Auta elektryczne coraz częściej biorą udział w kolizjach drogowych

Auta elektryczne zyskują na popularności, ale czy na pewno są bezpieczne? Jak pokazuje przykład Norwegii, gdzie już niemal co trzeci samochód ma napęd elektryczny, odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczna. Z danych DNB wynika, że w ubiegłym roku ich udział w wypadkach i kolizjach drogowych w tym kraju wynosił ponad 34 proc., a razem z hybrydami było to aż 65 proc. wszystkich typów aut. Zdaniem ekspertów DNB Bank Polska taki stan rzeczy może wynikać paradoksalnie ze zbyt dużej liczby udogodnień technologicznych w samochodach elektrycznych, które powodują, że kierowcy oraz inni uczestnicy ruchu tracą czujność.

Statystyki DNB dotyczące norweskich dróg nie napawają optymizmem. W ubiegłym roku udział aut elektrycznych w wypadkach i kolizjach drogowych wynosił 34,15 proc. W przypadku hybryd było to 30,58 proc., samochodów napędzanych benzyną 20,75 proc., a dla porównania aut z silnikiem diesla blisko 28 proc. (procenty te nie sumują się do 100 proc., ze względu na to, że w jednym wypadku lub kolizji mogły brać udział samochody z różnym typem silnika).

Ze względu na to, że Norwegia jest modelowym przykładem rozwoju elektromobilności, warto przeanalizować, gdzie leży przyczyna tych zaskakujących danych. Większość samochodów elektrycznych i hybrydowych ma tak dobre przyspieszenie, że może ono sprawiać kłopot wielu kierowcom. Można powiedzieć, że mają one w warunkach miejskich lepsze osiągi niż większość przeciętnych aut spalinowych. Ponadto samochody elektryczne najczęściej spotyka się w miastach, gdzie naturalnie występuje większe ryzyko kolizji – mówi Olga Plewicka, Ekspert ds. Sektora motoryzacyjnego, DNB Bank Polska S.A. – Inną przyczyną wypadków z udziałem e-pojazdów jest to, że samochody te mają wiele innowacji technicznych, wyświetlaczy oraz systemów wspomagających, które mogą – paradoksalnie – rozpraszać kierowców. Duża część z tych zdarzeń wynika z nieuwagi i braku koncentracji. Jednym słowem auta elektryczne usypiają naszą czujność – dodaje. Inną kwestią jest fakt, że auta te nie emitują dźwięków znanych z klasycznych pojazdów, co stanowi realne zagrożenie dla niezmotoryzowanych uczestników ruchu. Unia Europejska świadoma tego zagrożenia, podjęła postanowienie – od 1 lipca 2019 samochody elektryczne i hybrydowe muszą wydawać dźwięk ostrzegawczy.

W większości modeli aut elektrycznych zastosowano takie rozwiązania, jak adaptacyjny tempomat z automatycznym hamulcem, system ostrzegający o niezamierzonym zjeździe z pasa ruchu, układ monitorujący martwe pole czy asystent jazdy w korku. Najdroższe i najbardziej zaawansowane modele są wyposażone w systemy autonomicznej jazdy. Norweskie statystyki pokazują, że marką samochodów elektrycznych, które najczęściej ulegały wypadkom i kolizjom była w ubiegłym roku Tesla. Być może wynika to faktu, że ta marka jest tam bardzo popularna. Co ciekawe od dwóch tygodni w Warszawie istnieje możliwość testować BMW i3 w carsharingu od firmy innogy. I w tym krótkim czasie doszło już do jednej kolizji.

Norweski ewenement

W ubiegłym roku w Norwegii zarejestrowano blisko 148 tys. nowych samochodów osobowych, w tym ponad 46 tys. samochodów o zerowej emisji. Było to prawie 40 proc. więcej niż w 2017 roku. Ten rok wydaje się być jeszcze bardziej rekordowy. Sprzedaż samochodów elektrycznych w tym kraju po raz pierwszy wyprzedziła tradycyjne pojazdy: 58 proc. wszystkich nowych aut sprzedanych w marcu 2019 r. było zasilanych przez baterie. Poziom około 50 proc. w sprzedaży utrzyma się prawdopodobnie przez cały ten rok. Pod tym względem reszta Europy, w tym także Polska, znajdują się na bardzo początkowym etapie rozwoju elektromobilności.

W Polsce w 2018 r. zarejestrowano 1,6 mln samochodów osobowych i dostawczych. Według Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych udział modeli elektrycznych w sprzedaży nowych samochodów wyniósł zaledwie 0,2 proc. i zamknął się liczbie 1 324 sztuk (1068 w 2017 r.). Na polskich drogach można spotkać w sumie około 3,5 tys. e-pojazdów, podczas gdy całkowita liczba samochodów osobowych i dostawczych wynosi około 20 mln. Najchętniej kupowanym modelem zeroemisyjnym w 2018 r. był w Polsce Nissan LEAF, zaraz po nim uplasowało się BMW i3.

Infrastruktura ładowania rozwijała się znacznie bardziej dynamiczniej niż flota e-pojazdów. Z danych PSPA wynika, że w ubiegłym roku zainstalowano 293 publicznie dostępne punkty ładowania i w konsekwencji ich łączna liczba zwiększyła się z 552 w 2017 r. do 845 w roku 2018, ale mimo tak dużego wzrostu to nadal nie jest wystarczające infrastruktura, aby móc swobodnie poruszać się po całej Polsce.

Polska droga do elektromobilności

W ramach rządowej Strategii na Rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju planowany jest dynamiczny wzrost liczby samochodów elektrycznych w Polsce, co będzie wymagało zastosowania odpowiednich form wsparcia publicznego. – Zachętą do kupna w Norwegii przyjaznych dla środowiska samochodów z napędem elektrycznym były ulgi podatkowe, a także inne przywileje jak np. bezpłatne parkowanie, bezpłatne ładowanie akumulatorów, możliwość jazdy po buspasach czy bezpłatne korzystanie z promów – mówi Olga Plewicka. Rozwój polskiego modelu elektromobilności do 2020 roku ma pochłonąć około 19 mld złotych, dalszych 40 mld na rozwój sieci przeznaczą spółki energetyczne. W 2017 roku rozpoczęto prace nad wprowadzeniem do systemu prawnego kompleksowego systemu zachęt dla nabywców pojazdów elektrycznych, czego wyrazem jest ustawa o elektromobilności i paliwach alternatywnych. Zgodnie z jej założeniami, do końca 2020 r. w Polsce ma powstać m.in. 6 tys. punktów ładowania samochodów elektrycznych. W 2025 roku ma jeździć 300 tys. aut elektrycznych. Pierwszy e-pojazd polskiej produkcji ma zjechać z linii fabrycznej na przełomie 2022 i 2023 roku. Według zapowiedzi spółki ElectroMobility Polska w 2023 roku nasz kraj ma produkować 100 tys. aut elektrycznych rocznie. – Biorąc pod uwagę że mamy już 2019 rok, to ten plan wydaje się bardzo ambitny, ale trzymam kciuki żeby został zrealizowany w wyznaczonych ramach czasowych – mówi Olga Plewicka.

Dyrektywa o ochronie sygnalistów weszła w życie

16 kwietnia 2019 r. Parlament Europejski przyjął Dyrektywę o ochronie sygnalistów. Państwa członkowskie mają obowiązek implementować jej zapisy do krajowych porządków prawnych.

W powszechnym znaczeniu „sygnalista” to pracownik przedsiębiorstwa, który nagłaśnia i informuje o nielegalnej lub nieuczciwej działalności swojego pracodawcy. Pojęcie „sygnalisty” po raz pierwszy pojawiło się w Stanach Zjednoczonych i jest tam używane zwłaszcza w kontekście zgłaszania nieprawidłowości w instytucjach finansowych lub korporacjach. W krajach anglosaskich (Stany Zjednoczone, Australia, Kanada) wprowadzono ustawy przyznające szeroką ochronę sygnalistom ze względu na spotykające ich działania odwetowe pracodawców. Dyrektywa stanowi więc odpowiedź na palącą potrzebę uregulowania kwestii sygnalizowania nieprawidłowości także na gruncie prawa europejskiego. 

Sygnalistami będą mogli zostać pracownicy, samozatrudnieni, wspólnicy i udziałowcy spółek oraz osoby na stanowiskach zarządczych w przedsiębiorstwach, osoby pracujące pod kierownictwem wykonawców, podwykonawców i dostawców, kandydaci na stanowisko pracy, jeśli dowiedzieli się o nieprawidłowościach w trakcie rekrutacji, a także byli pracownicy. Sygnaliści będą podlegać ochronie, gdy istniały uzasadnione powody, aby uważać, że zgłaszane przez nich informacje są prawdziwe oraz pod warunkiem, że zgłosili informacje zgodnie z procedurami przewidzianymi w dyrektywie. Dyrektywa przewiduje, że w każdej instytucji – publicznej czy prywatnej, zatrudniającej co najmniej 50 osób, będzie musiała powstać procedura zgłaszania nieprawidłowości czy nadużyć w miejscu pracy.

Dyrektywa wprowadza trzy procedury zgłaszania nieprawidłowości:

    • procedurę wewnątrz przedsiębiorstwa;
    • procedurę zewnętrzną polegającą na zgłaszaniu nieprawidłowości bezpośrednio do organów państwa;
    • oraz procedurę publiczną polegającą na ujawnieniu informacji o naruszeniach publicznie, np. w mediach.

Odpowiedzialność podmiotów zbiorowych

Dyrektywa przewiduje również szereg środków prawnych chroniących sygnalistów. Sygnaliści zgłaszający nieprawidłowości do organów państwowych będą m. in. mieli zagwarantowaną anonimowość. Państwa członkowskie będą miały obowiązek zapewnić, aby sygnaliści byli odpowiednio chronieni przed działaniami odwetowymi. – Magdalena Bartosiewicz, Radca Prawny, Managing Associate, Deloitte Legal

W wypadku wytoczenia przez sygnalistę uzasadnionego pozwu o odszkodowanie, sąd będzie domniemywał, że szkoda powstała na skutek działań odwetowych podjętych przez pracodawcę. To pracodawca będzie musiał udowodnić, że nie podejmował nielegalnych działań odwetowych. Karane będą osoby fizyczne lub prawne, które m. in. przeszkodzą w zgłaszaniu nieprawidłowości, podejmą działania odwetowe wobec sygnalistów czy też naruszą obowiązek poufności.

Pochylając się nad tym tematem warto zaznaczyć od razu, iż także na poziomie prawa polskiego projektowane są już przepisy chroniące sygnalistów. Warto wskazać chociażby na projekt Ustawy o odpowiedzialności podmiotów zbiorowych, który 10 stycznia 2019 r. został skierowany do Sejmu.

Zgodnie z projektem sygnalistą będzie mógł zostać pracownik, członek organu lub inna upoważniona osoba. Organy podmiotów zbiorowych, w szczególności organy zarządcze (np. zarząd w spółce) będą miały obowiązek wyjaśniać nieprawidłowości zgłoszone przez sygnalistę. Obowiązek wyjaśnienia będzie dotyczył informacji świadczących o:

  • podejrzeniu przygotowania, usiłowania lub popełnienia czynu zabronionego;
  • niedopełnieniu obowiązków lub nadużyciu uprawnień przez organy podmiotu zbiorowego lub inne – wymienione w ustawie osoby – działające w jego imieniu, na jego rzecz lub zlecenie;
  • niezachowaniu należytej staranności przez powyższe osoby; lub
  • nieprawidłowościach w organizacji działalności podmiotu zbiorowego, które mogłyby prowadzić do popełnienia czynu zabronionego.

W sytuacji, gdy organ podmiotu zbiorowego nie przeprowadzi postępowania wyjaśniającego albo nie usunie występujących nieprawidłowości lub naruszeń, sąd może nałożyć na niego karę pieniężną do wysokości 60 milionów złotych.

Organy podmiotu zbiorowego będą musiały również zapobiegać działaniom odwetowym wobec sygnalistów. Sygnalista, który został zwolniony z pracy, będzie mógł domagać się przywrócenia do pracy lub odszkodowania, jeżeli zgłoszone przez niego informacje były zasadne i mogły doprowadzić do zapobiegnięcia czynowi zabronionemu lub szybszego wykrycia czynu zabronionego. Wysokość odszkodowania wyniesie trzy miesięczne pensje sygnalisty, jednakże w uzasadnionych wypadkach sąd może orzec odszkodowanie za cały okres pozostawania bez pracy przez sygnalistę.  – Wojciech Łyszczarz, Senior Managing Associate, Deloitte Legal

Także obowiązująca od 13 lipca 2018 r. Ustawa o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy oraz finansowaniu terroryzmu przewiduje obowiązek wprowadzenia procedur dla sygnalistów, ich ochronę oraz kary za naruszenie przepisów dotyczących sygnalistów.

Ustawa reguluje zgłaszanie nieprawidłowości tylko w zakresie prania pieniędzy oraz finansowania terroryzmu. Do wprowadzenia procedur zostali zobowiązani przedsiębiorcy prowadzący działalność, przy wykonywaniu której występuje zwiększone ryzyko rozpoznania transakcji prania pieniędzy lub finansowania terroryzmu, np. instytucje finansowe, domy maklerskie, biura rachunkowe, doradcy podatkowi lub prawnicy. Na gruncie ustawy przedsiębiorcy ci są określani jako „instytucje obowiązane”.

Na uwagę zasługuje fakt, że Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów stworzył kanały komunikacji dla osób, które posiadają informacje o praktykach ograniczających konkurencję. UOKiK umożliwia komunikację anonimową, przez pośrednika oraz osobistą.

Podobne rozwiązanie przyjęto na poziomie unijnym, gdzie możliwe jest jawne bądź anonimowe zgłaszanie informacji o kartelach i praktykach ograniczających konkurencję bezpośrednio do Komisji Europejskiej.

Autorzy artykułu:

  • Wojciech Łyszczarz, Senior Managing Associate, Deloitte Legal
  • Magdalena Bartosiewicz, Radca Prawny, Managing Associate, Deloitte Legal
  • Jędrzej Siarkowski, Aplikant radcowski, Deloitte Legal

Zakupy okazją do spotkań. Trendy w branży retail

Detaliści nieustannie mierzą się z wymaganiami, stawianymi przez współczesnych konsumentów – to ich upodobania i preferencje kształtują trendy w branży retail. Właściciele sklepów, chcąc zachować konkurencyjność, muszą w dzisiejszych czasach uwzględniać w planach biznesowych potrzeby swoich odbiorców. Dotyczy to zarówno asortymentu, jak i zagospodarowania powierzchni, odpowiedniego doboru personelu, czy planowanych promocji.

Rynek detaliczny zmienia się pod wpływem postępujących zmian demograficznych i realizowanej polityki społecznej. Właściciele sklepów muszą dostosować obiekty w taki sposób, żeby te wpisywały się w nowoczesny, dynamiczny styl życia konsumentów. By skutecznie tego dokonać warto skorzystać z porad doświadczonych i uznanych ekspertów, takich jak dr Jacek Pogorzelski, specjalista w zakresie strategii marketingowej oraz zarządzania marką i doświadczeniem klienta, który będzie gościem panelu tematycznego Modern Retail Forum organizowanego przez Modern-Expo podczas tegorocznej edycji Kongresu FMCG.

Z jednej strony klienci oczekują większej wygody i szybkości realizacji zakupów. Z drugiej jednak, gdy wybierają się do sklepu, szukają w nich doświadczeń i pozytywnych doznań. Obiekt handlowy, który działa na zmysły i budzi emocje, zyskuje przewagę – zauważa dr Jacek Pogorzelski.

Nowa rola sklepów stacjonarnych

W dobie nowoczesnych technologii i rosnącej popularności rozwiązań e-commerce, sklep nie jest już wyłącznie miejscem prezentacji produktu. Klient będzie w nim szukał tego, czego nie znajdzie, przeglądając dostępne w Internecie oferty. Dlatego pierwszym wyzwaniem, z którym powinni zmierzyć się detaliści, jest odpowiedź na pytanie – czy ich sklep oferuje jakąś wartość dodaną dla konsumenta, która zachęci ich do wylogowania się z sieci i odwiedzenia stacjonarnego punktu sprzedaży?

Odpowiednie zdiagnozowanie potrzeb konsumentów daje szansę na zdystansowanie konkurencji. Dla osób prowadzących jednoosobowe gospodarstwa domowe oraz seniorów, którzy w obliczu starzenia się społeczeństw powoli stają się dominującą grupą pośród konsumentów, placówki handlowe coraz częściej są miejscem nawiązywania kontaktów społecznych. Oni w obrębie sklepów będą rozglądać się za strefą kawiarnianą, dającą możliwość spędzenia czasu z innymi ludźmi.

Bogdan Łukasik, przewodniczący Rady Nadzorczej i Dyrektor Generalny Modern-Eхро
Bogdan Łukasik, przewodniczący Rady Nadzorczej i Dyrektor Generalny Modern-Eхро

Paradoksalnie w dzisiejszych czasach, kiedy stacjonarne i wirtualne kanały sprzedaży wzajemnie się uzupełniają, główną rolą obiektu handlowego wcale nie musi być sprzedaż detaliczna. Oczywiście, w fizycznym sklepie klient ma namacalny kontakt z produktem – może go dotknąć, podnieść i ocenić przed podjęciem decyzji o zakupie. Jednak to nie wszystko. Odpowiednia aranżacja obiektu i dobór pracowników,
z naciskiem na indywidualną obsługę i doświadczanie emocji jest dla sprzedawców skutecznym narzędziem do budowania trwałych relacji z klientem
– opowiada Bogdan Łukasik, szef rady nadzorczej Modern-Expo Group – międzynarodowego producenta kompleksowego wyposażenia dla branży retail.

Zmiany coraz bardziej widoczne

Zacierają się różnice między formatami sklepów. Wcześniej wyróżnialiśmy typowy dyskont i delikatesy. Dziś te dwa formaty łączą się ze sobą. Zarówno pod względem wystroju placówek jak i oferty asortymentowej. Sklepy wielkopowierzchniowe do swojej oferty dołączają usługi. Coraz liczniej pojawiają się stoiska dedykowane, głównie gastronomiczne – miejsca, które przyciągną klienta zarówno w porze lunchu jak i po południu.

 – Zrozumienie preferencji i zachowań konsumenta jest kluczowe już na etapie konstruowania planu przestrzennego sklepu, czego przykładem może być jedna z ostatnich realizacji sieci handlowej REWE. W Monachium i Berlinie uczestniczyliśmy w tworzeniu wielofunkcyjnego sklepu Mój REWE, który łączy przyjazną przestrzeń handlową z miejscem towarzyskich spotkań. Na powierzchni 2 000 m kw. dominują świeże produkty. Wdrożone w REWE kompleksowe rozwiązania, obejmujące systemy regałów i półek Modern Expo, zaprojektowane z myślą o wyraźnym wyodrębnieniu warzyw i owoców, zapewniają przejrzystą prezentację asortymentu. Obiekt Mój REWE oferuje odwiedzającym klientom dobrze zorganizowaną przestrzeń łączącą strefę handlową i wypoczynkową z miejscem na szybki obiad z rodziną w zintegrowanej ze sklepem knajpce – dodaje ekspert.

Zmieniające się oczekiwania konsumentów mają również wpływ na te elementy procesu zakupowego, które są realizowane poza obiektem stacjonarnym, takie jak dostawy do domu, płatności on-line i dostępność zamówień przez Internet. Zakupy, dawniej postrzegane przez klientów jako konieczny obowiązek, dzisiaj stają się platformą do przeżywania doświadczeń, czyniąc z powierzchni sklepu miejsce towarzyskich spotkań.

Czas na rozmowy dla branży

Najbliższą okazją do rozmowy na tematy związane ze zmianami w handlu i sposobami na wykorzystanie szans, jakie ze sobą niosą, będzie tegoroczna edycja Kongresu Rynku FMCG, gdzie pod patronatem Modern-Expo wystąpią wybitni prelegenci z całego świata, związani z branżą retail. Podczas organizowanego przez firmę panelu tematycznego Modern Retail Forum uczestnicy przeanalizują prognozy dla sektora handlowego wraz z ekspertami Modern-Expo oraz ich gośćmi – wybitnymi specjalistami z dziedzin zarządzania marką, neuromarketing, retailu i wielu innych.

Wszystkich zainteresowanych przyszłością branży retail zapraszamy na nasz panel, gdzie polscy i zagraniczni prelegenci, min. z Wielkiej Brytanii i USA, przedstawią najnowsze analizy i wyniki badań. Jednym z nich będzie dr Jacek Pogorzelski, który opowie o nowym podejściu do insightu konsumenckiego: jak go pozyskać, prawidłowo zanalizować i skutecznie wykorzystać – zachęca Bogdan Łukasik z Modern-Expo Group. – Jako współorganizator tegorocznej edycji chcemy wzbogacić merytoryczną część Kongresu o tematy najbardziej interesujące przedstawicieli branży. Jesteśmy przekonani, że nasze doświadczenie na rynku oraz świeże spojrzenie zaproszonych gości pomogą uczestnikom panelu „Droga do sklepu przyszłości” w jeszcze lepszym zarządzaniu swoim biznesem i przygotowaniu się na zmiany, które niesie przyszłość.

Kongres Rynku FMCG 2019 odbędzie się w dniach 28-29 maja, w Warszawie w hotelu Double Tree by Hilton Warsaw, przy ul. Skalnicowej 21. Na Panel Modern-Expo zapraszamy pierwszego dnia Kongresu do sali tematycznej nr 1. Prelekcje potrwają od godziny 14:30.

Najwięcej opóźnionych płatności w handlu i transporcie

35 proc. małych i średnich przedsiębiorstw w Polsce czeka na płatność faktury od dwóch tygodni do miesiąca po terminie, a 17 proc. – ponad miesiąc. Rekordziści przyznają, że zdarzyło im się czekać na opóźnioną płatność dłużej niż 3 miesiące. Tak wynika z przeprowadzonego w marcu 2019 badania Bibby MSP Index.

– Można odnieść wrażenie, że niepłacenie w terminie jest wręcz specyfiką polskiego rynku, i jest w sektorze MŚP traktowane jako alternatywa finansowania zewnętrznego – komentuje dr Anna Czarczyńska z Katedry Ekonomii Akademii Leona Koźmińskiego.

W monitorowanych w ramach Bibby MSP Index branżach widać istotne różnice w częstotliwości występowania problemu faktur nieopłaconych na czas. Kilka razy w miesiącu problem ten dotyka ponad ¾ przedsiębiorstw handlowych i transportowych, a blisko 2/3 firm produkcyjnych. Z kolei w budownictwie zaledwie ¼ ankietowanych przyznała się do relacji z nieterminowymi kontrahentami.

Wydaje się, że polskie małe i średnie przedsiębiorstwa wkalkulowały ryzyko opóźnionych płatności w swoją działalność – mówi Jerzy Dąbrowski, dyrektor generalny Bibby Financial Services. – Obawiam się jednak sytuacji, w której przedsiębiorca czekający na opóźniającą się płatność, sam nie płaci na czas swoim dostawcom i nawarstwiają się zatory płatnicze. To już może mieć wpływ na całą gospodarkę.

Czy sytuacja się pogarsza?

Wprawdzie w poprzedniej fali Bibby MSP Index na opóźnione płatności narzekało więcej przedsiębiorców (we wrześniu 2018 r. o problemie mówiło 71 proc., w marcu 2019 r. – 62 proc.), ale obecnie aż 39 proc. badanych uznało, że ich kontrahenci płacą gorzej niż pół roku temu.

Na pogarszającą się dyscyplinę płatniczą zwracają uwagę szczególnie przedsiębiorcy z branży handlowej (46 proc. uznało, że ich kontrahenci płacą gorzej) i produkcyjnej (37 proc.) Najlepsza sytuacja zdaje się panować w budownictwie: 65 proc. badanych twierdzi, że kontrahenci płacą tak samo jak pół roku temu.

Trudno ocenić, czy są to symptomy pogarszającej się koniunktury, czy zwykła praktyka gospodarcza.

Szybkie przepływy finansowe i dobry stan kondycji gospodarczej pozwalają MŚP na krótkoterminowe radzenie sobie z problemem opóźnionych płatności, co jeszcze w sytuacji prosperity nie powoduje groźnych dla kondycji firmy zatorów płatniczych, ale w momencie spowolnienia szybko może potencjalnie prowadzić do niewypłacalności finansowej – dodaje dr Anna Czarczyńska. – Sygnały rynkowe opóźnień obecnie znowu najszybciej są widoczne w branży handlowej, która będąc na końcu łańcucha tworzenia wartości kumuluje przesunięcia płatności.

Rynek magazynowy we Wrocławiu 10 lat temu i dziś

Sylwia Jagódka z AXI IMMO
Sylwia Jagódka z AXI IMMO

W przeciągu ostatnich dziesięciu lat podaż powierzchni magazynowej w regionie Wrocławia wzrosła o przeszło 240% i na koniec 2018 r. wyniosła 1,85 mln mkw. Z roku na rok dolnośląskie umacnia swoją pozycję w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, a inwestorzy coraz chętniej lokują swoje biznesy w mniejszych ośrodkach regionu takich jak Legnica czy Bolesławiec.  W 2019 r. popyt w sektorze powinien utrzymać się na stabilnym poziomie. Jednak wyzwaniem będzie utrzymanie tempa rozwoju w obliczu spowolnienia w gospodarce niemieckiej, zwłaszcza w przemyśle motoryzacyjnym  – podają eksperci AXI IMMO.

Agencja doradcza AXI IMMO aktywna na rynku nieruchomości komercyjnych przeanalizowała dane dotyczące rozwoju rynku magazynowego we Wrocławiu w ostatniej dekadzie. Analiza swoim horyzontem czasowym nawiązuje do 10. jubileuszu działalności AXI IMMO, który w tym roku świętuje polska firma.

Dobrze rozwinięta sieć drogowa, duży potencjał gospodarczy oraz demograficzny, a także bliskość granicy z Niemcami i Czechami to główne atuty regionu Wrocławia. Zebrane przez nas dane rynkowe pokazują, że Wrocław w ostatniej dekadzie umacniał swoją pozycję wśród głównych lokalizacji magazynowych w kraju oraz najważniejszych centrów dystrybucyjnych w regionie Europy Środkowo-Wschodniej – komentuje Sylwia Jagódka, Konsultant Industrial & Logistic w AXI IMMO.

Spowolnienie na początku i skokowe przyspieszenie w połowie dekady, dzięki kontraktom dla Amazona

Według danych AXI IMMO pierwsze trzy kwartały 2008 r. były dla regionu udane, czego efektem był popyt na poziomie 185 tys. mkw. Podaż przekraczała 540 tys. mkw., co stanowiło wówczas 12% całkowitych zasobów kraju. Deweloperzy byli we Wrocławiu bardzo aktywni i budowali dużo powierzchni spekulacyjnych. Pierwsze efekty kryzysu widoczne były po czwartym kwartale, kiedy wskaźnik pustostanów osiągnął najwyższy w minionej dekadzie poziom 23%.

Szczytowe spowolnienie przypadło na wrocławskim rynku magazynowym na lata 2009-2010. W 2010 r. popyt wśród najemców był na najniższym w dekadzie poziomie 107 tys. mkw. Po dwóch latach, w 2011 r. rynek powrócił na ścieżkę rozwoju, odnotowując najem powyżej 216 tys. mkw., a w 2013 r. osiągnął swój rekord pod względem popytu – 458 tys. mkw., głównie za sprawą dwóch umów podpisanych przez firmę Amazon, których udział w wolumenie transakcji wynosił prawie 50%. – wyjaśnia Sylwia Jagódka, Konsultant Industrial & Logistic w AXI IMMO.

„Efekt Amazon” umocnił region na logistycznej mapie kraju na długie lata.  Ponadto w 2013 roku zauważalne stało się także zainteresowanie regionem jako lokalizacją projektów produkcyjnych nie tylko we Wrocławiu. W 2013 r. w m.in. Legnicy zainwestowały w projekty BTS firmy z sektora motoryzacyjnego Lear Corporation i Faurecia.

Jak wynika z danych zebranych przez analityków AXI IMMO, kolejne lata przenosiły kolejne sukcesy na rynku magazynowo przemysłowym – podaż całkowita w 2014 r. wzrosła rekordowo o prawie 43%, a w kolejnych 4 latach średnio o 12%. Na koniec 2018 r. całkowita podaż osiągnęła poziom 1,85 mln ( 4. rynek magazynowy w Polsce), przy czym jeśli chodzi o wolumen budowanej powierzchni  na koniec IV kw. 2018 r. wyniki rynku wrocławskiego wzrosły w stosunku do analogicznego okresu 2017 r. o ponad 76%, co plasuje Wrocław 3. miejscu wśród najintensywniej rozwijających się rynków magazynowych kraju. Również wolumen popytu był w 2018 r. na bardzo wysokim poziomie 453,3 tys. mkw., niewiele niższym niż w rekordowym 2013 r. Na koniec IV kwartału 2018 r. rynek wrocławski charakteryzował się jedną z najniższych dostępności powierzchni „wolnej od ręki” w kraju. Wskaźnik pustostanów spadł o 3,2 p. proc. w stosunku do roku 2017 i wyniósł 3,3%.

Dziś główną grupę najemców w regionie Wrocławia stanowią operatorzy logistyczni, sieci handlowe, sektor e-commerce, a także podmioty przemysłu motoryzacyjnego oraz elektrotechnicznego, które generują znaczącą część zapotrzebowania na projekty BTS oraz BTO.

Rozwój w oparciu o nowe lokalizacje i formaty projektów czy spowolnienie śladem niemieckich sąsiadów?

Eksperci AXI IMMO podają, że w 2019 r. wrocławski rynek magazynowy mimo silnych powiązań ze słabnącą gospodarką niemiecką utrzyma swoją pozycję wśród najpopularniejszych lokalizacji magazynowych w kraju i regionie dzięki dobrze prosperującym najemcom obecnym w regionie. W całkowitym wolumenie powierzchni wynajętej będzie się zwiększał udział transakcji na mniejszych rynkach jak np.  Legnica czy Bolesławiec, głownie ze względu na coraz większe trudności w rekrutacji pracowników.

Prognozowana jest ekspansja najemców na terenie całego regionu. Tak jak na innych wiodących rynkach spora część projektów poza największą aglomeracją będzie rozwijana w oparciu o formaty BTS i BTO.  Równolegle w odpowiedzi na wzrastające zainteresowanie najemców będą rozwijane lokalizacje miejskie z dostępem do komunikacji publicznej, zapewniające sprawniejszą obsługę lokalnego rynku konsumenckiego – przewiduje Sylwia Jagódka z AXI IMMO.

Sylwia Jagódka dodaje, że kryzys branży motoryzacyjnej w Niemczech, który rozpoczął się w drugiej połowie 2018 r. z pewnością jest wyzwaniem dla regionu. Perspektyw nie poprawia także osłabienie gospodarcze w innych krajach Zachodniej Europy, którego symptomy są widoczne od kilku miesięcy.

Południe Polski wygrywa walkę o najemców z sektora BPO i SSC

Kraków zajmuje drugie po Warszawie miejsce pod względem zasobów powierzchni biurowej. Utrzymuje również pozycję regionalnego lidera sektora BPO/SSC. Rośnie mu jednak poważna konkurencja. Najemcy z sektora usług dla biznesu obok Krakowa, coraz częściej wybierają też Wrocław i Katowice – wynika z raportu CBRE „Poland Office Destinations 2019” poświęconego regionalnym rynkom biurowym. Zaletą Katowic jest bliskość sąsiednich miast tworzących aglomerację śląską. Wrocław natomiast zapewnia dostęp do doświadczonej kadry wyspecjalizowanej w technologiach informatycznych.

Kamil Tyszkiewicz, Dyrektor, Advisory & Transaction Services, Dział Wynajmu Powierzchni Biurowych, CBRE
Kamil Tyszkiewicz, Dyrektor, Advisory & Transaction Services, Dział Wynajmu Powierzchni Biurowych, CBRE

– Z punktu widzenia pracodawców m.in. z sektora BSS Kraków, Katowice i Wrocław to bardzo atrakcyjne rynki pracy. Kraków kusi wielokulturowością i atrakcyjnym poziomem życia europejskiego miasta. Wrocław stawia na technologie informacyjne i tworzy środowisko przyjazne start-upom. Z kolei mała odległość dzieląca te lokalizacje, potencjał aglomeracyjny Śląska oraz świetnie rozwinięta infrastruktura czynią Katowice dynamicznie rozwijającym się i nowoczesnym centrum biznesowym. To co wyróżnia wszystkie trzy miasta to silna kultura akademicka, mocny nacisk na rozwój infrastruktury oraz coraz większa liczba stref zielonych w centralnych punktachkomentuje Kamil Tyszkiewicz, Dyrektor w Dziale Reprezentacji Najemcy CBRE.

Patrząc na liczbę inwestycji realizowanych w regionie widać wyraźnie, że cały czas pozostaje on wyjątkowo interesujący dla deweloperów. Jak wynika z najnowszego raportu CBRE „Poland Office Destinations 2019” Kraków obecnie ma w swojej ofercie 1,26 mln mkw. już istniejącej powierzchni biurowej. W przypadku Wrocławia jest to ponad 1 mln mkw. Natomiast katowicki rynek biurowy dysponuje 519 tys. mkw. Ponadto w samym Krakowie ponad 200 tys. mkw. znajdujących się obecnie w budowie ma być oddanych do użytku jeszcze w 2019 r. – podają eksperci CBRE.

W 2018 r. największy popyt na powierzchnię biurową odnotował Kraków, gdzie wynajętych zostało 211 tys. mkw. (w porównaniu do Wrocławia – 163 tys. mkw. i Katowic – 38 tys. mkw.). Co więcej, na rynkach biurowych w Krakowie, Wrocławiu czy Katowicach poziom pustostanów utrzymuje się na niskim poziomie (pomiędzy 8,5 a 9,7%), zbliżonym do średniej krajowej. Jednak każdy z tych rynków stoi przed wyzwaniem rosnącego popytu na lokalizacje premium. Najemcy szukają biur w centrum miasta z odpowiednią infrastrukturą i ofertą usług, ponieważ w ten sposób mogą przyciągnąć lub zatrzymać największe talenty danej branży.

Kraków bez zdefiniowanego centrum biznesowego

Kraków nie ma jednego określonego ośrodka biznesowego, przez co biura do wynajęcia znajdują się w różnych częściach miasta. Z uwagi na świetne warunki (atrakcyjne czynsze, dostęp do wykwalifikowanej kadry, dobry dojazd) oferowane przez stolicę Małopolski spośród wszystkich polskich miast, to właśnie w Krakowie ulokowało się najwięcej firm z sektora usług BPO i SSC. Co istotne, Kraków w ciągu ostatnich 10 lat zwiększył zatrudnienie w sektorze hi-tech aż o 66%. Zapewne to wpłynęło na zdobycie wysokiej lokaty w rankingu CBRE „EMEA Tech Cities”, który identyfikuje największe klastry technologiczne w Europie, na Bliskim Wschodzie i Afryce oraz te z największymi szansami na dynamiczny rozwój. W zestawieniu miast z największym potencjałem wzrostu w sektorze technologicznym poza Krakowem znalazły się także Katowice i Poznań.

Kraków, jako rynek najbardziej dojrzały, wciąż wiedzie prym pod kątem zainteresowania ze strony najemców szukających atrakcyjnych lokalizacji pod swoje centra usług wspólnych. Kolejne zachodnie firmy rozwijają swój biznes w stolicy Małopolski, przede wszystkim ze względu na wysoką podaż wykwalifikowanej kadry pracowniczej i wszechobecną znajomość realiów panujących w sektorze BPO/SSC – podsumowuje Kamil Tyszkiewicz.

Wrocław zwiększa swoją rolę

Szeroka gama powierzchni biurowych to jedna z wielu zalet Wrocławia. Najbardziej dogodne lokalizacje dla biznesu to granice centrum miasta, gdzie mieszczą się najnowsze budynki, m.in. Sagittarius Business House, Retro Office House. W całym Wrocławiu do dyspozycji najemców jest ponad 1 mln mkw. powierzchni biurowej, a w budowie znajduje się kolejne 150 tys. mkw. Co więcej, Wrocław oferuje dostęp do doskonale wyszkolonych pracowników, absolwentów jak i  specjalistów z doświadczeniem przede wszystkim z zakresu technologii informacyjnych, finansów, a także z sektora usług wspólnych.

Katowice o potencjale BPO i SSC

Katowicki wynajem biur i rynek biurowy cieszy się coraz większym zainteresowaniem ze strony międzynarodowych firm i najemców, w tym sektora usług BPO i SSC. 66 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni jest obecnie w budowie, w tym 30 tys. mkw. ma zostać oddanych do użytku do końca 2020 r. Atrakcyjną zachętę stanowią biura do wynajęcia o relatywnie niskich stawkach czynszu w porównaniu do innych miast w Polsce. Region ten tworzą duże aglomeracje miejskie, w tym katowicka, które poza dogodnymi warunkami najmu, maja do zaoferowania znaczną liczbę studentów, absolwentów jak i pracowników z doświadczeniem.

Wynagrodzenia rosną, ale wolniej. Złoto w dół

Dane GUS na temat wynagrodzeń i zatrudnienia są wciąż dobre, aczkolwiek trochę niepokoi spadek tempa wzrostu płac. Złoto najtańsze od trzech miesięcy, co wskazuje wzrost apetytu na ryzyko. Gospodarka Chin utrzymuje tempo.

Wynagrodzenia rosną wolniej

Poznaliśmy dzisiaj dane GUS na temat rynku pracy w Polsce. Zatrudnienie rośnie w tempie 3% rocznie. To więcej niż oczekiwane 2,9%. Oznacza to, że jak tylko zaczną się prace sezonowe, powinniśmy zobaczyć kolejne historyczne minima bezrobocia, a przynajmniej najniższy wynik od końca fikcji pełnego zatrudnienia (w PRL-u). Gorzej wypadają wynagrodzenia. Wzrost w skali roku o 5,7% nie jest złym wynikiem. Analitycy oczekiwali jednak wyższej dynamiki na poziomie 7,2%. Doszliśmy do momentu, kiedy przeciętne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw osiągnęło 5000 złotych brutto.

Spadki cen złota

Rynki finansowe mają swoje barometry. Jednym z nich jest złoto. Teoretycznie niepowiązane z walutami, w praktyce od dawna wygląda to inaczej. Złoto uchodzi za bezpieczną inwestycję na trudne czasy. Im więcej ryzyk, tym chętniej inwestorzy lokują swoje środki w tzw. bezpiecznych inwestycjach. Jedną z nich jest złoto, które często drożeje podczas wzrostu napięć. Z drugiej strony, jeżeli na rynku jest spokojniej, to złoto tanieje. Obecne trzymiesięczne minimum cenowe świadczy o tym, że inwestorzy chętniej podchodzą do ryzykownych aktywów. Potwierdzają to ostatnie umocnienia się PLN względem głównych walut.

Chiny nie zwalniają

Po tym jak dane za luty pokazały (pierwszy raz od dekady) wzrost gospodarczy w ujęciu rocznym poniżej 6,5%, prognozy przewidywały dalsze spadki. Jednak dane za marzec uspokoiły rynki. Wzrost PKB w dalszym ciągu utrzymuje się na poziomie 6,4%. Analitycy wskazują, że jest to zasługa zarówno stonowania nastrojów w tzw. “wojnie handlowej”, jak i końca polityki zmniejszania zadłużenia społeczeństwa. Lepiej od oczekiwań wypadła również sprzedaż detaliczna oraz produkcja przemysłowa. W efekcie tych danych juan wyraźnie zyskał względem pozostałych walut.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

15:30 – USA – bilans handlu zagranicznego.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Poznaj EU(ro)sceptyków. Odliczanie do wyborów w UE

Lekko i wyraźnie EU(ro)sceptyczne i antyestablishmentowe partie mogą uzyskać od jednej czwartej do jednej trzeciej mandatów w nowym Parlamencie Europejskim (PE) według naszych prognoz opartych na aktualnych sondażach. Sondaże wskazują, że eurosceptyczne partie z prawej strony politycznego spektrum mogą zwiększyć swój udział mandatów w PE następnej kadencji do blisko 26% z obecnego poziomu 23%, natomiast partie z lewej strony spektrum prawdopodobnie utrzymają niezmieniony udział na poziomie około 7%.

Gdyby Wielka Brytania uczestniczyła w wyborach do PE, wpływ na rozkład mandatów w następnym PE byłby ograniczony. Obóz eurosceptyczny zyskałby dodatkowy udział mandatów rzędu 2-3 pp w porównaniu z naszymi podstawowymi prognozami. Chociaż nie zmieniłoby to zasadniczo równowagi w PE, mogłoby wpłynąć na tworzenie się eurosceptycznych grup.

Mamy wątpliwości, czy eurosceptyczne i nacjonalistyczne grupy w PE będą potrafiły przełamać to, co je wcześniej różniło i zbudować znacznie bardziej zjednoczony blok. Chociaż ich polityczna i ekonomiczna retoryka może być podobna, konkretne punkty widzenia i żądania często znacząco się różnią. Jednak nawet bez wspólnego planu eurosceptycy mogą sprawić, że budowanie koalicji (na poziomie krajowym) będzie znacznie bardziej złożone.

Gdyby eurosceptyczne grupy osiągnęły wyniki nawet lepsze niż przewidywane, Europarlament mógłby w większym stopniu podzielić się na dwa obozy: jeden „prounijny”, który ogólnie jest zaangażowany na rzecz projektu europejskiego, i jeden „antyunijny”, który (w różnym stopniu) kwestionuje aktualny układ instytucjonalny UE. Wraz z poprzednimi przesunięciami w Radzie, gdzie niektórzy z liderów obecnie otwarcie ścierają się z UE na temat jej zasad i wartości, a także perspektywą nowej Komisji, w skład której prawdopodobnie wejdą (wybrani na poziomie krajowym) Komisarze mniej oddani UE w jej obecnej postaci, może się to przyczynić do coraz większego podziału Unii.

Gospodarcze oddziaływanie zwiększonego wpływu eurosceptyków w Parlamencie Europejskim trudno skwantyfikować, ponieważ grupy te charakteryzują się dość zróżnicowanymi programami ekonomicznymi i fiskalnymi. Ale z pewnością dodatkowo zwiększają niepewność dotyczącą możliwości podejmowania decyzji i spójności polityki w UE, a w ten sposób mogą negatywnie wpłynąć na zaufanie inwestorów oraz postrzeganie ryzyka politycznego przez rynki.

Poznaj EU(ro)sceptyków

Do wyborów do Parlamentu Europejskiego pozostało mniej niż 50 dni i z dnia na dzień atmosfera staje się coraz gorętsza. W tym naszym trzecim opracowaniu dotyczącym wyborów, skupiamy się na jednej z głównych kwestii wokół wyborów – rosnącej sile partii antyeuropejskich. Co to za partie, ile ich jest i jaki będzie ich wpływ w kolejnym PE? Co napędza ich rozwój i co motywuje ich elektorat?

Jak wskazują nasze aktualne prognozy, wokół wyborów panuje duża niepewność. Według prognoz opartych na sondażach, prawicowe antyunijne i eurosceptyczne partie mogą uzyskać ponad jedną czwartą mandatów. Jeśli dodać do tego łagodnie eurosceptyczne i antyestablishmentowe partie ze skrajnej lewicy, ich udział mógłby wzrosnąć do jednej trzeciej. Oznacza to, że szersze porozumienie grup z politycznego centrum byłoby konieczne do konstruktywnego tworzenia polityki w kolejnym Europarlamencie.

Rosnąca pozycja eurosceptyków również pokazuje, że tradycyjne spektrum polityczne od lewicy do prawicy, a także osie geograficzne Północ-Południe i Wschód-Zachód wydają się być w coraz większym stopniu zastępowane podziałem na siły pro- i antyunijne. Wynik majowych wyborów do Europarlamentu może pokazać, jak głęboki stał się ten podział. Jeśli eurosceptyczne grupy osiągną wyniki nawet lepsze niż przewidywane, Europarlament mógłby w większym stopniu podzielić się na dwa obozy: jeden „prounijny”, który ogólnie jest zaangażowany na rzecz projektu europejskiego, i jeden „antyunijny”, który (w różnym stopniu) kwestionuje aktualny układ instytucjonalny UE. Wraz z poprzednimi przesunięciami w Radzie, gdzie niektórzy z liderów teraz otwarcie ścierają się z UE na temat jej zasad i wartości, a także perspektywą nowej Komisji, w skład której prawdopodobnie wejdą (wybrani w na poziomie krajowym) Komisarze mniej oddani UE w jej obecnej postaci, może się to przyczynić do coraz większego podziału Unii .

Aktualizacja prognoz – EFDD prawdopodobnie straci status grupy

Nasze zaktualizowane na podstawie sondaży prognozy wskazują na pewne znaczące zmiany w porównaniu z naszymi szacunkami z początku lutego: Eurosceptyczna EFDD straci status grupy, ponieważ kilku z jej członków, w tym włoski Ruch Pięciu Gwiazd, zapowiedziało, że będzie poszukiwać nowych sojuszników po majowych wyborach.1 Obecnie przewiduje się, że udział EFDD w ogólnej liczbie mandatów spadnie o ponad dwie trzecie (3,9 punktu procentowego), podczas gdy nasza poprzednia prognoza przewidywała lekki wzrost o 0,5 pp (patrz Wykresy 1 i 2). Przewidywana strata mandatów S&D i EPP w porównaniu z obecnym składem Europarlamentu lekko rośnie odpowiednio do -6,5 pp (Δ -0,4 pp) i -3,8 pp (Δ -0,5 pp). Przewidywany przyrost mandatów En Marche, Zielonych i Zjednoczonej Lewicy pozostaje bez zmian, podczas gdy udział ALDE według obecnych prognoz wzrośnie o 2,2 pp (Δ +1,2 pp). ENF zwiększa prowadzenie do 3,7 pp (Δ +0,4 pp). Według aktualnych sondaży nowe partie zyskają 7,2 pp w kolejnym Europarlamencie (obecnie z uwzględnieniem M5S i hiszpańskiego VOX), podczas gdy partie nie należące obecnie do większego bloku mogą lekko zmniejszyć swój udział o 0,4 pp. Tak jak we wcześniejszych prognozach, przewiduje się, że EPP i S&D pozostaną największymi frakcjami w kolejnym Europarlamencie, przed ALDE i ENF. Pozycja ECR rośnie o jeden poziom do #5 kosztem Zjednoczonej Lewicy. EFDD staje się najmniejszą grupą stojącą za partią prezydenta Macrona En Marche.

Dużo się mówi o nasilaniu się antyunijnego populizmu w Europie, ale co to właściwie są za grupy i partie?

Eurosceptyczne i antyunijne partie nie stanowią jednorodnej grupy i nie ma tu wyraźnej klasyfikacji. Znajdują się głównie na skrajnej prawicy i skrajnej lewicy politycznego spektrum, ale można je znaleźć również wśród partii z centrum. Często realizują wyraźnie populistyczny program, tj. oferują uproszczone i emocjonalnie atrakcyjne odpowiedzi na złożoną rzeczywistość polityczną. Ale z pewnością nie są jedynymi używającymi populistycznej retoryki i wytyczenie wyraźnej linii podziału może w związku z tym być trudnym zadaniem.

Tym, co często łączy eurosceptycznych populistów, jest ich twierdzenie, że znają i reprezentują „ludzi”, przy czym to określenie może niekoniecznie odnosić się do całości czy choćby większości elektoratu. Postrzegają siebie jako głos „ludzi” przeciwko zniechęconej i skorumpowanej krajowej i europejskiej „elicie” lub „establishmentowi” partii głównego nurtu (do których, jak twierdzą, nie należą).

Zazwyczaj Eurosceptycy przedstawiają się również jako obrońcy narodowych interesów przed „brukselską bańką” europejskich instytucji i biurokracji. Prawicowi Eurosceptycy i antyunijne partie zwykle koncentrują się na takich tematach jak tradycyjne wartości, tożsamość, narodowa suwerenność, nacjonalizm i imigracja, podczas gdy grupy lewicowe na ogół mocniej skupiają się na takich tematach jak środki oszczędności, nierówność dochodów, globalizacja i handel (chociaż wiele z nich zaczęło w ostatnich latach również przyjmować bardziej antymigracyjną retorykę).

Eurosceptyczne i antyunijne partie można znaleźć w całej UE, chociaż występują istotne różnice we wpływie, jaki wywierają na poziomie kraju, i poparciu głosujących. Generalnie można zaobserwować rosnącą atrakcyjność tych grup dla części europejskiego elektoratu w ostatnich latach, szczególnie od czasu kryzysu finansowego z lat 2009/8 i kryzysu migracyjnego w 2015 r.

W Europarlamencie eurosceptyczne i antyunijne partie są głównie zorganizowane w cztery spośród obecnych ośmiu transnarodowych grup lub partyjnych rodzin:

— Skrajnie prawicowa, nacjonalistyczna, antymigracyjna i często wprost antyeuropejska Europa Narodów i Wolności (ENF). Do ENF należą „Zjednoczenie Narodowe” (wcześniej „Front Narodowy”) Marine Le Pen z Francji, włoska „Lega” Matteo Salviniego, austriacka FPÖ oraz holenderska Partia Wolności.

— Do antyestablishmentowej, częściowo skrajnie prawicowej i twardo eurosceptycznej Europy Wolności i Demokracji Bezpośredniej (EFDD). Do EFDD należy niemiecka „Alternative für Deutschland” (AfD). Obecnie największy członek ugrupowania, brytyjska partia UKIP odpadnie po brexicie, natomiast włoski Ruch Pięciu Gwiazd ogłosił, że znalazł nowy sojusz do następnego PE.

— Eurosceptyczna i antyfederalistyczna grupa Europejskich Konserwatystów i Reformatorów (ECR), która przesunęła się bardziej na prawo przez włączenie nordyckich partii prawicowych. Po brexicie grupa straci brytyjskich torysów, którzy zapewniali pragmatyczne podejście do polityki w ECR. Największym członkiem grupy zostanie polski PiS, który walczy z Brukselą w kontekście naruszenia przez Polskę europejskich zasad praworządności.

— Skrajnie lewicowa Zjednoczona Lewica Europejska – Nordycka Zielona Lewica (GUE/NGL), która skupia partie socjalistyczne, komunistyczne i antyestablishmentowe, ale również eurosceptyczne. Do tej grupy należą: niemiecka partia Linke, hiszpańska partia Podemos, ale też umiarkowanie eurosceptyczna partia „La France Insoumise” i grecka Syriza.

Fidesz węgierskiego premiera Viktora Orbána jest z pewnością najbardziej wyrazistą eurosceptyczną partią w na ogół proeuropejskiej i centrowej EPP, a członkostwo grupy ostatnio zawieszono w związku z ciągłą antyunijną retoryką i naruszeniami unijnego prawa. Niektórzy (radykalnie lub ekstremalnie) antyeuropejscy europarlamentarzyści i niektóre partie krajowe nie należą do żadnej grupy i w związku z tym zasiadają w Europarlamencie jako członkowie niezrzeszeni lub „Non-Inscrits” (na przykład węgierski Jobbik, niemiecka NPD czy grecki Złoty Świt).

W których państwach i regionach UE (i dlaczego) antyunijne grupy są najsilniejsze?

Mimo że eurosceptyczne i antyunijne grupy można znaleźć w całej UE, ich pozycja jest znacznie silniejsza w pewnych państwach niż w innych. Eurosceptycyzm nie ogranicza się do konkretnych regionów geograficznych i występuje zarówno wśród starych jak i nowych członków UE. Można go zaobserwować w państwach UE mających bardzo różne doświadczenia historyczne, warunki społeczno-gospodarcze i strukturę demograficzną. Większość europejskich systemów partyjnych w UE obejmuje co najmniej jedną prawicową lub lewicową populistyczną partię eurosceptyczną. Podczas gdy w większości państw UE partie te na ogół znajdują się wśród politycznej opozycji (tak jak we Francji, Niemczech i Hiszpanii), w ostatnim roku udział państw członkowskich z eurosceptycznym rządem (lub partnerem w koalicji rządowej) istotnie się zwiększył, obejmując Węgry, Polskę, Austrię, Danię, Finlandię i od ubiegłego roku Włochy.

Jeśli chodzi o udział głosujących, węgierski Fidesz (50%) i polski PiS (41%) mają szczególnie dobre wyniki (patrz Wykresy 4-8), a zaraz za nimi jest włoska Lega (33%). Wraz z M5S (22%) włoską koalicję rządową wspiera ponad połowa włoskiego elektoratu. Grecka Syriza, którą kieruje premier Alexis Tsipra, czy „Koalicja Radykalnej Lewicy” mają 26% głosów w ostatnich sondażach. FPÖ, którą kieruje Heinz- Christian Strache w Austrii i która należy do koalicji rządowej z konserwatywną partią ÖVP Sebastiana Kurza, ma poparcie około 23% wyborców. Francuskie Zjednoczenie Narodowe Le Pen (22%) jest w krajowych sondażach na równej pozycji z „En Marche” prezydenta Macrona. „Demokraci Szwecji” mają 19%, a niemiecka „Alternative für Deutschland” (AfD) późno dołączyła do grona eurosceptycznych partii. Liczba jej wyborców skurczyła się w ciągu ostatnich miesięcy ze szczytowego poziomu 15-16% do aktualnego poziomu około 10%-13%.4 Również atrakcyjność PVV Geerta Wildera dla wyborców w Holandii spadła do 8%.

Wzrost siły eurosceptycznego populizmu w ostatnich latach nie jest w pełni zrozumianym zjawiskiem, wydaje się, że występują zarówno wspólne jak i specyficzne dla poszczególnych państw czynniki nasilające ten wzrost, ale również czynniki oporu wobec tego zjawiska. Skrajnie lewicowe partie odgrywają małą rolę w większości państw członkowskich UE, które dawniej należały do Układu Warszawskiego. A jeśli chodzi o prawicowy populizm, Grecja, Portugalia i Hiszpania wykazały się znaczną odpornością, co często wyjaśnia ich doświadczenie prawicowego totalitaryzmu do drugiej połowy XX wieku. Jednak to doświadczenie wydaje się blaknąć w ostatnich latach, czego ilustracją jest powstanie ekstremalnie prawicowego Złotego Świtu w Grecji (obecnie 8% w sondażach) oraz ostatnio prawicowej populistycznej partii VOX (13%) w Hiszpanii.

Za czym (lub przeciwko czemu) opowiadają się EU(ro)sceptycy?

Często wyróżnia się „lekko” i „twardo” eurosceptyczne partie, chociaż są spory co do stopnia tych rozróżnień. W uproszczonej formie za „lekki” eurosceptycyzm można uznać ogólną zgodę na europejskie ramy instytucjonalne i członkostwo w UE przy nawoływaniu do reform pewnych aspektów Unii (np. oddanie większej suwerenności na poziom krajowy). Twardy eurosceptycyzm zwykle kwestionuje integrację europejską i samo członkostwo w UE oraz obejmuje nawoływania do opuszczenia UE w całości. Jednak często partie nie mieszczą się w jednej z tych grup i mogą gładko między nimi przechodzić.

Również w ramach eurosceptycznych grup w Europarlamencie partie różnią się stopniem antyeuropejskiej retoryki i programu politycznego. Gdyby spróbować szerokiej kategoryzacji, to twardy eurosceptycyzm nawołujący do opuszczenia UE można znaleźć głównie w ENF i EFDD, podczas gdy eurosceptycyzm występujący wśród partii w ECR na ogół jest łagodny lub umiarkowany z wyraźnymi wyjątkami takimi jak Demokraci Szwecji w ECR. GUE/NGL nie jest ogólnie eurosceptyczną grupą, ale u niektórych jej członków można znaleźć łagodnie eurosceptyczne stanowiska, np. grecka Syriza.

Istotne jest to, że kilka twardo eurosceptycznych partii ostatnio złagodziło swoją retorykę i skorygowało swoją narrację. Już nie zalecają, aby ich kraj opuścił UE, ale raczej kwestionują porządek instytucjonalny UE. Często nawołują do „odzyskania” kontroli państwa w pewnych obszarach polityki, w szczególności w zakresie migracji i polityki gospodarczej, oraz do obrony tego, co nazywają „prawdziwą Europą”, przed scentralizowaną w Brukseli biurokracją. Zamiast o opuszczaniu UE Zjednoczenie Narodowe Le Pen we Francji teraz mówi o „zreformowanej UE”, a dla niemieckiej AfD „DEXIT” nie jest podstawowym żądaniem, ale możliwością „ostatniej szansy”, jeśli reformy się nie powiodą.5 To może odzwierciedlać brak poparcia dla radykalnych kroków wśród krajowego elektoratu, którego większość w większości państw europejskich popiera członkostwo w UE, a także może być próbą dotarcia do bardziej umiarkowanych wyborców. Z pewnością odzwierciedla to również przestrogi, jakimi są brytyjskie doświadczenia z brexitem. Eurosceptyczne partie, którym udaje się wejść w skład rządu, też wydają się dość szybko łagodzić swoje stanowisko w sprawie wyjścia z UE, jak to miało miejsce w przypadku włoskiej partii Lega i Ruchu Pięciu Gwiazd.6 Jednak z perspektywy prounijnych i centrowych grup, ta zmieniona retoryka „decentralizowania” UE i przekształcania jej „od wewnątrz” w „Europę narodów” może być jeszcze większym wyzwaniem, ponieważ program „reform” eurosceptyków kwestionuje zasadność podstawowych instytucji UE, takich jak Parlament Europejski i Komisja. Gdyby eurosceptykom udało się skanalizować lęki wokół migracji i obawy elektoratu dotyczące tożsamości kulturowej i perspektyw gospodarczych wobec instytucji europejskich, sama akceptacja kształtu UE mogłaby być w coraz większym stopniu kwestionowana.

Kim są osoby popierające Eurosceptyków i ich grupy docelowe?

Odwołując się często do programu opartego na nastrojach niż na faktach, wielu eurosceptycznym i antyeuropejskim partiom udało się przemówić do tych części elektoratu w Europie, które coraz bardziej czuły się opuszczone (i pozostawione samym sobie przez partie centrum) w ogólnie obserwowanym wzroście pomyślności przypisywanej globalizacji, integracji europejskiej i postępowi technologicznemu. Ponieważ ta sytuacja dotyczy części ludności na całym kontynencie, partie z wyraźnym programem antyunijnym, antyglobalizacyjnym i antymigracyjnym zyskały na popularności w całej Europie. Ale to nie oznacza, że mają poparcie tylko części elektoratu w niepewnej i ekonomicznie niekorzystnej sytuacji albo elektoratu w strukturalnie słabych regionach UE.

Niemiecki projekt badawczy dotyczący nasilania się pozycji skrajnie prawicowej AfD stwierdza na przykład, że pomimo wymiernego wpływu czynników socjodemograficznych, takich jak bezrobocie i przeciętny poziom wykształcenia, nie można generalizować, kim jest „typowy wyborca AfD”.7

Jakie czynniki i kwestie powodują nasilanie się ruchów antyunijnych w Europie?

Z pewnością nie jest możliwe wskazanie jednego czynnika wyjaśniającego nasilanie się w ostatnich latach eurosceptycznego czy antyeuropejskiego populizmu. Są pewne trendy strukturalne, które zdecydowanie należy uwzględnić, w tym wpływ globalizacji, cyfryzacji, mniej jednorodnych społeczeństw, zmieniającego się zaangażowania politycznego oraz niższych poziomów zaufania instytucjonalnego – co nie ogranicza się do Europy, ale jest powszechnie obserwowanym zjawiskiem w zachodnich społeczeństwach.

Lewicowy i prawicowy eurosceptycyzm może się różnić pod względem intensywności odwoływania się do czynników ekonomicznych i kulturowych, ale do pewnego stopnia to rozróżnienie stało się zbyt uproszczone i nieaktualne. Lewicowe eurosceptyczne partie z pewnością mocniej koncentrują się na szkodliwym wpływie socjoekonomicznych konsekwencji globalizacji, takich jak rosnąca nierówność, natomiast prawicowi eurosceptycy raczej instrumentalizują sprzeciw wobec zagrożenia wartości kulturowych wśród wyborców. Jednak ostatecznie czynniki te są blisko ze sobą powiązane i często nie daje się ich łatwo rozdzielić. Brak poczucia bezpieczeństwa ekonomicznego może zwiększać indywidualne lęki, a tym samym podatność na myślenie w kategoriach „moja grupa” / „nie moja grupa” oraz postrzeganie zagrożeń gospodarczych ze strony zewnętrznych grup (imigranci, instytucje UE). Z tego powodu skrajnie prawicowe i skrajnie lewicowe partie często trafiają na obrzeża grup społecznych, a ich grupy docelowe wśród elektoratu się nakładają.

Te zjawiska o charakterze globalnym zbiegają się ze zmianami nastrojów w Europie w związku z kryzysem euro w latach 2011/12 i kryzysem uchodźctwa kilka lat później, które postrzega się jako kryzysy źle zarządzone przez rządy państw unijnych i organy UE, niezależnie od tego, czy jest to postrzeganie słuszne (patrz też Focus Europe, październik 2018). Również tarcia w procesie podejmowania decyzji mogą zaostrzyć postrzeganie nieudolności i przyczyniać się do sfrustrowania polityką Unii, która jest często postrzegana jako oderwana od spraw obywateli UE.

Jak silni staną się Eurosceptycy w następnym PE?

W naszym podstawowym scenariuszu (bez udziału Wielkiej Brytanii w majowych wyborach do Parlamentu Europejskiego) prognozy oparte na sondażach sugerują, że eurosceptyczne partie z prawej strony politycznego spektrum zwiększą udział mandatów w kolejnym PE do prawie 26% z obecnego poziomu 23%. I pomimo tego że po brexicie ECR straci swojego obecnie największego członka, torysów, a EFDD i ENF UKIP, poprzednio jedną z największych (obecnie podzieloną) spośród partii w PE. Partie skrajnej lewicy politycznego spektrum zachowają udział stosunkowo bez zmian na poziomie około 7%. Zatem całkowity udział łagodnych i twardych eurosceptycznych i antyestablishmentowych partii może wynieść od jednej czwartej do jednej trzeciej mandatów w kolejnym PE.

Pozostaną silne w państwach, w których zyskały znaczną pozycję już w poprzednich wyborach do Europarlamentu, takich jak Francja (Front Narodowy/ Zjednoczenie Narodowe), Austria (FPÖ), Węgry (Fidesz) i Polska (PiS), gdzie są nawet w rządzie. Ale jeśli chodzi o największe wygrane populistycznych, nacjonalistycznych antyunijnych partii, znowu wyróżniają się dwa państwa – Włochy i Niemcy. We Włoszech antyunijna rządowa koalicja partii Lega Nord i M5S może zdobyć 46 mandatów, czyli 60% ogólnej liczby mandatów przypadających na Włochy. W Niemczech skrajnie prawicowa antymigracyjna AfD może zdobyć co najmniej 10 mandatów w porównaniu z obecnie posiadanymi 7.

Jak będzie wyglądać układ eurosceptycznych grup i mandatów w kolejnym PE?

Nie jest łatwo odpowiedzieć na to pytanie. Większość prawicowych i skrajnie lewicowych eurosceptycznych i antyestablishmentowych partii należy obecnie do ECR, EFDD i ENF. Ale do stworzenia grupy w PE wymagane jest minimum 25 europosłów z jednej czwartej państw UE (tj. aktualnie 7). Jak pokazano na Wykresie 6, przewiduje się, że EFDD nie spełni żadnego z tych dwóch kryteriów. Poprzednio największy członek grupy, UKIP, jest teraz podzielony i częściowo przeniósł się do ENF. Ale jeśli brexit nie zostanie przesunięty (lub odwołany), parta ta tak czy inaczej wypadnie z PE. Francuska partia „Debout la France”, dotychczas członek EFDD, ogłosiła zamiar przystąpienia do ECR po majowych wyborach.

Włoski Ruch Pięciu Gwiazd już ogłosił, że rozważa utworzenie nowej grupy w PE razem z polską skrajnie prawicową partią Kukiz’15, chorwacką Živi zid i dwiema innymi mniejszymi partiami z Grecji i Finlandii. Ale potrzebowaliby co najmniej jeszcze dwóch członków z innych państw UE, żeby utworzyć własną grupę, a według aktualnych sondaży nie wszystkie z tych partii mogą wejść do PE.8 Okaże się, czy starania M5S o pozyskanie francuskich „żółtych kamizelek” mogą sprawić, że M5S znajdzie potencjalnych sojuszników w kolejnym PE. Kilka grup spod znaku „żółtych kamizelek” planuje start w wyborach z własnych list, które według sondaży mogą uzyskać 13% głosów we Francji.9 ECR, która według przewidywań zyska nowych członków takich jak holenderskie „Forum dla Demokracji” i francuską partię DLF, pozostanie największą grupą pod względem reprezentowanych państw UE, ale nie pod względem europosłów. Tutaj grupa ENF, do której należy francuskie Zjednoczenie Narodowe i włoska Lega, stanie się największym eurosceptycznym blokiem z udziałem 8,7% i czwartą pod względem wielkości grupą w PE. W przypadku rozwiązania EFDD pozostali dwaj członkowie grupy: niemiecka AfD i litewska TT mogą przystąpić do ECR, ENF, działać niezależnie lub dołączyć do nowo zakładanej koalicji np. z Ruchem Pięciu Gwiazd. Również nie jest jeszcze ustalone, do jakiej grupy przystąpi hiszpańska skrajnie prawicowa partia VOX, która według przewidywań wejdzie do kolejnego PE jako nowy gracz, a także niektóre z dotychczas niezrzeszonych partii takie jak węgierski Jobbik.10 Również węgierski Fidesz, który według przewidywań wyśle 12 przedstawicieli do kolejnego PE i którego członkostwo w EPP zostało ostatnio tymczasowo zawieszone, już dał się skusić do wstąpienia w szeregi ECR.11

Gdyby wszystkie prawicowe eurosceptyczne i antyunijne partie utworzyły jedną grupę (wraz z aktualnie niezrzeszonymi oraz nowymi partiami i węgierskim Fideszem), mogłyby nawet zostać największą grupą w PE z blisko 26% mandatów, wyprzedając konserwatywną grupę EPP. Jednak taka grupa wydaje się raczej mało prawdopodobna, ponieważ obejmowałaby szerokie spektrum ideologiczne od łagodnych eurosceptyków i narodowych konserwatystów po wprost antyeuropejskie partie i radykalnie prawicowych ekstremistów. Na skrajnej lewicy antyestablishmentowa i częściowo (łagodnie) eurosceptyczna Zjednoczona Lewica/Nordyccy Zieloni (GUE/NGL) zachowują udział mandatów na względnie stałym poziomie około 7%, podczas gdy udział niezrzeszonych partii antyestablishmentowych i socjalistycznych/komunistycznych jest marginalny na poziomie poniżej 0,5% mandatów.

Co z brexitem?

Już szeroko omawialiśmy wpływ Brexitu na wybory europejskie w informacji nr #1 w ramach odliczania do wyborów do Europarlamentu. Jeśli Wielka Brytania wyjdzie z UE zgodnie z pierwotnym planem przed 22 maja, tj. dzień przed rozpoczęciem wyborów, żaden brytyjski europoseł nie zasiądzie w następnym PE. Jeśli Wielka Brytania poprosi o większe przedłużenie artykułu 50 i tym samym będzie musiała wziąć udział w wyborach, miałoby to wymierny, ale jednak ograniczony wpływ na rozkład mandatów. Nasze aktualne prognozy potwierdzają poprzednio przewidywane wyniki, według których obóz eurosceptyczny zyskałby około 2 do 3 pp w porównaniu z prognozami w scenariuszu podstawowym. UKIP, która przystąpiła do EFDD w 2014 r., jest teraz rozbita pomiędzy ENF, EFDD a niezrzeszonymi, podczas gdy poprzedni lider partii Nigel Farage przystąpił do nowo utworzonej „Brexit Party”. Udział Wielkiej Brytanii w wyborach do PE nie zmieniłby znacząco równowagi w kolejnym PE, mógłby jednak mieć wpływ na tworzenie grup.

Czy eurosceptycy w PE mają wspólny program?

W ubiegłym roku pomysł paneuropejskiego wspólnego ruchu rozproszonego nacjonalistycznego, eurosceptycznego obozu zyskał szeroką uwagę. Przywódcy partii z całego antyunijnego spektrum wyrażali chęć bardziej zjednoczonej frakcji w ramach parlamentu. Wicepremier Włoch Matteo Salvini (Lega) wzywał do utworzenia „Ligi Lig Europy, łączącej wszystkie wolne i suwerenne ruchy, które chcą bronić swoją ludność i granice”.12 Zaprosił również skrajnie prawicowe partie z całej UE na spotkanie 8 kwietnia w Mediolanie w celu utworzenia sojuszu przed majowymi wyborami. Jednak tylko kilka partii faktycznie uczestniczyło w spotkaniu.13 Zjednoczony antyunijny sojusz jest z pewnością tym, co miał na myśli były doradca prezydenta Trumpa, Steve Bannon, kiedy ostatnio dofinansował „Ruch” na rzecz zgromadzenia wszystkich eurosceptycznych i nacjonalistycznych sił pod jednym sztandarem. Ale dotychczas reakcja na starania Bannona wśród eurosceptycznych przewódców partii jest raczej chłodna.14

Mamy wątpliwości, czy antyunijne i nacjonalistyczne grupy w PE będą w stanie przełamać swoje poprzednie rozbieżności i zbudować znacznie bardziej zjednoczony blok. Wynika to częściowo z różnic w politycznej orientacji i ideologii partii, ale też częściowo wynika z osobowości i zabiegania o przywództwo w dużych antyeuropejskich i eurosceptycznych partiach. Włoska koalicja rządowa Lega-M5S jest dobrym przykładem tego, jak trudne może być uzgodnienie i realizowanie wspólnego programu przez prawicowe i lewicowe partie populistyczne. Ale również z powodów strukturalnych silniejsze zjednoczenie eurosceptycznych partii może być wyzwaniem, co sprawia, że utworzenie jednej dużej grupy lub sojuszu w następnym PE jest raczej mało prawdopodobne. Pomimo wspólnych elementów ideologicznych, np. w sprawie migracji i zewnętrznej granicy, istnieją zasadnicze (regionalne) podziały dotyczące preferowanej reakcji politycznej, na przykład w zakresie redystrybucji uchodźców w Unii. Niektóre z tych partii, takie jak francuskie Zjednoczenie Narodowe, włoska Lega, niemiecka AfD i austriacka FPÖ, uznaje się za bliskie Rosji, podczas gdy zwłaszcza polski PiS ma poważne zastrzeżenia wobec wschodniego sąsiada.15

Jednak o ile jedność i konsensus wśród krytyków Unii są niezbędne do konstruktywnego tworzenia polityki, o tyle nie aż tak bardzo są niezbędne do utrudniania życia innym grupom w PE. Nawet bez wspólnego programu te grupy mogą sprawić, że budowanie koalicji (na poziomie krajowym) stanie się o wiele bardziej złożone.16

Jakie są polityczne i gospodarcze konsekwencje antyunijnego populizmu?

Nie przewidujemy w następnym PE zasadniczej zmiany większości prowadzącej do mocno zmienionego programu. Jednak zwiększone rozproszenie sił w kolejnym parlamencie utrudni podejmowanie ważnych decyzji. Może to wpłynąć na szeroki wachlarz tematów instytucjonalnych i ekonomicznych, w tym wybór nowego Przewodniczącego Komisji, następnego wieloletniego budżetu UE, umowy handlowe z państwami trzecimi oraz relacje z wielką Brytanią po brexicie. Również styl dialogu politycznego oraz retoryka mogą stać się bardziej populistyczne. To może utrudnić realizację polityki z długoterminowymi korzyściami (których pozytywny wpływ niekoniecznie będzie od razu widoczny).

Zwiększony wpływ antyeuropejskich populistycznych partii zarówno w następnym PE, jak i w Radzie Europejskiej oraz polityce krajowej, przyczyniają się do podwyższonego poziomu niepewności politycznej, co wpływa zarówno na wewnętrzne sprawy UE, jak i na jej pozycję w zmieniającym się i coraz bardziej konkurencyjnym globalnym porządku. Wysoki poziom niepewności może mieć istotne koszty ekonomiczne. Prawdopodobnie będzie stwarzać przeszkody dla inwestowania, ponieważ przedsiębiorstwa mogą odkładać decyzje lub zmniejszać budżety inwestycyjne. Najlepiej ilustruje to przykład Wielkiej Brytanii przed jej historycznym wystąpieniem z UE.

Poza przedsiębiorstwami niepewność polityczna może również podkreślać bardziej krótkowzroczną orientację rządowej polityki gospodarczej i inwestycji publicznych. Tutaj oczywistym przykładem są Włochy i ich spór z Komisją Europejską w sprawie polityki fiskalnej, polityki zadłużenia i reform. Niepewność może również wpłynąć na konsumentów, którzy są skłonni do powstrzymywania się od konsumpcji.

Warunki gospodarcze w UE są bardzo zróżnicowane i nie wszystkie państwa, gdzie kwitnie antyeuropejski populizm, zmagają się z wysokim bezrobociem i powolnym wzrostem. Jednocześnie antyeuropejskie lub eurosceptyczne rządy niekoniecznie prowadzą szkodliwą politykę gospodarczą, przynajmniej krótkoterminowo, jak pokazuje przykład Polski czy Węgier. Ale w państwach, gdzie populiści zyskują wpływy lub władzę z powodu braku równowagi gospodarczej, ich ambicja, aby zadowolić wyborców krótkowzrocznym luzowaniem fiskalnym, może pogorszyć warunki w perspektywie średnioterminowej. Złe zarządzanie na poziomie krajowym może przyczynić się do powstawania warunków, w których populiści znakomicie się rozwijają, i dodatkowo zwiększyć poczucie słabnięcia Unii Europejskiej, co może dalej napędzać apetyt na rozwiązania krajowe.

Pod względem polityki gospodarczej populiści często nie wpisują się w tradycyjny podział na lewicę/prawicę. Chociaż czasem rozróżnia się lewicowych i prawicowych populistów, polityka gospodarcza nie jest ich cechą definiującą. Populiści podkreślają inny podział („ludzie” i „elity”). Przy tym polityka gospodarcza ma wtórne znaczenie i to raczej jako środek niż cel. Potrzebują być popularni a nie konsekwentni. Pozwala to na znaczny zakres (i zmiany) stanowisk w sprawie typowych tematów w dziedzinie polityki gospodarczej, takich jak redystrybucja i opodatkowanie lub protekcjonizm i handel. Podobnie ogólne podejście do polityki gospodarczej może łączyć interwencjonizm z mieszankami laissez faire. Można argumentować, że populistyczna polityka gospodarcza jest skrzywiona w kierunku rozwiązań krótkookresowych (i z kolei ma tendencje do pomijania lub umniejszania roli ryzyk średnio- i bardziej długookresowych, np. wynikających z rosnącego deficytu, inflacji), z większym naciskiem na tematy makroekonomiczne niż mikroekonomiczne, takie jak reformy strukturalne. Głównymi ryzykami populistycznej polityki gospodarczej są protekcjonizm, zadłużenie i osłabienie instytucji (gospodarczych).

Jaka jest odpowiedź partii proeuropejskich na to wyzwanie?

Odpowiedzią jest często jedna z dwóch możliwości:

— Atakują populistów jako populistycznych demagogów i wrogów europejskich wartości i osiągnięć. Francuski prezydent Macron i jego wezwanie do utworzenia „proeuropejskiego sojuszu” i do „europejskiej odnowy” jest doskonałym tego przykładem.

— Partie centrum mogą też zaadaptować lub naśladować (częściowo) program i retorykę eurosceptyków, mając nadzieję na odebranie im siły oddziaływania. Przykładem (udanego) zastosowania tego podejścia jest centroprawicowa koalicja rządowa austriackiego premiera Kurza, ale też przesunięcie się Niemiec w kierunku bardziej restrykcyjnej polityki migracyjnej.

Oba podejścia można zakwalifikować jako (krótkoterminowe) środki zaradcze, ale mogą one też łatwo obrócić się przeciwko tym, którzy je stosują.

— Dla eurosceptyków prezentowanie się swojemu elektoratowi jako walczących z zewnętrznym przeciwnikiem, w tym przypadku z „uciskającymi” instytucjami/establishmentem UE i ich przedstawicielami, jest podstawową formą działania. Przyjęcie tej udawanej walki poprzez otwarty atak może jeszcze bardziej wzmocnić poparcie dla eurosceptyków na poziomie krajowym.

— Próba odzyskania wyborców poprzez dostosowanie populistycznego programu antymigracyjnego i antyeuropejskiego może również przynieść pożądany skutek, przynajmniej krótkoterminowo. Ale może też pomóc w przeniesieniu poprzednio niechętnie widzianych stanowisk i poglądów z politycznych obrzeży do centrum społeczeństwa i promować debatę polityczną coraz bardziej opartą na emocjach a nie na faktach.

Co mogą zrobić proeuropejskie partie i przywódcy, żeby odzyskać rozczarowanych i niezaangażowanych wyborców?

Nie ma łatwej i uniwersalnej odpowiedzi na to pytanie. Można zakładać, że proeuropejskie partie i przywódcy mają pełną świadomość wyzwań, ale jak wskazano powyżej, znalezienie dobrej odpowiedzi to inna para kaloszy.

— Generalnie zaufanie do unijnego porządku demokratycznego, instytucjonalnego i prawnego wymaga, aby UE zaspokajała potrzeby swoich obywateli w zakresie bezpieczeństwa, dobrobytu i partycypacji. Odzwierciedla to wezwanie Komisji do tworzenia „Europy, która realizuje swoje obietnice”. Jednak jednoczesne spełnienie oczekiwań ponad 500 milionów obywateli UE z różnych obszarów geograficznych, kulturowych i zróżnicowanych gospodarczo jest ogromnym zadaniem. Wymaga też otwartej i ciągłej dyskusji o europejskich dobrach publicznych.

— Wskazanie powodów nasilenia się pozycji eurosceptycznych zarówno w UE, jak i na poziomie krajowym jest również istotne. Emocjonalna i uproszczona retoryka oraz bezpodstawne roszczenia mogą być użyte w celu zmanipulowania wyborców, ale nie trafiałyby do szerszego elektoratu, gdyby nie występowały jakieś zaburzenia równowagi społecznej i słabe punkty. Zwiększony niepokój dotyczący indywidualnej i zbiorowej przyszłości Europejczyków, często związany z szybkimi zmianami gospodarczymi, kulturowymi i technologicznymi w ostatnich latach, wymaga szczerej reakcji. Odpowiednie zakomunikowanie tego powinno być możliwe tam, gdzie obawy są bezpodstawne lub przesadzone. Tam, gdzie są uzasadnione, wyborcy zażądają odpowiedniej polityki.

— (Międzypokoleniowe) nierówności szans i rosnące nierówności w zakresie dochodów i poziomu zamożności mogą być pożywką dla populistów i eurosceptyków, jednak podejście do tych kwestii poprzez zastosowanie krótkowzrocznego i niemożliwego do utrzymania luzowania podatkowego może się w średniookresowej perspektywie obrócić przeciwko stosującym takie rozwiązania. Wreszcie niejednorodność UE może wymagać szytych na miarę, specyficznych dla danego kraju reakcji.

— Krytyka instytucji europejskich i europejskiego przywództwa nie jest automatycznie antyeuropejska. Jednak często uogólnione oskarżenia o gospodarczą i polityczną „elitarność”, korupcję i politykę klienteli nie mają mocnych podstaw w faktach. Aby jednak wykazać fałszywość takich twierdzeń, jeśli są nieuzasadnione, oraz aby zapobiegać przyszłym nadużyciom, jeśli takie mogą wystąpić, najwyższe standardy transparentności i uczciwości wśród europejskich przedstawicieli politycznych nabierają coraz większego znaczenia.

— Nie do końca jasny jeszcze wpływ technologii i mediów społecznościowych na debatę polityczną i ich wpływ na wyborców. Chociaż granica pomiędzy informacją a manipulacją w polityce nigdy nie była wyraźna, celowa dezinformacja i profilowanie psychologiczne stosowane w celu wywierania systematycznego wpływu na zachowanie wyborców to niebezpieczne zjawisko zmieniające reguły gry w demokratycznych społeczeństwach. Zajęcie się tą kwestią, czy to w kontekście Parlamentu Europejskiego, czy w kontekście wyborów krajowych, wymaga wspólnego wysiłku na poziomie europejskim oraz wyraźnej świadomości związanego z tym ryzyka cenzury.

— Instytucje europejskie i ich przedstawiciele są często wykorzystywani jako kozły ofiarne przez krajowych polityków nie tylko z obozu eurosceptycznego, ale też generalnie z obozu proeuropejskiego i z centrum sceny politycznej w celu odwrócenia uwagi od własnych niepowodzeń, wzmocnienia władzy lub forsowania własnego programu na poziomie kraju. Chociaż może być to kuszące, potencjalne koszty polityczne i reakcja na taką taktykę stają się coraz bardziej widoczne.

— UE dołożyła znacznych starań w celu zakomunikowania obywatelom Europy zalet członkostwa w Unii i historycznych osiągnięć integracji europejskiej. Dla porównania, proeuropejska komunikacja ze strony krajowych przywódców i przedstawicieli często pozostaje z tyłu.

— Pogląd, że „więcej Europy” nie jest z definicji najlepszym podejściem do wszystkich spraw europejskich, nie ogranicza się do eurosceptyków. Proeuropejskie partie i rządy z centrum sceny politycznej również z rosnącą ostrożnością podchodzą do dalszej integracji i centralizacji tych obszarów polityki unijnej, w których nie ma wyraźnego poparcia większości wyborców.

W 2019 r. ceny mieszkań będą rosnąć, ale mniej dynamicznie

W najnowszym raporcie dotyczącym rynku mieszkaniowego eksperci Emmerson Evaluation wskazują, że 2018 był rokiem znacznych podwyżek – zarówno cen mieszkań, które w wielu lokalizacjach osiągnęły rekordowe poziomy, jak i kosztów wykonawstwa budowlanego oraz cen gruntów pod nowe inwestycje mieszkaniowe. W 2019 r. tempo podwyżek będzie jednak mniej dynamiczne, prognozują autorzy raportu EVALUER INDEX 2019.

W raporcie EVALUER INDEX 2019 eksperci Emmerson Evaluation, firmy zajmującej się profesjonalną wyceną nieruchomości, przebadali najważniejsze rynki mieszkaniowe w Polsce. – Zgromadzone przez nas dane pokazują, że w 2018 r. ceny mieszkań wzrosły we wszystkich największych miastach w Polsce i to zarówno na rynku pierwotnym, jak i wtórnym. Wzrosty cen nowowybudowanych lokali były większe niż w przypadku tych z drugiej ręki – zaznacza Dariusz Książak, Prezes Emmerson Evaluation.

Na rynku padły kolejne rekordy

W 6 z analizowanych w raporcie EVALUER INDEX 2019 miast mediana cen mkw., po raz pierwszy od 2013 r., przewyższyła 5 tys. zł. Taki rekord autorzy opracowania zanotowali na rynkach Katowic, Szczecina, Bydgoszczy, Olsztyna, Białegostoku i Rzeszowa. W Warszawie po raz pierwszy w 6-letniej historii raportów EVALUER INDEX mediana ceny mkw. na rynku pierwotnym przekroczyła 9 tys. zł, a w Krakowie, Wrocławiu, Poznaniu i Gdańsku – 7 tys. zł. Bardzo mocno wzrosły też ceny mieszkań w Gdyni, gdzie mediana w 2018 r. uplasowała się na poziomie powyżej 8 tys. zł/mkw. To wzrost o prawie 1,8 tys. zł w stosunku do poziomu z 2017 r. W ujęciu rok do roku, w ponad 3/4 z analizowanych lokalizacji wzrosty przekroczyły poziom 10%. Największe podwyżki Emmerson Evaluation odnotował we wspomnianej już Gdyni, ale także w Sopocie i Szczecinie (wynosiły one odpowiednio 28%, 21% i 19%). Nieco mniej dynamiczny wzrost (poniżej 10%) zanotowały rynki w m.in. Łodzi, Zielonej Górze, Toruniu (odpowiednio 9%, 8% i 7%). Wzrosty do 5% widoczne były jedynie w dwóch miastach – Lublinie i Kielcach. Mediana ceny lokali w stolicy województwa świętokrzyskiego zbliżyła się do poziomu 5 tys. zł/mkw.

Nie tylko kupujący doświadczają podwyżek

W opinii analityków Emmerson Evaluation wzrost cen mieszkań w 2018 r. spowodowany był kilkoma głównymi czynnikami. Po stronie podażowej, czyli deweloperów, największy wpływ miał wzrost kosztów generalnego wykonawstwa, w tym zarówno materiałów budowalnych, jak i robocizny. Wzrost twardych kosztów budowy był szczególnie widoczny w Warszawie, gdzie wg obliczeń ekspertów firmy sięgał średnio 17% względem roku 2017. Podwyżki nie ominęły również mniejszych miast wojewódzkich, gdzie zanotowano średni wzrost na poziomie 9% w porównaniu do 2017 r. W wartościach bezwzględnych we wszystkich analizowanych w raporcie miastach twardy koszt budowy 1 mkw. Powierzchni Użytkowej Mieszkalnej (PUM) przekroczył 4 tys. zł, przy czym w Warszawie wyniósł ok. 4,5 tys. zł/mkw. PUM.

Ceny zakupu terenów pod budowę w 2018 r. również wzrastały. Według szacunków analityków firmy największy, bo aż dwucyfrowy, wzrost ceny gruntu w przeliczeniu na 1 mkw. PUM nastąpił we Wrocławiu i Warszawie (po 11% w każdym z tych miast względem roku poprzedniego) oraz Poznaniu (o 10% w porównaniu do 2017 r.).

Wzrost cen nowych mieszkań był stymulowany także ze strony popytowej. Już kolejny rok z rzędu wyprzedawały się one na etapie „dziury w ziemi”. Deweloperzy zatem nie mieli oporów w oferowaniu coraz wyższych cen za mieszkania. Podnosili ceny ofertowe nawet raz na miesiąc, więc kupujący nie mieli zbyt dużego pola do negocjacji – dodaje Dariusz Książak.

Sytuacja na rynku pierwotnym stymulowała rynek wtórny. Tam również mieszkania wyprzedawały się „na pniu”. Ceny mieszkań z drugiej ręki mocno więc wzrosły. W 2018 r. mediana ceny w Warszawie, po raz pierwszy od 2013 r., przewyższyła 8 tys. zł/mkw., a w Gdańsku 6 tys. zł/mkw. Prawie 1/3 z analizowanych lokalizacji zanotowała wzrosty cen na poziomie co najmniej 10% w porównaniu do 2017 r. Największe podwyżki nastąpiły w Łodzi (18%). Główną motywacją nabywców dokonujących zakupu mieszkań na rynku wtórnym była niższa cena mkw. niż w przypadku lokali z rynku pierwotnego. Dodatkowe czynniki, jak atrakcyjna lokalizacja, w tym dobry dostęp do komunikacji miejskiej czy społecznej (szkoły, przedszkola) także były brane pod uwagę podczas decyzji o zakupie.ceny mieszkań 2019 prognoza

Sprzedaż w 2018 r. nadal na wysokim poziomie

Zaprezentowane w raporcie EVALUER INDEX 2019 dane świadczyły o bardzo dobrej sytuacji sprzedających mieszkania w ubiegłym roku. Mimo, iż w 2018 r. dynamika sprzedaży spadła w kilku lokalizacjach, m.in. w Katowicach, Wrocławiu oraz Poznaniu, to zanotowany poziom i tak należy do jednych z najwyższych w historii. Liczba sprzedanych mieszkań w 7 największych polskich miastach (Warszawa, Kraków, Wrocław, Poznań, Gdańsk, Łódź i Katowice) w 2018 r. była jedynie o 0,3% niższa niż w 2016 r. i o 17% niższa niż w 2017 r. Jest to więc trzeci wynik w historii. – Spadek liczby transakcji odnotowaliśmy głównie w przypadku zakupów gotówkowych, dokonywanych zwykle przez osoby inwestujące w mieszkania na wynajem. Dla części z nich ceny w niektórych lokalizacjach mogły już osiągnąć poziom zagrażający uzyskaniu oczekiwanej rentowności z inwestycji – zauważa Prezes Emmerson Evaluation. Dobrą sytuację dla nabywców dokonujących zakupów na własne cele mieszkaniowe stymulowały preferencyjne warunki kredytowe oferowane przez banki, dodaje ekspert.

W 2019 r. dalszy wzrost cen, ale już mniej dynamiczny

W 2019 r. analitycy Emmerson Evaluation spodziewają się, że dynamika wzrostu cen mieszkań będzie stopniowo zwalniać. Z jednej strony, ceny mieszkań wciąż będą znajdować się pod presją wysokich kosztów budowy. Deweloperzy, w obliczu rosnących kosztów gruntów, materiałów budowlanych oraz siły roboczej będą musieli podnosić ceny w celu utrzymania swoich marż przynajmniej na notowanym dotychczas poziomie. Do tego mogą dojść kolejne czynniki, które mogą kreować wzrost nakładów na produkcję mieszkań, jak chociażby perspektywa zwiększenia kosztów prowadzenia rachunków powierniczych w związku planowaną przez rząd zmianą przepisów dotyczących działalności deweloperskiej. Z drugiej strony, należy zwrócić uwagę, że ceny mieszkań rosną systematycznie od 2014 r. i w tym czasie wzrosły średnio o ok. 30%, a w najlepszych lokalizacjach nawet znacznie więcej. Dalszy wzrost cen może nie być już akceptowany przez potencjalnych nabywców, w szczególności dla kupujących lokale mieszkalne inwestycyjnie – z przeznaczeniem na wynajem.  – Właśnie powszechność zakupów inwestycyjnych, jakie miały miejsce w ostatnich latach, postrzegamy jako główne zagrożenie dla dalszego rozwoju polskiego rynku mieszkaniowego. Nabywcy inwestycyjni w mniejszym stopniu, niż osoby kupujące na własne potrzeby mieszkaniowe, kierują się emocjami czy sentymentem do danej lokalizacji, koncentrując się głównie na ekonomicznych aspektach transakcji, w szczególności potencjalnej rentowności, jaką może dać zakup konkretnego lokalu. W związku z konsekwentnym wzrostem cen mieszkań w ostatnich latach stopa zwrotu z takich inwestycji zaczęła spadać. Dla tej grupy nabywców może być to argumentem przemawiającym za wstrzymaniem się z zakupami do momentu ustabilizowania się sytuacji na rynku. Z kolei osoby, które nabywają mieszkania na własne potrzeby, motywowane głównie obawą przed dalszymi podwyżkami, nie powinny wycofać się z rynku – tłumaczy Dariusz Książak.

Analitycy firmy przewidują, że tegoroczne zakupy mieszkań będą zatem nieco mniejsze niż w roku ubiegłym. W efekcie, w drugiej połowie roku dostępność mieszkań powinna nieco wzrosnąć, bo i wielkość oferty deweloperskiej wciąż znajduje się na poziomie zbliżonym do rekordowego. Taki stan powinien utrzymać się jeszcze przynajmniej przez lata 2019 i 2020 w związku rekordową liczbą mieszkań, na które wydano pozwolenia na budowę w ciągu ostatnich dwóch lat. – Korzystna dla kupujących relacja podaży do popytu nie będzie jednak na tyle znacząca, aby w 2019 r. całkowicie zahamować wzrost cen. Taki scenariusz, jest naszym zdaniem możliwy dopiero w roku 2020 – zaznacza Prezes Emmerson Evaluation. Głównymi czynnikami wspomagającymi dalszy rozwój rynku w najbliższym czasie będzie niski koszt kredytów, rosnące wynagrodzenia oraz niski poziom bezrobocia.

ZPP: Polska pilnie potrzebuje Doktryny Energetycznej

Aktualny stan i perspektywy rozwoju polskiej energetyki to nasz największy problem w kontekście konkurencyjności całej gospodarki. Zaniechania i brak strategicznego myślenia niebezpiecznie zbliżają nas do systemowej recesji i spadku poziomu życia obywateli. Polska pilnie potrzebuje doktryny energetycznej uwzględniającej procesy zachodzące na świecie, a nie tylko życzeniowe myślenie polityków. Tak wynika z najnowszego raportu Związku Przedsiębiorców i Pracodawców pt. „Założenia do strategii rozwoju energetyki w Polsce”.

Warunkiem poprawy otoczenia biznesowego Polski jest zbudowanie konsensusu politycznego wokół długoterminowego programu transformacji energetyki. Bez tego nie może być mowy o długoterminowej transformacji energetycznej Polski. Dla zapewnienia stałych i konkurencyjnych cen energii dla polskiego przemysłu, konieczna jest stopniowa prywatyzacja źródeł wytwarzania i linii przesyłowych, co wymusi rynkowe zachowania państwowych producentów.

Doktryna na czterech filarach

Filar Nr 1; Zmiana struktury własności i dywersyfikacja źródeł wytwarzania. Systematycznie zastępowanie państwowych kombinatów prądotwórczych prywatną energetyką rozproszoną. Stopniowe ograniczenie udziału paliw stałych, tak aby w 2030 roku energetyka węglowa stanowiła 50% polskiego miksu, a drugą połowę powinna stanowić energia uzyskana ze źródeł odnawialnych i paliw gazowych. Jeśli w miksie pojawi się atom, to nastąpi to na pewno dopiero po 2030 roku. Największe i nowo wybudowane bloki węglowe, muszą zostać w rękach państwa, choć zapewniać będą jedynie 30 – 40 % najwyższego zapotrzebowania krajowego. O ile linie przesyłowe 400 kV i 220 kV jeszcze przez wiele lat pozostaną w rękach państwa, to pozostała część źródeł wytwarzania oraz linii przesyłowych, (rewitalizowane bloki 200 MW), energetyka wiatrowa, gazowa, energia z odpadów, fotowoltaika, oraz linie 110 kV, linie średniego i niskiego napięcia, powinny zostać sprywatyzowane i podlegać mechanizmom rynkowym.

Filar Nr 2; Węgiel pozostaje ważnym źródłem energii. Zmienia się jednak strategia wydobycia i myślenie o znaczeniu samego węgla. To oznacza ograniczenie wydobycia do opłacalnych złóż, przy uwzględnieniu niezbędnych inwestycji górniczych. Konwencjonalna energetyka węglowa, docelowo ma jedynie gwarantować dostawy energii elektrycznej na wypadek zapaści systemu, czy zwiększonego zapotrzebowania.

Filar Nr 3; Rozwój odnawialnych źródeł energii, jako części ogólnokrajowej polityki rozwoju źródeł rozproszonych. Potrzeba optymalizacji i zwiększenia efektywności energetycznej, przy jednoczesnym ryzyku dalszego wzrostu cen energii powodują, że inwestycje w OZE stają się coraz bardziej powszechne i pożądane. Należy uruchomić programy regionalne i pozostawić decyzje o rozwoju źródeł rozproszonych lokalnym społecznościom, przy ogólnokrajowym systemie wsparcia dla inicjatyw regionalnych oraz założeniu, że okres wsparcia kończy się po 15 latach. Okres wsparcia można różnicować dla poszczególnych technologii.

Filar Nr 4; Państwo dalej musi ponosić odpowiedzialność za dostawy energii elektrycznej. Nie oznacza to jednak, że musi być właścicielem wszystkich źródeł wytwórczych i całości linii przesyłowych. Strategiczne źródła wytwórcze i strategiczne linie przesyłowe mogą, ale nie muszą, pozostawać w rękach państwa, jako gwarant bezpieczeństwa energetycznego kraju. Docelowo rola państwa musi się sprowadzać jedynie do kreowania i nadzoru nad polityką energetyczną.

Mając na uwadze powyższe założenia, Związek Przedsiębiorców i Pracodawców rekomenduje:

• Szybkie wdrażanie polityki zmiany miksu nośników energii. Stopniowe ograniczenie udziału paliw stałych, zwiększenie udziału OZE i zwiększenie udziału paliwa gazowego, głównie, jako regulatora pracy źródeł odnawialnych. W ciągu 10 lat powinniśmy osiągnąć wielkości 50% w bilansie wytwarzania ze źródeł gazowo-odnawialnych, a 50% ze źródeł węglowych;

• Zdefiniowanie i ujawnienie krajowych zasobów węgla kamiennego w oparciu o dostępność ekonomiczną tych surowców. Porównanie krajowego potencjału wydobywczego z możliwościami importowymi, zarówno w zakresie cen, terminów i gwarancji dostaw;

• Opracowanie planów inwestycyjnych w elektrownie węglowe i górnictwo, w oparciu o gwarancje pokrycia 50% maksymalnego zapotrzebowania systemu;

• Ograniczenie do 2030 roku pracy bloków na węgiel brunatny i zastępowanie ich OZE, blokami gazowymi, a na terenach po górniczych w ramach rekultywacji tych terenów budowanie zespołów szczytowo pompowych;

• Przedstawienie programu doktryny energetycznej Komisji Europejskiej, uzyskanie akceptacji i negocjowanie darmowych emisji CO2, uzasadniając to koniecznością przeprowadzenia kompleksowej transformacji w dłuższym okresie czasu;

• Umożliwienie jak najszybszego rozwoju połączeń transgranicznych zarówno z krajami Unii Europejskiej, jak i najbliższymi sąsiadami;

• Sprywatyzowanie poprzez giełdę, przy zachowaniu nadzoru państwa, spółek dystrybucyjnych tak, żeby zmusić państwowych potentatów do zachowań rynkowych.

• Umożliwienie podmiotom rynkowym swobodny obrót energią, zarówno ze źródeł krajowych jak i z importu z dowolnego kierunku;

• Poprzez ułatwienia legislacyjne, intensywny rozwój partnerstwa publiczno-prywatnego w samorządach w zakresie uruchamiania źródeł wytwórczych energii i ciepła oraz tworzenia lokalnych sieci przesyłowych;

• Prawne uregulowania pozwalające na rozwój klastrów i spółdzielni energetycznych;

• Intensywny rozwój programu małej energetyki indywidualnej poprzez system zachęt dla odbiorców, jak również poprzez preferencje inwestycyjne w tym zakresie;

• Należy rozważyć przeniesienie polskiego programu budowy elektrowni atomowej w obszary stopniowo likwidowanych elektrowni na węgiel brunatny;

• Należy jak najszybciej podjąć decyzję o budowie morskich farm wiatrowych, stworzyć odrębną ścieżkę legislacyjną ułatwiającą prowadzenie tych inwestycji;

• Natychmiastowy powrót do wspierania rozwoju lądowych farm wiatrowych, najtańszego źródła wytwarzania energii elektrycznej;

• W możliwie najkrótszym terminie należy wdrożyć skuteczny i racjonalny system wsparcia dla źródeł fotowoltaicznych.