Za dwa tygodnie wejdą w życie nowe przepisy o zamówieniach publicznych. Ułatwią życie m.in. naukowcom

0

CEO Magazyn Polska

Zmiany w Prawie zamówień publicznych zakładają zwiększenie progu zobowiązującego do ogłoszenia przetargu z 14 do 30 tys. euro., rozszerzenie tzw. zamówień z wolnej ręki i wyłączenie dostaw towarów oraz usług do celów badawczych spod reżimu zamówień publicznych. Nowe przepisy wejdą w życie w ciągu dwóch tygodni. Mają one ułatwić działalność naukowcom i pobudzić do intensyfikacji badań naukowych.

Nowelizacja ustawy o zamówieniach publicznych jest bardzo ważna dla świata nauki. Dotychczas naukowcy narzekali, że kupując jeden komputer, muszą uruchamiać całą procedurę przetargową. Teraz minimalny próg zamówień podnosimy nawet do 200 tys. zł w stosunku do niektórych projektów i uczelni – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes prof. Lena KolarskaBobińska, minister nauki i szkolnictwa wyższego.

Wyjaśnia, że poważnym utrudnieniem dla naukowców jest konieczność zamawiania sprzętu laboratoryjnego czy niezbędnego wyposażenia w trybie ustawy o zamówieniach publicznych. W efekcie problemem stawał się zakup nawet jednego komputera czy urządzenia pomiarowego. Nawet jeśli na rynku działał tylko jeden producent, naukowcy byli zobowiązani do składania zapytań ofertowych kilku przedsiębiorcom. Co więcej, ustawa była jedną z przyczyn, dla których czas poświęcany pracom administracyjnym często był dłuższy niż czas prac naukowych.

Jak przekonuje minister, dzięki nowelizacji PZP będzie można w sposób dużo prostszy i szybszy kupić aparaturę potrzebną do pracy naukowej. Prezydent ustawę podpisał pod koniec marca, we wtorek została opublikowana w Dzienniku Ustaw, więc przepisy wejdą w życie w połowie miesiąca.

Wtedy będzie można przystąpić do potrzebnych zakupów i realizacji projektów badawczych, z których część była wstrzymana w oczekiwaniu na te uregulowania – komentuje profesor.

Nowe regulacje powinny ułatwić działania naukowców i zwiększyć czas przeznaczony przez nich na badania. Specjalnie dla nich dostawy i usługi służące wyłącznie do celów prac badawczych, eksperymentalnych, naukowych lub rozwojowych (czyli takie, które nie służą prowadzeniu produkcji seryjnej, mającej na celu osiągnięcie rentowności rynkowej) będą wyłączone spod reżimu ustawy. Dla instytutów PAN będzie to wyłączenie do kwoty nie większej niż 134 tys. euro, a dla instytutów badawczych i uczelni wyższych – 207 tys. euro.

Ożywienie dotarło na południe Europy

Po kilku latach głębokiego kryzysu gospodarki Grecji, Hiszpanii, Portugalii oraz Włoch podnoszą się z zapaści. Wszystkie mają odnotować w tym roku wzrost gospodarczy. Jedynymi państwami, w których w 2014 roku spadnie PKB, będą zmagające się z kryzysem bankowym Cypr oraz Słowenia. Ożywienie na południu Europy będzie wciąż zbyt słabe, by znacząco obniżyć rekordowe bezrobocie. Firmy i konsumenci z tamtego regionu wierzą jednak, że najgorsze już minęło.

W 2014 roku gospodarki Grecji i Włoch urosną o 0,6 proc., Portugalii – o 0,8 proc., a Hiszpanii – o 1 proc. – wynika z prognoz Komisji Europejskiej. Poprawę nastrojów widać wyraźnie na giełdach w regionie, a także na rynku obligacji. Rok temu rentowności obligacji sprzedawanych przez rząd w Lizbonie zbliżały się do 7 proc., obecnie są już niżej niż polskie, co oznacza, że portugalski rząd pożycza pieniądze na rynku taniej niż polski.

Pozytywne oznaki widać też w realnej gospodarce – poprawia się zaufanie wśród przedsiębiorców i konsumentów. W 2014 roku z recesją będą się jeszcze zmagać tylko Słowenia (przewiduje się spadek PKB o 0,1 proc.) oraz Cypr, gdzie gospodarka wytworzy mniej dóbr i usług o 4,6 proc. niż w ubiegłym roku. Cała strefa euro zwiększy swój PKB o 1,2 proc.

 – Publikowane przez Komisję Europejską wskaźniki nastrojów gospodarczych dla krajów z peryferii strefy euro zanotowały w marcu bardzo silny wzrost. Przykładowo dla Grecji wskaźnik nastrojów gospodarczych osiągnął najwyższy poziom od ponad 5 lat. I to pozwala wierzyć, że te kraje najgorsze mają już za sobą i definitywne przezwyciężenie problemów zadłużeniowych w peryferyjnych krajach strefy euro jest jak najbardziej możliwe – uważa Piotr Bujak, główny ekonomista Nordea Bank Polska.

Według prognoz KE, w 2015 roku średnia relacja długu publicznego do PKB w strefie euro obniży się z 95,9 proc. do 95,4 proc. To przede wszystkim zasługa spadających deficytów budżetowych, w tym strukturalnych, a więc uwzględniających efekty cyklu koniunkturalnego. Rządy podnosiły podatki i hamowały wzrost wydatków publicznych, z kolei Europejski Bank Centralny starał się ulżyć budżetom państw i bankom, obniżając stopy procentowe i ryzyko – zwłaszcza na rynku obligacji.

Obserwujemy od końca 2011 roku znacznie bardziej pragmatyczną niż w przeszłości politykę EBC  obniżenie stóp procentowych do rekordowo niskiego poziomu i działania wspierające płynność banków. To mocno przyczyniło się do zakończenia kryzysu zadłużeniowego w strefie euro, a wraz z poprawą warunków między innymi w amerykańskiej gospodarce pobudziło eksport w wielu europejskich gospodarkach. I to pozwoli na znacznie lepszą koniunkturę w Europie w ciągu najbliższych kilku lat – przewiduje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Bujak.

Teraz najbardziej palącym problemem jest bardzo wysokie bezrobocie, zwłaszcza w krajach śródziemnomorskich. W tym roku stopa bezrobocia w Grecji obniży się z 27,3 do 26 proc., a w Hiszpanii spadnie z 26,4 do 25,7 proc. To jednak wciąż daleko od poziomów, które byłyby akceptowalne społecznie. Niestety, w sąsiednich państwach, takich jak Francja, Portugalia i Włochy w 2014 r., bezrobocie ma dalej rosnąć – wynika z analiz KE.

Słaby rynek pracy oraz wciąż trudno dostępny kredyt dla firm z krajów peryferyjnych sprawia, że część z nich ociera się o deflację, czyli spadek cen. Dlatego, zdaniem Piotra Bujaka, ewentualny skokowy wzrost inflacji z powodu drożejącej ropy naftowej nie będzie dużym problemem dla gospodarki UE.

W tej sytuacji ewentualne ryzyko wiązałoby się z pogłębieniem różnic w poziomie inflacji między poszczególnymi krajami strefy euro. W 2014 roku spadek cen prognozowany jest tylko w Grecji, ale np. w Niemczech inflacja ma wynieść 1,4 proc., a w Austrii – 1,8 proc. Wzrost tych różnic oznaczałby kłopot dla EBC, który musi prowadzić jedną politykę pieniężną (przede wszystkim dbać o stabilność cen) w gronie 18 państw. Większym wstrząsem dla europejskiej gospodarki niż wzrost cen ropy byłoby ewentualne wstrzymanie przez Rosję dostaw gazu ziemnego.

Taki scenariusz wydaje się mało prawdopodobny, bo mógłby mieć miejsce jedynie w przypadku ostrej eskalacji, nasilenia konfliktu na Ukrainie, a na to na szczęście się nie zanosi.– zauważa Piotr Bujak. – Konflikt na linii Kijów Moskwa, także na linii Rosja Zachód w dotychczasowym kształcie nie stanowi istotnego zagrożenia dla perspektyw europejskiej, w tym polskiej gospodarki. Nie należy się też obawiać pogorszenia perspektyw dla europejskich i polskich eksporterów nawet przy dość głębokiej recesji w Rosji i na Ukrainie.

O prawie połowę wzrosła sprzedaż aut Opla. Koncern stawia na auta z napędem gazowym

CEO Magazyn Polska

W pierwszym kwartale tego roku Opel odnotował ponad 40-proc. wzrost sprzedaży. W samym marcu sprzedaż była o 57 proc. wyższa niż przed rokiem. Koncern chce utrzymać tę dynamikę, oferując gamę modeli wyposażonych fabrycznie w instalację gazową LPG.

W Polsce rynek aut z napędem gazowym ma ogromny potencjał, jesteśmy jednym z zaledwie kilku krajów w Europie, w których ten segment pojazdów jest tak mocno rozwinięty. Dla Opla naturalnym krokiem było dostosowanie oferty do oczekiwań klientów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Mieczkowski, dyrektor generalny General Motors Poland.

Większość modeli koncernu można dziś kupić w wersji z napędem LPG. Instalacja gazowa jest w nich montowana fabrycznie, obowiązuje na nią dwuletnia gwarancja, a całość jest zaprojektowana w ten sposób, by auta te nie odróżniały się kształtem od swoich konwencjonalnych odpowiedników. Koloidalny zbiornik na gaz umieszczany jest w bagażniku w miejscu koła zapasowego, zastąpionego tzw. systemem naprawczym.

Nasza oferta skierowana jest przede wszystkim do klienta indywidualnego, oczekującego ekonomicznego samochodu i wysokiej jakości rozwiązań – twierdzi dyrektor General Motors Poland. – Sporym zainteresowaniem cieszy się między innymi Corsa, która w wersji LPG kosztuje obecnie niewiele ponad 40 tys. zł. To jedna z lepszych tego typu ofert na rynku.

Klientów do zakupów ma zachęcić również oferta wydłużonej gwarancji producenta Opel FlexCare.

Sprzedaż Opla w pierwszym kwartale roku zaskoczyła nawet samych handlowców (wzrost o prawie 44 proc. rok do roku). Od początku roku wyniki systematycznie się poprawiały, co świadczy o zdecydowanym umocnieniu pozycji marki na rynku.

Wysoka sprzedaż jest częściowo napędzana zmianą przepisów dotyczących możliwości pełnego odliczania VAT-u. Dla nas bardzo ważne jest jednak to, że świetne wyniki mamy także w segmencie aut, na które zmiany przepisów nie miały wpływu – mówi Wojciech Mieczkowski.

W samym marcu sprzedaż wzrosła o 57 proc. w porównaniu do marca 2013 r. i wyniosła 2,5 tys. aut. W ciągu trzech miesięcy Opel sprzedał blisko 7 tys. samochodów (w I kwartale 2013 r. sprzedaż wyniosła ponad 4,8 tys. aut). Liderem sprzedaży był Opel Corsa. Na kolejnych miejscach znalazły się Astra i Insignia. Sprzedaż samochodów dostawczych była o 50 proc. większa niż przed rokiem.

Tak duża dynamika sprzedaży może nie utrzymać się w kolejnych miesiącach, Opel prognozuje jednak roczną sprzedaż na poziomie 26-27 tys. egzemplarzy. W osiągnięciu tych wyników pomóc ma szeroka gama modeli, również w wersji LPG.

Sporą popularnością cieszy się między innymi model Mokka, będący miejskim SUV-em, a także Meriva, która znalazła sześciokrotnie więcej nabywców w tym roku niż w analogicznym okresie w ubiegłym roku. Rozbudowywana jest także oferta Opel Leasing Mobilny, bazująca na wynajmie i obsłudze samochodów dla dużych firm. Niebawem promowana będzie także usługa dla drobnych przedsiębiorców.

MCI Management zapowiada dalsze inwestowanie w rynek internetowy, także poza Polską

0

CEO Magazyn Polska

MCI Management po inwestycji w Grupę o2 liczy na rozwój tej platformy. Spółka wiąże przyszłość z mediami cyfrowymi, choć nie będzie inwestować w projekty konkurencyjne. Jest też zainteresowana innymi obszarami rynku internetowego, m.in. projektami inteligentnych domów i komunikatorów, a także inwestycjami w Turcji i Rosji. Dobre wyniki notują projekty spółki w Niemczech.

Chcielibyśmy się koncentrować na projektach, które miałyby charakter bardziej rozproszenia dla sektora mediów, czyli bardziej niszowych, na wczesnym etapie. Jesteśmy otwarci na media społecznościowe, media mobilne, wąskie formaty czy połączenie telewizji z internetem – te obszary wchodziłyby w grę, jeżeli chodzi o rynek polski. Media są tylko wycinkiem całego rynku internetowego i to nie największym – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Tomasz Czechowicz, partner zarządzający i chief investment officer w MCI Management.

Spółka MCI Management objęła niedawno 20 proc. udziałów w Grupie o2. To część dużych zmian własnościowych w portalu. W październiku ubiegłego roku Orange Polska zdecydował się sprzedać 100 proc. udziałów Wirtualnej Polski portalowi o2. Po połączeniu serwisy będą funkcjonować w ramach Grupy o2. MCI Management poprzez zależny fundusz venture odkupił 20 proc. udziałów od właściciela o2, European Media Holding, który z kolei należy do funduszu private equity Innova Capital.

Czechowicz zapowiada, że MCI nie zamierza kończyć inwestycji.

 – Obszary, na które musimy przede wszystkim zwracać uwagę to komunikatory, internet rzeczy, inteligentny dom, cała branża finansowa przechodząca powoli z bankowości klasycznej do internetu  wylicza Czechowicz.

MCI Management nie ogranicza się też do inwestycji w Polsce. Już teraz spółka prowadzi projekty w Niemczech, Polsce, Czechach, Turcji i Rosji. Czechowicz dodaje, że obserwując zmiany na rynkach, można dostrzec dużo obiecujących sygnałów. Po okresie przewartościowania rynku do normalnych cen powróciła na przykład Turcja, co zachęca do lokowania tam środków.

Ciekawa dla spółki jest też Rosja, choć jest to kraj niepewny politycznie z uwagi na kryzys na Krymie i sankcje, które uderzają w rosyjską gospodarkę. Stara Europa staje się za to przewartościowana, więc na tym kontynencie należy raczej spodziewać się spowolnienia inwestycji. Na razie jednak inwestycje w Niemczech i Europie Wschodniej spisują się bardzo dobrze, choć dalsza przyszłość stoi pod znakiem zapytania.

W Niemczech mamy dwie inwestycje. Jedną z nich jest Windeln.de, czyli sprzedawca produktów dziecięcych w internecie. To jest już duża spółka, ponad 100 mln euro sprzedaży rocznej. Jesteśmy bardzo z niej zadowoleni. Druga inwestycja to jest 21 Diamonds, sprzedawca biżuterii przez internet – wylicza Czechowicz. – Rynek niemiecki sam w sobie jest wielki, bo to jest ponad 80 milionów bogatych konsumentów plus to, że z reguły stwarza opcje skonwertowania narodowych graczy na europejskich graczy.

Dodaje, że przez długi czas niemiecki rynek był niedowartościowany. Pojawiało się dużo ciekawych inicjatyw, ale brakowało inwestorów, więc wejście na ten rynek było stosunkowo tanie. Teraz nasycenie jest już większe, bo inwestorzy dostrzegli już tę lukę. To prowadzi do wzrostu cen i odpływu inwestorów. W falę największego napływu inwestorów, zwłaszcza do obszaru e-commerce, wchodzą natomiast Polska i Czechy.

Spożycie ekologicznej żywności w Polsce jest 15 razy mniejsze niż na Zachodzie. Rynek będzie jednak rósł

CEO Magazyn Polska

Statystyczny Polak wydaje tylko cztery euro rocznie na żywność ekologiczną. Niemiec przeznacza na ten cel 86 euro, a Duńczyk – prawie dwa razy więcej. Spożycie ekologicznej żywności jest w Polsce ok. 15 razy mniejsze niż w krajach Europy Zachodniej i pięć razy mniejsze niż np. w Czechach. Zdaniem dystrybutorów ekoproduktów wynika to głównie z niskiej świadomości społecznej. Jednak według nich branża zdrowego żywienia ma duży potencjał wzrostu.

Na tle krajów Europy Zachodniej wypadamy, niestety, bardzo słabo – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Sławomir Chłoń, prezes spółki Organic Farma Zdrowia. – Spożycie produktów ekologicznych w tej chwili w Europie Zachodniej wynosi 3-4 proc. ogółu żywności, a w Polsce 0,2 proc., czyli 15 razy mniej. To jest przepaść, którą musimy w najbliższych latach nadrobić – dodaje.

Dysproporcje widać przede wszystkim w wydatkach na zdrową żywność. Chłoń podaje, że statystyczny Polak wydaje na żywność ekologiczną 4 euro. To 21 razy mniej niż Niemiec i 40 razy mniej niż Duńczyk. Zdaniem prezesa spółki Organic Farma Zdrowia sytuacja ta wynika z wciąż niskiej świadomości Polaków.

Polacy nie uświadamiają sobie jeszcze, że zdrowe odżywianie jest absolutną podstawą – mówi Chłoń. – Coraz chętniej chodzą do fitness klubów, jeżdżą na rowerach, na nartach, biegają i uprawiają innego rodzaju sporty. To fantastyczna sprawa, jednak trzeba mieć świadomość, że sport, nawet uprawiany pięć razy w tygodniu, nie pomoże nam, jeśli będziemy się źle odżywiać. Dopiero połączenie ruchu i dobrego odżywiania sprawi, że będziemy mogli mówić o zdrowym stylu życia – dodaje prezes.

Jednak sytuacja w ostatnich latach znacznie się poprawiła. Co ważniejsze, perspektywy dla rynku są bardzo optymistyczne.

Różnice między Polską a Zachodem pokazują nam, jak daleko w tyle się znajdujemy, ale z drugiej strony dowodzą też, że jesteśmy w branży, która będzie musiała rosnąć – twierdzi Chłoń. – Przykładem mogą być Czesi, u których spożycie żywności ekologicznej wzrosło już do 1 proc. ogółu żywności.

Organic Farma Zdrowia to pierwsza i największa w Polsce sieć samoobsługowych delikatesów, w których można nabyć produkty ekologiczne. Firma oprócz ekożywności, wytworzonej bez użycia środków chemicznych, oferuje także kosmetyki i środki czystości. Notowana jest na rynku NewConnect.

Mamy w tej chwili 27 jednostek handlowych i firmy dystrybucyjne. Na razie nie widzimy na terenie Polski konkurenta, który mógłby nam zagrozić – mówi Sławomir Chłoń. – Zdrowe produkty zaczynają być szerzej dostępne, więc klienci mogą się z nimi zapoznać i zaczynają się nimi coraz bardziej interesować. Jesteśmy więc przekonani, że przez następne trzy, cztery dekady czeka nas w Polsce wyłącznie wzrost rynku ekologicznej żywności – przekonuje.

Odbicie na rynku szkoleń dla firm. Bardziej popularne od kilkudniowych warsztatów są indywidualne szkolenia w miejscu pracy

CEO Magazyn PolskaPo kilku słabszych latach branża szkoleniowa znów notuje wzrosty. Firmy chętnie wysyłają swoich pracowników na szkolenia, szczególnie w obszarze umiejętności menedżerskich i relacji z klientami. Coraz ważniejsze jest jednak dopasowanie programu do potrzeb konkretnych firm, a także szkolenia w miejscu pracy. Firmy szkoleniowe liczą na większą liczbę klientów z mniejszych przedsiębiorstw, które mogą wykorzystać na szkolenia środki unijne.

Wracamy do dobrze znanej mantry, że ludzie są kapitałem firmy, jednym z najważniejszych zasobów w przedsiębiorstwie, jak nie najważniejszym. I w związku z tym zaczynają one coraz bardziej inwestować w szkolenia, chociaż są to nieco inne inwestycje niż były jeszcze kilka lat temu – w inny sposób podchodzą do rozwoju ludzi – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Aleksander Drzewiecki, prezes House of Skills.

Od końca 2008 r. w branży szkoleniowej nastąpiło duże spowolnienie. Inwestycje w szkolenia ograniczyły szczególnie te firmy, które zostały najmocniej dotknięte kryzysem. To przedsiębiorstwa m.in.: z branż farmaceutycznej, budowlanej, finansowej i telekomunikacyjnej, które wcześniej najchętniej wysyłały pracowników na szkolenia. Choć koniunktura była gorsza, spadek łagodziły środki unijne dostępne na szkolenie pracowników. Wieloletnie projekty współfinansowane przez UE gwarantowały ich kontynuację.

Drzewiecki dodaje, że do tej pory środki unijne trafiały przede wszystkim do dużych firm, które dobrze je wydawały. Mniejsze przedsiębiorstwa różnie sobie z tym radziły. W nowej unijnej perspektywie to właśnie małe i średnie firmy otrzymają całość środków. Drzewiecki podkreśla, że szczególnie w przypadku średnich przedsiębiorstw jest to szansa na rozwój i wyszkolenie pracowników. Małe firmy mogą nie poradzić sobie z inwestycjami, choć z pewnością dostępność publicznych środków będzie dla nich dodatkową motywacją.

Przeniesienie środków z dużych na mniejsze firmy to jednak niejedyna zmiana.

Zmienia się także nieco sposób realizacji tych usług. Są one dużo bardziej zindywidualizowane, dużo bardziej procesowe, bardziej wielowymiarowe. Odchodzi się od takich masowych, typowych, dwu-, trzydniowych szkoleń realizowanych dla pracowników na rzecz procesów, które obejmują dogłębną analizę indywidualną i szkolenie e-learningowe przygotowawcze, działania wdrożeniowe z zaangażowaniem menadżerów wyższego szczebla i działania mentoringowe i coachingowe. I później znowu szkolenia i projekty w miejscu pracy – tłumaczy Drzewiecki.

Podkreśla, że szkolenia zintegrowane z normalnym trybem pracy firmy są znacznie bardziej skuteczne niż kilkudniowe warsztaty, które były popularne dawniej.

Drzewiecki dodaje, że choć zmienia się sposób szkolenia, bez zmian pozostają najważniejsze umiejętności. Firmy przede wszystkim szkolą menedżerów oraz osoby zajmujące się obsługą klientów.

Myślę, że to jest dobra tendencja, bo ona pokazuje, że jeżeli nasi menadżerowie są przygotowani do tego, żeby pracować w odpowiedni sposób ze swoimi ludźmi, to jest to dobrze wydany pieniądz i dobra inwestycja. Natomiast jeśli się inwestuje w pracownika, a menedżer, który na co dzień z nim pracuje, działa w odmienny sposób niż ten pracownik się nauczył, to nie wykorzystuje on nabytych umiejętności, dlatego w zasadzie jest to pieniądz stracony – podkreśla prezes House of Skills.

Konsumenci coraz częściej zmieniają dostawców usług

0

CEO Magazyn Polska

W Polsce dwie trzecie konsumentów w ciągu roku zmienia dostawcę w przynajmniej jednej branży. To trend, który widoczny jest również w innych krajach europejskich i Ameryce. Wpływ na ich decyzje mają złe doświadczenia z dotychczasowej współpracy i zachęty konkurencji. 80 proc. konsumentów uważa, że poprzedni dostawca nie zrobił nic, by ich zatrzymać, choć byłaby to próba skuteczna – wynika z ankiety firmy Accenture.

66 proc. Polaków w ciągu ostatniego roku zmieniło dostawcę usług lub miejsce, w którym dokonuje zakupów. Podobne dane dotyczą całego świata. To nowy rodzaj gospodarki, tzw. switching economy. Do zmian zachęcają sami dostawcy poprzez kampanie reklamowe. W Polsce działają tak na przykład banki, które ułatwiają przenoszenie się klientów – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Karol Mazurek, członek zarządu Accenture Polska.

Jego zdaniem na decyzje konsumentów wpływa fakt, że rynki we wszystkich wymiarach stają się nasycone – klienci mają już produkty i korzystają z usług, których potrzebują, a to powoduje, że dostawcy muszą często walczyć o klienta, który jest już u konkurencji, i próbować przyciągać go do siebie.

Szacujemy, że potencjał rynku klientów zmieniających dostawców jest ogromny i korporacje powinny nastawić się na walkę o nowych klientów, a nie tylko o utrzymanie istniejących – mówi Karol Mazurek.

Branża najbardziej podatna na zmiany to bankowość. Jako sektory, w których przede wszystkim takie zmiany następowały, Mazurek wskazuje handel detaliczny, obok właśnie bankowość i telekomunikację.

Zmiany dostawców nie wynikają z kaprysów konsumentów. Według badań Accenture podstawowym powodem jest niedotrzymywanie obietnic przez dostawców. Wskazuje go 80 proc. badanych.

Czyli najgorszą rzeczą, która może spotkać klienta jest to, że z reklam i informacji przed sprzedażą dowiedział się czegoś, co później okazało się nieprawdą. I po kupieniu produktu lub usługi poczuł się rozczarowany – uważa Karol Mazurek.

Przedstawiciel Accenture wskazuje kolejny powód do zmian, czyli jakość obsługi – kontakt z niekompetentnymi pracownikami, skomplikowane procesy obsługi, wielokrotne podawanie tych samych informacji w celu załatwienia jednej sprawy. W efekcie konsumenci coraz częściej sprawdzają warunki usług u alternatywnych dostawców.

W poprzednich badaniach konsumenci deklarowali, że warunki swoich kontraktów na usługi czy wybór miejsca zakupów sprawdzają raz na dwa lata lub rzadziej. W tej chwili ponad 60 proc. dokonuje takiej oceny częściej. 25 proc. deklaruje, że nawet częściej niż raz do roku – informuje członek zarządu Accenture Polska.

Dzięki dostępowi do internetu i mediom społecznościowym klienci chętniej dzielą się informacjami na temat jakości produktów i usług. Już 25 proc. ankietowanych przyznaje, że wystawiło negatywny komentarz dostawcy gdzieś w internecie.

Kilka lat temu apelowaliśmy o badanie przyczyn odchodzenia klientów, którzy sami nie ujawniali swoich motywów. Teraz coraz więcej klientów dzieli się powodami rezygnacji z danego dostawcy. Przede wszystkim z bliskimi, ale także chętnie z użytkownikami internetu – wyjaśnia Karol Mazurek.

Podkreśla, że firmy przede wszystkim powinny dbać o swojego klienta i lepiej rozpoznawać jego potrzeby.

Tym bardziej, że 80 proc. badanych twierdzi, że dostawca mógł coś zrobić, żeby ich zatrzymać. Zaproponować szybsze rozwiązanie problemu, lepiej dostosowany produkt, promocje, preferencyjne warunki – tłumaczy przedstawiciel Accenture.

Dodaje też, że ci sami badani deklarowali chęć pozostania przy wybranym dostawcy, jednak brak lepszej, przeznaczonej dla nich oferty powodował, że odchodzili.

O rosnącym trendzie do zmiany dostawców informują wyniki badania Global Consumer Pulse Survey przeprowadzonego przez spółkę Accenture. Wnioski powinny skłonić przedsiębiorców nie tylko do podjęcia starań o pozyskiwanie nowych klientów, lecz także do podjęcia działań na rzecz utrzymania dotychczasowych.

Sklepy internetowe zachęcają do zakupów niskimi cenami, ale w marketach jest więcej promocji

CEO Magazyn Polska

Zakupy w sieci są coraz mniej atrakcyjne cenowo. Analitycy sprzedaży radzą, by przed podjęciem decyzji o zakupie konkretnego towaru w internecie najpierw sprawdzić jego ceny w tradycyjnych, stacjonarnych marketach.  Często bowiem okazuje się, że po doliczeniu kosztów transportu czy innych opłat, zakup w sklepie online wcale nie jest cenowo najkorzystniejszy. Co więcej, w marketach z elektroniką, które zmniejszają swoje marże i dają klientom duże rabaty, towary mogą być nawet o kilkanaście procent tańsze.

Z raportu opublikowanego przez Ceneo wynika, że 1/4 kupujących przez internet co najmniej raz została oszukana. Kupując w internecie, oczywiście musimy doliczyć koszty przesyłki, koszt ryzyka związanego z zakupem, to, że musimy poczekać na dany produkt, nie możemy go dotknąć i być pewni, że to jest ten, a nie przyszło coś innego, gorszej jakości, używane czy chociażby kilka cegieł – mówi agencji informacyjnej Newseria Dawid Piskowski, założyciel Okazjum.pl.

Zabiegani i zapracowani klienci mają jednak coraz mniej czasu na wizyty w tradycyjnych sklepach. Dlatego decydują się na zakupy w sieci. Sklepy internetowe kuszą niższymi cenami, szerokim asortymentem oraz możliwością porównywania ofert różnych handlowców.

Sklepy internetowe mają stosunkowo niskie ceny, ale to w zwykłych sklepach możemy znaleźć dużo lepsze okazje, np. za zakup telewizora dostajemy jeszcze dodatkowo bon na dalsze zakupy. Telewizor może być 50 zł droższy, a bon możemy dostać w postaci 300-400 zł, co koniec końców wychodzi dużo taniej. Rozwiązaniem jest robienie mądrych i świadomych zakupów. Oczywiście warto spojrzeć w internecie, porównać ceny, ale też trzeba zobaczyć, czy przypadkiem w markecie nie ma właśnie jakiejś promocji – tłumaczy Dawid Piskowski.

Klienci są przekonani, że dzięki weryfikacji ofert w porównywarkach cenowych z różnych sklepów online, mogą wybrać odpowiedni dla siebie towar, a przy tym oszczędzają swój czas.

To jest właśnie mit, że w porównywarkach cen jest po prostu taniej. Sam robię zakupy w internecie, ale też przeglądam promocje w gazetkach. Na Okazjum.pl monitorujemy promocje z ponad 300 marketów, w ponad 50 tys. placówkach, więc mamy dokładny obraz tego, gdzie i co jest każdego dnia w promocji – wyjaśnia Dawid Piskowski.

Z badań wynika, że największym zainteresowaniem klientów w sklepach internetowych cieszą się ubrania, kosmetyki, a także książki, płyty i nowinki technologiczne.

Bogdanka wydobyła 2,24 mln ton węgla w 1Q 2014

Spółka Lubelski Węgiel BOGDANKA S.A. zanotowała w I kwartale 2014 roku produkcję węgla handlowego na poziomie 2,24 mln ton, czyli o 10,2% wyższym niż w tym samym okresie rok wcześniej i o 6,2% wyższym niż w IV kwartale 2013 roku. 

Sukces oferty pre-IPO Private Equity Managers S.A.

Private Equity Managers S.A. (PEM), spółka portfelowa Grupy MCI wyspecjalizowana w zarządzaniu aktywami private equity, zgodnie z zapowiedzią zamknęła w I kwartale br. sprzedaż pierwszej części akcji w ramach pre-IPO. W pierwszej transzy do inwestorów, wśród których znaleźli się menedżerowie i partnerzy spółki, trafiło ponad 30 proc. akcji PEM. MCI podtrzymuje zamiar wprowadzenia PEM na GPW w II połowie 2014 r.

Ta transakcja to nasz duży sukces, gdyż jest potwierdzeniem wcześniejszych zapowiedzi o przeprowadzeniu IPO PEM w II połowie roku. Realizacja sprzedaży pierwszej części akcji w czasie pierwszego kwartału 2014 r. sprawia, że upublicznienie PEM do końca roku jest realne. Co ważne osoby, które wzięły udział w tej fazie pre-IPO to ludzie związani od lat z PEM, a więc znający najlepiej jej możliwości i potencjał wzrostu. Ich zaangażowanie w projekt jest zatem potwierdzeniem wiary w dalszy rozwój spółki – skomentował Cezary Smorszczewski, Prezes Zarządu MCI Management S.A. odpowiedzialny za projekt IPO PEM. – Reasumując, sukces tej części pre-IPO daje wyobrażenie, jak może potoczyć się IPO w II połowie roku – dodaje.

MCI poinformowało o zbyciu w dniach 31 marca – 1 kwietnia 2014 r. pierwszej części akcji PEM w ramach transakcji pre-IPO PEM, które jest częścią operacji wydzielenia tej spółki z Grupy MCI i upublicznienia jej na rynku głównym GPW. W transakcji wzięli udział inwestorzy w postaci menedżerów i partnerów MCI, którzy w sumie objęli akcje stanowiące ponad 30% kapitału spółki zarządzającej aktywami. Popyt na akcje PEM w tej części transakcji był istotnie wyższy od podaży. Po rozliczeniu sprzedaży pierwszej części akcji w posiadaniu MCI bezpośrednio i pośrednio pozostało poniżej 20% akcji PEM. Ok. 49% akcji spółki trafiło pod zarządzanie subfunduszu MCI.EuroVentures 1.0 wydzielonego w funduszu inwestycyjnym MCI.Private Ventures Funduszu Inwestycyjnym Zamkniętym, w którym MCI pośrednio poprzez swoje spółki zależne, posiada 100 % certyfikatów inwestycyjnych.

Zgodnie z treścią raportu bieżącego MCI akcje PEM zostały nabyte przez inwestorów w ofercie prywatnej po wycenie 100% wartość spółki (Enterprise Value) na poziomie ponad 270 mln zł.

– Środki ze sprzedaży akcji PEM w ramach pre-IPO zgodnie z naszą strategią zostaną przeznaczone na realizację akcji inwestycyjnej, która tylko w tym roku zakłada inwestycje na poziomie co najmniej 305 mln zł – powiedział Cezary Smorszczewski. – Warto również zaznaczyć, że przed tą transakcją PEM wypłacił już na rzecz MCI dywidendę w łącznej wartości ponad 70 mln zł – dodaje.

Zgodnie z uchwałą Zwyczajnego Walnego Zgromadzenia PEM o podziale i przeznaczeniu zysku, przed zamknięciem pierwszej transzy pre-IPO spółka dokonała wypłaty dywidendy w wysokości 72,5 mln zł na rzecz swoich akcjonariuszy. Intencją Zarządu PEM jest regularne dzielenie się zyskami ze swoimi akcjonariuszami. Spółka zamierza wypłacać przynajmniej 50% zysku netto w formie dywidendy.