Rusza proces umarzania subwencji z Tarczy PFR. Kto może na nie liczyć, na co trzeba uważać?

Już 29 kwietnia rozpocznie się proces umarzania subwencji przyznanych na mocy Tarczy 1.0 Polskiego Funduszu Rozwoju. Każdy przedsiębiorca, który otrzymał wsparcie, będzie mógł o to wnioskować w ciągu 10 dni roboczych, licząc od dnia w którym upłynął rok od uzyskania środków. Przedsiębiorcy muszą pamiętać, że po podpisaniu i wysyłce wniosku nie będzie już możliwości odwołania się od przyznanej kwoty zwrotu subwencji na kolejnych etapach postępowania.

Wniosek o umorzenie będzie dostępny w ramach bankowości elektronicznej banku, za pośrednictwem którego przedsiębiorca zawarł umowę otrzymania subwencji. – Do złożenia wniosku będzie wymagane, aby przedsiębiorca nadal posiadał aktywną relację z tym bankiem. Dlatego PFR zaleca, aby np. kończące się umowy prowadzenia rachunku odnowić nie później niż w ostatnim dniu przewidzianym na złożenie wniosku – tłumaczy Piotr Juszczyk, doradca podatkowy w firmie inFakt.

Proces umorzenia będzie mógł uruchomić albo sam przedsiębiorca, albo osoba działająca w jego imieniu. Jeśli odbywa się to na podstawie pełnomocnictwa, to w razie kontroli ze strony PFR konieczne będzie przedstawienie stosownego dokumentu.

Eksperci inFakt wyjaśniają, jak krok po kroku wygląda proces umarzania subwencji

  1. Bank, za pośrednictwem którego podpisano umowę w ramach tarczy PFR 1.0, udostępni w swoim serwisie elektronicznym wstępną informację o wysokości zwrotu subwencji, a także częściowo już wypełniony formularz oświadczenia o rozliczeniu. Brakujące dane trzeba wprowadzić samodzielnie. Wniosek będzie następnie udostępniony w bankowej skrzynce pocztowej – najpóźniej dzień przed pierwszym możliwym dniem jego złożenia. Możliwość edycji i wysyłki dokumentu pojawi się dopiero w dniu, kiedy złożenie wniosku będzie już możliwe.
  2. Dane, które trzeba uzupełnić samodzielnie, to: oświadczenie o wysokości straty na sprzedaży (dla małych i średnich przedsiębiorców); oświadczenie o spadku przychodów ze sprzedaży (dla starających się o umorzenie 100%) i inne, jak np. oświadczenie o odpowiedzialności karnej, przeniesieniu rezydencji podatkowej lub przekształceniu. Pozostałe dane zostaną pobrane z rejestrów publicznych, takich jak Zakład Ubezpieczeń Społecznych czy Krajowa Administracja Skarbowa.
  3. Należy dokładnie zapoznać się z wnioskiem oraz zaproponowaną przez PFR kwotą umorzenia. Podpisanie i wysyłka dokumentu oznaczają, że przedsiębiorca zgadza się na proponowane warunki. Od tego nie ma już odwołania, a przyznana kwota nie będzie podlegała zakwestionowaniu na późniejszych etapach postępowania.
  4. Następnie trzeba zweryfikować czy wprowadzone dane są poprawne. Warto też zapisać wniosek w wersji cyfrowej lub wydrukować. PFR zaleca, aby wszelkie rozbieżności w danych wyjaśnić w odpowiednich urzędach jeszcze przed wysłaniem wniosku.
  5. Kolejny krok to podpisanie i wysyłka wniosku za pomocą systemu autoryzacji banku. Następnie PFR zweryfikuje dane zawarte w dokumentach, porównując je z tymi w rejestrach ZUS, Ministerstwa Finansów, KAS, KRS, CEIDG, GUS.
  6. W ostatnim kroku PFR podejmuje jedną z wymienionych poniżej decyzji.

Możliwość 1: Częściowe umorzenie subwencji do 75% (pozostałą część należy zwrócić)

Aby je uzyskać, małe i średnie firmy muszą spełnić następujące warunki składowe:

  • 0% do 25% – w zależności od utrzymania skali zatrudnienia (procent umorzonej kwoty zmniejsza się proporcjonalnie do zmniejszenia zatrudnienia);
  • 25% – pod warunkiem prowadzenia działalności gospodarczej przez 12 miesięcy od dnia otrzymania subwencji;
  • 0% do 25% – w zależności od wykazanej skumulowanej straty gotówkowej.

Z kolei warunki umorzenia dla mikrofirm są następujące:

  • 25% – pod warunkiem prowadzenia działalności gospodarczej przez 12 miesięcy od dnia otrzymania subwencji;
  • 0% do 50% – w zależności od utrzymania skali zatrudnienia (procent umorzonej kwoty zmniejsza się proporcjonalnie do zmniejszenia zatrudnienia).

Możliwość 2: Pełne umorzenie subwencji

To rozwiązanie przysługuje przedsiębiorcom, którzy spełnili wyżej wymienione warunki dla częściowego umorzenia subwencji oraz posiadają przynajmniej jeden kod PKD spośród zamieszczonych na liście dołączonej do rozporządzenia. Co ważne, nie musi to być przeważający kod PKD.

Możliwość 3: Odmowa umorzenia subwencji – zwrot całości środków do PFR

Z taką decyzją muszą się liczyć przedsiębiorcy, którzy nie dotrzymali warunków otrzymania subwencji, a więc na przykład wydawali środki na cele wyłączone z finansowania w regulaminie PFR. Od dnia otrzymania decyzji odmownej przedsiębiorca ma 14 dni na zwrot całości subwencji.

Możliwość 4: Decyzja o zidentyfikowaniu okoliczności, które uniemożliwiają ustalenie wysokości subwencji finansowej podlegającej zwrotowi

W takiej sytuacji zostanie uruchomione postępowanie wyjaśniające. W jego trakcie przedsiębiorca będzie miał prawo złożyć dodatkowe dokumenty i oświadczenia. PFR poinformuje go o powodach, które sprawiły, że ustalenie wysokości zwrotu było niemożliwe. Ostateczna decyzja zostanie wydana do 6 miesięcy od dnia udostępnienia pierwotnej decyzji. W szczególnych przypadkach ten okres może zostać przedłużony, o czym przedsiębiorca zostanie poinformowany.

Kiedy decyzje, kiedy zwroty?

Przedsiębiorca otrzyma decyzję od PFR w ciągu 15 dni roboczych liczonych od ostatniego dnia, w którym mógł złożyć wniosek. Zwrot części nieumorzonej rozpocznie się po upływie 13 miesięcy kalendarzowych, licząc od pierwszego dnia pełnego miesiąca kalendarzowego następującego po miesiącu, w którym wypłacono przedsiębiorcy subwencję finansową. Beneficjent będzie miał na spłatę 24 miesiące.

Legalizacja zatrudnienia cudzoziemców. Jak nie stracić pracownika, gdy zniesione zostaną ustawy covidowe?

Przepisy wprowadzone przez rząd na czas epidemii uprościły procedurę legalizującą pobyt i zatrudnienie obcokrajowców Polsce. Jednak po ogłoszeniu zakończenia tego stanu, pracodawcy będą mieli tylko 30 dni na przedłużenie ważności pozwoleń dla swoich pracowników. Po zwiększeniu tempa szczepień przez rząd, w najbliższych miesiącach można się spodziewać  odmrażania gospodarki oraz powrotu do przepisów sprzed epidemii.  A wtedy rozpocznie się wyścig o legalizację dokumentów pracowniczych. Jak nie przegrać w tym wyścigu?

Na czas epidemii wprowadzono w Polsce przepisy upraszczające procedurę legalizacyjną pobytu i zatrudnienia obcokrajowców spoza UE i EOG. Tzw. ustawy covidowe, uchwalone na przełomie marca i maja 2020 r., automatycznie przedłużają do 30 dni po ogłoszeniu zakończenia stanu zagrożenia epidemicznego ważność pozwoleń na pracę i pobyt cudzoziemców. Dzięki temu, pracujący u nas obcokrajowcy i ich pracodawcy nie muszą martwić się o zezwolenia. Jednak ten stan nie będzie trwał wiecznie. Zwiększa się tempo szczepień. Do tej pory zaszczepionych pierwszą dawką szczepionki zostało ponad 10 mln. osób. Według szacunków rządu, cała dorosła populacja Polaków, którzy zgłosili chęć szczepienia, powinna być zaszczepiona do końca czerwca br., a w okresie wakacji powinniśmy osiągnąć w Polsce odporność populacyjną. To daje nadzieję na dalsze luzowanie obostrzeń i finalnie zniesienie stanu zagrożenia epidemicznego w ciągu najbliższych miesięcy.

WYŚCIG Z CZASEM

Obecnie, legalnie pracuje w Polsce 725 tys. obcokrajowców, z czego 457 tys. ma karty pobytu[1]. Tak więc 268 tys. pracuje na podstawie oświadczeń lub zezwoleń na pracę, przebywa na podstawie wiz i pobytów bezwizowych, które należy regularnie odnawiać. Według szacunków agencji zatrudnienia Trenkwalder, z puli 268 tys. obcokrajowców zatrudnionych w Polsce, 35% czyli ok. 90 tys. cudzoziemców pracuje nadal tylko na podstawie ustaw covidowych.

– „Z chwilą odwołania stanu zagrożenia epidemicznego, w kolejce do urzędów o przedłużenie dokumentacji ustawi się ok. 90 tys. osób. Na załatwienie formalności będzie tylko 30 dni. Pracodawcy, którzy będą czekać do ostatniej chwili z uaktualnieniem dokumentów legalizacyjnych mogą zwyczajnie nie zdążyć, bo urzędy po prostu nie będą w stanie wydać tylu pozwoleń w tak krótkim czasie. Dlatego warto już teraz pomyśleć o przedłużeniu legalizacji pracy i pobytu dla swoich pracowników.”mówi Daniel Sola, Dyrektor Projektów Międzynarodowych, agencji zatrudnienia Trenkwalder.

Do tego wielkimi krokami zbliża się okres prac sezonowych, w którym urzędy notują większą liczbę zgłoszeń o pozwolenie na pracę dla cudzoziemców.

ILE TRWAJĄ PROCEDURY LEGALIZACJI?

W zależności od województwa, na zezwolenie na pracę dla cudzoziemca czeka się od miesiąca do nawet 3 – 4  miesięcy. W ciągu jednego tygodnia urzędy są w stanie wydać średnio ok. 100 wniosków o karty czasowego pobytu, co w skali miesiąca daje ok. 400 – 500 wniosków. Zależy to oczywiście od liczby pracowników zatrudnionych w danym urzędzie oraz od ilości innych obowiązków związanych z bieżącą pracą urzędu.

– „Od wielu lat w Trenkwalderze zajmujemy się zatrudnianiem i legalizacją cudzoziemców. Śmiało mogę powiedzieć, że znamy każdy urząd w Polsce, wiemy jakie są realia związane z pozyskaniem dokumentów dla obcokrajowców i jak je trzeba zaplanować. Dlatego z naszymi klientami na bieżąco pracujemy nad tym, aby uaktualniać dokumenty pracowników z zagranicy. Czekanie na ostatni dzwonek, to prosta droga do utraty pracownika, kosztów związanych z pozyskaniem nowego pracownika, a nawet do przestoju produkcji.”  – podkreśla Daniel Sola.

Najprostszym i najszybszym do pozyskania dokumentem umożliwiającym zatrudnienie obcokrajowca  jest oświadczenie o powierzeniu pracy, które wydaje Urząd Pracy. Daje ono możliwość pracy łącznie nie dłużej niż 180 dni w ciągu kolejnych 12 miesięcy niezależnie od liczby podmiotów powierzających temu cudzoziemcowi wykonywanie pracy. Taki okres pozwala pracodawcy sprawdzić nowego pracownika i podjąć decyzję o dalszym jego zatrudnieniu. Jednak oświadczenia nie można przedłużyć, więc jeśli chcemy nadal zatrudnić tego pracownika musimy postarać się o zezwolenie na pracę. Wydaje je Urząd Wojewódzki  i w szczególnych przypadkach wymaga dodatkowo załącznika ze zgodą starosty na zatrudnianie cudzoziemca. A ta zostanie wydana, jeśli w regionie nie ma polskich pracowników, którzy mogliby wykonywać pracę, do której chcemy zatrudnić obcokrajowca. Ustawowo, na taką zgodę czeka się do 4 tygodni. To dodatkowo wydłuża czas pozyskania zezwolenia, który i tak może trwać nawet do 4 miesięcy. Przy czym należy pamiętać, że na oświadczenie można zatrudnić tylko obywateli z Ukrainy, Białorusi, Mołdawii, Gruzji, Rosji i Armenii.  Dla obcokrajowców innych narodowości, pracodawca musi starać się od razu o zezwolenie na pracę.

Dokumenty ulegające przedłużeniu Czas pozyskania nowego dokumentu Gdzie uzyskać
oświadczenia o powierzeniu pracy 7 dni Urząd Pracy
zezwolenia sezonowe 7 dni Urząd Pracy
zezwolenia na pracę 1-4 miesiące Urząd Wojewódzki
zezwolenia na pobyt 6-18 miesiące Urząd Wojewódzki

URZĘDY W TRYBIE HYBRYDOWYM

Pandemia koronawirusa wymusiła na firmach wprowadzenie reżimu sanitarnego i przejście w tryb pracy zdalnej lub hybrydowej, tam gdzie jest to możliwe. Podobnie sytuacja wygląda w urzędach.

– „Aby załatwić zezwolenie na pracę dla cudzoziemca trzeba teraz umówić się online lub telefonicznie na termin. Terminów jest bardzo mało, bo jest duża liczba cudzoziemców, którzy chcą podjąć pracę w Polsce. W momencie, kiedy urząd udostępnia kalendarz na dany miesiąc, wolne terminy znikają praktycznie w ciągu kilkunastu minut.”podkreśla Daniel Sola.

W tej chwili trudno powiedzieć czy w momencie odwołania stanu zagrożenia epidemicznego wrócą do urzędów dawne procedury, a na ile pozostanie praca hybrydowa lub on-line. I czy wystarczy wtedy ustawić się o 4 rano pod urzędem, tak jak wcześniej, aby zdobyć upragniony numerek i załatwić sprawę tego samego dnia? Musimy też pamiętać, że osoby, które zapisały się wcześniej na termin online, będą przyjmowane w pierwszej kolejności.

DWIE STRONY MEDALU

Dzięki ustawom covidowym, cudzoziemiec, któremu  kończy się ważność dokumentów pobytowych i na pracę, może nadal pracować i przebywać w naszym kraju. Ustawy przedłużają ważność posiadanych dokumentów, dopóki nie zostanie odwołany stan zagrożenia epidemicznego. To duże ułatwienie i dla pracownika, i dla pracodawcy.

Pracodawca nie ponosi w tym czasie kosztów administracyjnych związanych z wydaniem odpowiednich dokumentów – 30 zł za wydanie oświadczenia o powierzeniu wykonywania pracy, a 100 zł za zezwolenie na pracę. W przypadku wniosku o kartę pobytu to koszt ok. 500 zł. Pracodawca nie musi także delegować pracowników, po to, żeby składali nowe dokumenty, bo one nadal są aktualne.

Jednak medal, jak zwykle ma dwie strony. Jeśli w przeciągu 30 dni od momentu odwołania stanu zagrożenia epidemicznego, pracodawca nie zdąży zalegalizować pobytu i pracy dla swoich pracowników z zagranicy, to zostanie bez wykwalifikowanego zespołu. Cudzoziemiec nie będzie mógł podjąć stałej pracy i  zostanie zmuszony do czekania na ponowne zatrudnienie nawet kilka miesięcy. A jeśli nie będzie w stanie utrzymać się w Polsce do czasu ponownego podjęcia pracy, prawdopodobnie wróci do swojego kraju. Może to oznaczać nawet problem z utrzymaniem płynności działania firmy i koniecznością pozyskania nowych pracowników, a to wiąże się z kosztami ich rekrutacji, szkolenia i wdrożenia, który jest znacznie droższy.

Inaczej będą wyglądać też opłaty administracyjne związane z wydawaniem dokumentów dla cudzoziemców – jeśli pracodawca będzie się o nie starał na bieżąco, w każdym miesiącu, nie odczuje tych opłat aż tak, jak w przypadku, kiedy w ciągu 30 dni będzie musiał jednorazowo zapłacić za pozwolenia dla np. 10 czy 20 pracowników. Należy też pamiętać, że jeśli pracodawca opłaca mieszkanie swoim pracownikom, a często tak jest, to koszty oczekiwania na nowy dokument bez podjęcia pracy będą dodatkowo większe i nie zwrócą się.

Dlatego już teraz warto zająć się aktualizacją dokumentów związanych z legalizacją pobytu i pracy cudzoziemców, których zatrudniamy w naszej firmie. Koniec końców i tak trzeba będzie pozyskać te dokumenty, a może się to wydarzyć szybciej niż nam się wydaje.

Mat. informacyjny Trenkwalder Polska

[1] Źródło: GUS, styczeń 2021 r.

Badanie EY: Na skutek pandemii ponad połowa dyrektorów finansowych musi przemyśleć na nowo strategię alokacji kapitału

56% dyrektorów finansowych ankietowanych przez EY na świecie, na skutek pandemii musi zrewidować proces alokacji kapitału. Ponad dwie trzecie dyrektorów finansowych twierdzi, że planuje rewizję portfela inwestycyjnego, aby skupić się na podstawowej działalności firmy. Motorem tych działań są spowodowane pandemią obawy, czy dotychczasowa strategia w obecnym środowisku biznesowym jest odpowiednia, a także ograniczenie dostępnych kapitałów. Wszystko to zmusza dyrektorów do bardziej rozważnego doboru inwestycji.

W minionym roku pandemia miała negatywny wpływ na zdolności inwestycyjne w 53% firm na całym świecie. Rok 2021 – zdaniem ankietowanych przez EY dyrektorów finansowych – będzie pod tym względem lepszy i tylko 12% spodziewa się dalszego negatywnego wpływu COVID-19 na zdolność firm do inwestowania kapitału. Ankietowani przez EY spodziewają się, że w kolejnym roku pandemia nie będzie miała niemal żadnego negatywnego wpływu na tę kwestię.

Rys. 1. Wpływ pandemii na zdolność firm do inwestowania kapitału

Wpływ pandemii na zdolność firm do inwestowania kapitału

– Około 2/3 dyrektorów finansowych, którzy wzięli udział w badaniu EY, nie było w stanie sfinansować wszystkich projektów zaplanowanych na 2020 rok. Ma to swoje konsekwencje szczególnie w obecnej sytuacji, gdy rzeczywistość biznesowa zmienia się w szybkim tempie, a firmy muszą dynamicznie prowadzić procesy transformacji, chcąc zachować lub zwiększyć swoją pozycję rynkową. Wyzwania w zakresie alokacji kapitału, przed którymi stanęli obecnie dyrektorzy finansowi, przede wszystkim muszą więc dotyczyć obszarów najbardziej dotkniętych skutkami pandemii. To, jak duża jest potrzeba w tym zakresie i jak bardzo kompleksowe działania należy podjąć, w dużej mierze zależy od branży. W niektórych – jak na przykład w hotelarstwie, gastronomii czy turystyce niemal cały model biznesowy uległ zmianie, co spowodowało utratę znacznej części kapitału wcześniej przeznaczonego na inwestycję, bądź konieczność jego ulokowania w zupełnie innych aktywach. Inne branże – ochrony zdrowia, technologiczna, czy IT odnotowały z kolei zwiększony popyt na swoje usługi i dziś muszą myśleć o inwestycjach prorozwojowych – mówi Mikołaj Rytel, Partner EY, Lider EY CFO Agenda.

Rys. 2. Branże, które zmuszone były całkowicie przemyśleć strategię alokacji kapitału
Branże, które zmuszone były całkowicie przemyśleć strategię alokacji kapitału

Wyzwania inwestycyjne stojące przed dyrektorami finansowymi

Większość dyrektorów finansowych uważa, że zmiana oczekiwań klientów (60%) i trudne do przewidzenia perspektywy dalszej działalności biznesu (54%) to najistotniejsze wyzwania, z jakimi musieli zmierzyć się w czasie pandemii i to one w największym stopniu wpłynęły na dotychczasowe plany inwestycyjne. Są to również wyzwania na nadchodzące lata, choć – jak deklarują ankietowani przez EY – ogromną trudność sprawia ocena, które ze zmian spowodowanych przez pandemię są stałe, a które tymczasowe i tym samym niewarte uwagi i inwestycji. Przekonani są jednak, że by móc bez przeszkód funkcjonować w nowej rzeczywistości, należy zwiększyć przede wszystkim nakłady na cyfryzację oraz obszary badawczo-rozwojowe.

Rys. 3. Zmiany alokacji kapitału w 2020 roku w porównaniu do 2019 w poszczególnych obszarach

Zmiany alokacji kapitału w 2020 roku w porównaniu do 2019 w poszczególnych obszarach
– Transformacja cyfrowa i innowacyjność stały się jednymi z najważniejszych wyzwań okresu pandemii. Ich istotności dla zachowania ciągłości działania nie trzeba nikomu udowadniać, a inwestycje w tym obszarze należy traktować raczej jak konieczność, niż tylko możliwość. Oczywiście otwartym pozostaje pytanie, jak firmy rozumieją transformację cyfrową i innowacyjność, bo wiele z nich myśli w tym aspekcie wyłącznie o pojedynczych narzędziach czy rozwiązaniach technologicznych, których implementacja w dłuższej perspektywie nie pozwoli zbudować trwałych wartości. Ważne jest jednak to, czy zarządzający i osoby decyzyjne potrafią dostrzec całe spektrum korzyści płynących z wdrożenia odpowiednich rozwiązań i czy są w stanie dostrzec realne, finansowe korzyści z ich zastosowania. To szczególnie istotne szczególnie teraz, ponieważ ze względu na wysokie koszty, firmy często rezygnują z działań na rzecz innowacyjności i rozwoju, bojąc się, że inwestycje te się nie zwrócą – mówi Grzegorz Cywiński, Partner EY, Lider Zespołu Wycen, Modelowania oraz Analiz Ekonomicznych.

Przeszkody w procesie optymalnej alokacji kapitału

Czterech na pięciu dyrektorów finansowych uważa, że proces alokacji kapitału musi zostać poprawiony, a największym wyzwaniem w tym obszarze jest dostęp do danych. 52% CFO mówi wręcz o braku dostępu do nich – a to o 11 pkt proc. wskazań więcej niż pokazało badanie w 2018 roku. Dyrektorzy finansowi w tych firmach, które posiadają duże zasoby danych skarżą się z kolei na ograniczone możliwości ich analizy (42%), ponieważ wraz ze wzrostem bazy danych, wzrasta czas i zasoby potrzebne do jej właściwej analizy.

Rys. 4. Główne przeszkody w procesie optymalnej alokacji kapitałuGłówne przeszkody w procesie optymalnej alokacji kapitału53% dyrektorów finansowych deklaruje również, że proces alokacji kapitału nie jest monitorowany, elastyczny i regularnie dostosowywany. W rezultacie mniej niż połowa CFO uważa, że może szybko ocenić zagrożenia rynkowe i szanse, a co za tym idzie dostosować odpowiednio plany inwestycyjne. 67% dyrektorów finansowych deklaruje, że rewiduje plany inwestycyjne firmy raz na rok, a jedynie 8% robi to na bieżąco i analizuje, co należy w nich zmienić.

– Aby podejmować rozsądne i efektywne decyzje w zakresie alokacji kapitału, cały proces powinien być wsparty odpowiednią strukturą zarządzania – nie tylko na etapie podejmowania decyzji i realizacji działań, ale również później. Powinien też być spójny z wizją działalnością i rozwoju firmy. Co za tym idzie, alokacja kapitału powinna być ściśle powiązana ze strategią, a dokonywane inwestycje powinny wspierać cel strategiczny. Co ciekawe, z naszego badania wynika, że nieco ponad połowa badanych dyrektorów finansowych uważa, że procesy inwestycyjne bądź kryteria inwestycyjne w ich firmach są stosowane niekonsekwentnie. To stanowi dodatkowe wyzwanie szczególnie obecnie, gdy interesariusze (pracownicy, klienci, regulatorzy) chcą lepiej rozumieć zachodzące w firmach procesy i decyzje biznesowe – mówi Grzegorz Cywiński.

Obecne decyzje w zakresie alokacji kapitału, najczęściej podejmowane są przez dyrektorów finansowych w oparciu o wskaźniki jakościowe i ilościowe. Wciąż stosunkowo mniejszy wpływ mają takie aspekty jak zrównoważony rozwój, czy informacje otrzymywane od akcjonariuszy.

Rys. 5. Zmiany czynników wpływających na alokację kapitału w ostatnim roku

Zmiany czynników wpływających na alokację kapitału w ostatnim roku– Dyrektorzy finansowi rozumieją doskonale, że muszą spojrzeć poza wynik finansowy i przyjąć bardziej holistyczne spojrzenie na alokację kapitału, włączyć efektywne zarządzanie danymi i ich analizę oraz skupić się na budowaniu zaufania z interesariuszami poprzez skuteczną komunikację. Coraz częściej zdają sobie sprawę również z tego, że inwestycje muszą być podyktowane strategicznymi czynnikami pozwalającymi firmie budować trwałą wartość nie tylko dla właścicieli, akcjonariuszy czy klientów, ale również dla pracowników i całych społeczeństw – mówi Mikołaj Rytel.

O badaniu
Badanie CFO zostało przeprowadzone przez Oxford Economics i EY w styczniu i lutym 2021 r. na grupie 1050 dyrektorów finansowych lub ich odpowiedników w firmach na całym świecie, działających w różnych branżach. Respondenci reprezentowali firmy o przychodach wyższych niż 500 mln USD, z czego 33% z nich to firmy o przychodach od 500 mln do 4,9 mld USD, 33% – od 5 mld do 14,9 mld USD i 33% – o przychodach powyżej 15 mld USD.

60% respondentów to reprezentanci spółek publicznych. Biorąc pod uwagę region geograficzny – połowa pochodziła ze Stanów Zjednoczonych, 10% z Kanady, 20% z Europy Zachodniej (Wielka Brytania, Francja, Niemcy), 20% z krajów Azji i Pacyfiku (Chiny, Indie, Japonia i Australia).

Polityka nie służy złotemu. Forint zyskuje, dolar słabnie

Po dwóch tygodniach nudy na złotym mamy dzisiaj gwałtowne osłabienie jego kursu. Powodów analitycy doszukują się w polskiej polityce i zamieszaniu w koalicji rządowej, które teoretycznie może dalej eskalować.

Ryzyko polityczne nie służy złotemu

Plotki o możliwym rozłamie w koalicji rządowej w końcu stały się na tyle głośne, że miały wpływ na rynek. Biorąc pod uwagę, jak często media kształtują tego typu informacje i jak niewiele z nich potem wynika, można do nich podchodzić z pewnym dystansem. Nie zmienia to faktu, że nawet mimo tego dystansu inwestorzy wolą nie mieć większej ekspozycji na kraj, który może utracić większość parlamentarną i musieć w sytuacji lockdownu myśleć o przyspieszonych wyborach lub egzotycznej koalicji. W tym kontekście dwugroszowe wybicie w górę ceny euro do najwyższych poziomów od niemal trzech tygodni nie może szczególnie dziwić.

Dolar słabnie wbrew danym makro

Wczoraj mieliśmy kolejny dzień, kiedy to dolar amerykański pomimo dobrych danych makroekonomicznych znalazł się w odwrocie. Indeks zaufania konsumentów Conference Board wyskoczył do poziomu 121,7 pkt wobec oczekiwania wyniku niemal 10 pkt niższego. Inwestorzy jednak nadal kontynuują trend przeceny dolara, który rozpoczął się na początku tego kwartału. W ciągu niemal miesiąca cena jednego euro skoczyła z dolara i siedemnastu centów na dolara i dwadzieścia jeden centów.

Forint zyskuje po decyzji o stopach procentowych

Wczoraj bank centralny Węgier nie zmienił stóp procentowych. Pozostały one na niezmienionym poziomie 0,6%. Patrząc na reakcję inwestorów, którzy kupowali forinta po samej decyzji widać, że obawiali się oni, że forint podobnie, jak inne waluty naszego regionu będzie miał stopy procentowe obniżane w okolice 0%.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
14:30 – Kanada – sprzedaż detaliczna,
20:00 – USA – decyzja FOMC w sprawie stóp procentowych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Organy podatkowe nie mogą wybiórczo interpretować prawa

Przedsiębiorca wdał się w spór z fiskusem o pieniądze należne z tytułu CIT. Oczywiście fiskus chciał ich więcej, w tym celu interpretował przepisy tak, a w zasadzie pomijał ich część, aby uzasadnić słuszność poboru wyższego podatku. Ale po stronie przedsiębiorcy stanął sąd, przypominając organom skarbowym, że: „Nie wolno jest również interpretować przepisów prawnych tak, by pewne ich fragmenty okazały się zbędne” (wyrok WSA w Krakowie z 5 lutego 2021 r., sygn. akt I SA/Kr 1262/20).

Zgodnie z art. 15e pkt 1 ustawy o CIT podatnicy są zobowiązani wyłączyć z kosztów uzyskania przychodów koszty: usług doradczych, badania rynku, usług reklamowych, zarządzania i kontroli, przetwarzania danych, ubezpieczeń, gwarancji i poręczeń oraz świadczeń o podobnym charakterze, poniesione bezpośrednio lub pośrednio na rzecz podmiotów powiązanych w części, w jakiej koszty te łącznie w roku podatkowym przekraczają 5% kwoty odpowiadającej nadwyżce odpowiednio pomniejszonej sumy przychodów ze wszystkich źródeł przychodów.

Nabycie usług od podmiotów powiązanych przez firmę działającą w specjalnej strefie ekonomicznej

Spółka z o.o., producent części samochodowych, należy do międzynarodowej grupy kapitałowej. W ramach tej grupy w celu koncentracji na operacyjnej, głównej działalności grupy spółki produkcyjne nabywają określone usługi wspomagające od innych podmiotów powiązanych, należących do tej samej grupy – dokładnie od spółek z siedzibą we Francji. Te francuskie podmioty powiązane świadczą na rzecz spółek produkcyjnych usługi o charakterze niematerialnym takie jak usługi wsparcia sprzedaży. Polska spółka z o.o. prowadzi swoją działalność na terenie specjalnej strefy ekonomicznej w oparciu o uzyskane zezwolenie. Dzięki temu część jej dochodów jest zwolniona z podatku dochodowego.

Usługi wsparcia sprzedaży

Spółka wystąpiła do organu podatkowego o potwierdzenie, że ponoszone przez nią koszty wynagrodzenia francuskich usługodawców nie stanowią kosztów, o których mowa w art. 15e ust. 1 ustawy o CIT, a zatem nie będzie ona zobligowana do stosowania wskazanego w tym przepisie ograniczenia w możliwości zaliczania do kosztów uzyskania przychodów w stosunku do tychże wynagrodzeń. W opinii przedsiębiorcy usługi wsparcia sprzedaży stanowią całkowicie odmienną kategorię usług niż wymienione przez ustawodawcę w art. 15e ust. 1. W przepisie tym mowa bowiem o usługach doradczych, a spółka nabywa usługi wsparcia w negocjacjach, kontaktach z klientami i budowaniu relacji biznesowych czy dostarczania danych rynkowych, które przejawiają się działaniem świadczeniodawców zmierzającym do zwiększenia wolumenu oferowanych produktów. Usługi te nie skutkują dla spółki uzyskaniem porady czy opinii, a zatem nie stanowią usług doradczych ani też usług badania rynku, ani innych, o których mowa w art. 15e ust. 1.

Organ podatkowy nie zgodził się z przedsiębiorcą

Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej uznał, że spółka nie ma racji. Powołując się na ustawę o CIT, która nie definiuje pojęć: usług doradczych, badania rynku czy zarządzania i kontroli, organ odwołał się do ich wykładni językowej. Po jej przeprowadzeniu Dyrektor KIS stwierdził, że nabywane przez spółkę usługi bezsprzecznie posiadają cechy charakterystyczne dla świadczeń objętych ograniczeniem z art. 15e ust. 1 pkt 1, które przeważają nad cechami charakterystycznymi dla innych świadczeń. Sporne usługi wsparcia sprzedaży zakwalifikował więc jako „świadczenia o podobnym charakterze”, o których mowa w tym przepisie, w szczególności podobnym do usług doradczych i badania rynku.

Dyrektor poinformował, że z ustawy o CIT nie wynika też, aby koszty nabycia takich usług nie podlegały ograniczeniom w zaliczaniu do kosztów uzyskania przychodu tylko dlatego, że przedsiębiorca prowadzi działalność w specjalnej strefie ekonomicznej. Tacy przedsiębiorcy ustalają przychód i koszty jego uzyskania w ten sam sposób jak inni, a dopiero tak wyliczony dochód może podlegać zwolnieniu z opodatkowania. Dlatego też sporne wydatki na nabycie usług wsparcia sprzedaży należy również poddać ograniczeniom na podstawie art. 15e ust. 1, mimo że spółka działa w specjalnej strefie ekonomicznej.

Świadczenia o podobnym charakterze

Sąd podzielił opinię organu podatkowego i zgodził się, że nabywane przez spółkę usługi wsparcia sprzedaży są świadczeniami o podobnym charakterze do usług doradczych, a także badania rynku. Podstawą ich świadczenia jest bowiem określony zasób wiedzy, mający oparcie w doświadczeniu, kompetencjach, a skutkiem ich świadczenia jest podzielenie się tą wiedzą ze spółką. Stąd sporne usługi słusznie organ zaliczył do katalogu usług, o których mowa w art. 15e ust. 1 ustawy o CIT.

Koszty zwolnione z opodatkowania w ogóle nie powinny podlegać ograniczeniom z art. 15e ust. 1

Sąd postanowił jednak uchylić zaskarżoną interpretację Dyrektora KIS, gdyż nie zgodził się z nim co do dopuszczalności obejmowania ograniczeniami z art. 15e ust. 1 kosztów uzyskania przychodu związanych z działalnością przedsiębiorcy w specjalnej strefie ekonomicznej. Orzekł także, że w oparciu o regulacje art. 7 ust. 3 i 15e ust. 1 ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych, zarówno przy wyliczaniu limitu, jak i nadwyżki ponad ten limit, podlegającej wyłączeniu z kosztów uzyskania przychodów, nie uwzględnia się przychodów i kosztów ze źródeł przychodów, z których dochód nie podlega opodatkowaniu CIT albo wolny jest od tego podatku, czyli też dochód, o którym mowa w art. 17 ust. 1 pkt 34 ustawy o CIT. A zgodnie z art. 17 ust. 1 pkt 34 ustawy o CIT wolne od podatku są dochody uzyskane z działalności gospodarczej prowadzonej na terenie specjalnej strefy ekonomicznej.

„…przyjęcie stanowiska prezentowanego przez DKIS, prowadziłoby w praktyce do całkowitego braku możliwości zastosowania przez podatników art. 15e ust. 4 u.p.d.o.p. (…) jedyną interpretacją, która umożliwia zastosowanie wspomnianego przepisu, jest przyjęcie, że koszty i przychody zwolnione z opodatkowania nie powinny w ogóle podlegać dyspozycji art. 15e ust. 1 u.p.d.o.p. …” (wyrok WSA w Krakowie z 5 lutego 2021 r., sygn. akt I SA/Kr 1262/20).

Organ tak interpretuje prawo, by jemu pasowało

I jak tu się nie dziwić, że pomimo upływu lat i hucznie ogłaszanych zmian w prawie, mających zapewniać o przyjaznym nastawieniu organów skarbowych do podmiotów prowadzących działalność gospodarczą, tak naprawdę wciąż na linii przedsiębiorca – fiskus niewiele się zmienia? Powyższy wyrok przypomina i podkreśla, że urzędnicy nie mogą interpretować prawa wybiórczo, tak aby im było wygodnie. Jak wskazał sąd: „Podstawowa reguła wykładni prawa nakazuje interpretować przepisy przy założeniu racjonalności ustawodawcy, który nie tworzy przepisów „pustych”. Nie wolno jest również interpretować przepisów prawnych tak, by pewne ich fragmenty okazały się zbędne. Przyjęte przez DKIS stanowisko zupełnie natomiast pomija istnienie art. 15e ust. 4 u.p.d.o.p. i sprowadza się do zastosowania ograniczeń z art. 15e ust. 1 u.p.d.o.p do wszelkich dochodów podatnika (sygn. akt I SA/Kr 1262/20).

Ale, jak widać, w walce o zasilenie budżetu, o budżetowe pieniądze, w relacji organów do przedsiębiorców bardziej niż porządek prawny panuje bezprawie – urzędnicze bezprawie.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Media społecznościowe naturalnym środowiskiem polityków – pierwsze europejskie badanie Grayling

Grayling zaprezentował pierwsze ogólnoeuropejskie badanie na temat sposobu, w jaki politycy korzystają z mediów społecznościowych. Analizie pod kątem płci, wieku czy przynależności partyjnej poddano prawie 3 miliony postów opublikowanych w 2020 roku na Twitterze, Facebooku i Instagramie przez parlamentarzystów z 17 krajów europejskich, w tym Polski.

„Badanie Grayling pozwala po raz pierwszy kompleksowo przeanalizować trendy wśród polityków w mediach społecznościowych i za pomocą twardych danych potwierdzić popularne tezy takie jak np. większa popularność Twittera w świecie polityki. Niektóre z wyników stanowią jednak niespodziankę i pozostawiają pole do różnych interpretacji” – mówi Iga Wilczyńska, dyrektor działu public affairs w Grayling Poland.

Kluczowe wnioski z badania

  1. Parlamentarzyści wybierają inne platformy społecznościowe niż ich wyborcy

Spośród trzech analizowanych platform mediów społecznościowych, Facebook jest najpopularniejszy wśród ogółu społeczeństwa w 16 z 17 krajów objętych badaniem, a Twitter jest najmniej popularny we wszystkich 17 krajach[1]. Jednak to Twitter jest najpopularniejszą platformą wśród posłów w 13 krajach i odpowiada za ponad dwie trzecie wszystkich wpisów w 10 z nich.

  1. Parlamentarzyści są „influencerami”

Na wszystkich trzech platformach średnie wskaźniki zaangażowania (tj. stosunku komentarzy/ polubień/udostępnień do całkowitej liczby osób śledzących daną osobę) są wyższe w przypadku posłów niż benchmarki branżowe dla marek, a nawet dla „influencerów” spoza świata polityki.

  1. Kobiety i mężczyźni parlamentarzyści korzystają z mediów społecznościowych w inny sposób

Wbrew tendencji panującej wśród ogółu społeczeństwa, posłanki są bardziej aktywne na Twitterze i mają tam większą liczbę obserwujących niż parlamentarzyści płci męskiej. Posty posłanek generują również wyższy wskaźnik zaangażowania na Twitterze i Facebooku.

  1. Najmłodsi posłowie nie stanowią najbardziej aktywnej grupy wiekowej w mediach społecznościowych

W rzeczywistości najbardziej aktywną grupą w mediach społecznościowych w całej Europie są parlamentarzyści w wieku 36-45 lat. Po 55 roku życia aktywność w kanałach online znacznie spada.

  1. Politycy o skrajnych poglądach są najbardziej aktywni na wszystkich trzech platformach

W skali Europy, posty skrajnej prawicy generują szczególnie wysokie wskaźniki zaangażowania wśród odbiorców na Twitterze, podczas gdy zarówno skrajna lewica i prawica mają najniższe wskaźniki zaangażowania na Instagramie. W Polsce trend ten nie znajduje odzwierciedlenia – Lewica i Konfederacja zajmują pierwsze i drugie miejsce pod względem zaangażowania obserwujących na Instagramie.

Polscy parlamentarzyści, w większości analizowanych aspektów, wpisują się w ogólnoeuropejskie trendy. Na tle Europy wykazują się jednak większą aktywnością w mediach pod względem średniej liczby opublikowanych postów na osobę. Wynosi ona 607 i daje Polsce drugą pozycję wśród analizowanych państw, po pierwszej w rankingu Hiszpanii (690 postów na osobę). Co istotne, patrząc na ogół społeczeństwa, Polacy zajmują dopiero dwunastą pozycję w tej samej puli państw, jeśli chodzi o procent populacji, stanowiący liczbę użytkowników mediów społecznościowych (Polska – 68,5%, Hiszpania – 80%)[2].

Polscy politycy w mediach społecznościowych – kluczowe wnioski

  1. Choć Twitter wydaje się preferowanym narzędziem w komunikacji politycznej, więcej posłów posiada konto na Facebooku (444) niż na Twitterze (372). Mimo mniejszej liczby kont na Twitterze, liczba publikowanych tam treści jest jednak ponad dwukrotnie wyższa niż na Facebooku. Udział Instagrama w komunikacji polityków pozostaje natomiast marginalny. Mimo, że 257 posłów posiada konto na Instagramie, to ich posty stanowią jedynie 2,7% wszystkich treści wygenerowanych przez posłów w mediach społecznościowych (dla porównania FB: 31%, TT: 66%).
  2. Posłanki są bardziej aktywne w mediach społecznościowych niż posłowie. Polskie parlamentarzystki na wszystkich platformach publikują posty częściej niż ich koledzy. Na Facebooku aż 34% udostępnianych treści jest tworzonych przez posłanki, podczas gdy ich konta na tej platformie stanowią 29% spośród wszystkich kont parlamentarzystów. W przypadku kobiet wyższy jest także wskaźnik zaangażowania obserwujących (engagement) zarówno na Twitterze (M-0,3%, K- 0,4%) jak i Facebooku (M-1,2%, K-1,8%). Jedynie na Instagramie posłowie odnotowują wyższe zaangażowanie internautów niż posłanki (M-6,4%, K-6%). Instagramowe treści posłów trafiają też do znacznie większej liczby obserwujących niż w przypadku posłanek (68% wszystkich parlamentarzystów na Instagramie to mężczyźni, ale ich wskaźnik wyświetleń sięga 85%).
  3. Na wszystkich trzech platformach najwyższy wskaźnik zaangażowania ze strony obserwujących występuje wobec parlamentarzystów z grupy wiekowej 31-35 lat. Dla wszystkich grup wiekowych wskaźnik zaangażowania jest wyższy na Facebooku niż na Twitterze. Najwięcej wyświetleń odnotowują natomiast posłowie w przedziale wiekowym 36-40 lat, co może oznaczać, że grupa ta wzbudza największe zainteresowanie. Skrajne grupy wiekowe (poniżej 30 lat oraz 66-70 lat) to jedyne, wśród których więcej postów zostało opublikowanych na Facebooku niż na Twitterze.
  4. Parlamentarzyści Koalicji Obywatelskiej w 2020 r. wygenerowali największą liczbę postów na wszystkich platformach łącznie i odnotowali najwięcej wyświetleń przez obserwujących. Na samym Facebooku, pomimo nieco wyższej liczby postów polityków Prawa i Sprawiedliwości (37 342) niż Koalicji Obywatelskiej (33 894), posty KO wygenerowały aż o 70% więcej wyświetleń i prawie 2,5 razy więcej zaangażowania ze strony śledzących. Jeśli chodzi o wskaźnik zaangażowania, liderem jest natomiast Lewica, z najwyższym wskaźnikiem zaangażowania na Facebooku (2,5%) oraz Instagramie (8,9%). Najwyższy poziom zaangażowania na Twitterze przypadł Prawu i Sprawiedliwości (0,5%). Co ciekawe, PiS odnotowuje najniższy ze wszystkich partii wskaźnik zaangażowania na Instagramie (3,8%).

Grayling wprowadza ‘GPol’

Grayling, we współpracy z firmą Linkfluence, uruchomił „GPol” – usługę monitorowania mediów społecznościowych i cyfrowego advocacy. Narzędzie GPol połączy możliwości Linkfluence w zakresie social listening z wiedzą na temat lokalnych rynków i niuansów świata polityki, jaką dysponują konsultanci Public Affairs firmy Grayling w całej Europie. GPol pomoże klientom lepiej zrozumieć dyskusje toczące się w sieci, ale także przełoży te spostrzeżenia na skuteczne kampanie
z obszaru public affairs i advocacy.

[1] We are Social & Hootsuite’s 'Digital 2021′ Global Overview Report

[2] We are Social & Hootsuite’s 'Digital 2021′ Global Overview Report

Rynek mieszkaniowy w Polsce – I kwartał 2021 – nowy kwartalny rekord sprzedaży na rynku pierwotnym

Deweloperzy mieszkaniowi działający na największych rynkach w Polsce pobili kwartalny rekord sprzedaży z 2017 roku. Sprzedaż nowych mieszkań sięgnęła 19,5 tys. i była wyższa o 40% k-d-k. Nadwyżka popytu nad podażą stymuluje dalszy wzrost cen.

Początek 2021 r. przyniósł nowy kwartalny rekord sprzedaży na rynku pierwotnym. Deweloperzy działający w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, Trójmieście, Poznaniu i Łodzi w I kw. 2021 r. sprzedali łącznie 19,5 tys. mieszkań, o 40% poprawiając wynik sprzed kwartału i o 3% najlepszy dotychczas wynik z IV kw. 2017 r. Zdecydowanie gorzej wygląda sytuacja po stronie podaży. Wprawdzie nowe wprowadzenia wzrosły o 14% k-d-k i 7% r-d-r, osiągając poziom 13,9 tys. lokali, ale utrzymująca się od kilku kwartałów wyraźna przewaga popytu nad podażą sprawia, że oferta nowych mieszkań maleje, a to stymuluje dalszy wzrost cen – czytamy w najnowszym raporcie JLL „Rynek mieszkaniowy w Polsce – I kwartał 2021”.

Po chwilowym zastoju wynikającym z ograniczeń w przemieszczaniu się w II kw. oraz wciąż jeszcze ostrożnej polityki banków III kw. 2020 r., zainteresowanie zakupem mieszkań odbudowało się w zaskakującym tempie. Oferta deweloperów w największych miastach spadła do 42,1 tys. – poziomu najniższego od 2014 r.

Dane GUS o liczbie pozwoleń na budowę, które wydano od stycznia do marca tego roku, ale też w poprzednich miesiącach, może wprawdzie budzić optymizm i nadzieję na powrót do równowagi na linii popyt-podaż. Trzeba jednak pamiętać, że sytuacja pomiędzy poszczególnymi rynkami lokalnymi różnicuje się zasadniczo. Największe wyzwanie stoi dziś przed firmami działającymi w Warszawie, gdzie poziom oferty spadł do poziomu najniższego od 14 lat, komentuje Aleksandra Gawrońska, straszy konsultant w Zespole Badań Rynku Mieszkaniowego JLL

Liczone przez ekspertów JLL tempo teoretycznej wyprzedaży, wskazujące na czas potrzebny do całkowitego wyprzedania oferty na rynku pierwotnym przy założeniu, że nowe inwestycje nie będą uruchamiane oraz, że popyt utrzyma się na średnim poziomie z ostatnich 12 miesięcy, tylko we Wrocławiu przekracza 4 kwartały, a zatem stan zbliżony do równowagi. Na pozostałych największych rynkach w Polsce oscyluje w granicach 3 kwartałów. W Warszawie natomiast nowych mieszkań zabrakłoby już po 6 miesiącach.

Cenniejsze niż złoto?

W tej sytuacji trudno się dziwić, że ceny nie tylko nie spadły, ale po raz kolejny wzrosły. Najbardziej stabilny wskaźnik – średnie ceny mieszkań dostępnych w ofercie – wzrosły w porównaniu do grudnia 2020 r. o 2% w Poznaniu, 3% w Krakowie i Trójmieście oraz 5% w Łodzi, Wrocławiu i Warszawie. Jeszcze większą dynamikę wzrostu cen obserwowaliśmy w puli mieszkań wprowadzanych w I kwartale do oferty. W Warszawie i Wrocławiu były średnio o 9% wyższe. W Krakowie, jako jedynym mieście z analizowanej przez JLL szóstki, wprowadzane mieszkania miały niższą cenę ofertową niż te wprowadzane przed kwartałem. Spadek wynika jednak przede wszystkim z porównania do puli bardzo drogich wprowadzeń z poprzedniego okresu, które uczyniły z Krakowa lidera wzrostu cen w 2020 r.

Nastąpił splot bardzo wielu czynników, które znajdują odbicie w polityce cenowej deweloperów. Wielu z nich ma trudności w uzupełnianiu oferty wynikające z przewlekłości procedur administracyjnych czy dostępności terenów inwestycyjnych. W tej sytuacji próbują ustabilizować tempo wyprzedawania istniejącej oferty i utrzymać ciągłość pracy biur sprzedaży poprzez odpowiednie sterowanie poziomem cen. Z drugiej strony zamożnych klientów motywowanych presją inflacyjną wzrost cen zdaje się nie odstraszać. Wręcz przeciwnie, uzasadnia tezę o możliwości ochrony wartości kapitału na rynku mieszkaniowym. Ci mniej zamożni natomiast, w obawie przed dalszym wzrostem cen przyspieszają zakupy wspierając się najniżej w historii oprocentowanymi kredytami hipotecznymi, wylicza Kazimierz Kirejczyk, Wiceprezes Zarządu JLL

Wyniki kolejnego kwartału pokażą, na ile świetna sprzedaż z pierwszego kwartału była w znaczącej części związana z realizacją odłożonego w okresie pandemii w 2020 r. popytu, a na ile wyznacza pułap dla kolejnych kwartałów 2021 r. Kluczowa dla dalszego rozwoju sytuacji będzie zdolność deweloperów do uzupełniania oferty oraz poszukiwanie na poziomie legislacyjnym sposobów na schłodzenie popytu tezauryzacyjnego czy spekulacyjnego.

Kto najchętniej korzysta z restrukturyzacji?

Komentarz przygotowany przez Bartosza Kaczmarczyka, eksperta Fundacji Centurion, która pomaga przedsiębiorcom w przeprowadzeniu restrukturyzacji oraz rozwiązaniu problemów wywołanych kryzysem gospodarczym.

Według danych Centralnego Ośrodka Informacji Gospodarczej, w 2020 roku wszczęto 800 postępowań restukturyzacyjnych. Rekordowym pod tym względem okazał się grudzień. W tym miesiącu odnotowano 144 nowe tego rodzaju postępowania. Nadal jednak restrukturyzacja z punktu widzenia polskich przedsiębiorców postrzegana jest w kategoriach porażki, a nie szansy na nowy początek.

Znaczący wzrost otwartych postępowań nie był dla nas zaskoczeniem. Wpłynęło na to kilka czynników. Pierwszy i jednocześnie najistotniejszy to oczywiście pandemia i związane z nią restrykcje, obostrzenia oraz ograniczenia, które dotknęły wiele sektorów gospodarki. Nawet po wygaśnięciu poszczególnych zakazów większość branż nie powróciła w 100% do funkcjonowania sprzed pandemii. Niewątpliwie wsparcie jakie przedsiębiorcom zaoferował Rząd na jakiś czas pomogło, jednak w przypadku branż szczególnie narażonych na negatywne skutki pandemii rządowy zastrzyk gotówki jedynie opóźnił niewypłacalność. Kolejnym czynnikiem, który wpłynął na znaczne zwiększenie otwartych postępowań było uruchomienie tarczy antykryzysowej 4.0. Wprowadziła ona nowy rodzaj postępowania restrukturyzacyjnego, czyli uproszczone postępowanie o zatwierdzenie układu. Dla przedsiębiorców ta forma jest bardziej atrakcyjna – krótki termin do otwarcia, stosunkowo niski koszt, brak konieczności składania wniosku do sądu, objęcie układem wszystkich wierzycieli, w tym zabezpieczonych na majątku dłużnika, zawieszenie postępowań egzekucyjnych to niewątpliwe atuty tej formy restrukturyzacji. Zauważamy, że z miesiąca na miesiąc ilość nowych restrukturyzacji prowadzonych w ramach postępowań uproszczonych zwiększa się o około 20%. W perspektywie kolejnych miesięcy ta tendencja nie ulegnie zmianie, zwłaszcza, że ze strony Rządu pojawiają się sygnały wskazujące, że przynajmniej w kilku branżach obostrzenia pozostaną z nami na kilka kolejnych miesięcy bądź nawet do końca br.

W III kwartale największą grupą decydującą się na restrukturyzację były firmy zajmujące się szeroko pojętym handlem, zarówno hurtowym jaki i detalicznym oraz firmy związane z motoryzacją. Sporym zaskoczeniem może być fakt, że tylko 38 firm działających w branży hotelarsko-gastronomicznej zdecydowało się na restrukturyzację. Przedsiębiorcy nie zdają sobie sprawy z korzyści jakie może przynieść ich firmie decyzja o restrukturyzacji. Po pierwsze, rządzący dosyć słabo komunikują korzyści płynące z uproszczonej restrukturyzacji. Widzimy, że jest to jedno z optymalnych narzędzi na obecne czasy. Po drugie, przedsiębiorcy traktują restrukturyzowanie firmy jako wstydliwy epizod, świadczący o ich słabości. A tymczasem na całym świecie restrukturyzowanie świadczy o odpowiedzialności, wyczuciu chwili przez zarządy spółek i umiejętności radzenia sobie nawet w kryzysowych sytuacjach. Zaproponowane przez Rząd uproszczone postępowanie restrukturyzacyjne to szansa na uratowanie firmy i jej majątku. 4-miesięczny okres „ochronny” to czas na porozumienie się z wierzycielami w temacie spłaty zadłużenia i na reorganizację wewnątrz przedsiębiorstwa. Spółki, które zdecydują się na uproszczoną restrukturyzację mogą też liczyć na wsparcie finansowe w ramach pomocy publicznej. Dla wierzycieli taka forma współpracy z dłużnikami jest również korzystna. Daje większą nadzieję na odzyskanie zaległości i zachowanie partnera biznesowego na przyszłość.

Czasem lepszą opcją będzie zmiana profilu biznesu czy gruntowna restrukturyzacja, a w skrajnych przypadkach zamknięcie firmy i rozpoczęcie nowej działalności. Środowisko biznesowe powinno zrozumieć, że upadłość i procesy restrukturyzacyjne to nie jest nic osobistego. Nie powinno się takich procesów kwalifikować do porażek czy sukcesów. Są one naturalne i trzeba korzystać ze wszelkich dostępnych narzędzi pomocowych, aby ograniczyć ich skutki dla właścicieli, zarządów, akcjonariuszy i pracowników. Z naszych doświadczeń wiemy, że jest wiele firm, które poradziły sobie bardzo dobrze. Przeprowadziły firmę przez proces upadłości, zrestrukturyzowały przedsiębiorstwa i teraz patrzą z dużo większym optymizmem w przyszłość. Wiemy, że to niezwykle trudne, ale nie niemożliwe. Najważniejsze to wykonać pierwszy krok zgłaszając się do odpowiednich specjalistów i korzystając z aktualnie dostępnej pomocy.

Sektor HoReCa prowadzi rolników do bankructwa. Zapowiadają się pozwy przeciwko Skarbowi Państwa

Rolnicy skarżą się, że w czasie pandemii nie dostali takiej pomocy jak przedsiębiorcy. Chcą zmiany prawa, żeby też mogli korzystać z tarczy pomocowej dla firm. I rozważają wnoszenie pozwów przeciw Skarbowi Państwa za lockdown i jego skutki. Z kolei według prawników, rolnicy mają bardzo duże szanse na wygrane w sądach. Dotyczy to zwłaszcza tych, którzy ponieśli straty z powodu zamknięcia sektora HoReCa. Eksperci radzą im, aby skorzystali z instytucji pozwu zbiorowego. Ostrzegają też, że bez zmian systemowych sytuacja może znacznie się pogorszyć.

Jak podkreśla Wiktor Szmulewicz, prezes Krajowej Rady Izb Rolniczych (KRIR), rolnicy są nierówno traktowani względem podmiotów działających w innych sektorach gospodarki. Tym, którzy złożyli wnioski o przyznanie pożyczek dla mikroprzedsiębiorców, właściwe organy odmawiają jej przyznania. Wynika to z tego, że przepisy Ustawy z dnia 6 marca 2018 r. – Prawo przedsiębiorców nie są stosowane w przypadku rolników. Jednak na jej mocy nie zostali oni pozbawieni statusu przedsiębiorców, co zaznacza ekspert.

– Państwo ewidentnie zapomniało o rolnikach. A przecież oni, tak samo jak właściciele firm, zatrudniają pracowników, odprowadzają podatki i płacą składki na ZUS. Prowadzenie gospodarstwa i przedsiębiorstwa de facto niczym się nie różni. Moim zdaniem, rolnicy powinni dostać bezzwrotną pomoc państwa i możliwość uzyskania preferencyjnych pożyczek lub kredytów przy złagodzonych kryteriach oceny zdolności kredytowej oraz przy minimalnym oprocentowaniu z możliwością umorzenia części zobowiązania – uważa Adrian Parol, radca prawny i doradca restrukturyzacyjny.

Zdaniem prezesa KRIR, konieczna jest zmiana przepisów prawa, aby rolnicy mogli korzystać z tarczy pomocowej. Restrukturyzacja kredytów jest niezbędna, bo inaczej upadnie wiele gospodarstw. Część z nich straciła płynność finansową z powodu braku możliwości sprzedaży swoich wyrobów. Rolnicy są też mocno pokrzywdzeni ze względu na bardzo niską wypłatę zasiłku chorobowego z tytułu pobytu w izolacji. Zarażeni koronawirusem mogą liczyć jedynie na zasiłek 15 zł dziennie i tylko przez 10 dni.

– Rolnicy są poddani tym samym regułom rynkowym co inni przedsiębiorcy, ale ich sytuacja jest dużo trudniejsza. O zyskowności produkcji decydują czynniki, na które oni sami często nie mają wpływu. W czasie pandemii, w wyniku zamknięcia branży HoReCa i przerwania łańcucha dostaw, zmniejszyło się zapotrzebowanie na ich produkty. Jednocześnie zabrakło odpowiedniego programu pomocy. Konieczne jest więc podjęcie szeroko zakrojonych działań w celu powstrzymania nadciągających upadłości – komentuje Adrian Parol.

Natomiast Federacja Branżowych Związków Producentów Rolnych informuje, że rolnicy zostali objęci specjalną formą wsparcia przeznaczonego dla branż, które poniosły największe straty w związku z epidemią. Pieniądze na ten cel pochodziły z niewykorzystanych środków Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich na lata 2014-2020. Pomoc miała formę ryczałtu, wypłacanego w zależności od rodzaju i wielkości prowadzonej produkcji. Stanowiła częściową rekompensatę utraconego dochodu, w związku z wystąpieniem pandemii. Do tego obecnie trwają prace nad Krajowym Planem Odbudowy, który będzie rozdysponował pieniądze pochodzące z tzw. Funduszu Odbudowy. Z zapowiedzi MRiRW wynika, że 20% z dostępnych środków zostanie przeznaczonych na rolnictwo i obszary wiejskie.

– Pomoc otrzymali tylko niektórzy hodowcy zwierząt. Skorzystały z niej też różnego typu podmioty nas obsługujące, np. sprzedające środki ochrony roślin. Jednak my nic nie dostaliśmy za warzywa i owoce, które musieliśmy wyrzucić. Należy się nam rekompensata za to, że rynki zostały zamknięte. Państwo powinno ponieść koszty swoich decyzji i działań – wyjaśnia Michał Kołodziejczak, lider AgroUnii.

Część rolników mówi, że chce podawać do sądów Skarb Państwa za tzw. lockdown i jego skutki. W ocenie mec. Parola, ci, którzy ponieśli straty z powodu zamknięcia sektora HoReCa, mogą dochodzić odszkodowań i mają duże szanse na wygranie. Ekspert doradza, aby skorzystali z instytucji pozwu zbiorowego. Rolnik działający w pojedynkę nie dysponuje odpowiednio dużym zapleczem prawnym i finansowym, aby podjąć samodzielnie walkę z państwem, które nie jest skore do pomocy i nie poczuwa się do odpowiedzialności za sytuację sektora.

– Rozważamy wnoszenie pozwów przeciw Skarbowi Państwa w związku z zamknięciem naszych rynków. Teraz tylko każdy ciężko pracuje na to, żeby odrobić starty. Jednak zarejestrowaliśmy już Ogólnopolski Związek Zawodowy, który ma być niedługo gotowy do tego typu działań. Będziemy szukali sprawiedliwości i odszkodowań, również z powodu złych decyzji, które przyczyniły się do roznoszenia ASF-u. Walka z nim została całkowicie zaprzestana w czasie pandemii i to stanowi bardzo duży problem – dodaje Kołodziejczak.

Jak podsumowuje radca prawny Adrian Parol, sektor rolnictwa musi mocniej zaakcentować rządzącym swoje interesy, a także zwrócić uwagę na to, że zatrudnia setki tysięcy ludzi i ma strategiczne znaczenie dla gospodarki. Tylko w ten sposób ma szansę wyjść z kryzysu finansowego. Państwo powinno traktować go na równi z innymi branżami. Bez zmian systemowych sytuacja może nawet drastycznie się pogorszyć, przed czym ostrzega ekspert.

PARP: Praca zdalna w pandemii to oszczędność czasu oraz wzrost efektywności, ale kosztem zdrowia psychicznego

83 proc. pracowników instytucji finansowych wskazuje oszczędność czasu jako największą zaletę pracy zdalnej. 72 proc. mówi o większym bezpieczeństwie pracy z domu podczas pandemii, zaś 57 proc. najbardziej docenia elastyczny czas pracy – wynika z ankiety przeprowadzonej przez Uniwersytet Warszawski na potrzeby raportu Sektorowej Rady ds. Kompetencji Sektora Finansowego pt. „Przyszłość pracy w sektorze finansowym”. Pracownicy wskazują jednak również na wady systemu pracy z domu. Ponad połowa z nich skarży się na rozluźnienie więzi z innymi członkami zespołu (53 proc.), 47 proc. wskazuje na brak jasnej granicy między pracą a życiem prywatnym, zaś 42. proc. zmaga się z poczuciem izolacji i samotnością. Badanie zostało przeprowadzone w październiku i listopadzie 2020 r. Działalność Rady jest koordynowana przez PARP i Radę Programową ds. Kompetencji, a powstanie raportu zostało sfinansowane ze środków unijnych, Programu Wiedza Edukacja Rozwój.3xzdrowie Centrum Medyczne

Sektor finansowy, jako jeden z wielu, musiał przystosować dotychczasowy tryb pracy do realiów wymuszonych przez pandemię COVID-19. Najtrudniejsze były pierwsze tygodnie funkcjonowania instytucji z sektora finansowego. Zaistniała konieczność dostosowania się do nowych warunków pracy w środowisku cyfrowym, przygotowania np. serwerów do większego obciążenia oraz przystosowanie oddziałów do obsługi klienta z zachowaniem dystansu społecznego.

Pracownicy nie chcą korzystać z L4

Okazało się, że długofalowy home office ma swoje dobre strony. Poza oszczędnością czasu i większym poczuciem bezpieczeństwa podczas pandemii, pracownicy instytucji finansowych wskazują wśród zalet takiego rozwiązania możliwość pracy także w przypadku niewielkich kłopotów zdrowotnych (66 proc.), gdzie pracując w biurze skorzystaliby wówczas ze zwolnienia lekarskiego. Nieco ponad połowa badanych (57 proc.) za plus uważa elastyczny czasy pracy. Natomiast 43 proc. pytanych jako największe zalety pracy zdalnej wskazało możliwość spędzania więcej czasu z rodziną i bliskimi. A 33 proc. ankietowanych jest zdania, że w warunkach domowych ich praca jest bardziej efektywna.

– Nasze badanie zostało przeprowadzone w październiku i listopadzie ubiegłego roku, ale większość wniosków pozostaje wciąż aktualna. Pozytywne jest to, że część negatywnych zjawisk udało się złagodzić, a część opinii ewoluuje, np. ta dotycząca preferencji dla pracy zdalnej, która wyraźnie rośnie w czasie wśród pracowników sektora finansowego – stwierdza Mariola Szymańska, animatorka Sektorowej Rady ds. Kompetencji Sektora Finansowego.

W raporcie zwracano uwagę, że na początku pandemii pracownicy musieli doposażyć swoje gospodarstwa domowe w kolejne sprzęty i urządzenia cyfrowe. Jednak z czasem temat ten stawał się coraz mniej widoczny. Jedna trzecia badanych pracowników sektora finansowego borykała się w pierwszej fazie pandemii z kłopotami sprzętowymi lub koniecznością współdzielenia komputera z innymi domownikami (31 proc.), a co piąty ankietowany odczuwał dyskomfort związany z kwestią braku przestrzeni do efektywnej pracy w domu (21 proc.).

Problematyczne zdalne nauczanie dzieci

Poza trudnościami przestrzennymi i logistycznymi, wynikającymi z niemożności wygospodarowania komfortowej przestrzeni do efektywnej pracy w domu, jedną z poważnych konsekwencji wykonywania zadań w domu, z dala od współpracowników i przełożonego, były też różnego rodzaju obciążenia psychiczne, które mogły rzutować na efektywność podejmowanych działań. 42 proc. ankietowanych wskazało na poczucie izolacji i samotność, 8 proc. straciło motywację do pracy i narzekało na brak właściwej organizacji pracy. 36 proc. badanych nie było zadowolonych z konieczności godzenia pracy z opieką nad dziećmi i ich zdalnym nauczaniem.

– Łączenie obowiązków zawodowych z domowymi i opiekuńczymi nad dziećmi stanowiło dla pracowników poważne wyzwanie. Z uwagi na specyficzną sytuację pandemii, rodzice w ograniczonym stopniu mogli korzystać z pomocy rodziny, np. dziadków – ocenia dr hab. Katarzyna Śledziewska, prof. UW, Dyrektor DELab UW.

Aż jedna trzecia pracowników doświadczyła podwyższonego poziomu stresu i niepokoju, wynikającego m.in. z niemożności sprostania stawianym oczekiwaniom (31 proc.). Zauważalna była też grupa pracowników, którzy czuli niewystarczające wsparcie ze strony przełożonych (11 proc.). To wszystko doprowadziło do odczuwalnych kłopotów zdrowotnych – częstego bólu kręgosłupa i silnych migren, na które skarżyło się aż 38 proc. ankietowanych.

Na jesieni zeszłego roku tylko 16 proc. pracowników instytucji finansowych zgodziłoby się na całkowite przejście na pracę zdalną po zakończeniu pandemii, a co dziesiąta osoba (12 proc. ankietowanych) nie wyobrażała sobie dalszej pracy z domu. Te statystyki ewoluują wraz z utrzymującą się pandemią i jednocześnie procesem doskonalenia rozwiązań i umiejętności pracy zdalnej.

– System Sektorowych Rad ds. Kompetencji powstał, aby pomagać firmom w pozyskiwaniu odpowiednio wykwalifikowanych pracowników i podnosić ich kompetencje. Rady Sektorowe są jego najważniejszym składnikiem: identyfikują braki kompetencyjne w sektorach i dostarczają na ten temat wiedzy. Dzięki temu wiemy, jakie szkolenia albo doradztwo powinniśmy dofinansowywać. Wspierają również szkoły i uczelnie w tworzeniu programów nauczania i w łączeniu ich z przedsiębiorcami, tak by to, czego uczą, w jak największym stopniu odpowiadało potrzebom biznesu – mówi Anna Bracik, rzecznik prasowy PARP. – Obecnie działa 17 Rad obejmujących swoją opieką różne sektory, m.in. finansowy. O ich powstanie zabiegali przedsiębiorcy, partnerzy społeczni i środowiska edukacyjne. A inspiracją były podobne rozwiązania funkcjonujące w Czechach czy Wielkiej Brytanii – dodaje Anna Bracik.