Nomadzi są wśród nas, czyli o pracy z każdego zakątka globu

W 2017 roku Polacy wyjeżdżali na wakacje średnio na 7 i pół dnia, czyli około 2 doby krócej niż jeszcze 5 lat temu – wynika z badań CBOS. Przyczyną może być fakt, że coraz częściej urlop dzielony jest na kilka mniejszych wyjazdów. Istnieją jednak tacy, którzy na wakacjach są niemal zawsze i jak szacowano na konferencji DNX Global w Berlinie, do 2035 roku będzie ich 1 miliard. Jak to możliwe? Wszystko dzięki cyfrowemu nomadyzmowi.

Szukając definicji słowa „nomada” w słowniku języka polskiego, można spotkać się z takimi określeniami jak „członek ludu, plemienia prowadzącego wędrowny tryb życia” czy „koczownik”. Cyfrowy nomadyzm (digital nomadyzm) niewiele się od tego różni. Dzięki zdobyczom techniki, takim jak telefonia komórkowa czy internet, wiele osób może wykonywać swoje obowiązki zawodowe zarówno z biura w Łodzi, jak i Pun Space, najpopularniejszego coworkingu Chiang Mai w Tajlandii.

Wielu freelancerów nie zdaje sobie sprawy, że jest cyfrowymi nomadami. Wykonując zawody, które nie wymagają przebywania w określonym miejscu, takie jak na przykład programowanie, copywriting, blogowanie czy grafika, mogą sobie pozwolić na pracę niemal z każdego zakątka świata, potrzebując do tego jedynie dobrego łącza internetowego. 

– Portal Entrepreneur.com szacuje, że na świecie jest około 13,5 tys. biur coworkingowych, w których podobnie, jak w Idea Hub, można popracować, napić się kawy czy wynająć salękonferencyjną na spotkanie biznesowe. Takie rozwiązanie jest korzystne zarówno dla osób, które nie opuszczają swojego miasta, jak i tych, które zdecydowały się na łączenie pracy z podróżami – mówi Marta Bloch, Project Manager Idea Hub.

Synergia wykonywania obowiązków zawodowych z chęcią zwiedzania, posiada już swój odrębny termin – workation, który można przetłumaczyć na język polski jako „pracowakacje”.

Pracowakacje – od czego zacząć?

Powodów dla których ludzie decydują się na podróżowanie i jednoczesną pracę jest wiele. Chęć poznawania nowych miejsc i kultur, doskonalenie języków obcych czy poprawa swojej sytuacji ekonomicznej. Chociaż podróże nierozerwalnie łączą się z wydatkami, tak w przypadku cyfrowego namadyzmu, może być zupełnie inaczej. Jest to efekt wyboru lokalizacji, gdzie siła nabywcza waluty w której zarabiamy jest większa niż waluty lokalnej. To właśnie z tego powodu Azja Wschodnia jest jednym z najpopularniejszych kierunków dla digital nomadów z całego świata.

Aby pozwolić sobie na „pracowakacje”, warto zadbać o stałe źródło zleceń. W internecie można znaleźć wiele stron, takich jak Upwork, 99designs, Behance czy Peopleperhour, gdzie zamieszczane są oferty pracy z całego świata.

– Decydując się na zagraniczne zlecenia zyskujemy na kilku płaszczyznach. Wykonując zadania z krajów o mocniejszej walucie, odnosimy większą korzyść finansową niż freelancerzy z kraju zleceniodawcy. Nie należy jednak zapominaćże ktoś z innego kraju może przebić cenę naszej oferty – np. w Indiach czy bliższej nam Mołdawii koszt pracy i utrzymania może być niższy, a ceny ofert bardziej korzystne. Dlatego warto skoncentrować się na tworzeniu międzynarodowego portfolio, które będzie stanowiło dowód jakości realizowanych przez nas zleceń – komentuje Marta Bloch, Idea Hub.

Zapisy Dyrektywy o delegowaniu pracowników przegłosowane

Wczoraj ambasadorowie państw członkowskich UE zebrani w COREPER 1 (Komitecie Stałych Przedstawicieli) przegłosowali tekst rewizji Dyrektywy o delegowaniu pracowników. Zapisy były wcześniej negocjowane przez przedstawicieli Rady, Parlamentu i Komisji w trilogach. Potwierdziły się wcześniejsze nieformalne informacje dotyczące projektu. Pojawiły się w nim korzystne zmiany, co nie zmienia faktu, że wciąż nowelizacja jest dla polskich firm niekorzystna w stosunku do obecnie obowiązujących przepisów. 

– Ostateczny projekt kompromisu nie wywoła masowych bankructw polskich firm, a „jedynie” mocno skomplikuje im życie. Jednak nowelizacja jest bezprecedensowym przykładem sytuacji, w której silniejsze państwa unijne narzuciły słabszym korzystne dla siebie zasady konkurowania. Podjętą przez Jean-Claude Junckera decyzją o zaostrzeniu dyrektywy nie zachwiały wyniki zamówionych przez Komisję raportów, z których płynął wniosek, że delegowanie pracowników jest niezbędne do prawidłowego funkcjonowania i utrzymania konkurencyjności europejskiego rynku – komentuje Stefan Schwarz, prezes Inicjatywy Mobilności Pracy, największego w Europie think tanku zajmującego się mobilnością pracy w ramach swobody świadczenia usług. – Mimo, że nowelizacja dyrektywy była promowana jako korzystna dla pracowników delegowanych, w Brukseli otwarcie mówiło się, że jej faktycznym celem jest ochrona lokalnych rynków państw bogatego centrum Unii przed niemile widzianą konkurencją z państw peryferyjnych, przede wszystkim z Polski.

Jakie są najważniejsze zapisy nowelizacji i ostatnie zmiany w projekcie?

Okres delegowania ustalono na 12 miesięcy, z możliwością przedłużenia go o 6 miesięcy na podstawie uzasadnionej notyfikacji przedstawionej przez przedsiębiorcę władzom państwa przyjmującego. W ostatnim trilogu dopisano jednak, że państwa członkowskie „powinny” przedłużyć ten okres. Liczyć się będzie rzeczywisty okres delegowania, a zatem faktyczna ilość dni pracy pracownika delegowanego, a nie czas od jego pierwszego przyjazdu do ostatniego wyjazdu, w który wliczane były również przerwy, jak to proponowała Komisja Europejska.

Największym sukcesem jest korzystna definicja zastępowania, która zawęża zastępowanie do jednego pracodawcy delegującego w to samo miejsce i do tych samych czynności, a nie jak, to było proponowane wcześniej wszystkich pracodawców łącznie.

Przy porównywaniu wynagrodzenia wypłacanego pracownikowi delegowanemu i wynagrodzenia należnego zgodnie z prawem państwa przyjmującego będzie należało wziąć pod uwagę całkowitą kwotę brutto wynagrodzenia, a nie poszczególne jego elementy. To bardzo ważna decyzja mająca ogromne znaczenie w praktyce. Wynagrodzenie pracownika delegowanego może bowiem obejmować szereg trudno wyliczalnych elementów.

Proponowane zapisy niestety zakładają odejście od wymogu stosowania się wyłącznie do układów powszechnie obowiązujących. Obowiązywać mogą również układy zbiorowe, które nie są uznane za powszechnie obowiązujące, ale są reprezentatywne np. dla danego obszaru geograficznego, zawodu lub sektora przemysłu i które oferują najkorzystniejsze warunki zatrudnienia pracownika.

– Pracodawca, który w ramach realizacji usługi w innym państwie unijnym, oddeleguje pracowników do wykonywania tych samych zadań w tym samym miejscu przez okres dłuższy niż 12 miesięcy będzie musiał, niezależnie od tego, jakie prawo właściwe ustalił w umowach z pracownikami, objąć ich wszystkimi przepisami lokalnego prawa pracy. Pracownikom nie przyniesie to żadnych wymiernych korzyści, gdyż od pierwszego dnia pracy za granicą ich wynagrodzenie w każdym przypadku będzie wypłacane na takich samych zasadach, co pracownikom lokalnym. Dla pracodawcy oznaczać to będzie konieczność zastosowania przepisów obcego państwa, zakorzenionych w odmiennej kulturze prawnej, a w dodatku napisanych w języku, którego zazwyczaj nie zna – podsumowuje Stefan Schwarz.

21 czerwca dokument będzie formalnie przegłosowany na posiedzeniu Rady EPSCO. Głosowanie na sesji plenarnej Parlamentu Europejskiego nastąpi w ciągu kolejnych kilkunastu dni. Nowe przepisy będą stosowane od dnia przypadającego 2 lata po wejściu w życie znowelizowanej Dyrektywy.

IMP szacuje, ze zmiany w unijnej Dyrektywie o delegowaniu pracowników dotkną nawet do kilkudziesięciu tysięcy polskich firm i od 400 do 900 tys. miejsc pracy m.in. w opiece, rolnictwie, budownictwie, IT, outsourcingu, w transporcie i wielu innych branżach.

Ostateczny projekt kompromisu w sprawie pracowników delegowanych nie wywoła masowych bankructw polskich firm, a „jedynie” mocno skomplikuje im życie. Jednak okoliczności, w których projekt był procedowany budzą duży niepokój. Decyzja o nowelizacji dyrektywy o delegowaniu pracowników została podjęta w wyniku politycznej presji wywartej na Komisji Europejskiej przez 6 najbogatszych państw [list otwarty ministrów ds. pracy do przewodniczącego KE], a następnie procedowana przez unijne instytucje wbrew protestom ze strony mniej zamożnych krajów, które przeciwko Komisji wszczęły nawet procedurę ostrzegawczą w ramach tzw. żółtej kartki. Podjętą przez Jean-Claude Junckera decyzją o zaostrzeniu dyrektywy nie zachwiały również wyniki zamówionych przez Komisję raportów, z których płynął wniosek, że delegowanie pracowników nie tylko nie wpływa negatywnie na rynki pracy państw przyjmujących, ale wręcz jest niezbędne do prawidłowego funkcjonowania i utrzymania konkurencyjności europejskiego rynku. Mimo, że nowelizacja dyrektywy była promowana jako korzystna dla pracowników delegowanych, w Brukseli otwarcie mówiło się, że jej faktycznym celem jest ochrona lokalnych rynków państw bogatego centrum Unii przed niemile widzianą konkurencją z państw peryferyjnych, przede wszystkim z Polski. Nowelizacja dyrektywy o delegowaniu pracowników jest bezprecedensowym przykładem sytuacji, w której silniejsze państwa unijne narzuciły słabszym korzystne dla siebie zasady konkurowania. Z perspektywy polskich firm oznacza to, że ich konkurencyjność na unijnym rynku nie będzie wynikać z efektywności czy popytu na ich usługi lub towary, ale będzie regulowana przez unijnych polityków w taki sposób, żeby polskie firmy nie mogły zagrozić dominującej pozycji rynkowej firm z Francji, Niemiec czy Austrii. Z perspektywy społecznej, doprowadzi to do sytuacji, w której państwa bogate będą jeszcze szybciej się bogacić, a biedne przekształcą się w peryferyjne rezerwuary taniej siły roboczej.

Na czym polegają wspomniane utrudnienia dla przedsiębiorstw związane z nowelizacją dyrektywy o delegowaniu? Pracodawca, który w ramach realizacji usługi w innym państwie unijnym, oddeleguje pracowników do wykonywania  tych samych zadań w tym samym miejscu przez okres dłuższy niż 12 miesięcy będzie musiał, niezależnie od tego jakie prawo właściwe ustalił w umowach z pracownikami, objąć ich wszystkimi przepisami lokalnego prawa pracy. Pracownikom nie przyniesie to żadnych wymiernych korzyści, gdyż od pierwszego dnia pracy za granicą ich wynagrodzenie w każdym przypadku będzie wypłacane na takich samych zasadach, co pracownikom lokalnym. Dla pracodawcy oznaczać to będzie konieczność zastosowania przepisów obcego państwa, zakorzenionych w odmiennej kulturze prawnej, a w dodatku napisanych w języku, którego zazwyczaj nie zna. Oczywiste jest, że pracodawcy będą unikać przekraczania okresu 12-miesięcy, gdyż wiązać się to się będzie dla nich z dodatkowymi kosztami i ryzykami prawnymi. Należy pamiętać, że Traktat o Unii Europejskiej pozwala na ograniczanie swobód rynku wewnętrznego tylko w wyjątkowych i uzasadnionych przypadkach podyktowanych ważnym interesem publicznym. Pytanie, czy zniechęcanie firm do świadczenia usług przez dłuższy okres niż 12 miesięcy jest uzasadnione ważnym interesem publicznym. Jeśli nie, to oznacza że zasada ta jest sprzeczna z prawem Unii.

Stefan Schwarz prezes Inicjatywy Mobilności Pracy (IMP)

Ukraińcy bezcenni dla polskiej gospodarki

Można śmiało powiedzieć, że w ostatnich latach w Polsce nastąpiła największa rewolucja społeczno-gospodarcza po 1989 roku. Czynniki demograficzne, a także emigracja zarobkowa Polaków całkowicie zmieniły realia na rynku pracy. Polska w końcu wyrwała się z zastoju gospodarczego. Patrząc choćby na wskazanie PKB za IV kwartał 2017 roku, dane muszą robić wrażenie. 5,1% jest najlepszym wynikiem od prawie dziesięciu lat. Tempem wzrostu zaczęliśmy dorównywać azjatyckim tygrysom, co jeszcze kilka lat temu było nie do pomyślenia.

Wszystko pięknie, tyle tylko, że tak wysoki wzrost spowodował zjawisko braku rąk do pracy. W wielu sektorach gospodarki firmy były zmuszone sięgać po rezerwy na rynku pracy. Jednak i to nie wystarczyło. Na koniec roku 2017 bezrobocie w Polsce według GUS spadło do rekordowych 6,6%. Według niektórych ekonomistów taki wynik uznawany jest za poziom bezrobocia naturalnego, a więc ludzie pozostający bez pracy jej nie szukają i nie są zainteresowani jej podjęciem. Niższy wiek emerytalny w Polsce również nie pomaga. Zaledwie 50% osób w wieku 54-64 lata pracuje zawodowo. Do tego Polacy cały czas emigrują na zachód. Co prawda w mniejszym stopniu niż we wcześniejszych latach, ale jednak nadal jest to proces zauważalny. Odsetek firm deklarujących niedobór pracowników w IV kwartale 2017 był na najwyższym poziomie w historii.

Bez wątpienia kołem ratunkowym dla polskiej gospodarki, by sprostać osiąganiu tak wysokiego wzrostu gospodarczego, okazał się silny napływ pracowników z Ukrainy. Szacunki mówią o 2 milionach Ukraińców pracujących legalnie na terenie Polski, podczas gdy na koniec roku 2018 oczekuje się wzrostu do 3 milionów. Z pewnością nie bez znaczenia okazał się konflikt zbrojny na Ukrainie, wskutek którego ludzie masowo opuszczali swój kraj.

Pracownicy z Ukrainy zajmują miejsce w branżach, gdzie brakuje rąk do pracy. Przede wszystkim jest to przemysł i budownictwo. Sporo ludzi podjęło pracę w branży hotelarskiej
i gastronomii. Mimo takiej liczby napływu pracowników, rynek nadal nie narzeka na ich nadmiar. Wręcz przeciwnie, ogłoszeń o pracę wciąż jest wiele. Polscy pracodawcy chętnie zatrudniają cudzoziemców zza naszej wschodniej granicy, wskazując na wysoki poziom ich zaangażowania w pracę.

Wydawało się, że Polska będzie dla cudzoziemców z Ukrainy jedynie przystankiem do dalszej drogi na zachód, gdzie, nie da się ukryć, zarobki są wyższe. Szczególnie po liberalizacji przepisów unijnych z 11 czerwca 2017 roku, zgodnie z którymi Ukraińcy mogą wjeżdżać bez wizy do państw Unii Europejskiej. Czas jednak pokazał, że obawy były bezzasadne. Badania ankietowe wykazują, że aż 80% przybyszów chce pozostać w naszym kraju.

Bez wątpienia w tym kontekście kluczowa okazuje się bliskość geograficzna. Pracownicy
z Ukrainy mają blisko do swoich rodzin. Również bariera językowa ich nie ogranicza. Co jednak równie ważne, rosnące płace w Polsce powodują, że Ukraińcom nie opłaca się przenosić. Statystyki zakupu mieszkań potwierdzają niechęć do dalszego przemieszczania się, a wręcz wskazują na chęć osiedlania się na stałe. Najwięcej nieruchomości kupowanych jest przez imigrantów zza wschodniej granicy w Krakowie, co może wynikać z położenia geograficznego. Są to przede wszystkim małe lokale około 40-50 m2, najczęściej nabywane przez młode osoby za gotówkę.

Rosnące płace, to wynik sporej presji płacowej pracowników z Ukrainy. Początkowo cudzoziemcy pracowali w Polsce za nieco niższe stawki. Badania ankietowe pokazują, że ponad 55% pracowników chce zarabiać już w przedziale 3-5 tysiące złotych netto. Tylko 23% chciałoby pracować za mniej niż 3 tysiące złotych netto. Stawki więc są wygórowane, biorąc pod uwagę, że średnia pensja w Polsce wynosi niewiele ponad 3 tysiące złotych na rękę.

Powodów takiego stanu rzeczy jest kilka. Po pierwsze, ogólnie w Polsce rosną żądania płacowe. Po drugie, pracodawcy doceniają poziom zaangażowania cudzoziemców i chęć do pracy dłuższej niż 40 godzin tygodniowo. Najważniejsze jednak jest poczucie, że firmom brakuje rąk do pracy, także można śmiało przyjąć stanowisko twardego negocjatora
w kwestiach dotyczących wynagrodzenia.

Pracownicy z Ukrainy nie tylko wspomagają polską gospodarkę na drodze dynamicznego wzrostu. Według szacunków, na koniec III kwartału 2017, ponad 300 tysięcy Ukraińców odprowadzało składki do ZUS. Pokazuje to, że celem pracy jest nie tylko chęć zarobku, ale już chęć zadomowienia się na stałe. Dla obecnych władz to idealna sytuacja. Składki odprowadzane przez ukraińskich pracowników pozwalają pokryć rosnące wydatki na świadczenia emerytalne, szczególnie po obniżeniu wieku przejścia na emeryturę w naszym kraju.

Zjawisko ogromnej rewolucji na rynku pracy potwierdza podsumowanie transferów finansowych w Polsce. Z tego punktu widzenia nasz kraj stał się krajem imigracyjnym, a przez wiele lat byliśmy krajem emigracyjnym. Najprościej można powiedzieć, że więcej środków jest z Polski wysyłanych, niż trafia do naszego kraju z innych państw. W tym kontekście ważne jest, by zatrzymać pracowników z innych krajów na stałe, wtedy transfer środków za granicę się zmniejsza, a zwiększa się konsumpcja i rozwija sektor budownictwa mieszkaniowego.

Ukraińcy okazali się zbawieniem dla polskiej gospodarki. Fala imigracji pozwoliła utrzymać się pędzącemu pociągowi z napisem “rozwój gospodarczy”. Nie bez przyczyny NBP uznał potencjalny ubytek naszych wschodnich sąsiadów za główny czynnik ryzyka dla rynku pracy w Polsce. Wydaje się, że obecność pracowników z Ukrainy na polskim rynku pracy nie jest trendem przejściowym.

Krzysztof Pawlak – ekspert walutowy w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Trump grozi Rosji. Kurs dolara pod wpływem wydarzeń politycznych

D. Trump stwierdził, że stosunki rosyjsko-amerykańskie nigdy nie były tak napięte (nawet w czasach zimnej wojny). Zagroził jednocześnie, że Rosja nie będzie w stanie zestrzelić rakiet, którymi USA uderzy w Syrię. W rezultacie ceny ropy podskoczyły przejściowo do ok. 73 USD/b.

W środę uwagę rynków zwracały dane o amerykańskiej inflacji konsumenckiej, kwietniowe posiedzenie RPP i publikacja protokołu z ostatniego posiedzenia Fed. Mimo, że większość inwestorów oczekiwała jastrzębich doniesień z USA i możliwego nasilenia gołębiego tonu NBP (po tym jak w marcu szacunkowa inflacja CPI spadła do 1,3% r/r) od pierwszych godzin wczorajszej sesji złoty umacniał się.

RPP utrzymała stopy bez zmian, co nie było żadnym zaskoczeniem. Podobnie jak gołębi wydźwięk konferencji prasowej (mając w pamięci wcześniejszą stanowczość prezesa Adama Glapińskiego i biorąc pod uwagę rozczarowujące krajowe dane inflacyjne). Na początku 2017 roku inflacja CPI zakończyła dwuletni okres deflacji cenowej wywołanej gwałtowną przeceną ropy naftowej i surowców rolnych. Po zeszłorocznym odbiciu cen w Polsce indeks CPI ustabilizował się w przedziale 1,5-2,5% a więc w dolnym paśmie wahań akceptowanym przez NBP. Obecnie mamy ponownie dodatnią bieżącą realną stopę referencyjną. Coraz bardziej oddalająca się od dolnego ograniczenia przedziału odchyleń od celu NBP inflacja, w ocenie RPP nie tylko przekreśla szansę na podwyżki stóp w 2018 roku, ale jednocześnie nasila przekonanie co do podobnego scenariusza na 2019 rok. Co ciekawe, pomimo wręcz zaostrzenia gołębiego tonu (podczas konferencji prasowej wskazano bowiem na możliwe „działania przeciwne”, czyli obniżki stóp NBP) złoty umacniał się. Inwestorzy zwrócili zapewne uwagę na słowa A. Glapińskiego, w których zapewniał, że choć złoty jest silny, to nie stwarza problemów gospodarce, mówiąc żartobliwie, że „wszystko jest jak marzenie”.

Na rynku bazowym środowa przebiegała dość stabilnie, w okolicach zamknięcia poprzedniego dnia. Bez wpływu na eurodolara pozostał komentarz rzecznika EBC, wskazujący że ścieżka stóp nakreślona we wtorek przez E. Nowotnego (w tym podwyżka stopy depozytowej przez wygaszeniem programu QE) nie pokazuje przekonań wszystkich decydentów banku centralnego strefy euro, a jedynie osobiste odczucia tego członka zarządu. Notowaniom dolara ciążą polityczne doniesienia z Waszyngtonu o możliwym ataku z powietrza na cele w Syrii. Nie jest wykluczone, że sytuacja polityczna czasowo będzie teraz podbijać globalne ryzyko, gdyż po komentarzach Białego Domu odpowiedź USA jest prawie pewna (tak jak to miało miejsce rok temu, kiedy reżim Assada również naruszył międzynarodowe regulacje nt. wykorzystania broni chemicznej). Tym bardziej, że D. Trump zapowiedział wręcz, że „pociski nadlecą”.

W oczekiwaniu na raporty inflacyjne kurs EURUSD wzrósł do 1,239.  Dane za marzec okazały się zgodne z oczekiwaniami i nie wpłynęły na notowania dolara, który nadal pozostawały pod wpływem światowych wydarzeń politycznych. Podobnie neutralnie przyjęta została publikacja minutes z marcowego posiedzenia Fed-u, pomimo że wszyscy członkowie FOMC uznali, że sytuacja w gospodarce USA będzie się dalej poprawiać, a inflacja przyspieszy w kolejnych miesiącach, co może wymuszać nieco bardziej stromą ścieżkę stóp w kolejnych latach. Zasugerowano wręcz, że w pewnym momencie nastąpi konieczność zmiany treści komunikatu publikowanego po posiedzeniach banku, by wskazać na możliwą stopniową ewolucję nastawienie z akomodacyjnego do neutralnego lub nawet ograniczającego aktywność w gospodarce. To mocno jastrzębi przekaz, jednak uwagę rynku najprawdopodobniej bardziej zwrócił fragment protokołu wskazujący na niepokój członków Fed-u wpływem polityki fiskalnej i handlowej administracji prezydenta Donalda Trumpa na gospodarkę (sytuację fiskalną i stopy procentowe). Tym samym rosnące ryzyko polityczne przeważyło nad fundamentami, szczególnie że wczorajsze publikacje nie dostarczyły nowych informacji, a jedynie potwierdziły już wiadome.

W czwartek w centrum uwagi znajdzie się minutes EBC, które raczej nie powinno wspierać euro. Złoty zaś wypatruje już piątkowych danych inflacyjnych, które pokażą, co dokładnie zaważyło na marcowym spadku indeksu CPI do 1,3% r/r. Ponadto na horyzoncie jest też rewizja oceny kredytowej przez S&P. Do zmiany ratingu Polski podczas zaplanowanej na piątek rewizji najprawdopodobniej nie dojdzie, ale nie jest wykluczone, że ton komunikatu będzie cieplejszy, co może pozwolić złotemu utrzymać obecne poziomy w perspektywie końca tygodnia.stopy procentowe bez zmianAutor / Źródło: Joanna Bachert / PKO Bank Polski
/

W Polsce najwięcej obywatelstw wydajemy dla Ukraińców

Z najnowszych danych Eurostatu wynika, że w 2016 roku w Polsce wydano 3460 obywatelstw dla osób spoza Unii Europejskiej. Ponad połowa dotyczyła osób z Ukrainy. Oznacza to wzrost o 57% w porównaniu do 2012 roku. Eksperci Personnel Service wskazują, że trend wzrostowy będzie się umacniał, m.in. za sprawą nowej polityki migracyjnej. Na razie jednak, jak wynika z „Barometru Imigracji Zarobkowej – I półrocze 2018”, tylko co dziesiąty Ukrainiec chce się osiedlić w Polsce na stałe.

W 2016 roku prawie 1 mln osób otrzymało obywatelstwo jednego z krajów członkowskich Unii Europejskiej. To rekordowy wynik odkąd Eurostat zbiera dane na ten temat (w 2012 roku zorganizowano pierwszą edycję badania).

Krzysztof Inglot - Work Service
Krzysztof Inglot – Work Service

Polska na tle takich państw jak Wielka Brytania, Niemcy czy Francja przyznaje raczej mało obywatelstw. W tych krajach wydano ich odpowiednio prawie 25 tys., 18 tys. i 16 tys. W Polsce jest jednak pewna znacząca tendencja. Od 2012 roku najwięcej obywatelstw polskich dostają osoby z Ukrainy, a następnie Białorusini. Wynika to oczywiście z nasilonej emigracji zarobkowej z tych krajów do Polski – mówi Krzysztof Inglot, Prezes Personnel Service.

Ukraińcy i Białorusini z polskim obywatelstwem

W 2016 roku wydano w Polsce w sumie 3460 obywatelstw dla osób spoza Unii Europejskiej. Większość z nich, bo aż 1885 dotyczyła osób z Ukrainy. Kolejne 563 obywatelstwa polskie przyznano Białorusinom, a 236 Rosjanom. Rok wcześniej, czyli w 2015 roku wydano jeszcze więcej obywatelstw polskich osobom z Ukrainy, bo aż 1957, co było rekordowym wynikiem od 2012 roku.

W Polsce zaczynamy rozumieć, że nasza gospodarka potrzebuje pracowników z Ukrainy na dłużej niż tylko kilka miesięcy, które przysługują w ramach uproszczonej procedury zatrudniania. Myślę, że to przyczyni się do wzrostu liczby przyznawanych obywatelstw dla Ukraińców. Na razie jednak jesteśmy na takim etapie migracji, że pracownicy nie deklarują chęci osiedlania się u nas na stałe. Natomiast odpowiednie zachęty, które zostały ujęte w nowej propozycji polityki migracyjnej, związane m.in. z dostępem do edukacji i nieruchomości, powinny to zmienić – podsumowuje Krzysztof Inglot, Prezes Personnel Service.

Ekspansja RAFAKO S.A. w Mongolii

Agnieszka Wasilewska-Semail, prezes i dyrektor generalny RAFAKO
Agnieszka Wasilewska-Semail, prezes i dyrektor generalny RAFAKO

Sytuacja energetyczna ojczyzny Dżyngis-chana wskazuje, że nasze usługi są tam potrzebne i możemy wiele zrobić, by poprawić jakość życia mieszkańców – uważa Agnieszka Wasilewska-Semail, prezes zarządu RAFAKO S.A.

Mongolia jest jednym z największych światowych producentów węgla, z którego ponad 30 proc. jest eksportowane a 66 proc. zużywane wewnątrz kraju. Spalanie tego paliwa pozwala wyprodukować aż 95 proc. energii elektrycznej wytwarzanej w kraju.

– Wszystkie te instalacje wymagają konserwacji, konieczna jest również rozbudowa nowych siłowni, szczególnie w stolicy kraju, Ułan Bator – mówi Jakub Sitek, pełnomocnik Zarządu ds. Relacji z Klientami na Rynku Azjatyckim RAFAKO S.A. – Już niemal połowa populacji tego ogromnego kraju żyje w stolicy lub na jej przedmieściach. W efekcie przybysze mieszkają w coraz gorszych warunkach a sieć elektryczna napotyka na coraz większe trudności z zaspokajaniem zapotrzebowania na energię nowych mieszkańców.

Zud uderza

Główną przyczyną ich migracji jest zud, tradycyjne mongolskie określenie na wyjątkowo ciężką zimę, w wyniku której umierają całe stada bydła.

– Przyczyn tego zjawiska jest wiele. Jedną z nich są zmiany klimatyczne. Zbudowany za czasów komunistów przemysł w Rosji, Chinach i samej Mongolii nie uznawał ochrony środowiska za priorytetową kwestię. W rezultacie średnia temperatura w kraju wzrosła o 2,07 stopnia, podczas gdy w skali świata średnia wynosi 0,85 stopnia – tłumaczy Jakub Sitek – Ostrzejsze, gorętsze lata powodują, że zjawisko zudu jest częstsze i bardziej intensywne.

Inną przyczyną było zerwanie z centralnym planowaniem w mongolskiej gospodarce. Ze względu na boom na wełnę kaszmirową hodowcy kupili wiele kóz. Zwierzęta te, w przeciwieństwie do owiec, które były tradycyjnie hodowane w Mongolii, wyjadają trawę z korzeniami oraz rozkopują kopytami ziemię, przyczyniając się do pustynnienia terenów.

– W rezultacie zud mocno się nasilił. W 1999 roku zabił 10 milionów zwierząt a w 2009 kolejne 8 milionów. Pasterze, którzy zostali bez dobytku, przenieśli się do stolicy by szukać pracy – wskazuje Jakub Sitek.

Elektrojurty w stepowym Krakowie

W efekcie zmian klimatycznych i cywilizacyjnych w ciągu ostatnich trzydziestu lat nawet 600 tysięcy pasterzy i nomadów zdecydowało się osiąść na stałe w stolicy kraju, co w praktyce oznaczało podwojenie ilości mieszkańców miasta[1].

– Ludzie ci są przyzwyczajeni do twardego życia i nikogo nie dziwi widok jurt sąsiadujących z sowieckimi blokowiskami, nikomu też nie przeszkadza życie w tradycyjnym namiocie koczowniczym. Nie oznacza to jednak, że władze są zwolnione z zapewniania dostępu do podstawowych wygód, takich jak energia elektryczna czy ogrzewanie – mówi Jakub Sitek.

Jednak brak takich wygód, nawet jeśli akceptowany przez mieszkańców, jest przyczyną kolejnych problemów, wśród których kluczowym wyzwaniem jest smog. Stężenie pyłów PM2,5, najgroźniejszych dla zdrowia, gdyż zdolnych wniknąć do krwiobiegu, jest przekroczone w mongolskiej stolicy siedmiokrotnie (w stosunku do zaleceń WHO). Ubodzy przybysze ze stepów ogrzewają swoje jurty i domy piecami węglowymi, przez co zimą miasto wygląda jak spowite mgłą i nie ma czym oddychać. Slumsy wokół Ułan Bator tworzy nawet 300 tysięcy domów w których mieszka 800 tysięcy ludzi.

– Władze mongolskiej stolicy podjęły ostre kroki na rzecz walki z tym zjawiskiem. Od stycznia 2018 roku zakazano migracji ze wsi do stolicy. Ci, którzy już się osiedlili mają otrzymać od miasta lepszej jakości paliwo niż wysoce zasiarczony węgiel brunatny czy opony oraz plastik, którymi palą w piecach[2] – mówi Jakub Sitek – To jednak tylko częściowe rozwiązanie. W praktyce jedynie rozbudowa sieci ciepłowniczej, która umożliwi podłączenie możliwie największej ilości domów, pozwoli rozwiązać problem smogu oraz trudnych warunków w zimowych miesiącach. Fakt, że miasto leży w wąskiej dolinie, która uniemożliwia rozwianie chmury spalin dodatkowo pogarsza sytuację[3] – wskazuje.

Rafako S.A. z wachlarzem usług

Te trudne warunki oraz silna tradycja energetyki węglowej powodują, że Mongolia jest dla RAFAKO S.A. bardzo atrakcyjnym rynkiem.

– Jest to kraj, który przez wiele lat importował energię i zasilał swój przemysł z zewnątrz. Sytuacja geopolityczna spowodowała, że kraj nie miał tak dogodnych warunków do transformacji gospodarczej jak Polska – tłumaczy Jakub Sitek. – Tym bardziej cieszę się, że RAFAKO S.A. zostało zaproszone do udziału w projektach z zakresu energetyki olejowej oraz węglowej – mówi. Dodaje, że brak własnej energetyki w połączeniu z wyzwaniami transformacji był często przyczyną upadku mniejszych ośrodków miejskich.

– Przykładem może być choćby Darkhan, trzecie co do wielkości miasto kraju. Kiedyś był to ważny ośrodek sowieckiego przemysłu, obecnie kolejne miasto drenowane przez stolicę z lepiej wykształconych obywateli – mówi Jakub Sitek. Podkreśla przy tym, że mimo tak trudnej sytuacji, kraj jest wyjątkowo perspektywiczny z punktu widzenia RAFAKO S.A.

– Nasze technologie pozwalają produkować niskoemisyjną energię z węgla. Jesteśmy w stanie instalować nowoczesne filtry i modernizować stare bloki energetyczne. Nasza technologia wysp poligeneracyjnych umożliwia gazowanie śmieci, a tym samym dalszą redukcję smogu i pozyskiwanie czystej energii – wylicza Jakub Sitek. – Dlatego jestem pewien, że Mongolia będzie jednym z najciekawszych rynków dla RAFAKO S.A. a nasza firma pozwoli znacznie poprawiać jakość życia mieszkańców, nie tylko w Ułan Bator – podsumowuje.

Nieoczywiste przyczyny

– Nie przeczę, że duże zakłady przemysłowe zanieczyszczają powietrze, jednak dzięki technologiom oczyszczającym, przede wszystkim odsiarczania i odazotowywania spalin, elektrownie i elektrociepłownie dają radę spełniać coraz bardziej rygorystyczne normy. Problemem jest brak centralnych instalacji energetycznych w miastach – tłumaczy Jakub Sitek z RAFAKO S.A. – Dodaje, że nad centralnymi instalacjami takimi jak nieduża, miejska ciepłownia znacznie łatwiej zapanować niż nad setkami małych kotłowni w każdym domu.

  1. https://www.theguardian.com/world/2017/jan/05/mongolian-herders-moving-to-city-climate-change
  2. http://english.sina.com/news/2017-01-10/detail-ifxzkfuh6779377.shtml
  3. https://www.aljazeera.com/video/news/2017/04/mongolians-seek-ways-fight-pollution-170403070538927.html

Na co najczęściej pożyczają Polacy?

Według badania „Sytuacja na rynku consumer finance”, zrealizowanego w I kwartale 2018 r. przez Konferencję Przedsiębiorstw Finansowych i Instytut Rozwoju Gospodarczego SGH, co czwarty Polak środki z uzyskanego kredytu lub pożyczki wydaje na zakup drobnych dóbr trwałych, na przykład sprzętu RTV-AGD. Odsetek ten utrzymuje się na podobnym poziomie od pięciu lat.

Regularnie spada natomiast liczba tych gospodarstw, które zaciągają kredyt bądź pożyczkę na spłatę wcześniej zaciągniętego zobowiązania. Odsetek ten, wynoszący dziś 17,5%, w ciągu ostatnich dziesięciu lat zmniejszył się aż o 1/3.

– Bardzo dobrze należy oceniać fakt, iż polscy kredytobiorcy korzystają z dobrej koniunktury, obniżając skalę swojego zadłużenia przeterminowanego, co będzie miało pozytywne znaczenie dla dalszej poprawy ich sytuacji finansowej w przyszłości – powiedział Andrzej Roter, Prezes KPF.

Kolejną, istotną grupą, stanowiącą 14,7%, są osoby zaciągające pożyczkę lub kredyt na pokrycie wydatków związanych z nagłymi potrzebami, na przykład na pokrycie kosztów leczenia, wypadku lub  operacji. To dwukrotnie więcej niż przed rokiem, ale podobnie jak w poprzednich okresach realizacji badania.

Do zaciągania kredytu lub pożyczki na cele czysto konsumpcyjne, na przykład wakacje lub święta, w I kwartale br. przyznało się 12,5% ankietowanych – o 1/4 więcej niż w 2016 roku i najwięcej od początku realizacji badania. Przyczyna takiego stanu rzeczy może leżeć w ambicjach zakupowych Polaków, umotywowanych faktem, iż coraz bardziej mogą oni sobie pozwolić na zaciąganie kredytów bądź pożyczek również na takie, okazjonalne cele.

Zakup mieszkania lub domu ze środków pochodzących z kredytu zrealizowało 12,4%, a samochodu – 8%.

ns co pożyczają polacy

Mieszkanie i samochód z oszczędności, a nie na kredyt

Jeśli chodzi o przyszłe plany kredytowe Polaków, to dominującym trendem jest spadek liczby gospodarstw domowych, planujących zakup jakichkolwiek dóbr trwałych ze środków pochodzących z kredytu. Obecnie taki cel rozważa 42,5% ankietowanych, planujących zaciągnięcie kredytu lub pożyczki – aż o ponad 1/3 mniej niż 10 lat temu.

Pomimo rosnącego popytu na mieszkania, skłonność Polaków do sfinansowania zakupu własnego lokum na kredyt jest relatywnie niewielka. W bieżącym kwartale odsetek gospodarstw domowych deklarujących taki cel kredytu po raz pierwszy w historii badania znalazł się poniżej granicy 50% i wyniósł zaledwie 43,6%, podczas gdy jeszcze przed rokiem było to 59,5%.

– Świadczy to o rosnącej zamożności Polaków, którzy nawet na zakup mieszkania mogą sobie pozwolić bez sięgania po dodatkowe środki, jednak również na dość dużą ostrożność polskich gospodarstw domowych wobec możliwości zaciągania kredytu – nawet w przypadku tak znaczącego wydatku, jakim jest mieszkanie – wyjaśnia dr hab. Piotr Białowolski z Uniwersytetu Harvarda, współpracujący z KPF przy realizacji badania.

W obecnym kwartale w grupie gospodarstw domowych planujących zakup samochodu, udział tych, którzy planują sięgnięcie po kredyt celem sfinansowania tego wydatku wzrósł nieznacznie względem poprzedniego kwartału i wyniósł 40%. Pomimo wzrostu w stosunku do poprzedniego kwartału jest to jednak wynik niższy o 16% niż przed rokiem i nieco poniżej długookresowej średniej, wynoszącej 42%.

W obszarze finansowania wydatków na remont utrzymuje się neutralny, stabilny trend. Finansowanie wydatków remontowych wciąż odbywa się głównie ze środków własnych, co potwierdza udział brak skłonności do sięgnięcia po kredyt na ten cel przez prawie 3/4 gospodarstw domowych.

– Wydaje się, że tendencja w obszarze poważnych zakupów jest bardzo stabilna, na co duży wpływ mają czynniki makroekonomiczne, w tym nietypowe dla naszego kraju warunki, jak: deflacja, rosnące płace czy malejące bezrobocie. Determinują one decyzje gospodarstw domowych w kategorii „poważne wydatki”. Niskie stopy oprocentowania depozytów odwracają gospodarstwa domowe od długoterminowego oszczędzania. Tym należy tłumaczyć wysoki udział transakcji gotówkowych na rynku mieszkaniowym oraz coraz bardziej widoczne samofinansowanie – podsumowuje dr Mirosław A. Bieszki, Doradca KPF ds. ekonomicznych.

Zgodnie z oczekiwaniami RPP nie zmieniła stóp procentowych

Wymowa komunikatu była nieznacznie bardziej gołębia niż wcześniejszych. RPP zauważyła przekroczenie szczytu przez globalną koniunkturę (która wciąż sprzyja polskiemu wzrostowi). Jednocześnie wskazano na obniżenie dynamiki cen w ostatnim okresie (w tym niską inflację bazową) oraz zauważono wyraźne ożywienie inwestycji przekładające się na utrzymanie w 1q18 dynamiki PKB zbliżonej do tej z 4q17.

W ocenie Prezesa Adama Glapińskiego ostatnie, niskie odczyty inflacji (które zaskoczyły nawet NBP) powodują, że wydłuża się okres stabilizacji stóp. Dodał, że niektórzy spośród członków, którzy doszukiwali się sygnałów rosnącej inflacji (np. na rynku pracy) zmodyfikowali swoje stanowisko.

Adam Glapiński zauważył, że ze względu na „nową sytuację” tj. połączenie wysokiego wzrostu gospodarczego i niskiej (a nawet malejącej) inflacji powoduje, że wydłuża się w czasie okres oczekiwania na zacieśnienie, do tego stopnia, że, jak zauważył Prezes NBP, w pewnym momencie może będzie konieczne działanie w przeciwnym kierunku. Wskazał jednak na konieczność poszukiwania alternatywnych działań stymulowania koniunktury, co naszym zdaniem oznacza, że chcąc uniknąć negatywnych konsekwencji ew. przyszłych obniżek stóp dla sektora bankowego NBP będzie mógł wykorzystywać instrumenty niestandardowe (w ślad za swoim węgierskim odpowiednikiem).

Odnosząc się do sytuacji kursowej Adam Glapiński zauważył, że złoty jest obecnie bardzo silny, ale fundamentalnie może być jeszcze mocniejszy. W naszej ocenie silny złoty stanowi ważny element zacieśniający w ostatnim czasie warunki monetarne w Polsce (por. wykres na marginesie).

Konferencja, zwłaszcza w kontekście ostatnich niskich odczytów inflacji, wskazuje, że horyzont realnych (mających szanse na uzyskanie wsparcia większości) rozważań RPP na temat podwyżek stóp procentowych jest niezmiernie odległy. Nadal oczekujemy wyraźnego wzrostu inflacji bazowej, jednak bez jednoczesnych szoków po stronie cen żywności/paliw lub znaczącego wzrostu inflacji importowanej (żadne z nich nie jest scenariuszem bazowym), łączna miara CPI w horyzoncie najbliższych dwóch lat nie powinna wzrosnąć powyżej 3,5% r/r. Dla RPP będzie to fundamentalny argument uzasadniający brak potrzeby podwyżek stóp. W gospodarce nie widać narastających nierównowag (poprawa salda fiskalnego i równowagi zewnętrznej, umiarkowane wzrosty cen nieruchomości, brak boomu kredytowego, stabilizacja dynamiki wynagrodzeń na relatywnie wysokim, ale niższym niż w regionie poziomie), które mogłyby stanowić alternatywny impuls do podwyżek stóp. Dojrzała faza krajowego i globalnego cyklu gospodarczego oznacza, że tempo wzrostu gospodarczego nie będzie przyspieszało, co zmniejsza ryzyko narastania nierównowag. Uwzględniając powyższy scenariusz i funkcję reakcji obecnej RPP sądzimy, że pola do podwyżek stóp procentowych nie będzie nie tylko w 2018, ale także w dłuższej perspektywie.

Autor/Źródło: Centrum Analiz PKO Bank Polski

Sąd arbitrażowy atrakcyjną, ale mało znaną metodą rozstrzygania sporów w Polsce

Analiza ostatnich 30 lat pokazuje, że arbitraż wciąż nie jest tak często wykorzystywanym narzędziem w relacjach pomiędzy podmiotami gospodarczymi, jak wydawałoby się, że powinien być. W okresie międzywojennym rozwijał się bardzo dynamicznie. W kolejnych dekadach nie miał już miejsca ze względu na brak relacji prywatno-handlowych. Po 1989 roku znowu jednak można się spotkać z sądownictwem polubownym. Można wyróżnić kilka przyczyn, dla których warto zainteresować się wykorzystywaniem tej metody w rozstrzyganiu sporów. W przypadku arbitrażu sprawy prowadzone są w atmosferze sporu konstruktywnego. Warunki nie są takie, jak podczas rozprawy sądowej. Metoda ta zakłada spotkanie w sali konferencyjnej w określonym gronie osób, które starają się rozstrzygnąć spór. Jeśli im się to nie uda, dokona tego zespół orzekający. Wyda on wyrok, który może być realizowany na podobnych zasadach, jak wyrok sądu państwowego. Bardzo ważne dla przedsiębiorców jest to, że samodzielnie lub przez swoich pełnomocników mogą wpływać na formułę rozstrzygania sporu. Strony ustalają reguły postępowania – czyli czas trwania, dopuszczane dowody, osoby uczestniczące, sposób przesłuchiwania świadków. Jeżeli nie uda im się tego określić, zajmuje się tym zespół orzekający.

– Gwarantuje ona przede wszystkim profesjonalizm oraz krótki czas rozwiązywania konfliktów. Oprócz tego jej cechą jest tzw. polubowność czy też konstruktywny spór – powiedziała serwisowi eNewsroom Beata Gessel-Kalinowska vel Kalisz, radca prawny, Prezes Sądu Arbitrażowego Lewiatan – Ważny jest także wpływ obu stron na procedurę, w jakiej zapada rozstrzygnięcie. Dodatkową zaletą arbitrażu jest poufność W przypadku tej metody obie strony same powołują swoich arbitrów, czyli sędziego w sprawie. Mogą to być osoby, które mają duże doświadczenie w konkretnej kategorii sporów – np. ekspert w zakresie prawa budowlanego, kontraktów budowlanych czy prawnik zajmujący się transakcjami w przypadku fuzji i przejęć. Według statystyk prowadzonych przez Sąd Arbitrażowy Lewiatan przeciętny okres rozstrzygania sporów mieści się w przedziale do 6 miesięcy od momentu powołania zespołu orzekającego, aż do wydania przez niego wyroku. W relacjach biznesowych poufność jest bardzo ważną cechą. Arbitraż zapewnia rozstrzyganie sporu bez udziału mediów i publiczności. Taka atmosfera sprawia, że konflikt może zostać rozwiązany przy mniejszym zantagonizowaniu stron. Metoda polubownego sądownictwa jest więc bardzo atrakcyjna. Statystyki Ministerstwa Sprawiedliwości pokazują jednak, że ponad 50 proc. respondentów nie wie, czym jest arbitraż. Można w tym upatrywać przyczyny, dlaczego nie rozwija się on w taki sposób, jak można by tego oczekiwać. Wiedza na ten temat wydaje się kluczowa – ocenia Gessel-Kalinowska vel Kalisz.

Z branżą sprzedaży bezpośredniej współpracuje już milion osób. Polacy kupują w ten sposób coraz więcej suplementów diety i sprzętu AGD

Z branżą sprzedaży bezpośredniej współpracuje już milion osób. Polacy kupują w ten sposób coraz więcej suplementów diety i sprzętu AGD 1

Firmy z branży sprzedaży bezpośredniej od kilku lat bardzo dobrze radzą sobie na polskim rynku. W 2017 roku odnotowały blisko 5-proc. wzrost obrotów – do 3,3 mld zł, a liczba współpracujących z nimi osób wzrosła o 2 proc. i zbliża się do miliona. Jeszcze kilka lat temu w ten sposób Polacy kupowali głównie kosmetyki, dziś coraz chętniej sięgają po suplementy, produkty dietetyczne oraz sprzęt AGD.

– Ubiegły rok był dla nas bardzo dobry. Odnotowaliśmy prawie 5-proc. wzrost. Nasz udział w handlu detalicznym jest mniej więcej na stałym poziomie – to ok. 0,5 proc. całości obrotów. Zmieniają się za to kategorie produktów, które sprzedajemy – maleje udział kosmetyków, a wchodzą inne produkty, jak suplementy diety, artykuły dietetyczne, które wzrosły o kilka procent, podobnie jak artykuły gospodarstwa domowego – mówi agencji Newseria Biznes Mirosław Luboń, dyrektor generalny Polskiego Stowarzyszenia Sprzedaży Bezpośredniej.

Ogółem w 2017 roku przeprowadzono ok. 37,6 mln transakcji, przy czym sprzedaż indywidualna zapewniła 92 proc. obrotów całego sektora. Pozostałe ok. 7 proc. zostało zrealizowane w sprzedaży grupowej podczas prezentacji, głównie domowych.

– Trudno w tej chwili przewidzieć, jaki będzie bieżący rok, ale informacje docierające do nas z firm członkowskich PSSB są optymistyczne. Pierwsze miesiące były bardzo dobre, myślę, że możemy się spodziewać wyników na poziomie zbliżonym do ubiegłorocznego wzrostu – dodaje Mirosław Luboń.

W ubiegłym roku kosmetyki, najczęściej sprzedawana kategoria produktowa, odnotowały 4-proc. spadek popularności. Konsumenci częściej wybierali za to suplementy, produkty dietetyczne oraz sprzęt AGD.

 56 proc. całości sprzedaży bezpośredniej stanowią kosmetyki. Ten udział trochę maleje z roku na rok – dzieje się tak dlatego, że produkty z kategorii wellness i suplementy stają się coraz ważniejszą kategorią. Stanowią już prawie 15 proc., kolejne 13 proc. to wyroby AGD – mówi Ewa Kudlińska-Pyrz, przewodnicząca zarządu Polskiego Stowarzyszenia Sprzedaży Bezpośredniej.

Firmy z sektora starają się adaptować nowe technologie, coraz bardziej powszechne w handlu, i wdrażać nowe kanały kontaktu z klientem. Obecnie już trzy czwarte zamówień jest składanych online i przy użyciu mobilnych narzędzi, maleje za to udział poczty czy tradycyjnego telefonu.

 Oczekiwania klientów są stałe. Po pierwsze, to dobry produkt za dobrą cenę, ale oprócz tego coraz bardziej sobie cenią doradztwo. Nie chcą kupować produktu, o którym wiedzą niewiele albo nic. Doceniają fakt, że kontaktując się z konsultantką czy dystrybutorem dostają pełną informację o produkcie, mogą go obejrzeć. Doceniają też długotrwałe relacje z konsultantami. Odhumanizowanie kontaktów w sprzedaży internetowej zaczyna klientom ciążyć i zwracają się coraz bardziej w kierunku relacji osobistych i długotrwałych – mówi Mirosław Luboń.

Badania IBRIS z 2016 roku wskazują, że blisko połowa klientów ceni w sprzedaży bezpośredniej fakt, że mogą w spokoju we własnym domu zapoznać się z ofertą. Zdecydowana większość (80 proc.) pozytywnie ocenia konsultantów, którzy służą radą.

 Sprzedawca bezpośredni bardzo profesjonalnie potrafi doradzić i przede wszystkim poznać prawdziwe potrzeby klienta. Badania konsumenckie pokazują, że osoby, które wypróbowały i kupiły cokolwiek w sprzedaży bezpośredniej, mają lepszą opinię o całej branży, bo są zadowolone z jakości produktu, ze sposobu sprzedaży i z faktu, że doradzono im produkt, którego naprawdę potrzebują – dodaje Ewa Kudlińska-Pyrz.

Z danych Stowarzyszenia wynika, że zmienia się też struktura wiekowa osób, które współpracują z branżą sprzedaży bezpośredniej. Sprzedawcami zostają coraz częściej osoby między 35 a 64 rokiem życia. W ubiegłym roku liczba osób, które wiążą swoją karierę z branżą, wzrosła o 2 proc. – do 998 tys. Zdecydowaną większość, bo aż 85 proc., stanowią kobiety.

 Sprzedaż bezpośrednia jest bardzo atrakcyjną ścieżką kariery dla młodych ludzi, dlatego że można nauczyć się w niej biznesu. Można się sprawdzić z bardzo niedużym wkładem własnym. Tutaj każdy sprzedawca pracuje na własne konto, jest niezależnym przedsiębiorcą, ale nie jest pozostawiony sam sobie. Ma wsparcie firmy, która uczy technik sprzedaży i prowadzenia biznesu. Drugą bardzo ważną sprawą, szczególnie dla młodej generacji, jest elastyczność, tzn. można sobie rytm pracy dostosować do rytmu życia i bieżących potrzeb – mówi Ewa Kudlińska-Pyrz.