Europosłowie interweniują w sprawie upolityczniania rozwoju 5G. Ostrzegają przed poważnymi międzynarodowymi reperkusjami

Geopolityka nie powinna przeszkadzać w uczciwej konkurencji na rynku UE, zwłaszcza w tak istotnym temacie jak technologia 5G, która może mieć ogromną rolę w odbudowie gospodarki po pandemii – taki jest wydźwięk listu, jaki europosłowie z Włoch i Rumunii wystosowali do unijnych komisarzy. Grupa polityków jest zaniepokojona działaniami m.in. Polski i Szwecji, które planują wykluczenie Huaweia i innych chińskich firm technologicznych z wdrażania sieci 5G. – Chodzi tutaj o interesy samej Unii – podkreśla europoseł Fulvio Martusciello. – Ograniczanie wolnej konkurencji może wywołać poważne międzynarodowe reperkusje.

Grupa europosłów wystosowała 10 lutego br. oficjalny list do unijnej komisarz ds. konkurencji Margrethe Vestager, komisarza ds. rynku wewnętrznego Thierry’ego Bretona oraz wiceszefa Komisji Europejskiej i komisarza ds. handlu Valdisa Dombrovskisa.

– Wykluczenie zagranicznego dostawcy z Unii Europejskiej na podstawie kraju pochodzenia jest dla całego świata złym komunikatem: UE nie jest godnym zaufania partnerem i nie jest bezpiecznym środowiskiem inwestycyjnym – podkreśla w komentarzu przesłanym agencji Newseria Biznes Fulvio Martusciello, włoski europoseł z partii EPP, jeden z autorów listu. – Ten problem dotyka kwestii konkurencyjności, która zasługuje na poważne traktowanie. KE jest odpowiedzialna za monitorowanie sytuacji i podejmowanie wszelkich niezbędnych działań zapewniających przestrzeganie prawa UE. Naszym obowiązkiem jest podkreślenie istoty tych obaw.

Politycy zaniepokojeni działaniami m.in. Polski i Szwecji podkreślają w liście, że geopolityka nie powinna przeszkadzać w uczciwej konkurencji na rynku UE, zwłaszcza w tak istotnym temacie jak technologia 5G.

Jak wskazuje Fulvio Martusciello, UE jest związana wieloma porozumieniami prawnymi i handlowymi, które mogą naruszać przepisy przyjmowane na poziomie państw członkowskich. Te uderzają ponadto w wolną konkurencję i mogą mieć daleko idące konsekwencje gospodarcze dla relacji UE z innymi państwami.

 Dostawcy z rynku UE nie mogą oczekiwać równego traktowania poza Unią Europejską, jeżeli równocześnie dostawcy spoza UE napotykają tutaj pewne ograniczenia wynikające z kraju pochodzenia. Chodzi tutaj o interesy samej Unii. Europa nie poradzi sobie bez zagranicznych inwestycji i rynków eksportowych dla europejskich producentów – wyjaśnia europoseł. – Pod koniec 2020 UE podpisała z Chinami umowę inwestycyjną. Negocjacje trwały przez niemal siedem lat. Równocześnie niektóre państwa UE próbują przeforsować przepisy bezpośrednio wykluczające chińskich dostawców z rynku. Jest to co najmniej dezorientujące i nieuczciwe podejście do relacji międzynarodowych.

W październiku ubiegłego roku Szwecja, jako drugi kraj po Wielkiej Brytanii, wykluczyła chiński koncern technologiczny Huawei z budowy infrastruktury dla sieci 5G. Tamtejszy organ regulacyjny – Urząd ds. Poczty i Telekomunikacji – ogłosił aukcję na częstotliwości dedykowane nowej technologii, przyjmując kryteria uniemożliwiające operatorom telekomunikacyjnym wykorzystanie sprzętu niektórych producentów. Huawei odwołał się do sądu, jednak w drugiej instancji szwedzki sąd apelacyjny Kammarrätten pozwolił na kontynuowanie aukcji 5G na dotychczasowych zasadach, umożliwiających wykluczenie koncernu.

– Szwecja jest państwem członkowskim i może dokonywać wolnych wyborów, o ile przestrzegają zasad gry. Pogodzenie ochrony swoich przedsiębiorstw i otwierania rynku jest zawsze trudnym wyborem. Trudno powiedzieć, czy przyniesie to szkody, lecz może oznaczać to trudny wybór dla obywateli. Chodzi o zapewnienie obywatelom wyboru, nie jego ograniczanie – podkreśla Fulvio Martusciello.

Wprowadzenie podobnych przepisów, które mogą wykluczyć chińskich producentów z rynku, planuje też polski rząd, który pracuje nad nowelizacją ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa. Ta będzie m.in. określać kryteria wyboru dostawców sprzętu i oprogramowania dla 5G. Zgodnie z rządowym projektem nie będą się one opierać wyłącznie na przesłankach technicznych i technologicznych. Jak ocenia europoseł, może to sugerować działanie zgodne z polityką poprzedniej administracji Stanów Zjednoczonych.

– Regulacje dotyczące cyberbezpieczeństwa w pewnych państwach członkowskich wydają się być inspirowane, a być może nawet narzucane, przez administrację USA. Kraje takie jak Polska zostały zachęcone obietnicą większej obecności amerykańskiej armii na swoich terytoriach, ale powinny zauważyć, że władze w USA już się zmieniły. Wszelkie ustalenia poczynione z poprzednią administracją mogą dzisiaj już nie być wiążące – mówi europoseł z EPP.

Jak wskazuje, UE dysponuje merytorycznymi narzędziami do oceny sprzętu i oprogramowania pod kątem cyberbezpieczeństwa. Służy do tego np. mechanizm NESAS, wypracowany przy udziale unijnych organów regulacyjnych, globalnych operatorów, dostawców i partnerów przemysłowych. W Polsce instytucje branżowe i eksperci rynku telekomunikacyjnego już od przeszło pół roku apelują do rządu o uwzględnienie w projekcie bardziej merytorycznych kryteriów, opartych np. na parametrach technicznych i certyfikatach bezpieczeństwa urządzeń, a nie kraju pochodzenia producenta.

– Jedynym czynnikiem, który musimy uwzględniać przy stwierdzaniu, czy dany sprzęt jest bezpieczny, jest techniczna ocena jego zgodności z europejskimi normami. Jedną z takich norm jest NESAS i nie ma powodu, dlaczego nie mogłaby być stosowana we wszystkich państwach członkowskich – komentuje Fulvio Martusciello.

Jak podkreśla, ograniczanie konkurencji wśród dostawców 5G i wykluczenie z unijnego rynku części firm może spowodować opóźnienia we wdrażaniu tej technologii i spowoduje dodatkowe koszty po stronie operatorów, co z kolei przełoży się na ceny usług dla ich klientów.

– Uruchomienie 5G to duży projekt, na który składają się inwestycje i zaangażowanie wielu partnerów i podwykonawców. Projekt na taką skalę sam w sobie może odegrać ogromną rolę w odbudowie gospodarki po pandemii. Niektóre kraje Europy, np. Niemcy, już uruchomiły sieci 5G na szeroką skalę, a ich firmy, fabryki i start-upy już czerpią z tego korzyści. Mają ogromną przewagę nad innymi krajami, w których wdrożenie technologii 5G jest opóźnione. Bardzo trudno będzie odrobić te straty – mówi europoseł.

Pandemia koronawirusa pogłębiła problemy ukraińskich imigrantek. Wśród nich są trudności ze znalezieniem pracy, brak opieki społecznej czy możliwości nauki języka

Imigrantki z Ukrainy boleśnie odczuły skutki pandemii – wynika z badania Fundacji „Nasz Wybór” przeprowadzonego we współpracy z Fundacją im. Heinricha Bölla. Wiele z nich straciło pracę przez zamknięcie gałęzi gospodarek, które chętnie zatrudniają Ukrainki, oraz mniejszy popyt na usługi sprzątania czy opieki nad dziećmi. W efekcie często zostały bez dochodów, dostępu do opieki społecznej i wsparcia rodzin w kraju. Mimo rządowego automatycznego przedłużenia zezwoleń na pobyt wiele osób zmagało się z trudnościami administracyjnymi. Dodatkowymi wyzwaniami są ograniczenie możliwości nauki języka polskiego i trudności związane z trybem zdalnym nauczania ich dzieci.

– Jeszcze przed pandemią jednym z najważniejszych problemów dla cudzoziemców była legalizacja pobytu. To się wiąże z działalnością wojewódzkich urzędów ds. cudzoziemców, które wydają karty pobytu czasowego czy długoterminowego. Niestety sytuacja w tych urzędach była tragiczna jeszcze przed pandemią. W większości spraw, które skontrolował NIK, były naruszenia procedur i terminów wydawania dokumentów. Pandemia jeszcze zaostrzyła tę sytuację – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Myroslava Keryk, prezeska Fundacji „Nasz Wybór”.

W związku z sytuacją epidemiologiczną wszystkie zezwolenia na pobyt zostały przez tarczę antykryzysową przedłużone do 30 dni po ogłoszeniu końca stanu epidemicznego w Polsce. Jak wskazuje raport „Sytuacja ukraińskich migrantek w Polsce w czasie COVID-19” Fundacji „Nasz Wybór” przygotowany we współpracy z Fundacją im. Heinricha Bölla, pierwsze tygodnie po ogłoszeniu stanu zagrożenia epidemiologicznego były jednak wyjątkowo trudne.

– Po ogłoszeniu zamknięcia granic okazało się, że dla wielu osób sytuacja zrobiła się niepewna, nie wiedziały, czy będą mogły skorzystać ze służby medycznej, kiedy zachorują na COVID-19, co dalej, jak straciły pracę albo kończą się ich dokumenty legalizacyjne. Pierwszy okres był to czas chaosu, potęgowanego także przez ukraińskie władze, które ogłaszały, że zamykają granice i kasują loty międzynarodowe czy połączenia autobusowe. To spowodowało, że każdego dnia kilka tysięcy osób chciało przekroczyć granicę polsko-ukraińską – mówi Myroslava Keryk.

Początkowo nieokreślony status cudzoziemców, zamknięcie granic, brak informacji i niespodziewane bezrobocie, które pociągnęło za sobą także problemy mieszkaniowe, spowodowały, że około 160 tys. Ukraińców wiosną 2020 roku wyjechało z Polski. Z danych GUS wynika, że w marcu i kwietniu liczba wszystkich cudzoziemców przebywających w kraju zmniejszyła się o 223 tys. (czyli 10 proc. w porównaniu z lutym ub.r.). Dane resortu pracy przytaczane w raporcie wskazują, że w pierwszym półroczu 2020 roku zmniejszyła się także liczba zezwoleń na pracę wydawanych Ukraińcom (z 217 tys. w I połowie 2019 roku do 198 tys.) oraz liczba oświadczeń o powierzeniu im wykonywania pracy (z 846 tys. do 612 tys.). Chociaż spadki te po części wynikają z automatycznego przedłużenia prawa pobytu cudzoziemców, to miało na nie wpływ również zamykanie wielu biznesów podczas lockdownu.

W kolejnych miesiącach do pracy w Polsce przyjeżdżało coraz więcej osób. Zdecydowana większość Ukraińców przebywa tu na podstawie wiz, ruchu bezwizowego lub jest w trakcie ubiegania się o zezwolenie na pobyt. Osoby bez zezwoleń nie posiadają szeregu praw, np. nie kwalifikują się do pomocy opieki społecznej.

 Dla wielu ludzi była i jest to sytuacja trudna. Pozostają w zawieszeniu, np. złożyli dokumenty przed pandemią lub w jej trakcie, a do dzisiaj mogą nie mieć odpowiedzi, co się dzieje z ich dokumentami. To o tyle istotne, że na przykład 500+ na dziecko czy świadczenie dla samotnej matki są uzależnione od karty pobytu – zauważa prezeska Fundacji „Nasz Wybór”.

Dane z ZUS-u na temat cudzoziemców opłacających składki na ubezpieczenie społeczne wskazują, że w czasie kryzysu ponad 40 tys. Ukraińców straciło ubezpieczenie, co może się wiązać z utratą pracy na podstawie umów o pracę lub cywilnoprawnych. Przyczyniło się do tego zamknięcie wielu branż, w których chętnie zatrudniani są cudzoziemcy, m.in. gastronomii, hoteli, handlu czy instytucji kultury. Skala problemu bezrobocia może być jednak znacznie większa, bo w niektórych obszarach, np. usługach sprzątania czy opieki nad dziećmi i osobami starszymi, dominują nieformalne sposoby zatrudnienia.

– Część Ukrainek przez stratę pracy musiała wyjechać na Ukrainę lub szukać nowej pracy, co było bardzo trudne w okresie lockdownu. Jeśli mówimy np. o sektorze opieki lub prac domowych, to też bardzo wielu ludzi bało się wpuszczać kogoś obcego do domu, żeby się nie zarazić. Niestety właśnie te kobiety, które pracowały w opiece czy sprzątały, straciły pracę i zostały bez środków do utrzymania – wskazuje Myroslava Keryk.

Eksperci fundacji podkreślają, że COVID-19 obnażył wady współczesnych stosunków pracy i grozi dalszym pogłębieniem nierówności społecznych.

W związku z pandemią wiele Ukrainek straciło dostęp do służby zdrowia, w dużej mierze ze względu na brak formalnego zatrudnienia i świadomości swoich praw. Ucierpiały ich kontakty społeczne tutaj, a dodatkowo część kobiet straciła kontakt z rodziną w kraju ojczystym. Ograniczone zostały możliwości nauki języka polskiego, a nieznajomość języka stanowi kluczową przeszkodę w wielu aspektach życia ukraińskich migrantek.

– Formalnie Ukrainki mogą skorzystać z różnych ofert pomocy, ale przez barierę językową i brak przygotowanych materiałów w języku ukraińskim myślą, że nie mają wsparcia – mówi prezeska Fundacji „Nasz Wybór”.

Problemem dla pracujących w Polsce imigrantek, które rzadko kiedy mogą pracować zdalnie, z domu, było również zamknięcie szkół. Długie godziny pracy rodziców powodują, że dzieci często pozostawiane są same w czasie dni szkolnych, a opieką zajmuje się starsze rodzeństwo. Problemy w nauczaniu zdalnym mogą wynikać także z braku odpowiednich warunków życia i infrastruktury technologicznej. Trzeba też pamiętać o tym, że szkoła jest dla dzieci imigrantów kluczowym aspektem ich integracji z polskim społeczeństwem.

Dzieci, zwłaszcza starsze, od czwartej klasy, uczą się prawie cały rok w domu, nie integrują się, nie uczą języka. Nawet jeżeli już były zintegrowane, znały język, to teraz mają regres i czują się wyizolowane. To powoduje też psychologiczne problemy. Odczuwają je też polskie dzieci, ale migranckie, które jeszcze do tego mają barierę językową, pochodzą z innego kraju, odczuwają to wszystko jeszcze głębiej – zauważa Myroslava Keryk.

Raport wskazuje, że konieczne są zmiany w polskiej polityce migracyjnej. Dotyczy to przede wszystkim usprawnienia systemu wydawania zezwoleń na pobyt i pracę czy uruchomienia aplikacji online i ulepszenia e-systemu do sprawdzania statusu wniosków. Potrzebne są również mechanizmy, które zapewnią większe bezpieczeństwo i pewność pracującym imigrantom, a zwłaszcza kobietom, które często pracują poniżej swoich kwalifikacji, za niskie wynagrodzenie i przy braku opieki społecznej.

– Widzimy naukę na przyszłość, że jest potrzebna spójna polityka państwa odnośnie do integracji cudzoziemców i zwrócenie uwagi na system edukacji, służbę zdrowia, usprawnienie systemu zatrudniania cudzoziemców. Trzeba wypracowywać mechanizmy, żeby jednak cudzoziemcy pracowali na podstawie umów i byli ubezpieczeni – podkreśla prezeska Fundacji „Nasz Wybór”.

Elektroniczny obieg dokumentów zabezpieczony blockchainem staje się standardem. Technologia wyprzedza jednak normy prawne

Już prawie połowa spraw obsługiwanych przez administrację publiczną odbywa się poprzez elektroniczny obieg dokumentów. Niebawem elektroniczne dyplomy, zabezpieczone z użyciem blockchainu, otrzymają też osoby kończące studia na Politechnice Świętokrzyskiej. Elektroniczny obieg dokumentów staje się także normą w przypadku firm, które korzystają m.in. z platformy opracowanej przez polski start-up. Bezpieczeństwo danych zawartych w dokumentach zapewnia w niej technologia łańcucha bloków.

– Pandemia sprawiła, że dzisiaj zarządzanie dokumentami w formie cyfrowej stało się normą. To nie jest coś, czym firmy mogą się wyróżnić, natomiast wręcz przeciwnie, jeżeli nie ma możliwości podpisania dokumentów w formie cyfrowej, to znaczy, że firma nie rozwija się w rynkowym tempie. Stało się to czymś normalnym i widzimy, że w najbliższych latach ten rynek będzie jeszcze rósł. Tak jak płatności bezdotykowe stały się dla nas czymś normalnym, tak  wydaje się, że zarządzanie dokumentami właśnie w formie cyfrowej w najbliższych latach będzie czymś must have, obligatoryjnym i rynek się do tego po prostu przyzwyczai – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Gabriel Dymowski, współzałożyciel i prezes DoxyChain.

Elektroniczny system zarządzania dokumentacją jest już od 10 lat wdrażany w administracji publicznej. Wynikające z niego oszczędności przekroczyły już kwotę 46 mln zł. W samym tylko pierwszym półroczu 2020 roku, na 2,3 mln spraw załatwianych przez urzędy objęte EZD PUW, niemal 850 tys. odbywało się elektronicznie. W tym czasie tą drogą zostało wysłanych 1,1 mln dokumentów.

– Rynek zrozumiał, że forma papierowa w porównaniu do formy cyfrowej jest po prostu ułomna, ona jest mniej zabezpieczona, mniej efektywna, jest wolniejsza. Możemy więc mówić już o trendzie. Wcześniej można było mówić o zarządzaniu dokumentami w formie cyfrowej w kontekście rewolucji, natomiast na dzień dzisiejszy, gdy obserwujemy rynek, jest to proces pewnego rodzaju ewolucji – wskazuje Gabriel Dymowski.

Elektroniczny obieg dokumentów chętnie wdrażany jest jednak nie tylko na poziomie administracji państwowej, lecz także w prywatnych firmach, a także uczelniach. Jednym z rozwiązań, z jakich mogą korzystać, jest system DoxyChain. Umożliwia on podpisywanie dokumentów za pomocą podpisu elektronicznego. Jego użytkownicy mogą nie tylko podpisywać dokumenty, ale również tworzyć je online, wysyłać czy śledzić już po wysłaniu. Start-up do zabezpieczania dokumentów używa technologii blockchain. Dzięki niej zagwarantowana jest niezmienność ich kształtu.

– Jeżeli mówimy o technologii blockchain, to zdecydowanie wyprzedza ona ustawodawstwo. Na poziomie Unii Europejskiej są już bardzo ambitne plany, w jaki sposób regulować tę technologię. Powstaje szereg grup roboczych działających przy europejskich instytucjach. Wciąż jeszcze nie ma wiążących ram prawnych, w których należałoby się poruszać – podkreśla prezes DoxyChain.

Umowę z firmą Billon Digital Services podpisała niedawno Politechnika Świętokrzyska. W jej ramach absolwenci uczelni, jako pierwsi w Polsce, otrzymają elektroniczne dyplomy ukończenia studiów. Będą to odporne na fałszerstwa kopie dokumentów, przechowywane w systemie blockchain. Co więcej, studenci  w razie potrzeby będą mogli pobrać dyplom w postaci pliku pdf w kilka sekund i przesłać go np. potencjalnemu pracodawcy.

Już dziś o technologii blockchain mówi się też jako o przyszłości polskiego sektora finansowego. Na jej podstawie powstaje np. system raportowania transakcji zawartych na oszczędnościowych obligacjach skarbowych, tworzony przez PKO Bank Polski, Krajową Izbę Rozliczeniową i Ministerstwo Finansów.

– Technologia blockchain właśnie jest zamiennikiem zaufania. W przyszłości będą powstawały nowe projekty, nowe biznesy właśnie na bazie tej technologii, które dzisiaj nie mają prawa bytu, ponieważ nie jest jeszcze tak szeroko rozumiana i respektowana. Świetnym przykładem jest nowy sposób zarządzania dokumentami, gdzie to zaufanie można zdywersyfikować, zdecentralizować i dostarcza je szereg podmiotów, a nie jedna instytucja – wyjaśnia Gabriel Dymowski.

Według MarketsandMarkets światowy rynek technologii blockchain wzrośnie z 3 mld dol. w 2020 roku do 39,7 mld do roku 2025.

Naukowcy opracowali sposób na podwyższenie wydajności ogniw perowskitowych. Już wkrótce będą realną i tańszą alternatywą dla tradycyjnych paneli

Perowskit w połączeniu z dwutlenkiem cyny może posłużyć do zbudowania ogniw o wydajności zbliżonej do tej, którą zapewniają panele krzemowe. Istotną kwestią w potencjalnym wykorzystaniu tego materiału w fotowoltaice pozostaje aspekt praktyczny. – Ogniwa perowskitowe mogą być znacznie lżejsze w porównaniu z krzemowymi – podkreśla Moungi Bawendi z MIT. Mogą też być znacznie tańsze w wytwarzaniu. Opracowana przez naukowców z MIT nowa technologia może zacząć być wykorzystywana w bieżącej produkcji perowskitowych paneli słonecznych, którą planują m.in. Polacy.

– Pokazujemy, że nawet przy pojedynczej aktywnej warstwie perowskitu możemy osiągnąć wydajność zbliżoną do ogniw krzemowych, a także znaleźć się w zasięgu wydajności ogniw zbudowanych w oparciu o arsenek galu. Przy czym obie te technologie istnieją znacznie dłużej niż perowskity – wskazuje dr Jason Yoo z MIT. – Perowskity, przynajmniej na papierze, mogą być znacznie tańszą alternatywą dla tych technologii.

Perowskity są minerałami, z którymi wiązane są ogromne nadzieje w kontekście rozwoju fotowoltaiki. Ich podstawowa zaleta to możliwość zbudowania na nich bardzo cienkich i lekkich ogniw, które można integrować na przykład z fasadą budynku i pokryciem dachu. Dzięki temu, że jest to materiał o dużej elastyczności, można go wykorzystać do tworzenia innowacyjnych źródeł energii, takich jak markizy, rolety czy żaluzje fotowoltaiczne. Nad wykorzystaniem perowskitów do produkcji ogniw pracowała polska fizyk, OIga Malinkiewicz, założycielka firmy Saule Technologies, która ma zbudować pierwszą na świecie linię produkcyjną ogniw perowskitowych.

Naukowcy z MIT odkryli, że połączenie materiału perowskitowego ze specjalnie obrobioną, przewodzącą warstwą dwutlenku cyny może zwiększyć wydajność ogniwa z 20–22 proc. nawet do 25,2 proc. Choć wydaje się to niewiele, w większej skali może oznaczać ogromne korzyści finansowe.

– Nasze spostrzeżenia opisane w artykule w „Nature” i niektóre z podpowiadanych sztuczek mogą potencjalnie być wdrożone do metod obecnie opracowywanych dla wielkoskalowych ogniw perowskitowych, które są już aktualnie produkowane. Tym samym można zwiększyć ich wydajność – podkreśla Moungi Bawendi, profesor chemii im. Lestera Wolfe’a w Massachusetts Institute of Technology.

Z kolei międzynarodowy zespół badawczy, w skład którego weszli naukowcy z Pakistanu, Chin i Arabii Saudyjskiej, opracował perowskitowe ogniwo słoneczne o dużej stabilności termicznej. Wykorzystano do tego specjalne nanorurki stworzone z dwutlenku cezu i tytanu. Dzięki temu udało się zwiększyć sprawność konwersji energii o ponad 22 proc.

Według analityków z Data Bridge Market Research światowy rynek ogniw perowskitowych osiągnie do 2027 roku wycenę na poziomie niemal 3,5 mld dol. Średnioroczne tempo wzrostu utrzyma się na poziomie 34 proc. Czynnikiem napędzającym rozwój tego rynku ma być przede wszystkim zwiększone zapotrzebowanie na ogniwa fotowoltaiczne, połączone z oczekiwaniem klientów na elastyczne i lekkie ogniwa. Popyt na rozwiązania z zakresu fotowoltaiki ma być uwarunkowany dążeniami do redukcji zjawiska niskiej emisji i konwersji energetyki na odnawialne źródła energii.

Inflacja straszy rynki finansowe

Dochody gospodarstw domowych będą wyższe niż przed pandemią. To powinno przyspieszyć wzrost cen, które i tak już rosną. Dotyczy to także mieszkań. Czy inflacja wywróci globalne rynki finansowe?

– Nie jest jeszcze tak, że inflacja trzęsie rynkami, ale ten temat zaczyna się pojawiać – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Widać to szczególnie na rynku długu w USA, gdzie rentowność 10-letnich obligacji wzrosła ponad dwukrotnie.

Giełdowa hossa przypomina już bańkę spekulacyjną stworzoną poprzez emisję taniego pieniądza przez banki centralne. Gdy ten tani pieniądz zabierzemy wówczas wszystko co stoi za tą hossą pęknie jak bańka mydlana.

Tani pieniądz to zagrożenie wysoką inflacją. Jeszcze w minionym roku inwestorzy się tym nie przejmowali. Teraz to się zmienia, zwłaszcza że na rynek mają trafić „czeki Bidena”, czyli 1,9 bln USD przekazanych gospodarstwom domowym, aby pobudzić gospodarkę znajdującą się pod presją koronawirusa. Efekt będzie taki, że dochody gospodarstw domowych okażą się wyższe niż przed pandemią.

– Ten tani pieniądz z rynku musiałby zabrać Fed, ale sam z nieprzymuszonej woli tego nie zrobi – komentuje ekspert. – Zmusić może go do tego tylko rosnąca inflacja. Już rosną ceny na giełdach towarowych, dotyczy to już nie tylko ropy naftowej, także żywności.

Dla amerykańskiej inflacji bardzo ważną składową są ceny najmu mieszkań. To odróżnia ją od polskiego „koszyka” inflacji. Zainteresowanie rynkiem nieruchomości jest znów bardzo wysokie w USA, a podaż mieszkań jest względnie mała zważywszy na wielkość rynku nieruchomości.

Czy wyższa inflacja wpłynie na kursy walut? – Zwykle uważa się w przypadku rynków rozwiniętych, że wzrost inflacji jest pozytywny dla waluty, ponieważ zakłada się, że bank centralny podniesie stopy procentowe – dodaje P.Kwiecień. – Gdyby więc Fed podniósł stopy procentowe, to dolar stałby się bardziej atrakcyjny.

Czy panele fotowoltaiczne to najtańsza energia w Polsce?

Fotowoltaika dogania farmy wiatrowe pod względem wytwarzanej energii elektrycznej. Jednak jej dynamiki rozwoju nie uda się utrzymać. Dla obu tych form OZE przyszłością powinno stać się wykorzystanie wodoru.

– Najbardziej efektywne technologie OZE to energetyka wiatrowa na lądzie i fotowoltaika – mówi Irena Gajewska, ekspertka Polskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej, wiceprezes fundacji RE-Source Poland Hub. – Jeżeli spojrzymy na koszyk aukcyjny, w którym są obie te technologie, to okazuje się, że fotowoltaika goni wiatr.

Mamy już 6 GW zainstalowanej mocy w energetyce wiatrowej, a po aukcjach z lat 2018-2020 powstają aktualnie nowe instalacje o mocy 3 GW.

Elektrownie słoneczne tylko w minionym roku urosły o 160%, z 1,5 GW do niemal 4 GW. Średnio każdego miesiąca ich moc powiększała się o ponad 8%. Gdyby takie tempo rozwoju utrzymało się także przez kolejnych 12 miesięcy, elektrownie słoneczne przekroczyłyby do końca roku 10 GW. Na kontynuację tak dynamicznego trendu (związanego z rządowym programem Mój Prąd) nie ma jednak szans. Jest niemal pewne, że tempo wzrostu zacznie spadać.

Kilka polskich koncernów zaangażowanych jest w energetykę wiatrową na Morzu Bałtyckim. Morskie turbiny bardzo efektywnie pracują, a na Bałtyku są bardzo warunki do rozwoju tej technologii. W ten sposób możemy wyprodukować dużo czystej, zielonej energii.

– W porównaniu do lądowej energetyki wiatrowej koszty inwestowania na Bałtyku są jednak o wiele wyższe, co przekłada się na koszt megawatogodziny, dłuższy jest też proces inwestycyjny – komentuje I.Gajewska w rozmowie w ramach cyklu Instytutu Jagiellońskiego i BiznesAlert.pl (R)ewolucje energetyczne.

Przyszłością w energetyce prawdopodobnie okaże się także „zielony” wodór, jednak ważne jest, aby wytwarzane był poprzez instalacje OZE, słoneczne i wiatrowe.

Istotna jest tzw. ustawa odległościowa, która wprowadziła ograniczenia lokalizacyjne. Realizowane projekty uzyskały zezwolenia jeszcze przed wejściem w życie takich ograniczeń. Dlatego nie są to inwestycje wykorzystujące najbardziej nowoczesne turbiny wiatrowe, o mocy 3 MW, gdy dostępne są już turbiny o 2-krotnie większej mocy, z których energia byłaby zdecydowania tańsza dla odbiorcy krańcowego.

– Potrzebna jest liberalizacja tejże ustawy, jeżeli chcemy wykorzystywać potencjał polskiego wiatru – dodaje I.Gajewska.

Rozwój zielonej energii przyspieszyłoby powstawanie linii przesyłowych, które istniałyby poza ogólnokrajowym systemem przesyłowym, łącząc farmę fotowoltaiczną bądź wiatrową bezpośrednio z zakładem przemysłowym.

Sescom inwestuje w „zielony” startup do obsługi transakcji na rynku energii

Sescom obejmuje 17,4% udziałów w spółce Bankilo, która jest platformą wspierającą prosumentów, umożliwiającą im zawieranie transakcji między sobą. „Bank kilowatów” stanie się również alternatywnym dostawcą energii dla dowolnych konsumentów energii. Innowacyjny model biznesowy gdańskiego startupu wpisuje się w założenia strategii Sescom, w ramach której spółka zamierza rozwijać alternatywne źródła energii – w tym technologie wodorowe oraz integrować rozproszone środowisko małych producentów odnawialnych źródeł energii w jeden ekosystem.

Sescom z uwagą przygląda się rozwiązaniom jakie oferują innowacyjne startupy, szczególnie w sektorze nowych technologii i energii, które firma potencjalnie może przełożyć zarówno na funkcjonowanie swojej organizacji, ale również na biznesy klientów.

Startupy to firmy mocno skupione na osiągnięciu wyznaczonego celu, poddające w wątpliwość rzeczywistość i poszukujące nieszablonowych rozwiązań. Takie podejście jest wartościowe dla rozwoju biznesu i spójne z naszym. Udostępniając platformę transakcyjną i możliwość ofertowania, spółka Bankilo uzupełni nasze działania na rynku energetycznym, wesprze rozproszone inwestycje w wytwarzanie i magazynowanie energii. – Sławomir Halbryt, Prezes Zarządu Sescom S.A.

Bankilo to startup, założony przez przedsiębiorców i specjalistów, głównie z rynku energetycznego i nieruchomościowego, który szybko rozwija koncepcję wsparcia dla prosumentów. Ambicje założycieli są już jasno określone: w przyszłości chcą być spółką obsługującą prosumentów i konsumentów energii, której wartością̨ będzie atrakcyjny cashflow i udział w bardzo dynamicznie rozwijającym się̨ rynku Transactive Energy.

Elektrolizer do produkcji wodoru i bank kilowatów

Firma Sescom od wielu lat skupia swoje zainteresowanie na technologii wodorowej. Jednym z osiągnięć spółki w tej dziedzinie było zaprojektowanie elektrolizera do produkcji wodoru, który zdaniem ekspertów jest szansą na rozwój i dekarbonizację transportu i energetyki grzewczej. Sescom w swojej autorskiej koncepcji HGaaS zamierza za pomocą elektrolizera pozyskiwać wodór podczas nadwyżek energetycznych z odnawialnych źródeł energii. Rozwijając projekt, spółka w styczniu podpisała list intencyjny z miastem Piła, w ramach którego ma przygotować instalację zapewniającą wodór do rozwoju zero emisyjnego transportu publicznego. Ponadto Sescom stworzy ekosystem, który połączy źródła produkcji wodoru, w którym Spółka Bankilo odegra ważną rolę.

Zgodnie ze strategią Spółki Wise Futurist 2030 Zarząd Sescom podjął decyzję o zainwestowaniu 500 tys. zł. w spółkę Bankilo, która uzupełni nasz program wodorowy poprzez agregację i sprzedaż zielonej energii do produkcji zielonego wodoru w naszych elektrolizerach. – Sławomir Halbryt, Prezes Sescom S.A.

Założyciele Bankilo są przekonani, że model biznesowy startupu idealnie wpisuje się w potrzeby projektów wodorowych Sescom oraz wpłynie na rozwój biznesu partnera.

Jesteśmy przekonani, że przyszła energetyka będzie zbudowana na różnorodnych, rozproszonych i odnawialnych źródłach energii oraz jej magazynowaniu, a transparentny rynek energii będzie dostępny dla wszystkich. Sescom widzi synergię swoich zamierzeń strategicznych z koncepcją Bankilo, na przykład w obszarze podnoszenia udziału zielonej energii w zużyciu w zarządzanych obiektach poprzez odbiór nadwyżek z instalacji prosumenckich, a także w obszarze wykorzystania wodoru w rozproszonym magazynowaniu energii. – Mirosław Bieliński, założyciel Bankilo

Innowacyjność platformy wykorzystującej obiecujący rynek energii

Bankilo to jedyna w Polsce platforma informatyczna oferująca wirtualny przepływ energii z miejsca jej wytworzenia do wskazanego miejsca jej zużycia. Oznacza to, że prosument będzie mógł wytworzoną energię sprzedać innym członkom społeczności, wymienić na energię dostępną w innym czasie lub zużyć na własne potrzeby w innym miejscu niż to, w którym została wytworzona. Takie rozwiązania umożliwia europejska dyrektywa RED 2, która znacznie powiększyła liczbę potencjalnych prosumentów, bo określa, że miejsce produkcji energii nie musi być tożsame z miejscem zużycia – w praktyce każdy konsument może być prosumentem, także ten, który nie ma własnego dachu.

W Polsce fotowoltaika per capita znajduje się̨ obecnie poniżej 1/10 poziomu europejskich liderów, u których inwestycje w OZE nadal rosną. Dlatego analizy wskazują, że liczba prosumentów klasycznych w Polsce może dojść z obecnych 400 tys. do 2-3 mln w 2030 roku. Ponadto spośród mieszkańców budynków wielorodzinnych wyłonią się tzw. prosumenci wirtualni, produkujący energię w innym miejscu niż we własnym domu. Szacujemy, że ich liczba w 2030 roku będzie 7-cyfrowa. – Mirosław Bieliński, założyciel Bankilo

Ekspansja zagraniczna szansą dla polskich przedsiębiorców

  • Badanie OECD, przeprowadzone na 500 przedsiębiorcach pod koniec 2020 roku pokazuje, że polskie firmy bardzo dobrze poradziły sobie na rynkach zewnętrznych, pomimo pandemii.
  • Dane Santander Trade wskazują, że w roku 2020 zainteresowanie rynkami zagranicznymi wzrosło czterokrotnie r/r. Polskie firmy najczęściej szukały partnerów biznesowych w Hiszpanii, Czechach, Grecji, Belgii i Wielkiej Brytanii.

Ekspansja na rynki zagraniczne jest, zdaniem ekspertów, ogromną szansą dla polskich przedsiębiorców, a ci wykazują duże zainteresowanie możliwościami, jakie za sobą niesie działalność poza granicami kraju[1]. Co ciekawe, pomimo pandemii, polscy eksporterzy patrzą na rok 2021 z optymizmem. Ponad połowa z nich zakłada, że w 2021 roku liczba sprzedawanych zagranicą produktów nie ulegnie zmianie, a 38% przewiduje nawet jej wzrost[2].

Polskie przedsiębiorstwa dysponują dużymi mocami produkcyjnymi, dla niektórych firm dotychczasowe rynki zbytu czy rynek wewnętrzny nie są już wystarczające. Dlatego wiele polskich firm poszukuje możliwości ekspansji zagranicznej, a umiędzynarodowianie biznesu jest jednym z najsilniej widocznych trendów ostatnich lat. – mówi Romana Klysz-Rakowska, dyrektor Biura Handlu Zagranicznego Santander Bank Polska.

Dane Santander Trade wskazują, że rok 2020, ze względu m.in. na potrzebę poszerzania rynków zbytu oraz zerwanie łańcuchów dostaw, przyniósł intensyfikację poszukiwania partnerów biznesowych w Europie i na świecie. W minionym roku najczęściej możliwości rozwoju za granicą poszukiwały polskie firmy z branży maszyn i urządzeń, środków ochrony osobistej, meblarskiej, kosmetycznej, środków czystości i produktów higienicznych.

Zainteresowanie polskich przedsiębiorców rynkami zagranicznymi w 2020 r. wzrosło o 400% w porównaniu z rokiem poprzednim. Klienci korzystający z portalu Santander Trade, największe zainteresowanie wykazywali rynkiem hiszpańskim, czeskim, brytyjskim oraz belgijskim. W 2019 r. częściej poszukiwano partnerów biznesowych z krajów ameryki południowej, przeważnie Brazylii i Chile. Należy również zwrócić uwagę, że pandemia spowodowała zakłócenia w łańcuchach dostaw. Na skutek tego udział poszukiwania partnerów biznesowych w Europie i na świcie uległ zmianie – w 2019 roku stanowił 31%, zaś w 2020 65% – wskazuje Robert Fedorowicz, ekspert handlu zagranicznego Santander Bank Polska

Dane Santander Trade:

Gdzie polskie firmy najczęściej szukają partnerów biznesowych? TOP 5 krajów

  • 2019: Grecja, Hiszpania, Wielka Brytania, Brazylia, Chile/Meksyk
  • 2020: Hiszpania, Czechy, Grecja, Wielka Brytania, Belgia

Gdzie zagraniczne firmy najczęściej szukają partnerów biznesowych:

  • 2019: Hiszpania, Czechy, RPA, Brazylia, Japonia
  • 2020: Korea Pd., Włochy, Hiszpania, Brazylia, Portugalia

[1] https://www.parp.gov.pl/component/content/article/61228:szansa-dla-firm-dotknietych-skutkami-pandemii-jest-ekspansja-zagraniczna-teraz-mozna-wnioskowac-o-unijne-wsparcie-zwiazane-z-dzialalnoscia-eksportowa

[2] https://www.rp.pl/Opinie/301209873-Ostrozny-optymizm-polskich-przedsiebiorcow.html

Zamieszanie na rynku obligacji osłabiło PLN, wsparło za to USD i EUR

Przez rynek walutowy w zeszłym tygodniu przetoczyła się fala wywołana przez silne zmiany na rynku obligacji. W kolejnych dniach czekamy przede wszystkim na dane o inflacji w strefie euro, amerykański raport non-farm payrolls oraz posiedzenie RPP.

Słaba aukcja skarbowych papierów dłużnych w USA przełożyła się na gwałtowny wzrost ich rentowności. Inwestujących w obligacje wyraźnie wystraszyło połączenie sprzyjającej inflacji polityki pieniężnej i ogromnej podaży uderzającej w rynki związanej z ogromnymi deficytami występującymi niemal wszędzie na świecie. Waluty G10 i rynków wschodzących były wyprzedawane, w oczy rzucały się jednak dwa wyjątki: euro i juan chiński. Juan chiński zachowuje się coraz bardziej podobnie do walut safe haven i zaczyna uchodzić za pewny środek przechowywania wartości w czasach zmienności.

W tym tygodniu uwaga wciąż będzie skupiona na rynkach obligacji. Nieuporządkowana wyprzedaż na tych rynkach jest prawdopodobnie największym zagrożeniem dla naszych optymistycznych prognoz makroekonomicznych. Nadal uważamy ją jednak za mało prawdopodobną. Mimo że oczekujemy, że rentowności zakończą rok znacznie wyżej, na tym etapie zakładamy, że wyprzedaż będzie stopniowa i nie będzie mieć znaczącego wpływu ani na aktywa ryzykowne, ani na wzrost gospodarczy.

W dodatku jest to tydzień obfitujący w dane. We wtorek zostaną opublikowane dane o inflacji w strefie euro w lutym i spodziewamy się, że przewyższą oczekiwania. Ponadto dotyczący tego samego miesiąca amerykański raport non-farm payrolls, który wyjdzie w piątek, powinien być spójny z sytuacją na rynku pracy, który kontynuuje proces zwalczania szkód wyrządzonych przez pandemię.

PLN

W ubiegłym tygodniu polski złoty doświadczył wyraźnego osłabienia. W pierwszej części tygodnia słabość waluty można wyjaśnić pogorszeniem się sytuacji epidemicznej w kraju, gdzie ponownie zaczęto notować więcej nowych zakażeń. Ich 7-dniowa średnia krocząca obecnie zbliżyła się do 10 000. Warto jednak zaznaczyć, że dodatkowe obostrzenia ogłoszone w zeszłym tygodniu nie są znaczne ani nieoczekiwane, co w pewien sposób mogło uspokoić inwestorów. Pod koniec tygodnia złotemu, podobnie jak szerokiemu gronu walut rynków wschodzących, nie sprzyjało z kolei zamieszanie na amerykańskim rynku obligacji, którego konsekwencje przetoczyły się przez globalne rynki finansowe.

W tym tygodniu poznamy dość sporo danych z Polski, jednak swoją istotnością powinny one ustępować informacjom z frontu walki z wirusem. Oprócz tego w środę czeka nas posiedzenie decyzyjne RPP, które zyska na istotności ze względu na to, że przy jego okazji poznamy marcowe projekcje inflacji i PKB Działu Analiz Ekonomicznych NBP.

EUR

W tygodniu, w którym nie było za wielu nowych informacji poza zamętem na rynkach obligacji, euro było zaskakująco odporne. Jest całkiem prawdopodobne, że zostało użyte do finansowania transakcji typu carry trade, w ramach których inwestorzy posiadali krótkie pozycje w euro, kupując waluty nadal oferujące dodatnie stopy procentowe i wycofywali się z nich w obliczu ucieczki od ryzyka. Tego typu wycofywanie się może zapewniać wsparcie wspólnej europejskiej walucie.

W tym tygodniu uwaga skupi się na danych o inflacji. Nadal spodziewamy się, że dynamika cen na świecie będzie zaskakiwać in plus w związku z założeniem, że finanse konsumentów w dobrej kondycji i stłumiony popyt zderzają się z łańcuchami dostaw wciąż cierpiącymi z powodu utrudnień. Wtorkowe dane o inflacji w strefie euro nie powinny być wyjątkiem.

USD

Zeszłotygodniowe drugorzędne wieści ekonomiczne z USA kontynuowały trwający trend pozytywnych zaskoczeń w danych. Szczególnie wyraźnie w oczy rzucały się dobre dane o zamówieniach środków trwałych, będące oznaką, że gospodarstwa domowe i przedsiębiorstwa wykorzystują niezwykle sprzyjające warunki pieniężne i fiskalne. Nie widzimy powodu, aby zmieniać nasze bardzo optymistyczne prognozy dla gospodarki USA, zwłaszcza w obliczu ustępowania ostatniej fali COVID-19 w Ameryce i liczby szczepień przewyższającej tę w większości głównych krajów. Oczy wszystkich zwrócone są teraz ku piątkowemu raportowi non-farm payrolls, który powinien pokazać, że rynek pracy najgorsze ma już za sobą, a obecnie powstają na nim nowe miejsca zatrudnienia i spada bezrobocie.

GBP

Szterling opierał się zamętowi na rynku obligacji lepiej niż inne podobne waluty G10 z wyjątkiem euro i dolara amerykańskiego. Walutę cały czas wspiera to, że Wielka Brytania może pochwalić się najwyższą liczbą szczepień spośród głównych krajów. Co najmniej jedną dawkę szczepionki otrzymało ponad 20 milionów osób na Wyspach (ok. 30% populacji). Rozbudziło to nadzieje, że w Wielkiej Brytanii uda się rozluźnić lockdown szybciej niż w większości podobnych krajów, zwłaszcza tych w Europie. Harmonogram owego rozluźnienia, przedstawiony w poprzedni poniedziałek, jest ostrożny, niemniej dostarczył pewnych konkretów, jakże potrzebnych w takiej sytuacji.

Najważniejszą wiadomością w tym tygodniu będzie ogłoszenie rządowego budżetu w środę. W obecnych warunkach nawet drobne rozluźnienie polityki fiskalnej mogłoby mieć pozytywny wpływ na funta.

CHF

Frank szwajcarskich był w zeszłym tygodniu jedną z walut znajdujących się w centrum uwagi. Ucierpiał na skutek brutalnej wyprzedaży spowodowanej poprawą sentymentu do ryzyka w pierwszej połowie zeszłego tygodnia – jest to nietypowe, biorąc pod uwagę jego zwykłą stabilność. Para EUR/CHF w czwartek niemal osiągnęła poziom 1,11, co jest najwyższym kursem od połowy 2019 r., później jednak oddała część wcześniejszych zysków. To dobra wiadomość dla Szwajcarskiego Banku Narodowego, która może jeszcze bardziej ograniczyć potrzebę jego interwencji na rynku walutowym.

Zeszłotygodniowe dane o nowych zakażeniach koronawirusem nie różniły się znacznie od wcześniejszych. Jest to rozczarowujące, biorąc pod uwagę spadek liczby testów, jak i to, że w poprzednich tygodniach liczba nowych zakażeń systematycznie spadała. 7-dniowa średnia krocząca zgonów z tytułu COVID-19 nadal jednak kierowała się w dół.

Pozytywnie zaskoczyły za to dane ekonomiczne, w szczególności wzrost PKB w czwartym kwartale. Również bardziej aktualne odczyty są dość pozytywne – wyprzedzający indeks KOF odbił się znacznie po spadku w styczniu, co sugeruje prawdopodobną poprawę w sytuacji gospodarczej kraju w pierwszym kwartale.

Ten tydzień będzie szczególnie obfitować w dane ze Szwajcarii, wciąż skupiamy się jednak głównie na wieściach z zewnątrz, ponieważ dla waluty kluczowe okazują się zmiany sentymentu do ryzyka. Niemniej może być warto zwrócić uwagę na środowe dane dotyczące inflacji.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

Zdrowie psychiczne Polaków – – jak po roku (nie)radzimy sobie z pandemią COVID-19?

Niemal 80% badanych, po blisko roku trwania pandemii, nadal doświadcza ataków paniki, które trudno im opanować, a 7 na 10 ankietowanych odczuwa więcej stresu, niż przed pandemią. Prawie 40% uczestników badania przyznaje, że czuje się psychicznie gorzej, niż wtedy, gdy pandemia dopiero się zaczęła. Na początku pandemii częściej sięgaliśmy po ruch, teraz po używki – robi to aż 7 na 10 ankietowanych. Mniej dbamy o siebie i czujemy się zmęczeni. W naszym życiu jest więcej irytacji, złości, gniewu, niż spokoju, optymizmu
i nadziei. Dominującymi stanami, które nam towarzyszą są lęk oraz stres.

Jak zmieniały się nasze emocje pod wpływem pandemii od momentu jej wybuchu, aż do teraz? W jakich obszarach jest gorzej, a w jakich lepiej? Na to pytanie odpowiada najnowszy raport Human Power.

Małgorzata Czernecka
Małgorzata Czernecka, psycholożka, ekspertka ds. wellbeing i zarządzania energią, CEO Human Power

– 2020 rok na zawsze zapisze się w naszej pamięci, jako rok bardzo dużej zmiany oraz ogromnej, kolektywnej mobilizacji. Nie było branży, obszaru biznesowego czy stanowiska pracy, które nie odczułoby zmiany w swoim sposobie działania. Niestety, bycie w zmianie bardzo dużo kosztuje, szczególnie jeśli ta trwa nieprzerwanie przez wiele miesięcy. W 2021 rok weszliśmy bardzo zmęczeni, zarówno na poziomie fizycznym, mentalnym, jak
i emocjonalnym. Wraz z zespołem Human Power postanowiliśmy sprawdzić, jak Polacy radzą sobie z pandemią. Wyniki dają do myślenia –
mówi Małgorzata Czernecka, psycholożka, ekspertka ds. wellbeing i zarządzania energią, CEO Human Power.

Strach ma wielkie oczy – problemy ze złością i lękiem

Blisko połowa ankietowanych (46,39%) obserwuje, że trudno im zapanować nad sobą, reagują w sposób niepodobny do nich. Częściej niż co druga badana osoba ma problem
z zastosowaniem jakiejkolwiek techniki radzenia sobie z trudnymi emocjami. 68% badanych po roku trwania pandemii uważa, że obecnie odczuwa więcej stresu (na początku pandemii przyznało to 57,6%). Niemal połowa badanych ma problemy z jakością snu (zasypianiem i częstym budzeniem się w nocy).

Jak można pomóc sobie w przejściu przez ten trudny czas?

Budowanie dobrostanu psychicznego nie może się odbyć bez uwzględnienia aspektu ciała,
w tym snu, ruchu oraz – co może wydawać się zaskakujące – odżywiania. Potwierdzają to najnowsze, światowe badania naukowe z ostatnich lat. Sam ruch jest czynnikiem niezwykle wzmacniającym i rozwijającym nasz układ nerwowy. Trudno znaleźć bardziej efektywny sposób na rozładowywanie napięcia, czy przyspieszanie regeneracji biologicznej niż aktywność fizyczna. W obecnej sytuacji siedzimy zbyt długo i ruszamy się naprawdę mało. Sztywne, napięte i słabo ukrwione ciało wzmacnia intensywność odczuwanych emocji, a co za tym idzie, łatwiej o impulsywne reakcje.
– komentuje Katarzyna Lorkowska, psycholożka, ekspertka ds. zarządzania energią Human Power.

Droga na skróty – sięganie po używki i leki uspokajające

Niepokojące są wyniki dotyczące stosowania środków uspokajających i sięgania po alkohol. Zarówno na początku pandemii, jak i obecnie, bardzo wysokie są odsetki badanych, którzy deklarowali, że posiłkują się nimi, żeby poradzić sobie z lękiem oraz niepokojem. Pod koniec roku 2020 po tego typu metody sięgało minimum 7 na 10 ankietowanych (na początku pandemii 87,4%, obecnie 74%). Co warto zaznaczyć, mimo lockdownu, na początku pandemii częściej sięgaliśmy po ruch, teraz natomiast chętniej sięgamy po używki. Jednym z niewielu pozytywnych aspektów jest to, że po roku trwania pandemii nieco wzrósł odsetek osób, które zaczęły stosować techniki oddechowe oraz relaksacyjne pozwalające na redukcję napięcia i stresu (wzrost z 23,7% do 29,9%).

Inwestowanie w programy Mental Health, webinary, oferowanie indywidualnych konsultacji z psychologiem, prowadzenie kampanii zwiększających świadomość znaczenia stosowania profilaktyki w higienie zdrowia psychicznego oraz szkolenia dla liderów
w obszarze mental health, to obecnie nie tylko dobra praktyka, a wręcz „must have” świadomych, samouczących się firm, które rozumieją sens bardzo aktualnego angielskiego powiedzenia „prevention is better than cure”, czyli lepiej zapobiegać, niż leczyć.

– podsumowuje Ewa Ambroziak, psycholog kliniczny i zdrowia, ekspertka ds. zdrowia psychicznego Human Power.

Informacja o badaniu

Badanie zostało przeprowadzone za pomocą metody CAWI w dwóch edycjach, tj. na początku pandemii (w II kwartale 2020 roku) i na koniec 2020 r. (IV kw.) Łącznie w badaniu wzięło udział 1389 osób.

Raport można pobrać na stronie: https://humanpower.pl/stresodporni-odpornosc-psychiczna-polskich-organizacji-2020/