Coraz więcej osób zamawia jedzenie online, ale wciąż popularne są telefoniczne zamówienia

Z portali służących do zamawiania jedzenia online korzysta coraz więcej osób, chociaż wciąż najpopularniejszy jest kanał telefoniczny. Liczba zamówień w tego typu serwisach rośnie wraz z poszerzaniem oferty, a ta rośnie dynamicznie, bo restauracje chętnie korzystają z usług takich platform, tym bardziej że oferują one zamawianie posiłków także przez aplikacje mobilne. PizzaPortal.pl szacuje, że rynek jedzenia zamawianego online zwiększa się o 100 proc. rocznie. 

– W sieci pojawia się coraz więcej platform służących do zamawiania jedzenia. Widzimy duże zainteresowanie rynkiem tego typu portali na całym świecie. W Polsce również. Utrzymujemy tempo wzrostu ok. 100 proc. rok do roku – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Lech Kaniuk, dyrektor zarządzający PizzaPortal.pl. – Trzeba jednak pamiętać o tym, że rynek ten jest bardzo młody. Jeżeli weźmiemy pod uwagę wszystkie portale, to i tak procent zamówień, w których pośredniczą, jest niewielki wobec całego rynku posiłków zamawianych do domu.

Bardzo silnym kanałem konkurencyjnym dla tego rodzaju platform są nadal połączenia telefoniczne. Zdaniem Kaniuka wynika to z przyzwyczajenia konsumentów, ale nie ma racjonalnej podstawy. Portale umożliwiają z reguły płacenie online. Ułatwiają też wybór, np. poprzez możliwość posortowania restauracji według rodzaju kuchni.

Restauracje także szukają cały czas możliwości, żeby się promować i zyskiwać dodatkowe zamówienia, a portale są świetnym sposobem, by docierać do klientów online. Dzięki nam ich oferta może być również dostępna w aplikacjach mobilnych, więc jest bardzo duże zainteresowanie – przekonuje Kaniuk.

Jak wynika z raportu serwisu, zauważalną tendencją jest znaczny wzrost zainteresowania zamawianiem przez urządzenia mobilne, zwłaszcza w dużych miastach (Kraków i Warszawa). W minionym roku liczba ściągnięć aplikacji mobilnych zwiększyła się o 250 proc. w stosunku do 2013 roku. Cały rynek posiłków zamawianych online szacowany był na 147 mln zł.

PizzaPortal.pl obsługuje w całym kraju około 3,5 tys. restauracji. Kaniuk prognozuje, że do końca roku w portfolio będzie ich 6,5 tys.

Chcemy rozszerzyć różnych kuchni, nie tylko włoskiej i azjatyckiej, żeby mieć ofertę dla każdego, żeby w każdym miejscu i w każdy dzień było dostępne to, co właśnie dana osoba chce zamówić – podkreśla Lech Kaniuk.

Serwis rozwija sieć również poprzez fuzje i przejęcia. W listopadzie ubiegłego roku przejął platformę FoodPanda.pl, swojego największego rywala na krajowym rynku. W wyniku ponad miesięcznych negocjacji strony ustaliły, że konkurencyjny serwis całkowicie przestanie istnieć, a wszystkie restauracje, z którymi do tej pory współpracował, wejdą do oferty PizzaPortal.pl.

Część portali, które powstały w Polsce, już nie prowadzi działalności, bo my większość przejęliśmy – mówi dyrektor zarządzający PizzaPortal.pl. – Na początku nasza marka kojarzyła się z pizzą, jednak obecnie bardziej stała się synonimem zamawiania jedzenia online. Mamy coraz więcej sushi, restauracji premium i wciąż rozszerzamy ofertę. Restauracje same zgłaszają się do współpracy.

Jak wynika z raportu platformy PizzaPortal.pl, z możliwości zamawiania posiłków online najchętniej korzystają ludzie młodzi i aktywni zawodowo. Osoby między 18. a 35. rokiem życia stanowią 77 proc. wszystkich użytkowników portalu PizzaPortal.pl. Najwięcej zamówień składanych jest w weekendy i dni wolne od pracy, kiedy wiele sklepów nie prowadzi działalności. W poniedziałek i wtorek zakupy są najmniejsze, jednak wskaźnik ten systematycznie rośnie w ciągu tygodnia, by w sobotę osiągnąć maksimum. W przypadku kuchni włoskiej, domowej oraz amerykańskiej średni koszyk zamówienia jest wart 35 zł.

Popołudniowy komentarz walutowy z 07.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 07.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Notowania ropy i kryzys rosyjski szkodzą walutom skandynawskim. Inwestorzy zarobią na umocnieniu dolara i funta

CEO Magazyn Polska

Zarówno korona szwedzka, jak i norweska w ciągu ostatnich 12 miesięcy osłabiły się o jedną czwartą. To wynik dużej ekspozycji na handel z Rosją oraz – w przypadku Norwegii – gwałtowny spadek notowań ropy naftowej. Eksperci z Easy Forex przewidują coraz mocniejszego dolara i funta, co wynika ze spodziewanych wzrostów stóp procentowych w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. To rodzi szansę na zyski dla inwestorów, którzy założą dalsze wzrosty tych walut.

– Spoza głównych par walutowych to pary związane z krajami skandynawskimi mogą być pod presją ze względu na dosyć dużą wymianę handlową z Rosją, gdzie widoczny jest kryzys zaufania i kryzys ekonomiczny. Korona szwedzka i norweska będzie także tracić ze względu na niskie ceny ropy naftowej – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Andrzej Kiedrowicz, dyrektor polskiego oddziału Easy Forex, międzynarodowej firmy brokerskiej.

Notowania dolara do korony szwedzkiej (SEK) aktualnie znajdują się na poziomie 8,25-8,60 (w ciągu 12 miesięcy korona szwedzka osłabiła się o niemal 25 proc.). Z kolei kurs dolara do korony norweskiej to okolice 7,60-8,40 (deprecjacja waluty norweskiej przekroczyła w ciągu roku 25 proc.).

– Z powodu niskich cen ropy powinny tracić zarówno dolar kanadyjski, jak i dolar australijski – dodaje ekspert.

Dla Kiedrowicza relatywnie bezpiecznymi i silnymi walutami będą dolar amerykański i funt brytyjski, ze względu na planowane podwyżki stóp procentowych w USA i Wielkiej Brytanii. Natomiast wymienione wcześniej waluty powiązane z cenami ropy lub kondycją Rosji nie mogą na razie liczyć na odbicie. Zdaniem Andrzeja Kiedrowicza – co najmniej do końca roku.

– Jeżeli postawimy na spadek tych walut, czyli jeżeli weźmiemy krótkie pozycje, zakładające zagranie przeciwko tym walutom, to wydaje mi się, że w terminie przynajmniej do końca roku powinniśmy zarobić na takich inwestycjach – prognozuje Andrzej Kiedrowicz.

Sebastian Buczek (Quercus TFI): Spada zainteresowanie obligacjami. Inwestorzy zaczynają zwracać uwagę na rynek akcji

CEO Magazyn Polska

Na rynkach inwestycyjnych kończy się czas obligacji, a zaczyna czas akcji. W Polsce podobnie jak w wielu krajach świata spadają stopy procentowe, a wraz z nimi rentowność papierów dłużnych. Inwestorzy zaczynają więc interesować się rynkiem akcji, zwłaszcza niemieckich.

Jesteśmy po bardzo dobrym okresie ostatnich dwóch lat, kiedy fundusze obligacji notowały bardzo wysokie stopy zwrotu, często nawet dwucyfrowe mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Sebastian Buczek, prezes Quercus TFI. – Wydaje nam się, że przy tych poziomach stóp procentowych, które mamy w tej chwili, ta klasa aktywów nie jest już szczególnie interesująca, co oczywiście nie oznacza, że inwestorzy będą od razu tracić na wartości inwestycji.

Jak wynika z danych Analiz Online, w ciągu ostatnich trzech lat fundusze dłużne polskich obligacji skarbowych zarobiły średnio 19,2 proc., obligacji polskich uniwersalnych – 18 proc., natomiast obligacji korporacyjnych – 10 proc. Od początku 2015 roku te klasy aktywów zyskały 1,1-1,2 proc., a w samym marcu fundusze papierów skarbowych i uniwersalnych przyniosły minimalną stratę.

Stopy procentowe w Polsce są dziś najniższe w historii, podobnie w strefie euro oraz Stanach Zjednoczonych. Niskie ceny paliw na światowych rynkach przyniosły w wielu krajach deflację i banki centralne nie mają powodu, by jak kiedyś walczyć z inflacją podnoszeniem stóp. Przeciwnie, starają się raczej wspierać tanim pieniądzem niepewny wzrost gospodarczy.

– W dłuższym okresie wydaje nam się, że te stopy, które mamy zarówno w Polsce, jak i chociażby w Niemczech, są bardzo niskie i jednak jest większy potencjał do strat niż do zarabiania na obligacjach w długim okresie ocenia Sebastian Buczek. – Cały czas ciekawe są obligacje korporacyjne, ale tutaj też na pewno nie ma co liczyć na tak duże zyski, jak w ostatnich dwóch latach, bo rentowności tych instrumentów też wyraźnie spadły, ale jeszcze można znaleźć interesujące walory.

W tej sytuacji inwestorzy rozważają inne formy pomnażania swych kapitałów. Na razie niezbyt atrakcyjnie wygląda jednak rynek surowcowy. Dolar, w którym rozlicza się większość transakcji tego typu, jest na razie zbyt mocny. W ocenie analityków zmian można oczekiwać dopiero wtedy, kiedy ta waluta się ustabilizuje. Nie  wydaje się jednak, by miało się to stać w najbliższym czasie.

– Kiedy umacnia się amerykańska waluta, to z reguły surowce zachowują się słabiej, to widzimy również w bieżącym roku, dlatego przy umocnieniu amerykańskiego dolara surowce nie są tą ulubiona klasa aktywów. To zainteresowanie przeniosło się na europejskie akcje, w szczególności na akcje niemieckie zwraca uwagę prezes Quercus TFI.

W rezultacie indeks tamtejszej giełdy DAX systematycznie rośnie. Od początku roku z 9,8 tys. punktów wzrósł do ok. 12 tys., czyli o ponad 22 proc.

Na pewno warto cały czas intensywnie szukać okazji na rynkach finansowych podkreśla prezes Sebastian Buczek z Quercus TFI. – Najlepszy przykład  z  ostatnich miesięcy to bardzo wyraźne umocnienie amerykańskiego dolara. Jeżeli ktoś ten instrument kupił na przykład w połowie zeszłego roku, to zarobił 20 proc. czy 30 proc. na samym wzroście wartości amerykańskiej waluty. Tak więc cały czas warto szukać i poszukiwać okazji na rynkach.

Mimo że od połowy marca dolar lekko stracił na wartości, wciąż jest mocniejszy do euro niż przed rokiem o przeszło 26 proc., a od początku roku wzmocnił się o ponad 11 proc.

Rząd pomoże polskim firmom w ekspansji. Powstanie m.in. specjalny fundusz

 

Rząd zapowiada zwiększenie wsparcia dla polskich firm rozwijających działalność za granicą. W tym kosztownym procesie przedsiębiorcy będą mogli liczyć m.in. na tworzony w ramach Banku Gospodarstwa Krajowego Fundusz Ekspansji Zagranicznej. Poza kosztami wyzwaniem podczas ekspansji poprzez przejęcia jest integracja firm oraz uzyskanie oczekiwanej synergii, a także wypromowanie marki, z czym polskie przedsiębiorstwa wciąż mają problem.

W interesie każdej gospodarki jest jak największa ekspansja, oczywiście dobrze rozumiana, dobrze policzona, z uwzględnionym elementem ryzyka, ale i z dużą szansą na poważne zaistnienie w świecie. Dlatego państwo powinno wspierać firmy w otwieraniu się na rynki zagraniczne – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Rafał Baniak, wiceminister skarbu państwa.

Baniak podkreśla, że rząd aktywnie wspiera polskich przedsiębiorców szukających szans na rozwój na rynkach zagranicznych. Nowym instrumentem będzie tworzony w ramach BGK Fundusz Ekspansji Zagranicznej. Jego początkowy budżet ustalono na 100 mln zł, ale jak zapewnia Baniak, jeśli przedsiębiorcy będą zainteresowani taką pomocą, to do Funduszu może trafić nawet kilka miliardów złotych.

Firmy cały czas mogą także korzystać ze wsparcia Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości oraz Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych, chociażby poprzez organizowane przez te agencje misje gospodarcze. Rozwój zagraniczny można zabezpieczyć dzięki instrumentom eksportowym, oferowanymi m.in. przez KUKE.

Wsparcie finansowe i zabezpieczenia są dla rozwijających się poza Polską przedsiębiorców istotne, bo ekspansja może być bardzo kosztownym i skomplikowanym procesem.

Wejście każdej firmy, również polskiej, na odległy rynek jest sprawą dosyć skomplikowaną i kosztowną. Po pierwsze, trzeba dobrze znać dany rynek, a informacja kosztuje. Nie tylko ta ściśle techniczna, lecz także ta dotycząca kultury gospodarczej danego kraju. Po drugie, bardzo ważne jest znalezienie właściwych partnerów. Po trzecie, trzeba mieć dobre produkty, a po czwarte, zainwestować w sieć dystrybucji, agentów czy założenie własnej firmy – wyjaśnia Marek Kłoczko, wiceprezes Krajowej Izby Gospodarczej.

Kłoczko podkreśla, że szczególnie ważna jest odpowiednia promocja na danym rynku. Jak zauważa, zupełnie inaczej należy rozwijać się w Europie, Ameryce Południowej czy krajach arabskich, a nietrafiona promocja może okazać się dużą stratą finansową. Na niektórych rynkach pozaunijnych, np. w Chinach, bardzo ważne jest otwarte wsparcie rządu, co w UE jest – z niewielkimi wyjątkami – raczej nieistotne.

Egzotyczne rynki stają się dla polskich firm coraz ważniejsze. Co prawda zdecydowana większość z nich wybiera Unię Europejską jako miejsce swojej ekspansji, a jak podkreśla Kłoczko, wspólnotowy rynek ma wciąż duży potencjał, rośnie jednak odsetek firm szukających szans w Azji czy na Bliskim Wschodzie.

Kłoczko zaznacza jednak, że każda z nich, w zależności m.in. od branży, wielkości, produktów i wybranego rynku, musi mieć indywidualną strategię ekspansji. Jedną z możliwości jest rozwój zagranicznych poprzez akwizycje. W ten sposób działa m.in. PKP Cargo, spółka, która stopniowo zwiększa swój udział w europejskim rynku przewozów towarowych.

– Jako drugi przewoźnik na rynku Unii Europejskiej działamy w kilku krajach, jesteśmy w nich obecni z naszymi przewozami. Największym prowadzonym procesem jest zakup czeskiego przewoźnika AWT, drugiego przewoźnika na rynku czeskim i jednego z największych prywatnych przewoźników w Europie – tłumaczy Łukasz Hadyś, członek zarządu ds. finansowych PKP Cargo. – W Polsce mamy 57 proc. rynku, natomiast widzimy, że nasz tabor możemy efektywnie wykorzystywać, jadąc dalej, do Czech, na Słowację czy do Niemiec. Chcemy budować pozycję naszej firmy, oferując usługi logistyczne w trójkącie Bałtyk-Adriatyk-Morze Północne.

Hadyś zwraca jednak uwagę na dwa problemy, jakie towarzyszą ekspansji przez akwizycję. Po pierwsze, konieczność skutecznej integracji przejmowanego podmiotu, a po drugie, osiągnięcie zakładanej synergii. W przypadku PKP Cargo oznacza to konieczność efektywnego wykorzystania taboru w innych krajach UE.

Udana ekspansja pozwala na szybką poprawę wyników finansowych – podkreśla Hadyś. Kłoczko zwraca jednak uwagę na to, że by ekspansja była udana, firma musi dysponować nie tylko dobrymi produktami i być efektywna finansowa, lecz także musi wypromować swoją markę.

Bardzo mało jest polskich firm, które mają już na tyle rozpoznawalne marki, aby plasować swoje produkty na wyższych półkach i to jest ich główne zadanie. Bowiem ci, którzy mają lepsze marki, mają wyższe marże i lepiej zarabiają – podkreśla wiceprezes KIG-u.

NBP: kredytobiorcy powinni spodziewać się wzrostu stóp procentowych, ale w dłuższej perspektywie

CEO Magazyn Polska

Marzec był pierwszym miesiącem ogłoszonego w połowie stycznia br. przez prezesa Europejskiego Banku Centralnego programu luzowania ilościowego polityki monetarnej, czyli skupu obligacji. Na jego efekty trzeba będzie jednak poczekać co najmniej kilka miesięcy. W Stanach Zjednoczonych, które mają już za sobą taką operację, Rezerwa Federalna przygotowuje się do serii podwyżek stóp procentowych. Polscy kredytobiorcy także powinni brać to pod uwagę, ale w dłuższej perspektywie.

W Europie program luzowania ilościowego został rozpoczęty, a w Stanach Zjednoczonych – w zasadzie zakończony – mówi agencji informacyjnej Newseria Małgorzata Zaleska, członek zarządu Narodowego Banku Polskiego. – Żeby obserwować wpływ tego rodzaju programów na gospodarkę i na rynki finansowe, potrzeba jednak więcej czasu. Takie decyzje przekładają się na wzrost gospodarczy w dłuższym horyzoncie. Z pewnością jednak program luzowania ilościowego ma na celu pobudzenie europejskiej gospodarki.

Marzec był pierwszym miesiącem ogłoszonego w połowie stycznia br. przez prezesa Europejskiego Banku Centralnego Mario Draghiego programu luzowania ilościowego (QE, z ang. Quantitative Easing), czyli skupu obligacji. Ma potrwać co najmniej do września 2016 roku. W razie gdyby wyznaczony cel inflacyjny nie został osiągnięty, może jednak trwać dłużej. W tym czasie EBC będzie skupować obligacje o ratingu inwestycyjnym, kierując się udziałem poszczególnych państw w kapitale banku. Jak poinformował Draghi, miesięcznie tą drogą ma wpływać do systemu finansowego eurostrefy około 60 mld euro, docelowo łącznie – nawet bilion.

Na rynek finansowy, również w Polsce, duży wpływ ma środowisko niskich stóp procentowych. Jest to wyzwanie dla oszczędzających, ponieważ najpopularniejsze lokaty bankowe stają się mało atrakcyjne. Szukają więc innych, bardziej rentownych sposobów na pomnażanie majątku.

Niskie stopy procentowe są także wyzwaniem dla sektora bankowego, który w UE finansuje się głównie poprzez depozyty. Jeśli są one mało atrakcyjne dla klientów, to może następować ich odpływ, co oznacza, że banki mogą utracić część źródeł finansowania. Aby je z powrotem pozyskać, muszą zaoferować wyższe oprocentowanie, co z kolei oznacza wyższe koszty odsetkowe i gorsze wyniki. Może to skutkować także wojną depozytową, czyli oferowaniem ponadprzeciętnego oprocentowania – ocenia Małgorzata Zaleska.

Po dłuższym okresie obowiązywania niskich stóp procentowych muszą one jednak w końcu zostać podniesione. W Stanach Zjednoczonych, które mają już za sobą program QE, Rezerwa Federalna szykuje się do cyklu podwyżek stóp procentowych. W Polsce – zdaniem przedstawicielki NBP – podwyżki można się spodziewać dopiero w dłuższej perspektywie.

Bardzo istotne jest jednak to, by informować klientów banków o ryzyku wzrostu stóp procentowych – uważa Małgorzata Zaleska. – Często konsumenci patrzą na warunki oferowanych kredytów przez pryzmat współczesnej sytuacji, chociażby wysokości rat kapitałowych. Tymczasem w Polsce większość pożyczek opiewa na zmienną stopę procentową, w związku z czym, jeżeli rynkowe stopy procentowe będą rosły, to także zwiększać się będzie oprocentowanie rat kredytowych.

M. Pujszo: Polskie firmy nie potrafią się promować. Brakuje im ciekawych pomysłów

 

Polskim przedsiębiorcom brakuje kreatywności w promocji – uważa Mariusz Pujszo. Jego zdaniem są oni nadmiernie przywiązani do klasycznych metod i nie mają pomysłu na to, jak w oryginalny sposób pokazać się potencjalnym klientom. Twierdzi, że to właśnie dzięki pomysłowej promocji na jego galach w Cannes bywają gwiazdy filmowe światowego formatu.

Zdaniem Mariusza Pujszo dobra promocja nie jest kwestią pieniędzy, ale pomysłu. Polscy przedsiębiorcy nadmiernie przywiązują się do klasycznych metod pozyskiwania klienta, np. poprzez udział w targach lub konferencjach. Według niego takie imprezy nie pozwalają jednak no to, by indywidualnie podejść do potencjalnego klienta. Nie tworzy się tam bowiem atmosfera przyjaźni, niezbędna do nawiązania relacji z ewentualnym klientem. Jako przykład kreatywności w promowaniu własnej inicjatywy Pujszo podaje Polskie Noce w hotelu Carlton w Cannes.

– Jest stara zasada: jak nie możesz pójść do tysiąca osób, to spraw, żeby tysiąc osób przyszło do ciebie. Trzeba mieć pomysł na to, by osoby, które mają w Cannes setki propozycji imprez dziennie, przyszły właśnie do ciebie. Potrzebny jest jakiś numer: czy on jest dobry, czy zły, ale wytworzy atmosferę oryginalności, czegoś innego, nowego. Na moich galach w Cannes było około 50 osób, które miały Oscary. Nigdy w historii żadnych gali czy imprez organizowanych w Cannes czegoś takiego nie było mówi Mariusz Pujszo, reżyser, redaktor naczelny magazynu „Osobowości i sukcesy”, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.

Aby umożliwić nawiązanie kontaktów między różnymi środowiskami, Pujszo zainicjował kilka lat temu galę Osobowości i Sukcesy. Podczas imprezy spotykają się przedstawiciele świata biznesu, kultury, sportu i sztuki. Swobodna atmosfera ułatwia komunikację i nawiązanie znajomości, które mogą się przekształcić w relacje biznesowe. Obecnie Pujszo pracuje nad stworzeniem takiej platformy współpracy na skalę międzynarodową. W Berlinie będzie organizował polsko-niemiecką galę Osobowości i Sukcesy, a w Paryżu polsko-francuską.

– Będę nagradzał firmy francuskie lub niemieckie oraz firmy polskie, które działają na tych rynkach, po to, żeby ludzie się spotkali i porozmawiali. Jak przy okazji są jakieś targi, na których można się pokazać, zaprezentować, to dobrze, ale musi być ten bezpośredni kontakt. Jak jest dobry kontakt, to potem dużo rzeczy można załatwić. Obawiam się, że nie wszystkie firmy zdają sobie z tego sprawę – mówi Mariusz Pujszo.

Zdaniem filmowca już wkrótce trzeba będzie zmienić sposób myślenia o reklamie. Reklama w obecnej formie zniknie w ciągu kilku najbliższych lat, zastąpi ją internet. Pujszo uważa, że w Europie Zachodniej konsumenci już dzisiaj podejmują decyzje zakupowe, kierując się opiniami internautów, a nie reklamą. W biznesie istotna jest także elastyczność. On sam często jest krytykowany za imanie się zbyt wielu zajęć, jest bowiem reżyserem, scenarzystą, aktorem, redaktorem naczelnym magazynu oraz przedsiębiorcą.

– Człowiek może mieć różne zachcianki i różne pomysły na życie. Trzeba patrzeć, co on rzeczywiście robi i co osiąga. Lubię coś tworzyć i cieszę się, że ludzie za mną idą – mówi Mariusz Pujszo.

Co dziesiąte biuro w Warszawie niewynajęte. Poprawa sytuacji spodziewana za kilka lat

CEO Magazyn Polska

Perspektywy dla warszawskiego rynku nieruchomości biurowych poprawiają się. Jeszcze w tym i przyszłym roku wskaźnik niewynajętej powierzchni może rosnąć, ale coraz większy popyt spowoduje, że najpóźniej w 2017 r. ten trend się odwróci. Branża oczekuje też końca spadków czynszów.

Spodziewamy się, że wskaźnik pustostanów na warszawskim rynku biurowców jeszcze może w 2015 r. rosnąć. W tej chwili jest na poziomie około 13,5 proc., pewnie wzrośnie do 14-15 proc. w 2015 r., być może w 2016 r. jeszcze będzie dysproporcja między popytem a podażą. Natomiast już w 2017 r. eksperci rynku przewidują spadek podaży. Według nich przy dalej rosnącym popycie, który spowoduje obniżenie pustostanów, być może rynek zacznie wracać do równowagi – przewiduje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Marcin Juszczyk, członek zarządu Capital Park.

Obecnie wskaźnik pustostanów, czyli odsetek niewynajętej powierzchni biurowej, w Warszawie jest już na bardzo wysokim poziomie. W większości dużych europejskich miast wartość tego indeksu jest jednocyfrowa, choć nie brakuje również takich, gdzie pustostanów jest nawet więcej, np. w Rotterdamie jest ich ponad 20 proc.

Wzrost tego wskaźnika następuje stopniowo od kilku lat. Analitycy szacują, że w przyszłym roku może się zbliżyć – choć raczej nie przekroczyć – do rekordu z 2002 r., kiedy w Warszawie było ok. 17 proc. pustostanów. Jego wzrost napędza przede wszystkim rosnąca podaż powierzchni biurowej wynikająca z wielu nowych inwestycji. Juszczyk zwraca jednak uwagę na to, że na sile przybiera także popyt, bo poprawiająca się koniunktura skłania wiele firm do szukania nowych siedzib.

– Trzeba zauważyć, że rekordowo wysoki jest również popyt na powierzchnie najmu, napędzany przez dobrą formę polskiej gospodarki, spadające bezrobocie oraz to, że firmy poszukują nowych budynków, przenosząc się często ze starych budynków biurowych klasy B i C – tłumaczy Juszczyk.

Na razie pomimo wzrostu popyt nie dorównuje podaży, ale to ma się wkrótce zmienić. Sytuacja nie pozostaje bez wpływu na czynsze, które obecnie oscylują wokół 22-23 euro w śródmieściu i ok. 14-15 euro poza ścisłym centrum. Choć stawki za metr kwadratowy wciąż jeszcze spadają, Juszczyk przewiduje, że już wkrótce nastąpi odwrócenie tego trendu.

Rozwój infrastruktury wpływa również na zwiększenie atrakcyjności inwestycji biurowych w dzielnicach, gdzie dotychczas nie było takich nieruchomości. Juszczyk wymienia Wilanów, gdzie spółka realizuje budowę biurowca Royal Wilanów. Jego wartość ma rosnąć m.in. dzięki nowym drogom.

Podpisaliśmy umowę z miastem dotyczącą wspólnej przebudowy drogi, która jest pomiędzy nowo otwartym ratuszem dzielnicy Wilanów a naszą inwestycją Royal Wilanów. Sąsiedzi czekają na pozwolenie na budowę sporej galerii handlowej. Prowadzony jest przetarg na wybór generalnego wykonawcy autostrady, południowej obwodnicy Warszawy, więc ta okolica bardzo dynamicznie się zmienia – tłumaczy Juszczyk.

Spółka liczy na dalszy wzrost wartości inwestycji w Wilanowie, bo opierają się na nich plany finansowe Capital Parku.

Deweloper planuje utworzyć dwa fundusze inwestycyjne zamknięte. Pierwszy z nich ruszy jeszcze w tym roku, a do jego portfela aktywów wniesionych zostanie dziewięć lub dziesięć już istniejących i przynoszących dochód inwestycji. Drugi ma ruszyć na przełomie 2015 i 2016 r. i obejmie właśnie projekt Royal Wilanów.

Wierzymy, że długoterminowo jesteśmy w stanie tam wygenerować dużo większą wartość, dlatego jako Grupa Capital Park chcielibyśmy istotną część tego projektu zostawić w naszym portfelu. Inwestorom chcemy zaoferować około 50 proc. wartości aktywów netto w tym projekcie. Wierzymy, że ten projekt ma jeszcze spory potencjał budowania wartości – mówi Juszczyk.