Rosną wydatki firm na reklamę w mediach społecznościowych

CEO Magazyn Polska

To ma być kolejny rok dynamicznego rozwoju reklamy w internecie. Rynek spodziewa się dwucyfrowych wzrostów. Najszybciej rozwijającymi się formami mają być wciąż reklamy w urządzeniach mobilnych i za pośrednictwem social mediów. Serwisy społecznościowe stają się dla firm nie tylko miejscem działań marketingowych, lecz także miejscem do komunikacji z klientami.

Z badania IAB AdEx wynika, że w I półroczu ub.r. wydatki firm na reklamę w internecie wzrosły o ponad 12 proc. w ujęciu rocznym. Tylko w II kwartale ubiegłego roku nakłady na reklamę mobilną wzrosły o 81 proc. rok do roku, a na social media – o 74 proc.

 Jest jeszcze bardzo duże pole do zagospodarowania pod kątem wydatków reklamowych, bo trzeba sobie jasno powiedzieć, że dzisiaj bez wydatków na reklamę w mediach społecznościowych, praktycznie nie ma szansy na skuteczną promocję – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Żukowski z Mint Media.

Firmy dostrzegają coraz większą potrzebę inwestowania w reklamę internetową, a za tym idą coraz większe budżety reklamowe. Natomiast branża reklamowa działająca w oparciu o media tradycyjne w ostatnich latach częściej mówi o słabnącym rynku niż o sukcesie.

Wraz z rosnącymi budżetami na reklamę w sieci będzie rozwijał się poziom oferowanych rozwiązań. Coraz częściej obok podstawowego fanpage’u użytkownicy mediów społecznościowych będą zaczepiani przez interaktywne aplikacje zachęcające do podjęcia konkretnych zachowań konsumenckich.

 – Kiedyś można było sobie założyć fanpage i wirusowo faktycznie to się rozprzestrzeniało, bez wydatków reklamowych. Natomiast dzisiaj bez wydatków nie mamy szansy na osiągnięcie sukcesu, zresztą tak jest też w innych mediach. To jest naturalny proces – twierdzi Żukowski.

Jednym z najpopularniejszych kanałów dotarcia do odbiorców jest dziś Facebook. W ubiegłym roku na tym portalu społecznościowym reklamę wykupiło ponad milion firm. Ponadto 25 mln firm posiada swój fanpage, więc potencjalnie może poszerzyć swoją aktywność i zainwestować w dodatkowe narzędzia reklamowe.

 – Na Facebooku mamy bardzo wiele form reklamowych. Mamy klasyczne bannery, mamy też znacznie bardziej interaktywne i skuteczne formy reklamowe, które wyświetlają się nam w newsfeedzie. I takie reklamy możemy komentować, możemy je lajkować, możemy je udostępniać naszym znajomym – opisuje ekspert.

Wybór formy reklamy w social mediach powinien być uzależniony od celu, jaki firma chce osiągnąć. Od jego precyzyjnego określenia zależy też skuteczność podejmowanych działań, jednak dla wielu firm stanowi to problem.

Serwisy społecznościowe są też coraz częściej wykorzystywane przez firmy do innych celów niż marketingowe. Stają się skutecznym narzędziem komunikacji z klientem.

 – Dotąd mieliśmy call center i formularz na stronie internetowej. Dziś do tego dokładamy fanpage czy aplikację, która nam zapewnia szybszą obsługę klientów – podkreśla ekspert.

Wind Mobile zawarł porozumienie o przejęciu na rynkach wschodzących

W dniu 21.01.2014 do Spółki wpłynęło podpisane wstępne porozumienie dotyczące przejęcia spółki o podobnym profilu działającej na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej. Przejęcie warunkowane jest pozytywnym zakończeniem badania celu przejęcia (due diligence).

„Pracujemy obecnie intensywnie nad badaniem naszego celu przejęcia. W pierwszych tygodniach lutego kierowany przeze mnie zespół przeprowadzi w siedzibie naszego partnera szczegółowe biznesowe due diligence. Akwizycja daje nam nowe możliwości: silnie wzrostowe rynki zbytu, nowe, atrakcyjne produkty oraz zespół z unikalnym doświadczeniem. Zamiast 4 operatorów, będziemy współpracować z 45. Potencjał abonentów, których obejmiemy naszymi usługami zwiększy się z 40 milionów do 250 milionów. Zaistniejemy na rynkach silnego wzrostu demograficznego, na których młodzi ludzie chętnie korzystają z mobilnej rozrywki. To niepowtarzalna szansa dla Wind Mobile.” – mówi Tomasz Kiser, wiceprezes Wind Mobile.

Wino ma sommelierów, woda kiperów, kawa baristów. A piwo?

Świat piwa kryje w sobie różnorodność smaków, barw i aromatów, a także bogatą kulturę serwowania i degustacji. To kilkadziesiąt gatunków, do których zalicza się tysiące marek pochodzących z browarów rozsianych po całym świecie. Żeby w pełni docenić walory tego trunku, potrzebna jest pogłębiona wiedza oraz trening zmysłów wzroku, węchu i smaku. Takie przygotowanie ma cervesario – piwny ekspert i degustator. Można go spotkać jedynie w Kompanii Piwowarskiej.

Wino ma sommelierów, woda kiperów, kawa baristów. A piwo? Czy jest to trunek na tyle prosty, że nie potrzebuje znawców, którzy potrafiliby ocenić jego smak, zapach, wygląd? Wręcz przeciwnie! Świat piwa jest co najmniej równie bogaty jak świat wina. Składa się na niego kilkadziesiąt głównych gatunków pochodzących z najdalszych zakątków świata. Każdy z nich nie tylko wykorzystuje rozmaite rodzaje słodu i chmielu, czasem z domieszką innych składników, ale także ma swoją indywidualną historię. Z gatunków i piwnych stylów wywodzi się kilkadziesiąt tysięcy marek różniących się kolorem, pianą, zapachem, sposobem podania oraz oczywiście smakiem.

Zawód marzeń dla miłośników piwa

Czasem te różnice to zaledwie niuanse, które ma szanse dostrzec jedynie osoba o olbrzymiej wiedzy i wyostrzonych zmysłach. Właśnie tacy ludzie pracują w Kompanii Piwowarskiej i nazywani są cervesario. Cervesario to piwny ekspert i degustator, osoba, która wie o piwie wszystko
i w pełni potrafi docenić jego wyjątkowy smak i aromat. W sposób perfekcyjny naleje piwo do odpowiedniego szkła i jednocześnie opowie o nim zajmującą historię. Cervesario zna się na piwie jak nikt inny i umie swoją wiedzę przekazać.

– Cervesario to słowo wywodzące się z łaciny. Pochodzi od łacińskiego cervesarius, czyli piwowar. W starożytnym Rzymie piwo nie było napojem warstw uprzywilejowanych, bowiem najchętniej raczyli się nim barbarzyńcy. I właśnie od Celtów zamieszkałych na północ od Alp do łaciny trafiło słowo określające jeden ze szczepów drożdży piwowarskich Saccharomyces cerevisiae i zrobiło karierę w kilku językach europejskich: każdy, kto był na przykład w Hiszpanii, wie, że piwo to cerveza! Fascynujące jest jednak to, że rdzeń „cerv” pojawia się nie tylko w językach celtyckich, ale także w praindoeuropejskim i wielu innych językach, w tym także słowiańskich, gdzie – jako kerm lub karm – oznacza pokarm. I słusznie, bo przecież piwo to właśnie nic innego, jak chleb w płynie… – mówi Paweł Kwiatkowski, rzecznik prasowy Kompanii Piwowarskiej. – Słowo cervesario natomiast łączy w sobie piwowara i impresaria, bo cervesario to ktoś, kto nie tylko zna się na piwie, ale potrafi o nim ciekawie opowiadać, niczym impresario o muzyce.

W Centrum Wycieczkowym LECH, zlokalizowanym przy poznańskim browarze, piwni znawcy – właśnie owi cervesariowie – prowadzą szkolenia dla wszystkich zainteresowanych tematem chmielowego trunku. Podczas takiego spotkania odbywa się m.in. nauka nalewania piwa i doboru szkła, a także warsztaty degustacyjne połączone z treningiem zmysłów. Uczestnicy zostają wyposażeni w wiedzę dotyczącą produkcji trunku i piwnych stylów. Szkolenie to solidna porcja informacji o piwie oraz dobra zabawa, anegdoty i ciekawostki.
– W Kompanii Piwowarskiej uczymy, że piwo to szlachetny, skomplikowany i wyjątkowy trunek. Jednocześnie nie chcemy, żeby spotkania w CW LECH przypominały szkolne lekcje – dlatego przekazujemy piwne ciekawostki, a szkolenia urozmaicone są praktyczną nauką degustacji i serowania. To spotkanie to czysta przyjemność dla uczestników… i dla nas również. Cervesario to wymarzona praca dla każdego miłośnika piwa – mówi Wojtek Brodziak, cervesario w Kompanii Piwowarskiej.

Oferta Centrum Wycieczkowego LECH wystartowała w 2013 roku, spotkania są organizowane głównie dla grup. Dzięki swojej formule 2-godzinna sesja z cervesario może być świetnym uzupełnieniem wyjazdu integracyjnego albo… wieczoru kawalerskiego. Na szerszym forum cervesariowie w Poznaniu dali się poznać w czasie Przyjęcia Noworocznego wydanego przez Prezydenta Poznania, kiedy to ze swadą opowiadali o tajemnicach świata piwa licznie gromadzącym się wokół ich stanowiska gościom.

LOT AMS chce serwisować samoloty światowych linii lotniczych

CEO Magazyn Polska

Zachodnia i wschodnia Europa, Azja, a nawet Australia – to kierunki, w których chce rozwijać się LOT Aircraft Maintenance Services. Spółka zajmująca się obsługą techniczną samolotów korzysta na statusie autoryzowanej bazy obsługi brazylijskich samolotów Embraer. Dzięki nowym umowom wszyscy pracownicy będą mieli zajęcie.

 Naszym głównym klientem nadal są Polskie Linie Lotnicze LOT. Jednakże musimy szukać nowych klientów, żeby zwiększać wolumen pracy, którą chcemy wykonywać. Stąd nasza próba ekspansji zarówno w kierunku zachodnim Europy, jak i na wschód, również do Azji. Jednym z naszych klientów jest też firma australijska AirNorth – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Janusz Krynicki, prezes LOT Aircraft Maintenance Services.

Pierwszy efekt poszukiwania klientów za granicą już jest – przed miesiącem spółka podpisała kompleksową umowę z linią BA CityFlyer, która w całości należy do British Airways. LOT AMS będzie obsługiwał regionalne odrzutowce modeli Embraer 170 i 190 tej linii. Umowa dotyczy zarówno poważnych przeglądów (typu C), jak i mniej kompleksowych, a także m.in. utrzymania estetyki zewnętrznej samolotów i przeglądów silników.

LOT AMS zdobył doświadczenie w obsłudze technicznej Embraerów, bo takie same samoloty (typów 170, 175 i 195) ma w swojej flocie LOT. Spółka zajmująca się obsługą techniczną została wydzielona ze struktur polskiego przewoźnika w 2010 r. Po zmianie struktury możliwości LOT AMS były większe niż ilość pracy zlecanej przez PLL LOT – nowe kontrakty pozwolą na zapewnienie pracy wszystkim zatrudnionym. 

 – Niektóre działy nie są w tej chwili w pełni wykorzystane. Szczególnie to ma miejsce w sytuacji, kiedy LOT przekazał swój pool [magazyn – red.] części i napraw, na przykład trapów, poza Polskę. Mamy pewne nieduże rezerwy i chcemy znaleźć klientów, którym będziemy mogli oferować nie tylko przeglądy, lecz także obsługę warsztatową i obsługę części znajdujących się w samolocie. Podpisanie umowy z BA CityFlyers ma oczywiście znaczenie z jednej strony czysto ekonomiczne, z drugiej oznacza zapewnienie miejsc pracy dla naszych pracowników – podkreśla Krynicki.

Dodaje, że kontrakt z przewoźnikiem należącym do British Airways ma też znaczenie prestiżowe i jest świadectwem wysokiej jakości usług oferowanych przez LOT AMS. Spółka obsługuje już ok. 16-20 samolotów rocznie spoza Polski, a z każdym rokiem ich przybywa.

 – W tej chwili nastawiamy się głównie na obsługę samolotów Embraer 170, 190 ze względu na to, że jesteśmy autoryzowaną bazą obsługową Embraera w Europie. Ale obsługujemy tak samo samoloty typu Boeing 737, 767, ATR, Embraer 145 oraz mnóstwo innych typów. Każdy przegląd ma różny czas trwania zależny od ilości zadań. Średnio przegląd trwa około 10-12 dni – tłumaczy Marcin Kwietniak, koordynator produkcji LOT AMS.

Krynicki dodaje, że LOT AMS gwarantuje poza wysoką jakością także krótkie czasy przeglądów. Dzięki temu przewoźnicy mogą w większym stopniu wykorzystywać samoloty.

Spółka obsługuje znacznie więcej samolotów w ramach przeglądów krótkoterminowych – nawet do 10 tygodniowo. Znajdujące się przy warszawskim Lotnisku Chopina hangary LOT AMS mogą pomieścić 10 maszyn. Spółka może też wkrótce rozszerzyć działalność o serwis Boeingów 787 Dreamliner.

 – LOT AMS uzyskał certyfikaty serwisowania dla Dreamlinera, co oznacza, że w niedługim czasie również może przejąć serwisowanie samolotów latających dla LOT-u – podkreśla Krzysztof Moczulski z portalu lotnictwo.net.pl. – Myślę, że LOT AMS ma szansę stać się centrum serwisowym nie tylko dla przewoźników z Europy Środkowo-Wschodniej, lecz także dla głównych linii sieciowych właśnie takich jak BA City Flyer. Perspektywy są całkiem dobre.

Dalsze ograniczenie skupu obligacji przez Fed jest pewne. Reakcja giełd – już nie

CEO Magazyn Polska

Ostatnie posiedzenie Fed z Benem Bernankem jako przewodniczącym zaplanowano na 28-29 stycznia. Kolejne działania Rezerwa Federalna będzie podejmowała już pod wodzą Janet Yellen, dotychczasowej wiceprzewodniczącej banku centralnego. Zdaniem Romana Rewalda, zmiany personalne nie wpłyną na ogólną politykę Fed, w tym ograniczania skupowania aktywów. To z kolei nie musi oznaczać spadków na światowych giełdach.

 – Polityka Fed zmienia się niezależnie od tego, kto jest na fotelu szefa, ponieważ na pewno nastąpi obniżenie QE3, czyli dokładania pieniędzy do gospodarki przez rząd federalny poprzez wykupywanie obligacji państwowych. To rozpoczął Bernanke i nowa szefowa Yellen na pewno będzie to kontynuowała – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Roman Rewald, członek zarządu Amerykańskiej Izby Handlowej w Polsce i partner w Kancelarii Weil, Gotshal & Manges. – Tym bardziej że zapowiadała wcześniej, że jest zwolenniczką powolnego obniżania dopływu nowych pieniędzy do rynku amerykańskiego.

Obniżanie skupu obligacji będzie na pewno powolne – w grudniu Fed obciął jego limit o 10 mld dolarów miesięcznie do 75 mld. Analitycy spodziewają się w najbliższym czasie kolejnych ruchów o podobnej wielkości. Zdaniem Rewalda, to właściwa polityka.

 – Doszło do powolnego, ale znacznego poprawienia się ekonomii amerykańskiej. I teraz wycofywanie się z programu jest niezbędne po to, żeby zaprzestać ingerencji Fedu w gospodarkę, by sama dawała sobie radę, a jednocześnie nie tworzyć ewentualnych pokus na to, żeby tworzyły się bańki inwestycyjne z powodu zbyt dużej ilości pieniędzy wpłacanych przez rząd federalny na rynek – ocenia Rewald.

Sporą niewiadomą jest teraz to, w jaki sposób giełda zareaguje na redukcję QE3. Mimo obaw po grudniowej decyzji Fedu nastąpiły wzrosty a nie spadki. Teraz może być podobnie, tym bardziej że redukcja skupu aktywów dziś jest bardziej spodziewana niż w grudniu. Jak ocenia Rewald – obawy o pęknięcie baniek inwestycyjnych powstałych na skutek dodruku pieniędzy są wciąż uzasadnione.

 – Ale to jest tylko spekulacja, ponieważ Fed redukuje swój udział i wydaje się, że ekonomia jest w stanie pochłonąć te pieniądze, które wchodzą teraz do gospodarki. Wydaje się, że przedsiębiorstwa są dosyć zasobne w fundusze i problem jest taki, że tych pieniędzy nie inwestują tak szybko, jak byśmy chcieli, więc może akcje niektórych przedsiębiorstw są nabrzmiałe. I to może powodować bańki inwestycyjne – mówi ekspert.

Największym problemem dla Amerykanów jest rynek pracy i to od jego kondycji będą uzależnione dalsze posunięcia Fedu, w tym też dotyczące tempa ograniczania QE3. Wprawdzie ostatnie dane pokazały spadek stopy bezrobocia do 6,7 proc. z 7 proc., ale nie szedł on w parze ze wzrostem liczby nowych miejsc pracy. Problem nadal więc istnieje.

 – Fed nie tylko dba o to, żeby była niska inflacja, lecz też o niską stopę bezrobocia. Te dwa czynniki będą wpływały na działalność Fedu w przyszłości. Dopóki inflacja jest niska, to głównym celem Fedu będzie obniżenie stopy bezrobocia – wyjaśnia Rewald.

P. Kuczyński (Xelion): Przez najbliższe pół roku OFE będą kształtowały sytuację na giełdzie. Indeksy pójdą w górę

CEO Magazyn Polska

Najbliższe miesiące na warszawskiej giełdzie upłyną pod znakiem otwartych funduszy emerytalnych i wydarzeń z tym związanych – prognozuje Piotr Kuczyński, główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion. Polacy mają czas do końca lipca na podjęcie ostatecznej decyzji, dotyczącej tego, czy zostają w OFE, czy przechodzą do ZUS. Fundusze zrobią wszystko, by przekonać ich do siebie wynikami finansowymi. Jeśli im się to uda, giełda na tym zyska.

W ciągu ostatnich dwóch miesięcy indeks szerokiego rynku WIG stracił prawie 7 proc. Zdaniem Piotra Kuczyńskiego, wpływ na taki obraz stołecznego parkietu miały wydarzenia związane z reformą systemu emerytalnego i zamieszanie wokół OFE. Te od kilku już miesięcy szykują się do zmiany kształtu portfeli inwestycyjnych. Zgodnie z założeniami reformy, będą musiały przekazać sektorowi publicznemu 51,5 proc. posiadanych aktywów.

 – Z wyliczeń wynikało, że OFE miały za dużo aktywów w akcjach, więc musiały trochę akcji sprzedać – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion. – Ponadto rynek wiedział, że mogą sprzedawać, wówczas się nie kupuje od góry, tylko od dołu, czyli obniża się cenę kupna.

Kuczyński dodaje, że sprawa OFE będzie miała wpływ na sytuację na giełdzie jeszcze co najmniej do końca lipca. Według założeń reformy emerytalnej do tego czasu Polacy będą musieli opowiedzieć się za pozostaniem w OFE bądź przeniesieniem zgromadzonych do tej pory środków na subkonto w ZUS.

 – Jeżeli wielu Polaków zostanie w OFE, to wtedy będzie dla giełdy dobrze. Jeżeli niewielu to będzie źle – ocenia Kuczyński. 

Dodaje, że przynajmniej chwilowy spokój gwarantuje tzw. bariera 75 proc., które OFE – zgodnie z zapisami reformowanej ustawy emerytalnej – będą musiały inwestować w akcje.

 – To mogą być miesiące, w których OFE i podmioty zainteresowane tym, żeby OFE odniosły sukces, będą się starały podnieść indeksy, żeby pokazać Polakom, że warto inwestować – dodaje analityk.

Nie tylko OFE psują nastroje inwestorów. Negatywnie na sytuację nad Wisłą wpływają też problemy polityczne w Turcji. Wskutek politycznej zawieruchy indeksy na giełdzie w Stambule poszły ostro w dół. To sprawia, że zła prasa dotyczy wszystkich rynków rozwijających się. Inwestorzy są przekonaniu, że w tym roku przynosić one będą więcej strat niż zysków.

 – Polska i Turcja są w tych samych koszykach inwestycyjnych, i często kiedy inwestorzy sprzedają Turcję, to sprzedają również Polskę – tłumaczy Kuczyński. – Według mnie niesłusznie, ale taka jest ogólna ocena. Dlatego mam wrażenie, że zbliżamy się do schyłku wyprzedaży, o ile już nie osiągnęliśmy jej końca.

Według Piotra Kuczyńskiego z dużą uwagą należy przyglądać się zarówno sytuacji w Stanach Zjednoczonych i decyzjom amerykańskiego banku centralnego, jak i sytuacji gospodarczej w Polsce.

 – Fed, ograniczając skup aktywów, przestaje drukować dolara w nadmiarze, co zazwyczaj szkodzi surowcom i rynkom rozwijającym się – mówi Kuczyński. – Jednocześnie polska gospodarka, niewątpliwie będzie się ożywiała w tym roku, a to ożywienie będzie dosyć mocne; twierdzę, że dobrze powyżej 3 proc. wzrośnie PKB w tym roku.

Spółki mają więc szansę na zyski, co powinno podbić indeksy. Zdaniem Kuczyńskiego, warszawska giełda będzie rosnąć, a to z kolei przyciągnie inwestorów.

Zakaz handlu w niedzielę grozi spadkiem zatrudnienia

CEO Magazyn Polska

Dziś rząd zajmie stanowisko na temat projektu wprowadzenia wolnych niedziel w handlu. Odniesie się w ten sposób do pierwszego, złożonego jeszcze w pierwszej połowie ubiegłego roku, projektu zmian w Kodeksie pracy. Z kolei na przełomie roku do Sejmu trafił identyczny projekt obywatelski, pod którym podpisało się 113 tys. osób.

 Zakazu handlu w niedziele najbardziej powinny obawiać się galerie handlowe, sklepy wielkopowierzchniowe oraz wszystkie punkty usługowe, które w takich miejscach funkcjonują, a także ich pracownicy – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Ignacy Morawski, główny ekonomista FM Bank PBP. – W dłuższym okresie wprowadzenie zakazu handlu w niedziele nie będzie miało bardzo negatywnego wpływu na gospodarkę. Na krótszą metę, w perspektywie rocznej, dwuletniej, część ludzi straci z tego powodu pracę. Zakaz to pomysł ryzykowny i lepiej go w życie nie wprowadzać.

Zamknięcie dużych sklepów spożywczych może spowodować spadek zainteresowania klientów sklepami, placówkami usługowymi i rozrywkowymi w sąsiedztwie. Pogorszy też sytuację osób wykonujących proste prace.

 – Część pracowników w centrach handlowych nie jest w stanie odpracować niedzieli w inne dni. Służby sprzątające nie mogą częściej i więcej sprzątać w tygodniu, pracownicy ochrony też nie zwiększą swojej aktywności w inne dni. W branżach, w których nie da się wygenerować więcej pracy w ciągu tygodnia, zakaz prawdopodobnie doprowadzi do redukcji zatrudnienia – przekonuje główny ekonomista FM Bank PBP.

W opinii ekonomisty, zakaz nie spowoduje spadku obrotów, ponieważ większość popytu przesunie się na inne dni, natomiast w krótkim okresie może spowodować zaburzenia w działalności przedsiębiorstw handlowych.

 – Uważam, że nie powinno się zmieniać obecnego stanu rzeczy. Sondaże wskazują, że opinia publiczna nie jest zdecydowanie za takim rozwiązaniem, nie ma silnych argumentów ekonomicznych. Owszem, zakaz prawdopodobnie pozwoliłby wielu osobom, które muszą wtedy pracować, na odpoczynek w dniu szczególnie istotnym z powodów kulturowych. Ale konsumenci chcą w ten dzień robić zakupy – podsumowuje Ignacy Morawski.

Rośnie sprzedaż polskich mebli. Głównie dzięki rynkowi niemieckiemu

CEO Magazyn Polska

Polscy producenci mebli sprzedadzą w tym roku nawet o 6 proc. więcej, głównie za sprawą powracającej koniunktury w Niemczech. Wartość eksportu polskich mebli w pierwszych trzech kwartałach ubiegłego roku wyniosła ok. 20 mld zł. Za granicę trafia nawet 90 proc. produkcji. Na razie trudno liczyć na wzrost sprzedaży mebli w Polsce.

 – Myślę, że producenci mebli mogą się spodziewać wzrostu sprzedaży na poziomie minimum 3-5 proc., może 6 proc. – mówi Wojciech Gątkiewicz, prezes zarządu Grupy Pfleiderer Grajewo SA. – Wyraźnie widać ożywienie na rynku niemieckim i jeśli trend się utrzyma, to aktywność naszych firm meblarskich, a zatem i nasza, będzie wyższa niż w roku ubiegłym. Sygnały, które mamy w tej chwili z rynku, pokazują, że takie możliwości istnieją.

Z kolei polski rynek jest trudny i tu – zdaniem prezesa Grajewa – nie ma co liczyć na gwałtowne wzrosty sprzedaży.

 – To jest pochodna konsumpcji ogólnej, gotowości konsumenta w Polsce do wymiany samochodu, wymiany mebli, zainwestowania w nowe mieszkanie. Polskie społeczeństwo w dalszym ciągu inwestuje o wiele bardziej ostrożnie niż w krajach wysoko rozwiniętych, co czasami przynosi też korzyści, bo łatwiej było nam przejść przez kryzys – wyjaśnia Gątkiewicz w rozmowie z agencją Newseria Biznes.

Grupa Pfleiderer Grajewo koncentruje się w tym roku na rozwoju posiadanych fabryk i nie planuje nowych inwestycji. Prezes wyjaśnia, że chce poprawić sprawność operacyjną i jakość oferty. Rok temu, pod koniec stycznia 2013 roku, firma wycofała się z inwestycji w Rosji i w najbliższych latach nie planuje żadnych akwizycji.

 – Jeśli chodzi o jakiekolwiek przedsięwzięcie związane z budową nowych linii i ewentualnymi aktywizacjami, to wydaje mi się, że na przestrzeni najbliższych 2-3 lat to nie nastąpi. Chcielibyśmy przede wszystkim wykorzystać efekt wyjścia z rynku rosyjskiego na potrzeby rynku krajowego, mocy produkcyjnej, które mamy zainstalowane w Polsce. Ale oczywiście jedyne, co jest stałe, to zmiany i nie traktujemy strategii jak zapisu niezmiennego. Obserwujemy rynek; analizujemy rodzące się możliwości – mówi Gątkiewicz.

Tor Służewiec wkrótce będzie jak nowy

CEO Magazyn Polska

41 mln zł pochłoną remonty i rewitalizacja Toru Służewiec. Tegoroczne derby odbędą się już na odnowionych trybunach, a cała inwestycja powinna zakończyć się w 2015 roku. Obok infrastruktury związanej z organizacją wyścigów konnych pojawią się tereny rekreacyjno-sportowe. Totalizator Sportowy, właściciel obiektu, poszukuje nowych partnerów, którzy otworzą swoje placówki.

Pieniądze na modernizację mają być wydane do początku sezonu w 2015 roku. Trwają prace przy Trybunie I, na kolejne etapy tej fazy remontu przeznaczono 10 milionów złotych. Dzięki usprawnionemu zasilaniu skończą się problemy ze spadkami napięcia i dostawami energii elektrycznej. Przy remoncie dachu Trybuny II zostaną również odnowione balkony, schody przed trybuną i toalety, tak by cały budynek oddać do użytku.

 – Chcielibyśmy, żeby po pierwszym etapie remontu można było rozegrać derby, najważniejszą, klasyczną gonitwę na terenie dwóch trybun, by większa liczba gości mogła oglądać rywalizację. To niezbędne, ponieważ wyścigi zyskują na popularności – podczas Wielkiej Warszawskiej w tym roku na Torze Służewiec było 15 tys. osób – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Przemysław Stasz, rzecznik prasowy Toru Służewiec.

Bezprecedensowy remont, pierwszy w 75-letniej historii wyścigów, podniesie kategorię toru, zapewni dwa tysiące miejsc zadaszonych i zmieni oblicze całego terenu.

 – To będzie już nie tylko miejsce konnych wyścigów, zamierzamy rozszerzyć możliwości, zapewnić nowe funkcje sportowe i rekreacyjne. Chcemy zbudować ścieżki do biegania i do nordic walkingu – deklaruje rzecznik Toru Służewiec.

Znikną budynki postawione po wojnie, nie pasujące do nowych funkcji Służewca. Zostanie przebudowany tor główny, dobudowane skrzydło Trybuny II, wyremontowana łaźnia, odbudowana wieża ciśnień, zniszczona podczas II wojny światowej. Zamiast takich budynków jak dawno zamknięty hotel robotniczy, pojawią się nowe inwestycje.

 – Przy pomocy firmy PwC szukamy partnerów, którzy wydzierżawią lokalne tereny i postawią swoje obiekty. Oczywiście wszystkie będą powstawać w uzgodnieniu z nami, z Polskim Klubem Wyścigów Konnych i z konserwatorem. Obok wyścigów pojawią się dodatkowe elementy. Służewiec to znakomite miejsce na hotele, pasaże handlowe, halę wielofunkcyjną o charakterze konferencyjno-sportowo-rekreacyjnym – wylicza Przemysław Stasz.

Zdaniem rzecznika Toru Służewiec pomysł na poszerzenie działalności Służewca to wyjście naprzeciw potrzebom warszawiaków. Na razie tor działa w weekendy od kwietnia do listopada. Praktycznie w każdą sobotę i niedzielę odbywają się gonitwy – około 500 rocznie, ale potencjał tego miejsca jest znacznie większy. Ścieżki rekreacyjne to jeden z pomysłów, by przyciągnąć tu gości także w tygodniu.

Dzięki zmianom Służewiec powinien się samofinansować, bez wsparcia z zewnątrz. Totalizator Sportowy zachęca do odwiedzin nie tylko warszawiaków.

 – Współpracujemy z torami we Wrocławiu, w Sopocie i pod Krakowem. Wyścigi mają magiczną moc – przyciągają ludzi. Współpracujemy z mediami, organizujemy konferencje, przeprowadzamy akcje marketingowe, stale rośnie liczba miłośników gonitw, ale liczymy na jeszcze więcej – podsumowuje Przemysław Stasz.

W tym roku Polacy zaciągną 200 tysięcy nowych kredytów hipotecznych

Niskie stopy procentowe, poprawa w gospodarce i uruchomienie programu „Mieszkanie dla Młodych” powinny  zdaniem ekspertów  sprzyjać ożywieniu na rynku kredytów mieszkaniowych. Ubiegły rok należał do najgorszych w dekadzie pod tym względem. W tym analitycy liczą na ok. 200 tysięcy nowych umów.

Od połowy ubiegłego roku stopy pozostają na historycznie niskim poziomie. Stopa referencyjna wynosi 2,5 proc. Zdaniem Rady Polityki Pieniężnej taka sytuacja sprzyja ożywieniu gospodarczemu, stabilizacji rynków finansowych i osiągnięciu celu inflacyjnego.

 – Gdyby nie obniżki stóp, to trudno sobie wyobrazić, jak niska byłaby sprzedaż kredytów mieszkaniowych w 2013 roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Halina Kochalska, analityk Open Finance. – Jak podaje Związek Banków Polskich i tak była ona na gorszym poziomie niż w roku wejścia Polski do Unii Europejskiej, czyli w 2004 czy w kryzysowym 2009 roku.

Zdaniem Kochalskiej sytuacja ta w rozpoczynającym się roku ulegnie poprawie.

Ze względu na poprawę nastrojów i utrzymanie się niskich stóp procentowych można się spodziewać, że będzie lepiej. Oczekujemy, że uda się sprzedać nawet 200 tysięcy kredytów – twierdzi analityczka Open Finance. – Polacy częściej i chętniej zastanawiają się nad tym, czy wziąć kredyt i przychodzą się o niego pytać.

Bardzo duże jest zainteresowanie kredytami w programie „Mieszkanie dla Młodych”. Tym bardziej że wiele osób czekało z zakupem mieszkania przez cały rok, właśnie na nowy rządowy program. Jednak na rynku widać rosnące zainteresowanie również standardowymi kredytami mieszkaniowymi.

Uwaga na wysokie marże

Kredytobiorcy nie mają jednak co liczyć na spadek kosztów kredytu.

 – Klienci muszą być nastawieni na to, że banki nie są skłonne do utrzymywania nawet obecnych cen – zauważa Kochalska. – Widać, że chcą zarabiać na kredytach mieszkaniowych więcej i wciąż podwyższają marże, choć w niewielkim stopniu, ale co jakiś czas drobnymi ruchami je podnoszą. Obniżek można się spodziewać tylko w bankach, które będą chciały odzyskać udział w rynku i zejść z obecnych, bardzo wysokich stawek.

Jak wynika z zestawienia Open Finance, w porównaniu do października wyższe marże ma dziś 5 z 16 banków. Tylko jeden dokonał obniżki, a reszta pozostawiła na niezmienionym poziomie.

Analityczka zwraca uwagę, że to właśnie marżą powinni kierować się klienci, chcący dokonać rozsądnego wyboru.

 – Stopy procentowe i WIBOR są zmienne, a marża w umowie kredytowej zostanie z nami już na zawsze. I gdy stopy pójdą mocno w górę, a marża będzie również wysoka, kredyt okaże się drogim przedsięwzięciem – przestrzega Kochalska.

Ożywienie w budownictwie najwcześniej w przyszłym roku

CEO Magazyn Polska

Szansa na zażegnanie kryzysu w budownictwie infrastrukturalnym pojawi się dopiero w 2015 roku – prognozuje Polski Związek Pracodawców Budownictwa (PZPB). W wielu rozpoczętych postępowaniach przetargowych nie doszło jeszcze do etapu składania ofert, więc zdecydowana większość robót budowlanych ruszy dopiero za kilkanaście miesięcy. Najgorzej jest w sektorach finansowanych ze środków publicznych, a zwłaszcza unijnych.

 – Dzisiaj bardzo dużo projektów zostało ogłoszonych w modelu „zaprojektuj i wybuduj” albo „optymalizuj i wybuduj” – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jan Styliński, prezes Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa. – Nawet jeśli wykonawca wygra przetarg i zawrze umowę, to przez pierwsze parę czy paręnaście miesięcy – to zależy od projektu – będzie musiał wykonać prace projektowe albo zmodyfikować projekty, które już zostały wykonane i uzyskać pozwolenia na budowę.

W przypadku większości rozpoczętych postępowań przetargowych nie doszło jeszcze do etapu zaproszenia wykonawców do składania ofert.

 – Można zakładać, że on nastąpi w lutym, marcu, kwietniu – dodaje Jan Styliński. – Od złożenia oferty do podpisania umowy z wykonawcą spokojnie należy założyć okres czteromiesięczny, w ten sposób już znajdujemy się w okolicach lipca-sierpnia. 

W praktyce oznacza to, że przed końcem 2014 roku nie ma szans na to, by wykonawcy rozpoczęli jakiekolwiek roboty budowlane.

 – Zdecydowana większość robót budowlanych infrastrukturalnych będzie wykonywana dopiero w 2015 roku – potwierdza prezes PZPB. – Dopiero wtedy pojawi się szansa na lepszą sytuację na rynku i zażegnanie dzisiejszego kryzysu.

W jego ocenie obecnie nie ma żadnych innych przesłanek do tego, by stwierdzić, że sytuacja w branży budowlanej poprawi się ciągu najbliższych miesięcy. Co więcej, pod względem zatrudnienia ten rok może być dla budownictwa nawet jeszcze gorszy od 2013 r. Miarą kryzysu w budownictwie jest spadek produkcji budowlanej, który w ciągu ostatniego roku osiągnął w kulminacyjnym momencie 40 proc.

 – Dzisiaj kształtuje się na poziomie około 20 proc. względem stycznia 2013 roku, podczas gdy spadek zatrudnienia osiągnął mniej więcej 13 proc. w tym samym czasie – podkreśla prezes PZPB. – To pokazuje, że firmy, mimo że straciły zamówienia, to jednak nie zwalniały ludzi.

Podkreśla, że w budownictwie sytuacja wygląda najgorzej w sektorach finansowanych ze środków publicznych, a zwłaszcza unijnych. Z tego powodu, że większość z tych inwestycji nie została przygotowana ani od strony projektowej, ani od strony wydatkowania środków. Najlepsza koniunktura panuje natomiast w sektorach związanych z finansowaniem prywatnym.

 – Czyli w szczególności w sektorze mieszkaniowym i w pewnej mierze sektorze budownictwa przemysłowego – podkreśla Jan Styliński. – One są bardziej uzależnione od ogólnego wzrostu gospodarki, zamożności, dostępu do finansowania dłużnego prywatnego a nie publicznego. I tu myślę, że można się około połowy tego roku spodziewać pewnego ożywienia i zwiększenia portfela zamówień.

Biuro Rzecznika Ubezpieczonych: są skargi na wprowadzające w błąd reklamy ubezpieczeń na życie dla seniorów

CEO Magazyn Polska

Do Biura Rzecznika Ubezpieczonych wpływa coraz więcej zapytań i skarg dotyczących ubezpieczeń na życie dla seniorów. Wątpliwości dotyczą zarówno reklamy tego typu produktów, jak i warunków ubezpieczenia. W wielu przypadkach chodzi o odmowę wypłaty świadczeń przez ubezpieczyciela, np. z powodu chorób jakie wcześniej przeszedł ubezpieczony – o czym nie informowano w spocie reklamowym. Eksperci podkreślają, że tego typu wykluczenia zawsze powinny znaleźć się w podpisywanej umowie.

Do Biura Rzecznika Ubezpieczonych wpływają skargi dotyczące zarówno warunków umowy ubezpieczenia na życie dla seniorów, jak i jego faktycznego zakresu ochrony.

 – Biuro Rzecznika Ubezpieczonych śledzi losy tych ubezpieczeń również ze względu na to, że wpływają do nas zapytania, a nawet skargi dotyczące tego typu produktów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krystyna Krawczyk, dyrektor Biura Rzecznika Ubezpieczonych. – Można oględnie powiedzieć, że forma reklamy wiele osób wprowadza w błąd. I w tym jest cały problem.

Zapytania i skargi dotyczą często sytuacji, w której ubezpieczyciel odmawia wypłaty świadczenia.

 – I okazuje się, że ubezpieczyciel interesował się tym, na co wcześniej chorowaliśmy. Jest to często podstawą odmowy wypłaty odszkodowania, świadczenia – wyjaśnia Krystyna Krawczyk.

O takich warunkach reklamy jednak nie wspominają. A wybiórcza informacja, jaka jest w nich podawana, może wprowadzać w błąd i powodować rozczarowanie klientów.

 – Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów też się przyglądał temu produktowi. Reklama jak to reklama, nie ma obowiązku mówić o wszystkim – mówi Krystyna Krawczyk. – Osoby, które zawierają takie umowy, to często starsi ludzie. Reklamy tych produktów są wszędzie i ludzie dają się do nich przekonać.

Informacje o prawach i obowiązkach stron umowy i ewentualnych wykluczeniach zawierają opracowane przez ubezpieczycieli ogólne warunki ubezpieczenia. Co do zasady nie podlegają one negocjacjom ani reklamacjom. Obowiązkiem konsumentów we własnym interesie jest dokładne zapoznanie się z treścią umowy ubezpieczyciela i OWU. Problem w tym, że część klientów tego nie robi, polegając wyłącznie na reklamie, którą widzieli w telewizji.

 – To oznacza, że mogą mieć potem problemy i czuć się głęboko rozczarowane, a nawet wręcz, jak wynika z tonu niektórych listów, oszukane – dodaje dyrektorka Biura Rzecznika Ubezpieczonych. – Rzecznik Ubezpieczonych od 2010 roku zajmuje się tego typu reklamami, prowadzi ożywioną korespondencję z ubezpieczycielami. Wnosi szereg uwag właśnie do kształtu tych produktów, do zapisów umownych.

7% spadek na rynku chemii budowlanej w Polsce w 2014 r.

W 2014 r. ograniczona aktywność inwestorów na rynku mieszkaniowym przełoży się na kolejny słabszy rok dla producentów chemii budowlanej w Polsce – rynek ponownie odnotuje kilkuprocentowy spadek. Ożywienie jest już jednak coraz bliżej, na co wskazuje poprawa indeksu koniunktury w branży chemii budowlanej – z poziomu 8,2 punktu odnotowanego w 2012 r. do 16 punktów na koniec 2013 r.

Według najnowszego raportu firmy badawczej PMR zatytułowanego „Rynek chemii budowlanej w Polsce 2014 – Prognozy rozwoju na lata 2014-2016”, po ok. 6% spadku w 2013 r., rynek chemii budowlanej w Polsce także w 2014 r. odnotuje kilkuprocentowy spadek, w granicach 7%. Na spadki w tym segmencie materiałów budowlanych kluczowy wpływ będą miały słabe wyniki budownictwa mieszkaniowego, który odpowiada za ok. 80% konsumpcji chemii budowlanej w Polsce. W 2014 r. analitycy PMR oczekują dalszego spadku metrażu ukończonych inwestycji mieszkaniowych, który osiągnie 13 mln m², wobec 16,5 mln m² w najlepszym dla branży 2008 roku. Od 2015 r. powierzchnia nowych mieszkań ponownie zacznie rosnąć.

Szanse na ożywienie rynku chemii budowlanej od 2015 r. potwierdziła także przeprowadzona na potrzeby raportu trzecia edycja badania wśród 300 małych i średnich firm remontowo-budowlanych. Oceny badanych firm na temat obecnej oraz oczekiwanej w przyszłości sytuacji jeśli chodzi o finanse firm, oraz ich portfel zamówień i poziom zatrudnienia okazały się bardziej optymistyczne niż rok wcześniej. W rezultacie, wartość indeksu koniunktury na rynku chemii budowlanej w Polsce wyniosła 16 punktów wobec 8,2 punktów rok wcześniej i 14,7 punktów dwa lata wcześniej.

Na postrzeganie perspektyw rynku na 2014 r. istotny wpływ ma zakres prac, jakimi zajmują się badane firmy. Indeks koniunktury w podziale na specjalizacje najwyższe wartości przyjmuje w przypadku firm zajmujących wylewkami oraz przyklejaniem płytek, choć inne segmenty prezentują się niewiele gorzej. Zdecydowanie większa rozpiętość ocen miała miejsce w poprzedniej edycji badania.

Jak pokazują wyniki badania, wszystkie firmy remontowo-budowlane stosujące chemię budowlaną, niezależnie od wykonywanych prac, najczęściej kupują towar w hurtowniach budowlanych. Najwyższy udział hurtowni odnotowuje się w przypadku systemów ociepleń i zapraw murarskich (ok. 90% wskazań) a po 80% wskazań odnotowały kleje do płytek i zaprawy tynkarskie. W przypadku wylewek podłogowych udział ten wyniósł ok. 60%. Alternatywą dla hurtowni są przede wszystkim markety budowlane, które są bardziej popularne w przypadku mniejszych firm budowlanych. Najważniejszym atutem marketów dla badanych firm jest niska cena i dogodna lokalizacja.

Najnowszy raport firmy PMR bada także zmieniające się trendy na rynku chemii budowlanej i segmentach pokrewnych. „Najbardziej wyrazistym trendem w najnowszej edycji badania jest zdecydowany spadek udziału w robotach murarskich materiałów ceramicznych, na korzyć bloczków z betonu komórkowego, które stały się najbardziej popularnym materiałem ściennym w Polsce. Przełożyło się to także na zdecydowany wzrost popularności zapraw murarskich na cienkie spoiny, kosztem tradycyjnych zapraw grubowarstwowych”, ocenia Bartłomiej Sosna, główny analityk rynku budowlanego w PMR i autor raportu.

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. „Rynek chemii budowlanej w Polsce 2014 – Prognozy rozwoju na lata 2014-2016”.

Kiedy zmiany w zakładowych planach kont?

Zakładowy plan kont tworzony jest obligatoryjnie przez wszystkie osoby prawne oraz inne podmioty gospodarcze, które mają obowiązek prowadzenia pełnej księgowości. Dostosowany do specyfiki firmy, obejmujący konta potrzebne do ewidencjonowania zdarzeń gospodarczych typowych dla konkretnej jednostki, ma duże znaczenie dla informacji zarządczej.

Plany kont w spółkach często niewiele się od siebie różnią. Wynika to zazwyczaj z faktu, że przedsiębiorstwa opierają się na wzorcach publikowanych w prasie fachowej, tworząc odpowiedni plan kont dla swojej jednostki. Każdy z nich musi spełniać wymogi formalne zdefiniowane w Ustawie o rachunkowości z dnia 29 września 1994 r. (DZ.U.1994 Nr 121 poz.591), uwzględniać różnego rodzaju interpretacje, a także wytyczne Krajowych i Międzynarodowych Standardów Rachunkowości.

Najważniejsze cele
Dostosowany do specyfiki firmy zakładowy plan kont, który obejmuje rachunki potrzebne do ewidencjonowania zdarzeń gospodarczych typowych dla konkretnej jednostki, ma duży wkład w informację zarządczą. Rachunkowość zarządcza obejmuje wykorzystywanie informacji kosztowych do kierowania jednostką i jej działalnością, budżetowania oraz podejmowania długookresowych decyzji dotyczących strategii przedsiębiorstwa. – Co ważne, zakładowy plan kont powinien zostać utworzony w taki sposób, by gwarantował realizację podstawowych funkcji: spełnienie zasady rachunkowości finansowej i zarządczej, a także sprawne przeprowadzenie rozliczenia podatkowego – mówi Patrycja Łomińska, team leader w Baker Tilly Poland. – Odpowiednie zorganizowanie zakładowego planu kont jest elementem niezbędnym do wdrożenia w przedsiębiorstwie rozwiązań controllingowych i rozliczania kierowników z uzyskiwanych efektów oraz powierzonych im zadań, a także realizacji budżetu – dodaje ekspert. Zapewnia też łatwy dostęp do raportów i zestawień generowanych z systemów księgowych potrzebnych kadrze zarządzającej w danym zakresie. Taki sposób wdrożenia rachunkowości zarządczej poleca się w szczególności małym i średnim przedsiębiorstwom. Jest rozwiązaniem stosunkowo niedrogim, ze względu na to, że nie wymaga zakupu dodatkowego oprogramowania oraz zatrudniania kolejnych pracowników.

W celu sprawnego rozliczania kosztów powstałych w każdej jednostce organizacyjnej przedsiębiorstwa, należy dokonać takiej modyfikacji zakładowego planu kont, aby pozwalał on na bieżące kontrolowanie kosztów ponoszonych przez poszczególne jednostki. W związku z tym konieczne jest stworzenie w firmie zasad rozliczania kosztów według miejsc ich powstawania. Dzięki temu możliwa będzie kontrola ich poziomu w każdej jednostce organizacyjnej, w dowolnym momencie, bez prowadzenia dodatkowych ewidencji.

Najlepszy czas na aktualizację
Bez względu na datę podjęcia decyzji o wprowadzeniu zmian do planu kont, obowiązuje generalna zasada, że nowy wykaz kont stosuje się od pierwszego dnia danego roku obrotowego. W praktyce oznacza to, że najlepszym momentem na przegląd planu kont oraz jego ewentualną aktualizację jest koniec roku obrotowego.

Nie zawsze jednak wprowadzenie zmian w planie kont jest możliwe z takim wyprzedzeniem. W wielu przypadkach osoby podejmujące tego typu decyzje nie są w stanie przewidzieć wystąpienia sytuacji, która potencjalnie mogłaby tych zmian wymagać. Wynika to z warunków obecnej, dynamicznie zmieniającej się sytuacji gospodarczej. Organy zarządcze często zmuszone są do dokonywania nagłych zmian w ewidencji księgowej i odpowiedniego uwzględnienia nowego planu kont we wcześniejszych okresach sprawozdawczych trwającego roku obrotowego.
Kiedy zmiany są niezbędne

– Przyczyny zmian planu kont mogą być różne – np. zmiana profilu działalności czy rozpoczęcie w trakcie roku produkcji, która dotychczas w jednostce nie występowała, a która oznacza konieczność rozpoczęcia ewidencji produktów gotowych i półproduktów na odpowiedniej, nowej dla jednostki grupie kont – tłumaczy Patrycja Łomińska z Baker Tilly Poland. – Innym przykładem jest konieczność dostosowania planu kont jednostki do nowych potrzeb wewnętrznego (zarząd, dział controllingu), jak i zewnętrznego (zmiana przepisów podatkowych, sprawozdawczość statystyczna) raportowania – kontynuuje ekspert. Nowe raporty to bowiem często konieczność wyodrębnienia kolejnej grupy kosztów albo przyporządkowania ich poszczególnym komórkom organizacyjnym.

Innym, bardzo istotnym bodźcem do zmian ZPK są wewnętrzne zmiany organizacyjne lub wcielenie do grupy kapitałowej, gdy jednostka musi uwzględnić rozwiązania wdrażane przez grupę i dostosować politykę rachunkowości (w tym zakładowy plan kont) do standardów w niej przyjętych. Wymienione zmiany są tym istotniejsze, że spójne rozwiązania pozwalają na łatwiejsze generowanie informacji sprawozdawczej na poziomie grupy i poprawne sporządzanie skonsolidowanych sprawozdań finansowych.

Mając na uwadze powyższe ustalenia dotyczące zmian w zakładowym planie kont, należy stwierdzić, że najlepszym momentem na ich wprowadzenie jest początek roku obrotowego.

Resort gospodarki: na umowie między UE a USA może stracić przemysł energochłonny

CEO Magazyn Polska

Motoryzacja, branża farmaceutyczna i przemysł rolniczy – to polskie branże, które mogą skorzystać na umowie o wolnym handlu między UE a USA. W dużej mierze zależy to od tego, jak szybko firmy dostosują się do wymagań amerykańskiego rynku. Więcej wątpliwości mają przedstawiciele przemysłu energochłonnego, m.in. zakłady chemiczne. – Konieczne będzie podjęcie decyzji, czy takim sektorom należy udzielić wsparcia, czy ostrzec je i skłonić do przyspieszonej restrukturyzacji – mówi Adam Orzechowski z Ministerstwa Gospodarki.

Umowa o wolnym handlu UE z USA, mimo wielu obaw i wątpliwości, budzi ogromne nadzieje na przyspieszenie rozwoju gospodarczego i zwiększenie liczby miejsc pracy na obu kontynentach. Stany Zjednoczone podpisał już 14 takich umów z 20 krajami, jednak porozumienie z UE będzie bezprecedensowe, a liczne sektory gospodarki na umowie skorzystają.

 – Wśród nich będą podmioty polskie i europejskie, szczególnie te, które już są dostosowane do rynku amerykańskiego i jego specyfiki. Właśnie one będą potrafiły jak najszybciej wykorzystać lepsze warunki dostępu do rynku amerykańskiego, które powstaną w wyniku zawarcia tej umowy. Trudno o dokładne wskazania, ale może to być przemysł farmaceutyczny, przetwórstwo rolnicze i przemysł samochodowy. Wszystko zależy od tego, na ile zrozumieją zasady działania rynku amerykańskiego i jak szybko się do tego dostosują – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Adam Orzechowski, zastępca dyrektora Departamentu Polityki Handlowej w Ministerstwie Gospodarki (MG).

Mimo to wątpliwości nie brakuje. Jednym z najważniejszych zagadnień jest nierównowaga cen energii. W latach 2005-2012 ceny gazu dla przemysłu w Stanach Zjednoczonych spadły o dwie trzecie, a w UE wzrosły o ponad jedną trzecią. Obniżki w USA to głównie efekt zwiększonego wydobycia gazu łupkowego. Dzięki temu za Atlantykiem potaniała też energia elektryczna.

 – Ta nierównowaga, szczególnie po ostatnich dokonaniach w zakresie wydobycia gazu łupkowego, sprawia, że możliwy staje się eksport nośników energii z USA do Europy. Powinniśmy zastanowić się, w jaki sposób Unia Europejska jako organizm gospodarczy sobie z tym poradzi i jak to wpłynie na sektory konsumujące duże ilości energii. Trzeba przeanalizować, czy te sektory nie będą przenosić się jako nowe inwestycje do Stanów Zjednoczonych, ponieważ tańsza energia zwiększy ich efektywność – mówi Adam Orzechowski.

Resort gospodarki zapewnia, że w trakcie konsultacji z poszczególnymi branżami będzie starać się identyfikować ewentualne problemy dla produkcji i rozwoju handlu, które mogą być konsekwencją zawarcia umowy między UE a USA.

 – Sprawdzamy sytuację Polski jako członka Unii Europejskiej i jako oddzielnego środowiska gospodarczego w relacjach ze Stanami Zjednoczonymi tak, by wskazać najbardziej newralgiczne sektory. To przede wszystkim przemysł energochłonny. Konieczne będzie podjęcie decyzji, czy takim sektorom należy udzielić wsparcia, czy ostrzec je i skłonić do przyspieszonej restrukturyzacji – mówi Adam Orzechowski.

W przypadku polskiego przemysłu energochłonnego, który wykorzystuje surowce kopalne, widać coraz większą świadomość potrzeby dostępu do tanich źródeł surowców. Zdaniem przedstawiciela Ministerstwa Gospodarki w części sektora przeniesienie produkcji na inny kontynent jest łatwe, a niższe koszty produkcji w Stanach Zjednoczonych mogą okazać się decydujące. Są jednak branże na tyle lokalne i na tyle inne w sposobie działania od amerykańskich, że trudno przypuszczać, by wyprowadziły działalność poza UE.

Szczególnym przykładem jest rolnictwo: przemysł przetwórczy już zdobył silną pozycje na rynkach europejskich i światowych.

 – Charakter produkcji rolnej w USA jest odmienny nie tylko od produkcji polskiej, lecz także od unijnej. W tym przypadku zderzamy dwa różne sposoby produkcji – bardziej intensywnej produkcji unijnej i bardziej ekstensywnej produkcji amerykańskiej – i dwa różne podejścia do handlu – podkreśla Adam Orzechowski. – By zrozumieć sytuację i osiągnąć porozumienie, staramy się zebrać jak najwięcej postulatów od polskiego przemysłu i również od innych sektorów, od rolnictwa, po sektor zajmujący się ochroną własności przemysłowej. Podobnie jak inni członkowie UE przesyłamy nasze postulaty do Komisji Europejskiej negocjującej warunki umowy. Chcemy wyposażyć KE we wszystkie argumenty i stanowiska krajów członkowskich. Bo bez akceptacji wszystkich krajów członkowskich umowa nie zostanie zawarta – dodaje.

Plany międzykontynentalnego porozumienia UE ze Stanami Zjednoczonymi i zawarcie umowy o partnerstwie handlowym i inwestycyjnym (Transatlantic Trade and Investment Partnership – TTIP), skrótowo określanej umową o wolnym handlu powstały wiele lat temu. W najbliższym czasie mają szansę na realizację, jednak do pokonanie pozostało wiele barier. W popularnym ujęciu chodzi o ograniczenie ceł w handlu obu partnerów, jednak nie cła są najważniejszym problemem.

 – Unia Europejska i Stany Zjednoczone to dwa największe gospodarcze i handlowe organizmy świata. W partnerstwie handlowym i gospodarczym wciąż występują pewne bariery, przy czym w mniejszym aspekcie dotyczą ceł w handlu dwustronnym, w większym tak zwanych barierach pozataryfowych. Są to m.in. procedury wymagane dla dopuszczenia towarów do rynku, certyfikaty, standardy, wymogi i dokumenty niezbędne, by wprowadzić dane towary na rynek europejski lub amerykański – tłumaczy przedstawiciel resortu gospodarki.

R. Petru: oskładkowanie tzw. umów śmieciowych grozi scenariuszem jak w Hiszpanii. Bezrobocie może wzrosnąć

Zapowiadany przez rząd koniec ery tzw. śmieciówek, czyli oskładkowanie umów cywilnoprawnych, może pogorszyć sytuację na rynku pracy. – Brak elastycznych form zatrudnienia jest przyczyną wysokiego bezrobocia w Hiszpanii – ostrzega Ryszard Petru, przewodniczący Towarzystwa Ekonomistów Polskich. Ostatnie dane mówią o ponad 25-procentowej stopie bezrobocia, wśród młodych Hiszpanów odsetek jest ponad dwukrotnie większy.

 Nie mam nic przeciw oskładkowaniu tzw. umów śmieciowych, jednak pod warunkiem, że dotyczyłoby to tylko umów do wysokości minimalnego wynagrodzenia. Wydaje mi się, że taka gwarancja jest potrzebna – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Ryszard Petru, przewodniczący Towarzystwa Ekonomistów Polskich (TEP) i partner PwC.

Propozycja oskładkowania wszystkich umów śmieciowych bez limitu dochodów jest bardziej restrykcyjna. Ekonomiści przestrzegają, że jej konsekwencje będą negatywne dla rynku pracy.

 – Taka decyzja z pewnością może spowodować wzrost bezrobocia. Jeśli, przykładowo, oskładkujemy kogoś, kto zarabia 1,5 tys. zł netto, to pojawiają się dwie możliwości. Albo otrzyma mniej pieniędzy na rękę, ponieważ pracodawca potrąci mu składki z wynagrodzenia, albo zrezygnuje z pracy za mniejsze pieniądze. A tak już się działo – tłumaczy Ryszard Petru.

Ekonomista podaje przykład Hiszpanii, gdzie nie ma elastycznych umów alternatywnych dla etatu.

 – Brak wariantów pośrednich jest powodem wysokiego bezrobocia wśród młodych Hiszpanów. Ludzie wolą pracować na tzw. umowach śmieciowych niż na żadnych. Nie można zwiększać oskładkowania, zabierać więcej pracownikom i pracodawcom, jednocześnie pozostawiając zatrudnienie na tym samym poziomie – uważa przewodniczący TEP. – Czy chcemy doprowadzić do sytuacji, w której wszyscy staną się nagle przedsiębiorcami i masowo będą przechodzić na działalność gospodarczą? Przedstawiony program to kilka pomysłów, część jest relatywnie niedroga, ale nie prowadzą one do zasadniczych zmian w gospodarce.

Petru pozostaje sceptyczny również wobec obietnic rządowych skrócenia kolejek do lekarzy specjalistów. Jedną z proponowanych metod ma być więcej zabiegów i badań u lekarzy rodzinnych w celu odciążenia przychodni specjalistycznych. Rząd chce też elektronicznie weryfikować zapisy do specjalistów, by wyeliminować umawianie wizyt w kilku placówkach. Pomóc miałoby też dodatkowe ubezpieczenie zdrowotne.

 – Ograniczenie kolejek jest pożądane, ale wymaga podjęcia niepopularnych decyzji wiążących się ze współpłaceniem za usługi medyczne. Musi być wiadomo, co jest płatne, a co za darmo – państwa nie stać na finansowanie wszystkich usług medycznych. Gdyby było stać, wtedy nie byłoby kolejek – tłumaczy Ryszard Petru.

Ekspert opowiada się za dobrowolnymi ubezpieczeniami zdrowotnymi, jednak podkreśla, że do tej pory rządzący nie byli w stanie podjąć decyzji o ich wprowadzeniu.

Były szef KNF: klientom firm pożyczkowych może zaszkodzić zarówno nadmiar, jak i niedobór regulacji

CEO Magazyn Polska

Zwiększenie przejrzystości działań firm pożyczkowych oraz wprowadzenie rozsądnych regulacji chroniących klienta – to według ekonomisty Stanisława Kluzy sposób na uporządkowanie rynku pożyczek pozabankowych. Obecnie nad regulacją rynku pracuje Ministerstwo Finansów.

 W pierwszej kolejności rekomendowałbym wprowadzenie rozwiązań polegających na możliwości wykonywania tzw. pasywnego nadzoru. Żeby nadzór, identyfikując firmę udzielającą pożyczki, miał prawo zawsze wejrzeć zarówno w jej sprawozdania finansowe, jak i ofertę klientowską – podkreśla dr Stanisław Kluza, były minister finansów i przewodniczący KNF.

Jego zdaniem, w przypadku wykrycia naruszenia zasad związanych ze sposobem zarządzania środkami finansowymi można by uruchomić procedurę wprowadzenia firmy pod nadzór kapitałowy lub bankowy. Z kolei przy naruszeniach interesów klientów interweniować by miał Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

 Nadzór nad rynkiem finansowym w szczególności powinien być nadzorem nakierowanym na ograniczenie ryzyk systemowych zarówno dla pojedynczych podmiotów, jak i dla całego sektora finansowego, a w rezultacie dla stabilności finansowej w gospodarce – przekonuje Kluza w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes. Uważam, że nadmiar regulacji jest szkodliwy, ale i niedomiar regulacji również przynosi złe efekty.

Rynek firm pożyczkowych jest dosyć rozdrobniony. Ponieważ pożyczają zwykle małe kwoty, to na poziomie pojedynczego klienta ryzyko nie jest duże.

 Na poziomie całej gospodarki, patrząc na całe środowisko osób niezamożnych i w nagłej potrzebie, jest to istotny segment. Oznacza to, że firmy pożyczkowe w szczególności powinny być przejrzyste w swoich produktach – podkreśla Stanisław Kluza.

Zadłużenie w firmach pożyczkowych szacowane jest na 4 mld zł, co stanowi 0,7 proc. ogólnego zadłużenia gospodarstw domowych. Z usług takich firm korzysta 4 proc. gospodarstw domowych.

Według projektu nowelizacji ustawy o nadzorze nad rynkiem finansowym przygotowanego przez Ministerstwo Finansów, regulacja obejmie m.in.: wprowadzenie rejestru firm pożyczkowych przy Ministerstwie Gospodarki i minimalnego progu kapitału założycielskiego na poziomie 200 tys. zł, uregulowanie wymiany informacji między bankami i przedsiębiorstwami pożyczkowymi. Resort finansów zaproponował również zwiększenie sankcji za nielegalne prowadzenie działalności bankowej oraz wprowadzenie górnego limitu kosztów pożyczek.

Dywidendy za 2013 rok będą wyższe niż za poprzedni. Zyskają inwestorzy z udziałami w funduszach dywidendowych

CEO Magazyn Polska

Dzięki poprawie gospodarki wzrosną dywidendy wypłacane przez spółki. Wypłaty dla akcjonariuszy za 2013 rok powinny być wyższe niż za poprzedni. Wzrost wartości dywidend to szansa dla osób inwestujących w fundusze dywidendowe.

 Poprawiająca się sytuacja makroekonomiczna znajduje odzwierciedlenie w sytuacji finansowej spółek. To jest już widoczne w wynikach za III kwartał, więc wydaje się, że dywidendy za 2013 rok, czyli te, które zostaną wypłacone w 2014 roku, powinny być wyższe od tych, które były wypłacane za poprzedni rok – przewiduje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Tomasz Matras, zastępca dyrektora inwestycyjnego ds. akcji Union Investment TFI.

Szczególnie wysokie dywidendy wypłacą firmy, które nie planują wysokich nakładów inwestycyjnych w nadchodzącym okresie. Matras przyznaje że niewiadomą co do wysokości dywidend pozostaje sektor energetyczny, bo już w przyszłym roku ruszą w tym obszarze wielomilionowe inwestycje.

Matras podkreśla, że wypłata dywidend to indywidualna decyzja każdej spółki, dlatego trudno generalizować i mówić o polityce dywidendowej całej gospodarki.

 – Na razie 2013 rok jak i poprzedni wskazuje, że dobra sytuacja finansowa spółek, poprawiające się wyniki i nadpłynność powodują, że dużo spółek dzieli się dywidendami. Natomiast jedne spółki mają przyjętą politykę dywidendową, inne spółki po prostu wypłacają dywidendę w zależności od sytuacji w danym roku – mówi Matras.

Poprawiająca się sytuacja finansowa spółek wypłacających dywidendę jest szansą dla inwestorów, którzy mają udziały w funduszach dywidendowych. Potencjał zysku tego typu funduszy wynika nie tylko ze wzrostu wyceny giełdowej spółek, lecz także z wypłacanych przez nich dywidend.

UniAkcje Dywidendowy to subfundusz dywidendowy Union Investment TFI, który poza Polską inwestuje także w innych krajach Europy Środkowo-Wschodniej. Polityka inwestycyjna zakłada dobór do portfela perspektywicznych spółek o najwyższych stopach dywidendy, spełniających zarówno szereg wymogów jakościowych, jak również płynności ich akcji.

 – Spółki energetyczne, telekomunikacyjne oraz banki to są spółki, które w ostatnim czasie dzielą się dywidendami i należy założyć, że taka polityka również będzie utrzymywana w kolejnych latach. Do tego grona dołączyła w ostatnim czasie także liczna grupa mniejszych i średnich spółek. Jest to duża grupa spółek przemysłowych, które korzystają na poprawiającej się sytuacji makroekonomicznej – wylicza Matras.

Z płacenia dywidend mogą zrezygnować spółki, które znajdą ciekawe możliwości inwestycyjne, takie jak: budowa nowych zakładów, przejęcia lub rozbudowa mocy produkcyjnych. Matras prognozuje jednak, że spore dywidendy wypłacą spółki z udziałem Skarbu Państwa. Dzielenie się zyskami przez te spółki to ważny element dla procesu łatania dziury budżetowej.

Zakłady Azotowe Kędzierzyn do końca I kwartału chcą znaleźć wykonawcę nowej elektrociepłowni

CEO Magazyn Polska

180 mln zł – tyle wynosi plan inwestycyjny Zakładów Azotowych Kędzierzyn na ten rok. To trzykrotnie więcej niż w 2013 rok, a to dopiero początek zakrojonych na lata dużych inwestycji. Jedna z nich to wybudowanie do końca 2016 roku nowej elektrociepłowni. Spółka chce do końca I kwartału znaleźć wykonawcę tego projektu.

 Dwa główne punkty naszego planu inwestycyjnego to elektrociepłownia i projekt w obszarze OXO nowego plastyfikatora – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adam Leszkiewicz, prezes Grupy Azoty Zakłady Azotowe Kędzierzyn. – Oczywiście na elektrociepłownię przeznaczymy w tym roku tylko część pieniędzy, które mamy na to zaplanowane, dlatego że tę inwestycję dopiero rozpoczynamy.

W przypadku uruchomienia produkcji nowego plastyfikatora – tereftalanu – zasadnicza część przeznaczonych na ten cel środków zostanie wydana w tym roku, ponieważ spółka chce ukończyć projekt na przełomie 2014 i 2015 roku.

Obecnie trwa przetarg na wykonawcę nowej elektrociepłowni.

 – W tej chwili czekamy na zgłoszenia ze strony inwestorów – mówi Adam Leszkiewicz. – To jest przetarg ograniczony, ponieważ go powtarzamy. Zwróciliśmy się tylko do kilku wykonawców, którzy wcześniej zgłosili swoje oferty, ale z różnych względów nie doszliśmy do porozumienia i nie mogliśmy znaleźć najlepszej oferty. Chcemy proces wybory wykonawcy zakończyć do końca I kwartału.

Równolegle z poszukiwaniami wykonawcy spółka przygotowuje też teren pod inwestycje oraz gromadzi niezbędną dokumentację.

 – Przygotowujemy raport oddziaływania na środowisko i staramy się o pozwolenie na budowę, żeby jak będziemy mieć wybranego wykonawcę, dać mu gotowe dokumenty i żeby przystąpił jak najszybciej do prac budowlanych – mówi Leszkiewicz.

Zakończenie tej inwestycji jest planowane na koniec 2016 r. Moc energetyczna elektrociepłowni to 45-50 MW, a moc termiczna – ok. 250 MW.

 – Dzięki niej będziemy w pełni mieć zagwarantowane ciepło i parę technologiczną oraz w jednej czwartej prąd – wyjaśnia Leszkiewicz.

Kolejne ważne projekty, które mają być realizowane w następnych latach, to m.in. budowa nowej instalacji wytwarzania nawozu RSM (roztworu saletrzano-mocznikowego) oraz modernizacja istniejących instalacji do produkcji mocznika i amoniaku.

Ożywienie na rynku kredytów. Polacy będą więcej pożyczać

CEO Magazyn Polska

–  Kredyty hipoteczne to najbardziej perspektywiczny sektor dla biznesu bankowego – ocenia prof. Leszek Pawłowicz z Gdańskiej Akademii Bankowej. Po słabym 2013 roku w tym eksperci oczekują odbicia. Poprawiające się nastroje konsumentów dobrze wróżą również rynkowi kredytów gotówkowych.

 Kredyty mieszkaniowe nadal mają duży potencjał biznesowy dla banków. Jeśli chodzi o relację kredytów konsumpcyjnych do produktu krajowego brutto, to w Polsce jest ona nieco wyższa niż średnia unijna. Natomiast w przypadku relacji kredytów mieszkaniowych do PKB jest ona ponad dwa razy niższa – tłumaczy prof. Leszek Pawłowicz z Gdańskiej Akademii Bankowej.

Dlatego, jego zdaniem, rynek kredytów hipotecznych ma dziś duży potencjał i można spodziewać się na nim boomu w nadchodzącym czasie.

 – Oby nie za duże, bo wszystko musi być w granicach rozsądku. Kiedy ceny nieruchomości zaczynają iść w górę, to trzeba bardzo ostrożnie udzielać kredytów mieszkaniowych, żeby nie przedobrzyć i nie spowodować kolejnej bańki spekulacyjnej na rynku nieruchomości – przestrzega prof. Pawłowicz w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

W ostatnich latach rynek nieruchomości przeszedł fazę kryzysu, bo ceny nieruchomości spadały. Wydaje się, że ta tendencja na rynku nieruchomości się odwraca. Potwierdzają to analizy firmy Home Broker, według których ceny mieszkań w Polsce idą w górę – w końcówce roku Indeks Cen Transakcyjnych wzrósł o prawie 11 proc. w ujęciu rocznym, choć ubiegłoroczna baza była wyjątkowo niska. 

 – Ceny mieszkań nieznacznie w ostatnim okresie zaczęły rosnąć. Najpierw się ustabilizowały, później zaczęły rosnąć, co jest dobrą perspektywą dla rynku mieszkaniowego i pozwala bankom w sposób bezpieczniejszy udzielać takich kredytów. Nastąpi odbicie, wyjście z kryzysu na rynku nieruchomości – prognozuje prof. Leszek Pawłowicz. 

Także rynek kredytów konsumpcyjnych wykazuje tendencję wzrostową, na co mają wpływ symptomy świadczące o poprawiającym się stanie gospodarki. 

 – Od dwóch kwartałów poprawia się rynek kredytów konsumpcyjnych, dlatego że nastroje konsumenckie się poprawiły, ludzie robią więcej zakupów. Odczuwają mniejsze ryzyko destabilizacji, utraty pracy, mimo że wskaźnik oficjalnego bezrobocia wzrósł ostatnio, to te zagrożenia, które były u progu roku 2013 wydawały się dużo większe niż się zrealizowały. W związku z tym pesymizm konsumencki był dużo większy, to się zmienia, i widać na tym rynku poprawę nastrojów. A jeśli ktoś bierze kredyt na zakup sprzętu gospodarstwa domowego czy na remont mieszkania, to bierze go wtedy, kiedy ma nadzieję, że nie utraci pracy, kiedy ma lepszą perspektywę – tłumaczy prof. Leszek Pawłowicz.

Cyberprzestępczość coraz więcej kosztuje polskie firmy i prywatnych użytkowników internetu

CEO Magazyn Polska

Choć 70 proc. internautów w Unii Europejskiej twierdzi, że potrafi robić zakupy przez internet i korzystać z bankowości elektronicznej, to w praktyce robi to jedynie połowa z nich. 37 proc. ankietowanych przez Eurobarometr obawia się nieuczciwego wykorzystania danych osobowych, a 35 proc. ma wątpliwości dotyczące bezpieczeństwa płatności internetowych. Przyczyną są obawy przed cyberprzestępczością, która zagraża zarówno prywatnym użytkownikom, jak i firmom.

Zdaniem ekspertów tego typu obawy nie są pozbawione podstaw, jednak cyberataki zagrażają bardziej firmom niż osobom prywatnym. Chodzi tu o zagrożenia wewnętrzne, związane choćby z sieciami społecznościowymi bądź z przechowywaniem danych. Eksperci z Check Point zwracają także uwagę na niebezpieczeństwo związane z urządzeniami mobilnymi. Już w 2012 r. ilość złośliwego oprogramowania, które znaleziono na nich zwiększyła się aż o 60 proc.

 – W 2014 r. największe niebezpieczeństwo będzie naszym zdaniem związane z tzw. atakami celowymi, na które nie ma obecnie remedium – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Wójtowicz, dyrektor zarządzający Check Point. – Szacuje się, że na świecie co tydzień powstaje około 100 tys. nowych wirusów. Wiele z nich powstaje na podstawie nieznanych nam sygnatur bezpieczeństwa, co oznacza, że nie wiemy, jak się przed nimi bronić.

Pokrewnym zagrożeniem są ataki wymierzone bezpośrednio przeciwko infrastrukturze danej firmy czy instytucji.

 – Chodzi tu o ataki ze strony przeciwników motywowanych bądź chęcią zaszkodzenia nam, bądź po prostu chęcią wyłudzenia pieniędzy. Takie ataki na serwery czy strony internetowe również będą poważnym zagrożeniem w rozpoczynającym się roku – mówi Wójtowicz.

Jak podaje raport „2013 Cost of Cyber Crime Study”, między 2012 a 2013 r. nastąpił ok. 50-procentowy wzrost strat, które firmy z całego świata poniosły w wyniku cyberataków. W 2012 r. firmy straciły 591 tysięcy dolarów, a w 2013 r. – już ponad milion dolarów. Najbardziej zagrożone były firmy zajmujące się usługami finansowymi, energetyką oraz przedsiębiorstwa użyteczności publicznej.

Według raportu „Global Security IT Risks 2013” (Kaspersky Lab) największe straty w wyniku cyberataków poniosły przedsiębiorstwa z Azji, Pacyfiku i Ameryki Północnej. Mniejsze zanotowały firmy europejskie, południowoamerykańskie i rosyjskie. Z kolei przedsiębiorcy w Polsce stracili w ubiegłym roku przez działania hakerów ponad 100 mln zł.

 – W Polsce te liczby są mniejsze, ale wiele polskich firm może dużo stracić wizerunkowo, jeżeli nie zainwestuje w ochronę swojej infrastruktury – zauważa Wójtowicz.

W pewnym sensie zagrożenie cyberprzestępczością zwiększa przechowywanie danych w chmurze. Oznacza to bowiem utratę kontroli nad własnymi zasobami.

 – Z drugiej strony dobrze wykorzystana chmura jest dużą szansą na skuteczną walkę z cyberprzestępczością – mówi dyrektor zarządzający Check Point. – Będzie tak, jeśli pozwolimy na współpracę różnych podmiotów w zwalczaniu zagrożeń informatycznych. Mam tu na myśli choćby chmurę producentów systemu bezpieczeństwa klientów, którzy w swojej bieżącej pracy wykrywają tego typu zagrożenia w swojej infrastrukturze – dodaje.

Przedsiębiorcy muszą zdecydować o formie opodatkowania. Dziś mija termin

CEO Magazyn Polska

Dzisiaj mija termin składania przez przedsiębiorców oświadczeń dotyczących formy opodatkowania w 2014 roku. Osoby prowadzące własną działalność gospodarczą mogą zdecydować się na ryczałt, 19-proc. podatek liniowy bądź formę podstawową, czyli opodatkowanie według zasad ogólnych. Podatnicy, którzy nie dotrzymają terminu, i do 20 stycznia nie złożą odpowiedniego wniosku do urzędu skarbowego, będą się rozliczali według zasad stosowanych w latach poprzednich.

Osoba rozpoczynająca własną działalność gospodarczą wybiera formę opodatkowania PIT z chwilą składania wniosku o wpis do ewidencji przedsiębiorstw. Na początku każdego roku kalendarzowego może tę formę zmienić. Ma na to czas do 20 stycznia.

 – Podatnicy powinni uzależnić wybór formy opodatkowania od przedmiotu prowadzonej działalności, od przewidywanych kosztów i wydatków czy też od osiąganych przychodów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dominika Dragan-Berestecka, doradca podatkowy w Kancelarii Ożóg i Wspólnicy.

Jedną z możliwych opcji jest ryczałt od przychodów ewidencjonowanych, obliczany według stawek 3-proc., 5,5-proc., 8,5-proc., 17-proc. i 20-proc. Wysokość stawki zależy od źródeł osiąganego przez podatnika przychodu.

 – Stawka zależy od tego, jaki rodzaj działalności prowadzimy – mówi doradca podatkowy.

3-proc. stawka przewidziana jest na przykład dla osób prowadzących działalność gastronomiczną, 5,5-proc. – m.in. dla działających w branży budowlanej. Najwyższą, 20-proc. stawką obłożone są osoby prowadzące działalność gospodarczą w ramach tzw. wolnych zawodów, czyli lekarze, weterynarze, tłumacze czy nauczyciele. Wysokość poszczególnych stawek reguluje Ustawa o zryczałtowanym podatku dochodowym od niektórych przychodów osiąganych przez osoby fizyczne.

W przypadku ryczałtu opodatkowywany jest przychód. Prowadzący działalność nie musi np. prowadzić szczegółowej ewidencji kosztów uzyskania przychodów.

 – Z drugiej strony musimy pamiętać, że wybór opodatkowania według ryczałtu uniemożliwia nam rozliczanie kosztów prowadzonej działalności – tłumaczy Dominika Dragan-Berestecka.

To ważne zwłaszcza z punktu widzenia przedsiębiorców, którzy dużo inwestują. Dla nich taka forma opodatkowania może okazać się mało opłacalna, a to nie jedyny jej minus. Ryczałtowiec nie może na przykład skorzystać z tzw. ulgi na dzieci bądź rozliczać podatku rocznego z małżonkiem lub z dzieckiem. Przepisy nie dopuszczają takiej możliwości.

Od przychodu opodatkowanego według ryczałtu można natomiast odliczyć wydatki ponoszone na cele rehabilitacyjne czy internet oraz składki na ubezpieczenia społeczne lub zdrowotne zapłacone przez podatnika.

 – Oczywiście pod warunkiem, że one nie zostały zaliczone do kosztów uzyskania przychodu z innego tytułu bądź nie zostały odliczone od dochodu, jeżeli podatnik ma jakieś inne źródła przychodów, które opodatkowuje według skali podatkowej – dodaje Dragan-Berestecka.

Ryczałtowcy mogą też odliczyć od przychodu darowiznę na cele pożytku publicznego oraz przekazać 1 proc. swojego podatku na organizacje realizujące takie cele.

Ryczałt nie jest dostępny dla wszystkich. Z tej formy opodatkowania skorzystać mogą przedsiębiorcy rozpoczynający dopiero swoją działalność bądź funkcjonujący już na rynku, ale których roczne przychody nie przekroczyły 150 tys. euro, czyli nieco ponad 633 tys. zł.

Rząd pracuje nad oskładkowaniem wynagrodzeń rad nadzorczych

CEO Magazyn Polska

Oskładkowanie wynagrodzenia członków rad nadzorczych doprowadzi do zwiększenia dojrzałości polskiego rynku kapitałowego  uważa prezes Polskiego Instytutu Dyrektorów. Dzięki temu, że spółki poniosą większe koszty utrzymania rad, będą mogły od nich więcej wymagać. 

 – Jestem zwolennikiem oskładkowania rad nadzorczych, ponieważ to będzie korzystne przede wszystkim dla członków rad nadzorczych, a w dalszej perspektywie dla polskiego rynku kapitałowego – mówi agencji Newseria Biznes Andrzej Nartowski, prezes Polskiego Instytutu Dyrektorów. – Chodzi o to, żebyśmy mogli z czasem wykształcić korpus zawodowych członków rad nadzorczych.

Rządowy projekt zakłada wprowadzenie składki emerytalnej i rentowej od umów członków rad nadzorczych. Do tej pory nie były one oskładkowane. Zdaniem Nartowskiego taki stan rzeczy nie służył samym członkom rad.

 – Przez 15 lat pracuję ciężko w radach nadzorczych, kosztem mojej pracy zawodowej, bo to nie jest praca z doskoku, i będąc na emeryturze nie korzystam z tego, bo przecież od moich wynagrodzeń nie były odprowadzane składki – mówi prezes Polskiego Instytutu Dyrektorów.

Jak podkreśla, oskładkowanie rad nadzorczych przyczyni się do zwiększenia dojrzałości polskiego rynku kapitałowego, bo w radach nadzorczych powinni pracować ludzie kompetentni i doświadczeni.

 – Media straszą, że w momencie, kiedy zostaną oskładkowane wynagrodzenia, to spółki stracą, bo będą musiały więcej płacić za swój nadzór. Otóż uważam, że w takiej sytuacji spółki mogą więcej wymagać od nadzoru. Nadzór ma wzbogacać spółki i wzbogacać inwestorów – mówi Nartowski. – Jednym słowem rada nadzorcza buduje wartość nadzorowanej spółki. Dlatego nie liczyłbym tego w kategoriach, ile złotych więcej albo mniej będzie kosztował nadzór, tylko na ile wzrośnie zaufanie do danej spółki na rynku.

Ponad 100 tysięcy lokat PKO Pierwszy Kapitał!

W niespełna trzy miesiące od wprowadzenia oferty klienci założyli ponad 100 tysięcy lokat PKO Pierwszy Kapitał. Produkt ten został przygotowany z myślą o rodzicach dzieci w wieku od 0 do 12 lat, którzy chcą zabezpieczyć ich finansową przyszłość.

Kontrakt menedżerski nie jest umową o pracę

Kontrakt menedżerski nie jest umową o pracę i nie powoduje nawiązania stosunku pracy. Dlatego nie stosuje się do niego przepisów kodeksu pracy. Istnienie i treść kontraktu menedżerskiego opiera się na kodeksie cywilnym, ponieważ jest to umowa cywilno-prawna. W związku z powyższym, do kontraktu nie mają zastosowania postanowienia kodeksu pracy, ani też wymogi związane z zatrudnieniem pracowniczym.

– Dla osoby związanej kontraktem nie zakłada się więc teczki osobowej, ponieważ taki obowiązek istnieje jedynie w stosunku do pracowników. Również urlop wypoczynkowy i dni wolne od pracy na opiekę nad dzieckiem przysługują tylko pracownikom i nie mogą z nich korzystać osoby związane kontraktem menedżerskim – mówi Marta Kosakowska, aplikant adwokacki w TGC Corporate Lawyers. – Nie powinny znajdować się w nim też zapisy, iż menedżerowi przysługuje 26 dni urlopu (zgodnie z kodeksem pracy), ani że stosuje się wobec niego obowiązujące normy czasu pracy – dodaje ekspert. Tego typu przepisy stosuje się bowiem jedynie w przypadku pracowników, a w sytuacji ewentualnego sporu sądowego mogą one stanowić podstawę do ustalenia istnienia stosunku pracy. – Jeśli menedżerowi ma przysługiwać okres wolny od świadczenia usług na rzecz spółki, a w którym będzie otrzymywał on wynagrodzenie, należy taki zapis ująć w kontrakcie menedżerskim. Trzeba jednak bezwzględnie pamiętać, iż nie jest to urlop wypoczynkowy w rozumieniu kodeksu pracy – tłumaczy Marta Kosakowska z TGC Corporate Lawyers. Czas, w którym nie będzie on świadczył usług, można raportować na przykład do wspólników spółki.

Sukces kolejnej emisji euroobligacji PKO Banku Polskiego

PKO Bank Polski wyemitował euroobligacje na kwotę 500 mln euro. Ostateczna wycena wyniosła 115 punktów bazowych ponad MidSwap. Kupon wyniósł 2,324 proc. Jest to najkorzystniej uplasowana emisja polskiego emitenta korporacyjnego na rynku międzynarodowym. Emisja została przeprowadzona w sprzyjających warunkach rynkowych, przy dużym popycie ze strony inwestorów. Bank wyszedł na rynek z marżą wysokości 130 bps, która w trakcie budowania książki popytu została obniżona aż o 15 bps. Dzięki temu Bank mógł osiągnąć historycznie niską marżę, stanowiącą nowy, znacznie korzystniejszy benchmark dla jego wyceny kredytowej.

KNF: W sprawie Nova KBM nic nie możemy zrobić. Zagraniczne spółki to ryzyko dla inwestora

CEO Magazyn Polska

Spółki zagraniczne na polskiej giełdzie nie podlegają polskiemu nadzorowi, a tym samym Komisja Nadzoru Finansowego nie ma żadnych instrumentów, które mogłyby zabezpieczyć interesy inwestorów. Słoweński bank Nova KBM umorzył swoje akcje i nikt w Polsce nie mógł mu tego zabronić. Inwestorzy, którzy kupują akcje zagranicznych spółek, powinni się też zapoznać z prawem obowiązującym w ich krajach pochodzenia  mówi przewodniczący KNF.

 – Ryzyko umorzenia akcji przez zagraniczną spółkę istnieje zawsze i trzeba o tym pamiętać – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Jakubiak, przewodniczący KNF. – Zawsze na giełdzie, jeżeli mamy do czynienia ze spółkami zagranicznymi, takie ryzyko istnieje. Pamiętajmy, że te spółki podlegają prawu miejscowemu. I to inwestorzy muszą brać pod uwagę przy podejmowaniu decyzji inwestycyjnych.

Przy umorzeniu akcji słoweńskiego banku Nova KBM polscy inwestorzy stracili 2,9 mln akcji wartych ok. 2 mln zł. Według KNF raczej nie mają szans na odzyskanie swoich pieniędzy, cała operacja odbyła się bowiem zgodnie z prawem obowiązującym w Słowenii. 18 grudnia bank umorzył wszystkie akcje i jednocześnie wyemitował nowe, które przejął słoweński rząd, ratując w ten sposób spółkę przed upadkiem.

Według polskiego prawa akcje spółki można umorzyć, ale inwestorzy mogą wtedy dostać odszkodowanie. Tu jednak zadziałało prawo słoweńskie, wprowadzone zresztą krótko przed przeprowadzeniem całej operacji.

 – Nie organy państwa polskiego decydują na przykład o umorzeniu akcji w świetle prawa polskiego, tylko decydują organy państwa trzeciego, miejsca siedziby, i według prawa tamtejszego. Więc jeżeli się podejmuje decyzję inwestycyjną tak, jak to było w przypadku CEDC czy teraz Novej KBM, trzeba bardzo dokładnie i uważnie zapoznać się również z obowiązującym tam prawem – wyjaśnia szef KNF.

To nie pierwszy przypadek umorzenia akcji zagranicznej spółki na GPW. Pierwszy był w czerwcu ubiegłego roku amerykański producent alkoholi spółka CEDC.

 – Takie przypadki mogą się zdarzać. Ale powtarzam, to jest decyzja inwestora, żeby takie ryzyko też podejmować – przestrzega Andrzej Jakubiak.

Na głównym parkiecie warszawskiej giełdy notowane są akcje 45 zagranicznych spółek.

A. Szczęśniak: Współpracy między chemią a PGNiG nie będzie. Traci na tym cała gospodarka

CEO Magazyn Polska

Ścisła współpraca między sektorem chemicznym a Polskim Górnictwem Naftowym i Gazownictwem mogłaby pomóc koncernowi utrzymać dobrą pozycję na rynku, a polskim zakładom obniżyć koszty i zwiększyć konkurencyjność. Bez tej synergii nie ma szans na rozwój innowacyjnego przemysłu. 

 – Polska nie potrafi doprowadzić do sytuacji, w której przedsiębiorstwa z tego samego łańcucha wartości będą współpracować. Konflikty, nieumiejętność zorganizowania współpracy doprowadzają do sytuacji, kiedy przedsiębiorstwa zamiast współpracować, rywalizują – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Szczęśniak, ekspert rynku paliw.

Rynek gazu począwszy od tego roku będzie stopniowo uwalniany, co ma mieć ogromne znacznie zwłaszcza dla odbiorców surowca z branży chemicznej. Tu udział gazu w kosztach produkcji sięga nawet 70 proc. Sama Grupa Azoty, największy odbiorca błękitnego paliwa w kraju, rocznie potrzebuje około 2,5 mld m3 surowca, co daje prawie 3 mld zł kosztów dla całej grupy.

Wydaje się więc, że naturalnym procesem powinna być synergia, czyli oparcie polskiej chemii na tańszym gazie. W polskich warunkach oznacza to współpracę PGNiG z zakładami chemicznymi. Ekspert przypomina, że takie koncepcje pojawiały się już kilka lat temu, jednak do dziś nie doszły do skutku.

 – Mamy dobre przykłady: PGNiG dostarcza bardzo tani gaz lokalny do przedsiębiorstw chemicznych, a ostatnio zawarło kontrakty na tańsze paliwo dla elektroenergetyki, ale to są rzeczy wyjątkowe, natomiast nie strukturalne – zaznacza Andrzej Szczęśniak. – A szansa na współpracę tych przemysłów powinna być w każdej racjonalnej gospodarce, jednak kilka lat temu ją straciliśmy. Nie wydaje mi się, żeby było możliwe wrócenie do tego pomysłu, ponieważ konflikty i napięcia w polskim sektorze elektroenergetycznym i gazowym raczej narastają niż się zmniejszają. 

A na braku tej synergii tracą i oba sektory, i cała gospodarka.

 – Traci Polska, bo za wszystko płacimy drożej. Płacą przedsiębiorstwa, bo nie wykorzystują swoich przewag konkurencyjnych. Marzenie o tym, że będziemy mieli jakieś przewagi w takich przemysłach jak chemiczny, typu technologicznego, innowacyjnego, to są marzenia ściętej głowy – mówi Andrzej Szczęśniak.

W jego ocenie uwolnienie rynku gazu w takiej sytuacji sprawia, że znacznie obniża się pozycję PGNiG. Tym bardziej że dotychczasowy monopolista znajduje się w trudnej sytuacji – walczy ze stratami, które powstały w wyniku różnic miedzy ceną importowanego z Rosji gazu a taryfami na rynku krajowym. Dodatkowo podlega obligu gazowemu, czyli musi określoną ilość surowca sprzedać poprzez giełdę, a to grozi skurczeniem się rynku odbiorców gazu od koncernu. Zwłaszcza że tak duzi kontrahenci jak Azoty szukają już innych dodatkowych dostawców gazu, także poza rynkiem europejskim. 

 – Gdy otwieramy rynek gazowy, takie przedsiębiorstwo jak PGNiG staje bezradne wobec konkurencji. Gdyby było związane na kilku rynkach właśnie na tych łańcuchach wartości z innymi przedsiębiorstwami, miało tam mocną pozycję, byłoby nie do ruszenia – uważa Szczęśniak.

Wyniki finansowe PGNiG pokazują, że marża na sprzedaż gazu wysokometanowego wyniosła minus 2 proc. w trzech kwartałach tego roku wobec minus 11 proc. w analogicznym okresie 2012 roku. Średnia cena taryfowa nadal nie pokrywała kosztów pozyskania gazu.

Instytut Sobieskiego: Zamiast zmian w OFE rząd powinien poszukać oszczędności w administracji

CEO Magazyn Polska

Z deficytem budżetowym można było walczyć inaczej niż sięgając po pieniądze z OFE. Można było np. obniżyć koszty funkcjonowania administracji publicznej czy ograniczyć przywileje emerytalne. Problemem jest obawa polityków o utratę popularności przed zbliżającymi się wyborami.

 – Jest naprawdę wiele pól, gdzie rząd mógłby poszukać oszczędności – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Maciej Rapkiewicz, członek zarządu Instytutu Sobieskiego. – Mówię przede wszystkim o szukaniu oszczędności, ponieważ już w tej chwili mamy bardzo wysokie koszty pracy i jeśli chcemy uniknąć dalszego bezrobocia, nie możemy ich zwiększać.

Zdaniem Rapkiewicza, oszczędności te można znaleźć choćby w administracji publicznej, gdzie – jak pokazuje przykład innych państw – można obniżyć wydatki nawet o kilkanaście procent. Chodzi np. o wprowadzenie centrum zakupowego dla całej administracji czy centrów usług wspólnych.

 – Kolejna rzecz to ograniczenie luki podatkowej – mówi członek zarządu Instytutu Sobieskiego. – Według jednego z badań jeszcze w 2007 r. przez szarą strefę uciekało 10 mld złotych, jeśli weźmiemy pod uwagę sam VAT. Obecnie tę lukę szacuje się na 30-50 mld złotych. Sporo pieniędzy traci się też na produktach objętych akcyzą, takich jak tytoń czy paliwa. Tu pomogłoby zacieśnianie systemu.

Na razie zmianami w OFE rząd oddalił bezpośrednie ryzyko zwiększenia deficytu, jednak zdaniem Rapkiewicza, niepopularne decyzje i tak będzie trzeba w końcu podjąć. Niezbędne mogą okazać się także dalsze zmiany w systemie emerytalnym. Podwyższenie wieku emerytalnego było, zdaniem rozmówcy Newserii Biznes, krokiem w dobrym kierunku, jednak niewystarczającym. Kolejnym mogłaby być likwidacja KRUS, który otrzymuje ze składek ok. miliarda złotych rocznie, a jego wydatki wynoszą ponad 16 mld. Jednak, jak twierdzi Rapkiewicz, trzeba tu uwzględnić indywidualne możliwości rolników, gdyż nie wszystkich będzie od razu stać na płacenie składek w normalnej wysokości.

 – Na likwidacji KRUS budżet może zyskać 4-5 mld złotych – twierdzi Rapkiewicz. – Kolejne miliardy dałoby zlikwidowanie przywilejów dla poszczególnych zawodów, np. służb mundurowych czy górników. Nie mówię tu o przejściu wszystkich na system powszechny, ale przynajmniej tych osób, które nie wykonują najbardziej specyficznych, najtrudniejszych prac.

Takich zmian jednak trudno się spodziewać przed kolejnymi wyborami, które odbędą się jesienią 2015 roku.

 – Przed wyborami parlamentarnymi czekają nas jeszcze wybory samorządowe czy do Parlamentu Europejskiego – mówi Rapkiewicz. – A politycy mają taką filozofię, że negatywne zmiany wprowadzają w pierwszym roku, w półtora od wyborów, żeby wyborcy zapomnieli o nich przed następnymi wyborami.

Dlatego, jego zdaniem, zdjęcia procedury nadmiernego deficytu możemy spodziewać się najwcześniej w 2016 lub 2017 r. – o ile wdrożone zostaną reformy strukturalne i nie będzie znaczącego wzrostu wydatków.

Podejście do zamówień na inteligentne systemy transportowe w Polsce do zmiany

CEO Magazyn Polska

Polska Izba Informatyki i Telekomunikacji zajmie się tematyką wdrażania miejskich inteligentnych systemów transportowych. Powołała komitet, którego zadaniem jest między innymi zmiana podejścia do zamówień na ITS, które w Polsce są wciąż traktowane jak inne inwestycje drogowe. Ma też prowadzić dialog z administracją publiczną oraz pomagać tworzyć i zmieniać prawo związane z tego rodzaju inwestycjami.

Założycielskie posiedzenie komitetu miało miejsce wczoraj. Jednym z jego zadań ma być podnoszenie świadomości zamawiających, że inteligentne systemy transportowe muszą być traktowane inaczej niż klasyczne inwestycje w infrastrukturę drogową.

 – Do tej pory większość przetargów na tego rodzaju systemy była traktowana jak projekty drogowe – tłumaczy Ewa Wolniewicz-Warska, wiceprzewodnicząca Rady Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji. – A inteligentne systemy zarządzania ruchem to jest jednak informatyka. Trzeba bardzo podkreślić ich informatyczny aspekt, dobrze w tym zakresie zdefiniować potrzeby, bo inaczej odbiorca, użytkownik nie dostaje tego, czego istotnie oczekiwał.

Dwa pozostałe cele powołania komitetu to działanie na rzecz dostosowania prawa dotyczącego ITS do współczesnych wymogów i możliwości technicznych oraz komunikacja z instytucjami unijnymi w kwestii dyrektyw transportowych i wspomaganie ich wdrażania w Polsce. Jak podkreśla przedstawicielka PIIT, chodzi też o tak podstawową sprawę jak uświadamianie istoty ITS.

 – Inteligentne systemy transportowe to jest całość systemów, które są powołane do zarządzania transportem  zauważa Wolniewicz-Warska Bardzo często kojarzy się tę nazwę tylko z transportem drogowym, ewentualnie z transportem miejskim, ale warto pamiętać, że dotyczy to także systemów kolejowych, lotniczych czy też morskich. Tym bardziej że Unia Europejska w nowym programie finansowym 2014-2020 bardzo dużą wagę przywiązuje do tak zwanej intermodalności transportu, czyli możliwości realizacji podróży przy pomocy łączenia rozmaitych środków transportu.

Do tego, by takie systemy stworzyć, potrzebna jest realizacja skomplikowanych projektów informatycznych. Tym bardziej że ITS to nie tylko sterowanie światłami na skrzyżowaniach.

 – To także sterowanie całym systemem transportowym, informowanie kierowców, tworzenie portali dostępnych poprzez internet czy mobilnie, z możliwością pozyskania informacji o tym, co dzieje się na drogach, o zagrożeniach, z możliwością planowania podróży – wyjaśnia wiceprzewodnicząca rady PIIT.

Miejskie inteligentne systemy transportowe muszą także komunikować się z innymi systemami, na przykład tymi, które nadzorują ruch poza miastem. W grę wchodzi także kompatybilność z systemem zarządzania kryzysowego, geomapami i wszystkimi innymi systemami, z których korzysta transport, bądź dla których istotne są informacje z systemu transportowego.

 – Transport jest krwiobiegiem miasta, wobec tego dobrze działający, dobrze zarządzany transport jest tak samo ważny jak dobrze działający układ krwionośny dla żywego organizmu – mówi Wolniewicz-Warska.

Na finansowanie innowacyjnych projektów w zakresie transportu do 2020 r. Unia Europejska przeznaczyła 6,3 mld euro w ramach programu Horyzont 2020. W Polsce na inteligentne systemy transportowe przeznaczonych zostanie od 1,2 mld do nawet 3 mld złotych.

GPW jeszcze w tym roku może połączyć się z grupą giełd z regionu. Szuka nowych emitentów z Chin

CEO Magazyn Polska

Do 2020 r. warszawska giełda chce mieć dominującą pozycję w Europie Środkowej. Jeszcze w tym roku możliwe jest zamknięcie kolejnego etapu połączenia z grupą giełd regionu CEESEG, do której należy m.in. parkiet wiedeński i budapeszteński. GPW chce być również atrakcyjnym miejscem do debiutów dla spółek z dalekich rynków. Intensywnie poszukuje nowych spółek z Chin zainteresowanych wejściem na warszawski parkiet.

 – Oczekujemy na zielone światło ze strony akcjonariuszy. Jesteśmy gotowi do realizowania kolejnego etapu połączenia z grupą CEESEG. Moim życzeniem byłoby, żebyśmy mogli ten projekt zamknąć w tym roku – zapowiada Adam Maciejewski, prezes Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie. Wczoraj giełda ogłosiła strategię rozwoju do roku 2020.

Do grupy CEE Stock Exchange Group należą w całości giełdy w Wiedniu i Lublanie. Spółka ma także większościowe udziały w giełdach w Pradze (92,74 proc.) oraz Budapeszcie (50,45 proc.). Poprzez połączenie z CEESEG warszawska giełda chce zyskać dominującą pozycję w Europie Środkowej i stać się liczącym graczem w całej Europie. Jak podkreśla Maciejewski, nie chodzi tylko o wielkość, bo pod tym względem już teraz GPW jest liderem w regionie.

Po połączeniu GPW i CEESEG inwestorzy zyskają dostęp do nowych aktywów, nie tylko w Polsce, lecz także w całej Europie. Może się to też wiązać z niższymi kosztami rozliczeń na rynkach, na których GPW będzie obecna.

Wzrosną także dywidendy, bo GPW wypłaca je od zysku netto całej grupy kapitałowej, a nie tylko samej spółki GPW SA. W skład grupy wchodzą m.in. spółki całkowicie zależne Towarowa Giełda Energii, WSEInfoEngine, Instytut Rynku Kapitałowego – WSE Research oraz WSE Commodities.

By poprawić pozycję GPW, niezbędni są nowi emitenci, również z dalekich zagranicznych rynków. Spółka poszukuje ich wraz z partnerami w Chinach.

 – Chiński rynek lokalny staje się coraz trudniejszy dla emitentów chińskich. W związku z tym poszukują możliwości ekspansji czy pozyskiwania kapitału i bycia wycenianym na rynkach publicznych poza Chinami. Polska jest jednym z tych rynków, które są brane bardzo poważnie pod uwagę – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciejewski.

Na początku października na GPW zadebiutowała pierwsza spółka z Państwa Środka, Peixin International Group NV, producent maszyn i linii do produkcji artykułów higienicznych.

Właśnie wzrost zewnętrzy (połączenie z CEESEG) oraz organiczny (nowi emitenci) to dwa główne filary strategii spółki do 2020 r.

Maciejewski chce doprowadzić do tego, by cała Europa Środkowa była postrzegana jako jedna giełda o dużej różnorodności spółek. Na poziomie szkolenia, handlu i rozliczeń oraz usług dodanych ma nastąpić pełna integracja. Ma to pozwolić także na wyjście poza region Europy Środkowej, także w obszarze rynku rolno-spożywczego, usług IT oraz technologii.

 – Chcemy świadczyć pewne usługi consultingowe na zewnątrz Europy, prowadzimy różne rozmowy. Kolejna kwestia to działalność w zakresie dostarczania usług technologicznych. Jest jednak bardzo ważny element naszej strategii związany z dywersyfikacją i poszerzaniem zakresu działania biznesowego. To są kompletnie nowe inicjatywy niezwiązane bezpośrednio z rynkami finansowymi – mówi Maciejewski.

Dziś mija termin składania ofert przez firmy chcące przejąć pracowników TVP. Związkowcy wznowili przygotowania do strajku

Do 17 stycznia firmy chcące przejąć pracowników Telewizji Polskiej mogą składać swoje oferty. Przedsiębiorstwo, które wygra przetarg, przejmie zatrudnionych obecnie w TVP dziennikarzy, montażystów, charakteryzatorów i grafików. To już drugie podejście do procesu outsourcingu. Sprzeciwiający się tej koncepcji związkowcy wznowili przygotowania do strajku.

 Mamy nadzieję, że przetarg się nie odbędzie, ale to nie znaczy, że firma nie przekaże pracowników, gdyż w trzecim podejściu wskazana firma będzie mogła przejąć pracowników bez konieczności przeprowadzania przetargu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Barbara Markowska-Wójcik, przewodnicząca Zarządu Organizacji Zakładowej w TVP Związku Zawodowego Pracowników Twórczych i Technicznych Mediów Polskich WIZJA. – Jeśli tak się stanie, to uważam, że to jest pole do działania dla CBA.

Związkowcy obawiają się, że zewnętrzny pracodawca rozwiąże umowy z pracownikami, a programy powierzane będą zewnętrznym producentom i osobom bez doświadczenia.

 – Oznacza to, że firma będzie tym pracownikom przez określony czas płaciła podstawową pensję, która jest dziś poniżej najniższego wynagrodzenia, a po zakończeniu tego okresu pracownicy pójdą na zieloną trawkę – mówi Markowska-Wójcik. – Czyli jednym słowem, TVP pozbywa się twórców, którzy przez całe lata tworzyli wizerunek tej firmy, są wykształceni, wyspecjalizowani, a będzie mogła zatrudniać kogo zechce  – dodaje.

Wcześniej planowany strajk protestacyjny przeciw outsourcingowi został zawieszony 8 listopada, gdy minął termin przetargu, a jedyna pozostała w procedurze spółka Gi Group Sp. z o.o. zrezygnowała ze złożenia oferty. Pozostali oferenci wycofali się wcześniej. Związek zawodowy zagroził wznowieniem strajku już 18 listopada, gdy stwierdził brak woli zarządu TVP do kontynuowania rozmów. Ostatecznie, jak mówią związkowcy, zaniechanie dialogu społecznego, niezrealizowanie postulatów związkowców i kontynuacja procesu outsourcingu doprowadziły do podjęcia decyzji o wznowieniu przygotowań do strajku.

 – Przygotowujemy się do przeprowadzenia strajku na terenie Telewizji Polskiej – mówi Markowska-Wójcik. – Taka sytuacja nie zdarzyła się jeszcze w mojej 32-letniej pracy na rzecz firmy, jednak skoro nie ma możliwości porozumienia, takie rozwiązanie jest konieczne.

Nie chce na razie zdradzać, w jakiej formie planowany jest strajk. Zapewnia, że mimo przygotowań do strajku związkowcy są gotowi na powrót do rozmów z zarządem w każdym momencie.

 – Jeszcze raz proszę prezesa Brauna i zarząd, aby usiedli z nami do rozmów – mówi. – Wyrzucenie takiej masy ludzi nikomu nie przyniesie korzyści. Przecież mamy pootwieranych wiele kanałów i pieniądze, gdyż spółka przynosi zyski. Czy zarząd nie zdaje sobie sprawy, że za chwilę będą to kolejne osoby, które zostaną bez pracy? Czy nie interesuje to rządu i premiera Tuska, który mówił o likwidacji umów śmieciowych? – mówi.

W połowie listopada zakładowy związek Wizja przekształcił się w organizację ogólnopolską, która ma zrzeszać pracowników wszystkich mediów. Związek działający w TVP jest od tej pory jej organizacją zakładową.

Cudzoziemcom będzie łatwiej prowadzić firmę w Polsce

CEO Magazyn Polska

Ułatwienia dla pracowników, ale i dla przedsiębiorców spoza kraju, wprowadzi nowa ustawa o cudzoziemcach. Od maja tego roku będzie mniej biurokracji i ograniczeń w prowadzeniu firmy i w osiedlaniu się takich pracodawców w Polsce.

 – Do tej pory przepisy były dość skomplikowane w przypadku prowadzenia firmy przez cudzoziemców. Mówiły o działalności gospodarczej, która jest korzystna dla polskiej gospodarki. Chodziło tu między innymi o nowe technologie, inwestycje, o stwarzanie szans na rozwój nowych miejsc pracy – mówi Ewa Piechota z Urzędu ds. Cudzoziemców.

Jak dodaje, interpretacja tych przepisów była niejednoznaczna i przysparzała trudności wojewodom wydającym obcokrajowcom pozwolenia na prowadzenie takiej działalności. Poza tym nie dawała możliwości starania się o pobyt cudzoziemcom, którzy dopiero otwierali w Polsce działalność gospodarczą.

 – Przesłanka działalności korzystnej dla gospodarki narodowej pozostaje, ale jej interpretacja i sprawdzenie tej korzystności będą o wiele łatwiejsze. Wojewodowie będą badali, czy cudzoziemiec, który ją prowadzi, osiąga wymagane przepisami dochody, czy zatrudnia odpowiednią liczbę pracowników, albo też, czy podejmuje działania, które w przyszłości zapewnią spełnienie tych warunków – wyjaśnia Ewa Piechota.

Według art. 142 ust. 3 przyjętej ustawy o cudzoziemcach, przedsiębiorca spoza Polski będzie musiał wykazać, że osiągnął dochód nie niższy niż 12-krotność przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia w województwie, w którym firma ma siedzibę (lub mieszka przedsiębiorca). Albo że zatrudnia na czas nieokreślony i w pełnym wymiarze co najmniej dwóch pracowników będących obywatelami polskimi lub cudzoziemcami.

Te zmiany są o tyle istotne, że według GUS („Prognoza ludności Polski na lata 2008-2035”) po 2020 roku należy spodziewać się wyraźnego spadku liczebności „zasobów pracy”. W perspektywie roku 2030 wielkość populacji Polski może zmniejszyć się w porównaniu ze stanem obecnym o około 1,3 mln osób. Dlatego wskazuje się na konieczność liberalizacji zasad wjazdu i pobytu cudzoziemców w Polsce.

Tylko 14 proc. Polaków zamierza wyjechać na zimowy wypoczynek. Wydadzą ok. 4 mld zł

CEO Magazyn Polska

Zimowe wakacje w szkołach zaczynają się już 20 stycznia i potrwają – w różnych województwach – do początku marca. W tegoroczne ferie 13 proc. rodziców zamierza wysłać swoje dzieci na obóz. Wśród dorosłych zimowy wyjazd zaplanowało jedynie 14 proc. badanych – wynika z badania KPMG.

Dwutygodniowe ferie jako pierwsi rozpoczynają uczniowie z województw: lubelskiego, łódzkiego, podkarpackiego, pomorskiego i śląskiego. Jako ostatnie będą wypoczywać dzieci z województw: dolnośląskiego, mazowieckiego, opolskiego i zachodniopomorskiego. Wrócą do szkół dopiero 3 marca. Z badania KPMG wynika, że w tym roku 13 proc. rodziców chce wysłać swoje dzieci na zimowy obóz.

Wśród dorosłych Polaków zimowy wypoczynek nie jest zbyt popularny.

 – Zaledwie 14 proc. Polaków planuje wziąć urlop w tym okresie. I z reguły będzie to urlop 7-dniowy albo nawet krótszy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Monika Palmowska, dyrektor w KPMG Doradztwo Podatkowe.

Najczęściej na wyjazdy decydują się osoby młode, dobrze wykształcone i stosunkowo zamożne.

29 proc. osób deklarujących zamiar wyjazdu wybierze się za granicę. Najczęściej wymieniane kierunki to: Włochy, Austria, Niemcy i Francja. Choć z danych Traveplanet.pl wynika, że rezerwacje pobytów w zagranicznych kurortach wzrosły w tym roku o 40 proc., to zimowe wakacje urlopowicze najczęściej spędzają w kraju. Preferowane są wyjazdy rodzinne.

 – Trzy czwarte urlopowiczów pozostanie w kraju i tu będzie wypoczywać. Nie decydują tu raczej pobudki patriotyczne, tylko przede wszystkim koszty. Wyjazdy zagraniczne oznaczają wydatki rzędu kilku tysięcy złotych, natomiast krajowe są znacznie tańsze. Zdecydowana większość organizuje wspólne wyjazdy, w gronie rodziny i znajomych – tłumaczy Monika Palmowska.

Wyjeżdżający podkreślają, że urlopy spędzają aktywnie, począwszy od sportów zimowych (54 proc.), a na spacerach i zwiedzaniu (odpowiednio 77 i 57 proc.) skończywszy.

 – Pamiętajmy, że to są deklaracje. 60 proc. rodaków deklaruje, że ferie spędza aktywnie, uprawiając sporty zimowe. Dużą popularnością cieszą się spacery i zwiedzanie. Ale dopiero w praktyce okaże się, czy deklaracje mają pokrycie w rzeczywistości – uważa ekspert z KPMG.

Zgodnie z deklaracjami badanych w tym roku wydadzą na zimowe wyjazdy 4 mld zł. To mniej niż przed rokiem.

 To kwota sześciokrotnie niższa od wydatków na święta i sylwestra. Co prawda kwota przypadająca średnio na gospodarstwo domowe – ok. 1,8 tys. zł – nie jest niska, ale wydatki związane z feriami zimowymi i z wyjazdami, dotyczą niewielkiej grupy – wyjaśnia dyrektor w KPMG Doradztwo Podatkowe.

Zdaniem Moniki Palmowskiej obniżenie tegorocznych wydatków w porównaniu z feriami zeszłorocznymi wynika nie tylko z braku poczucia bezpieczeństwa ekonomicznego i obaw dotyczących sytuacji gospodarczej. Duże znaczenie miał wyjątkowo długi, dopiero co zakończony okres świąteczno-noworoczny, na który – według KPMG – Polacy zamierzali wydać aż 24 mld zł.

 – Nasze budżety zostały już nadszarpnięte przez huczne przywitanie nowego roku i poprzez wydatki bożonarodzeniowe. To znacznie większe kwoty, dodatkowo wydawane w stosunkowo krótkim czasie – podsumowuje Palmowska.

Drogie whisky przez ostatnie pięć lat dało 170 proc. zysku. Jednak nie wszystkie edycje trunku nadają się do inwestowania

CEO Magazyn Polska

Rośnie liczba Polaków inwestujących w drogie alkohole, szczególnie w whisky. W ciągu ostatnich pięciu lat średni wzrost wartości najpopularniejszych drogich whisky wyniósł aż 170 proc. Rynek alkoholi jest zdecydowanie mniej ryzykowny niż np. rynek złota, choć na wejście potrzeba minimum 10 tys. zł.

 – Whisky Highland, firma, która zajmuje się tym trunkiem pod kątem inwestycyjnym, zestawiła, w jakim tempie i jak intensywnie drożeje 1000 najbardziej popularnych i topowych whisky na rynku. Od września 2008 do września 2013 roku ten indeks wrósł o ponad 170 proc., czyli dosyć szybko nabierają wartości – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Morozowicz, zarządzający portfelami alkoholi w Wealth Solutions.

Inwestowanie w drogie alkohole jest coraz bardziej popularne wśród Polaków – w 2012 r. rynek whisky po raz pierwszy przekroczył wartość miliarda złotych. Stopa zwrotu z inwestycji w drogie whisky zależy od konkretnego gatunku i edycji. Zarobku nie gwarantuje sama prestiżowa destylarnia, bo nawet te najlepsze produkują whisky z różnych półek.

W przypadku najlepszych trunków można jednak liczyć na bardzo duży zysk. By liczyć na dobry zwrot, trzeba zainwestować co najmniej 10-15 tys. zł. Morozowicz podkreśla, że minimalny czas inwestycji to 4-6 lat, ale wielu klientów trzyma drogie alkohole nawet dłużej przed wystawieniem ich na aukcję. Im mniej butelek z danej edycji zostaje na rynku, tym większa ich wartość.

 – Destylarnia Macallan wypuściła na rynek w roku 1981 z okazji ślubu księcia Karola i księżnej Diany whisky Macallan Royal Marriage, która kosztowała 20-25 funtów ponad trzy dekady temu. Ostanie transakcje aukcyjne to były kwoty około 2600 funtów za butelkę, więc można dużo zarobić – podkreśla Morozowicz.

Dodaje, że inwestycje w alkohole są znacznie pewniejsze niż np. w złoto. Rynek whisky nie jest spekulacyjny, a transakcje odbywają się głównie na aukcjach. Według Morozowicza przypomina to bardziej handel antykami czy dziełami sztuki niż transakcje finansowe.

Nie oznacza to jednak, że każda whisky z czasem będzie zyskiwać na wartości. Whisky irlandzkie i amerykańskie, destylowane w inny sposób i łagodniejsze w smaku, nie są tak dobrą inwestycją jak szkockie.

 – Wszystkie popularne marki, które cieszą się największym zainteresowaniem polskich konsumentów, nie są dobre pod kątem inwestycyjnym. Co roku miliony butelek takiej samej edycji wychodzi na rynek, a chodzi o to, żeby to był trunek unikalny, czyli najwyżej plasowane są whisky single malt [z jednego typu słodu  red.] i single cask, czyli z jednej konkretnej beczki – tłumaczy Morozowicz.

Rośnie także popularność i wartość whisky japońskich, m.in. z destylarni Karuizawa oraz Yamazaki, choć alkohole z tego kraju to tylko 0,2 proc. światowej produkcji. Wśród szkockich destylarni szczególną popularnością wśród inwestorów cieszą się m.in:. Glenfarclas, Dalmore czy Ardbeg. Jak wynika z indeksu Whisky Highland, dobre zwrotu przynoszą też whisky Macallan czy Port Ellen.

Na pewno będzie jeszcze kilka edycji topowych, starych whisky, najwyżej plasowanych, chociaż wielkie premiery zdarzają się coraz rzadziej, bo takich gatunków jest coraz mniej. W końcu nie inwestuje się w młodą whisky, whisky w beczkach tak jak na przykład w przypadku wina, ponieważ nie wiadomo, jak whisky będzie się przechowywała. Tu chodzi o to, co ma potwierdzoną przez krytyków jakość – ocenia Morozowicz.

Warszawski rynek nieruchomości komercyjnych najbardziej atrakcyjny w Europie Środkowo-Wschodniej

Według najnowszego rankingu perspektyw na rynku nieruchomości najbardziej atrakcyjną lokalizacją nieruchomości komercyjnych w Europie Środkowo –Wschodniej wciąż pozostaje Warszawa. Stolica wyprzedziła wszystkie miasta z naszego regionu, zajmując jedenaste miejsce w ogólnoeuropejskim zestawieniu. Na pierwszych miejscach rankingu znalazły się Monachium, Dublin i Hamburg – wynika z raportu „Emerging Trends in Real Estate Europe 2014” firmy doradczej PwC i Urban Land Institute. Moskwie przypadła 13. pozycja w zestawieniu, Pradze 16., a Budapeszt znalazł się dopiero na 27. miejscu tegorocznego rankingu.

Raport Emerging Trends in Real Estate Europe 2014 – przygotowany przez PwC oraz Urban Land Institute – pokazuje rynek nieruchomości komercyjnych w trzech aspektach: perspektyw na rynku nieruchomości w odniesieniu do inwestycji już poczynionych w latach poprzednich (istniejące inwestycje), perspektywy w odniesieniu do nowych inwestycji oraz perspektyw dla działalności deweloperskiej.

„Atutem naszego rynku jest silna pozycji Polski na tle innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej, bliskość geograficzna z Niemcami oraz największy w tym regionie rynek konsumencki. Należy mieć jednak świadomość, że ze względu na dużą podaż powierzchni w stolicy, a co za tym idzie – presję na obniżkę czynszu odbijającą się na rentowności – Warszawie wyrastają bardzo silni lokalni konkurenci: Wrocław, Kraków oraz Gdańsk” – wyjaśnia Kinga Barchoń, dyrektor w zespole ds. nieruchomości PwC.

W rankingu dotyczącym perspektyw dla działalności deweloperskiej Warszawa znalazła się na 15. pozycji (Moskwa, Praga, i Budapeszt odpowiednio na 4., 12. i 18.). W kategorii inwestycji w nowe nieruchomości, stolica zajęła 21. miejsce, plasując się za Moskwą i Pragą (odpowiednio 11. oraz 19. pozycja) i przed Budapesztem (28. miejsce).
„Warszawa wciąż pozostaje kierunkiem atrakcyjnym dla inwestorów z branży nieruchomości komercyjnych, choć w ostatnim roku lekko przesunęła się w dół rankingów. Miasto zaczyna być postrzegane jako dojrzały rynek, który coraz częściej jest porównywany z Europą Zachodnią niż Środkowo Wschodnią. Dodatkowo, w latach 90-tych mieliśmy do czynienia z rodzącym się rynkiem inwestycyjnym – możliwości było więcej i nie wymagały one większego wysiłku ze względu na istniejące potrzeby naszego rynku i braki w porównaniu z Europą Zachodnią. Obecnie inwestycje muszą być o wiele bardziej przemyślane, aby zapewnić spodziewane korzyści biznesowe”– mówi Kinga Barchoń, dyrektor w zespole ds. nieruchomości PwC.

Liderzy rankingu rankingu perspektyw na rynku nieruchomości
Liderem tegorocznego rankingu analogicznie jak w roku poprzednim zostało Monachium, zajmując odpowiednio 1. miejsce w kategorii perspektyw dla rynku nieruchomości oraz 2. w kategorii perspektyw dla działalności deweloperskiej. Zaskoczeniem roku jest wysoka pozycja Dublina, który uplasował się na 2. miejscu w kategorii perspektyw dla rynku nieruchomości oraz 1. w kategorii nowych inwestycji, awansując tym samym aż o 18 pozycji w porównaniu do zestawienia z ubiegłego roku.

„Utrzymująca się popularność Monachium nie jest zaskoczeniem z uwagi na stabilną sytuację gospodarczą Niemiec, niską stopę bezrobocia oraz rosnącą populację. Wszystkie te elementy sprawiają, iż miasto to stanowi oczywisty wybór dla inwestorów poszukujących bezpiecznych inwestycji” – przekonuje Kinga Barchoń. „Z kolei Dublin wygrywa dzięki rosnącej w ostatnim czasie skłonności inwestorów do podejmowania większego ryzyka w oczekiwaniu na większy zysk. Rynek ten przyciąga krajowych i międzynarodowych inwestorów atrakcyjnym poziomem cen i coraz lepszymi perspektywami ekonomicznymi Irlandii”.

Co istotne, Dublin nie jest przypadkiem odosobnionym – poprawę pozycji odnotowały także inne miasta znajdujące się w ubiegłym roku w dalszej części rankingu, takie jak Madryt czy Barcelona. „Ożywienie inwestycji w Irlandii oraz zakres, w jakim odrodzi się hiszpański rynek nieruchomości, to dwa z najbardziej ważkich tematów na rok 2014” – zauważa Joe Montgomery, dyrektor generalny ULI Europe.

Wraz z poprawą koniunktury ekonomiczno-politycznej, a co za tym idzie zwiększoną pewnością inwestorów, w 2014 roku walka o aktywa na rynku nieruchomości przybierze na sile i obejmie nowe lokalizacje. Uwaga inwestorów przesunie się od pierwszej klasy nieruchomości na rynkach europejskich w stronę nieruchomości dających większą szansę na zysk, zlokalizowanych poza stolicami. „Inwestycje w nieruchomości biurowe w Monachium mogą przynieść zysk rzędu 4%, natomiast inwestorzy zainteresowani mniejszymi rynkami niemieckimi, takimi jak Stuttgart, są w stanie osiągnąć zysk w wysokości nawet 6,5%”. W Warszawie stopy kapitalizacji dla najlepszych nieruchomości biurowych kształtowały się na poziomie ok. 6,25 proc, w miastach regionalnych są one o 1 -1,5% wyższe” – mówi Kinga Barchoń.

Według raportu „Emering Trends in Real Estate Europe”, inwestorzy wierzą, że rok 2014 przyniesie także dużo pozytywnych zmian odnośnie sytuacji w sektorze finansowym, a tym samym zwiększonej dostępności i wysokości finansowania. Obecnie aż 71% respondentów uważa, iż w najbliższym roku wzrośnie wielkość finansowania bankowego, a 51% że zwiększy się także jego dostępność.

„Jak wynika z naszego badania inwestorzy nie oczekują, że sytuacja na rynku wróci do poziomu sprzed kryzysu, lecz ogólny optymizm daje podstawy by sądzić, że dość trudna sytuacja na europejskim rynku nieruchomości w ostatnim czasie ulegnie jednak znacznej poprawie” – podsumowuje Kinga Barchoń.

Informacje o raporcie Emerging Trends in Real Estate® Europe

Raport Emerging Trends in Real Estate Europe jest przygotowywany przez firmę doradczą PwC oraz Urban Land Institute regularnie od 2003 roku. Omawia on rynki europejskie pod względem perspektyw inwestycyjnych oraz rozwojowych w obszarze nieruchomości. Tegoroczna publikacja powstała w oparciu o opinie ponad 500 czołowych przedstawicieli branży – inwestorów, deweloperów, finansistów i zarządców nieruchomości.

Informacje o Urban Land Institute

Urban Land Insitute (www.uli.org) to globalny instytut edukacyjno-badawczy o charakterze
non-profit, wspierany przez swoich członków. Jego misją jest wyznaczanie kierunków w odpowiedzialnym wykorzystaniu ziemi, a także tworzeniu i utrzymywaniu dobrze prosperujących społeczności na całym świecie. Instytut został założony w 1936 r. i ma niemal 30 tys. członków reprezentujących wszystkie aspekty wykorzystania ziemi i dyscypliny związane z budownictwem.

Baza cen transakcyjnych z rynku nieruchomości w Polsce

Emmerson Evaluation opracował E-VALUER, pierwszą i jedyną w Polsce bazę cen transakcyjnych z rynku nieruchomości. Bankom i spółkom oferuje dostęp do systemu w całości opartego na faktycznych cenach, po których zawierane są transakcje kupna-sprzedaży nieruchomości w kraju. Dzięki wiarygodnym informacjom o cenach nieruchomości w danej lokalizacji, banki będą mogły dużo precyzyjniej niż dotychczas oceniać wartości zabezpieczeń przy udzielaniu kredytów hipotecznych oraz aktualizować portfele posiadanych zabezpieczeń. To z kolei pozwoli im lepiej dopasowywać warunki kredytów do konkretnych przypadków i poszczególnych kredytobiorców.

Precyzyjna i odzwierciedlająca stan faktyczny wycena nieruchomości jest kluczowa w procesie kredytowym, bo definiuje wartość i jakość jego zabezpieczenia, na podstawie których bank szacuje ryzyko związane z kredytem. Konsekwencje obarczonej błędem wyceny nieruchomości odczuwa wprost kredytobiorca, gdyż od wyceny nieruchomości zależą np. wskaźnik LTV, maksymalna kwota kredytu, którego udzieli bank, oraz wysokość udziału własnego, którego zażąda. Przez złe wyceny nieruchomości, warunki kredytów hipotecznych często ulegają odchyleniu w stronę niekorzystną dla kredytobiorcy. Zwiększają one także ryzyko, że kredytobiorca będzie musiał zapewnić dodatkowe zabezpieczenie. I to nie tylko na etapie zaciągania kredytu, ale również w toku jego trwania, kiedy bank ponownie wycenia nieruchomość, aby utrzymać dozwolone wskaźniki LTV – zwraca uwagę Dariusz Książak, prezes zarządu Emmerson Evaluation.

Dbałość o jak najtrafniejsze dopasowanie warunków udzielanych kredytów do sytuacji finansowej kredytobiorców oraz do wartości kupowanych przez nich mieszkań jest wymagana od banków przez Komisję Nadzoru Finansowego. Zgodnie z wydaną przez KNF Rekomendacją J, przy szacowaniu wartości nieruchomości zabezpieczających kredyty hipoteczne, banki powinny korzystać z wiarygodnych źródeł, przede wszystkim z baz danych dostarczanych przez wyspecjalizowane firmy. Dotychczas były to bazy nie w pełni wykorzystujące dane transakcyjne, za to w głównej mierze oparte o wartości wyliczone wg założonych wzorów – czysto teoretyczne i uwzględniające dane z „wtórnego obiegu”, często nieobiektywne.

System E-VALUER ma bezwzględną zaletę – jest wiarygodny i precyzyjny. Jego przewaga wynika z dwóch aspektów. Po pierwsze, jako jedyna baza danych o nieruchomościach, E-VALUER zawiera wyłącznie dane o transakcjach, które rzeczywiście miały miejsce i zostały sfinalizowane, bez elementów szacowania wartości. Dane do bazy są na bieżąco pozyskiwane i opisywane przez osoby zajmujące się wyceną nieruchomości oraz analizami rynku, tj. Rzeczoznawców Majątkowych Emmerson Evaluation oraz dedykowanych specjalistów. Po drugie, E-VALUER liczy ponad 400 tys. transakcji, a ich liczba cały czas rośnie. E-VALUER obejmuje zasięgiem całą Polskę, łącznie z mniejszymi miastami. Dzięki swojej konstrukcji, czyli oparciu o dane transakcyjne, E-VALUER jako jedyna baza odzwierciedla to, co dzieje się na rynku mieszkaniowym i komercyjnym, i przez to najpełniej wypełnia główną ideę Rekomendacji J – mówi Dariusz Książak.

Baza E-VALUER jest zamknięta w dedykowanej aplikacji IT, pozwalającej na wielowymiarową analizę i tworzenie wielu typów raportów o rynku nieruchomości – nie tylko mieszkań, ale też nieruchomości komercyjnych. Jednocześnie jest zgodna ze wszystkimi wymaganiami ujętymi w Rekomendacji J przez KNF.

Sprzedaż samochodów osobowych w 2013 r.: Polska przyspieszyła, w Europie spadki wyhamowały

Z najnowszych danych Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Pojazdów (ACEA) wynika, że w całym 2013 r. w Europie zostało zarejestrowanych 11,85 mln samochodów osobowych, czyli o 1,7% mniej niż rok temu. To szósty z kolei rok zakończony spadkiem. Jak spodziewali się tego przedstawiciele Exact Systems, firmy kontrolującej części samochodowe, lepszym wynikiem może pochwalić się Polska. Nasz kraj pierwszy raz od trzech lat zanotował ponad 6% wzrost r/r (prawie 290 tys. sprzedanych aut osobowych).

Miniony rok zakończyliśmy przyzwoitym wynikiem. Co prawda o takim urodzaju jak w amerykańskich i chińskich salonach nie ma mowy, jednak na tle pozostałych członków UE, jeśli spojrzymy na dynamikę rok do roku, wypadamy nieźle. Tego samego nie mogę powiedzieć o wolumenie rejestracji nowych samochodów osobowych, który, choć i tak zawyżony przez zjawisko reeksportu, w porównaniu z Włochami, Francją czy Wielką Brytanią jest wciąż bardzo niski – mówi Paweł Gos, prezes zarządu Exact Systems, członek Polskiej Izby Motoryzacji. Na odbicie sprzedaży osobówek zapracowała przede wszystkim druga część roku, w której każdy miesiąc zakończył się wzrostem rejestracji rok do roku – dodaje Gos.

W grudniu w Centralnej Ewidencji Pojazdów pojawiło się 26,4 tys. nowych samochodów osobowych, czyli o ponad 25% więcej niż w tym samym miesiącu 2012 r. W całym 2013 r. z polskich salonów wyjechało prawie 290 tys. osobówek (+6,3% r/r). Jeśli chodzi o strukturę kupujących, to w blisko 60% salony odwiedzały firmy, a tylko 40% nabywców to klienci indywidualni.

Unia Europejska ze spadkiem
Dla Europy, miniony rok jest szóstym z kolei, w którym mapa rejestracji nowych samochodów osobowych rysuje się na czerwono. W sumie sprzedano 11,85 mln aut, co oznacza 1,7% spadek r/r. Co prawda europejski rynek nadal jest na minusie, a wolumen sprzedaży jest najniższy od kilku lat, jednak jak się spodziewaliśmy, w porównaniu do ubiegłorocznego wyniku skumulowanego minus jest znacznie mniejszy. Zawdzięczamy to ostatnim miesiącom roku, w których, podobnie jak w Polsce, mieliśmy do czynienia ze wzrostowym trendem rejestracji samochodów osobowych – podsumowuje Jacek Opala, dyrektor ds. rozwoju sprzedaży w Exact Systems. Sam grudzień zakończył się najwyższą dynamiką rok do roku od grudnia 2009 r. – z salonów europejskich wyjechało ponad 900 tys. aut, czyli o 13%więcej r/r.

Najwięcej samochodów osobowych w 2013 r. zostało sprzedanych w Niemczech, które rok do roku odnotowały jednak 4% spadek (2,95 mln rejestracji). Na drugim miejscu uplasowała się Wielka Brytania, która z wolumenem sprzedaży na poziomie 2,26 mln wypracowała aż 11% dynamikę r/r. Wyspy są fenomenem w skali europejskiej – od ponad dwudziestu miesięcy mogą chwalić się wzrostem rejestracji i w tym momencie trudno jest nam określić, jak długo ten trend będzie jeszcze trwał – dodaje Opala. Główne rynki europejskie w ubiegłym roku odnotowały spadki, a wśród nich są m.in. Włochy (-7% r/r) oraz Francja (-6% r/r).

W Polsce numerem jeden Skoda, w Europie Volkswagen
Jak podaje IBRM Samar, najchętniej kupowanym samochodem w 2013 r. w segmencie osobówek w Polsce była Skoda (ponad 36 tys. sprzedanych modeli), tuż za nią uplasowały się Volkswagen i Toyota. Polacy najchętniej kupowali Skodę Oktavię. Nieco inaczej prezentuje się europejska mapa producentów. W ciągu minionych dwunastu miesiącach, pomimo kilkuprocentowego spadku, liderem sprzedaży pozostaje marka Volkswagen z 1,5 mln sprzedanymi autami. Najpopularniejszym modelem był podobnie jak przed rokiem VW Golf – mówi Jacek Opala.

2014 r., i Polska, i Europa zakończą na plusie
Ostatnie dane makroekonomiczne, jak i te dotyczące przemysłu, skłaniają mnie do optymistycznego przypuszczenia, że obecny rok, zarówno dla polskiej jak i europejskiej branży motoryzacyjnej będzie lepszy od minionego. W Polsce, szczególnie w pierwszych miesiącach będziemy mieć do czynienia ze wzrostem popytu na nowe osobówki za sprawą okna derogacyjnego, które umożliwia firmom odliczenie całego VAT-u od zakupionej floty. Liczba 310–320 tys. nowych rejestracji w tym roku, co da nam ok. 5-10% wzrost r/r, wydaje się moim zdaniem realna – ocenia Paweł Gos.
W materiale prasowym zostały wykorzystane dane Głównego Urzędu Statystycznego, Centralnej Ewidencji Pojazdów, ACEA oraz IBRM Samar.

Spotkanie prezydenta Gdańska z przedstawicielami biznesu

W dniu dzisiejszym tj. 16 stycznia (czwartek) o godz. 15.00 w Gdańskim Parku Naukowo-Technologicznym, przy ul 3 Lipy 3, budynek C (wejście główne) obędzie się Noworoczne Spotkanie prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza się z przedstawicielami biznesu. Jedną z atrakcji spotkania będzie prezentacja oryginalnej Statuetki Oscara.

Podczas spotkania prezydent Gdańska podsumuje miniony rok i poinformuje o planach Gdańska na 2014 rok i zbliżająca się nową perspektywę finansowania unijnego na lata 2014-2020.

Prelegentami oprócz gdańskiego włodarza będą także prezes Pomorskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej Teresa Kamińska oraz Janusz Lewandowski, członek Komisji Europejskiej. Oficjalną część zakończy się prezentacją wytwórni filmowej BreakThru Films dotyczącą powstającego filmu „Loving Vincent”.

Mniej oficjalną „atrakcją” spotkania będzie prezentacja oryginalnej statuetki Oscara, którą w 2008 roku Amerykańską Akademia Filmowa przyznała animacji „Piotruś i wilk”. Nagrodzony obraz był wspólną produkcją łódzkiego studia Se-ma-for i brytyjskiej firmy BreakThru Films.