Prawie 450 tys. seniorów 80+ zarejestrowanych na szczepienia przeciw COVID-19. Wciąż duża grupa społeczeństwa jest nastawiona sceptycznie

– Szczepionka przeciwko COVID-19 jest bezpieczna i skuteczna. Dowiodły tego badania prowadzone przed wejściem szczepionki do użytku. Wszelkie dywagacje na temat różnych działań niepożądanych, które można znaleźć w internecie, są bezpodstawne – mówi lekarz Michał Sutkowski. Liczba zaszczepionych do tej pory pacjentów z grupy zero to prawie pół miliona. Jak wskazują dane resortu zdrowia, w tej grupie odnotowano 133 niepożądane odczyny poszczepienne. Chętnych na szczepienia przybywa, ale wciąż duża grupa społeczeństwa pozostaje sceptyczna.

Z badań Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego i ARC Rynek i Opinia przeprowadzonych w grudniu ubiegłego roku wynika, że tylko 17 proc. Polaków zamierza się zaszczepić na COVID-19 tak szybko, jak to będzie możliwe, a 23 proc. dopiero po jakimś czasie. To bardzo podobny wskaźnik do badania przeprowadzonego w czerwcu ub.r. 38 proc. ankietowanych w ogóle nie zamierza się szczepić, a co piąty nie ma zdania na ten temat. Dużo bardziej sceptyczne wobec szczepień są kobiety – tylko 11 proc. z nich chce się zaszczepić w pierwszym możliwym terminie, a 45 proc. nie zamierza się szczepić w ogóle. W przypadku mężczyzn odsetek chętnych, którzy chcą skorzystać ze szczepienia możliwie szybko, jest znacznie wyższy, bo wynosi 24 proc., a 32 proc. ankietowanych panów deklaruje, że nie podda się szczepieniu.

Eksperci podkreślają, że sceptyczne nastawienie to może być efekt fake newsów publikowanych w internecie na temat możliwych powikłań poszczepiennych.

Te informacje tumanią ludzi i przypominają okres średniowiecza. Nie możemy sobie na to pozwolić, bo to oznacza cofanie się ludzkości o 200–300 lat, jakby nie było dokonań naukowych, które są przecież powszechnie znanym zjawiskiem. Informacje na temat kodu czy materiału genetycznego, z którym rzekomo ma się łączyć koronawirus, to oczywiście bzdura. Podobnie jak informacje na temat różnych działań niepożądanych, chociażby działania przeciwko płodności. Są one rozpowszechniane przez przeciwników szczepień, którzy chcą na tym zbić kapitał. To nie powinno w ogóle mieć miejsca – kwituje w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr Michał Sutkowski, specjalista medycyny rodzinnej i chorób wewnętrznych, prezes Warszawskich Lekarzy Rodzinnych, rzecznik Kolegium Lekarzy Rodzinnych w Polsce.

Lekarze podkreślają, że koronawirus może wywołać wielonarządową i wielokierunkową chorobę, z której skutkami pacjenci będą się zmagać przez długi czas. To m.in. zaburzenia wydolności fizycznej, duszności czy zaburzenia w koncentracji.

Z jednej strony mamy bardzo ciężką chorobę, a z drugiej strony mamy narzędzie antycovidowe, którego się dramatycznie boimy. To nie ma sensu. Szczepionka jest bezpieczna, czego dowiodły badania, które były przeprowadzone przed jej wejściem do użytku. Bezpieczeństwo jest rzeczą priorytetową dla firm, które tworzą leki. Trzeba o tym normalnie rozmawiać – podkreśla prezes Warszawskich Lekarzy Rodzinnych.

Jak wskazują poniedziałkowe statystyki Ministerstwa Zdrowia, na ponad 475 tys. osób zaszczepionych w grupie zero były zaledwie 133 przypadki niepożądanych odczynów poszczepiennych (NOP). Aby zwiększyć bezpieczeństwo pacjentów, rząd zadecydował o stworzeniu Funduszu Kompensacyjnego. Będą z niego wypłacane świadczenia dla osób, które doznałyby ciężkiej reakcji anafilaktycznej lub ze względu na NOP były hospitalizowane przez ponad 14 dni.

Sceptycy jednak wydają się nieprzekonani. Niepokojący w badaniach jest wysoki odsetek osób, które przyznają, że nic by ich nie przekonało do szczepienia się na COVID-19 (ok. 33 proc.). Nieco mniej deklaruje, że byłaby to pewność, że szczepionka całkowicie uchroni przed zachorowaniem. Mniej liczne grupy osób wymieniały, że przekonujące mogłyby być takie „profity” jak możliwość spotykania się ze znajomymi, wyjazdu za granicę czy chodzenia bez maseczki.

Osoby, które się zaszczepią, będą korzystały z pewnych profitów, to jest oczywiste – mówi dr Michał Sutkowski. – Natomiast nie powinno to dotyczyć obowiązku noszenia maseczki. Nie ma dzisiaj takich dowodów, że pacjent zaszczepiony nie może zarazić. Wirus może się na tyle namnożyć, że ta osoba nie będąc sama chora, może jednak zarazić innych. Dotychczas rekomendacje o zdejmowaniu maseczek nie występują w momencie, kiedy mamy pandemię.

Badania WUM oraz ARC Rynek i Opinia pokazały, że wśród Polaków największymi zwolennikami szybkich szczepień są osoby z grupy wiekowej 45–65 lat (22 proc.). Z kolei najbardziej niechętni szczepieniom są respondenci w wieku 18–24 lata. 45 proc. z nich nie zamierza się szczepić.

Statystyki resortu zdrowia wskazują, że do poniedziałku zaszczepionych było 475 tys. osób z grupy zero, a kolejne 580 tys. czeka w kolejce. To w sumie 81 proc. osób w tej grupie. W systemie zarejestrowano już także niecałe 450 tys. seniorów z grupy wiekowej 80+, którzy są w pierwszej grupie.

Michał Sutkowski podkreśla, że są pewne przeciwwskazania do szczepień, ale dotyczą one określonych sytuacji i nielicznych grup pacjentów. Są to m.in. występowanie w przeszłości ciężkiej reakcji uczuleniowej, niewyrównana choroba przewlekła, np. cukrzyca z bardzo wysokimi poziomami cukrów, a także infekcje. W tym ostatnim przypadku pacjent może się zaszczepić po wyzdrowieniu.

Polacy nie doceniają ryb z Bałtyku. Częściej trafiają one na stoły w Skandynawii i Europie Zachodniej

Statystyczny Polak zjada rocznie ok. 14,5 kg ryb, czyli nawet trzykrotnie mniej niż mieszkańcy krajów śródziemnomorskich. Co istotne, rzadko też sięgamy po ryby z Bałtyku. Rodzime gatunki, takie jak śledź, szprot, flądra, łosoś, turbot czy sandacz, częściej trafiają na stoły w Skandynawii czy Europie Zachodniej, gdzie są lubiane i cenione przez konsumentów ze względu na swoje prozdrowotne właściwości: dużą zawartość białka, witamin A i D czy kwasów omega-3. Z kolei w Polsce wciąż jeszcze pokutuje mit dotyczący zanieczyszczenia chemikaliami bałtyckich ryb. Badania wykazują jednak, że ryby odławiane w Bałtyku spełniają rygorystyczne normy unijne.

– Bałtyk jest morzem zamkniętym, śródlądowym, gdzie wymiana wód z oceanem jest niewielka i na pewno następuje kumulacja związków, które spływają rzekami. Zawartość metali ciężkich w rybach bałtyckich jest jednak niewielka – nie przekracza nawet połowy dozwolonej normy – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr inż. Wojciech Sawicki, ekspert ds. bezpieczeństwa żywności z Zachodniopomorskiego Uniwersytetu Technologicznego w Szczecinie.

Badania wskazują, że ryby i przetwory rybne z naszego morza zawierają niewielkie zawartości zanieczyszczeń i nie zagrażają konsumentom.

– Ze względu na bezpieczeństwo konsumentów wprowadzono limity określone prawem, których wartości w surowcu nie mogą być przekroczone, aby mógł być on przeznaczony do konsumpcji dla ludzi – wskazuje dr hab. inż. Joanna Szlinder-Richert, zastępca dyrektora ds. naukowych w Morskim Instytucie Rybackim – Państwowym Instytucie Badawczym. – Poziomy zanieczyszczeń w rybach i w środowisku morskim podlegają kontroli w ramach Państwowego Monitoringu Środowiska, jak również w ramach monitoringu żywności. Badania prowadzą także sami przetwórcy, dlatego że to w ich interesie jest sprawdzenie, czy surowiec, z którego korzystają, jest bezpieczny. W innym przypadku w razie kontroli groziłyby im surowe kary.

Według danych Europejskiego Obserwatorium Rynku Rybołówstwa (EUMOFA) statystyczny Polak zjada około 14,5 kg ryb rocznie. To nawet trzykrotnie mniej, niż spożywają mieszkańcy Hiszpanii, uznawanej za jeden z najzdrowszych narodów na świecie. Choć statystyki dotyczące konsumpcji ryb w ostatnich latach powoli się poprawiają, to jednak nadal odbiegają od zaleceń, według których ryby powinny pojawiać się na talerzu co najmniej dwa–trzy razy w tygodniu. Polacy wciąż pozostają pod tym względem w europejskim ogonie, a dodatkowo rzadko też sięgają po ryby z Bałtyku, w przeciwieństwie do społeczeństw ze Skandynawii.

– Ryby bałtyckie – szproty, śledzie, flądry, dorsze, łososie, belony i gładzice – są bardzo cenione na Zachodzie i w Skandynawii. Ogromne ilości wyjeżdżają na zachód i północ Europy. Polacy nie mają pojęcia, jak olbrzymia jest tego skala. Dobrze pasowałoby tu powiedzenie: „cudze chwalicie, swego nie znacie”. Od lat próbujemy odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego nasze ryby są cenione przez ekologicznie wyedukowane społeczeństwa na Zachodzie, podczas gdy do Polski trafiają te pochodzące z innych mórz – mówi Marcin Radkowski, prezes Kołobrzeskiej Grupy Producentów Ryb, inicjator programu Naturalnie Bałtyckie.

Ryby bałtyckie warto dodać do jadłospisu ze względu na wysoką zawartość cennych dla organizmu składników, jak np. pełnowartościowe białko, które bierze udział w budowaniu masy mięśniowej, produkcji hormonów i przeciwciał. Jest ono także bogate w aminokwasy, przez co ryby morskie stanowią dobry zamiennik dla jaj i mięsa. Zwłaszcza że białko w rybach jest lepiej przyswajalne i trawione przez organizm niż białko mięsne.

– Poza tym w rybach jest wiele składników mineralnych: fosfor, fluor, wapń, jod i selen oraz witaminy rozpuszczalne w tłuszczach, szczególnie witamina D3 – wymienia dr inż. Wojciech Sawicki.

Zawarta w rybach witamina D3 zmniejsza ryzyko rozwoju chorób układu krążenia, nowotworów i depresji. Z kolei ważna dla prawidłowego funkcjonowania organizmu witamina A, która również w dużych ilościach znajduje się w rybach, bierze udział w produkcji białek oraz w procesie wzrostu i regeneracji komórek, wspomaga proces widzenia i wykazuje silne działanie przeciwutleniające.

– Ryby zawierają wiele substancji bardzo korzystnych dla naszego zdrowia. To przede wszystkim kwasy omega-3. Kwasy tłuszczowe EPA i DHA pełnią w naszym organizmie bardzo ważną funkcję, jeśli chodzi o układ krążenia czy układ nerwowy. Znajdziemy je tylko w środowisku morskim, a więc tylko w rybach, bo nie ma ich np. w olejach roślinnych. Te zawierają kwasy omega-3, ale całkiem inne – tłumaczy dr hab. inż. Joanna Szlinder-Richert.

Włączając ryby do swojej diety, warto zwracać uwagę na ich pochodzenie i sposób połowów. Ryby złowione w Bałtyku nie musiały przebyć tysiąca kilometrów, zanim trafiły na sklepową półkę, przez co spożywanie ich jest bardziej ekologiczne i zostawia mniejszy ślad węglowy niż w przypadku np. mięsa czy ryb z innych obszarów połowowych. Bałtyckie ryby warto jednak wybierać nie tylko ze względu na ekologię i korzyści zdrowotne. Kolejny plus to wsparcie rodzimego rybołówstwa.

– To szczególnie ważne teraz, w dobie pandemii. W ten sposób można pomóc naszym rybakom, przetwórcom i tysiącom ludzi, którzy są zatrudnieni w całej tej branży – podkreśla Marcin Radkowski, inicjator programu Naturalnie Bałtyckie.

Program ten ma na celu promowanie racjonalnego wykorzystywania zasobów Morza Bałtyckiego i świadomej konsumpcji ryb. Znakiem Naturalnie Bałtyckie oznaczane są produkty rybne wytwarzane z ryb pozyskanych zgodnie z najwyższymi standardami jakościowymi.

Federacja Przedsiębiorców Polskich: Kolejne zmiany stawek akcyz na papierosy i wyroby nowatorskie nie są potrzebne. Trzeba brać pod uwagę również politykę zdrowotną państwa

Federacja Przedsiębiorców Polskich krytykuje podnoszenie stawek akcyzy na nowatorskie wyroby tytoniowe. Z wyliczeń wynika, że po uwzględnieniu zawartości tytoniu w opakowaniu opodatkowanie VAT i akcyzą 1 g w tradycyjnych papierosach wynosi w tej chwili 82 gr, natomiast w podgrzewaczach tytoniu – 76 gr. – To oznacza, że nie ma potrzeby kolejnej zmiany stawek – podkreślają eksperci FPP i zwracają też uwagę na potencjalnie niższą szkodliwość nowatorskich wyrobów tytoniowych. – Polityka akcyzowa państwa też powinna to uwzględniać – dodają. 

Jeszcze do niedawna podatkiem akcyzowym były objęte tylko tradycyjne wyroby tytoniowe, natomiast papierosy elektroniczne i wyroby nowatorskie były z niego zwolnione. Akcyzę na nie wprowadzono wprawdzie w 2018 roku, ale przez pierwsze dwa lata stawka była zerowa. Zmieniło się to od 1 października ub.r. Ministerstwo Finansów ustaliło stawkę akcyzy na 0,55 zł za 1 ml płynu do e-papierosów oraz ok. 305,39 zł za 1 kg tytoniu w przypadku podgrzewaczy tytoniu. W swoim oświadczeniu eksperci FPP piszą  wprost, że prof. Witold Modzelewski w swoich wypowiedziach medialnych się myli.

Realizacja postulatu prof. Modzelewskiego dotyczącego „urealnienia” stawek akcyzy oznaczałaby zatem, że opodatkowanie 1 grama tytoniu w nowatorskich wyrobach tytoniowych byłoby prawie 2,5-krotnie wyższe niż w zwykłych papierosach, przy spalaniu których wydzielanych jest znacznie więcej szkodliwych dla zdrowia substancji w porównaniu z podgrzewaniem tytoniu – podkreśla w komunikacie Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP), prezes Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

– Pojawiają się w ostatnim czasie głosy nawołujące do ujednolicenia stawek opodatkowania wyrobów tytoniowych, tzn. aby w jednolity sposób opodatkowywać różne kategorie, czyli m.in. papierosy, tytoń do palenia, papierosy elektroniczne i tzw. wyroby nowatorskie – mówi agencji Newseria Biznes Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP). – Porównanie poziomu opodatkowania poszczególnych typów wyrobów tytoniowych nie zawsze odzwierciedla rzeczywistość. Kiedy porównuje się je według sztuki, to tworzy mylne wrażenie, że nowe typy produktów są opodatkowane znacznie niżej. Tymczasem w rzeczywistości te różnice opodatkowania są znacznie mniejsze, ponieważ w ich przypadku zawartość tytoniu w sztuce produktu jest prawie dwukrotnie niższa niż w tradycyjnych papierosach.

Według analiz Kantar i Krajowej Izby Gospodarczej w największym stopniu akcyzą są w tej chwili obciążeni producenci podgrzewaczy tytoniu (1,95 zł w paczce) i producenci liquidów do tzw. otwartych e-papierosów (ze zbiornikiem na płyn do samodzielnego uzupełniania – 2,31 zł).

– Obecne zasady opodatkowania wyrobów nowatorskich sprowadzają się do opodatkowania tytoniu, który jest zawarty w produkcie końcowym. Tymczasem pojawiają się propozycje, by opodatkować je tak samo jak papierosy, czyli od sztuki. Ale w takiej sytuacji porównujemy zupełnie nieporównywalne typy produktów, ponieważ w tradycyjnych papierosach zawartość tytoniu jest znacznie wyższa niż w wyrobach nowatorskich. W ten sposób można łatwo doprowadzić do sytuacji, w której nowe wyroby byłyby opodatkowane wyżej niż zwykłe papierosy, co zniechęcałoby do korzystania z tego rodzaju produktów – mówi Łukasz Kozłowski.

Według Federacji Przedsiębiorców Polskich błędne są porównania prof. Witolda Modzelewskiego, które wskazują, że tzw. nowatorskie wyroby tytoniowe są de facto objęte kilkukrotnie niższym obciążeniem akcyzowym. Są bowiem liczone w odniesieniu do jednej sztuki produktu. Pomijają więc fakt, że w nowych wyrobach zawartość tytoniu jest znacznie niższa niż w tradycyjnych papierosach. Jedna paczka (20 sztuk) papierosów zawiera ok. 14 g tytoniu, podczas gdy jedna paczka (20 sztuk) wkładów do podgrzewania tytoniu zawiera go ponad dwukrotnie mniej, bo ok. 6 g.

– To tytoń jest tutaj głównym składnikiem, który powinien stanowić podstawę opodatkowania. Jeżeli porównamy poziom opodatkowania względem rzeczywistej zawartości tytoniu w wyrobie finalnym, wówczas okazuje się, że różnice są niewielkie – wskazuje ekspert FPP. – Realizacja postulatu dotyczącego wyrównania opodatkowania między poszczególnymi typami produktów w praktyce oznaczałoby, że wyroby nowatorskie byłyby opodatkowane 2,5-krotnie wyżej niż tradycyjne w przeliczeniu na zawartość tytoniu. 

Z szacunków FPP wynika, że pod względem zawartości tytoniu opodatkowanie akcyzą 1 g wynosi 66 gr w przypadku papierosów tradycyjnych i 31 gr w przypadku wyrobów nowatorskich. Po doliczeniu podatku VAT obciążenie wynosi odpowiednio 82 gr i 76 gr. To oznacza, że tytoń zawarty w obu tych produktach już w tej chwili podlega zbliżonemu opodatkowaniu.

– Polityka akcyzowa powinna być ukierunkowana nie tylko na maksymalizowanie dochodów budżetu państwa, lecz przede wszystkim na ochronę zdrowia publicznego i realizowanie polityki zdrowotnej. W tym kontekście na podstawie dowodów naukowych należy ocenić poziom szkodliwości każdej z tych grup produktów i w zależności od niej różnicować poziom opodatkowania ich akcyzą. W ten sposób będziemy skłaniać konsumentów do tego, żeby korzystali z produktów, które potencjalnie będą powodować mniejsze szkody zdrowotne – podkreśla ekonomista.

W ubiegłym roku po czterech latach badań i analiz naukowych amerykańska Agencja Żywności i Leków (FDA) zarekomendowała podgrzewacz tytoniu IQOS jako pierwsze urządzenie alternatywne dla papierosów o profilu zmodyfikowanego ryzyka, „właściwe dla promocji zdrowia publicznego”. Podobne podejście ma Public Health England, agenda brytyjskiego ministerstwa zdrowia, która zaleca palaczom przechodzenie na produkty alternatywne dla tradycyjnych papierosów jako formę redukcji szkód i ryzyka zdrowotnego związanego z paleniem. PHE już w 2015 roku opublikowała raport, z którego wynika, że są one o 95 proc. mniej szkodliwe od tradycyjnych, ponieważ nie zawierają substancji smolistych obecnych w dymie tytoniowym.

– Decyzje wiodących na świecie agencji zajmujących się kwestiami bezpieczeństwa żywności i leków, w tym np. amerykańskiej FDA, poprzedzone wieloletnią analizą dokumentów i badań naukowych, zdają się potwierdzać, że nowatorskie produkty mogą być mniej szkodliwe. Polityka akcyzowa państwa powinna to uwzględniać – podkreśla Łukasz Kozłowski. – Niższy poziom opodatkowania wyrobów nowatorskich w stosunku do zwykłych papierosów nie świadczy o tym, że w polskim systemie podatkowym istnieje luka podatkowa. Świadczy o tym, że państwo – w kształtowaniu swojej polityki akcyzowej – kieruje się nie tylko względami fiskalnymi, lecz także względami zdrowotnymi, uwzględniając mniejszą ilość substancji szkodliwych dla zdrowia, jaka wydziela się w czasie używania tych produktów.

Od stycznia 2020 roku branża musi już mierzyć się z podwyżką stawki akcyzy na wyroby tytoniowe o 10 proc., w październiku akcyzę zaczęli płacić również producenci płynów do e-papierosów i wkładów do podgrzewaczy tytoniu. Na poziomie Komisji Europejskiej trwają prace nad przygotowaniem nowej dyrektywy tytoniowej. Dlatego eksperci zwracają uwagę, że kolejna zmiana przepisów obejmująca ten rynek nie przysłużyłaby się jego stabilności.

– Zmienilibyśmy system opodatkowania, który dopiero co zaczął obowiązywać i do którego przedsiębiorcy już się przystosowali. To generowałoby koszty nie tylko dla firm, ale również dla Krajowej Administracji Skarbowej, która musiałaby dostosować swoje systemy poboru akcyzy do nowych reguł prawnych. Na dodatek trzeba liczyć się z tym, że niedługo te przepisy znów będą zmieniane, ponieważ zasady obowiązujące w całej UE prawdopodobnie będą odbiegać od tego, co obecnie się proponuje. To też będzie wymagać zmian w krajowym prawie, żeby ono było zbieżne z dyrektywą unijną. Obecne reguły obowiązują na tyle krótko, że nie mamy jeszcze żadnych danych do oceny, czy ten system działa dobrze, czy źle. Wprowadzanie jakichkolwiek zmian w takiej sytuacji jest przedwczesne – wskazuje główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich.

UOKiK może już blokować strony internetowe naruszające prawo. Urząd szykuje się też na zwalczanie oszustw wykorzystujących sztuczną inteligencję

W ankiecie przeprowadzonej kilka lat temu przez KE stwierdzono, że ponad jedna trzecia sklepów internetowych i stron z rezerwacjami łamie przepisy UE dotyczące konsumentów. Dlatego potrzebne są nowe zasady, aby egzekwowanie tych praw było skuteczniejsze. Implementacja unijnego rozporządzenia CPC daje krajowym organom nowe kompetencje. W Polsce np. UOKiK będzie mógł zablokować dostęp do stron internetowych, za pośrednictwem których naruszane są prawa konsumentów. Wykorzystanie Big Data czy uczących się algorytmów przez nieuczciwych przedsiębiorców sprawia, że potrzebne są nowe reakcje na oszustwa.

– Jeżeli inne mechanizmy nie będą możliwe do zastosowania, w przypadku nieuczciwych praktyk ze strony przedsiębiorców, często działających spoza Unii Europejskiej, z krajów, gdzie niezwykle łatwo jest założyć działalność gospodarczą i z których można zdalnie poprzez internet czy nowoczesne technologie świadczyć usługi i oferować produkty, wówczas w przypadku tego typu mechanizmów, np. systemów promocyjnych typu piramida, będziemy mieli prawo do blokowania danych stron internetowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Tomasz Chróstny, prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

Organy krajowe państw UE mają teraz większe uprawnienia do wykrywania nieprawidłowości i podejmowania szybkich działań przeciwko nieuczciwym przedsiębiorcom. Implementacja unijnego rozporządzenia CPC z 17 grudnia 2017 roku pozwala blokować i usuwać strony internetowe z powodu naruszenia praw konsumentów. W Polsce takie uprawnienia zyskał UOKiK.

Zmiany są konieczne, bo w ankiecie przeprowadzonej kilka lat temu przez KE stwierdzono, że ponad jedna trzecia sklepów internetowych i stron z rezerwacjami łamie przepisy dotyczące konsumentów. Dwie trzecie stron internetowych, na których można rezerwować podróże, podaje wprowadzające w błąd informacje o cenach. To jednak tylko przykłady, bo zagrożeń jest znacznie więcej. Zwłaszcza że w części krajów założenie działalności jest niezwykle proste, nie jest weryfikowana tożsamość czy kapitał.

–  Tacy nieuczciwi przedsiębiorcy coraz częściej oferują tego typu toksyczne produkty, ryzykowne dla konsumentów w Polsce. Dlatego ten mechanizm ma służyć przede wszystkim ochronie konsumentów, został przewidziany na poziomie europejskim i również ten mechanizm wprowadzamy do polskiego porządku prawnego – tłumaczy Tomasz Chróstny.

Jak przypomina prezes UOKiK, już teraz urząd ma pełny wachlarz stosowanych rozwiązań. Często, jeśli doszło do naruszenia przepisów, wystarczy wskazać nieprawidłowości, które należy usunąć. Blokowanie stron ma być ostatecznością.

–  Niejednokrotnie, gdy widzimy przedsiębiorców działających z wykorzystaniem nowych technologii, przez internet, z tych różnych ciekawych destynacji czy jurysdykcji, gdzie nie odbierają od nas jakiejkolwiek korespondencji, tam ochrona będzie możliwa właśnie poprzez odcięcie tym nieuczciwym przedsiębiorcom możliwości dotarcia do konsumentów i narażenia ich na poważne skutki i szkody finansowe – przekonuje prezes UOKiK.

Zgodnie z unijnymi przepisami organy ochrony konsumentów mogą nakazać poprawienie, ukrycie lub usunięcie stron internetowych czy kont mediów społecznościowych zawierających oszustwa. Mogą również żądać informacji od rejestratorów domen, dostawców usług internetowych i banków, aby śledzić przepływy finansowe i dowiedzieć się, kto stoi za złymi praktykami.

– Poza zmianą wnioskowania o zmianę treści, jeżeli przedsiębiorca się nie zgodzi, będziemy mogli również wpływać na to, że będzie tutaj ostrzeżenie dla konsumentów, że tego typu treści niezgodne z przepisami zostały umieszczone – dodaje Tomasz Chróstny.

Sieć CPC zajmowała się już kilkoma ogólnoeuropejskimi kwestiami. W efekcie np. Booking.com zobowiązał się do wprowadzenia zmian w sposobie przedstawiania ofert, rabatów i cen, Airbnb poprawił i doprecyzował sposób, w jaki prezentuje konsumentom oferty zakwaterowania, np. zapewnia pełne informacje o cenach (w tym wszystkich obowiązkowych opłatach), a pięć wiodących wypożyczalni samochodów – Avis, Europcar, Enterprise, Hertz i Sixt – znacznie poprawiło przejrzystość swoich ofert i obsługi szkód.

– Świat cyfrowy to są ogromne szanse dla całego rynku, ale to są też całkiem inne zagrożenia, których jesteśmy świadomi, podobnie jak Komisja Europejska. Stąd prace zmierzające do zwiększenia ochrony konsumentów, np. przed praktykami realizowanymi z wykorzystaniem algorytmów uczących się, Big Data, także z internetu rzeczy – wymienia prezes UOKiK. – Algorytmy będą wnikały w wykorzystanie przewag konkurencyjnych, często w sposób nieuczciwy, dlatego musimy się na to przygotować, żeby sprawnie tego typu nieuczciwe mechanizmy eliminować z rynku.

Transport publiczny przechodzi na elektromobilność. Autobusy elektryczne osiągają już wymagane zasięgi i bardzo krótkie czasy ładowania

Transport publiczny jest w coraz większym stopniu zeroemisyjny. 130 autobusów elektrycznych kupiły już Miejskie Zakłady Autobusowe w Warszawie. Do 2027 roku sprzedaż elektrycznych autobusów zwiększy się na całym świecie niemal siedmiokrotnie. W zajezdniach dominują dziś systemy nocnego ładowania pojazdów, a na pętlach ładowania błyskawicznego przez pantografy. Przyszłością branży mogą być jednak ogniwa wodorowe. Niebawem po drogach czterech miast na Pomorzu będzie jeździło ponad 40 autobusów właśnie z takim napędem.

– Rynek transportu publicznego przechodzi obecnie rewolucję, jeżeli chodzi o tabor. Z miast wycofywane są stare rozwiązania, oparte na silnikach Diesla, i wprowadzane są rozwiązania ekologiczne. To bezemisyjny transport oparty na ogniwach paliwowych, czyli wodorze oraz bateriach elektrycznych – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria innowacje Bartłomiej Kras, prezes Impact Clean Power Technology.

Miejskie Zakłady Autobusowe w Warszawie, w ramach tzw. kontraktu stulecia, kupiły 130 przegubowych autobusów zeroemisyjnych. Obsługują one głównie trasy przebiegające przez Trakt Królewski. Dzięki tej inwestycji stolica Polski jest trzecim z europejskich liderów elektromobilności, po Moskwie i Londynie. Inwestycja wymagała też stworzenia infrastruktury do ładowania pojazdów. Są to zarówno ładowarki wtyczkowe, jak i dotykowe oraz urządzenia pantografowe.

– Budujemy baterie o dużej gęstości energii. Taka bateria ładowana jest w ciągu nocy. W ciągu dnia pojazd przejeżdża zadane trasy. W tym roku wprowadzamy kolejną generację baterii, która pozwoli w wielu przypadkach zapewnić zasięg 300 km na jednym ładowaniu nocnym. Tymczasem średnia trasa takiego autobusu, w zależności od miejsca i miasta, oscyluje w granicach między 250 a 300 km dziennie przy dużych obciążeniach – wskazuje Bartłomiej Kras.

System opierający się na ładowaniu nocnym wymaga jednak przebudowywania zajezdni w taki sposób, by były gotowe obsłużyć ładowanie nawet kilkuset autobusów jednocześnie. Kłopotliwe byłoby także dostarczenie energii elektrycznej o odpowiednim natężeniu do wszystkich tych ładowarek równocześnie. Rozwiązaniem mogą więc być baterie szybko ładowane.

– Baterie szybko ładowane wymagają ładowarek pantografowych. Wygląda to trochę tak jak pojedyncza stacja do tramwaju. Autobus ma pałąk na dachu, który służy do ładowania. Taka bateria umożliwia trochę mniejszy zasięg, bo wynoszący między 50 a 80 km, jednak czas ładowania liczony jest w minutach, zwykle między 5 a 8 minut – podkreśla prezes Impact Clean Power Technology.

Umiejscowienie ładowarki pantografowej na końcu pętli pozwala kierowcy po 10-minutowym odpoczynku wyruszyć znów na trasę. Z uwagi na to, że autobus nie jest podpinany na noc do ładowarki, można się nim poruszać na trasach zarówno dziennych, jak i nocnych. Przyszłością zeroemisyjnego transportu zbiorowego mogą być jednak rozwiązania oparte na ogniwach wodorowych.

– To są tak naprawdę autobusy hybrydowe, które mają na swoim pokładzie również baterię. Wprowadzamy w tej chwili na rynek model baterii, który umożliwi jej optymalizację. Będzie ona lżejsza i mniejsza, dlatego że głównym paliwem tego autobusu jest wodór. 12-metrowy autobus ze zbiornikami wodoru na dachu może przejechać na tym paliwie maksymalnie około 350–400 km. Jest to dystans spokojnie wystarczający na całodobową eksploatację i napełnienie zbiorników wodorem w okresie nocnym – tłumaczy Bartłomiej Kras.

Gdańsk, Gdynia, Tczew i Wejherowo wezmą udział w programie FCH Regions EU. Pierwszy etap tego przedsięwzięcia zakłada wprowadzenie na ulice tych miast od 10 do 15 autobusów zasilanych wodorem. W drugim etapie pojazdów tych ma być już 41. Wodór do zasilania autobusów będzie produkowany przez Grupę Lotos.

Z raportu MarketsandMarkets wynika, że światowy rynek autobusów elektrycznych wygeneruje do 2027 roku sprzedaż sięgającą 935 tys. egzemplarzy, podczas gdy w 2019 roku było to 137 tys. egzemplarzy.

Grupa NEUCA inwestuje w MTZ Clinical Research i wchodzi w nowy obszar badań klinicznych wczesnofazowych

Największa sieć ośrodków badań klinicznych w Europie – Pratia S.A. należąca do Grupy NEUCA, objęła 100 proc. udziałów MTZ Clinical Research Sp. z o.o., firmy specjalizującej się w projektach z zakresu badań klinicznych faz wczesnych, onkologii i hematologii. Prowadzone przez MTZ projekty wczesnofazowe („first-in-human”), realizowane są w zaledwie kilku ośrodkach w Europie i kilkunastu na świecie.

MTZ Clinical Research (MTZ) to pierwszy ośrodek badań klinicznych faz wczesnych w Polsce. Specjalizuje się w badaniach fazy I, badaniach faz wczesnych, badaniach fazy III, biorównoważności i biopodobności. Dotychczas ta firma z Warszawy przeprowadziła ponad 260 badań klinicznych. MTZ został założony w 2002 roku przez dr Teresę Brodniewicz, która przez dwie kadencje (6 lat) sprawowała również funkcję prezesa Stowarzyszenia na Rzecz Dobrej Praktyki Badań Klinicznych (GCPpl) w Polsce, jest autorem szeregu publikacji naukowych i osobą mającą duży wkład w rozwój rynku badań klinicznych w Polsce i Europie.

Inwestycja w MTZ Clinical Research w pełni wpisuje się w strategię rozwoju obszaru badań klinicznych w Grupie NEUCA i pozwoli nam rozwinąć kompetencje w prowadzeniu badań faz wczesnych oraz biorównoważności i biodostępności. Wierzymy, że wiedza i doświadczenie naszego nowego partnera w tym obszarze w połączeniu z naszymi kompetencjami zarządzania i rozwijania dużej sieci ośrodków badań klinicznych w Polsce i Europie przyniesie istotne synergie i wartość dodaną dla naszej Grupy, spółki MTZ i jej zespołu, ale przede wszystkim dla naszych Pacjentów, których bezpieczeństwo i komfort są dla nas najważniejsze – mówi Maciej Jurkun, Dyrektor Generalny Pratia w Polsce.

Zgodnie z postanowieniami umowy, cały zespół MTZ Clinical Research pozostaje w firmie
i będzie kontynuował obrane kierunki rozwoju spółki, a dzięki transakcji jeszcze większa liczba pacjentów uzyska dostęp do wielu terapii w ramach badań klinicznych.

– Jestem przekonana, że wspólne działania w ramach Grupy NEUCA pozwolą nam stać się największym, najnowocześniejszym i referencyjnym ośrodkiem badań klinicznych faz wczesnych w Europie. Z dużą satysfakcją dołączamy do największej  sieci ośrodków w Europie – Pratia. Upatrujemy w tym możliwość znaczącego rozwoju dla naszej firmy – mówi Teresa Brodniewicz, Założyciel i Prezes MTZ Clinical Research.

Obserwujemy systematyczny rozwój rynku badań klinicznych w Polsce i na świecie. Świadomość lekarzy oraz pacjentów w zakresie istoty tych badań i płynących z nich korzyści jest coraz wyższa. Pojawienie się pandemii oraz szczepionek, które właśnie powstały dzięki badaniom klinicznych pozytywnie wpłynęło na wizerunek branży. Dzięki nim pacjenci zyskują dostęp zarówno do procedur medycznych, diagnostyki, zakresu badań, nieosiągalnych w klasycznym lecznictwie, jak też do innowacyjnych metod leczenia i leków, niedostępnych w specjalistycznej opiece zdrowotnej – mówi Tomasz Dąbrowski, Prezes Pratia S.A.

Współpraca z MTZ Clinical Research to kolejna inwestycja NEUCA w obszarze badań klinicznych. MTZ dołączyła do Małopolskiego Centrum Medycznego i Examen (obecnie część spółki Pratia) oraz ClinScience (firmy typu CRO, powstałej z połączenia Bioscience i ClinMed Pharma), które są odpowiedzialne za rozwój tego segmentu w Grupie. Przed transakcją nabycia MTZ, sieć Pratii obejmowała ponad 70 ośrodków w 5 krajach (Polska, Czechy, Hiszpania, Niemcy, Ukraina).

W czerwcu 2020 roku Pratia objęła 40 proc. udziałów w KFGN – lidera rynku ośrodków badań klinicznych w Niemczech, specjalizującego się w badaniach z zakresu bezsenności, wyrobów medycznych oraz całego spektrum badań specjalistycznych, w tym szczepień. Z kolei w lipcu minionego roku, Grupa NEUCA poprzez spółkę zależną Clinscience zwiększyła swój zasięg w obszarze CRO o jeden z największych rynków badań klinicznych w Europie – Hiszpanię. Inwestując w firmę Experior, spółka zyskała dostęp do ponad 50 szpitali klinicznych, kilkunastu mln pacjentów, rozwinęła kompetencje w dziedzinie biostatystyki oraz nowe rozwiązania technologiczne. Inwestując w ośrodki badań klinicznych w Czechach, końcówka roku 2020 pozwoliła spółce Pratia rozwinąć się o kolejny kraj.

Jaki będzie rok 2021 na rynku mieszkaniowym? Deweloperzy odpowiadają

Jaki był 2020 rok na rynku mieszkaniowym? Jakie wyzwania przyniesie deweloperom ten rok? Jakie utrudnienia w prowadzeniu działalności widzą w nowych warunkach? Sondę przeprowadził serwis nieruchomości dompress.pl

Mirosław Kujawski, członek zarządu Develii

Pierwsze półrocze było szczególnie wymagające dla branży deweloperskiej ze względu na niepewność związaną z rozwojem pandemii, co na pewno wpływało na decyzje klientów oraz utrudniało proces uzyskiwania decyzji o pozwoleniu na budowę. W drugiej połowie roku sytuacja poprawiła się i w trzecim i czwartym kwartale minionego roku odnotowaliśmy stopniowy wzrost sprzedaży. Obecne zainteresowanie ze strony klientów, jak i same wyniki sprzedaży wskazują na stabilizację. Rynek mieszkaniowy w Polsce wciąż nie jest nasycony, dlatego w najbliższych miesiącach będziemy uruchamiać kolejne projekty.

Mimo poprawy sytuacji na rynku pandemia się nie skończyła i bez wątpienia jeszcze przez jakiś czas będziemy mierzyć się z jej skutkami, takimi jak spadek PKB, rosnąca inflacja, czy wykluczenie z grupy potencjalnych nabywców osób pracujących w branżach najbardziej dotkniętych lockdownem. Dodatkowo sporym wyzwaniem w tym roku będą dalsze trudności w uzyskiwaniu decyzji administracyjnych.

Zbigniew Juroszek, prezes Atal

Rok 2020 był to czas nieprzewidywalny, zdominowany przez sytuację epidemiologiczną i spowodowany nią lockdown. Branża deweloperska, jak wiele innych, była zmuszona dostosować się do nowej rzeczywistości. Deweloperzy musieli podjąć szereg dodatkowych wysiłków organizacyjnych, które miały na celu utrzymanie ciągłości działalności i wypracowanie satysfakcjonujących wyników. Mimo nieprzewidywalności i wyzwań, jakie przyniósł 2020 roku, realizowaliśmy inwestycje deweloperskie bez istotnych odstępstw od zakładanego planu. Rozpoczynaliśmy także nowe przedsięwzięcia, dzięki czemu utrzymaliśmy wysoki poziom oferty. Wypracowaliśmy satysfakcjonujące wyniki sprzedaży. W minionym roku zakontraktowalismy 2 892 lokale. Za nami udany rok również pod kątem przekazań. W 2020 roku wydaliśmy klientom klucze do 3 002 lokali, co stanowi rekordowy wynik w historii spółki.

Największym wyzwaniem dla podmiotów z sektora deweloperskiego pozostaje niezmiennie czynnik administracyjny. Nieprzewidywalność procedur związanych z wydawaniem zgód i decyzji w urzędach, m.in. pozwoleń na budowę i użytkowanie, czy formalności związanych z zakupem gruntów niekorzystnie wpływa na sektor nieruchomości i jest największą barierą, z jaką od lat mierzy się branża. Co istotne, niepewność w aspekcie administracyjnym ma bezpośrednie przełożenie się na poziom oferty deweloperów, koszty prowadzenia inwestycji oraz zdolność do sprawnego uruchomiania nowych i wydawania do użytku zrealizowanych inwestycji. Na branży ciążą także rosnące koszty materiałów budowlanych oraz malejąca dostępność działek pod zabudowę wielorodzinną.

Cezary Grabowski, dyrektor sprzedaży i marketingu Bouygues Immobilier Polska

Pod wpływem pandemii zaszły pewne zmiany na rynku mieszkaniowym, ale jej negatywne skutki nie były tak bardzo odczuwalne, jak w innych branżach. Budowy były prowadzone, do sprzedaży trafiały nowe inwestycje, ceny były w miarę stabilne. Oczywiście, musieliśmy się przystosować do nowych warunków i realizować cele sprzedażowe pomimo trudności, ale na szczęście sprostaliśmy tym wyzwaniom. Wprowadziliśmy nowe zdalne narzędzia komunikacji z pracownikami biur sprzedaży i prezentacji mieszkań oraz uruchomiliśmy nową stronę internetową. Dzięki tym nowościom nasi potencjalni klienci oraz właściciele mieszkań byli na bieżąco ze wszelkimi informacjami na temat wprowadzanych inwestycji mieszkaniowych i prowadzonych prac budowlanych na osiedlach, co przełożyło się na zadowalające wyniki sprzedażowe. Pomimo wielu wyzwań postawionych przez pandemię zakończyliśmy rok 2020 z wieloma sukcesami i weszliśmy w nowy pełni optymizmu.

Sebastian Barandziak, prezes zarządu Dekpol Deweloper

Każdy z nas może zaliczyć miniony rok do jednych z najbardziej specyficznych w historii. Pandemia wiele zmieniła również na rynku nieruchomości. W 2020 roku zauważyliśmy wiele zmian w zakresie preferencji klientów. Większą popularnością zaczęły cieszyć się duże mieszkania wraz z ogrodem lub tarasem. Nabywcy zwracali też szczególną uwagę na ich funkcjonalność. Poszukiwane były mieszkania z możliwością wydzielenia dodatkowego miejsca do pracy, a także z przestronnymi salonami. Oferta w ramach niektórych naszych projektów, jak m.in. Foresta, Osiedle Zielone obejmowała już ostatnie duże mieszkania, zatem zmiany, które spowodowała pandemia przyczyniły się do szybszej sprzedaży tych projektów. Z sukcesem sprzedaliśmy również wszystkie apartamenty w inwestycji Verano Residence w Juracie. Głównym celem zakupu tych apartamentów była możliwość swobodnego przebywania w atrakcyjnym turystycznie miejscu, pomimo narzuconych restrykcji związanych z COVID-19. Posiadanie tzw. second home staje się obecnie coraz bardziej popularne.

Małgorzata Ostrowska, dyrektor Pionu Marketingu i Sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

Wielu ekspertów zapowiadało, że, z uwagi na spadek popytu, w 2020 roku nastąpi spowolnienie czy wręcz zatrzymanie rynku mieszkaniowego, czego efektem miało być obniżenie cen. Te opinie nie sprawdziły się. Po okresie radykalnego wiosennego lockdownu, który wpłynął na ograniczenie sprzedaży, sytuacja zaczęła się stabilizować. Nabywcy szybko zorientowali się, że nie można czekać na zapowiadany przez analityków „lepszy moment”. Ceny mieszkań, wbrew oczekiwaniom, poszły nawet w górę. Z uwagi na niskie stopy procentowe najliczniejszą grupę klientów stanowiły osoby z gotówką, bo lokale nadal są jedną z najbardziej korzystnych i bezpiecznych form lokowania nadwyżek finansowych. Pomimo zaostrzonej polityki kredytowej banków, wartość wypłaconych kredytów hipotecznych była w zasadzie podobna do rekordowego 2019 roku. Biorąc pod uwagę problemy na rynku pracy i kłopoty przedsiębiorstw, rynek mieszkaniowy obronił się w 2020 roku zaskakująco skutecznie. Sądzę, że w tym roku deweloperzy odczują zmianę preferencji klientów wywołaną pandemią. Większym zainteresowaniem, co wyraźnie odnotowaliśmy w minionym roku, będą cieszyły się lokale z ogródkiem, tarasem lub lokalizacje w okolicy terenów zielonych i domy jednorodzinne. W 2020 i na początku tego roku zarejestrowaliśmy większą liczbę klientów odwiedzających Villa Campina zlokalizowana w pobliżu Puszczy Kampinoskiej, gdzie mamy w sprzedaży domy ekologiczne z garażem i ogrodem. Przewidujemy, że trend związany z energooszczędnością będzie w 2021 roku pogłębiał się, stąd mamy w planie uruchomienie sprzedaży gotowych domów, które klienci będą mogli postawić na własnych działkach. Przyszłość polskiej branży mieszkaniowej wydaje się być stabilna.

Bartosz Kuźniar, prezes zarządu Lokum Deweloper S.A.

Rok 2020 to czas niespodziewanych zmian wywołanych pojawieniem się wirusa SARS-CoV-2. Pandemia niejako wymusiła na nas wprowadzenie modyfikacji w funkcjonowaniu biur i całej firmy. Częściowo przeszliśmy na tryb pracy zdalnej. Dostosowaliśmy formy komunikacji z klientami, tak by mogli kontaktować się z naszymi doradcami także w trybie online. Zmiany w organizacji pracy urzędów spowodowały wydłużenie czasu oczekiwania na decyzje administracyjne, który już wcześniej stanowił spore utrudnienie w procesie realizacji projektów deweloperskich. Zmieniły się także preferencje konsumentów. Wzrosło zainteresowanie większymi mieszkaniami z ogródkami lub dużymi balkonami i lokalami w pobliżu terenów zielonych. Nabywcy zaczęli zwracać uwagę na dodatkową przestrzeń, w której w zależności od potrzeb można pracować, uczyć się, czy odpoczywać. Szczególnie docenione zostały charakterystyczne dla naszych osiedli, atrakcyjnie zagospodarowane części wspólne z bogatą roślinnością i miejscem do relaksu. Ze względu na niskie stopy procentowe umocnił się trend zakupu mieszkań w celach inwestycyjnych i ochrony kapitału przed inflacją oraz jako alternatywa dla lokat długoterminowych.

W 2021 roku niezmiennie dużą barierą przy wprowadzaniu nowych projektów jest proces uzyskiwania niezbędnych decyzji administracyjnych. Coraz większym wyzwaniem jest też zakup gruntów w dobrych lokalizacjach pod nowe inwestycje, bowiem zasób atrakcyjnych działek jest coraz mniejszy.

Monika Perekitko, członek zarządu Matexi Polska

To był oczywiście rok pełen wyzwań związanych przede wszystkim z przystosowaniem się do warunków pracy w trakcie pandemii COVID 19. Mogę jednak powiedzieć, że mimo wielu trudów i wyzwań był to dla naszej firmy rok bardzo udany w Polsce. Zwiększyliśmy zarówno wolumen sprzedaży, jak również portfolio realizowanych produktów. Na uwagę zasługuje także kolejna rekordowa transakcja w segmencie PRS dotycząca sprzedaży budynku Puławska 186.

Edyta Kołodziej, dyrektor sprzedaży i marketingu Nickel Development

Nasza firma nie ugięła się w obliczu zmian, jakie przyniósł 2020 rok. Po początkowym spowolnieniu, jakim charakteryzował się pierwszy okres pandemii, z miesiąca na miesiąc odnotowywaliśmy wzrost zainteresowania naszą ofertą. Szczególnie owocny był trzeci i czwarty kwartał, co pozwoliło nam zrealizować plany sprzedażowe na 2020 rok. Najbardziej wszystkich zaskoczył grudzień, który sprzedażowo okazał się lepszy niż rok wcześniej.

Wierzymy, że rok 2021 będzie co najmniej równie dobry lub nawet lepszy od minionego. Rozpoczęty proces szczepień pozwala mieć nadzieję, że wzrost ogólnej odporności społeczeństwa przełoży się na aktywność większości branż, a to zawsze jest dobrym sygnałem i dla naszej działalności. Społeczeństwo zaakceptowało pewne ograniczenia w kontaktach międzyludzkich i nie ma to już większego wpływu na sprawność obsługi klienta. Spotkania odbywają się zarówno online, jak i w biurze. Klienci bez oporów pojawiają się u notariusza i jeszcze chętniej umawiają się na budowie inwestycji.

Joanna Chojecka, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu na Warszawę i Wrocław w Robyg SA.

Najważniejszym sukcesem 2020 roku był fakt, że pomimo pandemii, obostrzeń, lockdownu, kryzysu gospodarczego, Grupa Robyg prowadziła nieprzerwanie swoją działalność, oczywiście przestrzegając wszystkich wytycznych sanitarnych. Na naszych budowach nie mieliśmy ani jednego dnia przestoju. Wprowadziliśmy w 2020 roku nowe inwestycje, jak również uruchomiliśmy kolejne etapy w projektach już realizowanych. Nabyliśmy Wrocławskie Przedsiębiorstwo Budowlane (WPB) oraz nowe grunty w Warszawie, Wrocławiu i Gdańsku, łącznie powiększając swój potencjał budowlany o ponad 170 000 mkw. PUM. Wprowadziliśmy także nowy format lokali – mikroapartamenty Modern Space w sąsiedztwie projektu City Sfera w warszawskich Włochach.

Dodatkowo podjęliśmy liczne działania związane z pomocą w obliczu epidemii koronawirusa. Aktywnie wspieraliśmy potrzebujących, seniorów i Powstańców oraz instytucje medyczne. Spółka nie dokonała także zwolnień podczas epidemii i zachowała miejsca pracy w poczuciu odpowiedzialności za około 3000 rodzin, którym zapewnia przychody.

W 2020 roku przekazaliśmy 258 tys. zł na wsparcie i dofinansowania. Wspieraliśmy potrzebujących we wszystkich miastach, w których prowadzimy działalność, w Warszawie, Gdańsku, Wrocławiu i Poznaniu.

Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest

Pomimo pandemii bardzo dobrze oceniamy rok 2020 na rynku mieszkaniowym. Udało nam się osiągnąć porównywalny wyniki sprzedażowy z rokiem 2019. W tym roku planujemy wprowadzić do oferty na terenie Warszawy kilka nowych inwestycji. Liczymy, że w 2021 roku uda nam się zwiększyć sprzedaż w porównaniu do lat poprzednich, gdyż cały czas obserwujemy nieustający popyt na mieszkania. Na pewno największym wyzwaniem w tym roku będzie pozyskanie nowych gruntów oraz uzyskanie wszelkich decyzji administracyjnych, jeśli sytuacja związana z pandemią nadal będzie się utrzymywać.

Sylwester Śniadecki, prezes Śniadecki Development i Śniadecki Investment Group

Rok 2020 dobitnie udowodnił, że branża nieruchomości jest jedną z najstabilniejszych na rynku. Mimo niekorzystnej sytuacji finansowej spowodowanej pandemią, konieczności przystosowania działalności deweloperskiej do nowych rzeczywistości sprzedaż mieszkań pozostała na satysfakcjonującym poziomie.

Przewidujemy, że największym utrudnieniem w codziennym funkcjonowaniu firmy będzie wydłużony czas wydawania decyzji administracyjnych i czasowy paraliż, który widoczny jest w urzędach czy sądach. Wyzwaniem, jakie przyniósł nam 2021 rok jest zatem dostosowanie projektów do nowych oczekiwań klientów oraz rozwój inwestycji oferowanych w ramach programu inwestorskiego Śniadecki Investment Group.

Wojciech Chotkowski, prezes zarządu Aria Development

To był rok zupełnie inny niż wszystkie. Pierwszy lockdown spowodował kilkutygodniowy przestój. Jednakże ciekawy produkt w pandemicznych czasach tj. mieszkania na obrzeżach Warszawy w otoczeniu zieleni z ogródkami i balkonami w cenach kilkadziesiąt procent niższych niż w mieście oraz obniżki stóp procentowych spowodowały, że pojawiło się wielu klientów gotówkowych, którzy chcieli ulokować swoje oszczędności w inwestycjach, które realizujemy w Wieliszewie i Łomiankach.

Wyzwaniem na rok 2021 będzie utrzymanie sprzedaży na poziomie z ubiegłego roku oraz rozpoczęcie realizacji nowych projektów. Priorytetem jest też utrzymanie wysokiej jakości budowanych mieszkań, na dotychczasowym poziome 90 proc. lokali oddawanych bezusterkowo oraz systematyczne podwyższanie poziomu obsługi klienta.

Największymi utrudnieniami mogą być kolejne lockdowny oraz światowe zawirowania gospodarcze. Zaostrzenie polityki kredytowej przez banki również może być negatywnym czynnikiem oddziałowującym na rynek nieruchomości w Polsce.

Aleksandra Goller, dyrektor ds. marketingu i sprzedaży w spółce mieszkaniowej Skanska

Pierwszy kwartał 2020 roku był bardzo dobry, klienci przejawiali duże zainteresowanie naszymi mieszkaniami, co oczywiście miało bezpośredni wpływ na sprzedaż inwestycji. Kolejne miesiące to początek pandemii i chwilowego spowolnienia na rynku. Myślę, że dla większości firm był to czas, który wiązał się z pewnego rodzaju niepewnością – w końcu znaleźliśmy się w nowej sytuacji, która wymagała od nas stworzenia modelu realizacji celów biznesowych, dostosowanego do pandemicznej rzeczywistości.

Bardzo sprawnie wypracowaliśmy niezbędne rozwiązania, a dzięki temu, mimo obostrzeń oraz przestrzegania najwyższego reżimu sanitarnego, mogliśmy dość szybko ponownie otworzyć biura sprzedaży, a prace na budowach przebiegały bez opóźnień. Latem sytuacja na rynku była już stabilna. Bardzo szybko zauważyliśmy, że postrzeganie zakupu nieruchomości przez potencjalnych nabywców nie uległo zmianie, nadal uważają go za bezpieczną i pewną lokatę swojego kapitału.

Po doświadczeniach 2020 roku widzimy zmiany trendów konsumenckich. Na przykład, że osoby poszukujące mieszkań jeszcze większą uwagę zwracają na takie elementy, jak m.in. ustawne, oddzielne balkony, zadbana i bujna zieleń, miejsca do spędzania czasu na świeżym powietrzu na terenie osiedla, układy mieszkań, które pozwalają na zaaranżowanie miejsca do pracy zdalnej i wiele innych. W Skanska stosujemy je już od lat, więc tym bardziej cieszy nas fakt, że nasze standardy i jakość inwestycji spotykają się z coraz większym uznaniem klientów.

Spodziewamy się, że 2021 rok również przyniesie wiele wyzwań. Świat nadal mierzy się z pandemią. Taka sytuacja wymaga od nas elastyczności i uważności na zmieniające się potrzeby naszych klientów, tak abyśmy mogli zawsze proponować najlepsze dla nich rozwiązania.

Autor: dompress.pl

Rynki czekają na powrót normalności, dolar zyskuje

Rynki nadal konsekwentnie ignorują zamieszanie związane ze zmianą na fotelu prezydenta w USA, a dolar umacnia się w relacji do większości głównych walut. W tym tygodniu czeka nas posiedzenie EBC. Oprócz niego i wybranych danych, uwaga inwestorów najprawdopodobniej skupi się na postępach w szczepieniach przeciwko COVID-19.

Ani chaos panujący w USA w następstwie ataku na Kapitol, ani sprzedaż ogromnej ilości amerykańskich obligacji w celu sfinansowania wielkiego deficytu budżetowego nie przełożyły się istotnie na zmiany w zachowaniu aktywów ryzykownych. Dolarowi amerykańskiemu paradoksalnie sprzyjało ogromne krótkie pozycjonowanie się inwestorów, które pozwoliło umocnić się mu w relacji do większości kluczowych walut. Także waluty rynków wschodzących generalnie radziły sobie dobrze, reagując z opóźnieniem na wzrost cen surowców. Szczególnie wyróżnił się real brazylijski, którego wspierały jastrzębie komentarze ze strony brazylijskiego banku centralnego.

W centrum uwagi w tym tygodniu bez wątpienia znajdzie się pierwsze posiedzenie Europejskiego Banku Centralnego w 2021 roku. Inauguracja Joe Bidena w USA będzie pilnie strzeżona i nie spodziewamy się istotnych zakłóceń z nią związanych. W piątek poznamy wstępne dane PMI dla kluczowych gospodarek, jednak przez większość tygodnia kalendarz ekonomiczny będzie relatywnie pusty. W tym kontekście możliwe jest ponowne skoncentrowanie się inwestorów na pandemii: zarówno liczbie nowych zakażeń, jak i postępach szczepień przeciwko COVID-19.

PLN

Miniony tydzień charakteryzował się słabością złotego, który radził sobie gorzej od pozostałych istotnych walut regionu. Środowe posiedzenie RPP przeszło bez większego echa. W komunikacie po spotkaniu wspomniano o możliwości interwencji walutowych, zabrakło w nim jednak odniesienia do potencjalnej obniżki stóp procentowych. Znacznie ciekawsza okazała się piątkowa konferencja prezesa NBP, Adama Glapińskiego, dla dziennikarzy. Jednak również ona nie wskazuje na to, żeby bazowym scenariuszem miała być obniżka stóp. W coraz mniejszym stopniu wycenia ją też rynek.

W najbliższych dniach poznamy dość dużo danych z Polski. Szczególnie istotne będą piątkowe – o sprzedaży detalicznej. Jednocześnie będziemy zwracać uwagę na zmiany sytuacji epidemicznej w kraju: mamy nadzieję, że wyraźna poprawa widoczna w statystykach będzie kontynuowana.

EUR

W minionym, nieobfitującym w dane tygodniu euro osłabiło się w parze z dolarem amerykańskim. Obecnie rynek czeka na czwartkowe wieści po posiedzeniu EBC. O ile nie oczekuje się zmian w polityce monetarnej, o tyle komunikaty ze strony prezes Lagarde skupią na sobie uwagę inwestorów.

Kluczowe będą przede wszystkim dwie kwestie. Po pierwsze, ocena wpływu przedłużonych lockdownów na wzrost gospodarczy w ostatnim kwartale 2020 i perspektyw tego wpływu w obecnym kwartale. Po drugie, pogląd na silną aprecjację euro w tym samym okresie. Istnieje możliwość, że Lagarde ponownie wyrazi niechęć banku względem silniejszej waluty, tak jak zrobiła to w grudniu. To mogłoby nieco osłabić euro. Oprócz tego, we wtorek opublikowane zostaną dane ankietowe dotyczące kredytów bankowych, co pozwoli nam spojrzeć w przyszłość.

USD

Co nieco paradoksalne, stabilizacja rentowności amerykańskich obligacji po ich rajdzie z ostatnich tygodni przyniosła dolarowi wytchnienie. Stany Zjednoczone na przestrzeni zaledwie tygodnia zdołały uplasować na rynku obligacje skarbowe o wartości 120 mld dolarów, tymczasem krzywa dochodowości zakończyła tydzień na niższym poziomie, niż go rozpoczęła. To oznaka zaufania do amerykańskich instytucji i administracji Bidena, pomimo niedawnych zawirowań. W zeszłym tygodniu Biden przedstawił plan stymulacji fiskalnej o wartości 1,9 bln USD, który obejmuje wydłużenie dodatkowej pomocy dla bezrobotnych do końca września.

Dane makroekonomiczne rysują mieszany obraz sytuacji. W zeszłym tygodniu rozczarowały cotygodniowe dane o zasiłkach i grudniowe o produkcji przemysłowej. Z kolei inflacja w ostatnim miesiącu minionego roku okazała się nieco wyższa od oczekiwań. Sądzimy, że dolar amerykański przez pewien czas może radzić sobie dobrze, jednak pozostajemy negatywnie nastawieni do jego długoterminowych perspektyw.

GBP

Funt był jedną z nielicznych głównych walut, które zakończyły tydzień, nie osłabiając się w parze z dolarem amerykańskim. Interpretujemy to przede wszystkim jako naturalne odbicie po bardzo słabym dla niego wcześniejszym tygodniu. Obawy dotyczące Brexitu póki co zastąpiło skupienie się na szybkości szczepień – Wielka Brytania osiąga w tym zakresie najlepsze wyniki spośród gospodarek rozwiniętych. Dotychczas rozdysponowano ponad 6 dawek na 100 osób – ponad trzy razy więcej niż w jakimkolwiek kraju strefy euro.

Ostatnie dane z Wielkiej Brytanii okazały się lepsze od oczekiwań, pomimo surowych lockdownów. Sądzimy, że te pozytywne niespodzianki mogą rozciągnąć się na pierwszy kwartał obecnego roku i utrzymać pozytywne nastawienie względem brytyjskiej waluty.

CHF

Frank szwajcarski zakończył miniony tydzień umocnieniem w parze z euro, jednak było to odzwierciedleniem słabości euro, a nie siły franka. Niemniej wieści napływające ze Szwajcarii są dość pozytywne. Sytuacja epidemiczna poprawia się. Notuje się coraz mniej nowych przypadków zakażeń i zgonów z tytułu COVID-19, a 7-dniowe średnie w obu przypadkach są obecnie najniższe od jesieni. Kraj notuje również postępy w zakresie masowych szczepień, chociaż pozostaje w tyle za większością innych rozwiniętych krajów Europy. Zatwierdzenie szczepionki Moderny w zeszłym tygodniu daje nadzieje na przyspieszenie tego postępu.

Chociaż nowe szczepy wirusa stanowią ryzyko i doprowadziły do zacieśnienia restrykcji w zeszłym tygodniu, to obostrzenia te pozostają dość luźne w porównaniu z większością innych europejskich krajów.

Najbliższe dni nie będą obfitowały w dane makroekonomiczne ze Szwajcarii. Skoncentrujemy się zatem na ogłoszeniach zewnętrznych i rozwoju sytuacji pandemicznej.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

Fundusz Satus Starter inwestuje 1,6 mln złotych w JLupin Software Studio

1,6 mln złotych na tworzenie systemów informatycznych w architekturze mikroserwisów – fundusz Satus Starter inwestuje w JLupin Software Studio.

Spółka JLupin Software Studio – twórca Platformy Mikroserwisowej JLUPIN PLATFORM oraz innowacyjnych rozwiązań pozwalających na tworzenie systemów w architekturze mikroserwisowej oraz zarządzanie ich ekosystemem – pozyskała kolejnego inwestora finansowego. Satus Starter VC zainwestował 1,6 mln złotych w dalszy rozwój projektu. Za Satus Starter stoi m.in. Jarosław Królewski – CEO Synerise.

Spółka JLupin Software Studio opracowała zestaw narzędzi informatycznych pozwalających na tworzenie systemów IT w architekturze mikroserwisowej. Celem projektu było stworzenie systemu, który całkowicie wyeliminuje lub znacznie zredukuje wyzwania z jakimi mierzą się firmy w trakcie wdrażania tzw. systemów w architekturze mikroserwisowej. Aby tego dokonać twórcy zrezygnowali z dostępnych na rynku narzędzi i stworzyli nowe rozwiązania oparte o własną, innowacyjną technologię.

Twórcy JLupin Software Studio poprzez automatyzację pracy IT chcą udowodnić, że budowanie systemów informatycznych w architekturze mikroserwisowej nie musi być długim, skomplikowanych procesem.

Rozwiązanie proponowane przez JLupin Platform ułatwia i znacząco skraca proces wdrażania systemów w architekturze mikroserwisowej (z miesięcy do dni), a oprócz tego pozwala obniżyć klientom koszty wdrożenia oraz utrzymania infrastruktury.

Zwiększona zostaje również szybkość developmentu oprogramowania – od 10% do 40% mniej czasu na postawienie architektury mikroserwisowej w porównaniu z rozwiązaniami konkurencyjnymi.

Rynek architektury systemów informatycznych, do którego JLupin kieruje swój produkt podlega ciągłej ewolucji, która ma na celu poprawę efektywności, bezpieczeństwa i wygody utrzymania rozbudowanych systemów. Do 2026 r. prognozuje się wzrost tego rynku w tempie 18,6% rocznie, do wartości ponad 8 mld USD[1]. Wynika to z coraz większego zainteresowania architekturą mikrousług wśród przedsiębiorstw, które coraz bardziej koncentrują się na usprawnieniu procesu tworzenia aplikacji z uwagi na obecne trendy transformacji cyfrowej.

Chcemy być w pierwszej trójce rozwiązań mikroserwisowych na świecie, istotnym partnerem software house’ów, a także dużych graczy posiadających własne struktury IT niezależnie czy są one w modelu on-premise czy cloud. Chcemy wpisać naszą technologię w ogólnoświatowe trendy, zachowując skuteczną przewagę wydajnościową, a więc kosztową. Z drugiej strony chcemy zaskakiwać rynek naszymi rozwiązaniami od strony technicznej. Jest dla nas ważne, aby być postrzeganym jako firma wytwarzająca technologię informatyczną w zakresie narzędzi dla programistów oraz szeroko pojętego świata devopsów – komentuje Piotr Róg, CEO oraz CTO JLupin.

Na rozwój spółki zostanie przeznaczone 1,6 mln złotych, przede wszystkim na działania marketingowo – sprzedażowe, w celu zwiększenia świadomości Platformy JLupin na rynku globalnym oraz na dalszy rozwój samej technologii.

Zdecydowaliśmy się zainwestować w ten projekt, ponieważ stoi za nim bardzo dobry technologicznie zespół. Bardzo istotna była również walidacja produktu Spółki przez klientów, takich jak T-Mobile Usługi Bankowe oraz Alior Bank, a także nawiązanie partnerstwa w Polsce, z takimi wytwórcami oprogramowania jak: InfiniteData, Comarch, Incat oraz z podmiotami z Krzemowej DolinyAzul Systems, w celu wspólnej sprzedaży i rozwoju technologii mikroserwisowych – wyjaśnia Partner Funduszu Satus Starter, Łukasz Wąsikiewicz.

Spółka do tej pory była finansowana przez założycieli oraz pierwszych inwestorów (wśród nich jest m.in. Krzysztof Polak – współtwórca Alior Bank), a także z generowanych przychodów ze sprzedaży gotowego produktu. Dodatkowe środki pochodzące od Satus Starter mają pozwolić JLupin na popularyzację oferowanego przez Spółkę rozwiązania i tym samym dynamiczny wzrost przychodów.

[1]https://www.alliedmarketresearch.com/microservices-architecture-market

Witold Modzelewski: Dużo niższy podatek dla producentów podgrzewaczy do tytoniu powinien być zlikwidowany

„Dużo niższy podatek na tzw. podgrzewacze tytoniu napycha kieszenie ich producentów. Jeżeli przywilej ten nie będzie szybko zlikwidowany, budżet (czyli my wszyscy) da w prezencie producentom podgrzewaczy tylko w tym roku ponad miliard złotych, który mógłby być przeznaczony np. na służbę zdrowia” – mówi prof. Witold Modzelewski z Uniwersytetu Warszawskiego, prezes Instytutu Studiów Podatkowych w polemice wobec Marka Kowalskiego, prezesa Federacji Przedsiębiorców Polskich.

Marek Kowalski stwierdził, że tzw. podgrzewacze tytoniu są kilkukrotnie mniej opodatkowane w porównaniu z tradycyjnymi papierosami.

„Tu trzeba wyjaśnić istotę tego problemu. Przedmiotem opodatkowania podatkiem akcyzowym są zawsze konkretne wyroby, stanowiące odrębną całość w sensie fizycznym i ekonomicznym, które obiektywnie mogą się składać z wielu elementów wewnętrznych, nieopodatkowanych w odrębny sposób, gdyż byłoby to w wielu przypadkach obiektywnie niemożliwe. Wyroby akcyzowe zaspokające tę samą lub zbliżoną potrzebę konsumentów, muszą być opodatkowane na tych samych zasadach, gdyż prawo nie może ani faworyzować ani dyskryminować poszczególnych podatników ani grup wyrobów, co wynika wprost z konstytucji” – mówi prof. Modzelewski.

Jego zdaniem w przypadku szeroko rozumianych używek, a zwłaszcza papierosów i ich substytutów (tytoń do podgrzewania zastępuje palenie papierosów), wysokość akcyzy obowiązującej na dany wyrób musi być proporcjonalna do jego ceny oraz uwzględniać mierzalną ilość wyrobów: jest to ilość sztuk w paczce (zasada prawna).

„Powyższe kryteria oceny wysokości opodatkowania są znane (oczywiście osobom zajmującym się tym podatkiem, przyp. red.) oraz akceptowane w Unii Europejskiej. Oceniając na ich podstawie wysokość opodatkowania podgrzewaczy tytoniu nie ulega wątpliwości, że kwota akcyzy zawarta w paczce papierosów wynosi ponad 9 zł (pewne różnice zależne są od wysokości cen detalicznych paczki, przyp. red.), a w przypadku tytoniu do podgrzewania kwota akcyzy wynosi mniej niż 2 zł od paczki. Różnica ta nie ma jakiegokolwiek uzasadnienia zwłaszcza przy zbliżonym poziomie cen detalicznych tych używek i dużo wyższej rentowności produkcji podgrzewaczy w porównaniu do papierosów. Dużo niższy podatek napycha kieszenie producentów owych podgrzewaczy. Jeżeli przywilej ten nie będzie szybko zlikwidowany, budżet (czyli my wszyscy) da w prezencie producentom podgrzewaczy w tym roku ponad miliard złotych, który mógłby być przeznaczony np. na służbę zdrowia – uważa prof. Modzelewski i dodaje: – Nie muszę więc >>rozprawiać się<< z poglądami M. Kowalskiego, bo zrobił to zupełnie samodzielnie. Akcyza to skomplikowany podatek, zwłaszcza dla przedstawicieli nieznanej dotychczas organizacji występującej pod nazwą >>Federacji Przedsiębiorców Polskich<<, do której prawdopodobnie należy główny producent tych wyrobów, która broni – jak widać w sposób dość nieudolny – bezzasadnych przywilejów podatkowych”.

Nieczysta gra. Maciej Panek o nowelizacji ustawy o elektromobilności

Po zakończeniu konsultacji przeprowadzonych przez Ministerstwo Klimatu i Środowiska chcielibyśmy wyrazić nasze zawiedzenie.
Propozycja Ministerstwa Klimatu i Środowiska zakładała dopuszczenie samochodów współdzielonych bez względu na rodzaj napędu (np. elektryczne i spalinowe) do wykorzystywania buspasów oraz bezpłatnego parkowania w miejskich strefach płatnego parkowania. W pełni zgadzamy się co do zasadności takich działań. Uważamy, że do czasu popularyzacji samochodów elektrycznych jest to bardzo zasadne rozwiązanie.
Niestety stanowisko powyższe spotkało się z szerokim sprzeciwem środowisk związanych ze wspieraniem samochodów elektrycznych, zdanie odmienne mają również samorządowcy miejscy.

Jesteśmy w stanie zrozumieć głos branży wspierającej elektromobilność, stoi za tym interes związany ze sprzedażą samochodów elektrycznych. Niezrozumiałe jest jednak stanowisko samorządowców, które w naszej opinii jest spowodowane brakiem zrozumienia idei usługi carsharingowej lub też manipulacją przekazu.

Szczególnie jesteśmy zmartwieni kampanią informacyjną warszawskiego ZDM-u. Użyto do niej zdjęcia naszego Volkswagena Golfa drugiej generacji jako przedstawiciela samochodów współdzielonych. Według komunikatów stołecznego ZDM-u już wkrótce tego typu samochodami zapełnią się ulice polskich miast, dzięki znowelizowanej Ustawie o elektromobilności.

Z naszej perspektywy jest to manipulacja. Tego typu klasyków jest około 10 sztuk na prawie 5 000 samochodów współdzielonych w Polsce. Mówimy więc o 0,5% całości rynku, gdzie pozostałe 99,5% to samochody niskoemisyjne (elektryczne i hybrydowe) oraz spalinowe nie starsze niż 24 miesiące, czyli spełniające aktualne normy spalin Euro6.

Kolejnym ważnym aspektem jest wypowiedź pana Łukasza Puchalskiego, który sugeruje, że po zniesieniu opłaty za postój w centrach miast samochody carsharingowe wpłyną negatywnie na liczbę dostępnych miejsc.

Jednym z głównych założeń carsharingu jest zwiększenie rotacji miejsc parkingowych oraz zmniejszenie liczny prywatnych samochodów, które przez większość czasu zajmują miejsca postojowe.

Nasza usługa działa we wszystkich dużych miastach także w płatnych strefach parkowania, nie wpłynęło to na dostępność miejsc dla mieszkańców w zauważalnym stopniu. Każda firma świadcząca usługi komercyjne chce, aby jej produkt był używany i przynosił dochód. Nie może więc sobie pozwolić na przestój, nawet jeśli nie rodzi on dodatkowych opłat, wystarczające jest, że nie przynosi korzyści. Argument podnoszony przez warszawski ZDM jest więc nielogiczny i niepoparty dowodami z obserwacji.

Kolejnym aspektem, który warto poruszyć są problemy w definiowaniu pojazdu współdzielonego. Przy poprzednich konsultacjach Ustawy o elektromobilności byliśmy zwolennikami ustalenia jak najbardziej klarownej definicji pojazdu współdzielonego. Proponowaliśmy definicje, które mogłyby pomóc ustawodawcy, jednak nie zostały one rozważone. Na ten moment samochód współdzielony to samochód elektryczny. Naszym zdaniem brakuje przepisów przejściowych, które dopuszczałyby aby samochodem współdzielonym nazywać również pojazd spalinowy o określonych parametrach.

Opieranie usług carsharingu wyłącznie na samochodach elektrycznych nie pozwala na osiągnięcie rentowności biznesu. Z czterech usług dostępnych na rodzimym rynku, które działały wyłącznie w oparciu o samochody elektryczne, 3 zakończyły działalność. Losy ostatniej, czwartej firmy nie są jeszcze znane. Jak wynika z doniesień mediowych firma ta jest obecnie możliwa do przejęcia. Sami również posiadamy w swojej flocie samochody eklektyczne i zdajemy sobie sprawę z tego, z jak dużymi kosztami utrzymania i zakupu należy się mierzyć. Gdyby posiadanie i utrzymywanie takiej floty w dużej skali było opłacalne, mielibyśmy ich więcej.

W naszej ocenie Ministerstwo Klimatu i Środowiska poddało się atakowi samorządowców, którzy nie znają konceptu biznesowego nowoczesnej usługi współdzielonej mobilności i nie patrzą długofalowo.

Obecnie po buspasach mogą jeździć taksówki i dostawcy usług przewozu osób. Niejednokrotnie są to samochody wiekowe, które nie mają niczego wspólnego z ekologią i elektromobilnością. Samorządy miejskie czerpią zyski z licencji dla firm taksówkarskich, dlatego też przyznawane są im benefity. Pamiętajmy, że kierowca taksówki może poruszać się buspasem również jadąc bez pasażera.

Patrząc przez pryzmat powyższego można sądzić, że Zarządowi Dróg Miejskich nie zależy na ekologii tylko na zwiększonym przychodzie z licencji.

W pierwszym projekcie Ustawy o elektromobilności pojawiło się bardzo dużo udogodnień, którym brakowało odpowiedniego szlifu, naszym zdaniem warto było pójść tą drogą i dopracować zapisy, które były dyskusyjne.

Ostatnie konsultacje pokazały, że Ministerstwo Klimatu i Środowiska wsłuchało się w głos samorządowców nie słuchając mieszkańców, którzy wyrażali swoje poparcie dla carsharingu. W materiałach warszawskiego ZDM-u „straszono” społeczeństwo naszym wiekowym Volkswagenem, który został wprowadzony tylko po to, aby pokazać młodym użytkownikom z jak dużym postępem w motoryzacji mamy do czynienia.

Firma PANEK S.A. istnieje na rynku od 21 lat, jesteśmy przywiązani do wartości i historii i czynnie uczestniczymy w życiu społecznym. Chętnie opiniujemy nowości ustawodawcze, uczestniczymy w akcjach społecznych finansując na przykład przejazdy podczas pandemii koronawirusa i wspomagając restauracje. Jesteśmy również jedyną firmą z 100% polskim kapitałem i nie potrafimy zrozumieć, dlaczego nasze zdanie podczas konsultacji jest bagatelizowane.

Szukasz sprawdzonego pomysłu na biznes? Franczyza EXPO jest dla Ciebie!

Każdy czas jest dobry, by zrobić krok naprzód, jeśli stawia się go na stabilnym i pewnym gruncie.  Jeśli szukasz sprawdzonego pomysłu na biznes, zdecyduj się na model franczyzowy.  W wyborze najbardziej odpowiadającego pomoże Franczyza EXPO.

Grupa IC od jedenastu lat jest pewnym partnerem, zajmującym się organizacją kongresów, targów i najlepszych wydarzeń branżowych w Polsce i Europie. Świadectwem jakości jest fakt, że mimo zmieniającej się sytuacji pandemicznej organizowane eventy cieszą się niesłabnącą popularnością i biją kolejne rekordy. W bezpiecznych warunkach udało się zorganizować między innymi FIWE Fitness Trade Show (największe targi branży fitness w Europie), eTradeShow (event poświęcony branży e-commerce), National Sales Congress (branżowe wydarzenia dedykowane managementowi i zarządzaniu) czy też Marketing Management Congress (który przyciągnął specjalistów z zakresu marketingu). Grupa IC istnieje po to, by wspierać przedsiębiorców. Jej nadrzędnym celem jest sukces partnerów, który liczony jest w nawiązywaniu kolejnych satysfakcjonujących relacji biznesowych.

Franczyza przyszłością biznesu w Polsce

Z tą myślą powstała również Franczyza EXPO. W obecnych czasach ludzie są coraz bardziej świadomi zarówno możliwości, jak i trudności wynikających z funkcjonowania na dynamicznie zmieniającym się rynku pracy. Szukają alternatyw, które pozwolą im rozpocząć budowanie własnego biznesu na jasnych zasadach i przy zachowaniu maksymalnej ostrożności. Chcą rozwiązań pewnych i sprawdzonych; takich, dzięki którym będą w stanie zawodowo zaangażować się na lata i osiągnąć zysk, którego nie mogliby zagwarantować sobie nigdzie indziej.

Z pomocą przychodzi im model franczyzowy. Budowanie biznesu na sprawdzonej marce, mając z góry określone zasady, ale również płaszczyznę do własnego rozwoju, jest jedną z atrakcyjniejszych opcji, którą powinni rozważyć przyszli przedsiębiorcy. Trzeba jednak wybrać mądrze – tak, by trafiać na franczyzodawcę, któremu zależy na losie spółek i zrobi wszystko, by pomóc im się rozwinąć.

Już 8 maja 2021 roku w Warszawie zmieni się przyszłość rynku franczyzy w Polsce. Połączeni zostaną ludzie, którzy chcą zainwestować w biznes i zamierzają poznać najlepszy przepis na sukces, z wystawcami, którzy są liderami na rynku. Na Franczyza EXPO będzie każdy, kto chce być postrzegany jako pewny franczyzobiorca i każdy, kto chce rozpocząć mądre prowadzenie swojego biznesu.

Franczyza EXPO pewną alternatywą dla biznesu

Event to wydarzenie zaufane. 8 maja 2021 roku odbędzie się jego trzecia edycja. Podczas wydarzenia będzie można spotkać 2000 przedsiębiorców gotowych na inwestycje i 150 sieci franczyzowych, które potwierdziły swoją jakość przez lata pełne sukcesów biznesowych. Na evencie nie będzie ludzi z przypadku, a tylko ci, którzy pewnie patrzą w zawodową przyszłość.

Jak biznes zostanie połączony? Użyta będzie do tego do tego między innymi specjalna aplikacja, która dopasowuje do siebie najbardziej kompatybilnych przedsiębiorców. Ponadto, wszyscy uczestnicy będą mogli skorzystać ze strefy networkingu, która jeszcze bardziej ułatwia nawiązywanie kontaktów pomiędzy wystawcami a odwiedzającymi. Jak ona wygląda? Zawodowi networkerzy od pierwszych chwil eventu witają gości i łączą ich w grupy, ułatwiając tym samym wymianę poglądów i doświadczeń.

Franczyza EXPO to edukacja

W czasach kryzysu edukacja to podstawa do wyjścia z niego i zadbania o lepszą przyszłość biznesu. Z tą świadomością organizatorzy Franczyza EXPO postawili na doświadczonych prelegentów, którzy udzielą zainteresowanym franczyzobiorcom rad na temat tego, jak prowadzić własny biznes franczyzowy. Podczas Akademii Franczyzy prelekcje będą skierowane zarówno do franczyzodawców, którzy chcą rozwinąć swoją sieć, jak i do osób, które interesują się franczyzą i chciałyby zagłębić temat. Podczas wykładów zostaną przedstawione case study od liderów rynku.

To jedyny event branżowy, który oferuje nie tylko gotowe, pewne i sprawdzone rozwiązania, ale także edukację. Każdy, kto chce świadomie podejść do zakładania własnego przedsiębiorstwa w bezpiecznych warunkach, nie może go przegapić.

Zarejestrować można się na stronie internetowej: https://franczyzaexpo.pl/bilety/

Więcej informacji dostępnych jest na stronie internetowej: https://franczyzaexpo.pl/

Sprawdź nas także w social mediach:

https://www.facebook.com/franczyzaexpo/

https://www.instagram.com/franczyza_expo/

https://www.linkedin.com/company/targi-franchise-expo/

Złotym sponsorem wydarzenia jest Xtreme Fitness, srebrnymi sponsorami są Carrefour Express i Zdrowa Krowa. Patronem generalnym jest ARSS – Akademia Rozwoju Systemów Sieciowych, a partnerem strategicznym RE/MAX Polska. Patronat Honorowy nad wydarzeniem objął Marszałek Województwa Mazowieckiego.

Droga do sukcesu w biznesie nigdy nie była krótsza! Postaw na sprawdzone rozwiązania i już dziś dołącz do Franczyza EXPO!

Sales must go on! Najbardziej merytoryczny Kongres Sprzedaży już w maju we Wrocławiu

18 maja 2021 roku we Wrocławskim Centrum Kongresowym odbędzie się kongres dla tych, którzy o zarządzaniu sprzedażą chcą wiedzieć wszystko. National Sales Congress zgromadzi wyłącznie najlepszych ekspertów. W tym gronie znaleźli się między innymi Jacek Walkiewicz i Krzysztof Sarnecki.

National Sales Congress powstał z myślą o tych, którzy wiedzą, że w biznesie czas to pieniądz i nie warto marnować go na doświadczenia nie gwarantujące stu procent satysfakcji. To wysoce sprofilowany pod grupę docelową kongres, dedykowany managerom i dyrektorom sprzedaży, a także specjalistom oraz przedsiębiorcom. To najbardziej merytoryczne wydarzenie w Polsce, skupiające największych praktyków i najlepszych mówców w kraju.

Program NSC – Jacek Walkiewicz, Krzysztof Sarnecki i inni

Zarządzanie sprzedażą zmienia się tak, jak i otaczająca biznes rzeczywistość. Ten raz po raz potrzebuje nowych impulsów do rozwoju i kreowania nowych trendów, które trafią w gusta klientów. Umiejętne zarządzanie sprzedażą i zespołem handlowym bezpośrednio przekłada się na wyniki. Dlatego właśnie należy zrobić wszystko, by być inspiracją i kierować się innowacyjnymi strategiami biznesowego managementu.

Odpowiedzią na to jest program National Sales Congress. Kongres podejmie tematykę: skutecznego prospectingu (nawet w ciężkich czasach dla biznesu), negocjacji handlowych, strategii sprzedażowych odpornych na kryzys i zarządzania procesem podejmowania decyzji po stronie klienta.

National Sales Congress – nie tylko wykłady

Podczas National Sales Congress Wrocław na uczestników czekać będą nie tylko najbardziej merytoryczne wykłady w Polsce w dziedzinie sprzedaży. To również bogata strefa wystawiennicza i sesje networkingowe, które w sposób skuteczny pozwolą rozszerzyć sieć kontaktów biznesowych.

W spotkaniu weźmie udział ponad 500 uczestników – specjalistów, managerów, jak również dyrektorów, właścicieli firm świadomych trendów i potrzeby nieustannego rozwoju. Profesjonalnie przeprowadzony przez Biznes Klub Polska networking ułatwi nawiązanie kontaktu, a tym samym wpłynie na rozszerzenie potencjalnego łańcucha sprzedażowego.

National Sales Congress – wszystko, co najważniejsze w zarządzaniu sprzedażą

Najlepsi prelegenci, najbardziej merytoryczne wykłady, strefa wystawiennicza i networking – to kluczowe elementy gwarantujące sto procent satysfakcji z eventu. Już 18 maja 2021 roku przyjedź do Wrocławia i otwórz nowy rozdział w historii Twojego biznesu!

National Sales Congress Wrocław

Termin: 18 maja 2021

Miejsce: Wrocławskie Centrum Kongresowe

Program wydarzenia na stronie internetowej National Sales Congress: https://nationalsales.pl/nsc-wroclaw/

Partnerem Kongresu jest InStream Group.

Partnerem Merytorycznym jest Koźmiński Executive Business School.

Prezesi polskich spółek technologicznych podsumowują 2020 r. i przewidują nadchodzące zmiany w 4 branżach gospodarki

Technologie stają się w coraz większym stopniu kluczową częścią strategii biznesowych w organizacjach różnej wielkości i przekroju branż. COVID-19 pokazał prawdziwą wartość innowacyjnych rozwiązań i spółek operujących w obszarze IT, które jako jedne z nielicznych odnotowują wzrosty podczas kryzysu ekonomicznego spowodowanego pandemią.

Współpraca fintechów z bankami

W 2021 r. biznes będzie kładł jeszcze większy nacisk na lepsze wyniki i odrobienie powstałych strat. Aby to osiągnąć coraz więcej firm z branży finansów będzie nawiązywać współpracę ze spółkami IT czy fintechami. Takie kooperacje były już widoczne na polskim rynku w 2020 r. – dobrym przykładem jest wkroczenie Banku Pekao w e-commerce poprzez podpisanie przedwstępnej umowy zakupu pakietu mniejszościowego Tpay, integratora płatności online, czy rozwiązanie Wealthon, który wdraża platformę finansową B2B integrującą oferty finansowania biznesowego polskich banków.

Tego typu kooperacje są nawiązywane z wielu względów, jednym z nich jest opracowanie elastycznego podejścia do innowacji i przyspieszenia reakcji na różne, nieplanowane wydarzenia branżowe lub gospodarcze. Duże instytucje finansowe są pozbawione komfortu szybkiego reagowania ze względu na rozbudowane struktury, procedury i brak zasobów czy doświadczenia w obszarze nowych technologii. Niezależnie od tego, czy chodzi o wspieranie innowacji czy też umożliwianie transformacji cyfrowej instytucjom finansowym, z powstałej symbiozy czerpie również branża IT, która oprócz wsparcia finansowego, otrzyma możliwości rozwoju swoich technologii.

Według Pawła Działaka, CEO Tpay, integratora płatności online, rynek w 2021 roku będzie dążył do unifikacji i łączenia doświadczeń biznesowych. Współpraca Tpay z Bankiem Pekao jest pierwszą tego typu na rynku, ale na pewno nie ostatnią. Docelowo instytucje finansowe będą oferowały klientom biznesowym dodatkowe korzyści z prowadzenia konta. Bramki płatnicze są już w ofercie kilku instytucji finansowych i jest to efekt nawiązanej współpracy ze spółkami technologicznymi.

Paweł Działak dodaje, że kolejną wartością dodaną będzie analityka dostępna z poziomu bankowości elektronicznej lub oferowana wraz z integracją systemu płatności online. W zależności od skali działania operatora, daje ona wgląd w lokalne i globalne wyniki sprzedaży, bez konieczności logowania do zewnętrznych programów analitycznych.

Ewolucja invisible banking

Dzisiejsza bankowość nie jest już miejscem, do którego się udajemy, a usługą, do której mamy dostęp – tu i teraz, z poziomy każdego urządzenia podłączonego do sieci. Po otwarciu konta nie ma potrzeby wizyt w oddziale, ponieważ takie funkcje jak wpłaty, pożyczki, płatności i przelewy można wykonywać bez osobistej interakcji za pośrednictwem urządzeń mobilnych, a dokumenty można podpisać elektronicznie. Aleksander Majchrzak, Prezes Wealthon, dodaje, że technologie cyfrowe i zaawansowana analityka są składowymi, jakie tworzą invisible banking, a samo doświadczenie jest wspierane sztuczną inteligencją (AI) i machine learning. Już na chwilę obecną wirtualni asystenci są integralną częścią codziennego życia konsumentów fintechów i części instytucji bankowych.

W ostatnich latach słyszymy o licznych zmianach i ulepszeniach z zastosowaniem najnowszych technologii. Jednak w centrum zainteresowania do tej pory była bankowość indywidualna, w której powstały innowacyjne rozwiązania na skalę światową, np. BLIK. Po wybuchu pandemii COVID-19 obnażone zostały niedociągnięcia i brak systemowych rozwiązań w bankowości biznesowej i korporacyjnej. Majchrzak dodaje, że do tej pory ten obszar był głównie adresowany przez fintechy, które przecierały drogę systemowym zmianom. Oferowane przez nie technologie, takie jak sztuczna inteligencja czy uczenie maszynowe zapewniają bezpieczne usługi w połączeniu z szybkim dostępem do finansowania biznesowego i integracją z działaniami księgowymi. Invisible banking rozszerza zasięg rozwiązań poza własne kanały i technologie, włączając je do codziennych funkcji zarządzania finansami. W ten sposób zacierają się granice pomiędzy usługami bankowymi a działami księgowymi.

Dzięki ulepszeniom w zakresie zaawansowanej analizy danych, sztucznej inteligencji (AI), urządzeń sterowanych głosem, interfejsu programowania aplikacji (API) i technologii chmury, invisible banking będzie w stanie bezproblemowo zintegrować się z codziennym życiem konsumenta. Będąc ostatecznie dostępnymi „poza urządzeniem”, technologie te umożliwią im dostęp do bankowości, handlu, codziennych informacji i podejmowania decyzji 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu, 365 dni w roku jako wirtualny, osobisty cyfrowy konsjerż. Według raportu opublikowanego przez KPMG, technologie takie jak Siri, Alexa czy Viv umożliwią jeszcze większe zmiany w bankach i bankowości do 2030 roku. Zamiast ukrywać się w aplikacjach, bankowość stanie się całkowicie niewidoczna z perspektywy użytkowników.

Według Artura Pajtkerta, szefa marki CyberFolks w grupie R22, w 2021 r. jedną z najważniejszych technologii mających znaczenie dla konsumentów będzie uczenie maszynowe w kontekście rozpoznawania mowy. Zmieni się m.in. obsługa klienta, będziemy rozmawiać z automatami i botami, dotyczyć to będzie również branży logistycznej. Nastąpi dalszy rozwój paczkomatów, a dzięki Amazon i aliExpress, będzie można jeszcze łatwiej zaplanować dostawę produktów z dowolnych miejsc na świecie. Ekspert dodaje, że spodziewa się digitalizacji dziedzin życia wcześniej zarezerwowanych tylko do offline, m.in. cyfrowych dokumentów typu dowód czy prawo jazdy, biletów dostępnych tylko w formie elektronicznej, rozwoju zdalnej edukacji czy organizowania e-konferencji. Całość będzie wspierać rozwój 5G, który zapewni jeszcze lepszy dostęp do sieci.

Big data i marketing cyfrowy

W 2020 roku koronawirus przyczynił się do dużego wzrostu aktywności online oraz aktywizacji nowych grup użytkowników. Z tego względu w krótkim czasie branża e-commerce odnotowała bardzo dobre wyniki, jakie analitycy przewidywali dopiero po 2022 roku. W efekcie, przeniesienie aktywności do sieci wymusiło na firmach cyfrową transformację, również w branżach, które do tej pory nie miały styczności z tego typu działaniami. Firmy zaczęły intensywną promocję swoich produktów i usług w sieci, co zapoczątkowało ogromne zmiany na rynku reklamowym. W tym, w obszarze marketingu dużych korporacji, które według Jakuba Lebudy, Dyrektor Zarządzający Clipatize, agencji marketingu B2B, coraz częściej decydują się na zmniejszanie realizowanych procesów typu lead generation na rzecz bardziej strategicznie dopracowanych działań o charakterze tzw. Account Based Marketing, które wymagają dokładnego targetowania wybranych odbiorców. Firmy które do tej pory broniły się przed wykorzystywaniem narzędzi cyfrowej komunikacji, ostatecznie – od Nowego Roku, decydują się na digital. Choć plany strategiczne są jeszcze dopracowywane, to kierunki i kanały z pewnością pozostaną już w pełni cyfrowe. Dotyczy to wielu branż, na pewno firm farmaceutycznych, ale także tych, korzystających z wydarzeń targowych i konferencji. Te formaty znikną z rynku przynajmniej do połowy 2021 roku.

Lebuda dodaje, że kampanie marketingowe realizowane dla globalnych marek również zmieniły swój środek ciężkości i zmusiły korporacje do restrukturyzacji, w tym do podjęcia kroków polegających na centralizacji ośrodków świadczących usługi biznesowe oraz marketingowe. Do tej pory, odrębnie traktowane regiony Europy i Bliskiego Wschodu – łączą się i będą prowadzić te same kampanie realizowane na nowych, większych obszarach. Zmiany przeniosły również prace nad planami budżetowymi, które zostaną zaakceptowane ostatecznie z końcem I kw. br, a nie jak zawsze z końcem roku. Jest to odzew na kryzys gospodarczy, który nie oszczędził również dużych korporacji.

Piotr Prajsnar, CEO Cloud Technologies, podkreśla, że w ostatniej dekadzie, gdy globalne PKB wzrastało średnio o 3-6% rocznie, rynek reklam równie dobrze się rozwijał i osiągnął około 646 miliardów USD w 2019 roku. Przed pandemią przewidywano, że wzrośnie do 865 miliardów USD do 2024 roku[1]. Jednak COVID-19 zweryfikował te obliczenia i doprowadził do spadku ogólnych wydatków reklamowych, z wyjątkiem kanału, który wciąż odnotowuje wzrosty – reklamy online, w tym reklamy programmatic, bazującej na anonimowych danych o internautach. Prajsnar dodaje, że w 2020 roku branża marketingowa musiała dostosować się do zmieniających się zachowań konsumentów. Wprowadzone ograniczenia przemieszczania wpłynęły na efektywność działań promocji outdoorowej, a reklamy w kinach skurczyły się niemal natychmiastowo do 0, spadła również liczba reklam w druku. Według Interactive Advertising Bureau prawie jedna czwarta (24%) nabywców mediów, marketerów i marek wstrzymała wydatki do końca drugiego kwartału, podczas gdy 46% wskazało, że zmieniło wydatki na reklamę w tym okresie. W efekcie, media tradycyjne odnotowały spadki przychodów rzędu 20%. Outlety cyfrowe wyszły z tej sytuacji obronną ręką – notując niższą dynamikę wzrostu niż prognozowano, ale nadal generując przychody.

Po kilku miesiącach branża zaczęła się odbudowywać, jednak z naciskiem na internetowe kanały. Wzrosła oglądalność telewizji oraz ekspozycja użytkownika na cyfrowe komunikaty, a społeczeństwo przeniosło się do sfery online i jeszcze częściej korzysta z mediów społecznościowych, usług streamingowych oraz e-sportów. Technologie zaczęły wypełniać lukę po początkowych spadkach obrotów w branży. Według badań IAB wśród kupujących reklamy, wydatki na reklamę na reklamę cyfrową w drugiej połowie roku wzrosły o 13%.

Jest to spowodowane przeniesieniem handlu do internetu, ale również elastycznością jaką dają narzędzia marketingu cyfrowego, które mogą być modyfikowane lub zatrzymane w każdym momencie, w przeciwieństwie do mediów drukowanych. W efekcie, skupienie działań promocyjnych na kanałach cyfrowych wygenerowało wzmożony popyt na anonimowe dane o użytkownikach internetu oraz na usługi analizujące wielkie zbiory danych (big data), m.in. w celu poznania zachowania internautów i wykorzystania tych danych w targetowaniu i optymalizacji kampanii cyfrowych.

Choć pandemia koronawirusa zaburzyła precyzyjne prognozowanie, to popyt na dane rośnie globalnie. Marketerzy potrzebują wysokiej jakości anonimowych informacji o zachowaniach użytkowników do tworzenia i dostarczania spersonalizowanych treści. Dotyczy to głównie rynku programmatic, czyli technologii, służących do automatyzacji zakupu i sprzedaży reklamy w internecie. Cyfryzacja i rozwój technologii przyczyniły się do konsekwentnego rozwoju tej branży od lat, a pandemia do jeszcze dynamiczniejszego, skokowego wzrostu zapotrzebowania. Choć światowy rynek danych od lat rośnie w dwucyfrowym tempie, to według raportu OnAudience: Global Data Market Size, w 2017 roku jego wartość osiągnęła 18,9 USD mld, a w 2021 r. przewiduje się podwojenie jego wartości do poziomu 52,3 USD mld z 26,2% dynamika wzrostu r / r.

Trend potwierdzają wyniki całej branży Big Data, które według analityków wzrosną z 138,9 mld USD w 2020 r. do 229,4 mld USD do 2025 r., przy prognozowanym 10,6%[2] tempie wzrostu. Im większy ruch w sieci, tym więcej danych o użytkownikach, które marketerzy wykorzystują do poznania zachowań internautów i precyzyjnego targetowania reklam na podstawie zainteresowań czy intencji zakupowych.

Gaming podbija światowe rynki

Branża gier w ostatnich latach konsekwentnie rośnie. Szybki wzrost sektora przyciągnął lawinę nowych producentów gier i graczy, a co za tym idzie – coraz szersze grono inwestorów. Ich rosnące zainteresowanie wynika z ciągłego wzrostu globalnej branży, która w zeszłym roku została wyceniona na ponad 150 miliardów dolarów, przy wzroście ok 10% r/r. Jest to historyczny moment kiedy rynek gier po raz pierwszy przewyższył przychód branży muzycznej i wideo razem wziętych, stając się najbardziej lukratywną formą rozrywki. Szacuje się, że przychody z gier mobilnych w 2020 roku osiągną 77,2 miliardów dolarów (13,3% wzrost w porównaniu do roku 2019), co stanowi ponad 50% prognozowanej wartości całego gamingowego sektora, którego przychody przewidywane są na 165 miliardów dolarów. Z kolei do roku 2023 przewidywana wartość rynku gier mobilnych wycenia się na ponad 100 miliardów dolarów. To pokazuje, że gry mobilne w ciągu ostatnich dwóch dekad konsekwentnie zyskują na wartości, a trend z każdym miesiącem nabiera rozpędu.

Według Jakuba Sitarza, Prezesa Venture INC, ostatnie lata pokazały, że gaming wkracza w nową erę rozwoju. Gry wyszły poza konsole i PC, a popularność zyskały gry wieloplatformowe, takie jak PUBG lub Fortnite, rozwinęły się również usługi gamingowe w chmurze oparte na subskrypcji, takie jak GeForce Now, czy Google Stadia, a gry mobilne stały się najszybciej rozwijającym segmentem gier. W efekcie, przyciągnęło to inwestorów, w szczególności zainteresowanych symulatorami i grami, które generują już przychody. W zeszłym roku Venture INC zainwestował w dwie spółki gamingowe: Exit Plan Games i Pixel Perfect Dude, która wyprodukowała Ski Jump i #DRIVE. Jej dotychczasowy sukces, wysoki potencjał i plany rozwoju wskazują kierunek, w którym zmierza branża.

[1] eMarketer, Accenter report

[2] Raport MarketsandMarkets™ – Big Data Market by Component, Deployment Mode, Organization Size, Business Function (Operations, Finance, and Marketing and Sales), Industry Vertical (BFSI, Manufacturing, and Healthcare and Life Sciences), and Region – Global Forecast to 2025″

Szczecin atrakcyjnym kierunkiem dla inwestorów

Liczne atuty sprawiają, że Szczecin jest nie tylko miastem przyjaznym do życia, lecz także atrakcyjnym wyborem pod względem biznesowym. Coraz częściej region ten doceniają inwestorzy poszukujący nowych lokalizacji pod inwestycje magazynowe i biurowe. Colliers International we współpracy z Agencją Rozwoju Metropolii Szczecińskiej opublikowali raport pt. „Kurs na Szczecin”, w którym przeanalizowali stan oraz perspektywy rozwoju rynku nieruchomości biurowych i magazynowych w stolicy województwa zachodniopomorskiego. W publikacji wskazano także, na jaką pomoc ze strony ARMS mogą liczyć potencjalni inwestorzy zainteresowani regionem.

Co przyciąga inwestorów?

Na dużą atrakcyjność Szczecina pod kątem inwestycyjnym wpływ mają przede wszystkim jego lokalizacja oraz rozbudowana i korzystna sieć połączeń komunikacyjnych, zarówno tych o charakterze krajowym, jak i międzynarodowym.

– Szczecin zapewnia wygodny transport drogowy, kolejowy, lotniczy, a także morski, co stanowi unikalną wartość w skali kraju, w szczególności dla firm z branży logistycznej czy e-commerce. Rozwinięta sieć dróg, lotnisko w Goleniowie oddalone zaledwie 33 km od centrum miasta, Port Szczecin, który wraz ze Świnoujściem tworzą jeden z największych kompleksów portowych w tej części Europy, umożliwiają sprawny transport towarów zarówno do innych regionów Polski, jak i za granicę – mówi Maciej Chmielewski, senior partner, dyrektor Działu Powierzchni Logistycznych i Przemysłowych w Colliers International.

Istotnym atutem Szczecina w oczach inwestorów jest również położenie miasta na obszarze dwóch Specjalnych Stref Ekonomicznych: Podstrefy Szczecin Specjalnej Strefy Ekonomicznej Euro-Park Mielec oraz Kostrzyńsko-Słubickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej, funkcjonujących w ramach Polskiej Strefy Inwestycji. Pierwsza z nich oferuje już przygotowane pod zabudowę przemysłową tereny inwestycyjne oraz specjalne ulgi i dofinansowania szkoleń pracowników dla przedsiębiorców chętnych do rozpoczęcia działalności w tym regionie.

Pomoc w rozwoju biznesu w największym mieście Pomorza Zachodniego firmy mogą uzyskać również od Szczecińskiego Funduszu Pożyczkowego oraz Agencji Rozwoju Metropolii Szczecińskiej (ARMS).

– Rolą Agencji Rozwoju Metropolii Szczecińskiej jest wspieranie inwestorów i tworzenie sprzyjającego im środowiska biznesowego – mówi Marek Kubik, prezes ARMS. – W tym celu uruchomiliśmy szeroki wachlarz usług, takich jak pomoc w poszukiwaniu odpowiednich nieruchomości, przyszłych pracowników czy udzielanie poręczeń. Nasze wsparcie umożliwia firmom szybkie zaaklimatyzowanie się na lokalnym rynku i rozwiązuje wiele problemów.

Szczeciński rynek biurowy w rozkwicie

Rynek nowoczesnych nieruchomości biurowych w Szczecinie jest na relatywnie wczesnym etapie rozwoju, a podaż charakteryzuje się zauważalną cyklicznością, która sprawia, że nowe przestrzenie zyskują odpowiedni czas na absorbcję. Na koniec III kw. 2020 r. do dyspozycji najemców pozostawało tu 185 tys. mkw. powierzchni biurowej w ramach 38 istniejących inwestycji, z czego 7 oddano do użytku w ostatnich trzech latach. Rekordową podażą odznaczył się rok 2019 – zakończono wówczas budowę 5 projektów, dzięki czemu na lokalny rynek biurowy trafiło 21,3 tys. mkw. Do największych szczecińskich biurowców o powierzchni przekraczającej 10 tys. mkw. zaliczają się Posejdon (18 070 mkw.), PAZIM (14 700 mkw.), Oxygen (13 130 mkw.), Lastadia Office (11 530 mkw.) oraz Baltic Business Park C (10 850 mkw.).

– Za większość projektów na szczecińskim rynku biurowym odpowiadają deweloperzy lokalni, tj. Alsecco, Koncepta, Realkapital i SGI Baltis. Na realizację pojedynczych inwestycji decydują się również ogólnokrajowi gracze, tacy jak Echo Investment czy White Stone Development. Zdecydowana większość powierzchni biurowej, bo aż 80%, zlokalizowana jest w centrum miasta. Na znaczeniu zyskuje jednak również południowo-zachodnia część Szczecina – Gumieńce, gdzie w ostatnich latach oddano do użytku duże projekty biurowe, takie jak Cukrowa Office oraz Szczecin Business Plaza – mówi Dominika Jędrak, dyrektor Działu Doradztwa i Badań Rynku w Colliers International.

Szczecin stanowi jeden z głównych ośrodków nowoczesnych usług dla biznesu w Polsce. Wg szacunków ABSL tylko w ostatnich 3 latach wzrost zatrudnienia w tym sektorze wyniósł tu 47%, a sama branża odpowiada za 22% wynajętej powierzchni biurowej. Zdecydowanym liderem wśród najemców jest jednak sektor IT i Telekomunikacji, którego udział w wolumenie w 2019 r. wyniósł 46%. Na decyzję o lokalizacji swoich centrów outsourcingowych (BPO/SSC) oraz siedzib w Szczecinie zdecydowały się m.in. Asseco Data Systems, Mobica czy TietoEVRY.

– W ubiegłych latach zauważyliśmy rosnący popyt na powierzchnie biurowe, co miało odzwierciedlenie w rosnącej podaży projektów. Przewidujemy, że trend ten zostanie podtrzymany, a miasto będzie jeszcze zyskiwać na znaczeniu wśród inwestorów z sektora BPO/SSC, którzy doceniają relatywnie małe wahania czynszu oraz dostęp do wykwalifikowanej kadry pracowniczej – mówi Sebastian Bedekier, partner i dyrektor regionalny w Colliers International.

Duży potencjał magazynów

Rynek nowoczesnych powierzchni magazynowych w Szczecinie uznaje się za stosunkowo młody, z obiecującymi perspektywami rozwoju. Deweloperzy już zauważyli potencjał regionu i inwestują tu w duże i mniejsze parki magazynowe, samodzielne obiekty typu BTS, a także małe magazyny miejskie.

– Obserwujemy wzrost zainteresowania zwłaszcza tym ostatnim typem powierzchni, w szczególności w kontekście last mile delivery i mniejszych firm z branży e-commerce – mówi Dominika Jędrak.

Na koniec III kwartału 2020 r. całkowita podaż nowoczesnej powierzchni magazynowej w Szczecinie osiągnęła poziom 762 tys. mkw., plasując region na 7. miejscu spośród 11 głównych rynków magazynowych w Polsce. W ciągu trzech pierwszych kwartałów 2020 roku na rynek dostarczono 34,8 tys. mkw. dzięki ukończeniu kolejnych etapów projektu Panattoni Park Szczecin I (Załom). Zgodnie ze stanem na koniec września, w trakcie realizacji znajdowały się projekty 7R Logistics (BTS o powierzchni 30,1 tys. mkw.) oraz debiutującej na szczecińskim rynku firmy Hillwood (4,9 tys. mkw), a także kolejne etapy Panattoni Park Szczecin Goleniów (9,9 tys. mkw.) i Exeter Park Szczecin II (19,6 tys. mkw.). 65% powstającej powierzchni zostało zabezpieczone umowami najmu. W planach na 2021 r. pozostają inwestycje takie, jak: 7R Park Szczecin (60,2 tys. mkw.), dalsze etapy Panattoni Park Szczecin Goleniów (39,9 tys. mkw.) czy Panattoni Park Szczecin I (42,1 tys. mkw.).

Wysoka podaż powierzchni magazynowej idzie w parze z dużym popytem wśród najemców.

– Szczecin wyróżnia się niskim w skali kraju współczynnikiem pustostanów (0,7%). Wśród największych firm, które ulokowały tu swoją działalność znajdują się Amazon ze swoim centrum e-commerce oraz Zalando z centrum dystrybucyjnym. Na najem powierzchni w szczecińskich parkach magazynowych zdecydowały się także m.in. DHL, Rhenus, Momox, Mycs, IKEA, Carlsberg, InPost, AUTODOC Logistics, IQ Metal czy grupa KION. Największy udział w strukturze najmu mają branże 3PL, lekka produkcja oraz e-commerce, które w 2018 r. odpowiadały kolejno za 16%, 13% i 12% wynajętej powierzchni magazynowej – podaje Maciej Chmielewski.

Biorąc pod uwagę aktualne plany deweloperów, można przewidywać, że całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni magazynowej w Szczecinie pod koniec 2022 r. osiągną poziom 1,09 mln mkw., jednak niepewna sytuacja na rynku związana z pandemią może spowodować, że realizacja niektórych projektów opóźni się. Nie wpłynie to jednak na wzrost zainteresowania Szczecinem zarówno wśród deweloperów, jak i najemców.

Europejski Zielony Ład – działania UE na rzecz ochrony klimatu na tle innych krajów

Przedstawiciele Komisji Europejskiej oraz politycy państw członkowskich UE lubią mówić o unijnej polityce klimatycznej jako o niekwestionowanym drogowskazie dla świata w dążeniu do powstrzymania zmian klimatu, tj. osiągnięcia celów Ramowej Konwencji Narodów Zjednoczonych ds. Zmian Klimatu (UNFCCC, 1992) i Porozumienia paryskiego (Paris Agreement, 2015). Jednak czy faktycznie można uznać Unię Europejską za światowego lidera w działaniach na rzecz klimatu? Na to pytanie stara się odpowiedzieć dr Marzena Chodor, ekspertka Krajowego Ośrodka Bilansowania i Zarządzania Emisjami Instytutu Ochrony Środowiska – Państwowego Instytutu Badawczego.

Zaplanowany z rozmachem Europejski Zielony Ład (ang. European Green Deal), który został zapowiedziany we wrześniu 2019 r. tuż po wyborze nowej szefowej Komisji Europejskiej, Ursuli von der Leyen i ogłoszony w grudniu 2019 r., zakłada zwiększenie ambicji działań UE na rzecz ochrony klimatu poprzez przyjęcie rozwiązań legislacyjnych i wdrażających je środków, w tym wielkich nakładów finansowych. Dzięki nim Europa do 2050 r. ma stać się kontynentem neutralnym dla klimatu. Neutralność klimatyczna nie jest jednak wyłącznym celem Europejskiego Zielonego Ładu. Celem politycznym jest utrzymanie i wzmocnienie przez UE jej globalnego przywództwa w walce o powstrzymanie zmian klimatu[1].

Właściwie od początku międzynarodowych negocjacji, których celem jest wspólne, globalne przeciwdziałanie zagrożeniom związanym z antropogenicznymi zmianami klimatu, państwa członkowskie i reprezentujące je instytucje energicznie podkreślały na forum międzynarodowym, konieczność podjęcia wspólnych działań na rzecz ograniczenia globalnego ocieplenia i zminimalizowania skutków zmian klimatu. UE intensywnie prowadzi tak zwaną dyplomację klimatyczną (ang. climate diplomacy) wobec państw trzecich, a przewodnictwo w międzynarodowych działaniach na rzecz ochrony klimatu i aspiracje do bycia liderem w tej dziedzinie jest jednym z filarów wspólnej polityki zagranicznej UE. Zgodnie z tym paradygmatem, UE była głównym promotorem ambicji, która doprowadziła do przyjęcia przez strony UNFCCC pierwszej międzynarodowej umowy, w której część państw rozwiniętych zobowiązała się do realizacji określonych celów redukcji emisji gazów cieplarnianych QERLO (ang. Quantified Emission Limitation and Reduction Objectives) w pierwszym okresie rozliczeniowym (w latach 2008-2012), czyli Protokołu z Kioto (PzK[2]), a następnie, dzięki wysiłkom swojej dyplomacji doprowadziła do wejścia w życie protokołu w lutym 2005 r.[3] Jaki jest więc rzeczywisty wpływ działań podejmowanych przez UE w obszarze polityki klimatycznej na działania podejmowane przez inne państwa oraz inne podmioty? Jednym z przywoływanych osiągnięć unijnych jest system handlu uprawnieniami do emisji CO2 (EU ETS), funkcjonujący od 2005 r., który obejmuje emisje z ponad 11 tys. instalacji w krajach członkowskich UE oraz Norwegii, Islandii i Liechtensteinie. EU ETS jest największym rynkiem CO2 na świecie i obejmuje ok. 45% unijnych emisji CO2, pochodzących z produkcji energii, stali, aluminium, cementu, szkła, papieru, ceramiki, oraz sektora chemicznego i rafinerii, a od 2012 r. także emisji z transportu lotniczego wewnątrz UE.

UE eksportuje swój know-how w zakresie funkcjonowania systemu handlu uprawnieniami do emisji do krajów rozwijających się, w tym do Chin, a także do państw tzw. bliskiego sąsiedztwa, zwłaszcza państw stowarzyszonych, które zobowiązały się do wdrożenia elementów EU ETS. Deklarowanym celem UE jest przekonanie innych państw za pośrednictwem dyplomacji klimatycznej, umów bilateralnych, w tym umów stowarzyszeniowych i poprzez przekazywane wsparcie w postaci budowania potencjału, do objęcia emisji CO2 z produkcji energii i przemysłu podobnymi do unijnego systemami handlu uprawnieniami do emisji, które następnie połączyłyby się, ostatecznie prowadząc do powstania globalnego rynku uprawnień do emisji CO2[4]. Pierwszy sukces UE w tym obszarze został osiągnięty 1 stycznia 2020 r., kiedy to weszła w życie umowa o połączeniu systemu handlu uprawnieniami Szwajcarii z EU ETS[5]. Jednakże w związku z tzw. brexitem 1000 brytyjskich instalacji i 140 operatorów statków powietrznych administrowanych przez Brytyjczyków pozostało w unijnym ETS jedynie do 1 stycznia 2021 r., co przyćmiewa nieco stosunkowo skromny sukces pierwszego połączenia dwóch ETS.

Działania UE na rzecz ochrony klimatu na tle innych krajów

Program Środowiskowy  ONZ wskazuje, że państwa członkowskie UE są w mniejszości państw należących do grupy G-20, które w 2020 r. dotrzymają dobrowolnych zobowiązań przyjętych dziesięć lat temu podczas Konferencji COP 16 w Cancun. Dlatego też, choć jako grupa państwa G-20 osiągną zadeklarowane tam cele redukcyjne z nadwyżką ok. 1 Gt CO2e rocznie, to będzie to zasługa przede wszystkim UE. Nie tylko państwa takie jak Turcja, Argentyna i Arabia Saudyjska nie podjęły w Cancun żadnych zobowiązań, ale zobowiązania kilku innych państw, w tym Australii były niewystarczające. Jak przewiduje UNEP, szereg państw należących do grupy G-20, które zadeklarowały w Cancun redukcje emisji do 2020 r., w tym Kanada, Meksyk, Korea Południowa, Indonezja, USA i RPA nie wywiążą się ze zgłoszonych przez siebie celów. W opinii UNEP, UE jest zatem w mniejszości pod względem działań na rzecz ochrony klimatu, aczkolwiek nawet działania UE nie są wystarczające.

Porozumienie paryskie nie zobowiązuje państw do jednakowych wysiłków w dążeniu do osiągnięcia celów porozumienia. Krajowe wkłady państw (NDCs) mają odzwierciedlać ich możliwości i kwestie tego, co jest godziwe (ang. equity), uwzględniając ich uwarunkowania (ang. national circumstances). Państwa same też decydują o ambicji podejmowanych przez siebie działań. Aktualna skumulowana globalna ambicja stron Porozumienia paryskiego jest niewystarczająca.

Co z Chinami i ich neutralnością pod względem emisji CO2?

Ogromny entuzjazm wzbudziła, upubliczniona pod koniec września 2020 r. zapowiedź Chin, że planują one osiągnięcie zeroemisyjności w 2060 r. Chińskie emisje gazów cieplarnianych miałyby osiągnąć szczytowy pułap w 2030 r., by spaść do zera w ciągu kolejnych 30 lat. Warto przy okazji przypomnieć, że osiągnięcie statusu największego światowego emitenta zajęło Chinom również około 30 lat. Dotrzymanie tej obietnicy oznaczałoby możliwość ograniczenia wzrostu globalnej średniej temperatury do końca stulecia do kolejne 0,3 do 0,2 stopnia Celsjusza. Nie mniej, przez najbliższych 10 lat emisje Chin miałyby nadal rosnąć, walnie przyczyniając się do pogłębienia kryzysu klimatycznego. Nawet przy założeniu, że istotnie od 2031 roku chińskie emisje będą spadać, by osiągnąć wspólnie temperaturowy cel Porozumienia paryskiego, jego strony będą musiały wypełnić lukę redukcyjną równoważną powstrzymaniu wzrostu temperatury globalnej o brakujące 1,5 stopnia. Spadek emisji CO2 związany z ograniczeniem antropogenicznych emisji gazów cieplarnianych w okresie pandemii COVID-19 jest z natury spadkiem przejściowym. Mimo iż wiele państw zapowiada działania zmierzające do ograniczenia emisji gazów cieplarnianych po zakończeniu pandemii, starania te, wobec stałego wzrostu zapotrzebowania na energię i dążenia rządów poszczególnych państw do wzrostu PKB w oparciu o dotychczasową strukturę przemysłu i gospodarki wydają się z góry skazane na niepowodzenie. Radykalne zmiany wymagają czasu, a tego, jeśli wierzyć prognozom IPCC, nie ma. Zatrzymanie wzrostu średniej globalnej temperatury na poziomie 1,5 stopnia Celsjusza wymaga zmniejszenia o połowę poziomu obecnych globalnych emisji jeszcze przed 2030 r., czyli w ciągu najbliższych 10 lat. Natomiast do 2050 r. globalne emisje CO2 netto muszą spaść do zera[6]. A zatem, mimo obecnej kampanii ONZ promującej wzrost ambicji działań klimatycznych pod hasłem „Race to Zero” (wyścig do zera) cel 1,5 stopnia jest praktycznie nieosiągalny.

Czy uda się zrealizować postanowienia Porozumienia paryskiego?

Dotychczasowe działania i wcześniejsze deklaracje państw-stron Porozumienia paryskiego nie napawają optymizmem. Do końca 2019 r. 37 państw będących stronami porozumienia i wspólnie odpowiadających za 12% obecnych globalnych emisji gazów cieplarnianych zadeklarowało zamiar zaktualizowania swoich NDCs do 2020 r. W grupie tych państw znalazła się UE[7]. Dalsze 108 państw, odpowiedzialnych za 15,1% emisji globalnych zapowiedziało zamiar zwiększenia ambicji lub ambicji poszczególnych działań w swoich NDC w 2020 r. Pozostałych 39 państw – sygnatariuszy Porozumienia paryskiego, które złożyły w 2015 r. (I)NDC[8] przed wejściem porozumienia w życie, (i wśród których znajduje się kilku bardzo dużych emitentów) nie zadeklarowało formalnie zamiaru aktualizacji bądź zwiększenia ambicji NDCs w 2020 roku, przed rozpoczęciem wdrażania porozumienia 1 stycznia 2021 r. Nie oznacza to, że państwa te nie złożą nowych, zaktualizowanych lub ambitniejszych wersji swoich NDCs. Wyjątkiem są Stany Zjednoczone, które za rządów prezydenta Trumpa wycofały się z porozumienia oraz te państwa, które zadeklarowały, że ambicji nie zwiększą: Australia, Japonia, Nowa Zelandia, Singapur, Indonezja, Rosja i Turcja. Do końca września 2020 r. Sekretariat UNFCCC otrzymał zgłoszenia odnoszące się do aktualizacji zaledwie 13 NDCs[9]. Kilka kolejnych państw, w tym Laos, Gruzja i Mongolia, zapowiedziały formalnie złożenie nowych, bardziej ambitnych NDCs. Pozostałe państwa nie złożyły jeszcze nowych deklaracji w sprawie aktualizacji NDCs, ani też nowych wersji swoich zobowiązań.[10] UNDP, które wspiera w ramach swojego programu Climate Promise (dosł. Obietnica klimatyczna) 114 państw rozwijających się zakłada, że większość zgłoszeń zawierających zaktualizowane NDCs zostanie przekazana do Sekretariatu UNFCCC w 2021 roku. W każdym razie przed planowanym obecnie pod koniec przyszłego roku COP.26 w Glasgow. Osiągnięcie poziomu zerowych emisji netto gazów cieplarnianych[11] w 2050 r. stało się celem, do którego osiągnięcia zobowiązało się szereg państw, zarówno rozwiniętych jak i niektórych rozwijających się takich, jak  Wielka Brytania, Japonia  oraz Chile, Meksyk czy ostatnio Korea Południowa. W grudniu 2019 r. Rada Europejska przyjęła cel zerowych emisji netto dla całej UE, z wyjątkiem Polski, która otrzyma więcej czasu na jego osiągnięcie. Cel ten jest zgodny z założeniami Europejskiego Zielonego Ładu, który przewiduje, że w 2050 r. emisje całej UE spadną do poziomu zero netto. Po 2050 r. pochłanianie w UE powinno nadal przeważać nad emisjami gazów cieplarnianych, co jest uzasadnione przez zjawisko pozostawania gazów cieplarnianych w atmosferze i utrzymywanie się skumulowanych efektów emisji przez wiele lat.

We wrześniu 2020 r., w orędziu o stanie UE wygłoszonym w Parlamencie Europejskim, Ursula von der Leyen zaproponowała ograniczenie emisji o co najmniej 55% do 2030 r. Propozycję tę przebił Parlament Europejski, głosując 6 października 2020 r. za redukcją emisji do 2030 roku o 60% w odniesieniu do poziomu z 1990 roku. W rezultacie długich negocjacji  w dniu 11 grudnia 2020 r. na forum Rady Europejskiej r. przyjęto cel zakładający ograniczenie w UE emisji netto gazów cieplarnianych do roku 2030, o co najmniej 55% w porównaniu z poziomem z roku 1990. Czy jednak przykład Unii Europejskiej wystarczy, by pozostałe strony porozumienia stanęły na wysokości zadania?

Jedno oko na USA, drugie na… Chiny

Wiemy już, że kilka państw, w tym duże państwa rozwinięte lub państwa mające stosunkowo duży udział w globalnych emisjach: Japonia, Rosja i Australia nie zwiększą ambicji swoich pierwszych NDCs lub, w jednym przypadku (USA) być może nawet wycofają się z porozumienia, choć pozostaną stroną konwencji, o czym przekonamy się po 20 stycznia 2021 r. po zaprzysiężeniu nowego prezydenta USA. W związku z narastającą rywalizacją USA-Chiny, zadeklarowanie przez największego emitenta na świecie zamiaru osiągnięcia zeroemisyjności w 2060 roku byłoby bodźcem do zgłoszenia ambitnego wkładu do porozumienia. Ścieżka dojścia Chin do tego celu nie jest jednak powodem do wielkiego optymizmu. Wprawdzie w Chinach rośnie poziom wykorzystania energii odnawialnej i zainstalowana moc OZE, ale jednocześnie niestety rośnie stale zużycie paliw kopalnych.

Obecnie udział Chin w globalnych antropogenicznych emisjach gazów cieplarnianych jest oceniany na ok. 27% (bez uwzględnienia sektora LULUCF) i kontynuacja tego trendu do 2030 roku znacznie zwiększy skumulowaną lukę w ambicjach stron porozumienia a poziomem redukcji, jaki powinien zostać osiągnięty wspólnie przez wszystkie strony porozumienia. Pierwszy krajowy wkład Chin do Porozumienia paryskiego oceniany jest jako zupełnie niewystarczający przez Climate Action Tracker[12]. Poza tym, odwrotnie niż UE, Chiny inwestują w rozwój energetyki opartej na węglu zagranicą, generując w ten sposób dodatkowy wzrost poziomu globalnych emisji. (w sumie 102 GW zainstalowanej mocy)[13]. Jeśli uwzględnimy motywowane doraźnym interesem gospodarczym niskie zaangażowanie w realizację celów Porozumienia paryskiego kilku innych bogatych państw, trudno oczekiwać mobilizacji pozostałych emitentów, nie wspominając o mniejszym znaczeniu ich wysiłków redukcyjnych, skoro emisje największych emitentów będą nadal rosły. Dlatego też proponowany przez UE mechanizm granicznego opodatkowania importu emisji CO2 ma sens, i to podwójny.

Zwolennicy przywództwa UE w światowym wyścigu do zeroemisyjności otrzymali 26 października 2020 r. prezent od nowego rządu Japonii, który zapowiedział osiągnięcie przez jego kraj zeroemisyjności w 2050 roku, wskazując na przykład UE. Tuż po Japonii osiągnięcie tego celu w 2050 roku obiecała światu Korea Południowa. Czy będzie więcej takich deklaracji i czy nie na deklaracjach się skończy? Wiele zależy od efektywności procesu cyklicznej aktualizacji NDCs w połączeniu z okresowym globalnym podsumowaniem działań stron. Jedno jest pewne, działania wyłącznie ze strony krajów członkowskich UE w skali globalnej będą niewystarczające.

[1] Tezy takie postawiła przewodnicząca Komisji Ursula von der Leyen między innymi w swoim wystąpieniu w Madrycie podczas COP.25 w dniu 2 grudnia 2019 r., https://ec.europa.eu/commission/presscorner/detail/en/SPEECH_19_6651

[2] Protokół z Kioto (1997) był pierwszym międzynarodowym układem, w ramach którego część państw rozwiniętych, będących stronami UNFCCC przyjęła zobowiązania redukcyjne, realizowane w latach 2008-2012 (I okres rozliczeniowy) oraz 2013-2020 (II okres rozliczeniowy). Państwa, które przyjęły zobowiązania redukcyjne wymienione są w Załączniku B do protokołu. Aby ułatwić stronom, które przyjęły zobowiązania ich realizację, oraz wesprzeć wdrażanie projektów redukcji emisji w krajach rozwijających się, uzgodniono powstanie Mechanizmu czystego rozwoju (Clean Development Mechanism, CDM), którego odpowiednikiem dla państw rozwiniętych, przede wszystkim dla tzw. gospodarek w trakcie przemian (Economies in Transition) był Mechanizm Wspólnych Wdrożeń (Joint Implementation, JI). Więcej informacji: https://unfccc.int/process/the-kyoto-protocol/mechanisms

[3] J. Vogler, EU Policy on Global Climate Change: The Negotiation of Burden-Sharing, „Making EU Foreign Policy. National Preferences, European Norms and COmmon Policie”, red. D. C. Thomas, Palgrave Macmillan 2011 r. ss. 150-173.

[4] Linking Emissions Trading Schemes. ICAP, 2015 r.

[5] Rozmowy o połączeniu się unijnego ETS z systemem handlu emisjami funkcjonującym w Szwajcarii rozpoczęły się w 2009 r.

[6] Zalecenie IPCC SR 1.5.

[7] UE złożyła aktualizację swojego NDCs w dniu 18.12.2020 r. https://www4.unfccc.int/sites/ndcstaging/Pages/Party.aspx?party=EUU&prototype=1

[8] Intended Nationally Determined Contributions (INDCs) były propozycjami wkładów Stron do Porozumienia paryskiego, które zostały zgłoszone przed wejściem PP w życie (4.11.2016 r.) po wejściu porozumienia w życie, INDCs stały się wkładami do porozumienia, NDCs (Nationally Determined Contributions).

[9] https://climateactiontracker.org/climate-target-update-tracker/

[10] Rejestr NDC znajduje się na stronie: https://www4.unfccc.int/sites/ndcstaging/Pages/LatestSubmissions.aspx

[11] Emisje antropogenicznych gazów cieplarnianych osiągną poziom zero netto dopiero wówczas, gdy wszystkie niemożliwe do uniknięcia pozostałości antropogenicznych emisji zostaną zbilansowane poprzez pochłanianie (przez lasy i szatę roślinną) lub przemysłowy proces przechwytywania i składowania CO2, czyli CCS (Carbon Capture and Storage).

[12] Climate Action Tracker jest przedsięwzięciem Climate Analitics i New Climate Institute, przy współpracy Potsdam Institute for Climate Impact Research: https://climateactiontracker.org/countries/china/

[13] W rozwój energetyki opartej na węglu zagranicą inwestują też Japonia, Korea Południowa i Australia, która swój węgiel eksportuje głównie, choć nie wyłącznie, do Chin. Por. https://climateactiontracker.org/countries/china/

Odcinkowy pomiar prędkości już niebawem zacznie funkcjonować na budowanej autostradzie A1

Urządzenia pomiarowe będą pracowały na wszystkich odcinkach budowanej autostrady A1, gdzie ruch po nowej betonowej jezdni odbywa się w układzie 2+2, czyli po dwa pasy w obu kierunkach. Na obu odcinkach będzie obowiązywało ograniczenie prędkości do 70 km/h.

Oznacza to, że wyznaczone zostały dwa odcinki pomiarowe. Pierwszy od Tuszyna do Piotrkowa Trybunalskiego o długości blisko 16 km. Na tym odcinku pomiar prędkości zostanie uruchomiony w najbliższą środę (20 stycznia). Drugi odcinek od Kamieńska aż do początku obwodnicy Częstochowy ma niemal 41 km długości. W tym przypadku pomiar rozpocznie pracę dwa dni później, czyli w najbliższy piątek (22 stycznia). Oznacza to, że łącznie pomiarem zostanie objętych blisko 57 km budowanej autostrady A1.

To bezprecedensowe rozwiązanie, które nigdy wcześniej nie było stosowane na budowie drogi. Ze względów bezpieczeństwa wprowadza je Inspekcja Transportu Drogowego na wniosek GDDKiA i wykonawców. Powodem były nagminne i bardzo znaczące przekroczenia przez kierowców obowiązującej prędkości jazdy. W niektórych przypadkach przekraczano ją nawet trzykrotnie!

Wprowadzone rozwiązanie uspokoi i upłynni jazdę, ale przede wszystkim poprawi bezpieczeństwo zarówno uczestników ruchu, jak i pracowników budowy. Z obserwacji wynika, że wielu kierowców zapomina, że porusza się po placu budowy, na którym warunkowo dopuszczony jest ruch samochodów z ograniczeniem prędkości. Cała budowa autostrady A1 między Tuszynem w woj. łódzkim a Częstochową w woj. śląskim jest realizowana „pod ruchem”. Oznacza to, że na jednej jezdni trwają prace, a na drugiej odbywa się ruch samochodowy.

Wprowadzane rozwiązanie będzie obowiązywało do chwili oddania do użytkowania gotowych, w pełni funkcjonalnych fragmentów autostrady A1 o dwóch jezdniach po trzy pasy ruchu każda, co nastąpi jesienią tego roku.
Ograniczenia prędkości obowiązują również na 25-kilometrowym odcinku między Piotrkowem Trybunalskim i Kamieńskiem, gdzie z końcem ubiegłego roku przeniesiono ruch na początkowe cztery kilometry nowej betonowej jezdni. Kierowcy na tym fragmencie mają po jednym pasie ruchu, a na pozostałej części jeden pas w kierunku Piotrkowa Trybunalskiego i dwa pasy w kierunku Katowic (w obrębie niektórych obiektów jest po jednym pasie ruchu).

Jeszcze w tym roku gotowe będą trzy z pięciu budowanych odcinków autostrady A1: Tuszyn – Piotrków Trybunalski, Kamieńsk – Radomsko i Radomsko – granica woj. łódzkiego i śląskiego o łącznej długości niemal 40 km. Cały realizowany fragment autostrady A1 od Tuszyna w woj. łódzkim do Częstochowy w woj. śląskim będzie gotowy w przyszłym roku. Wtedy na odcinku blisko 81 km kierowcy będą mieli do dyspozycji dwie szerokie betonowe jezdnie po trzy pasy w obu kierunkach.

Dobra passa dolara trwa

Amerykańska waluta odbija sobie straty wywołane niepewnością polityczną. Dzieje się to nawet pomimo obiektywnie słabszych danych makroekonomicznych, które raczej powinny USD przeszkadzać niż pomagać.

Dolar umacnia się mimo danych

Inwestorzy wyczekiwali od dawna sygnału do realizacji zysków na dolarze. Dane makroekonomiczne jednak cały czas wskazywały na słabszą sytuację. W rezultacie obecne dane (które są wciąż słabe, ale nie tak słabe jak jeszcze miesiąc temu) powodują, że dzięki korzystnym sygnałom z polityki dolar może odzyskać część wartości. Było to doskonale widać w piątek, kiedy gorzej od oczekiwań wypadła zarówno sprzedaż detaliczna, indeks NY Empire State oraz raport Uniwersytetu Michigan. Lepiej wypadła za to produkcja przemysłowa i co często się z tym łączy wykorzystanie mocy produkcyjnych. W rezultacie umacniania się dolara jest on najdroższy względem złotego od końca listopada.

Dane z Chin

Dane makroekonomiczne z Państwa Środka wracają do normy. Norma w ostatnich latach to wartości z przedziału 6% do 7%, optymalnie 6,5%. Właśnie tyle zaprezentował nam tamtejszy urząd statystyczny. Partia zaplanowała, a regiony zrealizowały. Po raz kolejny się udało. Nie zmienia to faktu, że kontrola innych wskaźników nie jest już taka prosta i produkcja przemysłowa rośnie ponownie szybciej od sprzedaży detalicznej. Dodatkowo produkcja przewyższa oczekiwania, a sprzedaż jest poniżej. Pokazuje to, że przedkryzysowy plan Chin przeniesienia ciężaru gospodarki z eksportu na konsumpcję krajową się oddala.

Dane z Japonii

W nocy oprócz danych z Chin opublikowano również produkcję przemysłową z Japonii. Spada ona o 3,9% w skali roku, co jest wynikiem słabszym od oczekiwań o 0,5%. Pomimo słabszego odczytu jen utrzymuje wartość, a nawet się delikatnie umacnia względem głównych walut.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Czy praca zdalna stanie się naszą codziennością? Wyniki badania EY Polska

Badanie EY Polska: Spośród firm, które stosują rozwiązania pracy zdalnej, żadna nie chce przejść w pełni na ten model po zakończeniu pandemii.

Jak wynika z badania przeprowadzonego przez EY Polska wśród firm, które przynajmniej częściowo stosują obecnie rozwiązania pracy zdalnej, przejścia w pełnym wymiarze na ten model pracy nie planuje żadna spośród nich. Prawie połowa badanych (49%) jeszcze nie wie jaki wymiar pracy zdalnej będzie stosować, 15% planuje utrzymanie pracy zdalnej przez 2 dni w tygodniu. Pracy zdalnej w żadnym wymiarze czasowym nie zamierza z kolei kontynuować 7% badanych firm.

Wszystko to ma to silny wpływ na decyzje biznesowe, m.in. na stan zatrudnienia, wielkość powierzchni biurowej, efektywności pracowników, wydatki na BHP i dostosowanie do wymogów prawnych.

Wątpliwości co do kontynuowania pracy zdalnej, mogą się wiązać też z problemami rzetelnej oceny jej efektywności. Zdecydowana większość respondentów (63%), oceniła efektywność pracy zdalnej jako bardzo różną w zależności od działu bądź indywidualnych predyspozycji pracownika. Co ciekawe, tylko około 20 % badanych firm opiera powyższe oceny o rzeczywiste mierniki efektywności, monitorując KPI i porównując je do wyników sprzed pandemii. Większość firm opiera swoje oceny na opinii pozyskanej od managerów (40 %) lub pracowników. Natomiast aż 35 proc. firm nie monitoruje aktualnie efektywności pracowników w żaden sposób.

– Choć w ostatnich miesiącach praca poza biurem stała się codziennością dla wielu firm, to jest ona wciąż wyzwaniem nie tylko organizacyjnym i prawnym (czekamy na uregulowanie jej odpowiednimi przepisami), ale także biznesowym. Firmy mają problem z mierzeniem jej efektywności– nie robi tego co trzecia firma, a te, które się tego podejmują najczęściej opierają się na opiniach kierowników, rzadziej na konkretnych miernikach. A to właśnie metodyczne podejście powinno być podstawą przy opracowywaniu nowych modeli organizacji pracy w okresie po pandemii. Dostępne są już metody modelowania pracy hybrydowej, nastawione przede wszystkim na dostarczanie klientom pożądanych efektów, niezależnie od sposobu świadczenia usług. Takie podejście pozwala oszczędzić nie tylko czas i pieniądze, ale ustrzec się przed głównymi ryzykami: prawnymi, BHP, HR-owymi – mówi dr Karol Raźniewski, Associate Partner, People Advisory Services EY Polska.

Zatrudnienie

Z badania EY Polska wynika, że trzy czwarte firm (75%) od wybuchu pandemii utrzymuje zatrudnienie na zbliżonym poziomie. Prawie jedna piąta badanych (19%) zmniejszyła liczbę zatrudnionych, a tylko nieliczna grupa 6% – zwiększyła. Patrząc w przyszłość, w ciągu najbliższych 6 miesięcy 9% firm planuje zmniejszenie zatrudnienia, a 30% – jego zwiększenie.

– Trzeba pamiętać, że choć wiele branż bardzo ucierpiało w czasie pandemii i przedsiębiorcy byli zmuszeni do redukcji zatrudnienia czy obniżania płac, to część branż stanęła przed nowymi wyzwaniami, które postanowiła podjąć. Starano się więc utrzymać zaangażowanie i motywację pracowników, by móc dzięki temu stawiać czoła bardziej wymagającym warunkom rynkowym czy podejmować się procesów transformacyjnych. Trzeba też pamiętać, że część branż obserwowała wzmożone zainteresowanie swoimi produktami czy usługami i musiała być gotowa, by na nie odpowiadać. Niemniej z naszego badania jasno wynika, że przeważająca większość firm jeszcze nie wie, jak będzie kształtowało się zatrudnienie w ich firmach w najbliższym półroczu. Tu wciąż tendencje będą z pewnością zależne od branży i rozwoju sytuacji epidemicznej – dodaje dr Karol Raźniewski.

Wynagrodzenia i świadczenia pozapłacowe

W 63% badanych przez EY Polska firm, od wybuchu pandemii wynagrodzenia pozostały na tym samym poziomie, a ponad jedna piąta firm (22%) przyznała lub planuje przyznać podwyżki. Wynagrodzenia zostały obniżone, bądź będą zmniejszone w 15% spośród ankietowanych firm.

Zarówno podwyżki, jak i obniżki wynagrodzeń są najczęściej kilkuprocentowe (nie przekraczają 10%). Obniżki najczęściej dotykają wszystkich pracowników, a nie tylko poszczególnych działów (takie podejście deklaruje 64% firm, które zastosowały obniżki wynagrodzeń), a zdecydowana większość badanych (88%) twierdzi, że są one jedynie czasowe.

O badaniu

Badanie „Organizacja pracy w czasie pandemii. Wyzwania dla HR w 2021. Praca hybrydowa – mierzenie efektywności – nowa polityka wynagrodzeń i świadczeń pozapłacowych” zostało zrealizowane na zlecenie EY Polska przy okazji budowy polskiej wersji Remote Work Index – narzędzia do modelowania pracy hybrydowej. Było przeprowadzone metodą CATI i CAWI w listopadzie 2020 r. Wzięło w nim udział 246 firm, zróżnicowanych pod względem działalności i wielkości, które stosują aktualnie pracę zdalną. Ponad połowa respondentów (54%) ma swoje główne siedziby w Warszawie, 31% w innych miastach powyżej 200 tys. lub aglomeracjach. 87% to duże firmy, zatrudniające powyżej 200 pracowników. Respondentami były osoby na stanowiskach dyrektora lub managera HR w danej organizacji.

Trendy płacowe 2021 – wyniki badania Hays Poland

Pracodawcy i pracownicy liczą, że zagrożenia związane z pandemią zostaną wyeliminowane w perspektywie najbliższych dwunastu miesięcy, co przełoży się na zniesienie obostrzeń i wzrost aktywności firm na rynku. Mimo że sytuacja, w jakiej znajdują się organizacje, jest silnie uzależniona od branży działalności, to 84% pracodawców w planach na rok 2021 uwzględniło rekrutacje. Jak wynika z Raportu płacowego 2021 opracowanego przez Hays Poland, o podwyżkę wynagrodzenia będzie trudniej, lecz firmy wciąż będą musiały odpowiadać na presję płacową wywieraną przez najlepszych specjalistów, posiadających cenne i pożądane na rynku kompetencje.

Większość firm przewiduje, że w roku 2021 będzie prowadzić rekrutacje. Takiej odpowiedzi udzieliło 84 proc. respondentów badania Hays Poland – dokładnie tyle samo, co rok wcześniej. Biorąc pod uwagę klimat gospodarczy końca 2020 roku, optymistyczny wydźwięk tych informacji może zaskakiwać. Należy jednak szerzej spojrzeć na źródło potrzeb rekrutacyjnych firm. Rekrutacje w dużej mierze będą wynikać z konieczności znalezienia zastępstwa dla pracowników, którzy zdecydują się odejść z organizacji. Część firm, wraz z odmrażaniem gospodarki będzie też dążyć do odbudowania zespołów, które w wyniku pandemii doświadczyły restrukturyzacji. Inne natomiast wskutek zmiany modelu biznesowego będą rozbudowywać poszczególne działy, jednocześnie ograniczając poziom zatrudnienia w pozostałych obszarach działalności.

Wszystko zależy od kompetencji

Chociaż wyzwań natury rekrutacyjnej oczekuje 43 proc. pracodawców (w porównaniu z 82 proc. w styczniu 2020), to trudności nadal może przysparzać pozyskanie i zatrzymanie w organizacjach ekspertów posiadających cenne umiejętności. Procesy rekrutacyjne, które przed pandemią były dla pracodawców źródłem problemów, często nadal noszą miano trudnych, co wymaga od firm odpowiadania na sprecyzowane oczekiwania kandydatów.

Luka kompetencji pozostaje aktualnym wyzwaniem dla polskiego rynku pracy. Dla pracodawców oznacza to dalszą rywalizację o ekspertów posiadających unikatowe umiejętności, np. w obszarze IT, nowoczesnych technologii, digital czy finansów. W niektórych sytuacjach rekrutacja może być jeszcze trudniejsza niż przed pandemią, z uwagi na przyspieszenie transformacji cyfrowej w firmach i większą ostrożność kandydatów w podejmowaniu decyzji zawodowych. W 2021 pracodawcy będą musieli opracować takie strategie zatrudnienia, które umożliwią zaoferowanie atrakcyjnych warunków współpracy, przy jednoczesnym uwzględnieniu bardziej restrykcyjnej polityki kosztowej – komentuje Marc Burrage, Dyrektor Zarządzający Hays Poland.

RAPORT PŁACOWY HAYS POLAND 2021
Źródło: Raport płacowy 2021, Hays Poland.

Największą otwartość na zatrudnienie nowych pracowników deklarują organizacje działające w branżach IT i telekomunikacyjnej, inżynieryjnej oraz w sektorze nowoczesnych usług dla biznesu (BSS). Na nadchodzące miesiące pracodawcy przewidują największe zapotrzebowanie na specjalistów IT, produkcji, sprzedaży oraz finansów i księgowości.

Trendy płacowe

W minionym roku podwyżki wynagrodzenia doświadczył co drugi specjalista i menedżer, a niemal co dziesiąty musiał zaakceptować niższą płacę. Obecnie 48 proc. pracowników odczuwa satysfakcję z otrzymywanego wynagrodzenia. Odsetek osób zadowolonych z płacy wzrósł w porównaniu z ubiegłym rokiem. Wiele wskazuje na to, że w nadchodzących miesiącach, szczególnie w branżach doświadczonych przez pandemię, kandydaci będą wywierać mniejszą presję płacową na pracodawcach. W podejmowanych decyzjach zawodowych większą uwagę będą przywiązywać do stabilności zatrudnienia, możliwości rozwoju i środowiska pracy.

Choć pracodawcy będą mniej skłonni do zabiegania o pracowników wyłącznie atrakcyjnym poziomem wynagrodzenia, to 57 proc. w strategii na rok 2021 uwzględnia podwyżki płac. Najczęściej dotyczy to firm z branży life sciences, produkcyjnej, finansowo-księgowej oraz IT. Plany przeprowadzenia podwyżek w części organizacji powiązane są z podniesieniem poziomu płacy minimalnej w 2021. W niektórych przypadkach podwyżki mogą również oznaczać przywrócenie poziomów wynagrodzeń oferowanych przed pandemią.

Pracownicy wykazują się umiarkowanym optymizmem wobec zmian wynagrodzenia w bieżącym roku. Podwyżek oczekuje 34 proc. respondentów, a 28 proc. przewiduje, że ich zarobki pozostaną na tym samym poziomie. Niepewność wobec rozwoju sytuacji na rynku pracy sprawiła, że aż 36 proc. respondentów nie potrafiło odpowiedzieć na to pytanie.

Trendy płacowe 2021
Źródło: Raport płacowy 2021, Hays Poland.

Umiarkowany optymizm pracowników

Pomimo zmian i wciąż trudnej do przewidzenia, najbliższej przyszłości rynku pracy, większość specjalistów i menedżerów pozytywnie ocenia perspektywę swojej kariery zawodowej w 2021. Wśród największych optymistów znajdują się osoby związane z obszarem IT, badaniami i rozwojem, nieruchomościami oraz budownictwem. Co ciekawe, perspektywę kariery pozytywnie najczęściej oceniają przedstawiciele najmłodszych pokoleń pracowników – przedstawiciele pokolenia Y (60 proc.), a także osoby urodzone po 1995 roku (61 proc.).

Specjaliści są pewni posiadanych kompetencji i liczą, że powrót firm do skali działalności sprzed pandemii poskutkuje nowymi możliwościami rozwoju – zarówno w obecnej, jak i innych organizacjach. Jednocześnie nie brakuje im świadomości, że aby pozostać atrakcyjnymi kandydatami na rynku pracy, muszą stale podnosić swoje kwalifikacje, uczyć się na każdym etapie kariery i poznawać nowe dla siebie obszary specjalizacyjne. Nasza rzeczywistość ulega dynamicznym zmianom, a to nie pozostaje bez wpływu na biznes i perspektywy zawodowe – zauważa Agnieszka Kolenda, Executive Director w Hays Poland.

RAPORT PŁACOWY 2021
Źródło: Raport płacowy 2021, Hays Poland.

Otwartość na zmianę

Wyniki badania Hays pokazują, że pandemia pozostała bez większego wpływu na ogólny odsetek pracowników rozważających zmianę pracy. Taką ewentualność bierze pod uwagę 76 proc. specjalistów i menedżerów, z czego większość przewiduje taki krok jeszcze w tym roku. Nie oznacza to jednak, że miniony rok nie zmienił zawodowych planów części profesjonalistów.

– Pandemia i ogólna niepewność sprawiają, że niektórzy specjaliści uznają obecny czas za niekorzystny dla zmiany pracy. Częściej decydują się zostać w obecnej firmie, czekając na rozwój sytuacji i bardziej przewidywalne realia rynkowe. Przekonanie tych kandydatów do wzięcia udziału w procesie rekrutacji jest obecnie szczególnie trudne. Inną perspektywę mają jednak pracownicy obszarów specjalizacyjnych lub branż, które szczególnie ucierpiały w wyniku pandemii. Nie dziwi zatem fakt, że w gronie respondentów najczęściej deklarujących otwartość na zmianę pracy znaleźli się m.in. specjaliści związani z hotelarstwem i handlem detalicznym – komentuje Agnieszka Pietrasik, Executive Director w Hays Poland.

Pandemia nie zmieniła jednak powodów, dla których specjaliści dążą do zmiany pracy. Głównymi motywatorami pozostają brak satysfakcji z wynagrodzenia oraz otrzymywanych benefitów, brak możliwości rozwoju w obecnym miejscu zatrudnienia oraz charakter wykonywanej pracy. Chociaż w obliczu wydarzeń ostatnich miesięcy można było oczekiwać, iż jednym z częściej wskazywanych powodów zawodowych poszukiwań będzie trudna sytuacja w branży czy zła kondycja firmy, to takich odpowiedzi udzieliło kolejno 9 i 5 proc. respondentów.

Nowe wyzwania

Wciąż zmieniający się krajobraz gospodarczy i utrzymująca się niepewność sprawiają, że kluczem do sukcesu staje się optymalizacja, elastyczność i efektywność. Mimo że dotyczy to przede wszystkim modelu operacyjnego firm, to nie pozostaje bez znaczenia dla kandydatów. W 2021 pracodawcy będą poszukiwać profesjonalistów, którzy obok określonych zdolności i doświadczenia, wykazują się umiejętnością adaptacji do zmieniającego się środowiska, apetytem na naukę i otwartością na innowacje.

Rok 2021 będzie czasem, kiedy firmy będą musiały opracować strategię zatrudnienia, która odpowie na zmieniające się potrzeby rekrutacyjne i jednocześnie umożliwi sprostanie oczekiwaniom poszukiwanych kandydatów. Ograniczone możliwości konkurowania wysokością wynagrodzenia coraz częściej będą skutkować oferowaniem interesujących ścieżek kariery, stabilnego zatrudnienia oraz perspektyw rozwoju i zdobycia nowych umiejętności. Silną pozycją w negocjacjach wciąż jednak cieszyć się będą profesjonaliści posiadający poszukiwane na rynku kompetencje.

O RAPORCIE

Raport płacowy Hays jest zestawieniem poziomów wynagrodzeń dla specjalistów i kadry menedżerskiej w podziale na 20 specjalizacji. Uzupełniliśmy je wnioskami i komentarzami ekspertów oraz wynikami badania na temat rynku pracy, które zostało przeprowadzone na koniec 2020 r. W raporcie uwzględniona jest perspektywa firm – blisko 3 500 organizacji działających w Polsce – oraz perspektywę pracowników i kandydatów – niemal 5 900 osób.

Polacy przekonali się do zakupów spożywczych on-line

Miniony rok nie pozostał obojętny dla branży e-commerce, podczas którego dużą popularnością cieszyły się zakupy spożywcze robione online. Według badania przeprowadzonego przez SW Research na zlecenie Everli, co druga osoba poleciłaby znajomym taki rodzaj zakupów jako alternatywę dla zakupów stacjonarnych. Powód? Wygoda, bezpieczeństwo oraz oszczędność czasu.

Koronawirus a zmiany na rynku e-commerce

W odpowiedzi na pytanie „Co Pan/Pani ceni sobie w zakupach spożywczych online?” prawie 62 proc. ankietowanych stwierdziło, że jest to oszczędność czasu, z kolei 52 proc. Polaków podkreśliło, że jest to dobry sposób na zrobienie dużych zakupów z dostawą do domu. Dla 45 proc. badanych ważne jest bezpieczeństwo, czyli bezdotykowa forma dostawy i bezgotówkowa płatność, prawie 42 proc. docenia szeroki wybór produktów.
Koronawirus a zmiany na rynku e-commerce

Pierwsza fala pandemii była dla wszystkich graczy na rynku e-grocery bardzo dużym wyzwaniem. Jako branża nie byliśmy przygotowani na brak produktów oraz gwałtowny wzrost zamówień. Jednak poradziliśmy sobie z tymi wyzwaniami i klienci Everli nie musieli czekać na dostawę dłużej niż 2 – 3 dni. Mieliśmy jednak świadomość, że po pierwszej fali przyjdzie kolejna i wykorzystaliśmy ten czas, aby się do niej przygotować. Na swój sposób pandemia wpłynęła na rozwój branży e-grocery. – Anna Podkowińska-Tretyn, Dyrektor Generalna Everli.

Tym, co cenią sobie Polacy w modelu zakupów online proponowanych przez Everli przez jest również łatwa obsługa aplikacji (35 proc.), szeroki wybór sklepów, w których można zrobić zakupy (31 proc.), brak różnic w cenach pomiędzy produktami zakupionymi online a stacjonarnie (22 proc.) oraz możliwość wyboru zamienników w przypadku braku danego produktu (22 proc.).

Zakupy online – szybko i wygodnie

Wyniki badania przeprowadzonego przez SW Research na zlecenie Everli wykazały, że aż 34 proc. Polaków poleciłoby zakupy online swojej rodzinie bądź znajomym, jako alternatywę do zakupów tradycyjnych. Ponad 66 proc. Polaków zachęciłoby swoich bliskich do zrobienia zakupów online, ponieważ jest to wygodny sposób – łatwiej zrobić zakupy z domu lub w przerwie podczas pracy. Co więcej, prawie 60 proc. badanych zwraca uwagę na bezpieczeństwo zakupów online, dzięki którym możemy ograniczyć kontakty z innymi do minimum, a tym samym ochronić siebie i swoją rodzinę przed zakażeniem koronawirusem.

Pandemia koronawirusa zmusiła wielu z nas do zmiany trybu życia. Większość naszego czasu zaczęliśmy spędzać w domu, przeszliśmy na tzw. „home office” oraz ograniczyliśmy kontakty do minimum – to wszystko z troski o zdrowie własne oraz najbliższych. W 2020 roku unikaliśmy również tłumów, a zdecydowanie na takowe jesteśmy narażeni w sklepach spożywczych czy galeriach handlowych. To właśnie dlatego tak wielu Polaków przekonało się do wygodnych i bezpiecznych zakupów online, co pokazują wyniki badania. Blisko co 3 osoba deklaruje, że będzie robiła zakupy online po zakończeniu pandemii. Cieszymy się, że taki model robienia zakupów spotyka się z coraz większym zainteresowaniem – na początku pandemii byliśmy dostępni z usługą Everli w 4 miastach, teraz jesteśmy obecni w 23. – Anna Podkowińska-Tretyn, Dyrektor Generalna Everli.

Prawie 53 proc. badanych Polaków zwraca również uwagę na fakt, że robiąc zakupy przez Internet unikamy stania w kolejkach do kas. Polacy poleciliby zakupy online swoim bliskim, ponieważ jest to szybsza metoda (45 proc.), dzięki której można uniknąć dźwigania zakupów (39,2 proc.) oraz stania w korkach w drodze do sklepu (35 proc.). Część badanych stwierdziła, że zakupy robione online są tańsze (25 proc.), a produkty lepsze jakościowo (10 proc).
***

Badanie powstało na zlecenie Everli.pl i zostało zrealizowane przez instytutu badawczy SW Research na grupie 1002 ankietowanych w terminie 24-27 listopada 2020 r.

Blisko 40% Polaków uważa, że młodzi kierowcy powinni płacić wyższe OC. I to nawet o połowę

Młodzi kierowcy znowu mogą dostać po kieszeni. Prawie 40% Polaków uważa, że powinni płacić wyższe OC. Eksperci: To nie poprawi bezpieczeństwa.

Niemal 40% Polaków uważa, że kierowcy w wieku 18-24 lata powinni płacić więcej za ubezpieczenie OC niż obecnie. Prawie co drugi zwolennik tego rozwiązania opowiada się za podwyżkami w granicach 20-50%, a co trzeci – do 20%. Natomiast eksperci przekonują, że towarzystwa ubezpieczeniowe nie powinni bazować na opinii publicznej. I dodają, że sama podwyżka raczej nie poprawi bezpieczeństwa na drogach, a może jedynie doprowadzić do poważnego obchodzenia prawa.

Z badania UCE RESEARCH i SYNO Poland wynika, że 38,6% Polaków twierdzi, że kierowcy w wieku 18-24 lat powinni płacić wyższe OC niż do tej pory. Z kolei 45,4% jest przeciwnego zdania, a 16% nie ma opinii na ten temat. Według Macieja Kamińskiego, eksperta rynku szkód komunikacyjnych, prezesa zarządu HELPER CPP, wyniki przede wszystkim pokazują, że Polacy są podzieleni w tej kwestii. Ale też dają do zrozumienia, że spora część społeczeństwa dostrzega w tym zakresie problem. Powszechnie wiadomo, że młodzi powodują najwięcej wypadków i kolizji drogowych. Dzieje się tak zazwyczaj z powodu małego doświadczania lub brawury.

– Są kierowcy mający kilka albo nawet kilkanaście kolizji rocznie, a inni zachowują czyste konto. Niestety, nauczyliśmy się wszystkich wrzucać do jednego worka. Sama podwyżka nie poprawi bezpieczeństwa na drodze. Cena polisy powinna być powiązana z liczbą zdarzeń drogowych, a nie z wiekiem. Tak jest chociażby w Anglii. Tam polisa jest na kierowcę, a nie pojazd, którym jeżdżę. Jeśli spowoduję zdarzenie samochodem kolegi, to on nie traci zniżki, szkoda jest pokryta z mojej polisy – komentuje Arkadiusz Kuzio z Akademii Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego w Szczecinie.

Jak podkreśla prof. Adam Tarnowski, psycholog transportu z Uniwersytetu Warszawskiego, ubezpieczyciele mają swoje statystyki i na ich podstawie oceniają ryzyko. W tych kwestiach nie powinni w ogóle kierować się opinią publiczną. Zdaniem eksperta, rodzi się pytanie, czy badani wiedzą, ile młodzi kierowcy płacą za OC. Obecnie przebicie jest prawie dwukrotne. Kolejna podwyżka byłaby dość niesprawiedliwa, zwłaszcza że ubezpieczyciele mogą później stosować podwyżki np. za spowodowanie kolizji czy skorzystanie z polisy.

– W Niemczech kierowca, który zrobił prawo jazdy, zaczyna polisę od górnej stawki i nabywa zniżki za każdy rok bezszkodowej jazdy, schodząc z niej w dół. Po paru latach uzyskuje się zniżkę maksymalną. U nas obchodzi się prawo. Rodzic rejestruje pojazd na siebie, a następnie dopisuje syna czy córkę. Po dwóch latach już przerejestrowują ten pojazd na dziecko, chociażby w akcie darowizny. I w tym momencie młoda osoba nabywa zniżki po rodzicu. To bzdura totalna, tak nie powinno być – dodaje Arkadiusz Kuzio.

Z kolei ekspert z UW zaznacza, że liczba przejeżdżanych kilometrów rocznie jest bardziej związana z wypadkowością niż wiek. Młoda osoba, która używa samochodu na co dzień i pokonuje10-15 tys. km rocznie, będzie bezpieczniejsza na drodze niż np. czterdziestolatek, ale tzw. niedzielny kierowca, jeżdżący do 3 tys. km rocznie. Gdyby patrzeć tylko na wiek, to rodzi się pytanie, czy również najstarsze osoby nie powinny płacić więcej.

– Młodsi kierowcy jeżdżą bardziej agresywniej. Z kolei najstarsi mają opóźniony czas reakcji, co  przyczynia się również do dużej liczby zdarzeń drogowych. Gdybyśmy wprowadzili kursy doskonalenia techniki jazdy, moglibyśmy oczekiwać od wszystkich mniej błędów na drodze. Jednak nie w każdym województwie działają ośrodki doskonalenia techniki jazdy – dodaje ekspert z ABRD.

Spośród osób, które opowiadają się za droższym OC dla młodych kierowców, aż 47,3% uważa, że ceny tych polis powinny wzrosnąć w granicach 20-50%. Z kolei 33,7% badanych wskazało podwyżkę do 20%. Natomiast 9,5% respondentów mówi o skoku na poziomie 50-80%.

– Mam spore wątpliwości, czy droższe OC spowoduje mniej kolizji czy wypadków. W mojej ocenie, to raczej tylko zabezpieczy finansowo towarzystwa ubezpieczeniowe, które z pewnością chętnie widziałby wprowadzenie takich rozwiązań. Jeżeli faktycznie doszłoby do podniesienia składek, to zacznie się kombinowanie, np. rejestrowanie pojazdów na podstawione osoby. To już zupełnie jest pozbawione sensu – mówi ekspert z HELPER CPP.

Natomiast jak stwierdza Arkadiusz Kuzio, podwyżki spowodowały jazdę bez OC przez większą grupę kierowców. Ekspert również dodaje, że w przeszłości firmy sprzedawały ubezpieczenia online, a płatność za polisę była opóźniona w stosunku do jej wystawienia od siedmiu do czternastu dni. I często bywało, że przy zdarzeniu sprawca podawał policjantowi polisę OC, która nigdy nie została opłacona.

– Myślę, że wyższe ceny mogą wywołać tylko unikanie płacenia polis. To generalnie będzie powodowało duże zamieszanie, bo system funkcjonuje optymalnie, kiedy wszyscy są ubezpieczeni. Sądzę też, że np. większe zwyżki w grupie niedoświadczonych kierowców skłoniłyby ich do tego, żeby zachowywali większą ostrożność na drodze – zaznacza prof. Tarnowski.

Z  kolei zdaniem Macieja Kamińskiego, nie należy podnosić składek, tylko prowadzić szeroko zakrojone działania edukacyjne w tej grupie wiekowej. Można też zastanowić się nad ponownymi kursami dla kierowców, którzy spowodują wypadek lub kolizję drogową. Według eksperta, to dałoby więcej korzyści innym uczestnikom ruchu drogowego niż droższe OC.

Badanie zostało przeprowadzone w dniach 08-11.01.2021 r. metodą CAWI przez UCE RESEARCH i SYNO Poland dla HELPER CPP na reprezentatywnej próbie 1008 dorosłych Polaków (posiadających prawo jazdy) w wieku 18-80 lat.

Informacja o realizowanej strategii podatkowej – nowy obowiązek już w 2021 dla dużych podmiotów

Polski ustawodawca wprowadził nowelizację do ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych (Dz.U. poz. 2123), przewidującą wprowadzenie obowiązku publikowania informacji o realizowanej strategii podatkowej (art. 27c ustawy o CIT). Dotychczas taki obowiązek wprowadzony został w dwóch krajach: Wielkiej Brytanii oraz Australii.

Obowiązek ten przewiduje konieczność publicznego ujawnienia wielu szczegółów dotyczących rozliczeń podatkowych przedsiębiorstwa, a brak jego wypełnienia obarczony jest wysokimi karami pieniężnymi. Celem wprowadzenia przepisów jest zwiększenie transparentności rozliczeń podatkowych dużych podmiotów oraz umożliwienie publicznej oceny stosowanej przez te podmioty strategii podatkowej.

Kogo dotyczy obowiązek?

Obowiązek publicznego ujawnienia strategii podatkowej dotyczy podmiotów określonych w art. 27b ust. 2 pkt 1 i 2 ustawy o CIT, czyli podmiotów których indywidualne dane są obecnie ujawniane. Są to w szczególności podatkowe grupy kapitałowe, bez względu na wartość przychodów, oraz podatnicy, których dane podatkowe już są ujawniane publicznie przez Ministerstwo. W szczególności są to podatnicy o przychodach powyżej 50 mln euro, czyli biorąc pod uwagę dotychczasowe dane będzie to ponad 2 800 podmiotów.

Zakres ujawnionych informacji

Informacje o strategii podatkowej należy ujawniać z uwzględnieniem charakteru, rodzaju oraz rozmiaru prowadzonej działalności. Ustawa nie precyzuje jak powinna wyglądać taka informacja, niemniej wskazuje elementy jakie powinna zawierać.

Informacja o procedurach i procesach podatnika w zakresie zarządzania wykonywaniem obowiązków związanych z prawem podatkowym oraz wykonaniem przepisów. Ponadto ujawnić należy informację o dobrowolnych formach współpracy z organami Krajowej Administracji Skarbowej.

Kolejnym elementem jest informacja o realizacji przez podatnika obowiązków podatkowych w Polsce oraz o liczbie przekazanych Szefowi KAS informacji o schematach podatkowych.

Istotnym elementem strategii podatkowej będzie ujawnienie informacji o transakcjach z podmiotami powiązanymi, których wartość przekracza 5% sumy bilansowej aktywów, ustalonych na podstawie ostatniego sprawozdania finansowego spółki. Dodatkowo należy ujawnić informacje o działalnościach restrukturyzacyjnych, które mogą mieć wpływ na zobowiązania podatkowe w Polsce.

Biorąc pod uwagę znaczenie interpretacji podatkowych przy ustalaniu strategii podatkowej, jednym z obowiązkowych elementów będzie ujawnienie złożonych przez podatnika wniosków o interpretacje podatkowe, wiążące informacje stawkowe czy wiążące informacje akcyzowe.

W strategii podatkowej będzie musiała się znaleźć informacja w zakresie współpracy z podmiotami z rajów podatkowych oraz państw stosujących szkodliwą konkurencję.

Podsumowując w zakresie ujawnienia powyższych informacji największym wyzwaniem wydaje się takie ujawnienie, aby z jednej strony wypełnić ustawowe obowiązki i wskazać informacje zgodne z prawdą, a z drugiej strony nie narazić się na zarzuty stosowania optymalizacji, które mogą wpłynąć na ogólne postrzeganie przedsiębiorstwa.

Miejsce i termin ujawnienia informacji

Informację o strategii podatkowej należy ujawnić na stronie internetowej, w języku polskim. Informację o stronie internetowej należy złożyć do właściwego naczelnika urzędu skarbowego. Ustawodawca nie precyzuje w jakim miejscu na stronie powinna zostać ujawniona informacja, przez co daje podatnikowi w tym zakresie swobodę. Ponadto ustawodawca nie precyzuje jakie kroki powinien podjąć podatnik posiadający kilka stron internetowych. Wydaje się, że w takim przypadku obowiązek będzie wypełniony przy umieszczeniu informacji na głównej stronie, albo na którejkolwiek innej.

Przepisy o raportowaniu strategii podatkowych weszły w życie 1 stycznia 2021 r. Obowiązek ujawnienia strategii podatkowej powinien zostać wypełniony w terminie 12 miesięcy od końca roku podatkowego. Co do zasady więc pierwsze raportowanie strategii podatkowej na stronie internetowej powinno nastąpić do końca 2022 r. Niemniej w praktyce pojawiły się wątpliwości, które dodatkowo zostały potwierdzone przez Ministerstwo Finansów. Dotyczą one raportowania za 2020 r. do końca 2021 r. Ministerstwo stoi na stanowisku, że taką informacje będzie trzeba złożyć, jednak doradcy podatkowi nie są tacy zgodni, zwłaszcza biorąc pod uwagę treść nowych przepisów oraz zasadę niedziałania prawa wstecz. Najbliższe dni powinny przynieść oficjalne rozstrzygnięcie w tym temacie.

Sankcje

Przepisy o informacji o realizowanej strategii podatkowej są bardzo ogólne. W praktyce wielu podatników ograniczy się zapewne do minimum treści celem wypełnienia ustawowych obowiązków, tym bardziej że na chwilę obecną Ministerstwo nie przewiduje żadnego wiążącego wzoru takiej informacji. Niemniej kary za brak wykonania ustawowych obowiązków są już bardzo konkretne i czytelne dla podatników. W przypadku niewykonania obowiązkowego przekazania informacji do naczelnika urzędu skarbowego o stronie internetowej na podatnika może zostać na nałożona kara w wysokości do 250 000 zł. Warto wskazać, że Polska będzie trzecim po Wielkiej Brytanii i Australii państwem, które zmuszać będzie podatników do ujawniania strategii podatkowych. Niemniej w pozostałych krajach kary za brak ujawnienia informacji nie są tak dotkliwe jak w Polsce.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Handel stanie przed kolejną próbą. Blisko 50% Polaków zamierza zredukować swoje wydatki

  • BADANIE: Polacy w I kw. zaczynają ciąć wydatki na sklepowych zakupach, średnio o 5-20%.
  • Blisko 50% Polaków zamierza mocno oszczędzać na zakupach, głównie na słodyczach, odzieży i alkoholu.

Prawie połowa Polaków zamierza zmniejszyć wydatki na zakupy w I kwartale br. Niemal tyle samo osób tego nie przewiduje. Głównym powodem ograniczeń są rosnące ceny, co deklaruje prawie 40% badanych planujących oszczędzanie. Redukcje będą oscylowały średnio wokół 5-20%. Najmocniej dotkną kategorię słodyczy i przekąsek. Na pierwszej linii są też art. odzieżowe i napoje alkoholowe. Z kolei konsumenci, którzy nie deklarują żadnych cieć, głównie tłumaczą to dobrą sytuacją finansową oraz odłożoną gotówką.  

Z ogólnopolskiego badania, przeprowadzonego przez UCE RESEARCH i SYNO Poland dla programu branżowego AdRetail Inspirio, wynika, że 44,8% Polaków zamierza w I kwartale 2021 roku ograniczyć swoje wydatki na zakupy. 43,7% ankietowanych nie planuje tego. 8,3% nie ma opinii na ten temat, a 3,2% nie zwraca na to uwagi.

– Wyniki mogą odzwierciedlać podział społeczeństwa na tych, którzy ucierpieli z powodu pandemii  i nie odczuli jej. W pierwszej grupie naturalnym odruchem jest analiza i optymalizacja wydatków. I oczywiście nie są to dobre informacje dla handlu detalicznego, ale mogą być wyraźnym sygnałem do nasilenia działań promocyjnych w celu utrzymania satysfakcjonującego poziomu sprzedaży – mówi Hubert Majkowski, ekspert rynku retailowego z Hiper-Com Poland.

Głównym powodem ograniczeń wydatków są rosnące ceny – 38,7%. Konsumenci przyznają też, że nie mają odłożonych oszczędności – 19,3%. Kolejnym argumentem jest obawa o pogorszenie się sytuacji gospodarczej – 17,5%. Część osób boi się również utraty pracy – 10%. Inni wykazują lęk przed zachorowaniem – 4,7%, a także martwią się, że zachorują ich bliscy – 3,8%.

– Po roku turbulencji w wielu sektorach gospodarki nadal znajdujemy się w okresie dużej niepewności. Rosnące ceny mają bezpośredni wpływ na możliwości nabywcze i poziom życia Polaków. Niestety obawiam się, że wciąż będą one wzrastały. Konsumenci proporcjonalnie do tego będą ograniczać wydatki. To jest im nad wyraz potrzebne, zwłaszcza że globalna sytuacja gospodarcza może jeszcze pogorszyć rzeczywistość zawodową – komentuje Karol Kamiński z Centrum Analiz Grupy AdRetail.

Jak podkreśla ekonomista Marek Zuber, Polacy żyją w poczuciu ogólnego wzrostu cen. Podwyższane rachunki i podatki potęgują wrażenie drożyzny. Faktem jest, że inflacja w Polsce, nawet po spadku jej dynamiki pod koniec 2020 roku, należy do najwyższych w Europie. I jak przewiduje ekspert, w całym 2021 roku wciąż będzie wysoka, choć w pierwszych miesiącach możemy obserwować jej obniżenie ze względów statystycznych.

– Obecnie stopa bezrobocia pozostaje stabilna i nie widać tu wyraźnych napięć, oczywiście z wyjątkiem wyłączonych z działalności branż. Stabilność zatrudnienia skłania do wniosku, że wydatki konsumentów, nawet jeśli będą ograniczane, to raczej nie w dużej skali. Do tego należy spodziewać się dalszego rozwoju segmentu e-commerce – uspokaja Emil Łobodziński z Biura Maklerskiego PKO Banku Polskiego.

Ci, którzy chcą zredukować wydatki, najczęściej planują cięcia rzędu 10-15%. Tak deklaruje 29% badanych w tej grupie. Redukcję w wysokości 5-10% zapowiada 26,8%, 15-20% przewiduje 21,2% osób, a 20-30% – 9,5% konsumentów. Do 5% mniej będzie wydawało 2,9% ankietowanych. Duże ograniczenia zapowiada mniejszość, tj. na poziomie 30-40% – 2,7% respondentów, 40-50% – 2,2%, a ponad 50% – 0,7%.

– Oszczędności będą oscylowały wokół 5-20%. O tyle średnio drożeją różnego rodzaju produkty. I jeżeli zapowiadany przez konsumentów scenariusz stanie się realny, to branża w dłuższej perspektywie może mieć problem, bo ww. wartości wytną poważną dziurę w handlu. Jednak podejście konsumenta jest jak najbardziej racjonalne – dodaje Karol Kamiński.

Polacy zamierzają najbardziej ograniczyć wydatki na słodycze i przekąski – 43,1%, art. odzieżowe – 38,9%, a także alkohole – 37%. Na kolejnych miejscach znalazły się sprzęty RTV-AGD – 23,5%, kosmetyki – 23%, papierosy – 22,8%, produkty spożywcze – 19,5%, jak również art. budowlano-remontowe – 16,2%. Pod koniec rankingu są napoje bezalkoholowe – 10,6%, a także takie używki, jak kawa i herbata – 7,3%. Ostatnia jest chemia gospodarcza – 4,7%.

– Słodycze i przekąski, a także odzież i alkohol są na pierwszej linii redukcji, bo przynajmniej czasowo łatwiej jest z nich zrezygnować niż z produktów niezbędnych do życia. Dodatkowo na wybory konsumentów wpływają zmieniające się w nawyki. Szczególnie w czasie pandemii ludzie chcą bardziej dbać o zdrowie, a więc najchętniej oszczędzają na produktach o niskiej wartości odżywczej – analizuje ekspert z Hiper-Com Poland.

Natomiast osoby, które nie zamierzają w ogóle redukować wydatków, głównie tłumaczą to dobrą sytuacją finansową – 32,5%. Mają odłożone oszczędności – 28,9%. Nie boją się utraty pracy – 21,8%, pogorszenia sytuacji materialnej – 12,5%, a także rosnących cen – 8%. Nie martwią się też, że oni sami bądź ich bliscy zachorują – 5,2% i 4,3%. Do tego 11,8% wskazało inne niż ww. powody, a 13,4% badanych nie miało zdania na ten temat.

– Te osoby są lepiej sytuowane i mają rezerwy finansowe. Działają w branżach, których nie dotknął koronawirus lub wręcz zwiększył ich obroty. Mogą to być też przedstawiciele poszukiwanych zawodów. Do tej grupy można zaliczyć m.in. informatyków, inżynierów procesu produkcji, elektroników, logistyków, ale także budowlańców i pracowników handlu – podsumowuje ekonomista Marek Zuber.

Badanie zostało przeprowadzone metodą CAWI w dniach 08-11.01.2021 r. na reprezentatywnej próbie 1008 dorosłych Polaków w wieku 18-80 lat.

Deloitte: Klienci oczekują od ubezpieczycieli prostych i intuicyjnych produktów

54 proc. konsumentów podzieliłoby się swoją historią kredytową w zamian za niższą składkę.

Pandemia COVID-19 sprawiła, że bardziej niż dotychczas zaczęliśmy dbać o swoje zdrowie i bezpieczeństwo, a w 2020 r. na całym świecie produkty ubezpieczeniowe cieszyły się większą popularnością. Eksperci firmy doradczej Deloitte przyjrzeli się globalnym trendom w branży ubezpieczeń komunikacyjnych i mieszkaniowych. Jak wynika z raportu „The future of home and motor insurance”, klienci najczęściej decydują się na podstawowe oferty ubezpieczeniowe, ale szczególnie wśród młodych rośnie zainteresowanie innowacyjnymi formami polis. W najbliższym czasie na znaczeniu zyskiwać będą również kanały sprzedaży online. W tym obszarze przodują Brytyjczycy – 81 proc. z nich deklaruje zakup ubezpieczenia na pojazd właśnie przez Internet.

Raport „The future of home and motor insurance” prezentuje wyniki badania potrzeb klientów sektora ubezpieczeń komunikacyjnych i mieszkaniowych. W badaniu wzięło udział 8 tys. konsumentów z 8 krajów: Australii, Kanady, Chin, Niemiec, Włoch, Japonii, Wielkiej Brytanii i USA.

Łatwo i bezpiecznie

Historyczne i społeczne uwarunkowania w poszczególnych krajach mają istotny wpływ na odpowiedzi respondentów. Badanie pozwoliło wyróżnić cztery kluczowe trendy, które mogą okazać się przydatne do stworzenia oferty ubezpieczeniowej.

Pierwszy z nich to wybór prostych i zrozumiałych rozwiązań. Przejrzysta konstrukcja, łatwość zakupu oraz pewność, że cena ubezpieczenia jest adekwatna, a potencjalne szkody zostaną pokryte – to cechy produktu preferowane przez klientów na większości rynków. Po drugie, konsumenci są również zainteresowani ubezpieczeniami, które są wbudowane w inne produkty lub usługi.

Trzeci trend to wykorzystywanie w produktach ubezpieczeniowych rozwiązań opartych o internet rzeczy (Internet of Things), jak użycie telematyki w ubezpieczeniach komunikacyjnych czy sieci czujników w mieszkaniach. Z raportu wynika jednak, że takie innowacje nadal budzą u konsumentów obawy.

Ostatni trend to efekt trwającej pandemii COVID-19, czyli zwiększenie zainteresowania produktami, które można kupić zdalnie i dowolnie je personalizować.

Część propozycji autorów badania nie ma naturalnie bezpośredniego przełożenia na specyfikę lokalnego rynku ubezpieczeniowego. Dwie są jednak adekwatne również i w Polsce. Pierwszy z postulatów to daleko idące uproszczenie produktów, tak, aby stały się łatwiejsze w odbiorze. Drugi zaś, to lepsza identyfikacja potrzeb klientów i docieranie do poszczególnych segmentów z odpowiednią ofertą. I choć podobne postulaty pojawiają się od dłuższego czasu, to wydaje się, że w tym obszarze nadal pozostaje wiele do zrobienia – mówi Marcin Piskorski, Partner, lider sektora ubezpieczeniowego w Deloitte Polska.

Prostota to podstawa

Eksperci Deloitte wskazują, że klienci firm ubezpieczeniowych najbardziej cenią prostotę produktów i usług. Najwięcej, bo 29 proc. badanych wybrałoby podstawową wersję ubezpieczenia, czyli polisę gwarantującą pełną ochronę nieruchomości, której cena opiera się na wartości, lokalizacji i cechach budynku, a także wcześniejszej historii ubezpieczeniowej klienta. Jako zalety tego rozwiązania ankietowani wskazali także łatwość porównywania z innymi produktami, a także respektowanie prywatności. Wadą jest z kolei brak personalizacji.

W przypadku zakupu ubezpieczenia na dom, podstawowa wersja produktu jest pierwszym wyborem we wszystkich badanych krajach oprócz Chin. Po ten rodzaj najchętniej sięgają Brytyjczycy (43 proc.), Niemcy (34 proc.) i Amerykanie (33 proc.). Chińczycy z kolei wybraliby polisę wzbogaconą o innowacyjne elementy związane z internetem rzeczy (30 proc.). Na podobny produkt chętnie zdecydowaliby się również Włosi i Japończycy (po 15 proc.).

Podstawowy wariant polisy jest najpopularniejszy również przy wyborze ubezpieczenia komunikacyjnego. Najczęściej jest wybierany przez Brytyjczyków (41 proc.), Niemców (38 proc.) i Amerykanów (33 proc.). Badani wybraliby również ubezpieczenie, które mogą sami kontrolować i dopasowywać. Tak wskazało 24 proc. Chińczyków, 23 proc. Niemców i 21 proc. Kanadyjczyków.

Dane najcenniejsze

Współczesny klient dużą wagę przykłada do poufności swoich danych. Globalnie tylko 54 proc. badanych zdecydowałoby się podzielić swoją historią kredytową z ubezpieczycielem w zamian za niższą składkę czy produkt dopasowany do ich potrzeb. Najbardziej skłonni do przekazywania takich informacji są Chińczycy (57 proc.), Włosi (55 proc.) i Japończycy (54 proc.). Z kolei najmniej entuzjastyczni w tej kwestii są Niemcy (34 proc.).

Ankietowani ze wszystkich krajów najchętniej udostępniliby dane na temat historii ubezpieczeniowej. W tym przypadku najczęściej byliby to Brytyjczycy (90 proc.), Australijczycy (87 proc.), a także Chińczycy i Kanadyjczycy (po 85 proc.). Z największym sceptycyzmem podchodzą do tego Niemcy (58 proc.).

Respondenci nie mieliby również problemów z podzieleniem się informacjami na temat użytkowania samochodu, jeśli miałoby to wpływ na zmniejszenie kosztu ubezpieczenia. W tej kategorii przodują Chińczycy (86 proc.), Australijczycy (82 proc.) i Kanadyjczycy (78 proc.). Także w tym wypadku najbardziej ostrożnie podchodzą do tego Niemcy (54 proc.).

Z raportu wynika również, że konsumenci stale porównują oferty polis dostępnych na rynku. W ostatnim roku jedna czwarta posiadaczy ubezpieczenia komunikacyjnego i jedna piąta z ubezpieczeniem nieruchomości zmieniła dostawcę. – Oznacza to, że firmy muszą stale monitorować swoje otoczenie biznesowe, ale również zmienne nawyki konsumenckie. Klienci na całym świecie, także w Polsce, chcą być pewni, że wybrana przez nich oferta zapewni im maksymalny możliwy zakres za konkurencyjną cenę – mówi Marcin Piskorski.

Młodzi chętni do innowacji

Autorzy raportu zidentyfikowali grupy konsumentów, które charakteryzowały się zróżnicowanym podejściem do wyboru ofert ubezpieczeniowych. Często były też skłonne do zakupu rozszerzonych produktów lub usług, a nie tylko podstawowej oferty. To głównie osoby młode, które chętnie korzystają z wszelkich nowości rynkowych.

Pierwsza z nich, na potrzeby badania nazwana gadget group, to respondenci w wieku 18-34 lata zarabiający od 50 do 100 tys. dolarów rocznie, którzy w ciągu ostatnich trzech lat zakupili nieruchomość. Kupując polisę, wybraliby wzbogaconą o innowacyjne rozwiązania związane z internetem rzeczy.  (Internet of Things). W tym przypadku ubezpieczyciel wie, kto mieszka w domu i w jaki sposób korzysta np. z wody czy gazu. Dzięki temu może powiadomić klienta o wykrytym problemie, np. przeciekającej rurze i – w miarę możliwości – wysłać specjalistę, który naprawi usterkę. Konsument otrzymuje również raport na temat użytkowania domu razem z planem na redukcję kosztów.

Druga grupa to risk-averse renters, czyli również osoby w wieku 18-34 lata, które wynajmują dom lub mieszkanie. Badani z tej grupy wybraliby ubezpieczenie, które mogą sami dopasowywać i dowolnie zmieniać zakres polisy w zależności od aktualnego zapotrzebowania czy możliwości finansowych. Konsument może dopasować poziom pokrycia szkód w zależności od tego, czy przebywa w domu. Może również ustalić wysokość polisy na konkretne przedmioty, na przykład biżuterię.

Tradycja wygrywa nad online

Eksperci Deloitte sprawdzili również, w jaki sposób konsumenci kupują ubezpieczenia komunikacyjne. Na kanały online i kupno produktu ubezpieczeniowego za pomocą internetu w telefonie lub komputerze najchętniej decydują się Brytyjczycy (81 proc.). Na drugim miejscu znaleźli się Australijczycy (60 proc.), a podium zamykają Japończycy (53 proc.). Największymi tradycjonalistami, którzy ubezpieczają się przez telefon lub w czasie wizyty u przedstawiciela są Kanadyjczycy (72 proc.) i Włosi (65 proc.).

Jeśli chodzi o zakup ubezpieczenia na dom czy mieszkanie, odsetek osób kupujących online jest jeszcze mniejszy. Ta tendencja będzie się jednak zmieniać. Młodzi konsumenci, którzy wychowali się w wirtualnym świecie, będą sięgać po nowe technologie również podczas wyboru i nabycia polisy. W Stanach Zjednoczonych w grupie osób w wieku 18-34 lata kanały online wybrało 63 proc. badanych w porównaniu do 35 proc. wśród respondentów starszych niż 55 lat – mówi Marcin Warszewski, Dyrektor w Deloitte Digital.

Ubezpieczyciele powinni być elastyczni i dla pewnych grup konsumentów uprościć swoje produkty i jasno przedstawiać ich wartość. Warto jednak także, by reagowali na potrzeby bardziej wymagających klientów, czyli milenialsów, którzy częściej wybierają niekonwencjonalne rozwiązania produktów ubezpieczeniowych. Trzeba przy tym pamiętać, że w przyszłości innowacyjne usługi wybierać będą nie tylko młodzi, ale większość konsumentów.

W tym tygodniu kurs euro na poziomie 4,52-4,56

Długi weekend w USA (dziś święto) uzasadnia piątkową ucieczkę z ryzykownych pozycji i dzisiejszy powolny start tygodnia. Brak silnego impulsu jest pożywką dla wątpliwości o zasadność wysokich wycen, podczas gdy obawy o rozwój pandemii nie pomagają w poprawie nastrojów. Rynki może czekać okres ruchu bocznego, zanim trend reflacyjny ponownie pokaże siłę.

W tym tygodniu może być za dużo czynników ryzyka, co do których inwestorzy woleliby, żeby przeminęły, zanim zaczną angażować się w budowanie nowych pozycji. Główna uwaga jest na ceremonii zaprzysiężenia prezydenta-elekta Bidena w środę, ale mniej na tym, co Biden będzie miał do powiedzenia, a bardziej, czy nie dojdzie do zakłóceń. FBI ostrzega przed planowanymi na szeroką skalę protestami. Chociaż szturm na Kapitol z 6 stycznia rynki przyjęły dość spokojnie, ale ryzyko, że teraz może być inaczej, jest niepomijalne.

Rynki znajdują się aktualnie w niepewnym położeniu i każdy dodatkowy powód do obaw o ryzykowne pozycje może przechylić szalę na rzecz głębszej korekty. A pretekstu zaczyna się doszukiwać we wszystkim. Na starcie tygodnia rynkowe dyskusje krążą wokół jutrzejszego przesłuchania Janet Yellen w Kongresie przed mianowaniem jej na nowego sekretarza skarbu. Wall Street Journal donosi, że Yellen ma potwierdzić zobowiązanie USA, że nie będzie się angażować w celowe osłabianie dolara dla poprawy konkurencyjności. Naprawdę nie rozumiem, jak taki komentarz Yellen ma być argumentem za umocnieniem dolara i w jakim sensie jest to zaskakujące oświadczenie. Ale fakt, że WSJ o tym pisze, a rynek dyskutuje, sugeruje mi, że strach przed korektą jest duży.

Tydzień przynosi też kilka decyzji banków centralnych, w tym EBC (czwartek). Nie spodziewamy się zmian w polityce, biorąc pod uwagę, że dopiero co w grudniu bank dokonał rekalibracji swojej polityki (rozszerzenie PEPP i TLTRO). Uwaga skupi się na komunikacie i ocenie bieżącej sytuacji zdrowotnej i jej wpływie na perspektywy gospodarcze. Można oczekiwać, że na konferencji prezes Lagarde pozostawi furtkę do dalszego luzowania polityki, jeśli z powodu pandemii gospodarka będzie się rozwijać poniżej prognoz EBC. Ale to raczej za mało, by wygenerować wieżą presję na sprzedaż EUR i jeśli już, to brak niespodzianek stwarza okazję do mini-rajdu ulgi.

Przy całej huśtawce na rynkach zewnętrznych na koniec ubiegłego tygodnia i utrzymującą się awersją do ryzyka stabilizacja EUR/PLN wokół 4,54 powinna cieszyć. Sądzę, że taki obraz rynku złotego jest zasługą piątkowej konferencji prasowej prezesa NBP Adama Glapińskiego, która załagodziła część obaw związanych z kształtem polityki pieniężnej. Glapiński stwierdził, że NBP ma „dużą przestrzeń” do obniżek stóp procentowych i możliwe jest cięcie poniżej zera, ale obniżka nastąpi tylko przy radykalnym pogorszeniu się sytuacji gospodarczej. W bazowym scenariuszu prezes przewiduje utrzymanie stóp procentowych na obecnym poziomie przez najbliższe dwa lata. W kwestii złotego, Glapiński stwierdził, że mamy do czynienia z ogromną presją na aprecjację waluty, a interwencje miały na celu zapobiec nagłej aprecjacji złotego. Prezes nie wyklucza przyszłych ingerencji w rynek. Jednak charakter wypowiedzi sugeruje, że NBP nie będzie stawać na drodze aprecjacji złotego pod warunkiem, że będzie odbywać się w powolnym tempie. Pytaniem pozostaje, jakie tempo jest akceptowalne dla banku centralnego? Ogólnie jednak nie wygląda na to, że na obecnych poziomach nie powinna pojawić się dodatkowa presja osłabiająca złotego ze strony NBP i w najbliższych dniach kierunek będą dyktować nastroje na rynkach zewnętrznych. Dla EUR/PLN sugeruje to przedział 4,52-4,56 w tym tygodniu.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

CDRL podsumowuje sprzedaż w IV kwartale 2020 r.

Grupa CDRL, właściciel marki Coccodrillo oraz Buslik, w IV kwartale br. wygenerowała 97,8 mln zł przychodów w obu markach – jest to około 17 proc. mniej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Rekordową popularnością cieszą się kanały e-commerce. W polskim sklepie internetowym sprzedaż wzrosła o 93 proc., a w sklepie internetowym sieci Buslik o 88 proc. r/r.

– Przychody w IV kwartale są umiarkowanie dobre. Należy je oceniać biorąc pod uwagę obecną sytuację społeczno-gospodarczą. Mocno odczuwamy przedłużające się zamknięcie naszych sklepów stacjonarnych w galeriach handlowych – wprowadzony lock-down oraz niepewne nastroje konsumenckie związane z pandemią spowodowały, że nasze przychody są niższe niż  przed rokiem. Niemniej jednak, bardzo dobrze radzą sobie nasze sklepy e-commerce – w kanałach internetowych odnotowujemy rekordowe wyniki – komentuje Tomasz Przybyła, wiceprezes CDRL.

W IV kwartale, w sklepach stacjonarnych w Polsce, przychody wyniosły 30,17 mln zł. Jest to wynik o 31 proc niższy niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Sklepy stacjonarne sieci Buslik, w omawianym okresie osiągnęły przychody na poziomie 42,33 mln zł, czyli o 20,9 proc. mniej, niż w IV kwartale 2019 roku.

Nieustannie wzrasta popularność kanałów e-commerce. Polski sklep internetowy, w IV kwartale wygenerował 10,93 mln zł przychodów i jest to wynik wyższy od odnotowanego w analogicznym okresie ubiegłego roku o 93 proc. Sklep internetowy sieci Buslik odnotował 3,85 mln zł przychodów, co stanowi wzrost o 88 proc. r/r.

Narastająco, od stycznia do końca grudnia Grupa CDRL wygenerowała 387,47 mln zł przychodów. Jest to wynik niższy od ubiegłorocznego o 13,7 proc.

Polacy zdobywają rynek usług telemedycznych

Tempo szczepień i przedłużane lockdowny wskazują na to, że rozwiązania związane z telemedycyną dla części pacjentów będą koniecznością jeszcze przez wiele miesięcy. Dostrzegają to nie tylko prywatni konsumenci, ale też inwestorzy. Dlatego możemy mówić o trwającym boomie na rozwiązania telemedyczne. Co interesującego w tym temacie wymyślili Polacy?

W Polsce powstało co najmniej kilka znaczących spółek telemedycznych. Rozwijają zarówno rozwiązania łączące hardware (urządzenie) z softwarem (np. aplikacją), jak i same rozwiązania software.

Higo – kilka narzędzi w jednym

Przykładem głośnego produktu, który został zaprojektowany nad Wisłą i wejdzie do sprzedaży w najbliższych miesiącach, jest urządzenie Higo.

Koncept, na którym opiera się działanie Higo, jest genialny w swojej prostocie. Z pomocą polskiego urządzenia każdy będzie mógł zmierzyć sobie (lub innej osobie) temperaturę, osłuchać serce, brzuch i płuca, zrobić zdjęcie ucha czy gardła. Następnie rezultaty za pomocą dedykowanej aplikacji mobilnej będzie mógł przesłać do lekarza. Precyzyjna diagnoza bez wychodzenia z domu, wykonywana niezwykle intuicyjnym urządzeniem, z którym poradzi sobie i dziecko, i osoba starsza – to pomysł tak obiecujący, że jeszcze przed swoją premierą rynkową warszawska spółka Higo Sense otrzymała wyróżnienia na targach Medica w Düsseldorfie czy podczas Giant Health Event w Londynie.

– To prawda, świat zdążył już zauważyć Higo – mówi Łukasz Krasnopolski, prezes spółki Higo Sense. – Bardzo nas to cieszy, tym bardziej, że oficjalną premierę urządzenia przewidujemy już niedługo. Jesteśmy bardzo podekscytowani i mamy nadzieję, że nasz produkt w trakcie wciąż trwającej pandemii pozwoli wygodniej funkcjonować szczególnie tym osobom, które najbardziej ryzykowały by wychodząc z domu, np. do przychodni. Higo pozwoli im szybko i sprawnie wykonać najbardziej podstawowe badania bez wstawania z kanapy.

Produkt został już dopuszczony do sprzedaży na terenie Unii Europejskiej. Trwają prace nad wprowadzeniem go do obrotu na Bliskim Wschodzie i w Ameryce Południowej.

Aidmed – innowacyjne urządzenie dla astmatyków i nie tylko

W drugim kwartale 2021 r. swoją premierę ma mieć inny polski innowacyjny produkt z branży healthtech, czyli Aidmed gdańskiej firmy Aidlab. To urządzenie służy do zdalnego badania bezdechu sennego, serca oraz astmy.

– Naszym celem jest spopularyzowanie badań domowych – komentuje Jakub Domaszewicz, współzałożyciel firmy Aidlab. – To właśnie COVID-19 pokazał, jak istotne jest inwestowanie w telemedycynę. Podczas panującej pandemii, nie ściągniemy ludzi na diagnostykę okresową, dlatego to właśnie telemedycyna jest szansą na poprawę sytuacji.

Zespół Aidlabu czeka jeszcze proces związany z certyfikacją medyczną, ale już teraz firma zdobyła inwestora – jest nim Life Science Innovation Fund, polski fundusz VC.

DocPlanner – światowy lider

Wśród stworzonych w Polsce rozwiązań związanych z e-zdrowiem są też takie, które na przestrzeni ostatnich lat zdążyły osiągnąć globalny sukces. Istniejąca od kilkunastu lat grupa DocPlanner, w Polsce odpowiedzialna za dobrze znany serwis ZnanyLekarz.pl, na świecie rozwija całą sieć podobnych stron: MioDottore.it we Włoszech, DoktorTakvimi.com w Turcji, itd.

Ta działająca w kilkunastu krajach platforma służy do umawiania się się na wizyty lekarskie przez internet. Pacjenci po wszystkim mogą też ocenić specjalistę – opisać przebieg badania i polecić lub odradzić spotkanie kolejnym osobom.

– Naszym wzorem jest serwis booking.com działający na rynku hoteli – mówił szef serwisu Mariusz Gralewski w roku 2012 w wywiadzie dla mambiznes.pl – Chcemy osiągnąć podobną pozycję na rynku medycznym.

I… chyba się udało. Dziś ZnanyLekarz i zagraniczne iteracje serwisu to największa tego typu platforma na świecie – korzysta z niej nawet 30 milionów osób miesięcznie.

Duże pole do innowacji

Firm osiągających sukcesy, a związanych z telemedycyną, jest w Polsce znacznie więcej. Powstała w Polsce opaska SiDLY monitoruje funkcje życiowe pacjentów, a w razie problemów automatycznie informuje ratowników medycznych. Z kolei produkty wrocławskiej firmy Infermedica wykorzystują mechanizmy sztucznej inteligencji w celu skutecznego wstępnego diagnozowania pacjentów. StethoMe proponuje konsumentom inteligentne urządzenie połączone z aplikacją mobilną, pozwalające kontrolować symptomy astmy u dzieci. A krakowska firma AILIS stworzyła technologię pozwalającą na szybką i bezdotykową diagnozę raka piersi, dokładniejszą od mammografii.

– Nie mam wątpliwości co do tego, że telemedycyna w najbliższych latach będzie się mocno rozwijała – twierdzi Łukasz Krasnopolski z Higo Sense. – Żyjemy w świecie, w którym przez internet można zorganizować spotkanie w pracy, obejrzeć najnowszy film czy zrobić zakupy spożywcze. Nie ma żadnych przeciwwskazań, by najnowsze zdobycze z zakresu IT, uczenia maszynowego czy rozwiązań UX-owych nie miały pomóc osobom potrzebującym opieki lekarskiej. To przyszłość, która być może jeszcze dziś nie jest dla wszystkich oczywista, ale w przeciągu dekady czy dwóch będzie na pewno – przewiduje Krasnopolski.

Stracony sezon, trudny rok. Zimowy lockdown powiększa długi branży turystycznej

Zimowy lockdown kolejny raz pokrzyżował wyjazdowe plany wielu Polaków. Już co trzecia osoba w związku z pandemią odłożyła lub zrezygnowała z wydatków na ten cel – wynika z „Barometru oszczędności” Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej SA. Polacy wstrzymują się także z realizacją bonów turystycznych, których do pobrania zostało jeszcze ok. 3 mln. Nie pomaga to w odrobieniu należności w branży. Od początku marca do końca roku długi biur i agentów turystycznych wzrosły o 30%, osiągając poziom 20,4 mln zł. W ciągu pierwszych 2 tygodni stycznia powiększyły się o kolejne 0,6 mln zł.

Poziom zadłużenia organizatorów wyjazdów, jak i agentów oraz pośredników turystycznych jest dość zbliżony. Według danych KRD nieco wyższe należności do zwrócenia mają ci pierwsi, a wynoszą one ponad 11 mln zł. Łącznie ich kwota zadłużenia na koniec 2020 roku sięgała 20,4 mln zł.

Stracony sezon, trudny rok

W ciągu 2020 r. o ponad jedną piątą urosło średnie zadłużenie biur i agentów turystycznych. Pod koniec grudnia sięgało ono prawie 39 tys. zł. O 16% zwiększyła się także liczba zobowiązań. Biura i agenci najczęściej pieniądze winni są bankom (7,2 mln zł), a w drugiej kolejności funduszom sekurytyzacyjnym (6,2 mln zł). 1,7 mln zł mają także do odzyskania od nich firmy faktoringowe.

Największymi kwotami do spłacenia obciążone są biura oraz agenci turystyczni z Małopolski. Ich zadłużenie sięga blisko 5,5 mln zł. – Zimowe ferie i sezon narciarski przez lockdown nie poprawiły ich sytuacji. Dla wielu firm z tego regionu to najważniejszy czas w roku. Trudno będzie to odrobić latem. Według Instytutu Badań Rynku Turystycznego Traveldata większość touroperatorów w kraju nie oczekuje także powrotu ruchu turystycznego przed sezonem wakacyjnym – zauważa Adam Łącki, prezes Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej SA.

Drugą pozycję wśród zadłużonych województw zajmuje Mazowsze (3,5 mln zł). Z trzecim co do wysokości długiem mierzą się firmy z Śląskiego (2,2 mln zł), ale tuż za nim jest Pomorze (2,1 mln zł). Większość podmiotów mających do spłacenia należności to jednoosobowe działalności gospodarcze.

1/3 Polaków nie zdecydowała się na wyjazd

Sytuację w której znalazła się branża turystyczna obrazują także wyniki badania „Barometr oszczędności” Krajowego Rejestru Długów. Polacy zapytani o to, z jakich planowanych wcześniej wydatków zrezygnowali lub jakie chwilowo wstrzymali celem zaoszczędzenia pieniędzy w czasie pandemii, najczęściej wskazywali właśnie na wyjazdy turystyczne. Odłożyła lub zarzuciła je więcej niż co trzecia osoba (35%).

Co więcej, ruchu w branży turystycznej na razie znacząco nie poprawił bon turystyczny. Z możliwych do wykorzystania bonów, aktywowanych zostało 1,1 mln, a ok. 275 tys. zrealizowano. Do pobrania zostało wciąż ok. 3 mln bonów. – Brak perspektyw na wyjazd powstrzymuje Polaków od wykorzystywania bonów turystycznych przekazanych przez rząd. Jednak mają one swoją datę ważności, więc można prognozować, że po poluzowaniu obostrzeń Polacy wrócą do urlopowania, chociażby po to by nie zmarnować tego wakacyjnego dodatku – dodaje Adam Łącki z Krajowego Rejestru Długów.

Ogólnopolskie badanie „Barometr oszczędności” zostało przeprowadzone w drugiej połowie października 2020 roku przez IMAS International na zlecenie Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej metodą CAWI na reprezentatywnej grupie 1000 Polaków.

Jarosław Baran Prezesem ORLEN China

Stanowisko Prezesa ORLEN China, spółki z Grupy ORLEN pełni Jarosław Baran. To ceniony menadżer z wieloletnim doświadczeniem, zdobytym głównie na rynku azjatyckim. Zadaniem ORLEN China jest bezpośrednia sprzedaż produktów Koncernu, a tym samym wzmocnienie jego pozycji na perspektywicznym chińskim rynku oraz w sąsiednich krajach.

Jarosław Baran od ponad 10 lat mieszka i pracuje na terytorium Chińskiej Republiki Ludowej. Jest absolwentem Suzhou University (specjalność: Kultura Chin, Chiński Język i Literatura), Albertus Magnus College (MBA Leadership) oraz Central Connecticut State University (MBA, Ekonomia). To specjalista głównie w obszarze analiz rynkowych działalności gospodarczej w Chinach i w innych państwach azjatyckich. Posiada szerokie kompetencje w zakresie sprzedaży, zarządzania procesami produkcyjnymi oraz w zarządzaniu finansami na terytorium Chin. Doświadczenie zawodowe zdobywał pracując m.in. na stanowiskach kierowniczych w Ryerson, ATLAS, UTC, Pratt and Whitney oraz Sikorsky Aircraft.

Utworzona w ubiegłym roku spółka ORLEN China stała się centrum kompetencji sprzedażowych (w tym e-commerce), marketingowych, logistycznych i spedycyjnych na rynku chińskim. Spółka jest zarejestrowana w mieście Suzhou (prowincja Jiangsu) na wschodzie Chin. Obecnie prowadzi działalność głównie w prowincji Jiangsu oraz prowincjach sąsiadujących. Prowincja Jiangsu zamieszkiwana jest przez ponad 80 mln ludzi i stanowi ważny chiński ośrodek o charakterze przemysłowym, z rozwiniętym przemysłem maszynowym, elektronicznym i samochodowym. Prowincja posiada również 150 stref rozwoju i jest liderem w ich tworzeniu. Strefy te koncentrują bezpośrednie inwestycje zagraniczne, międzynarodowy handel oraz innowacje technologiczne.

Produkty Grupy ORLEN są oferowane w Chinach od 2016 roku. Pierwszy etap działalności ORLEN China objął sprzedaż olejów silnikowych, które do tej pory dystrybuowane były w Chinach za pośrednictwem zewnętrznych partnerów. Według szacunków Koncernu, zmiana modelu sprzedaży produktów pozwoli w najbliższych trzech latach wygenerować znacznie większy zysk operacyjny niż w przypadku kontynuowania wcześniejszego modelu handlowego.

Rok 2020 rekordowy na polskim rynku samochodów elektrycznych

Według danych z końca grudnia 2020 r., w Polsce było zarejestrowanych łącznie 18 875 samochodów osobowych z napędem elektrycznym. W ubiegłym roku przybyło ich  9 879 sztuk – o 140% więcej niż w 2019 r. – wynika z Licznika Elektromobilności, uruchomionego przez PSPA oraz PZPM.

Pod koniec grudnia 2020 r. po polskich drogach jeździło 18 875 elektrycznych samochodów osobowych, z których 53% stanowiły pojazdy w pełni elektryczne (BEV, ang. battery electric vehicles) – 10 041 szt., a pozostałą część hybrydy typu plug-in (PHEV, ang. plug-in hybrid electric vehicles) – 8 834 szt. Park elektrycznych samochodów dostawczych i ciężarowych w analizowanym okresie zwiększył się do 839 szt. W dalszym ciągu rośnie też flota elektrycznych motorowerów i motocykli, która na koniec grudnia osiągnęła liczbę 8 941 szt.

Pod koniec ubiegłego roku park autobusów elektrycznych w Polsce liczył 430 szt. W okresie od stycznia do grudnia 2020 r. flota elektrobusów powiększyła się o 201 zeroemisyjnych pojazdów. W porównaniu z rokiem 2019 oznacza to zmianę o 253% r/r.

Wraz ze wzrostem liczby pojazdów z napędem elektrycznym, rozwija się również infrastruktura ładowania. Pod koniec grudnia w Polsce funkcjonowały 1 364 ogólnodostępne stacje ładowania pojazdów elektrycznych (2 641 punktów). 33% z nich stanowiły szybkie stacje ładowania prądem stałym (DC), a 67% wolne ładowarki prądu przemiennego (AC) o mocy mniejszej lub równej 22 kW. W grudniu uruchomiono 40 nowych, ogólnodostępnych stacji ładowania (109 punktów).

„Biorąc pod uwagę wzrost liczby pojazdów bateryjnych i hybryd plug-in w 2020 roku można zakładać, że w najbliższych latach ich rejestracje osiągną poziom kilkunastu – a może nawet kilkudziesięciu tysięcy sztuk. Jednakże, aby to założenie stało się faktem, niezbędne jest – co podkreślaliśmy już wielokrotnie – znacznie większe wsparcie oraz uproszczenie procedury zakupu takiego pojazdu. Absolutnie kluczowy jest również rozwój sieci stacji ładowania.  Bardzo cieszy tak duży wzrost floty przyjaznych środowisku autobusów. Jeśli ten trend się utrzyma, to możemy mieć nadzieję, że w ciągu najbliższych kilkunastu lat przeważająca liczba autobusów, które będą jeździły w naszych miastach będą elektryczne lub nawet wodorowe” – mówi Jakub Faryś, Prezes PZPM.

„Rok 2020 r. okazał się być rokiem kilku rekordów w polskiej elektromobilności. Mimo niesprzyjających  warunków zanotowaliśmy największy, jak do tej pory, wzrost liczby osobowych i dostawczych EV, a także elektrycznych autobusów. Rynek przyspieszył szczególnie mocno w grudniu, kiedy zarejestrowano aż 1 771 osobowe BEV i PHEV i oddano do użytku ponad 100 ogólnodostępnych punktów ładowania. Zakładamy, że w 2021 r. rozwój zeroemisyjnego transportu będzie jeszcze bardziej dynamiczny. Pozytywny wpływ na rynek e-mobility powinny wywrzeć m.in. takie czynniki jak nowelizacja Ustawy o elektromobilności, wprowadzenie E-taryfy, czy uruchomienie systemu wsparcia ze środków NFOŚiGW w obszarze pojazdów elektrycznych i infrastruktury” – dodaje Maciej Mazur, Dyrektor Zarządzający PSPA.licznik_elektromobilnosci_2020-12_A4 licznik_elektromobilnosci_2020-12_grafika_800x450px

Branża vendingowa apeluje o wsparcie w ramach tarcz antykryzysowych

Z powodu pandemii Covid-19 polski rynek vendingu, czyli automatów, w których można kupić napoje i przekąski, znalazł się w bardzo trudnej sytuacji. Wiele firm ponosi duże straty finansowe i rozważa możliwość zamknięcia prowadzonej działalności. Konfederacja Lewiatan apeluje o wsparcie dla branży poprzez rozszerzenie rozwiązań pomocowych w ramach tarcz antykryzysowych.

Obecnie w branży vendingowej funkcjonuje około 400 małych i średnich przedsiębiorstw, które zatrudniają od 5 do 100 pracowników. Od początku ubiegłego roku systematyczne pogarsza się ich kondycja finansowa. Coraz więcej firm nie radzi sobie z regulowaniem na bieżąco zobowiązań wobec kontrahentów. Szacuje się, że w branży vendingowej pracuje około 20 000 osób. Wiele z tych etatów jest realnie zagrożonych.

– Przyczyną kłopotów jest wprowadzenie w szkołach i na uczelniach wyższych nauczania zdalnego, powszechne stosowanie pracy zdalnej w biurach czy instytucjach, a także zamknięcie obiektów sportowych. Dlatego apelujemy o objęcie branży vendingowej wsparciem finansowym na równi z innymi przedsiębiorcami, którzy zostali pozbawieni możliwości zarobkowania – mówi Kacper Olejniczak, ekspert Konfederacji Lewiatan.

W ramach tarcz antykryzysowych pomoc otrzymały branże, które też sprzedają żywność i napoje w ściśle określonych lokalizacjach m.in. takich jak: szkoły, przedszkola, uczelnie, biura, urzędy, obiekty sportowe. Chodzi np. o ruchome placówki gastronomiczne, sprzedaż detaliczną żywności na straganach i targowiskach, czy przygotowywanie i dostarczanie żywności dla odbiorców zewnętrznych (catering). Branża vendingowa takiego wsparcia dotychczas nie otrzymała.

Volkswagen Poznań liderem produkcji samochodów w Polsce w roku 2020

  • Z taśm produkcyjnych zakładów w Poznaniu i we Wrześni w roku 2020 zjechało 207 610 pojazdów – o 22% mniej w porównaniu z rokiem poprzednim.
  • Spadek produkcji to skutek pandemii koronawirusa oraz rozruchu produkcji nowego modelu Caddy 5 w zakładzie w Poznaniu
  • Pomimo zmniejszenia produkcji wynik ten daje spółce ponownie pozycję największego producenta samochodów w Polsce
  • Przełomowy rok dla elektromobilności. Volkswagen Poznań wyprodukował w 2020 roku 1291 pojazdów elektrycznych (+4781%)

Poznań, 18 stycznia 2021r -. Rok 2020 był wyjątkowo trudnym czasem dla branży motoryzacyjnej. Pandemia Covid-19 wpłynęła zarówno na sprzedaż nowych pojazdów, jak i na produkcję. Pomimo niesprzyjających warunków, obie fabryki Volkswagen Poznań – w Poznaniu i we Wrześni – zbudowały w roku ubiegłym 207 610 samochodów, w tym 1291 w pełni elektrycznych aut dostawczych. Wg danych opublikowanych przez Instytut Samar, to ponad 48 procent ogółu samochodów wyprodukowanych w ubiegłym roku w Polsce (427 972 pojazdy). Dzięki temu wynikowi, Volkswagen Poznań pozostał liderem produkcji aut w Polsce. Dodatkowo odlewnia Volkswagen Poznań wyprodukowała niemal 3,5 miliona komponentów, w tym obudów silników elektrycznych dla platformy MEB wykorzystywanej przez wszystkie marki Grupy Volkswagen.

Pandemia koronawirusa, która rozwinęła się w Europie wiosną 2020 r., spowodowała zatrzymanie produkcji w niemal wszystkich fabrykach motoryzacyjnych w Europie. Również Volkswagen Poznań wstrzymał produkcję w dniach od 20 marca do 27 kwietnia 2020 r., co znacząco wpłynęło na wielkość produkcji w tym roku. Z taśm produkcyjnych fabryk Volkswagen Poznań w roku 2020 zjechało 207 610 pojazdów (2019: 266 127 samochodów, tj -22%), w tym z zakładu w Poznaniu 131 152 auta (2019: 177 676; tj -26%), a z zakładu we Wrześni 76 458 pojazdów (2019: 88 451 tj -13,5%). Niższa produkcja, którą odnotowano na przestrzeni całego roku, była jednak nie tylko wynikiem pandemii Covid-19, ale również wynikała z przygotowania i rozruchu produkcji nowej generacji Caddy 5 w poznańskiej fabryce. Pełne moce produkcyjne nowego modelu zostaną osiągnięte 2w roku 2021.
W okresie od stycznia do grudnia 2020 fabrykę w Poznaniu opuściło 19 949 Transporterów 6.1, 94 235 nowych Caddy 4, oraz 16 968 sztuk nowego modelu Caddy 5. Z zakładu we Wrześni wyjechało natomiast 58 114 sztuk Volkswagena Craftera, w tym 586 egzemplarzy w pełni elektrycznego e-Craftera oraz 18 344 sztuki modelu MAN TGE, w tym 705 również w pełni elektrycznego MAN eTGE. Zakład Volkswagen Poznań we Wrześni jest jedynym producentem w pełni elektrycznych modeli e-Crafter i MAN eTGE. Produkcja e-Craftera ruszyła tu w lipcu 2020 r. Wielkość produkcji aut elektrycznych osiągnęła w roku 2020 pułap 1291 egzemplarzy, co jest ogromnym skokiem ilościowym i technicznym w stosunku do 27 sztuk zbudowanych we Wrześni w roku 2019.

Odlewnia Volkswagen Poznań wyprodukowała w roku 2020 niemal 3,5 mln sztuk podzespołów (2019: 4,2 mln komponentów) wykorzystywanych w modelach różnych marek Grupy Volkswagen. Jest wśród nich m.in. prawie 1,5 mln obudów przekładni kierowniczej dla samochodów osadzonych na płytach MQB, MLB i z silnikiem montowanym poprzecznie, ponad 100 tysięcy obudów silników elektrycznych dla aut osadzonych na płycie MEB oraz ponad 84 tysiące obudów skrzyń biegów.

„Rok 2020 na całym świecie stał pod znakiem pandemii. Zakłady Volkswagen Poznań również odczuły jej skutki, jednak dla nas ten mijający rok stał przede wszystkim pod znakiem wdrożenia do produkcji najnowszego modelu – Caddy 5” – mówi Dietmar Mnich, prezes zarządu Volkswagen Poznań oraz dyrektor zakładu w Poznaniu. „Do tego projektu przygotowywaliśmy się od dłuższego czasu. Rozbudowaliśmy na jego potrzeby hale produkcyjne w Poznaniu, uruchomiliśmy nowoczesny park maszynowy i odpowiednio przeszkoliliśmy załogę. Przygotowania zakończyły się sukcesem i produkcja Caddy 5 rozpoczęła się w Volkswagen Poznań w październiku 2020. W roku 2021 będziemy sukcesywnie zwiększać jego produkcję i wdrażać kolejne wersje modelowe, w tym model Caddy Maxi. Jestem też niezmiernie dumny z dynamicznie rosnącej produkcji w pełni elektrycznych modeli w zakładzie we Wrześni oraz rozwoju portfolio odlewni o nowe komponenty do aut koncernu Volkswagen .”

Plany Volkswagen Poznań na rok 2021, oprócz systematycznego zwiększania produkcji Caddy 5, skupiają się także na przygotowaniu do produkcji modelu City Van dla kooperanta Grupy Volkswagen – koncernu Ford. Natomiast odlewnia rozpocznie w roku 2021 przygotowania do produkcji kolejnych komponentów dla samochodów elektrycznych Grupy Volkswagen.

Menedżer przyszłości – menedżer społecznie odpowiedzialny

Masowa praca zdalna w firmach stawia przed menedżerami duże wyzwanie – jak zmotywować pracownika, którego widzi się tylko na ekranie? Eksperci wskazują jednak, że firmy zawsze miały problem z motywacją pracownika – a szczególnie pracownika młodego. Od kiedy z repertuaru menedżera zniknęła motywacja przemocą, a pracownik zaczął otrzymywać więcej pieniędzy, niż potrzebuje do przeżycia, pracodawcy zmagają się z pytaniem – co zrobić, by zmotywować ludzi do pracy? Na przestrzeni lat powstało wiele narzędzi, które miały w tym pomóc. Od integracyjnych imprez, które sięgają historią czasów rewolucji przemysłowej, przez publiczne nagradzanie najlepszych pracowników, po występy motywacyjnych mówców i pisarzy science fiction. Jakie narzędzia potrzebne są menedżerowi teraz, w dobie pandemii?

– Świat pracowników jest bardzo zróżnicowany. W związku z tym działają na nich różnego rodzaje motywacje. Jest duża grupa ludzi, na których nadal działa zwykła motywacja finansowa. Ci ludzie chcą dostać pieniądze, a sami budują swoje potrzeby poza pracą – powiedział serwisowi eNewsroom profesor Krzysztof Obłój, profesor Akademii im. Leona Koźmińskiego oraz Uniwersytetu Warszawskiego. – Do tych, którym to nie wystarcza, trzeba znaleźć inne klucze. Tutaj trzeba zaś podkreślić zmiany, które zaszły w naszym funkcjonowaniu na rynku pracy. W coraz mniejszym stopniu akceptujemy autorytety. Autorytety naszych rodziców, naszych dziadków, rząd nie są już w cenie. Autorytetem nie jest też przełożony. Dlatego pracownicy – szczególnie młodzi – nie akceptują jakiejkolwiek próby wywierania wpływu, również krytyki. Jak ktoś na nich krzyknie, albo ich urazi – trzaskają drzwiami i wychodzą. Firmy uczą się więc nowych sposobów oddziaływania na pracowników. Kiedyś uważało się, że są pewne normy i wartości – a menedżer ma prawo wymusić na pracownikach, żeby tych wartości przestrzegali. Teraz mają inny sposób – budują kulturę w firmie kotwicząc ją w rzeczach, które są dla młodego pokolenia szalenie ważne. W tematach ekologicznych, środowiskowych, genderowych. Wtedy pracownik chce zostać w takiej firmie na dłużej, bo ona jest – i to chyba jest najlepsze słowo, jakie można znaleźć – społecznie odpowiedzialna – wskazuje Obłój.

Prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego: Szczepienia podstawą bezpieczeństwa uczniów i nauczycieli. Powinny być przeprowadzane równolegle ze szczepieniami seniorów

– Szczepienia są sprawą podstawową z punktu widzenia bezpieczeństwa uczniów, nauczycieli i pracowników niebędących nauczycielami – podkreśla Sławomir Broniarz, prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego. Dlatego ZNP postulował do rządu o wykonywanie ich wśród nauczycieli równolegle z grupą seniorów, którzy będą szczepieni od 25 stycznia. Na to jednak nie ma na razie szans, tym bardziej że w następnych tygodniach możliwe jest ograniczenie dostaw szczepionek przez firmę Pfizer. Jak podkreśla prezes ZNP, wszystkim zależy na bezpiecznym powrocie do nauki stacjonarnej, zwłaszcza że ma to duże znaczenie dla normalnego funkcjonowania milionów rodziców.

 Nie ulega wątpliwości, że decyzja o powrocie dzieci do szkół jest dosyć kontrowersyjna, i to, że rozpoczęliśmy pracę, wywoła emocje u wielu nauczycieli. Pojawiły się opinie, że jest to decyzja trochę na wyrost, nie w pełni przemyślana, a jednocześnie decyzja, która nie daje ani uczniom, ani nauczycielom pełnej gwarancji bezpieczeństwa. Związek postulował i postuluje zupełnie inne rozwiązania w tym zakresie i wydaje się, że mamy też czas na ich wdrożenie – mówi agencji Newseria Biznes Sławomir Broniarz.

Nauczyciele – podobnie jak przedstawiciele służb mundurowych – są przewidziani w pierwszej grupie do szczepień, ale pierwszeństwo w niej mają seniorzy. ZNP zaapelował do rządu o to, aby zakwalifikować nauczycieli do szczepień przeciw COVID-19 równolegle z seniorami. Podkreślał, że w Polsce jest ok. 5,8 mln osób w wieku 60+, tymczasem nauczycieli przedszkolnych, szkolnych i akademickich jest ok. 677 tys., co oznacza, że szczepienie pedagogów równolegle z seniorami w niewielkim stopniu odbiłoby się na tempie całego procesu.

– Szczepienia są sprawą podstawową z punktu widzenia bezpieczeństwa uczniów, nauczycieli i pracowników szkół. Naszym zdaniem one absolutnie powinny być przeprowadzane równolegle ze szczepieniami osób w wieku 75–80 lat – mówi prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego. – Tak robią np. Niemcy i Brytyjczycy, którzy stwierdzili, że poziom zachorowalności wśród nauczycieli jest cztery razy większy niż w całej populacji.

Na przyspieszenie szczepień wśród nauczycieli szanse są na razie nikłe. Jak podkreślał na konferencji prezes ZNP po piątkowych zapewnieniach Michała Dworczyka, ministra odpowiedzialnego za program szczepień, będzie to możliwe, jeśli krzywa szczepień emerytów zacznie spadać, a na rynku będzie odpowiednia podaż szczepionek. Zgodnie z zapowiedziami firmy Pfizer w kolejnych tygodniach dostawy do UE mają być jednak czasowo ograniczone ze względu na zmiany w procesie produkcji. To może wpłynąć na tempo masowych szczepień.

W petycji skierowanej do prezydenta i rządu ZNP wskazuje, że od tego, czy edukacja realizowana jest w trybie stacjonarnym, czy nie, jest uzależnione normalne funkcjonowanie 1/4 osób mieszkających w Polsce. To 6 mln uczących się oraz przynajmniej jedno z rodziców 3 mln dzieci szkół podstawowych. Dlatego zaszczepienie nauczycieli i uruchomienie placówek edukacyjnych będzie mieć pozytywny wpływ na gospodarkę, bo umożliwi rodzicom powrót do normalnej pracy.

 Powinniśmy zacząć szczepienia od nauczycieli edukacji przedszkolnej i klas I–III – podkreśla Sławomir Broniarz. – Edukacja I–III jest przebadana, wiemy, jak duży jej odsetek choruje, i szczepienia są naturalną konsekwencją wykonanych testów, bo inaczej wyrzuciliśmy paręset tysięcy złotych w błoto. Z kolei nauczyciele przedszkoli, których jest ok. 100 tys., umożliwiają normalną pracę przynajmniej 2 mln obywateli, bo dziecko bezpieczne w przedszkolu jest podstawą do tego, żeby matka i ojciec mogli pójść do pracy. Jeżeli nie zaszczepimy tej grupy w pierwszej kolejności, to stwarzamy ogromne zagrożenie dla bezpieczeństwa rynku pracy. Część rodziców będzie musiała pójść na zasiłek opiekuńczy, co też radykalnie zwiększa koszty.

W piątek, 15 stycznia zakończyły się masowe, bezpłatne przesiewowe testy nauczycieli, pedagogów i pracowników administracyjnych szkół, do których zgłosiło się ok. 165 tys. osób. Według informacji GIS na 80 tys. osób przebadanych do środy pozytywne wyniki miało jedynie ok. 2 proc. Osoby te zostały poddane izolacji i na razie nie wrócą w poniedziałek do szkół.

 Wydaje się jednak, że testowanie jest chybionym pomysłem, dlatego że nie wiemy, jak wiele osób przetestowanych i mających ujemny wynik przez ten tydzień spotykało się z innymi osobami, które mogły być chore i mogły przynieść to zarażenie – mówi prezes ZNP.

Po feriach, w poniedziałek 18 stycznia do nauki stacjonarnej wracają uczniowie klas I–III szkół podstawowych. MEiN i Główny Inspektorat Sanitarny przygotowały wytyczne, które wskazują, jak organizować zajęcia w modelu stacjonarnym. Są one podobne do zaleceń z września. Znajdują się w nich rekomendacje dotyczące organizacji zajęć, higieny, czyszczenia i dezynfekcji pomieszczeń, organizacji pracy stołówek czy postępowania w przypadku podejrzenia zakażenia u pracowników szkoły. Każda klasa ma mieć indywidualny harmonogram zajęć, uwzględniający godziny rozpoczynania i kończenia lekcji, przerw czy korzystania ze stołówki szkolnej, tak by nie miała kontaktu z innymi klasami. Do każdej z klas powinien też być przydzielony jeden nauczyciel na stałe.

Prezes ZNP podkreśla jednak, że decyzja o organizacji zajęć w szkołach powinna być zarezerwowana dla dyrektora danej placówki i organu prowadzącego.

 To dyrektor szkoły – w porozumieniu z samorządem – powinien podejmować decyzję: „tak, moja szkoła ma warunki, jesteśmy przebadani, przetestowani, dzieci nie chorują i można wprowadzić naukę stacjonarną w pełnym wymiarze lub hybrydowo”. To jest decyzja oparta na najbardziej miarodajnych uwarunkowaniach organizacyjno-leczniczo-zdrowotnych i ona powinna być podejmowana oddolnie – podkreśla Sławomir Broniarz

Wciąż jeszcze nie wiadomo, kiedy do tradycyjnego nauczania wrócą uczniowie starszych roczników. Nastąpi to jednak nie wcześniej niż 1 lutego, po zakończeniu obowiązywania rządowych obostrzeń. Decyzję w tym zakresie MEN podejmie najprawdopodobniej w tym tygodniu, na podstawie m.in. wskaźników zachorowań i zgonów.

Nowy system ułatwi służbom dostęp do informacji o kontach bankowych Polaków. Eksperci ostrzegają przed ryzykiem nadużyć

W resorcie finansów trwają prace nad Systemem Informacji Finansowej, który pozwoli odpowiednim służbom i instytucjom szybko ustalić, w jakich bankach Polacy mają konta oraz czy korzystają ze skrytek bankowych lub kont maklerskich. Zgodnie z unijnymi przepisami ma to być narzędziem walki z poważnymi przestępstwami. – Służby powinny mieć dostęp do danych finansowych w przypadku ścigania poważnych przestępstw, jednak istnieje ogromne ryzyko, że będzie to wykorzystywane także w innych, błahych sprawach, a być może nawet w sytuacjach, które są zwykłym nadużyciem – mówi Wojciech Klicki, prawnik z Fundacji Panoptykon.

Obecnie polskie i europejskie służby mają dostęp do informacji o aktywach posiadanych przez obywateli, ale uzyskanie ich jest czasochłonne. Opracowywany System Informacji Finansowej ma ułatwić i przyspieszyć pozyskiwanie danych. Stworzenie takiej bazy to wymóg dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady UE w sprawie zapobiegania wykorzystywaniu systemu finansowego do prania pieniędzy lub finansowania terroryzmu. Krajowe przepisy, implementujące tę dyrektywę, powinny być wdrożone do sierpnia 2021 roku. Projekt ustawy zgodnie z zapowiedziami Ministerstwa Finansów ma trafić na Radę Ministrów w pierwszym kwartale 2021 roku.

System Informacji Finansowej będzie centralną bazą, w której zbierane będą informacje na temat wszystkich środków finansowych, jakie przechowują w instytucjach finansowych Polacy. Będzie on działał po to, aby policja, służby specjalne mogły w łatwy sposób zlokalizować, gdzie kto ma pieniądze. Przy czym ten system nie będzie służył do zweryfikowania tego, ile mamy pieniędzy, na co je wydajemy i jaki ostatni przelew zrobiliśmy, tylko zlokalizowaniu, w jakim banku znajdują się środki finansowe konkretnej osoby – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Wojciech Klicki.

W Systemie Informacji Finansowej będą gromadzone, przetwarzane i udostępniane informacje o otwartych i zamkniętych rachunkach, obejmujących rachunki w bankach, SKOK-ach i innych podmiotach, rachunki papierów wartościowych, rachunki zbiorcze wraz z rachunkami pieniężnymi służącymi do ich obsługi. Będą w nim także dane o umowach o udostępnieniu skrytek sejfowych.

Informacje z SInF będą wykorzystywane do realizacji zadań ustawowych sądów, prokuratury oraz służb – nie tylko Policji, ale także Centralnego Biura Antykorupcyjnego, Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Służby Kontrwywiadu Wojskowego, Agencji Wywiadu, Służby Wywiadu Wojskowego, Żandarmerii Wojskowej, Straży Granicznej, Generalnego Inspektora Informacji Finansowej oraz Krajowej Administracji Skarbowej.

Służby publiczne odpowiedzialne za bezpieczeństwo mają często problem ze zweryfikowaniem tego, gdzie konkretna osoba podejrzewana o przestępstwo, pranie brudnych pieniędzy lub działalność terrorystyczną przechowuje swoje środki finansowe. Zwykle zajmuje im to dużo czasu i wymaga wiele zachodu. System Informacji Finansowej ma być centralną bazą, która szybko pozwoli uzyskać potrzebne informacje. Porządkuje chaos, jaki obecnie funkcjonuje – wyjaśnia prawnik z Fundacji Panoptykon.

Jak podkreśla, to potrzebne rozwiązanie, jednak jego wdrożenie nie jest pozbawione zagrożeń.

Jak zwykle przy tworzeniu centralnej bazy danych podstawowym zagrożeniem jest ryzyko, że prędzej czy później informacje wyciekną i będą wykorzystywane w sprawach, które nie wiążą się z przestępstwem – mówi. – Potrzeba utworzenia systemu nie oznacza, że możemy bezrefleksyjnie zgodzić się na powołanie kolejnej bazy, w której będą mogli grzebać liczni funkcjonariusze kilkunastu instytucji publicznych. Podsumowując, System Informacji Finansowej powinien powstać, natomiast powinien funkcjonować w taki sposób, aby zminimalizować ryzyko nadużyć i wykorzystywania danych w celach innych niż deklarowane.

Dyrektywa unijna przewiduje mechanizmy zabezpieczające przed nadużyciami. Fakt przeglądania danych przez konkretnego funkcjonariusza będzie rejestrowany, a informacje o tym co jakiś czas będą przekazywane do Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Jak podkreślają eksperci Panoptykon, w Polsce jednak przepisy pozbawiły ten organ możliwości weryfikowania działań służb. Brak nadzoru zewnętrznej instytucji może stwarzać ryzyko nadużyć.

– Służby mogą niemal legalnie pozyskiwać wszelkie informacje na temat naszej aktywności, mogą zakładać podsłuchy, robią to kilkadziesiąt razy dziennie w zasadzie bez realnej weryfikacji ze strony sądu. Ostatnie statystyki, które analizowaliśmy, wskazują na to, że służby uzyskują zgodę na założenie podsłuchu w 98–99 proc. przypadków. Do informacji na temat naszej lokalizacji, sieci połączeń służby mają dostęp bez jakiejkolwiek kontroli i korzystają z tego bardzo często, w 2019 roku stało się to 1,3 mln razy – mówi Wojciech Klicki

Fundacja pod koniec grudnia ub.r. przekazała Ministerstwu Finansów swoje rekomendacje do projektu ustawy, które pozwolą ochronić obywateli przez nadmierną ingerencją służb w ich prywatność. Chodzi o zapisanie w ustawie, a nie tylko w uzasadnieniu, że sprawozdanie roczne dotyczące działania SInF jest informacją publiczną i podlega udostępnieniu w Biuletynie Informacji Publicznej. Drugi postulat to ograniczenie możliwości wydłużania okresu przechowywania danych w SInF (mają być kasowane po pięciu latach, ale projekt dość nieprecyzyjnie pozwala na wielokrotne przedłużanie tego terminu).

W 2060 roku dwie trzecie seniorów będzie otrzymywać minimalną emeryturę. Brak reform może pogrążyć polski system emerytalny

– O ile dzisiaj jesteśmy mniej więcej w środku peletonu europejskiego pod względem wysokości emerytur, o tyle w 2060 roku będziemy należeć do krajów o najniższych emeryturach – mówi Krzysztof Nowak, prezes Mercera. Według różnych szacunków za 40 lat wysokość emerytury w Polsce będzie stanowić 25–30 proc. ostatniej pensji, czyli prawie dwukrotnie mniej niż dzisiaj. To efekt nie tylko zmian demograficznych, lecz także niskiego wieku emerytalnego. Stopa zastąpienia będzie jeszcze niższa dla kobiet ze względu na to, że przechodzą na emeryturę o pięć lat wcześniej niż panowie. – Emeryt w Polsce dziś nie jest bogaty, w przyszłości będzie biedny, a kobiety będą jeszcze biedniejsze – podkreśla ekspert.

W ostatnim Mercer CFA Pension Index polski system emerytalny został oceniony jako system z grupy średnich, który ma dobre strony, ale też elementy wymagające poprawy. Oceniamy 39 krajów i 2/3 populacji na świecie. Polska plasuje się mniej więcej pośrodku tej stawki – mówi agencji Newseria Biznes Krzysztof Nowak, prezes Mercera. – Zła wiadomość jest taka, że tracimy punkty rok do roku. Nie są to duże zmiany, ale trzeba bardziej spojrzeć na to, co się dzieje w systemie.

Jak wynika z raportu „Global Pension Index 2020” firmy Mercer, nasz system emerytalny zajmuje 25. miejsce na 39 badanych krajów, podczas gdy rok wcześniej była to 21. pozycja. Polska spadła w rankingu mimo wdrożenia pracowniczych planów kapitałowych czy wprowadzenia 13. i 14. emerytury. To efekt m.in. niskiego udziału prywatnych emerytur. Z danych KNF wynika, że na koniec I połowy 2020 roku było ponad 1,4 mln otwartych kont emerytalnych (IKE i IKZE), na których zgromadzono 14,4 mld zł aktywów.

– Nawet nie chodzi o to, ile umów jest zawartych, bo te wskaźniki są coraz lepsze, ale o to, że aktywa są bardzo niewielkie – wskazuje ekspert. – Relacja wartości aktywów, czyli środków długoterminowych, do produktu krajowego brutto, bo to najłatwiejszy wskaźnik relatywny, który pozwala porównać różne kraje, wynosi 8,5 proc., podczas gdy w czołówce są kraje ze wskaźnikiem przekraczającym 100 proc.

Szansą na zmianę jest wprowadzenie pracowniczych planów kapitałowych. Wraz z rozwijaniem tej reformy na kolejne grupy firm i instytucji i większym wskaźnikiem partycypacji rola prywatnych emerytur będzie rosła, a wraz z nią ocena polskiego systemu, ale to proces długoterminowy. Tym bardziej że pracownicy na razie nie są przekonani do tej formy oszczędzania.

– ZUS i jego kondycja to znak zapytania. Nawet nie chodzi o to, na ile ona jest problematyczna dzisiaj, bo ciągle jeszcze pamiętamy okres prosperity, kiedy rosła liczba osób opłacających składkę, np. za sprawą migrujących do Polski pracowników ze Wschodu, kiedy luka w wydatkach versus wpływy była stosunkowo niewielka, ale przyszłość tak dobrze nie wygląda. ZUS stanowi pewne zagrożenie, z którym na pewno będziemy się mierzyć w przyszłości – ocenia prezes Mercer Polska.

Bolączką polskiego systemu emerytalnego jest jednak przede wszystkim niski wiek emerytalny. To w połączeniu z sytuacją demograficzną, czyli stale zmniejszającą się liczbą osób pracujących i rosnącą liczbą emerytów, powoduje, że emerytury są coraz niższe.

– Im wyższy wiek emerytalny, tym emerytury będą wyższe, bo więcej zdołamy zgromadzić na kontach, a przy okazji nie będzie takiej dużej presji na wypłatę świadczeń, których nie pokrywają bieżące wpływy składek. Wyższy wiek to zarówno element polepszenia wypłacalności systemu ZUS, jak i istotny element zwiększający wysokość emerytury – przekonuje Krzysztof Nowak.

Z badania przeprowadzonego dla serwisu Ciekaweliczby.pl na panelu Ariadna wynika, że 54 proc. Polaków wolałoby dalej pracować po osiągnięciu wieku emerytalnego, żeby mieć wyższą emeryturę. 46 proc. deklaruje, że woli przejść na emeryturę, gdy tylko będzie to możliwe, nawet kosztem niższego świadczenia. Obecnie średnia emerytura w Polsce wynosi ponad 2,2 tys. zł, a przeciętna stopa zastąpienia wynosi mniej niż 60 proc. W kolejnych dekadach nastąpi jednak jej drastyczny spadek, największy w UE. Jak podaje Instytut Badań Strukturalnych, w 2040 roku wyniesie ona 28 proc., a w 2060 – 24 proc.

– Projekcje, które zresztą Ministerstwo Finansów przekazuje OECD czy UE, są drastycznie niższe niż obecnie. Mówi się, że w 2060 roku stopa zastąpienia wyniesie 29 proc. dla mężczyzn, a 23 proc. dla kobiet. Według naszego modelu nie są tak niskie, ale też nie przekraczają 30–35 proc. – wylicza prezes Mercera.

IBS podaje, że w 2060 roku przy wieku emerytalnym 60 lat dla kobiet i 65 lat dla mężczyzn emerytury minimalne lub niższe będą stanowiły prawie 2/3 ogółu. Jeśli zostałby on podniesiony do 67 lat dla obu płci, odsetek ten zmniejszyłby się do 1/4. Jak podkreślają eksperci, grupą poszkodowaną będą przede wszystkim kobiety. Zwykle mają one niższe wynagrodzenie w trakcie kariery zawodowej, a ze względu na niższy wiek emerytalny również krótszy okres płacenia składek, za to dłuższy okres pobierania świadczenia.

 W grupie krajów OECD, które utrzymują różny wiek emerytalny dla kobiet i mężczyzn, jest jeszcze tylko kilka państw poza Polską, a tylko trzy–cztery z nich mają tak jak my różnicę aż pięcioletnią. My naprawdę jesteśmy wyjątkiem. Tradycyjnie używane argumenty o roli kobiety jako osoby, która musi przejść wcześniej na emeryturę, ponieważ ma zadanie wychować wnuki, są przecież średnio prawdziwe – przekonuje ekspert. – Pochylamy się nad losem kobiet, kiedy mówimy: one muszą przejść szybciej na emeryturę, bo na to zasłużyły. Ale brakuje drugiej części zdania: skoro zasłużyły, to dlaczego nic nie robimy, żeby wyrównać tę lukę emerytalną?

Dyskusje o podnoszeniu wieku emerytalnego i zrównaniu wieku dla kobiet i mężczyzn wciąż są jednak trudne i często traktowane w kategoriach czysto politycznych. Bez wydłużenia okresu aktywności zawodowej i okresu odprowadzania składek trudno będzie uniknąć niewydolności systemu emerytalnego.

– Wiek emerytalny w Polsce jest jednym z najniższych w Europie, zawsze taki był, ale jego obniżanie powoduje, że znajdujemy się w grupie krajów, w której nie chcielibyśmy być, obok np. Rosji czy Indii – mówi Krzysztof Nowak. – Musimy sobie odpowiedzieć na dwa pytania. Czy my naprawdę nie żyjemy dłużej? Czy tak trudno sobie wyobrazić Polaków pracujących w wieku 60–65 lat i może więcej?

Kwestie środowiskowe coraz ważniejsze dla inwestorów. Nie będą finansować spółek nieraportujących swojego wpływu na klimat

ESG, czyli czynniki niefinansowe obejmujące np. dbałość firmy o środowisko i kwestie ważne społecznie, mają coraz większe znaczenie w podejmowaniu decyzji przez inwestorów. Takich danych szukają m.in. ubezpieczyciele czy banki, które dzięki nim mogą ocenić, czy firma działa w zgodzie z zasadami zrównoważonego rozwoju i opłaca się udzielić jej finansowania. W tym roku duże polskie spółki giełdowe będą już po raz czwarty obowiązkowo publikować dane ESG w swoich raportach niefinansowych, ale już wkrótce większą wagę do tego aspektu będą musiały przyłożyć również podmioty średnie i mniejsze. W przeciwnym razie grozi im utrudniony dostęp do kapitału.

– Dzisiaj żaden globalny inwestor zarządzający aktywami nie może powiedzieć: „kwestie ESG mnie nie interesują, interesuje mnie tylko to, żeby jak najwięcej zarobić”. Zbyt duża konkurencja w tej branży sprawia, że wszyscy globalni gracze idą w jedną stronę, a w dodatku polskie fundusze – przez obowiązek raportowania składu swojego portfela pod kątem ESG – też dołączają do tego trendu. Więc jeśli ktoś chce realnie pozyskiwać pieniądze z giełdy, utrzymywać swoją bazę, budować relacje inwestorskie, musi postawić na bardzo kompleksowe raportowanie ESG – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr Marek Dietl, prezes warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych.

Czynniki ESG (environmental, social i governance) obejmują dbałość o środowisko, kwestie społeczne i sposób prowadzenia biznesu (np. to, jak firma neutralizuje swoje emisje CO2, zmniejsza zużycie wody, współpracuje z lokalnymi społecznościami, jak dba o sprawy pracownicze i jaką ma politykę w kwestiach etyki i przeciwdziałania korupcji). Są one głównym kryterium zrównoważonego rozwoju przedsiębiorstw. W 2018 roku polskie firmy po raz pierwszy zostały zobowiązane do ujawniania takich informacji w wyniku wprowadzenia unijnej dyrektywy 2014/95/UE z 2014 roku i nowelizacji krajowej ustawy o rachunkowości, która ją wdrożyła.

Te rozszerzone obowiązki sprawozdawcze objęły największe podmioty z GPW (o zatrudnieniu powyżej 500 osób albo przychodach netto przekraczających 170 mln zł rocznie). Jak pokazują analizy, wciąż mają one w tej kwestii wiele do nadrobienia. Według badania Stowarzyszenia Emitentów Giełdowych w ubiegłym roku dane niefinansowe za 2019 rok opublikowało 151 dużych spółek z warszawskiego parkietu. Ponad połowa z nich nie sporządziła raportów zgodnie z uznanymi standardami raportowania. Przeciętny wynik wyniósł 1,87 punktów na 10 możliwych. To zmniejsza przydatność tych raportów dla inwestorów i utrudnia porównanie raportów poszczególnych spółek.

Co istotne, raportowanie ESG będzie jeszcze większym wyzwaniem, bo w tym roku – publikując swoje raporty finansowe za 2020 rok – spółki po raz pierwszy będą musiały zastosować się do nowych, rozszerzonych wytycznych Komisji Europejskiej, które dotyczą oddziaływania na klimat. W praktyce firmy będą musiały ujawnić informacje dotyczące m.in. emisji CO2 w ramach całego łańcucha wartości i opisać wpływ ryzyk klimatycznych na swój model biznesowy. Do tej pory niewiele z nich uwzględniało w raportach takie parametry.

Jest też niemal pewne, że Komisja Europejska będzie dokładać spółkom nowych obowiązków związanych z raportowaniem niefinansowym, m.in. w związku z planowaną już nowelizacją dyrektywy 2014/95/UE, która wprowadzi jednolity, europejski standard raportowania zagadnień zrównoważonego rozwoju i obejmie tym obowiązkiem nie tylko spółki duże, ale również średnie i mniejsze.

Motywacją dla nich będą też przepisy, które wchodzą w życie od marca tego roku. Wtedy w Polsce i innych krajach UE zacznie obowiązywać unijne rozporządzenie SFDR 2019/2088 dotyczące ujawniania informacji związanych ze zrównoważonym rozwojem (kwestii środowiskowych, pracowniczych, praw człowieka i antykorupcji) w sektorze usług finansowych.

– Od tego roku większość inwestorów globalnych stosuje full ESG integration, czyli wyceniając spółkę, biorą pod uwagę nie tylko parametry finansowe czy perspektywy generowania przepływów gotówkowych, ale patrzą też na kwestie takie jak odpowiedzialność za środowisko, ład korporacyjny i odpowiedzialność społeczna. Wszystkie spółki, które nie raportują bądź raportują niski poziom realizacji tych czynników, są umieszczane na liście specjalnego nadzoru i docelowo mogą być wyłączane z portfela inwestorów. To bardzo głęboko ingeruje w działania firm, bo np. banki są oceniane pod względem ich polityki kredytowej i tego, czy jest ona zgodna z tymi zasadami ESG – mówi dr Marek Dietl.

Choć nowe prawo dotyczy wprost tylko instytucji finansowych (banki, ubezpieczyciele, fundusze inwestycyjne), to pośrednio obejmie również inne firmy i giełdowe spółki. Instytucje finansowe, zgodnie z SFDR, będą bowiem musiały publikować wskaźniki niefinansowe dotyczące portfela swoich klientów. Najpierw więc będą musiały od nich te dane pozyskać. W praktyce oznacza to, że znacznie więcej firm niż dotychczas będzie musiało raportować swoje dane niefinansowe ESG do banków, ubezpieczycieli czy funduszy inwestycyjnych.

– Raportowanie ESG jest wymuszane przez inwestorów, bo oni zgodnie z zasadami muszą raportować swój portfel. Z jednej strony jest to więc miękka regulacja, z drugiej – ona bardzo szybko przeradza się w twardą, bo po prostu akcje spółek, które nie będą prawidłowo raportować ESG, będą wyprzedawane, ich kurs będzie spadał. Tak więc jest to dla nich silna motywacja, żeby jak najlepiej raportować parametry ESG swoim inwestorom – podkreśla prezes GPW.

Co istotne, raportowanie ESG może być dla firm nie tylko kolejnym obowiązkiem, ale też realnie pomóc im w zarządzaniu swoim biznesem, ograniczaniu ryzyk etc. Poza tym firmy, które nie przyłożą do tego odpowiedniej wagi, muszą liczyć się z utrudnionym i droższym dostępem do kapitału.

– Tutaj nie ma odwrotu. Stuprocentowe zainteresowanie będą miały tylko te spółki, które spełniają parametry ESG. W świecie ultraniskich stóp procentowych, kiedy inwestorzy nie osiągają nadzwyczajnie wysokich zysków z różnych klas aktywów, właśnie to, że robimy coś dobrego dla planety, będzie wyróżnikiem – mówi dr Marek Dietl.

Z wrześniowego raportu 300Research („Zrównoważone finanse. Od Miltona Friedmana i kapitalizmu udziałowców do zielonej sekurytyzacji i ESG”) wynika, że inwestycje uwzględniające ESG przynoszą coraz lepsze zyski. W globalnej skali aktywa zarządzane przy wykorzystaniu strategii zrównoważonego inwestowania są dziś warte ok. 40 bln dol., co stanowi około połowy całkowitej wartości aktywów w posiadaniu firm inwestycyjnych na świecie. Jak wynika z raportu, do wzrostu przyczyniła się też pandemia COVID-19, która pokazała, że fundusze ESG cechuje znacznie większa odporność na nagłe wstrząsy niż te, które skupiają się tylko na wskaźnikach finansowych.

– Polskie firmy, żeby być konkurencyjne, muszą nadrabiać pewne zaległości, a w tym procesie odciskają piętno na środowisku naturalnym. Teraz trzeba pokazać inwestorom, w jaki sposób chcą dołączać do tych najlepszych praktyk w zakresie ochrony środowiska, odpowiedzialności społecznej i ładu korporacyjnego. To roboczo nazywa się ESG Best Effort. Chodzi o to, żeby jak najmniej spółek z naszego parkietu znalazło się na liście ostrzeżeń i zostało skreślonych z portfeli globalnych firm jako nieinwestowalne – mówi prezes GPW. – Trzeba też wytłumaczyć inwestorom zagranicznym, że właśnie ich wsparcie inwestycyjne – poprzez obejmowanie akcji i obligacji – jest szansą dla całego regionu, żeby być bliżej standardów ESG.

Największym problemem w raportowaniu ESG wciąż pozostaje brak jednolitych standardów i metodologii, co z jednej strony utrudnia spółkom sporządzanie takich raportów, a z drugiej – uniemożliwia ich weryfikację i porównywanie. Dlatego GPW we współpracy z Europejskim Bankiem Odbudowy i Rozwoju (EBOR) oraz firmą doradczą Steward Redqueen tworzą jednolite wytyczne do raportowania ESG dla spółek notowanych na parkiecie.

Sztuczna inteligencja przyspieszy analizę tomograficzną mózgu i wykryje każdą anomalię. Opracowany przez Polaków program eliminuje ryzyko pomyłki

Lekarzowi interpretacja radiologiczna zmian w mózgu zajmuje ok. 2030 minut. Dzięki sztucznej inteligencji ten czas można skrócić do kilku minut, a przy tym niemal całkowicie wyeliminować pomyłki. Aż 60 proc. badań obrazowych tomografii komputerowej to badania mózgu i przy tej skali błędy w interpretacji sięgają 20 proc. Co roku tylko w Stanach Zjednoczonych wykonuje się 23 mln, a w Europie 13 mln tomografii komputerowych. Ryzyko pomyłki jest więc ogromne. Polacy opracowali program oparty na sztucznej inteligencji i uczeniu maszynowym, który analizuje obrazy tomograficzne i wykrywa zmiany w mózgu.

– System BrainScan służy do wspierania lekarzy radiologów w podejmowaniu decyzji podczas analizy obrazów tomografii komputerowej głowy. Pozwala na wykrycie najczęściej spotykanych schorzeń na obrazach TK mózgu, w związku z tym przyspiesza pracę radiologów i pozwala zobaczyć dużo więcej niż nieuzbrojone oko człowieka. System oparty jest na metodach sztucznej inteligencji, tzn. najpierw trenowany jest na bazie dziesiątek, setek tysięcy badań, na których wskazane są określone schorzenia – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Robert Kitłowski, prezes BrainScan.

Sztuczna inteligencja już na stałe weszła do medycyny. Zmienia prawie każdy jej aspekt, w tym obrazowanie. W tomografii komputerowej (TK) sztuczna inteligencja pozwala zredukować dawkę promieniowania dla pacjenta. Zaawansowane algorytmy poprawiają jakość obrazu, szczególnie w zakresie redukcji szumów, a oparte na sztucznej inteligencji metody wykrywania i charakteryzowania patologii działają automatycznie. SI stała się już niezbędna, zwłaszcza tam, gdzie ogromna ilość danych sprawia, że człowiek może zawodzić.

– Najczęstszymi schorzeniami, które widoczne są na obrazach tomografii komputerowej mózgu, są krwawienia, udary niedokrwienne, również nowotwory. System wspomagający lekarza w podejmowaniu decyzji przede wszystkim musi się charakteryzować wysoką jakością, tzn. musi być w stanie nie tylko znaleźć daną patologię, ale też nie utrudniać tej pracy. Ważną kwestią jest wysoka swoistość takiego systemu, tzn. zdolność do unikania fałszywych alarmów – tłumaczy Robert Kitłowski.

Rozwiązanie opracowane przez polski start-up, BrainScan, automatycznie wyszukuje podobne skany tomografii komputerowej lub rezonansu magnetycznego w zestawie ponad 116,6 tys. danych. Wyszukuje podobne przypadki medyczne, porównuje wyniki, a następnie przedstawia lekarzowi skany z lokalizacją zmian podobnych do analizowanego przypadku oraz szczegóły dotyczące diagnozy i leczenia.

– W ciągu dosłownie kilku sekund jesteśmy w stanie wykryć zmiany, schorzenia, które człowiekowi zajmują dużo więcej czasu, aby je znaleźć. Jesteśmy w stanie nauczyć czy wytrenować system na nieograniczonej liczbie badań, dzisiaj to jest 100 tys. badań znajdujących się w naszej bazie danych. Jesteśmy w stanie ten model trenować w nieskończoność i w pewnym momencie modele uczenia maszynowego będą miały jakość wykrywania zmian nieosiągalne dla ludzi – przekonuje prezes BrainScan.

Z danych BrainScan wynika, że co roku w USA wykonuje się 23 mln tomografii komputerowych mózgu, w Europie – ok. 13 mln. Na jednego pacjenta przypada ok. 70 zdjęć tomografii komputerowej, a możliwości lekarzy są ograniczone. Zazwyczaj interpretacja radiologiczna zmian w mózgu zajmuje lekarzowi ok. 20–30 minut. Dzięki sztucznej inteligencji ten proces można skrócić do kilku minut, a przy tym niemal całkowicie wyeliminować ryzyko pomyłki. Obecnie aż 60 proc. badań obrazowych TK to badania mózgu i przy tej skali błędy w interpretacji sięgają 20 proc.

– W przypadku badań tomografii komputerowej mamy często do czynienia z kilkoma seriami, w każdej serii jest po kilkadziesiąt, być może i kilkaset przekrojów, czyli zdjęć poszczególnych kawałków, w naszym przypadku mózgu. W przypadku MRI to jest kilkukrotnie więcej danych, dlatego analiza tych badań jest tak kosztowna i tak czasochłonna – ocenia ekspert.

Firma otrzymała milion dolarów finansowania na badania i rozwój od Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. Dzięki wsparciu system został już wdrożony, trwają też prace nad wdrożeniem go w największej sieci teleradiologicznej w Polsce.

– Pracujemy także nad pozyskaniem kolejnej rundy finansowania, tzw. rundy A, mamy dobry odzew ze strony inwestorów. Chcemy być ekspertami, jeśli chodzi o analizę tomografii komputerowej głowy i ten obszar zagospodarujemy do końca tego roku i będzie to projekt skończony. Następnie przejdziemy do analizy MRI głowy, na który też mamy już zgromadzone bazy danych i mamy też określone ustalenia z klientami co do zastosowania tego systemu w praktyce – zapowiada Robert Kitłowski.

Polscy naukowcy chcą odkryć zasady funkcjonowania Wszechświata. W pracy wspierają ich algorytmy sztucznej inteligencji i uczenie maszynowe

Zespół polskich naukowców w ramach eksperymentu ALICE w Wielkim Zderzaczu Hadronów w CERN bada algorytmy sztucznej inteligencji wyspecjalizowane w analizie nieuporządkowanych zbiorów Big Data. W ten sposób badacze chcą nie tylko poznać zasady funkcjonowania Wszechświata w skali kwantowej, lecz także usprawnić procesy analizy informacji giełdowych oraz przetwarzanie szerokiego zasobu danych na potrzeby sektora medycznego.

– Badanie oddziaływań między silnie działającymi na siebie cząstkami oparte na korelacji i uczeniu maszynowym to projekt w ramach eksperymentu ALICE w Wielkim Zderzaczu Hadronów w CERN. We współpracy między wieloma jednostkami badawczymi analizowane są kwarki, podstawowe cząstki budujące materię. Nasza grupa stara się odgadnąć i odpowiedzieć na fundamentalne pytania dotyczące tego, z czego powstał Wszechświat, jak po Wielkim Wybuchu wyglądały oddziaływania między ciężkimi kwarkami i jak one ze sobą rozmawiały, tworząc w efekcie wielu przemian dzisiejszą Ziemię w takim stanie, w jakim ona jest – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr hab. inż. Tomasz Trzciński, adiunkt na Wydziale Elektroniki i Technik Informacyjnych Politechniki Warszawskiej.

Choć nadrzędnym celem projektu „Badanie fundamentalnych własności materii jądrowej w eksperymencie ALICE na Wielkim Zderzaczu Hadronów LHC w CERN” było pozyskanie wiedzy na temat procesów fizycznych zachodzących we wnętrzach gwiazd neutronowych, doświadczenia przeprowadzane w ramach tego programu pozwolą usprawnić proces przetwarzania i analizy dużych, chaotycznych zbiorów informacji.

Eksperymenty przeprowadzone przez polski zespół dowiodły, że zastosowanie narzędzi z zakresu uczenia maszynowego pozwala algorytmom sztucznej inteligencji sprawniej wyszukiwać błędne informacje w obszernych zasobach Big Data. Tym samym dane pozyskane i przetworzone przy wykorzystaniu technologii modelowania generatywnego charakteryzują się wyższą precyzją niż te analizowane za pośrednictwem klasycznych narzędzi badawczych.

– W ramach grantu zajmujemy się wykorzystaniem i rozwojem metod uczenia maszynowego takich jak sieci neuronowe. Eksperyment daje jako rezultaty terabajty danych, które są zbierane podczas zderzeń dwóch wiązek pod ziemią. Kiedy zbieramy te dane w ramach detektorów rejestrujących pole magnetyczne, okazuje się, że część z nich jest nieprawidłowa, wykazuje jakieś anomalie. Standardowym podejściem jest modelowanie tych procesów przy użyciu symulacji takich jak Monte Carlo, ale te symulacje są obciążające, dlatego staramy się wykorzystać modele generatywne, żeby ten proces przyspieszyć – tłumaczy ekspert.

W trakcie projektu zapoczątkowanego w 2017 roku udało się opublikować szereg prac naukowych przybliżających wykorzystanie algorytmów sztucznej inteligencji do katalogowania danych, wychwytywania anomalii oraz nieregularności w zasobach Big Data. Praca Polaków doprowadziła m.in. do upowszechnienia modeli generatywnych w algorytmach wykorzystywanych przez fizyków w procesie analizy rezultatów badań na potrzeby publikacji w takich magazynach naukowych jak „Nature”. Technologię tę wykorzystano m.in. w trakcie prac nad artykułem poświęconym dziwnym kwarkom oraz oddziaływań, jakie zachodzą między nimi.

O potędze algorytmów uczenia maszynowego w procesie analizy Big Data przekonani są także naukowcy z Uniwersytetu Waszyngtońskiego, którzy we współpracy z zespołem Microsoft Research eksperymentują z wykorzystaniem ich w procesach predykcyjnych prognozy pogody. Na bazie archiwalnych danych pogodowych z ostatnich 40 lat opracowali mechanizm przewidywania zmian atmosferycznych z dużą dokładnością przy wykorzystaniu okrojonej liczby informacji. Eksperymentalny algorytm błyskawicznie generuje modele predykcyjne oparte na ściśle wyselekcjonowanych danych. Dzięki temu zużywa w procesie prognozowania aż 7 tys. razy mniej mocy niż klasyczne narzędzia predykcyjne.

Z praktycznych narzędzi do wykrywania anomalii w strumieniu danych korzysta już Elektrownia Łagisza należąca do firmy Tauron. Oprogramowanie analizuje informacje pozyskiwane z czujników przemysłowych i za pośrednictwem algorytmów sztucznej inteligencji poszukuje błędów, które mogą świadczyć o nieprawidłowym działaniu systemu. Narzędzie potrafi także analizować dane historyczne, aby stworzyć modele predykcyjne eksploatacji poszczególnych urządzeń funkcjonujących w sieci.

– Badanie anomalii czy nieregularności w zbiorach danych jest stosowane nie tylko w fizyce wysokich energii. Natomiast fizyka wysokich energii ma swoje specyficzne atrybuty, takie jak parametry fizyczne czy też ich złożoność obliczeniową, które wymagają dostosowania algorytmów. Zastosowanie samych metod można rozszerzyć np. na analizę danych medycznych czy analizę ciągów czasowych, np. podczas badania zachowań na giełdzie czy też w innych miejscach, gdzie szereg czasowy wskazuje jakieś punkty w czasie i anomalie w nim występujące są istotne, żeby je wychwycić – wyjaśnia dr hab. inż. Tomasz Trzciński.