NIK o działaniach Policji na rzecz bezpieczeństwa w ruchu drogowym

W Polsce na 100 wypadków drogowych ginie średnio dwa razy więcej osób niż w innych krajach UE. Poprawy wymaga poziom wyszkolenia policjantów drogówki, wśród których ponad 40 proc. nie ukończyło specjalistycznego szkolenia w zakresie ruchu drogowego. Policyjna baza danych nt. wypadków drogowych (SEWiK) zawiera dużo błędów. Dlatego tworzone na jej podstawie analizy nie odzwierciedlają w pełni zagrożeń występujących w ruchu drogowym. Większa liczba policjantów na drogach i liczne akcje prewencyjne przynoszą jednak pozytywne efekty. W 2013 roku nastąpił wyraźny spadek liczby wypadków oraz ofiar śmiertelnych.

Najwyższa Izba Kontroli stwierdziła, że działania podjęte przez Policję przyczyniły się do poprawy bezpieczeństwa na drogach. W 2013 roku doszło do 35 385 wypadków – o 1681 mniej niż w roku poprzednim (rok 2012 – 37 046). W 2013 roku zginęło na drogach 3 291 osób – o 280 mniej niż rok wcześniej (rok 2012 – 3 571). Izba szczególnie dobrze ocenia organizację i realizację ogólnokrajowych i regionalnych działań prewencyjnych, zwłaszcza wymierzonych przeciwko kierowcom nietrzeźwym i przekraczającym dozwoloną prędkość. Cieszy też zwiększenie liczby etatów policyjnych w komórkach ruchu drogowego, dzięki czemu codziennie o 6 proc. więcej funkcjonariuszy pełniło służbę na drogach. Policja w najbliższym czasie może poprawić efektywność swych działań, konieczne będzie jednak wyeliminowanie błędów i nieprawidłowości, na które zwraca uwagę m.in. raport NIK.

Najważniejsze stwierdzone nieprawidłowości:

Aż 43 proc. policjantów drogówki nie ukończyło wymaganego przeszkolenia specjalistycznego w zakresie ruchu drogowego. Taki stan rzeczy może mieć wpływ na rzetelność dokonywanych przez policjantów ustaleń dotyczących zdarzeń na drodze, oceny uczestników ruchu, decyzji o nałożeniu mandatu, zwłaszcza w skomplikowanych sytuacjach, a także na zdolność do pomagania kierowcom np. za pomocą ręcznego kierowania ruchem na dużych skrzyżowaniach.
Jedynie niewielki odsetek funkcjonariuszy drogówki ukończył nieobowiązkowe szkolenia dotyczące wybranych istotnych zagadnień w zakresie bezpieczeństwa ruchu drogowego. Kurs dotyczący czynności na miejscu zdarzenia drogowego (wypadku, kolizji) ukończyło – niecałe 7 proc. policjantów, obsługi wideorejestratorów – 8,5 proc., kontroli tachografów cyfrowych – niecałe 15 proc., kierowania motocyklem – 7 proc. (choć drogówka posiada na wyposażeniu 706 motocykli, to przeszkolonych zostało tylko 530 policjantów), kurs doskonalenia techniki jazdy samochodem ukończyło – ponad 15 proc. policjantów drogówki.

Zdecydowana większość skontrolowanych jednostek Policji (26 spośród 33) nie miała wystarczającej liczby pojazdów, sprzętu technicznego oraz umundurowania w stosunku do obowiązujących norm wyposażenia. W połowie 2013 r. skontrolowane jednostki miały na stanie 1.719 samochodów osobowych. Brakowało 90 radiowozów, 78 ambulansów pogotowia ruchu drogowego (tylko 6 z 17 garnizonów w kraju miało je na wyposażeniu) oraz 14 ambulansów do diagnostyki stanu technicznego pojazdów (miały je 4 garnizony). Paradoksalnie choć we wszystkich garnizonach Policji i typach jednostek brakuje w sumie ponad 3 tys. pojazdów, to jednak występowały przypadki „nadwyżek sprzętu” – w sumie 529 aut i motocykli. Nie zmienia to jednak faktu, że ponad 1/3 policyjnych pojazdów jest zużyta i kwalifikuje się do wymiany. A to oznacza, że Policja w niedługim czasie będzie miała do dyspozycji nieco ponad połowę potrzebnych do służby pojazdów, gdyż nie ma środków na nowe zakupy. Dotyczy to również drogówki.

Policjanci błędnie rejestrowali dane na temat wypadków i kolizji w kartach zdarzenia drogowego i w Systemie Ewidencji Wypadków i Kolizji (SEWiK). Kontrolerzy NIK przeanalizowali dane dotyczące ponad 380 tys. zdarzeń drogowych (w tym ponad 3 tys. z ofiarami śmiertelnymi) zarejestrowanych w SEWiK (w II półroczu 2012 i w I półroczu 2013 r.). Stwierdzone błędy dotyczyły: w ponad 45 tys. przypadków – opisów miejsca zdarzenia (wpływa na identyfikację miejsc niebezpiecznych), w prawie 10 tys. zdarzeń – opisu uczestników zdarzenia (wpływa na prawidłowe identyfikowanie sprawców wypadków – np. młodocianych), a w ok. 7 tys. danych specyficznych dla zdarzeń z ofiarami śmiertelnymi (chodzi m.in. o współrzędne GPS, czas reakcji policji na zdarzenie itp.).

Mimo obowiązku, policjanci w zdecydowanej większości przypadków nie rejestrowali współrzędnych geolokalizacyjnych (GPS) miejsca kolizji lub wypadku. Dotyczy to 96 proc. przebadanych przez NIK danych z SEWIK czyli 366 tys. spraw. W konsekwencji utrudnia to identyfikowanie miejsc, w których często dochodzi do wypadków i kolizji, a co za tym idzie skuteczne przeciwdziałanie takim zdarzeniom. Dodatkowo wprowadzane dane GPS obarczone były istotnymi błędami. W SEWiK zarejestrowano, jako lokalizacje zdarzeń drogowych, współrzędne miejsc leżących w znacznym oddaleniu od dróg: na terenie pól uprawnych lub rzek. Współrzędne ok. 1600 miejsc wypadków i kolizji zlokalizowano poza granicami kraju, m.in. na Półwyspie Arabskim.

W policyjnym systemie nt. zdarzeń drogowych brak jest skutecznych mechanizmów weryfikujących rejestrowane dane. Przykładowo SEWiK pozwalał na rejestrowanie nieprawidłowych numerów PESEL albo nieprawidłowych wartości poziomu alkoholu u kierowców.

Publikowane przez Policję dane statystyczne, na temat liczby zdarzeń drogowych i ich przyczyn, były nierzetelne. Dotyczy to zwłaszcza liczby kolizji. W Polsce nie ma obowiązku wzywania Policji na miejsce wszystkich kolizji. W 2012 r. Policja odnotowała prawie 340 tys. kolizji na drogach publicznych, podczas gdy firmom ubezpieczeniowym w tym samym czasie zgłoszono prawie 400 tys. kolizji. W ocenie NIK brak informacji o ograniczeniach i błędach w systemie SEWiK może wpływać na rzetelność analiz dotyczących bezpieczeństwa na drogach, które opracowują podmioty inne niż Policja, na podstawie jej danych.

Policja w działaniach na rzecz bezpieczeństwa w ruchu drogowym w niewielkim stopniu korzysta z opracowań naukowo-badawczych, choć ma do dyspozycji ma Wyższą Szkołę Policji w Szczytnie, trzy szkoły Policji i Centrum Szkolenia Policji w Legionowie. Zdaniem NIK Policja nie wie dokładnie jaki wpływ na bezpieczeństwo w ruchu drogowym mają podejmowane przez nią działania. Według Policji najczęstszą przyczyną wypadków (dane zaczerpnięte z SEWiK) jest „niedostosowanie prędkości do warunków jazdy”. Z kolei funkcjonariusze ankietowani przez Izbę wskazują najczęściej na: „nieuwagę, zmęczenie, zaśnięcie kierowcy” oraz „stan jezdni”. Rozbieżność ta wynika, z faktu że w Karcie zdarzenia drogowego pierwszą w katalogu przyczyn wypadków jest właśnie „niedostosowanie prędkości do warunków jazdy” (do SEWiK można wpisać tylko jedną przyczynę).

Policja z opóźnieniem otrzymuje od Inspekcji Transportu Drogowego oraz straży miejskiej informacje o ukaraniu kierowcy mandatem karnym i nałożonych na nich punktach karnych. Z danych Policji wynika, że w okresie objętym kontrola ITD przekazała z ponad rocznym opóźnieniem ponad 3 tys. kart, a straż miejska ponad 6 tys. kart. Stwarzało to problemy z ich terminową rejestracją. W takiej sytuacji, policjanci w trakcie kontroli zatrzymanego za wykrocznie kierowcy, mogli nie mieć aktualnych informacji o liczbie punktów karnych na jego koncie. To z kolei wpływało na decyzje dotyczące odebrania uprawnień kierującym, którzy przekroczyli limity punktów karnych.

5 rodzajów wpisów, których nie powinieneś zamieścić na swoim fanpage’u

Pogoń za zaangażowaniem fanów na Facebooku często powoduje, że początkujący administratorzy często zamieszczają na swoich fanpage’ach treści, których doświadczony Social Media Manager się wystrzega. O jakie konkretnie treści chodzi i dlaczego nie warto ich udostępniać?

1. Like&comment, czyli zmuszanie do interakcji.

Zadawanie pytań na rozmaite tematy dot. świata marki jest bardzo dobrym sposobem na zbliżenie odbiorców do nas. Należy jednak pamiętać, aby nie robić tego na siłę. Wśród amatorskich stron częstą praktyką jest nakłanianie użytkowników do głosowania na podstawie polubienia lub skomentowania postu. Należy pamiętać, że decyzja o tym powinna zawsze należeć do naszych fanów. To atrakcyjna treść zachęca do interakcji, a wywieranie tego rodzaju wpływu może świadczyć o naszej bezsilności do angażowania odbiorców tradycyjnymi metodami.

2. Kontrowersyjne wpisy.

Wszelkie wpisy nawołujące do łamania prawa, takie jak przemoc, dyskryminacja, itp. są zdecydowanie zabronione. Mimo że ciężko w to uwierzyć, często zdarza się jednak, że administratorzy zamieszczają tego typu treści, aby wzburzyć użytkowników i tym samym zdobyć większy ruch na swojej stronie. Jest to działanie skuteczne, jednak bardzo krótkotrwałe. Co prawda pod wpisem rozlegnie się lawina komentarzy i niekończących się kłótni (tzw. flame wars), ale w wyniku tego utracimy część widowni, do której planowaliśmy dotrzeć z pozostałymi komunikatami. Cel nie zawsze uświęca środki.

3. Nielegalnie przeprowadzane konkursy.

Mimo, że powstało już wiele artykułów na ten temat, można spotkać bardzo często konkursy, które nie są przeprowadzane zgodnie z regulaminem Facebooka. Czego na pewno nie wolno robić przy organizowaniu tego typu przedsięwzięć? Przede wszystkim, użytkownik nie ma obowiązku udostępniać naszego postu. Po drugie, nie należy też wymagać oznaczenia siebie lub znajomego na zdjęciu. Po trzecie – nie można zmuszać nikogo do polubienia naszej stroni – chyba że konkurs przeprowadzany jest w specjalnej aplikacji. Jeśli będziemy o tym pamiętać, nie narazimy się na ryzyko zgłoszenia konkursu do administracji Facebooka. – radzi Bartłomiej Pałacki, Social Media Manager GRUPA 365NET.

4. LOL-content

Treści, które nie są w najmniejszym stopniu związane z marką, a zwiększają zaangażowanie to miecz obosieczny. Owszem, zdobędziemy przyrost interakcji, jednak jeśli konsekwentnie będziemy odchodzić od głównej idei fanpage’a, narazimy się na to że użytkownicy zwyczajnie zapomną o tym co oferowaliśmy na początku i zaczniemy prowadzić jedną z wielu stron o niczym.

5. Nagminne reklamowanie innych stron

Owszem, okazjonalne polecenie pewnej strony, która jest związana z nami nie jest niczym złym i jest pewną formą wzajemnej pomocy i promocji – przynajmniej na początku. Jeśli jednak nie zachowamy umiaru i w co drugim wpisie będziemy zachęcać użytkowników do odwiedzania innych fanpage’y, pojawia się pytanie – w jakim celu mają oni pozostać u nas, skoro ciągle ich od siebie odpychamy?

Mimo, że wszystkie z tych rad skutecznie obniżają nasze szanse na zdobycie początkowego zaangażowania fanów, to pamiętajmy jednak o tym, że interakcję wytwarza się stopniowo. Nad prawidłowymi relacjami z odbiorcami pracuje się długo i sumiennie. W tworzeniu skutecznej strategii promocyjnej nie ma niestety drogi na skróty.

Marcowy wzrost nastrojów konsumenckich Polaków

W marcu wartość Barometru Nastrojów Konsumenckich GfK wzrosła w stosunku do poprzedniego miesiąca o 2,5 punktu. Obecnie wynosi ona minus 18,3 punktu i jest najwyższą wartością, jaką wskaźnik ten osiągnął na przestrzeni prawie 3,5 roku.

Na przestrzeni ostatniego miesiąca polepszyły się wszystkie wskaźniki wchodzące w skład barometru, czyli: oczekiwania co do pozytywnych zmian w sytuacji ekonomicznej kraju, oceny możliwości oszczędzania, przyszłej sytuacji ekonomicznej gospodarstw domowych oraz zmian na rynku pracy.

Przyszła sytuacja gospodarcza kraju
Wartość składowej barometru GfK dotyczącej ocen przyszłej sytuacji gospodarczej kraju wzrosła w marcu o 1 punkt i wynosi obecnie minus 14 punktów.

Możliwości oszczędzania
W marcowym pomiarze wskaźnik przedstawiający skłonność gospodarstw domowych do oszczędzania wzrósł o 2 punkty i wynosi obecnie minus 31 punktów, co oznacza powrót do sytuacji z września ubiegłego roku.

Przyszła sytuacja ekonomiczna gospodarstw domowych
W marcu oceny przyszłej sytuacji ekonomicznej gospodarstw domowych wzrosły o 2 punkty i wynoszą obecnie minus 5 punktów. Jest to najlepszy wynik, jaki składowa ta osiągnęła na przestrzeni ostatnich 3,5 lat.

Przyszła sytuacja na rynku pracy
Wskaźnik ilustrujący składową barometru GfK mówiący o prognozach rozwoju sytuacji na rynku pracy wzrósł w marcu o 5 punktów i wynosi obecnie minus 23 punkty. Jest to najwyższa wartość dla tej składowej od 2,5 roku.

Informacje o badaniu
Barometr Nastrojów Konsumenckich GfK jest zagregowanym wskaźnikiem sporządzanym na zlecenie Komisji Europejskiej, wyliczanym według niezmienionej formuły od roku 1985. Obecnie indeks obejmuje 27 krajów. Dane dla Polski pochodzą z badania GfK współfinansowanego przez Komisję Europejską.

Banki i ich klienci numerem jeden na liście ataków cyberprzestępców

Amerykańskie instytucje finansowe na skutek cyberprzestępczości straciły w ubiegłym roku średnio 23,6 mln dolarów. W porównaniu do 2012 roku był to wzrost o prawie 44 proc. Sektor finansowy jest obecnie numerem jeden na liście celów ataków hakerów. Dodatkowo klienci banków padają ofiarą phishingu 7 razy częściej niż klienci firm z innych branż. Dlatego zdaniem ekspertów firmy doradczej Deloitte sektor finansowy musi zmienić swoje podejście do zagadnienia bezpieczeństwa w sieci na aktywną i dynamiczną walkę z zagrożeniami w cyberprzestrzeni. Globalny raport Deloitte „Transforming cybersecurity. New approaches for an evolving threat landscape” przekonuje, że kluczem do sukcesu jest bezpieczeństwo, czujność oraz odporność.

Jeszcze dwa lata temu sektor usług finansowych znajdował się na trzecim miejscu na liście branż zagrożonych cyberprzestępczością, przegrywając z branżą obronną i energetyczną. „Instytucje finansowe nie ryzykują jedynie utratą pieniędzy, choć tego obawia się 36 proc. firm. Dużo groźniejsza z punktów widzenia akcjonariuszy oraz niemal 40 proc. samych firm jest utrata reputacji i zaufania klientów. Jednocześnie nasze doświadczenia pokazują, że instytucje bankowe często bywają biernymi ofiarami takich przestępstw” – mówi Jakub Bojanowski, Partner w Dziale Zarządzania Ryzykiem Deloitte. „Mimo, że w skali globalnej aż 75 proc. przedstawicieli tego sektora deklaruje, że ich firmy mogą poszczycić się wysokim stopniem bezpieczeństwa w sieci, to tylko 40 proc. z nich było pewnych, że są chronieni przed atakami z zewnątrz” – dodaje.

Jak zauważają autorzy raportu Deloitte, sektor usług finansowych jest narażony na ataki cyberprzestępców także przez nowoczesne technologie, bez których nie byłby w stanie obecnie funkcjonować. Najłatwiejszym kanałem dotarcia hakerów są klienci banków, którzy padają ofiarą fałszywego mailingu z marką swojego banku, siedem razy częściej niż w przypadku innych branż.

Tymczasem przestępcy są coraz bardziej profesjonalni i skuteczni. Aż 88 proc. przeprowadzanych ataków osiąga zamierzony cel w czasie krótszym niż jeden dzień. W tym samym czasie tylko jedna piąta firm jest w stanie odkryć taki atak, a zaledwie 40 proc. zniwelować jego szkody. Takiej możliwości nie dają m.in. używane obecnie technologie, mające służyć utrzymaniu bezpieczeństwa w sieci. „Gdyby chcieć osiągnąć niemal idealny stan ochrony, w każdej firmie trzeba byłoby zwiększyć środki wydawane na ten cel średnio 13 razy do sumy 292,4 mln dolarów. Niestety w dzisiejszym świecie nie należy oczekiwać, że obrona może zapobiec wszystkim incydentom cybernetycznym. Nie zmienia to jednak faktu, że sektor finansowy powinien nadal rozwijać możliwości wykrywania zdarzeń w momencie ich wystąpienia, minimalizując ich wpływ na działalność biznesową i infrastrukturę krytyczną” – mówi Cezary Piekarski, Starszy Menedżer w Dziale Zarządzania Ryzykiem w Deloitte.

Eksperci Deloitte przekonują, że skoro inwestycje w samą infrastrukturę prewencyjną nie wystarczą, trzeba zbudować bardziej kompleksowy system walki z cyberprzestępczością. Firmy świadczące usługi finansowe powinny rozważyć budowę cybernetycznych programów zarządzania ryzykiem w celu osiągnięcia:

bezpieczeństwa – wzmocnienie kontroli ryzyka do ochrony przed zagrożeniami, zgodne z normami i przepisami oraz najlepszymi praktykami,
czujności – szybsze wykrywanie naruszeń oraz nieprawidłowości,
odporności – zdolność do szybkiego powrotu prowadzenia normalnych czynności biznesowych/ (działania firmy/ systemu) i szybkie naprawienie szkód.

Wczesne wykrycie ataków może ograniczyć lub istotnie zmniejszyć straty. Dlatego systemy monitorowania powinny działać przez 24 h/7. Natomiast procesy dotyczące zarządzania kryzysowego powinny być budowane przy zaangażowaniu wielu działów danej organizacji, w tym biznesowych, IT, komunikacji czy public affairs.

Dostępność informacji o zagrożeniach w czasie rzeczywistym pozwala na ograniczenie występowania naruszeń. Jak wskazują badania Instytutu Ponemon, ankietowani menedżerowie uważają, że 10-minutowe wcześniejsze powiadomienie o zagrożeniu wystarczyłoby, aby mu zapobiec, a jedna minuta wcześniej pozwoliłaby obniżyć koszty naruszenia bezpieczeństwa o 40 proc. Tymczasem aż 60 proc. ankietowanych przyznało, że nie było w stanie zapobiec cyberzagrożeniu z powodu niewystarczającej wiedzy. „Firmy świadczące usługi finansowe powinny uczyć się i wyciągać wnioski z poprzednich naruszeń ich systemów bezpieczeństwa, a także czerpać przykłady z innych branż jak chociażby lotnictwo czy przemysł obronny, które zrobiły ogromny postęp w tym zakresie. Lekcje te pozwalają zrozumieć charakter ataku, przyjętą taktykę przestępców oraz przygotować strategię na wystąpienie kolejnych potencjalnych niebezpieczeństw” – mówi Jakub Bojanowski.

Eksperci Deloitte zaproponowali pięć kroków w obszarze cyberbezpieczeństwa, które powinny być wdrożone w każdej instytucji finansowej.

Działania dot. cyberbezpieczeństwa powinny stać się integralną częścią strategii każdej firmy i być wprowadzane na poziomie wykonawczym.

W każdej firmie powinien powstać specjalny zespół, który będzie dynamicznie zarządzał obszarem cyberbezpieczeństwa.

Wysiłki w obszarze cyberbezpieczeństwa powinny koncentrować się na automatyzacji procesów i analizie, aby móc dobrze zdefiniować ryzyko zewnętrzne i wewnętrzne.

Świadomość zagrożeń w sieci może być wzmacniana poprzez odpowiednią edukację wszystkich pracowników.
Współpraca w obszarze cyberbezpieczeństwa powinna być budowana także poza firmą (np. z innymi firmami, ośrodkami etc), co pomoże zidentyfikować wspólnych „wrogów”.

„Obecny klimat gospodarczy stale napędza firmy świadczące usługi finansowe do tworzenia przewagi konkurencyjnej i zwiększenia rentowności. Dzieje się to także poprzez szybkie wykorzystanie nowych technologii i metod biznesowych. To z kolei może powodować powstawanie luk w zabezpieczeniach, które bezlitośnie wykorzystują hakerzy. Naszym zdaniem podczas nasilenia ataków bardziej elastyczny model cyberbezpieczeństwa może zaowocować znacznym zniwelowaniem ryzyka cybernetycznego. To podejście na nowo pozwoli obrócić cyfrową rewolucję na korzyść instytucji finansowych” – podsumowuje Cezary Piekarski z Deloitte.

Polska motobranża, czyli na barkach producentów części

W całym ubiegłym roku produkcja sprzedana polskiego sektora motoryzacyjnego wyniosła w sumie blisko 110 mld zł, co oznacza kilkuprocentowy wzrost względem 2012 r. Dane Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego (PZPM) pokazują, że taki wynik nie byłby możliwy do osiągnięcia bez producentów części i akcesoriów samochodowych. Gdyby nie rozwinięta produkcja podzespołów, Polska już dawno spadłaby do motoryzacyjnej trzeciej ligi.

Jak wynika z raportu kwartalnego „Branża motoryzacyjna”, przygotowanego wspólnie przez PZPM i firmę doradczą KPMG, w ubiegłym roku całościowa produkcja sprzedana polskiego sektora motoryzacyjnego wyniosła dokładnie 109,2 mld zł. W wartościach nominalnych oznacza to wzrost o 6,3 proc. rok do roku.

Tradycyjnie już, kolejny rok z rzędu, zanotowano spadek produkcji samochodów osobowych. W 2012 r. w Polsce wyprodukowano ich łącznie tylko 475,1 tys., czyli aż o 12 proc. mniej niż rok wcześniej. O 6,9 proc. wzrosła z kolei produkcja samochodów dostawczych i ciężarowych (do 111,1 tys.). Pozytywny trend widoczny jest też w segmencie autobusów, których wyprodukowano 4,2 tys. (wzrost o 4,8 proc.).

Eksport fundamentem

Wyprodukowane w Polsce samochody, części i akcesoria w większości trafiają na eksport, głównie do państw zachodniej Europy. Sytuacja w polskiej motobranży w dużym stopniu zależna jest właśnie od koniunktury na zagranicznych rynkach.

„Unijny rynek samochodów osobowych skurczył się w 2013 roku o 1,6 proc. (do 11,86 mln sztuk), zaś samochodów dostawczych o 0,4 proc. (do 1,37 mln sztuk). Pozytywnym zjawiskiem jest wzrost popytu na części i akcesoria na kilku istotnych z punktu widzeniach Polski rynkach docelowych: w Niemczech, w Hiszpanii i we Włoszech” – tłumaczy Jakub Faryś, prezes PZPM.

Ogólny wynik produkcji sprzedanej przemysłu motoryzacyjnego to w głównej mierze zasługa firm zagranicznych, które składają na terenie Polski samochody, oraz – zyskujących coraz większe znaczenie – producentów i eksporterów części i akcesoriów. Ta druga grupa to w sporej części firmy polskie.

Szczególnie dobra dla producentów okazała się druga połowa ubiegłego roku. Eksport szeroko pojętych części i akcesoriów motoryzacyjnych (np. szyby, akumulatory i tłumiki samochodowe) wzrósł w sumie – wg danych z trzech pierwszych kwartałów 2013 r. – o 6,7 proc. rok do roku. Równie korzystne wyniki (wzrost o 6,4 proc.) osiągnęli producenci opon.

„W 2013 r. zanotowaliśmy kilkuprocentowy wzrost eksportu w poszczególnych kategoriach elementów układów wydechowych. Wpływ na poprawę, podobnie jak i u wielu innych producentów oraz eksporterów, miała sytuacja na rynkach zachodnioeuropejskich. Co oczywiste, polski rynek nie jest na tyle chłonny, by móc się na nim w większym stopniu oprzeć. Dlatego kluczowe pozostają rynki położone na zachód od Odry” – mówi Aleksander Szczyrba, CEO polskiej firmy Ferroz Export, zajmującej się eksportem układów wydechowych.

Jaka przyszłość?

Nastroje menedżerów firm z sektora motoryzacyjnego są aktualnie stosunkowo dobre.

Z badania pn. „Automotive Capital Confidence Barometer”, przeprowadzonego przez firmę doradczą EY, wynika, że przedsiębiorstwa oczekują wzrostu zamówień. Ponad połowa respondentów (59 proc. z 1600 badanych menedżerów z 72 państw świata) zapowiada ponadto wzrost zatrudnienia w ciągu następnych 12 miesięcy. Redukcję ilości etatów przewiduje zaledwie 6 proc. ankietowanych. Tak dobrych wyników nie notowano od dwóch lat.

„Perspektywy rozwoju można oceniać jako umiarkowanie optymistyczne. Wiele zależy oczywiście od rozwoju wydarzeń w eurostrefie, ale przynajmniej na razie nic nie wskazuje na to, że mogłoby dojść tutaj do jakiegoś dramatycznego załamania. Pewne jest natomiast to, iż branża moto pozostanie jedną z ważniejszych gałęzi polskiej gospodarki. Rola producentów części samochodowych powinna wciąż rosnąć” – komentuje Aleksander Szczyrba.

Negatywny wpływ na branżę może mieć rozchwiana sytuacja geopolityczna. Według co trzeciego ankietowanego menedżera, to właśnie turbulencje politycznej natury, skutkując brakiem stabilności w regionie, mogą uderzyć mimochodem w motobranżę. W tej perspektywie Polska – jako sąsiad skonfliktowanych ze sobą Rosji i Ukrainy – może więc pod względem gospodarczym wiele stracić.

MobiParking nagrodzony Lokalizatorem Roku 2014

MobiParking nagrodzono Lokalizatorem Roku 2014, który przyznały redakcje tygodnika „Auto Świat” i portalu Lokalizacja.info. Doceniono łatwość obsługi i fakt, że aplikacja ułatwia proces parkowania kierowcom indywidualnym, jak i klientom flotowym, a funkcja START-STOP pozwala wnosić opłatę za realny czas postoju.

Lokalizator Roku wręczono podczas drugiej edycji konferencji Navigation Trends for Drivers, wydarzenia dedykowanego kierowcom oraz usługom, które ułatwiają im funkcjonowanie za kierownicą. Lokalizatory Roku otrzymują rozwiązania, które znacząco wpłynęły na polski rynek w minionym roku. W kategorii aplikacji dla kierowców zwyciężył mobiParking, oferowany przez SkyCash – system płatności przez komórkę. Jury doceniło łatwość obsługi aplikacji oraz fakt, że ułatwia ona proces parkowania samochodu zarówno kierowcom indywidualnym, jak i klientom flotowym, a funkcja START-STOP pozwala wnosić opłatę za realny czas postoju.

– Lokalizator Roku 2014 to dla nas ogromne wyróżnienie. Nagrodę dedykujemy wszystkim użytkownikom mobiParking, bo bez nich nasze działania i innowacyjne rozwiązania nie miałyby sensu. Aplikacja została dostrzeżona wspólnie przez ekspertów z redakcji „Auto Świat” i „Lokalizacja.info”, co przekonuje nas, że mobiParking jest rozwiązaniem dopasowanym do potrzeb polskich kierowców – powiedział Dariusz Mazurkiewicz, prezes zarządu SkyCash Poland SA.

NIK o zarządzaniu rezerwami dewizowymi przez NBP

Najwyższa Izba Kontroli pozytywnie ocenia zarządzanie przez Narodowy Bank Polski rezerwami dewizowymi w latach 2009-2013. W badanym okresie poziom rezerw był adekwatny do sytuacji gospodarczej kraju. NBP zapewnił ich bezpieczeństwo, płynność odpowiednią do potrzeb oraz osiągnął dodatnią stopę zwrotu z ich inwestowania.

W okresie objętym kontrolą nastąpił prawie dwukrotny wzrost poziomu rezerw (z 44,1 mld EUR do 81,9 mld EUR), czego wynikiem był wzrost wiarygodności Polski na arenie międzynarodowej. Większość mierników adekwatności poziomu rezerw określonych przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy wskazywała, iż zapewniają one bezpieczeństwo ekonomiczne kraju.

Inspektorzy NIK ustalili, że NBP zarządzał rezerwami w oparciu o długoterminową, corocznie aktualizowaną Długoterminową strategię zarządzania rezerwami dewizowymi NBP. W celu osiągnięcia przyjętych w niej celów bank centralny skutecznie realizował działania, które przyczyniły się do podwyższenia stopy zwrotu, przy zachowaniu odpowiedniego poziomu bezpieczeństwa rezerw. Działania te obejmowały m.in. rozszerzenie koszyka walut, zakup nowych, bardziej dochodowych papierów wartościowych czy poprawę zarządzania ryzykiem inwestycyjnym.

Efektywność zarządzania rezerwami była regularnie monitorowana poprzez odniesienie stóp zwrotu rezerw do stopy zwrotu portfela porównawczego. W większości okresów rocznych NBP odnotowywał dodatnie wskaźniki efektywności (wyjątkiem był rok 2011). W całym okresie zysk z tytułu zarządzania rezerwami wyniósł 24,8 mld zł.

W okresie niestabilności na światowych rynkach finansowych NBP minimalizował ryzyko inwestycyjne poprzez ograniczenie kręgu kontrahentów do najbardziej wiarygodnych instytucji oraz skrócenie terminów inwestowania. Np. inwestycje w papiery rządowe Irlandii i Hiszpanii zakończono odpowiednio w sierpniu 2010 i marcu 2011 r., czyli przed zaostrzeniem kryzysu finansowego w tych krajach w drugiej połowie 2011 r.

Wzrost poziomu rezerw wynikał przede wszystkim z napływu walut z funduszy unijnych. Spowodował on ponad siedmiokrotny wzrost nadpłynności sektora bankowego w latach 2009-2013 (z 18 mld zł do 126,5 mld zł) i prawie czterokrotne zwiększenie kosztów jej ograniczenia przez NBP (z 1,2 mld zł do 3,8 mld zł). Od 2012 r. koszty te przewyższały wynik osiągnięty poprzez zarządzanie rezerwami dewizowymi. Aby zminimalizować niekorzystny wpływ nadpłynności na politykę pieniężną, zdaniem NIK zasadne jest stabilizowanie poziomu rezerw dewizowych. Jednocześnie NIK zaznacza, iż powyższe skutki wzrostu rezerw mają drugorzędne znaczenie wobec podstawowych ustaleń kontroli potwierdzających bezpieczeństwo i stabilność rezerw oraz ich adekwatność do sytuacji gospodarczej Polski.

Od 2010 r. NBP nie lokował złota dewizowego, rezygnując z możliwych do uzyskania przychodów szacowanych na ok. 4,1 mln EUR. NIK skierowała do Prezesa NBP wniosek pokontrolny o rozważenie uelastycznienia polityki lokowania złota dewizowego w instytucjach finansowych o najwyższym poziomie wiarygodności. Prezes NBP przyjął wniosek do realizacji. Kontrola NIK wykazała, że przez cały okres trwania kontroli aż 95 procent złota dewizowego (98 ton) przechowywano w Banku Anglii, co pozwalało na lokowanie kruszcu i generowanie przychodów z tego tytułu (pozostałe 5 proc. złota przechowywane jest w skarbcach NBP).

NIK o biopaliwach i biokomponentach – ulgi podatkowe kosztowały podatników ponad 4 mld zł

Mimo zobowiązań Polski wynikających z prawa unijnego i pomocy finansowej państwa nie udało się upowszechnić w Polsce wykorzystywania biopaliw ciekłych i biokomponentów w transporcie. Zainteresowanie jest znikome, o czym świadczy m.in. zaledwie 4,6% samochodów przystosowanych do spalania biopaliw ciekłych kupionych przez administrację publiczną w latach 2009–2012. Ministerstwo Gospodarki nie ma żadnego takiego samochodu. Od 2011 roku zaledwie czterech rolników zadeklarowało produkcję biopaliw ciekłych na własne potrzeby.

W Polsce biopaliwa ciekłe[1] wykorzystywane są na niewielką skalę. Powszechnie wykorzystuje się paliwa ciekłe z domieszką biokomponentów[2] do 5%. Do benzyn od 2004 roku dodaje się 5% bioetanolu, którą to ilość akceptują typowe silniki. Stosowanie większej ilości biokomponentu wymaga przystosowania silnika pojazdu – obecnie na rynku samochody takie oferują tylko dwie firmy. Do oleju napędowego dodaje się estry metylowe kwasów tłuszczowych w różnych proporcjach (biodiesel). W Europie tylko nieliczne firmy samochodowe, głównie szwedzkie, oferują modele samochodów przystosowane do zasilania tym paliwem.

Ulgi podatkowe i zwolnienia z opłaty paliwowej w latach 2008-2012 kosztowały polskiego podatnika ponad 4 mld zł. Te preferencje podatkowe nie przyniosły jednak oczekiwanych rezultatów w postaci zwiększenia popytu na biopaliwa ciekłe i biokomponenty polskiego pochodzenia – z importu pochodzi ponad połowa biokomponentów obecnych na naszym rynku. Polskie firmy nie są konkurencyjne na rynku – koszty wytworzenia biokomponentów w naszym kraju są wyższe niż ceny, które można za nie uzyskać. Wytwórcy nie wykorzystują w pełni swoich mocy przerobowych i nie tworzą nowych miejsc pracy na terenach wiejskich.

Utrudnione może być osiągnięcie poziomu 10% udziału energii odnawialnej w transporcie w roku 2020, do czego zobowiązuje nas unijna dyrektywa 2009/28/WE w sprawie promowania stosowania energii ze źródeł odnawialnych.

Wieloletni Program promocji biopaliw lub innych paliw odnawialnych na lata 2008-2014, koordynowany przez Ministra Gospodarki[3], ma za zadanie wspierać rozwój i wykorzystanie biopaliw ciekłych oraz biokomponentów w transporcie. Kontrola NIK pokazała, że cele Programu nie zostały jednak osiągnięte, mimo dużego nakładu środków finansowych i wysiłku instytucji państwowych zaangażowanych w realizację programu.

Z pięciu zadań, które miały zwiększyć popyt na biopaliwa ciekłe, w niewielkim stopniu zostały zrealizowane dwa. Wprowadzono obowiązek wykorzystywania biopaliw ciekłych w administracji rządowej oraz niższe stawki opłat za korzystanie ze środowiska. Natomiast przez pięć lat obowiązywania Programu Wieloletniego nie powstała żadna strefa dla transportu ekologicznego, nie wprowadzono zwolnień z opłat za parkowanie, ani preferencji w ramach zamówień publicznych dla zakupu pojazdów i maszyn z silnikami przystosowanymi do spalania biopaliw ciekłych. W samochodach zakupionych w latach 2009-2012 przez administrację publiczną tylko 4,6% samochodów miało takie silniki. Ministerstwo Gospodarki, które jest koordynatorem Programu nie ma żadnego takiego samochodu.

W latach 2008-2012 tylko z tytułu ulg podatkowych i zwolnień z opłaty paliwowej do budżetu państwa nie wpłynęło 4 102 404,82 tys. Wbrew oczekiwaniom jednak polskie firmy nie stały się konkurencyjne na rynku. W latach 2010-2011 średnie ceny biokomponentów na polskim rynku były niższe niż średnie koszty ich wytworzenia. Wpływ na to miały głównie koszty surowca, dodatkowo także nośników energii, transportu, obciążenia podatkowe i koszty zatrudnienia pracowników.

Firmy polskie nie wykorzystywały w pełni swoich mocy wytwórczych. Według danych z kontroli w latach 2008-2012 wytwórcy estrów metylowych kwasów tłuszczowych wykorzystywali moce produkcyjne w niecałych 60 procentach, natomiast wytwórcy bioetanolu – w niecałych 30 procentach.

Na terenach wiejskich jest coraz mniej miejsc pracy, związanych z produkcją biokomponentów i biopaliw ciekłych (przyrost miejsc pracy był jednym z celów Programu Wieloletniego). W latach 2008-2012 spadła liczba gorzelni wytwarzających alkohol etylowy, będący półproduktem do wytwarzania biokomponentów (z 223 do 137). Spadło też zatrudnienie przy produkcji oleju (z 3200 do 3000 etatów). Nie zmieniła się liczba osób pracujących w otoczeniu przemysłu olejarskiego (1200 – 1500 etatów).

Rolnicy nie są zainteresowani produkcją biopaliw ciekłych na potrzeby własne. Od roku 2010 taką produkcję zadeklarowało zaledwie trzech, a od 2011 – czterech. Powodem była konieczność pokonania trudności administracyjnych oraz obciążenia podatkowe.

Prace naukowo-badawcze oraz informacyjno-edukacyjne miały niewielkie znaczenie dla produkcji, stosowania czy rozwoju nowych technologii. W latach 2008-2013 na 39 projektów badawczych wydano prawie 19 mln zł (18 946,4 tys. zł) na 39 projektów badawczych, a ich efektem jak dotąd są tylko dwa zgłoszenia patentowe.

Inspekcja Handlowa w latach 2011-2012 kontrolowała stacje paliwowe i zakładowe, hurtownie, przedsiębiorców wytwarzających paliwa i biopaliwa ciekłe oraz biokomponenty pod względem ich jakości. W dwóch przypadkach (na 18 przeprowadzonych kontroli) nie spełniały one wymagań jakościowych. Inspekcja nie nałożyła kary, gdyż ustawa o biopaliwach nie przewiduje jej w przypadku gdy biokomponent nie jest przeznaczony do obrotu. NIK widzi potrzebę zmiany prawa, gdyż nie ma gwarancji, że w przyszłości te złej jakości biokomponenty nie zostaną wprowadzone do obrotu.

W roku 2012 Polska nie osiągnęła wymaganego przepisami rozporządzenia Rady Ministrów wskaźnika NCW (Narodowych Celów Wskaźnikowych), określającego minimalny udział biokomponentów i innych paliw odnawialnych w ogólnej ilości paliw w ciągu roku[4]. Zamiast zapisanych w rozporządzeniu 6,65 proc. wyniósł on 5,79 proc. Przyczyną takiego stanu rzeczy jest wprowadzenie w roku 2011[5]współczynnika redukcyjnego, który pozwala na zgodne z prawem obniżenie NCW przez producentów paliw. NIK zwraca uwagę, że w efekcie utrudnione może być osiągniecie przez Polskę poziomu 10%. udziału energii odnawialnej w transporcie w roku 2020, do czego zobowiązuje nas unijna dyrektywa 2009/28/WE. Rozporządzenie RM bowiem określa poszczególne etapy dojścia do poziomu 10%.

Polska do tej pory nie wprowadziła przepisów ustawowych, wykonawczych i administracyjnych, które są niezbędne do wykonania unijnej dyrektywy 2009/28/WE w sprawie promowania stosowania energii ze źródeł odnawialnych. Ostateczny termin wprowadzenia dyrektywy w życie minął 5 grudnia 2010 roku. Dyrektywa ta określa m. in. kryteria, które muszą być spełnione, aby biopaliwa były kwalifikowane do kategorii odnawialnych źródeł energii i otrzymywały wsparcie ze środków publicznych. Komisja Europejska po bezskutecznych monitach (opinia z 22 marca 2012 r.) wniosła przeciwko Polsce skargę do Trybunału Sprawiedliwości w czerwcu 2013 roku. Domaga się nałożenia na Polskę kary pieniężnej w wysokości 133,23 tys. euro dziennie, która będzie naliczana jeśli Trybunał ogłosi wyrok w tej sprawie. Projekt stosownej ustawy wpłynął do Sejmu dopiero 9 stycznia 2014 roku.

Bezrobocie młodych nadal na wysokim poziomie. UE stawia na poprawę jakości staży i praktyk

Sytuacja młodego pokolenia na rynku pracy powoli się poprawia. Zgodnie z danymi Eurostatu bezrobocie młodych w lutym wyniosło w Polsce 26,9 proc. Przyczyn tak wysokiego poziomu bezrobocia eksperci upatrują m.in. w niskiej jakości stażach i praktykach, niedopasowaniu kompetencyjnym oraz braku rozbudowanej współpracy na linii biznes-edukacja.

Bezrobocie wśród młodych (<25 r.ż.) w Polsce w lutym wyniosło 26,9 proc., co oznacza spadek o 0,1 proc. w stosunku do stycznia. W Unii Europejskiej bezrobocie w tej grupie wiekowej sięgnęło 22,9 proc., co oznacza spadek o 0,1 proc. w porównaniu z poprzednim miesiącem. Unia Europejska upatruje rozwiązania problemu wysokiego bezrobocia młodych w ujednoliceniu i podniesieniu jakości staży i praktyk w państwach członkowskich. Będzie to możliwe dzięki wdrożeniu Europejskich Ram Jakości Staży i Praktyk, które zakładają m.in. zawieranie pisemnej umowy o staż; regulują cele dydaktyczne i szkoleniowe; warunki pracy mające zastosowanie dla stażystów; rozsądny okres trwania stażu, czy odpowiednie uznawanie stażu. Rada UE uznaje za konieczne wdrożenie założeń Ram w państwach członkowskich, Komisja Europejska zapowiedziała monitorowanie tego procesu.

Polscy pracodawcy również podejmują kroki w celu poprawy jakości programów staży i praktyk. Polskie Stowarzyszenie Zarządzania Kadrami uruchomiło Program Polskich Ram Jakości Staży i Praktyk, który ma na celu zbliżenie środowisk biznesu i edukacji oraz skuteczną edukacją praktyczną młodego pokolenia. – Program Polskich Ram Jakości Staży i Praktyk to odpowiedź na apel UE nawołującej do ograniczania wysokiego poziomu bezrobocia młodych. W celu upowszechnienia idei Programu realizujemy obecnie kampanię społeczną „Staż. Sprawdź, zanim pójdziesz!”. Ma ona na celu zachęcanie pracodawców do realizacji rzetelnych programów staży i praktyk w oparciu o Polskie Ramy Jakości Staży i Praktyk, a młodych ludzi do świadomego kierowania swoją karierą zawodową – komentuje Piotr Palikowski, prezes Polskiego Stowarzyszenia Zarządzania Kadrami.

Więcej informacji na temat Programu Polskich Ram Jakości Staży i Praktyk oraz kampanii można znaleźć na stronie www.stazeipraktyki.pl, na profilu Programu na portalu Facebook, oraz na kanale You Tube.

Większa kontrola uprawnionych do rent. Ma to pomóc osobom naprawdę potrzebującym pomocy i zwiększyć wpływy do budżetu

Uszczelnienie systemu przyznawania rent z tytułu niezdolności do pracy i dokładna weryfikacja osób ubiegających się o te świadczenia zmniejszyły liczbę rencistów do nieco ponad miliona. Eksperci podkreślają, że dzięki temu teraz pomoc trafia do osób rzeczywiście wymagających wsparcia, a pozostali będą mogli skorzystać z programów rehabilitacji i aktywizacji zawodowej, które umożliwią im powrót na rynek pracy, a co za tym idzie również podniesienie ich poziomu życia. Budżet państwa oszczędza na tym miliardy złotych.

Według danych ZUS w 2004 roku było ponad 2,1 mln rencistów, w 2010 roku – 1,2 mln, dzisiaj – niewiele ponad milion. Tylko w ostatnim roku liczba uprawnionych do pobierania świadczeń spadła o 100 tys. Najwięcej rent z tytułu niezdolności do pracy przyznawano w pierwszej połowie lat 90. W drugiej zaczęto reformować system, wprowadzając ostrzejsze kryteria przyznawania świadczeń. Takie działania trwają do dziś. Stałe renty należą już do rzadkości, częściej przyznaje się czasowe.

Zaostrzenie systemu polegało na powiedzeniu: bądźmy serio w ocenach, kto rzeczywiście nie może pracować i kto jako ubezpieczony ma prawo do zasiłku. To było nadużywane w przeszłości, a w tej chwili mówi się: sprawdźmy starannie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Witold Orłowski, główny doradca ekonomiczny PwC. – Renty są po to, by osoby rzeczywiście niezdolne do pracy nie musiały pracować.

Profesor wylicza zalety uszczelnienia systemu rent: więcej ludzi jest chętnych do pracy, na dłuższą metę mniej jest bezrobotnych. Uszczelnienie ogranicza konieczność zwiększania składek ubezpieczeniowych, a jeśli nie trzeba utrzymywać ze składek znacznej części ludzi zdolnych do pracy, to długookresowo powinno to zwiększyć dochody budżetu i PKB oraz zmniejszyć bezrobocie.

To oczywiście pośrednio wpływa na budżet, bo budżet jest gwarantem systemu zusowskiego. Jeśli składek nie wystarcza na wszystkie świadczenia, to koszty ponoszą podatnicy, ponieważ trzeba dokładać z budżetu – wyjaśnia Witold Orłowski.

To są miliardy oszczędności dzięki ograniczeniu kosztów funkcjonowania systemu. Już dotychczasowe działania, jak zreformowanie systemu przyznawania rent kilka lat temu, przyniosły dobre rezultaty – mówi Marek Zuber, ekonomista.

Zdaniem prof. Orłowskiego, nadużywanie systemu rentowego skutkuje tym, że mniej ludzi pracuje, koszty pracy są wyższe, a co za tym idzie – również stopa bezrobocia rośnie. To z kolei w ogólnym rozrachunku powoduje, że kraj jest biedniejszy, a poziom życia – niższy.

Główny problem z systemem rentowym polega na tym, że to jest bardzo kosztowne, jeśli wielu ludziom, którzy wiemy, że mogliby pracować, może w zmniejszonym wymiarze, w innych warunkach, ale mogliby, mówimy: reszta pracujących będzie cię utrzymywać – podkreśla ekonomista.

Z tym związany jest również problem społeczny, czyli zdecydowane obniżenie poziomu życia osób, które pozostają na rencie, a mogłyby podjąć pracę.

Renty są dość niskie. Komuś, kto mógłby pracować, mówi się: wypisz się z życia, kupuj najtańsze produkty, siedź w domu, bo i tak cię nie będzie stać na żaden wyjazd, ale za to nie musisz pracować – to jest szalenie degradujące. Ci ludzie mogliby żyć na zupełnie innym poziomie – podkreśla Orłowski.

Według ekonomistów, w miarę dalszego uszczelniania systemu rentowego, efekty dla rynku pracy, gospodarki i samych zainteresowanych będą coraz bardziej widoczne. Marek Zuber podkreśla jednak, że powinny temu towarzyszyć również działania na rzecz tworzenia nowych miejsc pracy oraz aktywizacji bezrobotnych.

Najważniejsze jest nieprzeszkadzanie gospodarce, by mogła tworzyć miejsca pracy. Wybór między 4 tys. zł wynagrodzenia a tysiącem złotych renty każdego skłoni do zastanowienia się. Najlepsze rozwiązanie to zachęcanie do tego, żeby nie przechodzić na rentę, bo to się nie opłaca – uważa Marek Zuber. – Państwo powinno pomagać w dostosowaniu oferty tych osób, które chciałyby znaleźć pracę, do tego, co jest na rynku, czyli organizować różnego rodzaju szkolenia, doskonalenia zawodowe.