W Trójmieście buduje się prawie 200 tys. mkw. magazynów. Większość jest już wynajęta

Trójmiejski rynek magazynowo-przemysłowy wchodzi w kolejny etap rozwoju, łącząc stabilny popyt z rosnącym znaczeniem sektora produkcyjnego, portowego oraz zaawansowanych technologii. Z najnowszego raportu Savills „Market in Minutes: Trójmiasto. Rynek przemysłowo-logistyczny” wynika, że na koniec 2025 r. całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni w regionie osiągnęły 1,82 mln m kw., co oznacza wzrost o 4% r/r. Pomimo wyraźnego spadku nowej podaży, która wyniosła 77 300 m kw., aktywność najemców pozostała wysoka. Popyt brutto sięgnął 351 700 m kw., rosnąc o 21% r/r, natomiast popyt netto zwiększył się aż o 37%, do 273 300 mkw.

– Dane za 2025 rok pokazują, że Trójmiasto pozostaje rynkiem o solidnych fundamentach. Mimo ograniczonej nowej podaży obserwowaliśmy wyraźny wzrost aktywności najemców, szczególnie w ujęciu popytu netto. To potwierdza, że region nie jest już postrzegany wyłącznie jako zaplecze dystrybucyjne północnej Polski, ale coraz częściej jako lokalizacja dla bardziej złożonych operacji logistycznych, produkcyjnych i technologicznych – mówi Piotr Kolmetz, Associate, Industrial, Savills.

Produkcja, infrastruktura i nowe impulsy rozwojowe

Jednym z czynników, które mogą dodatkowo wzmacniać pozycję północnej Polski, jest rosnące znaczenie projektów przemysłowych, infrastrukturalnych i energetycznych realizowanych w regionie. Rozwój infrastruktury krytycznej, zaplecza logistycznego, energetyki oraz terenów inwestycyjnych może sprzyjać dalszemu wzrostowi zapotrzebowania na grunty, obiekty produkcyjne, magazyny oraz infrastrukturę wspierającą działalność przedsiębiorstw.

Pomorze zyskuje także na znaczeniu jako lokalizacja dla firm produkcyjnych i technologicznych. Dostęp do portów, tradycje sektora morskiego, kompetencje w elektronice oraz aktywne wsparcie instytucji regionalnych tworzą warunki dla projektów związanych z produkcją specjalistyczną, integracją systemów, zaawansowaną logistyką oraz obsługą międzynarodowych łańcuchów dostaw

Pomorze coraz mocniejsze w sektorze high-tech

Pomorze wzmacnia zaplecze dla firm z sektora high-tech, szczególnie tych, które potrzebują sprawnych łańcuchów dostaw, dostępu do portów oraz nowoczesnej powierzchni przemysłowo-logistycznej. Według raportu Savills, kluczową przewagą Trójmiasta jest możliwość wykorzystania transportu multimodalnego, opartego m.in. na portach morskich w Gdańsku i Gdyni, w tym Baltic Hub i GCT. Region korzysta również z dostępu do wykwalifikowanych pracowników, bliskości rynków skandynawskich oraz lokalnych instytucji wspierających inwestorów.

Równolegle Trójmiasto umacnia swoją pozycję w europejskim ekosystemie półprzewodników. Sopot ponownie gościł ISS Europe, jedno z istotnych wydarzeń branży high-tech. Ten kierunek rozwoju wzmacnia dobrze rozwinięte zaplecze przemysłowo-logistyczne Trójmiasta, oparte na dostępie do transportu multimodalnego, portów w Gdańsku i Gdyni oraz bliskości rynków skandynawskich. Dzięki temu Pomorze może być coraz atrakcyjniejsze dla firm technologicznych, które potrzebują sprawnych łańcuchów dostaw i nowoczesnej infrastruktury operacyjnej.

Porty i infrastruktura wzmacniają przewagi regionu

Według Savills, jednym z kluczowych atutów aglomeracji pozostaje położenie umożliwiające sprawną obsługę transportu multimodalnego. Porty w Gdańsku i Gdyni, w tym Baltic Hub oraz GCT, tworzą naturalne zaplecze dla logistyki morskiej, dystrybucji i działalności eksportowej. Znaczenie lokalizacji wzmacniają również autostrada A1, droga ekspresowa S7 oraz rozwijana S6, której kluczowy odcinek Lębork-Słupsk ma zostać w pełni oddany do użytkowania przed wakacjami, znacząco poprawiając skomunikowanie z zachodnią częścią Pomorza i Niemcami.

– Porty morskie pozostają jednym z najważniejszych wyróżników Trójmiasta na tle innych rynków regionalnych. Bliskość terminali kontenerowych, dostęp do głównych szlaków drogowych oraz rozwijająca się infrastruktura transportowa sprawiają, że region jest naturalnym wyborem dla firm obsługujących handel międzynarodowy, dystrybucję i logistykę morską. Coraz częściej widzimy też, że ta przewaga przekłada się na decyzje najemców z sektorów produkcyjnych i technologicznych, którzy szukają lokalizacji łączących sprawną dystrybucję z dostępem do zaplecza przemysłowego – Robert Katzor, Associate Director, Industrial, Savills.

Nowe inwestycje przy ograniczonej dostępności gruntów

Na koniec 2025 roku w budowie znajdowało się 197 400 m kw. powierzchni, czyli o 69% więcej niż rok wcześniej. Co istotne, 84% realizowanych obiektów było już wynajęte, co potwierdza utrzymujące się zainteresowanie regionem ze strony operatorów logistycznych, sieci handlowych, firm farmaceutycznych oraz przedsiębiorstw produkcyjnych. Wśród największych projektów w realizacji znalazły się m.in. 7R Park Gdańsk III, 7R Park Gdańsk V oraz Panattoni Park Gdańsk West II.

Wskaźnik pustostanów wyniósł 6,4%, co oznacza wzrost o 50 punktów bazowych r/r, ale nadal pozostaje poziomem pozwalającym na zrównoważony rozwój rynku, a kolejne miesiące powinny przynieść jego spadek. Czynsze bazowe kształtują się w przedziale 4,20-5,75 EUR/m kw./miesięcznie, a efektywne wynoszą 3,50-4,70 EUR/m kw./miesięcznie, przy czym najwyższe poziomy są osiągalne w najnowszych projektach w kluczowych lokalizacjach, szczególnie w pobliżu Baltic Hub i lotniska.

W efekcie Trójmiasto pozostaje jednym z najbardziej perspektywicznych rynków przemysłowo-logistycznych w Polsce. O jego przewadze decyduje nie tylko infrastruktura transportowa, lecz także rosnąca rola portów, dostęp do wykwalifikowanej kadry oraz coraz silniejsze powiązanie logistyki z produkcją i nowymi technologiami.

TREX podsumowuje mocny kwartał. Przychody wzrosły do 21,3 mln zł

TREX S.A., spółka działająca na rynku e-commerce, zanotowała znaczący wzrost wyników w I kwartale 2026 r. Wobec analogicznego okresu w 2025 r., Spółka niemal podwoiła przychody, a wynik EBITDA wzrósł o ponad 220 proc.

Jak wynika z opublikowanego dziś raportu kwartalnego, w I kwartale 2026 r. skonsolidowane przychody Grupy TREX wyniosły 21,3 mln zł wobec 11,3 mln zł w analogicznym okresie roku poprzedniego. Z kolei wypracowany w tym okresie zysk EBITDA wzrósł do poziomu 2,6 mln zł, wobec 812 tys. zł w I kwartale 2025 r. Grupa zanotowała też wyraźny wzrost rentowności,  co potwierdza, że rozwój kolejnych kanałów sprzedaży i rynków zagranicznych przekłada się na budowę stabilnych fundamentów finansowych.

Zarząd TREX podkreśla, że miniony kwartał był dla Spółki bardzo intensywny. Wśród licznych wyzwań udało się m.in. zaplanować kolejne, ambitne etapy rozwoju TREX na lata 2026-27, co zostało zaprezentowane w nowej strategii. Przede wszystkim jednak Spółka mocno rozwinęła działalność na rynkach zagranicznych i poszerzyła zakres działalności o kolejne kraje.

Bardzo istotne w tym okresie było dla nas rozpoczęcie sprzedaży przez platformę Decathlon na rynku rumuńskim oraz węgierskim, a także otwarcie sklepów internetowych w tych krajach. Równolegle uruchomiliśmy sklepy online, skierowane do klientów w Austrii, Holandii i Francji. Rozwój międzynarodowy wymaga odpowiedzialnego podejścia do zarządzania organizacją i procesami operacyjnymi, dlatego jednym z najważniejszych priorytetów w kolejnych kwartałach będzie utrzymanie rentowności Grupy na satysfakcjonującym poziomie, przy intensywnym skalowaniu działalnościwyjaśnia Karolina Koczwara, prezeska Zarządu TREX S.A.

Jak podkreśla Prezeska Zarządu, w warunkach tak dynamicznego wzrostu ilości obsługiwanych rynków i kanałów sprzedaży, prawdziwym wyzwaniem pozostaje też utrzymanie wysokiej płynności dostaw oraz efektywnego zarządzania logistyką.

Ten obszar traktujemy nie tylko jako wyzwanie, ale jako potencjał do budowania naszej przewagi konkurencyjnej na rynku. Mocno inwestujemy w rozwój procesów operacyjnych oraz narzędzi wspierających zarządzanie sprzedażą i dostępnością produktów wyjaśnia Karolina Koczwara.

W kolejnych kwartałach Zarząd TREX chce się skoncentrować na poszerzaniu ekspansji na europejskim rynku e-commerce, rozwoju nowych kanałów dystrybucji oraz wzmacnianiu pozycji marek TREX SPORT i TREX E-SPORTS.

Inflacja w USA zmienia nastroje na rynku metali szlachetnych

Złoto i srebro znalazły się pod silną presją sprzedaży, gdy inwestorzy zaczęli ponownie wyceniać ryzyko dłuższego utrzymywania się wysokich stóp procentowych w USA. Bezpośrednim impulsem do pogorszenia nastrojów były dane inflacyjne, które wskazały na wyraźne przyspieszenie presji cenowej w amerykańskiej gospodarce. Wzrost inflacji, napędzany skutkami wojny i droższą energią, ograniczył oczekiwania na łagodzenie polityki pieniężnej przez Rezerwę Federalną, uderzając szczególnie w aktywa nieprzynoszące odsetek.

Cena złota spadła o około 1,9%, schodząc poniżej 4565 dolarów za uncję. Od poprzedniego piątku kruszec stracił około 3%, a od początku wojny jego notowania obniżyły się już o ponad 13%. Choć złoto zwykle zyskuje w okresach podwyższonej niepewności geopolitycznej, tym razem jego rolę bezpiecznej przystani osłabiły rosnące rentowności amerykańskich obligacji oraz umacniający się dolar. Jeszcze głębszą przecenę zanotowało srebro, którego cena spadła o około 6%, do okolic 78 dolarów za uncję. Był to gwałtowny zwrot po wcześniejszym dynamicznym rajdzie, podczas którego notowania metalu chwilowo zbliżyły się do 90 dolarów za uncję. Tak silny wzrost zwiększył podatność rynku na realizację zysków, zwłaszcza w warunkach pogorszenia nastrojów wobec metali szlachetnych i rosnącej awersji do bardziej zmiennych aktywów.

Presję na złoto i srebro wzmacniała sytuacja na rynku długu. Rentowność dwuletnich obligacji USA wzrosła do najwyższego poziomu od 14 miesięcy, sygnalizując, że inwestorzy coraz mocniej zakładają utrzymanie restrykcyjnej polityki pieniężnej przez Fed. Ten scenariusz wspierały również dane makroekonomiczne. Inflacja producencka w USA przyspieszyła w kwietniu do najwyższego poziomu od 2022 roku, a inflacja konsumencka wzrosła najmocniej od 2023 roku. W efekcie rynek zaczął ograniczać oczekiwania na szybkie obniżki stóp procentowych.

Istotnym źródłem napięcia pozostawała także sytuacja na rynku energii. Cieśnina Ormuz jest praktycznie zamknięta, co podtrzymuje kryzys energetyczny i zwiększa obawy o dalszy wzrost kosztów surowców. Cena czerwcowych kontraktów terminowych na ropę WTI zbliżą się do 105 dolarów za baryłkę, a droższa energia wzmacnia ryzyko utrwalenia inflacji. Dla metali szlachetnych oznacza to trudne otoczenie: z jednej strony utrzymuje się napięcie geopolityczne, z drugiej rosną oczekiwania, że banki centralne będą zmuszone dłużej utrzymywać wysokie stopy procentowe.

Dodatkowym czynnikiem obciążającym rynek złota były decyzje Indii, które zaostrzyły zasady importu kruszcu, próbując bronić rupii po wcześniejszym podniesieniu ceł importowych. Pogorszyło to nastroje popytowe na jednym z największych rynków złota na świecie i zwiększyło presję na ceny.

Ostatnie spadki pokazują, że metale szlachetne tracą wsparcie w środowisku rosnących rentowności, silnego dolara i uporczywej inflacji. Złoto nie zdołało w pełni wykorzystać swojego statusu bezpiecznej przystani, ponieważ rynek większą wagę przywiązuje obecnie do perspektywy dłużej utrzymujących się wysokich stóp procentowych. Srebro znalazło się pod jeszcze większą presją, gdyż inwestorzy realizowali zyski po wcześniejszym rajdzie. W efekcie cały segment metali szlachetnych pozostaje wrażliwy na kolejne dane inflacyjne, ruchy na rynku obligacji oraz rozwój sytuacji na rynku energii.

Dlaczego firmy B2B powinny łączyć reklamy na Google Ads, Facebook i LinkedIn? Podejście AdWise

Jeszcze kilka lat temu wiele firm B2B opierało pozyskiwanie leadów niemal wyłącznie na Google Ads. Dziś skuteczność kampanii coraz rzadziej zależy od jednego kanału. Nie dlatego, że Google Ads przestał działać, ale dlatego, że proces zakupowy klienta B2B całkowicie się zmienił. W 2026 roku moment wyszukiwania nie jest początkiem decyzji zakupowej, lecz jedynie fragmentem dużo dłuższego procesu.

W AdWise obserwujemy, że firmy opierające marketing wyłącznie na jednym źródle ruchu coraz częściej przepalają budżet i tracą klientów pomiędzy kanałami. Najlepsze wyniki osiągają dziś marki, które łączą Google Ads, LinkedIn oraz Meta Ads w jeden spójny system marketingowy. Jakie jednak konsekwencje ponoszą firmy, które nadal opierają marketing B2B wyłącznie na jednym kanale?

Dlaczego tradycyjny model kampanii B2B przestaje działać?

Największy problem tradycyjnego podejścia polega na tym, że firmy próbują pozyskiwać klientów wyłącznie w momencie aktywnego wyszukiwania oferty. Tymczasem dzisiejszy proces zakupowy B2B wygląda inaczej: klient nie podejmuje decyzji po jednym kliknięciu reklamy. Wraca do marki wielokrotnie, konsumuje treści w różnych kanałach i przechodzi między platformami, zanim skontaktuje się z działem sprzedaży.

Mimo zmian w zachowaniach klientów wiele firm nadal działa według starego modelu:

  • Google Ads traktowany jest jako główne lub jedyne źródło leadów,
  • Facebook uznawany jest za kanał nieskuteczny w B2B,
  • LinkedIn oceniany jest wyłącznie przez pryzmat wysokiego kosztu kliknięcia,
  • kampanie działają niezależnie od siebie i komunikują różne rzeczy.

Co to oznacza w praktyce?

  • coraz wyższy koszt pozyskania klienta,
  • niższą jakość leadów,
  • wydłużenie procesu sprzedaży,
  • ograniczone możliwości skalowania kampanii,
  • utratę użytkowników między kanałami.

Firmy pracują wtedy na fragmentach procesu zakupowego, zamiast budować spójny system prowadzący użytkownika do momentu podjęcia decyzji zakupowej.

Jak projektujemy skuteczne kampanie wielokanałowe w AdWise?

W AdWise nie traktujemy Google Ads, LinkedIn i Meta Ads jako oddzielnych działań reklamowych. Projektujemy je jako elementy jednego systemu sprzedażowego, w którym każdy kanał odpowiada za inny etap procesu zakupowego klienta B2B. Ponieważ w rzeczywistości użytkownik bardzo rzadko po pierwszym kontakcie z marką od razu wysyła formularz kontaktowy.

Znacznie częściej użytkownik najpierw styka się z marką w jednym z kanałów, później wraca do niej na kolejnych etapach researchu i dopiero po czasie wpisuje konkretne zapytanie w Google. Dlatego skuteczny marketing B2B nie powinien opierać się wyłącznie na odpowiadaniu na istniejący popyt, ale również na wcześniejszym adresowaniu wyzwań, problemów i potrzeb potencjalnego klienta

„Google Ads daje możliwość pracy na całym lejku marketingowym – od budowania świadomości i edukacji użytkownika, aż po moment kontaktu z firmą. Tymczasem wiele przedsiębiorstw wykorzystuje go wyłącznie na końcu procesu, kiedy klient porównuje już konkretne oferty i często zna wcześniej konkurencję. W efekcie płacą coraz więcej za użytkowników, którzy są już bardzo blisko wyboru innego dostawcy” – mówi Patryk Michalec, lider zespołu performance marketingu w AdWise.

Google Ads – moment przechwycenia decyzji zakupowej

Google Ads nadal pozostaje jednym z najważniejszych kanałów w marketingu B2B, ponieważ pozwala docierać do użytkowników dokładnie w momencie aktywnego zainteresowania konkretnym rozwiązaniem. To właśnie dlatego kampanie w wyszukiwarce bardzo często odpowiadają za pozyskiwanie najbardziej wartościowych zapytań sprzedażowych.

Jednocześnie skuteczność działań Google Ads coraz rzadziej zależy wyłącznie od samej kampanii w wyszukiwarce. W sektorze B2B użytkownik znacznie częściej podejmuje kontakt z firmą dopiero po wcześniejszych interakcjach z marką w innych kanałach, które budują rozpoznawalność i ułatwiają podjęcie decyzji

LinkedIn Ads – dotarcie do decydentów, zanim zaczną szukać

LinkedIn pełni w marketingu B2B zupełnie inną funkcję niż Google Ads. To kanał, który pozwala docierać do konkretnych osób decyzyjnych jeszcze zanim rozpoczną aktywne poszukiwanie rozwiązania lub kontakt z dostawcami.

W działaniach B2B LinkedIn najczęściej odpowiada za budowanie świadomości problemu, pozycjonowanie marki jako eksperta oraz docieranie do konkretnych stanowisk i branż. To właśnie tutaj bardzo często pojawia się pierwszy kontakt użytkownika z marką. Ma to szczególne znaczenie w firmach, gdzie decyzje zakupowe angażują kilka osób po stronie klienta.

Meta Ads – utrzymanie obecności marki w procesie zakupowym

Wiele firm nadal zakłada, że Meta i Instagram nie odgrywają większej roli w marketingu B2B. W rzeczywistości kanały Meta bardzo często odpowiadają za utrzymywanie regularnego kontaktu z użytkownikiem pomiędzy kolejnymi etapami procesu zakupowego.

Meta Ads pozwala wzmacniać wcześniejsze komunikaty, przypominać o marce i utrzymywać uwagę użytkownika również wtedy, gdy nie znajduje się on jeszcze na etapie aktywnego wyszukiwania rozwiązania. Dzięki temu użytkownik wielokrotnie styka się z marką przed podjęciem decyzji zakupowej.

Ma to szczególne znaczenie w B2B, gdzie decyzje zakupowe rzadko zapadają natychmiast. Regularna obecność marki w różnych kanałach skraca dystans do kontaktu z działem sprzedaży i zwiększa szansę, że użytkownik wróci właśnie do tej firmy w momencie podjęcia decyzji.

Dlaczego połączenie kanałów daje efekt skali?

Największym ograniczeniem modelu opartego na jednym kanale jest jego niestabilność. Wyniki zaczynają zależeć od pojedynczego źródła ruchu, kosztów kliknięcia, zmian algorytmów oraz rosnącej konkurencji.

Połączenie Google Ads, LinkedIn i Meta Ads pozwala rozłożyć ciężar pozyskiwania klientów między różne działania oraz etapy komunikacji. Dzięki temu marketing nie opiera się wyłącznie na jednym momencie kontaktu z użytkownikiem.

Efekt?

  • kampanie stają się bardziej przewidywalne,
  • firma buduje stabilniejszy system lead generation,
  • łatwiejsze skalowanie działań,
  • mniejsza zależność od jednego kanału,
  • lepsze wykorzystanie budżetu reklamowego.

Co firmy zyskują dzięki podejściu AdWise?

Większą przewidywalność działań marketingowych

Firma nie uzależnia wyników od jednego kanału ani chwilowych zmian kosztów reklamowych.

Lepsze przygotowanie użytkownika do rozmowy sprzedażowej

Kontakt z marką następuje wcześniej, dzięki czemu użytkownik trafiający do działu sprzedaży lepiej rozumie problem i dostępne rozwiązania.

Krótszą drogę od pierwszego kontaktu do decyzji

Regularna obecność marki w różnych kanałach ogranicza moment startu od zera przy każdej kolejnej interakcji z użytkownikiem.

Skuteczniejsze docieranie do osób decyzyjnych

Różne kanały umożliwiają komunikację z kilkoma uczestnikami procesu zakupowego jednocześnie, również na różnych etapach decyzji.

Większą odporność na zmiany rynkowe

Marketing nie opiera się wyłącznie na konkretnym źródle ruchu, dzięki czemu firma może rozwijać działania stabilniej oraz bez gwałtownego wzrostu kosztów pozyskania klienta.

Dla jakich firm model AdWise ma największy sens?

Jeszcze kilka lat temu wielu firmom wystarczała dobra widoczność w Google i pojedyncze kampanie nastawione na szybkie pozyskanie kontaktu. Dziś w sprzedaży B2B coraz częściej wygrywają marki, które potrafią utrzymywać uwagę użytkownika na różnych etapach procesu decyzyjnego oraz konsekwentnie budować przewagę między kolejnymi punktami kontaktu z klientem. Właśnie dlatego podejście marketingowe AdWise najlepiej sprawdza się w firmach, gdzie sprzedaż wymaga czasu, zaangażowania kilku decydentów i regularnej obecności marki w wielu kanałach jednocześnie.

Polska nauka bliżej biznesu. Zespół doradczy przedstawił rekomendacje dla transferu technologii

Powołany niespełna rok temu zespół doradczy ds. wzmocnienia transferu wyników badań naukowych przedstawił rekomendacje, które mają pomóc lepiej wykorzystać potencjał polskiej nauki w rozwoju gospodarki, technologii, usług publicznych i budowie społeczeństwa opartego na wiedzy. Kluczowe rozwiązania zostały już uwzględnione w nowym modelu ewaluacji jakości działalności naukowej.

Rekomendacje są efektem współpracy przedsiębiorców, założycieli i menedżerów firm deep tech, naukowców z doświadczeniem zarządczym oraz liderów instytucji nauki. W przygotowanie projektu zmian dotyczących współpracy nauki i biznesu zaangażowani byli również eksperci transferu technologii, specjaliści ds. przedsiębiorczości akademickiej i finansowania innowacji oraz przedstawiciele środowiska akademickiego.

Główny wniosek z naszych prac jest taki, że potrzebujemy dzisiaj w Polsce przejścia od systemu wytwarzania wiedzy, bo wytwarzanie wiedzy jest już naszą mocną stroną, do systemu współtworzenia technologii i wpływu społeczno-gospodarczego – mówi Natalia Osica, przewodnicząca zespołu doradczego ds. wzmocnienia transferu wyników badań naukowych. – Tu kluczem jest słowo „współtworzenie”, bo my uważamy, że naukowcy sami tego nie zrobią, potrzebują zaangażowania wszystkich stron.

Transfer wiedzy zależy od silnych uczelni

Środowisko akademickie podkreśla, że skuteczny transfer wiedzy i technologii zależy od silnych uczelni, stabilnego finansowania badań oraz mechanizmów premiujących realny wpływ badań na rozwój społeczno-gospodarczy.

Polskie uczelnie są gotowe do aktywnego udziału w budowaniu gospodarki opartej na wiedzy. Warunkiem powodzenia jest jednak system, który wzmacnia jakość badań, wspiera naukowców w ścieżce wdrożeniowej i pozwala uczelniom działać jako równorzędni partnerzy administracji, biznesu i inwestorów – zaznacza prof. Bogumiła Kaniewska, przewodnicząca KRASP.

Trzy filary i dziewięć rekomendacji

Agenda na rzecz współpracy nauki i biznesu obejmuje 9 rekomendacji operacyjnych pogrupowanych w trzy filary: gotowość środowiska akademickiego do przekładania wiedzy na wartość społeczno-gospodarczą, budowę bezpiecznego i przewidywalnego systemu transferu wiedzy i technologii oraz zintegrowany proces rozwoju badań w kierunku wdrożeń.

Wśród najważniejszych propozycji znalazły się m.in.: rozwój przedsiębiorczości akademickiej, powiązanie ewaluacji działalności naukowej z efektami wdrożeniowymi, uproszczenie zasad komercjalizacji własności intelektualnej, wsparcie dla akademickich spółek spin-off oraz uporządkowanie finansowania badań
i technologii w jeden cykl – od wyników badań do wdrożenia.

Kluczowe rozwiązania zespołu stały się fundamentem nowego modelu ewaluacji jakości działalności naukowej, który trafi pod obrady rządu już w czerwcu – zapowiada prof. Maria Mrówczyńska, wiceminister nauki i szkolnictwa wyższego.

Nie tylko finansowanie

Autorzy rekomendacji wskazują, że problemem polskiego systemu jest nie tylko poziom finansowania nauki, lecz także brak spójnej architektury przejścia od badań do praktyki. Wyniki badań zbyt często nie przechodzą kolejnych etapów tworzenia wartości – od proof of concept po wdrożenie, licencję albo spółkę technologiczną.

Wśród najważniejszych propozycji znalazły się trzy inicjatywy ponadresortowe: Science to Market – mechanizm zapewniający ciągłość finansowania od wyników badań do wdrożenia, budowa globalnie konkurencyjnego ośrodka badawczego oraz DeepTech Starter – mechanizm inkubacji i inwestycji zalążkowych dla spin-offów uczelnianych.

Rekomendacje obejmują także standaryzację zasad transferu wiedzy i technologii, uproszczenie zasad komercjalizacji własności intelektualnej oraz stworzenie systemu monitorowania danych dotyczących transferu technologii.

Potrzeba przewidywalnych warunków

Uczelnie potrzebują stabilnych i przewidywalnych warunków działania. Jeżeli chcemy, aby badania prowadzone w Polsce częściej stawały się podstawą nowych technologii, firm i polityk publicznych, musimy zapewnić naukowcom bezpieczne ścieżki rozwoju, jasne zasady komercjalizacji oraz wsparcie instytucjonalne na kolejnych etapach pracy nad wdrożeniem – podkreśla prof. Bogumiła Kaniewska, przewodnicząca KRASP.

Ważnym elementem rekomendacji jest także mechanizm budowania prestiżu dla działań naukowców
i instytucji rozwijających gospodarkę i społeczeństwo oparte na wiedzy. Ma temu służyć Science Impact Poland, obejmujący m.in. nagrody, grant dla najbardziej wpływowego podmiotu oraz rozwój społeczności liderów współpracy nauki z otoczeniem społeczno-gospodarczym.

Nie jesteśmy małą wyspą, która jest odizolowana. Ten świat już nie istnieje. Geopolityka powoduje, że my tak naprawdę nie możemy patrzeć tylko i wyłącznie na nasze własne podwórko, również od strony tego, jak biznes współpracuje z nauką. I tutaj ważne jest to, żebyśmy bardzo szybko wyciągali te wnioski, żebyśmy nie czekali kolejnych 20 lat, bo za 20 lat po prostu będzie za późno – mówi Michał Spoczyński, członek zarządu Pracodawców RP.

Transfer wymaga współpracy

Autorzy rekomendacji podkreślają, że skuteczny transfer wiedzy i technologii wymaga współodpowiedzialności uczelni, administracji publicznej, instytucji finansujących oraz partnerów gospodarczych.

Zbudowaliśmy most, ale żeby ten most, który zbudowaliśmy naszym raportem, zadziałał, potrzebna jest też podaż i popyt – wskazuje Natalia Osica, przewodnicząca zespołu doradczego ds. wzmocnienia transferu wyników badań naukowych.

Autorzy rekomendacji są zgodni, że konieczne jest zarówno większe zainteresowanie biznesu współpracą
z nauką, jak i dalsze działania państwa wspierające rozwój badań i wdrożeń.

Stawką jest nie tylko liczba wdrożeń czy patentów. Stawką jest to, czy Polska będzie potrafiła organizować wiedzę jako jedno z głównych źródeł swojego rozwoju. Uczelnie powinny być ważnym uczestnikiem tego procesu – jako miejsca prowadzenia badań, kształcenia kadr i tworzenia rozwiązań potrzebnych gospodarce i społeczeństwu – podsumowuje prof. Bogumiła Kaniewska, szefowa KRASP.

Red Square Games S.A. podsumowuje I kwartał 2026 r.

Red Square Games S.A. – notowana na rynku NewConnect spółka gamedev, podsumowuje I kwartał 2026 r. Spółka dynamicznie rozwija kluczowe projekty, w tym Twilight Imperium Digital, które przekroczyło poziom 80 tys. zapisów na wishliście Steam, plasując tytuł na 582. miejscu w rankingu Top Wishlisted Steam. Równolegle firma konsekwentnie rozbudowuje portfolio gier planszowych, które wzrosło do 11 tytułów i pozostaje jednym z kluczowych filarów jej działalności.

I kwartał 2026 r. był dla nas okresem dalszej realizacji przyjętej strategii rozwoju opartej na dwóch filarach: produkcji gier cyfrowych i rozwoju portfolio gier planszowych. Szczególnie istotny jest dla nas postęp prac nad grą Twilight Imperium Digital, która generuje rosnące zainteresowanie społeczności graczy, co potwierdza przekroczenie poziomu 80 tys. zapisów na wishliście Steam i buduje solidny pipeline na kolejne okresy – mówi Krzysztof Wolicki, prezes zarządu Red Square Games S.A.

Twilight Imperium Digital to wierna, cyfrowa adaptacja kultowej gry planszowej, zachowująca jej złożoność, głębię strategiczną oraz klimat galaktycznego konfliktu i intryg politycznych. Tytuł pozostaje jednym z kluczowych projektów spółki i buduje długoterminowy potencjał jej wzrostu.

Kolejnym ważnym wydarzeniem minionego kwartału było ukończenie przez zespół gry Sancticide realizowanej na zlecenie Sylen Studio, która trafiła do graczy 11 marca br. Tytuł inspirowany twórczością pisarza Michała Gołkowskiego przenosi użytkowników do mrocznego świata biblijnej apokalipsy. Premiera wersji 1.0 stanowi ważny etap komercjalizacji produkcji.

Poza grami cyfrowymi Red Square Games S.A. w I kwartale 2026 r. skupiała się na rozwoju portfolio wydawniczego gier planszowych, które obejmuje już 11 projektów. Wśród rozwijanych i licencjonowanych tytułów znajdują się m.in. Blooming Sea, Orbita, Under the Leaves, Cereal Killer oraz kolejne produkcje znajdujące się na różnych etapach przygotowań do premiery.

Rozwój naszego portfolio gier planszowych pokazuje, jak istotnym i perspektywicznym obszarem działalności stał się ten segment. Systematyczne zwiększanie liczby projektów oraz współpraca z partnerami z Korei Południowej, Kanady, Chile oraz Hiszpanii pozwalają nam budować skalowalny katalog wydawniczy i wzmacniać naszą pozycję na rynkach międzynarodowych – dodaje Krzysztof Wolicki.

Obecnie spółka przygotowuje się do premiery gry planszowej Artistry (Kunszt), zaplanowanej na 27 maja 2026 r. Tytuł osadzony jest w klimacie inspirowanym secesją i pozwoli graczom wcielić się w początkujących artystów rywalizujących o uznanie oraz budujących swoją pozycję w świecie sztuki.

W I kwartale 2026 r. Red Square Games S.A. wypracowała 571,3 tys. zł przychodów netto ze sprzedaży oraz 43,6 tys. zł zysku netto, przy jednoczesnej istotnej poprawie efektywności operacyjnej i redukcji kosztów działalności o 37,6% r/r do poziomu 527,2 tys. zł. W marcu 2026 r. spółka pozyskała 1 mln zł finansowania w ramach emisji akcji serii I, co wzmacnia jej sytuację płynnościową i wspiera dalszy rozwój projektów. Na koniec okresu suma bilansowa wyniosła 2,18 mln zł wobec 1,99 mln zł rok wcześniej, co oznacza wzrost o 9,3% r/r, a kapitały własne ukształtowały się na poziomie 1,47 mln zł.

Red Square Games S.A. konsekwentnie realizuje przyjętą strategię opartą na dywersyfikacji działalności, rozwoju własnych IP oraz budowie międzynarodowego portfolio wydawniczego. Zarząd podkreśla, że spółka znajduje się w fazie intensywnego rozwoju, a realizowane projekty – zarówno w segmencie gier cyfrowych, jak i planszowych – budują podstawy wzrostu skali działalności w kolejnych okresach, przy czym pełna komercjalizacja kluczowych tytułów planowana jest na lata 2026–2027.

Green Lanes przechodzi od inwestycji do komercjalizacji. Strumber® wchodzi w fazę rozruchu

Spółka Green Lanes opublikowała raport za I kwartał 2026 roku. Dla Grupy był to okres kontynuacji działań związanych z ukończeniem głównego etapu strategicznej inwestycji a następnie uruchomieniem rozruchu pierwszego na świecie zakładu produkującego Strumber®, dalszym skalowaniem zaplecza operacyjnego oraz wzmacnianiem fundamentów finansowych pod rozwój działalności komercyjnej. Równolegle Spółka koncentrowała się na finalizacji procesów organizacyjnych i inwestycyjnych, rozwijaniu relacji z partnerami przemysłowymi i handlowymi.

– Pierwszy kwartał 2026 roku był dla nas naturalną kontynuacją intensywnych działań inwestycyjnych realizowanych w poprzednich okresach. Koncentrowaliśmy się przede wszystkim na sprawnym uruchomieniu rozruchu produkcji Strumber® oraz dalszym przygotowaniu organizacji do przejścia w etap działalności komercyjnej. Rozpoczęcie rozruchu pierwszej na świecie linii produkcyjnej Strumber® to przejście z etapu inwestycji i przygotowań technologicznych do pracy na docelowej instalacji przemysłowej. Aktualnie koncentrujemy się na ostatecznej kalibracji parametrów produktu komercyjnego, tak aby zapewnić powtarzalność jakości, stabilność procesu i zgodność materiału z wymaganiami odbiorców. W kolejnych tygodniach będziemy konsekwentnie zwiększać wolumeny produkcji, równolegle dopracowując ustawienia linii i towarzyszące procesy operacyjne – mówi Piotr Pietras, współzałożyciel, akcjonariusz i Prezes Zarządu Green Lanes S.A.

W I kwartale 2026 roku Green Lanes kontynuował działania związane z uruchomieniem zakładu produkcyjnego w Tarnawatce Tartak. Grupa prowadziła dalsze prace w zakresie infrastruktury technologicznej oraz procesów operacyjnych niezbędnych do osiągnięcia docelowej wydajności produkcyjnej. W I kwartale br. zakończono ostatni etap inwestycji obejmujący budowę kotłowni oraz instalację kotła parowego, co umożliwiło przejście do fazy rozruchu produkcji Strumber®. Jednocześnie Grupa podjęła decyzję o dalszym rozwoju zdolności produkcyjnych zakładu w Tarnawatce poprzez rozbudowę infrastruktury o linię do produkcji płyt warstwowych na bazie Strumber® – dostawa i instalacja linii planowana jest na przełom II i III kwartału 2026 roku.

Równolegle Spółka zapewniła finansowanie dalszego rozwoju, pozyskując w I kwartale 2026 roku 9 mln zł brutto. Dzięki tej rundzie Green Lanes wzmocnił swoją pozycję kapitałową i zabezpieczył środki na kontynuację uzupełniających inwestycji, rozwój infrastruktury wspierającej oraz skalowanie działalności produkcyjnej i handlowej.

Konsekwentnie realizujemy przyjętą strategię rozwoju i wzmacniamy fundamenty organizacyjne oraz finansowe Grupy. Przeprowadzenie z sukcesem emisji akcji i pozyskanie 9 mln zł potwierdza zaufanie inwestorów do naszego modelu biznesowego i kierunku rozwoju Green Lanes. Szczególnie cieszy nas dołączenie do grona akcjonariuszy kolejnego inwestora instytucjonalnego – TFI PZU – co dodatkowo wzmacnia naszą pozycję i potencjał dalszego wzrostu. Obok działań operacyjnych nakierowanych na doskonalenie procesów produkcyjnych i komercjalizację Strumber®, realizujemy także zapowiedziane uproszczenie struktury organizacyjnej Grupy Green Lanes – ostatni etap zakończymy w 2026 r., co dalej przełoży się na zwiększenie efektywności zarządzania i dyscyplinę kosztową mówi Jacek Kramarz, współzałożyciel, akcjonariusz i Wiceprezes Zarządu Green Lanes S.A.

Strumber® to innowacyjna tarcica wytwarzana z roślin jednorocznych, stanowiąca alternatywę dla wysokogatunkowego drewna liściastego. Materiał został opracowany jako odpowiedź na rosnące wyzwania związane z dostępnością drewna oraz potrzebą wdrażania bardziej zrównoważonych rozwiązań materiałowych dla przemysłu meblarskiego i drzewnego. Co istotne, do produkcji Strumber® nie zostaje ścięte ani jedno drzewo.

W I kwartale 2026 roku Grupa kontynuowała działania związane z komercjalizacją produktów Strumber® oraz rozwojem współpracy z partnerami branżowymi w kraju i za granicą. Green Lanes rozwija relacje zarówno z producentami mebli i komponentów drewnianych, jak i dystrybutorami materiałów dla przemysłu meblarskiego. Dotychczas Spółka zawarła umowy o współpracy i przedwstępne umowy sprzedaży m.in. z Vank Sp. z o.o. – renomowanym producentem mebli biurowych i systemów akustycznych, Grupą Drewmet – producentem obłogów i lameli drewnianych – oraz ogólnopolskim dystrybutorem materiałów dla przemysłu meblarskiego i drzewnego. Natomiast pod koniec stycznia 2026 roku Green Lanes podpisał pierwszą zagraniczną umowę handlową z hiszpańską firmą ExperMuebles Mateusz Szymczyk.

Green Lanes pozostawał aktywny również w obszarze działalności B+R. W I kwartale 2026 roku Grupa podpisała umowę z PARP dotyczącą dofinansowania projektu „Opracowanie technologii wytwarzania kompozytu Gramber z surowców potartacznych oraz łodyg roślin jednorocznych”. Wartość projektu wynosi ok. 5,2 mln zł, z czego ok. 3,8 mln zł stanowi dofinansowanie. Działania te wpisują się w długoterminową strategię budowy przewag technologicznych oraz rozwoju portfolio nowoczesnych materiałów ekologicznych.

W 2026 roku Grupa kontynuowała również proces reorganizacji i upraszczania struktury kapitałowej. Ukończony został proces połączenia Green Lanes S.A. z dwoma spółkami zależnymi, tj. Green Lanes Farming sp. z o.o. i Green Lanes Proteins sp. z o.o. Aktualnie w skład Grupy wchodzi Green Lanes S.A. jako spółka dominująca oraz spółka zależna The True Green S.A., której połączenie z Green Lanes S.A. zaplanowane jest do końca 2026 r. Uproszczenie struktury organizacyjnej pozytywnie wpływa na efektywność zarządzania, ograniczenie kosztów administracyjnych oraz uproszczenie procesów operacyjnych i nadzorczych w Grupie.

Wyniki finansowe Grupy za I kwartał 2026 roku odzwierciedlają aktualny etap rozwoju Spółki, skoncentrowany na inwestycjach, rozruchu produkcji oraz przygotowaniu do rozpoczęcia działalności komercyjnej. Wchodząc w kolejne kwartały 2026 roku Green Lanes koncentruje się na zakończeniu fazy rozruchowej, rozpoczęciu sprzedaży Strumber® na skalę komercyjną oraz dalszym zwiększaniu efektywności operacyjnej. Priorytetem Grupy pozostaje dalsze skalowanie działalności, rozwój relacji handlowych oraz budowa pozycji Strumber® jako nowoczesnej i zrównoważonej alternatywy dla drewna.

W ramach działań wspierających komercjalizację Strumber® oraz budowę rozpoznawalności marki na rynkach krajowych i zagranicznych Green Lanes planuje udział w najważniejszych wydarzeniach branżowych. Spółka będzie obecna podczas Furnitech Expo w Warszawie, które odbędzie się w dniach 26–28 maja 2026 roku, Warsaw Home w Warszawie zaplanowanych na 21–24 października 2026 roku, a także podczas Dutch Design Week w Eindhoven w Holandii, odbywającego się w dniach 17–25 października 2026 roku. Udział w targach stanowi element strategii rozwoju sprzedaży oraz budowy międzynarodowej sieci partnerów handlowych i przemysłowych zainteresowanych wdrażaniem nowoczesnych, ekologicznych materiałów alternatywnych dla drewna.

7Levels z 0,16 mln zł zysku w I kw. 2026 r.

Ponad 0,6 mln zł przychodów ze sprzedaży wypracował 7Levels w pierwszym kwartale 2026 r. Zysk operacyjny krakowskiego developera wyniósł niespełna 0,16 mln zł.

– I kwartał był zdecydowanie najspokojniejszym, jeśli chodzi o premiery planowane na ten rok. Mimo tego wypracowaliśmy satysfakcjonujące wyniki. Na nasze przychody złożyło się kilkanaście tytułów wydanych na przestrzeni lat, co jest świetnym dowodem na to, że strategia przez nas obrana jest skuteczna – w okresach bez premier, zabezpieczamy kontynuowanie projektów w produkcji. Warto również odnotować spadek kosztów własnych o około ¼, co jest efektem konsekwentnych działań ukierunkowanych na optymalizację kosztów oraz bardziej efektywne zarządzanie zasobami – tłumaczy Krzysztof Król, wiceprezes 7Levels

W I kwartale spółka wprowadziła do sprzedaży wydania pudełkowe Castle of Heart: Retold na PlayStation 5 i Nintendo Switch oraz Warplanes Bundle na tych samych platformach. Jednocześnie spółka pracowała nad premierami Kong: Survivor Instinct na Epic Games Store (PC) oraz Football Cup 2026 na Nintendo Switch. Oba tytuły zadebiutowały w kwietniu i będą miały wpływ na wyniki kolejnych okresów. W przypadku Kong: Survivor Instinct, 7Levels jeszcze w tym roku planuje premierę na platformie Nintendo Switch. Według krakowskiego wydawcy, debiut na tej platformie nastąpić do końca III kwartału 2026 roku.

Równolegle studio prowadzi prace nad nowymi, autorskimi projektami. Szczegóły dotyczące ich rozwoju Spółka będzie starała się sukcesywnie przekazywać w raportach bieżących. Część z nowych gier może powstać we współpracy z podmiotami zewnętrznymi w celu optymalizacji kosztów i skrócenia cyklu produkcyjnego.

Polski rząd pod cyberostrzałem. Blisko 3000 ataków tygodniowo na instytucje publiczne

Polskie instytucje rządowe znów na czele europejskiej listy cyberataków. W ciągu zaledwie tygodnia cyberprzestępcy dokonują blisko 3000 prób ataku na polski rząd i instytucje publiczne – wynika z najnowszego raportu Check Point Research, która analizuje zagrożenia państw na całym świecie. Polska, obok Włoch i Hiszpanii znajduje się w czołówce europejskiej listy najbardziej zagrożonych państw atakami na rządowe instytucje.

Państwo Liczba ataków na instytucje rządowe
Włochy 5475
Hiszpania 3260
Polska 2916
Czechy 2745
Francja 2527
Austria 2399
Holandia 1233

 

Co ciekawe, liczba ataków na polskie instytucje rządowe jest o 80 proc. większa niż drugi najbardziej zagrożony sektor finansów (1795) czy sektor energetyczny i użyteczności publicznej (1662). Polska administracja musi odpierać więcej ataków (2916) niż wynosi średnia dla instytucji rządowych na świecie (2795). W ciągu roku liczba ataków wzrosła średnio o 18%, a od połowy ubiegłego roku nawet o 40%.

Ryzyko i intensywność ataków cybernetycznych rosną od wielu miesięcy. Podczas gdy w połowie 2025 roku zanotowaliśmy 2000 ataków na sektor rządowy to obecnie mamy ich już o 40% więcej. Polskie instytucje rządowe odpierają blisko 3000 ataków tygodniowo – więcej niż rząd Czech (2745), Francji (2527) czy Austrii (2399) – podkreśla Krzysztof Nierodka, menedżer w polskim oddziale Check Point Software Technologies.Polska wśród najbardziej atakowanych rządów w Europie Polska wśród najbardziej atakowanych rządów w Europie

Jak wynika z obserwacji Check Point Research, liczba ataków na instytucje rządowe rośnie nie tylko w Polsce – praktycznie w każdym z analizowanych państw hakerzy zwiększyli intensywność swoich działań, co wiąże się ze wzrostem ryzyka. Polska – ze względu na znaczenie geopolityczne oraz czynny udział w realizacji europejskiej strategii NATO – staje się jednym z kluczowych celów wrogich operacji cybernetycznych i dezinformacyjnych.

Potwierdzają to dane polskiego rządu, według których w 2025 roku Polska odnotowała rekordową liczbę cyberataków — o ponad 140% więcej niż w 2024 roku. Z 682 tys. zgłoszonych przypadków zespoły reagowania obsłużyły 273 tys. incydentów. – Rok 2025 był rekordowy pod względem ataków i incydentów, które spadły na Polskę, których Polska doświadczyła. Cyfrowa wojna, która w Polsce i z Polską toczona przez inne państwa trwa, jest coraz bardziej widoczna w faktach – informował w połowie kwietnia br. wicepremier Krzysztof Gawkowski. Liczba incydentów obsłużonych przez zespół przy Ministerstwie Obrony wzrosła o prawie 70% rok do roku.

W obecnych uwarunkowaniach geopolitycznych cyberataki nie mogą być traktowane wyłącznie jako problem techniczny, lecz jako istotny komponent działań hybrydowych, ukierunkowanych na destabilizację państwa oraz erozję jego odporności instytucjonalnej i społecznej. Wymaga to systemowego podejścia do cyberbezpieczeństwa, obejmującego zarówno wzmocnienie zdolności prewencyjnych i reagowania, jak i budowanie świadomości oraz odporności na poziomie całego społeczeństwa – zauważa Wojciech Głażewski, dyrektor firmy Check Point Software Technologies w Polsce.

OPINIA EKSPERTA

– Polska, ze względu na swoje położenie geograficzne w Europie Wschodniej oraz szerszy kontekst bezpieczeństwa regionalnego, pozostaje w centrum zainteresowania zaawansowanych, powiązanych z państwami grup odpowiedzialnych za ataki cybernetyczne. Podmioty te prowadzą zarówno działania dezinformacyjne, jak i operacje cybernetyczne z wykorzystaniem złośliwego oprogramowania służącego do pozyskiwania informacji wywiadowczych, a w niektórych przypadkach także do potencjalnego zakłócania działania systemów. Do najbardziej znanych grup związanych z tego typu aktywnością należą Sandworm, APT29 oraz APT28 – Sergey Shykevich, Check Point Threat Intelligence Unit Manager

Europa na celowniku hakerów

Europa jako jeden z najbogatszych i najbardziej cyfrowo połączonych regionów świata, staje się coraz atrakcyjniejszym celem dla cyberprzestępców dążących do zysków finansowych i wpływu, co w połączeniu z rozbudowaną infrastrukturą cyfrową i znaczeniem gospodarczym przekłada się na rosnącą skalę zagrożeń. W marcu 2026 roku cyberatak uderzył w infrastrukturę chmurową wykorzystywaną przez Komisję Europejską do obsługi platformy Europa.eu — kluczowego ekosystemu, na którym funkcjonują strony Komisji, Parlamentu Europejskiego, Rady UE i innych instytucji unijnych.

To zdarzenie wpisuje się w szerszy trend: Jak wynika z raportu ENISA 2026 administracja publiczna pozostaje najbardziej atakowanym sektorem w UE, odpowiadając za około 38,5% wszystkich incydentów. Choć zdecydowaną większość stanowią stosunkowo mało dotkliwe ataki typu DDoS (aż 94,8%), coraz większym problemem staje się ransomware, które szczególnie dotyka samorządy i lokalne instytucje, narażając je na poważne zakłócenia działania i straty finansowe.

Szczególne obawy budzą działania grup powiązanych z Rosją — jak wskazał szwedzki minister obrony cywilnej Carl-Oskar Bohlin, ich metody ewoluują od prostych ataków typu DDoS w kierunku bardziej destrukcyjnych operacji wymierzonych w europejskie organizacje. Przykładem jest próba poważnego ataku na polską sieć energetyczną w grudniu 2025 roku, przypisywana grupie związanej z rosyjskim wywiadem, a także szeroko zakrojona kampania grupy Fancy Bear, która wykorzystywała słabo zabezpieczone routery Wi-Fi do pozyskiwania haseł, e-maili i wrażliwych danych z instytucji rządowych i wojskowych w Europie oraz Ameryce Północnej.

Skala problemu ma również wymiar ekonomiczny — według Światowego Forum Ekonomicznego cyberprzestępczość stanowi już trzecią największą „gospodarkę” świata po USA i Chinach (World Economic Forum), a globalne wydatki na cyberbezpieczeństwo dynamicznie rosną: rynek ma osiągnąć wartość 424,97 mld dolarów do 2030 roku, przy rocznych wydatkach sięgających 240 mld dolarów już w 2026 roku (Grand View Research, SentinelOne). Jednocześnie firmy przeznaczają średnio około 2 700 dolarów rocznie na jednego pracownika na zabezpieczenia cyfrowe (Deloitte), co pokazuje, że cyberbezpieczeństwo staje się jednym z kluczowych obszarów inwestycji we współczesnej gospodarce.

W odpowiedzi na rosnące zagrożenia w Polsce, Ministerstwo Cyfryzacji opracowało Strategię Cyberbezpieczeństwa RP – program wzmacniana m.in. infrastruktury krytycznej (energetyka) oraz sektoru zdrowia. Ponadto wprowadzono nowelizację ustawy o KSC wdrażającą dyrektywę NIS2. Równolegle realizowane są programy wsparcia, a od końca 2025 r. działa portal cyber.gov.pl do zgłaszania incydentów.

Inflacja w kwietniu zgodna z szacunkiem

Kwietniowy finalny odczyt inflacji konsumenckiej wyniósł 3,2 proc. r/r i był zgodny z wcześniejszymi szacunkami. W ujęciu miesięcznym ceny wzrosły o 0,6 proc.

Analizując strukturę danych można zauważyć, że w kwietniu większość kategorii w koszyku inflacyjnym odnotowała wzrost cen w relacji miesięcznej. Wyjątkiem był transport, na co w dużej mierze wpłynęło uruchomienie programu osłonowego CPN, obowiązującego od końca marca.

Inflacja nadal pozostaje w paśmie dopuszczalnych odchyleń od celu inflacyjnego NBP, wynoszącego 2,5 proc. +/- 1 pkt proc. To istotny argument wspierający ostrożne podejście Rady Polityki Pieniężnej do dalszych decyzji dotyczących stóp procentowych.

Wypowiedzi członków RPP wskazują obecnie na utrzymanie strategii „wait and see”. Coraz wyraźniej widać również, że kluczowe znaczenie dla kolejnych decyzji będzie miała lipcowa projekcja inflacji. Szczególnie istotna będzie ocena tego, w jakim stopniu presja inflacyjna rozlewa się na kolejne obszary gospodarki i czy ma charakter bardziej trwały.

Stopy procentowe znów pójdą w górę? RPP może rozpocząć debatę o podwyżkach już w lipcu

Rynek kontraktów terminowych na stopy procentowe wskazuje na dwie lub trzy podwyżki w tym roku i dojście w 2027 r. do stopy terminowej 4,5%. Wycenia też kiedy RPP zdecyduje się na pierwsze podwyżki. Niektóre banki centralne już podniosły stopy.

Wojna na Bliskim Wschodzie pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Iranem doprowadziła do ekstremalnych wzrostów cen ropy naftowej, ropa brent podrożała na kontraktach terminowych w porównaniu do cen z początku roku o 73%. Choć na razie wydaje się, że jest jeszcze zbyt wcześnie, aby twierdzić, że miało to wyraźny wpływ na ograniczenie aktywności konsumenckiej, to w ostatnim wywiadzie dla Bloomberga członek RPP Henryk Wnorowski wskazał, że bardziej obawia się negatywnego wpływu sytuacji na Bliskim Wschodzie na wzrost gospodarczy w Polsce niż podwyższonej inflacji. H.Wnorowski podkreślił, że operujemy w środowisku ogromnej niepewności, a zbyt wczesna decyzja o podwyżce może jeszcze mocniej zaszkodzić gospodarce.

Prof. Glapiński zasugerował na ostatnim posiedzeniu RPP, iż rozważania na temat podwyżek stóp procentowych pojawiły się w trakcie ostatnich dyskusji. Inni członkowie RPP, jak Przemysław Litwiniuk oraz Ludwik Kotecki, wskazali, że debata na temat podwyżki może rozpocząć się w lipcu. Warto pamiętać, że będziemy wtedy już po czerwcowej decyzji EBC, która potencjalnie może przynieść pierwszy ruch wśród kluczowych banków centralnych na świecie, choć z drugiej strony warto wspomnieć, że podwyżki miały już miejsce w Australii czy Norwegii.

Kluczowe dla dalszych decyzji RPP będą projekcje inflacyjne. Jeśli te wskażą, że inflacja do końca tego roku będzie znacząco odbiegać od celu inflacyjnego, szanse na podwyżki wyraźnie wzrosną. Rynek w zasadzie cały czas widzi dość duży potencjał na podwyżki, choć oczekiwania co do ich liczby minimalnie spadły.

– Rynek kontraktów terminowych na stopy wskazuje na dwie lub trzy podwyżki w tym roku, a w mojej opinii wydaje się to nadmierne – mówi w rozmowie z MarketNews24 Michał Jóźwiak, analityk rynków finansowych w XTB. – Z wypowiedzi prezesa NBP wynika też, że poprzeczka dla podwyżek zawieszona jest wysoko. Kluczowe będą nie obecne podwyżki cen ropy, ale efekty drugiej rundy, czyli inflacja wynikająca z czynników popytowych, a nie podażowych, związana z wyższą konsumpcją związaną z wyższymi oczekiwaniami płacowymi z powodu wzrostu inflacji.

Rynek przewiduje też dojście w przyszłym roku do stopy terminowej na poziomie 4,5%. Jednocześnie w trzech najbliższych miesięcy rynek nie widzi raczej szans na podwyżki.

Lipcowe posiedzenie RPP będzie kluczowe. Wtedy poznamy najnowsze projekcje inflacyjne i będziemy już po czerwcowym posiedzeniu EBC, podczas którego wskazuje się na 80% prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych. Z drugiej strony, w perspektywie jednego miesiąca może nie zmienić się zbyt wiele, a bank centralny w dalszym ciągu nie będzie miał wystarczającej ilości informacji na temat tego, jak będzie kształtować się inflacja w okresie niepewności związanej z wojną na Bliskim Wschodzie.

Cieśnina Ormuz pozostaje zamknięta, co utrzymuje ceny ropy naftowej na wysokich poziomach i grozi nie tylko pozostawieniem inflacji na podwyższonym poziomie, ale również jej dalszymi wzrostami. W środowisku wysokich cen konsumenckich banki centralne zastanawiają się nad dalszymi ruchami. Część z nich zdecydowała się na podwyżki, tak jak miało to miejsce w przypadku Banku Rezerw Australii czy Norges Banku.

– Z największym prawdopodobieństwem dwa europejskie banki będą podnosić stopy procentowe, to EBC oraz Bank Anglii – ocenia ekspert XTB. – Dla obu tych banków fundamentalne są ceny surowców energetycznych oraz jakie będzie ich przełożenie w przyszłości.

Jednak obecna sytuacja znacznie różni się od tego, co obserwowaliśmy w latach 2021–2022 i można zastanawiać się czy podwyżki stóp procentowych ze strony takich banków centralnych jak EBC, Fed czy nawet NBP mają sens.

Inwestorzy na świecie przede wszystkim zastanawiają się co zrobi Fed, tym bardziej że będzie obradował już z nowym przewodniczącym.

– Rynki zbliżają się do wyceny podwyżek stóp procentowych przez Fed, niemal wykluczając obniżkę, ale to sytuacja geopolityczna wciąż będzie rozdawać karty – wyjaśnia M.Jóźwiak z XTB. – O ile w przypadku banków europejskich należy się spodziewać przede wszystkim w tym roku, to w przypadku Fed decyzje mogą przenieść się na przyszły rok.

Rynek tłumaczeń wchodzi w erę AI. Przetrwają specjaliści, audytorzy i tłumacze przysięgli

Sztuczna inteligencja stała się jednym z najważniejszych czynników zmieniających rynek tłumaczeń. Nie oznacza to jednak prostego końca zawodu tłumacza. Bardziej prawdopodobny jest scenariusz głębokiej przebudowy branży: część prostych zleceń zostanie przejęta przez narzędzia automatyczne, a większą wartość zyskają specjalizacje wymagające odpowiedzialności, wiedzy eksperckiej i kontroli jakości.

Z analizy opublikowanej przez Biuro Tłumaczeń 123tlumacz.pl wynika, że globalny rynek usług językowych w 2025 roku nadal rośnie, ale jednocześnie zmienia się jego struktura. Według szerokich szacunków jego wartość może wynosić około 71–72 mld USD, natomiast węższe ujęcia, takie jak raport Slatora, wskazują na około 31,7 mld USD. Różnica wynika z odmiennego zakresu rynku: jedne opracowania wliczają tłumaczenia pisemne, ustne, lokalizację, napisy, dubbing i technologie językowe, inne obejmują tylko część tych usług. (Biuro Tłumaczeń 123tlumacz.pl)

Rynek rośnie, ale tradycyjne tłumaczenia tanieją

Największy paradoks obecnej zmiany polega na tym, że świat tłumaczy coraz więcej treści, ale niekoniecznie płaci więcej klasycznym tłumaczom. Automatyzacja sprawia, że koszt pierwszej wersji przekładu spada. Klient, który jeszcze kilka lat temu zamawiał tłumaczenie od podstaw, dziś coraz częściej przychodzi z tekstem wygenerowanym przez system AI i oczekuje jedynie weryfikacji.

W praktyce oznacza to przesunięcie wartości z samego przekładu na kontrolę jakości. Tłumacz coraz częściej staje się redaktorem, postedytorem, audytorem językowym i specjalistą od ryzyka. Jego zadaniem nie jest już tylko przełożenie zdań z jednego języka na drugi, ale ocena, czy tekst jest poprawny terminologicznie, prawnie, kulturowo i biznesowo.

Według przywoływanej analizy Europa pozostaje jednym z kluczowych rynków usług językowych, przede wszystkim ze względu na wielojęzyczność Unii Europejskiej, dużą liczbę firm międzynarodowych i rozbudowany obrót dokumentami prawnymi, urzędowymi, technicznymi oraz finansowymi. Polski rynek jest natomiast silnie rozdrobniony: działa na nim około 1,5 tys. profesjonalnych biur tłumaczeń, około 11 tys. tłumaczy przysięgłych oraz znaczna grupa freelancerów. (Biuro Tłumaczeń 123tlumacz.pl)

Które tłumaczenia są najbardziej zagrożone?

Największą presję odczuwają segmenty, w których tekst jest powtarzalny, prosty i mało ryzykowny. Dotyczy to przede wszystkim tłumaczeń ogólnych, opisów produktów, prostych dokumentów firmowych, FAQ, e-maili biznesowych czy podstawowej lokalizacji interfejsów. W takich przypadkach AI często generuje tekst wystarczająco dobry do szybkiego użytku wewnętrznego.

Wysokie ryzyko dotyczy również części tłumaczeń technicznych, zwłaszcza wtedy, gdy terminologia jest ustandaryzowana, a dokumentacja ma powtarzalną strukturę. Podobny proces widać w napisach i tłumaczeniach audiowizualnych, gdzie systemy automatyczne coraz częściej przygotowują pierwszy szkic napisów, a człowiek poprawia błędy.

Znacznie odporniejsze pozostają tłumaczenia prawne, medyczne, farmaceutyczne, kliniczne, literackie, przysięgłe oraz konferencyjne. W tych obszarach błąd może mieć konsekwencje prawne, finansowe, zdrowotne lub reputacyjne. Im wyższy koszt pomyłki, tym większa wartość człowieka w procesie tłumaczeniowym.

Postedycja staje się nowym standardem

Jednym z najważniejszych zjawisk jest rozwój postedycji tłumaczeń maszynowych, czyli MTPE. Polega ona na tym, że pierwszy przekład przygotowuje system, a następnie tłumacz sprawdza tekst, poprawia błędy i doprowadza go do jakości wymaganej przez klienta.

Problem polega na tym, że postedycja nie zawsze jest prostsza niż tłumaczenie od podstaw. Przy tekstach specjalistycznych, medycznych, prawnych lub kreatywnych sprawdzanie błędów AI bywa czasochłonne, ponieważ tekst maszynowy może wyglądać poprawnie, ale zawierać subtelne błędy znaczeniowe. Dlatego oczekiwanie dużych rabatów tylko dlatego, że użyto narzędzia AI, coraz częściej spotyka się ze sprzeciwem tłumaczy.

W analizie 123tlumacz.pl wskazano, że typowe stawki za postedycję są niższe niż za klasyczne tłumaczenia, ale różnica nie zawsze odpowiada realnemu nakładowi pracy. To jeden z głównych punktów napięcia między klientami, biurami tłumaczeń i freelancerami. (Biuro Tłumaczeń 123tlumacz.pl)

Ilu tłumaczy może wypaść z rynku?

Nie da się wiarygodnie wskazać jednej liczby osób, które stracą pracę do 2030 roku. Zawód tłumacza obejmuje wiele specjalizacji, a dane o freelancerach są niepełne. Część osób formalnie nie straci pracy, ale utraci znaczną część zleceń lub będzie zmuszona do zmiany profilu zawodowego.

Można jednak mówić o trzech scenariuszach. W wariancie ostrożnym 20–30% tłumaczy może stracić znaczną część zleceń lub wyjść z zawodu. W scenariuszu umiarkowanym problem może dotyczyć 40–55% osób pracujących głównie w segmencie tłumaczeń ogólnych. W wariancie pesymistycznym presja AI mogłaby doprowadzić do odpływu nawet 60–75% tłumaczy z najbardziej podatnych segmentów rynku.

Najbardziej narażeni są tłumacze ogólni, osoby wykonujące proste tłumaczenia techniczne oraz freelancerzy bez wyraźnej specjalizacji. Najlepsze perspektywy mają natomiast tłumacze medyczni, farmaceutyczni, prawniczy, przysięgli, literaccy, konferencyjni oraz specjaliści od rzadkich par językowych.

Kto przetrwa zmianę?

Największe szanse będą mieli tłumacze, którzy potrafią połączyć kompetencje językowe z wiedzą branżową. Sama znajomość języka przestaje być wystarczającym wyróżnikiem, ponieważ pierwszy szkic tekstu może dziś przygotować narzędzie automatyczne. Wartością staje się umiejętność rozpoznania, czy ten szkic jest bezpieczny, zgodny z terminologią i odpowiedni dla konkretnego kontekstu.

Do najbardziej przyszłościowych specjalizacji należą tłumaczenia dla life sciences, badań klinicznych, farmacji, prawa, finansów, energetyki, technologii, administracji publicznej i dokumentacji technicznej związanej z bezpieczeństwem produktu. Rosnąć będzie również znaczenie audytu tłumaczeń AI, kontroli jakości, zarządzania terminologią oraz walidacji tekstów generowanych automatycznie.

Nowe role zawodowe mogą obejmować postedytora, audytora tłumaczeń AI, konsultanta terminologicznego, specjalistę Language QA, lokalizatora kulturowego czy eksperta od wdrażania narzędzi językowych w firmach. To nadal będą zawody językowe, ale mniej oparte na mechanicznym przekładzie, a bardziej na wiedzy, ocenie i odpowiedzialności.

Biura tłumaczeń także muszą zmienić model działania

Zmiana dotyczy nie tylko freelancerów. Biura tłumaczeń, które działały głównie jako pośrednicy między klientem a tłumaczem, mogą stracić część przewagi. Klienci korporacyjni coraz częściej będą wdrażać własne systemy AI albo korzystać z platform typu Translation as a Service.

Przetrwają przede wszystkim te biura, które zaoferują wartość dodaną: specjalizację, bezpieczeństwo danych, zgodność z procedurami, kontrolę jakości, audyt, obsługę dużych projektów i odpowiedzialność za proces. Szczególnie ważne będą sektory regulowane, w których klient nie może pozwolić sobie na niekontrolowane użycie publicznych narzędzi AI.

Znaczenia nabiorą także systemy TMS, bazy terminologiczne, prywatne modele tłumaczeniowe, automatyzacja zarządzania projektami i dokumentowalna ścieżka kontroli jakości. Biuro tłumaczeń przyszłości będzie bardziej firmą technologiczną i compliance’ową niż tradycyjnym punktem przekazywania plików między klientem a tłumaczem.

Tłumaczenia przysięgłe pozostają bardziej odporne

Szczególnym segmentem są tłumaczenia przysięgłe. Ich odporność na automatyzację wynika nie tylko z trudności językowych, ale przede wszystkim z przepisów prawa. Tłumaczenie poświadczone wymaga osoby posiadającej uprawnienia, podpisu, pieczęci lub odpowiedniego uwierzytelnienia elektronicznego.

AI może wspierać pracę tłumacza przysięgłego, ale nie może samodzielnie ponosić odpowiedzialności za dokument. Sądy, urzędy, uczelnie, ZUS, prokuratura czy instytucje publiczne nadal będą wymagały tłumaczeń wykonanych i poświadczonych przez osobę uprawnioną. Dlatego ten segment może zmieniać narzędzia pracy, ale nie zostanie łatwo zastąpiony przez automatyzację.

Cyfryzacja może natomiast zmienić formę uwierzytelnienia. Coraz większą rolę może odgrywać podpis kwalifikowany i elektroniczny obieg dokumentów. Nie oznacza to jednak zniesienia wymogu odpowiedzialności zawodowej tłumacza.

Lata 2025–2030 będą okresem selekcji

Najbliższe lata prawdopodobnie przyniosą podział rynku na dwa światy. Pierwszy to segment masowy, niskomarżowy, oparty na automatyzacji, szybkiej realizacji i ograniczonej ingerencji człowieka. Drugi to segment premium, w którym liczy się specjalizacja, odpowiedzialność, bezpieczeństwo danych i jakość.

W 2025 roku branża weszła w fazę przyspieszonej transformacji. W 2026 roku presja na tłumaczy ogólnych i małe biura bez specjalizacji będzie rosnąć. W kolejnych latach coraz wyraźniejszy stanie się podział między usługami prostymi, obsługiwanymi przez AI, a usługami eksperckimi, w których człowiek nadal pozostanie kluczowy.

Do 2030 roku klasyczne tłumaczenie od podstaw może stać się usługą bardziej niszową, zarezerwowaną dla tekstów wymagających wysokiej jakości, kreatywności, odpowiedzialności lub szczególnej wiedzy. Nie oznacza to końca zawodu, ale oznacza koniec dawnego modelu pracy.

Wnioski dla tłumaczy i klientów

Dla tłumaczy najważniejszy wniosek jest prosty: nie warto konkurować z AI w obszarach, w których technologia jest szybka, tania i wystarczająca. Znacznie rozsądniejszą strategią jest rozwijanie specjalizacji, znajomości branży, kompetencji technologicznych i umiejętności kontroli jakości.

Dla klientów oznacza to konieczność większej świadomości. AI może być użytecznym narzędziem, ale nie każde tłumaczenie nadaje się do automatyzacji. W dokumentach prawnych, medycznych, technicznych, finansowych czy urzędowych pozornie poprawny tekst może zawierać błąd, którego konsekwencje będą dużo droższe niż profesjonalna weryfikacja.

Rynek tłumaczeń nie znika. Znika natomiast proste przekonanie, że tłumaczenie polega wyłącznie na przełożeniu słów z jednego języka na drugi. W nadchodzących latach przewagę zyskają ci, którzy potrafią połączyć język, technologię, wiedzę ekspercką i odpowiedzialność za efekt końcowy.

Źródło: opracowano na podstawie analizy „Rynek tłumaczeń 2025–2030: kto przetrwa rewolucję AI?” opublikowanej przez Biuro Tłumaczeń 123tlumacz.pl. (Biuro Tłumaczeń 123tlumacz.pl)

Creotech Quantum ustalił cenę emisyjną akcji serii D na 232 zł

Creotech Quantum, notowana na GPW polska spółka rozwijająca i komercjalizująca technologie kwantowe, ustalił cenę emisyjną akcji serii D w wysokości 232 zł. Spółka emituje 350.000 akcji zwykłych na okaziciela serii D, wielkość oferty wyniesie 81,2 mln zł brutto. Pozyskane środki zostaną przeznaczone na realizację strategii rozwoju spółki oraz wejście w fazę jej dynamicznego wzrostu, w szczególności poprzez umożliwienie realizacji szerszego zakresu inicjatyw strategicznych, obejmujących potencjalne projekty rozwojowe i inwestycyjne, które mogą pojawiać się w toku jej dalszej działalności. Spółkę w procesie wspiera cc group jako doradca IR i finansowy, a koordynatorem oferty jest Dom Maklerski Banku Ochrony Środowiska S.A.

Z sukcesem zakończyliśmy proces przyspieszonej budowy księgi popytu, który potwierdził bardzo duże zainteresowanie inwestorów naszą ofertą. Osiągnięty, 4,51% poziom premii względem rynku (liczony jako stosunek osiągniętej ceny emisyjnej do średniej ceny ważonej wolumenem obrotu (tzw. VWAP) od momentu debiutu)  pokazuje, że emisja została dobrze przyjęta i odzwierciedla zaufanie do naszej długoterminowej strategii rozwoju. Pozyskane środki z emisji akcji pozwolą nam przyspieszyć realizację kluczowych projektów B+R, rozwój technologii kwantowych oraz dalszą komercjalizację systemów QKD. Jednocześnie wzmocnią nasz potencjał  ekspansji zagranicznej, realizacji potencjalnych przejęć podmiotów komplementarnych technologicznie oraz udziału w większych przetargach i projektach, które mogą istotnie przyspieszyć rozwój spółki i zwiększyć jej skalę działalności – komentuje dr Anna Kamińska, Prezes Zarządu Creotech Quantum S.A.

W dniach 11–13 maja 2026 r. Creotech Quantum S.A. przeprowadziła proces przyspieszonej budowy księgi popytu. Oferta objęcia łącznie 350.000 akcji zwykłych na okaziciela serii D skierowana była do wybranych inwestorów kwalifikowanych, nie więcej niż 149 osób fizycznych lub prawnych niebędących inwestorami kwalifikowanymi oraz inwestorów nabywających akcje o wartości co najmniej 100.000 EUR na inwestora. Cena emisyjna akcji serii D została ustalona na 232 zł.

Pozyskane środki spółka planuje przeznaczyć na dalszy rozwój działalności badawczo-rozwojowej oraz rozbudowę organizacji, kontynuując jednocześnie współfinansowanie projektów realizowanych m.in. dla Komisji Europejskiej i ESA. Creotech Quantum koncentrować się będzie przede wszystkim na rozwoju nowej generacji systemów kwantowej dystrybucji klucza (QKD), detektorów pojedynczych fotonów, odbiorników dla optycznych stacji naziemnych, a także rozwiązań z obszaru bezpieczeństwa kosmicznego i elektroniki dla procesorów kwantowych. Równolegle spółka planuje inwestycje we wzmocnienie infrastruktury bezpieczeństwa, rozwój zaplecza inżynieryjnego oraz zwiększenie zdolności integracyjnych i testowych.

Pozostałe środki mają wesprzeć rozwój działalności komercyjnej, wdrożenia i sprzedaż produktów, w tym pierwszego systemu QKD, zwiększenie zdolności produkcyjnych, wzmocnienie kompetencji w obszarze sprzedaży i marketingu, w tym aktywny udział w kluczowych wydarzeniach branżowych oraz ekspansję zagraniczną.

Spółka nie wyklucza również możliwości przejęć lub częściowych przejęć podmiotów komplementarnych technologicznie lub biznesowo, które mogłyby przyczynić się do przyspieszenia rozwoju działalności, poszerzenia kompetencji oraz wzmocnienia pozycji rynkowej Creotech Quantum. Pozyskane z emisji środki zwiększają możliwości spółki w tym zakresie oraz umożliwiają udział w większych przetargach wymagających zapewnienia płynności finansowej.

Kurs dolara czeka na sygnał z Fed. Warsh zaczyna kadencję w trudnym momencie

Najnowsze publikacje ze Stanów Zjednoczonych o dynamice cen producentów i zmianach zapasów paliw znacząco odbiegły od rynkowych oczekiwań. Nowa rzeczywistość okaże się wymagającym testem dla nowego szefa FED. W trakcie szczytu w Pekinie eurodolar oscyluje przy 1,17 USD, za to złoty się umacnia.

Krajobraz coraz gorszy

Wczorajsze publikacje ze Stanów Zjednoczonych powinny choć trochę zwrócić uwagę prezydenta największej gospodarki globu, który aktualnie znajduje się w Pekinie. Po skoku inflacji konsumenckiej w USA otrzymaliśmy jeszcze wyższą zwyżkę cen producentów. Inflacja PPI zgodnie z oczekiwaniami miała wzrosnąć z 4,3% r/r do 4,9% r/r. Odczyt znalazł się na poziomie 6% r/r i nie jest jedyną wartością, która powinna dawać do myślenia. PPI bazowe (bez cen energii i żywności) to 5,2% r/r, a konsensus mówił o zmianie z 4% r/r do 4,3% r/r. Tłumaczenia tych zaskakujących wzrostów nie da się przypudrować zestawieniem miesięcznym, gdyż tam również odnotowano niemałe zwyżki. Ceny producentów porównywane do poziomów z marca wzrosły o 1,4%, mimo że oczekiwano 0,5%. Czy to koniec złych wieści? No nie. Późniejszym popołudniem poznaliśmy tygodniowe zmiany zapasów paliw. Mimo oczekiwanego ograniczenia dynamiki spadku rezerw ropy z -2,31 mln baryłek do -1,6 mln baryłek oraz utrzymania -2,5 mln baryłek benzyny najnowszy raport wyraźnie zaskoczył na minus, wskazując odpowiednio -4,3 mln baryłek i prawie -4,1 mln baryłek.

Test Warsha

Trzeba przyznać, że moment przejęcia stanowiska przez nowego szefa FED nie jest najszczęśliwszy. Ceny konsumentów i producentów wyglądają na wymykające się spod kontroli. Trzycyfrowe notowania ropy nie napawają optymizmem, a rezerwy paliw spadają, mimo zwiększania wydobycia przez USA. Do tego gołębie oczekiwania prezydenta, który  wobec poprzednika nie wahał się ani rzucać oszczerstw, ani grozić pozwem, ani wszcząć federalnego dochodzenia w sprawie kosztów remontu siedziby FED. Choć Kevin Warsch podczas przesłuchań zastrzegał, że będzie stać na straży niezależności Rezerwy Federalnej, to prawdziwy test przyjdzie podczas pierwszych posiedzeń FOMC. Dziś wiemy, że Senat USA zagłosował za jego nominacją stosunkiem głosów 54 do 45. Czy Kevin okaże się mniej stanowczy niż jego poprzednik? Moim zdaniem to pytanie zadają sobie dziś rynki, co, oprócz wyczekiwania na rezultaty spotkań w Pekinie, ogranicza umocnienie dolara, który powinien zyskiwać chociażby na skutek wczorajszych danych inflacyjnych. Od wczoraj kurs EUR/USD nie może trwale pokonać wsparcia 1,17 USD, pozostając powyżej tego poziomu w czwartkowe południe.

Powrót PLN

Dziś złoty kontynuuje odrabianie strat z początku tygodnia. Kurs EUR/PLN wraca poniżej 4,24 PLN, USD/PLN to 3,62 PLN, GBP/PLN oscyluje przy 4,89 PLN, a CHF/PLN to 4,63 PLN. Umocnienia krajowej waluty nie zakłócają delikatne spadki PKB. Zgodnie z wstępnymi danymi w I kwartale 2026 roku krajowa gospodarka rozwijała się w tempie 3,4% r/r (poprzednio 3,7% r/r) i 0,5% k/k (poprzednio 1% k/k). Zniżki, choć zauważalne, to i tak pozostawiają dynamikę wzrostu na przyzwoitych poziomach, zwłaszcza jeżeli porównamy je do innych państw unijnych. Dodatkowo krajowa waluta wspierana jest jastrzębią narracją płynącą z RPP, której kolejny członek wskazał na większe prawdopodobieństwo podwyżki, niż obniżki kosztu pieniądza do końca roku. To m. in. dzięki temu PLN pozostaje dziś silny nawet do funta, za którym stoją dobre dane. Na Wyspach, mimo prognozowanego spadku, odnotowano wzrost PKB za marzec z 1% r/r do 1,2% r/r. Dodatkowo przetwórstwo przemysłowe wróciło na dodatnie poziomy. Nienajgorsze dane nie pomagają jednak brytyjskiej walucie, której w tym tygodniu wyraźnie ciąży polityka. Rozczarowujący wynik laburzystów w wyborach samorządowych stawia pod znakiem zapytania stabilność rządu premiera Starmera.

AI i chmura stają się fundamentem nowoczesnej ochrony zdrowia

Rynek sztucznej inteligencji w ochronie zdrowia rośnie w tempie, które jeszcze kilka lat temu było trudne do wyobrażenia. Według MarketsandMarkets jego wartość wzrośnie z 21,6 mld USD w 2025 r. do 110,6 mld USD w 2030 r., co oznacza średnioroczny wzrost na poziomie 38,6%. Długoterminowe prognozy są jeszcze bardziej ambitne – Fortune Business Insights wskazuje, że do 2034 r. rynek AI w medycynie może zbliżyć się do poziomu 1 bln USD.

AI zmienia sposób diagnozowania i leczenia

Dynamiczny rozwój obejmuje zarówno diagnostykę obrazową, analizę danych pacjentów, jak i systemy wspomagania decyzji klinicznych. AI coraz wyraźniej przestaje być technologicznym dodatkiem, a zaczyna pełnić rolę jednego z kluczowych filarów systemów ochrony zdrowia.

Wpływ sztucznej inteligencji na praktykę medyczną jest już mierzalny. Badania publikowane m.in. w BMJ Quality & Safety oraz analizach Harvard School of Public Health wskazują, że systemy wspierające decyzje kliniczne mogą ograniczyć liczbę błędów medycznych o ok. 27%. Jednocześnie, jak wynika z analiz McKinsey & Company, czas diagnozy skraca się średnio o 20-22%, co ma bezpośrednie przełożenie na skuteczność leczenia.

W wybranych obszarach, takich jak analiza obrazów medycznych, algorytmy osiągają skuteczność na poziomie ok. 94%, przewyższając średnią skuteczność lekarzy wynoszącą ok. 88% – wynika z publikacji w Nature Medicine oraz Lancet Digital Health. W praktyce AI nie zastępuje specjalistów, ale staje się narzędziem zwiększającym precyzję i szybkość podejmowania decyzji.

Chmura fundamentem rozwoju technologicznego sektora opieki zdrowotnej

Rozwój sztucznej inteligencji w medycynie jest ściśle powiązany z transformacją infrastrukturalną sektora. Rynek chmury w ochronie zdrowia ma wzrosnąć z 54,7 mld USD w 2025 r. do 93,4 mld USD w 2030 r. – wynika z danych MarketsandMarkets i Grand View Research – a w dłuższej perspektywie osiągnąć ok. 275 mld USD w 2034 r., według prognoz Precedence Research.

To właśnie środowiska chmurowe umożliwiają skalowanie mocy obliczeniowej, integrację danych oraz wdrażanie zaawansowanych modeli AI. Według Gartnera już ponad 70% nowych rozwiązań digital health powstaje w modelu cloud-first.

Bez odpowiedniej infrastruktury i mocy obliczeniowej nie ma mowy o skalowaniu AI w medycynie. Kluczowe jest nie tylko przetwarzanie danych, ale też ich bezpieczeństwo i zgodność z regulacjami, które w sektorze zdrowia są szczególnie restrykcyjne – mówi Piotr Czernichowski, Business Development Manager w Polcom. – Zmiana ta dotyczy nie tylko technologii, ale całej architektury systemów zdrowotnych – od elektronicznej dokumentacji medycznej, przez telemedycynę, po platformy analityczne i systemy wspierające decyzje kliniczne – dodaje.

Dane jako kluczowy zasób system ochrony zdrowia

Rosnące inwestycje i szybkie tempo adopcji technologii sprawiają, że sektor ochrony zdrowia staje się jednym z głównych beneficjentów rozwoju AI. Jednocześnie rośnie znaczenie danych – ich jakości, dostępności i bezpieczeństwa – jako kluczowego zasobu w procesie leczenia.

W sektorze ochrony zdrowia kontrola nad informacjami staje się kluczowym wyzwaniem. Mówimy o danych o szczególnie wysokim poziomie wrażliwości, dlatego organizacje coraz częściej poszukują rozwiązań, które zapewniają ich przetwarzanie w bezpiecznym, w pełni kontrolowanym środowisku. W odpowiedzi na te potrzeby coraz większą rolę odgrywa właśnie chmura obliczeniowa — oferująca nie tylko wysoki poziom bezpieczeństwa i zgodności regulacyjnej, ale także skalowalność oraz elastyczność niezbędną do rozwoju nowoczesnych usług medycznych. Inwestycja w chmurę i AI w ochronie zdrowia jest często postrzegana przez pryzmat kosztu wdrożenia. Tymczasem właściwe pytanie brzmi: ile kosztuje brak tej infrastruktury? Przestój systemu, utrata danych, niespełnienie wymogów regulacyjnych – to realne ryzyka finansowe, które wielokrotnie przewyższają koszt nowoczesnego, bezpiecznego środowiska. Organizacje, które patrzą na chmurę wyłącznie jako na wydatek IT, pomijają jej strategiczną rolę w utrzymaniu ciągłości działania i zgodności z przepisami – podkreśla ekspert Polcom.

Wraz z tym przesunięciem pojawiają się nowe wyzwania związane z integracją systemów, interoperacyjnością oraz zgodnością z regulacjami dotyczącymi danych medycznych. W najbliższych latach można spodziewać się dalszego przyspieszenia tego trendu. AI będzie coraz głębiej integrowana z codzienną praktyką kliniczną, a decyzje dotyczące inwestycji w technologie i infrastrukturę staną się jednym z kluczowych czynników kształtujących jakość i dostępność opieki zdrowotnej. W efekcie to tempo adaptacji AI – a także zdolność do bezpiecznego zarządzania danymi – może przesądzić o tym, które systemy ochrony zdrowia będą w stanie skutecznie odpowiadać na rosnące potrzeby pacjentów i ograniczenia kosztowe.

Reklasyfikacja marihuany w USA rozgrzała rynek. Akcje konopnych spółek najpierw rosły, potem spadały

W USA doszło do długo oczekiwanej zmiany w polityce wobec marihuany. Administracja Donalda Trumpa ogłosiła wykreślenie marihuany z najbardziej restrykcyjnej kategorii federalnych substancji kontrolowanych. To ważna decyzja dla branży i inwestorów. Nie oznacza jednak, że Stany Zjednoczone zalegalizowały marihuanę rekreacyjną na poziomie federalnym. Do tego droga pozostaje długa i politycznie trudna. Po reklasyfikacji, zgodnie z zasadą „kupuj plotki, sprzedawaj fakty”, akcje firm z branży najpierw silnie wzrosły, a potem mocno spadły. Ostateczny bilans pozostaje jednak pozytywny, ponieważ cała branża w ostatnim miesiącu zachowywała się lepiej niż amerykański indeks S&P500.

Reklasyfikacja, do której doszło pod koniec kwietnia, polegała na przeniesieniu produktów zatwierdzonych przez FDA oraz marihuany medycznej z kategorii I do kategorii III. W USA substancje kontrolowane są podzielone na pięć grup, od Schedule I, czyli najbardziej restrykcyjnej, do Schedule V, czyli najłagodniejszej. O klasyfikacji decyduje DEA, biorąc pod uwagę m.in. ryzyko nadużywania danej substancji oraz jej możliwe zastosowanie medyczne. W praktyce zmiana oznacza uznanie, że marihuana może mieć zastosowanie w leczeniu. Nie jest już traktowana tak samo jak substancje z Schedule I, które uznaje się za pozbawione wartości medycznej i obarczone wysokim ryzykiem nadużyć. Przeniesienie do Schedule III oznacza łagodniejsze podejście regulacyjne, łatwiejsze prowadzenie badań klinicznych oraz możliwość korzystniejszego rozliczania podatków przez firmy działające w legalnym segmencie medycznym.

Szczególnie ważne jest to, że po przeniesieniu marihuany medycznej z Schedule I do Schedule III firmy z legalnego segmentu medycznego mogą zyskać możliwość normalnego zaliczania wielu wydatków do kosztów uzyskania przychodu. Wcześniej było to niemożliwe i mocno obciążało ich rentowność.

Nie jest to jednak zielone światło dla pełnej legalizacji. Rekreacyjna marihuana pozostaje nielegalna na poziomie federalnym. USA funkcjonują dziś w systemie prawnej mozaiki. Marihuana rekreacyjna jest legalna w 24 stanach, a marihuana medyczna w 42 stanach. To pokazuje skalę zmian społecznych i gospodarczych, ale jednocześnie podkreśla główny problem branży. Prawo stanowe i federalne nadal nie mówią jednym głosem, a czasem pozostają ze sobą sprzeczne.

Najważniejszą kwestią dla branży pozostaje jednak federalna legalizacja, która nadal wydaje się odległa i nieprzesądzona. Co prawda administracja Trumpa sygnalizuje bardziej otwarte podejście do polityki narkotykowej, jednak warto pamiętać, że na federalną legalizację nie zdecydowała się także poprzednia administracja prezydenta Bidena, na co rynek wcześniej bardzo liczył. Federalna legalizacja marihuany rekreacyjnej wymaga szerokiego porozumienia politycznego, ponieważ decyzję musi podjąć Kongres. Polymarket wycenia szanse dalszej zmiany statusu marihuany do końca roku na 25 proc.

Reakcja rynku na reklasyfikację była bardzo gwałtowna. Akcje części spółek po ogłoszeniu decyzji mocno rosły, ale później równie szybko oddały znaczną część wzrostów. To klasyczny przykład rynkowej zasady „kupuj plotki, sprzedawaj fakty”. Inwestorzy wcześniej częściowo oczekiwali tej decyzji, a po jej publikacji zaczęli analizować nie tylko potencjalne korzyści, lecz także to, czego decyzja wciąż nie rozwiązuje. Jednak dla całej branży efekt pozostaje umiarkowanie pozytywny. Skupiający globalne spółki z tego sektora fundusz ETF Amplify Alternative Harvest ETF (MJ) wzrósł w ciągu ostatniego miesiąca o 11 proc. Choć w okresie ogłoszenia decyzji również obserwowaliśmy najpierw silny wzrost, a później mocne odreagowanie w dół. Akcje związane z konopiami radziły sobie zatem lepiej niż szeroki rynek, ponieważ S&P500 wzrósł w tym czasie o ponad 8 proc. Nie można jednak tych wyników rozpatrywać w oderwaniu od wcześniejszych kilku lat spadków. W ciągu ostatnich trzech lat MJ stracił łącznie 33 proc.

Rynek konopny w USA cały czas rośnie i ma osiągnąć wartość około 47 mld dolarów w 2026 roku. Dzieli się przede wszystkim na dwie grupy firm. Pierwszą są amerykańskie MSO, czyli multi state operators, działające w co najmniej kilku amerykańskich stanach. Do tej grupy należą m.in. Trulieve, Curaleaf, Verano czy Cresco Labs. Drugą grupą są kanadyjskie LP, czyli licensed producers, takie jak Tilray, Canopy Growth, Cronos czy Aurora Cannabis. Są one łatwiejsze do kupienia przez inwestorów, ponieważ częściej notowane są na NASDAQ lub NYSE, ale ich dostęp do rynku amerykańskiego pozostaje ograniczony.

Spółki z branży zmagają się z dużą zmiennością kursów. Im bliżej firma znajduje się samej uprawy i sprzedaży marihuany, tym zwykle większa jest zmienność jej akcji. Dodatkowo wiele spółek konopnych ma małą kapitalizację, co wzmacnia ruchy kursów zarówno w górę, jak i w dół. Branża nadal zmaga się także z ograniczonym dostępem do bankowości, problemami z przechowywaniem aktywów, trudnościami z wejściem na duże giełdy, ograniczoną płynnością części akcji oraz zależnością od przepisów stanowych i federalnych. Dlatego inwestorzy powinni patrzeć nie tylko na polityczne decyzje, ale przede wszystkim na fundamenty.

Reklasyfikacja marihuany medycznej to ważny krok, który może poprawić rentowność części firm oraz ułatwić dalszy rozwój i badania. Najważniejsza perspektywa dla branży to jednak federalna legalizacja, która może pchnąć niszowy biznes do inwestycyjnego mainstreamu. Jednak ta perspektywa pozostaje nadal odległa i niepewna. A branża nadal nie jest rynkiem dla osób o słabych nerwach. Może nagradzać cierpliwych inwestorów, ale wymaga długiego horyzontu, odporności na zmienność i uważnego śledzenia decyzji regulatorów.

Organizacja human-centric w erze AI – jak LM PAY S.A. łączy automatyzację z zaufaniem

W fintechach wyzwaniem nie jest już samo wdrażanie sztucznej inteligencji, ale określenie granicy między automatyzacją a odpowiedzialnością za decyzję. Kluczowe staje się dziś budowanie organizacji, w której technologia zwiększa skalę działania, ale człowiek nadal odpowiada za jakość decyzji, relacje i zaufanie klientów.

W fintechu oznacza to przejście od myślenia o automatyzacji jako celu samym w sobie do modelu, który coraz częściej określany jest jako współpraca człowieka i sztucznej inteligencji w ramach odpowiedzialnego, human-centric biznesu.

Szczególnie widoczne jest to w sektorach, w których decyzje finansowe bezpośrednio wpływają na jakość życia, zdrowie i komfort klientów – takich jak finansowanie usług medycznych, estetycznych czy ubezpieczeniowych.

AI nie zastępuje ludzi – zmienia ich rolę

Współczesny fintech nie powinien funkcjonować w logice pełnej automatyzacji. Rośnie bowiem świadomość, że istnieje wyraźna granica między efektywnością operacyjną a odpowiedzialnością decyzyjną.

Sztuczna inteligencja doskonale radzi sobie z wieloma procesami operacyjnymi, szczególnie tam, gdzie kluczowe są szybkość, powtarzalność i analiza dużych zbiorów danych. Istnieją jednak obszary, w których decyzja nadal wymaga odpowiedzialności człowieka doświadczenia:

  • sytuacje niestandardowe wymagające indywidualnej interpretacji i doświadczenia,
  • decyzje kredytowe o podwyższonym poziomie ryzyka,
  • obsługa klienta w momentach kryzysowych.

Jak podkreśla Jakub Czarzasty, CEO LM PAY S.A.:

„W naszej branży technologia ma olbrzymie znaczenie wtedy, gdy wspiera odpowiedzialne decyzje i realnie poprawia jakość doświadczenia klienta. AI przyspiesza procesy, ale nie zastępuje odpowiedzialności za ich skutki”.

LM PAY jako przykład firmy human-centric

LM PAY S.A. działa w obszarze finansowania usług medycznych i estetycznych, gdzie kluczowym elementem modelu biznesowego jest zaufanie pacjenta i partnera (gabinetu, kliniki).

Właśnie w tym kontekście powstały i funkcjonują rozwiązania takie jak MediRaty i MediPay, które stanowią praktyczne wdrożenie embedded finance w sektorze ochrony zdrowia i usług medycznych.

W tym modelu technologia nie zastępuje relacji – lecz ją wspiera. Kluczowe momenty procesu nadal wymagają zaufania, odpowiedzialności i ludzkiej decyzji.

W praktyce oznacza to wyraźny podział ról:

  • AI przejmuje powtarzalne, operacyjne i analityczne zadania,
  • człowiek odpowiada za decyzje, relacje i wyjątki od reguł.

W finansowaniu usług medycznych ma to szczególne znaczenie – proces może być cyfrowy i szybki, ale finalne zaufanie buduje się w interakcji pomiędzy klientem, placówką i instytucją finansową.

Olga Gójska, Dyrektor Sprzedaży LM PAY S.A. dodaje:

„Nasze rozwiązania finansowe mają zwiększać dostępność usług i upraszczać procesy, jednocześnie zapewniając przewidywalność i stabilność zarówno dla pacjentów, jak i partnerów medycznych”.

Podejście human-centric jako przewaga konkurencyjna

W branży fintech coraz częściej obserwujemy, że:

  • szybkość działania staje się standardem,
  • UX jest warunkiem wejścia na rynek,
  • dostęp do technologii jest powszechny.

W takim środowisku przewaga konkurencyjna przesuwa się w stronę:

  • zaufania,
  • jakości relacji,
  • odpowiedzialności,
  • zdolności łączenia technologii z człowiekiem.

W szczególności w finansowaniu usług medycznych brak elementu ludzkiego w procesie może oznaczać utratę poczucia bezpieczeństwa po stronie pacjenta i partnera.

Fintech przyszłości: infrastruktura zaufania

Ewolucja fintechu prowadzi do zmiany jego definicji. Nie jest to już wyłącznie sektor technologii finansowej, ale coraz częściej infrastruktura zaufania pomiędzy klientem, usługodawcą i instytucją finansową.

Najczęściej dzieje się to w trzech przypadkach:

  • AI odpowiada za skalę i efektywność,
  • człowiek odpowiada za sens, odpowiedzialność i relacje,
  • produkt finansowy staje się elementem szerszego ekosystemu usług.

Human-centric fintech nie oznacza spowolnienia cyfryzacji. Oznacza jej dojrzalszą formę – taką, w której technologia i człowiek nie konkurują ze sobą, ale współtworzą wartość.

Jak pokazuje podejście LM PAY S.A. oraz rozwój rozwiązań takich jak MediRaty (www.mediraty.pl) i MediPay, przyszłość finansowania usług medycznych nie należy do systemów, które zastępują ludzi, ale do tych, które: eliminują tarcie operacyjne i pozwalają ludziom skupić się na tym, co najważniejsze – relacjach i zaufaniu.

Dane z USA zmieniają nastroje. Podwyżki stóp znów stają się realnym scenariuszem

Amerykanie – podobnie jak Chińczycy – pokazali w tym tygodniu dane o inflacji wyraźnie powyżej oczekiwań. Poziomy za oceanem są jednak dużo wyższe, co powoduje, że wraca temat podwyżek stóp procentowych. W tle kapitał ucieka z rynku obligacji.

Inflacja producencka jest problemem

O ile we wtorek byliśmy świadkami odbicia w górę inflacji konsumenckiej, o tyle wczoraj oglądaliśmy wystrzał producenckiej w USA. Ceny wytwórców miały rosnąć o 4,9% w skali roku, a wskaźnik finalnie wyniósł 6%. Pokazuje to, że USA mają fundamentalne problemy w tej sprawie. Przy tak wysokiej presji na producentów należy oczekiwać, że będzie ona prędzej czy później przekładana na użytkownika końcowego. Im wyższa inflacja, tym silniejszy dolar, bo rynki oczekują, że skoro już teraz konsumencka rośnie o 3,8%, to nie ma co czekać na obniżki stóp procentowych. Znacznie bardziej prawdopodobne są podwyżki. Mocniejsza amerykańska waluta pozwoli trochę zamortyzować tę sytuację, bo dobra importowane będą tańsze. Jest to jednak marne pocieszenie dla lokalnych producentów, którzy będą zarabiać mniej, a jednocześnie płacić więcej za życie.

Inflacja w Europie

W ostatnich dniach poznaliśmy wskaźniki dla Francji, Niemiec i Czech. Okazuje się, że w przeciwieństwie do Chin czy Stanów Zjednoczonych, tutaj analitycy się nie pomylili. Inflacja w Niemczech, zgodnie z oczekiwaniami, wyniosła 2,9%. Z kolei Francja pokazała 2,2%, a Czesi 2,5%. Pokazuje to, że Europa znosi obecny kryzys lepiej niż rynek amerykański – przynajmniej pod względem wzrostu cen, który na Starym Kontynencie jest mniej dotkliwy niż za Atlantykiem. Przy obecnym poziomie cen nie ma jeszcze ryzyka podwyżek stóp procentowych w strefie euro. Trzeba jednak pamiętać, że są one na wyraźnie niższym pułapie niż w USA. W rezultacie poziom cen, który będzie wymuszał wzrosty stóp jest niższy, niż za oceanem.

Brak zaufania do złotego

Wczoraj znów oglądaliśmy polskie 10-letnie obligacje z rentownością 5,8%. Powodem jest oczywiście wzrost awersji do ryzyka wśród inwestorów. Dla obywateli nie jest to w sumie najgorsza informacja. Pokazuje to bowiem, że inwestycja w obligacje, będące alternatywą dla lokat bankowych, może przynieść wyższe stopy zwrotu. Z drugiej strony jest jednak sytuacja budżetu państwa. Jako kraj zadłużamy się, emitując obligacje. Jeżeli rynek nie chce kupować ich taniej niż ta wartość, to taki będziemy mieć koszt zadłużania się. W rezultacie obecne zmiany będą problemem dla polskich finansów publicznych.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych,

14:30 – USA – sprzedaż detaliczna.

The Gentlemen pod lupą badaczy. Wyciek ujawnił kulisy działania jednej z największych grup ransomware

Świat cyberbezpieczeństwa wstrzymał oddech po bezprecedensowym włamaniu do systemów wewnętrznych grupy The Gentlemen, która w 2026 roku wyrosła na drugą najaktywniejszą organizację ransomware na świecie z ponad 400 ofiarami na koncie. Dzięki naruszeniu bazy danych hostingu 4VPS, badacze Check Point Research uzyskali rzadki wgląd w działania operacyjne grupy.

The Gentlemen mimo swojej niszczycielskiej skali, jest zarządzana przez zaledwie dziewięciu operatorów skupionych wokół administratora o pseudonimie zeta88. Ten doświadczony cyberprzestępca, wywodzący się z programu Qilin, stworzył nową potęgę w zaledwie trzy dni, wykorzystując do budowy panelu administracyjnego zaawansowane chińskie modele sztucznej inteligencji, takie jak DeepSeek i Qwen.

Sukces grupy opiera się na agresywnym modelu biznesowym oferującym partnerom aż 90% zysków, co pozwoliło na błyskawiczne przejęcie najbardziej doświadczonych hakerów z konkurencyjnych programów. Ujawnione logi z czatów i negocjacji pokazują bezwzględną skuteczność grupy, która nie tylko automatyzuje ataki, ale w której sam administrator osobiście nadzoruje proces szyfrowania danych u ofiar. Strategia The Gentlemen opiera się na brutalnej eksploatacji niezałatanych urządzeń sieciowych i luk w VPN-ach, takich jak CVE-2024-55591, co pozwala im na błyskawiczne przejęcie kontroli nad domeną i jednoczesne uderzenie we wszystkie punkty końcowe.

Uzyskanie tak szerokiego wglądu w aktywną operację ransomware zdarza się rzadko. To nie są anonimowe postacie działające w cieniu, lecz profesjonaliści posiadający konkretne stanowiska, oczekiwania co do wyników i model przychodowy. Administrator zbudował ich platformę ataku w trzy dni przy użyciu sztucznej inteligencji. Jedno włamanie stało się kluczem do kolejnej ofiary. Mamy do czynienia z przestępczością zorganizowaną o mentalności startupu i specjaliści bezpieczeństwa muszą zacząć ją tak traktować – mówi Eli Smadja, menedżer grupy w Check Point Research.

Szczególnie alarmujący dla liderów biznesu jest przypadek brytyjskiej firmy konsultingowej, której dane posłużyły grupie jako „pomost” do ataku na tureckiego klienta. W ramach wyrafinowanego szantażu hakerzy publicznie oskarżyli Brytyjczyków o bycie ich nieświadomym brokerem dostępu, próbując tym samym skłócić partnerów biznesowych i wymusić drogę sądową między ofiarami. Wg Check Point Research, ten profesjonalny model „biznesowy” pokazuje, że współczesne ransomware to nie tylko złośliwy kod, ale przede wszystkim doskonale zorganizowana i skalowalna machina do zarabiania pieniędzy, wykorzystująca najnowsze zdobycze technologii AI do destabilizacji globalnego rynku.

Duża transakcja na rynku PRS. PZFD: najem instytucjonalny nie odbiera Polakom mieszkań

Planowana finalizacja jednej z największych transakcji na polskim rynku najmu instytucjonalnego ponownie otworzyła dyskusję o roli sektora PRS w mieszkalnictwie. Polski Związek Firm Deweloperskich wskazuje, że ocena tego segmentu powinna opierać się na danych, proporcjach oraz realnych potrzebach mieszkaniowych, a nie wyłącznie na pojedynczych transakcjach.

Po zgodzie Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów Vantage Development może sfinalizować przejęcie 18 spółek działających na rynku najmu instytucjonalnego. Transakcja obejmuje 5322 gotowe lokale na wynajem w Warszawie, Wrocławiu, Krakowie, Gdańsku, Poznaniu i Łodzi. Jej wartość, według wcześniejszych informacji rynkowych, wynosi około 2,4 mld zł.

PRS wciąż stanowi mały fragment rynku mieszkaniowego

PZFD podkreśla, że choć skala transakcji jest istotna dla młodego segmentu najmu instytucjonalnego, jej znaczenie dla całego rynku mieszkaniowego należy oceniać we właściwych proporcjach. Według danych GUS w 2025 roku w Polsce oddano do użytkowania 208,8 tys. mieszkań, z czego deweloperzy przekazali 134,1 tys. lokali.

Dla porównania cały polski sektor najmu instytucjonalnego liczy około 28 tys. mieszkań. Prognozy zakładają, że do 2029 roku może wzrosnąć do ponad 50 tys. lokali. Oznacza to, że mimo dynamicznego rozwoju PRS pozostaje niewielkim dodatkiem do rynku mieszkaniowego, a nie jego dominującym segmentem.

Według różnych szacunków w rękach indywidualnych właścicieli znajduje się obecnie ponad milion mieszkań przeznaczonych na wynajem. Na tym tle najem instytucjonalny odpowiada za około 2 proc. całego rynku najmu i około 0,2 proc. wszystkich mieszkań w kraju.

Deficyt mieszkań pozostaje głównym problemem

PZFD zwraca uwagę, że najważniejszym wyzwaniem pozostaje dostępność mieszkań. Z raportu Habitat for Humanity Poland z 2025 roku wynika, że w Polsce brakuje około 2 mln mieszkań odpowiadających realnym potrzebom społecznym, finansowym i rodzinnym osób poszukujących lokum.

Niedobór mieszkań jest szczególnie widoczny w największych miastach i ich obszarach funkcjonalnych. To tam koncentrują się miejsca pracy, uczelnie, usługi publiczne oraz infrastruktura. W tych lokalizacjach rośnie popyt zarówno na mieszkania kupowane na własność, jak i na stabilną ofertę najmu.

Jednocześnie Polska pozostaje krajem o bardzo wysokim udziale własności mieszkaniowej. Według danych Eurostatu w 2024 roku 68 proc. mieszkańców Unii Europejskiej mieszkało w lokalach własnościowych, podczas gdy w Polsce było to około 86–87 proc. Rozwój PRS nie zmienia więc dominującego modelu mieszkaniowego, ale uzupełnia ofertę tam, gdzie zakup mieszkania nie jest możliwy lub nie odpowiada aktualnym potrzebom.

– Rynek mieszkaniowy powinien odpowiadać na różne potrzeby i etapy życia. Inne potrzeby ma rodzina kupująca pierwsze mieszkanie, inne student, osoba przeprowadzająca się do innego miasta czy cudzoziemiec podejmujący pracę w Polsce. Potrzebujemy zarówno silnego rynku mieszkań na sprzedaż, jak i bezpiecznego, przejrzystego oraz profesjonalnego rynku najmu. Własność pozostaje ważną potrzebą wielu Polaków, ale stabilny najem jest niezbędnym elementem dojrzałego rynku mieszkaniowego – podkreśla Bartosz Guss, dyrektor generalny Polskiego Związku Firm Deweloperskich.

Najem instytucjonalny jako uzupełnienie rynku

Na sytuację mieszkaniową w Polsce coraz silniej wpływają mobilność zawodowa, migracje do największych miast, umiędzynarodowienie rynku pracy i szkolnictwa wyższego oraz zmieniające się modele życia. Według danych ZUS na koniec 2025 roku w Polsce legalnie pracowało i podlegało ubezpieczeniom społecznym blisko 1,29 mln obcokrajowców. W roku akademickim 2024/2025 na polskich uczelniach studiowało 108,6 tys. cudzoziemców.

To grupy, które często potrzebują stabilnego najmu, zanim zdecydują się na zakup mieszkania albo zanim zwiążą się z konkretnym miastem na stałe. Z tej perspektywy PRS może być jednym z elementów zwiększania dostępnej oferty mieszkaniowej.

Najem instytucjonalny nie zastępuje mieszkań własnościowych, najmu prywatnego, mieszkań komunalnych, społecznych ani akademików. Może jednak dostarczać lokale projektowane od początku z myślą o wynajmie, zarządzane profesjonalnie i oferowane na przejrzystych zasadach.

Wysoki poziom wynajęcia pokazuje popyt

Według danych JLL średni poziom wynajęcia mieszkań w sektorze najmu instytucjonalnego wynosi obecnie 95–98 proc. Oznacza to wysokie zainteresowanie profesjonalnie zarządzanymi lokalami na wynajem. Nawet przy dalszym wzroście sektor ten pozostanie jednak niewielką częścią całego rynku.

Prognozowane 50 tys. lokali w PRS odpowiadałoby około 4 proc. dzisiejszego prywatnego rynku najmu oraz około 0,3 proc. całego zasobu mieszkaniowego w Polsce. Zdaniem PZFD pokazuje to, że najem instytucjonalny nie powinien być traktowany jako główna przyczyna problemów mieszkaniowych, lecz jako jeden z elementów uzupełniających ofertę.

– Inwestorzy instytucjonalni odpowiadają na ogromne zapotrzebowanie na wysokiej jakości mieszkania na wynajem, rozwijając profesjonalnie zarządzane projekty PRS, które oferują najemcom stabilne umowy najmu oraz dodatkowe udogodnienia – komentuje Patrick Pospiech z JLL.

PZFD: rozwój PRS należy oceniać w kontekście całego rynku

Polski Związek Firm Deweloperskich wskazuje, że rozwój rynku najmu instytucjonalnego powinien być oceniany w szerszym kontekście: deficytu mieszkaniowego, rosnącej mobilności zawodowej, napływu cudzoziemców oraz potrzeb osób, które nie chcą lub nie mogą kupić mieszkania. Organizacja podkreśla, że pojedyncze duże transakcje mogą wywoływać dyskusję publiczną, ale nie zmieniają struktury całego rynku.

– Warto patrzeć na liczby. Mówimy o segmencie, który jest widoczny medialnie, ale wciąż bardzo mały w skali całego rynku. Jego rozwój nie odbiera Polakom mieszkań. Przeciwnie – zwiększa liczbę dostępnych lokali na wynajem w miastach, w których popyt mieszkaniowy jest największy – podsumowuje Bartosz Guss.

Według PZFD najem instytucjonalny pozostanie niewielkim, ale potrzebnym uzupełnieniem rynku. Jego znaczenie może rosnąć szczególnie w największych miastach, gdzie presja popytowa jest najwyższa, a potrzeby mieszkaniowe są najbardziej zróżnicowane.

Roczne rozliczenie składki zdrowotnej za 2025 rok. Przedsiębiorcy muszą zdążyć do 20 maja

Tylko do 20 maja przedsiębiorcy mają czas na złożenie rocznego rozliczenia składki zdrowotnej za 2025 rok. Informacje te należy wykazać w deklaracji ZUS za kwiecień i w tym samym terminie uregulować ewentualną niedopłatę. Jeśli z rozliczenia wynika nadpłata, przedsiębiorca może wystąpić o jej zwrot, a środki trafią na wskazany rachunek bankowy najpóźniej do 3 sierpnia 2026 roku.

Roczne rozliczenie muszą złożyć przedsiębiorcy opodatkowani według skali podatkowej, podatkiem liniowym oraz ryczałtem – niezależnie od tego, czy prowadzili działalność przez cały 2025 rok, czy zawiesili ją w jego trakcie. Zwolnienie z tego obowiązku obejmuje m.in. osoby rozliczające się kartą podatkową oraz wspólników spółek komandytowych.

Skala, liniowy, ryczałt: jak rozliczyć składkę zdrowotną za 2025 rok

W przypadku przedsiębiorców rozliczających się według skali podatkowej miesięczna składka zdrowotna wynosi 9 proc. dochodu i jest ustalana na podstawie dochodu z miesiąca poprzedzającego miesiąc, za który jest rozliczana. Nie może być jednak niższa niż kwota odpowiadająca 9% minimalnego wynagrodzenia obowiązującego w pierwszym dniu roku składkowego.

Rok składkowy dla celów ZUS trwa od 1 lutego do 31 stycznia roku następnego. Oznacza to, że składkę zdrowotną za styczeń 2026 obliczamy jeszcze według zasad ustalonych na luty 2025. Wówczas minimalne wynagrodzenie wynosiło 4 666 zł, a minimalna podstawa wymiaru składki stanowiła 75% tej kwoty, czyli 3 499,50 zł.

W przeliczeniu na konkretne wartości minimalna miesięczna składka zdrowotna na skali podatkowej w roku 2026 wynosi:

  • za styczeń 2026: 314,96 zł (75% × 4 666 zł × 9%),
  • za luty–grudzień 2026: 432,54 zł (4 806 zł × 9%).

Podobne zasady obowiązują przedsiębiorców, którzy wybrali podatek liniowy. W ich przypadku miesięczna składka zdrowotna wynosi 4,9% dochodu za poprzedni miesiąc, również liczonego narastająco, przy czym nie może być mniejsza niż wartość minimalna podana wyżej dla skali.

Inaczej składkę obliczają przedsiębiorcy rozliczający się ryczałtem od przychodów ewidencjonowanych. W tym przypadku jej wysokość nie zależy od dochodu, lecz od rocznych przychodów z działalności. Podstawą wymiaru składki jest odpowiedni procent przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia z IV kwartału poprzedniego roku.

  • Roczny przychód do 60 000 zł – 60% przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia z IV kwartału 2025 roku.
  • Roczny przychód od 60 000,01 do 300 000 zł – 100% przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia z IV kwartału 2025.
  • Roczny przychód powyżej 300 000 zł – 180% przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia z IV kwartału 2025 roku.

Wysokość przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia z IV kwartału 2025 roku to 9 228,64 zł co oznacza, że składka zdrowotna na ryczałcie w roku 2026 wynosi:

 

Roczny przychód (próg) Składka miesięczna
do 60 000 zł 498,35 zł
od 60 000,01 do 300 000 zł 830,58 zł
powyżej 300 000 zł 1495,04 zł

 

Na ryczałcie rok składkowy dla celów składki zdrowotnej pokrywa się z rokiem kalendarzowym, czyli trwa od 1 stycznia do końca grudnia tego samego roku. W tej formie opodatkowania przedsiębiorca może wybrać sposób naliczania składki zdrowotnej na podstawie przychodów bieżących lub na podstawie przychodów ubiegłorocznych, jeżeli prowadził działalność cały ubiegły rok – mówi Joanna Łuksza, kierownik Zespołu Ekspertów Księgowych w IFIRMA.PL.

Odliczenia od dochodu/przychodu składki zdrowotnej

Przedsiębiorcy powinni pamiętać, że forma opodatkowania wpływa nie tylko na sposób obliczania składki zdrowotnej, ale także na możliwość jej rozliczenia podatkowego. Najmniej korzystne zasady obowiązują podatników rozliczających się według skali podatkowej. W ich przypadku zapłacone składki zdrowotne nie mogą zostać ani zaliczone do kosztów uzyskania przychodów, ani odliczone od dochodu.

–  Inaczej wygląda sytuacja przedsiębiorców na podatku liniowym. Mogą oni uwzględnić zapłacone składki zdrowotne w kosztach podatkowych albo odliczyć je od dochodu, jednak wyłącznie do limitu określonego w przepisach. Z kolei podatnicy rozliczający się ryczałtem od przychodów ewidencjonowanych mogą pomniejszyć przychód o 50 proc. zapłaconych składek zdrowotnych. Oznacza to, że choć sama składka pozostaje obowiązkowym obciążeniem, w części może obniżyć podstawę opodatkowania – wyjaśnia Joanna Łuksza z FIRMA.PL.

Roczne rozliczenie składki zdrowotnej

Roczne rozliczenie składki zdrowotnej za 2025 rok przedsiębiorcy składają w tym samym terminie, niezależnie od formy opodatkowania. Należy je wykazać w deklaracji ZUS DRA lub ZUS RCA za kwiecień 2026 roku, składanej do 20 maja.

Przedsiębiorcy powinni pamiętać też, że zawieszenie działalności nie zawsze zwalnia z obowiązku rocznego rozliczenia. Jeśli firma była prowadzona choćby przez część roku składkowego, a przedsiębiorca podlegał ubezpieczeniu zdrowotnemu, nadal może być zobowiązany do złożenia rozliczenia i wykazania nadpłaty albo niedopłaty – dodaje ekspertka IFIRMA

Nadpłata, niedopłata i korekta

Jeżeli z rocznego rozliczenia składki zdrowotnej wynika nadpłata, wniosek o jej zwrot, czyli RZS-R, zostanie udostępniony na profilu płatnika w eZUS/PUE-ZUS następnego dnia po złożeniu rozliczenia. Należy go wysłać najpóźniej do 1 czerwca 2026 roku. Zwrot środków powinien nastąpić najpóźniej do 3 sierpnia 2026 roku. Jeśli przedsiębiorca nie złoży wniosku, ZUS rozliczy nadpłatę na jego koncie, a w przypadku zaległości zaliczy ją w pierwszej kolejności na ich poczet.

W przypadku, gdy z rozliczenia wynika niedopłata, trzeba ją uregulować razem ze składkami za kwiecień, czyli do 20 maja 2026 roku. Po tym terminie może być traktowana jako zaległość wobec ZUS. Błędy w dokumentach można skorygować – w przypadku wniosku o zwrot nadpłaty najpóźniej w dniu jego wysłania, a w pozostałych przypadkach do 1 lipca 2026 roku.

Wzrost składki zdrowotnej od lutego 2026 r.

Od 1 lutego 2026 r. wzrosła minimalna podstawa wymiaru składki zdrowotnej dla części przedsiębiorców. Zmiana dotyczy przedsiębiorców stosujących skalę podatkową, podatek liniowy lub preferencję IP Box.

W roku składkowym obejmującym okres od 1 lutego 2026 r. do 31 stycznia 2027 r. minimalna miesięczna podstawa wymiaru składki zdrowotnej wynosi 4 806 zł. Oznacza to podwyższenie składki zdrowotnej do 432,54 zł miesięcznie. Dla porównania jeszcze za styczeń 2026 r. minimalna składka zdrowotna wynosiła 314,96 zł.

Zmianę tę odczują szczególnie przedsiębiorcy osiągający niskie dochody albo okresowo wykazujących stratę z działalności gospodarczej. W praktyce oznacza to, że nawet przedsiębiorca, który w danym miesiącu nie osiągnie realnego dochodu, nadal będzie zobowiązany do opłacenia minimalnej składki zdrowotnej w pełnej wysokości. Zmiana ma też duże znaczenie dla osób prowadzących jednoosobową działalność gospodarczą, zwłaszcza w branżach o nieregularnych przychodach – komentuje Joanna Łuksza z IFIRMA.PL.

Najważniejsze daty dla przedsiębiorców

  • 20 maja 2026 r. – złożenie rocznego rozliczenia składki zdrowotnej, opłacenie składek za kwiecień i ewentualnej niedopłaty.
  • 1 czerwca 2026 r. – termin wysłania wniosku RZS-R o zwrot nadpłaty.
  • 1 lipca 2026 r. – ostateczny termin korekty rozliczenia za 2025 rok dla przedsiębiorców, którzy nie składają wniosku o zwrot.
  • 3 sierpnia 2026 r. – najpóźniejszy termin zwrotu nadpłaty przez ZUS, o ile rozliczenie i wniosek są prawidłowe, a na koncie nie ma zaległości.

Dom Development z mocnym początkiem 2026 roku. Przychody wzrosły do 961 mln zł

W pierwszym kwartale 2026 roku Grupa Kapitałowa Dom Development S.A. („Grupa Dom Development”) wypracowała 180 mln zł zysku netto, o 21% więcej niż rok wcześniej, przy wzroście przychodów o 30% r/r do 961 mln zł. Znaczący wzrost wyników finansowych to efekt przekazania klientom 1 273 lokali, czyli o 29% więcej niż w analogicznym okresie 2025 roku, przy utrzymaniu wysokiej efektywności operacyjnej i dyscypliny kosztowej.

Jednocześnie, w pierwszych trzech miesiącach bieżącego roku Grupa Dom Development sprzedała 1 161 lokali netto, co oznacza wzrost o 12% r/r. Był to już siódmy kwartał z rzędu ze sprzedażą na poziomie co najmniej 1 000 lokali, potwierdzający powtarzalność wysokich rezultatów oraz wiodącą pozycję Grupy Dom Development na rynku mieszkaniowym w Polsce.

Skumulowana sprzedaż netto do rozpoznania w przychodach przyszłych okresów, obejmująca lokale już sprzedane, ale jeszcze nieprzekazane nabywcom, na koniec marca 2026 roku wynosiła blisko 5,1 tys. lokali o łącznej wartości 4 mld zł.

– Grupa Dom Development rozpoczęła 2026 rok od bardzo dobrych wyników operacyjnych i finansowych, potwierdzając swoją wiodącą pozycję na rynku mieszkaniowym w Polsce oraz umiejętność skutecznego wykorzystania sprzyjających warunków rynkowych. Pierwszy kwartał przyniósł kontynuację stopniowego ożywienia popytu, wspieranego poprawą zdolności kredytowej klientów oraz dalszym wzrostem wynagrodzeń. Z kolei podwyższona niepewność geopolityczna związana z sytuacją na Bliskim Wschodzie skłoniła część nabywców do przyspieszenia decyzji zakupowych w obawie przed potencjalnym wzrostem inflacji. W największych ośrodkach miejskich w Polsce sprzedaż wyraźnie wzrosła, a jednocześnie oferta pozostawała wysoka, z dużym udziałem lokali gotowych. W odpowiedzi na tę sytuację deweloperzy ograniczali nowe wprowadzenia, dostosowując podaż do aktualnego tempa sprzedaży. Widzimy przy tym wyraźne zróżnicowanie regionalne: przewagę popytu nad podażą w Warszawie, względną równowagę w Trójmieście i Wrocławiu oraz podwyższoną podaż w Krakowie. Na tym tle czas wyprzedaży oferty w Grupie Dom Development pozostaje wyraźnie krótszy niż średnia na poszczególnych rynkach, co potwierdza wysoką skuteczność naszych działań sprzedażowych oraz dopasowanie oferty do oczekiwań klientów – komentuje Mikołaj Konopka, prezes zarządu Dom Development.

Kwartalna sprzedaż netto konsekwentnie powyżej 1 000 lokali

W pierwszym kwartale tego roku Grupa Dom Development sprzedała 1 161 lokali netto, czyli o 12% więcej niż rok wcześniej. Pod tym względem był to najlepszy pierwszy kalendarzowy kwartał w historii Grupy. Transakcje współfinansowane kredytem stanowiły 58% całkowitej sprzedaży, wobec 53% w pierwszym kwartale 2025 roku oraz średnio 56% w całym ubiegłym roku.

Średnia wartość lokalu mieszkalnego sprzedanego przez Grupę w pierwszych trzech miesiącach 2026 roku (obejmująca cenę mieszkania wraz z ewentualnym wykończeniem, komórką lokatorską i miejscem postojowym) wyniosła 842 tys. zł brutto i była nieco wyższa niż w analogicznym okresie 2025 roku (818 tys. zł). Zmiana ta wynika głównie z innej struktury aktualnej oferty.

– Na szerokim rynku ceny mieszkań zasadniczo ustabilizowały się, z wyjątkiem Warszawy, gdzie wzrost średnich cen wynikał głównie z wprowadzania nowych, droższych projektów. Jednocześnie obserwujemy pojawienie się impulsu wzrostu kosztów budowy na skutek wojny na Bliskim Wschodzie, co w najbliższym czasie będzie skutkować zmianą cenników na wybranych projektach – wskazuje Mikołaj Konopka.

W pierwszym kwartale Grupa Dom Development wprowadziła do sprzedaży łącznie 1 382 lokale w ośmiu projektach. Na koniec marca 2026 roku oferta Grupy obejmowała 3 538 lokali, podobnie jak przed rokiem. Przy utrzymaniu tempa sprzedaży z pierwszego kwartału oznaczałoby to możliwość jej całkowitej wyprzedaży w zaledwie trzy kwartały, znacznie szybciej niż w przypadku zdecydowanej większości konkurentów.

Rosnące przychody i zyski, bardzo dobre perspektywy na kolejne kwartały

Miniony kwartał był dla Grupy Dom Development także intensywnym okresem pod względem przekazywania mieszkań klientom. Grupa wydała klucze do 1 273 lokali, o 29% więcej niż w pierwszych trzech miesiącach 2025 roku. Przełożyło się to pozytywnie na wyniki finansowe: skonsolidowane przychody w pierwszym kwartale 2026 roku sięgnęły 961 mln zł, co oznacza wzrost o 30% r/r, a skonsolidowany zysk netto wyniósł 180 mln zł, rosnąc o 21% r/r.

– Na koniec marca 2026 roku Grupa Dom Development miała blisko 5,1 tys. lokali o łącznej wartości 4 mld zł, które zostały już sprzedane, ale jeszcze nieprzekazane klientom. Spośród nich niemal 0,5 tys. stanowiły lokale już ukończone, a budowa kolejnych 3,2 tys. zakończy się jeszcze w tym roku. Skumulowana sprzedaż oraz planowane przekazania, przypadające głównie na drugie półrocze, w połączeniu z optymalizacją kosztów budowy dzięki własnemu generalnemu wykonawstwu, tworzą solidną bazę dla wyników finansowych Grupy w całym 2026 roku. Liczymy, że pozwoli nam to poprawić rezultaty wypracowane w dotychczas rekordowym 2025 roku – zapowiada Monika Dobosz, wiceprezes zarządu, dyrektor finansowy Dom Development.

Bank ziemi z potencjałem do wybudowania ponad 20 tys. lokali

– Mocną stroną Grupy Dom Development jest również wysoki poziom dostępnego finansowania, w tym możliwe do wykorzystania linie kredytowe oraz środki pochodzące z emisji obligacji. Na przełomie lutego i marca z sukcesem przeprowadziliśmy ofertę obligacji skierowaną do inwestorów kwalifikowanych, z której pozyskaliśmy 250 mln zł przy rekordowo niskiej marży. Zapewnia nam to dużą elastyczność w zarządzaniu płynnością, pozwala sprawnie reagować na pojawiające się okazje oraz systematycznie uzupełniać nasz bank ziemi. W pierwszym kwartale sfinalizowaliśmy zakup kilku atrakcyjnych gruntów w Warszawie, Trójmieście i Wrocławiu – informuje Monika Dobosz.

Na koniec pierwszego kwartału bieżącego roku Grupa Dom Development dysponowała bankiem ziemi z potencjałem do wybudowania łącznie około 20,3 tys. lokali, co umożliwia utrzymanie sprzedaży na obecnym poziomie przez blisko 5 lat.

* * *

Wybrane skonsolidowane wyniki finansowe Grupy Dom Development

Rachunek zysków i strat (dane w mln zł) I kw. 2026 I kw. 2025 Zmiana r/r
Przychody ze sprzedaży 960,9 741,9 30%
Przychody ze sprzedaży wyrobów gotowych 943,1 712,4 32%
Przekazane lokale (szt.) 1 273 984 29%
Przychody na lokal (tys. zł) 741 724 2%
Zysk brutto ze sprzedaży 301,8 253,4 19%
Marża brutto 31,4% 34,2% (2,8) p.p.
Zysk operacyjny (EBIT) 223,3 182,0 23%
Marża EBIT 23,2% 24,5% (1,3) p.p.
Zysk brutto 222,6 184,0 21%
Marża zysku brutto 23,2% 24,8% (1,6) p.p.
Zysk netto 180,0 148,4 21%
Marża zysku netto 18,7% 20,0% (1,3) p.p.
Zysk na akcję (zł) 6,98 5,75 21%

 

Koniec ery taniej siły roboczej. Dlaczego fabryki wracają do Europy?

0

Przez lata globalny biznes produkował tam, gdzie jest najtaniej, najszybciej i najbardziej efektywnie – jednak ten model właśnie się kończy. „Reindustrialization of Europe and the US – 2026”, firmy po obu stronach Atlantyku coraz wyraźniej odchodzą od logiki opartej na wydajności kosztowej i zmierzają w kierunku reindustrializacji, w której najważniejsze stają się biznesowa odporność, bezpieczeństwo dostaw i większa kontrola nad kluczowymi zasobami.

Z danych Capgemini wynika, że 73% europejskich i amerykańskich organizacji ma już strategię reindustrializacji albo właśnie ją rozwija. Dla porównania: w 2025 r. było to 66%, a w 2024 r. 59%. W ciągu zaledwie dwóch lat proces ten przeszedł więc drogę od trendu do jednego z głównych tematów na agendach zarządów. Globalna pandemia, konflikty zbrojne, geopolityczna niestabilność, napięcia handlowe i wynikające z tego zakłócenia logistyczne uświadomiły firmom, że najtańszy łańcuch dostaw bywa też najbardziej kruchy.

Najlepiej pokazują to powody, dla których przedsiębiorstwa przenoszą produkcję bliżej rynków macierzystych lub do państw politycznie bardziej przewidywalnych. Z badania Capgemini wynika, że firmy dążą do większej suwerenności i kontroli nad kluczowymi surowcami, komponentami, technologiami i zdolnościami produkcyjnymi, aby ograniczyć zależność od zagranicznych dostawców i ryzyko koncentracji geograficznej. Innymi słowy, są dziś skłonne ponieść wyższe koszty w zamian za większą stabilność i bezpieczeństwo operacyjne.

Jeszcze mocniej wybrzmiewa wpływ geopolityki: aż 85% organizacji przyznaje, że obecne napięcia międzynarodowe skłaniają je do rozważania krajowej produkcji albo sourcingu w państwach sojuszniczych. Biznes przestał traktować geopolitykę jako tło i w rezultacie weszła ona w sam środek kalkulacji inwestycyjnej.

Trzeba zaznaczyć, że firmy nie podejmują decyzji o reindustrializacji wyłącznie pod wpływem strachu. Coraz częściej widzą w niej inwestycję w trwałą przewagę konkurencyjną. 64% respondentów w naszym badaniu deklaruje, że będzie kontynuować działania reindustrializacyjne nawet wtedy, gdy krótkoterminowe koszty wzrosną, a 78% spodziewa się, że w dłuższym okresie większa skala lokalnej lub regionalnej produkcji obniży jednostkowe koszty. Odporność staje się zatem elementem biznesowego rachunku – komentuje Dr Krzysztof Bar- Supply Chain and Procurement Transformation Manager w Capgemini Polska

W tle tej zmiany pozostaje rosnące znaczenie nie tylko suwerenności politycznej – ale też przemysłowej, surowcowej, energetycznej i technologicznej. Z raportu Capgemini wynika, że 72% firm dąży do większej suwerenności lub kontroli nad kluczowymi surowcami, komponentami, technologiami i zdolnościami produkcyjnymi. 62% podkreśla znaczenie suwerenności energetycznej, a 66% – suwerennych zdolności technologicznych. Oznacza to, że w świecie permanentnych kryzysów stawką staje się kontrola nad energią, komponentami, danymi, infrastrukturą i technologią.

Po obu stronach Atlantyku reindustrializacja przybiera inną formę

W USA dominuje tzw. reshoring, czyli powrót produkcji do kraju. Niemal połowa (48%) amerykańskich organizacji zainwestowało już w to rozwiązanie, podczas gdy rok wcześniej było to 30%. To efekt ceł, zachęt federalnych i stanowych oraz coraz silniejszej presji na budowę krajowych mocy produkcyjnych.

Europa idzie inną drogą i częściej wybiera tzw. friendshoring, czyli lokowanie produkcji w krajach sojuszniczych. Taką strategię realizuje 64% organizacji europejskich. W tym regionie przemysł działa jednak w znacznie trudniejszych warunkach kosztowych niż w Ameryce. Ceny energii w UE pozostają średnio dwa razy wyższe niż w USA, a 55% firm europejskich uważa, że regulacje środowiskowe utrudniają reshoring lub nearshoring. W USA takiego zdania jest tylko 26%.

Ambicje a kapitał

Raport Capgemini pokazuje też ciekawy paradoks. Okazuje się bowiem, że choć firmy pokładają w reindustrializacji coraz większe nadzieje na zbudowanie odporności biznesowej, to coraz ostrożniej znajdują na nią kapitał. Łączna wartość inwestycji planowanych na najbliższe trzy lata przez badane organizacje spadła do 2,5 biliona dolarów, wobec 4,7 biliona dolarów deklarowanych rok wcześniej.

Powodem są przede wszystkim niepewność geopolityczna, niestabilność regulacyjna, słabszy klimat inwestycyjny i wyższe koszty energii, szczególnie w Europie. Innymi słowy – ambicje pozostały, ale apetyt na wielkie wydatki osłabł.

Biznes coraz częściej szuka modeli mniej kapitałochłonnych, w tym lepszego wykorzystania istniejących zakładów, współdzielenia aktywów i partnerstw produkcyjnych zamiast kosztownej budowy wszystkiego od zera. Wyjątki są nieliczne, ale znaczące: duże pieniądze nadal płyną do sektorów uznawanych za strategiczne, takich jak półprzewodniki, farmacja, obronność i centra danych. To właśnie tam firmy i państwa wciąż są gotowe płacić za odporność więcej niż za krótkoterminową efektywność.

Inteligentna produkcja jest kluczowa

Powrót produkcji bliżej rynku nie byłby dziś możliwy na większą skalę bez technologii. 87% organizacji zapytanych przez Capgemini deklaruje inwestycje w AI i automatyzację po to, by zrównoważyć wyższe koszty reindustrializacji.

Innymi słowy: jeśli Zachód chce produkować bliżej siebie, musi produkować znacznie inteligentniej. Technologia ma ograniczać koszty pracy, skracać czas wdrożeń, poprawiać jakość i zwiększać elastyczność fabryk. Dlatego reindustrializacja coraz częściej oznacza budowę nowego modelu przemysłu opartego na automatyzacji, robotyce, cyfrowych bliźniakach i danych. Nic zatem dziwnego, że 82% organizacji spodziewa się wzrostu innowacyjności dzięki reindustrializacji.

Główną barierą dla nowej fali uprzemysłowienia są kompetencje

Nowy model produkcji wymaga pracowników o znacznie wyższych kompetencjach niż tradycyjny przemysł. 83% organizacji przyznaje, że niedobór wykwalifikowanej kadry technicznej utrudnia reindustrializację. Problem polega na tym, że biznes wciąż nie jest na to gotowy: tylko 34% firm deklaruje gotowość do włączenia rozwoju kompetencji, szkoleń i cyfrowej biegłości pracowników w model produkcyjny.

W USA skala wyzwania jest szczególnie widoczna – raport przywołuje ponad 400 tysięcy nieobsadzonych miejsc pracy w przemyśle. To oznacza, że bez ludzi umiejących pracować z automatyką, robotyką, AI i danymi nawet najlepiej zaprojektowana reindustrializacja może utknąć na etapie strategii.

Reindustrializacja nie oznacza cofnięcia globalizacji, lecz jej przebudowę. Firmy nie przenoszą dziś po prostu wszystkiego z powrotem do kraju, ale układają produkcję na nowo, bliżej rynku, w krajach sojuszniczych, w bardziej odpornych i politycznie bezpiecznych łańcuchach dostaw. Globalne ekosystemy produkcji raczej się rekonfigurują niż są rysowane od zera. Dlatego wygrywać będą nie ci, którzy najszybciej zamkną offshore, ale ci, którzy najlepiej połączą odporność, technologię, elastyczność kosztową i nowe kompetencje pracowników.

Reindustrializacja nie jest dziś zatem sentymentalnym powrotem do starego przemysłu, tylko próbą zbudowania przemysłu, który przetrwa świat permanentnej niestabilności.

AI zmienia rynek pracy w IT, ale nie w sposób, którego się spodziewano

Jeszcze niedawno dyskusja o wpływie sztucznej inteligencji na rynek pracy w IT była zdominowana przez proste scenariusze zastąpienia człowieka przez technologię. Dziś coraz wyraźniej widać, że rzeczywistość jest bardziej złożona, a zmiany zachodzą równolegle w kilku kierunkach. Z jednej strony rośnie zapotrzebowanie na specjalistów rozwijających i wdrażających rozwiązania oparte na sztucznej inteligencji, z drugiej – automatyzacji ulega coraz większa część pracy wykonywanej dotychczas przez zespoły IT. Nie prowadzi to jednak do zmniejszenia liczby miejsc pracy, lecz do ich redefinicji.

W praktyce oznacza to przesunięcie ciężaru z wykonywania powtarzalnych zadań na kompetencje związane z projektowaniem, integracją i nadzorem nad systemami. Narzędzia oparte na modelach językowych czy automatycznym generowaniu kodu coraz częściej wspierają programistów w codziennej pracy, skracając czas realizacji projektów i zmieniając strukturę zespołów. W efekcie rośnie znaczenie ról łączących kompetencje techniczne z rozumieniem biznesu, a także umiejętności pracy z systemami, które nie są już wyłącznie narzędziem, ale współuczestnikiem procesu tworzenia oprogramowania.

Jednocześnie coraz wyraźniej zarysowuje się napięcie widoczne szczególnie na poziomie wejścia do zawodu. Firmy ograniczają liczbę prostych zadań, które wcześniej stanowiły naturalną ścieżkę rozwoju dla juniorów, ponieważ część z nich przejmują rozwiązania automatyzujące. Nie oznacza to jednak zamknięcia rynku dla mniej doświadczonych specjalistów, lecz zmianę oczekiwań wobec nich. Znajomość podstaw programowania przestaje być wystarczająca, a większego znaczenia nabierają umiejętności analityczne, zdolność pracy z danymi oraz rozumienie kontekstu, w jakim wykorzystywane są technologie – mówi Marek Wróbel, partner zarządzający w Optiveum.

Równolegle obserwowany jest wzrost zapotrzebowania na specjalistów w obszarach takich jak uczenie maszynowe, inżynieria danych czy bezpieczeństwo systemów, co prowadzi do coraz większej polaryzacji rynku. Doświadczeni eksperci zyskują na znaczeniu, ponieważ to oni odpowiadają za projektowanie architektury rozwiązań i podejmowanie decyzji, których nie można w pełni zautomatyzować. W efekcie organizacje coraz częściej koncentrują się nie tylko na pozyskiwaniu talentów, ale także na ich rozwijaniu i utrzymaniu, traktując kompetencje jako zasób strategiczny.

Zmienia się również sposób podejścia do samego procesu rekrutacji. Weryfikacja umiejętności technicznych przestaje opierać się wyłącznie na deklaracjach kandydatów, a coraz większą rolę odgrywa praktyczne sprawdzanie kompetencji oraz dopasowania do konkretnych projektów. W środowisku, w którym technologie ewoluują szybciej niż formalne ścieżki edukacji, zdolność oceny realnych umiejętności staje się kluczowa zarówno dla pracodawców, jak i kandydatów – dodaje Marek Wróbel.

Wpływ sztucznej inteligencji na rynek pracy w IT nie polega na prostym zastępowaniu ludzi, lecz na głębokiej transformacji charakteru pracy. Zmieniają się role, kompetencje i modele współpracy, a granica między człowiekiem a technologią staje się coraz bardziej płynna. W tym kontekście kluczowe znaczenie ma zdolność adaptacji, zarówno po stronie specjalistów, jak i organizacji, które muszą nauczyć się funkcjonować w rzeczywistości, gdzie zmiana nie jest już etapem, lecz stałym elementem działania.


Sztuczna inteligencja nie eliminuje miejsc pracy w IT, lecz redefiniuje role specjalistów, przesuwając ciężar z powtarzalnego kodowania na projektowanie, integrację i nadzór nad systemami. W efekcie dynamicznie rośnie zapotrzebowanie na ekspertów od uczenia maszynowego (ML) oraz inżynierii danych, którzy potrafią tworzyć inteligentne algorytmy osadzone w kontekście potrzeb rynkowych. Ta ewolucja kadrowa w branży technologicznej bezpośrednio napędza intensywny rozwój procesów AI i ML u wiodących dostawców oprogramowania dla przedsiębiorstw, takich jak Comarch.

Jawność cen transakcyjnych z RCN już urealnia negocjacje

Jawność cen transakcyjnych w Rejestrze Cen Nieruchomości (RCN) urealnia negocjacje, zwiększa przejrzystość rynku i powoli ogranicza skrajnie zawyżone ceny – wynika z badania Nieruchomosci-online.pl przeprowadzonego wśród 1500 pośredników. Większość ocen jest pozytywna, ale część agentów studzi oczekiwania: „suche” ceny łatwo źle odczytać, nie wszyscy kupujący i sprzedający umieją z nich korzystać, a różnice w standardzie mieszkań sprawiają, że dane wymagają ostrożnej interpretacji.

„Jak oceniasz ujawnienie cen transakcyjnych z Rejestru Cen Nieruchomości (RCN) oraz jego wpływ na zachowania kupujących i sprzedających?” Takie pytanie zadał grupie 1500 agentów z całej Polski portal ogłoszeniowy Nieruchomosci-online.pl. To pierwsze tak szerokie badanie nastrojów wśród biur nieruchomości przeprowadzone po upublicznieniu danych transakcyjnych.

Z analizy uzyskanych odpowiedzi wynika, że uwolnienie cen transakcyjnych było na wielu lokalnych rynkach niczym włączenie światła w rozmowach o cenie. Najczęściej powtarza się jeden wątek: dane z realnych transakcji zaczęły części sprowadzać dyskusję z poziomu „wydaje mi się” na poziom „sprawdźmy”. Kupujący zyskują poczucie, że łatwiej im ocenić, czy nie przepłacają, przez co wchodzą do negocjacji pewniej, z konkretnym argumentem. Sprzedający natomiast – widząc, za ile podobne mieszkania faktycznie się sprzedają – częściej są skłonni do rozmowy. W efekcie, w opinii wielu pośredników, różnica między cenami ofertowymi a transakcyjnymi może stopniowo się zmniejszać – mówi Rafał Bieńkowski, PR manager w Nieruchomosci-online.pl.

Jednocześnie część agentów studzi oczekiwania. Nie wszyscy korzystają jeszcze z RCN, a dla części kupujących i sprzedających dane nie są w pełni czytelne. Dlatego wpływ narzędzia na rynek może narastać powoli, stopniowo – dodaje Rafał Bieńkowski.

„To ucina spekulacje i emocjonalne podejście do wyceny”

W wielu wypowiedziach przedstawicieli biur ujawnienie cen transakcyjnych jest opisywane jako krok, który pomaga obu stronom transakcji szybciej urealnić oczekiwania.

Dostępność cen transakcyjnych z RCN stała się kluczowym czynnikiem zmieniającym zasady gry. Skończyła się era licytowania pod marzenia, nie ma już mowy o kupowaniu kota w worku. Sprzedający musieli zejść na ziemię, wzrosła elastyczność w negocjacjach – mówi Anna Bylewska z biura Bylewscy Nieruchomości w Poznaniu.

Ujawnienie cen transakcyjnych zwiększyło transparentność rynku. Dla kupujących to ważne narzędzie porównawcze, które pomaga ocenić, czy dana oferta jest rynkowa. Dla sprzedających może to być natomiast moment weryfikacji oczekiwań. W dłuższej perspektywie dostęp do danych transakcyjnych powinien stabilizować rynek i ograniczać skrajnie zawyżone ceny ofertowe – komentuje Agata Stradomska z agencji Białe Lwy w Warszawie.

Pośrednicy podkreślają też, że ujawnienie cen transakcyjnych zmienia sposób prowadzenia rozmów z klientami – dane ułatwiają uzasadnianie wyceny i przesuwają negocjacje z poziomu opinii na poziom argumentów.

Dostęp do danych z RCN to dla nas, pośredników, ogromne ułatwienie. To ucina spekulacje i emocjonalne podejście do wyceny. Gdy pokazuję sprzedającemu twarde dane z sąsiedztwa, dyskusja o cenie przestaje być walką o „widzimisię”, a staje się merytoryczną analizą wartości rynkowej. (…) Sprzedający stają się coraz bardziej pragmatyczni. Odeszli od wystawiania nieruchomości za kwoty z sufitu, bo widzą, że zbyt wysoka cena ofertowa tylko mrozi sprzedaż – opowiada Ewa Tonia z MUVON Nieruchomości.

Agentowi łatwiej jest wyjaśnić różnice między ceną ofertową a transakcyjną, a także pokazać, dlaczego konkretna nieruchomość jest wyceniana w określony sposób – mówi Hanna Kamińska z Metrohouse w Kołobrzegu.

Zarówno właściciele, jak i pośrednicy mogą bardziej realistycznie ustalać ceny ofertowe mieszkań, opierając się na faktycznych transakcjach, a nie tylko na cenach ogłoszeniowych. W dłuższej perspektywie może to przyczynić się do stabilizacji rynku oraz skrócenia czasu sprzedaży nieruchomości, ponieważ ceny będą bliższe realnym oczekiwaniom kupujących – mówi Agnieszka Markowska z biura Biernaccy Nieruchomości w Warszawie.

W opinii agentów, jawność cen transakcyjnych wpływa też na relację między rynkiem pierwotnym i wtórnym.

Ujawnienie cen transakcyjnych w pierwszej kolejności wymusiło urynkowienie cen przez deweloperów. Zmienił się margines zawyżonych cen, co jednocześnie wpłynęło na rynek wtórny, który jest porównywany do pierwotnego jako możliwość nabywania nieruchomości o podobnych parametrach – mówi Robert Klimek z Joy Properties w Warszawie.

Problemem ogromne zróżnicowanie standardów mieszkań

Część agentów biorących udział w badaniu przeprowadzonym przez Nieruchomosci-online.pl podkreśla, że samo ujawnienie cen transakcyjnych to krok w dobrą stronę, ale rynek musi dopiero nauczyć się z tych danych korzystać. Agenci między innymi wyrażają obawy, że niektórzy uczestnicy rynku mogą używać danych zbyt dosłownie. Bez rozumienia, jak wiele czynników buduje cenę, np. standard, piętro, stan prawny, ekspozycja, układ czy niedawny remont.

Na rynku pierwotnym to rewolucja, która ukróci nieuczciwe praktyki niektórych deweloperów. Na rynku wtórnym sprawa jest bardziej złożona. Pochopne wyciąganie wniosków na podstawie suchych danych może przynieść więcej szkody niż pożytku ze względu na ogromne zróżnicowanie standardu mieszkań – komentuje Jacek Kasprzak z agencji Kasprzak Nieruchomości we Wrocławiu.

W jednym bloku różnica cen mieszkań może wynosić do 40 proc. wartości, a sprzedający nie rozumieją mechanizmów wpływających na wartości. Będą podpierali się informacją, za ile sprzedał sąsiad, a nie ile ich mieszkanie realnie jest warte – twierdzi Iwona Pisarek z biura Pisarek Nieruchomości w Warszawie.

RCN jest pomocny dla specjalistów, klienci nie mają wiedzy, jak z niego korzystać. Czasami utrudnia to negocjacje, bo klient rzadko uwzględnia inne czynniki wpływające na zmianę ceny, jak np. wartość pieniądza w czasie, koszty materiałów budowlanych czy koszty pracy – dodaje Dawid Basiak z Metrohouse.

Kolejny wątek dotyczy tego, jak daleko wstecz takie dane powinny być traktowane jako realny punkt odniesienia. Niektórzy agenci zwracają uwagę, że przy szybko zmieniających się warunkach rynkowych starsze transakcje mogą bardziej zaciemniać obraz niż pomagać.

Myślę, że 2-3 lata wstecz taka informacja o cenie jest ważna, ale starsze dane są niepotrzebne – uważa Anna Brljacic z biura Topowi Agenci w Warszawie.

Padają też opinie, że rynek działa po staremu, a na niektórych lokalnych rynkach poziom świadomości istnienia samego rejestru jest niski.

Poza ogromnym zainteresowaniem w pierwszych dniach od uwolnienia cen, niewiele się zmieniło, jeśli chodzi o sprzedających. Nadal w większości przypadków trzymają się cen życzeniowych, a nie realnych na danym rynku – mówi Małgorzata Arkuszyńska z RE/MAX Polska, która także wzięła udział w badaniu Nieruchomosci-online.pl.

––––

Nastrojometr rynku nieruchomości to cokwartalne badanie nastrojów rynkowych w ocenie pośredników. Zostało przeprowadzone przez Nieruchomosci-online.pl i Uniwersytet Ekonomiczny we Wrocławiu w marcu na grupie 1505 agentów.

Polska gospodarka poniżej prognoz. PKB w I kwartale z negatywnym zaskoczeniem

Najnowszy wstępny odczyt PKB w Polsce zaskoczył negatywnie. Wstępny odczyt wzrostu PKB na koniec 1 kwartału wyniósł w ujęciu kwartalnym 0,5% (poprzedni odczyt wynosił 1,1%, a rynek spodziewał się 0,6%), a w ujęciu rocznym i wyrównany sezonowo 3,4% (poprzedni wyniósł 4,1%, a rynek spodziewał się 3,7%).

Wolniej rosnące PKB będzie z pewnością czynnikiem, który może wesprzeć retorykę RPP spod znaku „wait and see”, ponieważ rozważane podwyżki stóp procentowych miałyby dalszy negatywny wpływ na rozwój gospodarczy w Polsce.

Trump chwali Xi, Xi ostrzega w sprawie Tajwanu. Szczyt w Pekinie bez prostych odpowiedzi

Spotkanie Donalda Trumpa i Xi Jinpinga w Pekinie rozpoczęło się w pojednawczym tonie, ale już pierwsze wypowiedzi pokazały, że relacje USA–Chiny pozostają skomplikowane. Xi Jinping podkreślił, że oba państwa powinny być „partnerami, nie rywalami”, wskazując na potrzebę stabilnej współpracy między dwiema największymi gospodarkami świata. Jednocześnie jasno zaznaczył, że Tajwan pozostaje najpoważniejszym punktem zapalnym w relacjach dwustronnych. Ostrzeżenie, że niewłaściwe zarządzanie tą kwestią może doprowadzić do „zderzenia” lub nawet „starć”, przypomina rynkom, że za dyplomatyczną oprawą wizyty nadal kryje się wysokie ryzyko geopolityczne.

Trump przyjął bardziej koncyliacyjny ton, nazywając Xi „wielkim przywódcą” i sugerując, że relacje USA–Chiny mogą być „lepsze niż kiedykolwiek wcześniej”. Z punktu widzenia rynków istotna była także obecność w amerykańskiej delegacji szefów największych spółek technologicznych, w tym Jensena Huanga z Nvidii, Elona Muska z Tesli oraz Tima Cooka z Apple. Pokazuje to, że jednym z głównych tematów rozmów są nie tylko cła i handel, ale również dostęp do chińskiego rynku, eksport zaawansowanych technologii, półprzewodniki oraz stabilność globalnych łańcuchów dostaw.

Potencjalny wpływ wizyty Trumpa na rynki może być znaczący, ale będzie zależał od tego, czy za pozytywną retoryką pójdą konkretne ustalenia. Informacje o możliwym mechanizmie, w ramach którego USA i Chiny wskazałyby towary o wartości około 30 mld dolarów po każdej stronie do częściowego złagodzenia ceł, mogą wspierać apetyt na ryzyko. Taki scenariusz byłby korzystny dla spółek przemysłowych, eksporterów, firm technologicznych oraz podmiotów silnie zależnych od handlu z Chinami. Szczególnie wrażliwe mogą być akcje producentów półprzewodników, firm motoryzacyjnych i dużych koncernów konsumenckich, dla których Chiny pozostają ważnym rynkiem sprzedaży lub kluczowym elementem łańcucha dostaw.

Jednocześnie przestrzeń do silnego rajdu ryzykownych aktywów ograniczają najnowsze dane o inflacji producenckiej w USA. Opublikowany wczoraj raport BLS pokazał, że indeks cen producentów wzrósł w kwietniu aż o 1,4% miesiąc do miesiąca, po wzroście o 0,7% w marcu i 0,6% w lutym. Był to największy miesięczny wzrost od marca 2022 r. W ujęciu rocznym PPI wzrósł o 6,0%, co było najmocniejszym odczytem od grudnia 2022 r. Struktura danych również nie była komfortowa dla rynku. Prawie 60% kwietniowego wzrostu PPI wynikało z cen usług, które zwiększyły się o 1,2%, natomiast ceny towarów wzrosły o 2,0%. Szczególnie silnie podrożała energia, a ceny benzyny wzrosły o 15,6%. Miara bazowa, czyli PPI z wyłączeniem żywności, energii i usług handlowych, wzrosła o 0,6% miesiąc do miesiąca oraz o 4,4% rok do roku.

Oznacza to, że wizyta Trumpa w Chinach odbywa się w trudniejszym otoczeniu makroekonomicznym. Wyższa inflacja producencka zwiększa ryzyko przenoszenia kosztów na konsumentów, pogarsza perspektywy marż przedsiębiorstw i ogranicza pole do szybkiego łagodzenia polityki pieniężnej przez Fed. W takim środowisku nawet pozytywne informacje z Pekinu mogą być równoważone przez wzrost rentowności obligacji i umocnienie dolara, ponieważ rynek będzie musiał brać pod uwagę scenariusz dłuższego utrzymywania wysokich stóp procentowych lub nawet bardziej jastrzębiego nastawienia Fed.

Najbardziej pozytywny scenariusz dla rynków zakładałby złagodzenie części ceł, deklarację większego otwarcia chińskiego rynku oraz ograniczenie napięć technologicznych. W takim przypadku można byłoby oczekiwać kontynuacji rajdu na Wall Street, szczególnie w sektorze technologicznym, półprzewodnikowym i przemysłowym. Skorzystać mogłyby także rynki azjatyckie oraz waluty gospodarek silnie powiązanych z chińskim cyklem koniunkturalnym. Jednak mocny odczyt PPI z USA sprawia, że reakcja rynku może być bardziej selektywna niż euforyczna, ponieważ inwestorzy będą jednocześnie dyskontować ryzyko uporczywej inflacji. Negatywny scenariusz wiązałby się natomiast z brakiem postępów w rozmowach handlowych lub zaostrzeniem retoryki wokół Tajwanu. W takim przypadku mogłoby dojść do klasycznej reakcji risk-off: spadku indeksów akcyjnych, wzrostu popytu na dolara i obligacje skarbowe USA.

Wizyta Trumpa w Pekinie może więc krótkoterminowo poprawiać nastroje, ale jej wpływ na rynki będzie zależał od konkretnych decyzji w sprawie ceł, technologii i dostępu do rynku. Sam pojednawczy ton obu przywódców nie wystarczy, aby trwale obniżyć premię za ryzyko, zwłaszcza że temat Tajwanu pozostaje strategiczną czerwoną linią dla Pekinu. Dodatkowo mocne dane o inflacji producenckiej z USA ograniczają potencjał pozytywnej reakcji, ponieważ utrzymują presję na Fed i wzmacniają obawy, że globalne rynki będą musiały funkcjonować jednocześnie w warunkach napięć geopolitycznych, wysokich kosztów finansowania i podwyższonej inflacji.

UODO zgłasza uwagi do projektu przepisów o kontroli operacyjnej. Chodzi o informowanie osób po zakończeniu inwigilacji

0

Prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych Mirosław Wróblewski zgłosił uwagi do projektu ustawy dotyczącej wzmocnienia nadzoru sądowego nad kontrolą operacyjną. Projekt jest procedowany w Sejmie i przewiduje zmiany w zasadach stosowania kontroli operacyjnej przez służby. Zdaniem UODO część proponowanych rozwiązań idzie w dobrym kierunku, ale nie odpowiada w pełni na problemy wskazane wcześniej przez Europejski Trybunał Praw Człowieka.

Główna uwaga Prezesa UODO dotyczy braku obowiązku informowania osoby, wobec której prowadzono niejawną kontrolę operacyjną, o fakcie jej zastosowania po zakończeniu działań. Chodzi o sytuacje, w których kontrola nie doprowadziła do zebrania dowodów potwierdzających popełnienie przestępstwa. Według organu nadzorczego brak takiego rozwiązania oznacza, że projekt nie zapewnia pełnego wykonania wyroku ETPCz w sprawie Pietrzak, Bychawska-Siniarska i inni przeciwko Polsce.

Projekt nie trafił do UODO na etapie rządowym

Urząd wskazał również, że projekt nie został przedstawiony Prezesowi UODO do zaopiniowania na rządowym etapie prac legislacyjnych. Zdaniem organu powinno to nastąpić zgodnie z ustawą o ochronie danych osobowych przetwarzanych w związku z zapobieganiem i zwalczaniem przestępczości.

Uwagi Prezesa UODO zostały przekazane Zastępcy Szefa Kancelarii Sejmu Dariuszowi Salamończykowi. Organ podkreślił, że popiera działania mające na celu wzmocnienie nadzoru nad stosowaniem kontroli operacyjnej i zwiększenie ochrony praw osób, których takie działania dotyczą. Jednocześnie uznał, że projektowane przepisy są niewystarczające.

Jakie zmiany przewiduje projekt

Projekt zakłada m.in. obowiązek uzasadniania przez sąd postanowień dotyczących zarządzenia kontroli operacyjnej, odmowy zgody na jej zastosowanie oraz przedłużenia takiej kontroli. To rozwiązanie zostało ocenione przez UODO pozytywnie, ponieważ może zwiększyć przejrzystość sądowej kontroli nad działaniami służb.

Kolejna zmiana dotyczy obowiązku informowania sądu o zniszczeniu materiałów zebranych w toku kontroli operacyjnej. Chodzi o materiały, których nie można wykorzystać w postępowaniu karnym, a także takie, które nie zawierają dowodów pozwalających na wszczęcie postępowania lub mających znaczenie dla trwającej sprawy.

Projekt przewiduje także obowiązek przekazania sądowi informacji o wynikach kontroli operacyjnej po jej zakończeniu. Na żądanie sądu służby miałyby również informować o przebiegu kontroli w trakcie jej prowadzenia. Dodatkowo sąd mógłby w każdym czasie wydać uzasadnione postanowienie o przerwaniu kontroli operacyjnej.

UODO pozytywnie ocenia także propozycję pozbawienia Inspektora Nadzoru Wewnętrznego kompetencji do stosowania kontroli operacyjnej. Chodzi o organ, przy pomocy którego minister właściwy do spraw wewnętrznych sprawuje nadzór nad Policją, Strażą Graniczną, Służbą Ochrony Państwa oraz Państwową Strażą Pożarną.

Brak informacji dla osoby objętej kontrolą

Najważniejszy zarzut UODO dotyczy jednak tego, czego w projekcie nie ma. Zdaniem Prezesa UODO przepisy powinny przewidywać mechanizm informowania osoby, której dane były niejawnie przetwarzane w ramach kontroli operacyjnej, o fakcie takiej kontroli po jej zakończeniu. Dotyczyłoby to zwłaszcza sytuacji, gdy działania służb nie potwierdziły podejrzeń i nie doprowadziły do zebrania dowodów przestępstwa.

UODO wskazuje, że problem ten był już sygnalizowany w wyroku Trybunału Konstytucyjnego z 30 lipca 2014 roku. Mimo upływu lat kwestia ta nadal nie została kompleksowo uregulowana w polskim prawie. Według organu brak takiej informacji ogranicza możliwość dochodzenia praw przez osoby, które mogły zostać objęte niejawną inwigilacją.

UODO zwraca uwagę na proporcjonalność kontroli operacyjnej

Prezes UODO podniósł również kwestię zakresu przestępstw, przy których możliwe jest wystąpienie do sądu o zarządzenie kontroli operacyjnej. Zdaniem organu wymaga rozważenia, czy katalog tych przestępstw nie jest zbyt szeroki.

Kontrola operacyjna należy do najbardziej ingerujących w prywatność środków stosowanych przez państwo. Z tego powodu, jak wskazuje UODO, jej stosowanie powinno być ograniczone do najpoważniejszych przypadków i zgodne z zasadą proporcjonalności wynikającą z Konstytucji RP.

Wyrok ETPCz w sprawie przeciwko Polsce

W swojej opinii Prezes UODO odwołał się do wyroku Europejskiego Trybunału Praw Człowieka z 28 maja 2024 roku w sprawie Pietrzak, Bychawska-Siniarska i inni przeciwko Polsce. Sprawa dotyczyła polskich regulacji związanych z kontrolą operacyjną, zatrzymywaniem danych telekomunikacyjnych oraz niejawnym nadzorem prowadzonym na podstawie ustawy o działaniach antyterrorystycznych.

ETPCz uznał, że Polska naruszyła art. 8 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, który chroni prawo do poszanowania życia prywatnego, rodzinnego i korespondencji. Trybunał wskazał, że polskie prawo nie zapewnia wystarczających zabezpieczeń przed nadmierną ingerencją w prywatność jednostek.

W ocenie ETPCz problemem był także brak odpowiednich gwarancji dotyczących komunikacji objętej tajemnicą adwokacką. Trybunał uznał również, że istniejący mechanizm kontroli sądowej nie równoważył dostatecznie ryzyka nadużyć. Wskazał przy tym na potrzebę uzupełnienia procedury wydawania zgody na kontrolę operacyjną o mechanizmy kontroli po zakończeniu działań.

Projekt nie wykonuje w pełni wyroku Trybunału

Według Prezesa UODO obecny projekt, choć zawiera potrzebne rozwiązania dotyczące nadzoru sądowego, nie usuwa wszystkich problemów wskazanych przez ETPCz. Kluczowy brak dotyczy właśnie obowiązku poinformowania osoby objętej kontrolą operacyjną po zakończeniu działań, gdy nie zagrażałoby to celom postępowania.

UODO zwraca uwagę, że bez takiego mechanizmu osoby potencjalnie objęte niejawną inwigilacją nie mają realnej możliwości skorzystania ze skutecznego środka odwoławczego. Z tego względu projekt w zasadniczej części nie zapewnia wykonania wyroku ETPCz w sprawie Pietrzak, Bychawska-Siniarska i inni przeciwko Polsce.

Popyt netto na magazyny wzrósł aż o 75% rok do roku, osiągając najwyższy poziom dla pierwszego kwartału od 2022 r.

0

Pierwszy kwartał 2026 r. przyniósł pozytywne zaskoczenie na rynku powierzchni przemysłowo‑logistycznych w Polsce. Wysoka aktywność najemców przełożyła się na wyraźną absorpcję dostępnych zasobów i spadek stopy pustostanów, co stanowi odejście od obserwowanego w poprzednich latach sezonowego wzrostu wakatów na początku roku.

Jak wynika z raportu firmy Colliers „Market Insights, Rynek magazynowy Q1 2026” całkowite zasoby rynku osiągnęły poziom blisko 37 mln mkw., a w samym I kwartale do użytku oddano około 650 tys. mkw. nowej powierzchni. Choć wolumen nowej podaży pozostaje relatywnie wysoki, rynek jasno pokazuje, że jest w stanie ją efektywnie wchłonąć. W całym 2026 r. deweloperzy planują dostarczyć od 1,5 do 2,0 mln mkw., jednak – jak wskazują eksperci Colliers – tempo realizacji projektów pozostaje ściśle powiązane z realnym popytem.

Silnym impulsem dla rynku była aktywność najemców. Popyt brutto w I kw. 2026 r. wyniósł około 1,6 mln mkw., co oznacza wzrost o ponad 40% r/r. Jeszcze bardziej wymowny jest skok popytu netto, który wzrósł o około 75% r/r i osiągnął najwyższy poziom dla pierwszego kwartału od 2022 r. Co istotne, aż 54% całkowitej aktywności stanowiły nowe umowy i ekspansje, a nie – jak w ostatnich kwartałach – renegocjacje.

– Pierwszy kwartał 2026 r. pokazał wyraźny powrót realnego popytu ze strony najemców. Wysoka absorpcja pozwoliła rynkowi skutecznie „wchłonąć” relatywnie dużą część istniejącej podaży, co przełożyło się na spadek pustostanów – zjawisko rzadko obserwowane na początku roku – komentuje Antoni Szwech, starszy analityk w Colliers.

Równolegle rynek przechodzi przez fazę stabilizacji czynszów. Stawki utrzymują się na zbliżonym poziomie rok do roku, a obserwowane korekty mają charakter lokalny i wynikają głównie z równowagi pomiędzy jakością projektów, poziomem dostępności oraz presją kosztową po stronie deweloperów.

Polski rynek powierzchni przemysłowo‑logistycznych wszedł w fazę dojrzałości, w której o jego atrakcyjności decydują stabilne fundamenty i przewidywalność. Dla najemców oznacza to dziś większą pewność planowania – zarówno pod względem kosztów, jak i dostępności nowoczesnych powierzchni w kluczowych lokalizacjach. Jednocześnie rosnące zainteresowanie ze strony międzynarodowych platform handlowych rozwijających operacje w Polsce potwierdza rolę naszego kraju jako bezpiecznego i konkurencyjnego hubu dla europejskich łańcuchów dostaw – mówi Maciej Chmielewski, Senior Partner, dyrektor Działu Powierzchni Przemysłowych i Logistycznych w Colliers.

Na koniec marca 2026 r. powierzchnia w budowie wynosiła niemal 1,5 mln mkw., co oznacza wzrost o 6% r/r, przy jednoczesnym spadku o 18% kw./kw. – typowym dla pierwszych miesięcy roku, kiedy na rynek trafia duży wolumen ukończonych projektów. Mimo przesunięć harmonogramów spowodowanych warunkami pogodowymi, wolumen nowo rozpoczętych budów wzrósł r/r o około 15%, osiągając 350 tys. mkw.

Deweloperzy pozostają jednak selektywni. Udział powierzchni spekulacyjnej w budowie od wielu miesięcy utrzymuje się poniżej 40%, a jednocześnie rośnie udział projektów zabezpieczonych umowami najmu, który obecnie wynosi około 63% – najwyżej od II kw. 2021 r.

– Selektywność deweloperów jest sygnałem dojrzałości rynku. Projekty coraz częściej odpowiadają na konkretne potrzeby najemców, co ogranicza ryzyko nadpodaży i sprzyja stabilizacji pustostanów – dodaje Antoni Szwech.

Po dłuższym okresie stabilizacji stopy pustostanów na poziomie 7–8%, rynek odnotował trend spadkowy tego wskaźnika. Na koniec I kw. 2026 r. wyniósł on 7,2%, czyli zmalał o 0,2 p.p. kw./kw. oraz aż 1,3 p.p. r./r. To szczególnie istotne w kontekście faktu, że od 2023 r. pierwszy kwartał roku zwyczajowo przynosił wzrost wakatów – w 2026 r. schemat ten został przełamany dzięki wysokiej absorpcji istniejących zasobów.

Na tle kraju szczególnie wyróżniło się województwo dolnośląskie. Choć stopa pustostanów w regionie wciąż pozostaje nieco powyżej średniej krajowej i wynosi niemal 8%, w ujęciu kwartalnym spadła aż o 2,8 p.p. Region odnotował również najwyższy w Polsce popyt netto – blisko 230 tys. mkw., stanowiący około 90% popytu brutto. Przy obecnym poziomie zapytań można oczekiwać, że trend absorpcji utrzyma się także w kolejnych miesiącach.

Przedsiębiorcy protestują przeciwko rozszerzeniu SENT na odzież i obuwie

0

13 maja 2026 roku w centrum Warszawy odbył się ogólnopolski protest przedsiębiorców z branży odzieżowej i obuwniczej. Demonstracja była reakcją na rozszerzenie systemu SENT na przewozy odzieży i obuwia. W proteście uczestniczyli przedstawiciele małych i średnich firm, kupcy targowiskowi, właściciele sklepów, hurtownicy, producenci odzieży, pracownicy branży oraz osoby prowadzące rodzinne działalności handlowe.

Manifestacja rozpoczęła się przed Ministerstwem Finansów, a następnie uczestnicy przeszli pod Sejm RP. Organizatorzy zapowiadali wcześniej przyjazd przedsiębiorców z różnych regionów Polski, w tym zorganizowane przejazdy autokarowe i indywidualne. Według relacji branżowych protest miał charakter ponadpartyjny i obywatelski, a w działania na rzecz zmiany przepisów zaangażowali się parlamentarzyści różnych ugrupowań.

Bezpośrednią przyczyną protestu było objęcie od 17 marca 2026 roku przewozów odzieży i obuwia obowiązkami wynikającymi z Systemu Elektronicznego Nadzoru Transportu. System SENT został pierwotnie stworzony do monitorowania przewozu tzw. towarów wrażliwych, takich jak paliwa czy alkohol, czyli kategorii szczególnie narażonych na nieprawidłowości podatkowe. Administracja skarbowa wskazuje, że celem systemu jest nadzór nad przewozem wybranych towarów i ograniczanie nadużyć podatkowych. ([puesc.gov.pl][1])

W przypadku odzieży i obuwia nowe obowiązki dotyczą m.in. towarów klasyfikowanych w działach CN 61, 62 i 64 oraz odzieży używanej objętej kodem CN 6309 00 00. Branża zwraca uwagę, że w praktyce przepisy obejmują codzienne operacje handlowe, które w sektorze odzieżowym mają zupełnie inny charakter niż transport paliw czy innych towarów masowych. Chodzi m.in. o przewozy między magazynami, sklepami, targowiskami, outletami, hurtowniami, punktami sprzedaży mobilnej czy miejscami wykonywania poprawek krawieckich.

Przedsiębiorcy podkreślają, że nie sprzeciwiają się walce z szarą strefą ani działaniom przeciwko nielegalnemu importowi. Ich głównym zarzutem jest sposób skonstruowania przepisów. Zdaniem protestujących system zaprojektowany dla przewozów paliw i innych towarów wrażliwych został przeniesiony na branżę, w której towar jest stale rotowany, dzielony, zwracany, przemieszczany i sprzedawany w małych partiach.

Najwięcej zastrzeżeń budzi obowiązek zgłaszania przewozów już przy stosunkowo niskich progach ilościowych. Przedstawiciele branży wskazują, że w praktyce obowiązki mogą dotyczyć przewozów od 10 kg odzieży lub 20 par obuwia. Oznacza to konieczność rejestracji transportu, podawania danych o przewożonym towarze, wskazywania jego masy, aktualizowania zgłoszeń oraz spełniania dodatkowych wymogów formalnych. Dla wielu mikro- i małych firm może to oznaczać istotny wzrost obciążeń administracyjnych.

Szczególnie problematyczne, według przedsiębiorców, jest raportowanie odzieży według kilogramów. Branża odzieżowa funkcjonuje przede wszystkim w sztukach, kompletach, parach, rozmiarach, modelach i kolekcjach, a nie w wadze. W praktyce przedsiębiorcy obawiają się konieczności częstego ważenia towaru przed transportem, także w sytuacjach, gdy część produktów została sprzedana, część wraca z targowiska, a część jest przewożona do innego punktu sprzedaży.

Protestujący wskazują również na specyfikę handlu targowiskowego i mobilnego. W wielu przypadkach ten sam samochód pełni jednocześnie funkcję środka transportu, magazynu, zaplecza sprzedażowego i prywatnego auta przedsiębiorcy. Towar w takim modelu zmienia się w ciągu dnia: część zostaje sprzedana, część wraca, dochodzą wymiany, zwroty i kolejne dostawy. Zdaniem branży system SENT nie uwzględnia w wystarczającym stopniu tej rzeczywistości.

Duże emocje budzą także sankcje. Przedsiębiorcy alarmują, że za błędy formalne lub brak zgłoszenia mogą grozić wysokie kary administracyjne. W debacie branżowej pojawia się kwota 20 tys. zł, która dla części małych firm może być bardzo poważnym obciążeniem. Organizatorzy protestu zwracają uwagę, że problem może dotyczyć także legalnie zakupionego towaru, udokumentowanego fakturami, w przypadku którego uchybienie ma charakter formalny, a nie podatkowy.

Na dzień przed protestem Ministerstwo Finansów poinformowało o zmianach w systemie SENT obowiązujących od 13 maja 2026 roku. Rozporządzenie z 12 maja wprowadziło wyłączenia z obowiązku zgłaszania przewozu odzieży i obuwia dla części mikroprzedsiębiorców wpisanych do CEIDG, w tym spółek cywilnych oraz spółek jawnych, których wspólnikami są wyłącznie osoby fizyczne. Wyłączenia dotyczą m.in. przedsiębiorców prowadzących sprzedaż na targowiskach. ([Gov.pl][2])

Branża uznała jednak te korekty za niewystarczające. W ocenie protestujących wyłączenia obejmują tylko część rynku i nie rozwiązują zasadniczego problemu, jakim jest objęcie sektora odzieżowo-obuwniczego systemem monitorowania przewozów. Przedsiębiorcy wskazują, że poza zakresem realnej ochrony nadal pozostają m.in. producenci odzieży, hurtownie, sklepy stacjonarne, e-commerce, część działalności mobilnej, szwalnie i firmy działające w modelu wielokanałowym.

Organizatorzy protestu podkreślają, że środowisko przedsiębiorców mobilizuje się w tej sprawie od kilku tygodni. Wcześniej odbywały się lokalne protesty i akcje informacyjne w różnych częściach Polski, a 15 kwietnia zorganizowano protest pod Sejmem. Sprawa była również przedmiotem spotkań parlamentarnych oraz rozmów z posłami i senatorami. Przedsiębiorcy informują także o zebraniu ponad 12 tys. podpisów pod petycją przeciwko rozszerzeniu SENT na odzież i obuwie.

Spór wokół nowych przepisów ma również szerszy kontekst gospodarczy. W lutym 2026 roku rząd zapowiadał inicjatywę Deregulacja 2.0, której celem miało być ograniczenie złożoności prawa oraz zwiększenie jego przewidywalności dla obywateli i przedsiębiorców. Przedstawiciele branży wskazują, że rozszerzenie SENT na odzież i obuwie odbierają jako działanie przeciwne do deklarowanego kierunku upraszczania przepisów.

Z perspektywy Ministerstwa Finansów system SENT ma służyć uszczelnieniu obrotu gospodarczego i ograniczeniu nieuczciwej konkurencji, w tym tej związanej z nielegalnym importem. Z perspektywy przedsiębiorców problemem pozostaje jednak proporcjonalność nowych obowiązków i ich wpływ na legalnie działające firmy. Branża argumentuje, że walka z szarą strefą powinna być prowadzona w sposób bardziej precyzyjny, np. poprzez analizę ryzyka, kontrolę faktur, przepływów finansowych i importu, a nie przez obejmowanie szerokiej grupy przedsiębiorców dodatkowymi obowiązkami transportowymi.

[1]: https://puesc.gov.pl/uslugi/przewoz-towarow-objety-monitorowaniem-sent „Przewóz towarów objęty monitorowaniem (SENT)”
[2]: https://www.gov.pl/web/finanse/zmiany-w-systemie-sent-od-13-maja-2026-r „Zmiany w systemie SENT od 13 maja 2026 r. – Ministerstwo Finansów”

Oana Cristea pokieruje rozwojem Radisson Hotel Group w Polsce i Czechach

Radisson Hotel Group powołała Oanę Cristeę na stanowisko Director of Business Development odpowiedzialnej za Polskę i Czechy. Nominacja obowiązuje od 1 kwietnia 2026 r. W nowej roli Oana Cristea będzie odpowiadać za strategię rozwoju Grupy w Polsce i Czechach – dwóch kluczowych i dynamicznie rozwijających się rynkach Europy Środkowej. Będzie raportować bezpośrednio do Valerie Schuermans, Chief Development Officer Western Europe.

Nominacja następuje w okresie dalszego przyspieszenia rozwoju Radisson Hotel Group w Europie Środkowo-Wschodniej. W Polsce Grupa posiada obecnie 25 hoteli działających i w fazie rozwoju, oferujących łącznie około 5 700 pokoi w ramach siedmiu marek. To jedno z najbardziej zdywersyfikowanych portfolio międzynarodowych grup hotelowych w kraju. Do ostatnich kamieni milowych należą otwarcie Prize by Radisson, Gdańsk, podpisanie umowy na Radisson Blu Hotel, Gdynia, a także planowane otwarcia we Wrocławiu i Świeradowie-Zdroju. W Czechach Grupa jest obecna w Pradze i analizuje kolejne możliwości rozwoju na terenie całego kraju.

Oana Cristea wnosi do nowej roli niemal dekadę doświadczenia w obszarze rozwoju sieci hotelowej w Radisson Hotel Group. Do firmy dołączyła w 2017 r. jako Business Development Analyst, a następnie rozwijała swoją karierę w kolejnych funkcjach związanych z ekspansją Grupy. Jako Senior Manager Business Development odegrała istotną rolę w pozyskaniu ponad 2 000 pokoi w kluczowych europejskich miastach, w tym w kilku znaczących projektach w Polsce. Była również zaangażowana w stworzenie i wdrożenie marki soft brandowej Radisson Individuals oraz rozszerzenia oferty Grupy o segment serviced apartments.

Przed dołączeniem do Radisson Hotel Group Oana Cristea pracowała w obszarze revenue management i analiz wykonalności w Starwood Hotels & Resorts, zdobywając doświadczenie w zakresie strategii komercyjnej w Mediolanie oraz rozwoju i analiz dla hoteli w regionie EAME. Jej międzynarodowe wykształcenie w zakresie zarządzania hotelarstwem w Hotelschool The Hague oraz doświadczenie zawodowe na kilku europejskich rynkach uzupełnia znajomość języka angielskiego, francuskiego, włoskiego i rumuńskiego.

„Polska i Czechy należą dziś do najbardziej interesujących rynków rozwoju hotelowego w Europie, a Oana jest właściwą osobą, aby poprowadzić nasz kolejny etap wzrostu w tych krajach. Doskonale zna nasz biznes – od strukturyzowania transakcji po relacje z właścicielami – i już teraz była jedną z kluczowych osób stojących za niektórymi z naszych najważniejszych umów w regionie. Ta nominacja podkreśla zarówno strategiczne znaczenie Polski i Czech, jak i nasze zaangażowanie w rozwój talentów wewnątrz organizacji” – mówi Valerie Schuermans, Chief Development Officer Western Europe w Radisson Hotel Group.

Polskie firmy zwiększają skalę działalności w Ukrainie. Przychody największych podmiotów przekroczyły 123 mld UAH

Co ósma firma z polskimi beneficjentami działająca w Ukrainie przekroczyła próg 100 mln UAH przychodów. Liderem rynku pozostaje LPP Ukraine z wynikiem 16,96 mld UAH. W ścisłej czołówce znalazły się również Radekhivskyi Tsukor, Modern-Expo, Inter Cars Ukraine oraz CANPACK Ukraine. Łączne przychody największych przedsiębiorstw z polskimi beneficjentami wzrosły rok do roku o 20 procent.

Polski biznes pozostaje jednym z najbardziej aktywnych inwestorów zagranicznych w Ukrainie. Z danych ukraińskiego rejestru przedsiębiorstw oraz analiz Opendatabot wynika, że w Ukrainie działa obecnie      1 197 spółek z polskimi beneficjentami rzeczywistymi, które złożyły sprawozdania finansowe za 2025 rok. Aż 146 z nich osiągnęło roczne przychody przekraczające 100 mln UAH. Łączny obrót tej grupy firm wyniósł 123,01 mld UAH — o 20 proc. więcej niż rok wcześniej.

Handel, produkcja i motoryzacja dominują wśród największych firm

Największą firmą z polskimi beneficjentami działającą na rynku ukraińskim pozostaje LPP Ukraine — operator marek Reserved, Cropp, House, Mohito i Sinsay. Spółka osiągnęła w 2025 roku przychody na poziomie 16,96 mld UAH wobec 11,02 mld UAH rok wcześniej.

Drugie miejsce zajęła spółka Radekhivskyi Tsukor, należąca do grupy Pfeifer & Langen poprzez polski podmiot inwestycyjny Pfeifer & Langen Inwestycje. Firma wygenerowała 10,25 mld UAH przychodów.

W ścisłej czołówce znalazły się również:

Modern-Expo — 7,78 mld UAH, • Inter Cars Ukraine — 7,62 mld UAH, • CANPACK Ukraine — 6,84 mld UAH, • Eurocar Manufacturing — 6,81 mld UAH, • KASPIT Trade — 5,36 mld UAH, • Cersanit Invest — 3,73 mld UAH, • Technologia — 2,62 mld UAH, • Barlinek Invest — 2,41 mld UAH.

Wszystkie wartości przychodów wykorzystane w materiale są zgodne z oficjalnymi danymi opublikowanymi przez Opendatabot na podstawie sprawozdań finansowych przedsiębiorstw za 2025 rok.

Polskie firmy rozwijają działalność mimo wymagającego otoczenia rynkowego

Wyniki finansowe pokazują, że część polskich firm konsekwentnie rozwija działalność operacyjną w Ukrainie i zwiększa skalę obecności na tym rynku. Dotyczy to przede wszystkim handlu, przemysłu, logistyki oraz branż związanych z produkcją i dystrybucją — komentuje Evgenij Kirichenko, CEO Gremi Personal i założyciel Centrum Analitycznego Gremi Personal.

Jak podkreśla ekspert, dla wielu przedsiębiorstw Ukraina staje się dziś nie tylko kierunkiem eksportowym, ale również rynkiem budowania lokalnych struktur operacyjnych.

Coraz więcej firm działa tam już nie projektowo, ale długoterminowo. To wymaga znajomości lokalnych realiów biznesowych, rynku pracy, prawa oraz specyfiki prowadzenia działalności w poszczególnych regionach Ukrainy — dodaje Kirichenko.

Kijów i zachodnia Ukraina pozostają głównymi centrami działalności

Najwięcej firm z polskimi beneficjentami osiągających ponad 100 mln UAH przychodów zarejestrowano w Kijowie — 46 przedsiębiorstw. Kolejnych 16 działa w obwodzie kijowskim. Bardzo silną pozycję utrzymują również regiony zachodniej Ukrainy, szczególnie obwód lwowski, gdzie działa 37 takich firm. Kolejne miejsca zajmują obwód wołyński z 11 przedsiębiorstwami oraz obwód dniepropietrowski, gdzie funkcjonuje 6 firm przekraczających próg 100 mln UAH przychodów.

Według analizy największą grupę stanowią przedsiębiorstwa handlu hurtowego — 54 spółki. Istotną rolę odgrywają także firmy z sektora rolnego, gastronomii, IT oraz przemysłu metalowego.

Dynamiczny wzrost części przedsiębiorstw

Dane pokazują również bardzo dynamiczny rozwój części przedsiębiorstw. Spółka Elgard, działająca w sektorze energetycznym, zwiększyła przychody aż 38-krotnie — z 2,7 mln UAH do 104,3 mln UAH. SMP z branży mięsnej odnotowała ośmiokrotny wzrost przychodów do poziomu 103,7 mln UAH, natomiast Kliko Ukraine zwiększyła obroty 6,5-krotnie — do 222,2 mln UAH.

Ukraiński rynek pozostaje wymagającym środowiskiem operacyjnym, jednak część firm bardzo skutecznie wykorzystuje rozwój lokalnego popytu oraz rosnącą aktywność gospodarczą w wybranych sektorach. Widać to szczególnie w handlu, logistyce, produkcji i usługach wspierających biznes — ocenia Evgenij Kirichenko.

Kadry i lokalne kompetencje stają się jednym z kluczowych wyzwań dla biznesu

Eksperci zwracają uwagę, że wraz ze wzrostem aktywności polskich firm w Ukrainie coraz większego znaczenia nabiera zabezpieczenie kadrowe. Dla przedsiębiorstw, które wchodzą na rynek lub rozwijają tam działalność, wiarygodni partnerzy w obszarze zatrudnienia stają się ważnym czynnikiem stabilności operacyjnej, szczególnie w warunkach deficytu pracowników w Ukrainie.

Chodzi nie tylko o samą rekrutację personelu, ale także o znajomość lokalnego rynku pracy, uwarunkowań prawnych, specyfiki branżowej oraz różnic pomiędzy polskim i ukraińskim środowiskiem biznesowym.

Przy wejściu na rynek ukraiński polskie firmy powinny mieć obok siebie partnerów, którzy rozumieją obie strony. W warunkach deficytu kadrowego w Ukrainie wiarygodne agencje pracy z Polski mogą pomagać biznesowi szybciej budować zespoły, ograniczać ryzyka kadrowe i dostosowywać procesy operacyjne do lokalnych warunków — zaznacza Evgenij Kirichenko.

Rosnące przychody największych przedsiębiorstw pokazują, że mimo wymagającego otoczenia rynkowego część polskich firm konsekwentnie zwiększa aktywność operacyjną w Ukrainie. Dotyczy to przede wszystkim sektorów związanych z handlem, logistyką, przemysłem, produkcją, dystrybucją oraz usługami dla biznesu.

Eksperci wskazują, że w kolejnych latach szczególnego znaczenia mogą nabierać projekty związane z logistyką, infrastrukturą, energetyką, sektorem rolno-spożywczym oraz rozwojem lokalnych sieci dystrybucji. Coraz większe znaczenie będzie miała także zdolność firm do budowania lokalnych zespołów, utrzymania ciągłości operacyjnej oraz współpracy z partnerami posiadającymi doświadczenie na rynku ukraińskim.

Technologia jako zależność strategiczna. Dlaczego zarządy muszą pytać o IT inaczej

Pytanie, które jeszcze pięć lat temu brzmiało jak hipotetyczne ćwiczenie, dziś coraz częściej trafia na agendy zarządów: ile godzin średnia polska firma przetrwa bez dostępu do chmury największego amerykańskiego dostawcy? Sześć? Dwanaście? Co dzieje się po trzech dniach, kiedy nie da się wystawić faktury, zorganizować wysyłki, sprawdzić stanu magazynu?

Większość organizacji nie zna odpowiedzi. Jeszcze dekadę temu rozmowa o ciągłości działania kończyła się na backupach i serwerowniach. Dziś trzeba pytać o coś bardziej fundamentalnego: kto kontroluje warstwę, na której stoi codzienna operacja przedsiębiorstwa. To pytanie przestało być akademickie 20 października 2025 roku, gdy region AWS US-EAST-1 padł na 14 godzin i 32 minuty, paraliżując ponad 140 usług oraz aplikacje od Snapchata, przez Coinbase, po systemy bankowe. Dziewięć dni później, 29 października, awaria Azure Front Door na siedem godzin sparaliżowała Microsoft 365, Xbox, Heathrow, Vodafone, NatWest i Capital One. Półtora roku wcześniej wadliwa aktualizacja CrowdStrike unieruchomiła 8,5 mln komputerów na całym świecie – tylko firmy z Fortune 500 oszacowały straty na 5,4 mld USD. Ubezpieczenie pokryło 10–20%. Limit odpowiedzialności dostawcy w umowie? Wartość uiszczonych opłat.

Geopolityka weszła do firmowego ERP-a tylnymi drzwiami

Wojna celna USA z resztą świata, spór o eksport chipów, nacisk Brukseli na suwerenność cyfrową – to nie są już tylko tematy z portali branżowych. Decyzja regulacyjna podjęta w Waszyngtonie albo Pekinie potrafi z dnia na dzień zmienić koszt nowych licencji, dostępność usługi albo prawo do przetwarzania określonych danych. Nie musi być wojny – wystarczy decyzja administracyjna. W lutym 2025 roku konto e-mail prokuratora Międzynarodowego Trybunału Karnego Karima Khana zostało zablokowane po tym, jak administracja USA nałożyła na niego sankcje; Trybunał ostatecznie przeniósł się z Microsoft Office na niemiecki, opensource’owy OpenDesk. W czerwcu 2025 dyrektor prawny Microsoft France pod przysięgą przed francuskim Senatem przyznał, że firma „nie może zagwarantować”, że dane francuskich klientów nie zostaną przekazane administracji USA na podstawie CLOUD Act – nawet jeśli serwery stoją we Frankfurcie. W styczniu 2026 cła Trumpa na zaawansowane chipy zmieniły z dnia na dzień ekonomię każdego polskiego projektu AI.

Realia są takie, że w typowym polskim przedsiębiorstwie kluczowe procesy – sprzedaż, finanse, magazyn, komunikacja – w dużej mierze działają na infrastrukturze trzech amerykańskich gigantów. Łącznie kontrolują oni 70% rynku chmurowego w Europie. Według raportu Asterès dla francuskiego stowarzyszenia Cigref, europejskie firmy wydają rocznie 264 mld euro na amerykańskie oprogramowanie i chmurę – kwotę porównywalną z rachunkiem energetycznym całej Unii. To ryzyko, którego najczęściej nie ma w żadnym formalnym rejestrze, choć skala uzależnienia bywa porównywalna z uzależnieniem od jednego dostawcy energii czy jednego rynku zbytu.

Pytanie, którego polski biznes nie lubi

Drugą warstwę problemu widać rzadziej, bo jest mniej techniczna i bardziej niewygodna: kto faktycznie jest właścicielem dostawcy oprogramowania, na którym oparta jest firma? „Lokalny partner” bywa polskim szyldem na zagranicznym kapitale – i nie ma w tym nic złego, dopóki nie zdarza się sytuacja, w której decyzja o roadmapie produktu, cenniku albo wsparciu zapada w zupełnie innym kraju, niż wynikałoby to z logo na fakturze. W ostatnich dwunastu miesiącach 62% transakcji M&A na polskim rynku IT odbyło się z udziałem inwestora zagranicznego (raport CMT/Fordata, 2025).

Między pełną zależnością a wolnością

Żaden poważny analityk nie zarekomenduje dziś odcięcia się od AWS, Google’a czy Microsoftu. Najlepsze modele językowe wciąż powstają w Stanach Zjednoczonych i przez jakiś czas tak pozostanie – CEPA wyliczyła, że pełna replikacja amerykańskiego stosu technologicznego kosztowałaby Europę 3,6 biliona euro. Ale między „pełną zależnością” a „autarkią” jest cała przestrzeń decyzji, których się po prostu nie podejmuje, bo nikt o nie nie pyta. Rosja po 2022 roku jest tu kontrintuicyjną lekcją: nawet z bezprecedensowymi dotacjami państwa, lokalnym czempionem (1C) i pełną wolą polityczną, migracja największych firm z SAP-a zajmuje już piąty rok i wciąż nie jest zakończona. Czas budowy alternatywy mierzy się w kwartałach, czas utraty dostępu – w godzinach.

Trzy pytania warte postawienia na poziomie zarządu i dyrektora IT jeszcze w tym kwartale. Po pierwsze: które systemy muszą wstać w 24 godziny, gdyby zniknął główny dostawca chmury – i czy istnieje na to plan, czy tylko nadzieja, oraz kiedy ostatnio przeprowadzono test. Po drugie: jaka część stosu technologicznego jest oparta na rozwiązaniach open source, możliwych do uruchomienia niezależnie od polityki licencyjnej dowolnej korporacji, i kto ma fizyczny dostęp do kluczy szyfrowania. Po trzecie: w jakim kraju faktycznie zapadają decyzje o produktach, od których zależy operacja firmy, w jakiej walucie indeksowane są ceny i pod jaką jurysdykcją zawarto kontrakt.

Suwerenność cyfrowa nie jest hasłem – jest kategorią ryzyka

Europa przez najbliższe dwa lata będzie przyspieszać w trzech obszarach: open source w warstwie infrastruktury, własne LLM-y i chmura europejska. Polska ma w tej układance własne karty: Operator Chmury Krajowej obsługujący Ministerstwo Finansów, Centrum e-Zdrowia i ING, modele językowe Bielik (mecenat InPost, Beyond i EY) oraz PLLuM rozwijany w konsorcjum HIVE pod NASK. To nie są zamienniki dla GPT, ale wystarczają tam, gdzie chodzi o wrażliwe dane klienta i polski język. Od 3 kwietnia 2026 roku obowiązuje znowelizowana ustawa o KSC wdrażająca NIS2; podmioty kluczowe muszą udokumentować analizę ryzyka łańcucha dostaw ICT. Można się z tego śmiać, można ignorować, można też zacząć dobierać partnerów technologicznych tak, jakby to miało znaczenie. Bo zaczyna mieć.

Suwerenność cyfrowa przestała być technologicznym wyborem, a stała się twardą kategorią zarządzania ryzykiem. W świecie nieprzewidywalnej geopolityki i globalnych awarii bezpieczeństwo biznesu zależy od zachowania pełnej kontroli nad operacjami, zanim ktoś inny – świadomie lub przez przypadek – odetnie nam do nich dostęp.

Ostatecznie przetrwają nie te firmy, które dysponują najnowocześniejszą chmurą, lecz te, które w godzinie próby będą trzymać własne klucze do systemów, zyskując tym samym jedyną realną gwarancję ciągłości działania.

Słabe dane ze strefy euro i wzrost inflacji w Europie wpływają na nastroje rynkowe

Środowego poranka poznaliśmy dane, które zgodnie z oczekiwaniami potwierdziły wzrosty cen konsumenckich w krajach europejskich i problemy gospodarcze strefy euro. Przed nami publikacja inflacji producenckiej w USA. Czy będzie ona miała wpływ na decyzje FED i nowego szefa tej instytucji do końca 2026 roku? Dziś przedstawiciele USA lecą do Pekinu, gdzie jutro zacznie się jeden z najważniejszych szczytów tego roku. 

Delegacja do Chin

Rynek czeka na dwudniowe spotkanie Trumpa i Xi, które rozpocznie się w czwartek. Media zalewają nas artykułami o wielkich nazwiskach, które goszczą na pokładzie Air Force One, co tylko pokazuje znaczenie Państwa Środka dla amerykańskich firm i całej gospodarki. Analitycy przewidują, że w trakcie rozmów pojawi się temat ceł, Tajwanu czy Iranu. Z dwuznacznych komunikatów Trumpa wynika jedynie, że ten priorytetowo traktuje dyskusje handlowe, próbując tym samym wypchnąć newralgiczną kwestię Bliskiego Wschodu na boczny plan. Czy to mu się uda, skoro chociażby chińskie rafinerie są głównymi odbiorcami irańskiej ropy? Osobiście śmiem wątpić. Sceptycyzm w sprawie gładkich negocjacji nakazuje mi spodziewać się kolejnych mocnych słów i postów ze strony prezydenta USA w drugiej części tygodnia. Taki scenariusz pogłębi obawy o przyszłość światowej gospodarki, przekładając się na rynkowe zawirowania, co może wysysać kapitał z ryzykownych aktywów.

Obawy inflacyjne

Oprócz szczytu w Pekinie, niepewność na rynkach podbijają najnowsze dane potwierdzające wzrost cen na całym świecie. Tylko wczoraj dowiedzieliśmy się o zwyżkach inflacji konsumenckiej w Niemczech i USA. Dziś do tego grona dołączyła Francja, Rumunia i Czechy. Pierwsi z wymienionych zgodnie z oczekiwaniami odnotowali zwyżkę z 1,7% r/r do 2,2% r/r. Znacznie gorzej jest w Rumunii, gdzie dynamika cen konsumenckich po niespełna 3 latach (zabrakło dwóch miesięcy) wróciła na dwucyfrowe poziomy. Kwietniowy skok z 9,9% na 10,7% to odrobinę powyżej oczekiwanego 10,6% r/r. Znacznie stabilniej, lecz nadal zwyżkowo, jest za naszą południową granicą. Tempo wzrostu cen konsumenckich w Czechach to prognozowane 2,5% r/r (poprzednio 1,9% r/r). Publikacje były zgodne lub bliskie konsensusu, dlatego nie wpłynęły istotnie na wzajemne notowania walut lokalnych, które środowej sesji razem z euro tracą do amerykańskiego dolara pod wpływem czynników zewnętrznych. O godzinie 14:00 kurs RON/PLN to 0,8171 PLN, a CZK/PLN to 0,1746 PLN.

Co ogranicza wzrost inflacji w strefie euro?

Oprócz danych o dynamice cen w krajach europejskich, w środowym rozkładzie makroekonomicznym znalazł się także odczyt PKB ze strefy euro. Dzisiejsza publikacja w ujęciu kwartalnym okazała się jeszcze bardziej mizerna niż dwie poprzednie (0,3% za III kw. 2025 r. i 0,2% za IV kw. 2025 r.) i wyniosła 0,1% k/k za I kw. 2026 r. W ujęciu rocznym odnotowano spodziewany spadek z 1,2% do 0,8%. Nakłada się na to redukcja produkcji przemysłowej o 2,1% r/r. Zniżka była głębsza od oczekiwanego spadku z -0,8% r/r na -1,8% r/r. W ujęciu miesięcznym odnotowano delikatną zwyżkę o 0,2%. Są to kolejne dane pokazujące problemy strefy euro, które nie tylko są hamulcem gospodarczym, ale i inflacyjnym. To dlatego, mimo drogiej energii, ceny w Niemczech nie rosną tak dynamicznie jak w innych miejscach, gdzie gospodarki rozwijają się szybciej. W dalszej części dnia poznamy także inflację producencką ze Stanów. Według szacunków PPI w USA ma wzrosnąć z 4% r/r aż do 4,9% r/r!

CPK: Wykupiono ponad 80 proc. działek zabudowanych pod linię KDP Warszawa–Łódź

Kolejowy Program Dobrowolnych Nabyć został zakończony na odcinku łączącym Warszawę, Łódź i lotnisko krajowe, budowanym w ramach programu inwestycyjnego Port Polska. Obecnie trwają końcowe procedury związane z nabywaniem ostatnich nieruchomości.

Do Kolejowego Programu Dobrowolnych Nabyć zakwalifikowano 206 działek, przez które ma przebiegać nowa linia kolejowa. To pierwszy odcinek kolejowego „Y”, który powstanie między Warszawą i Łodzią (linia kolejowa nr 85). W ramach programu pozyskano 169 działek, co stanowi ponad 80 procent wszystkich, których właściciele mogli wziąć udział w programie.

Pierwszy akt notarialny został podpisany w marcu 2025 roku. Do programu zakwalifikowano przede wszystkim działki zabudowane niezbędne do budowy linii kolejowej.

Wszystkie potrzebne nieruchomości, które nie zostały nabyte w KPDN, zostaną wywłaszczone, bądź ograniczone w korzystaniu za odszkodowaniem. Wywłaszczeniami, które nastąpią na podstawie decyzji o ustaleniu lokalizacji linii kolejowej, objęty będzie tylko niezbędny obszar dla realizacji inwestycji, w wielu przypadkach proces ten dotyczyć będzie tylko części nieruchomości.

Spółka planuje uruchomienie programu dobrowolnych nabyć również dla kolejnych odcinków linii „Y”: Łódź-Wrocław oraz Sieradz-Poznań. Termin jego uruchomienia na tych odcinkach uzależniony jest od terminu uzyskania właściwych decyzji administracyjnych.

Osoby przystępujące do programu otrzymują korzystne warunki wykupu nieruchomości. W ramach pierwszej opcji mogą otrzymać ofertę według stawek odtworzeniowych nieuwzględniających stopnia zużycia nieruchomości. Natomiast druga przewiduje udzielenie 20 proc. bonusu (dla nieruchomości niezabudowanych) i 40 proc. (dla wszystkich tzw. naniesień i innych części składowych, tj. dom, budynki gospodarcze, rośliny uprawne itp.), o które może zostać powiększona wycena przygotowana przez rzeczoznawców majątkowych.

Właścicielom nieruchomości, zakwalifikowanych do KPDN znajdujących się na trasach przyszłych linii kolejowych, poza możliwością zbycia nieruchomości na preferencyjnych warunkach, oferowane są dodatkowe rodzaje wsparcia, m.in. pomoc rzeczowa przy przeprowadzce, rekompensata z tytułu utraty zdolności kredytowej czy renta z tytułu rezygnacji z działalności rolniczej.

Obecnie prace projektowe dla 140-kilometrowego odcinka linii KDP między Warszawą a Łodzią dobiegają końca. W ramach realizacji programów strategicznych Portu Polska, spółka ogłosiła w grudniu 2025 roku pierwsze w historii naszego regionu Europy postępowanie w trybie dialogu konkurencyjnego na budowę odcinka KDP. Chodzi o 13-kilometrowy fragment trasy między Kotowicami (w gminie Brwinów na Mazowszu) a węzłem lotniskowym. W kwietniu bieżącego roku ogłoszono kolejne postępowanie na budowę 14,3-kilometrowego odcinka między węzłami lotniskowym i bolimowskim. Na kolejne odcinki postępowania mają zostać ogłoszone jeszcze w tym roku.

Odcinek Warszawa – Łódź, którego projektowanie uzyskało dofinansowanie Unii Europejskiej z instrumentu „Łącząc Europę” CEF 2, ma zostać uruchomiony pod koniec 2032 r. –równocześnie z nowym lotniskiem.

Najsłabszy popyt na biura regionalne od 5 lat. Pustostany na poziomie 17,4%

0

Wysoki poziom pustostanów, ograniczona aktywność deweloperska i zmiana struktury popytu pokazują rynek, który wciąż szuka równowagi po dynamicznym wzroście poprzedniej dekady. W pierwszym kwartale 2026 roku biurowe rynki regionalne w Polsce odnotowały najsłabszy wynik popytu w pierwszym kwartale od 2021 roku. Raport firmy doradczej Savills „Office Market in Regional Cities, Q1 2026” pokazuje też, że aktywność najemców spadła o niemal jedną trzecią rok do roku.

  • 121 500 m kw. – wolumen najmu w Q1 2026, mniej o 29% r/r
  • 17,4% – średni wskaźnik pustostanów w ośmiu miastach regionalnych
  • 47 200 m kw. – nowa podaż w Q1, czyli więcej niż w całym 2025 roku
  • 178 300 m kw. – powierzchnia w budowie, o 11% mniej r/r

Łączna podaż biurowa w ośmiu największych polskich miastach regionalnych wynosi 6,76 mln m kw., czyli niemal o pół miliona m kw. więcej niż zasoby biurowe Warszawy. Rynek jest mocno skoncentrowany. Kraków (1,85 mln m kw.), Wrocław (1,36 mln m kw.) i Trójmiasto (1,07 mln m kw.) skupiają razem prawie dwie trzecie całej podaży regionalnej.

Popyt w pierwszym kwartale wyniósł 121 500 m kw., co jest najniższym wynikiem odnotowanym w pierwszym kwartale od początku 2021 roku i oznacza spadek o 29% rok do roku. Liderem aktywności najemców było Trójmiasto, gdzie wynajęto 49 500 m kw., czyli 41% całkowitego wolumenu. Kolejne miejsca zajęły Wrocław z wynikiem 25 500 m kw. oraz Kraków, gdzie popyt wyniósł 16 700 m kw. Sektory napędzające najem to produkcja, odpowiadająca za 18% transakcji, usługi dla biznesu z udziałem 17% oraz IT z udziałem 13%. Nowe umowy stanowiły 51% wolumenu, a renegocjacje 37%.

Trójmiasto w ostatnim raporcie wypada bardzo mocno, ale nie powinno się czytać tego wyłącznie przez pryzmat jednego kwartału. To rynek, który od dłuższego czasu buduje swoją pozycję dość konsekwentnie: ma zróżnicowaną bazę najemców, dobry dostęp do kadr i argument w postaci jakości życia, który w rozmowach z firmami naprawdę ma znaczenie. Dlatego przy większej ostrożności najemców Trójmiasto nadal potrafi przyciągać popyt. Nie jest rynkiem bez ryzyka, ale na tle największych regionów jest najbliżej punktu równowagi – mówi Piotr Skuza, Associate Director, Regional Manager, Office Agency, Savills.

Średni wskaźnik pustostanów dla biurowych rynków regionalnych wynosi 17,4%, co odpowiada 1,18 mln m kw. wolnej powierzchni. Najwyższe poziomy notują Katowice (22,1%) i Wrocław (22,0%). Wysoka dostępność powierzchni utrzymuje się także w Łodzi (19,6%) i Krakowie (18,4%). Na tle rynku pozytywnie wyróżniają się Trójmiasto, gdzie 10,8% biur czeka na najemców oraz Szczecin ze wskaźnikiem pustostanów na poziomie 7,9%.

Kraków i Katowice pokazują dwa różne biurowe oblicza. Kraków jest największym rynkiem poza Warszawą i nadal pozostaje naturalnym wyborem dla wielu dużych organizacji, ale jego skala oznacza też dużą konkurencję między budynkami. Katowice z kolei przeszły w ostatnich latach bardzo dużą zmianę jakościową i mają coraz lepszy produkt biurowy, ale przy najwyższym wskaźniku pustostanów wśród dużych rynków regionalnych muszą mocniej walczyć o każdą decyzję najemcy. W obu miastach widzimy, że firmy nie patrzą już tylko na metraż i adres. Pytają o efektywność powierzchni, dostępność pracowników, dojazd, koszty i to, czy biuro pomoże im ściągnąć ludzi z powrotem do pracy stacjonarnej – mówi Marcin Gawlik, Associate Director, Office Agency, Savills.

Wrocław pozostaje jednym z najważniejszych rynków biurowych w kraju, ale dziś gra toczy się tu już na innych zasadach niż kilka lat temu. Przy tak dużej dostępności powierzchni najemcy nie podejmują decyzji pod presją. Sprawdzają koszty, jakość zarządzania, elastyczność umowy i to, czy biuro rzeczywiście odpowiada na sposób pracy zespołów. Właściciele muszą więc konkurować nie tylko adresem i standardem budynku, ale umiejętnością zadbania o całe doświadczenie najemcy – mówi Dorota Kościelniak, Director, Office Agency, Savills.

Aktywność deweloperska pozostaje na historycznie niskim poziomie. W budowie znajduje się mniej niż 180 000 m kw. biur, o 11% mniej niż rok wcześniej i kilkakrotnie mniej niż w poprzednich cyklach. Dla porównania, w latach 2015–2019 w budowie znajdowało się średnio ponad 900 000 m kw. powierzchni biurowej.

Aktywność deweloperska koncentruje się przede wszystkim w Poznaniu, gdzie w budowie znajduje się 72 900 m kw., oraz w Krakowie z wynikiem 50 400 m kw. Mimo że w samym pierwszym kwartale oddano do użytku 47 200 m kw. biur, czyli więcej niż przez cały 2025 rok, łączna tegoroczna podaż pozostanie znacznie poniżej wieloletniej średniej.

Dziś w Poznaniu nikt nie wynajmuje biura „na zapas”. Decyzje są ostrożne, mocno policzone i zwykle poprzedzone długą analizą kosztów. Dlatego niski wolumen najmu w pierwszym kwartale nie jest zaskoczeniem, a duża powierzchnia w budowie będzie ważnym testem. Nowe projekty muszą trafić bardzo precyzyjnie w potrzeby firm: lokalizacja, efektywny układ, koszty eksploatacyjne i elastyczne warunki. W Poznaniu sam nowy budynek nie wystarczy. Kluczowe jest i będzie dopasowanie powierzchni, kosztów i warunków najmu do konkretnych potrzeb firm – komentuje Mateusz Jakubowicz, Associate, Regional Manager, Office Agency, Savills.

W najbliższych kwartałach kluczowe będzie tempo absorpcji istniejących pustostanów. Ograniczona nowa podaż może pomóc w stabilizacji rynku, ale tylko pod warunkiem stopniowego powrotu aktywności najemców.

Nowy CEO w Contract Administration. Paweł Lazar pokieruje spółką

Contract Administration, jeden z największych dostawców usług kadrowo-płacowych w Europie Środkowo-Wschodniej, ma nowego CEO. Stanowisko objął Paweł Lazar, menedżer z wieloletnim międzynarodowym doświadczeniem zdobytym m.in. w EY i ADP, specjalizujący się w rozwoju i transformacji organizacji usługowych.

Paweł Lazar wnosi do Contract Administration kompetencje w zakresie skalowania biznesu, zarządzania operacjami oraz wdrażania zmian w złożonych, międzynarodowych strukturach. W trakcie swojej kariery odpowiadał za rozwój organizacji w sektorze usług biznesowych, w tym outsourcingu kadr i płac, koncentrując się na efektywności operacyjnej, automatyzacji oraz poprawie doświadczeń klientów.

Contract Administration to organizacja o dużej skali i ogromnym potencjale. Moim priorytetem będzie dalszy rozwój operacyjny, wykorzystanie technologii oraz wzmacnianie wartości, jaką dostarczamy naszym klientom – mówi Paweł Lazar, CEO Contract Administration.

Zmiana na stanowisku CEO jest częścią szerszego etapu rozwoju spółki. Magdalena Aleksandrowicz, która przez lata budowała pozycję Contract Administration na rynku, obejmuje rolę Non-Executive Chairman.

Dziś jesteśmy organizacją z silnymi fundamentami, świetnym zespołem i jasno określoną strategią. To dobry moment na kolejny krok w rozwoju firmy – podkreśla Magdalena Aleksandrowicz.

Contract Administration należy do największych firm świadczących usługi kadrowo-płacowe w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Spółka działa w Polsce, Czechach i na Słowacji, zatrudnia ponad 250 specjalistów i jest częścią międzynarodowych sieci biznesowych.

Ceny srebra rosną, złoto pozostaje w konsolidacji

  • Ceny srebra wzrosły o 15% w ciągu ostatniego tygodnia, a poniedziałkowe wybicie powyżej 82–83 USD uruchomiło nową falę momentum i zakupów technicznych.
  • Srebro nadal korzysta ze swojej podwójnej roli – zarówno metalu szlachetnego, jak i przemysłowego – a rekordowy rajd miedzi wzmacnia oczekiwania dotyczące popytu.
  • Relatywnie słabsze zachowanie cen złota po apelu premiera Indii Narendry Modiego o wstrzymanie jego zakupów przyspieszyło spadek relacji złota do srebra do dwumiesięcznego minimum w okolicach 55.
  • Krótkoterminowe perspektywy zależą teraz od tego, czy srebro utrzyma się powyżej wcześniejszej strefy wybicia, unikając tym samym ponownej likwidacji długich pozycji.

Jak tłumaczy Ole Hansen, dyrektor ds. strategii rynku surowców w Saxo Bank, ceny srebra nagle wystrzeliły w górę, ponownie rozbudzając zainteresowanie inwestorów, którzy skutecznie wykorzystali ubiegłoroczny rajd, zanim pękła bańka pod koniec stycznia i doprowadziła do niemal 50-procentowej korekty do marca. Od tego czasu metal wyraźnie odrobił straty, a w ostatnim tygodniu impet ruchu przyspieszył: „biały metal” zyskał 15%, podnosząc stopę zwrotu od początku roku do około 20%, choć nadal jest notowany ponad 150% powyżej poziomów sprzed roku.

Kurs XAGUSD wzrósł wczoraj do dwumiesięcznego maksimum w pobliżu 88 USD, kontynuując poniedziałkowy rajd o 7%, po czym oddał część zysków, gdy wyższe ceny ropy podbiły zarówno rentowności obligacji, jak i dolara. Mimo to najnowszy ruch – przynajmniej na razie – zmienił krótkoterminowy obraz techniczny. Przełamanie oporu w rejonie 82–83 USD uruchomiło ponowne zakupy ze strony funduszy hedgingowych i innych inwestorów podążających za momentum, którzy w ostatnich tygodniach w dużej mierze trzymali się z boku.

Srebro spot

Srebro spot – źródło: Saxo

Ten ruch odzwierciedla również fakt, że srebro charakteryzuje się wyższym współczynnikiem beta w porównaniu ze złotem, oraz że czerpie korzyści ze swojej podwójnej atrakcyjności – zarówno jako metal inwestycyjny, jak i przemysłowy. Tymczasem złoto nadal pozostaje w fazie konsolidacji, a jego ostatnia niezdolność do pełnego dołączenia do rajdu srebra wynika częściowo z obaw, że wyższe ceny energii mogą opóźnić obniżki stóp procentowych. Znaczenie ma również niedawny apel premiera Indii Narendry Modiego, który wezwał swoich obywateli do wstrzymania zakupów złota na co najmniej rok, aby złagodzić presję na rezerwy walutowe kraju i osłabiającą się rupię.

Ta sytuacja przyczyniła się do gwałtownego spadku stosunku ceny złota do srebra do poziomu około 55, najniższego od początku marca, co podkreśla obecne lepsze wyniki srebra. Wskaźnik ten ponownie spadł znacznie poniżej średniej wynoszącej blisko 70, obserwowanej przez prawie trzy dekady. Tymczasem złoto pozostaje w przedziale wahań, z poziomem wsparcia ustalonym poniżej 4500 USD, podczas gdy opór znajduje się na 50-dniowej średniej ruchomej w pobliżu 4757 USD, a następnie 4850 USD.

Złoto spot

Złoto spot – źródło: Saxo

Popyt przemysłowy wzmacnia wsparcie

Poza technicznym wybiciem srebro korzysta również z gwałtownego umocnienia segmentu metali przemysłowych. Kontrakty na miedź zarówno w Nowym Jorku, jak i w Londynie ustanowiły w poniedziałek nowe rekordowe poziomy zamknięcia, wspierane przez silny popyt z Chin, szybko malejące zapasy oraz rosnące obawy o dostępność podaży w przyszłości.

Jako kluczowy metal transformacji energetycznej, wykorzystywany w elektryfikacji, odnawialnych źródłach energii, elektronice, infrastrukturze AI i produkcji motoryzacyjnej, srebro nadal korzysta z wielu tych samych strukturalnych trendów, które obecnie wspierają miedź. W ostatnich tygodniach inwestorzy coraz częściej pomijali ryzyka spowolnienia gospodarczego związane z konfliktem na Bliskim Wschodzie, koncentrując się zamiast tego na rosnącym wyzwaniu zapewnienia wystarczającej podaży strategicznie istotnych metali.

Trwające zakłócenia przepływów handlowych przez Cieśninę Ormuz dodały kolejną warstwę niepewności do i tak już napiętych perspektyw podażowych. Choć samo srebro nie jest bezpośrednio zależne od eksportu z regionu Zatoki Perskiej, konflikt przyczynił się do wzrostu kosztów energii, transportu i rafinacji w wielu łańcuchach dostaw surowców, wzmacniając szersze obawy dotyczące inflacji i ograniczonej dostępności zasobów.

Zasadniczo ceny srebra nadal wspiera prognozowany roczny deficyt podaży w sytuacji, gdy popyt fizyczny i inwestycyjny utrzymuje się na wysokim poziomie. Zwłaszcza w Chinach, gdzie lokalny popyt na metale szlachetne i przemysłowe pozostaje wysoki pomimo ogólnych obaw gospodarczych. Co istotne, podaż srebra z kopalń reaguje zazwyczaj z opóźnieniem na wzrost cen, ponieważ znaczna część światowej produkcji stanowi produkt uboczny wydobycia ołowiu, cynku, miedzi i złota.

Miedź HG

Miedź HG – Źródło: Saxo

Uwaga przesuwa się na poziomy wsparcia

Najnowszy rajd wiąże się jednak z krótkoterminowymi ryzykami. Po tak gwałtownym odbiciu rynek potrzebuje teraz potwierdzenia, że wybicie okaże się trwałe – zwłaszcza biorąc pod uwagę potencjalnie spekulacyjny charakter ostatniego ruchu. Utrzymanie notowań powyżej wcześniejszej strefy wybicia w okolicach 82–83 USD prawdopodobnie zachęciłoby do dalszych zakupów systematycznych i opartych na momentum. Spadek poniżej tej strefy mógłby jednak uruchomić ponowną likwidację niedawno otwartych długich pozycji.

Na razie srebro odzyskało narrację, której brakowało mu wcześniej w tym roku: rynek wspierany nie tylko przez popyt na metale szlachetne i niepewność geopolityczną, ale coraz wyraźniej także przez strukturalny popyt przemysłowy w warunkach ograniczonego wzrostu globalnej podaży.

Świat lubi Polskę, której doświadcza. Jak naprawdę mówi się o Polsce za granicą?

Blisko 900 tysięcy wzmianek, niemal 8 miliardów zasięgu i ponad 160 milionów interakcji. Tak wygląda globalna rozmowa o Polsce według raportu „Poland: A Global Impact”, przygotowanego przez Fundację Think Tank Marka Polska we współpracy z Brand24.

Analiza 893 541 publikacji w języku angielskim, francuskim i niemieckim pokazuje, że Polska najczęściej pojawia się w zagranicznym Internecie w kontekście geopolityki i bezpieczeństwa. To właśnie ten obszar generuje największą widoczność kraju. Jednocześnie najbardziej pozytywne emocje wzbudzają tematy oparte na bezpośrednim doświadczeniu: kuchnia, sport, technologia, turystyka i język polski.

Najważniejszy wniosek raportu jest prosty: świat lubi Polskę, której doświadcza. Lubi mniej Polskę, którą sobie wyobraża.

Polska opisywana przez geopolitykę osiąga 55 procent pozytywnego sentymentu, natomiast Polska doświadczana przez jedzenie, podróże, sport, technologię czy język osiąga od 74 do 87 procent pozytywnych wzmianek. Najwyższy wynik uzyskała kuchnia polska, z 87 procentami pozytywnego sentymentu. Tu symbolem numer jeden pozostają pierogi. Bardzo wysoko oceniane są także sport, technologia i turystyka.

Geopolityka pozostaje największym źródłem widoczności Polski. W tej narracji kraj najczęściej pojawia się jako ważny element wschodniej flanki NATO, państwo funkcjonujące blisko wojny w Ukrainie i stabilizujący partner w systemie bezpieczeństwa regionu. To obraz poważny i wiarygodny, ale chłodniejszy emocjonalnie niż narracje oparte na codziennym kontakcie z Polską.

Technologia pozycjonuje Polskę jako rosnący hub kompetencji. W analizowanych treściach kraj pojawia się w kontekście sztucznej inteligencji, cyfryzacji usług, silnych zespołów IT, zaplecza badawczo rozwojowego i międzynarodowych centrów technologicznych. W tym obszarze 83 procent wzmianek ma charakter pozytywny, co czyni technologię jednym z najmocniejszych elementów nowoczesnego wizerunku Polski.

Turystyka i kuchnia są najbardziej intuicyjnymi nośnikami pozytywnego obrazu kraju. Polska jest opisywana jako atrakcyjny, różnorodny i nadal niedoceniany kierunek podróży. W rozmowach najczęściej pojawiają się Kraków, Warszawa, Gdańsk, Tatry i Zakopane. W kontekście kuchni dominują konkretne potrawy: pierogi, bigos, żurek i barszcz. To właśnie te doświadczenia najłatwiej przekładają się na pozytywne skojarzenia z Polską.

Sport pozostaje jednym z najskuteczniejszych generatorów globalnej widoczności. W tej kategorii pozytywny sentyment osiąga 85 procent, a największą rolę odgrywają Robert Lewandowski i Iga Świątek. Raport wskazuje jednak, że jest to jednocześnie siła i ryzyko: globalna obecność Polski w sporcie opiera się dziś przede wszystkim na kilku nazwiskach.

Jednym z najbardziej zaskakujących wniosków raportu jest znaczenie języka polskiego. To najmniejsza kategoria pod względem liczby wzmianek, ale jedna z najbardziej angażujących. Osoby uczące się polskiego za granicą robią to najczęściej z powodów osobistych: dla rodziny, dziedzictwa, partnera, relokacji lub własnego wyzwania. Raport wskazuje, że każdy uczący się polskiego za granicą może być niedocenionym ambasadorem Polski.

Jak podkreśla dr hab. Barbara Mróz-Gorgoń, prof. UEW, prezeska Fundacji Marka Polska Think Tank:

Raport pokazuje, że obraz Polski w zagranicznej przestrzeni internetowej jest znacznie bardziej wielowymiarowy, niż często zakładamy. Z jednej strony dominuje narracja bezpieczeństwa i geopolityki, z drugiej bardzo silnie wybrzmiewają tematy codziennego doświadczenia: technologii, podróży, kuchni, sportu czy języka. To pokazuje, że marka narodowa budowana jest zarówno przez twarde czynniki strategiczne, jak i przez kulturę, styl życia oraz realne doświadczenia osób, które z Polską mają kontakt.

Michał Sadowski, CEO Brand24, dodaje:

Raport pokazuje wyraźnie: świat lubi Polskę, której można dotknąć. Pierogi, Lewandowski, Świątek, Kraków czy ElevenLabs budzą znacznie cieplejsze emocje niż Polska jako abstrakcyjne pojęcie. Problem nie leży więc wyłącznie w tym, jak jesteśmy postrzegani na świecie. Ten obraz jest w dużej mierze pozytywny. Wyzwaniem jest również to, jak sami o sobie myślimy i jak konsekwentnie potrafimy opowiadać o własnych sukcesach.

Raport „Poland: A Global Impact” powstał w wyniku analizy danych internetowych z inicjatywy Fundacji Marka Polska Think Tank we współpracy z Brand24. Badanie przeprowadzono z wykorzystaniem narzędzia Brand24 monitorującego globalne media społecznościowe (Facebook, X, TikTok, YouTube, Instagram, Reddit), serwisy informacyjne, blogi, podcasty, materiały wideo, fora internetowe i grupy dyskusyjne. Analiza objęła 893 541 wzmianek dotyczących Polski w językach angielskim, francuskim i niemieckim opublikowanych w terminie 20 września – 22 grudnia 2025 r.

Badanie objęło siedem obszarów: geopolityka, technologia, życie w Polsce, turystyka, kuchnia polska, sport, język polski. Każdy obszar wyodrębniono za pomocą dwutorowego algorytmu filtrowania słów kluczowych. Część kategorii (kuchnia, język, turystyka, sport) wykorzystywała strategię „silnego sygnału”, w której kwalifikatorem były np. nazwy konkretnych potraw lub nazwiska czołowych sportowców. Pozostałe wymagały kotwicy geograficznej („Polska”, „Warszawa”, „Kraków”) w połączeniu ze słownikiem tematycznym.

Inflacja w USA znów niepokoi rynki. Kurs dolara zyskuje, złoty pod presją

W USA inflacja staje się coraz większym problemem. Wczoraj poznaliśmy lekko wyższy od oczekiwań wskaźnik cen konsumenckich. Dzisiaj czeka nas odczyt dla producentów. Jeżeli nie będzie pozytywnej niespodzianki, rynek może kontynuować narrację o rosnących stopach procentowych i umacniać dolara.

Inflacja za oceanem przyspiesza

Wczorajsze dane z USA pokazują wzrost inflacji konsumenckiej do poziomu 3,8%. Jest to o 0,1% więcej niż oczekiwania. Ostatni raz taki lub wyższy wynik oglądaliśmy w maju 2023 roku, kiedy to gospodarka USA, podobnie jak inne gospodarki Zachodu, walczyła ze wzrostem cen wywołanym transferami pandemicznymi. Co to oznacza dla rynków? Im wyższa inflacja, tym większe szanse na podwyżki stóp procentowych. To właśnie ten scenariusz jest obecnie zakładany. Patrząc na wyceny kontraktów terminowych, w ciągu najbliższego roku nie należy spodziewać się cięć. Co więcej, znacznie bardziej prawdopodobny jest wzrost wskaźników w tym okresie. Na rezultaty nie trzeba było długo czekać. Kapitał płynie szerokim strumieniem do dolara.

Co z nowym prezesem FED-u?

Zwolennicy niskich stóp procentowych czekają z niecierpliwością na zmianę w fotelu prezesa. Kevin Warsh – bo o nim mowa – odhacza już kolejne etapy. Otrzymał zgodę Senackiej Komisji Bankowej oraz przeszedł głosowanie na członka Rady Gubernatorów. Teraz pozostaje jedynie finalne poparcie jego kandydatury na stanowisko przewodniczącego. Biorąc pod uwagę, że w głosowaniu na członka Rady uzyskał 51 głosów za i 45 przeciw, to kolejne wydaje się obecnie raczej formalnością. Problem w tym, że patrząc na reakcje rynków, wcale nie są one przekonane, że nominant Republikanów nagle zacznie realizować ich politykę w ciemno. Kevin Warsh rzeczywiście był zwolennikiem znacznego obniżenia poziomu stóp procentowych, ale od tego czasu trochę się na świecie zmieniło. Wystarczy spojrzeć choćby na ceny ropy po tym, jak Amerykanie i Izrael postanowili prowadzić kolejną wojnę na Bliskim Wschodzie.

Jak reaguje złoty?

Wraz z rosnącą inflacją w USA przyszło umocnienie dolara, który z kolei zasysa kapitał z innych części świata. Z tego powodu, gdy euro traci na wartości względem dolara, tracą również inne waluty z nim powiązane. Wczoraj w odwrocie był nie tylko polski złoty. Na wartości tracił także, bardzo dobrze ostatnio po wyborach dysponowany, forint. Słabsza była również korona czeska. Kurs euro wzrósł wczoraj o ponad grosz, przekraczając poziom 4,25 zł. Jak nietrudno się domyślić, dolar drożał jeszcze mocniej. Amerykańska waluta zaczynała dzień na poziomie 3,60 zł, a kończyła go już niemal na 3,63 zł. Trzeba jednak pamiętać, że waluty naszego regionu traciły dodatkowo wraz z po raz kolejny komplikującą się sytuacją na Bliskim Wschodzie.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – USA – inflacja producencka.