PFPŻ: Eksport produktów spożywczych w tym roku nie będzie łatwiejszy niż w ubiegłym. Spodziewamy się większej konkurencji, bo ceny surowców będą nadal spadać

CEO Magazyn Polska

Polska Federacja Producentów Żywności prognozuje, że eksport wyrobów spożywczych w tym roku nie będzie łatwiejszy niż w ubiegłym. Zarówno na rynku unijnym, jak i rynku państw trzecich konkurencja jest coraz większa, czego skutkiem są coraz niższe ceny. Według PFPŻ saldo wymiany zagranicznej żywności może lekko wzrosnąć, ale nie przekroczy raczej znacząco 5 mld euro. Podstawą nadal będą produkty i przetwory z mleka, mięsa, warzywa oraz owoce.

Na pewno dla branży spożywczej bieżący rok nie będzie łatwiejszy niż ubiegły – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Andrzej Gantner, dyrektor generalny Polskiej Federacji Producentów Żywności (PFPŻ). – Wszystkie negatywne zjawiska, które zaszły w 2014 roku, chociażby embargo rosyjskie, prawdopodobnie będą trwać nadal. W związku z tym konkurencja zarówno na unijnym rynku wewnętrznym, pomiędzy poszczególnymi krajami, jak i na rynkach państw trzecich z pewnością będzie się zaostrzać.

PFPŻ prognozuje, że w 2015 roku mogą pojawić się trudności w dostępie do poszczególnych rynków zagranicznych.

Może pojawić się problem z dotarciem do konsumentów, na których zależy nam najbardziej, czyli tych pochodzących z krajów azjatyckich, ponieważ przypadki ASF [afrykańskiego pomoru świń – red.] w dalszym ciągu, niestety, mają miejsce, a związana z tym karencja trwa mniej więcej trzy lata – wskazuje Gantner. – Na eksport branży spożywczej oddziaływać będą także różne czynniki geopolityczne, które powodują chociażby, że część krajów arabskich, która jest dla nas relatywnie atrakcyjna, jest obarczona dosyć dużym ryzykiem eksportowym.

Według Głównego Urzędu Statystycznego po trzech kwartałach ubiegłego roku udział sprzedaży zagranicznej towarów rolno-spożywczych w eksporcie wyniósł 13 proc. i był dokładnie taki sam, jak po trzech kwartałach 2013 roku. Wartość tego eksportu wzrosła natomiast o 5,2 proc. do 15,7 mld euro. Import wyniósł w tym czasie 10,8 mld euro.

Można się spodziewać, że w tym roku eksport utrzyma się na tym samym poziomie, co w 2014 roku lub delikatnie wzrośnie – przekonuje dyrektor generalny PFPŻ. – Ale nie możemy już liczyć na tak spektakularne wzrosty, jakie mieliśmy w ubiegłych latach, które sięgały kilkunastu procent. Wchodzimy w okres stabilizacji, bardzo ostrej konkurencji oraz deflacji, która powoduje, że zarówno europejski, jak i krajowy rynek jest wysycony. Ceny surowców do produkcji i poszczególnych artykułów spadają, czego skutkiem jest jeszcze silniejszy wzrost konkurencji.

Od strony finansowej jednak, jak zauważa Andrzej Gantner, perspektywy polskiego eksportu produktów rolno-spożywczych wydają się bezpieczne.

Ogólnie, jeśli słaby złoty będzie się utrzymywał przynajmniej na takim poziomie, na jakim jest obecnie, to od strony finansowej nie będzie żadnych specjalnych zagrożeń, na co, nota bene, liczymy – zapewnia Gantner. – Jeśli na kurs krajowej waluty nałożymy spadające ceny surowców, to może to dać wartościowo całkiem pozytywne wyniki. Na pewno dobrze byłoby, gdyby wartość sprzedaży zagranicznej produktów rolno-spożywczych utrzymała się przynajmniej na poziomie pięciu miliardów euro dodatniego salda. Jest ono dla nas bardzo ważne, bo świadczy o tym, że jesteśmy bardziej lub mniej konkurencyjni.

Po pierwszych trzech kwartałach ub.r. saldo wymiany zagranicznej produktów rolno-spożywczych według GUS wyniosło 4,2 mld euro i było o 9,1 proc. wyższe niż w tym samym okresie rok wcześniej. Najwięcej polskie firmy sprzedały do innych krajów Unii Europejskiej. Natomiast obroty w handlu z obszarem Wspólnoty Niepodległych Państw (m.in. Rosją, Białorusią, Kazachstanem) były o 16,1 proc. niższe niż podczas pierwszych dziewięciu miesięcy 2013 roku.

Mamy trzy podstawowe branże eksportujące, czyli producentów mleka, mięsa, warzyw i owoców oraz ich przetworów – informuje Andrzej Gantner. – Natomiast są także sektory, które co prawda sprzedają za granicą mniej, ale wartościowo także są bardzo istotne. Myślę tu o chociażby sektorze słodyczy, sektorze piekarsko-cukierniczy oraz sektorze napojów. Te trzy branże dosyć szybko się rozwijają i zwiększają eksport. Coraz bardziej istotny jest również reeksport. Polska sprowadza duże ilości takich surowców, jak kawa, herbata czy łosoś, które są przepakowywane i sprzedawane na inne rynki. Udział reeksportu w sprzedaży zagranicznej ciągle rośnie, a są to raczej produkty o wysokiej wartości dodanej i droższe.

I. Morawski (BIZ Bank): Ceny w Polsce wzrosną dopiero pod koniec tego roku. W I kwartale deflacja pogłębi się do 1,5 proc. rok do roku

Ceny w Polsce od zeszłego lata cały czas spadają w ujęciu rocznym i to coraz mocniej. Nic nie wskazuje też na to, by trend odwrócił się wcześniej niż za kilka miesięcy. Jeśli ropa nie zacznie wyraźnie drożeć, a złoty nie osłabi się jeszcze mocniej, ceny zaczną rosnąć dopiero pod koniec roku.

Mamy głęboką deflację, w grudniu wyniosła -1 proc, a pierwszy kwartał przyniesie prawdopodobnie spadek cen na poziomie 1,5 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Ignacy Morawski, główny ekonomista BIZ Banku. – Średnio w roku będziemy mieli deflację, natomiast wydaje mi się, że wyjdziemy z tej deflacji prawdopodobnie pod koniec tego roku. Chyba że ceny ropy na świecie znacząco odbiją, na co na razie się nie zanosi.

Według GUS ceny towarów i usług konsumpcyjnych spadły w grudniu o 1 proc., licząc rok do roku, czyli silniej niż w pięciu poprzednich miesiącach, gdy były niższe o 0,2 (lipiec), 0,3 (sierpień i wrzesień) i 0,6 proc. (październik i listopad) oraz niż w analogicznych miesiącach 2013 roku. W całym 2014 roku ceny pozostały na poziomie niezmienionym wobec 2013 roku, przy czym w grudniu ceny paliw były aż o 10,2 proc. niższe niż rok wcześniej.

Niskie ceny są bowiem głównie skutkiem notowań ropy na świecie. Stany Zjednoczone zwiększyły w ubiegłym roku wydobycie eksport ropy, doprowadzając do gwałtownego spadku cen. Za baryłkę ropy Brent, która w połowie zeszłego roku kosztowała ok. 115 dolarów, dziś zapłacić trzeba ok. 50 dolarów.

Ale pamiętajmy, że ceny ropy są trudno przewidywalne zastrzega Ignacy Morawski.Zakładając, że ceny ropy zostaną na poziomie około 50 dolarów za baryłkę, a złoty nie osłabi się jakoś gwałtownie, można oczekiwać, że z deflacji wyjdziemy pewnie gdzieś pod koniec tego roku.

Na razie jednak wzrostu cen ropy nikt nie oczekuje. Wprawdzie Międzynarodowa Agencja Energii w najnowszej prognozie ograniczyła przewidywania wydobycia ropy w krajach spoza OPEC do 950 tys. baryłek dziennie z 1,3 mln ( z czego połowa przypadać ma na USA), ale dzienny popyt wynosić ma tylko 9000 tys. baryłek. Jednocześnie w ubiegłą środę podano, że zapasy ropy w Stanach wzrosły o 5,4 mln baryłek (oczekiwano wzrostu o 1,2 mln).

Kolejnym czynnikiem sprzyjającym deflacji jest taniejąca żywność. W całym 2014 roku była średnio tańsza o 0,9 proc., porównując do 2013 r., a w samym grudniu – o 3,5 proc., porównując do grudnia 2013.

Deflacja wynika głównie ze spadku cen żywności i paliw i jest pozytywna dla konsumentów, ponieważ zostaje im w kieszeni więcej pieniędzy na inne wydatki – podkreśla główny ekonomista BIZ Bank. Nie wydaje mi się, żeby deflacja sama w sobie była niebezpieczna dla gospodarki. Ona do pewnego stopnia odzwierciedla jej słabość. Fakt, że rozwijamy się w tempie umiarkowanym, a nie bardzo szybkim sprawia, że firmy nie mają bodźców do podnoszenia cen. Można więc powiedzieć, że niska inflacja jest w pewnym sensie odzwierciedleniem umiarkowanego wzrostu gospodarczego.

Z drugiej strony deflacja jest też dla gospodarki ożywcza. Siła nabywcza konsumentów rośnie, ich nastroje się poprawiają, są bardziej skłonni do wydawania pieniędzy. Tańsze paliwa to z kolei niższe koszty prowadzenia działalności gospodarczej. Deflacja oznacza też niższe stopy procentowe i tańsze kredyty, zarówno konsumpcyjne dla obywateli, jak i inwestycyjne dla przedsiębiorstw.

Fakt, że spadają ceny paliw, czyli towaru, który tak naprawdę importujemy, wspiera wzrost gospodarczy w Polsce poprzez zwiększenie realnych wynagrodzeń zwraca uwagę Ignacy Morawski z BIZ Banku. Czyli te relacje pomiędzy inflacją i PKB przebiegają w dwóch kierunkach: z jednej strony nie najsilniejsze PKB na świecie dołuje inflację, z drugiej strony dzięki niskim cenom paliw inflacja powinna wspierać wzrost gospodarczy.

Produkcja aut w Polsce o połowę mniejsza niż pięć lat temu. Koncerny motoryzacyjne wolą lokalizować fabryki u naszych sąsiadów

W ostatnich latach koncerny motoryzacyjne częściej otwierały swoje fabryki u naszych sąsiadów. Spowodowało to, że w porównaniu z 2009 rokiem produkcja samochodów w Polsce spadła o połowę. Przyczyną takich zmian mógł być zbyt mały popyt na nowe auta w Polsce. Tylko w ubiegłym roku Polacy dwa razy więcej samochodów sprowadzili z zagranicy, niż kupili w salonach.

Polska nie jest motoryzacyjna potęgą. Z krajowych zakładów pochodzi zaledwie 0,7 proc. światowej produkcji nowych samochód i części do nich. Mimo to branża samochodowa stanowi znaczącą część polskiej gospodarki.

Motoryzacja odpowiada za 8 proc. całej wartości dodanej polskiej gospodarki. To tyle, co cała energetyka – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Artur Tomaszewski, prezes zarządu DNB Bank Polska. – W branży zatrudnionych jest 800 tys. osób, czyli aż 6 proc. wszystkich pracujących w Polsce. Jeśli możemy mówić o jakimś trendzie wieloletnim, to jest on rosnący, bo znaczenie motoryzacji w polskiej gospodarce rośnie z roku na rok.

Branża motoryzacyjna to jest biznes globalny. Produkcja w Polsce przeznaczona jest głównie na eksport. Jak wskazuje raport DNB Bank Polska i Deloitte, największymi hitami eksportowymi są części i akcesoria (76 proc. produkcji trafia na eksport) oraz samochody osobowe (89 proc.). Blisko 80 proc. eksportu trafia do krajów UE – największym odbiorcą są Niemcy (29 proc.). Polski przemysł motoryzacyjny ma w UE silnie ugruntowaną pozycję, wręcz wypierając innych dostawców, np. z Chin czy Turcji.

Z drugiej strony jednak obserwujemy pewną stagnację, która przyszła po kryzysie w 2009 roku – zwraca uwagę Artur Tomaszewski. – Produkcja aut w Polsce spadła o połowę od tego momentu. Słaby jest również popyt wewnętrzny na nowe samochody.

Ze względu na słaby rynek wewnętrzny Polska w ostatnich latach często przegrywała z innymi państwami regionu w walce o zainteresowanie inwestorów z branży.

Mamy bardzo dobrze oceniane specjalne strefy ekonomiczne. Mamy poprawiającą się infrastrukturę transportową, która jest kluczowa w tej branży. Mamy relatywnie niskie koszty pracy, porównywalne do naszych sąsiadów. Mimo to w ostatnim czasie przegraliśmy kilka poważnych bitew z Czechami, ze Słowacją i z Węgrami o nowe inwestycje i nowych inwestorów – mówi prezes DNB Bank Polska. – Naszym zdaniem jednym z problemów może być problem ciągle słabego popytu wewnętrznego.

Jak podaje Samar, działające w Polsce koncerny samochodowe wyprodukowały w 2014 roku 578 tys. nowych  aut, o 0,56 proc. więcej niż rok wcześnie. Jednocześnie – jak podaje Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego – Polacy kupili w tym czasie 327 tys. nowych samochodów,czyli o blisko 13 proc. więcej niż w roku 2013.

Kupujemy mało nowych samochodów. Nie jest to kwestia zamożności społeczeństwa, bo porównując do Czech, Węgier i Słowacji – czyli państw o podobnej zamożności obywateli – kupujemy dwukrotnie mniej nowych aut – ocenia Tomaszewski. – Naszym zdaniem problemem może być to, że importujemy zbyt wiele aut używanych. Rozwiązaniem mogłyby być jakieś systemy fiskalne, które stymulowałyby do zakup nowych aut, a ograniczały import używanych, czyniąc go mniej opłacalnym.

Z raportu PZPM wynika, że w 2014 roku sprowadziliśmy z zagranicy ponad 708 tys. używanych samochodów.

Ropa i węgiel nie podrożeją. Surowce potaniały z powodu spowolnienia gospodarczego na świecie

CEO Magazyn Polska

Na światowych rynkach utrzymuje się nadpodaż węgla i ropy naftowej. Dwa najważniejsze surowce energetyczne cały czas tanieją – na każde 10 dolarów spadku cen ropy naftowej przypada 3 dolary spadku cen węgla. Na duże odbicie nie ma szans, bo słaba koniunktura na świecie hamuje popyt, a do tego przybywa alternatywnych źródeł energii.

Patrząc w średnim horyzoncie, spadek cen baryłki ropy o 10 dolarów przekłada się na spadek cen tony węgla o około 3 dolarów. Ta relacja obowiązywała w całym 2014 roku, kiedy ceny ropy naftowej spadły o 50 proc., a ceny węgla obniżyły się o 16 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Rafał Sadoch, ekonomista Plus Banku.

Ekspert podkreśla, że w samym tylko grudniu cena ropy naftowej spadła o 20 dolarów, a węgla – o 6 dolarów. Ceny obydwu surowców energetycznych utrzymują się na dawno niewidzianych poziomach. Ropa naftowa kosztuje już poniżej 50 dolarów za baryłkę, czyli o ponad połowę mniej niż na początku 2014 r.

Węgiel w portach Amsterdam-Rotterdam-Antwerpia (ARA) w 2014 r. spadł z ponad 80 dolarów za tonę do niecałych 70 dolarów za tonę, a od początku stycznia potaniał jeszcze bardziej i kosztuje teraz ok. 60 dolarów.

Sadoch zwraca uwagę na to, że węgiel tanieje już od 2012 r. Ceny tego surowca do tej pory spadały szybciej niż ceny ropy.

Katastrofalna sytuacja w polskim górnictwie wynika właśnie z tej dekoniunktury w ostatnich trzech latach. Ostatnie spadki cen ropy naftowej spowodowały, że ceny ropy i węgla znalazły się na podobnym poziomie – ocenia Sadoch. ‒ Niestety, cały czas utrzymująca się na wysokim poziomie podaż i w dalszym ciągu tłumiony popyt skutkują tym, że nie możemy oczekiwać w 2015 roku odbicia ani cen ropy naftowej, ani cen węgla.

Ekonomista zwraca uwagę także na to, że na niskie ceny obydwu ważnych surowców wpływa przede wszystkim słaba koniunktura w światowej gospodarce. Rewidowane w dół prognozy wzrostu gospodarczego na całym świecie oznaczają, że zapotrzebowanie zarówno na węgiel, jak i na ropę naftową jest niskie. Do tego rośnie produkcja energii z alternatywnych źródeł.

Rośnie produkcja z biopaliw, rośnie zużycie energii z niekonwencjonalnych źródeł energii. Cały czas te czynniki podażowe mają dość dużą wagę – dodaje Sadoch.

Ekspert ocenia, że w tej sytuacji odbicie cenowe, nawet jeśli wystąpi, to będzie bardzo słabe. Choć ropa naftowa z dużym prawdopodobieństwem nieco podrożeje, bo obecnie cena jest najniższa od 6 lat, będzie to wzrost umiarkowany i nie nastąpi zbyt szybko. Sadoch przewiduje, że ropa naftowa odbije dopiero przed końcem tego roku, ale nawet to nie podbije znacząco cen węgla.

Możemy nawiązać do takiej korelacji, że 1-proc. spadek lub wzrost cen ropy naftowej przekłada się na 0,3 proc. spadku lub wzrostu ceny węgla. W związku z tym nawet jeżeli cena ropy naftowej zacznie rosnąć, to wzrost cen węgiel będzie bardzo umiarkowany – przewiduje Sadoch.

Citi Handlowy walczy o zamożnych klientów. Otwiera nowy typ wyspecjalizowanych placówek

0

CEO Magazyn Polska

Usługi doradcze w placówkach i transakcje wykonywane online – w tę stronę zmierza bankowość prywatna w Polsce. Klientów tego sektora przybywa, bo już teraz w Polsce jest 120 tysięcy milionerów, a rynek bankowości prywatnej rośnie o 10-15 proc. rocznie. Walkę o udział w rynku zamożnych klientów zapowiada Citi Handlowy, którzy otworzył właśnie pierwszą w kraju nowoczesną placówkę Smart Citigold HUB.

Na polskim rynku jest prawdopodobnie ponad 100 tys. milionerów. Wcześniej ten segment klientów był obsługiwany przez tak zwane butikowe banki inwestycyjne. Banki detaliczne raczej nie zajmowały się bankowością prywatną z prawdziwego zdarzenia – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Shahnawaz Rashid Lalani, dyrektor dystrybucji i i sieci sprzedaży w Citi Handlowy. – Szacujemy, że rynek będzie rósł w tempie 10-15 procent, a my postaramy się z tego wzrostu skorzystać.

Mimo że ponad 94 proc. transakcji klienci banku dokonują przez internet lub aplikację mobilną, wciąż jest duże zapotrzebowanie na fizyczne oddziały banków. Zmienia się jednak ich charakter.

Klienci potrzebują doradztwa finansowego. Chcą, żeby im wyjaśnić, jak funkcjonują poszczególne produkty w ofercie, jakie produkty powinni wybrać, jak oszczędzać na emeryturę, co powinni zrobić ze swoimi pieniędzmi, jakie inwestycje przeprowadzić, co się będzie działo na rynkach walutowych – wyjaśnia Brendan Carney, wiceprezes zarządu banku Citi Handlowy.

By walczyć o udział w sektorze bankowości prywatnej, czyli skierowanej do najbardziej zamożnych klientów, Citi Handlowy zaczyna rozwój sieci nowoczesnych placówek. W ubiegłym tygodniu w Gdańsku otworzono pierwszy w Polsce oddział Smart Citigold HUB dla klientów Citigold i Citigold Select (progi finansowe w tych segmentach wynoszą odpowiednio 300 tys. zł i 1,5 mln zł). Placówki tego typu mają koncentrować się właśnie na doradztwie. Carney oczekuje, że dzięki temu klienci dostrzegą wartości, jakie płyną z odwiedzenia oddziału, bo otrzymają tam usługi, których nie da się dostarczyć online.

Carney dodaje, że polski oddział Citi Handlowy skorzystał z rozwiązań wprowadzonych już w Ameryce Północnej, Łacińskiej i Azji. Oddziały Smart Citigold HUB to efekt połączenia tych inspiracji. Jak podkreśla wiceprezes banku, jest to rozwiązanie innowacyjne na skalę światową.

Nowe podejście ma pomóc Citi Handlowemu zawalczyć o rosnący rynek klientów bankowości prywatnej. Jak podkreśla wiceprezes zarządu, wraz ze wzrostem polskiego PKB będzie przybywać polskich firm odnoszących sukcesy na rynkach światowych. Bank zamierza dotrzeć do tego segmentu, ale nie zapomina również o zamożnych klientach indywidualnych.

Shahnawaz Lalani dodaje, że dzięki takiemu podejściu Citi Handlowy chce nie tylko zwiększyć udziały w rynku, lecz także pozyskać lojalnych klientów, którzy docenią zarówno ofertę banku, jak i poziom obsługi i doradztwa.

Nasza koncepcja polega na tym, by stać się zaufanym doradcą klientów, pierwszym bankiem, o którym powinni pomyśleć, jeśli będą chcieli spełnić swoje finansowe aspiracje – podkreśla Lalani.

Smart Citigold HUB znajduje się w centrum biurowym Neptun w Gdańsku, gdzie mieści się również oddział Smart Citi Handlowego. To nowy typ placówek banku – jest ich na razie 13 w całej Polsce. Różnią się od tradycyjnych oddziałów m.in. tym, że nie ma w nich biurek i kas, a strefa dla klienta jest otwarta. Korzystając ze sprzętu w oddziale, klient może dokonywać wszelkich transakcji, które do tej w placówce realizował przy tradycyjnym okienku. Może również skorzystać ze wsparcia doradców.

Sport ma wypromować Grupę Azoty. Zespół siatkarek z Polic będzie grał w Azoty Arenie

CEO Magazyn Polska

Grupa Azoty chce poprzez sport promować swoją markę na światowych rynkach. Dzięki wartej 2,1 mln zł umowie otwarta w sierpniu ubiegłego roku hala sportowo-widowiskowa w Szczecinie otrzymała nazwę Azoty Arena. W hali zagra m.in. Chemik Police – odnoszący sukcesy w kraju i Europie klub siatkarek, którego partnerem jest Grupa Azoty.

Sponsoring wydarzeń sportowych ma wiele cech, które będą pozytywnie wpływały na nasze działania. Chodzi tu nie tylko o sam wizerunek Grupy, lecz także o rozumienia spółki i poziom sprzedaży naszych produktów – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paweł Jarczewski, prezes zarządu Grupy Azoty. ‒ Firmy światowe dzisiaj inwestują w sport, bo jest to świetny kanał promocyjny.

Oddana do użytku 1 sierpnia ubiegłego roku hala w Szczecinie może pomieścić ponad 5 tys. kibiców. W skład kompleksu wchodzą również sale konferencyjne, centrum biurowo-administracyjne oraz sale treningowe. Cały obiekt ma powierzchnię ponad 100 tys. mkw. Hala będzie nosić nazwę Azoty Arena przez trzy lata.

W hali swoje mecze rozgrywa m.in. Chemik Police – żeński klub siatkówki, który w ubiegłym roku przebojem zdobył tytuł Mistrza Polski oraz Puchar Polski, a w tym roku odnosi sukcesy również w europejskiej Lidze Mistrzyń. Partnerem Chemika również jest Grupa Azoty.

Jarczewski podkreśla, że poprzez współpracę z tak dobrym klubem również Grupa Azoty realizuje swoje aspiracje. Zaznacza, że ambicje chemicznego koncernu wykraczają poza granice kraju.

Grupa Azoty to potężny podmiot gospodarczy, narodowy czempion przemysłowy działający w branży chemicznej. Działamy na rynkach światowych, a nasze aspiracje realizujemy, rozwijając działalność biznesową, sprzedaż i inwestycje – podkreśla prezes Azotów. – Promowanie działalności Grupy poprzez sport, który jest na najwyższym poziomie światowym, pozwala przekazywać ideę funkcjonowania i wizję Grupy szerszemu gronu.

Z zaangażowania Azotów w promocję sportu oraz ze współpracy przy finansowaniu hali sportowo-widowiskowej cieszą się władze Szczecina. Piotr Krzystek, prezydent miasta, zwraca uwagę nie tylko na aspekt finansowy, lecz także wartość społeczną tej współpracy. W całym budżecie miasta, wynoszącym ponad 2 mld zł, wpływy ze współpracy z Azotami są niewielką pozycją, jednak korzyści są mimo to bardzo istotne.

Współpraca jest dla obu stron korzystna. Cieszy nas to, że Grupa Azoty to podmiot mocno zaangażowany w rozwój regionu, a dzięki Zakładom Chemicznym Police jest jednym z największych przedsiębiorców województwa zachodniopomorskiego, zresztą jest to potentat na rynku nie tylko europejskim – podkreśla Krzystek.

Miasto będzie dokładać do utrzymania hali ponad 2 mln zł rocznie. Resztę kosztów pokrywa zarządzająca obiektem firma Arena Szczecin Operator, która organizuje tam również koncerty i inne wydarzenia rozrywkowe, choć podstawową funkcją hali są wydarzenia sportowe. W hali swoje mecze rozgrywają również inne zespoły, w tym należący do krajowej czołówki zespół piłkarzy ręcznych Gaz-System Pogoń Szczecin.

Przyszłość będzie zależała od dalszych rozmów i współpracy. Muszę powiedzieć, że pracuje nam się z prezydentem bardzo dobrze i wydaje się, że to jest źródło sukcesu – ocenia Krzysztof Jałosiński, wiceprezes zarządu Grupy Azoty i prezes zarządu Grupy Azoty Police. ‒ Robimy to też z myślą o kibicach to miejsce, gdzie przychodzi 5 tys. szczecinian, by oglądać tak dobre zespoły, jak Chemik Police.

Sprzedaż bezpośrednia w branży kosmetycznej to za mało. Avon rozwija sprzedaż online i tradycyjne sklepy

Kosmetyki są najczęściej kupowaną kategorią w systemie sprzedaży bezpośredniej. Firmy, które działają w tym kanale, równolegle rozwijają również sprzedaż online i tradycyjne sklepy. Połączenie tych systemów pozwala firmie Avon rosnąć szybciej niż rynek. Stacjonarny Avon Studio od grudnia działa w warszawskich Złotych Tarasach.

Jesteśmy wierni sprzedaży bezpośredniej, więc przede wszystkim to konsultantki docierają do naszych klientów i budują z nimi relacje. Oczywiście próbujemy podążać za czasem, w związku z czym łączymy nasz tradycyjny model sprzedaży z elementami, które są nowe i dopasowane do dzisiejszych realiów – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Dariusz Świętek, dyrektor sprzedaży Avon Cosmetics Polska.

Na początku grudnia Avon otworzył swój pierwszy sklep stacjonarny Avon Studio w warszawskiej galerii Złote Tarasy. Oferta firmy jest w nim dostępna dla wszystkich klientów.

Nie jest to wyłom w naszym podejściu do sprzedaży bezpośredniej, dlatego że w tym miejscu klientów obsługują nasi konsultanci, nasi liderzy. A zatem sprzedaż cały czas jest realizowana w kanale sprzedaży bezpośredniej, ale po raz pierwszy klient może wejść do sklepu i kupić produkt, którym jest zainteresowany – mówi Dariusz Świętek.

Praca konsultantek wiąże się również z kolejnym kanałem sprzedaży, czyli internetem. Od 2013 roku możliwy jest zakup kosmetyków Avon przez stronę internetową.

Staramy się łączyć sprzedaż internetową ze sprzedażą bezpośrednią. To oznacza, że klient, który jest zainteresowany produktem, może kupić go od razu, oglądając w internecie. Stworzyliśmy jednak unikalny system łączenia klientów z naszymi konsultantkami i to właśnie one dostarczają mu produkt. Zatem z jednej strony wykorzystujemy nowoczesne medium, jakim jest internet, a z drugiej strony skutecznie staramy się je łączyć z naszym tradycyjnym modelem, czyli ze sprzedażą bezpośrednią – przekonuje dyrektor sprzedaży Avon Cosmetics Polska.

Sprzedaż przez internet dynamicznie rośnie. Avon wiąże z tym kanałem duże nadzieje, więc pracuje nad tym, by go rozwijać i zwiększać swoją obecność w sieci. Internet stał się też nieodłącznym narzędziem pracy konsultantek firmy. Jak informuje Świętek, dziś prawie wszystkie zamówienia składane są online. Dzięki mediom społecznościowym konsultantkom łatwiej jest też budować sieć klientów, co wpływa na wyniki sprzedażowe firmy.

– Sposób pozyskiwania klientów to dziś coraz rzadziej są bezpośrednie kontakty czy spotkania. Coraz większe znaczenie ma internet, przekazywanie  informacji i ofert tą drogą. Następują potężne zmiany jeżeli chodzi o zachowania naszych konsultantek, to z jakich mediów korzystają, z jakich narzędzi, w jaki sposób pozyskują nowych klientów i w jaki sposób utrzymują ich lokalność – mówi Dariusz Świętek.

Przekonuje, że ostatnie dwa lata pod względem wyników Avonu były satysfakcjonujące. Podkreśla, że firma rosła szybciej niż rynek, na którym działa.

Według Polskiego Stowarzyszenia Sprzedaży Bezpośredniej rynek ten w Polsce generuje roczne obroty na poziomie 2,775 mld zł. W 2013 roku liczba zamówień wyniosła ok. 38 mln, z czego 95 proc. zostało zrealizowanych w sprzedaży indywidualnej, reszta podczas prezentacji grupowych. Najczęściej kupowanymi produktami w tym kanale są kosmetyki.

40 proc. agencji zatrudnienia to firmy jednoosobowe. Przedstawiciele branży chcą podniesienia wymagań wobec podmiotów na rynku

Liczba pracowników tymczasowych z roku na rok rośnie o kilkanaście procent. Dzięki agencjom zatrudnienia co roku pracę znajduje pół miliona osób. Na rynku pośrednictwa pracy tymczasowej działa ponad 5 tys. podmiotów, z których aż 40 proc. to jednoosobowe firmy. Rosnąca popularność tego typu pracy powoduje, że potrzebne są nowe regulacje, które uporządkują ten rynek i będą lepiej chronić pracowników.

Z danych Polskiego Związku HR wynika, że na rynku działa ponad 5,2 tys. agencji, a 40 proc. z nich to firmy jednoosobowe.

– Jaki poziom bezpieczeństwa mogą one zapewnić pracownikom, których zatrudniają, wynajmują czy ewentualnie rekrutują? – mówi Anna Wicha, dyrektor generalna Adecco Poland i prezes Polskiego Forum HR, zrzeszającego największe agencje zatrudnienia. – Pewien poziom zabezpieczenia, które musiałyby posiadać firmy, żeby wejść na ten rynek, stanowiłby dla nich gwarancję, że otrzyma swoje wynagrodzenie w terminie, że ktoś go obsłuży, że będzie mógł skorzystać z dodatkowych szkoleń czy innych inicjatyw, które podniosą jego kwalifikacje.

Podniesienie wymogów dla podmiotów działających na rynku agencji zatrudnienia to jeden z postulatów Polskiego Forum HR, które domaga się regulacji tej branży. Dziś nie obowiązują ich żadne kryteria, co sprawia, że łatwo rozpocząć działalność. Fluktuacja na tym rynku jest znacząca – w 2013 roku w Krajowym Rejestrze Agencji Zatrudnienia pojawiło się 1,2 tys. nowych firm, a około 700 zostało z niego wykreślonych. To z kolei – w opinii ekspertów – przekłada się na różną jakość świadczonych usług i zwiększa ryzyko nadużyć.

Jak podkreśla Anna Wicha, trwają prace nad nowymi regulacjami tego rynku. W spotkaniach brali udział przedstawiciele m.in. związków zawodowych, organizacji pracodawców, agencji zatrudnienia oraz resortu pracy.

Jesteśmy w trakcie procesu, w trakcie uzgadniania pewnych zmian, które będą dotyczyć szerszej perspektywy, bo część z tych rekomendacji dotyczy ustalenia pewnych barier wejścia na ten rynek – podkreśla prezes Polskie Forum HR.

Uporządkowanie rynku i zwiększenie ochrony pracowników jest o tyle istotne, że znaczenie pracy tymczasowej rośnie. Co roku zwiększa się nie tylko liczba agencji, lecz także liczba pracowników, którzy za ich pośrednictwem znajdują zatrudnienie. Wynosi ona ok. 500 tys. rocznie. W III kwartale ubiegłego roku agencje zrzeszone w Polskim Forum HR zatrudniły łącznie 124 tys. pracowników tymczasowych, o 12,5 proc. więcej niż przed rokiem. Liczba etatów, na których zostali zatrudnieni, sięgnęła 60 tys. (o 10 proc. więcej).

Jest to ważne również w kontekście współpracy między agencjami zatrudnienia i publicznymi służbami, czyli urzędami pracy.

– Takiego ułożonego, ustandaryzowanego procesu współpracy między publicznymi i prywatnymi służbami zatrudnienia w Polsce nie ma. Staramy się jednak współpracować z ministerstwem, żeby takie programy wypracować. Sami zresztą zarekomendowaliśmy jako agencje zatrudnienia, że jesteśmy na to gotowi, pokazaliśmy pewne podstawy, na których chcemy współpracować. Mamy nadzieję, że rozpoczęta dyskusja zakończy się z pożytkiem dla tych wszystkich, którzy potrzebują wsparcia na rynku pracy – mówi Anna Wicha.

Nowelizacja ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy dała większe możliwości aktywizacji osób bezrobotnych urzędom pracy (jednym z jej elementów było wprowadzenie tzw. bonów stażowych). UP zyskały m.in. możliwość delegowania usług do agencji zewnętrznych. W ramach programów pilotażowych mogą one obecnie współpracować z UP na rzecz najtrudniejszej grupy, czyli najbardziej oddalonych od rynku pracy osób trwale bezrobotnych.

Według danych resortu pracy stopa bezrobocia w końcu grudnia wyniosła 11,5 proc. (w porównaniu z listopadem wzrosła o 0,1 pkt proc.). Liczba bezrobotnych w całym 2014 roku spadła o 332,1 tys. (o 15,4 proc.). Pracodawcy zgłosili do urzędów pracy prawie 1,1 mln wolnych miejsc pracy i miejsc aktywizacji zawodowej.

Jutro upływa termin złożenia oświadczeń o formie opodatkowania przychodu z najmu mieszkań

Do wtorku mają czas osoby, które chcą zmienić sposób opodatkowania przychodów z najmu mieszkania. Dla osób, które dopiero zaczną wynajmować lokale, terminem złożenia oświadczenia jest 20. dzień miesiąca po uzyskaniu pierwszego przychodu albo koniec roku podatkowego, jeżeli pierwszy taki przychód osiągnęły w grudniu.

‒ Jeśli uzyskalibyśmy przychód w lutym, to musielibyśmy do 20 marca złożyć takie oświadczenie. Natomiast dla podatników, którzy wcześniej uzyskiwali przychody z najmu i opodatkowywali je według skali podatkowej, a teraz chcą zmienić tę formę opodatkowania, powinni to zrobić do 20 stycznia – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Wojciech Słomka, radca prawny i doradca podatkowy w kancelarii Galt.

W tym roku, podobnie jak w poprzednich, najem prywatny (czyli nie w ramach działalności gospodarczej) można rozliczać według skali podatkowej (18 lub 32 proc.) lub ryczałtem w wysokości 8,5 proc. przychodów. Ten drugi sposób jest znacznie prostszy, bo nie wymaga prowadzenia ewidencji przychodów i kosztów. Rozliczenie według skali podatkowej umożliwia za to właścicielowi odliczenie poniesionych wydatków na wynajmowany lokal, np. kosztów remontu.

Osoby już wynajmujące swoje lokale do 20 stycznia muszą złożyć do urzędu skarbowego oświadczenie o wyborze formy opodatkowania, jeśli chcą ją zmienić.

Od 1 stycznia zmieniły się też przepisy określające składanie zawiadomienia o opodatkowaniu przychodu z najmu, osiągane przez małżeństwo, w całości przez jednego z małżonków, między którymi istnieje wspólność majątkowa.

‒ Dotychczas jeśli małżonkowie chcieli opodatkować w całości przez jednego z nich przychody z tytułu najmu w formie zryczałtowanej, musieli co roku składać takie zawiadomienie. Od 1 stycznia wystarczy złożenie takiego zawiadomienia jednokrotnie i będzie ono obowiązywać także w kolejnych latach podatkowych – tłumaczy Słomka.

Złożenie kolejnego zawiadomienia będzie potrzebne jedynie wtedy, gdy zmienią się zasady opodatkowania – na przykład wtedy, gdy zmieni się małżonek odprowadzający podatek od przychodu z najmu.

Osoby, które wybrały ryczałt, muszą złożyć zeznanie na druku PIT-28 do 31 stycznia. Dla nich istotna będzie zmiana, jaką wprowadza nowelizacja przepisów Ordynacji podatkowej.

‒ To zmiana, która wydawała się kosmetyczna, jednak okazuje się, że niekorzystnie wpływa na termin składania zeznań rozliczenia podatku w przypadku, gdy termin przypada w dzień wolny od pracy – dodaje Wojciech Słomka.

Do tej pory jeśli termin płatności podatków, zaliczek na podatek dochodowy oraz składania deklaracji przypadał na dzień wolny, był on przesuwany na kolejny dzień roboczy. Teraz przesunięcie następuje na poprzedni dzień roboczy. Podatnicy muszą o tym pamiętać już w styczniu. Ostatni dzień tego miesiąca wypada w sobotę. Zgodnie ze starymi zasadami termin złożenia deklaracji i rozliczenia podatku zostałby zatem przesunięty na 2 lutego – według obecnych przepisów będzie to jednak 30 stycznia, czyli piątek.

Za pięć lat żywność ekologiczna i tradycyjna mogą mieć 10-proc. udział w produkcji rolno-spożywczej

CEO Magazyn Polska

Wraz ze wzrostem zamożności Polaków rosną ich wydatki na wysokiej jakości żywność. Produkty ekologiczne i tradycyjne, choć droższe, cieszą się coraz większą popularnością. Za pięć lat mogą stanowić ponad 10 proc. polskiej produkcji rolno-spożywczej.

W Polsce rynek produktów ekologicznych i tradycyjnych może jeszcze wzrosnąć 2-3 razy w ciągu najbliższych 5 lat. Powinniśmy więc osiągnąć 10 proc. udziału w całej produkcji rolno-spożywczej – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Andrzej Gantner, dyrektor generalny Polskiej Federacji Producentów Żywności.

Na razie rynek żywności premium nie jest duży. Szacuje się, że zaledwie ok. 3 proc. żywności sprzedawanej w Polsce można uznać za wyroby z wyższej półki. Na produkty ekologiczne i tradycyjne wciąż decyduje się niewielu konsumentów ze względu na ich wyższe ceny. Rozwój tego rynku będzie więc zależał od tempa bogacenia się społeczeństwa.

Polscy konsumenci są ubożsi niż niemieccy czy francuscy. Wraz ze wzrostem poziomu zamożności polskiego społeczeństwa udział tych produktów będzie rósł, bo jest dosyć duża akceptacja dla takich produktów i chęć ich nabywania – mówi Gantner.

Rynek samej tylko żywności ekologicznej w Polsce to ok. 0,3 proc. rynku spożywczego. Na Zachodzie sięga on 3-4 proc. Na produkty tego typu statystyczny Polak przeznacza rocznie 4 euro, podczas gdy Niemiec – 86 euro.

O tym, że do poziomu zamożności zachodnich sąsiadów wiele Polakom brakuje, świadczy udział wydatków na żywność w budżecie domowym. Im bogatsze społeczeństwo, tym procent ten jest mniejszy – zwiększają się bowiem wydatki na inne dobra. Polacy na żywność przeznaczają jedną czwartą swojego budżetu, Niemcy – jedną dziesiątą.

Polacy lubią kupować żywność ekologiczną związaną z produktami roślinnymi, również takimi, jak miód, jajka i produkty zwierzęce. Produkty tradycyjne to przede wszystkim wyroby wędliniarskie, sery czy pieczywo. To są kategorie, które dosyć szybko się rozwijają – mówi Andrzej Gantner.

Zdaniem dyrektora PFPŻ dużą popularnością cieszą się również półprodukty ekologiczne, które służą do wzbogacania innych produktów, np. ziarna zbóż czy nasiona.

Mimo że zainteresowanie produktami ekologicznymi i tradycyjnymi będzie nadal rosło, to musimy sobie powiedzieć, że to nie jest taki wzrost, który może pociągnąć rozwój polskiej gospodarki żywnościowej. To jest raczej bardzo przyjemny dodatek, który buduje wyobrażenie o jakości i smakowitości polskich produktów żywnościowych. Gros eksportu, to całe obciążenie eksportowe będzie ciągle spoczywało na dużych i największych firmach spożywczych – mówi Andrzej Gantner.

Szczepienia ochronne należy zrobić kilka tygodni przed wyjazdem do egzotycznego kraju

CEO Magazyn Polska

Zimą Polacy coraz częściej wybierają się w egzotyczne podróże. Przygotowując się do takiego wyjazdu, trzeba w odpowiednim czasie zadbać o kwestie medyczne. Podstawowe to szczepienia ochronne, np. przeciwko żółtej febrze czy wirusowemu zapaleniu wątroby. Osoby wyjeżdżające w tropiki powinny także posiadać wiedzę o występujących w danym regionie chorobach wywoływanych przez pasożyty, aby zaopatrzyć się w odpowiednie leki.

W 2013 roku ponad 70 proc. wyjeżdżających zimą wybrało wypoczynek w tropikach. Największą popularnością wciąż cieszą się bliższe kierunki, jak Wyspy Kanaryjskie czy Egipt, ale często wybierane są także Kuba, Meksyk i Tajlandia.

Polacy wyjeżdżający na egzotyczny urlop bardzo często zapominają o kwestiach medycznych, zwłaszcza o niezbędnych szczepieniach. Przygotowanie do takich wyjazdu należy rozpocząć co najmniej 4–6 tygodni przed wylotem. Postawą jest znalezienie lekarza medycyny podróży, aby wspólnie z nim dobrać szczepienia.

Każda strefa tropikalna wymaga innych leków, muszą one być wybrane wspólnie z lekarzem, który uwzględni także stan kliniczny pacjenta. Do tropików nie tylko wyjeżdżają ludzie młodzi, zdrowi, lecz także na przykład chorzy po przeszczepach, po zawałach mięśnia sercowego, z cukrzycą czy chorobami nerek. Wyjeżdżają także kobiety ciężarne i dzieci. To wszystko trzeba wziąć pod uwagę, planując przedwyjazdowe przygotowanie farmakologiczne – mówi prof. dr hab. Jerzy Stefaniak, kierownik Katedry i Kliniki Chorób Tropikalnych i Pasożytniczych Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.

Szczepionki przeciwko żółtej febrze są obecnie obowiązkowe przy wjeździe do większości krajów Afryki tropikalnej i Ameryki Południowej. Świadectwo szczepienia jest ważne przez 10 lat. Odporność nabywana jest po 10 dniach od szczepienia. Bardzo ważne jest szczepienie przeciwko wirusowemu zapaleniu wątroby typu A i B. Aby uzyskać pełną ochronę, podawane są trzy dawki szczepionki skojarzonej – druga przypada po miesiącu od pierwszej dawki, a trzecia po 6 miesiącach. Organizm uzyskuje odporność po 4 tygodniach od pierwszego szczepienia. Uodpornienie na zakażenie durem brzusznym i tężcem jest wskazane dla osób wyjeżdżających na dłuższy czas w regiony tropikalne.

Jest wiele chorób wywołanych przez pasożyty, na które nie ma szczepień. To są schistosomatoza, leiszmanioza czy pasożyty przewodu pokarmowego, jak ameboza. Przed wyjazdem trzeba więc nie tylko przygotować się farmakologicznie, lecz także poznać zasady niefarmakologicznego przygotowania – mówi prof. Stefaniak.

Chodzi przede wszystkim o zasady higieny tropikalnej. Podstawowe zalecenia lekarzy to spożywanie wody tylko z pewnego źródła, a więc z puszek czy butelek. Również przy myciu zębów należy unikać wody z kranu. Lekarze zalecają także unikanie kontaktu ze zwierzętami, zwłaszcza owadami, które mogą przenosić wiele chorób, np. malarię. Należy obierać wszystkie owoce i warzywa i unikać niegotowanego mięsa.

Nie wolno używać kostek lodu do napojów, bo nie wiadomo z jakiej wody ten lód został zrobiony, nie można spożywać surowych, półsurowych sałatek i chodzić boso – wymienia ekspert. – Należy unikać kontaktu ze zwierzętami, pod żadnym pozorem nie wolno wkładać rąk do dziupli czy nory, bo tam przed słońcem może chować się jakieś jadowite zwierzę, które może nas ukąsić.

Należy także unikać kąpieli w stojących słodkowodnych zbiornikach, aby uniknąć zarażenia schistosomatozą. Jest to grupa chorób wywoływanych przez rodzaj przywr występujących na kontynencie afrykańskim, wschodnich wybrzeżach Ameryki Południowej, w Azji Południowo-Wschodniej oraz krajach Bliskiego Wschodu. Choroba ma niską śmiertelność, ale może uszkodzić organy wewnętrzne, a u dzieci prowadzić do upośledzenia wzrostu i rozwoju zdolności percepcyjnych.

Po powrocie z tropików trzeba również zgłosić się do lekarza, by wykonać szereg badań, nawet jeżeli człowiek czuje się bardzo dobrze. Choroby  tropikalne mogą ujawniać się po wielu tygodniach, miesiącach, a nawet latach. W związku z tym może się okazać na przykład po dwóch latach, że ktoś choruje na chorobę śmiertelną, jaką jest choćby leiszmanioza trzewna, ale nikt wówczas o tym nie pomyśli i nie powiąże z wyjazdem do tropikalnego kraju – mówi prof. Jerzy Stefaniak.

Kontrole w firmach trzeba uregulować

0

Zasady przeprowadzania kontroli w firmach powinny być jasno określone, a każde odstępstwo od nich szczegółowo uzasadnione. Niestety, rozwiązania zawarte w projekcie ustawy Prawo działalności gospodarczej idą w przeciwnym kierunku. Ponadto w nowych przepisach przedsiębiorca nie ma prawa do ochrony, z własnej inicjatywny, tajemnicy jego korespondencji z prawnikiem – uważa Konfederacja Lewiatan.

Obecnie w art. 77 ust 2 ustawy o swobodzie działalności gospodarczej mamy normę generalną stanowiącą, że „w zakresie nieuregulowanym w niniejszym rozdziale stosuje się przepisy ustaw szczególnych”. Natomiast w przepisach szczególnych wprowadza się rozwiązania wyłączające stosowanie ustawy o swobodzie działalności gospodarczej w zakresie kontroli. Z taką sytuacją mamy do czynienia np. w ostatniej zmianie ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych w zakresie kontroli podmiotów leczniczych posiadających kontrakt z Narodowym Funduszem Zdrowia. Z uwagi, iż w naszym kraju zdecydowaną większość stanowią mikro przedsiębiorstwa to w projektowanych przepisach powinna się znaleźć gwarancja np. zakazu prowadzenia w takich podmiotach kontroli krzyżowej, czy niemożność prowadzenia kontroli dłużej niż w określonym czasie.

– Wyłączanie tych przepisów w aktach szczególnych powoduje nierówne traktowanie podmiotów gospodarczych. Tym samym w pierwszej kolejności należałoby dokonać analizy obowiązujących przepisów właśnie pod kątem kontroli i wprowadzeniem jednolitych zasad do projektowanej ustawy z wyłączeniem możliwości kreowania odmiennych procedur w przepisach szczególnych – mówi Bartosz Wyżykowski, ekspert Konfederacji Lewiatan.
Lewiatan pozytywnie ocenia propozycję uzupełnienia przepisów o regulację umożliwiającą złożenie skargi do sądu administracyjnego na postanowienie organu kontroli o kontynuowaniu czynności kontrolnych.

Przedsiębiorca powinien też mieć przyznane prawo do ochrony, z własnej inicjatywny, tajemnicy jego korespondencji z prawnikiem. To przecież przedsiębiorca, np. w trakcie kontroli czy przeszukania, jest podmiotem, który w pierwszej kolejności będzie rozważał skorzystanie z tej zasady, a nie prawnik, który sporządził opinię prawną, której okazania żądają kontrolujący, i którego może nawet nie być na miejscu przeszukania. Kwestia ta ma rzecz jasna ogromne znaczenie w sprawach branżowych, jak chociażby postępowaniach przed UOKiK, czy UKE. Warto rozpocząć dyskusję na temat kompleksowej regulacji w tym zakresie.
W ocenie Lewiatan ochroną miałaby być objęta nie tylko komunikacja z adwokatem i zewnętrznym radcą prawnym, lecz także z radcą prawnym związanym z danym przedsiębiorcą stosunkiem pracy. Przedmiotem ochrony powinny być wszystkie przejawy komunikacji z prawnikiem, w tym porady, opinie, projekty pism i inne materiały stanowiące przedmiot kontaktów przedsiębiorcy z prawnikiem.

Konfederacja Lewiatan

 

Nowy wiceprezes NIK

0

Rozpoczęła się procedura powołania nowego wiceprezesa NIK przez Marszałka Sejmu na wniosek Prezesa NIK. Sejmowa Komisja do Spraw Kontroli Państwowej zaopiniowała pozytywnie na to stanowisko Mieczysława Łuczaka.

Mieczysław Łuczak zasiada w Sejmie jako poseł od 2005 roku przez trzy kolejne kadencje. Działa ponad podziałami, merytorycznie zaangażowany w prace sejmowych komisji. Jest osobą spoza bieżących sporów politycznych.

W czasie swojej aktywności zawodowej poznał dogłębnie zagadnienia związane z obroną narodową, samorządem terytorialnym oraz wydatkowaniem środków unijnych. Był członkiem Zarządu Związku Powiatów Polskich, starostą wieluńskim, radnym i zarazem Przewodniczącym Zarządu Powiatu. Od 2005 roku jest posłem przez kolejne trzy kadencje, szczególnie zaangażowany w prace Komisji Obrony Narodowej.

Mieczysław Łuczak w ostatnich 10 latach nie pracował w żadnej instytucji, której wykonanie zadań kontroluje NIK, nie będzie miał więc żadnego konfliktu interesów w sprawowaniu nadzoru nad procesem kontrolnym.

Przed powołaniem na stanowisko wiceprezesa Mieczysław Łuczak złoży mandat poselski i legitymację partyjną (PSL). Prezes NIK Krzysztof Kwiatkowski w rozmowie Mieczysławem Łuczakiem uzgodnił, że w wypadku powołania na stanowisko wiceprezesa, Łuczak nie będzie nadzorował kontroli z zakresu rolnictwa, gospodarki, oraz pracy i spraw socjalnych.

Kursy spółek transportowych na GPW mogą iść w górę. Branży sprzyjają niskie ceny paliw i nieodległy start programów z nowej perspektywy UE

CEO Magazyn Polska

Firmy przewozowe w 2015 roku czeka dobra koniunktura. Powodem są spadające koszty dzięki dużo niższym cenom paliw oraz rozpoczęcie programów z perspektywy finansowej UE 2014-2020. To może wywołać znaczny impuls inwestycyjny, na czym spółki transportowe tylko powinny skorzystać.

Ze spadających cen surowców duże korzyści odniosły m.in. spółki transportowe – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Jarosław Lis, zarządzający funduszami z BPH TFI. – Transport to sektor, w którym koszty bardzo szybko i prosto przekładają się na wyniki osiągane przez te spółki.

Jego zdaniem, w optymistycznym scenariuszu na spółkach transportowych z GPW w 2015 roku zwrot może być nawet dwucyfrowy.

Sytuacja giełdowa firm przewozowych notowanych na GPW jest często różna. Spedytor morski i kolejowy OT Logistics od debiutu w połowie 2013 r. wzrósł o ok. 5-6 proc., z kolei kurs przewoźnika PEKAES poprawił się niemal dwukrotnie. Akcje PCC Intermodal, przewoźnika bazującego zarówno na transporcie kolejowym, jak i samochodowym, są na poziomie sprzed dwóch lat. Na parkiecie występują także dużo mniejsze firmy, jak operator logistyczny i spedytor ATC Cargo, notowany na NewConnect, którego walory także są w tej samej cenie, co dwa lata temu a w porównaniu do stycznia 2014 r. spadły o 40 proc.

W przypadku, kiedy cena ropy spada tak jak miało to miejsce w ostatnich miesiącach o kilkadziesiąt procent, cena paliwa również spada o wysokie kilkadziesiąt procent – a takie spółki przyniosą dużo wyższe zyski. W tym roku powinien to być jeden z lepszych sektorów na naszym rynku – mówi Lis.

Kontrakty terminowe na europejską odmianę typu Brent w ciągu ostatnich 12 miesięcy spadły o ponad 50 proc. W styczniu 2014 r. wartość jednej baryłki wynosiła około 110 dolarów, z kolei obecnie trzeba za nią zapłacić mniej niż 50 dolarów. Tańsza amerykańska ropa crude jest notowana na podobnym poziomie i porusza się w korytarzu 45-50 dolarów za baryłkę.

Z kolei według danych BM Reflex, 95-oktanowa benzyna bezołowiowa średnio kosztowała 4,51 zł/l, diesel był sprzedawany w tej samej cenie. W stosunku do połowy 2014 roku ceny paliw w Polsce spadły już o około 80-90 groszy na litrze.

Myślę, że powodem wzrostów sektora transportowego jest przede wszystkim sprzyjająca makroekonomia. Wchodzimy w nową perspektywę unijną, wszystkie wskaźniki wyprzedzające sugerują powrót na tę zeszłoroczną szybką ścieżkę wzrostu, co powoduje, że jestem optymistą – przekonuje zarządzający funduszami z BPH TFI.

W ramach nowej perspektywy finansowej UE na lata 2014-2020 Polska w ramach budżetu polityki spójności otrzyma 82,5 mld euro, z  czego 27,4 mld euro będzie przeznaczone na projekty infrastrukturalne. Według ekspertów większość programów operacyjnych powinna rozpocząć się jeszcze w I kw. tego roku. To z kolei da pracę i pieniądze konsumentom, a  w konsekwencji wzmocni wzrost gospodarczy.

Jak zaznacza ekspert, środki z nowej perspektywy UE powinny sprzyjać całej gospodarce, a nie tylko konkretnym sektorom czy branżom.

Jedno jest pewne – te pieniądze w dużej mierze trafią do naszej gospodarki i będą wpływały na wzrost gospodarczy. I to można liczyć przynajmniej w dziesiątych procentach rocznie – podsumowuje Jarosław Lis.

Kredyt Inkaso będzie inwestował w wierzytelności hipoteczne. Niższa marża osiągana w Polsce ma być wspomagana przez bardziej rentowne wierzytelności zagraniczne

0

CEO Magazyn Polska

Firma Kredyt Inkaso, specjalizująca się w obrocie wierzytelnościami detalicznymi i korporacyjnymi, będzie inwestowała w portfele kredytów hipotecznych. Nie zamierza jednak porzucać swojej podstawowej działalności. Pod koniec br. portfel wszystkich wierzytelności spółki ma być wart ok. miliarda zł, w tym 120 mln zł zostanie kupione za fundusze własne. Niższa marża w Polsce będzie wspomagana bardziej dochodową obecnie działalnością w Rumunii, Bułgarii oraz Rosji.

Przewidywaliśmy, że prędzej czy później banki zdecydują się na sprzedaż wierzytelności hipotecznych, więc przygotowywaliśmy się do tego, a teraz inwestujemy – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Paweł Szewczyk, prezes zarządu Kredyt Inkaso. – Wychodzimy z założenia, że jako firma, która zarządza kompleksowo wierzytelnościami wszelkiego rodzaju, powinniśmy reagować na to, jaka jest podaż. Dzisiaj mamy zaoferowane do sprzedaży wierzytelności hipoteczne. Zakładamy, że w kolejnych latach także będziemy kupować tego rodzaju portfele. Nasze własne inwestycje w tym roku będą na poziomie około 120 mln zł. Pozwoli nam to globalnie zbudować portfel o wartości wyższej niż miliard zł.

Transakcje dotyczące wierzytelności hipotecznych, jak przypomina prezes Szewczyk, firma już przeprowadziła.

W pierwszej połowie ub.r. zrobiliśmy pilotaż na mniejszym portfelu – wskazuje Szewczyk. – Dało to nam pozytywne rezultaty, zdecydowaliśmy się więc kupić większy portfel od Banku Gospodarki Żywnościowej (BGŻ). Teraz będziemy szukać dalszych możliwości inwestowania w tego rodzaju aktywa.

W październiku Kredyt Inkaso poinformował o przejęciu od BGŻ wierzytelności hipotecznych o wartości 123 mln zł. Spółka jednak, jak zapewnia szef Kredyt Inkaso, nie zamierza rezygnować ze swojej podstawowej specjalizacji.

To nie jest tak, że obecnie koncentrujemy się tylko na wierzytelnościach hipotecznych, bo absolutnie nie chcemy porzucać inwestycji w niezabezpieczone portfele detaliczne czy korporacyjne – tłumaczy prezes Szewczyk. – Sięgamy po prostu po nowy produkt. Z naszego punktu widzenia inwestowanie w tego rodzaju aktywa jest bardzo ciekawe.

Na początku 2013 roku Kredyt Inkaso kupił pierwszą wierzytelność zagraniczną w Rumunii. W tym samym mniej więcej czasie spółka rozpoczęła działalność w Bułgarii. Zaległe płatności konsumenckie w obu tych krajach wyceniane są łącznie na około 3,3 mld zł. Spółka kupuje także wierzytelności w Rosji.

Nie zbudowaliśmy tam jednak dużego portfela, który ważyłby na wynikach grupy, w związku z czym spadek wartości rubla nie miał wpływu na naszą kondycję – przekonuje prezes Szewczyk. – Natomiast perspektywy tego rynku są zachęcające. Ze względu na sytuację gospodarczą rosyjskie banki są gotowe do sprzedaży wierzytelności we wczesnym okresie przeterminowania, czyli są to portfele, które w części generują od razu, od dnia nabycia, określony poziom przepływu, czego nie można powiedzieć o polskich. Po drugie – nadają się one do windykacji polubownej. Po trzecie – sytuacja banków rosyjskich, które zostały odcięte od finansowania z Europy, powoduje, że stały się one bardziej otwarte na sprzedaż wierzytelności. Można więc oczekiwać tu osiągnięcia wyższych rentowności od tych, które uzyskujemy w Polsce. Na pierwszych, niedużych portfelach, które likwidujemy w Rosji, osiągamy wskaźniki minimalne, ale są one dwukrotnie wyższe niż w naszym kraju.

Kredyt Inkaso spodziewa się, że rentowność prowadzonej w Polsce działalności w przyszłości może być niższa.

Naszą odpowiedzią jest właśnie wyjście na rynki zagraniczne, gdzie rentowności są dużo wyższe – tłumaczy prezes Paweł Szewczyk. – Dzięki temu Kredyt Inkaso będzie w stanie podnosić rentowność całych portfeli.

W pierwszej połowie roku obrotowego 2014/2015 Kredyt Inkaso osiągnął przychody w wysokości 45 mln 596 tys. zł, czyli o około 5 proc. wyższe niż w tym samym okresie rok wcześniej. Spółka zarobiła 16,3 mln zł netto.

R. Irzyński (SII): Główny indeks warszawskiej giełdy WIG20 od trzech lat niemal nie rośnie. Warto inwestować w duże dywidendowe spółki Skarbu Państwa

CEO Magazyn Polska

Od kilku lat główny indeks warszawskiej giełdy pozostaje na niemal tym samym poziomie. Nie ma na razie sygnałów, by w tym roku miała tu nastąpić radykalna odmiana. To jednak nie oznacza, że zabraknie spółek, na których będzie można zarobić. Duże dywidendowe spółki z udziałem Skarbu Państwa powinny być opłacalną inwestycją w długim terminie ze względu na regularną dywidendę. Dobre perspektywy mają również spółki z sektora handlu detalicznego, podobnie jak spółki logistyczne i turystyczne.

Sytuacja na polskiej giełdzie wygląda znacznie gorzej niż na większości światowych rynków. Tam mamy do czynienia z systematycznymi wzrostami. U nas od niemal 3 lat wartość indeksu WIG20 utrzymuje się w widełkach 2100-2600 pkt.

Jak mówi bardzo stara i dobra metodologia inwestowania na giełdzie, należy trzymać się trendów i dopóki nie ma sygnałów dotyczących przerwania na giełdach zagranicznych tych rosnących, to należy po prostu z nimi grać mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Rafał Irzyński, główny analityk Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych.

O ile jednak polska giełda jako całość raczej nie zacznie w najbliższych miesiącach gwałtownie rosnąć, to warto obserwować niektóre sektory. Są bowiem firmy, których akcje mogą zachowywać się inaczej niż cały rynek.

Wydaje mi się, że nadal warto inwestować długoterminowo w duże spółki wypłacające dywidendę, w których wciąż większościowym akcjonariuszem jest Skarb Państwa ocenia Rafał Irzyński. Jak widać w ostatnich latach, potrzeby budżetu państwa są nadal dość spore i Skarb Państwa będzie chciał wciąż uzyskiwać wysokie dywidendy ze swoich spółek, a pod ten trend mogą podłączyć się inni akcjonariusze, drobni, mniejszościowi.

W praktyce udziałowcy spółek dywidendowych mogą liczyć na stopę dywidendy w granicach 3-4 proc. Taki poziom zwrotu jest atrakcyjny dla inwestorów zagranicznych i może ich skłonić do kupowania polskich spółek. Interesujące mogą być też spółki wykorzystujące w swej działalności spore ilości paliw. Taniejąca ropa sprawia, że działalność logistyczna czy turystyczna może się w tym roku okazać znacznie bardziej opłacalna niż w latach wcześniejszych, podobnie jak ta związana ze sprzedażą produktów i usług konsumentom.

 Branżą, która może mieć szansę na wzrosty, jest sektor z ekspozycją na sprzedaż detaliczną uważa główny analityk Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych. Ostatnio GUS podaje dość dobre dane w zakresie spadku bezrobocia, wzrostu wynagrodzeń, a to przełoży się prawdopodobnie na wzrost wydatków konsumenckich. W związku z powyższym spółki np. mięsne, handlowe i odzieżowe mają szansę na zwiększenie przychodów ze sprzedaży.

Obok firm, które będą się pozytywnie wyróżniać, na warszawskim parkiecie znajdą się też spółki, które mogą przynieść straty. Z dużym prawdopodobieństwem będą to przedsiębiorstwa zaangażowane w działalność na Wschodzie. Nic nie wskazuje bowiem na to, by konflikt rosyjsko-ukraiński szybko się skończył, a tamtejsze gospodarki zaczęły normalnie działać. Warto też uważać na banki, których wyceny w ostatnich latach miały się znacznie lepiej niż innych spółek. Ich dobra passa może się skończyć.

Mamy do czynienia z niskimi stopami procentowymi przypomina Rafał Irzyński. To utrudnia kontynuację dynamik wzrostowych wyników finansowych banków, również analiza techniczna na wykresach banków nie wygląda już tak dobrze. W dodatku mamy zaostrzenia ze strony KNF-u, m.in. wprowadzenie wymaganego wkładu własnego do kredytów hipotecznych na poziomie 10 proc. i dalsze jego podwyższanie w kolejnych latach. To również wpłynie na chociażby na popyt na kredyty hipoteczne, czyli ważny produkt bankowy.

Morawski (BIZ Bank): Decyzja szwajcarskiego banku centralnego jest szokująca. Straty z tytułu umocnienia franka będą musiały podzielić między siebie zadłużone gospodarstwa domowe i banki

CEO Magazyn Polska

Wczorajsza niespodziewana decyzja Szwajcarskiego Banku Narodowego o rezygnacji z obrony kursu franka szwajcarskiego do euro wywołała chaos na rynkach, 20-proc. deprecjację złotego oraz wzrost obaw gospodarstw domowych o wysokość przyszłych zobowiązań. Na zmianach stracą nie tylko kredytobiorcy i sektor bankowy, lecz także cała gospodarka – wszystko z powodu przesunięcia kilku miliardów złotych rocznie z celów konsumpcyjnych na spłatę wyższych comiesięcznych rat w szwajcarskiej walucie. 

Jeszcze w poniedziałek przedstawiciel banku mówił, że utrzymywanie stałego czy minimalnego kursu euro-franka na poziomie 1,20 jest fundamentem polityki pieniężnej tego banku. A trzy dni później, w czwartek, bank zniósł obronę kursu, przez co kompletnie stracił wiarygodność – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Ignacy Morawski, główny ekonomista BIZ Banku.

W czwartek Szwajcarski Bank Narodowy zniósł ustanowiony w 2011 roku sztywny kurs franka do euro na poziomie 1,20. Złoty z poziomu 3,54 osłabił się o kilkadziesiąt groszy i ustabilizował się w okolicach 4,10-4,20 zł, a bezpośrednio po decyzji sięgnął nawet do 5,19 zł. Ponadto SNB obniżył stopę procentową z -0,25 do -0,75, co jednak nie zdołało zrównoważyć skutków decyzji o rezygnacji z powiązania franka z euro.

Rozumiem, że Szwajcarzy doszli do wniosku, że mocna waluta im nie szkodzi, a drukowanie franków w celu niedopuszczenia do umocnienia kursu jest zbyt ryzykowne. Przypomnę jednak, że oni bronią franka przed umocnieniem, a nie osłabieniem. Mogli to robić w nieskończoność, dlatego że własnej waluty można wydrukować tyle, ile się chce – tłumaczy Morawski.

Jego zdaniem decyzja Narodowego Banku Szwajcarii wynika z przekonania, że silna waluta nie szkodzi za bardzo tamtejszej gospodarce. Na rynkach wywołała ona jednak szok i chaos. Na czwartkowej sesji na GPW indeks najbardziej wrażliwego na komunikat SNB sektora bankowego WIG-banki spadł o 5,46 proc. Najbardziej zniżkowały walory Getin Noble Banku (-16,10 proc.) oraz Banku Millennium (-10,32 proc.).

Wzrost kursu franka jest dla polskiej gospodarki zjawiskiem negatywnym z dwóch powodów: po pierwsze uderza w kieszenie kilkuset tysięcy osób, które mają kredyty we frankach szwajcarskich. Po drugie, wyrządza szkody w bilansach banków, co odbije się na zyskowności sektora bankowego i jego skłonności do udzielania kredytów – wyjaśnia główny ekonomista BIZ Banku.

Morawski zaznacza, że wpływ na polską gospodarkę nie będzie silny, ale mimo wszystko negatywny. W jego ocenie istotne jest to, na jakim poziomie kurs CHF/PLN ostatecznie się ustabilizuje. Może to być wartość zarówno 3,80, jak i 4,50 zł za franka szwajcarskiego.

Wydaje mi się, że wiele będzie też zależeć od czynnika politycznego. Gdyby politycy zaczęli aktywnie proponować rozwiązania prowadzące do wsparcia ludzi posiadających kredyty frankowe, np. kosztem banków, wówczas może się pojawić jeszcze większa niepewność w sektorze bankowym, co może mieć jeszcze bardziej negatywne konsekwencje – mówi ekspert.

Według niego po wczorajszej decyzji wiarygodność szwajcarskiego banku znacznie spadła, a jego ewentualne kolejne interwencje będą mniej wiarygodne, w związku z czym także mniej skuteczne.

Możemy wyobrazić sobie zarówno silny napływ kapitału do Szwajcarii z racji tego, że kraj ten jest traktowany jako jeden z najbezpieczniejszych na świecie. Ludzie kupują aktywa szwajcarskie tylko po to, żeby przechować kapitał, a nie po to, żeby zarobić. Z drugiej strony niskie stopy procentowe w Szwajcarii w niedługiej perspektywie mogą doprowadzić do osłabienia franka – prognozuje Ignacy Morawski.

Za decyzję banku centralnego Szwajcarii zapłacą zadłużone gospodarstwa domowe i banki

CEO Magazyn Polska

Wczorajsza niespodziewana decyzja Szwajcarskiego Banku Narodowego o rezygnacji z obrony kursu franka szwajcarskiego wobec euro wywołała chaos na rynkach. Szwajcarska waluta umocniła się o 20 proc. względem złotego, co wywołało obawy kredytobiorców o wysokość przyszłych zobowiązań. Na zmianach stracą nie tylko zadłużeni i sektor bankowy, lecz także cała gospodarka. Wszystko z powodu przesunięcia kilku miliardów złotych rocznie z celów konsumpcyjnych na spłatę wyższych comiesięcznych rat w szwajcarskiej walucie.

W czwartek Szwajcarski Bank Narodowy zniósł ustanowiony w 2011 roku sztywny kurs franka do euro na poziomie 1,20. Frank podrożał z 3,54 zł o kilkadziesiąt groszy i ustabilizował się w okolicach 4,10-4,20 zł, a bezpośrednio po decyzji sięgnął nawet do 5,19 zł. Decyzja banku wywołała obawy zadłużonych we frankach i chaos na rynkach.

Wzrost kursu franka jest dla polskiej gospodarki zjawiskiem negatywnym. Uderza w kieszenie kilkuset tysięcy osób, które mają kredyty w tej walucie. A to, że kilkaset tysięcy osób będzie miało kredyt hipoteczny wart dużo więcej niż kupione za niego mieszkanie, ograniczy konsumpcję. Nie będzie to duże uderzenie w polską gospodarkę, nie mówię, że przez to wzrost gospodarczy nagle znacząco spadnie, ale mimo wszystko to odczujemy – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Ignacy Morawski, główny ekonomista BIZ Banku. – Po drugie, taki wzrost wyrządza szkody w bilansach banków, co odbije się na zyskowności sektora bankowego i jego skłonności do udzielania kredytów.

Na czwartkowej sesji na GPW indeks najbardziej wrażliwego na komunikat SNB sektora bankowego WIG-banki spadł o 5,46 proc. Najbardziej zniżkowały walory Getin Noble Banku (-16,10 proc.) oraz Banku Millennium (-10,32 proc.). Narodowy Bank Polski zapewnia jednak, że sektor bankowy pozostaje stabilny i odporny na szoki zewnętrzne.

Morawski zaznacza, że wpływ na polską gospodarkę nie będzie silny, ale mimo wszystko negatywny. W jego ocenie istotne jest to, na jakim poziomie kurs CHF/PLN ostatecznie się ustabilizuje. Może to być wartość zarówno 3,80, jak i 4,50 zł za franka szwajcarskiego.

Wiele zależeć będzie od czynnika politycznego. Gdyby politycy zaczęli aktywnie proponować rozwiązania prowadzące do wsparcia ludzi posiadających kredyty frankowe, np. kosztem banków, wówczas może się pojawić jeszcze większa niepewność w sektorze bankowym, co może mieć jeszcze bardziej negatywne konsekwencje – mówi ekspert.

SNB obniżył stopę procentową z -0,25 do -0,75, co jednak nie zdołało zrównoważyć skutków decyzji o rezygnacji z powiązania franka z euro.

Jeszcze w poniedziałek przedstawiciel banku mówił, że utrzymywanie minimalnego kursu EUR/CHF na poziomie 1,20 jest fundamentem polityki pieniężnej tego banku, a trzy dni później zniósł obronę kursu. SNB kompletnie stracił wiarygodność – ocenia Morawski. – Rozumiem, że Szwajcarzy doszli do wniosku, że mocna waluta im nie szkodzi, a drukowanie franków po to, by nie dopuścić do umocnienia kursu, jest zbyt ryzykowne.

Jego zdaniem kolejne ewentualne interwencje banku będą mniej wiarygodne, a przez to mniej skuteczne.

Możemy wyobrazić sobie zarówno silny napływ kapitału do Szwajcarii ze względu na to, że kraj ten jest traktowany jako jeden z najbezpieczniejszych na świecie. Ludzie kupują aktywa szwajcarskie tylko po to, żeby przechować kapitał, a nie po to, żeby zarobić. Z drugiej strony niskie stopy procentowe w Szwajcarii w niedługiej perspektywie mogą doprowadzić do osłabienia franka – prognozuje Ignacy Morawski.

Banki i ubezpieczyciele przygotowują się do wprowadzenia nowych regulacji na rynku. Liczą na wzrost sprzedaży polis w bankach

Z końcem marca zacznie obowiązywać Rekomendacja U Komisji Nadzoru Finansowego. Wymusza ona na bankach zmianę polityki sprzedaży ubezpieczeń wobec klientów np. zaciągających kredyt. Część zmian może wpłynąć na zmniejszenie sprzedaży polis, jednak z drugiej strony większa przejrzystość oferty powinna spowodować wzrost zainteresowania klientów tymi produktami.

Ta rekomendacja ma przede wszystkim ma bardzo duży wpływ na organizację sprzedaży ubezpieczeń – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Jarczyk, prezes zarządu UNIQA Polska. – Banki będą musiały występować jako agenci ubezpieczeniowi, a wszystkie polisy ubezpieczeniowe będą musiały być sprzedawane w formie indywidualnej, a nie grupowej. Również prowizja, którą wypłacaliśmy dotychczas up-front, będzie musiała być rozłożona w czasie.

Dziś polisy kupowane przy zaciąganiu kredytu czy przy umowie o kartę zapewniają ubezpieczenie grupowe. Banki zarabiają jako pośrednicy na prowizji od sprzedaży. Po zmianach – zgodnie z Rekomendacją U – banki będą mogły oferować tego typu ubezpieczenia pod warunkiem, że zamienią umowy grupowe na indywidualne. W innym przypadku będą musiały zrezygnować z tej oferty. Poza tym polisy będą mogły sprzedawać tylko określone osoby, zarejestrowane przez KNF jako osoby fizyczne wykonujące działalność agencyjną.

To wszystko może spowodować, że skłonność banków do sprzedaży ubezpieczeń będzie malała – ocenia Andrzej Jarczyk.

Z drugiej strony zarówno ubezpieczyciele, jak i banki liczą na to, że wzrośnie zainteresowanie klientów takimi produktami. Rekomendacja U ma na celu zwiększenie ochrony klientów bancassurance. Konsumenci będą lepiej informowani o tym, że polisa towarzyszy danemu produktowi bankowemu.

Klient będzie więcej wiedzieć o produkcie, który kupuje. A w związku z tym, że ciśnienie na prowizje będzie mniejsze ze strony pośredników, będzie miał też gwarancję, że produkt, który kupuje, jest dla niego korzystniejszy, bardziej rentowny – mówi prezes UNIQA. – Banki i ubezpieczyciele pracują nad dostosowaniem się do tych zmian, nad przygotowaniem nowych produktów. Z pewnością będą one korzystniejsze z punktu widzenia klienta, dlatego też i popyt na tego rodzaju ubezpieczenia może się zwiększyć.

Dużą zmianą jest to, że klient będzie miał swobodę wyboru zakładu ubezpieczeń, z którego usług chce skorzystać.

Banki mają czas do końca marca na dostosowanie się do rekomendacji KNF.

Rynek pracy czekają duże zmiany prawne. Umowa na czas określony maksymalnie na 33 miesiące

CEO Magazyn Polska

Najprawdopodobniej w 2015 roku zostaną wprowadzone zmiany w Kodeksie pracy dotyczące ograniczenia umów terminowych i wzrostu stabilizacji zatrudnienia. Zgodnie z propozycją MPiPS przedsiębiorca będzie mógł zatrudnić pracownika w ramach maksymalnie trzech umów terminowych, ale nie dłużej niż na 33 miesiące. Kolejna umowa będzie umową o pracę na czas nieokreślony. Za 2,5 miesiąca liberalizacji ulegną przepisy dotyczące wykonywania badań lekarskich przez pracowników. 

Nowelizacja Kodeksu pracy wprowadza zmiany w zakresie umów na czas określony. Oprócz ograniczenia liczby i czasu trwania takich umów Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej proponuje wprowadzenie tylko jednego okresu próbnego.

Celem resortu pracy jest ograniczenie umów czasowych, czyli umów na czas określony, na rzecz umów na czas nieokreślony. Dzięki zmianom pracownicy odczują większą stabilność zatrudnienia i zyskają łatwość w ubieganiu się np. o kredyt – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Filipkiewicz z serwisu rekrutacyjnego Praca.pl.

Według ostatniej kwartalnej informacji o aktywności ekonomicznej ludności BAEL w III kwartale ubiegłego roku na umowach terminowych pracowało w Polsce 3,65 mln osób (28,9 proc. ogółu pracowników), co stanowi wzrost o 339 tys. (10,2 proc.) w stosunku do okresu sprzed roku.

1 kwietnia 2015 roku wejdą w życie przepisy dotyczące konieczności przeprowadzania wstępnych badań lekarskich przy zmianie pracy – nowe prawo zakłada, że z obowiązku tego wyłączone zostaną osoby podejmujące nową pracę w ciągu 30 dni od końca poprzedniego stosunku pracy. Pracownik będzie musiał tylko przedstawić aktualne orzeczenie lekarskie stwierdzające brak przeciwwskazań do pracy w określonych warunkach, a nowy pracodawca stwierdzi, że warunki opisane w skierowaniu na badania lekarskie są zbieżne z tymi występującymi na danym stanowisku pracy.

Ma to być ułatwieniem zarówno dla pracowników, jak i pracodawców.

Ponadto od 1 stycznia 2016 planowane jest ozusowanie wszystkich umów-zleceń, przygotowania do tych zmian zaczną się już w IV kwartale 2015 roku. Będzie to duża zmiana, która zdecydowanie podniesie koszty pracy na rynku – zaznacza ekspert z serwisu Praca.pl.

Obowiązek odprowadzania składek ZUS od umów-zleceń spowoduje wzrost kosztów zatrudnienia, co może odbić się na wynagrodzeniach pracowników. Niektórzy eksperci oceniają, że liczba umów o pracę nie wzrośnie, a zamiast tego pracodawcy mogą zatrudniać nowe osoby w ramach samozatrudnienia, czyli jednoosobowej działalności gospodarczej.

Ozusowanie umów dotknie przede wszystkim pracowników, którzy wykonują proste prace, czyli pracowników fizycznych – wymienia Filipkiewicz.

Pociągi będą bardziej punktualne. Planowane są inwestycje w sygnalizację kolejową

Stare urządzenia sygnalizacyjne spowalniają polską kolej i zwiększają koszty utrzymania infrastruktury. To się jednak zmieni, bo w ramach wartych ponad 10 miliardów euro inwestycji w nowej perspektywie budżetowej Unii Europejskiej wiele linii zyska nową sygnalizację. Pozwoli to na bardziej punktualne i bezpieczniejsze przejazdy, a także obniży koszty ponoszone przez PKP Polskie Linie Kolejowe.

Niektóre urządzenia sygnalizacyjne PKP mają niemalże 100 lat. Nie jest to ewenementem w skali Europy, podobnie jest w Niemczech. Tak stare urządzenia wymagają jednak dużych nakładów finansowych. Jest to związane z ich wysokimi kosztami ich utrzymaniem oraz koniecznością zatrudnienia wielu pracowników do obsługi – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paweł Przyżycki, dyrektor zarządzający Thales Polska.

W najbliższych latach polska kolej będzie modernizowana dzięki środkom unijnym. W perspektywie 2014-2020 na projekty z tego obszaru transportu przewidziano ponad 10 mld euro. Modernizowane będą głównie te linie, na których do tej pory miało miejsce mniej inwestycji.

Jak wylicza Przyżycki, inwestycje współfinansowane przez UE obejmą m.in. magistralę E59 na odcinku Poznań-Szczecin, E75, czyli Rail Baltica z Warszawy do krajów bałtyckich, oraz E20 od Warszawy do granicy z Niemcami. Duże inwestycje są też planowane na linii łączącej Warszawę z Lublinem.

Tych prac na pewno będzie dużo. Dodatkowo dojdą wszelkiego rodzaju linie o znaczeniu lokalnym, regionalnym – zaznacza Przyżycki. ‒ Mówimy o kompleksowych modernizacjach linii kolejowych: począwszy od torów, poprzez system sieci trakcyjnej, telekomunikację, system sygnalizacji, a skończywszy na obiektach mostowych i inżynierskich.

Jak tłumaczy ekspert, wdrożenie nowoczesnego systemu sterowania ruchem, które produkuje Thales, pozwoli na bezpieczną jazdę powyżej 160 km/h, a budowa Lokalnego Centrum Sterowania, tzw. LCS, umożliwi m.in. sterowanie długimi, nawet kilkudziesięciokilometrowymi odcinkami linii kolejowych z jednego miejsca. Nowoczesna automatyka nie tylko zwiększy bezpieczeństwo, lecz także przyniesie oszczędności.

Nowe systemy instalowane w ramach inwestycji w LCS zwiększają także możliwość zdalnej diagnostyki, co pozwala na zmniejszenie awaryjności. Równocześnie zapewniają przewidywanie zdarzeń ruchowych, dzięki czemu mniej pociągów będzie opóźnionych.

System transportowy jest krwiobiegiem każdej gospodarki. Im bardziej jest atrakcyjny i efektywny, tym bardziej efektywna i konkurencyjna jest gospodarka – przekonuje Przyżycki. ‒ Inwestycje w polską kolej i w ogóle w system transportowy zwiększą więc naszą efektywność gospodarczą.

W Polsce Thales zaangażowany jest m.in. we wdrażanie najnowszych technologii w PKP PLK. Firma z powodzeniem zakończyła inwestycję zaprojektowania i zabudowy Europejskiego Systemu Sterowania Pociągiem (ETCS poziom 1). System został wdrożony na Centralnej Magistrali Kolejowej (CMK) na odcinku 225 km z Grodziska Mazowieckiego do Zawiercia. Jej głównym celem było zwiększenie bezpieczeństwa oraz podniesienie maksymalnej prędkości do 200 km/h. Obecnie Thales wdraża nowoczesne systemy automatyki kolejowej, m.in. na liniach łączących Warszawę z Trójmiastem oraz Łodzią, gdzie w ramach kontraktu dostarczy Europejski System Sterowania Pociągiem (ETCS poziom 2). Ponadto prowadzi prace modernizacyjne na linii E30 na odcinku Katowice-Kraków-Rzeszów.

Od niedzieli duże zmiany w ustawie o ochronie konkurencji. Nowe prawo ma skuteczniej walczyć ze zmowami cenowymi

0

CEO Magazyn Polska

W niedzielę zmieni się ustawa o ochronie konkurencji konsumentów. Nowością jest nałożenie na osoby fizyczne odpowiedzialności za antykonkurencyjne praktyki firmy oraz wprowadzenie środków zaradczych w prawie konkurencji. Prezes UOKiK będzie mógł nałożyć na osoby zarządzające przedsiębiorstwem karę do 2 mln zł. Zmiany zajdą również w procedurze łagodzenia kar, krótsze będzie też postępowanie w procedurze kontroli koncentracji. Eksperci zwracają jednak uwagę na to, że niektóre zapisy są nieprecyzyjne i wymagają uszczegółowienia. 

 

Nowelizacja zmienia nie tylko dotychczasowe przepisy, lecz także wprowadza szereg nowych instytucji, nieznanych dotychczas polskiemu prawu ochrony konkurencji – mówi w rozmowie z agencją Newseria Biznes Paulina Józefczuk, menedżer zespołu prawa konkurencji w Kancelarii Wierzbowski Eversheds. – Celem regulacji miało być usprawnienie wykrywania i karania praktyk antykonkurencyjnych, a także przyspieszenie postępowania przed prezesem Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

Jedna z najważniejszych zmian to wprowadzenie zasady odpowiedzialności osób fizycznych za antykonkurencyjne praktyki firm. Oznacza to, że zarówno prezes, wspólnicy spółki, jak i dyrektorzy przedsiębiorstw państwowych będą mogli być obciążeni przez prezesa UOKiK karą finansową, nawet do 2 mln zł. Zgodnie z nowelizacją kara zarówno na firmę, jak i na osobę zarządzającą ma być nakładana w ramach jednej decyzji. Przy ustalaniu wysokości sankcji nie będzie jednak automatyzmu, ma być ona adekwatna do przewinienia i sytuacji finansowej danej osoby.

W mojej ocenie przepisy są bardzo nieprecyzyjne i pozostawiają prezesowi UOKiK duży margines uznania. Jednocześnie przy tak wysokim pułapie maksymalnym kary, który jest nieodpowiedni dla polskiego rynku, nie wprowadzono wystarczających gwarancji procesowych – ocenia ekspertka.

Nowością, jaką wprowadza ustawa, będzie instytucja środków zaradczych. W decyzji kończącej postępowanie prezes UOKiK będzie mógł wskazać działania, jakie należy podjąć w celu zaprzestania niedozwolonych praktyk.

Zmiany zajdą też w procedurze kontroli koncentracji. Ocena zgłaszanych koncentracji ma przebiegać dwuetapowo. W przypadkach niewzbudzających zastrzeżeń proces ma trwać miesiąc (dotychczas trwało to dwa miesiące). W skomplikowanych sytuacjach Urząd będzie miał na to cztery miesiące.

W mojej ocenie to znacznie przyspieszy proces koncentracji. Na podstawie dotychczasowych regulacji przedsiębiorcy nieraz musieli czekać wiele miesięcy na wydanie ostatecznego rozstrzygnięcia. Wedle szacunków UOKiK 80 proc. wszystkich zgłaszanych koncentracji stanowią te proste – podkreśla Józefczuk.

Ekspertka zaznacza, że dobrym rozwiązaniem jest wprowadzenie możliwości utajnienia części decyzji. Ma to ułatwić przedsiębiorcy negocjowanie sprzedaży części swojej firmy.

Inna będzie też procedura łagodzenia kar, czyli program leniency. Novum jest wprowadzenie do systemu łagodzenia kar instytucji leniency plus.

Zgodnie z nią kolejni wnioskodawcy będą mogli uzyskać dodatkowe obniżenie kary o nawet 30 proc., jeżeli zawiadomią prezesa urzędu o innym porozumieniu, o którego istnieniu organ dotychczas nie wiedział. – tłumaczy Józefczuk.

Na obniżkę kary do 10 proc. może liczyć przedsiębiorca, który zaakceptuje ustalenia. Skróci to czas postępowania w UOKiK.

Zgodnie z nową ustawą z roku (licząc od końca roku, w którym przedsiębiorca zaprzestał praktyki) do pięciu lat wydłuży się okres przedawnienia niedozwolonych praktyk.

Pomysł podatku od smartfonów i tabletów oburzył internautów

Internauci negatywnie ocenili propozycję rozszerzenia opłaty reprograficznej, potocznie zwanej podatkiem od piractwa, na smartfony i tablety. Większość komentarzy w social mediach miała negatywny wydźwięk. Natężenie dyskusji o pomyśle ZAiKS przypadło na okres wyborów samorządowych. Zdaniem ekspertów IMM oddźwięk, jaki ona wywołała, mógł mieć wpływ na wybory internautów przy urnie.

Opłata reprograficzna jest pobierana od producentów i dystrybutorów urządzeń i nośników umożliwiających kopiowanie utworów. Ma ona z założenia rekompensować twórcom straty wynikające z korzystania z danego utworu na użytek osobisty. Jej  wysokość stanowi od 1 do 3 proc. ceny urządzenia i jest wliczana w cenę m.in. magnetowidów czy kserokopiarek. ZAiKS proponuje, by do listy urządzeń dołączyć smartfony i tablety. Podatek będzie dotyczyć producentów i importerów, ale ostatecznie pewnie zwiększy on cenę danego urządzenia, co odczują konsumenci. To wzbudziło wśród internautów największe kontrowersje.

Postulowana zmiana to niby tylko do 3 proc. kosztu danego telefonu bądź innego sprzętu, ale pada pytanie: „Dlaczego my mamy płacić?”. Internauci sugerują, że zmiany niekoniecznie mają służyć ograniczeniu piractwa – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Barbara Koziar, specjalistka ds. mediów społecznościowych z Instytutu Monitorowania Mediów.

Jak podaje IMM, 52 proc. publikacji na ten temat pojawiło się na portalach internetowych, co trzecia została opublikowana na Facebooku, a 12 proc. tekstów na temat opłaty reprograficznej zamieścili blogerzy. IMM zbadał 3 tys. wypowiedzi, które w okresie od 1 września do 1 grudnia 2014 r. pojawiły się w internecie. Badano m.in. takie frazy, jak „podatek reprograficzny”, „podatek od piractwa” czy „opłata reprograficzna”.

77 proc. komentarzy zamieszczono na Facebooku (89 proc. z nich było negatywnych), a co szósty pojawił się na Twitterze.

– Sprawa odbiła się szerokim echem. Z nacechowanych emocjonalnie komentarzy w social media 93 proc. miało wymowę negatywną – tłumaczy Barbara Koziar. – Kiedy zbadaliśmy na Facebooku same komentarze do postów, to 77 proc. z nich było bardzo negatywnych.

IMM wskazuje, że krytyka w sieci mogła zaszkodzić nie tylko ZAiKS-owi, lecz także innym organizacjom zbiorowego zarządzania prawami autorskimi, Ministerstwu Kultury i Dziedzictwa Narodowego, a w konsekwencji partii rządzącej.

To, jak wyborcy postrzegali propozycję wprowadzenia opłaty reprograficznej, mogło w jakimś stopniu przełożyć się na wyniki wyborów samorządowych – mówi ekspertka.

Jak pokazują badania, wiele osób liczy się ze zdaniem znajomych, ale szczególnie liderów opinii, którzy wpływają na poglądy i sposób postrzegania otoczenia. Raport IMM wskazuje, że: „Social media są potężnym narzędziem marketingowym, które z dużą siłą przerodzić można w konkretne rezultaty. Wraz z ilością publikowanych w social mediach opinii i komentarzy śniegowa kula nabiera rozpędu i rośnie w postępie geometrycznym”.

Tylko na Facebooku pojawiło się 1037 komentarzy do postów, co świadczy o popularności sprawy.

– To już jest pewna masa krytyczna, na podstawie której możemy wyciągać wnioski. Niewielu z nas coś komentuje w sieci, więc jeśli w tym przypadku było aż tyle komentarzy, to znaczy, że ktoś chciał o tym rozmawiać i był to temat żywy – zaznacza przedstawicielka IMM.

Jak dodaje Barbara Koziar, w sieci pojawiło się dużo neutralnych komentarzy na temat opłaty, ale zdarzały się także pozytywne.

– Jako komentarze pozytywne zaklasyfikowaliśmy te, które w pewien sposób próbowały pokazać, że może to być przydatne działanie. Według komentujących te 3 proc. to nie jest dużo, a taka opłata pozwoli na dofinansowanie osób, które tworzą, czyli twórców i artystów – tłumaczy ekspertka.

Według ubiegłorocznego badania na temat rynku mediów Federacji Konsumentów na pytanie o to, czym jest opłata reprograficzna, większość respondentów (56 proc,) nie potrafiła udzielić odpowiedzi. Dla co dziesiątego jest to podatek, 15 proc. badanych wskazało opłatę „jako rekompensatę za możliwość korzystania z dobrodziejstw dozwolonego użytku prywatnego”. Nieco ponad 5 proc. odpowiedziało nawet, że to jest kara, którą konsumenci ponoszą za wysoki poziom piractwa w Polsce.

W dobie internetu mamy świadomość tego, że wszystko, co robimy, ma swój oddźwięk. Może warto więc najpierw takie pomysły poddawać dyskusji, rozważać, bardziej uzasadniać, a nie od razu o nich informować – podsumowuje Barbara Koziar.

Rynek artykułów sportowych jest wart 8 mld zł i rośnie w tempie 5 proc. rocznie. Branży sprzyja rosnąca popularność zdrowego trybu życia

CEO Magazyn Polska

Polacy aktywnie spędzają czas wolny. Coraz więcej osób preferuje zdrowy styl życia. Nic zatem dziwnego, że sektor artykułów sportowych od kilku lat rośnie i jego obroty sięgają już niemal 8 mld zł. Nowe tendencje wynikają z lepszej infrastruktury rekreacyjnej, organizacji dużych imprez sportowych czy bardziej przystępnej cenowo oferty sprzętu sportowego.

– Obserwujemy zmianę trybu życia Polaków. Rodacy zrozumieli, że nie można tylko prowadzić siedzącego trybu życia, że trzeba się ruszać dla swojego zdrowia. Nie chodzi oczywiście tylko o sport, ale ogólnie o rekreację. Zmianie ulegają sposoby spędzania wolnego czasu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Artur Mikołajko, prezes Intersport Polska, spółki zajmującej się sprzedaży detaliczną artykułów sportowych.

Coraz więcej osób biega, chodzi na fitness, siłownie, jeździ na rowerach i uprawia lekki trekking. Aktywne stają się te osoby, które decydują się na zdrowy tryb życia.

Podobne spostrzeżenia płyną z raportu „Rynek artykułów sportowych w Polsce 2014. Analiza rynku i prognozy rozwoju na lata 2014-2016” ośrodka badawczego PMR Research. Wartość rynku szacowana jest na 7,94 mld zł, przy wzroście w ubiegłym roku o 5,2 proc. W kolejnych latach wzrosty powinny być podobne (4-5 proc.). Najbardziej dynamicznie rośnie sprzedaż w internecie, a największy boom dotyczy artykułów biegowych (wzrosty rzędu 30 proc. w ostatnich latach). Autorzy raportu zwiększenie popularności artykułów sportowych tłumaczą zróżnicowaną i coraz bardziej przystępną cenowo ofertą, rozwojem infrastruktury sportowej czy organizacją wielkich imprez sportowych w Polsce.

Mikołajko tłumaczy, że po okresie zachwytu tańszymi produktami w kilku ostatnich latach, ludzie zaczynają stawiać na jakość, co wynika z popularyzacji sportu.

– Jeżeli ktoś w butach wartych 50 bądź 100 zł biegał krótko i na krótkich dystansach, to nie zauważył różnicy. Jeżeli zaś ktoś biegał na dłuższych odcinkach, np. 5-kilometrowych, to na pewno poczuł różnicę między droższymi i tańszymi butami – przekonuje prezes Intersport Polska.

Jego zdaniem w ciągu ostatnich trzech latach rynek artykułów sportowych uległ znacznemu zróżnicowaniu, a w przyszłym roku jego segmentacja powinna być jeszcze bardziej widoczna. Spółka w raportach finansowych podkreśla istnienie czterech podstawowych kanałów dystrybucji. Pierwszy stanowią wielkopowierzchniowe sklepy (Go Sport, Decathlon), drugi sklepy monobrandowe (Nike, Puma), trzeci  stoiska sportowe w supermarketach, czwarty – specjalistyczne sklepy sportowe (rowerowe, runningowe itd.).

– Mamy sklepy, takie jak Decathlon, gdzie klienci kupują dużo i tanio, mamy sklepy ze środka stawki oraz takie, które stawiają na sprzedaż produktów ze średniej i wyższej półki cenowej – podsumowuje Artur Mikołajko. – Nasze wzrosty w działalności z ostatnich trzech lat potwierdzają zmiany pewnych tendencji w społeczeństwie.

Grupa Intersport w skali globalnej posiada 5200 sklepów w 37 krajach, generując przychody w wysokości 8,9 mld euro. 80 proc. obrotów spółka osiąga w Europie, co przekłada się na ok. 20-proc. udział w tym rynku.

Polacy coraz chętniej łączą wyjazdy na ferie z nauką języka

CEO Magazyn Polska

Zagraniczne wyjazdy na ferie zimowe coraz częściej łączone są z nauką języka obcego. Powodzeniem cieszą się podróże do Francji i Hiszpanii oraz na Maltę, gdzie temperatury są wyższe niż w Polsce, a dodatkowo można uczyć się języka angielskiego, hiszpańskiego czy włoskiego. Na znaczeniu zyskują także, szczególnie wśród osób dorosłych, wyjazdy edukacyjne do Stanów Zjednoczonych.

W porównaniu z zeszłym rokiem obserwujemy wzmożone zainteresowanie wyjazdami połączonymi z nauką języka obcego – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Piotr Majdan, dyrektor generalny organizującej tego rodzaju podróże firmy Education First. – Poza językiem angielskim i standardowymi kierunkami, którymi są Cambridge, Oxford, Londyn w Wielkiej Brytanii, dużym zainteresowaniem cieszą się Paryż i Barcelona, czyli języki francuski oraz hiszpański. W okresie ferii, kiedy w Polsce mamy niskie temperatury, popularnością cieszy się również Malta, gdzie jest ponad 20 st. Celsjusza.

Mimo że jeżeli chodzi o języka angielskiego głównym kierunkiem pozostaje Wielka Brytania, to coraz chętniej wybierane są także Stany Zjednoczone. Na wyjazd za ocean decydują się nie tylko osoby młode.

Chętnie wyjeżdżają również dorośli, którzy po okresie poświątecznym zauważają, że mają jeszcze dosyć dużo niewykorzystanego urlopu i chcą go spędzić produktywnie. Zamiast kolejnych wakacji w Egipcie wybierają zatem pobyt w Stanach Zjednoczonych, gdzie spędzają od dwóch do czterech tygodni – precyzuje Majdan. – Wynika to z tego, że chcą połączyć przyjemne z pożytecznym i polepszyć swoje szanse zawodowe, ucząc się języka.

Według dyrektora generalnego Education First rezerwacje tego rodzaju podróży są przez Polaków dokonywane z coraz większym wyprzedzeniem.

Nasze szkoły przyjmują studentów z całego świata, Polacy konkurują w nich o miejsce z Niemcami, Hiszpanami, Francuzami i Norwegami – wskazuje Piotr Majdan. – Ale widzimy, że to się zmienia – w tym sezonie mieliśmy bardzo dużo rezerwacji już przed świętami. Zdarzało się jednak, że musieliśmy odmawiać, bo nie mieliśmy już wolnego miejsca w szkole.

Wyjazdy połączone z nauką języka są bardzo popularne np. wśród Niemców czy Skandynawów

Młodzi Norwegowie, Szwedzi i Finowie wyjeżdżają na kurs językowy, uczą się, wracają i kontynuują naukę języka w szkole – zauważa Majdan. – Podróżują także po kilka razy w ciągu sezonu. Na wypoczynek połączony z nauką przeznaczają często całe wakacje, czyli do dwunastu tygodni.

Kierunki wyjazdów wybierane przez Polaków nie różnią się przy tym zasadniczo od tych, na które decydują się Niemcy. W krajach skandynawskich, z uwagi na wyższą zamożność tamtejszych społeczeństw, chętniej natomiast są wybierane bardziej egzotyczne, ale i droższe, destynacje. Oni uczą się np. hiszpańskiego na plażach Kostaryki.

Zainteresowanie intensywną nauką języków obcych rośnie w krajach rozwijających się na innych kontynentach. W Ameryce Południowej są to przede wszystkim Wenezuela, Kolumbia i Brazylia, w Azji – Japonia i Wietnam.

W Japonii nie ma jeszcze takiej świadomości, że język angielski jest potrzebny do sukcesu zawodowego. Duże przedsiębiorstwa japońskie operują po japońsku w swoim własnym kraju, stąd wielkiej potrzeby znajomości innych języków jeszcze nie ma. To się jednak powoli zmienia i młodzi Japończycy często wyjeżdżają za granicę nie tylko po to, żeby zwiedzać Europę, lecz także po to, by nauczyć się języka – mówi Majdan.

E-zakupy żywności wciąż mało popularne. Kupujemy w sieci kilkudziesięciokrotnie mniej niż mieszkańcy Europy Zachodniej

Wartość rynku internetowych zakupów żywności stanowi zaledwie 0,2 proc. całości sektora spożywczego w Polsce. To wciąż dużo mniej niż w krajach Europy Zachodniej, gdzie nawet 7 proc. obrotów jest generowanych w sieci. Polacy powoli zaczynają jednak dostrzegać zalety wirtualnych platform: brak kolejek przy kasach, dostawę do domu czy wybór produktów trudno dostępnych w sklepach stacjonarnych. 

Rynek zakupów spożywczych w internecie rozwija się coraz szybciej. Mimo że to nadal nisza, w ostatnich dwóch latach odnotowujemy na rynku wzrosty rzędu 30-40 proc. i widzimy zmianę zachowań konsumentów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Nicolas Jedraszak, prezes zarządu Frisco.pl, internetowego supermarketu z produktami żywnościowymi.

Wynika to ze zmiany potrzeb konsumenckich. Ludzie mają coraz mniej czasu dla siebie i chcą wykorzystywać go bardziej efektywnie. Jedraszak dodaje, że zakupy online pomagają w życiu codziennym, co powinno generować wzrost rynku.

Polacy powoli przekonują się do tej kategorii. W tej chwili mniej niż 1 proc. konsumentów korzysta z takich usług. Wiemy jednak, że potencjał jest znacznie większy – twierdzi prezes zarządu Frisco.pl.

Frisco.pl szacuje polski rynek e-żywności na 400-500 mln zł, przy 225 mld całości rynku spożywczego. W Anglii czy Francji penetracja rynku jest na poziomie kilkuprocentowym., co oznacza możliwy wielokrotny wzrost rynku żywnościowego e-commerce w Polsce.

Jak wynika z ekspertyzy agencji IGD, badającej globalny rynek żywności, w Wielkiej Brytanii w 2014 r. rynek żywności kupowanej w sieci był wart 7,7 mld funtów, przy 174,5 mld funtów wartości całego rynku. W 2019 r. wartości te mają odpowiednio wzrosnąć do 16,9 i 203 mld funtów.

Z kolei ubiegłoroczny raport agencji Gemius dla E-commerce Polska wskazuje, że 24 proc. internautów robi zakupy spożywcze w sieci. Rok i dwa lata wcześniej było to odpowiednio 13 proc. i 8 proc. Polscy internauci w ten sposób wydają średnio 70 zł miesięcznie. Co trzeci badany przyznał, że w przyszłości ma zamiar korzystać z e-delikatesów.

Spodziewamy się rozwoju rynku. Wzrosty powinny sięgać 30-40, może nawet 50 proc. rocznie. Nie patrzymy jednak na wzrosty rynku, tylko na jego potencjał. A ten jest na poziomie 5-6-7 proc. rynku spożywczego, a także całego rynku FMCG – mówi Jedraszak.

A. Kwiatkowski (B-Consulting): Dubaj może stać się atrakcyjnym miejscem do inwestowania

Obecność w Dubaju daje dostęp do rynków arabskich, hinduskich i afrykańskich, obejmujących w sumie niemal jedną trzecią ludności Ziemi. Inwestycjom w regionie sprzyja system fiskalny, w którym podatki są praktycznie równe zeru. Opłacalność udaje się jednak osiągnąć tylko prowadząc działalność w dużej skali, więc polskie firmy, niedysponujące opracowaną infrastrukturą dostaw, są niemal nieobecne w Dubaju.

Polskie inwestycje w Zjednoczonych Emiratach Arabskich (ZEA) są stosunkowo zapóźnione – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Aleksander Kwiatkowski, partner w firmie doradczej B-Consulting. – Inwestujemy, ale w śladowej ilości w porównaniu z większymi krajami Unii Europejskiej. Najlepiej byłoby to po prostu nadrobić. Szczególnie teraz, czyli w momencie, kiedy zamknął się rynek naszych wschodnich sąsiadów i trzeba myśleć o alternatywach.

Prowadzenie przedsięwzięć w Dubaju zdaniem partnera B-Consulting jest stosunkowo proste, bo sprzyja im system fiskalny oparty na prawie brytyjskim.

Jest dużo elementów, które przyciągają tam inwestorów z całego świata: strefy wolnocłowe, w których przepisy są jasne, precyzyjne, a przede wszystkim podatki praktycznie równe zeru – wskazuje Kwiatkowski. – Głównym problemem jest skala działalności. Zaczyna się to opłacać w momencie, kiedy przewozi się naprawdę sporo kontenerów i zdobywa duże kontrakty.

Na przeszkodzie w ich realizacji stoi, jak uważa Kwiatkowski, bariera infrastrukturalna. Aby dostarczyć duże ilości towarów, trzeba najpierw sporo zainwestować.

Jeżeli chcemy wejść na ten rynek, to kontaktujemy się zazwyczaj z dystrybutorem lokalnym, który odbiera potężne ilości produktów – tłumaczy Aleksander Kwiatkowski. – Musimy więc przewieźć towar w kontenerach, statkami i składować go tam, na miejscu. To spore koszty, które trzeba ponieść. Dlatego nasi producenci wolą opierać się na tych, którzy już zbudowali odpowiednią do tego infrastrukturę. To jednak powoduje, że to oni spijają śmietankę., a krajowy wytwórca dostaje tylko minimalne wynagrodzenie.

Tymczasem rynek ZEA to miejsce, z którego można atakować – zdaniem Kwiatkowskiego – znacznie większe obszary potencjalnej konsumpcji.

Już same Emiraty są bogate, a oprócz tego mamy potężny rynek hinduski: Indie, Pakistan oraz gigantyczną Afrykę – wskazuje Kwiatkowski. – Państwa czarnego kontynentu naprawdę zaczynają rosnąć w siłę. W tej chwili dostęp do internetu jest tam stosunkowo prosty i tani, a świadomość konsumentów bardzo szybko rośnie. Afryka jest jednym z najszybciej rosnących rynków na świecie. Pojawia się tylko pytanie, jak długo będzie się powiększał oraz o jakie wartości.

Także względy demograficzne, jak uważa Kwiatkowski, przemawiają na korzyść inwestycji w tamtym regionie.

Europa kostnieje i trudno się po niej spodziewać gwałtownych wzrostów, szczególnie konsumpcji – zauważa Kwiatkowski. – Tymczasem Afryka, ZEA i Azja to nowe rynki, młodzi ludzie, bardzo często z większą siłą nabywczą niż w krajach Unii Europejskiej.

Praktycznie każda gałąź gospodarki, jak twierdzi ekspert, ma szanse na uplasowanie swoich produktów i usług na tych rynkach. Zdaniem Fahada Al Gergawi, prezesa Dubai Investment Development Agency, z którym niedawno rozmawiała Newseria, największe szanse na sukces mają firmy zajmujące się produkcją żywności, budowlane i działające w obszarze służby zdrowia.

Jeśli chodzi o wysokie technologie, to praktycznie wszyscy duzi już tam są obecni, bo wiadomo, że jeśli się jest w danym regionie, to dużo łatwiej wejść na rynek i tam sprzedawać – informuje Aleksander Kwiatkowski. – Bardzo trudno natomiast będąc w Warszawie cokolwiek prowadzić tam interesy, w zasadzie w każdym sektorze. Nas praktycznie, procentowo rzecz biorąc, tam nie ma. Natomiast inni używają Dubaju i strefy w Jebel Ali, jednego z największych na świecie portów, właśnie do tego, żeby wejść na rynki arabskie, hinduski i całego obszaru, który z naszego punktu widzenia jest stosunkowo odległy.

P. Sieradzan (Everest): W tym roku polskie spółki powinny dać zarobić inwestorom. Zagrożeniem jest tylko sytuacja międzynarodowa

CEO Magazyn Polska

2015 rok powinien przynieść ożywienie polskiej gospodarce i zyski inwestorom, którzy dobrze wytypują korzystające na poprawie koniunktury spółki giełdowe. Korzystna koniunktura zapowiada się m.in. dla eksporterów i branży finansowej. Jest też szansa na ożywienie na rynku nieruchomości. Nie wolno jednak zapominać o zagranicznych zagrożeniach dla naszego wzrostu.

– Dotyczy to oczywiście sytuacji na Ukrainie i w Rosji – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Piotr Sieradzan, prezes zarządu Everest TFI. – Duży wpływ będzie też miało to, co będzie się działo w Unii Europejskiej w kontekście zarówno tych bardziej rozwiniętych gospodarek i możliwego QE [quantitative easing, zwiększenie wielkości podaży pieniądza w obiegu – red.], jak i gospodarek gorszych, chociażby greckiej, która też może wywołać trochę zamieszania. Dalej przechodzimy do czynniki globalne, czyli Stanów Zjednoczonych i Chin, które zwalniają coraz bardziej.

W Grecji 25 stycznia odbędą się przyspieszone wybory parlamentarne, ogłoszone po tym, jak w grudniu parlament mimo trzech prób nie zdołał wybrać prezydenta. Z kolei w Chinach, choć trudno twierdzić, że kraj, którego PKB rośnie obecnie ok. 7 proc. rocznie, pogrąża się w kryzysie, tempo wzrostu jest znacznie słabsze niż rekordowe 14 proc. w 2007 roku. Dla Polski nie jest to najlepsza wiadomość i nie wynika tylko z tego, że i polska, i chińska gospodarka wciąż taktowanie są przez inwestorów na świecie jak jedna grupa rynków wschodzących, tzw. emerging markets.

Polska powinna już wchodzić w kategorię developed markets – zaznacza Piotr Sieradzan, podkreślając, że tak się jednak nie dzieje. Mimo że chińska gospodarka nie ma bezpośredniego przełożenia na gospodarkę polską, to biorąc pod uwagę fakt, że jest to również gospodarka wciąż zaliczana do emerging markets i że Chiny mają ogromny wpływ na to, co się dzieje globalnie, to jest to może nawet ważniejsze dla Polski niż jakieś pojedyncze czynniki lokalne.

Mimo zagrożeń perspektywy polskich spółek w tym roku są zupełnie niezłe. Szczególnie duże i silne powinny sobie świetnie radzić już w pierwszych miesiącach. 2015 rok na warszawskiej giełdzie zapowiada się więc wzrostowo.

– Impuls wzrostowy powinien przyjść jednak od dużych spółek – prognozuje prezes Everest TFI. – Dopiero później, po kilku miesiącach wzrostów na rynku, mniejsi inwestorzy mogą dołączyć. Jeśli chodzi o branże, no to na pewno musimy patrzeć na to, co się dzieje dookoła. Rosnący dolar, słabnące euro i słabnący przy tym złoty wskazują na spółki, które zajmują się eksportem na rynki, gdzie transakcje są rozliczane w dolarach.

Zaznacza jednak, że warto pamiętać o zagrożeniach międzynarodowych. Eksporterzy zorientowani na rynki wschodnie raczej nie będą się zaliczać do spółek o wybitnych wynikach. W innych branżach dobra koniunktura z 2014 roku powinna się utrzymywać i w 2015 roku.

– Pewnie branża finansowa nie będzie się zachowywała najgorzej, biorąc pod uwagę to, co się dzieje w polskiej gospodarce – uważa Piotr Sieradzan z Everest TFI. Aczkolwiek należy tu raczej podchodzić do tego wybiórczo, ponieważ to był sektor, który jakiś czas już nieźle sobie radził. Raczej byłbym jeszcze ostrożnie nastawiony do sektorów konsumpcyjnych, jednak pojedyncze firmy, w szczególności przemysłowe z sektora małych i średnich spółek, mogą okazać się ciekawe.

Osoby, które są gotowe na pewne ryzyko, powinny się przyjrzeć sektorowi nieruchomości, który, jak ocenia prezes Everest TFI, najgorsze wydaje się mieć już za sobą.

– Pytanie, czy odbicie pojawi się w najbliższym czasie, czy będziemy musieli na nie jeszcze poczekać. Kiedy spojrzymy na wyniki tych spółek, to wyraźnie zobaczymy pewne ożywienie, być może to samo pokażą wyceny.

W tym roku może potanieć gaz. Wolny rynek, import z Niemiec i łagodna zima korzystne dla odbiorców

CEO Magazyn Polska

Gaz na polskim rynku będzie w tym roku taniał. Analitycy oczekują spadków m.in. ze względu na łagodną zimę oraz rosnące możliwości importu gazu z Niemiec, gdzie do tej pory ceny były niższe niż w Polsce. Rynek zmienia się również pod wpływem postępującej liberalizacji i rosnącej płynności na Towarowej Giełdzie Energii.

Biorąc pod uwagę obecną sytuację na rynkach zagranicznych, czynniki makroekonomiczne, wysokie stany napełnienia magazynów oraz prognozy wyższych temperatur zimą, należy oczekiwać stabilnych cen na obecnym poziomie lub nawet trendu malejącego w I, II czy III kwartale – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Kasprzak, członek zarządu ds. operacyjnych Hermes Energy Group.

Kasprzak podkreśla, że na prognozowany spadek cen wpływa także wzrost możliwości importu gazu z Niemiec, dzięki rozbudowaniu fizycznego rewersu na Gazociągu Jamalskim. To powinno zwiększyć bezpieczeństwo dostaw gazu oraz doprowadzić do wyrównania cen gazu w Polsce i Niemczech.

Zachęta cenowa do importu gazu i wprowadzania go na TGE korzystnie wpływa na płynność obrotu na giełdzie.

Ta sytuacja ma teraz miejsce i będzie wpływać na krokowy wzrost płynności. Po drugie, poziom obliga giełdowego do realizacji przez PGNiG wzrasta, więc ta płynność będzie naturalnie wzrastać – podkreśla Kasprzak.

W tym roku już 55 proc. całego gazu sprzedawanego przez PGNiG musi być wprowadzone do obrotu na TGE. Jak podkreśla Kasprzak, obligo jest obecnie realizowane. Umożliwiło to wydzielenie z PGNiG spółki PGNiG Obrót Detaliczny, która na mocy sukcesji generalnej przejęła wszystkich odbiorców indywidualnych spółki, a sama kupuje gaz na TGE od spółki matki.

Obligo jest realizowane,a płynność na Towarowej Giełdzie Energii wzrosła kilkunastokrotnie. To bardzo pozytywny sygnał – ocenia Kasprzak.

Na rosnącym wolumenie gazu sprzedawanego na wolnym rynku skorzystają też klienci. Dzięki liberalizacji odbiorcy mogą zmieniać dostawcę gazu, choć, jak przypomina Kasprzak, do tej pory większość osób traktowała taką możliwość z dużą ostrożnością.

W 2014 roku mieliśmy do czynienia z umożliwieniem realnej zmiany sprzedawcy paliwa gazowego. Natomiast wielu odbiorców końcowych, zgodnie z naszymi doświadczeniami, odbierało ten rok jako rok testowy. W ich odczuciu ten rynek jest młody, nie rozumieją go, dlatego chcieliby zobaczyć, czy takie podmioty jak nasz czy inne będą w stanie dostarczać ten gaz i jaki wpływ będzie miał kryzys na Ukrainie – tłumaczy Kasprzak.

Dodaje, że już teraz można powiedzieć, że kryzys na Ukrainie i inne perturbacje nie wpłyną na bezpieczeństwo dostaw gazu w Polsce. Dlatego Kasprzak oczekuje, że w 2015 r. wzrośnie liczba odbiorców detalicznych decydujących się na zmianę dostawcy.

Coraz mniej młodych bez pracy. Firmy dostrzegają potrzebę walki o tych pracowników

CEO Magazyn Polska

Poprawia się sytuacja na rynku pracy dla osób młodych. Bezrobocie w tej grupie wciąż jest dwukrotnie wyższe niż w całym społeczeństwie, ale zmiany następują dynamicznie. Pracodawcy coraz aktywniej zabiegają o młodych pracowników i budują swój atrakcyjny wizerunek w tej grupie. Pomagają również rządowe programy wsparcia.

Młodym wciąż jest trudniej na rynku pracy. W tej chwili według Eurostatu bezrobocie wśród osób do 25. roku życia wynosi 23,2 proc. W porównaniu z poprzednim rokiem, kiedy to bezrobocie wynosiło 27,7 proc., widać poprawę – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Palikowski, prezes zarządu Polskiego Stowarzyszenia Zarządzania Kadrami.

Zgodnie z ostatnimi danymi Eurostatu za listopad 2014 r. bezrobocie spadło już poniżej średniej dla strefy euro (23,6 proc.) i tylko o 1,5 pkt proc. przekracza średnią dla całej Unii Europejskiej. Jest jednak nie tylko dwukrotnie wyższe w porównaniu z ogólnym poziomem bezrobocia, lecz także gorsze niż w niektórych krajach regionu. W Czechach tylko 15,6 proc. osób poniżej 25. roku życia pozostaje bez pracy, a na Węgrzech wskaźnik ten wynosi 19,8 proc. (w październiku). Średnią podnoszą m.in. Hiszpania i Grecja, gdzie bezrobocie młodych przekracza 50 proc., a także Chorwacja i Włochy, gdzie wynosi ponad 45 proc.

Palikowski podkreśla jednak, że te niekorzystne dane będą się poprawiać. Młodym będzie coraz łatwiej o pracę, bo przedsiębiorcy zaczynają aktywnie zabiegać o pracowników z tej grupy wiekowej.

Jest coraz więcej firm, które bardzo świadomie przeznaczają środki finansowe w postaci różnych inwestycji w employer branding, czyli budowanie swojego wizerunku w grupach docelowych: wśród uczniów szkół technicznych, zawodowych, studentów, absolwentów, a także profesjonalistów – tłumaczy prezes PSZK. ‒ Wizerunek dobrego pracodawcy jest w tej chwili coraz bardziej istotny choćby ze względów na demografię.

Palikowski zwraca uwagę na to, że powodem wyższego niż w całym społeczeństwie bezrobocia młodych jest przede wszystkim zły system kształcenia, który nie uwzględnia aspektu praktycznego oraz współpracy z przedsiębiorcami. Choć w prawie są już mechanizmy, które mogą poprawić tę sytuację, Palikowski ocenia, że środowiska nauki i biznesu nie rozumieją wzajemnie swoich potrzeb.

Według niego wina za tę sytuację spada w równym stopniu na obydwie strony, a także na młodych pracowników, którzy sami nie zawsze rozumieją swoją sytuację na rynku pracy. Palikowski podkreśla, że PSZK aktywnie promuje dobre postawy wśród pracodawców. W ramach takich działań wypracowano Polskie Ramy Jakości Staży i Praktyk. Obecnie trwa budowa platformy ułatwiającej rozmowy i współpracę stron na rynku pracy.

Ciekawa jest także inicjatywa resortu skarbu, który ogłosił konkurs dla utalentowanych młodych ludzi, chcących odbyć staż w spółkach skarbu państwa. Są takie inicjatywy, wiem, że różne resorty pracują nad wspólnymi działaniami w zakresie szkolnictwa zawodowego, więc jest dużo przykładów pozytywnych myślenia o szkolnictwie zawodowym i w ogóle o zarządzaniu kapitałem ludzkim w skali makro – podkreśla Palikowski.

Nie brakuje również ciekawych inicjatyw na szczeblach samorządowych i w poszczególnych firm. PSZK zamierza w tym roku wspierać i nagłaśniać najciekawsze pomysły, dzięki którym ma się poprawić współpraca przedsiębiorców z sektorem edukacyjnym oraz z samymi młodymi pracownikami.

Palikowski zwraca jednak uwagę na to, że już teraz najlepsi młodzi pracownicy nie mają problemu ze znalezieniem pracy. Ważne jest przede wszystkim to, by wiedzieli, co chcą robić, i konsekwentnie zmierzali w tym kierunku.

Osoby, które świadomie planują swoją karierę, i to już od wczesnych lat szkolnych, i które myślą o swoim funkcjonowaniu na rynku pracy, zawsze są w takiej pozycji, która pozwala im wybierać. Wojna o talenty trwa od zawsze. Myślę, że z przyczyn demograficznych ta walka o młodych, zdolnych ludzi będzie coraz bardziej zacięta – prognozuje Palikowski.

Eksport z Polski rośnie pomimo embarga i sytuacji na Ukrainie. Skutki odczuła co piąta firma

CEO Magazyn Polska

Choć rosyjskie embargo i problemy odbiorców polskich produktów odbiły się na działalności co piątego eksportera, to sama wartość eksportu po trzech kwartałach 2014 roku wzrosła o ponad 4 proc. Zmieniły się jednak rynki. Firmy w Polsce aktywnie poszukują nowych odbiorców w innych krajach.

Sytuacja eksporterów po pół roku od wprowadzenia embarga jest relatywnie dobra. Faktem jest, że zmieniły się kierunki. W dalszym ciągu dominującymi rynkami są niemiecki i francuski. Natomiast niebagatelną wartość miał rynek rosyjski, który odpowiadał za aż 20 proc. polskiego eksportu – mówi agencji Newseria Krzysztof Kuniewicz, dyrektor generalny Bibby Financial Services.

Według danych GUS w okresie styczeń-listopad 2014 r. eksport towarów z Polski wyniósł prawie 150,5 mld euro. W porównaniu z pierwszymi jedenastoma miesiącami 2013 r. był większy o 4,8 proc. Import rósł nieznacznie szybciej (5 proc.), a deficyt obrotów w handlu zagranicznym wyniósł 1,7 mld euro.

Z badania przeprowadzonego wśród firm przez Bibby Financial Services wynika, że w III kwartale prawie 20 proc. przedsiębiorstw odczuło negatywne skutki sytuacji na Wschodzie. Embargo rosyjskie i ograniczona konsumpcja na Ukrainie negatywnie wpłynęły na rozwój ich biznesu.

Dane GUS pokazują, że eksport na rynki rozwinięte wzrósł do listopada włącznie o 7,2 proc, za to do krajów Europy Środkowo-Wschodniej spadł niemal o 17 proc. Eksport do Rosji zmalał w tym czasie o 13,5 proc., a na Ukrainę – o 27,3 proc.

Według Kuniewicza na rynku miały miejsce kompensujące się zmiany, które były efektem działań samych przedsiębiorstw aktywnie zabiegających i poszukujących alternatywnych form i kierunków sprzedaży.

 Prawie 40 proc. firm aktywnie poszukuje nowych kontrahentów. 8 proc. stwierdziło, że zagraniczni kontrahenci pojawili się u nich sami. To jest dobra wiadomość – mówi dyrektor.

Dodaje jednocześnie, że coraz więcej przedsiębiorstw nie czeka już na to, aż coś się zmieni, tylko szuka nowych rynków. Znacząco rośnie wymiana handlowa z państwami UE oraz takimi krajami, jak Zjednoczone Emiraty Arabskie, Arabia Saudyjska, Singapur, Chiny, Kanada czy RPA.

Ekspert podkreśla jednak, że tylko ponad 6 proc. przedsiębiorców korzysta z instytucjonalnych form wsparcia eksportu. Instytucje wymieniane najczęściej jako pomocne to: PARP, Ministerstwo Gospodarki, EEN (Enterprises Europe Network) i Agencja Rynku Rolnego.

Ze względu na duże ryzyko przedsiębiorstwa coraz częściej przy poszukiwaniu potencjalnego odbiorcy swoich produktów zasięgają informacji o kontrahentach w wywiadowniach gospodarczych.

Rośnie popularność ubezpieczenia kredytu kupieckiego, obserwujemy także wzrost zainteresowania faktoringiem eksportowym, który łączy funkcje finansowania i po części także przejęcia ryzyka niewypłacalności kontrahentów – wylicza Kuniewicz.

Jego zdaniem eksporterzy – mimo niezłych wyników w ubiegłym roku – biorą pod uwagę również negatywne scenariusze rozwoju sytuacji w tym roku.

Świadczy o tym choćby spadek wartości Indeksu Optymizmu Przedsiębiorców, który z dość wysokiej wartości notowanej wiosną na poziomie 59 proc. spadł do poziomu 53 proc., czyli do poziomu niższego niż jeszcze rok temu – podsumowuje dyrektor generalny.

Praca staje się bardziej mobilna. Muszą się do tego dostosować producenci urządzeń biurowych

CEO Magazyn Polska

W tym roku 37 proc. pracowników zdecyduje się na model pracy zdalnej – wynika z analiz IDC. W wielu firmach trudno sobie wyobrazić pracę bez urządzeń mobilnych. Producenci sprzętu biurowego muszą za tymi tendencjami podążać. Inteligentne rozwiązania z zakresu zarządzania dokumentacją czy wydrukiem mogą pozwolić na znaczne oszczędności w firmie.

Szacuje się, że środowisko wydruku to koszt od 1 do 3 proc. przychodów całego przedsiębiorstwa, a zdarzają się nawet przypadki, gdzie koszty z tym związane dochodzą nawet do 12 proc. – mówi agencji Newseria Biznes Maciej Nuckowski, dyrektor działu usług w Xerox Polska. – Jeżeli spojrzymy natomiast na całość zarządzania dokumentami i informacją, to może to być nawet kilkadziesiąt procent dochodów. 

Z danych KPMG wynika, że w Polsce mniej więcej połowa firm monitoruje koszty wydruku. W przypadku dużych firm odsetek ten jest jeszcze wyższy (61 proc.).

Firmy wdrażają nowoczesne rozwiązania biurowe nie tylko ze względu na oszczędności. Zmienia się model pracy – coraz więcej osób pracuje na urządzeniach mobilnych lub zdalnie i często muszą mieć dostęp do mobilnego wydruku. Poza tym coraz więcej firm decyduje się na outsourcing środowiska wydruku, czyli zlecenie go zewnętrznym firmom.

Zapotrzebowanie firm na tego typu usługi jest coraz większe. Polska, podobnie jak w innych dziedzinach, przeskoczyła okres powolnego rozwoju i sięga od razu po najnowsze trendy światowe, czyli wydruk mobilny, politykę bezpieczeństwa i pełny outsourcing środowiska wydruku. Nasz rynek jest pod tym względem wyjątkowo nowoczesny. Szacuje się, że jego wielkość będzie już niedługo większa niż we Włoszech czy Hiszpanii – mówi Nuckowski.

Jak podkreśla, po nowoczesne rozwiązania sięgają już nie tylko duże korporacje, lecz także mniejsze i średnie firmy.

Według KPMG najczęstszym źródłem informacji na temat kosztów wydruku jest audyt realizowany własnymi zasobami firmy – w ten sposób postępuje ponad połowa przedsiębiorstw monitorujących koszty wydruku.

Najpierw przyglądamy się infrastrukturze wydrukowej, optymalizujemy ją oraz poszczególne urządzenia. W drugim etapie przyglądamy się integracji ze środowiskiem wydruku pod kątem mobilności i wewnętrznej polityki bezpieczeństwa przedsiębiorstwa – precyzuje szef działu usług firmy Xerox. – W trzeciej fazie przyglądamy się samemu procesowi produkcji informacji na dokumencie i w miarę możliwości, przy użyciu narzędzi informatycznych, automatyzujmy proces.

Kwestie bezpieczeństwa mają w tym względzie dla firm duże znaczenie. Powoli przekonują się one, że zlecenie usług na zewnątrz czy technologia chmury może być równie bezpieczna lub nawet bezpieczniejsza niż rozwiązania stosowane do tej pory.

Wciąż jednak panuje dosyć konserwatywne przekonanie, że wszystko powinno być zamknięte, zaszyfrowane i najlepiej znajdować się w siedzibie przedsiębiorstwa – tłumaczy Nuckowski. – Rozwiązania chmurowe czy outsourcingowe mają więc mały problem z przebiciem się do osób zarządzających takimi obszarami. Myślę jednak, że to tylko kwestia czasu, roku, dwóch, trzech lat, i te rozwiązania trafią do powszechnego użytku.

Nowe centra handlowe będą mniejsze i będą powstawać głównie w mniejszych miastach

0

W Polsce działa obecnie ok. 440 galerii handlowych. Mimo że duże miasta i aglomeracje są już nasycone takimi obiektami, to możemy się tam spodziewać kolejnych otwarć. W najbliższych latach przewidywany jest także boom inwestycyjny w mniejszych miastach oraz rozwój centrów osiedlowych. Jest też szansa na to, że w Polsce – wzorem Paryża czy Londynu – będą rozwijać się ulice handlowe. 

Według danych, które zbiera Polska Rada Centrów Handlowych (PRCH), w kraju funkcjonuje ponad 440 centrów handlowych. Prawie 60 proc. tych obiektów zlokalizowanych jest w dużych aglomeracjach, takich jak Warszawa, Wrocław, Kraków, Poznań czy Trójmiasto – mówi agencji Newseria Biznes Anna Szmeja-Kroplewska, dyrektor generalna Polskiej Rady Centrów Handlowych.

Według PRCH prawie 90 proc. to tradycyjne centra handlowe, czyli takie, w których dominuje jedna z dużych sieci spożywczych, wokół której jest galeria kilkudziesięciu punktów handlowo-usługowych. Pozostałe obiekty to przede wszystkim centra wyprzedażowe i parki handlowe, których w Polsce nadal jest stosunkowo niewiele w porównaniu z innymi krajami europejskimi. Zazwyczaj w centrum handlowym w Polsce jest ok. 50-60 punktów handlowo-usługowych, choć te duże i bardzo duże galerie skupiają ich ponad 100.

Według raportu Retail Research Forum, przygotowywanego pod egidą Polskiej Rady Centrów Handlowych, największe nasycenie powierzchnią handlową jest przede wszystkim w ośmiu największych miastach w Polsce, gdzie na koniec 2014 roku wynosiło około 600 mkw. na 1000 mieszkańców

W Polsce handel to głównie centra i nowoczesne obiekty handlowe. Z kolei w miastach takich jak Paryż, Berlin czy Londyn mamy również ulice handlowe, gdzie skupia się spora część biznesu. Porównując zatem nasycenie nowoczesną powierzchnią handlową, warto spojrzeć na handel w szerszym kontekście, nie zawężając go wyłącznie do galerii – mówi dyrektor generalna PRCH. – Opracowaliśmy raport, w którym dokonaliśmy analizy potencjału i możliwych kierunków rozwoju ulic handlowych w ośmiu największych miastach w kraju. To ważne, aby władze miast dostrzegły miastotwórcze znaczenie handlu i jego ożywczy charakter. Firmy zrzeszone w PRCH mają wiedzę, kompetencje i umiejętności nabyte podczas tworzenia centrów handlowych, które wzorem innych europejskich miast można z powodzeniem przekładać na handel miejski.

Jak podkreśla, Rada rozpoczęła w ubiegłym roku współpracę z ośmioma największymi miastami właśnie po to, aby handel i usługi wróciły na ulice centrów miast. Zainteresowanie PRCH ulicami handlowymi i wysokie nasycenie powierzchnią handlową w największych aglomeracjach nie oznaczają, że w Polsce nie będą powstawać kolejne galerie.

Kraków, Wrocław i Warszawa to przykład miast, w których powstaną w ciągu najbliższych lat nowe centra – informuje Anna Szmeja-Kroplewska. – Inwestorzy obiektów wchodzących na bardzo nasycone i konkurencyjne rynki bardzo szczegółowo analizują dziś konkurencję, potencjał, siłę nabywczą oraz aspiracje potencjalnych klientów. Te projekty powstają dużo wolniej, a o ich sukcesie będzie decydować nie tylko oferta handlowa, lecz przede wszystkim jakości usług, rodzaj oferty rozrywkowo-restauracyjnej oraz umiejętność wykorzystania nowoczesnych technologii i narzędzi komunikacji.

Coraz częściej deweloperzy stawiają także na mniejsze miasta, takie od 100 do 200 tys. mieszkańców.

Od co najmniej 5 lat najwięcej centrów handlowych powstaje w mniejszych miejscowościach i to bezdyskusyjnie będzie dominujący trend w najbliższym czasie – dodaje Anna Szmeja-Kroplewska. – Powstaną także małe, osiedlowe centra handlowe, czyli centra convenience, gdzie przy stosunkowo niewielkim operatorze spożywczym mamy mniej więcej 10 punktów handlowo-usługowych, takich jak pralnia, szewc, dobra piekarnia oraz punkty oferujące produkty pierwszej potrzeby – mówi dyrektor generalna PRCH.

Kolejnym obserwowanym trendem będzie modernizacja już istniejących obiektów, ponieważ wiele spośród 440 galerii wymaga przebudowy lub rozbudowy. Podobnie jak w przypadku nowych obiektów, istniejące już centra, aby utrzymać swoją pozycję rynkową, muszą się zmieniać i podążać w kierunku wyznaczanym przez zwyczaje zakupowe klientów, stawiając na rozbudowę stref gastronomicznych i rozrywkowych, które cieszą się stale rosnącą popularnością wśród odwiedzających.

Według raportu firmy Cushman & Wakefield w Europie łączna powierzchnia handlowa to ponad 161 mln mkw. (4,5 proc. wzrostu względem 2013 roku). Największym rynkiem pozostaje Francja (ok. 17,6 mln mkw.) Na kolejnych miejscach znalazły się Rosja (17,5 mln mkw.) i Wielka Brytania (16,98 mln mkw.). W Polsce łączna powierzchnia w obiektach handlowych to ponad 10 mln mkw.

Polska została sklasyfikowana na trzecim miejscu w Europie Środkowo-Wschodniej oraz piątym w Europie pod względem planowanej powierzchni handlowej do końca 2015 r.

Ruch w biurach podróży z powodu ferii rośnie. Najpopularniejsze narty w Alpach i wypoczynek na Kanarach

W poniedziałek uczniowie z czterech województw rozpoczną ferie. Ruch w biurach podróży jest większy niż przed rokiem. Ciepła zima w kraju skłania miłośników nart do wyjazdu do Austrii czy Włoch. Nie brakuje jednak turystów, którzy w środku zimy wybierają wypoczynek na ciepłych plażach Wysp Kanaryjskich, Maroka czy Egiptu.

Ferie to najpopularniejszy czas zimowego wypoczynku. W tym roku wiele rodzin spędzi je za granicą. Notujemy 18-proc. wzrost liczby klientów, którzy wyjadą w tym czasie, porównując do analogicznego okresu poprzedniego roku. Królują narty, aczkolwiek nie brakuje również zwolenników ciepłych temperatur i rodzinnego wypoczynku w słońcu – mówi agencji Newseria Biznes Magda Plutecka-Dydoń, rzecznik prasowy biura podróży Neckermann Polska.

W ubiegłym sezonie zimowym ponad 70 proc. wszystkich korzystających z usług biur podróży wybrało plażowanie – wynika z badania Travelplanet i Expander Advisors dotyczącego sezonu zimowego 2013/2014 (od 10 grudnia do końca marca). Plutecka-Dydoń podkreśla, że początek roku to dobry okres dla poszukujących okazji, można wówczas znaleźć atrakcyjne cenowo wyjazdy. Największą popularnością cieszą się Wyspy Kanaryjskie, Maroko i Egipt, ale rośnie także liczba osób wybierających egzotykę.

W tym roku możemy mówić o wzroście zainteresowania dalekimi kierunkami, również ze względu na wiele możliwości wylotu i atrakcyjne ceny. Bezpośrednie loty na Kubę czy do Meksyku powodują, że te kierunki są coraz chętniej wybierane przez rodziny na ferie – mówi Plutecka-Dydoń.

Największym zainteresowaniem cieszą się komfortowe hotele położone przy plaży z bogatą infrastrukturą zarówno dla dzieci, jak i dorosłych. Za tygodniowe wakacje w Egipcie w hotelu z opcją all inclusive trzyosobowa rodzina zapłaci od 5,4 tys. zł. Niewiele więcej za pobyt na Wyspach Kanaryjskich. Egzotyka to propozycja dla bardziej zamożnych, jedna osoba musi liczyć się z kosztami ok. 5-6 tys. zł.

W ubiegłym roku na narty zdecydowało się 28 proc. wszystkich wyjeżdżających na urlop w sezonie zimowym (badania Travelplanet i Expander Advisors). Zdecydowana większość miłośników białego szaleństwa, bo blisko 80 proc., wybrała stoki w Austrii i we Włoszech. W tym roku liczba ta może być jeszcze większa. Turystów skłania do tego ciepła zima w kraju, bo w Alpach, w przeciwieństwie do polskich gór, śniegu jest pod dostatkiem. Rodziny doceniają też dobrą infrastrukturę i atrakcje dla najmłodszych.

W większości kurortów bez kłopotów znajdziemy szkółkę narciarską, gdzie będziemy mogli zostawić dziecko pod okiem profesjonalistów. Wiele ośrodków we Włoszech, w Austrii, a także Czechach czy na Słowacji oferuje dodatkowe atrakcje, takie jak tory saneczkowe, lodowiska czy zabawę w snowparkach – wymienia Plutecka-Dydoń.

Podkreśla, że ceny imprez narciarskich za granicą są porównywalne do tych w ubiegłym roku. Tańsza jest benzyna, co cieszy turystów, którzy zdecydowali się na opcję z dojazdem własnym. Wzrosła za to średnia cena przeznaczana przez klientów Neckermanna na rodzinny wypoczynek na nartach. Powodem jest to, że wybierają oni coraz wyższy standard hoteli.

Tygodniowy wypoczynek w Austrii, w rejonie Kaprun, w hotelu 3-gwiazdkowym z dwoma posiłkami będzie kosztował rodzinę – dwie osoby dorosłe i dziecko – już od 2,4 tys. zł, w Czechach, w Harrachovie, od 1,6 tys. zł – ocenia rzeczniczka Neckermann Polska.

PSB: W tym roku ceny materiałów budowlanych nie będą rosły. Może się zwiększyć za to ich sprzedaż

CEO Magazyn Polska

Ceny materiałów budowlanych w ubiegłym roku utrzymywały się na stałym poziomie. Sprzedawcy spodziewają się, że w tym będzie podobnie. Duże nadzieje na wyższe obroty wiążą z rosnąca liczbą pozwoleń na budowę. Marże jednak pozostaną prawdopodobnie na podobnym poziomie jak w 2014 roku.

– Ubiegły rok upłynął pod znakiem wyjątkowej stabilizacji cen materiałów budowlanych – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Szymon Kwapisz, zastępca dyrektora ds. handlowych w warszawskiej filii spółki Polskie Składy Budowlane, jednej z największych sieci handlujących tym asortymentem. – Przez cały rok obserwowaliśmy te same ceny, co było wyjątkowe dla naszej branży. Przykładem mogą być izolacje termiczne. Wcześniej w zasadzie co miesiąc mieliśmy aktualizację cenników, jednak od lipca do listopada ubiegłego roku obowiązywał ten sam cennik i to u wszystkich producentów. Takiej stabilizacji rynek dawno nie widział.

Według Grupy PSB w grudniu w porównaniu z poprzednim miesiącem wzrosły jedynie ceny suchej zabudowy (o 1,5 proc.), pokryć folii dachowych i rynien (o 0,3 proc.). Spadły natomiast w siedmiu grupach wyrobów: najbardziej silikatów (o 4 proc. ) i ceramicznych materiałów ściennych (o 2,2 proc.). Minimalnie była też niższe ceny gazobetonów, drewna oraz produktów drewnopochodnych, chemii budowlanej, izolacji wodochronnych i termicznych. W pozostałych grupach produktów ceny nie uległy zmianie.

W przypadku naszej branży wszyscy  hurtownicy, dystrybutorzy, generalni wykonawcy i podwykonawcy, mało zarabiają – informuje Szymon Kwapisz. – Obecnie marże są już na bardzo niskim poziomie, co dotyczy także producentów materiałów budowlanych. Nie ma więc z czego obniżać cen.

Pewne nadzieje branża wiąże ze wzrostem liczby pozwoleń na budowę, które w najbliższych miesiącach powinny zaowocować rozpoczęciem nowych inwestycji. Według ostatnich danych Głównego Urzędu Statystycznego w listopadzie ubiegłego roku wydano pozwolenia na budowę 10 782 mieszkań – o 15,7 proc. więcej niż rok wcześniej. 11 miesięcy 2014 roku zamknęło się wydaniem pozwoleń na budowę ponad 144 404 mieszkań (o 14,3 proc. więcej niż w tym okresie 2013 roku, kiedy odnotowano spadek o blisko 18 proc.). W tym czasie o 15,3 proc. wzrosła też liczba mieszkań, których budowę rozpoczęto (do 139 547).

Czekamy na lepsze czasy na rynku – twierdzi Szymon Kwapisz. –  Liczymy na to, że będzie jeszcze więcej pozwoleń na budowę, ale to liczba rozpoczętych budów pokaże, czy będziemy mogli więcej sprzedawać.

Przychody PSB SA (centrali) ze sprzedaży materiałów budowlanych (do sieci Grupy PSB)  w grudniu 2014 r. były o prawie 4 proc. niższe niż przed rokiem oraz o 24 proc. mniejsze niż w listopadzie ubiegłego roku. Sprzedaż po dwunastu miesiącach natomiast ukształtowała się na poziomie o 11 proc. wyższym niż w analogicznym okresie roku poprzedniego.

Polski rynek monitoringu samochodów ma duży potencjał. Będzie rósł wraz ze zwiększającymi się flotami aut służbowych

Na krajowych drogach przybywa służbowych samochodów, a z systemów śledzenia motoryzacyjnych flot korzysta nie więcej niż 40 proc. polskich przedsiębiorców. Dlatego firmy działające w tym segmencie oceniają ten rynek jako perspektywiczny. Przekonują, że systemy monitoringu pozwalają poprawić procesy logistyczne w firmie, a w konsekwencji prowadzą do oszczędności.

Z raportu firmy GE Capital opublikowanego pod koniec 2013 roku wynika, że globalnie ponad 80 proc. osób zarządzających flotami twierdzi, iż w kolejnych 24 miesiącach wzrośnie liczba aut w ich flotach lub przynajmniej utrzyma się na dotychczasowym poziomie. Choć w Polsce floty cały czas się powiększają, to większość, bo ok. 60 proc. przedsiębiorców, nadal nie korzysta z nowoczesnych form zarządzania nimi. Dlatego Cartrack próbuje ich przekonać do tego, że warto skorzystać z takich typu usług.

Oszczędności się pojawiają, jeśli firma, która kupi system monitoringu, będzie z niego korzystać. Dużo pracujemy z klientami już po zakupie, niejako zmuszając ich, żeby używali naszego systemu – mówi agencji informacyjnej Newseria Bartłomiej Dębski, prezes zarządu Cartrack Polska, firmy oferującej systemy monitoringu GPS.

Takie systemy nie tylko daje możliwość odnalezienia skradzionego samochodu, lecz także pozwala na bieżąco obserwować należące do firmy auta, co daje szansę na zwiększenie efektywności ich wykorzystania, usprawnienie procesów logistycznych, ograniczenie zbędnych przebiegów i kontrolę zużycia paliwa. Pomaga to też generować oszczędności na bazie dziennej (do 40 proc.).

Cartrack działa w wielu krajach Europy, Azji oraz Afryki. Siedziba główna spółki znajduje się w RPA i to właśnie na giełdzie w Johannesburgu spółka zadebiutowała pod koniec ubiegłego roku. Firma liczy na to, że pozwoli jej to umocnić obecność na rynkach, na których już funkcjonuje oraz zdobyć nowe.

Pierwszym zadaniem jest zwiększanie świadomości marki na rynkach lokalnych – mówi Dębski. – To są rynki, na których już Cartrack istnieje, a jesteśmy obecni w tym momencie w 18 krajach, gdzie monitorujemy ponad 400 tys. pojazdów. Drugi  ekspansja na kolejne rynki. Myślimy przede wszystkim o rynkach azjatyckich, europejskich oraz kolejnych rynkach afrykańskich, na których jeszcze nas nie ma.

W Afryce Cartrack obecny jest poza RPA w Angoli, Botswanie, Kenii, Malawi, Mozambiku, Namibii, Nigerii, Rwandzie, Suazi, Tanzanii i Zimbabwe. W Azji – na Filipinach, w Malezji i Singapurze, natomiast w Europie firma działa już w Hiszpanii, Portugalii oraz Polsce. Jak podkreśla prezes polskiej spółki, firma osiągnęła tu spory sukces dzięki swemu niskokosztowemu modelowi działalności.

Sprzedajemy ponad 15 tys. usług do samochodów w skali miesiąca. To znaczy, że instalujemy nasze systemy w 500 samochodach dziennie – mówi Dębski.

Rośnie świadomość polskich konsumentów. Są gotowi płacić drożej za ekologiczną, certyfikowaną żywność

CEO Magazyn Polska

Połowa konsumentów w Polsce ufa markom z rynkowym certyfikatem bardziej niż tym bez oznaczenia – wynika z badania organizacji Marine Stewardship Council. Dotyczy to również produktów rybnych. Choć wprawdzie cena jest wciąż najważniejszym kryterium przy ich wyborze, to coraz więcej konsumentów przyznaje, że są gotowi zapłacić więcej za ryby oznaczone certyfikatem.

W naszych badaniach ponad 60 proc. Niemców zadeklarowało, że rozpoznaje nasze logo, a większość sieci sprzedażowych podkreśla, że ma 100 proc. produktów certyfikowanych. Również polscy konsumenci zadeklarowali, że są gotowi zapłacić więcej za logo, które daje im gwarancję, że ten produkt pochodzi ze zrównoważonych połowów [39 proc. badanych – red.] – mówi agencji informacyjnej Newseria Anna Dębicka, project manager Poland z Marine Stewardship Council, organizacji opracowującej standardy w zakresie zrównoważonego rybołówstwa.

Jak przyznaje, produkty oznaczone certyfikatem rzeczywiście mogą, ale nie muszą być droższe.

Nie ma to bezpośredniego przełożenia – zaznacza Dębicka. – Nasze badania jednak pokazują, że np. na rynku angielskim biała ryba jest sprzedawana średnio 10-14 proc. drożej. Bardzo często marki luksusowe, które są z reguły droższe, prędzej sięgają po certyfikaty, więc jest to nieznaczna różnica cenowa, która jednak nie jest aż tak duża jak przy innych, ekologicznych produktach.

Blisko 90 proc. konsumentów kieruje się przy wyborze ceną, jednak coraz ważniejsze są rozpoznawalność marki (75 proc. wskazań) i pochodzenie produktów ze zrównoważonych źródeł (58 proc.).

Globalne badanie wykazało, że blisko połowa respondentów ufa markom z certyfikatem bardziej niż tym nieoznakowanym. W Polsce wskaźnik ten wynosi 51 proc. Niezależne certyfikaty i ekoznaki konsumenci wskazują jako najbardziej wiarygodne zaraz po rekomendacjach rodziny i przyjaciół.

Jak podkreśla Dębicka, zmieniające się wybory konsumenckie są o tyle ważne, że 90 proc. stad ryb na świecie jest zagrożonych przełowieniem, czyli nadmierną eksploatacją łowisk.

Żywe zasoby mórz i owoce morza stanowią podstawowe źródło białka dla blisko połowy ludności na świecie. Jest to drugi największy problem po zmianach klimatu, którym w tej chwili żyje świat i z którym musimy sobie poradzić – mówi ekspertka MSC.

Dlatego MSC chce namawiać Polaków do kupowania ryb (z mórz, oceanów i śródlądowych) i owoców morza ze zrównoważonych łowisk. Rolą organizacji jest też zapewnienie jak największej liczby tego typu produktów na rynku. W tym celu edukuje przedsiębiorstwa rybackie i przetwórców oraz wydaje im certyfikaty, które potwierdzają, że oferowane przez nich ryby były łowione w sposób niezagrażający środowisku.

MSC stworzyło standardy, które pozwalają certyfikować łowiska, żeby przedsiębiorstwa łowiły w sposób zrównoważony, czyli nie łowiły więcej, niż muszą, i żeby dany gatunek ryb mógł się rozradzać, by być dla nas i przyszłych pokoleń – mówi Dębicka. – Mamy przetwórców, cały łańcuch dostaw, przez które ryba przechodzi, zanim trafia na talerze. Każdy z tych przetwórców musi zapewnić pełną identyfikowalność, że ten surowiec, który został połowiony w sposób zrównoważony, dotarł do niego jako zrównoważony produkt. I na samym końcu są sieci handlowe i konsument.

Certyfikat i logo MSC cieszą się dużą rozpoznawalnością np. na rynku niemieckim. W pierwszej kolejności certyfikaty mają być przyznawane w rybołówstwie dorszowym, śledzi i szprotów.

Planujesz podbój chińskiego rynku?

Szanghaj (Shanghai, chiń.: 上海; pinyin: Shànghǎi) – największe miasto w Chinach, położone w delcie rzeki Jangcy
Szanghaj (Shanghai, chiń.: 上海; pinyin: Shànghǎi) – największe miasto w Chinach, położone w delcie rzeki Jangcy

Jeśli chodzi o biznes – Chiny potrafią być jak obosieczny miecz. Ostatnio osiągnęły status największej gospodarki na świecie, ale w takich aspektach jak wpływ kulturowy, czy udział w kształtowaniu świata nadal zostają daleko w tyle za Zachodem. To dlatego, że ekonomiczną potęgę Chiny zawdzięczają nie efektywnemu zarządzaniu gospodarką i rządem, a po prostu swojemu rozmiarowi. Chiński rząd jest karkołomnym połączeniem staromodnego komunizmu i nowoczesnej praktyczności. Według niektórych, taki stan rzeczy nie wytrwa długo. Łamane są prawa człowieka w kwestiach niezależności i wolności słowa (jak pokazuje choćby ostatnie potraktowanie protestantów w Hong Kongu).

tłumaczenia chiński

Nie ma to jednak znaczenia czy pracujesz w jakiej branży pracujesz – chińskiemu rynkowi trudno się oprzeć. Sam jego rozmiar świadczy o oceanie okazji, nowoczesna infrastruktura (gdzieniegdzie) ułatwia robienie interesów, a brak prawnych regulacji w niektórych obszarach inwestycji stwarza dużo mniejsze zagrożenie, niż np. w Rosji. Są jednak rzeczy, o których warto pamiętać, robiąc interesy w Chinach.

Cenzura

Obieg informacji w Chinach jest w dużym stopniu kontrolowany przez władzę. Obywatele mają tam zgoła inny dostęp do internetu, czy innych źródeł informacji i środków komunikacji niż my.  Chiński rząd nie kryje się z podglądaniem obywateli i zakazuje pewnych technologii, np. Google, oraz zastępuje je swoimi, kontrolowanymi przez rząd.

Oczywiście żadne z tych ograniczeń nie zabrania Ci robienia uczciwych interesów, jednak nie oznacza to, że będziesz mógł to robić w taki sam sposób, jak gdziekolwiek indziej. Bądź rozważny kiedy rozmawiasz ze swoimi kontaktami i nie poruszaj tematów, które mogą być niebezpieczne, nawet w luźnych rozmowach.

Zwyczaje

Kiedy uzgadniasz coś z Chińczykiem, staraj się jasno omówić każdy detal. W języku chińskim czas przyszły nie istnieje, dlatego mówienie, że zajmiesz się czymś w przyszłości nie ma sensu. Nawet, jeśli podasz konkretną datę i czas możesz spowodować chaos, bo Twój rozmówca nie będzie wiedział, czy mówisz o przeszłości czy przyszłości.

Chińczycy uwielbiają negocjować, a poza tym panuje wśród nich przekonanie, że pochopna decyzja to błąd, dlatego pamiętaj o cierpliwości. Jeśli przyzwyczaiłeś się do błyskawicznych decyzji zachodnich firm – zapomnij o tym, bądź pozytywny i pozwól by to Twoi rozmówcy nadawali tempo.

I najważniejsze, pamiętaj, że nie możesz po prostu tanecznym krokiem wejść do Chin i od razu robić interesy. Z powodów prawnych, ale i społecznych najpierw musisz stworzyć sieć kontaktów. Wykorzystaj kontakty, które masz, by przedstawiły Cię, nawet przez internet, kolejnym osobom. Dopiero, kiedy masz jakieś znajomości na miejscu wyrusz tam w biznesową podróż w poszukiwaniu partnerów, klientów lub czegokolwiek innego. W Chinach, im więcej ludzi znasz, tym łatwiej Ci pójdzie.

Prognozy rynku kapitałowego na 2015 | Investors.pl

Investors.pl: Komentarz video Dyrektora Departamentu Inwestycji Investors TFI — opinie i prognozy rynkowe, listopad 2014. Zapraszamy do obejrzenia!

Polska może połączyć usługami telekomunikacyjnymi Wschód z Zachodem Europy. ATM SA chce stworzyć kolokacyjny hub.

W Polsce może powstać kolokacyjny hub świadczący usługi dla klientów ze Wschodu i z Zachodu. Atrakcyjne położenie naszego kraju zamierza wykorzystać spółka ATM SA, operator sieci ATMAN i dostawca usług w centrach danych.

W ciągu ostatnich dwóch lat sprzedana przez ATM SA powierzchnia kolokacyjna zwiększyła się o 24 proc. Z serwerowni spółki korzystają firmy o różnej wielkości i z różnych branż, w tym największe instytucje finansowe i operatorzy telekomunikacyjni działający w Polsce, media tradycyjne i internetowe, ale także instytucje publiczne.

 — Usługi w centrach danych są i pozostaną zasadniczą działalnością spółki, natomiast usługi transmisyjne, choć są ważną częścią biznesu, będą raczej wspomagać sprzedaż kolokacji — mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Tadeusz Czichon, prezes zarządu ATM SA. — Z ofertą tzw. dużej kolokacji planujemy dotrzeć do jeszcze większej liczby firm i organizacji posiadających rozbudowane zasoby IT, obsługiwane na razie w oparciu o własne serwerownie. Przedstawiając zalety outsourcingu, chcemy zachęcić te przedsiębiorstwa do skorzystania z oferty ATM SA — profesjonalnego dostawcy kolokacji, co przełoży się na pozytywny efekt ekonomiczny dla tych firm.

Spółka przekonuje, że korzystanie z zewnętrznych serwerowni jest tańsze, bezpieczniejsze i efektywne ekonomicznie. Klienci otrzymują najwyższej jakości usługi bez konieczności utrzymywania kadry specjalistów i rozbudowanej infrastruktury teleinformatycznej.

W najbliższym czasie z pewnością będziemy kłaść nacisk na sprzedaż automatyczną czy quasi-automatyczną — zaznacza Tadeusz Czichon. — Mowa o zdalnej sprzedaży prostych usług z pomocą narzędzi internetowych. Chodzi tu m.in. o dzierżawę serwerów dedykowanych, oferowanych pod marką EcoSerwer, czy usługi Private Cloud. Te rozwiązania, dzięki przyjaznym użytkownikowi narzędziom internetowym mogą być oferowane niezależnie od lokalizacji klienta. Sprzedaż automatyczna stanowi obecnie 10 proc. całkowitej sprzedaży usług kolokacyjnych w centrach danych ATM SA.

Spółka zamierza w większym stopniu oferować swoje usługi klientom z zagranicy, którzy nie prowadzą działalności w Polsce. Dziś udział sprzedaży zagranicznej w przychodach spółki nie jest jeszcze znaczący. Zdaniem prezesa ATM SA w najbliższym czasie ten udział będzie rósł. Wynika to raczej z obserwacji trendów, które powinny nastąpić w branży telekomunikacyjnej, niż z twardej analizy liczbowej.

ATM S.A. ocenia, że Polska jest idealnym krajem do stworzenia kolokacyjnego hubu w regionie. Atutem naszego kraju jest położenie i już istniejące łącza telekomunikacyjne, wysokiej klasy oferta techniczna, zasoby inżynierskie, dobrzy fachowcy i wreszcie atrakcyjne ceny. Spółka obserwuje rosnące zainteresowanie swoimi usługami ze strony potencjalnych dużych zachodnich klientów, szukających miejsca dla kolokacji swoich zasobów w naszym regionie Europy. Polska, a konkretnie Warszawa, doskonale się do tego nadaje właśnie ze względu na swoje położenie. Dla ATM atrakcyjne są także rynki po wschodniej stronie naszych granic, gdzie z kolei Polska już jest postrzegana jako najbliższe miejsce w Unii Europejskiej, które jest w stanie zapewnić kolokowanie sprzętu, przechowywanie danych i ich przetwarzanie zgodnie ze standardami europejskimi.