Nie ma alimentów i zwykle nie ma też prezentów

Boże Narodzenie to wyjątkowy czas, święta obok urodzin są jednak jedną z nielicznych okazji, kiedy unikający łożenia na wychowanie swoich dzieci rodzice obdarowują je i próbują się z nimi skontaktować. Gwiazdkowy prezent od dłużnika alimentacyjnego dostanie co ósme dziecko – wynika z badania Rejestru Dłużników BIG InfoMonior i Stowarzyszenia Dla Naszych Dzieci. W tym roku, w grudniu pozbawione alimentów rodziny otrzymały też prezent w postaci wejścia w życie nowych rozwiązań prawnych. Pracodawcy zatrudniający dłużników alimentacyjnych bez umowy narażają się na kary finansowe.

Święta Bożego Narodzenia to jedna z nielicznych okazji, która jest w stanie skłonić do spotkania z dziećmi przynajmniej niektórych rodziców unikających łożenia na ich utrzymanie. Właśnie w okolicy Wigilii przygotowują dla nich prezenty lub dają finansowe wsparcie. Na taki gest decyduje się 13 proc. niepłacących alimentów ojców lub matek. Inną nawet popularniejszą okazją do zmiany zachowania są jeszcze urodziny dziecka (16 proc.), a na trzecim miejscu jest Dzień Dziecka, który mobilizuje 12 proc. dłużników alimentacyjnych – wynika z badania wśród rodziców samodzielnie wychowujących potomstwo, zrealizowanego na potrzeby Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor w partnerstwie ze Stowarzyszeniem Dla Naszych Dzieci. Koniec końców tylko 31 proc. rodziców niepłacących na dzieci daje im przy większych okazjach pieniądze lub prezenty. Zdecydowana większość, 69 proc., całkowicie ignoruje swoich potomków. Pocieszający może być tu jedynie fakt, że w porównaniu z wynikami badania sprzed dwóch lat, udział obojętnych ojców czy matek nieco się obniżył, bo wówczas było ich 77 proc.Nie ma alimentów i zwykle nie ma też prezentów

Taki stan rzeczy nie zaskakuje, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że po rozstaniu się rodziców 72 proc. ojców lub matek w ogóle nie utrzymuje żadnego kontaktu z dzieckiem. Główną przyczyną jest po prostu brak zainteresowania potomkiem. I problem ten dotyczy również rodziców, którzy sumiennie wywiązują się z płacenia świadczeń alimentacyjnych.

Dłużników alimentacyjnych wciąż jest jednak bardzo wielu. Szacuje się, że bez finansowej pomocy jednego z rodziców wychowywane jest w Polsce ok. 1 mln dzieci. Z danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor, wynika natomiast, że na koniec listopada nie łożyło na dzieci 274 tys. zobowiązanych do tego osób, w 96 proc. przypadków ojców. – To jednak tylko część tego smutnego obrazu, bo do rejestru trafiają głównie osoby, zgłaszane przez gminy za to, że w wypłacie świadczenia na dziecko wyręcza je Fundusz Alimentacyjny. Wpis do rejestru jest jedną z form restrykcji i dochodzenia należności przez państwo. Łączne zaległości dłużników alimentacyjnych widniejących w BIG InfoMonitor wynoszą prawie 11,3 mld zł, a przeciętna zaległość przekracza 41 tys. zł. Wśród osób prywatnych, które mają tytuł wykonawczy i nie otrzymują alimentów ani od rodzica, ani od funduszu, zgłaszanie niesolidnych rodziców do rejestru, choć jest możliwe i kosztuje 1 zł, wciąż należy do rzadkości – mówi Halina Kochalska z BIG InfoMonitor.Nie ma alimentów i zwykle nie ma też prezentów 2

Kolejne zmiany w przepisach prawnych. Czy tym razem pomogą?

W tym roku, od 1 grudnia weszła też w życie kolejna część przyjętych wcześniej rozwiązań zapobiegających unikaniu płacenia alimentów. W kodeksie pracy rozszerzony został katalog kar i wykroczeń wymierzony przeciw pracodawcy, który zatrudnia „na czarno” lub zataja wysokość wynagrodzenia podwładnego, który jest dłużnikiem alimentacyjnym. Jeśli więc pracownik, wobec którego toczy się egzekucja świadczeń alimentacyjnych, zatrudniony jest bez umowy potwierdzonej na piśmie, albo część pieniędzy otrzymuje pod stołem, pracodawcy grozi kara grzywny w wysokości od 1,5 tys. do 45 tys. zł. Jakie będą efekty zmian? Stowarzyszenie Poprawy Spraw Alimentacyjnych Dla Naszych Dzieci ma wątpliwości, czy Inspekcja Pracy dysponuje odpowiednimi narzędziami, aby udowodnić pracodawcy ukrywanie zatrudnienia lub dochodów dłużnika alimentacyjnego. Do optymizmu nie skłaniają również dotychczasowe doświadczenia z wprowadzanymi wcześniej nowelizacjami prawa, których celem było zwiększenie ściągalności alimentów. – Jednoznacznie pokazują, że prawdziwym problemem jest egzekwowanie przepisów. W zmianie tego stanu rzeczy mogłaby pomóc wpływająca na świadomość społeczną ogólnopolska kampania, która pokazałaby skalę i konsekwencje zjawiska uchylania się rodziców przed finansowaniem utrzymania swoich dzieci – zwraca uwagę Justyna Żukowska-Gołębiewska, psycholog i prezeska Stowarzyszenia Dla Naszych Dzieci. – Pracodawcy od zawsze byli członkami zorganizowanej grupy wspierającej dłużników alimentacyjnych. Zatrudniają takie osoby bez umowy lub wskazując na umowie kwotę zdecydowanie niższą niż ta, którą faktycznie wypłacają. Poczucie bezkarności w tym procederze oraz świadomość możliwości ukrycia dochodów czy zatrudnienia przed komornikiem daje rodzicom, uchylającym się od obowiązku łożenia na swoje dzieci, poczucie władzy i satysfakcji z oszukiwania systemu. Dziś, pracodawca staje się współodpowiedzialny za niealimentację. Warto byłoby jednak dać firmom możliwość sprawdzania czy potencjalny, ale też dotychczasowy pracownik nie jest dłużnikiem alimentacyjnym. Dobrym rozwiązaniem mógłby tu być ogólnie dostępny Rejestr Dłużnika Alimentacyjnego – dodaje.Nie ma alimentów i zwykle nie ma też prezentów 3

Badanie zrealizowane we współpracy ze Stowarzyszeniem Dla Naszych Dzieci na profilach FB na próbie 226 osób, czerwiec 2020

Odliczenie przekazanej darowizny od dochodu w 2020 r.

Najważniejszą nowością w systemie podatkowym są darowizny „covidowe”. Takie odliczenia od dochodu dotyczą także darowizn rzeczowych. Czy przy darowiznach o dużej wartości potrzebny jest dokument potwierdzony przez notariusza?

– Takie darowizny, przekazywane czy to w formie pieniężnej, czy to rzeczowej, pomiędzy 1 października a 31 grudnia 2020 r., mogą być odliczane na wyjątkowo preferencyjnych zasadach – mówi w rozmowie z MarketNews24 Aleksander Dyl, prawnik w Kancelarii Ożóg Tomczykowski. – I mogą być rozliczane w zaliczkach miesięcznych lub w zeznaniu rocznym, przekazanym do końca kwietnia przyszłego roku.

Warto też pamiętać, że dotyczy to także ryczałtu od przychodów ewidencjonowanych. Darowizny „covidowe” dotyczą więc trzech systemów opodatkowania.

Darowizny, które możemy odliczyć od podstawy opodatkowania PIT, to:

  • darowizny na rzecz organizacji pożytku publicznego (OPP), na cele kultu religijnego, na cele krwiodawstwa, na cele kształcenia zawodowego – nie więcej niż 6% dochodu,
  • darowizny na rzecz działalności charytatywno-opiekuńczej kościoła – do 100% dochodu,
  • darowizny „covidowej” – nawet do 200% wartości darowizny;

Darowizny, które możemy odliczyć od podstawy opodatkowania CIT, to:

  • darowizny na rzecz OPP, na cele kultu religijnego, na cele kształcenia zawodowego – nie więcej niż 10% dochodu,
  • darowizny na rzecz działalności charytatywno-opiekuńczej kościoła – do 100% dochodu,
  • darowizny „covidowej” – nawet do 200% wartości darowizny.

– Darowizny „covidowe”, które będą przekazywane od 1 stycznia 2021 r. do końca miesiąca, w którym nastąpi zakończenie stanu epidemii, będą rozliczne w przyszłym roku – wyjaśnia prawnik z Kancelarii Ożóg Tomczykowski.

Zarówno darowizny tegoroczne, jak i przyszłoroczne muszą być jednak odpowiednio udokumentowane. Dla darowizn pieniężnych wystarczającym dokumentem jest dowód wpłaty na rachunek bankowy. W przypadku darowizn rzeczowych, powinniśmy uzyskać oświadczenie od obdarowanego o przyjęciu darowizny o określonej wartości i przeznaczeniu jej na cele związane ze zwalczaniem epidemii.

Koronawirus nie zatrzymuje budowy dróg

Jedną z branż, która nie ucierpiała zanadto podczas epidemii, jest rynek budowlano-montażowy. Na wiosnę roboty na placach budów nie zostały zamknięte – dzięki czemu wartość sektora budowlanego spadła tylko o 1,6%. To bardzo dobra i ważna wiadomość, gdyż wpływy z tego sektora gospodarki tworzą około 10% polskiego PKB. Zamknięcie placów budów – do czego doszło między innymi we Włoszech i w Austrii – oznaczałoby dla polskiej gospodarki dużo szybszą i ostrzejszą recesję. Jednak koronawirus wrócił – i to ze zdwojoną siłą. Na jesieni odnotowujemy o wiele więcej przypadków zakażeń i zachorowań. W związku z tym Premier i Ministerstwo Infrastruktury rozważali zamknięcie budów, by zapobiec rozprzestrzenianiu się na nich wirusa. Na szczęście przygotowane badania wskazują, że taka decyzja nie jest konieczna.

– Od początku pandemii uczestniczę we wszystkich naradach z Ministrem Infrastruktury. W tej chwili w firmach wykonawczych jest więcej zachorowań, więcej jest osób w kwarantannie. Jest to jednak specyfika biur, a zakażenia najczęściej nie pochodzą z miejsca pracy – powiedział serwisowi eNewsroom Adrian Furgalski, wiceprezes Zespołu Doradców Gospodarczych TOR. – Z zebranych dla rządu danych wynika, że na mniej więcej 10 tysięcy fizycznych pracowników na placach budów, na COVID-19 zachorowało około 50 osób, a około 200 pozostaje na kwarantannie. To bardzo niewiele. Te dane – razem z rekomendacjami sanitarnymi już stosowanymi na budowach – przekonały Premiera do tego, by nie zamykać placów budów. Pieniądze na inwestycje są – Generalna Dyrekcja zapowiada przetargi na około 700 km dróg. W ustawie budżetowej i w Funduszu Dróg Samorządowych będzie około 27 miliardów złotych. Decyzja Premiera jest więc absolutnie właściwa. Teraz tylko musimy uważać, by nie powstały kolejne ogniska zakażeń i żeby budowy mogły być bezpiecznie. Nawet lekkim opóźnieniem, ale żeby mogły być kontynuowane – podkreśla Furgalski.

Czy prefabrykaty zrewolucjonizują budownictwo mieszkaniowe w Polsce?

Kiedy w marcu Forbes opublikował artykuł „Plan na 10 tysięcy mieszkań rocznie” mówiący o nowych wyzwaniach Prezesa Heritage Real Estate Investments,  Michała Sapota – w branży zawrzało. Wizjoner stojący za sukcesem Murapol-u, niczym Elon Musk za SpaceX, pobudził liderów budownictwa mieszkaniowego do dyskusji.  Wielu decydentów uważało, że 10 tysięcy mieszkań rocznie jest założeniem nieosiągalnym. Jednak przyszłościowy kierunek rozwoju i koncepcja jego wdrożenia może istotnie zrewolucjonizować rynek budowlany i to nie tylko w Polsce.

Od wielu lat obserwujemy ogólnopolską hossę w sektorze budowy mieszkań. W ubiegłym roku oddano do użytkowania ponad 207 tys. mieszkań, czyli o 12% więcej niż rok wcześniej. To rekord od roku 1978, kiedy za Gierka wybudowano ich aż 283 tys., a wielką rolę odegrało wtedy budownictwo żelbetowe z prefabrykatów, oparte na technologii tzw. „wielkiej płyty”. Ówczesnym władzom jednak nie do końca udało się dostosować możliwości produkcyjne do panującego wyżu demograficznego, mimo iż do 1975 roku powstało 65 fabryk domów i zbudowano ok. 1 mln mieszkań. Przykładowo, pracując przy projekcie wdrażania na nasz rynek innowacyjnego produktu, tj. prętów kompozytowych, które są odporne na wodę (korozję), lżejsze i trwalsze od stalowych, a jednocześnie sporo tańsze obserwowałem, jak przebiega ścieżka wprowadzenia dla tego cenionego i popularnego w wielu krajach produktu, która była kosztowną i wieloletnia drogą przez biurokrację. Dlatego, szczególnie sensowny wydaje się zakup w ub. roku przez HRE Investments bydgoskiej firmy Baumat – doświadczonego producenta prefabrykatów, który działa od ponad 30 lat, nawet w Skandynawii.  Obecnie w portfolio HRE znajdują się dwie zawierające 450 lokali  inwestycje realizowane w oparciu o nowoczesne prefabrykaty. To dobry zwiastun.

Nowoczesne prefabrykaty to oszczędność energii, czyli są proekologiczne, w całości  podlegają recyklingowi, co stanowi znaczący atut CSR-owy, a wykorzystanie ich może też zapewnić wysoką jakość budowanym lokalom. Opatentowanie własnej technologii pozwoliłoby, jak np. “Lego”, “Coca-cola” czy zabudowie “Komandor” na stworzenie unikatowego produktu / brandu i wyróżnienie go na tle innych. Cecha cenna sprzedażowo, również dla pozyskiwania ewentualnych inwestorów dla dalszego rozwoju.  Przy wynoszącym około 3 milionów krajowym zapotrzebowaniu na mieszkania z rynku pierwotnego, ma to olbrzymią przyszłość. Ministerstwo Rozwoju pracuje obecnie nad zwiększeniem dostępności mieszkań, chodzi o dopłaty do pierwszego mieszkania. Niskie stopy procentowe spowodowały, że inwestorzy re-lokują swoje oszczędności na rynku nieruchomości.  Prefabrykaty można sprzedawać też innym podmiotom i to nie tylko w kraju, mają one szerokie  zastosowanie, mogą być wykorzystane także do takich inwestycji, jak centra usługowo-handlowe, inwestycje komercyjne /  logistyka, obiekty sportowe i rekreacyjne, hotele, domy jednorodzinne, obiekty nauki i oświaty, budynki administracji publicznej oraz zakłady produkcyjne. Dlatego zasadne wydaje się pytanie: kiedy prefabrykaty zrewolucjonizują nasze budownictwo?

 

Co istotne, wskaźnik cyklu operacyjnego u deweloperów mieszkaniowych wynosi od 36  do nawet 60 m/c. Pokazuje on, jak szybko deweloper odzyska pieniądze, które zainwestował. Czyli jak długo trwa projekt, licząc od zamrożenia gotówki w grunt, przez uzyskanie pozwolenia, wybudowanie, aż po odzyskanie gotówki przy sprzedaży. I to jest dość istotny wskaźnik, który pozwala porównać, jak te procesy u deweloperów przebiegają. Im szybciej pieniądze wrócą do spółki, tym szybciej będzie ona mogła je ponownie zainwestować, uzyskując wyższy zwrot z kapitału. Ważnym wskaźnikiem rentowności dla deweloperów jest także marża brutto ze sprzedaży, czyli to ile deweloper zarobi przed uwzględnieniem kosztów ogólnego zarządu i sprzedaży. To pokazuje, jak dobrze spółka potrafi zorganizować budowę – tanio kupić ziemię, znaleźć dobrego wykonawcę, a na końcu sprzedać ten projekt klientom. Obecnie wynosi ona średnio ok 19-20%

Warto także rozważyć powiększenie portfolio o inne, wykazujące wyjątkowe osiągnięcia ekologiczne produkty. Wspomnę tu np. o startupie, który szykuje się do ekspansji zagranicznej, a dotyczy wykonanych z odpadów, w pełni ekologicznych termoizolacji budowlanych. Firma posiada patenty i wykazuje już dodatni wskaźnik EBITDA po kilku rundach inwestorskich. Inną ciekawą perspektywą jest włączenie szerokiego zastosowania technologii obniżających koszty energetyczne w zależności od projektu, jak kogeneracji czy fotowoltaiki.  Proekologiczne rozwiązania i certyfikację w systemie BREEAM, zgodnie z wytycznymi najbardziej uznanych certyfikatów środowiskowych, takich jak LEED i WELL stają się wyznacznikiem eko deweloperów – np. celem Skanska Residential Development Poland  na poziomie korporacyjnym jest ograniczenie emisji dwutlenku węgla o 50 proc. do 2030 roku i osiągnięcie zerowej emisji netto do 2045 roku.

W przyszłości coraz ważniejsze staną się otwarte, zielone, zachęcające do społecznych interakcji, miastotwórcze i wielofunkcyjne projekty, jak opcje prezentowane przez Echo Investment. Deweloperzy zaczęli dbać o estetyczną i funkcjonalną przestrzeń wspólną, zaś nabywcy coraz częściej przykładają uwagę nie tylko do czynników i parametrów charakteryzujących sam lokal, lecz także do projektu osiedla i udogodnień, jakie jeszcze oferuje cała inwestycja. Wynika to również ze zmian pokoleniowych oraz idei zrównoważonego rozwoju rynku nieruchomości – ze szczególnym uwzględnieniem aspektów społecznych. Heritage Real Estate przypomina o niestandardowym, kreatywnym podejściu do biznesu i jego przyszłego rozwoju. Niczym sektor naszej “dumy narodowej”, bo liderzy sektora gamingowego, z którym współpracuje od wielu lat, są dziś bardziej twórcami i artystami z wiedzą rzemieślników, niż programistami gier z IT. Kiedy obecna sytuacja zmusza organizacje do przyspieszenia ewolucji, wprowadzania innowacji, transformacji cyfrowej i poważnych zmian w modelach biznesowych (ROI), HRE Investments wydaje się nie tylko być na czasie, ale krok do przodu.

Jest to organizacja otwarta na różne potrzeby i oczekiwania klientów – od posiadanych aktywów zapewniających szerokie możliwości wyboru spośród najbardziej rentownych i najbezpieczniejszych form inwestowania, wsparcia finansowania jako platforma łącząca firmy deweloperskie z całej Polski i Europy z funduszami inwestycyjnymi, przez niekonwencjonalne koncepcje CSR-owe, aż do  HRE Think Tanku zbudowanego w oparciu o nieszablonowe podejście ekspertów kompleksowo wspierających proces planowania, realizacji oraz sprzedaży inwestycji deweloperskich, którego misją jest zaproponowanie konstruktywnych zmian i rozpoczęcie dialogu na temat kierunków zmian polskiego prawa. Rozwój eco-technologiczny jest kluczem do sukcesu, ale musi być elastyczny, o czym trzeba pamiętać w procesie legislacyjnym.  Kluczowe dla rozwoju stały się prognozowanie, analityka, doradztwo, doświadczenie, elastyczność oraz gotowość do działań w kilku wariantach. A na niepewny kierunek rozwoju gospodarki nakłada się obowiązek planowania wielu różnych strategii i tego, jak każda z nich – od znaczącego ożywienia do spadków – dotrze do wszystkich aspektów działalności. HRE Investments wydaje się nowoczesną organizacją, która może w niedalekiej przyszłości awansować do pozycji lidera z dużym potencjałem rozwoju również na rynkach zagranicznych.

Autor :

Adam Białas, ekspert rynku, dziennikarz biznesowy, dyrektor w agencji komunikacji Core PR. Od ponad dwóch dekad związany z mediami, skutecznie działa w obszarze PR i marketingu. Analityk z szeroką perspektywą rynku, globtroter, autor wielu autorskich projektów PR, e-marketingu i dedykowanych programów partnerskich. Posiada wieloletnie globalne doświadczenie korporacyjnej, ekspert w kampaniach i budowaniu wizerunku brandu i produktów B2B/B2C. Prowadził też szerokie działania z obszaru zarządzania kryzysowego, współpracując z liderami branży gamingowej, finansów, IT, MICE i deweloperskiej. Agencja, którą kieruje z obsłużyła ponad 650 kampanii (w tym globalne).

Najważniejsze wydarzenia na rynku handlowym w 2020 r. i prognozy na rok 2021

Rynek handlowy w największym stopniu, w porównaniu do innych sektorów nieruchomości komercyjnych, odczuł skutki pandemii COVID-19, co w dużej mierze było wynikiem obostrzeń nakładanych na firmy przez rząd. Eksperci Colliers International poddali analizie mijający rok i wybrali najważniejsze wydarzenia, jakie miały miejsce w sektorze handlowym, a także przygotowali prognozy dla rynku na 2021 r.[1]

Najważniejsze wydarzenia na polskim rynku handlowym w 2020

  1. Lockdown x 2

Wiosenny i jesienny lockdown przyniosły niekorzystne skutki dla handlu, gastronomii oraz sektora rozrywki i rekreacji. Ocenia się, że spadek odwiedzalności i obrotów w centrach handlowych w 2020 roku wyniesie 25-35% w stosunku do roku 2019.

  1. Abolicja czynszowa i renegocjacje

Wiosną 2020 roku administracyjnie wprowadzona została czasowa abolicja czynszowa, co wywołało perturbacje w rozliczeniach pomiędzy wynajmującymi i najemcami oraz masowe renegocjacje warunków najmu w centrach handlowych.

  1. Z offline do online

W bieżącym roku odnotowano znaczący wzrost udziału sprzedaży e-commerce w handlu detalicznym (z 5,5% w 2019 roku do prognozowanych 8% w 2020 roku), wzmożoną aktywność na platformach sprzedażowych i rozwój różnych form dostaw. Sieci handlowe rozwijały modele sprzedaży wielokanałowej (omnichannel) oraz zwiększały inwestycje w nowe technologie i rozwój sprzedaży online.

  1. Nowe obiekty

Rok 2020 należał do małych obiektów handlowych. Nie ukończono żadnego obiektu handlowego o powierzchni ponad 25 tys. mkw. GLA. Największe otwarcia tego roku to oddanie do użytku Galerii Wiślanka w Żorach i Dekady Nysa.

  1. Nowi najemcy

Mimo pandemii COVID-19 wciąż notujemy nowe wejścia sieci handlowych na polski rynek. Najbardziej spektakularnym debiutem br. było otwarcie sklepu Primark w warszawskiej Galerii Młociny.

Rynek handlowy – prognozy 2021

  1. Mixowanie funkcji

W 2021 roku obserwować będziemy wzrost inwestycji o funkcjach mieszanych (nowe i przebudowy) w celu dywersyfikacji portfeli nieruchomości. W sektor mieszkaniowy wchodzić będą deweloperzy specjalizujący się dotąd w nieruchomościach handlowych.

  1. Małe obiekty

Przyszłość przyniesie dalszy wzrost inwestycji w małe centra i parki handlowe o profilu zakupów codziennych.

– Małe obiekty typu convenience store są obecnie najszybciej rozwijającym się segmentem rynku, co jest wynikiem rozkwitu lokalnego stylu życia i częstszego korzystania z punktów usługowo-handlowo-gastronomicznych w pobliżu miejsca zamieszkania. To właśnie w takich lokalizacjach kondycja obiektów handlowych najszybciej wraca do normy – mówi Katarzyna Michnikowska, dyrektor w Dziale Doradztwa i Badań Rynku w Colliers International.

  1.  Mieszkaniówka a handel

W najbliższym czasie obserwować będziemy wzrost zainteresowania najemców lokalizacjami przy ulicach handlowych w dużych kompleksach mieszkalnych.

– Firmy dostrzegły trend rozwoju „lokalności” życia i załatwiania codziennych spraw. W ramach dywersyfikacji swojego portfolio zaczęły więc interesować się najmem lokali przy osiedlowych ulicach handlowych. Przykładem może być chociażby marka Tefal, która niedawno otworzyła dwa salony na osiedlach mieszkaniowych w Warszawie – na Ursynowie i w Wilanowie – mówi Małgorzata Kobziakowska, dyrektor w Dziale Powierzchni Handlowych w Colliers International.

  1. Nowe modele

Następować będzie dalszy rozwój firm z ofertą o profilu „ekonomicznym”, dyskontów oraz sieci z sektora „wszystko dla domu”. Nowych modeli funkcjonowania poszukiwać będą najbardziej dotknięte pandemią sektory – gastronomiczny i rozrywkowo-rekreacyjny.

  1. Współpraca

Przewidujemy intensyfikację współpracy właścicieli centrów handlowych z najemcami (sanacje przedsiębiorstw, nowe modele funkcjonowania, dywersyfikacje formatów sklepów, uelastycznianie warunków najmu).

[1] Szczegółowe podsumowanie wydarzeń oraz prognozy dla rynku nieruchomości komercyjnych dostępne będą w raporcie Market Isights 2021.

Czym kuszą nas inteligentne samochody?

Coraz większa świadomość cyfrowa i pogłębiająca się cyfryzacja społeczeństwa popycha wiele branż do dużych zmian – transformacji i redefinicji przyjętych modeli biznesowych, a nawet własnych produktów. Jednym z takich sektorów jest automotive. Klienci coraz chętniej stawiają na inteligentne pojazdy, które są bogato wyposażone w rozwiązania bazujące na łączności sieciowej. Tymczasem aż 44 proc. kierowców wciąż nie posiada jeszcze żadnych usług online w swoich samochodach.

Producenci części samochodowych pierwszego montażu (ang. Original Equipment Manufacturer) w niewielkim stopniu wykorzystują możliwości usług internetowych – bo jak pokazuje raport Capgemini „Connected Vehicle Trend Radar” – aż 44 proc. klientów nie ma jeszcze żadnych usług internetowych w swoich samochodach. Tymczasem, badania pokazują, że połowa osób posiadających takie online rozwiązania w swoich pojazdach – rzeczywiście z nich korzysta. Firmą, która okazuje się być wybitnie skoncentrowana na wdrażaniu takich rozwiązań w swoich samochodach jest Tesla, która wykorzystuje szczególnie usługi łącznościowe, w Europie zaraz za nią plasują się takie marki jak BMW oraz Mercedes-Benz.

Razem raźniej

Raport opublikowany przez Capgemini wskazuje, że do 2023 r. po drogach będzie poruszało się ok. 352 mln samochodów połączonych z siecią. Według przeprowadzonych badań 2/3 użytkowników uważa, że takie rozwiązania podnoszą wartość pojazdu i poziom doświadczeń kierowców. Co więcej – połowa respondentów wskazuje też, że byłaby skłonna zmienić markę samochodu, a nawet zapłacić więcej za pojazd, który posiadałby większe możliwości wymiany danych.

– Jeszcze kilka lat temu kierowcy musieli zadowolić się wyposażeniem samochodu, które proponowali producenci, dziś jednak sytuacja diametralnie się zmieniła. Firmy technologiczne z dużym powodzeniem wkroczyły w przestrzeń automotive, dzięki możliwościom łatwego skonfigurowania smartfonów z samochodami. Trzeba przyznać, że jest to duże wyzwanie dla producentów OEM, którzy muszą pracować jeszcze ciężej, aby sprostać oczekiwaniom rynku – mówi Jakub Chwała, Senior Cloud Engineer, ekspert ds. technologii chmurowych w Cloud Infrastructure Services w Capgemini Polska.

Dużym hamulcem rozwoju usług online w pojazdach jest mylne założenie, że producenci OEM powinni samodzielnie wdrażać tego typu nowoczesne rozwiązania. Tymczasem może okazać się, że wsparcie zewnętrznych partnerów technologicznych jest strzałem w dziesiątkę.

Firmy takie jak Google, czy Apple oferują oprogramowania, które są znane użytkownikom, a dodatkowo w intuicyjny sposób można je integrować z samochodem za pomocą takich interfejsów jak Apple CarPlay lub Android Auto. Dzięki temu klienci mogą podnieść jakość swojego cyfrowego życia, wzbogacić je o dodatkowe usługi, które usprawniają codzienne funkcjonowanie. Przewagą Google i Apple jest duże doświadczenie i wiedza w gromadzeniu, przetwarzaniu i wykorzystywaniu danych w taki sposób, by sprostać oczekiwaniom klientów. Samochody są dla nich kolejną przestrzenią, którą można zagospodarować cyfrowo – a co za tym idzie stanowią one możliwości do wprowadzenia nowych proklienckich usług, jak np. ubezpieczenie typu pay-as-you-drive, nawigacja, inteligentne serwisowanie.

„Smartfon na kółkach”

Utrata monopolu producentów OEM na obudowanie pojazdów usługami premium, którymi są m.in. rozwiązania oparte na wymianie informacji, wymusiła konieczność przemyślenia na nowo – czym jest samochód. Takiej redefinicji z pewnością dokonała Tesla, która obecnie wiedzie prym na całym świecie w kontekście inteligentnych pojazdów. Tesla stworzyła „smartfon na kółkach”, który charakteryzuje się dużą elastycznością, dzięki możliwości dowolnej konfiguracji, wykorzystywaniu aplikacji „na żądanie” oraz bezprzewodowej aktualizacji.

Jednym z przykładów zastosowania takich funkcji było zdalne uruchomienie przez Teslę na Florydzie dodatkowej żywotności baterii w momencie, gdy mieszkańcy byli zagrożeni huraganem Irma. Ta opcja miała za zadanie umożliwić użytkownikom jeszcze sprawniejszą ewakuację z niebezpiecznego terenu.

– Trzeba przyznać, że inteligentne pojazdy kryją w sobie szereg możliwości, które podnoszą poziom bezpieczeństwa, zwiększają komfort i użyteczność. Producenci takich samochodów także mogą szybko reagować na potrzeby swoich klientów oferując im aktualizacje i dodatkowe funkcje, które rodzą się wraz z rozwojem technologicznym lub dynamicznie zmieniającymi się oczekiwaniami rynkowymi – mówi Jakub Chwała z Capgemini.

Nie bez znaczenia pozostaje także kwestia cyberbezpieczeństwa w przypadku inteligentnych pojazdów. Powstało rozporządzenie w sprawie cyberbezpieczeństwa w branży motoryzacyjnej, z którego wynika, że aby inteligentny samochód otrzymał homologację, musi spełniać wymogi w dwóch wymiarach: CSMS producenta i samych pojazdów. Między innymi producent zobowiązany jest wskazać, w jaki sposób zagrożenia i środki zaradcze wymienione w rozporządzeniu zostały uwzględnione podczas projektowania pojazdu, czy też auto powinno mieć możliwość wykrywania oraz zapobiegania atakom hakerskim, jak również powinno umożliwiać monitorowanie przez producenta pod kątem wykrywania zagrożeń, podatności i cyberataków.

W cenie…

Aby samochody były atrakcyjne dla klientów, konieczne jest wdrażanie usług online. Jednak niezbędne jest także zachowanie kontroli nad przesyłanymi danymi i wykorzystywanie łączności online przez producentów m.in. do kontroli, serwisu, aktualizacji. Warto także zastanowić się, które funkcjonalności są dla klientów najatrakcyjniejsze, by skoncentrować się na rzeczywiście wykorzystywanych rozwiązaniach, a nie na zbędnych opcjach podnoszącymi niepotrzebnie cenę pojazdu.

Badanie przeprowadzone przez Capgemini wykazało, że w cenie są wszystkie usługi dotyczące bezpieczeństwa i ochrony kierowcy oraz pasażerów, zaś najmniej wartościowe są opcje powiązane z handlem (m.in. transakcje płatnicze – opłaty drogowe, opłaty za tankowanie, zakupy online wykonywane z samochodu). Tak słaba pozycja usług związanych z dokonywanie płatności wynika z dwóch podstawowych powodów – aż 41 proc. użytkowników twierdzi, że te rozwiązania są zbyt drogie, zaś 39 proc. uważa, że opcje te nie są wystarczająco rozwinięte w pojazdach – w stosunku do innych nośników np. telefonów.

– Warto podkreślić, że część usług oferowanych w pojazdach nie ma sensu ze względu na dobre ulokowanie ich w zupełnie innym środowisku – smartwatch, telefon. W wielu narzędziach część tych usług może być oferowana zupełnie bezpłatnie, więc klienci nie czują potrzeby wbudowania takich opcji do pojazdu za dodatkową opłatą. W przypadku pojazdów kluczową kwestią jest bezpieczeństwo i z pewnością żaden inny nośnik nie spełni tej funkcji w dostatecznym stopniu – podkreśla Jakub Chwała.

Nie bez znaczenia pozostaje również aspekt zrównoważonego rozwoju. 60 proc. uczestników badania wskazało, że rozwiązania typu smart zastosowane w pojazdach mają pozytywny wpływ na środowisko. Funkcja inteligentnego planowania tras pomaga zmniejszyć zużycie energii, ale także ogranicza czas podróży i zmniejsza koszty paliwa.
Postępująca cyfryzacja jest już nieodłącznym elementem naszego codziennego świata. Producenci sprzętu, aby zyskiwać nowe możliwości, nowych klientów i nowe perspektywy rozwoju powinni skoncentrować się na współpracy i ciągłym rozwoju. Wzajemna wymiana wizji i możliwości rodzi innowacyjne pomysły, być może takie, na które wszyscy właśnie czekamy.

Nowy pomysł jak uśpić czujność frankowiczów

  • Przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego (KNF) sugeruje bankom, aby zaproponowały kredytobiorcom frankowym ugodę polegającą na potraktowaniu kredytów frankowych tak, jakby od początku były kredytami złotowymi z oprocentowaniem Wibor + marża.
  • Podpisanie ugody może być dla frankowiczów niekorzystne, a w przyszłości może uniemożliwić proces sądowy o unieważnienie umowy kredytowej.
  • Na wokandzie jest teraz 20 tys. spraw frankowych*. Sądy w zdecydowanej większości stają po stronie frankowiczów, którzy wygrywają w 90% spraw.
  • Kredytów frankowych jest w Polsce jeszcze około 460.000, a ich wartość to 100-120 mld zł.

Rozwiązanie sugerowane przez szefa KNF z 08.12.2020 r. zakłada, że sektor bankowy przygotuje projekt ugody dla tych kredytobiorców, którzy zaciągali kredyty hipoteczne w szwajcarskiej walucie. Oznacza to pozasądowe porozumienia, które byłyby alternatywą do ścieżki sądowej. Punktem wyjścia w ugodzie ma być kredyt złotowy oprocentowany polską stawką WIBOR powiększoną o marżę stosowaną dla kredytów złotowych w czasie, w którym udzielony został kredyt walutowy. Banki zwróciłyby klientom różnicę zapłaconych rat i obniżyły zadłużenie oraz podwyższyły przyszłe oprocentowanie i raty.

Zawarcie ugody może w uniemożliwić proces o unieważnienie umowy kredytowej

Propozycję KNF analizuje radca prawny Paulina Piekarska z E-Kancelarii Grupy Prawno-Finansowej:

– Pomysł KNF to w mojej ocenie zasłona dymna mająca uśpić czujność kredytobiorców. To gra na czas i ratunek dla banków, a nie dla konsumentów. Dla spłacających raty taka ugoda jest dość ryzykowna. Warto zwrócić uwagę, na kilka istotnych kwestii:

1) Przewodniczący KNF zaproponował model porozumienia, który miałby opierać się na zmianie umowy na kredyt złotowy. Nie są jednak znane dokładne szczegóły tej „zmiany”. Dotychczas oferowane propozycje, zakładały niewielką ogólną korzyść kredytobiorców w zestawieniu z korzyściami, jakie można osiągnąć w procesie sądowym.

2) „Przewalutowanie” kredytu CHF na złotówki będzie skutkowało zastosowaniem stopy referencyjnej WIBOR, czyli wyższe oprocentowanie w zamian za brak waloryzacji kursem CHF. W związku z tym zabiegiem, comiesięczna wysokość raty kredytowej wzrośnie. 

3) Założeniem KNF jest, aby podpisanie ugody z Bankiem prowadziło do zmniejszenia sporów sądowych. Słowem – zawarcie ugody może w konsekwencji uniemożliwić proces o unieważnienie umowy kredytowej. Korzyści z tytułu unieważnienia umowy, są zaś większe niż te wynikające z ugody.

4) Propozycja zakłada przeliczenie kredytów tak, jakby od początku były złotowymi. Powstanie wówczas pewna nadpłata, do zwrotu kredytobiorcom. Pojawia się więc pytanie, czy banki będą zainteresowane zwrotem owych nadpłat.

Z doświadczenia wiemy, iż już przed propozycją KNF, niektóre z banków oferowały naszym Klientom zawarcie ugody. Banki najczęściej proponują „przewalutowanie” kredytu na złotowy po kursie niższym – zwykle od kilkudziesięciu groszy do ok. 1 zł – od aktualnego. Termin przewalutowanie tutaj nie jest trafny, gdyż tak kredyty indeksowane, jak i denominowane kursem CHF to w gruncie rzeczy kredyty złotowe (wypłacane i spłacane w CHF). Ostatecznie, w tych propozycjach chodzi głównie o pominięcie mechanizmu indeksacji/denominacji, ustalenie określonego salda (mniejszego) w złotych polskich i dalszą spłatę tego kredytu w złotych, ale oprocentowanego WIBOR (zamiast LIBOR) + marża. Choć z pozoru rozwiązania te były korzystne, to jednak w ogólnym zestawieniu zysków i strat, to kredytobiorca traci. 

W praktyce banki odrzucają propozycje ugód z kredytobiorcami

Do tej pory oferowane przez banki propozycje ugodowe były mało korzystne dla kredytobiorców. Obecnie również nie zanosi się na to, by podjęły rękawicę i szukały polubownego rozwiązania. Wielu kredytobiorców ma odczucie, że są klientami banku tylko do momentu zakupu jego produktu, później są już tylko stroną umowy z instytucją finansową. W dodatku stroną słabszą, bo za bankiem stoi instytucjonalna siła i sztab bardzo dobrze opłacanych prawników.

Nie znam żadnego przypadku, by jakikolwiek bank wyraził dobrowolnie zgodę na ugodę i porozumienie z klientem, tak, by kredyt CHF od samego początku był traktowany jak kredyt złotowy, a bank zwrócił klientom nadpłatę (nawet przy zastosowaniu oprocentowania WIBOR + marża). Wszystkie dotychczasowe propozycje, zakładały zmianę wyłącznie na przyszłość. W każdej z prowadzonych przez nas spraw, a było ich kilkaset, KAŻDY BANK odrzucił propozycje ugody i wskazał, że umowa nie ma zapisów abuzywnych – Piotr MaciągowskiPrezes Zarządu E-Kancelaria Grupa Prawno – Finansowa sp. z o.o.  

Banki przegrywają sprawy sądowe, ale dążą do odraczania wyroków. Robią to wciąż skutecznie, czego przejawem może być też zaprezentowane stanowisko KNF. Jest jednak mało prawdopodobne, że zaprezentowana propozycja KNF wejdzie w życie. Jeśli tak się jednak stanie, zapewne część kredytobiorców skorzysta z możliwości ugody, pomimo poważnych zastrzeżeń co do opłacalności takiego rozwiązania. Na pewno warto zachować szczególną uwagę w przypadku otrzymania z banku oferty ugody. Każdą taką propozycję warto skonsultować z kancelarią prawną. Profesjonaliści – pomogą ocenić czy warunki ugody są korzystne i jakie niosą za sobą skutki finansowe w przyszłości. Bank to instytucja finansowa, która musi zarabiać i minimalizować straty – także te wynikające z umów frankowych i roszczeń konsumentów. Zwiększająca się stale liczba unieważnianych umów w sądach mówi sama za siebie. Na wokandzie jest obecnie 20 tys. spraw frankowych, kolejne procesy w zdecydowanej większości kończą się po myśli frankowiczów, którzy wygrywają 90% spraw. Co miesiąc przybywa po kilka tysięcy nowych pozwów. Kredytów frankowych jest w Polsce jeszcze 460.000, a ich wartość to ok. 100-120 mld zł.

* Dane Bankier.pl

Fabryka Izery powstanie w Jaworznie. Produkcja ruszy w 2024

Jaworzno najlepszą spośród 30 analizowanych przez ElectroMobility Poland (EMP) lokalizacji w Polsce. Ten wybór i finansowe wsparcie rządowe dla projektu umożliwi rozpoczęcie inwestycji już jesienią 2021 roku. 15 grudnia 2020 r. minister klimatu i środowiska Michał Kurtyka, przedstawiciele ElectroMobility Poland, Katowickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej (KSSE), Urzędu Marszałkowskiego Województwa Śląskiego, miasta Jaworzna i Lasów Państwowych podpisali  w Katowicach Memorandum o współpracy przy przygotowaniu terenu pod budowę pierwszej w Polsce fabryki samochodów elektrycznych.

Pierwsze polskie auto elektryczne wyjedzie ze śląskiej fabryki

Symboliczne „wbicie łopaty” pod inwestycję jest planowane w roku 2021. Dzięki nowej fabryce pracę znajdzie tu ok. 15 tys. osób: 3 tys. w zakładzie w Jaworznie oraz 12 tys. u dostawców i kooperantów. Produkcja aut rozpocznie się w 2024 roku.

OG£OSZENIE DECYZJI O WYBORZE LOKALIZACJI FABRYKI POLSKIEJ MARKI SAMOCHODÓW ELEKTRYCZNYCH IZERA–  Wokół projektu udało nam się zjednoczyć partnerów z wielu instytucji. Dzięki połączeniu ich zaangażowania i potencjałów plan budowy fabryki zyskał realny kształt. Teraz wszystkie strony muszą intensywnie działać, aby doprowadzić do finalizacji projektu – mówi minister klimatu i środowiska, Michał Kurtyka. – Inwestycja jest ważnym elementem planu dla Śląska i pozwala nam rozwijać innowacyjny przemysł, który tworzy w regionie m.in. trwałe miejsca pracy. Izera jest szansą dla sprawnie funkcjonującej tu branży automotive i na wykorzystanie potencjału elektromobilności, która doskonale wpisuje się w krajobraz gospodarczy województwa – dodaje. Minister Kurtyka zapowiada również rządowe wsparcie projektu ze względu na jego strategiczne znaczenie. – Budowanie lokalnej specjalizacji, generowanie impulsu rozwojowego dla kluczowych branż, kreowanie popytu na nowoczesne usługi oraz technologie, czy transformacja regionów jest rolą państwa. Wiele krajów wspiera kluczowe dla ich gospodarek projekty. Państwo, które myśli perspektywicznie, potrafi dostrzec rynkowe „momentum” i zdefiniować strategiczne obszary umożliwiające rozwój gospodarczy kraju. Takim właśnie jest projekt polskiej marki samochodów elektrycznych  podkreśla.

Wspieramy takie projekty jak budowa fabryki Izera w województwie śląskim, gdyż jest to strategiczne działanie łączące rozwój gospodarczy z troską o ekologię i czyste powietrze – deklaruje marszałek województwa śląskiego, Jakub Chełstowski. Zaznacza, że przyszłość regionu będzie oparta między innymi na innowacyjnych przedsięwzięciach.  –  Jesteśmy liderem w Europie pod kątem oferty stworzonej w Katowickiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej. Mamy ambicje, aby w tym zrównoważonym rozwoju kwestie środowiska naturalnego, kwestie społeczne również były mocno zaakcentowane. Współpraca z administracją rządową premiera Mateusza Morawieckiego, z ministrem klimatu i środowiska Michałem Kurtyką, ze strefą ekonomiczną, samorządami i przedsiębiorcami z pewnością przyczynić się może do osiągnięcia wspólnego sukcesu. Takim bez wątpienia będzie powodzenie tego projektu, a co za tym idzie dalszy rozwój województwa śląskiego i Polski – dodaje.

Lokalizacja poprzedzona szczegółowymi analizami

Piotr Zaremba, prezes ElectroMobility Poland zwraca uwagę na czynniki, które sprawiają, że województwo śląskie jest optymalnym miejscem lokalizacji fabryki. – Na początkowym etapie rozważaliśmy prawie 30 lokalizacji, w tym kilka na Śląsku. We współpracy z Polską Agencją Inwestycji i Handlu oraz firmą doradczą specjalizującą się
w podobnych procesach, dokładnie sprawdzaliśmy każdą z nich. Kluczową rolę odgrywały takie czynniki, jak: dostęp do mediów, infrastruktury drogowej, ukształtowanie i sposób użytkowania terenu oraz kwestie prawne związane z własnością gruntów. Ważna była nie tylko możliwość zbudowania fabryki, ale też odpowiedniego zalecza logistycznego i stworzenie parku dostawców w bezpośrednim sąsiedztwie zakładu. Jaworzno daje największy potencjał w tym zakresie, stąd po dokładnych i szczegółowych analizach wskazaliśmy właśnie to miejsce. Dodatkową gwarancją powodzenia tego projektu są partnerzy, którzy deklarują wsparcie i zaangażowanie, aby doprowadzić inwestycję do  mety. W związku z koniecznością przeprowadzenia przed rozpoczęciem budowy fabryki odpowiednich prac przygotowawczych produkcja aut rozpocznie się w 2024 roku. Jestem przekonany, że czas zainwestowany teraz zwróci się na dalszych etapach projektu
– mówi prezes Zaremba.OG£OSZENIE DECYZJI O WYBORZE LOKALIZACJI FABRYKI POLSKIEJ MARKI SAMOCHODÓW ELEKTRYCZNYCH IZERA

Województwo śląskie motoryzacyjnym sercem Polski

Fabryka będzie zlokalizowana na terenach należących do Katowickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej (KSSE), skupiającej ponad 400 nowoczesnych firm, które inwestując blisko 40 mld zł. utworzyły już  80 tys. miejsc pracy. – W strefie działają zautomatyzowane, zrobotyzowane fabryki oraz firmy specjalizujące się w inteligentnych rozwiązaniach. Nasz flagowy klaster Silesia Automotive and Advanced Manufacturing skupia obecnie ponad sto kilkadziesiąt firm motoryzacyjnych i jest w elitarnym gronie 15 Krajowych Klastrów Kluczowych – zaznacza dr Janusz Michałek, prezes KSSE. Tu, na terenie KSSE, funkcjonuje znaczna część firm produkujących komponenty do samochodów. Nasi inwestorzy mogą stać się partnerami Izery i pomóc w tworzeniu lokalnego łańcucha dostaw. Jesteśmy motorem branży automotive. To na Śląsku bije motoryzacyjne  serce Polski i chcemy, żeby było to też serce elektromobile – podkreśla.OG£OSZENIE DECYZJI O WYBORZE LOKALIZACJI FABRYKI POLSKIEJ MARKI SAMOCHODÓW ELEKTRYCZNYCH IZERA

Z kolei Paweł Silbert, prezydent Jaworzna zwraca uwagę, że dla miasta powstanie fabryki to korzyść nie tylko w postaci miejsc pracy i dodatkowych wpływów do budżetu, ale też naturalny element strategii przyjętej przez samorząd. Jej ważnym elementem jest rozwój nowoczesnej infrastruktury drogowej oraz elektromobilności. – To w naszym mieście na drogi wyjechał pierwszy autobus elektryczny w Polsce – przypomina prezydent Silbert. – Byliśmy także nominowani do prestiżowej nagrody EU Urban Road Safety Award. Fabryka pierwszego polskiego samochodu elektrycznego doskonale wpisuje się w nasze działania i mamy nadzieję, że będzie pociągać za sobą kolejne szanse na rozwój naszych przedsiębiorców i mieszkańców. Materializuje się wizja Jaworzna jako regionalnego ośrodka innowacyjnego przemysłu opartego na wiedzy i technologii. Ta wizja skłaniała mnie do tego, by konsekwentnie stawiać na e-mobility, jako trend, który będzie dominował w przyszłości. Dzisiaj możemy cieszyć się sukcesem dodaje.

Jak wypadną tegoroczne świąteczne zakupy? Przed sezonem w branży retail przeważał ostrożny optymizm

Jak wypadną tegoroczne świąteczne zakupy? Przed sezonem w branży retail przeważał ostrożny optymizm. Największym problemem – wahania popytu.

Grudzień to w handlu prawdziwe żniwa, ale nie w tym roku. Jak wynika z badania Capgemini, nastroje w branży są, mówiąc delikatnie, umiarkowanie optymistyczne. Sprzedawcy detaliczni ostrożnie patrzą na przedświąteczny sezon zakupowy. Część firm dobrze wykorzystała ostatnie miesiące i przygotowała się na drugą falę tegorocznych problemów. Jak? Między innymi inwestując w cyfrowe rozwiązania.

Zgodnie z wynikami corocznego badania świątecznego Capgemini, prawie połowa sprzedawców detalicznych spodziewa się wzrostu sprzedaży, a połowa kupujących przewiduje, że w tym okresie świątecznym zrobi więcej zakupów niż w latach poprzednich. Spodziewając się tego, niemal wszyscy detaliści (93 proc.) podjęli działania, aby wzmocnić swoją obecność w sieci. Połowa poprawiła swoją stronę internetową lub ofertę e-commerce, co trzeci zwiększył przepustowość ruchu w sieci, a co piąty wprowadził możliwość zakupów wirtualnych.

Aby jeszcze bardziej przyciągnąć klientów, 78 proc. sprzedawców detalicznych postanowiło zaoferować większe rabaty, zarówno w internecie, jak i w sklepach stacjonarnych, a co trzeci planował zwiększenie asortymentu przecenionych produktów online. Jednak pomimo tych przygotowań, detaliści wcale nie mają pewności, że trafią ze swoją ofertą w oczekiwania klientów. W tym roku tylko 39 proc. z nich jest przekonanych, że trafnie przewidziało oczekiwania kupujących. W 2019 było to o 16 punktów procentowych więcej! Główną przyczyną niepewności jest zagrożenie kolejnym lockdownem i przerwaniem łańcuchów dostaw – obawiała się tego połowa, a prawie co trzeci twierdził, że dane, na których opierają swoje planowanie, w tym roku, ze względu na COVID-19, są wyjątkowo niepewne.

Jak detaliści przygotowali się na zmiany?

Pomimo niepewności, jak będą się kształtowały wydatki kupujących, większość sprzedawców detalicznych zmieniła strategie, uwzględniając obawy konsumentów dotyczące finansów i zdrowia. Ponad 40 proc. sprzedawców detalicznych zaoferowało większe rabaty lub więcej rabatów okresowych w porównaniu z poprzednimi latami. Prawie dziewięciu na dziesięciu wprowadziło w tym roku nowe opcje dostawy, połowa z nich darmową dostawę, a blisko połowa „kup i odbierz” lub dostawę bezkontaktową.

Okres świąteczny zawsze był trudny do przewidzenia przez detalistów, ale zakłócenia w łańcuchach dostaw, ostrożność konsumentów i zmieniające się ograniczenia rządowe sprawiają, że ten rok jest dosłownie pełen niepewności – mówi Tim Bridges, dyrektor ds. dóbr konsumpcyjnych i handlu detalicznego w Capgemini. – Mimo to sprzedawcy detaliczni zdają sobie sprawę, że transakcje lawinowo przenoszą się do internetu i zawczasu zainwestowali w swoją ofertę e-commerce. Wiele firm dodatkowo zwiększa opcje płatności, otwiera nowe metody dostawy lub wprowadza do sklepu online nowości, takie jak np. wirtualne garderoby. Przy trwającej pandemii niepewność, której jesteśmy dziś świadkami, prawdopodobnie utrzyma się w przyszłym roku. Prawdziwymi zwycięzcami będą ci, którzy dzięki wcześniejszym wdrożeniom IT będą mogli cyfrowo usprawnić swoje operacje i łańcuchy dostaw, aby sprostać nagłym wzrostom i spadkom popytu.

Z systemem wsparcia sprzedaży jest zdecydowanie lepiej

Popyt na analitykę danych w handlu jest o wiele większy, niż chociażby rok temu – mówi Marcin Pleszko, Chief Product Officer w Sagra Technology, firmie dostarczającej systemy wspierające sprzedaż. – Przed pandemią klienci posiadający budżety byli ewentualnie zainteresowani wdrożeniem, ale to my musieliśmy namawiać ich do projektów i pokazywać korzyści. Dziś nikt nie ma wątpliwości, że z cyfryzacją trzeba ruszyć. Rok 2020 uzmysłowił nam, jak dynamiczne bywają wahania popytu, stąd zwiększona potrzeba użycia np. modeli sztucznej inteligencji do jego przewidywania. Nieprzewidywalność zapotrzebowania na produkty to dziś jedna z największych bolączek handlu.

Ekspert z Sagra Technology nie ma też wątpliwości, że firmy, które nie dysponowały odpowiednimi narzędziami IT, gorzej radziły sobie z tegorocznymi zakłóceniami w łańcuchach dostaw czy obostrzeniami związanymi z kontaktami fizycznymi. A dostępność produktów oraz sprawnie działające łańcuchy dostaw w szczytowym okresie przedświątecznych zakupów są niezwykle istotne. – Firmy korzystające z naszych rozwiązań integracyjnych cały czas miały aktualne informacje dotyczące dostępności produktów czy stanów magazynowych z sieci dystrybucji. Systemy SFA, takie jak nasz Emigo wraz z całą platformą integracyjną, umożliwiają zabezpieczenie produktu – gdyby zabrakło go w jednym magazynie, mamy wskazanie, gdzie w danym regionie może być jeszcze zapas. Wiedza o tym, jaka jest rzeczywista dostępność produktu u danego dystrybutora jest dziś bardzo ważna, pozwala podejmować odpowiednie decyzje i rozwijać biznes – podkreśla Marcin Pleszko.

Koronawirus zmienił zasady gry w branży luksusowej. Kto przetrwa?

Rynek dóbr luksusowych pikuje. Konsumenci produktów tej kategorii przywykli do rytuału nabywania ich w sklepach stacjonarnych, a ich producentom przez myśl nie przeszło, aby tę tradycję zastąpić cyfrowym odpowiednikiem. Do czasu, aż koronawirus przewrócił świat do góry nogami. Ostatecznie właściciele marek klasy premium poszli po rozum do głowy i wraz ze wschodnim gigantem e-handlu – platformą Alibaba – przystąpili do ofensywy. Efektem tej współpracy ma być marketplace dla produktów, o których statystyczny Kowalski może jedynie pomarzyć. Co na to Amazon?

Jak donosi „New York Times”, już w 2015 roku Johann Rupert – prezes i akcjonariusz Richemont, firmy, która skupia szereg marek luksusowych zegarków, biżuterii, galanterii skórzanej i odzieży – zachęcał swoich kolegów, a jednocześnie konkurentów, do stworzenia wspólnego marketplace’u dedykowane sprzedaży detalicznej dóbr luksusowych. Propozycja skierowana była wtedy przede wszystkim do Bernarda Arnaulta z LVMH i Francisa-Henriego Pinaulta z Kering – prezesów największych firm z tego segmentu. Plan spełzł na niczym, jako że każda marka – aby być o krok przed konkurencją – myślała o stworzeniu własnej platformy handlowej. Efekt? Spółki zainwestowały we własne rozwiązania, jednak prawie żadna nie odnotowała oczekiwanych zysków. Ostatecznie więc marketplace dla dóbr luksusowych, którego marka urosłaby w siłę i zakorzeniła się w świadomości klientów, nie powstał. Na Zachodzie funkcjonuje co prawda platforma Farfetch, lecz trudno nazwać ją gigantem.

Klątwa nietoperza

Kilka lat później, na innym targu, bynajmniej nie cyfrowym, w chińskim Wuhan, ktoś podobno kupił i zjadł nietoperza. Skutki tego – anegdotycznego już – zdarzenia są nam doskonale znane, wpłynęły bowiem na życie miliardów ludzi i losy światowej gospodarki. To za jego sprawą branża dóbr luksusowych ucierpiała i to bardziej niż inne dziedziny handlu. Kryzys nie ominął również naszych rodzimych marek, mimo że wg raportu KPMG wartość rynku dóbr luksusowych w Polsce w 2019 roku przekroczyła 25 mld zł, a zgodnie z szacunkami, w ciągu kilku lat miała wzrosnąć nawet do 38 mld zł. Dodatnią koniunkturę napędzały głównie fizyczne punkt sprzedaży, a e-commerce pozostawał jedynie koniecznym dodatkiem. – Przed koronawirusem wyłącznie sklepy internetowe sprzedające luksusowe zegarki mogły liczyć na przyzwoite obroty, lecz ze względu na „seryjność” produktu przepisałbym to efektowi ROPO, czyli szukaj offline, kupuj (taniej) online. Inne branże premium, takie jak biżuteria czy autorska odzież nie generowały obrotów wartych wspomnienia – zwraca uwagę Bartosz Ferenc, pomysłodawca i założyciel CENTEO, jednocześnie narzędzia do automatyzacji sprzedaży w porównywarce Ceneo.pl, jak i agencji oferującej usługi marketingowe na tej platformie.

O tym, że polskim firmom, których oferta skierowana jest do zamożnej części społeczeństwa, chwieje się grunt pod nogami, świadczą chociażby ostatnie posunięcia marki Apart, która w imieniu branży jubilerskiej zwróciła się do wicepremiera Gowina, prosząc go o objęcie tego sektora rządową tarczą antykryzysową. Z apelu Apartu wynika, że branża ma problemy wypłatą wynagrodzeń. Czemu jest źle, skoro miało być tak dobrze?

Marki luksusowe za późno odkryły e-commerce – tłumaczy założyciel CENTEO. – W momencie wybuchu pandemii firmy budujące ofertę wokół ekskluzywnych produktów były o kilka kroków za innymi branżami. Zbyt mały nacisk położono na rozwój własnych, cyfrowych kanałów sprzedaży. Większość marek luksusowych nie weszła również na żaden z liczących się marketplace’ów. Gdy wybuchła pandemia, sklepy stacjonarne z oczywistych powodów straciły klientów, a ci nie zdążyli przyzwyczaić się do kupowania produktów tej kategorii przez Internet – twierdzi Ferenc i dodaje, że analizując genezę kryzysu, nie można pominąć braku poczucia bezpieczeństwa spowodowanego pandemią i tego, w jaki sposób pustoszy ona gospodarkę.

Branża luxury nie tylko za późno odkryła e-commerce, ale – przekonana o nieomylności stosowanej latami strategii – do sprzedaży internetowej z pewną dozą arogancji. Najlepszym tego przykładem jest publiczne odrzucenie przez LVMH oferty współpracy z Amazonem. To prawda, że jako „sklep ze wszystkim” Amazon nie dawał markom tej kategorii odpowiedniego poczucia ekskluzywności, a do tego borykał się z zarzutami o handel towarem podrabianym. Gdyby jednak udało się znaleźć pole do współpracy, to być może francuski koncern byłby dziś w dużo lepszej sytuacji.

Luksus w sieci

Pomimo ociężałości największych graczy, w Internecie branża dóbr luksusowych ma się nie najgorzej. Handel produktami tej klasy – jak donosi raport Bain & Company – w 2019 roku wart był 39 mld USD, by w roku bieżącym urosnąć do kwoty 58 mld USD. Co ciekawe, swój udział w tym sukcesie ma również Amazon, który uruchomił aplikację Luxury Stores, dostępną dla 150 mln subskrybentów Amazon Prime. Za jej sprawą luksusowe produkty światowych projektantów nie wyświetlają się obok ładowarek do telefonów czy karmy dla psów. Dzięki Luxury Stores firma Jeffa Bezosa jest dziś głównym konkurentem wspomnianej wcześniej platformy Farfetch.

Amazon podejmuje szereg innych działań, aby przyciągnąć do siebie klientów zainteresowanych towarami klasy premium. Niedawno na Amazon Prime Video swój drugi pokaz bielizny, z udziałem największych nazwisk świata mody, w tym Cary Delevingne i Belli Hadid, zaprezentowała Rihanna. Z kolei, w październiku, Amazon częściowo sponsorował Mercedes-Benz Fashion Week Madrid, transmitując na żywo pokazy i udostępniając kolekcje na swoich stronach. Jednocześnie w ramach London Fashion Week platforma nawiązała współpracę z British Fashion Council i magazynem modowym Vogue, aby stworzyć cyfrowy sklep dla 12 brytyjskich projektantów, takich jak 1×1 Studio, De La Vali, Grenson, Les Girls Les Boys, Emilio De La Morena, Kat Maconie i Olubiyi Thomas. Kwoty, które Amazon inwestuje w rynek luxury, też są niezwykle wymowne: 18 miliardów USD pomoże niezależnym detalistom ze wszystkich sektorów rozwijać się na platformie, a 100 milionów USD trafi bezpośrednio do nowych marek modowych.

Taka skala inwestycji z pewnością budzi obawy Farfetch, lecz wszystko wskazuje na to, że platforma nie podda się bez walki. Markretplace dla klientów z nabitym portfelem pozyskał finansowanie w wysokości 300 mln USD od spółki Richemont, drugie tyle zamierza zaś włożyć w niego wschodni gigant e-handlu – Alibaba. Taki zastrzyk środków z pewnością pomoże wyrównać szanse w starciu z mocarzem z Seattle. Czy to jednak wystarczy, by zyskać pozycję lidera?

– Nie będzie to łatwa batalia – mówi Aleksandra Szarmach, Chief Marketing&Sales Officer w firmie Nethansa, specjalizującej się we wsparciu sprzedaży na Amazonie. – Z pewnością, by rozstrzygnąć jej wynik, nie wystarczy zwykłe porównanie sum zainwestowanych środków. Liczyć się będzie także doświadczenie i rozpoznawalność. A tutaj atuty ma Amazon. Wszystko zależy więc od tego czy największej platformie handlowej świata uda się zaistnieć w świadomości klientów jako docelowe miejsce zakupu towarów luksusowych. Jej dotychczasowi klienci w znacznie mniejszym stopniu poszukują konkretnych marek. Ważniejsze jest dla nich znalezienie produktu spełniającego ich oczekiwania i to w atrakcyjnej cenie.

Zachodnia arena batalii o wschodni rynek

Starcie na Zachodzie i palma pierwszeństwa w tym regionie ma pomóc opanować zwycięzcy lukratywny rynek wschodni, z którego każdy uczestnik tego boju spodziewa się czerpać pokaźne zyski. Amazon i Alibaba liczą bowiem na wywołanie efektu psychologicznego – w końcu to zachodnia Europa i USA w dalszym ciągu stanowią centrum mody i designu, dyktując światowe trendy. Kto dominuje w tym obszarze, dominuje na całym świecie. Co ciekawe, walka toczy się dziś nie o konsumenta z Zachodu, lecz z Dalekiego Wschodu, a konkretnie z Chin. Jedynie tam, pomimo globalnego kryzysu, rynek dóbr luksusowych odnotowuje stabilne wzrosty. Dlatego Richemont z Alibabą zamierzają zainwestować kolejne 250 mln USD w Farfetch China. Na tamtejszym rynku potentatem jest oczywiście Alibaba.

Według Bartosza Ferenca, twórcy CENTEO, przełomowego rozwiązania do optymalizacji widoczności w największej polskiej porównywarce cenowej, ze zmagań gigantów wyłaniają się dwa najważniejsze wnioski: – W handlu internetowym kluczową rolę odgrywają rozwiązania typu marketplace. Każdy, kto chce zarabiać na sprzedaży w Internecie, powinien zadbać o obecność na platformach e-handlu, zarówno tych działających lokalnie, na krajowych rynkach, jak i na międzynarodowych. Po drugie, żadna firma nie może pozwolić sobie na ignorowanie ogólnoświatowych trendów. W dynamicznie zmieniającej się sytuacji rynkowej, jaką mamy obecnie, lekceważenie jakiegokolwiek kanału sprzedaży może mieć opłakane skutki – kwituje Ferenc.