorcy rozliczają się również w innej formie, niż za pośrednictwem tradycyjnych przelewów na rachunek firmowy.

– Cały czas czekamy na daleko idącą, rzeczywistą reformę systemu podatkowego, ukierunkowaną na jego radykalne uproszczenie. Bez tego przedsiębiorcy będą w dalszym ciągu poświęcać nieproporcjonalnie dużo czasu oraz energii na wypełnianie wszelkich obowiązków związanych z rozliczaniem danin, zamiast – na prowadzenie swojej podstawowej działalności – podsumowuje dyrektor Departamentu Prawa i Legislacji Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.

W 2020 roku spadnie liczba ofert pracy. Głównie przez wizję spowolnienia i wyższe koszty pracy

Według branży rekrutacyjnej, w nadchodzących miesiącach zdobycie pracy stanie się trudniejsze. Wprawdzie ofert na rynku wciąż będzie sporo, ale jednak mniej niż w 2019 roku. Wizja spowolnienia gospodarczego oraz wyższe koszty pracy mocno wpłyną na politykę kadrową pracodawców. Część firm już zadeklarowała redukcję zatrudnienia. Najtrudniej o angaż będzie m.in. pracownikom firm usługowych, obszarów produkcyjnych oraz okołoprodukcyjnych, a także ekonomistom. Z kolei w najlepszej sytuacji znajdą się kandydaci z branży budowlanej, magazynowej i logistycznej, jak również informatycy.

2019 vs. 2020

Analitycy serwisu agencyjnego MondayNews postanowili sprawdzić, czy w 2020 roku będzie trudniej zdobyć pracę niż w ostatnich miesiącach. Swoje prognozy przedstawili eksperci z branży HR. Wskazali też zawody, w których będzie najtrudniej i najłatwiej znaleźć zatrudnienie.

– Mimo że ofert będzie nadal sporo, to pracodawcy ostrożnie zwiększają zatrudnienie, odczuwając spowolnienie gospodarcze na Zachodzie. Szacuję, że w 2020 roku niemal w każdej branży będzie mniej ofert pracy, a co za tym idzie, trudniej będzie o nową posadę – stwierdza Szymon Rudnicki, dyrektor z agencji rekrutacyjnej Manpower.

Jak zaznacza Ewelina Glińska-Kołodziej, dyrektor operacyjny Trenkwalder, już w III kwartale 2019 roku raport GUS odnotował spadek wolnych miejsc pracy. Ten trend w dostępności wakatów będzie się utrzymywał, co utrudni i spowolni proces zmiany lub znalezienia nowego zajęcia. Ponadto, postępująca robotyzacja i automatyzacja procesów produkcyjnych obniży dostępność wolnych stanowisk.

– Dla przedsiębiorstw dodatkowym argumentem za większą wstrzemięźliwością w zakresie tworzenia nowych miejsc pracy są także kolejne obciążenia związane z kosztami zatrudnienia. W części firm ruszyły Pracownicze Plany Kapitałowe, a dodatkowo mamy niespotykany dotąd skokowy wzrost płacy minimalnej ¬– 350 złotych wobec dotychczasowych 100-150 – wyjaśnia Mateusz Żydek, ekspert rynku pracy z Randstad Polska.

Polska gospodarka rośnie, ale coraz wolniej, co podkreśla Joanna Przemyślańska-Włosek z Work Service. Z danych Barometru Rynku Pracy wynika, że pracodawcy planują zatrudniać przede wszystkim pracowników niższego szczebla (68,6%), a potem – średniego (39,2%). Najmniejsze szanse na nową posadę mają reprezentanci kadry zarządzającej (6,2%). Z kolei Mateusz Żydek informuje, że w badaniach Randstad Polska po raz pierwszy od pięciu lat odnotowano wzrost firm deklarujących redukcję zatrudnienia. Takie plany ma 11% pracodawców. Według eksperta, ten wynik nie jest bardzo niepokojący, ale warta odnotowania jest tendencja, szczególnie w branży budowlanej, przemyśle i handlu.

– 2019 rok zakończył dekadę intensywnego wzrostu całej branży rekrutacyjnej. Dotyczy to zarówno planów naborów w firmach, zapotrzebowania na pracowników, jak i rosnącego zaawansowania strategii HR w Polsce. 2019 to trzeci rok z rzędu, w którym liczba ogłoszeń zamieszczonych na Pracuj.pl znacząco przekroczyła pół miliona. W 2020 roku trudno oczekiwać kolejnych spektakularnych wzrostów, porównywalnych do tych z ostatnich lat – mówi Rafał Nachyna, dyrektor zarządzający w Pracuj.pl.

Najtrudniej będzie…

W opinii Mateusza Żydka, tworzenie nowych miejsc pracy w największym stopniu będą ograniczać firmy usługowe. Te przedsiębiorstwa bardzo często oferowały pracownikom wynagrodzenie na poziomie płacy minimalnej lub tylko nieco wyższe. One właśnie najmocniej odczują wzrost najniższej krajowej.

– Najtrudniej znaleźć pracę będzie pracownikom z obszaru finansów i ekonomistom, których zatrudnienie w Polsce ma charakter nadwyżkowy. Z powodu dotychczasowych utrudnień w pozyskiwaniu kandydatów, rosnących kosztów kadrowych, wielu pracodawców otworzyło się na automatyzację i robotyzację procesów. Widzimy to w kasach, w sklepach spożywczych. Ten proces będzie postępował – przewiduje Joanna Przemyślańska-Włosek.

Na podstawie badań Randstad Polska można spodziewać się mniejszej liczby ofert dla sprzedawców i pracowników obsługi klienta. Jak podkreśla Mateusz Żydek, branża handlowa mocno ogranicza plany w zakresie zatrudnienia. Obawia się potencjalnego wzrostu obciążeń, np. podatkowych. Jednocześnie przygotowuje się do zmniejszenia liczby niedziel handlowych – z 15 w ub.r. do 7 w bieżącym roku.

– Obserwując strategie klientów oraz rosnące koszty pracy, prognozujemy rozwój automatyzacji w obszarach produkcyjnych i okołoprodukcyjnych. To w perspektywie długofalowej będzie wpływać na liczbę dostępnych miejsc w tych sektorach. Nadal w strefie niskiej podaży wakatów pozostają zawody ściśle związane ze zmianami natury polityczno-gospodarczej, jak górnik czy nauczyciel – dodaje  dyrektor operacyjny Trenkwalder.

Natomiast zdaniem Szymona Rudnickiego, w porównaniu do 2019 roku trudniej będzie o pracę w transporcie i logistyce oraz w produkcji przemysłowej. Według Agnieszki Put, eksperta z Hays Poland, są grupy pracowników, którym zmiana pracy może zająć więcej czasu niż ostatnio. Dotyczy to menedżerów, ponieważ dla nich jest mniej stanowisk niż dla specjalistów. Z trudnościami mogą się też borykać osoby zajmujące się bardzo niszowymi specjalizacjami, np. pracujące w bardzo rzadkich technologiach, których używają 2-3 firmy w Polsce.

… i najłatwiej

– Największe szanse na znalezienie nowej pracy w przyszłym roku będą mieli kandydaci z branży budowlanej. Pracodawcy zgłaszają zapotrzebowanie na inżynierów budowy, techników budownictwa oraz osoby wykwalifikowane, w tym murarzy, tynkarzy czy zbrojarzy. Wiąże się to z dynamicznie rozwijającym się rynkiem mieszkaniowym i zamówieniami na obiekty biurowe – tłumaczy dyrektor z agencji rekrutacyjnej Manpower.

Według Eweliny Glińskiej-Kołodziej, na brak pracy w 2020 roku nie będą narzekać tacy specjaliści jak cieśla, zbrojarz, operator maszyn CNC, ślusarz, spawacz czy operator wózka widłowego. Zdaniem dyrektora operacyjnego Trenkwalder, dają tu o sobie znać wieloletnie zaniedbania w szkolnictwie zawodowym. W ostatnich latach odpowiedzią na braki kadrowe byli pracownicy z zagranicy, w głównej mierze z Ukrainy. Jednak wypełniali oni luki w prostych pracach produkcyjnych i okołoprodukcyjnych.

– Rok 2020 pod względem zatrudnienia przyniesie natomiast wciąż duże możliwości pracowników magazynów i centrów logistycznych na wszystkich szczeblach, od stanowisk podstawowych, operatorów wózków widłowych, kierowców, poprzez techników logistyki czy kierowników – przekonuje ekspert rynku pracy w Randstad Polska.

Duże szanse na znalezienie nowej pracy będą mieli też technicy urządzeń i systemów energetyki odnawialnej, o czym informuje dyrektor Rudnicki. Ma to związek z inwestycjami w branży energetycznej i gazownictwie. Ekspert stwierdza, że nadal występuje zapotrzebowanie na pracowników z branży IT. Szacuje się, że do końca 2020 roku zabraknie około 50 tysięcy osób specjalizujących się w tym obszarze.

– Polska jest jednym z wiodących rynków, jeżeli chodzi o „produkcję” talentów IT i programistów. Dlatego spodziewam się, że osoby z takimi umiejętnościami będą miały chyba największą łatwość zmiany pracy. Przy czym wcześniej byli to zwykle programiści. Natomiast ostatnio obserwujemy bardzo duże zainteresowanie specjalistami od wdrożeń systemów informatycznych, a także osobami zajmującymi się bazami danych czy wizualizacją danych – opisuje Agnieszka Put.

W Polsce mamy do czynienia z dynamicznym rozwojem sektora nowoczesnych usług dla biznesu. Jak zaznacza Mateusz Żydek, w związku z tym duże zainteresowanie pracodawców wzbudzają kandydaci ze znajomością języków obcych, szczególnie tych mniej popularnych. Natomiast Agnieszka Put dodaje, że wizja spowolnienia spowoduje, że firmy zajmą się zwiększaniem produktywności. Tym samym wszystkie osoby zajmujące się zarządzaniem i usprawnieniem projektów będą w cenie. Ponadto przedsiębiorstwa zechcą zwiększyć swoje siły sprzedażowe, żeby podnieść konkurencyjność. To stworzy szanse na zatrudnienie dla handlowców.

– Polski rynek pracy w ostatnich latach bardzo się rozpędził. To spory kapitał, który zebraliśmy na najbliższy czas. Nawet jeśli dynamika rekrutacji nie będzie tak wysoka jak ta obserwowana w minionych kilkunastu czy kilkudziesięciu miesiącach. Z deklaracji firm wynika, że zwiększanie zatrudnienia planuje mniejszość z nich, ale też tylko bardzo niewielki ułamek planuje zwolnienia – podsumowuje dyrektor Nachyna.

Dla kogo będzie ZUS+, ile można dzięki niemu oszczędzić?

Jak wskazało 70% przedsiębiorców w Badaniu Polskiej Mikroprzedsiębiorczości firmy inFakt, wysokość składek ZUS jest jednym z największych obciążeń w prowadzeniu działalności gospodarczej. Z tego powodu wszelkie preferencyjne możliwości rozliczania się ze składek cieszą się dużą popularnością. Od lutego 2020 roku będzie dostępne kolejne nowe rozwiązanie dla chętnych, którzy spełnią odpowiednie wymogi. Eksperci inFakt wyjaśniają, czym jest ZUS+ i kto może z niego skorzystać.

Zaproponowane przez ustawodawcę rozwiązanie jest rozszerzeniem obecnie funkcjonującego ZUS od przychodu. Z ZUS+ mogą skorzystać przedsiębiorcy, którzy osiągnęli w poprzednim roku kalendarzowym przychód nie wyższy niż 120 tysięcy złotych brutto.

W tej sytuacji podstawa wymiaru składek na ubezpieczenia społeczne będzie wyliczana zgodnie z wysokością przeciętnego miesięcznego dochodu osiągniętego w poprzednim roku kalendarzowym, ale nie będzie z nim zgodna – tłumaczy Piotr Ciszewski, ekspert podatkowy w firmie inFakt.

Z rozwiązania ZUS+ mogą też korzystać przedsiębiorcy, którzy rozliczają się według karty podatkowej lub na ryczałcie. W ich przypadku jako dochód będzie rozumiana połowa przychodu z pozarolniczej działalności gospodarczej lub połowa sprzedaży podlegającej opodatkowaniu od towarów i usług (VAT), bez kwoty tego podatku.

Jest to także rozwiązanie przeznaczone do tych, którzy nie mają już prawa do ulgi na start i tzw. preferencyjnego ZUS. – Jeżeli przedsiębiorca miałby prawo do skorzystania z tych ulg, to powinien wybrać je w pierwszej kolejności – podpowiada Piotr Ciszewski.

Ponadto przedsiębiorca, aby skorzystać z ZUS+, musi w poprzednim roku podatkowym prowadzić działalność przez minimum 60 dni. Z kolei podstawa wymiaru składek nie może być niższa niż 30% kwoty minimalnego wynagrodzenia oraz nie może przekraczać 60% prognozowanego przeciętnego wynagrodzenia.

Jak wyliczyć ZUS+?

Przeciętny miesięczny dochód z działalności gospodarczej należy wyliczyć według następującego wzoru: Rd/Ld x 30 – gdzie Rd to roczny dochód z pozarolniczej działalności gospodarczej uzyskany w poprzednim roku kalendarzowym, a Ld to liczba dni kalendarzowych jej prowadzenia w poprzednim roku.

Przykładowo: w 2019 roku przedsiębiorca prowadzący jednoosobową działalność gospodarczą osiągnął przychód 110 tysięcy zł. Dochód z działalności wyniósł 43 tysięcy zł. Przedsiębiorca zastanawia się nad przejściem na ZUS+ od 2020 roku. Aby poznać wysokość składek w takim modelu, przedsiębiorca wylicza podstawę na ubezpieczenie społeczne:

  • przeciętny miesięczny dochód z działalności:

43 000 zł / 365 *30 = 3 534 zł

  • podstawa wymiaru składek:

3 534 zł * 0,5 = 1 767 zł

A zatem korzystając z ZUS+, przedsiębiorca w 2020 zapłaci (łącznie z dobrowolnym ubezpieczeniem chorobowym) 559,11 zł, czyli w porównaniu do „dużego ZUS” o 433,19 zł mniej.

Taka różnica może być kusząca – ocenia Piotr Ciszewski. – Z możliwości rozliczania ZUS od przychodu w ubiegłym roku skorzystało 186 tysięcy przedsiębiorców, więc można się spodziewać, że także nowe rozwiązanie będzie cieszyło się dużym zainteresowaniem. Ustawodawca spodziewa się nawet 320 tysięcy chętnych na nie przedsiębiorców. Warto również dodać, że istnieją plany, aby w kolejnych latach zwiększyć limit przychodu, dzięki czemu z tego rozwiązania skorzysta znacznie więcej przedsiębiorców.

Jak będzie wyglądało przetwarzanie danych w 2020 roku?

Szybkość wdrażania hybrydowych środowisk IT staje się coraz ważniejszym czynnikiem wyróżniającym producentów rozwiązań dla centrów danych.

W miarę jak świat wkracza w 2020 r., zarządy przedsiębiorstw rzadko już rozważają czy postawić na infrastrukturę IT wdrażaną lokalnie czy też w chmurze. Rezultatem tych debat coraz częściej jest decyzja o skorzystaniu z modelu hybrydowego, będącego połączeniem chmury publicznej i prywatnej, oraz wdrożenie rozbudowanych zasobów na brzegu sieci, wokół jej zmodyfikowanego rdzenia. Ten ewoluujący sposób podejścia do zarządzania danymi i zasobami obliczeniowymi jest jednym z pięciu zyskujących popularność trendów w centrach danych w 2020 r., które zostały zidentyfikowane i opisane przez ekspertów z firmy Vertiv, globalnego dostawcy rozwiązań z zakresu infrastruktury IT, zapewniających ciągłość biznesową.

Zyskująca popularność architektura hybrydowa umożliwia firmom zachowanie kontroli nad danymi wrażliwymi, a jednocześnie sprostanie rosnącym wymaganiom dotyczącym ich objętości oraz konieczności przetwarzania bliżej konsumenta. Ponieważ gwarancja łączności środowiska IT i dostępności informacji staje się kluczowa w tym nowym ekosystemie danych, konieczne jest położenie nacisku na bezproblemową komunikację między rdzeniem sieci, jej brzegiem i chmurą.

Rob Johnson, dyrektor generalny Vertiv
Rob Johnson, dyrektor generalny Vertiv

W związku z rosnącymi oczekiwaniami wobec wydajności i pojemności rozwiązań stosowanych w centrach danych, koniecznych do zapewnienia poprawnej pracy coraz bardziej zaawansowanych aplikacji, zmiany będą wprowadzane w obiektach data center każdej wielkości – mówi Rob Johnson, dyrektor generalny Vertiv. – Jednocześnie szybkość wdrażania nowych rozwiązań staje się coraz bardziej kluczowa przy podejmowaniu decyzji dotyczących wybieranych technologii i prawdopodobnie będzie wpływać na inwestycje i innowacyjność w centrach danych w 2020 r. Przejawi się to na wiele sposobów, ale główne przesłanie dla dostawców sprzętu do centrów danych jest jasne: status quo jest nie do zaakceptowania.

Poniżej przedstawiono dodatkowe informacje na temat hybrydowego przetwarzania danych oraz innych trendów zidentyfikowanych przez ekspertów Vertiv.

  1. Architektura hybrydowa będzie dominująca. Mimo że przetwarzanie w chmurze nadal pozostaje ważną częścią strategii IT większości przedsiębiorstw, widać postępującą powoli zmianę ich podejścia. Organizacje starają się dostosować swoje środowisko IT i wydatki do potrzeb swoich aplikacji. Jako że można zaobserwować pojawianie się coraz większej liczby środowisk hybrydowych, staje się jasne, że centra danych w przedsiębiorstwach ewoluują i mają się dobrze, zaś ich zmieniająca się rola odzwierciedla potrzeby nowoczesnych firm.
  2. Szybkość wdrażania staje się coraz bardziej kluczowa. Jako że funkcjonalność oferowanych w branży IT rozwiązań i systemów coraz bardziej się zrównuje, menedżerowie IT dokonują ich wyboru na podstawie innych kryteriów. Koszt zawsze będzie jednym z nich, ale coraz więcej decyzji będzie zależeć od tego, jak szybko można wdrożyć nowe zasoby i aktywować je. Ma to szczególne znaczenie w kontekście faktu, że przetwarzanie danych coraz częściej odbywa się na brzegu rozproszonych sieci, gdzie opóźnienia w transferze danych oznaczają brak dostępu do usług i ryzyko utraty przychodów.
  3. Środowiska sztucznej inteligencji wymagają specjalnego traktowania. Chociaż średnia ilość sprzętu w szafach serwerowych zwiększa się tylko minimalnie, obserwujemy gwałtowny wzrost liczby zaawansowanych aplikacji i zadań obliczeniowych wymagających wysokiej wydajności, związanych ze sztuczną inteligencją (AI), takich jak uczenie maszynowe i głębokie uczenie. Według ekspertów Vertiv w 2020 r. z tego typu rozwiązań korzystać zaczną placówki z branży obronnej, firmy analityczne oraz produkcyjne, zaś intensywność zainteresowania takimi systemami znacznie wzrośnie w 2021 r. i latach kolejnych. Obsługujący je sprzęt na początku nie będzie stanowił dużego odsetka wszystkich rozwiązań wdrożonych w centrum danych, ale i tak będzie miał szczególne wymagania dotyczące zasilania i chłodzenia, z którymi dział IT będzie musiał się zmierzyć. Nagły wzrost mocy obliczeniowej serwerów może wymusić konieczność ich chłodzenia cieczą.
  4. Baterie przyniosą korzyści. W 2016 r. eksperci Vertiv przewidzieli, że akumulatory litowo-jonowe zaczną być powszechnie stosowane w centrach danych, co okazało się prawdą, bo mają dziś znaczny i ciągle rosnący udział na rynku UPS-ów. Ich popularność rośnie także w rozwiązaniach wdrażanych na brzegu sieci, gdzie doceniane są ich zmniejszone rozmiary i brak konieczności częstej konserwacji. Kolejnym krokiem może być także wykorzystanie innych alternatywnych akumulatorów, np. zbudowanych z cienkich warstw czystego ołowiu (Thin Plate Pure Lead, TPPL), co wpłynie na obniżenie kosztów. W wielu krajach w 2020 r. firmy zaczną odsprzedawać zgromadzoną energię z powrotem do zakładów energetycznych, aby wspomóc je w momencie szczytowego zapotrzebowania przez innych klientów. Temat ten będzie pojawiał się coraz częściej w rozmowach na temat wpływu na środowisko w branży centrów danych.
  5. Globalne zależności. Stany Zjednoczone, a zwłaszcza Dolina Krzemowa, od lat są centrum obecnej generacji rozwiązań dla centrów danych, ale innowacyjność obecna jest wszędzie. Równoległy, ale znacznie różniący się ekosystem cyfrowy powstaje w Chinach. Menedżerowie centrów danych w Europie oraz na innych rynkach Azji i Południowego Pacyfiku, takich jak Australia, Nowa Zelandia czy Singapur, odchodzą od tradycyjnych praktyk bazujących na konkretnym ustawodawstwie związanym z prywatnością danych, regulacjami prawnymi oraz wpływem na środowisko. Na przykład konieczność zapewnienia zgodności z ogólnym rozporządzeniem o ochronie danych (RODO) utrudnia podejmowanie decyzji dotyczących zarządzania danymi na całym świecie. Kwestie te, a także coraz większa presja związana z kontrolą wpływu na środowisko, prowadzą do nowego stylu myślenia o architekturze hybrydowej oraz o wartości danych przetwarzanych i przechowywanych lokalnie. Dla przykładu, w niektórych centrach danych w Chinach serwery są modyfikowane i zasilane napięciem stałym 240 V, aby poprawić ich wydajność i obniżyć koszty obsługi. Zasilanie prądem stałym od dawna jest rozważane także w USA i trzeba założyć, że wkrótce inne kraje także mogą przyjąć takie rozwiązanie.

ZPP: Podatek od napojów słodzonych ma na celu wyłącznie zebranie kilku dodatkowych miliardów do budżetu

Nie od 2022 roku, jak zapowiedziano w Narodowej Strategii Onkologicznej, lecz już od kwietnia 2020 ma w Polsce obowiązywać tzw. podatek cukrowy. Zmian w stosunku do pierwotnie zapowiadanej regulacji jest więcej – opodatkowana ma nie być już „nadmierna ilość cukru” w produkcie, lecz jakakolwiek zawartość cukru lub innych substancji słodzących w napoju. Niezmienny pozostaje cel regulacji, który jest oczywiście fiskalny. To podstawowe konkluzje ze stanowiska Związku Przedsiębiorców i Pracodawców ws. podatku cukrowego, przedstawionego podczas konferencji prasowej w dniu 17 stycznia 2020 roku.

– Tytuł projektu jest mylący, bo sugeruje że wspiera on jakkolwiek prozdrowotne wybory konsumentów – twierdzi Cezary Kaźmierczak, prezes ZPP – Tymczasem oczywiste jest, że chodzi tylko o zebranie kilku dodatkowych miliardów złotych wpływów do budżetu. Używanie w treści projektu słowa „opłata” nie zmienia faktu, że zakłada on wprowadzenie do polskiego systemu trzech nowych podatków, i to trzeba z całą mocą podkreślić. Podatki powinny bowiem wchodzić w życie 1 stycznia, a więc w tym przypadku najwcześniej 1 stycznia 2021 roku.

Przedstawiony przez Ministerstwo Zdrowia projekt ustawy przewiduje wprowadzenie dodatkowych obciążeń na sprzedaż napojów zawierających cukier lub inne substancje słodzące lub substancje aktywne, reklamę suplementów diety oraz sprzedaż napojów alkoholowych w opakowaniach o niewielkiej pojemności. Najwięcej kontrowersji budzi pierwsza z propozycji. Eksperci wskazują, że analogiczne rozwiązania zastosowane w innych państwach nie przyniosły oczekiwanego efektu w postaci poprawy stanu zdrowia społeczeństwa, w tym w szczególności zredukowaniu odsetka osób otyłych.

– Podobne podatki wprowadzono w niektórych państwach europejskich, takich jak Wielka Brytania, a także na przykład w niektórych miastach w Stanach Zjednoczonych – mówi Andrzej Gantner, dyrektor generalny Polskiej Federacji Producentów Żywności – Są badania wskazujące na minimalne zmniejszenie spożycia opodatkowanych produktów, jednak regulacje okazują się nieskuteczne w sensie ich wpływu na zdrowie publiczne. W Wielkiej Brytanii spożycie cukru wzrosło, mimo wprowadzenia daniny, nie ma też udowodnionego wpływu regulacji na zmniejszenie skali otyłości.

Niezależnie od merytorycznej oceny zawartości projektu, wątpliwości budzi również tryb jego procedowania. Przedsiębiorcy zwracają uwagę m.in. na krótki czas konsultacji, a także zaskakującą treść projektu.

– Tekst projektu został opublikowany zaraz przed Bożym Narodzeniem, mimo że jeszcze kilka tygodni wcześniej zapowiedziano wprowadzenie podatku cukrowego na 2022 rok – podkreśla Jakub Bińkowski, dyrektor Departamentu Prawa i Legislacji ZPP – Na konsultacje przeznaczono tylko 21 dni, obejmujących tradycyjnie urlopowy okres świąteczny i noworoczny. Zakres regulacji również różni się znacznie od tego, który był komunikowany jeszcze na początku grudnia. Ostatecznie, wydaje się że projekt zawiera przepisy techniczne podlegające obowiązkowi notyfikacji. Przedsiębiorcy mają pełne prawo czuć się zaskoczeni tak gwałtownym działaniem ustawodawcy.

Przedstawiciele ZPP i PFPŻ odnosząc się do najnowszych zapowiedzi medialnych Ministerstwa Zdrowia, podkreślili gotowość przedsiębiorców do współpracy z resortem w celu wypracowania rozwiązań, które faktycznie będą wspierały promocje zdrowego stylu życia i racjonalnego żywienia.

Stwierdzili jednocześnie, że wbrew twierdzeniom Ministerstwa Zdrowia nie ma konsensusu, co do zaproponowanych nowych rozwiązań, gdyż utrzymają one nieproporcjonalnie w stosunku do siły nabywczej polskiego konsumenta wysoki poziom podatku oraz nie wspierają prozdrowotnych reformulacji i innowacji produktowych.

Przedsiębiorcy wskazują, że nie ma żadnych dowodów na prozdrowotne skutki wprowadzania podatków dyskryminujących i stoją na stanowisku, że tylko kompleksowe podejście oparte na reformulacji składów, innowacyjności i szerokiej edukacji może być właściwym wsparciem dla polityki prozdrowotnej Państwa.

Podatek cukrowy ma wyjść Polakom na zdrowie

Prawdopodobnie dojdzie do zmian w ustawie wprowadzającej opłaty za napoje słodzone, tzw. małpki i reklamy suplementów diety. Niższa wysokość opłaty od producentów napojów zmniejszy wpływy do budżetu państwa o ok. 40 proc., a więc o prawie 1 mld zł.

– Podatek od cukru będzie korzystny dla gospodarki pod warunkiem, że wpływy z tego podatku przeznaczone zostaną na system ochrony zdrowia – mówi w rozmowie z MarketNews24 Marek Lachowicz, główny analityk Instytutu Jagiellońskiego, współzałożyciel PolishBrief.

W analizie ekspertów Instytutu Jagiellońskiego można przeczytać, że otyłość jest coraz poważniejszym problemem zdrowotnym, społecznym i ekonomicznym. Jej skutki w postaci obciążonego systemu ochrony zdrowia i strat w wyniku spadku produktywności kosztują Polskę ok. 24 mld zł rocznie. Wśród Polaków w wieku 20 lat i więcej, 53% kobiet i 68% mężczyzn miało nadwagę, a 23% kobiet i 25% mężczyzn było otyłych (dane: 2016 r.) Nadwaga i otyłość są narastającym problemem także wśród dzieci i młodzieży, dotykającym 1 na 5 uczniów w wieku 11-15 lat.

Jednak doświadczenia innych krajów pokazują niską skuteczność rozwiązań podatkowych w walce z otyłością. Wg OECD nie ma dowodów potwierdzających, że podatek od cukru długofalowo przyczynia się do poprawy zdrowia obywateli.

Natomiast regresywny charakter podatku od konsumpcji spowoduje relatywnie większą utratę dobrobytu mniej zamożnych gospodarstw domowych, gdzie żywność ma większy udział w koszyku wydatków. Wprowadzenie podatku spowoduje także wzrost popytu na tańsze produkty gorszej jakości.

– Producentom będzie łatwo przerzucić koszty tego podatku na konsumentów – komentuje ekspert Instytutu Jagiellońskiego. – Natomiast w ustawie wprowadzającej podatek powinien koniecznie znaleźć się zapis, że wpływy do budżetu przekazane zostaną na system ochrony zdrowia, bo istnieje ryzyko, że będą z niego finansowane także inne wydatki.

Jaki jest dzisiejszy inwestor? Co łączy tradera rynku OTC/CFD z inwestorem z GPW?

Jeszcze kilka lat temu inwestor forex i kontraktów CFD był kojarzony głównie z młodym człowiekiem szukającym szybkiego zysku i dreszczyku emocji. Dziś widać, że rynek jest bardziej regulowany, a przeciętny polski trader to mężczyzna, najczęściej po 30-stce, z wyższym wykształceniem, który ceni sobie samodzielne podejmowanie decyzji finansowych. To coraz bardziej aktywny mobilnie człowiek, któremu podoba się idea wolności handlu różnorodnymi instrumentami finansowymi na zdecentralizowanym rynku. Bacznie obserwuje technologiczne nowinki, mobilny trading to bowiem obowiązujący trend jeśli chodzi o ten sposób handlu.

– To co się nie zmienia na rynku forex, to fakt, że głównie inwestują na nim mężczyźni. Często z dużych aglomeracji, jednakże niekoniecznie z wielkich miast. Widzimy, że wielu klientów to osoby które osiągnęły sukces zawodowy i albo wyprowadziły się na obrzeża, albo mieszkają w średnich czy małych miejscowościach. Dzięki procesowi przenikania się świata inwestycji i technologii mobilnych obniża się jednak przeciętny wiek inwestora działającego na rynku forex i kontaktów CFD. Obecnie coraz większą grupę stanowią ludzie młodzi, jednak cały czas większość inwestorów to osoby w wieku 30-50 lat. Są to m.in. ludzie pracujący na stanowiskach managerskich, przedsiębiorcy oraz osoby wykonujące wolne zawody. Inwestują w wolnym czasie, coraz częściej przez aplikacje mobilne.  Obecnie już ponad połowa traderów korzysta z tego rodzaju rozwiązań – mówi Piotr Adamczak, Dyrektor Departamentu Sprzedaży w TMS Brokers i dodaje: „osoby żyjące wyłącznie z tradingu nie stanowią więcej niż 5 procent wszystkich inwestorów”.

Wyjątkowo mobilny rynek

Profil polskiego tradera zmienia się na przestrzeni lat nie tylko z powodu zmian technologicznych i tego, że nowoczesne inwestowanie to w dużej mierze mobilny trading czy handel akcjami w aplikacji, ale również z powodu regulacji rynkowych i powoli rosnącej świadomości konsumenckiej, że w ten sposób można lokować swoje wolne środki.

Co pokazują statystyki domów maklerskich? Marta Klepka, Dyrektor Marketingu TMS Brokers: – Z aplikacji mobilnej TMS Brokers od początku roku 2019 korzystali w miażdżącej większości mężczyźni (82%). Dzięki dostępności wersji testowej konta maklerskiego i możliwości spróbowania swoich sił na wirtualnym kapitale decydują się na to coraz młodsi. Obniża się wiek początkujących – na wersji testowej grają już osoby z grupy wiekowej 18-24 lata. Najbardziej aktywni na aplikacji są jednak ci, którzy dysponują już własnymi środkami i zarabiają zawodowo, czyli mężczyźni w wieku 25-45 lat. Stanowią oni mniej więcej połowę wszystkich użytkowników. Ciekawe jest jednak to, że rośnie liczba inwestorów mobilnych po 50-tce. Marketerzy nie bez powodu zauważyli siłę tej grupy docelowej. Starsi inwestorzy, ze względu na większą średnią długość życia i aktywność zawodową, z jednej strony dysponują większym kapitałem, z drugiej są coraz bardziej świadomi nowych technologii i nie boją się korzystać z komputerów i urządzeń mobilnych, czego nie można już powiedzieć o ich rodzicach.

– Analizując dane z systemów, które są w stanie przyporządkować profilom użytkowników naszej aplikacji prawdopodobne zainteresowania (na podstawie aktywności online oraz mobile), widzimy, że mobilni inwestorzy to w większości osoby zainteresowane nowymi technologiami oraz klienci e-commerce. Więcej niż połowa z nich interesuje się jednocześnie rozrywką – korzystają bowiem np. z aplikacji z grami lub lekkimi treściami lifestylowymi, z drugiej strony – śledzi kluczowe z punktu widzenia inwestora wydarzenia polityczne i rynkowe – dodaje Klepka.

Trading coraz bardziej popularny

Dziś trading to nie tylko inwestowanie na forex. Na przestrzeni ostatnich lat rynek ten bardzo się zmienił pod względem oferty produktowej. Obecnie dobre domy maklerskie oferują setki produktów, gdzie waluty stanowią istotną część obrotów, ale nie tak kluczową jak jeszcze kilka lat temu. Wielu inwestorów handluje na kontraktach na różnice kursowe (CFD) na DAX, S&P 500 czy innych indeksach z giełd światowych. Bardzo popularne są instrumenty oparte na zmianach cen kruszców takich jak złoto, srebro, widać także duże zainteresowanie handlem na ropie, gazie ziemnym czy innych surowcach. Tradycyjni brokerzy forex swoim klientom proponują również kontrakty na różnicę kursową akcji (amerykańskich, niemieckich, polskich i innych) czy CFD na kryptowaluty, głównie Bitcoina. Wchodzą tym samym w inne segmenty rynku zarezerwowane dotychczas np. dla giełd kryptowalut.

Mnogość oferty oraz dobre kanały mobilne powodują, że pomimo zmian na rynku w zakresie dźwigni, wspomniany handel kontraktami na różnice kursowe jest interesujący dla inwestorów. Polski regulator zadbał o to, by traderzy nie szukali alternatyw poza jurysdykcją europejską. W sierpniu 2018 Komisja Nadzoru Finansowego wprowadziła status klienta doświadczonego, o jaki mogą ubiegać się klienci detaliczni spełniający warunki wiedzy i praktyki na rynku (w tym dotyczące obrotu). To powoduje, że wyższa dźwignia jest dostępna dla tych, którzy umiejętnie potrafią się nią posługiwać i zarządzać swoim kapitałem oraz ryzykiem. To pozytywna zmiana dla klientów i lokalnych domów maklerskich.

– Widać duże zainteresowanie statusem klienta doświadczonego, który jest unikalny na skalę europejską – mówi Adamczak.

Jakie inne zmiany widać na rynku kontaktów CFD? Z zestawienia Komisji Nadzoru Finansowego opublikowanego 2 kwietnia 2019 roku wynika między innymi, że w 2018 roku wzrósł odsetek klientów osiągających zysk przy inwestowaniu w „pozagiełdowe instrumenty pochodne”. Zmalała natomiast, w porównaniu z 2017 r., łączna wartość́ zrealizowanej straty klientów oraz średnia strata per klient. Wyniki dotyczą domów maklerskich regulowanych przez tę instytucję, takich jak TMS Brokers.

Liczba aktywnych klientów, którzy zamknęli rok na plusie, zwiększyła się z roku 2018 w stosunku do 2017 o ponad 1000 osób. To jednak spowodowało pogorszenie statystyk  dotyczących średniego zysku przypadającego na klienta o prawie 3 tys. zł. O podobną wartość zmniejszyła się także średnia strata przypadająca na jednego tradera, ale i takich klientów przybyło – o ponad 2400 osób. To znaczy, że aktywnych traderów u brokerów regulowanych przez KNF było więcej o ok. 3400 osób względem roku wcześniejszego. To pokazuje, że popularność tego rynku rośnie. Zestawienie KNF nie uwzględniło grupy klientów, która nie wykazała ani straty, ani zysku.

Czy Polacy znają rynek forex?

Jak wynika z raportu agencji Kantar Public wykonanego na zlecenie Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów opublikowanego pod koniec września 2019 roku – jedynie 29 procent Polaków wie co oznacza termin forex. Jednocześnie 51 proc. uważa, że jest to rynek ryzykowny. Zaledwie 5% ankietowanych twierdzi, że zna i wie jak działają inwestycje na rynku walutowym. Taki obraz malowany jest więc na tle niepewności co do ryzyka i niewielkiej wiedzy teoretycznej oraz praktyki na tym rynku.

Brak praktycznej edukacji finansowej oraz pojawianie się w przeciągu ostatnich kilku lat w Polsce firm, które nie podlegając regulacjom, składały klientom obietnice szybkich zysków szybko znikając z rynku, nie pomaga w budowaniu zaufania do branży. Może to budzić zdziwienie, gdyż walutowe domy maklerskie są na polskim rynku od ponad 20 lat. Pierwszym indywidualnym graczem na tym rynku był TMS Brokers.

– Na stopień znajomości produktów finansowych ma wpływ wiek oraz poziom wykształcenia badanych. Osoby młodsze i najstarsze (60+) znają produkty najsłabiej, częściej również mimo znajomości niektórych produktów, nie rozumieją na czym polegają. Także osoby gorzej wykształcone nie posiadają wiedzy o produktach finansowych – komentują autorzy cytowanego raportu. Potwierdza to profil klienta domu maklerskiego zarysowany powyżej.

Podobny profil inwestora, niezależnie od rynku

Wyniki Polskiego Badania Inwestorów prowadzonego corocznie przez SII (Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych), które zbiera dane zarówno od inwestorów giełdowych jaki i z rynku OTC/CFD, również pokazują, że statystyczny polski inwestor to mężczyzna (85,8% w 2018, 90,8% w 2019 roku) w wieku około 36-45 lat, z wyższym wykształceniem, inwestujący samodzielnie, po godzinach pracy.

Od 2002 roku, czyli od momentu gdy Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych zaczęło prowadzić cykliczne badania do roku 2017, przeciętny polski inwestor nieznacznie „starzał się”. Rósł odsetek respondentów w wieku 46 lat i więcej, a kurczył się udział inwestorów 25-45 lat. Wyglądało na to, że wraz z rozwojem rynku, ci, którzy na nim zostawali, nabierali doświadczenia. Jednak w 2018 widać odwrócenie trendu – największy wzrost zanotowała grupa w wieku 36-45 lat (z 27,6% do 32,3% wszystkich biorących udział w badaniu), z kolei w 2019 roku najbardziej dynamicznie urosła grupa inwestorów w wieku 25-35 lat (stanowili już 1/3 badanych).

Ogólnopolskie Badanie Inwestorów w 2018 roku wskazało, że wraz z wiekiem rośnie też wartość portfeli. Wśród osób najmłodszych dominują portfele inwestycyjne do 10 tys. zł. Najwięcej inwestują mężczyźni powyżej 36. roku życia. SII nie opublikowało takich danych dla poszczególnych grup wiekowych na 2019 rok. Interesujący jest natomiast inny wynik z 2019 roku, który pokazał, że prawie połowa inwestorów (47,3% badanych) poświęca na handel stosunkowo niewiele czasu – od kilku godzin w tygodniu do godziny miesięcznie. W celu zwiększenia skuteczności swoich działań najczęściej analizują oni instrumenty za pomocą zarówno analizy fundamentalnej, jak i technicznej. Jednakże co 10-ty badany deklaruje, że nie potrafi analizować instrumentów finansowych i, co ciekawe, ten odsetek niewiele się zmniejsza w grupie osób dysponujących kapitałem powyżej 500 tysięcy złotych. Kolejnym ciekawym wnioskiem z badania SII jest motywacja współczesnych inwestorów – coraz częściej inwestują oni długoterminowo i w coraz większym stopniu w celu budowy kapitału emerytalnego (aż 23,2 proc wskazało, że to ich główna motywacja).

Wyniki badań i analiz wskazują jak dynamicznie zmienia się profil inwestora w Polsce, niezależnie od tego czym handluje oraz jak ewoluuje rola domów maklerskich. Skupiając się na najatrakcyjniejszej grupie klientów, domy maklerskie muszą jednocześnie pracować nad ofertą dla młodych, wkraczających na rynek z mniejszymi środkami, lecz z większym potencjałem szybkiego wdrożenia się w mobilny trading. Ten ostatni pozwala na śledzenie rynku i sentymentu inwestorów. Daje możliwość wygodnego tradingu za pomocą jednego narzędzia, w którym – dzięki rekomendacjom i powiadomieniom typu push – sygnały inwestycyjne mogą docierać do klientów dokładnie w tym momencie, gdy nadarza się okazja. To odpowiedź na bolączkę braku czasu na analizę, przy jednoczesnej chęci trzymania ręki na pulsie i samodzielnego wybierania czy typ ekspertów jest czymś, w co chcemy zainwestować własne pieniądze.

Sądy prostują zawiłości interpretacyjne fiskusa

Liczba skarg kasacyjnych związanych z postępowaniami dotyczącymi podatków stale rośnie – można przeczytać w „Informacji o działalności sądów administracyjnych w 2018 roku” wydawanej przez Naczelny Sąd Administracyjny. W 2018 r. zostało złożonych 4409 skarg kasacyjnych dotyczących przepisów podatkowych VAT, PIT oraz CIT, z czego 1541 to skargi na interpretacje podatkowe. Dla porównania w 2017 r. było to 1315 spraw, a w 2016 – 1195 spraw. Powyższe pokazuje, że podatnicy coraz częściej podejmują spór z fiskusem. Sytuację potęgują zmieniające się przepisy oraz często mało praktyczne czy wręcz nielogiczne stanowisko organów podatkowych w niektórych sprawach. Dobrym przykładem jest chociażby zastosowanie różnych stawek opodatkowania VAT wafli, w zależności od zawartości w nich wody. Pomimo tego, że na pierwszy rzut oka sprawa wydaje się banalna, trafiła ona ostatecznie do Naczelnego Sądu Administracyjnego, który wydał w tym zakresie wyrok.

Stanowisko fiskusa

Dyrektor Izby Skarbowej w interpretacji z 31 grudnia 2015 r. nr IPPP2/4512-995/15-2/KOM, uznając stanowisko podatnika za nieprawidłowe, wskazał, że wafle, w których zawartość wody nie przekracza 10% masy, nie znajdowały się w załączniku nr 3 do ustawy, w konsekwencji czego podatnik nie mógł stosować stawki obniżonej 8%, lecz powinien stosować stawkę 23%. W pozycji 34 załącznika nr 3 do ustawy obowiązującego w dacie wydawania interpretacji podatkowej wymieniono jedynie pozycję PKWiU 2008 – 10.72.12.0 – Piernik i podobne wyroby; słodkie herbatniki; gofry i wafle – wyłącznie wafle i opłatki o zawartości wody przekraczającej 10% masy. Dlatego w tej samej interpretacji organ potwierdził, że wafle, w przypadku których woda stanowi powyżej 10% masy, zostały wymienione w tym załączniku i mogą skorzystać z preferencji. W efekcie podobny produkt różniący się zawartością wody został opodatkowany raz według stawki 23%, a raz 8%. Mimo iż zdaniem organu nie są to produkty ani konkurencyjne, ani podobne, zostało wprowadzone różne ich opodatkowanie. W ocenie organu różny jest portfel klientów decydujących się na zakup tych towarów, co zostało podsumowane stwierdzeniem: „Jeżeli nie miałoby znaczenia, jakie konsument kupuje wafle, to w sprzedaży mógłby być dostępny tylko jeden rodzaj wafli”.

Weryfikacja podejścia fiskusa przez sądy administracyjne

Podatnik nie zgodził się z interpretacją fiskusa i zaskarżył ją do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie. WSA, analizując sprawę, wskazał na pragmatyczne podejście do wafli z różną zawartością wody, uznając, że walory smakowe wafli są zbliżone, niezależnie od zawartości wody. WSA wskazał, że: „…dla przeciętnego konsumenta, niezależnie od niepoznawalności zawartości wody w waflu, nie ma żadnego znaczenia fakt, czy spożywa produkt zwany „waflem” z zawartością poniżej 10% wody, czy też spożywa produkt o zawartości wody powyżej 10%. Znaczenie natomiast mogą mieć wtórne dodatki smakowe, które są uniezależnione bezpośrednio od zawartości wody”. W konsekwencji WSA uznał, że różnicowanie stawek ze względu na zawartość wody w tym przypadku jest nieuzasadnione i narusza przepisy ustawy o VAT. Stanowisko to zostało potwierdzone w wyroku Naczelnego Sądu Administracyjnego z dnia 30 października 2019 r. (sygn. akt I FSK 1140/17).

Podobne sprawy

Przykład wafli dobitnie pokazuje, że podejście fiskusa jest często mało praktyczne i sprzeczne z podstawowymi zasadami podatkowymi. Podobne sprawy toczą się jednak także w innych przypadkach. Przykładowo podatnicy przez lata borykają się z różnym podejściem fiskusa w zakresie robót budowlanych mających na celu adaptację pomieszczeń leczniczych. Zasadniczo wśród podatników powszechne jest stanowisko, że takie usługi są traktowane jako kompleksowe z dostawą sprzętu medycznego i jako takie korzystają z 8% stawki. W tym przypadku jednak sądy nie zawsze potwierdzają stanowisko podatników. Podobne przypadki dotyczą opodatkowania dostaw betonu, wyrobów medycznych i innych towarów. Być może wprowadzone 1 listopada 2019 r. przepisy dotyczące wiążącej informacji stawkowej rozwiążą część tych problemów, a może staną się kolejną kością niezgody pomiędzy podatnikami a fiskusem.

Podsumowanie

Mało praktyczne i często sprzeczne z zasadami logicznego rozumowania podejście fiskusa może prowadzić do wielu sporów i komplikacji dla podatników. W przypadku wafli podatnik, stosując stawkę podstawową na produkty, gdzie zawartość wody nie przekraczałaby 10%, obniżał ich konkurencyjność i sprzedaż, z uwagi na większą cenę w porównaniu do podobnych wafli z większą zawartością wody. „Na szczęście” po stronie podatnika opowiedziały się sądy administracyjne, które sprostowały nieprawidłowe stanowisko fiskusa. Zatem zasadniczo podatnik mógłby cieszyć się z „wygranej” oraz z tego, że jego stanowisko było od początku prawidłowe, gdyby nie fakt, iż sprawa trwała prawie 4 lata, a po drodze zmieniły się przepisy. Być może takie wafle nie są już nawet produkowane. Warto więc w przypadku wprowadzania nowych produktów zabezpieczyć ryzyko podatkowe, wykorzystując dostępne narzędzia oraz argumentację. Biorąc pod uwagę także zmianę w zakresie podejścia sądów administracyjnych, należy wiedzieć, w jakim momencie składać wniosek, a następnie ocenić szanse powodzenia sprawy w oparciu o orzecznictwo.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Jak długo musimy pracować na mieszkanie?

Skrócił się szacunkowy czas oszczędzania na mieszkanie przez Polaków z różnych grup zawodowych. Wyniki dotyczące większości pracowników, nadal nie wyglądają jednak dobrze.

Dość rzadko mamy okazję do sprawdzenia, jak różnią się pensje naszych rodaków należących do poszczególnych grup zawodowych. Właśnie dlatego informacje niedawno podane przez GUS zasługują na uwagę. Wspomniana instytucja poinformowała bowiem, jak w październiku 2018 r. wyglądał przeciętny poziom płac Polaków należących do tzw. wielkich grup zawodów. Na podstawie „GUS-owskich” danych, eksperci RynekPierwotny.pl sprawdzili, czy przedstawiciele różnych profesji musieli pracować na typowe mieszkanie krócej niż w 2016 roku. Czas pracy mieszkanie zawody 2020 wyk.1

Niewykwalifikowani pracownicy nadal są w złej sytuacji

Przed prezentacją wyników analizy przeprowadzonej przez ekspertów RynekPierwotny.pl warto podkreślić, że opiera się ona na dość specyficznych założeniach. Analitycy wspomnianego portalu obliczyli, jak długo trzeba by pracować na mieszkanie o powierzchni 55 mkw. i średnim koszcie zakupu 1 mkw. z całej Polski. Dalsze założenia mówią, że przeciętny pracownik co miesiąc oszczędza na cele mieszkaniowe 20% swojego dochodu netto i wpłaca środki na rachunek oszczędnościowy z oprocentowaniem wynoszącym średnio 1,00 punkt procentowy powyżej inflacji. Analiza RynekPierwotny.pl zakłada również, że długoterminowy wzrost ceny przykładowego mieszkania jest równy inflacji.

Poniższy wykres przedstawia wyniki bazujące na powyższych założeniach oraz na danych GUS o przeciętnym poziomie wynagrodzeń i cen mieszkań. Informacje z wykresu mówią, że w październiku 2018 r. czas pracy na mieszkanie w zależności od grupy zawodowej wyglądał następująco:

  • przedstawiciele władz publicznych, wyżsi urzędnicy i kierownicy – 15,4 roku
  • specjaliści – 23,4 roku
  • technicy i inny średni personel – 28,3 roku
  • robotnicy przemysłowi i rzemieślnicy – 33,0 roku
  • operatorzy i monterzy maszyn oraz urządzeń – 33,3 roku
  • pracownicy biurowi – 33,7 roku
  • rolnicy, ogrodnicy, leśnicy i rybacy – 39,3 roku
  • pracownicy usług i sprzedawcy – 42,1 roku
  • pracownicy wykonujący prace proste – 43,6 roku

Prawie wszystkie powyższe wyniki przedstawiają się kiepsko. Zaniepokojenie budzi między innymi bardzo długi czas pracy na przeciętne „M” dotyczący niewykwalifikowanych pracowników i osób zatrudnionych w handlu oraz usługach.Czas pracy mieszkanie zawody 2020 tab.1

Najbardziej poprawiły się wyniki dotyczące robotników

Porównanie wyników z października 2016 roku oraz października 2018 roku wprowadza bardziej optymistyczny akcent do analizy przeprowadzonej przez portal RynekPierwotny.pl. Okazuje się bowiem, że przez dwa lata spadł szacunkowy czas pracy na przeciętne mieszkanie (mimo wzrostu ceny takiego „M”). Największa poprawa (skrócenie czasu pracy na lokal o 11%) dotyczyła robotników przemysłowych oraz rzemieślników. W ujęciu statystycznym, najmniejszy wzrost dostępności mieszkań mogły odczuć dobrze wynagradzane osoby z grupy przedstawicieli władz publicznych, wyższych urzędników oraz kierowników.

W przypadku lokali z metropolii sytuacja wygląda gorzej

Niestety nie mamy informacji o tym, jak wyglądały i zmieniały się przeciętne wynagrodzenia przedstawicieli różnych grup zawodowych w największych miastach Polski. Można jednak przypuszczać, że na terenie takich metropolii jak Warszawa, Kraków, Łódź, Wrocław, Poznań i Gdańsk pozytywne zmiany dostępności mieszkań były o wiele mniejsze albo nawet niewidoczne. Wynika to z faktu, że w analizowanym okresie (IV kw. 2016 r. – IV kw. 2018 r.) mieszkania z sześciu największych rynków drożały w tempie dwa razy szybszym od krajowej średniej.

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Turcja dalej obniża stopy procentowe, Putin konserwuje władze

U naszego wschodniego sąsiada kolejne zmiany. Wygląda na to, że pomimo prawie 68 lat życia, Putin nie zamierza za szybko oddawać władzy. Rekonstrukcja rządu jest tylko jednym z elementów działań konserwujących władze.

Zmiany polityczne w Rosji

Wczoraj prezydent Putin przyjął dymisję rządu Miedwiediewa. Poprosił również ministrów o pozostanie na stanowiskach, a jak Putin prosi, to są chętni. Komentatorzy nie są zgodni co do powodów wydarzeń. Duet Putin-Miedwiediew rządził Rosją 12 lat. Patrząc na zmiany w konstytucji (które wydłużyły kadencje) układ ten powinien być stabilny do 2024 roku, kiedy to minie druga z kolei kadencja prezydenta (wydłużona z 4 do 6 lat w ramach poprzednich reform). Prezydent, zgodnie z konstytucją, nie może na razie jednak zasiadać na stanowisku na trzecią kadencję z rzędu. “Z rzędu” jest tu istotne, gdyż ogólnie jest to dla Putina już 4 kadencja, ale podzielona pomiędzy dwie prezydentury (Putin był 2 a obecnie jest 4 prezydentem Federacji Rosyjskiej). W tle zmian znajdują się też zmiany konstytucji. Wielu komentatorów zwraca uwagę na tworzenie odpowiednika polskiego IPN, który ma dbać o rosyjską wersję historii. Ważniejsze jednak są zmiany w sprawie wymagań dla kandydatów na urząd prezydenta eliminujące z wyborów niemal wszystkich kandydatów opozycyjnych. Waluty przyjmują na razie te informacje relatywnie spokojnie, ale rubel słabnie.

Turcja dalej obniża stopy procentowe

Po tym, jak w 2018 roku ratując walutę, dwukrotnie skokowo podniesiono stopy procentowe w Turcji, aby stabilizować gospodarkę i walutę, od połowy zeszłego roku trwa normalizacja polityki monetarnej. Lira turecka traci na wartości, co prawda w tym czasie, ale wciąż nie wróciła do szczytów z 2018 roku. Na spadki wartości liry oprócz sytuacji gospodarczej ma też wpływ geopolityka i rozwiązywanie historycznych sporów z Kurdami w sposób nieakceptowalny w cywilizowanych regionach świata. Dzisiaj odbędzie się posiedzenie, na którym stopy procentowe spadną z 12% do 11,5%. Jest to o tyle istotny poziom, że będziemy znajdować się już poniżej połowy wartości 24%, do której stopy wzrosły. W wyniku obniżek stóp, co prawda ponownie rośnie inflacja, ale patrząc na historyczne poziomy, wciąż jest w normie.

Maciej Przygórzewski główny analityk w Internetowykantor.pl

Ekonomiści KIG prognozują co czeka polską gospodarkę w 2020 roku

Tempo wzrostu gospodarczego spadnie, ale ekonomiści pozostają optymistyczni. Zapowiadają, że rok 2020 będzie dla nas w miarę pomyślny gospodarczo. Przez dwa ostatnie lata tempo wzrostu gospodarczego wychodziło poza naturalne 3,5%. W tym roku nie powinno się to zdarzyć – ale ekonomiści uspokajają, że wzrost na poziomie 3% jest dla naszej gospodarki pozytywnym wynikiem. Powodem ciągłego wzrostu gospodarczego będzie duża dynamika konsumpcji, która powinna utrzymać się w nadchodzącym roku na dosyć wysokim poziomie. Liczba inwestycji najprawdopodobniej spadnie – ale nie zmniejszy się na tyle, żeby gospodarka zauważalnie spowolniła. Kłopoty mogą się zacząć, gdy coś niepokojącego zdarzy się u naszych głównych partnerów handlowych. A to uzależnione jest od rozgrywek na scenie polityki światowej.

– Na świecie może zdarzyć się wiele niespodzianek. Polskiej gospodarce najbardziej zaszkodziłaby głębsza recesja na rynku niemieckim. Dodatkowo od jakiegoś czasu obserwujemy zaostrzenie relacji handlowych na linii USA-Chiny. Gdyby okazało się, że rozwinie się to w wojnę handlową, cała gospodarka światowa będzie mieć kłopoty – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Soroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej. – Jednak nie do końca wiemy, jak wyglądają kulisy tej gry. Niektórzy twierdzą, że USA i Chiny toczą ostrą walkę – wypychając się z rynku. Inni specjaliści uważają jednak, że panuje między nimi umowa mająca na celu zwiększenie wpływu z ceł dla obu państw. Nie wiemy, jak rozwinie się sytuacja. Gdyby doszło do ostrej wojny handlowej – na pewno odbije się to na gospodarkach europejskich, w tym niemieckiej i polskiej. Istnieje również obawa, że po zakończeniu spraw z Chinami, USA zaostrzy relacje handlowe z Europą. Stanom Zjednoczonym trudno byłoby prowadzić wojnę na kilku frontach. Ale jeśli przestaną zajmować się Chinami, może przyjść kolej na nas – ostrzega Soroczyński.

Rynek pod wpływem danych makro

Odczyty makro z USA potwierdzają wyjątkowość kondycji gospodarki USA, podczas gdy wskaźniki z Chin sugerują odbicie na koniec burzliwego 2019 r. Od strony fundamentów nie napływają niepokojące sygnały mogące zaburzyć optymizm rynkowy. Dane w nadchodzących godzinach będą już mniej ekscytujące, choć mogą pokazać, że Europa ciągnie się w ogonie.

Najważniejszy w piątek odczyt PKB z Chin nie przyniósł niespodzianek. Wzrost o 6 proc. w IV kw. i 6,1 proc. w całym 2019 r. były zgodne z oczekiwaniami. Wynik za ostatnie trzy miesiące były najsłabszym tempem wzrostu od niemal 30 lat, jednak pokrzepiająco powinny wybrzmiewać grudniowe wskaźniki ze sprzedaży detalicznej, produkcji przemysłowej i inwestycji w aglomeracjach miejskich. aktywność gospodarcza już zaczęła odbijać, a przy porozumieniu Pierwszej Fazy można liczyć na mniejszą niepewność po stronie biznesu i konsumentów, co da moment rozruchowy na starcie 2020 r. Razem z decyzjami luzowania polityki pieniężnej na początku stycznia można oczekiwać, że w najbliższym czasie z Chin nie powinny napływać niepokojące sygnały.

Dane z Chin posłużyły bardziej jako stabilizator nastrojów niż istotny impuls d o rajdu ryzykownych aktywów. Zdecydowanie większy wpływ miały wczorajsze odczyty z USA – sprzedaż detaliczna i indeks Fed z Filadelfii. Sprzedaż wskazała na wciąż silną postawę konsumentów jako fundamentu wzrostu gospodarczego, podczas gdy dane o aktywności biznesowej wskazują na zdecydowanie mocniejszą pozycję przedsiębiorstw z USA niż w innych częściach świata. To przede wszystkim daje świeży wiatr w żagle dla wzrostów indeksów na Wall Street, ale też pośrednio wzmacnia USD. Zawsze jest trudno wyważyć wpływ dobrych danych z USA na walutę: albo jest pozytywny, bo oddala wizję luzowania polityki Fed; albo negatywny, bo wzmacnia apetyt na ryzykowne aktywa kosztem dolara. Aktualnie wahadło przechyla się mocniej w stronę pierwszego.

Mimo to nie obserwujemy mocniejszych ruchów, gdyż na rynkach rośnie asekuracyjne czuwanie, co może być nowym paliwem (i czy w ogóle) dla rajdu ryzykownych aktywów. Negocjacje handlowe USA-Chiny schodzą na dalszy plan, póki coś więcej nie ruszy się w temacie Drugiej Fazy. Pomijając za zaskakujące zwroty geopolityczne, pozostajemy na pastwie danych makro. Dziś lokalnie funt może być wrażliwy na sprzedaż detaliczną z Wielkiej Brytanii, biorąc pod uwagę, że nie milknie dyskusja wokół decyzji BoE na posiedzeniu 30 stycznia. Rozczarowanie wzmocni obóz gołębi, choć ważniejsze będzie czy zorientowane na przyszłość wskaźniki (jak PMI w przyszłym tygodniu) zasygnalizują odbicie po pełnym brexitowej niepewności 2019 r. W strefie euro inflacja potwierdzi, dlaczego EBC jest w nastawieniu wait-and-see. Presja inflacyjna jest słaba i nie ma mowy, aby w przyszłym tygodniu bank centralny zasygnalizował wycofywanie się z ekspansji monetarnej. Dopóki dane mocno nie wskażą poprawy perspektyw, EUR/USD będzie miał duże problemy z wyrwaniem się z marazmu.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

To koniec internetu jaki znamy? Nadchodzi kwantokaplisa?

Po tym jak Alphabet (firma matka Google) poinformowała opinię publiczną, że udało się jej osiągnąć “kwantową supremację” , cały świat zapiał z zachwytu, a serwisy informacyjne jednym głosem obwieściły początek nowej ery. Nie wszyscy jednak podzielają ten optymizm. Komputery kwantowe mają bowiem potencjał, aby rozłożyć na łopatki większość współczesnych metod kryptografii. Oznacza to, że nasze bezpieczeństwo w sieci może być zagrożone.

Na świecie żyje około 7,7 mld ludzi, z czego — jak podaje portal Statista — około 1,8 mld robi zakupy w sieci.  Oznacza to, że ponad 20% światowej populacji kupuje online, a szacuje się, że już w 2021 r. liczba ta wzrośnie do 2,14 mld. Z danych portalu dowiadujemy się, że w 2019 r. e-commerce odpowiadać będzie za 14% całej sprzedaży detalicznej na świecie.

Istnieje niewiele scenariuszy, które mogłyby powstrzymać dalszy rozwój handlu w internecie. Obok zabójczej epidemii, konfliktów zbrojnych czy kryzysu finansowego coraz częściej mówi się o zagrożeniu, jakie niesie ze sobą rozwój i popularyzacja komputerów kwantowych. Według niektórych opinii, przynajmniej w najbliższych latach taki rozwój wydarzeń posiada dużo wyższy rachunek prawdopodobieństwa niż inne czarne wizje analityków. Takiego ciosu współczesny konsumpcjonizm nigdy jeszcze nie przyjął i kto wie, czy kwantowy blackout brutalnie nie powalił by go na deski.

— Jak wykazały badania Bronto Software, około ¼ ludzi robiących zakupy w sieci, zamawia coś przynajmniej raz w tygodniu. Dlatego nie można ignorować tego, jak wielki wpływ mają zakupy online na nasze funkcjonowanie. Digitalizacja skostniałych i staroświeckich sektorów, które długo opierały się cyfrowej rewolucji, np. sektora bankowości i systemów płatności, sprawia, że e-shopping staje się coraz prostszy, a w efekcie i popularniejszy. Handel online eksplodował w momencie, gdy powstały globalne platformy handlu, takie jak Amazon, które zlikwidowały kolejny problem, z jakim borykają się klienci. Mamy na myśli fragmentację i rozproszenie internetowych punktów sprzedaży. Nic więc dziwnego, że konsumenci obawiają się scenariusza, w którym utracili by nie tylko dostęp do ulubionych platform, lecz również możliwość realizowania jakichkolwiek transakcji w internecie. Szybko przyzwyczajamy się do przywilejów i udogodnień i niechętnie z nich rezygnujemy — uważa Sascha Stockem z Nethansy, sopockiego startupu wprowadzającego polskie i niemieckie firmy na platformę handlową Amazon, gdzie zarządza sprzedażą produktów pomocy sztucznej inteligencji.

Do roku 2021 r. rynek ecommerce ma być odpowiedzialny za 17,5% sprzedaży detalicznej na całym świecie. To ogromna pula potencjalnych nabywców, ale i również ponad dwa miliardy osób bardziej lub mniej podatnych na zagrożenia wynikające z kupowania w sieci. Czy do zbioru dobrze nam już znanych metod, którymi posługują się e-rabusie, dołączyła właśnie kolejna i to nieporównywalnie lepsza? Komputery kwantowe radzące sobie z zabezpieczeniami stosowanymi przez banki czy sklepy internetowe mogą doprowadzić do kryzysu gospodarczego, przy którym pęknięcie bańki internetowej czy zapaść na rynku pożyczek hipotecznych wysokiego ryzyka wyglądać będą jak niewielkie wahania.

Rośnie strach przed kwantową apokalipsą

W październiku 2019 trio Google, NASA i Oak Ridge National Laboratory zademonstrowało zdolność wykonania obliczeń, które nawet największym i najbardziej zaawansowanym współczesnym superkomputerom zajęłyby tysiące lat.

Informacja o kwantowych zdolnościach giganta z Mountain View wywołała wiele emocji — w większości pozytywnych. Komentatorzy skupili się głównie na tym, jak bardzo komputery kwantowe przewyższają swoich  binarnych protoplastów. Szum oklasków zagłuszył głos kwantowych alarmistów, w który warto się wsłuchać, aby odpowiednio przygotować się na nadchodzącą rewolucję.

Powody do niepokoju nie są urojone. Kryptografia stanowiąca podstawę nowoczesnej komunikacji internetowej i handlu elektronicznego może pewnego dnia ugiąć się pod mocą komputerów kwantowych. Na razie jednak nie ma się czego obawiać — twierdzi Sascha Stochem. Swoją opinię założyciel Nethansy podpiera podpiera badaniem zrealizowanym przez National Academies of Sciences, z którego wynika, że działające dotychczas prototypy komputerów kwantowych dysponują niedostateczną mocą obliczeniową i są zbyt podatne na błędy, aby zagrozić cyberbezpieczeństwu. Według autorów raportu, zdolne do tego komputery kwantowe musiałby posiadać 100 tys. razy większą moc obliczeniową i 100 razy mniejszy wskaźnik błędów. W raporcie zabrakło konkretnej prognozy dotyczącej czasu dzielącego nas od takiego postępu, lecz nie spodziewajmy się, że nastąpi on w ciągu najbliższej dekady.

Inny punkt widzenia reprezentują przedstawiciele ReRez Research, firmy, która zrealizowała badanie na grupie 400 liderów organizacji IT. Dowiadujemy się z niego, że 71% respondentów postrzega pojawienie się komputerów kwantowych jako realne zagrożenie dla cyberbezpieczeństwa. Co więcej, większość z nich jest przekonana, że komputery kwantowe zostaną zaangażowane do łamania kodów szyfrujących w ciągu najbliższych trzech lat.

Otuchy dodaje fakt, że aż 95% liderów IT pracuje już nad co najmniej jedną taktyką, która pomoże w przygotowaniu strategii kryptografii post kwantowej, podczas gdy jedna trzecia ustanowiła budżet na taką kryptografię, a 56% prowadzi już prace nad takim budżetem.

Silna kryptografia ma zasadnicze znaczenie dla ogólnego bezpieczeństwa cybernetycznego instytucji państwowych, biznesu i całego społeczeństwa. Stanowi podstawę bezpiecznej transmisji i przechowywania danych oraz uwierzytelniania zaufanych połączeń między ludźmi i systemami. W ten sposób funkcjonują banki, sklepy online, a nawet komunikatory internetowe, takie jak chociażby Whatsapp czy bardziej zaawansowany — Telegram.

Rozwój i popularyzacja urządzeń, zdolnych do łamania zaawansowanych szyfrów postawi nas w obliczu dużego zagrożenia. Zagrożenia dla bezpieczeństwa całego świata, nie tylko handlu. — Na szczęście wiele wskazuje na to, że ewolucja komputerów kwantowych potrwa jeszcze bardzo długo — uspokaja prezes zarządu Nethansy. — Należy również pamiętać, że funkcjonowanie takich firm jak Aphabet, które pracują nad rozwojem nowego rodzaju komputerów, uzależnione jest od wysokiego poziomu bezpieczeństwa w sieci. Nie jest więc tak, że kopią one pod sobą dołek, lecz opracowują rozwiązania, chroniące przed kwantowymi zagrożeniami — kwituje Stochem.

Ruszył nabór do 3. edycji MIT Enterprise Forum CEE

Od 16 stycznia 2020 roku można aplikować do 3. edycji MIT Enterprise Forum CEE – programu akceleracji dla młodych przedsiębiorców z Polski oraz z 14 krajów Europy Środkowo Wschodniej, którzy marzą, by ich „american dream” się spełnił.

Celem akceleratora jest stworzenie biznesowej przestrzeni do skalowania startupów, zapewniając innowatorom z rozwiązaniami B2B, B2C oraz B2B2C pomoc w rozwoju i wyskalowaniu ich biznesu na rynki zagraniczne regionu Europy Środkowo-Wschodniej oraz na rynek amerykański. Aplikacje można składać do 1 marca 2020 roku za pośrednictwem strony internetowej www.mitefcee.org.

Co oferuje akcelerator

Nadrzędnym celem MIT Enterprise Forum CEE jest wsparcie innowacyjnych startupów naukowo-technologicznych zarówno z Polski, jak i Europy Środkowo Wschodniej w rozwoju ich modeli biznesowych i łączenie ich z potencjalnymi inwestorami, partnerami biznesowymi i przyszłymi klientami w Polsce, regionie Europy Środkowo-Wschodniej oraz w Stanach Zjednoczonych.

Akceleracja MIT Enterprise Forum CEE jest realizowana pod patronatem prestiżowego ośrodka naukowego i amerykańskiej kuźni unicorn-ów – Massachussets Institute of Technology (MIT). Już sama kwalifikacja do udziału w programie akceleracji afiliowanym przy MIT, to krok milowy w rozwoju każdego przedsiębiorstwa myślącego o ekspansji czy wejściu na rynek w USA.

Startupy, które dostaną się do 3. edycji programu MIT Enterprise Forum CEE, uzyskają dostęp do zespołu ponad 120 polskich i międzynarodowych ekspertów rynku, unikalnego know-how rodem z uniwersytetu MIT, przekazywanego w oparciu o model 24 kroków przedsiębiorczości zdyscyplinowanej autorstwa Billa Auleta – prof. na MIT, a także zaplecza technicznego i technologicznego partnerów programu.

Co więcej, każdy z przedsiębiorców otrzymuje szansę na pilotażowe wdrożenie swojego projektu sfinansowane w kwocie do 200 tysięcy złotych. Gra toczy się więc o wielką stawkę.

W 2020 roku, do grona partnerów programu dołączyły dwie kolejne marki. Partnerem głównym programu, obok MCX oraz Grupy Adamed została firma Coca-Cola – poszukująca innowacji z obszarów marketingu i nowych technologii (MarTech), oraz zrównoważonego rozwoju (Sustainability). Lista partnerów wspierających program wzbogaciła się natomiast o firmę Sabre – szczególnie zainteresowaną obszarami Travel & Logistics. Dołączenie Coca-Cola i Sabre dopełniło już i tak bogate portfolio firm i organizacji wspierających startupy w trakcie 3-miesięcznego procesu akceleracji.

Top Startupy

Do 3. edycji programu MIT Enterprise Forum CEE zostanie zaproszonych finalnie do 25 startupów. Przedsiębiorcy przez kilka miesięcy będą współpracować z polskimi i międzynarodowymi ekspertami oraz mentorami nad weryfikacją swoich modeli biznesowych, zdobywaniem wiedzy i umiejętności niezbędnych do dalszego rozwoju firmy oraz rozwojem sieci kontaktów biznesowych. Wszystko po to, by w przyszłości mogli odnaleźć się w rynkowej rzeczywistości, skutecznie skomercjalizować swoje rozwiązania oraz efektywnie pozyskiwać kolejne rundy finansowania.

„Program akceleracyjny MIT ENTERPRISE FORUM CEE od lat stawia na nieszablonowe rozwiązania, początkowo wyłącznie na rynku polskim, a od trzech edycji także w regionie CEE. Wśród aplikujących staramy się znaleźć najbardziej innowacyjne technologie, które maja największy potencjał na globalny rozwój. Dzięki wieloletniemu doświadczeniu w pracy z najlepszymi polskimi startupami, a także wsparciu ekspertów od lat zaangażowanych we wsparcie amerykańskiego ekosystemu startupowego, oferujemy uczestnikom jedyne w swoim rodzaju wsparcie na poziomie akceleratorów zza wielkiej wody” powiedział Łukasz Owczarek Head of Acceleration MIT Enterprise Forum CEE

USA marzeniem młodych przedsiębiorców

MIT Enterprise Forum CEE jako jedyny akcelerator w tej części Europy, dla 5 najbardziej obiecujących startupów z każdej z edycji programu, organizuje wyjazd na tygodniowy bootcamp w Bostonie. To niebywała okazja by tam, za „wielką wodą”, zdobyć praktyczną wiedzę na temat tego, w jaki sposób rozwija się biznes na trudnym, amerykańskim rynku. Udział w bootcampie akceleratora MIT Enterprise Forum CEE to także szansa na zaprezentowanie swoich technologii przed inwestorami i potencjalnymi klientami z USA. Wizyta szkoleniowa w Bostonie to również czas na osobiste poznanie jednego z największych na świecie ekosystemów innowacji.

Dodatkowe 100 000 złotych dla rozwiązania użytecznego społecznie

Po raz trzeci program MIT Enterprise Forum CEE zostanie rozszerzony o międzynarodowy konkurs CVC Young Innovator Awards. Na zwycięzcę czekać będzie nagroda w wysokości 100 000 zł. W rywalizacji wezmą udział startupy, które zakwalifikują się do programu MIT Enterprise Forum CEE i spełnią wymogi regulaminowe konkursu. Nagroda zostanie przyznana za innowacyjne przedsięwzięcie zaprezentowane przez młodego przedsiębiorcę (poniżej 30 roku życia), które – prócz potencjału technologicznego cechować się będzie wysoką użytecznością społeczną.

„MIT Enterprise Forum CEE imponuje jakością przygotowania i doborem partnerów w skali całego regionu CEE. To zaszczyt i satysfakcja, że konkurs CVC Young Innovator może po raz kolejny być jego częścią, wspierając startupy tworzone przez młodych przedsiębiorców i naukowców. Doskonałym przykładem osób, które chcemy wyróżniać i wspierać jest Miron Tokarski, założyciel Genomtecu – zwycięzca wcześniejszej edycji CVC Young Innovator Awards. Wrocławski startup rozwija przełomowe, mobilne laboratorium do diagnostyki genetycznej wirusów i bakterii, i jest na dobrej drodze do osiągnięcia międzynarodowego sukcesu. powiedział Krzysztof Krawczyk – Partner CVC Capital Partners

Partnerzy

Partnerami głównymi programu są trzy organizacje. Adamed – firma farmaceutyczno-biotechnologiczna, która powstała na bazie polskiej myśli naukowej i własnych patentów. System firm Coca-Cola w Polsce – lider rynku napojów bezalkoholowych, a także firma MCX – trzon silnej grupy wyspecjalizowanych spółek, będących dostawcą kompleksowych rozwiązań teleinformatycznych, softwarowych oraz energii odnawialnej.

Partnerami wspierającymi są CVC Capital Partners, HubHub, Nationale-Nederlanden, Sabre, Sollers Consulting i PZU. Realizacja programu dofinansowana jest grantem przyznanym Fundacji Przedsiębiorczości Technologicznej przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości w ramach Działania 2.5 POIR Programy Akceleracyjne.

Urlop sabbatical – kilkumiesięczny odpoczynek i jego prawne aspekty

Pracujemy coraz więcej. Coraz częściej jesteśmy przemęczeni i bywamy przytłoczeni zawodowymi obowiązkami, szczególnie jeśli zajmujemy wysokie, odpowiedzialne stanowiska. Odczuwamy więc potrzebę odpoczynku i idziemy na urlop. Czasem to jednak za mało. A gdyby tak wyjechać na pół roku? Z pomocą może przyjść urlop sabbatical. Prawo pracy w Polsce gwarantuje każdemu pracownikowi co do zasady odpowiednio 20 lub 26 dni urlopu wypoczynkowego, jednak obecne warunki aktywności zawodowej, wywołują potrzebę znacznie dłuższej przerwy od obowiązków służbowych. Coraz częściej staje się to konieczne, by uniknąć wypalenia zawodowego oraz znaczącego spadku zaangażowania w pracę zespołu, co w sposób bezpośredni odbija się na wynikach i stanie całej organizacji. Urlop regeneracyjny, nazywany właśnie sabbatical jest coraz częściej spotykany w korporacjach na całym świcie. Czym jest taki urlop i kto może sobie na niego pozwolić tłumaczy aplikant radcowski Agata Majewska z Kancelarii Ślązak, Zapiór i Wspólnicy.

Czym jest urlop sabbatical?

Urlop regeneracyjny, powszechnie nazywany urlopem sabbatical lub urlopem sabatycznym, określany jest jako forma motywacji, w szczególności doświadczonych pracowników, polegająca na długim, kilkutygodniowym, a nawet kilkumiesięcznym urlopie, przy zachowaniu dotychczasowego miejsca pracy. W praktyce z długiego urlopu regeneracyjnego korzystają najczęściej pracownicy międzynarodowych korporacji oraz osoby zajmujące najbardziej odpowiedzialne stanowiska w organizacji.

Pomimo długotrwałej i najczęściej odpłatnej przerwy w pracy, udzielenie takiego zwolnienia oceniane jest jako leżące w interesie przedsiębiorstw. Pozwala bowiem na utrzymanie kluczowych pracowników w jak najlepszej formie, co przekłada się na kondycję całej firmy.

Z uwagi na swoją specyficzną istotę, urlop sabbatical wiąże się najczęściej z uzgodnionym z pracodawcą podnoszeniem kwalifikacji lub umiejętności w określonej dziedzinie. Potwierdza to jego charakter – długotrwała przerwa w pracy ma wywoływać pozytywne efekty nie tylko dla pracownika, ale i pracodawcy. Zdarza się, że urlop regeneracyjny wykorzystywany jest na działalność w wolontariacie, co również odgrywa istotną rolę pod kątem działań CSR firmy. Rynkiem pracy, na którym najbardziej rozpowszechnione jest korzystanie z urlopu sabatycznego są Stany Zjednoczone, gdzie gwarantuje go ok. 1/5 pracodawców. Urlop tego typu uregulowany został również m.in. w Austrii, Niemczech, Włoszech, Danii i Francji. W Wielkiej Brytanii prawo do niego może zostać zapewnione w umowie o pracę.

Jak reguluje to polskie prawo?

Dłuższy urlop regeneracyjny nie został jak na razie uregulowany w polskich przepisach prawa pracy. Jedyną ujętą wprost w Kodeksie Pracy instytucją (pomijając przepisy sektorowe, jak np. Karta Nauczyciela) – czasowego, dłuższego zwolnienia pracownika z obowiązku pracy jest urlop bezpłatny. Jednak jego istota i cel jest odmienny od urlopu sabatycznego. Przede wszystkim urlop bezpłatny wiąże się z zaprzestaniem wypłaty wynagrodzenia, a jego okres nie zalicza się do stażu pracy. Nadto, nie służy on regeneracji pracownika, co jest podstawowym założeniem urlopu sabbatical.

Polscy pracownicy, borykający się wypaleniem zawodowym, korzystają więc najczęściej ze zwolnień lekarskich. To jednak wiąże się z ryzykiem utraty zatrudnienia – zwłaszcza, jeśli nieobecność w zakładzie pracy jest długotrwała. Taka okoliczność nie sprzyja więc szybkiemu powrotowi do pełnej efektywności zawodowej.

Patrząc szeroko na podstawy udzielenia urlopu o takim charakterze również w polskich warunkach, należy mieć na uwadze, że zapewnienie prawa do wypoczynku – którego pojmowania obecnie nie sposób już ograniczać do dwutygodniowego urlopu wypoczynkowego – jest jednym z podstawowych obowiązków każdego pracodawcy wyrażonym w Kodeksie Pracy.

Decydujący głos należy do pracodawcy

Kodeks pracy i przepisy szczególne określają jedynie ustawowe minimum gwarantowanego urlopu wypoczynkowego poszczególnym grupom pracowników.

Nie oznacza to jednak, że jest to maksymalny wymiar odpłatnego zwolnienia od pracy, na jaki mogą liczyć. W obecnych warunkach rynku pracy, pracodawcy coraz częściej stawiają bowiem na działania mające na celu podniesienie zadowolenia i komfortu pracy, co niesie za sobą wzrost efektywności zespołu.

Takim działaniem może być w szczególności dodatkowy wymiar urlopu, jaki pracodawca może zagwarantować w zakładowych źródłach prawa pracy, nie wyłączając w tym samej umowy o pracę z poszczególnymi pracownikami lub uzgodnienia z poszczególnymi pracownikami. Rozwiązanie takie może polegać na wprowadzeniu dodatkowych dni wolnych w regulaminie pracy, czy wewnętrznym zarządzeniu. Może być w szczególności uzależnione od stażu pracy (w tym zakładowego), znaczenia, jakie dany pracownik ma dla organizacji, jego wkładu w pozycję firmy. Ważne jedynie, by ustalając kryteria przyznawania prawa do takiego benefitu, kierować się zasadą niedyskryminacji, która zabrania nieuzasadnionego różnicowania sytuacji pracowników w jakikolwiek, bezpośredni lub pośredni sposób – w tym udzielania benefitu w postaci dodatkowego urlopu wyłącznie w oparciu o nieuzasadnione, subiektywne kryteria.

Widać więc, że brak sztywnej regulacji polskich przepisów w tym zakresie nie oznacza, że w warunkach polskiego prawa pracy, urlop sabbatical nie jest możliwy. Jego hybrydowa forma pozwala na daleko idące i elastyczne uzgodnienie zarówno jego dokładnej długości, odpłatności jak i warunków odbywania (w tym poprzez zawarcie umowy lojalnościowej) z poszczególnymi pracownikami.

Komisja Europejska dała zielone światło dla Programu Kolejowego CPK

Komisja Europejska przyznała wsparcie dla współpracy z Francją w przygotowaniach do planowania, projektowania i budowy Kolei Dużych Prędkości. Koleje Francuskie SNCF będą doradzać m.in. w sprawie standardów technicznych dla budowy KDP w Polsce.

Unia Europejska wesprze Polskę w ramach Programu Wspierania Reform Strukturalnych. Umowa zostanie zawarta na półtora roku, a wartość dofinansowania ze strony Brukseli wyniesie od 2,1 do 3 mln zł. Wynagrodzenie za usługę konsultacyjną na rzecz naszego kraju Koleje Francuskie SNCF otrzymają od Komisji Europejskiej.

– Projekt CPK i Ministerstwa Infrastruktury dotyczy wymiany know-how i wspierania zdolności instytucjonalnej do budowy KDP w Polsce. Nasza współpraca będzie obejmowała konsultacje, w ramach których SNCF przedstawi m.in. rozwiązania i regulacje dotyczące KDP, uwzględniające specyfikę rynku polskiego – mówi wiceminister infrastruktury, pełnomocnik rządu ds. CPK Marcin Horała.

Bezpośrednim beneficjentem tej współpracy zostanie spółka CPK, ale pośrednio skorzystają też PKP Intercity, PKP Polskie Linie Kolejowe, Instytut Kolejnictwa, Urząd Transportu Kolejowego i Ministerstwo Infrastruktury.

– Współpraca z partnerem zagranicznym jest wskazana, ponieważ dotychczas w Polsce nie budowano KDP. Francja to ojczyzna TGV, czyli najszybszych kolei w Europie. Dla spółki CPK ma to znaczenie pierwszorzędne – podkreśla Piotr Malepszak, członek zarządu CPK ds. części kolejowej inwestycji. – Zależy nam na tym, żeby doprowadzić do uruchomienia systemu KDP we współpracy z najlepszymi w Europie – dodaje.

Unijne dofinansowanie pozwoli na wymianę doświadczeń między krajami i wsparcie Polski w zakresie standardów technicznych i organizacyjnych stosowanych przy projektowaniu i budowie KDP. Umożliwi to np. przygotowanie przyszłych przetargów kolejowych uwzględniających tę technologię.

Komisja Europejska dofinansuje konsultacje w sprawie KDP, ponieważ Program Kolejowy CPK wpisuje się w europejskie strategie ekologiczne, takie jak Europejski Zielony Ład (The European Green Deal) oraz założenia europejskiej polityki transportowej, np. promowanie transportu niskoemisyjnego i optymalizację zużycia energii, a także inne unijne inicjatywy KDP, jak np. linia V4 Warszawa-Budapeszt.

– Zakładamy, że współpraca polsko-francuska pod parasolem Brukseli będzie miała charakter „win-win”, czyli że korzyści będą obustronne. Ponadto za sprawą otwarcia się Polski na francuskie doradztwo, polskie firmy kolejowe zostaną włączone w łańcuch dostaw na rzecz projektu i uzyskają łatwiejszy dostęp do wspólnego rynku – podsumowuje wiceminister Marcin Horała.

Z Polski wybrano w konkursie 9 wniosków na 27 (z puli 609 złożonych przez wszystkie kraje UE). Nasz kraj otrzymał wstępne dofinansowania o łącznej wartości ponad 17 mln zł. Oprócz wniosku CPK i Ministerstwa Infrastruktury dofinansowanie z KE otrzymały również projekty z ministerstw m.in. Rozwoju, Finansów, Nauki i Szkolnictwa Wyższego oraz Rolnictwa i Rozwoju Wsi.

W skład programu budowy CPK wchodzą inwestycje w nowe lotnisko przesiadkowe dla Polski i Europy Środkowo-Wschodniej oraz sieć 1600 km nowych linii kolejowych (w tym odcinków o standardzie KDP), mających połączyć Warszawę i CPK z większością największych miast Polski w czasie nie dłuższym niż 2-2,5 godz. Podróż pociągiem ze stolicy do nowego Portu Lotniczego Solidarność zajmie 15 minut.

Każda z 10 szprych prowadzących do CPK składać się będzie z nowych odcinków torów i wyremontowanych lub zmodernizowanych fragmentów istniejącej infrastruktury. Za budowę tych pierwszych będzie odpowiadać spółka CPK, a modernizację drugich – PKP Polskie Linie Kolejowe.

Jesienią został rozstrzygnięty pierwszy duży przetarg kolejowy na inwentaryzacje przyrodnicze dla nowych linii kolejowych prowadzących do lotniska. Szacowana wartość zamówienia to ponad 26 mln zł. Inwentaryzacje są niezbędne na etapie pozyskiwania decyzji środowiskowych, które poprzedzają uzyskanie decyzji lokalizacyjnej i pozwolenia na budowę. Pierwsze umowy na inwentaryzacje spółka będzie zlecać w pierwszej połowie roku.

Ugody w sporach z sektorem publicznym – konieczna zmiana mentalności.

Eksperci zgodnie twierdzą, że pozasądowe rozwiązywanie sporów pomiędzy sektorem publicznym i prywatnym jest możliwe, a prawo temu sprzyja. Ważna jest zmiana nastawienia, nawyków i pozbycie się lęku.

Jak wynika z danych Prokuratorii Generalnej RP, wartość roszczeń w sporach zakończonych ugodą w 2018 r. wyniosła 1,2 mld złotych, a w 2019 r. już 1,5 mld. Spośród spraw zamkniętych w roku 2019 zawarto 84 ugody podczas, gdy rok wcześniej jedynie 22. To znaczący przyrost, a do tego dochodzą jeszcze inne sprawy w tym sektorze, w których ugodę zawierały inne jednostki z sektora finansów publicznych. Liczy się też czas, bo sprawa w sądzie trwa często przez wiele lat. Nic dziwnego zatem, że zarówno sektor publiczny, jak i prywatny szukają optymalnych rozwiązań efektywnego rozwiązywania sporów.

– Rocznie trafia do nas ok. 3 tys. spraw o łącznej wartości roszczeń w wysokości ok. 15 mld zł i niemal 90 proc. z nich wygrywamy przed sądami. Kluczową kwestią jest ocena zasadności roszczenia. Bezzasadne odrzucenie racjonalnej propozycji ugodowej prowadzące do przegrania procesu i wydatkowania większych kwot niż proponowane może wręcz budzić wątpliwości w zakresie gospodarności. Ponadto od sierpnia 2019 r. Sąd Polubowny przy Prokuratorii może prowadzić mediacje w sprawach, w których jedną ze stron jest Skarb Państwa, jednostka samorządu terytorialnego, państwowa osoba prawna lub inny podmiot z elementem publicznym – mówi Mariusz Haładyj, Prezes Prokuratorii Generalnej.

Eksperci zarówno z sektora prywatnego, jak i publicznego twierdzą, że nadal jednak nie ma spektakularnych wyników w kwestii pozasądowego rozwiązywania sporów publiczno-prywatnych. Większość spraw trafia na długie lata do sądu, ze szkodą dla gospodarki. Przedsiębiorcy widzą dużą korzyść w mediacji i zawieraniu ugód, mimo, że proces nie jest łatwy i nie wszystkie sprawy się do tego nadają. Napotykają jednak bariery – szczególnie wśród urzędników – nadal pokutuje bowiem ich przekonanie, że bezpieczniej iść do sądu.

Jakie bariery napotykają strony?

Firmy z sektora publicznego korzystają z mediacji, ale nadal boją się odpowiedzialności i tego, czy postępują zgodnie z prawem. Brak śmiałości, pewności i przeświadczenia, że ugoda jest czymś dobrym sprawiają, że statystki nie są imponujące.

– Moim zdaniem największą barierą dla polubownego zakończenia sporów jest brak umiejętnego zastosowania istniejących rozwiązań prawnych, ale przede wszystkim mentalność przedstawicieli strony publicznej. Obawy przed odpowiedzialnością prawną, intensyfikacją kontroli organów czy służb państwowych powodują, iż wielu publicznych zamawiających w ogóle nie przystępuje do mediacji, a jeśli nawet dochodzi do rozmów ugodowych, to następuje to dopiero w przypadku, gdy pozycja procesowa strony pozwanej jest już przegrana. Istotnym jest uświadomienie, że nie zawarcie ugody w sytuacji, gdy zachodzą przesłanki do jej zawarcia, jest naruszeniem przepisów w zakresie dyscypliny finansów publicznych. Rynek wykonawców oczekuje dalszego upowszechnienia stosowania koncyliacyjnych form rozwiązywania sporów, szczególnie w perspektywie wejścia w życie od 2021 r. nowej ustawy PZP – tłumaczy Kamil Furman, Dyrektor Działu Prawnego, Eurovia.

Jak to jest w samorządach?

Miasto Łódź wprowadziło szereg innowacyjnych rozwiązań w sądach, aby zachęcić do stosowania mediacji, jak na przykład stałe dyżury mediatorów. W innych miastach bywa różnie. Urzędnicy instytucji samorządowych często obawiają się podejmowania decyzji o ugodzie z uwagi na ich odpowiedzialność za środki publiczne, którymi dysponują w ramach danej sprawy.

Dokonując analizy czy rozwiązanie polubowne jest korzystne dla miasta, musimy brać pod uwagę nie tylko interes ekonomiczny, ale w przypadku miast równoważny jest interes społeczny, a gdzieś na końcu także interes polityczny – mówi Piotr Paradowski, Naczelnik wydziału współpracy z inwestorami Urzędu Miasta St. Warszawy.

Prawo sprzyja mediacji

Wprowadzone w 2016 oraz 2017 roku rozwiązania legislacyjne znacząco usprawniły prowadzenie mediacji pomiędzy sektorem prywatnym a publicznym. Zmiana ta zyskała szczególne znaczenie w obliczu stale rosnącej liczby celów publicznych delegowanych do sektora prywatnego w formie konkursów i przetargów, potencjalnie zwiększając tym samym ryzyko powstania sporów pomiędzy stronami.

Artykuł 54 a. Ustawy o finansach publicznych daje duże możliwości zawierania ugód. Eksperci uważają, że jest jednak ogólny i daje duże pole do interpretacji. Stanowi on spore wyzwanie dla kontrolerów, którzy muszą ocenić, czy art. 54 a. został prawidłowo zastosowany, czy opinia i procedury są kompletne i rzetelne, a potencjalna korzyść związana z zawarciem ugody przewyższa koszty związane z postępowaniem sądowym lub arbitrażowym.

– Jednostki, które mają taki instrument jak mediacja, powinny z niego korzystać, jeśli wszystkie przesłanki na to pozwalają. Wcześniej również istniała możliwość zawierania ugody, lecz teraz ramy działania są określone – powiedział Zbigniew Wrona, Radca Prezesa, Najwyższa Izba Kontroli.

Według ekspertów z sektora prywatnego, zamawiający – strona publiczna często nie jest do mediacji przygotowana, w dodatku często też rozważa ugodę dopiero w momencie, gdy zostaje pozwana. Mediacje nie zaczynają się zatem na etapie, w którym powinny, tj. poprzedzając eskalację problemu. Brak jest rozmów między stronami, zanim pójdą do sądu. Brak też protokołu z tych rozmów zawierającego informację o tym, dlaczego strony nie zawarły ugody. Eksperci postulują, że należałoby oceniać, czy pominięcie przez urzędników procedury wszczęcia mediacji, było uzasadnione, gospodarne i rzetelne.

Mimo wygrywania większości procesów sądowych, Prokuratoria jest ogromnym orędownikiem pozasądowych rozwiązań.

– Dla Prokuratorii Generalnej ugoda jest jednym z równorzędnych wariantów rozwiązania sporu. Coroczny wzrost liczby zawieranych ugód wskazuje na to, że instytucje publiczne coraz częściej podchodzą do badania swoich interesów przez pryzmat możliwych do osiągnięcia korzyści – w 2019 r., przy udziale Prokuratorii, zawarto ugody w sprawach, w których łączna wartość roszczeń wynosiła 1,5 mld zł. Jednocześnie pozostajemy wymagającym przeciwnikiem procesowym i ugodę doradzamy wyłącznie tam, gdzie mamy głębokie przekonanie, że jej skutki będą korzystniejsze niż potencjalny wyrok sądu – podsumowuje Haładyj.

Dialog stron i wspólne wnioski

14 stycznia br. w siedzibie Francusko-Polskiej Izby Gospodarczej odbyła się konferencja „Mediacje gospodarcze z sektorem publicznym” zorganizowana przez Międzynarodowe Centrum Mediacji, objęta patronatem Prezesa Prokuratorii Generalnej Rzeczypospolitej.

– Takie spotkania jak dzisiejsza debata pokazują jak ważny jest dialog pomiędzy stroną publiczną i prywatną. Rozmowa i wsłuchanie się w argumenty drugiej strony, pomagają zrozumieć, z jakimi wyzwaniami musi się ona zmierzyć. Jeśli niestety dojdzie do konfliktu, dialog na wczesnym etapie sporu, który uwzględni zaangażowanie osób decyzyjnych, zdecydowanie zracjonalizuje oczekiwania stron, dzięki czemu zawarcie ugody będzie bardziej prawdopodobne. Wzajemne zrozumienie niewątpliwie zwiększa szansę na polubowne rozwiązanie każdego sporu – podkreśla Joanna Jaroch-Pszeniczna, Przewodnicząca Rady MCM, Wicedyrektor Francusko-Polskiej Izby Gospodarczej.

W dyskusji wzięli udział:

  • Mariusz Haładyj, Prezes, Prokuratoria Generalna
  • Kamila Strzelczak, Dyrektor ds. Kontroli i Wsparcia Operacyjnego, SAFEGE Oddział w Polsce (SUEZ)
  • Agnieszka Wickel, GDDKiA, Dyrektor, Departament Prawny i Zamówień Publicznych.
  • Kamil Furman, Dyrektor Działu Prawnego, Eurovia
  • Piotr Paradowski, Naczelnik Wydziału współpracy z inwestorami Urzędu Miasta ast. Warszawy
  • Hubert Nowak, Prezes Urząd Zamówień Publicznych
  • Robert Proczko, Dyrektor Biura Eksperckiego, Warbud
  • Zbigniew Wrona, Radca Prezesa, Najwyższa Izba Kontroli
  • Tomasz Latawiec, Prezes, SIDIR
  • Małgorzata Gołyńska-Minkiewicz, Departament PPP, Ministerstwo Funduszy i Polityki Regionalnej

Moderatorami dyskusji byli dr Ewelina Stobiecka, koordynator i mediator Międzynarodowego Centrum Mediacji, partner zarządzający w Taylor Wessing oraz Jakub Świtluk, mediator Międzynarodowego Centrum Mediacji.

Mediacje w sporach pomiędzy sektorem prywatnym i publicznym są niezwykle ważne.
O wykorzystaniu zaś mediacji w tych sporach powinny decydować względy nie tylko ekonomiczne (choć te są na pewno rozstrzygające w podejmowaniu przez obie strony decyzji o mediacji) ale i względy społeczne, czy nawet szerzej wszelkie aspekty związane z budowaniem dialogu i współpracy pomiędzy przedsiębiorcami, a tym samym obywatelami a sektorem publicznym
– podsumowuje Ewelina Stobiecka.

Prezydent Andrzej Duda o chińskiej inwestycji w Stalowej Woli

16 stycznia w Stalowej Woli odbyła się wystawa „Od Centralnego Okręgu Przemysłowego do Gospodarki 4.0” z udziałem prezydenta RP Andrzeja Dudy. Wydarzeniu towarzyszyła prezentacja blisko 70 wystawców Polskiej Wystawy Gospodarczej, których produkty wyróżniają się innowacyjnością, nowoczesnymi rozwiązaniami i nawiązują do tradycji polskich producentów. Swoją ofertę pokazała m.in. firma LiuGong Dressta Machinery, która podczas wydarzenia została oficjalnie mianowana członkiem Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa.

Podczas wydarzenia Prezydent RP Andrzej Duda odwiedził stoisko LiuGong Dressta Machinery – największego chińskiego inwestora w Polsce. Podczas targów firma zaprezentowała trzy maszyny: spycharkę DRESSTA TD-25, ładowarkę kołową LiuGong 835H oraz koparkę gąsienicową LiuGong 925E.

Prezydent Andrzej Duda o chińskiej inwestycji w Stalowej Woli (2) Prezydent Andrzej Duda o chińskiej inwestycji w Stalowej Woli (3) Prezydent Andrzej Duda o chińskiej inwestycji w Stalowej Woli (4)LiuGong Machinery, największy producent ładowarek na świecie, działa w Polsce już od 20 lat, a w roku 2012 oficjalnie nabył cywilną część Huty Stalowa Wola. Na Podkarpaciu rozwija globalną sieć sprzedaży maszyn budowlanych, a sprzęt poprzez dystrybutorów sprzedaje w 148 krajach na całym świecie.

Bardzo dobrze widać tu w Stalowej Woli i na Podkarpaciu, jak wielkiego skoku to miasto, ten region dokonały na przestrzeni ostatnich lat. Jak bardzo wiele nowoczesnych i innowacyjnych przedsiębiorstw się tu pojawiło, jak wiele nowoczesnej myśli technicznej powstaje tutaj każdego dnia. (…) Przestaliśmy być montownią, a staliśmy się państwem o nowoczesnej własnej gospodarce, w której powstają i wykorzystywane są nowe technologie, w której produkuje się skomplikowane urządzenia, maszyny, wszystko to, co dzisiaj tak ważne dla rozwoju silnego przemysłu. Jeśli mówimy o silnej Polsce, to to jest przede wszystkim państwo oparte na mocnej gospodarce. To musi być jej fundament. (…) My absolutnie nie mamy powodów do kompleksów wobec każdego innego nowoczesnego miejsca na świecie. Umiemy budować nowoczesną gospodarkę nie korzystając z cudzych pomysłów tylko realizując swoje idee – powiedział Andrzej Duda, Prezydent RP.

Na Podkarpaciu kontynuujemy nie tylko polską tradycję produkcji ciężkich maszyn, jak spycharki i ładowarki pod marką Dressta, ale również wprowadzamy krok po kroku nowoczesne koncepcje, rozwiązania i metody zarządzania. Nasz rozwój nie byłby tak dynamiczny, gdyby nie ponad 1000 lokalnych pracowników, dzięki którym czujemy się obywatelami Stalowej Woli. Tym bardziej jesteśmy szczęśliwi, że nasze starania docenił dziś osobiście Prezydent Andrzej Duda. Mam nadzieję, że w najbliższej przyszłości otrzymamy jeszcze więcej wsparcia od najwyższych władz Polski. Przy tak ambitnym polskim programie budowy infrastruktury możemy dostarczać jeszcze więcej maszyn budowlanych zaprojektowanych przez polskich inżynierów i wyprodukowanych w Polsce – powiedział Howard Dale, Prezes LiuGong Dressta Machinery.

W trakcie wizyty na stoisku LiuGong Dressta Machinery Prezydent Duda wspomniał o tym, że planuje w tym roku odwiedzić z wizytą gospodarczą Chiny.

Pan Prezydent mógł zobaczyć, jak Stalowa Wola się zmienia. Zakłady, które są tutaj z nami obecne wykorzystują szansę nowoczesnych technologii, wiedzę, zachwycają tym, co i jak produkują. Zmieniło się wiele, ale od 80 lat nie zmieniło się tylko jedno. Serce ludzi o stalowej woli. Ludzi, którzy są uczciwi, pracowici, którzy mają w sobie wielką wiarę, patriotyzm i to wszystko przekłada się na naszą siłę, również siłę gospodarczą – powiedział Lucjusz Nadbereżny, Prezydent Miasta Stalowej Woli.

Podczas wystawy Prezes LiuGong Dressta Machinery, Howard Dale otrzymał z rąk Jana Stylińskiego, prezesa Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa certyfikat przystąpienia firmy do PZPB. Związek to ogólnopolska organizacja zrzeszająca firmy z branży infrastruktury i budownictwa, które wspólnie reprezentują ponad 70 proc. potencjału rynku generalnego wykonawstwa inwestycji w Polsce. Członkostwo daje firmie możliwość bezpośredniego uczestniczenia w kształtowaniu i tworzeniu rozwiązań systemowych dotyczących sektora infrastruktury i budownictwa oraz zgłaszania postulatów i wniosków mających istotne znaczenie dla kreowania rzeczywistości gospodarczej Polski.

W 2017 roku, blisko rok po wizycie państwowej Prezydenta Chin Xi Jinpinga w Polsce, LiuGong Machinery przeniosło Europejską Główną Siedzibę z Amsterdamu do Warszawy. Razem z globalnym centrum dystrybucji części oraz centrum badawczo-rozwojowym w Stalowej Woli, LiuGong Dressta zatrudnia w Polsce obecnie około tysiąca pracowników, eksportując 80 procent produkcji do 52 krajów na całym świecie.

Naszych pracowników łączy wspólne zobowiązanie, by każdy produkt, który wyjedzie z fabryki, zachwycał klientów i godnie reprezentował marki LiuGong i Dressta. Za cel stawiamy sobie nieustanne doskonalenie jakości naszych produktów, tworzenie wymagającego i satysfakcjonującego miejsca pracy, a także podtrzymanie obywatelskiej postawy w naszej społeczności lokalnej. Wierzę, że dzięki takiej strategii zyskuje Stalowa Wola, nasi partnerzy biznesowi oraz klienci – dodał Howard Dale.

Zakład produkcji maszyn LiuGong Dressta Machinery w Polsce jest gotowy, by do 2023 roku dwukrotnie zwiększyć swoją wydajność dzięki nowym inwestycjom w produkcję, działalność badawczo-rozwojową i wprowadzenie nowych modeli kolejnej generacji sprzętu budowlanego na łączną kwotę 10 milionów euro. W fabryce w Stalowej Woli powstają spycharki i układarki rur Dressta, koparki i ładowacze kołowe LiuGong, a oddział ZZN dostarcza światowej klasy części do zespołów napędowych ogólnoświatowym producentom oryginalnego wyposażenia (OEM). Firma, razem z lokalnymi władzami, szkołami i instytucjami, prowadzi także działania społeczne, przyznając stypendia studentom i prowadząc program stażowy. LiuGong Dressta Machinery działa również jako pomost między narodem chińskim i polskim. Dzięki jej pomocy, województwo podkarpackie nawiązało stosunki partnerskie z Regionem Guangxi, gdzie firma ma swoją główną siedzibę w Chinach. Nawiązane zostały także bliskie stosunki między miastem Liuzhou i Stalową Wolą.

Podczas Polskiej Wystawy Gospodarczej wśród firm z całej Polski, tworzących rodzimy potencjał gospodarczy, znaleźli się wystawcy przemysłu ciężkiego, innowacyjnego, aż po branże lekkie, spożywcze, czy nawet start-upy. Na stalowowolskim i podkarpackim stoisku swoją ofertę pokazały także lokalne przedsiębiorstwa, przedstawiciele miejscowej kultury i sportu, a także podmioty zewnętrzne, które razem z samorządem tworzą siłę Stalowej Woli i całego województwa podkarpackiego. Była to okazja do pokazania efektów transformacji gospodarczej, która zaczynała się w Centralnym Okręgu Przemysłowym, w dzisiejszą gospodarkę miasta, regionu oraz całej Polski.

Polska Wystawa Gospodarcza to powrót do tradycji Powszechnych Wystaw Krajowych, które miały miejsce we Lwowie, w Krakowie, a ostatnia odbyła się w 1929 roku w Poznaniu. W ramach obchodów 100-lecia Niepodległości Prezydent Andrzej Duda postanowił wskrzesić tę ideę. Organizatorami wydarzenia „Od Centralnego Okręgu Przemysłowego do gospodarki 4.0” byli: Lucjusz Nadbereżny – Prezydent Miasta Stalowej Woli, Kancelaria Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, Władysław Ortyl – marszałek województwa podkarpackiego oraz Agencja Rozwoju Przemysłu S.A.

2010-2019: dekada zmian na rynku pracy

Minione dziesięć lat zmieniło na stałe sposoby rekrutacji kadr, a także relacje między pracownikami i pracodawcami. W latach 2010-2019 rynek HR przeszedł rewolucję, której jednym z symboli jest dynamiczny rozwój rynku rekrutacji online. W ciągu 10 lat ponad dwukrotnie wzrosła liczba ogłoszeń zamieszczanych na Pracuj.pl, a o niewiele mniej – liczba użytkowników portalu. Zapraszamy na krótkie podsumowanie dekady.

Polski rynek pracy i gospodarka przeszły w latach 2010-2019 istotną transformację – czego dowodzą dane. Według GUS w grudniu 2010 stopa bezrobocia w Polsce wyniosła ponad 12%. W trzech następnych latach w tym okresie była ona nieco wyższa, ale już od 2014 roku systematycznie spadała. Pod koniec dekady, według analiz Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej, bezrobocie wynosiło zaledwie 5,2%. Rozwojowi rynku pracy sprzyjał także wysoki wzrost PKB – utrzymujący Polskę w tym czasie w czołówce europejskiego rankingu rosnących gospodarek, znacznie powyżej średniej dla Unii Europejskiej.

Dwukrotny wzrost w ciągu 10 lat

Ostatnia dekada to okres ważnych zmian w świecie pracy. Wśród nich są m.in. bezprecedensowy wzrost technologii wspierających HR, spadek bezrobocia, wzrost liczby stanowisk o dużej specjalizacji, a przede wszystkim stale rosnąca liczba ofert zatrudnienia. 2019 rok zakończył więc ważny okres bardzo intensywnych zmian w zakresie zarówno szukania pracy, jak i rekrutacji w Polsce. W ostatnich 12 miesiącach rynek wyraźnie się uspokoił. W obliczu wyzwań 2020 roku warto pamiętać, że to stabilizacja na bardzo wysokim poziomie, o którym 10 lat temu wielu ekspertów nawet nie marzyło
-– mówi Rafał Nachyna, Dyrektor Zarządzający Pracuj.pl.

Rosnącej roli rekrutacji online w Polsce dowodzą liczby dotyczące Pracuj.pl – zdecydowanego lidera dekady na tym rynku. W 2010 roku na serwisie zamieszczono 240 029 ogłoszeń, a miesięczna liczba jego realnych użytkowników oscylowała wokół 1,5 mln. Dziesięć lat później na portal zaglądało co miesiąc około 3 mln osób, a pracodawcy zamieścili aż 556 548 ofert zatrudnienia. Oznacza to, że w ciągu dekady liczba ogłoszeń publikowanych na Pracuj.pl urosła ponad dwukrotnie – aż o 132%. Średni roczny wzrost liczby ofert na portalu wyniósł tym samym kilkanaście procent. Ponadto już w 2017 roku Pracuj.pl przekroczył barierę pół miliona ogłoszeń zamieszczonych w ciągu 12 miesięcy.2010-2019 dekada zmian na rynku pracy 2

Nowe sposoby szukania pracy

Jak w ciągu ostatnich 10 lat zmienił się cyfrowy HR? W 2010 roku portale z ofertami pracy miały już stosunkowo silną pozycję w świecie rekrutacji. Ich znaczenie było jednak wyraźnie mniejsze, niż obecnie. Znacznie różniły się także doświadczenia użytkowników.

Trudno było wówczas mówić o zaawansowanej personalizacji ofert w dzisiejszym rozumieniu. Strony z ogłoszeniami o pracę były znacznie mniej responsywne i intuicyjne. Sporą zmianę widzimy także w obszarze urządzeń przenośnych. Kiedy w 2010 i 2011 roku wprowadzaliśmy aplikację mobilną Pracuj.pl dla urządzeń z systemami iOS i Android, byliśmy pionierami na polskim rynku. Użytkownicy dopiero się do nich przekonywali. Obecnie za pośrednictwem aplikacji Pracuj.pl wysyłanych jest co roku kilka milionów CV. Tylko między sierpniem 2017, a majem 2019 liczba CV przekazywanych w ten sposób wzrosła o 50% – mówi Rafał Nachyna.

Jak dowodzi Rafał Nachyna, ostatnie lata przyniosły szereg nowych rozwiązań wspierających rekrutację online. Przykładem są choćby chatboty – Pracuj.pl w 2019 roku ruszył z Radzimiłem, działającym na Messengerze i prowadzącym obecnie miesięcznie średnio 4500 rozmów z użytkownikami. Ponadto na rynku pojawia się coraz więcej interesujących rozwiązań z zakresu HRtech i EDUtech, wspierających zarządzanie kadrami, m.in. planowanie czasu pracy, prowadzenie projektów, szkolenia czy wykorzystanie potencjału pomysłów zespołu firmy. W Polsce inwestuje w nie uruchomiony także w 2019 roku fundusz Pracuj Ventures.

2020: co dalej?

Jak zauważają eksperci Pracuj.pl, w 2020 roku jeszcze ważniejsze, niż wcześniej będzie wykorzystanie technologii do celów HR, a także efektywność działów kadr. Rekruterzy i HR-owcy będą mierzyć się z rosnącymi wymaganiami ze strony kierownictwa w zakresie elastyczności działania, mierzenia efektów czy wykorzystywania różnorodnych narzędzi.

Zjawisko to napędzane jest m.in. przez coraz większą rywalizację między pracodawcami o najbardziej poszukiwanych ekspertów czy też prognozowane lekkie osłabienie koniunktury gospodarczej. Rekrutacja, podobnie jak i inne dziedziny biznesu, muszą wspierać jego wzrost efektywności w obliczu potencjalnych zmian.

Pamiętajmy jednak, że polski rynek pracy w ostatnich latach bardzo się rozpędził. To spory kapitał, który zebraliśmy na najbliższy czas. Nawet, jeśli dynamika rekrutacji nie będzie tak wysoka, jak ta obserwowana w minionych kilkunastu czy kilkudziesięciu miesiącach. W dobie sporej rotacji kadr nawet utrzymanie obecnego poziomu kadrowego wymaga intensywnej polityki rekrutacyjnej
-– podsumowuje Rafał Nachyna.

Czym jest pożyczka leasingowa i na co warto ją przeznaczyć?

Pożyczka leasingowa to produkt przeznaczony dla osób, które chcą sfinansować aktywa trwałe. Stanowi połączenie kredytu dla firm i tradycyjnego leasingu. Jak działa pożyczka leasingowa, kto może się o nią ubiegać i jakie niesie korzyści?

Co to jest pożyczka leasingowa?

Pożyczka leasingowa to alternatywa dla tradycyjnej pożyczki dostępnej np. w https://pankredyt.pl/. Jest połączeniem kredytu bankowego i leasingu. Udzielana jest przez leasingodawcę. Kluczowa do jej otrzymania jest pozytywna zdolność leasingowa. Co ważne, pożyczkobiorca sięgający po pożyczkę leasingową nie musi być płatnikiem. Aby mógł on uzyskać pożyczkę, musi wykazać pozytywną zdolność kredytową. Ponadto może, ale nie musi wnieść wkład własny. Wszystko zależy od oferty firmy, z której usług korzystamy. Okres kredytowania pożyczki leasingowej wynosi od 6 do 120 miesięcy. Zainteresowanie pożyczkami leasingowymi stale rośnie. W ciągu ostatniego roku wartość udzielonych pożyczek leasingowych wzrosła o 14 proc. Największymi leasingowcami udzielającymi pożyczek są Getin Leasing, PKO Leasing czy EFL.

Leasing a zdolność kredytowa

Aby ubiegać się o pożyczkę leasingową, należy spełniać warunki podobne do tych, które narzuca pożyczkobiorcom bank. Niezbędne jest posiadanie pozytywnej zdolności kredytowej, czyli możliwości terminowej spłaty zobowiązania. Bardzo ważne jest również to, aby nie mieć zaległości w spłacie rachunków, abonamentów czy innych zobowiązań finansowych. Pożyczka leasingowa może trafić wyłącznie w ręce osoby pełnoletniej, która wykaże dochód pozwalający na spłatę zadłużenia. Musimy pamiętać, że obowiązkiem osoby wnioskującej o ten rodzaj finansowania jest wskazanie jego celu. Pieniądze uzyskane z pożyczki leasingowej mogą zostać przeznaczone na zakup środka trwałego, wykorzystywanego na potrzeby prowadzonej działalności gospodarczej.

Dla kogo pożyczka leasingowa?

O pożyczkę leasingową mogą ubiegać się wszystkie firmy, które potrzebują kredytu na start albo rozwój swojej firmy. Pożyczką w leasingu powinni zainteresować się przede wszystkim:

  • rolnicy (bez względu na to, czy prowadzą działalność gospodarczą);
  • osoby ubiegające się o dotacje unijne dla swoich firm;
  • przedsiębiorstwa, które nie są płatnikami VAT;
  • firmy, które potrzebują finansowania środka trwałego;
  • osoby wykonujące wolne zawody;
  • przedstawiciele zawodów zwolnionych z podatku VAT.

Z pożyczki leasingowej możemy sfinansować aktywa trwałe. Nie możemy jednak zainwestować w bieżące wydatki. Cel pożyczki może być jednak różny w zależności od polityki firmy leasingowej. Istnieje możliwość sfinansowania z pożyczki:

  • samochodów osobowych i dostawczych;
  • pojazdów ciężarowych;
  • sprzętu rolniczego, medycznego czy IT;
  • nieruchomości.

Pożyczka leasingowa traktowana jest jako usługa, może więc być wpisana w koszt prowadzenia działalności gospodarczej. Nie musi być objęta podatkiem od towarów i usług.

Pożyczka leasingowa a leasing – różnice

Leasing stanowi zamiennik kredytu dla firm czy pożyczki na rozwój działalności. Polega na przekazaniu usługobiorcy prawa do użytkowaniu określonego towaru, w zamian za wniesienie comiesięcznej opłaty. W ten sposób spłacana jest wartość użytkowa sprzętu. Czas trwania leasingu określany jest w umowie usługi. Warto jednak pamiętać, że okresem, który jest opłacalny przy tym rodzaju transakcji, są dwa lata. Jeśli zamierzamy zrezygnować z umowy wcześniej, możemy ponieść straty finansowe. Zapobiec temu może jedynie przeniesienie umowy na inny podmiot. Może się to odbyć wyłącznie za zgodą leasingodawcy. Pożyczka leasingowa i leasing mogą być wykorzystane tylko do finansowania środków trwałych. Różnią się jednak okresem kredytowania. W przypadku tradycyjnego leasingu wynosi on 2-3 lata. Pożyczka leasingowa udzielana jest na dłuższy czas. Może on sięgać nawet 10 lat. Leasing nie ma żadnego wpływu na zdolność kredytową przedsiębiorstwa. Pożyczka leasingowa działa jak kredyt. Obniża znacząco zdolność kredytową. Jednak jeśli spłacimy ją w odpowiednim terminie, pozytywnie wpłynie na naszą historię płatności.

Ile kosztuje pożyczka leasingowa?

Koszt pożyczki leasingowej możemy porównać do kosztu kredytu na inwestycję. Kluczową rolę odgrywają tutaj odsetki, a także amortyzacja środka trwałego. Oba te elementy możemy wliczyć w koszt prowadzenia działalności. Co ważne, możemy również jeden raz odliczyć podatek VAT od transakcji. Musimy jednak wcześniej spełnić określone warunki. Jeśli zdecydujemy się na pożyczkę leasingową, która będzie wymagała wniesienia wkładu własnego, musimy liczyć się z tym, że wkład własny będzie wyższy, niż w przypadku zwykłego leasingu. Pozbędziemy się jednak kosztów wykupu sprzętu na własność. Istnieje możliwość zabezpieczenia pożyczki leasingowej poprzez:

  • weksel;
  • cesję z ubezpieczenia na rzecz firmy leasingowej;
  • zastaw rejestrowy na finansowanym środku trwałym.

Zdolność kredytowa klienta ubiegającego się o pożyczkę leasingową weryfikowana jest na podstawie deklaracji podatkowych, zabezpieczenia spłaty, a także innych dokumentów potwierdzających naszą płynność finansową.

Wady i zalety pożyczki leasingowej

Pożyczka leasingowa staje się coraz bardziej popularna. Doceniane są jej zalety, takie jak:

  • długi okres kredytowania – nawet 10 lat;
  • możliwość uzyskania dużego finansowania;
  • błyskawiczna weryfikacja klienta;
  • zerowy lub niski wkład własny;
  • posiadanie środka trwałego na własność;
  • możliwość wzięcia pożyczki w innej walucie;
  • różne rodzaje rat do wyboru;
  • rata pożyczki zwolniona z VAT.

Do wad pożyczki leasingowej zaliczymy:

  • możliwość finansowania wyłącznie aktywów trwałych;
  • brak możliwości finansowania bieżących wydatków;
  • brak możliwości zainwestowania otrzymanych pieniędzy;
  • pożyczka obniża zdolność kredytową.

Zanim zdecydujemy się na pożyczkę leasingową, warto poznać jej wady i zalety. Może się okazać, że na rynku finansowym istnieje inne rozwiązanie, które sprosta naszym oczekiwaniom i przyniesie więcej korzyści.

Trzeci poniedziałek stycznia jest uważany za najbardziej depresyjny dzień w roku. Według psychologów Blue Monday to szkodliwy mit

20 stycznia przypada Blue Monday, czyli najbardziej depresyjny dzień w roku, datowany zwykle na trzeci poniedziałek stycznia. Psychologowie walczą z tym powszechnym mitem. Wskazują, że w ten sposób sami wywołujemy negatywne myśli, a dodatkowo bagatelizujemy problemy ze zdrowiem psychicznym, sugerując, że stresu-nerwicy/”>depresja jest niewinnym, krótkotrwałym zaburzeniem nastroju. Sam twórca tego terminu zaangażował się w kampanię HASHstopbluemonday. Z drugiej strony psychologowie podkreślają, że w okresie zimowym, kiedy niesprzyjająca aura powoduje spadki nastroju i energii, warto jednak zadbać o swój komfort psychiczny i odpowiednią dawkę odpoczynku.

– Blue Monday, który przypada w trzeci poniedziałek stycznia, zyskuje ostatnio ogromną popularność, głównie dlatego, że jest to trend, o którym wiele się mówi. Jednak nie ma to nic wspólnego z nauką – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr Karolina Oleksa-Marewska, psycholog o specjalności klinicznej i wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej w Poznaniu.

Ten pseudonaukowy termin, który budzi wiele kontrowersji, stworzył w 2004 roku Cliff Arnall z Cardiff University. Brytyjski psycholog wyznaczył tę datę na podstawie wzoru matematycznego, który uwzględnia m.in. czynniki pogodowe, psychologiczne i ekonomiczne.

– Nachodzą się trzy czynniki: meteorologia, czyli brak światła i zimno, psychologia, czyli zaczynamy rozumieć, że nie spełnimy swoich postanowień noworocznych, nie uda nam się pewnych rzeczy dokończyć, a po trzecie, czynnik ekonomiczny, bo po świętach czasem brakuje nam zasobów. Uwzględniając te kwestie, Cliff Arnall stwierdził, że właśnie w trzeci poniedziałek stycznia wypada najbardziej depresyjny dzień w roku, i zaczął tę nazwę popularyzować – wskazuje dr Karolina Oleksa-Marewska.

Większość naukowców i psychologów uważa termin Blue Monday i wzór, zgodnie z którym powstał, za niedorzeczny i opierający się na zmiennych, nienaukowych podstawach. Co istotne, sam jego twórca po latach przyznał, że wyznaczył tę datę na zlecenie biura podróży Sky Travel, które poprosiło Arnalla o wskazanie najlepszego terminu na rezerwację letniej wycieczki. Z kolei w 2018 roku – znowu we współpracy z biurem podróży Virgin Holidays – Arnall zaczął kampanię HASHstopbluemonday, aby obalić własny mit.

– Blue Monday nie ma naukowej podstawy. Psychologowie twierdzą, że nie istnieje, ale z drugiej strony – zjawisko jest o tyle ciekawe, że wiele osób naprawdę twierdzi, że tego dnia odczuwa depresję. To działa jak samospełniająca się przepowiednia. Jeżeli słyszymy, że ten dzień jest depresyjny, zaczynamy w to wierzyć i faktycznie czujemy się gorzej, nakręcamy się negatywnie, a spadek energii tłumaczymy sobie właśnie Blue Monday – mówi dr Karolina Oleksa-Marewska.

Jak podkreśla, spadki energii i obniżenie nastroju są w okresie zimowym naturalne, bo odpowiada za to niesprzyjająca aura: zimno, krótkie dni, brak światła słonecznego i niedobory witaminy D. Jednak równie duże znaczenie mają: odpowiednie podejście, aktywność, zadbanie o własny komfort psychiczny i odpowiednią dawkę odpoczynku.

– Jeżeli sami sobie wmawiamy, że jest nam smutno i źle, to trudno jest z tego stanu wyjść. Trzeba myśleć pozytywnie, przełamać się, wyjść na spacer, basen czy do kina. Aktywność automatycznie powoduje, że zaczynamy inaczej się czuć i myśleć – mówi dr Karolina Oleksa-Marewska. – Bardzo lubię duńską filozofię hygge, w której chodzi o relaks, błogość, nicnierobienie. Duńczycy są uważani za bardzo szczęśliwy naród, ale oni robią proste rzeczy. Zapalają sobie świeczkę zapachową, odpoczywają pod ciepłym kocem, dają sobie przestrzeń na to, żeby się nie przesilać, nie zmuszać do aktywności, kiedy są zmęczeni – mówi dr Karolina Oleksa-Marewska.

Długotrwałe zmęczenie może bowiem prowadzić do poważniejszych problemów ze zdrowiem czy chociażby depresji.

– depresja jest terminem, którego dziś albo nadużywamy, albo go bagatelizujemy. Występuje, kiedy mamy spadek energii, obniżony nastrój, ale również spowolnienie psychoruchowe, mniejsze zainteresowanie przyjemnościami, które do tej pory nas cieszyły, problem ze snem, spadek masy ciała. Według klasyfikacji chorób ICD-10 ten stan musi się utrzymywać przynajmniej dwa tygodnie. Jeżeli czujemy, że coś takiego się z nami dzieje, nie powinniśmy tego bagatelizować. Wiele osób przeczekuje ten okres, myśląc, że to chwilowe. Tymczasem przeczekanie powoduje rozwój tego zaburzenia i wtedy potrzebujemy już poważniejszej pomocy. Dlatego warto zgłosić się do specjalisty – podkreśla dr Karolina Oleksa-Marewska.

depresja jest przez WHO określana mianem epidemii XXI wieku. Na całym świecie z jej powodu cierpi ok. 350 mln ludzi, z czego w Polsce – około 1,5 mln. Wiele osób może być niezdiagnozowanych, bo nie wszyscy widzą potrzebę wizyty u specjalisty. Zgodnie z prognozami WHO do 2030 roku depresja stanie się pierwszą, najczęściej występującą chorobą psychiczną.

– Skąd tak duże natężenie depresji? Czynników jest wiele – część osób ma problemy z neuroprzekaźnictwem, choruje na tarczycę albo ma inne problemy biologiczne, które powodują objawy depresji. Oczywiście jest cała grupa bodźców egzogennych, czyli bolesnych wydarzeń, które nas dotykają: kryzysy rozwojowe, utrata partnera, śmierć kogoś bliskiego. Wśród młodych osób zauważa się dosyć dużą presję ze strony środowiska, rodziców. Mówimy o kryzysach klimatycznych, problemach rynku pracy – nie ma się co dziwić, że żyjąc w takim środowisku i pod taką presją, częściej odczuwamy lęk, przeciążenie, a to może doprowadzić do depresji – mówi dr Karolina Oleksa-Marewska.

Ekspertka poznańskiej WSB podkreśla, że pozytywem jest coraz większa społeczna świadomość dotycząca depresji, co powoduje, że w efekcie coraz więcej osób potrafi rozpoznać jej pierwsze symptomy i zgłasza się po pomoc do specjalistów.

– Powstają kampanie społeczne i fora, które wspierają osoby z depresją. Zwłaszcza młodsze pokolenia są bardziej otwarte na pomoc psychologiczną – mówi dr Karolina Oleksa-Marewska.

Konsumenci czekają na uruchomienie dopłat do elektrycznych aut. Rozszerzenie ich na firmy mogłoby trzy razy mocniej rozpędzić rynek

Dopłaty do zakupu samochodów elektrycznych finansowane z Funduszu Niskoemisyjnego Transportu mają stymulować rozwój elektromobilności w Polsce. W najbliższych miesiącach z rządowego wsparcia będą mogły skorzystać jedynie osoby fizyczne, które nie prowadzą działalności gospodarczej. Nabór wniosków, który zaplanowano na pierwszy kwartał 2020 roku, nie uwzględnia rynku flotowego. Wprawdzie rozporządzenie obejmujące przedsiębiorców już zostało przyjęte, ale warunki proponowanego wsparcia będą raczej zniechęcać firmy do korzystania z dopłat, a to właśnie one realizują 70 proc. zakupów nowych aut.

– Elektromobilność w naszym kraju rozwija się dość wolno – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Łukasz Domański, prezes CarSmile, firmy oferującej samochody w abonamencie. – Rynek upatruje dużych szans w dotacjach rządowych, jednak będą one dotyczyły jedynie konsumentów, którzy nie prowadzą działalności gospodarczej, co jest dość dużą dyskryminacją przedsiębiorców. W szczególności że 70 proc. zakupów nowych samochodów w Polsce realizują klienci firmowi. Wydaje mi się, że gdyby równolegle funkcjonował taki sam program skierowany również do przedsiębiorców, elektromobilność mogłaby się rozwijać przynajmniej trzy razy szybciej.

Kilka dni temu weszło wprawdzie w życie rozporządzenie ministra aktywów państwowych regulujące zasady udzielania wsparcia z Funduszu Niskoemisyjnego Transportu przedsiębiorcom, ale uniemożliwiono w nim finansowanie elektryków leasingiem, który jest podstawowym sposobem zakupu aut przez przedsiębiorców. W praktyce może to więc oznaczać, że nie będą oni po prostu zainteresowani korzystaniem z pomocy państwa.

Rozporządzenie ministra energii w sprawie dopłat do samochodów elektrycznych dla konsumentów weszło z kolei w życie jako pierwsze – pod koniec listopada 2019 roku. Od tego momentu osoby zainteresowane uzyskaniem dopłat czekają na ogłoszenie pierwszego naboru wniosków. Zgodnie z zapowiedziami rządu ma to nastąpić w pierwszym kwartale 2020 roku. Dopiero po ogłoszeniu naboru będzie można podpisać umowę zakupu auta. Zgodnie z rozporządzeniem dofinansowanie wynosi 30 proc. ceny zakupu elektryka, jednak nie więcej niż 37,5 tys. zł, a cena samochodu nie może przekroczyć 125 tys. zł. Opóźnienie w ogłoszeniu naboru wynika z konieczności nowelizacji ustaw podatkowych, aby dotacje do zakupu aut elektrycznych były zwolnione z podatku dochodowego.

Gdyby przyjąć, że fundusz zrezygnowałby z jakiejkolwiek innej swojej aktywności i przeznaczyłby całą posiadaną kwotę 310,92 mln zł (według planu finansowego) na dofinansowanie elektryków, mógłby wesprzeć w 2020 roku zakup około 8291 elektryków. Taką liczbę otrzymamy, dzieląc kwotę do dyspozycji funduszu przez maksymalną wartość dotacji, tj. 37,5 tys. zł.

– Osiem tysięcy aut to tyle samochodów, ile sprzedaje największa marka w Polsce w ciągu jednego miesiąca – uściśla Łukasz Domański.

To oznaczałoby podwojenie liczby aut elektrycznych na polskich drogach. Flota takich samochodów aut według licznika elektromobilności PSPA i PZPM to 8637, z czego tylko 59 proc. to pojazdy w pełni elektryczne, a pozostała część to hybrydy typu plug-in (dane na koniec grudnia 2019 roku). Jak przypomina Carsmile w dokumencie „Krajowe ramy polityki rozwoju infrastruktury paliw alternatywnych”, opublikowanym przez Ministerstwo Energii w 2017 roku, założono, że w 2020 roku w Polsce zostanie zarejestrowanych 44,6 tys. aut elektrycznych, a ich łączna liczba na polskich drogach zbliży się do 77 tys. W 2025 roku miał być osiągnięty cel miliona aut elektrycznych w Polsce, choć z tej projekcji rząd już dawno się wycofał. Gdyby elektryków miało przybywać w tempie ok. 8 tysięcy rocznie, osiągnięcie jednego miliona zajęłoby 125 lat.

– Samochody elektryczne są relatywnie drogie, natomiast zapowiadane dopłaty mogą sprawić, że ich ceny staną się atrakcyjniejsze – podkreśla Łukasz Domański. – Z drugiej strony wydaje mi się, że wyzwaniem będą ułatwienia dla osób korzystających z aut elektrycznych i rozwój infrastruktury.

Jak podkreśla, obecna liczba punktów ładowania w całym kraju to zbyt mało, żeby planować dynamiczny rozwój elektromobilności. Z danych PSPA i PZPM wynika, że na koniec grudnia było ich nieco ponad tysiąc.

– Przy ok. 8 tys. stacji benzynowych widać, że jest potrzeba rozwoju infrastruktury dla elektryków. Dodatkowo zdecydowanie częściej musimy doładować samochód elektryczny, niż zatankować auto z silnikiem benzynowym czy diesla. Sposobem na to, aby samochody elektryczne pojawiały się częściej na drogach, jest przede wszystkim dostęp do infrastruktury i mam tutaj na myśli kwestie związane z możliwością ich doładowania w mieście, ale przede wszystkim, by można to zrobić w miejscu, w którym mieszkamy – podkreśla prezes Carsmile.

Zdaniem Łukasza Domańskiego samochód elektryczny jest dobrym rozwiązaniem i może się sprawdzić w przypadku osób bardziej zamożnych i mieszkających w domu, który może być wyposażony w punkt do jego ładowania.

Dla mieszkańców bloku, którym zarządza wspólnota, z zainstalowaniem ładowarki na użytek właścicieli aut elektrycznych wciąż wiążą się dość duże trudności – zauważa ekspert.

Jak wynika z listopadowej analizy Carsmile, przeprowadzonej na modelu Peugeot 208 w różnych wersjach, różnica w cenie zakupu auta elektrycznego w zestawieniu z benzynowym (porównując koszty użytkowania) zwróci się po 11 latach, a w przypadku diesla – po niemal 10 latach.

Inwestowanie społecznościowe zdobywa w Polsce rosnącą popularność. Warszawska giełda widzi w nim potencjał

Crowdinvesting – odmiana crowdfundingu – to forma inwestowania społecznościowego, w której w zamian za wsparcie inwestor otrzymuje określone prawa majątkowe czy własnościowe spółki. Jest szczególnie atrakcyjnym sposobem na pozyskiwanie kapitału dla małych spółek i start-upów. W Polsce zdobywa coraz większą popularność, choć wciąż daleko nam do rozwiniętych rynków, takich jak Wielka Brytania czy Skandynawia. Potencjał w crowdinvestingu dostrzega jednak warszawska giełda, która chce rozwijać ten rynek i uruchomiła dedykowany mu program.

Crowdfunding jest fenomenem, który dobrze rozwija się także w Polsce. W zeszłym roku mieliśmy około 50 kampanii crowdfundingowych, a więc proporcjonalnie do PKB wciąż jest ich mniej niż np. w Wielkiej Brytanii czy Skandynawii, ale plasujemy się już niedaleko krajów południa Europy. Mieścimy się w europejskiej średniej – mówi agencji Newseria Biznes dr Marek Dietl, prezes Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie.

Crowdfunding, czyli finansowanie społecznościowe, to coraz popularniejsza forma pozyskiwania kapitału, z której chętnie korzystają zwłaszcza małe spółki, start-upy i rozwijające się projekty. Jak podaje branżowy Comparic.pl, ubiegły rok był dla polskiego crowdfundingu rekordowy, tylko w jego pierwszej połowie 20 największych projektów zgromadziło prawie 40 mln zł. Jedną z największych była przeprowadzona w lutym ub.r. akcja społecznościowego finansowania Wisły Kraków. Na platformie Beesfund klub, który borykał się z poważnymi problemami finansowymi, zaoferował 40 tys. akcji po 100 zł. Wszystkie zostały sprzedane w ciągu zaledwie 24 godzin, a sprzedaż akcji pozwoliła Wiśle uniknąć bankructwa i usunięcia z polskiej Ekstraklasy. W efekcie crowdfundingowej akcji około 9 tys. kibiców-inwestorów przejęło ok. 5 proc. akcji klubu, który w dobę pozyskał 4 mln zł.

W Polsce w takich kampaniach, gdzie na platformie crowdfundingowej można wygodnie zapisać się na akcje spółki, przeważnie zbierany jest milion złotych. Zwykle inwestujemy w te przedsiębiorstwa czy produkty, które wydają nam się ciekawe. W Skandynawii dużo środków po bardzo atrakcyjnej wycenie pozyskała firma, która zaprojektowała plecak odporny na kradzieże ze strony kieszonkowców. To okazało się dużym sukcesem, bo ludzie chcieli się zaangażować. W Polsce też pojawia się coraz więcej ofert, które mają właśnie taki podtekst emocjonalny – mówi dr Marek Dietl. – GPW z partnerami crowdfundingowymi, czyli biurami maklerskimi, które mogą w pełni legalnie przeprowadzać profesjonalnie tego typu kampanie, koncentruje się na crowdinvestingu. Ten zakłada, że inwestujemy w spółkę po to, żeby na niej zarobić. Oczywiście dobrze jest, jeśli produkt nas przekonuje, ale przede wszystkim patrzymy na parametry ekonomiczne.

W przypadku crowdfundingu, np. akcji charytatywnych czy projektów artystycznych, inwestor w zamian za wsparcie finansowe w postaci jednorazowej darowizny dostaje potwierdzenie wpłaty bądź inne świadczenia niefinansowe. Natomiast w przypadku crowdfundingu inwestycyjnego (crowdinvestingu) otrzymuje określone prawa majątkowe czy własnościowe (akcje, udział w zyskach etc.).

– To pewien fenomen w świecie inwestycyjnym, szczególnie na rynkach rozwiniętych, jak Wielka Brytania czy Skandynawia, gdzie świętowane są tysięczne transakcje. W skrócie jest to sposób na uczestnictwo w debiucie spółki czy w pozyskiwaniu przez spółkę kapitału w sposób zderegulowany. To rozwiązanie szczególnie atrakcyjne dla małych firm, które pozyskują relatywnie mniejsze pieniądze – w Polsce ten limit wynosi 1 mln euro, w Unii Europejskiej maksimum do 8 mln euro – mówi dr Marek Dietl.

Crowdinvesting jest skierowany do inwestorów indywidualnych, a emisje do 1 mln euro mogą odbywać się na zasadach uproszczonych. Jego zaletą jest zwiększenie dostępu do finansowania dla MŚP, a eksperci prognozują, że w związku z ograniczeniami dla małych ofert obligacji i rosnącym popytem na finansowanie pozabankowe ten segment będzie się rozwijał. Potencjał dostrzegła w nim też warszawska giełda.

Dla GPW jest to o tyle ważny kierunek, że przyciąga nowy typ inwestorów, którzy do tej pory uważali, że inwestowanie na giełdzie jest zbyt skomplikowane, bądź nie znajdowali spółek dostatecznie dla nich ciekawych – mówi dr Marek Dietl. – To jest nowy segment spółek i docelowo część z nich odniesie spektakularny sukces i zadebiutuje na Głównym Rynku GPW.

W październiku GPW uruchomiła specjalny program dedykowany rozwojowi crowdfundingu i crowdinvestingu. Jest on przeznaczony dla domów maklerskich, które oferują usługi w zakresie finansowania i inwestowania społecznościowego. Jako pierwszy przystąpił do niego Dom Maklerski INC, który prowadzi platformę crowdinvestingu CrowdConnect.pl.

Wierzymy, że, po pierwsze, ten rynek zostanie „ucywilizowany” dzięki temu, że zaangażowaliśmy się w niego instytucjonalnie, po drugie, że coraz więcej spółek będzie chciało skorzystać z tej metody pozyskiwania środków i zaadresowania swojej oferty do zdywersyfikowanej bazy akcjonariuszy – mówi dr Marek Dietl.

Pełną ścieżkę w ramach Programu Crowdfundingowego GPW przeszła już spółka Plantwear – producent lifestyle’owych akcesoriów drewnianych. W ubiegłym roku w kampanii crowdinvestingowej na CrowdConnect.pl i prywatnej emisji akcji spółka pozyskała łącznie 1 mln zł, a na początku stycznia tego roku zadebiutowała na rynku NewConnect.

Według szacunków platformy Crowdway rynek crowdfundingu w Polsce wart jest ponad 500 mln zł (to wyliczenie dotyczy wszystkich form). Crowdfunding dłużny i udziałowy stanowią wciąż niewielki udział w tej kwocie, choć liczba kampanii equity crowdfundingowych dynamicznie rośnie.

Spory między Skarbem Państwa a inwestorami coraz częściej kończą się ugodą. W zdecydowanej większości wygrywa jednak państwo

0

Spory publiczno-prywatne najczęściej pojawiają się przy okazji inwestycji infrastrukturalnych i są efektem opóźnień w realizacji kontraktu albo nieprecyzyjnej umowy. Co roku jest ich ok. 3 tys., a w 90 proc. przypadków kończą się sądową wygraną Skarbu Państwa. Rośnie jednak liczba sporów rozwiązywanych w drodze ugody – w ubiegłym roku było ich 84, o łącznej wartości roszczeń sięgającej 1,5 mld zł. Zarówno urzędnicy, jak i przedsiębiorcy coraz częściej widzą korzyść w mediacjach i zawieraniu ugód – zwłaszcza że prawo temu sprzyja, a jeszcze większe możliwości w tym zakresie stworzy od 2021 roku nowe Prawo zamówień publicznych. Barierą pozostaje jednak wciąż pokutujące, zwłaszcza wśród urzędników, przekonanie, że bezpieczniej iść do sądu.

 Spory na linii wykonawca prywatny – inwestor publiczny są w zasadzie immanentną cechą procesów inwestycyjnych. Najwięcej tego typu sporów powstaje na gruncie inwestycji infrastrukturalnych. Nie mówimy tylko o drogach i GDDKiA, ale szerzej, również o budowie budynków użyteczności publicznej – mówi agencji Newseria Biznes Mariusz Haładyj, prezes Prokuratorii Generalnej Rzeczypospolitej Polskiej.

Rokrocznie do Prokuratorii Generalnej RP, która reprezentuje Skarb Państwa przed sądami powszechnymi i polubownymi, trafia około 3 tys. spraw o łącznej wartości roszczeń sięgającej ok. 15 mld zł.

– Najczęstszą przyczyną takich sporów są opóźnienia. Wtedy inwestor zazwyczaj żąda zapłacenia kar umownych, a wykonawca nie zgadza się z ich zasadnością i wysokością, wówczas dochodzi do sporu. Oceniamy stopień zawinienia i skutki, jakie te opóźnienia spowodowały – mówi Mariusz Haładyj. – Inną przyczyną bywa brak precyzji postanowień umownych. Dlatego często zwracamy uwagę na to, żeby na etapie konstruowania umów poświęcić temu jak najwięcej czasu. Im lepiej przygotujemy umowę, im ona będzie bardziej precyzyjna, tym mniejsze ryzyko późniejszych sporów na gruncie interpretacji postanowień umownych.

Niemal 90 proc. sporów kończy się ostatecznie wygraną państwa przed sądem.

 W ostatnich latach liczba sporów utrzymuje się na podobnym poziomie. Natomiast częściej dochodzi do rozwiązania sytuacji spornych w sposób polubowny. Strona publiczna i prywatna częściej podpisują ugodę – potwierdza Mariusz Haładyj.

Według danych Prokuratorii Generalnej, w 2018 roku wartość roszczeń w sporach zakończonych ugodą wyniosła 1,2 mld zł, a rok później – niemal 1,5 mld zł. Spośród spraw zamkniętych w 2019 roku zawarto 84 ugody, podczas gdy rok wcześniej jedynie 22. To znaczący przyrost, a do tego dochodzą jeszcze inne sprawy w tym sektorze, w których ugodę zawierały inne jednostki z sektora finansów publicznych.

Statystyki dotyczące pozasądowego rozstrzygania sporów publiczno-prywatnych wciąż jednak nie są imponujące – większość spraw trafia na długie lata do sądu, ze szkodą dla gospodarki. Zarówno urzędnicy, jak i przedsiębiorcy coraz częściej widzą jednak korzyść w mediacjach i zawieraniu ugód, mimo że proces ten nie jest łatwy i nie wszystkie sprawy się do tego nadają.

– Zaletą mediacji jest obniżenie kosztów postępowania i skrócenie jego czasu. Tam, gdzie nie opłaca się prowadzić długoletnich sporów, które mogą być przegrane, należałoby z tej formy korzystać, jeżeli w opinii prawników prawdopodobieństwo zakończenia sporu z niższymi kosztami jest większe na drodze mediacji – mówi Zbigniew Wrona, radca prezesa Najwyższej Izby Kontroli.

Jedną z barier dla mediacji i zawierania ugód jest pokutujące, szczególnie wśród urzędników, przekonanie, że bezpieczniej iść do sądu. Firmy z sektora publicznego korzystają z mediacji, ale nadal boją się odpowiedzialności i tego, czy postępują zgodnie z prawem. Tymczasem bezzasadne odrzucenie racjonalnej propozycji ugodowej, które prowadzi do przegrania procesu i wydatkowania większych kwot, może wręcz budzić wątpliwości w zakresie gospodarności.

Eksperci zwracają też uwagę, że barierą dla polubownego zakończenia sporów jest też brak umiejętnego zastosowania istniejących rozwiązań prawnych. Wprowadzone w 2016 i 2017 roku rozwiązania legislacyjne znacząco usprawniły prowadzenie mediacji pomiędzy sektorem prywatnym a publicznym, a artykuł 54 a ustawy o finansach publicznych stwarza duże możliwości zawierania ugód w sporach publiczno-prywatnych. Jeszcze większe zapewni nowe Prawo zamówień publicznych, które ma wejść w życie w 2021 roku.

Oferuje ono paletę rozwiązań, które zmniejszają ryzyko zaistnienia konfliktów i sytuacji spornych, natomiast w sytuacji, kiedy one powstają, stwarza mechanizmy do tego, żeby spróbować rozwiązać je w sposób koncyliacyjny. To np. obowiązek współpracy zamawiającego i wykonawcy przy realizacji umowy. To również określone rozwiązania przewidziane w umowach, a więc płatności częściowe, zaliczkowanie, określone formuły związane z akceptowaniem bądź brakiem akceptacji podwykonawców – wymienia Hubert Nowak, prezes Urzędu Zamówień Publicznych.

Eksperci zgodnie twierdzą, że już w tej chwili prawo sprzyja ugodom i pozasądowemu rozstrzyganiu sporów pomiędzy sektorem publicznym a prywatnym. Ważna jest zmiana nastawienia, nawyków i pozbycie się obaw.

– Wdrożenie każdego rozwiązania prawnego wymaga czasu, dobrych praktyk i liderów, a więc podmiotów, które pokażą, że rzeczywiście zaistniały problemy i dało się je rozwiązać w ten sposób. To sprawi, że liczba sporów rozwiązywanych ugodowo będzie rosła, bo każdy spór ma negatywny wpływ na realizowaną inwestycję, np. wpływ kosztowy, terminowy, społeczny, ale także wpływ na kolejne postępowania prowadzone przez inwestorów, ponieważ konflikty mogą być interpretowane jako nienależyte wykonanie umowy przez danego wykonawcę i blokować mu możliwość udziału w kolejnych postępowaniach – podkreśla Hubert Nowak.

Utraty danych doświadczyło co piąte małe i średnie przedsiębiorstwo. To dla firmy ryzyko przestoju, a nawet bankructwa

Dane i ich analiza są dziś dla wielu firm podstawą działalności. Ich utrata może oznaczać wysokie koszty, osłabienie zaufania klientów i partnerów oraz niemożność kontynuowania działalności, prowadząc nawet do bankructwa. W Polsce w ubiegłym roku doświadczyło tego 18 proc. małych i średnich firm. Ryzyko utraty danych minimalizuje regularny backup, czyli tworzenie kopii zapasowej, przechowywanej w bezpiecznym miejscu. W razie utraty plików, e-maili czy innych danych kopia zapasowa pozwala przywrócić je w oryginalnej formie. Pojawiają się na rynku nowe, inteligentne modele tworzenia kopii zapasowej, pozwalające odzyskać dane w ciągu kilku minut.

W realiach cyfrowej transformacji dane są motorem napędowym dla biznesu i całej gospodarki. Jak podaje Polski Instytut Ekonomiczny, wartość gospodarki opartej na danych jest w Polsce szacowana na 6,2 mld euro, a w 2025 roku może to już być między 7,9 mld a nawet 12 mld euro. Znaczenie danych jako głównego zasobu przyszłości podkreślają Komisja Europejska i OECD, a brytyjski „The Economist” uznał je za najważniejszy surowiec XXI wieku.

Dla przedsiębiorstw dane i ich analiza stanowią dziś filar działalności, są wykorzystywane m.in. do poprawy procesów biznesowych, w celach reklamowych, marketingowych, do zarządzania wydajnością produkcji czy podejmowania decyzji inwestycyjnych. Według McKinsey Global Institute firmy napędzane przez dane mają o 23 razy większą szansę na pozyskiwanie nowych klientów i sześciokrotnie większą na ich późniejsze zatrzymanie. IDC szacuje z kolei, że na koniec ubiegłego roku światowe przychody z rozwiązań Big Data i analityki biznesowej (BDA) przekroczyły  189 mld dol. (wzrost o 12 proc. r/r), a do 2022 roku sięgną już 274,3 mld dol.

Branże, które najwięcej inwestują w duże zbiory danych i rozwiązania analityki biznesowej, to m.in. bankowość, produkcja i usługi profesjonalne, ale wykorzystanie danych warunkuje także konkurencyjność całego sektora MŚP.

– Dla wielu małych przedsiębiorstw dane są dziś najważniejszym elementem ich działalności. Potrzebują ich, żeby się rozwijać i prowadzić interesy. W przypadku utraty danych, niezależnie od przyczyny, ich odzyskanie może zająć miesiące, a wtedy może być już za późno – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Elijah Rhyne, specjalista ds. PR i marketingu w Synology.

Jak wynika z badań One System („Bezpieczeństwo przechowywania danych w MŚP”), koszt przestoju średniej wielkości firmy w Polsce to około 10 tys. zł netto za godzinę, co przy ośmiogodzinnym dniu przekłada się na kwotę 80 tys. zł netto. Taka strata może skutkować nawet utratą płynności finansowej. Szkody nie ograniczają się tylko do sfery finansowej – awarie mogą zaszkodzić reputacji firmy, osłabić lojalność jej klientów i wpłynąć na relacje z dostawcami oraz partnerami biznesowymi (np. jeżeli na komputerach firmowych są przechowywane wrażliwe dane o pracownikach czy klientach).

Tymczasem w Polsce w ubiegłym roku utraty danych doświadczyło 18 proc. małych i średnich firm. Z badań na zlecenie One System wynika też, że firmy są nieprzygotowane na zagrożenia: blisko co piąta przechowuje dane na komputerach pracowników, co stanowi duże zagrożenie dla ochrony wrażliwych informacji. Największe ryzyko stwarzają awarie sprzętowe (65 proc.), błędy pracowników (59 proc.) i ataki hakerskie (40 proc.).

– Coraz więcej firm zaczyna sobie uświadamiać znaczenie właściwego zarządzania danymi. W miarę jak technologia staje się coraz bardziej rozpowszechniona, ludzie zdają sobie sprawę z tego, że wszystkie istotne dane można stracić na wiele różnych sposobów. Można zaobserwować coraz większe potrzeby i świadomość w tej dziedzinie – mówi ekspert Synology.

Powodów utraty danych może być wiele. Według statystyk firmy Kroll Ontrack, największego laboratorium odzyskiwania danych, w 56 proc. przypadków ich utrata jest wynikiem awarii sprzętu, a 26 proc. – błędu człowieka. Pozostałe przyczyny to błędy oprogramowania (9 proc.), wirusy (4 proc.) oraz katastrofy naturalne, jak powodzie czy pożary (2 proc.). W ciągu ostatnich 25 lat najtrudniejsze przypadki dotyczące odzyskiwania danych były związane z fizycznym uszkodzeniem sprzętu, spaleniem bądź zalaniem nośników danych.

Ryzyko utraty danych minimalizuje regularny backup, czyli tworzenie kopii zapasowej danych, przechowywanej w bezpiecznym miejscu. W razie utraty plików, e-maili czy innych danych kopia zapasowa pozwala przywrócić je w oryginalnej formie.

– Jest wiele technologii tworzenia kopii zapasowych. Duże znaczenie ma teraz wydajność i szybkość. Synology oferuje oprogramowanie do deduplikacji danych. W skrócie pozwala ono uniknąć tworzenia wielu kopii zapasowych tych samych danych. Na przykład, gdy edytujemy plik roboczy, musimy ponownie wykonać jego kopię zapasową. Oprogramowanie zapisze tylko zmiany, bez zbędnych elementów – mówi Elijah Rhyne.

Badanie Kroll Ontrack pokazuje, że większość użytkowników prywatnych i biznesowych (67 proc.) wykonuje kopie zapasowe – 58 proc. badanych przyznało, że robi to codziennie, natomiast 30 proc. tworzy backup raz w tygodniu lub raz w miesiącu. Z drugiej strony duża liczba użytkowników sprzętu elektronicznego, bo aż 33 proc., wciąż nie tworzy backupu. Większość tłumaczy to tym, że jest to czasochłonne i żmudne. Jedna z podstawowych reguł to 3-2-1, zgodnie z którą należy zawsze mieć trzy backupy na dwóch różnych nośnikach i przynajmniej jeden z nich poza domem lub firmą.

Tworzenie kopii firmowych danych ułatwiają jednak technologie. Na odbywającym się w Las Vegas wydarzeniu Pepcom Synology prezentuje m.in. bezlicencyjne aplikacje do backupu całej infrastruktury IT – Active Backup for Business oraz Active Backup for Office 365 i G Suite, które umożliwiają scentralizowane tworzenie kopii zapasowych dla systemów i usług VMware, Hyper-V, Windows, Office 365 i G Suite oraz pozwalają na zarządzanie nimi z jednej prostej konsoli.

– Active Backup to nasz program do tworzenia kopii zapasowych dla firm. Jest stale aktywny i działa natychmiastowo. Jeżeli firma potrzebuje wykonać całą serię aktualizacji serwera albo całego systemu, Active Backup dopilnuje, aby wszystko zostało wcześniej zapisane, a w przypadku poważnej awarii dane zostaną przywrócone w kilka minut – wyjaśnia Elijah Rhyne. – To oprogramowanie jest bezlicencyjne oraz obsługiwane w pełnym zakresie przez większość modeli Synology NAS.

Prezes ULC: Coraz większa liczba dronów i podniebnych taksówek wymaga zapewnienia bezpieczeństwa. Wkrótce w życie wejdą nowe unijne przepisy

Firma konsultingowa Roland Berger  szacuje, że do 2050 roku w użyciu może być nawet 100 tys. dronów pasażerskich. Uber z kolei chce do 2023 roku obsługiwać latające taksówki. Niemiecki Volocopter niedawno zaprezentował zaś pierwszy na świecie port powietrznych taksówek. Szersze wykorzystanie podniebnego transportu może stanowić zagrożenie dla ruchu lotniczego. – Potrzebny jest system kontroli ruchu powietrznego działający wspólnie ze służbami publicznymi oraz większa świadomość społeczna – ocenia Piotr Samson, prezes Urzędu Lotnictwa Cywilnego.

– Jeśli chodzi o drony, nowych użytkowników przestrzeni powietrznej, muszą być one tak samo bezpieczne jak dotychczasowe lotnictwo. Przewidujemy, że ten ruch zacznie się na małych wysokościach nad miastami, nie będzie bezpośrednio kolidował z dużym ruchem lotniczym. Natomiast ważna jest kwestia  elementu przejściowego, czyli wysokości 120–150 metrów nad miastem, i szczególnie w obszarze lotnisk, aby tutaj nie było konfliktu – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Piotr Samson, prezes Urzędu Lotnictwa Cywilnego.

Dla większości osób mobilność w mieście kojarzy się z elektrycznymi i autonomicznymi samochodami poruszającymi się po coraz bardziej zatłoczonych ulicach. Postępy w dziedzinie napędu elektrycznego, technologii autonomicznych lotów i sieci komunikacyjnych 5G sprawiają jednak, że już wkrótce pojawią się komercyjne usługi dronów pasażerskich. Wkrótce mają być uruchomione projekty pilotażowe pasażerskich dronów w Dubaju, Singapurze, Los Angeles czy Dallas. Firma konsultingowa Roland Berger ocenia, że do 2025 roku w użyciu będzie ok. 3 tys. dronów pasażerskich. W 2050 roku może ich być nawet 100 tys. i będą służyć jako taksówki lotnicze.

Uber chce stać się platformą do połączenia usług taksówek powietrznych. Wyznaczył harmonogram obsługi pierwszych komercyjnych miejskich taksówek lotniczych do 2023 roku. Volocopter, niemiecka firma urban air mobility (UAM), niedawno zaprezentowała pierwszy na świecie port taksówek powietrznych do całkowicie autonomicznych lotów. Airbus zainwestował ogromne środki w projekty UAM, w tym w Vahanę – platformę e-VTOL (electric Vertical Take-Off and Landing) dla jednego pasażera, Voom – platformę rezerwacji helikopterów na żądanie – i City Airbus, czyli platformę e-VTOL dla czterech pasażerów. Wszystko to sprawia, że konieczny jest system do kontroli ruchu powietrznego.

– Policja nie będzie zabezpieczać ruchu lotniczego. Mogą latać drony policyjne, natomiast wszystko będzie się opierać na zarządzaniu z ziemi. To jest dość skomplikowany system, ale będzie dostępny również dla obywateli. Docelowo obywatel będzie mógł telefonem komórkowym zrobić zdjęcie drona, który nad nim przelatuje, i dostanie informację, kto jest jego właścicielem, dokąd on leci i czy powinien być w tym miejscu – mówi Piotr Samson.

W tym roku mają wejść w życie unijne przepisy, które kompleksowo uregulują rynek dronów i ujednolicą zasady we wszystkich krajach UE. Jedną z większych zmian będzie obowiązek rejestracji operatorów dronów – pilotów wykonujących loty bezzałogowymi statkami powietrznymi o masie większej niż 250 g. Rejestracja będzie prowadzona w systemie elektronicznym, a dostęp do informacji będą mieć nadzór lotniczy i policja. Kolejną zmianą ma być obowiązek certyfikacji dronów. W Polsce rynek jest już w dużej mierze uregulowany – loty poza zasięgiem wzroku są np. dopuszczone po poinformowaniu Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej o ich zamiarze co najmniej siedem dni przed ich wykonaniem.

– Żeby ruch powietrzny taksówkami powietrznymi i dronami był bezpieczniejszy, mamy trzy elementy: technologiczny, czyli musimy mieć system, który będzie kontrolował ten ruch – i będzie to ruch autonomiczny. Po drugie, służby publiczne takie jak policja muszą być ścisłym elementem systemu i wszyscy muszą wiedzieć, że policja będzie uprawniona do wręczania mandatów za wykonywanie nieuprawnionych lotów. Trzeci element to ogólna świadomość społeczna – wymienia Piotr Samson.

W ciągu pięciu lat w Polsce pojawią się superszybkie lewitujące pociągi. Polacy opracowują pojazdy mogące poruszać się z prędkością 415 km/h po obecnej infrastrukturze

Pociągi bez maszynisty czy napędzane wodorem mogą być przyszłością transportu kolejowego. Innym rozwiązaniem, testowanym już w części krajów, mogą być pociągi-pociski. Nie jeżdżą, a raczej lewitują nad torami, i rozwijają prędkość kilkuset kilometrów na godzinę. Innowacyjna kolej magnetyczna wykorzystuje korytarze transportowe kolei konwencjonalnych. Polacy opracowali również nowatorski projekt pociągu Magrail, który będzie mógł poruszać się po istniejącej już infrastrukturze z prędkością nawet do 415 km/h.

– Skupiamy się na systemie Magrail, który jest inspirowany Hyperloopem. Docelowo ma doprowadzić do kolei próżniowej, natomiast polega najpierw na modernizacji istniejącej infrastruktury kolejowej do standardu kolei magnetycznej bez potrzeby budowania zupełnie nowych tras. Po jednej zmodyfikowanej linii kolejowej mogą na zmianę jeździć konwencjonalne pociągi na kołach i pociągi na pasywnej poduszce magnetycznej, które są znacznie szybsze, zużywają mniej energii i mogą znacznie częściej kursować – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Przemysław Pączek, prezes Hyper Poland.

Wszystko zaczęło się kilka lat temu, kiedy Elon Musk ogłosił konkurs na projekt nowego środka transportu – Hyperloop. Swój projekt zaprezentowali także studenci Politechniki Warszawskiej, a prototyp maszyny przetestowali w SpaceX. Naukowcy opracowali nie tylko Hyperloop, czyli projekt lewitującej kapsuły napędzanej przez pozbawioną ciśnienia, szczelnie zamkniętą rurę, ale też projekt pojazdu typu Magrail. Wykorzystuje on koła tylko do przyspieszania i hamowania, a gdy osiąga docelową prędkość, zaczyna lewitować.

– Polega to na domontowaniu pomiędzy szynami konwencjonalnymi silnika liniowego, czyli takiej trzeciej szyny, która zapewnia napęd, hamowanie, i po bokach toru magnetycznego, czyli specjalnie wyprofilowanych płyt, które pozwalają na unoszenie się pojazdu powyżej 50 km/h. To wszystko jest mocowane do klasycznych podkładów kolejowych – tłumaczy Przemysław Pączek.

Pociągi działają na zasadzie odpychania magnetycznego między wagonami a torem. Lewitacja magnetyczna jest możliwa dzięki elektrodynamicznemu układowi zawieszenia. Szyny lub prowadnice zawierają dwa zestawy połączonych krzyżowo cewek, które tworzą elektromagnesy. W samym pociągu znajdują się elektromagnesy nadprzewodzące. Kiedy pociąg powoli się porusza na kołach kolejowych, dochodzi do interakcji między magnesami spod pociągu z tymi z prowadnicy. Gdy pociąg osiągnie określoną prędkość, siła magnetyczna jest wystarczająco silna, aby podnieść go z ziemi, eliminuje tarcie, aby umożliwić coraz większe prędkości.

– W systemie Magrail na torach konwencjonalnych, takich, które w Polsce modernizujemy do 160 km/h, będą mogły jeździć 300 km/h, a na szybszych liniach, takich jak Polska Centralna Magistrala Kolejowa czy we Francji linie dużych prędkości TGV, do 415 km/h, zużywając tyle energii, co obecnie pociągi konwencjonalne zużywają przy 300 km/h – przekonuje ekspert.

Tego typu pociągi są już testowane na świecie, przede wszystkim w Azji. Już w 2015 roku pociąg Maglev pobił dwa poprzednie rekordy prędkości lądowej dla pojazdów szynowych i osiągnął 603 km/h. Działające już pociągi Maglev w Szanghaju, Chinach i Korei Południowej jeżdżą z prędkością odpowiednio od 68 do 268 mil na godzinę. Same Chiny mają ponad 27 tys. kilometrów szybkich torów kolejowych. W 2009 roku system Maglev został zatwierdzony i wszedł do budowy komercyjnej.

Japońska linia Chuo Shinkansen ma połączyć Tokio z Nagoją do 2027 roku, a podróż zajmie tylko 40 minut, czyli krócej niż przelot między dwoma miastami. W ubiegłym roku także Chiny zaprezentowały prototypowy pociąg Maglev, który może poruszać się z prędkością 600 km/h, a pojazd przejdzie do produkcji komercyjnej w 2021 roku.

– W pierwszej połowie 2021 roku planujemy oddać już pełnoskalowy tor testowy i tam już będzie można zobaczyć, jak taki pojazd będzie jeździł. Potem potrzebujemy jeszcze około półtora roku na badania, testy i kolejne dwa lata na pilotaż już na dłuższej linii, kilkanaście kilometrów lub więcej. Na rynek ten produkt powinien trafić za około pięć lat – zapowiada Przemysław Pączek.

Jak zaznacza prezes Hyper Poland, polskim projektem zainteresowały się już inne kraje, nie tylko europejskie, ale też m.in. Indie czy Brazylia.

– W najbliższych tygodniach będziemy uruchamiać kampanię equity crowdfunding na brytyjskiej platformie Seedrs. Od około 20 euro w górę będzie można inwestować w nasz projekt. Finansowanie społecznościowe oznacza dużą liczbę inwestorów, ostatnim razem to było 470 inwestorów z 30 krajów. Liczymy, że tym razem będzie ich znacznie więcej – mówi Przemysław Pączek.

Odrobina nieuwagi i ferie mogą kosztować krocie

Ponad 4,6 mln uczniów uda się niebawem na zasłużony wypoczynek*. Duża część ferie zimowe spędzi na stokach, także zagranicznych. Taki wyjazd wiąże się jednak z możliwością wystąpienia nieprzewidzianych zdarzeń. Jak się do niego przygotować, aby po powrocie zamiast dziury w budżecie pozostały jedynie dobre wspomnienia?

Problemy mogą zacząć się już w drodze

Ferie zimowe często stają się okazją do wyjazdu na urlop dla całej rodziny. Obecność w Polsce i w niedalekim sąsiedztwie wysokiej jakości kurortów i ośrodków narciarskich sprawia, że chętnie wybieranym środkiem transportu na wypoczynek jest samochód. Nie zapominajmy jednak, że przepisy obowiązujące na polskich drogach różnią się od tych za granicą i nawet nieznacznie przekroczona prędkość może skończyć się wysokim mandatem. Przed wyjazdem, oprócz poziomu oleju i płynu do spryskiwaczy, warto także sprawdzić, czy w naszym bagażniku znajdują się wymagane, niezbędne akcesoria. Należy także pamiętać o nieprzewidzianych sytuacjach, jakie mogą nas spotkać w trakcie podróży.

Problemy z akumulatorem czy przebita opona to tylko niektóre zdarzenia, jakie mogą nas spotkać podczas zimowych podróży. Tego typu sytuacje są bardzo stresujące, zwłaszcza gdy jesteśmy w obcym kraju. Warto więc zawczasu wykupić polisę assistance, która zapewni nam pomoc w postaci odholowania do najbliższego warsztatu, wymianę opony czy nawet pokrycie kosztów noclegu na czas naprawy. Jeśli natomiast zamiast samochodu wybierzemy samolot, to pomyślmy o ubezpieczeniu bagażu. Utrata drogiego sprzętu narciarskiego może skutecznie popsuć nam resztę wyjazdu, jeśli nie jesteśmy odpowiednio zabezpieczeni – mówi Karolina Trzeciakiewicz z ANG Spółdzielni.

Jeden wypadek, podwójne koszty

Jazda na nartach czy snowboardzie wymagają odpowiedniego przygotowania. Dopasowany kask, gogle i odblaski to absolutne minimum, jakie musimy spełnić przed wejściem na stok. Niestety, nawet tak zabezpieczeni musimy liczyć się z możliwością wypadku. Coraz więcej Polaków nie rusza się już za granicę bez karty EKUZ, jednak nie zapewnia ona darmowej pomocy w każdej sytuacji. Jeżeli do wypadku dojdzie w wysokiej partii gór, to oprócz kosztów związanych z ratownictwem – samo wystartowanie helikoptera to nawet 5000 euro, nie mówiąc już o wykorzystaniu specjalistycznego sprzętu czy wykfalifikowanych ratowników – możemy być obciążeni także tymi za udzielenie pomocy w miejscowym szpitalu. Nie wszystkie bowiem mają podpisane umowy o współpracy z polskim NFZ, nie każdy zabieg, badanie czy inne świadczenie będzie tak samo bezpłatne za granicą, jak i w Polsce – przepisy odnośnie publicznej służby zdrowia obowiązują w zależności od danego kraju, w którym aktualnie przebywamy. Przede wszystkim jednak karta EKUZ nie zapewnia kosztów transportu do kraju.

Musimy także pamiętać, że przy zderzeniu z innym użytkownikiem stoku, to my jesteśmy odpowiedzialni za pokrycie kosztów jego leczenia i ewentualnego odszkodowania. W przypadku sportów zimowych warto więc pomyśleć o polisie, która zapewni nie tylko nam pomoc medyczną wraz z transportem do kraju oraz NNW – szczególnie pomocne na etapie późniejszej rehabilitacji, ale także OC w życiu prywatnym, dzięki któremu to towarzystwo ubezpieczeniowe pokryje wydatki ciążące na sprawcy – związane np. z nieumyślnym wjechaniem w kogoś na stoku  – dodaje Karolina Trzeciakiewicz.

Koszty udzielenia pomocy za granicą mogą wynieść nawet tysiące zł – dzień pobytu w szpitalu we Włoszech, Austrii czy Szwajcarii może kosztować od 1500 zł do 3500 zł. Do tego dochodzą te związane z organizacją transportu do Polski, które w przypadku samolotu oznaczają wydatek rzędu nawet kilkudziesięciu tysięcy zł. Jeżeli podczas wypadku poturbowaliśmy dodatkowo inną osobę, to całe zdarzenie, oprócz cierpień związanych z uszczerbkiem na zdrowiu, może uszczuplić domowy budżet o niemałą fortunę. Warto więc zawczasu zabezpieczyć się przed tego typu zdarzeniami. Koszt dobrze przygotowanej polisy turystycznej to zaledwie kilka, kilkanaście zł dziennie. Pamiętajmy, aby przy podpisywaniu umowy ubezpieczeniowej zwrócić uwagę m.in. na to, czy polisa jest rozszerzona o uprawianie sportów zimowych albo np. jazdę poza wyznaczonymi szlakami.

* Dane Ministerstwa Edukacji Narodowej

Źródło: ANG Spółdzielnia

Nowa strona www dla firmy. Inwestycja, która się opłaca

Strony internetowe w przypadku firm stanowią ich wizytówkę w sieci. Jeśli jako przedsiębiorstwo nie zadbasz o własną, profesjonalną witrynę w sieci, zostawiasz pole do popisu nie tylko autorom negatywnych opinii, ale także konkurencji, która prześciga cię o kilka kroków. Zobacz dlaczego warto zainwestować w stronę internetową swojej firmy.

Dlaczego posiadanie profesjonalnej strony www jest ważne?

Współcześnie informacji na temat produktów i usług szukamy w internecie. Swoje pierwsze kroki kierujemy do Google, która jest największą wyszukiwarką na świecie. Mówi się, że jeśli nie ma cię w Google, to nie istniejesz i dużo w tym prawdy. Dlatego każda firma, która na poważnie chce działać w Internecie i stać się rozchwytywaną firmą w swojej branży, powinna zainwestować w stronę internetową.

Budowa stron internetowych to branża sama w sobie. Wpisując np. zapytanie „budowa stron internetowych warszawa” do wyszukiwarki, natrafisz na wiele firm, które oferują tworzenie stron. Prawdopodobnie klikniesz kilka pierwszych wyników i zdecydujesz się na jedną z firm z TOP5. Zanim jednak podpiszesz umowę z daną firmą, dobrze abyś zrozumiał, że tak jak w każdej branży, także w tej firmy mogą oferować ci różny zakres usług z różnej półki cenowej.

Profesjonalne tworzenie stron w Warszawie. Czym kierować się wybierając wykonawcę?

Dobrze jest zdecydować się na skorzystanie z usług agencji, która specjalizuje się w wykonywaniu stron dla firm z Twojej kategorii, czyli np. sklepów internetowych lub małych i średnich przedsiębiorstw. W przypadku Warszawy taką firmą jest np. WaWMedia (https://wawmedia.pl/budowa-stron-internetowych-warszawa.html). Jest to firma specjalizująca się w stronach internetowych dla średnich firm. W ich przypadku nowa witryna firmowa ma przede wszystkim pomóc zaistnieć w Internecie. Tak, aby potencjalni klienci szukając usługodawcy decydowali się właśnie na tego, a nie innego przedsiębiorcę. W tym celu strona tworzone przez specjalistów z WawMedia są:

  • przystosowane do wygodnego korzystania na smartfonach,
  • szybko się ładują i mają intuicyjne menu,
  • pozwalają na szybki kontakt z firmą, np. za pomocą formularza kontaktowego lub chatu online (tzw. LiveChat),
  • posiadają ładną i nowoczesną szatę graficzną,
  • umieszony na nich oferty jest przejrzysty i łatwo do niego dotrzeć (strony są budowane zgodnie z ideą tzw. Usex Experience).

Poza witryną dobrze jest zainwestować w SEO i online marketing

Sama nowa strona www, która będzie wykonana w profesjonalny sposób, zachęci klientów do korzystania z usług firmy. Jednak to nie wszystko. Jeśli będzie zoptymalizowana pod kątem wymagań Google, znajdzie się wyżej na liście wyników wyszukiwania. Dzięki temu więcej osób będzie na nią wchodziło i decydowało się na współpracę. Bardzo dobrze wie to agencja WawMedia. Dlatego poza tworzeniem stron www, oferuje działania SEO, prowadzenie kampanii Google Ads, hostingi, opiekę informatyczną, grafikę i fotografię reklamową. Trzeba bowiem mieć świadomość, że najlepsze rezultaty dają kompleksowe i spójne działania. Wówczas efekty przyjdą na 100%. Więcej na temat oferty WawMedia w Warszawie znajdziesz na https://wawmedia.pl/.

Jeżeli nie lokata, to co? Alternatywy dla inwestowania w lokaty bankowe

Aktualne oprocentowanie trzymiesięcznych lokat bankowych waha się od 2 do 3% w stosunku rocznym. Jednocześnie według danych podanych przez GUS w grudniu 2019, aktualna stopa inflacji wynosi 3,4%. W dodatku ekonomiści prognozują jej dalszy wzrost. Wyższe będą między innymi ceny energii, a napięta sytuacja na Bliskim Wschodzie zawsze skutkowała wzrostem cen paliw. Na razie otwarte pozostaje pytanie, czy NBP odpowie na wzrost inflacji podwyższeniem stóp procentowych. To mogłoby doprowadzić do podwyższenia oprocentowania lokat. Póki co, wygląda jednak na to, że po uwzględnieniu inflacji, na lokatach bankowych w Polsce raczej można stracić, a nie zarobić.

Inwestorzy nie mają wyjścia, muszą poszukać innych form lokowania kapitału. A nie jest to takie proste, szczególnie dla inwestorów detalicznych. W przypadku inwestycji innych niż lokaty bankowe pojawia się coś, czego detaliczni inwestorzy boją się jak ognia – ryzyko. Radzenie sobie z ryzykiem wymaga przede wszystkim wiedzy. Jest jeszcze jeden czynnik powstrzymujący inwestorów przed inwestycjami innymi niż lokaty bankowe – to konieczność przyjęcia aktywnej postawy. Poszukanie atrakcyjnej okazji inwestycyjnej wymaga zaangażowania i czasu. Jednak, jeżeli chcemy zrezygnować z lokat bankowych, nie mamy innego wyjścia.

Opcja dla mniej doświadczonych – lokaty inwestycyjne i fundusze inwestycyjne

Instytucje finansowe oferują takie produkty jak lokaty inwestycyjne lub fundusze z lokatą. Gwarantują one zwrot kapitału i bardzo niewielkie odsetki, dodatkowo są powiązane z inwestycją w aktywa finansowe, na przykład indeks giełdowy, kurs walutowy lub złoto. Ta inwestycja jest źródłem drugiej części odsetek, ale nie są one gwarantowane. Całkowity dochód z inwestycji zależy od wyceny instrumentu finansowego powiązanego z lokatą.

Kolejną opcją dostępną dla indywidualnych inwestorów z niewielkim kapitałem są fundusze inwestycyjne. Na inwestycjach w nie można już stracić pieniądze, lecz w przypadku tych mniej ryzykownych zdarza się to bardzo rzadko. Na rynku działa bardzo dużo funduszy inwestycyjnych, różnią się między sobą rodzajem aktywów, w które inwestują. Na funduszach można zarobić znacznie więcej niż na lokacie, pod warunkiem, że ma się szczęście.

Za najbezpieczniejsze uważane są fundusze rynku pieniężnego. Inwestują one w instrumenty o bardzo wysokim stopniu płynności, takie jak bony skarbowe, czy certyfikaty depozytowe NBP lub banków komercyjnych. Dochód z takiej inwestycji z reguły nie przekracza oprocentowania lokat i dodatkowo jest pomniejszany o prowizję instytucji finansowej. Większe dochody mogą przynieść bardziej ryzykowne fundusze, inwestujące w obligacje lub akcje. Ale na nich można też więcej stracić.

Jak wybrać fundusz inwestycyjny? Specjaliści radzą, aby bardziej niż na dochody funduszy w poprzednich okresach patrzeć na prowizje i opłaty. Mogą być one wyższe dla funduszy, które poprzednio dobrze zarabiały. Obecnie w polskich rankingach przodują te działające na rynku złota. Nie ma jednak żadnej gwarancji, że ta tendencja się utrzyma w najbliższej przyszłości.

Opcja ambitna – platformy inwestycyjne

Platformy inwestycyjne dają dostęp nawet do setek instrumentów finansowych. Za ich pośrednictwem możemy kupować akcje, towary, indeksy giełdowe, waluty czy opcje. W tym wypadku żadna instytucja finansowa nie bierze odpowiedzialności za nasze działania. Inwestycje powinny być przemyślane i najlepiej długoterminowe. Inwestor powinien rozumieć podejmowane ryzyko. Pomagają w tym tryby demo dostępne na większości platform. W żadnym wypadku nie należy inwestować poważnych środków, jeżeli wyniki inwestycji w trybie demo nie są zadowalające.

Największe zalety inwestycji za pomocą platform to bardzo niskie koszty transakcji oraz łatwa dostępność ogromnej ilości instrumentów finansowych. Podobnie jak w przypadku funduszy inwestycyjnych należy uważać na opłaty i prowizje.

Co to są inwestycje alternatywne

Ten termin dotyczy inwestycji w inne instrumenty niż klasyczne produkty finansowe. Mogą to być nieruchomości, działa sztuki, antyki, monety, znaczki pocztowe. Do tej grupy zaliczają się też inwestycje w młode przedsiębiorstwa, mające duże szanse na rozwój, czyli tak zwane startupy.

Właśnie w inwestycjach alternatywnych leży przyszłość branży funduszy inwestycyjnych. Ten rodzaj inwestycji wymaga od inwestora ogromnej wiedzy, której często nie ma. Ma ją natomiast fundusz i przekazując ją, oferuje konkretną wartość ograniczając ryzyko inwestycyjne klienta.

Aktualny model działania tradycyjnych funduszy polegający na zbieraniu wpłat od inwestorów tylko po to, aby zainwestować je w złoto, indeks giełdowy, czy portfel spółek traci rację bytu w dobie powszechnej dostępności detalicznych platform inwestycyjnych. Takie fundusze niewystarczająco ograniczają ryzyko, a opłaty i prowizje wielokrotnie przewyższają koszty transakcji wykonanej za pomocą platformy. W przyszłości fundusze będą musiały oferować inwestorom znacznie więcej, aby zarobić na swoją prowizję.

Od 2016 roku w Polsce obowiązuje ustawa pozwalająca na działanie alternatywnych spółek inwestycyjnych. Spółki te mają prawo przyjmować środki od inwestorów oraz inwestować je zgodnie ze swoją polityką inwestycyjną. Wszystko odbywa się pod nadzorem Komisji Nadzoru Finansowego. Choć inwestycje poprzez ASI też bywają ryzykowne, dają inwestorom ogromne możliwości.

Pojęcie utrwalonej praktyki interpretacyjnej organów KAS

Od niemalże trzech lat na gruncie Ordynacji podatkowej obowiązuje instytucja utrwalonej praktyki interpretacyjnej organów Krajowej Administracji Skarbowej (wcześniej Ministra Finansów). Pomimo to wciąż niewielu podatników ma świadomość, w jakim stopniu utrwalona praktyka może wpłynąć na zwiększenie bezpieczeństwa prawnego firmy w trakcie sporu z organem podatkowym. Warto zatem przybliżyć założenia tej instytucji i zwrócić uwagę na jej walor ochronny w procesie stosowania przepisów prawa podatkowego w przedsiębiorstwie.

Cel wprowadzenia

Po pierwsze należy przypomnieć, w jakich okolicznościach zostały uchwalone przepisy dotyczące utrwalonej praktyki interpretacyjnej. Otóż pod koniec 2016 r. Ustawodawca uchwalił ustawę o zmianie niektórych ustaw w celu poprawy otoczenia prawnego przedsiębiorców (Dz. U. z 2016 r., poz. 2255), wprowadzając tym samym z początkiem 2017 r. pakiet przepisów mających ułatwić prowadzenie biznesu, zwłaszcza w sektorze małych i średnich przedsiębiorstw. Jednym z filarów tych zmian było objęcie ochroną prawną tych podmiotów gospodarczych, które nie decydując się na wystąpienie o własną interpretację indywidualną przepisów prawa podatkowego, mogły powołać się na utrwaloną praktykę interpretacyjną organów KAS.

W wymiarze praktycznym Ustawodawca uznał, że w wyniku zmian podatnik stosujący się do utrwalonej praktyki nie będzie obarczony ryzykiem poniesienia dodatkowego obciążenia fiskalnego w przypadku niekorzystnej zmiany wykładni przepisów. Jak wynika bowiem z art. 14n § 4 w związku z art. 14k-14m O.p., w przypadku zastosowania się przez podatnika w danym okresie rozliczeniowym do utrwalonej praktyki interpretacyjnej organów KAS odpowiednio stosuje się przepisy dotyczące wydawanych interpretacji podatkowych. Innymi słowy, do podatnika, który powoła się na utrwaloną praktykę interpretacyjną, znajdzie zastosowanie typowa dla interpretacji indywidualnych zasada nieszkodzenia podatnikom.

Definicja i warunki ochrony

Zgodnie z art. 14n § 5 O.p. przez utrwaloną praktykę interpretacyjną organów KAS rozumie się wyjaśnienia zakresu i sposobu stosowania przepisów prawa podatkowego, dominujące w interpretacjach indywidualnych wydawanych w takich samych stanach faktycznych lub w odniesieniu do takich samych zdarzeń przyszłych oraz w takim samym stanie prawnym, w trakcie okresu rozliczeniowego oraz w okresie 12 miesięcy przed rozpoczęciem tego okresu rozliczeniowego.

„Parasol ochronny” utrwalonej praktyki interpretacyjnej dopełnia art. 14n § 6 O.p., zgodnie z którym w przypadku, gdy do okresu rozliczeniowego oraz okresu 12 miesięcy przed rozpoczęciem tego okresu rozliczeniowego zastosowanie mają wydane w odniesieniu do takiego samego zagadnienia interpretacja ogólna lub objaśnienia podatkowe, wydane w takim samym stanie prawnym przed rozpoczęciem lub w trakcie okresu rozliczeniowego, począwszy od dnia opublikowania takiej interpretacji ogólnej lub zamieszczenia takich objaśnień podatkowych, przez utrwaloną praktykę interpretacyjną należy rozumieć odpowiednio wyjaśnienie zakresu i sposobu stosowania przepisów prawa podatkowego wynikające z interpretacji ogólnej lub wyjaśnienia przepisów prawa podatkowego dotyczące stosowania tych przepisów zawarte w objaśnieniach podatkowych.

Jak już wspomniano wcześniej, zastosowanie się do utrwalonej praktyki interpretacyjnej nie może szkodzić temu, kto się do niej zastosował (art. 14k § 1 i § 2 O.p.). Jednocześnie na podstawie § 3 wskazanego artykułu, w przypadku zmiany lub wygaśnięcia interpretacji, na które powołał się podatnik, stosując utrwaloną praktykę interpretacyjną, w stosunku do takiego podatnika nie wszczyna się postępowania karno-skarbowego lub umarza się uprzednio wszczęte postępowanie oraz nie nalicza się odsetek za zwłokę. Podobnie powołanie się na utrwaloną praktykę po spełnieniu warunków określonych w art. 14m § 1-4 O.p. powoduje zwolnienie z obowiązku zapłaty podatku, jeżeli zobowiązanie nie zostało prawidłowo wykonane w wyniku zastosowania się do wyjaśnień organów KAS dominujących w wydawanych interpretacjach.

Należy jednak dodać, że celem uchwalenia utrwalonej praktyki było zapewnienie każdemu przedsiębiorcy możliwości bezpiecznego stosowania się do wcześniej wydanych interpretacji indywidualnych. Jak to jednak w podatkach bywa, każde odstępstwo od powszechności opodatkowania jest zwykle obwarowane licznymi ograniczeniami. Warto zatem przyjrzeć się omawianym przepisom od strony praktycznej.

Dominujące stanowisko fiskusa

Przede wszystkim podstawową trudność w zdefiniowaniu utrwalonej praktyki interpretacyjnej organów KAS może stanowić ustalenie dominującego stanowiska organów podatkowych w konkretnym obszarze podatkowym i w ściśle określonym przedziale czasu. Dokładne ustalenie dominującego stanowiska fiskusa może być niezwykle trudne, gdyż wiąże się z gruntownym przeglądem urzędowej bazy wydanych interpretacji, która nie należy do szczególnie przyjaznych dla jej użytkowników. Tym samym decyzja o skorzystaniu z utrwalonej praktyki interpretacyjnej powinna być poprzedzona dokonaniem precyzyjnej selekcji wydanych interpretacji pod kątem ich zastosowania do konkretnego stanu faktycznego (zdarzenia przyszłego) w firmie. W przypadku, gdy w konkretnej kwestii podatkowej wykształciła się już jednolita linia interpretacyjna organów KAS, znalezienie kilku lub kilkunastu zbieżnych interpretacji nie powinno stanowić większego problemu.

Zdarza się jednak, że znalezienie tożsamych interpretacji wydanych w tym samym okresie rozliczeniowym oraz w terminie 12 miesięcy poprzedzających ten okres może okazać się niemożliwe. Nadal bowiem występują takie obszary, w których skarbówka odmiennie interpretuje przepisy podatkowe pomimo braku zmian w ich treści. Kluczowe jest zatem, aby dokonana analiza wydanych interpretacji została przeprowadzona w sposób kompleksowy i uwzględniający ewentualne odstępstwa od dominującego stanowiska fiskusa. W przypadku stwierdzenia, że rezultaty wykładni zastosowane w interpretacjach odnoszących się do takich samych stanów faktycznych i w tym samym stanie prawnym znacząco się różnią, możliwość zastosowania utrwalonej praktyki interpretacyjnej będzie co najmniej wątpliwa i może okazać się bardzo ryzykowna dla firmy.

Na co zwrócić uwagę?

W praktyce gospodarczej stosowanie się do praktyki interpretacyjnej jest na porządku dziennym. Należy jednak mieć na uwadze, że nie każdy przypadek powołania się na akt interpretacyjny wydany w indywidualnej sprawie będzie chronił w równym stopniu innego przedsiębiorcę. Wyłącznie bowiem spełnienie warunków określonych wyraźnie w Ordynacji podatkowej może uchronić przedsiębiorcę przed ewentualnym widmem zmiany wykładni przepisów przez fiskusa na niekorzyść podatnika.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Cyberprzestępczość po raz pierwszy na czele globalnych zagrożeń dla firm

Po raz pierwszy incydenty cybernetyczne (39%) wskazywane są jako najważniejsze ryzyko biznesowe na świecie – tak wynika z dziewiątej edycji Barometru Ryzyk Allianz 2020. Cyberprzestępczość wyprzedza tym samym do tej pory najczęściej wskazywane ryzyko jakim są przerwy w działalności gospodarczej (BI) (37% ). W Polsce, przerwy w działalności nadal znajdują się na pierwszym miejscu zestawienia (54%)

W ostatnich latach świadomość zagrożenia cybernetycznego gwałtownie wzrosła, co wynika z rosnącego uzależnienia firm od danych i systemów informatycznych oraz szeregu dużych  incydentów. Jeszcze siedem lat temu ryzyko cyber znajdowało się na 15. miejscu z zaledwie 6% odpowiedzi. Z kolei zmiany w przepisach i regulacjach (#3 z 27%) oraz zmiany klimatu (#7 z 17%) dynamicznie pną się w rankingu ryzyk biznesowych. Wynikać to może m.in. z wojny handlowej USA-Chiny, Brexitu a także postępującego globalnego ocieplenia. Wszystkie te czynniki mają swoje odzwierciedlenie w rosnących obawach firm i narodów z tym związanych. Ankieta na temat globalnego ryzyka biznesowego przeprowadzona przez Allianz Global Corporate & Speciality (AGCS) obejmuje opinie 2718 ekspertów z ponad 100 krajów. Udział w badaniu wzięli m.in. prezesi, dyrektorzy generalni, menedżerowie ryzyka, brokerzy i eksperci ubezpieczeniowi.

Wyniki Barometru Ryzyk Allianz 2020 wskazują, że ryzyko cybernetyczne i zmiany klimatu to dwa istotne wyzwania, które firmy muszą uważnie obserwować w nowej dekadzie – mówi Joachim Müller, dyrektor generalny AGCS. – Oczywiście istnieje wiele innych scenariuszy szkód i zakłóceń, ale jeśli zarządy i menedżerowie ds. ryzyka nie poradzą sobie z zagrożeniami związanymi z cyberprzestępczością i zmianami klimatu, prawdopodobnie będzie to miało decydujący wpływ na wyniki operacyjne, wyniki finansowe i reputację ich firm – dodaje.

Największe ryzyka w Polsce

Nastąpiły zaskakujące zmiany w rankingu największych ryzyk biznesowych wskazanych przed polskich ekspertów. W dalszym ciągu eksperci wskazują, że przerwy w działalności stanowią najważniejsze ryzyko biznesowe dla firm (54%). Na drugim miejscu znalazło się ryzyko związane z pożarami i eksplozjami (42%), awansując z miejsca 5. w 2019 roku. Obawa przed cyberatakami zajmuje 3. miejsce (38%) spadając o jedną pozycję względem wyników raportu z ubiegłego roku. Eksperci w Polsce wskazali także dwa nowe ryzyka, które nie były uwzględnione jako kluczowe w ubiegłych latach. W tym roku w pierwszej dziesiątce największych ryzyk znalazły się obawy związane ze skutkami zmian klimatu (15%) oraz rozwoju sytuacji markoekonomicznej (15%). Co ciekawe na znaczeniu zyskało także ryzyko związane z utratą reputacji i wartości marki. W 2019 roku jako istotne wskazywało na nie jedynie 12% ankietowanych. W tym roku wskazało na nie już 23% respondentów. Podobnie w rankingu wzrosła pozycja ryzyka związanego z katastrofami naturalnymi. To ryzyko awansowało na pozycję 6 (19%) z miejsca 10. (8%) w 2019 roku.

Widać wyraźnie dynamiczne zmiany we wskazaniach polskich ekspertów. W dalszym ciągu przerwy w działalności są wskazywane jako największe ryzyko biznesowe dla przedsiębiorców. Co istotne, wpływ na takie przerwy mogą mieć zarówno ataki cybernetycza jak i katastrofy naturalne czy zmiany klimatu. W dzisiejszych czasach, odpowiednie szacowanie ryzyka dla przedsiębiorstwa i opracowanie scenariuszy postępowania jest kluczowe. Dzięki temu, nawet w przypadku wystąpienia zdarzenia możliwe jest szybkie wznowienie działalności firmy – mówi Tomasz Kryłowicz, dyrektor ds. zarządzania ryzykiem, Allianz Polska

Ryzyko cybernetyczne ewoluuje

Oprócz tego, że są najważniejszym ryzykiem na świecie, incydenty cybernetyczne należą do trzech głównych zagrożeń w wielu badanych krajach: m.in. w Austrii, Belgii, Francji, Indiach, Afryce Południowej, Korei Południowej, Hiszpanii, Szwecji, Szwajcarii, Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych gdzie są także największym ryzykiem biznesowym. Firmy stają przed wyzwaniem związanym z większymi i droższymi naruszeniami danych, wzrostem liczby oprogramowania ransomware i incydentami fałszowania, a także perspektywą kar pieniężnych związanych
z prywatnością oraz udziałem w sporach po wystąpieniu wydarzenia. Ogromne naruszenie danych ─ obejmujące ponad milion rekordów ─ kosztuje obecnie średnio 42 mln USD[1], co stanowi wzrost o 8% rok do roku. – Incydenty stają się coraz bardziej szkodliwe, coraz częściej atakując duże firmy wyrafinowanymi metodami i wymuszeniami. Pięć lat temu typowy popyt na oprogramowanie ransomware wyniósłby dziesiątki tysięcy dolarów. Teraz można to liczyć w milionach – mówi Severin Gettinger, ekspert ds. cybernetycznych, AGCS, Europa Wschodnia.

Wymuszenia to tylko jedna część obrazu: firmy mogą ponieść poważne straty BI z powodu niedostępności krytycznych danych, systemów lub technologii, zarówno z powodu usterki technicznej, jak i cyberataku. – Wiele incydentów jest skutkiem błędu ludzkiego i można je złagodzić poprzez szkolenia uświadamiające pracowników, jednak nie są one jeszcze rutynową praktyką w firmach – mówi Marek Stanisławski, Deputy Global Head of Cyber, AGCS.

Przerwy w działalności gospodarczej – niesłabnące zagrożenie z nowymi przyczynami

Po siedmiu latach na szczycie, BI spada na drugą pozycję w Barometrze Ryzyka Allianz. Jednak tendencja do większych i bardziej złożonych strat BI nadal trwa. Przyczyny stają się coraz bardziej różnorodne, od pożaru, eksplozji lub katastrof naturalnych po cyfrowe łańcuchy dostaw, a nawet przemoc polityczną. – Cyfrowe łańcuchy dostaw i dedykowane platformy pozwalają dziś na pełną przejrzystość i identyfikowalność towarów, ale pożar w centrum danych, usterka techniczna lub włamanie mogą przynieść duże straty BI dla wielu firm, które w większości polegają na tym samym systemie i nie ma możliwości jego przestawienia na procesy ręczne – mówi Stefanie Thiem, CEO Allianz Global Corporate & Speciality (AGCS) w Europie Wschodniej.

Przedsiębiorstwa są również coraz bardziej narażone na bezpośredni lub pośredni wpływ zamieszek, niepokojów społecznych oraz ataków terrorystycznych. W ubiegłym roku nasilały się niepokoje społeczne m.in. w Hongkongu, Chile, Boliwii, Kolumbii i Francji, powodując zniszczenia mienia, BI i ogólną utratę dochodów zarówno dla lokalnych, jak i międzynarodowych firm. Sklepy były zamknięte od miesięcy, klienci i turyści byli nieobecni a pracownicy nie mogli uzyskać dostępu do miejsca pracy ze względów bezpieczeństwa.

Zmiany w przepisach i regulacjach zajmują trzecie miejsce w Barometrze Ryzyka Allianz, zyskując na znaczeniu (4 miejsce w 2019 r.) Taryfy, sankcje, Brexit i protekcjonizm zostały wskazane przez ekspertów jako kluczowe obawy. W samym 2019 r. wdrożono około 1300 nowych barier handlowych. Spór handlowy między USA a Chinami zbliżył średnią amerykańską taryfę do poziomów ostatnio obserwowanych w latach siedemdziesiątych. – Polityka handlowa staje się kolejnym narzędziem politycznym dla wielu różnych celów, takich jak dyplomacja gospodarcza, wpływy geopolityczne lub polityka środowiskowa – wyjaśnia Ludovic Subran, główny ekonomista Allianz. – Ten aktywizm nie ogranicza się do Stanów Zjednoczonych: rozprzestrzenił się także na Japonię i Koreę Południową, Indie i UE – dodaje.

Nowe wyzwania regulacyjne w następnej dekadzie będą koncentrować się na wpływie na środowisko, dekarbonizacji i zmianach klimatu. – Unijne rozporządzenie w sprawie zrównoważonego rozwoju jest niczym innym jak „game changerem”. Wpływ na przedsiębiorstwa będzie tak szeroki, jak w przeszłości nowe zasady dotyczące rachunkowości i ochrony danych – mówi Subran.

Zmiana klimatu powoduje dodatkową złożoność ryzyka

Zmiany klimatu osiągają najwyższą w historii pozycję w Barometrze Ryzyka Allianz (#7) i znajdują się już w pierwszej trójce najważniejszych ryzyk biznesowych dla regionu Azji i Pacyfiku. Na wzrost strat fizycznych są najbardziej narażone przedsiębiorstwa (49%), ponieważ podnoszące się morza, dotkliwsze susze, gwałtowniejsze burze i masowe powodzie stanowią zagrożenie dla fabryk i innych aktywów przedsiębiorstw, a także powiązań transportowych i energetycznych, które łączą łańcuchy dostaw. Ponadto przedsiębiorstwa są zaniepokojone skutkami operacyjnymi (37%), takimi jak przeniesienie obiektów oraz potencjalnymi skutkami rynkowymi i regulacyjnymi (35% i 33%). Firmy mogą być zmuszone do przygotowania się także na dalsze spory sądowe w przyszłości – sprawy sądowe skierowane przede wszystkim do największych firm, których działalność związana jest z emisją dwutlenku węgla zostały już wniesione w 30 krajach na całym świecie, przy czym większość spraw dotyczy przedsiębiorstw z USA.

– Wśród firm rośnie świadomość, że negatywne skutki globalnego ocieplenia, powyżej dwóch stopni Celsjusza, będą miały dramatyczny wpływ także na biznes – mówi Chris Bonnet, szef ESG Business Services w AGCS. – Brak aktywności spowoduje podjęcie działań regulacyjnych i wpłynie na decyzje klientów, akcjonariuszy i partnerów biznesowych. Ignorowanie ryzyka klimatycznego jest bardziej kosztowne niż zmaganie się z nim. Dlatego każda firma musi określić swoją rolę, stanowisko i tempo działań odnoszących się do zmiany klimatu a menedżerowie ryzyka muszą odgrywać kluczową rolę w tym procesie – dodaje.

[1] [1] IBM Security, Ponemon, Cost Of A Data Breach Report 2019

Cudzoziemcy w Polsce – podsumowanie 2019 r.

Na początku tego roku ważne zezwolenia na pobyt w Polsce posiadało prawie 423 tys. cudzoziemców. W ciągu 2019 roku liczba ta wzrosła o nieco ponad 50 tys. osób. Głównie za sprawą obywateli Ukrainy ale także coraz liczniej osiedlającymi się w kraju Białorusinami oraz Gruzinami.

Z 423 tys. cudzoziemców, którzy 1 stycznia 2020 r. posiadali ważne dokumenty pobytowe, największe grupy stanowili obywatele: Ukrainy – 214,7 tys. osób, Białorusi – 25,6 tys., Niemiec – 21,3 tys., Rosji – 12,5 tys., Wietnamu – 12,1 tys., Indii – 9,9 tys., Włoch – 8,5 tys., Chin – 8,5 tys., Wielkiej Brytanii – 6,3 tys. oraz Hiszpanii – 5,9 tys.

Z danych Urzędu do Spraw Cudzoziemców wynika, że w 2019 r. największy wzrost wśród obcokrajowców osiedlających się w Polsce dotyczył obywateli:

  • Ukrainy – o 35,6 tys. do 214,7 tys. osób
  • Białorusi – o 5,5 tys. do 25,6 tys.
  • Gruzji – o 2,7 tys. do 5,5 tys.
  • Indii – o 1,1 tys. do 9,9 tys.
  • Mołdawii – o 1,1 tys. do 2,4 tys.

Na uwagę zasługuje także rekordowa liczba Brytyjczyków, którzy zarejestrowali swój pobyt lub uzyskali potwierdzenie prawa stałego pobytu. W ubiegłym roku było to prawie 1,4 tys. osób – o 120 proc. więcej niż w 2018 r. Miało to związek z niepewną sytuacją odnośnie warunków wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej.

Niezmiennie najwięcej cudzoziemców posiada zezwolenia na pobyt czasowy (maksymalnie do 3 lat). W ubiegłym roku liczba osób z tego typu dokumentami wzrosła z 202,7 tys. do 241,6 tys. Grupa obcokrajowców uprawnionych do pobytu stałego zwiększyła się natomiast z 69,3 tys. do 78,4 tys. osób.

Około 57 proc. cudzoziemców posiadających ważne zezwolenia na pobyt w Polsce to osoby w przedziale wiekowym 20 – 39 lat, prawie 26 proc. w przedziale 40 – 59 lat, a 12 proc. poniżej 20. roku życia. Najbardziej popularnymi regionami są województwa: mazowieckie – 117 tys. osób, małopolskie – 45 tys. os., dolnośląskie – 34 tys. os. oraz wielkopolskie – 33,5 tys. os.

Powyższe dane nie uwzględniają osób przebywających w Polsce tymczasowo w ramach ruchu bezwizowego lub na podstawie wiz.

Komentarz Związku Przedsiębiorców i Pracodawców dot. „podatku cukrowego”

Już od wielu miesięcy na łamach różnego rodzaju mediów toczyła się dyskusja poświęcona zasadności wprowadzenia w Polsce jakiegoś odpowiednika „podatku cukrowego” obowiązującego w niektórych państwach świata. W opublikowanym na początku grudnia 2019 roku projekcie Narodowej Strategii Onkologicznej, w sekcji poświęconej wdrożeniu regulacji prawnych wspierających zdrowe odżywianie, umieszczono punkt zapowiadający wprowadzenie w 2022 roku podatku „od nadmiernej ilości cukrów w produkcie spożywczym”. Tymczasem, już 20 grudnia, w ostatni piątek przed Świętami Bożego Narodzenia, na stronie Rządowego Centrum Legislacji opublikowany został projekt ustawy o zmianie niektórych ustaw w związku z promocją prozdrowotnych wyborów konsumentów. Projekt zawiera propozycje wprowadzenia trzech nowych podatków (nazywanych przez projektodawcę „opłatami”) – od napojów zawierających cukier lub inne substancje słodzące lub aktywne, od sprzedaży napojów alkoholowych w opakowaniach o niewielkiej pojemności oraz od reklamy suplementów diety.

Abstrahując od merytorycznej oceny rozwiązań zawartych w projekcie ustawy, trzeba stwierdzić że tryb procedowania go zasługuje na zdecydowaną krytykę. Przede wszystkim, projektodawca nie dochował zapowiedzi złożonej zaledwie kilka tygodni wcześniej – na początku grudnia przedsiębiorcy z branży spożywczej byli zapewniani, że ewentualne wprowadzenie podatku cukrowego zaplanowane jest na 2022 rok. Pod koniec miesiąca okazało się, że jest już gotowy projekt zakładający wejście daniny w życie już od kwietnia 2020 roku. W ten sposób nie da się budować zaufania do państwa – wszelkiego rodzaju zapowiedzi ustawodawcy co do jego planów na przyszłość stają się w kontekście omawianego przypadku całkowicie niewiarygodne.

Dodatkowo, wbrew nazwie, omawiany projekt wydaje się mieć wyłącznie cel fiskalny, o czym świadczyć może fakt iż umieszczono w nim – poza propozycją wprowadzenia „podatku cukrowego” – również przepisy dotyczące dwóch innych danin. Szybka lektura uzasadnienia nie pozostawia wątpliwości – „opłaty” (podatki) od sprzedaży reklam i napojów alkoholowych w opakowaniach o niewielkich pojemnościach zostały dodane do projektu ustawy nagle, bez głębszej refleksji.

Ostatecznie, projekt został opublikowany na chwilę przed długą przerwą świąteczną, z krótkim, 21-dniowym terminem na zgłaszanie uwag, w trakcie którego mieścił się jeszcze Nowy Rok oraz święto Trzech Króli. Przekazywanie projektu do konsultacji w międzyrocznym okresie urlopowym wskazuje na to, że intencją projektodawcy nie było, by wszyscy zainteresowani mogli złożyć swoje stanowisko.

Partnerzy społeczni są gotowi do poważnej dyskusji na temat rozwiązań ukierunkowanych na poprawę stanu zdrowia Polaków. Zaproponowane przez projektodawcę warunki tej dyskusji (projekt pojawiający się nagle, wbrew wcześniejszym zapowiedziom, krótki termin konsultacji, brak spójności pomiędzy zawartymi w projekcie rozwiązaniami etc.) są niemożliwe do zaakceptowania.

Hakerzy tworzą armię botnetów oraz kradną dane z kart kredytowych

Złośliwe botnety wielofunkcyjne dotknęły 28% wszystkich organizacji na całym świecie, natomiast o 20% wzrosły statystyki ukierunkowanych ataków ransomware – wynika z Raportu Bezpieczeństwa Cybernetycznego 2020 firmy Check Point. Raport wskazuje na główne taktyki stosowane przez cyberprzestępców do atakowania organizacji na całym świecie we wszystkich branżach, a także zapewnia specjalistom ds. bezpieczeństwa cybernetycznego i kadrze kierowniczej na poziomie C informacje potrzebne do ochrony ich organizacji przed współczesnymi zagrożeniami.scan

Raport bezpieczeństwa na rok 2020 ujawnia kluczowe wektory i techniki ataków zaobserwowane przez badaczy Check Point w ubiegłym roku. Najważniejsze z nich to:

  • Kryptominery nadal dominują w środowisku złośliwego oprogramowania – mimo że w 2019 r. spadła powszechność kopania kryptowalut, związana ze spadkiem ich wartości i zamknięciem działalności malware’u Coinhive, 38% firm na całym świecie zostało dotkniętych przez koparki kryptowalut, w porównaniu do 37% w 2018. Wynika to z faktu, że ataki za pomocą kryptominerów pozostają przestępstwem o niskim ryzyku i wciąż relatywnie wysokim zyskiem.
  • Wzrost liczby armii botnetów – aktywność botnetów dotknęła 28% organizacji na całym świecie, co stanowi wzrost o ponad 50% w porównaniu z 2018 rokiem. Emotet był najczęściej wykorzystywanym złośliwym oprogramowaniem, przede wszystkim ze względu na jego wszechstronność w zakresie usług dystrybucji złośliwego oprogramowania i spamu. Inne działania botnetów, takie jak aktywność sekstoracyjna i ataki DDoS, również gwałtownie wzrosły.
  • Ukierunkowane oprogramowanie ransomware uderza z dużą siłą – chociaż liczba atakowanych organizacji jest stosunkowo niska, dotkliwość ataku jest znacznie wyższa – jak widać w szkodliwych atakach na administrację miast w USA w 2019 r. Przestępcy ostrożnie wybierają swoje cele związane z oprogramowaniem ransomware w celu wyłudzenia maksymalnego możliwego dochodu.
  • Spadek ataków na urządzenia mobilne – 27% organizacji na całym świecie zostało dotkniętych cyberatakami, które dotyczyły urządzeń mobilnych w 2019 r., w porównaniu z 33% w 2018 r. Podczas gdy krajobraz zagrożeń mobilnych dojrzewa, organizacje są coraz bardziej świadome zagrożenia i wdrażają rozwiązania bezpieczeństwa dla urządzeń mobilnych.
  • Rok, w którym ataki Magecart stały się epidemią – ataki, które wstrzykują złośliwy kod do witryn handlu elektronicznego w celu kradzieży danych o płatnościach klientów, przeprowadzone były na setki witryn w 2019 r., Zagrożenie dotyczyło głównie sieci hotelowych przez gigantów handlowych, aż po małe i średnie firmy działające na wszystkich platformach.
  • Wzrost liczby ataków w chmurze – obecnie ponad 90% przedsiębiorstw korzysta z usług w chmurze, a jednak 67% zespołów ds. bezpieczeństwa skarży się na brak wglądu w infrastrukturę chmury, bezpieczeństwo i zgodność. Skala ataków i naruszeń w chmurze nadal rośnie. Błędna konfiguracja zasobów w chmurze jest nadal główną przyczyną ataków, jednak teraz obserwujemy również rosnącą liczbę ataków skierowanych bezpośrednio do dostawców tych usług.

Rok 2019 przedstawił złożony krajobraz zagrożeń, w którym państwa narodowe, organizacje zajmujące się cyberprzestępczością i prywatni kontrahenci przyspieszyli wyścig zbrojeń cybernetycznych – powiedział Lotem Finkelsteen, główny oficer wywiadu, Check Point Software Technologie. – Nawet jeśli organizacja jest wyposażona w najbardziej kompleksowe, najnowocześniejsze produkty bezpieczeństwa, nie można całkowicie wyeliminować ryzyka naruszeń. Poza wykrywaniem i naprawą organizacje muszą przyjąć proaktywny plan, aby wyprzedzać cyberprzestępców i zapobiegać atakom. Wykrywanie i automatyczne blokowanie ataku na wczesnym etapie może zapobiec wielu zagrożeniom. W raporcie bezpieczeństwa Check Point 2020 wskazano, na co organizacje muszą zwracać uwagę i jak wygrać wojnę z cyberatakami dzięki dobrym praktykom.

Raport bezpieczeństwa Check Point 2020 opiera się na danych z wywiadu ThreatCloud Check Point, największej sieci współpracy do walki z cyberprzestępczością, która dostarcza dane o zagrożeniach i trendy ataków z globalnej sieci czujników zagrożeń; z badań prowadzonych przez Check Point w ciągu ostatnich 12 miesięcy oraz informacji uzyskanych od specjalistów IT i kadry kierowniczej na poziomie C, oceniających ich gotowość na dzisiejsze zagrożenia. Raport analizuje najnowsze pojawiające się zagrożenia dla różnych sektorów przemysłu i zawiera kompleksowy przegląd trendów zaobserwowanych w krajobrazie złośliwego oprogramowania, pojawiających się wektorów naruszających dane oraz cyberataków.

Pierwsza Faza umowy handlowej między USA i Chinami stała się faktem

Tak dużo wcześniej powiedziano o szczegółach umowy handlowej między USA i Chinami, że samo uroczyste podpisanie nie przyniosło większej reakcji rynku. Pozostaje ostrożny optymizm ze świadomością, że wciąż jest wiele nierozwiązanych kwestii, które mogą doprowadzić do pogorszenia stosunków między krajami. Podwyższona premia za ryzyko nie zginie, a w międzyczasie rynki czekają na świeży impuls.

Pierwsza Faza umowy handlowej między USA i Chinami stała się faktem, ale już za późno na fanfary. Porozumienie przynosi krótkoterminową ulgę, ale niewiele gwarantuje w kwestii przyszłych postanowień. Główny pozytywny skutek to zatrzymanie wyścigu na podwyżki ceł i deeskalacja konfliktu. To powinno znieść część niepewności wokół perspektywy globalnego ożywienia i w pośrednio wesprzeć odbudowę popytu inwestycyjnego. Mimo to najbardziej sporne tematy dotyczące ochrony własności intelektualnej, kopiowania rozwiązań technologicznych czy otwartości chińskiego rynku dla zagranicznych firm dalej pozostają otwarte. Prezydent Trump obiecuje, że rozmowy na temat Fazy Drugiej rozpoczną się bardzo szybko, ale ich finisz jest mało prawdopodobny przed wyborami prezydenckimi w USA. A potem, jeśli Trump wygra, będzie miał kolejne cztery lata na wywieranie presji na Chiny. Nie można zapominać, że konflikt między mocarstwami nie rozchodzi się wyłącznie o sprawy handlu, a USA ma wiele powodów, by szkodzić globalnej ekspansji Chin.

Z perspektywy rynków istotne jest też, na ile Trump będzie zadowolony z postępów w realizacji umowy i czy nie będzie potrzebował krytyki Pekinu w swojej kampanii wyborczej. Chiny zobowiązały się do zwiększenia zakupów amerykańskich towarów i usług o 200 miliardów dolarów w ciągu dwóch lat, ale w oparciu o aktualne zapotrzebowanie. Wiemy też, że ociąganie się Chin z zakupami może prowadzić do przywrócenia wyższych ceł. Te niuanse powodują, że podwyższona premia za ryzyko pogorszenia relacji między krajami pozostanie i w niedalekiej przyszłości może być źródłem nasilenie zmienności na rynkach.

Na razie jednak nikt nie chce psuć panującego optymizmu, choć do euforii daleko, za to inwestorzy ostrożnie wyczekują kolejnego impulsu. I lepiej żeby jakiś prędko się pojawił, bo rynek nie lubi próżni i, z braku paliw do wzrostów, wątpliwości mogą przynieść korekcyjne odreagowanie. Jakkolwiek z niczego nie da się wywołać totalnego załamania rynków, tak każdy balon opada, kiedy powietrze w nim stygnie. Możliwe, że fundamenty ponownie będą zyskiwać na znaczeniu, więc warto obserwować kluczowe dane makro z głównych gospodarek. Dziś mamy sprzedaż detaliczną z USA, a w nocy PKB z Chin. Oba odczyty dotyczą przeszłości, więc prawdopodobnie większe znaczenie będzie miała kolejna seria wskaźników wyprzedzających, jakimi są indeksy PMI w przyszłym tygodniu.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Największe sklepy internetowe reklamowały noworoczne obniżki na poziomie do 70 proc. W rzeczywistości sięgnęły one średnio 9-12 proc.

Noworoczne wyprzedaże na dobre wpisały się w kalendarz polskich handlowców. Jeszcze przed Sylwestrem sklepy stacjonarne i internetowe kusiły nas ogromnymi obniżkami. Tymczasem, jak wynika z kolejnej edycji „Świątecznego Barometru Cenowego”, ceny w największych sklepach online w pierwszej połowie stycznia 2020 roku w porównaniu z cenami z połowy listopada 2019 roku, prawie nie uległy zmianie. Przeprowadzona przez Deloitte we współpracy z firmą Dealavo analiza ofert ponad 1000 sklepów z branży e-commerce pokazała, że wbrew intensywnej komunikacji reklamowej, klientom mogło być ciężko znaleźć produkty, które faktycznie były znacząco przecenione. Tradycyjnie potaniała elektronika i gry komputerowe, za to w górę poszły ceny zabawek oraz kosmetyków i perfum.

Eksperci Deloitte i Dealavo w okresie pomiędzy 22 listopada 2019 (tydzień przed Black Friday) a 10 stycznia 2020 roku analizowali ceny kategorii produktów, które w międzynarodowym badaniu Deloitte „Zakupy świąteczne 2019” Polacy wskazywali jako najczęściej wybierane na prezenty dla najbliższych. Po świętach Bożego Narodzenia analiza skupiła się na ogłaszanych przez sprzedawców e-commerce noworocznych wyprzedażach.

Podobnie jak w innych krajach Polacy tłumnie udają się do sklepów, by skorzystać z atrakcyjnych obniżek. Dotyczy to także sklepów internetowych, które równie intensywnie promują wyprzedaże swoich produktów jak detaliści tradycyjni – mówi Agnieszka Szapiel, Menadżer w zespole strategii, Deloitte.

Do analizy wybrano najpopularniejsze produkty z poniższych kategorii: drobne AGD, czekolady, DIY, gry, konsole, kosmetyki, książki, laptopy, muzyka, okulary VR, perfumy, planszówki, smartfony, artykuły sportowe, tablety, telewizory, wearables, zabawki oraz zegarki. Za pomocą oprogramowania Dealavo Smart Prices wyszukano konkretne oferty tych produktów, które poddano codziennemu monitoringowi w zakresie cen. Łącznie przebadano ponad 400 produktów, które znajdują się w ofercie ponad 1 000 sklepów online i przeanalizowano około 8 tys. cen.

Wirtualne obniżki

Jak wynika z analizy pięciu dużych i znanych sklepów internetowych, które reklamowały się naprawdę dużymi obniżkami (nawet do 70 proc.), prowadzone kampanie marketingowe nie pokrywały się z dużymi obniżkami cen. Przede wszystkim promocje obejmowały ceny zaledwie około jednej trzeciej monitorowanych produktów, które dany sklep ma w swojej ofercie.

Podobnie jak rok temu obniżki te, wbrew temu co słyszeliśmy w reklamach, na pewno nie sięgały 70 proc., przynajmniej w popularnych kategoriach, które analizowaliśmy. Maksymalne obniżki pojedynczych produktów wynosiły 45 proc. Średnio było to jednak od 9 do 12 proc. W wielu przypadkach ceny poszły do góry, co spowodowało, że średnie ruchy cenowe oscylowały wokół 1-2 proc., czyli na poziomie raczej niezauważonym przez klientów
– mówi Agnieszka Szapiel.

Po zestawieniu cen produktów z noworocznych wyprzedaży z tymi z okresu przed Black Friday, 46 proc. z nich zostało obniżonych. Średni spadek wyniósł 4,7 proc.

Nasze analizy pokazały, że jedynie 16 proc. z tych produktów miały ceny obniżone więcej niż 5 proc. Dotyczyło to szczególnie elektroniki i gier komputerowych – mówi Jakub Kot, Prezes Dealavo.

Z kolei ceny ponad połowy produktów (52 proc.) wzrosły. Średni wzrost wynosił 6,2 proc., a w przypadku około 17 proc. produktów ceny poszły w górę więcej niż 5 proc. Podwyżki dotknęły przede wszystkim kosmetyków, perfum i zabawek.

Eksperci Deloitte przeanalizowali również około 8 tys. cen i porównywali ich ruchy w okresie przed Black Friday i w czasie noworocznych wyprzedaży. Okazało się, że wzrost dotyczył 28 proc. z nich, a spadek niemal tylu samo, bo 29 proc. Z kolei 43 proc. cen pozostał bez zmian.

Po wzięciu pod uwagę ponad 5,6 tys. cen tych samych produktów w analizowanym okresie, to w porównaniu do tygodnia po 20 listopada, w styczniu 37 proc. sklepów obniżyło ceny, nieco ponad jedna czwarta (27 proc.) zdecydowała się na wzrost, a w przypadku 36 proc. nie odnotowano różnic.

Tańsze gry, droższe kosmetyki i zabawki

Analizy Deloitte z ostatnich lat pokazują, że opłaca się poczekać z zakupem sprzętu elektronicznego lub gier do noworocznych wyprzedaży. Podobnie było również w tym roku. Aż 56 proc. gier największe obniżki osiągnęło w pierwszej dekadzie stycznia. Największe spadki zanotowano w przypadku gier Assassin’s Creed: Odyssey (PS4) i Red Dead Redempation 2 (PS4). W obu przypadkach była to obniżka o średnio 22 proc. Warto było również czekać z zakupem konsoli. Jak pokazuje analiza Deloitte cena niemal dwóch trzecich z nich (63 proc.) poszła w dół.

Z kolei na klientki, które liczyły na to, że po świętach uda się im kupić tańsze kosmetyki i perfumy, czekało rozczarowanie. Ceny aż 77 proc. kosmetyków wzrosły w porównaniu z okresem przed Black Friday. Podobnie było z drobnym AGD (wzrost dotyczył 71 proc. analizowanych produktów) i zabawkami, gdzie 55 proc. produktów podrożało. Zabawki są jedną z ciekawszych analizowanych kategorii.

Obserwowaliśmy niemal ciągły wzrost cen w tym segmencie w ciągu ostatnich kilku tygodni. W porównaniu do tygodnia przed Black Friday ich ceny poszybowały w górę o kilka procent. W zależności od kategorii było to nawet 7-8 proc. Jednym słowem, zabawki opłaca się kupować zanim na dobre ruszy przedświąteczna machina reklamowa – mówi Mateusz Mańkowski, konsultant w zespole strategii Deloitte.

Eksperci Deloitte porównali tegoroczny okres wyprzedaży z okazji Black Friday i Nowego Roku z analogicznym okresem z przełomu 2018/2019 roku. W 2018 roku na tydzień przed Black Friday 41,6 proc. produktów miało najniższą cenę. W 2019 roku, czyli podczas ostatniego BF było to 30,8 proc.

Podobnie jest z pierwszą dekadą stycznia. W czasie ubiegłorocznych poświątecznych wyprzedaży 41,6 proc. produktów osiągnęło najniższy poziom cen. W tym roku jest to jedynie 26,1 proc. produktów, co pokazuje, że klienci mieli niewiele okazji, by cieszyć się naprawdę niższymi cenami
– dodaje Mateusz Mańkowski.

Prognoza dla branży DIY w górę

Rynek produktów „dom i ogród” w Niemczech, zaopatrywany przez wielu polskich producentów, ma się lepiej niż oczekiwano. BHB, organizacja zrzeszająca firmy z branży DIY z Niemiec, Austrii i Szwajcarii, podniosła ostatnio prognozę sprzedażową za rok 2019 – z 1,5% do 3%. Pozytywny trend na polskim rynku DIY obserwuje też Dachser, operator logistyczny, który w Polsce specjalizuje się w obsłudze eksporterów. Firma odnotowała dwucyfrowy wzrost liczby przesyłek od polskich producentów do niemieckich sklepów typu „dom i ogród” w 2019 r.

Analizy BHB świadczą o tym, że branża DIY w Niemczech rośnie szybciej niż tamtejsza gospodarka. Rządowa prognoza dla dynamiki PKB tego kraju na 2019 r. to 0,5%. Jednocześnie z danych stowarzyszenia BHB wynika, że sprzedaż produktów budowlanych i ogrodniczych po dziewięciu miesiącach 2019 r. wyniosła w Niemczech 15,05 mld euro, co oznacza wzrost o 4,5% r/r.

„Branża DIY to znacząca dziedzina niemieckiego handlu, więc poprawa sytuacji i lepsze prognozy za 2019 r. to bardzo dobre wieści także dla firm z Polski. Wiele z nich jest dostawcą tamtejszych sklepów typu „ogród i dom”. Z naszego kraju do Niemiec trafiają m.in. produkty budowlane, takie jak meble, ceramika, elektronarzędzia czy asortyment związany z ogrodem. Dane pokazują, że duża część tych kategorii, składających się na zewnętrzny wizerunek domu, okazała się odporna na spadek ogólnej koniunktury w Niemczech. Nasze obserwacje i wyniki również potwierdzają te trendy” – komentuje Juliusz Pakuński, Kierownik Rozwoju Biznesu Dachser DIY-Logistics w Polsce.

Polski eksport nadal rośnie mimo osłabienia gospodarczego u głównych partnerów handlowych

Eksport wzrósł w okresie styczeń-listopad 2019 r. o 4,8% (w ujęciu w euro), import zaś o 2,3 proc. Dodatnie saldo obrotów wyniosło 1,9 mld euro (8 mld PLN). Odnotowano dodatnie saldo w obrotach z wszystkimi grupami krajów, z wyjątkiem krajów rozwijających się (minus 41,9 mld euro) i krajów Europy Środkowo-Wschodniej (minus 3,7 mld euro) – podał GUS.

Opublikowane przez GUS dane statystyczne wskazują na silną pozycję polskich eksporterów na rynkach krajów wysoko rozwiniętych oraz na nieznaczny wzrost ekspansji na rynki krajów rozwijających się oraz na rynki krajów Europy Środkowo-Wschodniej, Na rynki krajów wysoko rozwiniętych kierowane jest aż 86,7 proc. polskiego eksportu – wśród tych krajów największą grupę stanowią kraje Unii Europejskiej (79,9 proc.) a wśród nich – kraje strefy euro (57,5 proc.). Taka struktura geograficzna polskiego eksportu pozwala postawić tezę, że polskie towary są nadal konkurencyjne na wymagających rynkach krajów wysoko rozwiniętych, na których polscy eksporterzy napotykają sporą konkurencję.

Importujemy także głównie z krajów wysoko rozwiniętych (65,5 proc.), w tym z krajów Unii Europejskiej (57,8 proc.) i z krajów strefy euro (45,9 proc.). Z krajów rozwijających się pochodziło 26,7 proc. importu (wzrost o 1,6 punktu procentowego r/r) i z krajów Europy Środkowo-Wschodniej (7,8 proc.).

Nadal, jak w porównywalnym okresie roku poprzedniego, najważniejszymi partnerami polskich eksporterów są firmy niemieckie – eksport na rynek niemiecki wzrósł o 2,7 proc. r/r i wyniósł 60,1 mld euro. Mimo to udział gospodarki niemieckiej w wartości polskiego eksportu ogółem spadł o pół punktu procentowego. To efekt wzrostu eksportu na inne rynki, co jest dobrą wiadomością – potwierdza stale wysoką pozycję polskich eksporterów na rynku niemieckim oraz wzrost eksportu do innych krajów i regionów.

Dostawcy niemieccy byli także największymi partnerami polskich importerów – w wyrażeniu wartościowym import z Niemiec wyniósł w okresie styczeń-listopad 2019 r. 47,1 mld euro, co stanowiło 21,9 proc. importu ogółem, tj. o 0,7 punktu procentowego mniej, niż rok temu (przy wzroście wartości importu ogółem).

W handlu z Niemcami polscy partnerzy odnotowali dodatnie saldo obrotów w wysokości 13 mld euro wobec 10,9 mld euro w analogicznym okresie roku poprzedniego.

Wzrósł eksport do wszystkich pozostałych partnerów handlowych z pierwszej dziesiątki – Czech, Wielkiej Brytanii, Francji, Włoch, Holandii, Rosji, Stanów Zjednoczonych, Szwecji i Węgier. Ich łączny udział w eksporcie (włącznie z Niemcami) wynosił 66,35 proc.

Wzrósł import ze Stanów Zjednoczonych, Chin, Hiszpanii, Francji, Włoch oraz Niemiec. Udział dziesięciu największych pod względem wartości importu krajów w imporcie ogółem stanowił 63,8 proc.

Odnotowano spadek udziału importu z Rosji (trzeciej na liście największych dostawców) w imporcie ogółem o 1 punkt procentowy w porównaniu z rokiem poprzednim – z 7,1 proc. do 6,1 proc.

Struktura towarowa eksportu odpowiada strukturze eksportu krajów wysoko rozwiniętych – polscy producenci eksportują głównie maszyny, urządzenia i wyroby transportowe (38 proc. eksportu ogółem) i różne wyroby przemysłowe (35,4 proc. eksportu ogółem). Żywność i zwierzęta stanowiły 10,7 proc. eksportu ogółem.

Głównymi towarami w imporcie były także maszyny, urządzenia i środki transportu (36,3 proc.), różne wyroby przemysłowe (31,1 proc.), chemikalia (13,6 proc.). Paliwa mineralne i materiały pochodne stanowiły 7,6 proc. importu ogółem.

Kontakt do autora: Ewa Sadowska-Cieślak, Członek Towarzystwa Ekonomistów Polskich

Spicy Mobile inwestuje 10 mln zł w platformę reklamy programmatic, dopasowującą reklamę do cech osobowości

Agencja marketingu mobilnego i sieć reklamowa Spicy Mobile inwestuje ponad 10 mln złotych w budowę platformy emisji reklam. Stworzone narzędzie będzie automatycznie dopasowywać komunikat reklamowy do cech osobowościowych użytkownika w oparciu o technologię „machine learning”. Będzie również odpowiadało za wycenę i zakup emisji odpowiedniej kreacji reklamowej do najbardziej zainteresowanego produktem lub usługą użytkownika.

Projekt jest wspófinansowany przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju (NCBiR) w ramach programu „Ścieżka dla Mazowsza”, którego celem jest wsparcie innowacyjnych rozwiązań i technologii prowadzących do zwiększenia konkurencyjności polskiej gospodarki w oparciu o prace rozwojowo-badawcze. W ramach grantu Spicy Mobile otrzymała wsparcie w wysokości ok. 7,8 mln. Pozostałą kwotę spółka przeznaczy z własnych środków. Łączny koszt inwestycji to ponad 10,1 mln zł.

Przy realizacji projektu agencja Spicy Mobile będzie współpracować z zespołem naukowców z Uniwersytetu SWPS i Uniwersytetu Warszawskiego. To pierwszy tak duży program naukowo-badawczy w branży reklamy mobilnej w Polsce, a pod względem tematu – unikalny w skali międzynarodowej.

„Od lat pracujemy nad rozwojem reklamy mobilnej oferując rozwiązania technologiczne i badawcze, które wyprzedzają oczekiwania rynku” – podkreśla Artur Zawadzki, członek zarządu i współwłaściciel Spicy Mobile. – „Tak było z badaniem Mobience, pierwszym pasywnym pomiarem aktywności użytkowników na smartfonach i tabletach. Tym razem mamy szansę zmienić oblicze reklamy cyfrowej wyznaczając nową jakość emisji oraz profilowania użytkowników i samych kreacji, a także przyczynić się do rozwoju i promocji polskiej myśli naukowej na arenie międzynarodowej. Przegląd dostępnych prac teoretycznych wskazuje, że podjęty przez nas kierunek ma charakter pionierski”.

Głównym celem projektu jest ograniczenie liczby emitowanych reklam w aplikacjach mobilnych dzięki poprawie ich jakości. Zadanie zrealizowane będzie poprzez stworzenie automatycznych i samouczących się mechanizmów profilowania użytkowników urządzeń mobilnych i emitowanych im kreacji reklamowych. Profilowanie będzie się odbywać na bazie informacji o użytkownikach aplikacji mobilnych oraz pięcioczynnikowego modelu osobowości (model Wielkiej Piątki). Dzięki temu możliwe będzie podniesienie trafności wyświetlanej reklamy na urządzeniu mobilnym poprzez lepszy dobór miejsca, czasu emisji oraz dopasowanie kreacji reklamowej do konsumenta.

Według modelu Wielkiej Piątki autorstwa Paula Costy i Roberta McCrae osobowość można podzielić na pięć niezależnych cech, jak otwartość na doświadczenie, sumienność, ekstrawersję, ugodowość i neurotyczność. Wiedza o tym, jak każda z tych cech przejawia się w jednostce, pozwala zrozumieć jej osobowość. Ta uniwersalna struktura osobowości jest wspólna dla ludzi różnych kultur i grup językowych. Od lat znajduje zastosowanie w obszarze badań naukowych, poradnictwie zawodowym oraz badaniach klinicznych. Tym razem zostanie wykorzystana do precyzyjnego profilowania reklam w aplikacjach mobilnych, tzw. mikrotargetowania.

„Mikrotargetowanie, czyli precyzyjne dobieranie przekazów reklamowych do potrzeb i zachowań indywidualnych konsumentów, to proces, który na rynku jest stosunkowo nowy. Dotychczas większość badań nad spersonalizowanymi komunikatami była prowadzona na podstawie danych pochodzących z Facebooka. Unikalność naszych badań polega na tym, że będziemy mogli wnioskować o potrzebach konsumentów na podstawie ich aktywności na urządzeniach mobilnych (dane z aplikacji badawczej Mobience)” – wyjaśnia prof. Alicja Grochowska, psycholog biznesu z Uniwersytetu SWPS. – „Dostęp do tego rodzaju danych, w połączeniu z badaniami cech osobowości użytkowników, pozwoli na kierowanie komunikatów reklamowych przyjaznych i »chcianych« przez konsumentów dużo bardziej precyzyjnie niż dotychczas”.

Na początku projektu zostanie zrealizowane badanie użytkowników internetu pod kątem cech osobowościowych – według Małgorzaty Wołejko, dyrektora ds. badań w Spicy Mobile, będzie to najprawdopodobniej największe tego typu badanie profili osobowościowych z dziedziny psychologii w Polsce. Następnie dane zostaną powiązane z aktywnością użytkowników na urządzeniach mobilnych pochodzącą z aplikacji badawczej Mobience i wykorzystane do stworzenia mechanizmów profilujących. Na tym etapie projektu zostanie wykorzystana technologia „machine learning” – odpowiednie algorytmy pozwolą oprogramowaniu na zautomatyzowanie procesu analizy danych i wykrywanie zależności między zmiennymi, tak aby każdorazowo móc dostosowywać reklamę do profilu osobowościowego użytkownika. Spicy Mobile rozpoczęła już realizację projektu, aktualnie prowadzi prace nad systemem klasyfikacji reklam. Każdą z reklam można opisać pod kątem wielu zmiennych, np. dominującego koloru, możliwości interakcji, intruzywności.

„Reklamy są wszędzie i wszędzie nie są lubiane – szczególnie w aplikacjach mobilnych. Chcemy zmienić ten stan rzeczy poprzez stworzenie narzędzi pozwalających na idealne dobranie reklamy do użytkownika” – podkreśla prof. Piotr Sankowski z Wydziału Matematyki, Informatyki i Mechaniki UW. – „Przewidując jego potrzeby, będziemy mogli skierować do niego odpowiednią reklamę w kluczowym momencie. Nasze narzędzia będą bazowały na nowatorskich badaniach psychologicznych oraz najnowocześniejszych algorytmach uczenia maszynowego”.

Realizowany przez Spicy Mobile projekt jest ważny także z innego względu. Wraz z blokowaniem przez przeglądarki tzw. „third-party cookies” polski i światowy rynek reklamy internetowej czekają duże zmiany. Część wydatków reklamowych może zostać przeniesiona ze stron internetowych do aplikacji mobilnych. W walce o ograniczoną przestrzeń emisji dotychczasowe możliwości targetowania reklam mogą nie być wystarczające dla zapewnienia efektywnej alokacji budżetów. Według Artura Zawadzkiego rynek będzie potrzebował dużej zmiany jakościowej, reklamy personalizowanej pod każdym względem.

W pierwszym półroczu 2019 r. wydatki na reklamę cyfrową wyniosły 2,4 mld zł. Niemal 28% tej kwoty – jak podaje IAB Polska – przypadło na reklamę mobilną, która odnotowała wzrost na poziomie 24% rok do roku.