Sprzedaż polskich usług za granicę spektakularnie rośnie i przyczynia się do znacznej poprawy PKB. W kilku kategoriach bilansu handlu usługami opartymi o wiedzę wspięliśmy się na pierwsze miejsce w Unii Europejskiej – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.
Zagraniczny handel usługami jest zdecydowanie rzadziej analizowany niż wymiana towarowa pomiędzy krajami. Jednak szybki rozwój nowoczesnych technologii, otwarte granice czy coraz głębsza specjalizacja Polski w poszczególnych branżach pokazują, że właśnie ten sektor gospodarki zasługuje na szczególną uwagę.
Prawdziwy przełom
Opublikowane na początku roku dane NBP o wymianie handlowej Polski z resztą świata pokazują bardzo optymistyczne tendencje. Za minione 12 miesięcy (grudzień 2016 – listopad 2017 r.) Polska wyeksportowała usługi o wartości blisko 220 mld zł. To o połowę więcej niż wynosił import tego sektora, co oznacza, że mieliśmy ok. 75 mld zł nadwyżki w wymianie usług z pozostałymi krajami, czyli mniej więcej 4 proc. PKB.
Tylko w ciągu ostatnich trzech lat dodatnie saldo w handlu usługami wzrosło dwukrotnie, a od 2010 r. zwiększyło się sześciokrotnie. Warto także zauważyć, że nadwyżka w handlu usługami jest o ok. 10 razy większa niż w przypadku wymiany towarowej, chociaż ta druga również rozwija się w bardzo przyzwoitym tempie.
Coraz lepiej w transporcie i turystyce
Od lat bardzo dobrze radzimy sobie w branży transportowej. Odpowiada ona mniej więcej za 30 proc. nadwyżki w saldzie usług. Mamy także najwyższy w całej Unii zagraniczny bilans towarowego transportu samochodowego, który według danych Eurostatu za 2016 r. wynosił 4,2 mld euro.
Ważny jest jednak fakt, że usługi transportowe w 2010 r. stanowiły praktycznie całość nadwyżki. Teraz natomiast pozostałe 70 proc. to efekt coraz wyższej konkurencyjności Polski w innych branżach. Należy do nich np. turystyka, gdzie dodatnie saldo w ciągu ostatnich sześciu lat zwiększyło się czterokrotnie.
Wygrywamy w usługach opartych o wiedzę
Największa poprawa nastąpiła jednak w kategorii „usługi telekomunikacyjne, informatyczne i informacyjne”. W 2010 r. Polska miała deficyt w handlu tymi usługami na poziomie przekraczającym pół miliarda złotych. Według ostatnich szczegółowych danych NBP za 2016 r. teraz mamy nadwyżkę na poziomie 8,7 mld zł, do czego przyczyniły się przede wszystkim usługi informatyczne (8 mld zł). Daje nam to także piąte miejsce w Unii, podczas gdy w 2010 r. było to czwarte, ale… od końca.
Poza usługami informatycznymi nasza konkurencyjna pozycja poprawiła się zauważalnie w szeroko pojętych usługach biznesowych, a zwłaszcza księgowych, audytowych oraz konsultacji podatkowej. Nadwyżka na poziomie 5 mld zł daje nam unijne zwycięstwo w tej kategorii.
Inną branżą, gdzie liderujemy we Wspólnocie i osiągnęliśmy olbrzymi wzrost dodatniego salda, są usługi uszlachetniania, czyli zgodnie z definicją NBP „przetwarzania, montażu, etykietowania, pakowania”. Nasza nadwyżka za 2016 r. wynosiła ponad 13 mld zł, zwiększając się przy tym trzykrotnie w ciągu ostatnich sześciu lat. Zapewnia nam to także pierwsze miejsce w Unii w tej kategorii.
Same dobre skutki dla gospodarki
Spektakularny wzrost konkurencyjności polskich usług na świecie niesie same pozytywne następstwa. Przede wszystkim pokazuje, że zarówno krajowi przedsiębiorcy wygrywają kontrakty na światowym rynku, jak i rodzimi pracownicy w centrach usług wspólnych są bardziej produktywni niż zatrudnieni w branżach informatycznych czy biznesowych za granicą.
Ten sukces powinien być widoczny także w najważniejszej publikacji dotyczącej gospodarki, czyli PKB. Ponieważ do wzrostu gospodarczego wlicza się zmiana salda obrotów z zagranicą, to poprawa bilansu usług w okolicach 16 mld zł w porównaniu z 2016 r. podniosła prawdopodobnie wzrost gospodarczy o ok. 0,8 pkt proc. w ub.r.
Czwartkową sesję na rynku walutowym cechowało umocnienie euro do dolara. Nominalnie kurs EURUSD po spadku do 1,216 wczoraj powrócił do 1,227. Złoty zaś podczas sesji europejskiej nadal stabilizował się w okolicach 4,16-4,17 wobec euro i dopiero podczas handlu w USA lekko zszedł poniżej dolnego ograniczenia tego przedziału. W czwartek podczas sesji europejskiej zmienność na rynku była więc niska, do czego dodatkowo skłaniało zapowiedziane na popołudnie wystąpienia członka zarządu ECB B. Coeuré i prezesa Bundesbanku J. Weidmann, po których spodziewano się komentarzy dot. wyjścia banku z ultraluźnej polityki pieniężnej. Po wyrażanych w ostatnich dniach, przez niektórych członków EBC, obawach o negatywny wpływ silnego euro na europejską inflację inwestorzy najprawdopodobniej już koncentrują się na przyszłotygodniowym posiedzeniu banku centralnego strefy euro. Mając na uwadze obecne notowania euro EBC powinien pozostać gołębi, aby dodatkowo nie nasilić wzrostowego trendu eurodolara. Wynik styczniowego posiedzenia EBC może być wręcz negatywny dla euro, co powinno znaleźć przełożenie w rosnących notowaniach kursu EURPLN. Piątkowa publikacja danych dot. produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej za grudzień powinna zostać przez złotego przyjęta neutralnie.
Patrząc na kurs EURUSD dopiero zejście euro poniżej 1,212 może oznaczać powrót do silniejszego dolara w dłuższym terminie. Z kolei ewentualne wzrosty pary wydają się już ograniczone. Opór na 1,23 powinien się wybronić, jeśli doszłoby do jego ataku, oczywiście przy założeniu, że EBC nic w styczniu nie zrobi i niczym jastrzębim nie zaskoczy inwestorów, zaś w USA dojdzie do porozumienia w sprawie finansowania operacji rządowych.
W czwartek, jeszcze przed otwarciem handlu w Europie inwestorzy poznali kluczowe dla chińskiej gospodarki odczyty, które jednak nie znalazły większego przełożenia na nastroje rynkowe. Po danych z ostatnich miesięcy 2017 roku wzrost gospodarczy w IV kw., który okazał się wyższy od oczekiwań i wyniósł tak jak kwartał wcześniej 6,8% r/r nie zrobił na inwestorach wrażenia. Brak dalszego hamowania chińskiej gospodarki to jednak dobry sygnał dla rynku EM.
Na rynku stopy procentowej w czwartek dominowały wzrosty rentowności papierów skarbowych, które na środku i dłuższym końcu polskiej krzywej dochodowości sięgały 4pb. Taki ruch przy stabilnych notowaniach obligacji krótkoterminowych przyniósł oczekiwane przez nas stromienie krzywej. Obecnie krótki koniec jest trzymany nisko przez gołębią RPP, a dłuższy koniec bardziej reaguje na wydarzenia zagraniczne. Wspomniane wystąpienia członków EBC, wskazywały na to, że strefa euro (wg. Coeure) znajduje się już nie na etapie odbicia gospodarczego, ale ekspansji w związku z czym nie jest potrzebny tak wysoki stopień akomodacji. Szef Bundesbanku J. Weidmann chciałby zaś wyznaczenia konkretnej daty końca skupu aktywów. W takim otoczeniu notowania 10-letnich bundów znajdowały się blisko ostatnich szczytów przy 0,60%.
W USA również obserwowane były wzrosty rentowności, gdzie papiery 10-letnie przebiły poziom 2,60%. W USA wciąż optymizmem napawają dane z rynku pracy, gdzie liczba wniosków o zasiłki dla bezrobotnych spadła bardziej niż oczekiwano (220 tys. vs 250 tys.), co również wpływa na pozytywne nastroje na amerykańskim rynku akcyjnym, gdzie indeks S&P 500 znajduje się powyżej 2800 pkt. Niskie ceny z kolei osiągają 2-letnie obligacje, których rentowności wzrosły do 2,05% na co oprócz perspektyw na dalsze podwyżki stóp w USA (marcowa podwyżka wyceniona w blisko 70%) może też mieć wygasający 19 stycznia termin tymczasowego podniesienia limitu zadłużenia. Kongres musi w piątek uchwalić przynajmniej tymczasowe przedłużenie finansowania, aby uniknąć paraliżu prac administracji USA (tzw. government shutdown).
Autorzy: Joanna Bachert, Arkadiusz Trzciołek – PKO Bank Polski
Robert Strzelecki, wiceprezes spółki TenderHut S.A.
Rozwój innowacyjnych technologii stał się potężną gałęzią gospodarki. Obecnie rynek IT rośnie w bardzo szybkim tempie, a jego wartość przekroczy w 2018 r. 3,65 miliarda dolarów, co stanowi wzrost rok do roku o ponad 4,3%.1 Jakie technologie będą rozwijane w najbliższych latach i co w 2018 roku będzie najbardziej znaczące na rynku? O najnowszych trendach w IT mówi ekspert branży – Robert Strzelecki, wiceprezes zarządu Grupy Kapitałowej TenderHut.
Internet Rzeczy
Rozwój elektroniki użytkowej w kierunku Internetu Rzeczy – IoT (z ang. Internet of Things) to wyraźny trend na ten rok i następne lata. Do 2020 roku 95% nowej elektroniki użytkowej będzie posiadało moduł umożliwiający wymianę danych.2 – Co ciekawe, nadchodzący rok może zaowocować rozwojem Internetu Rzeczy na wyższym poziomie, gdzie urządzenia nie tylko będą wysyłały dane, ale także komunikowały się ze sobą nawzajem. Wszystko to dzięki technologii Bluetooth 5.0 i wyższych oraz funkcji mesh pozwalającej właśnie na łączenie w sieci urządzeń posiadających taki moduł. W dodatku technologia oprócz elektroniki użytkowej będzie coraz częściej wykorzystywana w handlu detalicznym, opiece zdrowotnej czy logistyce. Jednym z przykładów wykorzystania inteligentnych urządzeń jest ich popularyzacja w marketingu, który do tej pory rozwijał się w sieci. Dziś już widzimy, jak z online’u marketing przenosi się na platformy mobilne. Firmy pracują nad najlepszą, komercyjną personalizacją rozwiązań, a IoT może być kluczem do wygranej – mówi Robert Strzelecki. IoT ponadto generuje bardzo duże ilości danych, więc stwarza nowe wyzwania dla analityków, którzy zastępowani są pomału rozwiązaniami z zakresu sztucznej inteligencji i uczenia maszynowego, które są wstanie sprostać tak olbrzymim zbiorom informacji.
Sztuczna Inteligencja (SI)
Ubiegły rok był bardzo interesujący pod względem informacji na temat sztucznej inteligencji – dwa fronty przeciwników i zwolenników ścierały się w dyskursie publicznym. Sam rynek rozwiązań z zakresu SI będzie wart około 5,05 mld dolarów w 2020 roku.3 Na świecie pojawił się pierwszy cyfrowy obywatel, czyli Sophia – cyborg, któremu Arabia Saudyjska nadała obywatelstwo. – Rzeczywiście, coraz głośniej mówi się o zaletach, ale i zagrożeniach płynących z niekontrolowanego rozwoju sztucznej inteligencji. Jednak 2018 rok to jeszcze nie moment, w którym będziemy mogli się tego obawiać. To, co przyniesie nam ten rok w tym obszarze to coraz większa popularyzacja algorytmów SI w codziennym życiu. Dobrym przykładem jest chociażby oddanie w ręce programów wykorzystujących uczenie maszynowe zarządzania portfelami inwestycyjnymi, których obecnie 20% jest nadzorowanych właśnie przez sztuczną inteligencję. To tylko jeden z elementów wykorzystania w branży FinTech tego typu rozwiązań – tłumaczy Strzelecki.
Blockchain
Market Reports Hub donosi, że światowy rynek technologii blockchain wzrośnie do 2023 roku z obecnych 210,2 mln dolarów do 2,3 mld dolarów. Technologia ta, która powstała jako element łączący finanse i wirtualny świat doskonale się rozwija. – Blockchain to przykład rozwiązania, które de facto prześcignęło sam produkt na potrzeby, którego został stworzony czyli bitcoinów. Płatności w technologii blockchain są czymś w rodzaju certyfikacji zasad uczciwego handlu. Jest on wolny od nierzetelnych transakcji i przejrzysty. Rozwiązanie posiada imponujące osiągnięcia w bezpieczeństwie szyfrowania danych. To wciąż nowa technologia, co oznacza, że nie ma koniecznych regulacji prawnych. W 2018 roku pojawią się pierwsze próby rozwiązań legislacyjnych starające się poradzić sobie z tym zagadnieniem. Co ciekawe, Polska pracuje także nad swoją cyfrową walutą opartą o technologię Blockchain, czyli Digital PLN (dPLN) – mówi Robert Strzelecki.
Intelligent app
Od kilku lat można zaobserwować trend w tworzeniu aplikacji, który zakłada coraz większą personalizację rozwiązań, wychodząc naprzeciw oczekiwaniom użytkownika. – W 2018 r. będzie tak samo, ale znane rozwiązania zostaną wzbogacone o algorytmy SI. Aplikacje staną się coraz bardziej inteligentne. Na rynku pojawią się aplikacje uczące się zachowań użytkownika, jego przyzwyczajeń czy sposobów spędzania wolnego czasu. Dzięki temu my, jako użytkownicy dostaniemy to, czego szukamy. Takie rozwiązania mają jednak swoją cenę. Tą wirtualną walutą są informacje o nas, które w postaci dużych zbiorów danych (nie personalnych) są wykorzystywane przez firmy, a te z kolei wykorzystują je do tworzenia nowych produktów czy usług. Dlatego tak ważne jest zadbanie przez twórców danych o bezpieczeństwo – mówi ekspert z TenderHut.
Cyberbezpieczeństwo
Otoczymy się technologią, która ma wiele zalet, ale także stawia przed nami zagrożenia dla naszego prywatnego bezpieczeństwa. Od 25 maja 2018 roku Unia Europejska wprowadziła ogólne rozporządzenie w sprawie ochrony danych (GDPR), które określa, w jaki sposób firmy powinny przechowywać, przetwarzać i zabezpieczać dane osobowe. – Tu, jak praktycznie we wszystkich dziedzinach, wykorzystywana będzie sztuczna inteligencja. Jej algorytmy będą przewidywać zagrożenia i identyfikować ataki. Co jeszcze będzie ważne w 2018 roku w kontekście cyberbezpieczeństwa? Nowe wyzwania, takie jak rozwój IoT i zabezpieczenie płynących z nich danych. Ochrona własnych sieci i udoskonalanie zabezpieczeń to z pewnością wyzwanie dla wielu organizacji, które będą musiały poradzić sobie z tym zagadnieniem – dodaje Strzelecki.
Boty – zawsze z pomocą
Chat-boty zyskują z roku na rok coraz większą popularność. Na podstawie ankiety Oracle ponad 80% marketerów planuje używać chat-botów w ciągu najbliższych 36 miesięcy. Obecnie deklarowany poziom wynosi około 36%. Starsze pokolenie nadal woli kontakt z człowiekiem, ale milenialsi czy wchodzące na rynek pokolenie Z, codziennie rozmawia z chat-botami w poszukiwaniu informacji czy rozrywki. – Dlatego w 2018 roku marki będą pracować nad tym, aby chat-boty stały się bardziej ludzkie. W jaki sposób? Ponownie używając algorytmów sztucznej inteligencji czy uczenia maszynowego. Aby boty były bardziej ludzkie ważnym elementem będzie doskonalenie syntezatorów mowy, takich jak chociażby polska Ivona z firmy Ivo Software, która przejęta została przez amerykańskiego giganta Amazon, wdrażającego do swoich usług rozwiązanie Text-to-Speech, czyli Amazon Polly. To pokazuje potencjał tego rynku oraz wyraźny trend w kierunku humanizacji botów. Nasze SoftwareHut opracowało TravelBota, który robi za podróżującego samolotem check-iny i komunikuje się z nim przez Skypa. Jest to aplikacja do automatycznej odprawy lotniczej w ramach projektu R&D dla podróży służbowych i wypoczynkowych, wykorzystująca usługi Machine Learning skierowane na komunikację z podróżującym – opowiada Robert Strzelecki.
Wirtualna i Rozszerzona Rzeczywistość
O przyszłości tej technologii mówią liczby. IDC wskazuje, że wartość rynku wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości wzrośnie do ponad 162 mld dolarów do 2020 roku. Nad rozwojem technologii pracują także Polacy. Jednym z przykładów jest firma Solution4Labs, która adaptuje HoloLens – gogle AR firmy Microsoft do wspomagania pracy w nowoczesnych laboratoriach. – Ta fantastyczna technologia jest nadal droga dla przeciętnego użytkownika, dlatego w 2018 roku rozpocznie się trend na wynajem urządzeń AR/VR. Dzięki temu coraz więcej osób będzie miało do niej dostęp. Jestem przekonany, że w tym roku pojawią się pierwsze kina czy sale, w których będziemy mogli doświadczyć tej technologii. Dane z takiego komercyjnego rozwiązania zostaną wykorzystane do rozwoju kolejnych usług. Obecnie Facebook, Samsung, Microsoft i HTC (Google i Apple są nieco z tyłu) posiadają zaawansowane projekty z tego zakresu, ale technologia staje się coraz bardziej popularna także wśród średnich firm z różnych branż. Co to znaczy? W 2018 roku poznamy nowe sposoby wykorzystania tego, co naprawdę może ułatwić nam życie. Może to być fantastyczna przyszłość dla AR/VR w branży silników, druku 3D i branży fitness czy w laboratoriach – mówi Strzelecki.
Przed weekendem polityka odzywa się po obu stronach Atlantyku, mieszając na rynku walutowym. W USA trwa denna saga wokół „government shutdown”, a w Niemczech niepewna jest przyszłość „Wielkiej Koalicji”. W efekcie braku konkretów zmienność na EUR/USD może przygasnąć.
Dolar odczuwa ciężar sporu w Kongresie USA na kilkanaście godzin przed ostatecznym terminem, do którego musi zostać ustalone finansowanie dla działań administracji publicznej, w przeciwnym razie od jutra pracownicy publiczni mogą pozostać w domu. Izba Reprezentantów zatwierdziła wczoraj ustawę przedłużającą finansowanie do 16 lutego, jednak pozostało jeszcze głosowanie w Senacie, gdzie Demokraci straszą zablokowaniem przepisów. Ryzyko tzw. „government shutdown” wyraźnie wzrosło w ostatnich dniach, ale presja na dolarze nie jest duża. Jak pokazują poprzednie doświadczenia z zamrożeniem prac administracji, nie trwa to długo, a wpływ na gospodarkę jest umiarkowanie negatywny, zatem inwestorzy nie widzą powodu, by robić z tego większą sprawę. Generalnie sentyment wobec USD jest na rynku negatywny i kłótnia w Kongresie tylko dokłada argumentów, ale nic ponadto. Wyprzedaż USD nie jest też łatwa, kiedy rentowności długu USA szybują do góry – oprocentowanie 10-latek podchodzi pod 2,64 i tako wysoko nie było do 2016 r.
Ale czy ryzyko polityczne z USA wystarczy, by wreszcie wyrwać EUR/USD ponad 1,23? Niekoniecznie, gdyż EUR ma swoje zamieszanie polityczne. W niedzielę odbędzie się kongres niemieckiej partii SPD, na którym niezerowe są szanse na odrzucenie pomysłu zawiązania Wielkiej Koalicji z CDU Angeli Merkel. W takim wypadku Niemcy mogą czekać powtórzone wybory lub CDU zdecyduje się na rząd mniejszościowy, czego jednak Merkel bardzo nie chce. Dla EUR, tak samo jak dla USD, rezultat politycznych przepychanek może być pozytywny lub negatywny. Na ile jednak stabilność polityczna w Niemczech jest istotnym czynnikiem budującym siłę EUR? Na pewno przegrywa na znaczeniu z oczekiwaniami rynku wobec jastrzębiego zwrotu EBC, jednak w okresie martwego wyczekiwania na komunikat po posiedzeniu w najbliższy czwartek, odrzucenie koalicji przez SPD może łatwo przerodzić się w powód do zepchnięcia EUR. Na razie jednak pozostaje czekać do poniedziałku.
W kalendarzu niewiele jest pozycji mogących urozmaicić nam odliczanie czasu do weekendu. Grudniowa sprzedaż detaliczna z Wielkiej Brytanii może odczuć skutki silnego wzrostu w poprzednim miesiącu (1,1 proc. m/m). Badania handlu nie są jednoznaczne, ale podnoszą ryzyko, że przedświąteczne zakupy zostały dokonane z wyprzedzeniem, w rezultacie grudniowe wartości mogą rozczarować (prog. -1 proc.) i ostudzić popyt na funta. Po południu mamy paczkę danych z Polski, gdzie efekty sezonowe osłabią produkcję przemysłową, ale podbiją sprzedaż detaliczną. Dane nie powinny nadać świeżego kierunku dla złotego i zakładamy konsolidację EUR/PLN pod 4,17. Z USA otrzymamy indeks Uniwersytetu Michigan, który ostatnio nie cieszy się dużym zainteresowaniem rynku.
Zaproponowanie pracownikowi atrakcyjnej formy rozwoju to trudne wyzwanie dla menedżera. Osoba dorosła zachowuje skupienie zaledwie 20 minut, jeśli temat nie wzbudzi jej zainteresowania. Jak podaje portal Southtree, to o 12 minut mniej niż jeszcze dekadę temu. Aby zmierzyć się z tym problemem, warto znać cykl Kolba – metodę efektywnej nauki dla dorosłych, którą poleca Jarosław Pudełek, ekspert zarządzania doświadczeniem pracowników z firmy CzteryP.
„Nauka to proces, podczas którego wiedza tworzy się poprzez transformację doświadczenia” – twierdzi David Kolb, amerykański teoretyk rozwoju nauczania. Innymi słowy: najlepiej uczymy się, wykonując praktyczne zadania. Ilustruje to tzw. cykl Kolba, składający się z czterech elementów: doświadczenia, refleksji, generalizacji i zastosowania. Jeśli chcesz, żeby pracownik pozyskał nową wiedzę, powinien przejść przez wszystkie wspomniane fazy cyklu.
Doświadczenie: zrób to sam
Dorośli najlepiej uczą się przez doświadczenie. Podczas szkoleń można wykorzystać to na dwa sposoby. Jeśli temat spotkania dotyczy sytuacji znanych uczestnikom (np. doskonalenie kompetencji sprzedażowych dla zespołu odpowiedzialnego za ten obszar), odwołaj się do ich wcześniejszych doświadczeń. Możesz także poprosić ich o odegranie krótkich scenek, w których wczują się w sytuację rozmówcy – tak, by uświadomić sobie oczekiwania drugiej strony. Na tym etapie najbardziej efektywne będzie, gdy uczestnicy zmierzą się ze środowiskiem niezwiązanym bezpośrednio z ich środowiskiem biznesowym – np. będą sprzedawać inny produkt niż na co dzień. Dzięki temu skoncentrują się na umiejętnościach a nie na wiedzy produktowej.
Zdarza się również, że chcesz, by Twoi pracownicy doświadczyli czegoś nowego. Może to być na przykład trening negocjacyjny dla osób, które dopiero zaczynają pracę jako handlowcy. W tym przypadku zajęcia aktywizujące będą wręcz niezbędne. „Uczestnicy muszą doświadczyć na własnej skórze, z jakimi wyzwaniami będą się mierzyć – dzięki temu zyskają świadomość, czego oczekują od szkolenia i do jakich efektów chcą dążyć” – radzi Jarosław Pudełek z CzteryP.
Refleksja: myślenie jest złotem
Po części praktycznej nadchodzi czas na dyskusję. Tu istotną rolę pełni moderator – najlepiej, by był to doświadczony konsultant biznesowy, który odpowiednio poprowadzi rozmowę. Dzięki temu wsparciu grupa będzie mogła przeanalizować swoje doświadczenia i odpowiedzieć na pytanie, z czego wynikały zaistniałe trudności – na przykład negocjacyjna porażka podczas symulacji. Uczestnicy szkolenia powinni dostać szansę, by wyrazić wszystkie swoje przemyślenia i wątpliwości.
Na koniec tej części następuje czas na wypowiedź moderatora, który dzieli się swoimi przemyśleniami jako zewnętrzny obserwator. To czas na autorefleksję: uczestnicy szkolenia mogą ocenić swoje mocne i słabe strony na bazie wcześniejszych doświadczeń. Jak podkreśla Jarosław Pudełek, ważne jest także, by grupa podsumowała wnioski płynące z symulacji oraz ze wspólnej dyskusji.
Generalizacja: więcej niż teoria
Kiedy uczestnicy spotkania zaprezentują już swoje przemyślenia, nadchodzi czas, by poznali także teoretyczne podejście do omawianej kwestii. Przekazanie tej wiedzy leży w kompetencjach trenera, który pełnił wcześniej funkcję moderatora. W przypadku treningu negocjacyjnego powinien on zapoznać grupę z konkretnymi technikami, które mogą pomóc im w prowadzeniu rozmów biznesowych.
Ekspert z CzteryP podkreśla, że spotkanie nie może być jedynie suchym wykładem. Mimo że głos należy do trenera, powinien on dążyć do zaangażowania grupy poprzez zadawanie pytań czy wspólne zapisywanie najważniejszych punktów szkolenia. Istotne jest, by jego wypowiedź nawiązywała do praktycznych przykładów z pierwszej części spotkania.
Stosowanie: rozwój w praktyce
Jeśli dyskusje i podsumowania mają przynieść wymierny efekt, zdobyta wiedza musi być jak najszybciej zastosowana w praktyce. Może to być osiągnięte np. poprzez powtórzenie ćwiczeń z początku szkolenia w zmodyfikowanej formie. Podobny scenariusz zadania przyniesie odmienne efekty, kiedy uczestnicy będą wykorzystywać właśnie poznane techniki negocjacji. „Ostatni etap cyklu Kolba to także czas, by zauważyć ewentualne błędy i wprowadzić korekty. To przede wszystkim zadanie trenera, ale wspólne doskonalenie powinno być pracą zespołową” – opisuje Jarosław Pudełek z CzteryP.
Cykl Kolba można zastosować w wielu sytuacjach. Istotne jest jednak to, by żaden krok nie został pominięty. Jeśli szkolenie ma przynieść długofalowy efekt, podczas nauki nie należy wybierać drogi na skróty.
Jak wynika z raportu „Barometr Imigracji Zarobkowej – II półrocze 2017”, już co piąta firma w Polsce zatrudnia pracowników z Ukrainy. W większości przypadków uzupełniają oni luki, których nie da się wypełnić Polakami. Z drugiej strony trzeba zdawać sobie sprawę, że napływ Ukraińców spowodował wyhamowanie wzrostu wynagrodzeń w Polsce.
Głównie w dużych firmach
„Najwięcej pracowników z Ukrainy jest oczywiście w dużych firmach. Już nawet co druga z nich deklaruje, że zatrudnia Ukraińców. Nie ma się co dziwić, po prostu duże przedsiębiorstwa mają największe trudności, jeżeli chodzi o rekrutację pracowników. Najmniej Ukraińców znajdziemy w małych firmach. Zatrudnia ich tylko 13% tych firm” – mówi w wywiadzie dla agencji informacyjnej infoWire.pl Monika Banyś z biura prasowego firmy Personnel Service.
Pracownicy niewysokiego szczebla
Ukraińcy pracują w Polsce głównie na stanowiskach niskiego i średniego szczebla. W dużym stopniu wynika to z tego, że najczęściej są oni zatrudniani na podstawie uproszczonej procedury zatrudniania, co powoduje, że mogą pracować w naszym kraju jedynie przez sześć miesięcy w ciągu roku. To za krótko jak na pracę na wyższym stanowisku.
Tyle, ile Polacy
Wbrew pozorom w tej chwili Ukraińcy wcale nie zarabiają mniej niż Polacy. Jest to spowodowane tym, że polscy pracodawcy zaczęli konkurować o pracowników z Ukrainy, ponieważ jest na nich bardzo duże zapotrzebowanie. Żeby więc pozyskać Ukraińców, muszą im płacić tyle, ile Polakom.
Nie tylko pieniądze przekonują
Pracownicy z Ukrainy nie są jednak przyciągani wyłącznie wysokością wynagrodzenia. Pracodawcy czasami oferują im również różne świadczenia pozapłacowe. Zapewniają m.in. zakwaterowanie, wyżywienie, dojazd do miejsca pracy czy dostęp do internetu.
Z korzyścią dla pracodawców
Jak zauważa ekspertka: „Napływ Ukraińców na polski rynek pracy powstrzymał w pewnym stopniu presję płacową, z którą zmagali się pracodawcy w 2017 r. […]. Gdyby nie Ukraińcy, wzrosty płac prawdopodobnie byłyby wyższe. Ale z drugiej strony – pytanie, czy pracodawcy byliby w stanie sobie poradzić z tak dużymi wymaganiami finansowymi”.
Polak, Ukrainiec – dwa bratanki?
A jak podchodzą polscy pracownicy do swoich ukraińskich kolegów? 41% z nas ma do nich stosunek pozytywny. 52% – jest nastawionych neutralnie. Natomiast u 7% – Ukraińcy wzbudzają emocje negatywne, najczęściej dotyczy to tych Polaków, którzy mają najniższe wykształcenie i zarabiają najmniej. Obawiają się oni, że pracownicy z Ukrainy mogą ich pozbawić pracy.
Wzrost gospodarczy w 2018 r. pozostanie stabilny, choć nieco niższy niż w 2017 roku, a tempo wzrostu inwestycji w 2018 roku powinno być szybsze – podał Narodowy Bank Polski w „Założeniach polityki pieniężnej na rok 2018”. Biorąc pod uwagę to, jak rozwiną się gospodarki głównych partnerów handlowych, jak rozwinie się konsumpcja prywatna w kraju oraz inne niż inwestycje elementy popytu krajowego – 2018 rok zapewne będzie dobry, niezależnie od tego, jak bardzo inwestycje odbiją się w górę. W obszarze inwestycji należy mówić o długookresowych perspektywach wzrostu gospodarczego. I to jest właściwy kontekst, w którym należy analizować inwestycje.
– Poważnym czynnikiem ograniczającym perspektywę wzrostu polskiej gospodarki jest demografia. Z roku na rok ubywa rąk do pracy, mimo napływu imigrantów – powiedział serwisowi eNewsroom.pl Tomasz Kaczor,główny ekonomistaBanku Gospodarstwa Krajowego – Oczywiście, poważnym czynnikiem może być również coraz mniejsza siła, z jaką ciągną nas gospodarki bardziej rozwiniętych partnerów – czy wreszcie mniejsze przyrosty efektywności, które nie jest tak łatwo dogonić. To one powodują, że musimy ten dystans nadrabiać innymi siłami. Inwestycje są potrzebne, by pozwolić rosnąć gospodarce szybciej niż 2-3% w kolejnych latach. W 2018 roku szybki wzrost inwestycji może nas pchnąć w kierunku wyniku dobrze powyżej 4% wzrostu PKB, bez inwestycji dynamika PKB na poziomie 4% też jest osiągalna.Nawet jeśli inwestycje pojawią się w tym roku, to efekt będzie widoczny za trzy, cztery lata, a nie w bieżącym roku. Sektor publiczny jest głównym czynnikiem kreującym wzrost, stanowi też ogromne źródło popytu i kładzie podwaliny pod zwiększenie inwestycji prywatnych. Badania i doświadczenia z poprzednich perspektyw – np. wydatkowania środków unijnych – wyraźnie wskazują, że w ślad za inwestycjami publicznymi, np. budową autostrad, dróg czy rewitalizacjami w miastach idą inwestycje prywatne. To są te inwestycje, które przekładają się długookresowo na wzrost gospodarczy. Następnym bardzo ważnym czynnikiem jest prawo, które zapewnia stabilność otoczenia instytucjonalnego, co pozwala inwestorom kierować się czysto ekonomicznymi przesłankami, a nie obawami o zmianę, obawami o niekorzystne regulacje, które mogą zniszczyć dowolny biznes. Rząd powinien inwestować i zachęcać do inwestycji sektor prywatny, natomiast w warstwie instytucjonalnej przede wszystkim nie powinien przeszkadzać – ocenił Tomasz Kaczor.
Jednostki powołane do działania w cyberprzestrzeni powstają na całym świecie. Takimi strukturami dysponują chociażby Stany Zjednoczone, Niemcy czy Rosja. Do grona tych państw chce dołączyć także Polska. W ramach Ministerstwa Obrony Narodowej powstaje komórka, która ma reagować na zagrożenia dla obronności kraju i cyberbezpieczeństwa, związane m.in. z cyberatakami. Eksperci podkreślają, że tworzenie tego typu jednostek jest kluczowe dla bezpieczeństwa kraju.
– Obecnie tworzone jednostki do spraw działalności w cyberprzestrzeni w Polsce mogą wyróżniać się tym, że jest tam zachowany komponent operacji informacyjnych, czyli infoopsowych, oprócz tego standardowego, który wyraża się w typowych zagrożeniach teleinformatycznych – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Kamil Gapiński z Fundacji Bezpieczna Cyberprzestrzeń.
W skład nowych wojsk cybernetycznych wchodzić będzie jednostka CYBEROPS, która zajmie się obroną przed cyberatakami, oraz jednostka INFOOPS, chroniąca państwo przed operacjami informacyjnymi. MON powołał także nową spółkę Qbit, która ma koordynować działania wszystkich spółek Polskiej Grupy Zbrojeniowej działających w cyberprzestrzeni.
– Takie jednostki są potrzebne ze względu na dzisiejsze wyzwania w cyberprzestrzeni. Cyberatak może np. doprowadzić do awarii infrastruktury krytycznej dla państwa. Tworzenie tego typu jednostek i rozwijanie ich zdolności, zarówno w tym znaczeniu defensywnym, jak i aktywnym, jest dziś kluczowe dla obronności państwa i cyberbezpieczeństwa – podkreśla Kamil Gapiński z Fundacji Bezpieczna Cyberprzestrzeń.
Pierwsza tego typu jednostka powstała w Stanach Zjednoczonych, gdzie działa w ramach nie tylko tamtejszego departamentu obrony, lecz także służb specjalnych, takich jak agencja wywiadowczych National Security Agency (NSA) czy Central Intelligence Agency (CIA). Polska struktura będzie działać w formie specjalnej jednostki wojskowej. Będzie docelowo liczyć tysiąc osób. W jej skład wejdą nie tylko żołnierze, lecz także cywilni eksperci, do tej pory związani np. z rynkiem komercyjnym. Organizacja nowej struktury ma zająć około dwóch lat.
– Zadania czy zdolności, które ma rozwijać taka jednostka ds. działania w cyberprzestrzeni, ze strony procesów ogniskują się wokół reagowania na incydenty komputerowe czy zarządzania ryzykiem, zaś ze strony technicznej wokół analizy zagrożeń, analizy złośliwego oprogramowania czy informatyki śledczej. Spektrum zadań i zdolności jest naprawdę szerokie, dotyka wielu dziedzin cyberbezpieczeństwa, również kryptologii – tłumaczy ekspert.
Na przestrzeni ostatnich lat obserwuje się wzrost świadomości, ale również wydatków na rozwiązania związane z cyberbezpieczeństwem, zarówno w sektorze prywatnym, jak i publicznym. W 2016 roku amerykański rząd przeznaczył na ten cel 28 mld dol., w kolejnych latach ta kwota ma być jeszcze wyższa. Polski rząd na powstanie armii cybernetycznej przeznaczy dwa mld zł.
Jak wynika z informacji firmy Zecurion, Rosja wydaje na funkcjonowanie swoich wojsk cybernetycznych 300 mln dol. rocznie. Jej cyberarmia składa się z ponad tysiąca osób, a ich wyszkolenie i poziom zaawansowania zaliczany jest do pierwszej piątki na świecie.
– Jednostki, które są powołane do działania w cyberprzestrzeni, czy to w strukturach cywilnych czy wojskowych, powstają na całym świecie. Takie jednostki są już zarówno w USA, Niemczech czy Rosji. W tych dwóch ostatnich krajach są również poszerzone komponenty informacji operacyjnych – mówi Kamil Gapiński.
Jednocześnie wzrasta liczba zagrożeń. Z danych firmy Symantec wynika, że w ubiegłym roku liczba ataków ransomware (blokowanie dostępu do komputera i wymuszenie okupu) wzrosła o 36 proc. Najbardziej narażone są małe firmy, które są celem 43 proc. cyberataków.
Ponad 50 proc. Polaków deklaruje wysokie lub bardzo wysokie zaufanie do przedsiębiorców rodzinnych. To zaś przekłada się na chęć zakupu oferowanych przez nich produktów lub usług – wynika z raportu Fundacji Firmy Rodzinne. Ponad 40 proc. osób jest skłonnych kupić droższy z dwóch podobnych produktów, jeśli będzie on pochodził z przedsiębiorstwa rodzinnego. Takie firmy to także atrakcyjni pracodawcy. Cieszą się dobrą reputacją, są postrzegane jako stabilne oraz lojalne wobec pracowników.
– Obecnie firmy rodzinne stanowią około 60 proc. małych i średnich przedsiębiorstw. To dobra wiadomość, bo zbliżamy się do średniej europejskiej i światowej, która wynosi ok. 66 proc. Firmy rodzinne mają pozytywny wizerunek w Polsce, również dosyć przyjazną atmosferę, tworzy się dobre otoczenie dla nich i ich funkcjonowania – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjnej Newseria Biznes Eleni Tzoka-Stecka z Fundacji Firmy Rodzinne.
Polska gospodarka w dużej mierze opiera się na firmach rodzinnych. Ich wyjątkowość polega przede wszystkim na wizji, charyzmie i pracowitości właściciela, które udzielają się również pracownikom. Takie przedsiębiorstwa są również bardziej elastyczne i szybciej reagują na zmiany w otoczeniu gospodarczym.
Jednocześnie, jak wynika z raportu „Polacy o firmach rodzinnych. Firmy zbudowane na zaufaniu”, przygotowanego przez Fundację Firmy Rodzinne, rodzinne przedsiębiorstwa są też pozytywnie postrzegane przez konsumentów, którzy są w stanie zapłacić więcej właśnie za produkt takiej firmy.
– Firmy rodzinne znajdują się w bardzo dobrym miejscu. Coraz więcej z nich deklaruje swoją rodzinność i komunikuje ją na zewnątrz. Od czterech lat co roku zwiększa się liczba konsumentów, którzy chętniej wybierają produkt pochodzący z firmy rodzinnej. Co trzeci Polak wybrałby produkt firmy rodzinnej i byłby gotów więcej za niego zapłacić, nawet o 5–10 proc. więcej, co jest znaczącą sumą – wskazuje Eleni Tzoka-Stecka.
Sklep prowadzony przez rodzinę jest zachętą do częstszych zakupów w takim miejscu. Z takim stwierdzeniem zgadza się połowa Polaków. Rodzinność producenta ma też duże znaczenie przy polecaniu produktów znajomym.
– Wizerunek firmy rodzinnej jest bardzo pozytywny. Po pierwsze, właściciel jest postrzegany jako osoba zaradna, kreatywna, przedsiębiorcza – podkreśla ekspertka Fundacji Firmy Rodzinne.
Przedsiębiorca rodzinny jest postrzegany jako profesja, która cieszy się zaufaniem ponad połowy badanych. To ponad dwukrotnie więcej niż ufających księdzu (25,2 proc.), urzędnikowi (22 proc.) czy bankierowi (23,6 proc.). Wysoki poziom zaufania sprawia, że firmy rodzinne są postrzegane jako atrakcyjni pracodawcy. Cieszą się dobrą reputacją jako stabilne oraz lojalne wobec pracowników. Polacy chętniej podjęliby następną pracę w firmie rodzinnej (24 proc.) niż w dużej korporacji (20 proc.).
– Pracodawca, jakim jest przedsiębiorca rodzinny, kojarzy się ze sprawiedliwym traktowaniem pracowników. To główna przyczyna wyboru osób poszukujących pracy, ale jest to również związane z zaufaniem, jakim cieszy się przedsiębiorca – podkreśla Eleni Tzoka-Stecka. – Firmy rodzinne kojarzą się z jakością, rzetelnością i uczciwością, to przymiotniki, na których nam najbardziej zależy
Jak wskazuje ekspertka, największą siłą firm rodzinnych jest planowanie z dużym wyprzedzeniem, w długiej perspektywie. Celem jest przekazanie firmy następnym pokoleniom.
– Właściciele takich firm są bardziej ostrożni, co bywa czasami postrzegane jako wada, ale tak naprawdę są bardziej odporni na zmiany otoczenia zewnętrznego. Ale oczywiście nie są niezniszczalni, więc podejmują decyzje z dużą uważnością – zauważa Tzoka-Stecka.
Firmy rodzinne często ostrożnie podchodzą do nowych technologii i inteligentnych rozwiązań. Bez wsłuchania się w potrzeby klientów, mimo dobrej reputacji, mogą nie poradzić sobie z konkurencją.
– Firmy rodzinne tym różnią się od dużych korporacji, że traktują swoich klientów w sposób indywidualny. To waluta tych przedsiębiorstw. Niezależnie od tego, muszą reagować na to, co dzieje się dookoła. Żyjemy w otoczeniu, w którym na wartości zyskują kompetencje cyfrowe, więc firmy muszą się digitalizować. Dobrze, żeby uczyły się korzystania z możliwości big data – wymienia Eleni Tzoka-Stecka.
Wartość rynku artykułów chemii gospodarczej szacowana jest na około 9 mld zł. Jak wynika z raportu PMR, do 2021 roku będzie on systematycznie rósł w tempie około 2 proc. rocznie. Wraz ze wzrostem sprzedaży produktów chemicznych zmieniają się też oczekiwania klientów wobec nich. Od prostych potrzeb przez pęd do perfekcji konsumenci doszli do momentu, w którym oczekują maksymalnego efektu w szybkim czasie. Producenci starają się podążać za trendami i walczą o rynek.
– 30 lat temu potrzeby konsumentów były dosyć proste. Ograniczały się w zasadzie do wykonywania drobnych napraw czy nadania przedmiotom połysku. Potrzebne były trwałe produkty, które zapewnią konkretny efekt. Na przestrzeni kolejnych 15–20 lat nastała era perfekcyjnych pań domu. Kobiety chciały dbać o wygląd, karierę, ale i dom, który miał wyglądać jak z katalogu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Justyna Kiełkowska, marketing menadżer w firmie Lakma Strefa, zajmującej się produkcją między innymi w sektorze chemii gospodarczej i budowlanej.
Jak wynika z raportu PMR „Handel detaliczny artykułami chemii gospodarczej w Polsce 2016. Analiza rynku i prognozy rozwoju na lata 2016–2021”, rynek artykułów chemii gospodarczej jest wyceniany na około 9 mld zł. Głównymi czynnikami wspierającymi wzrost tego rynku są rosnąca zamożność Polaków, wzrost wydatków na droższe i lepsze jakościowo produkty, pojawianie się na rynku innowacyjnych produktów oraz rosnący poziom wyposażenia gospodarstw domowych w nowoczesny sprzęt AGD. Według autorów raportu wszystkie te czynniki w najbliższych latach wpłyną pozytywnie na rynek, który będzie rósł ok. 2 proc. rocznie.
Zdaniem Justyny Kiełkowskiej dziś konsumenci przy zakupach chemii gospodarczej pozwalają sobie na nieco więcej luzu. Szukają takich produktów, które ułatwią życie i pozwolą osiągnąć maksymalny efekt. Jak dodaje, w konsumenckich wyborach warto stawiać na towary polskich producentów, bo zapewniają oni wysokiej jakości produkty.
– Z powodzeniem konkurują one z globalnymi koncernami. Rodzime towary wypadają w testach wykonywanych przez niezależne instytuty bardzo dobrze, a czasem wręcz najlepiej. Badania jakościowe przeprowadza między innymi warszawski Instytut Chemii Przemysłowej. Wykonuje on niezależne testy, przygotowywane w procedurze zgodnej z procesem standaryzacji określającym, jak dany produkt ma być badany – informuje Justyna Kiełkowska.
W wyborach konsumenckich najważniejszą cechą poszukiwanego produktu okazuje się być jego skuteczność. Stawiało na nią 94 procent badanych. Na dalszych miejscach wymieniano wydajność i atrakcyjną cenę.
Zdaniem ekspertki to właśnie wyróżniająca się na tle konkurencji jakość, a nie na przykład reklama, jest przewagą konkurencyjną polskich produktów i pomaga w dotarciu do jak najszerszej rzeszy odbiorców.
– Nie możemy sobie pozwolić na takie budżety marketingowe, jakimi dysponują zagraniczne koncerny. Powinniśmy przede wszystkim położyć nacisk na wszelkie atuty naszych produktów i głośno o nich komunikować. Można to osiągnąć, wyszczególniając je na opakowaniu lub organizując akcje edukacyjne, na przykład w sieciach handlowych – sugeruje Justyna Kiełkowska.
Hipermarkety i sieci drogeryjne mają największy udział w detalicznej sprzedaży produktów chemii gospodarczej. Według ekspertów PMR w najbliższych latach na pozycję lidera sprzedaży wyjdą sieci dyskontowe.