Ostatni normalny dzień w tym tygodniu

To prawdopodobnie będzie ostatni „żywy” dzień na rynkach w tym tygodniu, gdyż w wielu krajach Wielki Piątek jest dniem wolnym od handlu. Oznacza to też, że dwa dni publikacji zostały upakowane w jeden. Na pierwszym planie są ważne dane o aktywności biznesowej z Eurolandu, które wskażą, czy odbicie sygnalizowane w Chinach znajduje szoki wtórne w Europie. Od tego będzie zależeć, czy rynki podtrzymają pozytywny klimat.

Po dwóch miesiącach wyraźnych spadków indeksów PMI dla przemysłu strefy euro po kwietniowych danych oczekuje się przynajmniej stabilizacji (prog. 48, poprz. 47,5). Pozytywny wkład odreagowania słabości w Chinach może się ujawnić w lepszej postawie wytwórców nastawionych na eksport. Najważniejsze będą dane z niemieckiego przemysłu (prog. 45, poprz. 44,1), który jest motorem dla całego bloku i także tutaj ostatnie załamanie aktywności było najdotkliwsze. Dla rynku, który w ostatnich dniach łatwo akceptuje preteksty do podtrzymania apetytu na ryzyko, nie będzie potrzeba wiele, by odebrać dane pozytywnie. Ale też wrażliwość na rozczarowanie będzie silna, gdyż da podstawy do wątpliwości, że odbicie w Chinach nie rozlewa się na pozostałe kluczowe gospodarki. Przy wizji długiego weekendu inwestorzy nie będą silnie bronić pozycji, jeśli dane przygaszą dotychczasowy entuzjazm.

Reszta dzisiejszych odczytów (a jest ich sporo) będzie miała znaczenie tylko pod warunkiem, że europejskie PMI nie zaliczą super-niespodzianki (pozytywnej lub negatywnej) i nie skupią na sobie całej uwagi. Produkcja przemysłowa z Polski jest najważniejszą figurą z krajowego zestawu, a po danych marcowych spodziewamy się nieznacznego spowolnienia, ale głównie w oparciu o niekorzystny układ dni roboczych. Poza tym sytuacja w sektorze nie jest niepokojąca i dane nie powinny wyrwać EUR/PLN z drzemki na 4,27.

Co do danych z Wielkiej Brytanii w tym tygodniu miałem nadzieję, że pozwolą one odreagować funtowi presję związaną z brexitem, ale jak na razie moje oczekiwania okazały się złudne. Publikowana dziś sprzedaż detaliczna to bardzo zmienny wskaźnik, który może zaoferować wszystko, ale to też oznacza, że inwestorzy z rezerwą będą podchodzić do silnych zaskoczeń.

Po południu najważniejsze będą odczyty sprzedaży detalicznej z Kanady i USA. W pierwszym przypadku po wczorajszym silnym odczycie CPI z Kandy pojawiły się wątpliwości, czy rynkowe oczekiwania powrotu Banku Kanady do obniżek są słuszne i teraz kolejny mocny odczyt jeszcze bardziej zachwieje pewnością siebie inwestorów. W USA oczekuje się odreagowania słabości z lutego, co w przypadku ogólnego wskaźnika będzie prostsze przez wzrost cen paliw. Ważniejsza będzie tzw. sprzedaż bazowa i brak odbicia tutaj mocno kłóciłby się z systematyczną poprawa na rynku pracy i wzrostem dochodów. Ale słabe dane z USA to sygnał, że Fed na dłużej odłoży pomysły podwyżki stóp procentowych do szuflady, więc w ogólnym rozrachunku mogłoby to być dobre dla rynkowego apetytu na ryzyko. Taki mamy rynek.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Trzy zmiany w podatku dochodowym planowane przez rząd

Aneta Socha-Jaworska, ekspert kadrowo-płacowy w firmie inFakt
Aneta Socha-Jaworska, ekspert kadrowo-płacowy w firmie inFakt

Według zapowiedzi rządzących w 2020 roku miałyby wejść w życie znaczące zmiany w PIT. Dotyczą one obniżenia pierwszego progu podatkowego do 17%, zerowego PIT dla osób do 26 roku życia oraz podniesienia kosztów uzyskania przychodu dla pracowników. Projekt ustawy zmieniającej ma w ciągu najbliższych dwóch tygodni trafić do konsultacji.

Nowy próg podatkowy

Osoby zatrudnione na podstawie umowy o pracę, zlecenie, a także wielu przedsiębiorców rozlicza się według zasad ogólnych. Obecnie przy podatku progresywnym obowiązują dwie stawki PIT:

  • 18% – do kwoty 85 528 dochodu
  • oraz 32% – powyżej kwoty 85 528 zł.

Według zapowiedzi od 1 stycznia 2020 r. mają być obowiązywać trzy stawki:

  • 17% – do kwoty 42 764 dochodu,
  • 18% – powyżej 42 764 zł, a nie więcej niż 85 528 zł,
  • 32% – powyżej kwoty 85 528 dochodu.

Oczywistym jest, że dodanie nowej stawki podatku, niższej o 1 punkt procentowy, przyniesie podatnikowi zysk w postaci niższego podatku. Różnica wyniesie od 428 zł do 855 zł w skali roku – mówi Aneta Socha-Jaworska, ekspert kadrowo-podatkowy w firmie inFakt, oferującej nowoczesne rozwiązania księgowe.

Zerowy PIT dla młodych

Zerowy PIT dla młodych, jeden z elementów tzw. „piątki Kaczyńskiego”, to po prostu nowe zwolnienie z podatku dochodowego. Ma ono dotyczyć osób do 26 roku życia. Według wstępnych założeń zwolnione z podatku będą przychody z umowy o pracę, aby ograniczyć liczbę zawieranych umów zlecenie czy dzieło – często nazywanych umowami śmieciowymi. Ze zwolnienia nie będą mogły skorzystać osoby prowadzące działalność gospodarczą.

Rząd proponuje jednak wprowadzić limit dochodów w kwocie 42 764 zł. Jeśli osoba do 26 roku życia przekroczyłaby tę kwotę, płaciłaby podatek na zasadach ogólnych liczony od nadwyżki ponad tę kwotę.

Zwolnienie z PIT dla młodych ma zostać wprowadzone od  czwartego kwartału 2019 roku, ale w tym okresie wciąż będą pobierane zaliczki na podatek. Jego zwrot nastąpi w zeznaniu rocznym składanym za 2019 rok. Jeśli zgodnie z prognozami zwolnienie zostanie wprowadzone od 1 października 2019 r., to dla osób do 26 roku życia limit przychodów zwolnionych na 2019 r. wyniesie 10 691 zł.

Jak podkreśliła Minister Finansów Teresa Czerwińska, należy pamiętać jeszcze o składkach ZUS. Zgodnie z przepisami każdy pracownik podlega obowiązkowo ubezpieczeniom społecznym i zdrowotnemu. Rządzący zatem z jednej strony zachęcają zwolnieniem z PIT, ale z drugiej strony przypominają o należnościach, jakie trzeba uregulować do ZUS.

Rozwiązaniem najkorzystniejszym finansowo, bez żadnych zobowiązań dla młodych osób do 26 roku, które są uczniami szkół ponadpodstawowych lub studentami, byłyby umowy zlecenie zwolnione z PIT. W tej sytuacji nie zapłaciliby ani składek ZUS, ani podatku dochodowego. Oznaczałoby to, że dana osoba otrzymałaby dokładnie taką kwotę, która zapisana jest w umowie, bez pomniejszania jej o jakiekolwiek zobowiązania – zauważa ekspert inFakt.

Wyższe koszty uzyskania przychodu pracownika

Zatrudnieni na podstawie umowy o pracę są grupą podatników, których obowiązują bardzo niskie koszty uzyskania przychodu. Standardowo wynoszą one 1335 zł rocznie. – Ich wysokość jest tak niska, że można się pokusić o stwierdzenie, że pracownicy na dobrą sprawę płacą podatek od przychodu, nie od dochodu – wskazuje Aneta Socha-Jaworska.

Rok 2020 ma przynieść zmiany w tym zakresie i podwyżkę rocznych kosztów uzyskania przychodu do kwoty 3 000 zł. Dla pracownika, który otrzymuje minimalne wynagrodzenie, w skali roku oznacza to niższy podatek o około 252 zł.

Koszty pracownicze mają zostać podniesione do kwot:

  • 3 000 zł – ma zastąpić kwotę 1 335 zł (koszty standardowe z jednego stosunku pracy),
  • 3 600 zł – zamiast 1 668,72 zł (podwyższone koszty[1] uzyskania z jednego stosunku pracy),
  • 4 500 zł – ma zastąpić kwotę 2 002,05 zł (standardowe koszty z więcej niż jednego stosunku pracy),
  • 5 400 zł – w miejsce kwoty 2 502,56 zł (podwyższone koszty uzyskania z więcej niż jednego stosunku pracy).

[1] Są to koszty, gdy miejsce stałego lub czasowego zamieszkania pracownika jest położone poza miejscowością, w której znajduje się zakład pracy i podatnik nie uzyskuje dodatku za rozłąkę.

Minimalizacja szarej strefy, czyli pomysł FPP na uzdrowienie systemu podatkowego

Federacja Przedsiębiorców Polskich proponuje aktywne podejście do problemów, które dotykają system podatkowy. Wspólna debata Ministerstwa Finansów i polskich przedsiębiorców mogłaby doprowadzić do zmniejszenia szarej strefy, której istnienie przyczynia się do dużych strat budżetu państwa. Środki obracane „na szaro” oscylują w granicach 400 miliardów złotych. Podatki, które mogłyby zostać odprowadzone od transakcji i dochodów w szarej strefie, stanowiłyby znaczący dodatek do budżetu państwa i miałyby pozytywny wpływ na polską gospodarkę. Jednak zmiany w tym zakresie nie mogą się odbyć bez współpracy państwa i przedsiębiorców.

– Nasza propozycja poprawy systemu podatkowego opiera się na rzetelnej i partnerskiej współpracy biznesu z administracją – powiedział serwisowi eNewsroom Mariusz Korzeb, wiceprzewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich. – Szara strefa zaburza warunki konkurencji wśród przedsiębiorców i powoduje, że nieuczciwe podmioty zyskują przewagę nad uczciwymi. Niewątpliwie sukcesem państwa jest stworzenie platformy „Głos Przedsiębiorców”. W ostatnim czasie chęć współpracy wyraził też zespół do spraw wsparcia przedsiębiorców Ministerstwa Finansów, nadzorowany przez Krajową Administrację Skarbową. Upatrujemy w tym szansę na to, aby wspólnie doprowadzić do sytuacji, w której zminimalizujemy istnienie szarej strefy. Będziemy razem podejmowali i realizowali działania, które będą korzystne dla budżetu państwa i dla samych przedsiębiorców – planuje Korzeb.

Polacy bardziej niż Niemcy i Brytyjczycy są przywiązani do tradycyjnych sklepów. Mimo to już połowa robi zakupy w sieci

Polacy bardziej niż Niemcy i Brytyjczycy są przywiązani do tradycyjnych sklepów. Mimo to już połowa robi zakupy w sieci 1

Handel internetowy rozwija się w Polsce bardzo szybko – w tym roku będzie wart już 50 mld zł, a zakupy online robi już 15 mln Polaków. Z drugiej strony polscy konsumenci wyróżniają się na tle innych nacji przywiązaniem do tradycyjnego kanału sprzedaży. 49 proc. chce mieć możliwość przetestowania produktów w fizycznym sklepie przed zakupem – wynika z badań SAP. Polacy oczekują spójnego podejścia marek do klientów we wszystkich kanałach sprzedaży. To dla sprzedawców wyzwanie, w którym wsparciem może być wdrożenie odpowiednich technologii. 

– Szacuje się, że w tym roku Polacy wydadzą w kanale online około 50 mld zł, co nie oznacza jednak zapaści w kanale offline, czyli fizycznych sklepach. Myślę, że zmienia się głównie ich rola. Tym, czego oczekują klienci, to pewna integracja obu kanałów i spójne doświadczenie zakupowe niezależnie od sposobu, w jaki nabywamy produkty czy usługi – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Niebylski, dyrektor ds. rozwoju sprzedaży w SAP Polska.

Cały handel – w tym zwyczaje zakupowe klientów i podejście sprzedawców do obsługi klienta – jest na etapie zmian wywołanych rozwojem technologii. Według raportu Ecommerce Europe i SAP regularne zakupy w sieci robi już 49 proc., czyli około 15 mln Polaków. Z roku na rok ten odsetek rośnie, a Polska jest jednym z najszybciej rosnących rynków e-handlu na świecie.

Mimo to w Polsce nadal istotną rolę odgrywa segment tradycyjny. Według PwC udział e-commerce w handlu detalicznym ogółem wynosi w Polsce raptem ok. 5 proc. W krajach takich jak Chiny, Korea Południowa, Niemcy czy Wielka Brytania jest on ponaddwukrotnie wyższy. To oznacza, że tradycyjne sklepy wciąż są najpopularniejszym kanałem sprzedażowym. Wielu klientów nadal traktuje zakupy jako sposób na spędzanie wolnego czasu, w tradycyjnym sklepie mogą też dotknąć produktu, obejrzeć go i przymierzyć albo zasięgnąć rady wykwalifikowanego sprzedawcy.

– Aż 49 proc. Polaków deklaruje, że potrzebuje fizycznego kontaktu z produktem w tradycyjnym sklepie. Dla polskiego konsumenta ten proces musi się w pewien sposób przenikać. Z jednej strony bardzo chętnie wchodzimy w online, inicjując proces zakupowy, ale ta część związana ze sprawdzeniem, przymierzeniem, odbiorem czy zwrotem produktu często odbywa się w kanale tradycyjnym – mówi Tomasz Niebylski.

Jak wynika z SAP Consumer Propensity Report, Polska jest w gronie państw, w których możliwość przetestowania produktów w fizycznym sklepie jest dla konsumentów szczególnie ważna. Pod tym względem wyprzedzają nas tylko Rosjanie (56 proc. chce testować produkt w sklepie). Dla porównania w Niemczech, Wielkiej Brytanii i Francji ten odsetek wynosi odpowiednio 29, 34 i 38 proc.

– Jako konsumenci oczekujemy też spójnych doświadczeń. Chcemy być traktowani w ten sam sposób niezależnie od kanału, w którym toczy się dany proces zakupowy. Polacy oczekują również spójnych cen w kanale online i offline. Aż 40 proc. klientów jest w stanie w ogóle zrezygnować z kontaktu z daną marką i z zakupu produktu, jeżeli stwierdzi, że występują różnice cenowe pomiędzy tymi dwoma kanałami – mówi Tomasz Niebylski.

Dlatego jednym z największych wyzwań dla sprzedawców jest budowa wielokanałowej strategii kontaktu z klientem, tak aby zapewnić mu zintegrowane i pozytywne doświadczenia zarówno online, jak i offline.

– Trzeba łączyć najlepsze cechy obu tych kanałów. W kanale online wygodna jest możliwość porównywania towarów i cen, bo mamy dostęp do szeregu różnych narzędzi. Z drugiej strony kanał offline daje dużo lepszą możliwość interakcji z klientem. Jeżeli w sklepie jest sprzedawca, który interesuje się klientem, sprawdza jego preferencje, to doświadczenie zakupowe jest znacznie bogatsze. Firmy powinny w sprytny, inteligentny sposób łączyć te cechy, tak żeby proces zakupowy czerpał z każdego kanału to, co najlepsze – mówi Tomasz Niebylski.

Jak podkreśla, budowa wielokanałowej, spójnej strategii kontaktu z klientem w kanale cyfrowym i tradycyjnym wymaga odpowiednich rozwiązań IT dla branży retail. Te m.in. wpierają proces interakcji klienta i pomagają w tworzeniu spersonalizowanych ofert. Jak wynika z ubiegłorocznego raportu Fundacji Kronenberga i Citi Handlowego, 39 proc. firm uważa, że stosowanie rozwiązań takich jak machine learning czy big data do lepszego personalizowania oferty dla klientów to w tej chwili jedno z największych wyzwań dla branży e-commerce. Dla prawie połowy (45 proc.) takim wyzwaniem jest też wprowadzanie ułatwień w procesie komunikacji klienta z marką.

– Narzędzia IT są konieczne. Jeżeli sklep chce adresować do klienta spersonalizowaną ofertę, musi mieć odpowiednie narzędzia do budowy strategii marketingowych. Konsumentów denerwuje zalew ofert, które ich nie dotyczą i nie trafiają w ich oczekiwania. To może skutecznie odwieść klienta od kontaktów z daną marką. Tego nie da się zrobić w sposób manualny, potrzebne są zaawansowane narzędzia informatyczne. Te zbierają dane o preferencjach klientów i wykorzystują np. sztuczną inteligencję i mechanizmy predykcyjne do tworzenia spersonalizowanych ofert dla konkretnego klienta – mówi Tomasz Niebylski.

Przykładem wykorzystania potencjału, jaki stwarzają w retailu narzędzia IT, są wdrożenia zrealizowane przez SAP w Polsce i za granicą. W SPAR Switzerland, która zarządza siecią 160 sklepów spożywczych, firma wdrożyła platformę SAP Marketing Cloud. W ciągu tygodnia od jej uruchomienia program lojalnościowy SPAR Friends przyciągnął 20 tys. klientów, a w kolejnych kilku miesiącach – łącznie ponad 100 tys.

– Program premiuje uczestników darmowymi zakupami – jedna transakcja na tysiąc jest darmowa. Klient, kiedy przychodzi do kasy, dowiaduje się o tym, że jest tysięcznym konsumentem, dla którego zakupy są za darmo. Z jednej strony firma mocno przyciąga tym klientów, a z drugiej zbiera informacje o tym, co klienci wkładają do koszyka, jakie mają preferencje i na tej podstawie tworzy dla nich spersonalizowane oferty w aplikacji mobilnej – wyjaśnia Tomasz Niebylski.

W ubiegłym roku SAP stworzył pakiet C/4 HANA, czyli integrację swoich rozwiązań wspierających budowę relacji zarówno w kanale B2B, jak i B2C. System analizuje zwyczaje zakupowe, bieżące zasoby magazynowe i trendy, tworząc na bazie tych danych spersonalizowaną ofertę dla klienta. Takie właśnie rozwiązanie wdrożyła firma Under Armour, która jest jedną z wiodących na rynku odzieży sportowej.

– Firma Under Armour wbudowała w swoje buty czujniki zbierające informacje o liczbie przebytych kilometrów. Dzięki temu klient dostanie powiadomienie o tym, że parametry jego butów, np. elastyczność podeszwy, spadły poniżej określonych progów i ich dalsze używanie może się skończyć kontuzją i warto pomyśleć o zakupie nowej pary. Firma, wiedząc, kto tych butów używa, jaki jest jego profil zużycia, czy biega w terenie czy po twardych nawierzchniach, jest w stanie zaproponować klientowi nowy, odpowiedni dla niego model. Poprzez zachętę w postaci dodatkowego rabatu w wysokości 5 proc. przy odbiorze w tradycyjnym w sklepie, istnieje możliwość sprzedaży innych usług, np. dedykowanego programu żywieniowego. W ten sposób buduje się ekosystem, który wiąże klienta z daną marką i wyzwala u niego pozytywne doświadczenia – podkreśla dyrektor ds. rozwoju sprzedaży w SAP Polska.

Wykorzystanie nowych technologii w handlu i zalety z tego wynikające były głównym tematem kwietniowej edycji SAP Intelligent Enterprise Truck w Warszawie.

Agencja Rozwoju Przemysłu wesprze małe i średnie firmy. Na ich finansowanie w tym roku przeznaczy 200 mln zł

Agencja Rozwoju Przemysłu wesprze małe i średnie firmy. Na ich finansowanie w tym roku przeznaczy 200 mln zł 2

Do końca tego roku Agencja Rozwoju Przemysłu przeznaczy 200 mln zł na finansowanie małych i średnich firm. Takim podmiotom trudniej jest pozyskać środki komercyjne od banków, zwłaszcza jeżeli są krótko na rynku. ARP udzieli im pożyczek m.in. na realizację innowacyjnych projektów, inwestycji, wsparcie płynności finansowej czy finansowanie zamówień. Co istotne, spółki nie ogranicza prawo bankowe czy regulacje KNF, co daje jej większą elastyczność i pozwala finansować przedsięwzięcia, które przez banki mogłyby być uznane za zbyt ryzykowne.

Małe i średnie firmy mają utrudniony dostęp do kapitału zewnętrznego, gdyż banki zwykle patrzą na nie tak jak na korporacje i próbują ocenić je według tych samych wzorów i schematów. W związku z tym one często mają zły standing finansowy, są źle oceniane. Jest jednak dość duża różnica pomiędzy takim przedsiębiorstwem a korporacją. Wielu właścicieli małych i średnich firm obawia się też pożyczać pieniądze, co jest związane m.in. ze złym prawem upadłościowym w Polsce – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Cezary Kaźmierczak, prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców. – Jeżeli ktoś w Polsce znajdzie dobrą metodę finansowania małego i średniego biznesu, to odniesie wielki sukces. Ale musi przestać myśleć o spółce Jana Kowalskiego i jego żony jak o General Electric.

Małym i średnim przedsiębiorstwom dodatkowe środki są na ogół potrzebne na zakup urządzeń czy maszyn, zatrudnienie dodatkowych pracowników, stworzenie nowych linii technologicznych czy zakup samochodu albo sprzętu komputerowego. Takie inwestycje, nawet niewielkie, umożliwiają im rozwój i podnoszenie konkurencyjności.

Oferty takie jak ta stworzona przez Agencję Rozwoju Przemysłu stanowią alternatywę dla systemu bankowego. Mam nadzieję, że ARP będzie trochę inaczej niż banki patrzeć na małe oraz średnie przedsiębiorstwa i przyjmie trochę inne zasady ich finansowania czy udzielania im kredytów. I to z całą pewnością może skłonić wiele firm do podjęcia inwestycji – mówi Cezary Kaźmierczak.

Agencja Rozwoju Przemysłu jest kojarzona przede wszystkim z finansowaniem restrukturyzacji. Na początku jej działalności większość pożyczek dla firm miało charakter pomocowy, teraz jednak większość pożyczek jest udzielana na zasadach komercyjnych. Wynika to z faktu, że w realiach stabilnego wzrostu gospodarczego coraz mniej firm szuka koła ratunkowego, a coraz więcej jest zainteresowanych finansowaniem potrzeb związanych z luką w kapitale obrotowym czy finansowaniem inwestycji.

ARP SA w ciągu ostatnich 10 lat przeznaczyła ponad 5 mld zł na finansowanie przedsiębiorstw działających w różnych sektorach gospodarki. Są wśród nich zarówno firmy państwowe, jak i prywatne, w tym spółki giełdowe. Działalność agencji rozszerzyła się o ofertę dedykowaną małym i średnim przedsiębiorstwom.

Składają się na nią trzy elementy. Po pierwsze, pożyczki, po drugie, oferta leasingu przemysłowego, i po trzecie, oferta nazwana przez nas International Desk [wspierająca eksport – red.] – mówi Paweł Kolczyński, wiceprezes Agencji Rozwoju Przemysłu SA. – Pożyczki to podstawowy instrument, jaki możemy zaoferować właścicielom małych i średnich przedsiębiorstw. Uzupełnia on tradycyjne pożyczki dla dużych podmiotów, które są domeną Agencji Rozwoju Przemysłu, natomiast postanowiliśmy nieco zdywersyfikować naszą działalność.

Na finansowanie MŚP ARP SA przeznaczy tylko w tym roku 200 mln zł. Ta kwota może zostać wykorzystana przez małe i średnie przedsiębiorstwa m.in. na sfinansowanie potrzeb inwestycyjnych, kontraktów albo potrzeb związanych z oczekiwaniem na rozliczenie VAT-u – jest to instrument w szczególności dla tych przedsiębiorców, którzy dobrowolnie skorzystali z instrumentu split payment, czyli podzielonej płatności.

Wreszcie są to pożyczki innowacyjne, a także restrukturyzacyjne. Zdarzają się przypadki, kiedy firma powstaje, rozwija się, ale przeżywa również trudne okresy. Tutaj również chcemy wykorzystać doświadczenia Agencji Rozwoju Przemysłu w zakresie restrukturyzacji i doradzić im merytorycznie oraz ewentualnie udzielić finansowania restrukturyzacyjnego – mówi Paweł Kolczyński.

Jak podkreśla, oferta ARP SA jest raczej uzupełnieniem niż konkurencją dla komercyjnej oferty banków. Zaletą jest m.in. to, że nie ogranicza jej prawo bankowe, co pozwala się angażować w branże i przedsięwzięcia, które przez banki mogłyby być uznawane za zbyt ryzykowne. W odróżnieniu od banków ARP SA ma większą elastyczność. Może np. sfinansować niestandardowy przedmiot inwestycji albo pomagać firmom przeżywającym przejściowe trudności finansowe i uruchomić proces nawet wtedy, kiedy spółka ma ujemne wyniki finansowe. Każdy projekt jest traktowany indywidualnie, poprzedzony analizą sytuacji przedsiębiorstwa i szyty na miarę jego potrzeb.

Nasza oferta może być bardziej elastyczna. Nie oznacza to jednak, że nie weryfikujemy przedsiębiorców, nie stosujemy odpowiedniego portfela zabezpieczeń – podkreśla Paweł Kolczyński.

Co istotne, ARP SA finansuje kapitał obrotowy na okres dłuższy niż banki. Dzięki temu firmy nie muszą co roku występować o przedłużenie finansowania i nawet krótkoterminowe osłabienie sytuacji firmy lub kondycji danej branży nie powodują ryzyka nieprzedłużenia finansowania. Okres i harmonogram spłat kapitału, także okres karencji, ustalane są przez ARP SA indywidualnie z każdym przedsiębiorstwem.

Możemy zapewnić naszym kontrahentom z sektora MŚP dłuższy okres karencji w spłacie kapitału głównego. W pewnych uzasadnionych przypadkach może wynosić nawet 18 miesięcy. Dzięki temu przedsiębiorca realizujący inwestycję może ją w spokoju zakończyć i uruchomić, a tym samym uzyskać źródło przychodów, które pomoże mu w spłacie kapitału głównego pożyczki – mówi Paweł Kolczyński.

Oferta Agencji Rozwoju Przemysłu dla małych i średnich przedsiębiorstw skierowana jest do wszystkich branż. Wśród dotychczasowych pożyczkobiorców są firmy z różnych sektorów – od przemysłu lekkiego i ciężkiego, poprzez spożywczy, telekomunikacyjny, paliwowy, maszynowy, RTV i AGD czy przemysł motoryzacyjny.

Co do zasady pożyczka nie może być mniejsza niż 800 tys. zł, a aplikujący przedsiębiorca powinien osiągać w skali roku przychody nie mniejsze niż 4 mln zł. Dostępne są jednak odstępstwa od tych zasad. Pożyczki sięgają od kilku do kilkudziesięciu milionów złotych, w zależności od finansowanego przedsięwzięcia, najwyższa jak do tej pory wyniosła 150 mln zł.

Każdego przedsiębiorcę zainteresowanego ofertą Agencji Rozwoju Przemysłu zapraszamy do Centrum Obsługi Przedsiębiorców, otwartego już we Wrocławiu. Niedługo ruszają też centra w Katowicach oraz Gdyni. Nasi doradcy pomogą dobrać najbardziej efektywne finansowanie dla danego przedsiębiorcy – mówi Paweł Kolczyński.

Przykładem firmy, która rozwinęła się dzięki finansowaniu ARP SA, jest spółka Libru Sea, która działa na rynku od stycznia ubiegłego roku. Średniej wielkości przedsiębiorstwo produkuje wędzone ryby. Nieco ponad pół roku po rozpoczęciu działalności firma otrzymała 8,9 mln zł pożyczki na zakupu dzierżawionej wcześniej nieruchomości wraz z zakładem przetwórstwa rybnego, modernizację tego zakładu oraz zasilenie kapitału obrotowego. Dzięki temu powstało ok. 50 nowych miejsc pracy w regionie ze znaczną stopą bezrobocia, a to też ważny czynnik, który ARP SA bierze pod uwagę przy udzielaniu pożyczki.

Agencja Rozwoju Przemysłu podchodzi do finansowania w sposób bardzo biznesowy. Podobnie jak fundusze inwestycyjne analizuje cały model biznesowy i benefity, które płyną z rozwoju tego biznesu. Podobnie jak fundusze interpretuje też model wyjścia z biznesu, czyli finansuje go w jakimś określonym czasie i oczekuje zwrotu z inwestycji. Patrzy na to zupełnie inaczej niż bank, który żąda bardzo dużych profitów tu i teraz, co uniemożliwia rozwój biznesu właściwie od zera – mówi Kamil Jerominek, prezes Libru Sea.

Firmy stawiają na racjonalne wykorzystywanie zasobów. W całej UE może to przynieść 600 mld euro oszczędności rocznie

Firmy stawiają na racjonalne wykorzystywanie zasobów. W całej UE może to przynieść 600 mld euro oszczędności rocznie 3

Po cyfrowej transformacji firmy czeka w najbliższych latach kolejna duża zmiana. Do 2030 roku muszą się dostosować do wymogów gospodarki obiegu zamkniętego (GOZ), która zakłada optymalne wykorzystanie odpadów i surowców naturalnych. Jak wynika z badań Stena Recycling, oczekują tego sami konsumenci. 65 proc. z nich jest skłonnych zrezygnować z produktów ulubionej firmy, a w zamian wybrać taką, która wdraża zasady GOZ. Gospodarka cyrkularna pomoże też firmom zmniejszyć koszty działalności – w skali UE przyniesie 600 mld euro oszczędności i stworzy 2 mln nowych miejsc pracy. Część firm zaczęła już transformację w kierunku GOZ – przykłady najlepszych zostały wyłonione w Stena Circular Economy Award. ​ 

Gospodarka obiegu zamkniętego, inaczej gospodarka cyrkularna, bardzo mocno zyskuje na znaczeniu. Jest ogólnoświatowym trendem, którego głównym założeniem jest to, żeby racjonalnie gospodarować zasobami. Chodzi o zasoby naturalne, których nie mamy nieskończenie wiele, a z drugiej strony o racjonalne korzystanie z zasobów, których dostarczają nam istniejące produkty w momencie, kiedy przestajemy z nich korzystać. Wszystko po to, żeby minimalizować negatywny wpływ na środowisko – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Bruździak, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu w Stena Recycling.

Gospodarka obiegu zamkniętego to koncepcja, według której produkty, materiały i surowce powinny pozostawać w gospodarce tak długo, jak jest to możliwe, a odpady – jeżeli już powstaną – powinny być traktowane jako surowce wtórne, które można przetworzyć i ponownie wykorzystać. To odróżnia ją od gospodarki linearnej, opartej na zasadzie „wyprodukuj, zużyj i wyrzuć”, w której odpady są przeważnie ostatnim etapem cyklu życia produktu.

Sytuacja, kiedy odpady pochodzące z produkcji i produkty, które przestają być używane, będą mogły zostać wykorzystane ponownie, to idealny model, do którego powinniśmy dążyć – mówi Piotr Bruździak.

GOZ jest jednym z priorytetów polityki Unii Europejskiej. Pod koniec 2015 roku Rada UE przyjęła pakiet odpadowy ustanawiający nowe przepisy gospodarki odpadowej. Do 2030 roku państwa członkowskie UE są zobowiązane osiągnąć poziom 75 proc. recyklingu odpadów opakowaniowych, 65 proc. odpadów komunalnych oraz ograniczyć składowanie odpadów do maksymalnie 10 proc. i nie oddawać na składowiska żadnych odpadów nadających się do recyklingu lub odzysku. UE wprowadziła także tzw. system rozszerzonej odpowiedzialności producentów, którzy mają odpowiadać – także finansowo – za zarządzanie odpadami, które powstają po wykorzystaniu ich produktów.

Ludzi na świecie przybywa, coraz więcej osób wychodzi z ubóstwa, mogą sobie na więcej pozwolić, zwiększyć wydatki i konsumpcję. Dla biznesu to jest szansa, ale jednocześnie – biorąc pod uwagę ograniczone zasoby naturalne – rodzi to też zagrożenia. Dlatego tak ważne jest, żeby promować i przechodzić na gospodarkę obiegu zamkniętego. To jest rozwiązanie, które pozwoli nam budować biznes, jednocześnie służąc klientom, odpowiadając na ich potrzeby w sposób zrównoważony, przyjazny dla planety i społeczności – dodaje Agata Czachórska, liderka projektu Circular IKEA w IKEA Retail w Polsce.

Gospodarka obiegu zamkniętego odpowiada na takie wyzwania, jak wyczerpywanie się surowców naturalnych, wzrost ich cen oraz zanieczyszczenie i eksploatacja środowiska. GOZ pozwoli zmienić model konsumpcji na bardziej świadomy i odpowiedzialny, racjonalniej gospodarować zasobami i zaoszczędzić energię. Przyczyni się też do większej innowacyjności europejskich firm, które będą musiały wypracować odpowiednie rozwiązania w tym modelu. Według Parlamentu Europejskiego przejście na gospodarkę obiegu zamkniętego przyniesie europejskim przedsiębiorstwom 600 mld euro oszczędności, przyczyni się do zredukowania odpadów oraz emisji gazów cieplarnianych o 2–4 proc. rocznie i powstania w UE 2 mln nowych miejsc pracy.

Przeanalizowanie procesów produkcyjnych: w jakich miejscach powstają odpady, na ile można zoptymalizować miejsce ich magazynowania, kwestie logistyki i kompaktowania materiału oraz możliwości ponownego przetworzenia – to są rzeczy, które wpisują się w model GOZ i nad którymi przedsiębiorstwa już muszą się zastanawiać – mówi Piotr Bruździak. – Dyskusja na ten temat wchodzi na zupełnie inny poziom. Są firmy, które stawiają sobie już ambitne cele, chcą uzyskiwać wyższe poziomy gospodarowania odpadami, chcą podnosić poziomy recyklingu.

Zdaniem ekspertów przedsiębiorstwa muszą się przeorganizować i stworzyć nowe modele biznesowe, żeby dostosować się do GOZ. Z drugiej strony to pomoże im zwiększyć konkurencyjność i zmniejszyć koszty działalności przy jednoczesnym podniesieniu jakości świadczonych usług. Poza tym oczekują tego sami konsumenci. Według badania przeprowadzonego przez SW Research dla Stena Recycling 69 proc. Polaków chciałoby, żeby ich ulubione produkty pochodziły ze zrównoważonej produkcji (były zaprojektowane i wytworzone według zasad GOZ). Podobny odsetek (65 proc.) jest skłonny zmienić swoje przyzwyczajenia i zrezygnować z produktów ulubionej firmy, a w zamian wybrać taką, która wdraża zasady GOZ. Prawie 60 proc. Polaków uważa, że ich wybory konsumenckie mają wpływ na wdrażanie GOZ przez firmy.

– Polscy przedsiębiorcy w ostatnich 2–3 latach bardzo dużo słyszeli na temat gospodarki obiegu zamkniętego. Odbyło się mnóstwo dyskusji, warsztatów, debat na ten temat, jednak one wszystkie skupiały się głównie wokół tego, że jest to ważne zagadnienie, którym musimy się zająć, że to szansa dla polskich przedsiębiorstw. Mało było w tym praktyki. Firmy przychodzą do nas i mówią: „No dobrze, jesteśmy przekonani, że to ważny temat, ale od czego mamy zacząć?”. Widzimy, że jest wielka potrzeba tworzenia praktycznych rozwiązań i narzędzi, które pozwoliłyby firmom prowadzić pilotaże tych rozwiązań – mówi Małgorzata Greszta, partner zarządzający CSR Consulting.

Odpowiadając na tę potrzebę, Stena Recycling organizuje Stena Circular Economy Award – Lider Gospodarki Obiegu Zamkniętego, pierwszy w Polsce konkurs dla biznesu i środowiska akademickiego pozwalający na wymianę pomysłów i doświadczeń w obszarze GOZ. Projekt jest skierowany do studentów, którzy mają ciekawe pomysły z tego obszaru, oraz firm, które mogą się pochwalić swoimi „cyrkularnymi” praktykami.

Przede wszystkim chcemy pokazać, że gospodarka cyrkularna nie jest odległą perspektywą. To jest coś, co zaczyna się tu i teraz, i wcale nie jest takie trudne. Nagradzamy tych, którzy już działają na rzecz gospodarki cyrkularnej, i młodych ludzi, którzy mają na to pomysł – mówi Piotr Bruździak.

– Takie konkursy, które wydobywają z rynku dobre praktyki, to jest bardzo dobre narzędzie, żeby zachęcać kolejne firmy. Dopiero widząc przykłady innych, przedsiębiorcy chcą robić coś podobnego. Staje się to inspiracją do uruchomienia kolejnych działań, a baza dobrych praktyk z roku na rok rośnie – dodaje Małgorzata Greszta.

Jednym z tegorocznych finalistów Circular Economy Award jest IKEA Retail, doceniona za projekt „Przyda się!”, który ma zwrócić uwagę na liczbę i wartość posiadanych przez ludzi przedmiotów, często zapomnianych. W tym celu została stworzona wirtualna kolekcja rzeczy leżących na strychach, w piwnicach oraz szafach. Program „Przyda się!” to również szereg wskazówek od IKEA, co zrobić, by zapomnianym przedmiotom podarować kolejne życie, np. poprzez naprawę, przerabianie lub przekazywanie innym.

Celem kolekcji było wzbudzenie refleksji nad tym, co już posiadamy. To wciąż są wartościowe rzeczy i tę wartość – czy to emocjonalną, czy funkcjonalną – możemy przywrócić. Cały program, „Przyda się!” spotkał się z bardzo pozytywnym odbiorem. To jest coś, czego ludzie potrzebują – mówi Agata Czachórska.

Jak wynika z badania Stena Recycling, trzech na czterech Polaków w ogóle nie zetknęło się z pojęciem GOZ – ponad 40 proc. nigdy o nim nie słyszało, a 30 proc. nie wie, czy je zna. Spośród Polaków, którzy słyszeli o GOZ (29 proc.), najwięcej osób kojarzy ten termin głównie z kwestiami ekologicznymi: możliwością zmniejszenia liczby składowisk i odpadów oraz ogólną poprawą stanu środowiska naturalnego.

Z drugiej strony proekologiczne działania cieszą się coraz większą popularnością wśród Polaków. Najwięcej osób segreguje odpady (74 proc.) oraz oszczędza energię w domu lub miejscu pracy (71 proc.). Większość oszczędza też wodę (68 proc.) oraz zwraca uwagę na to, aby nie marnować jedzenia (67 proc.). Ponad połowa Polaków minimalizuje także liczbę odpadów, używając produkty wielokrotnego użytku (54 proc.) lub unikając korzystania z jednorazowych reklamówek w trakcie zakupów (52 proc.).

Trwa czwarta rewolucja przemysłowa łącząca pracę ludzi z pracą maszyn. Niedoskonałe prawo i problem z ochroną danych mogą jednak wstrzymać postęp technologiczny

Trwa czwarta rewolucja przemysłowa łącząca pracę ludzi z pracą maszyn. Niedoskonałe prawo i problem z ochroną danych mogą jednak wstrzymać postęp technologiczny 4

Czwarta rewolucja przemysłowa będzie mieć przełożenie na gospodarkę, biznes i rynek pracy. Jak podaje Ministerstwo Cyfryzacji, szerokie wykorzystanie sztucznej inteligencji, uczenia maszynowego i analizy danych pozwoli osiągnąć poziom PKB zaplanowany na lata 2035–2036 już o pięć lat wcześniej. Jednak nowe technologie oznaczają także duże wyzwania związane z legislacją oraz cyberbezpieczeństwem. Pod tym względem przełomowy był ubiegły rok, kiedy weszły w życie ustawa o Krajowym Systemie Cyberbezpieczeństwa oraz RODO – wynika z nowego raportu NASK „Cyberbezpieczeństwo A.D. 2018”.

Szybkie tempo rozwoju technologii to z jednej strony szansa na to, żeby użytkownicy otrzymywali coraz bardziej spersonalizowane i zautomatyzowane usługi. Z drugiej strony, wprowadza to cała masę nowych kategorii zagrożeń. Technologie, takie jak sieci 5G, są wielką szansą dla nowych usług, ale też wprowadzają kolejne pakiety zagrożeń dla cyberbezpieczeństwa i trzeba wiedzieć, jak się przed tym chronić – mówi agencji Newseria Biznes Krzysztof Silicki, zastępca dyrektora NASK ds. cyberbezpieczeństwa i innowacji.

Cyberbezpieczeństwo to kluczowe wyzwanie z puntu widzenia Przemysłu 4.0. Z danych Związku Cyfrowa Polska wynika, że tylko w 2017 roku podjęto w Polsce 6 mln prób cyberataków na urządzenia końcowe, a wciągu ostatnich sześciu lat liczba ataków na notebooki, laptopy i komputery stacjonarne wzrosła o 232 proc. Cyberprzestępcy próbowali się włamać do prywatnych, firmowych oraz państwowych urządzeń i sieci średnio 700 razy na godzinę. Coraz częstszym celem ataków są także urządzenia internetu rzeczy.

Nie jesteśmy gotowi zapewnić sobie bezpieczeństwa w Gospodarce 4.0. Nowe zagrożenia pojawiają się szybciej, niż rośnie świadomość i gotowość do reagowania na nie. Sztuczna inteligencja jeszcze dla większości ludzi wydaję się fikcją, a ona już działa, już mamy algorytmy, które myślą za nas. Pojawiają się nowe zastosowania robotyzacji, nowe zagrożenia związane np. z pojazdami autonomicznymi, które lada moment wejdą na rynek – mówi dr hab. Rafał Mrówka, ekspert warszawskiej Szkoły Głównej Handlowej.

Jak podkreśla zastępca dyrektora NASK, cyberbezpieczeństwo należy rozpatrywać nie tylko w aspekcie technologicznym, lecz także organizacyjnym i regulacyjnym. Pod tym ostatnim względem przełomowy był ubiegły, 2018 rok, kiedy weszła w życie nowa Ustawa o Krajowym Systemie Cyberbezpieczeństwa oraz RODO, czyli nowe przepisy dotyczące ochrony danych osobowych.

– Ustawa o Krajowym Systemie Cyberbezpieczeństwa stanowi ramę systemowego podejścia dla cyberbezpieczeństwa w Polsce, ale we współpracy z całym ekosystemem w Unii Europejskiej – mówi Krzysztof Silicki.

Ustawa o KSC weszła w życie 28 sierpnia ubiegłego roku. Nowe prawo wdraża na gruncie krajowym wymogi unijnej dyrektywy NIS, przyjętej w 2016 roku, której celem jest zapewnienie wysokiego poziomu bezpieczeństwa sieci i systemów informatycznych na terytorium całej Unii Europejskiej.

UE kontynuuje też prace nad stworzeniem Jednolitego Rynku Cyfrowego i jest to jedno z największych wyzwań w kontekście czwartej rewolucji przemysłowej i cyberbezpieczeństwa na nadchodzący rok. Kolejnym są m.in. negocjacje dotyczące Cybersecurity Act, wprowadzenie certyfikacji cyberbezpieczeństwa dla przetargów publicznych czy rozporządzenie, które ustanawia Europejskie Centrum Kompetencji w dziedzinie Cyberbezpieczeństwa. Szeroko omawia je zaprezentowany w tym tygodniu raport NASK „Cyberbezpieczeństwo A.D. 2018”.

Ten raport pokazuje cyberbezpieczeństwo od strony policy level – czyli tego, co w standardach, regulacjach i strategiach jest wyrażone zarówno na poziomie Unii Europejskiej, jak i całego świata. Tutaj nastąpiło wielkie przyspieszenie – podkreśla Krzysztof Silicki.

Wraz z prezentacją raportu NASK uruchomił nową odsłonę strony www.cyberpolicy.nask.pl, która jest zbiorem informacji na temat cyberbezpieczeństwa w kontekście strategicznym, regulacyjnym i organizacyjnym. Publikowane są na nim m.in. omówienia obowiązujących aktów prawnych oraz opisy dobrych praktyk i inicjatyw z całego świata.

Eksperci podkreślają, że potrzebne są zmiany w prawie dotyczące nie tylko bezpieczeństwa, lecz także możliwości wdrażania nowych technologii. Obecnie postęp technologiczny przebiega na tyle szybko, że nie nadążają za nim zmiany legislacyjne. Stąd wyzwaniem pozostaje zlikwidowanie barier legislacyjnych i stworzenie takich ram prawnych, które umożliwią wdrażanie tych technologii.

Przykładowo, od lat jest już możliwość wykorzystywania dronów przez firmy kurierskie, ale to nie funkcjonuje, ponieważ brakuje właściwych uregulowań prawnych, które pozwalałyby używać dronów do celów komercyjnych. Ta sfera uregulowań prawnych zupełnie odstaje od nowych technologii, które już się pojawiają – mówi dr hab. Rafał Mrówka.

Czwarta rewolucja przemysłowa bazuje na rosnącym udziale nowych technologii w gospodarce. Dane z milionów czujników, połączonych internetem rzeczy, zapewniają w czasie rzeczywistym informacje potrzebne do optymalizowania biznesu, a robotyzacja produkcji zwiększa jej wydajność. Z ubiegłorocznego raportu Manpower Group („From C-Suite do Digital Suite”) wynika, że to się zwyczajnie firmom opłaca – te, które wdrażają transformację cyfrową, odnotowują średnio o 26 proc. większe zyski od konkurencji i osiągają o 12 proc. wyższą wycenę rynkową. Do 2020 roku 30 proc. dochodów w przemyśle będzie pochodzić z nowych modeli biznesowych, a już w tej chwili 89 proc. liderów biznesu planuje, testuje i wdraża cyfrowe rozwiązania.

Polska ma ambicję stać się krajem, w którym firmy bazujące na nowych technologiach staną się siłą napędową gospodarki. Musimy stworzyć warunki ku temu, żeby stopień ich adaptacji i wykorzystania był jak najwyższy w stosunku do pozostałych krajów Europy. Niestety, pod względem wykorzystania technologii chmurowych, sztucznej inteligencji czy blockchain, polskie firmy na razie zdecydowanie odstają od średniej europejskiej, a na pewno od liderów – mówi Karol Okoński, sekretarz stanu w Ministerstwie Cyfryzacji, pełnomocnik rządu ds. cyberbezpieczeństwa.

Wdrażanie koncepcji Przemysłu 4.0 i cyfrowych technologii w gospodarce jest dla Polski o tyle istotne, że – według wyliczeń McKinsey & Company („Polska jako cyfrowy challenger”) – cyfryzacja mogłaby przynieść krajowej gospodarce 275 mld zł dodatkowego PKB do 2025 roku i stać się jej nowym motorem napędowym wobec słabnącej podaży wykwalifikowanej siły roboczej czy napływu środków z UE.

Z ubiegłorocznego raportu „Smart Industry Polska 2018”, przygotowanego przez Siemens, Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii oraz Politechnikę Warszawską, wynika, że polskie firmy postrzegają automatyzację i analitykę danych jako dwie technologie o największym wpływie na wzrost zysków firmy. Z drugiej strony, 45 proc. małych i średnich przedsiębiorstw nie ma działów badawczo-rozwojowych, a na wdrażanie technologii opartych na automatyzacji i informatyzacji przeznaczają raptem 14,5 proc. przychodów. Jako największe bariery hamujące rozwój technologiczny MŚP wymienia brak środków (65 proc.), brak czasu (62 proc.) i brak pracowników (53 proc.). To oznacza, że polskie firmy wciąż mają sporo do nadrabiania.

– Im więcej wykorzystamy tych nowych rozwiązań, tym większą produktywność polskich firm możemy osiągnąć, co z kolei przełoży się na ich konkurencyjność, możliwość oferowania swoich usług za granicą, a w konsekwencji również na wyższe wpływy z podatków, więc tym samym wszyscy będziemy zadowoleni – mówi wiceminister cyfryzacji.

Ekspert ICNIRP: Sieci 5G bez niekorzystnego wpływu na ludzkie zdrowie. Brak dowodów na związek ekspozycji na częstotliwości radiowe z rakiem mózgu, chorobami serca lub innych narządów

Ekspert ICNIRP: Sieci 5G bez niekorzystnego wpływu na ludzkie zdrowie. Brak dowodów na związek ekspozycji na częstotliwości radiowe z rakiem mózgu, chorobami serca lub innych narządów 5

Pola elektromagnetyczne są wszechobecne. Ich źródła znajdziemy w środowisku naturalnym, jednak te pochodzące ze sztucznych źródeł mają miliony razy większe natężenie. Tymczasem rośnie liczba urządzeń komunikacji bezprzewodowej. Każdy człowiek narażony jest na złożoną mieszankę słabych pól elektrycznych i magnetycznych od wytwarzania i przesyłania energii elektrycznej, sprzętu gospodarstwa domowego i urządzeń przemysłowych, po telekomunikację i nadawanie. Choć na rynku pojawia się coraz więcej rozwiązań, które mają chronić przed promieniowaniem, zdaniem ekspertów lek jest bezzasadny, a pole elektromagnetyczne jest mniej szkodliwe niż kawa czy aloes.

– Przeprowadzono bardzo mało badań na temat częstotliwości i modulacji 5G. Są one jednak bardzo zbliżone do tych już użytkowanych, a Międzynarodowa Komisja ds. Ochrony przed Promieniowaniem Niejonizującym sprawdziła wszystkie dostępne informacje medyczne i naukowe w celu aktualizacji zaleceń w sprawie ochrony przed narażeniem na promieniowanie niejonizujące. Naszym zdaniem, jeżeli utrzymamy ekspozycję poniżej zalecanej granicy, nie wiąże się z nim żaden niekorzystny wpływ na ludzkie zdrowie – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Zenon Sienkiewicz z Międzynarodowej Komisji ds. Ochrony przed Promieniowaniem Niejonizującym (ICNIRP).

Jak wskazuje WHO, w obszarze efektów biologicznych i zastosowań medycznych promieniowania niejonizującego w ciągu ostatnich 30 lat opublikowano około 25 tys. artykułów. Wiedza naukowa w tej dziedzinie jest teraz bardziej obszerna niż w przypadku większości chemikaliów. Obecne dowody nie potwierdzają istnienia jakichkolwiek konsekwencji zdrowotnych wynikających z narażenia na pola elektromagnetyczne. Co więcej, bardziej szkodliwe dla człowieka mogą się okazać kawa, aloes, a nawet talk dziecięcy.

Z fal elektromagnetycznych korzystają telefony komórkowe, systemy GPS, Bluetooth, czy Wi-Fi (częstotliwość od 2,4 do 5 GHz). Promieniowaniem jest też zwykłe światło. Dla porównania kuchenka mikrofalowa operuje w tym samym paśmie co sieci komórkowe i emituje minimum 600 watów, podczas gdy antena telefonii komórkowej ma ok. 40 W.

– Ludzi martwi ból głowy, bezpłodność, rak. Jeśli jednak przyjrzymy się dowodom, to nie widać tutaj spójnego obrazu, na podstawie którego badacze z ICNIRP i ogół społeczeństwa mogliby nakreślić wytyczne i ograniczenia dot. ekspozycji na pole elektromagnetyczne. Z naukowego punktu widzenia nie ma dowodów wskazujących na związek ekspozycji na częstotliwości radiowe z rakiem mózgu, chorobami serca lub innych narządów, pod warunkiem że utrzymujemy poziom ekspozycji w rozsądnych granicach – podkreśla Zenon Sienkiewicz.

Wokół promieniowania elektromagnetycznego narosło sporo mitów. Choć faktycznie istnieją osoby szczególnie wrażliwe na pole elektromagnetyczne, większość z nas w żaden sposób tego nie odczuwa. Fałszywe newsy, jak np. ten, jakoby w Holandii po uruchomieniu sieci 5G doszło do masowej śmierci ptaków, choć okazał się mocno przesadzony, jest podawany jako przykład śmiercionośnego działania fal elektromagnetycznych. Dlatego na rynku pojawia się coraz więcej rozwiązań, które mają chronić przed śmiertelną pułapką – w sprzedaży są np. bokserki, które tłumią fale i zapobiegają niepłodności. Można się też zaopatrzyć w maty ekranujące, śpiwór, siatki czy folie okienne, które powstrzymają fale radiowe.

Jak wskazuje ekspert, obawy przed promieniowaniem mogą się wiązać z myleniem różnych pojęć, bo pole elektromagnetyczne ze względu na częstotliwość można podzielić na tzw. pole o charakterze niejonizującym i jonizującym. Z polem niejonizującym można się zetknąć w energetyce, w telefonii komórkowej czy przekazach telewizyjnych i radiowych.

Dopiero promieniowanie jonizujące potrafi zniszczyć wiązania atomowe. Średni poziom dawki od wszechobecnego tzw. promieniowania tła w Polsce to 2,5 mSv rocznie. Na przykład na stacji kolejowej Grand Central w Nowym Jorku dawka promieniowania wynosi 5,4 mSv/rok (z powodu użycia podczas budowy granitu, w którym są substancje promieniotwórcze). W niektórych rejonach Norwegii i Szwecji promieniowanie ze źródeł naturalnych wynosi od 10 do 35 mSv rocznie. W rekordowym pod tym względem Ramsar w Iranie roczna dawka promieniowania sięga nawet 132 mSv.

– Spektrum promieniowania elektromagnetycznego jest bardzo rozległe. Z jednej strony mamy statyczne pola elektromagnetyczne, dalej mamy zmienne w czasie pola elektromagnetyczne tworzone przez słupy wysokiego napięcia. Zmieniając częstotliwość, otrzymujemy pola elektromagnetyczne o częstotliwości radiowej. Na drugim końcu spektrum mamy promieniowanie optyczne – światło, podczerwień, ultrafiolet. Po osiągnięciu odpowiedniego poziomu energii otrzymamy promieniowanie jonizujące, np. rentgenowskie lub gamma. W ICNIRP zajmujemy się jednak niejonizującą częścią spektrum elektromagnetycznego – tłumaczy Zenon Sienkiewicz.

Na co chorują nauczyciele?

  • Nauczyciele co roku stanowią ok. 10% pracowników zapadających na choroby zawodowe.
  • 96% z nich cierpi na przewlekłe choroby narządów głosu.
  • W zapewnieniu sprawnej profilaktyki zdrowotnej w ramach medycyny pracy i wczesnym wykryciu problemów pomaga grupowe ubezpieczenie zdrowotne.
Xenia Kruszewska, Dyrektor Działu Ubezpieczeń Zdrowotnych w SALTUS Ubezpieczenia
Xenia Kruszewska, Dyrektor Działu Ubezpieczeń Zdrowotnych w SALTUS Ubezpieczenia

Nauczyciele są jedną z grup o najwyższej zapadalności na choroby zawodowe. W 2017 współczynnik zapadalności na 100 tys. pracujących wynosił 20,7 (przy ogólnym współczynniku dla wszystkich branż 12,7), a rok wcześniej 17,9 (ogólny – 14,3). W liczbach bezwzględnych oznacza to, że w 2017 r. zachorowało 239 nauczycieli, a rok wcześniej 204 osoby. To odpowiednio 12% i 10% ogółu zarejestrowanych w tych latach nowych przypadków osób borykających się z przypadłościami zawodowymi[1]. Bardziej narażonymi od nauczycieli grupami zawodowymi w 2017 r. byli tylko górnicy i przedstawiciele sektora rolnictwa, leśnictwa, łowiectwa i rybactwa.

Nauczyciele od lat stanowią grupę o podwyższonym ryzyku występowania chorób narządów głosu i słuchu. W związku z tym ich pracodawcy powinni zwracać szczególną uwagę na zapewnienie im dostępu do jak najlepszych świadczeń w ramach medycyny pracy oraz nie ograniczać ich jedynie do odbywających się co kilka lat badań okresowych. Działania prozdrowotne pracodawcy powinny też uwzględniać odpowiednią profilaktykę, np. w postaci corocznych testów medycznych pod kątem wybranych schorzeń. W ich sprawnej i regularnej organizacji pomocne może okazać się grupowe ubezpieczenie zdrowotne – zauważa Xenia Kruszewska, Dyrektor Działu Ubezpieczeń Zdrowotnych w SALTUS Ubezpieczenia.

Na co chorują nauczyciele?

Jak wynika ze statystyk gromadzonych przez Instytut Medycyny Pracy im. prof. J. Nofera, zdecydowaną większość schorzeń zawodowych, z jakimi borykają się nauczyciele,  są problemy z narządami głosu, spowodowane ich nadmierny wysilaniem. Stanowią one aż 96% przypadków. Do najczęściej diagnozowanych należą: guzki głosowe twarde, wtórne zmiany przerostowe fałdów głosowych oraz niedowład mięśni przywodzących i napinających fałdy głosowe z niedomykalnością fonacyjną głośni i trwałą dysfonią.

Pierwsze z wymienionych schorzeń to forma zapalenia krtani. W jego wyniku powstają guzki na fałdach głosowych w miejscu, gdzie wibracje są największe. Na ich powstanie najbardziej narażone są osoby charakteryzujące się głosem o wyższym zakresie częstotliwości. Do najbardziej powszechnych  objawów należą: chrypka, szybkie zmęczenie głosu i jego łamliwość.

Druga z występujących u nauczycieli chorób zawodowych objawia się wytworzeniem polipów na fałdach głosowych. Podobnie jak w przypadku guzków objawem jest chrypka, ale też i obniżenie głosu. W niektórych przypadkach może również dojść do bezgłosu. Duży rozmiar polipa może też powodować duszność.

Trzecia z omawianych przypadłości skutkuje tym, że fałdy głosowe nie zwierają się na całej długości. Powoduje to pogorszenie wydolności i jakości głosu. Oprócz chrypki i bezdźwięczności skutkiem może być także uczucie napięcia i ból mięśni w okolicy krtani.

Jak powinna wyglądać profilaktyka zdrowotna?

Podstawowym działaniem, które pozwala uniknąć tych schorzeń, jest odpowiednia dbałość o nieprzeciążanie narządów głosowych, ale jak wiadomo w przypadku nauczycieli może się to okazać niewykonalne. W związku z tym powinni oni szczególnie dbać o higienę jamy ustnej, spożywać odpowiednie ilości wody niegazowanej dziennie, ograniczyć ilość wypijanej kawy i mocnej herbaty, a także unikać ostro przyprawionych potraw i bardzo gorących lub zimnych napojów. Oprócz tego powinni również pamiętać o regularnym wykonywaniu badań profilaktycznych.

Każde wykrycie schorzenia na wczesnym etapie jego rozwoju daje większe szanse na jego zwalczenie i powrót do zdrowia. Dlatego nauczyciele, zwłaszcza ci z długim stażem pracy, powinni przynajmniej raz w roku poddać się rzetelnej kontroli laryngologicznej. Fakt ten powinni mieć również na uwadze zarządcy szkół i starać się zapewnić im dostęp do tych świadczeń w ramach medycyny pracy  – dodaje Xenia Kruszewska z SALTUS Ubezpieczenia.

Jednym ze sposobów na zagwarantowanie szybkiej pomocy w ramach medycyny pracy jest zakup grupowego ubezpieczenia zdrowotnego. Ponieważ polisa zapewnia dostęp do prywatnych placówek zdrowotnych, to czas oczekiwania na konsultacje lekarskie i badania jest znacznie krótszy w porównaniu z publiczną służbą zdrowia, w której na wizytę u specjalisty czeka się średnio co najmniej 3 miesiące. Grupowe ubezpieczenie zdrowotne pozwala na umówienie konsultacji odległej o kilka dni.

Źródło: SALTUS Ubezpieczenia

[1] Beata Świątkowska, Wojciech Hanke, N. Szeszenia-Dąbrowska, Choroby zawodowe w Polsce w 2017 r., Instytut Medycyny Pracy im. prof. J. Nofera, Centralny Rejestr Chorób Zawodowych, Łódź 2018

Zmiany na rynku najmu powierzchni biurowych

Nie ulega wątpliwości, że duże parki biurowe w centrach miast nadal będą dominowały na rynku wynajmu. Coraz więcej przesłanek świadczy jednak o tym, że biurowce lokowane przy lotniskach, podmiejskich liniach kolejowych i dużych węzłach komunikacyjnych będą najdynamiczniej rozwijającym się sektorem rynku biurowego.

Kuehne + NagelMiędzynarodowy trend do lokowania parków biurowych poza centrami miast coraz dynamiczniej rozwija się także w Polsce, czego dowodem są istniejące i budowane kompleksy biurowe np. w Gdańsku czy Krakowie. Najnowszy przejaw tej tendencji możemy zaobserwować również na Dolnym Śląsku, gdzie w podwrocławskich Bielanach spółka Megapolis zrealizowała biurowiec Bielany Business Point. Jego oferta adresowana jest przede wszystkim do najemców stawiających na bliskość autostrady A4 i lotniska. – Nasi najemcy stawiają na dobre warunki dojazdu. To niezaprzeczalnie jeden z najsilniejszych trendów jakie zauważamy. Lokalizacja naszego biurowca jest kluczowa. Budynek położony jest przy autostradzie A4, a dojazd na lotnisko zajmuje zaledwie 10 minut. Te atuty sprawiają, że międzynarodowi najemcy, poszukując miejsca na organizację międzynarodowych spotkań, coraz częściej decydują się na Dolny Śląsk – mówi  Adam Pietkiewicz, współwłaściciel Megapolis.

W dużych kompleksach biurowych znajdujących się w centrach miast, w których nierzadko pracuje po kilkadziesiąt tysięcy ludzi, w godzinach szczytu nawet sprawna organizacja ruchu powoduje paraliż komunikacyjny. W efekcie dojazdy praca-dom często zajmują dużo więcej czasu niż w przypadku analogicznej sytuacji na przedmieściach. Rozwój miast w ostatnich latach obejmował wiele obszarów podmiejskich, czemu nie towarzyszył jednak rozwój odpowiedniej infrastruktury drogowej.

Rozwijający się trend do lokowania parków biurowych poza centrami miast potwierdza Marcin Faleńczyk z międzynarodowej firmy doradczej JLL: Obecni i przyszli pracownicy parków biurowych zlokalizowanych poza centrami miast nie będą mieli co prawda dostępu do infrastruktury śródmiejskiej, ale zyskają dogodne warunki dojazdu do pracy, czy szybkiego wyjazdu w inne części Polski. Nawet jeśli nie wybiorą transportu publicznego, to w godzinach szczytu będą podróżować w przeciwnych kierunkach względem korków tworzących się między miastem, a głównymi drogami wyjazdowymi – podkreśla. – Budowanie centrów biurowych na obrzeżach ma swoje uzasadnienie, zwłaszcza w sąsiedztwie portu lotniczego – mówi Faleńczyk i jak dodaje obecnie tak buduje się na całym świecie, ponieważ łatwy dojazd do lotniska znacznie usprawnia podróże o charakterze biznesowym.

Biura blisko osiedli mieszkalnych

W świetle panującej tendencji do rozlewania się miast na tereny podmiejskie, taka lokalizacja może również oznaczać przewagę konkurencyjną. Wyniki badań rynku pracy, przeprowadzone przez Kantar Millward Brown dla Work Service pokazują, że blisko połowa ankietowanych preferuje firmy mające swoje siedziby w odległości maksymalnie 15 km od ich miejsca zamieszkania. Ankietowani cenią sobie przede wszystkim krótki czas dojazdu, dlatego też praca w biurze znajdującym się w niedalekiej odległości od miejsca zamieszkania może być jednym z kluczowych czynników, skłaniających do podjęcia zatrudnienia.

Dla niezmotoryzowanych pracowników komunikacja publiczna zorientowana jest na godziny szczytu – przyjazdy i wyjazdy z pracy. Spółka Megapolis dodatkowo uruchomiła dedykowaną linię autobusową prowadzącą do centrum Wrocławia. Zainteresowanie linią autobusową jest na tyle  duże, że rozpoczęliśmy już rozmowy z operatorem w sprawie rozbudowania tego połączenia – mówi Adam Pietkiewicz Inwestor wychodzi naprzeciw również innym potrzebom najemców. W ostatnich tygodniach w obiekcie uruchomiona została również kantyna, zapewniająca pracownikom menu śniadaniowe i lunchowe.

Wrocławski rynek biurowy należy do ścisłej polskiej czołówki według analizy CBRE przeprowadzonej w sierpniu 2018 r. Obejmuje on 40% powierzchni dostępnej w regionach. Większą liczbą powierzchni biur dysponuje jedynie Warszawa, w której dostępnych jest 5,4 mln mkw. biur. W ubiegłym roku stolica Dolnego Śląska przekroczyła liczbę 1 mln mkw. powierzchni, przy czym niewynajętej przestrzeni biurowej dostępnej w mieście jest niespełna 10%. Do największych najemców należą przedstawiciele sektora finansów i IT. To właśnie we Wrocławiu i Poznaniu w 2018 r. miała miejsce rekordowa transakcja najmu o łącznej powierzchni 41,8 tys. mkw. przez spółki z Grupy Santander. Rozwój parków biurowych poza centrum miasta będzie naturalnym procesem, adresowanym do pracowników, dla których wygoda i łatwość dostępu z podmiejskich dzielnic będzie sporym atutem.