Polskie firmy pracują nad grą uczącą niewidomych echolokacji. Na podstawie echa dźwiękowego będą oni w stanie rozpoznać otoczenie

Polskie firmy pracują nad grą uczącą niewidomych echolokacji. Na podstawie echa dźwiękowego będą oni w stanie rozpoznać otoczenie 1

Część osób niewidomych i niedowidzących potrafi odwzorować świat na podstawie wydawanych dźwięków i nasłuchiwania przekazującego dane echa. Echolokacja jest możliwa do wykorzystania przez ludzi, podobnie jak są w stanie robić to nietoperze czy delfiny, jednak takiej umiejętności trzeba się nauczyć. Polscy badacze pracują nad stworzeniem gry, która przy wykorzystaniu dźwięków binauralnych umożliwi rozwój zdolności echolokacji u osób z dysfunkcją wzroku. Problem ten dotyczy nawet 1,8 mln Polaków.

– Projekt polega na stworzeniu narzędzi, które umożliwią rozwój zdolności echolokacji, głównie u osób niewidomych i słabo widzących. Echolokacja to odwzorowanie świata na podstawie dźwięku odbitego. Chcemy nagrywać dźwiękami binauralnymi otaczającą przestrzeń po to, żeby później można było to wielokrotnie odsłuchiwać. Mając tę samą powtarzalną sytuację można się nauczyć, jaka informacja jest przekazywana w tych dźwiękach – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Sławomir Strugarek, analityk Transition Technologies.

Echolokacja określana jest jako widzenie słuchem. Po emisji cyklicznych dźwięków, np. klaskania czy uderzania laską o powierzchnię, powstałe w wyniku zetknięcia się fali akustycznej z przeszkodą echa dźwiękowe pozwalają obserwować otoczenie. Na podstawie kierunku czy natężenia powracającego dźwięku można określić odległość i wielkość przeszkody. Echolokacją posługują się np.  nietoperze czy delfiny, ale taką umiejętność posiadają również ludzie, zwłaszcza ci z dysfunkcją wzroku.

Naukowcy z Uniwersytetu Zachodniego Ontario w Kanadzie, którzy zbadali mózgi dwóch niewidomych na co dzień korzystających z echolokacji stwierdzili, że przy interpretacji takich dźwięków aktywuje się płat potyliczny, czyli obszar mózgu odpowiedzialny za skojarzenia wzrokowe. Choć nie każdy niewidomy potrafi w ten sposób rozpoznawać świat, można się tego nauczyć. Firmy Utilitia i Transition Technologies chcą stworzyć grę umożliwiającą poruszanie się po wirtualnie odwzorowanej przestrzeni przy wykorzystaniu dźwięków binauralnych.

– Dźwięki binauralne to dźwięki otoczenia nagrywanego na dwóch mikrofonach, które oddają przestrzeń dźwiękową 360 stopni. Tworzymy aplikację, do której wgrywamy dźwięki i użytkownik siada w fotelu, zakłada słuchawki, odsłuchuje dźwięki, dostaje informacje od instruktora o tym, co na tych dźwiękach się znajduje i może wielokrotnie ten dźwięk odsłuchiwać, tak długo, aż usłyszy to, co potrzeba – mówi Sławomir Strugarek.

Sama gra ma pozwolić na stopniowe nabywanie zdolności echolokacji, a gracz będzie przechodził kolejne etapy, każdy w coraz trudniejszym akustycznie pomieszczeniu. Docelowo, za pomocą echa dźwięków będzie można funkcjonować niemal tak, jak osoby widzące. Ci, którzy opanowali zdolność echolokacji do perfekcji są w stanie jeździć na rowerze, poruszać się po trudnym terenie bez użycia laski.

– Nie każdy zdaje sobie sprawę, że dzięki echolokacji może otrzymać dużo więcej informacji o otaczającym świecie, na które do tej pory nie zwracał uwagi. To będą gry, które będą miały na celu uczyć i podnosić zdolności echolokacyjne rozpoznawania dźwięków na różnych etapach, od najprostszego do najtrudniejszego – podkreśla ekspert.

W Polsce ok. 1,8 mln osób ma dysfunkcję wzroku, przy czym liczbę osób niewidomych lub tych z bardzo poważnymi dysfunkcjami szacuje się na ponad 200 tys, wynika z danych GUS. Na świecie problemy ze wzrokiem ma 1 proc. populacji.

Programy lojalnościowe od teraz na jednej karcie płatniczej. System sam naliczy należne rabaty podczas płatności kartą

Programy lojalnościowe od teraz na jednej karcie płatniczej. System sam naliczy należne rabaty podczas płatności kartą 2

Niemal połowa Polaków korzysta z różnego rodzaju programów lojalnościowych. Chociaż coraz popularniejszą formą są wirtualne karty stałego klienta w smartfonach, to zwykle wciąż należy okazać kartę sprzedawcy, aby skorzystać z rabatu, czy zebrać punkty. Rozwiązaniem może być zintegrowanie programów lojalnościowych na jednej karcie płatniczej. Podczas płacenia za zakupy, system sam uwzględni przysługujące nam promocje.

ZenCard to narzędzie do tworzenia programów lojalnościowych, które działa na terminalach płatniczych w sklepach stacjonarnych, a także w sklepach internetowych. Jeśli sklep, stacja benzynowa, czy inny sprzedawca wdroży rozwiązanie, możliwe będzie dołączenie do programu lojalnościowego bez potrzeby noszenia przy sobie karty stałego klienta. Wystarczy autoryzować przystąpienie do programu, a przy następnych zakupach i płatności kartą dowolnego banku, terminal sam naliczy należne rabaty, lub doliczy punkty.

– Dowolna karta płatnicza w portfelu, może być identyfikatorem lojalnościowym. Technologia polega na tym, że można kartę płatniczą zwirtualizować bezpośrednio na terminalu płatniczym, czyli w momencie rejestracji wpisujemy swój numer telefonu na terminalu płatniczym oraz wyrażamy zgodę na to, żeby taka karta lojalnościowa działała na karcie płatniczej. Trwa to około 10 sekund – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Jarosław Sygitowicz, wiceprezes zarządu ZenCard.

System jest instalowany na standardowych terminalach płatniczych i pozwala na wirtualizację kart lojalnościowych, stempelkowych czy kuponów. Twórcy współpracują także z operatorami płatności, m.in. z firmą e-service, aby zapewnić bezpieczeństwo działania na terminalach płatniczych.

Rozwiązanie ZenCard jest dostępne dla wszystkich sklepów, sieci handlowych czy punktów usługowych. Po podpisaniu umowy system jest aktywowany w ciągu 48 godzin w przypadku, gdy sklep dysponuje już odpowiednim terminalem. W sytuacji, gdy urządzenie nie jest kompatybilne z nową technologią, firma wymienia terminal i wraz z uruchomieniem systemu, wszystkie kampanie promocyjne działają automatycznie. 

– Pomagamy ustawić wszystkie kampanie lojalnościowe, które są niezbędne do tego, żeby to funkcjonowało. W momencie kiedy są włączone, wszystko działa automatycznie, czyli nie trzeba żadnego wysiłku ze strony sklepu, kawiarni czy jakiegokolwiek innego punktu, który używa płatności, do tego, żeby korzystać z ZenCard – twierdzi ekspert.

Wirtualny portfel na karty lojalnościowe od pewnego czasu oferuje Android Pay. Przede wszystkim to rozwiązanie pozwala płacić telefonem niczym kartą zbliżeniową, ale z powodzeniem do aplikacji można podpiąć także karty lojalnościowe i korzystać z programów, pokazując w kasie wyświetlony na ekranie smartfona kod do zeskanowania.

Jak wynika z Monitora Programów Lojalnościowych ARC Rynek i Opinia, 47 proc. Polaków korzysta z programów lojalnościowych. Wzrasta również odsetek tych, którzy uczestniczą w co najmniej kilku akcjach organizowanych przez sklepy. Najbardziej znanym programem lojalnościowym jest PAYBACK, w którym uczestnictwo deklaruje 38 proc. korzystających z programów. Popularne są także m.in. Tesco Clubcard i Orlen Vitay.

Według danych Narodowego Banku Polskiego, pod koniec III kwartału 2017 roku na polskim rynku znajdowało się 38,5 mln kart płatniczych. W porównaniu do czerwca ub. roku liczba ta zwiększyła się o 576 tys. sztuk, co oznacza wzrost o 1,5 proc. Systematycznie rośnie udział kart zbliżeniowych, który na koniec III kwartału 2017 r. wyniósł 79,5 proc.

Ekspansja zagraniczna polskich przedsiębiorstw to już nie tylko rynki wschodnie

Dotychczas Korporacja Ubezpieczeń Kredytów Eksportowych była rozpoznawana przez klientów i cały rynek jako spółka ubezpieczająca przede wszystkim rynki wschodnie, jak Ukraina, Białoruś czy Rosja. Firma jest jednak bardzo aktywna w kraju, co stanowi dużą część jej działalności. KUKE działa także na innych rynkach eksportowych. Obecnie ubezpiecza transakcje w 108 krajach.

– Jeśli chodzi o trend ekspansji zagranicznej polskich przedsiębiorstw, faktycznie wśród ryzykownych rynków przeważały Białoruś, Ukraina i Rosja – powiedziała serwisowi eNewsroom Katarzyna Kowalska, wiceprezes Korporacji Ubezpieczeń Kredytów Eksportowych – W działalności inwestycyjnej, którą wpiera KUKE, w przypadku kontraktów z okresem spłaty powyżej dwóch lat kraje te stanowiły dotychczas ponad 50 proc. analizowanych transakcji. Pipeline KUKE (plan sprzedaży) na 2018 rok zakłada ich udział tylko na poziomie 12 proc. Oznacza to, że polscy przedsiębiorcy coraz częściej wychodzą na zróżnicowane rynki. Pojawia się więcej pytań o Afrykę. Kolejnym kierunkiem są Indie, dokąd KUKE wspiera wiele misji. W analizach pojawia się też Ameryka Południowa – wskazała Kowalska.

Będzie rosła sprzedaż żywności w internecie. Sklepy w sieci staną się konkurencją dla tradycyjnych

Będzie rosła sprzedaż żywności w internecie. Sklepy w sieci staną się konkurencją dla tradycyjnych 3

Tylko 1 proc. produktów szybkozbywalnych, w tym żywności, konsumenci kupują przez internet. W ciągu najbliższych 2–3 lat wzrost ma być jednak co najmniej dwukrotny. Konsumenci produktów FMCG są przywiązani do sklepów stacjonarnych, bo obawiają się gorszej jakości i dodatkowych opłat – wynika z raportu Nielsena „Shopper omnichannelowy na rynku FMCG”. Zdaniem ekspertów Banku DNB, do 2026 roku globalnie ok. 40 proc. produktów będzie sprzedawanych online. Dla porównania dzisiaj jest to ok. 10 proc., podczas gdy w Polsce – 7 proc., a w krajach skandynawskich – powyżej 10 proc.

– Cały rynek e-commerce szacujemy na 6 proc. Na tym tle e-commerce FMCG to niecały 1 proc. Kiedy spytaliśmy konsumentów, jak często robią zakupy i kiedy rozważają zrobienie zakupów, to 43 proc. odpowiedziało, że zrobili bądź rozważają w najbliższej przyszłości. Natomiast jeśli tę grupę zawęzimy tylko do tych, którzy faktycznie tych zakupów dokonali, to lądujemy z niską, jednocyfrową wielkością – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Szymon Mordasiewicz, dyrektor zarządzający Nielsen Polska.

Rynek e-commerce w Polsce szacuje się na 40 mld zł. Ponad połowa Polaków (54 proc.) deklaruje, że robi zakupy w internecie. Jedynie 1 proc. produktów szybkowzbywalnych kupujemy w internecie.

– Przyczyn tego zjawiska jest bardzo wiele: są to m.in. przyzwyczajenia konsumenckie, bo Polacy lubią robić zakupy i robią to średnio 2–3 razy w tygodniu, poza tym także gęsta sieć sklepów stacjonarnych, a także obawy konsumentów o dodatkowe opłaty związane z dowozem towarów oraz z jego zwrotami – mówi Ewa Białek, dyrektor Biura Handlu i Usług w DNB Bank Polska.

Konsumenci FMCG są przywiązani do zakupów stacjonarnych, a 56 proc. nie rozważa nawet zakupów tych produktów przez internet. Zniechęcają ich dodatkowe opłaty za dowóz (46 proc.), brak możliwości fizycznego obcowania z produktem oraz czas dostawy. Mają obawy związane z jakością produktów i ich ceną.

– Koszyk FMCG online niespecjalnie różni się od koszyka offline’owego. Mniej jest w nim świeżej żywności – to właśnie ta bariera, ale oprócz tego znajdziemy tam kawę, herbatę, makarony, przyprawy, wodę butelkowaną – wymienia Szymon Mordasiewicz.

Internauci, którzy kupują w sieci produkty FMCG, robią to raz w miesiącu lub rzadziej (70 proc.), w przypadku tradycyjnych zakupów – 65 proc. osób robi je przynajmniej raz w tygodniu.

Receptą na sukces dla sklepów online z tej branży może być zniesienie opłat za dowóz, zwrot pieniędzy, a w przypadku produktu niezgodnego z oczekiwaniami – jego wymiana jeszcze tego samego dnia. Do zakupów w sieci mogą też przyciągnąć niższe ceny, specjalne promocje i oferty. Dodatkowo, istotna jest dostawa towaru do domu. Oczekuje tego 78 proc. polskich konsumentów.

– 73 proc. konsumentów uważnie czyta etykiety. Ta informacja także musi się znaleźć w sklepie online’owym. Z kolei 67 proc. konsumentów, jeśli nie widzi zdjęcia produktu, natychmiast przerywa zakupy. Prosta rzecz, ale upewnienie się, że każdy produkt ma swój opis i swoje zdjęcie, znakomicie może zachęcić klientów do włożenia tego produktu do koszyka i dokonanie zakupu – przekonuje dyrektor zarządzający Nielsen Polska.

Ewa Białek z DNB zaznacza z kolei, że sklepy działające online muszą się wykazać elastycznością biznesową. Ta jest niezbędna, bo jak przekonują eksperci, już w ciągu kilku lat e-sprzedaż będzie konkurować z tą stacjonarną.

– W ciągu najbliższych 10 lat trendowi rozwoju e-commerce będzie nadal towarzyszył rozwój sklepów stacjonarnych, które będą wspierały sprzedaż online. Widzimy to również w Polsce. Tradycyjne sklepy inwestują w nowe technologie. W większości z nich można odebrać produkty zakupione online, część tradycyjnych sklepów zmienia się w showroomy – mówi Ewa Białek.

Pod względem sprzedaży online produktów FMCG Polska, podobnie jak Węgry i Hiszpania, znajduje się w pierwszej fazie wzrostu. Do rozwijających się pod tym względem krajów zalicza się Stany Zjednoczone, Singapur czy Szwecję, a w stadium konsolidacji znajduje się np. Korea Południowa, gdzie 18 proc. tego typu produktów sprzedawanych jest online.

Rynek e-commerce to jednak rynek dużo szerszy niż tylko branża FMCG, a w Polsce rozwija się on bardzo dynamicznie. Szacuje się, że wartość tego rynku w ciągu najbliższych kilku lat będzie rosnąć w dwucyfrowym tempie.

M. Grzesiak: Kompetencje miękkie coraz ważniejsze dla pracodawców. W Polsce brakuje edukacji w tym zakresie

M. Grzesiak: Kompetencje miękkie coraz ważniejsze dla pracodawców. W Polsce brakuje edukacji w tym zakresie 4

Osoby niemające kompetencji miękkich gorzej radzą sobie na rynku pracy. Brakuje im przede wszystkim łatwości i swobody podczas publicznych wystąpień oraz zdolności autoprezentacji. Umiejętności te kształtują się już we wczesnym dzieciństwie. W Polsce wciąż brakuje jednak edukacji miękkiej na etapie szkolnym – uważa psycholog biznesu dr Mateusz Grzesiak.

W procesie rekrutacji podstawowym obiektem zainteresowania pracodawców są kompetencje twarde kandydata, a więc mierzalne, konkretne i łatwe do skategoryzowania. To umiejętności wyuczone w szkole i na uczelniach wyższych, np. znajomość języków obcych, wiedza specjalistyczna z danej dziedziny, biegłość w obsłudze komputera lub znajomość zasad programowania. W ostatnich latach na znaczeniu zyskały jednak również kompetencje miękkie, związane z cechami psychofizycznymi, zdolnościami interpersonalnymi oraz inteligencją emocjonalną.

To zestaw kompetencji z zakresu marketingu, sprzedaży, samorealizacji, inteligencji emocjonalnej, inteligencji relacji czy też duchowości, która pomaga osiągać określonego rodzaju cele, zarówno w życiu zawodowym, jak i osobistym – mówi agencji Newseria Biznes dr Mateusz Grzesiak, psycholog biznesu, w wywiadzie udzielonym podczas EdduCamp, imprezy edukacyjnej cyklicznie organizowanej w Warszawie.

Współcześni pracodawcy poszukują zwłaszcza takich kompetencji miękkich, jak umiejętność pracy w zespole, komunikowania się z innymi ludźmi, zdolność organizacji pracy, pozytywne nastawienie, kreatywność oraz chęć stałego rozwoju. Umiejętności te kształtują się już od wczesnych lat dzieciństwa pod wpływem bliskich osób lub wydarzeń życiowych. Duży wpływ na ich nabywanie powinna mieć szkoła.

– Zdecydowanie warto wprowadzić edukację miękką do polskich szkół, bo mamy aż 21 proc. osób z wyższym wykształceniem, w porównaniu do 11 proc. Brytyjczyków czy Niemców, ale za to nie uczymy się kompetencji miękkich. To doprowadza chociażby do tego, że Polak z tytułem magistra jedzie do Anglii, po czym pracuje na stanowisku nieadekwatnym do jego profesji, bo nie ma wiary w siebie albo nie potrafi się sprzedać – mówi dr Mateusz Grzesiak.

Brak kompetencji miękkich radykalnie obniża szanse na rynku pracy już na etapie procesu rekrutacyjnego. Pozbawione ich osoby mogą mieć problem z pozytywnym zaprezentowaniem się potencjalnemu pracodawcy – brakuje im bowiem wiary we własne możliwości, pomysłu na autopromocję lub zdolności do odpowiedniej komunikacji z rekruterem.

Nawet w dorosłym wieku można jednak zadbać o rozwój kompetencji miękkich, choćby poprzez samodzielną pracę nad własnymi umiejętnościami lub uczestnictwo w kursach i szkoleniach z zakresu rozwoju osobistego. Praca nad ich rozwojem zwiększa nie tylko zdolność do wystąpień publicznych, lecz także pomaga lepiej radzić sobie z emocjami.

EQ, czyli inteligencja emocjonalna, jest trzy razy częściej poszukiwana na amerykańskim rynku pracy niż IQ. W Europie mamy podobne liczby ze względu na to, że coraz częściej mamy zawody miękkie, takie jak sprzedawca, menadżer, którego zadaniem jest przecież motywowanie zespołu i w odpowiedni sposób delegowanie obowiązków. To jest bardzo mocno powiązane z umiejętnościami miękkimi – mówi dr Mateusz Grzesiak.

Osoby z szeroko rozwiniętymi kompetencjami miękkimi osiągają zazwyczaj lepsze wyniki w pracy zawodowej, dlatego są poszukiwani przez pracodawców. Lepiej radzą sobie także w życiu codziennym, choćby w relacjach z członkami rodziny, przyjaciółmi i znajomymi. Nie poddają się łatwo sytuacjom stresowym, potrafią stawić czoła problemom, nie ulegają niepotrzebnym emocjom.

– Kiedy zaczniemy od podstaw uczyć dzieci, czym jest inteligencja emocjonalna, co to znaczy kontrolować swoje emocje, w jaki sposób budować relacje z rówieśnikami, co to znaczy być sobą, planować swoje życie, zarządzać emocjami, to wtedy będą się one mogły realizować w sposób zdrowy psychicznie oraz adekwatny pod kątem ekonomicznym – mówi dr Mateusz Grzesiak.

JSW coraz mocniej stawia na węgiel koksowy. Chce zwiększać dostawy do europejskich producentów stali

JSW coraz mocniej stawia na węgiel koksowy. Chce zwiększać dostawy do europejskich producentów stali 5

Jastrzębska Spółka Węglowa zakłada, że globalne ceny węgla koksowego utrzymają się w najbliższym czasie na stabilnym poziomie. Przyczynią się do tego m.in. polityka surowcowa Chin oraz wzrost zapotrzebowania na węgiel w krajach takich jak Indie i Brazylia. Spółka zamierza zwiększyć udział węgla koksowego wykorzystywanego w hutnictwie w swoim miksie produktowym z 73 do 85 proc. Zapotrzebowanie europejskich producentów stali na ten surowiec wciąż będzie rosło, a już dziś znaczna jego część musi być importowana.

 Po kilku latach konsekwentnego i głębokiego spadku cen węgla koksowego światowe hutnictwo i górnictwo są po głębokiej restrukturyzacji. Od 2016 roku widzimy wzrosty cen węgla. Fakt, że najpierw był on bardzo gwałtowny, a w 2017 roku widzieliśmy dwa piki cenowe, które były powodowane głównie zaburzeniami po stronie podaży. Jednak w naszej ocenie restrukturyzacja, która nastąpiła w górnictwie, oraz konsekwentna polityka Chin w zakresie ograniczania mocy produkcyjnych węgla i stali, mają całościowo dobry wpływ na branżę – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jolanta Gruszka, zastępca prezesa zarządu do spraw handlu Jastrzębskiej Spółki Węglowej.

Również wzrost zapotrzebowania na węgiel w krajach takich jak Indie i Brazylia, które nie mają własnych źródeł surowca, spowoduje, że ceny utrzymają się na poziomie stabilnym i z pewnością lepszym niż w poprzednich latach.

– Mimo to, prognozując ścieżki cenowe do wieloletniej strategii rozwojowej, podeszliśmy do tego bardzo ostrożnie. Chcemy, żeby strategia była zbudowana na solidnym fundamencie planowanych przychodów – tak żeby spółka mogła uniknąć albo minimalizować sytuacje, w których będzie konieczność wstrzymywania czy zawieszania inwestycji ze względu na nagły spadek przychodów. Widzimy te ceny na poziomie stabilnym i korzystnym dla spółki –podkreśla Jolanta Gruszka.

Strategia największego w Polsce producenta węgla koksowego zakłada, że w najbliższych latach także wydobycie tego surowca utrzyma się na stabilnym poziomie. Celem JSW jest zwiększenie udziału węgla koksowego w miksie produktowym na rzecz węgla do celów energetycznych.

– W tej chwili udział węgla koksowego w naszym miksie produktowym jest w okolicach 73 proc., w perspektywie naszej strategii (do 2030 roku) planujemy wzrost do 85 proc. – mówi Jolanta Gruszka.

JSW jest największym dostawcą węgla koksowego dla przemysłu hutniczego. Według prognoz spółki zapotrzebowanie europejskich hut na ten surowiec będzie rosło. Już dziś importowane jest ponad 30 mln ton węgla koksowego rocznie, a wykorzystanie mocy produkcyjnych hutnictwa waha się pomiędzy 70 a 74 proc. Nadal jest więc potencjał do zwiększania produkcji.

– UE postrzega węgiel koksowy jako surowiec krytyczny dla przemysłu hutniczego w Europie. Stąd nasz rozwój właśnie w tym kierunku. Marginalizujemy w tej chwili produkcję węgla do celów energetycznych, tym bardziej że nasz węgiel do celów energetycznych pochodzi z pokładów węgla koksującego, więc ma takie cechy jakościowe, które ograniczają jego rynek zbytu do energetyki zawodowej – mówi Jolanta Gruszka.

Nawigacje samochodowe kupuje 300 tys. kierowców rocznie. Rośnie popularność wideorejestratorów

Nawigacje samochodowe kupuje 300 tys. kierowców rocznie. Rośnie popularność wideorejestratorów 6

Sprzedaż nawigacji samochodowych od kilku lat notuje tendencję spadkową, głównie ze względu na rosnącą popularność aplikacji na smartfony. Mimo to wciąż sprzedaż tych urządzeń utrzymuje się na poziomie ok. 300 tys. sztuk rocznie. Rosnącym segmentem, o który walczą producenci elektroniki samochodowej, są za to wideorejestratory. Polscy kierowcy coraz chętniej wyposażają się w kamery, mające często szereg dodatkowych funkcji, jak możliwość transmisji na żywo na Facebooku czy monitorowanie ciśnienia w oponach.

 Rynek nawigacji samochodowych – mimo że skurczył się przez ostatnich kilka lat na skutek popularyzacji rozwiązań na telefony – nadal istnieje. W Polsce około 300 tys. osób rocznie kupuje te urządzenia, co nadal stanowi całkiem sporą część naszego biznesu. Od momentu powstania firmy mamy na tym rynku bardzo dobre notowania – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mariusz Manowski, dyrektor generalny MiTAC Europe, która jest właścicielem marki Mio.

Słabnący popyt na urządzenia PND (sektor nawigacji) to stały, wieloletni trend, który postępuje wraz z rosnącą liczbą smartfonów. Zamiast tradycyjnej nawigacji samochodowej kierowcy coraz częściej wybierają dostępną w telefonie wersję online, która na bieżąco informuje o korkach na drodze, fotoradarach czy bieżących remontach, nie wymagając przy tym samodzielnej aktualizacji map. Poza tym większość kierowców ma smartfon cały czas przy sobie, co eliminuje konieczność kupowania i korzystania z dodatkowego urządzenia.

Z drugiej strony klasyczna nawigacja wciąż ma wiele przewag. Działa nawet w skrajnych warunkach pogodowych (np. lepiej znosi pozostawienie na wiele godzin w rozgrzanym na słońcu aucie). Są również nawigacje przeznaczone specjalnie dla samochodów ciężarowych i o dużych gabarytach. Jak podkreślają przedstawiciele Mio, to istotny i rozwijający się segment rynku, w którym rozwiązania na komórki się nie sprawdzają.

Poza tym mapy w urządzeniach nawigacyjnych nie są uzależnione od zasięgu internetu w telefonie. Urządzenie GPS jest też dokładniejsze w ustalaniu pozycji kierowcy na drodze (moduł GPS w smartfonie rzadziej pobiera informacje o sygnale, żeby przedłużyć czas pracy baterii) i wygodniejsze w użytkowaniu, bo dla kierowcy równoczesne korzystanie z nawigacji i prowadzenie rozmowy przez telefon może się skończyć na przykład przegapieniem zjazdu z autostrady.

Mio należy do grona najbardziej liczących się graczy w kategorii nawigacji samochodowych. Wobec dużego nasycenia rynku i rosnącej większej popularności aplikacji nawigacyjnych na smartfony producent skupił się na utrzymaniu stabilnego udziału rynkowego w tym segmencie. Natomiast motorem rynkowego wzrostu marki w ostatnich latach jest inna kategoria urządzeń – wideorejestratory. Coraz więcej kierowców wyposaża swoje samochody w kamery samochodowe, więc producenci elektroniki motoryzacyjnej zacięcie walczą o ten segment.

– Kamery samochodowe cieszą się w Polsce olbrzymią popularnością. Jesteśmy obecnie liderem tego rynku. Dotyczy to nie tylko Polski, lecz także innych krajów regionu Europy Środkowo-Wschodniej, za które odpowiada nasz oddział. Sprzedajemy bardzo dużo wideorejestratorów i mimo że sam rynek w Polsce nie wzrasta, to Mio zwiększa swoje w nim udziały – mówi Mariusz Manowski.

Z danych Mio wynika, że w ostatnim kwartale 2017 roku firma sprzedała o 35 proc. więcej kamer samochodowych niż w analogicznym okresie rok wcześniej. W całym 2017 roku wzrost sięgnął 38 proc. W tej chwili marka może się pochwalić ponad 50-proc. udziałem w rynku wideorejestratorów pod względem wartości sprzedaży oraz 32-proc. wzrostem obrotów od 2013 roku, czyli od momentu rozszerzenia swojego portfolio o pierwsze urządzenia tego typu.

 Mamy obecnie ponad połowę tego rynku wartościowo, przy dużo mniejszym udziale ilościowym. Wynika to z faktu, że konsumenci są skłonni płacić za nasze urządzenia dużo więcej, niż wynosi średnia cena rynkowa, ponieważ jako firma od samego początku koncentrowaliśmy się na jakości i funkcjonalności produktu. Poza tym nasze urządzenia wyróżniają pewne unikatowe funkcje, które trudno znaleźć w produktach konkurencji – wyjaśnia Mariusz Manowski.

Obecnie w portfolio producenta dostępne są urządzenia oferujące nagrywanie obrazu w jakości do 2.5K, płynność nagrań do 60 klatek na sekundę, jasną przysłonę o wartości do F1.8, Wi-Fi czy możliwość transmisji na żywo na Facebooku. Najnowsze urządzenia mają też opcjonalną tylną kamerę, która daje możliwość rejestrowania tego, co dzieje się za pojazdem, a także umożliwiają monitorowanie ciśnienia w oponach.

– Nie ma problemu, aby na rynku kupić dużo tańsze urządzenie, ale potem okazuje się, że jakość nagrania nie nadaje się do wykorzystania w żaden sposób. Użytkownicy doceniają też bardzo niską wadliwość oraz funkcjonalność – precyzyjne czujniki ruchu, czujnik uderzeń, czujnik wstrząsowy. To elementy poszukiwane przez polskiego użytkownika. Mamy też takie unikatowe elementy, jak systemy ostrzegania przed kolizją z drugim autem czy ostrzegania o opuszczeniu właściwego pasa ruchu – wymienia Mariusz Manowski.

Dyrektor generalny MiTAC Europe informuje, że w perspektywie kolejnych 2–3 lat marka zamierza przede wszystkim inwestować w dalszy rozwój urządzeń, wyposażając je w kolejne funkcje. Drugi kierunek rozwoju to dywersyfikacja oferty.

– Będą się pojawiały nowe produkty z kategorii wearables, opaski czy zegarki sportowe, które obecnie wprowadzamy na rynek, oraz urządzenia inteligentnego domu, które służą do automatyzacji życia w miejscu zamieszkania – zdradza Mariusz Manowski.

Dyrektor generalny MiTAC Europe dodaje, że w planach jest też wprowadzenie do sprzedaży większej liczby rozwiązań biznesowych b2b. Tego typu produkty znajdują zastosowanie w szeregu branż, np. medycznej, logistycznej czy handlu detalicznym.

– Ten segment ma potencjał wzrostu i zamierzamy w niego inwestować – zapowiada Mariusz Manowski.

Leki biopodobne mogą zrewolucjonizować służbę zdrowia. Mogą przynieść setki milionów złotych oszczędności w budżecie

Leki biopodobne mogą zrewolucjonizować służbę zdrowia. Mogą przynieść setki milionów złotych oszczędności w budżecie 7

W Polsce dostęp do leczenia biologicznego – jednej na najnowocześniejszych obecnie terapii – ma niewielu pacjentów. Takie leki są opracowywane latami i bardzo kosztowne, przez co rzadko trafiają na listy refundacyjne. Opracowywane na ich podstawie leki biopodobne są o 25 proc. tańsze i nie wpływają negatywnie na efektywność terapii. Mogą za to przynieść ogromne oszczędności w budżecie przeznaczonym na ochronę zdrowia. Potrzeba inwestycji w innowacje i zbyt niskie wydatki na opiekę zdrowotną powodują, że branża medyczna i farmaceutyczna stają przed nowymi wyzwaniami. Firma Pfizer na polskim od 60 lat stawia zarówno na rozwój innowacji, jak i transfer technologii.

– Leki biologiczne, które istnieją na rynku od 20 lat, są niekwestionowanym dowodem na postęp w medycynie. Zrewolucjonizowały leczenie w wielu obszarach terapeutycznych, m.in. w onkologii i w przewlekłych chorobach zapalnych o podłożu autoimmunologicznym – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dorota Hryniewiecka-Firlej, prezes zarządu Pfizer Polska.

Leczenie biologiczne to obecnie jedna z najnowocześniejszych na świecie metod farmakoterapii. Jej zadaniem jest zahamowanie procesu zapalnego toczącego się w organizmie albo stymulowanie i odbudowa naturalnych zdolności systemu odpornościowego człowieka. Leki biologiczne powstają z wykorzystaniem technik inżynierii genetycznej, stosuje się je m.in. w leczeniu nowotworów, reumatologii, stwardnieniu rozsianym, w chorobie Leśniowskiego-Crohna i innych schorzeniach o podłożu autoimmunologicznym. Dla wielu pacjentów są ostatnią szansą na zahamowanie rozwoju choroby.

Badania nad lekami biologicznymi, testy i proces wprowadzenia na rynek trwają latami i są bardzo kosztowne, stąd ich wysoka cena. Leki biologiczne są też objęte ścisłą ochroną patentową. Dopiero po jej wygaśnięciu mogą je wytwarzać również inni producenci, wtedy są to tak zwane leki biopodobne.

– Obszar leków biologicznych i biopodobnych stanowi ogromną część naszego portfolio. Wprowadziliśmy 20 lat temu leki biologiczne o bardzo skomplikowanej merytoryce i procesie produkcji, teraz świadomie wprowadzamy do obrotu ich kopie, zwane lekami biopodobnymi. Ze względu na stopień skomplikowania nie są to leki generyczne, natomiast dają większe możliwości płatnikowi – mówi Dorota Hryniewiecka-Firlej.

Jak wynika z ubiegłorocznego raportu „Pulsu Medycyny” Leki biologiczne w praktyce klinicznej – w Polsce dostęp do leczenia biologicznego jest trudniejszy niż w innych krajach Unii Europejskiej ze względu na ograniczone środki finansowe, jakimi dysponuje NFZ. Roczny koszt takiej terapii waha się od kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy złotych.

Szansą dla pacjentów są tańsze, opracowywane na ich bazie leki biopodobne. Autorzy raportu podkreślają, że zmiana referencyjnego leku biologicznego na biopodobny nie wpływa na efektywność terapii, za to pozwala ograniczyć wydatki i objąć leczeniem więcej pacjentów albo przeznaczyć je na inny obszar terapeutyczny. Zgodnie z obowiązującymi przepisami, aby lek biopodobny trafił na listę refundacyjną, producent musi obniżyć jego cenę co najmniej o 25 proc. (w stosunku do ceny refundowanego już leku referencyjnego). Wynikające z tego oszczędności w latach 2016–2020 mogłyby sięgnąć nawet 200 mln euro – wynika z raportu „Potencjał leków biopodobnych dla systemów ochrony zdrowia” QuintilesIMS Institute.

– Proponując Ministerstwu Zdrowia i publicznemu płatnikowi różne możliwości leczenia pacjentów – zarówno lekami oryginalnymi, jak i lekami biopodobnymi – zdajemy sobie sprawę, że wynikające z tego oszczędności finansowe mogą być wykorzystane w innych obszarach priorytetowych dla zdrowia publicznego – mówi Dorota Hryniewiecka-Firlej.

Prezes zarządu Pfizer Polska ocenia, że największe problemy, z którymi zmaga się w tej chwili branża medyczna, to starzejące się społeczeństwo (według prognoz GUS do 2030 roku liczba seniorów urośnie do 10 mln, a osoby starsze będą stanowić blisko jedną trzecią ludności kraju) oraz niedofinansowanie publicznej służby zdrowia. Z danych Komisji Europejskiej i OECD wynika, że Polska znacząco odbiega od państw rozwiniętych pod względem nakładów na służbę zdrowia. Na jednego pacjenta przypada szacunkowo 1,259 tys. euro rocznie. Wśród krajów UE mniej na ten cel wydają jedynie Chorwacja, Bułgaria, Łotwa i Rumunia. Dla porównania Luksemburg wydaje średnio ok. 6,023 tys. euro na pacjenta rocznie.

– Ze względu na ograniczenia budżetowe wiemy, że nie każda innowacyjna terapia może być od razu dostępna dla polskich pacjentów. Naszym zadaniem jest użyć wszelkich sił i środków dostępnych w ramach prawa refundacyjnego, aby te najnowocześniejsze terapie były dostępne na równi i równie szybko, jak w innych częściach świata i Europy – podkreśla Dorota Hryniewiecka-Firlej.

Firma farmaceutyczna Pfizer jest obecna na polskim rynku od ponad 60 lat. Obecnie zatrudnia ponad 450 pracowników, a w jej portfolio znajduje się przeszło 120 leków z różnych obszarów terapeutycznych.

– Jesteśmy obecni w najważniejszych, najbardziej znaczących dla zdrowia publicznego obszarach terapeutycznych, czyli z lekami innowacyjnymi i ze spersonalizowaną terapią w onkologii, jesteśmy w obszarze chorób przewlekłych zapalnych o podłożu autoimmunologicznym, w obszarze chorób rzadkich, antybiotykoterapii i wielu innych. Dbamy też o profilaktykę polskich pacjentów, mając fantastyczne portfolio szczepionkowe – mówi prezes zarządu firmy Pfizer Polska.

Jak podkreśla, szeroko rozumiana kardiologia jest jednym z priorytetów firmy, bo od kilku dekad to właśnie choroby serca stanowią jedno z największych zagrożeń. Z ubiegłorocznego raportu Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego („Sytuacja zdrowotna ludności Polski i jej uwarunkowania”) wynika, że choroby serca są najczęstszą przyczyną zgonów wśród Polaków – co roku z ich powodu umiera ok. 170 tys. osób (46 proc. wszystkich zgonów).

– Misja firmy Pfizer była, jest i będzie zawsze taka sama: będziemy chcieli dostarczać polskim pacjentom najbardziej skuteczne i bezpieczne terapie wokół terapii innowacyjnych, bo sukces firmy – nie tylko w Polsce – mierzony jest krokami milowymi wielkich brandów, leków, które w poszczególnych obszarach terapeutycznych powodowały, że były to terapie przełomowe – podkreśla Dorota Hryniewiecka-Firlej.

Jak wydać majątek na taniego pracownika z zagranicy

Czy opłaca się zatrudnić pracownika z zagranicy? Tak. Opłaca się nawet znaleźć mu zakwaterowanie. Czy opłaca się skorzystać z agencji pomagających pozyskać pracownika z zagranicy? Zastanówmy się… Na pewno zyskuje się na czasie. Pracodawca zleca, zapomina o temacie, załatwia swoje sprawy, a mechanizm rekrutacji toczy się gdzieś daleko za granicą i w biurze specjalistów. Po kilku miesiącach (tyle zazwyczaj trwa procedura wyrobienia odpowiednich pozwoleń oraz wizy) otrzymuje potencjalnego pracownika, gotowego do pracy. Mówi się, że czas to pieniądz, ale czy w tym przypadku jest to adekwatna zależność?

Zrobiliśmy mały research, dzwoniąc do wyspecjalizowanych agencji, i sprawdziliśmy, jak w praktyce wygląda pozyskiwanie pracowników z Azji – bo tyle o nich słyszeliśmy dobrego. Przedstawione spektrum działań oraz cennik wybranych przez nas firm prezentowały barwny wachlarz możliwości. Nie trafiły się dwie takie same oferty, a zakres cenowy wahał się od trzech do czterech zer.

Jedna z agencji oferowała pomoc w najbardziej podstawowym wymiarze – wypełnienie odpowiednich dokumentów, które należy złożyć w urzędzie pracy oraz w urzędzie wojewódzkim. Za dodatkową opłatą mogą to zrobić za nas. Notabene w podstawowym pakiecie to my udajemy się do tych urzędów. Cena wynosiła 1200 zł za jednego pracownika, przy czym można ją było negocjować, jeśli zadeklarowalibyśmy zatrudnienie ponad dziesięciu osób. Skąd pracownik? To już leży w naszej gestii. Podsumowując – płacimy za wpisanie w formularz danych, które pochodzą od nas.

Inna agencja ugryzła temat z drugiej strony, niejako uzupełniając ofertę pierwszej firmy. Zajmowała się jedynie pozyskiwaniem pracowników za granicą, pośrednicząc między nami a zagranicznymi agencjami rekrutacyjnymi. Nie pomagała jednak w legalizacji pobytu obcokrajowca w Polsce. Ceny wahały się od 300 zł za pracownika fizycznego do 1000 zł za wykwalifikowanego. Tutaj również istniała możliwość rabatu – tym razem od pięćdziesięciu pracowników wzwyż.

Kompleksowa usługa? Oczywiście, za 1400 zł zostanie ściągnięty z zagranicy odpowiedni pracownik, zostaną także złożone wszystkie wymagane papierki. Zniżka? Tak, przy większej ilości pracowników.

Aby ułatwić swojemu klientowi kwestie związane z zatrudnianiem obcokrajowca, powstała usługa leasingu pracowniczego, zwana również użyczeniem. Przy korzystaniu z takiej opcji pracodawca otrzymuje pracownika i fakturę za jego usługi. Pracownik zatrudniony jest wtedy w agencji, a nie u nas. Rozlicza się takiego obcokrajowca na podstawie przepracowanych przez niego godzin. Stawka waha się między 19 a 22 zł za godzinę i zawiera pensję pracownika oraz koszty związane ze składkami ubezpieczeniowymi, podatkiem itp.

Istnieją również firmy oferujące szkolenia w zakresie pozyskiwania pracowników z zagranicy. Trwają one zazwyczaj 6-8 godzin i kosztują od 300 do 600 zł. Niewiedza kosztuje, a formalności w urzędach wcale nie są tak skomplikowane, jak przedstawiają to firmy zajmujące się rekrutowaniem pracowników z zagranicy.

„Tani pracownik, sprowadzany przez firmę specjalizującą się w pozyskiwaniu obcokrajowców, obarczony jest dodatkowymi opłatami za usługi agencji oraz jej marżą wynikającą ze współpracy z zagranicznymi biurami pośrednictwa pracy, przez co jego koszt jest porównywalny do opłat przeznaczanych na zatrudnienie Polaka albo nawet je przewyższa” podsumowuje Miłosz Myszka, redaktor naczelny raportu „Rockwell View: Pozyskiwanie Zagranicznego Pracownika 2018”. Pomimo iż jest to wydatek jednorazowy, zatrudnienie pięćdziesięciu Azjatów z pomocą agencji to suma wielkości, bagatela, 70 tys. złotych. Tania siła robocza?

Amortyzacja dziedziczonego majątku – propozycje legislacyjne

Ostatnia nowelizacja ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych wprowadziła niemałe zamieszanie – pojawiły się wątpliwości, czy istnieje możliwość zaliczania do kosztów uzyskania przychodów odpisów amortyzacyjnych od składników majątkowych przedsiębiorstwa nabytych w drodze spadku lub darowizny w gronie najbliższej rodziny.

Choć zmiany zaczęły obowiązywać 1 stycznia 2018 r., to jeszcze przed ich wejściem w życie Ministerstwo Finansów przyznało, że nowe regulacje mogą wywołać niepożądane skutki dla firm rodzinnych i uzasadnione jest przywrócenie poprzedniego stanu prawnego. Tym samym fiskus jednoznacznie zadeklarował, iż ponownie odtworzy korzystne dla przedsiębiorców i obdarowanych brzmienie przepisów. Czy rzeczywiście tak się stanie? Na tym etapie komunikaty publikowane przez MF bardziej przypominają wróżenie z fusów niż konstruktywne prace nad przywróceniem status quo w kwestii sukcesji majątku w firmie.

Zakres zmian

Do końca 2017 r. – zgodnie z art. 23 ust. 45a lit. a) ustawy PIT – podatnik nie miał możliwości uznania za koszt uzyskania przychodu odpisów amortyzacyjnych od wartości początkowej środków trwałych („ŚT”) oraz wartości niematerialnych i prawnych („WNiP”) nabytych nieodpłatnie, jeżeli:

  • nabycie to nie stanowiło przychodu z tytułu nieodpłatnego otrzymania rzeczy lub praw, lub
  • dochód z tego tytułu był zwolniony z PIT, lub
  • nabycie to stanowiło dochód, od którego zaniechano poboru podatku.

Ustawa przewidywała także bardzo istotny z punktu widzenia sukcesji majątku wyjątek, zgodnie z którym powyższych wyłączeń nie stosowało się do ŚT i WNiP nabytych w drodze spadku lub darowizny.

Jednakże fiskus doszedł do wniosku, że obowiązujące odstępstwo jest nadużywane przez podatników do przeszacowywania podatkowej wartości składników majątku poprzez przekazywanie ich członkom najbliższej rodziny, która co do zasady korzysta ze zwolnienia w podatku od spadków i darowizn. Wobec tego, na skutek zmian wprowadzonych nowelizacją ustaw o podatkach dochodowych, rozszerzono katalog przesłanek skutkujących wyłączeniem zaliczenia do kosztów składników aktywów firmy nabytych w drodze spadku lub darowizny o sytuację, gdy takie nabycie korzysta ze zwolnienia od podatków od spadków i darowizn. Tak restrykcyjne zmiany ustawy PIT spowodowały, że rodzinne firmy zostały pozbawione możliwości dogodnych przekształceń pokoleniowych, a ich zobowiązania z tytułu podatku dochodowego realnie wzrosły.

Legislacyjny galimatias

Najobszerniejsza od wielu lat reforma podatków dochodowych w Polsce wyraźnie ukazała zaniechania i brak konsekwencji ustawodawcy w tworzeniu norm prawa. Tempo prowadzenia prac legislacyjnych nad nowelizacją doprowadziło w wielu przypadkach do przyjęcia przepisów nieprecyzyjnych i burzących dotychczasowy ład i porządek prawny. Powyższy problem dostrzegło także – ku zdumieniu środowiska doradców podatkowych – samo Ministerstwo Finansów, które w komunikacie z dnia 7 listopada 2017 r., czyli 7 dni po uchwaleniu przez Sejm nowych przepisów, przyznało, że sukcesja majątku powinna odbywać się na dotychczasowych zasadach i w niedługim czasie zaproponowane zostanie rozwiązanie, które umożliwi kontynuację amortyzacji dziedziczonego majątku. Stanowisko fiskusa, choć zbieżne z postulatami zgłaszanymi przez środowiska firm rodzinnych, może budzić uzasadnione obawy, jeżeli chodzi o przestrzeganie konstytucyjnej zasady pewności prawa.

Gra na czas

Nowym pomysłem urzędników było przywrócenie dotychczasowych zasad amortyzacji ze skutkiem od 1 stycznia 2018 r. w drodze ustawy o zarządzie sukcesyjnym, nad którą pracuje Ministerstwo Rozwoju. Mimo że fiskus dostrzegł konieczność powrotu do poprzednio obowiązujących przepisów, to sama forma procedowania i informowania podatników o zamierzonych działaniach nie służy budowie przyjaznego i bezpiecznego otoczenia prawnego dla rodzinnych firm. Co więcej, fiskus nie określił żadnej cezury, z którą należałoby się spodziewać zmian w kwestii dziedziczenia majątku na gruncie ustawy PIT, a projekt ustawy o zarządzie sukcesyjnym w dalszym ciągu jest procedowany w Kancelarii Premiera i nie wiadomo, kiedy i w jakim kształcie zostanie przesłany do Sejmu. Tym samym urzędnicy MF przedstawili iluzoryczną wizję uporządkowania przepisów, nie dając podatnikom gwarancji jej realizacji oraz jakiejkolwiek ochrony prawnej. A zatem, pomimo rozsądnej autorefleksji fiskusa, w obowiązującym od 1 stycznia 2018 r. porządku prawnym nadal nie jest możliwe zaliczenie do kosztów podatkowych odpisów amortyzacyjnych z tytułu nabytych w drodze spadku lub darowizny składników majątku firmy, a ograniczenia w tym zakresie oznaczają realny wzrost podstawy opodatkowania przedsiębiorstw.

Planowanie sukcesji – bezpieczna ochrona majątku

W obliczu zaostrzenia omawianych regulacji warto przyjrzeć się innym wypróbowanym sposobom umożliwiającym transfer dóbr materialnych, których celem jest bezpieczna sukcesja majątku. Planowanie sukcesji powinno się bowiem opierać na indywidualnej i pogłębionej analizie potrzeb konkretnego przedsiębiorcy, dla osiągnięcia wcześniej zidentyfikowanych celów oraz przy zachowaniu warunku osiągnięcia korzyści dla firmy i członków rodziny.

Autor: radca prawny Robert Nogacki – Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.