Szczecin atrakcyjnym kierunkiem dla inwestorów

Liczne atuty sprawiają, że Szczecin jest nie tylko miastem przyjaznym do życia, lecz także atrakcyjnym wyborem pod względem biznesowym. Coraz częściej region ten doceniają inwestorzy poszukujący nowych lokalizacji pod inwestycje magazynowe i biurowe. Colliers International we współpracy z Agencją Rozwoju Metropolii Szczecińskiej opublikowali raport pt. „Kurs na Szczecin”, w którym przeanalizowali stan oraz perspektywy rozwoju rynku nieruchomości biurowych i magazynowych w stolicy województwa zachodniopomorskiego. W publikacji wskazano także, na jaką pomoc ze strony ARMS mogą liczyć potencjalni inwestorzy zainteresowani regionem.

Co przyciąga inwestorów?

Na dużą atrakcyjność Szczecina pod kątem inwestycyjnym wpływ mają przede wszystkim jego lokalizacja oraz rozbudowana i korzystna sieć połączeń komunikacyjnych, zarówno tych o charakterze krajowym, jak i międzynarodowym.

– Szczecin zapewnia wygodny transport drogowy, kolejowy, lotniczy, a także morski, co stanowi unikalną wartość w skali kraju, w szczególności dla firm z branży logistycznej czy e-commerce. Rozwinięta sieć dróg, lotnisko w Goleniowie oddalone zaledwie 33 km od centrum miasta, Port Szczecin, który wraz ze Świnoujściem tworzą jeden z największych kompleksów portowych w tej części Europy, umożliwiają sprawny transport towarów zarówno do innych regionów Polski, jak i za granicę – mówi Maciej Chmielewski, senior partner, dyrektor Działu Powierzchni Logistycznych i Przemysłowych w Colliers International.

Istotnym atutem Szczecina w oczach inwestorów jest również położenie miasta na obszarze dwóch Specjalnych Stref Ekonomicznych: Podstrefy Szczecin Specjalnej Strefy Ekonomicznej Euro-Park Mielec oraz Kostrzyńsko-Słubickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej, funkcjonujących w ramach Polskiej Strefy Inwestycji. Pierwsza z nich oferuje już przygotowane pod zabudowę przemysłową tereny inwestycyjne oraz specjalne ulgi i dofinansowania szkoleń pracowników dla przedsiębiorców chętnych do rozpoczęcia działalności w tym regionie.

Pomoc w rozwoju biznesu w największym mieście Pomorza Zachodniego firmy mogą uzyskać również od Szczecińskiego Funduszu Pożyczkowego oraz Agencji Rozwoju Metropolii Szczecińskiej (ARMS).

– Rolą Agencji Rozwoju Metropolii Szczecińskiej jest wspieranie inwestorów i tworzenie sprzyjającego im środowiska biznesowego – mówi Marek Kubik, prezes ARMS. – W tym celu uruchomiliśmy szeroki wachlarz usług, takich jak pomoc w poszukiwaniu odpowiednich nieruchomości, przyszłych pracowników czy udzielanie poręczeń. Nasze wsparcie umożliwia firmom szybkie zaaklimatyzowanie się na lokalnym rynku i rozwiązuje wiele problemów.

Szczeciński rynek biurowy w rozkwicie

Rynek nowoczesnych nieruchomości biurowych w Szczecinie jest na relatywnie wczesnym etapie rozwoju, a podaż charakteryzuje się zauważalną cyklicznością, która sprawia, że nowe przestrzenie zyskują odpowiedni czas na absorbcję. Na koniec III kw. 2020 r. do dyspozycji najemców pozostawało tu 185 tys. mkw. powierzchni biurowej w ramach 38 istniejących inwestycji, z czego 7 oddano do użytku w ostatnich trzech latach. Rekordową podażą odznaczył się rok 2019 – zakończono wówczas budowę 5 projektów, dzięki czemu na lokalny rynek biurowy trafiło 21,3 tys. mkw. Do największych szczecińskich biurowców o powierzchni przekraczającej 10 tys. mkw. zaliczają się Posejdon (18 070 mkw.), PAZIM (14 700 mkw.), Oxygen (13 130 mkw.), Lastadia Office (11 530 mkw.) oraz Baltic Business Park C (10 850 mkw.).

– Za większość projektów na szczecińskim rynku biurowym odpowiadają deweloperzy lokalni, tj. Alsecco, Koncepta, Realkapital i SGI Baltis. Na realizację pojedynczych inwestycji decydują się również ogólnokrajowi gracze, tacy jak Echo Investment czy White Stone Development. Zdecydowana większość powierzchni biurowej, bo aż 80%, zlokalizowana jest w centrum miasta. Na znaczeniu zyskuje jednak również południowo-zachodnia część Szczecina – Gumieńce, gdzie w ostatnich latach oddano do użytku duże projekty biurowe, takie jak Cukrowa Office oraz Szczecin Business Plaza – mówi Dominika Jędrak, dyrektor Działu Doradztwa i Badań Rynku w Colliers International.

Szczecin stanowi jeden z głównych ośrodków nowoczesnych usług dla biznesu w Polsce. Wg szacunków ABSL tylko w ostatnich 3 latach wzrost zatrudnienia w tym sektorze wyniósł tu 47%, a sama branża odpowiada za 22% wynajętej powierzchni biurowej. Zdecydowanym liderem wśród najemców jest jednak sektor IT i Telekomunikacji, którego udział w wolumenie w 2019 r. wyniósł 46%. Na decyzję o lokalizacji swoich centrów outsourcingowych (BPO/SSC) oraz siedzib w Szczecinie zdecydowały się m.in. Asseco Data Systems, Mobica czy TietoEVRY.

– W ubiegłych latach zauważyliśmy rosnący popyt na powierzchnie biurowe, co miało odzwierciedlenie w rosnącej podaży projektów. Przewidujemy, że trend ten zostanie podtrzymany, a miasto będzie jeszcze zyskiwać na znaczeniu wśród inwestorów z sektora BPO/SSC, którzy doceniają relatywnie małe wahania czynszu oraz dostęp do wykwalifikowanej kadry pracowniczej – mówi Sebastian Bedekier, partner i dyrektor regionalny w Colliers International.

Duży potencjał magazynów

Rynek nowoczesnych powierzchni magazynowych w Szczecinie uznaje się za stosunkowo młody, z obiecującymi perspektywami rozwoju. Deweloperzy już zauważyli potencjał regionu i inwestują tu w duże i mniejsze parki magazynowe, samodzielne obiekty typu BTS, a także małe magazyny miejskie.

– Obserwujemy wzrost zainteresowania zwłaszcza tym ostatnim typem powierzchni, w szczególności w kontekście last mile delivery i mniejszych firm z branży e-commerce – mówi Dominika Jędrak.

Na koniec III kwartału 2020 r. całkowita podaż nowoczesnej powierzchni magazynowej w Szczecinie osiągnęła poziom 762 tys. mkw., plasując region na 7. miejscu spośród 11 głównych rynków magazynowych w Polsce. W ciągu trzech pierwszych kwartałów 2020 roku na rynek dostarczono 34,8 tys. mkw. dzięki ukończeniu kolejnych etapów projektu Panattoni Park Szczecin I (Załom). Zgodnie ze stanem na koniec września, w trakcie realizacji znajdowały się projekty 7R Logistics (BTS o powierzchni 30,1 tys. mkw.) oraz debiutującej na szczecińskim rynku firmy Hillwood (4,9 tys. mkw), a także kolejne etapy Panattoni Park Szczecin Goleniów (9,9 tys. mkw.) i Exeter Park Szczecin II (19,6 tys. mkw.). 65% powstającej powierzchni zostało zabezpieczone umowami najmu. W planach na 2021 r. pozostają inwestycje takie, jak: 7R Park Szczecin (60,2 tys. mkw.), dalsze etapy Panattoni Park Szczecin Goleniów (39,9 tys. mkw.) czy Panattoni Park Szczecin I (42,1 tys. mkw.).

Wysoka podaż powierzchni magazynowej idzie w parze z dużym popytem wśród najemców.

– Szczecin wyróżnia się niskim w skali kraju współczynnikiem pustostanów (0,7%). Wśród największych firm, które ulokowały tu swoją działalność znajdują się Amazon ze swoim centrum e-commerce oraz Zalando z centrum dystrybucyjnym. Na najem powierzchni w szczecińskich parkach magazynowych zdecydowały się także m.in. DHL, Rhenus, Momox, Mycs, IKEA, Carlsberg, InPost, AUTODOC Logistics, IQ Metal czy grupa KION. Największy udział w strukturze najmu mają branże 3PL, lekka produkcja oraz e-commerce, które w 2018 r. odpowiadały kolejno za 16%, 13% i 12% wynajętej powierzchni magazynowej – podaje Maciej Chmielewski.

Biorąc pod uwagę aktualne plany deweloperów, można przewidywać, że całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni magazynowej w Szczecinie pod koniec 2022 r. osiągną poziom 1,09 mln mkw., jednak niepewna sytuacja na rynku związana z pandemią może spowodować, że realizacja niektórych projektów opóźni się. Nie wpłynie to jednak na wzrost zainteresowania Szczecinem zarówno wśród deweloperów, jak i najemców.

Europejski Zielony Ład – działania UE na rzecz ochrony klimatu na tle innych krajów

Przedstawiciele Komisji Europejskiej oraz politycy państw członkowskich UE lubią mówić o unijnej polityce klimatycznej jako o niekwestionowanym drogowskazie dla świata w dążeniu do powstrzymania zmian klimatu, tj. osiągnięcia celów Ramowej Konwencji Narodów Zjednoczonych ds. Zmian Klimatu (UNFCCC, 1992) i Porozumienia paryskiego (Paris Agreement, 2015). Jednak czy faktycznie można uznać Unię Europejską za światowego lidera w działaniach na rzecz klimatu? Na to pytanie stara się odpowiedzieć dr Marzena Chodor, ekspertka Krajowego Ośrodka Bilansowania i Zarządzania Emisjami Instytutu Ochrony Środowiska – Państwowego Instytutu Badawczego.

Zaplanowany z rozmachem Europejski Zielony Ład (ang. European Green Deal), który został zapowiedziany we wrześniu 2019 r. tuż po wyborze nowej szefowej Komisji Europejskiej, Ursuli von der Leyen i ogłoszony w grudniu 2019 r., zakłada zwiększenie ambicji działań UE na rzecz ochrony klimatu poprzez przyjęcie rozwiązań legislacyjnych i wdrażających je środków, w tym wielkich nakładów finansowych. Dzięki nim Europa do 2050 r. ma stać się kontynentem neutralnym dla klimatu. Neutralność klimatyczna nie jest jednak wyłącznym celem Europejskiego Zielonego Ładu. Celem politycznym jest utrzymanie i wzmocnienie przez UE jej globalnego przywództwa w walce o powstrzymanie zmian klimatu[1].

Właściwie od początku międzynarodowych negocjacji, których celem jest wspólne, globalne przeciwdziałanie zagrożeniom związanym z antropogenicznymi zmianami klimatu, państwa członkowskie i reprezentujące je instytucje energicznie podkreślały na forum międzynarodowym, konieczność podjęcia wspólnych działań na rzecz ograniczenia globalnego ocieplenia i zminimalizowania skutków zmian klimatu. UE intensywnie prowadzi tak zwaną dyplomację klimatyczną (ang. climate diplomacy) wobec państw trzecich, a przewodnictwo w międzynarodowych działaniach na rzecz ochrony klimatu i aspiracje do bycia liderem w tej dziedzinie jest jednym z filarów wspólnej polityki zagranicznej UE. Zgodnie z tym paradygmatem, UE była głównym promotorem ambicji, która doprowadziła do przyjęcia przez strony UNFCCC pierwszej międzynarodowej umowy, w której część państw rozwiniętych zobowiązała się do realizacji określonych celów redukcji emisji gazów cieplarnianych QERLO (ang. Quantified Emission Limitation and Reduction Objectives) w pierwszym okresie rozliczeniowym (w latach 2008-2012), czyli Protokołu z Kioto (PzK[2]), a następnie, dzięki wysiłkom swojej dyplomacji doprowadziła do wejścia w życie protokołu w lutym 2005 r.[3] Jaki jest więc rzeczywisty wpływ działań podejmowanych przez UE w obszarze polityki klimatycznej na działania podejmowane przez inne państwa oraz inne podmioty? Jednym z przywoływanych osiągnięć unijnych jest system handlu uprawnieniami do emisji CO2 (EU ETS), funkcjonujący od 2005 r., który obejmuje emisje z ponad 11 tys. instalacji w krajach członkowskich UE oraz Norwegii, Islandii i Liechtensteinie. EU ETS jest największym rynkiem CO2 na świecie i obejmuje ok. 45% unijnych emisji CO2, pochodzących z produkcji energii, stali, aluminium, cementu, szkła, papieru, ceramiki, oraz sektora chemicznego i rafinerii, a od 2012 r. także emisji z transportu lotniczego wewnątrz UE.

UE eksportuje swój know-how w zakresie funkcjonowania systemu handlu uprawnieniami do emisji do krajów rozwijających się, w tym do Chin, a także do państw tzw. bliskiego sąsiedztwa, zwłaszcza państw stowarzyszonych, które zobowiązały się do wdrożenia elementów EU ETS. Deklarowanym celem UE jest przekonanie innych państw za pośrednictwem dyplomacji klimatycznej, umów bilateralnych, w tym umów stowarzyszeniowych i poprzez przekazywane wsparcie w postaci budowania potencjału, do objęcia emisji CO2 z produkcji energii i przemysłu podobnymi do unijnego systemami handlu uprawnieniami do emisji, które następnie połączyłyby się, ostatecznie prowadząc do powstania globalnego rynku uprawnień do emisji CO2[4]. Pierwszy sukces UE w tym obszarze został osiągnięty 1 stycznia 2020 r., kiedy to weszła w życie umowa o połączeniu systemu handlu uprawnieniami Szwajcarii z EU ETS[5]. Jednakże w związku z tzw. brexitem 1000 brytyjskich instalacji i 140 operatorów statków powietrznych administrowanych przez Brytyjczyków pozostało w unijnym ETS jedynie do 1 stycznia 2021 r., co przyćmiewa nieco stosunkowo skromny sukces pierwszego połączenia dwóch ETS.

Działania UE na rzecz ochrony klimatu na tle innych krajów

Program Środowiskowy  ONZ wskazuje, że państwa członkowskie UE są w mniejszości państw należących do grupy G-20, które w 2020 r. dotrzymają dobrowolnych zobowiązań przyjętych dziesięć lat temu podczas Konferencji COP 16 w Cancun. Dlatego też, choć jako grupa państwa G-20 osiągną zadeklarowane tam cele redukcyjne z nadwyżką ok. 1 Gt CO2e rocznie, to będzie to zasługa przede wszystkim UE. Nie tylko państwa takie jak Turcja, Argentyna i Arabia Saudyjska nie podjęły w Cancun żadnych zobowiązań, ale zobowiązania kilku innych państw, w tym Australii były niewystarczające. Jak przewiduje UNEP, szereg państw należących do grupy G-20, które zadeklarowały w Cancun redukcje emisji do 2020 r., w tym Kanada, Meksyk, Korea Południowa, Indonezja, USA i RPA nie wywiążą się ze zgłoszonych przez siebie celów. W opinii UNEP, UE jest zatem w mniejszości pod względem działań na rzecz ochrony klimatu, aczkolwiek nawet działania UE nie są wystarczające.

Porozumienie paryskie nie zobowiązuje państw do jednakowych wysiłków w dążeniu do osiągnięcia celów porozumienia. Krajowe wkłady państw (NDCs) mają odzwierciedlać ich możliwości i kwestie tego, co jest godziwe (ang. equity), uwzględniając ich uwarunkowania (ang. national circumstances). Państwa same też decydują o ambicji podejmowanych przez siebie działań. Aktualna skumulowana globalna ambicja stron Porozumienia paryskiego jest niewystarczająca.

Co z Chinami i ich neutralnością pod względem emisji CO2?

Ogromny entuzjazm wzbudziła, upubliczniona pod koniec września 2020 r. zapowiedź Chin, że planują one osiągnięcie zeroemisyjności w 2060 r. Chińskie emisje gazów cieplarnianych miałyby osiągnąć szczytowy pułap w 2030 r., by spaść do zera w ciągu kolejnych 30 lat. Warto przy okazji przypomnieć, że osiągnięcie statusu największego światowego emitenta zajęło Chinom również około 30 lat. Dotrzymanie tej obietnicy oznaczałoby możliwość ograniczenia wzrostu globalnej średniej temperatury do końca stulecia do kolejne 0,3 do 0,2 stopnia Celsjusza. Nie mniej, przez najbliższych 10 lat emisje Chin miałyby nadal rosnąć, walnie przyczyniając się do pogłębienia kryzysu klimatycznego. Nawet przy założeniu, że istotnie od 2031 roku chińskie emisje będą spadać, by osiągnąć wspólnie temperaturowy cel Porozumienia paryskiego, jego strony będą musiały wypełnić lukę redukcyjną równoważną powstrzymaniu wzrostu temperatury globalnej o brakujące 1,5 stopnia. Spadek emisji CO2 związany z ograniczeniem antropogenicznych emisji gazów cieplarnianych w okresie pandemii COVID-19 jest z natury spadkiem przejściowym. Mimo iż wiele państw zapowiada działania zmierzające do ograniczenia emisji gazów cieplarnianych po zakończeniu pandemii, starania te, wobec stałego wzrostu zapotrzebowania na energię i dążenia rządów poszczególnych państw do wzrostu PKB w oparciu o dotychczasową strukturę przemysłu i gospodarki wydają się z góry skazane na niepowodzenie. Radykalne zmiany wymagają czasu, a tego, jeśli wierzyć prognozom IPCC, nie ma. Zatrzymanie wzrostu średniej globalnej temperatury na poziomie 1,5 stopnia Celsjusza wymaga zmniejszenia o połowę poziomu obecnych globalnych emisji jeszcze przed 2030 r., czyli w ciągu najbliższych 10 lat. Natomiast do 2050 r. globalne emisje CO2 netto muszą spaść do zera[6]. A zatem, mimo obecnej kampanii ONZ promującej wzrost ambicji działań klimatycznych pod hasłem „Race to Zero” (wyścig do zera) cel 1,5 stopnia jest praktycznie nieosiągalny.

Czy uda się zrealizować postanowienia Porozumienia paryskiego?

Dotychczasowe działania i wcześniejsze deklaracje państw-stron Porozumienia paryskiego nie napawają optymizmem. Do końca 2019 r. 37 państw będących stronami porozumienia i wspólnie odpowiadających za 12% obecnych globalnych emisji gazów cieplarnianych zadeklarowało zamiar zaktualizowania swoich NDCs do 2020 r. W grupie tych państw znalazła się UE[7]. Dalsze 108 państw, odpowiedzialnych za 15,1% emisji globalnych zapowiedziało zamiar zwiększenia ambicji lub ambicji poszczególnych działań w swoich NDC w 2020 r. Pozostałych 39 państw – sygnatariuszy Porozumienia paryskiego, które złożyły w 2015 r. (I)NDC[8] przed wejściem porozumienia w życie, (i wśród których znajduje się kilku bardzo dużych emitentów) nie zadeklarowało formalnie zamiaru aktualizacji bądź zwiększenia ambicji NDCs w 2020 roku, przed rozpoczęciem wdrażania porozumienia 1 stycznia 2021 r. Nie oznacza to, że państwa te nie złożą nowych, zaktualizowanych lub ambitniejszych wersji swoich NDCs. Wyjątkiem są Stany Zjednoczone, które za rządów prezydenta Trumpa wycofały się z porozumienia oraz te państwa, które zadeklarowały, że ambicji nie zwiększą: Australia, Japonia, Nowa Zelandia, Singapur, Indonezja, Rosja i Turcja. Do końca września 2020 r. Sekretariat UNFCCC otrzymał zgłoszenia odnoszące się do aktualizacji zaledwie 13 NDCs[9]. Kilka kolejnych państw, w tym Laos, Gruzja i Mongolia, zapowiedziały formalnie złożenie nowych, bardziej ambitnych NDCs. Pozostałe państwa nie złożyły jeszcze nowych deklaracji w sprawie aktualizacji NDCs, ani też nowych wersji swoich zobowiązań.[10] UNDP, które wspiera w ramach swojego programu Climate Promise (dosł. Obietnica klimatyczna) 114 państw rozwijających się zakłada, że większość zgłoszeń zawierających zaktualizowane NDCs zostanie przekazana do Sekretariatu UNFCCC w 2021 roku. W każdym razie przed planowanym obecnie pod koniec przyszłego roku COP.26 w Glasgow. Osiągnięcie poziomu zerowych emisji netto gazów cieplarnianych[11] w 2050 r. stało się celem, do którego osiągnięcia zobowiązało się szereg państw, zarówno rozwiniętych jak i niektórych rozwijających się takich, jak  Wielka Brytania, Japonia  oraz Chile, Meksyk czy ostatnio Korea Południowa. W grudniu 2019 r. Rada Europejska przyjęła cel zerowych emisji netto dla całej UE, z wyjątkiem Polski, która otrzyma więcej czasu na jego osiągnięcie. Cel ten jest zgodny z założeniami Europejskiego Zielonego Ładu, który przewiduje, że w 2050 r. emisje całej UE spadną do poziomu zero netto. Po 2050 r. pochłanianie w UE powinno nadal przeważać nad emisjami gazów cieplarnianych, co jest uzasadnione przez zjawisko pozostawania gazów cieplarnianych w atmosferze i utrzymywanie się skumulowanych efektów emisji przez wiele lat.

We wrześniu 2020 r., w orędziu o stanie UE wygłoszonym w Parlamencie Europejskim, Ursula von der Leyen zaproponowała ograniczenie emisji o co najmniej 55% do 2030 r. Propozycję tę przebił Parlament Europejski, głosując 6 października 2020 r. za redukcją emisji do 2030 roku o 60% w odniesieniu do poziomu z 1990 roku. W rezultacie długich negocjacji  w dniu 11 grudnia 2020 r. na forum Rady Europejskiej r. przyjęto cel zakładający ograniczenie w UE emisji netto gazów cieplarnianych do roku 2030, o co najmniej 55% w porównaniu z poziomem z roku 1990. Czy jednak przykład Unii Europejskiej wystarczy, by pozostałe strony porozumienia stanęły na wysokości zadania?

Jedno oko na USA, drugie na… Chiny

Wiemy już, że kilka państw, w tym duże państwa rozwinięte lub państwa mające stosunkowo duży udział w globalnych emisjach: Japonia, Rosja i Australia nie zwiększą ambicji swoich pierwszych NDCs lub, w jednym przypadku (USA) być może nawet wycofają się z porozumienia, choć pozostaną stroną konwencji, o czym przekonamy się po 20 stycznia 2021 r. po zaprzysiężeniu nowego prezydenta USA. W związku z narastającą rywalizacją USA-Chiny, zadeklarowanie przez największego emitenta na świecie zamiaru osiągnięcia zeroemisyjności w 2060 roku byłoby bodźcem do zgłoszenia ambitnego wkładu do porozumienia. Ścieżka dojścia Chin do tego celu nie jest jednak powodem do wielkiego optymizmu. Wprawdzie w Chinach rośnie poziom wykorzystania energii odnawialnej i zainstalowana moc OZE, ale jednocześnie niestety rośnie stale zużycie paliw kopalnych.

Obecnie udział Chin w globalnych antropogenicznych emisjach gazów cieplarnianych jest oceniany na ok. 27% (bez uwzględnienia sektora LULUCF) i kontynuacja tego trendu do 2030 roku znacznie zwiększy skumulowaną lukę w ambicjach stron porozumienia a poziomem redukcji, jaki powinien zostać osiągnięty wspólnie przez wszystkie strony porozumienia. Pierwszy krajowy wkład Chin do Porozumienia paryskiego oceniany jest jako zupełnie niewystarczający przez Climate Action Tracker[12]. Poza tym, odwrotnie niż UE, Chiny inwestują w rozwój energetyki opartej na węglu zagranicą, generując w ten sposób dodatkowy wzrost poziomu globalnych emisji. (w sumie 102 GW zainstalowanej mocy)[13]. Jeśli uwzględnimy motywowane doraźnym interesem gospodarczym niskie zaangażowanie w realizację celów Porozumienia paryskiego kilku innych bogatych państw, trudno oczekiwać mobilizacji pozostałych emitentów, nie wspominając o mniejszym znaczeniu ich wysiłków redukcyjnych, skoro emisje największych emitentów będą nadal rosły. Dlatego też proponowany przez UE mechanizm granicznego opodatkowania importu emisji CO2 ma sens, i to podwójny.

Zwolennicy przywództwa UE w światowym wyścigu do zeroemisyjności otrzymali 26 października 2020 r. prezent od nowego rządu Japonii, który zapowiedział osiągnięcie przez jego kraj zeroemisyjności w 2050 roku, wskazując na przykład UE. Tuż po Japonii osiągnięcie tego celu w 2050 roku obiecała światu Korea Południowa. Czy będzie więcej takich deklaracji i czy nie na deklaracjach się skończy? Wiele zależy od efektywności procesu cyklicznej aktualizacji NDCs w połączeniu z okresowym globalnym podsumowaniem działań stron. Jedno jest pewne, działania wyłącznie ze strony krajów członkowskich UE w skali globalnej będą niewystarczające.

[1] Tezy takie postawiła przewodnicząca Komisji Ursula von der Leyen między innymi w swoim wystąpieniu w Madrycie podczas COP.25 w dniu 2 grudnia 2019 r., https://ec.europa.eu/commission/presscorner/detail/en/SPEECH_19_6651

[2] Protokół z Kioto (1997) był pierwszym międzynarodowym układem, w ramach którego część państw rozwiniętych, będących stronami UNFCCC przyjęła zobowiązania redukcyjne, realizowane w latach 2008-2012 (I okres rozliczeniowy) oraz 2013-2020 (II okres rozliczeniowy). Państwa, które przyjęły zobowiązania redukcyjne wymienione są w Załączniku B do protokołu. Aby ułatwić stronom, które przyjęły zobowiązania ich realizację, oraz wesprzeć wdrażanie projektów redukcji emisji w krajach rozwijających się, uzgodniono powstanie Mechanizmu czystego rozwoju (Clean Development Mechanism, CDM), którego odpowiednikiem dla państw rozwiniętych, przede wszystkim dla tzw. gospodarek w trakcie przemian (Economies in Transition) był Mechanizm Wspólnych Wdrożeń (Joint Implementation, JI). Więcej informacji: https://unfccc.int/process/the-kyoto-protocol/mechanisms

[3] J. Vogler, EU Policy on Global Climate Change: The Negotiation of Burden-Sharing, „Making EU Foreign Policy. National Preferences, European Norms and COmmon Policie”, red. D. C. Thomas, Palgrave Macmillan 2011 r. ss. 150-173.

[4] Linking Emissions Trading Schemes. ICAP, 2015 r.

[5] Rozmowy o połączeniu się unijnego ETS z systemem handlu emisjami funkcjonującym w Szwajcarii rozpoczęły się w 2009 r.

[6] Zalecenie IPCC SR 1.5.

[7] UE złożyła aktualizację swojego NDCs w dniu 18.12.2020 r. https://www4.unfccc.int/sites/ndcstaging/Pages/Party.aspx?party=EUU&prototype=1

[8] Intended Nationally Determined Contributions (INDCs) były propozycjami wkładów Stron do Porozumienia paryskiego, które zostały zgłoszone przed wejściem PP w życie (4.11.2016 r.) po wejściu porozumienia w życie, INDCs stały się wkładami do porozumienia, NDCs (Nationally Determined Contributions).

[9] https://climateactiontracker.org/climate-target-update-tracker/

[10] Rejestr NDC znajduje się na stronie: https://www4.unfccc.int/sites/ndcstaging/Pages/LatestSubmissions.aspx

[11] Emisje antropogenicznych gazów cieplarnianych osiągną poziom zero netto dopiero wówczas, gdy wszystkie niemożliwe do uniknięcia pozostałości antropogenicznych emisji zostaną zbilansowane poprzez pochłanianie (przez lasy i szatę roślinną) lub przemysłowy proces przechwytywania i składowania CO2, czyli CCS (Carbon Capture and Storage).

[12] Climate Action Tracker jest przedsięwzięciem Climate Analitics i New Climate Institute, przy współpracy Potsdam Institute for Climate Impact Research: https://climateactiontracker.org/countries/china/

[13] W rozwój energetyki opartej na węglu zagranicą inwestują też Japonia, Korea Południowa i Australia, która swój węgiel eksportuje głównie, choć nie wyłącznie, do Chin. Por. https://climateactiontracker.org/countries/china/

Odcinkowy pomiar prędkości już niebawem zacznie funkcjonować na budowanej autostradzie A1

Urządzenia pomiarowe będą pracowały na wszystkich odcinkach budowanej autostrady A1, gdzie ruch po nowej betonowej jezdni odbywa się w układzie 2+2, czyli po dwa pasy w obu kierunkach. Na obu odcinkach będzie obowiązywało ograniczenie prędkości do 70 km/h.

Oznacza to, że wyznaczone zostały dwa odcinki pomiarowe. Pierwszy od Tuszyna do Piotrkowa Trybunalskiego o długości blisko 16 km. Na tym odcinku pomiar prędkości zostanie uruchomiony w najbliższą środę (20 stycznia). Drugi odcinek od Kamieńska aż do początku obwodnicy Częstochowy ma niemal 41 km długości. W tym przypadku pomiar rozpocznie pracę dwa dni później, czyli w najbliższy piątek (22 stycznia). Oznacza to, że łącznie pomiarem zostanie objętych blisko 57 km budowanej autostrady A1.

To bezprecedensowe rozwiązanie, które nigdy wcześniej nie było stosowane na budowie drogi. Ze względów bezpieczeństwa wprowadza je Inspekcja Transportu Drogowego na wniosek GDDKiA i wykonawców. Powodem były nagminne i bardzo znaczące przekroczenia przez kierowców obowiązującej prędkości jazdy. W niektórych przypadkach przekraczano ją nawet trzykrotnie!

Wprowadzone rozwiązanie uspokoi i upłynni jazdę, ale przede wszystkim poprawi bezpieczeństwo zarówno uczestników ruchu, jak i pracowników budowy. Z obserwacji wynika, że wielu kierowców zapomina, że porusza się po placu budowy, na którym warunkowo dopuszczony jest ruch samochodów z ograniczeniem prędkości. Cała budowa autostrady A1 między Tuszynem w woj. łódzkim a Częstochową w woj. śląskim jest realizowana „pod ruchem”. Oznacza to, że na jednej jezdni trwają prace, a na drugiej odbywa się ruch samochodowy.

Wprowadzane rozwiązanie będzie obowiązywało do chwili oddania do użytkowania gotowych, w pełni funkcjonalnych fragmentów autostrady A1 o dwóch jezdniach po trzy pasy ruchu każda, co nastąpi jesienią tego roku.
Ograniczenia prędkości obowiązują również na 25-kilometrowym odcinku między Piotrkowem Trybunalskim i Kamieńskiem, gdzie z końcem ubiegłego roku przeniesiono ruch na początkowe cztery kilometry nowej betonowej jezdni. Kierowcy na tym fragmencie mają po jednym pasie ruchu, a na pozostałej części jeden pas w kierunku Piotrkowa Trybunalskiego i dwa pasy w kierunku Katowic (w obrębie niektórych obiektów jest po jednym pasie ruchu).

Jeszcze w tym roku gotowe będą trzy z pięciu budowanych odcinków autostrady A1: Tuszyn – Piotrków Trybunalski, Kamieńsk – Radomsko i Radomsko – granica woj. łódzkiego i śląskiego o łącznej długości niemal 40 km. Cały realizowany fragment autostrady A1 od Tuszyna w woj. łódzkim do Częstochowy w woj. śląskim będzie gotowy w przyszłym roku. Wtedy na odcinku blisko 81 km kierowcy będą mieli do dyspozycji dwie szerokie betonowe jezdnie po trzy pasy w obu kierunkach.

Dobra passa dolara trwa

Amerykańska waluta odbija sobie straty wywołane niepewnością polityczną. Dzieje się to nawet pomimo obiektywnie słabszych danych makroekonomicznych, które raczej powinny USD przeszkadzać niż pomagać.

Dolar umacnia się mimo danych

Inwestorzy wyczekiwali od dawna sygnału do realizacji zysków na dolarze. Dane makroekonomiczne jednak cały czas wskazywały na słabszą sytuację. W rezultacie obecne dane (które są wciąż słabe, ale nie tak słabe jak jeszcze miesiąc temu) powodują, że dzięki korzystnym sygnałom z polityki dolar może odzyskać część wartości. Było to doskonale widać w piątek, kiedy gorzej od oczekiwań wypadła zarówno sprzedaż detaliczna, indeks NY Empire State oraz raport Uniwersytetu Michigan. Lepiej wypadła za to produkcja przemysłowa i co często się z tym łączy wykorzystanie mocy produkcyjnych. W rezultacie umacniania się dolara jest on najdroższy względem złotego od końca listopada.

Dane z Chin

Dane makroekonomiczne z Państwa Środka wracają do normy. Norma w ostatnich latach to wartości z przedziału 6% do 7%, optymalnie 6,5%. Właśnie tyle zaprezentował nam tamtejszy urząd statystyczny. Partia zaplanowała, a regiony zrealizowały. Po raz kolejny się udało. Nie zmienia to faktu, że kontrola innych wskaźników nie jest już taka prosta i produkcja przemysłowa rośnie ponownie szybciej od sprzedaży detalicznej. Dodatkowo produkcja przewyższa oczekiwania, a sprzedaż jest poniżej. Pokazuje to, że przedkryzysowy plan Chin przeniesienia ciężaru gospodarki z eksportu na konsumpcję krajową się oddala.

Dane z Japonii

W nocy oprócz danych z Chin opublikowano również produkcję przemysłową z Japonii. Spada ona o 3,9% w skali roku, co jest wynikiem słabszym od oczekiwań o 0,5%. Pomimo słabszego odczytu jen utrzymuje wartość, a nawet się delikatnie umacnia względem głównych walut.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Czy praca zdalna stanie się naszą codziennością? Wyniki badania EY Polska

Badanie EY Polska: Spośród firm, które stosują rozwiązania pracy zdalnej, żadna nie chce przejść w pełni na ten model po zakończeniu pandemii.

Jak wynika z badania przeprowadzonego przez EY Polska wśród firm, które przynajmniej częściowo stosują obecnie rozwiązania pracy zdalnej, przejścia w pełnym wymiarze na ten model pracy nie planuje żadna spośród nich. Prawie połowa badanych (49%) jeszcze nie wie jaki wymiar pracy zdalnej będzie stosować, 15% planuje utrzymanie pracy zdalnej przez 2 dni w tygodniu. Pracy zdalnej w żadnym wymiarze czasowym nie zamierza z kolei kontynuować 7% badanych firm.

Wszystko to ma to silny wpływ na decyzje biznesowe, m.in. na stan zatrudnienia, wielkość powierzchni biurowej, efektywności pracowników, wydatki na BHP i dostosowanie do wymogów prawnych.

Wątpliwości co do kontynuowania pracy zdalnej, mogą się wiązać też z problemami rzetelnej oceny jej efektywności. Zdecydowana większość respondentów (63%), oceniła efektywność pracy zdalnej jako bardzo różną w zależności od działu bądź indywidualnych predyspozycji pracownika. Co ciekawe, tylko około 20 % badanych firm opiera powyższe oceny o rzeczywiste mierniki efektywności, monitorując KPI i porównując je do wyników sprzed pandemii. Większość firm opiera swoje oceny na opinii pozyskanej od managerów (40 %) lub pracowników. Natomiast aż 35 proc. firm nie monitoruje aktualnie efektywności pracowników w żaden sposób.

– Choć w ostatnich miesiącach praca poza biurem stała się codziennością dla wielu firm, to jest ona wciąż wyzwaniem nie tylko organizacyjnym i prawnym (czekamy na uregulowanie jej odpowiednimi przepisami), ale także biznesowym. Firmy mają problem z mierzeniem jej efektywności– nie robi tego co trzecia firma, a te, które się tego podejmują najczęściej opierają się na opiniach kierowników, rzadziej na konkretnych miernikach. A to właśnie metodyczne podejście powinno być podstawą przy opracowywaniu nowych modeli organizacji pracy w okresie po pandemii. Dostępne są już metody modelowania pracy hybrydowej, nastawione przede wszystkim na dostarczanie klientom pożądanych efektów, niezależnie od sposobu świadczenia usług. Takie podejście pozwala oszczędzić nie tylko czas i pieniądze, ale ustrzec się przed głównymi ryzykami: prawnymi, BHP, HR-owymi – mówi dr Karol Raźniewski, Associate Partner, People Advisory Services EY Polska.

Zatrudnienie

Z badania EY Polska wynika, że trzy czwarte firm (75%) od wybuchu pandemii utrzymuje zatrudnienie na zbliżonym poziomie. Prawie jedna piąta badanych (19%) zmniejszyła liczbę zatrudnionych, a tylko nieliczna grupa 6% – zwiększyła. Patrząc w przyszłość, w ciągu najbliższych 6 miesięcy 9% firm planuje zmniejszenie zatrudnienia, a 30% – jego zwiększenie.

– Trzeba pamiętać, że choć wiele branż bardzo ucierpiało w czasie pandemii i przedsiębiorcy byli zmuszeni do redukcji zatrudnienia czy obniżania płac, to część branż stanęła przed nowymi wyzwaniami, które postanowiła podjąć. Starano się więc utrzymać zaangażowanie i motywację pracowników, by móc dzięki temu stawiać czoła bardziej wymagającym warunkom rynkowym czy podejmować się procesów transformacyjnych. Trzeba też pamiętać, że część branż obserwowała wzmożone zainteresowanie swoimi produktami czy usługami i musiała być gotowa, by na nie odpowiadać. Niemniej z naszego badania jasno wynika, że przeważająca większość firm jeszcze nie wie, jak będzie kształtowało się zatrudnienie w ich firmach w najbliższym półroczu. Tu wciąż tendencje będą z pewnością zależne od branży i rozwoju sytuacji epidemicznej – dodaje dr Karol Raźniewski.

Wynagrodzenia i świadczenia pozapłacowe

W 63% badanych przez EY Polska firm, od wybuchu pandemii wynagrodzenia pozostały na tym samym poziomie, a ponad jedna piąta firm (22%) przyznała lub planuje przyznać podwyżki. Wynagrodzenia zostały obniżone, bądź będą zmniejszone w 15% spośród ankietowanych firm.

Zarówno podwyżki, jak i obniżki wynagrodzeń są najczęściej kilkuprocentowe (nie przekraczają 10%). Obniżki najczęściej dotykają wszystkich pracowników, a nie tylko poszczególnych działów (takie podejście deklaruje 64% firm, które zastosowały obniżki wynagrodzeń), a zdecydowana większość badanych (88%) twierdzi, że są one jedynie czasowe.

O badaniu

Badanie „Organizacja pracy w czasie pandemii. Wyzwania dla HR w 2021. Praca hybrydowa – mierzenie efektywności – nowa polityka wynagrodzeń i świadczeń pozapłacowych” zostało zrealizowane na zlecenie EY Polska przy okazji budowy polskiej wersji Remote Work Index – narzędzia do modelowania pracy hybrydowej. Było przeprowadzone metodą CATI i CAWI w listopadzie 2020 r. Wzięło w nim udział 246 firm, zróżnicowanych pod względem działalności i wielkości, które stosują aktualnie pracę zdalną. Ponad połowa respondentów (54%) ma swoje główne siedziby w Warszawie, 31% w innych miastach powyżej 200 tys. lub aglomeracjach. 87% to duże firmy, zatrudniające powyżej 200 pracowników. Respondentami były osoby na stanowiskach dyrektora lub managera HR w danej organizacji.

Trendy płacowe 2021 – wyniki badania Hays Poland

Pracodawcy i pracownicy liczą, że zagrożenia związane z pandemią zostaną wyeliminowane w perspektywie najbliższych dwunastu miesięcy, co przełoży się na zniesienie obostrzeń i wzrost aktywności firm na rynku. Mimo że sytuacja, w jakiej znajdują się organizacje, jest silnie uzależniona od branży działalności, to 84% pracodawców w planach na rok 2021 uwzględniło rekrutacje. Jak wynika z Raportu płacowego 2021 opracowanego przez Hays Poland, o podwyżkę wynagrodzenia będzie trudniej, lecz firmy wciąż będą musiały odpowiadać na presję płacową wywieraną przez najlepszych specjalistów, posiadających cenne i pożądane na rynku kompetencje.

Większość firm przewiduje, że w roku 2021 będzie prowadzić rekrutacje. Takiej odpowiedzi udzieliło 84 proc. respondentów badania Hays Poland – dokładnie tyle samo, co rok wcześniej. Biorąc pod uwagę klimat gospodarczy końca 2020 roku, optymistyczny wydźwięk tych informacji może zaskakiwać. Należy jednak szerzej spojrzeć na źródło potrzeb rekrutacyjnych firm. Rekrutacje w dużej mierze będą wynikać z konieczności znalezienia zastępstwa dla pracowników, którzy zdecydują się odejść z organizacji. Część firm, wraz z odmrażaniem gospodarki będzie też dążyć do odbudowania zespołów, które w wyniku pandemii doświadczyły restrukturyzacji. Inne natomiast wskutek zmiany modelu biznesowego będą rozbudowywać poszczególne działy, jednocześnie ograniczając poziom zatrudnienia w pozostałych obszarach działalności.

Wszystko zależy od kompetencji

Chociaż wyzwań natury rekrutacyjnej oczekuje 43 proc. pracodawców (w porównaniu z 82 proc. w styczniu 2020), to trudności nadal może przysparzać pozyskanie i zatrzymanie w organizacjach ekspertów posiadających cenne umiejętności. Procesy rekrutacyjne, które przed pandemią były dla pracodawców źródłem problemów, często nadal noszą miano trudnych, co wymaga od firm odpowiadania na sprecyzowane oczekiwania kandydatów.

Luka kompetencji pozostaje aktualnym wyzwaniem dla polskiego rynku pracy. Dla pracodawców oznacza to dalszą rywalizację o ekspertów posiadających unikatowe umiejętności, np. w obszarze IT, nowoczesnych technologii, digital czy finansów. W niektórych sytuacjach rekrutacja może być jeszcze trudniejsza niż przed pandemią, z uwagi na przyspieszenie transformacji cyfrowej w firmach i większą ostrożność kandydatów w podejmowaniu decyzji zawodowych. W 2021 pracodawcy będą musieli opracować takie strategie zatrudnienia, które umożliwią zaoferowanie atrakcyjnych warunków współpracy, przy jednoczesnym uwzględnieniu bardziej restrykcyjnej polityki kosztowej – komentuje Marc Burrage, Dyrektor Zarządzający Hays Poland.

RAPORT PŁACOWY HAYS POLAND 2021
Źródło: Raport płacowy 2021, Hays Poland.

Największą otwartość na zatrudnienie nowych pracowników deklarują organizacje działające w branżach IT i telekomunikacyjnej, inżynieryjnej oraz w sektorze nowoczesnych usług dla biznesu (BSS). Na nadchodzące miesiące pracodawcy przewidują największe zapotrzebowanie na specjalistów IT, produkcji, sprzedaży oraz finansów i księgowości.

Trendy płacowe

W minionym roku podwyżki wynagrodzenia doświadczył co drugi specjalista i menedżer, a niemal co dziesiąty musiał zaakceptować niższą płacę. Obecnie 48 proc. pracowników odczuwa satysfakcję z otrzymywanego wynagrodzenia. Odsetek osób zadowolonych z płacy wzrósł w porównaniu z ubiegłym rokiem. Wiele wskazuje na to, że w nadchodzących miesiącach, szczególnie w branżach doświadczonych przez pandemię, kandydaci będą wywierać mniejszą presję płacową na pracodawcach. W podejmowanych decyzjach zawodowych większą uwagę będą przywiązywać do stabilności zatrudnienia, możliwości rozwoju i środowiska pracy.

Choć pracodawcy będą mniej skłonni do zabiegania o pracowników wyłącznie atrakcyjnym poziomem wynagrodzenia, to 57 proc. w strategii na rok 2021 uwzględnia podwyżki płac. Najczęściej dotyczy to firm z branży life sciences, produkcyjnej, finansowo-księgowej oraz IT. Plany przeprowadzenia podwyżek w części organizacji powiązane są z podniesieniem poziomu płacy minimalnej w 2021. W niektórych przypadkach podwyżki mogą również oznaczać przywrócenie poziomów wynagrodzeń oferowanych przed pandemią.

Pracownicy wykazują się umiarkowanym optymizmem wobec zmian wynagrodzenia w bieżącym roku. Podwyżek oczekuje 34 proc. respondentów, a 28 proc. przewiduje, że ich zarobki pozostaną na tym samym poziomie. Niepewność wobec rozwoju sytuacji na rynku pracy sprawiła, że aż 36 proc. respondentów nie potrafiło odpowiedzieć na to pytanie.

Trendy płacowe 2021
Źródło: Raport płacowy 2021, Hays Poland.

Umiarkowany optymizm pracowników

Pomimo zmian i wciąż trudnej do przewidzenia, najbliższej przyszłości rynku pracy, większość specjalistów i menedżerów pozytywnie ocenia perspektywę swojej kariery zawodowej w 2021. Wśród największych optymistów znajdują się osoby związane z obszarem IT, badaniami i rozwojem, nieruchomościami oraz budownictwem. Co ciekawe, perspektywę kariery pozytywnie najczęściej oceniają przedstawiciele najmłodszych pokoleń pracowników – przedstawiciele pokolenia Y (60 proc.), a także osoby urodzone po 1995 roku (61 proc.).

Specjaliści są pewni posiadanych kompetencji i liczą, że powrót firm do skali działalności sprzed pandemii poskutkuje nowymi możliwościami rozwoju – zarówno w obecnej, jak i innych organizacjach. Jednocześnie nie brakuje im świadomości, że aby pozostać atrakcyjnymi kandydatami na rynku pracy, muszą stale podnosić swoje kwalifikacje, uczyć się na każdym etapie kariery i poznawać nowe dla siebie obszary specjalizacyjne. Nasza rzeczywistość ulega dynamicznym zmianom, a to nie pozostaje bez wpływu na biznes i perspektywy zawodowe – zauważa Agnieszka Kolenda, Executive Director w Hays Poland.

RAPORT PŁACOWY 2021
Źródło: Raport płacowy 2021, Hays Poland.

Otwartość na zmianę

Wyniki badania Hays pokazują, że pandemia pozostała bez większego wpływu na ogólny odsetek pracowników rozważających zmianę pracy. Taką ewentualność bierze pod uwagę 76 proc. specjalistów i menedżerów, z czego większość przewiduje taki krok jeszcze w tym roku. Nie oznacza to jednak, że miniony rok nie zmienił zawodowych planów części profesjonalistów.

– Pandemia i ogólna niepewność sprawiają, że niektórzy specjaliści uznają obecny czas za niekorzystny dla zmiany pracy. Częściej decydują się zostać w obecnej firmie, czekając na rozwój sytuacji i bardziej przewidywalne realia rynkowe. Przekonanie tych kandydatów do wzięcia udziału w procesie rekrutacji jest obecnie szczególnie trudne. Inną perspektywę mają jednak pracownicy obszarów specjalizacyjnych lub branż, które szczególnie ucierpiały w wyniku pandemii. Nie dziwi zatem fakt, że w gronie respondentów najczęściej deklarujących otwartość na zmianę pracy znaleźli się m.in. specjaliści związani z hotelarstwem i handlem detalicznym – komentuje Agnieszka Pietrasik, Executive Director w Hays Poland.

Pandemia nie zmieniła jednak powodów, dla których specjaliści dążą do zmiany pracy. Głównymi motywatorami pozostają brak satysfakcji z wynagrodzenia oraz otrzymywanych benefitów, brak możliwości rozwoju w obecnym miejscu zatrudnienia oraz charakter wykonywanej pracy. Chociaż w obliczu wydarzeń ostatnich miesięcy można było oczekiwać, iż jednym z częściej wskazywanych powodów zawodowych poszukiwań będzie trudna sytuacja w branży czy zła kondycja firmy, to takich odpowiedzi udzieliło kolejno 9 i 5 proc. respondentów.

Nowe wyzwania

Wciąż zmieniający się krajobraz gospodarczy i utrzymująca się niepewność sprawiają, że kluczem do sukcesu staje się optymalizacja, elastyczność i efektywność. Mimo że dotyczy to przede wszystkim modelu operacyjnego firm, to nie pozostaje bez znaczenia dla kandydatów. W 2021 pracodawcy będą poszukiwać profesjonalistów, którzy obok określonych zdolności i doświadczenia, wykazują się umiejętnością adaptacji do zmieniającego się środowiska, apetytem na naukę i otwartością na innowacje.

Rok 2021 będzie czasem, kiedy firmy będą musiały opracować strategię zatrudnienia, która odpowie na zmieniające się potrzeby rekrutacyjne i jednocześnie umożliwi sprostanie oczekiwaniom poszukiwanych kandydatów. Ograniczone możliwości konkurowania wysokością wynagrodzenia coraz częściej będą skutkować oferowaniem interesujących ścieżek kariery, stabilnego zatrudnienia oraz perspektyw rozwoju i zdobycia nowych umiejętności. Silną pozycją w negocjacjach wciąż jednak cieszyć się będą profesjonaliści posiadający poszukiwane na rynku kompetencje.

O RAPORCIE

Raport płacowy Hays jest zestawieniem poziomów wynagrodzeń dla specjalistów i kadry menedżerskiej w podziale na 20 specjalizacji. Uzupełniliśmy je wnioskami i komentarzami ekspertów oraz wynikami badania na temat rynku pracy, które zostało przeprowadzone na koniec 2020 r. W raporcie uwzględniona jest perspektywa firm – blisko 3 500 organizacji działających w Polsce – oraz perspektywę pracowników i kandydatów – niemal 5 900 osób.

Polacy przekonali się do zakupów spożywczych on-line

Miniony rok nie pozostał obojętny dla branży e-commerce, podczas którego dużą popularnością cieszyły się zakupy spożywcze robione online. Według badania przeprowadzonego przez SW Research na zlecenie Everli, co druga osoba poleciłaby znajomym taki rodzaj zakupów jako alternatywę dla zakupów stacjonarnych. Powód? Wygoda, bezpieczeństwo oraz oszczędność czasu.

Koronawirus a zmiany na rynku e-commerce

W odpowiedzi na pytanie „Co Pan/Pani ceni sobie w zakupach spożywczych online?” prawie 62 proc. ankietowanych stwierdziło, że jest to oszczędność czasu, z kolei 52 proc. Polaków podkreśliło, że jest to dobry sposób na zrobienie dużych zakupów z dostawą do domu. Dla 45 proc. badanych ważne jest bezpieczeństwo, czyli bezdotykowa forma dostawy i bezgotówkowa płatność, prawie 42 proc. docenia szeroki wybór produktów.
Koronawirus a zmiany na rynku e-commerce

Pierwsza fala pandemii była dla wszystkich graczy na rynku e-grocery bardzo dużym wyzwaniem. Jako branża nie byliśmy przygotowani na brak produktów oraz gwałtowny wzrost zamówień. Jednak poradziliśmy sobie z tymi wyzwaniami i klienci Everli nie musieli czekać na dostawę dłużej niż 2 – 3 dni. Mieliśmy jednak świadomość, że po pierwszej fali przyjdzie kolejna i wykorzystaliśmy ten czas, aby się do niej przygotować. Na swój sposób pandemia wpłynęła na rozwój branży e-grocery. – Anna Podkowińska-Tretyn, Dyrektor Generalna Everli.

Tym, co cenią sobie Polacy w modelu zakupów online proponowanych przez Everli przez jest również łatwa obsługa aplikacji (35 proc.), szeroki wybór sklepów, w których można zrobić zakupy (31 proc.), brak różnic w cenach pomiędzy produktami zakupionymi online a stacjonarnie (22 proc.) oraz możliwość wyboru zamienników w przypadku braku danego produktu (22 proc.).

Zakupy online – szybko i wygodnie

Wyniki badania przeprowadzonego przez SW Research na zlecenie Everli wykazały, że aż 34 proc. Polaków poleciłoby zakupy online swojej rodzinie bądź znajomym, jako alternatywę do zakupów tradycyjnych. Ponad 66 proc. Polaków zachęciłoby swoich bliskich do zrobienia zakupów online, ponieważ jest to wygodny sposób – łatwiej zrobić zakupy z domu lub w przerwie podczas pracy. Co więcej, prawie 60 proc. badanych zwraca uwagę na bezpieczeństwo zakupów online, dzięki którym możemy ograniczyć kontakty z innymi do minimum, a tym samym ochronić siebie i swoją rodzinę przed zakażeniem koronawirusem.

Pandemia koronawirusa zmusiła wielu z nas do zmiany trybu życia. Większość naszego czasu zaczęliśmy spędzać w domu, przeszliśmy na tzw. „home office” oraz ograniczyliśmy kontakty do minimum – to wszystko z troski o zdrowie własne oraz najbliższych. W 2020 roku unikaliśmy również tłumów, a zdecydowanie na takowe jesteśmy narażeni w sklepach spożywczych czy galeriach handlowych. To właśnie dlatego tak wielu Polaków przekonało się do wygodnych i bezpiecznych zakupów online, co pokazują wyniki badania. Blisko co 3 osoba deklaruje, że będzie robiła zakupy online po zakończeniu pandemii. Cieszymy się, że taki model robienia zakupów spotyka się z coraz większym zainteresowaniem – na początku pandemii byliśmy dostępni z usługą Everli w 4 miastach, teraz jesteśmy obecni w 23. – Anna Podkowińska-Tretyn, Dyrektor Generalna Everli.

Prawie 53 proc. badanych Polaków zwraca również uwagę na fakt, że robiąc zakupy przez Internet unikamy stania w kolejkach do kas. Polacy poleciliby zakupy online swoim bliskim, ponieważ jest to szybsza metoda (45 proc.), dzięki której można uniknąć dźwigania zakupów (39,2 proc.) oraz stania w korkach w drodze do sklepu (35 proc.). Część badanych stwierdziła, że zakupy robione online są tańsze (25 proc.), a produkty lepsze jakościowo (10 proc).
***

Badanie powstało na zlecenie Everli.pl i zostało zrealizowane przez instytutu badawczy SW Research na grupie 1002 ankietowanych w terminie 24-27 listopada 2020 r.

Blisko 40% Polaków uważa, że młodzi kierowcy powinni płacić wyższe OC. I to nawet o połowę

Młodzi kierowcy znowu mogą dostać po kieszeni. Prawie 40% Polaków uważa, że powinni płacić wyższe OC. Eksperci: To nie poprawi bezpieczeństwa.

Niemal 40% Polaków uważa, że kierowcy w wieku 18-24 lata powinni płacić więcej za ubezpieczenie OC niż obecnie. Prawie co drugi zwolennik tego rozwiązania opowiada się za podwyżkami w granicach 20-50%, a co trzeci – do 20%. Natomiast eksperci przekonują, że towarzystwa ubezpieczeniowe nie powinni bazować na opinii publicznej. I dodają, że sama podwyżka raczej nie poprawi bezpieczeństwa na drogach, a może jedynie doprowadzić do poważnego obchodzenia prawa.

Z badania UCE RESEARCH i SYNO Poland wynika, że 38,6% Polaków twierdzi, że kierowcy w wieku 18-24 lat powinni płacić wyższe OC niż do tej pory. Z kolei 45,4% jest przeciwnego zdania, a 16% nie ma opinii na ten temat. Według Macieja Kamińskiego, eksperta rynku szkód komunikacyjnych, prezesa zarządu HELPER CPP, wyniki przede wszystkim pokazują, że Polacy są podzieleni w tej kwestii. Ale też dają do zrozumienia, że spora część społeczeństwa dostrzega w tym zakresie problem. Powszechnie wiadomo, że młodzi powodują najwięcej wypadków i kolizji drogowych. Dzieje się tak zazwyczaj z powodu małego doświadczania lub brawury.

– Są kierowcy mający kilka albo nawet kilkanaście kolizji rocznie, a inni zachowują czyste konto. Niestety, nauczyliśmy się wszystkich wrzucać do jednego worka. Sama podwyżka nie poprawi bezpieczeństwa na drodze. Cena polisy powinna być powiązana z liczbą zdarzeń drogowych, a nie z wiekiem. Tak jest chociażby w Anglii. Tam polisa jest na kierowcę, a nie pojazd, którym jeżdżę. Jeśli spowoduję zdarzenie samochodem kolegi, to on nie traci zniżki, szkoda jest pokryta z mojej polisy – komentuje Arkadiusz Kuzio z Akademii Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego w Szczecinie.

Jak podkreśla prof. Adam Tarnowski, psycholog transportu z Uniwersytetu Warszawskiego, ubezpieczyciele mają swoje statystyki i na ich podstawie oceniają ryzyko. W tych kwestiach nie powinni w ogóle kierować się opinią publiczną. Zdaniem eksperta, rodzi się pytanie, czy badani wiedzą, ile młodzi kierowcy płacą za OC. Obecnie przebicie jest prawie dwukrotne. Kolejna podwyżka byłaby dość niesprawiedliwa, zwłaszcza że ubezpieczyciele mogą później stosować podwyżki np. za spowodowanie kolizji czy skorzystanie z polisy.

– W Niemczech kierowca, który zrobił prawo jazdy, zaczyna polisę od górnej stawki i nabywa zniżki za każdy rok bezszkodowej jazdy, schodząc z niej w dół. Po paru latach uzyskuje się zniżkę maksymalną. U nas obchodzi się prawo. Rodzic rejestruje pojazd na siebie, a następnie dopisuje syna czy córkę. Po dwóch latach już przerejestrowują ten pojazd na dziecko, chociażby w akcie darowizny. I w tym momencie młoda osoba nabywa zniżki po rodzicu. To bzdura totalna, tak nie powinno być – dodaje Arkadiusz Kuzio.

Z kolei ekspert z UW zaznacza, że liczba przejeżdżanych kilometrów rocznie jest bardziej związana z wypadkowością niż wiek. Młoda osoba, która używa samochodu na co dzień i pokonuje10-15 tys. km rocznie, będzie bezpieczniejsza na drodze niż np. czterdziestolatek, ale tzw. niedzielny kierowca, jeżdżący do 3 tys. km rocznie. Gdyby patrzeć tylko na wiek, to rodzi się pytanie, czy również najstarsze osoby nie powinny płacić więcej.

– Młodsi kierowcy jeżdżą bardziej agresywniej. Z kolei najstarsi mają opóźniony czas reakcji, co  przyczynia się również do dużej liczby zdarzeń drogowych. Gdybyśmy wprowadzili kursy doskonalenia techniki jazdy, moglibyśmy oczekiwać od wszystkich mniej błędów na drodze. Jednak nie w każdym województwie działają ośrodki doskonalenia techniki jazdy – dodaje ekspert z ABRD.

Spośród osób, które opowiadają się za droższym OC dla młodych kierowców, aż 47,3% uważa, że ceny tych polis powinny wzrosnąć w granicach 20-50%. Z kolei 33,7% badanych wskazało podwyżkę do 20%. Natomiast 9,5% respondentów mówi o skoku na poziomie 50-80%.

– Mam spore wątpliwości, czy droższe OC spowoduje mniej kolizji czy wypadków. W mojej ocenie, to raczej tylko zabezpieczy finansowo towarzystwa ubezpieczeniowe, które z pewnością chętnie widziałby wprowadzenie takich rozwiązań. Jeżeli faktycznie doszłoby do podniesienia składek, to zacznie się kombinowanie, np. rejestrowanie pojazdów na podstawione osoby. To już zupełnie jest pozbawione sensu – mówi ekspert z HELPER CPP.

Natomiast jak stwierdza Arkadiusz Kuzio, podwyżki spowodowały jazdę bez OC przez większą grupę kierowców. Ekspert również dodaje, że w przeszłości firmy sprzedawały ubezpieczenia online, a płatność za polisę była opóźniona w stosunku do jej wystawienia od siedmiu do czternastu dni. I często bywało, że przy zdarzeniu sprawca podawał policjantowi polisę OC, która nigdy nie została opłacona.

– Myślę, że wyższe ceny mogą wywołać tylko unikanie płacenia polis. To generalnie będzie powodowało duże zamieszanie, bo system funkcjonuje optymalnie, kiedy wszyscy są ubezpieczeni. Sądzę też, że np. większe zwyżki w grupie niedoświadczonych kierowców skłoniłyby ich do tego, żeby zachowywali większą ostrożność na drodze – zaznacza prof. Tarnowski.

Z  kolei zdaniem Macieja Kamińskiego, nie należy podnosić składek, tylko prowadzić szeroko zakrojone działania edukacyjne w tej grupie wiekowej. Można też zastanowić się nad ponownymi kursami dla kierowców, którzy spowodują wypadek lub kolizję drogową. Według eksperta, to dałoby więcej korzyści innym uczestnikom ruchu drogowego niż droższe OC.

Badanie zostało przeprowadzone w dniach 08-11.01.2021 r. metodą CAWI przez UCE RESEARCH i SYNO Poland dla HELPER CPP na reprezentatywnej próbie 1008 dorosłych Polaków (posiadających prawo jazdy) w wieku 18-80 lat.

Informacja o realizowanej strategii podatkowej – nowy obowiązek już w 2021 dla dużych podmiotów

Polski ustawodawca wprowadził nowelizację do ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych (Dz.U. poz. 2123), przewidującą wprowadzenie obowiązku publikowania informacji o realizowanej strategii podatkowej (art. 27c ustawy o CIT). Dotychczas taki obowiązek wprowadzony został w dwóch krajach: Wielkiej Brytanii oraz Australii.

Obowiązek ten przewiduje konieczność publicznego ujawnienia wielu szczegółów dotyczących rozliczeń podatkowych przedsiębiorstwa, a brak jego wypełnienia obarczony jest wysokimi karami pieniężnymi. Celem wprowadzenia przepisów jest zwiększenie transparentności rozliczeń podatkowych dużych podmiotów oraz umożliwienie publicznej oceny stosowanej przez te podmioty strategii podatkowej.

Kogo dotyczy obowiązek?

Obowiązek publicznego ujawnienia strategii podatkowej dotyczy podmiotów określonych w art. 27b ust. 2 pkt 1 i 2 ustawy o CIT, czyli podmiotów których indywidualne dane są obecnie ujawniane. Są to w szczególności podatkowe grupy kapitałowe, bez względu na wartość przychodów, oraz podatnicy, których dane podatkowe już są ujawniane publicznie przez Ministerstwo. W szczególności są to podatnicy o przychodach powyżej 50 mln euro, czyli biorąc pod uwagę dotychczasowe dane będzie to ponad 2 800 podmiotów.

Zakres ujawnionych informacji

Informacje o strategii podatkowej należy ujawniać z uwzględnieniem charakteru, rodzaju oraz rozmiaru prowadzonej działalności. Ustawa nie precyzuje jak powinna wyglądać taka informacja, niemniej wskazuje elementy jakie powinna zawierać.

Informacja o procedurach i procesach podatnika w zakresie zarządzania wykonywaniem obowiązków związanych z prawem podatkowym oraz wykonaniem przepisów. Ponadto ujawnić należy informację o dobrowolnych formach współpracy z organami Krajowej Administracji Skarbowej.

Kolejnym elementem jest informacja o realizacji przez podatnika obowiązków podatkowych w Polsce oraz o liczbie przekazanych Szefowi KAS informacji o schematach podatkowych.

Istotnym elementem strategii podatkowej będzie ujawnienie informacji o transakcjach z podmiotami powiązanymi, których wartość przekracza 5% sumy bilansowej aktywów, ustalonych na podstawie ostatniego sprawozdania finansowego spółki. Dodatkowo należy ujawnić informacje o działalnościach restrukturyzacyjnych, które mogą mieć wpływ na zobowiązania podatkowe w Polsce.

Biorąc pod uwagę znaczenie interpretacji podatkowych przy ustalaniu strategii podatkowej, jednym z obowiązkowych elementów będzie ujawnienie złożonych przez podatnika wniosków o interpretacje podatkowe, wiążące informacje stawkowe czy wiążące informacje akcyzowe.

W strategii podatkowej będzie musiała się znaleźć informacja w zakresie współpracy z podmiotami z rajów podatkowych oraz państw stosujących szkodliwą konkurencję.

Podsumowując w zakresie ujawnienia powyższych informacji największym wyzwaniem wydaje się takie ujawnienie, aby z jednej strony wypełnić ustawowe obowiązki i wskazać informacje zgodne z prawdą, a z drugiej strony nie narazić się na zarzuty stosowania optymalizacji, które mogą wpłynąć na ogólne postrzeganie przedsiębiorstwa.

Miejsce i termin ujawnienia informacji

Informację o strategii podatkowej należy ujawnić na stronie internetowej, w języku polskim. Informację o stronie internetowej należy złożyć do właściwego naczelnika urzędu skarbowego. Ustawodawca nie precyzuje w jakim miejscu na stronie powinna zostać ujawniona informacja, przez co daje podatnikowi w tym zakresie swobodę. Ponadto ustawodawca nie precyzuje jakie kroki powinien podjąć podatnik posiadający kilka stron internetowych. Wydaje się, że w takim przypadku obowiązek będzie wypełniony przy umieszczeniu informacji na głównej stronie, albo na którejkolwiek innej.

Przepisy o raportowaniu strategii podatkowych weszły w życie 1 stycznia 2021 r. Obowiązek ujawnienia strategii podatkowej powinien zostać wypełniony w terminie 12 miesięcy od końca roku podatkowego. Co do zasady więc pierwsze raportowanie strategii podatkowej na stronie internetowej powinno nastąpić do końca 2022 r. Niemniej w praktyce pojawiły się wątpliwości, które dodatkowo zostały potwierdzone przez Ministerstwo Finansów. Dotyczą one raportowania za 2020 r. do końca 2021 r. Ministerstwo stoi na stanowisku, że taką informacje będzie trzeba złożyć, jednak doradcy podatkowi nie są tacy zgodni, zwłaszcza biorąc pod uwagę treść nowych przepisów oraz zasadę niedziałania prawa wstecz. Najbliższe dni powinny przynieść oficjalne rozstrzygnięcie w tym temacie.

Sankcje

Przepisy o informacji o realizowanej strategii podatkowej są bardzo ogólne. W praktyce wielu podatników ograniczy się zapewne do minimum treści celem wypełnienia ustawowych obowiązków, tym bardziej że na chwilę obecną Ministerstwo nie przewiduje żadnego wiążącego wzoru takiej informacji. Niemniej kary za brak wykonania ustawowych obowiązków są już bardzo konkretne i czytelne dla podatników. W przypadku niewykonania obowiązkowego przekazania informacji do naczelnika urzędu skarbowego o stronie internetowej na podatnika może zostać na nałożona kara w wysokości do 250 000 zł. Warto wskazać, że Polska będzie trzecim po Wielkiej Brytanii i Australii państwem, które zmuszać będzie podatników do ujawniania strategii podatkowych. Niemniej w pozostałych krajach kary za brak ujawnienia informacji nie są tak dotkliwe jak w Polsce.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Handel stanie przed kolejną próbą. Blisko 50% Polaków zamierza zredukować swoje wydatki

  • BADANIE: Polacy w I kw. zaczynają ciąć wydatki na sklepowych zakupach, średnio o 5-20%.
  • Blisko 50% Polaków zamierza mocno oszczędzać na zakupach, głównie na słodyczach, odzieży i alkoholu.

Prawie połowa Polaków zamierza zmniejszyć wydatki na zakupy w I kwartale br. Niemal tyle samo osób tego nie przewiduje. Głównym powodem ograniczeń są rosnące ceny, co deklaruje prawie 40% badanych planujących oszczędzanie. Redukcje będą oscylowały średnio wokół 5-20%. Najmocniej dotkną kategorię słodyczy i przekąsek. Na pierwszej linii są też art. odzieżowe i napoje alkoholowe. Z kolei konsumenci, którzy nie deklarują żadnych cieć, głównie tłumaczą to dobrą sytuacją finansową oraz odłożoną gotówką.  

Z ogólnopolskiego badania, przeprowadzonego przez UCE RESEARCH i SYNO Poland dla programu branżowego AdRetail Inspirio, wynika, że 44,8% Polaków zamierza w I kwartale 2021 roku ograniczyć swoje wydatki na zakupy. 43,7% ankietowanych nie planuje tego. 8,3% nie ma opinii na ten temat, a 3,2% nie zwraca na to uwagi.

– Wyniki mogą odzwierciedlać podział społeczeństwa na tych, którzy ucierpieli z powodu pandemii  i nie odczuli jej. W pierwszej grupie naturalnym odruchem jest analiza i optymalizacja wydatków. I oczywiście nie są to dobre informacje dla handlu detalicznego, ale mogą być wyraźnym sygnałem do nasilenia działań promocyjnych w celu utrzymania satysfakcjonującego poziomu sprzedaży – mówi Hubert Majkowski, ekspert rynku retailowego z Hiper-Com Poland.

Głównym powodem ograniczeń wydatków są rosnące ceny – 38,7%. Konsumenci przyznają też, że nie mają odłożonych oszczędności – 19,3%. Kolejnym argumentem jest obawa o pogorszenie się sytuacji gospodarczej – 17,5%. Część osób boi się również utraty pracy – 10%. Inni wykazują lęk przed zachorowaniem – 4,7%, a także martwią się, że zachorują ich bliscy – 3,8%.

– Po roku turbulencji w wielu sektorach gospodarki nadal znajdujemy się w okresie dużej niepewności. Rosnące ceny mają bezpośredni wpływ na możliwości nabywcze i poziom życia Polaków. Niestety obawiam się, że wciąż będą one wzrastały. Konsumenci proporcjonalnie do tego będą ograniczać wydatki. To jest im nad wyraz potrzebne, zwłaszcza że globalna sytuacja gospodarcza może jeszcze pogorszyć rzeczywistość zawodową – komentuje Karol Kamiński z Centrum Analiz Grupy AdRetail.

Jak podkreśla ekonomista Marek Zuber, Polacy żyją w poczuciu ogólnego wzrostu cen. Podwyższane rachunki i podatki potęgują wrażenie drożyzny. Faktem jest, że inflacja w Polsce, nawet po spadku jej dynamiki pod koniec 2020 roku, należy do najwyższych w Europie. I jak przewiduje ekspert, w całym 2021 roku wciąż będzie wysoka, choć w pierwszych miesiącach możemy obserwować jej obniżenie ze względów statystycznych.

– Obecnie stopa bezrobocia pozostaje stabilna i nie widać tu wyraźnych napięć, oczywiście z wyjątkiem wyłączonych z działalności branż. Stabilność zatrudnienia skłania do wniosku, że wydatki konsumentów, nawet jeśli będą ograniczane, to raczej nie w dużej skali. Do tego należy spodziewać się dalszego rozwoju segmentu e-commerce – uspokaja Emil Łobodziński z Biura Maklerskiego PKO Banku Polskiego.

Ci, którzy chcą zredukować wydatki, najczęściej planują cięcia rzędu 10-15%. Tak deklaruje 29% badanych w tej grupie. Redukcję w wysokości 5-10% zapowiada 26,8%, 15-20% przewiduje 21,2% osób, a 20-30% – 9,5% konsumentów. Do 5% mniej będzie wydawało 2,9% ankietowanych. Duże ograniczenia zapowiada mniejszość, tj. na poziomie 30-40% – 2,7% respondentów, 40-50% – 2,2%, a ponad 50% – 0,7%.

– Oszczędności będą oscylowały wokół 5-20%. O tyle średnio drożeją różnego rodzaju produkty. I jeżeli zapowiadany przez konsumentów scenariusz stanie się realny, to branża w dłuższej perspektywie może mieć problem, bo ww. wartości wytną poważną dziurę w handlu. Jednak podejście konsumenta jest jak najbardziej racjonalne – dodaje Karol Kamiński.

Polacy zamierzają najbardziej ograniczyć wydatki na słodycze i przekąski – 43,1%, art. odzieżowe – 38,9%, a także alkohole – 37%. Na kolejnych miejscach znalazły się sprzęty RTV-AGD – 23,5%, kosmetyki – 23%, papierosy – 22,8%, produkty spożywcze – 19,5%, jak również art. budowlano-remontowe – 16,2%. Pod koniec rankingu są napoje bezalkoholowe – 10,6%, a także takie używki, jak kawa i herbata – 7,3%. Ostatnia jest chemia gospodarcza – 4,7%.

– Słodycze i przekąski, a także odzież i alkohol są na pierwszej linii redukcji, bo przynajmniej czasowo łatwiej jest z nich zrezygnować niż z produktów niezbędnych do życia. Dodatkowo na wybory konsumentów wpływają zmieniające się w nawyki. Szczególnie w czasie pandemii ludzie chcą bardziej dbać o zdrowie, a więc najchętniej oszczędzają na produktach o niskiej wartości odżywczej – analizuje ekspert z Hiper-Com Poland.

Natomiast osoby, które nie zamierzają w ogóle redukować wydatków, głównie tłumaczą to dobrą sytuacją finansową – 32,5%. Mają odłożone oszczędności – 28,9%. Nie boją się utraty pracy – 21,8%, pogorszenia sytuacji materialnej – 12,5%, a także rosnących cen – 8%. Nie martwią się też, że oni sami bądź ich bliscy zachorują – 5,2% i 4,3%. Do tego 11,8% wskazało inne niż ww. powody, a 13,4% badanych nie miało zdania na ten temat.

– Te osoby są lepiej sytuowane i mają rezerwy finansowe. Działają w branżach, których nie dotknął koronawirus lub wręcz zwiększył ich obroty. Mogą to być też przedstawiciele poszukiwanych zawodów. Do tej grupy można zaliczyć m.in. informatyków, inżynierów procesu produkcji, elektroników, logistyków, ale także budowlańców i pracowników handlu – podsumowuje ekonomista Marek Zuber.

Badanie zostało przeprowadzone metodą CAWI w dniach 08-11.01.2021 r. na reprezentatywnej próbie 1008 dorosłych Polaków w wieku 18-80 lat.