Motoryzacja skręca w outsourcing

Przedstawiciele Automotive w Polsce spodziewają się wzrostu produkcji, zamierzają zwiększać zatrudnienie i na większą skalę korzystać z outsourcingu. Z „Badania opinii i nastrojów przedstawicieli Automotive” przeprowadzonego przez Exact Systems, firmę kontrolującą części samochodowe, wynika, że ponad połowa przedstawicieli branży motoryzacyjnej korzysta ze wsparcia firmy outsourcingowej na stałe, a co czwarta firma zamierza zwiększyć zakres usług powierzonych partnerowi zewnętrznemu. Wszystko dzięki temu, że outsourcing to redukcja kosztów (34%) i czasu (16%).

Mamy nadzieję, że rok 2014 okaże się przełomowym w branży motoryzacyjnej i na dobre pożegnamy się z kryzysem, z którego firmy produkujące samochody i części do nich bardzo szybko wyciągnęły wnioski. Jednym z nich jest przekonanie, że warto stawiać na specjalizację. Każda firma powinna skupić się na tym, na czym się dobrze zna, a te dziedziny funkcjonowania, które wykraczają poza jej podstawową działalność, powinna zlecać wyspecjalizowanemu partnerowi zewnętrznemu – mówi Paweł Gos, prezes zarządu Exact Systems i ekspert Polskiej Izby Motoryzacji.

Obszary i najważniejsze zalety outsorcingu

Prawie połowa firm z sektora motoryzacyjnego w Polsce zleca na zewnątrz usługę kontroli jakości (48%). Co trzecia (36%) decyduje się na outsourcing produkcji lub montażu samochodów i części samochodowych. Od kilkunastu już lat jakość, obok kosztów, jest języczkiem u wagi jeśli chodzi o wybór Polski jako partnera inwestycyjnego. Stąd producenci motoryzacyjni poszukują dla celów outsourcingu firm z odpowiednimi kwalifikacjami i narzędziami, wyspecjalizowanych w tym obszarze – mówi Jacek Opala, dyrektor ds. rozwoju i sprzedaży w Exact Systems.

Z punktu widzenia konkurencyjności biznesu jednym z najważniejszych elementów jest zawsze cena usługi – im niższa tym lepsza. Właśnie ze względu na redukcję kosztów 34% przedstawicieli Automotive w Polsce korzysta z outsourcingu. Powodem, który znalazł się na drugim miejscu, jest oszczędność czasu (16%). Na najniższym stopniu podmium znalazły się specjalizacja i doświadczenie firmy w określonej dziedzinie (14%).

Outsourcing na stałe zagościł w motoryzacji

Rozbudowany wachlarz korzyści, jakie niesie ze sobą outsourcing usług, sprawia, że obecnie ponad połowa przedstawicieli branży motoryzacyjnej korzysta ze wsparcia firmy outsourcingowej na stałe (57%). Na współpracę z zewnętrznym partnerem w sytuacji doraźnej, np. w przypadku kontroli jakości określonej partii części samochodowych, stawia co trzecia zapytana firma (33%), natomiast 10% respondentów outsourcuje wybrane usługi cyklicznie, w określonych porach roku. Na przykład jesienią, kiedy w fabrykach produkuje się najwięcej części i samochodów – mówi Jacek Opala.

Outsourcing często utożsamiany jest z okresem dekoniunktury i cięciem kosztów. Tymczasem przeprowadzone przez nas badanie potwierdza, że firmy zamierzają z niego korzystać także w czasach prosperity – mówi Paweł Gos. W ciągu najbliższych 2 lat aż 67% przedstawicieli motoryzacyjnego sektora produkcyjnego w Polsce planuje pozostawić zakres usług zlecanych firmie outsourcingowej na podobnym poziomie jak obecnie. Co czwarta firma deklaruje natomiast rozszerzenie współpracy. To bardzo dobry prognostyk dla sektora Automotive w naszym kraju. Oznacza, że produceni spodziewają się większej ilości zamówień, a co za tym idzie będą więcej wytwarzać i zwiększać zatrudnienie – podsumowuje Gos.

Metodologia badania
„Badanie opinii i nastrojów przedstawicieli Automotive” zostało przeprowadzone przez firmę Exact Systems w maju 2014 r. na celowej próbie przedstawicieli firm z sektora Automotive będących klientami Exact Systems. Wśród nich znajdują się m.in. producenci samochodów, poddostawcy części i komponentów samochodowych Tier I i Tier II takich jak wycieraczek, szyb samochodowych, dachów, kolumn kierowniczych czy elementów bezpieczeństwa. Wielkość próby wyniosła 115 respondentów. Badanie zrealizowano metodą telefonicznych wywiadów (CATI).

Raport PARP: Młodzi ludzie nie doceniają kompetencji miękkich

Z Raportu specjalnego Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości dotyczącego współpracy biznesu z edukacją w Polsce wynika, że młodzi ludzie błędnie identyfikują oczekiwania kompetencyjne pracodawców. Studenci uważają za najmniej istotne kompetencje miękkie, które z kolei według firm znajdują się w czołówce umiejętności deficytowych u kandydatów do pracy.

Wiedza młodych ludzi na temat wymagań rynku pracy i oczekiwań pracodawców rozmija się z rzeczywistością. Zgodnie z wynikami badania przytoczonego w Raporcie specjalnym opracowanym w ramach projektu Biznes dla edukacji, studenci uznają kompetencje miękkie za najmniej istotne na rynku pracy. Tylko 3,5 proc. respondentów uważa, że komunikatywność oraz umiejętność pracy w zespole to cechy istotne dla przyszłego pracodawcy. Dla 3 proc. młodych ludzi ważna jest umiejętność podejmowania decyzji, a tylko dla 5,5 proc. umiejętność samodzielnej analizy i wyciągania wniosków. Tymczasem zawarte w Raporcie badania pracodawców wskazują, że firmy obserwują u kandydatów do pracy deficyt takich kompetencji, jak: kontakt z klientem (34 proc. respondentów), umiejętność rozwiązywania problemów (32 proc.), kompetencje interpersonalne (24 proc.), czy umiejętność pracy w grupie (22 proc.). – Młodzi ludzie muszą być świadomi, że rozwinięte kompetencje miękkie podnoszą wartość potencjalnego pracownika w oczach pracodawcy. Aby jednak uczniowie mogli nabywać umiejętności cenione przez firmy, konieczna jest solidna edukacja praktyczna bazująca na współpracy pracodawców ze szkołami i uczelniami. Kształcenie młodego pokolenia zgodnie z potrzebami rynku pracy jest obecnie jednym z największym wyzwań, jakie stoją zarówno przed systemem edukacji, jak i przed środowiskiem biznesu – komentuje Bożena Lublińska-Kasprzak, Prezes Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości.

Raport specjalny dotyczący współpracy biznesu z edukacją w Polsce opisujący warunki i możliwości współpracy pracodawców ze szkołami, został opracowany w ramach projektu Biznes dla edukacji, realizowanego przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości w partnerstwie z Polskim Stowarzyszeniem Zarządzania Kadrami.

Raport dostępny jest na stronie projektu: www.biznesdlaedukacji.parp.gov.pl.

Od 27 maja 2014 obowiązuje znowelizowana Ustawa o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy

Od 27 maja 2014 obowiązuje znowelizowana Ustawa o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy, od dawna zapowiadana jako przełom w aktywnej walce z bezrobociem. Z punktu widzenia osób poszukujących pracy, nowością jest wprowadzenie zindywidualizowanego podejścia urzędów pracy oraz rozliczanie wszystkich instytucji rynku pracy z osiąganych efektów, a nie tylko starannego działania.

Obecnie każda osoba rejestrująca się w Powiatowym Urzędzie Pracy (PUP) będzie sprofilowana pod kątem własnego potencjału oraz niezbędnego zakresu wsparcia przy znalezieniu pracy (profile dla osób już zarejestrowanych zostaną sporządzone do końca 2014 r.). Ustawa określa trzy strategie pomocy:

Formy aktywizacji Grupa docelowa
Profil IPośrednictwo pracy, a także, w uzasadnionych przypadkach, poradnictwo zawodowe lub inne formy pomocy. Osoby silnie zmotywowane i dobrze radzące sobie na rynku pracy.
Profil IIUsługi i instrumenty rynku pracy, działania aktywizacyjne zlecone przez urząd pracy oraz inne formy pomocy z wyłączeniem Programu Aktywizacja i Integracja. Osoby potrzebujące większego zakresu wsparcia, ukierunkowanego zgodnie z indywidualnymi potrzebami.
Profil III Program Aktywizacja i Integracja, działania aktywizacyjne zlecone przez urząd pracy, programy specjalne, skierowanie do zatrudnienia wspieranego u pracodawcy lub podjęcia pracy w spółdzielni socjalnej zakładanej przez osoby prawne oraz, w uzasadnionych przypadkach, poradnictwo zawodowe. Osoby długotrwale bezrobotne, gorzej wykształcone, słabo zmotywowane, oddalone od rynku pracy, wymagające zastosowania zaawansowanych metod wsparcia i aktywizacji (np. osoby w wieku „50+”, niepełnosprawni, samotni rodzice itp.), także we współpracy z instytucjami pomocy społecznej.

Osoba, która nie wyrazi zgody na określenie jej profilu pomocy lub odmówi bez uzasadnionej przyczyny udziału w zaleconych przez PUP działaniach aktywizacyjnych, może stracić status bezrobotnego.

Urzędy pracy liczą, że narzędzie to umożliwi im w pierwszej kolejności zidentyfikowanie osób, które nie są zainteresowane znalezieniem pracy (bo na przykład pracują na czarno lub mają inne źródło utrzymania), lecz wyłącznie nabyciem prawa do ubezpieczenia zdrowotnego – tłumaczy Dorota Strzelec, psycholog – doradca zawodowy, dyrektor agencji zatrudnienia StaffPoland Sp. z o.o., konsultant TGC Corporate Lawyers. Największy zakres wsparcia przewidziano dla osób z Profilu III, które stanowią aż połowę ogółu zarejestrowanych w urzędach pracy. Ich aktywizacja pochłonie dużą część budżetu znowelizowanej ustawy. Co więcej, by zmotywować samych pracowników urzędów pracy, przewidziano dla nich premie za osiągnięcie ustalonych wskaźników aktywizacji bezrobotnych.

Urząd czy agencja zatrudnienia?

Aktywizacja bezrobotnych może być również zlecona agencjom zatrudnienia – do nich kierowani będą długotrwale bezrobotni, dla których ustalono profil pomocy II lub III – mówi Dorota Strzelec ze StaffPoland Sp. z o.o.Wybrana agencja będzie zawierała z marszałkiem województwa oraz z PUP „umowę o świadczenie działań aktywizacyjnych” na rzecz grupy co najmniej 200 bezrobotnych na ustalony okres czasu – dodaje ekspert.

Wynagrodzenie dla agencji zatrudnienia za aktywizację jednego bezrobotnego nie może przekroczyć trzykrotności przeciętnego wynagrodzenia obowiązującego w dniu zawarcia umowy o świadczenie działań aktywizacyjnych (czyli obecnie ponad 11 tys. zł).  Będzie ono wypłacane agencji maksymalnie w 4 transzach stosownie do osiąganych efektów:

  1. 20% wynagrodzenia (ok. 2.500 zł za bezrobotnego) za dokonanie diagnozy sytuacji zawodowej bezrobotnego i zaprojektowanie działań aktywizacyjnych mających na celu podjęcie przez niego odpowiedniej pracy lub działalności gospodarczej;
  2. 20% wynagrodzenia (ok. 2.500 zł za bezrobotnego) za doprowadzenie bezrobotnego do podjęcia odpowiedniej pracy lub działalności gospodarczej trwającej przez okres co najmniej 14 dni;
  3. 30% wynagrodzenia (ok. 3.000 zł za bezrobotnego) za utrzymanie przez bezrobotnego odpowiedniej pracy lub działalności gospodarczej podjętej w wyniku działań agencji przez okres minimum 90 dni;
  4. 30% wynagrodzenia (ok. 3.000 zł za bezrobotnego) za utrzymanie przez bezrobotnego odpowiedniej pracy lub działalności gospodarczej podjętej w wyniku działań agencji przez okres minimum 180 dni.

Agencja jest zobowiązana do udokumentowania działań aktywizacyjnych podejmowanych wobec bezrobotnych i podlega kontroli Wojewódzkiego Urzędu Pracy. – W przypadku nieosiągnięcia ustalonego w umowie wskaźnika skuteczności zatrudnieniowej, agencja musi zwrócić WUP nienależną część wynagrodzenia danej transzy w ciągu 14 dni od daty doręczenia jej wezwania do ich zwrotu – zaznacza ekspert StaffPoland Sp. z o.o.

Rynek odzieżowy coraz bardziej skonsolidowany

Rynek odzieżowy w Polsce osiągnął wartość 22,2 mld zł w 2013 roku, co stanowiło wzrost o 3,6% w porównaniu do roku 2012. 2013 rok był udany pod względem sprzedaży, pomimo wielu niesprzyjających czynników, takich jak spowolnienie gospodarcze w pierwszej połowie roku, późne nadejście wiosny oraz łagodna zima, która nie zachęcała do zakupów ciepłych ubrań.

Rynek modowy w Polsce cechuje się niezwykle dużą konkurencją, co sprawia, że w okresie mniejszej skłonności do zakupów firmy musiały walczyć o klienta wszelkiego rodzaju zachętami w postaci promocji, rabatów i upustów, co z kolei odbiło się negatywnie na wysokości ich marży brutto.

„Ostatnie lata były okresem, w którym konsumenci racjonalizowali swoje wydatki – czekali z zakupem na promocje i wyprzedaże, szukali okazji, lub przenosili zakupy do internetu oraz markowych sklepów outletowych. Sieci reagują na ten trend, co przejawia się w ostrej konkurencji cenowej, często kosztem jakości oferowanych produktów”, komentuje Patrycja Nalepa, Starszy analityk handlu w PMR.

Najwięksi umacniają pozycję
Najmocniej rosną najwięksi gracze: LPP, Inditex czy H&M, którzy w ostatnich latach jeszcze bardziej umocnili swoją rynkową pozycję. Jako właściciele wielu popularnych marek wykorzystują swą siłę przetargową do otwierania sklepów na korzystniejszych warunkach oraz negocjacji czynszów w już zajmowanych lokalizacjach, tym samym poprawiając swoje wskaźniki rentowności.

W efekcie rynek ulega ciągłej konsolidacji. Podczas gdy w 2010 roku dziesięć największych detalistów odzieżowych realizowało 31% sprzedaży rynku, w 2013 roku ich udział wzrósł do 42%. Pozostałe firmy skupiały się w ostatnim roku raczej na optymalizacji swoich sieci – oprócz otwierania nowych sklepów, zamykały również te najmniej rentowne oraz przeprowadzały remonty starszych placówek.

Sieci dyskontowe rosną najszybciej
Wyjątkiem są sieci dyskontowe, które w czasie „kryzysu” rosną najbardziej, zarówno ilościowo jak i wartościowo, i z roku na rok zyskują coraz większy udział w rynku odzieżowym. W 2013 r. sprzedaż trzech największych sieci dyskontowych wzrosła, według naszych szacunków, o 17% przy 12% wzroście liczby placówek. Liderem segmentu jest sieć sklepów przemysłowych Pepco, która rośnie w tempie 70-80 otwarć rocznie. W kwietniu 2014 r. firma otworzyła pięćsetny sklep, a docelowo chce mieć ich w Polsce 600.

Rosnąca popularność sieci dyskontowych została potwierdzona również w badaniu konsumenckim przeprowadzonym na potrzeby raportu. W porównaniu do poprzedniej edycji badania zmniejszył się odsetek osób wskazujących sklepy markowe w centrach handlowych, a zwiększył udział tych wybierających sklepy z dyskontową odzieżą – w obu przypadkach o 4 p.p.

„Bieżący rok będzie jeszcze lepszy dla sprzedaży odzieży i obuwia w Polsce, co potwierdzają wyniki z ostatnich miesięcy. Stopniowa poprawa wskaźników makroekonomicznych będzie przyczyniać się do poprawy nastrojów konsumenckich i większej skłonności do zakupów, chociaż konsument nadal będzie chciał kupować „mądrze”, a więc dobry produkt w stosunkowo niskiej cenie. Do wzrostu sprzedaży będzie przyczyniać się również rosnąca świadomość ubioru i trendów modowych, także wśród mężczyzn” dodaje Patrycja Nalepa.

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. „Handel detaliczny odzieżą i obuwiem w Polsce. Analiza rynku i prognozy rozwoju na lata 2014-2019”.

Od nowego roku zmiany w podatkach. Głównie korzystne dla budżetu, a nie dla przedsiębiorców

CEO Magazyn Polska

Planowane na początek przyszłego roku zmiany w prawie podatkowym ograniczą możliwości korzystnych podatkowo działań prowadzonych przez przedsiębiorców – podkreślają eksperci. Proponowane przepisy mają uszczelnić system podatkowy i zwiększyć wpływy do budżetu. Dla przedsiębiorców mogą jednak oznaczać dodatkowe obowiązki i koszty, a niewłaściwy sposób wprowadzenia zmian może spowodować odpływ inwestycji z Polski.

W proponowanych zmianach do ustaw podatkowych znalazły się zupełnie nowe rozwiązania. Jedno z nich przewiduje obowiązek uwzględnienia przy opodatkowaniu rezydenta krajowego (osoby fizycznej lub przedsiębiorcy) dochodów kontrolowanych podmiotów zagranicznych, które mają siedzibę w kraju o niższym poziomie opodatkowania niż ten, który obowiązuje w kraju rezydencji dominującego podmiotu.

Opodatkowanie spółek zagranicznych ma w zamierzeniu Ministerstwa Finansów mieć bardzo szeroki zakres i nie jest to do końca sprawiedliwe. Konstrukcja przepisu oznacza bowiem, że zwolnienie bądź opodatkowanie niską stawką w danym kraju za granicą tylko jednego typu dochodów pasywnych powoduje, że spółka osiągająca różnego rodzaju dochody pasywne, niekoniecznie tak korzystnie opodatkowane, także będzie potencjalnie wpadać w zakres zastosowania nowych przepisów – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Monika Ławnicka, doradca podatkowy z Accreo.

Spółka będzie mogła zostać uznana za zagraniczną spółkę kontrolowaną, m.in. jeśli co najmniej połowa jej przychodów pochodzi z dywidendy i innych przychodów z udziału w zyskach osób prawnych. Jak podkreśla ekspertka, rozwiązaniem dla przedsiębiorstwa mogłaby być próba udowodnienia, że spółka prowadzi rzeczywistą działalność gospodarczą właśnie za granicą.

 – Nowelizacja wskazuje na pewne przesłanki, jak rozumieć to pojęcie, jednak są one niedookreślone, wymagają od osoby weryfikującej znajomości biznesu, zrozumienia dla przedsiębiorcy, co nie zawsze jest standardem w odniesieniu do organów kontroli skarbowej czy organów podatkowych. Pod tym względem przed przedsiębiorcami posiadającymi spółki zagraniczne rysuje się trudny czas, czas tworzenia dodatkowej dokumentacji, udowadniania swojego stanowiska i dyskusji z organami podatkowymi – zaznacza Monika Ławnicka.

Regulacja taka ma zwalczać nadużycia podatkowe występujące w stosunkach między powiązanymi spółkami. Podobne przepisy ma wiele państw członkowskich UE i pozaeuropejskich. Jak podkreśla ekspertka, zagraniczni przedsiębiorcy mają świadomość, że kraje, które dotychczas nie miały zapisów dotyczących opodatkowania zagranicznych spółek kontrolowanych, będą stopniowo takie zmiany wprowadzać. Wszystko jednak zależy od sposobu ich wprowadzenia, a to zależy od Ministerstwa Finansów i podległych mu organów.

 – Jeśli nie wykażą one zrozumienia dla potrzeb przedsiębiorcy, dla jego funkcjonowania, a będą stosowały tylko podejście profiskalne, może się okazać, że z Polski odpłyną inwestycje – przestrzega Monika Ławnicka.

Dodatkowe obowiązki, które wynikają z proponowanych zmian, to np. prowadzenie rejestru kontrolowanych spółek zagranicznych czy wykazywanie zdarzeń w spółce, którą mogą wpływać na jej dochód.

Nowe przepisy wprowadzą również klauzulę obejścia prawa – urzędnicy będą sprawdzać, czy przeprowadzona w danej firmie restrukturyzacja miała na celu jedynie uniknięcie opodatkowania. To dla przedsiębiorców oznacza dodatkowe obowiązki związane z przechowywaniem wielu różnych dokumentów i tworzeniem uzasadnień – na wypadek kontroli.

Proponowane zmiany nie ograniczają całkowicie możliwości optymalizacyjnych, nie jest też wykluczone, że znowelizowana ustawa wciąż będzie umożliwiać dokonywanie restrukturyzacji korzystnych dla przedsiębiorców.

Przedsiębiorcy powinni przeanalizować treść nowelizacji i wynikające z niej zmiany pod kątem własnej sytuacji. W tym przypadku nie ma bowiem gotowych rozwiązań. Ministerstwo Finansów argumentuje, że zmiany powinny dostosowywać Polskę do praktyki krajów zachodnich, ale nie jest to do końca prawda. Kraje takie jak Luksemburg, poza łataniem luk w prawie podatkowym, proponują przedsiębiorcom także rozwiązania korzystne – ocenia Monika Ławnicka. 

Znowelizowane przepisy powinny wejść w życie z początkiem 2015 roku, trwają nad nimi prace w Sejmie.

Firmom z branży mięsnej brakuje rynków zbytu. Rosyjskie embargo bije je po kieszeni

CEO Magazyn Polska

Polski przemysł mięsny dysponuje najnowocześniejszymi technologiami, jednak ma problem z pełnym wykorzystaniem mocy produkcyjnych, bo firmom z branży brakuje rynków zbytu. Zakładom przetwórczym coraz trudniej też znaleźć wykształconych specjalistów, muszą więc sięgać po pracowników z zagranicy lub korzystać z firm leasingujących pracowników.

W tym roku największym problemem dla branży mięsnej jest ograniczenie eksportu wieprzowiny na rynki wschodnie. Rosyjskie embargo na mięso z krajów Unii Europejskiej doprowadziło do znaczących spadków na polskim rynku. W przypadku Rosji eksport zmniejszył się o 71 proc., w przypadku Białorusi – o 75 proc. Eksport ratują inne rynki, jak Korea Południowa i Filipiny. Polscy eksporterzy liczą także na pozytywne efekty zniesienia embarga przez Ukrainę, co oficjalnie nastąpiło w ubiegłą środę. W pierwszym kwartale eksport żywca, mięsa i tłuszczów wieprzowych wyniósł 140 tys. ton i był niższy od wyniku z analogicznego okresu rok wcześniej o 7 proc. Tymczasem polskie przedsiębiorstwa mogłyby produkować jeszcze więcej wędlin niż dotychczas, dzięki poprzedniej unijnej perspektywie zostały bowiem unowocześnione i rozbudowane zakłady produkcyjne.

Ten przemysł został na tyle doinwestowany i na tyle zostało na tym rynku mięsnym w Polsce technologii nowej postawionej, że tak naprawdę mamy doskonałe zakłady, doskonale rozwinięte przetwórstwo, i dzisiaj jedynie chodzi o to, żebyśmy mogli tylko w pełni wykorzystać moce produkcyjne, które ma przetwórstwo, to będzie duży sukces – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Wiesław Różański, prezes Unii Producentów i Pracodawców Przemysłu Mięsnego (UPEMI – Union of Producers and Employers of the Meat Industry).

Duże zakłady mięsne korzystały z dofinansowania na inwestycje ze środków przeznaczonych na rozwój obszarów wiejskich. W nowej perspektywie takiej możliwości już nie będzie; teraz najbardziej skorzystają projekty innowacyjne i mniejsi wytwórcy. W przemyśle mięsnym dotyczyć one będą technologii pakowania, opakowań, przechowywania.

Są to technologie drogie, finansowane w większości przez projekty innowacyjne, ale już nie przez Program Rozwoju Obszarów Wiejskich – podkreśla prezes UPEMI. – Pozostałe środki, nie wiemy jeszcze, jak Unia je zatwierdzi, będą na inwestycje dla małych i średnich przedsiębiorstw, i to praktycznie tylko do skracania łańcucha żywieniowego, jak również przechowywania czy magazynowania tych produktów – mówi Wiesław Różański.

Pracownik poszukiwany

Mimo problemów w eksporcie branża mięsna stabilnie się rozwija. Nie widać upadków zakładów mięsnych w Polsce i dużych zmian w zatrudnieniu.  Jak podkreśla prezes UPEMI, zmienia się jednak struktura zatrudnienia – coraz częściej pracownicy są zatrudniani na umowy cywilnoprawne lub pozyskiwani z firm, które specjalizują się w leasingu pracowników, w tym specjalistów z zakresu technologii z branży przetwórczej. Zakłady mają dziś problem z pozyskiwaniem wykwalifikowanych pracowników.

Ta branża nie jest obarczona problemem zwolnień, potrzebuje pracowników do pracy – mówi Różański. – W Polsce jest coraz więcej firm specjalizujących się w leasingowaniu pracowników. Jest to już trend nieodwracalny. Ponieważ w Polsce szkolnictwo zawodowe przestało funkcjonować tak, jak działało kilkanaście czy kilkadziesiąt lat temu. Dzisiaj pracownicy w przetwórstwie mięsnym są trudno dostępni, bo większość z nich miała doskonałe wykształcenie i w przeciągu ostatnich kilku lat wyjechała za granicę i pracuje za o wiele wyższe wynagrodzenia u naszych konkurentów w Unii Europejskiej.

Jak twierdzi prezes UPEMI, z tego powodu dziś w wielu zakładach spotyka się coraz więcej obcokrajowców. Jak zapewnia, branża nie tylko nie będzie zwalniać pracowników, lecz wręcz szuka sposobów na zatrzymanie ich na obecnych stanowiskach.

Warszawska giełda ma szansę na wzrosty. Zmiany w OFE nie powinny odbić się na notowaniach spółek

CEO Magazyn Polska

Niskie stopy procentowe i ewentualne dalsze luzowanie polityki ze strony Rady Polityki Pieniężnej mogą przyczynić się do podtrzymania wzrostów na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie. Rynek obligacji skarbowych nie jest obecnie atrakcyjny, a inwestorzy powinni poszukać okazji na rynku obligacji korporacyjnych.

– Jeśli chodzi o indeksy na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie, to biorąc pod uwagę hossę trwającą od 2012 roku, a także niskie stopy procentowe i ewentualne kolejne cięcia stóp procentowych, to inwestycje w akcje będą przynosiły inwestorom wysokie zyski. W naszej opinii rynek akcji to najlepsze miejsce, żeby lokować swoje oszczędności – mówi agencji Newseria Biznes Adrian Apanel, specjalista ds. inwestycji na rynkach zagranicznych i zarządzania ryzykiem MM Prime TFI SA.

Jego zdaniem zmiany w OFE nie powinny mieć wielkiego wpływu na ruch indeksów na GPW, mimo wprowadzenia mechanizmu tzw. suwaka. Polega on na tym, że na 10 lat przed osiągnięciem ustawowego wieku emerytalnego środki zgromadzone na rachunku w OFE będą stopniowo przekazywane każdego miesiąca do ZUS i zapisywane na indywidualnym subkoncie ubezpieczonego.

 Suwak będzie się równoważył z dywidendami, które zostaną wypłacone przez największe spółki, które są w portfelach OFE, jak również będzie się równoważył z zagranicznymi inwestycjami OFE – uważa Adrian Apanel. – Jeśli chodzi o inwestycje za granicą, to OFE włożyły tam odpowiednie aktywa i wydaje nam się, że w przypadku potrzeb płynnościowych OFE będzie starało się upłynnić wpierw te bardziej płynne spółki zagraniczne – mówi Apanel.

Jak obligacje, to firmowe

Zdaniem Apanela ze względu na niskie rentowności obligacji skarbowych niemal w całej Europie inwestycje w papiery dłużne należy wzbogacić o obligacje z sektora korporacyjnego.

Wydaje mi się, że inwestycje w obligacje skarbowe nie przyniosą nam takich zysków jak inwestycje w obligacje korporacyjne – tam można doszukiwać się ciekawie oprocentowanych papierów – wskazuje Apanel.

Zwraca uwagę, że jego firma analizuje również rynki zagraniczne – szczególnie interesuje się emitentami z USA, Europy Zachodniej, a także Ameryki Łacińskiej.

– Ciekawie wygląda sektor motoryzacyjny i komponentów motoryzacyjnych w Stanach Zjednoczonych. Jeśli chodzi o Europę, to firmy, które zajmują się budownictwem, materiałami budowlanymi również wyglądają ciekawie – mówi Apanel.

Apanel zastrzega, że z pewnością fundusz MM Prime nie będzie brać pod uwagę takich krajów, jak Wenezuela czy Argentyna, w których sytuacja makroekonomiczna jest bardzo trudna.

– Są inne kraje, gdzie możemy znaleźć ciekawe inwestycje. Są to na przykład Chile czy Peru – dodaje specjalista ds. inwestycji na rynkach zagranicznych i zarządzania ryzykiem MM Prime TFI SA.

MM Prime TFI SA to pierwsze od ponad trzech lat niezależne towarzystwo funduszy inwestycyjnych powstałe z inicjatywy osób niezwiązanych z żadną grupą kapitałową. Pod koniec 2013 roku fundusz uzyskał zezwolenie Komisji Nadzoru Finansowego na prowadzenie działalności. W połowie czerwca 2014 roku MM Prime TFI rozpoczął działalność operacyjną. Jak mówi Adrian Apanel, fundusz będzie szukał najlepszych spółek z sektorów dużych oraz małych i średnich przedsiębiorstw, których akcje notowane są na GPW w Warszawie.

Prezes Fakro: Polskie firmy mają dużo gorsze warunki do rozwoju i konkurowania niż inwestorzy zagraniczni

CEO Magazyn Polska

Ryszard Florek, prezes i założyciel spółki Fakro, uważa, że nasz kraj potrzebuje dużych polskich firm i uznanych marek, a wzorem do budowy innowacyjnej gospodarki powinna być dla nas Korea Południowa. Na razie według niego polskie firmy mają gorsze warunki do rozwoju niż inwestorzy zagraniczni, a o innowacje trudno, ponieważ kraj stał się wielką montownią dla zachodnich koncernów.

Do innowacji potrzebne są duże rodzime firmy, a takich brakuje. Polska stała się montownią, poddostawcą elementów, części, półproduktów dla zachodnich koncernów. Najlepszym przykładem, jak tworzyć innowacje, jest Korea Południowa – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Ryszard Florek, prezes spółki Fakro, producenta stolarki okiennej i drzwiowej.

Ograniczenie gospodarki do montażu i usług na rzecz firm zagranicznych powoduje, że jedynym obszarem konkurencji pozostają koszty pracy. A tu przewaga Polski maleje wraz z coraz większą dostępnością taniej siły roboczej w innych krajach.

Nie mamy własnej gospodarki, nie mamy własnych marek, nie tworzymy know-how w Polsce. Żeby mówić o innowacyjności, najpierw musimy zastanowić się, co zrobić, żeby mieć duże rodzime firmy zdolne do tworzenia innowacji – uważa Ryszard Florek.

Same nowatorskie pomysły to za mało, żeby budować innowacyjną gospodarkę. Zdaniem prezesa Fakro do tworzenia innowacji nie wystarczą też uczelnie i pomoc instytutów zagranicznych.

W naszej branży zanim konstruktor cokolwiek zrobi, musi prześledzić kilkaset patentów, żeby nie powielić istniejących rozwiązań. Pomysły to za mało. Trzeba mieć dostęp do wiedzy, znać potrzeby klientów, mieć możliwości działania – twierdzi Ryszard Florek. – Polskie firmy mają dużo gorsze warunki rozwoju i konkurowania niż inwestorzy zagraniczni. Usługi i montaż nawet na najnowocześniejszych maszynach z zagranicy to nie jest droga do rozwoju. W Polsce trzeba pozwolić Polakom pracować.

W Polsce w porównaniu z Ukrainą średnie zarobki są dwukrotnie wyższe, a oba kraje około 25 lat temu startowały z podobnego pułapu. Z drugiej strony również Korea Południowa zaczynała rozwój z podobnych pozycji, ale dziś jest znacznie dalej niż Polska, a średnie wynagrodzenie ma dwa razy wyższe.

Wydaje się, że droga koreańska była lepsza, choć trudno o jednoznaczną ocenę. Być może u nas nie dało się inaczej, a być może istniały lepsze scenariusze – mówi prezes Fakro. – Staliśmy się krajem średniego wzrostu. Rozwijamy się i to cieszy, ale pozostaje niedosyt, ponieważ inni rozwijają się szybciej.

Innowacyjność ma być w nowej perspektywie unijnej siłą napędową gospodarki, wciąż jednak nakłady na działalność badawczo-rozwojową (B+R) są w Polsce niskie w porównaniu z gospodarkami Europy Zachodniej i Azji. Według Ministerstwa Infrastruktury i Rozwoju w 2012 r. udział nakładów na B+R w stosunku do PKB osiągnął poziom 0,9 proc. W ubiegłym roku przekroczył 1 proc. To jednak niewiele w porównaniu np. z Koreą Południową, gdzie środki na taką działalność już w 2010 r., według danych KPMG, wynosiły 3,74 proc. Według założeń rządowych do 2020 r. udział B+R w PKB powinien wynieść 1,7 proc., a w 2023 r. – 2 proc., czyli tyle, ile dziś wynosi unijna średnia.

Rekordowo rośnie liczba miłośników zabytkowych pojazdów

CEO Magazyn Polska

W 2013 roku do Polski została sprowadzona rekordowa liczba samochodów zabytkowych. Do naszego kraju trafiło ich ponad 1,2 tys., natomiast niemal 900 pojazdów zostało zarejestrowanych jako zabytki. Oprócz sprowadzania kolekcjonerskich modeli Polacy bardzo chętnie tworzą specjalne kluby motoryzacyjne dla właścicieli zabytkowych aut, a także organizują zloty i wyścigi.

Jedną z ciekawszych społeczności związanych z zabytkowymi pojazdami tworzą miłośnicy zabytkowych mercedesów, zrzeszeni w Klubie Zabytkowych Mercedesów Polska. To właśnie w tej grupie można znaleźć unikatowe modele niemieckiej marki samochodów, w tym także pojazdy wyprodukowane na początku XX wieku.

– Najciekawszymi okazami w naszej społeczności są samochody przedwojenne. Najstarszym modelem jest Mercedes Posen z 1912 roku. Oprócz tego w tegorocznym zlocie pojawiły się także dwa nowe modele Mercedesa 230 z końca lat 30. – mamy ich w sumie 3 w naszym klubie i każdy jest inny. Posiadamy także takie perełki, jak SL 300 Gullwing, czyli auto z początku lat 50., wyprodukowane w 1,6 tys. egzemplarzach, nasz ma numer seryjny 90 i w ubiegłym roku brał udział w słynnym rajdzie Mille Miglia we Włoszech – opowiada  Ewa Łabno-Falęcka, dyrektor PR firmy Mercedes-Benz w Polsce.

W trakcie XIII Zlotu Zabytkowych Mercedesów najbardziej intrygującym modelem był Mercedes Posen z 1912 roku, który według różnych plotek miał zostać zaprojektowany dla poznańskiego księcia Geschke. 
Samochód został zamówiony w 1910 roku. Odebrany został dwa lata później. Następnie w 1926 roku został sprzedany złotnikowi z Zakopanego. Ten jeździł autem do 1935 roku. Od tamtego czasu do 1996 roku nikt go nie widział. Sam trafiłem na ślad pojazdu w drewnianej szopie. Niedługo potem nabyłem auto i dokonałem jego renowacji – mówi agencji informacyjnej Newseria właściciel mercedesa Józef Kołoczek z Rybnika.

Sprowadzanie i renowacja zabytkowych aut stała się dobrą inwestycją, jednak u większości kolekcjonerów to nie pieniądze, a sentyment i przywiązanie do klasycznej motoryzacji odgrywają kluczową rolę.

Dla mnie jest to pewna myśl inżynierska. Jest to pewne – nie wahałbym się tu określić – dzieło sztuki, które ludzkimi rękami zostało zbudowane 80-100 lat temu. Zachęcam wszystkich do kolekcjonowania, dlatego że te rzeczy nabierają wartości. Na tym się nie traci – dodaje Paweł Grzegorczyk, jeden z uczestników zlotu.

XIII Zlot Zabytkowych Mercedesów StarDrive Poland 2014 odbył się w dniach 19-22 czerwca z Poznaniu. Na imprezie pojawiło się 80 polskich i zagranicznych załóg w samochodach marki Mercedes-Benz.

Cierpiący na pęcherz nadreaktywny bez dostępu do refundacji odpowiedniej liczby leków i wsparcia medycznego

CEO Magazyn Polska

Na zespół pęcherza nadreaktywnego cierpi 10-15 proc. społeczeństwa. Jednak w Polsce pacjenci nie mogą liczyć na odpowiednie wsparcie finansowe ani medyczne. Wybór leków refundowanych na tę chorobę jest zbyt mały, a co za tym idzie prawdopodobieństwo dobrania optymalnej terapii dla chorego spada.

Według Światowej Organizacji Zdrowia problem OAB, czyli zespół pęcherza nadreaktywnego, należy do dziesięciu najpoważniejszych problemów społeczno-medycznych na świecie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Michałek, dyrektor programu „NTM – Normalnie Żyć”.

Pęcherz nadreaktywny to zespół objawów polegających na występowaniu (łącznie lub osobno) częstomoczu, parcia naglącego i nietrzymania moczu. Za chorobę społeczną uważa się taką, na którą cierpi minimum 5 proc. społeczeństwa. Problem nietrzymania moczu dotyczy nawet 15 proc. każdego społeczeństwa. W Polsce dotyka on ok. 3 mln osób, głównie kobiety. Z danych NTM wynika, że w całej Europie problem OAB (overactive bladder) dotyczy ok. 49 mln osób. Z tego ok. 40 proc. nigdy nie rozmawiało na ten temat ze swoim lekarzem.

Na świecie terapię zaczynamy leczeniem nieinwazyjnym: to fizjoterapie, zmiana stylu życia, kolejnym krokiem jest farmakoterapia. Mamy osiem różnych leków do wyboru – mówi prof. Jerzy Gajewski z departament Urologii i Farmakoterapii Uniwersytetu Dalhousie. – Następnym etapem jest botoks albo neuromodulacja [stymulacja nerwów krzyżowych, które odpowiadają za kontrolę czynności dolnych dróg moczowych i dna miednicy – red.], a ostatnim etapem – chirurgia.

Polska służba zdrowia, jak podkreślają eksperci, nie jest przychylna cierpiącym na pęcherz nadreaktywny.

Niestety, nie możemy powiedzieć, że mamy jakikolwiek system wsparcia w Polsce. Istnieją pewne elementy, ale one łącznie tworzą chaos i bardziej są nastawione na to, żeby jak najmniej pacjentów mogło z tego i tak bardzo ubogiego systemu skorzystać, niż żeby faktycznie ten problem systemowo rozwiązać – krytykuje Tomasz Michałek.

Problem zaczyna się już przy profilaktyce i higienie, czyli środkach absorpcyjnych (np. pieluchy). Refundacja tych produktów ograniczona jest do wąskiej grupy pacjentów.

Polska jest jedynym krajem, w którym kryterium do refundacji nie jest samo nietrzymanie moczu, tylko nietrzymanie moczu i współistniejąca choroba, do których należą, zgodnie z rozporządzeniem ministra zdrowia, wybrane nowotwory, udary itp. – wyjaśnia Michałek.

Problem dotyczy także refundacji farmakologicznej – refundowane są tylko leki oparte na dwóch substancjach. Według obowiązującego od 1 maja br. obwieszczenia ministra zdrowia nie zwiększono liczby leków refundowanych.

Znacznie więcej rodzajów leków powinno być refundowanych, by lekarz z pacjentem mogli dobrać optymalne leczenie – twierdzi Michałek. – Farmakoterapia w przypadku pęcherza nadreaktywnego jest bardzo indywidualną terapią. Dlatego ważna w niej jest skuteczność oraz poziom i różnorodność skutków ubocznych. Kiedy mamy do wyboru tylko dwa leki [z dwóch substancji] w refundacji, a więc dostępne cenowo dla pacjenta, to prawdopodobieństwo, że akurat jeden z nich zadziała, jest naprawdę stosunkowo niewielkie.

Co więcej, aby pacjent mógł skorzystać z refundacji, musi wcześniej poddać się zupełnie niepotrzebnemu z medycznego punktu widzenia badaniu urodynamicznemu. Jest ono do tego stopnia nieprzyjemne, bolesne, a czasami nawet niebezpieczne (często dochodzi do zakażeń), że pacjenci rezygnują z jego wykonania, co oznacza, że albo zaprzestają leczenia, albo płacą za lek z własnej kieszeni 100 procent ceny.

Eksperci przyznają, że Polska jest jedynym krajem, w którym jest wymóg robienia badania urodynamicznego do refundacji leków. Krytykują ponadto obowiązujące limity cenowe i ilościowe na środki absorpcyjne oraz fakt, że dopiero wprowadza się neuromodulację krzyżową, terapię stosowaną na świecie przy najcięższych postaciach OAB od 20 lat.

Zdaniem dyrektor programu „NTM – Normalnie Żyć” oprócz wsparcia finansowego niezbędna jest edukacja.

Chodzi tu nie tylko o edukację pacjentów, lecz także lekarzy, poczynając od lekarzy pierwszego kontaktu, którzy nie do końca wiedzą, co z takimi pacjentami mają robić – przekonuje Michałek. – Zdarza się wręcz, że lekarz od razu mówi, że dolegliwość pęcherza to kwestia wieku i w tej sytuacji pozostają pieluchy.

Z danych NTM wynika, że zapadalność na tę dolegliwość wzrasta wraz z wiekiem (zwiększenie liczby chorych było obserwowane po 44. roku życia u kobiet i po 64. roku życia u mężczyzn). Ale może ona dotknąć osoby w każdym wieku.

Świadomość w społeczeństwie na temat pęcherza nadreaktywnego poprawiła się, ale biorąc pod uwagę różnego rodzaju dane z Polski, wygląda na to, że wciąż dużo jest do zrobienia – mówi Newserii Biznes prof. Jerzy Gajewski. – Trzeba uświadamiać ludzi, również lekarzy i rządzących, że pęcherz nadreaktywny  to choroba, a nie nieunikniony objaw starzenia się.