Wybory prezydenckie w USA: Czy powtórzy się noc paniki giełdowej?

Inwestorzy wolą Trumpa, więc wygrana Bidena może odbić się na notowaniach. A giełdy w USA nadają ton na całym świecie, również w Polsce.

Gdy Donald Trump wygrał poprzednie wybory prezydenckie, byliśmy świadkami krótkoterminowej, ale gwałtownej wyprzedaży na rynkach. Od tamtej pory optyka inwestorów zupełnie się zmieniła i dziś to Joe Bidena obawiają się bardziej.

– To pokazuje jak bardzo inwestorzy mogą się mylić – mówi w rozmowie z MarketNews24 Łukasz Wardyn, dyrektor CMC Markets na Europę Wschodnią. – Zwłaszcza, że od tej nocnej wyprzedaży mieliśmy wieloletni trend wzrostowy, który był najdłuższy w historii amerykańskiej giełdy.

Inwestorzy wolą to, co znają. Zwłaszcza, że są bardzo zadowolenie ze swoich wyników finansowych. Stąd ich faworytem może wydawać się Trump.

Wprawdzie zarówno Demokraci, jak i Republikanie chcą wprowadzać kolejne pakiety ratujące gospodarkę, a interwencjonizm państwowy bardzo wspiera Fed, to jednak wynik wyborów może okazać się istotny dla konkretnych branż. Wiadomo na przykład, że Joe Biden chce wspierać branże odnawialnych źródeł energii, a Donald Trump popiera przemysł naftowy.

Oprócz samego wyniku wyborów ważny będzie też kształt kolejnych, rządowych pakietów wsparcia amerykańskiej gospodarki, o jaki spierają się aktualnie Demokraci i Republikanie. W dzisiejszej sytuacji pandemicznej inwestorzy wyczekują informacji na ten temat, więc w krótkim terminie mogą być one nawet ważniejsze niż wyniki wyborów.

– Bezpośrednio przed i po nocy wyborczej 3 listopada zmienność cen akcji na giełdach nie powinna być tak duża jak to było 4 lata temu, nawet jeżeli wygra Joe Biden, który ma dużą przewagę w sondażach – komentuje ekspert CMC Markets.

Marketerzy i gracze o potencjale reklamowym w branży

Na to pytanie, które stawia przed sobą wielu marketerów, postanowił odpowiedzieć w najnowszym badaniu zespół ekspertów Havas Media Group. Agencja wzięła pod lupę rynek gamingowy i esportowy w ramach projektu badawczego „CZY MARKETING W GAMINGU DZIAŁA?” Marketerzy i gracze o potencjale reklamowym w branży”.

Celem badania było z jednej strony zrozumienie opinii i postaw marketerów względem przydatności gamingu jako narzędzia, z drugiej zaś, sprawdzenie u źródła, czyli wśród graczy, jak marketing w gamingu jest odbierany i jaki potencjał tkwi w tej, jak się okazuje, ogromnej, ale także bardzo zróżnicowanej wewnętrznie grupie docelowej.

Dla 60% marketerów barierą wejścia w gaming jest brak know-howMarketerzy

Wyniki badania grupy marketerów pokazały wyraźnie dwa główne problemy marketingu w gamingu, czyli jego wizerunek oraz brak know how. Problemy wizerunkowe widać szczególnie w odpowiedzi na pytanie o powody niewykorzystywania marketingu w gamingu przez marketerów w przyszłości – aż 83,3% respondentów wskazało, że w ich przekonaniu gaming nie pasuje do wizerunku firmy, którą reprezentują. Brak know how został z kolei wskazany przez 60% badanych jako główny powód, dla którego nie planowali dotychczas kampanii w świecie gamingu. Na plus wyróżniają się natomiast znajomość różnych form marketingu w gamingu i esporcie oraz ich wykorzystanie. Prym wiodą tutaj sponsoringi i product placementy, czyli tradycyjne formy reklamowe stosowane np. w sporcie, które zna od 81% do 97% badanych. Dla marketerów jest to obszar działania postrzegany jako najbezpieczniejszy, zapewne dlatego, że doświadczenia ze sponsoringów w innych dziedzinach można łatwo przełożyć na gamingowe „podwórko”. Dużo mniej uwagi skupia się na formach unikalnych dla gamingu, takich jak reklamy w grach mobilnych czy advergaming (gry dedykowane markom/produktom), co  kolei potwierdza brak know how u marketerów i obawę przed inwestowaniem w nieznane. Dokładne wyniki obrazuje wykres, na którym czerwone słupki odpowiadają znajomości, a niebieskie wykorzystaniu form marketingu w gamingu wśród marketerów.Formy Marketingu

Respondenci wskazali też czynniki, które ich zdaniem mogłyby pomóc w podjęciu decyzji o współpracy z podmiotami w gamingu i esporcie. Zaliczają się do nich: narzędzie do mierzenia efektywności kampanii (69,7%), benchmarki innych firm (57,6%), estymacje spodziewanych efektów (48,5%) czy chociażby dedykowane badania i wsparcie specjalistów (po 45,5%).Czynniki

Aż 80% społeczeństwa to casual gamerzy

W badaniu gamerów warto zwrócić uwagę na bardzo ważną prawidłowość dotyczącą odpowiedzi na poszczególne pytania – odpowiedzi różniły się znacząco w zależności od stopnia zaangażowania w gaming i esport danego gracza. W związku z tym, badanie zostało pogłębione o dodatkową grupę hard gamerów, co dało możliwość zestawienia ich odpowiedzi z grupą casual gamerów, do której należy 80% społeczeństwa. Casual gamerzy to przede wszystkim gracze sięgający po gry mobilne (85%), ludzie młodzi (53% w przedziale wiekowym 18-35) i dobrze wykształceni (37% ukończyło studia wyższe). Ponad 67% tej grupy deklaruje, że gra w gry codziennie lub kilka razy w tygodniu. Hard gamerzy to z kolei wąska grupa zapaleńców – około 18% wszystkich graczy. W tej grupie główną platformą do grania w gry jest komputer stacjonarny (PC), z którego – codziennie lub kilka razy w tygodniu – w tym celu korzysta 93% badanych. Grupę tę wyróżnia też maksymalne zaangażowanie w oglądanie streamerów i transmisji esportowych – ponad 85% deklaruje, że ogląda takie relacje codziennie lub kilka razy w tygodniu. To zestawienie pokazało dobitnie, jak ważne jest odpowiednie targetowanie reklamy w gamingu i esporcie, znalezienie interesującej grupy odbiorców i przygotowanie dedykowanego do niej komunikatu. To właśnie te aspekty przekładają się na bardzo pozytywny odbiór kampanii reklamowych w gamingu przez graczy. Gamerzy nie są jeszcze nasyceni natłokiem reklam, przez co reagują pozytywnie na markę czy produkt trafiający w ich gusta i zainteresowania. To osoby, które czują wyjątkowość tego wirtualnego świata i chcą, żeby adresowane do nich reklamy też do niego pasowały. Zdecydowanie zwiększa to chęć sprawdzenia produktu, a co za tym idzie jego ewentualnego zakupu. Jedna trzecia badanych w grupie casual i prawie 80% hard gamerów zauważyło zaangażowanie w kampanię reklamową któregokolwiek ze streamerów. Gracze bardzo pozytywnie odbierają tego typu współprace – w grupie casual to 61% badanych, natomiast wśród hard gamerów aż 80%. Czy zatem marketing w gamingu działa? Wyniki badania, szczególnie wśród gamerów, pokazują, że tak. Szczególnie jest to widoczne w sferze podejmowania decyzji zakupowych po obejrzeniu reklamy. W grupie casual czterech na dziesięciu badanych rozważało zakup reklamowanego przez streamera produktu, a co siódmy się na niego zdecydował. W grupie hard wynik w sferze rozważań jest podobny, ale dużo lepszy w kwestii graczy, którzy kupili produkt – zrobił to co czwarty z nich.

Badania przeprowadzono w metodologii CAWI, w okresie czerwiec-sierpień 2020 na trzech osobnych próbach, populacyjnej n=1134 osoby, zaangażowanych graczy (segment hard) n=322 osób oraz na grupie anonimowych marketerów z 32 firm.

Pełną wersję raportu można pobrać bezpłatnie na: raporty-meaningful.pl

Michał Skorupa: Udział fotowoltaiki w Polsce staje się coraz bardziej zauważalny

Coraz więcej osób chce inwestować w energię ze słońca, korzystając z usług profesjonalistów. Firma FOTON Technik wykonała już instalacje fotowoltaiczne dla 15 tys. Klientów. Firma stale się rozwija, proponując swoim Klientom darmową energię ze słońca i wysokosprawne pompy ciepła. Eksperci podkreślają, że rozwój rynku OZE w Polsce jest najszybszy w historii.  Fotowoltaika obecnie przeżywa swoisty boom wśród Klientów indywidualnych, prywatnych oraz w segmencie biznesowym.

Jednym z przykładów rozwoju sektora OZE jest FOTON Technik, należąca do Grupy innogy. Od powstania w 2016 roku, firma w październiku zrealizowała zlecenie dla 15 tysięcznego Klienta. Aktualnie spółka kompleksowo realizuje instalacje fotowoltaiczne i pompy ciepła na rzecz Klientów w całej Polsce. Należąca do Grupy innogy/EON spółka montuje ok. tysiąca instalacji fotowoltaicznych i pomp ciepła miesięcznie, co przekłada się na ponad 5 megawatów mocy zainstalowanej. FOTON Technik codziennie zyskuje nowych klientów i stale się rozwija, by zapewniać swoim Klientom coraz lepsze usługi.

Jesteśmy obecni na rynku już od 5 lat i stawiamy na rozwój naszego przedsiębiorstwa. Wskaźnikiem jakości naszej pracy, jest zaufanie już 15 tysięcy usatysfakcjonowanych Klientów. Chcemy jak najszerzej docierać do Polaków, aby zaspokajać ich codzienne zapotrzebowanie w energię elektryczną, dzięki zastosowaniu rozwiązań fotowoltaicznych. Stale rozbudowujemy naszą ofertę, aby jak najlepiej odpowiadać na potrzeby naszych Klientów.mówi Michał Skorupa, Prezes zarządu FOTON Technik, Grupa innogy.

Głównym czynnikiem, mającym wpływ na aktywny wzrost ilości instalacji fotowoltaicznych w Polsce, jest wzrost świadomości Polaków na temat potencjału energii odnawialnej. Upowszechnianie się wiedzy na temat fotowoltaiki pozytywnie wpływa na stan całej gałęzi OZE i pozwala szybko rozwijać się przedsiębiorstwom z branży.  Popularność małych oraz dużych farm fotowoltaicznych rośnie, co powoduje trwały wzrost dochodów firm zajmujących się zieloną energią.

Fotowoltaika w Polsce stale się rozwija i jest perspektywiczną dziedziną, która w przyszłości może mieć jeszcze większy udział w produkcji energii elektrycznej dzięki dużym elektrowniom fotowoltaicznym. Według opublikowanego w czerwcu raportu IEO „Rynek fotowoltaiki w Polsce 2020”, branża fotowoltaiczna  w naszym kraju jest aktualnie najważniejszym sektorem spośród wszystkich gałęzi OZE. Moc instalacji fotowoltaicznych na pierwszy dzień października wyniosła 2682,7 MW. W ciągu tylko pierwszych 9 miesięcy 2020 roku, moc zainstalowana w fotowoltaice wzrosła dwukrotnie w stosunku do stanu na koniec roku 2019. Z uwagi na tak znaczący rozwój, można przewidywać, że Polska utrzyma się na 5 miejscu w Europie pod względem dynamiki przyrostu mocy zainstalowanych instalacji.

Pandemia uderza w Europę. Co zrobi Europejski Bank Centralny?

Czwartkowe posiedzenie Europejskiego Banku Centralnego tworzy w tym tygodniu dodatkowy element ryzyka dla rynków finansowych. Przedstawiamy, co naszym zdaniem ogłosi bank centralny i czego oczekujemy od następnego spotkania EBC w grudniu.

Nie spodziewamy się, że w tym tygodniu dojdzie do jakichkolwiek natychmiastowych zmian w polityce pieniężnej EBC. Główne stopy procentowe banku, czyli stopa depozytowa i stopa kredytu refinansowego niemal na pewno pozostaną utrzymane na niezmienionym poziomie. Nie sądzimy też, żeby bank miał zaskoczyć rynek, dając zielone światło dla obniżek stóp czy też ogłaszając rozszerzenie nadzwyczajnego programu zakupów w czasie pandemii (Pandemic Emergency Purchase Programme – PEPP). Istnieje jednak ryzyko osłabienia euro w stosunku do głównych walut, jeśli Rada Prezesów wykorzysta posiedzenie w tym tygodniu jako okazję do przygotowania gruntu pod dodatkowe złagodzenie polityki monetarnej w przyszłości – być może podczas następnego posiedzenia banku centralnego w grudniu.

Od czasu ostatniego posiedzenia EBC we wrześniu liczba nowych przypadków zakażenia koronawirusem w Europie wzrosła. Niemal we wszystkich większych gospodarkach strefy euro notuje się obecnie rekordowo wysokie poziomy zachorowań. Liczba rejestrowanych dziennie nowych przypadków w początkach tygodnia wzrosła powyżej 50 tys. we Francji (7 razy tyle, ile notowano podczas szczytu pierwszej fali). Włochy (4 razy więcej zakażeń), Hiszpania (2 razy) i Niemcy (2,5 razy) również zmagają się z gwałtownym wzrostem infekcji, którego nie udało im się powstrzymać. W krajach bloku walutowego wprowadzono lokalne strategie walki z wirusem, bardziej rygorystyczne środki na poziomie krajowym mogą zostać zastosowane, jeśli poziomu zakażeń nie uda się opanować. Ponowne nałożenie bardziej restrykcyjnych ograniczeń odzwierciedlają październikowe dane PMI, zwłaszcza indeks dla sektora usług, który spadł do najniższego od pięciu miesięcy poziomu 46,2 pkt.

Wykres 1: Nowe zakażenia koronawirusem [łącznie Niemcy, Francja, Hiszpania i Włochy] (marzec ‘20 – październik ‘20)

Nowe zakażenia koronawirusem
Źródło: Refinitiv Datastream Data: 27/10/2020

W związku z powyższym, uważamy, że EBC przynajmniej podkreśli w swojej komunikacji, że druga fala pandemii stanowi istotne ryzyko „w dół” dla perspektyw i że polityka prowadzona przez decydentów będzie musiała pozostać akomodatywna w celu jego zwalczenia. Prezes Lagarde prawdopodobnie powtórzy też, że bank ma możliwość zwiększenia stymulacji w przyszłości. Według nas może ona zasugerować rynkom, że może się tak stać już podczas następnego posiedzenia w grudniu, kiedy bank opublikuje swoje nowe projekcje makroekonomiczne. Jesteśmy zdania, że tego typu krok objąłby rozszerzenie wartości aktywów skupowanych w ramach PEPP oraz wydłużenie trwania programu być może o około 6 miesięcy. Zgodnie z dotychczasowym planem PEPP ma działać co najmniej do końca czerwca przyszłego roku. Bank może rozważyć również wydłużenie innych programów, w tym rozszerzonej w marcu części programu skupu aktywów (Asset Purchase Programme – APP), która wygasa z końcem tego roku.

Oprócz tego sądzimy, że uwaga decydentów przestanie skupiać się na kursie euro, który był kluczowym tematem dyskusji we wrześniu. Lagarde wyraziła brak wyraźnych obaw w kontekście aprecjacji waluty podczas ostatniego spotkania, a od jego czasu euro tak w parze z dolarem, jak w ujęciu ważonym handlem pozostało mniej więcej stabilne. Na pierwszy plan powinna wysunąć się za to kwestia inflacji, a konkretnie braku presji inflacyjnej w strefie euro, zwłaszcza biorąc pod uwagę ostatnie spadki inflacji bazowej. Chociaż projekcje inflacji z września uwzględniały okres spadku dynamiki cen, uważamy, że w grudniu prawdopodobnie dojdzie do łagodnej obniżki prognoz. Sądzimy, że nałoży to dodatkową presję na bank, żeby podjął działania przed końcem roku.

Wykres 2: Inflacja w strefie euro (2013 – 2020)

Inflacja w strefie euro
Źródło: Refinitiv Datastream Data: 27/10/2020

Jakiekolwiek wskazanie ze strony EBC sugerujące, że bank centralny rozważa kwestię rozszerzenia programu PEPP w grudniu, prawdopodobnie doprowadziłoby do osłabienia euro w relacji do głównych walut w czwartek. Z kolei niezobowiązujący ton, utrzymanie trybu wait-and-see umniejszające potrzebę podjęcia natychmiastowych działań w naszej opinii wsparłoby wspólną europejską walutę.

Decyzje EBC poznamy w czwartek o 13:45, konferencja prasowa odbędzie się o 14:30.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

3 kwartał 2020 roku na rynku powierzchni handlowych

  • W III kwartale 2020 roku do użytku oddano 34 tys. m kw. nowej powierzchni handlowej.
  • Małe parki handlowe i centra typu „convenience” rozwijają się bardzo dynamicznie i obserwuje się ciągłe uzupełnianie rynku takimi obiektami.
  • Wraz z jesiennym wzrostem liczby nowych zachorowań na COVID-19 w Polsce, odwiedzalność centrów handlowych zaczęła spadać.
  • Udział sprzedaży przez Internet we wrześniu na nowo wzrósł.

Małe centra handlowe zyskują na znaczeniu

W III kwartale 2020 roku zasoby powierzchni handlowej powiększyły się w ramach wszystkich formatów o 34 000 m kw. Na nową podaż składają się łącznie trzy nowe obiekty: Vendo Park w Częstochowie (8 200 m kw.), Atut Express w Wieliczce (5 000 m kw.) i Castorama w Nowym Sączu (10 200 m kw.). Dodatkowo rozbudowały się dwa istniejące obiekty: Park Handlowy w Babicach Nowych (o 6 500 m kw.), a także Galeria Portius w Krośnie (o 4 000 m kw.).

Małe parki handlowe i centra typu „convenience” rozwijają się w Polsce bardzo dynamicznie, a ostatnie, pandemiczne miesiące jeszcze wyraźniej ukazały zalety tego typu obiektów – mówi Katarzyna Lipka, Cushman & Wakefield.

W III kwartale bieżącego roku zamknięto dwa kolejne obiekty Tesco (w Łodzi i Mielcu), a także cztery centra handlowe Auchan (w Dąbrowie Górniczej, Grudziądzu, Lubinie i Mysłowicach).

W związku z ewolucją rynku handlowego i wyzwaniami, jakie stoją przed wielkoformatowymi marketami spożywczymi, od kilkunastu miesięcy obserwujemy duże zmiany w centrach handlowych, opierających swoją ofertę na hipermarketach spożywczych – mówi Małgorzata Dziubińska, Cushman & Wakefield.

Obiekty handlowe w budowie

Około 360 000 m kw. powierzchni handlowej jest obecnie w trakcie budowy z terminem otwarcia zaplanowanym na lata 2020-2021. Największe budowane obiekty to: wielofunkcyjna Fabryka Norblina w Warszawie (26 000 m kw. powierzchni handlowej), centrum handlowe Karuzela w Kołobrzegu (25 000 m kw.) oraz centrum handlowe Galeria Wiślanka w Żorach (20 000 m kw.).

Ponad połowa budowanej obecnie powierzchni handlowej zostanie dostarczona na rynki mniejszych miast o populacji poniżej 100 000 mieszkańców. W dalszym ciągu będziemy więc obserwować proces uzupełniania istniejącej podaży mniejszymi obiektami typu „convenience” oraz małymi parkami handlowymi.

Renegocjacje umów i niewielki wzrost poziomu pustostanów

Wielu najemców jeszcze przed jesiennym wzrostem liczby zachorowań renegocjowało warunki umów najmu, oczekując średnio 20% obniżek. Najemcy wykazują też bardzo dużą ostrożność przy podpisywaniu długoterminowych umów najmu, preferując krótkoterminowe zobowiązania na zasadzie pop-upów.

Na koniec sierpnia 2020 roku średni wskaźnik powierzchni niewynajętej w centrach handlowych ośmiu największych rynków w Polsce wyniósł 4,8% (wzrost o 0,7 pp. w stosunku do drugiego półrocza 2019 roku).

W trudnych dla branży handlowej czasach pandemii wielu najemców optymalizuje swoje sieci zamykając nierentowne placówki. Choć badanie poziomu pustostanów przeprowadzone na koniec sierpnia 2020 roku nie wykazuje na razie dużego wzrostu powierzchni niewynajętej w największych aglomeracjach, obecna sytuacja pandemiczna nie napawa optymizmem – mówi Beata Kokeli, Cushman & Wakefield.

Najwięcej powierzchni niewynajętej odnotowano w Poznaniu (6,8%), Krakowie (5,9%) i Konurbacji Katowic (5,3%). W pięciu z ośmiu analizowanych miast poziom pustostanów wzrósł w ciągu ośmiu miesięcy od ostatniego badania, przy czym najwyższy wzrost odnotowano w Szczecinie (o 2,5 pp.) i w Katowicach (o 1,7 pp.). W najbardziej stabilnej sytuacji pozostała aglomeracja Trójmiasta, gdzie wzrost poziomu powierzchni niewynajętej wyniósł jedynie 0,1 pp., a ostateczny wynik 3,9% uplasował Trójmiasto na drugim miejscu wśród ośmiu największych rynków.

Jesienią w galeriach mniejszy ruch

Zgodnie z danymi PRCH odwiedzalność w centrach handlowych po wiosennym lock-downie systematycznie rosła, osiągając rekordowe 90% ubiegłorocznych wartości w ostatnim tygodniu sierpnia. O ile wrześniowe wyniki również przedstawiały się jeszcze bardzo optymistycznie, to od początku października, wraz ze wzrostem liczby nowych zachorowań w Polsce, odwiedzalność centrów handlowych zaczęła spadać i w tygodniach 5-11 i 12-18 października wyniosła 74-78%. Badania pokazują, że klienci nieco chętniej odwiedzają średnie i małe obiekty, natomiast w dużych i bardzo dużych centrach handlowych obserwuje się tendencję do wykonywania szybkich i planowanych zakupów z krótszym czasem przebywania na terenie danego obiektu.

Dane o obrotach w centrach handlowych (PRCH Turnover Index) pokazują, że poziom sprzedaży w sierpniu 2020 roku był niższy o 10,3% r/r w przypadku obiektów dużych (powyżej 40 000 m kw.) i o 7,3% w przypadku obiektów mniejszych (do 40 000 m kw.). W sierpniu największe spadki obrotów zanotowano w przypadku najemców z kategorii „usługi” -69,7% i „rozrywka” -69,0% w stosunku do ubiegłego roku. Wśród najemców „food & beverage” utrata obrotów ukształtowała się na poziomie -15%. Mniejsze spadki zanotowali najemcy z kategorii „zdrowie i uroda” -7,8%, „fashion” -3,4%, i „żywność” -1,4%. Najemcy z kategorii „dom i wnętrze” zanotowali 12,1% wzrost obrotów w stosunku do analogicznego okresu ubiegłego roku.

Sprzedaż przez internet znowu rośnie

Od ponownego otwarcia centrów handlowych po wiosennym lock-downie obserwowaliśmy systematyczny spadek udziału sprzedaży przez Internet, który w sierpniu 2020 r. wyniósł już tylko 6,1%, podczas gdy w kwietniu wynosił rekordowe 11,9%. Przed pandemią udział e-commerce w sprzedaży detalicznej ogółem oscylował w granicach 5-6%. Wraz z jesiennym nasilaniem się pandemii obserwujemy powrót konsumentów do zakupów internetowych. We wrześniu 2020 roku udział sprzedaży online wyniósł już 6,8%, czyli o 0.7 pp. więcej niż miesiąc wcześniej. W kolejnych miesiącach spodziewamy się dalszych wzrostów, których wysokość będzie uzależniona od rozwoju sytuacji epidemicznej – mówi Małgorzata Dziubińska, Cushman & Wakefield.

Sprzedaż detaliczna ogółem we wrześniu 2020 roku była wyższa niż przed rokiem o 2,5% (wobec wzrostu o 4.3% we wrześniu 2019 roku). Jednak w porównaniu z sierpniem 2020 roku miał miejsce spadek sprzedaży detalicznej o 2,2%.

Inwestycje w nieruchomości komercyjne w Polsce

Skąd do Polski przychodzą inwestorzy i dlaczego nie są to rodzime firmy, jak w innych krajach Europy Środkowo – Wschodniej?

Ponad 64 mld euro z prawie 40 krajów – tak wygląda mapa inwestycji w polskie nieruchomości komercyjne w ostatnich 22 latach, z czego niewiele ponad 2,5 mld (tylko 3,9%) pochodzi z Polski. Dla przykładu, w okresie od stycznia do końca września wartość transakcji inwestycyjnych w naszym kraju wyniosła aż 4,2 mld euro. Bardzo aktywne były fundusze z Singapuru, Węgier, USA, Czech, i Niemiec. W tym samym czasie, inwestorzy z polskim kapitałem wydali na rynku nieruchomości komercyjnych niespełna 60 milionów, co odpowiadało za 1,4% kapitału zainwestowanego od początku roku.

Każdy „kryzys” przyspiesza zmiany, uwalnia ukryte potencjały konkretnych sektorów gospodarki albo odkrywa ich słabości. Na pewno sprzyja innowacjom, usprawnia organizację firm czy wdrożenie nowych narzędzi technologicznych, ale też wprowadza do gry nowe biznesy i kapitał. Dotyczy to również rynku nieruchomości komercyjnych. Zmieniają się kierunki, skąd przychodzi do nas kapitał inwestycyjny i to, jakie ma motywacje. Czy są w tym obszarze pewne prawidłowości, czy i dlaczego niektóre kraje inwestują u nas częściej, a inne rzadziej lub w ogóle? Dlaczego polskie firmy, które prężnie działają jako deweloperzy w wielu sektorach nieruchomości, decydują się na długoterminowe inwestycyjne lokowanie środków w nieruchomości w niewielkim zakresie, oddając inicjatywę innym gospodarkom – często mniejszym i niekoniecznie bogatszym?

Pierwsi byli Brytyjczycy i Francuzi

Polska zaczęła być postrzegana przez deweloperów jako perspektywiczny rynek nieruchomości na początku lat 90-tych. Pierwszymi firmami, które rozpoczęły komercyjną ekspansję w Polsce, były francuskie i brytyjskie sieci handlowe. Byliśmy czterdziestomilionowym społeczeństwem nowych, „głodnych” konsumentów o dużych aspiracjach i potrzebach. Potem przyszły inwestycje z Niemiec. Pojawiły się też pierwsze nowe centra handlowe – Panorama, Promenada, King Cross i portfel centrów M1. – wspomina Agata Sekuła, Wiceprezes Zarządu JLL w Polsce

Za deweloperami podążyli inwestorzy. Zwrot z kapitału versus ryzyko był atrakcyjny, gospodarka rozwijała się bardzo dynamicznie i jeszcze przyśpieszyła po wejściu Polski do Unii Europejskiej w 2004 roku.

W latach 1998-2007 Amerykanie kupili nieruchomości o wartości prawie 2,9 mld euro we wszystkich segmentach rynku (obiekty handlowe, biurowe i magazynowe), z czego najbardziej spektakularnymi transakcjami było przejęcie portfela nieruchomości handlowych Metro Portfolio w 2003 roku za 700 mln euro przez fundusz Apollo, a trzy lata później Casino Portfolio przez GE Real Estate za 555 mln euro. W tym czasie fundusze niemieckie zainwestowały ponad 2,8 mld euro, z czego jedną z największych transakcji o wartości 230 mln euro był zakup warszawskiego Rondo 1 przez Hannover Leasing w 2005 roku. Brytyjczycy z kolei dokonali inwestycji za 1,6 mld euro. Ponownie jedna z największych umów kupna dotyczyła biurowca Rondo 1, który już w 2006 roku znalazł się w rękach funduszu London & Regional. Wartość transakcji została wyceniona na 260 mln euro. Francuzi byli konsekwentnie aktywni głównie w segmencie handlowym, gdzie ulokowali około 1,6 mld euro. Ciekawym przypadkiem jest kilkukrotnie mniejszy od Polski Izrael. W tym okresie firmy z tego kraju zainwestowały u nas bezpośrednio ponad 400 mln euro oraz są udziałowcami w wielu globalnych funduszach aktywnych na polskim rynku. W późniejszych latach na szczególną uwagę zasługuje Atrium European Real Estate, które, obok inwestycji deweloperskich na przestrzeni ostatnich 10 lat, zainwestowało ponad 900 mln euro w zakup m.in. w takich obiektów jak Promenada w Warszawie, Galeria Dominikańska we Wrocławiu, Focus Mall w Bydgoszczy czy Domy Towarowe Wars Sawa Junior w Warszawie. Interesujący epizod w latach 2003-2012 zaliczyli również Australijczycy, którzy wyeksportowali do nas ponad 800 mln euro.

Niemcy postawili na biura

W segmencie biurowym wyraźna jest historyczna dominacja kapitału europejskiego z Niemcami na zdecydowanym prowadzeniu (główni inwestorzy to fundusze: DWS, DEKA, Invesco).

Naturalnym kierunkiem ekspansji była początkowo Warszawa, ale od 2014 roku wyraźnie wzrastało zainteresowanie aktywami biurowymi położonymi również w miastach regionalnych, a głównie w Krakowie i we Wrocławiu. To efekt szybkiego rozwoju sektora usług dla biznesu w Polsce, a w konsekwencji pojawienia się w regionach nowoczesnych obiektów biurowych wynajętych przez międzynarodowe firmy. – tłumaczy Agata Sekuła

… A Republika Południowej Afryki polubiła obiekty handlowe

Jeśli chodzi o centra handlowe, to tu, w latach 2013-2017, największymi inwestorami były firmy z Republiki Południowej Afryki. Pojawienie się tak egzotycznego i odległego kapitału było największym przełomem i nowością na rynku. Fundusze południowoafrykańskie zainwestowały w Polsce w tym czasie ponad 2,15 mld euro i historycznie stanowią czwarte największe źródło inwestycji w sektorze handlowym, mimo że pierwszych transakcji na polskim rynku dokonały dopiero w 2015 roku.

Jednym z powodów zainteresowania Polską ze strony RPA był spadek wartości lokalnej waluty. Inwestorzy szukali więc rynku, gdzie czynsze generowane przez nieruchomości będą denominowane w euro, a polski sektor nieruchomości osiągnął już wtedy skalę i dojrzałość, która przyciągała uwagę największych globalnych funduszy. Ta sama strefa czasowa, mimo tysięcy kilometrów odległości, bardzo ułatwia współpracę i kontakty pomiędzy oboma krajami. – dodaje Agata Sekuła

Pierwszym europejskim rynkiem, gdzie inwestorzy z RPA zainwestowali, była Rumunia.
Fundusz NEPI zaczął budować swoje rumuńskie portfolio w 2009 roku. Wkrótce wartość ich akcji była wyceniana powyżej wartości portfela, co jest niespotykane w tym sektorze. Inwestorzy, niezależnie od branży, obserwują wzajemnie swoje działania i w 2014 do Polski przybyło Rockcastle, które w zaledwie cztery lata zakupiło obiekty handlowe za około 1,2 mld euro. Kolejnym południowoafrykańskim inwestorem, który dostrzegł potencjał polskiego rynku było Redefine – które zadebiutowało w Polsce w 2016 roku, nabywając większościowy udział w Echo Polska Properties – firmie posiadającej i zarządzającej portfelem nieruchomości wybudowanych przez Echo Investment. EPP (notowane na giełdzie w Johannesburgu i Luxemburgu) obecnie jest największym, pod względem powierzchni, właścicielem centrów handlowych w Polsce. – wspomina Agata Sekuła

Od 2018 roku obserwujemy bardziej równomierny rozkład inwestycji z większą liczbą źródeł kapitału, nadal skupionych głównie w Europie. Polski sektor biurowy zaczął również przyciągać inwestycje z Czech, Korei Południowej, Singapuru, Węgier, Rumunii, Filipin, Włoch czy Szwajcarii. To efekt budowania wizerunku rynku jako dojrzałego i oferującego wciąż atrakcyjne stopy kapitalizacji w porównaniu do innych rynków zachodnioeuropejskich.

Azja wybiera logistykę i magazyny

Wzrost atrakcyjności nieruchomości magazynowych w Polsce był rezultatem między innymi rozwoju sieci dróg szybkiego ruchu z widocznym efektem przyspieszenia tego typu inwestycji przed Euro 2012. W tym segmencie jedną z dominujących grup inwestorów są firmy azjatyckie, mimo że pierwsza transakcja sfinalizowana przez fundusze z Azji nastąpiła dopiero w 2015 roku (umowa kupna magazynu Amazon we Wrocławiu).
Cztery państwa azjatyckie – Singapur, Chiny, Korea Południowa i Malezja – odpowiadają za 34% kapitału zainwestowanego kiedykolwiek w polskim segmencie nieruchomości magazynowych. Motywacją Chin jest globalna strategia tamtejszych funduszy, polegająca na inwestowaniu w aktywa związane z transportem i logistyką, czyli w porty, huby przeładunkowe, hale produkcyjne, czy magazyny e-commerce w regionie CEE. – dodaje Agata Sekuła

CEE w natarciu

Ostatnie kilka lat przyniosło ciekawe decyzje inwestycyjne i rosnącą aktywność kapitału z krajów Europy Środkowo – Wschodniej. Najpierw był to czeski CPI, a potem węgierski Wing, który w ubiegłym roku kupił wiekszościowy pakiet udziałów w Echo Investment. W kwietniu tego roku Optimum Ventures, którego właścicielem jest Narodowy Bank Węgier, kupił 61,49% udziałów w spółce GTC. W Polsce węgierskiego właściciela ma też deweloper mieszkaniowy Polnord (Cordia).

Łącznie w polskim sektorze nieruchomości Czesi i Węgrzy sfinalizowali transakcje o wartości ponad 2,6 mld euro i to w znakomitej większości w ciągu ostatnich pięciu lat. To więcej niż Polacy zainwestowali na własnym rynku w ciągu ostatnich 22 lat. – zauważa Agata Sekuła

Co z polskim kapitałem?

Obserwując kierunki napływu kapitału na przestrzeni ostatnich 25 lat, bardzo naturalnie nasuwa się pytanie, skąd bierze się tak niska aktywność polskich inwestorów. Jako JLL doradzamy funduszom z kilkudziesięciu krajów, które konsekwentnie finalizują transakcje sprzedaży lub kupna nieruchomości, a ich apetyty związane z ekspansją w Polsce nie słabną. Nasz rynek wypracował bardzo silną markę inwestycyjną, zapewniając solidne zwroty i gwarantując niskie ryzyko. Nie sposób więc nie zauważyć, że polski kapitał w sektorze nieruchomości komercyjnych jest mało aktywny, biorąc pod uwagę jego skalę i możliwości. – dodaje Agata Sekuła

Powód? Firmom z Polski nie jest łatwo inwestować w nieruchomości komercyjne. Przeszkodą jest wysoki próg wejścia ze względu na brak REIT-ów (specyficzna kategoria funduszy, które umożliwiają inwestorom indywidualnym wygenerować skalę, pozwalającą kupić nieruchomość). Polskie fundusze emerytalne mogą natomiast lokować w nieruchomościach zaledwie niewielki ułamek inwestycji, co również stanowi istotną barierę. Inwestycje w nieruchomości komercyjne są przedsięwzięciem kapitałochłonnym, gdzie ceny za pojedyncze lepsze lub większe nieruchomości kształtują się z reguły na poziomie od kilkudziesięciu do kilkuset milionów euro (nie mówiąc już, że przedmiotem obrotu na polskim rynku często bywają portfele nieruchomości). Transakcje z udziałem polskiego kapitału, choć dość liczne, opiewają na niewielkie kwoty i są obecnie niestety jedynie tłem dla rynku inwestycji w nieruchomości komercyjne w Polsce.

W Polsce, mimo wielu postulatów wysuwanych przez sektor prywatny, nadal nie ma możliwości inwestowania w nieruchomości komercyjne przy udziale kapitału indywidualnego. REIT-y byłyby tu ważnym impulsem. Mamy dużą gospodarkę, która tym bardziej teraz powinna dawać więcej możliwości biznesowych w zarządzaniu kapitałem instytucjonalnym oraz lokowania kapitału przez inwestorów indywidualnych. Brak odpowiednich instrumentów, które wspierałyby polskie fundusze, jasno pokazuje, że nieruchomości komercyjne są niedocenianym aktywem w polityce gospodarczej kraju. – podsumowuje Agata Sekuła

Nawet pomimo trudnej sytuacji związanej z COVID-19 do końca września sfinalizowano w Polsce transakcje o wartości 4,2 mld euro. To świetnie ilustruje potencjał polskiego rynku nieruchomości i świadczy o głębokim zaufaniu inwestorów. Perspektywy rozwoju sektora mogą być jednak jeszcze lepsze. Warunek? Dalsza praca nad poprawą klimatu legislacyjnego i lepsza współpraca na linii sektor prywatny – państwo.

Dolar zyskuje

Dobra passa dolara z wczoraj ma dwie przyczyny. Po pierwsze zbliżające się wybory w USA mają coraz wyraźniejszego faworyta. Po drugie dane makroekonomiczne okazały się lepsze od oczekiwań.

Dobre dane zza oceanu

Wczoraj poznaliśmy pakiet danych z USA. Zamówienia na dobra rosną szybciej, niż oczekiwano, ale wzrost ten wcale nie jest imponujący. Trzeba jednak pamiętać, że w sytuacji spowolnienia gospodarczego bardzo szybko zamówienia spadają, gdyż firmy spodziewając się trudniejszej sytuacji, ograniczają zapasy. Wzrost jest zatem zapowiedzią przychylniejszego patrzenia w przyszłość. W górę idą również ceny mieszkań, co jest symbolicznie bardzo ważne w USA. Poprzedni kryzys nabrał siły właśnie na rynku nieruchomości, gdzie spadek cen połączony z utratą pracy spowodował bankructwa wielu Amerykanów.

Krajobraz przed wyborami w USA

Do wyborów prezydenckich w USA pozostał tydzień. Przewaga kandydata Demokratów w wyścigu wciąż jest bardzo wyraźna (powyżej 10%), a jeśli wierzyć sondażom wynik wyborów jest właściwie przesądzony. Biden może liczyć na 207 głosów elektorskich, a Donald Trump zaledwie 83. Żeby mieć świadomość skali tej przewagi warto wiedzieć, że 270 głosów jest potrzebnych, aby uzyskać nominację. Pamiętajmy, że kampania się jeszcze nie skończyła i na ostatnią chwilę może się jeszcze coś wydarzyć. Na razie dolar po dobrych danych z gospodarki i coraz pewniejszym wyniku wyborów zyskuje na wartości względem euro.

Ropa najtańsza od początku października

Ostatni nawrót pandemii ponownie postawił pod dużym znakiem zapytania kwestię popytu na ropę naftową. Nie jest to tylko kwestia zmniejszonej liczby dojazdów, ale przede wszystkim mniejszego zapotrzebowania przemysłu. Widać to chociażby po rosnących zapasach w USA. Wczoraj było to 4,58 mln baryłek. Nie jest to poziom niezdarzający się w warunkach standardowych, ale to wyraźnie więcej niż oczekiwali analitycy. Nie może zatem dziwić, że cena czarnego złota spada.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
13:30 – USA – saldo obrotów towarowych,
15:00 – Kanada – decyzja w sprawie stóp procentowych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Czy pracodawca może zmusić pracownika do testu na COVID-19?

Gdy liczba zakażeń koronawirusem rośnie – coraz więcej pracodawców wprowadza w swoich firmach i zakładach pracy dodatkowe obostrzenia, by zadbać o BHP swoich pracowników. Jednym z nich jest wysyłanie pracowników na testy, mające stwierdzić zakażenie koronawirusem lub obecność przeciwciał w organizmie. Praktyka wymuszania na pracownikach testowania się wzbudza jednak niemałe kontrowersje prawne. W środowisku prawniczym zdania na ten temat są podzielone. Z jednej strony przyznaje się rację pracodawcom – wskazując na obowiązek zapewnienia odpowiedniego bezpieczeństwa i higieny pracy. Osoba zakażona stanowi bowiem zagrożenie dla zdrowia innych zatrudnionych osób. Jednak wielu prawników uważa, że wysyłanie pracowników na testy wykracza poza kompetencje pracodawcy i łamie prawa pracownicze. 

– Pracodawca nie ma żadnej podstawy prawnej do takich działań. Jeżeli ma wątpliwości co do zdrowia pracownika, może użyć innych, dostępnych mu środków – na przykład wysłać go do lekarza medycyny pracy. Dopiero on może zbadać pracownika i ewentualnie wysłać go na test – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Bocianowski, adwokat, mediator i specjalista z zakresu prawa pracy. – Dodatkowo pracodawca nie będzie miał wglądu w wynik testu. Na ten temat wypowiedział się także urząd ochrony danych osobowych – który wskazał, że obecnie nie ma podstaw prawnych do żądania od pracownika przejścia takiego testu oraz okazania wyniku. Urząd zwrócił również uwagę, że nawet jeśli pracownik wyrazi zgodę na taki test – to z uwagi na hierarchię w miejscu pracy, dobrowolność tej zgody może być wątpliwa. Zatem zmuszanie pracowników do testu, czy też wyciąganie konsekwencji wobec tych, którzy na pójście na taki test się nie zgodzą, jest bardzo mocno wątpliwe. Dlatego uregulowanie tej sprawy powinno znaleźć się w kolejnej ustawie COVIDowej – wyjaśnia Bocianowski.

Europejski Bank Inwestycyjny – przyszły bank klimatyczny Unii Europejskiej

Instytucje unijne wskazują, że EBI odegra znaczącą rolę w realizacji Europejskiego Zielonego Ładu i wynikającej z niego potrzeby sprawiedliwej transformacji. W najbliższych latach Europejski Bank Inwestycyjny będzie się zmieniał w bank klimatyczny UE.

Czym jest Europejski Bank Inwestycyjny

Europejski Bank Inwestycyjny (EBI) jest bankiem publicznym, którego udziałowcami są wszystkie kraje Unii Europejskiej. Jako niezależny organ sam podejmuje decyzje w zakresie udzielania i zaciągania kredytów. Celem jego działalności jest finansowanie projektów, które przyczyniają się do realizacji celów Unii Europejskiej, zarówno na terytorium jej członków, jak i poza nią. Współpracuje z innymi instytucjami UE, zwłaszcza z Komisją Europejską, Parlamentem Europejskim i Radą UE.

Bank udziela pożyczek na realizację projektów sektora publicznego i prywatnego głównie w UE, ale także na całym świecie w celu ożywienia gospodarki, tworzenia miejsc pracy i wspierania spójności. Oprócz inwestowania w infrastrukturę, małe i średnie przedsiębiorstwa (MŚP) oraz innowacje, bank realizuje też priorytetowe przedsięwzięcia w dziedzinie poprawy klimatu na całym świecie.

EBI posiada trzy organy zarządzające: Radę Gubernatorów, Radę Dyrektorów i Komitet Zarządzający. Działalność Banku kontroluje niezależny Komitet Kontroli i Audytu, a jego finansowanie pochodzi z zasobów własnych oraz z międzynarodowych rynków kapitałowych. Utrzymuje on rating kredytowy AAA, który pozwala mu przyciągać na opłacalnych warunkach fundusze na działalność kredytową. EBI wykorzystuje szeroką gamę instrumentów, a finansowanie, którego udziela, można łączyć z finansowaniem z innych źródeł UE, w tym z budżetu UE.

Zgodnie z celami Unii Europejskiej realizuje działania na rzecz polityki klimatycznej zgodnie z Porozumieniem Paryskim w sprawie zmiany klimatu i z celami zrównoważonego rozwoju ONZ. EBI zobowiązał się przeznaczać 50 proc. swojego finansowania na działania w dziedzinie klimatu, począwszy od 2025 r., co powinno odblokować inwestycje o wartości ponad 1 bln euro (1000 mld euro) w najbliższych dziesięciu latach.

O kredyt z EBI może ubiegać się każdy, kto prowadzi działalność gospodarczą lub jest zatrudniony w sektorze publicznym i ma projekt, który może przyczynić się do realizacji celów polityki UE. W tym celu należy skontaktować się z EBI drogą e-mailową, za pomocą formularza online lub osobiście w jednym z biur EBI i dostarczyć informacje, dzięki którym bank będzie mógł ocenić biznesplan i sprawdzić, czy projekt spełnia cele kredytowania.

60-lecie istnienia EBI – Polska w czołówce podpisanych umów

W sprawozdaniu finansowym za 2018 r. stwierdzono, że w ciągu 60 lat istnienia (rocznica ta przypadła na rok 2018) EBI stał się światowym liderem w dziedzinach takich jak finansowanie działań związanych z klimatem, innowacjami i infrastrukturą oraz pozostaje wierny swojej głównej misji. Przez te kilkadziesiąt lat EBI udzielił finansowania na łączną kwotę ponad 1 bln euro, która z kolei przyczyniła się do uruchomienia inwestycji o wartości do 3 bln euro.

W 2018 r. EBI udostępnił ponad 64,19 mld euro w środkach finansowych, podpisując 854 projekty, które dotyczyły głównie jego czterech najważniejszych celów w ramach polityki publicznej: MŚP, spółek o średniej kapitalizacji, środowiska, projektów innowacyjnych i infrastruktury.

Zarówno kredyty na działania związane ze zmianą klimatu, jak i finansowanie na rzecz regionów objętych polityką spójności i konwersji przekroczyły wartości docelowe wyrażone liczbą podpisanych umów. Podział geograficzny podpisanych umów w 2018 r. wykazał, że pięciu głównych beneficjentów w UE (Grecja, Cypr, Portugalia, Chorwacja i Polska) otrzymało ponad 50 proc. środków na inwestycji.

Plan inwestycyjny dla Europy

W ramach zaproponowanego przez Komisję Europejską w 2014 r. planu inwestycyjnego dla Europy, grupa EBI i Komisja uruchomiły program gwarancji – Europejski Fundusz na rzecz Inwestycji Strategicznych (EFIS) – aby pomóc przezwyciężyć lukę inwestycyjną w UE. Dzięki gwarancjom, EBI umożliwia inwestowanie w bardziej ryzykowne i innowacyjne projekty, które mają na celu dać efekt synergiczny w postaci uruchamiania kolejnych inwestycji. W 2018 r. EFIS przekroczył pierwotny cel inwestycyjny wynoszący 315 mld euro; w rezultacie jego potencjał zwiększono do inwestycji o łącznej wartości 500 mld euro, a okres działania przedłużono do końca 2020 r.

EBI i Europejski Fundusz Inwestycyjny (EFI), czyli partnerstwo publiczno-prywatne specjalizujące się w poprawie dostępu MŚP do finansowania, tworzą grupę EBI. W kwietniu 2020 r. Komisja udostępniła z EFIS 1 mld euro jako specjalną gwarancję, którą EFI zaoferuje na rynku, aby ograniczyć wpływ pandemii koronawirusa na MŚP oraz małe spółki o średniej kapitalizacji. Według szacunków EBI i Wspólnego Centrum Badawczego Komisji Europejskiej, działania EFIS przyczyniły się do stworzenia ponad 750 000 miejsc pracy i zwiększenia unijnego PKB o 0,6 proc. Zakłada się, że do końca 2020 r. obie te wartości będą nadal rosnąć.

Europejski Zielony Ład – ważna rola EBI

Bank pełni doniosłą rolę w finansowaniu Europejskiego Zielonego Ładu. Szczególnie pozytywnie oceniana przez Parlament Europejski jest emisja obligacji klimatycznych i zrównoważonych środowiskowo oraz zobowiązanie się Banku do dostosowania do końca 2020 r. wszystkich swoich działań finansowych do zaleceń z porozumienia paryskiego. Uznanie Parlamentu zdobyła też nowa polityka kredytowania energetyki zmierzająca do wykorzystania źródeł energii takich jak gaz ziemny i mająca na celu osiągnięcie neutralności klimatycznej do 2050 r.

Parlament Europejski wyznacza EBI cele dekarbonizacji sektora transportu w UE do 2050 r. oraz wspierania ochrony różnorodności biologicznej. W przyszłości EBI powinien koncentrować się na sprawiedliwej transformacji i realizacji celów zrównoważonego rozwoju, zwłaszcza w ramach przyszłego instrumentu pożyczkowego na rzecz sektora publicznego InvestEU. Wskazana jest ścisła współpraca między EBI, Europejskim Bankiem Odbudowy i Rozwoju oraz innymi międzynarodowymi instytucjami finansującymi. Parlament pozytywnie ocenił nową metodykę oceny śladu węglowego EBI oraz jej systematyczne wdrażanie. Jednak zauważył też sfinansowanie kilku projektów sprzecznych z celami porozumienia paryskiego.

Operacje EBI poza UE

Operacje EBI poza UE są głównie objęte gwarancjami wynikającymi z upoważnienia EBI do udzielania pożyczek na rzecz państw trzecich. W marcu 2018 r. Parlament Europejski i Rada przyjęły decyzję o zwiększeniu ogólnej gwarancji o dodatkowe 5,3 mld euro, aby umożliwić finansowanie na kwotę 32,3 mld euro w latach 2014–2020.

Źródło informacji: PAP

Prawie połowa polskich pracowników rozważała zmianę zawodu

Ponad 60 proc. pracowników zmieniłoby profil nauki, gdyby mogli cofnąć czas, a ponad 80 proc. zmieni pracę z powodu zbyt niskiego wynagrodzenia – wynika z raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego „Od kultury do dobrobytu. Co o kulturze organizacyjnej i klimacie miejsc pracy sądzą pracownicy zatrudnieni w Polsce?”. 53,9 proc. przebadanych deklaruje, że poświęcałoby czas na obowiązki służbowe, nawet gdyby mieli niewyczerpaną ilość pieniędzy i nie musieli pracować. Jednocześnie tylko 16,5 proc. badanych odnajduje motywację do pracy w innych czynnikach niż konieczność zarabiania.

Pracujący w Polsce umiarkowanie pozytywnie ocenili istniejący model klimatu i kultury organizacyjnej w swoich miejscach zatrudnienia, na co wskazuje średnia wartość na poziomie 59,41 p. na 100 możliwych w przygotowanym przez PIE Indeksie Kultury Organizacyjnej. Najwięcej punktów (72,74 p.) uzyskał wskaźnik nadużyć władzy, obejmujący kary i represje czy szykany. Zdaniem badanych pracowników nawet mimo pewnej powszechności części takich zachowań, skala nadużyć dokonywanych przez przełożonych nie jest wysoka.Prawie połowa polskich pracowników rozważa zmianę zawodu – raport PIE

Drugim najlepiej ocenianym wskaźnikiem Indeksu były relacje pracownicze (60,32 p.). Badani przyznali wysokie noty poczuciu, że pasują do zespołu. Umiarkowanie rzadko deklarowali doświadczanie nieuprzejmości ze strony kolegów i koleżanek, co związane jest ze stopniem zaufania oraz przekonaniem co do liczenia na wsparcie w razie potrzeby. Jednocześnie wyraźnie niekorzystnie wypadły w ocenach zwłaszcza komunikacja i stopień poinformowania.

Niżej oceniany styl przywództwa (55,15 p.) uzyskał słabszy wynik przede wszystkim ze względu na negatywną ocenę sposobów podejmowania decyzji i delegowania zadań. Jeszcze niższą średnią ocenę (53,66 p.) uzyskał wskaźnik możliwości rozwoju, w którym nisko oceniono przede wszystkim ścieżki awansu i zasady premii, ale też same osiągnięcia zawodowe pracujących. Najmniejszą średnią liczbę punktów (52,96 p.) uzyskał wskaźnik grupowy oddający stopień obciążenia obowiązkami służbowymi. Poza samą i często wskazywaną niewspółmiernością liczby zadań służbowych przypadających na jednego pracownika, wpływ na niewysokie oceny ma niska powszechność stosowania dostępnych narzędzi odciążenia. Dla części badanych o niskiej wartości wskaźnika grupowego przesądziło zachwianie równowagi między życiem prywatnym a zawodowym oraz negatywny wpływ pracy na zdrowie – tłumaczy Krzysztof Kutwa, analityk zespołu strategii Polskiego Instytutu Ekonomicznego.Prawie połowa polskich pracowników rozważa zmianę zawodu – raport PIE 2

Różnice w ocenie wskaźników Indeksu

Model kultury organizacyjnej najbardziej krytycznie oceniają pracownicy w wieku 35-44 lata, a najmniej – pracujący emeryci i bliscy przejścia w wiek poprodukcyjny. Najgorsze oceny wystawili pracownicy spółek Skarbu Państwa i innych firm w całości lub części państwowych, a najlepsze – administracji publicznej (urzędów i ministerstw). Pracownicy podlegający bezpośrednio prezesowi lub założycielowi firmy postrzegają model kultury organizacyjnej lepiej od pracujących, których przełożonym jest kierownik czy dyrektor.

Im pracownicy gorzej ocenili kulturę organizacyjną, tym częściej rozważali zmianę zawodu oraz wyżej oceniali swoje przygotowanie na ewentualną zmianę ścieżki zawodowej. Zdecydowaną większość (83,5 proc. badanych) do pracy motywuje jedynie konieczność zarabiania pieniędzy. Na motywacje pozafinansowe częściej wskazują kobiety, pracujący poniżej 24. roku życia, a pod względem zajmowanego stanowiska: kierownicy – mówi Andrzej Kubisiak, zastępca dyrektora Polskiego Instytutu Ekonomicznego.Prawie połowa polskich pracowników rozważa zmianę zawodu – raport PIE 3

Za 3 lata z samochodów w pełni elektrycznych może korzystać 18% firm w Polsce

Samochody napędzane ekologicznie, a także alternatywne środki transportu, jak carsharing czy współdzielenie rowerów, to przyszłość polskich i europejskich flot – wynika z nowego „Barometru Flotowego”, opublikowanego przez Arval Mobility Observatory.

  • 18 proc. polskich firm już ma lub zamierza w ciągu najbliższych trzech lat wprowadzić do flot auta elektryczne, a połowa posiada lub rozważa korzystanie z pojazdów z napędem innym niż klasyczny układ zasilany benzyną lub olejem napędowym.
  • Przed pandemią blisko 1/3 polskich firm (31%) oczekiwała, że ich floty będą nadal rosnąć.
  • Już połowa firm w Polsce wdrożyła przynajmniej jeden alternatywny środek transportu dla swoich pracowników. Jedna na pięć firm rozważa wprowadzenie współdzielonych rowerów lub już je posiada.
  • Aż 37% polskich firm deklaruje wykorzystanie narzędzi telematycznych.

Z „Barometru Flotowego” wynika, że z samochodów w pełni elektrycznych za trzy lata może korzystać 18% firm w Polsce (z których 3% już je ma), a w 50% flot mogą pojawić się pojazdy z alternatywnymi technologiami napędu (wsród nich 30% korzysta z nich już teraz). Chociaż te wyniki plasują nas w pierwszej dziesiątce państw zbadanych przez Arval Mobility Observatory, to wciąż plasujemy się poniżej średniej, która wynosi odpowiednio 62% i 34%.

Nasze dane znajdują potwierdzenie w decyzjach zakupowych. Segment aut elektrycznych i hybrydowych wydaje się być odporny na kryzys wywołany pandemią. W ciągu pierwszych trzech kwartałów roku zarejestrowano 60% więcej takich aut niż w analogicznym okresie 2019 r., mimo, że branża motoryzacyjna notuje spadki – mówi Radosław Kitala, Consultant & Arval Mobility Observatory Manager w Arval Service Lease Polska.

Polscy fleet managerowie zapytani o powody, dla których wybierają lub zamierzają wprowadzić alternatywne napędy do flot w swoich firmach, najczęściej wskazywali na ograniczenie emisji zanieczyszczeń. Odpowiedź tę wskazało 26% ankietowanych w przypadku aut osobowych i 16% w przypadku dostawczych. Blisko co piąty respondent (19%) wskazał redukcję kosztów paliwa oraz mniejsze koszty utrzymania pojazdów osobowych (odpowiednio 13% i 14% dla aut dostawczych). To, co odróżnia Polskę od innych badanych państw, to wyraźnie mniejsze znaczenie zachęt podatkowych do zakupu aut z napędami alternatywnymi. Gdy w naszym kraju tę korzyść w przypadku aut osobowych wskazywało zaledwie 13% ankietowanych, gdzie indziej średnio było to 27%.

Chociaż pandemia COVID-19 znacząco wpłynęła na wiele trendów w mobilności, eksperci Arval przewidują, że wkrótce dominujący wcześniej trend zapewnienia mobilności jako usługi, powróci na dobre. Na popularności znów będą zyskiwać nowe formy przemieszczania się. Z badania wynika, że połowa firm w Polsce wdrożyła już alternatywne rozwiązania mobilne dla pracowników. W pozostałych krajach ten odsetek jest jeszcze wyższy (średnio 61%). Trzy rozwiązania, które najczęściej wybierają przedsiębiorstwa, to komunikacja publiczna (24%), wspólne dojazdy pracowników jednym środkiem transportu (20%) i korporacyjny system car sharingu (18%). Co piąta firma w Polsce rozważa wprowadzenie w ciągu najbliższych trzech lat współdzielonych rowerów lub już ich używa.

Kolejny aspekt, na który położyli nacisk autorzy raportu to rosnąca popularność rozwiązań telematycznych. Aż 37% polskich firm deklaruje wykorzystanie takich narzędzi w zarządzaniu firmową flotą. To wzrost o 10 punktów procentowych w porównaniu z poprzednim badaniem. Ten wynik jest również wyraźnie wyższy niż średnia dla pozostałych krajów, gdzie wykorzystanie takiej technologii deklaruje 33% przedsiębiorstw. Dla firm mniejszych, zatrudniających do 100 pracowników, najważniejszym celem inwestycji w rozwiązania telematyczne jest poprawa bezpieczeństwa kierowców – wspomina o tym aż 42% ankietowanych. W przypadku dużych polskich firm, zatrudniających więcej niż 100 pracowników, o bezpieczeństwie wspomina zaledwie 28% szefów flot, a najważniejszym celem wdrożenia elektronicznego nadzoru jest według nich ograniczenie kosztów. Deklaruje to aż 47% badanych, w porównaniu z 37% w mniejszych firmach.

Rośnie grupa firm, które z pełną świadomością wybierają bardziej elastyczną i wygodniejszą mobilność opartą na wynajmie – mówi Robert Antczak, Dyrektor Generalny Arval Service Lease Polska. – To jeden z wielkich flotowych trendów, których w tegorocznym „Barometrze” opisano kilka. Ze szczególną uwagą warto obserwować zmiany napędzane pro-ekologicznym podejściem do biznesu. Auta hybrydowe czy elektryczne dawno pożegnały niszę – to najbardziej przyszłościowy segment rynku. Bardzo interesujący jest także zwrot w kierunku alternatywnych środków mobilności, takich jak rowery czy carsharing. To potwierdzenie, że kierunek obrany przez Arval jest słuszny, a nasze rozwiązania w tych obszarach odpowiadają na zmieniające się potrzeby klientów – dodaje.

Luki wskazane przez NSA wykorzystano w 3 mln ataków. Wśród ofiar polskie firmy i administracja

Co najmniej 3 miliony ataków, z czego ponad 2,5 mln w ostatnich 6 miesiącach, przeprowadzono z wykorzystaniem luk z listy TOP25 opublikowanej przez NSA – informuje firma Check Point. Hakerzy celowali łącznie w 161 krajów, w tym Polskę. Zdaniem ekspertów, głównym celem ataków był sektor rządowy, wojskowy oraz przemysł.

W zeszłym tygodniu Agencja Bezpieczeństwa Narodowego Stanów Zjednoczonych (NSA) opublikowała listę 25 najpopularniejszych publicznie znanych luk w zabezpieczeniach, które są najczęściej wykorzystywane przez hakerów powiązanych z Chinami. Wszystkie 25 błędów bezpieczeństwa jest dobrze znanych i mają zapewnione przez dostawców łaty bezpieczeństwa. NSA wezwało jednak sektor publiczny i prywatny do jak najszybszego zastosowania poprawek lub odpowiednich zabezpieczeń, aby zapobiec atakom. Jak stwierdziła agencja „większość luk na liście NSA można wykorzystać w celu uzyskania wstępnego dostępu do sieci ofiar za pomocą produktów, które są bezpośrednio dostępne z Internetu i działają jako bramy do sieci wewnętrznych”.

Badacze bezpieczeństwa z Check Point przeprowadzili analizę, aby określić wagę zagrożenia opisanego w raporcie NSA. Odkrycia ujawniły, że hakerzy potrafili wykorzystać większość z nich, robiąc to nawet 7 razy częściej w porównaniu z innymi podatnościami w 2020 roku.

Ofiarami 161 państw, w tym Polska

Wskazane przez NSA luki zostały w 2020 roku wykorzystane łącznie w ponad 3 milionach ataków, z czego 2,5 miliona zostało przeprowadzonych w ostatnich sześciu miesiącach.

Kampanie hakerskie były wymierzone w łącznie 161 krajów, a głównym celem w skali globalnej był sektor rządowy i wojskowy (ok 23%). Najczęściej atakowanymi państwami były Stany Zjednoczone. Na podium ulokowały sie również Niemcy i Wielka Brytania.

Ofiarami były również firmy i organizacje pochodzące z Polski, która została sklasyfikowana na 22 miejscu w zestawieniu. Z danych Check Pointa wynika, że ich zabezpieczenia odparły łącznie 23140 ataków, skierowanych głównie w sektor produkcyjny (31%), administrację i wojskowość (20%) oraz sektor finansowy (17%).

Fakt, że luki były wykorzystywane średnio 7 razy częściej w porównaniu z innymi, pokazuje, jak hakerzy koncentrują swoje wysiłki na określonych błędach, o których wiedzą, że są powszechne. Firma Check Point udaremniła w tym roku ponad 3 mln ataków związanych z tymi podatnościami i posiada najwyższy wskaźnik ochrony dla każdej z 25 luk przedstawionych przez NSA. – komentuje zagrożenia Adi Ikan, menedżer działu badań i ochrony sieciowej w firmie Check Point.

Zdolność kredytowa firmy oczami banku i funduszu finansującego MŚP

Nieznaczne łagodzenie polityki kredytowej banków, które NBP prognozował na III kwartał, zapewne nie będzie kontynuowane. W obliczu kolejnej fali pandemii możemy spodziewać się raczej ponownego zaostrzania zasad. Dla dużej grupy firm będzie wiązało się to z odmowną decyzją w kwestii kredytu. Oczywiście zakładając, że w ogóle będą się o niego ubiegać. Czy niespełnianie kryteriów bankowych oznacza jednocześnie przekreślenie szans na zdobycie finansowania w innej formie? Niekoniecznie. Ocena tych samych kryteriów zdolności kredytowej może być inna w przypadku banku, a inna w przypadku instytucji pozabankowych, takich jak fundusze finansujące MŚP w formie dłużnej.

Krystyna Kalinowska, dyrektor inwestycyjny w Podlaskim Funduszu Kapitałowym porównuje kryteria oceny zdolności kredytowej przedsiębiorstwa stosowane przez banki oraz przez instytucje pozabankowe.

Badanie zdolności kredytowej firmy polega na ocenie możliwości obsługi zadłużenia w umówionych wcześniej kwotach i terminach. Metody oceny mogą się jednak różnić zarówno między poszczególnymi bankami, jak i między innymi instytucjami. Sektor bankowy podlega regulacjom wydawanym przez KNF. Są one jednak ogólnymi wytycznymi i każdy bank kieruje się własnymi kryteriami określonymi w polityce kredytowej. Dlatego też brak zdolności kredytowej w jednym banku nie oznacza, że firma w ogóle nie uzyska finansowania bankowego. Są jednak kryteria, które występując łącznie, dyskwalifikują firmę w zasadzie w każdym banku. Czy tak będzie również w instytucji pozabankowej?

Fundusze finansujące MŚP podchodzą do oceny przedsiębiorstwa na nieco innych zasadach. Przede wszystkim wykazują się większą elastycznością w spojrzeniu na zdolność firmy do obsługi zadłużenia, gdyż nie są związane regulacjami, którym podlegają banki. Większe znaczenie ma indywidualna ocena danej działalności, w tym również sposób zarządzania i wynikający z tego potencjał do dalszego rozwoju. Fundusze nieco inaczej patrzą na poszczególne kryteria, którymi kierują się banki. W ich przypadku istotniejsza jest metoda jakościowa, badająca indywidualne cechy przedsiębiorstwa. Banki większy nacisk kładą na metodę ilościową, analizującą mierzalne dane i wyniki finansowe. W każdym przypadku, w ocenie zdolności kredytowej pojawia się jednak kilka stałych kryteriów.

Historia biznesowa

Dla banku istotne jest, by była odpowiednio długa. Aby uzyskać kredyt należy wykazać się udokumentowaną historią biznesową i kredytową, najlepiej obejmującą okres przynajmniej 2 lat. Wiele banków działa w tej kwestii zero-jedynkowo, biorąc pod uwagę jedynie okres działania przedsiębiorstwa. W przypadku funduszy bardziej istotne będzie to, jakie doświadczenie biznesowe mają osoby zarządzające i jakie wyniki osiągały zarządzając poprzednimi firmami. Fundusze finansują często zarówno przedsiębiorstwa dojrzałe, jak i start-upy. Najważniejszym kryterium jest realny potencjał na szybki wzrost.

Kondycja finansowa

Odnotowana strata na działalności, spadające przychody lub marże, wysoki poziom zadłużenia czy sezonowość przychodów firmy to czynniki, które dla wielu banków przekreślają możliwość udzielenia kredytu. Fundusz ocenia firmę całościowo, patrząc przez pryzmat jej potencjału i dotychczasowych osiągnięć, a nie krótkoterminowych wyników. Spadek przychodów nie musi oznaczać, że tendencja ta zostanie trwale utrzymana. Może to wynikać na przykład z tego, że poprzedni rok był wyjątkowo dobry i zanotowano jednorazowe, wyższe przychody. Ogólnie rzecz ujmując, fundusze mają możliwość oceny kondycji finansowej w znacznie szerszym kontekście. Wartość poszczególnych wskaźników finansowych nie musi mieć dominującego wpływu na wynik takiej analizy.

Wartość firmowego majątku

To jedno z podstawowych kryteriów oceny zdolności kredytowej, jaki biorą pod uwagę banki. Niski poziom kapitału własnego lub brak majątku trwałego firmy są jednymi z najczęstszych powodów decyzji odmownej w sprawie kredytu. W przypadku funduszu wartość posiadanego przez firmę majątku, nie jest aż tak kluczowa. Wyżej ceniony jest kapitał intelektualny przedsiębiorstwa, jego doświadczenie i know-how, które dają realne szanse na przyszłe zyski.

Otoczenie biznesowe, branża

W związku z kryzysem wywołanym przez pandemię koronawirusa, wiele branż, a zwłaszcza gastronomiczna, eventowa czy hotelarska, trafiły na listę podwyższonego ryzyka. Wiąże się to z tym, że działając w danym obszarze, firma jest narażona na ryzyko utraty zdolności do obsługi zadłużenia na skutek czynników zewnętrznych, charakterystycznych dla określonej branży. Fundusze również kalkulują ryzyko i biorą pod uwagę zagrożenia wiążące się z pewnymi obszarami gospodarki, ale na ogół nie ma branż z góry wykluczanych z finansowania. Są przedsiębiorstwa, które wyróżniają się pozytywnie na tle swojej branży i pomimo ogólnych negatywnych tendencji w sektorze, mogą radzić sobie na tym tle ponadprzeciętnie dobrze.

Zabezpieczenie

Powszechnie stosowanym zabezpieczeniem kredytu jest weksel wystawiony przez kredytobiorcę, jednak samodzielnie nie jest on zazwyczaj wystarczający. Ciekawą opcją jest skorzystanie z gwarancji de minimis BGK, która pokrywa 60 proc. kwoty kredytu, a w wyniku zmian spowodowanych pandemią wartość ta została podwyższona do 80 proc. W pozostałej jednak części zabezpieczenie musi przedstawić kredytobiorca. Fundusze są bardziej elastyczne w kwestii zabezpieczeń. Chętniej przyjmują zabezpieczenia, które dla banku mogą nie przedstawiać wystarczającej wartości, na przykład w postaci zastawu na udziałach czy cesji wierzytelności przyszłych.

Niezależnie od tego, czy firma stara się o kredyt, czy finansowanie pozabankowe, powinna pamiętać, że zasady ich udzielania nie zawsze są takie same. Zależą zarówno od polityki wewnętrznej stosowanej przez instytucje finansowe, jak i zmieniających się warunków makroekonomicznych. Negatywna ocena zdolności kredytowej dokonana przez bank, nie oznacza jednak, że firma nie ma szans na finansowanie pozabankowe. Trzeba mieć świadomość tego, ze istnieją różne opcje, a kredyt nie jest jedynym rozwiązaniem jeśli chodzi o rozwijanie biznesu.

Brexit – pobyt obywateli Wielkiej Brytanii po okresie przejściowym

Od początku 2021 r. obywatele Wielkiej Brytanii oraz członkowie ich rodzin mieszkający w Polsce będą mogli składać wnioski o wydanie nowych dokumentów pobytowych. Będą one potwierdzały korzystanie z uprawnień beneficjenta Umowy Wystąpienia przy przekraczaniu granic i podczas pobytu w Polsce.

Wielka Brytania opuściła Unię Europejską o północy 31 stycznia 2020 r. na podstawie Umowy Wystąpienia. Dokument ten zawiera przepisy regulujące zasady pobytu obywateli Wielkiej Brytanii w Polsce ustanawiając m.in. okres przejściowy obowiązujący do 31 grudnia 2020 r. W jego trakcie zasady pobytu oraz pracy obywateli Wielkiej Brytanii i członków ich rodzin w Polsce pozostają bez zmian.

Po zakończeniu okresu przejściowego, od 1 stycznia 2021 r. obywatele Wielkiej Brytanii i członkowie ich rodzin będą posiadać prawo pobytu w Polsce co do zasady na dotychczasowych warunkach jeśli:

– korzystali z prawa pobytu w Polsce zgodnie z prawem UE przed zakończeniem okresu przejściowego (dotyczy to także obywateli Zjednoczonego Królestwa, którzy wjechali do Polski po dacie Brexitu, a przed upływem okresu przejściowego);

– w dalszym ciągu mieszkają w Polsce.

W zakresie wydawania dokumentów pobytowych beneficjentom Umowy Wystąpienia stosowany będzie system deklaratoryjny. Nie będzie obowiązku uzyskania nowego statusu oraz dokumentu pobytowego, jako warunku legalnego pobytu w Polsce. Osoby kwalifikujące się do prawa pobytu na tej podstawie będą natomiast uprawnione do otrzymania dokumentu pobytu zawierającego oświadczenie, że został wydany zgodnie z Umową Wystąpienia.

Biorąc pod uwagę praktyczne względy, Urząd do Spraw Cudzoziemców zaleca aby wszyscy beneficjenci Umowy Wystąpienia uzyskali nowe dokumenty pobytowe. Ich posiadanie ułatwi korzystanie z uprawnień beneficjenta przy przekraczaniu granic i podczas pobytu na terytorium Polski.

Dokumenty pobytowe wydane obywatelom Zjednoczonego Królestwa i członkom ich rodzin do końca okresu przejściowego zachowają ważność przez okres na jaki zostały wydane, nie dłużej jednak niż do 31 grudnia 2021 r.

Od 1 stycznia 2021 r. beneficjenci Umowy Wystąpienia będą mogli składać w urzędach wojewódzkich (właściwych ze względu na miejsce pobytu) wnioski o wydanie nowego dokumentu pobytowego. Dokumenty będą zawierały adnotację odnoszącą do Umowy Wystąpienia: „Art. 50 TUE, Art. 18 ust. 4 Umowy Wystąpienia”.

Szczegółowe informacje dotyczące zasad pobytu obywateli Wielkiej Brytanii po okresie przejściowym można znaleźć na stronie internetowej Urzędu do Spraw Cudzoziemców – www.udsc.gov.pl.

Rynek magazynowy w Szczecinie kusi najemców z sektora e-commerce

Bliska granica z Niemcami, a także ulokowanie w pobliżu ważnych szlaków komunikacyjnych to z pewnością jedne z najważniejszych czynników przy wyborze Szczecina jako bazy logistyczno-magazynowej dla firm rozważających rozwój w regionie zachodniej Polski. Na koniec czerwca 2020 r. na rynku zaobserwowano zwiększoną aktywność deweloperów, która przełożyła się zarówno na nowe transakcje najmu, jak też na decyzję o wejściu na ten rynek nowego azjatyckiego funduszu inwestycyjnego. Firma AXI IMMO postanowiła sprawdzić co wydarzyło się w pierwszej połowie 2020 roku i jakie są perspektywy dla najemców na rynku magazynowym w Szczecinie.

W kontekście zainteresowania inwestorów parkami logistycznymi w regionie Szczecina, po transakcji z 2018 roku, w której Vestas Investment Management kupił od Panattoni Europe centrum dystrybucyjne Amazon w Kołbaskowie o powierzchni 160 000 mkw. w kolejnych kwartałach nie zanotowano nowych zmian właścicielskich. Dopiero w I kwartale 2020 roku, Savills Investment Management w imieniu azjatyckiego funduszu inwestycyjnego zdecydowało się na zakup parku logistycznego Panattoni Szczecin II o powierzchni 69 000 mkw.

Stolica województwa zachodniopomorskiego to idealna lokalizacja dla firm, które planują rozwój swojej działalności w oparciu o kanał e-commerce, a także dla tych prowadzących interesy z Niemcami czy krajami skandynawskimi. Infrastruktura drogowa w okolicach Szczecina, a szczególnie droga ekspresowa S3 zapewnia dobry dojazd do Wrocławia i dalej do Czech. Przykłady dotychczas zrealizowanych inwestycji dla międzynarodowych firm jak Zalando czy Amazon pokazały, że w tej części Polski wciąż jest duży potencjał, który czeka na uwolnienie. Na rynku działa większość deweloperów w tym Panattoni, Mapletree, Exeter, Waimea i 7R.  W regionie obecne są firmy produkcyjne, operatorzy logistyczni, mniejsze i większe firmy e-commerce. Natomiast najemcy zainteresowani rozwojem w tym regionie mogą być spokojni o dostarczenie parków logistycznych, ponieważ deweloperzy zapewnili sobie grunty pod dalszą ekspansję. Z kolei niskie nasycenie parkami logistycznymi powoduje, że rynek ten posiada wciąż duże zaplecze wykfalifikowanych pracowników gotowych do pracy od zaraz,” mówi Karol Osiecki, Associate Director Industrial & Development w AXI IMMO.

Pomimo bardzo korzystnej lokalizacji tj. bliskiej granicy z Niemcami, sąsiedztwa z trójmiejskim rynkiem magazynowym, a także rozbudowanej infrastrukturze drogowej czy funkcjonowaniu portów morskich w Szczecinie i Świnoujściu w całym 2019 roku zaobserwowano spowolnienie działalności deweloperskiej. Sytuacja zmieniła się na zakończenie I połowy 2020 roku, w której oddanie pięciu nieruchomości magazynowych o powierzchni 93 000 mkw. pozwoliło na zwiększenie całkowitych zasobów rynku w Szczecinie do 813 000 mkw.(+14% r/r). W kontekście nowej podaży firma Panattoni w III kwartale rozpoczęła budowę pierwszej fazy parku magazynowego w Goleniowie, a także planuje start nowej inwestycji w Załomiu. Niewielkie zmiany po stronie aktywności deweloperskiej nie wpływają znacząco na współczynnik pustostanów, który od II kwartału 2019 r. utrzymuje się na poziomie ok. 3%, przy średniej krajowej w okolicach 6,8%. Stosunkowo niewielka podaż z niską dostępnością powierzchni dostępnej od zaraz powoduje, że czynsze wywoławcze w okolicach Szczecina zaczynają się od 3,5-3,7 EUR/mkw., natomiast stawki efektywne wynoszą 2,5-2,7 EUR/mkw.

Rynek magazynowy w województwie zachodniopomorskim skupia się na pięciu strategicznych lokalizacjach. Pierwszą i najważniejszą jest Szczecin z położonymi w granicach miasta Dąbiem i Załomem. Struktura najemców zdominowana jest tu przez firmy logistyczne, w tym firmy żeglugowe obsługujące Szwecję. Przejeżdżając drogą S3 na północny wschód dojedziemy do Goleniowa. Lokalizacja ta przyciągająca zarówno firmy logistyczne, jak i firmy produkcyjne. To również tu deweloperzy jak Prologis, Panattoni czy 7R zdecydowali się na budowę nowych centrów magazynowych. Wyjeżdżając ze Szczecina na wschód drogą S10 dojedziemy do Stargardu, który na swoją siedzibę wybrały firmy produkcyjne. Lokalizacja ta cechuje się przede wszystkim dużą dostępnością pracowników oraz tradycjami przemysłowymi. Z kolei w ostatnich latach bardzo głośno było zarówno o Kołbaskowie, jak i Gryfino przez wzgląd na wybór tych miejscowości przez gigantów e-commerce jak Amazon czy Zalando,dodaje Karol Osiecki.

Na koniec czerwca 2020 r. na szczecińskim rynku magazynowym zawarto cztery transakcje o łącznej powierzchni 37 000 mkw. Największymi dwoma było wejście firmy Hultafors do obiektu BTS przygotowanego przez 7R w Goleniowie (22 100 mkw.), a także zajęcie 7 450 mkw. w Waimea Logistic Park Stargard przez najemcę logistycznego.

Polacy chcą uwolnienia niedzielnego handlu. Czasowe zniesienie zakazu z prawie 60% poparciem

Z najnowszego badania opinii publicznej, zrealizowanego przez UCE RESEARCH i SYNO Poland, wynika, że prawie 6 na 10 Polaków opowiada się za czasowym zawieszeniem zakazu handlu w niedziele. Zwolennicy modyfikacji przepisów mają na uwadze głównie bezpieczeństwo epidemiczne w sklepach, a także samą ochronę miejsc pracy. Natomiast przeciwnicy wskazują m.in. na troskę o sprzedawców i kasjerów oraz interesy małych sklepów.

Wyniki badania wyraźnie pokazują, że 58,8% rodaków chce, żeby w czasie pandemii rząd czasowo zawiesił zakaz handlu w niedziele. Natomiast 27,2% ankietowanych jest przeciwnego zdania. Dla 10,1% respondentów ta kwestia nie ma znaczenia, a 3,9% osób nie zajęło stanowiska.

– Polakom ewidentnie brakuje niedziel z handlem. Oczywiście im większe miasto, tym jest to bardziej widoczne, a proponowana zmiana ma mocniejsze uzasadnienie ekonomiczne i społeczne. Ludzie w dużych i średnich miejscowościach często dużo pracują i nie mają tyle czasu, żeby porządnie i w spokoju zrobić zakupy. Z kolei w soboty widzimy, co dzieje się w sklepach i to nas odstrasza – komentuje Krzysztof Zych z firmy analityczno-doradczej UCE GROUP LTD.

Innego zdania jest Maciej Ptaszyński, wiceprezes Polskiej Izby Handlu, który twierdzi, że trudno znaleźć logikę w ewentualnej likwidacji lub zawieszeniu obecnie funkcjonującego ograniczenia. To nie przyczyni się w żaden sposób do poprawy sytuacji zdrowotnej. Dodatkowy dzień handlu spowoduje, że do placówek, zwłaszcza dużych, może przychodzić w tym dniu więcej osób niż w pozostałe dni, a przecież apeluje się o pozostawanie w domach czy unikanie zgromadzeń. Przykładem są Czechy, które właśnie w związku z epidemią zamykają sklepy w niedziele.

– Ludzie widzą, że zakaz nie trzyma się żadnych argumentów realnych, tzn. związanych z interesem konsumenta, gospodarki oraz biznesu handlowego. Ponadto dostrzegają, że pogarsza się koniunktura w związku z pandemią. Uważają więc, że to jest remedium, do którego można bez problemu sięgnąć właśnie w takiej sytuacji – analizuje dr Andrzej Maria Faliński, prezes Stowarzyszenia Forum Dialogu Gospodarczego.

Z badania również wynika, dlaczego Polacy opowiadają się za czasowym zawieszeniem zakazu handlu w niedziele. Najczęściej chcą tej zmiany z przyczyn bezpieczeństwa (43,8%). Dalej widzimy, że byłby to krok w celu ochrony miejsc pracy (29,5%) i w zakresie ratowania firm (20,3%). Na końcu znajduje się odpowiedź z innych powodów niż wyżej wymieniono (6,4%).

– Warto zauważyć, że Polacy wskazują przede wszystkim na względy bezpieczeństwa. Chcą, żeby w sklepach było mniej ludzi, bo wówczas ruch rozłożyłby się na pozostałe dni tygodnia. To też potwierdza  ostanie badanie firmy technologicznej Proxi.cloud z którego wynika, że ogólnie w galeriach i centrach handlowych ruch najbardziej wzrósł we wtorki i środy. Popyt wyraźnie przesunął się na środek tygodnia, co jest efektem pandemii i samego wprowadzenia ww. zakazu – opisuje ekspert z UCE GROUP LTD.

Natomiast Maciej Ptaszyński zaznacza, że ochrona miejsc pracy wcale nie jest aż tak oczywista.  Przywrócenie handlu w niedziele będzie oznaczało poważne perturbacje gospodarcze dla mniejszych sklepów. Zmiana obowiązującego ograniczenia spowodowałaby utratę zatrudnienia wielu osób, szczególnie w sektorze małych i średnich przedsiębiorstw.

– Zwolennicy zmiany przepisów używają argumentacji sanitarno-zdrowotnej, socjalnej oraz ekonomicznej. To wynika z aktualnej sytuacji i pokazuje też obawy społeczeństwa. Jeden bardziej boi się choroby, drugi – utraty pracy, a jeszcze ktoś inny – pogorszenia się koniunktury gospodarczej, co może skutkować redukcją zatrudnienia – dodaje dr Faliński.

Swoje stanowisko uzasadniają też przeciwnicy czasowego zawieszenia zakazu handlu w niedziele. Ich głównym argumentem jest troska o sprzedawców i kasjerów (42,2%). Ponadto nie chcą zmian ze względu na interes małych sklepów (29,3%) czy z innych powodów niż wymienione (22,7%). Zaznaczają również przyczyny religijne (5,9%).

– Fakt, że najwięcej osób wskazuje na troskę o sprzedawców i kasjerów, nie powinien dziwić. To był jeden z głównych filarów wprowadzenia zakazu. Były też głosy, przynajmniej na samym początku, że niedziela powinna być wolna od pracy, ponieważ jest dniem świątecznym. Jednak tu widzimy, że wątek religijny został dość mocno zmarginalizowany. Krótko mówiąc, pandemia zmieniła priorytety Polaków – dodaje analityk z UCE GROUP LTD.

Jak stwierdza dr Faliński, możliwe jest pogodzenie grupy argumentów za i przeciw zakazowi. W tym celu pracownik powinien mieć z mocy prawa zagwarantowane np. dwie wolne niedziele w miesiącu. A za pracę w takim dniu należałoby zaproponować stawkę dwukrotnie wyższą od standardowej. To byłoby zabezpieczenie interesów sprzedawców i kasjerów. Inni eksperci dodają, że w ostateczności można byłoby wprowadzić większe stawki za pracę wykonywaną w niedzielę, a te koszty przenieść na klientów, którzy chcą robić zakupy właśnie w tym dniu.

– Rząd powinien poważnie podejść do zawieszania zakazu. I czym szybciej to zrobi, tym lepsze i trwalsze będą efekty. A mogą one być podwójne. W sklepach rozładuje się ruch na poziomie ok. 10%, oszczędnie szacując, przez co fizycznych zakażeń koronawirusem może być mniej. Aspekt ekonomiczny też jest nie do pominięcia. Klienci będą mogli wydać więcej pieniędzy, a to teraz gospodarce jest niezmiernie potrzebne – podsumowuje Krzysztof Zych.

Badanie zostało przeprowadzone dla Gazety Wyborczej w dniach 23-26.10.2020 r. metodą CAWI przez UCE RESEARCH i SYNO Poland na reprezentatywnej próbie 1 056 dorosłych Polaków.

Czy nowe przepisy usprawniają wydawanie pozwoleń na budowę? Deweloperzy odpowiadają

Czy wprowadzona nowelizacja ustawy o prawie budowlanym upraszcza procedury administracyjne i ułatwia deweloperom budowę mieszkań? Czy urzędy powróciły do zwykłego trybu funkcjonowania po przestoju? Sondę przeprowadził serwis nieruchomości dompress.pl

Mirosław Kujawski, członek zarządu Develii

Nowelizacja ustawy o prawie budowlanym niewiele zmienia w zakresie budownictwa mieszkaniowego. Poza wprowadzonymi zmianami w prawie, przy rosnącej liczbie zachorowań najważniejszą kwestią dla branży jest obecnie zapewnienie ciągłości funkcjonowania administracji.

Tomasz Karpiel, dyrektor operacyjny Angel Poland Group

Nowelizacja prawa budowlanego nie wprowadza żadnych przełomowych rozwiązań i ułatwień dla inwestorów. Zawiera natomiast szereg drobnych usprawnień, które mogą okazać się dla nich korzystne. Urzędy na pewno będą potrzebowały czasu na oswojenie się z nowymi przepisami i odpowiednie wdrożenie ich, co pozwoli na przyspieszenie prowadzonych postępowań.

Wśród zmian, które należy ocenić korzystnie jest rozszerzenie katalogu obiektów, których budowa nie wymaga uzyskania pozwolenia na budowę lub zgłoszenia. Należą do nich m.in. obiekty małej architektury. Poza tym, doceniamy doprecyzowanie zapisów dotyczących braku konieczności uzyskania zgody organu administracji architektoniczno-budowlanej na budowę instalacji, zarówno wewnątrz, jak również na zewnątrz budynku czy też wyznaczenie terminów dla przedsiębiorstw wodno-kanalizacyjnych na wydanie warunków technicznych przyłączenia do sieci wodociągowej i kanalizacyjnej.

Zdecydowanie pozytywną zmianą jest wprowadzenie pięcioletniego terminu, po upływie którego nie będzie możliwe stwierdzenie nieważności o pozwoleniu na użytkowanie lub decyzji o pozwoleniu na budowę.

Nowelizacja proponuje również nowe podejście do zawartości wniosku o pozwolenie na budowę. Projekt budowlany, przynajmniej na etapie wniosku o pozwolenie na budowę, został uszczuplony do projektu zagospodarowania terenu oraz projektu architektoniczno-budowlanego. Z dokumentacji projektu budowlanego wydzielony został projekt techniczny, przedkładany dopiero na etapie składania wniosku o wydanie pozwolenia na użytkowanie. W teorii ta zmiana podejścia ma odciążyć urzędników prowadzących postępowania oraz odchudzić opasłe tomy dokumentacji projektów budowlanych, pod którymi uginały się urzędowe półki. Z oceną tego nowego podejścia trzeba się wstrzymać do czasu poznania sposobu egzekwowania nowych wymagań przez urzędników prowadzących postępowania.

Mateusz Bromboszcz, wiceprezes zarządu ds. Prawno-Administracyjnych w Atal

Wprowadzona nowelizacja ustawy o prawie budowlanym zdecydowanie jest potrzebna i korzystnie wpłynie na proces inwestycyjny. Dla deweloperów mieszkaniowych, ale również inwestorów z innych sektorów, wprowadzone zmiany w prawie budowlanym niosą dwie istotne korzyści. Pierwszą jest ustalenie na maksymalnie pięć lat okresu, po którym nie będzie dopuszczalne wzruszenie udzielonego pozwolenia na budowę. Dotychczas nie było to ściśle uregulowane. Z uwagi na niejasne przepisy i często wykluczające się orzecznictwo dochodziło do kuriozalnych sytuacji, w których uchylane były ostateczne i prawomocne decyzje o pozwoleniu na budowę nawet po wielu latach po wybudowaniu budynku i po przeniesieniu własności na rzecz klientów. Drugą, równie istotną zmianą, jest doprecyzowanie obszaru oddziaływania inwestycji. W nowelizacji jasno określono krąg stron postępowania. Mogą nimi być jedynie te podmioty, dla których planowana inwestycja wywołuje ograniczenia w możliwości zabudowy nieruchomości sąsiedniej. Dawniej sposób ujęcia tego tematu pozostawiał pole do interpretacji i był podstawą wznawiania prawomocnie zakończonych postępowań.

Jeszcze na długo przed pojawieniem się zagrożenia ze strony wirusa czynnik administracyjny był największym wyzwaniem dla firm deweloperskich w Polsce. Nadzwyczajna sytuacja związana z pandemią dodatkowo spotęgowała trudności. Ograniczona praca urzędów oraz niepewność w aspekcie administracyjnym przyczyniają się m.in. do znacznego wydłużenia się czasu oczekiwania na wydanie decyzji administracyjnych i zahamowania procesu przygotowania inwestycji, co bezpośrednio przekłada się na poziom oferty oraz koszty prowadzenia inwestycji. Sytuacja nie wróciła jeszcze zupełnie do standardów, do jakich byliśmy przyzwyczajeni przed pandemią.

Małgorzata Ostrowska, dyrektor Pionu Marketingu i Sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

Deweloperzy długo czekali na tę, największą z dotychczasowych nowelizację prawa budowlanego i z pewnością doceniają intencję ustawodawcy, by usprawnić proces budowlany. Jednakże praktyka pokaże, czy i na ile te zmiany są efektywne, a jak zawsze dużo zależeć będzie od interpretacji urzędników.

Na etapie składania wniosku o pozwolenie na budowę inwestor będzie mógł składać mniej dokumentów, co oznacza w zasadzie jedynie ograniczenie wielokrotnego kopiowania części dokumentów, podczas gdy lepszym pomysłem byłoby umożliwienie składania do urzędu dokumentów w formie elektronicznej. Zgodnie z nowymi przepisami inwestor nie będzie składał projektu technicznego do urzędu a jedynie dwa pozostałe, tj. projekt zagospodarowania terenu i projekt architektoniczno-budowlany. Jednakże aby uniknąć opóźnienia, jakie może nastąpić w wyniku nieskoordynowania projektów, a w konsekwencji wydłużenia procesu inwestycyjnego i co za tym idzie wyższych kosztów, inwestor i tak będzie musiał opracować wszystkie projekty jednocześnie. A ponieważ czas rozpatrywania wniosków o pozwolenie na budowę nie uległ zmianie, usprawnienie wynikające z nowej ustawy jest iluzoryczne.

W ustawie wyznaczono konkretne terminy dla przedsiębiorstw na wydanie warunków przyłączenia do sieci, których przekroczenie spowoduje naliczenie kar. Te zmiany sprzyjają szybszemu przyłączaniu nowych inwestycji do sieci elektroenergetycznych, gazowych, ciepłowniczych, wodociągowych i kanalizacyjnych. To niewątpliwie jest dla deweloperów korzystny kierunek.

Karolina Guzik, menadżer sprzedaży w spółce mieszkaniowej Skanska

Przewidujemy, że nowelizacja ustawy o prawie budowlanym w niewielkim stopniu wpłynie na usprawnienie wydawania pozwoleń na budowę. W tym obszarze najważniejszą zmianą jest wprowadzenie nowej definicji „obszaru oddziaływania obiektu”. Daje to szansę na ujednolicenie dotychczasowej praktyki określania stron postępowania w sprawie pozwolenia na budowę i w tym sensie może usprawnić samo postępowanie.

Nowe przepisy z podziałem dokumentacji projektowej nie mają wpływu na uproszczenie samej procedury. Zmiana ta umożliwi za to szybsze złożenie wniosku o pozwolenie na budowę, bowiem nie trzeba będzie wykonać projektów branżowych już na tym etapie. Niemniej wskazuje się, że w praktyce prawidłowe wykonanie projektu architektoniczno-budowlanego i tak prawdopodobnie będzie wymagało jednoczesnego sporządzenia, przynajmniej częściowo, projektu technicznego. Spowolnienie w działaniach administracji odczuwalne było w różnym stopniu, w zależności od danego urzędu. Sytuacja się normalizuje i miejmy nadzieję, że już tak pozostanie.

Zuzanna Należyta, dyrektor ds. handlowych w Eco Classic

Odpowiem krótko: NIE! Do dobrej współpracy z urzędem i sprawnego uzyskiwania decyzji i pozwoleń jest potrzebna dobra wola urzędów i urzędników, a to niestety jest bardzo rzadkie. Największe uproszczenie procedur może zniweczyć opieszałość, zła wola, nadinterpretacja, czy błędna interpretacja przepisów.

Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest

Trudno powiedzieć, w jakim stopniu nowelizacja ustawy o prawie budowlanym wpłynie na usprawnienie wydawania pozwoleń na budowę. Pozytywną wydaje się zmiana powodująca, że na etapie składania wniosku o pozwolenie na budowę wymagane jest mniej dokumentów. Natomiast obecnie realnym problemem dla deweloperów mieszkaniowych są ciągnące się procedury administracyjne związane z uzyskaniem pozwoleń na budowę, gdyż urzędy w większości przypadków nie powróciły do zwykłego trybu funkcjonowania ze względu na pandemię.

Sylwester Śniadecki, prezes firmy Śniadecki Development i Śniadecki Investment Group

Nowelizacja ustawy wprowadziła nowy podział projektu budowlanego na trzy części: projekt zagospodarowania działki lub terenu, projekt architektoniczno-budowlany i projekt techniczny. W mojej ocenie podział ten jest dobrym krokiem w stronę usprawnienia procedur administracyjnych. Dodatkowo znowelizowano art. 33 prawa budowlanego, gdzie ograniczono liczbę składanych egzemplarzy projektu do 3 sztuk, co pokazuje proekologiczne podejście ustawodawcy. Nowa ustawa porządkuje również spis obiektów, na budowę których wymagane jest pozwolenie na budowę lub zgłoszenie w jasne i jednoznaczne katalogi, dzięki czemu łatwiej jest określić ścieżkę procedury administracyjnej na początkowym etapie prac projektowych. Z zadowoleniem muszę stwierdzić, że Poznań należy do grona miast, które terminowo wydają pozwolenia na budowę, czyli w ustawowym czasie 65 dni. Pomimo wielu zewnętrznych trudności urzędy stanęły na wysokości zadania w czasie pandemii i były w stanie prowadzić bieżące postępowania bez większych zakłóceń. W tej chwili sytuacja naszym zdaniem unormowała się, część uzgodnień możemy uzyskać drogą mailową, co daje nadzieję na postęp w cyfryzacji procedur administracji państwowej.

Jarosław Kozak, wiceprezes zarządu Waryński S.A. Grupa Holdingowa

W naszej ocenie nowelizacja prawa budowlanego, która weszła w życie w połowie września br. nie będzie miała istotnego wpływu na inwestycje realizowane przez profesjonalnych deweloperów. Prawidłowa i rzetelna ocena kosztów realizacji i identyfikacja potencjalnych ryzyk i zagrożeń procesu inwestycyjnego wymaga m.in. sporządzenia pełnej dokumentacji technicznej, w tym przede wszystkim szczegółowego projektu wykonawczego.

W naszej ocenie wpływ nowelizacji na uproszczenie procesu budowlanego w budownictwie wielorodzinnym będzie niewielki i może nieznacznie wpłynąć na skrócenie okresu składania dokumentacji związanego z pozwoleniem na budowę.

Niestety administracja nie wróciła jeszcze do zwykłego trybu funkcjonowania. W wielu urzędach wciąż funkcjonuje tryb zdalny, a to znacznie wydłuża terminy.

Magdalena Ratajczak, Project Manager w Nickel Development

Trudno jest w tym momencie ocenić jednoznacznie, czy nowe prawo usprawni pracę deweloperów. Nasze obecne inwestycje są realizowane jeszcze w oparciu o stare zasady, więc tak naprawdę dopiero przekonamy się czy w praktyce będzie jakaś różnica.

Czysto teoretyczna analiza przepisów wprowadzonych ostatnią nowelizacją ustawy o prawie budowlanym prowadzi jednak do takiego wniosku, że uzyskanie pozwolenia na budowę będzie rzeczywiście szybsze, natomiast nowe obowiązki związane ze skompletowaniem dodatkowej dokumentacji potrzebnej do rozpoczęcia budowy niestety zniweczą tę korzyść. Ogólnie rzecz biorąc tempo przeprowadzania procedur raczej nie przyspieszy.

Joanna Chojecka, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu na Warszawę i Wrocław w Robyg SA.

Liczymy na uproszczenie procedur administracyjnych i oczekujemy, że taka praktyka zacznie się utrwalać w przyszłym roku. To bardzo ważne, ponieważ popyt na mieszkania nie maleje, a czas oczekiwania na własne M powinien być jak najkrótszy. Ma to tym większe znaczenie obecnie, w okresie światowej pandemii. Spodziewamy się, że klienci będą chcieli szybciej wprowadzać się do nowych mieszkań.

Wojciech Chotkowski, prezes zarządu Aria Development

Wydaje się, że to krok w dobrą stronę, ale dziś jednoznacznie trudno to stwierdzić, gdyż tylko praktyczne zastosowanie może pokazać zalety nowych przepisów. Po przestoju urzędy i administracja starają się pracować lepiej.

Tomasz Czubak, dyrektor Przygotowania Projektów Deweloperskich w Jakon

Mamy wielką nadzieję, że nowe przepisy usprawnią cały proces. Jednak z rożnych urzędów docierają do nas informację, iż nadal wymagane będą dokumenty w „starej” wersji. Obecnie administracja nadal nie pracuje w zwykłym trybie, spotkania są praktycznie niemożliwe, pisma przetrzymywane są wiele dni na „kwarantannach”. Najistotniejsza w obecnym czasie jest digitalizacja dokumentów, procesów, itp. przez polskie urzędy.

Sebastian Barandziak, prezes zarządu Dekpol Deweloper

Uproszczenie dokumentacji oraz przyspieszenie wydawania decyzji administracyjnych było jednym z celów nowelizacji prawa budowlanego. Jesteśmy przekonani, że potwierdzi się to w praktyce. Sprawniej będzie następowało także przyłączanie różnych mediów, tj. sieci elektroenergetycznych, gazowych, ciepłowniczych, wodociągowych i kanalizacyjnych do realizowanych inwestycji. To z pewnością ułatwi przeprowadzenie całego procesu budowlanego i umożliwi deweloperom wprowadzenie większej puli mieszkań do oferty.

Robert Stachowiak, prezes zarządu SGI

Nowelizacja ustawy o prawie budowlanym spowoduje, że przez najbliższy rok lub dwa czas wydawania pozwoleń na budowę będzie wydłużony. Urzędy będą potrzebowały czasu na przyswojenie i odpowiednie interpretowanie nowych przepisów. Dodatkowo, sytuacja związana z pandemią nie ułatwia pracy zarówno urzędnikom, jak i deweloperom. Część pracowników pracuje zdalnie, jednak niezbędna dokumentacja znajduje się w urzędzie, przez co nie mają oni możliwości w krótkim czasie przygotować odpowiedniego pozwolenia czy decyzji.

Celem nowelizacji było uproszczenie procesu wydawania pozwoleń na budowę, między innymi poprzez zmniejszenie ilości wymaganej dokumentacji. Jednak żaden projekt budowlany nie może powstać bez udziału wszelkiego rodzaju instalacji – gazowych, wodnych, kanalizacyjnych itp. ponieważ ma to bezpośredni wpływ na architekturę i konstrukcję samego budynku. Wszystkie te elementy są nierozłączne w procesie budowy. W efekcie końcowym nowelizacja będzie wpływać na zmniejszenie ilości dokumentacji składanych do urzędu związanych z danym projektem.

Dla inwestorów obecnie najbardziej problematyczny nie jest sam proces uzyskania pozwolenia na budowę, ale uzgodnienia i decyzje potrzebne do złożenia kompletnego wniosku. Przy realizacji większej inwestycji potrzebna jest także decyzja środowiskowa, na której wydanie czeka się obecnie około roku. Kolejnym długim procesem są wszelkie uzgodnienia związane z obsługą komunikacyjną terenu planowanej inwestycji. Czas oczekiwania na decyzje to zwykle również około roku, a każda próba negocjacji wpływa na kolejne opóźnienia.

Autor: dompress.pl

Elektryfikacja transportu, przemysłu i budownictwa może zredukować emisję CO2 o 60%

Elektryfikacja europejskiego sektora transportu, budownictwa i przemysłu do 2050 roku mogłaby ograniczyć emisję gazów cieplarnianych nawet o 60% – wynika z raportu firmy badawczej BloombergNEF (BNEF), przygotowanego we współpracy z Eaton i Statkraft. Jednak, aby tak się stało, potrzebne są m.in. dynamiczny rozwój odnawialnych źródeł energii oraz zdecydowane działania na szczeblu politycznym.

Ciepło z odzysku i e-samochody

Dostępność energii elektrycznej pokrywa obecnie tylko 10% zapotrzebowania w sektorach transportu, budownictwa i przemysłu. Do ich transformacji konieczne jest m.in. maksymalne zwiększenie liczby wykorzystywanych samochodów elektrycznych i powszechne przejście na elektryczne systemy ogrzewania, takie jak pompy ciepła. Ich funkcje klimatyzacji mogłyby zostać wykorzystane m.in. do chłodzenia centrów danych, maszyn produkcyjnych czy supermarketów. Nadmiar ciepła, odprowadzany do sieci ciepłowniczej, mógłby np. ogrzewać budynki. Umożliwiłoby to redukcję całkowitej emisji CO2 w sektorze energii, transportu, infrastruktury i przemysłu o 68% (w samym transporcie, przemyśle i budownictwie o 60%) do 2050 roku.

Zielone moce wytwórcze

Elektryfikacja transportu, przemysłu i budownictwa spowoduje jednak, że system energetyczny będzie potrzebował nawet o 75% więcej mocy wytwórczych. Aby było to korzystne dla klimatu, dodatkowy popyt powinien być zaspokajany z czystej energii wiatrowej i słonecznej. Konieczna jest więc rozbudowa i wzmocnienie sieci energetycznej  tak, żeby mogła poradzić sobie z większymi ilościami energii ze źródeł odnawialnych oraz zapewnić możliwość jej magazynowania. Dostawcy energii będą musieli oferować bardziej elastyczne taryfy oraz zachęcać do inwestowania w dynamiczne ładowarki elektryczne, inteligentne systemy grzewcze, liczniki czy koncentratory reagujące na zmiany cen i zapotrzebowania na energię.

Raport potwierdza kluczową rolę odnawialnych źródeł energii w nadchodzących latach. Powinny one stanowić podstawę systemu energetycznego, a nie tylko dodatek czy jedną z możliwości. Chociaż w całej Europie proces zmiany przepisów dotyczących sieci energetycznej już się zaczął, do stworzenia warunków sprzyjających rozwojowi innowacji jeszcze daleka droga. Rządy poszczególnych krajów powinny wdrażać bardziej ambitną politykę, wspierać projekty elektryfikacji, angażować samych odbiorców energii i społeczeństwo, motywować do ograniczania emisji generowanej z ogrzewania budynków. Rozwiązania i projekty związane z OZE czy magazynowaniem energii muszą umożliwiać zwrot z inwestycji, aby firmy i konsumenci się do nich przekonali – podkreśla Mariusz Hudyga, Product Manager w firmie Eaton.

Mimo dużego potencjału elektryfikacji w niektórych branżach, m.in. żegludze handlowej, lotnictwie i przemyśle, który wymaga wysokich temperatur (hutnictwo żelaza i stali, produkcja cementu), pozostaną jednak znaczne bariery technologiczne. Według szacunków do 2050 r. nadal będą one w około 40% zależne od energii z paliw kopalnych.

Redukcja emisji gazów cieplarnianych w latach 2020–2050 na przykładzie Wielkiej Brytanii oraz Niemiec.Elektryfikacja transportu, przemysłu i budownictwa może zredukować emisję CO2 o 60%

Przyszłość paliw i paliwa przyszłości

Zgodnie z aktualnymi założeniami, unijny sektor transportu ma zaledwie trzy dekady na redukcję emisji CO2 aż o 90%. Czy polskiej branży paliwowej uda się znaleźć ekologiczny zamiennik dla oleju napędowego i benzyny, które dominują na rynku? Raport EFL „Przyszłość paliw i paliwa przyszłości” nie pozostawia wątpliwości – przed nami rewolucja.

Ile paliwa kupują polscy kierowcy?

Do baków samochodów Polaków trafiło w zeszłym roku 32,5 mln m3 paliw silnikowych. To o 4% więcej niż jeszcze rok wcześniej. Kierowcy najczęściej sięgali po olej napędowy – odpowiadał on za aż 60% wspomnianego wyniku. Drugie pod względem popularności były benzyny silnikowe, które stanowiły 19% sprzedaży.

W 2019 r. na paliwa samochodowe przeznaczyliśmy w sumie kwotę 132 mld zł. Wsparliśmy tym samym funkcjonowanie 7628 stacji paliw. Dla porównania, rok wcześniej na terenie naszego kraju działało o 137 więcej takich obiektów.

Co może zastąpić olej napędowy i benzynę?

Ropopochodne paliwa napędzają obecnie większość aut poruszających się po polskich drogach. Wkrótce będzie musiało się to jednak zmienić – nie tylko ze względu na coraz surowsze zobowiązania ekologiczne, narzucane przez UE. Światowe zasoby ropy naftowej nie są bowiem nieskończone.

Jakie alternatywne paliwa mają szansę na masowe wykorzystanie w Polsce? Raport EFL wykazał, że najwięcej nadziei pokładanych jest w wodorze, który zapewnia najwyższą gęstość energii. Choć jesteśmy jednym z największych producentów tego gazu na świecie, to paradoksalnie w Polsce zarejestrowany jest tylko jeden napędzany wodorem pojazd. Sporo zalet mają również takie źródła energii, jak wspierający krajowe rolnictwo biodiesel, tani w produkcji alkohol czy niegenerujące żadnych zanieczyszczeń sprężone powietrze.

Ważną rolę mogą odegrać także auta na baterie, których potencjał stale rośnie. Jak wykazały dane PSPA i PZPM z pierwszych siedmiu miesięcy br., segment samochodów elektrycznych okazał się nawet odporniejszy na skutki pandemii koronawirusa niż sektor tradycyjnej motoryzacji. Podczas gdy rejestracje „elektryków” wzrosły o 78% w ujęciu rocznym, sprzedaż pojazdów z tradycyjnymi silnikami spadła o 29%.auta elektryczne CNG i LNG stacje LPG stacje wodoru

Metan oprócz LPG

Za ekologiczną alternatywę dla oleju napędowego i benzyny uważany jest również autogaz. W zeszłorocznego sylwestra Polacy mogli go zatankować w aż 7588 punktach. Tym samym nasz kraj przoduje w UE pod względem liczby stacji oferujących LPG.

Może się jednak okazać, że w niedalekiej przyszłości przerzucimy się na CNG lub LNG, czyli sprężony i skroplony gaz ziemny. Ze względu na wysoką temperaturę samozapłonu i zdolność do natychmiastowego ulatniania się w przypadku rozszczelnienia instalacji, jest on bezpieczniejszy niż większość paliw. Dzięki temu auta na metan mogą parkować w podziemnych garażach, w odróżnieniu od tych na LPG.

Pełny raport Europejskiego Funduszu Leasingowego „Przyszłość paliw i paliwa przyszłości” dostępny jest pod linkiem: https://efl.pl/pl/biznes-i-ty/wszystkie/przyszlosc-paliw/

Spadek liczby klientów w centrach handlowych w tygodniu 19-25 października

Na skutek rosnącej liczby zakażonych COVID-19 i wprowadzania kolejnych obostrzeń Polacy ograniczają wizyty w centrach handlowych. Wskaźnik odwiedzalności PRCH Daily Footfall Index w tygodniu 19-25 października w dni handlowe wyniósł średnio 70 proc. w porównaniu do analogicznego okresu 2019 roku. To o 10 punktów procentowych mniej niż w tygodniu poprzednim (12-18 października). 

Uwagę zwraca sobotni wynik odwiedzalności. Tego dnia weszły w życie kolejne obostrzenia, a liczba klientów spadła o 35 proc. w stosunku do rezultatu z ubiegłego roku.

W najtrudniejszej sytuacji znajdują się największe obiekty handlowe, w których zatrudnionych jest najwięcej osób. Od początku pandemii osiągają one niższe wyniki odwiedzalności niż małe i średnie nieruchomości komercyjne w porównaniu z rezultatami z ubiegłego roku. W badanym tygodniu zanotowały footfall niższy o 7-9 p.p. od mniejszych obiektów.

Najtrudniejsza sytuacja jest w regionie wschodnim. Tam odwiedzalność w ubiegłym tygodniu była prawie o połowę niższa niż przed rokiem.

„PRCH, które zrzesza ponad 200 największych podmiotów działających w branży nieruchomości handlowych stoi na stanowisku, iż wprowadzanie dodatkowych ograniczeń dla handlu jest nieuzasadnione. Klienci przychodzą obecnie do galerii po to, żeby zaspokoić najważniejsze potrzeby zakupowe, w centrach nie ma tłumów, obowiązują godziny dla seniorów oraz ograniczenia dotyczące liczby osób, które mogą przebywać w sklepie. Dodatkowo branża jest przygotowana do bezpiecznej obsługi klientów. Przygotowaliśmy się do realizacji naszych zadań uwzględniając zmieniającą się sytuację epidemiologiczną, dzięki stosowaniu najwyższych standardów sanitarnych (np. nieograniczony dostęp do środków dezynfekujących, czy regularna i częsta dezynfekcja miejsc dotykanych przez ludzi) oraz  szerokim działaniom informacyjno-edukacyjnym kierowanym do klientów.

Centra handlowe ze względu na fakt, że dysponują ogromnymi powierzchniami pozwalającymi na sprawną obsługę klientów,  zapewniają możliwość bezpiecznych zakupów oraz działania z obowiązującymi przepisami.

Warto podkreślić, że już wiosenny lockdown mocno zdestabilizował sytuację finansową wielu podmiotów z branży handlowej, które mozolnie zaczęły odrabiać straty i obecnie muszą zmierzyć się z kolejnymi zagrożeniami. Wprowadzenie kolejnych ograniczeń może zagrozić przyszłości wielu podmiotów z sektora handlowego” – komentuje Radosław Knap, Dyrektor Generalny PRCH.

Dane prezentowane przez PRCH pochodzą z obiektów, których powierzchnia (4,14 mln mkw. GLA) stanowi 33% rynku centrów handlowych w Polsce. Zbierane są poprzez systemy zliczania klientów bazujących na kamerach w większości 3D zlokalizowanych nad każdym wejściem do obiektu handlowego oraz w wybranych dodatkowych miejscach.

Sektor usług rozwojowych apeluje o ratunek do Ministerstwa Rozwoju, Pracy i Technologii

26 października przedstawiciele Polskiej Izby Firm Szkoleniowych i Prezydium Rady ds. Kompetencji Sektora Usług Rozwojowych wzięli udział w spotkaniu z Wicepremierem Jarosławem Gowinem, Ministrem Rozwoju, Pracy i Technologii. W trakcie poniedziałkowego spotkania przedstawione zostały postulaty w formie oficjalnego dokumentu. Branża apeluje o wsparcie w utrzymaniu płynności firm i ochronie miejsc pracy.

Sytuacja sektora

Na cały sektor usług rozwojowych składa się ponad 70. tys. podmiotów, w którym funkcjonuje ponad 100 tys. osób, w tym znaczna ich część to osoby samozatrudnione. Wartość sektora, mierzona wartością sprzedaży w skali roku, szacowana jest na 6-10 mld zł. Jeżeli okres pandemii wydłuży się dodatkowo do wiosny 2021 r., będzie to już trzeci okres, w którym edukatorzy nie będą generować przychodów.

Obszar edukacji działającej na potrzeby rynku pracy to branża, która znalazła się wśród pierwszych i najgłębiej dotkniętych skutkami pandemii i ograniczeń związanych z jej zwalczaniem. Już w pierwszych jej tygodniach działalność sektora została całkowicie zamrożona bądź realizowana przez część podmiotów na poziomie nieprzekraczającym 20% normalnej aktywności – tak wynika z danych Polskiej Izby Firm Szkoleniowych.

Przy aktualnym stanie pandemii sytuacja wraca ze wzmożoną siłą. Należy liczyć się z falą bankructw i problemów z płynnością firm oraz osobistymi dramatami osób samozatrudnionych, często powiązanych z większymi podmiotami. Ważne przy tym jest to, że oba szczyty pandemii (wiosenny lockdown i obecne obostrzenia) objęły okresy, które w normalnych warunkach są momentami najwyższego popytu na usługi rozwojowe.

Wśród 54% członków Polskiej Izby Firm Szkoleniowych środki bezpieczeństwa wprowadzone w związku z pandemią koronawirusa spowodowały spadek przychodów – bliski lub równy 100%. Natomiast 22% przedsiębiorstw odczuło obniżenie dochodów na poziomie 50 do 75%.

Większość firm próbuje adaptować się do zmian, 1/3 organizacji próbuje przeczekać najtrudniejszy okres, a 15% szuka szans poza rynkiem usług rozwojowych (13%) lub z niego wychodzi (2%). Pozostali wprowadzają zdalne świadczenie lub przygotowują się do tego. Co szósta firma znacząco zwiększyła skalę lub zakres oferty świadczonej zdalnie. Nie wszystkie rodzaje szkoleń pozwalają jednak na tego rodzaju przekształcenie oferowanych usług ze względu na ich specyfikę.

Potrzeba dywersyfikacji specyfiki różnych branż

Sytuacji nie sprzyja również umieszczanie usług rozwojowych obok eventów, kongresów i innych dużych wydarzeń np. sportowych czy artystycznych. Tymczasem większość usług rozwojowych to działania z udziałem kilku lub kilkunastoosobowych grup realizowanych w bardzo rygorystycznych warunkach sanitarnych, często w miejscu pracy uczestników lub w siedzibie firmy szkoleniowej.

Postulaty

Branża podczas spotkania zadeklarowała pełną otwartość na dialog i wypracowywanie efektywnych rozwiązań. Branża szkoleniowa jest kluczowa dla nowoczesnej gospodarki! Wspiera konkurencyjność i innowacyjność oraz rozwój firm i organizacji – edukatorzy szkolą m.in. z zaawansowanych kwalifikacji i kompetencji cyfrowych, innowacji, kultury organizacyjnej, technologii oraz nowoczesnego przywództwa i zarządzania.

Widzimy wiele obszarów, które pozafinansowo możemy wesprzeć, współpracując z ministerstwami i organizacjami, które pozwolą efektywniej działać przedsiębiorcom. Wierzymy, że nasz sektor ma wysoki wpływ na adaptację osób i firm w okresie pandemii i liczymy, że Premier Gowin, któremu szkolnictwo jest bliskie weźmie to pod uwagę – mówi Piotr Piasecki, Prezes Zarządu Polskiej Izby Firm Szkoleniowych oraz Przewodniczący Rady ds. Kompetencji Sektora Usług Rozwojowych.

Przedstawiciele PIFS i Prezydium Rady ds. Kompetencji Sektora Usług Rozwojowych podczas spotkania z Wicepremierem przedstawili postulaty w imieniu całej branży z wyraźnym zaznaczeniem, że uruchomienie programów wsparcia powinno nastąpić jak najszybciej, czyli do końca listopada 2020.

Postulaty zawarte są w 13 punktach i dotyczą różnych obszarów pomocowych:

  1. Możliwość realizowania szkoleń stacjonarnych w pełnym reżimie sanitarnym zgodnie
    z wytycznymi Ministerstwa i GIS, przy których Polska Izba Firm Szkoleniowych i Rada
    Kompetencji SUR współpracowała. Utrzymanie i niezamykanie możliwości świadczenia usług stacjonarnych w grupach do 15 osób. Wiele podmiotów świadczy szkolenia i kursy zawodowe
    z wymaganą obsługa narzędzi, specjalistycznego sprzętu np. szkolenia medyczne, zawodowe, techniczne, w których nie ma możliwości świadczenia zdalnie. PIFS od marca wszędzie, gdzie jest to możliwe rekomendował przejście na usługi zdalne. Firmy z sektora uczestniczą również
    w programach UE, z których niewykorzystane środki są anulowane – nie mogą dokończyć i rozliczyć projektów przez co nie mogą otrzymać płatności za realizowane usługi.
  2. Zwolnienie z ZUS dla przedsiębiorców z PKD 85.5 prowadzących firmy, ich pracowników i trenerów, szkoleniowców prowadzących jednoosobową działalność gospodarczą na okres obowiązywania stref czerwonych, z uwzględnieniem października 2020.
  3. Bezzwrotne dofinansowania dla firm z sektora pod warunkiem utrzymania działalności
    i zatrudnienia – z zastosowaniem kryteriów weryfikacji stosowanych w programie Tarczy PFR.
  4. Dopłaty do wynagrodzeń dla pracowników firm z sektora zgodnie z programem uruchomionym
    w ramach Tarczy np. 40% dopłaty do wynagrodzeń, na okres – jak w pkt.2.
  5. Przestojowe dla osób na działalności gospodarczej, umowach zlecenie i dzieło – min. 3 mies.
    po 3 000 zł (ew. przez okres obowiązywania czerwonych stref).
  6. Bezzwrotne i częściowo umarzalne formy dofinansowania ze środków europejskich, PFR,
    a także gwarancje BGK na inwestycje MŚP sektora
    związane z zakupami sprzętu i narzędzi umożliwiających transformację cyfrową firm i świadczenie usług zgodnych z potrzebami rynku, zmianą modelu biznesowego firm i/lub dostosowanie do sytuacji – cyfryzacja, digitalizacja,
    e-learning. Zgodnie z rekomendacjami Rady ds. Kompetencji Sektora Usług Rozwojowych dotyczącymi potrzeb finansowania digitalizacji sektora (raport z badania i rekomendacje udostępnione PARP oraz MFiPR).
  7. Uruchomienie programu grantów technologicznych dla sektora usług rozwojowych, dzięki któremu można byłoby sfinansować przygotowanie firm i instytucji szkoleniowych do świadczenia usług on-line. Maksymalna wartość grantu wynosiłaby 40 000 złotych.
  8. 12-miesięczne memorandum na rozpoczęcie spłat subwencji PFR dla firm z sektora usług rozwojowych
  9. Likwidacja wkładu własnego dla MSP przy zakupie usług rozwojowych finansowanych z UE
    i innych państwowych (zmiana wytycznych w programach UE, RPO, PARP), ewentualnie zmniejszenie do max. 10% w celu pobudzenia popytu na rynku i w celu wykorzystania wydatkowania obecnych środków z UE.
  10. Uruchomienie powszechnych bonów szkoleniowych na podnoszenie kwalifikacji
    i kompetencji (np. poprzez zakup usług w Bazie Usług Rozwojowych zarządzanej przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości).
  11. Wsparcie firm z sektora w restrukturyzacji zobowiązań wobec ZUS i US (np. w przedłużanie terminów płatności, rozkładanie na raty).
  12. Instrumenty wsparcia powinny być dostępne bez warunku o niezaleganiu z zobowiązaniami wobec ZUS i US powstałych począwszy od marca 2020, gdyż to wykluczy większość przedsiębiorców z sektora, którzy w pierwszej kolejności podejmowali działania w celu utrzymania miejsc pracy, wypłat pracownikom i zachowaniu ciągłości działania.
  13. Uruchomienie środków pomocowych wspomagających firmom przebranżowienie się, zmianę profilu działalności, zmiany grupy docelowej klientów itp.

Polska Izba Firm Szkoleniowych to największa organizacja branżowa zrzeszająca firmy szkoleniowe i doradcze z całej Polski. Jej członkami jest ponad 400 firm i organizacji z sektora usług rozwojowych. Są wśród nich mali i duzi, początkujący i doświadczeni, firmy szkoleniowe, uczelnie oraz organizacje pozarządowe, które w swojej działalności zobowiązują się do stosowania Kodeksu Dobrych Praktyk. PIFS jest organizatorem Kongresu Edukacji Pozaformalnej, kampanii społecznej Dni Uczenia się Dorosłych, autorem Standardu Usług Szkoleniowo-Doradczych SUS 2.0 oraz organizacją wspierającą edukację osób dorosłych i ideę uczenia się przez całe życie.

Ceny mieszkań rosną wbrew pandemii. Raport za III kw. 2020

W III kw. 2020 r. nadal nie widać było obniżek cen mieszkań. Z opracowania Barometr Metrohouse i Gold Finance wynika, że w największych polskich miastach, poza nielicznymi wyjątkami, nadal kupujemy coraz droższe mieszkania. Na rynek, po chwilowym załamaniu popytu w II kwartale powrócili też potencjalni nabywcy. Jednak wraz z coraz większą liczbą mieszkań na sprzedaż wydłuża się czas oczekiwania na oferentów.

III kwartał bez spadków cen

III kw. 2020 r. nie jest jeszcze tym momentem, kiedy można mówić o pojawieniu się spadków cen mieszkań. – Analizy cen transakcyjnych, bo tylko takie bierzemy pod uwagę w przypadku rynku wtórnego, pokazują, że nadal z kwartału na kwartał w większości obserwowanych miast kupujemy coraz droższe mieszkania. Popyt na rynku mieszkaniowym, choć niższy niż przed wybuchem pandemii, wskazuje, że zapotrzebowanie na mieszkania utrzymuje się nawet przy dość wysokich oczekiwaniach sprzedających względem ceny, mówi Marcin Jańczuk z Metrohouse, współautor raportu Barometr Metrohouse i Gold Finance.

Optymizm właścicieli mieszkań na sprzedaż może zostać nieco zburzony z kilku powodów. Przede wszystkim z kwartału na kwartał wzrasta podaż mieszkań z rynku wtórnego, co przy ograniczonym popycie może powodować spadek tempa sprzedaży, ale także coraz większą presję do obniżania cen. Dodatkowa komplikacja wynika z obecnej sytuacji epidemicznej, która nie sprzyja szybkiemu podejmowaniu decyzji o zakupie z uwagi na niepewność związaną z utrzymaniem obecnego standardu życia przez wiele gospodarstw domowych. Do tego należy dodać pojawiające się obawy potencjalnych nabywców o możliwość finansowania zakupu kredytem hipotecznym, bo choć banki poluzowały restrykcje wprowadzone w pierwszej fazie pandemii, nadal wiele branż znajduje się na cenzurowanym.

Na rynku wtórnym przeważają wzrosty

Wśród analizowanych sześciu miast tylko w Krakowie nabywcy kupowali mieszkania tańsze niż przed kwartałem. Średnia cena m kw. w stolicy Małopolski wyniosła 8366 zł (-5,2 proc.). W Gdańsku nabywano mieszkania w zbliżonej cenie do II kw. (7833 zł), we Wrocławiu i Poznaniu kupowane mieszkania były droższe nieco o ponad 2 proc. Natomiast w Warszawie za m kw. płaciliśmy 10661 zł (+6,5 proc.), a w Łodzi 5463 zł, czyli o 8,2 proc. więcej niż w poprzednim notowaniu.Średnie transakcyjne ceny mieszkań na rynku wtórnym

Warto zwrócić uwagę, że w stolicy średnia kwota zakupu mieszkania przekroczyła 550 tys. zł, to znacznie więcej niż w Gdańsku (424 tys. zł) i Wrocławiu (408 tys. zł). Największe mieszkania pojawiają się w transakcjach we Łodzi i Wrocławiu (56 m kw.). O ile w przypadku Wrocławia nie jest to niespodzianką, to takie średnie metraż są zaskoczeniem w Łodzi, gdzie zwykle w transakcjach pojawiały się niewielkie mieszkania dwupokojowe.

W porównaniu do analogicznego kwartału 2019 r. w Warszawie zmieniła się nieznacznie struktura nabywanych mieszkań. Podczas gdy przed rokiem lokale o metrażu 20-35 proc. stanowiły jedynie 7 proc. sprzedaży, to obecnie udział takich transakcji wzrósł do 17 proc. Mniej było natomiast transakcji lokali większych niż 65 m kw. Zmniejszenie popularności tego segmentu lokali widoczne jest też w przypadku lokalnych 5-ciu największych rynków mieszkaniowych w Polsce. Wysokie poziomy cen powodują, że w Warszawie coraz trudniej znaleźć mieszkanie, gdzie cena m kw. jest niższa niż 8000 zł. W III kw. takich transakcji w sieci Metrohouse było 14 proc. podczas, gdy rok wcześniej odsetek ten wynosił 27 proc. W innych największych analizowanych miastach nadal co drugie mieszkanie mieści się w ww. widełkach cenowych. Jednocześnie już 57 proc. transakcji w Warszawie było nawiązywanych po cenach m kw. wyższych niż 10000 zł.

Większa podaż na rynku powoduje, że często na nabywcę trzeba poczekać dłużej niż w poprzednich kwartałach. – W Warszawie wprawdzie czas sprzedaży mieszkań jest identyczny jak przed rokiem (111 dni), ale porównując to do wyniku z II kw. (82 dni) widoczne jest istotne wydłużenie czasu oczekiwania na transakcję, komentuje Marcin Jańczuk z Metrohouse. W przypadku koszyka pozostałych 5-ciu największych miast czas oczekiwania w porównaniu do poprzedniego notowania zestawienia wydłużył się o 16 dni (10 dni r/r). Także w przypadku innych lokalizacji widoczne jest wydłużenie czasu oczekiwania na nabywcę do 99 dni. Czas sprzedaży jest pochodną wyceny ofertowej mieszkania na sprzedaż. Przy rozsądnie skalkulowanej cenie popularnego segmentu mieszkaniowego można liczyć na przeprowadzenie szybkiej transakcji.

Nowe mieszkania trzymają cenę

Doniesienia napływające z rynku pierwotnego nie do końca odpowiadają wielu wcześniejszym prognozom. – Spadki cen nowych mieszkań nie są bowiem powszechne. Po podsumowaniu wyników z III kw. 2020 r. okazało się, że w żadnej z sześciu największych metropolii średnie ofertowe ceny 1 mkw. lokali nie spadły. Można było jednak zauważyć zmniejszenie tempa dodatnich zmian cenowych, mówi Andrzej Prajsnar, ekspert RynekPierwotny.pl. W ujęciu kwartalnym, wspomniane stawki dotyczące sześciu największych rynków pierwotnych zmieniły się następująco:Średnie ofertowe ceny mieszkań na rynku pierwotnym – 6 miast

Na uwagę zasługuje nie tylko przypadek Warszawy, w której po raz drugi z rzędu odnotowano cenową stabilizację. Trzeba też dodać, że od lipca do września br. nowe mieszkania praktycznie nie drożały już we Wrocławiu. Łódź powtórzyła natomiast swój wynik z II kw. 2020 roku (+3,1%), co wystarczyło do zajęcia pierwszej pozycji w rankingu podwyżek. Tempo wzrostu cen ofertowych nowego metrażu niewiele spadło w Poznaniu. Jeżeli zaś chodzi o Gdańsk, to tamtejsza podwyżka była w III kw. 2020 r. dwa razy mniejsza niż poprzednio. Podobny wynik (+2,7%) odnotowano również dla Krakowa. Stolica Małopolski to jedyna metropolia, która wyróżnia się znacznie szybszym wzrostem cen nowych „M” niż kwartał wcześniej.

Eksperci RynekPierwotny.pl zwracają uwagę na zmiany udziału w ofercie najdroższych nowych mieszkań, które kosztują ponad 10 000 zł/mkw. – W Warszawie odsetek takich lokali przestał już szybko rosnąć. Zupełnie inna sytuacja w III kw. dotyczyła Krakowa, Wrocławia oraz Gdańska, czyli miast na terenie których odnotowano największe wzrosty udziału drogich lokali deweloperskich. Pod względem odsetka nowych mieszkań kosztujących ponad 10 000 zł/mkw. Gdańsk prawie dogonił już Warszawę, komentuje Andrzej Prajsnar, ekspert RynekPierwotny.pl

Rynek kredytów

Trzeci kwartał 2020 r. na rynku kredytów hipotecznych to przede wszystkim stopniowe poluzowywanie przez banki swojej polityki kredytowej w stosunku do drugiego kwartału. – Po ciężkim okresie w pierwszej fazie pandemii, gdzie banki wprowadziły szereg restrykcji, widzimy stabilizację ofert i wyłączanie wcześniej wprowadzonych obostrzeń. Trend łagodzenia polityki kredytowej banków najwyraźniej możemy zobaczyć w zakresie liczenia zdolności kredytowej dla osób prowadzących działalność gospodarczą. Banki, które wycofały możliwość akceptacji takiego dochodu powoli do niego powracają lub poszerzają listę branż (według PKD), których dochód będą akceptowały, mówi Andrzej Łukaszewski, ekspert finansowy Gold Finance. Kolejną pozytywną informacją jest obniżenie wymaganego wkładu własnego do wartości sprzed wybuchu pandemii koronawirusa. Wysokość marż i większość elementów kosztowych kredytu hipotecznego nie uległa istotnych zmianom. Oferty bankowe są na podobnym poziomie, jak to było w drugim kwartale 2020 r. Nie wiadomo czy pozytywny trend poluzowywania polityki kredytowej się utrzyma. Kolejne wyniki finansowe banków pokazują, że sytuacja sektora bankowego jest nadal trudna. Banki zaczęły tworzyć odpisy i rezerwy w związku z pogorszeniem się jakości ich portfela kredytowego czyli spłacalności zobowiązań przez klientów. Bankom nie pomagają również najniższe w historii stopy procentowe.

Wartość nowych umów kredytowych w II kwartale 2020 r. (13,47 mld) pozwala stwierdzić, że był to najsłabszy kwartał sprzedażowy od 12-stu miesięcy. Jednak nastroje w III kw. uległy znaczącej poprawie w związku z poluzowaniem polityki kredytowej przez banki oraz wzmożonej akcji klientów na rynku nieruchomości. Według szacunków czynionych na bazie wyników sprzedażowych marek Gold Finance i Alex T. Great można oceniać, że wartość nowych umów kredytowych w III kw. br. przekroczy 15 mld zł.

Targi potrzebują wsparcia, by przetrwać #UratujmyTargi

O umorzenie całości otrzymanych kwot pomocy z PFR dla firm, a także o rekompensaty w wysokości połowy ubiegłorocznego przychodu dla firm – zwracają się do premiera Mateusza Morawieckiego przedsiębiorcy zrzeszeni w Komitecie Obrony Branży Targowej. Do tej spontanicznej, oddolnej inicjatywy, swój akces zgłosili m.in. przedsiębiorcy „okołotargowi”, którzy od początku pandemii skazani są na faktyczny niebyt. Z powodu odwołania imprez targowych, od ponad pół roku cierpią na brak zleceń, nie wypracowują żadnych dochodów, stojąc dziś na krawędzi upadku. W środę o 11:00 wyruszają w okolicy Urzędu Rady Ministrów na Spacer dla Branży Targowej, by dostarczyć premierowi petycję ze swoimi żądaniami.

Związani przez cały czas swojej zawodowej działalności z branżą targową przedsiębiorcy znajdują się dziś w bardzo trudnej sytuacji.

– Od ponad pół roku, a więc od kiedy trwa pandemia Covid 19, branża targowa praktycznie nie istnieje, a patrząc na nią dziś, już w najbliższej przyszłości czeka ją tragiczny koniec – ostrzegają w skierowanym do premiera Mateusza Morawieckiego Piśmie i przypominają, że ich branża do niedawna traktowana była jako swoiste „oczko w głowie” rządzących, będąc jednym z głównych filarów, także eksportowych, polskiej gospodarki. Sytuacja zmieniła się w marcu. Wtedy to z dnia na dzień organizatorzy branżowych targów musieli je odwołać, przez co pracujące dla nich firmy pozbawione zostały zleceń, a wiec faktycznej możliwości działania i zarabiania. Pomoc z tarcz okazała się zbyt mała, czerwcowe odblokowanie targów – pozorne i właściwie pozbawione znaczenia. Władza pominęła właściwie olbrzymią cześć branży, wykreślając firmy „okołotargowe” z ujętego w tzw. Tarczy Turystycznej wsparcia we wrześniu.

– Targi to flagowy element polskiej gospodarki. Związanych z nim są dziesiątki tysięcy polskich firm i pracowników, którzy – np. jako podwykonawcy – reprezentują takie sektory jak drzewny, meblowy, metaloplastyczny czy informatyczny. Dziś polski przemysł targowy pozostawiony jest sam sobie – piszą w petycji jej sygnatariusze.

Przedsiębiorcy związanego z targami sektora są więc dziś zdeterminowani, by walczyć o przetrwanie. Inaczej ich firmom grozi likwidacja, a całej branży targowej w Polsce – koniec. Zwracają się więc do premiera Mateusza Morawieckiego o:

  • Umorzenie całości otrzymanych kwot pomocy z PFR dla firm, które pod rygorem odpowiedzialności karnej oświadczą, że 75% ich ubiegłorocznego przychodu była całkowicie zależna od organizacji, obsługi oraz innych usług świadczonych na rzecz imprez targowych w kraju i za granicą.
  • Otrzymanie rekompensaty w wysokości 50% ubiegłorocznego przychodu dla firm, które pod rygorem odpowiedzialności karnej oświadczą, że 75% ubiegłorocznego przychodu firmy była całkowicie zależna od organizacji, obsługi oraz innych usług świadczonych na rzecz imprez targowych w kraju i za granicą.

Autorzy petycji zwracają uwagę, że wszystkie firmy targowe ucierpiały wskutek przesunięcia lub odwołania imprez targowych i każda z nich posiada jednak zobowiązania, związane z podpisanymi wcześniej umowami. Wynajęte hale, zaprojektowane i wyprodukowane stoiska to wartości, których nie mogą teraz odzyskać w postaci wystawionych faktur końcowych. Przedsiębiorcy zrzeszeni w Komitecie przyznają, że ponieśli koszty i nie mogą teraz spodziewać się ich rekompensaty.

– Bez wsparcia, jakiekolwiek projekty dotyczące odrodzenia tego segmentu w gospodarce, stanowić będą zwykłe bajki. Aby cała branża mogła przetrwać, należy w końcu spojrzeć się na nią w sposób odpowiedzialny, oczywiście, jeśli zamiarem rządzących jest to, aby w podobny do jeszcze zeszłorocznego sposób istniała ona i rozwijała się w Polsce – uważają przedsiębiorcy. W przeciwnym razie – ich zdaniem –  wiele z funkcjonujących tu imprez, które wyrobiły sobie markę międzynarodową, zniknie z targowej mapy Polski i przeniesie się do innych części Europy, w czym z pewnością pomoże wsparcie, jakie rządy innych krajów udzielają tamtejszym firmom około targowym. – Słyszymy od przedstawicieli władzy o bliżej niesprecyzowanych formach wsparcia „niefinansowego” bądź o dość enigmatycznych „rozmowach na temat przebranżowienia” – piszą do premiera sygnatariusze petycji, którzy w środę, podczas Spaceru dla Branży Targowej, składają ją w Urzędzie Rady Ministrów.

Wskazują, że zrekompensowanie przestoju firm przez okres kolejnych 12 miesięcy pozwoli im przetrwać oraz wprowadzić programy częściowego przebranżowienia. Jest to jedyny realny sposób na uratowanie mającej ponad 100 lat polskiej branży targowej, która od pierwszego roku transformacji służy polskim firmom jako wystawcom na targach w kraju i za granicą. Podkreślają, że cały przemysł targowy, cała branża, oprócz zaspokajania potrzeb poszczególnych właścicieli firm i pracowników, służy polskiemu przemysłowi i eksportowi. Niebezpieczeństwo upadku tej branży miałoby daleko idące skutki gospodarcze, traktowane całościowo jako wspomożenie eksportu i promocji polskiej na świecie. Branża targowa jest na tyle znacząca i strategiczna dla gospodarki, a jednocześnie mała w porównaniu do innych branż, że problemy związane z Covid-19 bardzo łatwo mogą ją bezpowrotnie zniszczyć – zauważają sygnatariusze petycji, zrzeszeni w Komitecie Obrony Branży Targowej.

Lepsze wystąpienia publiczne – autoprezentacja dzięki odkrytym talentom

Im lepiej znamy swoje talenty, tym bardziej spójni i wiarygodni jesteśmy w relacjach z innymi. Świadomość własnych mocnych stron ułatwia wystąpienia publiczne – zarówno w małym gronie, jak i przed dużym audytorium. W ich poznaniu pomóc może test Gallupa.

Świadomość posiadania talentów oraz tego, w jaki sposób je wyrażamy – daje nam poczucie pewności siebie i własnej wartości. Powoduje też, że nasze komunikaty są spójne – przekazujemy to, co tak naprawdę wiemy o sobie i jak o sobie myślimy. Jednocześnie stajemy się bardziej otwarci, co czyni nas również lepszymi słuchaczami.

Skoro tak, to znaczy, że związek pomiędzy znajomością swoich mocnych stron, a jakością wystąpień jest bardzo duży. Pozostaje więc pytanie o to, w jaki sposób możemy ustalić nasze talenty. Jednym z najbardziej cenionych na świecie narzędzi do takiego właśnie samopoznania jest obecnie tzw. test Gallupa. Model Clifton Strenght Finder zakłada istnienie 34 rozmaitych talentów, które odpowiadają za podstawowe wzorce naszego myślenia, zachowania i odczuwania.

Mocne strony jak prawo jazdy

– Nasze talenty lub mówiąc inaczej, mocne strony, pomagają nam poruszać się w świecie szeroko rozumianej komunikacji – mówi Monika Bartkowicz, współautorka warsztatów autoprezentacji z wykorzystaniem testów Gallupa w firmie szkoleniowej Effect Group. – Kiedy jesteśmy świadomi własnych mocnych stron, nie tylko łatwiej porozumiewamy się z innymi ludźmi, lepiej ich „słyszymy”, ale też stajemy się asertywni i otwarci. W tym znaczeniu można powiedzieć, że nasze talenty to „prawo jazdy”, bo dzięki nim poznajemy zasady komunikacyjnego ruchu – podkreśla trenerka.

Najważniejsze są talenty neuronalne – czyli nasze wrodzone wzorce działania, myślenia i odczuwania. Na poziomie neurobiologicznym są naszymi najmocniej rozwiniętymi połączeniami neuronalnymi. Są jak okulary, przez które patrzymy na świat. To właśnie między innymi z naszych talentów neuronalnych wynika, w jaki sposób zarządzamy własnymi emocjami.

Osoba, która ma talent dowodzenia, w momencie kryzysu szybko przechodzi do działania. Taki talent może pomóc jej niejako „zamrozić” swoje emocje i skutecznie działać, co będzie wpływało bardzo uspokajająco na zespół i ludzi wokół.

Dla odmiany osoba z talentem elastyczności może mieć dużą łatwość przechodzenia z jednej emocji do drugiej. Na co dzień taka cecha może stanowić będzie duży atut, ale w sytuacji kryzysowej, osoba posiadająca taki talent może być postrzegana jako labilna emocjonalnie. Świadomość tego, jak talenty wpływają na nasze emocje, ułatwia wybór i zastosowanie lepiej dobranych  narzędzi wspierających zarządzanie emocjami.

– Talenty, według testu Gallupa, to naturalne wzorce myślenia, odczuwania i zachowania danej osoby, służące jako podstawa rozwoju jej mocnych stron – wyjaśnia Agnieszka Barszcz, trenerka współprowadząca warsztaty. – Są one najczęściej związane z konkretnymi cechami osobowości, która co do zasady (u dorosłej osoby), jest niezmienna w ciągu życia. Większość naszych wysuwających się na prowadzenie talentów pozostaje silna przez całe życie, chociaż niektóre mogą wysunąć się na prowadzenie na skutek ważnych zmian życiowych – podkreśla.

Jednak odkryć talent to jedno, a rozwinąć go w dobrym kierunku, to coś zupełnie innego. Talent może być niezwykle pomocny, ale może również przeszkadzać. To trochę tak jak kreatywność u księgowego. Jeśli księgowy po pracy maluje obrazy, to świetnie – gorzej, jeśli zacznie uprawiać „kreatywną księgowość”.

– Niedojrzałe talenty – nieuświadomione, egocentryczne i nieproduktywne – mogą utrudniać nam komunikację z samymi sobą i naszym otoczeniem. Uświadomienie sobie swoich talentów, praca nad ich rozwojem, pozwala nam na stworzenie „lepszej wersji” nas samych – tłumaczy Monika Bartkowicz.

Wykorzystaj talenty w komunikacji

Wielu z nas paraliżują wystąpienia publiczne, pomimo, iż nasza praca coraz częściej się z nimi wiąże. I nie musi to być wykład przed pełną salą, wystarczy prezentacja przed kolegami, których znamy od lat. O ile pewnych technik da się nauczyć, to jednak może się okazać, że wystąpienie do nikogo nie trafiło, nikogo nie przekonało, a o prowadzącym słuchacze mówią, że „odpłynął” lub „czytał z kartki”. Przekaz nie trafił do odbiorców.

– Lepsza samoświadomość otwiera nową przestrzeń w komunikacji. Posiadanie wiedzy na temat własnych talentów pomaga nam odpowiednio przygotować wystąpienia publiczne, np. wykorzystamy spójne z naszymi talentami czasowniki, czy przymiotniki. A to już duży krok do sukcesu – podkreśla Monika Bartkowicz.

Trening czyni mistrza. Budowanie odpowiedniej relacji z odbiorcami, trafne ułożenie przekazu, odpowiednia mowa ciała – to umiejętności, które nabywa się wraz z treningiem. Im mniej pewnie czujemy się w roli mówcy, tym większą mamy tendencję, by się stresować. Zatem najlepiej ćwiczyć zawczasu i na sucho.

Druga istotna rzecz to poczucie własnej wartości, a tu uświadomione i wytrenowane talenty są wręcz niezbędne. Boimy się tego, co „ludzie o nas pomyślą”. Nasze talenty wpływają na to, co o sobie myślimy, a zatem jak się prezentujemy. Kiedy jesteśmy świadomi własnych „mocnych stron”, nasza prezentacja staje się pewna, mocna i autentyczna. Skoro zdajemy sobie sprawę z własnych zalet, to wiemy ile jesteśmy warci. Wówczas możemy wykorzystać swoje naturalne talenty do sformułowania treści przekazu.

To, nad czym można przejąć kontrolę, to własne myśli dotyczące krytyki oraz znaczenie, jakie jej przypiszemy.

– Sprawni, doświadczeni mówcy nie oczekują, że nigdy się nie pomylą, że nie przytrafią im się niezaplanowane sytuacje, czy że od jednej mowy, choćby bardzo ważnej, zależy ich całe życie. Chcą podzielić się ze słuchaczami swoim postrzeganiem zagadnienia, czyli przedstawić sprawę zgodnie ze swoim „talentem” – mówi Monika Bartkowicz. – Z moich doświadczeń wynika, że kiedy świadomie pracujemy z naszymi talentami, wystąpienia publiczne stają się prostsze a zarazem przyjemniejsze w odbiorze – podkreśla trenerka Effect Group.

Bądź spójny, by trafić w samo sedno

Sprzeczny, czy też niespójny przekaz ma miejsce wtedy, gdy ktoś myśli o sobie zupełnie co innego, niż mówi. I nie chodzi tylko o mowę ciała czy właściwy dobór słów, bo to akurat można opanować. Z niespójnością mamy do czynienia np. wtedy, gdy osoba, która ma wielki talent do krótkich i zwięzłych wypowiedzi, próbuje używać licznych metafor i poetyckiego języka. Może tak robić, jeśli u kogoś zaobserwowała prezentację w takiej właśnie formie i bardzo jej się takie przemówienie spodobało. Problem w tym, że jej talenty leżą gdzie indziej.

– Talenty, których nie jesteśmy świadomi i tak w nas są. Ujawniają się w każdej sytuacji komunikacyjnej – zauważa Agnieszka Barszcz. – A  skoro nie możemy się ich pozbyć, czy zamienić na inne, warto nauczyć się z nimi żyć i wyciągać z nich korzyści.

Świadomość własnych talentów umożliwia prezentowanie siebie w sposób spójny z własnymi potrzebami. To natomiast gwarantuje siłę przekazu. Staje się on wtedy autentyczny i szczery. Zdobywając wiedzę oraz świadomość własnych mocnych stron  stajemy się pewni siebie, spójni, autentyczni. Świadomie też kształtujemy nasze wystąpienia publiczne.

– Jeśli moją mocną stroną jest wpływanie, moje wystąpienia będą żarliwe i skoncentrowane na dokonaniu zmiany u słuchaczy. Jeśli natomiast dominującym talentem jest budowanie relacji, to w prezentacjach publicznych będzie widać fokus na stworzenie relacji z odbiorcami – mówi Agnieszka Barszcz.

I na koniec – pamiętajmy o odbiorcach, do których kierujemy przekaz. Warto wiedzieć z kim mamy do czynienia i jakie talenty mają ci, do których mówimy. Zdając sobie z tego sprawę, możemy przygotować swój komunikat w taki sposób, aby odpowiednimi słowami trafić do wielu ludzi w jednym czasie.

To samo odnosi się zresztą do sytuacji codziennych. Zdarza się, iż czujemy, że choć rozmawiamy z kimś, „nie docieramy” do niego. Wystarczy jednak powiedzieć to samo, tyle że językiem jego „talentu”, a wtedy komunikat trafi w samo sedno.

Stanowisko Rzecznika MŚP do poselskiego projektu ustawy o zwlaczaniu COVID-19

Stanowisko Rzecznika MŚP do poselskiego projektu ustawy o zmianie ustawy o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych (druk sejmowy nr 704).

Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców ocenia przedmiotową ustawę za potrzebną, lecz niewystarczającą pomoc dla przedsiębiorców poszkodowanych, w związku z wprowadzeniem ograniczeń do prowadzenia działalności gospodarczej przez wiele branż. Dlatego ustawa ta musi być jedynie początkiem systemowego wsparcia dla przedsiębiorstw, poszkodowanych przez epidemie. Zwolnienie z ZUS oraz świadczenie postojowe na jeden miesiąc nie rozwiąże problemów zamkniętych firm.

– W obecnej sytuacji przygotowywane wsparcie musi być także bardzo wyraźnym sygnałem dla przedsiębiorców, że ich los nie jest obojętny sprawującym władzę i nie są proponowane jedynie rozwiązania doraźne. Dlatego poszczególne rodzaje wsparcia nie powinny być przewidywane jedynie na 1 miesiąc, dla wąskiej grupy przedsiębiorców – dodaje Adam Abramowicz.

Proponuje się odejście od zasady wspierania branż, z jedynie określonym kodem PKD a pozostawieniem jedynie warunku limitu spadku przychodów. W przypadku utrzymania ograniczenia co do kodów PKD, należy uwzględnić PKD właściwe dla m.in branży fryzjerskiej czy szkół tańca. W dodatku wsparciem objęci powinni być także przedsiębiorcy, którzy rozpoczęli działalność po 1 grudnia 2019 roku.

Pandemia a Customer Experience. Czego możemy się nauczyć?

Według najnowszego raportu opracowanego przez KPMG[1], aż 79% konsumentów martwi się obecnie o globalną sytuację ekonomiczną. Jednocześnie, wszystkie kraje ujęte w badaniu, w tym roku odnotowały poprawę w kwestii pozytywnych doświadczeń klientów. Niewątpliwie okres pandemii to czas, który dostarcza wielu ciekawych wniosków na temat Customer Experience.

Kontakt z drugim człowiekiem ważny jak nigdy

W czasie pandemii kontakt marek z konsumentami stał się jeszcze ważniejszy. Możliwości nawiązania fizycznej interakcji z pracownikami firmy zostały bowiem mocno ograniczone, a kontakt przeniósł się do innych kanałów, z których klienci korzystają według własnych preferencji. Badania przeprowadzone przez Sitel Group[2] pokazują, że zdecydowana większość konsumentów (79,1%) uważa, że najlepszą pomoc w zakresie obsługi klienta w czasie pandemii koronawirusa są w stanie zapewnić im przedstawiciele firmy (online, przez telefon itp.), natomiast zdecydowana mniejszość (13,5%) upatruje jej w rozwiązaniach digitalowych (np. chatbot). Ponadto, ponad połowa klientów na całym świecie (63%) podczas pandemii koronawirusa rozmawiała z przedstawicielem działu obsługi klienta. To pokazuje, że mimo rozwoju technologicznego, kontakt z drugim człowiekiem nadal jest bardzo ważny. Szczególnie, jeśli chodzi o budowanie pozytywnego Customer Experience w tym nietypowym okresie.

Bezpieczeństwo personalizacji

Personalizacja to już od dawna jeden z najważniejszych trendów w Customer Experience. Jak się jednak okazuje, w nowej rzeczywistości dodatkowo zyskał na znaczeniu. Jak wynika z analiz KPMG[3], jest ona aktualnie najsilniejszym filarem budowania lojalności klientów na 19 rynkach spośród 27 poddanych analizie. Jednocześnie, w obecnej sytuacji prawie wszyscy badani konsumenci (98%) martwią się o swoje dane osobiste i o to, co może się z nimi wydarzyć. Sami jednak chcą, by kierowana do nich komunikacja była spersonalizowana, co potwierdza drugi z wymienionych raportów[4]. Wynika z niego, że dla ponad połowy konsumentów (52,55%) podczas robienia zakupów w tym czasie ważne jest otrzymywanie spersonalizowanych komunikatów. Firmy z jednej strony powinny zatem zadbać o większe bezpieczeństwo informacji, które do nich trafiają, ale z drugiej postawić na jeszcze lepszą personalizację.

Odpowiedzialność rzeczą zmienną

Pandemia koronawirusa wywróciła wiele aspektów naszego życia do góry nogami. Widoczne jest to również w biznesie, który jest szczególnie podatny na wszelkie zmiany polityczne, społeczne czy ekonomiczne. To wymusza na firmach różne działania, często związane z dodatkową odpowiedzialnością za różne aspekty, które wcześniej niekoniecznie należały do ich priorytetów. Można było zaobserwować to na przykładzie rynku elektroniki, na którym po początkowym spadku sprzedaży, wynikającym z zerwania łańcuchów dostaw, padły historyczne rekordy. Według analiz firmy Canalys, w drugim kwartale tego roku (pierwsze miesiące pandemii) na całym świecie sprzedano łącznie prawie 73 miliony komputerów osobistych, co oznaczało wzrost o 9 procent względem analogicznego okresu w roku poprzednim. Ostatni raz taki rozkwit można było zaobserwować na rynku PC prawie 10 lat temu. Rekord ten widać także na przykładzie Polski. Według danych Eurostatu[5], w naszym kraju w okresie od stycznia do lipca tego roku odnotowano wzrost importu laptopów aż o 22% względem analogicznego okresu w roku ubiegłym. W wyniku tego dodatkowa odpowiedzialność spoczęła także na serwisach.

Zewnętrzne firmy zajmujące się opieką serwisową to część dużej machiny rynkowej związanej z nowymi technologiami. Jednak do tej pory były zazwyczaj niejako w cieniu kanałów sprzedaży. W czasie pandemii, kiedy większość dużych sieci została zamknięta z powodu lockdownu, zostaliśmy postawieni na pierwszej linii frontu. To wymusiło na nas jeszcze lepsze dopasowanie się do potrzeb konsumentów i bycie w tych miejscach, gdzie konsumenci oczekiwaliby, że będziemy. Wzrosła chociażby liczba reklamacji składanych bezpośrednio przez konsumentów w serwisie, co odbiło się na większej ilości interakcji na linii klient-serwis. Uważam, że z tego przypadku płynie bardzo ważna lekcja na temat Customer Experience dla każdego biznesu – należy spodziewać się niespodziewanego i być gotowym na to, aby wziąć na siebie dużą odpowiedzialność w każdym momencie – ocenia CEO FIXIT SA.

Bez odwrotu od wirtualnej rzeczywistości

Z przywoływanego wcześniej raportu Sitel Group[6] wynika, że ponad ¾ konsumentów (76,1%) podczas pandemii koronawirusa kupiło online produkty, które zazwyczaj kupowało osobiście (np. produkty spożywcze, artykuły higieniczne itp.). Co więcej, ponad połowa ankietowanych (56,77%) po zniesieniu ograniczeń planuje nadal robić to przez Internet, zamiast fizycznie. Uważają oni, że jest to rozwiązanie wygodniejsze (44,68%) i szybsze (14,24%), wybór asortymentu jest większy (14,24%), a ceny produktów niższe (10,19%). Nie budzi zatem wątpliwości, że nastąpił jeszcze poważniejszy zwrot w kierunku wirtualnej rzeczywistości, bowiem jeszcze więcej działań konsumenckich zostało przeniesionych do świata online.

Konsumenci mają naturalną chęć zobaczenia produktów i poczucia ich na własnej skórze. Marki będą zatem musiały dostarczyć im więcej możliwości cyfrowego obcowania z produktem. Konieczne będą do tego konkretne narzędzia i metody, które przekonają potencjalnego klienta do zakupienia konkretnego produktu lub skorzystania z danej usługi. Firmy będą także musiały jeszcze efektywniej radzić sobie z przetwarzaniem danych. W zależności od branży oznacza to różne wyzwania oraz poszukiwanie ciekawych rozwiązań. O tym, że proces ten już trwa świadczy chociażby przejęcie Segmentu (start-up zajmujący się zarządzaniem strumieniem informacji na temat klientów) przez Twilio (spółka specjalizująca się w przetwarzaniu danych w chmurze) za kwotę 3,2 mld dolarów w październiku tego roku. Wspomniana firma odnotowała wzrost popytu na swoje usługi w czasie pandemii. Zakupiony start-up ma pomóc jej w stworzeniu jeszcze ciekawszej oferty usług. Rynkowa wartość spółki Twilio wynosi obecnie ponad 40 mld dolarów. To najlepszy dowód na to, że od wirtualnej rzeczywistości nie ma już odwrotu.

W naszej firmie już od dawna wykorzystujemy systemy informatyczne do optymalnego, zgodnego z prawem, przetwarzania danych naszych klientów. To pozwala nam chociażby na tworzenie profili grup w celu zapewnienia jeszcze lepszej jakości obsługi. Obecna sytuacja wymusiła natomiast jeszcze wyraźniejszy i nieodwracalny zwrot w kierunku nowych technologii, które mogą pomóc w zarządzaniu Customer Experience. Dla nas jako firmy pracującej w obszarze serwisu i opieki pogwarancyjnej otwiera to nowe możliwości współpracy z producentami. Mam tutaj na myśli chociażby działania w oparciu o technologię rozszerzonej rzeczywistości oraz sztuczną inteligencję – uważa Mariusz Ryło.

Co zatem powinny zrobić firmy?

Przede wszystkim postawić na ludzi, bowiem okazuje się, że kontakt z drugim człowiekiem w obecnej sytuacji jest dla konsumentów szczególnie ważny. Marki powinny także skupić się na zapewnieniu bezpieczeństwa danych klientów, a także jeszcze większej personalizacji. Przede wszystkim jednak muszą być gotowe na dodatkową odpowiedzialność, która już wkrótce może spocząć na ich barkach. Już teraz firmy powinny rozpocząć prace nad wdrażaniem kompleksowych rozwiązań, które przeniosą rzeczywiste doświadczenia klienta w świat wirtualny. Wszystko z dbałością o jak najlepsze Customer Experience.

[1] KPMG. Customer experience in the new reality. Global Customer Experience Excellence research 2020: The COVID-19 special edition. Źródło: https://assets.kpmg/content/dam/kpmg/xx/pdf/2020/07/customer-experience-in-the-new-reality.pdf

[2] Sitel Group. COVID-19 Customer Experience Index Pulse Survey. Understanding Brand Loyalty & Consumer Engagement. Źródło: https://f.hubspotusercontent30.net/hubfs/5196934/CX%20Index%202020/COVID-19-CX-Index-Pulse-Survey-Data-Report-Sitel-Group.pdf

[3] KPMG. Customer experience in the new reality. Global Customer Experience Excellence research 2020: The COVID-19 special edition. Źródło: https://assets.kpmg/content/dam/kpmg/xx/pdf/2020/07/customer-experience-in-the-new-reality.pdf

[4] Sitel Group. COVID-19 Customer Experience Index Pulse Survey. Understanding Brand Loyalty & Consumer Engagement. Źródło: https://f.hubspotusercontent30.net/hubfs/5196934/CX%20Index%202020/COVID-19-CX-Index-Pulse-Survey-Data-Report-Sitel-Group.pdf

[5] Eurostat. Imports of laptops at all-time high in April 2020. Źródło: https://ec.europa.eu/eurostat/web/products-eurostat-news/-/DDN-20201023-2

[6] Sitel Group. COVID-19 Customer Experience Index Pulse Survey. Understanding Brand Loyalty & Consumer Engagement. Źródło: https://f.hubspotusercontent30.net/hubfs/5196934/CX%20Index%202020/COVID-19-CX-Index-Pulse-Survey-Data-Report-Sitel-Group.pdf

Nasilenie pandemii w Europie, słabnące euro do dolara oraz protesty na polskich ulicach

Awersja do ryzyka dostaje świeże paliwo ze wszystkich stron. Negocjacje fiskalne w USA zostało odłożone na termin po wyborach prezydenckich, których wynik wcale nie musi niczego ułatwić. W międzyczasie druga fala pandemii nasila się w Europie, zmuszając władze do podjęcia drastycznych środków.

Wygląda na to, że nerwowość w ostatnim tygodniu października nie będzie miała swojego głównego ogniska w nieprzewidywalności wyniku wyborów prezydenckich w USA, a prędzej znajdzie swoje epicentrum w Europie. Koronawirus umacnia się na całym kontynencie. We Włoszech dzienny wzrost liczby przypadków notuje świeże rekordy, w Hiszpanii ogłoszony został stan wyjątkowy, a we Francji zanotowano najwięcej zgonów od kwietnia. W konsekwencji rząd we Francji zaczął rozważać wprowadzenie miesięcznego lockdownu – decyzja ma być ogłoszona jeszcze dziś wieczorem. Dotychczas relatywnie dobrze radzące sobie z pandemią Niemcy teraz także rozważają wprowadzenie 2-tyg. lockdownu dla wszelkiej działalności poza szkołami.

To spora dawka pesymizmu i paliwa, by oczekiwać szkodliwych skutków dla gospodarki. W tym kontekście spadek EUR/USD od wczoraj o 0,6 proc. wydaje się dość łagodnym wymiarem kary. Częściowo bierze się to z tego, że obecnie, w odróżnieniu do marca, nie ma efektu szoku, a władze są lepiej przygotowane na walkę z wirusem. Wróg przestał być nieznany, toteż i podejście do restrykcji może być bardziej elastyczne. Obawiam się jednak, że jest jeszcze jeden powód miarowej rekcji euro. Inwestorzy mogą być mniej chętni agresywnie sprzedawać EUR/USD na wypadek pozytywnego wyniku wyborów prezydenckich w USA. Perspektywa „błękitnej fali”, tj. przejęcia pełnej kontroli w Kongresie przez Demokratów wraz z objęciem urzędu prezydenta przez Joe Bidena, mogłaby być solidną przeciwwagą dla covidowych obaw. Przynajmniej w krótkim terminie w ramach wstępnego dyskonta wyniku wyborów, ale obecnie to może wystarczać, by trzymać niektórych inwestorów od aktywnego uczestniczenia w handlu. Ale równocześnie oznacza to tyle, że w przypadku innego wyniku wyborów (bądź niejednoznacznych wyników wstępnych) rynki przestałaby być chronione przez „rezerwowy” optymizm, co dla euro oznaczałoby to drugą falę negatywnej presji. Bo przecież do przyszłego tygodnia COVID-19 cudownie nie zniknie.

Nasilenie pandemii w Europie, słabnące euro do dolara oraz protesty na polskich ulicach. W tym otoczeniu nie da się przychylnym okiem patrzeć na złotego, stąd nie dziwi wyjście EUR/PLN ponad 4,60 – pierwszy raz od kwietnia. Całkowity lockdown przestał być już mało realnym scenariuszem, którego rząd będzie chciał się za wszelką cenę uniknąć, a obecnie jest postrzegany jako nowe narzędzie polityczne. Przynajmniej tak to zaczną widzieć inwestorzy zagraniczni, a to jest najważniejsze w kontekście oceny sytuacji złotego. Organicznie aktywności gospodarczej przez lockdown lub przez strajki – w obu przypadkach to osłabienie fundamentów waluty.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Dramatyczna sytuacja pracowników gastronomii. Mnóstwo skarg na zwolnienia i brak wynagrodzenia

Z punktu widzenia Stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom to właśnie gastronomia jest najsilniej dotknięta konsekwencjami lockdownu. Branża ta nie wykaraskała się jeszcze z długów i problemów po pierwszej fali pandemii, a obecna sytuacja jest dla wielu firm prawdziwym „gwoździem do trumny”. Zarówno w sezonie wakacyjnym jak i po ogłoszeniu „drugiego lockdownu” dla gastronomii dociera do nas wiele sygnałów od pracowników, którzy mają opóźnioną wypłatę wynagrodzeń. Wiele pytań dotyczy tego jak odzyskać pieniądze od szefostwa, gdy firma zostaje zamknięta. – To obecnie nasz największy problem. Gastronomia i hotelarstwo znajdują się w dramatycznym momencie swojego istnienia – mówi Małgorzata Marczulewska, Prezes Stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom.

695 milionów zadłużenia całej branży.  „Obawiamy się, że drugi lockdown gastronomii sprawi, że szereg pracowników zostanie bez pieniędzy”

Sytuacja w branży jest poważna. Według statystyk Rejestru Dłużników BIG Info Monitor zadłużenie gastronomii wynosi 695 milionów złotych, wzrost długu w porównaniu pierwszego kwartału z trzecim to ponad 48 milionów złotych. Nie trudno więc o wnioski, że gastronomicy w minionych miesiącach „grali na przetrwanie”, mało jest restauracji, które się otworzyło, a ilość zamykanych, szczególnie w dużych miastach jest ogromna. Co więcej, trudna sytuacja pracodawców bezpośrednio przedkłada się na sytuację pracowników. W sezonie wakacyjnym to właśnie wypłaty w lokalach gastronomicznych i hotelach były najczęściej opóźniane lub niewypłacane. Od początku października odebraliśmy kilkanaście wiadomości od pracowników, którzy nie dostali wypłat. Co więcej – ich znaczna część miała miejsce w tym tygodniu – niektóre restauracje podejmowały decyzje o zamknięciu się na stałe lub czasowo, po tym jak Premier Mateusz Morawiecki ogłosił, że restauracje mogą obsługiwać klientów tylko na wynos.

– Takich wiadomości jest dużo i mają one zwykle bardzo dramatyczny ton. Pracownicy dowiadywali się w weekend telefonicznie, że kawiarnie w których pracują zostają zamknięte czasowo lub nawet na stałe. Podobna sytuacja ma miejsce w restauracjach. Dostajemy sygnały na bieżąco od pracowników, że w niektórych lokalach jest poważny problem z wypłatą wynagrodzenia lub jest ono płacone w ratach. Obawiamy się, że drugi lockdown gastronomii sprawi, że szereg pracowników zostanie bez pieniędzy – mówi Małgorzata Marczulewska, Prezes Stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom.

– Tradycyjnie zanim skierujemy sprawę do prawników to konsultujemy się z przedsiębiorcą, pytamy o powody w opóźnieniu wypłaty wynagrodzenia. To są naprawdę przykre sytuacje i wielu właścicieli przyznaje, że po prostu nie ma z czego płacić. Staramy się dojść do porozumienia drogą polubowną – mówi Prezes Marczulewska. – Naszym celem jest jednak zabezpieczenie interesów pracowników i to oni są dla nas najważniejsi. Musimy być jednak świadomi, że rzeczywiście gastronomia jest w sytuacji, która może doprowadzić wiele firm do upadku – dodaje.

Kucharz staje się kierowcą, a restaurator zamiast pieniędzy chce rozliczyć się z pracownikami… mięsem. Bolesny kryzys gastronomii

Z informacji, które otrzymało Stowarzyszenie STOP Nieuczciwym Pracodawcom z dnia na dzień pracę mogło stracić nawet kilkaset osób – mowa głównie o kelnerkach, barmankach czy osobach, które znajdowały się w stacjonarnej obsłudze restauracyjnej.  – Najczęściej piszą do nas osoby z obsługi restauracji, które straciły pracę w momencie kiedy okazało się, że restauracje muszą się zamknąć w trybie z dnia na dzień. To właśnie tutaj pojawiało się najwięcej pytań, jak odzyskać pieniądze od pracodawcy, gdy miał już opóźnienia, a teraz jeszcze nas zwolnił lub zawiesił działalność – mówi Małgorzata Marczulewska.

– Pojawiło się kilka historii, w które aż trudno uwierzyć, ale nie mamy podstaw, by podważać ich wiarygodność. Jedna z restauracji chciała rozliczyć część wynagrodzenia ze swoimi pracownikami w towarze. Znaczy szefostwo zrobiło duże zatowarowanie w środę, a od soboty lokale zostały zamknięte, więc zaproponowano pracownikom kupno po okazyjnej cenie „w ramach wynagrodzenia” mięsa i innych towarów. Pracownicy się nie zgodzili. Druga historia to sytuacja kucharza, który otrzymał ultimatum od swojego szefa, że albo na czas pandemii wyjdzie z kuchni i zajmie się dowożeniem posiłków jako kierowca albo zostanie zwolniony. Tutaj udzieliliśmy porady prawnej, że pracodawca może poprosić go o zmianę funkcji z powodu kryzysowej sytuacji, ale on nie musi się na to zgadzać. Wtedy następuje rozwiązanie umowy za porozumieniem stron – mówi Prezes Stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom Małgorzata Marczulewska. – Jest dużo zgłoszeń o braku wypłat za wrzesień i październik albo o wypłatach cząstkowych. Jesteśmy przerażeni skalą problemu, bo informacje, które otrzymujemy pokazują w jak ciężkim momencie znajduje się cała branża – dodaje Małgorzata Marczulewska.

Rząd proponuje tarczę branżową dla najbardziej poszkodowanych sektorów. Pomoc w listopadzie będzie kosztować ponad 1,8 mld zł

Mocny wzrost liczby zakażeń rodzi obawy o konieczność wprowadzania kolejnych restrykcji. To wiąże się z ograniczaniem działalności firm, a co za tym idzie, również ich problemami finansowymi, które ponownie będą oznaczać konieczność uruchomienia publicznego wsparcia. We wtorek rząd zapowiedział tarczę branżową, czyli zestaw zwolnień i świadczeń, które w listopadzie będą przysługiwać firmom z najbardziej poszkodowanych branż. Według Jana Zygmuntowskiego, ekonomisty z Polskiej Sieci Ekonomii, dla ratowania miejsc pracy rząd nie powinien wahać się przed powiększaniem długu. – Nadwyżki budżetowe można budować, ale w środku boomu – mówi ekspert.

Z tarczy branżowej będą mogli skorzystać przedstawiciele sektorów: gastronomii, rozrywki, fitness i sprzedaży detalicznej. Przedsiębiorcom przysługiwać będzie m.in. zwolnienie z ZUS-u, świadczenie postojowe za listopad oraz dotacja w wysokości 5 tys. zł.

– Dominującym sposobem, żeby pozyskiwać potrzebne środki, jest teraz przede wszystkim dalsze zwiększanie zadłużenia publicznego. Wbrew temu, co mówi dziś część szczególnie starej daty ekonomistów, zadłużenie publiczne nie powinno być takim problemem – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jan Zygmuntowski, ekonomista, współprzewodniczący Polskiej Sieci Ekonomii. – To normalne, że wykorzystuje się je w kryzysie, po drugie, jest to zadłużenie w większości krajowe, a więc mobilizuje oszczędności polskich gospodarstw domowych, polskich firm, polskiego sektora finansowego. Poza tym cały czas ma bardzo niską rentowność, czyli charakteryzuje się niskimi kosztami spłaty. Jak tylko będziemy wychodzić z tego kryzysu, bez problemu będziemy w stanie te poziomy długu zmniejszać.

W ramach tarcz antykryzysowych oraz finansowej do polskich firm – m.in. poprzez BGK i PFR – trafiło prawie 150 mld zł.

Według zapowiedzi rządu nowa tarcza branżowa będzie kosztować ponad 1,8 mld zł. Szacunki mówią o tym, że pomoże ona ok. 200 tys. firm i 372 tys. pracowników. Rząd zapowiada, że w razie potrzeby wydłuży działanie nowej tarczy o kolejne miesiące.

W trudnej sytuacji jest branża turystyczna, której zobowiązania rosną szybciej niż w innych dziedzinach gospodarki. Jak wynika z raportu Krajowego Rejestru Długów, na koniec września zadłużenie firm turystycznych sięgało 19,2 mln zł, o 5 mln zł więcej niż w styczniu br., z czego 16,2 mln zł obciążało mikrofirmy. Również branża HoReCa nie może odrobić strat z poprzednich miesięcy. Zaległości hoteli, restauracji i firm cateringowych wynoszą ponad 280 mln zł, o prawie 70 mln zł więcej niż w lutym. Odrabianie strat będzie teraz tym trudniejsze, że od soboty 24 października branża ponownie działa w ograniczonym zakresie.

 Być może będziemy mówili znowu o kilkudziesięciu, kilkuset miliardach złotych, które będą potrzebne, i mam nadzieję, że będą przede wszystkim wydane na tych najbardziej potrzebujących. Te realne potrzeby to np. blisko 3 mln pracowników na śmieciówkach albo jednoosobowych działalnościach, którzy pierwsi mogą stracić swoje zarobki. W takiej sytuacji wpadliby albo w spiralę zadłużenia prywatnego, albo nie mogliby opłacić czynszów – mówi współprzewodniczący Polskiej Sieci Ekonomii.

Jak podkreśla, dziś największym zagrożeniem byłoby dążenie do budowy nadwyżek budżetowych lub równoważenia budżetu.

Im szybciej to zrobimy, tym większe ryzyko, że wpadniemy w ponowną przedłużoną recesję. Za każdym razem, kiedy budżet uzyskuje nadwyżki, oznacza to, że część płynności środków finansowych w gospodarce jest kasowana. Zatem dopóki nie będziemy na etapie mocnej, wznoszącej się gospodarki, to zniszczymy sobie podwaliny tego wzrostu – podkreśla ekonomista. – Jeśli chodzi o duże zagrożenia, zadłużenie zagraniczne na pewno będzie większym problemem niż krajowe, w razie gdyby np. kurs polskiego złotego do euro był w dużo gorszej sytuacji. Dużym zagrożeniem jest też oczywiście zła selekcja projektów inwestycyjnych i zła selekcja wydatków rządowych. Zadłużać się trzeba, ale jak i na co – to jest właściwe pytanie, które musimy kierować do rządu.

To, jak dużo środków będziemy mieć na odbudowę gospodarki po pandemii, w dużej mierze zależy także od rozwiązań przyjętych na poziomie Unii Europejskiej. Tym bardziej że wiele mówi się o powiązaniu kwot dotacji w kolejnej perspektywie budżetowej na lata 2021–2027 z przestrzeganiem przyjętych we Wspólnocie zasad praworządności. Budżet na następną siedmiolatkę opiewać ma łącznie na rekordową kwotę prawie 1,08 bln euro, a wraz z Funduszem Odbudowy – przeszło 1,8 bln euro.

Według opublikowanego w październiku sondażu Parlamentu Europejskiego 77 proc. obywateli 27 państw UE opowiada się za powiązaniem przestrzegania unijnych zasad z otrzymywaniem środków ze wspólnego budżetu. Nawet w Polsce i na Węgrzech, krajach wymienianych jako główni kandydaci do ukarania zmniejszeniem dotacji, 72 proc. pytanych jest skłonnych przystać na taką zależność.

W przypadku, gdyby te środki unijne były ucinane, w mniejszym stopniu trafiały do Polski, niestety może to oznaczać dość dużą tragedię społeczną. Jeśli jednocześnie środkami budżetowymi, np. z długu publicznego, nie wypełnimy tych potrzeb, to moce produkcyjne mniejszych firm nie będą w pełni wykorzystane. Firmy z zatorami płatniczymi, które w Polsce trzykrotnie częściej się zdarzają niż w reszcie Europy, będą upadać, a gospodarstwa domowe będą musiały zadłużać się prywatnie na dużo gorszych warunkach, żeby spłacać np. czynsze, hipoteki, inne raty i kredyty – mówi Jan Zygmuntowski. – Sytuacja całego społeczeństwa zależy od tego, żeby były dobre środki na odbudowę kraju po COVID-zie.

Ruch w serwisach samochodowych może być większy. By uniknąć kolejek, na wymianę opon można umówić się np. online

W tym roku warsztaty spodziewają się zwiększonego ruchu ze względu na to, że wiele osób przesiadło się do własnego auta w związku z ryzykiem zakażenia. Dlatego też serwisy samochodowe apelują, by nie zwlekać z wymianą do pierwszych przymrozków lub śniegów, a na wizytę umówić się online lub telefonicznie, by uniknąć kolejek. W Polsce większość kierowców opowiada się za wprowadzeniem obowiązkowej wymiany opon na letnie i zimowe – wynika z badań przytaczanych przez Polski Związek Przemysłu Oponiarskiego. Mimo to w praktyce wielu z nich zapomina lub bagatelizuje sezonową wymianę opon.

 W tym roku spodziewamy się większego ruchu związanego z sezonową wymianą opon, ponieważ część ludzi nie korzysta z komunikacji publicznej i przesiadła się do prywatnych samochodów. Tym bardziej zachęcamy do wcześniejszego umówienia wizyty w warsztacie w celu wymiany opon, bo zwykle później, kiedy pojawią się pierwsze przymrozki czy pierwszy śnieg, jest duże natężenie klientów – mówi agencji Newseria Biznes Kacper Dukaczewski, właściciel serwisu Auto-Dukat Pruszków.

Stan opon jest kluczowy dla bezpieczeństwa kierowców, ok. 1/3 wypadków na drogach ma związek właśnie z kondycją ogumienia. Jak wynika z badań przeprowadzonych w poprzednich latach przez Kantar Millward Brown dla Polskiego Związku Przemysłu Oponiarskiego, średnio co piąty kierowca nie umie ocenić, czy opona nadaje się do jazdy, a ponad 1/3 sprawdza ciśnienie w nich raz na pół roku, czyli zdecydowanie zbyt rzadko. Ogumienie na sezon zimowy wymienia tylko nieco ponad 60 proc., co oznacza, że średnio co trzeci kierowca jeździ na letnich oponach nawet przy niesprzyjających warunkach pogodowych, ponosząc duże ryzyko wypadku.

Jak pokazują symulacje PZPO, na oblodzonej drodze podczas jazdy z prędkością 33 km/h droga hamowania na oponach zimowych jest krótsza o 11 metrów w porównaniu z oponami letnimi. Natomiast na ośnieżonej drodze przy prędkości 48 km/h samochód na oponach zimowych zahamuje o 31 metrów wcześniej niż auto na letnim ogumieniu. To oznacza, że dzięki zimówkom droga hamowania skraca się aż o 50 proc.

Regularna wymiana opon ma znaczenie także dla portfela. Opony niedostosowane do sezonu zużywają się szybciej, przy okazji o kilka procent zwiększając też zużycie paliwa. Ponadto ubezpieczyciel może odmówić wypłacenia odszkodowania lub zmniejszyć jego wysokość, jeśli kierowca przyczynił się do wypadku, jadąc niesprawnym samochodem, np. na nieodpowiednich oponach.

– Dzięki temu, że wcześniej przygotujemy samochód do warunków zimowych, zmieniając opony już teraz, zdejmujemy sobie z głowy problem, który może nastąpić w najmniej oczekiwanym momencie – mówi Kacper Dukaczewski.

Opony zimowe – oznaczone symbolem płatka śniegu na tle góry – minimalizują też ryzyko poślizgu, zapewniając lepszą przyczepność przy pokonywaniu śniegu, roztopów i gołoledzi. Wynika to z faktu, że są one wykonane ze specjalnej mieszanki, która zawiera więcej naturalnej gumy i krzemionki. Dzięki temu są bardziej elastyczne i nie twardnieją, kiedy temperatura spada poniżej kilku stopni Celsjusza. Od letnich różnią się też budową – opony zimowe mają specjalną rzeźbę bieżnika, szerokie rowki i gęsto umieszczone nacięcia, które zapewniają lepszą przyczepność na śliskiej nawierzchni.

Ogumienie należy wymienić, kiedy temperatura spada poniżej 7°C, ale nawet jeżeli dzienna temperatura oscyluje w granicach 5–10°C, opony zimowe są bardziej uniwersalne i bezpieczniejsze niż letnie.

– W tym roku, żeby bezpiecznie wymienić opony na zimowe, zachęcamy do rezerwacji przez telefon bądź online. Dzięki temu unikniemy tłumów w biurze i poczekalniach. Można wygodnie przyjechać o wskazanej porze i następnie skorzystać z usługi serwisowej – mówi właściciel serwisu Auto-Dukat Pruszków.

Online kierowcy mogą też znaleźć i kupić odpowiednie opony zimowe. Z początkiem października sieć Premio uruchomiła platformę e-commerce, gdzie można wyszukać i kupić ogumienie Goodyear, Dunlop, Fulda, Sava i Dębica oraz zarezerwować usługę montażu w wybranym przez siebie terminie i serwisie. Na stronie pojawią się dostępne propozycje terminów w serwisach Premio położonych najbliżej miejsca zamieszkania klienta. Wszystkie koszty związane z zakupem i wymianą opon są opłacane online. Po zakończeniu transakcji użytkownik dostaje mailowe potwierdzenie, a na życzenie także SMS-owe przypomnienie o planowanej wizycie.

– Część obsługi klienta została przeniesiona do internetu, kierowca może wygodnie zakupić opony online i następnie umówić się na ich montaż. Przy okazji może też umówić się na inne usługi serwisowe typu wymiana oleju czy geometria kół w dogodnym dla siebie terminie – mówi Kacper Dukaczewski.

Ekspert podkreśla, że serwisy są przygotowane na przyjmowanie klientów z zachowaniem wszelkich zasad bezpieczeństwa.

– Pracownicy noszą maseczki, jesteśmy wyposażeni w płyny dezynfekujące, a po wyjeździe ze stanowiska auto jest dezynfekowane i bezpiecznie przekazywane klientowi – mówi właściciel serwisu Auto-Dukat Pruszków.

Z badania Kantar Millward Brown dla PZPO wynika, że zdecydowana większość kierowców wymienia opony właśnie w październiku (59 proc.) i listopadzie (30 proc.). Natomiast co piąty decyduje się na wymianę ogumienia, kiedy temperatura spada poniżej 7°C.

Jak podkreśla Polski Związek Przemysłu Oponiarskiego, opony to jedyny punkt styku samochodu z drogą. Podczas jazdy z prędkością 140 km/h koło samochodowe w popularnym rozmiarze obraca się ponad 1 tys. razy na minutę, co nie pozostawia dużego marginesu bezpieczeństwa, który pozwalałby jeździć na nieodpowiednim bądź zużytym ogumieniu. Ciśnienie powietrza w oponie zmniejszone już o 0,5 bara wydłuża drogę hamowania auta nawet o 4 metry.

Pandemia zmusiła 1/3 Polaków do sięgnięcia po oszczędności. Prawie co piąty nie miał odłożonej poduszki finansowej

0

W tej chwili ok. 50 proc. Polaków ma oszczędności, które uznają za wystarczające i które zapewniają im poczucie bezpieczeństwa. Jednak tylko 14 proc. deklaruje, że odkłada teraz więcej niż przed pandemią. Prawie 1/3 badanych podkreśla, że stać ich na oszczędzanie jedynie mniejszych kwot. Trudniejsza sytuacja zmusiła prawie co trzeciego do sięgnięcia po zaskórniaki, aby móc zapewnić sobie bieżące utrzymanie i pokryć wszystkie wydatki – wynika z cyklicznego badania „Barometr Providenta” przeprowadzonego z okazji przypadającego na 31 października Światowego Dnia Oszczędzania.

– W związku z tym, że zbliża się Światowy Dzień Oszczędzania, zadaliśmy Polakom pytania dotyczące tego, jak oszczędzają w tych trudnych, pandemicznych czasach. Okazuje się, że zmienia się nasz stosunek do oszczędzania, zmieniają się nasze potrzeby finansowe i wzrasta poduszka bezpieczeństwa, czyli kwota, którą postrzegamy jako tą, która zapewnia nam spokój – mówi agencji Newseria Biznes Karolina Łuczak, rzeczniczka prasowa Provident Polska.

Jak wynika z badania „Barometr Providenta”, dla wielu Polaków pandemia COVID-19 wiązała się z koniecznością naruszenia swoich oszczędności. Blisko 50 proc. zadeklarowało, że na utrzymanie wystarczyły im bieżące dochody, ale 1/3 Polaków musiała sięgnąć po odłożone wcześniej środki. Prawie co piąta osoba (18 proc.) przyznała jednak, że nie miała oszczędności, z których mogłaby skorzystać w tej trudniejszej sytuacji.

Pandemia sprawiła, że Polacy potrzebują coraz większych sum, żeby czuć się bezpiecznie. W tym roku średnia kwota oszczędności, która zapewnia poczucie bezpieczeństwa, wynosi 17 tys. zł. Rok temu była o 4 tys. zł niższa, a w 2018 roku wynosiła raptem 8,4 tys. zł.

– Potrzeby finansowe Polaków zmieniają się w zależności od wieku. Największą kwotę wskazują osoby najstarsze – dla nich to ok. 24 tys. zł. Zdecydowanie mniej wskazują natomiast osoby najmłodsze, poniżej 25. roku życia. Dla nich taka bezpieczna kwota wynosi już 6 tys. zł – wskazuje Karolina Łuczak.

We wszystkich grupach wiekowych odsetek osób deklarujących, że warto oszczędzać, przekroczył 80 proc. Jednak w tej chwili tylko ok. 50 proc. Polaków ma oszczędności, które uznaje za wystarczające i które zapewniają im poczucie bezpieczeństwa. Ponowne stworzenie takiej poduszki finansowej dla wielu badanych wiązałoby się z wielomiesięcznymi wyrzeczeniami. 17 proc. Polaków wskazało, że musieliby odkładać przez cały rok, a 15 proc. – przez pół roku. Z kolei 16 proc. ankietowanych zajęłoby to dwa–trzy miesiące, a średnio co 10. na uzbieranie wystarczającej poduszki finansowej potrzebowałby dwóch–trzech lat.

– Zadaliśmy Polakom także pytania dotyczące tego, w jaki sposób oszczędzają. 1/4 badanych wskazała, że regularnie odkłada kwotę, która pozostaje im na koniec miesiąca po opłaceniu wszystkich kosztów i wydaniu pieniędzy, których potrzebują na życie. Pozostali co miesiąc odkładają stałą kwotę, której nie naruszają, z kolei jeszcze inni oszczędzają raczej nieregularnie. Jest też grono osób, których po prostu nie stać na to, żeby regularnie odłożyć jakąkolwiek kwotę – mówi rzeczniczka Provident Polska.

Jak pokazuje badanie Providenta, w tej chwili ok. 14 proc. Polaków deklaruje, że regularnie oszczędza więcej niż przed pandemią. Jednak 28,3 proc. może aktualnie pozwolić sobie na odkładanie mniejszych sum, a 4,5 proc. nie jest w stanie wygospodarować żadnych oszczędności, choć wcześniej im się to udawało.

– Najczęściej wskazywanym sposobem oszczędzania jest konto oszczędnościowe przy rachunku bankowym. Część osób nigdzie nie odkłada zaoszczędzonych środków i gromadzi je na swoim osobistym koncie w banku. Niewielkie grono wskazuje też, że dla nich sposobem na oszczędzanie są lokaty, co oczywiście w tej chwili wiąże się z bardzo niskim oprocentowaniem – mówi Karolina Łuczak.

Zaoszczędzone środki blisko 60 proc. Polaków odkłada na „czarną godzinę”. Co ciekawe, na zakup własnego domu lub mieszkania oszczędza tylko co 10. Natomiast mniej więcej 1/4 badanych zamierza przeznaczyć oszczędności na wydatki takie jak remont i umeblowanie mieszkania, a niewiele mniejszy odsetek – na podróże i wakacyjne wyjazdy.

– Zapytaliśmy też Polaków o to, jak podchodzą do spontanicznych zakupów. Do takich wydatków przyznaje się około 60 proc. badanych. Częściej dotyczy to kobiet – ponad 70 proc. z nich deklaruje, że zdarza im się dokonywać nieplanowanych, impulsywnych zakupów. U mężczyzn wygląda to trochę inaczej, na takie wydatki wskazuje około 50 proc. badanych – mówi rzeczniczka Provident Polska. – Zwłaszcza teraz, kiedy mamy trudne czasy i tak dużą niepewność, warto odkładać pieniądze, jeśli tylko mamy możliwość oszczędzania. Warto zastanowić się nad tym, czy faktycznie potrzebujemy tych wszystkich rzeczy, które kupujemy spontanicznie, i czy aby przypadkiem nie lepiej byłoby tę kwotę odłożyć.

Nieumiejętne przeniesienie szkoleń do online’u może obniżyć ich jakość. Nowe narzędzia i funkcjonalności dają jednak ogromne możliwości

Ograniczenia wynikające z pandemii koronawirusa i wprowadzana na dużą skalę praca zdalna spowodowały wzrost zainteresowania webinariami. – Nieumiejętne przeniesienie szkoleń do online’u może jednak obniżyć ich jakość, co wiąże się z wieloma zagrożeniami – mówi Norbert Grzybek, trener biznesu i konsultant. Coraz więcej firm zdaje sobie z tego sprawę, dlatego na rynku pojawiają się coraz nowsze narzędzia, funkcjonalności i możliwości technologiczne, które urozmaicają webinaria i poprawiają ich skuteczność. – Szkolenia z wykorzystaniem wirtualnej rzeczywistości są już testowane i robią naprawdę duże wrażenie. To obiecujący kierunek rozwoju produktów online w branży szkoleniowej – dodaje ekspert.

– Popularności webinariów trudno się dziwić, bo ludzie po okresie izolacji, pozbawieni możliwości przebywania na sali szkoleniowej, korzystają z tych narzędzi, które są dostępne – mówi agencji Newseria Biznes Norbert Grzybek. – Problem braku szkoleń stacjonarnych musiały także rozwiązać organizacje, a przy tym nastąpił rozwój technologiczny narzędzi do pracy online, które stały się jeszcze bardziej funkcjonalne. Pozwoliło to w miarę swobodnie budować klasy, grupy szkoleniowe i organizować spotkania z zachowaniem interaktywności i płynności.

Jak wynika z badania ClickMeeting, aż 39 proc użytkowników wykorzystuje webinaria w celach edukacyjnych, a 29 proc. uczestniczy w profesjonalnych sesjach szkoleniowych. Spotkania biznesowe (w tym z pracownikami) w formie webinariów organizuje 29 proc. respondentów.

Norbert Grzybek dopatruje się kilku możliwych scenariuszy na przyszłość, wynikających z przeniesienia szkoleń do online’u. Jedna z możliwości polega na prostym „przerzuceniu” wszystkiego na wersję zdalną w formie webinariów poszerzonych o materiały szkoleniowe. Efektem takich szkoleń nieumiejętnie przeniesionych do sieci będzie wiedza teoretyczna, której pracownicy nie będą potrafili zastosować w praktyce.

– To trochę tak, jakby się nauczyć szycia koszuli na poziomie teorii, tylko jak przyjdzie co do czego, weźmie człowiek igłę i nici, to różne rzeczy wychodzą z tego – mówi coach. – W tym scenariuszu obawiam się szybkiego zmęczenia ze strony uczestników szkoleń. Mam poczucie, że obecnie ludzie mają dostęp do wiedzy i jest jej w nadmiarze. Webinaria bazują właśnie na przekazywaniu wiedzy, a w mniejszym stopniu kształtują umiejętności, dlatego mogą szybko się przejeść. Aby nastąpiła zmiana umiejętności, należy stworzyć szkolenie w formie procesu.

Jak podkreśla, w najbliższych latach nastąpi zwrot w kierunku mediów, np. różnego rodzaju filmów, seriali wykorzystywanych w szkoleniach oraz wirtualnej rzeczywistości. Drugim zjawiskiem, które będzie jeszcze bardziej widoczne na rynku szkoleniowym, będzie moda na grywalizację i wciąganie użytkownika w określony proces.

– Ich zadaniem będzie zaangażowanie uczestnika, którego będzie można już raczej nazwać widzem. Kolejny kierunek to szkolenia z wykorzystaniem VR oraz łączenie różnego rodzaju technologii, np. podcastów, które też świetnie się sprawdzają podczas szkoleń. W przyszłości mogą pojawić się bardzo ciekawe programy szkoleniowe, z potencjałem na dalszy rozwój w perspektywie najbliższych lat, a nie tylko krótkich wydarzeń – zakłada ekspert.

Już obecnie webinaria stały się głównym źródłem dochodu dla 12 proc. organizatorów takich wydarzeń, a dodatkowym dla 32 proc. W marcu 2020 roku liczba płatnych webinarów na platformie ClickMeeting zwiększyła się aż o 547 proc. w stosunku do marca 2019 roku.

Zdaniem Norberta Grzybka szkolenia w wersji elektronicznej są pozbawione istotnego elementu, który polega na nawiązywaniu relacji międzyludzkich. Dlatego też rozwój kursów online będzie przyzwyczajał uczestników do bezosobowego funkcjonowania.

– Jeśli zakładamy, że rynek w najbliższych kilku latach może się skupiać głównie na pracy zdalnej, to jest to bardzo zasadne. Jeżeli natomiast chcemy uczyć ludzi, jak powinni funkcjonować na co dzień, np. podczas pracy w biurze, to uzyskanie efektu budowania relacji, umiejętności dialogu, radzenia sobie w przestrzeni społecznej będzie bardzo trudne podczas szkoleń na odległość. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że wręcz niemożliwe – stwierdza trener biznesu.

Kolejne zagrożenie, które może wynikać z rozwoju szkoleń online, to pokusa nadmiernych oszczędności, zarówno po stronie firm szkoleniowych, jak i klientów. Organizacja webinariów nie wymaga wyjazdów, wydatków związanych z noclegami, wyżywieniem. To jest opłacalne, ale nie zawsze idzie w parze z rzeczywistym rozwojem i poszerzaniem kompetencji. Ponadto na dłuższą metę spędzanie wielu godzin przed komputerem powoduje, że jest to męczące i niekorzystne dla koncentracji uwagi podczas szkolenia i efektu końcowego.

– Wiele zależy od podejścia organizacji do rozwoju osobistego i poszerzania kompetencji pracowników. Możliwe, że część z nich po pandemii powróci do szkoleń stacjonarnych i ustali sensowne proporcje pomiędzy szkoleniami w tradycyjnej formie a wykorzystaniem webinariów. Jednak część firm postawi zapewne na zdalne formy, będzie dużo więcej wydarzeń wyłącznie w sieci, przy komputerze, zdalnie. Obecnie wielu użytkownikom się to po prostu opłaca. Celowo używam zwrotu „opłaca”, bo często to nie idzie w parze z rozwojem – zaznacza Norbert Grzybek.

Według raportu IDC na temat Future of Work 2/3 europejskich firm planuje kontynuować politykę pracy zdalnej po pandemii. W Polsce jest podobnie – ponad 70 proc. firm deklaruje taki zamiar.

Liczba instalacji fotowoltaicznych błyskawicznie rośnie, ale ich potencjał jest niewykorzystany. Pomogą w tym lokalne, wirtualne elektrownie

W Polsce błyskawicznie rośnie liczba instalacji odnawialnych źródeł energii, głównie instalacji fotowoltaicznych. Wzrost ich znaczenia może poskutkować powstaniem lokalnych, wirtualnych elektrowni, które pozwolą przechowywać nadmiar gromadzonej w przydomowych magazynach energii czy odsprzedawać je do sieci. W skali makro powstaje także tego typu sieć w całej Europie, która pozwoli na przekazywanie zielonej energii wszędzie tam, gdzie aktualnie będzie najbardziej potrzebna.

– W Polsce liczba instalacji fotowoltaicznych rośnie dwukrotnie rok do roku. Drzemie w nich ogromny potencjał, który na razie jest niewykorzystywany. Nie mamy systemowych rozwiązań jak w Europie Zachodniej czy w Stanach, gdzie można nadmiar energii wysyłać do sieci. Moglibyśmy tworzyć tzw. microgridy, co pozwoliłoby stworzyć z jednego osiedla małą elektrownię, która najpierw będzie wymieniała się energią pomiędzy domami, a dopiero potem będzie wysyłała ją dalej – tłumaczy agencji Newseria Innowacje Mariusz Kraj, dyrektor technologiczny Codibly.

Do płynnego funkcjonowania tego typu wirtualnych elektrowni niezbędne jest odpowiednie wsparcie ze strony narzędzi informatycznych. Wyłącznie zautomatyzowane systemy zarządzania będą w stanie na bieżąco zarządzać popytem i podażą energii elektrycznej w mikroskali, aby zapewnić niezakłócone dostawy prądu i zminimalizować straty energii. Codibly zaprojektowało podwaliny systemu energetycznego, który może przyczynić się do upowszechnienia wirtualnych elektrowni. We współpracy z inżynierami Electriq Power opracowano Power Pod, platformę do magazynowania, zarządzania i przechowywania energii elektrycznej pozyskanej m.in. ze źródeł odnawialnych.

Połączenie Power Podów funkcjonujących w wielu domach oraz instytucjach pozwoli płynnie zarządzać przepływem energii, gromadzić ją i przesyłać tam, gdzie jest obecnie najbardziej potrzebna. Przy okazji pozwoli też zminimalizować straty wywołane nadmiarem energii pozyskanej z zasobów odnawialnych w stosunku do bieżącego zapotrzebowania.

– Największym wyzwaniem związanym z odnawialnymi źródłami energii jest to, że są nieprzewidywalne, dlatego nie wiemy, kiedy prąd zostanie wygenerowany. Przesuwanie krzywej zużycia jest kluczowe, jest tyle czynników, że człowiek nie jest w stanie tego wykonać sam. Oprogramowanie może zintegrować systemy rekuperacji, pozwala na działanie całościowe, gdzie nie marnujemy energii, tylko wykorzystujemy np. ciepło odzyskane z domu do tego, żeby ogrzać inny pokój. Natomiast jeżeli chodzi o większą skalę, to jest kwestia tego, żeby efektywnie przechować wygenerowany prąd i wykorzystać go wtedy, kiedy jest potrzebny – wyjaśnia ekspert.

Upowszechnienie wirtualnych elektrowni w skali lokalnej będzie pierwszym krokiem na drodze do stworzenia europejskiej supersieci energetycznej. Dzięki niej możliwe będzie harmonijne zarządzanie europejskim rynkiem energetycznym i dysponowanie zasobami w czasie rzeczywistym, aby w pełni wykorzystać potencjał OZE. Najpierw jednak tego typu instalacje muszą się rozpowszechnić w Polsce.

– Czekamy, aż operatorzy będą w stanie wykorzystać odnawialne źródła energii w taki sposób, w jaki jest to możliwe w krajach zachodnich. Wtedy powstaną wirtualne elektrownie, które będą zrzeszać wiele osiedli, wtedy podłączy się duża firma produkcyjna, która będzie miała np. generatory i w znaczący sposób zmniejszy zużycie. Widzę to jako stworzenie tzw. kolektywu grup, które mają znaczący wpływ na sieć. Pojedynczy dom z jedną instalacją dla operatora w żaden sposób się nie liczy. Natomiast jeżeli to jest całe osiedle, to wtedy może funkcjonować jako jedna jednostka i dostarczyć bardzo dużo elastyczności dla sieci – tłumaczy Mariusz Kraj.

Według analityków z firmy Allied Market Research wartość globalnego rynku wirtualnych elektrowni w 2019 roku wyniosła 1,3 mld dol. Przewiduje się, że do 2027 roku wzrośnie do 5,9 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 21,3 proc.

Naukowcy opracowali urządzenie do noszenia umożliwiające komunikowanie się osobom z paraliżem twarzy. Sprawdzi też skuteczność leczenia

Stwardnienie zanikowe to choroba, która prowadzi do zaniku mięśni, także tych, które pozwalają mówić. Szacuje się, że nawet 75 proc. osób, u których zdiagnozowano ALS, będzie potrzebować jakiejś formy pomocy, aby skutecznie się komunikować. Naukowcy z MIT stworzyli niewidoczny czujnik dla chorych, który przymocowany do twarzy mierzy drobne ruchy, takie jak drganie lub uśmiech. W ten sposób pacjenci mogą przekazywać emocje.

Stwardnienie zanikowe boczne (ALS) to choroba, która prowadzi do zaniku mięśni, a w wielu przypadkach do paraliżu. Dotyczy to nie tylko dużych mięśni, które pomagają się poruszać, lecz także mięśni, które pozwalają mówić. Według ALS Association nawet 75 proc. osób, u których zdiagnozowano ALS, będzie potrzebować jakiejś formy pomocy, aby skutecznie się komunikować. Zwłaszcza że pacjenci mogą całkowicie stracić zdolność mówienia. Komunikację mogą umożliwić nowe technologie.

Zespół naukowców z Massachusetts Institute of Technology zaprojektował rewolucyjne, rozciągliwe, przypominające skórę urządzenie, które można przymocować do twarzy pacjenta i mierzyć drobne ruchy, takie jak drganie ust. Pacjenci mogą w ten sposób przekazywać różne uczucia za pomocą małych ruchów, które są interpretowane przez urządzenie.

– Ciągłe monitorowanie ruchów twarzy odgrywa kluczową rolę w komunikacji niewerbalnej u pacjentów z zaburzeniami nerwowo-mięśniowymi. Obecnie głównym podejściem jest śledzenie za pomocą kamer, co jest wyzwaniem w zakresie mobilności pacjentów – komentuje Takao Someya, profesor elektrotechniki i systemów informatycznych na Uniwersytecie w Tokio. – Badacze z powodzeniem opracowali cienkie, nadające się do noszenia, piezoelektryczne czujniki, które mogą niezawodnie odczytywać napięcie twarzy i przewidywać jej kinematykę. 

Naukowcy zainteresowali się pracą nad sposobami pomocy pacjentom z zaburzeniami nerwowo-mięśniowymi po spotkaniu ze Stephenem Hawkingiem w 2016 roku. Słynny astrofizyk komunikował się za pomocą czujnika podczerwieni, który wykrywał drgania policzka i w ten sposób przesuwał kursor po rzędach i kolumnach liter. Wymaga to jednak specjalistycznego sprzętu, na który większości chorych nie stać. Inni chorzy na ALS używają urządzeń, które mierzą aktywność elektryczną nerwów kontrolujących mięśnie twarzy. Choć pomaga to w komunikacji, to jest nieporęczne. Urządzenie opracowane przez MIT jest niewielkie, łatwo je zakamuflować makijażem i umożliwia komunikację w czasie rzeczywistym.

– Nasze urządzenia są nie tylko plastyczne, miękkie i lekkie, ale są również niewidoczne wizualnie – podkreśla Canan Dagdeviren, profesor ds. rozwoju kariery LG Electronics w MIT i lider zespołu badawczego. – Można je zakamuflować w taki sposób, żeby były zupełnie niewidoczne nawet na twarzy.

Nowe urządzenie składa się z czterech czujników piezoelektrycznych wykonanych z azotku glinu, które mogą wykryć mechaniczne odkształcenie skóry i przekształcić je w łatwo mierzalne napięcie elektryczne. Dzięki algorytmowi rozpoznaje uśmiech, zaciśnięte lub otwarte usta. Naukowcy przetestowali je na dwóch pacjentach z ALS i dzięki algorytmowi udało się uzyskać 75-proc. dokładność w rozróżnianiu różnych ruchów. Dla porównania, u zdrowych osób ten wskaźnik sięgnął 87 proc.

– Możemy tworzyć spersonalizowane komunikaty na podstawie ruchów, które pacjent wykonuje – przekonuje Canan Dagdeviren. – W zasadzie można tworzyć tysiące wiadomości, czego nie potrafi w tej chwili żadna inna technologia. Wszystko zależy od konfiguracji biblioteki, którą można zaprojektować dla konkretnego pacjenta lub grupy pacjentów.

Dotychczas chorzy na ALS używali do komunikowania się bankowości głosowej  do przechowywania głosu na komputerze w celu zastosowania go w urządzeniu generującym mowę, np. poprzez rejestrację szeregu zdań, gdzie poszczególne dźwięki są wykorzystywane do syntezy mowy. Aby się komunikować, mogą wskazywać obrazy i litery palcami lub w przypadku mniej mobilnych pacjentów za pomocą wskaźnika laserowego przymocowanego do głowy. Inną często wykorzystywaną technologią jest np. śledzenie wzroku. Specjalna kamera wykorzystuje źródło światła podczerwonego lub bliskiego podczerwieni i śledzi ruch oczu, umożliwiając pacjentom używanie ich jak myszy komputerowej.

Żadna jednak z tych technologii nie może być używana do śledzenia postępu choroby pacjenta lub do sprawdzania, czy leczenie przynosi jakikolwiek efekt. Urządzenie opracowane przez MIT pozwala natomiast mierzyć skuteczność terapii.

– Istnieje wiele badań klinicznych, które sprawdzają, czy dana terapia jest skuteczna w odwracaniu stwardnienia zanikowego bocznego – twierdzi Farita Tasnim, absolwentka MIT i jedna z autorek badania. – Zamiast polegać tylko na tym, że pacjenci zgłaszają, że czują się lepiej lub są silniejsi, to urządzenie może dostarczyć ilościowe badanie skuteczności leczenia.

Rynek pracy IT w 3 kw. 2020 – rosną płace, ale firmy stawiają na doświadczenie

Łącznie blisko 10.000 ofert pracy, 3.000 pracodawców i kluczowy wniosek: rynek pracy kandydatów IT w trzecim kwartale 2020 wrócił do poziomu z początku roku. Z raportu „IT Market Snapshot Q3 2020” przygotowanego przez analityków z platformy rekrutacyjnej inhire.io wynika, że liczba ofert pracy dla kandydatów IT wzrosła o 24% w stosunku do 2. kwartału br. Wzrósł też ogólny poziom wynagrodzeń w branży (10%), co oznacza, że wrócił on do poziomu sprzed pandemii. Wzrost najbardziej widoczny jest dla ofert pracy zdalnej. Analitycy inhire.io wskazują, że zacierają się różnice wynagrodzeń pomiędzy poszczególnymi miastami oraz zrównuje poziom płac dla pracowników wykonujących pracę w trybie zdalnym i stacjonarnym. Nadal ponad 2/3 ogłoszeń nie zawiera widełek płacowych.

Kluczowe dane z raportu:

  • Dla umów B2B średni poziom górnych widełek jest największy w Warszawie i wynosi 17.914 PLN.
  • Najwięcej ofert pracy dla kandydatów IT pojawia się w Warszawie (blisko 3.000), Krakowie (1.408),Wrocławiu (1.157), Poznaniu i Gdańsku (ponad 550 w każdym z miast).
  • Najbardziej poszukiwani są doświadczeni kandydaci – 84% a najmniej ofert kierowanych jest do juniorów – zaledwie 6%.

W świetle raportu „IT Market Snapshot Q3 2020” przygotowanego przez zespół inhire.io średnie zarobki w porównaniu z ubiegłym kwartałem wzrosły średnio o 10%. Analizując dane dotyczące umów B2B górne widełki zarobków w Warszawie osiągają kwotę rzędu 17.914 PLN. Niewiele mniej – 17.814 PLN – oferują gdańskie firmy. Kraków utrzymuje niezmiennie wysoki poziom zarobków na UoP wynoszący ok. 14.500 PLN.

Java Script najczęściej poszukiwany, Scala najwyżej wynagradzana

W porównaniu z ubiegłym kwartałem wciąż najpopularniejszymi językami programowania w publikowanych ofertach jest JavaScript (28%), Java (20%), Python (16%), PHP i Typescript (8%) oraz C# (7%). Widać również znaczące różnice w średniej wysokości wynagrodzenia w zależności od języka programowania, niezmiennie jednak najlepiej płatne są technologie związane z Big Data. Trzeci kwartał 2020 r. to czas wzrostu wynagrodzeń, które w Q2 spadły o około 10%. Obecnie wzrosty świadczą o powrocie do czasu sprzed wybuchu pandemii (Q1).języki programowania

Najwyższe wynagrodzenia są oferowane programistom pracującym w języku Scala, który dotyczy jednak tylko 1% ofert. Na podium najbardziej dochodowych języków programowania znajduje się również Java i C. Jak wskazują analitycy inhire.io praktycznie zniknęły różnice w wynagrodzeniu zależnie od trybu pracy (zdalnej lub stacjonarnej), jednak ta sytuacja dotyczy jedynie osób na stanowisku Mid i Senior.języki programowania a wynagrodzenia

Doświadczenie bardziej w cenie

Wyniki raportu „IT Market Snapshot Q3 2020” wyraźnie pokazują, że utrzymuje się zapotrzebowanie na doświadczonych specjalistów IT, a z rynku praktycznie zniknęły oferty pracy dla juniorów. W trzecim kwartale br. ponad 48% ofert pracy zaadresowanych było do pracowników posiadających co najmniej średnie doświadczenie zawodowo, a blisko 46% dotyczyło seniorów / ekspertów. Ofert przeznaczonych dla juniorów dotyczyło niespełna 6% wszystkich ogłoszeń.

Firmy coraz chętniej publikują ogłoszenia z uwzględnieniem widełek płacowych, jednak nadal ponad 2/3 pracodawców nie chce ujawniać kwot oferowanego wynagrodzenia. W sektorze IT, w związku z ogromną ilością ofert dla kandydatów, informacja o zarobkach stała jednym z ważniejszych czynników decyzyjnych w procesie rekrutacji. Mediana rozpiętości widełek w branży jest jednak dość wysoka – w uśrednieniu górne widełki niejednokrotnie stanowią nawet 145% tych dolnych – komentuje wyniki analizy Michał Gąszczyk – CEO platformy inhire.io

Warszawa nadal skupia najwięcej programistów

Ciekawe wygląda też kwestia publikowanych ofert z branży IT w poszczególnych miastach. Zwiększyła się znacznie (24%) zarówno liczba publikowanych ogłoszeń jak również się liczba publikujących firm (22%). W czołówce miast najaktywniej rekrutujących specjalistów IT wciąż znajduje się Warszawa, gdzie w Q3 2020 opublikowanych zostało prawie 3.000 ofert. Na kolejnych miejscach uplasował Kraków, Wrocław i Poznań.stawki programistów w regionach

Szeroko rozumiana branża IT praktycznie wróciła do stanu sprzed pandemii i bardzo skutecznie przestawiła się na model pracy zdalnej. Wbrew wszelkim obawom związanych z drugą falą pandemii, Q3 okazał się dla specjalistów IT co najmniej łaskawy. Popyt na doświadczonych pracowników w branży stale rośnie, a proponowane stawki wciąż uznawane są za jedne z najwyższych.

Więcej informacji i danych znajdą Państwo w bezpłatnym raporcie na stronie:

https://inhire.io/insights/it-market-snapshot-q3-2020/

Kryzys to idealny czas na inwestycje

Każde spowolnienie gospodarcze przynosi okazje inwestycyjne – choćby takie, jak możliwość taniego zakupu akcji na giełdzie czy korzystnego przejęcia majątku upadających przedsiębiorstw. Nie inaczej jest teraz, przy czym nie sposób pozbyć się wrażenia, że aktualny kryzys jest wyjątkowo szczodry pod względem powstających dzięki niemu możliwości inwestycyjnych. Wygląda to niemalże tak, jakby koronawirus spadł z nieba startupom technologicznym.

O nagłym rozwoju branży e-commerce napisano już chyba wszystko. Jednak wzrost ten pozostaje jedynie elementem szerszego zjawiska związanego z tym, że aby przetrwać kryzys, zarówno przedsiębiorstwa, jak i jednostki muszą działać bardziej efektywnie. Bardzo chętnie robimy więc zakupy w sieci. Dzięki temu oszczędzamy czas konieczny na wizytę w sklepie. Pracując zdalnie, oszczędzamy czas niezbędny na dojazdy do pracy. Może to być nawet 2-3 godziny dziennie. Dalsze oszczędności możemy uzyskać dzięki internetowym i mobilnym aplikacjom zwiększającym naszą produktywność. Ich producenci w ostatnim czasie zanotowali ogromny wzrost przychodów.

Nieruchomości i linie lotnicze

Na powyższych przykładach wyraźnie widać, w jaki sposób pandemia przyspiesza zachodzące i tak od wielu lat procesy oraz zmiany korzystne dla gospodarki. Jednak możliwości jest dużo więcej. Ponieważ coraz trudniej znaleźć atrakcyjne formy lokowania środków na rynkach finansowych, ciekawe perspektywy otwierają się przed branżą nieruchomości oraz przed działającą na jej potrzeby branżą budowlaną. Co prawda amerykański Dow Jones Real Estate Index traci od początku roku prawie 14 proc., ale właśnie to czyni z niego okazję inwestycyjną. Nie ma wątpliwości, że zerowe stopy procentowe zwiększą zainteresowanie takimi formami lokaty kapitału jak nieruchomości.

Wielkie pieniądze z pewnością zarobią też ci, którzy we właściwy sposób zainwestują swój kapitał w akcje amerykańskich linii lotniczych. Póki co nie jest za późno. Jest to jeden z niewielu sektorów, którego nie dotyczy ożywienie cen akcji, jakie zaczęło się pod koniec marca. Tymczasem Stany Zjednoczone nie są w stanie przeżyć bez swoich linii lotniczych a wydrukowane biliony dolarów czekają na to, aby być zainwestowane w cokolwiek. Każda informacja o bliskiej perspektywie powrotu branży do normalności może spowodować, że ceny akcji linii lotniczych w krótkim czasie wzrosną nawet o 100 lub 200 proc. Podobnie może być z sieciami hoteli, restauracji czy biurami podróży.

Platformy inwestycyjne dla każdego

Inwestowanie w światowe giełdy staje się coraz łatwiejsze, gdyż na naszych oczach, w bardzo krótkim czasie rynek inwestycji kapitałowych został na zawsze zmieniony przez mikrorewolucję. Przedsiębiorstwa z sektora technologii finansowych coraz odważniej wypierają z rynku tradycyjne banki, oferując nowoczesne formy oszczędzania i inwestowania. Co prawda, takie aplikacje jak Robinhood czy Moneybox nie są jeszcze dostępne w Polsce, jednak nie brakuje innych platform inwestycyjnych dających ogromne możliwości. W akcje notowane na światowych giełdach można inwestować nawet tak małe kwoty jak 1 dolar. Wielu specjalistów prognozuje, że rosnące w siłę fintechy w najbliższym czasie będą się łączyć z tradycyjnymi bankami. Jednak należy zadać sobie pytanie o to, czy w ogóle będą miały na to ochotę. Wejście do przeregulowanego świata tradycyjnej bankowości w oczywisty sposób ograniczałoby ich możliwości rozwoju.

Szansę na inwestycje w dynamiczne sektory rozwijające się dzięki kryzysowi dają też Alternatywne Spółki Inwestycyjne. Pozyskują one środki od inwestorów i przeznaczają je na rozwój młodych, innowacyjnych przedsiębiorstw mających duże perspektywy rozwoju. W czasie kryzysu jest więc sporo możliwości, natomiast jest też poważne niebezpieczeństwo. Jest nim kombinacja przyspieszającej inflacji i zerowych stóp procentowych. Realna wartość oszczędności trzymanych na lokatach bankowych będzie dynamicznie maleć, więc ich posiadacze muszą aktywnie poszukiwać innych możliwości.

Autor: Łukasz Blichewicz – współzałożyciel i prezes zarządu grupy Assay, ekspert w zakresie rozwoju i finansowania spółek technologicznych.

Biura w stolicy stoją puste średnio przez 267 dni

Od marca 2020 zasoby wolnej powierzchni w istniejących obiektach w Warszawie (klasa A, B i C) wzrosły o ponad 25 proc. – do poziomu 775 tys. m2. Biura w stolicy stoją średnio niewynajęte przez 9 miesięcy. W oczekiwaniu na zamknięcie roku, publikujemy dane REDD dotyczące przełomu 2020/2021.

Co przyniesie 2021? Analizując przełom roku warto uwzględnić zebrane przez REDD dane od właścicieli najnowocześniejszych, A-klasowych obiektów, którzy w systemach REDD oznaczyli:

  • 910 modułów biurowych o łącznej powierzchni 489 tys. m2 jako dostępnych „natychmiast”
  • 101 modułów biurowych o łącznej powierzchni 117 tys. m2 jako dostępnych do końca stycznia 2021

Zakładając obecny poziom absorpcji, który w ostatnich dwóch miesiącach utrzymuje się w granicach +- 3000 m2, można zakładać przyrost dostępnej nowoczesnej powierzchni nawet do poziomu 600 tys. m2 do końca stycznia 2021.

REDD1

— Przed nami koniec szczególnego roku, którego nie da się porównać do żadnego innego w ostatnich dekadach. Przez ostatnie miesiące wysuwaliśmy różne hipotezy i prognozy rynkowe, bacznie obserwując ruchy najemców, inwestorów i deweloperów. Przełom grudnia i stycznia to jednak okres wyjątkowy – wiele umów najmu wygasa, i mimo szczególnie trudnego okresu to właśnie teraz setki firm podejmuje decyzje o przyszłości. Prawie 120 tys. metrów kwadratowych w warszawskich biurowcach może zwolnić się w następnych trzech miesiącach. Czy znajdą nowych najemców lub zostaną przedłużone zanim wygasną obecne umowy? Jakie będą decyzje w dobie, gdy biura święcą pustkami, a większość pracowników pracuje zdalnie? W tym momencie, rynek mówi »sprawdzam«, i posługując się nomenklaturą giełdową możemy powiedzieć, że przed nami prawdziwy pojedynek byków i niedźwiedzi o dominację na rynku — mówi Piotr Smagała, Managing Director, REDD.

REDD Index: Warszawskie biura stoją puste średnio przez 267 dni

REDD Index to wyrażony w dniach wskaźnik, który pokazuje jak długo dostępne powierzchnie biurowe pozostają niewynajęte. Średnia wartość REDD Index dla Warszawy wynosi obecnie 267 dni. Oznacza to, że biura stoją średnio niewynajęte przez okres 9 miesięcy.REDD2

Druga fala COVID-19: co czeka sektor warzywno-owocowy?

Wpływ drugiej fali pandemii COVID-19 na gospodarkę jest niepewny. Wysoka liczba zakażeń i nowe restrykcje na pewno odbiją się na konsumpcji, utrudnieniach w eksporcie, czy spowolnieniu pracy w portach, a co za tym idzie, funkcjonowaniu sektora warzywno-owocowego. Jakie wyzwania przed nim stoją? Czy obostrzenia i ponowny, częściowy lockdown przyniosą ze sobą długofalowe skutki dla sektora? Unia Owocowa we współpracy z Freshfel określa dalszy wpływ pandemii na branżę.

W pierwszych tygodniach kryzysu koronawirusa, konsumenci Unii Europejskiej wykazali bardzo silne zapotrzebowanie na świeże produkty m. in. w Polsce, Grecji, Włoszech, czy Francji. W trakcie lata i początku jesieni, zapotrzebowanie ustabilizowało się. Mimo to, eksperci większości krajów skupieni we Freshfel, określają przyszły poziom konsumpcji jako niepewny. W kontekście narastającego kryzysu gospodarczego, rośnie presja na ceny na poziomie detalicznym, co znaczące wpłynie na sektor. Niespodziewanej zmianie może również ulec popyt konsumentów na warzywa i owoce, w szczególności na kategorie premium, produkty ekologiczne i lokalne, zagrażając stabilności gospodarczej podmiotów. Unia Owocowa podkreśla, że sektor powinien zmobilizować się do skrupulatnego monitorowania trendów konsumpcyjnych oraz śledzenia presji cenowej.

Czy dodatkowe koszty zmaleją?

Sektor od początku trwania pandemii mierzy się z wieloma dodatkowymi kosztami – mniejszą produktywnością na stacjach, urządzeniami i środkami sanitarnymi, rosnącymi kosztami transportu, czy kosztami pakowania. Oszacowano, że dodatkowe koszty dla europejskiego łańcucha dostaw wyniosły co najmniej 500 mld euro miesięcznie. Częściowe zrównoważenie nastąpiło przez wspomniany wysoki popyt, lecz przy normalnej lub mniejszej konsumpcji i dużej presji cenowej, dodatkowe koszty stanowią duże zagrożenie dla sektora.

– Kolejnym, nadchodzącym ryzykiem będzie dla nas zbliżający się Brexit, ponieważ dotychczas eksport UE na rynek brytyjski wynosił ponad 3 mln ton – sama Polska eksportuje tam 90 tys. ton, w tym 10 tys. ton jabłek. Brexit ponownie zwiększy koszty dla sektora. Musimy dokładnie śledzić tę sytuację i unikać scenariusza braku porozumienia, ponieważ w dobie pandemii kumulacja dodatkowych kosztów może osłabić sektor warzyw i owoców – dodaje Paulina Kopeć, sekretarz generalna Unii Owocowej.

 Obostrzenia w restauracjach i ich wpływ na sektor

Sytuacja sektora HORECA, wprowadzone restrykcje i ograniczenia, a nawet całkowite zamknięcia restauracji w niektórych krajach UE, będą miały duży wpływ na operatorów i warzyw zaopatrujących ten kanał. Potrzeba zwiększyć widoczność dostawców podczas zamykania usług żywieniowych, ponieważ dotychczas rządy krajów członkowskich UE koncentrują się na samym sektorze usług, tj. restauracjach, barach, czy hotelach. Warto zwrócić uwagę na to, że ograniczenia w usługach, zamknięcia gastronomii, zmniejszenie sprzedaży hurtowej, niosą również konsekwencje dla sektora warzywno-owocowego.

Czy nadal brakuje pracowników sezonowych?

Branża nadal boryka się z niedoborem pracowników sezonowych. Model aktywnej kwarantanny, stosowany m. in. w Polsce, Włoszech i Niemczech pozwala na niezaprzestanie pracy. Jednak model ten nie jest stosowany w niektórych krajach. Istnieją również ograniczenia związane z liczbą osób na kwaterze lub w pojazdach, a zatem nadal istnieją problemy z zabezpieczeniem zbioru w następnych miesiącach. M.in. we Francji nie dopuszcza się do przyjazdu marokańskich pracowników. Mimo stosowania się do zasad sanitarnych, w Polsce obserwujemy liczne kwarantanny i zachorowania u pracowników sezonowych. Należy skupić się na zapewnieniu pracowników do przyszłych prac szkółkarskich i utrzymania sadów.

Ograniczenia w eksporcie

Eksport, zarówno w Polsce, jak i innych europejskich krajach jest kontynuowany między innymi dzięki internetowym systemom weryfikującym obowiązującym w 34 rynkach eksportowych. M.in. Egipt, Tajlandia czy Chiny przyjmują przesłane drogą elektroniczną zeskanowane certyfikaty fitosanitarne. Mimo to, eksport UE zmalał o ok. 9%, podczas gdy stabilność wykazał handel wewnętrzny między krajami członkowskimi. W branży pojawiają się opinie, że wraz z drugą falą COVID-19 operatorzy zachowają ostrożność przy wywozie i skupią się na rynku wewnętrznym UE. Kolejnym problemem staje się ubezpieczenie kredytu, które w obliczu koronawirusa może mieć mniejszą wartość lub w pewnym stopniu ograniczy destynacje eksportu. Branża zachęca do kontynuowana unijnych środków wsparcia na rzecz ubezpieczenia kredytów eksportowych i wspólnej koordynacji działań UE z krajami trzecimi, by zapobiegać zamykaniu rynków.

Obecnie znajdujemy się w podobnym punkcie, jak podczas pierwszej fali COVID-19. Wspólnie wyciągnęliśmy wnioski i wiemy, że najważniejsza jest współpraca grup producenckich, wspólne skupienie się na problemach i kontynuowanie założonej strategii, bacznie obserwując zachodzące zmianykomentuje Paulina Kopeć.

Programy akceleracyjne: wartość czy kompletna strata czasu dla start-upu?

Pracownicy korporacji uczący przedsiębiorczości, dziesiątki godzin poświęconych na kontrproduktywne spotkania z mentorami, którzy w rzeczywistości próbują sprzedać swoje usługi, a w nagrodę dyplom i przymus oddania udziałów w spółce – tak często wyglądają realia programów akceleracyjnych w Polsce. Błędna decyzja o podpisaniu umowy uczestnictwa może być brzemienna w skutkach przez lata.

Założenie jest racjonalne: osoby będące ekspertami w poszczególnych dziedzinach związanych z prowadzeniem spółki na wczesnym etapie dzielą się swoim doświadczeniem, by pomóc firmie w rozwoju. Wszystko jest szczegółowo zaprojektowane, często pod konkretną branżę, podzielone na konsekwentnie następujące po sobie etapy. Partycypują w tym przedstawiciele różnych środowisk – m.in. korporacji, funduszy i start-upów, co daje unikalną synergię wiedzy. Ukoronowaniem jest pilotażowe wdrożenie technologii w prominentnej spółce, która docelowo może stać się klientem. Problem jednak w tym, że teoria dalece różni się od praktyki, a nieświadomi tego founderzy angażują znaczące pokłady czasu, bezrefleksyjnie sądząc, że przyniesie to wyłącznie korzyści.

Diabeł tkwi w szczegółach

Programy akceleracyjne mogą być realizowane przez szereg podmiotów: korporacje, fundacje czy prywatne spółki, z których każdy będzie mieć nieco inny cel. Przykładowo korporacja może traktować owy program jako źródło ciekawych pomysłów do wdrożenia, narzędzie do scoutingu start-upów, w które może zainwestować przez posiadany wehikuł CVC czy rozpocząć komercyjną współpracę lub po prostu działanie PR-owe, co przeważało jeszcze kilka lat temu. Mniejsze spółki z kolei są często beneficjentami różnego rodzaju grantów, więc z jednej strony ich zespół otrzymuje wynagrodzenie za realizację prac, z drugiej natomiast mogą obejmować udziały w akcelerowanych spółkach – cel zatem będzie miał wymiar komercyjny.

Świadomość powyższego, powinna stanowić asumpt do tego, by zastanowić się, jaki cel ma organizator i czy długofalowo będzie on zbieżny z tym, co chce osiągnąć start-up. Młody przedsiębiorca musi zatem zadać sobie trudne pytanie: do czego jest mi to potrzebne? Czy liczę na know-how, zdobycie klientów, pierwsze wdrożenie, a może ma to pomóc w uzbieraniu rundy inwestycyjnej? Oczywiście może być to kilka rzeczy naraz, jednak warto nadać celom pewną hierarchię i kierować się nią w toku całego projektu. Często widzi się tylko wierzchołek góry lodowej w postaci narracji zbudowanej w mediach społecznościowych: atrakcyjnych zdjęć, występowania u boku wielkich nazwisk czy brandów, wyjazdów do ciekawych miejsc – zwłaszcza upragnionych Stanów Zjednoczonych – czy nagród pieniężnych lub rzeczowych. Owszem stanowi to pewną wartość, natomiast mało kto zastanawia się jaki jest koszt! Punkt wyjścia stanowić oczywiście powinny regulacje dotyczące udziału w programie, a te bywają zawiłe. Nieostre zapisy umowne, lekkomyślne podchodzenie do formalności mogą zakończyć się lawiną kłopotów, jeśli spółka będzie się rozwijać. Częściowe prawo do wypracowanej w toku programu własności intelektualnej, objęcie określonej liczby udziałów z uprzywilejowanymi uprawnieniami korporacyjnymi lub wykup ich za horrendalną cenę, konsekwencje nieświadomego skorzystania z różnych form pomocy publicznej, która utrudnia bądź uniemożliwia sięgnięcie po docelowe środki – to tylko część przykładów. Start-up powinien każdorazowego dokładnie przeanalizować zapisy ze wsparciem doświadczonych osób, by zdać sobie sprawę z faktu, że opłata za udział może okazać się najmniejszym problemem.

Kolejną kwestią są pochodne zadeklarowanego udziału w projekcie, które często związane są z olbrzymią ilością czasu. Wspólne wyjazdy, spotkania, szkolenia, zadania do wykonania, formalności do wypełnienia. Co więcej na wczesnym etapie często angażowani są w tym czasie founderzy spółki, od których zależą losy całego przedsięwzięcia. Efekt jest taki, że za cenę zasięgów w społecznościówkach spółka marnuje dziesiątki godzin, które powinny zostać przeznaczone na budowę produktu, poszukiwanie klientów czy rozmowy z inwestorami. Zamiast zajmować się biznesem i zarabiać pieniądze bierze udział w zabawie, która może okazać się gwoździem do trumny, a często kontrakty nie pozwalają przerwać jej w trakcie. Pogoń za iluzorycznym sukcesem przeradza się w fundamentalnie błędną decyzję biznesową.

Jak uniknąć czarnego scenariusza?

Chcąc przekuć akcelerację w sukces, należy zacząć od dokładnej weryfikacji programu. Wiedząc, co chcemy osiągnąć, warto spróbować oszacować, na ile jest to możliwe. Fundament stanowią ludzie, z którymi mamy pracować. Trzeba sprawdzić, kto będzie nam doradzał, jaki jest jego background – czy faktycznie ma osiągnięcia w danej dziedzinie – ile czasu będzie mógł poświęcić spółce i na jakich zasadach. Ekosystem start-upów jest raczej otwarty, więc dotarcie do poszczególnych osób z reguły nie stanowi problemu. Następny aspekt to weryfikacja tego, co jest kulminacją danego programu. Modelowo powinno być to wdrożenie u potencjalnego klienta. Jeśli tak jest, warto zweryfikować na jakich zasadach się ono odbywa, czy są planowane na to zasoby i z jakimi obostrzeniami się to wiąże. Jeśli przykładowo skutkiem ma być zakaz konkurencji, a start-up planuje skupić się na wyłącznie jednej branży – warto przynajmniej rozważyć sensowność danego posunięcia.

Kolejnym krokiem jest sam program i związane z nim obostrzenia. Co dokładnie będzie się działo? Jakiego zaangażowania od spółki będzie to wymagać? Jakie będą efekty, jeśli zostanie osiągnięty sukces? To tylko niektóre pytania, które warto zadać sobie przed przystąpieniem i skonfrontowaniem całości z alternatywnymi działaniami, które można podjąć. Niezwykle ważny aspekt stanowią też opinie o danym akceleratorze. Nie chodzi tutaj oczywiście o piękne laurki widniejące na stronie, a rzeczywiste przemyślenia reprezentantów spółek, które zdecydowały się wziąć udział. Z jednej strony można prześledzić losy samych firm i sprawdzić, czy wciąż są na rynku, jak sobie radzą itd. Z drugiej natomiast zasięgnąć informacji bezpośrednio u founderów, zadając jedno proste pytanie: co realnie udało się Wam osiągnąć biorąc udział w akceleracji. Mając kilka opinii, ławo wyciągnąć średnią i wiedzieć, czego można się realnie spodziewać.

Na koniec należy dodać, że obecnie na polskiej scenie funkcjonuje kilka niezwykle wartościowych programów, które dają realną wartość w postaci ciekawego networku, unikalnej wiedzy oraz przede wszystkim wdrożeń u potencjalnych klientów. Wyzwaniem jest to, by potrafić je wytypować z gąszczu tych o marginalnej przydatności i przekuć je nie tylko na rozpoznawalność, ale realny biznes dla spółki, bo start-upom zdarza się zapominać, że to właśnie o to, w tym wszystkim chodzi.

Autor: Szymon Janiak, Dyrektor Zarządzający Czysta3.vc

Sztuczna inteligencja w windykacji

Procesowi windykacji zadłużenia bardzo często towarzyszą ogromne emocje. Z jednej strony dłużnik może być w trudnej sytuacji życiowej, z drugiej wierzyciel może mieć problemy związane z tym, że nie może dysponować należnymi mu środkami. Działania windykacyjne często powodują też znaczne dodatkowe koszty po obu stronach.

Zarówno instytucje finansowe, jaki firmy windykacyjne już dawno zrezygnowały z nieetycznych działań związanych z windykacją. Są one nie tylko nielegalne ale również nieskuteczne. Właściwe podejście, jakie stosują praktycznie wszystkie liczące się instytucje, to partnerski układ z dłużnikiem pozwalający na stopniową redukcję zadłużenia. Jednak cały czas rozbieżne interesy obu stron powodują, że dochodzi do nieprzyjemnych sytuacji i niepotrzebnych emocji. Podstawowym problemem dla dłużników są uciążliwe telefony od windykatorów, z kolei wierzyciele ponoszą straty z tytułu kosztów działań windykacyjnych i braku możliwości dysponowania kapitałem.

Startupy z branży technologii finansowych od dawna już zastanawiają się, w jaki sposób zwiększyć skuteczność działań windykacyjnych i jednocześnie obniżyć ich koszty. Robią to we właściwy sobie sposób, czyli starają się automatyzować wszystkie możliwe procesy biznesowe. Okazuje się, że windykacja bez udziału człowieka może rozwiązać większość napotykanych problemów. Nowym, ciekawym rozwiązaniem są mobilne aplikacje służące do windykacji. Klient po zainstalowaniu aplikacji loguje się do niej i widzi aktualny stan swoich zobowiązań. Może je spłacać przy pomocy natychmiastowych przelewów, prosić o odroczenie lub rozłożenie na raty.

Aby pomóc klientom w spłacie zobowiązań, aplikacja może mieć wbudowaną funkcjonalność doradcy finansowego. Takie rozwiązanie, oparte na sztucznej inteligencji, może analizować przychody i wydatki klienta oraz pomóc mu stworzyć plan umożliwiający jak najszybsze pozbycie się zadłużenia. Zakładając, że w większości przypadków problemy finansowe wynikają z błędów, jakie klienci banków popełniają przy planowaniu swoich wydatków, takie rozwiązanie może być bardzo pomocne i skuteczne a jego beneficjentami są zarówno dłużnik jak i wierzyciel. Automatyczny doradca finansowy może również pomagać gromadzić oszczędności oraz inwestować je na rynkach finansowych i kapitałowych.

Bardzo ciekawym rozwiązaniem może być również spłata zobowiązań przez cashback. Klient, robiąc zakupy w sieci, otrzymuje rabaty w sklepach współpracujących z właścicielem aplikacji. W zależności od aktualnych potrzeb klienta kwoty rabatów mogą być przekazywane na poczet oszczędności lub spłaty zobowiązań.

Pierwszą polską firmą, która wprowadza na rynek tego rodzaju rozwiązania jest Provema. Ta katowicka spółka rozpoczynała swoją działalność od budowania systemów do automatycznej analizy ryzyka kredytowego z użyciem algorytmów sztucznej inteligencji. Jak mówi Grzegorz Szulik – Prezes Zarządu Provemy, zastosowanie zaprojektowanej przez firmę aplikacji może obniżyć koszty związane z windykacją nawet o 40%. Jednocześnie zwiększa ona skuteczność podejmowanych działań i poprawia relacje z klientami.

Autor: Grzegorz Szulik, prezes polskiego fintech’u Provema