Dobre perspektywy strefy euro

Dzisiejsze dane pochodzące z indeksów koniunktury pokazują gwałtowny wzrost optymizmu wśród managerów odpowiedzialnych za zamówienia. Co ciekawe, pomimo lepszych perspektyw euro jest w odwrocie.

Indeksy koniunktury

Dzisiaj od rana poznajemy indeksy PMI dla usług i przemysłu z najważniejszych gospodarek. Wskaźniki dla Unii Europejskiej niespodziewanie wyskoczyły w górę. Oczekiwano poziomów odpowiednio 57,7 pkt dla przemysłu i 46 pkt dla usług. Odczyt wyniósł jednak 62,4 pkt oraz 48,8 pkt. Biorąc pod uwagę aktualność tych danych i fakt, że podczas ankiet było już wiadomo o kolejnej fali pandemii, jest to zadziwiająco dobry wynik. Najciekawsza jest jednak reakcja rynków, gdzie euro od rana jest w odwrocie względem dolara pomimo bardzo dobrych danych.

Ceny na Wyspach hamują

Poznaliśmy dzisiaj wskaźnik wzrostu cen dla Wielkiej Brytanii. W skali roku inflacja konsumencka rośnie o zaledwie 0,4%. Analitycy spodziewali się wzrostu o 0,8%. Tak niski poziom zmian cen wskazuje na strach producentów przed tym, że klienci po podwyżkach nie kupią i większość cen stoi w miejscu pomimo wyjścia z Unii Europejskiej. Z drugiej strony ceny producentów rosną szybciej, niż oczekiwano, co sugeruje, że koszty jednak idą w górę. Rynki walutowe przyjęły te dane neutralnie.

Zamieszanie w Turcji

Po tym jak Centralny Bank Turcji podniósł niedawno stopy procentowe z 17% na 19%, próbując opanować utratę wartości liry tureckiej oraz przyspieszającą inflację, do gry wtrącił się prezydent Erdogan. Przypomniał on swoją bardzo odważną koncepcję polityki monetarnej, w ramach której zbyt wysokie stopy procentowe napędzają inflację. To, że nauka sugeruje dokładnie odwrotną prawidłowość nie ma tutaj znaczenia. Na stanowisku prezesa banku centralnego pojawił się już nowy, bardziej posłuszny człowiek. Nie zmienia to faktu, że o ile w piątek na zamknięciu notowań za lirę płacono 8,6 euro to dzisiaj trzeba zapłacić już niemal 9,5 euro, to ponad 10% więcej, a przez moment było jeszcze drożej. Rynki spodziewają się bowiem nagłego cięcia stóp procentowych, które powinno osłabić walutę i już się na to przygotowują.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
13:30 – USA – zamówienia na dobra,
14:45 – USA – indeks PMI dla przemysłu.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Ulga B+R do rozliczenia do końca czerwca

Po raz drugi Ministerstwo Finansów wydłuża termin na składanie zeznań podatkowych dla płatników CIT. W zeszłym roku mogli oni skorzystać z dodatkowych dwóch miesięcy, tym razem mają czas do 30 czerwca. Zmiana dotyczy podmiotów, których rok podatkowy kończy się między 1 grudnia 2020 roku a 28 lutego 2021 roku. W przypadku podatników PIT termin pozostaje bez zmian. Czekamy jeszcze na oficjalne rozporządzenie, gdyż na ten moment to jedynie postanowienie sejmowej komisji finansów publicznych, a proces legislacyjny nadal trwa.

Przedłużenie terminu składania CIT za 2020 rok to dobra wiadomość dla podatników, którzy chcieliby skorzystać z ulgi na działalność badawczo-rozwojową, a do końca marca nie zdążyliby przygotować niezbędnej dokumentacji. Z roku na rok systematycznie wzrasta liczba przedsiębiorstw korzystających z tej preferencji. Od początku jej funkcjonowania, czyli od roku 2016, podatnicy PIT i CIT odliczyli już ponad 5,6 mld zł kosztów kwalifikowanych. Zgodnie z najnowszymi danymi Ministerstwa Finansów za rok podatkowy 2019, po ulgę B+R sięgnęło 1342 podatników CIT oraz 1195 PIT-owców. Jest to odpowiednio 41 i 34 proc. więcej niż rok wcześniej.

Rośnie również wielkość odliczeń kosztów kwalifikowanych. Podatnicy CIT odliczyli w 2019 roku niemal 2,25 mld zł kosztów, podczas gdy w 2018 roku było to 1,7 mld zł. Z kolei PIT-owcy dokonali odliczeń o wartości 293 mln zł w porównaniu do 179 mln zł rok wcześniej. Choć te wzrosty cieszą, to w dalszym ciągu liczba podatników rozliczających ulgę B+R jest stosunkowo niewielka. 2537 podmiotów, które sięgnęły po tę preferencję w 2019 roku, to jedynie kropla w morzu na tle firm, które prowadzą w Polsce działalność badawczo-rozwojową – stwierdza Karolina Łukasik, Project Manager w Dziale innowacji, ulg i dotacji w Ayming Polska.

Najchętniej odliczane

Biorąc pod uwagę koszty kwalifikowane wykazywane przez podatników w 2019 roku, zdecydowanie najczęściej  odliczali oni koszty osobowe dotyczące pracowników bezpośrednio realizujących działalność badawczo-rozwojową. Taki trend można zauważyć również w poprzednich latach. W 2019 roku koszty osobowe wyniosły 2 518,9 mld zł, stanowiąc 72 proc. wszystkich zadeklarowanych kosztów. Ważną informacją dla firm rozliczających koszty osobowe w ramach ulgi B+R jest wyrok NSA z 5 lutego br (sygn.
II FSK 1038/19).

– Zdaniem sądu, jeśli pracownik poświęca w 100 proc. swój czas na działania badawczo-rozwojowe, wynagrodzenie związane z jego usprawiedliwioną nieobecnością (np. urlop, zwolnienie lekarskie) może być uznane za koszt kwalifikowany i rozliczone w ramach ulgi B+R. Dotychczas Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej w wydawanych przez siebie interpretacjach indywidualnych traktował nieobecności jako wykonywanie obowiązków służbowych, które są niezwiązane z działalnością badawczo-rozwojową. Warto przypomnieć, że korekty zeznań podatkowych można składać do pięciu lat wstecz, więc podatnicy powinni ponownie przyjrzeć się ponoszonym kosztom osobowym związanym z nieobecnościami pracowników – tłumaczy Kinga Gala, Konsultant w Dziale innowacji, ulg i dotacji w Ayming Polska.

Zwrot gotówkowy dla MŚP

Zgodnie z art. 18da ustawy CIT oraz 26ea ustawy PIT, podatnikom, którzy w pierwszym oraz drugim roku prowadzenia działalności ponieśli stratę bądź osiągnęli dochód niższy od kosztów kwalifikowanych dotyczących prowadzonej działalności badawczo-rozwojowej, przysługuje zwrot bezpośredni kwoty nieodliczonej ulgi B+R. W roku 2019 z tej możliwości skorzystało zaledwie 27 podatników CIT i PIT, a łączna kwota zwrotu sięgnęła 2,7 mln zł.

– Tak nieznaczne kwoty odliczeń mogą wynikać z niewiedzy start-upów i MŚP o przysługującym im zwrocie gotówkowym. Ulga B+R, mimo że jest bardzo korzystnym rozwiązaniem wspierającym innowacyjność, dotyczy wyłącznie podmiotów odprowadzających podatek dochodowy. Jednak Ministerstwo Finansów zostawiło furtkę dla najmłodszych przedsiębiorców, umożliwiając im skorzystanie z odliczenia ulgi w przypadku wykazania straty podatkowej. Warto pamiętać, że podatnik jest zobowiązany do zwrotu wykazanej w zeznaniu kwoty, jeżeli przed upływem trzech lat podatkowych od złożenia zeznania zlikwiduje działalność gospodarczą lub zostanie postawiony w stan upadłości dodaje Karolina Łukasik.

Deloitte: Przełom w sukcesji – nadzieja dla firm rodzinnych

Na stronie Rządowego Centrum Legislacji został ogłoszony projekt ustawy o fundacjach rodzinnych. Planowany termin wejścia ustawy w życie to 1 stycznia 2022 r. Projekt ten daje realną szansę na utrzymanie polskich firm rodzinnych w rękach rodziny oraz na akumulację polskiego kapitału. Kluczem do popularyzacji fundacji rodzinnych będą zasady ich opodatkowania. Jeśli nie będą one porównywalne z innymi formami prowadzenia działalności, konstrukcja fundacji może być rzadko stosowana.

Już samo ogłoszenie projektu ustawy należy uznać za przełom w myśleniu prawodawców o sukcesji w ramach firm rodzinnych. Jeśli wejdzie on w życie, przedsiębiorstwa rodzinne kierowane przez żyjących jeszcze założycieli, będą miały szansę na realizację ich marzeń o wielopokoleniowych firmach, które zachowają rodzinny charakter.

Wyjątkowość fundacji rodzinnej leży przede wszystkim w kilku kluczowych cechach:

  1. a) fundacja rodzinna nie będzie miała wspólników, co pozwala uniknąć ryzyka zbycia lub utraty praw majątkowych do firmy rodzinnej, a więc pozwoli na zachowanie rodzinnego charakteru firmy,
  2. b) sukcesja w modelu fundacji rodzinnej odbywa się tylko raz – przy utworzeniu fundacji, nie jest więc ona narażona na ryzyka związane z przedwczesną śmiercią właścicieli firmy oraz niepewnością prawną co do tego, kto jest tym właścicielem,
  3. c) fundacja rodzinna pozwoli na oddzielenie statusu beneficjenta fundacji i osoby nią zarządzającej, dzięki czemu fundator uniknie dylematu, czy pozbawić udziałów w firmie sukcesorów pasywnych, czy też je im przekazać,
  4. d) fundacja rodzinna pozwoli w końcu na zachowanie dużej elastyczności zarówno w zakresie wyznaczania kręgu beneficjentów, jak i w zakresie sposobu podejmowania strategicznych decyzji,
  5. e) cel fundacji rodzinnej obejmuje przede wszystkim cele rodzinne, a więc fundacja będzie mogła realizować przedsięwzięcia ważne dla rodziny ze środków wspólnych.

Polski projekt ustawy o fundacjach rodzinnych zakłada ponadto:

  1. a) fundację będzie mogła założyć jedna lub więcej osób fizycznych, a jej beneficjentami będą mogły być wyłącznie osoby fizyczne bądź organizacje pożytku publicznego,
  2. b) fundacja będzie miała trzy organy: zarząd – organ zarządzający fundacją operacyjnie, radę protektorów – organ nadzoru (obligatoryjny tylko w określonych sytuacjach) oraz zgromadzenie beneficjentów – organ w założeniu projektodawcy epizodyczny, jednak naszym zdaniem, z uwagi na dużą elastyczność w stosunku do pozostałych organów, może on pełnić kluczową rolę przy powoływaniu pozostałych organów fundacji,
  3. c) prawo spadkobierców ustawowych do zachowku zostanie zachowane również wobec fundacji, jednak wprowadzono możliwość rozłożenia zachowku na raty czy też jego miarkowania przez sąd,
  4. d) fundacja nie będzie mogła prowadzić działalności gospodarczej, a więc będzie wyłącznie podmiotem pełniącym funkcję holdingową wobec spółek operacyjnych,
  5. e) fundacja rodzinna będzie podlegała rejestracji w KRS, a jej statut będzie jawny, tak jak w przypadku spółek prawa handlowego,
  6. f) fundacja rodzinna będzie odpowiedzialna za zobowiązania alimentacyjne fundatora, choćby powstały po jej utworzeniu, jak również za pozostałe długi fundatora, które istnieć będą na dzień jej założenia.

Po wstępnej analizie projektu ustawy uznać należy go za dobry punkt startowy do dyskusji o ostatecznym kształcie zasad funkcjonowania polskiej fundacji rodzinnej. Najważniejsze założenia dotyczące fundacji rodzinnej zostały naszym zdaniem uwzględnione, choć w kilku miejscach projekt może wymagać modyfikacji i doprecyzowania.

Niestety o tak pozytywnych ocenach nie można mówić, analizując rozwiązania podatkowe związane z projektowaną fundacją rodzinną. Z korzystnych zapisów podatkowych zauważyć warto, że:

  • zgodnie z obecnym projektem wniesienie majątku do fundacji rodzinnej przez fundatora nie będzie podlegało opodatkowaniu podatkiem dochodowym,
  • wypłata świadczeń fundacji rodzinnej na rzecz uprzywilejowanych beneficjentów (są nimi małżonek, zstępni, wstępni, pasierb, rodzeństwo, ojczym i macocha fundatora oraz sam fundator) ma być zwolniona z podatku od spadków i darowizn, jeżeli przedmiotem świadczenia jest mienie wniesione do fundacji przez tego fundatora (istotne w sytuacji, gdy będzie więcej niż jeden fundator). Niezbyt precyzyjna i logicznie sprzeczna definicja obejmuje mienie wniesione przez fundatora fundacji rodzinnej oraz dochody z niego (ewentualnie mienie nabyte lub uzyskane przez fundację w zamian za te środki) oraz fundusz operatywny (zgodnie z art. 15 projektu fundusz ten stanowi mienie wniesione przez fundatora).

Z pozostałych regulacji podatkowych warto wskazać na następujące:

  • od otrzymanych świadczeń fundacji rodzinnej powyżej wartości mienia wniesionego przez fundatora beneficjenci uprzywilejowani oraz w każdym przypadku wszyscy pozostali beneficjenci fundacji zapłacą zryczałtowany podatek od spadków i darowizny wg nowej 19 proc. stawki;
  • fundacja rodzinna ma być podatnikiem podatku dochodowego od osób prawnych, który będzie opodatkowywał swoje dochody wg podstawowej 19 proc. stawki podatkowej; w stosunku do fundacji nie znajdzie zastosowania zwolnienie z opodatkowania dochodów fundacji nawet jeżeli będą one przekazywane na cele statutowe, nie będzie również możliwości zastosowania 9 proc. podatku CIT;
  • wypłata dywidendy przez spółki na rzecz fundacji rodzinnej nie będzie korzystała ze zwolnienia dywidendowego.

 

Podkreślić należy przy tym, że kluczem do popularyzacji fundacji rodzinnych z pewnością będą zasady ich opodatkowania. Jeśli nie będą one porównywalne z innymi formami prowadzenia działalności, konstrukcja fundacji będzie rzadko stosowana.

Kancelaria Deloitte Legal aktywnie brała udział w dotychczasowych pracach legislacyjnych nad projektem ustawy i została zaproszona do udziału w jego publicznych konsultacjach.

Autorzy:

Robert Uhl, adwokat, partner w kancelarii Deloitte Legal.

Łukasz Żuławiński, radca prawny, managing associate w kancelarii Deloitte Legal.

Michał Lejman, dyrektor w dziale Doradztwa Podatkowego w Deloitte.

200 tysięcy pracowników gastronomii musiało znaleźć nową pracę

Blisko 200 tysięcy osób – tyle, według szacunków w roku 2020 pracowników gastronomii straciło pracę lub zmieniło formę zatrudnienia. To pokazuje, że gastronomia jest jedną z najsilniej dotkniętych branż przez trwającą od 13 miesięcy pandemię koronawirusa. 24 marca mija pięć miesięcy odkąd lokale mogą serwować dania tylko na wynos lub z dowozem, sytuacja wielu lokali jest krytyczna i niestety należy spodziewać się kolejnych zwolnień i bankructw. Co robią osoby, które straciły pracę w gastronomii? Eksperci zwracają uwagę, że najsilniej zasiliły one konkretną branżę gospodarki.

„Sieroty po gastronomii” próbują się odnaleźć na rynku pracy

Praca w gastronomii wymaga konkretnych umiejętności: kucharz powinien umieć gotować, a obsługa powinna wykazywać się nienagranymi manierami i prezencją. Czy indywidualne umiejętności pracowników gastronomii znajdują zastosowanie w innych branżach? Według ekspertów Grupy IDEA HR niestety nie jest łatwo: – Pracownicy gastronomii mają problemy ze znalezieniem dla siebie miejsca na rynku pracy. Nie wiadomo jeszcze ile lokale będą zamknięte, obserwujemy bardzo poważny kryzys branży i ogromna rzesza dotychczasowych pracowników restauracji czy kawiarni zmienia zawody i podejmuje się zatrudnienia w odległych sektorach. Oczywiście bardziej mobilni są młodzi ludzie – mówi Anna Sudolska, członek zarządu IDEA HR Group. – Studenci i młodzi ludzie pracujący w gastronomii zwykle w ogóle rezygnowali z pracy i skupiali się na nauce, ewentualnie trafiali do handlu lub innego sektora usług – mówi ekspert.

Obserwacje Idea HR Group wskazują, że są sektory, które bardzo chętnie zatrudniały pracowników gastronomii: – Branża e-commerce przeżywa obecnie największy rozkwit w historii. Pracownicy magazynów, ale i kurierzy to osoby bardzo pożądane na rynku pracy. Zauważyliśmy sporą fluktuację: młodzi pracownicy gastronomii np. kelnerzy czy kucharze, bardzo często podejmowali pracę w e-commerce i logistyce. Inny kierunek to praca w charakterze dostawcy czy kierowcy. Był moment, że zapotrzebowanie na kierowców było naprawdę duże – mówi Anna Sudolska. – W gorszej sytuacji są kobiety. One zwykle poszukiwały pracy w usługach i handlu, a jak wiadomo ten również mocno cierpi wskutek pandemii – wyjaśnia Anna Sudolska.

Miały być dwa tygodnie, a jest pięć miesięcy. „Najdłuższe dwa tygodnie w dziejach świata”

Jakie są perspektywy dla pracowników gastronomii? Anna Sudolska nie ma wątpliwości, że gdy pandemia minie to wykwalifikowani kucharze i profesjonalna obsługa kelnerska będzie w cenie. Tutaj wszystko jest kwestią czasu: – Wyobrażam sobie, że jeżeli po Wielkanocy gastronomia wróci do funkcjonowania to wiele osób, które pracowało w tym sektorze powróci do pracy. Niestety im dłużej trwa pandemia, tym to odradzanie będzie powolniejsze i bardziej skomplikowane – mówi ekspertka.

Pracownicy są w czasie pandemii mniej skłonni do zmiany pracodawców. Odchodząc z restauracji czy kawiarni lub baru, pracownicy zdecydują się na powrót tylko w sytuacji, gdy pandemia będzie w realnym odwrocie: – Dzisiaj mija 5 miesięcy od momentu, gdy gastronomię zamknięto na dwa tygodnie. To najdłuższe dwa tygodnie w dziejach świata. Walka z pandemią trwa i należy z wyrozumiałością podchodzić do restrykcji, które obowiązują w całej Europie. Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że sytuacja gastronomii i branż objętych bezpośrednio lockdownem jest najtrudniejsza – mówi Anna Sudolska.

Badanie EY: 64% polskich firm działa w chmurze

64% polskich firm w ramach transformacji cyfrowej wdrożyło rozwiązania chmurowe. W ciągu najbliższych 12-18 miesięcy taki krok planuje wykonać 26% ankietowanych – wynika z badania EY Polska „Transformacja cyfrowa firm 2020”.

Oprócz poprawy komunikacji i współpracy (na które wskazało 54% badanych) istotnym argumentem za wdrożeniem rozwiązań chmurowych było obniżenie kosztów (34%), zwiększenie elastyczności i wygody prowadzenia firmy, z kolei 29% ankietowanych kierowało się przy tej decyzji chęcią zwiększenia bezpieczeństwa danych.

Rys.1. Najważniejsze motywy przeniesienia zasobów firmy do chmury
Najważniejsze motywy przeniesienia zasobów firmy do chmury

– Okres pandemii wiele firm zmotywował do wdrożenia rozwiązań chmurowych przede wszystkim dlatego, że dzięki temu możliwy był dostęp do zasobów firmy, a przez to niezakłócone prowadzenie działalności operacyjnej. To proces, który w ostatnich miesiącach zdecydowanie przyspieszył. Dotąd wielu przedsiębiorców obawiało się tego typu rozwiązań, pozostawiając większość procesów w tradycyjnej formie. Nie oznacza to jednak, że z jednym dniem przedsiębiorcy nabrali do chmury pewności i przekonania, że powinni tam przenieść zdecydowaną część albo nawet większość procesów. Nadal przyglądają się tym rozwiązaniom uważnie i w większości korzystają w nich w takim stopniu, w jakim jest to z ich perspektywy jedynie konieczne do prowadzenia działalności, nie doceniając przy tym jakie rozwiązania może ona zaoferować. Co ciekawe, blisko jeden na pięciu ankietowanych uważa, że wdrożenie chmury w jego przedsiębiorstwie nie jest potrzebne – mówi Radosław Frańczak, Partner EY, CESA Consulting SAP Leader.

Wciąż barierą dla rozpowszechniania rozwiązań chmurowych w polskich przedsiębiorstwach pozostaje także brak zaufania, który deklaruje 29% firm. Wśród innych barier powstrzymujących przed wdrożeniem chmury znajdują się przede wszystkim wysokie koszty (24% wskazań), a 14% badanych uważa, że nie ma na rynku rozwiązań dostosowanych do potrzeb ich firmy. Dla 13% firm barierą jest opór ze strony zarządu a dla 9% – ze strony pracowników.

Rys.2. Główne bariery wstrzymujące firmy przed podjęciem decyzji o przeniesieniu danych do chmuryGłówne bariery wstrzymujące firmy przed podjęciem decyzji o przeniesieniu danych do chmury

Jak więc będzie rysować się przyszłość rozwiązań chmurowych w firmach, skoro 73% ankietowanych dostrzega bariery we wprowadzaniu tego typu rozwiązań? Jedna trzecia firm, w ciągu najbliższych 18 miesięcy zechce pozostawić większość zasobów w tradycyjnej formie i tylko część utrzymywać w chmurze. Bez chmury zamierza funkcjonować niemal jedna na cztery firmy (24%). Połowa zasobów w chmurze, a połowa w formie tradycyjnej to z kolei podejście, które zamierza zastosować 23% badanych. Tylko 4% firm zamierza natomiast posiadać w chmurze całość swoich zasobów.

Rys.3. Wykorzystanie chmury w perspektywie najbliższych 18 miesięcy

Wykorzystanie chmury w perspektywie najbliższych 18 miesięcy

– Wraz z rosnącą popularnością chmury zaufanie do niej będzie rosnąć. Co więcej, należy oczekiwać, że szereg korzyści, które zapewniają tego typu rozwiązania sprawi, że przedsiębiorcy odkryją w nich nowe wartości. Jedną z nich jest między innymi innowacyjność, która dotyczy nie tylko implementacji samego rozwiązania chmurowego, ale również podejścia producentów oprogramowania czy systemów, którzy coraz częściej najnowsze rozwiązania wprowadzają najpierw w chmurze, a dopiero później udostępniają je w wersjach lokalnych. To oznacza, że brak adaptacji chmury może spowodować opóźnienie lub wręcz odcięcie się od nowości technologicznych – dodaje Radosław Frańczak.

Deloitte: Prawie ⅔ Polaków z niepokojem patrzy na stan swoich oszczędności

O ile Polacy coraz mniej martwią się o bieżące opłacanie zobowiązań finansowych, o tyle z rosnącym niepokojem patrzymy w przyszłość. Tylko nieco ponad jedna czwarta z nas obawia się o uregulowanie nadchodzących płatności, ale spłata kredytów to już powód do obaw dla 61 proc. Najnowsza edycja badania Deloitte Global State of the Consumer Tracker pokazuje, że na stabilnym poziomie utrzymuje się ogólny poziom obaw Polaków związanych z pandemią. Opracowany przez firmę doradczą indeks niepokoju w ciągu miesiąca spadł zaledwie o 1 p.p. i obecnie wynosi -1 proc. W Europie bardziej od nas zaniepokojeni są tylko Irlandczycy i Włosi.

Respondenci z 18 krajów na świecie wzięli udział w 16. globalnej edycji badania konsumenckich nastrojów i obaw związanych z pandemią koronawirusa. Ankietowani byli mieszkańcy Australii, Kanady, Chin, Francji, Niemiec, Indii, Irlandii, Włoch, Japonii, Meksyku, Holandii, Korei Południowej, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych, Chile, RPA oraz Polski. Respondenci znad Wisły odpowiadali na pytania Deloitte po raz 13. Badanie zostało przeprowadzone na przełomie lutego i marca, czyli jeszcze przed zwiększeniem liczby zachorowań i wprowadzeniem kolejnych obostrzeń.

Europa spokojniejsza

Najnowsza edycja badania pokazuje duże zmiany w poziomie obaw Europejczyków. W Wielkiej Brytanii opracowany przez Deloitte indeks niepokoju (różnica netto między osobami, które zgodziły się ze zdaniem „Jestem bardziej zaniepokojony niż tydzień temu” oraz tymi, które zaprzeczyły) spadł aż o 13 p.p. i wynosi -7 proc., czyli tyle samo co w Hiszpanii i we Francji, które także odnotowały spory spadek poziomu niepokoju – odpowiednio o 9 p.p. i 7 p.p.

W przypadku Polski poziom obaw w ciągu miesiąca tylko nieznacznie drgnął i obecnie wynosi -1 proc. Tym samym – od lutego – spadliśmy o trzy miejsca, na szóstą pozycję wśród krajów europejskich z najniższym poziomem lęku. Trzeba jednak odnotować, że indeks niepokoju nad Wisłą sukcesywnie maleje od listopada ub. roku. Wydaje się więc, że choć co prawda nie tracimy czujności, to nauczyliśmy się żyć i radzić sobie w rzeczywistości, którą przyniosła pandemia – mówi Michał Tokarski, partner, lider sektora dóbr konsumenckich w Polsce, Deloitte.

W Europie najwyższy poziom niepokoju jest we Włoszech – 6 proc. Najniższy poziom obaw – także globalnie – od miesięcy deklarują Niemcy (-39 proc.), natomiast najwyższy wynik na świecie Deloitte odnotował w Indiach (27 proc.).

Troskliwy jak Polak

W każdej edycji badania uwagę przyciągają odpowiedzi Polaków na pytania dotyczące zdrowia. Mimo, że obawy dotyczące kondycji bliskich osób minimalnie zmalały w ciągu miesiąca, nadal 76 proc. badanych przyznaje, że to dla nich powód do niepokoju. To wciąż najwyższy wynik w Europie. Za nami są Hiszpanie (74 proc.). Także obawy o własne zdrowie są największe w tych dwóch krajach, choć Hiszpanie znacznie, bo o 14 p.p. wyprzedzają Polaków (61 proc.). Na trzecim miejscu są Irlandczycy i Włosi (po 53 proc.).

Także globalnie Polska jest w czołówce państw z najwyższym poziomem obaw dotyczących zdrowia własnego i bliskich osób. Wśród 18 badanych krajów wyprzedzają nas jedynie Chile, Chiny, Indie, Meksyk, RPA, a w przypadku obaw o własną kondycję także Hiszpania. 13. edycja badania, w której udział bierze nasz kraj, potwierdza, że niezależnie od tego, na jakim poziomie był nasz indeks niepokoju i ogólny poziom lęków, obawy o zdrowie bliskich nigdy nie spadły poniżej 70 proc. – mówi Krzysztof Wilk, partner associate w dziale Doradztwa Podatkowego, lider praktyki Life Sciences & Health Care, Deloitte.

W przypadku większości aktywności konsumenckich eksperci Deloitte zauważają wzrost poczucia bezpieczeństwa wśród Polaków. Zmiany są niewielkie, ale wystarczające, by były to najlepsze wyniki od początku badania, czyli od maja 2020 roku. I tak 29 proc. z nas bez obaw wzięłoby udział w masowym wydarzeniu, takim jak koncert czy mecz, a 44 proc. czuje się bezpiecznie podczas pobytu w hotelu. Prawie połowa polskich konsumentów deklaruje, że nie ma obaw przed korzystaniem z indywidualnych usług, jak wizyta u dentysty czy fryzjera. Zdecydowanie najmniej obaw mamy w związku z zakupami w sklepach stacjonarnych – 58 proc. konsumentów nad Wisłą czuje się podczas takich zakupów bezpiecznie. Spadek poczucia bezpieczeństwa – w obu przypadkach o 2 p.p. – dotyczy wizyt w restauracjach i podróży samolotem. W tych sytuacjach bezpiecznie czuje się odpowiednio 41 proc. i 28 proc. rodzimych konsumentów.

Obawy o przyszłość

Charakterystyczny dla ankiet przeprowadzonych na przełomie lutego i marca jest zauważalny wzrost poczucia bezpieczeństwa Polaków w przypadku pytań związanych z życiem zawodowym. Jeszcze w lutym prawie jedna czwarta z nas obawiała się powrotu do biura. W najnowszej edycji odpowiedziało tak 18 proc. zapytanych. Niejako wzmocnieniem tego trendu jest nieznaczny spadek – do 44 proc. – liczby osób, które deklarują, że w najbliższym czasie ograniczą korzystanie z publicznego transportu, którym wielu z nas jeździ do pracy.

Polacy wciąż boją się utraty zatrudnienia. Takie obawy wyraża 46 proc. ankietowanych, czyli dwukrotnie więcej niż ma to miejsce na przykład u naszych zachodnich sąsiadów. W Europie więcej konsumentów, którzy boją się zostać bez pracy jest tylko w Hiszpanii. To wysoki wynik, choć spada z każdym miesiącem. Od listopada, kiedy bezrobocia obawiało się aż 54 proc. z nas, czyli najwięcej w historii badania, to mniej o 8 p.p. – mówi John Guziak, partner, lider ds. kapitału ludzkiego w Deloitte Polska.

Pytania dotyczące finansów pozwalają sądzić, że mniej niepokoi nas aktualny stan naszych portfeli. Z 32 do 28 proc. spadła liczba polskich konsumentów, którzy niepokoją się o to, jak uregulują nadchodzące płatności. To jednak jeden z wyższych wyników w Europie. Więcej osób, dla których jest to powód do obaw jest w Hiszpanii – 39 proc., najmniej w Holandii – 14 proc.

Tylko jedna trzecia z nas, a więc mniej o 4 p.p. odkłada na później robienie większych zakupów. W Europie najczęściej odpowiadali tak Włosi – 46 proc., najrzadziej Niemcy i Holendrzy – nieco ponad jedna czwarta w obu przypadkach.

Ciekawie na tym tle wygląda liczba konsumentów, którzy obawiają się o spłaty kredytów (61 proc.) i o stan swoich oszczędności (64 proc.). W ciągu miesiąca minimalnie ich przybyło nad Wisłą i jest w tej chwili najwięcej w Europie. O spłatę kredytów martwi się też połowa Hiszpanów i tylko nieco ponad jedna czwarta Niemców. Także w przypadku obaw o stan oszczędności za nami są Hiszpanie (54 proc.), a na drugim końcu skali Niemcy i Holendrzy (po 29 proc.).

Porównanie obaw dotyczących aktualnego stanu portfela, z którym wiążą się codzienne wydatki i regulowanie bieżących płatności z wydatkami, które czekają nas w przyszłości pokazuje, że w codziennych sprawach zachowujemy większy spokój. Wciąż jednak towarzyszy nam niepokój dotyczący tego, w jakim stanie nasze konta zostawi pandemia – mówi Przemysław Szczygielski, partner, lider branży Usług Finansowych w Polsce, Deloitte.

Oszczędzamy na wygodach

Wyniki najnowszej edycji badania pokazują zmiany we wszystkich trendach zakupowych. Aż o 7 p.p. zmalała w ciągu miesiąca liczba Polaków (30 proc.), którzy są gotowi płacić dodatkowo za wygodę, jak na przykład dostarczenie zakupów do domu (trend convenience). To spora zmiana, zważywszy na to, że ankieta z lutego pokazała wzrost o 6 p.p. i dała najwyższy wynik w historii badania. Często woleliśmy zapłacić za dostawę zakupów do domu niż z niego wychodzić. Na początku marca w Europie tylko Belgowie (23 proc.) i Holendrzy (28 proc.) wykazali mniejsze od nas zainteresowanie tym trendem.

W najnowszej fali badania ubyło też konsumentów, którzy kupują więcej od firm, które dobrze zareagowały na kryzys (36 proc.) i od lokalnych producentów (47 proc.). Mniej niż połowa Polaków poluje także na okazje. Co ciekawe odpowiedziało tak tyle samo Brytyjczyków (47 proc.) i jeszcze więcej Irlandczyków (48 proc.) oraz Niemców (49 proc.), co świadczy o tym, że Polacy nie są konsumentami szczególnie wrażliwymi na ceny, ale także o tym, że mieszkańcy bogatszych krajów korzystają z atrakcyjnej cenowo oferty, jeśli na nią trafią.

Wciąż 41 proc. Polaków deklaruje, że kupuje więcej niż jest w stanie zużyć na bieżąco. W tym miesiącu nie jesteśmy co prawda europejskim liderem tego trendu, jednak o 1 p.p. wyprzedzają nas tylko Brytyjczycy i Włosi.

Mimo opanowania dotyczącego bieżącej sytuacji, Polacy zdecydowanie pewniej się czują gdy są przygotowani na „najgorsze”. Przecież przez rok pandemii zdążyliśmy się przekonać, że sklepy działają i nie brakuje w nich produktów, a mimo to robienie zapasów plasuje nas w topie europejskich krajów – podsumowuje Michał Tokarski.

Instytucja czynnego żalu a prawo podatkowe

Rozliczenia podatkowe są skomplikowanym procesem. Wymagają wiedzy, sumienności oraz terminowości. Zdarza się, że podatnicy nieświadomi ciążących na nich obowiązków, zapominający albo z przyczyn organizacyjnych niemogący dopełnić obowiązków popełnią wykroczenie albo nawet przestępstwo zagrożone odpowiedzialnością osobistą wynikającą z Kodeksu karnego skarbowego. W takim przypadku mają do dyspozycji specjalne narzędzie, jakim jest czynny żal, który pozwala na uniknięcie kary za niedopełnienie obowiązków wobec fiskusa związanych z terminowym rozliczeniem i zapłatą podatku. Najbardziej popularną formą zawiadomienia jest składanie go na piśmie, jednak od pewnego czasu można do tego wykorzystać także środki komunikacji elektronicznej – skrzynkę e-PUAP.

Instytucja czynnego żalu KKS

Zgodnie z art. 16 § 1 Kodeksu karnego skarbowego „nie podlega karze za przestępstwo skarbowe lub wykroczenie skarbowe sprawca, który po popełnieniu czynu zabronionego zawiadomił o tym organ powołany do ścigania, ujawniając istotne okoliczności tego czynu, w szczególności osoby współdziałające w jego popełnieniu”. Ponadto sprawca musi dopełnić obowiązków, których zaniedbania się dopuścił, popełniając przestępstwo lub wykroczenie. Innymi słowy, w przypadku popełnienia czynu zabronionego określonego w KKS należy czym prędzej złożyć samodonos do urzędu skarbowego oraz wypełnić ciążące na podatniku obowiązki. Czynny żal ogranicza jedynie skutki odpowiedzialności karno-skarbowej. Zobowiązanie podatkowe wraz z odsetkami i tak powinno być rozliczone.

Zakres informacji niezbędnych do ujawnienia

Powyżej wskazane są warunki skorzystania z czynnego żalu. W pierwszej kolejności sprawca musi ujawnić popełnienie czynu zabronionego. Innymi słowy, sam musi się przyznać do popełnienia błędu. Po drugie musi opisać istotne okoliczności. Aby czynny żal był skuteczny, okoliczności powinny być możliwie najpełniej opisane, zgodnie ze stanem faktycznym. Po trzecie podatnik musi ujawnić osoby współdziałające.

Brak możliwości skorzystania z czynnego żalu

Zgodnie z art. 16 § 5 pkt 1 KKS instytucja czynnego żalu staje się bezskuteczna w przypadku, gdy organ ścigania miał już wyraźnie udokumentowaną informację o popełnieniu przestępstwa lub wykroczenia skarbowego. Przepis nie precyzuje jednak, o jaki rodzaj dokumentu chodzi. Wydaje się, że może to być dokument zarówno procesowy, jak i z czynności operacyjno-rozpoznawczych, jeżeli dokumentuje on w sposób dostatecznie wyraźny, aby można określić znamiona czynu.

Ponadto czynny żal zgodnie z pkt 2 ww. przepisu jest bezskuteczny po rozpoczęciu przez organ ścigania czynności służbowej, tj. jeżeli organ dokonał już czynności sprawdzającej, przeszukania, kontroli zmierzających do ujawnienia przestępstwa, chyba że zgromadzone informacje nie pozwalałyby dokonać jednoznacznych ustaleń. Przepis pkt 2 dotyczy czynności służbowej zmierzającej do ujawnienia przestępstwa lub wykroczenia, a nie jakiejkolwiek czynności służbowej.

Ustawodawca przewidział także katalog podmiotów, które nie mogą korzystać z tej instytucji. Zgodnie z § 6 instytucji czynnego żalu nie stosuje się w przypadku sprawcy, który:

„1) kierował wykonaniem ujawnionego czynu zabronionego;

2) wykorzystując uzależnienie innej osoby od siebie, polecił jej wykonanie ujawnionego czynu zabronionego;

3) zorganizował grupę albo związek mający na celu popełnienie przestępstwa skarbowego albo taką grupą lub związkiem kierował, chyba że zawiadomienia, o którym mowa w § 1, dokonał ze wszystkimi członkami grupy lub związku;

4) nakłaniał inną osobę do popełnienia przestępstwa skarbowego lub wykroczenia skarbowego w celu skierowania przeciwko niej postępowania o ten czyn zabroniony”.

Powyższych sprawców charakteryzuje szczególny motyw działania prowadzący do wykroczenia lub przestępstwa skarbowego. Ustawodawca zdecydował, że takich motywacji nie można „usprawiedliwić” czynnym żalem.

Jak wnieść czynny żal

Czynny żal można złożyć na piśmie, ustnie do protokołu albo na piśmie utrwalonym w postaci elektronicznej opatrzonej podpisem elektronicznym kwalifikowanym, podpisem zaufanym lub podpisem osobistym. Sam proces składania jest bardzo prosty i odbywa się za pomocą e-PUAP albo portalu podatkowego. Powyższe rozwiązanie należy ocenić bardzo pozytywnie, ponieważ znacznie ułatwia ono komunikację z urzędem oraz zwiększa poczucie bezpieczeństwa, szczególnie dla osób rozliczających podatki. Należy zaznaczyć, że w związku z koronawirusem nie zostały wprowadzone żadne inne rozwiązania umożliwiające np. późniejsze składanie czynnego żalu albo brak obowiązku składania czynnego żalu w okresie pandemii.

Katalog czynności

Poza istotnymi problemami związanymi z instytucją czynnego żalu wynikającymi z art. 16 § 5 KKS, częstym problemem podatników jest także wdrożenie odpowiednich procedur KKS, gdzie zdefiniowany zostanie katalog czynności podlegających kodeksowi karnemu-skarbowemu, czyli okoliczności, w których powinno się składać czynny żal. Co do zasady są to takie sytuacje jak w szczególności niezłożenie w terminie zeznania rocznego albo deklaracji okresowej, niezapłacenie lub zapłacenie niepełnej kwoty zobowiązania podatkowego, nierzetelne prowadzenie ewidencji, ksiąg rachunkowych, wystawianie faktur z błędami czy stosowanie bezprawne zwolnień lub obniżonych stawek.

Czynny żal a JPK V7

Wprowadzone z dniem 1 października 2020 r. raportowanie JPK zakłada przesyłanie razem z deklaracją podatkową także szczegółowych ewidencji do organu podatkowego. Kodeks karny skarbowy przewiduje odpowiedzialność za brak przesyłania ksiąg właściwemu organowi podatkowemu albo przesyłanie nierzetelnych ksiąg. Oznacza to, że w przypadku korygowania części pliku JPK należy zastanowić się nad istotą błędu. Większość korekt deklaracji związana jest także z korektą ewidencji podatkowych, co wskazywać może na prowadzenie ewidencji w sposób nierzetelny. Oznacza to więc, że w przypadku korekt przesyłanych plików JPK podatnik powinien wraz z dokonaną korektą złożyć do urzędu czynny żal.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Polska fotowoltaika zyskuje na rozmiarach

Rozwój Odnawialnych Źródeł Energii (OZE) w Polsce jest coraz bardziej dynamiczny. W przypadku fotowoltaiki przebiegał dotychczas głównie na poziomie małych, indywidualnych źródeł energii. Działo się tak dzięki rządowym i samorządowym programom, takim jak “Mój prąd” – które pozwalały gospodarstwom domowym na zakup paneli fotowoltaicznych. Dlatego słońce stało się bardzo powszechnie wykorzystywanym źródłem energii wśród prosumentów, czyli producentów i konsumentów w jednym. Przeciwnie działo się w branży wiatrowej – która od początku stawiała głównie na duże maszyny i przedsięwzięcia produkujące energię w większych ilościach. Rynek fotowoltaiki goni już jednak wiatraki, inwestując w instalacje o wielkości przemysłowej.

– Mieliśmy przez pewien czas rozwój małych instalacji, o mocy do jednego megawata. Obecnie widać za to rozwój dużych instalacji przemysłowych. Większa instalacja to niższe koszty jednostkowe, więc większy zysk dla inwestora i niższa cena energii – powiedział serwisowi eNewsroom Roman Karbowy, przewodniczący grupy roboczej ds. agrowoltaiki, Polskie Stowarzyszenie Fotowoltaiki. – Instalacje fotowoltaiczne muszą konkurować z instalacjami wiatrowymi, które produkują tę energię najtaniej. Dlatego dążenie do tego, by ciągle być konkurencyjnym cenowo, powoduje powstawanie coraz większych instalacji. Ich moc sięga powyżej 50-70 megawatów. Na to zapotrzebowanie mocno naciska rynek – czyli sam przemysł. Wymusza, żeby pojawiła się duża ilość energii ze źródeł odnawialnych. Zarówno ze względu na jej cenę – ale również dlatego, że jest to energia bezemisyjna. A żeby być konkurencyjnym cenowo i odpowiedzieć na potrzeby rynku, trzeba inwestować w duże instalacje – podkreśla Karbowy.

Mądrzejsi o doświadczenie. Rok od lockdownu w branży TSL

Rok temu, zamknięci i ograniczeni przez lockdown i pandemię koronawirusa, przedsiębiorcy z branży TSL bali się tego, co przyniesie przyszłość i robili wszystko, by straty poniesione w wyniku gospodarczego zamrożenia były zminimalizowane. Dziś sytuacja epidemiczna w kraju nie jest pewna, ale nastawienie sektora mocno się zmieniło. Jesteśmy mądrzejsi o ubiegłoroczne doświadczenia, staliśmy się elastyczni i uważni, reagujemy dynamicznie i nie czekamy na nic z założonymi rękami.

Wrażliwość na zmiany

Niewiele jest branż tak wrażliwych na choćby niewielkie zmiany, jak branża TSL. Już samo wdrożenie pierwszych zapisów Pakietu Mobilności spowodowało burzę i zamęt w całym sektorze transportu, spedycji oraz logistyki. Nie da się również przejść obojętnie wobec zależności TSL wobec innych branż – praktycznie wszystkie są przecież potencjalnymi klientami dla dostawców usług transportowych, spedycyjnych i logistycznych.

Jednym z najbardziej poszkodowanych okazał się sektor HoReCa, który do tej pory nie może podnieść się i odnaleźć w  nowej sytuacji. Wiele przedsiębiorstw znalazło się na skraju finansowej zapaści i bankructwa. Inne jednak zyskały i mocno „odbiły”, czego przykładem są sektor FMCG czy branża farmaceutyczna. W sektorze TSL kryzys nie został więc odczuty tak mocno, jak można było zakładać, ponieważ straty jednych zostały zrekompensowane przez dobre wyniki drugich.

Nie oznacza to oczywiście, że obyło się bez strat w samej branży TSL. Z naszych obserwacji wynika, że pandemia zweryfikowała zwłaszcza małe przedsiębiorstwa, ale nie wszystkie. Najbardziej ucierpieli przewoźnicy, których portfel usług nie był zdywersyfikowany, a sama oferta była specjalistyczna i wąska (na przykład zorientowana tylko na szybki czas realizacji zlecenia).  Rynek premiował tych przewoźników, który oferowali coś więcej – oprócz terminowości także dostępność i różnorodność floty, czyli niejako „plan B” dla firmy. Takie firmy utrzymały się bez problemu, bo mogły błyskawicznie reagować na potrzeby klientów.

Rynek docenia operatywność

Warto jeszcze raz powtórzyć to, co powtarzamy już od 2020 roku – operatywność, elastyczność i zapobiegawczość w dobie pandemii to coś, co pomaga przetrwać i co rynek premiuje. Widać to nie tylko z perspektywy całego rynku, ale pojedynczych firm. Te firmy logistyczne i spedycyjne, które błyskawicznie potrafiły przenieść choć część zasobów do środowiska cyfrowego i pracować zdalnie, udowodniły, że nawet w dynamicznie zmieniającej się rzeczywistości trudne warunki i ograniczenia nie są żadną barierą.

Pandemia? Nauczmy się z nią żyć

Z uwagą i troską śledzimy dane dotyczące zachorowań. Znów znaleźliśmy się w momencie, w którym statystyki zatrważają i stają się podstawą do zamykania kolejnych gałęzi gospodarki. To znów każe zadać sobie pytanie: jak zareaguje na to gospodarka i jak kolejne zmiany odczuje sektor transportu? Odpowiedź pewnie nikogo nie zadowala: nie wiemy. Pełne pokory nastawienie zdecydowanie pomaga – podobnie, jak pogodzenie się z tym, że pandemia zostanie jeszcze z nami na długo i równie długo będzie naznaczać naszą rzeczywistość.

Są jednak solidne podstawy, by sądzić, że z każdym ewentualnym kryzysem poradzimy sobie lepiej. Dzięki wszystkim wyzwaniom  ostatniego roku możemy wyciągać konstruktywne wnioski. Zamiast myśleć, że „lockdown nas doświadczył” – przyjmijmy, że zostaliśmy „nauczeni doświadczeniem”.

Katarzyna Syta, Prezes Zarządu KAES Logistics

Paradoks niewypłacalności przedsiębiorstw w Europie: cud i złudzenie

Kryzys gospodarczy spowodowany pandemią COVID‑19 zwiastował falę i niewypłacalności i upadłości przedsiębiorstw we Francji oraz w całej strefie euro. Jednak w 2020 r., nawet jeżeli rzeczywisty wpływ kryzysu związanego z COVID‑19 nie jest do końca znany, liczba niewypłacalności faktycznie spadła we wszystkich dużych gospodarkach w Europie. Według badań przeprowadzonych przez Coface, lidera rynku ubezpieczeń należności, różnica między oczekiwanym pogorszeniem kondycji finansowej przedsiębiorstw, a liczbą niewypłacalności sugeruje, że istnieje duża liczba „ukrytych niewypłacalności”, które udało się jedynie opóźnić, a nie całkowicie im zapobiec. Można zatem przyjąć, że zarówno we Francji, jak i w Europie istnieje duża liczba nierentownych przedsiębiorstw, których upadłość jest już tylko kwestią czasu.

Podobna tendencja w głównych krajach strefy euro

We Francji los 22 tys. przedsiębiorstw pozostaje nierozstrzygnięty: oczekuje się, że „ukryte niewypłacalności” stopniowo będą się urzeczywistniać – od teraz do 2022 roku. Coface szacuje liczbę ukrytych niewypłacalności na 8,6 tys. w sektorze budowlanym; 1,8 tys. w handlu detalicznym; 1,5 tys. w przemyśle wytwórczym; 1,2 tys. w usługach dla przedsiębiorstw i 800 w transporcie. Jak dotąd, mimo że kryzys gospodarczy dotknął poszczególne sektory w nierównym stopniu, liczba niewypłacalności zmniejszyła się we wszystkich sektorach – także w tych, w których od kilku miesięcy panował zastój. Analogicznie we wszystkich regionach Francji odnotowano wyraźny spadek liczby niewypłacalności w 2020 r. – od 34 proc. w Bretanii do 49 proc. na Korsyce. We Francji, bez narodowego funduszu solidarnościowego, wynik operacyjny sektora hotelarsko-gastronomicznego zmniejszyłby się o około 109 proc. zamiast 17 proc., które zostały odnotowane w wynikach Coface. Wpływ niewypłacalności na utratę miejsc pracy był jednak ograniczony do 126 tys., czyli najniższego poziomu od 2006 r.

Coface szacuje, że w Niemczech liczba ukrytych niewypłacalności jest o 21 proc. niższa od poziomu z 2019 r. (co oznacza ok. 3950 niewypłacalności). Na początku pandemii Coface spodziewał się wzrostu niewypłacalności o 9 proc. w 2020 r., lecz ostatecznie ich liczba spadła o 15 proc. Rezultat ten wynika częściowo z wprowadzenia przez rząd niemiecki tymczasowego moratorium na postępowania upadłościowe, by dać czas na zadziałanie wdrożonych środków stymulujących. Sektory metalurgiczny i motoryzacyjny w Niemczech, które na długo przed pandemią znajdowały się w recesji, odnotowały jednak wzrost niewypłacalności w porównaniu z 2019 r.

W Hiszpanii skuteczne okazały się przymusowe urlopy. Na przykład w odniesieniu do sektora handlu detalicznego symulacje Coface wskazują, że zastosowanie przymusowych urlopów ograniczyło spadek zysków do -26 proc. w drugim kwartale wobec spadku o -67 proc., który miałby miejsce, gdyby nie wdrożono tego rozwiązania. Środki te nie zdołały jednak zapobiec błyskawicznemu wzrostowi niewypłacalności w sektorze turystyki aż o 90 proc. rok do roku w drugiej połowie 2020 r. Ogólnie liczbę ukrytych niewypłacalności w Hiszpanii szacuje się na ok. 1,6 tys. (34 proc. poziomu z 2019 r.).

Coface ocenia skalę ukrytych niewypłacalności we Włoszech na około 39 proc. ich poziomu z 2019 r. (czyli 4,1 tys.). Zgodnie z obliczeniami Coface liczba niewypłacalności powinna była jednak wzrosnąć o 7 proc.

Niepokojące perspektywy

Oczekuje się, że nie wszystkie ukryte niewypłacalności ujawnią się w 2021 r. Decydujące znaczenie będzie miała ciągłość moratoriów upadłościowych, działań pomocowych, a także wsparcia ze strony banków. Proces „nadrabiania zaległości” w zakresie niewypłacalności począwszy od 2021 r. będzie bezpośrednio skorelowany z tempem znoszenia ograniczeń, które z kolei będzie zależało od tempa szczepień. Proces ten będzie również zależał od gotowości państw do dalszego udzielania wsparcia, zwłaszcza że zdecydowana większość przedsiębiorstw zacznie spłacać pożyczki gwarantowane przez państwo dopiero od 2022 r. (jak ma to miejsce na przykład we Francji).