Tydzień pod znakiem Fedu. To będą ważne dni dla dolara

Zeszły tydzień był jednym z najlepszych dla amerykańskiego dolara od czerwca. A ten tydzień będzie pod znakiem środowej decyzji Rezerwy Federalnej w sprawie stóp procentowych w USA. Rynek oczekuje, że dojdzie do kolejnej w tym roku podwyżki stóp. Wraz z rosnącym w siłę dolarem traciła złotówka. W szczególności do brytyjskiego funta, który osiągał rekordowe wzrosty także wobec innych walut, w tym dolara. Wiąże się to z oczekiwaniem szybkiej podwyżki stóp procentowych przez Bank Anglii.

Waluty: W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar zyskuje do dolara kanadyjskiego (+0,1%), a traci do euro (-0,21%), brytyjskiego funta (-1,45%), dolara australijskiego (-0,05%) oraz japońskiego jena (-0,18%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,194, GBP/USD – 1,359, USD/CAD – 1,218, AUD/USD – 0,802 i USD/JPY – 111,2. Euro jest silniejsze wobec japońskiego jena (+0,34%) i kurs EUR/JPY wynosi 132,8, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,879. W porównaniu do sytuacji sprzed weekendu złotówka lekko zyskuje do dolara i euro, sporo traci do funta i minimalnie do franka szwajcarskiego. W poniedziałek rano dolar kosztuje 3,58 zł, euro – poniżej 4,28 zł, funt – niemal 4,87 zł, a frank – prawie 3,73 zł.

Giełdy: Na światowych giełdach mieszanka koloru czerwonego i zielonego. W poniedziałek londyński indeks FTSE 100 stracił 1,1%, frankfurcki indeks DAX – 0,17%, a paryski indeks CAC 40 – 0,22%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 wzrósł o 0,18%, meksykański indeks Bolsa stracił 0,37%, a brazylijski Bovespa zyskał 1,47%. W poniedziałek w Azji chiński indeks Shanghai Composite wzrósł o 0,28%, a hongkoński indeks Hang Seng na godzinę przed zamknięciem zyskiwał 1,2%.

Ropa i złoto: Ceny ropy naftowej niemal stoją w miejscu. W niedzielę na zakończenie dnia baryłka ropy Brent kosztowała 55,62 USD (+0,27%), a ropy WTI – 49,89 USD (0%). Roczna prognoza ceny baryłki surowca pozostała na poziomie 57 USD. Z kolei cena złota po wcześniejszych wzrostach sporo poszła w dół. W poniedziałek rano uncję metalu rynek wycenia na 1317 USD. To 13 USD mniej (-0,98%) niż przed weekendem.

Najważniejsze wydarzenia dzisiejszego dnia:

  • 9:00 – Wielka Brytania – Wystąpienie publiczne szefa BoE
  • 9:00 – Czechy – Inflacja PPI (r/r), sierpień – 1,4% (prognoza 1,2%)
  • 10:45 – Strefa euro – Wystąpienie publiczne członka zarządu EBC
  • 11:00 – Strefa euro – Inflacja HICP (r/r), sierpień (prognoza 1,5%)
  • 14:00 – Polska – Przeciętne zatrudnienie (r/r), sierpień (prognoza 4,6%)
  • 14:00 – Polska – Przeciętne wynagrodzenie (r/r), sierpień (prognoza 5,7%)

Przygotował zespół analityczny easyMarkets

Prognoza kursu dolara w nadchodzących dniach

W nadchodzących dniach rynek skupi się głównie na posiedzeniu Rezerwy Federalnej. Decyzje amerykańskich władz monetarnych mogą w znaczny sposób wpłynąć na wycenę dolara. Ponieważ perspektywa stóp procentowych w USA jest ważna także dla inwestorów poza granicami Stanów Zjednoczonych wyraźny wpływ wydarzeń w Waszyngtonie będzie również widoczny na złotym – zapowiada Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Podczas czerwcowego posiedzenia Rezerwy Federalnej, kiedy ostatni raz światło dzienne ujrzały kwartalne prognozy makroekonomiczne, została nakreślona ścieżka przyszłych stóp procentowych przez amerykański bank centralny. Wynikało z niej, że w tym roku koszt kredytu zostanie podniesiony o 0.25 pkt proc., a przez kolejne dwa lata o 0.75 pkt proc. rocznie. Od tego czasu jednak mieliśmy wiele ważnych wydarzeń, które mogły zmienić poglądy władz monetarnych.

Przede wszystkim, wbrew oczekiwaniom Fedu, inflacja spadała. Wskaźnik cen PCE obniżył się do poziomu 1.40 proc. i był najniższy od końca 2015 r. W obecnym momencie cyklu koniunkturalnego była to zaskakująca informacja, gdyż tempo wzrostu cen raczej powinno przyspieszać niż hamować przy rekordowo niskim bezrobociu. Drugim problemem, z którym będą musiały zmierzyć się przedstawiciele Komitetu Otwartego Rynku będzie kwestia huraganów, które w sierpniu oraz we wrześniu nawiedziły południe USA.

Prognozy i żywioły

Reakcja dolara podczas posiedzenia Rezerwy Federalnej będzie głównie zależała od tego jak decyzje członków Fedu będą odbierane w odniesieniu do oczekiwań inwestorów. Agencja Bloomberg w dniach 12-14 września przeprowadziła badanie wśród wiodących ekonomistów na świecie dotyczące środowego komunikatu władz monetarnych.

Mediana oczekiwań pokazuje, że Rezerwa Federalna nadal będzie sugerować w projekcjach makroekonomicznych jedną podwyżkę stóp procentowych w tym roku (o 0.25 pkt proc.) oraz trzy w przyszłym (w sumie o 0.75 pkt proc.). Ten scenariusz można więc uznać za bazowy. Wszelkie odchylenia od niego prawdopodobnie w zauważalnym stopniu wpłyną na dolara, zwłaszcza, że poza zaskakująco niską inflacją Fed będzie musiał ocenić wpływ ostatnich żywiołów na gospodarkę USA.

Między innymi z powodu huraganów liczba wniosków o zasiłki dla bezrobotnych przez ostatnie dwa tygodnie utrzymuje się blisko półtorarocznych szczytów. Opublikowane w miniony piątek dane o sprzedaży detalicznej były bardzo słabe. Spadła ona o 0.2 proc. m/m, ale Biuro Spisu Powszechnego, które publikuje te dane nie było w stanie stwierdzić czy jest to efekt ekstremalnej pogody na południu USA.

Zaskakująco słabe były także odczyty produkcji przemysłowej ze Stanów Zjednoczonych za sierpień. Spadła ona o 0.9 proc. m/m. W tym przypadku instytucja przygotowująca raport (Rezerwa Federalna) oceniła, że wpływ huraganu Harvey odpowiada za 0.75 pkt proc. spadku. Jednak nawet jeśli rzeczywiście żywioł wywołał tak znaczne wahanie produkcji to i tak dane nie są rewelacyjne.

Wpływ Fedu na złotego

Jeżeli członkowie Fedu ocenią, że ostatnie słabsze odczyty makroekonomiczne są przede wszystkim wynikiem czynników jednorazowych (huraganów) i najprawdopodobniej gospodarka przyspieszy, gdy ten wpływ w kolejnych miesiącach wygaśnie, wtedy projekcje przyszłych stóp procentowych prawdopodobnie pozostaną niezmienione.

To mogłoby wpłynąć pozytywnie na dolara mimo tego, że jest to scenariusz bazowy sugerowany chociażby w szacunkach agencji Bloomberg. Mogłoby to popchnąć dolara do przedziału 3.60-3.65 zł w drugiej części bieżącego tygodnia.

Z drugiej strony, gdyby przekaz Komitetu Otwartego Rynku zawierał obawy o kondycję amerykańskiej gospodarki i jej znacznie niższy od oczekiwań poziom inflacji, wtedy dolar mógłby nieco stracić na wartości. W przypadku gdyby te obawy zostały połączone z sugestią braku podwyżek stóp procentowych w tym roku lub zacieśnieniem monetarnym na poziomie jedynie 0.50 pkt procentowego w przyszłym, to można byłoby oczekiwać wyraźniejszego osłabienia się dolara. W takim przypadku amerykańska waluta mogłaby nawet zmierzać w kierunku granicy 3.50 zł. Pomogłoby to również wycenie złotego w relacji do euro, która najprawdopodobniej dążyłaby w stronę poziomu 4.25 zł.

Apetyt na ryzyko ma się dobrze

Schemat ten, co zwykle – w środę decyzja FOMC i do tego czasu rynki stoją w miejscu. Wolny dzień w Japonii nie pomagał rozruszać handlu w Azji, a pusty kalendarz w Europie i Ameryce zapewni flautę w następnych godzinach. USD/JPY rusza wyżej, EUR/USD stoi w miejscu, GBP pozostaje mocny, a PLN ponownie schodzi na dalszy plan.

Rentowności 10-letnich obligacji skarbowych USA podchodzą pod 2,21 proc. i jest to czynnik podtrzymujący optymizm względem USD. Przed weekendem pozycji dolara nie zburzyły rozczarowujące dane o sprzedaży detalicznej i produkcji przemysłowej z USA, gdyż wpływ huraganów zaburza wyniki i inwestorzy nie zamierzają tracić czasu na szukanie podstawowego trendu. Co gospodarka straci w III kw., zostanie odbudowane w późniejszym okresie, więc ciężko z tej sytuacji wyciągać kasandryczne wizje. Odbicie sierpniowej inflacji podsyca nadzieję na jeszcze jedną podwyżkę stóp procentowych przed końcem roku i rynek oczekuje, że Fed w środę nie będzie widział przyszłości inaczej. To powinno pomóc podtrzymać siłę USD przynajmniej do publikacji komunikatu, a dalej będą się liczyć niuanse. Gołębie w FOMC mają podstawy, by wyrazić sceptycyzm względem dalszego zacieśniania monetarnego. Z drugiej strony ostatnie zaskakujące decyzje/komunikaty Banku Kanady i Banku Anglii uczą nas, że główne banki centralne za wszelką cenę chcą uciec od ultra-łagodnej polityki. Jeśli tak, to Fed także powinien być w Klubie Zacieśniających Politykę (obiecuję popracować jeszcze nad nazwą) i środowy komunikat nie powinien być rozczarowaniem dla dolara.

Apetyt na ryzyko ma się dobrze, co oznacza, że złoto, obligacje i inne „bezpieczne przystanie” są w odwrocie. USD/JPY wybija się na nowe 7-tygodniowe szczyty. Sugestie, że premier Japonii Abe planuje przyspieszone wybory póki co jeszcze niewiele znaczy, ale jeśli wygra, oznacza to więcej Abenomiki i słabszego jena. EUR/USD utknął w trendzie bocznym i prawdopodobnie nawet FOMC niewiele zmieni, kiedy nadziej na wygaszanie QE przez ECB stanowią solidną przeciwwagę. GBP jest mega-zwycięzcą zeszłego tygodnia, gdyż na rynku rosną oczekiwania na podwyżkę BoE w listopadzie zainicjowane przez komunikat po posiedzeniu banku w ostatni czwartek. W piątek nawet największy gołąb z BoE Vlieghe przyznał, że podwyżka w najbliższych miesiącach jest konieczna. Wieczorem przemawiać będzie prezes BoE Carney i byłoby ogromnym zaskoczeniem, gdyby chciał stonować rynkową euforię.

Na rynku złotego zapanował spokój. W zeszłym tygodniu EUR/PLN zatrzymał wzrosty przed 4,29 i od tego czasu handel jakby zamarł w oczekiwaniu na świeże impulsy. Seria danych z polskiej gospodarki w tym tygodniu (dziś – rynek pracy) ma nikłe szanse zostać zauważona. Większe ryzyko leży w decyzji FOMC, gdyż pozytywny impuls dla dolara będzie dręczył krótkie pozycje w USD/PLN budowane przez wiele poprzednich miesięcy.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Kradzieże i uszkodzenia pojazdów – raport zagrożeń dla polskich firm transportowych

Jak wynika z badania przeprowadzonego przez markę VIAON, przedsiębiorcy oraz kierowcy zawodowi coraz częściej zwracają uwagę na zagrożenia takie jak: niebezpieczeństwo przewozów oraz ataki terrorystyczne. Aż 57 proc. właścicieli firm transportowych przyznaje, że ich kierowcy doświadczyli kradzieży bądź uszkodzenia przewożonego ładunku lub pojazdu.

Branża transportowa to jedna z najbardziej dynamicznie rozwijających się gałęzi gospodarki w Polsce. Od momentu wejścia do UE i otwarcia się rynków zagranicznych, rodzime firmy wykonują prawie 25 proc. wszystkich przewozów międzynarodowych na terenie Europy.

Dla branży transportowej przystąpienie Polski do Unii Europejskiej oznaczało dużą szansę rozwoju. Z pewnością potencjał ten został w pełni wykorzystany. Jednak nowe możliwości, to też często nowe zagrożenia. Wejście na rynki zagraniczne pociągnęło za sobą takie niebezpieczeństwa dla kierowców, jakich nie doświadczali wcześniej, realizując przewozy na terenie kraju. Odzwierciedlają to wyniki naszego badania – mówi Bartosz Najman, CEO VIAON.Czy kiedykolwiek pojazd z Pani Pana firmy został okradziony uszkodzony bądź skradziony

Istotnym czynnikiem, na który zwracają uwagę zarówno przedsiębiorcy, jak i kierowcy, jest zagrożenie bezpieczeństwa przewozów oraz ataki terrorystyczne. Jak wynika z badania przeprowadzonego przez VIAON, 37 proc. respondentów uznało te okoliczności za jedne z ważniejszych w swojej pracy. Na pytanie „Czy kiedykolwiek pojazd z Pana/Pani firmy został okradziony, uszkodzony bądź skradziony?” aż 57 proc. ankietowanych udzieliło odpowiedzi twierdzącej. Najczęstszym przedmiotem kradzieży było paliwo – z tym problemem spotkało się aż 42 proc. badanych. Co czwarty ankietowany wskazał także, że jego pojazd został uszkodzony
z premedytacją. Polscy przedsiębiorcy i kierowcy wspominają również o kradzieżach towaru, rzeczy osobistych czy nawet pojazdu.

Z naszego badania wynika, że polskich przedsiębiorców rzadziej dotykają tak poważne przypadki, jak przywłaszczenie pojazdów. Jednak duży odsetek firm transportowych zmaga się z równie istotnym problemem kradzieży paliwa. Jednym ze sposobów, który może realnie wpłynąć na ograniczenie takich sytuacji oraz wzrost bezpieczeństwa przewozów, jest zastosowanie nowoczesnych rozwiązań telematycznych. Systemy te pozwalają na bieżące kontrolowanie poziomu paliwa w pojeździe, a także zachowanie ciągłości komunikacji pomiędzy kierowcą a osobą zarządzającą transportem – komentuje Bartosz Najman.Które z czynników uważa Pani Pan za największe zagrożenie dla firm z branży transportowej

Zagrożeniem, którego w dużej mierze obawiają się właściciele firm transportowych oraz osoby zarządzające transportem, jest brak wykwalifikowanej kadry pracowników (61 proc.). Wśród kierowców zawodowych, aż o połowę mniej ankietowanych uważa ten czynnik za istotny dla rozwoju branży (29 proc., łącznie 51 proc. odpowiedzi wśród wszystkich respondentów). Kierowcy znacznie bardziej obawiają się rosnącej konkurencji na terenie kraju. Różnice zdań można zauważyć również w kwestiach takich zagrożeń jak: manipulacje kierowców czy wysokie kary finansowe nakładane podczas kontroli drogowych.

Jeśli chodzi o polski rynek transportowy i czynniki wywołujące poczucie zagrożenia, to w badaniu możemy zaobserwować różnice pomiędzy zarządzającymi transportem a samymi kierowcami. Wydaje się jednak, że finalnie obie te grupy najbardziej niepokoją się o przyszłość swojej firmy. Właściciele, biorący udział w ankiecie, większą wagę przykładają do niedoboru wykwalifikowanej kadry, gdyż jej brak może doprowadzić do obniżenia jakości świadczonych usług lub nawet zamknięcia przedsiębiorstwa. Kierowcy, którzy odpowiedzieli na nasze pytania, oczekują natomiast stabilności zatrudnienia. Martwią się więc coraz większą konkurencją w branży transportowej, która może wyeliminować firmę, w której pracują z rynku. Obawiają się również kar nakładanych przez inspektorów, mogących nie tylko uszczuplić domowy budżet, ale również uniemożliwić wykonywanie zawodu – podsumowuje Najman.

Powyższe badanie zostało przeprowadzone przez markę VIAON wśród właścicieli firm transportowych, spedytorów oraz kierowców zawodowych, na grupie 394 respondentów. Celem ankiety było zbadanie opinii przedstawicieli branży na temat potencjalnych zagrożeń dla polskich przedsiębiorstw przewozowych.

SIMPLE podpisało umowę o wartości ponad 6 mln zł z Radomską Stacją Pogotowia Ratunkowego

Spółka SIMPLE podpisała umowę na dostawę i wdrożenie zintegrowanego systemu informatycznego w Radomskiej Stacji Pogotowia Ratunkowego. Realizacja kontraktu o wartości 6,2 mln zł brutto potrwa do końca maja 2018 r.

Podpisana umowa obejmuje kompleksową informatyzację Radomskiej Stacji Pogotowia Ratunkowego w zakresie części administracyjno-zarządczej (ERP), medycznej (HIS), wdrożenia e-usług oraz infrastruktury sprzętowej.

– „Podpisana umowa to nasz kolejny, pozyskany w ostatnich tygodniach, kontrakt. To również kolejne zamówienie realizowane w branży medycznej, dzięki któremu umacniamy swoją pozycję na tym rynku. Jest to zasługa naszej kompleksowej oferty, doświadczenia i świadomości potrzeb placówek medycznych. Dzięki przeprowadzonym w Grupie zmianom optymalizacyjnym poprawiliśmy efektywność kosztową, a w konsekwencji rentowność realizowanych kontraktów.” – powiedział Rafał Wnorowski, Prezes Zarządu SIMPLE S.A.

Umowa z Radomską Stacją Pogotowia Ratunkowego to kolejny kontrakt pozyskany w III kwartale. Wcześniej SIMPLE podpisało umowy m.in. z Warszawskim Uniwersytetem Medycznym, SPZOZ w Węgrowie oraz SPZOZ w Nowym Mieście nad Pilicą.

– „Tylko w przeciągu ostatnich kilku tygodni zawarliśmy nowe umowy na ponad 15 mln złotych. Cały czas poszukujemy możliwości pozyskania kolejnych kontraktów. Prowadzimy wiele rozmów dotyczących następnych wdrożeń i uczestniczymy w zaawansowanych etapach przetargów, których efekty już niedługo będą widoczne w kolejnych podpisywanych umowach.” – dodał Rafał Wnorowski.

25 sierpnia SIMPLE poinformowało o wyborze oferty Spółki o wartości ponad 5 mln zł brutto przez Tramwaje Warszawskie. Kontrakt dotyczy dostawy i wdrożenia zintegrowanego systemu informatycznego.

Oferta SIMPLE została wybrana najkorzystniejsza na podstawie kryteriów oceny: cena – waga 50%, funkcjonalności dodatkowe systemu – 30% oraz opis koncepcji wykonania – 20%).

– „Wdrożeniem zintegrowanego systemu informatycznego zajmie się dedykowany Zespół, posiadający bogate doświadczenie i wiedzę w zakresie działalności i informatyzacji placówek ochrony zdrowia. Krótki czas realizacji zlecenia wpłynie na efektywne wykorzystanie naszych zasobów oraz pozytywnie przełoży się na wyniki finansowe najbliższych kwartałów. Nasze kompetencje w zakresie wdrożenia systemów i świadczonych usług dają Klientom poczucie stabilności i relacji partnerskiej. Jesteśmy firmą z ugruntowaną pozycją i dużym doświadczeniem, dzięki czemu na bieżąco odpowiadamy na potrzeby, jakie pojawiają się wśród naszych Klientów.” – dodaje Daniel Fryga, Wiceprezes Zarządu SIMPLE S.A.

Motoryzacja na świecie. Sprzedaż samochodów osiągnie poziom 100 mln w 2019 r.

Globalna sprzedaż samochodów osiągnie poziom 100 mln w 2019 r., ponieważ innowacje są głównym czynnikiem zmian.

  • Prognozuje się, że Chiny, a za nimi Indie, zdynamizują wzrost światowej sprzedaży w 2017 i 2018 r., rekompensując z nadwyżką spadek sprzedaży w USA i Wielkiej Brytanii.
  • Chiny, Francja, Niemcy, Wielka Brytania i USA utrzymują wiodącą rolę w sprzedaży samochodów elektrycznych z silnym wzrostem, który przekroczy liczbę 3 mln samochodów elektrycznych na świecie w 2017 r.
  • Japońscy producenci samochodów i włoscy dostawcy osiągają najwyższą rentowność. Z wyjątkiem amerykańskich i włoskich producentów samochodów poziom obciążenia zadłużeniem producentów jest obecnie niższy od poziomu sprzed kryzysu.
  • Niemcy, Japonia i USA utrzymują wiodącą rolę w dziedzinie badań i rozwoju oraz opatentowanych technologii. Dzięki agresywnemu wzrostowi sektor motoryzacyjny China staje się liderem nowych technologii M&A: wartość transakcji USA 6.2 mld USD w latach 2012-17.

Chiny i Indie są na najlepszej pozycji w wyścigu globalnej sprzedaży samochodów w szybko zmieniającym się sektorze motoryzacyjnym, który w 2019 r. przekroczy liczbę 100 mln, zdaniem Euler Hermes, światowego lidera w ubezpieczeniach kredytów handlowych.

W najnowszym raporcie Economic Outlook zatytułowanym “Samochodowe Mistrzostwa Świata”, dział badań ekonomicznych Euler Hermes dokonał analizy globalnych danych i trendów w sektorze motoryzacyjnym, koncentrując się na pojęciach ‘wyścig w sprzedaży, samochody elektryczne, rentowność i innowacje’. W raporcie przeprowadzono również ocenę branży motoryzacyjnej w ośmiu kluczowych krajach – Chinach, Francji, Niemczech, Indiach, Włoszech, Japonii, Wielkiej Brytanii i USA.

“Z racji tego, że Europa wychodzi z zapaści, a zdaniem producentów na całym świecie produkcja samochodów znów jest „cool”, spodziewamy się w tym roku wzrostu liczby rejestracji nowych pojazdów na świecie o +2.1%.” – powiedział Ludovic Subran, główny ekonomista Euler Hermes. “Niemniej jest to tylko połowa wzrostu z 2016 r., gdyż USA i Wielka Brytania odnotowują spadek rejestracji nowych pojazdów, przy jednoczesnym wzroście sprzedaży samochodów używanych, z kolei Chiny wstrzymały na początku roku ulgi podatkowe na sprzedaż samochodów.”

Udział we wzroście w globalnej sprzedaży pojazdów

Udział we wzroście w globalnej sprzedaży pojazdówŹródło: Euler Hermes

Euler Hermes prognozuje, że światowa sprzedaż pojazdów wyniesie 95,8 mln w 2017 r. (zmiana r/r +2,1%) i 98,2 mln w 2018 r. (+2.5%), by osiągnąć szczytową liczbę 100 mln pojazdów w 2019 r. Na czele stawki jako największy udziałowiec wzrostu sprzedaży uplasują się Chiny, przed Indiami. Kraje te z nadwyżką zrekompensują spadek sprzedaży w USA i Wielkiej Brytanii.

Trzy powody wyjaśniające prognozę:

  1. Ryzyka rynkowe – Chiny wstrzymały zachęty podatkowe na początku 2017 r., w USA zaostrzono warunki finansowe, a zbliżający się Brexit ma niekorzystny wpływ na siłę nabywczą Wielkiej Brytanii. Pozytywny impuls płynący z Europy i reszty świata nie zrekompensuje spowolnienia. Ponadto zaostrzające się globalne warunki finansowe w 2018 r. spowodują wzrost kosztu zadłużenia gospodarstw domowych i zapasów producentów.
  2. Ożywienie na rynkach samochodów używanych – Rozwijający się rynek wtórny w USA i Wielkiej Brytanii oraz ekspansja w Chinach przyczyniają się do spowolnienia wzrostu sprzedaży nowych pojazdów w skali globalnej.
  3. Produkcja samochodów znów jest „cool” – Popyt na nowe usługi w zakresie mobilności i rozwój jazdy autonomicznej sprawiają, że samochody znów stają się modne.

Ponadto, choć to wciąż niewielka część całkowitej floty samochodowej, liczba pojazdów elektrycznych (EV) na całym świecie może przekroczyć 3 mln w 2017 r., po przekroczeniu progu 2 mln w 2016 r. i 1 mln w 2015 r. Pomimo, iż sprzedaż samochodów zasilanych z akumulatorów stanowi znikomą część rynku światowego, Chiny, Francja, Niemcy, Wielka Brytania i USA są liderami rynku. Prognozuje się, że do końca 2017 r. udział Chin i USA w globalnej sprzedaży pojazdów elektrycznych wyniesie ponad dwie trzecie. Wielkość dotacji rządowych, rozwój sieci ładowania elektrycznego i spadające ceny akumulatorów (ze względu na postęp technologiczny) to kluczowe czynniki wzrostu na rynku samochodów elektrycznych.

Tak jak w całym przemyśle, kondycja finansowa sektora motoryzacyjnego jest różna w poszczególnych krajach i podsektorach. Niemniej rentowność pozostaje na wysokim poziomie w całym sektorze ze średnią marżą EBIT 6,0% w 2016 r., wobec 5.5% w 2015 r. Z wyjątkiem amerykańskich i włoskich producentów samochodów poziom obciążenia zadłużeniem producentów jest obecnie niższy od poziomu sprzed kryzysu. Płynność i nakłady kapitałowe pozostają stabilne.

“W raporcie zidentyfikowano trzy dźwignie dla innowacji: nakłady na badania i rozwój, technologia możliwa do opatentowania i wzrost zewnętrzny. Tradycyjni producenci w Niemczech, Japonii i USA wiodą prym w dwóch pierwszych kategoriach, zaś Chiny i Indie wykazują agresywny wzrost. Chiny są światowym liderem w technologiach informatycznych i komunikacyjnych M&A, z transakcjami wynoszącymi 6,2 mld USD w latach 2012-2017” – wyjaśnia Maxime Lemerle, szef badań sektorowych i główny autor raportu.

Technologie komputerowe M&A w przemyśle samochodowym (w mln USD, w latach 2012-2017)*

Technologie komputerowe M&A w przemyśle samochodowym (w mln USD, w latach 2012-2017)*

*W tym transakcje zakończone i czekające na realizację do sierpnia 2017 r.

Źródło: Bloomberg, Euler Hermes

8 największych, światowych konkurentów

  • Chiny: nowe technologie, stare wyzwania

Prognozuje się wzrost największego rynku motoryzacyjnego na świecie o +2,0% w 2017 r. i +3,2% w 2018 r. Przewiduje się, że do 2019 r. ponad 30 mln pojazdów będzie co roku sprzedawanych w Chinach. Mimo spowolnienia rozwoju z powodu podwyżki podatków od emisji zanieczyszczeń i zniesienia ograniczeń w handlu samochodami używanymi w styczniu 2017 r. prognozuje się wzrost nowej sprzedaży w umiarkowanym tempie z racji popytu na samochody w mniejszych miastach i obszarach wiejskich. Przewiduje się, że wschodzący rynek samochodów używanych w Chinach podwoi się do 24 mln pojazdów w 2020 r. – co może mieć niekorzystny wpływ na sprzedaż nowych samochodów w perspektywie średnioterminowej. Będąc na czele stawki z największą flotą pojazdów elektrycznych na świecie, popyt konsumentów wspierany jest przez wysokie 23% rządowe dotacje. Jeśli jednak chodzi o badania i rozwój oraz opatentowane technologie, oprócz technologii akumulatorowych, China są opóźnione w stosunku do najbardziej zaawansowanych krajów. Agresywny rozwój spowodował, że Chiny zostały światowym liderem w dziedzinie technologii komputerowych M&A, z transakcjami wynoszącymi 6,2 mld USD w latach 2012- 2017.

  • Francja: zwiększenie obrotów

Krajowe ożywienie gospodarcze zwiększyło dynamikę sprzedaży o +4,4% r./r w pierwszych siedmiu miesiącach 2017 r. Prognozuje się wzrost sprzedaży nowych pojazdów +3,0% w 2017 r. i +2,0% w 2018 r., odpowiednio do 2,5 mln i 2,6 mln. Francuscy producenci i dostawcy utrzymują mocną sytuację finansową wraz z drugim najbardziej efektywnym cyklem operacyjnym w panelu krajów.

Francuscy dostawcy zachowują podejście proaktywne zawierając strategiczne partnerstwa w zakresie technologii komunikacyjnej i jazdy autonomicznej. W lipcu 2017 rząd zapowiedział, że pojazdy napędzane olejem napędowym i benzyną zostaną zakazane do 2040 r. Prognozuje się, że sprzedaż pojazdów elektrycznych – w ciągu pierwszych sześciu miesięcy 2017 r. sprzedano ich 20 000 – będzie wzrastać w tempie dwucyfrowym. Obecnie wzmacniana jest wysokimi dotacjami.

  • Niemcy: schyłek diesla?

Mimo skandalu z emisjami spalin i zarzutami dotyczącymi udziału w kartelu, mając na uwadze spadek udziału w rynku samochodów z silnikami diesla z 46,9% w pierwszej połowie 2016 r. do 41,3% w pierwszej połowie 2017 r., sprzedaż nowych pojazdów wyniosła 2.4 mln w ciągu pierwszych sześciu miesięcy roku, i wzrosła o +2,1% r/r. Przewiduje się wzrost sprzedaży o +2,2% w 2017 r. i +1,7% w 2018 r. Elastyczność niemieckich producentów, którzy należą do najbardziej rentownych na świecie, do przejścia na rozwiązania alternatywne dla diesla określi wzrost w perspektywie średnioterminowej, zwłaszcza dla sprzedaży europejskiej. Jako globalny lider w patentach silnikowych i nakładach na badania i rozwój – w 2015 r. niemiecki przemysł motoryzacyjny zainwestował 37 mld USD w porównaniu do 29,4 mld USD zainwestowanych przez Japonię – elektromobilność i układy napędów hybrydowych pozostają głównym motorem tej zmiany. Sprzedaż samochodów elektrycznych, pobudzona przez skandal z dieslami, wzrosła o +115,5% do 22 453 pojazdów w pierwszej połowie 2017 r. i według prognoz przekroczy 50 000 w tym roku.

  • Indie: silniki włączone

Uwzględniając fakt, że Indie są jednym z najszybciej rozwijających się rynków motoryzacyjnych na świecie, prognozuje się że sprzedaż pojazdów w Indiach wzrośnie o +10,7% w 2017 i +13,5% w 2018 (odpowiednio 4,1 mln i 4,6 mln sztuk). Dynamizując sprzedaż krótkoterminową, wprowadzona w lipcu 2017 r. harmonizacja formularza podatkowego dotyczącego podatku od towarów i usług skutkowała obniżką cen w niektórych segmentach samochodów. Zaangażowanie rządu w inwestycje infrastrukturalne, połączone z rosnącym popytem ze strony dużej i młodej populacji, wspiera korzystną średnioterminową perspektywę wzrostu sprzedaży w Indiach. Niemniej Indie pozostają w tyle w zakresie innowacji oraz nakładów na badania i rozwój, zaś brak infrastruktury energetycznej i transportowej hamuje przyjęcie samochodów elektrycznych – 10% floty pojazdów elektrycznych Chin, przy 115 000 pojazdach do końca 2017 r.

  • Włochy: na szybkim pasie ruchu

Mając na uwadze, że jest to najszybciej rozwijający się rynek motoryzacyjny Europy Zachodniej, przewiduje się, że sprzedaż nowych pojazdów we Włoszech wzrośnie o +7,0% w 2017 i +5,0% w 2018 r. (odpowiednio 2,2 mln i 2,3 mln sztuk). Napędzany intensywną walką o udział w rynku i zwiększonym poziomem zaufania konsumentów i przedsiębiorstw, wysoki poziom długu publicznego i możliwy kryzys bankowy mogą ograniczyć dostępność kredytów i osłabić zaufanie konsumentów w perspektywie średnioterminowej. W przemyśle, głównie obejmującym średnie i małe przedsiębiorstwa oraz przy ograniczonych źródłach finansowych, tylko 4% światowych patentów motoryzacyjnych zostało zabezpieczonych przez włoskie firmy w 2015 r. Nakłady na badania i rozwój wyniosły 5 mld EUR w porównaniu z 37 mld EUR wydanymi przez Niemcy i 6,1 mld EUR przez Francję. Przy znikomej promocji rządu i wolno rozwijającej się infrastruktury ładowania elektrycznego samochody elektryczne są we wczesnym etapie wprowadzania w Włoszech.

  • Japonia: bezpieczne i należycie działające

Po dwóch latach malejącej sprzedaży prognozuje się, że rynek motoryzacyjny Japonii wzrośnie o +2,0% w 2017 i +0,2% w 2018 r. przy około 5 mln sztuk rocznie. Mimo utrzymujących się skutków podniesienia o 50% stawki podatku od posiadania minisamochodu w 2015 r., wzrost sprzedaży będzie napędzany przez rozszerzenie ulg podatkowych na “eko-samochody”. Globalne ożywienie gospodarcze i słaby jen mogą także zdynamizować eksport japońskich samochodów w perspektywie krótkoterminowej. Japońscy producenci samochodów są najbardziej rentownymi na świecie, będąc jednocześnie poważnymi inwestorami w branży, którzy przeznaczyli 29,4 mld EUR na badania i rozwój w 2015 r., i zarejestrowali 1 854 patentów w 2016 r. – ustępując tylko Niemcom. Przy dużych dotacjach na konkurencyjne technologie, od pojazdów hybrydowych do samochodów wyposażonych w wodorowe ogniwa paliwowe, sprzedaż aut elektrycznych jest niewielka i w 2016 stanowiła zaledwie 0,5% (24 000) nowych rejestracji.

  • Wielka Brytania: zaufanie wyhamowuje

Ogłaszając zakończenie pięciu lat silnego wzrostu sprzedaży napędzanego przez tanie transakcje finansowania, prognozuje się spadek wzrostu sprzedaży nowych pojazdów o -5,0% w 2017 r. (do 3,0 mln sztuk) i -6,0% w 2018 (do 2,8 mln). Choć spadające ceny używanych samochodów miały efekt spowalniający sprzedaż nowych pojazdów, to sprzedaż na obu rynkach uległa znacznemu spowolnieniu od zeszłego roku z powodu ciągłej niepewności dotyczącej Brexitu, słabego kursu wymiany i słabnącego zaufania konsumentów i przedsiębiorstw. Przy eksporcie do Europy połowy samochodów wyprodukowanych w Wielkiej Brytanii, już mającym potencjalnie niekorzystny wpływ na sprzedaż, mogą wystąpić dodatkowe konsekwencje związane z finansowaniem sektora przez inwestycje UE w badania i rozwój. Wydaje się, że Brexit nadal będzie wywoływał niepokój, zwłaszcza w sektorze, w którym brytyjskie nakłady na badania i rozwój wyniosły zaledwie 1,8 mld EUR w 2015 r. – najniższe spośród krajów poddanych badaniu. Niemniej sprzedaż pojazdów elektrycznych, dotowanych na średnim poziomie poniżej 15%, skorzystała z rządowego zakazu sprzedaży pojazdów napędzanych olejem napędowym i benzyną do 2040 r. Mimo niepełnej sieci ładowania elektrycznego przewiduje się, że sprzedaż pojazdów elektrycznych będzie wzrastać w solidnym tempie dwucyfrowym.

  • USA: rozpylacze wzrostu

W obliczu poważnej zmiany prognozuje się, że amerykański rynek motoryzacyjny skurczy się o -2,5% w 2017 (sprzedaż na poziomie 17,4 mln) i -1,8% w 2018 r. (17,1 mln). Wzrasta liczba niespłaconych kredytów samochodowych, wpływając negatywnie na udzielanie kredytów i samą sprzedaż. Rosnący rynek samochodów używanych wywiera presję na ceny i malejący popyt klientów na nowe samochody. Pęczniejące zapasy także przyczyniają się do malejących marż zysku dla producentów samochodów. USA pozostają globalnym liderem innowacji, w szczególności w zakresie patentów w dziedzinie technologii akumulatorowych. W 2015 r. nakłady na badania i rozwój wyniosły 16,8 mld EUR, plasując USA na trzecim miejscu za Niemcami i Japonią; biorąc pod uwagę udział w światowych patentach, USA wyprzedziła oba te kraje – z wynikiem 29% w porównaniu odpowiednio do 23% i 15%. Przy wsparciu państwa niższym od przeciętnego dla pojazdów elektrycznych i różnego przyjęcia w poszczególnych stanach Kalifornia wysuwa się na prowadzenie ze swoimi znaczącymi zachętami podatkowymi i siecią szybkiego ładowania elektrycznego.

Dr Liedel: Przeciętny Polak nie poradziłby sobie w stanie zagrożenia wojennego. Trzeba lepiej edukować społeczeństwo

W obliczu narastających konfliktów, coraz częściej wraca publiczna dyskusja na temat potrzeby reaktywowania obowiązkowej służby wojskowej. Dyrektor Centrum Badań nad Terroryzmem Collegium Civitas wyjaśnia, że powszechny pobór do armii nie podniesie jednak jej efektywności, a tym samym nie zapewni nam bezpieczeństwa. Nowoczesne pola walk wymagają pełnego zawodowstwa, a Polskę stać na profesjonalne siły zbrojne. Natomiast zwykli obywatele muszą nauczyć się sztuki przetrwania, potrzebnej m.in. w razie ataku militarnego. Państwo już dawno powinno uruchomić specjalny system szkoleń, obejmujący przedszkolaków, uczniów, studentów, pracowników firm i przedsiębiorców.

W dzisiejszych czasach do prowadzenia batalii służą elektroniczne systemy walk, które są stale unowocześniane. Wysokiej jakości broń i urządzenia komunikacyjne wymagają doskonałej obsługi. Dlatego, jak podkreśla dr Krzysztof Liedel, we współczesnym świecie żołnierz musi być profesjonalistą. Należy go szkolić przez kilka miesięcy w ciągu roku. Powinien trenować wraz z innymi zawodowcami, pochodzącymi z sojuszniczych państw NATO. Dzięki temu, będzie umiał z nimi współpracować i precyzyjne realizować określone zadania. Musi znać zarówno specyfikę pracy w mundurze, jak i w ruchu oporu. Dopiero wówczas może stanowić dobre zaplecze dywersyjne oraz sabotażowe, konieczne w taktyce wojskowej.

– Sytuacja geostrategiczna stale się zmienia. Zagrożeń o charakterze militarnym jest coraz więcej. Cały świat zmierza w kierunku profesjonalizacji armii. I jeżeli komuś wydaje się, że zasadnicza służba wojskowa zapewni Polsce jakiekolwiek bezpieczeństwo, to jest poważnym w błędzie. Żołnierz musi być zdeterminowany do wykonywania tego, a nie innego zawodu przez 24 godziny na dobę. Powinien też  zdobywać i poszerzać specjalistyczną wiedzę oraz umiejętności praktyczne w swojej dziedzinie, np. w logistyce – przekonuje dr Krzysztof Liedel, Dyrektor Centrum Badań nad Terroryzmem Collegium Civitas.

Zamiast inwestować w przestarzałe i mało efektywne metody, należy regularnie podnosić poziom umiejętności profesjonalnych żołnierzy. Wojsko powinno przede wszystkim dysponować wysokiej jakości sprzętem i doskonale nim zarządzać. Dzisiejsza rzeczywistość nie pozwala rządzącym oszczędzać na tworzeniu nowoczesnej, zawodowej armii. W opinii eksperta, zdecydowanie nas na nią stać. Jak przypomina dr Liedel, Polska jest jednym z niewielu krajów w Europie, które od lat utrzymuje określony procent finansowania sił zbrojnych z budżetu państwa i przeznacza na ten cel środki na stabilnym poziomie. W związku z tym, wojsko wie, czym aktualnie dysponuje i co dalej może planować.

– Dużo lepszym rozwiązaniem, niż przywrócenie obowiązkowego poboru do armii, byłoby wprowadzenie powszechnej edukacji dla bezpieczeństwa. Powinna ona przygotować społeczeństwo do tego, żeby radziło sobie w sytuacji konfliktów militarnych, zagrożeń terrorystycznych, a także katastrof naturalnych i technicznych. To spowoduje, że obywatele z czasem staną się pewnym elementem zasobu w systemie bezpieczeństwa państwa. Będą bowiem wiedzieli, jak postępować w przypadku ewentualnego ataku zbrojnego – mówi dr Liedel.

Zdaniem byłego dyrektora Departamentu Bezpieczeństwa Pozamilitarnego w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego, tzw. zwykły Kowalski powinien przede wszystkim być wyszkolony do tego, żeby przetrwać w obliczu wojny. Poprawne reagowanie w sytuacji alarmowania i wykonywanie poleceń armii w zupełności wystarczy do tego, żeby stanowił dodatkowe wsparcie na wypadek zagrożenia militarnego. Natomiast zmuszanie człowieka, który na co dzień jest przedsiębiorcą, pracownikiem etatowym lub studentem, do tego, żeby nagle stał się żołnierzem, nikomu nie przyniesie korzyści. Według eksperta, ci, którzy pamiętają obowiązkową służbę wojskową, do dzisiaj nie zmienili swojego podejścia. To znaczy, nadal chcieliby unikać poboru do armii. Młodsze osoby również nie są zainteresowane taką perspektywą, bo mają swoje pomysły na życie.

– Rząd powinien jak najszybciej opracować i wprowadzić pełen system edukacji dla bezpieczeństwa w przedszkolach, szkołach, na uczelniach i w zakładach pracy. Musi on obejmować instrukcje dotyczące reagowania w sytuacji alarmowania. Polacy powinni wiedzieć, o czym informują konkretne sygnały dźwiękowe i apele w mediach. Jak wynika z moich obserwacji, obywatele dość często nie rozróżniają od siebie odgłosów syren i nie rozumieją, co one dokładnie oznaczają. Ponadto, koniecznie należy zwiększyć wiedzę na temat działań ewakuacyjnych. Trzeba też upowszechnić umiejętność udzielania pierwszej pomocy, którą obecnie mają głównie kierowcy. Chodzi o to, żeby wszyscy potrafili zachować się w sytuacji kryzysowej, w tym oczywiście dzieci – zaznacza dr Liedel.

Odpowiednie szkolenia muszą być dobrane do wieku uczestników, a w przypadku dorosłych – również do ich zawodu. Dla przykładu, pielęgniarki i lekarze nie będą potrzebowali kursu z udzielania pierwszej pomocy, a policjanci – lekcji z samoobrony. Ważne jest to, żeby całe społeczeństwo zyskało dostęp do szeregu zajęć praktycznych z tzw. procedur algorytmu sytuacji kryzysowej. Wówczas, w przeciągu kilku lat, Polacy zostaną przystosowani do zagrożeń, obecnych we współczesnym świecie. Oczywiście warunkiem idealnego dostosowania kursów do potrzeb dynamicznie zmieniającej się rzeczywistości jest stała obserwacja zachodzących wydarzeń.

– Ostatnim ważnym elementem szkoleń powinno być posługiwanie się bronią palną, które należy wprowadzić w szkołach średnich, na studiach oraz w firmach. Oczywiście nie chodzi o te najnowocześniejsze środki bojowe, do których ma dostęp tylko profesjonalna armia. W celach praktycznych placówki, prowadzące zajęcia z tego zakresu, mogłyby współpracować z kołami łowieckimi i strzelnicami sportowymi, które dysponują różnymi rodzajami broni. W ten sposób, firmy oraz szkoły nie ponosiłyby kosztów związanych z zakupem materiałów dydaktycznych i wyeliminowałyby problem ich właściwego przechowywania – doradza ekspert z Collegium Civitas.

Rośnie rola telemedycyny. Wielu pacjentów chce się w przyszłości leczyć przez telefon czy internet

Rośnie rola telemedycyny. Wielu pacjentów chce się w przyszłości leczyć przez telefon czy internet 1

Usługi telemedyczne, mimo że są oferowane na polskim rynku dopiero od 2016 r., zyskują coraz większą popularność. Pacjenci, którzy zdecydowali się skorzystać z konsultacji przez telefon, czat czy wideo, coraz bardziej doceniają tę formę kontaktu z lekarzem. Telemedycyna to szansa na poprawę jakości opieki medycznej – podkreśla Anna Rulkiewicz, prezes Grupy LUX MED, która od 2 lat oferuje takie usługi pacjentom.

– Telemedycyna jest ważna przede wszystkim dlatego, że pozwala zoptymalizować opiekę medyczną, poprawia jej jakość – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Anna Rulkiewicz, prezes Grupy LUX MED. – Jest to rozwiązanie bardzo wygodne. Nasze doświadczenia pokazują, że usługa telemedyczna jest pacjentom potrzebna.

W grudniu 2015 roku weszła w życie nowelizacja ustawy o systemie informacji w ochronie zdrowia. Między innymi dokonano w niej zmiany artykułu 42., który wcześniej stanowił, że lekarz podejmuje decyzję o leczeniu po uprzednim osobistym zbadaniu pacjenta. Nowelizacja dopuściła postawienie diagnozy na podstawie kontaktu za pośrednictwem systemów teleinformatycznych lub systemów łączności.

Grupa LUX MED wprowadziła platformę usług telemedycznych wkrótce po dopuszczeniu takiej możliwości prawnej, czyli niemal dwa lata temu. Po kilkunastu miesiącach jej działania przeprowadziła badanie satysfakcji pacjentów z tego typu konsultacji. Okazało się, że 91 proc. badanych chciałoby w przyszłości ponownie skorzystać z tej formy porad. Największe zalety według nich to oszczędność czasu i wysiłku. Do dalszego rozwoju telemedycyny potrzebna jest jednak refundacja procedur telemedycznych przez NFZ.

– O tym finansowaniu mówimy dzisiaj bardzo dużo i mówimy już od wielu lat. To jest jedna z kluczowych rzeczy, dlatego że bez refundacji tak naprawdę telemedycyna rozwijana jest wyłącznie przez sektor prywatny – ubolewa Anna Rulkiewicz. – Nasi pacjenci płacą za to z własnej kieszeni, a to ogranicza rozwój rynku.

Drugi istotny element to legislacja. Im przepisy prawne będą bardziej przyjazne rozwiązaniom telemedycznym, tym szybciej będzie można wyeliminować bariery rozwoju tego segmentu rynku.

– Na rozwój telemedycyny przede wszystkim będzie wpływało to, co się na rynku dzieje, czyli coraz trudniejszy dostęp do usług medycznych – ocenia prezes Grupy LUX MED. – Wydaje się oczywiste, że usługa telemedyczna czy monitorowanie stanu zdrowia na odległość jest uzupełnieniem pewnej luki, którą dzisiaj w Polsce mamy.

Najpopularniejszą formą usług medycznych na odległość są konsultacje telefoniczne, za pomocą połączenia wideo czy komunikatora. Mogą one dotyczyć informacji po konsultacji lub przeciwnie, pozwolić się przygotować do badania. Ale możliwości są dużo większe. Zdalnie można monitorować stan zdrowia pacjenta, prowadzić rehabilitację, opisywać badania (teleradiologia) czy nawet opiekować się starszym pacjentem.

– W Grupie LUX MED przede wszystkim cały czas rozwijamy teleradiologię. Z drugiej strony rozwijamy telekonsultacje, ale także chcemy wspierać prowadzenie pacjenta za pomocą telemedycyny, czyli chcemy być blisko pacjenta, kontaktować się z nim, szczególnie na początku jego drogi, kiedy czuje się on zagubiony w systemie i potrzebuje wsparcia – przekonuje Anna Rulkiewicz.

Telemedycyna, czynniki wpływające na jej rozwój oraz dalsze perspektywy były jednym z tematów tegorocznego Forum Ekonomicznego w Krynicy.

Blisko 70 proc. Polaków kupuje kawę na stacjach benzynowych. Coraz częściej to dobrej jakości napój z dodatkami jak z kawiarni

Blisko 70 proc. Polaków kupuje kawę na stacjach benzynowych. Coraz częściej to dobrej jakości napój z dodatkami jak z kawiarni 2

Polacy piją 95 litrów kawy rocznie. W ciągu kilkunastu lat jej spożycie wzrosło o 80 proc. Cenimy jakość, preferujemy raczej kawę paloną niż rozpuszczalną. Już 66 proc. osób po kawę sięga na stacjach benzynowych. Zwłaszcza że kawa na stacjach benzynowych niczym nie ustępuje tej dostępnej w dobrych kawiarniach. Coraz częściej stacje paliw stawiają na spersonalizowaną ofertę. Oprócz wysoko gatunkowych ziaren kawy w ofercie pojawiają się także specjalności kawowe. Przy komponowaniu kawy można wybrać nie tylko intensywność ziaren, lecz także rodzaj mleka i dodatki.

– Kawa to jeden z najpopularniejszych produktów spożywczych, drugi po wodzie napój na świecie. Rocznie na świecie wypija się 400 miliardów filiżanek. Kawa jest naszą pozapaliwową ogromną wartością, to jedna z najważniejszych kategorii w sklepie, której poświęcamy bardzo dużo uwagi i w którą bardzo dużo inwestujemy – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paweł Grochal, Wild Bean Cafe category manager Poland stacji BP w Polsce.

Polacy coraz częściej sięgają po kawę. Dane resortu Skarbu Państwa wskazują, że w ciągu dekady jej spożycie wzrosło o ok. 80 proc. Według danych Euromonitora statystyczny Polak wypija rocznie 95 litrów kawy. Z ubiegłorocznego badania ARC Rynek i Opinia wynika, że kawę pijemy najczęściej w domu i u znajomych (80 proc.), ale 66 proc. wskazuje na stację benzynową.

– Klienci bardzo chętnie kupują kawę na stacjach benzynowych, zwłaszcza że jej jakość jest o wiele wyższa niż jeszcze 10–15 lat temu. W naszym przypadku staramy się dobierać najlepsze mieszanki arabiki. Żeby wydobyć z niej najlepszy smak, moc i aromat konieczną są doskonałe ekspresy. My przygotowujemy nasze kawy w najlepszych możliwych maszynach, których wartość nierzadko przekracza koszt zakupu rodzinnego samochodu. Ale jakość uzyskiwanej dzięki nim kawy jest rzeczywiście wyjątkowa i to klientom bardzo odpowiada – tłumaczy Grochal.

Sięgając po filiżankę czarnego napoju, kierujemy się przede wszystkim pobudzającymi właściwościami, wyjątkowym smakiem czy przyzwyczajeniem. Zmieniły się jednak upodobania. Jeszcze kilka, kilkanaście lat temu przy wyborze Polacy kierowali się ceną, obecnie częściej wybieramy droższą kawę, częściej paloną niż rozpuszczalną.

– Statystycznie mężczyźni nie wyobrażają sobie dnia bez filiżanki mocnego espresso lub aromatycznej czarnej kawy, podczas gdy panie znacznie chętniej sięgają po kawy z mlekiem, lżejsze, delikatniejsze. Tak naprawdę oferta kaw czarnych i białych to nie wszystko, co mamy na stacjach, bardzo popularne są kawy typu cappuccino, kawa latte, coraz większym zainteresowaniem cieszą się tzw. specjalności kawowe, które są serwowane i na ciepło, i na zimno, w zależności od pory roku są uzupełniane aromatycznymi dodatkami – wymienia przedstawiciel Wild Bean Cafe.

Klienci coraz częściej traktują stację benzynową jako kawiarnie. Stacje paliw stawiają nie tylko na design, lecz także na wysokiej jakości ziarna, duży wybór mleka (np. odtłuszczonego i sojowego). W 2016 roku BP wprowadziła program „Barista”. W kawiarniach Wild Bean Cafe w części stacji benzynowych można skomponować kawę, wybierając intensywność smaku ziarna, rodzaj mleka czy dodatki. Popularne są napoje kawowe, od kilku lat coraz chętniej wybierana jest kawa flat whitem, czyli połączenie mocnego espresso z mlekiem, które podczas ręcznego spieniania zyskuje jednolitą piankę. Od zwykłej latte odróżnia ją ilość kawy, temperatura i konsystencja mleka.

– Oferta Wild Bean dzisiaj nie różni się od oferta kawy w znanych kawiarniach na tzw. high street corners, czyli w centrach miast. Zmieniamy się dla klienta, umożliwiamy mu podczas jego podróży korzystanie z bardzo podobnej oferty, jaka jest w centrach miast w myśl hasła „To, co lubisz, tak jak lubisz, po drodze” – podkreśla Grochal.

Obecnie sieć BP to ok. 520 stacji (w tym 240 partnerskich), na większości z nich działają kawiarnie Wild Bean Cafe z programem „Barista”. Stacja nie zamierza jednak na tym poprzestać.

– Zamierzamy nową ofertę i nowy design rozwijać na kolejnych stacjach. W tym roku zaczęliśmy roll-out tego konceptu na kilkudziesięciu stacjach, w perspektywie najbliższych dwóch lat zamierzamy wprowadzić całą ofertę w kolejnych lokalizacjach, mamy 420 kawiarenek Wild Bean Cafe. Udaje nam się przekonywać naszych partnerów, aby inwestowali również w ofertę Wild Bean, bo przyciąga klientów i umożliwia tworzenie spójnej oferty sieci BP na całym rynku – zapowiada Paweł Grochal.

KIG: Jedna strefa ekonomiczna Morawieckiego to pomysł sprzed 20 lat

Pomysł Wicepremiera Morawieckiego, żeby Polska była jedną wielką strefą ekonomiczną, jest odnowioną koncepcją, która pojawiła się ponad 20 lat temu. Każdy przedsiębiorca, bez względu na to, czy zagraniczny czy polski, który zdecyduje się tu inwestować otrzyma warunki takie, jak w specjalnej strefie. To sposób nagradzania firm, które nie konsumują, ale przeznaczają swoje środki na rozwój. Takim przedsiębiorcom należy zapewnić długoletnie bezpieczeństwo inwestycji i stabilne warunki prawne. Wtedy Polska będzie jedną strefą ekonomiczną.

 Podczas spotkania ówczesnym Wicepremierem, Leszkiem Balcerowiczem mówiliśmy o tym, aby wprowadzać w Polsce więcej stref, które tworzyłyby lepsze warunki dla inwestorów, przede wszystkim zagranicznych. Według wicepremiera zaburzałoby to jednak równowagę konkurencyjną na polskim rynku, skoro w tym samym kraju jedni przedsiębiorcy mieliby lepsze, a inni gorsze warunki finansowe i obciążenia podatkowe. Podkreślił, że musimy dążyć do tego, aby Polska była jedną wielką strefą ekonomiczną – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Arendarski, prezes Krajowej Izby Gospodarczej – To pomysł, o którym dzisiaj mówi Wicepremier Morawiecki. Kierunek jest słuszny, ale wymaga, aby prawodawstwo polskie dotyczące gospodarki rzeczywiście nie tworzyło żadnych stref ekonomicznych. W zapowiedziach Wicepremiera niepokoi jedna rzecz – premiowanie inwestycji spełniających wymagania dotyczące nowoczesności czy wymogów rozwoju lokalnego. To wymogi mało kwantyfikowalne, czyli mogą być uznaniowe, zależne od pewnego gremium urzędniczego. Może stać się to przyczyną korupcji i nieprzejrzystości. Należy unikać takich rozwiązań, a wybierać sztywne rozstrzygnięcia, które nie podlegają negocjacjom i są jednoznaczne – wskazał Arendarski.

Tylko 7 proc. największych spółek w Polsce angażuje się w sponsoring piłki nożnej. Profesjonalizacja klubów ma pomóc przyciągnąć sponsorów

Tylko 7 proc. największych spółek w Polsce angażuje się w sponsoring piłki nożnej. Profesjonalizacja klubów ma pomóc przyciągnąć sponsorów 3

Piłka nożna to już nie tylko sport, lecz przede wszystkim biznes. Mecze przyciągają na trybuny dziesiątki tysięcy widzów i sponsorów, którzy często inwestują duże pieniądze. W Polsce sponsoring piłki nożnej dopiero się rozwija. Przychody komercyjne w klubach Ekstraklasy stanowią nieco ponad 40 proc., w najlepszych europejskich klubach to już ponad połowa. W Polsce dominują firmy o zasięgu lokalnym, tylko 7 proc. największych spółek w Polsce inwestuje w futbol. Zdaniem ekspertów, aby mogło się to zmienić, potrzebna jest inwestycja w kluby i ich profesjonalne zarządzanie.

Piłka nożna, ogólnie sport, to dzisiaj ogromny biznes. Sukces danych drużyn i reprezentacji napędza zainteresowanie kibiców, sponsorów, a jeśli do tego dochodzi profesjonalizm w zarządzaniu, to sukces marketingowy dla potencjalnego partnera biznesowego jest oczywisty. Aby pozyskiwać sponsorów do klubów i reprezentacji, przede wszystkim trzeba nimi profesjonalnie zarządzać. A jeśli dodatkowo sponsor dostrzega walor w postaci społecznej odpowiedzialności biznesu czy choćby inwestycji danego klubu sportowego w najmłodszych, tym chętniej będzie chciał inwestować – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Witold Bańka, minister sportu i turystyki.

W Polsce marketing sportowy jest znacznie mniej popularny i rozwinięty niż na Zachodzie. Przykładem jest rynek praw do nazw obiektów sportowych takich jak stadiony. W Ameryce swoje nazwy ma kilkaset obiektów, bo sponsorowanie aren sportowych się opłaca. W Polsce tylko kilka obiektów ma takich sponsorów. W największych europejskich klubach piłkarskich za status głównego sponsora, czyli m.in. miejsce na koszulce zawodnika, płaci się kilkadziesiąt milionów euro.

Z badania Deloitte „Zaangażowanie firm w sektor piłki nożnej w Polsce” wynika, że piłka nożna jest jednak tą dyscypliną, która w sponsoringu sportowym zajmuje zdecydowanie pierwsze miejsce. W dużej mierze to efekt zainteresowania kibiców. W sezonie 2016/2017 średnia oglądalność transmitowanych w telewizji spotkań przekroczyła 117 tys. widzów. Na trybuny najwięcej kibiców przyciągają mecze Legii Warszawa (średnia frekwencja ponad 20 tys.).

– Z badań wynika, że ponad trzysta polskich firm jest zaangażowanych w sponsorowanie piłki nożnej w Polsce, z tych firm połowa to firmy regionalne, które są związane z danymi klubami, duża część, 37 proc., to spółki o znaczeniu krajowym i zagranicznym, 13 proc. to spółki Skarbu Państwa – wskazuje Marcin Diakonowicz, partner w firmie Deloitte.

W piłkę nożną angażują się przede wszystkim firmy z branży budowlanej (11 proc. udziału) oraz transportowe (9 proc.). Instytucje finansowe, bukmacherskie, telekomy i branża lotnicza, które najszerzej sponsorują piłkę nożną na Zachodzie, w polskiej piłce są praktycznie niezauważalne. W sponsoring polskiej Ekstraklasy angażują się przede wszystkim mniejsze firmy o zasięgu lokalnym.

– Z listy „200 Największych Polskich Firm 2017” (ranking „Wprost”), tylko 14, a więc 7 proc., jest w jakiś sposób związanych z piłką nożną jako sponsor lub partner. Z tych kilkunastu firm trzy należą do Skarbu Państwa – mówi Diakonowicz.

Eksperci Deloitte oceniają, że problemem polskich klubów jest brak pomysłu na zwiększenie przychodów komercyjnych (obejmujące m.in. umowy sponsorskie), które obecnie stanowią ok. 42 proc. ogółu przychodów przy 50 proc. na Zachodzie.

Współpraca zawsze musi polegać na partnerstwie, nie możemy się spodziewać, że firmy przychodzą i po prostu dają pieniądze za reklamę, bo jest to myślenie w starych kategoriach. Dzisiaj jest to kwestia tego, co również kluby mogą zaoferować z punktu widzenia dotarcia do swojej bazy fanów, stworzenia pewnego emocjonalnego produktu, który dla biznesu będzie miał sens, aby w to inwestować – podkreśla Dariusz Mioduski, właściciel i prezes Legii Warszawa.

Z analizy Deloitte wynika, że spółki będą się szerzej angażować w sponsoring piłki nożnej, gdy zwiększy się przejrzystość biznesowa i organizacyjna. Wizerunek klubu wpływa na postrzeganie sponsorów. Choć Polacy cenią firmy, które angażują się w marketing sportowy, zamieszanie związane z funkcjonowaniem danego klubu może się przełożyć na spadek zaufania do konkretnej firmy.

Polska piłka jest rozwarstwiona, jest reprezentacja, która osiąga ogromne sukcesy, natomiast fundamenty związane z samą piłką nie są najlepsze, bo te muszą być oparte o kluby. Aby przejść na następny poziom, musimy wykorzystać potencjał gospodarczy, potencjał talentów, stworzyć takie uwarunkowania, żeby dzieci zaczęły w tę piłkę grać, rozwijać się, chciały zostawać dłużej w polskich klubach – przekonuje Dariusz Mioduski.

Obecnie szybko rośnie popularność reprezentacji Polski w piłce nożnej. Piłkarze grający w najlepszych europejskich klubach, ostatnie sukcesy na Euro 2016 czy bliski awans na mundial sprawiają, że nie ma problemu ze znalezieniem sponsorów.

– Widzimy potencjał, który drzemie w narodzie, to mocno pokazuje reprezentacja Polski – ponad 57 tys. widzów na każdym meczu, co daje nam drugą frekwencję w Europie, 10 milionów przed telewizorami. To wszystko napędza koniunkturę na piłkę i generuje ekwiwalent mediowy dla partnerów i sponsorów. Pieniądze są niezbędne, wszystkie inicjatywy wymagają pieniędzy – mówi Maciej Sawicki, sekretarz generalny PZPN.

Na wartość marketingową samego PZPN-u duży wpływ miały prowadzone projekty, m.in. „Akademia młodych orłów”, czyli bezpłatne treningi piłkarskie, czy turniej „Z podwórka na stadion o Puchar Tymbarku”, w którym co roku bierze udział kilkadziesiąt tysięcy dzieci.

– Sponsorzy chcą się utożsamiać z marką reprezentacji, ale również z marką PZPN. Jest to o tyle cenne, że te pieniądze są bardzo mocno wykorzystywane po to, by coraz więcej dzieci i młodzieży grało w Polsce w piłkę nożną, promujemy i rozwijamy ten sport, nie zrobimy tego bez niezbędnych środków finansowych – tłumaczy Maciej Sawicki.

Zdaniem ekspertów działania prowadzone przez PZPN powinny zostać wdrożone na poziomie lokalnym. Tylko profesjonalne, oddolne podejście może  się przełożyć na sukces.

Abyśmy mogli mieć w przyszłości następnych Lewandowskich, musimy zainwestować w kluby i w ich możliwości szkolenia młodzieży. Dziś jest większa świadomość, wiedza i umiejętności w tym zakresie. Dzięki pomocy PZPN-u, ministerstw zaczyna być klimat do tego, aby coraz bardziej angażować się w piłkę nożną, w szkolenie młodzieży, natomiast na końcu sprowadza się to do klubów i ich umiejętności przeprowadzenia tego typu procesu – podkreśla Dariusz Mioduski.

Akcjonariat pracowniczy może się przysłużyć polskiej gospodarce i poprawić rynek pracy. Powstał społeczny projekt ustawy

Akcjonariat pracowniczy może się przysłużyć polskiej gospodarce i poprawić rynek pracy. Powstał społeczny projekt ustawy 4

Akcjonariat pracowniczy – popularny w USA i Europie Zachodniej – przynosi wymierne korzyści gospodarce oraz firmom. Wzmacnia więzi między pracownikami a pracodawcami, co może być rozwiązaniem na bolączki polskiego rynku pracy zmagającego się z niedoborem pracowników i ich dużą rotacją. Konieczne są jednak działania edukacyjne, system zachęt i ulg podatkowych dla przedsiębiorców oraz współpraca pracodawców ze związkami zawodowymi, by przekonać obie strony do korzyści z akcjonariatu pracowniczego. O zaletach i wadach tego rozwiązania dyskutowali uczestnicy debaty zorganizowanej przez Komitet Dialogu Społecznego KIG.

Ministerstwo Rozwoju wspiera koncepcję akcjonariatu pracowniczego, który wzmacnia przedsiębiorstwa i więzi pomiędzy pracodawcami a pracownikami. Mocne polskie przedsiębiorstwa to mocna gospodarka. Ponadto makroekonomicznie akcjonariat sprzyja budowie kapitału Polaków i wzrostowi stopy oszczędności, co bezpośrednio przekłada się na inwestycje. Upowszechnienie akcjonariatu pracowniczego będzie dodatkowym impulsem, który pozwoli realizować cele Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Armen Artwich, zastępca dyrektora Departamentu Doskonalenia Regulacji Gospodarczych w Ministerstwie Rozwoju.

W akcjonariacie pracowniczym osoby zatrudnione w przedsiębiorstwie stają się jego współwłaścicielami, wchodząc w posiadanie akcji firmy. To częsta praktyka premiowania pracowników. Szczególnie popularny akcjonariat pracowniczy jest w Stanach Zjednoczonych i krajach zachodnioeuropejskich, jak Wielka Brytania czy Francja, gdzie rozwija się od lat 70. i przynosi realne korzyści gospodarce. W 2014 roku kapitał pracowniczy zgromadzony w formie akcjonariatu przez 32 mln pracowników sektora prywatnego w USA osiągnął wartość ok. 1,3 tryliona dolarów. Natomiast w krajach Unii Europejskiej wynosi obecnie ponad 370 mld euro.

Przewodniczący Komitetu Dialogu Społecznego KIG Maciej Witucki ocenia, że akcjonariat pracowniczy może być remedium na problemy polskiego rynku pracy, który boryka się z niedoborem pracowników i brakiem ich zaangażowania. To nie tylko sposób na zwiększenie zaangażowania, lecz także na stworzenie wartości dodanej dla pracowników i wzmocnienie ich więzi z firmą, w której są zatrudnieni.

– Na polskim rynku pracy widzimy nie tylko niedobór pracowników, lecz także duży problem z ich motywacją. Z drugiej strony mamy nowe generacje pracowników, młodych ludzi, którzy szukają innych, pozapłacowych elementów motywacyjnych. Akcjonariat pracowniczy to metoda zintegrowania pracownika z przedsiębiorstwem, oddanie części władzy, a w zamian uzyskanie większego zaangażowania, większej lojalności, a na końcu większej produktywności przedsiębiorstwa. To elementy akcjonariatu pracowniczego, które są już sprawdzone w wielu krajach – mówi Maciej Witucki.

Akcjonariat pracowniczy nie jest w Polsce powszechny, ale jeśli już jest, to działa z dużym powodzeniem. Dobrym przykładem są Toruńskie Zakłady Materiałów Opatrunkowych – prężnie działająca firma, która operuje w kilkudziesięciu krajach świata i rozwija zagraniczną ekspansję.

Sieć hipermarketów Auchan jest dobrym przykładem firmy, która nie czekała na ustawę i nawet bez ulg podatkowych wprowadziła akcjonariat również dla swoich pracowników w Polsce. Aby stał się to ruch powszechny, potrzeba rozwiązań prawnych, które z jednej strony zapewnią bezpieczeństwo procesu, a z drugiej strony dadzą też minimum zachęt podatkowych. Ta praktyka nie rozwinie się bez wsparcia ze strony systemu podatkowego, które spowoduje, że pracodawcy przełamią barierę oddania części władzy – ocenia Maciej Witucki.

Po 1989 roku powstały w Polsce rozwiązania umożliwiające wprowadzenie własności pracowniczej. W ramach leasingu pracowniczego sprywatyzowano ok. dwóch tysięcy spółek, jednak w tej formie własności do dziś przetrwało ich nie więcej niż 20 proc. Zarówno wtedy, jak i teraz brakowało odpowiednich regulacji prawnych, które wspierałyby akcjonariat pracowniczy.

Polscy przedsiębiorcy nie są gotowi na akcjonariat pracowniczy, co nie zmienia faktu, że trzeba go wprowadzać. Jest to problem nie tyle lokalny, ile społeczny. Akcjonariat, zwłaszcza wspierany przez państwo, oznacza, że widzimy profity w tym, że ludzie współzarządzają przedsiębiorstwem. To jest korzyść prywatna, lokalna, ale dla państwa to przede wszystkim wartość społeczna. Ludzie uczą się rozmawiać, współdecydować, innymi słowy – budujemy relację. Muszą powstać pozytywne zachęty, w wielu miejscach na świecie państwo wspiera akcjonariat poprzez ulgi podatkowe. Obawiam się, że bez tego oczekiwanie, że pracodawcy sami dojdą do tego wniosku, jest idealistyczne – mówi prof. Arkadiusz Sobczyk z Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Fundacja Forum Rozwoju Akcjonariatu Pracowniczego i Kapitału Krajowego przygotowała społeczny projekt ustawy o akcjonariacie pracowniczym. Pomysł adaptuje najlepsze wzorce z państw korzystających z partycypacyjnego modelu ładu korporacyjnego. Projekt ustawy zawiera propozycje rozwiązań prawnych oraz rekomendacje działań edukacyjnych i nawiązania współpracy z pracodawcami i związkami zawodowymi, żeby uświadomić im korzyści płynące z takiej formy współwłasności firmy.

– Wszystkie zaawansowane gospodarczo kraje wolnorynkowe oraz wiele aspirujących do tego grona mają w swoim systemie prawnym ustawy regulujące tworzenie i funkcjonowanie akcjonariatu pracowniczego. Polska powinna się znaleźć w kręgu państw stosujących innowacyjne rozwiązania ustrojowe i również stworzyć ustawodawstwo kształtujące rozwój własności pracowniczej kapitału i partycypacyjnego modelu ładu korporacyjnego przedsiębiorstw. Jeśli chcemy budować innowacyjną gospodarkę, to musimy ją oprzeć na innowacyjnym ustroju gospodarczym – powiedział podczas debaty „Akcjonariat pracowniczy. Czy polskie przedsiębiorstwa są gotowe?” Krzysztof Ludwiniak, prezes Fundacji Forum Rozwoju Akcjonariatu Pracowniczego i Kapitału Krajowego.

Debatę zorganizowaną przez Komitet Dialogu Społecznego Krajowej Izby Gospodarczej poprzedziła prezentacja założeń społecznego projektu ustawy o programach akcjonariatu pracowniczego, które przedstawił Krzysztof Ludwiniak. Społeczny projekt ustawy o akcjonariacie pracowniczym wpisuje się w rządowe plany. Ministerstwo Rozwoju planuje podjęcie prac legislacyjnych i działań edukacyjnych, które będą mieć na celu upowszechnienie programów akcjonariatu pracowniczego. Armen Artwich z resortu rozwoju zapowiada, że projekt ustawy zostanie wzięty pod uwagę w trakcie tych prac, podobnie jak inne propozycje ze strony społecznej.

– Ewentualne programy wsparcia akcjonariatu pracowniczego mają na celu poszerzenie palety możliwości partycypacji pracowników w zarządzaniu firmą. Mówiliśmy również o innych, już istniejących modelach, jak choćby model spółdzielczy. Trudno przewidzieć, który model będzie miał w przyszłości dominującą pozycję, ale myślę, że im więcej instrumentów prawnych do wyboru ze strony przedsiębiorców, tym lepiej – ocenia Armen Artwich.

E. Rafalska (MRPiPS): Program Rodzina 500 Plus nie odcina kobiet od rynku pracy. Przeciwnie, zapewnia środki na żłobki i przedszkola

E. Rafalska (MRPiPS): Program Rodzina 500 Plus nie odcina kobiet od rynku pracy. Przeciwnie, zapewnia środki na żłobki i przedszkola 5

Najniższe od 26 lat bezrobocie to między innymi efekt wejścia na rynek pracy roczników z niżu demograficznego. Eksperci nie mają jednak wątpliwości, że to także efekt większej aktywności przedsiębiorców. Natomiast dane statystyczne przeczą tezie o wycofywaniu się kobiet z rynku pracy wskutek działania programu Rodzina 500 Plus. Na koniec II kwartału 2017 roku zatrudnionych było ponad 7,4 mln kobiet, czyli o 160 tys. więcej niż rok wcześniej. 

– Zarzut, że kobiety rezygnują z pracy z powodu chęci uzyskania świadczenia Rodzina 500 Plus jest mitem, który nie znajduje potwierdzenia w żadnych danych. Ostatnie dane BAEL dotyczące bierności zawodowej pokazują, że ta bierność zawodowa kobiet zmalała – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Elżbieta Rafalska, minister rodziny, pracy i polityki społecznej. – Pamiętajmy, że bierność dotyczy też kobiet bezdzietnych, że dotyczy kobiet 50+, natomiast program Rodzina 500 Plus stwarza możliwości pójścia do pracy, ponieważ kobiety w badaniach deklarowały, że dzięki temu świadczeniu mają środki na opłatę za żłobek czy przedszkole.

Na koniec II kwartału 2017 roku aktywnych zawodowo było 48,9 proc. kobiet, o 0,5 pkt proc. więcej niż rok wcześniej. W liczbach bezwzględnych zatrudnionych w II kwartale 2017 roku było ponad 7,4 mln pań, o niemal 160 tys. (2,2 proc.) więcej niż rok wcześniej, gdy programem Rodzina 500 Plus zostały objęte wszystkie uprawnione i chętne do pobierania świadczenia osoby – program wszedł w życie od kwietnia, ale by odebrać pieniądze od początku jego trwania można było się zgłaszać jeszcze przez trzy miesiące.

– Mamy pozytywne doświadczenia na polu aktywizacji zawodowej kobiet – mówi Jacek Siwiński, prezes Velux Polska. – W naszych fabrykach, w których pracuje teraz cztery tysiące osób, 36 proc. to kobiety i ten współczynnik rośnie. Oczywiście wymaga to od nas wdrożenia szeregu projektów związanych z ergonomią miejsc pracy, z półautomatyzacją, z polityką prorodzinną. Słyszy się, że program Rodzina 500 Plus, który został wdrożony przez rząd, działa w sposób negatywny, to znaczy stanowi pewną alternatywę dla pracy zawodowej dla kobiet. Muszę powiedzieć, że u nas tego nie zaobserwowaliśmy, udział kobiet jest dość wysoki, wyższy niż w innych sektorach przemysłu.

Z kolei liczba kobiet biernych zawodowo spadła z 8,273 mln osób w II kwartale 2016 roku do 8,169 mln rok później, czyli o 104 tys. Obowiązki rodzinne i inne związane z prowadzeniem domu były w II kwartale 2017 r. przyczyną bierności zawodowej 1,733 mln osób (kobiet i mężczyzn). Rok wcześniej taki powód rezygnacji z pracy podawało o 26 tys. osób więcej. Poprawiła się także relacja kobiet (mężczyzn także) pracujących do niepracujących. Na każdy tysiąc zatrudnionych kobiet przypadało 1147 niepracujących. To o 53 mniej niż rok wcześniej.

– Być może zdarzają się sporadyczne przypadki, gdzie kobieta sprawująca opiekę np. nad chorym dzieckiem, czasami nad trójką lub większą liczbą dzieci podejmuje taką decyzję, ale jest to już indywidualny wybór, żadnej masowej skali tego zjawiska nie obserwujemy – zapewnia Rafalska. – Chcemy oczywiście ułatwić kobietom godzenie roli zawodowej z życiem prywatnym, ze sprawowaniem opieki nad małym dzieckiem, dlatego poprawiamy dostępność miejsc żłobkowych. Jeżeli jest żłobek, do tego niskopłatny samorządowy żłobek, klub dziecięcy, wtedy chętnie dziecko, które ma dziś ponad rok albo dwa lata, korzysta z takiego miejsca.

Na koniec 2016 roku w Polsce działało 2710 żłobków, oddziałów żłobkowych i klubów dziecięcych, o 16,7 proc. więcej niż na koniec 2015 roku. Zapewniały one 92,5 tys. miejsc, z których korzystało 87,3 tys. dzieci. Większość z tych placówek to obiekty prywatne (74 proc.). Jednak zapewniały one połowę wszystkich dostępnych miejsc, a korzystało z nich 47 proc. uczęszczających do żłobków dzieci.

Rodzice często tym chętniej korzystają z możliwości podjęcia pracy, że wyższe wynagrodzenia w połączeniu z programem Rodzina 500 Plus zapewniają o wiele wyższy niż wcześniej standard życia. Tym bardziej że pracodawcy kuszą pracowników nie tylko wysokością pensji.

– Dane z rynku pracy, głównie dane o najniższym od lat bezrobociu, to bardzo dobra wiadomość dla pracowników, dlatego że świadczy o koniunkturze, o rozwoju, o tym, że gospodarka się rozwija, ja odbieram to pozytywnie – komentuje Jacek Siwiński, prezes Velux Polska. – To, że pracodawcy mają związane z tym pewne wyzwania, jest oczywiste, mamy tutaj do czynienia z wyzwaniami ilościowymi, jest konkurencja o pracownika, tam, gdzie pada słowo konkurencja, trzeba powiedzieć, że konkurencja jest zdrowa, bo wymaga to od pracodawców tworzenia dobrych miejsc pracy, dobrych warunków, zatrudniania pracowników na umowy o pracę, obejmowania pełnym pakietem socjalnym itd.

Podkreśla także, że jego firma nie ma na razie problemów z rekrutacją, a jedynie w tym roku zatrudniła i zatrudni trzysta dodatkowych osób. Jak podało Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, w sierpniu stopa bezrobocia utrzymała się na rekordowo niskim poziomie z czerwca i lipca – 7,1 proc. Poprzednio tak niski współczynnik odnotowano w marcu 1991 roku.

System ERP pozwala na szybszy rozwój firmy. Polskie przedsiębiorstwa coraz chętniej po niego sięgają

System ERP pozwala na szybszy rozwój firmy. Polskie przedsiębiorstwa coraz chętniej po niego sięgają 6

Polskie firmy coraz chętniej sięgają po systemy ERP, wynika z raportu „2017 Report on ERP Systems & Enterprise Software”. Ich stosowanie umożliwia szybszy rozwój i integrację różnego typu działań i baz danych. W przypadku małych firm nie można ich jeszcze jednak uznać za oprogramowanie stosowane powszechnie. Nową opcją są systemy ERP udostępniane w chmurze, bez potrzeby zakupu oprogramowania.

System ERP (Planowanie Zasobów Przedsiębiorstwa) ma za zadanie integrować zasoby (m.in. różnych baz danych), dzięki czemu ma przyśpieszyć i ułatwić działanie firmy. Jak pokazuje raport „2017 Report on ERP Systems & Enterprise Software”, to właśnie przyśpieszenie rozwoju własnego biznesu stanowi najczęstszy powód (18 proc.), dla którego firmy decydują się na korzystanie z systemu ERP.

– Systemy klasy ERP dotychczas nie występowały w wersji chmurowej, zatem klienci nie mieli możliwości wykorzystania zalet chmury w przypadku tego typu oprogramowania. My przenieśliśmy oprogramowanie Windows do chmury. Zalety? Wszystkie te, które daje chmura, czyli wygoda, elastyczność, bezpieczeństwo i dostępność – zapewnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Tomasz Lemański z firmy ITMation.

Według raportu niewiele mniejszą wagę ma ułatwienie pracy (14 proc.) oraz zapewnienie zgodności pomiędzy różnymi bazami danych (również 14 proc.), zaś na czwartym miejscu wymieniana była lepsza integracja systemu w poszczególnych lokalizacjach przedsiębiorstwa (13 proc.). Taką integrację można zapewnić, m.in. stosując rozwiązania chmurowe.

–  Dzięki technologii wirtualizacji dosyłu możliwe jest korzystanie na dowolnym urządzeniu, także niemającym systemu Windows, czyli np. na Macach i Linuksach, a także na platformach mobilnych – urządzenia pracujące na systemach iOS i Android również mogą uruchamiać systemy, które działają w chmurze – twierdzi Tomasz Lemański.

Nowością na rynku systemów ERP są rozwiązania dostępne online. Według wspomnianego wyżej raportu tylko 6 proc. badanych w nim firm zdecydowało się na ERP w chmurze, 67 proc. wybrało zamiast tego model SaaS (oprogramowanie jako usługa), a 27 proc. – wdrożenie lokalne w infrastrukturze klienta. Tak mały udział usług cloudowych tłumaczony był przez ankietowane osoby obawami o bezpieczeństwo i utratę przechowywanych danych.

– Oprogramowanie hostowane jest w polskich serwerowniach, spełniających najwyższe wymagania dotyczące zarówno bezpieczeństwa fizycznego, jak i dostępności usług. Nawet gdyby zdarzyło się jakieś nieszczęście czy katastrofa, to kopie bezpieczeństwa są wykonywane nie rzadziej niż 3 razy na dobę, zatem odzyskanie danych nie powinno być bolesne, a jest nieporównywalnie wyższe niż w przypadku tradycyjnego modelu, gdzie klienci trzymają oprogramowanie u siebie – twierdzi Tomasz Lemański.

Według raportu „2016 IDG Enterprise Cloud Computing Survey” 70 proc. firm i organizacji ma przynajmniej jedną usługę lub aplikację w chmurze. 16 proc. pozostałych zamierza uruchomić swoje usługi w chmurze do końca 2017 r. Zdaniem eksperta tak wysoki odsetek firm, które zaadoptowały usługi przetwarzania w chmurze, może wynikać z ogólnego trendu wypożyczania różnego rodzaju rzeczy.

– Wypożyczanie rzeczy, które jest ogólnoświatowym trendem, dotyka też branży IT i uważam, że bardzo słusznie. Zwłaszcza rynek IT i oprogramowania zmienia się bardzo dynamicznie, więc kupienie oprogramowania, żeby je mieć w starej wersji, bo po tygodniu ono jest już stare, nie ma sensu. Wypożyczanie gwarantuje klientom, że zawsze będą mieli dostęp do najnowszej wersji, będą dostosowani do wymogów i do tego, co dzieje się na rynku – uważa Lemański.

Wypożyczanie oprogramowania wpisuje się w światowy trend, ale nie pozostaje rozwiązaniem bez wad. Jedną z nich jest konieczność ciągłego bycia online. Problem stanowić może także bariera psychiczna.

– Właściciel firmy nie jest w posiadaniu oprogramowania, ta psychologiczna bariera nieposiadania czegoś, tylko wynajmowania, dla niektórych wciąż może być nie do przejścia, jednak wydaje się, że oprogramowanie powinno być ostatnią rzeczą, którą tak naprawdę kierownik jednostki powinien chcieć mieć na własność – uważa Daniel Mazurkiewicz, prezes zarządu ITMation.

Polscy naukowcy tworzą innowacyjne technologie na światowym poziomie. Ich komercjalizacja jest obarczona jednak dużym ryzykiem

Polscy naukowcy tworzą innowacyjne technologie na światowym poziomie. Ich komercjalizacja jest obarczona jednak dużym ryzykiem 7

Według raportu „Komercjalizacja badań naukowych: Spojrzenie inwestorów i naukowców”, przygotowanego pod opieką Narodowego Centrum Badań i Rozwoju, barierą do inwestowania w komercjalizację badań naukowych jest wysokie ryzyko takich inwestycji. Ważnym elementem ograniczania ryzyka jest udział funduszy publicznych. Działania na styku nauki i biznesu mogą być odpowiedzią na problemy z komercjalizacją badań.

– Staramy się wspierać przedsiębiorców, innowatorów, także naukowców, ale często trudno jest naukowcom połączyć te kompetencje – kompetencje związane z rozwojem technologii, rozwojem produktów czy usług są inne niż klasyczne kompetencje, których wymaga się w środowisku akademickim i naukowym – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje, Marcin Lewenstein z firmy InnoEnergy.

Jak wynika z raportu NCBiR „Komercjalizacja badań naukowych: Spojrzenie inwestorów i naukowców”, 79 proc. badanych inwestorów zdecydowanie albo raczej zgadza się z tezą, że inwestowanie w komercjalizację wyników badań naukowych jest bardziej ryzykowne od innych inwestycji. Tylko 17 proc. nie zgadza się z takim stwierdzeniem. Z tego samego badania wynika, że tylko 18 proc. badanych naukowców z powodzeniem zakończyło komercjalizację swoich badań. Ponad 40 proc. wykonało podobne próby i albo nie doczekało się jeszcze widocznych efektów, albo wie już, że ich działania nie przełożą się na jakikolwiek wymierny zysk finansowy.

– W wymiarze intelektualnym czy dorobku naukowego mamy się czym pochwalić, natomiast największym problemem i wyzwaniem jest przejście od słów do czynów. Dla naukowców często produktem jest publikacja, praca doktorska, cytowanie, kolejny grant, a tak naprawdę w życiu gospodarczym liczy się możliwość skomercjalizowania technologii, trafienia z nią na rynek, do klienta – twierdzi Marcin Lewenstein.

W badaniu NCBiR wskazano, że w ciągu kilku ostatnich lat nastąpiły istotne zmiany, które zwiastują świetlaną przyszłość innowacji w Polsce. Badani inwestorzy zwracali uwagę przede wszystkim na wzrost doświadczenia i specjalizacji różnego rodzaju podmiotów wspierających proces komercjalizacji, a także na zmiany nastawienia dużych firm – wzrosła ich otwartość na poszukiwanie innowacji z zewnętrznych źródeł. Zwłaszcza w niektórych branżach Polska ma się szansę stać liderem w zakresie innowacji.

–  Polska ma bardzo duży potencjał, jeśli chodzi o technologie informatyczne, szeroko pojęte ICT, tutaj jest interesująca nisza dla naszych naukowców, są to technologie związane z zarządzaniem siecią elektroenergetyczną, z cyberbezpieczeństwem, z zarządzaniem popytem, to kwestie optymalizacji źródeł wytwórczych, budowy rozwiązań, które pozwalałyby na diagnostykę predykcyjną, a więc wcześniejsze prognozowanie stanu urządzeń, z których energetyka korzysta, tak aby zminimalizować kwestie częstotliwości remontów czy nieplanowanych odstawień urządzeń – zapewnia ekspert.

Jak wynika z raportu NCBiR, pozytywne doświadczenia komercjalizacji zarówno ze strony naukowców, jak i inwestorów w zdecydowanej większości opierają się na osobistych kontaktach i sprawnych działaniach pośredników, którzy mają doświadczenie w kooperacji na styku nauki i biznesu. Szczególnie dużym wyzwaniem jest komercjalizacja badań na rynku energetycznym.

– Wspieramy projekty zarówno w wymiarze finansowym, jak i poprzez ich umiędzynarodowienie i budowanie możliwości trafienia na rynki, do klientów, o co często w przypadku małych i średnich przedsiębiorstw czy start-upów, scale-upów mogłoby być trudne, bo energetyka nie jest łatwym rynkiem dla tego typu przedsiębiorców. Jest to sektor, w którym jest bardzo wielu zasiedziałych już i bardzo mocno związanych z rynkiem producentów i znalezienie sobie na nim niszy nie jest łatwe – mówi przedstawiciel InnoEnergy.

Polska marka odzieżowa ma szansę zdobyć serca Brytyjczyków. Ma jej w tym pomóc szeroko zakrojona kampania reklamowa z udziałem Kate Moss

Polska marka odzieżowa ma szansę zdobyć serca Brytyjczyków. Ma jej w tym pomóc szeroko zakrojona kampania reklamowa z udziałem Kate Moss 8

Specjalnie zaprojektowana kolekcja, szeroki asortyment, sprzedaż internetowa i Kate Moss jako ambasadorka marki – to elementy, które mają przesądzić o sukcesie Reserved na brytyjskim rynku. Flagowy brand z portfolio gdańskiej firmy LPP na początku września otworzył swój salon na londyńskiej Oxford Street – jednej z najdroższych i najbardziej prestiżowych ulic świata.

– Nasza konkurencja w Londynie jest bardzo podobna do tej na pozostałych rynkach. Głównie jest to Zara i Topshop. Myślę jednak, że bardzo ciężko pracowaliśmy nad poprawą naszej kolekcji i nad tym, aby była jak najbardziej atrakcyjna i zgodna z aktualnymi trendami, żeby móc stanąć do ostrej walki z największą konkurencją – zapewnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Anna Radzikowska, dyrektor departamentu damskiego w Reserved.

Na brytyjskim rynku Reserved zaoferuje pełen asortyment produktowy, czyli zaprojektowane specjalnie na tę okazję kolekcje: damską, męską i dziecięcą.

– Przygotowaliśmy specjalną kolekcję londyńską właśnie na to otwarcie. Jest to prawdziwa perełka, coś, co przyciągnie Brytyjczyków do naszego salonu i będzie tylko w Reserved. Kolekcja londyńska to przede wszystkim inspiracje latami 80., 90., inspiracja PRL-em, polskie akcenty, dziergane swetry z polskimi napisami. To będzie tylko u nas na Oxford Street – mówi Paulina Kostyszyn, product manager w Reserved.

Nowy salon flagowej marki z portfolio gdańskiej spółki LPP został 6 września otwarty w Londynie. Mieści się w centrum West Endu, przy Oxford Street 252 – jednej z najbardziej prestiżowych ulic handlowych świata. Marka chce przyciągnąć nie tylko Brytyjczyków, lecz także turystów z całego świata, którzy odwiedzają miasto. Na Oxford Street w 2016 r. ruch pieszy sięgał 120 milionów osób, a łączne przychody tamtejszych butików to kilka miliardów funtów rocznie.

– Nasi klienci mają możliwość zakupienia kolekcji w sklepach stacjonarnych oraz w sklepach online – mówi Anna Radzikowska.

W asortymencie e-sklepu marki znalazło się ponad 10 tys. produktów.

Debiut Reserved na brytyjskim rynku firmuje światowej sławy modelka Kate Moss, która jest twarzą zakrojonej na szeroką skalę kampanii reklamowej. Jej wizerunek znajduje się między innymi na dwupiętrowych autobusach w Londynie. Działania promocyjne marki będą skoncentrowane na komunikacji internetowej i reklamie zewnętrznej wykorzystującej witrynę salonu oraz nośniki reklamowe na przystankach autobusowych i stacjach metra.

– Wybór Kate Moss był dla nas naturalny. Ona jest światową ikoną mody, ale też swoistą świętością dla Brytyjczyków. Nie mieliśmy żadnych wątpliwości, że Kate będzie właściwym wyborem. Ponadto bardzo dobrze reprezentuje ducha naszej marki, czyli jest polished/unpolished – często elegancka, ale też rock&rollowa, dziewczęca, ale też kobieca. To wszystko razem złożyło się na ten wybór – uzasadnia Anna Sołtys, dyrektor biura produktowego Reserved w Warszawie.

Debiut w Londynie to kolejny duży krok grupy LPP w kierunku umocnienia swojej pozycji na rynkach globalnych. Strategia spółki opiera się na międzynarodowej ekspansji. W maju tego roku Reserved zadebiutował w Berlinie i marka zapowiada, że brytyjska stolica nie jest ostatnią, w której otwiera swój salon.

Polskie firmy liczą na współpracę z Chinami

W 2013 roku chiński prezydent Xi Jinping zapowiedział utworzenie Nowego Jedwabnego Szlaku, łączącego Chiny z europejskimi wybrzeżami Atlantyku. Wrota do Europy Zachodniej mają znajdować się w Polsce. Polska ma być jednym z kluczowych węzłów Nowego Jedwabnego Szlaku. To szansa dla  przedsiębiorstw, nie tylko tych największych. Tym bardziej, że jeszcze we wrześniu zostanie uruchomiony korytarz, umożliwiający im dokonywanie szybkich, bezpiecznych przelewów z Krajem Środka.

Chińskie produkty już nie tylko na Allegro

Gigantyczne, międzynarodowe przedsięwzięcie, o łącznym budżecie setek miliardów dolarów. Chiny stają się coraz bardziej dostępne, już nie tylko dla dużych koncernów, ale także dla drobnych przedsiębiorców. Do tej pory, ci najmniejsi skupiali się głównie na sprowadzaniu pochodzącego z Azji towaru, który następnie sprzedawali chociażby na Allegro. Coraz większa liczba polskich przedsiębiorców znajduje dostawców towarów i półproduktów.

Niewątpliwie, Chiny odciskają swoje piętno w biznesowym krajobrazie Europy. Już teraz produkty produkowane w tym kraju stanowią największe źródło importowanych dóbr dla Unii Europejskiej. Są ważne także dla Polski: zajmują drugie, po Niemczech, miejsce na liście źródeł importu (24 mld dolarów w 2016) – niestety – pierwsze pod względem deficytu w handlu zagranicznym. Nowy Jedwabny Szlak może jednak już wkrótce zrównoważyć te proporcje. Z pewnością nie stanie się to jednak z dnia na dzień.

Będzie taniej

Konkurencyjność wiąże się z jak najbardziej bezpośrednim sposobem dotarcia na nowy rynek. Aby zwiększyć konkurencyjność cenową swojej oferty należy omijać pośredników  – dotyczy to także przelewów międzynarodowych.

Zacieśnianie biznesowych relacji i wzrost liczby transakcji niesie ze sobą konieczność ich bezproblemowej obsługi. Zwiększenie się wolumenu transakcji finansowych pomiędzy polskimi i chińskimi przedsiębiorcami to wyzwanie, dlatego tak ważne jest wsparcie oraz wprowadzenie różnego rodzaju ułatwień. To się już dzieje. Kolejny krok w tym kierunku, pod koniec września, wykona TransferGo. Firma zajmuje się dostarczaniem rozwiązań technologicznych wspierającym usługi finansowe w 45 krajach na świecie. Dla przedsiębiorców wykonujących zagraniczne operacje oznacza to spore oszczędności

Chiny to kolejny kraj w którym uruchamiamy usługę szybkich i bezpiecznych przelewów transgranicznych. Dla przedsiębiorców oznacza to duże oszczędności, bowiem w przypadku firm zajmujących się eksportem i importem towarów, koszt przewalutowania transakcji może znacząco wpłynąć na rentowność przedsięwzięcia. Nasza propozycja to koszty zdecydowanie niższe niż usługi świadczone za pośrednictwem banków. Ponadto, cały koszt operacji znany jest na samym początku – nie ma ukrytych kosztów – Magdalena Gołębiewska, country manager TransferGo

Rosnąca wymiana handlowa to pole do zagospodarowania dla firm i instytucji oferujących usługi finansowe, chociażby te najbardziej podstawowe – przelewy międzynarodowe. TransferGo ostatnio pojawił się w Indiach – ogromnym rynku rozwijającym się w tempie ponad 7% rocznie. Teraz przyszedł czas na Chiny. Z możliwości dokonywania tanich połączeń, przedsiębiorcy, prowadzący interesy w Państwie Środka będą mogli skorzystać pod koniec września.

Przyszły tydzień: FOMC, Norges Bank, BoJ, PKB z NZ, CPI z Kanady

W przyszłym tygodniu wszystkie oczy będą zwrócone na Fed, gdzie stawką jest podtrzymanie oczekiwań na grudniową podwyżkę stop procentowych. Poznamy także stanowisko banków centralnych Japonii i Norwegii. Na polu danych największa uwaga będzie na PKB z Nowej Zelandii, PMI z Eurolandu i inflacji z Kanady.

Tematem wrześniowego posiedzenia FOMC (wt-śr) będzie rozpoczęcie procedury redukcji sumy bilansowej. Decyzja jest przesądzona i jasno komunikowana od wielu miesięcy. Od strony rynków finansowych ważniejsze jest, jak członkowie Fed widzą szanse na podwyżkę stóp procentowych w grudniu? Odbicie inflacji w sierpniu pozwala na podtrzymanie wydźwięku z ostatniego komunikatu, a mediana prognoz dla ścieżki stóp procentowych nie powinna być istotnie zrewidowana w dół. Prognozy inflacji na lata 2017-2018 muszą uwzględnić ostatnią serię słabych odczytów CPI (przed sierpniowym odbicie), ale rynek już to zdyskontował. Ogólnie uważamy, że stanowisko FOMC powinno podnieść rynkową wycenę prawdopodobieństwa podwyżki w grudniu, a za tym wesprzeć USD.

W strefie euro rewizja inflacji i indeks ZEW są drugorzędne i przejdą bez echa. Indeksy PMI dla przemysłu i usług (pt) będą ciekawsze przy oczekiwaniach na podtrzymanie solidnego tempa aktywności. To powinno wspierać zamiary normalizacji polityki ECB, jednak sporo z oczekiwań redukcji QE jest już zdyskontowane i brak jest świeżej amunicji dla podtrzymania wzrostów EUR. Taktyczna redukcja długich pozycji w EUR/USD i EUR/GBP będzie ciążyć w krótkim terminie.

W Wielkiej Brytanii dane o sprzedaży detalicznej (śr) są jedyny godnymi odnotowania. Przy pogarszających się nastrojach konsumentów ryzyka przy odczycie przeważają po negatywnej stronie, co może uderzyć w generalnie optymistyczny klimat wokół funta. Mimo to jedno rozczarowanie w danych to za mało, by zahamować rosnące oczekiwania na podwyżkę BoE w listopadzie zainicjowane przez komunikat po posiedzeniu banku w ostatni czwartek. W tym kontekście rynek będzie śledził komentarze prezesa Carneya (pon). Jakkolwiek wątpimy w możliwości BoE do podwyżki stopy procentowej w tym roku, na razie nie zamierzamy stawać na drodze rajdu funta.

Norges Bank podejmuje decyzję w czwartek, ale nie oczekujemy niespodzianki. Ostatnim razem w czerwcu bank prognozował termin pierwszej podwyżki pod koniec 2019 r. Słabszy odczyt sierpniowej inflacji nie jako gwarantują, że bank powstrzyma się od zaostrzenia języka. Przybliżenie terminu podwyżki będzie niespodzianką i impulsem do rajdu korony, jednak Norges Bank raczej chciałby uniknąć podsycania aprecjacji NOK.

Z Polski napłynie główna paczka danych za sierpień. Wypłaty premii w górnictwie utrzymują solidną dynamikę wynagrodzeń (pon). Korzystna różnica dni roboczych przemawia za wzrostem produkcji przemysłowej, podczas gdy handel powinien ucierpieć przez wakacyjny spadek popytu (wt). Nowy rekord stopy bezrobocia (poniżej 7,1 proc.) będzie skutkiem nasilenia prac sezonowych (pt). Dane nie powinny mieć wpływu na złotego, który znajduje się pod presją umacniającego się USD, wzrostu ryzyka politycznego (spór z KE) i technicznego spadku atrakcyjności PLN na tle innych walut rynków wschodzących. Podejście EUR/PLN pod 4,32 jest coraz bardziej realne.

W Japonii po posiedzeniu Banku Japonii (śr-czw) oczekuje się utrzymania polityki monetarnej bez zmian. Zmiany we wskaźnikach gospodarczych w ostatnim czasie były generalnie pozytywne, choć trend inflacyjny pozostał umiarkowany. To przemawia za podtrzymaniem przez BoJ dotychczasowego nastawienia. Konferencja prasowa prezesa Kurody powinna przejść bez większej reakcji, a USD/JPY będzie w większym stopniu odzwierciedlał skutki decyzji FOMC opublikowanej kilkanaście godzin przed decyzją BoJ.

Nowa Zelandia szykuje się do wyborów parlamentarnych w sobotę 23 września, co może dławić zmienność NZD w poprzedzających dniach. Rosnące poparcie Partii Pracy nad rządzą Partią Narodową jest odbierane negatywne z uwagi na hasła wyborcze dotyczące zmiany mandatu banku centralnego. Dodatkowym ryzykiem jest potencjalna koalicja z populistyczną NZ First, która na jest za zaostrzeniem prawa imigracyjnego (podczas gdy napływ imigrantów jest siłą napędową gospodarki). Napięcia przedwyborcze mogą ciążyć na NZD, jak również tłumić potencjalną reakcję na odczyt PKB za II kw. (czw). W obecnym klimacie lepsze dane mogą być większym zaskoczeniem dla krótkich pozycji.

Kalendarz z Australii jest ubogi z wyróżnieniem protokołu z ostatniego posiedzenia RBA (wt), choć powinny być one równie neutralne co komunikat z początku miesiąca. Przemówienie prezesa banku centralnego Lowe’a w czwartek może być interesujące, gdzie naszym zdaniem ryzyka przeważają po gołębiej stronie. RBA nie zamierza wpisywać się w ostatni nurt zacieśniania monetarnego, starając się robić więcej na rzecz osłabienia waluty. Jesteśmy negatywnie nastawieni do AUD w średnim terminie, ale w przyszłym tygodniu kierunek nadawać będzie sentyment względem USD.

W Kanadzie ważne dane pojawią się dopiero w piątek: sprzedaż detaliczna i inflacja CPI. Słaba presja inflacyjna nie powstrzymała Banku Kanady przed podwyżką stopy overnight na początku września, zatem dane te mogą teraz być mniej istotne od sprzedaży. Po względnie słabym wyniku za czerwiec (0,1 proc. m/m), lipiec może przynieść mocniejsze odbicie, co by wpisywało się w retorykę banku o silnej aktywności gospodarczej. Wcześniej usłyszymy komentarze wiceprezesa BoC Lane’a (pon) i największe ryzyko leży po stronie wyrażenia obaw o siłę CAD. Bez tego CAD powinien utrzymywać relatywną przewagę względem innych walut surowcowych, jak NOK, AUD i NZD.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Branża transportowa o wystąpieniu Junckera

Niestety, nie wszystkie plany i zamierzenia zaprezentowane w wystąpieniu o stanie UE przewodniczącego Komisji Europejskiej Jean-Claude’a Junckera nastrajają optymizmem przedsiębiorców świadczących usługi na europejskim rynku, a w szczególności pracodawców z branży transportu i logistyki. 

Akcentując potrzebę równości wśród obywateli Unii Europejskiej, Juncker podkreślił, iż jej gwarantem będą przyjęte już wkrótce nowe przepisy o delegowaniu pracowników. I tu można sobie zadać pytanie, w jaki sposób regulacja prawna odnosząca się do mniej niż 1 procenta europejskich pracowników ma gwarantować równość obywateli Unii Europejskiej? I czy utrata pracy przez kilkaset tysięcy pracowników z Europy Środkowej, państw bałtyckich i z Bałkanów jest akceptowalną ceną za osiągnięcie rzekomej równości w sferze socjalnej?

Martwi, że pomimo deklarowanej w orędziu o stanie UE subsydiarności działań Komisji Europejskiej wobec państw członkowskich, przewodniczący Juncker zapowiedział utworzenie unijnego organu ds. prawa pracy. Ma on zapewnić sprawiedliwe warunki na jednolitym rynku. Dla przedsiębiorców oznacza to niestety coraz większe przeregulowanie rynku, a także zwiększenie obciążeń administracyjnych i ryzyka związanego z faktem, iż istniejące i projektowane przepisy unijne wprowadzają niepewność co do obowiązującego prawa.

Obawiamy się, że za tę „równość” zapłacą pracownicy, których praw chce bronić przewodniczący Komisji Europejskiej. Zapłaci też cała europejska gospodarka, gdyż wszelkie dodatkowe bariery w transporcie drogowym oznaczają wzrost kosztów wymiany towarowej i ograniczenie konkurencyjności produkcji w poszczególnych państwach do lokalnych i regionalnych rynków. A na samym końcu zapłaci europejski konsument, który musi się liczyć z podwyższeniem cen towarów i usług.

Komentarz Macieja Wrońskiego, prezesa Związku Pracodawców „Transport i Logistyka Polska, członka Konfederacji Lewiatan

Poselskie propozycje zmian dotyczące zwrotu nadpłaty podatku

Do Sejmu trafił poselski projekt zmian w ordynacji podatkowej. Przewiduje on skrócenie z 3 miesięcy do 30 dni czasu oczekiwania przez podatników podatku akcyzowego, specjalnego podatku węglowodorowego, jednoosobowych spółek Skarbu Państwa i przedsiębiorców państwowych oraz przez płatników PIT na zwrot nadpłaconego podatku.

W myśl obecnie obowiązującego art. 77 § 1 pkt 5 ordynacji podatkowej nadpłata podlega zwrotowi w terminie 3 miesięcy od dnia złożenia:

  • zeznania rocznego – dla podatników podatku dochodowego;
  • deklaracji rocznej – dla podatników specjalnego podatku węglowodorowego;
  • deklaracji podatku akcyzowego – dla podatników podatku akcyzowego;
  • deklaracji o wpłatach z zysku za rok obrotowy – dla jednoosobowych spółek Skarbu Państwa i przedsiębiorstw państwowych.

Zwrot nadpłaty następuje:

  • w przypadku gdy podatnik, płatnik lub inkasent jest obowiązany do posiadania rachunku bankowego lub rachunku w spółdzielczej kasie oszczędnościowo-kredytowej, wyłącznie na ten rachunek wskazany przez podatnika, płatnika lub inkasenta;
  • w przypadku gdy podatnik, płatnik lub inkasent nie jest obowiązany do posiadania rachunku bankowego lub rachunku w spółdzielczej kasie oszczędnościowo-kredytowej, na wskazany rachunek bankowy lub rachunek w spółdzielczej kasie oszczędnościowo-kredytowej podatnika, płatnika lub inkasenta albo przekazem pocztowym, chyba że podatnik, płatnik lub inkasent zażądają zwrotu nadpłaty w kasie.

Proponowane zmiany

Zdaniem autorów poselskiego projektu zmian w ordynacji podatkowej długość okresu zwrotu nadpłaty w ww. przypadkach nie ma żadnego racjonalnego uzasadnienia, zwłaszcza wobec postępującej informatyzacji, która powinna wpływać na wzrost efektywności pracy w urzędach. Omawiany projekt nowelizacji ustawy skraca te okresy z 3 miesięcy do 30 dni.

Jak podkreślają autorzy poselskiego projektu zmian w ordynacji podatkowej, obecna konstrukcja systemu podatkowego i organizacja administracji skarbowej nie motywuje urzędników do sprawnego rozliczania podatków, w tym szybkiego zwracania nadpłaconego podatku. Ustawowo przyjęte terminy zwrotu nadpłaty pochodzą sprzed 20 lat, kiedy urzędy i urzędnicy nie mieli wsparcia w postaci nowoczesnych technologii i specjalnego oprogramowania, więc ich praca była zdecydowanie bardziej czasochłonna. W tej chwili deklaracje podatkowe mogą być weryfikowane dużo szybciej, więc podatnicy powinni wcześniej uzyskiwać zwrot nadpłaconego podatku.

W przypadku skorygowania deklaracji przez organ podatkowy lub przez podatnika nadpłata będzie podlegała zwrotowi w terminie 30 dni od dnia jej skorygowania.

Do spraw będących w toku stosowane będą przepisy dotychczasowe. Omawiany projekt nowelizacji ma wejść w życie po 30 dniach od dnia jej opublikowania w Dzienniku Ustaw.

Omawiany projekt trafi teraz do pierwszego czytania w Sejmie.

Autor:

Kancelaria Prawna Skarbiec, specjalizująca się w przeciwdziałaniu bezprawiu urzędniczemu, w kontrolach podatkowych i celno-skarbowych oraz optymalizacji podatkowej

Rozszerzona kontrola krzyżowa – jakie uprawnienia ma urząd skarbowy?

Wprowadzone od 1 stycznia br. zmiany w ordynacji podatkowej zwiększyły zakres kontroli krzyżowych. Organ podatkowy zyskał możliwość kontroli całego łańcucha dostaw danego przedsiębiorcy. Jednak prowadzona kontrola nie może być nieograniczona.

Założenie kontroli krzyżowych

Dotychczas kontrole krzyżowe przeprowadzane były przez organ podatkowy po to, by ten mógł zweryfikować dokumenty związane z przedmiotem kontroli nie tylko u podmiotu kontrolowanego, ale również u jego bezpośredniego klienta. Jej celem było sprawdzenie prawidłowości transakcji. Dostęp do dokumentów u klienta był możliwy wyłącznie w ramach prowadzonego w danej firmie postępowania podatkowego lub kontroli, a sama kontrola krzyżowa była wyłącznie jednym z etapów prowadzonej ogólnej kontroli skarbowej. Jednak wprowadzona w styczniu nowelizacja ordynacji podatkowej istotnie zmieniła uprawnienia organów w tym zakresie.

Prawo do kontroli wielu podmiotów

Szczegóły dotyczące nowych zasad przeprowadzania kontroli krzyżowych reguluje rozdział V znowelizowanej ordynacji podatkowej. Określa on czynności sprawdzające, do których prawo ma kontrolujący organ. Istotne zmiany zostały wprowadzone w art. 274c. Nakłada on potencjalny obowiązek kontrahentów kontrolowanego przedsiębiorstwa do przedstawienia dokumentów dotyczących kontrolowanej transakcji. Przedstawienie dokumentacji jest konieczne w przypadku żądania organu podatkowego. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie art. 274c § 1c. Wskazuje on, że obowiązek przedstawienia dokumentacji ma zastosowanie również do „(…) podmiotów prowadzących działalność gospodarczą uczestniczących w dostawie tego samego towaru lub świadczenia tej samej usługi będących zarówno dostawcami, jak i nabywcami biorącymi udział pośrednio lub bezpośrednio w dostawie towaru lub świadczenia usługi”. Powyższy zapis daje organowi podatkowemu możliwość kontroli całego łańcucha dostaw konkretnego przedsiębiorcy, a nie jedynie jego bezpośrednich klientów. Zwiększa to znacznie możliwość kontroli partnera biznesowego podatnika, u którego jest przeprowadzane właściwe postępowanie podatkowe.

Ograniczony zakres żądania

W znowelizowanej ordynacji podatkowej pojawił się przepis ograniczający zakres żądania organu podatkowego wyłącznie do dokumentów powiązanych z dostawą towaru czy świadczeniem usługi kontrolowanych u podatnika. Innymi słowy, organ kontrolujący nie ma prawa żądać dokumentacji niepowiązanej z kontrolowaną transakcją u podatnika. Co więcej, żądanie musi dotyczyć jedynie okresu objętego u podatnika kontrolą. Żądanie innych informacji będzie tożsame z przekroczeniem uprawnień przez kontrolującego. W przypadku naruszenia prawa przez organ warto skonsultować się z doświadczoną kancelarią prawnopodatkową, która pomoże przedsiębiorcy wyegzekwować jego prawa.

Solidny cios w przedsiębiorców?

Jak podkreśla Ministerstwo Finansów, rozszerzenie uprawnień organów podatkowych w zakresie kontroli krzyżowych ma skutecznie wyeliminować wyłudzenia zwrotu podatku VAT. Jednak uprawnienia organów niosą wysokie ryzyko kierowania żądań do szerokiej grupy partnerów biznesowych kontrolowanego podmiotu. Każde z tego rodzaju żądań będzie dodatkowym utrudnieniem w prowadzeniu działalności kontrahenta.

Ponadto chęć badania całego łańcucha dostaw w celu wykrycia nieuczciwego ogniwa niesie również ryzyko poniesienia konsekwencji przez uczciwego przedsiębiorcę – nieświadomego, że znalazł się w łańcuchu niezgodnych z prawem działań podatkowych.

Kontrole krzyżowe nie przy weryfikacji zwrotu VAT

Chociaż celem rozszerzonych kontroli krzyżowych jest eliminacja wyłudzeń zwrotu podatku VAT, nie mogą być one zastosowane w przypadku wydłużonego terminu zwrotu wynikającego z czynności sprawdzających. Ściśle określa to uchwała NSA z 24 października 2016 r. (I FPS 3/16), wskazująca, że podczas weryfikacji zasadności zwrotu należnego podatku prowadzonej w oparciu o art. 87 ust. 2 ustawy o VAT żądanie dokumentów od kontrahentów podatnika nie jest możliwe. W tym przypadku znaczące jest określenie okoliczności czynności sprawdzających zasadność zwrotu podatku: terminowość podatnika, formalna poprawność dokumentów oraz ustalenia stanu faktycznego w zakresie niezbędnym do stwierdzenia zgodności z przedstawionymi dokumentami. Ten zakres czynności nie obejmuje jednak czynności sprawdzających określonych w art. 274c § 1c. Tym samym kontrola krzyżowa nie może być wykorzystana w weryfikacji zasadności zwrotu VAT, gdyż nie przewidują tego postanowienia ordynacji podatkowej. Przedsiębiorcy powinni być świadomi swoich praw. Jednakże zapisy ustawy o VAT i ordynacji podatkowej mogą nie być dla wszystkich zrozumiałe, dlatego w przypadku jakichkolwiek wątpliwości co do słuszności prowadzonego przez organ podatkowy postępowania warto skorzystać ze wsparcia doświadczonego doradcy prawnopodatkowego. Zweryfikuje on zasadność prowadzonych przez kontrolującego działań, a w przypadku przekroczenia uprawnień pomoże przedsiębiorcy skutecznie uchronić się przez bezprawnym działaniem organu.

Autor:

Kancelaria Prawna Skarbiec, specjalizująca się w przeciwdziałaniu bezprawiu urzędniczemu, w kontrolach podatkowych i celno-skarbowych oraz optymalizacji podatkowej

Big data w walce z karuzelami VAT

Ministerstwo Finansów konsekwentnie walczy z oszustami VAT. Robi to różnymi narzędziami. Kolejnym ma być zespół doświadczonych programistów i analityków, tzw. big data. Ma on zwiększyć skuteczność wykrywania tzw. podatkowych karuzeli.

Prozaiczne błędy, które trudno wychwycić

Jak wskazuje MF, firmy działające w ramach karuzeli VAT popełniają szereg błędów, które pozwalają je zdemaskować jako podatkowych oszustów. Znaczne zaniżanie cen sprzedawanych towarów czy wyznaczanie krótkich terminów płatności wystawionych faktur już wzbudzają wątpliwości organu podatkowego. Czym jeszcze nieuczciwe przedsiębiorstwo może zwrócić na siebie uwagę?

Częstym błędem fikcyjnych firm jest nieodliczanie podstawowych kosztów prowadzenia działalności. Odliczanie kosztów za firmowy telefon, dostęp do internetu, wykupienie obowiązkowej polisy ubezpieczeniowej czy licencji na oprogramowanie komputerowe jest obecnie standardem. Dlatego fakt, że któreś z przedsiębiorstw nie odlicza typowych kosztów, również może budzić wątpliwości organu podatkowego co do tego, czy zamiary danej firmy są uczciwe.

Skoro fikcyjne przedsiębiorstwa popełniają tak wiele błędów, dlaczego wykrycie ich działalności jest tak trudne?

Przede wszystkim wskazane informacje o przedsiębiorstwach to niepowiązane ze sobą dane. Poza tym organ podatkowy często na ich podstawie wykrywa działalność przestępczą w momencie, kiedy oszukańcza firma znika z rynku. Dlatego MF postanowiło opracować rozwiązanie, które nie tylko pozwoli powiązać ze sobą wszystkie firmowe dane, lecz także umożliwi wykrycie przestępczego procederu, gdy przestępcze podmioty jeszcze istnieją na rynku.

Bazy danych źródłem wiedzy

Sposobem na wyeliminowanie działalności karuzeli podatkowych w Polsce ma być uruchomienie przez MF specjalistycznego zespołu programistów i analityków, których głównym zadaniem będzie analiza wielu danych związanych z prowadzeniem podejrzanej działalności. Pozyskanie firmowych danych nie będzie trudne, gdyż współcześnie każde działające w Polsce przedsiębiorstwo pozostawia swój ślad w różnego rodzaju rejestrach. Administracja podatkowa może sięgnąć m.in. po Jednolite Pliki Kontrolne przesyłane przez przedsiębiorców, deklaracje podatkowe czy do innych rejestrów. Dotąd każda z tych baz danych działała niezależnie, co zwiększało trudności w demaskowaniu podatkowych oszustów. Jednak utworzenie zespołu specjalistów i połączenie wszystkich dostępnych baz danych w jedno źródło informacji pozwoli administracji podatkowej wyselekcjonować dane świadczące o próbie wyłudzenia podatku. Wykorzystanie tzw. analizy big data i szeregu specjalnych algorytmów pozwoli wytypować podmioty podwyższonego ryzyka. Ich wyselekcjonowanie będzie podstawą do monitorowania ich działalności, a tym samym pozwoli na wykrycie, czy stosują one nieuczciwe praktyki. Rozwiązanie wykorzystujące koncepcję big data ma zostać uruchomione przez MF w ciągu najbliższych tygodni.

Big data w praktyce

Zastanawiające jest, jak wykorzystanie big data w walce z podatkowymi oszustami będzie wyglądało w praktyce. Zadaniem systemu będzie wykrywanie anomalii związanych z prowadzeniem działalności gospodarczej. Analiza danych będzie obejmowała nie tylko historie przeprowadzonych transakcji, w których wątpliwości może wzbudzić np. znaczny wzrost sprzedaży określonego produktu niemający związku z obecną koniunkturą rynku. Zespół analityków będzie przyglądał się również kontrahentom przedsiębiorcy. Podejrzenia może budzić chociażby firma z krótkim stażem na rynku obracająca towarem na wysokie kwoty, a nieodliczająca jednocześnie chociażby kosztów wynajmu magazynu. Pod lupę zostaną również wzięci biznesmeni otwierający działalność gospodarczą. Szczególną uwagę analityków przykują podejmujący się prowadzenia biznesu w branży, w której nie posiadają jakiegokolwiek doświadczenia. Założenie wysoko specjalistycznej spółki przez szeregowego pracownika branży budowlanej od samego początku wydaje się podejrzane.

Cennym źródłem informacji dla analityków byłyby również firmowe rachunki bankowe. Analiza ich sald znacznie ułatwiłaby wyłuskanie nieuczciwych działań. Jednak pomysł, by zespół specjalistów uzyskał dostęp do bankowych rachunków, budzi wiele wątpliwości etycznych. Nie ma pewności, czy uda się go wdrożyć.

Cios w uczciwych przedsiębiorców?

Wykorzystanie big data do walki z podatkowymi karuzelami niepokoi jednak uczciwych przedsiębiorców. Obawiają się oni przede wszystkim tego, że dane o ich przedsiębiorstwach i działalności dostaną się w niepowołane ręce. Należy pamiętać, że specjalistyczny zespół analityków uzyska dostęp nie tylko do informacji związanych z posiadaniem telefonicznych abonamentów, lecz także do danych finansowych i informacji o kontrahentach. Nie trzeba chyba tłumaczyć, że wyciek tego rodzaju informacji chociażby do konkurencji może być dla konkretnego biznesu zabójczy.

Ponadto, mimo że wykorzystanie big data ma stanowić dla uczciwych przedsiębiorców skuteczną ochronę przed stratami wynikającymi z transakcji przeprowadzonych z podatkowymi oszustami, to działający zgodnie z prawem przedsiębiorcy obawiają się, że zebrane dane mogą niesłusznie sugerować, że ich firmy działają nieuczciwie. Istnieje ryzyko, że pozyskane przez MF informacje o konkretnej firmie będą zawierały błędy lub że część działań, które dla organu podatkowego będą wydawały się podejrzane, nie miała na celu obejścia prawa. Gdy dojdzie do konfrontacji z organem podatkowym i konieczne stanie się udowodnienie uczciwości przedsiębiorcy, może on skorzystać ze wsparcia wyspecjalizowanej kancelarii podatkowej. Jej doświadczeni pracownicy pomogą biznesmenowi dowieść swojej niewinności. Doradzą też, jak uniknąć podobnych sytuacji na przyszłość.

Autor:

Kancelaria Prawna Skarbiec, specjalizująca się w przeciwdziałaniu bezprawiu urzędniczemu, w kontrolach podatkowych i celno-skarbowych oraz optymalizacji podatkowej

Zielona energia w modelu obywatelskim – nowa szansa dla energetyki

Pracownia Finansowa jako jedna z pierwszych firm w Polsce sfinansowała park wiatrowy w modelu obywatelskim. Zaprosiła duże grono inwestorów prywatnych w ramach crowdfundingu, aby zrealizować inwestycję. Obecnie zarządza siedmioma elektrowniami wiatrowymi – każda z nich zasila około dwóch tysięcy gospodarstw domowych.

– To stanowi już pokaźną sumę energii. Kolejnych trzynaście projektów jest w trakcie pozyskiwania pozwolenia na budowę – powiedział serwisowi eNewsroom Maciej Musiał, prezes Pracowni Finansowej – Każdego miesiąca Pracownia stara się podnieść efektywność inwestycji. Chociaż ubiegły rok był najgorszym okresem w branży, wygenerowaliśmy zyski dla naszych inwestorów w przedziale między 2 a 5 proc. Biorąc pod uwagę okoliczności, jest to zadowalający wynik. Przez wprowadzenie nowych rozwiązań udało się obniżyć koszty serwisowania urządzeń.

Według Pracowni Finansowej najlepszą sytuacją dla całej branży byłoby zlikwidowanie jakiejkolwiek pomocy czy dotacji dla jakichkolwiek uczestników rynków energetycznego. Wówczas najlepsze firmy by przetrwały, najsłabsze odpadły, a ludzie mieliby w domu tańszą, czystszą i łatwiej dostępną energię elektryczną. Obecnie Pracownia Finansowa jest na etapie zdobywania koncesji na spółkę zajmującą się obrotem energią, aby podnieść marże ze sprzedaży. Cały czas podejmujemy kroki, by zwiększyć rentowność naszych projektów i przynosić zyski naszym inwestorom – dodał Musiał.

Jak rodzice wydają pieniądze z programu 500+

Spłata zaległych długów rodziców na szczęście nie pochłania większości pieniędzy z 500+. W zdecydowanej większości przypadków z pomocy państwa korzystają dzieci. Troje na czworo dzieci wykorzystuje swoje 500 zł. Na co przede wszystkim przeznaczane są pieniądze z rządowego programu?

Jak wynika z badania BIG InfoMonitor, prawie trzech na czterech badanych deklaruje, że otrzymywane pieniądze przeznacza przede wszystkim na potrzeby dziecka, 26 proc. mówi, że 500+ finansuje głównie potrzeby całej rodziny, a 2 proc. ankietowanych rodziców przyznaje, że to oni sami najbardziej korzystają z pieniędzy otrzymywanych na dzieci.

– Warta ponad 2,1 mld zł miesięcznie pomoc państwa wydawana jest w pierwszej kolejności na edukację i odzież – mówi w rozmowie z MarketNews24 Halina Kochalska z BIG InfoMonitor.

Pozwala też przeznaczać większy budżet na zakup żywności oraz zorganizowanie wakacji.

Na dalszym, ale wysokim miejscu znalazło się oszczędzanie i wyższe wydatki na zabawki. Wśród wydatków finansowanych pomocą 500+, które zdobyły co najmniej kilkanaście procent wskazań, znalazły się także poprawa warunków mieszkaniowych, rozrywka oraz kultura.

Kurs funta w górę po decyzji Banku Anglii. Gorąco w Azji

Niezmienione stopy procentowe i komentarz prezesa Banku anglii wywindowały funta w górę. Korea Północna znowu odpaliła testowe pociski balistyczne. Fatalny wrzesień dla kryptowalut.

Stopy procentowe bez zmian

Wczoraj zarówno Bank Anglii jak i Bank Turcji nie zmieniały stóp procentowych. Wynoszą one obecnie odpowiednio 0,25% dla unta i 8% na liry tureckiej. W obydwóch tych wypadkach była to decyzja, która wraz z komentarzem banku ucieszyła inwestorów. Reakcja na lirze była słabsza, ale funt szedł w górę niemal 1,5%. Przed decyzją kosztował 4,75 zł po decyzji ruch wzrostowy wyniósł go na 4,82 zł.

Korea Północna nie próżnuje

Dzisiaj w godzinach nocnych odbyła się kolejna próba rakietowa. Pocisk został wystrzelony w stronę Japonii. Przeleciał nad jej północną częścią i wpadł do oceanu. Odpowiedzią mają być kolejne sankcje przeciwko temu państwu. Zobaczymy czy ONZ zdecyduje się na taki krok, jednak sytuacja na półwyspie staje się coraz bardziej gorąca. Sytuacji nie pomagają Koreańczycy Południowi, którzy w ramach odpowiedzi zaplanowali manewry przy granicy z północą.

Ucieczka od kryptowalut

Plotki o możliwym odcięciu się Chin od rynku kryptowalut stają się faktem. Jak istotni byli inwestorzy z Chin widać obecnie w notowaniach najpopularniejszych kryptowalut. Bitcoin na początku września ocierał się o barierę 5000 dolarów za sztukę, w tej chwili testuje poziom 3000 dolarów. Etherium które zbliżało się do 400 dolarów obecnie walczy o nie spadnięcie poniżej 200. Litecoin z kolei spadł z 90 dolarów do niemal 40. Czy można mówić o pęknięciu bańki? Z pewnością wielu inwestorów widząc co się dzieje szybko zrealizowało zyski jeszcze pogłębiając spadki. Kolejne dni pokażą nam co tak naprawdę się wydarzy, ale entuzjazm komentatorów wyraźnie opadł.

Dzisiaj w danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:30 – USA – sprzedaż detaliczna
  • 15:15 – USA – produkcja przemysłowa

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Jak będą się kształtować ceny w Polsce?

W tym tygodniu poznaliśmy wyniki dla inflacji bazowej w Polsce. W sierpniu w rocznym zestawieniu wzrosła jedynie o 0,7%. Łączna inflacja wyliczana wg indeksu CPI, z wynikiem 1,8%, jest wyższa niż inflacja bazowa.

Za wzrost CPI odpowiada wzrost cen żywności i paliw, które nie są wliczane do inflacji bazowej. Obecnie wydaje się, że zachowanie NBP, który pomimo niskiego wzrostu cen utrzymuje stabilność polityki pieniężnej, jest rozsądne. Polski bank centralny zdaje sobie sprawę, że zmiany cen są spowodowane czynnikami, na które nie ma większego wpływu i dlatego nie ma sensu ingerować w politykę pieniężną. Potwierdzają to rozczarowujące wyniki innych banków centralnych, którym w takiej sytuacji nawet przy luźnej polityce pieniężnej, często nie udaje się osiągnąć celu inflacyjnego. Pomimo niskiej inflacji bazowej w Polsce oczekuje się wzrostu indeksu CPI, a to przede wszystkim dzięki utrzymującemu się wzrostowi cen żywności. Żywność będzie droższa ze względu na słabe plony spowodowane wiosennymi mrozami. Ceny paliw powinny nadal rosnąć.

W tym tygodniu na polską walutę wpływ miał również spór z Komisją Europejską dotyczący ustawy o ustroju sądów powszechnych. Jeżeli nie dojdzie do kompromisu, sprawa może zakończyć się w Trybunale Sprawiedliwości w Luksemburgu. I ze względu na tą sytuację polska waluta w tym tygodniu się osłabiła. W piątek rano kurs wynosił 4,28 EUR/PLN. Kurs eurodolara był na poziomie 1,19 EUR/USD.

AKCENTA CZ a.s.

Dolar nadal niedowartościowany

Nocna próba balistyczna Korei Północnej przechodzi bez wielkiego echa. Po pierwsze: pocisk przelatujący nad Japonią i spadający do Pacyfiku nie jest zinterpretowany jako wejście konfliktu na wyższy poziom (pomimo posiadania przez reżim bomby wodorowej i największego zasięgu osiągniętego w dzisiejszej próbie). Po drugie: zamiar przeprowadzenie testów został odkryty przez japońska agencję Nikkei ze znacznym wyprzedzeniem. Po trzecie: inwestorzy mają teraz sporo do przetrawienia –poczynania banków centralnych nabierają tempa, poprawia się sentyment względem dolara. Skończyły się wakacje i uwaga w końcu koncentruje się na fundamentach.

Doniesienia o zamiarze przeprowadzenia testów przede wszystkim przytłumiły rosnący entuzjazm względem dolara po solidnych odczytach danych inflacyjnych. Inflacja bazowa podnosząca się solidne 0,2 proc. miesiąc do miesiąca (a mało zabrakło by po zaokrągleniu skok przybrał wartość 0,3 proc.!) i perspektywa podniesienia ścieżki dynamiki cen przez wpływ huraganów powinny sprzyjać podniesieniu się wyceny liczby podwyżek w perspektywie końca przyszłego roku (z obecnie zdyskontowanej jednej).Co prawda, wzrost cen warzyw i owoców w pokłosiu Irmy oraz wystrzał cen paliw wskutek wymuszenia wyłączenia rafinerii przez Harveya to czynniki jednorazowe i egzogeniczne dla poczynań banku centralnego, ale czy tak naprawdę znacznie odmienny charakter miały dołujące inflację bazową obniżki cen usług telekomunikacyjnych przez amerykańskich operatorów telefonii komórkowej?

Dolar nadal jest jednoznacznie niedowartościowany i wyprzedany a sentyment względem amerykańskiej waluty jest nadal zdecydowanie negatywny. Korekta nastawienia przed przyszłotygodniowym posiedzeniem Fed powinna być kontynuowana. Katalizatorem byłoby pozytywne zaskoczenie dzisiejszymi danymi: w pierwszym rzędzie sprzedażą detaliczną, ale również produkcją przemysłową, regionalnym barometrem koniunktury z rejonu Nowego Jorku, czy nastrojami konsumentów. Pierwszy z wymienionych wskaźników przed miesiącem wykazał silne odbicie, podtrzymanie pozytywnego trendu wpisywałoby się w sezonową poprawę danych. Z drugiej strony, w wycenie dolara jest tak znaczna doza pesymizmu, że słabe dane mają mniejszy potencjał by wywołać silny ruch.

Zniżki eurodolara przyśpieszyłyby w wypadku przebicia 1,1820,a zanegowaniem bezpośredniego spadkowego scenariusza byłoby wyjście nad 1,1950. USD/JPY dynamicznie kontynuuje wspinaczkę i osiąga już pułapy zbliżone do 111,00. Średnioterminowym celem dla kursu pozostają okolice 114,00. Sile dolara opiera się (i to się na razie nie zmieni) przede wszystkim funt wspierany przez jastrzębi zwrot retoryki Banku Anglii. Dolar australijski jest natomiast zaskakująco odporny na załamanie cen metali przemysłowych. Pokrywanie skrajnie rozbudowanej pozycji spekulacyjnej wywoła dopiero zejście pod 0,78. Spadki powinny jednak przyśpieszyć także po przełamaniu 0,7960.

Sporządził:
Bartosz Sawicki
DM TMS Brokers

Rynek usług syntezy mowy do 2022 roku osiągnie wartość ponad 3 mld dolarów. Pionierami w tej dziedzinie są Polacy

Rynek usług syntezy mowy do 2022 roku osiągnie wartość ponad 3 mld dolarów. Pionierami w tej dziedzinie są Polacy 9

Wartość rynku usług syntezy mowy wzrośnie do 3,03 mld dolarów w 2022 roku. Średnioroczny wzrost na poziomie ponad 15 proc. wskazuje na bardzo dynamiczny rozwój tego rynku. Pomaga w tym równie dynamiczny rozwój segmentu sztucznej inteligencji, na której usługi syntezy mowy opierają swoje działanie. Pionierami w tej dziedzinie są Polacy.

Według  raportu „Text-to-Speech Market by Vertical and Geography – Global Forecast to 2022” skumulowany roczny wskaźnik wzrostu na rynku syntezy mowy w latach 2017–2022 ma wynieść 15,21 proc., by do roku 2022 przekroczyć wartość 3 mld dolarów. Systemy text2speech są powszechnie używane w smartfonach do nawigacji i wspomagania pracy wirtualnych asystentów. Znajdziemy je w komputerach i telewizorach, gdzie pomagają osobom niewidomym i słabo widzącym podczas nawigacji po menu czy przeglądania stron internetowych. Pionierami w tej dziedzinie są Polacy.

– Możemy wrzucić do chmury tekst w prawie 30 językach z całego świata, powiedzieć, w jakim głosie powinno być to powiedziane, a to, co zrobi nam chmura, to wygeneruje plik audio mp3 z danym tekstem. Co ciekawe, jest to usługa, która została utworzona w Polsce, w Gdańsku. Mamy usługę zrobioną przez Polaków, z której korzysta cały świat – mówi w wywiadzie dla agencji informacyjnej Newseria Informacje Tomasz Stachlewski z Amazon Web Services.

Zdaniem 63 proc. menadżerów ankietowanych przez PWC w raporcie „Bot.Me: A revolutionary partnership. How AI is pushing man and machine closer together”, dzięki sztucznej inteligencji możemy liczyć na poprawę interakcji z urządzeniami. Ponadto konsumenci coraz mniej zwracają uwagę na to, czy komunikują się z człowiekiem czy z systemem sztucznej inteligencji. Usługi text2speech opierają się na algorytmach sztucznej inteligencji.

– Wykorzystujemy usługi sztucznej inteligencji po to, aby w najbardziej realistyczny sposób konwertować tekst na audio, zatem nie chodzi o przeczytanie sylab, słów, ale musimy wykrywać kontekst, aby wiedzieć, kiedy zaintonować, kiedy się zatrzymać, kiedy dać znak zapytania – wyjaśnia Tomasz Stachlewski.

Analitycy z firmy Tractica szacują, że wartość całego rynku SI dla przedsiębiorstw wzrośnie z 1,6 mld dolarów w roku ubiegłym do niemal 60 mld dolarów w 2025 roku. W swoim raporcie wymieniają ponadto sektory reklamy, finansów, opieki zdrowotnej, a także przemysł lotniczy i kosmiczny jako te, które będą liderami w stosowaniu rozwiązań SI. Jak jednak podkreślają, należy się liczyć z silnym wzrostem zainteresowania rozwiązaniami SI w niemal każdym sektorze gospodarki.

– Rośnie zapotrzebowanie na usługi wykorzystujące sztuczną inteligencję, coraz więcej systemów, aplikacji, ma mieć właśnie tę cząstkę sztucznej inteligencji, text2speech jest właśnie takim przykładem, coraz więcej firm pragnie to wykorzystywać. W grach komputerowych nie potrzebujemy lektorów, którzy będą nagrywać tekst, nagle technologia zamiany dowolnego tekstu na audio jest dostępna na wyciągnięcie ręki więc gry, strony internetowe, możemy robić w ten sposób, aby komunikowały się z użytkownikami – wyjaśnia ekspert.

Systemy sztucznej inteligencji dopiero zaczynają się rozwijać, choć jak wynika z przytaczanych raportów, ich rozwój będzie niezwykle dynamiczny, a SI w takiej czy innej formie pojawi się w zasadzie w każdym aspekcie naszego życia.

– Trudno mówić o prognozach, to klienci pokazują, czego oczekują i jak będzie się kształtował rynek. Naszym zadaniem jest dostarczać te rzeczy, których potrzebują i z których będą budować nowe funkcjonalności – podsumowuje przedstawiciel Amazon Web Services.

Nowoczesne nawigacje GPS przewidują, co stanie się na drodze. Rynek ten będzie rósł o prawie 13 proc. rocznie

Nowoczesne nawigacje GPS przewidują, co stanie się na drodze. Rynek ten będzie rósł o prawie 13 proc. rocznie 10

Popyt na urządzenia GPS wciąż rośnie. Do 2023 r. ma rosnąć średnio 12,9 proc. rocznie, pomimo że na rynku pojawia się coraz więcej smartfonów wyposażonych w funkcję nawigacji. Już dziś nawigacje samochodowe są w stanie samodzielnie rozpoznawać znaki drogowe, ostrzegać przed wypadkami, zanim zobaczy je kierowca, lub omijać zakorkowane ulice. W przyszłości jednak ich możliwości będą jeszcze większe. 

– Innowacyjne rozwiązania opierają się na połączeniu sił internetu, GPS-a oraz nowości technicznych wprowadzanych przez producentów samochodów. Już dziś umiemy rozpoznać sytuację, w której samochód zmienia pas ruchu. Samochody potrafią odczytywać znaki drogowe, potrafią utrzymywać odpowiedni dystans od innych pojazdów na drodze – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Karol Hołdyński, dyrektor marketingu w firmie TomTom.

Według raportu „GPS Tracking Device Market” firmy badawczej Markets & Markets rynek urządzeń GPS osiągnie do 2023 roku wartość 2,89 mld dolarów. Średni roczny wzrost w latach 2017–2023 ma wynieść 12,9 proc. Pomimo dużego nacisku ze strony smartfonów, których zdecydowana większość wyposażona jest w odbiorniki GPS i nawigację samochodową, urządzenia wyspecjalizowane w tym celu bronią się na rynku przede wszystkim innowacyjnym funkcjami.

– W przyszłości widzimy możliwości połączenia samochodu z infrastrukturą, która będzie informowała o wolnych miejscach parkingowych, o tym, że za chwilę zmieni się światło drogowe, dzięki czemu kierowca będzie w stanie dostosować prędkość tak, aby ruch był bardziej płynny, dzięki temu bardziej efektywny, tańszy i powodujący mniej zanieczyszczeń środowiska – twierdzi Karol Hołdyński.

Pierwsze nawigacje samochodowe opierały się wyłącznie na lokalizacji w ramach systemu GPS oraz zainstalowanych na stałe mapach, które można było co najwyżej aktualizować. Obecnie łączność GPS (i GLONASS) to tylko część funkcjonalności tego typu urządzeń. Równie istotne są dane na bieżąco pobierane przez internet, a w przypadku urządzeń wbudowanych – integracja z innymi zaawansowanymi systemami samochodu odpowiedzialnymi m.in. za bezpieczeństwo. 

– Inteligentne systemy uczą się stylu jazdy, dzięki temu są w stanie zaadaptować swoje rozwiązania bezpośrednio do danej osoby. Systemy wiedzą, że za zakrętem jest jakiś wypadek, znają stan techniczny pojazdu, wiedzą, w jaki sposób reaguje na zakręty, są w stanie spowodować zmniejszenie prędkości, gdy wiemy, że zakręt będzie bardziej ostry. Wiemy, co wydarzy się za górą, jesteśmy w stanie ominąć niebezpieczne miejsca na drodze i wypadki – tłumaczy ekspert.

Jak wynika z raportu „Wypadki drogowe w Polsce w 2016 roku” Komendy Głównej Policji, w wypadkach drogowych w 2016 r. śmierć poniosło 3026 osób. W porównaniu z rokiem 2015 to o 3 proc. więcej ofiar śmiertelnych. Rannych w wypadkach zostało ponad 40 tys. ludzi, w tym ponad 12 tys. ciężko. Z danych KGP wynika, że od 2011 roku liczba ofiar systematycznie spadała aż do 2016 r. Jednym z zadań nowoczesnych nawigacji jest pomoc w unikaniu wypadków.

– Część samochodów już dziś ma systemy alarmujące pogotowie o tym, że wydarzył się wypadek, część samochodów jest również w stanie rozpoznać, jakie jest nasilenie ruchu na danej drodze – mówi Karol Hołdyński.

“Opioidowa epidemia” dusi rynek pracy w USA

Mimo silnego popytu na pracę aktywność zawodowa Amerykanów jest niezwykle niska. W niektórych grupach wiekowych jest nawet jedną z najniższych w OECD. Jak się okazuje, w znacznej części może być to skutek masowego przepisywania leków opioidowych – mówi Marcin Lipka, główny analityk walutowy Cinkciarz.pl.

Sytuacja na amerykańskim rynku pracy jest zagadką dla wielu ekonomistów na świecie. Od szczytów kryzysu w 2009 r. stopa bezrobocia w USA spadła o ponad połowę i wynosi obecnie 4,4 proc. Brakuje jedynie 0,6 pkt. procentowego, by zostały osiągnięte minima niespotykane od niemal 50 lat.

Z drugiej strony do połowy 2015 r. mieliśmy do czynienia z utrzymującym się spadkiem wskaźnika aktywności zawodowej (LFP – stosunek liczby osób pracujących oraz szukających płatnego zajęcia do populacji powyżej 15 roku życia), co oznaczało, że część bezrobotnych, zamiast otrzymywać zatrudnienie, przechodziła do grupy biernych zawodowo. Ten negatywny trend obecnie się zatrzymał, ale i tak aktywność zawodowa jest bardzo blisko 40-letnich minimów (62.9 proc.).

Niski poziom aktywności zawodowej nie tylko z powodu demografii

Częściowo odpowiedzialne za niski wskaźnik aktywności zawodowej Amerykanów są zmiany demograficzne. W starzejącym się społeczeństwie jego obywatele rzadziej mają pracę, bądź jej nie szukają, gdyż rośnie w nim np. liczba emerytów, którzy zwykle są bierni zawodowo. Dodatkowo Biuro Statystyki Pracy ma dość szeroką definicję wieku produkcyjnego (wszyscy powyżej 15 roku życia). Zwiększa to wpływ procesów demograficznych na wskaźnik LFS w porównaniu do krajów, gdzie aktywność badana jest dla przedziału 16-64 lata.

Warto jednak zauważyć, że nawet gdy zawęzimy badanie do tak zwanego prime age (25-54 lata), to wyniki cały czas są niezadowalające jak na tak niskie bezrobocie czy w porównaniu do rezultatów innych krajów. Według danych OECD na koniec 2016 r. LFP wynosił 81.3 proc. To nie tylko mniej niż średnia w OECD (81.9 proc.), ale także wynik słabszy niż w Polsce (84.9 proc.), Kanadzie (86.5 proc.) czy Szwecji, zajmującej drugie miejsce na podium w tym zestawieniu (90.9 proc.).

Jeszcze gorzej sytuacja wygląda, gdy w zestawieniu pozostaną sami mężczyźni w wieku 25-54 lat. Wskaźnik aktywności zawodowej wynosi dla USA tylko 88.5 proc. przy średniej na poziomie 91.3 proc. Dodatkowo jest to drugi najniższy wskaźnik w OECD po Włoszech. Wiodące kraje (Szwajcaria, Japonia) charakteryzują się wskaźnikiem LFP na poziomie 95 proc. W Polsce jest to 90.8 proc.

Niewynikający ze zmian demograficznych spadek aktywności zawodowej oraz jej względnie niski poziom w relacji do innych krajów sprowokował wiele badań na ten temat. Ich rezultat wydaje się zaskakujący. Być może jest to efekt uzależniania się od leków opioidowych znacznej części społeczeństwa. Janet Yellen, szefowa Rezerwy Federalnej podczas lipcowego posiedzenia Senackiej Komisji Bankowej stwierdziła, że to “opioidowa epidemia” jest związana z malejącym wskaźnikiem aktywności zawodowej wśród osób w wieku prime age.

USA: Półtora miliona osób uzależnionych pozostaje biernych zawodowo

Komentarze Janet Yellen o powiązaniu wysokiego poziomu bierności zawodowej z nadużywaniem leków opioidowych oraz późniejszym uzależnieniem od nielegalnych substancji (np. heroiny) potwierdza badanie profesora Alana Kruegera z Uniwersytetu Princeton, opublikowane na początku września przez wiodący amerykański think-tank Brookings Institution. Prof. Krueger podkreśla, że w latach 1999-2015 sprzedaż opioidowych leków przeciwbólowych na receptę w Stanach Zjednoczonych wzrosła o 356 proc. Profesor zwraca uwagę, że wydawana rocznie liczba opioidowych medykamentów wystarczyłaby na utrzymanie całej populacji USA (łącznie z dziećmi) na lekach przeciwbólowych przez cały miesiąc.

O kwestii zbyt częstego przepisywania leków opioidowych w USA pisał między innymi ponad 2 lata temu „Financial Times”. W przeliczeniu na osobę Amerykanie w 2012 r. otrzymywali w medykamentach przeciwbólowych ekwiwalent morfiny pięciokrotnie wyższy niż Niemcy, Brytyjczycy czy Francuzi. Według danych Centrum ds. Zapobiegania i Kontroli Chorób (CDC) tylko w związku z przedawkowaniem wydawanych na receptę leków opioidowych umiera w Stanach Zjednoczonych ponad 15 tys. osób rocznie, a 365 tys. trafia do szpitala. Biorąc pod uwagę również substancje nielegalne, przedwcześnie umiera aż 33 tys. Amerykanów rocznie. Badania CDC pokazują, że są to głównie mężczyźni w wieku 25-54 lat.

Profesor Kreuger ocenia, że skutkiem nadużywania leków opioidowych oraz późniejszego uzależnienia się również od substancji nielegalnych jest spadek wskaźnika aktywności zawodowej w USA o 0.6 pkt proc. Oznacza to, że około 1.5 miliona osób może być biernych zawodowo ze względu na wzrost spożycia leków opioidowych przez ostatnie lata. Biorąc dodatkowo pod uwagę fakt, że według CDC większość osób uzależnionych to mężczyźni w wieku „prime age” może być to również przyczyną ich wyjątkowo niskiej aktywności zawodowej, zwłaszcza w porównaniu do innych krajów OECD.

Statystycznie co drugi Polak w 2016 r. był na zwolnieniu chorobowym

Statystycznie co drugi Polak był w 2016 r. na zwolnieniu chorobowym. Czy naprawdę jesteśmy aż tak chorowitym społeczeństwem? Gdzieżby. Wielu z nas traktuje pójście na zwolnienie lekarskie jako sposób na unikanie pracy czy też przedłużenie urlopu. Dla ZUS absencje zdrowotne pracowników oznaczają straty sięgające miliardów złotych.

Z czego wynika takie, a nie inne wykorzystywanie zwolnień chorobowych przez Polaków? Przyczyny są bardzo różne. Jedną z nich jest specyfika polskiego rynku pracy – często możemy sobie po prostu pozwolić na pójście na L4 mimo braku choroby, bo wiemy, że nie będzie to miało znaczenia dla naszej sytuacji w firmie.

Spory wpływ na absencje zdrowotne mają także zasady planowania urlopów czy też systemy premiowania w przedsiębiorstwie, nierzadko zupełnie niejasne dla pracowników. Poza tym duża grupa pracodawców nie jest w stanie zrozumieć nowego pokolenia wchodzącego na rynek pracy, a co za tym idzie – sprostać jego oczekiwaniom.

Inną przyczyną jest społeczna akceptacja – wśród Polaków istnieje powszechne przyzwolenie na wykorzystywanie zwolnień lekarskich niezgodnie z przeznaczeniem. Ponadto jest bardzo małe prawdopodobieństwo bycia złapanym na oszustwie. A jeśli już się tak zdarzy, to wyciągane konsekwencje są niewielkie. Odnosi się to również do lekarzy wystawiających zwolnienia.

Straty będące następstwem absencji chorobowych dotyczą oczywiście nie tylko państwa, lecz także firm. „Pracodawcy muszą wypłacać wynagrodzenia chorobowe. Szacujemy, że firma zatrudniająca 500 osób z absencjami na poziomie mniej więcej 10% wypłaca miesięcznie ok. 100 tys. zł tych wynagrodzeń” – mówi w wywiadzie dla agencji informacyjnej infoWire.pl Mikołaj Zając, prezes firmy Conperio. Do tego dochodzą straty wynikające z konieczności wprowadzenia nadgodzin bądź zatrudnienia pracowników tymczasowych na czas nieobecności osoby, która poszła na zwolnienie.

Co powinien zrobić pracodawca, który uważa, że poziom absencji chorobowych w jego firmie jest niepokojąco wysoki? Najlepiej przeprowadzić audyt. Pozwoli on ustalić, z czego wynika taki stan rzeczy i jak go poprawić. Następnie trzeba wprowadzić w życie konieczne zmiany. Po drugie warto sprawdzić, czy pracownicy rzeczywiście wykorzystują swoje zwolnienia lekarskie zgodnie z przeznaczeniem. Jak zauważa ekspert: „Odpowiednio zrealizowane »działania terenowe« potrafią ograniczyć absencje chorobowe od kilku do nawet kilkudziesięciu procent”.

Trans Polonia: wzrost zysku netto do 4,6 mln zł w I półroczu 2017 r.

Trans Polonia S.A., wiodący operator oferujący przewozy cysternowe paliw, płynnych surowców chemicznych i spożywczych oraz mas bitumicznych, wypracował w I półroczu ponad 100 mln zł przychodów ze sprzedaży, przy 11,4 mln zł EBITDA i 4,6 mln zł zysku netto. Spółka sukcesywnie obniża zadłużenie finansowe i od kilku miesięcy realizuje założenia Programu Inwestycyjnego na lata 2018-2020, a w niektórych jego obszarach obserwując ponad oczekiwaną koniunkturę – zwiększa wcześniej zakładaną skalę zakupów taboru.

Półroczna dynamika przychodów, EBITDA i zysku netto (uwzględniająca wyniki I poł. 2016 r. skorygowane o koszty akwizycji) wyniosła odpowiednio 45, 28 i 70 proc. r/r. W I półroczu 2017 r. segment transportu paliw wygenerował 67,7 mln zł (vs. 43 mln zł r/r), a segment transportu chemii, asfaltów i produktów spożywczych: 36,3 mln zł (w porównaniu z 30,1 mln zł r/r). Z kolei w II kwartale ‘17 łączna sprzedaż Grupy to 57,7 mln zł (+7,3 mln zł r/r), przy nieco niższym wyniku EBITDA rzędu 6,7 mln zł (-0,6 mln zł r/r) i istotnie wyższym zysku netto, tj. 2,8 mln zł (+1,2 mln zł r/r), co oznacza wzrost marży netto do 4,8 proc. (+1,6 p.p.).

Wzrosty półrocznego zysku EBITDA do 11,4 mln zł i przychodów powyżej poziomu 100 mln zł pokazują rozwój Grupy Trans Polonia. Mamy wokół siebie sprzyjające otoczenie: gospodarka w Polsce, jak i rynki europejskie wchłaniają więcej dóbr i towarów, co rodzi popyt na obsługę logistyczną. W Polsce obserwujemy zwyżkującą konsumpcję paliw i ożywienie w inwestycjach drogowych. Z kolei za granicą  dobrą kondycję przemysłu produkcji płynnej chemii – powiedział Dariusz Cegielski, Prezes Zarządu Trans Polonia S.A. – Co najważniejsze, w naszej ocenie to czynniki trwałe i wieloletnie, choć nie polegamy tylko na nich. Istotne pozostaje właściwe zarządzanie Grupą, efektywność operacyjna i sprzedażowa oraz wysoka jakość usług – dzięki temu sukcesywnie umacniamy markę i pozycję TPG na rynku krajowym i międzynarodowym.

W każdym obszarze działalności wolumeny TPG w I poł. 2017 r. wzrosły. W segmencie paliwowym, skala przewozu zarówno paliw, jak i LPG była wyższa o 6 proc., z kolei w segmencie niepaliwowym o 13 proc. więcej r/r przewieziono płynnych surowców chemicznych, o 7 proc. płynnych środków spożywczych, z kolei w przypadku logistyki mas bitumicznych, transportowany tonaż był wyższy o 43 proc. r/r i w tym obszarze Grupa realizuje dodatkowe inwestycje, wykraczające poza wcześniejsze założenia.

Systematycznie obniżamy nasze zadłużenie finansowe: na koniec I półrocza 2017 r. wyniosło 84,7 mln zł, co oznacza spadek o ponad 15 proc. w ciągu ostatnich 12 mies. Obniżamy poziomy długu kredytu inwestycyjnego, jak i z tytułu leasingu, co oznacza większy komfort w finansowaniu naszego rozwoju w przyszłości – dodał Dariusz Cegielski.

Spółka w czerwcu 2017 r. Trans Polonia przeprowadziła ofertę publiczną akcji, oferując 8,5 mln walorów w cenie emisyjnej 5,8 zł. środki służą realizacji Programu Inwestycyjnego na lata 2018-2020, zakładającego wzmocnienie potencjału flotowego Grupy w takich obszarach jak przewozy płynnej chemii, paliw i mas bitumicznych. W emisji wzięły udział m.in. takie instytucje finansowe, jak Quercus TFI czy NN OFE.

Wyniki Grupy Work Service w I połowie 2017 roku

W pierwszych sześciu miesiącach 2017 roku Grupa Work Service wypracowała o ponad 11% wyższe przychody niż przed rokiem, które osiągnęły poziom 1,34 mld zł. W tym samym czasie zysk ze sprzedaży wzrósł o niemal 30% r/r., a wynik operacyjny został poprawiony o 14% r/r. W ramach prowadzonej transformacji w Grupie, w pierwszym półroczu, zakończony został proces sprzedaży udziałów w Grupach IT Kontrakt oraz Proservice, co spowodowało zastosowanie niepieniężnego odpisu księgowego, który jednorazowo obniżył skonsolidowany wynik netto za pierwsze półrocze 2017. Bez uwzględnienia jednorazowych odpisów dezinwestycyjnych zysk netto Grupy wyniósł niemal 7 mln złotych.

W pierwszym półroczu przychody Grupy Work Service wzrosły o 11,5% r/r., do poziomu ponad 1,34 mld zł. W tym samym okresie wynik operacyjny Grupy Work Service powiększony o amortyzację (EBTIDA) wyniósł 45,3 mln złotych, co stanowiło wzrost o 13% w porównaniu z analogicznym okresem 2016 roku. Z kolei EBIT wzrósł o ponad 14% i osiągnął poziom 36,76 mln złotych, co stanowi ponad 43% realizacji zapowiadanej prognozy na koniec roku.

Za nami bardzo aktywne półrocze, w czasie którego poprawiliśmy kluczowe wyniki operacyjne i jeszcze raz potwierdziliśmy, że realizacja naszych celów strategicznych przynosi zamierzone rezultaty. Nasz biznes rośnie w stabilnym dwucyfrowym tempie, a rozwój jest powiązany z dobrą sytuacją na rynku pracy w całym regionie CEE. Dzięki odpowiedniemu zarządzaniu nasze przychody rosną szybciej niż koszty, a przy tym udało nam się ograniczyć poziom zadłużenia. Co ważne, sprzyjającą koniunkturę widać w naszych działaniach handlowych, co powoduje, że notujemy niemal 30% wzrost zysków ze sprzedaży – mówi Maciej Witucki, Prezes Zarządu Work Service S.A.

Realizacja zapowiadanej transformacji

W ubiegłym roku Grupa Work Service ogłosiła plan rozwoju, który wyznaczał cele strategiczne do  końca 2017 r. Jednym z jego filarów była konsolidacja struktur i zwiększenie efektywności w tak dużej i różnorodnej biznesowo oraz geograficznie organizacji. W efekcie w pierwszej połowie 2017 roku zostały przeprowadzone dwa niezależne procesy sprzedaży udziałów w Grupach: IT Kontrakt i Proservice. Pierwsza z nich wpłynęła pozytywnie, zaś druga ujemnie na bilans spółki. W rezultacie podjętych działań spółka dokonała odpisu księgowego, który obciążył wynik netto na łączną kwotę 77,6 mln złotych.

Stawiając na większą przejrzystość Grupy Work Service i przewidywalne warunki prowadzenia biznesu, na przełomie roku zdecydowaliśmy o sprzedaży dwóch Grup obejmujących łącznie 10 spółek. W efekcie w pierwszym półroczu, za sprawę sprzedaży Proservice, wyszliśmy między innymi z rynku rosyjskiego, na którym jak pokazały nasze dotychczasowe doświadczenia, prowadzenie działalności biznesowej wiąże się z dużą niepewnością i różnorodnymi ryzykami. Jednocześnie po 2014 roku, czyli od momentu wprowadzenia sankcji na Rosję, wyniki osiągane na tym rynku systematycznie się pogarszały. Dlatego też postanowiliśmy skupić się na rozwijaniu działalności w krajach regionu Europy Środkowo-Wschodniej, gdzie w ostatnim półroczu dynamicznie rośniemy. Obecnie 75% przychodów Grupy pochodzi z naszych biznesów w Polsce, Czechach i na Węgrzech, a na wszystkich tych rynkach rośniemy dwucyfrowo – dodaje Maciej Witucki.

Podstawowe dane finansowe Grupy Kapitałowej Work Service za okres od 1 stycznia 2017 roku do 30 czerwca 2017 r. w porównaniu do analogicznego okresu roku ubiegłego:

 

Dane skonsolidowane (w tys. zł)

 

2017

 

2016

 

Zmiana r./r.

Przychody 1 341 448 1 203 599 +11,5%
EBTIDA 45 273 40 081 +13%
Zysk ze sprzedaży 41 563 31 993 +29,9%
Zysk EBIT 36 760 32 173 +14,3%
Zysk netto -70 668 8 012 -982%
Zysk netto bez odpisów księgowych 6 980 8 012 -12,9%

Branża piwna potrzebuje stabilnego prawa, by móc się dalej rozwijać. Dzięki temu zatrudnienie w sektorze i powiązanych branżach będzie rosło

Branża piwna potrzebuje stabilnego prawa, by móc się dalej rozwijać. Dzięki temu zatrudnienie w sektorze i powiązanych branżach będzie rosło 11

Przemysł piwowarski tworzy 200 tys. miejsc pracy w polskiej gospodarce. Ta liczba może się zwiększyć o ile tempo rozwoju branży zostanie utrzymane. Do tego jednak jest potrzebne stabilne prawo. Wzrost obciążeń podatkowych może okazać się kosztowny dla sektora – to główne wnioski Kongresu Pracowników Branży Piwowarskiej, który odbył się 13 września w Ministerstwie Rozwoju. Wydarzenie zostało zorganizowane przez Związek Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego – Browary Polskie i Stowarzyszenie Regionalnych Browarów Polskich przy udziale partnera społecznego NSZZ „Solidarność” Przemysłu Spożywczego.

Rynek piwny w Polsce jest bardzo duży – pod względem produkcji i konsumpcji plasujemy się w czołówce Europy. Na rynku działa ok. 250 browarów, w których łącznie pracuje ok. 10 tys. osób. Produkcja piwa generuje dodatkowe 190 tys. miejsc pracy w branżach powiązanych – od rolnictwa po handel i gastronomię.

– Produkcja piwa i jego spożycie utrzymują się na stabilnym poziomie. Co roku kontrybuujemy do budżetu państwa ok. 10 mld zł, dajemy stabilne zatrudnienie powiązanym branżom na poziomie ponad 200 tys. etatów – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Bartłomiej Morzycki, dyrektor generalny Związku Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego – Browary Polskie, współorganizatora Kongresu

Branża piwowarska to największy pracodawca w polskim przemyśle alkoholowym. Za najwięcej miejsc pracy, bo ok. 80 tys., odpowiadają dostawcy surowców i usług. Im lepsza sytuacja polskiej branży piwowarskiej, tym lepsze perspektywy będą przed sektorem małych i średnich przedsiębiorstw. Rosnąca produkcja piwa to zysk dla rolników uprawiających chmiel i browarne odmiany zbóż, lecz także dla osób, które zajmują się produkcją, dystrybucją oraz sprzedażą piwa.

– Branża piwowarska silnie wpływa na tzw. branże powiązane, czyli transport, gastronomię, hotelarstwo, lecz także sprzedaż detaliczną i hurtową. Jeśli chodzi o transport i gastronomię króluje w nich sektor małych i średnich przedsiębiorstw. Jeżeli branża piwowarska będzie się rozwijać, również dobrze będą się miały małe firmy pod względem zatrudnienia i inwestycji. Browary regionalne i rzemieślnicze inwestują przede wszystkim w mniejszych miejscowościach, gdzie jest mniejsza aktywność gospodarcza, a inwestycje to rozwój przedsiębiorczości w danym regionie i wzrost zatrudnienia – przekonuje Katarzyna Blachowicz, dyrektor Departamentu Małych i Średnich Przedsiębiorstw w Ministerstwie Rozwoju.

Branża piwowarska cierpi jednocześnie na brak wykwalifikowanej kadry. W dużej mierze odpowiada za to dotychczasowy model kształcenia i coraz mniejsze zainteresowanie szkołami zawodowymi. Pomóc mogłoby powołanie tzw. mentorów, czyli osób które przechodzą na emeryturę i mogłyby przeszkolić nowych pracowników.

Eksperci przekonują, że sytuacja branży zależy przede wszystkim od stabilnego otoczenia regulacyjnego. To właśnie zmieniające się przepisy są obecnie największym wyzwaniem.

– Zagrożeń upatrujemy w niezbyt korzystnych zmianach w otoczeniu regulacyjnym. Bardzo ważne jest utrzymanie pozytywnego otoczenia regulacyjnego branży. To warunek, który musi być spełniony, aby branża nie tylko zachowała stan obecny, ale żeby mogła rzeczywiście się rozwijać – ocenia Bartłomiej Morzycki.

Negatywnie na branży może też odbić się podniesienie podatku akcyzowego. Obecnie udział podatku akcyzowego i VAT w cenie detalicznej piwa kształtuje się w granicach 35 proc.

– Jeśli zaczniemy kombinować przy podatkach, akcyzowym i innych, na wyroby alkoholowe czy piwo, możemy stracić. Podniesiona akcyza w 2007 roku skutkowała zwolnieniem około 1/3 zatrudnionych, ponieważ gdzieś trzeba było szukać redukcji kosztów – podkreśla przewodniczący sekretariatu Przemysłu Spożywczego NSZZ „Solidarność”. – Jeśli stabilnie będzie rosła konsumpcja i eksport, w 2025 roku liczba miejsca pracy w browarach i powiązanych branżach może wzrosnąć do 230 tys.

Polska to trzeci największy w Europie (po Niemczech i Wielkiej Brytanii) producent piwa (40 mln hl rocznie). Średnio co roku każdy Polak wypija 98 litrów piwa. Tylko w zeszłym roku powstało 60 browarów i dziś działa ich na rynku ok. 250. Chętnie sięgamy przede wszystkim po rodzimą produkcję. Raport „Piwna Polska pod lupą” przeprowadzony przez ARC Rynek i Opinia dla Kompanii Piwowarskiej wskazuje, że 80 proc. mężczyzn i ponad połowa kobiet wybiera piwo polskiej produkcji. Importowane stanowi zaledwie 2 proc. konsumpcji.

– To wszystko składa się na obraz polskiego rynku piwa, coraz bardziej zróżnicowanego, konkurencyjnego pod względem marek i smaków. Szerokie portfolio pozwala konsumentom, również tym, którzy do tej pory po piwo nie sięgali, znaleźć coś dla siebie. To dla branży największa szansa – przekonuje Bartłomiej Morzycki.

– Jeśli spożycie wrasta o 1 proc., to pojawia się zapotrzebowanie na około 2 tys. pracowników w różnych sektorach. Tak wynika z naszych obserwacji rynku przez ostatnie 5 lat. Liczba ta może być jeszcze większa, ponieważ nie mamy pełnych danych np. z handlu osiedlowego i małych sklepów, a dwie z każdych trzech butelek piwa sprzedawane są właśnie tam – mówi Mirosław Nowicki.

Dobre perspektywy są także przed eksportem polskiego piwa. Tylko przez pierwsze 5 miesięcy tego roku krajowe browary sprzedały za granicę trunek wart ponad 230 mln zł.

– Branża eksportuje już do ponad 80 krajów świata. Tradycyjne kierunki eksportowe, czyli UE i Ameryka Północna, są uzupełniane o nowe. Jest to szansa dla branży, aby rosnąć, eksportować i szerzyć dobrą jakość polskich produktów spożywczych, w tym wypadku piwa, na rynkach zagranicznych – ocenia dyrektor generalny Związku Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego – Browary Polskie.

T-Mobile chce dotrzeć do klientów pozbawionych dostępu do stacjonarnego łącza dobrej jakości. Startuje z ofertą nielimitowanego, szybkiego internetu dla domu

T-Mobile chce dotrzeć do klientów pozbawionych dostępu do stacjonarnego łącza dobrej jakości. Startuje z ofertą nielimitowanego, szybkiego internetu dla domu 12

Z mapy Polski stopniowo znikają białe plamy, czyli miejsca bez dostępu do internetu. Spada liczba miejscowości, gdzie żaden operator nie zadeklarował dostępu do sieci stacjonarnych i radiowych. W rankingu dostępu do stacjonarnego internetu szerokopasmowego plasujemy się jednak pod koniec stawki. Co piąty budynek nie ma możliwości podpięcia internetu, a co trzeci dysponuje łączem wolniejszym niż 10 Mb/s. Dlatego T-Mobile ruszył z ofertą internetu dla klientów stacjonarnych. W podstawowej wersji T-Mobile oferuje przepustowość na poziomie 20 Mb/s.

– Dziś korzystanie z sieci stacjonarnej wymaga odpowiedniej technologii. Dla mnie najważniejsze jest, by klienci byli zadowoleni z tego, co dostają, bez względu jaka technologia za tym stoi. Oferujemy naprawdę konkurencyjną alternatywę na rynku, opartą na naszej technologii mobilnej. Klienci, którzy chcą mieć internet w domu, mogą być zadowoleni z tego rozwiązania – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andreas Maierhofer, prezes T-Mobile Polska.

T-Mobile od 13 września ruszył z ofertą szybkiego internetu dla klientów stacjonarnych. Dotychczas sieć oferowała usługi głosowe i internet mobilny. Operator podkreśla jednak, że odchodzi od rozwiązań wyłącznie mobilnych, a stawia na integrację różnych usług.

– Chcemy zmieniać reguły gry. Do tego dążymy stawiając na konwergencję. FMS to logiczny następny krok dla dotychczas czysto mobilnego operatora. Wykorzystujemy naszą najbardziej zaawansowaną technologię do oferowania szybkiego, szerokopasmowego internetu. Następnym krokiem jest pełna konwergencja na rynku, dzięki czemu będziemy mogli konkurować z każdym – wskazuje Maierhofer. – Technologia mobilna i stacjonarna coraz bardziej się ze sobą łączą. Możemy z łatwością konkurować, szczególnie na obszarach, gdzie dostępna jest tylko sieć DNS. Będziemy poważną konkurencją dla operatorów kablowych – przekonuje.

Jak wskazuje prezes T-Mobile, nowy produkt odpowiada na potrzeby rynkowe. Choć dostęp do internetu w Polsce z roku na rok jest coraz lepszy, to dane Komisji Europejskiej wskazują, że daleko nam do czołówki. Pod względem internetu mobilnego plasujemy się wśród liderów, ale w rankingu dostępu do stacjonarnego internetu szerokopasmowego za nami są tylko dwa kraje unijne. Szacuje się, że nawet 20 proc. budynków w Polsce nie ma możliwości podłączenia dostępu do internetu, w co trzecim prędkość łącza nie przekracza 10 Mb/s. Tylko 32 proc. ma szybsze łącze niż 30 Mb/s.

– Chcemy wypełnić białe plamy, ale ten produkt to coś więcej. To produkt, który może funkcjonować w każdym miejscu w Polsce – podkreśla Frederic Perron, szef rynku prywatnego w T-Mobile Polska. – Wielu klientów poza miastami nie ma dobrego produkty, nasza oferta to dla nich świetna alternatywa. Nawet klienci w miastach polubią ten produkt, ponieważ jest szybki do zainstalowania, nie potrzeba do niego technika, a przy zmianie mieszkania, można zabrać go ze sobą. To dobre rozwiązanie także dla studentów.

Do 2030 roku w Polsce ma pojawić się 1,3 mln nowych gospodarstw domowych. Jednocześnie w tym samym okresie 33 z 39 największych miast (powyżej 100 tys. mieszkańców) będzie stopniowo się kurczyć, większa będzie za to liczba mieszkańców terenów podmiejskich i wsi.

T-Mobile podaje, że przed wprowadzeniem produktu na rynek, został on przetestowany w dwóch miastach. Według wyników 93 proc. osób była zadowolona z usługi, a 63 proc. poleciłaby ją znajomym. Doceniana jest stabilność i przede wszystkim szybkość połączenia. Podstawowa wersja T-Mobile 1 oferuje prędkość 20 Mb/s, czyli dwukrotnie więcej niż najczęstsze na rynku produkty.

– Cena zaczyna się od 45 złotych za miesiąc, co myślę jest bardzo atrakcyjną opcją. Oferujemy 30-dniowy okres zwrotu pieniędzy, jeżeli więc klient nie jest pewny, może wypróbować produkt przez 30 dni i ewentualnie go zwrócić – mówi Perron.

Uruchomienie usługi ma zająć niecałą minutę, nie są potrzebne dodatkowe kable, ani infrastruktura. Wystarczy włączyć router i wpisać hasło. Nie są wymagane opłaty aktywacyjne, a pakiet można zmienić podczas trwania umowy. To wszystko, zdaniem prezesa Perrona powinno pozwolić, by w Polsce usługa odniosła podobny sukces, co w innych krajach.

– Tam, gdzie wprowadziliśmy tę usługę zauważamy, że 70 proc. produktów trafia do całkowicie nowych gospodarstw domowych, z którymi wcześniej T-Mobile nie miał żadnych relacji. To świetny sposób by wejść do większej liczby domów w Polsce, który można potraktować jako punkt wyjścia, usatysfakcjonować klientów i zacieśnić z nimi relację. Ta oferta idzie w parze z pełnym pakietem rodzinnym, więc dostaje się również świetne ceny na usługi mobilne, w tym internet – podkreśla Frederic Perron.

Największy wielozadaniowy śmigłowiec w Europie może być produkowany w Polsce. PZL-Świdnik czeka na rozstrzygnięcie przetargu MON

Największy wielozadaniowy śmigłowiec w Europie może być produkowany w Polsce. PZL-Świdnik czeka na rozstrzygnięcie przetargu MON 13

Śmigłowce AW101 mogą powstawać w Polsce. Warunkiem jest wygrana PZL-Świdnik w postępowaniach zakupowych MON na śmigłowce dla wojsk specjalnych i marynarki wojennej. PZL-Świdnik, którego właścicielem jest Leonardo Helicopters, producent AW101, odebrał właśnie zaproszenie do złożenia ostatecznych ofert na dostawę śmigłowców dla specjalsów. Śmigłowiec AW101 jest największy w Europie. Dotychczas zamówiono już 220 takich maszyn. Ze względu na jego wielkość, konstrukcję i bezpieczeństwo jako jedyny spełnia wymogi wojska – przekonują przedstawiciele Leonardo Helicopters.

Po unieważnieniu poprzedniego przetargu śmigłowcowego ze względu na brak porozumienia z Airbus Helicopters co do oferty offsetowej, resort obrony ogłosił nowe postępowania. Przetargi dotyczą dostawy ośmiu śmigłowców zdolnych do prowadzenia przez wojska specjalne misji poszukiwawczo-ratowniczych w warunkach bojowych oraz czterech maszyn przeznaczonych do zwalczania okrętów podwodnych z jednoczesną zdolnością do prowadzenia misji ratowniczych na morzu, z opcją zakupu kolejnych czterech. 8 września Inspektorat Uzbrojenia MON poinformował, że zaproszenia do złożenia ostatecznych ofert w postępowaniu dotyczącym dostawy śmigłowców dla wojsk specjalnych dostały trzy firmy: WSK „PZL-Świdnik”, konsorcjum PZL Mielec i Sikorsky Aircraft Corporation oraz konsorcjum spółek Airbus Helicopters i Heli Invest.

– W obu postępowaniach oferujemy AW101. W wersji poszukiwawczo-ratowniczej pola walki dla wojsk specjalnych, a na bazie tego samego śmigłowca śmigłowiec do zwalczania okrętów podwodnych, który jest legendą w tym zakresie i jako Merlin służy w Królewskiej Marynarce Wojennej Wielkiej Brytanii – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Krystowski, wiceprezes zarządu Leonardo Helicopters.

Należące do grupy Leonardo zakłady w Świdniku już dziś współpracują przy produkcji AW101. W przypadku podpisania kontraktu z MON ta współpraca znacznie się rozszerzy.

Pewne elementy tego śmigłowca wykonujemy już dzisiaj w Świdniku, natomiast mamy zdolności intelektualne i technologiczne do tego, aby cały taki śmigłowiec u nas powstawał, wszystko zależy od skali zamówienia. Jeżeli byłoby to tylko osiem śmigłowców, to industrializacja tego przedsięwzięcia będzie nieopłacalna, natomiast gdyby okazało się, że jesteśmy wybrani w obu postępowaniach, to zrobimy wszystko, by ten śmigłowiec powstawał w Świdniku – zapowiada wiceprezes Leonardo Helicopters.

Śmigłowiec AW101 to największy śmigłowiec opracowany i produkowany w Europie. Posiada trzy silniki, co wpływa na jego bezpieczeństwo i zasięg wynoszący ponad 1,3 tys. km oraz pozwala na prowadzenie długotrwałych akcji poszukiwawczo-ratowniczych. W zależności od konfiguracji w kabinie zmieści się maksymalnie 30 foteli dla żołnierzy lub 16 noszy. AW101 wyróżnia też tylna rampa.

To jedyna tego typu konstrukcja oferowana dzisiaj polskiemu wojsku. Rampa oznacza możliwość łatwego wejścia na pokład śmigłowca i jego opuszczenia, łatwego i bezpiecznego desantowania żołnierzy, możliwość wjazdu pojazdu do wnętrza śmigłowca oraz dodatkowy punkt zainstalowania broni do obrony śmigłowca, która jest podczepiona pod sufitem – przekonuje Krystowski.

Masa startowa śmigłowca AW101 to ok. 1,5 tys. kg, maksymalnie osiąga prędkość 277 km/h. B roń montowana jest na zewnątrz, co ułatwia żołnierzom przemieszczanie się w kabinie. Konstrukcja maszyny zapewnia elastyczność i umożliwia prowadzenie różnych misji.

Można swobodnie planować i realizować niemal każdy rodzaj misji. Nie potrzebujemy dużo czasu na rekonfigurację kabiny, zatankowanie paliwa albo zmianę wyposażenia. Dzięki trzem silnikom jesteśmy przygotowani na wiele różnych sytuacji podczas realizacji misji. To daje nam możliwość elastycznego podejścia do każdego zadania i do zmiany scenariusza także podczas lotu. Po kilku sekundach za sterami tego śmigłowca człowiek całkowicie zapomina, że kieruje tak wielką maszyną. Dla pilota to idealna sytuacja – opisuje Marco Meneghello, pilot śmigłowca AW101.

Dotychczas zamówiono 220 maszyn AW101. Brytyjskie siły zbrojne otrzymały 44 morskie helikoptery do zwalczania okrętów podwodnych, włoska marynarka wojenna kupiła 22 śmigłowce, po kilkanaście zamówiły Japonia, Dania, Norwegia, Portugalia i Kanada. Maszyna została przetestowana w warunkach bojowych łącznie przez kilkanaście państw.

Innowacje w farmacji mogą być motorem napędowym polskiej gospodarki. Branża farmaceutyczna jednym z najbardziej innowacyjnych sektorów gospodarki

Innowacje w farmacji mogą być motorem napędowym polskiej gospodarki. Branża farmaceutyczna jednym z najbardziej innowacyjnych sektorów gospodarki 14

Popyt na innowacje w branży farmaceutycznej może być jednym z motorów polskiej gospodarki. Polska ma wystarczające zasoby i wykwalifikowane kadry, żeby móc rozwijać innowacyjność w tym obszarze. Koniecznie jest jednak zwiększanie nakładów na ochronę zdrowia i wypracowanie regulacji prawnych, które umożliwią szybkie wdrażanie innowacji na rynek. Przełoży się to zarówno na korzyści dla pacjentów, jak i całej gospodarki. 

– Popyt na innowacje może być motorem napędowym naszej gospodarki. Szczególnie, że przekłada się on na rozwój nowych, innowacyjnych firm, w tym oczywiście start-upów. Wydaje się, że na ten moment popyt jest trochę niewystarczający, co wynika po prostu z poziomu nakładów na ochronę zdrowia w Polsce. Jako kraj jesteśmy pod tym względem dość daleko w rankingach, ale rząd ma plany, aby je zwiększyć. Myślę, że podstawowym zadaniem jest działać tak, żeby te nakłady zwiększyły się jak najszybciej i do jak najwyższego poziomu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wiktor Janicki, dyrektor generalny Roche Polska.

Według opublikowanego w końcówce ubiegłego roku raportu Komisji Europejskiej i OECD Polska znacząco odbiega od państw rozwiniętych pod względem nakładów na służbę zdrowia. Na jednego pacjenta przypada szacunkowo 1 259 euro rocznie. Wśród krajów UE mniej na ten cel wydają jedynie Chorwacja, Bułgaria, Łotwa i Rumunia. Dla porównania, Luksemburg wydaje średnio ok. 6 023 euro na pacjenta rocznie.

Statystyki pokazują też, że sytuacja na razie nie poprawia się znacząco: w latach 2009-2015 wydatki na służbę zdrowia w Polsce w przeliczeniu na mieszkańca wzrosły zaledwie o 0,7 procent.

Mimo to, w Polsce branża farmaceutyczna jest jednym z najbardziej innowacyjnych sektorów gospodarki. Na rynku działa ok. stu przedsiębiorstw, których szacunkowe, łączne obroty przekraczają ok. 15 mld zł rocznie. Cechuje je jeden z najwyższych wskaźników rentowności, duża liczba patentów i współpraca z ośrodkami naukowymi i akademickimi. Firmy farmaceutyczne inwestują też znaczną część swoich przychodów w działalność badawczo-rozwojową, czego efektem są innowacje w całym systemie ochrony zdrowia i korzyści dla pacjentów.

– Koszty bezpośrednie, czyli koszty leczenia pacjentów, pokazują jak ważną inwestycją w zdrowie są innowacyjne działania sektora farmaceutycznego. Musimy wziąć pod uwagę wartość niewytworzonego PKB, bo ludzie chorują, odchodzą czy przechodzą na renty inwalidzkie. Należy też spojrzeć na skutki dla finansów publicznych. Gdy ludzie chorują i zajmują się nimi opiekunowie, maleją dochody, płacone podatki, maleją oszczędności, które są napędem inwestycji. Z drugiej strony, państwo wypłaca świadczenia socjalne, chorobowe czy rehabilitacyjne. Jeżeli będziemy wpuszczali na rynek innowacyjne, metody leczenia – w długim okresie będzie zdecydowanie taniej – ocenia Ewelina Nojszewska z katedry ekonomii stosowanej na SGH.

Dyrektor generalny Roche Polska Wiktor Janicki ocenia, że Polska ma wystarczające zasoby kadrowe i wykwalifikowanych specjalistów, aby móc rozwijać innowacyjność w obszarze farmacji. Jednak – poza zwiększeniem nakładów na służbę zdrowia i innowacje w tym obszarze – ważne jest też otwarcie rynku, wykreowanie popytu i stworzenie takiego środowiska, które umożliwi szybkie wdrażanie innowacyjnych rozwiązań.

– Mamy świetne zasoby lekarzy, biotechnologów. Mamy informatyków, którzy z nimi współpracują po to, aby tworzyć innowacyjne rozwiązania i start-upy, które będą dostarczały innowacji. Jednak długoterminowo – nawet przy olbrzymiej ilości grantów – te start-upy nie będą się tworzyć, jeżeli nie będą widziały, że jest szybki popyt na innowację. Z jednej strony mówimy o poziomie nakładów, ale z drugiej strony o szybkim dostępie do rynku, abyśmy innowację dopuszczali do rynku szybko i szybko konsumowali – podkreśla Wiktor Janicki.

Eksperci oceniają, że ze względu na fakt, iż do ochrony zdrowia i branży farmaceutycznej wprowadzanych jest coraz więcej innowacyjnych rozwiązań, rząd powinien jak najszybciej stworzyć dla nich długookresową strategię i wypracować przyjazne regulacje prawne. Ewelina Nojszewska z katedry ekonomii stosowanej na SGH ocenia, że w tworzeniu innowacji w branży farmaceutycznej i biotechnologicznej państwo odgrywa rolę nie tylko jako regulator, ale inwestor.

– Innowacje w ochronie zdrowia są najważniejszą inwestycją dla gospodarki i całego społeczeństwa. Aby mogły być realizowane, trzeba – wbrew obiegowym opiniom – podkreślić znaczącą, dominującą rolę państwa, publicznego pieniądza. Sektor prywatny, venture capital czy firmy farmaceutyczne wchodzą już na pewnym etapie, kiedy można określić, że istnieje jakieś sensowne prawdopodobieństwo osiągnięcia zysku. Z prób stworzenia nowych związków chemicznych, do produkcji wchodzi 1/100 procenta, a więc 99,9 proc. to pieniądze wyrzucone w błoto. Tutaj jest rola dla cierpliwego inwestora publicznego, dopiero potem wchodzą firmy farmaceutyczne czy prywatny kapitał – podkreśla Ewelina Nojszewska.

Głównym podmiotem, który kreuje obecnie popyt na innowacje, jest Narodowy Fundusz Zdrowia, który jest dysponentem większości środków przeznaczanych na ochronę zdrowia.

– Wierzymy, że przykłady takie jak specustawa, która aktualnie jest rozważana i która ma dofinansować ochronę zdrowia dodatkowymi trzema miliardami, są jednym ze sposobów na zwiększenie tego finansowania. Czeka nas jeszcze dyskusja na temat poziomu składek zdrowotnych w Polsce. Warto zapytać polskich pacjentów i obywateli, czy chcieliby płacić wyższe składki na ochronę zdrowia po to, aby dostać lepszy standard opieki zdrowotnej – mówi Wiktor Janicki, dyrektor generalny Roche Polska.

Do 2020 r. wartość polskiego rynku e-handlu wzrośnie do ponad 60 mld zł. O jego sukcesie nie przesądzają już ceny, a wygoda zakupów, dostawa i możliwość zwrotu

Do 2020 r. wartość polskiego rynku e-handlu wzrośnie do ponad 60 mld zł. O jego sukcesie nie przesądzają już ceny, a wygoda zakupów, dostawa i możliwość zwrotu 15

Do końca tej dekady na polskim rynku ma działać już ponad 30 tys. internetowych sklepów, a wartość branży e-commerce skoczy z obecnych 40 do ponad 60 mld zł – prognozują eksperci Sociomantic Labs. Polska jest jednym z najszybciej rosnących rynków dla internetowego handlu. Poza tym rynek staje się coraz bardziej dojrzały – o sukcesie e-sklepów nie decydują już tylko niskie ceny, lecz także jakość, wygoda zakupów i zwrotów, a także serwis posprzedażowy. Spółka RUCH, która od kilku lat korzysta z rozwoju e-commerce, nie zamierza zwalniać tempa w tym segmencie.

– Handel internetowy rośnie od wielu lat. Rok do roku są to 15-proc. wzrosty. Polskie firmy e-commerce trochę różnią się od zagranicznych, są bardzo przedsiębiorcze, bo nasz rynek jest jeszcze świeży. Wielu drobnych przedsiębiorców wzięło się za e-commerce i zaczęło budować sprzedaż. Brakuje nam jeszcze dużego doświadczenia korporacyjnego i zdolności inwestycyjnych, bo naturalnie polski rynek kapitałowy jest płytszy. Jednak handel internetowy rozwija się dynamicznie, firmy dbają o to, aby być coraz bardziej profesjonalne i coraz skuteczniej zdobywać konsumentów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dariusz Stolarczyk, wiceprezes zarządu RUCH S.A.

Aktualna wartość rodzimej branży e-commerce wynosi około 36–40 mld zł. Z opublikowanego na początku tego roku raportu Bisnode wynika, że na polskim rynku działa obecnie ponad 20 tys. sklepów internetowych, podczas gdy jeszcze w 2006 roku ich liczba wynosiła około 2,8 tys. Co roku zakładanych jest ok. 6–8 tys. nowych sklepów internetowych. Eksperci oszacowali, że jeśli trend wzrostowy utrzyma się na podobnym poziomie, już za 5 lat liczba e-sklepów może sięgnąć blisko 30 tys. Z kolei eksperci Sociomantic Labs prognozują, że nastąpi to szybciej – już w 2020 roku. Do tego czasu wartość polskiego e-commerce ma już przekroczyć 63 mld zł.

Wzrostów spodziewają się też analitycy Knight Frank, według których tylko w tym roku wartość branży zwiększy się o 18 proc. W czerwcowym raporcie firma podkreśliła, że Polska wciąż jest jeszcze niedojrzałym, za to jednym z najszybciej rosnących rynków e-commerce. Wiceprezes spółki RUCH zauważa, że zmienia się jednak charakter branży.

– W przeszłości decydowała cena. Jeśli ktoś zorganizował towar i był w stanie wystawić go w dobrej cenie na Allegro czy innym portalu, naturalnie miał dobrą sprzedaż i mógł z dużym powodzeniem konkurować na rynku. Dzisiaj to się zmienia. W coraz większym stopniu decyduje zróżnicowana i ciekawa oferta oraz nowoczesne działania marketingowe i nowe narzędzia promocji w internecie. Konsumenci coraz częściej oczekują, że zamówiony towar dotrze do nich w czasie, na który się umawiali oraz że zostaną dobrze obsłużeni przez serwis posprzedażowy, który decyduje o długoterminowej przewadze sklepu – powiedział Dariusz Stolarczyk podczas debaty „E-commerce for entrepreneurs. Optymalizacja działalności za pomocą e-handlu”, organizowanego przez Executive Club.

Wypracowanie takiej przewagi jest istotne, ponieważ – jak wynika z danych Bisnode – 80 proc. z nowo powstających co roku e-sklepów nie odnosi rynkowego sukcesu i znika z rynku po 2–3 latach. O wyborze konkretnego e-sklepu decydują kolejno: wiarygodność, możliwość szybkiego zwrotu i wygodne płatności. Najchętniej kupowany za pośrednictwem internetu asortyment to: odzież, książki i płyty, sprzęt RTV i AGD, obuwie i elektronika.

– W przyszłości przyjdzie czas na duże gabaryty, budowlankę i na produkty, które naturalnie trudniej jest dostarczyć do domu konsumenta, bo transport jest drogi. Jednak jest to jeszcze kwestia kilku lat. Dziś dynamicznie rozwija się handel odzieżą, perfumerią i personal care. Odzież zyskuje, ponieważ pojawiło się dużo rozwiązań, które pozwalają lepiej zarządzić rozmiarówką i przede wszystkim – lepiej zarządzić zwrotami. Jest coraz więcej firm, które obsługują je szybko i sprawnie, ale jest też coraz więcej rozwiązań, które pozwalają śledzić i przewidzieć, co konsument chce kupić. To pozwala ograniczyć liczbę zwracanych produktów – mówi Dariusz Stolarczyk.

Wiceprezes RUCH wskazuje, że wzrost sprzedaży spółki w ostatnich latach był napędzany rozwojem właśnie w obszarze e-commerce. Internet jest dla Ruchu coraz ważniejszym kanałem dystrybucyjnym.

– W internecie działamy w trzech obszarach. Świadczymy usługi dla szeroko rozumianego e-commerce – mam tu na myśli usługę Paczka w RUCHu, która jest coraz popularniejszą formą dostawy przesyłek do klientów. Obsługujemy magazyny dla dużych podmiotów e-commerce, świadczymy usługi w obszarze importu z Chin, a także obsługujemy różnego rodzaju sklepy e-commerce. Drugim obszarem jest sprzedaż – z dużym powodzeniem sprzedajemy prasę w postaci papierowej przez nasze strony internetowe. Trzeci jest obszar inwestycyjny: Ruch jest inwestorem w spółce, która zajmuje się agregacją contentu elektronicznego i prasy elektronicznej – wymienia Dariusz Stolarczyk.

Paczka w RUCHu, czyli usługa logistyczna spółki dla e-commerce, umożliwia klientom nadanie lub odebranie paczki zamówionej w sieci w jednym z ponad 2 tys. kiosków i saloników marki. Ze spółką współpracuje kilkaset e-sklepów, w tym liderzy e-commerce’owej branży. Rozwój w branży handlu internetowego jest dla RUCHu jednym z kluczowych elementów biznesowej strategii.

– Jest to nasz główny kanał rozwoju. Oczywiście, poza e-commerce, stawiamy też na szeroko rozumiany multichannel czy omnichannel, bo konsument jest dokładnie taki sam – ten, który stoi przed kioskiem i ten, który zamawia w internecie. Cel jest taki, aby obsłużyć go wszędzie tak samo i zadbać, żeby czuł się dopieszczony – mówi wiceprezes spółki Dariusz Stolarczyk.

Z podsumowania Gemius/PBI wynika, że co miesiąc polski rynek e-commerce gromadzi ponad 22,6 mln użytkowników sieci, co stanowi ponad 86 proc. wszystkich internautów. W sieci kupują przeważnie Polacy ze średnim wykształceniem, ze średnich i dużych miast, częściej kobiety niż mężczyźni.

Ministerstwo Energetyki zapowiada wsparcie dla idei CarSharingu

Wymiana doświadczeń i dobrych praktyk między samorządami a przedsiębiorcami oraz promocja usługi car-sharingu w polskich miastach to główne cele warsztatów zorganizowanych przez Ministerstwo Energii we współpracy z Urzędem Miasta Gdyni. Wydarzenie odbyło się 14 września 2017 r. w Parku Naukowo-Technologicznym Gdyni.

Wiceminister energii Michał Kurtyka zapowiedział wsparcie dla samorządowców we wdrażaniu CarSharingu. Po spotkaniu nie można mieć wątpliwości, że pomoc dla przedsiębiorców to warunek szybkiego wprowadzenia usługi oraz jej sprawne działanie na rynku.

„Wraz z zaproponowanym przez ME Planem Rozwoju Elektromobilności, rozwój alternatywnych form transportu zyskał wsparcie administracji państwowej. Plan stwarza przestrzeń dla rozwoju rynku car-sharingu w naszym kraju, zwłaszcza w połączeniu z preferencyjnymi możliwościami parkowania w centrach miast – zaznaczył. – Dodatkowe zachęty, które umożliwią popularyzację tego modelu biznesowego planujemy umieścić także w ustawie o elektromobilności i paliwach alternatywnych, nad którą obecnie pracujemy – powiedział Wiceminister Kurtyka.

Można powiedzieć, że była to deklaracja, ponieważ słowa te padły w obecności wszystkich zgromadzonych, także samorządowców i przedstawicieli firm CarSharingowych. Trójmiasto już ponad dwa tygodnie temu zapowiedziało, że wesprze projekt współdzielonej mobilności na Pomorzu, co wyraziło w podpisanym liście intencyjnym. Obiecano także preferencyjne opłaty za parkowanie samochodów CarSharingowych w granicach miejskiej strefy płatnego parkowania.

Władze Warszawy póki co nie dały odpowiedzi, czy projekt uchwały o  zwiększeniu opłat parkingowych dotyczyć będzie także CarSharingu. Jeśli tak, może się okazać, że cena usługi diametralnie wzrośnie i przestaną z niej korzystać mieszkańcy.

Podczas debaty, części warsztatu „Dobre praktyki w CarSharingu” temat ceny poruszono na samym początku. Jako pierwszy wypowiedział się Maciej Panek. Prezesa PANE CarSharing wywołano do odpowiedzi ponieważ firma ta posiada najtańszą na rynku usługę wynajmu na minuty.

Maciej PANEK- prelekcjaFirma PANEK zaproponowała najniższą stawkę za przejechany kilometr ponieważ zainwestowała w samochody hybrydowe, jednak nie ukrywa, że takimi samochodami trzeba umieć oszczędnie jeździć. Maciej Panek zauważył, że energiczna jazda sprzyja ładowaniu baterii samochodów hybrydowych, co w konsekwencji wpływa na niższe spalanie i mniejszą emisję Co2,  a tak właśnie zazwyczaj jeżdżą użytkownicy samochodów na minuty. Powodem jest pośpiech, ale też możliwości, które dają hybrydowe Toyoty, są po prostu szybkie i zrywne samochody.

Podczas debaty padł zarzut, że CarSharing jest za drogi, jednak szybko zareagowali na niego inni przedsiębiorcy i przedstawiciel miasta Wrocławia. Anna Badeńska, Koordynator Projektu ds. Partnerstwa Publiczno-Prywatnego miasta Wrocław, zauważyła, że cena CarSharingu powinna być wyższa od biletu transportu zbiorowego, jednak niższa od przejazdu taksówką.

CarSharing jest usługą komplementarną, nie konkurencją dla transportu zbiorowego, a stawki jakie mamy teraz są może nawet zbyt niskie. Ich utrzymanie zależy oczywiście od kosztów parkowania, ale też tego, jak samochody użytkować będą odbiorcy CarSharingu. Duża szkodowość i nadmierne spalanie mogą w przyszłości odbić się na cenie usługi.

14 września 2017 r. w Park Naukowo-Technologiczny GdyniaWażnym aspektem jest więc edukacja. Zgromadzeni na warsztatach samorządowcy zwrócili uwagę na ten fakt, który być może wcześniej nie był dla nich tak widoczny. CarSharing to bowiem nie tylko biznes, to jeden z elementów, który ma na celu uczynienie miast czystszymi i lepiej przejezdnymi. Wprowadzenie CarSharingu nie może być jednak następstwem dobrej akcji marketingowej firm, wymaga bowiem zmiany świadomości społeczeństwa przekonując je, że można coś mieć, bez kupowania.

Dialog i pomoc samorządów są konieczne, żeby CarSharing w Polsce działał, ale także żeby odnosił sukcesy. To nie jest tylko biznes, to wspólna inicjatywa firm i samorządów, która ma zasadniczo wpłynąć na jakość środowiska, w którym wszyscy żyjemy. Spotkanie w Gdyni udowadnia, że idea współdzielonej mobilności jest dla Państwa ważna. Widoki na przyszłość są optymistyczne.

Zadłużenie rolników w ciągu dwóch lat wzrosło o 43 proc.

Ponad 544 miliony złotych wynosiło na początku września łączne zadłużenie 9 563 przedsiębiorstw rolnych, leśnych i rybackich zarejestrowane w Krajowym Rejestrze Długów. To o 43 proc. więcej niż dwa lata wcześniej, kiedy to dług wynosił 380 milionów złotych. 84 proc. wartości niespłaconych zobowiązań przypada na producentów rolnych.

W III kwartale 2017 roku koniunktura w polskim rolnictwie po raz kolejny poprawiła się – podaje Instytutu Rozwoju Gospodarczego SGH. Zdaniem ekspertów dobra passa dla rolników trwa nieprzerwanie od półtora roku, czemu sprzyja m.in. pogoda, a co za tym idzie dobre plony. Potwierdzają to dane Głównego Urzędu Statystycznego: tegoroczne zbiory zbóż i rzepaku były wyższe niż przed rokiem. Co prawda plony zbóż podstawowych wzrosły o 8 proc. rok do roku, jednak w przypadku rzepaku było to aż 23 proc. więcej. Zbiór warzyw jest porównywalny z 2016 rokiem.

Pomimo dobrej koniunktury w polskim gospodarstwie i udanych tegorocznych zbiorach, zadłużenie przedsiębiorstw rolnych, leśnych i rybackich w ciągu dwóch lat wzrosło o 43 proc., przekraczając 544 miliony złotych, z czego zdecydowana większość długów (456,6 miliona złotych) to nieuregulowane zobowiązania rolników.

– Ta branża działa na trochę innych warunkach niż pozostałe gałęzie gospodarki. Najcześciej  największy zastrzyk gotówki rolnicy otrzymują zaraz po żniwach. Wtedy zaczynają spłacać faktury, ale nie są to wyłącznie bieżące rachunki. Spora część pochodzi z minionych dwunastu miesięcy, kiedy to rolnicy kupowali nawozy, ziarna do posiania pól czy korzystali ze sprzętu innych rolników. Na sporej części tych faktur widniał termin zapłaty wydłużony nawet do roku. A częste tłumaczenie przedsiębiorców rolnych to „zapłacę, jak zbiorę plony”. Kiedy otrzymają pieniądze za sprzedaż zboża, warzyw czy owoców, regulują zeszłe rachunki. Jednak wtedy już brakuje pieniędzy na zakup nasion i nawozów na kolejny sezon. Koło się zamyka, a rolnik tkwi stale w nieopłaconych fakturach – dostrzega Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej.

Najwięcej zadłużonych rolników, leśników i rybaków pracuje na Mazowszu, gdzie 1 470 firm z tego sektora znalazło się na liście nierzetelnych płatników. Ich zadłużenie wynosi prawie 67 milionów złotych. Z kolei najwyższy dług uzbierał się rolnikom, leśnikom i rybakom z Wielkopolski – blisko 79 milionów złotych. Na tę kwotę składają się 4 033 niespłacone zobowiązania 1 087 rolników. Podwójne trzecie miejsce (pod względem liczby dłużników i kwoty zadłużenia) należy do przedsiębiorców rolnych ze Śląska. W tym województwie 840 rolników zalega ze spłatą prawie 42 milionów złotych. Rekordzistą jest przedsiębiorca mieszkający w powiecie strzelecko-drezdeneckim na Ziemi Lubuskiej. Jego dług urósł do 7,3 miliona złotych. Większość z tej kwoty stara się odzyskać firma windykacyjna, pozostała część należy do dwóch innych rolników.

Statystyczny rolnik-dłużnik ma do oddania 57 tysięcy złotych. W porównaniu z handlem (tam średnie zadłużenie wynosi prawie 30 tysięcy złotych) i budownictwem (45 tysięcy złotych to statystyczny dług) to pokaźna kwota.

– Wysokie średnie zadłużenie rolników wiąże się z tym, że zaciągane przez nich zobowiązania często oscylują w dużych kwotach. Powodem jest najczęściej chęć zwiększenia produkcji poprzez powiększenie gospodarstwa czy zakup nowych maszyn lub modernizacji starych. To są inwestycje wymagające znacznych pieniędzy. Część z nich pochodzi z zewnętrznego dofinansowania, ale unijne czy krajowe dotacje nie wystarczają. Wtedy rolnicy sięgają po kredyty. Np. ciągnik czy maszyna to wydatek rzędu ćwierć miliona złotych. Niestety część z nich pada ofiarą przeinwestowania. Źle szacują koszty i potencjalne zyski, w efekcie wpadają w spiralę zadłużenia – wyjaśnia Mirosław Sędłak, prezes Rzetelnej Firmy.

Potwierdzają to dane Krajowego Rejestru Długów. Najwięcej pieniędzy, bo 263 milionów złotych, są winni funduszom sekurytyzacyjnym, które odkupiły długi od pierwotnych wierzycieli.

– Fundusze sekurytyzacyjne najczęściej odkupują długi od banków i firm leasingowych, a w mniejszym stopniu od towarzystw ubezpieczeniowych czy operatorów telefonicznych. Kiedy pierwotny wierzyciel nie jest w stanie odzyskać należności na własną rękę, sprzedaje długi. To najczęściej zobowiązania z poprzednich lat. Kolejnym wierzycielem rolników, leśników i rybaków jest branża finansowa. Za nią kryją się niespłacone kredyty i pożyczki. Przedsiębiorcy mają do oddania temu sektorowi 103 miliony złotych. Gdyby zsumować długi wobec funduszy sekurytyzacyjnych, które odkupiły niespłacone zobowiązania od banków, z długami wobec sektora finansowego, nieuregulowane zobowiązania przedsiębiorstw pracujących na rzecz rolnictwa wobec finansów przekroczyłyby 300 miliony złotych – tłumaczy Adam Łącki.

Ale także sami rolnicy, leśnicy i rybacy czekają na spłatę prawie 100 milionów złotych. Ich dłużnikami są przede wszystkim firmy z branży handlowej, które nie zapłaciły za zakupione towary od rolników. Łącznie mają do oddania blisko 27 milionów złotych. Na 24 miliony złotych zalegają innym przedsiębiorcom rolnym. Najczęściej są to nieuregulowane faktury za wypożyczenie sprzętu, sprzedaż gruntów rolnych czy hodowlanych zwierząt. Pozostałymi wierzycielami gospodarzy są firmy z branży budowalnej, przemysłowej i transportowej.