Większość Polaków rezygnuje z architekta wnętrz. Główną przeszkodą są wysokie koszty. Rynek jednak rośnie

Większość właścicieli mieszkań lub domów podczas prowadzenia remontów nie korzysta z usług architektów lub projektantów wnętrz. Tylko co piąty sięga po takie wsparcie. Ci, którzy z niego rezygnują, zazwyczaj posiłkują się inspiracjami z internetu lub gotowymi projektami. Wielu inwestorów odstrasza zbyt wysoki koszt usług, a niektórych kusi chęć zaprojektowania wnętrza samemu. Najmniej osób zniechęcają wcześniejsze negatywne doświadczenia, a także zbyt długie terminy realizacji projektów. Autorzy badania uważają, że rynek projektowania wnętrz w Polsce powoli się rozwija. Szacują, że jest obecnie wart ok. 2-4 mld zł i rośnie o kilka proc. rocznie. Przewidują też, że digitalizacja oraz rozwój narzędzi opartych o AI w ciągu kilku lat mogą obniżyć wartość podstawowych usług i zwiększyć znaczenie ofert eksperckich i premium.

Jak pokazują wyniki najnowszego badania opinii publicznej, 18,2% właścicieli domów lub mieszkań korzysta z usług architekta lub projektanta wnętrz podczas remontów. 77,3% nie robi tego, a 4,5% nie pamięta, czy sięgnęło kiedykolwiek po tego typu pomoc. – Zdecydowana większość osób wciąż urządza swoje wnętrza samodzielnie, często bez profesjonalnego wsparcia. W mojej ocenie, wynika to z niewystarczającej świadomości, na czym realnie polega praca architekta wnętrz i jak duży ma ona wpływ na komfort życia po zakończeniu remontu – komentuje inż. Paulina Trzaska, architekt i konsultantka merytoryczna badania.

W ocenie Adama Skłodowskiego, wieloletniego eksperta rynku wykończeń wnętrz, konsultanta merytorycznego badania, Polacy po prostu nie mają świadomości, ile mogą zaoszczędzić czasu, nerwów i pieniędzy na tego typu usłudze. – Patrzą tylko na to, ile architekt sobie życzy za mkw. i wówczas w wielu przypadkach rozmowa się urywa. I tu trzeba też uczciwie powiedzieć, że te wynagrodzenia są naprawdę wysokie. Dlatego duża część inwestorów szuka alternatywnych rozwiązań – uzupełnia specjalista.

Z kolei według analityków z UCE RESEARCH, rynek projektowania wnętrz w Polsce jest obecnie wart ok. 2-4 mld zł. Rośnie umiarkowanie, tj. o kilka procent rocznie. Prognozy na lata 2026-2030 są ogólnie pozytywne, ale nierównomierne. Autorzy badania dodatkowo przewidują, że rynek będzie rósł, ale jednocześnie mocno się przetasuje. Ponadto trzeba dodać, że charakteryzuje się on silnym rozdrobnieniem oraz dużą konkurencją cenową, co ogranicza możliwość standaryzacji stawek i powoduje mocne zróżnicowanie jakości usług. Istotnym trendem jest również postępująca profesjonalizacja usług oraz przesunięcie popytu w kierunku kompleksowej obsługi inwestycji („projekt + nadzór + koordynacja wykonawcza”), a nie tylko samego projektu koncepcyjnego.

– Dodatkowo coraz większy wpływ na strukturę rynku ma digitalizacja oraz rozwój narzędzi opartych o sztuczną inteligencję, które automatyzują część prostych prac projektowych, np. szybkie wizualizacje czy układy funkcjonalne. To w perspektywie kilku lat może obniżać wartość podstawowych usług projektowych, jednocześnie zwiększając znaczenie ofert eksperckich i premium. W konsekwencji rynek będzie ulegał polaryzacji. Rosnąć będzie segment wysokomarżowych, kompleksowych usług projektowych oraz realizacji pod klucz. Jednocześnie presja cenowa oraz automatyzacja będą wypierać najprostsze, niskobudżetowe usługi projektowe – prognozują analitycy z UCE RESEARCH.

Zdaniem architektki, po wynikach badania widać, że obecnie część inwestorów korzysta ze wsparcia narzędzi opartych na sztucznej inteligencji. Dla branży na pierwszy rzut oka to może wydawać się powodem do obaw, ale eksperci ich nie potwierdzają. Adam Skłodowski zaznacza, że rozwój sztucznej inteligencji to dla projektantów i inwestorów szansa, a nie zagrożenie. Narzędzia oparte na AI usprawniają proces projektowy, przyspieszając tworzenie koncepcji i wizualizacji oraz ułatwiają inwestorom wyobrażenie sobie efektu końcowego. Mogą też w przyszłości obniżyć cenę samej usługi. Natomiast nie zastąpią kluczowych kompetencji człowieka, takich jak zrozumienie potrzeb użytkownika, łączenie estetyki z funkcjonalnością czy podejmowanie decyzji w kontekście budżetu i techniki.

– Rolą projektanta jest przełożenie potrzeb klienta na konkretne, funkcjonalne rozwiązania, które sprawdzą się w codziennym użytkowaniu. Dla przykładu można podać, że brakuje ich w mieszkaniach deweloperskich, bo są projektowane schematycznie. Instalacje – szczególnie elektryczne – rozmieszczone są w sposób uniwersalny. Gotowe rozwiązania nie uwzględniają rzeczywistego stylu życia mieszkańców. Natomiast z perspektywy klienta kluczowe są trzy kwestie. Pierwsza to stworzenie wnętrza dopasowanego do własnych potrzeb, a nie dla przeciętnego użytkownika. Druga sprawa dotyczy uniknięcia błędów technicznych i funkcjonalnych. Trzecią rzeczą jest realna kontrola budżetu – wylicza inż. Paulina Trzaska.

Uczestnicy badania, którzy nie angażują do pracy architekta lub projektanta wnętrz, wskazali, dlaczego tak postępują. Spośród 15 możliwych odpowiedzi mogli wybrać maksymalnie 5. Po wynikach widać, że 67,5% respondentów korzysta z inspiracji z internetu lub gotowych projektów. Jak podkreśla Adam Skłodowski, to spora pułapka, bo tego typu materiały są tylko i wyłącznie poglądowe. Brakuje w nich detali, np. konkretnych wymiarów, rodzaju i ilości materiałów. Tego typu kwestie architekt zawsze przekazuje klientowi. Nagminne są też sytuacje, że inwestorzy upierają się przy jakimś podpatrzonym z internetu rozwiązaniu, ale często ono nie może być 1:1 przeniesione na ich budowę. Wówczas zaczyna się robić nerwowo, na czym oczywiście tracą obie strony.

– Internet oraz gotowe projekty są łatwo dostępne i atrakcyjne wizualnie, dlatego stanowią naturalne źródło inspiracji. Kłopot polega jednak na tym, że nie rozwiązują one indywidualnych problemów. Nie uwzględniają konkretnych wymiarów, instalacji ani realnych potrzeb domowników. Są tworzone dla ogółu, a nie dla danej rodziny, trybu życia czy budżetu, nie wspominając już o konkretnych warunkach technicznych. W praktyce użytkownik próbuje dopasować się do gotowego projektu, zamiast mieć lokal dostosowany do siebie – przekonuje architekt inż. Paulina Trzaska.

Na dalszych miejscach w rankingu widać takie odpowiedzi, jak zbyt wysoki koszt usług – 46,8%, a także chęć zaprojektowania wnętrza samodzielnie – 29,6%. Ponadto część osób obawia się, że architekt nie zrozumie ich potrzeb – 23,6%. Niektórzy respondenci uważają też, że ich remont jest zbyt mały, aby angażować architekta – 21,6%. Dla ekspertki kolejność i skala tych odpowiedzi nie są zaskoczeniem. Wiele osób obawia się kosztów. Jednak w rzeczywistości dobrze przygotowany projekt pozwala wręcz realnie je optymalizować, uniknąć nietrafionych zakupów oraz zaplanować budżet etapami.

– W praktyce architekt pomaga optymalizować koszty i stara się zapobiec błędom, które zdarzają się przy samodzielnym projektowaniu. Poprawki, przeróbki czy nietrafione zakupy mogą znacząco podnieść finalny budżet. Obawy o niezrozumienie potrzeb wynikają zwykle z braku wiedzy o procesie projektowym, który opiera się na ścisłej współpracy i analizie oczekiwań inwestora. Z kolei przekonanie, że mały remont nie wymaga specjalisty, bywa często mylące, bo właśnie przy ograniczonym zakresie najłatwiej o kosztowne błędy – stwierdza Adam Skłodowski.

Najmniej wskazań w badaniu uzyskały takie odpowiedzi, jak negatywne wcześniejsze doświadczenia z architektami lub projektantami wnętrz – 2,1%, a także zbyt długi termin realizacji projektu – 4,6%. Niewiele osób nie wie też dokładnie, jakie usługi w ogóle oferuje architekt – 4,9%.

Opis metody analitycznej/badawczej

Badanie zostało przeprowadzone metodą CAWI (Computer-Assisted Web Interview), polegającą na realizacji ankiet internetowych wspomaganych komputerowo. Badanie zostało zrealizowane przez platformę analityczno-badawczą UCE RESEARCH na ogólnopolskiej próbie 1004 dorosłych Polaków w wieku 18-80 lat, którzy w ciągu ostatnich dwóch lat robili remont własnej bądź wynajmowanej nieruchomości. Respondenci zostali dobrani w sposób kwotowo-losowy (tj. pod względem wieku, płci oraz regionu) z wykorzystaniem panelu badawczego, a udział w badaniu miał charakter anonimowy.

OFE inwestuje 58 mln PLN w Medinice. Spółka rozwija nowe segmenty MedTech

Zarząd Medinice S.A. – notowanej na GPW spółki MedTech należącej do indeksu SWIG – informuje o zamiarze poszerzenia swojego portfolio produktowego, wchodząc z projektami do dwóch perspektywicznych segmentów globalnego rynku MedTech: Pulsed Field Ablation (PFA) oraz robotyki z zakresu systemów chirurgicznych. Projekty te w naturalny sposób wpisują się w realizowaną strategię rozwoju małoinwazyjnych urządzeń dla kardiologii i kardiochirurgii, jednocześnie poszerzając skalę możliwości technologicznych oraz komercyjnych Medinice.

  • Medinice SA wchodzi w perspektywiczne segmenty kardiologii i kardiochirurgii małoinwazyjnej: PFA oraz robotykę,
  • Zabezpiecza finansowanie strategii rozwoju,
  • Zyskuje wsparcie renomowanego polskiego funduszu emerytalnego jako długoterminowego akcjonariusza.

PFA (Pulsed Field Ablation) – ablacja z wykorzystaniem pulsacyjnego pola elektrycznego, jest technologią nowej generacji w leczeniu migotania przedsionków, która może wyznaczać nowy standard terapii zabiegowej. Jej przewaga wynika z selektywnego oddziaływania na komórki mięśnia sercowego, przy jednoczesnym ograniczeniu ryzyka uszkodzenia struktur sąsiadujących. Technologia ta oferuje również potencjał do zwiększenia bezpieczeństwa oraz efektywności proceduralnej. Równolegle Medinice planuje rozszerzyć portfolio o robotyczną kardiochirurgię małoinwazyjną, która pozostaje spójna z dotychczasowym profilem działalności Spółki. Rozwiązania te wspierają wykonywanie precyzyjnych procedur przez niewielkie dostępy operacyjne, ograniczając traumatyzację tkanek, a tym samym sprzyjając skróceniu hospitalizacji i rekonwalescencji pacjentów. Jednocześnie systemy robotyczne zwiększają precyzję ruchów operatora, powtarzalność procedur oraz ergonomię pracy zespołu zabiegowego.

Oba te obszary nie stanowią zmiany strategii Medinice SA, lecz jej konsekwentne, strategiczne rozwinięcie. Spółka pozostaje skoncentrowana na kardiologii i małoinwazyjnej kardiochirurgii, a nowe segmenty wzmacniają istniejące portfolio produktowe, wykorzystują obecne kompetencje i budują dodatkowy potencjał wzrostu w ramach już obranej ścieżki rozwoju.

Renomowane OFE  nabywa akcje Medinice SA – 58 mln PLN na finansowanie nowej strategii i dalszego rozwoju

Spółka pozyskała 58 mln PLN od jednego z największych otwartych funduszy emerytalnych  w Polsce, które nabyło 1 165 tys. akcji Medinice S.A. po cenie jednostkowej akcji na  poziomie 50 PLN, czyli zbliżonej do aktualnej ceny rynkowej.

Medinice SA zyskuje tym samym kolejnego długoterminowego partnera. W 2025 roku do akcjonariatu przystąpiło TFI PZU, jedno z największych Towarzystw Funduszy Inwestycyjnych (TFI) w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Od tego momentu minęło niespełna pół roku. W tym okresie wartość akcji Spółki, a tym samym jej kapitalizacja wzrosła kilkukrotnie przekraczając kwotę 0,5 mld PLN. Dołączenie do grona akcjonariuszy znaczącego inwestora finansowego potwierdza zasadność dotychczasowej strategii produktowej i komercyjnej, ale także uwiarygadnia nowe kierunki rozwoju Spółki.

Swój kilkunastoprocentowy udział w akcjonariacie utrzyma powiązana z Prezesem Zarządu Medinice, Sanjeevem Choudary, Fundacja Rodzinna Parmamand, która planuje objąć 1 165 tys. akcji serii O i w tym celu zażądała zwołania Walnego Zgromadzenia celem podjęcia uchwały emisyjnej.

Wejście kolejnego inwestora instytucjonalnego do naszego akcjonariatu to dowód na to, że fundamenty dotychczasowej strategii i nowych kierunków znajdują uznanie wśród coraz większych instytucji finansowych w Polsce i Europie. Z pierwszych, docierających do mnie sygnałów jest także pozytywnie odbierane przez dotychczasowych akcjonariuszy – powiedział Sanjeev Choudhary, Prezes Zarządu Medinice S.A. – Pozyskane od OFE środki dają nam realne narzędzia do realizacji ambitnych, ale precyzyjnie zaplanowanych kierunków strategicznych. Pozwalają także na komfortowe prowadzenie trwających rozmów komercjalizacyjnych. – dodał.

Komercjalizacja flagowych projektów: CoolCryo i PacePress

Równolegle spółka prowadzi procesy komercjalizacji dwóch flagowych projektów z dotychczasowego portfolio: CoolCryo – system do krioablacji serca oraz PacePress – wyrób zmniejszający ryzyko powikłań po implantacji urządzeń elektroterapeutycznych. Medinice SA prowadzi zaawansowane rozmowy z trzema niezależnymi podmiotami branżowymi o zasięgu międzynarodowym w zakresie potencjalnej sprzedaży CoolCryo.

W przypadku PacePress spółka jest zaangażowana w dedykowany proces z jednym z największych globalnych graczy na rynku MedTech.

W najbliższym czasie Medinice SA planuje zorganizować webinar inwestorski, podczas którego Zarząd Spółki przybliży szczegóły nowych kierunków strategicznych – PFA i robotyki, zaktualizuje status bieżących projektów oraz procesów komercjalizacyjnych. Więcej informacji niebawem.

Nowe uprawnienia PIP uderzą w HoReCa w szczycie sezonu. Branża szuka bezpiecznych modeli zatrudnienia

  • Główny Inspektor Pracy zakłada stosowanie nowych przepisów rozszerzających kompetencje Państwowej Inspekcji Pracy już tego lata. PIP dostał dostęp do danych ZUS i KAS, ogłasza nabór na nowych kontrolerów.
  • Wg GUS około 1,4–1,5 mln osób pracuje wyłącznie na podstawie umów cywilnoprawnych. Po zmianach PIP będzie mógł zakwestionować taką formę zatrudnienia.
  • Jeśli restauracje i hotele nie wdrożą alternatywnych rozwiązań w zakresie zatrudnienia, czekają ich większe koszty lub ryzyko kłopotliwych kontroli PIP w środku sezonu.
  • Spędzający wakacje w Polsce mogą w tym roku zapłacić więcej. Wg przedstawicieli branży hotelowej może być o 15–20% drożej.

Nowelizacja ustawy o Państwowej Inspekcji Pracy została podpisana przez Prezydenta i opublikowana w Dzienniku Ustaw. Obowiązuje 3-miesięczne vacatio legis, co oznacza, że nowe przepisy wejdą w życie w środku nadchodzącego sezonu wakacyjnego. Nowelizacja może wymusić szybką zmianę organizacji zatrudnienia. Podniesie też koszty, dodatkowo destabilizując działalność niektórych podmiotów bazujących na umowach cywilnoprawnych. Może także przełożyć się bezpośrednio na ceny dla klientów.

Największa zmiana polega na tym, że inspektor PIP będzie mógł w drodze decyzji administracyjnej zakwestionować formę zatrudnienia i wskazać, że dana osoba powinna mieć umowę o pracę. Procedura kontrolowania kontraktu cywilnoprawnego zakłada najpierw wydanie polecenia przez inspektora w zakresie dobrowolnego przekształcenia kontraktu na etat albo usunięcia z kontraktu elementów etatu. Wiele przypadków trafi do sądów. Choć po poprawkach legislacyjnych zrezygnowano z najbardziej kontrowersyjnych zapisów dotyczących działania prawa wstecz, to nadal oznacza to dla pracodawców realne ryzyko: konieczność zmiany formy zatrudnienia oraz potencjalne sankcje finansowe.

Z danych GUS wynika, że około 1,41,5 mln osób w Polsce pracuje wyłącznie na podstawie umów cywilnoprawnych. Co istotne, największa koncentracja takich form zatrudnienia występuje w sektorach usługowych. Latem to np. branża hotelarska, gastronomiczna czy obsługa ośrodków wypoczynkowych.

Sezonowość kontra regulacje

HoReCa (hotele, restauracje, catering) należy do sektorów najbardziej wrażliwych na zmiany regulacyjne. Tam model biznesowy opiera się na dużej zmienności zapotrzebowania na pracę. W szczycie sezonu zatrudnienie może wzrosnąć nawet dwukrotnie, by po jego zakończeniu znacząco spaść. W ośrodkach nadmorskich część obiektów w ogóle nie działa poza sezonem.

– Z wieloma osobami pracuję już kilka lat zatrudniając je na umowy stałe. Jednak w dużej części obiektów nawet 7080 proc. personelu to pracownicy sezonowi lub zatrudnieni na podstawie umów cywilnoprawnych. Najczęściej to pomoc kuchenna, pokojowe, personel kelnerski. Bez elastycznych form zatrudnienia prowadzenie działalności byłoby bardzo trudne. Zatrudnienie wszystkich na stałą umowę znacząco podniosłoby koszty prowadzenia działalności. W efekcie cena doby hotelowej mogłaby wzrosnąć o kilkanaście procent. Oczywiście branża rywalizuje ze sobą, ale jeżeli 80% obiektów opiera swoją działalność na pracy sezonowej, to wszystkie staną przed trudną decyzją podniesienia cen. Zrobi to prawdopodobnie 4 na 5 podmiotów – mówi Patryk Bińkowski – dyrektor hotelu i prezes spółki Hotelove Sp. z o.o., doradca hotelowy i przedstawiciel branży hotelarskiej z woj. zachodniopomorskiego.

Podobnych wzrostów należałoby oczekiwać w przypadku wyżywienia czy korzystania z atrakcji turystycznych. Na rosnące koszty wakacji Polacy już są przygotowani – droższe paliwo i transport podbiją ceny wyjazdów. Teraz dochodzi kolejny czynnik: zmiany w prawie pracy. Może się okazać, że czeka nas fala „paragonów grozy”. Już nie tylko z Zakopanego czy nadmorskich kurortów, ale także z miejsc, które dotąd były tańszą alternatywą. W skrajnym scenariuszu istnieje ryzyko „najdroższych wakacji w Polsce w historii”, a tego nie chcą turyści, właściciele obiektów turystycznych ani rząd.

Ekspert zwraca uwagę, że nie dla wszystkich pracowników przekwalifikowanie umów na stałe byłoby pożądane. Ważną częścią obsługi są osoby z zagranicy, szczególnie z Ukrainy. Dla wielu z nich praca sezonowa jest korzystna, bo potem wracają na kilka miesięcy do siebie.

Ryzyko kontroli w środku sezonu

Główny Inspektor Pracy zakłada, że kontrole zaczną się już w lipcu tego roku. Powstaje lista pytań kontrolnych. Miało ich być około 40, finalnie będzie mniej. W skali całego kraju sprawdzaniem kontraktów zajmie się kilkadziesiąt osób. PIP otwiera nabór na 100 nowych etatów do obsługi przepisów przewidzianych w nowelizacji. PIP w typowaniu podmiotów do kontroli będzie opierał się na stworzonym do tego algorytmie. Pomóc ma dostęp do danych ZUS i KAS co podniesie skuteczność działań PIP.

Nowe uprawnienia PIP wprowadzają spory element niepewności. Pracodawcy obawiają się scenariusza, w którym w trakcie sezonu dochodzi do kontroli, a jej wynik wymusza zmiany kadrowe. Nawet jeśli przepisy nie będą działały wstecz, sama konieczność reorganizacji zatrudnienia może oznaczać poważne zakłócenia. Eksperci wskazują, że największym problemem nie jest sama zmiana przepisów, lecz moment jej wejścia w życie i sposób egzekwowania.

Jeśli inspektor PIP zakwestionuje model zatrudnienia trzeba będzie odrywać menedżerów od pracy, angażować personel, przygotowywać dokumenty. To dezorganizuje funkcjonowanie obiektu – wskazuje ekspert. Jak dodaje, napięcie nie kończy się na zapleczu. Stres przenosi się na obsługę, a ostatecznie odczuwają go goście. To ostatnia rzecz, jakiej branża potrzebuje w sezonie.

– Firmy nie obawiają się dziś wyłącznie wzrostu kosztów pracy, ale przede wszystkim pojawiającej się nieprzewidywalności. Kontrola w środku sezonu może oznaczać konieczność przeorganizowania zespołu i formy współpracy. Zwracają się do nas podmioty z sektora hotelarskiego i usługowego z bardzo konkretnym pytaniem: „co możemy zrobić”. To pokazuje skalę niepewności na rynku. To moment, w którym trzeba podjąć decyzję z wyprzedzeniem. W sezonie nie będzie już czasu na eksperymenty – mówi Radosław Susłowicz, mecenas z Instytutu na Rzecz Rozwoju HR w Polsce.

Agencje pracy to alternatywny model zatrudnienia w ramach nowych przepisów

W odpowiedzi na zmieniające się otoczenie prawne coraz większym zainteresowaniem cieszy się model pracy tymczasowej i outsourcingu procesowego. W przeciwieństwie do klasycznych umów cywilnoprawnych, relacja między agencją pracy tymczasowej a pracownikiem jest uregulowana odrębnymi przepisami, co ogranicza ryzyko jej zakwestionowania.

To oznacza, że hotel czy restauracja nie zatrudnia bezpośrednio pracowników sezonowych, lecz korzysta z usług agencji, która deleguje personel do wykonywania określonych zadań. Taka osoba formalnie pozostaje zatrudniona przez agencję, a u pracodawcy użytkownika może wykonywać zadania nawet przez 18 miesięcy.

Jeszcze dalej idzie outsourcing procesowy. W takim przypadku hotel nie zatrudnia np. personelu sprzątającego, lecz zleca kompleksową usługę utrzymania pokoi firmie zewnętrznej.

To forma dostosowania modelu biznesowego do nowych realiów regulacyjnych. Firmy szukają dziś przede wszystkim bezpieczeństwa prawnego. To moment, w którym wielu przedsiębiorców musi odpowiedzieć sobie na pytanie, czy są gotowi na funkcjonowanie w nowym otoczeniu regulacyjnym. Dla części z nich oznacza to konieczność zmiany podejścia do zarządzania personelem – podkreśla mecenas Radosław Susłowicz z IRHR.

Nieuzasadnione stosowanie kontraktu cywilnoprawnego zamiast etatu będzie po zmianach zagrożone karą grzywny do 60 tys. zł. W przypadku korzystania z pośrednictwa agencji pracy tymczasowej takie zagrożenie jest istotnie niwelowane.

Nadchodzący sezon turystyczny może być pierwszym sprawdzianem dla nowych regulacji. Przedsiębiorcy z branży HoReCa stają dziś przed wyborem: czy utrzymać dotychczasowy model zatrudnienia i zaakceptować ryzyko kontroli, czy też przejść na rozwiązania oparte na kooperacji z agencjami pracy.

Zmiany w przepisach nie oznaczają końca elastycznych umów, ale przesuwają granice ich stosowania. Może to doprowadzić do przebudowy organizacji zatrudnienia w wielu sektorach – szczególnie tam, gdzie sezonowość i zmienność popytu są kluczowe dla prowadzenia biznesu.

Ponad 143 tys. samochodów elektrycznych w Polsce. Rynek nadal rośnie mimo końca dopłat

Według danych z końca marca 2026 r. w Polsce było zarejestrowane łącznie 143 689 osobowych i użytkowych samochodów całkowicie elektrycznych (BEV). W pierwszym kwartale b.r. ich liczba zwiększyła się o 11 439 szt., czyli o 59% więcej niż w analogicznym okresie 2025 r. – wynika z Licznika Elektromobilności, uruchomionego przez PZPM i PSNM.

Pod koniec marca 2026 r. po polskich drogach jeździły 263 084 samochody osobowe z napędem elektrycznym. Flota w pełni elektrycznych, osobowych aut (BEV, ang. battery electric vehicles) liczyła 131 863 szt., a park hybryd typu plug-in (PHEV, ang. plug-in hybrid electric vehicles) – 131 221 szt. Liczba samochodów dostawczych i ciężarowych z napędem elektrycznym wynosiła 12 630 szt. Stale rośnie flota elektrycznych motorowerów i motocykli, która na koniec I kwartału b.r. składała się z 28 885 szt., jak również liczba osobowych i dostawczych aut hybrydowych, która powiększyła się do 1 360 218 szt. Pod koniec ubiegłego miesiąca park autobusów zeroemisyjnych w Polsce wzrósł do 2 068 szt. (z czego pojazdy całkowicie elektryczne stanowiły 1 915 szt., zaś wodorowe 153 szt.).

Równolegle do floty pojazdów z napędem elektrycznym rozwija się infrastruktura ładowania. Pod koniec marca 2026 r. w Polsce funkcjonowały 12 543 ogólnodostępne punkty ładowania pojazdów elektrycznych. 48% z nich (5 980 szt.) stanowiły szybkie punkty ładowania prądem stałym (DC), a 52% – wolne punkty prądu przemiennego (AC) o mocy mniejszej lub równej 22 kW. W przypadku 21% punktów DC możliwe jest również alternatywne skorzystanie z ładowania AC.

– Marcowy wynik pokazuje, w przypadku rejestracji samochodów bateryjnych, że po okresie hossy spowodowanej dotacjami z programu NaszEauto, powróciliśmy do wyniku, który odnotowywaliśmy w ciągu ostatnich lat tj. wzrostu rejestracji o ok 50 proc. r/r. Pomimo ostatecznej decyzji o nieprzyznawaniu środków w wysokości 300 mln złotych na dopłaty do zakupów pojazdów zeroemisyjnych, wydaje się, że ten rok, jeśli chodzi o rejestracje BEV, nie będzie znacznie gorszy od poprzedniego. Warto podkreślić bardzo wysoki poziom rejestracji hybryd plug-in, których zakup nie jest objęty żadnym systemem wsparcia. W pierwszych trzech miesiącach b.r. około czterokrotnie – w stosunku do roku poprzedniego – wzrosła liczba zarejestrowanych autobusów zeroemisyjnych. Oznacza to, że po wyraźnym spowolnieniu rynku spowodowanym pandemią, samorządy chętniej przeznaczają środki na wymianę taboru, by był bardziej przyjazny środowisku.  W porównaniu do ubiegłego roku, rejestracje osobowych samochodów wodorowych są nieco niższe, zaś rejestracje klasycznych hybryd utrzymują się na zbliżonym poziomie – mówi Jakub Faryś, Prezes PZPM.

Liczba nowych rejestracji osobowych BEV w I kwartale b.r. wzrosła o prawie 75% r/r, natomiast w samym marcu o niemal 50%. Udział rynkowy „elektryków” kategorii M1 przekroczył w ubiegłym miesiącu 5,3%. To lepszy wynik niż rok wcześniej, co może stanowić dobry prognostyk, zwłaszcza w kontekście formalnego wyczerpania alokacji „NaszegoEauta”. Na pewno jednak znaczna część osób, które nabyły samochód elektryczny w ostatnich tygodniach liczy na uzyskanie dotacji, szczególnie po zapowiedziach dotyczących podwyższenia budżetu programu. Dziś wiemy już, że transfer dodatkowych środków nie nastąpi.  Mimo to na rynku nadal dostępne są oferty wynajmu długoterminowego BEV w cenach na poziomie 1 tys. zł miesięcznie lub mniej. W kolejnych miesiącach możemy spodziewać się dalszego nasilenia konkurencji cenowej m.in. w związku z rosnącą presją ze strony chińskich producentów oraz nieubłaganie zbliżającym się terminem realizacji obowiązku redukcji emisji za lata 2025-2027   – mówi Jan Wiśniewski, Dyrektor Centrum Badań i Analiz PSNM.

200 tysięcy kierowców na szkoleniach wojskowych. Przedsiębiorcy obawiają się o płynność działania

Wojsko wezwie kierowców i mechaników na szkolenia. Przewoźnicy drogowi: „Nikt nie myśli o rekompensatach dla firm”.

Nawet 200 tysięcy kierowców może zostać wezwanych w 2026 roku na szkolenia wojskowe. Kartę powołania na trwające kilka lub kilkanaście dni szkolenie może dostać każdy kierowca, który nie ukończył jeszcze 55 lat, a ma prawo jazdy kategorii C lub D. – Zapowiedź szkolenia rezerwistów nie jest dla nas zaskoczeniem, ale potencjalna skala już może stanowić poważny problem. To kolejny temat, który powinien być przedmiotem dyskusji między zrzeszeniami kierowców i choćby Ministerstwem brony Narodowej czy Ministerstwem Infrastruktury. Obawiamy się, że zostaniemy podstawieni przed faktem dokonanym i kolejnymi stratami finansowymi – przyznaje Dariusz Matulewicz, prezes Zachodniopomorskiego Stowarzyszenia Przewoźników Drogowych.

„Kierowcy są dla struktury wojskowej bardzo ważni”

Szkolenia wojskowe kierowców nie mają charakteru zorganizowanego. Jak mówią przedstawiciele Zachodniopomorskiego Stowarzyszenia Przewoźników Drogowych kierowcy póki co nie otrzymują powołań, ale prawdopodobne jest, że może to nastąpić jeszcze wiosną. Mobilizacja ma być rekordowa i sięgać nawet 200 tysięcy kierowców z prawem jazdy kategorii C i D w całej Polsce.

– Kierowcy są dla struktury wojskowej bardzo ważni. Wojsko potrzebuje kierowców, stąd też spodziewamy się dużej skali powołań na szkolenia, a co za tym idzie zmian w siatce funkcjonowania wielu firm na czas szkoleń. To nas martwi. Nikt nie zamierza uchylać się od tego obowiązku. Problemem jest jednak często brak wcześniejszego uprzedzenia, że taka sytuacja będzie miała miejsce i brak rekompensaty dla firm, które ze względu na szkolenia będą ponosić straty z tytułu niewykonanych transportów – mówi Dariusz Matulewicz, prezes Zachodniopomorskiego Stowarzyszenia Przewoźników Drogowych.

Przedsiębiorcy oczekują większego zrozumienia ich sytuacji

Przedstawiciele Zachodniopomorskiego Stowarzyszenia Przewoźników Drogowych mówią o tym, że nagłe powołania mogą być problemowe do realizacji. Braki kadrowe w większości firm TSL są faktem.

– Obecnie przepisy przewidują rekompensatę wynagrodzenia dla pracownika, który powołany jest na szkolenie wojskowe. Nie ma jednak ani słowa o tym, że konsekwencje jego powołania to zmiana struktury pracy w firmie, co powoduje, że na kilka lub kilkanaście dni wypada nam z harmonogramu człowiek wykonujący konkretną pracę. Mało która firma transportowa ma nadmiar kierowców. A co jeżeli jednocześnie powołanych zostanie kilku kierowców z jednej firmy? Taka sytuacja naraża firmę na opóźnienia, straty finansowe, a być może także na kary finansowe jeżeli nie uda się znaleźć zastępstwa dla kierowców, którzy będą szkoleni – przyznaje Dariusz Matulewicz.

Wojsko koncentruje się przede wszystkim na osobach z pasywnej rezerwy, czyli tych, które mają uregulowany stosunek do służby wojskowej – najczęściej po kwalifikacji wojskowej.

Spodziewamy się, że poza przewoźnikami drogowymi najczęściej powoływani mogą być także technicy, mechanicy, elektrotechnicy, logistycy i spedytorzy.

– Nie ma nic złego w powołaniach. Problemem może być organizacja. Apelujemy, by było to uporządkowane – mówi Dariusz Matulewicz.

Szkolenia mogą być jednodniowe, ale także mogą trwać do 30 lub powyżej 30 dni. Dotychczasowe doświadczenia pokazują, że powołania szkoleniowe rezerw pasywnych trwają zwykle około tygodnia.

Rynek najmu w Polsce się zmienia. Więcej mieszkań na wynajem, niższe czynsze i nowe ryzyka

Średni czynsz w miastach wojewódzkich spadł do 3,5 tys. zł, ale to nie ceny są dziś kluczowym sygnałem z rynku najmu. Uwagę zwraca wyraźny przyrost ofert – w serwisie Otodom jest ich już 25,4 tys., co oznacza 4-procentowy wzrost w zaledwie miesiąc. Za tym ruchem stoi przede wszystkim majowy termin wdrożenia nowych regulacji. W dłuższej perspektywie rynek musi uwzględnić również kolejną zmienną. Napięcia wokół konfliktu w Iranie stają się istotnym czynnikiem ryzyka, który może zweryfikować plany zarówno wynajmujących, jak i najemców.

Z danych Otodom wynika, że od początku roku na rynku najmu obserwujemy niewielki, ale stopniowy miesięczny spadek średnich cen ofertowych mieszkań – o około 1%. Jeszcze w styczniu przeciętny koszt najmu wynosił 3,6 tys. zł miesięcznie, podczas gdy w marcu stawka spadła do 3,5 tys. zł.

– Mowa tu oczywiście o średniej dla miast wojewódzkich. Lokalne rynki reagują skrajnie różnie. Największe korygują stawki, podczas gdy w mniejszych miastach ceny stopniowo rosną – mówi Paweł Jarząbek, menedżer ds. badań rynku i analiz Otodom.

Przepaść cenowa. Różnice pomiędzy miastami sięgają 2,7 tys. zł

Ranking miast otwiera Warszawa, która utrzymuje pozycję najdroższego rynku w kraju. Poszukujący lokum w stolicy muszą liczyć się z miesięcznym wydatkiem rzędu 4,8 tys. zł. To znacząca różnica względem drugiego w zestawieniu Trójmiasta, gdzie średni koszt najmu jest o 1,7 tys. zł niższy i wynosi 3,1 tys. zł.

W marcu korekta stawek ofertowych objęła sześć z siedmiu największych miast w Polsce – Katowice, Kraków, Poznań, Trójmiasto, Warszawę i Wrocław. Wyjątkiem pozostała Łódź, gdzie czynsze utrzymały się na stałym poziomie 2,3 tys. zł. Patrząc poza największą “siódemkę”, najciekawsza sytuacja panuje w Kielcach. Mimo że z kwotą 2,1 tys. zł miasto to pozostaje najtańszym rynkiem w zestawieniu Otodom, to właśnie tam odnotowano najwyższą dynamikę zmian. W ujęciu miesięcznym ceny wzrosły o 2,4%, idąc pod prąd spadkowemu trendowi widocznemu w głównych ośrodkach – dodaje Paweł Jarząbek.

Natomiast w ujęciu rocznym na rynkowych liderów wyrastają Olsztyn oraz Opole, gdzie przeciętne stawki ofertowe skoczyły odpowiednio o 9% i 5,1%. Mimo tak wyraźnej dynamiki, oba miasta wciąż pozostają znacznie poniżej średniej dla 18 analizowanych rynków. Nieco głębiej do portfela muszą sięgnąć jednak mieszkańcy Opola, gdzie koszt najmu wynosi 2,5 tys. zł miesięcznie.

Rynek najmu Średni czynsz spadł do 3,5 tys. zł

40 mkw. i własne zasady. Tak mieszkają młodzi

Od miesięcy niezmiennie największym zainteresowaniem cieszą się mieszkania dwupokojowe. Odpowiadają one za ponad połowę wszystkich marcowych wyszukiwań w serwisie Otodom. Najbardziej preferowane są lokale o powierzchni około 40 mkw. Taki metraż to naturalny wybór między innymi dla osób wchodzących w dorosłość. Często stanowi kompromis pomiędzy potrzebą niezależności a możliwościami finansowymi.

Co ciekawe, u kobiet presja na usamodzielnienie okazuje się silniejsza niż u mężczyzn. Z raportu Otodom „Szczęśliwy dom. Męskie oblicza szczęścia” wynika, że jedynie 5% mężczyzn postrzega przeprowadzkę przede wszystkim jako krok ku niezależności – o 5 p.p. mniej niż w przypadku kobiet.

To silne zakorzenienie mężczyzn w strukturze rodzinnej dostrzega również Mateusz Łakomy, demograf, zwracając z kolei uwagę na znaczenie sukcesji i tradycji. – Młodzi mężczyźni mają nieco większą skłonność do pozostawania w miejscowościach urodzenia między innymi ze względu na pomoc w prowadzeniu firmy rodziców czy gospodarstwa rolnego, z perspektywą ich dziedziczenia, a także są nieco bardziej podatni na przejmowanie rodzinnych tradycji zawodowych – podsumowuje ekspert.

Jaka jest pula mieszkań na wynajem?

Od początku roku mieszkań na wynajem przybywa, jest więc z czego wybierać. Na koniec marca liczba aktywnych ogłoszeń w serwisie Otodom wyniosła 25,4 tys., co oznacza wzrost o około 4% miesiąc do miesiąca i aż o 1,8 tys. ofert więcej względem końca stycznia.

– W marcu dynamika wzrostu była zbliżona do tej z lutego, choć niższa niż w styczniu. Liczba nowych ofert wyniosła 16,8 tys., co potwierdza utrzymującą się wysoką aktywność po stronie wynajmujących. Jednym z możliwych powodów tego trendu są planowane zmiany regulacyjne, przede wszystkim w segmencie najmu krótkoterminowego. Chcąc zdążyć przed ich wejściem w życie, część właścicieli mieszkań może już teraz kierować lokale do najmu długoterminowego. To zwiększa wybór dla najemców i wyjaśnia, dlaczego baza ogłoszeń rośnie, mimo że mieszkania wciąż szybko znikają z rynku – mówi Paweł Jarząbek.

Marzec przyniósł znacznie większe zróżnicowanie w podaży niż poprzednie miesiące. Choć łączna liczba ofert w Polsce wzrosła miesiąc do miesiąca o około 900, co potwierdza stabilizację rynku na relatywnie wysokim poziomie, lokalne tendencje są bardzo odmienne. Najwyższe przyrosty odnotowano w Olsztynie (+18%), Rzeszowie (+14%) oraz Bydgoszczy (+13%). Wśród największych rynków tylko Łódź osiągnęła dwucyfrową dynamikę (+10%), ale wzrost liczby ogłoszeń widoczny był także w Katowicach (+7%), Wrocławiu (+6%), Warszawie (+5%) i Poznaniu (+3%).

Na drugim biegunie znalazły się Kraków, gdzie ubyło 2% ofert oraz Trójmiasto, w którym baza mieszkań skurczyła się o 10%.

Czy wojna w Iranie ma wpływ na rynek najmu w Polsce?

Choć obecne dane mogą napawać ostrożnym optymizmem, istotnym czynnikiem ryzyka, który może wpłynąć na rynek najmu w kolejnych miesiącach, pozostają napięcia geopolityczne. W czarnym scenariuszu ewentualny powrót blokady cieśniny Ormuz mógłby przełożyć się na wzrost cen surowców energetycznych, a w konsekwencji na wyższe koszty utrzymania mieszkań i presję na wzrost czynszów.

– Niezależnie od tych ryzyk, marzec był miesiącem stopniowego równoważenia rynku. Przy stabilnej podaży i umiarkowanym popycie presja na dalsze spadki cen w największych miastach może się utrzymać, podczas gdy mniejsze ośrodki będą nadal nadrabiać dystans cenowy – podsumowuje menedżer ds. badań rynku i analiz Otodom.

Codzienne zakupy w sklepach w marcu zdrożały rdr. o 3,8 proc. Ceny samej żywności wzrosły o 3,2 proc.

0

Według analizy ponad 97 tys. cen detalicznych, w marcu br. codzienne zakupy w sklepach zdrożały średnio o 3,8% rdr. Taki sam wzrost odnotowano w lutym. W styczniu był on nieco niższy. Zatem dane pokazują, że ceny wciąż rosną, ale dynamika podwyżek lekko hamuje. Sama żywność ostatnio podrożała rdr. o 3,2%, w lutym – o 3,4%, a w styczniu – o 3,2%. Niektórzy eksperci komentujący ww. dane uważają, że gdyby nie liczne akcje rabatowe sieci handlowych to marcowy ogólny wzrost byłby wyższy. Inni twierdzą, że wynik trzeba odbierać jako rzeczywiste wyhamowanie – częściowo rynkowe, a w pewnym zakresie – związane z efektem bazy statystycznej. Jednocześnie ostrzegają, że mamy do czynienia z przejściową stabilizacją cen, które wciąż są wyższe niż inflacja.

W marcu 2026 roku ogólnie ceny najczęściej wybieranych produktów w sklepach detalicznych wzrosły średnio o 3,8% rdr. Taki sam wynik odnotowano w lutym. W styczniu wzrost wyniósł 3,7% rdr. Tak wykazał najnowszy raport autorstwa UCE Research i Uniwersytetów WSB Merito. Analiza objęła 17 kategorii, w tym ponad 100 najczęściej wybieranych przez konsumentów produktów. Dotyczy to m.in. żywności, napojów bezalkoholowych, chemii gospodarczej i art. dla dzieci. Dr Agnieszka Gawlik z Uniwersytetu WSB Merito zauważa, że marcowy odczyt dynamiki cen w sklepach potwierdza, iż rynek detaliczny wszedł w fazę stabilizacji, choć nie oznacza to jeszcze realnego spadku kosztów zakupów dla konsumentów.

– Widać, że ceny nadal rosną, ale tempo tego wzrostu nie przyspiesza, a w przypadku żywności nawet lekko wyhamowuje. W efekcie poziom cen nadal jest istotnie wyższy niż przed kilkoma laty. To przekłada się na utrzymujące się poczucie wysokich kosztów życia, często silniejsze niż sugerują same wskaźniki inflacyjne – dodaje dr Gawlik.

Z raportu wynika również, że w marcu br. ceny samej żywności średnio poszły w górę o 3,2% rdr. W lutym br. wzrost rdr. wyniósł 3,4%, a w styczniu – 3,2% rdr. Dr inż. Anna Motylska-Kuźma z Uniwersytetu DSW Ideis postrzega marcowy wynik jako dowód na stabilizację cen w kategorii żywności, a nawet lekkie wygasanie wcześniejszej presji wzrostowej. W przeciwieństwie do ogólnego koszyka, gdzie widać wpływ czynników kosztowych (np. energii), ceny żywności wykazują większy spokój.

– Fakt, że dynamika rok do roku wróciła do poziomu ze stycznia, a jednocześnie spadła względem lutego, sugeruje, że rynek żywności osiągnął krótkoterminowy punkt równowagi. Z jednej strony mamy nadal czynniki podbijające ceny, jak koszty produkcji, ale z drugiej strony coraz silniej działa ograniczenie popytowe oraz wysoka wrażliwość cenowa konsumentów. Marcowe dane sugerują, że żywność przestaje być głównym motorem wzrostu cen. Jednak nie oznacza to trwałego odwrócenia trendu, a raczej przejściowe wyhamowanie – przekonuje dr Motylska-Kuźma.

Do tego dr Piotr Arak, główny ekonomista VeloBanku, marcowy wynik odbiera jako rzeczywiste wyhamowanie, częściowo rynkowe. W pewnym zakresie jest to też efekt bazy statystycznej. Deflacja na rynkach surowcowych, zwłaszcza zbóż, zaczyna powoli przebijać się do półek sklepowych, ale z kilkumiesięcznym opóźnieniem. Ekspert zauważa też, że za utrzymaniem niskiej dynamiki cen stoją przede wszystkim tańsze surowce energetyczne i rolne, które przełożyły się na wyhamowanie wzrostu cen żywności i energii, a inflacja bazowa traci impet. W jego ocenie, kryzys na Bliskim Wschodzie jeszcze nie wpłynął na ceny w sklepach. Za to ekspert zwraca uwagę na działania sieci handlowych.

– W dyskontach trwa prawdziwa wojna cenowa. Masło stało się narzędziem walki konkurencyjnej. Niska cena ma skłonić konsumenta do wizyty w sklepie, gdzie uzupełni on koszyk o inne, znacznie droższe produkty. To klasyczny mechanizm loss leader. Jak widać, działa skutecznie medialnie, bo percepcja cen jest równie ważna co same ceny – dodaje dr Arak.

Jak oceniają analitycy rynkowi, gdyby nie liczne akcje promocyjne sieci handlowych to marcowy wynik byłby nieco wyższy. – Retailerzy po prostu nie chcieli wystraszyć klientów i musieli zwiększyć ilość, ale także jakość oferowanych rabatów. To wszystko spowodowało, że ogólnie ceny były podobne do tych z lutego, a w przypadku żywności były nawet nieco niższe niż w lutym. Niemiej jednak w kwietniu sytuacja wróci do normy i wówczas zobaczymy, jak to będzie finalnie wyglądało – komentują autorzy badania.

Z kolei Marcin Luziński, ekonomista Santander Bank Polska, nie odniósł wrażenia, aby tegoroczne promocje przedświąteczne różniły się w istotny sposób od tych z poprzednich lat. Ekspert zachęca natomiast, aby zwrócić uwagę na to, że niskie hurtowe ceny żywności w ostatnich miesiącach sprawiły, że sieciom handlowym trudno podnosić ceny. Obecnie mierzą się z kompresją marż. Znawca rynku przewiduje również, że różnica między wynikami ww. raportu a inflacją CPI powinna się zawęzić ze względu na wyraźny wzrost cen paliw pod wpływem konfliktu na Bliskim Wschodzie.

– Obecnie mamy do czynienia z kruchym porozumieniem, które daje nadzieję na spadek cen ropy i paliw, ale ze względu na zniszczenia infrastruktury, raczej nie wrócimy szybko do poziomów cen z lutego. Zawężenie różnicy między tymi dwoma wskaźnikami może zatem się utrzymywać. Myślę też, że ceny w sklepach, w tym samej żywności, mogą nieco odbić się w górę w najbliższym czasie, choć możliwe jest też, że impuls wzrostowy pojawi się dopiero za kilka miesięcy. Na przykład globalne ceny żywności, opisywane indeksem FAO, wyraźnie odbiły się już w marcu – o 2,5%, w tym najmocniej ceny cukru – o 7,2%, a także olejów – o 5,1%. Ten wzrost niedługo dotrze też do nas – prognozuje Luziński.

Ponadto dr Agnieszka Gawlik wskazuje, że różnica między dynamiką cen całego koszyka a samą żywnością utrzymuje się i pozostaje wyraźna. Wynika to z faktu, że najszybciej drożeją kategorie inne niż żywność – przede wszystkim używki, słodycze oraz chemia gospodarcza, które są silnie uzależnione od globalnych rynków surowcowych, akcyzy i kosztów produkcji. Zdaniem ekspertki, to one „ciągną” cały indeks w górę, mimo że ceny żywności rosną wolniej. Jednocześnie otoczenie kosztowe pozostaje niepewne. Dotyczy to m.in. cen paliw, które w przypadku eskalacji konfliktu na Bliskim Wschodzie mogą ulegać wahaniom i pośrednio wpływać na koszty transportu oraz logistyki.

– Dlatego marcowy odczyt jest sygnałem uspokojenia, ale nie przesądza o dalszym spadku dynamiki cen. W kwietniu, po wygaśnięciu efektu świątecznych obniżek, presja cenowa może być bardziej widoczna, zwłaszcza w kategoriach innych niż żywność. Sama żywność ma większe szanse na stabilizację, bo rynek pozostaje bardzo konkurencyjny, a konsumenci są wyjątkowo wrażliwi na ceny – podsumowuje ekspertka z WSB Merito.

Deeskalacja na horyzoncie? Rynki finansowe optymistyczne, rynek ropy – znacznie bardziej ostrożny

Rynki finansowe zaczęły wyceniać możliwość szybkiej deeskalacji konfliktu wokół Iranu po tym, jak Donald Trump zasugerował, że Teheran poszedł na istotne ustępstwa, a porozumienie kończące spór może zostać ogłoszone już wkrótce. Taka narracja poprawiła nastroje inwestorów, jednak skala optymizmu pozostaje ograniczona, ponieważ po stronie irańskiej nie pojawiło się dotąd potwierdzenie amerykańskich deklaracji. To sprawia, że obecne odbicie zaufania ma bardziej charakter warunkowy niż trwały i opiera się raczej na politycznych sygnałach niż na twardych ustaleniach.

Dodatkowym wsparciem dla nadziei na uspokojenie sytuacji są informacje o możliwej drugiej rundzie bezpośrednich rozmów USA-Iran jeszcze w ten weekend oraz o 10-dniowym zawieszeniu broni między Izraelem a Libanem, które zaczęło obowiązywać w nocy. Z punktu widzenia rynku oznacza to przede wszystkim próbę zatrzymania dalszej eskalacji, a nie definitywne rozwiązanie kryzysu. Nawet jeśli polityczne komunikaty brzmią coraz bardziej pojednawczo, inwestorzy muszą brać pod uwagę, że droga do pełnego porozumienia może być znacznie dłuższa. Część przywódców z państw Zatoki Perskiej i Europy zakłada, że osiągnięcie trwałego układu pokojowego może zająć około sześciu miesięcy.

Najważniejszym gospodarczym wymiarem całego kryzysu pozostaje jednak nie sama dyplomacja, lecz sytuacja w Cieśninie Ormuz. To właśnie ten szlak transportowy jest kluczowy dla globalnego rynku energii, ponieważ przed wybuchem wojny przepływała przez niego około jedna piąta światowego handlu ropą i LNG. Zakłócenia w tym obszarze natychmiast podnoszą koszty dostaw, wzmacniają presję inflacyjną i zwiększają ryzyko spowolnienia gospodarki światowej. Dlatego nawet jeśli rynki akcji reagują ulgą na polityczne sygnały deeskalacji, to prawdziwym testem poprawy sytuacji będzie dopiero przywrócenie normalnego przepływu surowców.

Zachowanie cen ropy dobrze pokazuje tę rozdwojoną reakcję rynku. Brent spadł do 98,60 USD za baryłkę, co można odczytywać jako częściowe odreagowanie po wcześniejszym wzroście napięcia. Jednocześnie realne ceny fizycznej ropy pozostają wyraźnie wyższe niż notowania kontraktów terminowych, ponieważ ceny fizycznej ropy Brent z natychmiastową dostawą utrzymuje się w okolicach 116 USD za baryłkę. Taka rozbieżność sugeruje, że inwestorzy finansowi zaczęli ostrożnie dyskontować scenariusz uspokojenia, ale uczestnicy fizycznego rynku nadal wyceniają realny niedobór podaży i wysokie ryzyko logistyczne. Innymi słowy, rynki papierowe zaczynają patrzeć w przyszłość z większą nadzieją, podczas gdy rynek fizyczny nadal pozostaje zakładnikiem bieżących zakłóceń.

Niepewność dodatkowo podtrzymują działania USA i Iranu wokół eksportu ropy. Waszyngton prowadzi pełną blokadę, by ograniczyć napływ irańskiej ropy na rynek światowy, a Teheran chce pobierać opłaty za tranzyt statków nawet po zakończeniu wojny. To oznacza, że nawet formalne wygaszenie działań zbrojnych nie musi automatycznie przełożyć się na szybki powrót do warunków sprzed konfliktu. Rynek może więc przez dłuższy czas funkcjonować w otoczeniu wyższych kosztów transportu, większej niepewności i utrzymanej premii geopolitycznej w cenach surowców.

W tym kontekście zapowiedź Wielkiej Brytanii i Francji dotycząca organizacji szczytu około 40 państw w sprawie ewentualnych sił morskich zabezpieczających Cieśninę Ormuz pokazuje, że zachodnie stolice traktują problem jako długofalowe zagrożenie dla stabilności handlu. Jednocześnie sama możliwość szybkiego rozmieszczenia takiej misji oceniana jest jako ograniczona bez szerszego porozumienia politycznego, co tylko potwierdza, że ryzyko dla rynku energii nie zniknie z dnia na dzień.

Obecnie rynki mogą chwilowo odreagowywać w odpowiedzi na sygnały politycznej deeskalacji, ale trwała poprawa nastrojów będzie możliwa dopiero wtedy, gdy znikną realne bariery w handlu surowcami. Dopóki transport przez Cieśninę Ormuz pozostaje zaburzony, dopóty utrzymuje się presja na ceny energii, inflację i perspektywy wzrostu gospodarczego. Dlatego obecny optymizm inwestorów należy traktować ostrożnie. Polityczne deklaracje poprawiają sentyment, lecz gospodarcze skutki konfliktu nadal pozostają bardzo wyraźne.

Warszawski rynek biurowy z najmniejszą liczbą inwestycji w budowie od 2011 roku

Według raportu firmy doradczej Newmark Polska „Office Occupier – Rynek biurowy w Warszawie”, pierwszy kwartał 2026 roku na warszawskim rynku biurowym upłynął pod znakiem spowolnienia aktywności najemców po bardzo udanym ostatnim kwartale ubiegłego roku. Popyt na powierzchnie biurowe spadł zarówno w ujęciu kwartalnym, jak i rocznym. Jednocześnie aktywność deweloperska nadal wpisuje się w trend spadkowy, co potwierdza najniższy od 2011 roku wolumen powierzchni w budowie. Z kolei współczynnik pustostanów utrzymał się poniżej 10% pomimo nieznacznego wzrostu w porównaniu z czwartym kwartałem ubiegłego roku i według prognoz do końca 2026 roku będzie się stopniowo obniżać.

Na koniec marca 2026 roku całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni biurowej w Warszawie wyniosły prawie 6,3 mln mkw. Pomimo nowej podaży odnotowanej w pierwszym kwartale pozostały one na praktycznie niezmienionym poziomie w porównaniu z analogicznym okresem w 2025 roku. W okresie od stycznia do marca deweloperzy dostarczyli na stołeczny rynek łącznie prawie 42 900 mkw. w trzech budynkach. Równolegle z warszawskiego rynku wycofano kolejne nieefektywne budynki o łącznej powierzchni prawie 24 000 mkw. Od początku 2020 roku zasoby zmniejszyły się w ten sposób o ponad 400 000 mkw., z czego ok. 60 000 mkw. powróciło na rynek w zmodernizowanych obiektach.

– Aktywność deweloperów pod koniec pierwszego kwartału 2026 roku spadła do najniższego poziomu od 2011 roku. W budowie pozostawało niewiele ponad 115 000 mkw., co oznacza spadek o prawie 40% kwartał do kwartału i o niemal 52% rok do roku. W analizowanym okresie deweloperzy nie rozpoczęli żadnych nowych inwestycji, mimo że dysponują zarówno przygotowanymi projektami, jak i gruntami zabezpieczonymi pod budowę nowych biurowców – mówi Karol Wyka, Dyrektor Zarządzający Działu Powierzchni Biurowych, Newmark Polska.

W pierwszych trzech miesiącach 2026 roku najemcy podpisali umowy najmu na ponad 133 800 mkw., co stanowi spadek zarówno rok do roku, jak i kwartał do kwartału – odpowiednio o 8,8% i prawie 57%.

– Warto odnotować, że spośród ponad 200 transakcji zawartych w analizowanym okresie tylko jedna dotyczyła powierzchni biurowej większej niż 5000 mkw., lecz mniejszej niż 10 000 mkw. Z jednej strony wskazuje to na utrzymującą się ostrożność najemców i dokładną analizę potrzeb, a z drugiej strony – na kurczącą się dostępność większych modułów, szczególnie w najbardziej atrakcyjnych lokalizacjach i biurowcach. W strukturze najmu w pierwszym kwartale 2026 roku przeważały lokalizacje centralne, w których wynajęto niemal 72 150 mkw. biur, co stanowiło prawie 54% całkowitego wolumenu transakcji. Z kolei w strefach poza centrum podpisano umowy najmu na łącznie 61 700 mkw. – mówi Magdalena Zagórska, Dyrektor w Dziale Powierzchni Biurowych, Newmark Polska.

Podobnie jak w analogicznym okresie rok wcześniej, w pierwszym kwartale 2026 roku w strukturze popytu największy udział miały nowe umowy, które stanowiły 48% wszystkich transakcji. Na pozostałe 52% złożyły się renegocjacje i odnowienia umów (39%), ekspansje (9%), umowy przednajmu (3%) oraz transakcje na potrzeby własne (1%). Najbardziej aktywnymi najemcami na warszawskim rynku biurowym w minionym kwartale były firmy z sektora IT (19,7%), usług dla biznesu (12,8%), finansowego (12%) oraz produkcyjnego (8,4%).

Na koniec pierwszego kwartału 2026 roku współczynnik pustostanów wyniósł 9,5%, co oznacza nieznaczny wzrost w porównaniu z poprzednim kwartałem o 0,4 p.p., lecz spadek o 1,0 p.p. rok do roku. Pomimo kwartalnego wzrostu wskaźnik ten utrzymał się na poziomie poniżej 10%.

– Ze względu na prognozowaną znikomą podaż nowej powierzchni – szacowaną na ok. 6300 mkw. w kolejnych trzech kwartałach – współczynnik pustostanów może spaść nawet do ok. 8% już pod koniec roku. Warto również zauważyć, że na koniec pierwszego kwartału pustostany w Centralnym Obszarze Biznesu stanowiły 5,9% zasobów w tej strefie, natomiast w budynkach ukończonych po 2019 roku – zaledwie 1,5%, co oznacza praktyczny brak dostępnej powierzchni w biurowcach oddanych do użytku w ciągu ostatnich 5 lat w tej strefie – mówi Agnieszka Giermakowska, Dyrektor Działu Badań Rynkowych i Doradztwa, Lider ds. ESG, Newmark Polska.

Na koniec marca 2026 roku miesięczne stawki czynszu za wynajem biura w najbardziej atrakcyjnych budynkach w centrum stolicy utrzymywały się na poziomie 22-28 euro za mkw., natomiast poza centrum wynosiły 16-18 euro za mkw. Jednak malejąca dostępność modułów o powierzchni co najmniej 4000 mkw. – zwłaszcza w centralnych lokalizacjach, gdzie tylko nieliczne budynki dysponują takimi metrażami – może w najbliższych kwartałach przełożyć się na presję wzrostową na czynsze w segmencie prime.

Warszawski rynek biurowy w I kw. 2026: mało pustostanów, wysoki udział nowych umów

W pierwszym kwartale 2026 r. warszawski rynek biurowy charakteryzował się niskim poziomem pustostanów, który wyniósł 9,5 proc. – wynika z najnowszych danych CBRE. Zasoby powierzchni biurowej w Warszawie nieznacznie wzrosły, do użytku oddane zostały dwa duże projekty biurowe, które jednocześnie są ostatnimi większymi realizacjami planowanymi na 2026 rok. W tym samym czasie z mapy rynku zniknęło sześć budynków biurowych, głównie w związku z planowanymi zmianami ich przeznaczenia. Pozostałe projekty
w przygotowaniu mają harmonogramy zakładające oddanie do użytku w latach 2027–2028, co oznacza brak nowej podaży w dalszej części 2026 roku.

Nowe umowy dominują na rynku

W sumie popyt na biura sięgnął 134 tys. mkw. W pierwszych trzech miesiącach roku za większość popytu odpowiadały nowe umowy, które dotyczyły 51 proc. wszystkich transakcji. Renegocjacje to 39 proc. wolumenu transakcji najmu, a ekspansje – 9 proc. Największą transakcją była renegocjacja najmu niemal 9000 mkw. w Neoparku B przez P4 – najemcę reprezentowało CBRE.

Aktywność firm z sektora IT na warszawskim rynku biurowym pozostaje wysoka, co potwierdza ich znaczący udział w strukturze branżowej najemców. W pierwszym kwartale odpowiadały one za 20 proc. wszystkich zawartych umów, wyraźnie wyprzedzając usługi dla biznesu (13 proc.) oraz sektor finansowy (12 proc.).

Firmy technologiczne postrzegają biuro jako istotny element swojej strategii operacyjnej i narzędzie przyciągania talentów. Potwierdza to ich wysoki popyt na powierzchnię biurową w stolicy, mimo powszechnego w tym sektorze modelu pracy hybrydowej. Niezależnie od branży, organizacje szukają nowoczesnych powierzchni w dobrze skomunikowanych rejonach miasta. W pierwszym kwartale 2026 roku aż 54 proc. wszystkich umów zostało zawartych w centralnym obszarze Warszawy, przy czym aż jedna czwarta wszystkich transakcji przypadła na okolice Ronda Daszyńskiego. Sporą popularnością cieszył się także Służewiec, z udziałem 19 proc. wynajętej powierzchni – mówi Aleksander Hofmann, szef zespołu reprezentacji najemców biurowych w Warszawie, CBRE.

Ograniczona podaż i stabilne wakaty

W pierwszych trzech miesiącach 2026 r. do użytku oddane zostały dwa duże budynki biurowe. Największy z nich to Studio A, położony na Woli, który dostarczył na rynek 24 tys. mkw. Kolejne to VENA (15,4 tys. mkw.). W budowie lub remoncie znajduje się 120 tys. mkw. Z rynku wyłączonych zostało sześć obiektów, o łącznej powierzchni 31 tys. mkw. Główną przyczyną jest zmiana ich funkcji z biurowej na inną, w tym zajęcie przez placówki medyczne. Na koniec pierwszego kwartału br. powierzchnia biurowa w Warszawie wyniosła 6,28 mln mkw., a więc zwiększyła się w porównaniu do końca minionego roku (6,23 mln mkw.).

Poziom pustostanów nieznacznie wzrósł w porównaniu do końca 2025 r. i sięga 9,5 proc. W centrum miasta wynosi 6,5 proc., a poza centrum – 12,2 proc. Zachodnie Obrzeża Centrum odnotowały wakat sięgający 7,1 proc., natomiast Służewiec – 18,7 proc.