Cena benzyny na stacjach paliw najwyżej od 4 lat

Benzyna bezołowiowa na polskich stacjach jest ponownie droższa i kosztuje najwięcej od ponad 4 lat. Co się dzieje na rynku paliw i czy sytuacja w Polsce jest wyjątkowa? – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Dane Komisji Europejskiej z 15 kwietnia pokazują poważne wzrosty cen paliw na unijnym rynku. W Polsce litr popularnej „95” kosztuje już 5,17 zł, co oznacza tygodniowy wzrost aż o 11 groszy. 5,17 zł to dodatkowo najwyższa cena benzyny od października 2014 r. i prawie o 50 gr więcej niż na początku marca br. Rośnie również koszt tankowania pojazdów zasilanych dieslem. Olej napędowy podrożał jednak tylko o 1 gr w ciągu tygodnia, do 5,15 zł/litr, co oznacza, że pierwszy raz od pół roku jest tańszy od benzyny. Gdzie leży przyczyna tak gwałtownych wzrostów cen benzyny na polskich stacjach?

Problemy po drugiej stronie globu

Chociaż 11-groszowy wzrost cen benzyny w ciągu tygodnia był procentowo drugim z najwyższych w Unii, to jednak samo paliwo w Polsce kosztuje tylko o 1 eurocent powyżej unijnej średniej (bez podatków). Ta różnica mieści się więc w normalnym przedziale wahań i nie powinna wywoływać większego niepokoju, że coś szczególnego dzieje się na polskim rynku.

Po odpowiedź na pytanie, co kreuje ruchy cen paliw w Europie oraz w Polsce, trzeba udać się na drugą stronę oceanu, czyli do USA. To tam rytm zmian na rynku benzyny często wyznacza ceny globalne tego paliwa. W Stanach Zjednoczonych jeszcze kilka miesięcy temu była olbrzymia nadpodaż benzyny (ropa z łupków jest głównie przerabiana na benzynę), co sprowadziło marżę rafineryjną na tym paliwie do najniższych poziomów od dekady.

Teraz jednak sytuacja się odwróciła. Popyt na benzynę jest silny, doszło też do wielu nieplanowanych wyłączeń rafinerii w USA (według danych Bloomberga na początku drugiej dekady kwietnia ubytek w produkcji paliw wynosił 1,3 mln baryłek wobec połowy tego tej wartości rok wcześniej). Jak wynika z danych EIA, zapasy tego paliwa spadły w USA poniżej 5-letniej średniej pierwszy raz od 2017 r. Dodatkowo ten spadek pojawił się przed sezonem wzmożonego popytu letniego. W USA cena detaliczna benzyny bezołowiowej według AAA (American Automobile Association) wzrosła do poziomu 2,83 dolara za galon, podczas gdy jeszcze w połowie lutego było to 2,28 dolara. Finalnie więc niewiele brakuje, by cena osiągnęła granicę trzech dolarów, czyli najwięcej od października 2014 r.

Ból kierowców i przedsiębiorców oznacza radość udziałowców działających rafinerii – i to praktycznie na całym świecie. Marża na przerobie benzyny w USA (crack-spread) wzrosła z 5 dolarów do ponad 20 USD na jednej baryłce. Marża na przerobie ropy na diesla utrzymuje się także wysoko (powyżej 20 USD na baryłce), m.in. ze względu na ubytek wenezuelskiej ropy. Dzięki temu rafinerie mogą liczyć na sowite zyski.

Zapomnijmy o poziomach poniżej 5 zł

Rekordowo droga benzyna prawdopodobnie pozostanie z nami na najbliższe tygodnie, a ceny powyżej 5,20 zł za litr popularnej „95” nie powinny nas dziwić. Diesel także będzie drogi, ale na razie nie powinien przekraczać ceny detalicznej bezołowiówki. Chociaż jest jeszcze stosunkowo wcześnie, by robić przewidywania na wakacje, ale rośnie ryzyko, że zarówno diesel, jak i benzyna podczas letnich podróży będą najdroższe od 5 lat.

„Test Przedsiębiorcy” budzi obawy

Ponad 160 tys. firm w Polsce wykonuje pracę dla jednego klienta – świadcząc tak naprawdę pracę i omijając zatrudnienie. Czy rząd pozbawi je możliwości prowadzenia jednoosobowej działalności gospodarczej? Na tym miałby polegać Test Przedsiębiorcy, co do którego wprowadzenia otrzymujemy sprzeczne sygnały.

Michał Pawlik, prezes SMEO
Michał Pawlik, prezes SMEO

Prowadzisz działalność, która wystawia miesięcznie tylko jedną fakturę, w dodatku tej samej firmie? Test Przedsiębiorcy da urzędnikom możliwość zablokowania Twojego biznesu – tak samo jak ponad 160 tys. innych jednoosobowych działalności gospodarczych, które są dla Ministerstwa Finansów niczym innym, jak próbą ominięcia regularnych form zatrudnienia jak umowa o pracę.Test przedsiębiorcy_SMEOPomysł spotkał się z ogromnym sprzeciwem nie tylko mikroprzedsiębiorstw, ale również ekspertów.  Oddzielenie osób pracujących na własny rachunek, czyli przedsiębiorców, od pracowników etatowych w praktyce jest niezwykle trudne czy wręcz niemożliwe – ocenia Jeremi Mordasewicz, doradca zarządu Konfederacji Lewiatan.

– Pomysł jest sprzeczny z Konstytucją dla Biznesu, czyli inną propozycją rządu mającą ułatwić życie polskim przedsiębiorcom – mówi Michał Pawlik, prezes firmy faktoringowej SMEO. Ekspert zwraca uwagę na to, że taki zapis można i tak obejść. Na przykład uruchamiając spiralę wystawiania licznych fikcyjnych faktur pomiędzy firmami.

Wymagań Ministerstwa byłoby na pewno znacznie więcej, więc koniec końców, prócz zero-jedynkowych danych, to urzędnik musiałby zadecydować, czy dany przedsiębiorca jest “prawdziwym” – według urzędnika – przedsiębiorcą.

Kiedy test na przedsiębiorcę?

Gdyby test przedsiębiorców wszedł w życie, byłaby to bezprecedensowa zmiana rewolucjonizująca polski sektor małych i średnich przedsiębiorstw. Ale może to raczej burza w szklance wody? Cała sprawa ma drugie dno, ponieważ informacje dotyczące pracy nad testem różnią się od siebie, również pomiędzy Ministerstwami. Najpierw prześledźmy zatem, jakie komunikaty o tym innowacyjnym pomyśle pojawiały się w ciągu jednego tygodnia.

Test przedsiębiorcy_Timeline_SMEO

Ministerstwo przeciw Ministerstwu (ZAPIS DZIEŃ PO DNIU)

  • W poniedziałek (25 marca, ok. godz. 17) wiceminister finansów Filip Świtała oraz Maciej Żukowski, dyrektor Departamentu Podatków Dochodowych w Ministerstwie Finansów, goszczą na konferencji naukowej na Uczelni Łazarskiego. Najpierw minister narzeka na jednoosobowe przedsiębiorstwa, które według niego “tylko pozornie prowadzą działalność gospodarczą” po to, by płacić niższy podatek. W panelu dyskusyjnym na temat opodatkowania dochodów z pracy pada głośne zdanie drugiego z przedstawicieli Ministerstwa Finansów: – Pracujemy nad „testem przedsiębiorcy”, który miałby określić, kto jest prawdziwym przedsiębiorcą, a kto nim nie jest – powiedział Żukowski. – Będziemy starali się skalibrować ten test w taki sposób, żeby mysz się nie przecisnęła – dodał.
We wtorek (26 marca) informacja zostaje opublikowana w mediach.

W środę (27 marca)

    •  Jadwiga Emilewicz stojąca na czele Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii torpeduje pomysł… innego Ministerstwa. To dość rzadka praktyka. –

Dzisiaj będziemy rozmawiać z Ministerstwem Finansów na ten temat. Naszym zdaniem to jest ryzykowne rozwiązanie. Podatek liniowy jest jednym z tych, który polscy średni i mali przedsiębiorcy bardzo sobie cenią. To ważny bodziec rozwojowy

     – powiedziała Emilewicz.
    • W piątek (29 marca o godz. 2:16) w środku nocy rzecznik MF zapewnił na Twitterze, że jego Ministerstwo tylko dyskutuje o pomyśle. “Nie zapadły jednak decyzje co do rozpoczęcia prac nad takim testem. Nie ma też żadnego projektu ani harmonogramu działań”.

      Przy tak sprzecznych informacjach trudno orzec, jaką formę przyjmie ostatecznie test przedsiębiorcy. – Już teraz mikroprzedsiębiorcy są obciążeni zbyt wieloma procedurami. Z badania SMEO “Bezpieczeństwo małych firm w Polsce” wynika, że osobiście o finanse dba aż 53 proc. właścicieli. Nie powinno się ich obciążać kolejnym testem – mówi Michał Pawlik. Eksperci zauważają również, że Ministerstwo Finansów koncentruje się na wyniku, zamiast na przyczynie: czyli niesłabnącej popularności samozatrudnienia.

Wyniki finansowe deweloperów za 2018 r. świadczą o rozgrzaniu rynku nieruchomości

Sezon publikacji wyników finansowych za 2018 r. spółek z GPW w pełni. Kilka tuzów branży deweloperskiej pochwaliło się swoimi zyskami. Czy były krociowe i co zapowiadają w bliższej i dalszej perspektywie mieszkaniowego rynku pierwotnego.

– Dom Development osiągnął zysk na poziomie 227 mln zł. Jest to prawie 40 mln zł więcej niż w roku 2017. Druga spółka Atal miała ponad 206 mln zł zysku w stosunku do 180 mln zł w 2017 roku. Z tych firm, które już podały wyniki, tylko JW Construction zaprezentował nieco mniejsze wyniki za 2018 w stosunku do 2017 – mówi Jarosław Jędrzyński, Rynek Pierwotny.

Branża deweloperska bardzo wyróżnia się na giełdzie pod względem dywidendy. Spółki zadeklarowały wypłatę dywidendy na poziomie stopy dywidendy przekraczającej 11%.

– Jesteśmy akurat na górce na rynku nieruchomości. Obowiązuje cykl koniunkturalny i jeżeli na kimś zrobiła wrażenie ta dywidenda i teraz kupi akcje to może się zdziwić – mówi Jarosław Sadowski, Expander.

W debacie wzięli udział: Jarosław Sadowski, Expander; Jarosław Jędrzyński, Rynek Pierwotny i prowadzący Jarosław Mikołaj Skoczeń, Zastępca Redaktora Naczelnego Agencji Informacyjnej MarketNews24.

Zatrudnienie i płace w firmach rosną, ale wolniej

Duży wzrost wynagrodzeń w niektórych branżach, np. górnictwie może zwiększyć oczekiwania płacowe w innych, szczególnie tych, które w mniejszym stopniu odczuły wzrost płac.

Jak wskazują dane GUS, sektor przedsiębiorstw jest w dobrej kondycji. Rośnie przeciętne zatrudnienie – w marcu br. zatrudnionych w przedsiębiorstwach było 6 393,6 tys. osób, co oznacza wzrost w stosunku do lutego o 0,2%., zaś w stosunku do marca 2018 roku o 3% Zgodnie z przewidywaniami liczba zatrudnionych nie rośnie już tak szybko jak rok wcześniej, kiedy to mieliśmy do czynienia ze zwiększeniem liczby pracujących w ciągu roku o 3,7%.

Przeciętne wynagrodzenie brutto w sektorze przedsiębiorstw wyniosło 5164,53 zł i było wyższe od tego wypłacanego rok wcześniej o 277,97 zł (czyli 5,7%). Widać również wzrost wysokości wynagrodzenia w stosunku do miesiąca poprzedzającego (o 4,3%). Porównanie tych wskaźników z sytuacją sprzed roku wskazuje, że wzrost płac nie jest już tak znaczący jak w 2018, kiedy to – w porównaniu z rokiem poprzednim – zatrudnieni w sektorze przedsiębiorstw otrzymali w skali całego roku podwyżki na poziomie 6,7%.

Co ciekawe, w porównaniu z rokiem wcześniejszym, widać większe zróżnicowanie wzrostu płac pomiędzy sektorami w pierwszym kwartale roku br.. W 2018 roku przeciętne wynagrodzenie rosło od 1,3% w sekcji „górnictwo i wydobywanie” do 10,2% w sekcji „wytwarzanie i zaopatrywanie w energię elektryczną, gaz, parę wodną, gorącą wodę”, dając ogólny wskaźnik wzrostu wynagrodzeń na poziomie 7,1%. W tym roku, w pierwszym kwartale wskaźnik wzrostu wynagrodzeń w sektorze przedsiębiorstw wyniósł 6,7%, ale jest to wynikiem wzrostu płac sięgających od 1,2% w sekcji „wytwarzanie i zaopatrywanie w energię elektryczną, gaz, parę wodną i gorącą wodę” do aż 16,6% w sekcji „górnictwo i wydobywanie”.

Duży wzrost wynagrodzeń w wyodrębnionych branżach może być impulsem do wzrostu oczekiwań płacowych w innych, szczególnie tych, które w mniejszym stopniu odczuły wzrost płac.

Monika Fedorczuk, Konfederacja Lewiatan

Chińska gospodarka przyspiesza. Akcje w Szanghaju dają zarobić

Światowi inwestorzy chcą się przeprosić z chińską giełdą. W tym roku mocno tam inwestują. Główny indeks giełdowy wzrósł o 30 proc.

Najnowsze dane z chińskiej gospodarki (wzrost PKB w I kw. 2019 r. o 6,4% rok do roku) mogą świadczyć o tym, że najgorsze ma już ona za sobą. Chińczycy produkują i kupują więcej niż oczekiwali analitycy, to samo dotyczy eksportu. Warto przypomnieć, że tamtejszy rząd prowadzi program stymulujący gospodarkę. Nadzieję można wiązać też ewentualnym osiągnięciem porozumienia handlowego między Chinami i USA. Prezydent Trump sygnalizował ostatnio, że może to nastąpić nawet w ciągu najbliższego miesiąca.

Z drugiej strony gospodarka chińskiego smoka nie rośnie już tak szybko, jak przed dziesięcioma laty. – Teraz inwestorzy cieszyliby się, gdyby jej wzrosty PKB wróciły do 7 proc. rocznie – mówi w rozmowie z MarketNews24 Łukasz Wardyn, dyrektor CMC Markets na Europę Wschodnią. – Aby osiągnąć szczyty sprzed ponad 10 lat, indeksy chińskiej giełdy musiałyby podskoczyć o ponad 100 proc. To jednak pokazuje, że jest perspektywa wzrostów.

Apetyty inwestorów na chińskie aktywa wydają się rosnąć. Dla osób z Polski, które chciałaby zarabiać na zmianach cen chińskich akcji i indeksów giełdowych, ważne jest to, że mają taką możliwość. Pozwalają na to nie tylko fundusze inwestycyjne, ale też instrumenty pochodne, takie jak fundusze ETF, kontrakty terminowe czy kontrakty na różnice kursowe (CFD).

Rząd wraca do pomysłu zniesienia limitu składek na ZUS

Osoby, których roczne zarobki przekroczą limit 30 – krotności średniej pensji dalej płacić będą składki emerytalne. Obecnie są z tego obowiązku zwolnieni. Zdaniem Roberta Lisickiego z Konfederacji Lewiatan spowoduje to w dłuższej perspektywie rozwarstwienie wysokości świadczeń emerytalnych, ograniczy obecnie deficyt Funduszu Ubezpieczeń Społecznych, ale w przyszłości znacznie go zwiększy. Nowe przepisy dotkną pracowników zatrudnionych na umowę o pracę. Budzą one też zastrzeżenia w kontekście obciążeń, które już wprowadziły Pracownicze Plany Kapitałowe.

Robert Lisicki, ekspert Konfederacji Lewiatan
Robert Lisicki, ekspert Konfederacji Lewiatan

Efektem zniesienia limitu składek na ZUS będzie powstanie „kominów emerytalnych” (duże zróżnicowanie wysokości świadczeń), które są sprzeczne z zasadą solidarności społecznej i szkodliwe z punktu widzenia długofalowej stabilizacji wydatków z FUS. Deficyt Funduszu Ubezpieczeń Społecznych doraźnie się zmniejszy, ale w przyszłości znacznie wzrośnie, pogłębiając nierównowagę dochodów i wydatków FUS (nastąpi akumulacja przyszłych zobowiązań systemu) – ostrzega Robert Lisicki, dyrektor departamentu pracy Konfederacji Lewiatan.

Nastąpi dalsze rozwarstwienie obowiązków składkowych i przenoszenie ciężarów utrzymania systemu ubezpieczeń społecznych na osoby posiadające status pracowników.

Rząd szacuje, że po zniesieniu limitu składek do ZUS do budżetu wpłynie 5,1 mld zł. To są koszty, które poniosą pracodawcy i pracownicy. O tyle zmniejszą się bowiem wynagrodzenia netto pracowników o wysokich kwalifikacjach lub wzrosną koszty przedsiębiorstw ich zatrudniających.

Przykładowo, przy wynagrodzeniu miesięcznym brutto pracownika w wysokości 15 tys. zł, jego miesięcznie zarobki netto będą niższe o ok. 300 zł, a koszt, który poniesie pracodawca wyniesie ok. 700 zł miesięcznie.

Zarówno pracownicy, jak i pracodawcy będą zmotywowani do unikania podwyższonych składek, co nie będzie sprzyjało zatrudnianiu specjalistów w ramach stosunku pracy, szczególnie w środowisku nowych technologii i wysokich kompetencji.

– Istnieje poważne ryzyko, że znaczący wzrost kosztu pracy wysokiej klasy specjalistów zmniejszy atrakcyjność tworzenia w naszym kraju właśnie takich miejsc pracy i skłoni inwestorów do zrewidowania dotychczasowej polityki inwestycji i zatrudnienia – dodaje Robert Lisicki.

Zmiana dotknie w szczególności sektor zaawansowanych procesów biznesowych oraz nowych technologii, które swoją działalność opierają na wysoko wykwalifikowanych specjalistach.

Powstaje największy magazyn do obsługi logistycznej Warszawy

ROHLIG SUUS Logistics rozpoczyna budowę największego na rynku operatorów logistycznych obiektu magazynowo-przeładunkowego do obsługi logistycznej stolicy i regionu Mazowsza. Nowy obiekt stanie w Sokołowie na terenie Panattoni Park Warsaw South Janki i zajmie ponad 48,5 tys. m kw.

Warszawski oddział firmy ROHLIG SUUS Logistics rozpoczął swoją działalność w Sokołowie w 2013 r. Mieścił się on wówczas w Prologis Park Janki i obejmował powierzchnię niemal 26 tys. m kw. W ciągu 5 lat intensywnego rozwoju warszawski oddział spółki powiększył swoją powierzchnie o kolejne 15 tys. m kw., zlokalizowane w pobliskim Panattoni Park Janki I oraz Panattoni Park Janki II. W związku z rozwojem działalności ROHLIG SUUS Logistics w 2019 r. podjął decyzję o rozbudowie dotychczasowej powierzchni oddziału. Po konsolidacji dwóch z trzech budynków do nowoczesnego Centrum Logistycznego, całość powierzchni warszawskiego oddziału Rohlig Suus Logistics będzie wynosiła 58 tys. m kw. i powstanie
w ramach Panattoni Park Warsaw South Janki.

– Popyt na usługi logistyczne w rejonie Warszawy stale rośnie. Dzięki dobrej lokalizacji i połączeniu z Warszawą, Sokołów k. Janek stał się ważnym zapleczem logistycznym stolicy. Stąd nasza decyzja o powiększeniu powierzchni magazynowej i terminalowej w tym miejscu. Nowoczesny terminal przeładunkowy pozwoli dwukrotnie zwiększyć obsługiwany wolumen przesyłek drobnicowych krajowych i międzynarodowych. Nowy multikliencki magazyn logistyczny, tworzony w oparciu o nasze autorskie rozwiązania, będzie służył obecnym i przyszłym klientom, ze szczególnym uwzględnieniem branży AGD, FMCG i elektronicznej – mówi Krzysztof Gąsiewski, Dyrektor Oddziału Warszawa w ROHLIG SUUS Logistics.

Nowy obiekt w ramach Panattoni Park Warsaw South Janki  zastąpi dwa dotychczasowe, w tym główny obiekt zlokalizowany w Prologis Park Janki. Będzie składał się z wydzielonego terminala przeładunkowego typu cross-dock o powierzchni 10 tys. m kw. oraz z 36 tys. m kw. ponadstandardowej wysokości powierzchni magazynowej. Całość biur zostanie rozlokowana na powierzchni 2,5 tys. m kw.

Magazyn logistyczny zostanie wyposażony w system składowania typu VNA (Verry Narrow Aisle) oraz standardowy system składowania z użyciem wózków bocznych. Wszystko to w podwyższonej wysokości, która ma zwiększyć wykorzystanie powierzchni magazynowej. Część magazynu zostanie zagospodarowana również przez układ lokalizacji do składowania blokowego towarów objętościowych (AGD). Pojemność magazynu logistycznego przekroczy liczbę 55 tys. miejsc paletowych EUR oraz 25 tys. m sześc. towarów objętościowych AGD.

Unikalny układ Centrum Logistycznego, obejmującego pod jednym dachem zarówno terminal przeładunkowy, jak i magazyn wysokiego składowania, pozwoli na ograniczenie liczby operacji handlingowych, co przełoży się na efektywność pracy, bezpieczeństwo przesyłek i skrócenie czasu realizacji zleceń. Za realizację projektu odpowiedzialny jest deweloper powierzchni magazynowych PANATTONI EUROPE.

Marek Dobrzycki, Managing Director, Panattoni Europe
Marek Dobrzycki, Managing Director, Panattoni Europe

Historia ROHLIG SUUS Logistics w regionie Warszawy to niezwykle dynamiczny rozwój tego operatora, którego niezmiennie wspieramy od lat, dostarczając możliwie najlepsze rozwiązania, w najciekawszych lokalizacjach – w obiektach Panattoni firma wynajęła łącznie ok. 100 tys. m kw. – komentuje Marek Dobrzycki, Managing Director, Panattoni Europe. – Cieszę się, że naszemu stałemu klientowi mogliśmy zaproponować kolejną, gwarantującą sukces inwestycję Panattoni Park Warsaw South Janki.

Centrum dystrybucyjne o charakterze multi-tenant i planowanej powierzchni ponad 70,5 tys. m kw., zlokalizowane jest tuż przy węźle łączącym S8 z DK7 i nieopodal S2, wchodzącej w skład Południowej Obwodnicy Warszawy. Lokalizacja jest jednym najważniejszych punktów transportowych, a Panattoni Park Warsaw South Janki już w IV kwartale 2019 zostanie w oddane w całości i będzie mogło przyczynić się do kolejnych sukcesów firmy – dodaje.

Co to jest upadłość konsumencka i jak ją ogłosić?

W ubiegłym roku upadłość konsumencką ogłosiło ponad 6,5 tys. osób, czyli o 18,7 proc. więcej niż w 2017 r., a suma ich niespłaconych zobowiązań wyniosła łącznie ponad 732 mln zł[1]. Od początku roku tylko do końca marca br. w Polsce przybyło prawie 2 tys. „bankrutów”[2]. Najczęściej z tego rozwiązania korzystają mieszkańcy Mazowsza, Śląska i Małopolski. Co czwarta osoba ogłaszająca upadłość ma między 36 a 45 lat[3]. Panuje mit, że upadłość konsumencka jest dla tych, którzy lekką ręką wydają pieniądze, żyją ponad stan, popadają w długi, a potem nie radzą sobie z ich spłatą. W rzeczywistości może być to ostatnia deska ratunku dla dłużników, którzy np. z powodu trudnej sytuacji życiowej nie są w stanie spłacać zaciągniętych zobowiązań i wisi nad nimi groźba utraty dorobku życia. Warto zatem wiedzieć, co tak naprawdę oznacza ogłoszenie upadłości konsumenckiej i czy rzeczywiście uwalnia ona od długów. 

Co to jest upadłość konsumencka?

Upadłość konsumencka, czyli ogłoszenie niewypłacalności przez „Kowalskiego” nie jest rozwiązaniem przeznaczonym dla osób, które w beztroski sposób podchodzą do kwestii finansów. Z tej opcji może skorzystać tylko ten dłużnik, który nieświadomie doprowadził do sytuacji, w której się znalazł, czyli jest ona wynikiem zdarzeń losowych, takich, jak np. choroba czy wypadek, które uniemożliwiły pracę przez dłuższy czas pracę, co następnie skutkowało brakiem pieniędzy na spłatę zaciągniętych zobowiązań. – Sąd nie przystanie na upadłość konsumencką, jeżeli dłużnik jest odpowiedzialny za ciężką sytuację finansową, w której się znalazł, np. zaciągnął kredyt czy pożyczkę w sytuacji, gdy miał pewność, że nie będzie mógł ich spłacić. Chodzi tu o wszelkie przypadki, które związane są umyślnym zwiększeniem swojej niewypłacalności lub też tzw. rażące niedbalstwo, czyli niefrasobliwość w podejściu do realizowania spłaty zaciągniętego zobowiązania. Ogłosić upadłość mogą natomiast te osoby, które popadły w spiralę długów nie ze swojej winy. Dla nich często jest to jedyny sposób, by zacząć normalnie funkcjonować bez obciążeń finansowych i ciągłego strachu, że wierzyciele zajmą ich majątek życia – wyjaśnia Dominik Mystkowski, ekspert Intrum.

Jak ogłosić upadłość?

Zgodnie z przepisami, upadłość konsumencką mogą ogłosić osoby, które nie prowadzą działalności gospodarczej. Sam proces ogłoszenia „bankructwa” składa się z kilku etapów. Są to kolejno: przygotowanie wniosku o upadłość, właściwe postępowanie upadłościowe oraz wykonanie planu spłaty wierzycieli. Jednak przebieg tych procesów w rzeczywistości zależy w dużej mierze od indywidualnej sytuacji dłużnika. Warto jednak wiedzieć, jak przebiega każdy z nich:

Etap 1: przygotowanie wniosku

Wniosek o upadłość złożymy w wydziale gospodarczym sądu rejonowego, właściwym dla naszego miejsca zamieszkania. Oczywiście, we wniosku musimy uzasadnić, dlaczego znaleźliśmy się w trudnej sytuacji finansowej, która uniemożliwiła nam spałę zobowiązań. Zadbajmy o to, aby do formularza dołączyć wszelkie zaświadczenia, które potwierdzą to, że nie mogliśmy dokonywać regularnych spłat, np. zaświadczenie o pobycie w szpitalu i przebytej chorobie. W formularzu trzeba także przedstawić spis naszych długów wraz z listą wierzycieli. – Do dokumentów obowiązkowo dołącza się również spis posiadanego majątku. Co ważne, nie zaliczają się do niego wszystkie nasze dobra, a jedynie te, które mają realną wartość rynkową i mogą zostać sprzedane z zyskiem. Nie warto ukrywać przed sądem żadnych oszczędności czy innych składowych majątku, które teoretycznie mogłyby być przeznaczone na spłatę naszego zobowiązania.  Za takie działania mogą dłużnika spotkać konsekwencje– sąd oddali wniosek o ogłoszenie upadłości, sam dłużnik natomiast nie będzie mógł starać się o taką „ulgę” przez kolejne 10 lat – zaznacza Dominik Mystkowski, ekspert Intrum.

Krok 2: przeprowadzenie postępowania upadłościowego, czyli liczenie majątku dłużnika

Jeżeli wniosek zostanie pozytywnie rozpatrzony, sąd wyznaczy syndyka, który będzie nadzorował wykonanie planu podziału masy upadłościowej. Oznacza to, że majątek osoby zadłużonej zostanie spieniężony, a środki
z tego tytułu pokryją roszczenia wierzycieli. Czy to oznacza, że dłużnik zostanie pozbawiony środków do życia?

Przy temacie upadłości konsumenckiej istnieje popularny mit, że dłużnik straci cały majątek i nie będzie miał za co żyć. Mimo, że postępowanie upadłościowe prowadzi do likwidacji całego majątku upadłego, nie oznacza to pozostawienie upadłego bez środków do życia. Warto wiedzieć, że w skład masy upadłościowej – oprócz oszczędności i zgromadzonych dóbr – wchodzi także wynagrodzenie, jednak tylko w części podlegającej zajęciu. W przypadku egzekucji świadczeń alimentacyjnych wynagrodzenie podlega zajęciu do wysokości trzech piątych, a w przypadku pozostałych świadczeń, do wysokości połowy wynagrodzenia. Warto również zaznaczyć, iż do dyspozycji upadłego pozostają środki w wysokości wynagrodzenia minimalnego (obecnie około 1800 zł netto) – środki do tej wysokości nie podlegają zajęciu. Szczegółowe zasady dot. zajęć wynagrodzenia znajdziemy w prawie pracy. Nie mogą być również odebrane przedmioty, które są nam niezbędne w celach zarobkowych, np. samochód czy sprzęt komputerowy. W trakcie postępowania upadłościowego osoba zadłużona nie zostanie również bez dachu nad głową. Mieszkanie czy dom zostanie spieniężony, jeżeli nie ma innego sposobu, by pokryć wszystkie roszczenia wierzycieli, szczególnie, gdy zadłużenie było bardzo duże. Jednak w takich przypadkach sąd przydziela bankrutowi sumę uzyskaną z masy upadłości, która pozwoli na wynajęcie lokum „zastępczego”. Jej wysokość jest ustalana indywidualnie i zależy np. od tego, jak liczną rodzinę na utrzymaniu ma dłużnik – tłumaczy Dominik Mystkowski, ekspert Intrum.

Etap 3 – „awaryjny” – ustalanie planu spłaty wierzycieli

W przypadku, kiedy wysokość całkowitego zadłużenia była wyższa niż majątek dłużnika, który wchodził w masę upadłościową, sąd ustala „dodatkowy” plan spłaty długów, aby zaspokojone zostały wszystkie roszczenia wierzycieli. Nie może on trwać dłużej niż 36 miesięcy. Sałata będzie dokonywana z bieżących dochodów dłużnika. I ponownie – sąd nie pozbawi takiej osoby środków do życia. Chodzi bowiem o to, aby pomóc jej wyjść z kłopotów finansowych, a nie pogłębić zadłużenie. – Dobrą informacją jest to, że jeżeli sytuacja finansowa upadłego będzie naprawdę ciężka, sąd może odstąpić od planu spłaty umorzyć część, a w niektórych przypadkach nawet całość pozostałych zobowiązań – dodaje Dominik Mystkowski.

Z chwilą zakończenia postępowania upadłościowego lub/i zrealizowaniu planu spłaty wyznaczonego przez sąd, kończą się problemy dłużnika – dochodzi do oddłużenia.

Czy planowane zmiany ułatwią nam ogłoszenie upadłości?

W ostatnim czasie bardzo dużo mówi się o planowanej zmianie prawa upadłościowego. Ustawodawca już w zeszłym roku przedstawił projekt zmian, które mają wejść w życie jeszcze w 2019 r. Na czym będą polegać? Najogólniej mówiąc – łatwiej będzie ogłosić upadłość konsumencką. Według pomysłodawców nowelizacji wprowadzenie zmian jest konieczne, bo obecnie połowa wniosków jest odrzucana. Dłużnicy nie spełniają podstawowych kryteriów, by oficjalnie ogłosić bankructwo. Według planowanych, nowych regulacji, sąd nie będzie brał pod uwagę przyczyn niewypłacalności dłużnika,
a do ogłoszenia upadłości wystarczy to, że taka osoba po prostu jest niewypłacalna. Te powody będą mieć znaczenie ewentualnie na późniejszym etapie postepowania, gdy będzie ustalany plan spłaty wierzycieli. Jeżeli wina dłużnika w powstaniu jego problemów finansowych okaże się ewidentna, to plan spłaty może wydłużyć się z 36 miesięcy nawet do
4-7 lat. Dla jednych może być to dodatkowe ułatwienie, a dla innych problem. Stygmat „bankruta” może utrudnić, chociażby kwestie związane ze staraniem się o wizę na wyjazd czy nową pracę. Najważniejszą ze zmian będzie jednak dopuszczalność upadłości nawet w przypadku rażącego niedbalstwa.

– Niewątpliwie pozytywnym skutkiem prac nad nowelizacją prawa upadłościowego jest skierowanie uwagi na problem zadłużenia polskiego społeczeństwa. Ułatwienie ogłoszenia upadłości umożliwi wielu osobom wyjście z kłopotów finansowych. Istnieje jednak wątpliwość, czy nowe prawo zadba we właściwy sposób o interesy wierzycieli oraz jaki wpływ na rynek będzie miała dalsza liberalizacja przepisów w tym zakresie Ogromna liczba przedsiębiorców w naszym kraju boryka się z problemem niewypłacalnych klientów i kontrahentów. Przez zatory płatnicze sami zaczynają mieć problem
z płynnością finansową
– komentuje Dominik Mystkowski, Intrum.

[1] Dane: BIG InfoMonitor oraz BIK. i Centralny Ośrodek Informacji Gospodarczej.

[2] Dane: Centralny Ośrodek Informacji Gospodarczej.

[3] Dane: BiG InfoMonitor oraz BIK.

GUS: Mniej wypadków śmiertelnych na budowach

W roku ubiegłym w polskich firmach miało miejsce 84 tys. wypadków, w tym 209 śmiertelnych – wynika z najnowszych danych opublikowanych przez Główny Urząd Statystyczny. Jak wypada na tym tle branża budowlana?

Dane GUS pokazują niewielką poprawę bezpieczeństwa pracy w polskich firmach. W sumie zgłoszono 4,6 proc. mniej osób poszkodowanych w wypadku przy pracy niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Spadł też wskaźnik wypadkowości, a więc liczba poszkodowanych przypadająca na 1000 osób pracujących – z 6,84 do 6,37. Niemal o jedną czwartą spadła liczba wypadków śmiertelnych (22,3 proc. mniej w stosunku do 2017 r.) i ciężkich (21,8 proc. mniej).

Budowlanka w środku stawki

Podobną tendencję możemy zaobserwować również w branży budowlanej, gdzie w porównaniu do ubiegłego roku liczba poszkodowanych w wypadkach przy pracy spadła o 3 proc. W 2018 r. odnotowano też mniej wypadków ciężkich (84 osoby poszkodowane) i śmiertelnych (48 wypadków). Chociaż na pierwszy rzut oka te informacje napawają optymizmem, to jednak szersze spojrzenie na wyniki GUS dają do myślenia. Analitycy wskazują, że faktyczne zatrudnienie w tej branży uległo zmniejszeniu; na przykład firma badawcza Spectis mówi tutaj o spadku poniżej 1,2 mln osób, czyli o około 1 proc. mniej względem roku ubiegłego.

Warto pamiętać o tym, że mniejsza wypadkowość w budownictwie jest w pewnej mierze powiązana ze spadkiem zatrudnienia w tej branży. Chociaż różne źródła nie są do końca zgodne co do wyników, to obecnie przyjmuje się, że całkowite zatrudnienie w branży budowlanej zmniejszyło się o około 1 proc. w porównaniu do ubiegłego roku. Oczywiście w statystykach tych nie są uwzględniane osoby pracujące bez żadnej umowy, wśród których mogą być również obcokrajowcy. Raport „Bezpieczeństwo pracy w Polsce” pokazał, że w 2018 roku „na czarno” pracowało aż 14 proc. zatrudnionych w tej branży Ukraińców – zauważa Magdalena Grońska, Dyrektor ds. Bezpieczeństwa, Ochrony Zdrowia i Zrównoważonego Rozwoju Lafarge w Polsce, członek Koalicji Bezpieczni w Pracy. W zestawieniu sektorów za rok 2018 przygotowanym przez GUS branża budowlana znalazła się w środku stawki, ze wskaźnikiem wypadkowości 6,02, czyli nieco poniżej średniej.

Więcej obcokrajowców, mniej wypadków?

W ubiegłym roku w usługach budowlano-remontowych w Polsce odsetek pracujących Ukraińców był równy odsetkowi Polaków w tej branży w 2016 roku.  44 proc. z nich deklaruje, że wykonuje cięższe i bardziej niebezpieczne prace niż rodzimi pracownicy. Kolejne dane nie świadczą dobrze o stanie bezpieczeństwa wśród naszych wschodnich sąsiadów pracujących w Polsce – 36 proc. z nich nie wie, jak się zachować w razie wypadku przy pracy i tyle samo nie potrafi udzielić pierwszej pomocy. Wina czasem leży po stronie pracodawcy, który nie zapewnił takiemu pracownikowi odpowiedniego przeszkolenia i środków ochrony indywidualnej, a czasem po stornie pracownika, który przygotowanie bhp traktuje po macoszemu. Zaledwie 44 proc. Ukraińców biorących udział w badaniu zadeklarowało, że odbyło szkolenie bhp w obecnym miejscu pracy. Co więcej, dokładnie taki sam odsetek badanych pracujących w branży usług remontowo-budowlanych musi kupować sprzęt ochronny za własne pieniądze. A tymczasem odpowiedzialność za ŚOI leży po stronie pracodawcy. – Problem wypadków przy pracy w budownictwie dotyka również obywateli Ukrainy, których coraz częściej można spotkać na polskich budowach. Raport „Bezpieczeństwo pracy w Polsce” pokazał, że grupa ta ma ogromne braki szkoleniowe, ale i utrudniony dostęp do odpowiedniej odzieży roboczej czy środków ochrony indywidualnej, które niejednokrotnie mogą uratować życie – przypomina Ewa Gawrysiak, Sales and End User Marketing Manager Eastern Europe & Russia w firmie TenCate Protective Fabrics, członek Koalicji Bezpieczni w Pracy.

Fikcyjne szkolenia

Raport „Bezpieczeństwo pracy w Polsce 2018” pokazał dość istotny problem z odpowiednim przygotowaniem cudzoziemców do podjęcia pracy. Połowa z nich nie przeszła szkolenia, głównie z powodu tego, że nie obyło ono organizowane. – Dane z raportu pokazały, że nadal w Polsce pokutuje mit bhp, jako niepotrzebnej formalności, do której zobowiązana jest firma. Obecne przepisy również nie pomagają instytucjom kontrolnym w rzetelnym sprawdzeniu, na ile pracodawca wywiązał się z ustawowego obowiązku. Lekceważenie szkoleń potrafi się jednak mścić, bowiem aż 18 proc. respondentów badania stwierdziło, że w ciągu ostatnich dwóch lat miało wypadek przy pracy. Nawet biorąc pod uwagę nieścisłości wynikające z metodologii, liczba jest niezwykle wysoka – alarmuje Marek Maszewski, Dyrektor Działu Nadzoru SEKA S.A., członek Koalicji Bezpieczni w Pracy.  – Warto zauważyć, że branża budowlana pod względem dbałości o bezpieczeństwo pracy w ostatnich latach przeszła ogromną rewolucję. Potwierdzają to m. in. dane GUS. Ważne jednak, aby nie spocząć na laurach, tym bardziej że rynek pracy zmienia się dynamicznie – dodaje.

Wyniki chińskiej gospodarki budzą optymizm

Ostatnie informacje płynące z Państwa Środka są pozytywne. Najpierw, dwa tygodnie temu, in plus zaskoczyły marcowe indeksy PMI dla przemysłu i usług Chin, a teraz dane o PKB w pierwszych trzech miesiącach roku i szczegółowe dane z końca I kwartału.

Dynamika wzrostu gospodarczego Chin w I kwartale br., wbrew oczekiwaniom konsensusu, w ujęciu rocznym nie zwolniła, a pozostała na poziomie 6,4%, notowanym na koniec ubiegłego roku. To, że chińska gospodarka radzi sobie całkiem dobrze widać też w szczegółowych odczytach z końcówki kwartału. Dane z dziś pokazały, iż zarówno sprzedaż detaliczna, jak i produkcja przemysłowa w marcu zaskoczyły konsensus na plus, przy czym zaskoczenie w przypadku drugiego z indeksów było ogromne. Dynamika produkcji przemysłowej wyniosła aż 8,5% i była najwyższa od lipca 2014 r. Rozwiało to sporo obaw dotyczących tego, jak chińska gospodarka radzi sobie w kontekście wojny handlowej z USA (mimo, iż aż tak imponujący skok był w części związany z czynnikami sezonowymi).

Dzisiejsze dane z Państwa Środka przekładają się na poprawę sentymentu do ryzyka: zyskują waluty emerging markets, spora część indeksów akcji świeci się na zielono. Gorzej radzą sobie z kolei dolar amerykański i pozostałe waluty safe-haven.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN we wtorek zakończył dzień na niemal niezmienionym poziomie, wahając się w widełkach 4,27-4,28. Wspólna europejska waluta wczoraj radziła sobie słabo w parze z dolarem amerykańskim, dziś jednak wyraźnie zyskuje. Nie pomogły w tym jednak lepsze dane makroekonomiczne ze strefy euro. Dzisiejsze rewizje szacunków inflacji w marcu nie przyniosły istotnych zmian. Znaczenie dla wspólnej waluty miały informacje z Chin. Spadek ryzyka globalnego spowolnienia i nieco mniejsze ryzyko, że czynniki zewnętrzne będą negatywnie oddziaływać na gospodarki strefy euro wspierają nastroje nie tylko w Azji, ale również na Starym Kontynencie.

GBP

Kurs GBP/PLN we wtorek spadł o 0,3%, wahając się w widełkach 4,93-4,96. Brytyjska waluta wczoraj radziła sobie słabo również w relacji do głównych walut, kontynuując osłabienie również dziś. Wczorajsze dane z brytyjskiego rynku pracy okazały się zgodne z oczekiwaniami i pokazały, że Zjednoczone Królestwo w lutym odnotowało imponujący wzrost płac rzędu 3,5% w ujęciu rocznym, co powinno sprzyjać zarówno gospodarce Wielkiej Brytanii, jak i presji inflacyjnej. Dziś sama inflacja jednak rozczarowuje. Wbrew oczekiwaniom konsensusu, zarówno wskaźnik bazowy jak i inflacja CPI w marcu pozostały na poziomie z lutego, odpowiednio 1,8% i 1,9% w ujęciu rocznym. Jeśli inflacja nie wzrośnie, pomimo ciasnego rynku pracy, Bank Anglii będzie dłużej mógł pozostawić stopy procentowe na niezmienionym poziomie. W najbliższym czasie i tak trudno wyobrazić sobie jakiekolwiek działania banku centralnego. BoE przed zmianami jakichkolwiek parametrów polityki monetarnej powinien zaczekać na rozwiązanie kwestii Brexitu, a to może potrwać.

USD

Kurs USD/PLN we wtorek wzrósł o 0,1%, wahając się w widełkach 3,78-3,79. Wczoraj dolar amerykański radził sobie dobrze, zyskując w relacji do głównych walut. Dziś jednak rozpoczął dzień oddając zyski, zwłaszcza w parze z euro. Ostatnie dni nie przynoszą zbyt wielu istotnych informacji ze Stanów Zjednoczonych. W kontekście wczorajszego dnia można wspomnieć o rozczarowujących danych o produkcji przemysłowej: miesięczna dynamika w marcu spadła o 0,1% wobec oczekiwanego wzrostu rzędu 0,2%. Na wskaźnik w marcu niekorzystnie działała aktywność w sektorze wydobywczym.

Dziś po południu poznamy dane o handlu zagranicznym USA w lutym, wieczorem natomiast opublikowana zostanie „Beżowa Księga” Fed, czyli zbiór anegdotycznych informacji o stanie gospodarki z dwunastu rejonów obserwowanych przez bank centralny.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 14:30 – dane o handlu zagranicznym USA w lutym
  • 15:00 – przemawia przewodniczący BoE, Mark Carney
  • 16:30 – przemawia Sabine Lautenschlaeger z EBC
  • 20:00 – publikacja “Beżowej Księgi” Fed

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska