EDPR zabezpiecza 220 MW w tegorocznej aukcji

EDP Renováveis, S.A. (“EDPR”) zabezpiecza na tegorocznej aukcji w Polsce 15-letnie kontrakty na sprzedaż energii z 5 projektów wiatrowych i fotowoltaicznych o łącznej mocy 220 MW, które zostaną oddane do użytkowania w 2022 i 2023 roku.

Wygrana w aukcji wzmacnia obecność EDPR na polskim rynku, gdzie spółka obecnie zarządza portfelem projektów w fazie eksploatacji o łącznej mocy zainstalowanej wynoszącej 476 MW oraz posiada zabezpieczone 558 MW na następne lata.

EDPR zrealizowało już 87% z zaplanowanego i opublikowanego w  dniu 12 marca 2019 roku w dokumencie „Startegy Update” celu, którym było osiągnięcie w latach 2019 –2022 łącznej mocy wynoszącej 7 GW dla projektów wiatrowych oraz fotowoltaicznych. Spółka zamierza nadal rozwijać projekty o wysokiej rentowności na całym świecie.

Niemiecki lockdown może się rykoszetem odbić na polskiej gospodarce

Wydawałoby się, że pandemia koronawirusa w 2021 będzie się z nami powoli żegnać. Jest szczepionka, jest wola krajów by ją zakapować i wdrażać system szczepień. Tymczasem ostatnie dni przyniosły informacje o całkowitym lockdownie w Niemczech i Holandii. Wiąże się to z zamknięciem wszystkich sklepów poza spożywczymi, aptekami, zoologicznymi i targami. Ograniczony będzie tryb pracy wielu firm. Niemal niemożliwe będzie przemieszczanie się między krajami. Co niemiecki lockdown oznacza dla Polski?  – Pogorszy się i tak napięta już sytuacja na polsko-niemieckim pograniczu, bo nie tylko wyjazd do Meklemburgii, ale i Brandenburgii będzie się wiązać z kwarantanną – mówi dr Piotr Wolny, dyrektor biura Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

Najtrudniejsza sytuacja będzie na pograniczu. Wiceprezes Tarczyński o skutkach niemieckiego lockdownu dla polskiej gospodarki

Gospodarczo Niemcy są gotowe na lockdown. Kanclerz Angela Merkel zapowiedziała przekazanie 11 miliardów Euro na sektory gospodarki, które ucierpią wskutek wyłączenia. Co dla gospodarki w Polsce oznacza niemiecki lockdown? Skutków będzie kilka i będą one raczej negatywne: – Przerwa świąteczna w większości zakładach produkcyjnych powoduje pewne ograniczenie działalności. Niemiecki lockdown daje fabrykom pewną możliwość działania, ale w przepisach mamy wyraźne ograniczenie handlu, zamknięcie szkół i przedszkoli czy ograniczenie w ilości osób przebywających w domu. Argumentacja jest taka, że mocno wzrósł poziom zakażeń w Niemczech, to kwestia konieczności wytrwania w dobrej kondycji służby zdrowia do momentu, kiedy w Niemczech rozpocznie się dystrybucja szczepionek – mówi Wiceprezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie Jarosław Tarczyński.

– W pierwszej kolejności odbije się to na handlu, usługach oraz na zleceniach wykonywanych na terenie Polski i Niemiec, ale realizowanych przez firmy z innych krajów. Lockdown w Niemczech będzie więc dość dotkliwie odczuwalny w pierwszym kwartale roku 2021. W regionie przygranicznym życie może być bardzo uśpione. Handel zamarł, turystyka zamarła, niemożliwe będą przyjazdy na zakupy Niemców do Polski i Polaków do Niemiec, a była to dla niektórych pewna tradycja. Niemiecki lodckdown uderza więc rykoszetem w gospodarkę w Polsce, ale trudno jest jeszcze ocenić siłę tego uderzenia – mówi Wiceprezes Tarczyński.

Jeszcze silniejsze uderzenie w przedsiębiorców. Straci turystyka, handel, usługi…

Jak mówi dyrektor biura Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie dr Piotr Wolny pandemia wciąż jest w natarciu. Mimo zapowiedzi rychłego wprowadzania szczepionki nie możemy dać się zwieść złudzeniom i nadziei o zwycięstwie nad epidemią.  – Ta decyzja niesie za sobą konsekwencje gospodarcze dla Niemiec, których koszt szacuje się na 3,5 mld euro tygodniowo. Jednak skutki zaostrzenia kursu na froncie walki z korona wirusem w Niemczech będą odczuwalne także dla nas. Już dziś trudna sytuacja na polsko-niemieckim pograniczu, dalej się pogorszy. Do tej pory szczególnie trudno jest na granicy z krajem związkowym Meklemburgia Pomorze Przednie oraz Saksonią. Od 16 grudnia do tego grona dołączy Brandenburgia, która również wprowadzi ograniczenia w małym ruchu granicznym. To bardzo dotkliwie uderza w turystykę, oraz przygraniczne targowiska. Codzienne zakupy, wyjazd po benzynę czy do fryzjera, kosmetyczki przestanie być możliwy. To katastrofa dla wielu przygranicznych handlowców i usługodawców, w tym dla Szczecina, który w okresie przedświątecznym zawsze gościł wielu turystów zakupowych w galeriach, sklepach, punktach usługowych i rozrywkowych oraz świątecznych jarmarkach – mówi dr Piotr Wolny.

Decyzja najprawdopodobniej nie przyniesie skutków dla przygranicznych pracowników, którzy nadal będą mogli przekraczać granicę. Dla przyjezdnych pracowników sektorów tzw. Infrastruktury krytycznej, władze niemieckie oferują także dofinansowanie do zakwaterowania, by nie musieli codziennie przekraczać granicy.

Sukcesja w firmach rodzinnych – pomoc dla przedsiębiorców

Jedna trzecia polskich firm rodzinnych jest na rynku od ponad 20 lat. Oznacza to, że w najbliższym czasie dużą część z nich czeka zmiana pokoleniowa. Przedsiębiorstwa, którym do sprawnego przejścia tego procesu potrzebna jest pomoc prawna, finansowa lub organizacyjna mogą zgłaszać się do programu unijnego koordynowanego przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości. Do tej pory wsparcie w projekcie „Sukcesja w firmach rodzinnych” otrzymało 60 firm, a 50 z nich wdrożyło konkretne rozwiązania. Projekt jest finansowany ze środków europejskich Programu Operacyjnego Wiedza Edukacja Rozwój (POWER).

Do programu „Sukcesja w firmach rodzinnych – oferta dla przedsiębiorców” mogą zgłosić się przedsiębiorstwa prowadzone (w oparciu o umowę o pracę) przez co najmniej dwóch członków rodziny. Przynajmniej jeden z nich musi mieć istotny wpływ na zarządzanie przedsiębiorstwem. To również te firmy, w których członkowie rodziny posiadają udziały większościowe. Chodzi o: zstępnych, wstępnych, rodzeństwo, dzieci rodzeństwa, małżonka, partnera, powinowatych, osoby przysposabiające lub przysposobione.

Większość przedsiębiorców, których czeka zmiana pokoleniowa, nie zdaje sobie sprawy z tego jak długotrwały i skomplikowany jest to proces. Sukcesja to przekazanie własności, ale też wiedzy, doświadczenia i wartości. Wymaga rozstrzygnięcia kwestii prawnych i wprowadzenia zmian organizacyjnych. To jedno z najważniejszych wyzwań, przed którymi stają firmy rodzinne. Do tej pory w naszym programie wsparcie otrzymało 60 organizacji, a 50 wdrożyło konkretne rozwiązania w zakresie sukcesji – mówi Urszula Golec, ekspert z Departamentu Rozwoju Kadr w Przedsiębiorstwach PARP.

Pomoc od doświadczonych doradców

Przedsiębiorcy mogą zgłaszać się do czterech operatorów. Są to: DGA S.A. (dolnośląskie, lubuskie, wielkopolskie, zachodniopomorskie), PM Doradztwo Gospodarcze Sp. z o.o. (małopolskie, podkarpackie, świętokrzyskie), Ośrodek Doradztwa i Treningu Kierowniczego (kujawsko-pomorskie, podlaskie, pomorskie, warmińsko-mazurskie) oraz Nova Praxis Sp. z o.o. (łódzkie, opolskie, śląskie).

Firmy z lubelskiego i mazowieckiego powinny skontaktować się z operatorami działającymi na terenie pozostałych makroregionów.

Zasadniczą rolą doradcy w obszarze sukcesji jest podejście zmierzające w pierwszej kolejności do identyfikacji, ograniczenia i oswojenia biznesowych i emocjonalnych zagrożeń oraz minimalizacja wynikających z nich negatywnych konsekwencji. Dopiero w takim środowisku szanse sukcesyjne potrafią nabrać realnych kształtów. A jeśli biznes rodzinny i rodzinę biznesową charakteryzuje pozytywny, sukcesyjny potencjał, to takie podejście radykalnie zwiększy prawdopodobieństwo udanej zmiany pokoleniowej – mówi Andrzej Bocheński z PM Doradztwo Gospodarcze sp. z o.o., jeden z operatorów programu PARP.

Program jest w 90 proc. dofinansowany ze środków Programu Operacyjnego Wiedza Edukacja Rozwój (POWER). Wkład własny przedsiębiorcy musi wynieść minimum 10 proc. wartości projektu. Finansowanie można przeznaczyć na wsparcie doradców, którzy zdiagnozują sytuację w firmie i wskażą potencjalne szanse i zagrożenia. Przedsiębiorca może również uzyskać pomoc w zaprojektowaniu sukcesji pod względem prawnym, finansowym i organizacyjnym.

Termin składania wniosków różni się w zależności od regionu.

Milton Essex zadebiutuje na NewConnect 17 grudnia

Milton Essex, polski twórca rozwiązań: SkinSENSE™ do walki z alergią oraz FaceCOV™ – systemu monitorowania miejsc publicznych pod kątem symptomów temperaturowych, już w czwartek 17 grudnia zadebiutuje na rynku NewConnect. Tworzenie przełomowych rozwiązań możliwe jest dzięki ponad 18 milionom złotych pozyskanych z NCBR i publicznej emisji akcji.

– Cieszymy się, że zadebiutujemy jeszcze przed świętami Bożego Narodzenia. Jest to zakończenie długiego procesu, który zaczęliśmy jeszcze w poprzednim roku. Liczymy na długoterminowy wzrost fundamentalnej wartości spółki, przede wszystkim dzięki tworzonym przez nas systemom FaceCOV™ oraz SkinSENSE™ – komentuje Radosław Solan, wiceprezes zarządu Milton Essex.

Przyszły sukces możliwy będzie dzięki pokaźnemu zapleczu finansowemu oraz kooperacji z renomowanymi partnerami. Milton Essex współpracuje na co dzień z naukowcami Wojskowej Akademii Technicznej oraz Politechniki Warszawskiej, którzy stanowią ważną część zespołu tworzącego system do diagnostyki alergii SkinSENSE™ oraz system monitorowania miejsc publicznych pod kątem symptomów temperaturowych FaceCOV™. Pierwszy z projektów został dofinansowany kwotą 11 100 641 złotych, zaś drugi 6 958 496 złotych. Z kolei z zakończonej pełnym sukcesem emisji akcji serii L, przeprowadzonej w trzecim kwartale bieżącego roku, spółka pozyskała 3 712 500 zł. W akcje zainwestowało 23 inwestorów.

– Z letniej emisji akcji pozyskaliśmy przeszło 3,7 mln zł brutto, które stanowią ważny składnik finansowania rozwoju naszych produktów. Weszliśmy w fazę rejestracyjną naszego flagowego produktu do diagnostyki alergii SkinSENSE™, lecz jednocześnie intensywnie pracujemy nad produktem FaceCOV™, którego powstanie jest znakiem czasu w jakim żyjemy – kontynuuje wiceprezes.

Kluczową innowacją wprowadzoną przez Milton Essex jest szerokie wykorzystanie we wszystkich swoich produktach Sztucznej Inteligencji. Spółka realizuje projekty wspomagające i automatyzujące szybką diagnostykę – głównie w obszarze alergii. Bezkontaktowe skanery w systemie SkinSENSE™ cechują wysoka dokładność i powtarzalność metrologiczna, umożliwiające obiektywizację diagnozy i eliminację błędów w rozpoznaniu reakcji alergicznej. Dodatkowo, we współpracy z naukowcami z Wojskowej Akademii Technicznej, opracowywany jest system FaceCOV™ do monitorowania miejsc publicznych i identyfikacji osób z podwyższoną temperaturą. Specjalnie do tego celu przygotowany skaner szerokospektralny oraz autorski system detekcji pól pomiarowych na twarzy – te trzy elementy w sposób bezkontaktowy, w zaledwie sekundę, będą w stanie zidentyfikować markery gorączkowe, które są symptomem infekcji. Pozwoli to zapobiec rozprzestrzenianiu się choroby w zakładach pracy, urzędach, sklepach oraz innych miejscach, które zaimplementują system FaceCOV™.

  • Wierzymy, że system SkinSENSE™ będzie wyznaczał nowe standardy diagnostyki in vivo. Dzięki zastosowaniu Sztucznej Inteligencji odczyt wyników skórnych testów alergicznych nastąpi automatycznie, w oparciu o algorytmy bazujące na biomarkerach temperaturowych. Docelowo wyręcza to lekarza z oceny naocznej testu, wprowadzając standaryzację i cyfrową prezentację wyników. Ogromne nadzieje wiążemy także z naszym najnowszym projektem. Pandemia wirusa SARS-COV2 podkreśliła konieczność wdrażania rozwiązań zwiększających publiczne bezpieczeństwo epidemiczne. FaceCOV™, po walidacji naukowej, będzie mógł być wprowadzony na szeroką skalę i być wykorzystywany nie tylko w czasie pandemii SARS-COV2, ale także do wykrywania symptomów zakażeń innymi czynnikami, w tym sezonowymi – kończy Radosław Solan, wiceprezes Mliton Essex.

System SkinSENSE™ jest obecnie jedynym i unikalnym rozwiązaniem na rynku diagnostycznym. Do tego, który oferuje system FaceCOV™, istnieje dużo podobnych rozwiązań. Oba systemy cechują jednak rozwiązania metrologiczne oraz certyfikacja medyczna, a to przekłada się na jakość, powtarzalność i wiarygodność, które są sygnaturami tylko rozwiązań profesjonalnych.

Co piąty Polak w ostatnim półroczu zmienił pracę. Pandemia to dobry czas na rozwój kompetencji zawodowych

W listopadzie – jak podaje resort pracy – bezrobocie wyniosło 6,1 proc., czyli pozostaje na tym samym poziomie od czerwca. Chociaż zgodnie z ostatnim badaniem Randstad coraz mniej Polaków obawia się zwolnienia, to czas pandemii większość zatrudnionych traktuje jako okres do przeczekania. Jednak w ostatnich sześciu miesiącach 20 proc. Polaków zmieniło pracę. Zdaniem ekspertów kryzysowy czas może być właśnie szansą nie tylko na znalezienie lepiej płatnej i otwierającej nowe perspektywy rozwoju pracy, lecz także na pogłębienie swojej wiedzy w postaci kursów czy szkoleń, które mocno potaniały. Tym bardziej że sytuacja na rynku pracy może pogorszyć się wraz z ustaniem tarcz antykryzysowych. 

– Pandemia wpłynęła w specyficzny sposób na rynek pracy. Większość firm zamroziła inwestycje, z drugiej strony w listopadzie 2/3 organizacji nadal rekrutowało. Wprawdzie w ostatnich miesiącach na rynek pracy trafiło wiele osób, które zostały zwolnione, ale trzeba mieć na uwadze, że wiele firm wyłączyło zwolnienia bądź indywidualne, bądź grupowe z racji różnego rodzaju tarcz. Po ich zakończeniu osoby w nich zatrudnione trafią na rynek pracy w 2021 roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Gordon, trener biznesu, opiekun Akademii Menedżera, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej w Bydgoszczy.

Ostatnie dane resortu pracy wskazują na to, że bezrobocie od czerwca nie rośnie – utrzymuje się na stabilnym poziomie 6,1 proc. Więcej optymizmu widać również wśród pracowników. Według Monitora Rynku Pracy firmy Randstad na początku pandemii połowa zatrudnionych obawiała się o swoje miejsce pracy, a teraz co piąty deklaruje umiarkowane obawy, a co dziesiąty – duże. Pracownicy z większą pewnością podchodzą też do perspektyw na znalezienie nowego zatrudnienia. 84 proc. ocenia, że uda im się to w ciągu pół roku, a 62 proc. twierdzi, że nowe zajęcie będzie tak samo dobre co poprzednie. Wprawdzie w ostatnim półroczu 20 proc. pracowników zmieniło pracodawcę, jednak Polacy nie są do tego zbyt skłonni.

Według badań Eurobarometru z 2011 roku statystyczny Polak pracował u jednego pracodawcy średnio niemal 12 lat. Dane Eurostatu z 2017 roku wskazywały, że co roku pracę w Polsce zmienia zaledwie 2 proc. osób. To czwarty najniższy wskaźnik w UE. W czasie pandemii jeszcze bardziej się obniżył, gdyż większość zatrudnionych woli przeczekać trudny czas na obecnym stanowisku.

– Pandemia powinna włączyć większy poziom elastyczności. Niestety naturalnym mechanizmem reagowania na trudną sytuację jest zamrożenie. Ludzie boją się, więc albo ograniczają swoje działanie, albo wchodzą w tzw. kryzys odpowiedzialności. Przez to często tracimy swoją szansę. Warto zauważać szanse, możliwości, warto patrzeć szerzej na trendy i możliwości dywersyfikacji – mówi Tomasz Gordon.

Jak podkreśla, taki kryzysowy czas rodzi szanse na podniesienie swoich umiejętności i sięgnięcie po lepszą pracę. Wiele firm właśnie teraz szuka menedżerów ze specjalistycznymi kompetencjami i jest skłonna dać szansę osobom, które nie obawiają się wyzwań.

– Organizacje rozglądają się, czy być może na rynku pracy jest ktoś bardziej kompetentny. Szukają osób do zasilenia aktualnego składu osobowego albo szczególnie zasobnych menedżerów, specjalistów, którzy mogą im pomóc przejść ten trudny czas – wyjaśnia ekspert WSB w Bydgoszczy. – Czas pandemii na rynku pracy jest czasem dla superbohaterów, dla kandydatów, którzy mają specjalne kompetencje. Warto się rozglądać, inwestować w swoje kompetencje, rozwój, jednocześnie zadbać o swoje CV i naszą reprezentację w świecie wirtualnym, np. na portalu LinkedIn.

Według danych Eurostatu z 2019 roku za 60 minut pracy w Polsce pracodawcy płacą średnio tylko 10,7 euro, podczas gdy w Niemczech jest to 35,6 euro, a w Danii – 44,7 euro. Stawka w naszym kraju jest prawie trzykrotnie niższa niż średnia europejska (27,7 euro). Zdaniem eksperta jedną z przyczyn tego stanu rzeczy może być niechęć do rozwijania swoich umiejętności.

Z danych przytaczanych przez WSB wynika, że w Polsce tylko 5 proc. społeczeństwa inwestuje w swój rozwój po zakończeniu szkoły średniej bądź studiów, podczas gdy średnia europejska wynosi 10 proc., zaś w kraju, który legitymuje się najwyższym stopniem poczucia szczęścia w Europie, czyli w Danii, jest to 20 proc. Teraz proces doszkalania jest dużo łatwiejszy, bo wiele zasobów dostępnych jest online, ale także tańszy. Podnoszenie kompetencji wpływa na skłonność do zmiany miejsca pracy.

– Zamrożenie w aktualnym miejscu pracy bez dążności do wchodzenia na wyższe poziomy wewnątrz organizacji bądź na zewnątrz może spowodować, że będziemy mniej konkurencyjni na rynku pracy – wyjaśnia Tomasz Gordon.

Z jednej strony długoletnie zatrudnienie u jednego pracodawcy, tak powszechne jeszcze w pokoleniu obecnych 70–80-latków, można oceniać jako lojalność, z drugiej jednak wiele osób traktuje je jako „zasiedzenie się” w pracy, wpadnięcie w rutynę, brak motywacji do pogłębiania kompetencji i podejmowania się nowych zadań. W szczególności istotne jest to dla funkcji, które wymagają kreatywności i zaangażowania, tak istotnych w czasach nieprzewidywalnych.

– Przyszłość będzie taka, że będziemy zmieniali zawód cztery do pięciu razy, także z racji długości naszego aktywnego zawodowo życia, a samo miejsce pracy będziemy zmieniali nawet kilkanaście bądź ponad dwadzieścia razy w ciągu życia – mówi opiekun Akademii Menedżera. – Pandemia to doskonały moment na rozwój, ponieważ jego brak może być niebezpieczny dla organizacji i dla pracowników.

W tym roku może paść rekord dostarczanych przesyłek. Rozwiązaniem na przedświąteczny szczyt są punkty odbioru

Odzież, akcesoria, kosmetyki i perfumy, książki, płyty czy filmy – to według Gemiusa kategorie produktów, które Polacy najchętniej kupują w internecie. W grudniu wiele takich zamówień z e-sklepów trafi pod choinkę jako gwiazdkowe prezenty. W czasie przedświątecznej gorączki zakupów wygodnym rozwiązaniem, które pozwala uniknąć stania w kolejkach i wyczekiwania w domu na kuriera, są odbiory i nadania w punktach obsługi paczek. DHL Parcel, który dysponuje największą taką siecią w Polsce, liczącą 10 tys. lokalizacji, nawiązał właśnie współpracę ze Stokrotką. Dzięki temu klienci we wszystkich sklepach Stokrotka Express mogą od teraz odbierać i nadawać paczki również w weekendy.

– Szczyt paczkowy w DHL Parcel to wzrosty wolumenów od 40 do 60 proc., a w najgorętszych okresach obsługujemy nawet 100 proc. więcej paczek. Szykujemy się do tego szczytu już od września, m.in. przygotowując obsadę kurierską, pracowników magazynów i sortowni – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Dudek, menedżer sieci partnerskiej DHL Parcel.

Przedświąteczny szczyt który rozpoczyna się w Black Friday w końcówce listopada i trwa aż do Bożego Narodzenia to najgorętszy okres w roku zarówno dla sektora dla e-commerce, jak i branży kurierskiej, która dostarcza zamówione w sieci przesyłki. W tym roku cała branża szacuje, że ze względu na pandemię koronawirusa, zamknięcie wielu sklepów stacjonarnych i mniejszą skłonność klientów do tradycyjnych zakupów wzrosty będą jeszcze wyższe, a tegoroczny szczyt może okazać się rekordowy. Dlatego też DHL Parcel szykuje się do niego już od jesieni, m.in. inwestując w infrastrukturę, terminale i rozwijając swoją sieć punktów obsługi paczek.

– Rozwój sieci punktów obsługi paczek to jeden z elementów przygotowań. W tej chwili sieć liczy 10 tys. punktów, co przekłada się na możliwość obsłużenia ok. 100 tys. paczek dziennie. POP-y są otwarte do godziny 21.00 lub dłużej, przez siedem dni w tygodniu. Dzięki temu klienci mogą odbierać paczki wtedy, kiedy jest im wygodnie, a przy okazji np. zrobić zakupy lub zatankować samochód – wymienia Maciej Dudek.

Dostawa do punktu jest jedną z najchętniej wybieranych przez klientów e-sklepów. Tę opcję preferuje 39 proc. Polaków, którzy robią zakupy w sieci wynika z tegorocznego raportu Gemiusa („E-commerce w Polsce 2020”). DHL Parcel dysponuje obecnie największą w Polsce siecią punktów partnerskich, zlokalizowanych m.in. w centrach handlowych, na stacjach benzynowych, dworcach i w sklepach największych sieci handlowych. 9 na 10 klientów ma punkt odbioru paczek DHL w ciągu maksymalnie 10 minut od swojego domu bądź miejsca pracy. Co istotne, ponad 90 proc. z nich jest czynnych do godz. 21.00 lub dłużej, a niemal tyle samo jest otwartych także w weekendy, co daje dużą swobodę w odbiorze paczki.

Z badań DHL wynika, że – choć na odbiór paczki klienci mają tydzień – to prawie 100 proc. z nich zgłasza się po zamówioną przesyłkę w ciągu maksymalnie trzech dni. W większości punktów odbioru paczkę za pobraniem można też wygodnie opłacić do kwoty 1 tys. zł.

– Oczywiście w punktach obsługi paczek DHL Parcel można również nadawać przesyłki. Mogą to być np. zwroty do e-commerce albo wysyłka naszych prywatnych prezentów. Wystarczy w tym celu skorzystać ze strony dhl24.pl/dlaciebie, przygotować etykietę i przynieść taką paczkę do punktu obsługi – wyjaśnia menedżer sieci partnerskiej DHL Parcel.

Czerwcowe badanie Gemiusa pokazuje, że w ciągu ostatniego roku najpopularniejszymi artykułami kupowanymi w internecie były odzież, dodatki, akcesoria, obuwie, kosmetyki i perfumy, książki, płyty, filmy oraz bilety do kina lub teatru. W grudniu wiele takich zamówień z e-sklepów trafi pod choinkę jako gwiazdkowe prezenty. Operator logistyczny wskazuje, że w czasie przedświątecznej gorączki zakupów odbiory i nadania paczek w POP-ach są wygodnym rozwiązaniem, które pozwala uniknąć stania w kolejkach i wyczekiwania w domu na kuriera. Co istotne, DHL mocno zainwestował w tym roku w rozwój swojej sieci POP-ów.

– Po pierwsze, uruchomiliśmy 2 tys. nowych lokalizacji, zwiększając zasięg w małych miejscowościach, ale także zwiększając gęstość punktów w dużych miastach. Rozszerzyliśmy też liczbę punktów z usługą płatności za pobraniem przy odbiorze paczki o 650 sklepów sieci Inmedio. Tym samym usługa jest już dostępna w ponad 7,5 tys. punktów. Odnotowaliśmy też wyższe wyniki zadowolenia odbiorców, które sięgnęły 74 punkty w badaniu NPS – wylicza Maciej Dudek.

Liczba paczek nadanych i odebranych za pośrednictwem sieci POP-ów DHL Parcel w tym roku zwiększyła się już o 30 proc. Z badań satysfakcji operatora wynika, że ¾ klientów jest zadowolonych z tej opcji dostawy.

– Nasze badania pokazują też, że ponad 83 proc. klientów poleciłoby tę usługę znajomym lub rodzinie, dlatego opieramy dalszy rozwój sieci na sprawdzonych, rozpoznawalnych partnerach. Nawiązaliśmy właśnie współpracę z siecią Stokrotka Express, która umożliwi nam zagęszczenie lokalizacji w dużych miastach – wskazuje menedżer sieci partnerskiej DHL Parcel.

W tym roku operator logistyczny rozwijał swoją sieć POP-ów głównie poprzez marki grupy Eurocash, czyli sklepy Lewiatan, Groszek i ABC. Jeszcze przed końcem grudnia uruchomione zostaną też pierwsze punkty odbioru paczek w sklepach sieci Top Market. Nowym partnerem DHL Parcel została również Stokrotka – druga największa w Polsce (po Żabce) sieć handlowa pod względem liczby punktów franczyzowych.

– Sieć Stokrotka to ponad 600 lokalizacji w różnych formatach. W tym roku uruchamiamy pilotażowo 50 punktów w sieci Stokrotka Express, a dalszy rozwój planowany jest na przyszły rok – mówi Maciej Dudek.

Stokrotka Express to najmniejszy w tej sieci format 49 sklepów osiedlowych, które oferują pełny asortyment – od produktów spożywczych po chemię gospodarczą. Wprowadzenie możliwości odbioru paczek wpisuje się w generalny na polskim rynku trend, jakim jest rozszerzanie zakresu usług w sklepach convenience. Klienci we wszystkich Stokrotkach Express mogą od teraz odbierać i nadawać paczki za pośrednictwem DHL, również w weekendy.

Operator zapowiada, że nowo nawiązane partnerstwo ze Stokrotką nie kończy dynamicznego rozwoju sieci POP-ów. W przyszłym roku zamierza rozwijać ją także w mniejszych miastach i miejscowościach.

– W 2021 roku planujemy uruchomić kolejnych kilka tysięcy punktów. Kluczowe dla nas będzie też zwiększanie liczby punktów z usługą płatności za pobraniem przy odbiorze, którą planujemy uruchamiać w punktach Eurocash oraz w punktach Stokrotka Express – zapowiada menedżer sieci partnerskiej DHL Parcel.

Piotr Naimski: Będziemy wychodzili z węgla. Powinniśmy jak najszybciej podjąć ostateczną decyzję o budowie nuklearnej części naszej energetyki

– Ten trudny dla gospodarki rok uświadomił nam konieczność przyspieszenia transformacji energetycznej w Polsce – mówi Piotr Naimski, pełnomocnik rządu do spraw strategicznej infrastruktury energetycznej. Temu mają służyć takie inicjatywy jak przyjęcie przez rząd ustawy offshore’owej, która jest procedowana w Sejmie, oraz aktualizacja programu budowy elektrowni nuklearnej w Polsce. Dopóki nie powstaną pierwsze bloki jądrowe, to gaz będzie paliwem stabilizującym działanie odnawialnych źródeł i zastępującym wygaszane moce węglowe.

– Zapotrzebowanie na energię w mijającym roku, pomimo epidemii, nie spadło drastycznie. To oznacza, że polska gospodarka odczuwa, ale nie dramatycznie, epidemiczny kryzys. Z drugiej strony cały sektor energetyki uświadomił sobie konieczność wejścia już w okres transformacyjny. Temu służą rozmowy prowadzone przez Ministerstwo Aktywów Państwowych i związki zawodowe na Śląsku. Szukamy najbardziej racjonalnej, kompromisowej drogi, która pozwoli tę transformację zrealizować – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Naimski, sekretarz stanu. – Będziemy wychodzili z węgla i ta decyzja jest już podjęta.

Według zaktualizowanego projektu „Polityki energetycznej Polski do 2040 roku”, którą Ministerstwo Klimatu przedstawiło na początku września, do końca obecnej dekady udział węgla w wytwarzaniu energii elektrycznej w Polsce ma spaść poniżej 56 proc.

– Chodzi o to, żeby zrobić to w sposób racjonalny. Jednostki węglowe, wykorzystujące węgiel kamienny czy brunatny, będą musiały być likwidowane i zastępowane innymi źródłami pracującymi stabilnie. Te stabilne źródła to mogą być elektrownie gazowe albo nuklearne. Gazowe możemy zbudować szybciej, w tej chwili budujemy dwa bloki na Dolnej Odrze. Będą one zabezpieczeniem równoważącym te źródła, które chcemy budować na Bałtyku – wyjaśnia , pełnomocnik rządu ds. strategicznej infrastruktury energetycznej.

Rząd zakłada, że stopniowe odchodzenie od węgla będzie równoważone m.in. istotnym wzrostem mocy zainstalowanych w fotowoltaice (ok. 5–7 GW w 2030 roku i 10–16 GW w 2040 roku) oraz energią płynącą z farm wiatrowych na Bałtyku. Prąd z pierwszych farm morskich ma popłynąć około 2025 roku. Zgodnie z założeniami moc zainstalowana w wiatrakach na Bałtyku ma osiągnąć 5,9 GW do końca obecnej dekady i ok. 8–11 GW w 2040 roku. Ustawa offshore’owa, która wprowadza istotne ułatwienia dla tych inwestycji, jest na etapie prac sejmowych.

– Jeżeli chcemy budować elektrownie na morzu, to one muszą mieć zabezpieczenie w postaci pracujących stabilnie elektrowni, które są niezależne od wiatru i pogody. To jest w pierwszej kolejności gaz i przewidywalna w długim czasie trajektoria odchodzenia od energetyki węglowej. To daje nam czas i 12 lat na wprowadzanie energetyki nuklearnej – mówi Piotr Naimski.

Jak podkreśla, wiążące decyzje dotyczące budowy pierwszej w Polsce elektrowni atomowej należy przyspieszyć, jeżeli – zgodnie z planem – inwestycja ma ruszyć w 2026 roku.

– Powinniśmy jak najszybciej podjąć ostateczną decyzję o budowie tej nuklearnej części naszej energetyki, jeżeli przewidujemy, że pierwszy reaktor będziemy uruchamiali w 2033 roku, a kolejne aż do 2043 roku. To wpisuje się w transformację całej polskiej energetyki przewidzianą na lata 2040–2060 – mówi pełnomocnik rządu ds. strategicznej infrastruktury energetycznej.

Zgodnie z przyjętym w październiku przez rząd programem polskiej energetyki jądrowej (PPEJ) do 2043 roku w Polsce mają działać już dwie elektrownie atomowe, w każdej z nich zaplanowano po trzy bloki o łącznej mocy od 6 do 9 GW. W latach 2040–2045 około 1/5 krajowej produkcji energii ma już pochodzić z atomu.

Inwestycja powstanie w Lubiatowie–Kopalinie lub Żarnowcu (lokalizacjach wskazanych już we wcześniejszym PPEJ z 2014 roku), ale pod uwagę brane są również Bełchatów i Pątnów. Uruchomienie pierwszego bloku przewidziano na 2033 rok, kolejne będą oddawane w latach 2035 i 2037. Kolejna taka inwestycja ma wystartować w 2032 roku, a trzy reaktory drugiej elektrowni mają być po kolei uruchamiane w latach 2039–2043. Rządowy plan zakłada, że Skarb Państwa wykupi 100 proc. udziałów w powołanej do tego celu spółce PGE EJ 1, a po wyłonieniu inwestora strategicznego zachowa w niej 51 proc.

W ocenie rządu bez włączenia atomu do miksu energetycznego Polska nie zdoła wypełnić swoich zobowiązań wobec UE i dojść do neutralności klimatycznej, a energetyka jądrowa przełoży się na radykalne obniżenie emisji CO2 w sektorze elektroenergetycznym.

Brytyjczycy mieszkający w Polsce powinni wystąpić o nowe dokumenty pobytowe. Dotąd swój pobyt w Polsce zarejestrowało ponad 6 tys. obywateli Wielkiej Brytanii

Obywatele Wielkiej Brytanii oraz członkowie ich rodzin mieszkający w Polsce powinni po 1 stycznia 2021 roku złożyć wnioski o wydanie nowych dokumentów pobytowych. Procedura ma charakter deklaratoryjny, tzn. nie jest  obowiązkowa, ale Urząd do Spraw Cudzoziemców rekomenduje, aby Brytyjczycy jak najszybciej uzyskali stosowne dokumenty. – Będą one potwierdzały w sposób bezpośredni wszelkie prawa wynikające z umowy o wystąpieniu dla obywateli Wielkiej Brytanii – wyjaśnia Jakub Dudziak, rzecznik prasowy Urzędu do Spraw Cudzoziemców.

Wielka Brytania opuściła Unię Europejską 31 stycznia 2020 roku na podstawie umowy o wystąpieniu, która określiła m.in. okres przejściowy, podczas którego prawa pobytowe jej obywateli w Polsce się nie zmieniały. Okres przejściowy kończy się 31 grudnia, ale od 1 stycznia 2021 roku obywatele Wielkiej Brytanii i członkowie ich rodzin będą dalej posiadać prawo pobytu w Polsce co do zasady na dotychczasowych warunkach, ale z dwoma zastrzeżeniami. Po pierwsze, jeśli korzystali z prawa pobytu w Polsce zgodnie z prawem UE przed zakończeniem okresu przejściowego (dotyczy to także obywateli Zjednoczonego Królestwa, którzy wjechali do Polski po dacie brexitu, a przed upływem okresu przejściowego), po drugie, jeśli w dalszym ciągu mieszkają w Polsce.

– Obowiązki obywateli Wielkiej Brytanii obecnie przebywających w Polsce nie zmienią się do końca tego roku. Natomiast należy pamiętać, że osoby, które przebywają w Polsce powyżej trzech miesięcy, powinny swój pobyt zarejestrować w urzędzie wojewódzkim właściwym ze względu na miejsce swojego pobytu – informuje Jakub Dudziak.

Osoby, które posiadały prawo pobytu w Polsce w tym roku i będą przebywały w niej dalej, a więc w 2021 roku, co do zasady będą miały takie prawo i będą beneficjentami umowy o wystąpieniu.

– W praktyce oznacza to, że będą mogły, po pierwsze, ubiegać się o wydanie nowego dokumentu pobytowego z adnotacją, że są beneficjentami umowy o wystąpieniu. Dotyczy to osób, które już zarejestrowały swój pobyt lub zrobią to do końca tego roku. A jeżeli obywatel Wielkiej Brytanii takiego pobytu nie zarejestrował, może to zrobić w przyszłym roku i uzyskać od razu nowy dokument pobytowy przewidziany umową o wystąpieniu – tłumaczy rzecznik prasowy Urzędu do Spraw Cudzoziemców.

Z przyczyn praktycznych każdy obywatel Wielkiej Brytanii lub członek jego rodziny, który przebywa obecnie w Polsce powyżej trzech miesięcy, powinien zarejestrować swój pobyt w urzędzie wojewódzkim. Obecnie zrobiło to nieco ponad 6 tys. Brytyjczyków. Po 1 stycznia 2021 roku obywatel Wielkiej Brytanii, który zarejestrował swój pobyt i posiada dokument potwierdzający taką rejestrację, powinien (najdalej przed końcem 2021 roku) zgłosić się również do urzędu wojewódzkiego o wydanie nowego dokumentu określonego w umowie o wystąpieniu.

– Natomiast, jeżeli obywatel Wielkiej Brytanii nie zarejestrował swojego pobytu, a przebywa powyżej trzech miesięcy i będzie swój pobyt kontynuował również w 2021 roku, powinien jak najszybciej zgłosić się do urzędu wojewódzkiego po 1 stycznia 2021 roku, aby uzyskać dokument dla obywatela Wielkiej Brytanii, który jest beneficjentem umowy o wystąpieniu. Będzie to istotne, ponieważ ten dokument będzie znacząco ułatwiał Brytyjczykom czy członkom ich rodzin pobyt w Polsce oraz podróżowanie. Będzie on wprost potwierdzał, że są to osoby będące beneficjentami umowy o wystąpieniu i posiadają wszystkie prawa w niej określone – podkreśla Jakub Dudziak.

Przy składaniu wniosku jest wymagana obecność małoletniego obywatela Wielkiej Brytanii lub członka jego rodziny, który do dnia złożenia wniosku ukończy szósty rok życia. Będą także pobierane odciski linii papilarnych. W szczególnie uzasadnionych przypadkach, w tym ze względu na stan zdrowia, osobiste stawiennictwo nie będzie konieczne.

W 2025 roku ruszy pierwsza misja czyszczenia okołoziemskiej orbity ze śmieci. Szacuje się, że w kosmosie krąży nawet 750 mln odpadów

Nawet gdyby wszystkie starty kosmiczne zostały wstrzymane, ogólna liczba kosmicznych śmieci dryfujących po orbicie wciąż będzie rosnąć. Kolejne zderzenia między przedmiotami generują nowe zanieczyszczenia. Europejska Agencja Kosmiczna ocenia, że na orbicie okołoziemskiej krąży ok. 20 tys. śmieci o łącznej masie ponad 8 tys. ton. Łącznie z małymi fragmentami jest ich ponad 750 mln. Konieczne jest ich usuwanie. Dlatego też ESA podpisała właśnie kontrakt na zakup pierwszego usunięcia z orbity kosmicznych śmieci. W 2025 roku ruszy misja ClearSpace-1.

Odkąd ruszyły wyprawy w kosmos, przestrzeń stopniowo zapełniała się śmieciami – pozostałościami starych statków kosmicznych, wyrzuconych części wyposażenia, częściami rakiet startowych czy mikrofragmentami szkła i metalu.

– Wszystkie obiekty orbitalne, które do tej pory zostały przechwycone, były współpracującymi, w pełni kontrolowanymi obiektami docelowymi – wskazuje Jan Wörner, dyrektor generalny ESA. – W przypadku kosmicznych śmieci taka kontrola z definicji nie jest możliwa. Zamiast tego obiekty dryfują, często spadając losowo na ziemię.

Europejska Agencja Kosmiczna ocenia, że po orbicie okołoziemskiej krąży ok. 20 tys. śmieci o masie ponad 8 tys. ton. Jeśli wziąć pod uwagę ledwo widoczne mikrośmieci, może ich być ponad 750 mln. Każde zderzenie z nawet 10-centymetrowym obiektem może mieć katastrofalne skutki – pociągałoby za sobą fragmentację typowego satelity, a 1-centymetrowy obiekt mógłby unieruchomić statek kosmiczny. Nawet 1-milimetrowy obiekt mógłby zniszczyć podsystemy na pokładzie statku kosmicznego.

– Schwytanie i pozbycie się niewspółpracującego obiektu kosmicznego stanowi niezwykle trudne wyzwanie. Jednak z uwagi na to, że ogólna liczba satelitów ma szybko rosnąć w nadchodzącej dekadzie, regularne czyszczenie nieba z kosmicznych śmieci staje się niezbędne w celu kontrolowania ich poziomu i zapobiegania strumieniom kolizji, które mogą znacznie pogorszyć problem ze śmieciami – tłumaczy Jan Wörner.

ESA tłumaczy, że wyprawy kosmiczne przy takiej liczbie śmieci krążących po orbicie byłyby jak żeglowanie po morzu, na którego powierzchni wciąż dryfowałyby wszystkie statki, które zatonęły. Dlatego też usuwanie śmieci z kosmosu jest koniecznością. ESA bada różne metody poradzenia sobie z tym problemem. Harpuny czy żagle kosmiczne mogłyby pomóc przy mniejszych odpadach, przy tych nieco większych – manipulatory kosmiczne. Na początku grudnia ESA podpisała kontrakt o wartości 86 mln euro z zespołem kierowanym przez szwajcarski start-up ClearSpace na zakup pierwszego „sprzątania” orbity.

– Przy prędkościach orbitalnych nawet śruba może uderzyć z siłą wybuchową, której projektanci misji nie są w stanie zapobiec. Zamiast tego należy zarządzać zagrożeniem poprzez aktywne usuwanie elementów kosmicznych świeci – wskazuje Luc Piguet, założyciel i dyrektor generalny ClearSpace.  – Nasz projekt „lawety” oczyści ze śmieci kluczowe orbity, które w przeciwnym razie mogłyby stać się bezużyteczne dla przyszłych misji.

Misja ClearSpace-1 ma się koncentrować na module dodatkowym Vespa (Vega Secondary Payload Adapter), pozostawionym na orbicie o wysokości ok. 801 km – 664 km po drugim wystrzeleniu europejskiej rakiety Vega w 2013 roku. Vespa ma masę 112 kg i rozmiar małego satelity. Sprzątający satelita zostanie wyniesiony w 2025 roku najpierw na wysokość 500 km. Następnie wzniesie się na docelową orbitę, chwyci Vespę i razem wejdą w atmosferę, aby w niej spłonąć.

Jeśli misja się powiedzie, takie satelity „lawety” będą pojawiać się częściej. Co istotne, użyte technologie będą mogły znaleźć zastosowanie także przy samych satelitach, a nie tylko przy usuwaniu kosmicznych odpadów.

– Zastosowane przy czyszczeniu orbit z kosmicznych śmieci technologie umożliwią również tankowanie i serwisowanie satelitów na orbicie, wydłużając ich żywotność. Ostatecznie przewidujemy, że ten trend rozszerzy się także na prowadzony bezpośrednio na orbicie montaż, produkcję i recykling – wskazuje Luisa Innocenti, szef biura ds. czystej przestrzeni kosmicznej w ESA.

Polska Policja sięga po podpis biometryczny. W przyszłości kryminalne zagadki będzie rozwiązywać sztuczna inteligencja

Odciski palców, rozpoznawanie twarzy, geometria dłoni, rozpoznawanie tęczówki, identyfikacja siatkówki, rozpoznawanie głosu czy dynamika naciśnięć klawiszy – podpis biometryczny coraz częściej zastępuje ten tradycyjny. Jest niemal niemożliwy do sfałszowania, zwiększa więc bezpieczeństwo. Może służyć do weryfikacji i identyfikacji. Takie rozwiązania stosują coraz częściej firmy, lecz także polskie instytucje, m.in. Ministerstwo Zdrowia, a od niedawna także polska Policja. Podpis elektroniczny może być wykorzystywany nie tylko w biznesie, lecz również w badaniach mogących rozwiązać wiele spraw natury kryminalnej. W przyszłości jego skuteczność zwiększy zastosowanie sztucznej inteligencji.

– Pandemia wymusiła przyspieszoną cyfryzację w polskiej Policji. Jest to spowodowane odchodzeniem od dokumentacji papierowej na rzecz dokumentacji elektronicznej. Policja coraz częściej musi się specjalizować w nowoczesnych formach, chociażby zawierania podpisu na tabletach – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Piotr Wietrzycki, dyrektor sprzedaży w Infinite.

Pandemia COVID-19 zmusza rządy do wprowadzenia ścisłych wymogów dotyczących kwarantanny. Sprawiła jednak, że coraz więcej instytucji dostrzegło potrzebę wprowadzenia podpisów cyfrowych. Pozwalają one na potwierdzenie tożsamości danej osoby na podstawie danych biometrycznych – odcisków palca, rozpoznawania twarzy, tęczówki czy choćby dynamiki naciśnięć klawiszy.

Posługiwanie się elektronicznym podpisem dostrzegły firmy, dla których może to być element modernizacji, ale też krajowe instytucje. Od niedawna z takiej możliwości korzysta Policja Polska. E-podpisywanie polskiej firmy Infinite to system, który umożliwia elektroniczne podpisywanie dowolnych dokumentów, może też pomóc w kryminalistyce.

– Polska Policja zaczęła wykorzystywać najnowszą technologię – składanie podpisu na tablecie. To podpis biometryczny, opatrzony pewnymi niepowtarzalnymi cechami. Zbiera takie cechy jak prędkość pisania w czasie, siłę nacisku w czasie oraz odległość piórka od tabletu w czasie. Nie ma dwóch identycznych podpisów, natomiast biegły jest w stanie na podstawie zebranych danych wskazać, kto konkretnie złożył podpis na tablecie – tłumaczy Piotr Wietrzycki.

Podpis składany jest za pośrednictwem platformy WWW lub urządzenia z warstwą biometryczną – czyli na tablecie, gdzie długopis zastępuje rysik. Taki podpis składa się z punktów zapisywanych w milisekundach. Każdemu punktowi przyporządkowany jest czas, w którym został zapisany, nacisk oraz współrzędne, które umożliwiają ich weryfikację. Podrobienie takiego podpisu jest praktycznie niemożliwe – nawet jeśli ktoś będzie potrafił dokładnie skopiować samo nakreślenie podpisu, to nacisk na tablet, odległość rysika od tabletu są indywidualne.

– Podpis biometryczny można złożyć na odpowiednim urządzeniu, które musi zbierać takie cechy jak siła nacisku, ponieważ składa się on z pewnych cech, jak prędkość pisania w czasie, siła nacisku w czasie oraz odległość piórka od tabletu w czasie. Stąd też nie może być to zwykłe urządzenie – mówi dyrektor sprzedaży w Infinite.

Podpisy biometryczne są coraz częściej stosowane. Różni je poziom bezpieczeństwa. Zdarzały się już np. sytuacje, kiedy w systemie weryfikacji głosowej haker był w stanie przechwycić i nagrać dane zawierające głos użytkownika. Później mógł uzyskać dostęp do tego samego systemu i odtworzyć zarejestrowane wcześniej dane. Jeśli z kolei system biometryczny opiera się na rozpoznawaniu twarzy, haker może oszukać taki system, trzymając przed aparatem zdjęcie użytkownika naturalnej wielkości. Połączenie kilku danych biometrycznych czy behawioralnych (np. dynamika podpisu, siła nacisku na tablet) daje niemal 100-proc. gwarancję.

Kolejnym krokiem w badaniu rękopisów jest sztuczna inteligencja. Stosowane w przyszłości narzędzia wspierane przez SI będą jeszcze bardziej precyzyjne i pozwolą kryminalistykom w stopniu kategorycznym opiniować napływające zlecenia. Technologia może być używana także do rozpoznawania dźwięków użycia broni palnej, analizowania scen zbrodni w poszukiwaniu wzorów i przy tworzeniu profilu podejrzanego, by potem za pomocą algorytmów porównać go z profilami przestępców z bazy danych. SI coraz lepiej radzi sobie także z rekonstrukcjami twarzy na podstawie niepełnych danych. Zespół naukowców z Chińskiej Akademii Nauk stworzył algorytm, który dzięki sieciom neuronowym może odtworzyć wizerunek np. podejrzanego z prostego rysunku.