Admiral Boats inwestuje w Tczewie. Spółka skonsoliduje produkcję łodzi tam i w Bojanie

0

CEO Magazyn Polska

Spółka Admiral Boats inwestuje w możliwości produkcyjne zakupionej w 2013 r. stoczni rzecznej w Tczewie. Do lutego przyszłego roku zakończy się budowa hali, w której produkowane będą duże elementy z laminatu. Docelowo spółka planuje skonsolidować produkcję w dwóch miejscach – w siedzibie zakładu w Bojanie koło Gdyni oraz w Tczewie, gdzie będą powstawać również wielkogabarytowe elementy stalowe.

Basen portowy, pochylnia, urządzenia skipowe i duża powierzchnia hal przemysłowych idealnie nadają się do tego, by produkować tam duże elementy zarówno stalowych okrętów, jak i lądowych. I w tym kierunku między innymi będziemy rozwijać jedną z naszych gałęzi działalności – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Andrzej Bartoszewicz, prezes zarządu Admiral Boats.

Spółka zakupiła majątek po upadłej Stoczni Tczew już w maju 2013 r. Pierwsze łodzie wyprodukowane w nowych zakładach opuściły Tczew w marcu br. Admiral Boats rozpoczął duży program inwestycyjny w tej stoczni. Jak podkreśla Bartoszewicz, zakłada on stopniowy rozwój, a pierwszy etap rozbudowy zakończy się już wkrótce.

Proces inwestycyjny, który sobie założyliśmy, czyli dobudowanie hali i modernizację obecnej infrastruktury, planujemy zakończyć najpóźniej do lutego przyszłego roku – mówi Bartoszewicz.

Nowy zakład produkcyjny to dla spółki również szansa na konsolidację produkcji i tym samym redukcję kosztów. Siedziba firmy mieści się w Bojanie, nieopodal Gdyni, ok. 60 km od Tczewa. Możliwości produkcyjne zakładów w Bojanie nie były jednak wystarczające i dotychczas spółka musiała wynajmować hale w trzech innych miejscowościach.

Bartoszewicz podkreśla, że takie rozwiązanie było nieefektywne kosztowo oraz z punktu widzenia zarządzania. Wyklucza jednak zmianę siedziby spółki lub rezygnację z produkcji w Bojanie, również ze względu na pracowników.

Nie zawsze wszystkim pracownikom będzie służyło przeniesienie produkcji w jedno miejsce, a my staramy się uwzględniać także dobro pracowników. Nie ma też powodu, by pozbywać się nieruchomości, które są naszą własnością. Sprzedawanie ich w tej chwili nie wydaje mi się rozsądne – podkreśla Bartoszewicz.

Branża budowlana miała nie najlepszy rok. Perspektywy są jednak znacznie lepsze, zwłaszcza w segmencie drogowym

CEO Magazyn Polska

To nie był dobry rok dla spółek budowlanych. Ich wyniki rozczarowały inwestorów, a ceny akcji większości są nieco niższe niż pod koniec zeszłego roku. Wiele wskazuje jednak na to, że 2015 rok będzie dla części z nich zdecydowanie lepszy.

Problemem polskiej branży budowlanej była w 2014 r. luka w dopływie środków unijnych. Te z perspektywy 2007-2013 kończono wydawać, zaś tych z perspektywy 2014-2020 jeszcze nie zaczęto. W rezultacie sporo firm realizowało projekty komercyjne, a duża konkurencja wymuszała niższe marże.

Spółki, które były obecne w segmencie drogowym, przeniosły część mocy do segmentu kubaturowego mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Krzysztof Pado, analityk DM BDM. W 2015 roku, kiedy ruszą inwestycje w segmencie drogowym, konkurencja powinna się trochę zmniejszyć. Wydaje się jednak, że marże w tym segmencie są na dosyć niskim poziomie, poza tym dosyć duża konkurencja, dlatego trudno oczekiwać, że te marże będą sporo wyższe od obecnych.

O ile jednak wyniki większości spółek budowlanych w roku 2014 są oceniane jako przeciętne, o tyle podpisane kontrakty i rozpoczęte inwestycje wyglądają już znacznie lepiej. Pozwalają inwestorom oczekiwać znacznie lepszych wyników w przyszłym roku.

Rok jednak przyniósł sporo kontraktów w segmencie drogowym, startują również projekty unijne, no i jest segment energetyczny zwraca uwagę Krzysztof Pado. Natomiast pod względem wyników branża budowlana rządzi się swoimi prawami i tak naprawdę w wynikach można pokazywać różne rzeczy. Ogólnie początek księgowania kontraktów powinien charakteryzować się wyższymi marżami i spółki pewnie będą podchodzić do tego dosyć optymistycznie.

Co istotne, na rynku nie widać jeszcze jakiegoś mocnego wzrostu cen materiałów, więc wydaje się, że rentowność działających w branży budowlanej firm również powinna wzrosnąć.

Ciekawym segmentem wydaje się sektor energetyczny ocenia analityk DM BDM. W 2014 roku dopięte zostały sprawy formalne związane z dużymi inwestycjami energetycznymi w Opolu, Jaworznie i Kozienicach. Te kontrakty szybciej lub wolniej wchodzą w fazę realizacji. Wydaje się więc, że spółki podwykonawcze z tego sektora energetycznego powinny pokazywać coraz lepsze wyniki w ciągu najbliższych dwóch lat.

Na rynku jest też kilka ciekawych spółek, których kursy systematycznie rosną, zauważa Krzysztof Pado. Zwraca m.in. uwagę na Mostostal Zabrze, który przeszedł w ostatnich dwóch latach dosyć dużą restrukturyzację, a dodatkowo spółka sprzedała lub jest w trakcie sprzedaży nieruchomości, które pozwolą zasilić w istotny sposób kapitał w 2015 roku. Jest też Polimex-Mostostal, który przechodzi stopniową restrukturyzację.

Wydaje się, że najtrudniejsze chwile spółki są już za nią, ponieważ udało się skonwertować obligacje na kapitał. Oczywiście skutkuje to bardzo negatywnymi informacjami dla akcjonariuszy, bo ta emisja konwertująca była na bardzo niskich poziomach. Przed spółką jeszcze wyzwanie sprzedaży segmentu produkcyjnego, z którego mogłaby pozyskać gotówkę na działalność. Co do perspektyw Polimeksu, to ta spółka na pewno jest dużo mniejszym podmiotem niż to było trzy, cztery lata temu. Jest obecnie takim starszym podmiotem średnim, a nie liderem rynku i skupia się na kontraktach energetycznych.

Natomiast zdaniem Krzysztofa Pady w przyszłym roku nie ma co jeszcze liczyć na odbicie w segmencie budownictwa kolejowego. Kolejne miesiące będą czasem rozliczania starych kontraktów, a przychody z nowej perspektywy inwestorzy zobaczą dopiero w wynikach za 2016 rok.

DM BOŚ: ropa może jeszcze potanieć, ale potencjał spadków nie jest już duży

CEO Magazyn Polska

O ponad 40 procent spadły ceny ropy w 2014 roku, a ich obecny poziom ok. 60 dolarów za baryłkę wcale nie musi oznaczać końca spadków. Na wyraźne zanegowanie trendu na razie się nie zanosi, bo produkcja w Stanach Zjednoczonych i Arabii Saudyjskiej utrzymuje się na wysokim poziomie. Pozostałe państwa skupione w kartelu OPEC także nie zamierzają jej zmniejszyć. Ale przy takich poziomach cen anulowane są niektóre inwestycje. Notowania mają zatem potencjał spadkowy, ale nie jest on już zbyt duży.

Na pewno na rynku ropy naftowej teraz wyraźnie widzimy trend spadkowy i dopóki nie zostanie on zanegowany, dopóty możemy się spodziewać dalszych spadków – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Dorota Sierakowska z Domu Maklerskiego Banku Ochrony Środowiska. – Trudno, przynajmniej na razie, ocenić, jak długo i w jakim zakresie mogą jeszcze spaść jej notowania. Na pewno dużo będzie zależało od tego, co zrobią kraje, które surowiec ten produkują oraz jak zareagują na przedłużający się już okres niskich cen ropy naftowej.

Produkcja ropy w Stanach Zjednoczonych pozostaje na wysokim poziomie i raczej utrzyma się na nim również na początku przyszłego roku.

Wciąż widzimy również, że Arabia Saudyjska, która wytwarza ogromne ilości ropy, nie zdecyduje się na razie na jakiekolwiek cięcia produkcji – zauważa Dorota Sierakowska. – Ostatnio pojawiły się także informacje o tym, że w styczniu eksport ropy naftowej z Arabii Saudyjskiej do Chin pozostanie na stabilnym poziomie, co pokazuje, że kraj ten raczej będzie się również starał utrzymać swój udział w rynku niezależnie od poziomu cen, nie ograniczając produkcji.

Docelowego poziomu cen ropy jednak, jak twierdzi Sierakowska, nie sposób określić. Pojawiły się, co prawda, spekulacje, że może on spaść do 50, 30, a nawet 15 dol. za baryłkę. Są one jednak – jej zdaniem – przedwczesne.

Dużo rzeczy będzie się wyjaśniało w kolejnych kilku miesiącach – prognozuje Dorota Sierakowska. – Na pewno większość krajów nie może sobie pozwolić, aby notowania ropy naftowej długo pozostawały na poziomach niższych niż 50 dolarów za baryłkę, ponieważ taki w większości jest koszt wydobycia. W najbardziej komfortowej sytuacji pod tym względem jest oczywiście Arabia Saudyjska, gdzie koszt wydobycia wynosi zaledwie kilkanaście dol. Kraj ten jest więc najlepiej przygotowany na niskie ceny. Nie sądzę jednak, by notowania mogły zejść do takiego poziomu.

Już przy obecnych cenach ropy naftowej, jak zauważa Sierakowska, niektóre kraje rewidują plany inwestycyjne w infrastrukturę wydobywczą.

Anulowane są niektóre projekty, które miały zostać wprowadzone w przyszłym roku, inne przesuwane są na bliżej nieokreśloną przyszłość – argumentuje Dorota Sierakowska. – Widać zatem, że już obecne notowania, czyli poziom około sześćdziesięciu dolarów za baryłkę zarówno w przypadku ceny ropy WTI, amerykańskiej, jak i ropy Brent, powoduje, że niektórzy producenci zaczynają rewidować plany. Sądzę więc, że notowania ropy naftowej mają jeszcze potencjał spadkowy. Ale nie jest on już zbyt duży.

16 grudnia cena baryłki amerykańskiej ropy WTI spadła do rekordowo niskiego poziomu poniżej 55 dol. za baryłkę, a ropa Brent poniżej 59 dolarów. Ostatni raz czarne złoto było tak nisko wyceniane w 2009 roku.

Minęła hossa na rynku dłużnych papierów skarbowych. W 2015 r. alternatywą będą bardziej ryzykowne obligacje korporacyjne

CEO Magazyn Polska

Rynek obligacji skarbowych w 2014 r. był wyjątkowo łaskawy dla inwestorów. Głównym powodem okazał się konflikt na Wschodzie, który skierował kapitał ku bezpiecznym aktywom. Eksperci nie mają jednak wątpliwości, że w przyszłym roku na równie wysokie zarobki nie należy liczyć. Większe zyski mogą dać obligacje korporacyjne i samorządowe.

2014 rok zapisze się jako kolejny bardzo dobry okres na rynku obligacji. Jeśli zainwestowalibyśmy w styczniu w polskie 10-letnie obligacje skarbowe i sprzedalibyśmy je w listopadzie tego roku, zrealizowalibyśmy dochód powyżej 20 proc., czyli bardzo wysoki jak na taką bezpieczną klasę aktywów – mówi agencji informacyjnej Newseria Investor Błażej Wajszczuk, analityk BNP Paribas.

W ciągu ostatnich 12 miesięcy dochodowy indeks obligacji skarbowych TBSP.Index (Treasury BondSpot Poland) wzrósł o ok. 9 proc. z poziomu 1500 pkt do 1640 pkt. Wskaźnik bierze pod uwagę 18 serii papierów dłużnych o rynkowej wartości 380 mld zł.

Ekspert ocenia, że w 2015 r. podobne stopy zwrotu na rynku skarbowych papierów dłużnych nie będą możliwe.

W przyszłym roku nie ma szans na realizację tak pozytywnego scenariusza. Żeby inwestorzy mogli uzyskać 20-proc. stopę zwrotu, rentowności obligacji musiałyby spaść do poziomów ujemnych – przekonuje Wajszczuk. – Z drugiej strony patrząc na realne wysokie stopy procentowe i mniejsze oczekiwania co do ich obniżek, nie spodziewałbym się większej wyprzedaży na rynku obligacji.

Jak tłumaczy analityk BNP Paribas, głównym czynnikiem atrakcyjności takich instrumentów był konflikt na Ukrainie. Najpierw spowodował gorsze oceny polskiej i europejskiej gospodarki, co zwróciło uwagę inwestorów ku obligacjom jako papierom bezpiecznym.

Drugim powodem stały się obustronne sankcje Rosji i Europy, co pogorszyło odczyty inflacji i PKB. Poza tym październikowa obniżka stóp procentowych przez RPP tylko spotęgowała rosnące wyceny obligacji skarbowych – zaznacza Błażej Wajszczuk.

W 2015 r. sytuacja na rynku będzie zależeć głównie od działań banków centralnych. W styczniu inwestorzy oczekują decyzji EBC co do możliwego uruchomienia programu luzowania ilościowego, czyli skupu aktywów (głównie obligacji) od banków komercyjnych i rządów w zamian za gotówkę mającą pobudzić gospodarkę. Powodem m.in. coraz niższa inflacja – EBC w strefie euro w 2014 r. szacuje jej odczyt na poziomie 0,3 proc.

Rynki równie uważnie obserwują kroki amerykańskiego Fedu w kontekście zapowiadanej podwyżki stóp procentowych. Trzecim, nowym czynnikiem są notowania ropy naftowej. Jeśli obserwowana cena około 60 dolarów za baryłkę utrzyma się, będziemy mieli do czynienia z niesamowitym przepływem dobrobytu z krajów eksporterów do krajów importerów surowców, co na pewno będzie wspierać wzrost gospodarczy, także w Polsce – mówi Błażej Wajszczuk.

Szansą dla inwestorów szukających atrakcyjnego zwrotu są obligacje korporacyjne i samorządowe, które mimo wyższego ryzyka są w pewnym stopniu kontrolowane i przewidywalne.

W przyszłym roku na pewno inwestorzy będą poszukiwać rentowności i ta klasa aktywów z pewnością będzie się rozwijać, szczególnie po wejściu w życie niedawno przyjętej Ustawy o obligacjach – przyznaje ekspert.

28 listopada Sejm uchwalił nową Ustawę o obligacjach. Akt prawny wejdzie w życie 1 lipca 2015 r. i zastąpi ustawę za 1995 r. Przede wszystkim projekt ma na celu pobudzenie rozwoju rynku nieskarbowych papierów dłużnych. Jedną z istotnych zmian jest ustanowienie instytucji zgromadzenia obligatariuszy, czyli podmiotu reprezentującego inwestorów danej serii obligacji wobec emitenta.  

Oczekiwana stopa zwrotu zależy od podjętego przez nas ryzyka kredytowego emitenta. Sektor budowlany oferuje zwroty 300-400 punktów [3-4 proc. – red.] wyższe niż obligacje skarbowe, miasto Warszawa – około 100-150 pkt. Im wyższe ryzyko, tym rentowności bardziej atrakcyjne. Musimy jednak pamiętać, że kupując takie papiery, kupujemy ryzyko dłużne spółki – podsumowuje Błażej Wajszczuk.

Ostatnim dużym przykładem upadłości spółki, której obligacje były notowane na Catalyst, jest deweloper GC Investment. 2 grudnia Sąd Rejonowy w Katowicach wydał postanowienie o upadłości firmy z możliwością zawarcia układu. Tym samym spółka nie wykupiła papierów serii W o nominale 17,5 mln zł. Dla ich posiadaczy to dodatkowe trudności i komplikacje z odzyskaniem wierzytelności. 

Rynek centrów handlowych kwitnie. Powstają galerie w mniejszych miejscowościach, a duże obiekty w aglomeracjach są modernizowane

0

CEO Magazyn Polska

Na rynku centrów handlowych nie ma zastoju. Inwestorzy wciąż stawiają nowe obiekty oraz rozpoczynają modernizację istniejących. Polacy bowiem nie tylko coraz chętniej odwiedzają galerie, lecz także spędzają w nich coraz więcej czasu.

Jest to trend widoczny nie tylko w Polsce, lecz także całej Europie. Centrum handlowe coraz częściej staje się dla klientów miejscem spotkań, rozrywki, spędzania wolnego czasu. Inwestorzy to dostrzegli i poszerzają część gastronomiczną i lifestylową, aby dostarczyć ludziom takiej przestrzeni, jakiej oczekują.

Klienci korzystają z obiektów handlowych nie tylko po to, aby dokonać zakupu mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Anna Szmeja-Kroplewska, dyrektor generalny Polskiej Rady Centrów Handlowych. Coraz chętniej korzystają z części rozrywkowej, restauracyjnej, jest to między innymi związane z tym, że łatwo jest zaparkować samochód na dużych i nowoczesnych parkingach, które znajdują się przy galeriach handlowych To jest dzisiaj taki społeczny meeting point dla wielu osób.

W Polsce działa ponad 430 wielkopowierzchniowych obiektów handlowych, których łączna powierzchnia przekracza 10 mln mkw. Z tego w tym roku jak podaje firma doradcza Cushman & Wakefield wybudowano już ponad 300 tys. mkw. Większość z istniejących centów handlowych powstała jednak przed 2009 rokiem, a ponad 40 proc. ma więcej niż 10 lat dodaje firma DTZ. To oznacza, że wiele obiektów czeka modernizacja. Jej celem jest tak zmienić centrum, by zatrzymać w nim klienta jak najdłużej.

Myślę, że to klienci trochę ten trend spowodowali zwraca uwagę Anna Szmeja-Kroplewska.  To oni są tą częścią rynku, która wymusiła niejako na inwestorach powiększanie tej części food-courtowej, bo po prostu chcieli z niej korzystać i to, że obserwowaliśmy wzmożony ruch w częściach restauracyjnych w obiektach handlowych w Polsce, było konsekwencją zainteresowania klientów restauracjami i kawiarniami. Inwestorzy podejmują pracę, aby właśnie taką przyjazną powierzchnię w centrach stworzyć.

Centrum handlowe to wielka i kosztowna inwestycja. Właściciele starają się je więc modernizować tak, by ani na chwilę nie przestały zarabiać. To oznacza, że remont trzeba zorganizować w taki sposób, by nie odstraszał klientów.

Myślę, że dla klienta najważniejsze jest to, aby prace związane z modernizacją, przebudową czy rozbudową nie wpływały na komfort związany z przebywaniem w obiekcie ocenia dyrektor generalny Polskiej Rady Centrów Handlowych. Na bezpieczeństwo czy dobre samopoczucie, to jest tak naprawdę największym wyzwaniem, zarówno zarządcy, jak i inwestora. Natomiast skala modernizacji to bardzo indywidualna kwestia.

Czasem wystarczą stosunkowo niewielkie prace, związane ze zmianą małej architektury, np.: wymianą ławek, zieleni i mebli w częściach restauracyjnych Innym razem konieczne są dużo większe i bardziej skomplikowane prace remontowe części wspólnych, ciągów komunikacyjnych z klatek schodowych czy toalet. Jednak te modernizacje nie wystarczą na chłonnym polskim rynku. Polacy są coraz zamożniejsi i swoje centra handlowe chcą mieć też mieszkańcy mniejszych miast.

To są dwa niezależne trendy podkreśla Anna Szmeja-Kroplewska z PRCH. Na pewno będą powstawały nowe galerie w mniejszych miastach. Natomiast analizując wiek istniejących dużych centrów w dużych miastach, naturalną kolejną rzeczy jest to, że wraz z rosnącą konkurencją na rynku pojawia się też potrzeba unowocześnienia i stworzenia atrakcyjnego miejsca właśnie dla klientów w starszych obiektach.

Od jutra nowe obowiązki e-sklepów i telemarketerów. Na zwrot towaru kupionego online będzie 14 dni

CEO Magazyn Polska

Z 10 do 14 dni wydłuży się czas, w jakim konsument będzie mógł zwrócić zakupiony w sieci lub przez telefon produkt – to jedna z istotniejszych zmian, jakie od jutra wprowadzi ustawa o prawach konsumentach. Nowe przepisy zwiększają również obowiązki informacyjne przedsiębiorców. Będą oni musieli wyraźnie informować m.in. o wszystkich kosztach zakupu, a w przypadku dodatkowych płatności każdorazowo będą musieli uzyskać na nią zgodę klienta.

Przedsiębiorcy w toku zawierania umowy będą mieli obowiązek podawania całkowitej ceny produktu – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Dorota Karczewska, wiceprezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK). – Dotychczas nie zawsze było jasne, ile zapłacimy na koniec transakcji. Konsument musiał dopytywać przedsiębiorcę, jakie składniki składają się na ostateczną cenę. W nowym reżimie prawnym to przedsiębiorca będzie musiał jasno komunikować, jaka jest finalna wartość produkt.

Przedsiębiorca będzie musiał poinformować konsumenta o wzorze formularza odstąpienia od umowy. Ustawa z 30 maja 2014 roku o prawach konsumenta wprowadza także obowiązek informowania kupujących o tym, że ewentualny spór dotyczący transakcji można rozwiązać polubownie. Nowe przepisy wydłużą również czas, jaki konsument ma na zwrot zakupionego towaru (lub odstąpienie od umowy) bez podawania przyczyny – od 25 grudnia będzie to 14 dni. Taki sam termin będzie obowiązywał również w innych krajach Unii Europejskiej.

Jeżeli kupujemy produkt na pokazie czy w internecie, to mamy takie uprawnienia, jakie przysługują konsumentom w sklepie stacjonarnym – przypomina Dorota Karczewska. – Możemy więc towar rozpakować i obejrzeć, natomiast nie wolno nam go używać.

Za ewentualny zwrot towaru bezpośrednio zapłaci konsument. Ale będzie on miał prawo zażądać zwrotu ceny razem z kosztami dostarczenia.

Finalnie będzie tak, że w jedną stronę za przesyłkę towaru zapłaci konsument, a w drugą – sprzedawca – wyjaśnia wiceprezes UOKiK.

Gdy zakupiony towar okaże się wadliwy, konsument będzie mógł wybrać między jego naprawą, wymianą, obniżeniem ceny lub odstąpieniem od umowy. 

Przedsiębiorca będzie musiał każdorazowo uzyskiwać zgodę konsumenta na wszelkie dodatkowe płatności wykraczające poza uzgodnione wynagrodzenie. Jeśli przedsiębiorca nie otrzyma wyraźnej zgody konsumenta, klient będzie miał prawo do zwrotu uiszczonej płatności dodatkowej.

Zmiany będą dotyczyły również sprzedaży przez telefon. Po 25 grudnia telemarketerzy będą musieli od razu poinformować o tym, że celem nawiązania kontaktu jest zawarcie umowy kupna-sprzedaży.

Po pierwsze, telemarketer poinformuje o tym, że mamy zawrzeć umowę. Po drugie, prześle na trwałym nośniku lub w formie papierowej informację o umowie – wylicza Karczewska. – Samo przesłanie informacji do konsumenta nie powoduje zawarcia umowy. Musi on potwierdzić, również na nośniku trwałym lub w formie papierowej, że na takich warunkach umowę chce zawrzeć. Zgoda nie może przy tym być dorozumiana. Ostatecznie kupujący musi powiedzieć tak i wiedzieć, na co się zgadza. Ostatnie zdanie należy do niego.

W przypadku portali aukcyjnych nowa ustawa nie obejmuje umów zawieranych pomiędzy przedsiębiorstwami ani samymi konsumentami.

Nowe przepisy dotyczą tylko relacji konsument-przedsiębiorca, czyli tych, gdzie z jednej strony mamy słabszego uczestnika rynku, z drugiej – profesjonalistę – podkreśla wiceprezes UOKiK. – Jeśli ten ostatni nie spełni niektórych wymagań ustawy, na przykład nie poinformuje o możliwości odstąpienia od umowy, wówczas konsument nabywa prawo odstąpienia od transakcji w ciągu roku.

Za nieprzestrzeganie przepisów przedsiębiorca musi liczyć się z karą grzywny do 5 000 zł.

Marża na stacjach paliw wynosi zaledwie 3-5 proc. Polacy kupują więcej tańszej benzyny

CEO Magazyn Polska

W związku z koniecznością posiadania zapasów i w zależności od ich poziomu ceny produktów naftowych na stacjach benzynowych dopiero po kilku dniach odzwierciedlają poziomy notowań na rynku hurtowym. Jak informuje Urszula Cieślak z BM Reflex, spadające ceny nie mają wpływu na marże detalistów, które wynoszą obecnie nie więcej niż 5 proc. Zwykle jednak powodują większe obroty, co wynika ze zwiększonej sprzedaży paliw i innych produktów w sklepie przy stacji.

O tym, ile właściciele stacji benzynowych płacą za paliwo kupowane hurtowo w rafineriach, decyduje sytuacja na rynku ropy naftowej oraz rynku walutowym – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Urszula Cieślak ze specjalizującej się w analizach rynku paliw firmy BM Reflex. – Ceny te tak naprawdę reagują każdego dnia: każdorazowy spadek cen ropy naftowej w notowaniach na rynku europejskim i w konsekwencji spadek cen paliw gotowych przekłada się automatycznie na poziom cen hurtowych.

Odbiorca końcowy, czyli kierowca, także obserwuje zmiany cen na stacjach. Ale, jak zauważa Urszula Cieślak, w detalu reagują one wolniej na aktualne notowania ropy naftowej i walut.

Powodem są zapasy paliw na stacjach – tłumaczy Cieślak. – Rafineria z dnia na dzień może reagować zmianą cen hurtowych. Placówki detaliczne natomiast w pewnym sensie są ograniczone poziomem zapasu. Cykl jego rotacji powoduje, że zmian z rynku hurtowego kierowcy nie obserwują już następnego dnia. Stacja musi najpierw sprzedać paliwo, które wcześniej kupiła w rafinerii po innej cenie. W zależności od poziomu zapasów trwa to krócej lub dłużej.

W ciągu miesiąca ropa Brent potaniała o blisko 23 proc. Na stacjach paliw ceny systematycznie spadają, ale nie w takim tempie. Odzwierciedlenie aktualnych notowań ropy naftowej oraz na rynku walutowym może trwać od kilku do kilkunastu dni.

Gdy cena detaliczna na stacji może być niższa, obrót następuje szybciej i właściciel częściej zgłasza się po kolejną partię paliwa do wytwórcy – mówi Cieślak. – Uzyskuje więc lepszą cenę, bo kupuje więcej. Może więc także z tego powodu taniej sprzedawać benzynę i inne produkty naftowe odbiorcom końcowym, czyli kierowcom.

Środowisko niskich cen ropy naftowej nie ma natomiast większego wpływu na marże osiągane przez właścicieli stacji benzynowych, które wynoszą od 3 do 5 proc.

Dla sytuacji samej stacji nie ma tak naprawdę większego znaczenia, jaka jest tendencja na rynku – precyzuje Cieślak. – Oczywiście łatwiej sprzedaje się, kiedy poziom cen jest niski. Sprzedaż na stacji jest wtedy zazwyczaj wyższa, a więc i przychody rosną. Poziom marż w dłuższym okresie jest natomiast stały i niestety teraz dosyć niski. To już nie są te lata, kiedy na sprzedaży benzyny czy oleju napędowego można było zarabiać ponad 10 proc. Dzisiaj dobrze jeśli to jest 5 proc.

Więcej zarabiają stacje, które prócz samego paliwa oferują także usługi okołopaliwowe (na przykład sprzedaż podstawowych produktów spożywczych, hot dogów czy innych, przyrządzanych na miejscu potraw fastfoodowych).

Mają one z reguły wyższą marże niż paliwo. Gdy konsumenci częściej tankują tańsze paliwa, również obroty z tego rodzaju usługa zazwyczaj są większe – zauważa Cieślak.

Około 15 proc. zabawek na rynku ma certyfikaty bezpieczeństwa. Zainteresowanie producentów certyfikacją dynamicznie rośnie

Producenci zabawek coraz częściej chcą się wyróżnić na rynku dzięki certyfikatom bezpieczeństwa dla swoich produktów. Dla eksporterów to wręcz konieczność, by dotrzeć do największych zagranicznych sieci handlowych. Już od połowy roku firmy certyfikujące obserwują wzrost liczby firm aplikujących o certyfikaty, by uzyskać je przed okresem świątecznym.

Zauważamy trend rosnący w certyfikacji. Coraz więcej firm stara się o certyfikat – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr inż. Michał Bak, kierownik laboratorium mechanicznego TÜV Rheinland Polska. ‒ Często naszymi klientami są firmy, które zajmują się dystrybucją i dostarczaniem wyrobów do sieci handlowych zarówno w Polsce, jak i w krajach Europy Zachodniej, np.: w Niemczech, we Francji czy w Hiszpanii, ponieważ wymagają one bezwzględnie certyfikatów bezpieczeństwa.

TÜV Rheinland zajmuje się certyfikacją zabawek pod kątem kryteriów bezpieczeństwa zawartych w unijnej dyrektywie z 2009 r., a także norm takich jak EN 71 i EN 62115. Ekspert zwraca uwagę na to, że te same normy obowiązują w całej UE, dlatego produkty certyfikowane w Polsce mogą być eksportowane do całej wspólnoty. Nieco inne wymagania obowiązują w Stanach Zjednoczonych, dlatego produkty eksportowane na ten rynek muszą być przebadane pod nieco innym kątem. Niektórzy producenci decydują się również na taką certyfikację.

Bąk zaznacza, że poza samym potwierdzeniem bezpieczeństwa i zgodności z normami, certyfikat daje producentom zabawek przewagę konkurencyjną na rynku.

Jeżeli wyrób jest certyfikowany przez TÜV Rheinland, może być oznakowany znakiem zgodności firmy i dzięki temu uzyskuje przewagę konkurencyjną nad innymi podmiotami zajmującymi się również sprzedażą czy dystrybucją zabawek. Certyfikując zabawki w TÜV Rheinland, producent otrzymuje certyfikat, który jest uznawany nie tylko w Polsce, lecz także na rynkach międzynarodowych – zaznacza Bak.

Ruch w zakresie certyfikacji zabawek w pewnym stopniu napędzają święta. Dla producentów to okres znacznie większej sprzedaży. O certyfikaty muszą zacząć ubiegać się jednak znacznie wcześniej, dlatego dla TÜV Rheinland zwiększony ruch w tym segmencie jest widoczny już w połowie roku. Ekspert mówi jednak, że firma przez cały rok ma takie samo natężenie pracy. Wynika to z tego, że TÜV Rheinland zajmuje się certyfikacją wyrobów z bardzo wielu branż. Dodaje, że mimo rosnącej liczby firm większość z nich otrzymuje certyfikat. Nawet jeśli przy pierwszym badaniu zostaną zidentyfikowane problemy, to w raporcie z badań znajdują się wskazówki, mówiące co trzeba poprawić w produkcie, a przy drugim podejściu zwykle certyfikat jest już przyznawany. Większość klientów TÜV Rheinland Polska to firmy krajowe – dodaje Bak.

Za pracę w święta przysługują dodatkowe dni wolne lub wyższe wynagrodzenie. Za zlecanie pracy niezgodnie z przepisami pracodawcom grożą kary

CEO Magazyn Polska

Pierwszy i drugi dzień świąt to co do zasady dni wolne od pracy. Mogą w nie pracować osoby wykonujące zajęcia, które spełniają codzienne potrzeby ludności, a od niedawna również pracownicy centrów usług wspólnych. Pracodawca za pracę w święta musi jednak zapewnić pracownikowi dzień wolny od pracy lub dodatkowe wynagrodzenie. Za zlecanie pracy niezgodnie z przepisami zatrudniającym grożą grzywny nawet do 30 tys. zł.

Ustawa o dniach wolnych od pracy wymienia 13 świąt, w trakcie których praca co do zasady jest zabroniona. Kodeks pracy jednak wskazuje, w jakich okolicznościach jest ona dopuszczalna. W święta mogą pracować ci, którzy wykonują prace niezbędne dla codziennych potrzeb ludności, przy niezbędnych remontach, przy nagłych akcjach ratunkowych, to jest też często praktykowane w pracy zmianowej – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Dominika Nowak, radca prawny w Kancelarii DLA Piper.

Art. 151 k.p. wymienia przypadki, kiedy praca w dni świąteczne jest dozwolona. Pracownik może wykonywać zajęcia, które są spełniają codzienne potrzeby ludności (m.in. transport, komunikacja, rolnictwo, gastronomia, hotelarstwo, służby publiczne).

Od niedawna w 13 dni świątecznych pracować mogą również osoby zajmujące się usługami transgranicznymi, jeśli w kraju odbioru tych usług dany dzień pozostaje dniem roboczym. Umożliwia to nowelizacja kodeksu pracy, która weszła w życie w marcu br. Celem zmian było dostosowanie polskiego prawa do nowych trendów i wymagań rynku pracy. Szczególnie dotyczy to centrów outsourcingowych i usług wspólnych. Według danych Związku Liderów Sektora Usług Biznesowych (ADSL) sektor BPO/SCC zatrudnia w Polsce ponad 120 tys. specjalistów w 400 centrach usług wspólnych.

Jeśli już pracownik zgodnie z przepisami świadczy pracę w dzień świąteczny, to przede wszystkim pracodawca musi zapewnić mu dzień wolny od pracy. Nawet jeśli pracownik pracuje tylko jedną godzinę w święto, to w zamian należy mu się cały dzień wolny – tłumaczy Dominika Nowak.

Jak podkreśla radca prawny, w przypadku niewyznaczenia pracownikowi dnia wolnego, takiej osobie należy się dodatek w wysokości 100 proc. za każdą godzinę przepracowaną w święto.

Wigilia jest zwykłym dniem roboczym, niewymienionym w ustawie o dniach wolnych od pracy. Jak najbardziej pracodawca może poprosić pracownika o jego obecność w tym dniu w miejscu pracy – mówi radca prawny z Kancelarii DLA Piper.

Jak dodaje Dominika Nowak, osobistą decyzją pracodawcy jest ewentualne zwolnienie pracownika od świadczonych obowiązków lub skrócenie jego czasu pracy w Wigilię.

Pracodawcy powinni pamiętać, że zlecanie pracy w dni świąteczne niezgodnie z przepisami prawa pracy jest traktowane jako wykroczenie przeciwko prawom pracownika, za co grozi grzywna od 1 tys. do teoretycznie nawet 30 tys. zł – przestrzega Dominika Nowak.

Jedna trzecia Polaków wyrzuca artykuły spożywcze. Najczęściej pieczywo, warzywa, owoce, wędliny, jogurty

CEO Magazyn Polska

Co trzeci Polak przyznaje, że zdarza mu się wyrzucać żywność. Najczęściej są to produkty świeże, jak pieczywo, warzywa, wędliny oraz produkty mleczne. Zjawisko to nasila się w okresie świątecznym, bo Polacy często kupują zbyt dużo i gotują za duże porcje. Nieznaczna zmiana nawyków zakupowych i konsumenckich może ograniczyć problem.

W Polsce rocznie marnuje się ok. 9 mln ton żywności, za co w większości odpowiedzialny jest sektor produkcji. Konsumenci jednak również mają znaczący udział w statystykach. Polacy wyrzucają ok. 2 mln ton żywności.

Polacy przyznają się do tego, że zdarza im się wyrzucać żywność. Czyni tak jedna trzecia mieszkańców naszego kraju – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maria Kowalewska, koordynatorka ds. programów edukacyjnych i współpracy międzynarodowej w Federacji Polskich Banków Żywności. – Okres świąteczny jest specyficzny, bo więcej kupujemy, przyrządzamy i – niestety – większa ilość żywności wyląduje w koszu. Będą to potrawy, których nie zdążymy zjeść, np. sałatki, ciasta.

Na co dzień Polacy najczęściej wyrzucają produkty, które szybko tracą świeżość, np. pieczywo, wędliny, owoce i warzywa oraz produkty mleczne.

Jak podkreśla Kowalewska, do ograniczenia skali zjawiska może przyczynić się zmiana nawyków zakupowych i konsumenckich – wcześniej zaplanowane i rozważnie robione zakupy czy przygotowywanie mniejszych porcji.

Trzeba się zastanowić nad tym, gdzie te święta spędzimy: w domu, na wyjeździe, u znajomych czy rodziny. Wtedy wiemy, ile mniej więcej i czego będziemy potrzebować – zauważa Maria Kowalewska. – Jeśli to my organizujemy świąteczne  spotkanie, warto zapytać rodzinę, ile osób spędzi z nami te święta. Na podstawie tych wszystkich informacji będziemy mogli przygotować porządne menu, które zapewne uwzględni tradycyjne dwanaście potraw. Ale nie muszą one być bardzo duże. Nikt z nas nie jest w stanie zjeść wielkich porcji dwunastu potraw.

Ważne jest również odpowiednie przechowywanie potraw.

Przygotowaną sałatkę warto dopiero na sam koniec wymieszać z majonezem, bo w ten sposób postoi w lodówce. Na ryby i mięsa też mamy podpowiedzi. Można z nich robić pasty, dodać jajek, warzyw, coś jeszcze domieszać i stworzyć nowe, gotowe potrawy. Pamiętajmy, że dużo rzeczy można zamrozić. Dobrze znosi to na przykład bigos. Ciasta drożdżowe możemy spokojnie przechowywać nieco dłużej, nawet w temperaturze pokojowej – radzi Kowalewska.

Przyznaje, że wśród polskich konsumentów powoli rośnie świadomość na temat tego, jakie są konsekwencje marnowania żywności, widać to w systematycznie poprawiających się statystykach.

Marnowana żywność ma wpływ na zarówno środowisko naturalne, jak i ceny. Bo im mniej surowca jest na rynku, tym wyższa jego wartość. A jeśli żywność drożeje, to coraz mniej ludzi na nią stać. Jest to zjawisko globalne i myślę, że warto zdać sobie z niego sprawę, również w kontekście własnej kieszeni. Jeśli nie wyrzucimy jedzenia, to będziemy mieć oszczędności, zostanie nam więcej środków, które możemy wydać na coś innego – tłumaczy Maria Kowalewska.

Banki żywności radzą, jak nie marnować żywności na stronie NieMarnuje.pl. Oprócz porad i przepisów na nowe potrawy strona zachęca również do wspierania potrzebujących.

– Chcielibyśmy dotrzeć do producentów żywności, sklepikarzy i sieci handlowych, które również mogą realnie ograniczać marnowanie żywności, przekazując ją na cele charytatywne, do banków żywności lub wspierając inne inicjatywy – potwierdza Maria Kowalewska. – Myślę, że jeśli wszyscy byśmy się zmobilizowali: rolnictwo, przetwórstwo, handel i konsumenci, to naprawdę udałoby się nam ograniczanie marnowania żywności.

Tegoroczny karp wyjątkowo tani. Ceny detaliczne poniżej kosztów produkcji

CEO Magazyn Polska

W tym sezonie producenci karpi się nie obłowią. Przed świętami Polacy na popularnego karpia wydadzą najmniej od lat. Ceny zaczynają się od 8-9 zł za kilogram w dyskontach i supermarketach, a kończą na kilkunastu złotych bezpośrednio od właścicieli łowisk i stawów hodowlanych. Niskie ceny odstraszają importerów z Czech, Litwy, Węgier, a nawet Chin.

W tym roku karp jest historycznie tani – mówi agencji informacyjnej Newseria Krzysztof Hryszko z Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej. – W sklepach wielkopowierzchniowych obserwujemy ceny na poziomie 9 złotych. W handlu targowiskowym to około 11 zł.

Zdaniem eksperta główną przyczyną niskich cen jest nadprodukcja spowodowana korzystnymi warunkami klimatycznymi chowu karpia. W Polsce w ciągu ostatnich trzech lat produkcja wynosiła około 14,5 tys. ton tego gatunku ryby, a w bieżącym roku wzrosła do 19 tys. ton.

Ceny są tak niskie, że jeszcze do niedawna główni konkurenci polskich producentów, czyli importerzy karpia z Czech, Litwy i Węgier, mówią, że nie opłaca się im sprzedawać u nas w kraju – zaznacza Hryszko.

Na aktualnej sytuacji cierpią producenci, sprzedając karpia poniżej kosztów produkcji. Zwłaszcza że rynek jest ewidentnie sezonowy i nie można liczyć na odbicie wcześniej niż za rok. Na okres świąteczny przypada bowiem 95-proc. całorocznej konsumpcji karpia.

Z oceny Instytutu Rybactwa Śródlądowego oraz mojej wynika, że koszt produkcji kilograma karpia jest na poziomie około 11 zł, choć sami producenci wskazują na nieco wyższe koszty, nawet w okolicach 12 zł – mówi Krzysztof Hryszko. – Niestety, przy takim poziomie cen nasi producenci nie zarobią, a wręcz możemy mówić o generowaniu strat w takiej produkcji.

Sposobem na ograniczenie skutków trudnej sytuacji na rynku może być unijna certyfikacja niektórych gatunków karpia. Rybacki Zakład Doświadczalny w Zatorze koło Krakowa w 2011 r. uzyskał wpis karpia zatorskiego na unijną listę produktów o chronionej nazwie pochodzenia. Między innymi dzięki temu jego producenci sprzedają ryby nieco drożej – po 14 zł za kilogram.

W 2013 r. spożycie ryb w Polsce na jedną osobę wyniosło 12 kg – to mniej więcej połowa średniej unijnej. Najpopularniejsze są mintaje (2,7 kg na mieszkańca), dalej śledzie, łososie, makrele i szproty. Karp na stołach Polaków to przede wszystkim potrawa wigilijna, a spożycie tej ryby na osobę nie przekracza rocznie 0,5 kg.

Pod choinkę Polacy wolą dostać książkę niż pieniądze. Większość zostanie obdarowana kryminałem lub powieścią sensacyjną

CEO Magazyn Polska

Blisko połowa Polaków chciałaby pod choinką znaleźć książki. Tyle samo z nas po prezent wybierze się właśnie do księgarni  wynika z badań firmy Deloitte. Wybierając książkę na prezent, Polacy nie kupują swoich ulubionych autorów, szukają raczej nowości lub literackiej klasyki. Najchętniej kupowane pozycje to kryminały i powieści sensacyjne.

Badania przeprowadzone przez firmę Deloitte pokazują, że w tym roku książki podaruje swojej rodzinie i przyjaciołom aż 41 proc. Polaków. Książkowe prezenty równie chętnie wręczają zarówno mężczyźni (40 proc.), jak i kobiety (43 proc.). Książka okazała się też najbardziej pożądanym prezentem o znalezieniu jej pod choinką marzy bowiem aż 42 proc. respondentów, podczas gdy tylko 38 proc. chciałoby dostać gotówkę. Polacy, zwłaszcza kobiety, lubią wręczać prezenty praktyczne, a za taki uważają właśnie książki. Jest to także ich zdaniem upominek uniwersalny.

– Pierwszy pomysł, na jaki wpadają ludzie, szukając prezentu świątecznego, to książka, bo to jest uniwersalny podarunek, którym możemy obdarować zarówno dziecko, jak i osobę dorosłą. Książka to jest dobry prezent dla każdego, w każdym wieku. Coraz więcej osób czyta – to nie prawda, że Polacy nie czytają książek. A w grudniu rzeczywiście zainteresowanie pozycjami wydawniczymi bardzo wzrasta – mówi Karolina Wójtowicz, sprzedawca w księgarni Matras, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.

Osoby, które regularnie czytają, mają swoich ulubionych pisarzy, gatunki literackie i tematykę. Szukając książkowego upominku, Polacy nie zawsze kierują się jednak swoimi preferencjami. Najczęściej wybierają modne nowości lub literacką klasykę. Chętnie też zdają się na opinię sprzedawców księgarni.

– Najczęściej wybierane są kryminały i powieści grozy, np. najnowsza książka Stephena Kinga „Przebudzenie”. Zależy też dla kogo kupujemy książkę, bo kobiety wolą czytać powieści obyczajowe, romanse i powieści historyczne, choć nie jest to regułą – dobra powieść sensacyjna też ucieszy na pewno wiele kobiet – mówi Karolina Wójtowicz.

Nie tylko Polacy chętnie podarują bliskim literackie upominki pod choinkę. Z badań firmy Deloitte, przeprowadzonych w siedemnastu krajach, wynika, że książka będzie najpopularniejszym prezentem gwiazdkowym także w Niemczech, Francji, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii i we Włoszech.

30 proc. Polaków stresuje się z powodu świąt. Dla wielu to przykry obowiązek, a nie czas wypoczynku

30 proc. Polaków <a title=stresuje się z powodu świąt. Dla wielu to przykry obowiązek, a nie czas wypoczynku" title="30 proc. Polaków stresuje się z powodu świąt. Dla wielu to przykry obowiązek, a nie czas wypoczynku" />

CEO Magazyn Polska

Co trzeci Polak odczuwa stres przed świętami Bożego Narodzenia. Często jest on wywołany nadmiarem obowiązków związanych z przygotowaniami, koniecznością spędzania czasu z teściami lub dawno niewidzianymi członkami rodziny, korkami i kolejkami w sklepach. To może prowadzić do kłótni w rodzinie. Aby cieszyć się atmosferą świąt i odpoczynkiem, psycholodzy doradzają taktyczną pokorę, czyli odłożenie na bok negatywnych emocji i urazów.

Badania TNS OBOP pokazują, że 38 proc. Polaków lubi święta Bożego Narodzenia za możliwość spędzenia czasu z rodziną. Jedna trzecia ceni ten czas za możliwość odpoczynku od pracy. Stres nie pozwala jednak odpocząć i cieszyć się wolnymi dniami. Psychologowie są także zdania, że dla większości rodaków wypoczynek jest związany ze zmianą otoczenia, tymczasem większość nie wyjeżdża na święta.

Z badań przeprowadzonych przez firmę Groupon wynika, że ponad 30 proc. Polaków odczuwa stres przed świętami Bożego Narodzenia. Jego przyczynami są nadmiar obowiązków związanych z przygotowaniami, konieczność spędzania czasu z teściami lub dawno niewidzianymi członkami rodziny, korki, kolejki w sklepach i konieczność wyszukiwania świątecznych upominków.

Dzisiaj, żeby odpocząć, trzeba się na to zaprogramować, zarówno zaplanować wyjazd czy spędzenie wolnego czasu, jak i zaprogramować swój mózg, swoje myślenie i przeżywanie. To jest działanie związane z przygotowanie siebie i swoich najbliższych do tego, by przejść na tryb odpoczynku, czyli inny rodzaj działania i myślenia. Nie wszyscy są gotowi do tych wszystkich kroków – mówi dr Leszek Mellibruda, psycholog biznesu, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.

Spędzanie wspólnego czasu z osobami, które się słabo zna, jest dla wielu Polaków czynnikiem stresogennym i stanowi raczej przykry obowiązek niż relaks. Przedświąteczny stres potęguje ponadto inne problemy, np. związane z pracą lub życiem osobistym. W okresie przed przedświątecznym w gorączce przygotowań i kupowania prezentów wielu partnerów ma problemy z porozumieniem się, częściej dochodzi do kłótni. Zdarza się, że zmęczenie nadmiarem obowiązków związanych z przygotowaniem wigilijnej kolacji przeradza się w złość i frustracje, wyładowywaną na najbliższych osobach.

Czas świątecznym może być dla partnerów momentem spiętrzania się między nimi emocji z różnych powodów. Czasami są to sytuacje związane ze stresem, napięciem, denerwujemy się, czy wszystko się powiedzie, czy wszystko zostanie zrealizowane, bo przychodzą goście. I są takie osoby, które nie wytrzymują tego napięcia, mają problem z samokontrolą. Wszystkie te osoby będą miały problematyczne święta – mówi dr Leszek Mellibruda.

Psychologowie radzą, aby przed świętami nie narzucać sobie zbyt wielu obowiązków. Najważniejsze jest jednak panowanie nad emocjami, aby nie dopuścić do napiętej atmosfery pomiędzy członkami rodziny. Jeśli wizytę u teściów lub mniej lubianych członków rodziny odbiera się jako przymus, warto podejść do tego z tzw. taktyczną pokorą.

Taktyczna pokora to jest wyraz dojrzałości człowieka. Kiedy swoje osobiste urazy potrafi zawiesić na kołku i dla dobra rodziny, w imię oczekiwań partnera, partnerki czy dzieci dostosować się do tej sytuacji. Nie można tego robić na siłę, ale można to robić z rozumem. A rozum ma taką potęgę, że potrafi kontrolować nasze emocje. W takich sytuacjach zachęcałbym do tego, żeby nie pogłębiać kiedyś wykopanych rowów w relacjach, tylko spróbować trochę dyplomacji rodzinnej – radzi Mellibruda.

Psycholog radzi ponadto, aby nie robić sobie zbyt dużych oczekiwań w związku ze świętami i zaakceptować fakt, że świąteczne spotkanie z bliskimi nie musi przypominać wyidealizowanych sytuacji z telewizyjnych reklam. Zmiana podejścia pomoże uniknąć rozczarowań i związanych z nimi frustracji.

W Polsce rozwijają się nowe formy dobroczynności. Pomagamy nie tylko od święta

CEO Magazyn Polska

Polacy coraz chętniej wspierają dobroczynność i filantropię. Sukcesy święci nie tylko Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, lecz także nowe inicjatywy, takie jak „Szlachetna Paczka”, program „Działaj Lokalnie”, pozabudżetowe programy stypendialne czy platformy finansowania społecznościowego. Mimo rozwoju wielu form wsparcia potrzebujących, Polska nadal zajmuje odległe miejsce w prestiżowym międzynarodowym rankingu World Giving Index, mierzącym skalę dobroczynności w danym kraju.

Z jednej strony wspieranie dobroczynności w Polsce wygląda coraz lepiej. Polacy nie ograniczają się tylko do wspierania takich projektów, jak Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy czy przekazanie 1 proc. podatku na organizacje charytatywne. Jednak patrząc z na to drugiej strony, zajmujemy dalekie miejsca w międzynarodowych rankingach badających stopień pomocy dla potrzebujących – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paweł Łukasiak, prezes Akademii Rozwoju Filantropii w Polsce.

W ostatnim czasie sytuacja jednak zmienia się na lepsze, na co wskazuje sukces ostatniej edycji „Szlachetnej Paczki”. W tym roku ponad 700 tys. darczyńców przekazało pomoc 19,58 tys. rodzin. Wartość wsparcia wyniosła 41,24 mln zł. Jak zaznacza Łukasiak, wymaga to nie tylko zaangażowania pieniędzy, lecz także czasu – rzeczy wskazane przez potrzebujących trzeba kupić, zapakować, a potem zawieźć do magazynu. Jego zdaniem to oznacza, że Polacy powoli zaczynają rozumieć dobroczynność jako realne zaangażowanie, a nie tylko symboliczne.

 Ważną rzeczą jest rozwój dobroczynności na poziomie lokalnym. W ramach tylko jednego programu Działaj Lokalnie” zostało dofinansowanych ponad 7 tys. lokalnych projektów. Są to projekty dość proste, ale równie ważne, np. budowa placu zabaw, ścieżki edukacyjnej czy zorganizowanie wydarzenia dla dzieci – podkreśla Paweł Łukasiak.  

Łukasiak zwraca także uwagę na wzrost zaangażowania we wspieranie społecznych programów stypendialnych. Jak tłumaczy, wartość stypendiów fundowanych przez jednostki poza budżetem państwa to już około 0,5 mld zł.

Upływający rok okazał się przełomowy pod względem wspierania przez Polaków nowoczesnych form dobroczynności, jak platformy SiePomaga.pl czy PolakPotrafi.pl. Nawet polscy olimpijczycy znaleźli w ten sposób wsparcie finansowe – mówi Paweł Łukasiak.

Obydwie platformy wpisują się w ideę finansowania społecznościowego, tzw. crowdfundingu, ale dotyczą pomocy dla potrzebujących. Jak informuje serwis SiePomaga.pl, do tej pory udało się zebrać 17,27 mln zł dzięki wsparciu 195,97 tys. darczyńców (pomagaczy). Z kolei PolakPotrafi.pl szczyci się zebranymi 5,73 mln zł, z czego największy projekt dotyczył kwoty 284,11 tys. zł.

W tym roku znowelizowano ważną ustawę. Prezydent podpisał nową Ustawę o zbiórkach publicznych z 1933 roku. Główna zmiana sprawia, że wpłaty na konto organizacji nie będą już zbiórką publiczną. Każda organizacja nie będzie każdorazowo zobowiązana występować o zgodę na przeprowadzenie takiej zbiórki poprzez konta. W przyszłym roku reforma powinna wpłynąć na poprawę statystyk – przekonuje prezes Akademii.

Chodzi o ustawę, która weszła w życie 18 lipca 2014 r. Oprócz zniesienia obowiązku występowania o zgodę na zbiórkę, akt prawny wprowadza możliwość zbiórki pieniędzy lub darów przez internet. Ponadto zlikwidowano opłatę skarbową dla organizatorów zbiórek (84 zł) oraz obowiązek publikowania sprawozdań w prasie z ich przebiegu.

Z jednej strony należy cieszyć się z tego, że pojawiają się takie ogólnokrajowe rozwiązania, jak „Szlachetna Paczka”, czy lokalne inicjatywy, jak  choćby „Działaj Lokalnie”. Ważne, że coraz więcej z nas potrafi działać jako grupa, a nie samodzielnie. Cieszy również zaangażowanie w sposób coraz bardziej zaawansowany, przemyślany, angażujący osobę i rodzinę. Już nie ograniczamy się tylko do statystycznych 5 zł wrzucanych do puszki czy przekazania 1 proc. podatku – stwierdza Łukasiak.

Według eksperta mimo pozytywnych zmian cały czas zajmujemy odległe 94. miejsce w rankingu World Giving Index, co nie jest powodem do zadowolenia.

Myślę, że jesteśmy społeczeństwem dojrzałym i na tyle bogatym, że pomaganie innym, którzy są w trudnej sytuacji, mogłoby się odbywać na większą skalę. Z jednej strony należy pochwalić, ale z drugiej strony przypomnieć, że jest jeszcze dużo do zrobienia – podsumowuje prezes Akademii Rozwoju Filantropii w Polsce.

VAT na karty prepaid – wyjaśnienia

Komunikat Ministerstwa Finansów w sprawie opodatkowania podatkiem od towarów i usług doładowań oferowanych przez operatorów telekomunikacyjnych w stanie prawnym obowiązującym od 1 stycznia 2015 r.

Z dniem 1 stycznia 2015 r. wejdzie w życie zasadnicza część ustawy z dnia 25 lipca 2014 r. o zmianie ustawy o podatku od towarów i usług oraz ustawy Ordynacja podatkowa (Dz. U. z 2014 r. poz. 1171). Wprowadzane tą zmianą regulacje dotyczą w szczególnościrozliczania podatku od towarów i usług z tytułu zmiany miejsca świadczenia usług telekomunikacyjnych, nadawczych oraz elektronicznych. W związku z wprowadzeniem do ustawy z dnia 11 marca 2004 r. o podatku od towarów i usług (Dz. U. z 2011 r. Nr 177, poz. 1054, z późn. zm.) – zwanej dalej „ustawą o VAT”, m.in. definicji usług telekomunikacyjnych u niektórych podatników powstały wątpliwości jak od 1 stycznia 2015 r. będzie opodatkowana sprzedaż kart „prepaid” (tzw. doładowań, przez które rozumiane są zarówno doładowania konta „na start” w ramach starterów z kartą SIM, jak również doładowania nabywane bez jednoczesnego przekazania przez operatora karty SIM – ale, których realizacja następuje z wykorzystaniem karty SIM – niezależnie od technologii dostarczenia doładowania). Wątpliwości dotyczą w szczególności sprzedaży kart „prepaid” w związku ze świadczeniem usług o podwyższonej opłacie, o których mowa w art. 64 ustawy z dnia 16 lipca 2004 r. Prawo telekomunikacyjne (Dz. U. z 2014 r. poz. 243).

Na tym tle zgłaszano również konieczność jednoznacznego określenia, które z zasad dotyczących momentu powstania obowiązku podatkowego mają w omawianym obszarze zastosowanie.

W ocenie Ministerstwa Finansów należność płacona za doładowania w rzeczywistości stanowi należność za usługi telekomunikacyjne.

Pojęcie usługi telekomunikacyjnej jest zdefiniowane w art. 24 ust. 2 dyrektywy 2006/112/WE Rady z dnia 28 listopada 2006 r. (Dz. Urz. UE L 347 z 11.12.2006, str. 1, z późn. zm.) – zwanej dalej „dyrektywą VAT”. Zgodnie z tym przepisem, „usługi telekomunikacyjne” oznaczają usługi dotyczące transmisji, emisji i odbioru sygnałów, tekstów, obrazów i dźwięków lub wszelkiego rodzaju informacji drogą kablową, radiową, optyczną lub za pośrednictwem innych systemów elektromagnetycznych, w tym związane z nimi przeniesienie lub cesja praw do użytkowania środków dla zapewniania takiej transmisji, emisji i odbioru, wraz z zapewnieniem dostępu do ogólnoświatowych sieci informacyjnych. Definicja ta ma charakter ogólny, a jej brzmienie od 1 stycznia 2015 r. nie ulegnie zmianie.

Jednocześnie z dniem 1 stycznia 2015 r. definicja usługi telekomunikacyjnej, w związku z wejściem w życie rozporządzenia wykonawczego Rady (UE) nr 1042/2013 z dnia 7 października 2013 r. zmieniającego rozporządzenie wykonawcze (UE) nr 282/2011 w odniesieniu do miejsca świadczenia usług (Dz. Urz. UE L 284 z 26.10.2013 r., str. 1) zostanie doprecyzowana, poprzez wskazanie przykładowych świadczeń wchodzących w jej zakres oraz nieobjętych jej zakresem (por. art. 6a ww. rozporządzenia).

Należy podkreślić, że wprowadzona do ustawy o VAT definicja usługi telekomunikacyjnej będzie tożsama z definicją usługi telekomunikacyjnej z dyrektywy VAT, zatem wprowadzane zmiany nie zmienią co do zasady istoty rozumienia usługi telekomunikacyjnej (również w kontekście definicji usługi telekomunikacyjnej zawartej w art. 2 pkt 48 ustawy z dnia 16 lipca 2004 r. Prawo telekomunikacyjne (Dz. U. z 2014 r. poz. 243), zgodnie z którą przez usługę telekomunikacyjną rozumie się usługę polegającą głównie na przekazywaniu sygnałów w sieci telekomunikacyjnej).

W zakresie działalności telekomunikacyjnej, a zatem i usług telekomunikacyjnych, mieszczą się usługi o podwyższonej opłacie, o których mowa w art. 64 ustawy Prawo telekomunikacyjne. Należy tu dodatkowo wskazać, że przemawia za tym również to, iż usługi takie są świadczone na podstawie umowy o świadczenie usług telekomunikacyjnych (por. art. 64 ust. 8 i art. 56 ustawy Prawo telekomunikacyjne).

Reasumując, ponieważ w związku z nabyciem doładowań realizowane są usługi telekomunikacyjne, a regulacje wchodzące w życie z dniem 1 stycznia 2015 r. nie powodują zmian, których efektem byłaby zmiana zakresu usług uznawanych za usługi telekomunikacyjne, jak również z uwagi na fakt, że wprowadzane zmiany nie dotyczą regulacji w zakresie momentu powstania obowiązku podatkowego, brak jest podstaw do stwierdzenia, że na skutek zmian w przepisach VAT wchodzących w życie z dniem 1 stycznia 2015 r. następują zmiany w rozliczaniu usług telekomunikacyjnych świadczonych na terytorium Polski, w związku z nabywanymi doładowaniami.

Obowiązek podatkowy przy sprzedaży doładowań powstaje zatem na zasadach właściwych dla usług telekomunikacyjnych, czyli – w myśl art. 19a ust. 5 pkt 4 lit. b oraz ust. 7 ustawy o VAT- z momentem wystawienia faktury, nie później niż z chwilą upływu terminu płatności. Przy czym przy sprzedaży na rzecz użytkowników końcowych, dla których nie są wystawiane faktury, decyduje moment zapłaty za doładowanie, który uznawany jest za termin płatności za świadczone w przyszłości usługi telekomunikacyjne.

10-lecie ustawy o dyscyplinie finansach publicznych

Konferencja pt. „Dyscyplina finansów publicznych w dziesięć lat po uchwaleniu ustawy – stan obecny i kierunki pożądanych zmian” odbyła się 17 grudnia 2014 r. w Ministerstwie Finansów z udziałem osób uczestniczących w procesie dochodzenia odpowiedzialności za naruszenie dyscypliny finansów publicznych.

W trakcie konferencji odbyła się  ceremonia wręczenia odznak honorowych „Za Zasługi dla Finansów Publicznych Rzeczypospolitej Polskiej” nadanych przez Ministra Finansów. Są one przyznawane za szczególne osiągnięcia w wieloletniej pracy związanej z dochodzeniem odpowiedzialności za naruszenie dyscypliny finansów publicznych i przyczynianie się do wytyczania standardów prawidłowego gospodarowania środkami publicznymi i przestrzegania ładu finansów publicznych.

W imieniu Ministra Finansów odznaki wręczył podsekretarz stanu w MF, Główny Rzecznik Dyscypliny Finansów Publicznych Artur Radziwiłł.

Uhonorowani zostali:

  1. Jan Pyrcak – przewodniczący Głównej Komisji Orzekającej w Sprawach o Naruszenie Dyscypliny Finansów Publicznych,
  2. Jacek Roman Krawczyk – zastępca Głównego Rzecznika  Dyscypliny Finansów Publicznych,
  3. Ewa Janina Zwolińska – przewodnicząca Międzyresortowej Komisji Orzekającej w Sprawach o Naruszenie Dyscypliny Finansów Publicznych przy Ministrze Finansów,
  4. Marcin Stanisław Krzywoszyński – członek Głównej Komisji Orzekającej,
  5. Tomasz Aleksander Słaboszowski – członek Głównej Komisji Orzekającej.

Zakupy pod presją deflacji

Sprzedaż detaliczna w listopadzie spadła w ujęciu rocznym o 0,2 proc. – podał GUS

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

Spadek sprzedaży detalicznej w listopadzie to przede wszystkim efekt deflacji oraz niższej sprzedaży samochodów i paliw. Dynamika sprzedaży wielu towarów, właśnie poza autami i paliwami, była bowiem porównywalna z tą z października. Widać więc, że gospodarstwa domowe wcale nie ograniczały swoich wydatków konsumpcyjnych. Na ich skłonność do zakupów pozytywny wpływ miała dobra sytuacja na rynku pracy – rosnące realne wynagrodzenia i zatrudnienie.

Niższa listopadowa sprzedaż samochodów, zarówno w cenach stałych (o 5 proc.), jak i w cenach bieżących (o 7,6 proc.), wskazuje, że Polacy wstrzymują się z zakupami ponieważ oczekują na jeszcze większe obniżki cen aut.
W grudniu dynamika sprzedaży detalicznej powinna przyśpieszyć i osiągnąć poziom z grudnia 2013 roku.

Konfederacja Lewiatan

Elastyczny czas pracy niekorzystny dla pracownika

Minął ponad rok, odkąd obowiązują przepisy umożliwiające wprowadzanie w firmach elastycznego czasu pracy. Skorzystało z tego więcej niż 1000 polskich przedsiębiorstw, głównie dużych – zatrudniających od 50 do 249 osób.

Wydłużenie okresu rozliczeniowego czasu pracy do maksymalnie 12 miesięcy i wprowadzenie ruchomego czasu pracy – to dwie możliwości, z których od ubiegłego roku korzystają przedsiębiorcy. Rozwiązania te pomagają lepiej zorganizować pracę, tylko czyją? – pyta Piotr Szumlewicz z Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych (OPZZ). „Jeśli dochody pracownika przez pół roku są na wysokim poziomie, a przez następne pół otrzymuje on tylko minimalne wynagrodzenie, to nie ma stabilności zatrudnienia. Nie może inwestować ani wziąć kredytu” – dodaje ekspert. Zdaniem rozmówcy to rozwiązanie nie jest więc korzystne.

Niedobry dla pracownika, zwłaszcza jego życia prywatnego, często jest też ruchomy czas pracy. Może dojść do takiej sytuacji, że „pracuje on od 8 do 12, potem cztery godziny przerwy i powrót do pracy, która kończy się o 20” – wyjaśnia Piotr Szumlewicz. Dla osób, które pracują i mieszkają  w jednym mieście, to rozwiązanie może być trafione, ale wiele osób dojeżdża z daleka do miejsca zatrudnienia i traci czas z powodu przerwy.

Przepisy o elastycznych formach czasu pracy powinny być konsultowane przez szefów firm ze związkami zawodowymi lub przedstawicielami pracowników. „W 80% przypadków w podpisywaniu porozumień nie brały udziału związki zawodowe. Nowe harmonogramy wprowadzał przedsiębiorca podczas rozmowy z pracownikami” – mówi serwisowi infoWire.pl ekspert. Ponadto nie przedstawiono dowodów na to, że elastyczne formy pracy mają wpływ na spadek bezrobocia – dodaje rozmówca.

Poczta Polska odwołała się od wyniku przetargu na „korespondencję rządową” organizowanego przez Centrum Usług Wspólnych

Poczta Polska odwołała się od wyniku przetargu na obsługę m.in. administracji rządowej, organizowanego przez Centrum Usług Wspólnych (CUW). Zdaniem Poczty Polskiej, oferta Inpost, wybrana przez CUW jako najtańsza, jest wadliwa i powinna zostać odrzucona. Sprawę odwołania Poczty Polskiej rozpatrzy Krajowa Izba Odwoławcza.

Krajowa Izba Odwoławcza 11 grudnia br. już raz uwzględniła odwołanie Poczty Polskiej i unieważniła wybór spółki InPost, której CUW chciał powierzyć doręczanie m.in. rządowej korespondencji. KIO nakazało, aby CUW odtajniło bezprawnie utajniony formularz cenowy InPost, następnie przeprowadziło ponowną ocenę ofert wykonawców (InPost i Poczty Polskiej) i w konsekwencji dokonało wyboru zwycięzcy. Jednak zanim KIO zdążyło sporządzić pisemne uzasadnienie wyroku, a Poczta zapoznać się z odtajnionym formularzem cenowym InPost, CUW tego samego dnia, 11 grudnia br. ponownie wybrało ofertę InPost. Stało się to po upływie niespełna dwóch godzin od ogłoszenia wyroku przez KIO.

Ciech umacnia swoją pozycję na europejskim rynku sodowym. Spółka liczy na dobre ceny w 2015 roku

CEO Magazyn Polska

Ciech zamierza zdobywać nowych klientów w krajach, w których już jest obecny, i szuka nowych rynków dla swoich towarów. Spółka chwali się wysoką rentownością na tle branży i liczy na to, że w przyszłym roku ceny sody będą stabilnie szły w górę.

– Według naszych szacunków oraz szacunków analityków możemy się spodziewać wzrostu cen w przyszłym roku mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Dariusz Krawczyk, prezes zarządu Ciechu.

Należąca do grupy Soda Polska Ciech jest jedynym w Polsce, a drugim na rynku europejskim producentem sody kalcynowanej ciężkiej i lekkiej. Produkuje także sól, sodę oczyszczona, chlorek wapnia oraz dwutlenek węgla. Głównymi odbiorcami wyrobów spółki są huty szkła, producenci detergentów, przemysł chemiczny, metalurgiczny, spożywczy, paszowy, farmaceutyczny oraz gospodarstwa domowe. Fabryki sodowe Ciechu działają nie tylko w Polsce, lecz także w Niemczech i Rumunii.

– Jeśli chodzi o rynek sody, to można powiedzieć, że rok był bardzo udany ocenia Dariusz Krawczyk.  Zainstalowaliśmy nowy kalcynator w naszej rumuńskiej spółce, tym samym zwiększyliśmy zdolności produkcyjne do 460 tys. ton. Praktycznie cała produkcja jest sprzedawana na pniu, rynek nam sprzyja.

Spółka jest też bardzo zadowolona z osiągniętych w mijającym roku wyników. Ciech podkreśla, że po trzech kwartałach jej rentowność EBITDA okazała się najwyższa wśród wszystkich spółek chemicznych notowanych na warszawskiej giełdzie.

Lepiej zarządzamy ceną podkreśla prezes Ciech SA. Jesteśmy dużo sprawniejsi operacyjnie niż dwa lata temu, co zaowocowało również tym, że nasza firma, która miała w 2012 r. naprawdę bardzo poważne problemy finansowe, w tym roku całkiem nieoczekiwanie stała się liderem, jeśli chodzi o rentowność wśród spółek chemicznych notowanych na warszawskim parkiecie.

Ciech w poszukiwaniu nowych kierunków ekspansji penetruje rynek afrykański oraz azjatycki, jednak strategia spółki polega na umacnianiu pozycji w krajach, w których już działa. Jak mówi prezes, tam, gdzie marka jest już znana, łatwiej pozyskiwać klientów.

Przede wszystkim bardzo mocno weszliśmy w tym roku w rynek ukraiński – informuje prezes Ciechu Dariusz Krawczyk. Pozyskaliśmy tam poważnych klientów, dlatego też nie mieliśmy żadnych problemów ze sprzedażą sody, którą produkujemy w nowej instalacji w Rumunii. W przyszłym roku będziemy chcieli się jeszcze bardziej umocnić na tym rynku, dbając jednocześnie o to, by naszych dotychczasowych klientów obsługiwać tak, by nie zauważyli żadnej zmiany. Będzie temu służyło oddanie instalacji w naszej polskiej spółce w styczniu przyszłego roku.

Polska jednym z nielicznych krajów, w którym studenci chcą pracować w sektorze ubezpieczeń

– Sektor ubezpieczeniowy na świecie na tle innych sektorów nie jest atrakcyjnym miejscem pracy dla studentów kierunków ekonomicznych, którzy postrzegają tę branżę jako nudną i staromodną. Ubezpieczenia zajęły dopiero 18. miejsce w rankingu pożądanych branż swoich przyszłych pracodawców. Natomiast w podziale na kraje, sektor ubezpieczeniowy zyskał najwyższe noty ex aequo w Polsce i w Szwajcarii. To główny wniosek płynący z globalnego badania firmy doradczej Deloitte i agencji badawczej Universum „The Deloitte Talent in Insurance Survey 2014”. Może to wynikać z tego, że polscy studenci wśród celów życiowych na pierwszym miejscu stawiają stabilizację i bezpieczeństwo zatrudnienia, a takie atrybuty kojarzą z tym sektorem.

Badanie Universum (czołowej międzynarodowej organizacji specjalizującej się w badaniach, analizach i doradztwie z zakresu employer brandingu) zostało przeprowadzone na zlecenie Deloitte i zawiera odpowiedzi 174 tys. studentów kierunków ekonomicznych z 31 krajów świata, uczących się na ponad 2 tys. uczelni wyższych. W Polsce ankiety wypełniło ponad 6,6 tys. młodych ludzi, których średnia wieku wyniosła 22 lata.

Jak się okazało ubezpieczenia są na świecie jednym z najmniej popularnych, wśród wymienianych przez studentów branż, z którymi chcieliby związać swoje zawodowe życie. Zajmuje ona 18. miejsce na liście 30 objętych badaniem „Liczba młodych ludzi, która wybiera ten sektor od kilku lat nie zmienia się i jest na dość niskim poziomie. W tym roku odsetek ten sięgnął jedynie 1,4 proc. głosów. Dla porównania konkurencyjna bankowość zdobyła 15,4 proc. Polska jest krajem, w którym udział ubezpieczeń jest najwyższy na świecie i wynosi 3,4 proc. To ponad dwa razy więcej niż wynosi średnia dla wszystkich badanych krajów” – tłumaczy Natalia Pisarek, Starszy Konsultant w zespole Human Capital, Dział Konsultingu Deloitte. Obok Polski, w której jeszcze w 2008 roku wskaźnik ten wynosił 2,3 proc., ubezpieczenia osiągnęły także stosunkowo wysoki wynik w Szwajcarii czy Czechach.

Gdzie studenci chcą pracować? Popularność sektorów wśród studentów kierunków ekonomicznych na świecie / 8 najpopularniejszych branż oraz ubezpieczenia

Raport Deloitte stawia pytanie skąd popularność tej branży właśnie w Polsce, skoro udział składki przypisanej brutto w polskim PKB wynosi 3,9 proc., a przykładowo w Wielkiej Brytanii jest to aż 12,5 proc. A więc społeczna świadomość ubezpieczeń jest tam wyższa, sprzedaje się więcej ubezpieczeń i rynek ubezpieczeniowy się rozwija. Dlaczego to nie przyciąga młodych ludzi? W związku z tym, że mało który z przedstawicieli pokolenia Y miał w swoim życiu do czynienia z ubezpieczeniami, ich wyobrażenia w dużej mierze oparte są na stereotypach. Branża  dużej części  z nich kojarzy się z nudą, nic więc dziwnego, że np. brytyjscy studenci wybierają karierę w londyńskim City, a popularność ubezpieczeń wynosi tam tylko 0,2 proc. Tymczasem relatywnie duże bezrobocie i niepewność wśród młodych ludzi w Polsce sprawia, że poszukują oni stabilizacji i bezpieczeństwa i patrzą na sektor ubezpieczeniowy bardziej przychylnym okiem”– tłumaczy Grzegorz Cimochowski, Partner, Lider Działu Doradztwa Strategicznego dla Sektora Instytucji Finansowych w Polsce i Europie Środkowej w Deloitte.

Biorąc pod uwagę podział na płeć – wśród studentów zainteresowanych pracą w ubezpieczeniach kobiety dla wyników globalnych stanowiły 51,4 proc., w Polsce odsetek ten był wyższy i stanowił 79,52 proc.

Badanie pokazało, że obecnie wśród głównych celów życiowych studentów w naszym kraju wygrywa stabilizacja i poczucie bezpieczeństwa zatrudnienia dlatego właśnie, zdaniem ekspertów Deloitte, polscy studenci wybrali ubezpieczenia. Podczas gdy na świecie równowaga pomiędzy życiem zawodowym i prywatnym znalazła się na podium celów zawodowych. Jednak także globalne wyniki wyraźnie wskazują, że stabilizacja i poczucie bezpieczeństwa zatrudnienia mogą w najbliższych latach przegonić chęć zachowania równowagi pomiędzy karierą a życiem osobistym (38,7 proc. w latach 2007-2008 wśród studentów zainteresowanych pracą w ubezpieczeniach, a 50,2 proc. w latach 2013-2014). Już w tej chwili ten priorytet, oprócz Polski, znajduje się na szczycie listy celów zawodowych studentów z Hong Kongu, Indii, Japonii, Czech, Niemiec Rosji, RPA i Turcji. Dla sektora ubezpieczeniowego to dobra wiadomość, bo branża ta bardziej niż inne kojarzy się właśnie z bezpieczeństwem. Studenci w Polsce na drugim miejscu wśród swoich celów życiowych wymieniali „bycie technicznym lub funkcjonalnym ekspertem”, co ich rówieśnicy w innych krajach uznali za ostatni z priorytetów.

Ponad 45 proc. studentów na świecie zainteresowanych karierą w sektorze ubezpieczeniowym chce związać się ze swoim pierwszym pracodawcą na pięć lat lub nawet dłużej. W regionie EMEA odsetek ten wyniósł 2,5 p.p. więcej. Tylko nieliczni (7,6 proc.) uważają, że w pierwszej pracy spędzą rok lub mniej. Co ciekawe, międzynarodowa kariera bądź służbowe podróże zagraniczne są stawiane przez łączną grupę wszystkich studentów kierunków ekonomicznych znacznie wyżej (8. miejsce) niż tych, którzy są zainteresowani pracą konkretnie w ubezpieczeniach (17. miejsce).

Na całym świecie studenci zainteresowani karierą w ubezpieczeniach wśród atrybutów tej branży wskazują na „szkolenie i rozwój zawodowy” jako najważniejszy spośród dwunastu czynników, które są dla nich ważne przy wyborze potencjalnego pracodawcy. Ponad 45 proc. studentów spodziewa się, że w ubezpieczeniach spotkają liderów, którzy wesprą ich rozwój, a prawie 43 proc. uważa, że atutem tego sektora jest siła finansowa. Także pod tym względem nieco inaczej odpowiadali młodzi Polacy, którzy po ubezpieczeniach spodziewają się bezpiecznego zatrudnienia (63,8 proc.), szacunku do ludzi (61,6 proc.) oraz przyjaznego środowiska pracy (60,5 proc.).

Młodzi Polacy planujący karierę w ubezpieczeniach, chcieliby przede wszystkim znaleźć zatrudnienie w PZU. Na tę firmę wskazało aż blisko 37 proc. ankietowanych. Co zaskakujące w piątce wymarzonych pracodawców, obok największego polskiego ubezpieczyciela, studenci wymienili także cztery banki, co zdaniem ekspertów Deloitte oznacza, że te dwie branże będą konkurować o te same talenty.

„Sektor ubezpieczeniowy na całym świecie musi wykonać ogromną pracę, by przekonać do siebie młodych ludzi, którzy dopiero rozpoczynają swoją drogę w biznesie. Firmy z tej branży muszą aktywnie promować się na uczelniach i walczyć ze stereotypem nudnych i staromodnych, które nie mają niczego ciekawego do zaoferowania. Wzorem innych sektorów powinny także starać się pozyskać najbardziej innowacyjnych i uzdolnionych technologicznie studentów. W Polsce wyzwaniem dla ubezpieczycieli będzie walka o najlepszych absolwentów z sektorem bankowym” – podsumowuje Grzegorz Cimochowski.

 

Alkomat połączony ze smartfonem czy zegarki mierzące kroki to jedne z najpopularniejszych prezentów dla fanów inteligentnej elektroniki

Zamiast tradycyjnego krawata czujnik ciśnienia w oponach. Polacy coraz chętniej kupują w prezencie świątecznym gadżety z zakresu inteligentnej elektroniki. Popularnością cieszą się zwłaszcza alkomaty połączone ze smartfonami, zegarki mierzące liczbę kroków, a nawet drobne elementy wyposażenia inteligentnego domu. Tego typu rozwiązania technologiczne jeszcze niedawno kojarzyły się z wysokimi kosztami, jednak dzisiaj nie musimy już dysponować dużym budżetem, by je nabyć.

Wraz z rozwojem technologii zmieniają się preferencje Polaków w zakresie świątecznych prezentów. Jeszcze do niedawna większość fanów elektroniki znajdowała pod choinką nawigację samochodową lub odtwarzacze MP3. Obecnie największym zainteresowaniem cieszą się rozwiązania typu connected, czyli takie, które albo współpracują z innymi urządzeniami, albo są podłączone do internetu.

– Rozwiązania umownie nazwane connected możemy podzielić na kilka kategorii, dlatego że one dominują w zasadzie w każdym elemencie naszego życia. Jeżeli weźmiemy pod uwagę branżę automotive, to za przykład mogą nam posłużyć urządzenia, które wpinamy sobie w gniazdo OBD w samochodzie. One mogą monitorować pracę kierowcy, jego styl jazdy, prędkość, pracę silnika i co ważne, to wszystko jest spięte później z aplikacją, w której kierowca może ocenić jak jeździ, może ćwiczyć jazdę, może porównywać się ze znajomymi, a co najważniejsze, może udostępniać swoim znajomym – mówi Paweł Kacperek, wydawca „Connected Life Magazine”, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.

Dużą popularnością cieszą się także czujniki ciśnienia w oponach. Są to małe urządzenia montowane na oponie samochodu, wyposażone w aplikację, która poinformuje kierowcę o tym, że koło należy dopompować. Prawdziwą furorę jako prezent gwiazdkowy robią nowoczesne alkomaty, które łączą się poprzez Bluetooth ze smartfonem, wyposażonym w specjalną aplikację. W aplikacji należy wpisać takie dane, jak wiek, płeć, wagę i wzrost, następnie dmuchnąć w alkomat, a smartfon pokaże, czy można prowadzić samochód. Dobrym prezentem dla kobiety będzie natomiast zegarek, który mierzy tętno lub zawiera krokomierz, nie tylko mierzący liczbę kroków, lecz także podpowiadający, ile należy ich zrobić każdego dnia, aby zachować smukłą sylwetkę.

– Pojawiają się już nawet takie gadżety, jak inteligentne pierścionki. To pierścionek z wbudowanym czujnikiem, który po sparowaniu z aplikacją mobilną informuje o parametrach naszego życia, pozwala monitorować dietę. Inteligentne opaski pozwalają nawet monitorować fazy snu, informować nas o tym, kiedy śpimy dobrze, kiedy śpimy źle, kiedy powinniśmy wstać, bo może wstajemy za wcześnie lub za późno. To tzw. elektronika inteligentna, urządzenia z segmentu connected, które coraz częściej znajdują się wśród prezentów świątecznych mówi Paweł Kacperek.

Coraz większym zainteresowaniem klientów cieszą się także prezenty związane z domem inteligentnym. Namiastkę takiego domu mogą stanowić już żarówki z wbudowanym modułem Bluetooth. Oznacza to, że za pomocą odpowiedniej aplikacji w smartfonie można, siedząc w salonie, włączyć bądź wyłączyć oświetlenie w innym pomieszczeniu, w którym zainstalowane zostały te żarówki. Tego typu oświetlenie, po połączeniu ze smartfonem, może informować o przychodzącym połączeniu telefonicznym: przy wyłączonym dźwięku w telefonie migająca żarówka w kuchni poinformuje o połączeniu.

Jeszcze kilka lat temu tego typu rozwiązania kojarzyły się z wysokimi kosztami, dzisiaj są one znacznie tańsze i bardziej dostępne. Eksperci radzą jednak kupować takie rzeczy w sprawdzonych sklepach lub u autoryzowanych partnerów producenta, aby mieć gwarancję wysokiej jakości.

Najbogatsi Polacy w swoich wydatkach w 65 proc. kierują się pragmatyzmem i rozsądkiem. Co trzeci kupuje na pokaz

Dwie trzecie zamożnych Polaków pragmatycznie podchodzi do swoich wydatków – wybierają drogie produkty ze względu na ich jakość i trwałość. Częściej otaczają się luksusem dla przyjemności, ale ok. 30 proc. robi to na pokaz, ponieważ wymaga tego otoczenie – wynika z badania KPMG.

Zamożni Polacy to konsumenci, których cechuje przede wszystkim pragmatyzm. 65 proc. z nich podchodzi do bogactwa w sposób pragmatyczny. Z kolei 70 proc. powodów, dla których kupujemy dobra luksusowe, wynika z motywacji wewnętrznej. Zaledwie w 30 proc. kupujemy na pokaz, aby unaocznić innym swój stan posiadania – mówi Tomasz Wiśniewski, partner w dziale doradztwa finansowego w KPMG w Polsce.

Autorzy raportu podzieli badaną grupę na cztery kategorie, w zależności od źródła motywacji i stopnia pragmatyzmu. Najwięcej osób zaliczają do tzw. koneserów (52 proc.), którzy nabywają dobre rzeczy głównie po to, aby cieszyć się ich jakością.

Pragmatyzm polega na tym, że dokonujemy zakupów w sposób racjonalny, bez ulegania emocjom. Patrzymy także uważnie na cenę produktu, bo na nasze bogactwo musieliśmy ciężko zapracować – zaznacza ekspert KPMG. – Wynika albo z dobrej kariery zawodowej, albo z posiadania własnego przedsiębiorstwa, rzadko z dziedziczenia.

Zamożnych Polaków cały czas jest mniej niż w państwach Europy Zachodniej. Mimo niższych kosztów życia oraz relatywnie wyższego wzrostu gospodarczego dogonienie majątku per capita obywatela m.in. Francji czy Niemiec zajmie Polakom wiele lat. Dzisiaj jednak jesteśmy bogatsi niż Chorwaci, Litwini, Łotysze, Bułgarzy, Rosjanie czy Rumuni.

Na tle sąsiadów wyglądamy dobrze, ale pamiętajmy, że nasz region w dalszym stopniu jest biedniejszy niż region Europy Zachodniej. Średni majątek Polaka to ok. 22 tys. dolarów, czyli siedmiokrotnie mniej niż przeciętnego mieszkańca UE. Aby nadrobić ten dystans, potrzebujemy ponad 40 lat – wyjaśnia Wiśniewski.

Zamożni chętnie inwestują, głównie w nieruchomości i akcje. Grupa bogatych (o dochodach powyżej 20 tys. zł miesięcznie) w 51 proc. samodzielnie lokuje wolne środki w nieruchomości, a w 25 proc. w akcje.

Zdaniem Wiśniewskiego luksus dla Polaka nie zawsze oznacza czynniki czysto materialne. Może to być wolny czas poświęcony rodzinie czy swojemu hobby.

Z naszych analiz wynika, że dla wszystkich wspólnym mianownikiem luksusu w Polsce jest jego ekskluzywność, niedostępność i zazwyczaj wysoka jakość oraz przyjemność, jaką konsumenci czerpią z obcowania z nim –podsumowuje Tomasz Wiśniewski.

Raport definiuje zamożnych jako osoby osiągające dochody powyżej 7,1 tys. zł brutto miesięcznie. Pod względem bieżących możliwości konsumpcyjnych, osób posiadających co najmniej milion dolarów w płynnych aktywach jest w Polsce 47 tys. Posiadaczy 1-5 mln dolarów jest 44,52 tys., a tych powyżej 100 mln dolarów – 100 osób. Przeciętnie są to prywatni przedsiębiorcy zamieszkujący miasta powyżej 250 tys. mieszkańców.

Liczbę zamożnych Polaków szacujemy na ok. 800 tys. osób. Do 2016 r. liczba ta powinna przekroczyć 1 mln. Obecnie grupa osiąga dochody w wysokości 140 mld zł, a w 2017 roku może to być już 200 mld zł – przyznaje Wiśniewski.

29 proc. osób klasyfikowanych według raportu jako osoby bardzo zamożne (o miesięcznych dochodach 10-20 tys. zł) regularnie odwiedza restauracje, 20 proc. korzysta z usług prywatnego trenera, a 30 proc. z domowej gospodyni. Jedynie 2 proc. przedstawicieli tej grupy to stali użytkownicy usług concierge.

Voucher na bilet na koncert lub imprezę to pomysł na prezent na ostatnią chwilę

Voucher na bilet na koncern lub inne wydarzenie może się okazać ratunkiem dla spóźnialskich, którzy jeszcze nie mają prezentów dla najbliższych. Nie ma ryzyka, że nie trafimy w gust. Voucher można wykorzystać na dowolne wydarzenie, dzięki czemu wiadomo, że nie będzie to prezent chybiony.

Dostępne są vouchery o zróżnicowanych nominałach. Dla osoby młodej możemy kupić voucher za 200 zł ‒ w tej cenie zmieszczą się np. dwa bilety na imprezę klubową. Jeśli chcemy zaś obdarować kogoś, kto jest fanem supergwiazd, możemy wydać na voucher nawet 400 zł – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Mateusz Drachal, szef operacji Eventimu.

Vouchery można też łączyć. Ważność takiego kuponu to rok, więc obdarowany ma czas, by wykorzystać voucher na odpowiadające mu wydarzenie. Voucher na bilet to dobry pomysł na prezent na ostatnią chwilę, bo można go kupić nawet kilka minut przed wieczerzą wigilijną. Jak podkreśla Drachal, zakup voucheru zajmuje jedynie kilka minut, a by go realizować, wystarczy wydrukować.

Poza świątecznymi voucherami w Eventimie w grudniu wzrasta też sprzedaż biletów. Drachal zauważa, że podobny trend jest obserwowany we wszystkich branżach, które zajmują się sprzedażą przez internet.

Mamy bardzo duże zainteresowanie biletami. Organizatorzy też to czują, zwiększając podaż biletów na różne imprezy, dlatego mamy dużo nowo otwartej sprzedaży biletów na różne koncerty – mówi ekspert.

W tej chwili już setki organizatorów udostępniają poprzez Eventim bilety na dziesiątki tysięcy wydarzeń. Liczby te rosną bardzo dynamicznie. Duża zmiana w polskim społeczeństwie nastąpiła wraz ze wzrostem regularności przyjazdów światowych gwiazd do naszego kraju. Drachal ocenia, że powstał zwyczaj uczestniczenia w takich wydarzeniach. Polscy klienci spółki często szukają atrakcyjnych wydarzeń również za granicą, podobnie jak przyjeżdżający na polskie koncerty i inne wydarzenia obcokrajowcy.

W tej chwili w systemie mamy takie imprezy, na które jeden bilet potrafi kosztować kilka tysięcy złotych, oraz takie, na które bilet może kosztować 10 zł. Przekrój jest ogromny – podkreśla Drachal.

Zaznacza, że dla spółki i jej klientów nowa ustawa konsumencka, która wchodzi w życie 25 grudnia, przyniesie niewielkie zmiany. Eventim już się do niej przygotował i wprowadził odpowiednie zmiany w swoich regulaminach. Ekspert przypomina, że jeden z najważniejszych elementów nowej ustawy, czyli możliwość bezkosztowego odstąpienia od umowy i zwrotu zakupionego towaru bez podawania przyczyny w ciągu 14 dni, nie obejmuje biletów na koncerty, wydarzenia sportowe i imprezy artystyczne.

Galerie handlowe znacząco zwiększają obroty. Grudzień to dla nich także ogromne wyzwanie organizacyjne

0

Dla handlu grudzień to większa sprzedaż i wyższe zyski. Najlepiej przygotowane na zwiększony ruch sklepy mogą je nawet podwoić. Okres przedświąteczny to jednak ogromne wyzwanie organizacyjne dla centrów handlowych. Oznacza tłumy klientów, których uwagę trzeba przyciągnąć, by skłonić do zakupów, i którym trzeba zapewnić właściwą obsługę.

Jak wynika z badania TNS Polska wykonanego na zlecenie Związku Banków Polskich, w tym roku Polacy zamierzają wydać na święta średnio 824 zł. To oznacza zwiększony ruch w sklepach i galeriach handlowych już pod koniec listopada. W grudniu ubiegłego roku sprzedaż detaliczna – według GUS – była o 17,3 proc. wyższa niż rok wcześniej.

Okres przedświąteczny to najtrudniejszy czas zarówno dla osób pracujących w sieciach handlowych, jak i dla zarządców centrów handlowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Anna Szmeja-Kroplewska, dyrektor generalna Polskiej Rady Centrów Handlowych.

I to pomimo zwiększonych obrotów, a co za tym idzie również większych zysków. Sklepy i centra handlowe odwiedza znacznie więcej osób niż zwykle. Jak podkreśla dyrektor PRCH, średniej wielkości centrum handlowe, z ofertą około 100 sklepów, w ciągu ponad 20 dni grudnia odwiedza około 1 miliona klientów. W tych większych jest ich nawet dwa razy więcej. Na ich przyjęcie trzeba się odpowiednio przygotować. I nie chodzi wyłącznie o atrakcyjną ofertę, która przyciągnie klientów.

– Wymaga to od zarządcy ogromnego nakładu pracy, jeżeli chodzi o zabezpieczenie, ochronę i serwisy sprzątające – wymienia Anna Szmeja-Kroplewska. – Z kolei dla punktów handlowo-usługowych wiąże się to z zagwarantowaniem odpowiedniej liczby obsługi i towaru oraz niezliczonymi kombinacjami logistycznych trudności, które trzeba pokonać tak, aby klient w sposób komfortowy mógł zrobić zakupy.

Średnio obroty sklepów i centrów handlowych rosną o 50 proc. W niektórych sektorach są one nawet kilkukrotnie większe.

Na rynku panuje bardzo duża konkurencja, zwłaszcza w dużych miastach. Więc tutaj trwa intensywna walka o klienta, przeważnie skupiająca się na prowadzeniu komunikacji i informowaniu o ofertach, animacjach i akcjach, które towarzyszą funkcjonowaniu centrów w grudniu – mówi dyrektor PRCH. – Zarządzający centrami starają się przyciągnąć klientów do swoich obiektów, budując odpowiedni klimat, aranżując świąteczne dekoracje czy angażując się w różnego rodzaju akcje, jak wspierana przez Polską Radę Centrów Handlowych inicjatywa „Świeć się, Galerio”, konkurs na najpiękniej oświetlone centrum handlowe w Polsce.

W Polsce działa ponad 350 tys. sklepów różnej wielkości, a połowa z nich znajduje się w centrach handlowych. Na grudniowy szczyt zakupowy centra handlowe przygotowują się praktycznie od połowy roku, wydając na przygotowania znaczącą część swych budżetów marketingowych. W przypadku największych galerii handlowych budżety mogą sięgać setek tysięcy złotych.

W święta i sylwestra mniej Rosjan i Ukraińców w polskich hotelach

Mniej turystów z Ukrainy i Rosji przyjedzie w tym roku na Podhale. W innych obszarach kraju poziom rezerwacji noclegów na okres świąteczno-sylwestrowy jest na podobnym poziomie jak rok temu. Przyszły rok zapowiada się dla hotelarzy bardzo dobrze. Branża oczekuje zwiększonej aktywności marek, a także coraz większego udziału rezerwacji mobilnych.

Sezon rezerwacji świątecznych i sylwestrowych w Polsce wygląda tradycyjnie stabilnie i przewidywalnie. Jedynym wyjątkiem w 2014 roku jest rejon Podhala. Tutaj mamy do czynienia z prognozami, które przewidują o wiele mniejszy udział turystów z Rosji i Ukrainy w udziale rezerwacji hotelowych w tym regionie – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Łukasz Dąbrowski, dyrektor generalny HRS Polska.

Dodaje, że dla hotelarzy z Podhala spadek liczby turystów ze Wschodu będzie bardzo odczuwalny. Dużo lepiej wyglądają jednak prognozy dla całej branży na przyszły rok.

Dąbrowski prognozuje, że HRS zanotuje w przyszłym roku istotny wzrost liczby rezerwacji, bo coraz więcej osób korzysta z internetowych kanałów sprzedaży. Szczególnie aktywne w pozyskiwaniu rezerwacji mają być sieci hotelowe i obiekty o znanych markach.

2015 rok z perspektywy branży hotelowej to również czas marki. W ciągu ostatnich miesięcy obserwowaliśmy zwiększoną aktywność marek hotelowych, które konsolidują różnego rodzaju indywidualne przedsiębiorstwa hotelowe w regionach Polski. Te brandy teraz muszą się sprawdzić od strony promocji, od strony dotarcia do klientów i od strony marketingu – przekonuje Dąbrowski.

Ocenia, że w branży hotelarskiej rośnie siła marki, nie tylko sieci. Właściciele najbardziej znanych marek, jak prognozuje Dąbrowski, będą inwestować  zarówno w jakość, jak i promocję, by jeszcze bardziej dotrzeć do klientów z informacją o standardach gwarantowanych przez ich brand.

Istotnym trendem w 2015 roku ma być wzrost udziału rezerwacji dokonywanych na urządzeniach mobilnych. Według badań przeprowadzonych przez ARC Opinia i Rynek, na które powołuje się Dąbrowski, rezerwacje mobilne to w Polsce niemal 10 proc. rynku. Dla HRS-u ten udział sięga 20 proc., ale już w ciągu najbliższych 12 miesięcy może wzrosnąć nawet do niemal 50 proc.

Jest to bardzo mocny trend. Można powiedzieć, że w Polsce dopiero staramy się nadążyć za resztą Europy – podkreśla Dąbrowski.

Firmy pożyczkowe krytykują nowe propozycje regulacji, choć ich zdaniem rynek wymaga uporządkowania

0

Przygotowany w resorcie finansów projekt nowelizacji ustawy o nadzorze nad rynkiem finansowym nie podoba się przedstawicielom firm pożyczkowych. W ich ocenie jest w nim wiele nieprecyzyjnych zapisów, a nowe przepisy nie spełnią swojego podstawowego celu: nie będą dobrze chronić interesów klientów. Jednocześnie podkreślają, że rynek wymaga uporządkowania.

Do 19 grudnia trwała druga tura konsultacji nowej wersji dokumentu. Projekt wprowadza m.in. pojęcie instytucji pożyczkowej jako nowego tworu na polskim rynku gospodarczym. Zakłada, że  firmy pożyczkowe będą musiały posiadać minimum 200 tys. kapitału własnego, a ich formą prawną może być tylko spółka akcyjna lub z ograniczoną odpowiedzialnością. Członkowie zarządu takiej spółki nie mogą być karani. Dla ewentualnych oszustów na tym rynku przewidziano zaś wyższe niż dotąd kary: do 10 lat więzienia i do 5 mln zł.

– Teoretycznie są to zapisy, które porządkują rynek – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Stefan Cieśla, radca prawny i pełnomocnik Profi Credit. – Firmy będą mogły udzielać pożyczek, stosując się do pewnych maksymalnych limitów, całkowity koszt kredytu nie będzie mógł przekroczyć 100 proc. wartości udzielonej pożyczki, bez względu na czas trwania pożyczki, a koszt windykacji nie będzie mógł przekroczyć ośmiokrotności kredytu lombardowego. Z przykrością stwierdzam jednak, że jest to kolejna wyjątkowo niechlujna regulacja.

Jak podkreśla, może ona doprowadzić do tego, że pewien segment pożyczek pozabankowych zniknie z rynku. Proponowane ograniczenie kosztów oznacza, że firmom pożyczkowym nie będzie się opłacało udzielać kredytów na dłuższy okres. Muszą one bowiem uwzględnić w swej działalności duże to, że mogą nie odzyskać pieniędzy.

I tutaj dochodzimy do poważnego problemu, ponieważ pożyczki są bez wątpienia drogie – zwraca uwagę Stefan Cieśla. – Ale dlaczego one są tak drogie? Otóż dlatego są drogie, że ludzie, którzy biorą pożyczki pozabankowe, nie spełniają kryteriów zdolności kredytowej określonej przez banki.

W praktyce zarabiają za mało albo nieregularnie, są zatrudnieni na umowy cywilnoprawne, a to dla banków zbyt ryzykowna grupa. Zdaniem Cieśli po wejściu w życie nowych regulacji mogą oni zostać pozbawieni dostępu do dodatkowego kapitału.

Firmy pożyczkowe ubolewają nad tym, że z projektu zniknął pomysł wprowadzenia rejestru firm pożyczkowych. To według nich mogłoby uporządkować rynek i wyeliminować z niego potencjalnie groźne dla klientów podmioty.

Najprościej byłoby, gdyby klient mógł sięgnąć do rejestru urzędowego, prowadzonego przez UOKIK lub resort gospodarki, by sprawdzić, czy określona firma jest w rejestrze i czy ma prawo udzielać pożyczek. Niestety, Ministerstwo Finansów wycofało się z tego pomysłu. Teoretycznie sąd rejestrowy będzie obowiązany badać, czy firma spełnia wymogi ustawy, ale to się sprowadza do formalnego złożenia oświadczenia, że nasze środki są środkami własnymi oraz że spełniamy wymogi ustawy. To będzie wyłącznie formalna deklaracja, nie poparta jakimkolwiek badaniem dokumentacji – mówi Stefan Cieśla.

Jak podkreśla, proponowana w projekcie definicja firmy pożyczkowej jest błędna. Zakłada ona bowiem, że instytucja pożyczkowa to instytucja, której działalność w przeważającej części polega na udzielaniu pożyczek.

Co to znaczy przeważająca część, w jakim okresie liczona? Aby to było weryfikowalne, trzeba byłoby podać konkretne dane. Bo firma może powiedzieć, że w okresie 5-letniej działalności udzielanie pożyczek stanowi niewielką część biznesu, bo przyjęła pięcioletni okres rozliczeniowy. To musi być zdefiniowane w ustawie, inaczej będziemy mieli kompletną dowolność, a co za tym idzie niemożliwość realizacji ustawy – mówi mecenas.

Inwestycja w mieszkanie na wynajem oferuje kilkakrotnie wyższą stopę zwrotu niż lokata bankowa. Perspektywiczne lokalizacje to Łódź, Kraków i Trójmiasto

CEO Magazyn Polska

W środowisku niskich stóp procentowych inwestycje w nieruchomości na wynajem są atrakcyjną alternatywą dla lokat bankowych. Potrafią przynieść zwrot 3-4 wyższy niż depozyt. Zdaniem prezesa spółki Mzuri CFI1, zajmującej się społecznościowym inwestowaniem w nieruchomości, najbardziej przyszłościowe lokalizacje to obecnie Łódź, Kraków i Trójmiasto.

Jedynym zagrożeniem dla stopy zwrotu z tego typu inwestycji jest wyraźna nadpodaż na rynku najmu. W Polsce nadal ceni się własność nieruchomości i większość potencjalnych klientów wynajęcie mieszkania traktuje jako ostateczność. Z drugiej strony nic tak nie przyspiesza znalezienia klienta jak obniżka ceny, a nawet konkurencyjne i znacznie tańsze od średniej rynkowe oferty najmu nadal gwarantują znacznie lepszy zwrot niż lokata bankowa.

– Inwestycje w nieruchomości, zwłaszcza dzisiaj, kiedy stopy procentowe są tak niskie, a depozyty czy obligacje oferują zwroty na poziomie średnio 2 proc., wydają się być bardzo atrakcyjną lokatą kapitału – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Artur Kaźmierczak, prezes Mzuri CFI1. – Bo w ogóle abstrahując od wzrostu wartości w długim czasie, z samego czynszu można osiągnąć 6, 7, 8, a czasem więcej procent zwrotu rocznie. A więc trzy- lub czterokrotność tego, co można otrzymać w banku.

Jedyny problem to cena zakupu mieszkania. Nawet najtańsze i najgorzej zlokalizowane kosztują dziesiątki tysięcy złotych. Takie firmy jak Mzuri CFI1 oferują więc możliwość zakupu udziału w mieszkaniach na wynajem. Zysk z najmu jest w takim wypadki proporcjonalny do kupionego udziału.

Nieruchomości dotychczas były raczej opcją dla osób zamożniejszych, takich, które dysponowały kwotą 100-150, albo i więcej tysięcy złotych podkreśla Artur Kaźmierczak. – Bo za 100 tys. można bez problemu w Polsce kupić i wyremontować małe mieszkanie i je wynajmować. Dzięki modelowi inwestowania grupowego staje się to teraz możliwe dla osób, które mają 10-20 tys. zł.

Na rynku nieruchomości najistotniejsza jest lokalizacja. Te mieszkania, które są dobrze położone, mają też ceny, które to położenie uwzględniają. Są jednak i takie nieruchomości, których lokalizacja nie wydaje się szczególnie atrakcyjna, ale inwestor, którzy dostrzeże jej potencjał, może na tym dodatkowo zarobić.

Wierzę w Łódź, która znajduje się blisko Warszawy i w kontekście niedługo otwieranego szybkiego połączenia kolejowego wierzę, że Łódź będzie coraz bardziej stawać się sypialnią Warszawy przekonuje Artur Kaźmierczak. – Wierzę w Kraków, który już dzisiaj jest największym w Europie centrum usług biznesowych i chyba ósmą lub dziewiątą taką lokalizacją na świecie. Wierzę też w Trójmiasto, które rozbudowuje port i przyciąga biznes ze Skandynawii, także w sektorze BPO. I wierzę w mieszkania na wynajem –zarówno te pojedyncze, jaki i te w kamienicach.

Zaletą tego typu inwestycji jest też jej bezpieczeństwo. O ile kupujący nie zaniedba sprawdzenie stanu prawnego lokalu, będzie miał gwarancję, że jego inwestycja nie przepadnie ani nie straci na wartości.

Warto zwrócić uwagę na to, że mieszkanie na wynajem nie tylko generuje dochód, lecz także w długim okresie jest duża szansa na to, że wzrośnie znacząco jego wartość, oraz że mamy bardzo duże bezpieczeństwo inwestycji przypomina Artur Kaźmierczak z Mzuri CFI1. Dlatego, że fakt, że jesteśmy właścicielem, jest potwierdzony wpisem do księgi wieczystej, który gwarantuje państwo. Jest to nadzwyczaj bezpieczna inwestycja, taka, gdzie nie grozi nam, że firma, której obligacje wykupiliśmy, zbankrutuje, czy bank, w którym zainwestujemy więcej niż poziom gwarantowany przez państwo, będzie miał problemy z płynnością.

NIK sprawdzi dostępność podręczników szkolnych

Rusza kontrola dotycząca dostępności podręczników szkolnych. Poprzedził ją panel ekspertów – przedstawiciele Ministerstwa Edukacji Narodowej, reprezentanci fundacji i stowarzyszeń oświatowych oraz wydawcy dyskutowali w siedzibie NIK o problemach związanych z podręcznikami dla uczniów. Wnioski z debaty zostały wykorzystane w programie kontroli.

Zapoczątkowana w 1999 r. reforma oświaty umożliwiła funkcjonowanie wielu podręczników do poszczególnych przedmiotów oraz wprowadziła administracyjny tryb ich dopuszczania do użytku szkolnego na podstawie pozytywnych opinii rzeczoznawców. Efektem tej zmiany jest duża liczba wydawców i tytułów wydawniczych. Powstała olbrzymia konkurencja na rynku, która może być przyczyną zjawisk korupcjogennych. Stabilności na rynku podręczników szkolnych nie sprzyja również zbyt częsta zmiana podstaw programowych, co ogranicza dostęp do podręczników używanych.

Dodatkowe emocje budzi sprawa bezpłatnych podręczników szkolnych. Darmowe podręczniki niosą ze sobą szansę dla dzieci i młodzieży z terenów wiejskich oraz uboższych rodzin. Eksperci są zgodni, że uczniom należy stworzyć wyrównane warunki do nauki. Z drugiej strony Polska Izba Książki (PIK) alarmuje, że darmowe podręczniki dla klas I-III oznaczać będą spadek przychodów wydawców o około 350 mln zł rocznie, a straty (i być może przymusowe zwolnienia) dotkną także księgarzy, hurtowników i drukarnie. Eksperci tego zrzeszenia sceptycznie odnoszą się do proponowanej przez MEN wysokości dotacji, która ma wspomóc korzystanie przez uczniów z ćwiczeń i innych materiałów jednorazowego użytku.

Tezy i wnioski wynikające z debaty zorganizowanej przez NIK zostały wykorzystane w programie kontroli Dostępność podręczników szkolnych. Na jej wyniki czekają przedstawiciele Ministerstwa Edukacji Narodowej, nauczyciele oraz wydawcy książek.

Końca przeceny euro wobec dolara nie widać. Jej skala zależy od wpływu niskich cen ropy na inflację oraz efektów spodziewanego programu luzowania monetarnego

CEO Magazyn Polska

Euro będzie nadal traciło wobec dolara – spodziewa się Andrzej Stefaniak, dealer walutowy firmy DMK. Jego zdaniem w pierwszej połowie 2015 roku czeka nas dalsza przecena wspólnej europejskiej waluty w rezultacie spodziewanego programu luzowania ilościowego. Presję na euro będą także wywierać skutki spadku cen ropy naftowej, w wyniku czego eurodolar może osiągnąć nawet poziom 1,0 (tzw. parytet).

Jest bardzo prawdopodobne, że luzowanie ilościowe w eurostrefie odbędzie się na początku przyszłego roku, w pierwszym kwartale – zauważa Andrzej Stefaniak, dealer walutowy firmy doradczej DMK. – Końcówka tego roku nie przedstawia się dla europejskiej waluty zbyt pozytywnie. Należy się spodziewać osłabienia euro w wyniku między innymi oczekiwania na to wydarzenie.

Na początku grudnia Mario Draghi, szef Europejskiego Banku Centralnego, oświadczył, że na początku przyszłego roku Rada Prezesów EBC ponownie przeszacuje program stymulacyjny TLTRO (z ang. Targeted Longer-Term Refinancing Operation – operacja długoterminowego refinansowania banków z przeznaczeniem na kredyty). Jego zadaniem jest pobudzenie akcji kredytowej banków, kierowanej głównie do małych i średnich, europejskich przedsiębiorstw, która z kolei ma wesprzeć wzrost gospodarczy strefy euro. Jednak zarówno w pierwszej transzy we wrześniu, jak i w drugiej w grudniu chętnych na pożyczki było mniej niż oczekiwano. Rozważane może być także rozpoczęcie skupu obligacji skarbowych.

Byłoby to najważniejsze wydarzenie dla eurostrefy i europejskiej waluty w przyszłym roku – przekonuje Andrzej Stefaniak. – Jeżeli rzeczywiście miałoby ono miejsce, presja na euro pogłębiłaby się jeszcze bardziej. Widać to bardzo dobrze na przykładzie osłabienia się jena, funta brytyjskiego i dolara. Obecna fala przeceny, która wynosi dopiero kilka procent, jest zbyt mała i prawdopodobnie będzie przyspieszona. Dla europejskiej waluty cały 2015 rok wydaje się bardzo negatywny. Powinniśmy mieć do czynienia z przeceną zarówno w pierwszym, jak i drugim kwartale.

Notowania eurodolara w przyszłym roku – zdaniem dealera walutowego firmy DMK – zdecydowanie będą zniżkować. Stanie się tak w wyniku osłabienia europejskiej waluty poprzez zwiększenie jej ilości na rynku. Z drugiej strony na niekorzyść euro może zadziałać sytuacja, w której działania pomocowe EBC nie przyniosą efektu.

Zarówno pierwsza, jak i druga połowa roku powinny być zdecydowanie niekorzystne – uważa Andrzej Stefaniak. – Może się bowiem okazać, że program luzowania monetarnego, który prawdopodobnie zostanie ogłoszony, nie zacznie przynosić pozytywnych efektów. Jeżeli tak będzie, rynek zacznie przebąkiwać o drugim programie, co spowoduje kolejny, negatywny wpływ dla euro. Dlatego spodziewam się spadkowego scenariusza na eurodolarze w przyszłym roku.  Za rok będziemy na bardzo niskich poziomach, możemy zahaczyć nawet o 1,00.

Ale na notowania euro wpływ będą miały także, jak przekonuje Andrzej Stefaniak, dane makroekonomiczne. Obecnie trwa szacowanie skutków mocnego spadku cen ropy naftowej na inflację w eurostrefie.

W przyszłym roku cena ropy naftowej, jak wskazuje ekspert, także będzie najważniejszym czynnikiem kształtującym dane makroekonomiczne.

Jeżeli notowania ropy utrzymają się na niskich poziomach albo jeszcze bardziej pogłębią spadek, będzie to czynnik, który zdecydowanie pomoże strefie euro, danym makro i kondycji gospodarczej – przekonuje Stefaniak. – Miałoby to, rzecz jasna, przełożenie na wycenę europejskiej waluty. Na chwilę obecną trudno jednak prognozować, czy spadek cen ropy naftowej się utrzyma, czy będzie trwały.

Piotr Kuczyński (Xelion): Polska giełda będzie zyskiwać. W I kwartale warto zainwestować w akcje

CEO Magazyn Polska

Koniec roku na GPW nie powinien już przysporzyć większych emocji. W roku 2015, wyłączając zjawiska nieprzewidziane, polska giełda powinna rosnąć, głównie za sprawą środków unijnych napędzających wzrost gospodarczy.

– Spodziewam się, że dzięki uruchomieniu środków unijnych z nowej perspektywy finansowej 2014-2020 wzrost gospodarczy w Polsce przyspieszy w II połowie 2015 r. – przewiduje Piotr Kuczyński, główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion.

Jego zdaniem dlatego właśnie dobrym momentem na zakup akcji będzie I połowa roku lub nawet jego I kwartał, bo przyspieszenie gospodarki pociągnie za sobą większe zainteresowanie inwestorów spółkami z GPW, a ich akcje zaczną drożeć.

– Inwestujmy w akcje tych firm, które najbardziej skorzystają na środkach unijnych. Myślę, że duże pieniądze będą przeznaczone na rozwój, badania i informatykę, w związku z tym warto wybierać spółki działające właśnie w takich obszarach – mówi Piotr Kuczyński.

Jak dodaje, afera związana z niejasnościami dotyczącymi liczenia głosów przez PKW w niedawnych wyborach samorządowych mogła zaszkodzić wizerunkowi sektora informatycznego. W dodatku od początku roku indeks WIG-informatyka wzrósł tylko o ok. 2 proc. Choć to więcej niż dla całego WIG-u (+0,06 proc.), to w porównaniu z sektorem energetycznym (ponad 20 proc.) czy mediowym (prawie 14 proc.) wzrost wydaje się skromny i pozostawia przestrzeń do dalszego ruchu w górę.

Główny analityk Domu Inwestycyjnego tłumaczy, że niewielkie podciągnięcia indeksów na koniec roku są spowodowane zwykle chęcią uzyskania wyższych premii przez zarządzających funduszami na koniec roku. Zjawisko, zwane rajdem św. Mikołaja, zdecydowanie częściej ma miejsce w USA niż w Polsce.

W USA indeks Standard & Poor’s pobił w tym roku rekord wszech czasów 49 razy. To nadzwyczajne zjawisko, które nie miało miejsca od 1928 r. – zauważa główny analityk Xelion.

2014 r. okazał się korzystnym okresem dla światowych parkietów giełdowych. Amerykański indeks Dow Jones Industrial wzrósł w ciągu ostatnich 12 miesięcy o 11 proc., Standard & Poor’s 500 zwyżkował o 14 proc., a wartość głównego indeksu w Japonii Nikkei 225 była wyższa o 19 proc. w stosunku do końca ubiegłego roku. Polski WIG20 zachowywał się na ich tle bardzo stabilnie, stracił na wartości niespełna 4 proc. To również może zachęcić inwestorów do kupowania polskich akcji, których ceny nie są wygórowane.

NCBR rozdał młodym naukowcom 40 mln zł na wdrażanie innowacyjnych projektów

0

Młodzi liderzy nagrodzeni. W piątej edycji programu Lider, prowadzonego przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, 36 młodych naukowców otrzymało w sumie 40 mln zł na realizację swoich innowacyjnych projektów. – Bez wsparcia młodych i zdolnych ludzi duże środki z UE i budowana infrastruktura naukowa będą nieprzydatne – podkreśla prof. Lena Kolarska-Bobińska, minister nauki i szkolnictwa wyższego.

Wszyscy dzisiaj mówimy o innowacyjności, a ona bez nauki nie istnieje. Więc tworzymy ramy prawne i finansowe, będą duże fundusze strukturalne na współpracę nauki i biznesu, przygotowujemy różne centra transferu technologii, ale tak naprawdę te ramy będą puste bez liderów, bez ludzi młodych, zmotywowanych, energicznych, z pomysłami, którzy chcą z jednej strony uprawiać dobrą naukę, a z drugiej strony wdrażać swoje pomysły, żeby były pożyteczne dla społeczeństwa i gospodarki – mówi prof. Lena Kolarska-Bobińska, minister nauki i szkolnictwa wyższego.

W piątej edycji programu Lider, prowadzonego przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, 36 młodych naukowców otrzymało w sumie 40 mln złotych na realizację swoich projektów. Maksymalne dofinansowanie jednego projektu wynosi 1,2 mln złotych, a jego realizacja może trwać do 36 miesięcy. Dzięki udziałowi w programie młodzi naukowcy zwiększają swoje szanse na odniesienie sukcesu na początku kariery naukowej – wyłonieni w dwuetapowym konkursie laureaci otrzymują środki na stworzenie i zarządzanie własnym zespołem badawczym. Wyniki ich badań mają być potem wdrożone w gospodarce.

Uczymy się powoli, że trzeba skomercjalizować wyniki nauki, bo duża jej część powinna być praktyczna i przydatna dla społeczeństwa. Ale żeby udawała nam się ta komercjalizacja, wszyscy uczestnicy tego długiego procesu muszą mieć świadomość, jak ważna jest współpraca, jak ważne są rozwiązania prawne, które w tej chwili powstają – podkreśla minister.

Zainteresowanie programem jest duże – w tej edycji wpłynęło 240 wniosków, z których ze względów formalnych odrzucono 11, a dofinansowanie otrzymał co szósty projekt.

NCBR w planach ma już uruchomienie kolejnej edycji konkursu w przyszłym roku.

W ciągu pięciu edycji programu przyznaliśmy już 176 grantów na łączną kwotę 182 mln zł. Mamy więc zainwestowane spore pieniądze w karierę najlepszych młodych naukowców i to pozwala nam z optymizmem myśleć o polskiej nauce już za kilka lat – mówi prof. Krzysztof Jan Kurzydłowski, dyrektor Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.

W ramach dotychczasowych edycji największą liczbą liderów może się poszczycić Politechnika Warszawska. Z tej uczelni pochodzi 16 młodych naukowców wyróżnionych przez NCBR. Na kolejnych miejscach znalazły się Politechnika Gdańska (12 liderów) oraz Politechnika Poznańska i Politechnika Łódzka (po 9 liderów). Spośród uniwersytetów najwięcej laureatów programu Lider pochodzi z Uniwersytetu Gdańskiego oraz Uniwersytetu Warszawskiego (po 7 laureatów).

Na całym świecie już dostrzeżono, że młodzi wymagają specjalnej szansy, że mogą mieć równie dobre pomysły co doświadczeni naukowcy, a na pewno mają w większości przypadków więcej entuzjazmu i chęci zmagania się z tym, co się wydaje niemożliwe. Dlatego na nich trzeba stawiać, nie rezygnując ze wsparcia najlepszych naukowców o dojrzałym profilu – zapewnia prof. Kurzydłowski.

Wśród osiągnięć Liderów na pierwszy plan wysuwa się sukces laureata trzeciej edycji programu dra inż. Tomasza Żernickiego i jego projekt AudioSense: Opracowanie prototypowego systemu rekonstrukcji wirtualnej sceny dźwiękowej z wykorzystaniem bezprzewodowych sieci sensorowych. Eksperci podkreślają, że Zylia, stworzony przez jego firmę wynalazek, może zrewolucjonizować branżę muzyczną i filmową.

BGŻ: Tak niskich cen warzyw i owoców polscy konsumenci nie widzieli od 10 lat

CEO Magazyn Polska

Tegoroczne zakupy żywności świątecznej są tańsze niż w ubiegłym roku. W grudniu ceny żywności i napojów bezalkoholowych są niższe o 2,2 proc. niż rok temu. Niektóre z produktów typowo świątecznych potaniały jednak dużo bardziej – kapusta aż o 50 proc., buraki o 20-30 proc., a cukier o 30-40 proc.

W tym roku praktycznie wszystkie produkty żywnościowe są tańsze. Spadki cen utrzymują się już od lutego – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Marta Skrzypczyk, analityk Banku Gospodarki Żywnościowej. ‒ Największe spadki notują warzywa i owoce ze względu na dużo wyższe zbiory w tym roku oraz embargo nałożone przez Rosję.

 

Skrzypczyk podkreśla, że niektóre z owoców i warzyw, które są podstawą dań w okresie świątecznym, potaniały w stosunku do ubiegłego roku nawet o połowę. Największe spadki cen dotyczą jabłek i kapusty – te potaniały nawet o 50 proc. w porównaniu z grudniem 2013 r. Jak zaznacza ekspertka, tak niskich cen polscy konsumenci nie widzieli od 10 lat.

Nieco mniej potaniały inne warzywa, takie jak buraki, cebula i marchew. Ich ceny detaliczne są w tym roku niższe o 20-30 proc.

Aż o prawie 25 proc., jak wynika z danych GUS, były w listopadzie tańsze ziemniaki (porównując do listopada 2013 r.).

Skrzypczyk zauważa, że pomimo tych spadków sklepy nadal oferują promocje, więc konsumenci często mogą spotkać się z jeszcze niższymi cenami.

Tańsze jest też mięso, głównie mięso wieprzowe. Tutaj spadki sięgają 7-10 proc. Przetwory mięsne, takie jak wędliny i kiełbasy, też są w niższych cenach, ale to są niewielkie różnice, maksymalnie do 5 proc. – dodaje Marta Skrzypczyk.

Tańsze mogą być też świąteczne desery, bo aż o 30-40 proc. potaniał w tym roku cukier. Mniej trzeba też zapłacić za gotowe słodycze, choć tu spadek nie jest aż tak znaczny.

Nieco inaczej wygląda sytuacja w segmencie produktów mleczarskich. Skrzypczyk przypomina, że mleko już rok temu było bardzo drogie, a takie ceny utrzymywały się przez pierwsze miesiące tego roku. Końcówka roku przyniosła jednak ulgę konsumentom, bo zgodnie z danymi GUS w listopadzie mleko było o 17 proc. tańsze niż rok temu. Skrzypczyk ocenia, że zbliżona do ubiegłorocznej powinna być cena innych produktów mleczarskich, takich jak śmietana.

Pfizer szuka w Polsce innowacyjnych pomysłów na nowe terapie. Chce współpracować z małymi firmami i start-upami

Pfizer to jeden z największych koncernów farmaceutycznych na świecie, który rocznie na badania i rozwój wydaje ponad 7 mld dolarów. Firma jest otwarta jest na współpracę z polskimi ośrodkami naukowymi w celu opracowywania nowych leków. W przyszłym roku wprowadzi do sprzedaży innowacyjne leki dla osób chorujących na raka płuc.

Jako największe prywatne przedsiębiorstwo farmaceutyczne na świecie rocznie wydajemy 7 mld dolarów na badania kliniczne, na poszukiwanie nowych cząsteczek. W USA na sześciu bardzo dobrych uniwersytetach ośrodki terapii innowacyjnej, które skoncentrowane są tylko na poszukiwaniu nowych leków – mówi agencji Newseria Dorota Hryniewiecka-Firlej, prezes zarządu Pfizer Polska.

Jak wynika ze „Strategii rozwoju krajowego przemysłu farmaceutycznego do 2030 roku”, przygotowanej przez Instytut Badań nad Gospodarką Rynkową, Pfizer jest światowym liderem w tym zakresie. W Polsce wartość nakładów na B+R w sektorze farmaceutycznym wyniosła blisko 208 mln zł, co stanowiło 9,3 procent łącznych nakładów na ten cel w przemyśle.

Prezes Pfizer Polska wyjaśnia, że ośrodki uniwersyteckie zajmują się również oceną pomysłów i projektów z innych, mniejszych firm i start-upów, z którymi koncern współpracuje. Dla nich taka współpraca to często jedyna szansa na wprowadzenie tych leków na rynek, ponieważ wiąże się to z dużymi nakładami finansowymi.

Jesteśmy również bardzo otwarci na współpracę w Polsce. Udało mi się przekonać decydentów w firmie, aby inwestować w naszym kraju, w polskie start-upy i polskie molekuły – dodaje Hryniewiecka-Firlej.

Zdaniem Hryniewieckiej-Firlej znalezienie odpowiednich partnerów do współpracy nie jest łatwe. Nie wszystkie projekty innowacyjne nadają się do komercjalizacji. Bardzo często świat biznesu i świat nauki rozwijają się równolegle, ale bliżej ze sobą nie współpracują.

Nie każda innowacja nadaje się do tego, by móc ją skomercjalizować i leczyć tak powstałym lekiem pacjentów. Potrzebne jest większe zrozumienie biznesu przez świat nauki i odwrotnie – mówi prezes Pfizer Polska. – Wiemy, jakie są trendy w medycynie i jakie choroby nas czekają w perspektywie 20 lat, więc możemy się na to przygotować.

Zapowiada, że w przyszłym roku Pfizer zamierza wprowadzić na rynek nowe leki odpowiadające na zapotrzebowanie medycyny genetycznej, czyli leki do indywidualizowanej terapii.

Jeżeli na przykład mamy populację 100 tys. chorych na przykład na nowotwór, to nie leczymy ich w ciemno, tylko robimy badanie genetyczne każdemu choremu. Badając ładunek genetyczny, jesteśmy w stanie ocenić i powiedzieć, która z tych terapii będzie odpowiednia dla danego pacjenta – wyjaśnia prezes Pfizer Polska.

Przykładem jest nowy lek dla chorych na raka płuca. To pilna potrzeba, bo jak podkreśla Hryniewiecka-Firlej, większość cierpiących na tę chorobę pacjentów od momentu rozpoznania nie przeżywa jednego roku życia.

– Mamy lek, który jest przykładem indywidualnej terapii dla młodych chorych, u których nowotwór płuca jest nowotworem niezawinionym, czyli u młodych mężczyzn, którzy nie palą. Jest to lek, który się nazywa Xalkori. Będzie podawany po wcześniejszym badaniu genetycznym ściśle określonym pacjentom, co do których mamy pewność, że w wysokim procencie odpowiedzą na tę terapię – dodaje prezes.

Kontrola koncentracji: pięć decyzji

0

Prezes UOKiK wysłał pięć zgód na dokonanie koncentracji. W transakcjach biorą udział m.in. spółki: Elekta, Tauron Polska Energia, ArcelorMittal, Polski Tytoń,  SM Mlekovita, oraz Mostostal Puławy

Pierwsza z decyzji dotyczy przejęcia przez spółkę Elekta kontroli nad RTA.  Elekta  stoi na czele grupy kapitałowej, która zajmuje się m.in. produkcją i sprzedażą sprzętu medycznego używanego w leczeniu onkologicznym i chorobach mózgu. Przedmiotem działalności  RTA jest m.in. hurtowa sprzedaż aparatury i wyposażenia medycznego w Polsce. Spółka jest wyłącznym dystrybutorem produktów Elekta w Polsce.  W wyniku koncentracji Elekta przejmie całkowitą kontrolę nad RTA.

Tauron Polska Energia i ArcelorMittal będą mogły utworzyć wspólnego przedsiębiorcę. Pierwsza ze spółek  jest podmiotem dominującym grupy kapitałowej, która zajmuje się przede wszystkim wytwarzaniem energii elektrycznej oraz jej dystrybucją i sprzedażą w południowej Polsce. ArcelorMittal stoi na czele grupy kapitałowej, która jest m.in. producentem stali, rudy żelaza i węgla metalurgicznego.  Wspólny przedsiębiorca – Tameh Holding będzie sprawował pośrednią kontrolę nad elektrociepłowniami: Nowa w Dąbrowie Górniczej, Blachownia w Kędzierzynie-Koźlu (obie należą obecnie do Grupy Tauron) oraz Kraków w Krakowie i Ostrava w Ostrawie (własność ArcelorMittal). Tameh Holding będzie dostarczać media wytworzone w elektrociepłowniach do wyznaczonych odbiorców.

Zielone światło otrzymało również Przedsiębiorstwo Handlowo-Produkcyjne Polski Tytoń, które będzie mogło przejąć spółkę Bluepay. Polski Tytoń jest ogólnopolskim dystrybutorem hurtowym wyrobów tytoniowych i artykułów konsumpcyjnych codziennego użytku. Świadczy ponadto usługi dla handlu realizowane za pomocą wielofunkcyjnych terminali. Bluepay prowadzi działalność w m.in. w obszarze doładowań do telefonii komórkowej pre-paid oraz doładowań energetycznych (kart przedpłaconych).

Prezes Urzędu zgodził się również na połączenie Spółdzielni Mleczarskiej Mlekovita oraz  Tomaszowskiej Spółdzielni Mleczarskiej w Tomaszowie Lubelskim. Przedsiębiorcy prowadzą działalność w zakresie m.in.: skupu i przetwórstwa mleka oraz wyrobu produktów mleczarskich. Koncentracja zostanie przeprowadzona na podstawie prawa spółdzielczego, a po jej dokonaniu na rynku pozostanie jeden podmiot – SM Mlekovita.

Ostatnia z decyzji to zgoda dla spółki High Bussiness, która będzie mogła przejąć Mostostal Puławy. High Business nie prowadzi obecnie żadnej działalności gospodarczej, została powołana na potrzeby tej koncentracji. Mostostal Puławy zajmuje się m.in. usługami budowlanymi i projektowymi.

Zgodnie z przepisami, transakcja podlega zgłoszeniu do urzędu antymonopolowego, jeżeli biorą w niej udział przedsiębiorcy, których łączny obrót w roku poprzedzającym przekroczył 1 mld euro na świecie lub 50 mln euro w Polsce.

Decyzje wyrażające zgodę na dokonanie koncentracji wygasają, jeżeli połączenie nie zostanie dokonane w terminie 2 lat od ich wydania. Na stronie internetowej Urzędu zamieszczane są informacje na temat wszystkich prowadzonych przez Urząd postępowań antymonopolowych w sprawach koncentracji. Więcej informacji o zasadach łączenia przedsiębiorców w przygotowanym specjalnie opracowaniu.

Fajerwerki – zachowaj ostrożność

Petardy, rakiety, baterie, rzymskie ognie – konsumencie zachowaj ostrożność używając. Większość jest prawidłowo wykonana i oznakowana, ale nieprzestrzeganie zasad może doprowadzić do wypadku. UOKiK, Policja i Służby Celne przypominają wspólnie o zasadach bezpiecznych zakupów i używania fajerwerków

W jedną noc sylwestrową odpalamy więcej fajerwerków niż przez cały rok. W tym czasie na terenie Unii Europejskiej dochodzi do kilkuset poparzeń, zranień i pożarów, a nawet wypadków śmiertelnych. Przyczyną większości jest niewłaściwe użytkowanie fajerwerków i nieprzestrzeganie zasad bezpieczeństwa. 80 proc. ofiar stanowią mężczyźni w wieku 19-50 lat. Najczęstsze obrażenia to oparzenia i skaleczenia głowy i rąk, urazy oczu i uszkodzenia słuchu.* O zgodność wyrobów pirotechnicznych z wymaganiami przepisów dbają Służba Celna i Inspekcja Handlowa. Pierwsza kontroluje produkty importowane do UE zatrzymując na granicy towar, który nie spełnia wymogów. Z kolei Inspekcja Handlowa stale sprawdza fajerwerki dostępne na rynku.

Bezpieczeństwo produktów – działania

W prowadzonych od października kontrolach inspektorzy Inspekcji Handlowej zakwestionowali 10 proc. z 529 sprawdzonych wyrobów. Zastrzeżenia dotyczyły głównie nieprawidłowego oznakowania i instrukcji obsługi. Wady konstrukcyjne miały jedynie 2 spośród 30 wyrobów wytypowanych do badań laboratoryjnych. Była to petarda błyskowa, której producent zastosował niedozwolony sposób zapłonu (przez tarcie) i emitująca zbyt duży hałas (dozwolony poziom to 120 dB). Inspektorzy zakwestionowali także baterię, która nie była wystarczająco stabilna i groziła odpaleniem ładunku w poziomie. Przedsiębiorcy, u których wykryto nieprawidłowości sami wycofali zakwestionowane produkty z obrotu lub zostali do tego zobowiązani. Informacja z kontroli wyrobów pirotechnicznych dostępna jest na  www.uokik.gov.pl.

Konsumencie pamiętaj, że fajerwerki są  materiałami wybuchowymi i muszą być używane ostrożnie i zgodnie z instrukcją.

KUPUJESZ – sprawdź, czy:

  1. Obudowa nie posiada żadnych wad mechanicznych (pęknięcia, przerwania, wgniecenia, wybrzuszenia) oraz nie wysypuje się mieszanina pirotechniczna,
  2. Elementy składowe są dobrze ze sobą połączone, nie przesuwają się i nie wypadają,
  3. Lont jest zabezpieczony pomarańczową osłoną lub opakowaniem,
  4. Podana jest nazwa producenta wraz z danymi adresowymi,
  5. Instrukcja obsługi napisana jest w języku polskim i zawiera co najmniej: informację o sposobie odpalenia oraz niezbędne ostrzeżenia.

UŻYWASZ – pamiętaj:

  1. Upewnij się, że strzelanie w wybranym miejscu i czasie jest dozwolone. W wielu miejscowościach obowiązują lokalne rozporządzenia, które ograniczają możliwość korzystania z wyrobów pirotechnicznych np. tylko w noc sylwestrową.
  2. Czytaj instrukcje. Bezwzględnie przestrzegaj zaleceń producenta.  Zwróć uwagę na ostrzeżenia.
  3. Zachowaj bezpieczną odległość – jest ona podana w instrukcji obsługi. Nigdy nie pochylaj się nad ładunkiem – stań z boku i trzymaj źródło ognia w wyciągniętej ręce.
  4. Wybierz miejsce, w którym korzystając z fajerwerków nie zrobisz nikomu krzywdy i  niczego nie zniszczysz. Sprawdź, czy na drodze ładunku nie znajdują się drzewa lub linie energetyczne.
  5. Sprzedaż wyrobów pirotechnicznych nieletnim, użytkowanie fajerwerków w sposób niebezpieczny czy zakłócanie porządku zgłoś na Policję.
  6. Gdy doszło do wypadku, wezwij służby ratownicze: Straż Pożarną, Pogotowie.

 

CT Creative Team – decyzja UOKiK

0

Roślinki vs. Robale, Magiczny Totem, Odpicuj Furę, Zwierzaki Atakują, czy Owocowe Bąbelki  – to tytuły gier na telefony komórkowe oferowanych przez CT Creative Team. Użytkownicy skarżyli się na niespodziewany wzrost rachunku telefonicznego. UOKiK nałożył na spółkę ponad 30 tys. zł kary finansowej

Spółka CT Creative Team jest właścicielem serwisu wapster.pl, w którym oferuje m. in. gry i aplikacje na telefony komórkowe. Postępowanie UOKiK przeciwko przedsiębiorcy zostało wszczęte w lipcu br. Sygnałem do działania były skargi konsumentów zaskoczonych wysokimi opłatami za smsy wysłane z ich telefonów komórkowych podczas korzystania z gier pt. Roślinki vs. Robale, Magiczny Totem, Odpicuj Furę, Zwierzaki Atakują czy Owocowe Bąbelki. Pobranie, uruchomienie i korzystanie z aplikacji było bezpłatne, jednak każda z nich zawierała dodatkowo płatne opcje związane z ułatwieniem gry. Ich zamówienie wiązało się z wysłaniem smsa na numer o podwyższonej opłacie. W większości przypadków użytkownikami były dzieci, do których, jak ustalił Urząd, spółka kierowała swoje reklamy.

W ocenie UOKiK CT Creative Team naruszyła zbiorowe interesy konsumentów nie przekazując we właściwym czasie informacji o rzeczywistych kosztach wynikających z wysyłania smsów pod numer o podwyższonej opłacie. Postępowanie wykazało, że spółka wprawdzie udostępniała w aplikacji i na stronie internetowej cennik i regulamin usługi, jednak nie wypełniła w całości swoich obowiązków informacyjnych wobec konsumentów. Zdaniem Urzędu powinna ona bowiem informować o kosztach również w trakcie gry i po każdej czynności związanej z naliczeniem dodatkowej opłaty.

UOKiK zakwestionował też sposób, w jaki użytkownicy byli zachęceni do zamawiania płatnych opcji dodatkowych. W większości wypadków pytanie poprzedzające zamówienie nie zawierało sformułowań wskazujących na zawarcie transakcji skutkującej obowiązkiem zapłaty, np. udzielenie odpowiedzi twierdzącej na pytanie: Masz za mało bąbelków. Czy mimo to chcesz rozwinąć moc? oznaczało zgodę na wysłanie smsa na numer o podwyższonej opłacie, o czym konsument nie był w jasny sposób informowany.

UOKiK nakazał zaprzestania niezgodnych z prawem praktyk i nałożył na CT Creative Team karę finansową – ponad 30 tys. zł. Decyzja nie jest prawomocna, spółka może odwołać się do sądu.

Jest to kolejne już postępowanie Urzędu w sprawie CT Creative Team w związku z smsami o podwyższonej opłacie. W ubiegłym roku Urząd zakwestionował treści reklamowe wysyłane do konsumentów w związku z konkursem smsowym Quiz wiedzowy. UOKiK nałożył wówczas na spółkę ponad 140 tys. zł kary. Przedsiębiorca odwołał się do Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, który jednak zgodził się z zarzutami Urzędu oraz z nałożoną karą finansową.

Konsumenci, którzy uważają, że zostali wprowadzeni w błąd co do kosztów korzystania z aplikacji mobilnych czy wysłanych smsów uzyskają bezpłatną pomoc w Urzędzie Komunikacji Elektronicznej, u rzeczników konsumentów lub w Federacji Konsumentów pod numerem infolinii 800 007 707. Dochodzenie roszczeń może ułatwić również ustawa o przeciwdziałaniu nieuczciwym praktykom rynkowym, która daje konsumentom możliwość wytoczenia powództwa w ich indywidualnych sporach z przedsiębiorcami. W toku takiego postępowania sąd weryfikuje, czy dana praktyka rynkowa przedsiębiorcy jest nieuczciwa. W takim przypadku to przedsiębiorca musi udowodnić przed sądem, że stosowana przez niego praktyka rynkowa nie wprowadza konsumentów w błąd.

Ratyfikacja umowy w sprawie poprawy wypełniania międzynarodowych obowiązków podatkowych oraz wdrożenia ustawodawstwa FATCA

0

Ministerstwo Finansów uprzejmie informuje, że podpisana w dniu 7 października 2014 r. umowa między Rządem Rzeczypospolitej Polskiej a Rządem Stanów Zjednoczonych Ameryki w sprawie poprawy wypełniania międzynarodowych obowiązków podatkowych oraz wdrożenia ustawodawstwa FATCA, jest obecnie przedmiotem procedury ratyfikacyjnej uregulowanej w ustawie z dnia 14 kwietnia 2000 r. o umowach międzynarodowych (Dz. U. Nr 39, poz. 443, z późn. zm.).

Jednocześnie, z uwagi na fakt, że podpisana Umowa zakłada przekazywanie informacji o amerykańskich rezydentach podatkowych do krajowej administracji podatkowej, która będzie dokonywała ich automatycznej wymiany ze Stanami Zjednoczonymi Ameryki, Ministerstwo Finansów rozpoczęło procedurę legislacyjną ukierunkowaną na wdrożenie tego mechanizmu do krajowego porządku prawnego. Znajdujący się w fazie uzgodnień wewnątrzresortowych projekt ustawy zakłada wprowadzenie odpowiednich zmian w ustawie z dnia z dnia 29 sierpnia 1997 r. – Ordynacja podatkowa (Dz. U. z 2012 r. poz. 749, z późn. zm.). Przedmiotowy projekt uzyskał status projektu koniecznego i został wpisany do Wykazu prac Rady Ministrów pod numerem UD192.

Przekazując informacje o tzw. amerykańskich rachunkach raportowanych raportujące polskie instytucje finansowe powinny posługiwać się nazwą oraz Globalnym Numerem Identyfikującym Pośrednika (GIIN) nadawanym przez Urząd Skarbowy Stanów Zjednoczonych. W tym kontekście Ministerstwo Finansów uprzejmie przypomina o konieczności zrejestrowania się przez instytucje finansowe w Urzędzie Skarbowym Stanów Zjednoczonych (IRS) w celu uzyskania Globalnego Numeru Identyfikacyjnego Pośrednika (GIIN).

Ministerstwo Finansów załącza instrukcję dot. rejestracji opracowaną przez IRS.

UOKiK: Choinkę można zareklamować. Potrzebny jednak dowód zakupu

0

Choinka, jak każdy inny produkt, powinna być w taki sposób oznaczona ceną, by kupujący nie miał żadnej wątpliwości co do jej wysokości. Przed zakupem warto też upewnić się, czy podana kwota to cena za całe drzewko, czy np. za metr. Po transakcji należy poprosić o potwierdzenie zakupu – nie musi być to paragon fiskalny, wystarczy kartka z podpisem lub pieczątką. Bez tego w razie ewentualnej reklamacji trudno będzie udowodnić, że to tu zostało zakupione drzewko świąteczne.

Każdy produkt powinien być odpowiednio oznakowany – podkreśla Agnieszka Majchrzak z Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. – Najważniejsza dla konsumenta jest cena danej rzeczy. Jeżeli jej nie ma, to pamiętajmy o tym, żeby zapytać sprzedawcę o to, ile kosztuje choinka, bombka czy inny gadżet, który chcemy powiesić na drzewku świątecznym. To bardzo ważna informacja. Może się bowiem okazać, że przykładowe 50 zł kosztuje tylko metr danego drzewka.

Zgodnie z ustawą z 5 lipca 2001 r. o cenach każdy podmiot prowadzący sprzedaż na terenie Polski ma obowiązek poinformować konsumenta o wyrażonej w jednostkach pieniężnych wartości, którą jest on zobowiązany zapłacić za towar albo usługę. Cena powinna być, jak precyzują przepisy, określona w formie pisemnej, a najlepiej także (choć prawo nie nakłada takiego obowiązku na wszystkie kanały dystrybucji) również elektronicznej.

Warto pamiętać, że choinka również podlega reklamacji.

Jeżeli kupimy drzewko choinkowe nawet na targowisku, to powinniśmy otrzymać dowód zakupu. Nie musi to być paragon fiskalny. Wystarczy zwykła kartka z pieczątką i informacją o tym, od kogo kupiliśmy, kiedy i za ile. Jeżeli w domu okaże się, że coś z choinką jest jednak nie tak, że jest niezgodna z umową kupna-sprzedaży, to z potwierdzeniem zakupu będzie można ją zareklamować. W przeciwnym wypadku nie ma dowodu na to, że została nabyta właśnie tam, gdzie chcemy ją zareklamować – wskazuje Agnieszka Majchrzak w rozmowie z agencją Newseria.

Sprzedający powinni pamiętać o tym, że również tego rodzaju handel wymaga rejestracji. Gdy jego dochód w ciągu roku podatkowego przekracza 20 tys. zł, ma on obowiązek wyposażenia firmy w kasę fiskalną i wydawania potwierdzających dokonanie sprzedaży paragonów. Zgodnie z ustawą z 12 stycznia 1991 roku o podatkach i opłatach lokalnych powinien także odprowadzać opłatę targową. Jej zakres i stawki jednak, inaczej niż w przypadku podatku dochodowego, ustalane są przez radę gminy, na terenie której prowadzona jest sprzedaż.