Prawie 90 proc. pracowników ocenia, że praca zdalna będzie zyskiwać na znaczeniu. Dla wielu z nich to sposób na wypalenie zawodowe

Na skutek koronakryzysu ponad 3/4 pracowników umysłowych w Polsce przeszło na pracę zdalną. Większość z nich ocenia ten model pracy jako łatwy do zorganizowania i przynoszący korzyści, takie jak m.in. elastyczne godziny pracy czy oszczędności związane z dojazdem do biura. Mimo że home office jest dużą pokusą do wykonywania niezwiązanych z pracą czynności, to zarówno pracownicy, jak i pracodawcy dość dobrze oceniają efektywność tego modelu – wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie Gumtree.pl przy współpracy z Randstad Polska. Blisko połowa pracowników deklaruje też, że praca zdalna może być dla nich sposobem na odciążenie psychiczne i emocjonalne, zapobiegając wypaleniu zawodowemu. Z tym problemem boryka się już co trzeci pracownik w Polsce.

Przed pandemią SARS-CoV-2 tylko 19 proc. pracowników w Polsce deklarowało, że wykonuje swoją pracę głównie w trybie zdalnym, a 29 proc. – że ma taką możliwość przez kilka dni w miesiącu. Koronawirus zmienił te statystyki. W pierwszych tygodniach marca tysiące polskich pracowników i firm niemal z dnia na dzień musiało przejść w tryb pracy zdalnej. Pod koniec kwietnia ponad 3/4 pracowników umysłowych w Polsce pracowało w tym modelu (41 proc. – wyłącznie zdalnie, a 35 proc. – w ograniczonym wymiarze czasu).

– Okres pandemii spowodował rewolucję w organizacji pracy w Polsce. To był egzamin z mobilności, który trzeba było zdać bardzo szybko. Po stronie pracodawców pojawiało się wiele wątpliwości związanych z przejściem na tryb zdalny, jak choćby kwestie dotyczące braku kontroli nad pracownikami i kosztów wprowadzania takiego modelu. Nagle w pierwszych tygodniach marca konieczne było sprawdzenie tego w praktyce i pozbycie się obaw. Pracodawcy stwierdzili, że kontrola nie jest tak konieczna, jak im się wcześniej wydawało – mówi agencji Newseria Biznes Mateusz Żydek, ekspert rynku pracy Randstad Polska.

Jak wynika z badania przeprowadzonego przez ARC Rynek i Opinia na zlecenie Gumtree.pl i Randstad Polska, zdecydowana większość (69 proc.) Polaków pracujących zdalnie ocenia ten sposób pracy jako łatwy lub bardzo łatwy do zorganizowania. Częściej deklarują to mężczyźni (74 proc.) niż kobiety (65 proc.). Z pracą zdalną lepiej poradzili sobie też ci pracownicy, którzy mieli z nią doświadczenia jeszcze sprzed okresu pandemii (75 proc.)

– Elastyczność pracy zdalnej może być rozumiana dwojako. Pracownicy cenią sobie fakt, że mogą pracować z dowolnego miejsca. Większość wybiera pracę z domu, ale zdarzają się osoby, które pracują na świeżym powietrzu, w parku czy kawiarni. Cenią również elastyczność godzinową i fakt, że mogą zaoszczędzić na dojazdach zarówno czas, jak i pieniądze – mówi Katarzyna Merska, koordynatorka ds. komunikacji w Gumtree.pl. – Z kolei pracodawcy mają nieco inne podejście do tej elastyczności i otwarcie deklarują, że rozumieją ją jako możliwość kontaktowania się z pracownikiem o dowolnej porze dnia. Rzeczywiście aż 70 proc. pracowników zdarza się, że pracodawca dzwoni do nich albo wysyła maile poza standardowymi godzinami pracy.

Aż 7 na 10 pracowników zdalnych wskazuje, że ich szefowie kontaktują się z nimi po godzinach pracy, przy czym w przypadku co trzeciego ma to miejsce regularnie. Prawie co piąty wskazuje, że powodem nadgodzin są problemy ze skonsultowaniem tematów z przełożonym czy współpracownikami, a co dziesiąty uważa, że to efekt zlecania zbyt dużej liczby zadań przez przełożonych. Zwykle jednak przyczyną jest wykonywanie dodatkowych, niezwiązanych z pracą czynności (46 proc.) i zbyt długie przerwy (30 proc.). Ogólnie do przekraczania standardowych godzin pracy przyznaje się ponad 2/3 osób pracujących zdalnie. Najczęściej zdarza się to w małych firmach (77 proc.), najrzadziej w dużych przedsiębiorstwach.

Jako istotne korzyści home office’u Polacy wymieniają elastyczne godziny pracy, oszczędności związane z dojazdem do biura czy możliwość pracy w dowolnym miejscu. Eksperci zwracają uwagę, że może ona być także sposobem na wypalenie zawodowe.

– W tej chwili trudno ocenić, jaki wpływ miała pandemia na poziom wypalenia zawodowego. Ponad 60 proc. pracowników zdalnych deklaruje, że zdarza im się odczuwać dolegliwości psychofizyczne, które mogą wiązać się z tym stanem. Jednak osoby pracujące zdalnie zauważają też, że może mieć ona pozytywny wpływ na zapobieganie wypaleniu zawodowemu. Ponad połowa osób, które pracowały w tym modelu jeszcze przed wybuchem pandemii koronawirusa, czyli przed marcem 2020 roku, deklaruje, że ich zdaniem praca zdalna może mieć wpływ zapobiegawczy – mówi Katarzyna Merska.

W tej chwili aż 1/3 pracowników umysłowych w Polsce deklaruje, że boryka się z wypaleniem zawodowym. Wpływają na to głównie duża odpowiedzialność w pracy przy niskim wynagrodzeniu oraz potrzeba rozwoju przy małych szansach na awans.

Praca z domu nie jest jednak lekiem na całe zło. Pracownicy widzą też pewne minusy z nią związane. Najbardziej doskwiera ograniczony kontakt ze współpracownikami (26 proc.) oraz rozpraszające bodźce (21 proc.). Home office jest dużą pokusą do wykonywania niezwiązanych z pracą czynności, do czego przyznaje się 61 proc. osób, które pracują zdalnie od momentu wybuchu pandemii, i 76 proc. pracowników, którzy pracowali w ten sposób już wcześniej.

– Co ciekawe, mamy wyraźny podział na to, co rozprasza mężczyzn i kobiety. Najpopularniejszym „przeszkadzaczem” jest telewizja i internet, na które zwraca uwagę 57 proc. mężczyzn i 50 proc. kobiet. Dla panów dużym problemem są też dłuższe przerwy w trakcie pracy – 41 proc. deklaruje, że mają wpływ na wydłużenie godzin pracy zdalnej. Z kolei panie wyraźnie łączą pracę zdalną z obowiązkami matki czy gospodyni. Prawie połowa kobiet deklaruje, że między wysyłaniem maili czy odbieraniem telefonów zajmuje się sprzątaniem. Wyraźną różnicę mamy też w kwestii opieki nad dziećmi. 48 proc. kobiet deklaruje, że musi łączyć obowiązki zawodowe z opieką nad dziećmi, podczas gdy wśród mężczyzn jest to tylko 26 proc. – mówi koordynatorka ds. komunikacji w Gumtree.pl.

Mimo „przeszkadzaczy” 48 proc. pracowników uważa, że ich efektywność podczas pracy zdalnej jest taka sama jak w modelu stacjonarnym (28 proc. twierdzi, że większa, a 24 proc. – mniejsza). Wysokie oceny dostają także od pracodawców. Aż 68 proc. twierdzi, że efektywność pracowników w trakcie pracy zdalnej się nie zmieniła. Co trzecia firma (27 proc.) ocenia ją jako niższą, a tylko 5 proc. twierdzi, że efektywność pracowników w czasie pracy zdalnej jest większa. Co istotne, na model pracy zdalnej surowszym okiem patrzą te firmy, które wyraziły na niego zgodę dopiero w czasie pandemii koronawirusa. 40 proc. z nich uważa, że efektywność ich pracowników w trybie home office jest mniejsza niż w przypadku wykonywania pracy stacjonarnie.

– Mamy różne scenariusze pracy zdalnej po pandemii i większość firm już je wdraża. Pierwszy scenariusz realizują firmy, które zrezygnowały już całkowicie z przestrzeni biurowych i w ogóle nie zamierzają do nich wracać. Te są w mniejszości. Drugi obejmuje firmy, które powrót planują dopiero od przyszłego roku i od razu zakładają częściową pracę zdalną, a częściowo biurową. Prawdopodobnie w wakacje będą testować takie rozwiązania pracy hybrydowej, decydując się na to przede wszystkim ze względów bezpieczeństwa. Zauważyły też, że kwestie związane z bezpieczeństwem informatycznym czy zapewnieniem odpowiednich narzędzi zostały spełnione, praca zdalna nie oznacza już dodatkowych kosztów, a może oznaczać oszczędności, chociażby na kosztach przestrzeni biurowej – dodaje Mateusz Żydek.

Jak pokazuje badanie, zdaniem aż 89 proc. pracowników w Polsce praca zdalna będzie zyskiwać na znaczeniu (tak uważa też 71 proc. pracodawców), a ponad połowa (52 proc.) jest przekonana, że po koronakryzysie będą mogli wykonywać część obowiązków zdalnie.

Czarne chmury nad projektem gazociągu Nord Stream 2. Gazprom będzie musiał dostosować się do reguł UE, a Amerykanie szykują kolejne sankcje

Budowa gazociągu Nord Stream 2 stoi od ponad pół roku wskutek amerykańskich sankcji. Do ułożenia zostało ok. 160 km gazociągu, który Rosjanie chcą dokończyć z wykorzystaniem statku należącego do Gazpromu i oddać na przełomie 2020 i 2021 roku. Amerykański Kongres pracuje jednak nad projektem nowych sankcji wymierzonych w projekt gazociągu, które mogą go ostatecznie zastopować. Dla Rosji równie dużym problemem mogą okazać się też unijne regulacje i konieczność dostosowania się do reguł panujących na rynku UE, co uniemożliwi Gazpromowi monopolistyczne wykorzystanie Nord Stream 2.

W ostatnich tygodniach w Kongresie Stanów Zjednoczonych został wprowadzony nowy projekt ustawy o sankcjach dotyczących Nord Stream 2, przy czym musi to jeszcze oczywiście zostać przyjęte przez amerykańskich polityków. Jeżeli udałoby się przyjąć te zapisy, to będzie oznaczać już drugie poważne uderzenie w gazociąg Nord Stream 2. Kto wie, czy skutkiem tego nie będzie to, że projekt będzie musiał zostać trwale wstrzymany, a nie jedynie opóźniony. Ta kwestia będzie się rozwijać w kolejnych miesiącach – mówi agencji Newseria Biznes Mateusz Kubiak, analityk rynków energetycznych Esperis.

Dwunitkowy rurociąg Nord Stream 2 o łącznej przepustowości 55 mld m3 rocznie ma transportować rosyjski gaz do Niemiec przez Morze Bałtyckie, z pominięciem Ukrainy. Jednak projekt jest de facto zamrożony od ponad pół roku. To bezpośredni efekt wprowadzonych w grudniu ub.r. amerykańskich sankcji, które skutecznie wstrzymały jego budowę. W wyniku ich nałożenia szwajcarska firma Allseas, która budowała Nord Stream 2, wycofała z Bałtyku swe specjalistyczne statki układające rury na dnie morskim.

Trzeba jednak pamiętać, że Nord Stream 2 w większości leży już na dnie Bałtyku. Do wybudowania został względnie krótki odcinek, około 160 km gazociągu. Prace nie zostały dotychczas wznowione ze względu na wciąż obowiązujące sankcje, które uniemożliwiają Rosjanom współpracę z zagranicznymi, zachodnimi spółkami inżynieryjnymi. Ale teraz Rosjanie przygotowują się do tego, żeby kontynuować prace konstrukcyjne własnymi siłami, z użyciem własnego statku do układania rur. Nie wiemy jeszcze, kiedy zostaną one wznowione – mówi Mateusz Kubiak.

Według pierwotnego harmonogramu Nord Stream 2 miał być ukończony w 2019 roku. Aktualnie Rosjanie deklarują, że inwestycja zostanie oddana na przełomie 2020 i 2021 roku. Projekt może zostać dokończony przez należący do grupy Gazpromu statek Akademik Czerski. Ekspert ocenia jednak, że oprócz ewentualnych amerykańskich sankcji dla Rosji drugim dużym problemem pozostaje kwestia regulacji unijnych.

Znowelizowana dyrektywa gazowa z zeszłego roku wprowadza obowiązek stosowania europejskich regulacji także dla gazociągów importowych do UE. W maju br. została ogłoszona decyzja niemieckiego regulatora, który był uprawniony, aby orzekać, czy Nord Stream 2 może uzyskać derogację, czyli zwolnienie z obowiązywania tych nowych reguł. Odpowiedź była odmowna. Na dziś wszystko wskazuje więc, że projekt będzie musiał zostać objęty zasadami obowiązującymi graczy, którzy funkcjonują na unijnym rynku. To kolejny problem dla Rosjan, bo de facto uniemożliwi monopolistyczne wykorzystywanie tego gazociągu przez Gazprom – mówi analityk rynków energetycznych Esperis.

Jak ocenia, zablokowanie dokończenia budowy wciąż nie jest jednak pewne i stoi pod znakiem zapytania. Jeśli jednak projekt zostanie zastopowany, będzie to mieć konsekwencje zarówno biznesowe, jak i polityczne, w tym głównie wzmocni pozycję Ukrainy w negocjacjach z Rosją.

Nord Stream 2 ma skutkować ograniczeniem, być może nawet wstrzymaniem dostaw rosyjskiego gazu przez Ukrainę. Jeżeli budowa gazociągu zostanie zablokowana, w kolejnych latach Ukraińcy będą rozmawiać z Rosjanami z zupełnie innej pozycji. Wciąż pozostaną niezbędnym państwem tranzytowym dla dostaw rosyjskiego gazu do UE. Ukraina będzie w lepszej pozycji, negocjując z Rosjanami przedłużenie obecnie obowiązującej umowy, która została podpisana z końcem zeszłego roku na okres pięciu lat. Z drugiej strony na Ukrainę będzie się inaczej patrzeć w samej UE. Dalej będzie to kluczowe państwo, bez którego nie może odbywać się tranzyt gazu do Unii, więc zainteresowanie nim będzie dużo większe – mówi Mateusz Kubiak.

Wstrzymanie budowy Nord Stream 2 będzie też oznaczać, że nie dojdzie do znaczącego wzmocnienia roli Niemiec jako głównego hubu i głównego punktu obrotu gazem w Unii Europejskiej. Jak wskazuje ekspert, w dalszej przyszłości może też pojawić się zainteresowanie kolejnymi projektami dywersyfikacyjnymi w Europie lub rozbudową już istniejących połączeń.

W dłuższej perspektywie można się spodziewać, że brak Nord Stream 2 spowoduje, iż dostawy nierosyjskiego gazu do Europy będą coraz większe, pod warunkiem że popyt na gaz w Europie będzie rosnąć. Wówczas – o ile nie dojdzie do pojawienia się dodatkowych mocy przesyłowych z Rosji – to w naturalny sposób będzie sprzyjać dostawom alternatywnego surowca, niekoniecznie amerykańskiego, ale też z innych źródeł – mówi analityk rynków energetycznych Esperis.

Gemius: Zakupy w sieci biją rekordy popularności. Co czwarty internauta robiłby je częściej, gdyby miał do wyboru więcej opcji dostawy

Zakupy online robimy częściej niż przed pandemią. Jak wynika z opublikowanego właśnie raportu Gemius, już 73 proc. internautów kupuje w sieci, czyli o 11 pkt proc. więcej niż rok temu, przede wszystkim w polskich e-sklepach. Do takiej formy zakupów zachęcają całodobowa dostępność i wygoda, a najbardziej pożądaną formą dostarczenia paczek jest dostawa kurierem do domu lub firmy. – To właśnie szeroka opcja wyboru dostawy, jej cena i jakość są przez internautów wymieniane wśród najbardziej motywujących czynników do zakupów internetowych – komentują eksperci od e-commerce.

– Niewątpliwie czas, w którym się znajdujemy, czyli okres pandemii, wpłynął na zmianę naszych zachowań oraz przyspieszył pewne trendy, które już się działy. W tym momencie coraz więcej osób, które nie kupowały online, przekonało się do tej formy zakupów – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Katarzyna Binert, e-commerce manager w Gemius.

Z badania Gemius Polska „E-commerce w Polsce 2020 w oczach internautów” wynika, że już 73 proc. internautów kupuje w sieci. To o 11 pkt proc. więcej niż w 2019 roku. Częściej kupujemy w polskich e-sklepach (71 proc.), choć rośnie liczba osób korzystających ze sklepów zagranicznych (30 proc. internautów). Kupujący online to nieco częściej osoby młodsze – do 34. roku życia, z wyższym wykształceniem oraz te dobrze oceniające sytuację finansową swojego gospodarstwa domowego.

– Najczęściej kupujemy odzież i dodatki oraz obuwie [odpowiednio 69 i 58 proc. – red.]. Na kolejnym miejscu są perfumy i kosmetyki [57 proc.], a dalej – książki, multimedia i filmy [56 proc]. Na odzież, obuwie i dodatki wydajemy średnio 190 zł, na perfumy i kosmetyki około 130 zł miesięcznie, a na książki około 76 zł miesięcznie – wylicza Katarzyna Binert.

Do zakupów online zachęcają całodobowa dostępność (82 proc. wskazań), wygoda oraz ceny atrakcyjniejsze niż w tradycyjnych sklepach. Motywująca do częstszych zakupów jest też sprawna dostawa. Istotna dla internautów jest także forma doręczenia przesyłki. Dla 53 proc. badanych jedną z głównych motywacji do robienia zakupów w sieci jest wiele dostępnych możliwości dostawy lub odbioru zamawianych produktów.

– Jak pokazuje najnowsze badanie, dostawa kurierem bezpośrednio pod wskazany adres jest niezmiennie tą formą doręczenia, która w największym stopniu zachęca i motywuje klientów do zakupów w konkretnym sklepie internetowym – wskazuje Anna Kania-Okieńczyc, dyrektor ds. marketingu w DHL Parcel Polska, która jest jedną z najczęściej wybieranych przez internautów firm kurierskich.

Dostawa kurierem bezpośrednio do domu czy pracy zachęca do zakupów online 74 proc. internautów. To o 3 pkt proc. więcej niż w poprzedniej edycji badania. Popularność usług kurierskich wzrosła szczególnie w okresie pandemii, kiedy klienci wybierali dostawę kurierem jako najbezpieczniejszą formę dostarczenia przesyłki, która zwalniała ich z obowiązku wychodzenia z domu.

Z badania DHL „Preferencje konsumentów w zakresie sposobu dostawy” wynika, że dostawa do drzwi jest ulubioną formą dostawy polskich kupujących. Gdyby wszystkie jej formy były w tej samej cenie, blisko połowa wybrałaby właśnie ją. Ponad 80 proc. osób, które korzystają z usług dostawy bezpośrednio do domu lub pracy, często chciałoby, aby zakupy zostały wniesione do domu przez kuriera. Podobnie wyglądają preferencje klientów podczas zwrotu towarów kupionych w sieci. Ponad połowa (52 proc.) z nich przyznała, że możliwość darmowego odesłania produktów kurierem zachęca ich do zakupów w danym sklepie.

– Dla branży kurierskiej bardzo istotna jest strefa odbiorcy, czyli to, jak konsumenci widzą dostawę kurierską, czy umiejętnie się z nimi komunikujemy, czy informujemy ich o potencjalnych godzinach doręczenia i czy w nie trafiamy. Dzisiaj dwugodzinne przedziały to jest w naszym przypadku standard. Pracujemy nad tym, żeby jeszcze skrócić to okno doręczenia, bo to jest podstawa świadczenia usług kurierskich – podkreśla dyrektor ds. marketingu w DHL Parcel Polska.

Dostawa kurierem pod drzwi jest preferowana szczególnie przez klientów 45+ (ponad połowa osób w tej grupie wiekowej wskazała taką opcję). Wśród młodszych grup odsetek wskazań waha się od 45 do 50 proc. Internauci coraz chętniej wskazują również na możliwości odbioru z punktów. Badanie DHL wskazuje, że taką formę dostawy częściej wybierają osoby w grupach wiekowych 25–34 lata i 35–44 lata.

– Widzimy wysoki potencjał rozwoju naszej sieci punktów nadań i odbioru – DHL ServicePoint, których w sumie jest już ponad 8 tys. Jest to sieć złożona z rzetelnych partnerów: Żabki, Inmedio, Kaufland, ABC, stacji Shell i wielu innych indywidualnych punktów – wymienia Anna Kania-Okieńczyc. – Trend związany z odbiorami w punktach staje się coraz bardziej znaczący i jest widoczny szczególnie wśród osób, które cenią sobie elastyczność. Odbieramy wtedy, kiedy chcemy, w miejscu, które wybieramy, i przy okazji możemy zrobić małe zakupy. Mamy też automaty paczkowe rozstawione w sieci Biedronka, które cieszą się coraz większym zainteresowaniem klientów.

Jak podkreśla, są grupy klientów, które w zależności od potrzeb i aktualnych preferencji wybierają zamiennie dostępne opcje dostawy. Dlatego też co czwarty badany przez Gemiusa internauta zadeklarował, że większy wybór sposobów dostawy jest dla niego czynnikiem motywującym do częstszych zakupów online.

– Ci sami klienci w różnych momentach zamawiają albo kuriera, albo dostawę do punktu, w zależności od tego, co i gdzie kupują, jaka jest wartość przesyłki, czy ma być to dostawa ekonomiczna, bo dostawa do punktu jest zawsze tańsza, ale też jest ekologiczna. Mamy różne potrzeby, kupujemy różne produkty, w różnych sklepach i to determinuje nasz wybór, czy odbieramy w domu, czy możemy odebrać w punkcie – podkreśla dyrektor ds. marketingu w DHL Parcel Polska.

Polacy tłumnie ruszyli w góry. W wakacje liczba turystów może być rekordowa

Z roku na rok polskie góry cieszą się coraz większym zainteresowaniem turystów. Tatrzańskimi szlakami podczas ubiegłorocznych wakacji wędrowało blisko 1,7 mln osób – wynika z danych Tatrzańskiego Parku Narodowego. Branża turystyczna spodziewa się, że w wakacje 2020 padnie nowy rekord. Do pieszych wycieczek po górach należy się jednak odpowiednio przygotować. Joanna Stępińska, przewodniczka tatrzańska i ambasadorka kampanii edukacyjnej Trzeźwo Myślę, podpowiada, jak to zrobić. Tłumaczy też, dlaczego w górach najważniejsze jest zachowanie rozwagi i uważności.

– Aby bezpiecznie chodzić po górach, musimy zaplanować wędrówkę odpowiednio do naszych umiejętności i możliwości. Powinniśmy zaopatrzyć się w wodoodporne obuwie z antypoślizgową podeszwą. Najlepiej postawić na odzież termoaktywną, która w porównaniu z bawełną skuteczniej odprowadza wilgoć. W każdym plecaku powinny znaleźć się kurtka chroniąca przed wiatrem i deszczem, mapa i oczywiście prowiant. Zaopatrzmy się w wodę, by podczas wędrówek uzupełniać płyny. Pamiętajmy również o przygotowaniu merytorycznym. Przed wyprawą warto zapoznać się z informacjami na temat szlaku, jego stopnia trudności, długości i czasu potrzebnego na jego pokonanie – mówi agencji informacyjnej Newseria Joanna Stępińska, wysokogórski przewodnik tatrzański SWPT i ambasadorka kampanii edukacyjnej Trzeźwo Myślę.

Z analiz prowadzonych przez Tatrzański Park Narodowy wynika, że Tatry z roku na rok cieszą się coraz większym zainteresowaniem turystów. Tylko w lipcu i sierpniu 2019 roku granice parku przekroczyło ponad 1,7 mln osób. Duże zainteresowanie górskimi szlakami przekłada się także na liczbę interwencji. Ze wstępnych danych TOPR wynika, że rok 2019 w Tatrach był pod tym względem rekordowy. Ratownicy pomogli ponad tysiącowi turystów. Dla porównania – w 2018 roku przeprowadzono 691 interwencji.

Po dwumiesięcznym okresie zamknięcia szlaków turystycznych z powodu pandemii koronawirusa parki narodowe otworzyły się na piesze wycieczki po górach. Tuż po udostępnieniu szlaku na Morskie Oko tylko jednego dnia skorzystało z niego ponad 3 tys. turystów. W pierwszy weekend po otwarciu szlaków na terenie Tatrzańskiego Parku Narodowego zameldowało się blisko 18 tys. osób. Powyższe statystyki pozwalają prognozować, że w tym roku chętnych na wakacje w górach z pewnością nie zabraknie. Wiele osób obawia się powrotu restrykcji i zamknięcia granic, dlatego wybierze urlop w Polsce. Udając się w góry, należy pamiętać o podstawowych zasadach.

– Jeżeli planujemy dłuższą wycieczkę, niezależnie od pory roku, w naszym plecaku powinny znaleźć się również rękawiczki i czapka. Oczywiście zdarzają się upalne dni w górach, ale w przypadku gwałtownej zmiany pogody może się okazać, że dodatkowe ubranie w plecaku, często uważane za zbędne, poprawi nasz komfort, pozwoli zadbać o zdrowie i szczęśliwy powrót w doliny, a tym samym o nasze bezpieczeństwo w górach. O czym dodatkowo warto pamiętać? Latem największym zagrożeniem w górach są burze. Największe ich prawdopodobieństwo występuje w godz. 12–16. W związku z tym ważne jest, żeby ruszyć na szlak odpowiednio wcześnie. Ósma czy dziewiąta rano mogą okazać się zbyt późne na wyjście z bazy. Lepsza będzie godzina piąta lub szósta rano. Można też zacząć wędrówkę już o czwartej wraz ze wschodem słońca. To fantastyczny czas, na szlakach jest pusto, śpiewają ptaki, można poczuć góry – przekonuje ambasadorka kampanii Trzeźwo Myślę.

Łączna długość szlaków turystycznych w Tatrach po ich polskiej stronie wynosi 275 km, co bez wątpienia przyciąga turystów. Jak podkreśla taterniczka, podczas wędrówek nie należy zbaczać ze szlaku. Na nieznanych terenach łatwo jest się zgubić, a poza szlakami można natknąć się na dzikie zwierzęta czy niestabilny grunt.

– Media społecznościowe często wywierają na nas presję. Podczas wędrówki towarzyszy nam myśl, że powinniśmy zrobić sobie zdjęcie na jakimś pięknym tle. Chęć fotograficznego uwiecznienia wyprawy często jednak przysłania czujność i rozsądek. Przestajemy zwracać uwagę na niebezpieczeństwo. Pamiętajmy, że środek potoku, wielka wanta, czyli skała, nie są odpowiednimi miejscami na sesje – zaznacza Joanna Stępińska.

Ambasadorka kampanii Trzeźwo Myślę zwraca także uwagę na zdrowy rozsądek w konsumowaniu alkoholu w górach. Wskazuje, że nietrzeźwość turystów jest częstą przyczyną wypadków na szlakach. Alkohol przyczynia się do zaburzeń koncentracji, człowiek staje się mniej uważny i może nie zauważyć zmian pogodowych, nadchodzącego zmroku czy pogarszającego się samopoczucia współtowarzyszy. Podczas górskiej wyprawy należy być czujnym, ostrożnym i bacznie przyglądać się wskazówkom na trasie.

– Alkohol sprawia, że jesteśmy odważniejsi i nie zauważymy niepokojących symptomów, takich jak zmiany pogody czy osunięcia terenu. Pod jego wpływem przestajemy również zwracać uwagę na osoby, które znajdują się wokół nas. Nie widzimy, kiedy gorzej się czują i zostają w tyle – mówi.

– Dlatego podczas wypraw najważniejsze jest, by trzeźwo myśleć. Należy kierować się rozsądkiem i spokojem. Nie powinniśmy bagatelizować pojawiających się zagrożeń i popisywać się na szlaku, a jednocześnie widząc zagrożenie, nie wpadajmy w panikę, tylko trzeźwo oceńmy sytuację i możliwości poradzenia sobie z nią – przestrzega przewodniczka tatrzańska.

Organizatorem kampanii edukacyjnej Trzeźwo Myślę, której ambasadorką jest Joanna Stępińska, jest Carlsberg Polska. Firma promuje odpowiedzialną konsumpcję alkoholu. Kampania podkreśla, jak ważne jest odpowiedzialne i racjonalne myślenie oraz umiejętność przewidywania następstw swoich czynów i decyzji. Jej istotnym aspektem jest przyjmowanie odpowiedzialności za siebie i innych. Taka postawa sprawdzi się też na górskich szlakach.

NASA chce zmienić trajektorię lotu planetoidy. To pierwsza taka misja kosmiczna w historii

NASA szacuje, że Ziemi zagraża pół miliona obiektów kosmicznych o rozmiarach 40 metrów  i większych. Niemal 20 tys. asteroid znajduje się blisko Ziemi, przy czym ponad tysiąc jest na liście ryzyka Europejskiej Agencji Kosmicznej. Zderzenie z nimi może mieć dla naszej planety katastrofalne skutki, dlatego NASA i Europejska Agencja Kosmiczna testują rozwiązania, które mają zneutralizować zagrożenie. W ramach misji AIDA wyślą specjalny statek, który ma zmienić trajektorię lotu planetoidy Dimorphos.

Szacunki NASA wskazują, że ogółem Ziemi zagraża 500 tys. obiektów tzw. Near Earth Objects (NEO) o średnicy 40 metrów i większych. Z danych Europejskiej Agencji Kosmicznej (ESA) wynika zaś, że obecnie w Układzie Słonecznym blisko Ziemi krąży ich ok. 20 tys. Potencjalnie mogą być niebezpieczne, choć ich trajektoria nie pozwala na razie sądzić, że zderzą się z naszą planetą. Na liście ryzykownych obiektów ESA znajduje się ich obecnie 1060.

– Potencjalnie niebezpieczne asteroidy są problemem globalnym – ocenia Andrea Riley, dyrektor programowy DART w centrali NASA. – DART jest pierwszym krokiem w testowaniu metod zmiany orbity niebezpiecznych asteroid.

NASA i Europejska Agencja Kosmiczna testują już rozwiązania, które mają zabezpieczyć Ziemię przed potencjalnym zderzeniem. W ramach misji Asteroid Impact and Deflection Assessment (AIDA) powstał pojazd Double Asteroid Redirection Test (DART), którego celem będzie planetoida Didymos, a dokładniej – mniejsza z dwóch planetoid. Większa ma średnicę 780 metrów, mniejsza – 160 metrów. To właśnie w Dimorphosa, czyli księżyc Didymosa, ma uderzyć pojazd DART.

– Asteroidy otrzymują po ich odkryciu tymczasową nazwę, dopóki nie poznamy ich orbit na tyle dobrze, aby ich nie zgubić. Po zidentyfikowaniu systemu Didymos jako idealnego celu dla misji DART musieliśmy formalnie rozróżnić ciało główne i satelitę – wskazuje Andy Rivkin, astronom badawczy i współprowadzący badania DART w Laboratorium Fizyki Stosowanej Johna Hopkinsa (APL), które zarządza misją NASA.

Sonda DART ma celowo uderzyć w asteroidę, aby zmienić jej trajektorię ruchu w przestrzeni kosmicznej. Choć akurat Didymos nie zagraża w żaden sposób Ziemi, w ten sposób naukowcy będą mogli sprawdzić, czy w przyszłości taki statek mógłby uratować naszą planetę przed ogromną katastrofą.

Dotychczas naukowcy pracowali nad technologią obrony planetarnej, w tym wybuchem jądrowym, ablacją laserową i oporem grawitacyjnym, aby zmniejszyć ryzyko potencjalnie niebezpiecznych asteroid. Obecnie wydaje się jednak, że to właśnie zderzenie kinetyczne może okazać się najbardziej skuteczne. Będzie można się o tym przekonać w 2022 roku, kiedy DART ma uderzyć w planetoidę Dimorphos.

– Astronomowie będą mogli porównać obserwacje z teleskopów ziemskich przed zderzeniem kinetycznym DART i po nim, aby określić, jak bardzo zmienił się okres orbitalny Dimorphosa – wskazuje Tom Statler, naukowiec programu DART w centrali NASA. – To kluczowy pomiar, który pokaże nam, jak asteroida zareagowała na naszą próbę zmiany jej orbity.

Jakie straty powoduje obiekt kosmiczny uderzający w Ziemię, można było przekonać się w 2013 roku, kiedy nad obwodem czelabińskim, po wejściu w ziemską atmosferę, 17-metrowy meteoryt rozpadł się na małe części. Energię tego zdarzenia szacuje się na 440 kiloton trotylu, a fala uderzeniowa spowodowała znaczne straty. W ostatnim stuleciu ogromne zniszczenia spowodowała asteroida o rozmiarach 40–60 metrów, która w 1908 roku wleciała w atmosferę i  wybuchła w środkowej Syberii z energią równoważną 5–10 megatonom trotylu. Zniszczyła ponad 2 tys. km kw. lasów. Gdyby takie wydarzenie miało miejsce współcześnie, spowodowałoby miliony ofiar.

Autonomiczne i uzbrojone pojazdy wkraczają na pola walki. Będą patrolować granice na lądzie, morzu i w powietrzu

Maszyny coraz częściej zastępują zawodowych żołnierzy na polu walki. Dzięki dynamicznemu rozwojowi technologii autonomicznych roboty wojskowe nowej generacji nie tylko pozwalają wykonywać część niebezpiecznych zadań zdalnie, ale w niektórych sytuacjach mogą także podejmować samodzielne decyzje na podstawie danych zebranych z inteligentnych czujników. Roboty będą wykorzystywane m.in. w procesach rozpoznania, transportu czy wsparcia ogniowego.

– Autonomiczny pojazd kołowy z modułem uzbrojenia do zadań rozpoznawczych i bojowych umożliwi przemieszczanie się do docelowego punktu. Jest on wyposażony w szereg czujników, które umożliwiają uzyskanie autonomii: głowicę obserwacyjną, kamery światła widzialnego i kamery termowizyjne, które umożliwiają wykrywanie przeszkód oraz dokonywanie analizy terenu. Mamy też lasery 3D do wspomagania wykrywania przeszkód w przypadku jazdy autonomicznej – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr inż. Marek Nowakowski, dyrektor ds. technicznych Stekop SA.

Za projekt pierwszego polskiego autonomicznego pojazdu bojowego Perun odpowiadają inżynierowie ze Stekop SA, ZMT Tarnów oraz eksperci z Wojskowej Akademii Technicznej. Maszyna powstaje w ramach programu badań naukowych na rzecz obronności i bezpieczeństwa państwa i po wdrożeniu do służby ma zastąpić żołnierzy w najbardziej niebezpiecznych zadaniach realizowanych na polu walki.

Perun umożliwi realizację w pełni autonomicznych misji w odległości co najmniej 5 km od punktu dowodzenia, zaś w trybie sterowania manualnego żołnierze będą mogli kontrolować go w zasięgu do 500 metrów. Operator będzie mógł ręcznie wprowadzić trajektorię przemieszczania się pojazdu albo wskazać jedynie docelowy punkt podróży. Perun automatycznie wybierze optymalną ścieżkę i wykorzysta inteligentne czujniki do omijania przeszkód na swojej drodze.

– Celem tego projektu było wsparcie wojsk przede wszystkim w rozpoznaniu terenu. A dzięki temu, że ma moduł uzbrojenia, może też dokonać zdalnie ostrzału. W pewnej odległości może stanowić zabezpieczenie wojsk w przypadku działań na polu walki. Dodatkowo jego autonomia umożliwia szereg innych zastosowań, np. podążanie za wojskami, przemieszczanie, przenoszenie pewnych elementów związanych z wyposażeniem wojsk – tłumaczy ekspert.

Nad podobną maszyną pracuje także estońska firma Milrem Robotics. Autonomiczny pojazd gąsienicowy Type-X RCV powstał w ramach Europejskiego Programu Rozwoju Przemysłu Obronnego EDIDP i ma stać się podstawową platformą do konstrukcji autonomicznych pojazdów bojowych wykorzystywanych przez państwa Unii Europejskiej. Za podstawę konstrukcyjną przyjęto platformę samobieżną THeMIS, która do kwietnia 2020 roku była testowana przez estońskich żołnierzy w misjach transportowych.

Z kolei brytyjskie siły zbrojne w ramach programu Progeny Maritime Research Framework testowały bezzałogową, autonomiczną łódź bojową Seagull opracowaną przez inżynierów z firmy Albit. Pojazd przystosowano do wykonywania samodzielnych akcji zbrojnych trwających nawet do czterech dni, a po wdrożeniu do regularnej służby wojsko będzie mogło zlecić mu zadania z zakresu obrony przeciwminowej bądź zwalczania okrętów podwodnych.

Szeroko zakrojone prace nad wojskowymi maszynami autonomicznymi prowadzi także amerykańska armia, która nie ogranicza się wyłącznie do eksperymentów z klasycznymi pojazdami. Ciekawym przykładem innowacyjnego podejścia do autonomicznych technologii wojskowych jest zmechanizowany pilot autorstwa DZYNE Technologies Inc. Maszynę ROBOpilot przystosowano do obsługi klasycznych pojazdów latających i w 2019 roku odbyła udany autonomiczny lot na pokładzie samolotu Cessna.

Zbudowana przez Polaków platforma autonomiczna, która będzie sercem pojazdu Perun, może być w przyszłości wykorzystana także do innych celów.

– Platforma autonomiczna TARVOS opracowana przez firmę Stekop ma szereg zastosowań. Może być wyposażona w różnego rodzaju czujniki, sensory, np. jeżeli chodzi o zagrożenie chemiczne, o wszelkiego rodzaju działania, które wymagają detekcji, użycia wizji – wyjaśnia dr inż. Marek Nowakowski.

Większe wydatki: czy kredyt gotówkowy to dobry wybór?

W życiu często natrafiamy na sytuacje, w których musimy ponieść większe wydatki. Kupno samochodu, sprzętu domowego albo przeprowadzenie remontu mogą wstrząsnąć domowym budżetem. Dobrą opcją może jednak okazać się skorzystanie z kredytów gotówkowych.

Potrzeby finansowe każdego z nas są bardzo zróżnicowane. Niekiedy potrzebujemy drobnego zastrzyku gotówki, który umożliwi zachowanie płynności finansowej w kryzysowym momencie. Z drugiej strony potrzebujemy również środków na realizowanie zdecydowanie większych potrzeb. Łatwo przewidzieć wiele scenariuszy tego typu. Samochód, pralka, lodówka czy komputer to w dzisiejszych czasach sprzęty praktycznie niezbędne do normalnego funkcjonowania. Jednocześnie ich zakup wiąże się ze sporymi wydatkami, często wykraczającymi możliwości domowego budżetu. Ostatecznie: trudno rozstawać nam się także z wypracowanymi w pocie czoła oszczędnościami. Nic w tym dziwnego, tym bardziej, że to samo w sobie może być bardzo ryzykowne. Warto więc dowiedzieć się, jak znaleźć najtańszy kredyt gotówkowy i czerpać same korzyści z tego rozwiązania.

Kredyt gotówkowy: na mniejsze i większe wydatki

Podstawową zaletą kredytu gotówkowego jest jego olbrzymia elastyczność i niezwykle szeroki przekrój dostępnych opcji. Żaden inny produkt kredytowy nie jest tak bardzo zróżnicowany. Dzięki temu zobowiązaniu będziemy w stanie uzyskać zarówno mniejsze wsparcie, bezcenne w czasie kryzysu wywołanego np. przez zator płatniczy lub opóźnienie w wypłacie wynagrodzenia, jak i bardzo duże środki, niezbędne do dokonania większych zakupów czy poważnych inwestycji. Choć oczywiście dostępne są również inne rozwiązania, w tym kredyty celowe w postaci chociażby kredytów hipotecznych czy samochodowych, nie zawsze będą dobrą alternatywą dla kredytu gotówkowego. Aby tak było, konieczne jest jednak znalezienie najkorzystniejszej oferty. Wbrew pozorom nie jest to takie trudne.

Jak znaleźć najtańszy kredyt gotówkowy?

Z punktu widzenia klienta poszukującego kredytu gotówkowego liczy się jeden czynnik: cena. Jest to w pełni zrozumiałe. Szukamy finansowania, które pozwoli nam zaoszczędzić jak najwięcej środków. Choć rynkowa oferta jest niezwykle bogata i po prostu łatwo się w niej pogubić, znalezienie najkorzystniejszej opcji wcale nie jest trudne. Warto skorzystać z rankingu kredytów gotówkowych. Dzięki Bankier Smart oferty zostaną pogrupowane zgodnie z kosztami, z którymi wiąże się kredyt. Wystarczy więc wprowadzić interesująca nas kwotę oraz podstawowe parametry spłaty, w tym liczbę rat. Ranking wyświetli poszczególne oferty, informując zarówno o całkowitych kosztach kredytu, jak i związanych z nim miesięcznych wydatkach.

Kredyt gotówkowy na zakup samochodu? Dobry pomysł

Warto rozważyć kilka sytuacji, w których wzięcie kredytu gotówkowego będzie po prostu najbardziej opłacalne pod względem finansowym i praktycznym. Jednym z nich jest zakup samochodu. Choć do naszej dyspozycji pozostają standardowe kredyty samochodowe, nie zawsze będą najlepszym rozwiązaniem:

  • Dodatkowe zabezpieczenia: w przypadku kredytów samochodowych banki stosują dodatkowe zabezpieczenia w postaci np. przewłaszczenia na zabezpieczenie czy zastawu rejestrowego. Oznacza to, że tak naprawdę nie posiadamy pełnej własności pojazdu, a w przypadku problemów z regulowaniem zobowiązania możemy go stracić.
  • Konieczność wykupienia polisy AC: chociaż prawo obliguje nas wyłącznie do wykupienia ubezpieczenia odpowiedzialności cywilnej, w przypadku kredytu samochodowego konieczne stanie się również wykupienie drogiego autocasco. To z kolei spory wydatek, który nie będzie uwzględniony w kosztach samego zobowiązania. Dodatkowo trzeba będzie sporządzić cesję na rzecz banku. Kiedy dojdzie więc do szkody, to jego interesy będą zabezpieczone w pierwszej kolejności.
  • Nie na każdy model samochodu: co ważne – kredyt samochodowy nie pozwoli na sfinansowanie zakupu każdego pojazdu. Banki w większości przypadków umożliwiają kupno jedynie aut nowych lub używanych nie starszych niż 5 lat. Jeżeli więc mamy na oku starszy model, może się to nie udać.

Mniejsze formalności i swoboda wyboru

Kredy gotówkowy eliminuje wszystkie powyższe trudności. Jest przyznawany na dowolny cel, wobec czego instytucja nie będzie ingerować ani w nasz wybór, ani w to, w jaki sposób korzystamy z pojazdu. Nie musimy wykupować ani dodatkowych ubezpieczeń, ani korzystać z usług wskazanego serwisu. Poza tym zakupiony samochód należy w pełni do nas. W związku z tym możemy robić z nim wszystko, na co tylko będziemy mieli ochotę, w tym dokonywać różnego typu modyfikacji. Nie zawsze będzie to możliwe w przypadku kredytu samochodowego lub leasingu.

Na inne wydatki

Zakup samochodu to nie jedyny wydatek, który można sfinansować w łatwy sposób dzięki kredytowi gotówkowemu. Jak pokazuje raport InfoKredyt przygotowany przez ZBP, 45% kredytobiorców zaciąga takie zobowiązanie w celu realizacji większych zakupów. W tej kategorii mieści się natomiast zarówno nabycie samochodu, jak i np. sprzętu RTV czy AGD. Co więcej: kredyt gotówkowy pozostaje wówczas często – obok zakupu ratalnego – jedyną alternatywą. Jego dużą zaletą jest natomiast to, że możemy dzięki niemu połączyć różne wydatki. Jedna większa pożyczka może np. pomóc w nabyciu kompletu wyposażenia, zachowując przy tym stosunkowo niskie raty dzięki rozłożeniu spłaty na wiele dogodnych płatności. W przypadku kredytu ratalnego byłoby o to zdecydowanie trudniej, spłata wielu zobowiązań wiązałaby się z dodatkowymi problemami, a koszty byłyby po prostu wyższe.

Na cele mieszkaniowe

Z kredytów gotówkowych korzystamy często również w celu realizacji swoich potrzeb mieszkaniowych. Zadeklarowało to 30% uczestników badania InfoKredyt. Ta kategoria jest natomiast bardzo pojemna. Z jednej strony umożliwia zakup wymarzonych czterech kątów, z drugiej: przeprowadzenie kompleksowego remontu, prac wykończeniowych albo zakup wyposażenia. Choć oczywiście chcąc nabyć mieszkanie lub dom najczęściej sięgamy po kredyt hipoteczny, w niektórych przypadkach korzystniejsze może okazać się wzięcie kredytu gotówkowego. Stanie się tak zwłaszcza w sytuacjach, w których brakuje nam stosunkowo niedużej sumy. Warto mieć świadomość, że w przypadku kredytu mieszkaniowego konieczne staje się obciążenie hipoteki nabywanej nieruchomości. Kredyt gotówkowy może być więc po prostu zdecydowanie wygodniejszym rozwiązaniem, wiążącym się z mniejszymi formalnościami. Nie będzie potrzeby m.in. dokonywania wpisu do ksiąg wieczystych, sporządzania operatu szacunkowego czy przechodzenia przez długotrwałą procedurę.

Dowolna potrzeba

Kredyty gotówkowe oczywiście nie zawsze muszą opiewać na znaczne sumy i być spłacane przez długi czas. Sprawdzą się również znakomicie jako doraźne wsparcie w kryzysowym momencie. 7% kredytobiorców biorących udział w badaniu posiłkuje się nimi właśnie w ten sposób. Szybkie procedowanie wniosku i minimum formalności to ważne czynniki, na które powinniśmy zwrócić uwagę w takim scenariuszu. Znalezienie takiej propozycji nie będzie wcale trudne. Warto jednak brać pod uwagę przede wszystkim koszty. Dzięki internetowi poszukiwania wcale nie muszą oznaczać potrzeby zapoznawania się z rozbudowanymi propozycjami wszystkich banków czy analizy dostępnych ofert. Pod uwagę należy wziąć przede wszystkim RRSO, czyli rzeczywistą roczną stopę oprocentowania (więcej na ten temat można przeczytać w poradniku wydanym przez KNF). Ten wskaźnik pozwoli na realne określenie, która z ofert kredytu gotówkowego jest najlepsza i najbardziej korzystna dla naszej kieszeni.

Foto: Kaspars Grinvalds/Shutterstock.com

Szpiegostwo ze strony państw poważnym zagrożeniem dla UE

Według wewnętrznego dokumentu Sekretariatu Generalnego Rady Europejskiej, dotyczącego analizy zagrożeń bezpieczeństwa informacji, najskuteczniejsze próby szpiegostwa w stosunku do jednej z najważniejszych instytucji UE są sponsorowane przez państwa.

Sekretariat administruje pracami Rady Europejskiej, stąd jest głównym celem szpiegowskich ataków. W zakres jego kompetencji wchodzą negocjacje i przyjmowanie projektów przepisów UE, koordynacja polityki państw członkowskich i rozwijanie wspólnej polityki zagranicznej i bezpieczeństwa UE. Pomaga również w negocjacjach umów międzynarodowych.

W 28-stronicowym dokumencie stwierdza się, że „każdy kraj, który ma konflikt między swoimi interesami krajowymi i unijnymi lub który interesuje się wyłącznie informacjami o UE, może próbować przeprowadzić atak na bezpieczeństwo informacji przetwarzanych Sekretariacie”. Nie zawarto w nim konkretnych przykładów, ale wskazano Chiny jako kraj, który już w 2016 r. przewodził pod względem szkodliwego oprogramowania szpiegowskiego, a następnie Rosję i resztę Europy. W dokumencie stwierdza się, że Sekretariat można również atakować za pośrednictwem systemów zlokalizowanych w państwach członkowskich UE.

Najczęstsze ataki obejmują wiadomości phishingowe, zachęcające do kliknięcia linku lub otwarcia załącznika. Jeden z takich ataków miał miejsce w listopadzie 2018 r., kiedy włamano się do sieci COREU w cypryjskim ministerstwie spraw zagranicznych. Sieć była bardzo wrażliwa, ponieważ Unia Europejska wykorzystuje ją do ułatwienia współpracy w kwestiach polityki zagranicznej, komunikacji pomiędzy UE, Komisją Europejską, działem polityki zagranicznej (ESDZ) i Radą Europejską. Eksperci twierdzą, że kampania była prowadzona przez rząd chiński za pośrednictwem Strategicznych Sił Wsparcia Armii Ludowo-Wyzwoleńczej.

Ustalenia wewnętrznego dokumentu Rady zostały opracowane przez centrum wywiadowcze UE (INTCEN), źródła rządowe USA, zespół reagowania na awarie komputerowe dla instytucji UE znany jako CERT-EU, Kaspersky Lab, Microsoft. Sonda odbyła się w 2017 roku i została zaktualizowana w listopadzie 2019 r.

Źródło: UEObserver z 02.06.2020 r.

Niemiecki Sąd Najwyższy zakazuje masowej inwigilacji cudzoziemców

Niemiecki Federalny Trybunał Sprawiedliwości orzekł, że krajowe agencje wywiadowcze nie są uprawnione do masowej inwigilacji zagranicznych obywateli poprzez kanały telekomunikacyjne. Orzeczenie jest odpowiedzią na pozew złożony przez kilka grup dziennikarzy, w tym niemiecki oddział Reporterzy Bez Granic. Wnioskodawcy argumentowali, że istniejące prawo nie pozwala niemieckim agencjom na dowolną inwigilację komunikacji dziennikarzy. Takie prawo mogłoby im potencjalnie umożliwić identyfikowanie zaufanych źródeł dziennikarskich, a nawet udostępnić te informacje wywiadom innych krajów.

Niemiecki wywiad BND ma wyjątkową pozycję dzięki dostępowi do ogromnej ilości danych i treści telekomunikacyjnych. Wynika to z faktu, że w Niemczech znajdują się jedne z najbardziej ruchliwych centrów wymiany internetowej na świecie. Infrastruktura telekomunikacyjna w kraju obejmuje tak zwaną giełdę DE-CIX we Frankfurcie, uważaną za drugi najbardziej obciążony węzeł internetowy na świecie. Uważa się, że sama giełda internetowa DE-CIX przesyła bilion wiadomości dziennie do i z Europy Zachodniej, Rosji, Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej.

BND nie ma prawa naruszać korespondencji obywateli niemieckich, jednak zakładała, że wiadomości internetowe wysyłane przez obcokrajowców, które przechodzą przez niemieckie giełdy, mogą być przechwytywane i analizowane. BND stało na stanowisku, że cudzoziemcy nie byli chronieni przez niemiecką konstytucję, a więc ochrona ich prywatności nie następowała z mocy prawa niemieckiego.

Federalny Trybunał Sprawiedliwości uznał błędność takiego założenia. Orzekł, że nadzór telekomunikacyjny nad obcokrajowcami podlega art. 10 niemieckiej konstytucji, która daje obywatelom niemieckim prawo do prywatności. Innymi słowy, prawo chroni również komunikację obcokrajowców, co oznacza, że nadzór nad komunikacją zagraniczną powinien być ukierunkowany na konkretne przypadki lub identyfikację określonych osób.

Sąd zakwestionował masowe śledzenie komunikacji. Przyznał, iż agencje bezpieczeństwa wymagają bardziej rygorystycznego nadzoru, szczególnie w odniesieniu do działań wobec reporterów i prawników. Sąd zgodził się z powodami, że konstytucyjne zabezpieczenia przed możliwością dzielenia się przez BND przechwyconymi danymi z innymi agencjami były niewystarczające. Rząd niemiecki otrzymał czas do grudnia 2021 r. na uchwalenie nowej ustawy regulującej inwigilację telekomunikacyjną wobec cudzoziemców.

Źródło: intelNews.org z 20.05.2020 r.

Autorzy: radca prawny Robert Nogacki, dr Marek Ciecierski
Profesjonalny Wywiad Gospodarczy „Skarbiec” Sp. z o.o.

Amazon, Netflix i eBay z lepszymi rekomendacjami i wyższymi cenami

Poziom ceny docelowej dla akcji Amazon został podniesiony przez Mizuho Securities do 3100 USD z 2550 USD, a rekomendacja została pozostawiona jako rekomendacja kupna. Zdaniem MS trendy dotyczące e-commerce na rynku globalnym znacznie wyprzedzają oczekiwania. Spółka Jeffa Bezosa powinna zyskać m.in. dzięki poprawie efektywności logistycznej. Z kolei zwiększenie wykorzystania chmury obliczeniowej przez branżę dotyczącą opieki zdrowotnej może wspierać Amazon Web Services w zauważalny sposób.

Firma Baird podniosła poziom ceny docelowej dla eBay z 59 do 60 USD, również wskazując na rosnące trendy w branży e-commerce. Ostatnie wolumeny obrotu na platformie eBay były znacznie powyżej historycznego poziomu w ostatnim tygodniu czerwca. Analitycy spodziewają się, że szybki wzrost branży utrzyma się również w drugiej połowie roku.

Tymczasem firma Cowen podniosła poziom ceny docelowej dla akcji Netflixa z 485 do 535 USD, ponieważ jej analitycy są optymistycznie nastawieni do nadchodzących wyników spółki za drugi kwartał tego roku. Spodziewany jest dobry wynik kwartalny ze względu na silne zaangażowanie użytkowników platformy będące następstwem pandemii COVID-19. Biorąc pod uwagę nierównomierne ponowne otwarcie gospodarek i ciągłą niepewność związaną z pandemią, wielu konsumentów prawdopodobnie nadal zostanie w domu, co jest korzystne dla NFLX.

Według Cowen Netflix nie podniesie cen w tym roku. Usługa spółki stała się bardziej podstawowym i intuicyjnym serwisem rozrywkowym w czasie pandemii i często pierwszym wyborem widzów. Dobra pozycja cenowa postawi spółkę w dobrej sytuacji w 2021 r. i w kolejnych latach.

JMP Securities rozpoczęło pokrycie analityczne dla byłej spółki Elona Muska – PayPal Holdings Inc. Firma od razu wydała rekomendację dla spółki, która ma zachowywać się lepiej niż rynek z ceną docelową na poziomie 195 USD. Oznacza to implikowany wzrost ceny o 16 proc. od ostatniej ceny zamknięcia. Średni poziom docelowy dla PayPala na Wall Street to 165,46 USD.

Departament Zarządzania Aktywami
Copernicus Capital TFI S.A.

PZU i Skanska – to największa transakcja w historii polskiego rynku biurowego

Umowa PZU i Skanska to historyczny  rekord na rynku biurowym w Polsce. Tym samym pokonany został poprzedni rekord, w którym mBank wynajął aż 45,6 tys. mkw. powierzchni biurowej w Mennica Legacy Tower w Warszawie.

To także największa umowa w historii grupy Skanska na świecie. Potwierdza ona siłę warszawskiego rynku biurowego oraz to, jak ważna jest budowa nowoczesnej powierzchni biurowej. Szczególnie w obecnych czasach liczy się — co podkreśla w komunikacie PZU — komfort i bezpieczeństwo pracy. Firmy szukają przestrzeni przystosowanej do realiów pandemicznych, a w budowanych biurowcach zastosowane mogą być najnowocześniejsze rozwiązania odpowiadające za bezpieczeństwo. Mniej chętnie wybierane będą przestrzenie typu „open space”. Zwiększy się też pewnie średnia powierzchnia przypadająca na jednego pracownika. Dziś jest to 7 mkw., a może być 10 – 15 mkw. W czasie kiedy mówimy o wielkich zmianach na rynku biurowym, umowa z PZU potwierdza, że biura będą zawsze potrzebne. Dobre powierzchnie obronią się na rynku. Niektóre firmy będą, oczywiście, redukować zajmowane przestrzenie, ale wiele firm będzie zajmowało nowoczesną przestrzeń biurową.

W czerwcu w 40 realizowanych inwestycjach w Warszawie w sumie powstaje 853 tys. m kw. nowej powierzchni. W całej Warszawie są 862 budynki biurowe. W sumie w stolicy jest ponad 1 mln m kw. wolnej powierzchni w budynkach oddanych i budowanych (komercjalizowanych). Najemcy w Warszawie mają do wyboru nie tylko powierzchnię oddaną do użytku, ale także budowaną. W stolicy najwięcej buduje się na Woli. W tej dzielnicy powstaje prawie 600 tys. mkw. Dane REDD pokazują, że 60 proc. budowanej powierzchni ma już swoich najemców.  

Odsetek powierzchni niewynajętych w biurowcach na Woli to jedynie 7.95 proc., a dla całej Warszawy – 9.88 proc. Na Mokotowie z kolei (wlicza się Służewiec) współczynnik niewynajętej powierzchni w budynkach oddanych wynosi już prawie 14.50 proc. To Wola staje się jedną z ważniejszych dzielnic biurowych nie bez powodu. Wszystko w tym rejonie dzieje się w odpowiednim momencie. Najpierw powstało metro, które usprawniło dojazd, a teraz powstają biurowce. To zupełnie inna sytuacja niż na Służewcu, gdzie korki stały się już legendarne.

Komentarz: Piotr Smagała, dyrektor zarządzający REDD:

Ronson Development wypłaci 0,06 zł dywidendy na akcję

Walne zgromadzenie akcjonariuszy Ronson Development zdecydowało o wypłacie dywidendy w wysokości 0,06 zł na akcję, czyli łącznie około 9,84 mln zł, z zysku netto za 2019 rok.

Dzień ustalenia prawa do dywidendy został wyznaczony na 5 sierpnia, a dniem wypłaty dywidendy będzie 24 sierpnia 2020 r.

O wypłatę dywidendy w wysokości 0,06 zł na akcję wnioskował główny akcjonariusz Ronson Development – firma ITR Dori BV, należąca do A. Luzon Development and Energy Group. Uchwała została przyjęta przez Walne Zgromadzenie większością 82% głosów. Jest ona zgodna z długoterminową polityką dywidendową Spółki ogłoszoną w lipcu 2018 r.

Zwołując Walne Zgromadzenie, Zarząd Ronson Development rekomendował niewypłacanie dywidendy z zysku netto za 2019 rok, w związku z gorszą sytuacją ekonomiczną i dużą niepewnością, wynikającą z pandemii COVID-19. Jednocześnie zapewnił, biorąc pod uwagę bardzo dobre wyniki finansowe Spółki za 2019 rok i pierwszy kwartał 2020 r., że wypłata dywidendy w wysokości do 0,06 zł na akcję nie naruszy zobowiązań finansowych (kowenantów) wobec wierzycieli, nie wpłynie na plany Spółki dotyczące projektów budowlanych oraz nie wpłynie na możliwość obsługi zadłużenia w przyszłości.

Biorąc pod uwagę bieżący kurs akcji Spółki (0,90 zł na zamknięciu sesji w dniu 29 czerwca 2020 r.), oczekiwana stopa dywidendy wynosi 6,7%. Dywidenda w łącznej wysokości 9,84 mln zł odpowiada 68% zysku netto Ronson Development przypadającego akcjonariuszom jednostki dominującej za 2019 rok, który wyniósł 17,4 mln zł.

Dywidenda na akcję wypłacana przez Ronson Development w latach 2013-2020

Dywidenda na akcję wypłacana przez Ronson Development w latach 2013-2020
* Dzień wypłaty dywidendy został wyznaczony na 24 sierpnia 2020 r.

Ceny mieszkań u progu lata 2020 – większych przecen nie widać

Koronawirus przynajmniej na razie nie przyniósł mocnej przeceny mieszkań – zarówno na rynku pierwotnym jak i wtórnym. Do końca marca, a więc już w okresie pandemii w Polsce, ceny wyraźnie rosły. To ostatnie dane banku centralnego – za I kw. 2020. Co dalej? Wydaje się, że na razie nie doszło do mocnych spadków stawek. Część ekspertów przestrzega jednak sprzedających przed optymizmem. Popyt może osłabnąć, w związku z zaostrzeniem kryteriów kredytowych.

Ciągle jeszcze brakuje pełni informacji, by odpowiedzieć na pytanie w jaką stronę pójdzie rynek. Sytuacja nieco się rozjaśni, gdy ośrodki monitorujące opublikują średnie cenowe za II kw. 2020, a więc już (przynajmniej teoretycznie) po pierwszej fali pandemii w Polsce i po otwarciu gospodarki.

Ostanie dane banku centralnego dotyczą I kw. 2020, a więc również marca, w którym epidemia wybuchła na dobre. Informacje o średnich cenach nie pokazują jednak ich spadku. Wręcz przeciwnie. We wszystkich wiodących miastach (Warszawa, Wrocław, Kraków, Gdańsk, Poznań) ceny poszły mocno do góry. Kwotowo i procentowo najbardziej podrożały mieszkania we Wrocławiu – z 7634 zł w IV kw. 2019 do 8354 w I kw. 2020, co stanowi wzrost o 9,5 proc. kwartał do kwartału. W Warszawie nowe mieszkania podrożały z 9476 zł do 9819, w Krakowie z 8243 zł do 8356, w Poznaniu wzrost był minimalny – z 7406 zł do 7424 zł, w Gdańsku z 8585 do 8741 zł.

Jak więc widać, dane nie wskazują na przyhamowanie koniunktury. Ktoś może powiedzieć, że to są niemiarodajne informacje, bo dotyczą tylko początku pandemii. Będzie miał rację. Jak więc obecnie przedstawiają się ceny w największych miastach Polski?

Bez tąpnięcia

Rozpiętość cenowa nowych mieszkań w Warszawie sięga od około 5500 zł/mkw. za najbardziej oddalone inwestycje w segmencie popularnym, do ponad 25 tysięcy zł za 1 mkw. luksusowych nieruchomości mieszkaniowych w centrum stolicy. Do najdroższych lokalizacji (ze stawkami wynoszącymi średnio około 9,5-11 tys. zł za metr kwadratowy) należą m.in. Mokotów i bliska Wola, minimalnie taniej jest na Ursynowie.

Przykładowo: na Mokotowie najtańsze mieszkania kosztują około 8500-8800 zł/mkw. W takiej cenie można kupić nieruchomość w nowej inwestycji m.in. w rejonie ulicy Augustówka, podobne oferty spotkamy na Siekierkach, czy na Ursynowie. Na Służewcu stawki częściej już przekraczają 9000 zł. Z kolei na Sadybie jest to raczej powyżej 9500 zł, przy czym ceny mogą sięgać nawet kilkunastu tysięcy za metr kwadratowy. Za 28 metrową kawalerkę w projekcie zlokalizowanym przy ul. Nałęczowskiej oferent oczekuje aż 441 tysięcy złotych, co daje ponad 15000 zł/mkw.

W Śródmieściu, najdroższej dzielnicy mieszkaniowej w Polsce, średnie ceny wynoszą kilkanaście tysięcy za metr, ale stawki za najbardziej luksusowe projekty mogą sięgać nawet i kilkudziesięciu tysięcy. W segmencie premium ceny od lat są bardzo stabilne.

Jeśli natomiast mówić o przecenach, można wskazać jedynie budownictwo w segmencie popularnym w oddalonych lokalizacjach, przez co rozumiemy odległość przynajmniej 8 – 10 km od centrum Warszawy. Ceny za mieszkania tak położone zaczynają się od około 5500 zł/mkw. (można kupić nawet taniej, ale dotyczy to zazwyczaj zabudowy szeregowej z dużymi metrażami).

Wśród tanich lokalizacji są dzielnice i osiedla peryferyjne. Przykładowo, na Białołęce za 88 metrowe mieszkanie na nowym osiedlu zlokalizowanym ponad 11 km od centrum (w rejonie ulicy Cieślewskich), trzeba zapłacić 461 tysięcy złotych, co daje bardzo niską jak na Warszawę stawkę 5300 zł za metr kw.

Jeśli więc szukać przecen, których wcześniej nie było, wskazalibyśmy na takie oferty. Wydaje się, że nieco staniały mieszkania z budownictwa popularnego na obrzeżach miasta. Na razie jednak w skali całej stolicy, mocnych, rzucających się w oczy przecen nieruchomości w topowych dzielnicach miasta nie widać. Nie można więc mówić o wyraźnej korekcie. By potwierdzić ten obraz, trzeba będzie poczekać na dane za cały II kwartał, ale na dziś wydaje się, że stawki pozostają raczej w „zamrożeniu”, a więc na tym samym, ewentualnie nieznacznie niższym poziomie, niż przed pandemią.

Podobnie przedstawia się sprawa w innych wiodących miastach. Na razie dobre, wielkomiejskie lokalizacje trzymają swoje ceny, częściej natomiast widać przeceny lokalizacji peryferyjnych, ale za wcześnie, by głosić jakąś wyraźniejszą korektę.

Co dalej z rynkiem?

Na takie pytanie jednoznacznej odpowiedzi nie ma, bowiem tym razem niezwykle wiele zależy od czynników zewnętrznych. Karty rozdaje pandemia. Czy będzie druga fala? Czy dojdzie do ponownej społecznej kwarantanny, co będzie jesienią? Od odpowiedzi na te pytania zależy bardzo wiele.

Pośrednim sygnałem, który wskazuje na to, że jednak większa przecena będzie konieczna, jest wyraźny spadek popytu na kredyty mieszkaniowe. Wg Biura Informacji Kredytowej (BIK Indeks) w maju wysokość kredytów, o które wnioskowali klienci, była niższa rok do roku o 24 procent. W kwietniu było to aż o 27,6 proc. mniej.

Istotne są więc bodźce stymulujące popyt – na razie Rada Polityki Pieniężnej zdecydowała się na bezprecedensowy krok w postaci cięcia stóp procentowych do rekordowo niskich poziomów. Po trzech cięciach stopa podstawowa wynosi 0,1 proc.

Tani pieniądz powinien mocno stymulować popyt, ale na przeszkodzie stoją same banki, które równolegle w niepewnych czasach zaostrzyły kryteria kredytowania. Duża część instytucji jako wyjściowy wkład własny kredytów przyjmuje 30 proc. wartości nieruchomości. Zaostrzone zostały też kryteria dla niektórych branż, narażonych na skutki epidemii i zamknięcie gospodarki, dla samo zatrudnionych, firm i osób na umowach cywilnoprawnych.

Niskie stopy procentowe dla banków oznaczają ostatecznie niższe zyski, bowiem kosztów nie da się już przerzuć na właścicieli depozytów, tnąc ich oprocentowanie. To jest obecnie zbyt niskie. Banki musiałyby wziąć więc koszty na siebie. Tak się jednak nie stanie. Należy spodziewać się więc wzrostu wszystkich kosztów okołokredytowych związanych z prowizją i innymi opłatami, czy wreszcie po prostu marż kredytów. Tak już się zresztą stało. Jak informują przedstawiciele Amron-Sarfin, w czerwcu średnia marża ofertowa kredytu hipotecznego wyniosła 2,25%. Wzrosła więc o 0,13 p.p. w porównaniu do lutego 2020 r.  – ostatniego miesiąca sprzed pandemii.

Ostatecznie jednak, przy bardzo głębokim cięciu stóp, koszt pieniądza dla klientów banków i tak bardzo mocno spadł. Jak podaje Amron-Sarfin, średnie oprocentowanie modelowego kredytu hipotecznego wyniosło w czerwcu 2,53% (o 1,32 p.p. mniej niż w lutym). Jak to się przełożyło na raty kredytów? W przypadku modelowego zobowiązania na 300 tysięcy na okres 25 lat, miesięczna rata zmniejszyła się o 200 zł – z około 1600 do 1400 zł.

Czy tani pieniądz będzie wystarczającym stymulantem popytu na kredyty, a tym samym – na mieszkania?

Z odpowiedzią na to pytanie musimy jeszcze poczekać.

Autor: Marcin Moneta, ekspert portalu GetHome.

Nowa matryca stawek podatku VAT od 1 lipca – co się zmienia?

Od 1 lipca 2020 roku zaczynają obowiązywać nowe stawki VAT. Wszystko to za sprawą długo oczekiwanej nowej matrycy stawek podatku. Eksperci z firmy inFakt wyjaśniają, co się zmieni – na co podatek będzie wyższy, a na co niższy.

Nowa matryca VAT ma za zadanie przede wszystkim wyeliminowanie absurdów w stosowaniu podatku, gdzie podobne towary (takiej samej kategorii) były w niektórych przypadkach opodatkowane według różnych stawek.

Określanie stawek VAT na podstawie Polskiej Klasyfikacja Wyrobów i Usług spowodowało powstanie wielu absurdów. Najbardziej charakterystycznym jest pączek, do którego zastosowanie mogły mieć aż trzy wysokości podatku (5%, 8% i 23%). Można również przytoczyć przykład lodów, do których przyporządkowane mogły być dwie stawki (5% i 8%). – Nowa matryca być może nie jest idealnym rozwiązaniem, jednak to duży krok ku prostocie w ustalaniu stawki podatku VAT – podkreśla Piotr Juszczyk, doradca podatkowy w firmie inFakt.

Matryca jest oparta na nomenklaturze scalonej (CN). W związku z tym produkty są przyporządkowane do danego działu w systemie CN, takiego jak np. pieczywo, owoce, warzywa, mięsa czy też produkty mleczarskie. – W konsekwencji co do zasady stawkami zostały objęte całe działy, a nie poszczególne towary z nich wyodrębnione – wyjaśnia Piotr Juszczyk.

Niższe stawki VAT będą obowiązywały np. na:

  1. Owoce tropikalne i cytrusowe, niektóre orzechy (pistacjowe, migdały, kokosowe) obecnie opodatkowane według stawki 8% objęte zostaną – tak jak pozostałe owoce – stawką 5%.
  2. Pieczywo każdego rodzaju, włącznie z ciastkami, proponuje się objąć stawką 5% (obecnie pieczywo i produkty ciastkarskie są objęte trzema stawkami: 5%, 8% i 23%).
  3. Zupy, buliony, żywność homogenizowana i dietetyczna, w tym również dietetyczne środki spożywcze specjalnego przeznaczenia medycznego, objęte obecnie stawką 8% będą opodatkowane według stawki w wysokości 5%.
  4. Musztarda, przyprawa słodka papryka, niektóre przyprawy przetworzone (np. pieprz, gałka muszkatołowa, tymianek), obecnie opodatkowane według stawki 23% będą objęte stawką 8%.
  5. Książki wszelkiego rodzaju, a więc drukowane, na dyskach, taśmach i innych nośnikach, jak również w formie elektronicznej (e-booki) proponuje się objąć jedną – 5% stawką podatku VAT.
  6. Produkty dla niemowląt i dzieci, tj. żywność przeznaczona dla niemowląt i małych dzieci, smoczki, pieluszki oraz foteliki samochodowe są objęte obecnie stawką 8%. Proponuje się obniżenie stawki na te produkty do 5%.
  7. Artykuły higieniczne (podpaski, tampony higieniczne) obecnie opodatkowane stawką w wysokości 8%, zostaną objęte stawką 5%.
  8. Gazety, dzienniki i czasopisma drukowane, na dyskach, taśmach i innych nośnikach, jak również w formie elektronicznej (e-prasa) proponuje się objąć jedną – 8% stawką podatku VAT (z wyjątkiem czasopism regionalnych i lokalnych w formach innych niż elektroniczna, dla których utrzymuje się stawkę 5%).

Podwyższone zaś zostaną stawki VAT m.in. na:

  1. Niektóre przyprawy nieprzetworzone (np. gałka muszkatołowa, kwiat muszkatołowy, kmin, szafran, kurkuma) – z 5% na 8%.
  2. Homary i ośmiornice oraz inne skorupiaki, mięczaki i bezkręgowce wodne (m.in. kraby, langusty, krewetki, ostrygi, małże, ślimaki) oraz przetwory z nich, kawior oraz namiastki kawioru, jak również sprzedawane w różnego rodzaju placówkach gastronomicznych posiłki, których składnikiem są ww. produkty – z 5% na 23%.
  3. Lód – używany do celów spożywczych i innych celów chłodniczych – z 8% na 23%.
  4. Czasopisma specjalistyczne – z 5% na 8%. Podwyżka nie dotyczy czasopism regionalnych i lokalnych drukowanych, na dyskach, płytach itp., dla których utrzymuje się stawkę 5%.

Wiążąca Informacja Stawkowa

Wraz z nową matrycą VAT zaczyna obowiązywać Wiążąca Informacja Stawkowa (WIS). Wnioski o wydanie WIS podatnicy mogą składać już od 1 listopada 2019 r., jednak same informacje wydawane są od 1 lipca 2020 roku.

WIS jest instrumentem zapewniającym podatnikom i organom podatkowym większą pewność co do prawidłowości zastosowanych stawek podatku VAT. – Nowy instrument zastępuje niewiążące interpretacje wydawane przez Główny Urząd Statystyczny. Wiążąca Informacja Stawkowa jest decyzją administracyjną wydawaną przez Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej. Podatnik, który uzyska Wiążącą Informacje Stawkową, będzie miał zapewnioną ochronę co do zastosowanej stawki VAT. Niejednoznaczność przepisów wcześniej powodowała, że wiele firm miało problemy z urzędem skarbowym – wyjaśnia ekspert inFakt.

Wniosek o wydanie WIS musi spełnić wymagania formalne oraz podlega opłacie w kwocie 40 zł. Decyzja wydawana jest ciągu 3 miesięcy.

Branża OZE odporna na koronawirusa

Branża Odnawialnych Źródeł Energii nie ucierpiała bardzo z powodu epidemii koronawirusa. Przyczyną tego jest duża mechanizacja pracy – załoga pracownicza odpowiada tu głównie za administrację i serwis. W lekko zmienionym trybie praca szła naprzód, a działanie farm wiatrowych i fotowoltaicznych nie zostało przerwane. Epidemia miała jednak wpływ na transakcje międzynarodowe i ciągi dostaw. Każdy, kto zarządza wiatrakami lub fotowoltaiką odczuł, że części i komponenty nie zjawiły się na czas, a międzynarodowa współpraca technologiczna (na przykład poszukiwanie nowych turbin do polskich wiatraków) musiała zostać odłożona. Międzynarodowy kryzys spowolnił również przekazanie funduszy z europejskiego projektu Zielony Ład. Jednak zarówno to, jak i chwilowy spadek cen energii elektrycznej, nie wpłynęło znacząco na działanie branży OZE.

– Obecnie powinny pojawiać się akty wykonawcze w projekcie Zielonego Ładu. Siłą rzeczy te działania zostały zamrożone. Środki, które miały być przeznaczone na Zielony Ład, będą pewnie odsunięte w czasie – ze względu na wyzwania związane z epidemią. Jednak globalne energetyki wiatrowa i słoneczna dosyć dobrze się przed koronawirusem obroniły – powiedział serwisowi eNewsroom Maciej Korecki, członek rady nadzorczej w spółce ENEVI S.A, realizującej projekty wiatrowe w ramach Grupy Pracownia Finansowa. – Wpływ na branżę miała także cena energii elektrycznej, która spadła pierwszy raz od dłuższego czasu. Wynikało to z mniejszego zapotrzebowania na energię podczas zamrożenia gospodarki. Jest to jednak zjawisko chwilowe – kiedy gospodarka się odmrozi, cena energii znowu wzrośnie. Ten aspekt nie wpłynie więc znacząco na branżę OZE. Udało nam się również wybronić przed stratami wynikającymi ze społecznego dystansowania. Energię produkujemy przy wykorzystaniu technologii, a nie zasobów ludzkich – które ograniczają się do pracy administracyjnej i serwisowej. W inwestycjach nie widać więc, żeby koronawirus jakoś znacząco pokrzyżował nam plany – podsumowuje Korecki.

Czynniki podażowe i strukturalne pchają inflację do wzrostu – po kryzysie może ona mocno przyspieszyć

W maju inflacja w Polsce była najwyższa w Unii Europejskiej. Przyspieszenie w czerwcu sugeruje, że ta sytuacja najprawdopodobniej się utrzyma, a na pewno pozostaniemy w europejskiej czołówce. Jednak strategia otwierania gospodarki jest w Polsce inna niż w UE i powoduje silniejszą presję podażową na wzrost cen.

Inflacja bazowa jest nadal wysoka, mogła nawet wzrosnąć do 4 proc. r/r. Problemy strukturalne wywołują presję inflacyjną mimo szoku popytowego.

Negatywnym czynnikiem jest między innymi gwałtowny wzrost płacy minimalnej w 2020 r. która w sytuacji recesji i słabej sytuacji na rynku pracy w relacji do mediany wynagrodzenia może już w tym roku sięgnąć nawet 60 proc.!. To wywiera silną presję na inflację.Czynniki podażowe i strukturalne pchają inflację do wzrostu – po kryzysie może ona mocno przyspieszyć

Według danych GUS łączna inflacja w czerwcu przyspieszyła do 3,3 proc. r/r wobec 2,9 proc. r/r przed miesiącem. W ujęciu EUROSTAT (tzw. wskaźnik HICP) ten wzrost może być jeszcze wyższy, tak było przed miesiącem, kiedy, kiedy HICP wyniósł 3,4 proc. r/r vs inflacji w ujęciu GUS 2,9 proc. r/r. W maju inflacja w Polsce była najwyższa w UE. W ujęciu HICP inflacja mogła się już zbliżyć do 4 proc.!Czynniki podażowe i strukturalne pchają inflację do wzrostu – po kryzysie może ona mocno przyspieszyć 2

Przed kilkoma tygodniami pisałem, że słaby popyt będzie ciągnął ceny w dół. Z drugiej strony ograniczenia podażowe, które mimo otwarcia gospodarki nadal są bardzo uciążliwe dla firm pchają ceny do góry. Inflacja ma dwie twarze. Bieżące dane to potwierdzają. Wygrywa presja podażowa.

Nadal w wielu branżach ograniczenia nie są adekwatne i porównywalne do otwarcia w innych branżach. Te wszystkie ograniczenia powodują presję na wzrost cen, szczególnie w usługach.

Według badania Centrum Monitoringu Sytuacji Gospodarczej firmy negatywnie oceniają działania rządu dot. odmrażania gospodarki. 57 proc. firm negatywnie ocenia odmrażanie. Średnia ocena to 3,7 w skali od 0 do 10 (przy czym 5 to ocena neutralna). Pozytywne oceny to tylko 11 proc. Neutralne – 32 proc.

Nie mamy jeszcze struktury wzrostu cen, ale efekt spadku popytu był widoczny przed miesiącem w cenach odzieży i obuwia, środków transportu, wyposażenia mieszkania i urządzeń gospodarstwa domowego. Najprawdopodobniej tutaj trendy będą kontynuowane.

Utrzymuje się jednak wysoka inflacja cen żywności (ok. 6 proc. r/r). W przypadku żywności popyt nie jest elastyczny i o trendach cenowych decydują czynniki podażowe, pogodowe i trendy na rynkach rolnych. A tutaj sytuacja jest mocno niepewna, bo do ryzyka suszy teraz przeszliśmy do ryzyka powodzi i innych negatywnych czynników meteorologicznych.

Ograniczenia podażowe silnie wpłynęły również na usługi dla ludności. Mimo, że już otwarto zakłady kosmetyczne i fryzjerskie, to nadal w tej branży istnieją ograniczenia. Przyspieszenie inflacji w czerwcu sugeruje, że wzrost cen w usługach jest nadal wysoki, w maju był nawet dwucyfrowy w niektórych rodzajach usług.

Inflacja bazowa jest nadal wysoka, mogła nawet wzrosnąć do 4 proc. r/r, problemy strukturalne wywołują presję inflacyjną mimo szoku popytowego. Te czynniki nie ustąpią nawet po kryzysie. Poziom cen w Polsce jest już wyższy o ok. 9 proc. w porównaniu do 2015 r. W UE o ok. 6 proc.. Ceny w Polsce wzrosły więc prawie 1,5-krotnie szybciej niż UE. Wzrost cen mocno przyspieszył w 2020 r. kiedy gwałtownie zwiększono płacę minimalną.

Negatywnym czynnikiem strukturalnym jest właśnie eksperyment z gwałtownym wzrostem płacy minimalnej w 2020 r. która w sytuacji recesji i słabej sytuacji na rynku pracy w relacji do mediany wynagrodzenia może w tym roku nawet sięgnąć 60 proc.! Już w tym roku. To wywiera silną presję na inflację.

Niestety istnieje ryzyko, że w 2021 r. płaca minimalną znowu pójdzie w górę. Mechanizm ustawowy jest ślepy na recesję i problemy rynku pracy. To może się skończyć wysoka inflacją po kryzysie, a w polityce pieniężnej brakiem instrumentów po obniżce stóp procentowych prawie do zera.

Dr Sławomir Dudek, główny ekonomista Pracodawców RP 

Wzrost cen w Polsce zaskakuje. Inflację w czerwcu napędzają drożejące usługi

Niespodzianka w dzisiejszym szybkim szacunku inflacji GUS. W jego świetle w czerwcu inflacja wyniosła 3,3% r/r i 0,7% m/m, co stanowi odbicie po kwartale spadków (w maju 2,9% r/r).

Jest to o tyle zaskakujące, że recesja co do zasady dusi inflację i oczekiwania inflacyjne. Z odczytu flash wiemy, że czerwcowego wyniku nie obciążyła drożejąca żywność (tak jak to miało miejsce w ostatnich miesiącach). Także rosnący trend cen paliw nie jest w stanie wyjaśnić całego przyrostu.

Najprawdopodobniej (co znajduje potwierdzenie w opiniach przedsiębiorców) wzrosty cen są napędzane przez usługi, za które trzeba płacić coraz więcej. Zaostrzony reżim sanitarny z perspektywy producenta oznacza ograniczenie podaży oraz procedury dalekie od optymalnych, czego skutkiem jest konieczność dostosowania w górę cen. Już w połowie miesiąca będziemy w stanie powiedzieć, gdzie te wzrosty są najbardziej widoczne w skali całej gospodarki. W ciemno można obstawiać usługi fryzjerskie, kosmetyczne czy dentystyczne, w których istnieje duża determinacja do przestrzegania restrykcyjnych zasad, przez wzgląd na bezpieczeństwo pracowników, a popyt jest sztywny. Nie można również zapomnieć o cenach usług turystycznych i powiązanych z nimi usług hotelarsko-gastronomicznych. Branża korzysta z ograniczeń nałożonych na wyjazdy zagraniczne, odbudowuje poduszkę finansową po fatalnym kwartale, a ostateczny efekt wzmacnia obecność zapowiadanego bonu turystycznego.

dr Sonia Buchholtz, Konfederacja Lewiatan

Inflacja w Polsce znów rośnie

Spokojniejsze przechodzenie kryzysu niż zakładano dotychczas, połączone z bardzo niskimi stopami procentowymi i bezprecedensowymi trasnferami socjalnymi podnosi inflację, co z kolei osłabia złotego.

Inflacja znów rośnie

Odmrażanie gospodarki spowodowało, że Polacy zaczęli wychodzić i konsumować. Patrząc na opublikowany dzisiaj wskaźnik inflacji wynoszący 3,3% w skali roku widać, że koronawirus sprzyjał również wzrostowi cen. Wynik ten znajduje się w celu inflacyjnym, ale jest bardzo blisko jego górnej granicy. Warto zwrócić uwagę, że tani kredyt oraz transfery socjalne powodują wzrost presji inflacyjnej. Wątpliwe jest jednak, by w obecnej sytuacji RPP podnosiła stopy procentowe. Po tych danych złoty wyraźnie traci na wartości.

Słabsze dane z Wysp

Dzisiaj poznaliśmy dane na temat wzrostu PKB w Wielkiej Brytanii. Spadek w ujęciu rocznym o 1,7% nie jest dużym zaskoczeniem. Analitycy spodziewali się 1,6% na minusie, ale biorąc pod uwagę nadchodzący brexit i trwającą epidemię to niewielka różnica. Nie zmienia to faktu, że inwestorzy po tych danych ponownie patrzą z niepokojem na funta brytyjskiego i traci on na wartości względem głównych walut.

Problemy z kredytami w USA

Zza oceanu dochodzą informacje o ograniczaniu akcji kredytowej. Problemem okazał się przepis, który w przypadku odraczania spłat kredytu nie pozwala ich wpisać jako przeterminowanych. Banki nie mają zatem wystarczających danych do oceny wiarygodności kredytowej klientów. Tym samym wielu ryzykownych klientów, którzy normalnie otrzymaliby pożyczkę, odchodzi z kwitkiem.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Badanie Microsoft: AI motywuje firmy do podnoszenia umiejętności pracowników

Firmy dostrzegają największe korzyści biznesowe z zastosowania sztucznej inteligencji (AI), gdy łączą wdrażanie technologii AI z rozwojem umiejętności swoich pracowników, zarówno technicznych, jak i miękkich – wynika z badania Microsoft „AI & Skills” przeprowadzonego wśród 12 tys. pracowników i menedżerów na całym świecie[1]. Ponad 1/3 respondentów z polskich organizacji przyznała, że w swojej działalności zupełnie nie wykorzystuje możliwości sztucznej inteligencji, podczas gdy 23 proc. potwierdza wysoki stopień zaawansowania w jej zastosowaniu. Największa część badanych (44 proc.) dopiero odkrywa możliwości AI i przeprowadza pierwsze eksperymenty z jej wykorzystaniem. Pokazuje to, że wśród dużych polskich przedsiębiorstw mamy do czynienia z firmami dwóch prędkości w adopcji technologii AI i rozwoju umiejętności pracowników w tym zakresie. Wyniki badania w porównaniu z innymi krajami były dyskutowane w trakcie spotkania ExperimentAI, podczas którego wypowiadało się wielu gości specjalnych cytowanych poniżej.

„W maju Microsoft ogłosił kompleksowy plan inwestycyjny o wartości 1 miliarda dolarów w celu przyspieszenia innowacji i transformacji Polskiej Doliny Cyfrowej. Ta inwestycja zapewni silne wsparcie dalszego sukcesu utalentowanych polskich programistów i nie tylko, umożliwiając rozwój cyfrowych umiejętności dla 150 000 osób. Polska jako kraj talentów, w którym pracuje 25% deweloperów Europy Środkowo-Wschodniej, z wykształconymi zespołami i duchem przedsiębiorczości ma potencjał, aby stać się cyfrowym sercem Europy” – Mark Loughran, dyrektor generalny Microsoft w Polsce.

Niemal 10 proc. polskich firm aktywnie stosuje AI

„Obecnie znajdujemy się w złotej erze AI. Dysponujemy ogromną ilością narzędzi i danych pozyskiwanych z sensorów i urządzeń, które są w stanie komunikować się ze sobą i podejmować niezależne decyzje. Sztuczna inteligencja będzie obecna niemal w każdym aspekcie naszego życia. Wszystkie te elementy już dziś są dla nas łatwo dostępne, dzięki czemu jesteśmy w stanie budować nowe modele biznesowe. I to właśnie nazywamy czwartą rewolucją cyfrową” – podkreśla Cristina Dolan, MIT Alum, Co-founder and CEO iHuddl, Founder and CEO of Inside Chains.

W zrealizowanym przez Microsoft badaniu “AI & Skills” wzięło udział 611 polskich firm zatrudniających więcej niż 250 pracowników. Ponad 23 proc. z nich wykorzystuje AI w sposób zaawansowany. Są to firmy, które w swoich procesach mają zaimplementowane elementy sztucznej inteligencji (niemal 10 proc.) lub jest ona zapisana w formalnych strategiach działania, a dane stanowią ich kluczowy zasób (ponad 13 proc.). 33 proc. respondentów przyznało, że znajduje się na początkowym etapie rozwoju AI w firmie. W fazie rozpoznania znajduje się 22 proc. organizacji. Taki sam odsetek polskich przedsiębiorstw już eksperymentuje z tą technologią.

„Wolumeny danych, które generujemy powodują, że nie jesteśmy już w stanie ich analizować bez AI. Nie ma współczesnej innowacji bez AI. I chociaż efektywność analityki machine learning i AI w obrębie tekstu wysoce specjalistycznego, jakim jest opinia prawna, pozostawia wciąż wiele do życzenia. Bez względu na to, czy efekt działania algorytmu będzie taki czy inny ryzyko opinii i doradztwa pozostaje po stronie prawnika, zawsze. Prawnicy się tego boją, ale rozumieją, że bez AI nie da się pracować, bo to wsparcie jest nie do przecenienia” – mówi Marek Laskowski, CIO w Kancelarii Prawnej Domański Zakrzewski Palinka.

Ponad 80 proc. zaawansowanych użytkowników AI w Polsce dostrzega jej konkretną wartość dla prowadzonego biznesu. W przypadku firm dopiero eksperymentujących z inteligentnymi algorytmami, wskaźnik ten spada do 50 proc. Średnia światowa dla respondentów na całym świecie wynosi 69 proc. Dane te potwierdzają, że firmy mają poczucie dużej wartości biznesowej z zastosowania algorytmów AI w swojej organizacji.

„Myślę, że powinniśmy bardziej skoncentrować się na efektach wynikających z holistycznej transformacji cyfrowej, a nie na konkretnej technologii. Dopiero, kiedy przedsiębiorcy dostrzegą oczywiste wartości biznesowe wynikające z zastosowania najnowszych technologii takich jak sztuczna inteligencja, sami staną się ich najlepszymi ambasadorami w swoich organizacjach. Widząc te korzyści tym chętniej zaangażują się w rozwój kompetencji swoich prawników w tym obszarze.” – podkreśla Tomasz Staszelis, Chief Digital Officer w Polpharmie.

Liderzy AI inwestują więcej w umiejętności swoich pracowników

„Porównując dane dotyczące stopnia zaawansowania w kwestii wykorzystania sztucznej inteligencji z Polski z danymi z innych krajów zauważyliśmy pewien schemat. Polskie przedsiębiorstwa, niezależnie od tego czy są średniozaawansowane w wykorzystaniu AI, czy są profesjonalistami, zauważają więcej korzyści wynikających z użycia tej technologii oraz chcą więcej inwestować w rozwój umiejętności swoich pracowników. Również sam odsetek firm implementujących sztuczną inteligencję jest w Polsce większy niż w innych krajach. Co więcej, polscy liderzy AI przewidują dwucyfrowy wzrost biznesu w ciągu następnych 5 lat, nawet pomimo trudnej sytuacji gospodarczej związanej z pandemią. Dzieje się tak dlatego, że firmy wykorzystujące AI, zaczynają więcej inwestować w swój rozwój. W perspektywie długoterminowej przyniesie im to znaczącą przewagę nad konkurencją” – mówi Julian Lambertin, Executive Vice President, KRC Research.

Firmy o wyższej skali wzrostu łączą program rozwoju umiejętności pracowników z wdrażaniem sztucznej inteligencji. Przedsiębiorstwa, które są najbardziej dojrzałe pod względem adopcji AI twierdzą, że aktywnie budują umiejętności zespołu lub mają takie plany. Ponadto dwie trzecie (66 proc.) polskich pracowników z firm, które określają się jako dojrzałe w obszarze AI twierdzi, że już skorzystało z programów przekwalifikowania w tym zakresie.

Badania pokazują również, że firmy wiodące w obszarze AI koncentrują się na tym, aby technologia ta uzupełniała talenty swoich pracowników. Firmy rozwijają umiejętności kadry we wszystkich kategoriach – od zaawansowanej analizy danych i krytycznego myślenia po komunikację i kreatywność. 84,7 proc. menedżerów wyższego szczebla i 62,1 proc. pracowników w firmach, które wykorzystują AI, określa się jako „augmented worker” – podkreślając, że technologia wspiera ich w pracy, począwszy od pomocy w zarządzaniu prostymi zadaniami i procesami, po dostarczanie informacji i pomoc w podejmowaniu decyzji. W polskich organizacjach odsetek ten jest jeszcze wyższy i wynosi on kolejno 89 i 69 proc.

Kamila Stępniowska, Co-Founder, CEO w Automation & Education, Speaker Office Digtial University dodaje – “Panuje przekonanie, że pracownik powinien pracować, a nie się uczyć. Stąd apel do menagerów, by pozwalali pracownikom rozwijać się i poszerzać wiedzę w obszarze cyfrowym”.

Innowacje dzięki AI

Liderzy AI mają także poczucie, że technologia ta w wysokim stopniu wpływa na efektywność procesów operacyjnych. W przypadku polskich respondentów jest to aż 89 proc. wskazań. Dostrzegają oni także, że AI wpływa na ich innowacyjność w zakresie rozwoju nowych produktów i usług. Potwierdziło to 62 proc. przedstawicieli rodzimych organizacji. W przypadku pozostałych firm dopiero eksperymentujących z AI, odsetek osób, które zauważyły wyraźny wpływ tej technologii na rozwój nowych produktów sięga jedynie 35 proc.

„Jest to bezprecedensowy moment dla wszystkich firm – niezależnie od wielkości, branży i położenia geograficznego. Nadchodzące miesiące i lata będą miały kluczowe znaczenie dla większości organizacji, ponieważ wszyscy staramy się dostosować do nowych warunków. Cyfrowa transformacja przyspiesza, a sztuczna inteligencja znajduje się w jej centrum. Uważamy, że AI będzie nadal pomagać firmom w osiąganiu większej zwinności i konkurencyjności. Jednak droga do uwolnienia pełnego jej potencjału polega na wykorzystaniu technologii do naturalnego uzupełnienia ludzkiej pomysłowości – ważne więc będzie skupienie się nie tylko na wdrażaniu inteligentnych technologii, ale i na umiejętnościach, które pomogą w pełni czerpać korzyści z nowych rozwiązań” – mówi Wojciech Życzyński, członek zarządu w polskim oddziale Microsoft.

[1] W badaniu wzięło udział około 12 000 pracowników i liderów w większych przedsiębiorstwach na 20 rynkach na całym świecie w dniach 12–30 marca. W badaniu wzięło udział 611 przedstawicieli polskich firm. Badanie koncentruje się na analizie umiejętności pracowników potrzebnych do rozwoju wraz z upowszechnieniem sztucznej inteligencji.

Andrzej Sowiński odchodzi z Lenovo Polska

Po ponad 9 latach kierowania polskim oddziałem firmy Lenovo, dotychczasowy dyrektor generalny Andrzej Sowiński zdecydował, iż odchodzi z firmy. W piątek (26 czerwca) poinformował o tym oficjalnie pracowników Lenovo Polska.

Tymczasowo jego stanowisko obejmie Ivan Bozev, dyrektor generalny regionu CSEE (Europy Środkowej i Południowo-Wschodniej) w Lenovo. Nadzoruje on ciągły rozwój grupy PC Lenovo w Polsce, Bułgarii, Chorwacji, Czechach, Grecji, Rumunii, Serbii, Słowenii, na Słowacji i Węgrzech oraz sześciu innych krajach Europy Wschodniej. Przełożonym Ivana Bozeva jest Francois Bornibus – prezes Lenovo EMEA.

W czasie swojej wieloletniej pracy, Andrzej Sowiński, przyczynił się do wypromowania marki Lenovo na polskim rynku zwiększając jej udziały w tymże rynku ponad dziesięciokrotnie, tym samym budując i umacniając pozycję firmy jako lidera rozwiązań IT, przede wszystkim w obszarze komputerów osobistych (PCSD). Sowiński współpracował z wieloma klientami, przekonując ich do innowacyjnych rozwiązań Lenovo, aktywnie wspierał działania z kanałem dystrybucji i nieustannie dbał o rozwój kanału partnerskiego, zwiększając liczbę aktywnych partnerów handlowych współpracujących z Lenovo, a także rozwijając i umacniając relacje z nimi.  Przeprocesował utworzenie w Polsce dwóch nowych działów produktowych w Lenovo – Motorola oraz Data Center Group.

Fala automatyzacji nadchodzi do Polski

To sektor rozwiązań teleinformatycznych będzie siłą napędową do odbudowania polskiej gospodarki po pandemii COVID – 19 – uważa Przemysław Kędzior z TCG Process. Przychody firm oferujących cyfrowe rozwiązania wzrosły od kwietnia br. o blisko połowę, a przedsiębiorstwa te odnotowały wzrost zamówień oferowanych przez siebie programów i rozwiązań o ponad 40 proc[1].

Pierwsza rewolucja przemysłowa dotyczyła włókiennictwa, druga – hutnictwa, a trzecia przemysłu wytwórczego. Na naszych oczach odbywa się czwarta rewolucja związana z automatyzacją procesów czy wprowadzaniem sztucznej inteligencji do codziennego życia. Polskie firmy w okresie pandemii przekonały się do niestandardowych rozwiązań z obszaru cyfryzacji zasobów informacji i zarządzania danymi online.

Na całym świecie pandemia przyczyniła się do popularyzacji pracy zdalnej i modeli rozproszonych, a co za tym idzie wykorzystywania zasobów cyfrowych. Polskie firmy są coraz bardziej zainteresowane rozwiązaniami typu input managment. Jeszcze parę lat temu w przedsiębiorstwach królowały dokumenty, a dziś wyraźnie widać wzrost znaczenia kanałów online, rozwiązań mobilnych i integracji systemowych. Polskie firmy, szczególnie teraz w okresie pandemicznym, są otwarte na stosowanie i szybkie wdrażanie nowych technologii – Przemysław Kędzior, Menadżer Generalny TCG Process Polska.

Nie każdy wróci do pracy stacjonarnej

Zdaniem Michała Gizy, doradcy zarządu ds. rozwoju TCG Process Polska , praca zdalna jest przyszłością rynku. W ciągu ostatnich 12 lat odsetek osób pracujących zdalnie wzrósł o 159 proc[1]. Pandemia może znacząco zwiększyć tę liczbę. Już teraz ponad 75 proc. firm planuje przynajmniej dla części pracowników wprowadzić stałą pracę z domu.

To dla TCG Process dobra informacja. Praca w trybie zdalnym wymaga korzystania z narzędzi online czy specjalnych platform, które umożliwiają działanie na dokumentach i danych. Obserwujemy znaczący wzrost popularności rozwiązań z obszaru input managmentu, które umożliwiają masowe przetwarzanie danych w krótkim czasie. To ogranicza pracę ręczną i skraca czas implementacji danych. Z rozwiązań umożliwiających pracę zdalną oraz z programów, takich jak oferowana przez nas platforma DocProStar® najczęściej korzystają firmy z sektora BPO, finansów i ubezpieczeń – mówi Michał Giza.

Zdaniem ekspertów TCG Process, fala automatyzacji zawita wkrótce do Polski i będzie dotyczyć nie tylko firm z sektora BPO. Już dziś w Szwajcarii – jednym z państw, gdzie działa TCG Process – do rozwiązań online przekonują się firmy z sektora healthcare, edukacyjnego czy publicznego.

[1] Badanie „Barometr ITX”.
[1] https://www.flexjobs.com/blog/post/remote-work-statistics/

Wakacje na „L4” ubocznym skutkiem pandemii

0

W pierwszych miesiącach trwania pandemii wielu Polaków nie wykorzystało urlopów, dlatego w drugiej części roku będą chcieli to nadrobić. Z tego powodu w firmach może zabraknąć rąk do pracy. Pracodawcy, z których znaczna większość wciąż stara się wyjść z kryzysu spowodowanego koronawirusem, nie będą chcieli udzielić podwładnym zgody na urlopy. Wielu zatrudnionych, którzy nie dostaną pozwolenia na wykorzystanie zaległego wypoczynku uda się w związku z tym na niezasadne zwolnienia chorobowe. Zjawisko to jest obserwowane co roku. Jednak tym razem wyraźnie przybierze ono na sile – oceniają eksperci z firmy doradczej Conperio. Absencja spowodowana „L4” w firmach może wzrosnąć tego lata nawet o 1/3 względem analogicznego okresu w zeszłym roku.

 Pandemia koronawirusa spowodowała lawinowy wzrost poziomu absencji chorobowej w polskich firmach od marca do maja br. Dane Conperio, największej krajowej firmy doradczej zajmującej się audytem absencji chorobowej wykazują, że Polacy wykorzystywali w tym czasie koniunkturę na zwolnienia i w rekordowym wymiarze przebywali na „L4” mimo, że faktycznie nie byli chorzy. Pracownicy, którzy byli na chorobowym w dalszym ciągu mają niewykorzystane dni urlopowe. Pozostała grupa zatrudnionych, która podczas pandemii Covid-19 wykonywała pracę, za sprawą lockdownu oraz w trosce o zdrowie swoje i swoich najbliższych, często zmuszona była zrezygnować z wcześniej zaplanowanych urlopów i przełożyć je na bliżej nieokreśloną przyszłość. Czynnik te potęgują problem jakim jest zbyt duża liczba pracowników chętnych udać się na wypoczynek w drugiej połowie 2020 roku.

Urlopowa fala kulminacyjna

Obecnie, w związku z luzowaniem restrykcji oraz okresem wakacji, wielu Polaków wierzy, że latem będą mogli wyruszyć na upragnione wczasy z rodziną. Kłopot w tym, że gdy jednocześnie w tym samym momencie o urlop poprosi znaczna część załogi, w wielu firmach zabraknie rąk do pracy. Dlatego przełożeni nie będą chcieli wydawać zgód na urlopy dla pracowników w tym samym czasie. Tysiące podwładnych może poczuć się potraktowanymi niesprawiedliwie i rościć sobie prawo do wypoczynku. Wszystko wskazuje zatem na to, że tego lata pracodawców czeka niemały ból głowy związany z ustalaniem grafików urlopowych oraz kolejny wysyp fałszywych „L4”.

– Zjawisko wzrostu absencji chorobowych wśród pracowników w okresie letnim obserwujemy rokrocznie. W poprzednich latach liczba zwolnień lekarskich w wakacje, w firmach korzystających z audytów Conperio utrzymywał się na poziomie 6 %, z delikatnym wzrostem na początku i na końcu okresu wakacyjnego. Szacujemy, że tego lata w związku falą zaległych urlopów spowodowanych pandemią koronawirusa oraz fałszywymi zwolnieniami lekarskimi, poziom absencji chorobowych w firmach może wynieść nawet 9%.mówi Mikołaj Zając, prezes Conperio.

Menedżerowie proszą o wsparcie, ZUS nie nadąża

Kadry zarządzające oraz działy HR przyznają wprost, że ustalenie harmonogramów urlopów zgodnie z preferencjami pracowników będzie w tym roku w wielu przypadkach niemalże niewykonalne.

– Nasi klienci, duże korporacje zatrudniające w każdym ze swoich zakładów produkcyjnych kilkaset osób, jak i mniejsze firmy, zgłaszają się z prośbą o wsparcie szkoleniowe, pod kątem prawa pracy, a także pod kątem kontroli pracowników przebywających na chorobowym. Pracodawcy narzekają także na opieszałość oraz brak kontrolowania zatrudnionych przebywających na zwolnieniach lekarskich przez ZUS. wyjaśnia Mikołaj Zając.

Jak wynika z doświadczenia ekspertów Conperio, znaczna większość pracowników przyłapanych dwukrotnie na symulowaniu absencji chorobowej, zaprzestaje tego procederu lub zmienia pracodawcę.

WEBCON udostępnia bezpłatnie narzędzia IT wspierające pracę zdalną

0

Ostatnie miesiące dla wielu firm okazały się prawdziwym testem dojrzałości cyfrowej. Wykazał on, że w sytuacji nagłej konieczności przejścia pracowników na tryb Home Office organizacje dłużej korzystające z dobrodziejstw cyfryzacji radzą sobie znacznie lepiej niż firmy, które dopiero stawiają pierwsze kroki na drodze do cyfrowej transformacji. To m.in. z myślą o tej drugiej grupie polski producent platformy do automatyzacji procesów biznesowych udostępnił za darmo osiem aplikacji ułatwiających zarządzanie pracownikami zdalnymi.

W obliczu globalnej pandemii, firmy na całym świecie przyspieszają tempo wdrażania cyfryzacji. Jak podaje agencja doradcza Ernst&Young w raporcie Global Capital Confidence Barometer, co trzecia organizacja planuje zwiększyć inwestycje w tym obszarze. Łukasza Wróbla, CBDO i Wiceprezesa w WEBCON taki trend nie dziwi. Firmy dojrzałe cyfrowo są z definicji bardziej elastyczne we wdrażaniu innowacji oraz zarządzaniu zmianą, co jak pokazuje bieżąca sytuacja może zadecydować o ich przetrwaniu na rynku. Jednocześnie też lepiej radzą sobie z pracą w warunkach kryzysowych, ponieważ ich procesy i najlepsze praktyki są zapisane w systemach informatycznych, a nie tylko w głowach pracowników – zauważa.

Organizacje, których procesy biznesowe oraz architektura IT nie były przygotowane na zarządzanie rozproszonym zespołem stanęły w mijającym kwartale przed wyjątkowo trudnym zadaniem. Musiały błyskawicznie zaadaptować rozwiązania, które umożliwią ich pracownikom pracę zdalną, takie jak Microsoft Teams czy Zoom oraz zapewnią bezpieczny dostęp do zasobów firmy z domu, takie jak VPN. Podjęte na szybko działania pozwoliły firmom na nieprzerwane kontynuowanie bieżącej działalności, a teraz czas pomyśleć o tym, jak wykorzystać te zabiegi w kierunku pełniejszej digitalizacji.

Z pomocą w tym zakresie przychodzi firma WEBCON, która przygotowała osiem darmowych aplikacji do efektywnego zarządzania pracownikami zdalnymi. Wśród nich znaleźć można m.in. narzędzia do rejestracji czasu pracy i raportowania wykonywanych w ciągu dnia zadań, aplikacje wspierające produktywność i współpracę w zespole, które umożliwiają managerom łatwą priorytetyzację zadań oraz monitorowanie postępu prowadzonych projektów czy tzw. Pulpit Pracownika, czyli cyfrowe biurko zbierające w jednym miejscu wszystkie aktualne zadania użytkownika.

W gronie udostępnianych aplikacji zainteresowani znajdą też narzędzia automatyzujące proces tworzenia i zatwierdzania zamówień – od momentu utworzenia zlecenia przez akceptację przełożonego, aż po zrealizowanie zakupu – jak również pozwalające wydajnie zarządzać korespondencją przychodzącą i wychodzącą. W pełni elektroniczna obsługa poczty przyspieszy procesowanie dokumentów, umożliwi zdalny dostęp do korespondencji oraz ułatwi terminowe udzielanie odpowiedzi. Aplikacja Helpdesk dedykowana zarządzaniu incydentami pomoże natomiast w płynnym przepływie informacji i zadań. Zgłoszony problem zostanie odpowiednio skategoryzowany i oddelegowany do konkretnej osoby. Status sprawy może być na bieżąco monitorowany, aż do momentu jej rozwiązania.

Z bezpłatnych aplikacji wspierających pracę zdalną można korzystać na dwa sposoby: subskrybując wersję chmurową typu SaaS WEBCON BPS Cloud, której darmowy okres został teraz przedłużony do 60 dni lub instalując na własnych serwerach odsłonę freemium platformy WEBCON BPS Express. Pełna lista darmowych aplikacji wraz z opisem ich funkcjonalności dostępna jest na stronie producenta: https://webcon.com/streamline-remote-work/. W digitalizacji chodzi nie o umiejętność spisania nowych procedur działania w dokumencie i wysłanie go pracownikom, ale raczej o zdolność rzeczywistej zmiany sposobu, w jaki firma działa i przezwyciężenie starych przyzwyczajeń. Odpowiednie narzędzia IT wspierające procesy biznesowe umożliwiają bieżące korygowanie przyjętej strategii rozwoju oraz zwinną rekonfigurację – bez ryzyka destabilizacji pracy organizacji – sprawiając, że kryzys staje się okazją do zwiększenia udziału firmy w rynku – podsumowuje Łukasz Wróbel, CBDO i Wiceprezes w WEBCON.

Jednak spadki – jak COVID-19 wpływa na farmację

0

Międzynarodowy kapitał inwestycyjny skupi się na firmach, które będą w stanie opracować lekarstwo na COVID-19. Tymczasem polski sektor farmaceutyczny, wbrew wcześniejszym oczekiwaniom, odnotowuje poważne spadki w stosunku do notowań sprzed pandemii koronawirusa.

Zaskakujące spadki

Choć światowe firmy farmaceutyczne reagują na COVID-19 stosunkowo łagodnie, polski sektor odnotowuje intensywne spadki wynoszące w połowie marca aż 50% w porównaniu do wartości z początku roku. Nic nie zapowiada również szybkiego wyjścia z kryzysu – do początku czerwca straty udało się odrobić jedynie do poziomu 28%.

Trudna sytuacja polskich firm wynika w dużej mierze ze spadku ilości kupowanych wyrobów farmaceutycznych w wyniku ograniczenia wizyt pacjentów w aptekach i placówkach medycznych w obawie przed zakażeniem koronawirusem. Na kryzys w sektorze wpływa również załamanie się globalnego łańcucha dostaw. Wiele komponentów medycznych było bowiem dostarczane do Polski z Chin i Włoch.

Jak zauważa Szymon Balcerzak, Szef Zespołu Doradztwa Transakcyjnego i Analiz w kancelarii Kochański & Partners:

Obowiązek dostosowania działalności placówek medycznych w połączeniu z brakiem możliwości prowadzenia intensywniejszych prac nad szczepionką na COVID-19 znacząco wpływa na gorsze notowania polskiego sektora farmaceutycznego. Prawdopodobnie jeszcze przez długi czas branża będzie odrabiać straty.

Wyścig po szczepionkę

To właśnie ograniczony potencjał opracowania szczepionki na koronawirusa jest jedną z głównych przyczyn kryzysu na polskim rynku farmaceutycznym. Szybkie wprowadzenie leku na COVID-19 jest jednym z najistotniejszych wyzwań, przed którymi stanął światowy sektor farmaceutyczny w dobie pandemii. Pierwsza firma, która tego dokona, będzie mogła osiągnąć skokowy wzrost przychodów o niespotykanej skali. Dlatego światowi inwestorzy lokują kapitał w te koncerny, które wydają się najbliższe wynalezienia szczepionki. Amerykańska firma Gilead Sciences, która otwarcie informuje o postępach w pracy nad szczepionką, odnotowała na początku pandemii wysoki wzrost wartości giełdowej. Jednak optymizm inwestorów szybko ostygł. Obserwacja zmiany wyceny firmy pozwala przypuszczać, że napływ kapitału ma raczej charakter spekulacyjny. Na początku maja bank JP Morgan obniżył rekomendacje dla akcji Gilead Sciences do poziomu neutralnego.

COVID-19 stwarza firmom farmaceutycznym szansę na spektakularne wypromowanie swojej marki. Sposób dostosowania działalności poszczególnych koncernów farmaceutycznych do warunków w dobie pandemii oraz postępy prac nad szczepionką przyciągają uwagę inwestorów. Kapitał zaangażowany w sektor farmaceutyczny jest niestabilny, co pozwala przypuszczać, że inwestorzy nie są przekonani, czy pandemia COVID-19 jest wydarzeniem, które spowoduje istotną i długotrwałą zmianę strukturalną na rynku farmaceutycznym. – tłumaczy Adrian Grzegorzewski, Analityk w Kochański & Partners.

USA i Niemcy odrabiają straty

W porównaniu do Polski dość optymistycznie przedstawia się sytuacja amerykańskiego sektora produkcji leków. Indeks farmaceutyczny, po spadku rzędu 24,5% w drugiej połowie marca, systematycznie odrabiał straty do poziomu 2,9%. Pozytywny trend wynika z dużego potencjału technologicznego amerykańskich firm, umożliwiającego im zaspokojenie dynamicznie zmieniających się potrzeb konsumentów. Na przykład koncern Pfizer dzięki sprzedaży lekarstwa na zapalenie płuc odnotował w ostatnich miesiącach skokowy wzrost przychodów.

Pandemia daje szansę koncernom farmaceutycznym na bardziej intensywną promocję swojej działalności, co przyciąga uwagę inwestorów. Szczególnie zauważalny jest napływ kapitału do koncernów farmaceutycznych w gospodarkach wysoko rozwiniętych, których stopień zaawansowania technologicznego pozwala szybko dostosować się do dynamicznie zmieniających się warunków rynkowych. – komentuje Olgierd Świerzewski, CEO, Szef Praktyki Farmaceutycznej w Kochański & Partners.

Długofalowe perspektywy rozwoju amerykańskiej branży farmaceutycznej zależeć będą jednak od stabilizacji w stosunkach z Chinami, które są jednym z głównych partnerów biznesowych USA.

Podobny do amerykańskiego schemat reakcji indeksów giełdowych na pandemię odnotował sektor farmaceutyczny w Niemczech, który po stratach na poziomie 28% osiągnął w czerwcu wartość z początku roku. Pandemia COVID-19 ukazała jednak silne uzależnienie Niemców od globalnego łańcucha dostaw – nagłe zamknięcie granic spowodowało problemy z dostępem do lekarstw na lokalnym rynku.

Cisco wprowadza na rynek ofertę rozwiązań usprawniających funkcjonowanie pracowników i biur

0
  • Liderzy biznesu poszukują rozwiązań IT, aby spełnić wymagania zachowania dystansu społecznego w miejscu pracy.
  • Nowe rozwiązania usprawniają pracę zdalną i zwiększają bezpieczeństwo.
  • Nowa oferta wychodzi naprzeciw potrzebom sektora opieki zdrowotnej i oświaty, wdrażających nowe modele działania.

W trakcie CiscoLive! Digital, wirtualnego wydarzenia z udziałem ponad 100 tys. klientów, partnerów i innych przedstawicieli branży IT, Cisco ogłosiło wprowadzenie nowych rozwiązań zapewniających organizacjom elastyczność działania i odporność biznesową w obecnej, niepewnej rzeczywistości. Według CFO, którzy wzięli udział w badaniu PwC „COVID-19 CFO Pulse Survey”, organizacje skupiają się obecnie przede wszystkim na dostosowaniu zasad dotyczących bezpieczeństwa w miejscu pracy (87%) w związku z powrotem pracowników do biur. Ponadto, blisko połowa wszystkich CFO deklaruje, że w ich firmach praca zdalna zagości na stałe jako opcja na stanowiskach, na których jest możliwa. Nowe rozwiązania Cisco są odpowiedzią na oba kluczowe wyzwania, czyli konieczność zapewnienia bezpieczeństwa pracownikom zdalnym oraz stworzenia cieszącego się zaufaniem pracowników, bezpiecznego miejsca pracy w biurze.

Gdy organizacje zmagały się z początkową reakcją na pandemię, wiele z nich zdecydowało się na rozwiązania wspierające zachowanie ciągłości działania, współpracując z działem Cisco Customer Experience (CX) i partnerami Cisco, dzięki czemu zapewnili sobie możliwość prowadzenia dalszej działalności. W kolejnej fazie reakcji na pandemię oraz przygotowując się na to, co może przynieść przyszłość, dyrektorzy i kierownicy działów IT i działów operacyjnych skupiają się na wdrażaniu środowisk informatycznych, które pozwolą uwzględnić doświadczenia z ostatnich kilku miesięcy. Większość (72%) CFO ankietowanych w badaniu PwC przewiduje, że efektami ubocznymi pandemii będą większa elastyczność i zwinność, a 49% uważa, że inwestycje technologiczne dokonywane przez nich w tym czasie poprawią pozycję ich firm w dłuższym okresie.

„W ciągu ostatnich kilku miesięcy obserwowaliśmy znaczne zakłócenia w wielu branżach i organizacjach o dotychczas niespotykanej skali. Firmy, których strategia cyfrowa zaplanowana była na rok do trzech lat, musiały przyspieszyć realizację projektów w dużo większej skali niemal z dnia na dzień” – powiedział Chuck Robbins, prezes Cisco. „Nowa oferta Cisco zwiększająca elastyczność biznesu pomoże klientom zweryfikować ich strategie biznesowe oraz wdrożyć rozwiązania szybciej i łatwiej niż kiedykolwiek.”

Ta nowa oferta rozwiązań zwiększających elastyczność została opracowana na podstawie dotychczasowych doświadczeń Cisco we wspieraniu tysięcy klientów w okresie pandemii COVID-19. Składają się na nią rozwiązania dla poszczególnych sektorów, między innymi dla opieki zdrowotnej i oświaty, prostsze modele użytkowania oraz szybsza dostępność usług dla klientów. Oferta będzie w dalszym ciągu rozszerzana o rozwiązania umożliwiające zachowanie dystansu społecznego w miejscu pracy, wspierające produktywność dużej liczby pracowników zdalnych oraz szybkie dołączanie do sieci kolejnych placówek.

Rozwiązania branżowe

Pandemia zakłóciła pracę placówek opieki zdrowotnej i oświatowych. Dzięki wsparciu firmy Cisco w ciągu kilku dni wiele z nich było w stanie podjąć nauczanie zdalne lub przejść na zdalne zarządzanie i świadczyć usługi telemedyczne. Cisco w dalszym ciągu zapewnia im wsparcie w zakresie zwiększania elastyczności działania i wdrażania nowych modeli funkcjonowania. Nowe rozwiązania dla tych sektorów obejmują:

  • Kształcenie na odległość – dzięki bezpieczeństwu rozwiązań do pracy grupowej wiedzy specjalistycznej Cisco, 1,2 mld dzieci i młodzieży na całym świecie mogło pozostać w kontakcie i uczyć się w zupełnie nowych dla siebie warunkach.
  • Tymczasowa, podłączona do sieci terenowa placówka szpitalna – pakiet infrastruktury IT, na której konfigurację i uruchomienie wystarczy do 5 dni, wspierający zwiększony ruch w szpitalu lub umożliwiający dołączenie dodatkowej placówki tymczasowej. Rozwiązanie obejmuje technologię bezprzewodową zapewniającą dostęp do danych, komunikacji głosowej i wideo, zintegrowane zabezpieczenia sieci oraz wskazówki i wsparcie w zakresie wdrożeń.

Bezpieczne rozwiązania do pracy zdalnej

W czasie pandemii klienci chętnie wybierali Cisco, ze względu na rozwiązania wspierające produktywność pracowników, cechujące się bezpieczeństwem i skalowalnością. Są one teraz dostępne jako rozwiązania pakietowe wspierające organizacje, które dysponują już wiedzą, jakie zmiany względem ich pierwotnego podejścia są niezbędne:

  • Zdalne centrum kontaktu – usługi technologiczne i wdrożeniowe, które umożliwiają przedstawicielom centrum kontaktu pracę z domu przy użyciu rozwiązań opartych na chmurze lub zapewniają bezpieczny zdalny dostęp do funkcjonującej w firmie technologii.
  • Elastyczny dostęp zdalny – wiedza i technologia zapewniająca pracownikom dostęp do sieci, urządzeń końcowych umożliwiających współpracę oraz aplikacji biznesowych. W ofercie znajduje się wiele produktów i usług zaspokajających potrzeby różnych grup klientów – potrzebujących sprzętu, oprogramowania lub rozwiązań funkcjonujących na prywatnych urządzeniach użytkowników.
  • Bezpieczeństwo pracy zdalnej – zabezpieczenia zdalnego dostępu dużej liczby użytkowników za pomocą narzędzi do analizy aktualnego obciążenia VPN, planowanie wdrożeń technologii Cisco Security, a także planowanie, projektowanie i konfiguracja sieci VPN, aby w bezpieczny sposób zarządzać zdalnym dostępem pracowników.

Zaufane rozwiązania w miejscu pracy

Organizacje muszą sprostać wyzwaniu, jakim jest powrót do „nowej normalności”, poszukując rozwiązań umożliwiających bezpieczny powrót pracowników do biur oraz nowych modeli biznesowych i organizacji pracy, które spełnią wymagania w zakresie bezpieczeństwa pracowników i klientów. Rozwiązania Cisco wspierające wprowadzane zmiany to, między innymi:

  • Łączność z biurem zdalnym – rozbudowa sieci firmowej o sąsiednie i zdalne lokalizacje, które spełniają wymagania użytkowników w zakresie większej przepustowości, szybszej łączności i większego bezpieczeństwa. Oferowane usługi i technologie pomagają klientom projektować i budować rozwiązania bezprzewodowej sieci LAN oraz zarządzać nimi. Zapewniają użytkownikom bezpieczny dostęp do aplikacji biznesowych przy wykorzystaniu odpowiednio zabezpieczonych i niezawodnych sieci bezprzewodowych.
  • Monitorowanie zagęszczenia w biurach – wiedza specjalistyczna i technologia pomagająca zachować dystans społeczny w miejscu pracy. Rozwiązanie oparte na DNA Spaces wykorzystuje infrastrukturę bezprzewodową do analizowania zachowań użytkowników w różnych lokalizacjach, umożliwiając organizacjom podejmowanie decyzji dotyczących bezpieczeństwa w miejscu pracy. Będzie dostępne od lipca.

Prawo do urlopu – co zmieniła epidemia?

Epidemia postawiła w trudnej sytuacji wielu pracodawców. Jednocześnie ogrom zmian, w tym projektów, które były dość dynamicznie zmieniane, mógł wprowadzić dozę niepewności co do aktualnego brzmienia praw pracowników w zakresie ich podstawowych uprawnień, w tym urlopów. Aktualnie obowiązujące regulacje tłumaczą eksperci DAS Towarzystwa Ochrony Prawnej.

Stan zagrożenia epidemicznego związany z rozprzestrzenianiem się wirusa COVID-19 spowodował wprowadzenie wielu zmian w prawie, które dotyczą bezpośrednio zarówno pracowników, jak i pracodawców. Jednocześnie ta wyjątkowa sytuacja może być pretekstem do zmuszania pracownika do rezygnacji ze swoich uprawnień – np. w kwestii urlopu. Dlatego warto znać obowiązujące przepisy w tej sferze oraz zapoznać się ze zmianami, jakie zostały wprowadzone w związku z pandemią.

Prawo do wypoczynku prawem pracownika

Każdemu pracownikowi, zgodnie z przepisami Kodeksu pracy, w zależności od stażu pracy, przysługuje 20 (przy stażu poniżej 10 lat) lub 26 dni (przy stażu powyżej 10 lat) urlopu wypoczynkowego w ciągu roku. Urlop wypoczynkowy udzielany jest w oparciu o plany urlopowe zgodnie z funkcjonującym rozkładem pracy – w dni, które dla danego pracownika są dniami pracy. Plan urlopowy w ostatecznym kształcie ustala pracodawca, ale robi to na podstawie wniosków składnych przez pracowników oraz biorąc pod uwagę potrzebę zapewnienia normalnego (stałego) toku pracy. Jednak co najważniejsze – to pracownik wybiera termin swojego urlopu.

Mimo ustalenia planu urlopowego, urlop wypoczynkowy pracownika może ulec przesunięciu, ale taka ewentualność jest ściśle regulowana przez prawo. – Po pierwsze, co oczywiste, urlop wypoczynkowy może ulec przesunięciu na wniosek samego pracownika. Po drugie, przesunięcie urlopu wypoczynkowego może nastąpić z inicjatywy pracodawcy, gdy z powodu szczególnych jego potrzeb nieobecność pracownika spowodowałaby poważne zakłócenia toku pracy firmy – tłumaczy Marta Kotowska, radca prawny w DAS. Taka zmiana w planach urlopowych musi być rzeczywiście uzasadniona.

Warto zwrócić tutaj uwagę, że pracownik może zostać również odwołany z urlopu, jednak taka sytuacja może mieć miejsce wyłącznie, gdy obecność pracownika w miejscu pracy wymagana jest okolicznościami nieprzewidzianymi w chwili rozpoczęcia urlopu. W takim przypadku pracodawca ma obowiązek pokryć koszty poniesione przez pracownika w bezpośrednim związku z odwołaniem go z urlopu, dodaje ekspertka.

A co jeśli się zarazimy?

Co ważne, w prawie mamy już uregulowaną kwestię prawa do urlopu w obliczu styczności z wirusem. Jeżeli pracownik zostanie objęty przymusową kwarantanną np. w związku z podejrzeniem kontaktu z osobą zakażoną koronawirusem, to nie straci swoich dni urlopowych. Jego urlop zostanie przesunięty na późniejszy, ustalony z pracodawcą termin.

Urlop na żądanie pracodawcy?

W obliczu lockdown’u i wstrzymania działalności wielu firm dużo mówiło się o tym, kiedy i czy pracodawca może wysłać pracownika na urlop wypoczynkowy. W tym zakresie regulacje prawne nie uległy zmianie i w dalszym ciągu pracodawca ma takie uprawnienie, ale wyłącznie w dwóch ściśle określonych przypadkach.

Pierwszym z nich jest zaległy urlop. – Urlop, którego pracownik nie wykorzystał w poprzednim roku, „przechodzi” na następny rok. Warunkiem jest, aby pracownik wykorzystał go najdalej do 30 września. Pracodawca jest uprawniony do skierowania pracownika na zaległy urlop wypoczynkowy, określając samodzielnie jego termin – wskazuje Marta Kotowska. Warto zaznaczyć, że regulacja dotycząca urlopu zaległego znalazła się w ustawie z dnia 4 czerwca 2020 r. o dopłatach do oprocentowania kredytów bankowych udzielanych na zapewnienie płynności finansowej przedsiębiorcom dotkniętym skutkami COVID-19 (Dz. U. 2020, poz. 1086), czyli w tzw. tarczy antykryzysowej 4.0. Zgodnie z treścią ustawy w okresie obowiązywania stanu zagrożenia epidemicznego lub stanu epidemii, ogłoszonego z powodu COVID-19, pracodawca może udzielić pracownikowi, w terminie przez siebie wskazanym, bez uzyskania zgody pracownika i z pominięciem planu urlopów, urlopu wypoczynkowego niewykorzystanego przez pracownika w poprzednich latach kalendarzowych, w wymiarze do 30 dni urlopu. Pracownik jest obowiązany taki urlop wykorzystać.

Drugą sytuacją, kiedy pracodawca na zasadzie własnej, jednostronnej decyzji może skierować pracownika na urlop wypoczynkowy, jest okres wypowiedzenia. Pracownik jest w tym przypadku zobowiązany taki urlop wykorzystać. Gdy pracodawca nie zdecyduje się na skierowanie pracownika na urlop w okresie wypowiedzenia, będzie obowiązany do wypłacenia mu ekwiwalentu pieniężnego za niewykorzystany urlop.

Dodatkowo, okres pandemii rozbudził także dyskusję na temat urlopu bezpłatnego. Należy podkreślić, że urlop bezpłatny może zostać udzielony jedynie na wniosek pracownika. Pracodawca nie ma prawnego uprawnienia do zmuszenia pracownika do jego wzięcia, nie może również go na taki urlop skierować, zaznacza ekspertka DAS.

Epidemia nie zmienia podstawowych praw

Eksperci DAS przypominają, że pomimo trwającej pandemii prawo do urlopu wypoczynkowego w dalszym ciągu pozostaje przede wszystkim uprawnieniem pracownika. Pracodawca jedynie w ściśle określonych przypadkach może skierować pracownika na urlop wypoczynkowy w drodze jednostronnej decyzji. W okresie epidemii (jak również w każdym innym) pracodawca może zaproponować pracownikowi wykorzystanie urlopu wypoczynkowego w zaproponowanym przez siebie terminie, jednak decyzja o wykorzystaniu dni wolnych pozostaje po stronie pracownika.

Nowe technologie – miłość czy nienawiść?

0

Dentsu opublikowało wyniki globalnego badania „Digital Society Index – Nowe technologie: miłość czy nienawiść”, w którym wzięło udział 32 000 ankietowanych z 22 krajów (w tym z Polski). Dane pochodzące z DSI udowadniają, że ludzie na całym świecie przywiązali się do nowych technologii podczas pandemii COVID-19. Nowe, cyfrowe społeczeństwo pełne jest nadziei, ale i obaw wobec postępu technologii. 

Raport „Digital Society Index – Nowe technologie: miłość czy nienawiść”
to analiza trendów technologicznych i odpowiedź na pytanie – w jaki sposób marketerzy i marki mogą wykorzystać technologię, aby pomóc w kształtowaniu przyszłości po zakończeniu kryzysu?
Badanie przeprowadzono wśród 32 000 osób na 22 rynkach w okresie od marca do kwietnia br. – podczas szczytu pandemii na całym świecie. Wyniki Digital Society Index wykazały, że w czasie pandemii weszliśmy w nowy okres, tzw. „techlove”, czyli „miłości do nowych technologii”. O stanie tym świadczy częste wchodzenie w interakcję z technologią, w sposób bardziej pozytywny niż dotychczas.
Jedna trzecia (29%) respondentów uważa, że technologia umożliwiła im kontakt z przyjaciółmi, rodziną i otaczającym ich światem podczas lockdownu. Podobny odsetek (29%) osób uważa, że technologia umożliwiła im relaks i odprężenie się w stresującym czasie pandemii. Badanie ujawniło także tendencję do poszerzania swojej wiedzy – w szczególności obecną wśród ankietowanych z krajów reprezentujących „gospodarki wschodzące i rozwijające się”.
Badani przyznawali, że uczą się nowych umiejętności i poszerzają swoją wiedzę, do czego przyczynił się bezpośrednio rozwój rozwiązań cyfrowych i dostępność oferty kursów online. Mając więcej czasu na naukę i doskonalenie się w domu, prawie połowa badanych w Meksyku (44%) czy Brazylii (43%), korzysta z nowych technologii, podczas gdy zaledwie 1/5 ankietowanych z Wielkiej Brytanii (18%) i 1/4 ze Stanów Zjednoczonych (24%) wykorzystuje technologię do podnoszenia kwalifikacji, na przykład za pomocą aplikacji edukacyjnych i seminariów internetowych. Pomimo entuzjazmu w wykorzystywaniu dobrodziejstw ery cyfrowej, zauważalne są także jednak obawy o długoterminowe negatywne oddziaływanie nowych technologii. Ponad połowa (57%) badanych z całego świata uważa, że tempo zmian technologicznych jest zbyt szybkie i że sprzyja ono nierównościom na całym świecie. Jeśli chodzi o różnice płci, kobiety (32%) częściej niż mężczyźni (27%) twierdzą, że dzięki technologii czują się bardziej zaangażowane w życie przyjaciół, rodziny i świata wokół nich. Jest to szczególnie widoczne na rynkach wschodnioeuropejskich i skandynawskich. Coraz więcej osób na całym świecie wierzy w zdolność technologii do rozwiązywania wyzwań społecznych, takich jak kwestie opieki zdrowotnej, np. walka z COVID-19 – 42% w 2018 r., 45% w 2019 r. i 54% w 2020 r.

Nowe oczekiwania wobec marek

Ten optymizm przekłada się na wzrost oczekiwań marki. Pandemia zmusiła przedsiębiorstwa do ponownego rozważenia swoich interakcji z konsumentami. Jeśli chodzi o świadczenie nowych usług mających na celu pomoc psychiczną i fizyczną, 66% ludzi na całym świecie twierdzi, że nie tylko „chciałoby”, ale wręcz oczekuje, że w ciągu najbliższych pięciu do dziesięciu lat firmy i organizacje będą wykorzystywać technologię w sposób, który ma szerszy, pozytywny wpływ na społeczeństwo. Ponad połowa osób w USA (60%) czy Wielkiej Brytanii (59%) uważa, że tak właśnie jest, a najbardziej potrzebują tego ludzie w Chinach (84%).
rys 11
Dwie trzecie konsumentów będzie oczekiwać, że marki zaczną opracowywać produkty i usługi, które poprawią ich zdrowie i samopoczucie. Dotyczy to w szczególności rynków wschodzących – na przykład, osiem na dziesięć osób w Chinach czy Brazylii ma takie oczekiwania. W czasie kryzysu COVID-19 marki w wyraźny sposób wykorzystywały technologię, aby zmieniać swoje relacje z konsumentami, wspierając i wzmacniając ich dobre samopoczucie. Wyzwaniem dla firm będzie humanizacja technologii i zapewnienie konsumentów, że wykorzystują nowe technologie zgodnie z ich oczekiwaniami, w służbie społeczeństwu. Oznacza to również zapewnienie inwestowania w możliwości funkcjonalne, takie jak e-commerce, które ukierunkowanie będą na budowanie prawdziwie empatycznej marki.
rys 12
W szczytowym okresie pandemii COVID-19, ponad dwie trzecie osób uważa za ważne, by organizacje uzyskały wyraźną zgodę na wykorzystanie danych osobowych do wspierania badań i rozwoju, które dotyczą wyzwań społecznych, takich jak badania medyczne. Jest to szczególnie zauważalne na wspomnianych rynkach wschodzących, takich jak RPA (79%), Brazylia (76%), Polska i Meksyk (75%) oraz wśród starszych pokoleń. Sześciu na dziesięciu respondentów spośród reprezentantów generacji Z (16-23 lata) zgadza się, że ważne jest uzyskanie zgody na badania i rozwój. Liczba osób w wieku 55-65 lat uznających podobnie wzrasta zaś do siedmiu na dziesięciu badanych.
rys 13

Uwaga na techlash

Pomimo krótkoterminowych korzyści płynących z technologii w czasie pandemii, badanie wskazuje na długoterminowy trend odwrotny, tzw. techlash – negatywną tendencję w stosunku do technologii, która będzie obecna na całym świecie, w niektórych krajach bardziej niż w innych. Na całym świecie 57% ankietowanych uważa dziś, że tempo zmian technologicznych jest zbyt szybkie (poziom ten jest stały od 2018 r.). Prawie połowa wszystkich respondentów uważa, że technologie cyfrowe zwiększają przepaść między bogatymi i biednymi, co jest najbardziej widoczne w przypadku Chin (61%) i Francji (57%).

Wstrzymanie spłaty kredytu na czas procesu – sądy po wznowieniu prac chętniej przystają na takie wnioski

0
  • Trudna sytuacja finansowa wielu kredytobiorców wpływa na ich zdolności regulowania rat hipotecznych.
  • Ulgą może być dla nich wstrzymanie spłaty kredytu na czas procesu z bankiem. Sądy po wznowieniu orzekania przychylnie rozpatrują takie wnioski.
  • Konsument, który chce uzyskać decyzję o zawieszeniu spłaty musi uprawdopodobnić swój interes prawny i konieczność ochrony praw majątkowych.

Kiedy bank zwróci nadpłatę?

Wahania kursu franka szwajcarskiego i jego okresowy wzrost (nawet do 4,35 zł w marcu i maju) spowodował, że część kredytobiorców utraciła zdolność spłaty rat hipotecznych. To wywołało u wielu osób chęć pozbycia się ciążącego zobowiązania. Od kilku miesięcy do kancelarii prawnych zgłasza się coraz więcej frankowiczów, zlecając analizy własnych umów kredytowych. W przypadku obaw kredytobiorcy o zdolność do terminowych spłat rat, które od stycznia urosły w niektórych przypadkach nawet o kilkaset złotych miesięcznie, pomocne może być sądowe zawieszenie spłaty rat na czas procesu. Zgodnie z art. 730 § 1 Kodeksu postępowania cywilnego, w każdej sprawie cywilnej podlegającej rozpoznaniu przez sąd można żądać udzielenia zabezpieczenia. Taki wniosek można złożyć także w przypadku spraw związanych z kredytami hipotecznymi, a jego koszt jest niski – opłata sądowa wynosi 100 zł.

– Najważniejsze jest, aby w takim wniosku uprawdopodobnić interes prawny kredytobiorcy. Szanse rosną, jeśli w umowie z bankiem znajdują się klauzule o przesądzonej przez Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów nieuczciwości lub klauzule, które zostały wpisane do rejestru postanowień niedozwolonych prowadzonego przez Prezesa UOKiK. Duże szanse na zawieszenie rat mają też osoby, które już spłaciły wartość nominalną kredytu udzielonego w złotówkach. Co więcej, w przypadku zasądzenia i uprawomocnienia nieważności umowy takich osób, to bank będzie musiał zwrócić nadpłatę. Zawieszenie spłat uchroni więc tych frankowiczów przed zwiększeniem nadpłaty i ryzykiem nieodzyskania swojego roszczenia wobec banku – mówi Piotr Maciągowski, Prezes Zarządu w e-Kancelaria

Sądy ruszyły do pracy, a frankowicze do sądów

Korzystny dla zadłużonych we franku szwajcarskim trend trwa w sądach od jesieni zeszłego roku. W marcu na prawie dwa miesiące większość spraw została jednak zawieszona z powodu pandemii. Wielu kredytobiorców wykorzystało ten czas na uporządkowanie dokumentów i zlecenie analizy prawnej swoich umów hipotecznych. W maju ruszyli do sądów – ich szanse na pomyślne uregulowanie swoich zobowiązań kredytowych są duże. Każda umowa wymaga indywidualnej oceny prawnej, ale okoliczności sprzyjają teraz korzystnym dla frankowiczów orzeczeniom sądów.

– Spora część sądów cywilnych wróciła do orzekania pod koniec maja i pracuje już dość sprawnie. Zgłaszający się do nas kredytobiorcy pytają o terminy, w jakich mogą spodziewać się orzeczenia. To oczywiście indywidualna sprawa każdego sądu, ale na pewno teraz nie warto już zwlekać. Złożenie wniosku o wstrzymanie spłaty zobowiązania na czas procesu może bowiem wielu kredytobiorcom pomóc przetrwać trudny okres szczególnie jeśli zmniejszyły się ich dochody. W interesie banków jest dążenie do przewlekania postępowań, ale sądy coraz częściej pozytywnie rozpatrują wnioski o zabezpieczenie roszczeń o zapłatę i ustalenie nieważności umowy kredytu. Znam wiele takich przypadków z ostatniego miesiąca – mówi Piotr Maciągowski z e-Kancelaria.

Zgodnie z prawem Unii Europejskiej, kredytobiorcy powinno przysługiwać prawo wstrzymania realizacji świadczeń wynikających z nieuczciwych zapisów umowy (jak w przypadku powiązań z walutą CHF), zanim jeszcze zostanie to potwierdzone w prawomocnym wyroku końcowym. Wstrzymanie obowiązku dokonywania spłat rat kapitałowo – odsetkowych jest więc obecnie bardzo realne w przypadku dużej części umów kredytowych.

Pracownicy sezonowi narażeni na brak wynagrodzenia. To będzie „drapieżne” lato w kurortach

0

Od początku istnienia stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom jednym z najtrudniejszych sezonów naszego działania były zawsze wakacje. Jeszcze kilka lat temu to właśnie pod koniec sierpnia do naszej organizacji trafiały dziesiątki zgłoszeń od pracowników, którzy nie potrzymali wynagrodzeń za pracę w gastronomii lub hotelarstwie nad morzem. Zdarzały się również przypadki pracowników, którym odciągano z wypłat koszt zakwaterowania czy np. rzekomych strat jakie miał ponieść pracodawca w czasie pracy sezonowej pracownika (np. liczba stłuczonych talerzy czy liczba skradzionych towarów). W ostatnich latach sytuacja się uspokoiła, ale wiele wskazuje na to, że sezon 2020 przez pandemię koronawirusa może być znów czasem wielkich problemów. – Rynek pracy sezonowej będzie bardziej drapieżny, a pracodawcy by oszczędzić na wynagrodzeniach mogą posuwać się do oszustw – mówi Prezes Stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom Małgorzata Marczulewska.

  • Praca sezonowa 2020. Niektórzy będą próbowali wykorzystać nieświadomych, młodych pracowników. Może dojść także do sytuacji, że z powodu strat przedsiębiorcom nie wystarczy pieniędzy na wynagrodzenia w czasie rozliczeniowym.
  • Najważniejsza jest umowa. Pracownik sezonowy nie powinien zgadzać się na umowę ustną czy inne nieuczciwe sposoby rozliczenia.
  • Jeżeli pracodawca będzie chciał nas zwolnić i nie rozliczyć się – zawsze znajdzie sposób. Tutaj często dochodzi do absurdalnych sytuacji
  • Warto poprosić pracodawcę o rozliczenia np. codziennie po zakończonej pracy lub co tydzień.

Rynek pracy sezonowej po koronawirusie jest bardziej „drapieżny”

Ostatnie dwa sezony letnie były spokojniejsze. „Rynek pracownika” powodował, że to sprzedawcom, hotelarzom i restauratorom zależało na pracownikach, a nie pracownikom na pracy. Stawki wynagrodzeń zdecydowanie rosły, a sytuacje by niezbędna była interwencja zdarzały się rzadko. W tym roku może być jednak inaczej. Powodem jest oczywiście efekt pandemii koronawirusa: – Turystyka ucierpiała na koronawirusie niezwykle mocno, ale przed sezonem letnim udało się ją odmrozić. Wiele hoteli, barów, restauracji czy punktów handlowych poszukuje obecnie pracowników sezonowych. Spodziewamy się jednak, że w tym roku może dochodzić do oszustw. Wielu pracodawców pewnie będzie cynicznie wykorzystywać kryzys gospodarczy by obniżać wynagrodzenia i np. nie rozliczać się z pracownikami sezonowymi na koniec wakacji. Spodziewamy się jednak także sytuacji, że niektóre firmy zatrudnią pracowników, a pod koniec sezonu, gdy okaże się, że biznes przyniósł jednak straty może dojść do sytuacji, że na pensje po prostu nie wystarczy. Pracownicy tymczasowi lub sezonowi mogą być pokrzywdzeni w pierwszej kolejności – mówi Prezes Stowarzyszenia Stop Nieuczciwym Pracodawcom Małgorzata Marczulewska.

W kurortach nadmorskich każdego roku zatrudnianych jest kilka tysięcy pracowników sezonowych. Odmrożenie gospodarki nie spowodowało jeszcze, że do firm powrócili klienci w tak wielkiej skali byśmy mogli powiedzieć, że kryzys minął. – Przedsiębiorcy będą bardziej „drapieżni”, szczególnie w branżach sezonowych. Mogą na tym ucierpieć pracownicy na których niektórzy szefowie będą oszczędzać – dodaje Prezes Marczulewska.

Najważniejsza jest umowa! Pracodawcy, kiedy chcą oszukać często stosują chwyty poniżej pasa

Prawnicy Stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom radzą: zanim podejmiemy pracę, koniecznie podpiszmy uwagę z naszym szefem. Nie pozwólmy, by była to umowa ustna i nie zgadzajmy się na nieuczciwe rozwiązania, czyli np. częściowe wynagrodzenie na umowie, a reszta „pod stołem”. Rozmaite nielegalne propozycje na początku współpracy, mogą być sygnałem, że mamy do czynienia z nieuczciwym przedsiębiorcom: –  Takich umów na „czarno”, szczególnie w gastronomii, bez badań lekarskich to jest całe mnóstwo. Byle ograniczyć koszty. Jedni pracownicy walczą o swoje prawa gdy zostaną oszukani, ale nie brakuje też pracowników, którzy rezygnują z walki np. o jedno wynagrodzenie czy jakieś obiecane wcześniej premię. Ja zawsze jednak radzę, by walczyć o swoje prawa, bo jeżeli jakiś pracodawca oszukał nas to pewnie oszuka kolejne osoby – mówi Prezes Marczulewska.

– Spotykamy się również z przypadkami, że np. brak wypłat jest argumentowany „złym zachowaniem” pracownika. Na koniec miesiąca lub na koniec wakacji, gdy miało dojść do rozliczeń, pracownica jest zwalniana, bo źle obsługiwała klientów, stłukła talerz lub zrobiła jeszcze coś innego. Wachlarz jest ogromny. Kiedyś spotkałam się z argumentacją, że pracownica restauracji została zwolniona i nie dostała pensji, bo „rozsiewała złą energię” – mówi Małgorzata Marczulewska. – Zawsze podpisujmy umowę i zawsze starajmy się by czas rozliczania to nie był miesiąc, a dniówka albo wypłata co tydzień – dodaje.

Co jeżeli w naszym miejscu dojdzie do zakażenia lub kwarantanny?

Praca sezonowa w czasie pandemii koronawirusa wiąże się z jeszcze innymi problemami: co jeżeli dojdzie do zakażenia lub kwarantanny w hotelu lub sklepie w którym pracujemy sezonowo? – Nad morzem raczej nie zabraknie turystów, a jak jest tłok, to oczywiste jest, że może dojść do zakażeń. Jeżeli np. działalność hotelu jest zawieszona, bo jest kwarantanna, to pracodawca nie może odmówić wypłaty wynagrodzenia za ten czas. Brak możliwości podjęcia pracy nie jest uzależniony od pracownika, więc wynagrodzenie mu się należy. Inna rzecz, że wszystko zależy czy mamy podpisaną umowę, czy nie – mówi Małgorzata Marczulewska.

Stowarzyszenie STOP Nieuczciwym Pracodawcom zaprasza do kontaktu mailowego wszystkie osoby, które czują się pokrzywdzone działaniem swoich pracodawców – także jeżeli mówimy o pracy sezonowej lub tymczasowej.

Bridgestone i Microsoft wprowadzają inteligentny system monitorowania opon

0
  • We współpracy z Microsoft, koncern Bridgestone opracował unikalny system monitorowania uszkodzeń opony, który wykorzystuje Microsoft Connected Vehicle Platform (MCVP).
  • System ma pomóc zwiększyć bezpieczeństwo na drodze i redukować ryzyko wypadków spowodowanych przez usterki techniczne.
  • Wspólne przedsięwzięcie to kolejny krok w kierunku realizacji celu Bridgestone, by stać się światowym liderem zrównoważonych i zaawansowanych rozwiązań w zakresie mobilności.

Bridgestone, największy na świecie producent opon i wyrobów z gumy, współpracuje z Microsoft przy opracowywaniu pierwszego na świecie systemu, który pozwoli w czasie rzeczywistym wykryć uszkodzenia opony. To właśnie uszkodzenia opon są przyczyną około 30 procent wszystkich wypadków samochodowych spowodowanych usterkami technicznymi1.

Brakujący element w śledzeniu usterek opon

Istnieją cztery podstawowe przyczyny uszkodzeń opon: niewłaściwe ciśnienie, zużycie, nieregularne ścieranie oraz uszkodzenia mechaniczne powstałe poprzez uderzenie w krawężnik, przedmioty leżące na drodze lub dziurawą nawierzchnię. Na szczęście, większości z tych problemów można już skutecznie uniknąć. Systemy monitorowania ciśnienia w oponach TPMS są obowiązkowym elementem wyposażenia wszystkich pojazdów wyprodukowanych po 2012 r. i pozwalają kierowcom unikać problemów związanych ze zbyt niskim ciśnieniem w oponach. Regularne przeglądy pojazdu i wymiana opon chroni z kolei przed ich nadmiernym zużyciem. Wyjątkiem w tym obszarze – i źródłem potencjalnego niebezpieczeństwa – przez długi czas była kwestia uszkodzeń opony, których nierzadko nie można wykryć bez dokładnych oględzin w warsztacie, a które mogą wystąpić w dowolnym momencie. Uszkodzone opony mogą być przyczyną wypadków. Mogą mieć także negatywny wpływ na działanie innych podzespołów pojazdu, np. kół, a co za tym idzie mogą stać się dodatkowym czynnikiem ryzyka dla bezpieczeństwa kierowcy i pasażerów.

Teraz możemy zająć się także i tym obszarem. System monitorowania uszkodzeń opony Bridgestone pozwala kierowcy śledzić stan opony w czasie rzeczywistym. System wykorzystuje rozwiązanie Microsoft Connected Vehicle Platform (MCVP) i dane z już istniejących czujników i elementów wbudowanych w oponę oraz specjalne algorytmy, aby identyfikować zdarzenia, które mogą pozostawiać ślady na powierzchni opony lub naruszać jej konstrukcję. Kierowca natychmiast otrzymuje powiadomienie o zagrożeniu i może podjąć odpowiednie działania, żeby uniknąć ryzyka. Na rynku nie ma obecnie żadnego podobnego systemu, który nie wymagałby montażu dodatkowego osprzętu.

Krok naprzód

System monitorowania uszkodzeń opony ma również inne cenne zastosowania. Nie tylko analizuje, kiedy doszło do uszkodzenia, ale też gdzie miało to miejsce. Dzięki temu pozwala zyskać szeroki ogląd warunków panujących na drodze, a zebrane informacje dotyczące występowania dziur i innych zagrożeń mogą zostać przekazane odpowiednim służbom odpowiedzialnym za przeprowadzanie prac remontowych. Z systemu skorzystają także pojazdy autonomiczne, jako że auta mogą powiadamiać innych uczestników ruchu w okolicy o zagrożeniach na lokalnych drogach, a także przekazywać informacje do bazy danych w chmurze.

System monitorowania uszkodzeń opony Bridgestone jest obecnie dostępny dla wszystkich flot i producentów wyposażenia samochodowego korzystających z MCVP. Wspólny projekt realizowany z Microsoft pozwoli Bridgestone na dalszy rozwój innowacyjnych rozwiązań, które spełniają wymagania stawiane przez floty i producentów oryginalnego wyposażenia na całym świecie.

Cyfrowe partnerstwo z myślą o przyszłości

MCVP oferuje rozwiązania z zakresu telematyki, systemu infotainment, danych z czujników połączonych z chmurą. Dzięki wykorzystaniu rozwiązania Microsoft Azure platforma zyskuje olbrzymi zasięg i globalną dostępność. Spełnia również warunki niezbędne do działania zgodnie z przepisami RODO. Dzięki współpracy z Bridgestone firma Microsoft może wzbogacać swoje oferty o nowe rozwiązania w ramach MCVP.

Laurent Dartoux, CEO i Prezes Bridgestone EMIA, powiedział: „Świat cyfrowy stanowi olbrzymią część działań, jakie obecnie podejmuje Bridgestone. Dlatego musimy bezwzględnie współpracować z wiodącymi partnerami w branży, którzy wspierają nasze potrzeby dziś i w przyszłości. Połączyliśmy siły z Microsoft i dzięki temu możemy teraz zaoferować nasz system monitorowania uszkodzeń opony milionom kierowców, a co za tym idzie zagwarantować im większe bezpieczeństwo i spokój.”

Wdrażając Microsoft Connected Vehicle Platform chcemy wspierać firmy w tworzeniu bezpiecznych i spersonalizowanych rozwiązań w obszarze mobilności. Bridgestone skorzystał z platformy MCVP, aby rozwinąć swój system monitorowania uszkodzeń opony, który w niezaprzeczalny sposób wpływa na poprawę bezpieczeństwa na drodze i jest dowodem na to, że współpraca między liderami rynku z różnych branż ma szansę stworzyć całkiem nowe szanse dla biznesu.” – powiedziała Tara Prakriya, dyrektor zarządzająca ds. Azure Mobility i Microsoft Connected Vehicle Platform w Microsoft.

Badanie Ericsson: używanie smartfona mniej szkodliwe dla środowiska od steka?

0

Według badania ConsumerLab firmy Ericsson, w ciągu ostatnich dwóch dekad znacznie wzrosły obawy konsumentów związane z ochroną środowiska. O ekologii myśli już co drugi badany, podczas gdy jeszcze dwadzieścia lat temu 80% nie interesowało się wpływem człowieka na środowisko naturalne. Pomimo wielu pozytywnych zmian nadal nie wiemy, które z codziennych nawyków mają największy wpływ na emisję CO2 i zmiany klimatu. Czy używanie smartfona jest bardziej szkodliwe od regularnego jedzenia wołowiny, a podróżowania na wakacje samolotem gorsze od jazdy samochodem?

Jak wynika z globalnego badania Ericsson ConsumerLab, większość z nas podejmuje proekologiczne decyzje zakupowe, ale nie zawsze potrafi trafnie wskazać, które z codziennych nawyków mają najbardziej zgubny wpływ na środowisko. Pewne czynności, jak np. codzienne dojazdy do pracy samochodem czy podróż samolotem na wakacje, są przez większość oceniane jako jednoznacznie złe i negatywnie wpływające na zmiany klimatyczne. Jednocześnie, respondentom znacznie trudniej było ocenić faktyczny poziom oddziaływania na środowisko stosowanej diety czy też korzystania ze smartfonów. 84% respondentów nie doceniło wpływu diety na środowisko, podczas gdy około 70% przeceniło wpływ używania smartfonów.
Badanie Ericsson używanie smartfona mniej szkodliwe dla środowiska

„Nie dla wszystkich jest oczywiste, że korzystanie ze smartfona, może być mniej szkodliwe dla środowiska od jedzenia steka. Wielu konsumentów nie jest świadomych w jaki sposób różnego rodzaju produkty są wytwarzane i jakie obciążenie dla planety kryje się za popularnymi usługami czy czynnościami. Tym samym nie mogą wiedzieć, jaki ślad węglowy zostaje po rocznym korzystaniu ze smartfonu czy regularnych dojazdach do pracy samochodem. Dlatego tak ważna staje się obecnie potrzeba edukacji i współpracy na tym polu wielu osób z różnych środowisk – nauki, biznesu i polityki” – tłumaczy Marcin Sugak, ekspert firmy Ericsson.

Zacznij zmiany od siebie

Jesteśmy świadomi oddziaływania na środowisko, ale czy bierzemy za to odpowiedzialność? W rzeczywistości 8 na 10 konsumentów na świecie uważa, że główna odpowiedzialność za ochronę środowiska spoczywa na władzach krajowych i samorządowych. Dodatkowo 45% z uczestników najnowszego badania Ericsson ConsumerLab uważa, że regulacje środowiskowe będą miały pozytywny wpływ na przedsiębiorstwa i gospodarkę. Co więcej około 5 na 10 respondentów postrzega również firmy i marki jako kluczowe podmioty odpowiedzialne za ochronę środowiska i oczekuje od nich stosowania praktyk przyjaznych dla środowiska.

Warto zauważyć, że około 70% respondentów dostrzega, że to zbiorowo na obywatelach leży odpowiedzialność za środowisko, przy czym tylko 55% uważa, że odpowiedzialność spoczywa również bezpośrednio na nich. Dodatkowo co czwarty uważa, że działania mające na celu złagodzenie wpływu człowieka na środowisko powinny być zbiorowym wysiłkiem. Wszystkie podmioty państwowe, biznesowe i pozarządowe, a także obywatele powinni przyjąć na siebie tę odpowiedzialność.
używanie smartfona mniej szkodliwe dla środowiska„Wyniki badania wyraźnie pokazują, że konsumenci mają trudności z powiązaniem swoich indywidualnych działań z istotnym wpływem na ogólny stan klimatu. Każdego dnia można dokonywać wyborów przyjaznych dla środowiska – od wyboru co jemy, jak żyjemy i czym podróżujemy. Oczywiste jest, że większość konsumentów chce dokonać zmian poprzez swoje codzienne działania, ale szukają wsparcia i wskazania, w którą stronę powinni rozwijać swoje zrównoważone podejście do życia i konsumpcji” – podsumowuje Marcin Sugak.

Milton Essex rozpoczyna budowanie księgi popytu

0

Od 30 czerwca do 2 lipca br. przeprowadzony zostanie proces book-buildingu Milton Essex – warszawskiej spółki specjalizującej się w tworzeniu innowacyjnych urządzeń i oprogramowania do cyfrowej diagnostyki medycznej. Zapisy na akcje rozpoczną się od 6 lipca i potrwają do 16 lipca br. Podanie do wiadomości ostatecznej wysokości ceny emisyjnej nastąpi 21 lipca br. Funkcję oferującego podczas emisji pełni Navigator Dom Maklerski.

W ramach oferty na podstawie dokumentu ofertowego inwestorom zostanie zaoferowane łącznie 2 750 000 akcji serii L, za które spółka chce pozyskać nie więcej niż równowartość 1 mln euro. Zebrane środki Milton Essex będzie chciał przeznaczyć na finalizację prac związanych z pierwszym urządzeniem do diagnostyki alergii, jego rejestrację i program pilotażowy urządzenia.

– Wznowienie emisji, która miała odbyć się tuż przed pandemią Covid-19, to dla naszej spółki niecierpliwie oczekiwany przełom rynkowy i bardzo cieszymy się, że opublikowany niedawno suplement do dokumentu ofertowego wzbudził niemałe zainteresowanie emisją akcji. Przyznaję jednak, że czas kwarantanny COVID-19 dobrze wykorzystaliśmy, wzbogacając nasz portfel projektowy o Face-Cov™ system do zdalnego pomiaru temperatury ciała człowieka o cechach metrologicznych z wbudowaną biometryczną funkcją rozpoznawania twarzy. Nowy produkt przygotowaliśmy wykorzystując rozwiązania zastosowane w naszym flagowym systemie SkinSense. Jest on innowacyjnym systemem wspomagającym diagnostykę alergii, do którego zaangażowaliśmy sztuczną inteligencję. Na tym polu mamy naprawdę duże osiągnięcia i liczymy, że dzięki emisji akcji będziemy mogli wprowadzić je w życie – mówi Radosław Solan, wiceprezes spółki.

Milton Essex S.A. jest beneficjentem dotacji NCBiR z programu „Ścieżka dla Mazowsza” o wartości 11,1 mln PLN. Dotychczas na badania wykorzystała ponad 3,5 mln zł.

Harmonogram emisji akcji Milton Essex SA

   
od 30 czerwca do 2 lipca

(do godz. 15.00)

Book-building (budowa księgi popytu)
do 5 lipca Ustalenie Ceny Emisyjnej / ew. wyodrębnienie Transzy Dużych Inwestorów oraz Transzy Małych Inwestorów
od 6 lipca Rozpoczęcie przyjmowania Zapisów i wpłat na Akcje Oferowane
do 16 lipca (do godz. 18.00) Zakończenie przyjmowania Zapisów i wpłat na Akcje Oferowane
do 21 lipca Przydział Akcji Oferowanych
do 21 lipca Podanie do publicznej wiadomości wyników Oferty Publicznej
do 24 lipca Zwrot nadpłaconych kwot (w przypadku nadsubskrypcji)

Koniec kwartału to nie koniec kłopotów

0

Rynki nie potrafią wytrzymać przy jednym temacie i skaczą z informacji na informację, co przynosi szarpane ruchy. Wczoraj obawy o wzrost liczby chorych na koronawirusa udało się zagłuszyć lepszymi danymi z gospodarki USA, ale dziś rano doniesienia o przywróceniu lockdownu w australijskim Melbourne macą spokój. Zanosi się na niespokojne lato.

Interesujące, że tym razem lepsze od oczekiwań odczyty marko z USA nie przyniosły osłabienia dolara, ale go umocniły. Wcześniej oznaki szybszego odbicia gospodarczego były odbierane jako pozytywny sygnał dla gospodarki USA, a zatem wspierały rajd na Wall Street, co znów poprawiało ogólnorynkowy sentyment. Tutaj włączał się status dolara jako bezpiecznej przystani, który jednak w okresach wzrostu apetytu na ryzyko powinien się osłabiać.

Dlaczego teraz jest inaczej?

Prawdopodobnie bierze się to z niezdecydowania inwestorów, którzy mają wątpliwości do rozrysowywania tak długiego łańcucha przyczyn i skutków. Obecnie zbyt dużo jest czynników po obu stronach równania, gdzie po jednej stronie jest optymizm związany z szybszym tempem ożywienia a po drugiej obawy o drugą falę zachorowań na koronawirusa. W rezultacie inwestorzy decydują się rozgrywać dane najprościej jak się. Lepsze dane o podpisanych umowach domów w USA dobrze rokują dla wzrostu gospodarczego, ale inwestorzy nie mają przekonania, że od razu rozkręci to nową falę rajdu ryzykownych aktywów. Globalnie wątpliwości i niepokoje są zbyt duże, by status USD jako bezpiecznej przystani zadziałał, ale lokalnie dane pomagają.

Od kliku dni funt jest w trybie osuwania na coraz niższe poziomy i od zeszłotygodniowego szczytu traci do dolara ponad 2 proc. Częściowo związane jest to z pogorszeniem rynkowych nastrojów i wzrostem obaw wokół pandemii. Funt był uznawany jako ryzykowna waluta i jak wiele innych korzystał na osłabieniu dolara, podczas gdy rynek nie przejmował się analizą fundamentów GBP. A te wciąż pozostają niekorzystne. Wielka Brytania jest krajem z piątą na świecie liczbą zachorowań na COVID-19 z potencjalnym wystąpieniem drugiej fali przez decyzje o masowym otwarciu gospodarki w czerwcu. Ale koniec czerwca przypomina też o brexicie, gdyż dziś mija ostateczny termin, do kiedy można było zgłosić chęć przedłużenia negocjacji nowej umowy handlowej między Wielką Brytanią i Unią Europejską, inaczej stare zasady współpracy przestaną obowiązywać od 1 stycznia 2021 r. Jest za mało czasu, aby udało się uzgodnić wszystkie aspekty przyszłej wymiany, szczególnie że negocjacje prowadzone są w chłodnej i spornej atmosferze. Mimo to w dobie kryzysu wywołanego pandemią żadnej ze stron nie zależy, by całkowicie zerwać stosunki z ważnym partnerem handlowym. Zapewne w najbliższych tygodniach uda się uzgodnić umowę ramową, jednak z wieloma aspektami (m.in. dot. usług i inwestycji) skazanymi na surowe warunki oparte o zasady WTO. Nowe zasady współpracy będą nieść ze sobą szkodliwe konsekwencje dla trajektorii wzrostu gospodarczego Wielkiej Brytanii, bardziej niż dla strefy euro. Będzie to balast, który będzie ciążył funtowi i utrzymywał go relatywnie słabszego względem innych ryzykownych walut.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Zainteresowanie koloniami i obozami kilkukrotnie mniejsze niż rok temu. Ze zorganizowanego wypoczynku skorzysta 240 tys. dzieci

Obawa przed koronawirusem i problemy finansowe sprawiają, że rodzice masowo rezygnują z wysyłania dzieci na kolonie i obozy. – Jeszcze w marcu mieliśmy sprzedanych w branży 40–50 proc. miejsc. Teraz, jeżeli osiągniemy sprzedaż na poziomie 20 proc. tego co w ubiegłym roku, będzie to można uznać za sukces – ocenia Krzysztof Maziński z Biura Usług Turystycznych BUT, przedstawiciel Polskiej Izby Turystyki Młodzieżowej. Z szacunków MEN wynika, że w 2019 roku ze zorganizowanego wypoczynku skorzystało 1,3 mln uczniów, w tym roku będzie to zaledwie 240 tys.

– Gwałtownie spadł popyt na kolonie i obozy – przyznaje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Krzysztof Maziński. – W połowie marca, kiedy wybuchła fala pandemii, mieliśmy w branży sprzedanych 40–50 proc. miejsc. W tej chwili szacujemy, że będziemy mieli maksymalnie 20 proc. sprzedanych miejsc w stosunku do zeszłego roku.

Z danych MEN wynika, że na kolonie i obozy wyjedzie ok. 240 tys. dzieci, z czego 160 tys. wybierze wypoczynek w kraju, a 3 tys. – za granicą. Blisko 80 tys. uczniów weźmie udział w półkoloniach.

 Rodzice obawiają się o bezpieczeństwo swoich dzieci, być może mają też problemy finansowe. W związku z tym od początku fali pandemii mamy bardzo dużą skalę rezygnacji z naszych usług. Tyczy się to zarówno kolonii i obozów krajowych, jak i przede wszystkim zagranicznych – mówi ekspert.

W tym roku w prowadzonej przez MEN bazie znajduje się obecnie ok. 7 tys. zatwierdzonych zgłoszeń wypoczynku dzieci i młodzieży.

– W bazie łatwo i szybko można sprawdzić wiarygodność organizatora wypoczynku (kolonii, obozu), który ma obowiązek zgłosić wyjazd do kuratorium oświaty właściwego ze względu na siedzibę organizatora. Dzięki temu wizytatorzy mogą kontrolować miejsca wypoczynku dzieci i młodzieży. Podobne kontrole będą przeprowadzali pracownicy straży pożarnej i sanepidu (zarówno przed rozpoczęciem wypoczynku, jak również w czasie jego trwania) – wyjaśnia Ministerstwo Edukacji Narodowej.

Ze względu na pandemię koronawirusa resort edukacji, wspólnie z Ministerstwem Zdrowia i Głównym Inspektorem Sanitarnym, opracował wytyczne, które mają obowiązywać podczas organizacji tegorocznego wypoczynku dla dzieci i młodzieży. Główne ograniczenia dotyczą liczby dzieci zakwaterowanych w jednym pokoju (maksymalnie cztery osoby przy zachowaniu powierzchni 4 mkw. na jedną osobę) czy minimalnej przestrzeni przysługującej na jedno dziecko podczas prowadzenia zajęć (4 mkw.). Między turnusami ośrodki muszą być dodatkowo sprzątane i dezynfekowane. Rekomendowane jest zmianowe wydawanie posiłków, a po każdej grupie należy dokładnie wyczyścić blaty stołów i poręcze krzeseł. Organizatorzy powinni też zapewnić środki do dezynfekcji i higieny osobistej dla uczestników i kadry. Przepisy miały zwiększyć bezpieczeństwo wypoczynku, rodziców jednak takie rozwiązania nie przekonują.

– Jednoznacznie mogę powiedzieć, że ten rok będzie bardzo zły dla organizatorów wyjazdów młodzieżowych. Oprócz spadków sprzedaży chodzi także o ryzyko, które bierzemy na siebie, organizując obozy w tak trudnym czasie. Obawiamy się o bezpieczeństwo, nasza kadra także. Nie do końca wiemy, co się stanie, kiedy zostanie wykryty koronawirus w ośrodku, w związku z czym ryzyko i nasze obawy są olbrzymie – przyznaje przedstawiciel Biura Usług Turystycznych BUT.

W związku ze spadkiem zainteresowania, ale też obostrzeniami związanymi z koronawirusem, oferta wyjazdów jest znacznie mniejsza niż w minionych latach. Część programów musiała zostać zmodyfikowana, a części imprez nie uda się zorganizować.

– Redukujemy, często odwołujemy całe turnusy albo poszczególne programy, bo nie jesteśmy w stanie ich zrealizować. Po pierwsze, z przyczyn epidemicznych, czyli np. nie jesteśmy w stanie zapewnić bezpiecznej organizacji ze względu na zalecenia GIS-u, ponadto często brakuje chętnych – tłumaczy Krzysztof Maziński. – Najlepiej wyglądają te imprezy, gdzie dzieci są najbardziej zmotywowane do wyjazdu, czyli np. z bardzo atrakcyjnymi programami albo z udziałem znanych osób: influencerów czy youtuberów.

Nie pal za sobą mostów, czyli kilka słów o offboardingu

0

Nawet jeśli epidemię koronawirusa uda się tego lata wygasić, jej skutki firmy będą odczuwać z opóźnieniem. Tym bardziej, że jak na razie nic nie zapowiada, by jesienią kryzysowy scenariusz nie miał się powtórzyć. Dlatego wiele firm okres wakacyjny poświęci nie tylko na nadrabianie strat powstałych w efekcie pandemii, ale także na optymalizację kosztów. A to oznacza w wielu przypadkach także redukcję etatów. Jak się do tego przygotować?

Zwalnianie – moment krytyczny

Zwalnianie pracownika to jedno z trudniejszych zadań stawianych przed kierownictwem firmy, a nawet moment krytyczny, zarówno dla osoby zwalnianej, jak i dla zwalniającego. I to niezależnie od tego, z czyjej inicjatywy następuje rozstanie. Jak podkreśla Maciej Kabaciński, szef Pionu HR w firmie Quercus Sp. z o.o., specjalizującej się we wdrożeniach SAP dla HR, rozstanie jest niełatwe z kilku powodów. Po pierwsze jest sytuacją trudną, czasami nawet przykrą. Po drugie – oznacza konieczność zmiany planów i uzupełnienia wakatu. I po trzecie – niezwykle ważne – nie pozostaje bez wpływu na pracę firmy.

„Jeśli to pracodawca decyduje się na rozstanie z pracownikiem, musi mieć świadomość, że inni członkowie zespołu będą mieć obawy, czy ich to także może spotkać. Dlatego dobrą praktyką jest zorganizowanie spotkania z zespołem i wyjaśnienie przyczyn. Z drugiej strony – także w sytuacji, gdy rozstanie następuje z inicjatywy pracownika, warto porozmawiać z pozostałym personelem, aby poznać nastroje w zespole i móc wdrożyć działania, które mogłyby ograniczyć ryzyko kolejnych odejść” – mówi.

Analityka – pierwsza pomoc HR Managera

Oprócz poznania powodów odejścia pracownika oraz nastrojów w zespole z pomocą mogą przyjść zaawansowane narzędzia analityczne, dzięki którym możemy poznać trendy dotyczące rotacji na poszczególnych stanowiskach i np. sprawdzić, ile procent pracowników w danym wieku odchodzi z firmy w określonym przedziale czasowym, czyli na przykład w ciągu trzech lat. Taka wiedza pozwala przygotować się na możliwe sytuacje kryzysowe i zawczasu podjąć działania zaradcze, czyli m.in. przejrzeć i odświeżyć bazę potencjalnych pracowników (oczywiście pod warunkiem spełnienia wszystkich wymogów związanych z RODO).

„Dzięki takim narzędziom analitycznym jak SAP Business Intelligence możemy sprawdzić wskaźniki odejść. Może okazać się na przykład, że w grupie pracowników w wieku 20-30 lat średnio 20% odchodzi w ciągu 3 lat pracy, natomiast osoby w wieku 30-40 lat odchodzą najczęściej w ciągu 5 lat. Te dane nie mogą być jednak wykorzystane do dyskryminacji kogokolwiek w procesie rekrutacyjnym, ale pozwalają menedżerowi zabezpieczyć się na ewentualne odejście, którego prawdopodobieństwo ma potwierdzenie w analizach” – podkreśla ekspert firmy Quercus Sp. z o.o.

Offboarding, czyli rozstanie z klasą

Pojęcie onboardingu, czyli procesu związanego z przyjęciem, a następnie wdrożeniem pracownika do pracy na nowym miejscu i w nowym zespole jest już w powszechnym użyciu. O zwalnianiu jako procesie mówi się rzadziej. A jest ono równie istotne, jeśli nie ważniejsze, w kontekście kreowania wizerunku firmy – zgodnie z dewizą, że nieważne jak się zaczyna, ważne jak się kończy.

Offboarding, to mówiąc najprościej proces, który pozwala na bezproblemowe, płynne i nieobarczone niepotrzebnymi emocjami rozwiązanie stosunku pracy z pracownikiem oraz na pozamykanie wszelkich spraw, które powinny być zakończone, jak np. zdanie sprzętu, zamknięcie dostępów do zasobów danych, itp.

Dobre rozstanie z pracownikiem to takie, które nie pali żadnych mostów. Pracodawcy powinno bowiem zależeć na tym, aby pracownik miło wspominał czas spędzony w firmie i dobrze o niej mówił. Dlatego wiele firm organizuje pożegnalne spotkania, podczas których wręcza pracownikowi upominek na nową drogę zawodowego życia. Jednak dla zapewnienia płynności procesu kluczowe jest wprowadzenie odpowiednich procedur, które ułatwią i uproszczą rozstanie.

„Dzięki zaawansowanym technologiom każda firma może skonfigurować proces offboardingu zgodnie ze swoją specyfiką. Do tego celu potrzebne jest m.in. zdefiniowanie listy sprzętu, który był wydany i niezbędnych dokumentów, które trzeba wypełnić – w obecnych czasach najlepiej z możliwością podpisywania ich elektronicznie. Trzeba także wyznaczyć osobę, która będzie zatwierdzać poszczególne kroki procesu, wyznaczyć zastępcę (stałego lub tymczasowego), określić, do jakich danych pracownicy mają dostęp i które dostępy oraz w jakim czasie powinny zostać wyłączone” – podpowiada Wojciech Miszewski, specjalista firmy Quercus ds. SuccessFactors.

Takie rozwiązania pozwalają ponadto umawiać rozmowy końcowe (w konkretnym pomieszczeniu, o ustalonej godzinie) oraz wskazać, które osoby będą w takim spotkaniu uczestniczyć. Niejako z automatu o rozwiązaniu umowy powiadamiane są także osoby, które są odpowiedzialne m.in. za płace oraz za benefity.

Rozstanie z pracownikiem zawsze budzi emocje, a utrata pracy klasyfikowana jest (w skali stresu Thomasa Holmesa i Richarda Rahe’a) w pierwszej dziesiątce najbardziej stresujących doświadczeń życiowych. Dlatego właśnie warto wprowadzić procedury, które porządkują cały proces i ograniczają stres, a także ryzyko problemów, które mogą pojawić się w wyniku odejścia pracownika (np. nieprzekazanie informacji zastępcy). Poza tym dobrze przeprowadzony offboarding, czyli rozstanie w przyjaznej, pełnej zrozumienia atmosferze, to także szansa na ponowne nawiązanie współpracy w przyszłości. Nie warto palić za sobą mostów.

W ciągu trzech lat czeka nas boom na rynku dronów. Pandemia ujawniła nowe możliwości ich zastosowania

– Pandemia otwiera nowe przestrzenie dla transformacji cyfrowej: przyspieszy rozwój dronów w logistyce, rolnictwie i służbie zdrowia – ocenia Sławomir Kosieliński, prezes Fundacji Instytut Mikromakro. Szczególnie w tym ostatnim obszarze obserwujemy dynamiczne przyspieszenie. W czasie pandemii testowano możliwość dostarczania dronami próbek do badań na obecność wirusa. Bezzałogowe systemy dostarczają już nawet szczepionki i narządy do przeszczepu. – Rynek bardzo szybko eksploduje, jeszcze nie w tym momencie, ale najpóźniej za trzy lata – prognozuje ekspert.

– Coś, co do lutego wydawało się nieosiągalne i nieopłacalne, nagle w czasach pandemii stało się realne. Widzimy, że życie przeniosło się online, również zakupy, jak gwałtownie zwiększyła się efektywność pracy logistyki i kurierów. Pozostaje więc pytanie, czy nie można byłoby w tej dziedzinie postawić kropki nad i i wykorzystać bezzałogowe statki powietrzne do zwiększenia efektywności pracy kurierskiej – mówi agencji Newseria Biznes Sławomir Kosieliński, prezes Fundacji Instytut Mikromakro, przewodniczący Komitetu Organizacyjnego Droniada GZM 2020.

Pandemia nie tylko zintensyfikowała wykorzystanie dronów, lecz również pokazała nowe możliwości ich zastosowania. W Chinach systemy wyposażone w kamery termowizyjne mierzyły temperaturę. W Wielkiej Brytanii dostarczały niezbędne środki ochrony osobistej do personelu medycznego na wyspie Wight. W Polsce drony były też wykorzystywane do patrolowania plaż, lasów i innych popularnych miejsc spotkań oraz kontrolowania, czy nie dochodzi do łamania obowiązującego wówczas zakazu gromadzenia się. W Warszawie testowano też transport próbek do badań na obecność wirusa SARS-CoV-2 pomiędzy szpitalem MSWiA a Centralnym Szpitalem Klinicznym UCK WUM. Było to możliwe dzięki wykorzystaniu rozwiązań Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej – odbiorników ADS-B zintegrowanych z systemem do koordynacji lotów bezzałogowych statków powietrznych.

Wyobraźmy sobie sytuację, że trzeba jechać z Warszawy do Siedlec po lekarstwo. Samochodem cała operacja trwa około pięciu godzin i trzeba kilka osób postawić na nogi. Można by było w takiej sytuacji naciśnięciem guzika uruchomić drona, który wystartuje z dachu szpitala i w ciągu niecałej godziny dotrzedo Siedlec. Tam lekarstwo jest ładowane i rusza w drogę powrotną. To jest przyszłość. Polskie drony mają taką możliwość, to zadanie dzisiaj jest wykonywalne w polskiej przestrzeni powietrznej, ale musi się pojawić zapotrzebowanie – wyjaśnia prezes Fundacji Instytut Mikromakro.

Drony z powodzeniem dostarczały już leki w Afryce. Niedawno dron z Uniwersytetu w Maryland dostarczył nerkę, którą przeszczepiono pacjentowi cierpiącemu na poważną chorobę nefrologiczną. Także w Polsce w kwietniu odbył się pierwszy w Polsce lot drona, w którym przewieziono próbki do badań na obecność wirusa SARS-CoV-2 pomiędzy szpitalem MSWiA a Centralnym Szpitalem Klinicznym UCK WUM.

 Mamy zbudowany system informatyczny, mamy drony, teraz potrzeba, żeby chciał tego rynek. Jeżeli to wszystko się zacznie łączyć ze sobą tak, że będzie i zapotrzebowanie ze strony rynku, i możliwości prawne, to rynek bardzo szybko eksploduje. Może jeszcze nie teraz, ale za dwa–trzy miesiące, a najpóźniej za trzy lata – ocenia Sławomir Kosieliński.

Polska jako pierwszy kraj w Europie posiadała operacyjny system do koordynacji zarządzania ruchem bezzałogowych statków powietrznych w separacji od ruchu lotniczego. Jako jedno z pierwszych państw na świecie uregulowała ten rynek i jest liderem technologii dronowych. Rozwój rynku może przyspieszyć startujący właśnie projekt „Usługi cyfrowe dla bezzałogowych statków powietrznych”. Jego efektem ma być rozwój rozwiązań cyfrowych i teleinformatycznych dla branży, a także usprawnienie procesu zakładania i prowadzenia tej działalności. Wart ponad 60 mln zł konkurs będzie realizowany w ramach programu operacyjnego Polska Cyfrowa przez Ministerstwo Infrastruktury, Urząd Lotnictwa Cywilnego oraz Polską Agencję Żeglugi Powietrznej.

Jak przekonuje ekspert, możliwości zastosowania dronów jest wiele również poza medycyną. Jednym z perspektywicznych obszarów jest rolnictwo. W USA drony są już wykorzystywane do kontroli plonów.

– Drony pozwalają szybciej wykryć patogeny chorób roślin, sprawdzić, czy na polu właściwie rosną ziemniaki, czy pomidory są już gotowe do zbioru. Można też je wykorzystywać do robienia punktowych oprysków. To się dzieje, te produkty są gotowe – wskazuje prezes Fundacji Instytut Mikromakro.

Nowe zastosowania dronów będą sprawdzane podczas konkursu Droniada GZM, który rozpocznie się 1 lipca. W jednej z konkurencji zadanie polegać będzie na wykryciu ognisk chorób roślin: mączniaka rzekomego kapustowatych, fytoftorozy oraz mączniaka prawdziwego.

 Wszystkie te trzy choroby są bardzo ciężkie. Jeżeli fytoftoroza rozpowszechni się w jakimś sadzie, to straty gospodarcze są liczone w setki tysięcy złotych. Jeżeli dałoby się to odpowiednio wcześnie wykryć właśnie z wykorzystaniem dronów, straty zostaną wtedy zminimalizowane – przekonuje Sławomir Kosieliński.

W innej konkurencji zadaniem będzie stworzenie bezzałogowego systemu latającego opartego na technologiach Przemysłu 4.0, czyli np. sztucznej inteligencji czy uczenia maszynowego, by monitorować sytuację na autostradach.

– Policja chce, żeby od 2021 roku główne węzły autostradowe w Polsce były monitorowane właśnie z dronów. Zespoły akademickie przedstawiają pomysły na to, jak to zrobić efektywnie. Mają wykryć intruza w korytarzu życia, sprawdzić, w jakim położeniu znajduje się pojazd uprzywilejowany, przekazać meldunek na stanowisko dowodzenia i w ten sposób doprowadzić do ukarania sprawcy wykroczenia – dodaje prezes Fundacji Instytut Mikromakro.

Ostatnie ulewy nie zażegnały zagrożenia suszą. Kilka upalnych dni bez opadów sprawi, że problem powróci

W Polsce zmiany klimatu są już widoczne gołym okiem – mówi Marcin Popkiewicz, fizyk i redaktor portalu Nauka o klimacie. Wzrost temperatury spowodował z jednej strony przyspieszone wyparowywanie wody i wzrost zagrożenia suszą, z drugiej zaś opady coraz częściej mają charakter nawalny, powodując wzrost zagrożenia powodziowego. Ostatnie deszcze załagodziły co prawda problem suszy, z którym zwłaszcza rolnicy borykali się od dłuższego czasu, ale nasycenie wodą w głębszych warstwach gleby wciąż jest niskie. To oznacza, że wystarczy cieplejszy okres bez opadów, żeby zagrożenie suszą wróciło.

– Zmiany klimatu widać gołym okiem, nie trzeba robić specjalnych badań. Latem mamy więcej fal upałów, zimą coraz mniej śniegu. Ta zmiana już jest bardzo wyraźna – mówi agencji Newseria Biznes Marcin Popkiewicz, fizyk, popularyzator nauki i redaktor portalu Nauka o klimacie.

Jak wskazuje, w ciągu ostatniego stulecia w Polsce nastąpił wzrost średniej temperatury o około 2,5°C.

 To znaczy, że Mazowsze ma w tej chwili klimat termicznie zbliżony do Niziny Węgierskiej z XIX wieku. Pomyślmy o winiarskim rejonie Tokaju na Węgrzech. Na Mazowszu panują już w tej chwili podobne temperatury – mówi.

Według danych PGW Wody Polskie w Polsce od co najmniej siedmiu lat zimą występują znikome opady śniegu. Miniona zima była najcieplejszą w historii pomiarów i już trzecią z rzędu, w której śnieg w wielu miejscach nie spadł w ogóle. Braku pokrywy śnieżnej, która zapewniałaby wilgotność gleby na wiosnę, nie zrekompensowały też znikome opady deszczu. To sprawiło, że wiosną na 90 proc. terytorium Polski wystąpiła susza hydrologiczna, która objawia się spadkiem poziomu rzek i wód gruntowych oraz wpływa na wegetację roślin. Dopiero ostatnie tygodnie przyniosły większe opady deszczu i sytuacja wodna się poprawiła.

– Obecne opady złagodziły zagrożenie suszą. W Polsce mamy na przemian susze i powodzie. Są to powodzie opadowe, bo wyniku bezśnieżnych zim przestają występować powodzie roztopowe na wiosnę. Klimat się zmienia, podobnie zresztą jak na całym świecie, w wyniku emisji gazów cieplarnianych. Sumaryczna ilość opadów w Polsce nie rośnie, ale temperatury są wyższe – mówi ekspert. – Co to oznacza dla bilansu wodnego, skoro pada tyle samo, a wyparowuje więcej? Bilans wodny robi się ujemny. W efekcie spada poziom wód gruntowych, wysychają stawy i rzeki, do tego zmienia się charakter opadów. Mamy więcej opadów ekstremalnych, nawalnych, a później dłuższe okresy bezopadowe i suszę. Jest to związane właśnie ze zmianą klimatu.

Dane IMiGW pokazują, że w tej chwili na większości terytorium Polski nasycenie gleby wodą (w warstwie 0–7 cm) jest duże i w zależności od regionu waha się od 40 miejscami do nawet 90 proc. W kilku regionach zachodniej Polski wciąż jednak oscyluje wokół 30–40 proc.

– Ostatnie opady oraz dość chłodny maj złagodziły problem suszy. Jednak jeśli spojrzymy na wilgotność gleby w warstwie głębszej, od 28 do 100 cm według IMiGW, to widzimy, że duża część Polski wciąż jest w stanie bardzo poważnej suszy. Ta woda jest na powierzchni, ale głębiej już jej nie ma. Zatem, o ile teraz nie widzimy ryzyka suszy, to kolejny cieplejszy okres bez opadów spowoduje, że to zagrożenie powróci – mówi Marcin Popkiewicz.

Jak podkreśla, aby załagodzić problem, potrzebne są równomierne, dość intensywne opady deszczu trwające co najmniej kilka tygodni, a nawet miesięcy i towarzyszące im niezbyt wysokie temperatury, żeby woda mogła wsiąknąć w grunt.

– Mamy zasoby wody na różnych głębokościach. Pokłady wodne, które generują się dużo wolniej, wolniej się też napełniają. Najlepszy jest taki deszcz, który pada równomiernie i łagodnie, ponieważ woda ma wtedy czas wsiąknąć w glebę i przesączyć się głębiej, do pokładów wodonośnych. Kiedy mamy nagłe ulewy, urwania chmur, w dodatku na wyschniętą, spieczoną glebę, ta woda po prostu spływa po powierzchni do rzek i dalej do Bałtyku. W rezultacie wody na polach po prostu nie ma. Niestety w związku ze zmianą klimatu coraz więcej opadów ma charakter nawalny – mówi redaktor portalu Nauka o klimacie.

Problem gwałtownych opadów potęgują jeszcze kwestie zabudowy w polskich miastach, które – zabetonowane i wyasfaltowane – są o kilka stopni cieplejsze niż łąki czy lasy. To powoduje, że właśnie nad miastami zwykle jest oberwanie chmury.

Betonując nasze miasta, sami ściągamy te opady nawalne na głowę. To właśnie nad nagrzanymi miastami formują się gwałtowne ruchy konwekcyjne, prowadzące do tzw. oberwań chmury. Jak już tak pięknie je zabetonowaliśmy, pozbyliśmy się zieleni, wycięliśmy drzewa, pobudowaliśmy wszędzie nasze domy, wyłożone kostką place, parkingi itd., to jak już ten opad nawalny spadnie, to gdzie ma się podziać ta woda? Kanalizacja burzowa nie jest w stanie obsłużyć takich opadów, więc woda spływa do piwnic, zatapia tunele i mamy olbrzymi problem. Co więc powinniśmy zrobić? Oczywiście oprócz tego, że chronić klimat i nie dopuszczać do jego destabilizacji, powinniśmy prowadzić działania adaptacyjne. Coraz więcej samorządów ma tego świadomość, że potrzebna jest w miastach zieleń, nie parkingi, tylko parki – podkreśla Marcin Popkiewicz.

Jak dodaje, fundamentalną zasadą jest zatrzymywanie opadów w miejscu, gdzie spadną.

– Teren powinien być gąbką przechwytującą i magazynującą wodę. Działają tak tereny zielone, bujne lasy, łąki, mokradła i meandrujące rzeki. Z kolei wycinane lasy, nadmierna rozbudowa rowów melioracyjnych czy wyprostowane rzeki przypominające kanalizację burzową sprzyjają szybkiemu spływowi wody do Bałtyku, powodzi oraz suszy. W kontekście postępującej zmiany klimatu to szkodliwe działania antyadaptacyjne – zauważa redaktor portalu Nauka o klimacie.

Cała prawda o uszczelnianiu VAT

0

Kreatywność fiskusa, czyli jak chwalić się uszczelnieniem systemu VAT, gdy w rzeczywistości jest on coraz bardziej dziurawy? MF chwali się wyłącznie rosnącymi wskaźnikami z wpływów z podatku VAT, a milczy na temat jeszcze bardziej rosnących wskaźników jego nieściągalności. Co gorsza, ofiarami uszczelniania systemu podatkowego stają się legalnie działający bądź nieświadomi uczestnictwa w karuzeli VAT przedsiębiorcy.

Fiskus chwali się zwiększoną ściągalnością VAT. Na europejskim forum stawia się w tej kwestii nawet za wzór do naśladowania. Pismem z 20 lutego 2019 r. w odpowiedzi na interpelację poselską 28742 Zastępca Szefa Krajowej Administracji Skarbowej, działając z upoważnienia Ministra Finansów, wskazał, że wg jego danych luka podatkowa w VAT w 2013 r. wynosiła 25,7%, w 2015 r. – 23,9%, a już w 2017 r., czyli zaledwie po 9 miesiącach funkcjonowania KAS (od 1 marca 2017 r.) – jedynie 14%. To 10% zasypanie luki to zdaniem Zastępcy Szefa KAS zasługa utworzenia Krajowej Administracji Skarbowej oraz wprowadzenia takich rozwiązań jak pakiet paliwowy czy system monitorowania transportu towarów wrażliwych SENT. Urzędnik wskazał jeszcze na skuteczność kontroli podatkowych.

„Z danych przedstawionych powyżej jednoznacznie wynika, że reforma w ramach której powstała Krajowa Administracja Skarbowa, przyczyniła się do znacznego ograniczenia luki podatkowej bowiem już po kilkumiesięcznym funkcjonowaniu połączonych struktur administracji podatkowej, Służby Celnej i kontroli skarbowej w ramach KAS (…) lukę w podatku VAT dla roku 2017 oszacowano na 14%, prawie o 10% mniej niż to miało miejsce w roku 2015 (…) nie sposób pominąć skutków uszczelnienia systemu podatkowego, efektywności działań prewencyjnych oraz skuteczności tzw. twardych kontroli, dotyczących oszustów podatkowych” (pismo Ministra Finansów z 20 lutego 2019 r., sygn. DNK7.054.5.2019).

Zależy, kto podaje dane…

Wpływy w wysokości 113,4 mld zł przy zaległości w poborze 21 mld zł z tytułu podatku od towarów i usług w 2013 r. – to dane Ministerstwa Finansów, na które rok później, 26 lutego 2020 r., powołuje się w swoim artykule Rzeczpospolita, zestawiając je z danymi z 2019 r. W roku 2019 wpływy wyniosły 183,2 mld zł przy 92,8 mld zł nieściągniętego VAT-u. Oznacza to, że w 2013 r. nie ściągnięto jedynie 15,6% VAT. Jedynie, bo w 2019 r. jest to już 33,6%. Co ciekawe, wskaźnik nieściągalności VAT zaczął znacząco wzrastać od czasu nasilenia polityki wzmożonego uszczelniania VAT, czyli od przełomu lat 2015 i 2016. W 2014 r. wyniósł on bowiem 19,34% (124,3 mld zł wpływu, 29,8 mld zł zaległości), w 2015 r. wzrósł do 27,29% (123,1 mld zł wpływu, 46,2 mld zł zaległości), ale już w 2016 r. służby skarbowe ściągnęły tylko 126,6 mld zł VAT z 191,8 mld zł do ściągnięcia (34% nieściągalność), w 2017 r. – 156,8 mld zł z 237,9 mld zł (34,09% nieściągalność), oraz 174,9 mld zł z 264,9 mld zł w 2018 r. (33,98% nieściągalność).

Zatem rekordową nieściągalność tego podatku fiskus odnotował w 2017 r., tym samym, który Zastępca Szefa KAS w odpowiedzi na interpelację nazywał rokiem sukcesu w uszczelnianiu VAT.

…i w jaki sposób

Najwyższa Izba Kontroli 12 lutego 2020 r. opublikowała raport nt. odzyskiwania mienia pochodzącego z przestępstw. Wynika z niego, że z szacowanych w latach 2014-2018 zysków przestępców w wysokości od 217 do 520 mld zł służby ścigania zabezpieczyły 2,7 mld zł, a więc zaledwie od 0,52% do 1,24% tych kwot. NIK wskazała, że Ministerstwo Sprawiedliwości, chwaląc się wysokimi wskaźnikami odzyskiwanego od przestępców majątku, nie podawało do wiadomości opinii publicznej rzetelnych informacji:

„Ministerstwo Sprawiedliwości gromadziło jedynie dane statystyczne na temat liczby skazanych, wobec których orzeczono przepadek przedmiotów lub korzyści majątkowych, natomiast nie gromadzono danych dotyczących wartości skutecznie wykonanych orzeczeń przepadku m.in. kwot, jakie wpłynęły na rachunki Skarbu Państwa (…) Zdaniem NIK dane Prokuratury prezentowane opinii publicznej nie obrazowały skuteczności systemu odzyskiwania mienia” (www.nik.gov.pl).

Jednak NIK już w podsumowaniu tego „świetnego” dla fiskusa pod względem ściągalności VAT roku 2017 napisała: „Niska była również skuteczność postępowań egzekucyjnych wobec podmiotów dokonujących oszustw podatkowych” (Analiza wykonania budżetu państwa i założeń polityki pieniężnej w 2017 r. nr ewid. 88/2018/P/18/001/KBF i 89/2018/P/18/002/KBF).

W przywołanej wyżej odpowiedzi na interpelację 28742 Zastępca Szefa KAS, ustosunkowując się do nieskuteczności działań podejmowanych w zakresie odzyskiwania mienia w stosunku do wzmożonego wzrostu wszczętych kontroli VAT u przedsiębiorców w latach 2014-2015, przyznał: „…wiodącą rolą kontroli, stało się dokonywanie „papierowych” ustaleń z niewielkim prawdopodobieństwem ściągalności (…) Kluczowym problemem było błędne założenie prowadzenia kontroli „na ilość” – im więcej, tym lepiej…”.

Wzrost poboru VAT priorytetem rządu

„W 2020 r. kontynuowane będą działania mające na celu uszczelnienie systemu podatkowego, co jest jednym z priorytetów Rządu. Działania w tym obszarze będą skoncentrowane głównie na wzroście poboru podatku od towarów i usług i zwalczaniu związanych z nim oszustw…” – tak stanowią „Założenia projektu budżetu państwa na 2020 r.” (www.gov.pl). Rodzą się tylko pytania: Kto zapewni wpływy budżetowe, które zdołają zaspokoić rosnące potrzeby i programy socjalne państwa? Jeśli z przestępców nie da się ściągnąć VAT, to od kogo? Kto ma być tym źródłem rosnącego poboru podatku od towarów i usług?

Brać się za uczciwych przedsiębiorców, bo za oszustów się nie da

W połowie 2018 r. jeden z portali internetowych ujawnił treść notatki służbowej izby skarbowej w Kielcach, w której zwierzchnicy instruują swoich urzędników, by ci skupili się na ściąganiu należności podatkowych z legalnie działających przedsiębiorców, którzy dysponują namacalnym, a nie, jak w przypadku firm słupów, wirtualnym majątkiem, z którego można coś pozyskać. Oszustom VAT-owskim, stojącym w rzeczywistości za całym procederem karuzeli VAT, mają odpuścić, bo odnalezienie ich majątku, zajęcie go i egzekucja z niego jest mało prawdopodobna. Skarbówka ma się koncentrować na tych, którzy posiadają majątek i zostali jeszcze w kraju. Stąd też, chcąc wykonać zalecenia zwierzchników, urzędnicy dokonywali zabezpieczeń na takich majątkach od razu po wszczęciu kontroli, po to, aby na wszelki wypadek zdążyć coś zająć.

Inną grupą docelową skarbówki dla zabezpieczenia zwiększonych wpływów z VAT są przedsiębiorcy nieświadomie uczestniczący w oszustwie podatkowym. To przecież ich wina, że choć dokonując transakcji w przekonaniu, że są zupełnie legalne, nie dochowują należytej staranności przy weryfikacji kontrahenta i tym sposobem zostają wkręceni w karuzelę VAT.

„Nie można jednak z góry zakładać, że oszustwo karuzelowe jest sztuczną konstrukcją, zwłaszcza że zasadą jest, że problem ten dotyczy rzeczywistego obrotu gospodarczego i może też dotyczyć uczciwych podatników. (…) Oczywiście organy podatkowe przyjmują nazbyt uproszczone założenie, że już sam udział w karuzeli zakłada jego świadome uczestnictwo” (wyrok WSA we Wrocławiu z 9 listopada 2017 r., sygn. akt I SA/Wr 203/17).

Ci, co zostali jeszcze w kraju

Przedsiębiorcom przyszło prowadzić firmę w państwie, którego motorem napędowym mają być zwiększone wpływy do budżetu państwa, zapewnione dzięki uszczelnieniu systemu VAT. Jeśli więc informacje o sukcesie w ich ściąganiu niekoniecznie pokrywają się z rzeczywistością, z uwagi na bezradność fiskusa wobec prawdziwych oszustów może to rodzić obawy u uczciwych bądź nieświadomych wkręcenia w oszustwa podatkowe przedsiębiorców. Bo budżet już zaplanowano, pieniądze rozdzielono i w domyśle wydano, a środki na to skądś jednak trzeba wziąć.

Ochrona majątku firmy przy prowadzeniu działalności w kraju, w którym metodą na zapewnienie wpływów do budżetu jest „branie się” za uczciwych przedsiębiorców, bo za oszustów się nie da, może okazać się utrudniona, a możliwa do osiągnięcia jedynie pod inną, bardziej przyjazną jurysdykcją.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Pandemia mocno zachwieje kondycją finansową banków. O kredyty dla konsumentów i przedsiębiorstw będzie coraz trudniej

Obniżki stóp procentowych i wzrost kosztów ryzyka odbiją się na kondycji finansowej banków, które już na początku roku zaostrzyły warunki udzielania kredytów. I mimo że w nadchodzących miesiącach spodziewają się dużego spadku popytu, zwłaszcza na kredyty długoterminowe dla MŚP, mieszkaniowe i konsumpcyjne, to nie zamierzają tych kryteriów łagodzić. NBP wskazuje, że skala tego zaostrzenia będzie znacząca, co może odbić się na całej gospodarce.

– Banki żyją z kontrolowanego ryzyka. Pandemia była takim czarnym łabędziem, który skokowo podniósł ryzyko kredytowe, co oznacza, że w bankach pojawiają się bardzo duże rezerwy na kredyty. Ten rok na pewno będzie trudniejszy, tworzenie rezerw oznacza ograniczenie środków pod nowe kredyty i wymaga zrównoważenia tych dwóch elementów – mówi agencji Newseria Biznes Mariola Szymańska-Koszczyc, prezes EFPA Polska – Fundacji na rzecz Standardów Doradztwa Finansowego, wiceprezes Warszawskiego Instytutu Bankowości.

Pandemia SARS-CoV-2 to kolejny na przestrzeni ostatnich miesięcy cios dla sektora bankowego, po procesach o kredyty frankowe czy tzw. małym TSUE, regulującym zwroty prowizji za wcześniejszą spłatę kredytów konsumpcyjnych. Teraz nałożyły się na nie dodatkowe problemy – obniżki stóp procentowych, niska aktywność klientów i wzrost kosztów ryzyka, co z pewnością odbija się na kondycji finansowej sektora.

– Z pewnością wyniki sektora bankowego na koniec tego roku będą słabsze od poprzedniego, ale za wcześnie jeszcze prognozować, o ile. Prognozy, które się pojawiają, mają duży rozstrzał, mówimy o kilku do nawet kilkudziesięciu miliardów złotych różnicy w wyniku netto sektora bankowego na koniec roku wobec poprzedniego. To są poważne różnice. Wszystko zależy od tego, jak szybko będziemy odmrażać gospodarkę i jak będzie wyglądała jesień – mówi Mariola Szymańska-Koszczyc.

Według NBP w nadchodzącym okresie trzeba spodziewać się znacznego spadku przeciętnej zyskowności sektora bankowego oraz wzrostu liczby i udziału w aktywach banków ponoszących straty. Wpłynie na to m.in. spadek marży odsetkowej (obniżenie stopy referencyjnej NBP (o 1,4 pkt proc.) spowoduje spadek marży odsetkowej netto rzędu 15–30 proc.), wzrost odpisów na oczekiwane straty kredytowe, spadek przychodów banków z prowizji i opłat wskutek mniejszego popytu na usługi bankowe oraz możliwy wzrost odpisów portfelowych na ryzyko związane z kredytami frankowymi. Polskie banki mają tymczasem niewielki potencjał do głębszego obniżania kosztów.

– Polski sektor bankowy jest bardzo silny kapitałowo i to jest powszechna opinia wśród polskich i międzynarodowych instytucji. Polskie banki mają też mocną pozycję płynnościową, w związku z czym nie widzę dla nich fundamentalnych zagrożeń. Co nie zmienia faktu, że ten rok będzie dla nich bardzo trudny, podobnie jak i dla całego sektora finansowego – mówi prezes EFPA Polska.

Także Narodowy Bank Polski w „Raporcie o stabilności systemu finansowego. Wydanie specjalne: skutki pandemii COVID-19” wskazuje, że polski system finansowy wszedł w okres pandemii w dobrej kondycji, odporny na szoki i bez znaczących nierównowag. Siła i charakter szoku wywołanego pandemią sprawiły jednak, że ryzyko kredytowe znacznie wzrosło, a prawdopodobieństwo wystąpienia problemów z obsługą długu jest znaczne w większości kategorii kredytów. Bank centralny wskazał, że jednocześnie z uwagi na spodziewane straty kredytowe pojawiło się też ryzyko nadmiernego ograniczenia dostępności kredytu w gospodarce, co będzie mieć na nią niekorzystny wpływ.

– Największym wyzwaniem będą odroczone konsekwencje lockdownu: potrzeby kredytowe klientów i wzrost ryzyka kredytowego – mówi Mariola Szymańska-Koszczyc. – Dzisiejsza sytuacja postepidemiczna wymaga współpracy i ogromnej odpowiedzialności pomiędzy sektorem prywatnym a rządem i instytucjami publicznymi. Sektor finansowy dostarcza finansowanie dla gospodarki, przez co powinien być sektorem specjalnej troski, ważnym partnerem w znajdywaniu rozwiązań na optymalne wychodzenie z bardzo trudnej sytuacji, w której się znaleźliśmy.

Już w I kwartale tego roku banki zaostrzyły warunki udzielania kredytów we wszystkich segmentach rynku. W przypadku kredytów dla przedsiębiorstw skala tego zjawiska była największa od 2009 roku. Mimo że w nadchodzących miesiącach banki spodziewają się dużego spadku popytu na kredyty (zwłaszcza mieszkaniowe, konsumpcyjne i kredyty długoterminowe dla MŚP), to nadal zamierzają zaostrzać politykę kredytową. Jak wskazał bank centralny, skala tego zaostrzenia będzie znacząca, co może negatywnie odbić się na całej gospodarce („Sytuacja na rynku kredytowym II kwartał 2020 r.”).

– Dziś sektor bankowy jest tym, który, mimo że wychodzi proaktywnie i pomaga przedsiębiorcom z różnych branż, powinien sam zostać otoczony publiczną opieką jako część krwiobiegu gospodarki oraz jako źródło finansowania i wychodzenia z kryzysu wszystkich przedsiębiorstw w Polsce – wskazuje wiceprezes Warszawskiego Instytutu Bankowości.

Jak podkreśla, banki odegrały istotną rolę w transferowaniu rządowej pomocy z kolejnych tarcz antykryzysowych. Z kolei pod względem środowiska pracy bardzo dobrze poradziły sobie ze stress-testem, jakim okazała się pandemia SARS-CoV-2 i trzymiesięczny lockdown.

– Gdy spojrzymy na giełdę, ceny akcji banków mocno spadały, ale jeśli chodzi o ciągłość ich działania, ten egzamin zdały na piątkę. Nie było żadnych większych zawirowań związanych z serwisowaniem bieżących potrzeb klientów. Sektor bankowy jako mocno zinformatyzowany bardzo dobrze poradził sobie też z przejściem na pracę zdalną – mówi Mariola Szymańska-Koszczyc.

Prezes Fundacji EFPA Polska ocenia też, że pandemia dodatkowo napędzi w sektorze bankowym szersze wykorzystanie automatyzacji, procesów zdalnych i sztucznej inteligencji.

– Jednocześnie sektor finansowy jest jedną z najbardziej uregulowanych branż. Wchodząc w obszar, w którym ważną rolę odgrywają technologie takie jak sztuczna inteligencja, trzeba na nowo się temu przyjrzeć. W wielu obszarach te regulacje nie nadążają za rzeczywistością. Potrzebny jest okrągły stół, przy którym zostanie dokonany przegląd istniejących regulacji, oraz starania, żeby znaleźć równowagę pomiędzy oczekiwaniami klientów co do nowego modelu funkcjonowania instytucji finansowej a regulacyjnym zachowaniem bezpieczeństwa i stabilności sektora. Regulacje powinny przeciwdziałać i zabezpieczać, ale i ułatwiać zmianę modeli biznesowych tak, aby dostarczać usługę w takim formacie i jakości, jakich potrzebują klienci – mówi.

Jak firmy radziły sobie w pandemii i czego obawiają się pracownicy w drugiej połowie roku?

0

Co czwarty pracownik nie wie, czy jego stanowisko pracy zostanie utrzymane do końca roku. Również co czwarty przyznaje, że w wyniku pandemii COVID-19 w jego firmie nastąpiła redukcja wynagrodzeń – przy czym blisko jedna trzecia spodziewa się dalszego obniżania pensji w  najbliższych miesiącach. Ponad połowa przedsiębiorstw odnotowała spadek przychodów, a nieco ponad jedna trzecia zauważyła opóźnienia lub nienależyte wykonanie kontraktów. Aż  78 proc. uczestników badania, przeprowadzonego przez Gdańską Fundację Kształcenia Menedżerów (GFKM) i Szkołę Wyższą Psychologii Społecznej (SWPS), przyznaje, że zagrożenie koronawirusem spowodowało częściowe lub całkowite przejście firmy w tryb pracy zdalnej.

Zdalnie, z redukcją kosztów i wynagrodzeń

…tak można najkrócej odpowiedzieć na pytanie, w jaki sposób biznes starał się radzić sobie z sytuacją wynikającą z pandemii.

Zdecydowana większość firm, bo aż 78,8 proc. przeszła w tryb pracy zdalnej. Prawie 40 proc. respondentów przyznało, że w ich organizacjach doszło do redukcji kosztów innych niż wynagrodzenia. Co czwarty badany wskazał, że w jego przedsiębiorstwie przeprowadzono redukcję wynagrodzeń. Optymizmem może napawać fakt, że tylko w przypadku 13 proc. firm, w których pracują uczestnicy badania zastosowano zwolnienia.Jakie działania podjęła firma, w której pracujesz w związku z pandemią COVID-19

– Zarządzający firmami wiedzą, że pracownicy stanowią znaczącą część kosztów organizacji. Wiedzą też, jak trudno jest pozyskać i wyszkolić nowego pracownika. Dlatego w pierwszej kolejności poszukiwali oszczędności w innych obszarach niż wynagrodzenia czy redukcja etatów. Warto również zauważyć, że przed pandemią tylko 41 proc. firm umożliwiało swoim pracownikom pracę w trybie zdalnym. W trakcie epidemii odsetek ten wzrósł prawie dwukrotnie – do 78 proc. To dobry przykład jak szybko i elastycznie firmy przystosowały się do nowych warunków i że wiele z nich szybko nadrobiło „technologiczne zaległości” komentuje Dominik Pieczewski z GFKM, współautor badania.

Spadek przychodów największym problemem

Ponad 54 proc. respondentów przyznało, że wskutek pandemii, ich firmy mierzą się ze spadkiem przychodów. Co trzeci zaś wskazał, że jego organizacja miała problem z terminowym lub należytym wywiązaniem się z umów. Blisko jedna trzecia badanych odnotowała wycofywanie się klientów z kontraktów. Nieco ponad 30 proc. zaobserwowało zakłócenia w łańcuchu dostaw. Tylko 12 proc. ankietowanych wskazało, że w ich firmach nie wystąpiły żadne z wymienionych problemów.Jakie problemy pojawiły się w funkcjonowaniu Twojej firmy w związku z pandemią COVID-19

Będą dalsze cięcia

Uczestnicy badania z obawą patrzą w przyszłość. Blisko 53 proc. spodziewa się spadku przychodów firmy. Co za tym idzie, ankietowani przewidują kolejne cięcia – 30 proc. przewiduje redukcje wynagrodzeń, ale ponad 40 proc. stawia na ograniczenie kosztów innych niż płace. Prawie 24 proc. respondentów obawia się redukcji etatów. Jest też spora, bo aż 23-proc. grupa optymistów, którzy nie obawiają się żadnych negatywnych następstw pandemii w swojej organizacji.Których z poniższych działań zjawisk spodziewasz się w Twojej firmie do końca roku

Tylko połowa respondentów jest pewna, że ich stanowiska pracy zostaną utrzymane. Co czwarty badany nie wie, czego się spodziewać, ale tylko 3 proc. badanych wprost obawia się zwolnienia do końca tego roku. Należy jednak zauważyć, że aż 22 proc. badanych odmówiło odpowiedzi na to pytanie. Jakich działań spodziewasz się ze strony organizacji, w której pracujesz w związku ze swoim stanowiskiem pracy do końca roku

Drugi kwartał br. był dla biznesu prawdziwym sprawdzianem z zarządzania kryzysowego. Wszystko wskazuje na to, że w drugiej połowie roku menedżerom przyjdzie nadal mierzyć się z negatywnymi konsekwencjami problemów wywołanych przez pandemię. Głównym będzie dalszy spadek przychodów firm. Przyszłość pokaże, czy sprawdzą się przewidywania badanych, którzy szansy na ratunek upatrują głównie w redukcji kosztów innych niż płacowe. Warto zauważyć, że 60 proc. badanych pewnych utrzymania swojego stanowiska pracy to osoby zajmujące stanowiska kierownicze i wyższe. Pokazuje to, że rozwój kompetencji, a co za tym idzie – awans na wyższe stanowiska przynosi większe poczucie bezpieczeństwa w czasach kryzysu – podsumowuje Dominik Pieczewski z GFKM.

O badaniu

Celem badania przeprowadzonego przez GFKM i SWPS było zweryfikowanie, z jakimi problemami mierzą się firmy w związku z pandemią COVID-19, jakie działania podjęły w tym trudnym czasie oraz jakich problemów spodziewają się menedżerowie i pracownicy w swoich organizacjach do końca tego roku. W trwającym od 26 kwietnia do 6 czerwca 2020 r. badaniu udział wzięło 430 uczestników studiów i programów rozwojowych realizowanych przez te instytucje. Blisko połowa (48,8 proc.) z nich zajmuje stanowiska kierownicze lub wyższe, a druga połowa (51,2 proc.) pracuje na stanowiskach specjalistycznych lub innych. Połowa badanych pracuje w firmach dużych, zatrudniających powyżej 249 osób. Pozostali w organizacjach, w których liczba pracowników nie przekracza 249 osób.