Popołudniowy komentarz walutowy z 01.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 01.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Przed nami rok fuzji i przejęć

Jeszcze nigdy w historii przedsiębiorstwa nie dysponowały tak dużymi zasobami gotówki. Gromadziły je od czasów kryzysu w 2008 roku. „Firmy siedzą na pieniądzach; dlatego w najbliższym czasie spodziewamy się znacznego ożywienia na rynku fuzji i przejęć” – mówi David Rebbettes, CEO BCMS Corporate, wiodącej firmy doradczej na rynku fuzji i przejęć w sektorzemałych i średnich przedsiębiorstw.

1. Jak ocenia Pan polski rynek fuzji i przejęć w sektorze MŚP? Czy polskie firmy są aktywnymi kupującymi? Czy raczej stanowią interesujący przedmiot zakupów przedsiębiorstw z zagranicy?
David Rebbettes, CEO BCMS Corporate: Od 2008 roku w Polsce panował trudny czas dla fuzji i przejęć; ale w ostatnich trzech kwartałach obserwuję znaczący wzrost – cytując Warsaw Business Journal: „rynek fuzji i przejęć szykuje się do startu w 2014 roku”. Polskie firmy są coraz bardziej aktywnymi kupującymi, w szczególności w obszarze bankowości, opieki zdrowotnej, telekomunikacji i FMCG, który to sektor przoduje w statystykach. Wzrost gospodarczy Polski wciąż pozostaje silny w zestawieniu z krajami Unii Europejskiej, a gospodarka jest zdrowo zdywersyfikowana. W zakresie fuzji i przejęć Polska jest notowana tuż za Turcją, na wiodących pozycjach w całym regionie Europy Centralnej i Południowo-Wschodniej. Ten wzrost i relatywne ożywienie oznacza, że Polska i polskie firmy są stale w orbicie zainteresowań zagranicznych nabywców.

2. Czym różni się sprzedaż firmy z sektora MŚP od fuzji i przejęć w sektorze globalnych korporacji?
David Rebbettes: Jest bardzo niewielka różnica w sprzedaży firmy z sektora MŚP i większych przedsiębiorstw.
Jednak brak „masy krytycznej” w małych firmach powoduje, że zainteresowanie po stronie nabywców jest mniejsze. Dlatego żeby zrównoważyć stosunkowo niewielkie zainteresowanie potencjalnych nabywców małymi firmami, należy szukać nabywców bardzo szeroko. Tak właśnie robimy w BCMS: zazwyczaj kontaktujemy się z 200 potencjalnymi nabywcami – a bywa, że z jeszcze większą ich liczbą.

3. Dlaczego sprzedaż firmy to taki długi – często kilkuletni – proces?
David Rebbettes: Jeśli przyjmuje się pasywne podejście do sprzedaży firmy, czyli czeka się na pojawienie potencjalnego nabywcy, to cały proces może trwać latami. Brak wyboru pomiędzy nabywcami powoduje, że jeśli transakcja się nie powiedzie, trzeba zacząć poszukiwania od nowa. W BCMS uważamy, że istotne jest inne podejście: znalezienie jak największej liczby potencjalnych nabywców. Dzięki temu właściciel sprzedawanej firmy ma wybór – zawsze staramy się mieć w zanadrzu jakąś alternatywę. To pozwala na osiągnięcie średniego czasu transakcji sprzedaży firmy na poziomie 12 miesięcy.

4. Czy Pana zdaniem w tym roku możemy się spodziewać większej liczby zmian właścicielskich niż w ostatnich latach? Z czego to wynika?
David Rebbettes: Moim zdaniem wzrost liczby zmian właścicielskich jest pewny. Jeden z głównych powodów to zasoby gotówki w bilansach firm na całym świecie – nigdy nie były większe. Firmy gromadziły je od 2008 roku. Nie można siedzieć na pieniądzach – zamiast tego firmy powinny użyć ich w biznesie lub zwrócić akcjonariuszom. Europejskie zasoby gotówki są wyższe niż kiedykolwiek wcześniej w historii, Japonia ma 60% więcej gotówki w bilansach niż kiedykolwiek wcześniej, Ameryka Północna – 30% więcej. Ponadto perspektywy wzrostu gospodarczego w wielu krajach świata są w tej chwili najlepsze od czasu kryzysu 2008 roku. Wszystko to napędza akwizycje. Cytując wypowiedź Juliet Samuel z „Times’a”: „Zakłopotanie wynikające z bogactwa może być czynnikiem pobudzającym fuzje i przejęcia przedsiębiorstw.”

Rekordowy rok w budownictwie mieszkaniowym

2014 r. był dla polskich deweloperów bardzo udany. Sprzedano ok. 70 tys. mieszkań. Tymczasem deficyt mieszkaniowy ciągle jest duży. Szacuje się go na 0,7–2 mln lokali. Są więc nadzieje, że rok 2015 będzie co najmniej tak dobry jak poprzedni.

W ciągu ostatnich 12 miesięcy aż 43 tys. mieszkań zostało sprzedanych w sześciu największych miastach Polski. Popularnością cieszą się obecnie przede wszystkim lokale małe – o powierzchni 45–55 m2 – maksymalnie dwu-, trzypokojowe. Co ciekawe, jeśli mamy do wyboru dwa mieszkania o tym samym metrażu, chętniej kupujemy to z większa liczbą pokojów – jest to zmiana w porównaniu do sytuacji jeszcze sprzed kilku lat.

Jeżeli chodzi o rok 2015 na rynku budownictwa mieszkaniowego, prognozy są zadowalające. „Wydaje się, że będziemy budować co najmniej tyle samo, co w roku ubiegłym […]. Będzie nadal w czym wybierać […]. Nie ma takiego ryzyka, że popyt będzie rósł szybciej niż podaż” – mówi serwisowi infoWire.pl dyrektor generalny Polskiego Związku Firm Deweloperskich Konrad Płochocki. Zapotrzebowanie na mieszkania raczej wyraźnie nie wzrośnie – przypuszczalnie utrzyma się na podobnym poziomie co w roku 2014.

Deweloperzy muszą mieć świadomość tego, że wraz z nowym rokiem pojawiły się nowe problemy. „Wielką niewiadomą pozostaje sytuacja na rynku kredytowym, który jest bardzo ważny dla sprzedaży mieszkań. Natomiast wydaje się, że dalej będą spadały stopy procentowe, co powinno pomagać nabywcom mieszkań w zdobyciu finansowania” – zauważa ekspert. Dużym niebezpieczeństwem dla branży jest też pomysł Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, aby zlikwidować otwarte rachunki powiernicze. Zdaniem rozmówcy doprowadzi to do zamknięcia większości małych i średnich firm deweloperskich, a co za tym idzie – do ograniczenia konkurencji i zwiększenia cen mieszkań.

Investors TFI: Małe spółki są atrakcyjne ze względu na niezależność od polityki i potencjał relatywnie wyższego zwrotu z inwestycji. Klienci TFI przerzucają środki z obligacji na akcje

CEO Magazyn Polska

Małe spółki są szansą dla inwestorów. Według zarządzającego funduszami akcji w Investors TFI Macieja Chudzika nadchodzi dobry czas dla małych spółek, które mogą zapewnić stosunkowo duży zwrot z inwestycji. Ważne jest także to, że firmy te prowadzone są przez specjalistów, a nie upolitycznione zarządy. Coraz więcej inwestorów przyciągają też fundusze zagraniczne, bo europejskie spółki korzystają na słabym euro.

W przypadku otwartego funduszu akcji nasza recepta sprowadza się do stworzenia wyselekcjonowanego portfela oraz w miarę pełnej alokacji – informuje agencję Newseria Inwestor Maciej Chudzik, zarządzający funduszami Investors TFI. – Klient, który kupuje nasz fundusz, będzie wiedział, jaki udział portfela zajmą tego rodzaju walory. Od nas otrzyma gwarancję, że będziemy dążyć do pełnej alokacji, tak aby ewentualne okresy hossy były optymalnie wykorzystywane.

Od początku roku zarządzany przez Macieja Chudzika fundusz Investor Akcji FIO zyskał 13 proc. W tym czasie WIG20 zyskał niespełna 3,5 proc., mWIG40 – 7 proc., a sWIG80 – 11 proc. Dokonywana przez zarządzającego selekcja polega na dobrze spółek, które mają mocne fundamenty. Liczą się perspektywy rozwoju przedsiębiorstwa, nowe, innowacyjne produkty, rynek, do którego docierają, unikatowy produkt, doświadczenie kadry zarządzającej i możliwości ewentualnej sprzedaży firmy w przyszłości.

Dobierając spółki, szukamy czegoś, co ma dobry produkt, inny niż konkurencja albo sprzedawany w nowy, innowacyjny sposób – potwierdza Chudzik. – Ważny jest zarząd, który ma długookresową wizję tego, jak rozwijać biznes. Patrzymy, jak spisywał się w przeszłości, oceniamy jego referencje: czy przypadkiem nie miał już jakiejś spółki, której zdarzyło się zbankrutować. Czasem zwracamy także uwagę na to, jak potem sprzedać przedsiębiorstwo większemu inwestorowi.

W strategii Investors TFI istotny jest również, jak mówi Maciej Chudzik, stosunek do akcjonariuszy mniejszościowych. Fundusz nie oczekuje natychmiastowego czy szybkiego zwrotu z zainwestowanego kapitału.

Szukamy, rzecz jasna, spółek wzrostowych, ale nie liczymy na natychmiastowy zwrot w postaci dywidendy czy skupu akcji, chociaż stawiając na spółkę, musimy widzieć, że rozwija się ona w tempie, które w rezultacie dostarczy nam dobry zwrot – precyzuje Chudzik. – Stawiamy więc na spółki w długim okresie, nie kwartalnie. Nie oczekujemy zysków w miesiąc lub tydzień. Interesują nas akcje, które z czystym sumieniem możemy włożyć do portfela na rok, dwa lub trzy lata i przez ten czas spokojnie je tam trzymać, czasami zwiększając alokację, gdy lepiej poznamy biznes lub pojawią się jakieś sprzyjające okoliczności.

Ale w wielu przedsiębiorstwach notowanych na warszawskim parkiecie, szczególnie wśród tzw. blue chipów (spółkach o największej kapitalizacji), nadal silną pozycję utrzymuje Skarb Państwa. To powoduje, że do zarządów i rad nadzorczych często trafiają osoby z politycznej, a nie merytorycznej, nominacji. Zdaniem Macieja Chudzika bywa, że tacy menadżerowie podejmują nieracjonalne lub wręcz szkodzące spółce decyzje.

W Polsce, jeżeli mówimy wyłącznie o rynku krajowym, więcej byśmy się spodziewali po spółkach małych, głównie dlatego, że są dosyć niezależne od polityki – mówi zarządzający funduszami Investors TFI. – WIG20 na przykład niesamowicie zależy od decyzji politycznych, a siłą rzeczy ludzie wybrani na kluczowe stanowiska dość często mają wykształcenie zupełnie nieprzystające do zarządzania dużym przedsiębiorstwem. Zdarza się więc, że podejmują decyzje, które są niekorzystne dla tych spółek.

Między innymi dlatego podczas wyboru walorów do portfeli klientów zarządzający Investors TFI mniejszą wagę przykładają do wielkość przedsiębiorstwa, a większą do jakości. Notowania mniejszych firm, jak prognozuje Maciej Chudzik, mogą dodatkowo być wspierane przez inwestorów wycofujących swoje fundusze z zaangażowania w dające coraz mniejsze przychody na skutek obniżek stóp procentowych obligacje.

Dodatkowo zawsze szukamy szeroko, czyli w tym wypadku także w Europie Zachodniej – informuje Maciej Chudzik. – Wyraźnie widać już od początku roku na kursach spółek i szczęśliwie także w stopie zwrotu naszych funduszy, że gospodarka europejska po osłabieniu euro stała się bardzo konkurencyjna eksportowo. To jest już widoczne w wynikach niektórych przedsiębiorstw oraz prognozach analityków.

W lutym fundusze akcyjne miały najwyższy napływ środków od roku. Saldo wpływów i wypłat wyniosło, jak podają Analizy Online, 370 mln zł. Szczególnym powodzeniem cieszyły się fundusze zagraniczne. Trend ten, jak przekonuje Chudzik, jest już bardzo wyraźny. Podobne zjawisko rynki obserwowały po dewaluacji japońskiego jena.

Dodatkowo lubimy spółki zagraniczne, gdy mają ekspozycję globalną – zapewnia Chudzik. – Mówiąc w skrócie, pozwala to nieco złagodzić cykle działające w różnych gospodarkach i ich wpływ na wyniki finansowe.

Opóźnienie w oddaniu gazoportu nie uderzy w PGNiG. Porozumienie z Qatargasem chroni spółkę

 

Dotychczasowe opóźnienia w oddaniu do użytku gazoportu w Świnoujściu nie zaszkodzą finansowo PGNiG. Polska spółka zawarła już w grudniu korzystne porozumienie z katarskim dostawcą gazu, zgodnie z którym nie będzie musiała płacić za nieodebrany w tym roku gaz. Teraz najważniejsze jest to, by gazoport udało się uruchomić w tym roku, bo ewentualne kolejne negocjacje z Qatargasem mogą być trudniejsze.

Brak tego porozumienia stanowiłby istotne ryzyko dla spółki. Ponieważ spółka porozumiała się z Qatargasem w zakresie opóźnienia odbioru gazu zakontraktowanego w Katarze, to dziś, zgodnie z komunikatami spółki i z istotą tego porozumienia, ryzyko bezpośrednich konsekwencji finansowych dla PGNiG nie występuje – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Filip Elżanowski, radca prawny, ekspert ds. energetyki z Kancelarii Elżanowski Cherka & Wąsowski.

Terminal na skroplony gaz ziemny (LNG) w Świnoujściu miał być gotowy już w połowie 2014 r., ale w wyniku opóźnień w realizacji inwestycji wciąż nie jest ukończony. Ma zostać uruchomiony w tym roku. Będzie mógł przyjmować rocznie 5 mld m3 transportowanego statkami LNG.

Opóźnienie mogło jednak spowodować konsekwencje finansowe dla odbiorcy gazu z Kataru, czyli PGNiG. Spółka od początku 2015 r., zgodnie z pierwotnym kontraktem, miała odbierać gaz w formule take or pay. Oznacza to, że niezależnie od tego, czy dostawa faktycznie nastąpi, polska spółka miała za paliwo płacić. Dzięki zawartemu w grudniu porozumieniu uniknięto jednak tych konsekwencji.

Qatargas zgodnie z tym porozumieniem nie obciąży PGNiG kosztami za nieodebrany gaz. Katarska spółka sprzeda LNG na innych rynkach, a PGNiG zapłaci jedynie ewentualną różnicę pomiędzy uzyskaną przez Qatargas ceną a kwotą, którą miał płacić polski koncern zgodnie z umową z 2009 r.

Ryzyko kar dla PGNiG za nieodebranie zakontraktowanych ilości gazu – bo Qatargas nie interesuje to, gdzie gaz ma dopłynąć, tylko kto go ma odebrać – jest zminimalizowane dzięki zawarciu tego porozumienia – podkreśla Elżanowski.

Podkreśla, że władze spółki skutecznie zabezpieczyły się w ten sposób przed ryzykiem związanym z opóźnionym oddaniem gazoportu. Negocjacje dotyczące zmiany kontraktu rozpoczęto, gdy tylko pojawiły się sygnały o możliwym opóźnieniu. Elżanowski zwraca uwagę na to, że drugie z analizowanych rozwiązań, czyli odbiór gazu w innym terminalu i transportowanie go do Polski, byłoby znacznie bardziej kosztowne dla PGNiG.

Zaznacza jednak, że teraz za wszelką cenę należy uniknąć kolejnych opóźnień podczas budowy terminalu LNG. Te jednak są mało prawdopodobne, bo inwestycja jest już zaawansowana w znacznie ponad 95 proc. Gdyby jednak wystąpiły, PGNiG może znaleźć się w trudnej sytuacji.

Oczywiście gdybyśmy mieli do czynienia z czarnym scenariuszem, że ta inwestycja będzie jeszcze przesuwana, to wtedy pewnie byłoby trzeba znów zasiąść do rozmów. Siadanie do rozmów z partnerem, z którym się już raz dogadało i przesunęło się termin, jest zawsze trudniejsze – zaznacza Elżanowski.

Uspokaja jednak, że w tej chwili ryzyko kolejnych opóźnień jest niewielkie.

Akcjonariusze spółki nie powinni się już obawiać negatywnych konsekwencji, ale powinni trzymać kciuki za terminal – mówi Elżanowski.

Dr G. Pietrek: Przywrócenie obowiązkowego poboru do wojska niepotrzebne. Niezbędna jest poprawa wyszkolenia żołnierzy

 

Pomimo napiętej sytuacji za naszą wschodnią granicą przywrócenie obowiązkowego poboru do wojska byłoby przedwczesne – ocenia dr Grzegorz Pietrek z Wyższej Szkoły Bankowej w Gdańsku. Lepiej podnieść poziom armii i umiejętności żołnierzy. Według eksperta zarządzaniem armią powinna zająć się niezależna od rządu agencja.

Patrząc na obecną sytuację, mogłoby się wydawać, że zasadnicza służba wojskowa powinna powrócić. Myślę jednak, że to twierdzenie jest przedwczesne i podszyte paniką – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Grzegorz Pietrek, wykładowca na kierunku bezpieczeństwo wewnętrzne w Wyższej Szkole Bankowej w Gdańsku. – Uważam, że nie jest to jeszcze moment, kiedy należałoby w sposób dosyć gwałtowny domagać się powrotu służby wojskowej.

Postulaty przywrócenia poboru do wojska, zawieszonego w 2009 r., pojawiają się coraz częściej z uwagi na obawy przed działaniami Rosji. Na odejście od armii czysto zawodowej zdecydowała się Litwa – pobór zostanie tam przywrócony w tym roku, na razie tylko na pięć lat. Pietrek zwraca jednak uwagę na to, że entuzjazm młodych do obowiązkowej służby wojskowej jest bardzo mały. Jak wynika z sondażu Millward Brown, tylko 27 proc. Polaków deklaruje gotowość do obrony kraju z bronią w ręku.

Pietrek dodaje, że w rzeczywistości zrobiłoby to pewnie jeszcze mniej osób. Zdaniem ekspertów choć atak na terytorium Polski jest mało prawdopodobny, bo nikt nie ma w tym interesu ekonomicznego, to warto przygotować polskie wojsko na ewentualne działania.

Atmosfera zagrożenia już wpłynęła na zwiększenie nakładów z budżetu na obronność. Jak przekonuje ekspert, żeby dobrze wykorzystać te środki, trzeba zamiast poprzestać na armii zawodowej zwiększyć jej profesjonalizm.

Żołnierze, którzy zostają wcieleni i są zawodowcami, mają pewnego rodzaju ograniczenia  po 12 latach mogą zostać zwolnieni do cywila i w zasadzie nie mają zapewnionych żadnych przywilejów z opieki społecznej. To nie jest atrakcyjne. Natomiast armia jak najbardziej powinna być zawodowa, z tym że nacisk powinien być położony nie na armię ekspedycyjną, lecz na taką armię, która miałaby za zadanie bronić nas od wewnątrz, przygotować się do działań związanych z obroną terytorialną – postuluje Pietrek.

Nawet w przypadku przywrócenia poboru obowiązkowa służba wojskowa nie musiałaby trwać dłużej niż 9 miesięcy, czyli tyle, ile trwała w ostatnich latach przed zawieszeniem poboru. Jak podkreśla Pietrek, w ciągu 9 miesięcy można odpowiednio przeszkolić żołnierzy.

Gdyby te szkolenia nie były prowadzone profesjonalnie, a nie na takiej zasadzie, że trzymamy żołnierzy dwa lata czy półtora roku i jest musztra i przysłowiowe malowanie trawy na zielono, to dziewięć miesięcy by wystarczyło. Oczywiście przy założeniu, że później będą dalsze szkolenia doskonalące i zgrywające – uważa Pietrek.

Takie szkolenie musiałoby objąć zadania związane z m.in. ratownictwem na polu walki, survivalem, partyzantką miejską czy obroną terytorialną i być prowadzone z naciskiem na działania praktyczne. W taki sposób funkcjonują siły zbrojne w krajach o niewielkiej, ale sprawnej armii, jak choćby w państwach skandynawskich czy Szwajcarii. Jak przypomina Pietrek, takie założenia miały też Narodowe Siły Rezerwowe.

Działania przypominające podstawową służbę mogłyby by zaledwie 5-dniowymi szkoleniami. Taki plan jest już gotowy – MON chce w tym roku wezwać na obowiązkowe szkolenia wszystkich rezerwistów, którzy odbyli służbę zasadniczą.

Według eksperta Wyższej Szkoły Bankowej w Gdańsku polska armia już teraz jest bardzo sprawna i odpowiednio wyposażona, ale jej problemem są ciągłe zmiany. Dlatego zarządzaniem siłami zbrojnymi powinna zająć się niezależna od rządu agencja, która nie będzie kierowała się względami politycznymi, lecz strategicznymi.

Niezależnie od polityki miałaby określony kierunek – twierdzi Pietrek.

Dodaje, że warto wykorzystać także zapał młodych działających w organizacjach paramilitarnych. Współpraca z tego typu organizacjami może pozwolić wojsku na przeszkolenie wielu osób bez przywracania poboru.

Optymistyczne nastroje wśród mikroprzedsiębiorców. 66 proc. z nich spodziewa się w tym roku wzrostu obrotów

CEO Magazyn Polska

Polscy mikroprzedsiębiorcy bardzo optymistycznie oceniają perspektywy gospodarcze. Co drugi z nich chce zwiększyć w tym roku zatrudnienie, a dwie trzecie liczy na wzrost obrotów, a aż 75 proc. planuje inwestycje w środki trwałe. To dobra wiadomość dla całej gospodarki, bo wydatki mikrofirm przełożą się na zwiększoną sprzedaż wielu większych spółek.

Mikroprzedsiębiorcy są w tej chwili w dobrej kondycji. Ich prognozy dotyczące wzrostu obrotów w tym roku oraz chęci inwestowania czy zatrudniania są na bardzo dobrym poziomie. Badanie, które przeprowadzamy co kwartał od ponad czterech lat, tym razem pokazało, że przedsiębiorcy optymistycznie podchodzą do swojego biznesu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dariusz Makosz, członek zarządu Idea Banku.

Z badań Idea Banku wynika, że 30 proc. mikroprzedsiębiorców oczekuje w tym roku przyspieszenia wzrostu gospodarczego, a 47 proc. utrzymania poziomu z ubiegłego roku. Ta grupa przedsiębiorców jeszcze bardziej optymistycznie ocenia własne perspektywy – wzrostu obrotów swoich biznesów spodziewa się 66 proc. ankietowanych, a stabilizacji na poziomie z zeszłego roku 27 proc. Tylko 7 proc. obawia się spadku obrotów.

Z uwagi na swój optymizm przedsiębiorcy planują w tym roku także duże inwestycje. Ponad 75 proc. właścicieli mikrofirm deklaruje, że w tym roku przeprowadzi inwestycje. To znacznie więcej niż w IV kwartale 2014 r. – wtedy ten odsetek wynosił jedynie 63,3 proc. Jeszcze na początku 2013 r. niecałe 40 proc. mikroprzedsiębiorców chciało inwestować.

Przedsiębiorcy chcą teraz inwestować głównie w środki trwałe, przede wszystkim korzystając ze wsparcia finansowego w postaci kredytów bankowych czy leasingu. Największy odsetek przedsiębiorców chce kupić samochód. To dobra informacja, bo często jest to związane z tym, że przedsiębiorca widzi, że jego biznes na tyle się rozwinął, że potrzebuje wymienić środek trwały na większy, lepszy, nowszy czy po prostu chce kupić dodatkowy – tłumaczy Makosz.

Ponad jedna trzecia mikroprzedsiębiorców chce w tym roku kupić samochód. Jedna czwarta planuje inwestycje w sprzęt, a co piąty w maszyny. Jakikolwiek kredyt w tym roku zamierza zaciągnąć, zgodnie z deklaracjami, ponad 70 proc. przedsiębiorców, a ponad połowa z nich skorzysta z kredytu inwestycyjnego.

‒ Oprócz tego przedsiębiorcy wyrażają chęć zatrudnienia. Wyniki pokazują, że ponad połowa z nich chce zatrudnić przynajmniej jedną osobę. Mamy prawie 3 miliony firm, gdyby każdy z tych przedsiębiorców zatrudnił osobę bezrobotną, to 1,5 mln ludzi zostałoby zatrudnionych. Wtedy o 70 proc. spadłoby bezrobocie w Polsce – mówi Makosz.

Makosz zaznacza, że na tak duży wzrost zatrudnienia nie możemy liczyć, ale deklaracje o zwiększeniu zatrudnienia przez mikroprzedsiębiorców i tak są bardzo pozytywnym sygnałem.

Inwestycje oraz wzrost zatrudnienia w sektorze mikrofirm to dobre wieści dla gospodarki, bo przedsiębiorstwa zatrudniające do dziewięciu osób generują obecnie ok. 73 proc. PKB całego sektora przedsiębiorstw. Makosz zaznacza, że optymizm mikroprzedsiębiorstw utrzymuje się nawet w czasach dekoniunktury, dzięki czemu pełnią one funkcję stabilizującą w gospodarce.

Mikroprzedsiębiorcy tak bardzo nie patrzą na prognozy analityków, na wyniki GUS-u dotyczące całego sektora czy całej gospodarki, ponieważ oni zwracają uwagę głównie na to, żeby nikt im nie przeszkadzał w rozwoju biznesu. Oczywiście, jeżeli na rynku jest bardzo źle, to w jakimś stopniu przekłada się to na ich kondycję. Najważniejsza jest dla nich jednak informacja dotycząca tego, czy mogą rozwijać biznes zgodnie ze swoim planem – podkreśla Makosz.

Optymizm mikroprzedsiębiorstw wynika także z ich elastyczności. Jak podkreśla Makosz, firmy tej wielkości mogą znacznie szybciej reagować na zmiany koniunktury. Będąc bliżej rynku, od razu odczuwają zmieniające się trendy i mogą dostosować swoje plany, a nawet zmienić branże. To przewaga, której nie mają korporacje.

Lotte Group rozbudowuje fabrykę Wedla w Warszawie. W ciągu najbliższych trzech lat przeznaczy na inwestycje dziesiątki milionów złotych

0

CEO Magazyn Polska

Wedel, należący do japońskiego koncernu spożywczego Lotte Group, w najbliższych latach szykuje duże inwestycje. Planuje rozbudowę fabryki czekolady w Warszawie, uruchomienie nowych linii produkcyjnych i modernizację istniejących oraz poszerzenie asortymentu wyrabianych słodyczy.

– Zwiększenie powierzchni budynku fabrycznego nastąpi już pod koniec lata – mówi agencji informacyjnej Newseria Maciej Herman, dyrektor sprzedaży i marketingu Lotte Wedel.

Rozbudowa fabryki polegająca na przedłużeniu jej budynku to początek planów rozwoju firmy rozpisanych na kilka najbliższych lat.

Ten rok i najbliższe 2-3 lata będą bardzo ciekawym okresem dla naszej firmy – zapowiada Maciej Herman. – Nie mogę podać dokładnych kwot, ale na inwestycje przeznaczymy dziesiątki milionów złotych. Zaczniemy już w tym roku – powiększeniem naszej fabryki, która znajduje się na warszawskiej Pradze. Będziemy stawiać niedługo dodatkowy budynek, który zwiększy jej powierzchnię.

Kolejnym etapem inwestycji Wedla będzie uruchomienie produkcji nowych słodyczy, które uzupełnią asortyment kilkudziesięciu wyrobów czekoladowych oferowanych przez firmę.

– Kończymy właśnie kilka projektów inwestycyjnych związanych zarówno z wdrożeniem nowych linii produktowych, o szczegółach których na razie nie mogę mówić, jak i z unowocześnieniem linii produkcyjnych, które w tej chwili w naszej firmie działają – deklaruje dyrektor sprzedaży i marketingu Lotte Wedel.

Jak zaznacza, większość tych planów realizowana będzie po zakończeniu rozbudowy budynków.

– Jest szansa na to, że pozostałe inwestycje ruszą pod koniec tego roku. Natomiast większość inwestycji w linie produkcyjne przypadnie na przyszły rok i 2017 r. – zapowiedział Herman podczas konferencji Poland & CEE Retail Summit 2015.

Przejmując Wedla od brytyjskiego koncernu Cadbury, japońska Lotte Group deklarowała w 2010 roku, że nie zamierza zmieniać produktów polskiej firmy. Skoncentrowany na azjatyckim rynku japoński koncern zapowiadał, że chce, by z czasem Wedel stał się jego przyczółkiem do europejskiej ekspansji. Przychody ze sprzedaży Grupy Lotte szacowano w zeszłym roku na ok. 80 mld dolarów.

Amica Wronki: Po dobrym roku spółka szykuje się na wolniejszy wzrost. Cały czas szuka spółek do przejęcia, głównie w Europie Zachodniej

0

CEO Magazyn Polska

Amica Wronki z satysfakcją podsumowuje wyniki osiągnięte w zeszłym roku i przymierza się do inwestycji oraz akwizycji. Na celowniku ma spółki, które pozwolą jej wejść na nowe rynki zbytu w Europie Zachodniej. Zakłada jednak pogorszenie wskaźników w związku z coraz poważniejszym kryzysem w Rosji.

Spodziewamy się wzrostu sprzedaży na kluczowych rynkach. Zamierzamy także wejść na nowe rynki w związku z planowanymi akwizycjami mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Wojciech Kocikowski, wiceprezes zarządu ds. finansowych Amica Wronki. – Zakładamy wzrost inwestycji, ponieważ spodziewamy się, że nasze kuchnie będą się sprzedawały lepiej. Być może przejściowo ten wzrost będzie trochę wolniejszy, ale cały czas zakładamy, że sprzedaż będzie rosła.

W zeszłym roku przychody ze sprzedaży firmy przekroczyły 2 mld zł i były o niemal 400 tys. zł wyższe niż rok wcześniej. Zysk netto przypadający na akcjonariuszy spółki spadł jednak o ponad 10 mln zł i przekroczył 78 mln zł. Zysk operacyjny wzrósł natomiast o przeszło 30 mln zł i wyniósł 128 mln zł. Jak podkreśla wiceprezes spółki, wskaźnik długu do EBITDA na koniec zeszłego roku wyniósł 0,2. Jest to niski poziom i jak deklarują władze Amiki, podobnie powinno być w tym roku, nie powinien on przekroczyć 1. To oznacza spore możliwości inwestycyjne, dlatego w tym roku powinna ruszyć sprzedaż w Hiszpanii. Spółka deklaruje też, że nie zapomina o rynku włoskim i planuje zwiększenie sprzedaży na rynkach francuskim i brytyjskim.

Grupa Amica miała bardzo dobry 2014 rok, ponieważ zwiększyła sprzedaż powyżej 20 proc. i to nie tylko w pojedynczych krajach, ale właściwie na wszystkich kluczowych dla nas rynkach ocenia Wojciech Kocikowski. – Za tym wzrostem obrotów szły też wzrosty wyników, tak że oceniamy ten rok bardzo pozytywnie.

Wiceprezes Amiki do spraw finansowych podkreśla, że jeszcze lepszą wiadomością od dynamicznego wzrostu sprzedaży jest to, że rozkładała się ona równomiernie.

Na szczęście możemy powiedzieć, że na żadnym z rynków nasza sprzedaż nie spadła, nawet na rynku rosyjskim zwiększyliśmy obroty. Natomiast rynkiem, na którym najbardziej wzrosła nam sprzedaż, był rynek brytyjski, gdzie bywały kwartały, że sprzedaż wzrastała o ponad 100 proc. Jeśli chodzi o inne rynki, to dobrze sobie radził rynek polski, niemiecki, skandynawski, czeski i słowacki.

Obecnie spółka przygotowuje się na trudniejszy czas i zakłada, że sprzedaż w tym roku będzie niższa niż w ubiegłym. Szefowie Amiki Wronki zakładają, że gdyby firmie udało się  osiągnąć wzrost organiczny – bez efektów związanych np. z akwizycjami – rzędu 5 proc., to będą mieli powody do zadowolenia.

Sprzedaż na pewno obciążona jest największym ryzykiem na rynku wschodnim – zaznacza Wojciech Kocikowski z Amica Wronki. – Spodziewamy się, że w Rosji trudno będzie powtórzyć wzrosty z ubiegłego roku. Dodatkowo jeszcze jest ryzyko związane z kondycją samych kontrahentów rosyjskich, dlatego trzeba będzie bardziej wnikliwie analizować ich standing finansowy i należności, które mamy na tym rynku.