Stanowisko Polskiej Rady Centrów Handlowych w odpowiedzi na apel najemców zrzeszonych w ZPPHiU

Polska Rada Centrów Handlowych, która zrzesza ponad 200 największych firm działających w branży nieruchomości handlowych, w odpowiedzi na apel najemców zrzeszonych w Związku Polskich Pracodawców Handlu i Usług, podziela opinię, że artykuł 15ze (abolicja czynszowa) tzw. ustawy covidowej jest wadliwy i w opinii PRCH szkodzi obu stronom umów najmu – zarówno najemcom, jak i wynajmującym. Branża centrów handlowych jest jedynym sektorem, w którym rząd w czasie trwania pandemii, wprowadził odgórne regulacje i na mocy ustawy zaingerował w umowy zawarte między dwoma niezależnymi podmiotami gospodarczymi – najemcami i wynajmującymi.

Rekomendowanym rozwiązaniem jest jak najszybsze uchylenie art. 15ze, co potwierdzają niezależne ekspertyzy prawne. Artykuł jest sprzeczny z konstytucyjną zasadą równości wobec prawa, a koszty jego obowiązywania ponosi wyłącznie jedna strona – wynajmujący. Narusza także zasadę swobodnego kształtowania umów nadmiernie ingerując w stosunki cywilnoprawne między najemcami a wynajmującymi i wprowadza nierówność w traktowaniu podmiotów – te same sklepy w centrach handlowych są traktowane inaczej, niż te działające w mniejszych obiektach lub przy ulicach handlowych.

Ustawodawca wprowadzając art. 15ze pozbawił wynajmujących wszelkich wpływów z tytułu najmu – należnego czynszu i opłat eksploatacyjnych i przerzucił koszty finansowania 15 tygodni lockdownu, wyłącznie na wynajmujących. Łączne straty właścicieli centrów handlowych włączając ostatni lockdown to 5 mld zł, czyli ok. 45 proc. ich rocznych przychodów. Sama abolicja czynszowa wynikająca z art. 15ze kosztowała wynajmujących ponad 3 mld zł. Dodatkowo w odpowiedzi na trudną sytuację najemców wynajmujący dobrowolnie przyznali im od maja do grudnia 2020 roku czasowe rabaty czynszowe o łącznej wartości 2 mld zł. Wsparcie wynajmujących pozwoliło najemcom, zwłaszcza tym mniejszym, znacząco obniżyć koszty działalności, poprzez zwolnienia z płatności czynszu i opłat eksploatacyjnych (art. 15ze) oraz dodatkowe czasowe obniżki czynszów w okresach poza lockdownami. Najemcy korzystają także ze wsparcia rządowego i PFR (postojowe, zwolnienie ze składek ZUS, dopłaty do wynagrodzeń pracowników, dotacje).

Jednocześnie wynajmujący zostali wykluczeni z możliwości ubiegania się o pomoc w ramach tarcz rządowych i PFR oraz pozbawieni przychodów czynszowych i opłat eksploatacyjnych ze strony najemców zwolnionych z wszelkich płatności na podstawie art. 15ze. Wynajmujący są nadal  zobowiązani do ponoszenia kosztów funkcjonowania obiektów (eksploatacja, ochrona, podatki, media) oraz regulowania zobowiązań kredytowych i finansowych. Dodatkowo właściciele i zarządcy centrów handlowych w trosce o bezpieczeństwo i komfort klientów oraz pracowników zainwestowali ogromne środki, aby obiekty spełniały najwyższe standardy bezpieczeństwa sanitarnego.

Właściciele i zarządcy obiektów handlowych nie są w stanie dłużej ponosić jednostronnie kosztów pandemii i lockdownów, ponieważ nie mają już na to środków. Niewypłacalność wynajmujących wpłynie silnie na sytuację i stabilność sektora bankowego w Polsce, który na dużą skalę poprzez udzielone kredyty sfinansował budowę obiektów handlowych (ok. 70-80% wartości nieruchomości stanowi kredyt) i może nie otrzymać zwrotu udzielonych pożyczek, gdyż kredyty bankowe są spłacane przychodami z umów najmu.

Mimo tych ogromnych kosztów właściciele nieruchomości handlowych są otwarci na współpracę i rozmowy z najemcami, o czym świadczą podpisane po pierwszym lockdownie porozumienia udzielające czasowych rabatów uwzględniających indywidualną sytuację poszczególnych podmiotów.

Trudna sytuacja nie dotknęła w jednakowym stopniu wszystkich graczy na rynku handlu. Są tacy, którzy zapowiadają rozwój, zatrudnianie pracowników, publikują zadowalające wyniki finansowe i zwracają pomoc z tarcz rządowych. Są też tacy, którzy walczą o to, by przetrwać. Utrzymywanie rozwiązań ingerujących ustawowo w umowy pomiędzy podmiotami i oferujących jednakowe warunki wsparcia jest nieuzasadnione oraz nieadekwatne do potrzeb oraz sytuacji poszczególnych firm. Umowy najmu są indywidualnie negocjowane przez dwie strony i zawierają wzajemne zobowiązania. Mniejsze podmioty wymagają bardzo elastycznego podejścia, ponieważ nie posiadają takiego zaplecza, infrastruktury i możliwości jak duże przedsiębiorstwa, którym udało się utrzymać niezagrożoną sytuację finansową.

Od początku pandemii branża centrów handlowych apeluje do rządu o wdrożenie symetrycznych programów pomocowych, wspierających zarówno najemców, jak i wynajmujących, choćby na wzór tych stosowanych w innych krajach europejskich. Dobrym przykładem zastosowanej pomocy jest dofinansowanie do czynszów w ramach tarcz pomocowych, co wspiera wszystkich dotkniętych skutkami lockdownu przedsiębiorców. Najemcy mogą regulować czynsz, a wynajmujący swoje zobowiązania wobec instytucji finansujących. Takie rozwiązanie nie narusza porządku prawnego, ale aby mogło skutecznie funkcjonować w Polsce potrzebne jest pilne usunięcie art. 15ze z ustawy covidowej.

Warto zaznaczyć, iż interpretacja obecnie obowiązujących przepisów wydana członkom PRCH przez Ministerstwo Rozwoju Pracy i Technologii jednoznacznie wskazuje na konieczność respektowania pełnego brzmienia zapisu art. 15ze, tj. konieczności przedłużenia umów najmu o 6 miesięcy w odniesieniu do każdego zakazu prowadzenia działalności w obiektach handlowych.

Zarząd Polskiej Rady Centrów Handlowych

Funt nie zwalnia tempa, złoty jest słabszy

Rynki akcji odczuwają ból z tytułu tego, co mogą zwiastować wyższe rentowności obligacji skarbowych przy największych znakach zapytania wokół spółek technologicznych. Ale rynek walutowy nie wykazuje podwyższonej nerwowości, gdyż prezes Fed Powell potwierdził utrzymanie gołębiego nastawienia. Gwiazdą jest funt.

Koniec miesiąca zwykle przynosi przetasowania i porządkowania portfeli inwestycyjnych, ale czasami są one dodatkowo wspomagane. Tym razem skok rentowności obligacji skarbowych wprowadza dodatkowe zamieszanie. Oprocentowanie długu wraca na akceptowalne poziomy dla stopy zwrotu bezpiecznych, a to wywiera presję na spółki trzymane dla celów dywidendowych. Wall Street przewodzi w pogromie sektora technologicznego, w którego dodatkowo uderza wizja wyjścia z pandemicznego strachu. Ale reflacyjna hossa nie jest zaprzepaszczona, gdyż ożywienie gospodarcze i poprawa zyskowności będzie motorem dla dalszego wzrostu. Zmieniać się jednak będą przewodnicy, w tym przypadku na spółki, które mocniej skorzystają na otwieraniu gospodarek (turystyka, transport, działalność związana z aktywnością poza domem). Ale żeby znalazły się pieniądze na kupno akcji, skądś trzeba je najpierw wyciągnąć.

Dowód, że nie mamy do czynienia z powszechnym wzrostem awersji do ryzyka, znajduje się w wyższych cenach surowców przemysłowych oraz stabilności rynku walutowego. Najważniejsze to jednak to, że wzrost rentowności nie jest traktowany jako oznaka rychłego zacieśniania warunków finansowych przez Fed. Pomocny w rozwianiu wątpliwości był wczoraj prezes Fed Powell. Powell nie wydawał się zbyt poruszony wyprzedażą obligacji, stwierdzając, że jest to dowód zaufania rynku do ożywienia. Jednocześnie ostrzegł, że gospodarka pozostaje „daleko” od celów dotyczących zatrudnienia i inflacji. W konsekwencji stopy pozostaną niskie, a QE będzie odbywać się w obecnym tempie dopóki nie nastąpi „znaczny postęp” w poprawie stanu gospodarki. Fed pozostaje gołębi i rynek nie powinien w to wątpić, a wzrost rentowności nic tu nie zmienia. Dziś podobny przekaz powinniśmy usłyszeć ponownie od Powella, a także od Brainard i Claridy. Umacnianie się globalnego ożywienia, kontynuacja trade’ów reflacyjnych i niskie stopy realne w USA powinny ściągać dolara niżej w średnim terminie. Krótkoterminowo jednak nie uda się uciec od zmienności generowanej przez skoki na rynku długu, które będą przebudzać dyskusje o kierunku polityki Fed.

Funt nie zwalnia tempa i wygrywa na różnicowaniu postępów w zwalczaniu wirusa w Wielkiej Brytanii na tle innych krajów. W nocy EUR/GBP złamał 0,8550 i znalazł się najniżej od roku, choć nie obyło się bez pomocy niskiej płynności i naruszenia zleceń stop loss. Nie zmienia to jednak faktu, że rynek silnie dyskontuje wcześniejsze zniesienie restrykcji i przewagę na starcie w wyścigu poprawy wskaźników gospodarczych. Osobiście dalej mam wątpliwości o przebieg rywalizacji na długim dystansie, szczególnie kiedy zacznie doskwierać „kontuzja” po brexicie. Na razie jednak tego tematu da inwestorów nie ma i funt korzysta z optymizmu.

Złoty jest słabszy do euro na początku środowych notowań i podchodzi do 4,51. Choć zmiany w tym tygodniu nie są duże, to bez wątpienia nie pomaga nerwowość na rynkach zewnętrznych oraz perspektywa końca miesiąca. Tło zewnętrzne potęguje też znaczenie czynników lokalnych. Nawet jeśli częściowe przywracanie restrykcji covidowych w Polsce nie powinno mieć dużego znaczenia da rynku złotego (gdyż decyzje nie zachwieją perspektywami ożywienia gospodarczego), to przy obecnym braku silnego apetytu na ryzyko każdy pretekst do ograniczenia ekspozycji w złotym jest dobry. Uważam jednak, że presja słabości jest przejściowa.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Przyszłość przestrzeni biurowych w postpandemicznej rzeczywistości

Trwająca prawie rok pandemia COVID-19 zmieniła formę i podejście do pracy biurowej wielu ludzi. Przeniesiona z biur do domów praca wywoływała, szczególnie na początku, nie zawsze pozytywne emocje u pracowników – tłumaczy dr Anita Basińska, socjolog ze School of Form.

Często na szybko przygotowane miejsce do pracy i permanentna obecność współmieszkańców w ograniczonej przestrzeni domowej wpływały negatywnie na efektywność i skupienie w pracy. Jednak w miarę upływu czasu wielu z nas zaadaptowało sobie przestrzeń i dostrzegło komfort pracy z domu. Badania pokazują, że 87% badanych chce pracować zdalnie, w tym 48% z możliwością przyjścia do biura, np.: raz w tygodniu, 23% w kilka dni w miesiącu, 16% wyłącznie zdalnie . Z kolei wg raportu Accenture 35% badanych chciałoby zwiększyć częstotliwość pracy z domu w przyszłości, co ciekawe ta liczba wzrasta do 48% w grupie badanych, którzy wcześniej nigdy nie pracowali zdalnie. W październiku 2020 r. Microsoft pozwolił wielu pracownikom na stały home office. Z kolei Facebook przewiduje, że w ciągu 5-10 kolejnych lat, nawet 50% ich pracowników będzie pracować zdalnie na stałe.

Czy biurowce znikną?

W związku z tym pojawiają się różne przewidywania odnośnie przyszłości biur w postpandemicznej rzeczywistości: od całkowitego zniknięcia przez zmniejszenie metrażu do konieczności przeprojektowania lub zaprojektowania tych przestrzeni, by dopasować je z jednej strony do nowych oczekiwań i potrzeb pracowników, z drugiej strony do nowych warunków pracy w przyszłości (np. do kwestii bezpieczeństwa).

Biura nie znikną, gdyż zgodnie z koncepcją BA (tłum. z j. japońskiego na j. angielski jako place) zaadaptowaną do nauk o zarządzaniu przez I. Nonakę, teoretyka organizacji jest to miejsce niezbędne do wytwarzania wiedzy: dzielenia się nią, przetwarzania i generowania pomysłów. BA to wspólna przestrzeń/miejsce dla powstających relacji między ludźmi. To może być przestrzeń fizyczna (jak biuro), wirtualna (e-maile, telekonferencje), umysłowa (wymiana doświadczeń, pomysłów, ideałów) lub jakakolwiek ich kombinacja. Biura mogą się także przekształcić: przenieść się całkowicie lub częściowo do świata wirtualnego i jednocześnie korzystać z elastycznego najmu (tzw. core&flex – krótkoterminowy najem przestrzeni roboczej czy współdzielonej np. na potrzeby realizacji projektu). Niektóre biura dałyby radę również zmienić swoją powierzchnię – zmniejszyć ją, gdyby wszyscy pracownicy pracowali w modelu hybrydowym na zmiany lub zwiększyć, by móc zapewnić dystans fizyczny, gdyby znów pojawiła się taka konieczność.

Biuro hybryda

Być może biura staną się po prostu miejscami interakcji społecznych, współpracy i generowania pomysłów (funkcjonowanie w module hub and club), a praca samodzielna będzie wykonywana w domu. Według raportu CBRE minusem pracy zdalnej dla 59% badanych było to, że nie widzą twarzy dookoła siebie. Zatem w trakcie wykonywania pracy samodzielnej, wymagającej skupienia ważne jest to, że dookoła nas są ludzie i można z kimś porozmawiać (współpracownik jest za ścianą) lub można wymienić uśmiech w open space. W biurze nawiązują się relacje między pracownikami, które sprzyjają inspiracji i motywacji oraz buduje się poczucie wspólnoty. Kreatywność i efektywność w rozwiązywaniu zadań zależy od współobecności, od możliwości spotykania się i prowadzenia także nieformalnych rozmów. Podczas pracy zdalnej badanym najbardziej brakowało rozmów ze współpracownikami (59%), bezpośrednich spotkań (54%) i wspólnych lunchy (36%). Komunikacja, która nie odbywa się twarzą w twarz jest bardziej funkcjonalna i zorientowana na zadanie, mniej bogata i wieloaspektowa. W porównaniu z rozmowami wymagającymi współobecności, listy, notatki służbowe, faksy i e-maile wydają się mniej skuteczne w budowaniu i podtrzymywaniu długoterminowych relacji zaufania. Z kolei współobecność zapośredniczona (wspólnie widziane, lecz fizycznie odległe ekrany) pozwalają wytwarzać relacje my – oznacza to, że życie na monitorze może na nieco dłuższą metę doprowadzić do wytworzenia nowych form symulowanej współobecności. Dlatego też dobrze zaprojektowane biuro przyszłości postcovidowej to prawdopodobnie będzie przestrzeń hybrydowa, w której zacierają się granice między światem realnym i światem wirtualnym, pracą online i pracą offline.

Przestrzeń do przebudowania

Rozważania na temat przyszłości biur po pandemii COVID-19 zaowocowały wieloma raportami (m.in.: raporty Kinnarps, Skanska i InFuture Institute, Cushman & Wakefield) oraz wypowiedziami architektów i projektantów na temat zmian, jakie powinny zajść w biurach. Wśród cech biur wymienianych w przywołanych źródłach dominowały: elastyczność, wielofunkcyjność/strefowość, modułowość i bezpieczeństwo. Przestrzeń ma być łatwa do przebudowy (przy użyciu mebli modułowych i mobilnych, różnego typu ścianek), tworzenia tymczasowych miejsc pracy dla pracowników (wykonujących swoje obowiązki tylko w niektóre dni w biurze), współdzielonych miejsc pracy (tzw. hot desk) i miejsc do pracy na chwilę, przeznaczonych na krótkie spotkanie czy szybką wymianę informacji (tzw. touch down), tworzenia miejsc do pracy hybrydowej oraz wielofunkcyjna z wydzielonymi strefami pracy o różnym charakterze – miejscami dla pracy indywidualnej, pracy zespołowej, ale i miejscami dla nieformalnych rozmów i spotkań (ta cecha koncepcji w projektowaniu Activity Based Working stała się jeszcze bardziej wyraźna).

Biura mają przypominać przestrzenie domowe pod kątem mebli (np. kanapa, fotel), komfortu akustycznego, dostępu do naturalnego światła, obecności zieleni, możliwości personalizacji miejsca pracy oraz bezpieczeństwa (np. przestrzeń powinna być tak zaprojektowana, żeby zachować dystans fizyczny). Ta domowość biura odnosi się także do naczelnej zasady koncepcji Activity Based Working, czyli to pracownicy najlepiej wiedzą, czego potrzebują, więc przestrzeń do pracy powinna wyglądać tak, aby mogli sami decydować, jak i gdzie chcą pracować.

Praca w zgodzie z naturą

Kluczem do dobrego projektu biura w przyszłości postpandemicznej jest zatem projektowanie nastawione na dobre samopoczucie człowieka (wellbeing design), w ramach którego mieści się projektowanie biofilne (biophilic design). Projektowanie biofilne bazuje na pierwotnym związku człowieka z naturą oraz założeniu, że otoczenie wpływa na komfort i efektywność pracy. Wykorzystuje ono m.in.: naturalne materiały, rośliny, zapewnia dostęp do wysokiej jakości powietrza i maksymalnie możliwy dostęp do naturalnego światła, komfort termiczny i komfort akustyczny, miejsca schronienia (może to być strefa do odpoczynku lub kanapa z wysokim oparciem), czego efektem jest zrównoważona przestrzeń do pracy. Celem wellbeing design jest więc zaprojektowanie przestrzeni pod względem fizycznym, psychologicznym, społecznym i ekologicznym w taki sposób, aby pracownik w tej przestrzeni mógł się poczuć komfortowo.

dr Anita Basińska, socjolog, School of Form

Peakside chce zainwestować w nieruchomości 350 mln euro

Peakside Capital, firma zarządzająca inwestycjami i funduszami inwestycyjnymi na rynku nieruchomości, poszukuje rynkowych okazji dla swojego czwartego europejskiego funduszu Peakside Real Estate Found IV (PREF IV). Na inwestycje zamierza przeznaczyć do 350 mln euro głównie na rynku niemieckim. Peakside jako bardzo perspektywiczne ocenia również inwestycje na rynku polskim oraz Europy Środkowo-Wschodniej.

Peakside Capital, europejska firma private equity działająca na rynku nieruchomości, poszukuje atrakcyjnych nieruchomości dla swojego czwartego funduszu Peakside Real Estate Found IV (PREF IV). W ramach pierwszej transzy firma zebrała już od inwestorów 160 mln euro dla funduszu zamkniętego, a docelowo na potrzeby inwestycyjne zamierza pozyskać 350 mln euro.

„W obecnej sytuacji bacznie przyglądamy się w szczególności okazjom inwestycyjnym w sektorze logistyki i na rynku mieszkaniowym. Jednocześnie spodziewamy się pojawienia się pewnej liczby okazji inwestycyjnych wynikających z perturbacji rynkowych będących następstwem pandemii COVID-19, szczególnie w sektorze handlu detalicznego i w branży hotelarskiej, zwłaszcza w kontekście aktywów, które nadają się do przekształcenia w lokale biurowe lub mieszkania. Nieudane przedsięwzięcia inwestycyjne wymagające dofinansowania lub zrefinansowania również oferują atrakcyjne z naszego punktu widzenia możliwości. Pomimo wzrostu liczby osób pracujących zdalnie, jesteśmy nadal przekonani o wysokim potencjale nieruchomości biurowych jako klasy aktywów samej w sobie. Nasz portfel planowanych inwestycji jest obszerny i na bieżąco uzupełniany” – powiedział Boris Schran, Partner i założyciel Peakside Capital.

Działalność funduszu skupiać się będzie przede wszystkim na inwestycjach w nieruchomości w Niemczech, które na skutek aktualnej sytuacji zostały przecenione i które oferują wysoki potencjał wartości dodanej. Celem będą projekty w przedziale cenowym od 30 mln euro do 150 mln euro na każdą inwestycję. Peakside jako bardzo perspektywiczne ocenia również angażowanie się na rynku polskim oraz Europy Środkowo-Wschodniej. Rynki Polski i Europy Środkowo-Wschodniej charakteryzują się wysokim stopniem aktywności deweloperskiej, inwestycyjnej i wynajmu. W połączeniu z solidną kondycją makroekonomiczną, minimalnym wzrostem czynszów na rynku oraz atrakcyjną stopą kapitalizacji, rynki oferują interesującą ofertę” – powiedział Roman Skowroński, dyrektor zarządzający Peakside Capital Advisors w Polsce.

W ramach funduszu PREF IV jeden składnik aktywów został już objęty umową na wyłączność, a kolejne docelowe inwestycje znajdują się w fazie przygotowania. Menedżerowie Peakside spodziewają się, że więcej okazji inwestycyjnych pojawi się w drugiej połowie 2021 r.

PwC: w ciągu 5 lat rynek e-commerce w Polsce osiągnie wartość 162 mld zł

Z analizy przeprowadzonej przez PwC wynika, że w 2026 r. wartość brutto polskiego rynku handlu e-commerce będzie na poziomie 162 mld zł. Oznacza to średnioroczny wzrost o 12%. Najszybciej będzie rosła sprzedaż produktów spożywczych oraz z kategorii zdrowie i uroda. Już w 2020 r. kanał online miał 14% udziału w wartości sprzedaży detalicznej w Polsce, na co wpływ miała m.in. pandemia i przyspieszony rozwój platform e-commerce.

Pandemia i kolejne lockdowny sprawiły, że wiele firm przyspieszyło proces transformacji cyfrowej, stawiając na rozwój kanałów online. W ostatnim roku grupa konsumentów korzystających z internetowej formy zakupów istotnie się zwiększyła. Co ważne, niemal 85% Polaków deklaruje, że nawet po zakończeniu pandemii nie zamierza zmniejszyć częstotliwości e-zakupów. To będzie stały dwucyfrowy wzrost przez najbliższe lata. – Grzegorz Łaptaś, partner w zespole Strategy & Operations PwC

Przeprowadzone na potrzeby analizy PwC badanie konsumentów pokazuje, że ponad 74% Polaków po zakończeniu pandemii utrzyma poziom zakupów internetowych, a 10% zamierza je nawet zwiększyć.

Obecnie ok. 150 tys. polskich przedsiębiorstw prowadzi sprzedaż swoich produktów i usług przez internet. Korzystają oni zarówno z własnych sklepów, jak też z popularnych wśród konsumentów platform typu marketplace. Eksperci PwC podkreślają, że w porównaniu do zachodnioeuropejskich krajów Polska ma nadal relatywnie małą liczbę sklepów internetowych, dlatego w kolejnych latach ich liczba ma szansę znacznie wzrosnąć. To efekt nowych przyzwyczajeń konsumenckich, a także pojawianie się na rynku nowych graczy.

Amazon wchodząc na polski rynek stworzy kolejny kanał sprzedaży i szansę dla polskich małych przedsiębiorców. Już teraz ponad 1/3 przedsiębiorstw prowadzących sklepy online oprócz własnej witryny jest też obecna na platformie Allegro. Dzięki temu ich zasięg jest dużo szerszy. Platforma Amazona, za którą stoją ultranowoczesne technologie i najwyższy poziom klientocentryczności, pozwoli tym firmom docierać do jeszcze większej liczby klientów i okazji zakupowych, a tym samym zwiększać sprzedaż. Będzie to też szansa na to, by polskich sklepów internetowych powstało jeszcze więcej, aby zaspokajać coraz więcej specyficznych potrzeb zakupowych klientów. – Paweł Kowalik, manager w dziale strategii PwC

Eksperci PwC zwracają uwagę na cztery niezwykle ważne aspekty dla firm, które już sprzedają lub zamierzają sprzedawać w kanale online. Pierwszym jest omnichannel, czyli zapewnienie spójności pomiędzy różnymi kanałami sprzedaży. Drugi to customer experience – budowanie pozytywnych doświadczeń klienta. Aż 42% polskich konsumentów jest w stanie zrezygnować z danej marki po zaledwie jednym złym doświadczeniu. Trzecim aspektem jest aktywizacja i lojalizacja klientów, m.in. poprzez dobór odpowiednich strategii cenowych czy programów lojalnościowych. Czwarty to logistyka i zapewnienie ciągłości łańcuchów dostaw – szczególnie ważne w nie do końca przewidywalnej rzeczywistości, co w ostatnich miesiącach uwidoczniła trwająca pandemia.

E-commerce święci triumfy w pandemicznej rzeczywistości

E-commerce to bez wątpienia jedna z najlepiej radzących sobie podczas pandemii branż. W ubiegłym roku polski rynek sprzedaży internetowej zanotował rekordowy wzrost rzędu 26 proc. r/r. Dane GUS za styczeń 2021 wskazują na blisko 10 proc. udziału w całym handlu detalicznym. Do 2025 roku wskaźnik ten ma wzrosnąć o kolejne 10 pp. Imponujące wyniki sektora to naturalny skutek przenoszenia się handlu do kanału online. Zjawisko napędzane jest dodatkowo coraz częstszym wykorzystaniem przez sieci retail metod płatności odroczonych (Buy Now, Pay Later), które według danych rynkowych skutecznie zwiększają wyniki sprzedażowe.

Wartość indeksu Barometru EFL (syntetyczny wskaźnik informujący o skłonności firm z sektora MŚP do rozwoju) dla polskiego handlu na I kwartał 2021 roku wyniosła 50,7 pkt.[1] To najlepszy wynik spośród sześciu badanych sektorów. Relatywnie mocna pozycja branży w pandemicznej rzeczywistości to według ekspertów EFL głównie zasługa rozkwitu e-commerce.

Według analizy PMR, w efekcie pandemii, polski rynek e-commerce w 2020 odnotował najwyższy od kilku lat wzrost o wartości 26 proc. r/r.[2] Udział sprzedaży internetowej w handlu detalicznym, zgodnie z danymi GUS za styczeń 2021, wyniósł 9,8 proc.[3] Taka sytuacja to skutek zamykania galerii handlowych oraz sklepów stacjonarnych. Są to czynniki przyspieszające zmiany modelu zachowań konsumenckich w postaci przenoszenia aktywności zakupowej do sieci. Niebagatelną rolę odgrywają również powszechnie stosowane w sprzedaży online wygodne narzędzia płatnicze. Ich zastosowanie według ekspertów Revo Technologies znacząco wpływa na polepszenie wyników finansowych retailerów.

– Płatność odroczona czy spłata zakupu w częściach są optymalną odpowiedzią na obecne oczekiwania konsumentów – komentuje Daniel Malinowski, Head of Sales, Revo Technologies Polska. – Druga z wymienionych form płatności znacząco obniża ich wrażliwość cenową, jednocześnie redukując poziom zwrotów. Według danych pochodzących od naszych partnerów, ulega on zmniejszeniu nawet o 35 proc.. Metoda ta również mocno lojalizuje klientów. Dla przykładu użytkownicy naszej usługi dokonują zakupów niemal dwa razy częściej niż korzystający ze standardowych form płatności – dodaje.

Udostępnianie możliwości spłaty zakupu w częściach jest jak najbardziej zasadne, szczególnie jeśli operuje się na polskim rynku. Według danych BIK, 4 maja 2020, czyli w dniu otwarcia galerii handlowych po zakończeniu wiosennego lockdownu, do Biura wpłynęło rekordowe 24 tysiące zapytań o zobowiązania ze spłatą w częściach.[4] Widać tutaj silną zależność między otwarciem możliwości nieograniczonej konsumpcji dóbr a zwiększeniem użycia tej metody płatności – na co zresztą zwracali uwagę również sami analitycy BIK.

Doświadczenia nasze i naszych partnerów pokazują, że dla konsumentów atrakcyjny model płatności jest równie ważny jak obniżki cen. Oferując nasze wygodne systemy ratalne sprzedawcy osiągają znacznie wyższe wartości koszyków zakupowych (wzrosty o ponad 100%). Takie wyniki osiągamy m.in. dzięki przyznawaniu limitów zakupowych klientom jeszcze przed rozpoczęciem procesu płatności. Dzięki temu mogą sobie oni pozwolić na większe zakupy zachowując wygodną i elastyczną formę spłaty – komentuje Daniel Malinowski, Head of Sales, Revo Technologies Polska. – Wielu naszych partnerów podkreśla jak ważne jest obecnie rozwiązanie działające w obu kanałach sprzedaży. COVID znacząco zmienił nawyki konsumenckie, przenosząc proces zakupowy do online. Systemy omnichannel, w tym Revoplus, skutecznie pomagają sieciom detalicznym w odbudowie wyników sprzedażowych w kanale tradycyjnym przy zachowaniu spójnego UX – dodaje.  

Doświadczenie klienta odgrywa niebagatelną rolę jeśli chodzi o jego zainteresowanie usługą oraz zatrzymanie na niej uwagi. Według danych zaprezentowanych przez Adobe, 38 proc. użytkowników sklepów online deklarowała, że rezygnuje z zakupów z powodu niewystarczająco atrakcyjnego designu strony.[5] To dopiero wierzchołek góry lodowej, jeśli chodzi o user experience w branży e-commerce. Ciągłemu doskonaleniu podlegają takie kwestie jak poprawa intuicyjności poszczególnych etapów procesu zakupowego czy uproszczenie bądź zautomatyzowanie wypełniania szczegółowych formularzy z danymi klienta.

Konsumenci chętniej korzystają z rozwiązań prostych i przyjaznych w użytkowaniu. Wychodząc naprzeciw tak a nie inaczej ukształtowanym preferencjom, staramy się dostarczać tego typu produkt naszym partnerom. Maksymalnie uprościliśmy więc formularz wniosku o finansowanie  i skróciliśmy czas oczekiwania na decyzję do minimum. – komentuje Daniel Malinowski, Head of Sales, Revo Technologies Polska. 

W dynamicznie zmieniającej się sytuacji ekonomicznej warto pomyśleć o zastosowaniu nowoczesnej formy finansowania zakupów jako narzędzia przyciągającego uwagę klienta i utrzymującego jego zainteresowanie. Takie działanie jest szczególnie zasadne w dobie pandemii, kiedy konsumenci napotykają problemy z utrzymaniem płynności finansowej. Płatności odroczone oraz możliwość rozłożenia spłaty na części często mogą być dla nich jedyną szansą na zachowanie aktywności zakupowej.

[1] https://alebank.pl/handel-najbardziej-odporny-na-covid-19-dzieki-rozkwitowi-e-commerce-branzowy-barometr-efl-na-i-kw-2021-r/?id=358884&catid=22872&cat2id=25926

[2] https://www.pmrmarketexperts.com/rekordowy-wzrost-rynku-e-commerce-w-2020-roku-spowodowany-epidemia-covid-19/

[3] https://stat.gov.pl/obszary-tematyczne/ceny-handel/handel/dynamika-sprzedazy-detalicznej-w-styczniu-2021-roku,14,73.html

[4] https://www.bankier.pl/wiadomosc/Polacy-rzucili-sie-na-raty-Rekordowa-liczba-zapytan-o-kredyty-7882657.html

[5] https://blogs.adobe.com/creative/files/2015/12/Adobe-State-of-Content-Report.pdf

Branża PR & marketing w czasie pandemii

98 proc. sektora komunikacji marketingowej w Polsce to mikrofirmy, które również ucierpiały na spowolnieniu gospodarczym spowodowanym pandemią. Według raportu PFR epidemia i kryzys nią wywołany jest poważnym wyzwaniem dla sektora komunikacji marketingowej, ponieważ firmy korzystające z usług agencji marketingowych czy PR zmniejszyły lub wstrzymały zaplanowane działania.

Rozmiar branży

Z raportu PFR możemy wyczytać, że w 2019 r. w polskim sektorze komunikacji marketingowej działało ponad 87 tys. podmiotów gospodarczych, prawie wszystkie (98 proc.) to mikrofirmy zatrudniające do 9 pracowników. 1,8 proc. przedsiębiorstw zatrudnia od 10 do 49 osób, 0,2 proc. od 50 do 249 osób, a największych firm, gdzie pracuje ponad 250 osób, jest zaledwie 0,04 proc. Większość zatrudnionych (ok. 58 proc.) pracuje w firmach zajmujących się reklamą, badaniami rynku i opinii publicznej, ok. 24 proc. – w przedsiębiorstwach prowadzących działalność wydawniczą, po 9 proc. – w podmiotach, których działalność jest związana z produkcją filmów, nagrań wideo, programów telewizyjnych, nagrań dźwiękowych i muzycznych oraz nadawaniem programów ogólnodostępnych i abonamentowych. Co ciekawe, 46 proc. zatrudnionych w firmach zajmujących się komunikacją marketingową w Polsce pracuje w województwie mazowieckim.

Daniel Nowak, ekspert z Departamentu Rozwoju Kadr w Przedsiębiorstwach PARP, podkreśla, że polski sektor komunikacji marketingowej stawia się obok największych rynków tej branży, takich jak Wielka Brytania, Niemcy czy Francja. Nie da się ukryć, że jest on istotnym elementem składowym gospodarki narodowej. Cieszy też, że stale się rozwija i że, jak pokazują ostatnie miesiące [2020 r.], potrafi radzić sobie w sytuacjach kryzysowych, adaptując się do zmieniających się warunków, elastycznie i kreatywnie podchodząc do realizacji stojących przed nim wyzwań.

Wpływ COVID-19 na branżę

W 2020 roku branża marketingowa musiała dostosować się do zmieniających się zachowań konsumentów. Wprowadzone ograniczenia przemieszczania wpłynęły na efektywność działań promocji outdoorowej, a reklamy w kinach skurczyły się niemal natychmiastowo do 0, spadła również liczba reklam w druku. Według Interactive Advertising Bureau prawie jedna czwarta (24%) nabywców mediów, marketerów i marek wstrzymała wydatki do końca drugiego kwartału, podczas gdy 46% wskazało, że zmieniło wydatki na reklamę w tym okresie. W efekcie, media tradycyjne odnotowały spadki przychodów rzędu 20%. Outlety cyfrowe wyszły z tej sytuacji obronną ręką – notując niższą dynamikę wzrostu niż prognozowano, ale nadal generując przychody.

Przełożyło się to na zmniejszanie zakresu obsługi, a w efekcie opóźnienia w płatnościach i problemy z utrzymaniem płynności finansowej. Fintechy oferujące finansowanie B2B, z dnia na dzień zyskały na popularności wśród tej grupy przedsiębiorców. Według Aleksandra Majchrzaka, Prezesa Wealthon, lendtechu B2B oferującego m.in. pożyczki celowe na spłatę zaległości w ZUS i US, zaległości podatkowe i na składki w ZUS są największą bolączką działalności w tej branży. Z tego też względu, duża część pracowników agencji marketingowych lub PR-owych przechodzi na współpracę B2B, która jest korzystniejsza z perspektywy zleceniodawcy. Taka sytuacja nie jest odosobnionym przypadkiem, wiele branż boryka się z podobnymi problemami. Średnia wartość udzielonej pożyczki pomostowej w 2020 roku wyniosła 110 tys. zł, dodaje Majchrzak.

W efekcie zmian na rynku marketingowym, rośnie popyt na usługi marketingowe w segmencie B2B, który do tej pory polegał na innych metodach promocji w swojej grupie klientów, głównie komunikacji sprzedażowej, bezpośredniej. Dzieje się tak, ponieważ z rynku zniknęły niemal zupełnie bezpośrednie kanały komunikacji, takie jak spotkania czy konferencje, które ze względów bezpieczeństwa zostały przeniesione do online’u. Według Jakuba Lebudy, dyrektora zarządzającego Clipatize, agencji marketingu B2B, dotyczy to szczególnie branż farmaceutycznej, medtech, high-tech i produkcyjnej, które polegają na bezpośrednich relacjach z klientami. Stąd wzrost zainteresowania cyfrowymi kanałami komunikacji i nowymi taktykami pozycjonowania eksperckiego i budowania świadomości klientów. Lebuda dodaje, że coraz częściej do komunikacji z klientem biznesowym na niemal na całym etapie customer journey używa się cyfrowych narzędzi komunikacji, a media społecznościowe, nie są tak jak kiedyś, traktowane wyłącznie jako kanał konsumencko-rozrywkowy.

Jednak, pomimo trwającej pandemii, w 2021 roku firmy na całym świecie przeznaczą rekordową kwotę ponad 52 mld USD na anonimowe cyfrowe informacje, służące do targetowania reklam online, a nadwiślański rynek danych zanotuje rekordową wartość wyceny. Piotr Prajsnar, prezes Cloud Technologies, spółki monetyzującej dane z internetu, podkreśla, że polskie wydatki na cyfrowe informacje wyniosą w 2020 roku aż 32,1 mln USD, co oznacza wzrost o 17,5% r/r, jak wynika z raportu spółki, a trend zwiększania wydatków na cyfrowe informacje jest wyraźny na arenie międzynarodowej. Na niemal wszystkich, czyli blisko 27 analizowanych w raporcie rynkach, prognozowany wzrost jest dwucyfrowy. W trakcie pandemii więcej czasu poświęcamy na oglądanie telewizji oraz na korzystanie z urządzeń połączonych z internetem, a społeczeństwo przeniosło się do sfery online. Cyfrowe kanały komunikacji zaczęły wypełniać lukę po początkowych spadkach obrotów w branży. Według badań IAB wśród kupujących reklamy, wydatki na promocję cyfrową w drugiej połowie roku wzrosły o 13%. Pandemia przyspieszyła też transformację cyfrową przedsiębiorstw i zwrot reklamodawców ku kanałom online. Według agencji Zenith, w 2020 roku reklama internetowa odpowiadała za ponad połowę wszystkich światowych wydatków reklamowych.

Systemy ERP i MRP rzeczywista optymalizacja procesów produkcyjnych

Jednym, z głównych zadań firmy zorientowanej na rozwój i sukces jest dążenie do ciągłego doskonalenia procesów produkcyjnych. Zdarza się jednak, że koszty wdrażania usprawnień przewyższają potencjalny zwrot z takiej inwestycji. Na szczęście istnieje efektywne rozwiązanie – systemy ERP i MRP. Czym dokładnie są systemy wspierające produkcję? Czym się od siebie różnią i jakie korzyści wynikają z ich wdrożenia?

Czym są systemy zarządzania zasobami w przedsiębiorstwie?

Duże przedsiębiorstwa, szczególnie te, które w ramach swojej aktywności zajmują się również produkcją, muszą borykać się z problemem koordynowania pracy poszczególnych działów, bez użycia jednorodnego oprogramowania. CRM, czyli system zarządzania relacjami z klientem, system księgowy, oprogramowanie dedykowane dla kadr i płac i wiele innych – wszystkie te narzędzia usprawniają pracę pewnych składowych przedsiębiorstwa, lecz w tak różnorodnym i rozproszonym środowisku ciężko zadbać o odpowiednią integrację całego cyklu zarządzania zasobami, produkcją oraz sprzedażą.

Systemy wspomagające produkcję zapewniają sprawne zarządzanie przedsiębiorstwem na poziomie planowania jego wszelkich zasobów. Wykorzystanie systemów wspomagających zarządzanie zasobami umożliwia pracę z poziomu jednej dużej bazy danych, z której informacje mogą czerpać wszystkie inne działy, od księgowości, przez sprzedaż aż po działy zajmujące się logistyką działań. Obecnie najcenniejszą walutą w biznesie jest wiedza i informacja. Nowoczesne systemy zarządzania zasobami pozwalają nam na sprawny przepływ informacji, co pozytywnie wpływa na optymalizację procesów przedsiębiorstwa.

Systemy ERP i MRP – charakterystyka i podstawowe różnice

Dwa najczęstsze typy systemów, które efektywnie wdrażają pozytywne zmiany w przedsiębiorstwie to system ERP i MRP. Osobom niezaznajomionym z tematem, skróty te niewiele mówią. Czym różnią się od siebie te koncepcje?

ERP (Enterprise Resource Planning) to system umożliwiający skuteczne zarządzanie zasobami przedsiębiorstwa. Docelowo ERP ma za zadanie zintegrować ze sobą dane płynące po całym przedsiębiorstwie tak, by maksymalnie skrócić ich drogę i ujednolicić formę. Oczywiście wiele zależy tutaj od potrzeb firmy i wariantu systemu ERP, który zostanie wdrożony. Najbardziej zaawansowane z nich mają dodatkowo funkcjonalności umożliwiające bezpośrednią pracę z programem księgowym, systemem dedykowanym działowi HR czy zarządzaniem aktywami obrotowymi, magazynem czy zamówieniami. Głównym celem systemu ERP jest wzrost wydajności procesu produkcji, przy jednoczesnym minimalizowaniu kosztów.

Systemy MRP (Manufacturing Resource Planning) to natomiast rozwiązanie dedykowane typowym procesom związanym z produkcją oraz zarządzaniem aktywami obrotowymi, oraz materiałami. W skład oprogramowania MRP wchodzą moduły umożliwiające efektywne zarządzanie parkiem maszyn, a także magazynem. System MRP w wielu kwestiach jest bliźniaczo podobny do ERP, jednak jego zakres funkcjonalności został okrojony i zredukowany do konkretnej specjalizacji.

Kto powinien zdecydować się na wdrożenie systemów ERP i MRP w firmie

Każda firma na etapie planowania rozwoju powinna pomyśleć o wdrożeniu systemu MRP lub ERP. Jeśli na jakimkolwiek etapie cyklu produkcyjnego zauważymy nieefektywność, która znacząco wpływa na wysokie koszty produkcji, warto zainwestować w system zarządzania zasobami, który zwiększy przejrzystość oraz umożliwi bardziej efektywny przepływ informacji. To właśnie informacje grają główną rolę i są źródłem powstania systemów klasy ERP. Jeśli zauważymy, że błędne dane wpływają na złe decyzje biznesowe, nie pozostaje nam nic innego jak właśnie zainwestować w system ERP lub MRP.

Korzyści wynikające z wdrożenia systemów wspomagających produkcję w firmie

Systemy wspierające zarządzanie zasobami wdrażane z pomocą Mindbox.pl to uniwersalne i wszechstronne rozwiązanie, które umożliwi kontrolowanie wszystkich zasobów znajdujących się w przedsiębiorstwie, bez potrzeby przetwarzania danych powstałych z raportowania w różnych systemach i oprogramowania. Co więcej, ERP znacząco skraca procesy, co bardzo pozytywnie wpływa na obniżenie kosztów przedsiębiorstwa, które może skupić się na dalszym rozwoju.

Z jakimi ryzykami wiąże się wprowadzenie systemów ERP lub MRP do procesu produkcyjnego?

Warto być świadomym, że systemy ERP i MRP to również spora zmiana dla firmy. W zależności od tego, na jak zaawansowany wariant systemu się zdecydujemy, wdrożenie wszystkich modułów może być długotrwałe i generować dodatkowe koszty (szkolenie pracowników, opłacenie kadry wdrażającej rozwiązanie). Jeśli dodatkowo firma posiada dużo działów, wdrożenie systemu może powodować komplikację natury logistycznej, które jednak są niczym w obliczu ogromnych zalet wykorzystania systemu ERP i MRP. Bez względu na potencjalne zagrożenia, wdrożenie systemów ERP bądź MRP jest niezbędnym procesem prowadzącym do rozwoju firmy, a co za tym idzie, pozwoli na osiągnięcie pożądanej przewagi konkurencyjnej na rynku.

Co mierzy i jak działa refraktometr?

Refraktometr jest to urządzenie do badania współczynnika załamania światła różnych substancji, głównie cieczy. Zastosowanie znajdują różne typy refraktometrów; urządzenia mogą być ręczne i stacjonarne, automatyczne i nieautomatyczne, o różnej dokładności i precyzji. Możemy również spotkać urządzenia z automatyczną kompensacją temperatury, które są precyzyjnie skalibrowane i używane są do najbardziej wymagających aplikacji. Na co dzień do rutynowych pomiarów poza laboratorium możemy spotkać się z prostymi kieszonkowymi refraktometrami lunetkowymi.

Za pomocą refraktometru możemy dokonać szereg pomiarów z zakresu analizy ilościowej, analizy jakościowej czy badania fizykochemiczne. Za pomocą refraktometru możemy oznaczyć np. stężenie cukru w winnym moszczu, stężenie alkoholu etylowego w roztworze (np. piwie, winie czy środku dezynfekcyjnym), zawartości soli w wodzie morskiej czy zawartości wody w miodzie. Za pomocą refraktometru możemy dokonać identyfikacji związków chemicznych oraz określić ich poziom zanieczyszczenia. Analiza jakościowa jest szczególnie przydatna przy kontroli jakości surowców w przemyśle kosmetycznym, spożywczym, petrochemicznym czy farmaceutycznym. W przypadku badań fizykochemicznych za pomocą refraktometru można np. wyznaczyć refrakcję molową i jej składowe.

refraktometr

Refraktometry praktycznie znajdują zastosowanie w każdej dziedzinie życia codziennego. Refraktometry spotyka się w przemyśle samochodowym np. do badania płynów eksploatacyjnych, do kontroli temperatury wrzenia płynów hamulcowych, do kontroli jakości płynu AdBlue. W przemyśle spożywczym można refraktometr oprócz wspomnianych już pomiarów zawartości wody w miodzie czy zawartości alkoholu w płynach można wykorzystać do pomiaru zawartości cukru w sokach, mlecznych napojach czy w piwie. W przypadku wykorzystania refraktometru do pomiaru cukru należy zastosować refraktometr wyposażony w skalę obejmującą spodziewany zakres. W przemyśle spożywczym refraktometry znajdują także zastosowanie np. do określenia zawartości soli w solance, do olejów roślinnych i emulsji olejowych. Spotykamy refraktometry dla akwarystów i użytkowników basenów. W przemyśle metalowym znajdują zastosowanie refraktometry do pomiaru olejowych emulsji, emulsji chłodzących i wiele innych. W przemyśle petrochemicznym zastosowanie znajdują urządzenia np. do badania substancji naftowych i plam ropy na wodzie.

Na co dzień możemy refraktometry spotkać w laboratoriach medycznych i weterynaryjnych do badania właściwości moczu. Za pomocą trzech skal można określić ciężar właściwy moczu, indeks refrakcji oraz białko w surowicy.

Refraktometry są zróżnicowane pod względem części optycznej. Poszczególne urządzenia posiadają specyficzną skalę za pomocą której można bezpośrednio odczytać wynik dla mierzonego medium lub można wynik porównać ze skali do uniwersalnych jednostek fizycznych np. indeks refrakcji RI, gęstość cieczy i inne.

Pomiar za pomocą refraktometru jest niezmiernie prosty. Na szklany pryzmat nakłada się kilka kropli mierzonego roztworu, nakrywa pryzmat z cieczą pokrywką, a następnie należy skierować pryzmat w kierunku światła i spojrzeć w okular, gdzie znajduje się skala.

Właściwie refraktometry spotykamy w każdej dziedzinie życia. Są to urządzenia bardzo proste w obsłudze, zwykle niedrogie. Przy wyborze urządzenia warto zaczerpnąć porady specjalisty, aby dokonać właściwego wyboru. W firmie DANLAB na pewno właściwie zostanie dobrany dla Państwa przyrząd, oferta jest bardzo szeroka.

Branża muzyczna dotkliwie odczuwa przedłużające się zamknięcie. Odbicie może potrwać co najmniej trzy lata

Polska branża muzyczno-festiwalowa przeżywa trudny okres w związku z pandemią COVID-19. Koncerty na żywo nie odbywają się już od wielu miesięcy, a artyści stracili dochody ze sprzedaży biletów, które są dla nich jednym z głównych źródeł przychodów. W jeszcze trudniejszej sytuacji ekonomicznej znalazły się też tysiące pracowników backstage’owych, takich jak dźwiękowcy, oświetleniowcy, choreografowie czy ekipy scenograficzne. Dziennikarz muzyczny Piotr Metz podkreśla jednak, że publiczność jest spragniona możliwości pójścia na tradycyjny koncert i obcowania z muzyką, dzięki czemu – po zakończeniu przymusowego przestoju – branża muzyczna może przeżyć prawdziwy boom.

– Brak koncertów jest dramatem, bo to na nich i sprzedaży biletów artyści głównie zarabiają. Niespecjalnie sprawdził się – przynajmniej w naszym przypadku, ale myślę, że na świecie też nie jest z tym zbyt dobrze – model koncertów online’owych. Jeżeli wykupi się dostęp, można być na swoistym backstage’u, widziałem też takie przypadki, kiedy artysta po koncercie rozmawiał z publicznością na Zoomie. To jednak nie jest to samo. To ciągle jest traktowane jako taki tymczasowy substytut, a nie prawdziwy koncert – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Metz, dziennikarz muzyczny.

Pandemia COVID-19 nie oszczędziła branży muzycznej, która wytwarza ok. 3,5 proc. krajowego PKB. Większość koncertów, festiwali i wydarzeń kulturalnych wiosną ubiegłego roku została przełożona na późniejsze miesiące. Odbyła się tylko część z nich, przy ograniczonej liczbie widzów, w miesiącach, kiedy sytuacja epidemiczna wydawała się opanowana. Jesienne miesiące przyniosły kolejne zamknięcie i branża nadal trwa w zawieszeniu. Na powrót do normalnego funkcjonowania – w związku z rozpoczynającą się właśnie w Polsce trzecią falą pandemii – prawdopodobnie będzie musiała zaczekać jeszcze kilka lub kilkanaście miesięcy.

– Są artyści, którzy twierdzą, że wykorzystali pandemię na złapanie oddechu czy nagranie płyty, na którą wcześniej nie mieli czasu, ale jest to bardzo mocny strzał. Na początku wszyscy próbowaliśmy zaistnieć, tak jak się dało: telefonami, Zoomami i innymi projektami, a potem okazało się, że najgorsze, co spotkało branżę, to brak perspektywy dłuższej niż dwa tygodnie do przodu. Gdybyśmy już dziś mogli planować, to wszystko by było w porządku, ale tego przecież nie wiemy – podkreśla Piotr Metz.

Muzycy i artyści od miesięcy nie zarabiają na sprzedaży biletów, które są dla nich jednym z głównych źródeł przychodów. Ci, którzy prowadzą działalność gospodarczą, mogli co prawda skorzystać z pomocy finansowej przewidzianej w kolejnych tarczach antykryzysowych, takiej jak zwolnienia z ZUS czy jednorazowa zapomoga w wysokości 5 tys. zł, ale większość z nich podkreśla, że była to tylko kropla w morzu potrzeb i ponoszonych kosztów.

 Artyści swoje życie spędzali w rytm kalendarza koncertów, tras koncertowych, festiwali. Nagrywali nowe płyty z reguły jesienią, zimą lub wiosną, by potem, gdy jest ciepło, pojechać z nimi na koncerty. To wszystko zostało z dnia na dzień praktycznie zerwane. Myślę, że w wielu przypadkach jest to duży dramat – ocenia dziennikarz.

Pandemia sprawiła, że w jeszcze trudniejszej sytuacji ekonomicznej znalazły się też tysiące pracowników backstage’owych: dźwiękowcy, oświetleniowcy, pracownicy techniczni, operatorzy kamer, choreografowie, ekipy scenograficzne, kierowcy, ochrona, menedżerowie czy osoby zajmujące się organizacją koncertów.

 Oni z dnia na dzień stracili wszystko, bo artyści często mają jeszcze tantiemy autorskie i inne możliwości, żeby zaistnieć. Natomiast ta branża z dnia na dzień stanęła w punkcie zerowym. Mało tego, grozi nam przejęcie jej przez bogatsze podmioty zagraniczne, co byłoby tragedią – mówi Piotr Metz. – Znam już przypadki, kiedy trzeba było wyprzedawać sprzęt czy oddać firmę komuś innemu.

Jak podkreśla, artystom bardzo doskwiera brak kontaktu z publicznością, która często motywuje do pracy nad kolejnymi utworami.

– Miałem okazję niedawno świętować jubileusz grupy SBB w katowickim NOSPR-ze, fantastyczny koncert z orkiestrą symfoniczną. Grają 10-minutowwy utwór, który odgrzebali po latach, orkiestra im towarzyszy, potem następuje wielki finał, crescendo i zapada cisza. To jest to, czego w tej chwili w branży najbardziej brakuje i na dłuższą metę branża bez tego moim zdaniem sobie nie poradzi – przekonuje dziennikarz muzyczny.

Z drugiej strony publiczność także jest spragniona powrotu do normalności, tradycyjnych koncertów i spotkań z muzyką na żywo. To stwarza szansę, że po zakończeniu przymusowego przestoju branża muzyczna może przeżyć prawdziwy boom, co pozwoli jej odrobić część strat.

– Jest ogromny głód żywego obcowania z muzyką i to po obydwu stronach – mówi Piotr Metz – Idzie wiosna. Liczymy na to, że za chwilę jakaś jaskółka się pojawi i wszystko powolutku ruszy, bo w tej chwili perspektywy są złe.

Według danych firmy doradczej PwC w 2019 roku łączna wartość sprzedanych w Polsce wejściówek na koncerty, festiwale i wydarzenia muzyczne wyniosła 155 mln dol. Na koniec 2020 roku eksperci prognozowali aż 60-proc. spadek do 50 mln dol. Podobny spadek branża zanotuje na całym świecie. W raporcie „Global Entertainment & Media Outlook 2020–2024” PwC szacuje, że tempo odbudowy będzie uzależnione od poprawy sytuacji epidemiologicznej, ale przychody z tytułu sprzedaży biletów nie osiągną w Polsce wartości z 2019 roku jeszcze przez co najmniej trzy lata. Według październikowych prognoz w tym roku mają one wynieść ok. 93 mln dol.