Krajobraz po świętach

Pomimo wątpliwości w święta nie doszło do większych zmian na rynkach. Wielkanoc to zawsze element ryzyka, ponieważ w Polsce mamy wolny poniedziałek po świętach w przeciwieństwie do najważniejszych gospodarek, gdzie świętowany jest Wielki Piątek.

Wielki Piątek na rynkach

Podczas gdy piątek był świętem w wielu europejskich krajach, na rynkach nadal trwał handel. Przy mniejszej liczbie uczestników był jednak potencjał na spore niespodzianki. Na szczęście dla osób zainteresowanych kupnem walut obcych złoty stracił zaledwie 1,5 grosza, kiedy inwestorzy podjęli decyzję o sprzedaży większej porcji złotówek w połowie dnia. Tym samym od 4 dni euro wyceniane jest w korytarzu pomiędzy 4,59 a 4,61.

Kolejne rekordy giełd europejskich

Od początku kwietnia widzimy powrót zainteresowania inwestorów z powrotem do Europy zza drugiej strony oceanu. Powodem oprócz realizacji zysków przez część z nich są również lepsze wyniki parkietów europejskich. Rekordy niemieckiego DAX-a, czy francuskiego CAC z pewnością mają tutaj sporo do powiedzenia. Tym samym jednak nie może pochwalić się polski WIG, który zachowuje się znacznie słabiej i to nie tylko przez silną zadyszkę na akcjach dwóch głównych spółek technologicznych z WIG20. Dowodem na słuszność tej tendencji są zresztą wzrosty na parze EURUSD, która w marcu była wyraźnie w odwrocie.

Dane z USA

Poniedziałek był dniem wolnym w USA, ale rynki funkcjonowały. Dane zza oceanu pokazały rosnący optymizm w branży usługowej. Indeks ISM dla usług wyniósł 63,7 pkt wobec oczekiwanych zaledwie 58,5 pkt. Jednym z głównych powodów wzrostu optymizmu jest relatywnie, względem Europy, sprawnie działający program szczepień przeciwko koronawirusowi. Nie bez znaczenia jest też coraz lepsza sytuacja amerykańskiego rynku pracy, która powoduje wzrost oczekiwanego popytu na usługi.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Marcowe zamieszanie na rynku złota

W marcu br. Grupa Tavex – jeden z czołowych dealerów metali szlachetnych w Polsce – sprzedał ponad 31 133 oz złota. To o ponad 20% więcej niż w analogicznym okresie rok wcześniej. W analizowanym okresie mennica Perth Mint sprzedała ponad 130 000 oz złota (wzrost o ponad 30% w porównaniu z marcem 2020 roku), natomiast U.S. Mint 88 000 oz złota, co w tym przypadku oznacza prawie 60% spadek w porównaniu z ub.r.

W 2020 roku na całym świecie sprzedano rekordowe 1 773,2 ton złota bulionowego. To aż o 40% więcej niż przed rokiem. Natomiast cena kruszcu w 2020 roku wzrosła o 25%, kończąc rok na poziomie 1 887,6 USD – wynika z raportu Światowej Rady Złota.

W marcu br. sprzedaż w Grupie Tavex, U.S. Mint oraz Perth Mint nadal utrzymywała się na wysokim poziomie. Mennice mające przede wszystkim zasięg ogólnoświatowy wygenerowały sprzedaż na poziomie 88 000 i 130 000 uncji złota. Grupa Tavex działająca głównie na rynkach europejskich osiągnęła sprzedaż na poziomie 31 133 uncji złota, co w przeliczeniu daje ponad 200 mln zł.

Mennicom coraz trudniej sprostać ponownie rosnącemu popytowi na złoto. Podobnie jak na początku pandemii odnotowywane są opóźnienia produkcyjne oraz problemy z realizacją zamówień.

W naszym przypadku sprzedaż w marcu 2021 roku pobiła dotychczasowe rekordy, w tym ten z 2020 roku. Warto również wspomnieć o tym, że w pierwszym kwartale 2021 roku Grupa Tavex sprzedała ponad 73 028 oz złota inwestycyjnego (2.27 tony). To wzrost o 32% w porównaniu do pierwszego kwartału 2020 roku ­– mówi Aleksander Pawlak, Prezes Zarządu Tavex. Dzięki naszemu modelowi działania nie mieliśmy problemów z realizacją zamówień. Staramy się utrzymywać wysokie stany magazynowe oraz sprzedawać wyłącznie produkty, które fizycznie posiadamy. W marcu br. roku sprzedawaliśmy produkty zakupione od mennic w lutym. Oczywiście obecnie odnotowujemy pewne opóźnienia w dostawach, jednak aktualnie nie wpływają one na bieżącą działalność. Stale uzupełniamy swoje zapasy i już czekamy na kolejne, kwietniowe, dostawy – dodaje.

BADANIE: Przez ujemne oprocentowanie banki mogą stracić głównie najzamożniejszych klientów

Jak wynika z badania opinii publicznej, przeprowadzonego przez UCE RESEARCH i SYNO Poland, zastosowanie ujemnego oprocentowania skłoniłoby prawie 74% Polaków do wycofania oszczędności z banków. Głównie byłyby to osoby zarabiające ponad 9 tys. zł netto, z wyższym wykształceniem i z miast liczących 100-199 tys. ludności. Komentujący to eksperci tłumaczą, że banki już teraz osiągają ww. efekt, bez względu na dalsze działania. Podnoszą koszty prowadzenia rachunków, nie tracąc przy tym klientów. 

Łącznie aż 73,9% Polaków zrezygnowałoby z trzymania pieniędzy w bankach, jeżeli zastosowałyby one tzw. ujemne oprocentowanie. Klienci nie chcieliby bowiem dopłacać do tego, że ich środki leżą na koncie. 45,4% z tych osób jest o tym absolutnie przekonanych, a 28,5% raczej ku temu by się skłaniało.

– Żaden bank nie zastosuje ujemnego oprocentowania. Po pierwsze, jego klienci uciekliby do konkurencji. Po drugie, UOKiK wypowiedział się, że byłoby to niedopuszczalne. Po trzecie, banki uzyskują już taki efekt, podnosząc koszty prowadzenia bieżących rachunków – komentuje Piotr Kuczyński, analityk rynków finansowych.

Tylko 12,7% badanych deklaruje, że nawet przy ujemnym oprocentowaniu wciąż trzymałoby swój kapitał w bankach. Jednak tylko 2% osób w tej grupie jest tego całkowicie pewnych, a 10,7% raczej tak uważa. Natomiast 13,4% Polaków jest w ww. kwestii kompletnie niezdecydowanych.

– Osoby, które nie zlikwidowałyby swoich kont i lokat, wykazują największą racjonalność. Prawdopodobnie wiedzą o tym, że już dopłacają do swoich kont, ponosząc coraz wyższe koszty prowadzenia rachunków – mówi ekonomista Marek Zuber.

Patrząc na dochody ankietowanych, widać, że osoby zarabiające ponad 9 tys. zł netto w pierwszej kolejności wycofałoby swoje pieniądze z banków. Łączne aż 83,4% z nich tak deklaruje. Co ciekawe, ww. decyzję najrzadziej podjęliby Polacy o dochodach od 7 do 9 tys. zł – w sumie 53,9%.

– Polacy gromadzący największe nadwyżki finansowe mają wiele sposobów na ich lokowanie. Poza tym w ich przypadku straty byłyby najwyższe przy ujemnym oprocentowaniu. Naturalnie ci, którzy zarabiają od 7 do 9 tys. zł, odkładają mniejsze oszczędności. I są gotowi ponieść niewielką dla nich stratę finansową w celu zachowania wygody korzystania z usług bankowych – tłumaczy Marek Zuber.

Warto też dodać, że głównie osoby z wyższym wykształceniem wycofałyby swoje środki z banków w wyżej wskazanej sytuacji – 77%. Natomiast najrzadziej podjęliby ten krok absolwenci szkół podstawowych i gimnazjalnych – 60%.

– Wykształcenie często bywa powiązane z osiąganymi dochodami. Zazwyczaj im jest ono wyższe, tym zarobki są pokaźniejsze. Od ich wysokości zależą decyzje dotyczące finansów. Raczej nie łączyłbym tych deklaracji z kwestią większej lub mniejszej świadomości – stwierdza Marek Zuber.

Najwięcej osób wycofałoby pieniądze z banków w miastach liczących 100-199 tys. mieszkańców – 77,5%. Z kolei najmniej takich decyzji zostałoby podjętych w aglomeracjach mających co najmniej 500 tys. ludności – 71%.

– Wyniki są dość wyrównane. Niemniej można wnioskować, że w niedużych miastach ludzie mają mniejsze oszczędności i nie chcą niczego tracić. W największych aglomeracjach liczy się przede wszystkim wygoda korzystania z usług banku – wyjaśnia Marek Zuber.

Najmniej osób zrezygnowałoby ze swoich kont w woj. łódzkim – 61,2%, a najwięcej – w podkarpackim – 80,7%. Jak podsumowuje Marek Zuber, mieszkańcy łódzkiego zarabiają średnio 5-7 tys. zł. Nie mają tak wysokich nadwyżek finansowych, żeby masowo zabierać je z banków. I ujemne oprocentowanie nie byłoby dla nich dużym uszczerbkiem. Natomiast Polacy żyjący w woj. podkarpackim częściej osiągają dochody ok. 3 tys. zł. W ich przypadku jakakolwiek strata jest nie do zaakceptowania.

Badanie zostało przeprowadzone w drugiej połowie marca br. metodą CAWI przez UCE RESEARCH i SYNO Poland dla portalu Money.pl na reprezentatywnej próbie 1041 dorosłych Polaków.

Jak biznes zniósł rok COVIDU

Pandemia miała negatywny wpływ na gospodarkę. Większość branż ucierpiała, są jednak także takie, które radzą sobie dobrze, a niektóre w COVIDZIE nawet zyskały gospodarczo. Eksperci faktura.pl przeanalizowali liczbę faktur wystawianych w poszczególnych miesiącach przez małe i średnie przedsiębiorstwa. Jakie branże chorują na COVID? Które są odporne, które „nabyły przeciwciała”?

Według wyliczeń Federacji Przedsiębiorców Polskich, gospodarka w naszym kraju straciła w wyniku pandemii koronawirusa 185 mld zł. PKB zmniejszyło się o 2,8 proc. a inwestycje o 8,4 proc. Jednak, jak wskazują doświadczenia z pierwszego lockdown’u, z problemów można się otrząsnąć, a wiele firm dostosowało model działania do gospodarki pandemicznej i dobrze się z tym czuje.Jak biznes zniósł rok COVIDU wykres Jak biznes zniósł rok COVIDU

– Wpływ pandemii na biznes w większości branż jest negatywny. Widać to szczególnie w szczycie trzeciej fali zachorowań. Najbardziej spektakularne są upadki przedsiębiorstw i ich ogromne straty, często oceniane przez pryzmat medialnych, choć pojedynczych przypadków. Ogląd z szerszej perspektywy i weryfikacja danych, jak biznes radził sobie w czasie roku COVIDU pokazuje jednak, że są branże, które ucierpiały jedynie w nieznacznym stopniu. Są też takie, które w ostatnich miesiącach rozwijały się. Firmy sklasyfikowane wg PKD podzieliliśmy na kilka grup: te, które COVID niemal „zabił”, które „przechorowały”, ale mówiąc w przenośni „nabyły przeciwciała” i radzą sobie nieźle. Ostatnie dwie grupy to biznesy, które na koronawirusa okazały się odporne i te, które zyskały i wzmocniły się – mówi Grzegorz Grodek, prezes faktura.pl

Branże, które ciężko chorują na COVID

– POZOSTAŁE POZASZKOLNE FORMY EDUKACJI, GDZIE INDZIEJ NIESKLASYFIKOWANE

– NAUKA JĘZYKÓW OBCYCH

 

Najwięcej mówi się obecnie o hotelach, które z małymi wyjątkami ponownie są zamknięte oraz o branży gastronomicznej, która nie może przyjmować gości w lokalach przez praktycznie cały okres pandemii. Z pewnością pandemia bardzo mocno dotknęła także pozaszkolne formy edukacji. Wiele zajęć sportowych, tanecznych czy hobbystycznych zostało zlikwidowanych lub czasowo zawieszonych. Jeśli się odbywały, gromadziły niewielką liczbę uczestników. Pierwszy lockdown spowodował spadek liczby wystawianych faktur o 56%, sytuacja obecnie nieznacznie uległa poprawie, jednak wystawianych faktur w lutym nadal jest dużo mniej niż rok temu – o 28%.

 

Przez większą część roku spadki notowane były w zakresie nauki języków obcych. Prawdopodobnie jest to efekt ograniczania kosztów przez firmy, które wcześniej płaciły za takie lekcje dla swoich pracowników, a także oszczędności gospodarstw domowych, które odczuwały niepewność zatrudnienia.

Branże, które „przechorowały i nabyły przeciwciała”

– ROBOTY BUDOWLANE ZWIĄZANE ZE WZNOSZENIEM BUDYNKÓW MIESZKALNYCH I NIEMIESZKALNYCH

– SPRZEDAŻ DETALICZNA KSIĄŻEK PROWADZONA W WYSPECJALIZOWANYCH SKLEPACH

Przedsiębiorcy zajmujący się robotami budowlanymi przeżyli dołek – „przechorowali COVID” w czerwcu 2020 r., kiedy wystawili o 27% faktur mniej niż w lutym. Być może związane to było z faktem, że po pierwszej fali pandemii Polacy myśleli już bardziej o wakacjach. W dalszej części roku w wystawianych fakturach widać wyraźne odbicie w robotach budowlanych – 224% faktur w porównaniu z lutym.

Zamknięcie w domach spowodowało, że czytaliśmy też więcej książek. W kwietniu widać dołek, ale już od czerwca zanotowano większą liczbę wystawianych faktur niż przed pandemią. Dobry czas w sprzedaży detalicznej książek utrzymuje się do dzisiaj.

Branże, które nie chorowały na COVID

– KONSERWACJA I NAPRAWA POJAZDÓW SAMOCHODOWYCH

– DZIAŁALNOŚĆ PRAWNICZA

Są branże, w których spadku liczby wystawianych faktur związanej z szokiem COVIDowym w pierwszej jego fali praktycznie w ogóle nie widać. Przez cały rok w podobnym zakresie funkcjonowały np. warsztaty samochodowe, co jest dosyć zaskakujące, biorąc pod uwagę, że pracując z domu wiele osób po prostu nie używało pojazdów (więc się nie psuły).

Nie zmalało także zapotrzebowanie na działalność prawniczą. Po niewielkim spadku w kwietniu zeszłego roku w kolejnych miesiącach faktur wystawiano tam nawet więcej niż przed wybuchem pandemii. Jednym z powodów jest analiza obecnych kontraktów i szukanie możliwości wyjścia z nich, wydłużenia lub możliwości zawieszenia realizacji umów. Takie analizy przedsiębiorcy zlecali obsługującym ich prawnikom.

Branże, które poszyły do góry w pandemii

– DZIAŁALNOŚĆ RACHUNKOWO-KSIĘGOWA; DORADZTWO PODATKOWE

– PRZETWARZANIE DANYCH; ZARZĄDZANIE STRONAMI INTERNETOWYMI (HOSTING) I PODOBNA DZIAŁALNOŚĆ

Branże, które na COVIDZIE zyskały, dosyć łatwo jest wskazać: z pewnością są to sprzedaż internetowa czy działalność kurierska. Dobrze w pandemii miało się przetwarzanie danych i zarządzanie stronami internetowymi, co wydaje się oczywiste w sytuacji, kiedy dystans społeczny przeniósł wiele aktywności do Internetu. Wzrost liczby faktur zauważamy szczególnie mocno w innej onlinowej kategorii usług hostingowych. Widać wyraźny zwrot polskich przedsiębiorców w kierunku online. Warto jednak zwrócić uwagę na mniej oczywiste kody PKD. Działalność rachunkowo-księgowa; doradztwo podatkowe – porównując luty do lutego, w tym roku faktur było o 153% więcej. Może to wynikać z tego, że wiele firm potrzebowało pomocy profesjonalistów z dziedziny podatków, w celu wnioskowania i pozyskania dofinansowania z różnych tarcz rządowych. Być może również trudna sytuacja w wielu branżach wymagała także wsparcia w szukaniu finansowania. Potrzebne były audyty przedsiębiorstw i szukanie oszczędności.

Pandemia spowodowała spore przetasowania wśród branż. Jedne stały się jej beneficjentem, inne wręcz odwrotnie. Wiele firm i całych branż jest w trudnej sytuacji, brakuje im środków na bieżące funkcjonowanie. Szukają pomocy u doradców finansowych, sprawdzają, jak odsunąć w czasie płatności, skąd wziąć gotówkę na przetrwanie. Podobną sytuację widzimy w naszej działalności faktoringowej – trafia do nas coraz więcej firm szukających finansowania. Biznes odrzucony przez banki, w niektórych przypadkach, może u nas znaleźć środki na przeżycie. Faktoring w roku covidowym, był jedynym rosnącym i szeroko dostępnym narzędziem finansowania firm. Firmy sprawdzały możliwości skorzystania z faktoringu, weryfikowały warunki i przekonywały się do niego. W 2021 roku to się nie zmieniło – mówi Marek Sikorski, dyrektor sprzedaży Finea.

Wall Street ma nowe szczyty, USD pozostaje w korekcie

Lepsze od oczekiwań odczyty raport NFP w piątek i ISM dla usług w poniedziałek zainicjowały optymizm, który pociągnął Wall Street na nowe szczyty, a na FX USD pozostaje w korekcie. Brak wzrostowej reakcji rentowności obligacji USA na dane jest ważnym elementem układanki.

Biorąc pod uwagę, że seria danych z USA zaskakiwała pozytywnie i potwierdziła narrację solidnego ożywienia podpartego szybszym tempem szczepień i wsparciem fiskalnym, brak nowej fali wzrostów rentowności obligacji skarbowych USA powinien dziwić.

Oprocentowanie 10-latek utrzymuje się blisko 1,70 proc., tj. poniżej szczytów z ubiegłego tygodnia (1,76 proc.). Zerwanie tego powiązania tłumaczy, dlaczego wyjątkowość USA nie pomaga w umocnieniu dolara. W zamian na powierzchnię wypychana jest interpretacja, że dobra postawa USA to zapowiedź równie dobrej sytuacji globalnej za jakiś czas, kiedy proces szczepień przyspieszy. W poprzednich dnach zaznaczałem, że USD może słabnąć mimo wysokiego tempa wzrostu USA, o ile ożywienie będzie miało charakter globalny. Wówczas strategia reflacyjna i rajd ryzykownych aktywów będą na powrót finansowane tanim USD. Zatem reakcja rynku FX z ostatnich kilkudziesięciu godzin ma sens w dłuższym horyzoncie. Mam jednak wątpliwości, czy trend oparty o strategię reflacyjną już teraz bez przeszkód będzie mógł się rozwijać. Systematycznie przypominane są nam zagrożenia wynikające z trzeciej fali zachorowań w Europie. Po okresie świątecznym z dużym prawdopodobieństwem za kilka dni przyniosą wzrost przypadków zakażenia. W Niemczech politycy nawołują do zaostrzenia restrykcji na najbliższe 2-3 tygodnie. Na tym tle bardziej optymistycznie podchodzę do utrzymania odbicia ryzykownych walut surowcowych, jak AUD czy CAD, aniżeli spieszyłbym się z gonieniem wzrostów EUR/USD. Niech potwierdzeniem tego, że EUR nie ma aktualnie swojej wewnętrznej, będzie powrót spadków EUR/GBP i zejście wczoraj pod 0,85 – pierwszy raz do roku. W przeciwieństwie do Europy, plany ponownego otwarcia gospodarki w Wielkiej Brytanii pozostają na dobrej drodze i rynek to dyskontuje.

Skrócony tydzień może nie przywrócić pełnej płynności, co może rzutować na wymowę zmian cen. Pracować też będziemy na małej puli istotnych danych i wydarzeń. W USA protokół z marcowego posiedzenia FOMC (śr) może dostarczyć treści do dyskusji na temat rosnących rentowności obligacji skarbowych, jednak oczekiwalibyśmy, że minutki potwierdzą przekaz z konferencji prasowej prezesa Powella, gdzie podkreślano brak zaniepokojenia rosnącymi rentownościami, które są odbiciem wzmacniającej się gospodarki. Nie oczekujemy dowodów szerszej dyskusji nad redukcją tempa skupu aktywów czy terminem pierwszej podwyżki. W strefie euro indeks Sentix (wt) będzie pierwszym barometrem nastrojów w obliczu zagrożeń trzeciej fali zachorowań na COVID-19. Wzrost indeksu będzie sygnalizował podtrzymanie nadziei na otwarcie gospodarki i łatwiejsze zwalczenie pandemii dzięki wyższym temperaturom i postępującemu (choć powoli) procesowi szczepień. W Wielkiej Brytanii finalny szacunek PMI dla usług (śr) oraz PMI dla sektora budowlanego (czw) powinny dowodzić poprawy sytuacji gospodarczej w otwierającej się gospodarce. Dane mogą być wygodnym pretekstem dla odnowienia długich pozycji w GBP po ostatniej korekcie wywołanej ogólnorynkową awersją do ryzyka.
W Polsce Rada Polityki Pieniężnej pozostawi stopy procentowe bez zmian (śr). Nawet pomimo niespodzianki w wyższej marcowej inflacji (3,2 proc. r/r, prog. 2,8 proc.) nie sądzimy, aby zmianie uległo nastawienie RPP. Ostatnio prezes NBP Glapiński tłumaczył, że wyższa inflacja teraz i w kolejnych miesiącach będzie się brać z podwyżek cen administrowanych, na które polityka pieniężna nie ma wpływu. Bardziej interesująca niż posiedzenie RPP może być (o ile się odbędzie) wideokonferencja prezesa Glapińskiego, gdzie odpowie on na pytania dziennikarzy (prawdopodobnie w piątek). Szczególnie pytania o sytuację złotego oraz udział NBP w potencjalnej konwersji kredytów frankowych mogą mieć istotne znaczenie dla kierunku rynku walutowego. Biorąc pod uwagę preferowanie przez NBP słabego złotego, wątpimy, aby wideokonferencja mogła przynieść pozytywne impulsy dla PLN. Razem z rozwojem trzeciej fali zachorowań i niepewnością o wyrok SN ws. kredytów frankowych w najbliższych dniach ryzyka dla złotego przeważają po negatywnej stronie.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Jak pandemia wpłynęła na kobiety w IT?

Pandemia odcisnęła olbrzymie piętno na rynku IT i doprowadziła do licznych zmian, m.in. upowszechnienie się pracy zdalnej, zmianę zarobków czy wzrost zapotrzebowania na specjalistów. Coraz więcej kobiet decyduje się również przebranżowić i rozpocząć pracę w sektorze IT. Nie wszystko jest jednak tak kolorowe. Z powodu pandemii kobiety pracujące w IT mają do wykonania więcej pracy w domach. 41% programistek na całym świecie uważa, że praca zdalna negatywnie na nie wpłynęła. Natomiast aż 39% kobiet w Polsce, które chcą rozpocząć karierę jako programistki, twierdzi, że mają problem ze znalezieniem odpowiedniej oferty pracy.

Według raportu “Women in tech report 2021” sporządzonego przez serwis TrustRadius 57% programistek czuje się bardziej wypalona w swojej pracy, 43% z nich pracuje dłużej, a 42% wykonuje więcej obowiązków domowych niż ich partnerzy. Wpływ koronawirusa na pracę kobiet w IT i poza nią jest bardzo duży. Zmieniły się nie tylko takie kwestie jak zarobki czy wykonywanie pracy zdalnie, ale również aspekty życia prywatnego. W tym samym badaniu 47% pracowników IT wskazało, że bilans wykonywania przez nich obowiązków domowych zmienił się pod wpływem obostrzeń epidemiologicznych.

Również aż 41% kobiet w IT uważa, że praca zdalna wpłynęła na nie negatywnie. Tak samo myśli tylko 23% mężczyzn. Co ciekawe mimo to możliwość pracy zdalnej w obliczu pandemii staje się dla programistek w Polsce coraz ważniejsza. W raporcie firmy No Fluff Jobs  “Kobiety w IT 2021” 34% kobiet wskazało home office jako jedną z najważniejszych kwestii w pracy. W analogicznym badaniu z I kwartału 2020 r. 23% programistek możliwość podjęcia pracy zdalnej uważało za najważniejszy aspekt zatrudnienia. Według raportu No Fluff Jobs w pracy w IT najważniejsze dla kobiet są dobra atmosfera (66%), wysokie zarobki (65%), a także możliwości rozwoju (64%). Home office zajęło czwartą pozycję.

– Pandemia koronawirusa wymusiła na rynku IT szybkie wdrożenie pracy zdalnej. Wiele firm z sektora nowych technologii poradziło sobie z tym bardzo dobrze. Co ciekawe paradoksalnie COVID-19 pozytywnie odbił się na zarobkach programistów, zwłaszcza tych pracujących w trybie home office. Pokazują to badania firmy Inhire pt. “IT 2020 Market Snapshot”. Według nich juniorzy w segmencie IT w I kwartale 2020 r. pracując zdalnie, zarabiali średnio 7151 zł, w IV kwartale ich honorarium wyniosło już 9322 zł. Dla porównania w analogicznym okresie programiści pracujący stacjonarnie zarabiali 8938 zł w I kwartale i 8798 zł w IV –  mówi Marek Czyżewski, CEO PRAVNA.pl, serwisu specjalizującego się m.in. w pozyskiwaniu ulgi IP BOX dla programistów.

Prawie 1⁄4 programistek chce pracować na podstawie umowy B2B

Aż 21% kobiet pracujących w IT wykazuje chęć zawiązania współpracy z firmami na podstawie kontraktu B2B. Według raportu “Kobiety w IT 2021” aż 70% programistek pracuje w oparciu o umowę o pracę. Dzięki kontraktowi B2B kobiety mogłyby liczyć na wyższe zarobki. Te średnio dla juniorek zamykają się w granicach 3001-4000 zł netto, dla bardziej zaawansowanych – midów – 5001-6000 zł, a dla seniorek 10 001-15 000 zł. Badanie No Fluff Jobs pokazuje, że najbardziej usatysfakcjonowaną grupą pod względem zarobków w IT są seniorki. Ich oczekiwania finansowe najczęściej pokrywają się z realnymi wynagrodzeniami. To również przeważnie ekspertki i seniorki pracują w oparciu o kontrakty B2B. Łącznie 20% kobiet w IT ma umowy B2B.

Niecała 1⁄4 programistek pracuje na podstawie kontraktów B2B. To drugi najczęstszy – po umowie o pracę – rodzaj zatrudnienia w firmach IT. Przeważnie kontrakty B2B mają najbardziej wyspecjalizowane i wykwalifikowane programistki, których praca wiąże się z wysokimi, niekiedy kilkunastotysięcznymi miesięcznymi wynagrodzeniami. Takie zarobki to również duże podatki i opłaty –  dzięki uldze IP BOX, wiele kobiet pracujących w IT może dzięki temu rozliczać się na podstawie referencyjnej 5% stawki podatku CIT/PIT w odniesieniu do dochodów z kwalifikowanych praw własności intelektualnej – tłumaczy CEO Pravna.pl. – Nasza praktyka pokazuje, że do uzyskanie pozytywnej opinii wymagane jest zebranie odpowiedniej argumentacji, a cały proces bazujący na uzyskaniu interpretacji trwa około 3-4 miesięcy – dodaje Czyżewski.

Ulga IP BOX przewidziana jest dla firm (w tym jednoosobowych), które zajmują się badaniami czy rozwojem, a także szeroko określonej działalności innowacyjnej. Oprócz naukowców czy pracowników badawczych, do rzeczonej ulgi kwalifikują się również programiści i inni pracownicy sektora IT.

Kobiety chcą pracować w IT, ale mają problem ze znalezieniem pracy

W ubiegłorocznym raporcie “Kobiety w IT 2020” firmy No Fluff Jobs aż 58% respondentek odpowiedziało, że było zainteresowane pracą w IT. Przyjmuje się, że w Polsce obecnie 30% programistów stanowią kobiety i trend coraz większej feminizacji tego zawodu rośnie. Polki widzą potencjał w sektorze nowych technologii i chcą pracować. Jako główne motywatory najczęściej wymieniają wyższe zarobki (70%), możliwości rozwoju osobistego (51%) czy pasjonowanie się branżą IT (40%). Przeważnie kobiety, które chcą podjąć pracę jako programistki, po prostu przebranżawiają się i kształcą samodzielnie. 49% Polek, które dąży do rozpoczęcia kariery w IT jest na etapie samodzielnej nauki, 25% chce ukończyć specjalistyczne kursy, a tylko 7% myśli o studiach w tym kierunku.

Niestety, ciągle wiele kobiet napotyka spore trudności w swojej drodze do kariery IT. 39% ankietowanych badania firmy No Fluff Jobs z 2021 r. wskazało, że mają problem ze znalezieniem właściwej oferty pracy. 34% z kolei twierdzi, że nie wie od czego zacząć. Po drodze pojawiają się także takie problemy, jak niezdecydowanie co do wyboru specjalizacji (28%), strach przed zmianą pracy (24%) czy koszty nauki programowania (23%). Co zaś tyczy się samych specjalizacji, to okazuje się, że najpopularniejszą wśród kobiet IT jest testing (16%), który jeszcze w 2020 r. był na 3. miejscu w badaniu No Fluff Jobs. Polki również bardzo często dobrze radzą sobie w cyberbezpieczeństwie, na które także rośnie zapotrzebowanie.

Podczas pandemii rynek IT nieustannie mierzy się z nowymi wyzwaniami. Przejście dużej części pracowników na całym świecie na home office zwiększyło potrzebę korzystania z infrastruktury internetowej, co sprzyja pojawianiu się nowych cyberzagrożeń. Jednocześnie rola specjalistów ds. cyberbezpieczeństwa każdego roku nabiera większego znaczenia ze względu na rosnącą liczbę ataków w sieci związanych nie tylko z pandemią COVID-19 –  mówi Wiktoria Olszewska, cybersecurity analyst w Accenture i dodaje, że obecna sytuacja dodatkowo zwiększyła zapotrzebowanie na pracowników zajmujących się cyberbezpieczeństwem, dlatego firmy aktywnie rekrutują specjalistów w tym obszarze i jednocześnie starają się rozwiązać już wcześniej zaadresowany problem, którym jest mała liczba kobiet w branży. – Wierzymy, że zdywersyfikowane zespoły są skuteczną odpowiedzią na wyzwania sektora. Jako Accenture aktywnie wspieramy kobiety pragnące rozpocząć karierę w cyberbezpieczeństwie oraz kobiety będące już doświadczonymi specjalistkami w tej dziedzinie – zapewnia Olszewska.

Skład podatkowy – wszystko, co warto wiedzieć

Składy podatkowe to miejsca o szczególnym statusie akcyzowym, pozwalające na odsunięcie w czasie obowiązku zapłaty podatku akcyzowego. Zawieszenie poboru akcyzy to sytuacja, gdzie pomimo zaistnienia obowiązku podatkowego nie powstaje zobowiązanie podatkowe, co w praktyce oznacza odroczenie zapłaty akcyzy.

W związku z tym działalność składów podatkowych jest ściśle regulowana przepisami ustawy oraz rozporządzeń. W szczególności uregulowana jest definicja składu podatkowego, warunki jego prowadzenia, a także proces uzyskiwania zezwolenia.

Definicja składu podatkowego

Definicja składu podatkowego została określona w art. 2 ust. 1 pkt 10 ustawy o podatku akcyzowym. Poprzez skład podatkowy należy więc rozumieć miejsce, w którym wyroby akcyzowe są:

  • produkowane,
  • magazynowane,
  • przeładowywane,
  • do którego są wprowadzane,
  • z którego są wyprowadzane – z zastosowaniem procedury zawieszenia poboru akcyzy.

Prowadzenie składu podatkowego związane jest z koniecznością uzyskania odpowiedniego zezwolenia. W zezwoleniu określone jest ww. miejsce w przypadku składu podatkowego znajdującego się na terytorium Polski.

Warunki techniczne prowadzenia składu podatkowego

Szczegółowe warunki prowadzenia składu podatkowego zostały określone w Rozporządzeniu Ministra Finansów z dnia 21 grudnia 2015 r. w sprawie szczegółowych warunków dotyczących miejsca odbioru wyrobów akcyzowych oraz prowadzenia składu podatkowego. (Dz.U. z 2018 r. poz. 55).

Zgodnie z rozporządzeniem miejsce prowadzenia składu podatkowego powinno spełniać następujące warunki:

  • Odrębność – wydzielenie od pozostałej części terenu (przez ogrodzenie) lub pomieszczenia (przez inne trwałe oznaczenie);
  • Oznaczenie – konieczne jest umieszczenie tablicy z napisem „Skład podatkowy” oraz nazwą lub imieniem i nazwiskiem podmiotu prowadzącego skład podatkowy;
  • Odpowiednia infrastruktura – techniczna, sanitarna i komunikacyjna;
  • Zabezpieczenie – techniczne lub elektroniczne, które gwarantować będzie nienaruszalność i niezmienialność wyrobów akcyzowych znajdujących się w składzie podatkowym;
  • Narzędzia, maszyny i przyrządy do:
  1. prowadzenia działalności określonej w zezwoleniu,
  2. weryfikacji ilości wyrobów w składzie podatkowym,
  3. dokonania kontroli.

Ponadto w przypadku wystąpienia jakichkolwiek braków ilościowych wyrobów akcyzowych prowadzący skład podatkowy zobowiązany jest do niezwłocznego poinformowania o tym fakcie właściwego naczelnika urzędu skarbowego.

Warunki prowadzenia miejsca odbioru wyrobów akcyzowych

Przepisy ww. rozporządzenia wskazują, jakie kryteria powinno spełniać miejsce odbioru wyrobów akcyzowych. W szczególności powinno być to miejsce wydzielone od pozostałej części terenu lub pomieszczenia za pomocą ogrodzenia lub innej trwałej przegrody. Ma to na celu ułatwienie kontrolowania oraz zapobieżenie mieszaniu się wyrobów akcyzowych z innymi. Dodatkowo takie miejsce winno być odpowiednio oznaczone tablicą zawierającą wyrazy „Miejsce odbioru wyrobów akcyzowych”, a także nazwę lub imię i nazwisko zarejestrowanego odbiorcy. Ponadto na potrzeby kontroli miejsce takie powinno posiadać odpowiednią infrastrukturę techniczną, sanitarną i komunikacyjną, a także powinno być wyposażone w odpowiednie urządzenia i przyrządy umożliwiające wprowadzenie wyrobów akcyzowych, określanie ich ilości, a także wykonywanie kontroli.

Zezwolenie na prowadzenie składu podatkowego

Zezwolenie na prowadzenie składu podatkowego wydawane jest podmiotom prowadzącym działalność mieszczącą się w zakresie działalności składu podatkowego, czyli polegającą na produkcji, przeładowaniu lub magazynowaniu wyrobów akcyzowych, które są zarejestrowane jako podatnicy podatku VAT (o ile nie są rolnikami wykonującymi działalność związaną z wyrobami akcyzowymi na własny użytek). Podmiot nie powinien też posiadać zaległości podatkowych, celnych, ZUS. Nie powinno być także prowadzone postępowanie egzekucyjne, likwidacja czy postępowanie upadłościowe w stosunku do wnioskodawcy.

Ustawodawca stawia także szczególne warunki podmiotom prowadzącym skład podatkowy, którzy nie powinni być skazani prawomocnym wyrokiem za przestępstwo przeciwko wiarygodności dokumentów, mieniu, obrotowi gospodarczemu, papierami wartościowymi lub przestępstwo skarbowe. Ponadto podmiotowi nie zostało cofnięte żadne z udzielonych zezwoleń, koncesji czy zezwoleń na prowadzenie działalności gospodarczej, a także nie była wydana decyzja o zakazie wykonywania działalności regulowanej.

Niezbędne jest też posiadanie tytułu prawnego do korzystania z miejsca, w którym prowadzony ma być skład podatkowy.

Wniosek o wydanie zezwolenia należy złożyć u naczelnika urzędu skarbowego właściwego ze względu na miejsce położenia składu podatkowego. W przypadku prowadzenia już innego składu albo posiadania innego zezwolenia akcyzowego wniosek należy złożyć w urzędzie skarbowym właściwym ze względu na siedzibę/miejsce zamieszkania. Do wniosku o wydanie zezwolenia na prowadzenie składu podatkowego należy dołączyć dokument potwierdzający tytuł prawny do miejsca składu, plan składu podatkowego, potwierdzenie statusu podatnika VAT, zaświadczenie o niekaralności i zaświadczenie o niezaleganiu w opłacaniu składek ZUS, a także dowód uiszczenia opłaty skarbowej (82 zł).

Przed wydaniem zezwolenia właściwy urząd skarbowy wzywa do złożenia zabezpieczenia akcyzowego w terminie 14 dni od daty doręczenia wezwania w jednej z form przewidzianej ustawą.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Pandemia może wpłynąć na budżety samorządów na długie lata. Poznań tylko w ubiegłym roku stracił ponad 200 mln zł

Ubiegłoroczny budżet Poznania ucierpiał w wyniku mniejszej mobilności mieszkańców i ograniczenia działalności w wielu branżach lokalnej gospodarki. Straty do listopada wyniosły 200 mln zł. Największe ubytki po stronie dochodów dotyczą wpływów z komunikacji miejskiej oraz z podatku dochodowego od mieszkańców. – Udało się maksymalnie ochronić przed cięciami program inwestycji miejskich i duże przedsięwzięcia są realizowane zgodnie z planem – zapewnia Piotr Husejko, dyrektor Wydziału Budżetu i Kontrolingu Urzędu Miasta Poznania.

– Pierwsze szacunki dotyczące wykonania budżetu za 2020 rok, których dokonaliśmy na początku pandemii koronawirusa, czyli na przełomie marca i kwietnia 2020 roku, były dość pesymistyczne. Dzisiaj po podsumowaniu roku wiemy, że pandemia odcisnęła swoje piętno na budżecie, ale na szczęście nie tak bardzo, jak przypuszczaliśmy. Ubytki dochodów budżetowych są jednak faktem, a pandemia wciąż trwa, więc możemy się spodziewać jej wpływu także na tegoroczny budżet. Zakładamy, że negatywne skutki pandemii będziemy odczuwać jeszcze co najmniej przez kilka miesięcy – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Piotr Husejko.

W budżecie Poznania na 2020 rok największe ubytki dochodów dotyczą miejskiej komunikacji zbiorowej. Powodem jest ograniczenie mobilności mieszkańców w wyniku pandemii i wprowadzonych obostrzeń. Wpływy ze sprzedaży biletów komunikacji miejskiej były w 2020 roku niższe o 67 mln zł, czyli około 1/3 zaplanowanych na cały rok.

– Niższe były również wpływy z  tytułu podatku dochodowego od osób fizycznych. Do kasy miasta trafiło o 35 mln zł mniej, niż pierwotnie planowaliśmy. Mniejsze dochody niż przewidywane przyniosła także sprzedaż nieruchomości miejskich. Popyt na lokale przeznaczone na cele usługowe był mniejszy, bo wiele firm wstrzymało inwestycje. Zapewne dopiero za jakiś czas okaże się, w jakim stopniu pandemia wpłynie długoterminowo na funkcjonowania miasta. Będziemy to obserwować z niepokojem, bo obecna sytuacja gospodarcza może zmienić finanse miast na długie lata – dodaje dyrektor Wydziału Budżetu i Kontrolingu Urzędu Miasta Poznania.

Część wpływów uzyskanych w 2020 roku jest pochodną tego, co działo się w 2019 roku, np. wpływy z podatku dochodowego PIT lub CIT. Dopiero realizacja budżetu w 2021 roku pokaże skalę, w jakiej pandemia uszczupli dochody samorządów.

– Po stronie wydatków budżetowych związanych z pandemią największe kwoty dotyczyły polityki społecznej, czyli kosztów zakupu środków ochrony osobistej dla pracowników służb miejskich, pomocy społecznej, np. mieszkańców i pracowników DPS-ów czy pracowników żłobków miejskich. Znacznym obciążeniem były także zakupy komputerów i systemów informatycznych niezbędnych do świadczenia pracy zdalnej – wymienia Piotr Husejko.

W sumie tzw. koszty covidowe, które nie zostały zaplanowane w budżecie miasta, to ponad 20 mln zł. Z kolei pewna część wydatków zaplanowanych na 2020 rok nie doszła do skutku z uwagi na wprowadzone obostrzenia, np. sfinansowanie imprez, które miasto miało przeprowadzić, dofinansowanie koncertów czy spotkań. Podobnie było z działalnością sportowo-kulturalną. Mniejsze wydatki na obiekty i wydarzenia pozwoliły przeznaczyć więcej środków finansowych na ochronę osobistą pracowników lub koszty wdrożenia pracy zdalnej.

– Polityka inwestycyjna miasta nie zmieniła się w okresie pandemii i w zasadzie wszystkie najważniejsze inwestycje miejskie są realizowane. Miejski program inwestycyjny jest w znacznym stopniu finansowany funduszami unijnymi. Większość inwestycji jest w trakcie i trudno byłoby wstrzymać prace na budowach. W 2020 roku szukaliśmy oszczędności raczej na małych inwestycjach, np. w zakupach sprzętu dla jednostek samorządowych, które mogły poczekać. Ale patrząc na miliardowy budżet inwestycyjny rocznie, to jest niewielka kwota. Mieszkańcy z pewnością nie dostrzegli niekorzystnych zmian w usługach publicznych i funkcjonowaniu służb miejskich – zapewnia dyrektor w poznańskim UM.

Jak podkreśla, dla finansów samorządów problemem jest nie tylko pandemia i lockdown. Ich skutki tylko nałożyły się na systemowe kwestie, które od lat doskwierają miastom. Chodzi m.in. o dodawanie samorządom zadań, na które z budżetu centralnego nie płyną adekwatne środki. Tak jest m.in. w oświacie. W 2021 roku do zadań oświatowych Poznań dopłaci 551 mln zł (w 2015 roku było to 298 mln zł).

– Kolejna kwestia to obniżka podatku PIT z 2019 roku czy zwolnienie 26-latków z podatku dochodowego. To wszystko odbywa się kosztem samorządów i nakłada się na problemy finansowe wynikające z pandemii. Z pewnością jednorazowe przekazanie 93 mln zł z Rządowego Funduszu Inwestycji Lokalnych dla Poznania nie rozwiąże systemowych problemów finansowania samorządów, które są bolączką od wielu lat – podsumowuje Piotr Husejko.

Dochody Poznania w 2021 roku zaplanowano na prawie 4,36 mld zł. To nieco więcej niż w budżecie przyjmowanym w ubiegłym roku. Wydatki mają pochłonąć niemal 5,19 mld zł, także więcej niż rok temu. Najwięcej, bo aż 1,6 mld zł, miasto wyda w tym roku na drogi i komunikację zbiorową. Planowane wydatki na oświatę to prawie 1,4 mld zł, ponad 993 mln zł Poznań przeznaczy na politykę społeczną, zdrowotną i rodzinną, a niemal 238 mln zł zaplanowano na gospodarkę komunalną i ochronę środowiska. Inwestycje w tym roku zaplanowano na 1,3 mld zł.

Rośnie liczba zakażeń wirusem kleszczowego zapalenia mózgu. Problemu nie widać w statystykach

Pod względem liczby odnotowanych przypadków kleszczowego zapalenia mózgu ubiegły rok był rekordowy w krajach takich jak Czechy, Słowacja i Niemcy, gdzie zakażeń było nawet do 60 proc. więcej niż rok wcześniej. W Polsce, według danych PZH, odnotowano ponad 40-proc. spadek. Zdaniem ekspertów pokazuje to tylko, jak zmiany w funkcjonowaniu systemu opieki zdrowotnej wywołane pandemią wpłynęły na diagnostykę i raportowanie przypadków KZM. Jak podkreślają, rzeczywista liczba zakażeń wirusem KZM rośnie z każdym rokiem, a szczepionka jest jedynym sposobem, żeby się przed nim uchronić.

 W ostatnich latach obserwujemy większą liczbę zakażeń wirusem KZM przenoszonym przez kleszcze, co jest powiązane ze zmianami klimatycznymi. To zjawisko obserwowane w całej Europie. W tej chwili sezon aktywności kleszczy już się zaczyna, a przez pandemię więcej czasu spędzamy na świeżym powietrzu, ponieważ inne aktywności mamy ograniczone. To oznacza większe możliwości eksponowania się na pokłucia kleszczy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. dr hab. n. med. Joanna Zajkowska z Kliniki Chorób Zakaźnych i Neuroinfekcji na Uniwersytecie Medycznym w Białymstoku.

Szacuje się, że wirusem wywołującym KZM jest zakażone od 3 do nawet 15 proc. populacji kleszczy w Polsce. Ocieplenie klimatu przyczynia się do ich ekspansji na tereny, na których do tej pory nie występowały. Jak wynika z danych zebranych w publikacji „Jak zmiany klimatyczne wpłynęły na rozwój KZM i groźnych zakażeń wirusowych” (Crazy Nauka na zlecenie kampanii „Nie igraj z kleszczem – wygraj z kleszczowym zapaleniem mózgu” 2020–2021), w Polsce w 2019 roku średnia temperatura roczna wzrosła aż o 2°C, a w polskich miastach nawet więcej. Jednym z efektów jest wzrost populacji kleszczy i przenoszonych przez nie chorób.

Dobrze widać to na przykładzie innej groźnej choroby przenoszonej przez kleszcze – boreliozy. Według danych Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego – Państwowego Zakładu Higieny (PZH) w 2019 roku odnotowano ponad 20,6 tys. przypadków. Główny Inspektorat Sanitarny podaje z kolei, że w latach 2006–2016 w Polsce miał miejsce ponad trzykrotny wzrost zachorowań na tę chorobę (z 4,4 do ponad 13,8 tys. przypadków). Rokrocznie wzrasta też liczba osób zakażonych wirusem KZM.

– Od lat 90. zapadalność na kleszczowe zapalenie mózgu weszła na wyższy poziom i obserwujemy takich przypadków od 200 do 300 w całej Polsce. Połowa z nich przypada na województwo podlaskie i warmińsko-mazurskie. Natomiast według badań i aktualnych rekomendacji cała Polska jest uznawana za region endemiczny – mówi prof. Joanna Zajkowska.

Pod względem liczby odnotowanych przypadków zakażeń wirusem KZM ubiegły rok był rekordowy w krajach blisko sąsiadujących z Polską: Czechach, na Słowacji i w Niemczech, gdzie zakażeń było o prawie 60 proc. więcej r/r. Rekordowy przyrost zanotowano też w Szwajcarii, gdzie potwierdzono o 73 proc. więcej przypadków niż w 2019 roku. W Polsce – według danych PZH – odnotowano 158, a w roku poprzedzającym – 265, co oznacza ponad 40-proc. spadek liczby zgłoszeń. Nie oznacza to jednak, że liczba zakażeń wirusem KZM w Polsce faktycznie spadła. Jak sygnalizują eksperci, liczba zakażeń jest niedoszacowana, a pandemia jeszcze bardziej uwidoczniła ten problem.

 W sąsiednich krajach jest lepszy system raportowania, czyli liczenia i zgłaszania tych przypadków. W Polsce oddziały zakaźne, które zajmowały się leczeniem kleszczowego zapalenia mózgu, teraz zostały przeznaczone do leczenia pacjentów z COVID-19. W efekcie pacjenci z objawami KZM trafiają na oddziały internistyczne albo neurologiczne. Tam jest rozpoznawana neuroinfekcja ośrodkowego układu nerwowego, ale często niepotwierdzona badaniem serologicznym, a tylko to pozwala zaraportować takie przypadki do Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego. Dlatego wydaje się być ich relatywnie mniej – wyjaśnia ekspertka Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku.

Kleszcze rozpoczynają swoją aktywność wczesną wiosną i mogą atakować aż do późnej jesieni. Wbrew powszechnemu przekonaniu te pajęczaki żyją nie tylko w lasach, lecz także na innych terenach zielonych. Mogą ukłuć np. w przydomowym ogródku czy na miejskim trawniku. Dlatego narażona na KZM jest każda osoba spędzająca czas na łonie natury. Dotyczy to zwłaszcza osób aktywnych, nie tylko  biegaczy i rowerzystów, ale również grzybiarzy, wędkarzy, działkowców czy właścicieli psów albo rodzin z małymi dziećmi.

– Ryzyko zakażenia kleszczowym zapaleniem mózgu dotyczy wszystkich. Z badań wynika, że równie często chorują mieszkańcy obszarów wiejskich, jak i miejskich. To oznacza, że incydentalny wypad do lasu, bieganie czy jogging po lesie również wiążą się z ryzykiem. Osoby, które uprawiają sport na łonie natury, jeżdżą rowerem po lesie czy wychodzą z psem na spacer, też są narażone – wskazuje prof. Joanna Zajkowska.

Wirus KZM bytuje w gruczołach ślinowych kleszczy, dlatego do zakażenia dochodzi w momencie ukłucia przez pajęczaka. Wywołuje on kleszczowe zapalenie mózgu – ciężką, ostrą chorobę ośrodkowego układu nerwowego, która prowadzi do poważnych powikłań, a nawet śmierci.

– Zdarzają się powikłania w postaci porażenia splotu barkowego, niedowładu kończyn – jednej, a nawet wszystkich czterech, zaburzenia równowagi, w najgorszym przypadku zaburzeń oddechowych – wymienia ekspertka.

Około 5–10 proc. przypadków kleszczowego zapalenia mózgu ma ciężki przebieg, który wiąże się z poważnymi powikłaniami neurologicznymi i koniecznością późniejszej rehabilitacji. W przeciwieństwie do boreliozy, leczonej antybiotykami, czy wielu innych chorób wirusowych na kleszczowe zapalenie mózgu nie ma skutecznego leku. Leczy się je wyłącznie objawowo. Jedyną metodą przeciwdziałania chorobie jest szczepienie ochronne. Szczepionka na KZM jest skuteczna w 99–100 proc. i składa się z trzech dawek, które najlepiej podać już wczesną wiosną.

 Jeśli organizm ma przeciwciała, zidentyfikuje i unicestwi wirusa, więc nie dojdzie do rozwoju choroby. Szczepionkę, którą mamy na rynku, regularnie stosują pracownicy Lasów Państwowych, czyli grupa zawodowa, w której było najwięcej zachorowań. Natomiast dzięki szczepieniom leśnicy przestali chorować na kleszczowe zapalenie mózgu – podkreśla ekspertka Kliniki Chorób Zakaźnych i Neuroinfekcji Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku.

Jak wynika z badania przeprowadzonego rok temu na potrzeby kampanii „Nie igraj z kleszczem – wygraj z kleszczowym zapaleniem mózgu”, Polacy w dużej części wciąż bagatelizują zagrożenie albo nie mają jego świadomości. Aż 35 proc. nigdy nie słyszało o kleszczowym zapaleniu mózgu, a podobny odsetek błędnie twierdzi, że przed chorobą można się uchronić, stosując antybiotykoterapię.

– Nawet na Podlasiu, gdzie zachorowań na KZM jest naprawdę dużo, ryzyko to jest wciąż trochę niedoceniane. Ludzie, jadąc na Zanzibar, boją się malarii i wirusa Ziki, a jadąc na Mazury, w ogóle nie myślą o kleszczowym zapaleniu mózgu. Natomiast COVID-19 trochę przewartościuje potrzebę szczepień i pokaże, że to jednak nic strasznego – przekonuje prof. Joanna Zajkowska.

Blisko 50 proc. rynku hazardu online to szara strefa. W ubiegłym roku budżet stracił niemal 600 mln zł z tytułu niezapłaconego podatku od gier

Wartość rynku gier hazardowych w Polsce wyniosła w ubiegłym roku prawie 40 mld zł, nie licząc szarej strefy na rynku stacjonarnym. W samym segmencie online obroty w szarej strefie sięgnęły 12,6 mld zł. Prawie połowa rynku hazardu online znajduje się obecnie w rękach międzynarodowych operatorów, którzy świadczą usługi poza polskim prawem. Tylko w ubiegłym roku sektor finansów publicznych stracił z tego tytułu 594 mln zł z samego podatku od gier – oszacowali analitycy firmy doradczej EY na podstawie specjalnie przygotowanego modelu ekonometrycznego.

Szara strefa na rynku hazardowym online odnosi się do gier i zakładów organizowanych bez wymaganych zezwoleń. W Polsce, zgodnie z naszymi szacunkami, obroty wygenerowane w szarej strefie online w 2020 roku wyniosły 12,6 mld zł. To oznacza, że szara strefa stanowiła w ubiegłym roku 46,7 proc. całego rynku online. Legalna część branży w tym czasie wygenerowała obrót na poziomie 14,4 mld zł. Natomiast legalne podmioty na stacjonarnym rynku hazardowym wygenerowały 11,7 mld zł obrotów. Sumując to wszystko, wartość całego rynku hazardowego w Polsce wyniosła w ubiegłym roku prawie 40 mld zł, nie licząc szarej strefy na rynku stacjonarnym – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Marek Rozkrut, partner i główny ekonomista EY w Polsce.

Według ustawy hazardowej w Polsce część gier (np. turnieje pokera online) jest całkowicie zakazana albo objęta monopolem państwa (kasyna online). Międzynarodowe podmioty, działające poza polskim prawem, umożliwiają jednak udział w grach niedostępnych na legalnym rynku. Mimo nowelizacji ustawy hazardowej z 2017 roku, która wyraźnie poprawiła sytuację w sektorze i wprowadziła narzędzia przeciwdziałania szarej strefie na rynku online, problem nadal nie został rozwiązany. Każdego roku budżet państwa traci setki milionów złotych z tytułu nieodprowadzonego podatku od gier, CIT czy PIT.

Tylko w ubiegłym roku sektor finansów publicznych stracił na tym procederze blisko 600 mln zł z samego podatku od gier – wylicza dr Marek Rozkrut.

Jak wskazuje, ze względu na to, że to najczęściej podmioty zagraniczne oferują polskim graczom nielegalne gry hazardowe online, regulatorom w Polsce trudno jest sankcjonować przepisy i nakładać kary. De facto prowadzi to do transferu środków od polskich graczy za granicę. W 2020 roku z kieszeni polskich konsumentów do nielegalnych operatorów trafiło w ten sposób około 1,1 mld zł.

Brak rejestracji transakcji przez nielegalnych operatorów hazardowych pozwala im uniknąć opodatkowania i osiągać korzyści ze szkodą dla sektora finansów publicznych i legalnie działających podmiotów, które są narażone na nieuczciwą konkurencję – wskazuje główny ekonomista EY w Polsce.

O wprowadzenie bardziej zdecydowanych działań wobec nielegalnie działających podmiotów – w tym np. skuteczniejsze blokowanie stron internetowych i płatności na ich rzecz – od lat apeluje legalna część branży hazardowej, w tym m.in. Stowarzyszenie Graj Legalnie, na którego zlecenie powstał raport EY. Tym bardziej że w porównaniu z innymi krajami UE polski rynek hazardu online wciąż jest relatywnie mały, a więc wciąż ma spory potencjał rozwoju.

Jednocześnie ten rynek jest szczególnie narażony na działania szarostrefowe, więc – bez odpowiednich działań – niestety należy się liczyć z ryzykiem dalszego wzrostu szarej strefy w Polsce – mówi dr Marek Rozkrut.

Z analizy EY wynika, że zwiększanie barier wejścia na rynek hazardowy online prowadzi do spadku przychodów netto legalnych operatorów i jednocześnie stanowi zachętę do większej aktywności ze strony nielegalnych podmiotów. Ponadto im wyższy koszt prowadzenia legalnej działalności, np. z powodu opodatkowania usług hazardowych czy konieczności spełnienia innych wymogów regulacyjnych, tym większa jest przewaga konkurencyjna podmiotów, które funkcjonują w szarej strefie.

Duże znaczenie dla wielkości szarej strefy ma też skala i skuteczność działań podejmowanych przez regulatorów. Rynek hazardowy online niewątpliwie stwarza duże wyzwania związane z egzekwowaniem prawa, co wynika z transgranicznego charakteru usług internetowych i ograniczonej jurysdykcji krajowych organów regulacyjnych. Najczęściej stosowane w UE metody zwalczania szarej strefy na rynku hazardowym online polegają na blokowaniu stron internetowych oraz płatności otrzymywanych i kierowanych do nielegalnych operatorów. Takie działania ograniczają możliwości ich funkcjonowania – mówi dr Marek Rozkrut.

Co istotne, w publicznej debacie pojawiają się bardzo różne szacunki dotyczące wielkości szarej strefy na polskim rynku hazardowym. Na ogół nie towarzyszą im jednak żadne konkrety na temat metodyki czy zakresu wykorzystanych danych.

Dotyczy to także szacunków cytowanych przez Ministerstwo Finansów – podkreśla partner EY w Polsce. – Trudno je ocenić jako dobre lub złe, bo po prostu nie wiemy, w jaki sposób są one przeprowadzone i jak rozwiązywane są różne wyzwania związane z szacowaniem szarej strefy na tym rynku. Metodyka EY, służąca do szacowania szarej strefy, była wykorzystywana w analizach dla kilkudziesięciu krajów i została opisana w recenzowanym, międzynarodowym czasopiśmie naukowym. Szczegóły naszego podejścia, dostosowanego do rynku gier hazardowych online, są przedstawione w załącznikach technicznych do raportu. Stawiamy na przejrzystość, która jest nieodłącznym elementem wiarygodności analiz.