Raport po wyborach w Wielkiej Brytanii

Torysi mają większość w Izbie Gmin, co dalej z Brexitem?

W nocy z czwartku na piątek kurs GBP/PLN wzrósł do najwyższego poziomu od stycznia 2017 roku. Umocnienie brytyjskiej waluty było reakcją na informacje sugerujące wyraźne zwycięstwo torysów w wyborach parlamentarnych w Wielkiej Brytanii.

Aprecjacja brytyjskiej waluty rozpoczęła się jednak wcześniej. Funt zyskiwał w miesiącach poprzedzających wybory. Rynki oczekiwały bowiem zdecydowanej wygranej Partii Konserwatywnej przewodzonej przez Borisa Johnsona. Wczoraj późnym wieczorem – po publikacji przez Ipsos MORI wyników exit poll, ale jeszcze przed opublikowaniem oficjalnych wyników z jakiegokolwiek okręgu wyborczego – dla inwestorów stało się jasne, że torysi uzyskali większość w Izbie Gmin, notując silny wzrost poparcia w porównaniu z wyborami z 2017 roku.

Zgodnie ze wspomnianym badaniem exit poll (które w 2017 roku bardzo trafnie przewidziało liczbę miejsc w Izbie Gmin, jaką uzyskały dwie główne partie), torysi w tegorocznym głosowaniu powinni uzyskać przewagę rzędu 86 miejsc. Tak duży wzrost poparcia nie był oczekiwany przez rynek i przekraczał nawet najbardziej optymistyczne projekcje. W tym kontekście warto wspomnieć, że uznawany za wyjątkowo wiarygodny model MRP, opracowany przez YouGov, jeszcze we wtorek wieczorem wskazywał na większość torysów rzędu jedynie 28 miejsc. Niektóre z ostatnich sondaży wskazywały na 6-procentową przewagę torysów nad Partią Pracy. W rzeczywistości przewaga ta wyniosła ok. 11%.

Pierwsze wyniki spływające z okręgów wyborczych potwierdziły, że Partia Konserwatywna w wyborach poradziła sobie fenomenalnie. Partia Pracy straciła na rzecz torysów swoje tradycyjne okręgi wyborcze takie jak Blyth Valley, Darlington, Leigh czy Wexham – czyli społeczności przemysłowe, które od dekad wspierały laburzystów. To o tyle znaczące, że spora część tych okregów pokrywa dawne dzielnice górnicze, które doświadczyły znacznego spadku liczby miejsc pracy pod rządami torysów za czasów Thatcher. O ile samemu Corbynowi udało się obronić mandat w okręgu Islington North, w wyniku czwartkowych wyborów z miejscem w Izbie Gmin musiała pożegnać się m.in. liderka Liberalnych Demokratów, Jo Swinson.

Podobnie jak dwa lata temu, wyniki sondażu exit poll Ipsos MORI okazały się niezwykle trafne. Większość Torysów okazała się odrobinę mniejsza niż zakładał exit poll, jednak zgodnie z najnowszymi wynikami Partia Konserwatywna uzyskała w Izbie Gmin aż 364* mandaty, co oznacza większość rzędu 78* miejsc. Od 2001 roku żadna partia nie miała takiej większości w Izbie Gmin. Dla Partii Konserwatywnej wynik wyborów był najlepszy od 1987 roku, z kolei Partia Pracy nie osiągnęła tak złego wyniku od 1935 roku.

Wykres 1: Wyniki wyborów parlamentarnych w Wielkiej Brytanii [grudzień 2019]

Wyniki wyborów parlamentarnych w Wielkiej Brytanii
Źródło: Refinitiv Datastream/BBC Data: 13/12/19
*wynik dla jednego miejsca jeszcze nie został ogłoszony

W następstwie publikacji wspomnianych badań exit poll, funt brytyjski umocnił się o ok. 2% w parze z polskim złotym. Kurs GBP/PLN wzrósł do okolic 5,18, jednak nie przekroczył tego poziomu. Po kilku godzinach jednak para doświadczyła spadku i w momencie pisania niniejszego raportu – kiedy jeszcze czekamy na wynik dla jednego miejsca – znajduje się w okolicy poziomu 5,10 (Wykres 2). Dla przypomnienia, przed wyborami wspominaliśmy, że w bezpośrednim następstwie ogłoszenia wyników, w przypadku uzyskania przez torysów większości brytyjska waluta w naszej opinii powinna umocnić się do okolic 5,10-5,15 w parze z polskim złotym.

Wykres 2: Kurs GBP/PLN (12/12/19 – 13/12/19)

Kurs GBP PLN
Źródło: Refinitiv Data: 13/12/2019

Za silną aprecjacją funta brytyjskiego stoi fakt, że samodzielne rządy torysów w Izbie Gmin – na ten moment – oznaczają praktyczne pozbycie się ryzyka Brexitu “bez umowy”. Konsensus ekonomistów i rynku od dłuższego czasu sugerował, że tzw. “no deal Brexit” byłby najgorszym, co mogłoby spotkać brytyjską gospodarkę i funta. Wyniki wyborów oznaczają też uniknięcie zawieszenia parlamentu, które mogłoby prowadzić do kolejnego wydłużenia przeciągającego się brexitowego procesu.

Co dalej z Brexitem?

Lider laburzystów, Jeremy Corbyn jeszcze oficjalnie nie zrezygnował ze stanowiska, ale w obliczu druzgoczącej porażki wyborczej Partii Pracy zdaje się być to jedynie kwestią czasu. W związku z wyjątkowo słabym wynikiem w wyborach, swoją rezygnację ze stanowiska ogłosiła natomiast liderka Liberalnych Demokratów, Jo Swinson.

Przytłaczająca większość w parlamencie oznacza, że Johnson może z pełną mocą kontynuować swój plan wyprowadzenia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Obecnie najważniejszym krokiem prowadzącym do tego jest powrót ustawy brexitowej do parlamentu. Głosowanie nad nią w Izbie Gmin powinno odbyć się przed świętami Bożego Narodzenia – potencjalnie 21 grudnia. Jest praktycznie pewne, że ustawa przejdzie przez Izbę Gmin bez żadnych przeszkód. Następnie zostanie ona skierowana do Izby Lordów, potencjalnie w okresie między Bożym Narodzeniem, a Nowym Rokiem. Przyjęcie ustawy brexitowej zapewni, że Wielka Brytania opuści Unię Europejską do końca stycznia.

Sądzimy, że spadek ryzyka tego, że Wielka Brytania opuści UE bez umowy powinien zapewnić wsparcie brytyjskiej walucie w kolejnych miesiącach. Uwaga inwestorów powinna jednak stosunkowo szybko zwrócić się na faktyczne negocjacje ws. Brexitu, a szczególnie na to, czy premier Johnson będzie dążył do takiego Brexitu, którego potencjalny wpływ na brytyjską gospodarkę będzie łagodniejszy.

Po „rozwodzie” rozpocznie się okres przejściowy, który ma trwać do 31 grudnia 2020 roku. Chociaż torysi w swoim manifeście stwierdzili, że nie będą prosić o wydłużenie okresu przejściowego (na co mają czas do końca czerwca), wielu analityków politycznych pozostaje sceptycznych, czy tak krótki czas wystarczy na przeprowadzenie negocjacji z UE.

Jeśli Wielka Brytania nie wniosłaby o wydłużenie okresu przejściowego, a stałoby się jasne, że porozumienie z UE nie zostanie osiągnięte w terminie, powrót ryzyka opuszczenia Unii Europejskiej bez porozumienia mógłby doprowadzić do osłabienia brytyjskiej waluty w drugiej części roku. Nie jest to nasz scenariusz bazowy. Rynek również zdaje się nie wierzyć w taki obrót spraw.

Autorzy: Analitycy Ebury – Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk

Tydzień wyborów w UK i posiedzeń banków centralnych nie przyniósł zmian

Ten tydzień na rynkach walutowych upłynął pod znakiem posiedzeń przedstawicieli banków centralnych, tj. Europejskiego Banku Centralnego i amerykańskiego Fed. Spotkania te nie przyniosły jednak zasadniczych zmian. W strefie euro podstawowa stopa procentowa pozostaje na poziomie 0%, stopa oprocentowania kredytu 0,25%, a stopa depozytowa -0,5%. EBC zmodyfikował jedynie w minimalnym stopniu prognozy dotyczące inflacji i PKB. PKB w strefie euro ma wzrosnąć w tym roku o 1,2%, natomiast w przyszłym o 1,1%. W podobnym tempie powinna rosnąć również inflacja. Przewidywania te należy jednak traktować z rezerwą ze względu na niepewność rozwoju sytuacji związanej z Brexitem. Wydaje się, że nowa Prezes Europejskiego Banku Centralnego, Christine Lagarde, popiera obecne założenia polityki pieniężnej, co oznacza, że nie należy spodziewać się istotnych zmian w związku z jej przybyciem. Stanowisko Fed względem polityki pieniężnej również pozostaje niezmienne. Podstawowa stopa procentowa została utrzymana w przedziale 1,51,75%.

Kolejnym ważnym wydarzeniem były wybory parlamentarne w Wielkiej Brytanii, które wygrała konserwatywna partia premiera Borisa Johnsona. Brytyjczycy potwierdzili tym decyzję z referendum i dali Johnsonowi silny mandat do przeforsowania umowy w sprawie Brexitu. Perspektywa wystąpienia UK z Unii w dniu 31  stycznia 2020 r. jest zatem bardzo realistyczna. Nie oznacza to jednak końca problemów. Wielka Brytania będzie musiała negocjować wiele innych warunków współpracy z UE po Brexicie lub stawić czoła presji części Szkotów, którzy opowiadają się za opuszczeniem Wielkiej Brytanii przez Szkocję.

Rynki walutowe zareagowały pozytywnie na wyniki wyborów. Zarówno funt, jak i euro umocniły się względem dolara. W ubiegłym tygodniu złoty umocnił się w stosunku do głównej waluty europejskiej do poziomu 4,29 EUR/PLN. Kurs wymiany eurodolara w piątek rano wynosił 1,116 EUR/USD.+

Tygodniowy komentarz walutowo-makroekonomiczny Roksany Cichej, analityczki AKCENTY

Polacy polubili zakupy za granicą

E-commerce w Polsce wciąż osiąga dwucyfrowe wzrosty. Już 57% internautów kupuje w sieci, w tym 50% z użyciem laptopów i komputerów stacjonarnych, a 1/3 z wykorzystaniem smartfonów. 33% internautów jest online codziennie lub prawie codziennie, a kolejne 18% deklaruje, że jest online cały czas. Podczas e-zakupów bardzo szybko polscy konsumenci zaczęli wykorzystywać nowoczesne metody płatności, jak pay-by-linki, płatności kartowe i BLIK-iem, a także nowoczesne sposoby dostawy, jak paczkomaty czy punkty odbioru w sklepach i na stacjach paliwowych. Połowa konsumentów oczekuje, że sklepy internetowe będą proponować im coraz to nowe rozwiązania zakupowe, jak dostawy tego samego dnia, rezerwacja produktu do przetestowania w sklepie stacjonarnym czy głosowy e-doradca. Optymalne działanie e-sklepu na smartfonie to już konieczność, a nie opcja.

Polacy polubili zakupy transgraniczne

Otwarci, a jednocześnie świadomi cen konsumenci, to duże prawdopodobieństwo rozszerzenia listy miejsc zakupowych o e-sklepy zagraniczne. W tym roku stało się to faktem. Zakupy internetowe poza Polską zrobił w ciągu ostatnich 12 miesięcy co 4. internauta. 16% wśród tych, co dokonali takiego zakupu, zrobiło to ponad 5 razy, a 41% 2-5 razy. Wśród kupujących na urządzeniach pełnowymiarowych, odsetek kupujących za granicą wyniósł 28%, a w przypadku kupujących mobilnie był jeszcze wyższy, osiągając 47% wśród kupujących z wykorzystaniem tableta i 33% wśród kupujących na smartfonie. Wzrost zainteresowania e-zakupami za granicą potwierdza też Patrycja Sass-Staniszewska, Prezes Izby Gospodarki Elektronicznej, mówiąc, że: Polski konsument jest bardzo świadomy, tego, co e-commerce może mu zaoferować. Głównym atutem zakupów w sieci są już dla Polaków nie atrakcyjne ceny (choć to też), ale przede wszystkim duży wybór. Co tworzy ten duży wybór? Szeroki wachlarz miejsc sprzedażowych, nie tylko polskich, ale i zagranicznych, dostępnych na jedno kliknięcie. Polski konsument uzyskał dzięki handlowi elektronicznemu dostęp do znanych i unikalnych marek, które mogli kupować jedynie mieszkańcy Warszawy, Krakowa, czy Gdańska. Teraz ma też dostęp do marek znanych tylko mieszkańcom Londynu, Paryża, Berlina czy Sztokholmu. Zakupy transgraniczne to też ogromna szansa dla polskich e-sklepów, które mogą wyjść ze swoją ofertą za granicę. Znam już dużo takich sklepów, które z sukcesem sprzedają do zagranicznych konsumentów.

Kto kupuje za granicą?

Obecnie częściej globalny e-konsument to kobieta (29% vs 20% mężczyzn). Chętniej i więcej za granicą kupują też zdecydowanie młode osoby. Dwie najsilniejsze grupy konsumentów kupujących transgranicznie, to osoby w wieku 25-34 lata oraz 15-18 lat. Patrząc na miejsce zamieszkania, otwarci na zagraniczne oferty Polacy mieszkają częściej w dużych miastach, ale i średnich miastach o liczbie mieszkańców pomiędzy 20 a 100 tys.

Płatności za zagraniczne zakupy

Polacy są przygotowani na zakupy za granicą, ponieważ na co dzień korzystają z nowoczesnych e-commerce’owych metod płatności. Za zakupy zagraniczne najczęściej płacą kartą płatniczą (31%), ale prawie tak samo często korzystają też z serwisów takich jak PayPal i Revolut (odpowiednio 28% i 27%). Z rachunku walutowego skorzystał co 8. konsument, który kupił od zagranicznego dostawcy. Przy odbiorze zapłaciło jedynie 26% transgranicznych klientów. To jeszcze mniej niż w przypadku zakupów w polskich e-sklepach.

Dane pochodzą z raportu „Płatności Cyfrowe 2019” Izby Gospodarki Elektronicznej przygotowywanego przez serwis GoMobi.pl na podstawie badania zrealizowanego przez Mobile Institute. Tegoroczna edycja badania jest już czwartą. W ramach projektu Mobile Institute zebrał w dniach 21.10-4.11.2019 odpowiedzi od 2400 internautów. Raport stanowi solidną bazę wiedzy dla branży e-commerce. Pokazuje w jaki sposób firmy mogą dostosować swoje funkcjonalności z zakresu płatności, aby odpowiadać na potrzeby współczesnych konsumentów. Partnerami raportu są: Visa, Przelewy24.pl i Nest Bank.

Po więcej informacji i danych na temat płatności cyfrowych, zapraszamy na stronę Izby Gospodarki Elektronicznej, gdzie znajduje się raport  https://eizba.pl/wp-content/uploads/2019/11/PLATNOSCI_CYFROWE_2019.pdf. Można pobrać go bezpłatnie.

Jesteśmy jedną wielką rodziną – czy na pewno? Kiedy wigilia firmowa staje się przymusem

Zbliżają się Święta, a wraz z nimi firmowe wigilie. Dla niektórych pracowników jest to okazja do spotkania się przy jednym stole i wspólnej zabawy, dla innych uciążliwy obowiązek, który trzeba znieść z przyszytym do twarzy uśmiechem.  Dlaczego? O tym, skąd się bierze niechęć do korporacyjnych spotkań świątecznych, mówi Malwina Puchalska-Kamińska, psycholog z Uniwersytetu SWPS.

„Dlaczego mam ściskać się i składać życzenia osobom, z którymi nic mnie nie łączy?”, „Po co mam kupować prezent wylosowanej osobie z innego działu, z którą rozmawiałam może raz w życiu?” – tego typu komentarze często padają z ust sceptyków świątecznych spotkań. Wbrew pozorom nie muszą one wynikać z małej otwartości pracowników czy skąpstwa. Wielokrotnie słyszałam, jak pracownicy podśmiewywali się z prezesów, którzy na imprezach używali wymyślnych słów, nazywając firmę wielką i kochającą się rodziną. Skąd takie sceptyczne reakcje pracowników?

Powodem niechęci wobec spotkań przy jednym stole bywa brak spójności między tym, jakie wartości są oficjalnie promowane przez daną organizację (często jedną z nich jest współpraca), a tym, co dzieje się w rzeczywistości. Współpraca i pozytywne relacje między pracownikami zaczynają się od wspólnoty celów i przekonania, że wszyscy „gramy do tej samej bramki”. Tymczasem w niektórych firmach, m.in. przez brak przepływu informacji oraz nierealne oczekiwania, pracownicy zamiast współdziałać, wzajemnie wywierają na sobie presję. Narzekają też na brak terminowości i popełniane przez innych błędy. W wyniku braku współpracy na co dzień, pracownicy z niesmakiem podchodzą do inicjatyw, które mają umacniać więzi między nimi. Dobra współpraca zaczyna się od dobrego zarządzania. Z badań, które realizowałam w polskich organizacjach w 2019 roku, wynika, że informowanie pracowników o celach i strategii firmy jest ważne dla budowania pozytywnych relacji. Szczególnie jest to widoczne w organizacjach turkusowych, które charakteryzuje wysoki poziom transparentności w komunikacji. Zauważyć to można także w firmach, w których pracownicy mają zaufanie do swoich managerów oraz podejmowanych przez nich decyzji. W takich miejscach pojawia się też zaufanie współpracowników do pozostałych członków zespołu.

Liczą się codzienne rytuały

Firmowe imprezy integracyjne na nic się zdadzą, jeżeli na co dzień brakuje przestrzeni do budowania nieformalnych kontaktów między pracownikami. W jednym z eksperymentów prowadzonych pod kierunkiem Alexa Pentlanda z Massachusetts Institute of Technology (MIT) pokazano, że rytuał wspólnych przerw kawowych w pracy wpływa nie tylko na relacje, lecz także na efektywność pracowników. Badacze przeanalizowali sieci społeczne w organizacji przy pomocy urządzeń rejestrujących, m.in. częstotliwość i czas rozmów między pracownikami. Odkryli, że aby wiedza i umiejętności mogły „rozchodzić się” między pracownikami, ważne jest umożliwienie im nieformalnych spotkań „twarzą w twarz”. W wyniku eksperymentu Bank of America zdecydował się na wprowadzenie wspólnych przerw dla swoich pracowników we wszystkich oddziałach call center. W efekcie satysfakcja pracowników wzrosła o ponad 10%. Zmiana przyniosła również efekty biznesowe. Wyniki najsłabszych zespołów wzrosły o ponad 20%, a ogólna poprawa wydajności dla wszystkich pracowników wyniosła ponad 8%. Badacze z MIT pokazali, jak ważne dla efektywności i jakości relacji są bezpośrednie kontakty między pracownikami. Te kontakty budowane są codziennie, nie od święta.

Dobrowolność ma znaczenie

Uznana badaczka relacji w pracy, Jane Dutton, w jednym ze swoich artykułów opisała ku przestrodze przykład procedury witania się wprowadzonej przez władze jednego ze szpitali w Michigan. Procedura ta nazwana była „zasadą pięciu i dziesięciu kroków”. Zgodnie z narzuconą zasadą pracownicy szpitala mieli witać się uśmiechem, gdy znajdowali się w odległości dziesięciu kroków od siebie. Gdy przebywali w odległości pięciu kroków, musieli się uśmiechnąć i powiedzieć do siebie „dzień dobry”. Celem procedury, miało być zadbanie o relacje między pracownikami. Efekt narzuconego zwyczaju był jednak odwrotny – po kilku tygodniach pracownicy odczuwali wobec siebie większą niechęć, wzrósł także poziom cynizmu. Dutton, współautorka koncepcji Kontaktów Wysokiej Jakości (ang. High Quality Connections) podkreśla, że ludzie mają doskonałe wyczucie nieautentyczności w relacjach i zamiast sztucznego uśmiechu potrzebują wzajemności w interakcji. Gdy integracja pracowników odbywa się pod przymusem, istnieje ryzyko, że również przyniesie efekt odwrotny od zamierzonego.

Oddolne inicjatywy mają sens

Organizacje, które dbają o pracowników „nie tylko od święta”, wyróżniają się dbałością o dobrą organizację pracy, ale też wysokim stopniem autonomii. Pracownicy w takich firmach mogą nie tylko swobodnie porozmawiać na pozazawodowe tematy w czasie przerw, lecz także mogą podzielić się w codziennej pracy swoimi mocnymi stronami, a czasem też niekonwencjonalnymi pomysłami. Liczne badania pokazują, że zachowanie tego typu, określane jako przekształcanie pracy (ang. job crafting), związane jest z wyższym poziomem zaangażowania, poczucia sensu i efektywnością pracowników. Dlatego też tak ważne są rytuały i inicjatywy wypracowane samodzielnie przez pracowników. Przykład? Co roku w grudniu w jednej z polskich firm pracownicy organizują dla siebie aukcje z prezentami. Można na nie przynieść coś, co jest stworzone własnoręcznie, np.: ciasto, eko-kosmetyk lub też wystawić swoją usługę (godzina lekcji gry na gitarze lub nauka programowania). Dochód z aukcji przeznaczany jest na wspólnie wybrany cel charytatywny. Jaki jest efekt? Integracja pracowników, radość z robienia czegoś wspólnie i to w zgodzie z samym/ą sobą.

Malwina Puchalska-Kamińska, psycholog, Uniwersytet SWPS

Trójmiejski rynek biurowy z wyjątkowymi projektami

Największe inwestycje w Trójmieście przygotowywane są do realizacji przy gdańskim porcie lotniczym i gdyńskim nabrzeżu  

Trójmiasto to jedna z najszybciej rozwijających się lokalizacji inwestycyjnych w Polsce, jak i w regionie CEE. Wyjątkowy charakter, standard i skala realizowanych i przygotowywanych do budowy na rynku trójmiejskim projektów idzie w parze z atrakcyjnym poziomem życia, który oferuje region. To, po Warszawie, Krakowie i Wrocławiu, kolejny ośrodek biznesowy w Polsce, którego zasoby biurowe przekroczą wkrótce poziom 1 mln mkw. powierzchni. Trójmiasto plasuje się w pierwszej trójce wśród regionów, w których powstaje najwięcej biur.  Jak oblicza Walter Herz, na trójmiejskim rynku w budowie jest aktualnie ponad 200 tys. mkw. powierzchni biurowych.

– Oferta Trójmiasta, licząca dziś ponad 900 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni, wzrośnie dzięki trwającej obecnie intensywnej rozbudowie w segmencie nieruchomości biurowych oraz realizacji przygotowywanych do budowy spektakularnych projektów w Gdańsku i Gdyni. W Gdańsku, obok rozwijającego się na terenach postyczniowych Nowego Miasta, powstać ma pierwsze w naszym kraju zagłębie biurowe przy porcie lotniczym, a Gdynia zaoferuje biura w budynkach położonych bezpośrednio przy nabrzeżu – informuje Mateusz Strzelecki, Partner i Head of Regional Markets w Walter Herz.

Gdańska Oliwa, która  skupia prawie jedną trzecią trójmiejskiej oferty, jest dziś największym centrum biurowym w regionie. W rejonie skrzyżowania ulic Grunwaldzkiej i Kołobrzeskiej w Gdańsku mieści się największy ośrodek biznesowy w tej części kraju z Alchemią oferującą 112 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni. Zlokalizowany jest tu także kompleks Olivia Business Centre z najwyższym budynkiem biurowym w Trójmieście Olivia Star mierzącą 156 metrów, gdzie w trakcie realizacji jest obecnie 55 metrowy biurowiec Olivia Prime B z 30 tys. mkw. powierzchni i jest jeszcze miejsce na nowe budynki.

Na tym obszarze aktualnie inwestycję prowadzi także firma Skanska. czternastokondygnacyjny biurowiec Wave, który realizuje przyniesie 24,7 tys. mkw. powierzchni. Budynek osiągnął już docelową wielkość, a do użytkowania ma zostać oddany w czerwcu 2020 roku. W drugim etapie tego projektu planowana jest budowa kolejnego biurowca. Inwestor zamierza wykorzystać przy jego realizacji tzw. zielony beton. Betonowe płyty, położone od alei Grunwaldzkiej, mają redukować stężenie szkodliwych związków w powietrzu zanieczyszczonym smogiem miejskim i spalinami.

Miasteczko biznesowe przy gdańskim lotnisku

Z ogromnym rozmachem w Gdańsku planowany jest natomiast projekt Airport City. Kompleks biurowców, który powstać ma naprzeciwko lotniska im. Lecha Wałęsy, dostarczy ponad 120 tys. mkw. powierzchni użytkowej. W nowym centrum biznesowym Trójmiasta, które zostanie tam stworzone, zaprojektowanych zostało siedem budynków o przeznaczeniu biurowym z funkcjami usługowymi, rekreacyjnymi i gastronomicznymi o nazwach Alpha, Bravo, Charlie, Delta, Echo, Foxtrot i Golf  oraz hotel. Realizacja inwestycji potrwać ma 10 do 15 lat. Oddanie pierwszego z biurowców o całkowitej powierzchni najmu 8,5 tys. mkw. planowane jest w trzecim kwartale 2021 roku.

Przy ulicy Droszyńskiego w Gdańsku trwa już natomiast budowa biurowca Format, który zaoferuje 16 tys. mkw. powierzchni. Firma Torus planuje oddać budynek w drugim kwartale 2021 roku. Inwestor przymierza się również do budowy boisk sportowych na terenie obiektu i przygotowuje już kolejne inwestycje w Gdyni.

Rozbudowuje się także ciekawy architektonicznie kompleks Garnizon firmy Hossa, położony w Gdańsku Wrzeszczu w kwartale ulic Szymanowskiego, Chrzanowskiego, Słowackiego i alei Grunwaldzkiej. Powstaje w nim biurowiec Gato z 11 tys. mkw. powierzchni, który ma  być ukończony w pierwszym kwartale 2021 roku.

W Gdańsku Wrzeszczu w budowie jest również drugi etap inwestycji Officyna. Biurowiec, który dostarczy blisko 7,3 tys. mkw. powierzchni najmu, ma być gotowy na początku 2021 roku.

Na terenie stoczni w Gdańsku, w ramach projektu rewitalizacji tych terenów, planowany jest także zielony dziesięciokondygnacyjny biurowiec C300, który ma zostać ukończony w kwietniu 2021 roku. Na 1,55 ha działce, położonej w pobliżu Europejskiego Centrum Solidarności, realizację wielofunkcyjnej inwestycji przygotowuje również firma YIT. W projekcie zaaranżowane zostały, zarówno biura, jak i mieszkania.

Do realizacji nowego projektu w Gdańsku przygotowuje się także firma Cavatina.

Gdynia przyspiesza

Jak zauważa Mateusz Strzelecki, duże ożywienie inwestycyjne widoczne jest także w Gdyni. -Zainicjowane i planowane na gdyńskim rynku biurowym inwestycje przyniosą w najbliższych latach 100 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni – szacuje Strzelecki.

Wiosną 2020 roku firma Vastint Poland ma ruszyć w Gdyni z budową drugiego etapu wielofunkcyjnego kompleksu Waterfront. Przy Nabrzeżu Prezydenta, w obrębie ulic Waszyngtona, Hryniewickiego i Jana Pawła II w ramach tej inwestycji zrealizowany został już budynek biurowy i hotelowy. W kolejnej fazie projektu wzdłuż pierzei ulicy Waszyngtona powstać mają dwa biurowce, które przyniosą 14,5 tys. mkw. powierzchni najmu. Docelowo istniejąca na tym obszarze zabudowa ma zostać uzupełniona o 80 tys. mkw. powierzchni mieszkalno-biurowo-usługowej.

Jeszcze w pierwszym kwartale 2020 roku z budową inwestycji w nadmorskiej części Gdyni zamierza wystartować także Polski Holding Nieruchomości. W skład kompleksu Marina Office wejdą trzy pięciokondygnacyjne budynki biurowe o całkowitej powierzchni najmu około 27 tys. mkw. Projekt Obiekt zaoferuje blisko 24 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej i ponad 3 tys. mkw. powierzchni handlowej na parterach budynków, gdzie znajdą się restauracje, kawiarnie i lokale usługowe. Inwestycja ma zostać zakończona w pierwszym kwartale 2022 roku.

Staną kolejne wieże biurowe

Największą inwestycję biurową prowadzoną aktualnie w Gdyni jest natomiast 3T Office Park. W skład kompleksu, zlokalizowanego przy skrzyżowaniu ulic Kazimierza Górskiego i Sportowej w dzielnicy Redłowo, wejdą trzy wieże, dwie dziesięciokondygnacyjne i jedna trzynastopiętrowa. W pierwszej połowie 2021 roku inwestycja dostarczy na trójmiejski  rynek 54,5 tys. mkw. całkowitej powierzchni użytkowej, w tym 38,5 tys. mkw. powierzchni najmu.

Teren Gdyni Międzytorza planuje z kolei zagospodarować PKP i Grupa Inwestycyjna Semeko. Zapowiedziana inwestycja Gdynia Centrum ma zostać zrealizowana w ścisłym centrum miasta, pomiędzy ulicami Jana z Kolna, Janka Wiśniewskiego, Wendy oraz projektowaną ulicą Nową Węglową. Staną tam zarówno budynki mieszkalne, jak również biurowe i handlowe oraz stworzona zostanie przestrzeń rekreacyjna i integracyjna.

W tym roku na rynek trójmiejski weszły m.in. takie obiekty jak: biurowiec Heweliusza 18 w Gdańsku z 10 tys. mkw. powierzchni, Hiro w gdańskim Garnizonie z 5 tys. mkw. biur, budynek Office Kokoszki B przy ulicy Budowlanych w Gdańsku z 2,4 tys. mkw. powierzchni, a także Officyna I przy alei Grunwaldzkiej w Gdańsku z 4,6 tys. mkw. biur i Fenix przy alei Zwycięstwa w Gdyni z 1,5  tys. mkw. powierzchni. Został oddany także Neon, ostatni biurowiec kompleksu Alchemia w Gdańsku Oliwie z 35,4 tys. mkw. powierzchni.

Popyt na trójmiejskie biura większy niż rok temu

W pierwszych dziewięciu miesiącach 2019 roku, jak zauważa Mateusz Strzelecki, popyt na trójmiejskie biura był większy niż rok wcześniej. Według danych Walter Herz, wolumen transakcji najmu osiągnął w tym czasie w Trójmieście poziom prawie 75 tys. mkw. powierzchni. Do największych podpisanych umów należał kontrakt firmy Nordea na 10,8 tys. mkw. w kompleksie Olivia Star w Gdańsku, umowa firmy Jeppensen w Arkońska Business Park na 9,5 tys. mkw., UTC na 7,3 tys. mkw. w biurowcu Heweliusza 18 oraz umowy firm Dynatrace i Amazon na 4 tys. mkw. powierzchni.

Popyt na biura w Trójmieście generują głównie firmy z sektora IT i telekomunikacji, a także handlowego i finansowego. Coraz większe zapotrzebowanie na powierzchnię widoczne jest też ze strony firm logistycznych oraz przedsiębiorstw związanych z handlem morskim i przemysłem portowym, jak również z branży TSL.

Pomimo dużej aktywności deweloperów na rynku trójmiejskim od kilku lat stale maleje współczynnik powierzchni niewynajętej. Jak podaje Walter Herz, w Trójmieście jest niespełna 5 proc. wolnych biur. Współczynnik pustostanów w tym regionie jest najniższy w kraju. Stawki czynszowe w nowoczesnych, trójmiejskich obiektach biurowych mieszczą się w przedziale od 13 do 17 euro/mkw./m-c.

Zwycięstwo Konserwatystów w Wielkiej Brytanii

Wczoraj odbyły się wybory w Wielkiej Brytanii. Boris Johnson dokonał tego, co nie udało się Theresie May. Poprowadził swoją formację do zwycięstwa, stabilizując samodzielną większość. Drzwi do brexitu stoją otworem.

Zwycięstwo Konserwatystów

Wydaje się, że wczorajsze wybory wyjaśniają dosyć wyraźnie, jak będzie wyglądał dalszy ciąg procesu brexitowego. Boris Johnson istotnie zwiększył stan posiadania Partii Konserwatywnej. Ma teraz samodzielną większość z niemal 40 posłami zapasu, co prawdopodobnie pozwoli mu dyktować warunki. Obserwatorzy wskazują na historyczne zwycięstwo Torysów. Porażka Partii Pracy również jest szczególnie dotkliwa. Warto zwrócić uwagę, że konserwatyści zdobyli wiele bastionów dotychczas zajmowanych przez Partię Pracy. Na reakcję rynków nie trzeba było długo czekać. Funt wyskoczył z okolic 5,07 zł i dotarł w pierwszym ruchu aż 10 groszy wyżej. Po korekcie wciąż znajduje się powyżej 5,12 zł.

Ryzyka związane z wyborami

Boris Johnson nie jest jedynym zwycięzcą. Szkocja – zdecydowanie antybrexitowa –  ma swoją Szkocką Partię Narodową, która zdobyła imponującą liczbę 48 mandatów. Teoretycznie, sondaże dawały jej jeszcze więcej, ale to i tak bardzo dobry wynik. Jego konsekwencją może być próba doprowadzenia w Szkocji do kolejnego referendum niepodległościowego. Argumenty używane w przypadku brexitu w ujęciu Wielka Brytania – Unia Europejska doskonale pasują do powodów, jakie wysuwa Szkocja względem Wielkiej Brytanii.

EBC nie zaskakuje

Europejski Bank Centralny zgodnie z oczekiwaniami utrzymał stopy procentowe na niezmienionym poziomie. Komunikat mówi o chęci utrzymania programu skupu aktywów tak długo jak to będzie konieczne oraz zakończenie go przed procesem podnoszenia stóp procentowych. Ten jednak nie nastąpi do momentu, kiedy inflacja znajduje się w ryzach. Co więcej, komunikat raczej mówi o warunkach ich obniżania, a nie podnoszenia. Podana przez EBC informacja zginęła w cieniu oczekiwań inwestorów na wyniki wyborów w Wielkiej Brytanii.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – USA – sprzedaż detaliczna.

Maciej Przygórzewski główny analityk w Internetowykantor.pl

Gorączka świątecznych zakupów

Święta za pasem. Przed nami zakupy prezentów i produktów spożywczych na wigilijny stół. Jaką kwotę przeznaczamy na upominki dla najbliższych? I czy promocje przygotowywane w tym okresie przez sklepy wpływają na nasze decyzje zakupowe? W najnowszym badaniu PAYBACK Opinion Poll sprawdziliśmy, jak do tematu zakupów świątecznych podchodzą Polacy.

Zakupy na wigilijny stół

Większość Polaków spędza święta w domu. Trzeba się do nich odpowiednio przygotować i zapełnić lodówkę produktami spożywczymi na Wigilię i rodzinne biesiadowanie. Dokąd się udajemy po takie artykuły? Aż 60% ankietowanych kupuje w super- i hipermarketach, natomiast 17% w dyskontach. Wybierając konkretny sklep najczęściej kierujemy się dobrymi cenami i ofertami promocyjnymi. Dla ponad połowy badanych istotna jest także dostępność wszystkich interesujących artykułów w jednym miejscu oraz ich jakość.

Gdzie po prezenty?

Jak święta to oczywiście prezenty. Prawie połowa respondentów rozpoczyna poszukiwania upominków dla najbliższych już miesiąc przez świętami, co dziesiąty natomiast pozostawia to na ostatnią chwilę. Oprócz galerii handlowych, do których udaje się w tym celu 33% badanych, co czwarty prezenty świąteczne kupuje wyłącznie przez Internet. Większość z nas korzysta wówczas z laptopa, natomiast dla co szóstego respondenta najwygodniej jest dokonać transakcji przy użyciu smartfona, który zawsze jest pod ręką. Okres świąteczny często oznacza tłumy w sklepach stacjonarnych. Co piąty respondent robi wówczas zakupy online, gdyż w spokoju może zastanowić się nad swoim wyborem, natomiast 16% twierdzi, że znacznie lepsze okazje może znaleźć właśnie w tym kanale.KIEDY ZACZYNAMY ZAKUPY PREZENTÓW ŚWIĄTECZNYCH

Prezenty świąteczne to często dość spory wydatek. Ile średnio na nie wydajemy? Połowa badanych przeznacza na nie od 100 do 500 zł, natomiast co trzeci nawet do 1000 zł. Jak się okazuje, budżet staramy się mieć pod kontrolą. 40% Polaków nie przekracza ustalonej wcześniej maksymalnej kwoty, którą może wydać na świąteczne prezenty. Dla kogo najczęściej kupujemy upominki? Na pierwszym miejscu są oczywiście najmłodsi. Prezenty dla dzieci kupuje aż 73% respondentów. Nieco mniej dla swoich partnerów (71%) oraz rodziców (63%). Przeważnie zakupów świątecznych prezentów dokonujemy sami (45%) i zajmuje nam to zwykle kilka godzin. Wśród prezentów dominują kosmetyki, na które decyduje się prawie 60% ankietowanych, na dalszym miejscu znajdują się zabawki (45% wskazań) oraz ubrania (37% wskazań).

Święta to moment, w którym myślimy nie tylko o najbliższych, ale także o najbardziej potrzebujących. W tym czasie organizowanych jest wiele zbiórek charytatywnych – udział w nich deklaruje 66% respondentów.

Jak święta to promocje

Do ofert promocyjnych podchodzimy zazwyczaj z dystansem i korzystamy z nich tylko czasem, gdy akurat bardzo spodoba nam się dany produkt (37%). Inaczej sprawa wygląda, gdy mówimy o zniżkach w okresie świątecznym. W tym czasie ponad 60% badanych często z nich korzysta, a prawie 30% twierdzi, że promocje świąteczne są dużo atrakcyjniejsze niż w pozostałe dni w roku.ILE CZASU ZAJMUJĄ NAM ZAKUPY PREZENTÓW

Skąd czerpiemy wiedzę na temat aktualnych ofert promocyjnych? Taki sam odsetek respondentów (31%) dostaje sms od swoich ulubionych sklepów, a także obserwuje reklamy w telewizji, radiu czy prasie. Zdecydowanie najczęściej śledzimy informacje  na stronach  internetowych sklepów, w których planujemy zrobić świąteczne zakupy – robi tak aż 70% badanych. Ponad połowa respondentów twierdzi jednak, że najchętniej otrzymywałaby informacje o aktualnych promocjach drogą mailową.

PAYBACK Opinion Poll

Powyższe badanie zostało przeprowadzone na uczestnikach Programu PAYBACK w dniach 28 listopada-3 grudnia 2019 r. metodą ankiety online na grupie 587 osób. Grupa badawcza w wieku 18-65 lat dobrana została tak, aby odpowiadać strukturze demograficznej kraju.

Wielka Brytania po wyborach

Tym razem sondaże były trafne: W wyborach w Wielkiej Brytanii Partia Konserwatywna zdobyła zdecydowaną większość z przewagą 74 miejsc – największą jaką miała od wyborów pod wodzą Margaret Thatcher w 1987 roku. Pozwoli im to na realizację „get Brexit done” (dokonajmy Brexitu) w 2020 roku, zmniejszając niepewność w gospodarce brytyjskiej. Ryzyko przedterminowych wyborów jest w ciągu najbliższych trzech lat raczej niskie.

W wyniku zmniejszenia się niepewności oraz w efekcie wyższych wydatków fiskalnych skorygowaliśmy naszą prognozę wzrostu dla Wielkiej Brytanii na rok 2020 z +0,8% do +1,0% i oczekujemy, że wzrost będzie nadal odbudowywał się także w 2021 r. (+1,6%).

Co to oznacza dla firm?

Silniejszy popyt krajowy byłby mile widziany w kontekście wcześniejszego spowolnienia tempa wzrostu obrotów. Jednak przeważać będzie trend spadku cen, biorąc pod uwagę wciąż „ponadprzeciętne” poziomy zapasów poczynionych wcześniej, w ciągu całego roku zapasach interwencyjnych. Spodziewamy się spowolnienia tempa wzrostu liczby niewypłacalności przedsiębiorstw do +3% w 2020 roku, po +6% w 2019 roku. W 2021 r. prawdopodobny jest umiarkowany spadek ich liczby o -2%.

Co to oznacza dla rynków?

Funt szterling powinien nadal zyskiwać na wartości (1,25 GBP/EUR na koniec 2019 roku) i ustabilizować się w 2020 roku. Krajowy (brytyjski) rynek kapitałowy powinien na tym skorzystać. Kombinacja presji wzrostowej wynikającej zarówno ze składników realnych, jak i inflacyjnych dla obligacji rządowych, pociąga za sobą rosnące ryzyko odwrócenia dotychczasowej tendencji (spadku ich wyceny  – i wyższą premię). Nasz autorski model wyceny zakłada obecnie wzrost ryzyka przekładający się na możliwy +10bps (punktów bazowych) wzrost wartości 10-letnich papierów skarbowych.

Jednak najtrudniejsze jest jeszcze przed nami: umowa handlowa z UE raczej nie zostanie sfinalizowana przed 2022 r., biorąc pod uwagę wyzwania związane z wdrożeniem kontroli granicznych na Morzu Irlandzkim.

Komentarz ekspertów Euler Hermes

W 2020 r. jedna trzecia firm planuje powierzyć robotom czynności niebezpieczne i powtarzalne

  • 37% firm planuje zwiększenie automatyzacji w ciągu najbliższych 12 miesięcy
  • Ponad jedna trzecia przedsiębiorstw oczekuje, że automatyzacja przyczyni się do wzrostu produktywności i zmniejszenia liczby błędów
  • Najnowsze badania firmy reichelt elektronik są poświęcone analizie podejścia przedsiębiorstw do kwestii zakupu nowych robotów i wykorzystania ich w zakładach

Z opublikowanych dzisiaj badań wynika, że upowszechnienie automatyzacji będzie wciąż jednym z głównych trendów biznesowych w roku 2020, a sztuczna inteligencja (AI) i roboty będą przejmować coraz więcej zadań wykonywanych dotychczas przez człowieka. Maszyny przeznaczone do realizacji różnego rodzaju zadań staną się niejako członkami personelu.

Firmy reichelt elektronik i OnePoll przeprowadziły wspólnie ankietę poświęconą automatyzacji, w której wzięło udział 250 kierowników różnego szczebla z Wielkiej Brytanii. W ponad jednej trzeciej firm roboty są już wykorzystywane w niektórych rolach, zaś 37% przedsiębiorstw planuje inwestycje w nowe technologie mające na celu zwiększenie automatyzacji w ciągu najbliższych 12 miesięcy.

Więcej robotów to większe bezpieczeństwo i mniej błędów

Zdaniem ankietowanych kierowników główną motywacją do zwiększenia automatyzacji w miejscu pracy była chęć zwiększenia produktywności (40%) i ograniczenia liczby błędów (36%). Od dawna wiadomo, że automatyzacja może oszczędzić czas poświęcany przez pracowników na realizację powtarzalnych czynności, a spadające koszty rozwiązań technologicznych eliminują bariery finansowe dla wdrożeń.

62% firm wykorzystujących roboty lub automatyzację procesów robi to głównie po to, aby chronić swoich pracowników, zdejmując z nich obowiązek wykonywania niebezpiecznych czynności. Respondenci wyrazili pewne zaniepokojenie w związku z upowszechnieniem automatyzacji. 39% ankietowanych martwi kwestia kompatybilności rozwiązań z istniejącą infrastrukturą firmową, a 33% respondentów uważa, że koszty pozyskania rozwiązań i ich konserwacji mogą przewyższać korzyści. 47% firm wykorzystujących roboty lub automatyzację robi to w celach szkoleniowych.

Zakup robotów

W przypadku automatyzacji firmy mają zaplanowane budżety na zakup robotów w roku 2020. Prawie trzy czwarte respondentów twierdzi, że automatyzacja jest uwzględniona w budżecie firmy, przy czym u 25% ankietowanych jest to kwota w przedziale od 50 do 100 tysięcy funtów. Jeśli chodzi o preferencje zakupowe, 45% respondentów twierdzi, że woli kupować od producentów, zaś 33% od dystrybutorów. Pomoc techniczna i doradztwo zdają się być priorytetami dla kupujących (48%), a na drugim miejscu znajduje się kwestia zgodności z istniejącą infrastrukturą firmową (45%). Z ankiety firmy reichelt wynika, że istnieje wyraźny popyt na automatyzację, w związku z czym dystrybutorzy powinni zadbać o ofertę sprzętu i części zamiennych w celu zapewnienia prawidłowej integracji nowych technologii.

Dzięki automatyzacji i robotom zadania są wykonywane szybciej i wydajniej. Mimo wyzwań jesteśmy przekonani, że trend związany z upowszechnieniem automatyzacji przez zwiększenie liczby robotów i podobnych technologii utrzyma się w roku 2020. Rynek rozwija się dynamicznie, a oferta obejmuje coraz więcej przystępnych cenowo rozwiązań dla firm średniej wielkości – mówi Tobias Thelemann, menedżer ds. produktów w reichelt elektronik.

Ankieta internetowa firmy OnePoll odbyła się we wrześniu 2019 r. i wzięło udział 250 kierowników różnego szczebla.

Kara za opóźnienia, a koszty podatkowe

Ustawa o podatku dochodowym od osób prawnych (CIT), jak i ustawa o podatku dochodowym od osób fizycznych (PIT) przewidują, że nie można zaliczyć do kosztów uzyskania przychodów, wydatków poniesionych z tytułu kar umownych i odszkodowań z tytułu wad dostarczonych towarów, wykonanych robót i usług oraz zwłoki w dostarczeniu towaru wolnego od wad albo zwłoki w usunięciu wad towarów albo wykonanych robót i usług. Pomimo takiego określenia należy pamiętać, że nie każde zapłacone odszkodowanie bądź kara umowna podlega wyłączeniu z kosztów podatkowych. Ustawodawca ogranicza możliwość rozpoznania kosztów podatkowych w sytuacji niewykonania lub nienależytego wykonania zobowiązania. Ocena czy w przypadku powstania kar i odszkodowań możliwe jest ich zakwalifikowanie w koszty podatkowe nie jest łatwa i powinna być dokonana na wielu płaszczyznach z uwzględnieniem dorobku doktryny i orzecznictwa.

Niewykonania i nienależyte wykonanie

Oba pojęcia wynikają z prawa cywilnego. Niewykonanie zobowiązania dotyczy sytuacji gdy podmiot albo w ogóle nie świadczy usługi lub wykonuje ją inny podmiot niewskazany w umowie. Zasadniczo można wyróżnić 4 typy niewykonania: niemożliwość świadczenia, za którą podmiot ponosi lub nie odpowiedzialność oraz opóźnienie wykonania świadczenia proste (podmiot nie ponosi odpowiedzialności) i kwalifikowane (za które podmiot ponosi odpowiedzialność). Rozróżnieniem pomiędzy świadczeniem niewykonany, a wykonanym nienależycie jest przyjęcie tego świadczenia przez zlecającego. Pojęcie nienależytego wykonania jest bardzo szerokie, z uwagi na mnogość sytuacji, które mogą je powodować.

Zwłoka w wykonaniu świadczenia

Zgodnie z treścią art. 476 zd. 1 KC „Dłużnik dopuszcza się zwłoki, gdy nie spełnia świadczenia w terminie, a jeżeli termin nie jest oznaczony, gdy nie spełnia świadczenia niezwłocznie po wezwaniu przez wierzyciela”. Jest to więc kwalifikowany typ opóźnienia w spełnieniu świadczenia. Powyższy przepis przewiduje, że zwłoki można dopuścić się tylko na skutek własnych działań. W efekcie przepisy ustawy o CIT/PIT odnoszą się do pojęcia zwłoki w usunięciu wad towarów lub wykonaniu robót wynikających z okoliczności, za które dłużnik odpowiada. W efekcie każdy przypadek zwłoki w wykonaniu świadczenia będzie objęty ograniczeniem w możliwości zaliczenia do kosztów podatkowych. Należy jednak odróżnić zwłokę, od opóźnienia, które może być także niezawinione.

Opóźnienie w wykonaniu świadczenia, a należyta staranność

Organy podatkowe w interpretacjach wskazują, że przy kwalifikacji wydatków na kary umowne lub odszkodowania do kosztów podatkowych nie ma znaczenia samo niedochowanie terminu wykonania, lecz kwestia odpowiedzialności dłużnika, co może przykładowo wynikać z umowy lub innego stosunku łączącego strony. Kluczową kwestią jest tzw. należyta staranność. Przekonał się o tym jeden z programistów, który w toku świadczonych usług nie zweryfikował wpływu zmian w licencjach na przygotowane oprogramowanie, w efekcie czego zostało ono oddane z opóźnieniem i powstała konieczność zapłaty kary umownej. Fiskus wskazał w interpretacji z 11-09-2019 r. nr 0112-KDIL3-1.4011.198.2019.1.KF, że odpowiedzialność na potrzeby tego przepisu należy rozumieć szeroko i nie można jej ograniczać do odpowiedzialności na zasadzie winy czy też na zasadzie ryzyka.

Podobne stanowisko zajął fiskus w interpretacji z dnia 24-10-2019 r. nr 0111-KDIB2-1.4010.387.2019.1.AR, gdzie odmówił zaliczenia do kosztów podatkowych kar umownych z tytułu opóźnienia w zakresie realizacji robót budowlanych.

Uznanie roszczenia, a koszty

W orzecznictwie sądów administracyjnych można zaobserwować podejście, w ramach którego uznaje się, że wypłata odszkodowania/kary umownej jest konsekwencją uznania roszczenia i zasadniczo stanowi potwierdzanie, że usługa nie została wykonana prawidłowo (por. wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie z dnia 21 grudnia 2016 r. sygn. III SA/Wa 2631/15). Takie podejście nie jest jednak zawsze zgodne z prawdą i stanem faktycznym. Można sobie wyobrazić sytuację w ramach której przedsiębiorca nie akceptuje odpowiedzialności za powstanie kary umownej, ale decyduje się na jej zapłatę, żeby utrzymać relacje z klientem i zapewnić w przyszłości przychody. W takich kwestiach zastosowanie ograniczenia w kwalifikacji do kosztów podatkowych powinno być dodatkowo przeanalizowane.

Podsumowanie

Kwalifikacja do kosztów niepodatkowych wydatków z tytułu kar i odszkodowań została ściśle określona w przepisach ustawy o podatku dochodowym CIT/PIT. Zasadniczo więc w przypadku innych sytuacji ograniczenie to nie powinno mieć zastosowania. Niemniej w ostatnich interpretacjach podatkowych fiskus usztywnia się w podejściu do traktowania kar umownych z tytułu opóźnień, obejmując ograniczeniem odliczenia szeroki katalog wydatków, nie zwracając uwagi na argumentację podatników związaną z wpływem tych wydatków na przychody.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Exit tax nie ma charakteru bezwzględnego – przeniesienie działalności nadal jest opłacalne

Praktyka gospodarcza pokazuje, że szereg polskich przedsiębiorców przenosi lub zamierza przenieść działalność gospodarczą za granicę. Przyczyny takiego stanu rzeczy są różnorakie, począwszy od rozszerzenia rynków zbytu, zredukowania barier przepływu towarów, wzrostu konkurencyjności, na bardziej namacalnych pobudkach w postaci minimalizacji obciążeń administracyjnych tudzież zbyt agresywnej polityki aparatu fiskalnego naszego państwa skończywszy.

Należy zauważyć, że każdy transfer aktywów gospodarczych poza terytorium Polski wiąże się z powstaniem obowiązków podatkowych. Mowa tutaj przede wszystkim o podatkach dochodowych oraz o podatku od towarów i usług. O ile do końca 2018 r. obowiązki te nie zawsze wiązały się z koniecznością zapłaty podatku, o tyle od początku 2019 r. ustawodawca postanowił sięgnąć do kieszeni podatników. W konsekwencji status podatnika nadano:

  • osobom przenoszącym majątek przedsiębiorstwa poza granice naszego kraju oraz
  • osobom, które postanowiły zmienić polską rezydencję podatkową na rezydencję innego kraju.

Kolejnym warunkiem nałożenia podatku jest utrata przez Polskę możliwości opodatkowania dochodów ze zbycia majątku, który został przeniesiony albo który nie został przeniesiony, ale jest własnością osoby, która zmieniła rezydencję podatkową.

Tak zwany podatek od wyjścia (exit tax) został wprowadzony w wielu krajach w celu ochrony ich suwerenności podatkowej w dobie postępującej globalizacji rynków międzynarodowych. W pierwotnym zamyśle podatek ten miał być czynnikiem hamującym w poszukiwaniu przez przedsiębiorców oszczędności podatkowych, ponieważ dla wielu państw utrata jurysdykcji podatkowej w odniesieniu do zysków osiągniętych na ich terytorium stanowiła wyzwanie gospodarcze i budżetowe. Skutkiem tego exit tax wprowadzony został m.in. w Niemczech, Holandii, Danii, Francji, Hiszpanii, Irlandii, Luksemburgu, Portugalii, Szwecji oraz we Włoszech.

Przeniesienie działalności nadal jest opłacalne

Dobra wiadomość jest taka, że exit tax nie ma charakteru bezwzględnego. W rezultacie spełnienie określonych warunków ustanowionych przez ustawodawcę eliminuje obowiązek zapłaty podatku. Pierwszy z nich odnosi się do wartości rynkowej przenoszonych składników. Jeśli wartość ta jest niższa od 4 mln zł, to exit tax nie ma zastosowania. Wyłączenie opodatkowania nastąpi również w wyniku jedynie czasowego przeniesienia składnika majątkowego (do 12 miesięcy) w ramach polityki zarządzania płynnością przedsiębiorstwa.

Kolejna pomyślna wiadomość jest taka, że exit tax nie ma charakteru ryczałtowego. W rezultacie podatek pobierany jest od dochodu, który można pomniejszyć o wartość podatkową składników majątku przedsiębiorstwa. W praktyce wartość ta stanowi kwotę niezaliczoną uprzednio do kosztów uzyskania przychodów, jaka zostałaby przyjęta przez podatnika za koszt uzyskania przychodów, gdyby składnik ten został przez niego odpłatnie zbyty. Zatem im wyższa wartość podatkowa, tym niższy będzie podatek podlegający zapłacie.

Wniosek jest więc następujący – wykorzystanie powyższych preferencji eliminujących lub redukujących kwotę podatku w połączeniu z jurysdykcją podatkową oferującą korzystny sposób opodatkowania nadal stanowi realny i opłacalny sposób na zmianę otoczenia prawnego, w którym funkcjonuje przedsiębiorca.

Kierunek?

Od dłuższego czasu prym wiedzie kilka prawodawstw wspierających przedsiębiorców oraz hamujących przyrost obciążeń administracyjnych. Wyróżnić tutaj należy przede wszystkim maltański system podatkowy, który w Unii Europejskiej nie ma sobie równych z punktu widzenia korzyści podatkowych. Wystarczy wspomnieć chociażby o braku opodatkowania dochodów oraz zysków kapitałowych (np. dywidend), które zostały osiągnięte poza terytorium Malty. Korzyści finansowe są więc doraźne i – co ważne – łatwe do policzenia. Podobnie rzecz ma się w przypadku rezydenta podatkowego Monako lub Cypru.

W tym kontekście nie sposób również nie wspomnieć o naszych północnych sąsiadach, którzy wiedzą jak stworzyć przyjazny przedsiębiorcom system podatkowy. Na szczególną uwagę zasługuje tutaj wprowadzony w 2014 r. w Estonii program e-Residency, nazywany inaczej wirtualną rezydencją lub rezydencją elektroniczną. Co ważne, jest on skierowany także do nie-Estończyków, co oznacza, że skorzystać z niego mogą polscy przedsiębiorcy. Dzięki systemowi założenie estońskiej spółki zajmuje jedynie kilka godzin, a czynności takie jak zarządzanie przedsiębiorstwem, założenie rachunku bankowego oraz skorzystanie z międzynarodowych systemów płatności są wykonywane zdalnie z domowego fotela. Co warte uwagi, estoński aparat skarbowy nie przewiduje skali progresywnej, co w konsekwencji przekłada się na brak stosowania podwyższonej stawki podatkowej, stosowanej do opodatkowania osób fizycznych. Niższa jest również stawka VAT (o trzy punkty procentowe). Co prawda stawka estońskiego CIT wynosi 20%, ale z uwagi na zwolnienie z podatku reinwestowanych zysków efektywna stopa opodatkowania wynosi jedynie 8%. Jest ona zatem dwa razy niższa od polskiej, wynoszącej blisko 15%.

Przeniesienie działalności w praktyce

Transfer aktywów i rozpoczęcie działalności w nowym kraju zawsze będzie związane z wypełnieniem pewnych wymogów formalnych. Wyróżnić tutaj należy zarejestrowanie działalności w odpowiednim rejestrze, uzyskanie numeru identyfikacji podatkowej oraz założenie rachunku bankowego. Podobnie jak w Polsce, we wszystkich krajach Unii czynności te wykonuje się fizycznie lub zdalnie w odpowiedniej jednostce oraz w banku. Kolejnym rozwiązaniem jest skorzystanie z systemu, jaki funkcjonuje w Estonii, o którym mowa była powyżej. Niestety takie rozwiązanie nie jest dostępne w każdym kraju Unii. Trzeci scenariusz przewiduje możliwość skorzystania z pomocy kancelarii prawnej, która zarejestruje działalność gospodarczą, założy rachunek bankowy oraz dokona innych czynności w imieniu przedsiębiorcy.

Kolejnym zagadnieniem, z którym muszą zmierzyć się podatnicy, jest zmiana lub pozostawienie polskiej rezydencji podatkowej. Innymi słowy, nie każdy transfer przedsiębiorstwa będzie powodował automatyczną zmianę rezydencji. Ta wystąpi jedynie w przypadku fizycznej obecności podatnika w kraju przeprowadzki lub przeniesienia tam centrum interesów życiowych i gospodarczych. Reasumując, podatnik stanie przed wyborem dwóch scenariuszy polegających na tym, że zagraniczną działalność gospodarczą będzie prowadził jako polski rezydent podatkowy albo jako rezydent podatkowy kraju, do którego działalność została przeniesiona. Należy jednak wspomnieć, że pierwszy scenariusz nie skutkuje koniecznością opodatkowania w Polsce zysków z tej działalności. W tym zakresie wymagana jest jednak analiza odpowiednich umów międzynarodowych.

Osoby chcące przenieść działalność gospodarczą do innego kraju, mogą również stanąć przed dylematem zamknięcia bądź likwidacji działalności prowadzonej dotychczas w Polsce. Odpowiedź na pytanie, czy jest to konieczne, brzmi „nie”. Nie ma bowiem przeciwwskazań prawnych dla prowadzenia działalności w obu krajach. Należy jednak zwrócić uwagę na zagadnienie rozliczeń podatkowych, które w przypadku takiego scenariusza mogą wystąpić w obu krajach. Decyduje o tym odpowiednia umowa o unikaniu podwójnego opodatkowania. Oczywiste jest z kolei, że zamknięcie działalności gospodarczej w Polsce oraz uzyskanie rezydencji podatkowej innego kraju zakończy definitywnie związek podatkowy z naszym krajem.

Podsumowanie

Transfer działalności gospodarczej do innej jurysdykcji prawnej nadal stanowi realną i korzystną alternatywę dla polskich przedsiębiorców.

Nie ulega jednak wątpliwości, że decyzja ta powinna zostać poprzedzona stosowną analizą w zakresie:

  • ustalenia wartości rynkowej przenoszonych składników oraz okresu, na jaki będą przeniesione;
  • obliczenia dochodu oraz kwoty ewentualnego podatku (exit tax);
  • ustalenia kraju, do którego nastąpi transfer przedsiębiorstwa;
  • ustalenia, czy transfer ten będzie wiązał się z utratą polskiej rezydencji podatkowej.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Zmiany we władzach Związku Polskiego Leasingu

Do Komitetu Wykonawczego Związku Polskiego Leasingu (ZPL) zostali wybrani dwaj nowi członkowie: Radosław Woźniak oraz Rafał Merk. Komitet Wykonawczy ZPL, który liczy obecnie ośmiu reprezentantów, kieruje bieżącą działalnością polskiej organizacji leasingowej.

Podczas Walnego Zebrania ZPL, zwołanego w trybie nadzwyczajnym, odbyły się wybory uzupełniające do Komitetu Wykonawczego ZPL. W wyniku głosowania do władz związku został wybrany Radosław Woźniak, Prezes Zarządu Europejskiego Funduszu Leasingowego.

Do Komitetu Wykonawczego ZPL dołączył także Rafał Merk, Członek Zarządu Polskiego Związku Wynajmu i Leasingu Pojazdów (PZWLP), Dyrektor Zarządzający Athlon Polska. PZWLP jest członkiem zbiorowym Związku Polskiego Leasingu, a Rafał Merk został oficjalnym reprezentantem PZWLP we władzach ZPL.

Obok nowo powołanych prezesów, swoją misję we władzach ZPL będą kontynuować Andrzej Krzemiński (Prezes Zarządu 99rent), Marcin Balicki (Prezes Zarządu Millennium Leasing), Ewa Łuniewska (Prezes Zarządu ING Lease Polska), Artur Nowicki (członek Rady Nadzorczej Grupy DBK oraz prezes spółki HAMA Polska), Paweł Pach (Prezes Zarządu PKO Leasing) oraz Mieczysław Woźniak (członek zarządu Leaseurope). Eksperci branży leasingowej pracują społecznie na rzecz rozwiązań istotnych dla funkcjonowania polskich leasingodawców i ich klientów.

Biogramy nowych członków Komitetu Wykonawczego ZPL

Rafał Merk
Rafał Merk

Rafał Merk jest absolwentem Wydziału Zarzadzania Politechniki Łódzkiej. Od 20 lat jest związany ze spółkami sektora usług finansowych. Od 2007 roku pracuje w spółkach leasingowo-faktoringowych. W 2007 objął funkcję CFO w ING Commercial Finance, następnie, od 2010 – Finance Managera w holenderskiej centrali ING LeaseHolding. W latach 2012 – 2017 pełnił rolę CFO dla regionu Europy Wschodniej w De Lage Landen. Od 2017 jest Dyrektorem Zarządzającym Athlon Polska.


Radosław Woźniak_ZPL_m
Radosław Woźniak

Radosław Woźniak, jest absolwentem Wydziału Elektroniki i Informatyki Politechniki Wrocławskiej oraz Wydziału Doradztwa Finansowego i Pośrednictwa Business Development Institute. Obok funkcji Prezesa Zarządu EFL, pełni także rolę Prezesa Zarządu EFL Finance, Członka Rady Nadzorczej Carefleet SA, Członka Rady Nadzorczej Eurofactor Polska SA i Członka Rady Nadzorczej CA Leasing Serbia. We wszystkich tych miejscach aktywnie pracuje na rzecz rozwoju i promocji leasingu w Europie Środkowo-Wschodniej.

To był dobry rok dla fotowoltaiki. Co czeka nas w 2020 r.?

  • Łączna moc uruchomionych instalacji PV wzrosła o 163,8% w ciągu jedenastu miesięcy.
  • Podwyżka cen prądu oraz rozszerzenie definicji prosumenta spowodują jeszcze większe zainteresowanie instalacjami PV.
  • Głównym wyzwaniem w 2020 r. dla właścicieli projektów farm fotowoltaicznych będzie zapewnienie finansowania inwestycji.

Mijający rok upłynął pod znakiem boomu w energetyce odnawialnej, w szczególności w fotowoltaice. Przyniósł on też kilka istotnych zmian legislacyjnych oraz regulacji, które znacząco wpłyną na obraz nie tylko rynku PV, ale całego sektora OZE. W związku z tym to, jak branża sprosta wyzwaniom, które przyniesie 2020 r., może zaważyć na dalszym rozwoju sektora i popularności poszczególnych technologii.

Rok 2019 był bardzo udany z perspektywy sektora fotowoltaiki, o czym świadczy, chociażby fakt, że łączna moc uruchomionych instalacji przekroczyła 1 GW. Także tegoroczne zmiany legislacyjne wpłyną pozytywnie na zainteresowanie fotowoltaiką. Zwłaszcza poszerzenie definicji prosumenta. Może to się okazać szczególnie istotne w związku z planowaną podwyżką cen prądu w 2020 r. Dlatego uważam, że rynek fotowoltaiki nabierze jeszcze większego rozpędu i wysunie się na czoło sektora OZE w niedalekiej przyszłości. Jeżeli sprosta kilku wyzwaniom, które stoją przed nim w przyszłym roku – zauważa Małgorzata Gil, Dyrektor Działu Projektów w PCWO Energy S.A.

Najważniejsze zmiany, jakie przyniósł 2019 r.

  • Nowelizacja ustawy o OZE

Latem Sejm przyjął nowelizację ustawy o odnawialnych źródłach energii. Wśród szeregu zmian, które zostały wprowadzone, najważniejszymi z punktu widzenia rozwoju fotowoltaiki są pakiet prosumencki oraz wydłużenie do 24 miesięcy terminu na wybudowanie instalacji, która wygrała aukcję organizowaną przez Urząd Regulacji Energetyki.

Rozszerzenie definicji prosumenta oznacza, że będą nim mogli zostać również przedsiębiorcy, zwłaszcza z sektora MŚP, którzy poprzez zamontowanie instalacji chcą zwiększyć swoją niezależność energetyczną i obniżyć rachunki za prąd. Jest to niezwykle istotna zmiana, która spowoduje zapewne większe zainteresowanie firm zakupem instalacji PV.

Z kolei wydłużenie terminu na uruchomienie farmy fotowoltaicznej, która zyskała wsparcie rządowe, sprawi, że do aukcji URE zgłaszanych będzie coraz więcej projektów.

  • Podwyżka cen prądu

Rozszerzenie definicji prosumenta jest też niezwykle istotne w połączeniu z ustanowieniem nowych cen prądu, które zaczną obowiązywać w przyszłym roku. O ile dla odbiorców indywidualnych będą one uciążliwe (ok. 10% wzrost), to w przypadku firm, mogą one znacząco zachwiać ich sytuacją finansową. Przewidywane zwiększenie cen prądu w taryfach dla firm będzie się wahać od kilkunastu do nawet 40%. W związku z czym przedsiębiorcy na pewno będą szukali sposobów na obniżenie rachunków. Jednym z nich jest zamontowanie instalacji fotowoltaicznej, żeby samodzielnie produkować prąd na własne potrzeby. Jeżeli odpowiednio skalkulują niezbędne im zasoby, może się okazać, że będą w stanie wyprodukować nadwyżki, które na mocy nowego prawa będą mogli sprzedać na rynku.

  • Rekordowy wzrost mocy PV

W tym roku mieliśmy do czynienia z największym w historii polskiej fotowoltaiki przyrostem mocy zainstalowanych instalacji. Polskie Sieci Elektroenergetyczne poinformowały, że na początku grudnia łączna moc elektrowni PV zarejestrowanych w Krajowym Systemie Elektroenergetycznym wyniosła 1185,7 MW – to 163,8% wzrost w porównaniu z końcem 2018 r.

Wyzwania, którym będzie musiała sprostać branża w 2020 r.

  • Zapewnić finansowanie budowy farm

Mimo że rynek fotowoltaiki dynamicznie się rozwija, wzrasta liczba instalacji, prosumentów oraz projektów, które otrzymują wsparcie rządowe w ramach aukcji URE, to istnieje bariera, z którą muszą się zmierzyć wytwórcy – brak łatwego dostępu do kredytowania w przypadku dużych elektrowni, farm PV. – Choć podejście polskich instytucji finansowych powoli się zmienia, to nadal część wytwórców wspiera się kredytami zaciąganymi w zagranicznych bankach. Dlatego jednym z głównych zadań branży PV w 2020 r. będzie przekonanie sektora finansowego, że udzielenie wsparcia wytwórcom energii ze słońca nie jest obarczone ryzykiem braku spłaty pożyczki. W szczególności dotyczy to tych projektów, które wygrały aukcje URE. Co więcej, zaangażowanie się w budowę farm fotowoltaicznych może być dla nich także korzystną inwestycją, co udowadnia aktywność zagranicznych funduszy inwestycyjnych na naszym rynku – dodaje Małgorzata Gil z PCWO Energy.  

  • Rozwinąć siły wykonawcze

Rosnąca popularność instalacji PV, zarówno tych prosumenckich, jak i „aukcyjnych” sprawiła, że na rynku brakuje instalatorów. W związku z tym inwestorzy muszą bardzo ostrożnie kalkulować czas wykonania inwestycji. Biorąc pod uwagę zbliżające się podwyżki cen prądu i związane z tym zwiększone zainteresowanie budową mikroinstalacji, może się okazać, że w przyszłym roku nie starczy zasobów na realizację wszystkich inwestycji. Może to zagrozić realizacji projektów, które uzyskały wsparcie rządowe. Dlatego zwycięzcy aukcji powinni już teraz prowadzić rozmowy z wykonawcami oraz rozważyć uruchomienie własnych sił konstruktorskich.

  • Zapewnić dostępność komponentów

Kolejnym zagadnieniem, które także może zaważyć na liczbie zrealizowanych w 2020 r. inwestycji, jest dostępność komponentów do montażu instalacji. Już obecnie istnieją problemy z szybkim zakupem poszczególnych części. Rosnący popyt sprawia, że nie są one magazynowane. Co więcej, liczba dystrybutorów paneli i części do nich pozostaje bez znaczących zmian. W związku z tym trzeba się liczyć z kilkutygodniowym oczekiwaniem na zamówione komponenty, ponieważ są one sprowadzane z zagranicy, najczęściej z Chin.

Źródło: PCWO Energy

Zakup używanego mieszkania – kiedy fiskus doliczy nam podatek?

Polska podobnie, jak wiele innych krajów Starego Kontynentu cechuje się rozbudowanym fiskalizmem, czyli skłonnością państwa do opodatkowywania rożnych  czynności prawnych oraz transakcji. Zakup używanego mieszkania jest bardzo dobrym przykładem polskiego fiskalizmu. Warto wiedzieć, że obciążenia podatkowe związane z taką transakcją ponosi zarówno sprzedawca, jak i nabywca lokalu. Obowiązek podatkowy po stronie kupującego jest związany z podatkiem od czynności cywilnoprawnych (PCC). Jeżeli natomiast chodzi o sprzedawcę lokum niebędącego przedsiębiorcą, to musi on zapłacić podatek PIT (19%) jeśli od nabycia nieruchomości nie upłynął pięcioletni termin. Warto wiedzieć, że urząd skarbowy może uznać cenę transakcyjną mieszkania (domu albo lokalu) za zaniżoną. W takiej sytuacji fiskus sam oszacuje cenę (wartość) rynkową nieruchomości i naliczy wyższy podatek. Wyjaśniamy, jak taka procedura swoistego domiaru podatkowego wygląda z perspektywy sprzedawcy i nabywcy mieszkania.

Urząd skarbowy może skorzystać z wyceny rzeczoznawcy

Analizę procedur stosowanych przez fiskusa, warto rozpocząć od aspektów związanych z podatkiem od czynności cywilnoprawnych (PCC). Ta danina płacona przez nabywcę mieszkania, wynosi 2,00% wartości rynkowej lokum. Jeżeli strony zaakceptowały umowę, która przewiduje zakup używanego mieszkania, to podatek PCC naliczy i odprowadzi notariusz. Brak formalnych obowiązków nabywcy „M” związanych z podatkiem od czynności cywilnoprawnych sprawia,  że wiele osób kupujących lokal szybko zapomina o tym podatku. „Dlatego wezwanie z urzędu skarbowego może być bardzo przykrym zaskoczeniem” – mówi Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Ustawa z dnia 9 września 2000 r. o podatku od czynności cywilnoprawnych (Dz.U. 2000 nr 86 poz. 959) wskazuje, że fiskus ma prawo do przedstawienia własnej wyceny kupionego mieszkania. W opisywanej sytuacji, kupujący jest wzywany do urzędu skarbowego i musi przedstawić dowody mówiące o tym, że zakup używanego mieszkania jednak odbył się po cenie rynkowej. Takim dowodem mogą być np. zdjęcia dokumentujące zły stan lokalu w chwili zakupu. Jeżeli argumenty nie przekonają fiskusa, to może on przedstawić wycenę opierającą się na opinii wybranego przez siebie rzeczoznawcy albo na operacie szacunkowym dostarczonym przez podatnika. „Nabywca mieszkania oprócz zapłaty wyższego podatku PCC pokryje również koszty wyceny zleconej przez fiskusa jeśli jej wynik o więcej niż 33% przekracza cenę sprzedaży” – wyjaśnia Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Procedura dotycząca PIT i PCC wygląda bardzo podobnie

Warto wiedzieć, że ustawa z dnia 26 lipca 1991 r. o podatku dochodowym od osób fizycznych (Dz.U. 1991 nr 80 poz. 350) daje fiskusowi podobne uprawnienia w zakresie domiaru podatkowego, jak ustawa o podatku od czynności cywilnoprawnych. Różnica polega na tym, że oprócz podatnika PIT (sprzedawcy mieszkania) fiskus może wezwać również nabywcę lokalu. Rola osoby, która zdecydowała się na zakup używanego mieszkania, polega jedynie na złożeniu wyjaśnień. Kolejna różnica względem wcześniej opisywanej procedury wiąże się z faktem, że nie istnieje możliwość oparcia wyceny mieszkania na operacie dostarczonym przez podatnika. To nie jest kluczowa sprawa, bo w przypadku podatku PCC fiskus i tak zwykle samodzielnie zleca wycenę nieruchomości. Jeżeli chodzi o koszt takiej wyceny, to osoba zobowiązana do zapłaty PIT pokryje wynagrodzenie rzeczoznawcy jeśli szacunek eksperta będzie się różnił o ponad 33% od ceny transakcyjnej. Leszek Markiewicz podkreśla, że jest to identyczne rozwiązanie, jak w przypadku podatku PCC.

Obiekcje fiskusa mogą pojawić się nawet po 5 – 6 latach

Urzędy skarbowe niezbyt chętnie dzielą się informacjami o kryteriach, które są stosowane przy okazji kwestionowania ceny transakcyjnej mieszkań. Wiadomo jedynie, że fiskus korzysta z własnej bazy danych, w której zostały uwzględnione wcześniejsze transakcje. „Dla stron transakcji niepokojące jest to, że zakup używanego mieszkania pod względem cenowym może być kwestionowany nawet przez 5 lat. Tyle bowiem wynosi termin przedawnienia zobowiązań podatkowych” – tłumaczy Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Warto pamiętać, że zgodnie z ordynacją podatkową pięcioletni termin przedawnienia nalicza się od końca roku, w którym podatnik był zobowiązany do zapłaty PIT lub PCC. Taka zasada oznacza, że warunki transakcji z czerwca 2019 r. fiskus będzie mógł kwestionować do końca 2024 r. (jeśli chodzi o wysokość podatku PCC) albo do końca 2025 r. (pod względem wysokości podatku PIT). „Wspomniana różnica terminów wynika z faktu, że podatek PIT od sprzedaży mieszkania jest płatny do końca kwietnia albo do początku maja kolejnego roku (w zależności od rozkładu dni roboczych)” – zwraca uwagę Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Osoby, którym zakup używanego mieszkania przysporzył kłopotów z fiskusem powinny pamiętać, że mają prawo do złożenia odwołania. Takie samo prawo posiada również sprzedawca „M”. Pismo odwoławcze trzeba skierować do dyrektora izby skarbowej. „W razie niepowodzenia, pozostaje możliwość przeniesienia sporu z fiskusem do wojewódzkiego sądu administracyjnego” – podsumowuje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Źródło: Leszek Markiewicz, NieruchomosciSzybko.pl

Założyciele RTB House inwestują 4 mln w Omnipack

Dynamiczna ekspansja międzynarodowa, rozwój technologii i inwestycje w infrastrukturę – tak prezentuje się najbliższa przyszłość Omnipack, lidera na rynku fulfillmentu dla e‑commerce, który właśnie zamknął rundę finansowania. W czwartym kwartale br. spółka pozyskała 4 mln zł – tym samym łączny poziom inwestycji osiągnął 10 mln zł.

Wśród inwestorów kolejnej rundy finansowania znaleźli się przedsiębiorcy, którzy budowali biznesy takie jak RTB House, iProspect, Travelist czy Groupon Poland. Środki inwestycyjne będą przeznaczone na dalszą ekspansję międzynarodową, rozwój technologii oraz uruchomienie dwóch profesjonalnych centrów logistycznych, w tym jednego na granicy z Niemcami. Już dziś prawie połowa biznesu Omnipack pochodzi z zagranicy.

– Rynek, na którym funkcjonujemy, zmienia się i rośnie bardzo dynamicznie, a my razem z nim. Naszym celem jest zdobycie europejskiego rynku. W Omnipack rozwijamy i tworzymy narzędzia, których nie ma żaden nasz konkurent. Jesteśmy ekspertami w e-commerce, dlatego koncentrujemy się wyłącznie na tej dziedzinie. Cieszę się, że nasi inwestorzy to dostrzegli – mówi Tomek Kasperski, Founder & CEO Omnipack.

Firma tylko w 2019 roku uruchomiła kilkanaście nowych rynków oraz oddała własną technologię. Posiada wewnętrzny zespół programistów, opracowujący autorskie rozwiązania, do których należą m.in. Client Portal, Return Tool.

Client Portal zapewnia klientom całodobowy dostęp do informacji o ich logistyce. Pozwala im monitorować stan magazynowy i dostawy oraz generować szczegółowe raporty m.in. na temat zwrotów. Return Tool jest ściśle związany z procesem zwrotów. Narzędzie wspiera kadrę magazynową, usprawnia przyjmowanie zwrotów oraz umożliwia dodawanie zdjęć i innych załączników. Korzysta z indywidualnie wygenerowanych pod każdego klienta pytań, np. czy produkt nosi ślady użytkowania. Dzięki temu proces przebiega sprawnie, a przygotowywane raporty są zgodne z potrzebami klientów.

Dzięki temu, że mocno koncentrujemy się na technologii, zapewniamy naszym klientom elastyczne, skalowalne i stabilne rozwiązania. Wiemy, jak ważne w przypadku naszej usługi jest właśnie to poczucie stabilności i pewności – komentuje Rafał Szcześniewski, Founder & COO Omnipack.

Również w tym roku do zarządu jako CCO dołączył Karol Milewski, który wcześniej pełnił funkcję prezesa zarządu w iProspect.

Dużym wyzwaniem przy rozpoczęciu korzystania z zewnętrznego fulfillmentu są bariery emocjonalne. Wynikają one z tego, że mając własny magazyn, właściciel sklepu ma dostęp do produktów właściwie od ręki – często są “tuż za ścianą”. Przy fulflilmencie tego nie ma. Stworzyliśmy więc dedykowany software, który daje naszym klientom możliwość pełnej kontroli operacji magazynowych bez fizycznego odwiedzania magazynu – fulfillment in the cloud – dodaje Karol Milewski, Founder & CCO Omnipack.

– Prawie połowa klientów Omnipack prowadzi biznes międzynarodowy. Firma swoim działaniem obejmuje już kilkanaście europejskich rynków, jest obecna m.in. w Niemczech, Wielkiej Brytanii, Francji i Czechach. Usługi logistyczne tzw. fulfillment dla ecommerce to bardzo szybko rosnący rynek. Omnipack oferuje swoje usługi w oparciu o zaawansowane rozwiązania informatyczne. Nic więc dziwnego, że z Firmą współpracuje nie tylko wiele polskich i europejskich rozwijających się firm średniej wielkości, ale też najwięksi gracze światowi – ocenia Radosław Przybył, inwestor i członek rady nadzorczej Omnipack.

Firmę tworzą seryjni przedsiębiorcy z wieloletnim doświadczeniem, którzy budowali prosperujące marki takie, jak Westwing CEE czy Groupon Poland. Rozumieją, jak logistyka w e-commerce, z naciskiem na fulfillment, wpływa na konsumentów – ich satysfakcję, lojalność i pozytywne doświadczenie. Omnipack skupia się na segmencie średniej wielkości sklepów internetowych, które odczuwają dużą presję ze strony wielkich graczy. Presję m.in. na poziomie customer experience, u którego podstaw leży właśnie całościowa, operacyjna obsługa zamówień. Dzięki rozwiązaniom dostarczanym przez Omnipack, firmy tego segmentu mogą uwolnić się od pracy operacyjnej i skupić na rozwoju biznesu.

– Sukces Omnipack jest wynikiem wielu czynników, niemniej jednak nie bez znaczenia jest fakt, że spółkę tę tworzą eksperci, którzy przez lata mierzyli się z różnymi problemami logistycznymi w branży e-commerce – ocenia Tomasz Nowiński, założyciel Travelist.

Firma już w niedługim czasie swoim zasięgiem będzie obejmować kolejne regiony.

W sieci funkcjonują 3 miliony sklepów internetowych. Globalny rynek e-commerce r/r powiększa się o 21%, jego przewidywana wartość do 2021 roku wyniesie 5 bilionów dolarów. Kluczowymi kierunkami rozwoju e-commerce są potrzeby klientów. To oni dają odpowiedzi, jakich rozwiązań oczekują, zarówno pod względem zakupów, jak i wygodnej dostawy. Omnipack oferuje kompleksową obsługę logistyczną w modelu fulfillment – operacyjną: magazynowanie, pakowanie, wysyłkę oraz obsługę zwrotów, jak i technologiczną: integracje z kurierami i platformami e-commerce oraz dedykowany Client Portal.

Które branże podniosły wynagrodzenia w 2019 roku?

Jak wynika z raportu Devire „Rynek Zmiany Pracy” – w ciągu ostatniego roku podwyżkę otrzymała niemal połowa pracowników (49%). Jednocześnie aż 61% osób, które nie dostało podwyżki, chce zmienić pracę i aktywnie jej szuka. To znaczy, że wynagrodzenie nadal jest ważnym czynnikiem determinującym decyzje zawodowe. Które branże podniosły wynagrodzenia w 2019 roku?

Osoby zajmujące się pozyskiwaniem talentów, docierają dziś do niemal wszystkich kandydatów, kusząc ich atrakcyjnymi ofertami i zmianą pracy. Raport „Rynek Zmiany Pracy” potwierdza, że aż 83% specjalistów i managerów, którzy nie są zadowoleni ze swoich zarobków, jednocześnie otrzymuje zaproszenie do udziału w procesie rekrutacyjnym. To stwarza duże ryzyko straty pracownika.

Kto otrzymał podwyżkę?

Z raportu „Rynek Zmiany Pracy” wiemy, że o przyjęciu oferty pracy decyduje przede wszystkim duet pieniędzy i możliwości rozwoju (odpowiednio 65 i 66% wskazań w badaniu). Największą presję płacową widzimy w sektorze nowoczesnych usług biznesowych – aż 78% respondentów z tego sektora przyznaje, że otrzymało podwyżkę w 2019.
Warto zauważyć, że 44% osób w tej branży zdecydowało się na zmianę pracy, która zazwyczaj wiąże się z większym wynagrodzeniem. Można więc szacować, że pozostałe 34% stanowią pracownicy, którzy otrzymali większą pensję, nie zmieniając pracodawcy.

Ta informacja nie dziwi, ponieważ SSC/BPO rośnie w Polsce rok do roku. Jak wynika z najnowszego raportu ABSL – w ciągu ostatnich trzech lat, dziennie tworzonych było średnio 85 nowych miejsc pracy w sektorze. Całkowite zatrudnienie wynosi 307 tys. pracowników, czyli 10% więcej w stosunku do roku poprzedniego. Tak duża dynamika zatrudnienia powoduje, że firmy muszą konkurować ze sobą o dostępne talenty.

Biorąc pod uwagę fakt, że nowych miejsc pracy w branży SSC/BPO przybywa z dnia na dzień, to pracodawcom nie pozostaje nic innego jak oferowanie bardzo konkurencyjnych warunków pracy – w tym wynagrodzenia i podwyżki, które zniechęcą kandydata do zmiany. Poza wiedzą specjalistyczną w danym obszarze, jednym z kluczowych elementów, determinujących wzrost wynagrodzeń, jest znajomość języków obcych. Niektóre stanowiska wymagają znajomości minimum dwóch języków jednocześnie. Przykładowo specjalista posługujący się jednym z języków skandynawskich może liczyć nawet na 15% wzrost wynagrodzenia. – Krzysztof Stanczykiewicz, manager zespołu SSC/BPO w firmie rekrutacyjnej i outsourcingowej Devire.

Wniosek jest prosty – im więcej języków w swoim portfolio posiada kandydat, tym atrakcyjniejszy jest dla pracodawcy. To z kolei przekłada się na większą konkurencję o kandydata i częstsze oferowanie podwyżki.
Które branże podniosły wynagrodzenia w 2019 rokuMotoryzacja i lotnictwo w czołówce

Zarówno motoryzacja, jak i lotnictwo doświadczają trudności w pozyskaniu inżynierów, a także wykwalifikowanych pracowników produkcyjnych. Stąd wynika druga pozycja w zestawieniu sektorów, które najczęściej oferowały podwyżki w 2019 roku. Jak wynika z raportu „Rynek Zmiany Pracy” – aż 61% pracowników w motoryzacji i lotnictwie dostało wyższą pensję.

Stosunkowo wysoka dynamika wzrostu wynagrodzeń kadry inżynieryjnej w firmach produkcyjnych związanych z sektorem motoryzacyjnym i lotniczym spowodowana jest kilkoma czynnikami. Oprócz niespecyficznych – takich jak ogólny wzrost wynagrodzeń – można pokusić się o wskazanie kilku czynników charakterystycznych dla tych gałęzi przemysłu. Warto zwrócić uwagę na to, że ponad jedna trzecia respondentów zmieniła pracę (39%), a wraz ze zmianą pracy, następuje polepszenie warunków zatrudnienia. Bezpośrednio z tym związane są podwyżki dla osób, które organizacje starają się zatrzymać, mając świadomość trudności w pozyskaniu odpowiednich specjalistów z rynku.

Innym powodem, który można wskazać jest stopniowe przenoszenie akcentu z działalności czysto produkcyjnej na inwestycje w działy rozwoju oraz centra techniczne – w tym przypadku wzrost wynagrodzeń we wspomnianych sektorach często jest związany z zatrudnianiem inżynierów o innym profilu niż w przypadku zakładów produkcyjnych – mam tutaj na myśli zwłaszcza specjalistów związanych z obszarem IT, rozwojem oprogramowania wbudowanego, bezpieczeństwem i funkcjonalnością systemów. – Rober Błażyca, dyrektor ds. relacji z klientami w Devire.

Firmy IT nie tak chętne do podwyżek

Ciekawą sytuację obserwujemy w IT. Choć jest to branża, która od lat oferuje satysfakcjonujące wynagrodzenia, to w porównaniu do SSC/BPO oraz motoryzacji i lotnictwa, pracownicy nie tak często mogą liczyć na podwyżkę. IT znalazło się dopiero na trzecim miejscu zestawienia – 59% respondentów badania z tej branży zadeklarowało, że dostało wyższą pensję w 2019 roku.

Trzy ekosystemy, które zmienią świat do 2030 roku

Na początku grudnia w Madrycie odbył się kolejny szczyt klimatyczny COP25. Obok delegacji rządowych w wydarzeniu brało udział 30 tysięcy uczestników, a wśród prelegentów byli także eksperci Capgemini, którzy przedstawili raport z obszaru zrównoważonego i odpowiedzialnego biznesu – „Sustainable Business Revolution 2030” – na temat zmian, jakie zajdą w organizacjach w ciągu nadchodzącej dekady.

Według autorów sprawozdania skuteczne przeciwdziałanie zmianom klimatycznym będzie możliwe wyłącznie wtedy, gdy wszyscy będą ze sobą współpracować i podejmować masowe działania. Żadna firma nie jest w stanie sama osiągnąć zamierzonych efektów – to najważniejszy wniosek płynący z raportu Capgemini pt. „Sustainable Business Revolution 2030”, analizującego możliwości nowych modeli biznesowych opartych na idei zrównoważonego rozwoju ekologicznego.

Jedynym sposobem, aby w znaczący sposób wpłynąć na emisję szkodliwego dwutlenku węgla, jest szeroko zakrojona współpraca w ramach poszczególnych ekosystemów. To podejście wymaga od firm radykalnej zmiany koncepcji prowadzenia biznesu – przemyślenia swoich modeli biznesowych, wyboru odpowiednich rozwiązań technologicznych oraz podjęcia otwartej współpracy z innymi podmiotami.

Trzy ekosystemy, które zmienią świat do 2030 roku

W wizji przyszłości, opisanej w raporcie, trzy obszary w szczególny sposób przyczynią się do zmian na rzecz zrównoważonego rozwoju w nadchodzącej dekadzie. To decyzje podejmowane w zakresie innowacji i technologii pozwolą wywrzeć duży wpływ na ograniczenie destrukcyjnych zmian klimatycznych.

Energetyka

Energetyka – skupienie się na inteligentnej sieci energetycznej (smart grids) i wykorzystanie rozproszonych modeli biznesowych. Te działania mają szansę zmienić rynek i wpłynąć na klimat.

Mobilność

Mobilność – wykorzystanie sztucznej inteligencji, rozwiązań Blockchain, oraz rozwój sieci 5G spowoduje efektywniejsze wykorzystanie transportu, lepsze zarządzanie produkcją i procesem logistycznym, co wpłynie pozytywnie na środowisko.

Inteligentne miasta

Inteligentne miasta – wyzwaniem dla biznesu jest wykorzystanie swoich innowacyjnych rozwiązań, stworzonych na rzecz zrównoważonego rozwoju, we współpracy z miastami.
Właśnie w tych obszarach należy upatrywać największych zmian w nadchodzącej dekadzie. Zmiany zachodzą już teraz, na rynku nie brakuje ambitnych pionierów, którzy w tej chwili podejmują właściwe dla środowiska działania i warto z tych inspiracji wyciągać lekcje na przyszłość.

W raporcie „Sustainable Business Revolution 2030” znajdują się liczne tego przykłady z każdego z trzech wymienionych wcześniej obszarów:

NATIONAL GRID (ENERGETYKA)

– Ostatni rok jest historyczny dla National Grid System Operator, narodowego dostawcy energii elektrycznej i gazu w Wielkiej Brytanii. To w 2019 roku po raz pierwszy wyprodukowano więcej energii elektrycznej z OZE niż z paliw kopalnych, natomiast w maju przez dwa tygodnie udało się zupełnie nie korzystać z węgla. To pierwszy taki okres od czasów rewolucji przemysłowej. W 2019 roku zakończono dwuletni program transformacji spółki, który przeprowadzono wspólnie z Capgemini Invent. Wyodrębniono prawnie spółkę National Grid ESO, odpowiedzialną jedynie za elektryczność, aby była ona bardziej przejrzysta w zarządzaniu i sprostała wymaganiom klientów. Nowa spółka jest praktycznie niezależna i w jej ramach podejmowane są działania na rzecz dekarbonizacji transportu, ogrzewania i przemysłu. Ostateczny cel ma zostać osiągnięty do 2050 roku.

AUDI (MOBILNOŚĆ)

– Gigant branży motoryzacyjnej podejmuje ambitne działania na rzecz zmiany swojego biznesu. Do 2025 roku zelektryfikowanych będzie 30 modeli, z czego 20 będą to pojazdy czysto elektryczne, a 10 pozostałych będzie dostępnych w wariancie hybrydowym. Do tego samego roku wszystkie zakłady produkcyjne mają być też neutralne pod względem emisji dwutlenku węgla. Tak szeroko zakrojone działania wymagają zmiany strategii i nowego podejścia do produkcji. W opracowaniu odpowiednich procesów i rozwiązań AUDI wspierane jest przez Capgemini Invent. Wśród pierwszych wspólnie wypracowanych rozwiązań znalazł się nowatorski system ładowania pojazdów elektrycznych Audi E-tron. Zarówno klienci biznesowi, jak i indywidualni konsumenci tego pojazdu zyskali dostęp do ponad 110 000 punktów ładowania w 21 krajach Europy. A to dopiero początek.

DUSSELDORF (SMART CITY)

– To czołowe miasto w największej aglomeracji w Niemczech, gdzie Capgemini Invent pomaga władzom przygotować i realizować wizję zrównoważonej mobilności. Celem jest znaczne zmniejszenie wykorzystania tradycyjnych indywidualnych pojazdów mechanicznych na rzecz systemu nowoczesnej mobilności. W mieście powstała nowa jednostka odpowiedzialna za wdrożenie tego projektu. W ramach nowego systemu mieszkańcy, osoby dojeżdżające do Dusseldorfu do pracy, oraz odwiedzający, mają mieć dostęp do zintegrowanego systemu mobilności w ramach całego portfolio powiązanych usług. W mieście powstaną centra mobilności, pojawią się nowe inteligentne rozwiązania parkingowe oraz aplikacja do wygodnego korzystania z całej platformy.

Ochrona środowiska wymaga kompleksowych rozwiązań i natychmiastowych działań
Raport „Sustainable Business Revolution 2030” jest przewodnikiem dla organizacji w jaki sposób zmieni się nasz świat w ciągu najbliższej dekady i jakie kroki należy podjąć w firmach, aby te zmiany wprowadzać. To drogowskaz na ścieżce do podejmowania niezbędnych działań, mających chronić naszą planetę.

Redukcja dwutlenku węgla wymaga natychmiastowej współpracy nas wszystkich. Aby ochronić środowisko przed destrukcyjnymi zmianami klimatycznymi, potrzebna jest rewolucja w prowadzeniu biznesu, oraz zmiana nawyków każdego z nas. Firmy powinny jednak podejmować odpowiedzialne kroki i korzystać z doświadczeń ekspertów. Transformacja biznesu, prowadząca do korzystania z czystej energii, musi być przeprowadzona natychmiast dla dobra biznesu ,planety i dla dobra nas wszystkich.

Podatki 2020 – przegląd najważniejszych zmian podatkowych

Przed nami znów duże zmiany dotyczące podatków. Przedstawiamy sześć najważniejszych, które będą obowiązywać w 2020 r.

Zmiana dotycząca zatorów płatniczych jest szczególnie istotna ponieważ wartość zaległości przedsiębiorstw wobec partnerów biznesowych i banków zbliżyła się na koniec III kw. do 31,5 mld zł. Przepisy dotyczące tzw. złych długów obowiązują już w podatku VAT. Od 2020 r. podobna regulacja dotyczyć będzie podatków dochodowych.

– Zmiana polega na tym, że jeśli dłużnik nie zapłaci za fakturę, to firma która ją wystawiła będzie mogła zmniejszyć swoja podstawę opodatkowania o niezapłaconą kwotę – mówi w rozmowie z MarketNews24 Paweł Stańczyk, doradca podatkowy, Lider Praktyki Planowania Podatkowego w Kancelarii Ożóg Tomczykowski. – Jednocześnie dłużnik będzie zobowiązany do podwyższenia swojej podstawy opodatkowania.

Od 1 stycznia obowiązywać będą sankcje finansowe dotyczące tzw. białej listy podatników. Podatnik, który dokona wpłaty za fakturę na niewłaściwe konto, na rachunek nie ujawniony na tej liście będzie zobowiązany do wyłączenia tej płatności z kosztów uzyskania przychodów. Negatywne konsekwencje finansowe takiego błędu dotyczyć będą także podatku VAT.

Zmiany dotyczące JPK VAT wchodzą od 1 kwietnia dla dużych podatników i 1 od lipca 2020 r. dla pozostałych firm. Praktycznie oznaczają likwidację comiesięcznych i kwartalnych deklaracji VAT.

Podatek u źródła miał się zmienić już od 1 stycznia 2019 r. Terminy zmieniano, najnowszy to początek przyszłego roku.

– Na tę zmianę warto zwrócić uwagę ze szczególnego względu, pojawił się projekt rozporządzenia, aby termin wprowadzenia przesunąć na 1 lipca 2020 r. – wyjaśnia doradca podatkowy P.Stańczyk.

Zmienią się zasady wystawiania faktur VAT. Aby wystawić fakturę do paragonu na tymże paragonie musi być podany NIP.

Od 1 stycznia pojawią się indywidualne rachunki podatkowe dla każdego podatnika. Nie będziemy jak dotychczas wpłacać podatków na różne rachunki bankowe swojego urzędu skarbowego.

Biznes w świecie miliarda aplikacji, czyli jak nimi zarządzać, by nie wypaść z rynku

W cyfrowych czasach, w jakich przyszło nam żyć, sukces danej firmy uzależniony jest od tego jak szybko potrafi zmodyfikować ona swoje aplikacje, by gwarantowały lepszą jakość usługi dla użytkowników końcowych. Nie wystarczy obecnie dodać kilku nowych funkcjonalności, by pozyskać serca i umysły „cyfrowych tubylców”.

Biznes musi inwestować w rozwój spersonalizowanych doświadczeń, ale aby to osiągnąć, trzeba odważniej wejść do świata Internetu Rzeczy, sztucznej inteligencji czy wirtualnych oraz rozszerzonych rzeczywistości. Oznacza to również zapewnienie wszystkim użytkownikom, zarówno pracownikom, jak i klientom, dostępu do informacji potrzebnych do podejmowania świadomych decyzji, i to w czasie rzeczywistym – tłumaczy Jean Pierre Brulard, wiceprezes VMware w regionie EMEA. Jest to o tyle ważne, że według badań, do 2020 r. doświadczenie zakupowe, będzie mocniej budować lojalność do marki niż cena, a nawet sam produkt – dodaje.

To jedna tylko cześć układanki. Gartner prognozuje, że do końca przyszłego roku 85 proc. relacji między klientami, a firmami będzie całkowicie cyfrowymi. Brytyjski bank Barclays już poszedł tą drogą. Dzięki karcie Barclaycard i aplikacji Grab+Go klienci mogą robić zakupy w dowolnym sklepie bez konieczności stania w kolejce do kasy. Wystarczy, że zeskanują artykuł.

Jeszcze innym ciekawym przykładem jest wykorzystanie technologii VR/AR przez firmę Audi. Ich wirtualny showroom umożliwia klientom dowolne skonfigurowanie samochodu, oferując w pełni immersyjne doświadczenie zakupowe – dodaje Jean Pierre Brulard.

Gra z czasem

Z perspektywy wielu firm wdrażanie nowych aplikacji i usług cyfrowych to czasochłonne i kosztowne zajęcie. Przeciętna organizacja w Europie posiada wiele systemów zastanych (tzw. legacy), jednocześnie wdraża lub wdrożyła ok. ośmiu różnych chmur obliczeniowych, a skomplikowanie krajobrazu IT buduje jeszcze fakt posiadania wielu innych „danogennych” urządzeń. W takiej sytuacji zarządzanie już posiadanymi aplikacji jest nie lada wyzwaniem, a co dopiero tworzenie nowych.

Z roku na rok firmom nie będzie jednak łatwiej. Ani operacyjnie, ani kosztowo. Analitycy Gartnera przewidują, że już w nadchodzącym 2020 r. na każdy dolar zainwestowany w rozwój innowacyjnych rozwiązań IT firmy będą musiały przeznaczyć co najmniej trzy dolary na rozwój i utrzymanie aplikacji zastanych – twierdzi Brulard z VMware. Nadal jest jeszcze kwestia szybkości. Pół roku na zaprojektowanie i wdrożenie nowej aplikacji jest dzisiaj nieakceptowalne. Na szczęście istnieją rozwiązania IT, które mogą szybko i swobodnie poradzić sobie z tymi szybkimi zmianami i potrafią obsługiwać nowe rodzaje aplikacji – dodaje.

Prosta droga do celu

W tym samym czasie jak firmy walczą o skuteczność swoich strategii aplikacyjnych, muszą jednocześnie jednak radzić sobie z bezpieczeństwem. Ogromna ilość aplikacji nie ułatwia tego zadania. Najnowsze badania VMware i Forbes Insight wykazały, że 76 proc. firm w regionie EMEA posiada przestarzałe rozwiązania i strategie cyberbezpieczeństwa. Co więcej, wiele z nich dalej prowadzi działania reaktywne i dokupuje kolejne antywirusy czy firewalle, które tylko komplikują całościowy kształt firmowego IT. Firmy, które zdecydują się budować swój sukces w oparciu o cyfrowe kompetencje muszą więc przede wszystkim uprościć systemy i operacje.

Odejście od tradycyjnych systemów informatycznych na rzecz jednej, dopasowanej cyfrowej platformy, która umożliwia tworzenie, uruchamianie, zarządzanie i ochronę firmowych systemów oraz aplikacji to kierunek przyszłości – przekonuje Brulard. Spójność systemów, operacji wraz z wbudowanymi mechanizmami bezpieczeństwa umożliwia deweloperom szybsze tworzenie aplikacji, bez względu na infrastrukturę na jakiej to robią. Aplikacje mogą dzialać w chmurze prywatnej, publicznej czy hybrydowej. Takie podejście wspiera również rozwój aplikacji kontenerowych. To o tyle istotne, że choć dzisiaj zaledwie 30 proc. aplikacji działa w ten sposób, to do 2022 r. będzie ich ponad dwa razy więcej – dodaje.

Aplikacyjne przeznaczenie

Które branże powinny postawić mocny nacisk na rozwój aplikacji? Wiele wskazuje na to, że to droga dla wszystkich i nie ma przed nią ucieczki. Bez względu czy zarządzamy instytucją finansową, firmą logistyczną, siecią handlową czy producentem samochodów aplikacje są dzisiaj podstawą rynkowego sukcesu.

Firmy ze względu na specyfikę swojej działalności mogą mieć różne cele. Jednej będzie zależeć na relacjach i angażowaniu konsumentów, inna postawi na rozwój doświadczeń swoich pracowników, tak by podnieść ich efektywność. Bez względu na to kto jest celem działań, to i tak aplikacje są głównym narzędziem, by dostarczyć wartość użytkownikowi końcowemu. Nie ma znaczenia kim jest, proces powstania i wdrożenia aplikacji musi być ten sam. Firmy potrzebują innowacyjnych rozwiązań ułatwiających deweloperom tworzenie, rozwój, zarządzanie i zabezpieczenia aplikacji szybko swobodnie i bez względu na gdzie będą finalnie działać. Tylko dzięki temu biznes przyciągnie swoich odbiorców i ogłosi sukces w cyfrowych czasach – konkluduje Jean Pierre Brulard z VMware.

Korzyści dla firm związane z szybszym dostarczaniem aplikacji oraz usług w ręce finalnych użytkowników są liczne: wzrost bazy klientów, większe ROI, zwiększona satysfakcja oraz lojalność klientów, a także sprawniejsze procesy rekrutacyjne i utrzymanie talentów. Forrester podaje, że firmy, które dbają o cyfrowe doświadczenia użytkowników odnotowują nawet 5 razy większe przychody, niż firmy, które zaniedbują te kwestie.

Wielkie zwycięstwo w Wielkiej Brytanii, wielka umowa USA-Chiny

Partia Konserwatywna odniosła ogromne zwycięstwo w wyborach, okres paraliżu politycznego dobiegł końca a droga do brexitu 31 stycznia jest szeroko otwarta. Zwycięstwo torysów jest pozytywnym impulsem dla funta, ale na ten moment już w pełni zdyskontowanym. Dobre wieści z Wielkiej Brytanii zbiegają się z oznaki załagodzenia konfliktu handlowego USA-Chiny. Apetyt na ryzyko rośnie, ale z nim też ryzyko sprzedaż faktów i porządkowania arkuszy zleceń przed końcem roku.

Z danych zebranych z niemal wszystkich okręgów wynika, że Partia Konserwatywna odniosła zdecydowane zwycięstwo zgarniając ponad 360 miejsc w Izbie Gmin, co daje im bezwzględną większość prawie. Jest to najlepszy wynik torysów do 1987 r., deklasując Partię Pracy, dla której te wybory są najgorsze od 1935 r. Wielka Brytania w końcu będzie miała stabilny rząd z silnym mandatem na realizowanie polityki. W najważniejszej kwestii brexitu oznacza to, że umowa Borisa Johnsona będzie szybko ratyfikowana i zaimplementowana do brytyjskiego prawa, a termin wyjścia z UE 31 stycznia 2020 r. nie będzie ponownie odroczony.

Funt silnie skoczył po ogłoszeniu wyników głównie przez wyzerowanie ryzyka bezumownego brexitu, a skala ruchu wzięła się też z tego, że rynek nie do końca chciał wierzyć sondażom, które w ostatnich latach kilkukrotnie zawiodły. Ale teraz, gdyż wynik wyborów jest pewny, rynek mógł w pełni go zdyskontować. Dalej paliwa do wzrostów może chwilowo zabraknąć, gdyż utrzymanie daty brexitu nie oznacza jeszcze, że brexit się w pełni dokonał. Po 31 stycznia 2020 r. Wielka Brytania wejdzie w okres przejściowy, w trakcie którego będzie negocjować z Brukselą przyszłe wzajemne stosunki handlowe. Czasu jest jednak bardzo mało, bo do końca 2020 r. Przedłużenie (nawet o dwa lata) jest opcją, która jednak może nie spodobać się skrajnym brexitowcom w Partii Konserwatywnej. Jednak wysoka wygrana torysów może dawać Johnsonowi pole manewru, by nie być zmuszonym polegać na głosach eurosceptyków i szukać łagodniejszego porozumienia z UE. Taki scenariusz nie jest wykluczony i byłby podstawą dla dalszego umocnienia funta w przyszłości. Ale teraz są to tylko niczym niepotwierdzone spekulacje i szczególnie przed świąteczną przerwą inwestorzy mogą być bardziej zainteresowani zabezpieczeniem zysków z dotychczasowego rajdu.

Efekt ulgi z wyparowania ryzyka bezumownego brexitu jest potęgowany pozytywnymi rozstrzygnięciami w sporze handlowym USA-Chiny. Według (niepotwierdzonych) doniesień prasowych strony planują podpisanie umowy Pierwszej Fazy, która przewiduje niewprowadzanie ceł na chińskie towary planowanych na 15 grudnia i obcięcie nawet o połowę stawek ceł na towary warte 360 mld USD. Dla inwestorów gwarantem wiarygodności porozumienia stal się tłit Trumpa, że USA „są BARDZO blisko WIELKIEJ UMOWY”.

To nie koniec wojny handlowej. Z informacji wynika, że kluczowe kwestie stanowiące pierwotne źródło sporu, nie są załatwione w umowie Pierwszej Fazy, a Druga Faza ma nastąpić dopiero po wyborach prezydenckich w USA na jesieni przyszłego roku. Ale dla rynku istotne jest, że nie dojdzie do eskalacji konfliktu, dzięki temu globalna gospodarka uniknie dalszej deterioracji zaufania. Mimo to mam wątpliwości, na ile euforia z tytułu porozumienia się utrzyma. W końcu zawarcie umowy było wyceniane przez rynki od tygodni przy częstym bagatelizowaniu wszelkich informacji wskazujących problemy w negocjacjach. Stąd dziś może być ostatnia szansa dla rynków, by świętować, za to w ostatnim „normalnym” tygodniu przed świętami czekają nas porządki i sprzedaż faktów.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Jak sklepy internetowe radzą sobie w Google? Raport Senuto „eCommerce w Polsce 2019”

Powstał raport „eCommerce w Polsce 2019. Jak sklepy eCommerce radzą sobie w Internecie?” opracowany przez zespół Senuto. Młoda polska firma rozwija platformę wspomagającą działania SEO i to właśnie na tym aspekcie działań marketingowych e-sklepów skupia się niniejszy raport. Przebadano ponad 54 tysiące serwisów eCommerce działających na polskim rynku. Jakich wniosków dostarczyła analiza?

Ruch organiczny jest kluczowym źródłem wizyt w każdym serwisie eCommerce, a wysokie pozycje w Google to często miara sukcesu sklepu internetowego.

Raport Senuto to niemal 200-stronicowy dokument, który dostarcza wiedzy na temat kondycji sklepów internetowych w polskim Google. Główną część opracowania stanowi Ranking TOP500 najlepiej widocznych serwisów eCommerce w organicznych wynikach wyszukiwania. Ukazano w nim niekwestionowanych liderów branży, którzy potrafią wykorzystać potencjał, jaki niosą za sobą działania SEO. Kto należy do czołówki sklepów internetowych na rynku polskim?

  1. Allegro.pl
  2. Ceneo.pl
  3. Doz.pl
  4. Mediaexpert.pl
  5. Euro.com.pl
  6. Castorama.pl
  7. Domodi.pl
  8. Aptekagemini.pl
  9. Medme.pl
  10. Empik.com

    W opracowaniu znajduje się dodatkowo dokładna analiza 100 najlepiej widocznych serwisów, a także Ranking brandów, w którym przedstawiono marki, które generują najwięcej ruchu z brandowych słów kluczowych*. Które sklepy w Polsce mają najsilniejszy brand?

  11. Ikea.com
  12. Mediaexpert.pl
  13. Reserved.com
  14. Zalando.pl
  15. Lidl.pl
  16. Euro.com.pl
  17. Zara.com
  18. Empik.com
  19. Allegro.pl
  20. Leroymerlin.pl

*Brandowe słowa kluczowe to takie frazy, które zawierają nazwę marki.

Raport zawiera również listę wschodzących gwiazd polskiego eCommerce – serwisów, które w ciągu ubiegłego roku najbardziej zwiększyły swoją widoczność w Google. Poznamy też drugą stronę medalu, a więc te sklepy, które w 2019 zanotowały największe spadki w Google. Czy od jednych, czy od drugich – jest od kogo się uczyć!

Oprócz rankingów sklepów, raport przedstawia także analizy na temat najpopularniejszych technologii wykorzystywanych w serwisach eCommerce w Polsce. Przygotowano osobne zestawienia dla platform eCommerce i pozostałych technologii, które znajdują zastosowanie w tego typu serwisach. Wśród nich można wymienić: narzędzia analityczne, serwery WWW, wtyczki do optymalizacji SEO, narzędzia do komunikacji czy wykorzystanie Google Maps na stronie.

Najpopularniejsze platformy eCommerce:

  1. WooCommerce
  2. PrestaShop
  3. Shoper
  4. Click Shop
  5. IAI Shop

Raport zawiera także analizę czynników algorytmicznych, które wpływają na pozycje osiągane przez sklepy w wynikach organicznych. Na bazie ponad 50 tysięcy sklepów przeanalizowano średni wiek, rozmiar, szybkość ładowania oraz dostosowanie do urządzeń mobilnych sklepów internetowych w Polsce. Oto kilka przykładowych ciekawostek na ten temat, których dostarcza raport Senuto:

  • Średnio sklep internetowy w Polsce ma 8 587 zaindeksowanych podstron w wyszukiwarce.
  • Najstarszy sklep na rynku polskim ma 33 lata (zarejestrowany w 1987 roku) – to com.
  • Średni wynik czasu ładowania na desktop 66,7/100.

Dopełnieniem raportu są wyniki ankiety przeprowadzonej wśród ponad setki specjalistów SEO. Ekspertów zajmujących się na co dzień pozycjonowaniem serwisów eCommerce zapytano m.in. o kwestie związane z kosztami SEO. Wyniki pokazują, że według większości specjalistów minimalny budżet potrzebny na działania SEO dla sklepu internetowego to 1000-3000 zł miesięcznie.

Chcesz więcej takich danych? Pobierz raport Senuto „eCommerce w Polsce 2019” za darmo: http://senu.to/raport2019

Taniej nie będzie. Inflacja i ceny usług i towarów w Polsce rosną zauważalnie już od dwóch lat

Inflacja w Polsce zauważalnie rośnie już od dwóch lat. Oficjalne statystyki GUSu nie są niepokojące, gdyż wzrost cen i usług zachodzi dosyć powoli. Eksperci wskazują jednak na to, że podwyżki cen odczuwalne dla każdego obywatela w życiu codziennym mogą być bardziej dotkliwe niż statystyki. Dzieje się tak, gdyż wzrastają ceny produktów i usług podstawowych – w tym ceny energii, wody i wywozu śmieci. Koszt tych usług ma bardzo duży wpływ na budżety gospodarstw domowych, które również są badane w obliczaniu inflacji. Spodziewamy się, że kwestia wzrostu cen usług i produktów podstawowych, jak i powolny ale zauważalny wzrost wartości inflacji, będzie głównym tematem debaty politycznej przed wyborami prezydenckimi w 2020 roku. Również dlatego, że kwestie pomocy społecznej zeszły na dalszy plan.

– Obywatele nie widzą już kwestii pomocy społecznej jako sprawy priorytetowej. Program 500+ w dużej mierze odpowiedział na potrzeby i uciszył debatę. To, co teraz niepokoi obywateli, to podwyżki cen – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Sadowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha. – Z inflacją jest podobnie jak z prognozami temperatury. Podaje się dwie temperatury: tę nominalną i tę odczuwalną przez obywateli. Podobnie jest w przypadku inflacji. Ta oficjalnie podawana przez główny urząd statystyczny ciągle wydaje się dosyć niska – chociaż cały czas rośnie i w przyszłym roku bez wątpienia będzie większa. Natomiast ta odczuwalna przez obywateli w codziennych zakupach jest widocznie wyższa. Dokłada się do tego wzrost cen energii, wody, wywozu śmieci i wielu innych usług oraz artykułów. To zdominuje debatę polityczną 2020 roku. Szczególnie, że wszystkie pozytywne efekty związane z redystrybucją przez program 500+ mogą zostać zniweczone poprzez skokowe podwyżki – ostrzega Sadowski.

Do 17 grudnia powinny być znane nowe taryfy za energię na 2020 rok. URE: Punktem odniesienia powinien być rok 2019

Do wtorku 17 grudnia Urząd Regulacji Energetyki powinien wydać decyzję w sprawie taryf za energię elektryczną na 2020 rok. To umożliwi przedsiębiorcom wprowadzenie nowych stawek od 1 stycznia, chyba że dialog ze spółkami obrotu się przeciągnie. Jak podkreśla prezes URE, przy podejmowaniu decyzji urząd bierze pod uwagę zmianę otoczenia gospodarczego i inne czynniki, które mają wpływ na cenę. – Te w ciągu ostatniego roku nie zmieniły się znacząco – podkreśla Rafał Gawin.

– Wnioski przedsiębiorstw energetycznych odnośnie do taryf na przyszły rok zostały złożone do Urzędu Regulacji Energetyki, obecnie jesteśmy w fazie dialogu. Nasze oczekiwania jeszcze są różne, ale mam nadzieję, że dojdziemy do porozumienia. Czasu zostało niewiele. Liczymy, że uda się zakończyć dialog pozytywnie i będziemy mogli zatwierdzić nowe taryfy na początku przyszłego tygodnia – mówi agencji Newseria Biznes Rafał Gawin, prezes Urząd Regulacji Energetyki.

Każdej jesieni URE prowadzi postępowanie, które ma ustalić wysokość taryf za energię elektryczną na kolejny rok. Spółki obrotu kalkulują koszty energii kupowanej na rynku hurtowym i przekładają je na ceny dla odbiorców końcowych, czyli gospodarstw domowych. Następnie propozycje nowych taryf musi zaakceptować prezes URE. Zadaniem regulatora jest zadbać, żeby miały one racjonalne uzasadnienie w kosztach ponoszonych przez firmy energetyczne i odpowiadały warunkom rynkowym. Po szczegółowej weryfikacji wniosków URE zatwierdza nowe taryfy.

– Przedsiębiorstwa energetyczne kalkulują swoje taryfy, a zadaniem URE jest ocena kosztów, które zostały przyjęte do tych kalkulacji. Bierzemy pod uwagę zmiany otoczenia gospodarczego i czynniki, które mogą wpływać na ceny energii elektrycznej. Obecnie porównujemy 2019 i 2020 rok. W naszej ocenie nie było istotnych zmian na rynku. Na tej ocenie bazują nasze oczekiwania, a przedsiębiorstwa mają własne i trochę inaczej kalkulują swoje koszty i ceny – mówi Rafał Gawin.

Jak podkreśla, biorąc pod uwagę strukturę wytwarzania energii w Polsce, w cenach energii zasadniczym czynnikiem kosztotwórczym są uprawnienia do emisji dwutlenku węgla i koszty paliwa. W ostatnich latach ceny ze energię elektryczną kształtowały się na poziomie od ok. 250 zł/MWh w 2016 roku do ok. 242 zł/MWh w 2018 roku.

W tym roku odbiorcy końcowi nie odczuli podwyżek cen energii, ponieważ stawki zostały ustawowo zamrożone na poziomie z czerwca ubiegłego roku. W konsekwencji – w powszechnym mniemaniu – ceny nie wzrosły. Dotyczy to jednak wyłącznie ich nominalnego poziomu w rozliczeniach z odbiorcami, a nie rynkowych stawek, bo te realnie były wyższe. Różnicę pomiędzy rzeczywistymi, wyższymi kosztami a niezmienionymi cenami dla odbiorców końcowych pokryły rekompensaty dla przedsiębiorstw energetycznych (sprzedawców), które wprowadziła tzw. ustawa prądowa.

– Ustawa prądowa ustaliła ceny quasi regulowane. Przedsiębiorcy w rozliczeniach z odbiorcą końcowym są zobowiązani stosować stawki z 2018 roku, a różnica jest rozliczana właśnie w ramach rekompensat dla przedsiębiorstw energetycznych – mówi Rafał Gawin.

Ustalona zgodnie z rozporządzeniem wykonawczym do ustawy prądowej cena energii dla odbiorców końcowych w gospodarstwach domowych powinna w 2019 roku wynosić średnio od ok. 299 zł/MWh do ok. 313 zł/MWh. W ten sposób w rozporządzeniu ustalono niejako „quasi-taryfę” dla gospodarstw domowych. Można zatem powiedzieć, że gdyby nie tegoroczne dopłaty dla przedsiębiorstw energetycznych, to sprzedawcy, zgodnie z rozporządzeniem, na rachunkach dla odbiorców umieszczaliby ceny na takim właśnie poziomie.

Możemy zatem mówić o 27-procentowym uśrednionym wzroście cen energii w 2019 roku w stosunku do 2018, z czego mniej więcej połowa byłaby odczuwalna w rachunkach klientów.

– Ta zmiana pomiędzy 2018 i 2019 rokiem wynikała głównie ze wzrostu kosztu uprawnień do emisji dwutlenku węgla. Te wzrosły z poziomu około 5–7 euro za tonę w ubiegłym roku do ok. 25 euro obecnie. Wyższe były również koszty paliwa – mówi Rafał Gawin. – Odnośnie do 2020 roku nie widzimy natomiast takich zasadniczych zmian. W trakcie bieżącego roku ceny uprawnień do emisji dwutlenku węgla nie zmieniły się znacząco, na razie też nie obserwujemy wzrostu kosztów paliwa.

Dialog spółek z URE potrwa tak długo, aż regulator będzie przekonany że ich propozycje odpowiadają aktualnym warunkom rynkowym.

– Dialog z przedsiębiorstwami energetycznymi powinniśmy zakończyć do 17 grudnia, tak abyśmy mogli wydać decyzję tego dnia, bo ten termin umożliwia przedsiębiorstwom wprowadzenie nowych taryf do stosowania od 1 stycznia przyszłego roku. Jeśli przedłużymy ten termin, przedsiębiorstwa będą musiały uwzględnić ten czas i później będą mogły wprowadzić nowe taryfy – mówi Rafał Gawin.

Przeciętne gospodarstwo domowe w Polsce zużywa około 2 MWh energii rocznie. Z danych Eurostatu za listopad br. wynika, że w pierwszym półroczu tego roku polskie gospodarstwa domowe płaciły za energię 0,13 euro za kWh. Tylko w dwóch krajach UE ceny energii elektrycznej dla gospodarstw domowych są niższe niż w Polsce.

– Na rynku niemieckim duża część systemu wsparcia jest ponoszona właśnie przez klientów końcowych, czyli gospodarstwa domowe. Natomiast siła nabywcza konsumentów w Polsce i w Niemczech jest różna, więc uwzględniając ten czynnik, ceny dla polskich odbiorców końcowych są odpowiednio wyższe – mówi prezes Urząd Regulacji Energetyki.

W ciągu 6 lat fundusz PGNiG zainwestuje 100 mln zł w start-upy. Szuka odnoszących sukcesy projektów z Polski i zagranicy

Wyzwania środowiskowe w połączeniu z rosnącym popytem na energię i surowce są dziś głównym motorem napędowym dla innowacji w sektorze gazu i paliw – wynika z raportu „W kierunku energii przyszłości” PGNiG i PwC. Projekty, nad którymi pracują duże spółki i start-upy, dotyczą m.in. dekarbonizacji, ograniczania kosztów wydobycia, kreowania nowych usług w obszarze konsumenckim czy wykorzystania wodoru i paliw alternatywnych. PGNiG stawia na ten obszar mocny akcent. Koncern powołał właśnie kolejny projekt – fundusz venture capital z docelowym sześcioletnim budżetem w wysokości 100 mln zł, który będzie inwestować w polskie i zagraniczne start-upy.

PGNiG Ventures to fundusz inwestycyjny typu venture capital, utworzony w ramach Grupy Kapitałowej PGNiG, który będzie finansować innowacyjne projekty energetyczne ze szczególnym naciskiem na rozwiązania typu cleantech.

– Będziemy inwestować w projekty związane z branżą energetyczną i innymi sektorami, w których operuje Grupa Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo. Jeżeli pojawią się bardzo rentowne dla nas projekty inwestycyjne, bierzemy pod uwagę wyjście poza profil branżowy. Interesują nas projekty, które znajdują się już na etapie rozwoju, mają skalowalny biznes i sprawdzony model biznesowy, ale nie osiągnęły jeszcze dynamicznego wzrostu przychodów. Będziemy inwestować nie tylko w Polsce, lecz także za granicą, bo tam branża energetyczna rozwija się szybko i powstają nowe interesujące technologie, które chcielibyśmy transferować na polski rynek – mówi agencji Newseria Biznes Małgorzata Piasecka, prezes PGNiG Ventures.

Na polskim rynku jest już wiele funduszy typu seed i pre-seed, które finansują etapy we wczesnej fazie ich rozwoju. PGNiG Ventures skupi się na inwestycjach w projekty, które mają już pierwszych klientów, osiągają przychody i poszukują dalszego finansowania. Fundusz będzie inwestować w pakiety mniejszościowe, a łączna wartość inwestycji w jeden podmiot może sięgnąć maksymalnie 15 mln zł. Jeszcze w tym roku ma ruszyć program scoutingowy dla start-upów, który ma wyłonić projekty do potencjalnych inwestycji.

– W pierwszych dwóch latach zamierzamy wydać około 30 mln zł i inwestować w cztery projekty rocznie, czyli na początek chcemy zbudować portfel ośmiu takich projektów. Docelowo, w perspektywie sześcioletniej, będziemy już dysponować budżetem w wysokości 100 mln zł. Zakładamy, że zbudowany przez nas portfel pozwoli na osiągnięcie średniej rocznej stopy zwrotu w wysokości 10 proc. w perspektywie średnioterminowej – mówi Małgorzata Piasecka.

Jak podkreśla wiceprezes ds. rozwoju w PGNiG Łukasz Kroplewski, utworzenie funduszu to naturalny krok w zakresie współpracy grupy ze start-upami. Energetyczny koncern stawia mocny akcent na działalność B+R i innowacje. Do 2022 roku zamierza przeznaczyć na nie w sumie blisko 700 mln zł. Od ponad dwóch lat w PGNiG działa InnVento, pierwsze w Polsce centrum inkubacyjne dla start-upów pracujących nad nowymi rozwiązaniami dla sektora naftowego i energetycznego.

– Postawiliśmy na szeroko zakrojoną strategię innowacyjną. Z niej zrodził się projekt InnVento, z którym ruszyliśmy w 2017 roku. Już dwa lata temu wiedzieliśmy, że trzeba będzie przejść z fazy seed i pre-seed do projektów bardziej rozwiniętych, które mają już klientów i przychody, które mają pomysł na siebie. To po prostu inwestycja w coś, co już funkcjonuje przez pryzmat podniesienia wartości takiego start-upu, a następnie wyjścia z projektu po kilku latach poprzez sprzedaż udziałów – mówi Łukasz Kroplewski.

InnVento to sztandarowy projekt PGNiG w zakresie współpracy ze start-upami. Jego dotychczasowe efekty to m.in. wdrożenie szkoleń dla pracowników prowadzonych w wirtualnej rzeczywistości (w oparciu o gogle VR i aplikację stworzoną przez studio 1000 realities) czy wykorzystanie specjalnych dronów do poszukiwania ropy i gazu oraz monitorowania gazociągów (wspólnie ze start-upem BZB UAS).

PGNiG jest też zaangażowane m.in. w rządowy program Poland Prize prowadzony we współpracy z Fundacją Startup Hub Poland. W ramach akceleracji w Polsce rozpoczynają działalność start-upy z zagranicy, które rozwijają innowacje dla energetyki. Kolejny duży projekt to ścieżka akceleracyjna dla start-upów prowadzona wspólnie z MIT Enterprise Forum Poland w ramach innego rządowego programu – ScaleUp.

– Sektor energetyczny jest niezmiernie atrakcyjny dla start-upów. Patrząc przez pryzmat naszej grupy kapitałowej, jest to ponad 35 podmiotów w takich obszarach jak prąd, elektryka, gazyfikacja kraju, dystrybucja, gazownictwo, obrót detaliczny z blisko 7 mln klientów, masa przedsięwzięć dotyczących wodoru i paliw takich jak CNG i LNG oraz najnowocześniejszych materiałów wykorzystanych w budowie gazociągów. To również internet rzeczy, smart metering, inteligentne rozwiązania, efektywność energetyczna – wymienia Łukasz Kroplewski. – Dziś mamy w portfelu ponad 150 projektów i mnóstwo pieniędzy na stole, ale inwestujemy je, licząc na konkrety. To muszą być projekty, które wzmacniają potencjał Grupy Kapitałowej PGNiG.

Niebezpieczne miejsca na drogach w pobliżu szkół będą eliminowane. W ubiegłym roku doszło do blisko 3 tys. wypadków z udziałem najmłodszych

Dzieci coraz częściej poruszają się po drogach zapatrzone w ekrany smartfonów, ze słuchawkami na uszach. Bez względu na to, czy poruszają się pieszo, czy jeżdżą hulajnogami, zwiększa to ryzyko wypadku. Każdego roku na drogach UE ginie około 600 dzieci. W Polsce w ubiegłym roku doszło do blisko 3 tys. wypadków z udziałem najmłodszych. Do poprawy statystyk ma się przyczynić zainicjowany przez Budimex program społeczny Hello ICE. Jego główny cel to zwiększyć świadomość najmłodszych oraz znaleźć i wyeliminować niebezpieczne miejsca na drogach, które znajdują się w pobliżu szkół i przedszkoli. Do tej pory rodzice i nauczyciele zgłosili już blisko 300 takich czarnych punktów.

– Dzieci są często rozproszone i nie zwracają uwagi na to, co dzieje się wokół nich. Wymagają większego skupienia niż dorośli i to jest największe ryzyko związane z ich bezpieczeństwem na drodze. Kolejny ważny aspekt to fakt, że dzisiaj dzieci chodzą zapatrzone w ekrany telefonów komórkowych. Podczas Dni Bezpieczeństwa organizowanych w szkołach w ramach Hello ICE uczymy dzieci nie tylko zasad bezpiecznego zachowania się w ruchu drogowym, lecz także podkreślamy, jak ważne jest właśnie skupienie uwagi – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Katarzyna Wójcik, ekspert ds. komunikacji w Budimex.

Według statystyk Policji w ubiegłym roku doszło w Polsce do 2 680 wypadków drogowych z udziałem dzieci przed 14. rokiem życia, w tym aż 57 śmiertelnych. Obrażenia odniosło w nich prawie 3 tys. najmłodszych. W całej Unii Europejskiej, jak podaje Polskie Obserwatorium Ruchu Drogowego, każdego roku ginie na drogach około 600 dzieci w wieku do 14 lat.

Wśród najmłodszych zdecydowaną większość ofiar śmiertelnych i rannych stanowią pasażerowie pojazdów kierowanych przez dorosłych, ale są wśród nich także piesi i rowerzyści. W ubiegłym roku co trzecie dziecko, które zginęło w wypadku, poruszało się pieszo. Dlatego w kontekście ich bezpieczeństwa w ruchu drogowym bardzo istotna jest wczesna edukacja.

– Z edukacją wbrew pozorom nie jest tak źle. Dzieciaki świetnie znają znaki drogowe i podstawowe numery alarmowe, są tego uczone już w przedszkolu. Teoretycznie są przygotowane całkiem nieźle, tylko gorzej u nich ze skupieniem uwagi – mówi Katarzyna Wójcik.

Do poprawy statystyk ma się przyczynić zainicjowany przez Budimex program społeczny Hello ICE, który objęło patronatem Ministerstwo Infrastruktury oraz Ministerstwo Edukacji Narodowej. Program jest skierowany do szkół i samorządów w całej Polsce. Jego główny cel to znaleźć i wyeliminować niebezpieczne miejsca na drogach, które znajdują się w pobliżu szkół i przedszkoli.

Jako firma budowlana, realizująca bardzo dużo kontraktów infrastrukturalnych, wiemy, z jakimi zagrożeniami mamy do czynienia na polskich drogach – mówi Katarzyna Wójcik.

Na stronie programu Hello ICE powstała interaktywna mapa, na której można zaznaczać takie niebezpieczne miejsca w pobliżu placówek edukacyjnych. Budimex liczy na zaangażowanie rodziców i nauczycieli w jej tworzeniu. Mapa pomoże w zlokalizowaniu czarnych punktów, a kolejnym krokiem będzie wypracowanie rozwiązań, które pozwolą wyeliminować najbardziej newralgiczne.

 Wspólnie z samorządami lokalnymi chcemy wypracowywać rozwiązania, żeby punkty te przekształcić w miejsca bezpieczne – mówi Katarzyna Wójcik. – Do dziś zlokalizowaliśmy blisko 300 takich miejsc. Mapa jest cały czas aktywna, ciągle można dodawać nowe punkty.

Oprócz interaktywnej mapy program Hello ICE obejmuje też edukację prowadzoną w szkołach. Budimex opracował scenariusze lekcji o tematyce bezpieczeństwa, z których mogą korzystać nauczyciele nauczania początkowego. Te opierają się na zabawie: ich bohaterem jest sympatyczny tygrys Budi, a w trakcie lekcji dzieci mogą spróbować swoich sił w różnych quizach, zadaniach i zgadywankach.

Jak podkreśla Sebastian Mila, były piłkarz i wielokrotny reprezentant Polski, który został ambasadorem programu, w edukacji dotyczącej bezpieczeństwa w ruchu drogowym ważną rolę odgrywają rodzice, a w przypadku najmłodszych – najlepiej sprawdza się edukowanie poprzez zabawę.

Najlepsza jest nauka wspólnie z rodzicami. Kiedy jedziemy w długą podróż, wystarczy zabawa w rozpoznawanie znaków drogowych po drodze. Pokazywać je dziecku można także w trakcie spaceru z psem albo jazdy na rowerze. Dzieci najlepiej chłoną wiedzę, kiedy ma ona formę zabawy. Wtedy chcą słuchać i najwięcej z tego wynoszą – mówi Sebastian Mila.

W I edycji programu w wybranych szkołach Budimex organizował Dni Bezpieczeństwa, podczas których właśnie poprzez zabawę uczył dzieci zasad ruchu drogowego. Finałem programu było Miasteczko Bezpieczeństwa, które odbyło się w jednej z gdyńskich szkół podstawowych, gdzie gościem specjalnym był ambasador programu Sebastian Mila. Placówki zostały wybrane pod względem zaangażowania w promowanie wśród swoich uczniów zasad bezpieczeństwa.

Jak podkreśla Katarzyna Wójcik, Hello ICE to nowa odsłona prowadzonego już od 9 lat programu Domofon ICE, w ramach którego do tej pory ponad 37 tys. dzieci z klas I–III szkół podstawowych w całej Polsce zostało objętych działaniami edukacyjnymi z zakresu bezpieczeństwa i wyposażonych w odblaskowe karty ICE (In Case of Emergency). W sumie z obu programów społecznych Budimeksu – Domofon ICE i Strefa Rodzica – skorzystało do tej pory ponad pół miliona dzieci w szkołach i w szpitalach.

Postanowiliśmy trochę zmienić formułę, wprowadzić lekcje, które aktywizują dzieci. W poprzedniej było więcej prelekcji, a mniej zabawy. Teraz odwróciliśmy te proporcje, bo dzieci lepiej przyswajają wiedzę poprzez zabawę. W tym roku rozszerzyliśmy program i wyszliśmy z nim również do przedszkoli, bo im wcześniej rozpoczęta edukacja, tym lepiej – mówi Katarzyna Wójcik.

Osoby 50+ cenne dla pracodawców. Są dobrze wykształcone, aktywne w social mediach i znają języki obce

Na rynku pracy wciąż funkcjonują stereotypy dotyczące pokolenia 50+, ale badania pokazują, że wiele z nich to mity. Wbrew powszechnym opiniom silversi to wartościowa grupa pracowników. Wyróżnia ich m.in. duże doświadczenie zawodowe i życiowe oraz dobre wykształcenie. Ponad 30 proc. to absolwenci wyższych uczelni, a 59 proc. z nich ukończyło dodatkowo studia podyplomowe, ma stopień naukowy doktora lub wyższy. Nieobce są im także nowe technologie.

– Osoby 50+ są postrzegane jako nieaktywne w social mediach, sceptycznie nastawione do relokacji, a także nieznające języków obcych – wymienia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Piotr Wielgomas, prezes zarządu Bigram. – W naszym badaniu okazało się, że 90 proc. silversów ma swoje profile w social mediach, są aktywni i znają języki. Nie zapominajmy, że w latach 90., kiedy dzisiejsi 50-latkowie wchodzili na rynek pracy, były na nim obecne korporacje i kapitalizm, który funkcjonował również w sektorze prywatnym.

Badanie „Pokolenie 50+ w pracy – prawda i stereotypy” zrealizowane przez Bigram oraz Essilor Polonia pokazuje, że dziś pokolenie 50+ stanowi wartościową grupę pracowników i rekruterzy nie powinni o tym zapominać. Tym bardziej w sytuacji, kiedy firmy borykają się z niedoborem rąk do pracy. Eksperci podkreślają, że nie warto pomijać silversów w procesach rekrutacji.

– Są to pracownicy, którzy dysponują potężnymi kompetencjami, wiedzą i doświadczeniem – ocenia prezes Bigram. – Pomijanie tej grupy zawodowej to spora strata dla gospodarki. Są pewne sektory, jak przemysł, produkcja, medycyna, edukacja, w których te osoby są pożądane ze względu na swoje doświadczenie zawodowe i życiowe.

Korzystne dla firm może być również tworzenie relacji mistrz–uczeń, związanych z mentoringiem i wsparciem na poziomie merytorycznym. Tymczasem – jak wynika z badania – rekruterzy nie zawsze dostrzegają potencjał pokolenia silversów. Z jednej strony zakładają, że osoby 50+ nie będą tak chętnie jak młodsi pracownicy uczestniczyć w życiu firmy. Z drugiej strony obawiają się np. okresu ochronnego, który chroni tę grupę przed zwolnieniem.

– Trzeba pamiętać, że pracownicy 50+ to nie są osoby w wieku przedemerytalnym – zauważa Piotr Wielgomas. – Są to ludzie bardzo aktywni zawodowo,  podróżują i są otwarci na zmiany.

54 proc. ankietowanych silversów zadeklarowało, że zna język angielski na poziomie zaawansowanym, a 72 proc. deklaruje bardzo wysoką gotowość do podnoszenia kwalifikacji. Ich pozycja na rynku pracy nie pozostaje jednak niezagrożona.

– Dzisiejsi 50-latkowie są pod pewną presją rynku pracy, również z powodu naporu bardzo wielu specjalistów, którzy dorośli w tym samym okresie, w którym oni swoją karierę już realizowali – mówi Piotr Wielgomas. – W Polsce kariery, które się zaczęły w latach 90., były bardzo szybkie. W ciągu kilku, maksimum kilkunastu lat, absolwenci wyższych uczelni dochodzili do najwyższych stanowisk, często w zarządach spółek, do stanowisk eksperckich i w wieku 40 lat osiągali to, co ich koledzy z Europy Zachodniej w wieku 60 lat.

Specyfika tego zjawiska w Polsce polega na tym, że szybkie kariery powodują osiągnięcie wysokiego statusu zawodowego jeszcze na długo przed emeryturą. Łatwo jednak wypaść z rynku pracy.

– Jeżeli z jakichś przyczyn – konsolidacji czy przyczyn rynkowych – wypadali z tego rynku, trudno było im na niego wrócić, ponieważ bardzo szybko ich miejsca pracy były zajmowane przez osoby awansujące z dołu, wewnątrz organizacji. Myślę, że rozwiązaniem tego problemu jest aktywność osobista. Trzeba pamiętać, że headhunterzy są odpowiedzialni za ok. 20 proc. rynku, pozostałe 80 proc. zależy od własnej aktywności pracowników i nieformalnych relacji, które otwierają różne możliwości – radzi Piotr Wielgomas.

Pokoleniu silversów nie brakuje mobilizacji do działania. Badanie pokazało, że większość przedstawicieli pokolenia 50+ myśli o zmianie pracy (59 proc. respondentów), 62 proc. ankietowanych aktywnie szuka nowej pracy, a 82 proc. zamierza pracować dalej po nabyciu prawa do emerytury.

Zez to nie tylko schorzenie dziecięce. Dorosłym utrudnia wykonywanie i zdobycie pracy oraz wyklucza z życia społecznego

Zez kojarzony jest z dziećmi, równie często występuje jednak też u osób dorosłych. Stanowi problem zarówno estetyczny, jak i zdrowotny. Osoby z zezem mają problem z podwójnym widzeniem, ocenianiem odległości i widzeniem przestrzennym, co naraża je na urazy oraz utrudnia zdobycie i wykonywanie pracy zawodowej. Zez sprawia też, że pacjenci wycofują się z życia towarzyskiego, czując się gorzej od innych. Wada ta u osób dorosłych leczona jest niemal wyłącznie operacyjnie.

– Oczy są najważniejsze. 80 proc. wszystkich wrażeń ze świata człowiek odbiera właśnie poprzez narząd wzroku. Jest on głównym analizatorem procesów poznawczych, zbiera informacje o otoczeniu, ułatwia odnajdywanie się w przestrzeni i czuwa nad naszym bezpieczeństwem. Wzrok znacznie ułatwia też funkcjonowanie w społeczeństwie, oczy odbierają bowiem komunikaty pozawerbalne stanowiące większą część procesu komunikacji – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. dr hab. n. med. Jerzy Szaflik, właściciel Centrum Mikrochirurgii Oka Laser.

Ze względu na niehigieniczny tryb życia, m.in. spędzanie większości czasu w sztucznym oświetleniu i wielogodzinną pracę przy komputerze, współczesny człowiek jest jednak coraz bardziej narażony na wady i schorzenia wzroku. Zgodnie z badaniami firmy BCMM wadę wzroku ma ponad połowa mieszkańców Polski w wieku 18 lat i więcej.

– Rzeczą zasadniczą jest wczesne wykrycie choroby. W okulistyce są schorzenia, których wcale tak łatwo nie rozpoznajemy samodzielnie, dlatego tak ważne, żebyśmy się wcześnie postarali o sprawdzenie, czy wszystko z naszym wzrokiem jest w porządku – mówi prof. Jerzy Szaflik.

Podstawowym elementem dbałości o narząd wzroku powinny być regularne wizyty u lekarza specjalisty oraz wykonywanie profilaktycznych badań przesiewowych. Do podstawowych narzędzi diagnostycznych należy oglądanie oka przez okulistę, badanie w lampie szczelinowej, sprawdzenie ostrości wzroku oraz badanie dna oka. Bezwzględnie powinny je wykonywać osoby chore na jaskrę, zwyrodnienie plamki żółtej, nadciśnienie tętnicze i cukrzycę. Tymczasem, jak pokazują badania przeprowadzone na potrzeby kampanii Wielkiego Badania Wzroku, co szósty Polak nigdy nie był u okulisty lub optometrysty.

 Do lekarza okulisty powinniśmy przychodzić przynajmniej raz na rok, raz na 2 lata, nie rzadziej, zwłaszcza po 45 roku życia. Opóźnione leczenie rozwijających się od dawna procesów chorobowych może powodować duże kłopoty – mówi prof. Jerzy Szaflik.

Jedną z najczęstszych wad wzroku jest zez, czyli nierówne ustawienie gałek ocznych – oczy nie są skierowane w tę samą stronę i nie poruszają się symetrycznie. Jest to zarówno problem estetyczny, jak i zdrowotny, wiąże się bowiem z pogorszeniem ostrości wzroku i upośledzeniem widzenia przestrzennego. Choroba zeza najczęściej ma swój początek w dzieciństwie, może jednak dotyczyć także osób dorosłych.

 Najczęściej u dorosłych występuje przetrwały z dzieciństwa zez rozbieżno-okresowy. U dzieci ten typ zeza stanowi 1 proc. populacji. Nie jest on często leczony prawidłowo w dzieciństwie i trwa aż do dorosłości, stopniowo zwiększając swój zakres – mówi dr hab. n. med. Piotr Loba, lekarz okulista w Centrum Mikrochirurgii Oka Laser.

Istnieje też znaczna grupa pacjentów z tzw. zezem nabytym. W przypadku dorosłych problem może być związany m.in. ze schorzeniami ogólnoustrojowymi, np. tarczycy, lub urazami, może też stanowić powikłanie po zabiegach przeprowadzonych w obrębie gałki ocznej. Zez nabyty często występuje u pacjentów z chorobami ośrodkowego układu nerwowego m.in. obrzękiem lub krwawieniem do mózgu czy stwardnieniem rozsianym, miastenią, nieuregulowanym nadciśnieniem tętniczym lub cukrzycą. Zez znacznie utrudnia codzienne funkcjonowanie, wykluczając pacjentów z wielu dziedzin życia zawodowego.

 Ważną konsekwencją zdrowotną zeza jest obecność objawów zmęczeniowych. Sama obecność zeza może generować problemy z czytaniem, pisaniem, pracą z bliska. Może powodować bóle głowy, prowadzić do dużej niechęci do wykonywania zadań wzrokowych, szczególnie przy komputerze – mówi Piotr Loba.

U dorosłych cierpiących na zeza nabytego często występuje objaw podwójnego widzenia, znacznie upośledzający pracę narządu wzroku. Jeśli przynajmniej jedno oko zezuje, niemożliwe jest obuoczne równoległe widzenie, szwankuje widzenie dwuoczne, pojawia się groźba nieodwracalnego niedowidzenia na słabsze oko. Osoby z zezem mają problemy z widzeniem przestrzennym i wyczuciem odległości, co naraża je na liczne urazy i wyklucza z wielu zawodów m.in. pilota, kierowcy, strażaka, mechanika oraz zawodów artystycznych, wymagających dobrej prezencji. Zez upośledza ponadto życie społeczne.

– Taki pacjent unika wzroku osób, z którymi rozmawia, ustawia wyrównawczo głowę tak, aby zez był niewidoczny. Odbiór takiej osoby jest często negatywny, a rozmowa z nią trudna, przez to taki pacjent ma gorsze samopoczucie, gorzej funkcjonuje w społeczeństwie – mówi Piotr Loba.

W przypadku dzieci leczenie zeza często polega wyłącznie na odpowiedniej korekcji okularowej. Niektóre typy tej choroby poddają się leczeniu ortoptycznemu, polegającym na wykonywaniu specjalnych ćwiczeń wzroku. U dorosłych większość typów zeza leczy się natomiast operacyjnie, co ma związek z występowaniem problemu podwójnego widzenia. Ćwiczenia ortoptyczne nie przynoszą pozytywnych efektów i nie powinny być stosowane w przypadku zeza nabytego lub wynikającego z porażenia nerwów czaszkowych. Operacja wykonywana jest w znieczuleniu ogólnym, a ostateczne jej efekty widoczne są po około dwóch miesiącach.

– Wielu pacjentów po operacji zeza jest zaskoczonych poprawą swojego wizerunku. Poprawia im się samopoczucie, są zadowoleni z życia. Korzyści związane są też z poprawą funkcjonowania pacjenta na co dzień, głównie podczas pracy przy komputerze. Pacjenci ci mają także poczucie, że poszerza się pole widzenia, widzą lepiej i bardziej komfortowo – mówi Piotr Loba.

Kwalifikacji do zabiegu dokonuje lekarz okulista i ortoptysta. Badanie obejmuje m.in. ocenę wady wzroku przy pomocy komputera po wcześniejszym rozszerzeniu źrenic.

Cyberataki coraz bardziej powszechne. Są rozwiązania chroniące infrastrukturę państwową, ale brakuje tych pomagających zwykłym obywatelom

Cyberataki są coraz częstsze i coraz bardziej niebezpieczne. Dotykają firmy, instytucje ważne dla bezpieczeństwa kraju, ale też zwykłych ludzi. Większość krajów, w tym Polska, wdraża systemy cyberbezpieczeństwa. Brakuje jednak narzędzi, które pomogłyby chronić zwykłych obywateli – alarmują eksperci. Tymczasem University of Maryland obliczają, że hakerzy atakują co 39 sekund, średnio 2 244 razy dziennie, a większość osób nie tylko nie wie, jakie kroki podjąć w przypadku naruszenia danych, lecz także jakie stosować zabezpieczenia.

Brakuje nam szeregu rodzaju ustaw, które by pomagały obywatelom w normalnym działaniu w zakresie cyberbezpieczeństwa, bronienia się przed atakującymi, bronienia się przed pewnego rodzaju zagrożeniami, które niesie powszechność dzisiejszego wykorzystania internetu. Policji, prokuratorom i sądom trudno jest gonić cyfrowych przestępców – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Tomasz Wodziński, prezes ISSA Polska.

Raport CERT Polska podaje, że w 2018 roku doszło do ponad 3,7 tys. incydentów naruszenia cyberbezpieczeństwa. Liczba ataków szybko rośnie, cyberprzestępcy stosują coraz nowsze środki, są coraz bardziej pomysłowi, trudniej też bronić się przed zagrożeniem. University of Maryland oblicza, że hakerzy atakują co 39 sekund, średnio 2 244 razy dziennie. Symantec podaje, że jedno na 36 urządzeń mobilnych ma zainstalowane aplikacje wysokiego ryzyka, a tylko w 2018 roku dziennie blokowano ponad 10,5 tys. złośliwych aplikacji mobilnych.

Jednocześnie, jak podaje Varonis, 64 proc. Amerykanów nigdy nie sprawdzało, czy naruszono ich dane, a 56 proc. nie wie, jakie kroki podjąć w przypadku naruszenia danych. W Polsce nie jest lepiej. Nie zawsze zdajemy sobie sprawę z zagrożeń, nie wiemy też, jak skutecznie się przed nimi bronić. Przyjęta w sierpniu 2018 roku ustawa o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa ma zapewnić ochronę na poziomie krajowym. Brakuje jednak rozwiązań dla zwykłych obywateli.

Potrzebujemy dużego wzmocnienia obszaru cyber w naszym życiu społecznym. Uruchomienia programów, które by pomagały uświadamiać obywateli, w jakim stopniu mogą czuć się zagrożeni, Dziś w zasadzie po wyjściu ze szkoły żadnego rodzaju pomocy obywatele nie otrzymują od państwa, często korzystając na co dzień z internetu, portali aukcyjnych, sklepów internetowych, gdzie dotykają ich różnego rodzaju zagrożenia. Być może dobrym pomysłem byłoby przerzucenie na sklepy, na dostawców pewnego rodzaju zobowiązań – ocenia Tomasz Wodziński.

Cyberprzestępcy zazwyczaj używają bezpiecznego oprogramowania w celu zachowania anonimowości, wybierają serwery proxy, które ukrywają lokalizację i kierują komunikację przez wiele krajów. Na atak można się narazić podczas zwykłych e-zakupów. Raport CERT podaje, że w ubiegłym roku było trzykrotnie więcej incydentów związanych z fałszywymi sklepami internetowymi. Podszywanie się pod pośredników płatności było w 2018 roku najpopularniejszym atakiem na użytkowników.

Na obywateli trudno jest nałożyć jakieś wymagania. Na tę chwilę Kodeks karny definiuje przestępstwa cyfrowe, definiuje w różnym stopniu odpowiedzialności atakujących, natomiast policja nie jest w stanie ich pociągnąć do odpowiedzialności. Być może nowelizacja ustawy i prawa telekomunikacyjnego pozwoliłaby w większym stopniu wesprzeć organy rządowe – przekonuje ekspert.

Choć jesteśmy coraz bardziej świadomi, a naruszenia bezpieczeństwa zgłaszamy do odpowiednich służb, dotarcie do sprawców jest często praktycznie niemożliwe. Trudno uzyskać informacje o adresie IP, z którego doszło do ataku, organom ścigania brakuje też odpowiednich narzędzi. Przepisy, które regulują kwestie cyberbezpieczeństwa, dotyczą zaś przede wszystkim instytucji państwa i firm. Nie ma tych, które pomogłyby chronić obywateli.

Konieczne jest wsparcie na innych frontach, być może ONZ, być może kraje zgromadzone we wspólnocie handlowej, tych różnego rodzaju miejsc, w których tak naprawdę można spróbować wykonać jakieś działania prawne, ale one daleko wykraczają poza granice Polski, poza granice możliwości realizowanych przez nasz rząd – mówi Tomasz Wodziński.

W strumieniowe przesyłanie rozrywki wchodzą technologiczni giganci. W wideo online swoją szansę widzą także reklamodawcy

Przeciętny odbiorca na oglądanie wideo online poświęca nieco ponad 80 minut. W 2021 roku będzie to już 100 minut. Choć telewizję codziennie ogląda niemal połowa Polaków, to coraz częściej wybieramy serwisy VoD. Zwłaszcza że tym rodzajem mediów zainteresowali się tacy technologiczni giganci jak Apple. Rozwój wideo w sieci jest szansą zarówno dla marketerów, jak i stacji telewizyjnych – przekonują eksperci. Z szacunków wynika, że globalnie reklamodawcy przeznaczą na reklamę video online ponad 175 mln dol. W 2021 roku wydatki na reklamę wideo online będą warte jedną trzecią rynku reklam telewizyjnych.

– Pomimo tego, że wideo online rośnie i jego konsumpcja w sposób ilościowy i jakościowy rośnie, to w tej chwili jeszcze nie wydaje się być zagrożeniem dla telewizji jako źródła właśnie jakichś treści, które ludzie chętnie oglądają – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Karolina Chołuj, dyrektor działu badawczego, Mindshare Polska.

Z badania „Od Netflixa do Fortnite’a – jak Polacy spędzają czas przed ekranem” Ogólnopolskiego Panelu Badawczego Ariadna wynika, że choć telewizja wciąż jest chętnie oglądana – codziennie przez 44 proc. osób, a niemal każdy ogląda ją przynajmniej raz w miesiącu, to na znaczeniu zyskują serwisy VoD. W Polsce już 40 proc. internautów korzysta z usługi wideo na żądanie przynajmniej raz w tygodniu – wynika z danych Mindshare Polska.

– Segment nazywany TV Light i Non Users TV rośnie z roku na rok. To ludzie, którzy w większości oglądają właśnie wideo online. Rośnie też konsumpcja wideo online wśród najbardziej intensywnych użytkowników telewizji, którzy równolegle czerpią treści z obu tych kanałów. Zdecydowanie można powiedzieć, że są to w tej chwili media komplementarne – ocenia Karolina Chołuj.

Choć głosy o końcu telewizji są przesadzone, to wideo na żądanie zyskuje coraz więcej widzów. Co więcej, także Polacy są skłonni za dostęp do materiałów wideo zapłacić – Mindshare podaje, że za dostęp do VoD płaci co trzeci internauta. Już wiadomo, że z popularności wideo na żądanie będzie chciał skorzystać m.in WarnerMedia AT&T, NBCUniversal czy Walt Disney. Technologiczny gigant Apple już uruchomił swoją usługę strumieniowego przesyłania treści Apple TV+.

– Rozwój wideo w sieci i konsumpcji wideo w sieci w Polsce jest szansą zarówno dla marketerów, jak i stacji telewizyjnych, które mogą wykorzystywać ten kanał po to, żeby przyciągać widzów przed telewizor do swojej ramówki np. poprzez promocję tych pozycji programowych w wideo w internecie – wskazuje ekspertka Mindshare Polska.

Sukces modelu Netflix, czyli pobierania miesięcznej opłaty za dużą liczbę programów na żądanie, przesyłanych strumieniowo do dowolnego urządzenia podłączonego do internetu sprawił, że miliony ludzi korzysta z domowej rozrywki online. Jednocześnie branża telekomunikacyjna i technologiczna obserwowała, jak Netflix i Amazon Prime Video zbierają ogromne ilości danych od widzów i zdecydowała, że ​​uruchomienie usługi przesyłania strumieniowego może być sposobem na sprzedaż większej liczby produktów.

Dla marketerów programy z wideo na żądanie mogą być natomiast lepszą platformą reklamową niż tradycyjne media. Pokazują to także najnowsze dane. Raport Zenith „Online Video Forecasts” wskazuje, że na reklamę video online trafi w 2019 roku ponad 175 mln dol., czyli o 58 proc. więcej niż w 2018 roku. Już w 2021 roku wartość rynku reklamy online wideo na świecie osiągnie 1/3 wartości rynku reklamy telewizyjnej.

– Wideo w sieci właściwie już jest w większości stałą pozycją w mediaplanach, w planach komunikacyjnych. W przeciwieństwie do telewizji daje możliwość docierania z komunikatem promocyjnym do bardzo różnych grup odbiorców. W momencie, kiedy te grupy celowe są masowe, wiadomo, że ich potrzeby czy zainteresowania są różne i wtedy właśnie za pomocą wideo online możemy różnicować komunikat i docierać do poszczególnych grup – tłumaczy Karolina Chołuj.

Na święta Polacy chętnie wracają do rodzinnego domu, ale na podróże wydadzą mniej niż na prezenty

  • Ponad 14 milionów Polaków podróżuje do swoich rodzinnych domów na święta
  • Na świąteczne podróże Polacy wydadzą średnio 660 zł, a na zakup prezentów – 775 zł
  • Ci, którzy nie wracają do domu na święta, spędzają je z rodzicami swojej drugiej połówki (26%) lub jadą na zagraniczne wakacje (13%)

Już niebawem ponad 14 milionów Polaków wsiądzie do samochodów, pociągów oraz na pokłady samolotów i ruszy w podróż do rodzinnych domów, aby wspólnie z bliskimi spędzić święta Bożego Narodzenia. W  najnowszym badaniu pt. „Driving home for Christmas” Mastercard zgłębił temat powrotów do domu z okazji świąt oraz związanych z nimi wydatków.

Przeciętny Polak przemierzy średnio dystans 206 kilometrów (co odpowiada odległości między Poznaniem a Łodzią), aby wrócić na święta do rodzinnego domu. W innych europejskich krajach ta średnia jest ponad dwa razy większa (516 km). 13% Polaków jako środek transportu wybierze samolot, 20% pociąg, a ponad 92% przebadanych respondentów czeka przynajmniej jedna podróż samochodem lub autobusem. Z badania wynika, że największe odległości poszczególnymi środkami transportu przebywają: Portugalczycy (891 km samolotem), Irlandczycy (814 km pociągiem) oraz Szwedzi (754 km samochodem).

Koszty podróży Polaków do domu na święta wynoszą średnio 660 zł i są niższe od średniej europejskiej (niemal 1,4 tys. zł). Na ten cel zaczynamy odkładać pieniądze już miesiąc przed Bożym Narodzeniem.

Najwięcej podróżnych wyruszy w drogę w Wigilię – 24 grudnia to najpopularniejszy termin na powrót do domu. Najczęściej Polaków motywuje do tego chęć spotkania się ze swoimi rodzicami, ale także tęsknota za ukochanym zwierzakiem – w tym celu dystans pokonuje niemal co trzeci ankietowany (31%).

Liczy się prezent

Pomimo wysokich kosztów podróży, większość Polaków (76%) jest zdania, że sama ich obecność w domu na święta nie może być traktowana jako prezent dla najbliższych. W związku z tym dodatkowo na same świąteczne upominki wydają średnio 775 zł (średnia europejska to niewiele ponad 1 tys. zł).

14% ankietowanych w badaniu Mastercard rezerwuje bilety na podróż do domu na Boże Narodzenie już z 3-miesięcznym wyprzedzeniem. Niewiele mniejszy odsetek, bo 12% respondentów, ma inne podejście i planuje swoją podróż last minute, zaledwie kilka dni przed Gwiazdką. Uśredniając, przeciętny Polak powrót na święta do domu organizuje już 44 dni wcześniej. Część ankietowanych (13%) decyduje się swoją obecnością zrobić bliskim świąteczną niespodziankę.

„Żyjemy w czasach, w których coraz więcej ludzi pracuje z dala od miejsca, w którym się wychowali, często zagranicą. Nie zmienia to jednak faktu, że święta to czas powrotu do domu rodzinnego. W przedświątecznej gorączce ważna jest wygoda zakupów i płatności. Jeśli te są dla nas mniej kłopotliwe i szybkie, więcej czasu możemy poświęcić na wybór idealnych prezentów i na spotkania z bliskimi, które w okresie świątecznym są prawdziwie bezcenne” – mówi Bartosz Ciołkowski, dyrektor generalny na Polskę, Czechy i Słowację w Mastercard Europe.

Podróże tak, ale niekoniecznie do domu…

Podróżowanie w okresie świąt niekoniecznie musi się wiązać z powrotem do rodzinnego domu. Już 13% Polaków w tym czasie decyduje się na wyjazd turystyczny i jest to niewiele gorszy wynik od średniej europejskiej (19%). Dla niemal co czwartego ankietowanego (24%) jest to mniej stresujące niż święta w domu. 19% respondentów z Polski argumentuje ten wybór chęcią „złapania” odrobiny słońca, zaś 14% preferuję tę opcję, ponieważ woli uniknąć rodzinnych sprzeczek.

Z badania Mastercard wynika także, że 14% Polaków nie jest w stanie wrócić do domu na święta. Najczęstszym powodem (26%) jest spędzanie Bożego Narodzenia z rodzicami partnera/partnerki. Ponad co piąty ankietowany (21%) pracuje w okresie świątecznym, zaś 14% nie może sobie pozwolić na powrót do domu z przyczyn finansowych. Brak fizycznego kontaktu rekompensują takie rozwiązania jak Skype czy FaceTime, z których w Wigilię planuje skorzystać 28% ankietowanych z Polski.

Pallad droższy od złota i platyny, a cena jeszcze wzrośnie

O blisko 40% wzrosła od początku roku cena palladu. Ten metal szlachetny kosztuje przeszło 1700 dolarów, czyli więcej niż złoto. Według znawców tematu, w najbliższych miesiącach trzeba będzie zapłacić za niego jeszcze więcej. Popyt znacznie przewyższa podaż, a przyczynia się do tego sytuacja w branży motoryzacyjnej. Pallad jest często wykorzystywany w produkcji katalizatorów w samochodach benzynowych, których sprzedaż wzrasta po tzw. aferze spalinowej. Małych inwestorów może zainteresować m.in. kupno sztabek czy monet lokacyjnych.

Notowania w górę

Pallad jest najdroższym metalem szlachetnym, trzeba za niego zapłacić więcej niż za złoto, co podkreśla Łukasz Zembik, ekspert rynku OTC z Domu Maklerskiego TMS Brokers. I zaznacza, że cena od początku roku urosła o ponad 36 proc. Ten wynik uwzględnia już listopadową korektę, która wyniosła ponad 100 dolarów. Obecne ceny palladu plasują się w okolicach 1720 dolarów.

– Niewystarczająca podaż i rosnący popyt z pewnością mogą spowodować wzrost ceny palladu w przyszłym roku, co czyni go atrakcyjnym metalem do inwestycji. Spodziewamy się wzrostu jego notowań w ciągu najbliższych miesięcy. Pallad należy jednak traktować jako uzupełnienie portfela metali szlachetnych – komentuje Daniel Marburger, dyrektor zarządzający CoinInvest.

Z kolei Dorota Sierakowska, analityk surowcowy z Domu Maklerskiego BOŚ, zaznacza, że mowa jest o najmniej popularnej inwestycji spośród znanych i dostępnych dla inwestorów indywidualnych metali szlachetnych. Dopiero obserwowany w ostatnich latach systematyczny wzrost cen zwiększył zainteresowanie palladem wśród potencjalnych nabywców. Trend wzrostowy wciąż się utrzymuje i sprzyja mu sytuacja fundamentalna na rynku palladu. Niemniej, w bieżącym roku spore znaczenie miał popyt spekulacyjny. Zdaniem eksperta, to budzi obawy, że optymizm dotyczący dalszych zwyżek może być już nieco przesadzony.

– Popyt mocno przerasta podaż. Tendencja ta utrzymuje się od 2012 roku, a pogłębiła się 4 lata później. Silny trend wzrostowy rozpoczął się na początku 2016 roku. Od tamtego momentu rynek wykonuje korekty techniczne. Jedną z nich obserwowaliśmy w pierwszej połowie 2018 roku, drugą – w okresie od marca do maja br. Jednak listopadowa przecena w porównaniu do poprzednich okresów spadkowych jest niewielkich rozmiarów – wskazuje Łukasz Zembik.

Do katalizatorów

Jak zaznacza Daniel Marburger, pallad jest produktem deficytowym od ośmiu lat. Prognozy na kolejne lata wskazują, że deficyt metalu na rynku może wzrosnąć ze względu na sytuację w przemyśle motoryzacyjnym. Dorota Sierakowska dodaje, że od tzw. afery spalinowej zapotrzebowanie na samochody z silnikami diesla zaczęło spadać na korzyść tych benzynowych. Ten fakt wsparł popyt na pallad, ponieważ jest on wykorzystywany w produkcji katalizatorów. Z kolei w dieslowskich samochodach używa się głównie platyny.

– Pallad charakteryzuje się wysokim poziomem ciągliwości oraz jest odporny na korozję. Dlatego jest tak często wykorzystywany w produkcji katalizatorów. Chiny zaostrzają przepisy ograniczające zanieczyszczenie pojazdów, przez co coraz więcej zużywa się tego metalu. W Europie przeważa tendencja kupowania pojazdów benzynowych – mówi ekspert rynku OTC z TMS Brokers.

Według dyrektora zarządzającego CoinInvest, nie ma odwrotu dla przemysłu motoryzacyjnego, choć cena platyny jest niższa. Zmiana linii produkcyjnych w konsekwencji byłaby znacznie droższa. Ponadto, innym powodem rosnących notowań palladu jest jego naturalne występowanie. Najczęściej jest wytwarzany jako produkt uboczny z wydobycia platyny i niklu, a największe złoża znajdują się w Rosji i południowej Afryce. Wszelkie informacje o możliwych ograniczeniach znacząco wpływają na wahania cen.

Lokata kapitału

– Sposobów na inwestowanie w pallad jest znacznie mniej niż w przypadku złota czy srebra. Niemniej, nawet mali inwestorzy mogą to zrobić na kilka sposobów. Najbardziej intuicyjnym wyborem jest kupno sztabek lub monet lokacyjnych, np. kanadyjskiego Maple Leaf. To jednak jest opcja dopasowana głównie do długoterminowych inwestorów – informuje mówi analityk surowcowy z DM BOŚ.

Jak dodaje Łukasz Zembik, na pallad jest nałożony 23 proc. podatek, dlatego zakup będzie się dłużej zwracać. Trzeba też mieć pomysł na przechowywanie tego surowca, gdyż potencjalnie trzymanie go w domu narażone jest na kradzież. Natomiast Daniel Marburger zaznacza, że monety i sztabki są dostępne w oparciu o aktualną cenę palladu. Można zdecydować się na inne produkty tzw. papierowe, ale ostatecznie klient posiada tylko certyfikat.

– Jeśli interesuje nas inwestycja średnioterminowa lub krótkoterminowa powinniśmy skupić się na instrumentach finansowych, opartych o cenę palladu. Mowa tu kontraktach futures lub CFD, na których wykorzystywana jest dźwignia finansowa. Przy tego typu inwestycjach powinniśmy pamiętać o odpowiednim zarzadzaniu ryzykiem. Kontrakty CFD są dedykowane inwestorom z mniejszym portfelem, ponieważ umożliwiają one kupno tylko części kontraktu. Pozwalają również na otwieranie krótkich pozycji, czyli zarabianie wówczas, gdy cena metalu spada – wyjaśnia ekspert z TMS Brokers.

Z kolei Dorota Sierakowska zaznacza, że inwestowanie faktycznie jest obarczone większym ryzykiem niż lokowanie kapitału na rynkach złota czy srebra. Niemniej wysoka zmienność oznacza możliwość wypracowania atrakcyjnych stóp zwrotu z takiej inwestycji. W ostatnich latach notowania palladu radziły sobie lepiej niż ceny pozostałych metali szlachetnych.

W tym roku za choinkę zapłacimy średnio od 100 do 200 złotych

Blisko 40% Polaków zamierza w tym roku nabyć choinkę za średnio 150-250 zł, a prawie 20% planuje ją kupić za 100-150 zł. Najmniej popularne są drzewka, które kosztują poniżej 50 zł. Wybierze je co dwudziesta osoba. Połowa ankietowanych chce skorzystać z promocji, ale w gazetkach ubyło ich o ponad 120% od ub. roku. Najwięcej, bo 35%, badanych wybiera się po choinkę do sklepów typu DiY. Dalej są hipermarkety (19%) i dyskonty (15%).

Z badania, przeprowadzonego przez międzynarodową firmę Hiper-Com Poland i Grupę Mobilną Qpony-Blix, wynika, że 39% ankietowanych planuje przeznaczyć w tym roku na zakup choinki od 150 do 250 zł. Z kolei wydatki od 100 do 150 zł zadeklarowało 18% osób, od 200 do 250 zł – 15%, a powyżej 250 zł – 14%. Dalej znalazły się przedziały od 50 do 100 zł – 7%, a także poniżej 50 zł – 5%.

– Uważam, że wydanie około 200 zł na choinkę to bardzo dużo. Te deklaracje ankietowanych wyraźnie świadczą o wzroście dochodów. Ci, którym sytuacja się polepszyła, są gotowi przeznaczyć więcej pieniędzy na takie zakupy. Odpowiedzi badanych wskazują również na dużą siłę tradycji – komentuje dr Andrzej Maria Faliński, prezes Stowarzyszenia Forum Dialogu Gospodarczego.

Według Marcina Lenkiewicza z Grupy Mobilnej Qpony-Blix, Polacy nie oszczędzają znacząco na zakupie tej ozdoby świątecznej. W sklepach średnia cena sztucznego drzewka o wysokości do 2 m często nie przekracza 150-200 zł. Tańsze są choinki żywe. W nadleśnictwie można je kupić zazwyczaj w granicach 50 zł. Z kolei jak zaznacza Julita Pryzmont z Hiper-Com Poland, widoczna jest tendencja do stawiania na jakość, a nie na rozmiar drzewka. Ponad 60% Polaków mieszka w miastach, a większość z nich – w blokach. Nie mają więc możliwości wstawienia dużej choinki do swojego salonu.

– Globalny obrót żywymi choinkami w Polsce jest szacowany nawet na 6 mln sztuk, a my sprzedajemy co roku kilkadziesiąt tysięcy. W ostatnich dwóch dekadach na polskim rynku pojawiły się firmy, które dysponują areałami gruntów rzędu kilkudziesięciu, a nawet kilkuset hektarów. I to głównie one dostarczają drzewka na rynek. Lokują uprawy w pasie nadmorskim, gdzie klimat sprzyja uprawie, szczególnie jodły kaukaskiej, a to obecnie najchętniej kupowany gatunek – informuje Rafał Zubkowicz z Dyrekcji Generalnej Lasów Państwowych.

50% badanych przyznało, że chce dokonać zakupu w promocji, natomiast 43% – w regularnej cenie. Z kolei 7% ankietowanych nie planuje tego lub trudno im to określić. Według Julity Pryzmont, różnica pomiędzy dwiema największymi grupami nie jest tak znaczna. Ekspert zaznacza, że okres przedświąteczny to czas intensywnych zakupów. Konsumenci będą szukać jak najkorzystniejszych ofert i możliwych oszczędności, ale brak promocji nie przesądzi o rezygnacji z zakupu. Natomiast Marcin Lenkiewicz zaznacza, że sporo osób kupuje choinki na ostatnią chwilę. W przedświątecznym zabieganiu nie mają czasu na wyszukiwanie rabatów. Zapłacenie ceny regularnej nie jest dla nich mocnym obciążeniem domowego budżetu.

– Rynek jest bardzo mocno nasycony. My chcemy konsumować, ale nie wybieramy czegoś najtańszego. Mamy nawyk szukania dobrych cen, tzn. najniższych w określonej kategorii średniej i wyższej. I to widać nie tylko w wydatkach choinkowych, ale we wszystkich związanych ze świętami – podkreśla dr Faliński.

35% ankietowanych zamierza wybrać się na zakupy do sklepów typu DiY (zrób to sam, remontowo-budowlane). Hipermarkety otrzymały 19% wskazań, a dyskonty – 15%. Natomiast 12% badanych planuje dokonać transakcji bezpośrednio od leśników, zaś 11% – na lokalnych targowiskach. Jak podkreśla ekspert z Hiper-Com Poland, wybór sklepów dużego formatu może oznaczać, że nabycie choinki jest łączone również z innymi zakupami świątecznymi.

– Sklepy DiY oferują bardzo szeroki wachlarz ozdób świątecznych. Na dużej powierzchni zapewniają też większy komfort poruszania się podczas zakupów. To dla wielu konsumentów nadal jest ważnym elementem, zwłaszcza przed świętami. Ponadto te sieci przeznaczają bardzo dużo powierzchni promocyjnej w swoich gazetkach na komunikację ofert rabatowych. Nierzadko informacje o choinkach czy ozdobach znajdują się na pierwszych stronach – zaznacza Marcin Lenkiewicz.

W opinii prezesa Stowarzyszenia Forum Dialogu Gospodarczego, w sieciach DiY można spodziewać się najkorzystniejszych cen. Te sklepy mają niskie koszty utrzymania. Spora część powierzchni handlowej znajduje się również na zewnątrz. Dla porównania, hipermarkety muszą już aranżować przestrzeń wewnątrz obiektu. Ekspert dodaje, że kiedyś dominowały bazary. Tam można było kupić tanie i dobre produkty. Ale konsumenci stali się wygodni i wymagają pewnego komfortu. Wolą więc podjechać pod sklep, a nie np. krążyć po zabłoconych czy zamarzniętych alejkach na targowisku.

– Niektóre nadleśnictwa oferują samodzielny wybór i wycięcie drzewka. Przychodzą wówczas do nas całe rodziny, użyczamy narzędzi, rozpalamy ognisko, gdzie można porozmawiać z autentycznym leśnikiem, ogrzać się i coś zjeść. W zalewie przedświątecznego blichtru i komercji nasi goście traktują to jako świetną przygodę. Nawet jeśli drzewko, które zabierają ze sobą, nie jest tak kształtne, jak to, które mogliby kupić w sklepie czy na straganie, cieszy ich o wiele bardziej – dodaje Rafał Zubkowicz.

Natomiast eksperci z Hiper-Com Poland dodają, że w sieciach mocno ubyło gazetkowych promocji, bo aż o 123,59%. Spadki odnotowano w sklepach DiY (56,44%), hurtowniach (50%), hipermarketach (19,08%) i supermarketach (5,77%). Sytuacja nie zmieniła się w formacie cash&carry. Wzrosty zanotowano jedynie w dyskontach (7,69%). Porównano dane od 1 listopada do 9 grudnia br. z analogicznym okresem ubiegłego roku.

– Choinki są używane jako produkt, który ma przyciągnąć klientów do sklepu na większe, świąteczne zakupy, więc w ostatnich latach sieci prześcigały się w promocjach. Tak duża redukcja w sklepach DIY może wskazywać, iż ta strategia nie sprawdziła się dla tego kanału, a inne formaty również zaczęły ją weryfikować – analizuje Julita Pryzmont.

Badanie dot. zakupu choinek zostało wykonane przez Hiper-Com Poland i Grupę Mobilną Qpony-Blix. Działania były prowadzone na terenie 34 dużych miast oraz 16 średnich i mniejszych miejscowości. Ankieta była realizowana w okolicach centrów handlowych, małych i średnich sklepów, a także lokalnych bazarów w dniach 25.11-05.12.2019 r. Łącznie przeprowadzono 1001 wywiadów bezpośrednich z konsumentami w wieku od 18. do 65. roku życia. W badaniu wzięły udział tylko te osoby, które na początku rozmowy zadeklarowały, że obchodzą tradycyjne Święta Bożego Narodzenia.

Zakupy świąteczne 2019

Najpopularniejszym miejscem robienia przedświątecznych zakupów są wciąż sklepy stacjonarne, z których skorzysta połowa Polaków. W tym roku zostawimy w nich ponad 1 000 zł. Jak wynika z badania firmy doradczej Deloitte „Zakupy świąteczne 2019” Polacy chętnie szukają inspiracji prezentowych w internecie. Jedna trzecia klientów obdaruje bliskich upominkami kupionymi w sklepach internetowych, które mają przynajmniej jeden oddział stacjonarny, a 28 proc. skorzysta z platform e-commerce. Szczególnie dotyczy to elektroniki. Do zakupów online najbardziej przekonuje nas dostawa do domu oraz szeroki asortyment. Z kolei za największą zaletę zakupów tradycyjnych uważamy możliwość natychmiastowego odebrania kupionego produktu oraz politykę wymiany i zwrotów.

W międzynarodowym badaniu Deloitte wzięli udział respondenci z ośmiu europejskich krajów, w tym także z Polski. Wśród pytań znalazły się nie tylko kwestie dotyczące świątecznych budżetów, ale również zakupów przedświątecznych robionych w sieci.

Polska rodzina na tegoroczne Boże Narodzenie wyda średnio 1 521 zł, z czego 32 proc., czyli 489 zł trafi do sprzedawców online. Wydatki w sklepach stacjonarnych stanowią wciąż większość świątecznego budżetu Polaków (68 proc.), przy czym wzrosły o12ne o 6,1 proc. w porównaniu do zeszłego roku. Dla porównania średnia dla wszystkich badanych krajów wynosi 2,6 proc. – Z kolei e-commerce rośnie w Polsce wolniej niż w pozostałych badanych krajach. W Polsce jest to 2,7 proc. w porównaniu do 4,8 proc. w Europie. Kanał online, który stanowi 32 proc. wszystkich świątecznych wydatków w ośmiu badanych krajach urósł o  5 pp. w porównaniu do ubiegłego roku – mówi Patrycja Venulet, dyrektor w dziale strategii Deloitte.

Do sieci po elektronikę i gry komputerowe

Połowa polskich respondentów deklaruje, że po prezenty uda się do sklepów stacjonarnych. – W Europie takiej odpowiedzi udzieliło 65 proc. ankietowanych. W tym względzie przodują Hiszpanie, Holendrzy i Portugalczycy. W Polsce z roku na rok widzimy trend spadającej popularności sklepów tradycyjnych, co nie zmienia faktu, że wciąż pozostają one głównym kanałem świątecznej sprzedaży – mówi Agnieszka Szapiel, menedżer w dziale strategii Deloitte

Jedna trzecia klientów obdaruje bliskich prezentami kupionymi w sklepach internetowych, które mają przynajmniej jeden oddział stacjonarny, a 28 proc. skorzysta z platform e-commerce. W reszcie badanych krajów odsetek ten wynosi odpowiednio 40 i 51 proc. W przypadku polskich konsumentów wskaźniki te wyraźnie rosną w przypadku elektroniki, szczególnie tzw. inteligentnej odzieży. W sklepach internetowych zamierza ją kupić 45 proc. respondentów, a na platformach e-commerce 37 proc. Podobnie sytuacja wygląda z grami komputerowymi.

Wyniki tegorocznego badania Deloitte pokazują, że na internetowym rynku wciąż dużo do zrobienia mają sprzedawcy żywności. Tylko 15 proc. ankietowanych deklaruje, że  kupi żywność za pośrednictwem internetu, a 72 proc. preferuje sklepy stacjonarne. W tradycyjny sposób wolimy też kupować kosmetyki i perfumy oraz produkty zdrowotne. Aby nabyć produkty z tej kategorii aż 62 proc. Polaków uda się do sklepów stacjonarnych. Z kolei tak chętnie kupowanych na prezenty książek będziemy szukać także przede wszystkim w tradycyjnych punktach sprzedaży (45 proc.) oraz online, ale w sklepach, które mają oddziały stacjonarne (38 proc.).

Zalety różnych kanałów sprzedaży

Do zakupów online najbardziej przekonuje nas dostawa do domu (62 proc.), szeroki asortyment (58 proc.) oraz to, że nie mamy poczucia straty czasu (58 proc.). Ważna jest także możliwość łatwego porównania ceny (57 proc.). Z kolei za największą zaletę zakupów tradycyjnych uważamy możliwość natychmiastowego odebrania kupionego produktu (77 proc.), politykę wymiany i zwrotów (76 proc.), ochronę danych osobowych (75 proc.) oraz możliwość uzyskania fachowej porady od sprzedawcy (74 proc.).

W sklepach stacjonarnych za zakupy bożonarodzeniowe zamierzamy płacić kartą płatniczą (66 proc.) oraz gotówką (53 proc.). Co ciekawe, karty użyje 70 proc. osób powyżej 55 roku życia. Z kolei w sklepach internetowych najczęściej również wybierzemy kartę oraz cyfrowe portfele (po 40 proc.). Te ostatnie są szczególnie popularne wśród osób w wieku 35-54 lat.

Internet kopalnią pomysłów

Inspiracji prezentowych szukamy przede wszystkim w Internecie (49 proc.), dla porównania w Europie wskaźnik ten wynosi 46 proc.

40 proc. pośród badanych Polaków korzysta również z tak zwanego marketingu szeptanego, którego źródłem jest rodzina, przyjaciele i sąsiedzi, a 38 proc. pomysłów szuka w sklepach tradycyjnych.

Co ciekawe aż 36 proc. badanych wprost pyta najbliższych, co chcieliby otrzymać.

Ponad jedna czwarta (28 proc.) pomysły znajduje w mediach społecznościowych. – Średnia dla pozostałych badanych krajów nie jest aż tak wysoka, bo sięga 21 proc. Jeżeli chodzi o inspiracje czerpane z mediów społecznościowych, to dziś wśród internautów króluje przede wszystkim Instagram, który w ubiegłym roku wprowadził możliwość robienia zakupów bezpośrednio z poziomu aplikacji – mówi Jan Kisielewski, dyrektor w dziale strategii Deloitte.

Ci, dla których Internet jest głównym źródłem pomysłów na prezenty, korzystają przede wszystkim z wyszukiwarek i porównywarek (48 proc.), sklepów internetowych (46 proc.) oraz stron wybranych marek (44 proc.) – dodaje Jan Kisielewski.

Rynek czeka na wyniki wyborów w Wielkiej Brytanii

Od rana – konkretnie od godziny 8:00 polskiego czasu – Brytyjczycy głosują w chyba najważniejszych wyborach parlamentarnych od kilku dekad. Są one niezwykle istotne, gdyż to od ich wyniku w znacznej mierze będzie zależeć czy, kiedy i na jakich zasadach Wielka Brytania wyjdzie z Unii Europejskiej.

Opierając się na wskazaniach sondaży, rynek w ostatnich miesiącach był coraz bardziej przychylny brytyjskiej walucie. Sondaże wskazują bowiem, że Partia Konserwatywna notuje około 10-procentowe prowadzenie nad swoim głównym konkurentem – Partią Pracy, co powinno pozwolić jej na uzyskanie większości pozwalającej na samodzielne rządy.

Inwestorzy liczą, że uzyskanie przez Partię Konserwatywną większości w Izbie Gmin umożliwi dość płynne przeprowadzenie uporządkowanego Brexitu – na podstawie porozumienia z UE, które wynegocjował Boris Johnson. Jednocześnie zwycięstwo torysów nie grozi istotną zmianą ekonomicznego status quo, z czym niemal na pewno wiązałyby się rządy Partii Pracy.

W związku z rosnącym przekonaniem inwestorów dotyczącym wygranej torysów, kurs GBP/PLN wzrósł we wtorek do poziomu 5,10, osiągając najwyższą wartość od kwietnia 2017 roku. W ostatnich godzinach sytuacja uległa jednak pewnej zmianie. Od wtorkowej nocy kurs GBP/PLN raczej zniżkował, schodząc do okolic 5,06 obecnie. Można to powiązać z kilkoma kwestiami, m.in. lekkim umocnieniem złotego, ostatnimi sondażami, które pokazywały dość zróżnicowane wyniki oraz publikacją kluczowego sondażu YouGov na podstawie modelu MRP.

Co tyczy się wspomnianego sondażu YouGov – który jest uznawany za jeden z najbardziej wiarygodnych – w naszej ostatniej aktualizacji wspominaliśmy, że model MRP wskazywał, że Partia Konserwatywna powinna uzyskać aż 359 miejsc w Izbie Gmin. To wyraźnie więcej niż 317 mandatów, które uzyskała w wyborach z 2017 roku. Finalne wskazanie modelu, które poznaliśmy 10 grudnia pod koniec dnia (dwa tygodnie od poprzedniej publikacji jego rezultatów) sugeruje jednak, że torysi są na drodze do uzyskania 339 miejsc. Taki rezultat oznaczałby, że partia nadal uzyskałaby większość, ale nie rzędu 68, a zaledwie 28 mandatów. Taka zmiana nie pozostała bez wpływu na nastroje rynku.

Dzisiejsze głosowanie potrwa do 23:00 polskiego czasu. W dniu wyborów notujemy dość dużą zmienność na parze GBP/PLN. Wraz z tym, jak docierać będą do nas informacje o wstępnych wynikach, ruchy na parach z funtem mogą być jednak jeszcze silniejsze.

Szykuje nam się ciekawa noc.

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Punktualny, dokładny i przewidywalny – takiego dostawcy usług poszukuje Niemiec?

Stereotyp naszego sąsiada zza Odry najczęściej prezentuje go jako osobę skrupulatnie przestrzegającą zasad, wymagającą od siebie i innych dyscypliny i punktualności. Jak pogodzić różnice między Polakami i Niemcami tak, aby relacje handlowe przełożyły się na korzyści obu stron?

W Polsce synonimem jakości jest niemiecki samochód – niezawodna maszyna, która służy przez lata. Jak to natomiast wygląda po drugiej stronie granicy? Niemcy przede wszystkim doceniają polską kreatywność.

– Trochę jak w słowach Napoleona:Jeśli coś jest niemożliwe do wykonania, dajcie to zrobić Polakom”. Tam, gdzie nasi sąsiedzi widzą regulaminy i biurokrację, tam my widzimy po prostu pracę do zrobienia. A nasze zadania potrafimy wykonywać z prawdziwą fantazją – mówi Artur Kasiubowski, założyciel firmy POLANDO.de, pomagającej polskim firmom znaleźć niemieckich klientów.

Zręczne znajdowanie rozwiązań tam, gdzie wydają się one nie istnieć, to zaledwie jedna z cech, które pomagają Polakom zdobyć zaufanie zachodniego klienta.

– Żeby zaistnieć na obcym rynku, trzeba znać specyfikę klientów, do których kierujemy swój towar. Niemieckich konsumentów nie przekonują jedynie niskie ceny, które dla wielu polskich firm na przełomie milenium stanowiły kartę przetargową. Oczekują oni towaru wysokiej jakości, tak samo, jak w przypadku korzystania z usług firm z Francji czy Anglii. Dobry towar obroni się sam, ale dopiero gdy o jego istnieniu dowiedzą się klienci. W Niemczech doskonale sprawdza się poczta pantoflowa – jedna niezawodnie wykonana usługa może okazać się przepustką do kolejnych zleceń – dodaje Artur Kasiubowski.

Warto o tym pamiętać szczególnie w przypadku wysokich cen reklam i ich stosunkowo niewielkiej skuteczności. Nawet niewielkie ogłoszenie w lokalnej niemieckiej gazecie to koszt kilkuset euro, a przecież to zaledwie jedna publikacja o ograniczonym zasięgu. W Niemczech wciąż doskonale sprawdza się rozmowa z sąsiadem, który zadowolony z usługi poleca firmę kolejnym klientom. To dobra wiadomość szczególnie dla polskiej firmy, która nie chce inwestować w reklamę zagranicą. Bez dogłębnej znajomości lokalnego rynku płatny przekaz może nie tylko nie trafić do odpowiedniej grupy odbiorców, narażając firmę na straty finansowe, ale nawet zaszkodzić wizerunkowi przedsiębiorstwa przez treść ogłoszenia odbiegającą od niemieckich przyzwyczajeń. Sprawy nie ułatwia również rzecz tak prozaiczna jak dystans – mimo, że żyjemy w dobie cyfryzacji, nie będąc w stanie poznać reakcji klientów na reklamę ciężko jest zmierzyć jej skuteczność i zaplanować skuteczną kampanię.

Wiemy już, jak znaleźć odbiorców usługi, a jak z perspektywy klienta wygląda sam etap jej realizacji? Każdy przedsiębiorca w którymś momencie mierzy się z przeciwnościami, które mogą przeszkodzić w wykonaniu pracy na takim poziomie, jaki sobie założył – na przykład w przypadku, gdy towar nie dotarł na czas lub sezonowy brak pracowników wymusił przesunięcie prac. Co powinien zrobić usługodawca, któremu zależy na dobrej opinii pomimo napotkanych problemów?

Przede wszystkim powinien uczciwie wyjaśnić sytuację klientowi. Czasami wystarczy jeden telefon i zaproponowanie wyjścia z sytuacji, nowego terminu lub rekompensaty – niemieccy klienci wykazują się dużą cierpliwością i zaufaniem. Jeśli wiedzą, że usługodawca ma plan działań, a okoliczności są tylko przejściową niedogodnością, będą współpracować nad rozwiązaniem problemu. Zdecydowanie nie warto udawać, że wszystko gra i liczyć, że sytuacja sama się rozwiąże. Otwartość i uczciwość zdecydowanie pomogą obu stronom dojść do porozumienia ponad granicami.

Już nic nie zatrzyma brexitu

Dzisiaj ważny dzień dla Brytyjczyków. Przedterminowe wybory mogą być finalnym krokiem w  procesie brexitu. Sondaże wskazują na zwycięstwo Borisa Johnsona i samodzielną większość konserwatystów w parlamencie. Pamiętajmy jednak, że to tylko badania i zaskoczenia są możliwe. Brytyjska waluta zdaje się już świętować sukces, gdyż jej notowania pną się do góry. Mimo jastrzębich “kropek” Fed, dolar traci.

Johnson z szansami na duży triumf

Od godziny 8 rano Brytyjczycy mogą oddawać swoje głosy w przyspieszonych wyborach do parlamentu. Początkowo plan Johnsona, by rozpisać nowe głosowanie, wydawał się szalony, ale im było bliżej do wyborów, tym okazało się, że ma on szansę na sukces. Według większości sondaży konserwatyści uzyskają przewagę co najmniej 5%, a więc będą samodzielnie rządzić i tym samym zakończą proces wyjścia Wielkiej Brytanii z UE. Jest oczywiście jedno “ale”, a więc jednomandatowe okręgi wyborcze, dzięki którym wyniki są mocno niepewne. Jeśli jednak nie będzie dużej pomyłki, to obecny premier powinien mieć więcej o 20-30 posłów. Pierwszym realnym terminem wyjścia byłby 31 stycznia. Co warto wspomnieć, większość obywateli chciałaby pozostania w UE, z tym że opozycja jest na tyle rozbita, iż nie potrafiła sforsować pomysłu nowego referendum. Porażką, szczególnie, jest brak współpracy Partii Pracy z Liberalnymi Demokratami, a system mandatowy w tej kwestii jest nieubłagany i da najprawdopodobniej wygraną Konserwatystom.

Powell osłabia dolara

Wczorajsze posiedzenie Fed spowodowało istotne osłabienie dolara amerykańskiego. Rynki szczególnie wystąpienie Powella odebrały gołębio, mimo że amerykańscy decydenci pozostawili stopy na niezmienionym poziomie i zakończyli tym samym serię trzech obniżek stóp. Decyzja zapadła, uwaga, jednomyślnie. W komunikacie po decyzji również nie zapadły istotne zmiany. Członkowie uważają obecny poziom stóp za odpowiedni. Co kluczowe, wszyscy członkowie w długim okresie widzą stopy procentowe na wyższych poziomach niż teraz. Czterech chce już podwyżek w przyszłym roku, pozostała trzynastka nie widzi potrzeby ich zmian w 2020. Dlaczego więc dolar stracił? Powell, szef Fed, postanowił nie podpadać widocznie prezydentowi Trumpowi i przybrał gołębi ton w wystąpieniu po samej decyzji, niemal wykluczając szybkie podwyżki stóp. Stwierdził, że polityka monetarna nie ma ustalonej ścieżki, a FOMC będzie działał elastycznie. Dodając, że poziom inflacji poniżej 2% jest niezdrowy dla gospodarki. Zasygnalizował również, że w razie problemów na rynku pieniężnym może zacząć skupować nie tylko bony skarbowe, ale także inne, krótkoterminowe papiery wartościowe. Nijak oczywiście ma się to do redukcji bilansu, więc rynki odebrały to jako przejaw luzowania.

Lagarde debiutuje w roli szefowej

Dzisiaj wzrok inwestorów przesunie się na Europę i posiedzenie EBC. Co jest chyba najważniejsze, pierwszą konferencję będzie prowadzić Lagarde, nowa szefowa. Zaprezentowane zostaną nowe projekcje makro. Nie wydaje się, by miały one optymistyczny wymiar, nawet po ostatnio lepszych wskazaniach twardych danych. Rynki najciekawsze są, czy Lagarde uchyli rąbka tajemnicy i powie, w jakim kierunku chce prowadzić politykę. Jeśli powie o kontynuacji pracy Draghiego, to z pewnością będzie to czynnik na niekorzyść euro (luźna polityka). Para EUR/USD odbija się dzisiaj od istotnego oporu w okolicach 1,1160. Technicznie więc wygląda to na powrót do spadków na głównej parze.

Krzysztof Pawlak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Zaległości firm sięgają 31,5 mld zł. Najwyższy wzrost w handlu i budownictwie

Wartość zaległości przedsiębiorstw wobec partnerów biznesowych i banków zbliżyła się na koniec III kw. do 31,5 mld zł. Od lipca do września na kontach firm przybyło ponad 225 mln zł (0,7 proc.) płatności przeterminowanych powyżej 30 dni, na min. 500 zł – wynika z danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor oraz Biura Informacji Kredytowej. W ciągu trzeciego kwartału najbardziej powiększyły swoje nieregulowane zobowiązania handel i budownictwo. W handlu jest to już prawie 7,4 mld zł, a w budownictwie ponad 5,1 mld zł. W zestawieniu sektorów z największymi zaległościami między handlem, a budownictwem znajduje się przemysł z kwotą 5,4 mld zł. Udział firm z opóźnionymi płatnościami pozostał na takim samym poziomie jak kwartał wcześniej i wynosi 6,2 proc.Zaległości firm sięgają 31,5 mld zł. Najwyższy wzrost w handlu i budownictwie

Od lipca do końca września w największym stopniu wzrosły zaległości budownictwa (4,2 proc.) i handlu (2,9 proc.). W pierwszym przypadku o 209 mln zł, a w drugim o 211 mln zł. Zmiana do jakiej doszło w budownictwie w trzecim kwartale przewyższyła przyrosty zaległości odnotowane przez ten sektor w całym pierwszym półroczu, kiedy było 171 mln zł. – Wygląda na to, że obserwowane w budownictwie osłabienie koniunktury zaczęło przekładać się już na opóźnienia płatności przez ten sektor. O ile bowiem budowlana hossa powodowała gwałtowny wzrost cen materiałów, surowców, wynagrodzeń pracowników i usług, pogarszając stabilność działania, to jednocześnie wymuszała na zleceniodawcach większą solidność płatniczą wobec podwykonawców. W ostatnich miesiącach spada jednak liczba projektów inwestycyjnych, szczególnie w segmencie infrastruktury drogowej, ale także tych finansowanych przez samorządy – zwraca uwagę Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor. W handlu, w trzecim kwartale kwota zaległości powiększyły się akurat w mniejszym stopniu niż we wcześniejszych miesiącach tego roku jednak 9 miesięczny bilans sektora wypada blado. W ciągu trzech kwartałów nieopłacone na czas kredyty i zobowiązania wobec partnerów biznesowych wzrosły o ponad 930 mln zł. To najwyższa suma wśród wszystkich sektorów, wyjątkowo wysoka jest też dynamika przyrostu – 14,4 proc. Jeśli chodzi o duże sektory, to podobną dynamikę zmian w okresie 9 miesięcy ma jeszcze tylko transport 14,6 proc. – Problem zaczyna się w małych sklepach, które nie dają rady w starciu z silną konkurencją sklepów dużych, sieciowych oraz zrzeszonych. W efekcie, mają problemy z regulowaniem swoich zobowiązań hurtowniom, a te z kolei swoim dostawcom czyli producentom towarów i m.in. artykułów spożywczych. Nie pomagają tu także niedziele wolne od handlu. Z przeprowadzonych na nasze zlecenie badań wynika, że część osób wydaje z tego powodu mniej pieniędzy w sklepach, więcej przeznacza natomiast na wyjścia do kina czy do restauracji – wyjaśnia Sławomir Grzelczak.

W trzecim kwartale w części branż zaległości też spadły. W największym stopniu o ponad 9 proc. (blisko 15 mln zł) wśród firm zajmujących się wytwarzaniem i zaopatrywaniem w energię elektryczną, gaz, parę wodną, gorącą wodę i powietrze do układów klimatyzacyjnych. Prawie 9 proc. zmniejszyły się zaległości firm z sektora Opieka zdrowotna (51 mln zł) i ponad 6 proc. z sektora Informacji i komunikacji (33 mln zł). Nieznacznie spadła suma zaległości transportu. W sektorze tym przybyło jednak firm z problemami finansowymi, i w rezultacie ich odsetek wzrósł z 8,7 proc. do 8,9 proc. Obecnie to wśród firm transportowych istnieje największe ryzyko zawarcia kontraktu z firmą, która nie zapłaci w terminie swoich zobowiązań. Po tym jak do 8,8 proc. z 9,2 proc. zmniejszył się odsetek niesolidnych firm zajmujących się Dostawą wody, gospodarowaniem ściekami i odpadami oraz działalnością związana z rekultywacją, Transport jest sektorem w którym jest najwięcej firm niepłacących na czas. Na trzeciej pozycji znajduje się górnictwo i wydobycie, w którym 8,2 proc. przedsiębiorstw ma zaległości, o 0,3 p.p. mniej niż w poprzednim kwartale. Powyżej średniej dla ogółu przedsiębiorstw wypadają jeszcze firmy z sektora Zakwaterowanie i gastronomia, gdzie udział niesolidnych płatników dochodzi do 6,5 proc. Jednocześnie, mimo przyrostu zaległości spadł udział firm z problemami wśród przedsiębiorstw handlowych i budowlanych. Jest ich obecnie po 5,7 proc. podczas gdy kwartał wcześniej było to 5,8 proc.

Zaprezentowane zestawienie bierze pod uwagę dłużników zgłoszonych do BIG InfoMonitor (firmę można wpisać po 30 dniach od terminu płatności przy zaległości na kwotę min. 500 zł) oraz firmowe kredyty z BIK, przeterminowane o 30 dni, przy opóźnionej kwocie wynoszącej co najmniej 500 zł. Wyliczając udział niesolidnych dłużników w danym sektorze, uwzględnione zostały przedsiębiorstwa działające, zawieszone oraz zamknięte.

Rozwój bankowego ekosystemu od rachunku do zakupu mieszkania

Polski ekosystem bankowy systematycznie się rozwija i zmienia. Jedną z cech takiej ewolucji jest wprowadzanie usług dodatkowych, które często nie kojarzą się z tradycyjną bankowością. Zakup biletów komunikacji miejskiej, skorzystanie z aplikacji filmowej, wybór wymarzonego mieszkania – także takie usługi coraz częściej zaczynają oferować banki. W dobie cywilizacji cyfrowej to jeden ze sposobów na wzrost instytucji finansowych, a z drugiej strony na zaspakajanie rosnących potrzeb klientów, chcących zostać obsłużonych w jednym miejscu w jak najszerszym zakresie.

W jaki sposób banki mogą poszerzyć swoją ofertę produktów niebankowych? Na pewno poprzez zakup wyspecjalizowanych firm lub inwestowanie w startupy, które mogą oferować w przyszłości takie niestandardowe usługi. Inna metoda to skorzystanie z oferty już istniejącej na rynku, poprzez partnerów oferujących wybrany pakiet usług. Dla Banku Pocztowego naturalnie takim podmiotem jest Poczta Polska – największa tego typu instytucja w Polsce. Wspólnie udało nam się zbudować wachlarz ciekawych usług, które są skierowane do klientów Banku Pocztowego.

Nasi klienci bez względu na porę i miejsce z poziomu aplikacji mobilnej Banku mogą zamówić usługę, a następnie uzyskać informację o oczekującej na odbiór korespondencji czy przesyłce, dzięki usłudze e-Awizo. Mogą także zamówić dostarczenie listów poleconych bezpośrednio do ich skrzynki na listy (z wyłączeniem tych, które z uwagi na przepisy prawa wymagają odbioru w placówce). To dzięki zaadaptowaniu usług z oferty Poczty Polskiej do możliwości, jakie daje mobilna platforma Banku Pocztowego. Inna usługa ułatwia zakupy w internecie. Wybierając Pocztę Polską jako dostawcę zakupionych towarów o minimalnej wartości 30 złotych, uzyska się zwrot części kosztów dostawy – nawet 200 złotych w roku. Inne dodatkowe usługi oferowane przez bank ułatwiają prowadzenie firmy lub zarządzanie domowym budżetem. To taka mała księgowość. W naszej bankowości elektronicznej można uruchomić kalendarz, który będzie przypominał mailem lub sms-em o zaplanowanych płatnościach. Wszystkie faktury, rachunki można dodać w postaci skanu, zdjęcia czy mailem. Nasz system przypomni i ułatwi płatność zgodnie z wymaganym terminem. Mamy także ciekawą usługę dla klientów, którzy chcą wspierać osoby znajdujące się w trudnej sytuacji życiowej i oczekujące na pomoc. Wnioskując o kartę Mastercard z logotypem Caritas Polska do rachunku w Banku Pocztowym klienci automatycznie przystępują do programu UratujęCię i zaraz po aktywacji karty, płacąc nią za zakupy, mogą zbierać punkty, które następnie przeliczane są na donacje dla osób potrzebujących.

Oferta usług dodatkowych Banku Pocztowego będzie się dynamicznie rozwijać, w pierwszej kolejności dzięki synergiom z Pocztą Polską, większościowym akcjonariuszem Banku. Nie zamykamy się także na innych partnerów mogących zaoferować usługi, z których Polacy chętnie korzystają dzięki zdobyczom cywilizacji cyfrowej. Banki coraz intensywniej będą się przekształcać w swego rodzaju centra usług
z różnych dziedzin naszego życia. Prawie każdy z nas ma rachunek bankowy, a z drugiej strony chcąc oszczędzać swój czas i pieniądze chcemy korzystać z usług sprawdzonych partnerów – nie ważne czy sprawiamy sobie i bliskim radość kupując coś przez internet, czy wspieramy potrzebujących, angażując się w działalność charytatywną. Dlaczego nie zrobić tego w jednym miejscu przez bezpieczny, zaufany bank?

Przeciętny Polak na własne „M” pracuje o 3 lata krócej

GUS niedawno opublikował dane o medianowym poziomie wynagrodzeń. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl sprawdzili, jak w świetle tych informacji wygląda przeciętny czas pracy na polskie mieszkanie.

Dane o przeciętnym poziomie wynagrodzeń w sektorze przedsiębiorstw, które co miesiąc podaje Główny Urząd Statystyczny, wzbudzają zdenerwowanie wielu naszych rodaków. Trudno się dziwić, bo te szacunki poziomu płac są dość mocno zawyżone ze względu na specyfikę średniej jako wskaźnika oraz dobór badanych firm. Bardziej reprezentatywne wydają się wyniki publikowane przez GUS co dwa lata. Mowa o informacjach prezentujących medianowy poziom i strukturę wynagrodzeń w Polsce. Główny Urząd Statystyczny niedawno opublikował takie dane z października 2018 r. Warto sprawdzić, jak w świetle tych statystyk wyglądają dwuletnie zmiany dostępności mieszkań.

Mediana wynagrodzeń urosła najszybciej od dziesięciu lat

Opublikowane niedawno informacje GUS-u o strukturze wynagrodzeń cieszą się sporym zainteresowaniem pomimo pewnej wady. Chodzi o to, że wspomniane statystyki pomijają najmniejsze firmy (zatrudniające do 9 osób włącznie). Warto również pamiętać, że GUS podaje wyniki swoich badań płacowych w formie wynagrodzenia brutto. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl przeliczyli wspomniane wyniki na wartości netto, uwzględniając sytuację typowego „etatowca”. Takie obliczenia wskazują, że mediana wynagrodzenia netto, czyli płaca nie osiągana przez połowę pracowników wynosiła:

  • październik 2006 r. – 1 449 zł
  • październik 2008 r. – 1 887 zł
  • październik 2010 r. – 2 092 zł
  • październik 2012 r. – 2 237 zł
  • październik 2014 r. – 2 360 zł
  • październik 2016 r. – 2 513 zł
  • październik 2018 r. – 2 948 zł

Informacje widoczne powyżej oraz na poniższym wykresie wskazują, że pomiędzy IV kw. 2016 r. oraz IV kw. 2018 r. przeciętne wynagrodzenie rosło najszybciej od 10 lat. To potwierdza doniesienia o dużej presji płacowej. Warto sprawdzić, jak wyglądała relacja rosnących płac oraz średnich cen mieszkań.Mediana płac ceny mieszkań RP wyk.1

Dostępność cenowa mieszkań nadal pozostaje zbyt niska

Wyniki obliczeń RynekPierwotny.pl bazujące na danych z października 2016 r. wskazują, że wówczas przeciętny Polak przez 36 lat musiał pracować na typowe mieszkania o powierzchni 55 mkw. Mowa o osobie otrzymującej medianowe wynagrodzenie netto, która co miesiąc oszczędza 20% dochodów i wpłaca pieniądze na konto oszczędnościowe. Zgodnie z założeniami, taki rachunek ma przeciętne oprocentowanie o 1,00 punkt procentowy wyższe od inflacji.

Analitycy RynekPierwotny.pl niedawno powtórzyli swoje obliczenia opierając się na danych płacowych z października 2018 r. i zaktualizowanych cenach mieszkań. Otrzymane wyniki informują, że względem października 2016 r. skrócił się czas pracy na przeciętne polskie mieszkanie o powierzchni 55 mkw. (zmiana z 36 lat na 33 lata). Pozytywna zmiana dotyczyła również czasu pracy statystycznego Polaka na mieszkanie (55 mkw.) z siedmiu największych rynków (Warszawa, Kraków, Łódź, Wrocław, Poznań, Gdańsk i Gdynia). Względem października 2016 roku, taki czas pracy (45 lat) skrócił się o dwa lata. Podane wyniki (33 lata/45 lat) nadal nie są jednak zadowalające.

W krajowych metropoliach poprawa była mniej widoczna

Poniższa tabela sugeruje, że pozytywne zmiany średniego czasu pracy na mieszkanie dotyczyły również 10% najlepiej i najgorzej wynagradzanych pracowników. Osoby otrzymujące najniższe wynagrodzenia, wciąż nie mogą jednak marzyć o samodzielnym zakupie mieszkania.

Gdy weźmiemy pod uwagę poziom wynagrodzenia netto, którego nie przekracza 10% pracowników (1601 zł w październiku 2018 r.), to czas pracy na mieszkanie o powierzchni 55 mkw. wyniesie odpowiednio 56 lat (cała Polska) oraz 74 lata (siedem największych rynków). Jeżeli chodzi o największe rynki mieszkaniowe, to warto zwrócić uwagę, że dostępność mieszkań na ich terenie przez dwa lata (październik 2016 r. – październik 2018 r.) poprawiła się mniej niż w ujęciu ogólnopolskim.   Mediana płac ceny mieszkań RP tab.1

Zadowoleni z nicnierobienia

Fed dalej uważa, że polityka jest odpowiednia i planuje jej nie zmieniać co najmniej przez rok, choć między wierszami wyjawia się przekaz, że w przyszłości o obniżki stóp procentowych będzie łatwiej niż o podwyżki. Dziś podobną skłonność do nicnierobienia przedstawi EBC. Wyniki wyborów w Wielkiej Brytanii dopiero krótko przed północą.

Fed wczoraj usilnie starał się przekazać, że polityka monetarna jest odpowiednia i taka pozostanie co najmniej do końca 2020 r. Zgodnie z oczekiwaniami Rezerwa Federalna pozostawiła cel dla stopy rezerw federalnych na 1,50-1,75 proc. W projekcji „dot plot” mediana sugeruje brak zmian poziomu stóp procentowych przez cały 2020 r. z późniejszymi stopniowymi podwyżkami aż do długoterminowego celu 2,50 proc. W komunikacie przestał już straszyć fragment o „niepewności wokół globalnej gospodarki” a zastąpiono go obserwacją „globalnych wydarzeń”. Jednak co Fed traktuje jako neutralne podejście, dla rynku jest zaproszeniem do niedowierzania. A to wrażenie zostało wzmocnione w trakcie konferencji prasowej prezesa Powella, który przyznał, że przed podniesieniem stóp procentowych chce, aby inflacja utrzymywała się na stałym i wysokim poziomie. Zatem nawet jeśli pojawia się warunki ekonomiczne dla wzrostu inflacji, to reakcja Fed nastąpi dużo później. Z kolei wrażliwość na pogorszenie perspektyw pozostaje taka, jaka mogliśmy obserwować przy trzech obniżkach w tym roku. A ponieważ rynek dalej obawia się negatywnych konsekwencji wojen handlowych, powrót obniżek jest traktowany jako bardziej prawdopodobny. Dolar przez to traci, ale niedużo, gdyż presja z tytułu przyszłej polityki monetarnej jest warunkowana przede wszystkim rozwojem relacji handlowych USA-Chiny. A tutaj wciąż czekamy na to, co prezydent Trump zrobi w sprawie ceł szykowanych na 15 grudnia.

Do nicnierobienia szykuje się też Europejski Bank Centralny. Od września, kiedy zakomunikowano nowe narzędzia luzowania monetarnego, sytuacja gospodarcza w strefie euro ustabilizowała się. Prognozy wzrostu PKB i inflacji powinny pozostać bez większych zmian, a Rada Zarządzająca może sobie pozwolić na podtrzymanie trybu wait-and-see i analizować wpływ ogłoszonego we wrześniu pakietu stymulacyjnego. W samej Radzie nie brakuje krytyków ujemnych stóp procentowych i skupu aktywów. To z jednej strony skłania bank do rozpoczęcia przeglądu skuteczności strategii banku, na efekty czego przyjdzie jednak poczekać kilka miesięcy. Z drugiej, buduje na rynku przekonanie, że dalsze obniżki są bardzo mało prawdopodobne – rynek pieniężny dyskontuje zaledwie 3 pb cięcia do końca 2020 r. Stąd dziś przede wszystkim będzie chodzić o inaugurację nowej prezes Christine Lagarde i zaznajomienie się z jej stylem komunikacji, choć powinniśmy oczekiwać podtrzymania dotychczasowego nastawienia banku.

Wielka Brytania idzie do wyborów i do czasu zamknięcia urn i ogłoszenia exit poll (23:00) GBP powinien być stabilny. Później wszystko się może zdarzyć, choć największe szanse są na zwycięstwo Partii Konserwatywnej. Od tego, jak ono będzie duże, zależy siła dalszego rajdu funta. Wygrana torysów oznacza, że Boris Johnson otrzyma narzędzia, by doprowadzić brexit do końca do 31 stycznia 2020 r. Ryzykiem jest tzw. zawieszony parlament – bez większości dla żadnej partii – prowadzący do mniejszościowego rządu konserwatystów. Wówczas utrzyma się status quo sprzed wyborów, paraliż decyzyjny i powrócą obawy o bezumowny rozwód z UE. W efekcie funt będzie musiał oddać całą pozytywną premię związaną z oddaleniem ryzyka bezumownego brexitu, jak również wzmocni się wpływ spekulacyjnych krótkich pozycji. Oddanie władzy Partii Pracy finalnie może oznaczać powtórzone referendum (co może być pozytywne dla GBP bardziej niż uzgodniony brexit), ale po drodze oznacza chaos. Opcji jest kilka, a jak dobrze wiemy, w przypadku brytyjskiej polityki nie można niczego wykluczyć.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.