Dimitris Raptis dyrektorem generalnym (CEO) Grupy Globalworth

Dimitris Raptis zostaje wyłącznym dyrektorem generalnym (CEO) Grupy Globalworth. Ioannis Papalekas rezygnuje ze stanowiska dyrektora generalnego firmy z dniem 15 grudnia 2020 roku.

Dimitris Raptis będzie kierował doskonałym zespołem zarządzającym Globalworth składającym się z doświadczonych profesjonalistów, z których wielu rozwinęło się w organizacji i było w dużej mierze odpowiedzialnych zarówno za dotychczasowe sukcesy firmy, jak i za to, jak dobrze sobie radziła w ciągu ostatnich burzliwych miesięcy.

Cieszę się, że obejmuję funkcję wyłącznego dyrektora generalnego i nie mogę się doczekać umocnienia pozycji Globalworth jako lidera rynku w Europie Środkowo-Wschodniej. Jestem przekonany, że sprostamy wyzwaniom, które czekają nas w 2021 roku i w kolejnych latach oraz, że będzie to czas osiągania kolejnych sukcesów. Współpracuję z Ioannisem od momentu powstania Globalworth w 2012 roku. Był wizjonerskim liderem i siłą napędową niezwykłego sukcesu Globalworth oraz autorem transformacji firmy z niewielkiego dewelopera biurowego działającego w Rumunii do największego inwestora biurowego i właściciela w regionie. Wartości takie jak szacunek, zaangażowanie, dążenie do doskonałości, koncentracja na kliencie i oddanie społeczności będą nadal filarami kultury i strategii Globalworth. Chciałbym również osobiście podziękować Ioannisowi za jego przyjaźń, rady i zaufanie na przestrzeni lat oraz życzyć mu wszystkiego najlepszego – Dimitris Raptis, CEO Globalworth

Założenie i prowadzenie firmy Globalworth to dzieło mojego życia i największe osiągnięcie zawodowe. Było to osiągnięcie trudne, ale jednocześnie bardzo satysfakcjonujące na poziomie biznesowym i osobistym. Jestem naprawdę dumny, że po tylu latach ciężkiej, wspólnej pracy stworzyliśmy pionierskiego gracza na rynku nieruchomości w regionie, który jest gotowy do kolejnego etapu rozwoju. Jestem również wdzięczny całej społeczności Globalworth za ogromne wsparcie i zaangażowanie, bez których to nie byłoby możliwe. Jestem przekonany, że Dimitris, z którym wspólnie podjęliśmy wyzwanie pod nazwą Globalworth, jest właściwą osobą do intensyfikowania rozwoju i sukcesu firmy – Ioannis Papalekas

Dimitris Raptis (45) jest doświadczonym liderem biznesowym z 25-letnim stażem pracy w sektorach usług finansowych i nieruchomości. Od marca 2020 pełni rolę Co-CEO w Globalworth. Dołączył do firmy w momencie jej powstania w 2012 roku, obejmując stanowisko zastępcy CEO i dyrektora ds. inwestycji. W ramach tej funkcji był zaangażowany w większość działań spółki, a jego głównymi obszarami odpowiedzialności były inwestycje oraz pozyskiwanie kapitału, a także od 2017 roku nadzór nad Globalworth Poland, czyli polską działalnością grupy. W tym okresie także nadzorował przejęcia i inwestycje deweloperskie o łącznej wartości 2,7 mld euro (w tym przejęcie przez inwestorów prywatnych notowanej w obrocie publicznym spółki portfelowej, przekształconej później w Globalworth Poland). Ponadto nadzorował pozyskanie 5 mld euro kapitału equity i kapitału dłużnego, które zasiliły wzrost Globalworth – od portfela aktywów wartości 53 mln euro w 2013 roku, kiedy firma była notowana w segmencie AIM giełdy w Londynie, do ponad 3 mld euro obecnie. W rezultacie grupa stała się największym inwestorem wynajmującym powierzchnie biurowe w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Powołanie Dimitrisa Raptisa na stanowisko dyrektora generalnego jest częścią procesu ewolucji grupy w ostatnich latach, kiedy stopniowo dokonuje ona przejścia od odnoszącego sukcesy dewelopera biurowego z siedzibą w Rumunii do uznanego i renomowanego międzynarodowego inwestora instytucjonalnego i zarządcy aktywami.

Przed wejściem w szeregi firmy Globalworth Dimitris Raptis przez 16 lat pracował w Deutsche Banku – przez większość tego czasu jako starszy członek grupy zarządzającej instytucjami nieruchomościowymi w ramach oddziału Deutsche Bank Asset and Wealth Management („RREEF”). W latach 2008-2012 był dyrektorem zarządzającym i szefem działu zarządzania portfelem inwestycyjnym w Europie w RREEF Opportunistic Investments – pionie private equity Deutsche Banku inwestującym w nieruchomości.

Dimitris Raptis posiada stopień licencjacki pierwszej klasy z wyróżnieniem w dziedzinie bankowości i finansów międzynarodowych z Cass Business School w Londynie.

PARP: Polacy umiarkowanie zadowoleni ze swojej pracy

Tuż przed wybuchem pandemii polski rynek pracy charakteryzowała dobra koniunktura. Prawie trzy czwarte Polaków było aktywnych zawodowo, to znaczy pracowało albo szukało pracy i wyrażało chęć jej podjęcia. Takie wnioski płyną z „Raportu z badania ludności w wieku 18-69 lat”, który prezentuje rezultaty badania przeprowadzonego przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości i Uniwersytet Jagielloński w ramach kolejnej edycji programu Bilans Kapitału Ludzkiego. Wśród pracujących najczęstszą formą zatrudnienia była umowa o pracę (69 proc.), w większości przypadków zawarta na czas nieokreślony (84 proc.). Projekt jest finansowany z funduszy europejskich Programu Wiedza Edukacja Rozwój.

Bilans Kapitału Ludzkiego to jeden z największych w skali Europy projektów badawczych dotyczących rynku pracy, tj. zatrudnienia, adaptacyjności kadr i kompetencji zawodowych. Celem projektu, zapoczątkowanego w 2009 r. we współpracy z Uniwersytetem Jagiellońskim w Krakowie, jest monitoring kapitału ludzkiego w Polsce.

W związku z pandemią rynek pracy od miesięcy ulega daleko sięgającym zmianom. Wiele z nich to rezultat gwałtownego przyspieszenia procesów cyfryzacji, coraz częstszego wykorzystania zdalnej lub mieszanej formy pracy, konieczność doszkalania się lub przebranżawiania i większego nacisku na tzw. miękkie kompetencje. Na te zjawiska nakłada się wyraźnie gorsza niż w zeszłym roku sytuacja gospodarcza, w szczególności mocno dotykająca branże, których dotyczą związane z pandemią obostrzenia – mówi Paulina Zadura, dyrektor w Departamencie Analiz i Strategii PARP.

Aktywność zawodowa

W minionym roku 73 proc. osób w wieku 18-69 lat było aktywnych zawodowo, to znaczy pracowało, szukało pracy i wyrażało chęć jej podjęcia. W tej grupie odsetek rzeczywiście wykonujących płatne zajęcie wynosił 69 proc. W ciągu dwóch lat wskaźniki te wzrosły odpowiednio o 2 i 3 p.p. Wśród osób pracujących najczęstszą formą zatrudnienia była umowa o pracę (dwie trzecie odpowiedzi), w większości przypadków zawarta na czas nieokreślony.

Warto zauważyć, że umowy krótkoterminowe w największym stopniu dotyczyły najmłodszych pracowników – w grupie wiekowej do 35. roku życia tak odpowiedziała nieco ponad jedna czwarta pytanych. Podobne zjawisko dotyczyło pracy w szarej strefie, która była bardziej powszechna wśród najmłodszych badanych.

Ta grupa pracowników najczęściej pracowała też w oparciu o umowy cywilnoprawne. W sumie taka forma zatrudnienia dotyczyła ok. 2,5 mln Polaków (12 proc. w roku poprzedzającym badanie i 7 proc. w jego trakcie). Z tej liczby 400 tys. osób wykonywało pracę tylko lub głównie na podstawie takiej umowy, a pozostali w ten sposób dorabiali na przykład do standardowej umowy.

Tuż przed wybuchem pandemii mniej więcej co piąta osoba pracująca prowadziła działalność gospodarczą, a nadchodzący rok postrzegała raczej optymistycznie. Jak wynika z badania, ok. 40 proc. przedsiębiorców do 35. roku życia oraz tych z wyższym wykształceniem spodziewało się wzrostu obrotów swoich biznesów. Koronakryzys z pewnością wielu z nich, szczególnie z branż najmocniej dotkniętych restrykcjami związanymi z zapobieganiem zakażeniu, postawił w dramatycznej sytuacji. Firmy np. gastronomiczne czy turystyczne o realizacji tych optymistycznych scenariuszy musiały zapomnieć – mówi Anna Tarnawa, kierownik w Departamencie Analiz i Strategii PARP.

Badanie przybliża też obraz szarej strefy. Przed wybuchem pandemii w oparciu o umowę ustną pracowało 6 proc. Polaków w wieku 18-64 lata, z czego trzy czwarte wykonywało ją na rzecz rodziny, znajomych i innych osób prywatnych, a co czwarta na rzecz firmy. W ciągu roku przed badaniem zdarzało się też, że mimo wykonywania pracy w oparciu o formalną umowę, przynajmniej część wynagrodzenia pracujący otrzymali „pod stołem” – tak wskazało 6 proc. respondentów.

Większe zarobki Polaków

Tuż przed wybuchem pandemii Polacy byli umiarkowanie zadowoleni ze swojej pracy, średnio w skali od 1 do 4, wskazywali 3,5. Nastroje w tym przypadku najlepiej oddaje fakt, że co trzecia badana osoba zadeklarowała, że chciałaby zmienić zawód, gdyby tylko mogła jeszcze raz pokierować swoją karierą zawodową. Jednocześnie, największą satysfakcję z pracy miały osoby z wyższym wykształceniem oraz prowadzący własną działalność z wykształceniem średnim.

W ciągu dwóch lat od poprzedniego badania BKL, deklarowane przeciętne zarobki netto respondentów wzrosły w 2019 r. o ok. 600 zł, do kwoty 3 372 zł. Jak wynika z badania, bardzo wyraźna jest różnica w wysokości zarobków w zależności od płci. Kobiety zarabiały o blisko jedną trzecią (29 proc.) mniej od mężczyzn.

Poziom zadowolenia z wykonywanej pracy, a także niesatysfakcjonujące zarobki to najczęstsze przyczyny poszukiwania nowego zajęcia. Wśród powodów spodziewanego odejścia z dotychczasowego stanowiska pytani najczęściej wskazywali chęć wykonywania innej pracy (40 proc.), niskie wynagrodzenie (31 proc.), zniechęcenie (21 proc.) i brak możliwości rozwoju (20 proc.). Ogólnie pracy poszukiwał co dziesiąty zatrudniony i tylko 14 proc. osób niepracujących.

Mając na uwadze pojawiające się co jakiś czas postulaty skracania czasu pracy, warto zauważyć, że według omawianego badania Polacy pracowali w 2019 r. średnio ponad 44 godziny tygodniowo. Co ciekawe, w przypadku mężczyzn było to 5 godzin więcej niż u kobiet, a wśród przedsiębiorców 9 godzin więcej niż u osób na etacie. – Tym ciekawiej może wyglądać porównanie tych wskazań z kolejną edycją badania, gdy będzie już widać, w jakim zakresie znacznie powszechniej niż wcześniej wykorzystywana praca zdalna miała wpływ na ilość czasu spędzaną w pracy przez Polaków – mówi Krzysztof Kasparek, ekspert z Centrum Ewaluacji i Analiz Polityk Publicznych Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Zaostrzenie przepisów odpadowych – polski rynek śmieci wart 15 mld zł

Polskie ustawodawstwo chce ulepszać gospodarkę odpadami na terenie naszego kraju. Ostatnie działania, obejmujące między innymi współpracę organów państwa – czyli Inspekcji Transportu Drogowego, Krajowej Administracji Skarbowej, Ministerstwa Środowiska i Służby Granicznej – które zapobiegają powstawaniu kolejnych składowisk odpadów, wskazują na zaostrzanie kontroli nad gospodarką śmieciami. Widać to też w pakiecie ustaw z 2018 roku, które znacząco podniosły zabezpieczenia i ograniczenia w przepisach odpadowych. Jednak już teraz można obserwować, że duże zaostrzenie zasad wypycha z rynku firmy, które nie chcą lub nie mogą działać według nowych przepisów.

– Pakiet odpadowy wprowadził tak daleko idące ograniczenia i zaostrzenie przepisów, że w pewnym momencie odbiło się to czkawką dla całego sektora. Po wprowadzeniu ustaw sporo podmiotów wypadło z rynku. Stwierdziło, że gra jest niewarta świeczki – powiedział serwisowi eNewsroom Jakub Łańcucki, prezes WasteMaster. – Polska wciąż jednak dąży do tego, by zwiększać wartość naszego rynku odpadowego. Aktualnie jesteśmy czwartym rynkiem w Unii Europejskiej pod kątem wartości odpadów. Szacunki z 2013 roku – bo takie dane w tym momencie mamy – wskazują, że polski rynek odpadów wart jest ponad 15 miliardów złotych. Ponad połowę stanowią odpady produkcyjne i przemysłowe, a drugą połowę odpady komunalne. Tendencja na rynku jest na tyle wzrostowa, że w 2024 roku jego przewidywana wartość ma wynosić ponad 21 miliardów złotych – analizuje Łańcucki.

Połączenie 5G z internetem rzeczy to przyszłość branży motoryzacyjnej, komunikacji i inteligentnych miast. Tylko w Polsce do sieci jest podłączonych 5 mln urządzeń

Pandemia zachwiała rynkiem internetu rzeczy. Zamiast prognozowanego jeszcze w listopadzie 2019 roku wzrostu na poziomie 15 proc. wydatki w tym segmencie notują w 2020 roku tylko nieco ponad 8-proc. wzrost. Analitycy przewidują jednak, że w 2021 roku nastąpi odbicie, a ogromną szansą dla rynku jest rozwój sieci 5G. – Pozwoli ona w zupełnie nowej skali zarządzać infrastrukturą internetu rzeczy. Będziemy mieć bardzo duże pasmo przepustowości, bardzo małe opóźnienie, dzięki czemu będzie możliwe np. zarządzanie w pełni samochodami autonomicznymi – mówi Sebastian Grabowski, ekspert Orange Polska. Już teraz IoT umożliwia komunikację między urządzeniami, co w coraz większym stopniu jest wykorzystywane w domach, w codziennym życiu, lecz także usprawnia funkcjonowanie w miastach.

– Internet rzeczy i komunikacja machine-to-machine (M2M) to już nasza codzienność. W każdej sekundzie do internetu włącza się około 127 nowych urządzeń, co daje ogrom sprzętu podłączonego do sieci w trybie rzeczywistym. Może czasami tego nie widzimy, ale bez wątpienia odczuwamy to, chociażby korzystając z telefonu – mówi agencji Newseria Biznes Sebastian Grabowski, dyrektor ds. IoT i zaawansowanych technologii w Orange Polska.

Pandemia znacząco wpłynęła na światowy rynek internetu rzeczy. Według najnowszych danych IDC wydatki na IoT rosną w tempie 8,2 proc. średniorocznie i wyniosą na koniec 2020 roku 742 mld dol. Jeszcze w listopadzie 2019 roku analitycy prognozowali wzrost wydatków w tym segmencie na poziomie 14,9 proc. To pokazuje, jak bardzo sytuacja gospodarcza związana z kryzysem pandemicznym wpłynęła także na branżę IT. IDC spodziewa się jednak mocnego odbicia w przyszłym roku i powrotu do dwucyfrowych wzrostów. Średnioroczne tempo wzrostu w latach 2020–2024 ma wynieść 11,3 proc.

– Nie ma przyszłości bez internetu rzeczy, jeżeli chcemy zarządzać w oparciu o dane. Internet rzeczy jest właśnie po to, żeby zbierać te informacje i zarządzać nimi w trybie rzeczywistym – mówi ekspert Orange Polska.

IoT to w dużym uproszczeniu automatyczna, przebiegająca w czasie rzeczywistym komunikacja pomiędzy urządzeniami. Jedną z technologii, która to umożliwia, jest M2M. Działa ona poprzez specjalną kartę SIM – podobną do tej w smartfonach – dzięki której urządzenia automatycznie i bez udziału człowieka wymieniają między sobą określone informacje. Takie karty można znaleźć np. w autach z wbudowaną nawigacją, systemach monitoringu, terminalach płatniczych, licznikach prądu i wodomierzach, rowerach miejskich i elektrycznych hulajnogach, a nawet w automatach z przekąskami. W sumie w Polsce jest obecnie aktywnych ok. 5 mln kart M2M. 40 proc. z nich, czyli ok. 2 mln, należy do Orange, który jest pod tym względem liderem polskiego rynku.

– Operatorzy od lat są odpowiedzialni za budowę infrastruktury, za dostęp do jakościowo dobrej informacji. Co więcej, tylko operatorzy są w stanie w dużej skali zarządzać tymi elementami sensoryczno-monitorującymi. Bez operatorów prawdziwy internet rzeczy jest w ogóle niemożliwy – podkreśla Sebastian Grabowski. – Oni dają bezpieczeństwo, skalują, uwiarygadniają informację. Dlatego operatorzy bardzo często patrzą na ten obszar jako bardzo perspektywiczny, bo widzą, że bez nich ciężko będzie go w ogromnej skali rozwijać.

Jak podkreśla ekspert Orange Polska, przyszłością tej technologii jest wdrożenie nowego standardu telekomunikacyjnego 5G, co umożliwi nieosiągalne dotychczas, skalowalne wykorzystanie IoT.

– Sieć 5G pozwala w zupełnie nowej skali zarządzać tą infrastrukturą, ponieważ mamy bardzo duże pasmo przepustowości, bardzo małe opóźnienie, dzięki czemu możemy przykładowo po raz pierwszy w pełni zarządzać samochodami autonomicznymi. To przyszłość branży motoryzacyjnej, ale również komunikacji i inteligentnych miast – wskazuje.

Jednym z najpopularniejszych zastosowań IoT są smart cities, czyli inteligentne miasta. Szybka urbanizacja powoduje, że borykają się one z problemami takimi jak smog i zanieczyszczone powietrze, hałas, korki, zatłoczone parkingi czy rosnąca ilość śmieci. Żeby im sprostać, miasta muszą funkcjonować efektywniej, w sposób bardziej zrównoważony, i w tym właśnie pomagają samorządom rozwiązania IoT.

– IoT staje się coraz bardziej popularne w miastach, ponieważ muszą one zbierać ogrom informacji dotyczących m.in. infrastruktury, ludzi i środowiska oraz zarządzać nimi. Opomiarowanie jakości powietrza, poziomu hałasu, dostęp do gospodarki zarządzania wodą, ciepłem i światłem, ale również interakcje z mieszkańcami – to wszystko jest niczym innym jak włączeniem ludzi i urządzeń do jednej sieci, żeby móc zarządzać płynącymi od nich informacjami. Na ich podstawie burmistrz czy prezydent miasta może podejmować decyzje praktycznie w trybie rzeczywistym – mówi Sebastian Grabowski. – Nie ma możliwości rozwoju nowoczesnego miasta bez zrozumienia i wdrożenia narzędzi IoT.

Według danych World Economic Forum w 2022 roku wydatki na rozwój inteligentnych miast osiągną poziom 158 mld dol. Dzięki innowacjom zarówno małe samorządy, jak i metropolie są w stanie poprawić jakość życia mieszkańców, ograniczyć zużycie energii czy wody. Przykładowo emisję gazów cieplarnianych w miastach można by ograniczyć o 15 proc. dzięki zmniejszeniu produkcji energii elektrycznej i ciepła z wykorzystaniem inteligentnych systemów – podaje WEF. Z kolei inteligentne rozwiązania nawadniające, które zapobiegają wyciekom wody i monitorują jej zużycie, mogą zaoszczędzić od 25 do 80 litrów wody na osobę dziennie.

– Gospodarka wodna jest dobrym przykładem obszaru, który wymaga bieżącego zarządzania. Dzięki IoT wiemy, ile wody mieszkańcy zużywają, gdzie mają miejsce awarie, gdzie nam woda ubywa, gdzie jest kradziona albo źle wykorzystywana, i jesteśmy w stanie to poprawić. Przykład wody jest jednym z najlepszych, które pokazują, jak łącząc IoT, wspólny system oraz miasto, możemy wybronić środowisko przed degradacją – mówi dyrektor ds. IoT i zaawansowanych technologii w Orange Polska.

Jako modelowy przykład inteligentnego miasta World Economic Forum wskazuje Wiedeń, który rokrocznie plasuje się na czele rankingu Smart Cities Index za swój integracyjny i oparty na współpracy sposób podejścia do inicjatyw inteligentnych miast. Także polskie samorządy powoli, ale sukcesywnie stają się coraz bardziej smart. Ponad 80 miast i mniejszych miejscowości korzysta już z rozwiązań smart city od Orange, takich jak np. Smart Water, które zapobiega stratom wody i usprawnia zarządzanie siecią wodociągową. System automatycznie – bez udziału inkasenta – odczytuje stan liczników i wysyła go siecią GSM. To oznacza, że w każdym momencie dostępny jest odczyt ze wszystkich wodomierzy. Smart Water wykrywa też i zgłasza anomalie, np. awarie wodociągu, co pozwala zmniejszyć straty wody nawet o kilkanaście procent.

Europejska komisja rozstrzygnie, czy e-papierosy można włączyć do programu walki z nowotworami. Apeluje o to grupa organizacji „Prawo dla ludzi”

W Wielkiej Brytanii e-papierosy są rekomendowanym przez rządową agendę ds. zdrowia publicznego sposobem na rzucenie palenia. Badania wskazują, że mogą być one o 95 proc. mniej szkodliwe od tradycyjnych, ponieważ nie zawierają substancji smolistych obecnych w dymie tytoniowym. Podobne podejście mają też m.in. rządy Kanady czy Nowej Zelandii, które wskazują, że e-papierosy mogą stanowić etap pośredni w drodze do definitywnego rozstania się z nałogiem. Zapoczątkowana właśnie w Polsce kampania „Prawo dla ludzi” chce, aby przyznała to również Unia Europejska, i zbiera podpisy pod petycją kierowaną w tej sprawie do nowo utworzonej europejskiej Komisji Specjalnej ds. Walki z Rakiem.

Według ubiegłorocznego badania CBOS papierosy pali 26 proc. dorosłych Polaków, czyli ok. 8 mln osób. Szacuje się, że każdego roku z powodu chorób odtytoniowych, takich jak POChP, inne schorzenia płuc czy układu krążenia i nowotwory (w tym ok. 90 proc. przypadków raka płuc), umiera ok. 67 tys. Polaków, czyli średniej wielkości miasto. Wbrew obiegowej opinii przyczyną nie jest zawarta w papierosach nikotyna, która jest co prawda substancją silnie uzależniającą, ale nie rakotwórczą. Za choroby odtytoniowe są odpowiedzialne substancje smoliste, toksyczne pierwiastki i metale ciężkie, które wydzielają się podczas spalania.

– Wedle niezależnych badań e-papierosy są dużo mniej szkodliwe niż tradycyjne, również pod kątem zawartości substancji rakotwórczych. Nie zawierają tytoniu ani substancji smolistych. Są to elektroniczne inhalatory nikotyny i z tradycyjnymi papierosami – poza nazwą – mają niewiele wspólnego – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michalina Wacław, koordynator kampanii „Prawo dla ludzi”.

Według lekarzy żaden wyrób tytoniowy nie jest obojętny dla zdrowia, dlatego najlepszym wyborem jest definitywne rzucenie palenia. Jednak wyjście z nałogu dla wielu osób okazuje się zbyt trudne. Jak wynika z badań CBOS, w Polsce odsetek palaczy od lat utrzymuje się mniej więcej na stałym poziomie mimo licznych zakazów, regulacji i kampanii edukacyjnych. Według WHO walka z nikotynizmem jest mało efektywna także w wymiarze globalnym, a odsetek palaczy w najbliższych latach znacząco nie spadnie. Dlatego też coraz więcej państw zmienia podejście regulacyjne do e-papierosów, zakładając, że dzięki niższej toksyczności mogą ograniczyć społeczne szkody związane z aktywnym i biernym paleniem oraz koszty ponoszone przez służbę zdrowia.

Public Health England, czyli rządowa agenda do spraw zdrowia publicznego, w 2015 roku opublikowała raport, z którego wynika, że e-papierosy są o 95 proc. mniej szkodliwe od tradycyjnych, ponieważ nie zawierają substancji smolistych obecnych w dymie tytoniowym. Dwa lata temu PHE wyemitowała też specjalny spot telewizyjny, podkreślając w nim, że e-papierosy mogą być formą ograniczania ryzyka zdrowotnego związanego z paleniem i stanowić etap pośredni w drodze do definitywnego rozstania się z nałogiem.

E-papierosy są skuteczniejsze od innych metod rzucania palenia, ponieważ łagodzą objawy odstawienia tytoniu. Mogą także umożliwić bardziej efektywne zmniejszanie dawki nikotyny, które jest dopasowane do indywidualnych potrzeb. Badania opublikowane w „New England Journal of Medicine” wykazały, że odsetek abstynencji po jednym roku wyniósł 18 proc. w grupie użytkowników e-papierosów w porównaniu z 9,9 proc. w grupie osób stosujących terapie zastępujące nikotynę. Zgodnie z badaniami, przeprowadzonymi również w Wielkiej Brytanii, e-papierosy pomagają rzucić palenie nawet 20 tys. osobom rocznie, a liczba ta może być znacznie większa – mówi Michalina Wacław.

E-papierosy są oficjalnie rekomendowanym przez Public Health England sposobem rzucania palenia w Wielkiej Brytanii, obok np. gum czy plastrów. Podobne podejście mają Health Canada oraz ministerstwo zdrowia w Nowej Zelandii, które wskazują, że wapowanie – nawet jeżeli nie jest całkowicie nieszkodliwe – niesie za sobą mniejsze ryzyko niż tradycyjne palenie i może być drogą do wyjścia z nałogu nikotynowego.

– W Unii Europejskiej e-papierosy są od lat wrzucane do tej samej kategorii, co tradycyjne papierosy. Chcemy odejścia od takiej polityki i tego, aby Unia dogoniła resztę świata i w swoich rekomendacjach przyznała, że zmniejszają one ryzyko zachorowania na raka wywołanego paleniem papierosów – mówi koordynatorka kampanii „Prawo dla ludzi”.

W Polsce jest kilkaset tysięcy użytkowników e-papierosów. Organizacja „Prawo dla ludzi” zbiera podpisy pod petycją, w której apeluje o to, aby także UE przyznała, że szkodliwość e-papierosów jest mniejsza w porównaniu z tradycyjnym paleniem. Apel kieruje do powstałej przy Parlamencie Europejskim specjalnej Komisji Specjalnej ds. Walki z Rakiem (BECA), której celem jest wypracowanie jednolitego unijnego systemu profilaktyki chorób nowotworowych oraz regulacji dla państw członkowskich w tym zakresie.

– Europejska Komisja Specjalna ds. Walki z Rakiem obrała za cel opracowanie wspólnych rekomendacji dotyczących walki z nowotworem dla krajów członkowskich. Może ona uznać wapowanie za skuteczną metodę rzucania palenia i włączyć e-papierosy do programu walki z nowotworami. Jeżeli komisja weźmie pod uwagę fakt, że palenie tradycyjnego tytoniu jest jednym z najczęstszych przyczyn powstawania raka, a także zwróci uwagę na temat badań dotyczących e-papierosów, to liczba palaczy w Europie spadnie – ocenia Michalina Wacław.

Dużą rolę w kształtowaniu unijnego podejścia regulacyjnego do e-papierosów odegrają polscy europosłowie, ponieważ przewodniczącym BECA został były minister zdrowia Bartosz Arłukowicz, a wiceprzewodniczącą Joanna Kopcińska. W komisji zasiadają również Adam Jarubas oraz była premier i aktualna wiceprzewodnicząca PE Ewa Kopacz.

– Zebraliśmy już ponad 2,5 tys. podpisów pod naszą petycją, w której walczymy o uznanie e-papierosów za produkt zmniejszający ryzyko zachorowania na raka wywołanego paleniem. Ostatnio uczestniczyliśmy też w demonstracji w Brukseli, zorganizowanej zgodnie z zasadami reżimu sanitarnego przez World Vapers’ Alliance, międzynarodowej organizacji wspierającej użytkowników e-papierosów i partnera naszej kampanii. Pikieta została zorganizowana w celu podkreślenia znaczenia wapowania w walce z rakiem w UE – mówi koordynatorka kampanii „Prawo dla ludzi”.

Na ostatnim posiedzeniu BECA, które odbyło się na początku grudnia, zaproszona ekspertka – dr Nataliya Chilingirova, profesor nadzwyczajna onkologii z instytutu naukowo-badawczego Uniwersytetu Medycznego w Plewen w Bułgarii – wskazała, że wapowanie nie powinno być ograniczane w takim stopniu jak tradycyjne palenie.

– Zgodnie z dowodami poziom narażenia na czynniki rakotwórcze z e-papierosów jest niższy niż w dymie papierosowym. Są one dobrym rozwiązaniem dla obecnych palaczy, którzy nie chcą lub nie mogą rzucić nałogu – stwierdziła dr Nataliya Chilingirova w swoim wystąpieniu podczas posiedzenia komisji.

Samorządy i szpitale potrzebują wsparcia w czasie pandemii. Ratunkiem dla nich są działania charytatywne firm

W koronawirusowych realiach samorządy i ich jednostki budżetowe – takie jak ośrodki pomocy społecznej, szkoły czy placówki ochrony zdrowia – są zmuszone ograniczać wydatki i zaplanowane działania na rzecz mieszkańców. Realizacja wielu z nich jest jednak możliwa dzięki wsparciu biznesu, który od początku pandemii przeznaczył na ten cel kilkaset milionów złotych. Wsparcia szczególnie potrzebują szpitale czy przychodnie.

 Pandemia koronawirusa znacząco zmieniła otaczającą nas rzeczywistość, wymuszając nowe podejście do działania przedsiębiorstw. Firmy stanęły przed koniecznością wdrożenia usprawnień, dostosowania się do warunków, wprowadzenia nowych praktyk sanitarnych i niezbędnych narzędzi dla pracowników, którzy zostali oddelegowani do pracy zdalnej. Z drugiej strony skutkiem pandemii są też niespotykane na dotychczasową skalę działania charytatywne biznesu, skierowane do bardzo szerokiego grona lokalnych odbiorców. Największa pomoc została skierowana do podmiotów, które są na pierwszej linii frontu walki z koronawirusem, czyli publicznych szpitali i przychodni – mówi agencji Newseria Biznes Szymon Kostiuk, koordynator projektów społecznych w Polskich Sieciach Elektroenergetycznych.

Pandemia COVID-19 wymusiła zmiany nie tylko w działalności firm, lecz także w  sektorze publicznym i pozarządowym. Wiele z nich – od szpitali po szkoły i przedszkola, a nawet fundacje i stowarzyszenia – musiało zmienić model działania oraz ponieść dodatkowe koszty związane z dostosowaniem się do nowego reżimu sanitarnego.

– Jednostki te musiały zmienić swój sposób działania, znacznie ograniczając wydatki planowane na 2020 rok – wskazuje Szymon Kostiuk. – Firmy w Polsce i na całym świecie wykazały się dużą elastycznością, podejmując szybkie i natychmiastowe działania w walce ze skutkami pandemii koronawirusa w swoim otoczeniu. Dzięki temu możliwe było uruchomienie akcji i programów pomocowych, których wartość w naszym kraju sięgnęła już co najmniej kilkuset milionów złotych. Te programy wciąż trwają, a udzielenie wsparcia jest planowane także w 2021 roku.

Działania dobrosąsiedzkie podjęły również Polskie Sieci Elektroenergetyczne, które zaangażowały się w pomoc na terenie gmin, w których posiadają infrastrukturę elektroenergetyczną najwyższych napięć lub zajmują się jej budową oraz modernizacją.

 Samorządy znalazły się w bardzo trudnej sytuacji. Dlatego podjęliśmy szereg szybkich działań pomocowych, z których skorzystało wiele podmiotów. Naszą aktywność w tym roku skoncentrowaliśmy na kilku obszarach. Zapewniliśmy m.in. wsparcie poprzez nasz program grantowy „WzMOCnij swoje otoczenie”, dzięki któremu zrealizowaliśmy aż 107 projektów społecznych skierowanych do samorządów, ich jednostek budżetowych i organizacji pozarządowych – wskazuje koordynator projektów społecznych w PSE.

„WzMOCnij swoje otoczenie” to realizowany od dwóch lat program grantowy skierowany do gmin, w których istnieje lub powstaje infrastruktura PSE. Rok temu, dzięki grantom na łączną kwotę ponad 1,6 mln zł, zrealizowano projekty społeczne w 80 gminach, a z ich efektów korzysta ponad 110 tys. osób. W tegorocznej edycji wzięły udział m.in. samorządy, ich jednostki budżetowe, np. szkoły, przedszkola czy ośrodki pomocy społecznej, które łącznie zgłosiły ok. 300 pomysłów. 107 z nich otrzymało granty o łącznej wartości przekraczającej 2 mln zł. Znalazły się wśród nich m.in. modernizacje szkolnych sal komputerowych, działania z zakresu zdrowia i opieki medycznej, budowy siłowni plenerowych czy akcje na rzecz ochrony środowiska. W wielu przypadkach o wsparcie PSE aplikowały gminy, które zmagały się z brakiem funduszy na wcześniej zaplanowane zadania publiczne.

– Współpracowaliśmy także z zewnętrznymi partnerami, takimi jak Ministerstwo Zdrowia, Ministerstwo Aktywów Państwowych czy fundacja Caritas Polska. Pomocą objęliśmy zarówno szpitale, jak i bazę rezerw sanitarno-przeciwepidemicznych – wylicza Szymon Kostiuk.

W tym roku PSE przekazały prawie 2 mln zł do 18 szpitali w województwach mazowieckim, łódzkim, śląskim, dolnośląskim i wielkopolskim. Środki trafiły do lecznic w czasie, kiedy szpitale i medycy borykali się z radykalnym niedoborem środków ochrony osobistej i sprzętu. Dzięki wsparciu firmy do tych placówek trafiły respiratory, kardiomonitory, pulsoksymetry, bezdotykowe termometry, aparaty do pomiaru funkcji życiowych oraz wielorazowe rękawiczki, maseczki chirurgiczne czy fartuchy ochronne. Jednocześnie pomocą objęto ponad 40 samorządów i osiem domów pomocy społecznej. Trafiło do nich łącznie 23 tys. jednorazowych maseczek, 4,6 tys. wielorazowych maseczek oraz 2,3 tys. przyłbic.

– Rola biznesu we wspieraniu placówek medycznych jest nieoceniona. Przy stale rosnących potrzebach i wysłużonym sprzęcie medycznym zewnętrzne dofinansowania są dla nas ratunkiem. Dzięki temu możemy kupować urządzenia o wyższych parametrach, z myślą o lepszej ochronie naszych pacjentów – mówi Izabela Marciniak, dyrektor naczelna Specjalistycznego Zespołu Opieki Zdrowotnej nad Matką i Dzieckiem w Poznaniu.

W całym 2020 roku na pomoc w walce z pandemią i przeciwdziałaniu jej skutkom PSE przeznaczyły ponad 4,3 mln zł.

Sondaż: 43% Polaków odczuło w ostatnim czasie pogorszenie nastroju. Przyczyny – epidemia, finanse i polityka

Aż 43% Polaków zauważa u siebie pogorszenie nastroju i samopoczucia w ciągu ostatnich dwóch miesięcy. Większość (54%) jako przyczynę podaje epidemię koronawirusa i związane z nią obostrzenia, sytuację finansową (36%) i co ciekawe – sytuację polityczną w kraju (35%). Ponad co trzeciemu Polakowi (36%) doskwiera samotność, a prawie co piąty (17%) przyznaje, że w ciągu ostatnich dwóch miesięcy przyjmował środki antydepresyjne lub uspokajające – tak wynika z badania przeprowadzonego dla serwisu ciekaweliczby.pl na panelu Ariadna.

43% badanych twierdzi, że ich nastrój i samopoczucie w ciągu ostatnich dwóch miesięcy pogorszyły się w porównaniu do wcześniejszego okresu. Co ciekawe, stosunkowo częściej są to kobiety (50%) niż mężczyźni (35%). O ile w przypadku elektoratu Koalicji Obywatelskiej, Lewicy oraz Polski 2050 Szymona Hołowni przeważają osoby, których samopoczucie się pogorszyło w ostatnim czasie (52%, 54% i 50%), to wśród większości wyborców Prawa i Sprawiedliwości (60%) nastrój nie uległ zmianie,
a zaledwie 31% z nich twierdzi, że się pogorszył.

Prawie połowa Polaków (48%) nie zauważyła żadnych zmian w swoim nastroju i samopoczuciu, a prawie co dziesiąty (9%) stwierdza nawet poprawę.nastrój i samopoczucie

Osoby, których nastrój i samopoczucie uległy pogorszeniu w ciągu ostatnich dwóch miesięcy, jako główną przyczynę i winowajczynię takiego stanu rzeczy wskazują panującą epidemię koronawirusa i związane z nią obostrzenia (54%). Na drugim miejscu niemal na równi lokują się: sytuacja finansowa (36%) i sytuacja polityczna w kraju (35%). Stan własnego zdrowia lub bliskich znalazł się na czwartym miejscu (29%), a na kolejnym – samotność (24%).nastrój i samopoczucie uległy pogorszeniu

Badanie po raz kolejny pokazało, jak bardzo kwestie polityczne różnią wyborców Prawa
i Sprawiedliwości od wyborców opozycji.  Osoby, które chciałyby w najbliższych wyborach zagłosować na Koalicję Obywatelską lub Polskę 2050 Szymona Hołowni, jako drugi najważniejszy powód swojego pogorszenia nastroju wskazują sytuację polityczną w kraju (50%, 54%), a osoby, które planują oddać swój głos na Lewicę – nawet na pierwszym miejscu (63%). Z kolei wśród elektoratu partii rządzącej sytuacja polityczna znalazła się dopiero na szóstym miejscu. Na drugim znalazł się stan własnego zdrowia lub bliskich (35%), a na trzecim – zła pogoda (30%).samopoczucie

Ponad co trzeci Polak (36%) przyznaje, że doskwiera mu samotność. Więcej takich osób jest wśród kobiet (39%) niż mężczyzn (33%), w elektoracie Lewicy (47%) i Polski 2050 Szymona Hołowni (41%) niż w elektoracie PiS (35%) i Koalicji Obywatelskiej (31%).samotnośćDodatkowo, prawie co piąty badany (17%) przyznaje się do zażywania w ciągu ostatnich miesięcy środków poprawiających nastrój lub samopoczucie, np. antydepresyjnych czy uspokajających. W przypadku odpowiedzi na to pytanie zarówno kobiety, jak i mężczyźni, a także wyborcy partii rządzącej i opozycyjnych byli wyjątkowo zgodni.antydepresanty

„Pandemia koronawirusa i problemy z nią związane bardzo wpłynęły na psychikę wielu osób. Odczuwają one pogorszenie nastroju, biorą antydepresanty czy środki uspokajające, doskwiera im samotność pogłębiona przez konieczność pozostania w domach. O ile tematy polityczne  bardzo dzielą społeczeństwo, to kwestie samotności i problemów psychicznych są ponad podziałami. Już teraz konieczne jest wypracowanie i wdrażanie rozwiązań tak, byśmy po epidemii koronawirusa nie musieli się mierzyć z epidemią problemów psychicznych” – mówi Alicja Defratyka, autorka projektu ciekaweliczby.pl

————————————————————————————

Nota metodologiczna: Badanie przeprowadzone dla serwisu ciekaweliczby.pl na ogólnopolskim panelu badawczym Ariadna. Próba ogólnopolska losowo-kwotowa N=1079 osób w wieku od 18 lat wzwyż. Kwoty dobrane wg reprezentacji w populacji dla płci, wieku i wielkości miejscowości zamieszkania. Termin realizacji: 4 – 8 grudnia 2020 roku. Metoda: CAWI

Ponad 60 proc. Polaków kupi w internecie chociaż jeden prezent świąteczny. Zrobi to także ponad połowa seniorów

Pandemia i lęk przed koronawirusem spowodowały znaczny wzrost popularności zakupów internetowych, co ujawnia się także w okresie przedświątecznym. Podczas świątecznych zakupów online Polacy najchętniej kupują książki, płyty oraz filmy. Co ciekawe, także seniorzy zamierzają kupować prezenty przez internet. Badanie OpinionWay Polska pokazuje, że co trzeci klient e-commerce podczas pandemii kupuje nie tylko częściej, lecz także stał się entuzjastą zakupów w sieci. Jeden z niewielu mankamentów zakupów online to konieczność płacenia za przesyłkę.

Jak pokazało badanie OpinionWay Polska pt. „Zmiany w branży e-commerce w Polsce”, aż 47 proc. konsumentów przyznaje, że obecnie kupuje online częściej niż przed pandemią.

– 64 proc. Polaków deklaruje, że w tym roku kupi przez internet choć jeden prezent gwiazdkowy. Oczywiście zakupy internetowe to domena ludzi młodych. Wśród młodszych konsumentów odsetek zainteresowanych zakupami prezentów przez internet sięga 70 proc. Natomiast dużym zaskoczeniem są wyniki naszego badania dotyczące starszych grup Polaków. Okazuje się, że osoby po 60. roku życia są również bardzo aktywnymi uczestnikami online’owych zakupów. Ponad połowa z nich deklaruje, że planuje kupić prezenty świąteczne również przez internet – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Sztabiński, dyrektor rozwoju biznesu w OpinionWay Polska.

W tym roku nastąpiły również niewielkie zmiany w najbardziej popularnych kategoriach produktowych, które wybierają internauci podczas przedświątecznych zakupów. Okazuje się, że pandemia koronawirusa ma wpływ  także na wybór prezentów pod choinkę.

– W tym roku najbardziej popularną kategorią będą książki, płyty oraz filmy wideo. One w zeszłym roku były na drugim miejscu, a w tym roku na tę pozycję spadły kosmetyki kolorowe i perfumy. W dobie koronawirusa to w zasadzie zrozumiałe, ale ciekawe. Skoro coraz więcej czasu spędzamy w domu, dobrze mieć coś, co ten czas umili, natomiast z racji ograniczonych kontaktów społecznych być może trochę mniej potrzebujemy tych produktów, które budują naszą atrakcyjność na co dzień. Co równie ciekawe, w tym roku do topowych prezentowych kategorii szturmem wdarła się elektronika. 17 proc. Polaków deklaruje, że planuje zakupić na święta jakieś urządzenie elektroniczne – wymienia Piotr Sztabiński.

Jak podkreśla, elektronika nie tylko umila czas spędzany w domu, ale też przyda się do zdalnej pracy albo nauki.

Badanie OpinionWay Polska pokazało również, że polski klient e-commerce jest „apostołem” zakupów online. Są to konsumenci, którzy online kupują nie tylko częściej niż przed pandemią COVID-19, lecz także są bardzo mocno związani z tym kanałem sprzedaży.

– 47 proc. Polaków kupuje przez internet częściej, niż robiło to przed pandemią. To dość duży skok. Natomiast wzrost jest nie tylko ilościowy, ale też jakościowy. Po pierwsze, obawy przed pandemią i koronawirusem idą krok w krok z zainteresowaniem zakupami e-commerce. O ile wśród ogółu respondentów odsetek kupujących częściej wynosi 47 proc., o tyle wśród osób bardzo obawiających się zakażenia wskaźnik ten sięga już 57 proc. Po drugie, Polacy nie tylko częściej kupują przez internet, ale też wielu z nich pokochało zakupy internetowe czy wręcz nie wyobraża sobie bez nich życia i funkcjonowania – mówi ekspert.

Średni koszyk zakupowy online u przeciętnego internauty wynosi 250 zł, choć średnia wartość zakupów różni się znacznie w przypadku towarów szybko zbywalnych i trwałych. W kategorii produktów FMCG średnia wartość koszyka wynosi około 100 zł, natomiast w odniesieniu do produktów trwałych, np. elektroniki, ubrań, przeciętne zakupy sięgają 436 zł.

Polacy wskazują średnio trzy bariery w dokonywaniu zakupów online, z czego dwie dotyczą kwestii związanych z dostawą. Najbardziej przeszkadza konieczność zapłaty za wysyłkę (34 proc.), brak możliwości wypróbowania produktu przed zakupem (32 proc.), a także obawa przed nieotrzymaniem przesyłki (27 proc.).

– Kwestie związane z logistyką, z przesyłkami i transportem, to najważniejsze problemy czy trudności związane z e-zakupami – wskazuje Piotr Sztabiński. – Jak najlepsza optymalizacja – zarówno kosztowa, jak i czasowa – kwestii związanych z dostarczeniem zakupionych towarów to jest ten obszar, nad którym e-retailerzy powinni aktualnie pracować.

Poza nielicznymi mankamentami Polacy bardzo dobrze oceniają swoje doświadczenie zakupowe w sieci. W skali od 1 do 10 średnia tych ocen wynosi prawie 9. Jak podkreśla dyrektor rozwoju biznesu w OpinionWay Polska, zmiana sklepu internetowego jest dla internauty bardzo prosta. Konkurencja na tym rynku jest bardzo duża, w związku z czym uruchamia się proces naturalnej selekcji i zainteresowanie kupujących zdobywają tylko te sklepy, które zapewniają dobrą obsługę i atrakcyjne towary.

Sztuczna inteligencja przejmuje transmisje sportowe. Inteligentni operatorzy zastąpią człowieka w realizacji wydarzeń

Pandemia koronawirusa poważnie utrudniła funkcjonowanie całego sektora sportu profesjonalnego. Wdrożenie restrykcji pandemicznych uniemożliwiło gromadzenie się ludzi i wymusiło na organizatorach zamknięcie trybun, a co za tym idzie – przyczyniło się do drastycznej redukcji wpływów z organizacji wydarzeń tego typu. Choć mecze nadal mogą być rozgrywane, to w Polsce odbywają się bez udziału publiczności. W zbilansowaniu strat wynikających z redukcji przychodów z biletów może pomóc zastąpienie operatorów systemami inteligentnymi, które zautomatyzują proces rejestracji i transmisji obrazu.

– Sztuczna inteligencja szczególnie jest używana w sporcie. To jest trend, przed którym nie uciekniemy. Sport jest bardzo schematyczny, więc łatwo wytłumaczyć go komputerowi. System Pixellot już jest stosowany w krajach zachodnich, m.in. w FC Barcelonie. Polega na tym, że stawiamy kamerę wysokiej rozdzielczości na stadionie i ona na podstawie sztucznej inteligencji potrafi przeprowadzić poprawną realizację telewizyjną, która dla widza wygląda jak transmisja przeprowadzona przez ludzi. Oczywiście ma to swoje pewne limitacje, natomiast wraz z rozwojem tej technologii człowiek zostanie wyparty z produkcji sportowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Maciej Kowalski, członek zarządu Blackburst.

Stworzenie takich inteligentnych operatorów było możliwe dzięki znaczącemu postępowi w rozwoju systemów rozpoznawania i analizy obrazu, jaki dokonał się na przestrzeni ostatnich kilku lat. Inteligentne kamery najpierw znalazły zastosowanie w systemach monitoringu miejskiego, a po odpowiednim przeszkoleniu przy wykorzystaniu technologii uczenia maszynowego – również w sporcie. Dzięki nim możliwe stało się zastąpienie ludzi w roli operatorów i pełne zautomatyzowanie procesu realizacji transmisji.

Inteligentny operator zaprojektowany przez zespół inżynierów z Pixellot wykorzystuje sieć kamer wizyjnych do pokrycia całej powierzchni boiska, a cały proces logistycznej realizacji transmisji odbywa się za pośrednictwem sztucznej inteligencji. Oprogramowanie wyszkolono na drodze uczenia maszynowego do rozpoznawania tego, co dzieje się na boisku. System potrafi zlokalizować piłkę na murawie i podążać kamerą w ślad za nią, aby rejestrować kluczowe momenty rozgrywki.

Pandemia koronawirusa tylko te zmiany pogłębi.

– Pandemia jest impulsem do poszukiwania metod produkcji bez udziału człowieka, tańszej realizacji wydarzeń sportowych. Ligi są zamykane, kibice nie mogą pójść na stadiony, choć kupili karnety, a sponsorzy zapłacili pieniądze za ekspozycję. Wszyscy muszą próbować pokazywać te mecze, czy to w internecie, czy w telewizji – ocenia Maciej Kowalski.

Potencjał rozwiązań tego typu nie kończy się wyłącznie na relacjach z piłki nożnej. Po odpowiednim przeszkoleniu algorytmu przy wykorzystaniu archiwalnych nagrań można stworzyć oprogramowanie przystosowane do relacjonowania niemal dowolnych zawodów sportowych. Systemy automatyczne BlackBurst skierowane są głównie do organizatorów zawodów mniej popularnych rozgrywek sportowych, którzy w dobie koronawirusa najbardziej ucierpieli z powodu restrykcji pandemicznych.

– Nie dla wszystkich jest miejsce w telewizji, jest bardzo duże zapotrzebowanie na tego typu technologię. Oczywiście ona dopiero wchodzi na rynki i jest rozwijana, natomiast wszyscy świadomi właściciele, szczególnie praw sportowych, szukają w tym kierunku rozwiązań i będą próbować je wdrażać – wskazuje ekspert.

Rozgrywki niszowych dyscyplin sportowych nigdy nie będą tak dochodowe jak np. rozgrywki Ekstraklasy, które ściągają na stadiony tysiące widzów. W przypadku takich wydarzeń jak np. drugoligowe rozgrywki piłki nożnej czy koszykówki inteligentny operator pozwoli zaoszczędzić na obsłudze transmisji, gdyż głównym kosztem jego wdrożenia będzie instalacja kamer wysokiej rozdzielczości oraz zakup licencji na oprogramowanie automatyzujące transmisję.

– Sztuczna inteligencja w rzeczach schematycznych, które nie wymagają zrozumienia emocji, czyli takich jak sport, jest w stanie zastąpić człowieka. Jest to kwestia dekady – uważa Maciej Kowalski.

Nowy rekord wydajności ogniw fotowoltaicznych dzięki perowskitom. Technologię rozwijają także Polacy

Naukowcom udało się ustalić nowy rekord wydajności ogniw fotowoltaicznych. Przełomowe panele wykorzystują do przechwytywania energii słonecznej perowskitowe półprzewodniki i są w stanie zachować wysoką efektywność energetyczną nawet po setkach godzin funkcjonowania. Nowa technologia pozwoli zwiększyć wydajność elektrowni słonecznych bez jednoczesnego zwiększania zajmowanej przez nie powierzchni.

Wyścig o poprawę efektywności energetycznej paneli fotowoltaicznych trwa od lat. W 2018 roku brytyjscy naukowcy z firmy Oxford Photovoltaics stworzyli ogniwa o rekordowej wydajności rzędu 28 proc., na pobicie tego wyniku trzeba było poczekać kilka lat. Już w styczniu 2020 roku zespół naukowców z Helmholtz-Zentrum Berlin ogłosił, że udało im się zaprojektować i skonstruować ogniwa o doświadczalnej wydajności rzędu 29,15 proc., ale dopiero przyznanie certyfikatu Fraunhofer ISE pozwoliło oficjalnie uznać ten nowy rekord.

– Opracowaliśmy  specjalną warstwę kontaktową elektrody perowskitowo-krzemowego ogniwa, a także ulepszyliśmy warstwy pośrednie – wskazuje doktorant Eike Köhnen z zespołu prof. Steve’a Albrechta w instytucie Helmholtz-Zentrum Berlin (HZB). – Wydajność 29,15 proc. to nie tylko rekord dla tej technologii, lecz także najwyższy wynik dla całej kategorii fotowoltaicznej w dokumentacji prowadzonej przez amerykańską agencję National Renewable Energy Laboratory.

Tak wysoką wydajność udało się wypracować dzięki zastosowaniu paneli fotowoltaicznych o unikatowej konstrukcji, które wykorzystują dwa półprzewodniki o odmiennej szerokości przerwy energetycznej. Podnieść wydajność prototypowych ogniw pozwoliło wykorzystanie pary komórek półprzewodnikowych o różnych właściwościach. Dzięki temu zespół był w stanie przechwytywać szersze spektrum wiązki promieni świetlnych. Hybrydowy perowskitowo-krzemowy panel zaprojektowany przez HZB przechwytywał zarówno światło widzialne, jak i część spektrum podczerwieni.

– Najpierw przygotowaliśmy idealne podłoże, na którym leży perowskit – tłumaczy Amran Al-Ashouri, doktorant z grupy Albrechta. – W szczególności zoptymalizowaliśmy tak zwany współczynnik wypełnienia, na który wpływa liczba utraconych nośników ładunku po drodze z ogniwa perowskitowego.

Warto zauważyć, że ta nietypowa konstrukcja tylko nieznacznie podwyższyła koszt wyprodukowania panelu. Przed naukowcami jest jednak jeszcze daleka droga do upowszechnienia tej technologii. Choć udało się dowieść, że nowe ogniwa po 300 godzinach pracy wciąż zachowują 95 proc. wydajności, model eksperymentalny miał niewielkie wymiary, zaledwie 1 cm2. Kolejnym krokiem na drodze do wdrożenia tych hybrydowych paneli do dystrybucji będzie przeskalowanie procesu produkcyjnego.

– Jestem pewny, że możemy osiągnąć ponad 30 proc. efektywności w ramach tej technologii – przekonuje prof. Steve Albrecht z instytutu Helmholtz-Zentrum Berlin.

Z perowskitowymi ogniwami fotowoltaicznymi eksperymentuje również polska firma Saule Technologies, która buduje pierwszą na świecie fabrykę perowskitowych ogniw słonecznych. Powstanie ona we Wrocławiu i będzie specjalizować się w produkcji m.in. elastycznych i transparentnych paneli, które można wykorzystywać w nowoczesnym budownictwie. Ogniwa tego typu są na tyle cienkie i lekkie, że można stosować je w roli pokrycia dachów bądź fasad budynków.