Semantive wśród najszybciej rozwijających się firm w Europie wg FT

W tegorocznym zestawieniu najszybciej rozwijających się firm w Europie uwzględnionych zostało jedynie 31 przedsiębiorstw z Polski. Jedną z czołowych pozycji wśród rodzimych firm zajęło Semantive, specjalizujące się w Big Data i zaawansowanej analizie danych z wykorzystaniem sztucznej inteligencji. Jak zapowiada Maciej Migacz, CEO Semantive, jeszcze w tym roku spółka ma zaprezentować nowe innowacyjne rozwiązanie z zakresu bezpieczeństwa.  

Brytyjski dziennik ekonomiczny Financial Times opublikował wyniki piątej edycji rankingu najszybciej rozwijających się przedsiębiorstw w Europie. Wśród polskich przedstawicieli, którzy stanowili zaledwie 3% sklasyfikowanych przedsiębiorstw, znalazło się m.in. Semantive, specjalizujące się w analizach Big Data. Choć pod względem zatrudnienia jest to jedno z najmniejszych przedsiębiorstw, to skumulowany wzrost (CAGR) wynoszący ponad 130% (perspektywa trzyletnia) uplasował firmę na wysokim 124 miejscu w Europie i 4 pozycji w Polsce. Założona w 2012 roku spółka osiągnęła w 2019 roku blisko 2 miliony Euro przychodu, w porównaniu do 158 tys. Euro, jakie uzyskała trzy lata wcześniej.

Jest nam niezmiernie miło znaleźć się w gronie najszybciej rozwijających się firm Europy. Wysoka pozycja Semantive potwierdza naszą skuteczność i zapewnia dodatkową motywację dla dalszego rozwoju firmy. Jeszcze w tym roku zamierzamy zaprezentować innowacyjne rozwiązania w zupełnie nowych obszarach działania. – mówi Maciej Migacz, CEO i współtwórca Semantive.

W związku z dynamicznym rozwojem Semantive systematycznie powiększa zespoły odpowiedzialne za rozwój technologii w chmurze. Firma poszukuje m.in. Cloud Developerów programujących w Pythonie z doświadczeniem w architekturze Azure.

Obecność na elitarnej liście Financial Times to nie jedyny sukces Semantive w ostatnich latach. W 2019 roku warszawska firma uplasowała się na 14 miejscu rankingu Deloitte Technology Fast 50 Central Europe, będąc najwyżej notowanym polskim przedsiębiorstwem.

Firma świadczy swoje usługi m.in. dla firm z sektorów zdrowia, przemysłu, nieruchomości czy finansów. Jak zapowiadają przedstawiciele Semantive, w tym roku spółka przedstawi nowe rozwiązanie z zakresu bezpieczeństwa, opartego o infrastrukturę CCTV oraz sztuczną inteligencję.

W najbliższym roku polskie banki będą nadal dokonywać rezerw kredytowych z uwagi na pandemię

Największy problem ze spłatą kredytów mogą mieć klienci korporacyjni.

Odpisy na ryzyko kredytowe dokonane przez europejskie banki w ciągu dziewięciu miesięcy ubiegłego roku były ponad dwa razy większe niż w całym roku 2019. W Polsce, porównując rok do roku, poziom ten był nieco niższy i wynosił około 50 proc. więcej niż rok wcześniej. Zdaniem ekspertów i przedstawicieli największych banków w Polsce, ryzyko kredytowe na skutek pandemii jest wciąż dużym problemem sektora bankowego. Jak wynika z dyskusji prowadzonej podczas konferencji „Zarządzanie ryzykiem i kapitałem w bankach” w ramach Europejskiego Kongresu Finansowego, której partnerem strategicznym była firma doradcza Deloitte, w najbliższym czasie należy spodziewać się wzmożonej sprzedaży portfeli kredytów przeterminowanych przez banki.

Banki dokonały najwięcej odpisów w pierwszym i drugim kwartale ubiegłego roku. Te dane dotyczą zarówno Polski, jak i całej Europy. W trzecim kwartale sytuacja ustabilizowała się na tyle, że liczba dokonywanych rezerw ze względu na ryzyko kredytowe wynosiła około 30 proc. poziomu z pierwszych trzech miesięcy 2020 roku, mówi Przemysław Szczygielski, partner, lider sektora finansowego w Polsce, Deloitte.

– Polskie banki w nieco mniejszym stopniu dokonywały odpisów ze względu na ryzyko kredytowe, niż największe banki w Europie. Uzasadnieniem takiego podejścia był lepszy od krajów Europy Zachodniej stan polskiej gospodarki – dodaje. Wyjątkiem był bank Pekao S.A, w którym wskaźnik wzrostu kosztu ryzyka wyniósł 2,2 r/r, w stosunku do średniej rynkowej wynoszącej ok. 1,5.

To, że najwięcej odpisów dokonano w pierwszym i drugim kwartale ubiegłego roku miało źródło przede wszystkim w niepewnej sytuacji gospodarczej.

Można powiedzieć, że były to rezerwy wynikające z analizy przewidywanych danych makroekonomicznych, aniżeli z rzeczywistych problemów klientów. Główne wskaźniki czyli spadek PKB i poziom bezrobocia, z jednej strony były wtedy pesymistyczne, a z drugiej bardzo różniły się od siebie. Trzeci kwartał pokazał, że obawy te były nieco na wyrost, ale żaden z banków nie zdecydował się na uwolnienie zawiązanych wcześniej rezerw, mówi Barbara Sobala, wiceprezes zarządu Banku Handlowego.

Ryzyko kredytowe po stronie biznesu

Zdaniem uczestników debaty, banki nie obawiają się problemów ze spłacaniem kredytów przez klientów indywidualnych, ale przede wszystkim przez klientów korporacyjnych, którzy przez ostatnie miesiące korzystali z pomocy rządowej, a także moratoriów kredytowych.

Dopiero, gdy ta pomoc się skończy, będzie można ocenić prawdziwą skalę problemów z regulowaniem spłaty kredytów przez polskie firmy. Są oczywiście branże, które są beneficjentami ostatnich miesięcy, jak chociażby e-commerce czy magazyny. Po drugiej stronie znajduje się inna część branży nieruchomości komercyjnych, na przykład hotele, galerie handlowe czy biura. I to one mogą mieć problem z uregulowaniem swoich należności kredytowych, szczególnie, gdy nie będą już objęte pomocą z Tarczy PFR, mówi Marek Lusztyn, wiceprezes zarządu mBanku SA.

Część z nich, na skutek braku przychodów i kurczących się oszczędności, może mieć problemy z płynnością finansową.

Dlatego należy dokładnie przeanalizować to, kto i jakiej pomocy potrzebuje. Nawet w obrębie jednego sektora, sytuacja potrafi się różnić. Dziś widzimy jednak, że to w handlu i usługach istnieje największe niebezpieczeństwo problemów ze spłatą kredytów, wyjaśnia Mariusz Cholewa, prezes zarządu Biura Informacji Kredytowej.

Nieco bardziej optymistycznie na przyszłość patrzy bank Pekao SA.

W ubiegłym roku zawiązaliśmy znaczące rezerwy na potencjalne straty związane z COVID-19. Zatem zabezpieczyliśmy bank przed ewentualnymi konsekwencjami pandemii. Zakładamy, że zakończony z sukcesem program szczepień zbiegnie się w czasie z luzowaniem obostrzeń. Przykład Chin pokazuje, że w takiej sytuacji firmy mogą liczyć na efekt odroczonego popytu, co powinno znacznie poprawić ich sytuację. Nie zmienia to jednak faktu, że w najbliższym czasie biznes wciąż będzie odczuwał skutki pandemii COVID-19, mówi Marcin Gadomski, wiceprezes zarządu Pekao SA.

Banki różnie oceniają ryzyko kredytowe

Międzynarodowe Standardy Sprawozdawczości Finansowej, a dokładnie MSSF9, nie wprowadziły jednolitego podejścia do odpisów bankowych. Banki używają więc różnych prognoz makroekonomicznych, co w naturalny sposób prowadzi do różniących się od siebie kosztów ryzyka w poszczególnych instytucjach. Uczestnicy panelu „Ryzyko pogorszenia jakości aktywów banków” wskazali że ujednolicenie parametrów makroekonomicznych, takich jak stopa bezrobocia czy PKB, stosowanych do szacowania poziomu odpisów, byłoby bardzo pomocne i pokazywałoby w znacznie bardziej klarowny sposób, jaka jest skala tego zjawiska. Równocześnie pozostawienie Bankom możliwości elastyczności w modelowaniu, pozwoli na uwzględnienie specyfiki portfela danej instytucji, a tym samym na lepsze odzwierciedlenie ryzyka w sprawozdaniu finansowym.

Raport Deoitte “2021 Banking and Capital Markets Outlook. Strengthening Resilience, Accelerating Transformation” przewiduje, że należy spodziewać się dodatkowo odpisów ze względu na ryzyko kredytowe związane z COVID-19 w przyszłości na poziomie tych, które zostały już utworzone w 2020 r., ale będą one rozłożone w czasie. Hipotezy te potwierdzają dane BIK, wskazujące na rosnącą ostrożność banków w udzielaniu kredytów i jednocześnie pierwsze pojawiające się większe wolumeny kredytów przeterminowanych. Przedstawiciele sektora bankowego również spodziewają się, że problemy firm, które nie przetrwają kryzysu spowodują, że banki będą zmuszone do tworzenia kolejnych odpisów. Mogą się one pojawić jeszcze w pierwszym kwartale przyszłego roku.

– Pytaniem pozostaje, czy ryzyko kredytowe, choć dobrze znane ekspertom od bankowości, dokładnie opisane i przeanalizowane, nie zagrozi stabilności sektora. Poziom kredytów NPL, sam w sobie nie będzie stanowił problemu, ale przy braku funkcjonującego rynku obrotu wierzytelnościami, banki będą musiały poprawić efektywność i wydolność własnych procesów. Może być to również droga do poprawy rentowności, choć na polskim rynku spodziewany się jednak, że będzie to impuls do odbudowy rynku obrotu przeterminowanymi wierzytelnościami, – mówi Przemysław Szczygielski.

Uczestnicy panelu byli zgodni, że przy rosnącym portfelu kredytów przeterminowanych, banki będą starać się odstępować jej podmiotom trzecim, specjalizującym się w odzyskiwaniu wierzytelności.

Healthnomic wprowadzi na polski rynek innowacyjną metodę leczenia obturacyjnego bezdechu sennego

Healthnomic S.A., firma z branży medtech, specjalizująca się w zdalnej diagnostyce oraz rozwoju autorskiej platformy telemedycznej, rozpoczyna kolejny etap wprowadzenia na rynek polski innowacyjnej metody EPAP (ang. Expiratory Positive Airway Pressure), która wykorzystywana jest w leczeniu obturacyjnego bezdechu sennego (OBS), a także w leczeniu chrapania prostego, nie powikłanego zaburzeniami oddychania. Spółka podpisała umowę z firmą Imperio Laboratories, która do końca II kwartału br. roku przygotuje prototyp autorskiego urządzenia Healthnomic do leczenia OBS, a także dokumentację techniczną. Po opracowaniu prototypu Spółka wybierze podmiot, który zajmie się produkcją seryjną urządzenia. Innowacyjne rozwiązanie typu EPAP autorstwa Healthnomic ma trafić na rynek na przełomie III oraz IV kwartału br. Spółka zamierza zadebiutować na rynku NewConnect w 2021 roku.

Urządzenie EPAP to coraz popularniejsza metoda leczenia pacjentów cierpiących na obturacyjny bezdech senny lub chrapanie proste. Są to niewielkie elementy w formie membran zakrywających nozdrza. W trakcie wdechu urządzenie pozwala na swobodny przepływ powietrza. Gdy następuje wydech przepływ powietrza zostaje ograniczony, tym samym powstaje podwyższone ciśnienie w górnych drogach oddechowych, które podobnie jak w przypadku urządzeń CPAP (ang. Continuous Positive Airway Pressure) nie pozwala na zapadanie się dróg oddechowych. Dzięki temu przepływ powietrza pozostaje zachowany, niwelowane są także dźwięki chrapania. Leczenie OBS przy użyciu urządzeń EPAP jest dobrze tolerowane przez pacjentów, oraz nie wymaga stosowania urządzeń zasilanych prądem ani bateriami. Badania naukowe potwierdzają skuteczność tego rozwiązania dla pacjentów z chrapaniem prostym oraz z bezdechem sennym każdego stopnia, szczególnie umiarkowanego i łagodnego.

– Intencją naszej spółki jest przeprowadzenie pacjenta przez pełen cykl diagnostyczno-terapeutyczny. Od podejrzenia choroby, przez jej wysokiej klasy diagnostykę oraz w razie stwierdzenia nieprawidłowości, do skutecznego leczenia i monitorowania jego efektywności. Obecnie oferujemy pacjentom oraz lekarzom rozwiązanie do diagnostyki OBS, natomiast zgodnie z naszą misją wprowadzamy również rozwiązania służące do leczenia bezdechu, a także innych chorób cywilizacyjnych. Chcemy oprócz standardowej metody CPAP, zaproponować autorskie rozwiązanie wykorzystujące innowacyjną metodę terapeutyczną EPAP. Aktualnie na polskim rynku nie ma tego typu rozwiązań, więc wszystko wskazuje na to, że już za kilka miesięcy jako pierwsi damy pacjentom oraz lekarzom możliwość leczenia OBS lub chrapania dzięki tej metodzie. Ponadto będzie się ono istotnie wyróżniać na tle konkurencyjnych rozwiązań dostępnych już zagranicą najnowocześniejszym modelem wykorzystanych materiałów i rozwiązań biofizycznych. Ruszają prace nad prototypem, a niebawem zamierzamy złożyć wniosek patentowy – komentuje Dariusz Głogowski, Prezes Zarządu Healthnomic S.A.

Plany rozwoju Healthnomic zakładają regularny rozwój oferty diagnostycznej oraz terapeutycznej w zakresie chorób cywilizacyjnych, przede wszystkim obturacyjnego bezdechu sennego (OBS), chorób układu krążenia oraz przewlekłej obturacyjnej choroby płuc. Specjaliści Spółki oraz współpracujący lekarze wszystkich specjalności na co dzień dokonują diagnozy przy pomocy zdalnych urządzeń. Celem spółki jest obsługa procesu leczenia przy pomocy takich urządzenia jak CPAP, EPAP oraz innych innowacyjnych metod leczenia. Pełen proces będzie zarządzany zdalnie dzięki autorskiemu środowisku telemedycznemu OmniHealth, z którym kompatybilne będą zarówno urządzenia diagnostyczne jak i terapeutyczne. Pozwoli on na w pełni zdalne zarządzanie procesem badań oraz późniejszego leczenia.

– Nasze plany związane z rozwojem Healthnomic są bardzo ambitne. Intensywnie pracujemy nad rozwojem środowiska telemedycznego OmniHealth, aby poszerzać obszary diagnostyczno-terapeutyczne. Negocjujemy z dostawcami urządzeń CPAP, a także intensyfikujemy sprzedaż w ramach naszej obecnej oferty diagnostycznej. Stopniowo realizujemy założone cele m.in. dzięki środkom uzyskanym w ramach I rundy finansowania zakończonej w styczniu br. – dodaje Dariusz Głogowski.

W styczniu br. spółka zakończyła I rundę finansowania w ramach której pozyskała 2,5 mln zł z tytułu emisji akcji. Środki pozyskane w ramach oferty zostaną przeznaczone na m.in. na produkcję nowych urządzeń do diagnostyki bezdechu sennego, projekty badawczo-rozwojowe oraz ewentualne przejęcie podmiotu medycznego. Spółka zamierza zadebiutować na rynku NewConnect w 2021 roku.

Food Research Institute: w nastrojach polskiej branży spożywczej jest nieco słońca

W głosach przedstawicieli polskich firm zajmujących się przetwórstwem żywności słychać coraz więcej wiosennego optymizmu. Indeks FRI[1], który odzwierciedla nastroje menedżerów z branży, w lutym b.r. był na poziomie 56,2 pkt. – to o ponad 3 pkt. więcej niż w listopadzie 2020 r. i o ponad 5 pkt. więcej niż w lipcu 2020 r.

Indeks FRI jest publikowany przez firmę analityczną Food Research Institute od pięciu kwartałów. – Największy pesymizm w branży obserwowaliśmy w wakacje, kilka miesięcy po wybuchu pandemii. Od tego czasu nastroje stopniowo się poprawiają. Choć nie można tego jeszcze na 100% przesądzić, to wierzę, że kształtuje się trend wzrostowy dla Indeksu i że zaczęliśmy zmierzać w stronę wyniku sprzed szoku covidowego – mówi Dariusz Chołost, General Manager w Food Research Institute.Index FRI – nastroje menedżerów branży spożywczej

Do hurraoptymizmu jeszcze chwilkę

Dariusz Chołost podkreśla jednak, że droga do wskaźnika 67,4 pkt. ze stycznia minionego roku będzie raczej długa. Dziś tylko 29% zapytanych menedżerów przewiduje, że za 3 miesiące sytuacja ich firmy poprawi się w stosunku do obecnej. 51% uważa, że pozostanie ona bez zmian a 20% – że się pogorszy. W przypadku przewidywań sytuacji za 6 miesięcy oceny są podobne, choć respondentów spodziewających się pogorszenia sytuacji jest nieco więcej (22%). – Przedstawiciele sektora spożywczego są bardzo ostrożni w ocenach perspektyw na przyszłość, ale nie ma w tym nic dziwnego. Przez długie miesiące firmy były zmuszone szybko reagować na zupełnie zaskakujące okoliczności. Niektóre procesy zmian w modelach biznesowych, organizacji produkcji czy dystrybucji jeszcze się nie zamknęły i jeszcze chwilę potrwa, zanim okaże się na ile były efektywne. Przebieg pandemii nie powinien nas już zaskoczyć, ale całkowicie wykluczyć się tego nie da – podkreśla Dariusz Chołost. Bez względu na to, jeśli za 3 miesiące przewidywania menedżerów się sprawdzą, Indeks FRI za maj sięgnie 59,5 pkt., co oznaczałoby wzrost o 3,3 pkt w stosunku do lutego b.r.

Niezłe wyniki i nowe wyzwania

Dobre oczekiwania co do wartości majowego Indeksu FRI umacnia też fakt, że przetwórstwo rolno-spożywcze, pomijając pojedyncze kategorie, test z odporności na COVID-19 zdało dobrze. Jak mówi Grzegorz Rykaczewski, analityk sektora rolno-spożywczego w Santander Bank Polska, było to widać szczególnie w drugiej połowie minionego roku. Po pierwsze, produkcja sprzedana przemysłu, po spadku związanym z pierwszą falą pandemii, szybko wróciła do trendu wzrostowego. Po drugie, wpływ drugiej fali był już znacznie płytszy, patrząc z pespektywy całego przemysłu. Wyniki początku roku są obiecujące. W styczniu wartość produkcji sprzedanej artykułów spożywczych, po uwzględnieniu różnicy w liczbie dni roboczych, była wyższa o 6% w relacji rocznej. Cieszą również wyniki eksportu w 2020 r. Dane, pomimo trudnych pandemicznych warunków, wskazują na kolejny rekord i sięgnięcie 34 mld euro (+7% w ujęciu r/r).jak zmieni się sytuacja w Pani Pana firmie w perspektywie 3 miesięcy

Jak wskazuje Grzegorz Rykaczewski, w ostatnim roku pomogła bliskość i stabilność bazy surowcowej. Firmy przetwórcze miały stałe dostawy surowca i w tym zakresie nie było ryzyka przestojów produkcyjnych. Jednocześnie przedsiębiorstwa szybko nauczyły się wykorzystywać nowe doświadczenia, elastycznie podchodząc do strategii sprzedaży w różnych kanałach dystrybucji, zarówno w Polsce, jak i na rynkach zagranicznych. – Sytuacja pandemiczna nadal jest niepewna. Popyt z branży HoReCa pozostaje ograniczony, a kolejne fale pandemii odsuwają w czasie „odmrożenie” gospodarek w państwach UE. Z drugiej jednak strony wyniki branży wskazują, że przedsiębiorstwa coraz lepiej radzą sobie w warunkach COVID-u a program szczepień daje szanse na trwałą stabilizację sytuacji, być może już w drugiej połowie roku – podkreśla Grzegorz Rykaczewski. Przypomina on także, że konsumpcja żywności jest podstawową ludzką potrzebą a to pomagało, pomaga i będzie pomagać branży w czasie różnych turbulencji.Jak zmieni się sytuacja w Pani Pana firmie w perspektywie 6 miesięcy

* Wcześniejsza nazwa: Indeks IBŻ

Odwiedzalność centrów handlowych w pierwszym tygodniu marca

  • Średnia odwiedzalność w dni handlowe w pierwszym tygodniu marca (1–7.03) była niższa o prawie 25 proc. w porównaniu do tego samego okresu w 2020 r. i ukształtowała się na poziomie 76 proc.
  • PRCH Daily Footfall Index pokazuje, że zgodnie z przewidywaniami Polskiej Rady Centrów Handlowych średnia odwiedzalność galerii handlowych już czwarty tydzień z rzędu utrzymuje się na podobnym, stabilnym poziomie. Klienci na bieżąco realizują cele zakupowe, co pozwala uniknąć okresowego, niekontrolowanego zwiększenia ruchu w centrach handlowych.

Wyniki odwiedzalności przedstawione przez PRCH pokazują, że ruch w obiektach oscyluje wokół 80 proc. poziomów ubiegłorocznych. Średnie wyniki tygodniowe utrzymują się na zbliżonym poziomie 76-77 proc. Najwięcej wizyt odnotowują centra handlowe średniej wielkości o powierzchni od 20 do 40 tys. mkw. GLA, gdzie wskaźnik odwiedzalności był w zależności od dnia tygodnia wyższy od 5 do 10 pp. niż centrach największych powyżej 60 tys. mkw. GLA. Najaktywniej z oferty sklepów w obiektach handlowych korzystali kupujący w Regionie Południowym, mniejsze natężenie ruchu odnotowano w północnej części kraju. Średni tygodniowy footfall w Regionie Północnym był o ponad 30 proc. niższy w stosunku do ubiegłorocznego.

Dane z ostatnich tygodni pokazują powtarzalne i przewidywalne wyniki poziomu odwiedzalności, co znacząco ułatwia kontrolowanie liczby osób przebywających w obiektach handlowych i zapewnienie koniecznego dystansu. Stabilne funkcjonowanie centrów handlowych w warunkach zaostrzonego reżimu sanitarnego pozwala kupującym na systematyczną i bieżącą realizację potrzeb. Zmniejszony i ustabilizowany ruch w obiektach handlowych ułatwia klientom planowanie zakupów z wyprzedzeniem i sprzyja zachowywaniu społecznego dystansu. Wizyty w centrach handlowych stały się bardziej celowe, kupujący odwiedzają obiekty handlowe w określonym celu, starając się spędzić w sklepach jak najmniej czasu. Utrzymuje się trend wysokiej konwersji.

Centra handlowe są jednymi z najbezpieczniejszych miejsc w przestrzeni publicznej. Kontakt między klientami jest krótkotrwały, a obiekty handlowe funkcjonują z zachowaniem najwyższych standardów sanitarnych, są dostosowane do krajowych zaleceń Głównego Inspektoratu Sanitarnego i Ministerstwa Rozwoju Pracy i Technologii oraz wytycznych międzynarodowych np. WHO. Galerie w trosce o bezpieczeństwo od miesięcy, nieprzerwanie przypominają kupującym o konieczności noszenia maseczek, dezynfekowania rąk i zachowywania bezpiecznego dystansu. O przestrzeganie zasad DDM dbają pracownicy sklepów i obsługa galerii handlowych.

GUS: W 2020 roku o ponad 8% zmniejszyła się liczba nowych biur

Większa liczba mieszkań, ale mniej powierzchni biurowych czy usługowych – to tylko niektóre wskaźniki z danych Głównego Urzędu Statystycznego w obszarze budownictwa za 2020 rok. Eksperci Angel Poland Group przeanalizowali, które z rynkowych trendów mogą ulec zmianie w kolejnych latach. Ich zdaniem, pandemia wskazuje na konieczność m.in. bardziej elastycznego podejścia ustawodawców do planowania przestrzennego.

W 2020 roku w porównaniu do 2019 roku zwiększyła się zarówno liczba samych mieszkań (o 6,7% do poziomu 221 tys.), jak i łączna wielkość ich powierzchni użytkowej (o 6,6% do poziomu 19,5 mln m2). Co ciekawe, przeciętna powierzchnia użytkowa wybudowanego mieszkania wyniosła 88,5 m2 i w porównaniu do roku 2019 zmniejszyła się, ale zaledwie o 0,1 m2. Średnia powierzchnia mieszkania w budynkach jednorodzinnych wyniosła 132,8 m2, natomiast w budynkach wielorodzinnych – 52,6 m2. Oznacza to zmniejszenie ich średniej powierzchni odpowiednio o 1 m2 i 0,5 m2. Eksperci Angel Poland Group podkreślają, że pandemia może ostudzić zapał inwestorów do budowania większych mieszkań, ale nie w każdym segmencie rynku.

Ostatnio zwiększył się popyt na kompaktowe mieszkania, czyli takie, gdzie jest więcej pokoi na mniejszej przestrzeni. To rozwiązanie zyskujące uznanie szczególnie w czasie pandemii, gdy część osób przestawiła się na pracę zdalną. Niezmiennie dużą popularnością cieszą się też kawalerki i mieszkania dwupokojowe, m.in. jako ochrona kapitału przy niskich stopach procentowych. Warto też pamiętać, że te kwestie zależą w dużej mierze od standardu i lokalizacji inwestycji. Największe mieszkania na sprzedaż lub wynajem powstają w segmencie premium, który rządzi się trochę innymi prawami. Średnia powierzchnia mieszkań w inwestycji premium to ponad 70 m2, gdzie widzimy znaczący wzrost zainteresowania dużymi apartamentami. Z kolei średnia powierzchnia mieszkania w tzw. segmencie popularnym oscyluje na poziomie 45 m2 – mówi Tomasz Karpiel, dyrektor operacyjny Angel Poland Group i ekspert ds. rynku nieruchomości.

Struktura rynku przełoży się na wzrost cen mieszkań?

Jak pokazują dane GUS, w 2020 roku 64,6% (63,3% w 2019 roku) wszystkich oddanych do użytku mieszkań pochodziło od deweloperów, a 33,5% od inwestorów indywidualnych. W porównaniu z rokiem poprzednim zwiększył się udział mieszkań przeznaczonych na sprzedaż lub wynajem (o 1,2 p.p.). Według ekspertów, mimo rosnącego udziału mieszkań deweloperskich, nie należy spodziewać się spadku ich cen.

Inwestorzy mają coraz większe problemy z dostępnością atrakcyjnych gruntów. Ponadto, nie wszystkie realizowane budynki mieszkalne trafią na sprzedaż, gdyż pojawili się na rynku nowi gracze. Ich celem jest kupowanie całych budynków, a następnie wynajmowanie mieszkań, a nie ich sprzedaż. To przełoży się na mniejszą liczbę dostępnych mieszkań do zakupu na rynku. Dodatkowo, także inne wyzwania deweloperów, czyli nowe, restrykcyjne normy techniczne, wydłużone procedury inwestycyjne oraz rosnące koszty materiałów budowlanych, będą prowadzić do prawdopodobnego wzrostu cen samych mieszkań, które mogą zdrożeć w 2021 roku nawet o 10% – zauważa Małgorzata Nowodworska, dyrektor sprzedaży i marketingu Angel Poland Group w Krakowie.

Budynki biurowe odejdą do lamusa?

W 2020 roku oddano do użytkowania 527 nowych budynków biurowych, co oznaczało spadek o 8,2% względem roku 2019. W omawianym okresie oddano też do eksploatacji 2652 nowe budynki handlowo-usługowe (spadek o 6,6% r./r.). Eksperci oceniają, że pandemia pokazała konieczność bardziej elastycznego podejścia do tworzenia planów miejscowych.

W czasach COVID-19 zapotrzebowanie na lokale biurowe czy usługowe zauważalnie spadło, co na pewno przełoży się na decyzje inwestorów o odłożeniu nowych inwestycji komercyjnych w czasie. Warto wspomnieć, że nawet już teraz deweloperzy mają większe trudności z wynajęciem części przestrzeni biurowych i handlowo-usługowych. Wydaje się zatem, że w konsekwencji pandemii ustawodawcy powinni bardziej elastycznie niż dotychczas podchodzić do tematu planowania przestrzennego i zapisów w planach miejscowych, by przeznaczenie terenów nie było z góry „sztywno” ustalone. Taki zabieg da możliwości bardziej płynnego dostosowania realizowanych inwestycji do aktualnych i przyszłych trendów rynkowych – podkreśla Natalia Sawicka, dyrektor sprzedaży i marketingu Angel Poland Group w Wrocławiu.

Niezależnie od przeznaczenia nowych mieszkań, zgodnie z danymi GUS, porównanie danych dla poszczególnych województw w ujęciu bezwzględnym wskazuje, że najwięcej nowych mieszkań wybudowano w mazowieckim (21,1% wartości krajowej), wielkopolskim (10,0%) i dolnośląskim (9,9%). Wskaźnik nasilenia budownictwa mieszkaniowego, wyrażony liczbą mieszkań oddanych do użytkowania w przeliczeniu na 1 tys. ludności2, wyniósł dla Polski 5,8. Największe wartości odnotowano w województwach: mazowieckim (8,6), pomorskim (8,1) oraz dolnośląskim (7,5); najmniejsze w: opolskim (2,7), świętokrzyskim (3,2) i śląskim (4,1).

Dochody budżetu państwa z akcyzy na piwo to 3,5 mld zł

Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) oraz Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE) wskazują w raporcie „Zasadność zróżnicowania stawek akcyzy dla alkoholi mocnych oraz piwa – Kontekst prawny, ekonomiczny i społeczny”, że akcyza od piwa stanowi stabilne i przewidywalne źródło dochodów dla budżetu państwa, przynoszące wpływy na poziomie ok. 3,5 mld zł rocznie. Nie ma powodów, by zmieniać ten system – co wiązałoby się z kosztami dostosowawczymi po stronie producentów i Krajowej Administracji Skarbowej. Mogłoby to zakłócić funkcjonowanie rynku i zaburzyć dotychczas stabilny strumień dochodów dla budżetu. Różnice w poziomie opodatkowania piwa i wyrobów spirytusowych nie są luką podatkową, lecz efektem świadomej i racjonalnej polityki podatkowej polskiego państwa. Co więcej, obecna stawka akcyzy na wyroby spirytusowe jest niemal taka sama jak 20 lat temu, podczas gdy stawka akcyzy od piwa jest aktualnie o 37% wyższa niż w 2001 roku.

Nie można zgodzić się z argumentami wskazującymi na możliwość uzyskania przez budżet państwa dodatkowych dochodów w kwocie 5 mld zł rocznie w wyniku zrównania poziomu opodatkowania wyrobów spirytusowych i piwa. Takie wyliczenia całkowicie pomijają fundamentalny aspekt podwyżek akcyzy, jakim jest elastyczność cenowa popytu. Jak wynika z założeń przyjętych przez Ministerstwo Finansów przy projektowaniu ubiegłorocznych zmian w stawkach akcyzy, w przypadku piwa jest ona najwyższa ze wszystkich rodzajów napojów alkoholowych – co oznacza, że podwyżka ceny piwa wywołuje silniejszy spadek sprzedaży niż np. podwyżka ceny wódki. Uwzględniając spadek legalnej sprzedaży, efekt fiskalny tak radykalnej podwyżki akcyzy stanowiłby ułamek obiecywanej przez autorów tej propozycji kwoty lub wręcz przyczyniłby się do zmniejszenia wpływów budżetowych.

„Nie znajdują poparcia w faktach pojawiające się w przestrzeni publicznej głosy nawołujące do zrównania poziomu opodatkowania wyrobów spirytusowych i piwa. Różnica w poziomie opodatkowania między piwem a wódką i pozostałymi wyrobami spirytusowymi wynika z powszechnie przyjętej w państwach rozwiniętych polityki zapobiegania negatywnym skutkom ryzykownej konsumpcji alkoholu. Zdecydowanie zawyżone są też szacunki skutków fiskalnych takiego rozwiązania. Dodatkowo należy zwrócić uwagę na aktualne trendy dotyczące spożycia alkoholu, czyli przede wszystkim wzrost konsumpcji napojów spirytusowych i spadek spożycia piwa zawierającego alkohol” – podkreśla Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich, wiceprezes Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej CALPE.

Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE) poddało bliższej analizie problematykę podatku akcyzowego od napojów alkoholowych w swoim najnowszym raporcie pt. „Zasadność zróżnicowania stawek akcyzy dla alkoholi mocnych oraz piwa – Kontekst prawny, ekonomiczny i społeczny”.

Forma opodatkowania i minimalne stawki akcyzy od wyrobów alkoholowych są zharmonizowane na poziomie Unii Europejskiej w oparciu o przepisy dwóch dyrektyw. W precyzyjny sposób określają one podstawę opodatkowania poszczególnych rodzajów napojów alkoholowych – dla wyrobów spirytusowych od objętości czystego alkoholu, dla wina od objętości wyrobu gotowego, a dla piwa od stopni Plato lub zawartości czystego alkoholu. Ta pierwsza forma opodatkowania jest stosowana głównie w kilkunastu krajach o rozwiniętej produkcji i bogatej tradycji piwowarskiej, w tym w Polsce. Akcyzę od alkoholu nalicza się w krajach o dominującym spożyciu alkoholi mocnych, tj. Skandynawia i państwa bałtyckie.

Napoje spirytusowe w Polsce są obłożone blisko 3-krotnie wyższą stawką akcyzy niż piwo. Relacja ta kształtuje się na średnim poziomie w porównaniu z innymi państwami Unii Europejskiej i odzwierciedla proporcje określone w Dyrektywach UE. W UE nie ma ani jednego kraju, w którym wyroby spirytusowe byłyby opodatkowywane tak samo lub niżej niż piwo – natomiast wiele jest przykładów krajów, w których ta proporcja jest znacznie większa, np. sąsiednie Czechy (3,6 do 1) i Niemcy (6,6 do 1), a także Belgia (6 do 1), Rumunia, Hiszpania (ok. 4 do 1) i inne.

Taka polityka prowadzona w całej Unii Europejskiej ma uzasadnienie przede wszystkim w wynikach badań wskazujących na to, że ryzykowne i szkodliwe dla zdrowia spożycie alkoholu wiąże się przede wszystkim z konsumpcją wyrobów spirytusowych. Jak wynika z badania CBOS przeprowadzonego w oparciu o metodykę Światowej Organizacji Zdrowia, blisko połowa regularnych konsumentów wódki w Polsce spożywa alkohol w sposób ryzykowny, podczas gdy w odniesieniu do konsumentów piwa ryzykowne spożycie występuje w niewiele ponad ¼ przypadków. Ponadto należy zwrócić uwagę na istotne różnice w kosztach produkcji i dostarczenia na rynek alkoholu w postaci napojów spirytusowych oraz piwa. Jak wynika z badania Europe Economics, produkcja alkoholu w piwie jest ok. 2,5 krotnie droższa niż w przypadku wódki – co oznacza, że teoretycznie równa akcyza uczyniłaby mocny alkohol relatywnie tańszy i bardziej dostępny dla konsumenta.

Ustawa o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi, jednoznacznie stanowi, że „akty prawne wpływające na strukturę cen napojów alkoholowych powinny służyć ograniczaniu spożycia tych napojów oraz zmianie struktury ich spożycia na rzecz napojów o niskiej zawartości procentowej alkoholu”.

Zwolniony z kary nie uchroni się przed przychodem

Faktyczne przysporzenie majątkowe o konkretnym wymiarze finansowym prowadzi zgodnie z ustawami o podatku dochodowym od osób fizycznych do powstania przychodu. Uwagę należy zwrócić na sytuację otrzymywania nieodpłatnych lub częściowo odpłatnych świadczeń, zwłaszcza patrząc przez pryzmat ekwiwalentności takich świadczeń, tak aby móc ustalić, czy rzeczywiście doszło do przysporzenia majątkowego tylko jednej strony. Umorzenie zobowiązania w postaci kar umownych czy odszkodowania prowadzić może do powstania przychodu, na co wskazuje bezpośrednio przepis ustawy. Niemniej zwolnienie z kary w zamian za dodatkowe świadczenia określone w ugodzie sądowej może okazać się problematyczne, co pokazuje przypadek interpretacji Dyrektora KIS z dnia 7 grudnia 2020 r.

Stan faktyczny

Omawiana sprawa dotyczyła podatnika, którego kontrahent zwolnił z konieczności zapłaty zastrzeżonych w umowie kar oraz odszkodowań z tytułu nienależytego wykonania umowy w kwocie ponad pół miliona złotych. Kontrahent oświadczył, że nie będzie dochodził spornych roszczeń, a podatnik, będący dłużnikiem, zaakceptował to oświadczenie. Powyższe oświadczenia zostały podsumowane ugodą sądową poprzez przyjęcie rozwiązania korzystnego dla obu stron, tj. wierzyciel zrzeka się dochodzenia kar i odszkodowań, dłużnik natomiast zrzeka się dochodzenia ewentualnych przyszłych roszczeń o zapłatę. Należy jednak podkreślić, że wartość spornych roszczeń (kar umownych i odszkodowania) wynikała z umowy i miała określoną wartość, podczas gdy oświadczenie o rezygnacji z ewentualnych roszczeń o zapłatę dotyczyło świadczeń nieokreślonych, przyszłych.

Stanowisko organu podatkowego

W oparciu o przedstawiony powyżej stan faktyczny podatnik zadał zasadnicze pytanie, czy w przypadku zwolnienia z konieczności uiszczenia kary oraz odszkodowania powstaje przychód podatkowy, a jeżeli tak, to w jakim okresie powinien zostać opodatkowany.

Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej w dniu 7 grudnia 2020 r. wydał interpretację indywidualną nr 0111-KDIB1-1.4010.405.2020.1.SG, w której stwierdził, że w takiej sytuacji przychód powstaje. Brak jest ustawowej definicji pojęcia „umorzenia zobowiązania”. W tym zakresie należy odwoływać się do językowej wykładni, zgodnie z którą umorzenie oznacza zmniejszenie lub zlikwidowanie zobowiązania poprzez zrzeczenie się przez wierzyciela lub spłatę stopniową długu. W efekcie zobowiązanie dłużnika w stosunku do wierzyciela znika.

Zgodnie z art. 12 ust. 1 pkt 3a ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych przychodem są wartości umorzonych lub przedawnionych zobowiązań. W ocenie Dyrektora KIS nie ma znaczenia, co jest źródłem zobowiązania, liczy się natomiast intencja ustawodawcy, który chciał opodatkować wszelkiego rodzaju nieodpłatne świadczenia. W przypadku więc umorzenia zobowiązania dojdzie do powstania przysporzenia po stronie dłużnika, przez co jego majątek będzie powiększony. Zwolnienie z przyszłych ewentualnych roszczeń w ocenie organu podatkowego nie stanowiło ekwiwalentu do zwolnienia ze zobowiązań, które są co prawda sporne, ale ich wartość jest wyliczona i wynikają z postanowień umowy.

Reasumując, organ uznał, że po stronie dłużnika powstanie przychód podatkowy w związku z zawartą ugodą sądową w wysokości umorzonych zobowiązań wynikających z kar i odszkodowań. Przychód powinien być opodatkowany w dacie zawarcia ugody sądowej.

Komentarz

Analizując kwestię opisaną w powyższej interpretacji od strony przepisów ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych oraz kodeksu cywilnego, należy uznać, że organ miał rację, wskazując, że w przypadku umorzenia zobowiązania dochodzi do powstania przychodu. Zobowiązanie do zapłaty odszkodowania w kwocie ponad pół miliona złotych zostało potwierdzone przez dłużnika, zatem nie sposób stwierdzić, że ono nie powstało. Zasadne wydaje się także stwierdzenie braku powstania zobowiązania w przypadku rezygnacji z przyszłych roszczeń o zapłatę, które są niepewne. W efekcie brak jest ekwiwalentności świadczeń i konieczne jest opodatkowanie przychodu. Jest to więc instytucja podobna do „zwolnienia z długu”, gdzie NSA stwierdził, że prowadzi ono do powstania przychodu po stronie dłużnika (wyrok NSA z dnia 28 listopada 2018 r., sygn. akt II FSK 3159/16).

Efektywnie więc podatnik, będący dłużnikiem, który wynegocjował rezygnację z dodatkowych kar i odszkodowań, będzie zobowiązany do rozliczenia podatku w przypadku rezygnacji wierzyciela z tych zobowiązań. Jest to niezależne od woli stron. Wystarczy sama rezygnacja z dochodzenia kwot wynikających z umowy. Oznacza to, że powinno się bardzo dokładnie analizować zapisy umów w zakresie kar umownych i odszkodowań, tak aby w przyszłości ograniczyć negatywne skutki podatkowe, ponieważ intencją stron może być zrealizowanie zlecenia i brak konieczności uiszczania kar umownych. Niemniej jeżeli wynikają one z umowy, a następnie jeden podmiot z nich rezygnuje, to dłużnik będzie zobowiązany do rozliczenia podatku.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Ćwierć miliona obywateli Ukrainy z zezwoleniami na pobyt

Osoby młode poniżej 40. roku życia, emigrujące w związku z pracą – to główne cechy charakteryzujące grupę obywateli Ukrainy osiedlających się w Polsce. Liczba osób posiadających ważne zezwolenia na pobyt przekroczyła 250 tys., wynika z danych Urzędu do Spraw Cudzoziemców.

Obywatele Ukrainy przebywają w Polsce głównie krótkoterminowo w ramach ruchu bezwizowego lub na podstawie wiz. Coraz więcej z nich chce jednak pozostać w kraju na dłuższy okres. Świadczy o tym rosnąca liczba wniosków o wydanie zezwolenia na pobyt oraz grupa osób już posiadających takie dokumenty.

Około 80 proc. obywateli Ukrainy posiada zezwolenia na pobyt czasowy, które mogą obowiązywać przez maksymalnie 3 lata. W zdecydowanej większości są one wydawane w związku z podejmowaniem pracy – ok. 73 proc. spraw. Kolejnymi najczęstszymi celami pobytu w Polsce są kwestie rodzinne – ok. 12 proc. oraz edukacja – ok. 5 proc.

W związku z tym widoczna jest koncentracja obywateli Ukrainy w województwach z dużymi miastami. Najbardziej popularnymi regionami są województwa: mazowieckie – 52 tys. osób, małopolskie – 31 tys. oraz wielkopolskie – 29 tys.

Z nieco ponad 250 tys. obywateli Ukrainy posiadających ważne karty pobytu, ok. 61 proc. stanowią osoby w przedziale wiekowym 18 – 40 lat. Dzieci i młodzież poniżej 18. roku życia stanowią ok. 12 proc., a osoby powyżej 40 lat – ok. 27 proc.

Powyższe dane nie uwzględniają osób przebywających w Polsce tymczasowo w ramach ruchu bezwizowego lub na podstawie wiz. Nie obejmują również zezwoleń na pobyt czasowy, których okres ważności został tymczasowo wydłużony ze względu na wprowadzenie stanu epidemii.

Koniec pandemii to kłopot dla e-commerce. Zaostrzy się walka o klienta. Wzrosną też wydatki na reklamę

Z całego zeszłorocznego wzrostu e-commerce tylko 30% może mieć trwałą wartość. Dopiero 3-4 kwartały po zakończeniu pandemii okaże się, kto w branży osiągnął długoterminowy sukces. Natomiast znaczna część graczy nie wytrzyma ostrej walki o klienta. Dlatego e-sklepy już teraz powinny zacząć opracowywać nowe strategie. Obecnie nawet połowę marży inwestuje się w podnoszenie sprzedaży. Do tego wydatki na reklamę i promocję mogą wzrosnąć o blisko 25%. Wiele podmiotów będzie musiało poważnie zredukować swoje plany sprzedażowe. Tak uważa Maciej Tygielski, wieloletni obserwator branży e-commerce, Dyrektor Generalny spółki Złote Wyprzedaże i Modern Commerce.

W branży coraz częściej mówi się, że e-commerce w czasie pandemii odnotował pozorny wzrost, bo sklepy musiały zmienić kanał dystrybucji z offline na online. Czy Pan się z tym zgadza?

Faktycznie po raz pierwszy w historii klienci wierni tradycyjnemu modelowi sprzedaży nie mogli realizować swoich potrzeb z powodu obostrzeń. Jak wynika z sondażu, przeprowadzonego przez UCE RESEARCH i SYNO Poland, w czasie pandemii 29% Polaków w dużej części zastąpiło zakupy stacjonarne internetowymi. Ponad 25% nieznacznie zmieniło w ten sposób nawyki, a więcej niż 3% całkowicie przeszło do e-commerce. Głównym powodem było bezpieczeństwo, a kolejnym był utrudniony dostęp do placówek. Niemniej ponad połowa osób zamierza do nich wrócić. A to już wyraźnie pokazuje, że wzrost był faktycznie wymuszony i w tym stanie jedynie będzie trwał do czasu zakończenia pandemii.

Jaka część zeszłorocznego wzrostu e-handlu może wykazać trwałość, niewynikającą z wyjątkowych okoliczności?

Szacuję, że może to być tylko 30%. Dopiero 3-4 kwartały po zniesieniu wszelkich ograniczeń w handlu i zaszczepieniu ponad połowy społeczeństwa będzie można rzetelnie ocenić, którzy retailerzy odnieśli trwałe sukcesy w e-commerce. Obecny rok raczej nie przyniesie jeszcze odpowiedzi na to pytanie. Pewne jest to, że nowi uczestnicy rynku muszą się wiele nauczyć. Cześć sklepów nagle uruchomiła e-sprzedaż, licząc na jakikolwiek zysk w sytuacji zamknięcia tradycyjnego handlu. I ma naprawdę niewielkie doświadczenie w tym obszarze. Tak więc wychodzi na to, że poza wyjątkową sytuacją, jaka została stworzona przez pandemię, niezbyt wielka część e-handlu wykaże trwałość.

Czego branża może się teraz spodziewać?

Uderzeń będzie kilka. W mojej ocenie, branża powinna przygotować się na to, że ten rok będzie dosyć trudny w wielu aspektach. Po fali zeszłorocznych wzrostów akcjonariusze będą oczekiwali kolejnych. Jednak nie wszyscy uczestnicy rynku pozostaną aktywni w tym kanale. Podmioty, które zachłysnęły się zeszłorocznym boomem, mogą się rozczarować. Ten biznes wymaga obecnie dużej kreatywności i sprytu. E-sklepy już teraz powinny przygotowywać nowe strategie, aby zminimalizować ryzyko spowolnienia wzrostu sprzedaży.

Niektórzy nie wytrzymają ostrej walki o klientów w przestrzeni, w której promuje się coraz więcej sklepów internetowych. Wszystkie duże sieci handlowe, które niedawno dołączyły do tego ekosystemu, wydają znaczące środki na cyfrową reklamę. Przez to rosną stawki reklamowe i mniejsi gracze, którzy funkcjonują tylko w Internecie, ponoszą tego konsekwencje w postaci malejącej rentowności. Do tego może dojść kolejne zagrożenie, tj. zapowiadany podatek od przychodów z reklam, który przełoży się na wzrost cen. A to z kolei powiększy koszty bieżącego funkcjonowania.

Co więcej, rządzący dostrzegają wzrost e-commerce. A tam, gdzie pojawiają się duże pieniądze, prędzej czy później zostanie wprowadzony dedykowany podatek. To może oczywiście nastąpić dopiero za parę lat i na pewno nie zepsuje branży, ale z pewnością uszczupli jej zyski.

Z pozytywnych rzeczy można wskazać, że nastąpi istotny wzrost zatrudnienia specjalistów. Już dziś poszukiwani są analitycy, programiści baz danych, kreatorzy właściwej komunikacji na całej zróżnicowanej ścieżce zakupowej klienta czy managerowie, którzy potrafią skutecznie zarządzić dynamiczną zmianą w działaniach marketingowych. Niestety uważam też, że już wkrótce na rynku będzie brakowało tego typu profesjonalistów, co w krótkim terminie negatywnie odbije się na branży.

Do jakiego stopnia zaostrzyła się już walka o klienta?

Już dziś obserwujemy, że nawet 50% marży w e-commerce przeznacza się na pozyskanie sprzedaży. A to nie koniec. W tym roku, jak wyżej już zaznaczyłem, wydatki na reklamę i promocję mogą wzrosnąć. I to nawet o 25%. Dla sklepów istotne będzie także ich właściwe kontrolowanie i działanie głównie w modelu efektywnościowym. Również dynamika doboru narzędzi ma tu ogromne znaczenie. Na koniec chodzi o rzeczywiste przypisanie każdej wydanej złotówki do jej odpowiednika po stronie przychodu. To wymaga doskonałej analityki i odpowiednio opomiarowanych procesów zakupowych na stronie internetowej bądź w aplikacji danego sklepu.

Jak konkretnie powinny przygotować się e-sklepy do popandemicznej rzeczywistości?

Sporo z nich będzie musiało poważnie zredukować swoje plany sprzedaży, oczywiście uzasadniając to dokładną analizą prawdopodobieństwa kolejnych zagrożeń i obostrzeń. Istotne będzie usprawnianie logistyki i skracanie czasu dostawy. W wybranych miastach niektóre sklepy już teraz dostarczają towar w godzinę. Oczywiście na to mogą pozwolić sobie na razie tylko najwięksi gracze, ale ten kierunek jest już nieodwracalny.

Optymalnym wyborem powinno być też pełne opomiarowanie wszystkich zdarzeń na ścieżce zakupowej klienta, tj. od inspiracji do samej transakcji, ale również po jej dokonaniu. Konieczne jest solidne zaplecze technologiczne. Data science i integracja wszystkich danych w jednym miejscu to podstawa, potrzebna nie tylko do zrozumienia konsumenta, ale głównie do wypracowania właściwego silnika budowy spersonalizowanej i trwałej relacji z nabywcą.

Jak, Pana zdaniem, tradycyjny model sprzedaży dostosuje się do nowej sytuacji?

Będą otwierane nowe placówki stacjonarne, ale już nie w centrach handlowych, tylko w mniejszych skupiskach sklepów, funkcjonujących nieprzerwanie podczas największych restrykcji. Nastąpi też widoczny wzrost w obszarze parków handlowych, głównie z kategorii convenience. To miejsca, które ominęły w dużej mierze ograniczenia spowodowane pandemią. Z kolei galerie handlowe zostaną przekształcane w obiekty multirozrywkowe. Ten trend był widoczny już wcześniej, ale wkrótce przybierze na sile.

A w jaki sposób e-commerce może zatrzymać klientów pozyskanych w czasie pandemii? 

Marketerzy powinni zwrócić uwagę przede wszystkim na odpowiednią komunikację prowadzoną już po zakończeniu procesu zakupowego. Ich zadaniem powinno być opracowanie atrakcyjnej oferty, mającej na celu podtrzymanie kontaktu z klientem. Sklepy już teraz mogą przygotowywać promocje, zachęcające konsumentów do pozostania w e-commerce. To jest najlepszy moment na utrwalenie nowych zachowań klientów, niezależnie od tego czy były one spowodowane strachem i dbałością o bezpieczeństwo czy też zwyczajną ciekawością wobec możliwości, jakie dają zakupy przez Internet.

Jakie innowacje mogą w niedalekiej przyszłości zadecydować o sukcesie poszczególnych graczy na rynku e-commerce?

Obecnie obserwujemy trend, w którym głównie średnie co do wielkości sklepy internetowe próbują budować wewnętrznie niezbędne kompetencje z obszaru technologii, data science czy efektywnościowego modelu wykorzystania budżetu marketingowego. To kosztowny i niełatwy proces. Są oczywiście gotowe narzędzia na rynku, które wiele działań automatyzują, jednak trudno im przypisać spersonalizowane podejście do unikalnych problemów danego klienta, czyli sprzedawcy internetowego. Dlatego widzę duży potencjał w organizacjach, które na zlecenie konkretnego sklepu przejmą odpowiedzialność za wskazane wyżej obszary i będą świadczyć taką usługę w ramach outsourcingu.

Podsumowując, można powiedzieć, że przed nami arcyciekawy czas innowacyjnego myślenia, dynamicznych zmian i stałego kontestowania utrwalonych przez lata wzorców w procesie sprzedaży oraz komunikacji marketingowej.