Złoty pozostaje zakładnikiem wahań nastrojów

Apetyt na ryzyko powrócił wczoraj na rynki finansowe, kiedy inwestorzy starali się otrząsnąć z obaw o wpływ wyższych rentowności obligacji. Ale dziś wszystko psują ostrzeżenia chińskiego regulatora przed bańkami na rynkach aktywów. Europa walczy o stabilizację, ale na FX przewagę znów ma dolar.

W poniedziałek sesja na Wall Street zakończyła się najmocniejszymi od prawie dziewięciu miesięcy wzrostami głównych indeksów, ale dziś nic już to nie znaczy. Odbicie, mimo że imponujące, było kruche, a doniesienia z Chin zachwiały pewnością siebie inwestorów. Apetyt na ryzyko wyparował, nawet pomimo tego, że rentowności obligacji skarbowych USA nie rosną (10-latki siedzą na 1,41 proc.). Aktualnie to kwestia uwierzenia, że są podstawy do odbicia ryzykownych aktywów i – co chyba ważniejsze – wyzbycia się obaw, że nie ma zagrożenia jeszcze jednej fali wyprzedaży. Ten drugi warunek został dziś zakwestionowany, choć jedocześnie można zadać sobie pytanie, ile faktycznie zmienia komentarz przedstawiciela chińskiego nadzoru, który powiedział, że „rynki finansowe w USA i Europie są wysoko i w sprzeczności z gospodarką realną”? Mam wrażenie, że Azja rozegrała swoje własne wewnętrzne strachy i poszła w ślad za nerwową reakcją giełd w Chinach. Z perspektywy Europy i USA nie powinniśmy obserwować takiego nerwowego przereagowania. Tzw. „Wtorek Odwrotu” jest do zrealizowania, ale będzie potrzebował pomocy. Takiej na pewno nie dadzą publikacje makro, gdyż inflacja z Eurolandu i PKB z Kanady nie mają prawa wpłynąć na nastroje. Nadzieja w wystąpieniach Brainard i Daly z Fed pod warunkiem, że werbalnie przekonają do utrzymania niskich stóp procentowych w tym roku i doprowadzą do spadku rentowności. Nie będzie to łatwe zadanie. Poza tym można trzymać kciuki za dobre wieści o skuteczności szczepionek.

EUR/USD cofa się do 1,20 i to nigdy nie wysyła pozytywnych wibracji dla walut ryzykownych. Scenariusz świeżego otwarcia owego miesiąca nie realizuje się, a przynajmniej nie zrealizuje się bez nowego impulsu. Dalej sądzę, że na parach z dolarem dominuje mentalność kupowania dołków (sprzedaży USD na górkach) wraz z oczekiwaniami globalnego ożywienia, ale korekta z czasu azjatyckiej części sesji podkopała pewność siebie proryzykownych inwestorów. Przedłużający się okres niepewności w końcu dosięga walut Europ Środkowo-Wschodniej. Polski złoty i węgierski forint są najsłabszymi walutami emerging markets w tym tygodniu, nadganiając presję sprzedaży, jaka wcześniej łaskawie obchodziła się z lokalnym rynkiem. Dziś rano EUR/PLN zahacza o 4,54, ale złoty pozostaje zakładnikiem wahań nastrojów na rynkach zewnętrznych, podczas gdy dobre dane makro i optymistyczne perspektywy gospodarcze nie znaczą obecnie nic.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Trendy w handlu detalicznym. 2021 rokiem wyzwań, ale również nowych możliwości

Ubiegły rok upłynął pod znakiem pandemii i wszystko wskazuje na to, że w perspektywie najbliższych miesięcy nadal będzie ona stanowić kluczowe ogniwo wywierające wpływ na życie społeczno-gospodarcze. Nie jest to jeszcze perspektywa kryzysowa, tym bardziej że handel spożywczy jest mniej narażony na pandemiczne restrykcje czy obostrzenia, ale wymaga od detalistów wysokiej świadomości w zakresie możliwości, które mogą otworzyć się przed nimi w 2021 roku.

Intensywny rozwój technologiczny napędza zmiany w handlu detalicznym. Sama pandemia dodatkowo je przyspieszyła. Wystarczy zwrócić uwagę, że konsumenci poświęcają coraz mniej czasu na codzienne zakupy, a wraz z komfortem oraz wygodą, wiodącą rolę odgrywa także poczucie bezpieczeństwa. Innowacyjne narzędzia orientują się na ułatwianiu poszukiwania zindywidualizowanych produktów dostosowanych do konkretnych potrzeb oraz metodach płatności. Sklepy detaliczne aspirują do miana convenience, co wprost wiąże się z właściwą diagnozą oczekiwań klientów, a nawet ich wyprzedzaniem.

Szybki dostęp do informacji

Nowoczesny konsument docenia zalety korzystania z sąsiedzkich sklepów za rogiem. Warunkiem adaptacji do pandemicznej rzeczywistości jest korzystanie z zaawansowanych narzędzi pozwalających rozwijać biznes w bardzo szerokim zakresie. Dedykowane aplikacje mobilne już teraz zmieniają rynek handlu tradycyjnego, oferując użytkownikom szybki i wygodny dostęp do informacji o najnowszych promocjach w punktach detalicznych znajdujących się w najbliższym otoczeniu. Prezentacja na mapie pozwala im sprawnie znaleźć punkt, w którym można skorzystać z wybranych promocji. Konsumenci mogą też przygotować listę zakupów i wysłać ją bezpośrednio do sklepu, aby skorzystać z usługi „zamów i odbierz” lub zamówić dostawę do domu.

Dotychczas większość nowoczesnych akcji promocyjnych prowadzona była tylko w ramach dużych sieci handlowych i była komunikowana odgórnie. Obecnie, dzięki nowoczesnym rozwiązaniom technologicznym, nawet najmniejsi detaliści sami decydują, kiedy wystartują z nową promocją i indywidualnie wybierają ofertę swojego sklepu. Dzięki temu, są w stanie szybciej reagować na lokalne trendy i skuteczniej przyciągać do sklepu nowych klientów. Jednak komunikacja z konsumentami w tak rozproszonym środowisku wymaga zmiany myślenia i wypracowania bardziej innowacyjnego podejścia. Takiego jak przejście na urządzenia mobilne, za których pomocą właściciele placówek handlowych mogą obsługiwać klientów na odległość oraz sprawniej konkurować ze sklepami sieciowymi, które już od dawna są obecne w kanale mobilnym.

Kto zyska, kto straci?

W tym roku można również spodziewać się stopniowego odwrotu konsumentów od marek premium na rzecz tych tańszych oraz umocnienia się marek popularnych kosztem tych niszowych. Nawyki zakupowe kierują się z jednej strony w stronę produktów podstawowych, co jest efektem kryzysu ekonomicznego wywołanego przez pandemię i zwiększonej obawy konsumentów o stabilność swojej sytuacji finansowej. Z drugiej strony, jest to dobra wiadomość dla marek popularnych i łatwo rozpoznawalnych – w tym także marek własnych w sieciach detalicznych – co jest efektem skrócenia czasu spędzanego na zakupach w obawie o bezpieczeństwo, a co za tym idzie, skrócenia czasu poświęcanego przez konsumentów na eksperymentowanie z nowościami.

Z offline do online

Jednym z największych wyzwań dla branży retail w ubiegłym roku było błyskawiczne przeniesienie handlu z offline do online. Wiele firm musiało dostosować się do nowej rzeczywistości, tym bardziej że nawet po zniesieniu ograniczeń, konsumenci unikali zatłoczonych miejsc, preferując zakupy w Internecie. W pewnym momencie można było odnieść wrażenie , że dynamiczny wzrost e-commerce zdominuje, a następnie wyeliminuje sklepy stacjonarne. Nic bardziej mylnego. Handel stacjonarny idzie i nadal będzie szedł w parze z internetowym, mimo wielu niesprzyjających okoliczności. Według danych analitycznych, niewiele ponad połowa kupujących online wybiera sprzedawców detalicznych, którzy prowadzą również biznes w modelu tradycyjnym.

Branża spożywcza co prawda ucierpiała na kryzysie, lecz zasadniczo była odporna na większość zawirowań związanych z restrykcjami. Wielu detalistów spożywczych w ostatnich miesiącach uruchomiło nowe formaty, platformy czy witryny www. Wyróżniającym się trendem w szeroko pojętym e-commerce stały się marketplace’y jako komfortowe rozwiązanie, dające szereg możliwości w obszarze sprawnego skalowania oraz elastyczności sprzedaży. Co więcej, marketplace zapewnia konsumentom jeszcze większą wygodę w zakresie realizacji zakupów, szybko i łatwo wyszukując korzystną ofertę produktu lub usługi. Jednak w polskim segmencie spożywczym udział sprzedaży internetowej nadal jest marginalny – w odróżnieniu od krajów z północy i zachodu Europy, Polacy wolą kupować żywność tradycyjnie. Jesteśmy skłonni do zdalnego zakupu u dostawcy z innego kraju czy kontynentu produktów takich jak elektronika, odzież czy środki kosmetyczne, jednak to, co trafi na nasz talerz, wolimy wybrać i obejrzeć osobiście lub zamówić w lokalnym, zaufanym sklepie.

Wzmocnienie pozycji rynku detalicznego

Nowe, cyfrowe platformy usługowe dla detalistów pomagają im oferować promocje dopasowane do potrzeb swoich lokalnych klientów, w tym również do pogody lub ruchu w placówce. Narzędzia technologiczne wzmacniają ich pozycję w relacji do marek sieciowych, a ich powszechną już dostępność należy traktować w kategorii przełomu na rynku detalicznym, a zarazem trendu, który może się umacniać. Właściciel lokalnego, niezależnego sklepu, chcąc być bardziej konkurencyjny, otrzymuje spersonalizowane oferty promocyjne od dystrybutorów i producentów – coś, co dawniej było praktycznie niemożliwe na tak rozdrobnionym oraz niejednolitym rynku. Oferta może być różna w zależności od czasu trwania promocji, konkretnej lokalizacji czy profilu danego sklepu. System rekomenduje najbardziej optymalny podział koszyka zamówień z uwzględnieniem ceny, dostępnych promocji, minimum logistycznego, daty dostawy i salda kredytowego. Właściciel sklepu nie musi już śledzić z ołówkiem w ręku wszystkich promocji oferowanych przez dystrybutorów. To system podpowiada, co należy dodatkowo zamówić i dokupić, aby finalnie mieć atrakcyjną ofertę dla konsumentów i optymalną cenę na całym koszyku. System rekomendacyjny wskazuje, że do konkretnego zamówienia warto dorzucić dodatkowy karton określonego produktu, aby załapać się na promocję dystrybutora, a także pozwala wygenerować gotową listę zakupową, która jest tworzona przez system na podstawie analizy sprzedaży, rotacji towaru i marży w danym sklepie oraz w oparciu o trendy w podobnych sklepach.

System rekomendacyjny bazuje na danych uzyskiwanych z wielu źródeł, nawet danych pogodowych czy informacji o wydarzeniach kulturalnych. Umożliwia też właścicielowi sklepu porównanie zamówień ze sklepów o podobnej wielkości czy charakterze placówki. Narzędzie skutecznie wspomaga proces sprzedażowy. Dzięki właściwie dopasowanej ofercie, takie placówki są w stanie zaoferować konsumentom możliwość skorzystania z promocyjnych ofert równie atrakcyjnych jak w dużych, scentralizowanych sieciach. Klienci otrzymują informacje o promocjach, które mogą być zróżnicowane w zależności od pory dnia, usytuowania sklepu czy charakteru asortymentu, który oferuje. Jeśli dana placówka świadczy usługę „zamów i odbierz”, konsument może odebrać produkty na miejscu lub wybrać dostawę we wskazane przez siebie miejsce.

Małe, tradycyjne placówki handlowe szybko przystosowują się do nowych warunków i umiejętnie wykorzystują przewagi, które otwierają przed nimi nowe technologie, takie jak cyfrowe platformy usługowe, hurtowe portale zakupowe czy aplikacji mobilne dla konsumentów. Uzbrojone w takie narzędzia, wspierające ich tradycyjną siłę jaką jest dobra i wygodna lokalizacja, mogą z ufnością spoglądać w przyszłość i utrzymać się w roli jednego z głównych elementów polskiego krajobrazu ekonomicznego.

Tomasz Jasinkiewicz, Wiceprezes Comp Platforma Usług

Amazon startuje w Polsce

Dziś w sieci pojawiła się polska wersja serwisu Amazon.pl, co oznacza przede wszystkim, że amerykański gigant udostępnienia swoją platformę zakupową polskim sprzedawcom internetowym. Oto jak to wydarzenie komentują przedstawiciele czołowych polskich firm z branży e-commerce.

Marcin Rutkowski, Brand Operations Manager w merce.com

Podzieliłbym wpływ polskiej wersji Amazona na rodzimy rynek e-commerce na dwa aspekty: klienci i sprzedawcy. Jako klienci nauczyliśmy się korzystać z serwisów typu marketplace. Dla kupujący już na Amazonie nie będzie to więc duża zmiana, może nawet niezauważalna. Może okazać się to dość istotna dla osób, które nigdy nie kupowały na tej platformie właśnie ze względu na brak polskiego oddziału. Widoczne było to na przykład w popularności ofert sprzedaży Amazon Kindle na… Allegro. Teraz część z tych klientów wybierze zakup u źródła i to nie tylko czytników.

Klientów będzie ciężko przekonać unikalną ofertą, bo w sytuacji, gdy mamy w Polsce kilkadziesiąt tysięcy sklepów internetowych, Allegro, AliExpress i inne marketplace, czyli powszechny dostępu do produktów, trudno zaproponować coś, czego nie ma już ktoś z konkurencji. Jeff Bezos przed erą potęgi Amazona mawiał, że jego firma zawsze będzie koncentrować się na kliencie. To w e-commerce przekłada się na czas dostawy i obsługę klienta. To głównie tym może do siebie przekonać polskich klientów Amazon. Jednak poprzeczka poziomu obsługi klienta w rodzimym e-commerce zawieszona już jest bardzo wysoko.

Z kolei sprzedawcy do Amazona będą podchodzić z ostrożnością. Z jednej strony to możliwość wejścia na nowe rynki, ale pamiętajmy o wysokości prowizji, które nie odbiegają od innych serwisów, a czasami są nawet wyższe. Amazon to na pewno ciekawa opcja dla producentów, którzy bezpośrednio będą sprzedawali swoje produkty. Wtedy platforma może się stać idealnym miejscem na budowanie nowego brandu czy testowania produktów. W części przypadków będzie to się wziązało z konieczności korzystania z usług logistycznych Amazona, ale taka jest cena za szybką dostawę, którą firma Bezosa chce zapewniać.

Artur Halik, Head of Sales Shoper

Od trzech lat, co pewien czas słyszeliśmy elektryzujące wieści o mającym nastąpić “już za chwilę” pełnym wejściu Amazona do Polski. Pełnym, czyli także dla sprzedawców, bo dla kupujących opcja zamawiania na niemieckim Amazon.de dostępna jest już nawet dłużej. Parokrotne opóźnienie premiery serwisu na naszym rynku może jednak nie wyjść amerykańskiemu gigantowi na dobre, ponieważ w dużych marketplace’ach konkurencja odbywa się przede wszystkim na poziomie cenowym, a polski e-commerce zdążył już powoli wyrosnąć z wojen o to u kogo jest najtaniej. Coraz więcej sprzedawców dba o budowanie swoich marek zwracając uwagę nie tyle na niskie ceny, a wszystkie aspekty doświadczenia zakupowego.

Wejście Amazona z pewnością wpłynie ożywczo na rynek, co z kolei przełożyć się powinno na pozytywne doświadczenia zakupowe konsumentów. Nie spodziewałbym się jednak, iż Amazon będzie głównym rozgrywającym za dwa lata, a każdy kupujący w sieci rozpocznie od razu zakupy poprzez ten serwis. Nie zapominajmy, że na naszym rodzimym rynku istnieje już marketplace, znany od wielu lat, a jednocześnie otwierają się cały czas kolejne sklepy internetowe, cieszące się wielką popularnością i lojalnością klientów, przywiązanych do marki. Jeśli więc właścicielom zależy na budowaniu rozpoznawalnego biznesu i prezentowaniu produktów w indywidualny sposób, powinny inwestować w pierwszej kolejności we własne kanały, pozostałe traktując jako wspierające sprzedaż. Rozpoczęcie sprzedaży na Amazon to dobry krok w dywersyfikacji ryzyka – trzeba pamiętać jednak, że rozgrywającym jesteśmy tylko na swoim boisku. Jeśli właścicielom e-biznesów zależy na budowaniu rozpoznawalnej marki, prezentowaniu produktów w indywidualny sposób, eksponowaniu historii założycieli, powinny inwestować przede wszystkim we własne kanały, takie jak własny sklep internetowy, który może działać niezależnie od marketplace’ów, pozostałe traktując jako wspierające sprzedaż.

Krzysztof Bartnik, założyciel firmy logistycznej Imker

O oficjalnym pojawieniu się Amazon w Polsce była już mowa tyle razy w ostatnich latach, że kiedy wreszcie ten moment nastąpił to raczej nie spotykam się z olbrzymimi zachwytami, tylko z lekkim uśmiechem, że wreszcie można się tam oficjalnie dostać. Dla sklepów internetowych Amazon jest świetnym kanałem sprzedaży i nie mogę doczekać się, kiedy rozpocznie się przeciąganie liny pomiędzy firmą Jeffa Bezosa a Allegro. Oby z korzyścią dla sprzedających, a nie tylko kupujących.

Nie rekomenduję robienia biznesu wyłącznie na samym Amazonie, tak samo jak nie rekomenduję obecności tylko na Allegro. Świadome podmioty z branży e-handlu powinny traktować te miejsca jako dodatkowe – choć często naprawdę spore – źródła zamówień, a główną działalność koncentrować na swoich stronach. Wizja docierania do milionów klientów kusi, ale trzeba pamiętać, że taka sprzedaż jest obarczona wysoką prowizją. Niezależnie od tego, i tak warto przetestować Amazon, by przekonać się, jak wygląda współpraca z tym gigantem i czy w przypadku naszej działalności przełoży się to na efekty.

Robert Stolarczyk, prezes zarządu PromoTraffic, agencji digitalowej wspierającej polski e-commerce w sprzedaży na rynkach zagranicznych

Od dawna przepowiadano, że trzeci największy amerykański inwestor w Polsce, zatrudniający w naszym kraju 18 tysięcy pracowników w końcu wykona ważny ruch w celu oficjalnego otwarcia się na nasz rynek. Co prawda już od kilku lat polski konsument mógł relatywnie wygodnie kupować w spolszczonym Amazon.de, ale uruchomienie polskiej wersji to istotny krok w kierunku przyciągnięcia do platformy także polskich e-sprzedawców.
Allegro strategicznie i taktycznie od dawna przygotowywało się na ten moment. Wydaje się, że pozycja lokalnego lidera jest silna, a sama firma jest przygotowana na rywalizację z globalnym graczem. Wszystkie sygnały wskazują na to, że na końcu zwycięski powinien być polski e-konsument oraz e-biznes. Sprzedaż transgraniczna z naszego kraju musi wzrosnąć, a możliwości globalnego handlu, jakie otwiera przed polskim sprzedawcą Amazon są gigantyczne. W najbliższym roku na pewno wzrośnie popyt na usługi oraz systemy związane ze skalowaniem i optymalizacją sprzedaży na Amazonie.

Wystartował Amazon.pl

  • Klienci z Polski mogą od dziś robić zakupy na Amazon.pl, ciesząc się niskimi cenami ponad 100 milionów produktów z ponad 30 kategorii oraz niezawodną, bezpłatną dostawą przy zamówieniach spełniających określone warunki;
  • Klienci mogą kupować na Amazon.pl od tysięcy europejskich i polskich firm;
  • Urządzenia Amazon, w tym nowe międzynarodowe wersje urządzeń Echo i Echo Dot oraz Kindle Paperwhite, są już dostępne w sprzedaży na Amazon.pl.

Od dziś polscy klienci mogą kupować na Amazon.pl i wybierać spośród ponad 100 milionów produktów, korzystając codziennie z niskich cen i szybkiej, niezawodnej dostawy. Klienci mogą również cieszyć się darmową dostawą dla zamówień powyżej 100 PLN, sprzedawanych i wysyłanych przez Amazon. Amazon.pl oferuje szeroki wybór produktów z ponad 30 kategorii, takich jak książki, elektronika użytkowa, sport i rekreacja, narzędzia i artykuły gospodarstwa domowego, zabawki i produkty dla dzieci. Towary pochodzą od tysięcy europejskich i polskich przedsiębiorstw.

Alex Ootes
Alex Ootes, wiceprezes ds. rozwoju w UE, Amazon

„Jesteśmy podekscytowani uruchomieniem Amazon.pl i możliwością zaoferowania polskim klientom wyboru spośród ponad 100 milionów towarów, w tym dziesiątek tysięcy produktów polskich firm – powiedział Alex Ootes, wiceprezes ds. rozwoju w UE, Amazon. – Dzisiaj ruszamy ze sprzedażą na Amazon.pl. Będziemy nadal ciężko pracować, aby zdobyć zaufanie polskich klientów poprzez zwiększanie wyboru produktów, zapewnienie niskich cen oraz dostarczanie pozytywnych i godnych zaufania doświadczeń zakupowych”.

Polscy klienci mogą wygodnie robić zakupy z dowolnego miejsca, w dowolnym czasie, z łatwym procesem zwrotów i obsługą klienta w języku polskim za pośrednictwem aplikacji Amazon Shopping oraz poprzez przeglądarki internetowe. Mogą również w prosty sposób przeglądać ciągle zwiększającą się ofertę, czytać opinie klientów, wyświetlać spersonalizowane rekomendacje, tworzyć listy życzeń i śledzić swoje zamówienia. Do wyboru mają płatności za pomocą kart Visa, Mastercard oraz za pośrednictwem usług Przelewy24 i BLIK.

Amazon oferuje szeroką gamę produktów pochodzących zarówno od polskich przedsiębiorstw, jak również od dużych, lubianych producentów. Klienci mogą znaleźć produkty w świetnych cenach, oferowane przez polskie marki, takie jak Zelmer, Gerlach, Trefl, Bambino, Krosno, a także międzynarodowe, między innymi ASUS, Mattel, Hasbro, LEGO i Bosch.

Urządzenia Amazon dostępne w Polsce

Od dzisiaj na stronie Amazon.pl będą dostępne dla polskich klientów międzynarodowe wersje urządzeń Echo i Echo Dot. Echo i Echo Dot to głośniki połączone z chmurową usługą Alexa umożliwiającą interakcje za pomocą głosu. Klienci w Polsce mogą korzystać z Alexy w języku angielskim, zyskując teraz głosowy dostęp do Spotify, serwisu wiadomości z RMF FM, lokalnych radiostacji z TuneIn oraz informacji lokalnych, a także do innych popularnych funkcji Alexy, takich jak timery, alarmy, pogoda, inteligentny dom, połączenia Alexa-to-Alexa i wiele innych. Międzynarodowa wersja Echo będzie dostępna od 349,99 zł, a Echo Dot od 199,99 zł i będą one dostępne w wersji Charcoal (kolor czarny). Więcej informacji na stronie amazon.pl/echo and amazon.pl/echodot.

Czytnik książek elektronicznych Kindle Paperwhite jest również od dziś dostępny na Amazon.pl. Kindle Paperwhite jest wodoodporny i posiada przeciwodblaskowy wyświetlacz, na którym można czytać jak na prawdziwym papierze, nawet w pełnym słońcu. Dzięki regulowanemu oświetleniu można korzystać z niego w pomieszczeniach i na zewnątrz, w dzień i w nocy. Wszystkie e-czytniki Kindle są lekkie, przenośne, zapewniają nie godziny, a tygodnie pracy na jednym ładowaniu baterii i mieszczą tysiące książek. Kindle Paperwhite dostępny jest już od 649,99 zł.

Zagrożenia psychospołeczne mają wpływ na efektywność pracy

W 2019 r. co drugi pracownik skarżył się na wpływ stresu na efektywność pracy, a w 2020 r. – co trzeci. Jednocześnie od czasu wybuchu pandemii więcej osób zaczęło doświadczać uczucia niepokoju, lęku (33 proc.), zaburzeń nastroju (31 proc.) oraz zaburzeń lub braku snu (26 proc.) Pandemia koronawirusa, która do Polski dotarła w marcu 2020 roku, naruszyła dotychczasowy model organizacji pracy, a przez to przeorganizowała listę czynników wpływających na jej efektywność oraz nasiliła niektóre towarzyszące jej schorzenia.

W obydwu badaniach Koalicji Bezpieczni w Pracy „Bezpieczeństwo pracy w Polsce” w 2019 i 2020 roku zapytano pracowników o czynniki, które mogą wpływać na efektywność pracy. W 2020 roku na pierwszym miejscu znalazły się czynniki związane z trwaniem pandemii, a więc obawa przed zakażeniem oraz konieczność pracy w maseczce lub przyłbicy ochronnej (obydwie odpowiedzi po 38 proc.). Z kolei w badaniu z 2019 r. najczęściej wskazywano na atmosferę w pracy (53 proc.), na którą rok później zwrócił co trzeci ankietowany.

Porównując odpowiedzi udzielone przez pracowników na pytanie o efektywność pracy, można zaobserwować kilka różnic. Przykładowo, na liczbę obowiązków i przepracowanie w 2019 r. uskarżało się 47 proc. pracowników, a rok później już 27 proc. Można się domyślać, że z jednej strony wiele firm miało niestety dużo mniej pracy, co wpłynęło na mniejsze obciążenie pracowników. Pracujący w trybie „home office” nie byli też poddani dodatkowej, bezpośredniej presji, jaką można spotkać w biurze. Wydaje się więc, że praca zdalna pomaga ograniczać stres wywoływany koniecznością pracy pod presją czasu. Nie sposób również nie wspomnieć o stresie, który w 2019 r. uplasował się na drugim miejscu z wynikiem 49 proc., a podczas pandemii wśród czynników, które mają największy wpływ na efektywność pracy, wskazało go 36 proc. pracowników – mówi Elżbieta Rogowska, Wiceprezes Zarządu ds. Operacyjnych w PW Krystian, ekspertka Koalicji Bezpieczni w Pracy. –  Można by zatem powiedzieć, że obserwujemy zmiany na lepsze, będące efektem nowej organizacji pracy, jednak zauważmy, że wraz z naturalną w tym czasie obawą przed zakażeniem i koniecznością zasłaniania nosa i ust, stres znalazł się bardzo wysoko wśród czynników mających wpływ na pracownika – dodaje Elżbieta Rogowska.

Podczas pandemii najbardziej stresowali się pracownicy biurowi

Analizując to, ile osób w danych kategoriach wskazało na stres jako czynnik wpływający na efektywność pracy, można zauważyć pewne prawidłowości. Częściej stresują się osoby z wyższym wykształceniem niż z zasadniczym zawodowym (5 p.p. różnicy), osoby mieszkające w miastach pow. 500 tys. niż we wsi (9 p.p. różnicy), oraz osoby pracujące umysłowo, niż fizycznie (14 p.p. różnicy). – Ciekawe różnice obserwujemy porównując odpowiedzi na to samo pytanie wśród osób z różnych branż – mówi Ewa Gawrysiak,  Sales and End User Marketing Manager w TenCate Protective Fabrics, ekspertka Koalicji Bezpieczni w Pracy. – Czy najczęściej na stres wskazywały osoby z branży opieki zdrowotnej i pomocy społecznej? Otóż nie – w tej grupie było to zaledwie 20,4 proc. Nie byli to też pracownicy branży hotelarstwa, gastronomii, kultury, rozrywki i rekreacji (23,5 proc.), ani  handlu hurtowego i detalicznego (21,1 proc.). Okazuje się, że najczęściej stresują się pracownicy branży edukacji, nauki i technologii (31,8 proc.). Być może wynika to z zupełnie nowych warunków, w jakich pracują zatrudnieni w tych branżach i niepewność co do skuteczności nowego modelu pracy – dodaje Ewa Gawrysiak.

Co trzeci pracownik zaczął odczuwać niepokój lub lęk od czasu wybuchu pandemii

Nadmierny stres, zła atmosfera w pracy czy przepracowanie – te czynniki psychospołeczne wpływają nie tylko na efektywność pracy, ale również skutkują występowaniem schorzeń. W 2019 r. na pierwszym miejscu w zestawieniu tych schorzeń znalazło się ogólne zmęczenie, którego od momentu zatrudnienia w obecnym miejscu pracy zaczął doświadczać co drugi badany. Na kolejnym miejscu znalazł się ból pleców, kręgosłupa (49 proc.) oraz ból głowy (41 proc.). Problemów zaburzeń nastroju czy zaburzeń lub braku snu zaczął doświadczać co trzeci respondent.

W 2020 roku zestawienie schorzeń, których badani zaczęli doświadczać od czasu wybuchu pandemii, przedstawia się zdecydowanie inaczej. W ogóle nie pojawia się w nim ogólne zmęczenie, które rok temu było wskazywane najczęściej. Na pierwszym miejscu w 2020 roku znalazło się uczucie niepokoju, lęku, do którego przyznała się co trzecia osoba. W dalszej kolejności wymieniano takie schorzenia jak zaburzenia nastroju (31 proc.), zaburzenia snu lub jego brak oraz ból głowy (po 26 proc.).

– Schorzenia, które na większą skalę pojawiły się w 2020 roku pokazują, że pandemia stanowi wyzwanie nie tylko z punktu widzenia gospodarczego i biznesowego, ale również zdrowia fizycznego i psychicznego pracowników. W ubiegłorocznym raporcie skupiliśmy się na temacie mobbingu, depresji i stresu w miejscu pracy – i te problemy dalej istnieją w polskich firmach, ale częściowo w nieco innej formie i zmienionym zakresie. W 2020 roku na zdrowie psychiczne wpływały takie czynniki jak brak kontaktów z ludźmi oraz lęk przed chorobą. Widać to w zwiększonym zainteresowaniu poradami u psychologa oraz zgłaszanymi problemami ze zdrowiem psychicznym – mówi Anna Jabłońska, dyrektor zarządzająca CWS Polska, przewodnicząca Koalicji Bezpieczni w Pracy. – W wąskim rozumieniu, ma to wpływ na spadek efektywności pracowników, w szerokim – odbije to piętno na ich zdrowiu w przyszłości. Z pewnością odpowiedź na te problemy powinno być kierunkiem rozwoju bhp w kolejnych latach – dodaje.

Szkoły powinny przygotować się na nauczanie hybrydowe w dłuższej perspektywie

Rozpoczynając naukę zdalną w marcu zeszłego roku myśleliśmy, że jesteśmy do niej całkiem nieźle przygotowani. Według badań przeprowadzonych przed pandemią, aż 97% gospodarstw domowych zaopatrzonych było w komputer, większość z nich miała również dostęp do internetu. Oznaczało to, że zarówno uczniowie, jak i nauczyciele w znaczącej większości mieli możliwość prowadzenia i otrzymywania nauki w systemie zdalnym. Jednak po roku pandemii widzimy, że optymistyczne prognozy na przebieg nauki zdalnej były błędne. Nowe dane dotyczące dostępności sprzętu pokazują, że w wielu domach problemem było pogodzenie ze sobą kilku toków nauki dla kilkorga dzieci. Wielu uczniów nie miało spokojnego miejsca, w którym mogłoby brać udział w lekcji, a praca zdalna rodziców jeszcze bardziej ograniczała dostęp do komputera i internetu. Okazało się również, że nauczycielom brakuje kompetencji potrzebnych do zdalnej nauki. Jedynie 5% nauczycieli określiło swoje przygotowanie do zdalnych zajęć jako bardzo dobre, a 40% czuło, że są przygotowani w stopniu małym lub umiarkowanym. Jakie będą konsekwencje tej sytuacji?

– Ubiegły rok nauki był znacznie mniej efektywny, niż rok nauki w normalnej szkole. Luka edukacyjna, która w ten sposób powstaje, jest znaczna. Widzimy dużą różnicę między tym, czego uczniowie mogli i powinni się nauczyć w ciągu roku, a czego się faktycznie nauczyli. To będzie oddziaływało na warunki i wiedzę tych młodych ludzi jeszcze przez wiele lat – powiedział serwisowi eNewsroom Ignacy Święcicki, kierownik zespołu gospodarki cyfrowej w PIE. – Warto też zwrócić uwagę na to, że okres pandemii i nauki z domu był znacznie większym obciążeniem dla rodziców. Nawet 39% z nich poświęcało 4 lub więcej godzin dziennie na pomoc w nauce swoim dzieciom. W związku z tym narasta przekonanie, że podstawa programowa powinna zostać dostosowana do nowej sytuacji. To jest jedna z rekomendacji naszego raportu. Aby skutecznie wprowadzić metodę nauczania hybrydowego, należy dostosować materiał podstawy programowej do możliwości, jakie daje nauczanie zdalne. Pojawia się również konieczność wytworzenia w uczniach nowych kompetencji – szukania wiedzy w internecie, oceniania jej i weryfikacji źródeł. Należy również zmienić fundamenty systemu edukacji, którymi są sposoby oceniania i kontroli tego, co robią uczniowie. Ocenianie uczniów, którzy pracują z domu, wymaga innego systemu. Ważniejsza stanie się samoocena ucznia. Chcemy, żeby był w stanie sam ocenić, na ile opanował materiał. W nauczaniu zdalnym mamy mniejsze możliwości kontroli tego, czy uczeń wykonuje daną pracę samodzielnie. W związku z tym trzeba znowelizować system oceniania i w inny sposób wymagać od uczniów opanowania wiedzy – podkreśla Święcicki.

Wzrost rentowności obligacji powodem do niepokoju

W ostatnim tygodniu miał miejsce dynamiczny wzrost rentowności obligacji amerykańskich (najprościej ujmując, wzrósł koszt obsługi długu publicznego), co w konsekwencji przełożyło się na wzrosty rentowności papierów skarbowych w innych krajach. Rentowności 10-letnich amerykańskich obligacji wzrosły od początku lutego z poziomu 1,07% do 1,41% (najwyżej w lutym były na poziomie 1,61%). Katalizatorem do wyprzedaży długu (wzrostu rentowności) był słaby odzew na aukcję 7-letnich amerykańskich papierów skarbowych. Polskie 10-letnie obligacje skarbowe wzrosły w lutym z poziomu 1,16% do 1,61%, co także jest ogromną zmianą. Wzrost rentowności długu na świecie jest o tyle istotny, że zwiększa koszty obsługi długu zarówno na szczeblu państwowym, jak i w konsekwencji korporacyjnym. Zadłużenie na świecie nieprzerwanie rośnie, a królują w tym Amerykanie. Izba Reprezentantów przyjęła w sobotę nowy pakiet stymulacyjny na kwotę 1,9 bln dolarów.

Amerykańskie indeksy zanotowały spadki w ostatnim tygodniu – Nasdaq 100 osunął się 4,95%, a SP 500 spadł 2,45%. WIG zanurkował 3,93%, co było najgorszym tygodniem od 17 stycznia. Powodem do wyprzedaży akcji były między innymi wzrost rentowności obligacji oraz zapowiedź Yellen wzrostu podatków dla firm w USA. Ostatnie lata hossy zawdzięczamy polityce Donalda Trumpa, który zgodnie z zapowiedziami przedwyborczymi mocno obniżył podatki w USA. Joe Biden wraz z Janet Yellen planują stopniowy wzrost podatków, co z pewnością nie jest dobrą informacją dla amerykańskich akcji. Niemniej jednak nie ma to większego wpływu na spółki w innych krajach.

Wyprzedaż na rynkach dosięgnęła także metale szlachetne – złoto spadło 2,81%, srebro 2,28%, a platyna 6,52%. Srebro charakteryzuje się wciąż siłą relatywną w stosunku do złota. Obecna relacja cen złota do srebra wynosi 65, gdzie jeszcze na początku stycznia wynosiła 72. Patrząc historycznie srebro wciąż jest tanie w stosunku do złota, ponieważ przy ostatnich szczytach hossy stosunek ten wynosił poniżej 40.

W środę odbędzie się posiedzenie RPP, rynek nie oczekuje zmian w polityce monetarnej. Wydarzeniem tygodnia będą piątkowe dane z amerykańskiego rynku pracy. Rynek spodziewa się poprawy w stosunku do wcześniejszego miesiąca.

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.

Ile zarabiają pracownicy z branży nieruchomości?

Pomimo pandemii rynek nieruchomości zakończył rok ze wzrostami. Zarówno na rynku nieruchomości mieszkaniowych, jak i komercyjnych – szczególnie w przypadku obiektów magazynowych. Dobrą koniunkturę branży odczuli również pracownicy – blisko połowa z nich otrzymała podwyżkę w 2020 roku – 45%. Czy opłaca się pracować w nieruchomościach? Na jakie zarobki mogą liczyć specjaliści w 2021 roku?

W trakcie ostatnich 12 miesięcy miały miejsce trzy epizody lockdownu, które przełożyły się na masowe ograniczenia w handlu. Z jednej strony stracił sektor dużych nieruchomości handlowych, z drugiej jednak na popularności zyskały mniejsze formaty – takie jak centra typu convenience (do codziennych zakupów) czy parki handlowe. Spowolnienie można było dostrzec również na rynku biurowym ze względu na wprowadzoną pracę zdalną.

Wbrew prognozom i trudnej sytuacji w branży dynamika zatrudnienia nie maleje. Firmy poszukują wykwalifikowanych kandydatów w obszarach chociażby zarządzania nieruchomościami czy utrzymania obiektów komercyjnych. Te stanowiska odgrywają kluczową rolę w kontekście zatrzymania najemców dużych powierzchni komercyjnych – wyjaśnia Wiktoria Bożek, lider zespołu Construction & Property w firmie rekrutacyjnej i outsourcingowej Devire.

W dobrej sytuacji znaleźli się deweloperzy nieruchomości mieszkaniowych oraz obiektów magazynowych. Jak wynika z najnowszych danych JLL – Polska utrzymała trzecie miejsce wśród najbardziej aktywnych rynków w Europie w tym sektorze. Nasz rynek magazynowy odnotował w 2020 roku rekordowy wynik, co po raz kolejny potwierdza jego siłę. Warto podkreślić też rosnącą popularność tzw. logistyki miejskiej, która została dodatkowo wzmocniona przez dynamiczny wzrost sprzedaży e-commerce[i].

Wynagrodzenia w górę

Stałe zapotrzenowanie na specjalistów przełożyły się na płacowy optymizm pracowników. W przypadku niektórych specjalizacji oczekiwania płacowe kandydatów w ostatnich miesiącach wzrosły. Potwierdzają to dane zgromadzone w najnowszym raporcie „Przegląd wynagrodzeń Polska 2021”, z którego wynika, że blisko połowa pracowników z branży nieruchomości otrzymała podwyżkę w ostatnich miesiącach. U co trzeciego pracownika pensja pozostała na stabilnym poziomie. Tylko 25% zatrudnionych otrzymało niższe wynagrodzenie. W większości przypadków były to jednak tymczasowe ograniczenia wprowadzane przez firmy w celu optymalizacji kosztów.

Najlepiej płatne specjalizacje nieruchomościach w 2021 roku

Na atrakcyjne płace mogą liczyć specjaliści zatrudnieni w obszarze logistyczno-magazynowym, który jawi się zdecydowanie jako najbardziej stabilny sektor rynku nieruchomości. Deweloperzy najczęściej zgłaszają zapotrzebowanie na ekspertów od zakupu gruntów, zarządzania projektami i zarządzania nieruchomościami.

Dobrym przykładem zachęcającym do rozwoju kariery w nieruchomościach jest stanowisko Property Managera. Tutaj Junior zarobi nawet od 7-10 tys. zł brutto. A z biegiem lat jako Head of Property Management może liczyć na wynagrodzenie na poziomie nawet 30 tys. zł brutto.

Devire prezentuje listę 10. najczęściej poszukiwanych i najlepiej płatnych stanowisk w branży nieruchomości:

  1. Land Acquisition Manager

Wynagrodzenie: 12.000 – 20.000 PLN brutto

  1. Project Manager (ds. przygotowania i realizacji inwestycji)

Wynagrodzenie: 12.000 – 18.000 PLN brutto

  1. Property Manager

Wynagrodzenie: 11.000 – 16.000 PLN brutto

  1. Asset Manager

Wynagrodzenie: 18.000 – 30.000 PLN brutto

  1. Investment Manager

Wynagrodzenie: 15.000 – 25.000 PLN brutto

  1. Leasing Manager (industrial)

Wynagrodzenie: 15.000 – 30.000 PLN brutto

  1. Development Director

Wynagrodzenie: 20.000 – 28.000 PLN brutto

  1. Technical Portfolio Manager

Wynagrodzenie: 15.000 – 25.000 PLN brutto

  1. Facility Manager

Wynagrodzenie: 10.000 – 15.000 PLN brutto

  1. Lease Administrator (Specjalista ds. zarządzania umowami najmu)

Wynagrodzenie: 6.000 – 9.000 PLN brutto

[i] https://www.jll.pl/pl/trendy-i-analizy/inwestor/polski-rynek-magazynowy-po-raz-kolejny-na-europejskim-podium

Poziom Bałtyku będzie rósł coraz szybciej i powodował ekstremalne zjawiska. Przerwanie Półwyspu Helskiego albo zalanie starówki w Gdańsku możliwe co kilka lat

Wzrost poziomu Morza Bałtyckiego nie będzie zauważalny gołym okiem, ale spowoduje większą częstotliwość ekstremalnych zjawisk. – W okresach letnich na wybrzeżu Bałtyku możemy się spodziewać coraz silniejszych burz, a jesienią i zimą coraz groźniejsze będą wezbrania sztormowe, co będzie powodowało zalania najniżej położonych obszarów – mówi prof. dr hab. Szymon Malinowski, naukowiec z UW i PAN. Powodem wzrostu poziomu wód w morzach i oceanach jest globalne ocieplenie klimatu wywołane przede wszystkim nadmierną emisją gazów cieplarnianych.

Jak wynika z komunikatu interdyscyplinarnego zespołu doradczego do spraw kryzysu klimatycznego PAN, globalny poziom morza – po kilku tysiącach lat względnej stabilizacji – podniósł się od XIX wieku o ponad 20 cm.

Jeszcze niedawno wiadomo było, że średnio poziom morza rośnie o 3 mm rocznie. Taka była średnia długookresowa. Z obserwacji w ostatnich kilku latach wynika, że wzrost poziomu morza wynosi już 5 mm rocznie – wyjaśnia prof. dr hab. Szymon Malinowski, dyrektor Instytutu Geofizyki Uniwersytetu Warszawskiego, przewodniczący Komitetu Geofizyki w Polskiej Akademii Nauk.

Prognozy naukowców mówią o tym, że w kolejnych latach poziom mórz będzie wzrastać zdecydowanie szybciej. Będzie to spowodowane destabilizacją lądolodu Grenlandii i Antarktydy Zachodniej, co spowoduje, że w najbliższych latach coraz więcej lodu będzie topniało albo przemieszczało się do morza z lądu, przez co poziom morza będzie coraz wyższy. Tempo tego zjawiska będzie zależeć od wielkości przyszłych emisji gazów cieplarnianych, dlatego przygotowywane są różne scenariusze, jednak każdy z nich zakłada przyspieszenie. Przytaczany przez zespół PAN raport IPCC wskazuje, że w 2100 roku tempo średniego światowego poziomu morza osiągnie 15 mm rocznie, a w XXII wieku będzie to kilka centymetrów rocznie.

Nasza emisja gazów cieplarnianych jest odpowiedzialna za zmiany klimatyczne w ponad 100 proc. Dlaczego ponad? Dlatego że wszystkie naturalne zjawiska, takie jak zmiany orbitalne czy aktywności słonecznej, prowadzą w tej chwili do powolnego ochłodzenia klimatu. Natomiast my obserwujemy przyspieszające ocieplenie. To przyspieszenie bierze się stąd, że coraz więcej gazów cieplarnianych emitujemy do atmosfery – wyjaśnia ekspert Uniwersytetu Warszawskiego.

Według ekspertów PAN długoterminowy obserwowany trend wzrostu poziomu morza dla Bałtyku jest podobny do trendu globalnego, co potwierdzają pomiary satelitarne. Również prognozy dla polskiego Wybrzeża nie odbiegają znacząco od globalnych przewidywań.

Na dużej części polskiego Wybrzeża wygląda to w sposób zbliżony do średniej. Natomiast część Wybrzeża obniża się względem średniego poziomu morza – są to Żuławy i część Gdańska, więc tam ten względny wzrost poziomu morza jest jeszcze szybszy – mówi prof. dr hab. Szymon Malinowski.

Dane przytaczane przez raport PAN wskazują, że w rejonie Zatoki Gdańskiej Wybrzeże obniża się o 1 mm rocznie, a w rejonie Żuław – o 2 mm. To powoduje dodatkowe 10–20 cm wzrostu poziomu morza na stulecie. Zjawiska te będą skutkowały zwiększeniem zagrożeń na coraz większych obszarach, w tym tak ważnych dla kraju miejscach jak historyczna część Gdańska, Żuławy czy Półwysep Helski.

My sobie źle wyobrażamy ten wzrost poziomu morza, bo to nie jest równy wzrost, tylko chodzi o zdarzenia ekstremalne, czyli m.in. bardzo silne wezbrania sztormowe i wiatry. Takie zdarzenia, które miały miejsce raz na 100 lat, jak np. bardzo duże wezbrania czy praktycznie przerwanie Helu, za kilkadziesiąt lat będą się zdarzać raz w roku. Czyli wyobraźmy sobie taką sytuację, że raz na kilka lat Długi Targ w Gdańsku będzie pod wodą. To są sytuacje możliwe za życia moich dzieci – mówi dyrektor Instytutu Geofizyki UW.

Chociaż prognozy dotyczące przyszłej zwiększonej sztormowości dla naszego regionu wciąż są obarczone niepewnością, to w perspektywie 30 lat prawdopodobnie wezbrania te będą kilkukrotnie częstsze niż w przeszłości.

Przede wszystkim będą się nasilać zjawiska związane z letnimi burzami, jak zresztą w całej Polsce. Kilka lat temu taka burza powaliła Bory Tucholskie, gdzie były ofiary w ludziach, dotarła także do Wybrzeża i w rejony Elbląga. Jesienią i zimą coraz groźniejsze będą wezbrania sztormowe. Więc to są dwa zjawiska, z którymi powinniśmy się na Wybrzeżu liczyć – zauważa prof. dr hab. Szymon Malinowski.

Zespół naukowców działający przy PAN zwraca uwagę, że konieczne są szybkie działania, które dostosują prawodawstwo i infrastrukturę do wyzwań związanych ze wzrostem poziomu Bałtyku. Potrzebne jest opracowanie strategii ochrony Wybrzeża w perspektywie kilkudziesięcioletniej (a nawet stuletniej), opracowanie wymagań dotyczących planowania i projektowania inwestycji infrastrukturalnych oraz wytycznych związanych z gospodarką przestrzenną (w tym wrót powodziowych chroniących polskie miejscowości portowe).

Ponad 250 mln zł na rozwój zielonych innowacji w polskich firmach. Celem m.in. redukcja emisji dwutlenku węgla i ilości odpadów

„Technologie przyjazne środowisku” oraz „Innowacje w obszarze wód morskich lub śródlądowych” – to m.in. na projekty z takich obszarów firmy mogły pozyskać granty w ramach programu realizowanego przy wsparciu Funduszy Norweskich. PARP wyłoniła właśnie 90 najlepszych, które otrzymają dofinansowanie na łączną kwotę 60 mln euro, czyli ponad ćwierć miliarda złotych. Większość z nich dotyczyła właśnie zielonych innowacji. Wyłonione projekty przyczynią się do redukcji emisji dwutlenku węgla i ilości odpadów w środowisku, a jedna trzecia z nich będzie realizowana we współpracy z norweskimi przedsiębiorstwami, uczelniami i jednostkami badawczymi.

– Polscy przedsiębiorcy coraz częściej przejawiają innowacyjne i ekologiczne podejście do rozwoju biznesu. Widzimy to chociażby w popularności programów  finansowanych z Funduszy Norweskich. W konkursie dotyczącym wdrożenia w firmie technologii przyjaznych środowisku oraz innowacji w obszarze wód wpłynęło do nas prawie 250 wniosków o dotacje. Firmy w coraz większym stopniu skupiają się w działalności na takich zagadnieniach jak redukcja emisji CO2, poprawa efektywności energetycznej czy redukcja odpadów. W przyszłości to będzie nowa jakość w rozwoju biznesu w Polsce – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Czyża, zastępca prezesa PARP, która jest operatorem tych środków.

Fundusze Norweskie oraz EOG (Mechanizm Finansowy Europejskiego Obszaru Gospodarczego) to dwa instrumenty finansowe, które zostały ustanowione przez Norwegię, Islandię i Liechtenstein. To bezzwrotne wsparcie, z którego korzysta kilkanaście państw Europy Środkowej i Południowej oraz kraje bałtyckie, w tym również Polska. W ramach Funduszy Norweskich realizowanych jest kilkanaście programów (w tym największy budżetowo program, którego operatorem jest  PARP), w których dotacje mogą pozyskać projekty związane np. z ochroną środowiska, efektywnością energetyczną czy ograniczaniem nierówności społecznych.

– Program rozwoju działalności gospodarczej i innowacji w Polsce jest największym programem Europejskiego Obszaru Gospodarczego i Funduszy Norweskich poświęconym MŚP. Udział Funduszy Norweskich wynosi 85 mln euro. Program wspiera ekologiczne innowacje w polskich spółkach, sprawiając, że stają się one bardziej zrównoważone i konkurencyjne – mówi Anders H. Eide, ambasador Królestwa Norwegii w Polsce.

PARP ogłosiła właśnie wyniki konkursu dla dwóch z czterech schematów konkursowych w programie „Rozwój przedsiębiorczości i innowacje”, prowadzonym wspólnie z agencją Innovation Norway. Jego celem jest poprawa konkurencyjności polskiego sektora małych i średnich firm poprzez wdrażanie innowacyjnych technologii, procesów, produktów i usług.

Wsparcie w programie przewidziano w trzech obszarach tematycznych: „Technologie przyjazne środowisku”, „Innowacje w obszarze wód morskich lub śródlądowych” oraz „Technologie poprawiające jakość życia”. Dodatkowo przewidziano osobną pulę środków na realizację projektów w tych obszarach dla firm, których właścicielkami/współwłaścicielkami są kobiety biorące udział w ich procesie decyzyjnym.

W obszarze „Technologie przyjazne środowisku” złożono 219 wniosków, a do dofinansowania wyłoniono ostatecznie 78 projektów. Dotyczą one głównie inwestycji w sektorze produkcji przemysłowej i branży przetwórstwa odpadów oraz działań, które przyczyniają się do podniesienia konkurencyjności firm przy jednoczesnym ograniczeniu ich wpływu na środowisko. Wysokość udzielonego finansowania wyniosła blisko 50 mln euro.

W schemacie konkursowym „Innowacje w obszarze wód morskich lub śródlądowych” 12 projektów (spośród blisko 30 zgłoszonych) otrzymało granty na łączną kwotę sięgająca prawie 10 mln euro. Są to głównie inwestycje w rozwój infrastruktury małych portów, przystani oraz ekologicznych i niskoemisyjnych środków transportu w działalności turystycznej na terenie jezior.

– W ramach schematu „Technologie przyjazne środowisku” maksymalne dofinansowanie to nawet 1 mln euro oraz nawet 2 mln euro w przypadku innowacji w obszarze wód morskich lub śródlądowych. Pieniądze można przeznaczyć na inwestycje, usługi doradcze, prace rozwojowe – wyjaśnia Marcin Czyża. – Dotacje przyznaliśmy dotychczas 90 firmom, na łączną kwotę prawie 60 mln euro, czyli ponad ćwierć miliarda złotych. A niebawem ogłosimy wyniki dla pozostałych obszarów.

Wszystkie wyłonione projekty mają znacząco przyczynić się do osiągnięcia wyższego poziomu ochrony środowiska. – Szacujemy, że ten program przyczyni się do obniżenia emisji CO2 o ok. 95 tys. ton, do zmniejszenia zapotrzebowania na energię elektryczną o ok. 140 GWh oraz zredukowania ilości odpadów o ponad 140 tys. ton  w uzielenionej działalności gospodarczej dofinansowanych projektów – wylicza zastępca prezesa PARP.

– Jednym z celów tego programu jest również wspieranie dwustronnej współpracy pomiędzy Polską a Norwegią. Dlatego aż 1/3 spośród ogłoszonych 90 projektów rekomendowanych do dofinansowania została zgłoszona we współpracy z norweskimi pionierami w dziedzinie innowacji technologicznych, instytutami badawczymi i uczelniami. W najbliższych latach będą one prowadzić wspólne działania, dzielić się wiedzą i doświadczeniem technicznym oraz budować konkurencyjność polskich firm przy zachowaniu podejścia ekologicznego – mówi ambasador Anders H. Eide.

Projekty wyłonione w programie musiały być innowacyjne, przynajmniej w skali firmy, która składała wniosek o dotację. Jednak PARP, która jest operatorem tych środków, zachęcała też do zgłaszania projektów na wyższym poziomie innowacyjności, np. rozwiązań innowacyjnych w skali całego rynku. Jak wskazuje wiceminister Waldemar Buda, Fundusze Norweskie są jednym z kilku źródeł finansowania takich działań, a po liczbie zgłaszanych wniosków widać, że grupa zainteresowanych nimi przedsiębiorców jest coraz liczniejsza.

– Realizujemy konkursy dla przedsiębiorców z różnych źródeł i one cieszą się bardzo dużym zainteresowaniem. Niemal zawsze mamy deficyt środków względem wniosków czy też zapotrzebowania, które się pojawia w danym konkursie. Środki norweskie cieszą się podobnym zainteresowaniem jak każde inne, które dotyczą rozwoju przedsiębiorczości, co można wyjaśnić tym, że firmy generalnie poszukują środków zewnętrznych do inwestowania – mówi Waldemar Buda, sekretarz stanu w Ministerstwie Funduszy i Polityki Regionalnej. – Te środki są ważne i bardzo skrupulatnie i rozsądnie staramy się je wydatkować. Przyczyniają się one do rozwoju gospodarki w segmencie przedsiębiorczości.