Momenty chaosu

Wczoraj nie brakowało ostrych i zaskakujących ruchów na FX, które przypomniały, że każda chwila stabilizacji może zostać brutalnie przerwana. CAD jest w kropce pod gołębiej podwyżce Banku Kanady, niechęć do USD zderza się z pozytywnymi sygnałami z rynku długu, a EUR wpadło w wir spekulacji nt. stanowiska EBC.

Zachowanie USD/CAD w okolicach decyzji Banku Kanady to kompletne szaleństwo. Na minutę PRZED decyzją kurs wyskoczył o ponad figurę, co wyglądało na błąd ludzki („fat finger”?) i całkowicie zniweczyło szanse na uporządkowaną reakcję na gołębią podwyżkę. Stopa procentowa wzrosła o 25 pb do 1,25 proc., co rynek zdążył wcześniej zdyskontować w 90 procentach. W komunikacie bank podkreślił, że sytuacja gospodarki uzasadnia dalsze podwyżki, ale wysokie zadłużenie prywatne oraz narastające obawy o przyszłość porozumienia NAFTA nakazują spowolnić tempo normalizacji. Zatem w normalnej sytuacji mielibyśmy idealne warunki dla sprzedaży faktów i osłabienia CAD. Jednak nagły skok USD/CAD z niczego wprowadził zamęt, po którym kurs wrócił do punktu wyjścia, ale trudno ocenić, gdzie teraz znajduje się punkt równowagi rynku. Osobiście jestem pozytywnie nastawiony do CAD i spodziewam się jego umocnienia w średnim terminie, ale na ten moment nie wiem, czy na rynku nie ma krótkoterminowych długich pozycji, które były trzymane z celem zamknięcia po decyzji BoC, ale wczorajsze zamieszanie wstrzymało realizację. Pozostaje obserwować.

Wczoraj wieczorem nieco szaleństwa także dotyczyło handlu na USD. EUR/USD wyrwał się na 1,2290, by kilka godzin później pikować w stronę 1,2160. Podobnie GBP/USD wystrzelił prawie półtorej figury do 1,3940, by przed północą nie było już śladu po wzrostach. Wszystko to wygląda jako kolejne próby wyrwania dolara z konsolidacji i nadania pędu kolejnej fali wyprzedaży, prawdopodobnie pod pretekstem obaw o porażkę Kongresu w kwestii przedłużenia finansowania wydatków budżetowych (deadline mija w piątek o północy). Jednak kapitał spekulacyjny nie ma wystarczającej mocy, by przeciwstawić się innym czynnikom. Kolejne podejście rentowności 10-letnich obligacji USA pod 2,60 proc. to silny sygnał fundamentalny, któremu nie oparł się USD/JPY wracający ponad 111. Częściowo jest to zaskoczenie, gdyż jednym z tematów ostatnich dni (poza rajem EUR i niechęcią do USD) było oderwanie się JPY do korelacji z rynkiem długu USA. Wczorajsze wzrosty USD/JPY sugerują, że sytuacja wraca do normy, a to może dać impuls do dalszego odreagowania.

Wracając do EUR/USD, gołębie z EBC pozostają aktywne, by stonować apetyt inwestorów na pompowanie oczekiwań dotyczących jastrzębiego zwrotu banku. Albo kolejny zryw popytu w końcu się powiedzie, albo rynek weźmie na wstrzymanie przynajmniej do czasu posiedzenia EBC w następny czwartek. Bardziej przychylam się ku drugiemu scenariuszowi, co by wskazywało cofnięcie EUR/USD bliżej 1,21.

W nocy dane z Australii rozczarowały po stronie wyższego odczytu stopy bezrobocia, ale na niewiele się to zdało w temacie wyrwania AUD spod wpływu pozytywnego sentymentu rynkowego. Chiński PKB wzrósł w IV kw. mocniej od oczekiwań (6,8 proc. vs 6,7 proc.), choć słabsza sprzedaż detaliczna za grudzień zneutralizowała pozytywny wydźwięk. Dalej w ciągu dnia mamy wnioski o zasiłek, indeks Fed z Filadelfii i dane z rynku mieszkaniowego USA – drugorzędne dane z marginalnym wpływem na dolara. Dostaniemy też komentarze od Coure i Villeroya z EBC.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Rosnące wynagrodzenia na razie bez wpływu na presję inflacyjną

Środowa sesja nie zmieniła ogólnego obrazu krajowego rynku walutowego. Kurs EURPLN nadal oscyluje w okolicach 4,17 wypatrując wyraźnego impulsu do oczekiwanego wybicia w górę. Stabilizacji złotego sprzyja brak większych zmian na rynku głównej pary walutowej.  Wycena złotego dynamicznie reaguje bowiem na zmiany notowań amerykańskiego dolara, tymczasem od kilku dni notowania EURUSD trzymają się okolicach 1,22-1,23.

W zeszłym tygodniu silne wsparcie dały wspólnej walucie grudniowe minutes wskazujące na możliwe, zgodne z planem zakończenie europejskiego planu QE już we wrześniu 2018r. Ruch wzrostowy kursu EURUSD najwyraźniej zaczął jednak niepokoić część przedstawicieli EBC. Już we wtorek bank centralny strefy euro podjął werbalną interwencję gołębimi wypowiedziami kilku monetarnych decydentów, (w tym członka Rady Prezesów EBC François Villeroy de Galhau, który nie wykluczył, że polityka EBC przez dłuższy czas pozostanie wysoce akomodacyjna), a wczoraj kontynuował ją członek EBC Ewald Nowotny. W wywiadzie udzielanym dziennikarzom powiedział, że EBC nie wyznacza celu w zakresie notowań kursu wspólnej waluty, ale monitoruje rozwój wydarzeń. Rosnące w siłę euro nie pomaga inflacji europejskiej, która pozostaje dużo poniżej celu EBC na poziomie bliskim 2,0% r/r.

W ostatnich trzech miesiącach euro umocniło się wobec dolara o cztery procent i obecnie jest ok. 4,5% powyżej poziomów założonych w grudniowych projekcjach makroekonomicznych banku. Choć euro przestało już rosnąć, na rynku brakuje jednak czynników, które spowodowałyby jego osłabienie. W USA zwiększyło się ryzyko paraliżu amerykańskiej administracji rządowej (tzw. government shutdown), za kilka dni wygaśnie bowiem tymczasowe porozumienie osiągnięte w grudniu ub., a nowego jeszcze nie ma. Do tego dolarowi nie sprzyjają też dane z USA, jakie w ostatnim czasie napłynęły na rynek (w tym wtorkowa publikacja indeksu NY Empire State, która wyraźnie rozczarowała rynek oczekujący poprawy nastrojów wśród lokalnych producentów pokazując wynik na poziomie 17,7 pkt wobec 19,0 pkt oczekiwanych). W oczekiwaniu na popołudniową publikację amerykańskiej produkcji przemysłowej kurs EURUSD pozostawał powyżej minimum tygodniowego wyznaczonego na poziomie około 1,218. Choć dane tym razem okazały się mocniejsze (w grudniu amerykańska produkcja wzrosła o 0,9% m/m zaś wykorzystanie mocy produkcyjnych znalazło się na poziomie ostatni raz widzianym w lutym 2015 r) nie zmieniły ogólnego obrazu rynku eurodolara.

Konsolidacja głównej pary walutowej stabilizuje więc notowania złotego, pomimo że krajowi inwestorzy otrzymują kolejne dobre raporty dot. polskiej gospodarki. To potwierdza obecnie silne uzależnienie kondycji polskiej waluty od zachowania dolara na szerokim rynku.

Po lepszych od oczekiwanych danych inflacyjnych dobre wyniki pokazał też rynek pracy. Przeciętne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw w grudniu 2017 r. wzrosło o 7,3% r/r, zaś zatrudnienie w przedsiębiorstwach zwiększyło się o 4,6 r/r, podczas gdy rynek (wg TR) zakładał odpowiednio: 7,2% r/r i 4,5% r/r. Pomimo wysokiego wzrostu gospodarczego, na wyraźniejsze przyspieszenie płac trzeba było czekać kilka kwartałów. Nadal jednak nie widać przełożenia rosnących wynagrodzeń na inflację. Dopóki CPI nie zacznie wyraźnie podnosić się, RPP nie zacznie schodzić z objętej gołębiej ścieżki i nie zacznie mówić o podwyżkach stóp w Polsce, co będzie nadal ciążyło złotemu.

W czwartek po południu poznamy kolejne dane z USA (m.in. nt. nowych inwestycji budowlanych, tygodniowego raportu z rynku pracy oraz indeksu Filadelfia Fed), ale nie należy oczekiwać, że zmienią one obraz rynku eurodolara. To oznacza zaś brak z tej strony impulsu dla złotego. Obecnie na rynku walutowym brakuje impulsów do większych ruchów.

dziennie

Autor: Joanna Bachert, PKO Bank Polski

Renta dożywotnia. Co nas czeka w 2018 roku?

Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM, podsumowuje ostatni rok i prognozuje w jakim kierunku może rozwinąć się rynek dożywotniego świadczenia pieniężnego.

Potencjał rynku rośnie, ale hamuje go brak regulacji

W ostatnich latach można było zaobserwować spadek liczby podpisywanych umów, choć rok 2017 to zdecydowana zmiana trendu na wzrostowy. Zainteresowanie seniorów rentą dożywotnią wciąż jest bardzo duże, ale nasza branża i sami seniorzy odczuwają brak odpowiednich regulacji, które zwiększyłyby bezpieczeństwo, zarówno klientów jak i usługodawców. Od początku naszej działalności otrzymaliśmy ponad 50 tys. zapytań, seniorzy złożyli kilkanaście tysięcy wniosków, ale łączna liczba podpisanych umów nie przekroczyła pół tysiąca. W ostatnich latach, seniorzy wykazywali się dużo większą ostrożnością, a cały rynek – łącznie z nami – czekał na ustawę o dożywotnim świadczeniu pieniężnym, która nie nadeszła. Wielu emerytów od kilku lat wstrzymuje się z decyzją. 

Rok 2018 szansą na zmiany

Dziś obserwujemy coraz większe zainteresowanie rentą dożywotnią. Tylko w pierwszych dniach stycznia złożono 15 razy więcej (1500 proc.) wniosków więcej aniżeli rok temu w analogicznym okresie. W mojej opinii rok 2018 może być przełomowy, zarówno pod kątem regulacji prawnych, jak i rozwoju całego rynku. Dlaczego? Społeczeństwo starzeje się, a sytuacja finansowa seniorów wciąż się pogarsza. Po zmianach emerytalnych, które miały miejsce w ubiegłym roku, coraz głośniej mówi się o niewydolności systemu emerytalnego. Tymczasem, jak wskazuje ostatni raport MPRiPS dotyczący sytuacji osób starszych w Polsce, aż 80 proc. seniorów posiada na własność nieruchomość i mogłoby korzystać z kapitału, który jest w niej zamrożony.

Rynek dojrzewa, zmienia się profil klienta oraz sposoby komunikacji

Rodzimy rynek renty dożywotniej, w 10 roku funkcjonowania, zaczyna dojrzewać, choć patrząc z perspektywy zagranicy – wciąż raczkuje. W ciągu tych dziesięciu lat zmieniło się podejście do renty dożywotniej, a sami seniorzy zrozumieli podstawy jej funkcjonowania. Zmienił się też profil klienta zainteresowanego usługą. Kiedyś rentą dożywotnią interesowały się osoby w wieku 65+, dziś nawet 55-latkowie. Coraz większa liczba emerytów korzysta również z Internetu. Pod koniec 2016 roku, aż 44 proc. z nich miało dostęp do sieci. Z tego powodu zmienił się również sposób dotarcia do seniorów oraz komunikacji z nimi, także tej, która dotyczy sfery edukacyjnej.

Inwestycja w nieruchomości w 2018 roku?

Rok temu analitycy rynku kapitałowego przestrzegali, że z uwagi na Brexit oraz wygraną Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich, 2017 upłynie pod znakiem braku stabilizacji. Dla Polski prognozy te się nie sprawdziły. Co więcej – pod względem aktywności transakcyjnej i inwestycyjnej w sektorze nieruchomości zeszły rok okazał się jednym najbardziej intensywnych od czasu globalnego kryzysu ekonomicznego! Czy hossa się utrzyma? Jakich inwestorów przyciągać będzie Polska? Szanse i zagrożenia dla rynku nieruchomości oceniają eksperci OPG Property Professionals.

Zeszły rok obfitował w ciekawe przetasowania, jeżeli chodzi o rynek kapitałowy na świecie. Utrzymująca się od kilku lat globalna hossa uległa załamaniu, podczas gdy na rynkach wschodzących, w tym w Polsce, zaobserwowaliśmy prawdziwą „wiosnę ludów”. Podczas gdy londyńska giełda BATS Chi-X notowała spadki w wysokości 25 procent, obroty akcjami w Warszawie, Budapeszcie czy Bukareszcie wzrosły od kilkunastu do kilkudziesięciu punktów.

Michał M. Styś Dyrektor OPG
Michał M. Styś
Dyrektor Zarządzający
OPG Orange Property Group

Co więcej, Polska, jako pierwsza gospodarka z regionu Europy Środkowo-Wschodniej, dołączyła do grupy państw dysponujących najlepszej jakości klasą aktywów według agencji indeksowej FTSE Russell. Zdaniem Michała Stysia, Dyrektora Zarządzającego OPG Property Professionals, w tych okolicznościach można zauważyć optymistyczne znaki dla sektora inwestycyjnego i deweloperskiego.

W kontekście nieruchomości, Polska jest największym i najpłynniejszym rynkiem spośród wszystkich krajów strefy CEE. W ujęciu średnioterminowym, notujemy bardzo dobry wzrost od czasów globalnego kryzysu ekonomicznego. Choć nie mamy jeszcze kompletnych danych za zeszły rok, to łączny wolumen transakcji mógł wynieść rekordowe 5 miliardów euro.

Jak podkreśla Michał Styś, rodzima gospodarka utrzymuje stabilny kurs, co nie umyka uwadze inwestorów – także tych operujących w dziedzinie nieruchomości.

Aktualnie przyglądamy się w imieniu naszych klientów możliwościom inwestycyjnym, także tym pozarynkowym, zapewniającym dochód i początkową stopę zwrotu brutto powyżej średniej rynkowej. Atrakcyjne stopy zwrotu dla najlepszej jakości aktywów na rynkach regionalnych na poziomie 5,5-6% w sektorze powierzchni handlowych i biurowych oraz 6-7% w sektorze przemysłowym i magazynowym to silna zachęta dla funduszy, inwestorów instytucjonalnych czy prywatnych inwestorów kapitałowych z Europy.

Czy inwestorzy i deweloperzy będą rozpychać się łokciami?

Nie wszystko jednak złoto, co się świeci. Analizując potencjał rynku nieruchomości w Polsce, warto przeanalizować także te czynniki, które potencjalnie spowolnią jego rozwój. A tych, zdaniem ekspertów OPG, może pojawić się kilka. Według Moniki Hryniewicz z działu wynajmu powierzchni, warto przede wszystkim zwrócić uwagę na rosnące koszty budowy.

W górę idą nie tylko ceny materiałów, ale też nakłady na robociznę. Firmom wykonawczym coraz trudniej jest pozyskać wolne ręce do pracy, co rzutuje na koszty zatrudnienia, a w konsekwencji – ceny usług budowlanych. Wyzwaniem dla inwestorów będzie także absorbcja planowanej podaży oraz efekt, jaki rosnący rynek biurowy klasy A wywrze na segment nieruchomości starszych generacji.

Jak podkreśla ekspertka, nie wszystkie czynniki hamujące rozwój nowych inwestycji muszą mieć podłoże czysto ekonomiczne.

Kurczy się liczba atrakcyjnych działek w miastach. Wartość danej parceli wiąże się już nie tylko z samą lokalizacją i dostępem do infrastruktury komunikacyjnej, ale też z najbliższym otoczeniem, jakością przestrzeni, funkcjami miastotwórczymi. To spora szansa dla inwestorów podejmujących trud rewitalizacji starych budynków.

Na poparcie swoich słów, Monika Hryniewicz podaje doświadczenia spółki z realizacji projektów biurowych TEAL OFFICE i SEPIA OFFICE w Łodzi.

Obie inwestycje powstają na terenie OFF Piotrkowska Center – niegdyś typowej, zdegradowanej przestrzeni poprzemysłowej, która dziś stanowi jeden z najbardziej wartościowych i najchętniej odwiedzanych adresów w mieście. Historia OFFa udowadnia, że okazje inwestycyjne kryją się praktycznie wszędzie. Nie wystarczy jednak po nie tylko sięgnąć, ale też wiedzieć, jak optymalnie je wykorzystać.

2018 – dobry czas na inwestycje?

Wiele wskazuje na to, że o ile rynek nieruchomości w Polsce nie zamknął roku 2017 rekordową wartością transakcji, to z całą pewnością się do tego wyniku zbliżył. Znajdujemy się na fali wznoszącej. Zdaniem ekspertów kolejne kwartały to dogodny moment, aby rozważyć ulokowanie kapitału w nieruchomości dochodowe.

Z jednej strony pozwoli to nam wykorzystać stabilny popyt na miejsce do zamieszkania i powierzchnie biurowe pod wynajem oraz relatywnie dobrą stopę kapitalizacji, a z drugiej zminimalizować wpływ zjawisk niekorzystnych – kurczącej się liczby atrakcyjnych działek w miastach, potencjalnych baniek spekulacyjnych kryjących się w kryptowalutach czy niepewności politycznej w wielu miejscach na świecie. Podczas gdy zainteresowanie tą formą inwestycji rośnie w ujęciu globalnym, Polska charakteryzuje się dziś sporym bezpieczeństwem. Zdaniem ekspertów, warto to wykorzystać.

Rekordowe wzrosty płac

Końcowe miesiące 2017 roku były dla większości menedżerów i specjalistów HR czasem ustalania budżetów na 2018 rok. Dużym wyzwaniem stało się trafne prognozowanie wzrostu płac, aby zapewnić możliwość odpowiedniej indeksacji wynagrodzeń oraz utrzymanie konkurencyjności na rynku. Czy wzrost PKB przełoży się na dynamikę zarobków osób pracujących w Polsce?

– Kontynuacja wzrostu gospodarczego oraz dobrej koniunktury zarówno na światowych rynkach, jak i w Polsce będzie się przekładać na to, że firmy nadal będą poszukiwać pracowników oraz będą oferować wyższe płace – powiedział serwisowi eNewsroom.pl Andrzej Kubisiak, szef biura prasowego Work Service – Przy rekordowo niskim poziomie bezrobocia i rosnących trudnościach rekrutacyjnych, presja płacowa po stronie pracowników będzie się wzmagać. Spodziewamy się, że średnie wynagrodzenia w przedsiębiorstwach w tym roku będą rosły w tempie 6%, a nawet 7% rok do roku. Będzie to kontynuacja trendów jeszcze końcówki 2017 roku, gdzie podobne wskazania już mogliśmy obserwować. Co ciekawe, w tym roku płace nie będą rosły tylko i wyłącznie ze względu na zwiększenie płacy minimalnej o ok. 5%. Spodziewamy się, że dynamika wzrostu będzie szybsza, a rynek będzie wyprzedzał zmiany legislacyjne – podkreślił Andrzej Kubisiak.

Pogłębia się kryzys zaufania do państwa. Potrzebne jest odbudowanie etosu służby publicznej

Pogłębia się kryzys zaufania do państwa. Potrzebne jest odbudowanie etosu służby publicznej 1

Mniej niż połowa Polaków ufa prezydentowi, premierowi czy Trybunałowi Konstytucyjnemu. Jeszcze niższy jest poziom zaufania do Sejmu, Senatu i sądów. Niski stopień zaufania dotyczy też kapitału społecznego. Aż 95 proc. przedsiębiorców jest zaniepokojonych poziomem zaufania społecznego w ich organizacjach. Polska potrzebuje etosu służby publicznej, żeby odbudować fundamentalne zaufanie do instytucji państwa – przekonuje Konrad Ciesiołkiewicz, sekretarz Komitetu Dialogu Społecznego KIG oraz współorganizator Akademii Miasta i Państwa (AMiP). Akademia jest inicjatywą, która ma budować dialog społeczny i komunikację obywatelską.

– Poziom zaufania do instytucji publicznych od wielu lat w Polsce jest niepokojąco niski, dotyczy to praktycznie wszystkich instytucji, od poziomu samorządowego po centralny. To samo dotyczy kapitału społecznego, czyli zaufania między nami wszystkimi. Ostatnie badania przeprowadzone we współpracy Komitetu Dialogu Społecznego KIG, Forum Odpowiedzialnego Biznesu oraz House of Skills pokazują, że niemal 95 proc. przedsiębiorców jest zaniepokojonych poziomem zaufania społecznego w ich organizacjach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Konrad Ciesiołkiewicz, sekretarz Komitetu Dialogu Społecznego KIG oraz współorganizator AMiP.

Z kolei badania prowadzone przez Kantar Public, IBRIS czy CBOS jednoznacznie wskazują, że nasila się kryzys do instytucji publicznych. Mniej niż połowa Polaków ufa instytucjom prezydenta, premiera, Trybunału Konstytucyjnego i Państwowej Komisji Wyborczej. Na jeszcze niższym poziomie kształtuje się zaufanie do Sejmu, Senatu, sądów i prokuratury. Nisko w badaniach zaufania znajdują się także media – zarówno państwowe, jak i prywatne.

– Jesteśmy głęboko przekonani, że etos służby publicznej realizowany może być we wszystkich możliwych miejscach. Nie trzeba być politykiem, żeby kierować się etosem służby publicznej, można pracować w małym przedsiębiorstwie, w korporacji, być dziennikarzem, pracować w organizacjach pozarządowych czy być urzędnikiem. Wszyscy dzisiaj potrzebujemy etosu służby publicznej, żeby odbudować podstawowe zaufanie do instytucji państwa – podkreśla Konrad Ciesiołkiewicz.

Potrzeba odbudowania etosu służby publicznej, nauka dialogu oraz budowa kapitału społecznego to główne cele Akademii Miasta i Państwa, projektu, który zainicjował Komitet Dialogu Społecznego KIG we współpracy z think tankiem Laboratorium Więzi.

– Umiejętność prowadzenia dialogu społecznego to kompetencja, którą można nabyć i doskonalić, to właśnie jest misja Akademii Miasta i Państwa. Właśnie wystartowała rekrutacja osób zainteresowanych udziałem w AMiP, która trwa do 20 lutego 2018 r. – dodaje Magdalena Bigaj, dyrektor Akademii Miasta i Państwa.

Program akademii składa się z dziewięciu sesji edukacyjnych. W trakcie zajęć będą omawiane aspekty prawne i wolnościowe, podział władz, relacje państwo–kościół i związki wyznaniowe, media, finanse publiczne, polityka zagraniczna i funkcjonowanie rynków finansowych. Warsztaty poprowadzą znakomici eksperci – Maciej Witucki, Zbigniew Derdziuk, Elżbieta Hibner, Mirosława Boryczka, Paweł Kowal, mec. Paweł Kuglarz, mec. Magdalena Dulińska, Zbigniew Nosowski, prof. Michał Królikowski, mec. Wojciech Dziomdziora, Ernest Pytlarczyk.

– Wartością akademii jest wiedza przekazywana podczas sesji oraz ogromny potencjał wymiany doświadczeń osób, które będą miały okazję się tam poznać i wzajemnie inspirować. Zależy nam, by uczestnicy projektu na koniec potrafili wiedzę zdobytą podczas akademii przełożyć na język dialogu społecznego i skuteczniej działać w swoim środowisku. Poszukujemy młodych, aktywnych osób, którym sprawy publiczne nie są obojętne i które chcą się rozwijać – przekonuje Magdalena Bigaj

Do Akademii Miasta i Państwa można zgłaszać się do 20 lutego, rekrutacja odbywa się poprzez stronę www.amip.pl. Zajęcia ruszają 8 marca i potrwają do końca czerwca.

Prezydent: zastąpienie aut spalinowych zapewni czystsze powietrze. Powinniśmy w tym kierunku podążać

Prezydent: zastąpienie aut spalinowych zapewni czystsze powietrze. Powinniśmy w tym kierunku podążać 2

W największych miastach za ponad 60 proc. zanieczyszczeń powietrza odpowiada transport. Toksyczne są zwłaszcza spaliny z silników diesla. Przyjęta właśnie przez Sejm ustawa o elektromobilności dzięki systemowi zachęt ma skłonić firmy i kierowców do zakupu aut z napędem elektrycznym. Te jednak, ze względu na cenę, są mało popularne. Rozwiązaniem są samochody hybrydowe, zwłaszcza że cenowo są już teraz konkurencyjne dla konwencjonalnych pojazdów. Nie zostały jednak ujęte w przyjętej ustawie.

– Jeżeli przejdziemy na elektromobilność, jeżeli będziemy w stanie w istotnym stopniu zastąpić dzisiejsze samochody, z napędem, który dziś w zdecydowanym stopniu jeszcze cały czas przeważa, a więc benzyna czy ON, będziemy w stanie zapewnić czystsze powietrze – powiedział podczas debaty nt. elektromobilności Andrzej Duda, Prezydent RP. – Mówiąc dziś o elektromobilności, mówimy o środowisku, o czystym powietrzu, o tym co dzisiaj niezwykle dotyka mieszkańców wielu polskich miast, a mianowicie zanieczyszczenie powietrza i smog – dodał.

Najważniejszą przyczyną zanieczyszczenia powietrza jest wysoka emisja. Raport Najwyższej Izby Kontroli „Ochrona powietrza przed zanieczyszczeniami” wskazuje, że odpowiada ona za ok. 90 proc. zanieczyszczeń, a 7 proc. generuje komunikacja. W największych miastach za ponad 60 proc. zanieczyszczeń odpowiada transport. Światowa Organizacja Zdrowia uznała spaliny oleju napędowego za równie szkodliwe dla zdrowia ludzi, co azbest, arsen czy gaz musztardowy i zakwalifikowała do najwyższej kategorii substancji rakotwórczych. Według ekspertów spaliny z silników diesla są bezpośrednią przyczyną nowotworu płuc.

– Mamy do czynienia ciągle ze smogiem, wszechogarniający smog, pierwszy raz od wielu lat mamy sytuację, że nie możemy wyjść z domu. Oczywiście częścią tego smogu są zanieczyszczenia z samochodów. WHO ostatnio w swoim raporcie zakwalifikowała spaliny diesla to tej samej grupy substancji szkodliwych co dym z papierosów, nie powinniśmy wozić dzieci samochodami, które emitują tak szkodliwe substancje – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jacek Pawlak, prezes Toyota Motor Poland.

Obecnie pojazdami, które pozwalają zmniejszyć emisję, a jednocześnie są szeroko dostępne dla klientów, są samochody hybrydowe. Po drogach jeździ blisko 10 mln samochodów hybrydowych wyprodukowanych przez Toyotę. W 2016 roku sprzedanych w Europie zostało blisko 930 tys. aut tej marki (wzrost o 6 proc.), z czego 295 tys. to samochody hybrydowe (41 proc. wzrost rdr.). Auta z tym napędem stanowiły więc ok. 30 proc. wszystkich nowych pojazdów, które opuściły salony Toyoty i Lexusa, podczas gdy jeszcze w 2015 roku w napęd hybrydowy było wyposażone co czwarte auto. Koncern chce, by do 2020 roku udział ten wzrósł do 50 proc.

– Norma Euro 6.2, norma CAFE, które niedługo wejdą w życie spowodują, że w samochodach z silnikami konwencjonalnymi będziemy musieli zastosować dużo bardziej skomplikowane konstrukcje, także dodatkowe filtry oprócz filtrów DPF. To oznacza, że samochody z silnikami konwencjonalnymi będą droższe, prawdopodobnie 600-800 euro na samochód. Produkcję napędów hybrydowych przenosimy do Polski, hybrydy dzięki temu będą coraz tańsze, a skoro już dziś są w cenie aut z silnikami konwencjonalnymi, staną się coraz bardziej popularne, tym bardziej że są dużo czystsze i pomagają uniknąć smogu – zaznacza Jacek Pawlak.

Jak podkreśla prezes Toyoty, hybrydy są całkowicie bezobsługowe, nie wymagają częstych serwisów, są oszczędne i bezawaryjne. Łączą zalety pojazdów elektrycznych i spalinowych: połowa mocy całego układu to moc silnika elektrycznego, to zaś pozwala znacznie zmniejszyć szkodliwą emisję. Przyszłością są samochody elektryczne, zwłaszcza te napędzane wodorem, jednak zdaniem ekspertów, to rozwiązanie które może zrewolucjonizować rynek w ciągu kilku lat. Problemem obecnie jest brak koniecznej infrastruktury,

– Ze względu na cenę takiego samochodu, brak infrastruktury do ładowania i zasięg, hasło milion samochodów elektrycznych w 2025 roku może być ciężkie do zrealizowania. Pytanie, czy nie powinno być zmienione na milion czystszych samochodów. Jeśli spojrzymy na kraje Europy Zachodniej, gdzie wszędzie te zakupy idą dopiero po wprowadzeniu realnych zachęt finansowych, nie darmowe parkowanie czy darmowe buspasy, ale dopłaty ze strony rządów, to widać tendencję odchodzenia od diesli na rzecz samochodów benzynowych, hybrydowych i dopiero na samym końcu samochodów elektrycznych – ocenia Adrian Furgalski, wiceprezes zarządu Zespołu Doradców Gospodarczych TOR.

Przyjęta przez Sejm ustawa o elektromobilności dzięki systemowi zachęt ma skłonić firmy i kierowców  do zakupu aut z napędem elektrycznym. Ambitny plan rządu zakłada, że w 2025 roku po ulicach będzie jeździć milion takich samochodów. Pojazdy hybrydowe nie zostały natomiast uwzględnione przez rząd i posłów w katalogu pojazdów, które będzie można kupować i użytkować na preferencyjnych warunkach. Wydzielono co prawda hybrydy jako osobną kategorię, ale dotyczy to wyłącznie aut plug-in, czyli z możliwością ładowania ze źródła zewnętrznego. Tymczasem to właśnie samochody hybrydowe w perspektywie najbliższych trzech lat będą najłatwiej dostępną alternatywą dla pojazdów spalinowych.

– Boję się, że dla rządu te hybrydy mogą być wyrzutem sumienia i być może spieszymy się z ustawą, żeby nie mieć żadnych kar ze strony UE, ale skoro ona zostanie przyjęta, to będziemy mieć czas żeby popracować nad jej mankamentami, a największym jest nieuwzględnienie samochodów hybrydowych – podkreśla Adrian Furgalski.

– Ustawa na pewno będzie doszlifowywana, doprecyzowana. Jestem pewien, że wtedy także znajdą się w niej auta hybrydowe – przekonuje prezes Toyota Motor Poland.

Większa obecność kobiet w biznesie to wyższe zyski dla firm. Mimo to w Polsce wciąż kobietom jest trudniej na rynku pracy

Większa obecność kobiet w biznesie to wyższe zyski dla firm. Mimo to w Polsce wciąż kobietom jest trudniej na rynku pracy 3

Przedsiębiorstwa, które zatrudniają i kobiety, i mężczyzn, osiągają o 15 proc. wyższe przychody, a te zatrudniające przedstawicieli różnych narodowości – nawet o 35 proc. – wynika z raportu McKinsey. W Polsce, choć odsetek pań zajmujących kierownicze stanowiska rośnie, to wciąż jest im na rynku pracy trudniej ze względu na pełnione role społeczne, obowiązki rodzinne i panujące stereotypy. Luka płacowa w zarobkach kobiet i mężczyzn sięga w naszym kraju blisko 20 proc. W promowaniu działań na rzecz równości płci i wspierania kobiet w biznesie pomóc ma australijski program Male Champion of Change. Działalność pierwszego klubu Male Champions of Change w Polsce została właśnie zainaugurowana.

– Wykorzystanie talentów zarówno kobiet, jak i mężczyzn opłaca się i firmom, bo buduje ich przewagi konkurencyjne, i gospodarkom. To nie podlega dyskusji – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Olga Kozierowska, współzałożycielka Fundacji Sukcesu Pisanego Szminką.

Jak wynika z raportu Deloitte „Women in the Boardroom: A Global Perspective”, odsetek członkiń zarządów na całym świecie wynosi zaledwie 15 proc. Jeśli chodzi o Europę wskaźnik ten wynosi 22,6 proc. Najlepiej w rankingu uplasowała się Norwegia, gdzie kobiety stanowią 42 proc. w zarządach firm.

Raport „Diversity Matters”, opracowany przez McKinsey, wskazuje zaś, że firmy, które zatrudniają zarówno kobiety, jak i mężczyzn, notują o 15 proc. większe przychody niż wynosi średnia, a te, w których są zespoły złożone z przedstawicieli różnych narodowości – nawet o 35 proc. wyższe. Warunkiem jest jednak odpowiednie zarządzanie różnorodnością, a w Polsce jest to wciąż głównie teoria.

– Polskie firmy różnie radzą sobie z zarządzaniem różnorodnością – zależy to od wielkości przedsiębiorstwa i świadomości osoby, która nim zarządza. W firmach, które mają korzenie w USA czy Skandynawii, świadomość jest o wiele większa. Istnieją w nich działy tzw. diversity management i bardzo dużo robi się w tym obszarze – przekonuje Olga Kozierowska.

W Polsce, jak wynika z badania „Barometr Różnorodności”, przeprowadzonego przez Konfederację Lewiatan, tylko co czwarta firma ma przygotowaną strategię zarządzania różnorodnością. Podobna grupa przedsiębiorstw prowadzi programy dla różnych grup mniejszości, a nieco ponad 30 proc. monitoruje wynagrodzenia w różnych grupach społecznych.

Na różnorodność pracowników, również pod względem płci, stawiają dziś przede wszystkim duże korporacje. To one pierwsze dostrzegły, że zatrudnianie kobiet pozytywnie przekłada się zarówno na styl zarządzania, jak i wewnętrzne relacje w firmie.

– Ponad 60 proc. kobiet w Polsce ma wykształcenie wyższe. Dzięki temu, że muszą godzić rolę zawodową oraz rolę matki i opiekunki, są świetnie zorganizowane i bardziej odporne na stres. Firmy wiedzą, że opłaca im się inwestować w rozwój kobiet poprzez specjalne programy mentoringowe, coachingowe albo szkoleniowe. Dzięki temu mogą one awansować i zarządzać na różnych szczeblach w firmie i w różnych obszarach biznesowych –podkreśla Kamila Kaliszyk, dyrektor ds. rozwoju rynku w polskim oddziale MasterCard.

Coraz więcej największych firm prowadzi otwartą politykę kadrową, uwzględniającą inny rozwój kariery u kobiet, ułatwiającą łączenie życia zawodowego i rodzinnego oraz opiekę nad dzieckiem. Przykładowo, w polskim oddziale Microsoft w 2007 roku ruszył program Working Parent, który ma na celu pomóc pracownikom – kobietom i mężczyznom – godzić obowiązki rodzinne ze służbowymi.

– Ponad 70 proc. naszych pracowników stanowią kobiety. Jak na tym zyskujemy? Mamy przede wszystkim dostęp do większej puli talentów. Staramy się również, żeby kobiety, które mogą poświęcić tylko część swojego czasu pracy lub pracować w określonych godzinach, miały taką możliwość. Dzięki temu kobiety bardzo chętnie u nas pracują – mówi Piotr Dziwok, Prezes Zarządu Shell Polska.

W Polsce wciąż jednak kobiety są słabo reprezentowane w niektórych zawodach, przede wszystkim technicznych i informatycznych. Nie jest to kwestia braku kompetencji, a raczej uprzedzeń i stereotypów. Promowaniem działań na rzecz równości płci będzie zajmować się klub Male Champions of Change, który właśnie powstał w Polsce. Został on zapoczątkowany osiem lat temu w Australii.

– W tym czasie w podejściu do różnorodności w australijskich firmach nastąpiła pewna rewolucja. Większość menadżerów już zdaje sobie sprawę z tego, że firmy mają lepsze wyniki, jeśli pracuje w nich więcej kobiet na kluczowych kierowniczych pozycjach. Oczywiście, ta zmiana nie przyszła od razu, trzeba było nad nią popracować, a jedną z ważnych inicjatyw, która się do tego przyczyniła, był właśnie program Male Champions of Change – mówi Paul Wojciechowski, ambasador Australii w Polsce.

W Australii mocno podkreślano również, że system pracy i ścieżki kariery powinny uwzględniać przerwy macierzyńskie i łączenie pracy z opieką nad dzieckiem. Istotnym elementem zmian było też włączenie się firm w przeciwdziałanie przemocy domowej i rodzinnej. Przez zwolnienia lekarskie kobiet z powodu aktów przemocy firmy traciły rocznie miliony dolarów.

– Wiemy, że nadal mamy pewne bariery i problemy w organizacjach, które wynikają z tego, że zawsze robiliśmy coś w określony sposób, że mamy pewne przyzwyczajenia w zakresie stylu pracy czy elastyczności, które teraz jednak trzeba zmieniać. Wiele firm, które mają bardzo dobre wyniki, są przygotowane na to, żeby wprowadzić zaawansowaną elastyczność pracy, co pomaga szczególnie kobietom – przekonuje Paul Wojciechowski.

– Wzorem Australii będziemy poprzez zaangażowanie mężczyzn wzmacniać politykę różnorodności i pokazywać, że talenty kobiet wykorzystane na wysokich stanowiskach dają obu stronom wyłącznie zyski – tłumaczy Olga Kozierowska. – Do tej pory to kobiety dyskutowały na ten temat, a teraz chcemy to zmienić. Chcemy, by to właśnie mężczyźni zastanowili się, w jaki sposób inwestować, żeby wykorzystać talenty kobiet.

Ponad 90 proc. Polaków kupuje krajowe produkty. Chętnie sięgają po polską żywność, kosmetyki i odzież

Ponad 90 proc. Polaków kupuje krajowe produkty. Chętnie sięgają po polską żywność, kosmetyki i odzież 4

Jakość, cena i pochodzenie produktu to najważniejsze kryteria, jakimi kierują się Polacy podczas zakupów. Ponad 80 proc. osób zwraca uwagę na kraj pochodzenia produktu, a 90 proc., jeśli ma możliwość wyboru, kupuje produkty polskie – wynika z badania „Decyzje zakupowe Polaków” przeprowadzonego na zlecenie Fundacji Polskiego Godła Promocyjnego. Na wzrost sprzedaży wpływa więc odpowiednie oznakowanie produktów, m.in. Godłem „Teraz Polska”. Z badań wynika, że dzięki niemu w branży FMCG wzrosty sięgają nawet 30 proc.

– Polacy powoli zmieniają swoje decyzje zakupowe. Coraz częściej zwracają uwagę na jakość produktu i usługi. Na kolejnych miejscach jest cena i co pojawiło się po raz pierwszy, ale za to bardzo mocno, również kwestia kraju pochodzenia, czyli polskości – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Przybył, prezes zarządu Fundacji Polskiego Godła Promocyjnego „Teraz Polska”.

Z badania „Decyzje zakupowe Polaków” przeprowadzonego przez ASM – Centrum Badań i Analiz Rynku na zlecenie Fundacji Polskiego Godła Promocyjnego wynika, że jakość i cena to najważniejsze wskaźniki, jakimi kierujemy się podczas zakupów. Wskazało na nie odpowiednio 73 i 65 proc. osób. Blisko 9 na 10 badanych podkreśla, że są gotowi zapłacić więcej za wysokojakościowe produkty.

Ponad 80 proc. respondentów odpowiedziało twierdząco na pytanie, czy zwracają uwagę na kraj pochodzenia produktu podczas codziennych zakupów. Jeszcze większy odsetek podkreśla, że mając do wyboru polskie i zagraniczne produkty z danej kategorii, wybierze te pierwsze.

 Dzisiaj zdecydowana większość społeczeństwa – co wiąże się na pewno również z elementem edukacji i bogacenia się społeczeństwa – zwraca uwagę na to, skąd pochodzi produkt. Coraz więcej produktów polskich wypiera te zagraniczne, zarówno w branży budowlanej, spożywczej, jak i w branży kosmetycznej, chemicznej, odzieżowej. Mamy coraz więcej produktów, z którymi Polacy sięgają po największe laury w Europie czy na świecie – przekonuje Przybył.

Polacy wiedzą, że decyzja o zakupie rzeczy produkowanych w kraju i z polskich surowców przekłada się na gospodarkę.

Dzięki temu, że kupujemy polskie produkty, podnosimy PKB – to najprostszy wyznacznik. Jeśli kupujemy polskie produkty, dajemy pracę polskim pracownikom w polskich firmach, podatki są płacone w Polsce, dzięki temu bogaci się cały kraj. To machina wzajemnie się napędzająca – tłumaczy Krzysztof Przybył.

Kluczowe dla sprzedaży artykułów polskiej produkcji jest wyraźne oznakowanie kraju pochodzenia. Temu służyć ma Godło „Teraz Polska”.

 „Teraz Polska” to znak, który wpływa na zwiększenie sprzedaży. Dynamika wzrostu zależy od branży. W przypadku firm FMCG może sięgać nawet 30 proc. Inaczej sprawa wygląda w przypadku dóbr mniej masowych. Jednak laureaci podkreślają, że wzrosty są zauważalne. Znak „Teraz Polska” to narzędzie, które służy wykreowaniu pozytywnego wizerunku firmy, wpływające na to, jak klienci patrzą na ofertę danej firmy, i budujące przewagę konkurencyjną – wyjaśnia Michał Lipiński, dyrektor konkursu „Teraz Polska”.

Godło „Teraz Polska” jest odbierane przez konsumentów jako znak potwierdzający polskie pochodzenie (98 proc.) i stabilną jakość (96 proc.). Niewiele mniej osób uważa, że znak ten wpływa na rozpoznawalność produktu (94 proc.) i prestiż (70 proc.).

Godło „Teraz Polska” od prawie 30 lat firmuje najlepsze polskie produkty i usługi. Zanim firma zdobędzie znak „Teraz Polska”, musi zgłosić do konkursu produkt bądź usługę, a te są następnie poddawane wnikliwej ocenie ekspertów z instytutów badawczych, ewentualnie z wyższych uczelni, których zadaniem jest ocena weryfikacyjna produktu i wykazanie, że rzeczywiście to, co jest napisane w materiale przez firmę, ma potwierdzenie w rzeczywistości – podkreśla Michał Lipiński.

Znak promocyjny „Teraz Polska” jest przyznawany w drodze konkursu, którego 28. edycja właśnie się rozpoczęła. Jak ocenia Lipiński, Godło otrzymuje co czwarta firma, która zgłasza się do konkursu.

– Konkurs „Teraz Polska” jest adresowany do wszystkich firm prowadzących działalność gospodarczą, zarówno małych, rodzinnych, działających lokalnie, jak i dużych przedsiębiorstw oferujących swoje produkty i usługi na arenie międzynarodowej. Wielkość firmy nie ma znaczenia, podobnie jak wielkość jej kapitału czy skala działania. Głównym kryterium oceny w konkursie jest jakość, innowacyjność i satysfakcja klienta – wskazuje dyrektor konkursu „Teraz Polska”.

Zgłoszenia do konkursu będą przyjmowane do 2 lutego 2018 roku.

– Aby wziąć udział w konkursie, należy najpierw zarejestrować taką chęć. Następnie odsyłamy do każdej firmy ankietę weryfikacyjną i w oparciu o nią należy przygotować opis produktu lub usługi, która jest zgłaszana do konkursu. My takie materiały przekazujemy ekspertom, którzy przez kolejne dwa miesiące dokonują oceny weryfikacyjnej – przypomina Michał Lipiński.

Laureatów tegorocznej edycji konkursu poznamy 18 czerwca.

Autonomiczne roboty mobilne zwiększą wydajność pracy w przedsiębiorstwach. Maszyny produkowane w Polsce wśród najlepszych na świecie

Autonomiczne roboty mobilne zwiększą wydajność pracy w przedsiębiorstwach. Maszyny produkowane w Polsce wśród najlepszych na świecie 5

Dopracowana autonomia robotów, stworzona w oparciu o zaawansowane czujniki laserowe, zapewnia bezkolizyjne funkcjonowanie w przestrzeni publicznej. Autonomiczne roboty mobilne mogą zwiększyć wydajność pracy w różnego rodzaju zakładach, między innymi w magazynach i firmach sprzątających. Roboty polskiej produkcji mają szansę znaleźć zastosowanie w przemyśle na całym świecie. 

Roboty wyręczają nas w coraz większej liczbie czynności, a swoje zastosowanie znajdują w kolejnych gałęziach przemysłu. Autonomiczne roboty mobilne w celu wykonania zaprogramowanych zadań są zdolne do bezkolizyjnego przemieszczania się bez ingerencji operatora. Tworzeniem tego typu maszyn zajmuje się polska firma United Robots. Roboty takie są zdolne do poruszania się zarówno w przestrzeni publicznej, jak i w zakładach przemysłowych.

– Nasze roboty potrafią się w pełni poruszać w przestrzeniach publicznych, do których mają dostęp ludzie. Mogą też wykonywać różnego rodzaju zadania, od transportu towaru z jednego punktu do drugiego, poprzez sprzątanie czy nadzór, a więc wszelkiego rodzaju czynności, które są powtarzalne. Nasze rozwiązania autonomii mogą usprawnić pracę firm, zwiększyć wydajność i rentowność procesów oraz pomóc w przyspieszeniu realizacji tych procesów –mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Dariusz Mańkowski, prezes United Robots.

Roboty tworzone przez polską firmę cechują się autonomią odpowiadającą najwyższym światowym standardom. Dzieje się tak dzięki zastosowaniu do ich budowy zaawansowanej technologii laserowej. Autonomia cechuje się wysokim stopniem przystosowalności. Oznacza to, że bez większych problemów można ją zaimplementować do różnych zastosowań, nie tylko do robotów miejskich czy magazynowych.

– Wykorzystujemy bardzo zaawansowane czujniki laserowe. Łączymy różną sensorykę i dzięki temu mamy pełną autonomię w skali światowej. Nasze roboty są w stanie omijać przeszkody, analizować otoczenie i poruszać się w pełni autonomicznie w przestrzeni dostępnej dla ludzi, przy zachowaniu norm bezpieczeństwa – przekonuje prezes firmy.

Zgodnie z prognozami Instytutu Gartnera w 2018 roku 3 mln pracowników na całym świecie będzie wspieranych przez roboty. Do 2025 roku maszyny zastąpią 1/3 pracowników. Przewidywania pracowników uniwersytetu w Oksfordzie zakładają, że do 2034 roku przestanie istnieć niemal połowa współczesnych zawodów. Eksperci uspokajają jednak, że automatyzacja przyczyni się do wzrostu zamożności społeczeństw, a dzięki pracy robotów, ludzie będą mogli korzystać na przykład z dochodu gwarantowanego wypracowanego przez nie.

Jak wynika z szacowań firmy badawczej IDC światowy rynek robotyki i związanych z nią usług będzie rosnąć do 2019 roku w tempie 17 proc. rocznie i osiągnie wartość 155 mld dol.