9 miliardów zysku NBP. FED redukuje swój bilans?

Prezes NBP potwierdził wysokość zysku i wpłatę do budżetu. W zapiskach z posiedzenia FED znajduje się informacja o redukcji środków. Dane makro ze świata.

Zysk NBP potwierdzony

Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami w 2016 roku NBP uzyskał najwyższy w historii zysk. Poziom 9 miliardów złotych potwierdził wczoraj prezes tej instytucji Adam Glapiński. Jest to bardzo dobra wiadomość dla budżetu. Jest też zła na przyszłość. Spora część tego zysku pochodzi z różnic walutowych. W zeszłym roku złoty tracił na wartości zatem wartość rezerw rosła. Trend ten wcale nie musi być utrzymany w 2017 roku, zatem zysk wpływający do przyszłorocznego budżetu może już nie być tak imponujący. To co ważne, to tak wysoki poziom zysku w tym roku daje szanse na nie przekroczenie progu zadłużenia po którym grozi nam powrót do unijnej procedury nadmiernego deficytu.

FED zamierza redukować swoje środki

W wyniku działań na rynkach w trakcie kryzysu z 2008 roku rezerwa federalna wykreowała bardzo dużą ilość środków. Powstawały one głównie w ramach operacji otwartego rynku, kiedy to za tzw. wydrukowane dolary skupowano z rynku wątpliwe aktywa. Polityka ta spowodowała wytworzenie imponującej sumy 3,5 bilionów dolarów. Dla porównania do 2008 roku wielkość kapitałów FED wynosiła zaledwie około biliona. Obecnie w zapisach z posiedzeń pojawia się informacja, że ta imponująca suma ma być zredukowana. Oznacza to, że konieczne będzie upłynnienie części nabytych aktywów. Na razie do momentu kiedy nie znamy skali rynki są spokojne, ale biorąc pod uwagę skalę temat ten może jeszcze nie raz w tym roku zmienić notowania dolara.

Dane makroekonomiczne

W nocy poznaliśmy słabszy od oczekiwań indeks PMI dla usług z Chin. Lepiej wypadł z kolei indeks zaufania konsumentów w Japonii. W obydwóch przypadkach dane te nie były na tyle istotne by wpłynąć znacząco na notowania walut. Dobre dane napłynęły od naszego południowego sąsiada. Produkcja przemysłowa rośnie o 2,7% wobec oczekiwanych 2,1%. O 11:00 poznaliśmy decyzję z Banku Indii. Nie zmieniono stóp procentowych.

 

Catalyst na tle rynków obligacji Europy Środkowej i Wschodniej. Nasza pozycja w regionie

Catalyst, czyli notowana część polskiego rynku obligacji korporacyjnych, przeżywa w ostatnich latach dynamiczny rozwój. Na koniec IV kwartału 2016r. wartość papierów korporacyjnych notowanych na Catalyst wyniosła 69 mld zł. Jak natomiast wyglądamy na tle Europy Środkowo-Wschodniej? A może powinniśmy postawić pytanie – jak ta część Europy wygląda na naszym tle? Zanim odpowiem na te i inne pytania, przyjmijmy na potrzeby poniższego artykułu, że na obszar Europy Środkowo-Wschodniej składają się kraje Grupy Wyszehradzkiej i republik nadbałtyckich (Litwa, Łotwa, Estonia) oraz Rumunia i Chorwacja.

Omówienie poszczególnych giełdowych rynków obligacji państw wymienionych wyżej rozpocznijmy od przedstawienia rynku najbliższego naszym sercom i pieniądzom – Catalyst-u. Powstał on w 2009 roku i od tamtej pory przeżywa nieprzerwany rozkwit. W 2010 r. notowane były na nim obligacje korporacyjne o wartości jedynie 17,34 mld zł, a liczba emitentów wynosiła 24. Już dwa lata później wartości te przedstawiały się znacznie lepiej 46,3 mld złotych obligacji notowanych na koniec okresu, wyemitowane przez 121 podmioty. Natomiast w roku 2015 mieliśmy już 148 emitentów i 60,3 mld zł notowanych obligacji. Na przestrzeni 5 lat widzimy zatem wzrost wartości notowanych obligacji korporacyjnych o 248 proc., z około 17,5 mld zł do ponad 60 mld zł, oraz liczby emitentów o ponad 500 proc. – z 24 do 148. Po krótce omówić można również strukturę zobowiązań firm w Polsce, swoją analizę oprę na wartości całego rynku obligacji korporacyjnych (tj. również części nienotowanej), bez obligacji wyemitowanych przez banki. W 2014 r. jedynie 14,9 proc. ogólnego zadłużenia przedsiębiorstw w Polsce miało swoje źródło w obligacjach korporacyjnych. Jednak również w tej materii zachodzi diametralna zmiana. Jeszcze w 2009 roku firmy posiadały 222 mld zł kredytów w bankach oraz zaledwie 12,2 mld zł zobowiązań wobec obligatariuszy. W roku 2012 było to odpowiednio 272 i 31,4 mld zł, natomiast w 2014 już 301 i 52,7 mld zł. Zatem średnioroczna dynamika wzrostu zadłużenia przedsiębiorców w bankach wynosiła zaledwie 6,3 proc., podczas gdy średnioroczna dynamika wzrostu finansowania poprzez obligacje korporacyjne wynosiła 34,0 proc. Po uświadomieniu sobie skali i wielkości Catalyst-u możemy przejść do omawiania poszczególnych rynków obligacji Europy Środkowej i Wschodniej.

Polak, Węgier, dwa bratanki?

Budapest Stock Exchange, czyli giełda węgierska, posiada rynek obligacji korporacyjnych, którego obecna wartość wynosi 3,65 mld euro, a więc około 15,8 mld złotych. Oznacza to, że rynek węgierski jest ponad 4- krotnie mniejszy od polskiego Catalyst. Jeżeli za kolejny ważny wskaźnik przyjąć stosunek jego wielkości do PKB, które na Węgrzech stanowi około 120 mld USD, rynek obligacji korporacyjnych stanowi 3 proc. węgierskiej gospodarki. Dla Catalyst stanowi około 3,5 proc. polskiego PKB (przy założeniu, że PKB Polski wynosi 474,8 mld dolarów, a kurs dolara – 4,13 zł). Dana, którą zostawiłem na koniec, jest także wiele mówiąca – na giełdzie w Budapeszcie notowane są obecnie obligacje korporacyjne 13 firm! W Polsce liczba takich podmiotów to 133 przedsiębiorstwa.

Sąsiedzkie obligacje

Giełda czeska, z siedzibą w Pradze, na tle węgierskiej może pochwalić się rynkiem obligacji korporacyjnych wartym 8,84 mld euro, czyli około 38,45 mld zł. W porównaniu do Catalyst-u dalej jest oczywiście prawie 2 -krotnie mniejszy. Również liczba firm, których obligacje są notowane jest dużo mniejsza. Jest ich aż, lub tylko 32. Samych emisji w 2016 roku było 86. W Polsce dla przykładu notowanych było – 385 serii. Kolejnym wskaźnik, czyli PKB. Stanowi ono w Czechach 182 mld USD, czyli giełdowy rynek obligacji korporacyjnych ma wartość 5,1 proc. czeskiego produktu krajowego. Ten wskaźnik wykazuje zatem względnie niewielką różnicę w porównaniu do Polski, gdzie jest to 3,5 proc. Trzeba tylko pamiętać, że polskie PKB jest o ok. 160 proc. większe niż czeskie. Ostatnia dana, jak w przypadku Węgier, będzie najciekawsza. Wartość obrotów, przyjmując kurs korony czeskiej na poziomie 0,1612, na rynku obligacji korporacyjnych, w ciągu całego roku 2015 wyniosła na rynku obligacji korporacyjnych 822 tys. złotych. W Polsce wartość obrotu sesyjnego oraz pakietowego w 2015 r. wyniosła 1,771 mld złotych. Wartość obrotów w Czechach stanowi 0,046 proc. tej wartości w Polsce.

Burza Cenných Papierov

Kończąc omawianie państw nalężących do Grupy Wyszehradzkiej przyszedł czas na Słowację. Jeżeli chodzi o wartość giełdowego rynku obligacji wynosi ona 4,83 mld euro, czyli około 21 mld złotych. Czyli jest on większy niż na Węgrzech (15,8 mld), ale mniejszy niż w Czechach i to prawie dwukrotnie( 38,5 mld). W 2015 roku 14 firm przeprowadziło w sumie 26 emisji – jednak ich wartość nie jest możliwa do oszacowania gdyż podawana jest włącznie z emisjami obligacji przez słowackie ministerstwo finansów, przez Narodowy Bank Słowacki oraz innych państwowych banków. Jedyna wydzielona informacja to wyżej wymieniona wartość rynku, czyli 21 mld złotych. Co ciekawe, za obroty na słowackiej Burzy w 98 proc. odpowiadają właśnie transakcje na obligacjach, oczywiście w głównej mierze państwowych, jednak mimo wszystko pokazuje to słabość rynku akcji i zwracanie się społeczeństwa oraz funduszy w stronę obligacji.

Bałtyckie obligacje

Kolejną grupą państw są Republiki Nadbałtyckie, czyli Litwa, Łotwa i Estonia. Wartość rynku obligacji korporacyjnych w Łotwie wynosi 10 mln euro, na Litwie 1,4 mld euro, a w Estonii – 340 mln euro. Są to zatem rynki nieporównywalnie mniejsze od tych omówionych wyżej. Jedynie giełda Litewska wyróżnia się na ich tle, ale raczej nieznacznie, będąc prawie 3-krotnie mniejszą od Węgierskiej, najmniejszej z państw Grupy Wyszehradzkiej. Na ich rynkach notowane są obecnie obligacje korporacyjne 20 przedsiębiorstw, jest to również liczba wszystkich emitentów występujących na tych rynkach.  Większość stanowią banki, inne sektory to moda, telekomunikacja, energetyka i pożyczki. Nie wdając się w szczegóły, przy tak niskich wartościach również obroty na tych rynkach są znikome, a większość z nich, jak można się domyślić, to transakcje na obligacjach banków. Wszystkie raczej skromne informacje na temat tych rynków dostępne są na Nasdaq Baltic – wspólnej stronie internetowej dla tych trzech rynków.

Łączna wartość rynku obligacji korporacyjnych Litwy, Łotwy i Estonii to 1,75 mld euro, czyli znacznie mniej niż któregokolwiek z państw Grupy Wyszehradzkiej. Dla ukazania perspektywy – Catalyst jest prawie 9-krotnie większy. Pokazuje to nic innego jak słabość rynku długu korporacyjnego w państwach nadbałtyckich. W porównaniu do nich Catalyst jest ogromny. Mimo że na tle państw Europy Zachodniej czy USA (rynek obligacji korporacyjnych wart na rok 2014 – 9 bilionów 770 miliardów DOLARÓW) jest raczej średnim, żeby nie powiedzieć małym, rynkiem to jest bezkonkurencyjny na tle naszej części Europy. Zatem jego ogromna przewaga nie może być przyczyną spoczęcia na laurach, wręcz odwrotnie.

Rubieże Europy Środkowo- Wschodniej

Do omówienie pozostały już tylko Chorwacja i Rumunia. Wartość rynku obligacji korporacyjnych w Chorwacji to 930 mln euro, a w Rumunii – 820 mln euro. Pod względem wielkości są to zatem rynki bardzo do siebie zbliżone. Na giełdzie w Zagrzebiu notowane są obecnie obligacje korporacyjne 14 firm, natomiast w Bukareszcie – 6. W Chorwacji są to obligacje z sektorów telekomunikacyjnych, finansowych, spożywczych, farmaceutycznych. W Rumunii natomiast 4 spośród tych 6 firm to banki. Jeżeli chodzi o wartość obrotów to na większości tych obligacji w przeciągu ostatniego roku odbyło się między 1 a 10 transakcji. Przepaść, jaka dzieli Catalyst od wyżej wymienionych rynków, jest zatem bardzo duża – wartość obrotów na obligacjach korporacyjnych w 2015 roku to 1,75 mld złotych, transakcji było około 59 tysięcy, czyli nieporównywalnie więcej niż w Rumunii i Chorwacji.

Jak na dłoni widać, że Polski rynek obligacji Catalyst na tle państw Europy Środkowej i Wschodniej jest prawdziwym prymusem, wartym na dziś dzień około 69 mld złotych. Jest on również największą i najbardziej różnorodną giełdą długu w regionie jeżeli chodzi o liczbę emisji. Z perspektywy tych krajów polski rynek obligacji korporacyjnych może stanowić przykład do naśladowania. W końcu istniejący od 2009 roku Catalyst w ciągu 7-8 lat swego istnienia stał się największym rynkiem obligacji korporacyjnych w tej części Europy. Przyczyn takiego stanu rzeczy jest zapewne wiele, wymieniając te najbardziej oczywiste – kryzys finansowy i odwrócenie się inwestorów indywidualnych, a tym samym instytucjonalnych od rynku akcyjnego na rzecz właśnie korporacyjnego – w 2011 roku aktywa funduszy obligacji korporacyjnych wynosiły 2,15 mld złotych, pod koniec 2016 roku już 15,36 mld. Kolejną z przyczyn jest spadek stóp procentowych i tym samym bardzo niskie oprocentowanie lokat, co doprowadziło do szukania alternatywnych metod lokowania wolnych środków do lokat bankowych. Dług korporacyjny nadaję się do tego idealnie. Ostatnią z przyczyn jest stopniowa zmiana świadomości samych przedsiębiorców, którzy odchodzą od finansowania poprzez kredyt bankowy i z coraz większym optymizmem zwracają się w stronę emisji obligacji. Widać to wyraźnie po przytoczonych wyżej danych, dotyczących średniorocznej dynamiki wzrostu finansowania poprzez obligacje korporacyjne i kredyty bankowe, gdzie wyraźną przewagę utrzymują właśnie obligacje. Jedną z przyczyn tego stanu rzeczy jest chociażby program Luzowania Ilościowego (QE), tak zwane emisje „śmieciowe” proponujące wysokie stopy zwrotu oraz wzrost świadomości inwestycyjnej klientów. Ich omówienie to już jednak temat na inny artykuł.

Z powyższych danych jasno wynika, że Catalyst jest niekwestionowanym liderem na rynku obligacji korporacyjnych w tej części Europy. Zarówno jeżeli chodzi o jego wartość, obroty, liczbę emisji i emitentów, pod każdym względem wyraźnie wyprzedamy wszystkie inne państwa. Kończąc zatem nasze rozważania trzeba pamiętać o jednym – wartość papierów notowanych na amerykańskim rynku długu korporacyjnego wynosi aż 9 bilionów 770 miliardów dolarów (dane na początek 2014 roku). Patrząc bliżej, w Niemczech w roku 2015 i 2016 zostały wyemitowane obligacje o wartości ponad 80 miliardów euro. W USA 17 proc. zadłużenia firm to kredyt bankowy, natomiast aż 83 proc. długu to właśnie obligacje korporacyjne. W Polsce wygląda to na odwrót – kredyty stanowią 85,1 proc. zobowiązań polskich firm, a obligacje ledwie 14,9 proc. W strefie euro 20 proc. struktury zobowiązań przedsiębiorstw stanowią obligacje korporacyjne. Na podstawie tych danych jasno wynika, że jest jeszcze bardzo dużo do zrobienia zarówno pod kątem wolumenu przyszłych emisji jak i zmiany sposobu finansowania się przedsiębiorstw. O ile w porównaniu do krajów Europy środkowej i wschodniej jesteśmy prymusem i można stawiać nas za przykład, o tyle na tle krajów Europy Zachodniej czy właśnie USA, jesteśmy niedużym, mało znaczącym rynkiem, gdzie niewiele firm finansuje się obligacjami. Dużo już zrobiliśmy, ale jeszcze więcej jest do zrobienia.

Raport Coface: badanie płatności wśród firm w Chinach

Z badania płatności, w którym udział wzięło 1 017 chińskich przedsiębiorstw wynika, że w 2016 roku sytuacja w zakresie spłat należności poprawiła się. Mniej, bo 68 proc. firm-respondentów posiadało w minionym roku zaległości płatnicze (w porównaniu ze średnią za okres ostatnich 5 lat kształtującą się na poziomie 80 proc.), ponadto mniej respondentów wykazało wzrost zaległości płatniczych. Jednak sytuacja związana z najdłuższymi zaległościami płatniczymi jest alarmująca, gdyż 35,7 proc. tych firm posiadało przeterminowania powyżej 180 dni, które przekroczyły 2 proc. ich rocznych obrotów.

W 2016 roku odnotowano również wzrost liczby firm (z 21 proc. w 2015 r. do 26,3 proc. w 2016 r.), które wykazywały średni okres przeterminowania płatności na poziomie 90 dni lub więcej. Ponadto nastąpił bardzo gwałtowny wzrost liczby respondentów (do 15,9 proc. podczas, gdy w 2015 r. wyniósł 9,9 proc.) ze średnim okresem przeterminowania powyżej 150 dni.

Z doświadczenia Coface wynika, że około 80 proc. wierzytelności nie zostanie w ogóle spłaconych, jeśli opóźnienie w płatności przekracza 180 dni. Jeżeli bardzo długie zaległości płatnicze stanowią ponad 2 proc. rocznych obrotów firmy ogółem, płynność firmy może zostać zagrożona, a jej zdolność do spłaty kwot należnych dostawcom z pewnością zacznie budzić wątpliwości.

Warto dodać, że 35,7 proc. respondentów (w 2015 r. było ich 33,4 proc.) wskazało, że bardzo długie zaległości płatnicze stanowiły ponad 2 proc. ich rocznych obrotów ogółem. Ponadto wzrosła liczba firm (z 8,7 proc. w 2015 r. do 10,9 proc. w 2016 r.), w których bardzo długie opóźnienia stanowiły ponad 10 proc. ich rocznych obrotów ogółem. Znacznie zmniejsza to przepływy pieniężne, które stanowią siłę napędową firmy.

Chińskie firmy, które spotkały się z opóźnieniami w odzyskaniu należności znalazły się w bardzo trudniej sytuacji finansowej. Trudności potęgowane są przez bardziej restrykcyjną politykę pieniężną i kredytową, prowadzoną w 2017 r., ostrzejszą konkurencję w ostatnich latach oraz ograniczone marże z powodu nadwyżki mocy produkcyjnych w przemyśle, wywołane mniejszym popytem.

Sektory wysokiego ryzyka: budownictwo, chemia, maszyny przemysłowe i elektronika

Spośród 11 sektorów analizowanych w ramach badania, aż w sześciu odnotowano pogorszenie: chemicznym, maszyn przemysłowych i elektroniki, teleinformatycznym, metalurgicznym, farmaceutycznym i sprzedaży detalicznej.

Sektor metalurgiczny, który był sektorem bardzo wysokiego ryzyka w ciągu ostatnich kilku lat, wykazywał pewne oznaki poprawy, na którą miały wpływ takie czynniki jak restrukturyzacja i wzrost cen metali. Wiele firm w tym sektorze nadal boryka się przeterminowanymi należnościami – chociaż mniej firm musiało stawić czoła bardzo długim opóźnieniom płatniczym, które stanowiły ponad 10 proc. ich obrotów.

Długoterminowe prognozy dla sektora farmaceutycznego są pozytywne. Sprzyjają mu czynniki wzrostu strukturalnego (takie jak starzenie się społeczeństwa i wzrost dochodu na jednego mieszkańca), jednak wyniki badania płatności wyraźnie wskazują na zadziwiające pogorszenie pod względem zaległości płatniczych w roku 2016 (w porównaniu z rokiem 2015). Wynika to częściowo z szybko rozwijających się ram regulacyjnych i politycznych, obejmujących wdrożenie systemu dwóch faktur, który został przetestowany w 11 prowincjach.

W branży AGD i RTV ryzyko braku zapłaty utrzymywało się na stałym poziomie, podczas gdy w sektorach takich jak motoryzacja i transport, budownictwo, sektor papierniczo-drzewny oraz tekstylno-odzieżowy odnotowano poprawę pod względem zaległości płatniczych.

Pomimo pewnej poprawy, w 2016 r. budownictwo w Chinach nadal było branżą najbardziej narażoną na ryzyko, przy czym 45,9 proc. firm (największy odsetek respondentów spośród wszystkich sektorów) wykazywało bardzo długie opóźnienia płatnicze stanowiące 2 proc. lub więcej ich obrotów. 2017 będzie kolejnym rokiem pełnym wyzwań dla poważnie zadłużonych przedsiębiorstw budowlanych w kontekście trudniejszych warunków finansowych i kredytowych.

Poprawa sytuacji w sektorze motoryzacyjnym i transportowym, którą odnotowano w ubiegłym roku dzięki rządowym zachętom podatkowym, mającym na celu zwiększenie sprzedaży samochodów jest prawdopodobnie krótkotrwała. W przyszłości mogą wystąpić trudności wynikające z większej konkurencji na rynku, niższego popytu na samochody i rosnących kosztów surowców.

Coface prowadzi badania w zakresie zarządzania kredytami firmowymi w Chinach od 2003 roku. Badanie z 2016 roku (przeprowadzone między październikiem a listopadem 2016 r.) było już czternastą edycją. W badaniu wzięło udział 1 017 firm. Sporządzona analiza daje wgląd w sytuację dotyczącą doświadczeń płatniczych wśród firm w Chinach.

Profil w mediach społecznościowych zdecyduje o wysokości pożyczki

Sławomir Pawlik, CEO Profi Credit Polska
Sławomir Pawlik, CEO Profi Credit Polska

W sektorze pożyczkowym trwa wyścig po coraz bardziej wiarygodnego klienta. W zawodach tych poza samą ofertą cenową, coraz większą rolę odgrywają czas wydania decyzji, koszt weryfikacji zdolności kredytowej, źródła wiarygodnych informacji o kliencie, samoobsługowość, ograniczenie formalności i komfort klienta. Po części wynika to ze zmiany pokoleniowej wśród klientów firm pożyczkowych. Coraz częściej są to tzw. millenialsi – osoby świadome swoich praw konsumenckich, potrzeb, możliwości, biegle korzystające z nowoczesnych technologii, ceniące swój czas i wygodę. W Polsce to grupa licząca 11 mln osób.

Chęć dostosowania produktów i obsługi do oczekiwań tej grupy społecznej sprawiło, że firmom pożyczkowym nie wystarczają już tradycyjne źródła wiedzy o klientach. Co miesiąc w całej Europie o pożyczkę online aplikuje ok. 9 mln millenialsów, ale zaledwie 13% wniosków jest rozpatrywana pozytywnie. Przekłada się to wprost na stosunkowo niską sprzedaż, niezadowolenie klientów i niewykorzystany spory nakład pracy. Dlatego pozabankowe firmy pożyczkowe coraz częściej sięgają po efektywniejsze narzędzia FinTechowe, by ułatwić osobom bez historii kredytowej dostęp do swojej oferty. Jak się okazuje, dobrym źródłem informacji o klientach są ich profile w mediach społecznościowych oraz ich dane behawioralne, czyli analiza zachowania w Internecie. Nowoczesne narzędzia scoringowe za zgodą klienta przyjrzą się jego zwyczajom, decyzjom, opiniom, wydarzeniom, w których uczestniczy. Na tej podstawie budują profil uwzględniający silne i słabe strony jako klienta instytucji pożyczkowej. Narzędzia te pozwalają pozyskać dane o klientach, przeanalizować je oraz wydać opinię o jego zdolności kredytowej tu i teraz. Wszystko to trwa zaledwie kilka sekund, a w rezultacie pozwala zaproponować klientowi indywidualnie sparametryzowany produkt. Dotychczasowe doświadczenia pokazują, że dzięki tej metodzie proces przyznawania pożyczek znacznie przyspieszył a odsetek pozytywnie rozpatrzonych wniosków podwoił się.

Takie podejście wydaje się być zgodne z unijną dyrektywą PSD2, która ma zacząć obowiązywać od stycznia 2018 roku. Zgodnie z jej zapisami możliwe będzie uzyskanie dostępu do informacji o kliencie u jego aktualnego dostawcy usług finansowych. Oznacza to znaczne ułatwienie agregowania danych o kliencie, istotne wsparcie profilowania oraz procesu decyzyjnego.

Z dużym prawdopodobieństwem można założyć, że w ciągu najbliższych 2 lat narzędzia FinTech staną się jeszcze popularniejsze, choć już teraz Polska może pochwalić się największym wśród państw CEE rynkiem o wartości 856 mln EUR. Staną się powszechne w aplikacjach mobilnych i serwisach online oferujących pożyczkę przez Internet.

Czy złoty utrzyma wznoszący kurs?

Obecne poziomy złotego wobec dolara, euro czy franka są prawdopodobnie nie do utrzymania. Polska waluta w dalszej części roku może tracić na wartości, a w każdym razie obecnie mamy do czynienia z sytuacją, w której ograniczony jest potencjał złotego do wzrostu, za to większy do spadku – mówi Bartosz Grejner, analityk Cinkciarz.pl.

Złoty w ostatnich trzech miesiącach wzmacniał się w relacji do dolara, euro, funta, franka szwajcarskiego. Z jakiego powodu?

Bartosz Grejner, analityk Cinkciarz.pl: – Złożyło się kilka czynników preferencyjnych dla polskiej waluty. Po gorszych od oczekiwań październikowych danych odnośnie produkcji przemysłowej i budowlano-montażowej czy sprzedaży detalicznej, mogących sugerować niższe tempo wzrostu gospodarczego, kolejne trzy miesiące pozytywnie zaskoczyły część ekonomistów, co przyczyniło się do wzmocnienia złotego.

Kolejne czynniki były bardziej specyficzne dla poszczególnych walut. Dolar nie utrzymał tendencji wzrostowych po listopadowych wyborach prezydenckich i zaczął wyraźnie tracić na wartości. Euro było cały czas osłabiane przez bardzo łagodną politykę monetarną prowadzoną, przez Europejski Bank Centralny. Z kolei kondycja funta jest gorsza przez Brexit i związane z nim obawy dla gospodarki brytyjskiej. Złotemu pomogły też nastroje na rynkach  krajów wschodzących, co można było zaobserwować również w przypadku węgierskiego forinta.

Jeśli uwzględnimy okres od początku br. do końcówki marca, jak duże zmiany nastąpiły?

– Złoty umocnił się wobec euro oraz franka o 3 proc., wobec funta o 4 proc., natomiast wobec dolara o 6 proc.

Dla kogoś, kto zarabia w polskiej walucie i spłaca kredyt walutowy, np. we frankach, wzmocnienie złotego jest korzystne. Kiedy jednak zapytamy Polaka, który zarabia np. w euro lub w funtach, ale odnosi swoje zarobki do cen i realiów życia w Polsce, powie, że nastąpiła “niedobra zmiana”.

– Trzeba sobie zdać sprawę, że kursy wymiany walut podlegają ciągłym wahaniom. Oczywiście z punktu widzenia kogoś, kto zarabia w obcej walucie czy spłaca kredyt we frankach, zmiany mogą wydawać się zero-jedynkowe – albo zyskujemy, albo tracimy. Należy jednak pamiętać, że zmiany kursów walut wpływają również szerzej na całą gospodarkę, co także może dotykać osoby, które bezpośrednio nie są zainteresowane wymianą walut. Zmiany wpływają m.in. na opłacalność eksportu, która jest tym większa, im waluta jest słabsza, oraz importu – produkty stają się tańsze, gdy waluta jest silniejsza. Opłacalność eksportu i importu przekłada się na zmianę tempa wzrostu gospodarczego, od czego zależy m.in. poziom płac w gospodarce czy zatrudnienie. Wzrost lub spadek kursu wymiany złotego w relacji do danej waluty może wpływać także na zmianę wartości długu zagranicznego Polski. Gdy nasza waluta drożeje, dług się odpowiednio zmniejsza. Czy chcemy tego czy nie, kursy walutowe odgrywają w naszym życiu istotną rolę.

Czy można określić, co się zdarzy w perspektywie najbliższych kilku tygodni czy miesięcy? Sytuacja ustabilizuje się na obecnym poziomie? Złoty nadal będzie rósł w siłę? A może wrócimy do stanu z przełomu roku?

– Obecne poziomy złotego wobec dolara, euro czy franka są prawdopodobnie nie do utrzymania. Polska waluta w dalszej części roku może tracić na wartości. Dlaczego? Podam pod rozwagę kilka kwestii. Rentowności obligacji amerykańskich oraz dolar prawdopodobnie będą rosły wraz z wprowadzeniem zmian przez nową administrację w USA. Chodzi m.in. o obniżenie podatków czy zwiększenie wydatków infrastrukturalnych. Z kolei z Europejskiego Banku Centralnego zaczynają napływać sygnały sugerujące nieco bardziej restrykcyjną niż obecnie politykę monetarną. Ponadto u schyłku roku 2017 kończy się comiesięczny program skupu aktywów. Obecnie w wypadku tego programu mówimy o 60 mld euro miesięcznie. Jeżeli EBC nie przedłuży skupu, bądź choćby napomknie, że tego nie zrobi, może to znacznie wzmocnić euro. Wreszcie polityka monetarna polskiego banku centralnego (NBP) może osłabiać złotego. Podczas ostatniej konferencji prasowej prezes NBP zasugerował możliwość utrzymania stóp procentowych na niezmienionym poziomie nie tylko w 2017 r., ale również w 2018 r. Brak zmian w poziomach stóp w Polsce, podczas gdy w USA i prawdopodobnie w strefie euro stopy procentowe się zwiększą, będzie wywierał presję na osłabienie się złotego.

Skoro złoty umocnił się w dużej mierze ze względu na to, co się dzieje w innych krajach, to czy w Polsce może stać się jeszcze coś, co osłabi naszą walutę?  

– Z czynników wewnętrznych na złotego oddziałuje polityka monetarna, prowadzona przez bank centralny, a ostatnie sygnały sugerują jej łagodne podejście, co negatywnie może przekładać się na złotego. Rosnąca inflacja pozytywnie wpływała na złotego, ponieważ zwiększała prawdopodobieństwo podniesienia stóp procentowych. Była jednak spowodowana głównie przez globalny wzrost cen surowców energetycznych, przede wszystkim ropy. Efekt ten jednak już wygasa, bo ceny ropy zaczynają się stabilizować. Dane z polskiej gospodarki również mogą odgrywać istotną rolę w wycenie złotego – po lepszym od oczekiwań okresie listopad-styczeń, w lutym dane nieco zawiodły oczekiwania rynkowe. Może to z kolei obniżać oczekiwane tempo wzrostu gospodarczego, co ostatecznie negatywnie przełożyłoby się na wartość polskiej waluty. Nie należy zapominać też o ratingu nadawanym przez agencje ratingowe. Biorąc pod uwagę komunikaty agencji, ocena ratingowa uzależniona jest przede wszystkim od działań polskiego rządu. W przypadku podejmowania działań mogących prowadzić do istotnego zwiększenia się długu publicznego lub deficytu, rating kraju mógłby zostać obniżony, co również osłabiłoby złotego.

Jeśli ktoś zamierza kupić obcą walutę, to czy powinien zwlekać w oczekiwaniu na korzystniejsze kursy?

– Kursy walut na przestrzeni krótkiego okresu czasu mogą się poddawać istotnym wahaniom, stąd wybór idealnego momentu do zakupu może być trudny. Ogólnie dobrym pomysłem może być więc rozłożenie planowanego zakupu waluty w czasie. Wygładzamy w ten sposób średnią cenę zakupu i ograniczamy ryzyko niekorzystnych dla nas wahań. Jednak biorąc pod uwagę czynniki wymienione wcześniej, polska waluta ma obecnie ograniczony potencjał do wzrostu, ale za to większy do spadku. Stąd wymiana większej części obecnie może okazać się optymalnym rozwiązaniem.

Geotrans ogłasza Strategię rozwoju na lata 2017-2020

Geotrans, podmiot zajmujący się gospodarką odpadową w branży ochrony środowiska, zaprezentował Strategię rozwoju na lata 2017-2020. Dalszy rozwój skali działalności w zakresie odpadów poprocesowych, kontynuacja osiągania coraz wyższych wyników finansowych, spadek zaangażowania w przejętą Kompanię Elektryczną i osiągnięcie kapitalizacji pozwalającej na debiut na GPW – to jej główne założenia. Spółka odniosła się także do realizacji Strategii za poprzednie lata.

Okres obowiązywania naszej poprzedniej Strategii minął, dlatego postanowiliśmy zaprezentować naszym obecnym i potencjalnym Akcjonariuszom zaktualizowany Plan rozwoju do 2020 r. W jego ramach chcemy skupiać się na obszarach, w których mamy najwyższe kompetencje i doświadczenie. Stawiamy na dalszy rozwój usług zagospodarowywania osadów świadczonych dla jednostek publicznych i samorządowych. W dalszym ciągu widzimy duży potencjał wzrostu odbioru ubocznych produktów spalania. To w założeniu pozwoli nam na osiągnięcie kapitalizacji rzędu 12 mln EUR i tym samym przejście na Główny Rynek GPW. Ponadto, w najbliższych latach chcemy zmniejszać nasz udział w spółce zależnej Kompania Elektryczna – dodał Przemysław Weremczuk.

Realizacja nowej Strategię rozwoju na lata 2017-2020, odbywać się będzie poprzez osiągniecie następujących celów:

  • Ugruntowanie pozycji krajowego lidera w odbiorze i zagospodarowaniu ustabilizowanych komunalnych osadów ściekowych;
  • Dalszy rozwój działu zagospodarowania ubocznych produktów spalania (UPS);
  • Koncentracja Zarządu na dalszym wzroście wyników finansowych;
  • Zmniejszenie zaangażowania w spółkę zależną Kompania Elektryczna sp. z o.o.;
  • Osiągnięcie kapitalizacji na poziomie co najmniej 12 mln EUR (pow. 10 zł/akcja) i zbudowanie bazy kapitałowej m.in. przez wypracowane zyski z działalności.

Spółka skomentowała również stan realizacji poprzedniej Strategii, zapisanej w Dokumencie Informacyjnym z 23 lipca 2015 r., przed debiutem na rynku New Connect. Mimo nieosiągnięcia planowanej kapitalizacji, podstawowe założenia zostały zrealizowane.

Minione lata to z pewnością udany czas dla naszej Spółki. Z sukcesem zrealizowaliśmy planowaną ekspansję na kolejne województwa, a także rozszerzyliśmy ofertę usługową o zagospodarowanie ubocznych odpadów ściekowych, co w ostatnich kwartałach przynosi najwyższą dynamikę wzrostów. Przede wszystkim jednak Geotrans zdobył pozycję największego w Polsce podmiotu zajmującego się odbiorem i zagospodarowywaniem ustabilizowanych komunalnych osadów ściekowych, zarówno w ujęciu ilościowym, jakościowym, jak i skali działania – dodał Przemysław Weremczuk.

Spółka 14 lutego 2017 r. zaprezentowała wyniki finansowe za IV kwartał i tym samym wstępnie za 2016 r. Całoroczne przychody ze sprzedaży wzrosły do 15,8 mln zł (+100%), zysk EBITDA do 3,2 mln zł (+55%), a zysk na poziomie netto – do 2,4 mln zł (+35%).

Prawo autorskie v. internetowa wolna amerykanka: jak współcześnie chronić interesy twórców?

Jedną z inicjatyw w ramach strategii Jednolitego Rynku Cyfrowego jest reforma reżimu dotyczącego praw autorskich. Udostępnianie treści audiowizualnych czy e-booków w Internecie jest coraz bardziej powszechne, dlatego najwyższy czas na wprowadzenie odważnych i przemyślanych zmian w tym obszarze.                                       

Skuteczniejsza ochrona praw autorskich w obliczu technologicznych zmian sposobu dostarczania usług audiowizualnych i innych treści cyfrowych w Internecie jest jednym z wyzwań, przed którymi stoi obecnie Unia Europejska. Toczące się prace nad opublikowanym we wrześniu 2016 roku pakietem proponowanych regulacji, w tym projektem dyrektywy w sprawie praw autorskich na Jednolitym Rynku Cyfrowym, budzą wśród twórców, dostawców i odbiorców wiele wątpliwości – nie tylko o podłożu ekonomicznym.

Naukowcy w obronie wolności prasy

Opublikowany 22 lutego 2017 r. list otwarty naukowców uniwersytetów z całej Europy zajmujących się prawami autorskimi wskazuje jako problematyczne dwa artykuły z proponowanej dyrektywy w sprawie praw autorskich na JRC: art. 11 dotyczący praw wydawców publikacji prasowych oraz art. 13 dotyczący odpowiedzialności za objętą prawami autorskimi treść umieszczaną na platformach internetowych. Propozycja zawarta w artykule 11 dotyczy m.in. wprowadzenia trwającego 20 lat wyłącznego prawa wydawców publikacji prasowych do: „zezwalania lub zabraniania bezpośredniego lub pośredniego, tymczasowego lub stałego zwielokrotniania utworu, przy wykorzystaniu wszelkich środków i w jakiejkolwiek formie, w całości lub częściowo”.

Zgodnie z projektem dyrektywy ma ona nie dotyczyć tzw. „czynności linkowania” oraz cytowania artykułów w celu dokonania ich krytyki lub recenzji. Ta z pozoru konkretnie określona propozycja została poddana miażdżącej krytyce w liście Copyright Reform: Open Letter from European Research Centres. Autorzy wskazują, że za sprawą tego przepisu zostałaby stworzona konstrukcja podwójnego prawa dotyczącego tego samego utworu. Pierwsze nabywałby wydawca prasy od autora danego artykułu. Drugie zaś tworzone byłoby przez proponowany artykuł i przysługiwałoby wydawcy z samego tytułu bycia wydawcą.

Propozycja jest niekorzystna zarówno dla autorów, jak i dla chętnych do nabycia danego utworu: pozostaje niejasne, od kogo prawa do danego utworu powinny zostać nabyte – od autora? wydawcy? obu? Ponadto Komisja nie oceniła, jakie będą konsekwencje wprowadzenia propozycji wśród małych wydawców, których możliwości zdobywania artykułów czy negocjowania cen licencji są ograniczone.

Przede wszystkim jednak proponowana forma ochrony wydawców publikacji prasowych już w momencie ewentualnego jej przyjęcia byłaby regulacją przestarzałą. Nie odnosi się bowiem w ogóle do możliwości tworzonych przez nowe technologie innych niż „czynności linkowania”. Jak wskazują autorzy listu nie odnosi się ona także do stosowania wobec publikacji prasowych metod text mining, czyli do wydobywania danych z tekstu i ich późniejszej obróbki. Komisja nie podjęła się regulacji palących problemów wymagających dostosowania prawa autorskiego do nowej rzeczywistości technologicznej.

Ochrona praw autorskich a cenzura

Kontrowersje wokół proponowanego art. 13 mają bardziej uniwersalny charakter. Przyjęcie przepisu w tej formie odwracałoby funkcjonujące w prawie unijnym mechanizmy dotyczące ponoszenia odpowiedzialności za treści umieszczane na platformach internetowych. Dotychczasowy porządek, w którym dane utwory naruszające prawa autorskie były usuwane w następstwie zgłoszenia naruszenia, zostałby zastąpiony prewencyjną kontrolą. Dostawcy usług w Internecie byliby zobowiązani wprowadzić filtry, które odsiewałyby treści naruszające prawa autorskie. Obowiązek ten stanowiłby – podobnie jak w wypadku art. 11 – większe obciążenie dla mniejszych portali, platform i start-upów. Ponadto wskazuje się na niezgodność proponowanych regulacji z Kartą Praw Podstawowych: zarówno ze względu na utrudnienie w prowadzeniu własnego biznesu, jak i możliwy wpływ na ograniczenia wolności słowa z punktu widzenia użytkowników. 

Wątpliwa przyszłość propozycji 

Nie tylko naukowcy zajmujący się prawami autorskimi wyrazili gwałtowny sprzeciw wobec proponowanych zmian i zaniepokojenie brakiem uzasadnień dla proponowanych rozwiązań. Zarówno Komisja Kultury i Edukacji, jak i Komisja Rynku Wewnętrznego i Ochrony Konsumentów w swoich wstępnych opiniach zaproponowały szereg poprawek do obu artykułów. Proponowane poprawki mają jednak dość zróżnicowany charakter. W przypadku art. 11 opinia Komisji Kultury i Edukacji zawiera m.in. sugestię ograniczenia czasu trwania prawa do trzech lat, w porównaniu do proponowanych przez Komisję dwudziestu. Opinia Komisji Rynku Wewnętrznego i Ochrony Konsumentów sugeruje zaś usunięcie całego artykułu. Podobnie w wypadku art. 13 propozycje zmian są dosyć rozbieżne (zob.: komentarze L. Blanco, źródło poniżej). Stąd też niemożliwa wydaje się ocena, na ile poważnie potraktowane zostaną uwagi formułowane przez specjalistów w obszarze praw autorskich, a także jak ich apele zostaną odzwierciedlone w ostatecznej formie dyrektywy.

Można jednak stwierdzić z pewnością, że wnioski legislacyjne z pakietu, który ma unowocześnić system ochrony praw autorskich w Unii Europejskiej, nie dostarczają odpowiedzi na pytanie, jak powinno się współcześnie chronić interesy twórców. Zdaniem specjalistów wstępne propozycje doprowadzić mogłyby jedynie do wzmocnienia dużych – głównie amerykańskich – graczy na rynku dostarczania treści audiowizualnych w sieci. Niekoniecznie zaś przyniosłyby realne korzyści czy to samym twórcom, czy nawet europejskim wydawcom, producentom czy start-upom – do czego teoretycznie miała prowadzić reforma.  

Autor: Joanna Mazur, Analityk DELab UW

Źródła:

Draft Opinion of the Committee on the Internal Market and Consumer Protection for the Committee on Legal Affairs on the proposal for a directive of the European Parliament and of the Council on copyright in the Digital Single Market dostępna tutaj.

Draft Opinion of the Committee on Culture and Education for the Committee on Legal Affairs on the proposal for a directive of the European Parliament and of the Council on copyright in the Digital Single Market dostępna tutaj.

Dyrektywa 2001/29/WE Parlamentu Europejskiego i Rady z dnia 22 maja 2001 r. w sprawie harmonizacji niektórych aspektów praw autorskich i pokrewnych w społeczeństwie informacyjny dostępna tutaj.

European Copyright Society, Opinion on European Commission Proposals for Reform of Copyright in the EU dostępna tutaj.

Komentarze autorstwa Laury Blanco do opinii Komisji Kultury i Edukacji w Parlamencie Europejskim odnośnie do dyrektywy dostępny tutaj zaś odnośnie do opinii Komisji Rynku Wewnętrznego i Ochrony Konsumentów tutaj.

List Copyright Reform: Open Letter from European Research Centres dostępny tutaj.

Opinia On Online Platforms and the Commission’s New Proposal for a Directive on Copyright in the Digital Single Market autorstwa Christiny Angelopoulos dostępna tutaj.

Wniosek: dyrektywa Parlamentu Europejskiego i Rady w sprawie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym dostępny tutaj.

Wniosek dotyczący rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady ustanawiającego przepisy dotyczące wykonywania praw autorskich i praw pokrewnych mające zastosowanie do niektórych transmisji online prowadzonych przez organizacje radiowe i telewizyjne oraz do retransmisji programów telewizyjnych i radiowych dostępny tutaj.

Alain Simonnet na stanowisku Dyrektora Zarządzającego w 3M Poland

Funkcję Dyrektora Zarządzającego 3M Poland od 1 kwietnia 2017 roku obejmuje Alain Simonnet. Na tym stanowisku zastąpi Sebastiana Aranę, który zarządzał firmą 3M w Polsce od 2014.

Alain Simonnet uzyskał tytuł magistra inżynierii mechanicznej i lotniczej w École nationale d’ingénieurs de Tarbes we Francji, a także ukończył brytyjski The Chartered Institute of Marketing. Posiada również tytuł Black Belt Lean Six Sigma.

Nowy dyrektor zarządzający dołączył do firmy 3M w Wielkiej Brytanii w 1990 roku.  Piastował wiele stanowisk związanych ze sprzedażą i marketingiem, stopniowo zwiększając zakres odpowiedzialności z lokalnej na europejską. Kolejnym punktem na ścieżce jego kariery w 3M była funkcja Dyrektora ds. Marketingu Korporacyjnego we Francji, a następnie stanowisko Dyrektora Handlowego Rynku w grupie biznesowej Grafika Reklamowa, a później w grupie Przemysłowej. Zarządzał również Centrum Obsługi Klienta we Francji.

Nowy dyrektor zarządzający 3M Poland posiada duże doświadczenie zawodowe związane z zarządzaniem wieloma organizacjami oraz obsługą klienta.

─ Mam nadzieję, że dzięki mojemu doświadczeniu biznesowemu będę mógł efektywnie i skutecznie zarządzać firmą 3M w Polsce. Cieszy mnie to, że moim nowym zawodowym wyzwaniem będzie stanie na czele firmy 3M właśnie w Europie Środkowo-Wschodniej gdzie chciałbym zadbać o naszych klientów i interesariuszy, jednocześnie mając świadomość jak strategiczny dla 3M jest to rynek – powiedział Alain Simonnet.

BioMaxima S.A. dynamicznie zwiększa sprzedaż w 1 kw. 2017 r.

BioMaxima S.A., notowana na NewConnect firma działająca na rynku diagnostyki laboratoryjnej, polski producent podłoży mikrobiologicznych, a także szerokiej gamy odczynników i aparatury do diagnostyki in vitro, zakończyła 1 kw. 2017 r. przychodami netto ze sprzedaży w wysokości 7.132 tys. zł, notując tym samym blisko 22% wzrost w porównaniu z analogicznym okresem 2016 r.

Emitent w pierwszych trzech miesiącach 2017 r. zwiększył sprzedaż we wszystkich grupach asortymentowych oprócz aparatury. Najwyższa progresja przychodów została osiągnięta w segmencie mikrobiologii, co jest związane ze zrealizowanym w minionym roku połączeniem ze spółką BIOCORP Polska Sp. z o.o. Obecnie ten obszar stanowi fundament sprzedaży zarówno na rynku krajowym, jak i w eksporcie. Oferta Biocorp ma również udział w innych segmentach sprzedażowych, w tym w usługach doradczych (szkolenia). Sprzedaż Spółki na rynkach zagranicznych w 1 kw. 2017 r. zanotowała wyraźny, prawie 63% wzrost w ujęciu rdr. Bardzo dobrze przedstawia się również wartość wygrywanych przez BioMaxima S.A. postępowań przetargowych, która w miesiącach styczeń-marzec 2017 r. wyniosła 2.759 tys. zł, podczas gdy w analogicznym okresie 2016 r. było to odpowiednio 2.059 tys. zł.

„Jesteśmy zadowoleni z wyników uzyskanych na koniec marca. Odzwierciedlają one wpływ dotychczasowych zmian w strukturze zespołu handlowego oraz pracy nad integracją firmy. Widać także efekty poszerzonej grupy kontrahentów w kraju, co przekłada się chociażby na wartość wygranych postępowań przetargowych. Można również zauważyć, że rośnie eksport realizowany w nowej, połączonej sieci dystrybutorów. Nadal inwestujemy w obecność na targach, dostępność obcojęzycznych materiałów o naszej ofercie oraz promujemy ofertę przemysłową za granicą. Liczymy więc, że ten trend wzrostowy się utrzyma.” – podkreśla Łukasz Urban, Prezes Zarządu BioMaxima S.A.

W marcu br. BioMaxima S.A. podpisała umowę współpracy z Pure Biologics Sp. z o.o. obejmującą komercjalizację rezultatów prac badawczo-rozwojowych prowadzonych przez Pure Biologics, które są związane z nowymi narzędziami do diagnostyki in vitro. Obad podmioty będą współpracowały w obszarze wdrażania do produkcji szybkich testów, opartych na systemach diagnostycznych stworzonych przy użyciu narzędzi biotechnologicznych opracowanych przez Pure Biologics, m.in. platformy selekcji przeciwciał rekombinowanych z bibliotek, platformy selekcji aptamerów DNA oraz technologii Pure Biologics do otrzymywania rekombinowanych białek. BioMaxima S.A. przewiduje, że zawarta umowa umożliwi jej tworzenie szybkich testów w obszarach, w których istnieje zapotrzebowanie rynkowe na nową lub przyspieszoną ścieżkę diagnostyczną, m.in. w wykrywaniu nowotworów, zakażeń bakteryjnych oraz wirusowych. Podpisana umowa uszczegółowiła podział kompetencji obu stron. Pure Biologics będzie odpowiedzialne za opracowanie technologii. Z kolei BioMaxima S.A. będzie zajmowała się jej testowaniem, budową prototypów oraz wdrażenim do produkcji, po uprzednim procesie rejestracji.

„Współpraca z Pure Biologics to działanie obliczone na to, aby zapewnić sobie dostęp do nowych metod badawczych, gdzie będziemy mogli jako pierwsi wprowadzać nowe rozwiązania na rynku, tam gdzie są one najbardziej oczekiwane. Prace nad pierwszym projektem ruszą jeszcze w tym półroczu.” – zakończył Prezes Urban.

BioMaxima S.A. sfinalizowała w ub. roku proces połączenia z BIOCORP Polska Sp. z o.o., dzięki czemu umocniła swoją pozycję rynkową w segmencie mikrobiologii oraz znacząco zwiększyła przychody z eksportu. Emitent w 2016 r. zrealizował także transakcję nabycia dwóch rumuńskich spółek QIAS MED oraz ISTAR. W najbliższym czasie połączą się one z należącą do BioMaximy spółką Roco Sistem i stworzą nowy podmiot o nazwie BioMaxima Romania srl., którego celem będzie zapewnienie produktom BioMaxima znaczącego udziału w rumuńskim rynku diagnostyki.

Polacy najbardziej przychylni przyjmowaniu imigrantów z Ukrainy, Czech, Słowacji, Litwy i Wietnamu

Spośród 14 narodów, które pojawiły się w badaniu ilościowym przeprowadzonym na zlecenie Związku Przedsiębiorców i Pracodawców (ZPP) przez firmę Maison&Partners  wynika, że Polacy są najbardziej otwarci na przyjmowanie jako imigrantów naszych najbliższych sąsiadów: Ukraińców, Czechów, Słowaków i Litwinów, z czego zdecydowanie największa otwartość jest wobec Ukraińców (26% to popiera– 2017 r.).

Głównym celem badania było poznanie opinii Polaków na temat przyjęcia imigrantów różnych narodowości (porównanie wyników z poprzednią falą badania przeprowadzoną w 2016 r.) oraz postrzeganie przez nich wybranych narodowości.

W naszym kraju brakuje rąk do pracy. Mówimy tutaj o zawodach, w których Polacy po prostu nie chcą pracować. Aby zapewnić dotychczasowy poziom rozwoju i usług publicznych do 2020 roku potrzebujemy ściągnąć milion rąk do pracy. Polacy przychylnie odnoszą się do tego, aby w naszym kraju pracowali Ukraińcy, Czesi, Słowacy, Litwini, ale także Wietnamczycy. Łatwo się asymilują, nie ma z nimi problemów, sami uczą się języka i przede wszystkim sumiennie wykonują zlecone im prace. Uprzedzenia co do tych nacji są bezpodstawne – skomentował Cezary Kaźmierczak, Prezes ZPP.

Z badania wynika, że na przestrzeni 2016 roku zmniejszyła się otwartość Polaków wobec przyjęcia imigrantów z niemalże wszystkich krajów: w przypadku Ukraińców z 33% w 2016 do 26% w 2017, w przypadku Czechów z 24% do 19%, a Białorusinów z 14% do 9%. Cały czas jednak poparcie dla naszych wschodnich i południowych sąsiadów jest zdecydowanie większe niż poparcie dla imigrantów z krajów afrykańskich (7%) lub Bliskiego Wschodu (5%).

Polacy są również otwarci wobec idei przyznania Ukraińcom przebywającym w Polsce obywatelstwa. Połowa Polaków popiera takie rozwiązanie, szczególnie gdy w pytaniu nastąpi odwołanie do sytuacji, w jakiej znaleźli się Polacy w 1982 roku w USA. Również duże poparcie wzbudza rozwiązanie, w którym Polakom przebywającym aktualnie w Polsce przyznawane byłoby prawo pobytu, a po 15 latach obywatelstwo – obecnie 54% jest za takim rozwiązaniem. Poparcie to jednak nieco spadło w porównaniu z 2016 rokiem kiedy 61% Polaków było za takim rozwiązaniem.

Przeprowadzone badanie pokazuje wiele obaw Polaków wobec osób innych narodowości, a szczególnie wobec przyznania im prawa pobytu w naszym kraju. Widać jednak, że nie wszyscy potencjalni imigranci postrzegani są tak samo. Na większą akceptację wpływa bliskość geograficzna i kulturowa (sąsiedzi: Ukraińcy, Czesi, Słowacy), ale też kontakt z daną grupą (Wietnamczycy). Znaczenie kontaktu w budowaniu większej przychylności potwierdza również to, że osoby znające jakiegoś Ukraińca są do tego narodu dużo lepiej nastawione, niż ci, którzy nie mieli nigdy takich doświadczeń – uważa dr hab. Dominika Maison, profesor Uniwersytetu Warszawskiego.

Nie negujemy tego, że w zakresie polityki demograficznej należy działać wielotorowo. Efekty programu „500 plus”, który ma wpłynąć na poprawę w tym zakresie będą widoczne dopiero za kilkanaście lat, Polaków, którzy wyjechali na Zachód należy zachęcić do powrotu do kraju, zapewniając im godne zarobki i warunki życia, ale to nie będzie łatwe. Na rynku pracy wspomóc nas mogą nasi wschodni i południowi sąsiedzi, którzy rzetelnie wykonują swoje obowiązki i nie boją się pracy. Polskiego podatnika nie stać na przyjmowanie imigrantów na przykład z Afryki. W Szwajcarii 90 procent imigrantów z Afryki Północnej jest na zasiłkach, nie pracuje i utrzymuje ich podatnik szwajcarski. Polacy są zdecydowanie przeciwni wprowadzaniu takich praktyk w naszym kraju – powiedział Cezary Kaźmierczak.

Ukraińcy wywołują w Polakach ambiwalentne odczucia – równie duża grupa ma do nich pozytywny stosunek (27%), co negatywny (25%). Zdecydowanie mniej pozytywny stosunek mają Polacy do osób z krajów Afrykańskich (15% deklaruje, że je lubi, a aż 50%, że nie lubi). W przypadku osób z Bliskiego Wschodu (Syryjczycy i Irakijczycy) jest jeszcze mniej Polaków wyrażających pozytywny stosunek do tych osób (7-8%). Ukraińcy są postrzegani jako podobni do Polaków i zdecydowanie bardziej pozytywnie na wielu wymiarach od Syryjczyków (m.in. bardziej uprzejmi, życzliwi, uczciwi, zaradni, wykształceni). Widać również, że pozytywne postrzeganie Ukraińców wzrasta wraz z kontaktem z nimi: osoby, które osobiście znają jakiegoś Ukraińca są bardziej przychylne wobec tego narodu niż te, które znają ich tylko z widzenia lub słyszenia, a zdecydowanie bardziej od tych, które nie znają nikogo tej narodowości.

***

Badanie przeprowadzono metodą CAWI na Ogólnopolskim Panelu Badawczym Ariadna.
Badanie zrealizowano na ogólnopolskiej próbie losowo-kwotowej. Kwoty zostały dobrane wg. reprezentacji w populacji Polaków osób w wieku 18 lat i więcej dla płci, wieku, wykształcenia i wielkości miejsca zamieszkania:

  1. Pierwsza fala, styczeń 2016, N=1268;
  2. Druga fala, marzec 2017, N=1072.

Pierwsza fala badania (2016) dotyczyła opinii na temat przyjmowania imigrantów przez Polskę. Te pytania zostały powtórzone w drugiej fali badania (2017). Druga fala badania została dodatkowo uzupełniona o pytania dotyczące postrzegania osób różnych narodowości – te dane pochodzą tylko z 2017 roku.

Beacony wchodzą na polskie stadiony. Marketingowcy liczą na zwiększone przychody

Dzięki infrastrukturze IoT, drużyny w USA i w Europie oraz ich sponsorzy dynamicznie pomnażają swoje zyski. Komunikaty, wysyłane w trakcie meczu na aplikacje klubowe, znacznie zwiększają wpływy z reklam oraz sprzedaży gadżetów. W Polsce, jako pierwszy obiekt sportowy, wdrożył to rozwiązanie INEA Stadion w Poznaniu.

Według Raportu Proxbook Q2, obecnie istnieje około 8,2 miliona czujników zbliżeniowych rozmieszczonych na całym świecie. W sprawozdaniu podano też prognozy, które sygnalizują, że do 2020 roku na poziomie globalnym zostanie wdrożonych ok. 400 milionów beaconów. Zdaniem Krzysztofa Łuczaka, eksperta z firmy technologicznej Proxi.cloud, za 5 lat w Polsce będzie co najmniej milion tego typu nadajników. Znajdą się na stadionach, lotniskach, dworcach, a także w sklepach, galeriach handlowych i restauracjach.

– Nowy kanał komunikacji interaktywnej daje specjalistom z zakresu marketingu szerokie pole do działania. Ograniczona zostanie rola statycznych banerów reklamowych, ponieważ nie pozwalają one na bezpośredni i spersonalizowany kontakt z klientami. A trzeba zauważyć, że obecnie konsumenci bardzo chętnie nawiązują relacje z markami. Angażują się w konkursy i akcje rabatowe, np. firm odzieżowych. W zamian za „dodatkową wartość”, udostępniają ich statusy na swoich profilach w social mediach. To ogromny potencjał do wykorzystania, przy użyciu infrastruktury IoT – mówi Krzysztof Łuczak.

Milionowe zyski

W USA beacony ma już 93% stadionów baseballowych, 75% – futbolowych, 53% – do gry w koszykówkę i 46% – hokejowych. Zespoły, które je zaimplementowały na swoich obiektach sportowych, osiągnęły zwrot z inwestycji nawet o 40% od przyrostowych przychodów ze sprzedaży już w pierwszym sezonie. Przykładem tego są drużyny NBA, m.in. Cleveland Cavaliers czy Golden State Warriors. Równocześnie z klubami zyski odnotowują ich partnerzy biznesowi, np. McDondald’s jako sponsor aplikacji Milwaukee Bucks. Kanały nawigacyjne otworzyły bowiem zupełnie nowe możliwości zarabiania pieniędzy, poza sprzedażą towarów i biletów, łącząc fanów ze sponsorowanymi treściami.

– Dzięki rozmieszczeniu beaconów na stadionie, amerykański Orlando Magic podniósł zasięg aplikacji aż o 30%, podczas gdy średnia branżowa wynosiła 5%. Klub zwiększył tym samym sprzedaż biletów o przeszło milion dolarów. Obecnie ponad 80% posiadaczy karnetów tej drużyny korzysta z jej aplikacji. Popularność takiego oprogramowania w połączeniu z sygnałem Bluetooth pomnaża przychody z reklam w dniu meczu. Marki docierają ze spersonalizowaną wiadomością do fanów danego klubu. To podnosi efektywność komunikacji i ogranicza inne, zbędne już wydatki reklamowe – zapewnia Krzysztof Łuczak.

W Europie infrastrukturę IoT posiada m.in. FC PORTO i FC Barcelona. Gdy zawodnik hiszpańskiego klubu strzela bramkę, kibice na stadionie niemal od razu dostają powiadomienia o rabatach na akcesoria klubowe. To zachęca ich do zakupów po zakończonym meczu i zwiększa zaangażowanie użytkowników aplikacji. Takie rozwiązanie marketingowe z powodzeniem można wdrożyć na naszym „podwórku”. Jesteśmy narodem otwartym na innowacje, zwłaszcza te, które podnoszą komfort życiowy. Według eksperta, świadczy o tym fakt, że jako jeden z dwóch krajów na świecie, obok Turcji, chętnie korzystamy z płatności zbliżeniowych.

Na naszym „podwórku”

– INEA Stadion to pierwszy obiekt sportowy w Polsce, który posiada infrastrukturę IoT. Rozmieszczono tam 54 nadajniki tak, by sygnał Bluetooth docierał do kas, bramek wejściowych i trybun. Użytkownicy aplikacji Lecha Poznań, przychodząc na mecz, dostaną np. powiadomienia powitalne z aktualnymi informacjami o drużynie. W trakcie gry mogą odebrać komunikat o rabacie na koszulki, jak hiszpańscy kibice. Telewidzowie nie będą mieli tej opcji. A zgromadzeni na stadionie fani dodatkowo otrzymają prośbę o wystawienie opinii na temat rozgrywki. To będzie budowało ich więź z klubem – przewiduje Krzysztof Łuczak.

Dzięki nowemu narzędziu, aplikacja drużyny z pewnością będzie częściej pobierana przez fanów „Kolejorza”. Wpłyną na to m.in. specjalne oferty klubowe dla użytkowników. W dalszej perspektywie, zarząd drużyny powinien zaangażować swoich sponsorów i partnerów biznesowych do szerszego wykorzystania infrastruktury beaconowej. Można bowiem podłączyć do niej wiele różnych aplikacji mobilnych. Koszt zainstalowania nadajników, liczony w tysiącach złotych, jest niewspółmiernie niski w porównaniu do szeregu korzyści, jakie oferuje.

– Inwestycja poznańskiego obiektu ma szansę zwrócić się już po pół roku. W najbardziej pesymistycznym wariancie, może to nastąpić po 18 miesiącach. Takie obliczenia poczynili partnerzy biznesowi, mający swój udział w projekcie. W dłuższej perspektywie infrastruktura IoT powinna też zwiększyć przychody z dnia meczu i zakupu gadżetów klubowych, podobnie jak w przypadku amerykańskich drużyn. Oczywiście skala sukcesu będzie zależeć od skutecznej strategii marketingowej. Jej najważniejszym elementem będzie budowanie interakcji z kibicami – zapewnia ekspert z firmy technologicznej Proxi.cloud.

Wachlarz możliwości

Poza INEA Stadionem, beacony zostały zamontowane również w 7 sklepach Lecha Poznań. Mogą wysyłać do klientów komunikaty, brzmiące np. w ten sposób, „tylko dziś otrzymujesz 20% rabatu na akcesoria klubowe”. Jeśli kibic dostanie tego typu powiadomienie, będąc blisko danej placówki „Kolejorza”, to możliwość zrealizowania zakupu z pewnością wzrośnie kilkakrotnie. Takie właśnie wyniki osiągają kampanie realizowane w Stanach Zjednoczonych. Istnieje więc duże prawdopodobieństwo, że okażą się skuteczne również w Polsce.

– Przechodząc obok sklepu klubowego lub stadionu piłkarskiego, kibic powinien otrzymywać wiadomości np. o najświeższym transferze piłkarskim lub nadchodzącym meczu. Dzięki takim komunikatom, nie zapomni np. o planowanej rozgrywce. Co więcej, może otrzymać powiadomienie o treści, np. zrób selfie z lokomotywą i wrzuć na Facebooka z tagiem #LechPoznan, a wygrasz szalik z nowej kolekcji. Taka forma grywalizacji szerzej angażuje użytkowników aplikacji do udzielania się w social mediach, a to podnosi rozpoznawalność klubu – przekonuje Krzysztof Łuczak.

Co ciekawe, kibice będą odbierać powiadomienia, znajdując się też poza strefą beaconów. Działanie systemu uzupełni wówczas geofencing. Ta technologia polega na określaniu wirtualnych granic obszaru geograficznego, w którym odbiorca, z zainstalowaną aplikacją, może dostać wiadomość. Jak zapewnia ekspert, to bezpieczne rozwiązanie, a także takie, które nie powoduje większej konsumpcji baterii w telefonie. Okaże się pomocne również na stadionie, gdy fan piłki nożnej zapomni włączyć Bluetooth. Oczywiście usługa zadziała, jeśli wcześniej użytkownik wyrazi zgodę na wykorzystywanie sygnału GPS przez aplikację.

Szansa do wykorzystania

– W mojej opinii, rodzimi konsumenci wyjątkowo szybko adoptują innowacje marketingowe. Może o tym świadczyć np. poziom zaangażowania klientów Biedronki w ostatnią kampanię reklamową z wykorzystaniem aplikacji do skanowania kart ze zwierzętami. Polacy uwielbiają promocje i akcje rabatowe. Perspektywa dodatkowych korzyści dla użytkowników aplikacji ulubionej drużyny powinna być dla nich również atrakcyjna. Dlatego, warto aby za poznańskim przykładem poszły kolejne obiekty sportowe w naszym kraju – stwierdza ekspert z Proxi.cloud.

Montując infrastrukturę IoT na stadionach sportowych w kolejnych miastach, możemy wyróżniać się na tle sąsiednich krajów, którzy często wolniej adoptują nowinki technologiczne. Co więcej, na arenie międzynarodowej Polska zdobyła już mocną pozycję jako producent beaconów. Zatem nie powinno być problemów z wdrożeniem samych nadajników na terenie naszych obiektów. Jednak istnieje inna bariera w rozwoju rodzimego marketingu sportowego. Podstawą interaktywnego kanału komunikacji jest bowiem aplikacja mobilna, której wiele klubów piłkarskich jeszcze nie wdrożyła.

– Koszt stworzenia tego typu aplikacji sukcesywnie spada i przestaje być przeszkodą, tym bardziej dla dużych i średnich klubów. Warto pamiętać o tym, że korzyści płynące z komunikacji interaktywnej z kibicami są nie tylko liczone w pieniądzach. Uruchomienie tego kanału pozwala na lepsze poznanie oczekiwań konsumentów, choćby za pomocą udzielanych przez nich opinii. Oczywiście w dalszej perspektywie to również przekłada się na zyski finansowe, ponieważ zdobyta wiedza pozwala całkowicie spełniać potrzeby klientów – podsumowuje Krzysztof Łuczak.

Grupa Murapol: 16 proc. wzrost sprzedaży mieszkań w I kwartale r/r

Grupa Murapol zakontraktowała sprzedaż 814 lokali mieszkalnych w ciągu pierwszych trzech miesięcy 2017 r. wobec 701 w analogicznym okresie ubiegłego roku. To rekordowy wynik wypracowany w pierwszym kwartale i jedna z najlepszych kwartalnych sprzedaży netto holdingu w ciągu jego całej 16-letniej historii.   

Najwięcej umów, bo 225 Murapol podpisał na lokale mieszkalne oferowane we Wrocławiu, kolejno 154 w Krakowie i 115 w Warszawie.

– Satysfakcjonuje nas wynik sprzedażowy wypracowany w ciągu pierwszych trzech miesięcy bieżącego roku, zwłaszcza że ze względu na wydłużenie procedur formalno-administracyjnych, inwestycje które zamierzaliśmy zaoferować w pierwszym kwartale, zostaną wprowadzone do sprzedaży nieco później. Wobec powyższego wynik zrealizowany w ciągu minionych trzech miesięcy opieramy głównie na ubiegłorocznej ofercie mieszkaniowej. – mówi Michał Sapota Prezes Zarządu Murapol S.A. – Biorąc pod uwagę liczbę inwestycji, których przygotowywanie finalizujemy, zakładamy że efekty sprzedażowe w drugim kwartale będą jeszcze lepsze. – dodaje Michał Sapota.

W bieżącym roku Grupa Murapol zamierza wprowadzić do sprzedaży ponad 4,3 tys. lokali mieszkalnych o łącznej powierzchni użytkowej ok. 189 tys. mkw. Wśród inwestycji jakie planujemy zaoferować klientom są kolejne etapy realizowanych projektów, jak również nowe przedsięwzięcia. Obecną ofertę handlową zamierzamy uzupełnić m. in. o kolejną inwestycję w Poznaniu zlokalizowaną przy ul. Karpia, warszawski projekt przy ul. Ordona, kompleks mieszkaniowy powstający przy ul. Klasztornej we Wrocławiu, drugi etap inwestycji Murapol Śląskie Ogrody w Tychach, a także nowy projekt w Toruniu przy ul. Strobanda. Uruchomimy także sprzedaż mieszkań w naszej pierwszej zagranicznej inwestycji – w Berlinie.

Łukasz Bugaj, DM BOŚ: Donald Trump i zwierzęce instynkty

Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ
Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ

Wiele komentarzy odnośnie do koniunktury giełdowej przyrównać można do politycznej analizy dotyczącej poczynań nowego prezydenta USA. Uznawany jest on za główny czynnik sprawczy wcześniejszych wzrostów oraz najważniejszy determinant przyszłych zmian cen ryzykownych aktywów. Takie założenie wydaje się być błędnym, co zresztą stało się typową charakterystyką wobec wszelkich politycznych wydarzeń. Poczynając od pamiętnego Brexitu wszelkie założenia dotyczące wpływu polityki na koniunkturę giełdową nie sprawdziły się i raczej trudno oczekiwać większej zmiany na tym froncie. Co interesujące, wiele inwestorów tak sceptycznie podchodzących do Trumpa przed wyborami, po nich zmieniło zdanie niemalże o 180 stopni i w konsekwencji wiązało z nową administracją niemałe nadzieje. Teraz te nadzieje wydają się topnieć, a wraz z nimi narastać ma niebezpieczeństwo większej korekty na parkietach. Ten tok rozumowania wydaje się błędny, a główną tego przyczyną jest mylenie cyklicznych trendów z tymi sekularnymi, czyli bardzo długoterminowymi. Otóż cykliczne trendy gospodarcze, które pozostają najważniejsze dla inwestorów z czysto fundamentalnego punktu widzenia, rozpoczęły się jeszcze przed wyborami prezydenckimi w USA. Mowa tutaj o cyklicznym ożywieniu oraz pojawieniu się presji inflacyjnej. Te dwa czynniki pozwolił przejść inwestorom z paradygmatu deflacyjnego do inflacyjnego, który okazał się szczególnie korzystny dla rynków wschodzących, w tym GPW. Po wyborach w USA połączenie tych trendów z zapowiedziami Trumpa hucznie nazwano „reflacją”. Błędem jest jednak jej łączenie z nowym prezydentem USA, gdyż ten jeszcze niczym realnym nie przyłożył się do pobudzenia koniunktury bądź inflacji. Ponadto nie wiemy, czy w ogóle się znacząco przyłoży, gdyż jak na razie przed jego wielkimi zapowiedziami wydają się jedynie piętrzyć przeszkody. Wpływ Trumpa był więc wyraźny na zupełnie odmiennym froncie i wiązać go należy z trendami sekularnymi. Mowa między innymi o pobudzeniu „zwierzęcych instynktów” businessu i po części również inwestorów. Te z kolei mogły rodzić nadzieję na wyrwanie się gospodarki USA oraz później całego świata z długoterminowej stagnacji, którą obserwujemy od pamiętnego kryzysu finansowego z 2008 roku. Tym samym Trump nie wpływał na obserwowane cykliczne trendy w gospodarce, ale bardziej oddziaływał na długookresowe założenia co do możliwej zmiany nastrojów przedsiębiorców i przez to na wysokość potencjalnego wzrostu gospodarczego. Teraz wydaje się, że Trump poniesie porażkę w zakończeniu sekularnej stagnacji, ale nie oznacza to, że wywrze negatywny wpływ na cykliczne ożywienie gospodarcze. Ono może dalej postępować, a wraz z nim również hossa.

Autor: Łukasz Bugaj, Dom Maklerski BOŚ S.A.

Aktualna analiza techniczna rynków finansowych 06.04.2017

Bieżący tydzień na rynkach nie jest zbyt łaskawy dla optymistów. Obamacare, czyli rozpasany system opieki medycznej nie zostanie od tak zastąpiony. Ponadto Paula Ryan stwierdził, że Izba Reprezentantów, Senat oraz Biały Dom nie są zgodni co do kształtu reformy podatkowej. Reasumując, bez zmiany amerykańskiego systemu opieki medycznej nie mamy co liczyć na zmianę w podatkach, który pozwalałaby na większe zyski firm.

Obecna euforia zdaje się opadać, co widać chociażby po ostatnim zachowaniu indeksu S&P 500. Ponadto wczorajsza publikacja minutek FED-u doprowadziła do lekkiej wyprzedaży dolara amerykańskiego oraz indeksów giełdowych. Przedstawiciele FOMC zwrócili uwagę na „spuchnięty” bilans banku centralnego wynoszący 4,5 biliona dolarów amerykańskich. Co to będzie oznaczało dla rynku? W tym przypadku możemy mówić o „odwróconym” QE. Zamiast zalewać rynek czystą gotówką, postaramy się ją zebrać. Dalsze wzrosty są zatem pod znakiem zapytania.

Należy również zaznaczyć, że według niektórych członków FOMC ceny amerykańskich akcji zawitały już za wysoko, co tylko powinno wspierać przyszłą korektę na rynku lub doprowadzić do dłuższej konsolidacji. Jak to wszystko przełoży się na wykres?

Notowania indeksu S&P 500, wykres dzienny

Notowania indeksu S&P 500, wykres dzienny

Źródło: Admiral Markets

Na wykresie dziennym notowania znajdują się w kanale spadkowym, który wyznacza ścieżkę korekty trendu wzrostowego. Aktualnym celem dla niedźwiedzi może być okrągły poziom 2300 punktów, po czym trend powinien być kontynuowany. Należy także obserwować poziom 2400 punktów, jego pokonanie powinno być sygnałem do kolejnych, nowych rekordowych szczytów.

Razem z podwyżką stóp procentowych oraz ogólnym zacieśnianiem monetarnym w kłopoty mogą wpaść spółki nastawione na konsumpcję, jaką jest niewątpliwie Home Depot. W trakcie niskich stóp procentowych oraz taniego kredytu konsumenci konsumują przyszłość. Razem z rosnącym zadłużeniem społeczeństwa coraz większa ilość osób wypada z koszyka konsumentów.

Do chwili obecnej kłopotów nie widać, ale czają się za horyzontem. Dla przykładu Home Depot, amerykański potentat oferujący materiały budowlane radzi sobie bardzo dobrze. Solidna kondycja finansowa spowodowała, że od 2011 roku kurs akcji wzrósł o ponad 300 procent i wydaje się, że chce rosnąć dalej. Marża netto w dość trudnej branży (Global Home Improvement Stores) należy do najwyższych i wynosi 8.41%. Wskaźniki ROE (135.96%) jak ROA (18.18) również dość mocno się wyróżniają. Podsumowując, spółka na tle konkurencji radzi sobie doskonale.

Na wykresie tygodniowym sytuacja jest bardzo klarowna. Po wybiciu ostatnich szczytów powinniśmy zobaczyć kontynuację wzrostów. Ewentualna korekta może znieść notowania w okolicę strefy wsparcia 133-138 USD. W tym samym miejscu przebiega linia trendu wzrostowego, co tylko zwiększa prawdopodobieństwo kontynuacji ruchu na północ.

Notowania Home Depot, interwał tygodniowy

Notowania Home Depot, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Lira turecka w opałach

Środa była dniem pełnym wydarzeń makroekonomicznych. Na rynku walutowym zmiany na koniec dnia były niewielkie. Na amerykańskich parkietach giełdowych miał miejsce odwrót i zejście na minusy.

Za wczorajsze spadki na parkietach akcyjnych odpowiadał Fed. Protokół z ostatniego posiedzenia wykazał, iż członkowie podejmujący decyzje uważają, że w tym roku powinny zostać podjęte kroki związane ze zwijaniem programu skupu obligacji – o ile utrzyma się dobra koniunktura w gospodarce. A skoro o niej mowa to wczorajszy raport ADP z amerykańskiego rynku pracy wykazał wzrost ilości miejsc o 263 000. To najlepszy wynik od grudnia 2014. W Polsce indeks WIG20 ponownie zyskiwał na sile. Wieczorne osłabienie SP500 może jednak wpłynąć na gorsze dziś otwarcie w Warszawie.

Na rodzimym podwórku Rada Polityki Pieniężnej (RPP) utrzymała stopy procentowe bez zmian. Główna stopa referencyjna wynosi nadal 1,5%. Według prezesa NBP, Adama Glapińskiego, inflacja ustabilizuje się w przyszłym roku na poziomie średnio 2,0%. Taką prognozę podtrzymujemy” – stwierdził Glapiński podczas konferencji prasowej po posiedzeniu RPP. Dziś natomiast nie będzie znaczących danych makroekonomicznych – tych spodziewać się za to można już w piątek.

usdtry06042017r

Do próby powrotu do wzrostów dochodzi właśnie na rynku USD/TRY. Nie tylko cena zmaga się już jedyną linią spadkową, ale na wskaźniku RSI doszło do pokonania poziomu 50. Jeśli dolar wybije się górą otworzy sobie drogę do wzrostów na 3.9 lub nawet wyżej. Wsparcie byki będą mieć przy poziomie 3.6.

Sylwester Majewski

Sylwester Majewski
www.forex-desk.net

Polacy słabo znają zasady udzielania pierwszej pomocy. Firmy i korporacje szkolą swoich pracowników z zakresu ratownictwa

Polacy słabo znają zasady udzielania pierwszej pomocy. Firmy i korporacje szkolą swoich pracowników z zakresu ratownictwa 1

Na tle Europy Polacy nie wypadają dobrze pod względem znajomości zasad pierwszej pomocy. Jest ona udzielana w niewielu przypadkach podczas wypadków samochodowych, zawałów serca czy innych zdarzeniach bezpośrednio zagrażających życiu. Dzięki kampaniom społecznych stopniowo rośnie świadomość Polaków, a coraz większą frekwencję notują profesjonalne kursy ratownictwa. Zapotrzebowanie na takie usługi zgłasza też biznes – firmy i korporacje chcą szkolić swoich pracowników z zakresu udzielania zasad pierwszej pomocy.

Na tle państw europejskich świadomość Polaków w zakresie udzielania pierwszej pomocy nie wypada najlepiej. W przypadku zatrzymania akcji serca, w Polsce jedynie około 4 proc. osób wraca w pełni do zdrowia. Są to osoby, którym przypadkowi świadkowie udzielili pierwszej pomocy. W krajach zachodnioeuropejskich ten odsetek sięga nawet 40 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Ireneusz Urbanke, kierownik pogotowia Medicover.

Zasłabnięcie albo zatrzymanie akcji serca jest jedną z najczęstszych sytuacji wymagających udzielenia pierwszej pomocy. Codziennie około 300 osób w Polsce zapada na zawał mięśnia sercowego. Śląskie Centrum Chorób Serca w Zabrzu podaje, że w skali roku dotyczy to ponad 100 tys. osób, a największą śmiertelność odnotowuje się wśród pacjentów z zawałem przed ich dotarciem do szpitala. Kluczowym czynnikiem zwiększającym szansę przeżycia jest czas! Podobnie jest w wypadkach komunikacyjnych. Komenda Główna Policji podaje, że w całym 2016 roku doszło w Polsce do 33,6 tys. wypadków drogowych. Statystycznie tylko w 15 przypadkach na 100 poszkodowanym udzielana jest pierwsza pomoc, mimo że Kodeks karny zobowiązuje świadków zdarzenia do pojęcia akcji ratunkowej pod groźbą kary pozbawienia wolności do lat trzech.

Ważne jest natychmiastowe udzielenie pierwszej pomocy, jeszcze przed pojawieniem się służb ratunkowych, ponieważ od momentu zgłoszenia do przyjazdu karetki upływa zwykle kilka minut, które decydują o szansach na przeżycie. Ze statystyk wynika, że Polacy w większości przypadków decydują się na udzielenie pierwszej pomocy bliskim: dzieciom, małżonkom, członkom rodziny albo współpracownikom (dotyczy to 9 na 10 przypadków).

Pozytywna jest jednak rosnąca z roku na rok znajomość zasad udzielania pierwszej pomocy. To efekt wielu kampanii społecznych i działań na szczeblu administracyjnym, takich jak np. wprowadzenie do szkół przedmiotu edukacja dla bezpieczeństwa, w ramach którego młodzież uczy się zasad udzielania pierwszej pomocy.

Na efekty będziemy jednak musieli chwilę poczekać, ponieważ młode społeczeństwo, które w szkołach uczy się zgodnie z programem edukacja dla bezpieczeństwa, dopiero wchodzi w wiek dorosły. Natomiast tych osób przeszkolonych potrzebujemy już dzisiaj, tu i teraz – podkreśla Ireneusz Urbanke.

Najlepszą metodą nauczenia się zasad pierwszej pomocy jest ukończenie podstawowego kursu z użyciem automatycznego defibrylatora AED. Kursanci powinni mieć możliwość przećwiczenia pierwszej pomocy na manekinie pod okiem wykwalifikowanego ratownika, który skoryguje ewentualne błędy.

Taki kurs powinien być ukierunkowany na umiejętności praktyczne, żeby kursanci mogli korzystać z manekina i w warunkach sali szkoleniowej nauczyć się, jak wygląda udzielanie pierwszej pomocy – mówi Ireneusz Urbanke.

Różnicę między teorią a praktyką w nauczaniu pierwszej pomocy dobrze oddaje przykład kierowców. W teorii, aby zaliczyć kurs i otrzymać prawo jazdy, każdy przyszły kierowca musi przejść kurs pierwszej pomocy. W praktyce nieznajomość podstawowych zasad ratowania życia wśród polskich kierowców jest bardzo powszechna.

W ostatnich latach coraz większą popularność notują jednak profesjonalne kursy udzielania pierwszej pomocy. Zapotrzebowanie na takie szkolenia zgłasza też biznes. Firmy i korporacje chcą szkolić swoich pracowników z zakresu podstawowych metod ratunkowych. Medicover co roku organizuje Mistrzostwa Ratownictwa Medycznego, które umożliwiają sprawdzenie tych umiejętności w praktyce. Patronat honorowy nad projektem sprawuje American Heart Association oraz Lotnicze Pogotowie Ratunkowe.

W zawodach „Bezpieczna Firma” biorą udział przeszkoleni pracownicy, którzy w realistycznych warunkach, w zainscenizowanych sytuacjach zagrażających życiu – takich jak wybuchy, pożary i wypadki samochodowe – i z udziałem statystów mogą się wykazać pod okiem ekspertów z zakresu ratownictwa.

Mistrzostwa ratownictwa medycznego „Bezpieczna Firma” pozwalają uczestnikom nie tylko przyswoić podstawowe zasady udzielania pierwszej pomocy, lecz przede wszystkim sprawdzić się w sytuacjach, w których zachowanie zimnej krwi i opanowanie ratuje ludzkie życie. Chociaż nazywają się „Bezpieczna Firma” to w praktyce przygotowują uczestników do działania w sytuacjach znacznie wykraczających poza miejsce pracy.

Zorganizowaliśmy zawody w ratownictwie dla pracowników z różnych firm i branż. Przygotowujemy bardzo realistyczne zadania symulowane z użyciem sztucznej krwi i sztucznych ran. Obserwujemy i oceniamy, jak radzą sobie ratownicy amatorzy podczas udzielania pierwszej pomocy. Zawodnicy mogą się sprawdzić w warunkach stresu kontrolowanego – mówi kierownik pogotowia Medicover.

Organizowane od dziesięciu lat mistrzostwa cieszą się dużą frekwencją, a tegoroczna edycja zaplanowana jest na połowę września.

Mobilność i nowe technologie ważniejsze dla młodych ludzi niż posiadanie rzeczy. Dzięki nim zyskują poczucie wolności i niezależności

Mobilność i nowe technologie ważniejsze dla młodych ludzi niż posiadanie rzeczy. Dzięki nim zyskują poczucie wolności i niezależności 2

Mobilność dla millenialsów to nie tylko swoboda przemieszczania się, kontakt z nowoczesnymi technologiami i internetem, lecz także gotowość na zmiany i swoboda podejmowania decyzji. Dla młodych ludzi to bardzo ważne elementy – wynika z badania ARC Rynek i Opinia. Urządzenia mobilne stanowią dla nich klucz do całego świata, ale z drugiej strony są oni przytłoczeni ilością informacji, jaka za pośrednictwem tych urządzeń do nich dociera. Nowa platforma Mobilni.pl ma pomóc millenialsom odnaleźć się w świecie nowych technologii.

– Dla młodych osób mobilność to kwestie związane z nowoczesnymi technologiami – internet, łączność i kontakt na duże odległości w bardzo szybkim czasie. Nie jest jednak tak, że rozumienie mobilności ogranicza się wyłącznie do rozwiązań, które ułatwiają im wygodne, elastyczne życie. Pojmują tę mobilność znacznie szerzej. Dla zdecydowanej większości z nich mobilność oznacza niezależność, a dla prawie połowy mobilność równa się wolność –podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paulina Bobla, badacz w firmie badań rynku ARC Rynek i Opinia.

Z badania zrealizowanego przez ARC Rynek i Opinia dla Volkswagen Financial Services wynika, że dla millenialsów i pokolenia X mobilność nie kojarzy się już wyłącznie z transportem i motoryzacją, ale wyraża się także poprzez korzystanie z nowych technologii i styl życia.

– Pokolenie Y generalnie chce być mobilne i jako takie się postrzega. To przede wszystkim kwestia światopoglądu. To osoby bardzo otwarte na zmiany – 2/3 z nich deklaruje, że chce jak najczęściej zmieniać swoje środowisko. Z drugiej strony mobilność wiąże się z kwestiami zawodowymi – 2/3 ankietowanych mówi, że rozważa możliwość przebranżowienia się albo przynajmniej nie wyklucza tego w przyszłości – tłumaczy Paulina Bobla.

Ponad połowa millenialsów ma już za sobą wyprowadzkę do zupełnie innego regionu kraju lub za granicę. Prawie połowa nie wyklucza takiego ruchu w przyszłości.

Przedstawiciele młodego pokolenia chcą wszystkiego tu i teraz oraz są skoncentrowani na celu. Cenią niezależność, swobodę w podejmowaniu decyzji i są otwarci na różnorodność. Przywiązanie do swobody młodego pokolenia znajduje odbicie w nowych technologiach. Nowe urządzenia mają umożliwić wolność wyboru, a dostęp do informacji pomaga w podejmowaniu świadomych decyzji. Mobilność oznacza też łatwość przemieszczania się, np. poprzez zakup biletu lotniczego za pomocą telefonu.

 Świat staje przed nami otworem i możemy korzystać ze wszystkiego, co nam oferuje. Możemy przemieszczać się po świecie, komunikować się dzięki podręcznej mobilności z przyjaciółmi. Możemy zawiązywać przyjaźnie i komunikować się z ludźmi, których nie widzimy face to face. Dzięki urządzeniom i technologiom mobilnym jesteśmy bardziej elastyczni w sensie fizycznym – tłumaczy Olivier Janiak, dziennikarz telewizyjny.

Jak ocenia, millenialsi dorastali wraz z nowymi technologiami, są one dla nich codziennością prawie od najmłodszych lat. W przeciwieństwie do nich pokolenie X musiało się stopniowo przyzwyczajać do technologicznych nowinek i poznawać możliwości, jakie one dają. Te dwa pokolenia różni także inne podejście do życia. Potwierdza to badanie ARC Rynek i Opinia.

 Millenialsi nie potrzebują posiadać rzeczy, oni chcą z nich korzystać w zależności, a więc nie otaczają się zbędnymi przedmiotami. Ten element posiadania dla nich nie jest niezbędny, np. jeśli chodzi o mieszkanie. Oni chcą podróżować, robią to swobodnie. Korzystają ze wszystkich możliwości tego świata w dowolny dla siebie sposób i w dowolnym dla siebie momencie – podkreśla Olivier Janiak.

Urządzenia mobilne, przede wszystkim smartfon, to dla millenialsów cały świat. Nowe technologie z jednej strony stanowią odpowiedź na coraz większą potrzebę mobilności, z drugiej – same przyczyniają się do większej mobilności użytkownika poprzez liczbę dostępnych usług i aplikacji. Nowe technologie to także mnogość portali, natłok informacji, w których trudno czasem odnaleźć te istotne dla siebie.

Dlatego platformy, które teraz zaczynają istnieć, muszą sprawić, żeby informacja była wyselekcjonowana pod kątem potrzeb młodego pokolenia – przekonuje Wróbel.

Nowy lifestylowy serwis Mobilni.pl, którego premiera odbędzie się w trakcie Press Night Motor Show 2017, ma być odpowiedzią na postrzeganie mobilności przez młodych. Prezentację platformy 5 kwietnia poprowadził Olivier Janiak.

– Serwis Mobilni.pl będzie faktycznie pomagał millenialsom odnaleźć się w zagadnieniach związanych np. z nowymi technologiami, mobilnością czy nowymi technologiami w motoryzacji – mówi Michał Wróbel.

Platforma ma na celu ukazanie młodym ludziom całego spektrum możliwości związanych z mobilnością. Za koncept strony odpowiada Volkswagen Financial Services.

W nowym budynku Rotundy nie uda się wykorzystać oryginalnych elementów konstrukcji. Eksperci pracują nad alternatywnym rozwiązaniem

W nowym budynku Rotundy nie uda się wykorzystać oryginalnych elementów konstrukcji. Eksperci pracują nad alternatywnym rozwiązaniem 3

Oryginalnych elementów warszawskiej Rotundy nie można wykorzystać jako bazy dla nowej konstrukcji – wynika z analizy konstrukcyjnej. Zespół ekspertów, który pracuje na miejscu, analizuje możliwość wykorzystania ich na przykład jako instalacji otwierającej pasaż Wiecha albo wkomponowanie wewnątrz nowego gmachu. Prace rozbiórkowe zostały wznowione pod okiem konserwatora, a termin oddania inwestycji do użytkowania w 2019 roku nie jest na razie zagrożony.

– Po wstępnej analizie wiemy, że oryginalne elementy dachu Rotundy nie mogą zostać użyte w nowej konstrukcji, ponieważ nie zdołają unieść takich obciążeń, jakie zakłada nowy projekt. Dlatego w tej chwili rozmawiamy ze Stołecznym Konserwatorem Zabytków o tym, aby wyeksponować i wykorzystać te elementy w ramach jakiejś instalacji przed lub w środku budynku. Mamy jednak jasność, że ta oryginalna kratownica nie będzie mogła zostać użyta jako element konstrukcyjny w nowym projekcie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Maciej Wyszoczarski, dyrektor pionu sieci i operacji w PKO Banku Polskim.

Rozbiórka warszawskiej Rotundy – jednego z najsłynniejszych i najbardziej charakterystycznych budynków w stolicy, usytuowanego w ścisłym centrum miasta – rozpoczęła się na początku marca. Budynek przestał spełniać wymogi techniczne i wymagał gruntownej przebudowy, dlatego właściciel, PKO Bank Polski, zdecydował się zastąpić go nowoczesnym gmachem przeznaczonym w części na użytek publiczny. Przygotował nowy projekt, uzyskał pozwolenie na budowę i wyłonił generalnego wykonawcę, a całą inwestycja miała się zakończyć za dwa lata.

W połowie marca rozbiórkę Rotundy wstrzymał jednak Stołeczny Konserwator Zabytków, ponieważ okazało się, że w dobrym stanie zachowała się część oryginalnej konstrukcji. Konserwator podjął nieudane starania o wpisanie budynku do rejestru zabytków. Przez blisko trzy tygodnie na wpół rozebrany szkielet Rotundy straszył w ścisłym centrum Warszawy, dlatego obie strony przystąpiły do negocjacji.

Na mocy wspólnych ustaleń, konserwator zrezygnował ze starań o wpisanie Rotundy do ewidencji zabytków, a rozbiórka budynku została wznowiona. Kontrolują ją specjalnie w tym celu powołany zespół, złożony z przedstawicieli obu stron oraz architektów i ekspertów Politechniki Warszawskiej.

– Rozbiórka będzie prowadzona tak, aby nie naruszyć konstrukcji, dopóki nie dostaniemy wytycznych od zespołu eksperckiego. Będziemy teraz rozbierać elewacje szklane i aluminiowe – zapowiada Maciej Wyszoczarski.

– To rodzaj dżentelmeńskiego porozumienia, ponieważ nasza decyzja o wstrzymaniu robót obowiązywała do zeszłego czwartku. W tej chwili dobra wola banku przesądza o tym, że prace rozbiórkowe są prowadzone pod nadzorem ekspertów i konstruktora z ramienia urzędu konserwatorskiego – mówi Michał Krasucki, p.o. Stołecznego Konserwatora Zabytków.

Zadaniem grupy eksperckiej powołanej przez inwestora i konserwatora jest nadzór nad postępem prac i wypracowanie możliwości wykorzystania oryginalnych elementów starej Rotundy w nowej konstrukcji.

– Wiemy, że wykorzystanie tych elementów w nowym projekcie będzie bardzo trudne, a momentami niemożliwe. Być może jednak te elementy zostaną gdzieś wbudowane. Na razie jest jednak za wcześnie, żeby mówić o szczegółach, bo o nich zadecyduje już zespół roboczy z udziałem konstruktora i architektów – zaznacza Michał Krasucki.

Zespół ekspertów, który nadzoruje rozbiórkę warszawskiej Rotundy, musi wypracować taką metodę demontażu, która pozwoli zachować i ponownie wykorzystać elementy oryginalnej konstrukcji oraz zadecydować o ich przeznaczeniu.

– Eksperci mają za zadanie wskazać nam, jak demontować i składować te oryginalne elementy. Ich zadaniem jest też wskazać, jak wykorzystać je ponownie, ale już nie w samym projekcie. Raczej jako artefakty, na przykład w kinie letnim, które jest planowane w przyziemiu albo jako instalację otwierającą pasaż Wiecha. Tego jeszcze na razie nie umiem powiedzieć, zadecyduje o tym zespół ekspertów – zapowiada Maciej Wyszoczarski.

Michał Krasucki podkreśla że rozbiórka Rotundy odbywa się w sposób kontrolowany i pod okiem konserwatora, którego zadaniem jest również dokładne udokumentowanie szczegółów konstrukcji gmachu.

– To również jest element pewnej formuły konserwatorskiej. Pozwoli nam to wykonać dokładny model trójwymiarowy ze wszystkimi obliczeniami i być może nawet odtworzyć później model przestrzenny oraz pokazać zasadę funkcjonowania tej konstrukcji – mówi Michał Krasucki.

Dyrektor w PKO Banku Polskim informuje, że na razie nie wiadomo, jak opóźnienie w inwestycji wpłynie na jej koszt i harmonogram prac. Na razie termin oddania do użytku nowej Rotundy nie jest jednak zagrożony.

– Po wytycznych od ekspertów będziemy mogli stworzyć harmonogram rozbiórki tych elementów, na których zależało konserwatorowi zabytków. Będziemy z większą atencją podchodzić do rozbiórki konstrukcji dachowej, co też wpłynie na czas realizacji. Jednak obecnie generalny wykonawca nie zgłaszał, że oddanie tego obiektu do użytkowania w 2019 roku jest zagrożone – mówi Maciej Wyszoczarski.

Organizacje pozarządowe, firmy i samorząd angażują się w pomoc osobom wykluczonym. Podstawą wiedza i wrażliwość społeczna

Organizacje pozarządowe, firmy i samorząd angażują się w pomoc osobom wykluczonym. Podstawą wiedza i wrażliwość społeczna 4

Dialog i empatia pozwalają przełamywać stereotypy, a w konsekwencji są narzędziem w walce z wykluczeniem społecznym. Wykluczenie jest zjawiskiem bardzo zróżnicowanym, wymagającym często indywidualnego podejścia. W kształtowanie dyskusji publicznej chce i powinien się angażować biznes – podkreślają eksperci Komitetu Dialogu Społecznego KIG.

– Deficyt dialogu społecznego, który widzimy na co dzień, przekłada się nie tylko na politykę, która jest wydzielonym fragmentem naszego życia społecznego, lecz także na codzienne życie społeczne nasze i firm. Stąd pomysł, żeby temat podnoszenia kultury dialogu dyskutować na forum Krajowej Izby Gospodarczej. Chodzi zarówno o dialog w wymiarze czysto biznesowym: jak podnosić kulturę dyskusji między pracownikami a pracodawcami, między związkami zawodowymi a pracodawcami, jak i o szerszy dialog społeczny – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Witucki, przewodniczący Komitetu Dialogu Społecznego KIG.

Na płaszczyźnie międzyludzkiej i ogólnospołecznej dialog i empatia pozwalają wczuć się w sytuację innych osób, również tych wykluczonych. Mają ogromne znaczenie w przełamywaniu stereotypów. Ułatwiają też podejmowanie konkretnych działań. Pokazują to przykłady firm, które coraz częściej w swojej strategii mają zapisane działania uwzględniające interesy społeczne czy ochronę środowiska.

– To właśnie w dużych firmach powstało pojęcie społecznej odpowiedzialności biznesu. To duże firmy tworzą fundacje, z których nie oczekują bezpośredniego zwrotu. To już wrosło w geny firm i propagują one wśród pracowników wartości dialogu oraz współpracy, które przydają się w firmie. Mamy nadzieję, że przenoszą się na zewnątrz, na życie codzienne – zaznacza Witucki.

Przedsiębiorstwa, które angażują się w życie lokalnych społeczności, mogą skutecznie przeciwdziałać wykluczeniu społecznemu grup najbardziej na to narażonych. Zwłaszcza przy współpracy z organizacjami pozarządowymi i samorządami.

– Wykluczenie może mieć różne powody i przejawy. Mogą być osoby wykluczone ze względu na skrajne ubóstwo. To m.in. osoby bezdomne czy uzależnione od używek, ale też osoby wykluczone ze względu na swój wiek. Również ludzie samotni są w jakiś sposób wykluczeni, bo często nie mają się do kogo odezwać, z kim porozmawiać – tłumaczy Marcin Wojdat, sekretarz m.st. Warszawy.

Z danych Eurostatu wynika, że w 2015 roku wskaźnik zagrożenia ubóstwem lub wykluczeniem społecznym w Unii Europejskiej sięgnął 23,7 proc. To oznacza, że problem dotyczy nawet 118 mln osób. W Polsce wskaźnik wyniósł 23,4 proc. w porównaniu do ponad 30 proc. w 2008 roku. Problem jest jednak znacznie szerszy, bo Eurostat za ryzyko wykluczenia społecznego bierze pod uwagę niskie dochody i zagrożenie niedostatkiem materialnym. W obliczu wyzwań demograficznych w Polsce rośnie zagrożenie wykluczeniem osób starszych.

Mamy specjalne programy indywidualnego wychodzenia z bezdomności, a także rozbudowaną współpracę z organizacjami pozarządowymi, które bezpośrednio pomagają osobom bezdomnym. Podobnie jest w przypadku osób starszych. W Warszawie działa kilkanaście uniwersytetów trzeciego wieku, są miejsca dla osób, które chciałyby się angażować społecznie, mieć kontakt z osobami w podobnej sytuacji czy w podobnym wieku – wymienia Marcin Wojdat.

W Gdańsku ruszyły prace nad rozwojem sztucznej inteligencji i systemu wsparcia kierowcy

W Gdańsku ruszyły prace nad rozwojem sztucznej inteligencji i systemu wsparcia kierowcy 5

Praca inżynierów zatrudnionych w Intel Compiler Center of Excellence w Gdańsku ma się przyczynić do rozwoju technologii przyszłości, w tym m.in. sztucznej inteligencji czy zaawansowanych systemów wsparcia kierowcy.  Sztuczna inteligencja będzie w przyszłości napędzać całą branżę technologiczną, więc mocno w nią inwestujemy – zapowiada Bill Savage, wiceprezes, developer products division GM, Software and Service Group w Intelu.

– Celem stworzenia Intel Compiler Center w Gdańsku jest rozwijanie kompilatorów Intela (red. zaawansowanego rodzaju oprogramowania) przyczyniających się do szybszego rozwoju nowoczesnych technologii. Kompilatory są wykorzystywane przez wszystkich producentów oprogramowania. Gdy nasi klienci pracują nad spersonalizowanymi kodami umożliwiającymi autonomiczną jazdę, wykorzystują przy tym kompilatory Intela. Sztuczna inteligencja, proste oprogramowanie przyspieszające moce obliczeniowe także wykorzystują tę technologię – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Bill Savage.

Jak tłumaczy Savage, sztuczna inteligencja jest już dostępna w wielu branżach. Techniki uczenia maszynowego mogą być stosowane w opiece nad chorymi, pozwalają szybciej i skuteczniej diagnozować pacjentów. Biometria twarzy i głosu może z kolei zwiększyć bezpieczeństwo klientów branży finansowej. Intel przy współpracy z fundacją Hack Harassment za pomocą sztucznej inteligencji zapowiada też walkę z internetowym hejtem.

– Przełom, jaki osiągnęliśmy w dziedzinie sztucznej inteligencji w ubiegłym roku, otworzył przed nami perspektywy, których wcześniej nigdy byśmy nie oczekiwali. Język naturalny, rozpoznawanie mowy, analiza finansowa – w wielu branżach stało się to głównym źródłem przewagi konkurencyjnej. Można się spodziewać, że w każdym segmencie branży hi-tech sztuczna inteligencja będzie obecna – tłumaczy Savage.

Strategia rozwoju sztucznej inteligencji jest dla Intela bardzo ważna, stąd stworzenie grupy produktowej AI podlegającej bezpośrednio prezesowi.

– Uważamy, że sztuczna inteligencja będzie w przyszłości napędzać całą branżę technologiczną, więc mocno w nią inwestujemy – mówi Savage.

Intel stawia też na systemy ADAS, czyli zaawansowane systemy wsparcia kierowców. Celem jest wprowadzenie w pełni automatycznego pojazdu. Intel wprowadził nową platformę Intel Go stworzoną z myślą właśnie o autonomicznych samochodach, która ma wykorzystać potencjał procesorów firmy. To pierwsza platforma w branży motoryzacyjnej, która pozwala na testowanie różnych aplikacji i technologii.

– Wspólnie z takimi partnerami jak BMW rozwijamy technologię autonomicznej jazdy. Pracujemy zarówno nad sprzętem, jak i oprogramowaniem, a także narzędziami programistycznymi, które pozwalają ludziom tworzyć technologię autonomicznej jazdy – wskazuje Savage.

Inżynierowie motoryzacji wyróżniają pięć stopni automatyzacji. W pierwszych dwóch, choć wciąż jeszcze prowadzi człowiek, wspomagają go różne rozwiązania. W trzecim etapie, przejściowym, samochód jedzie sam, choć człowiek może w każdej chwili przejąć stery. W czwartym etapie kierowca jest już niemal dodatkiem, a w piątym nie jest już zupełnie potrzebny. Do 2035 roku sprzedaż takich autonomicznych pojazdów ma osiągnąć poziom 21 mln (prognozy IHS).

– Nasi partnerzy celują w rok 2020–2021 z uruchomieniem produkcji autonomicznych samochodów. Nie podejmuję się prognoz jeżeli chodzi o produkcję na skalę przemysłową, ale co do technologii to często jesteśmy zaskoczeni, jak szybko dochodzi do przełomów – podkreśla Bill Savage.

Oddział Intela w Gdańsku jest jednym z największych ośrodków badawczo-rozwojowych firmy w Europie. Pracuje tam obecnie 1,8 tys. osób.

– W Gdańsku jesteśmy obecni od dawna w zakresie rozwoju oprogramowania i technologii. Mamy dostęp do dobrych uniwersytetów, więc szukając miejsca na centrum Intel Compiler i chcąc zaspokoić ważne potrzeby w ramach firmy, stwierdziliśmy, że Gdańsk jest naturalnym wyborem – tłumaczy wiceprezes firmy.

Intel chce intensywnie współpracować z uczelniami przy kształceniu programistów i informatyków.

– Współpraca z uniwersytetami jest dla nas naprawdę ważna. Pomaga nam uzyskać dostęp do najnowszych badań w branży, a także ułatwia kontakty ze studentami, którzy w przyszłości mogą zostać inżynierami Intela. To ważny aspekt naszej polityki zatrudnienia – przekonuje Bill Savage.

Hamaki, piłkarzyki i fitness coraz popularniejsze w polskich biurach. Firmy dostosowują się do wymagań pracowników

Hamaki, piłkarzyki i fitness coraz popularniejsze w polskich biurach. Firmy dostosowują się do wymagań pracowników 6

Zmiany na rynku pracy niosą za sobą nowe trendy w aranżacji biur. Pracodawcy coraz powszechniej zapewniają swoim pracownikom designerskie przestrzenie do wspólnej pracy relaksu, i rozrywki. Hamaki, wertykalne ogrody, piłkarzyki i sprzęt do fitnessu można spotkać już nie tylko w polskich oddziałach zagranicznych korporacji, ale i w siedzibach rodzimych firm. Na trendy w urządzaniu przestrzeni biurowych silnie wpływa też moda na ekodesign. 

– Aby urządzić efektywnie przestrzeń biurową, należy wziąć pod uwagę potrzeby pracowników. Ważna jest ergonomia stanowiska pracy, wygoda i odpowiednia ilość przestrzeni oraz dodatkowe funkcje biura, które zapewnią możliwość oderwania się od pracy. Przestrzeń biurową można wyposażyć w dodatkowe funkcje, na przykład relaksacyjne albo fitness. Urozmaicenie to sprawia, że praca jest ciekawsza i przyjemniejsza – mówi agencji  informacyjnej Newseria Biznes Anna Sulima-Gillow, główny projektant Forbis Group.

Nowym trendem w urządzaniu przestrzeni biurowych jest zmiana podejścia do systemu pracy i ukierunkowanie na potrzeby pracowników. Coraz większą popularnością cieszy się model pracy w systemie zdalnym albo elastycznym, co firma również musi wziąć pod uwagę w trakcie projektowania swojej siedziby. Młodsze pokolenia – na równi z zarobkami i perspektywami rozwoju – doceniają też przyjazne otoczenie biurowe. Z ubiegłorocznego raportu dotyczącego nieruchomości biurowych w sektorze „BPO i Centra Usług Wspólnych”, opracowanego przez Skanska i JLL wynika, że nowoczesne i dobrze przystosowane biuro może być przewagą konkurencyjną firmy w walce o wysoko wykwalifikowanych pracowników. Dlatego pracodawcy zaczynają wychodzić naprzeciw ich oczekiwaniom, zapewniając elastyczne przestrzenie służące do integracji, odpoczynku czy zespołowej pracy.

– Są przestrzenie relaksu, pomieszczenia socjalne, które zapewniają miejsce do bardziej lub mniej formalnych spotkań oraz kontaktu ze współpracownikami, możliwość oderwania od biurka i komputera. Wychodzenie naprzeciw potrzebom pracowników jest bardzo fajnym trendem, bo zadowolony pracownik jest bardziej efektywny – mówi Anna Sulima-Gillow.

Główna projektantka Forbis Group zauważa, że w ostatnich latach coraz powszechniejsze są otwarte przestrzenie biurowe, czyli open space’y. Ich popularność wynika z prostej ekonomii: urządzenie otwartej przestrzeni biurowej jest tańsze niż podzielenie jej i zaaranżowanie wielu pojedynczych gabinetów. Open space’y niekoniecznie jednak sprawdzą się w każdej firmie. Wszystko zależy od charakteru organizacji i rodzaju wykonywanej pracy.

– Nie wszystkie firmy mogą sobie pozwolić na pracę we wspólnej przestrzeni. Pracownik przy wykonywaniu pewnych zadań musi mieć możliwość skupienia się. Zdarzają się też poufne informacje, które nie powinny docierać do wszystkich współpracowników. To bardzo indywidualne kwestie, które również wynikają z analizy potrzeb, zarówno firmy, jak i jej pracowników – podkreśla Anna Sulima-Gillow.

Trendem ostatnich lat jest też ekologia, która coraz mocniej odbija się na wystroju biurowych wnętrz. Pracodawcy nie tylko decydują się używać ekomateriałów budowlanych, klejów i farb do ścian zawierających jak najmniej chemikaliów, ale aranżują w biurze wertykalne ogrody, decydują się na wnętrza utrzymane w neutralnych kolorach, z dużą ilością zieleni i naturalnych materiałów, takich jak drewno.

– Nawiązanie do natury w dużym stopniu wpływa na psychikę pracownika, który nie musi przez cały czas obcować z komputerem, ale ma wokół siebie zielone elementy, które go odprężają, relaksują – mówi podkreśla Anna Sulima-Gillow.

Linia trendu na USD/PLN

Brak znaczących danych makro nie pomagał wczoraj inwestorom w dokonywaniu zakupów. Końcowe zmiany na rynku walutowym ponownie były niewielkie. Ceny na rynku energii wyraźnie w górę.

Wczorajszy handel upłynął na rynku walutowym w spokojnej atmosferze. Spośród głównych par walutowych największe zmiany na zakończenie dnia odnotowano na NZD/USD, gdzie zanotowano spadek rzędu 0.58%. Dużo lepiej wiodło się bykom na rynku ropy, która zyskiwała 2.2%(Brent). Za wzrosty cen tego surowca odpowiadała głównie wiadomość o przestoju w wydobyciu na Morzu Północnym. Ponownie dobrze prezentował się rynek akcyjny w Polsce. Indeks WIG20 zyskał na zamknięciu 0.87%, czyli wyraźnie więcej niż pozostałe europejskie indeksy. Był to drugi dzień z rzędu wzrostów.

Środa jest dużo atrakcyjniejszym dniem pod względem wydarzeń makroekonomicznych. Decyzję w sprawie wysokości stóp procentowych podejmie Rada Polityki Pieniężnej ale też bank centralny Rumunii. Kluczowe będą jednak dane dotyczące indeksów PMI, a szczególnie raport ADP dla amerykańskiego rynku pracy. Zazwyczaj jest to dobry prognostyk przed danymi o zmianie zatrudnienia w sektorze pozarolniczym. Takie dane napłyną na rynek z USA już w czwartek.

usdpln05042017r

Pod koniec marca rynek USD/PLN zszedł w okolice poziomu 3.90 i najwidoczniej tam znalazł wsparcie. Kontynuacja odbicia jakie miało miejsce stanęła teraz pod znakiem zapytania, symbolizowanego przez klincz na wykresie RSI. Wskaźnik dotarł do linii spadkowej – albo ją pokona i otworzy pole do wzrostów albo odbije się w dół. Wtedy czeka nas powrót przynajmniej na 3.9, nawet może i poniżej.

Sylwester Majewski


Sylwester Majewski
www.forex-desk.net

Polska firma wozi odrzutowcami milionerów z Rosji i USA. Również w Polsce rośnie zainteresowanie prywatnymi lotami

Polska firma wozi odrzutowcami milionerów z Rosji i USA. Również w Polsce rośnie zainteresowanie prywatnymi lotami 7

Prywatne loty cieszą się coraz większą popularnością. Rośnie liczba zamożnych osób, które za możliwość komfortowego przelotu są w stanie dużo zapłacić. W Polsce liczbę prywatnych samolotów latających na długich zasięgach, szacuje się na ok. 30. Ich właściciele często oddają je do zarządzania prywatnym firmom. Polska firma Jet Story wozi odrzutowcami milionerów z Rosji czy USA.

– Obecnie dysponujemy 14 samolotami odrzutowymi różnej wielkości, od małych, 6-osobowych, o zasięgu europejskim do ciężkich odrzutowców dalekiego zasięgu, które zabierają na pokład 14 osób. Większość z nich jest dostępna do czarteru, część objęta jest tylko naszym zarządzaniem i wykorzystywana przez prywatnych właścicieli – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jakub Benke, prezes zarządu Jet Story.

Jet Story zarządza blisko 60 proc. biznesowych odrzutowców należących do polskich multimilionerów. Zdecydowaną większość przychodów (ok. 90 proc.) generują loty opłacane przez zagranicznych klientów.

 W zasadzie nie kupujemy samolotów, zarządzamy prywatnymi, których właściciele decydują się na udostępnienie ich do czarteru innym klientom. Dla nich to sposób na oszczędność, dla nas możliwość pozyskania środka trwałego taniej niż przez leasing czy zakup – tłumaczy Jakub Benke. – Wśród naszych klientów przeważają Rosjanie, którzy stanowią kilkadziesiąt procent. Niecałe 10 proc. to Polacy, jest też dosyć dużo Amerykanów, Anglików, nieco Francuzów i obywateli krajów arabskich.

Jak wskazuje prezes Jet Story, firma chce zwiększyć liczbę samolotów we flocie przede wszystkim o maszyny z krajów zachodnich oraz z Rosji. Benke podkreśla, że czarterowanie prywatnych samolotów należy do usług z górnej półki, a tu polskie pochodzenie niekoniecznie stanowi przewagę.

 Rozglądamy się za jakąś firmą z Europy Zachodniej, którą moglibyśmy przejąć, bo widzimy duże korzyści z potencjalnej fuzji, zarówno czysto finansowo-biznesowe, jak i wizerunkowe – przyznaje prezes Jet Story. – Zachodni przewoźnik jest dla nas atrakcyjny, bo niesie ze sobą markę niemiecką czy austriacką. Niestety, Polska nie kojarzy się wciąż z usługami luksusowymi czy ultraluksusowymi, a w tej kategorii są prywatne jety. To nam trochę utrudnia rozwój na rynku zagranicznym, nie tylko zachodnioeuropejskim, lecz także rosyjskim.

Przy przejęciu zagranicznej firmy i jej floty baza w Polsce może jednak stanowić pewną przewagę. Niższe koszty operowania w naszym kraju sprawiają, że dla zagranicznego przewoźnika można wygenerować spore oszczędności.

Pochodzenie firmy na szczęście nie ma aż takiego znaczenia na rynku czarterowym i polskie Jet Story odnosi na nim międzynarodowy sukces.

– Woziliśmy już królów, byłych prezydentów, premierów i setki światowej klasy gwiazd rozrywki i sportu. To są osoby, które z tego typu transportu przeważnie korzystają, wielu z nich niemal na co dzień – podkreśla Jakub Benke.

Prywatne przewozy lotnicze stają się coraz popularniejsze. Szacuje się, że tylko w Europie wartość prywatnych przewozów lotniczych to kilkanaście miliardów dolarów. Raport KPMG „Rynek dóbr luksusowych” wskazuje, że w 2016 roku wartość rynku prywatnych samolotów w Polsce można szacować na ok. 109 mln zł. W 2020 roku przekroczy poziom 151 mln zł. Liczba prywatnych samolotów w rękach osób fizycznych przekracza 240, jednak liczbę większych samolotów gotowych do dalszych podróży, również międzykontynentalnych, ocenia się na ok. 30.

Restrukturyzacja Włodarzewskiej SA daje klientom szanse na odebranie mieszkań. Przy upadłości stołecznego dewelopera sprawa może się ciągnąć latami

Restrukturyzacja Włodarzewskiej SA daje klientom szanse na odebranie mieszkań. Przy upadłości stołecznego dewelopera sprawa może się ciągnąć latami 8

W spółce deweloperskiej Włodarzewska SA trwa proces restrukturyzacyjny. Wszystko z powodu ponad 200 mln zł długu. Proces ten trwa od ubiegłego roku, ale daje większe szansę na zaspokojenie wierzytelności wszystkich grup, w tym indywidualnych nabywców mieszkań. Upadłość i przejęcie inwestycji przez nowego dewelopera mogą się okazać znacznie mniej korzystne – ocenia Dariusz Czajka, adwokat.

– Włodarzewska SA podwyższyła potencjał sanacyjny, obniżyła zadłużenia dotyczące wierzytelności pozaukładowych, a także podpisała porozumienia ze strategicznymi wierzycielami, którzy mają hipoteki na kluczowych inwestycjach: Zakątek Cybisa i inwestycji w Brwinowie. Pozwala to na zwiększenie prawdopodobieństwa realizacji układu i optymalnego zaspokojenia praw wierzycieli we wszystkich grupach – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Dariusz Czajka, adwokat, prof. nadzw. Europejskiej Wyższej Szkoły Prawa i Administracji.

Na 12 kwietnia została zwołana przez sąd rozprawa w sprawie losów restrukturyzacji. Wcześniej wierzyciele będą głosować, czy zgadzają się na propozycje układowe. W styczniu Włodarzewska przedstawiła sądowi gospodarczemu propozycje: m.in. przeniesienie własności praw lokali mieszkalnych w Zakątku Cybisa do końca 2018 roku, całkowitą spłatę wierzytelności (do 150 tys. zł), 80 proc. wierzytelności (150–600 tys. zł), a najwięksi wierzyciele mieliby otrzymać 20 proc. w ciągu 8 lat. Dodatkowo spółka otrzymała od jednego z banków promesę kredytową na wznowienie inwestycji.

– Teoretycznie syndyk będzie mógł kontynuować przedsięwzięcia deweloperskie, ale nie będzie miał kapitału pochodzącego od nowych inwestorów. Może też być zawarty układ upadłości, ale to, jeżeli układ nie dojdzie do skutku, jest całkowicie nierealne. Również nowy deweloper może nabyć określone przedsięwzięcie deweloperskie, ale nie będzie mu się to opłacało z ekonomicznego punktu widzenia, bo przejmuje zobowiązania solidarnie od zbywcy – tłumaczy adwokat.

Nabywcy mieszkań w inwestycji Zakątek Cybisa na warszawskim Ursynowie klucze do mieszkań powinni dostać w 2015 roku. Budowa wciąż jednak nie została ukończona, a prace są wstrzymane. Mieszkańcy domagają się jak najszybszego wybudowania lokali i ich przekazania. Większość z nich uważa, że restrukturyzacja spółki nie rozwiąże sprawy, a lepszą opcją jest jej upadłość i przejęcie inwestycji przez innego dewelopera. Dariusz Czajka przekonuje jednak, że z punktu widzenia ochrony praw wierzycieli lepszym rozwiązaniem jest zatwierdzenie układu przez sąd.

– Chronimy w tym momencie najbardziej wrażliwą aksjologicznie grupę, czyli nabywców indywidualnych, którzy wzięli kredyty. Alternatywą jest upadłość likwidacyjna. Odwołując się do swojego doświadczenia, jako sędziego komisarza, wiem, że spółki deweloperskie, które upadły, wyzwalały negatywne konsekwencje. Dopiero po 2–3 latach syndykowi udawało się sprzedać majątek. Nabywcy majątku podwyższali cenę zakupu mieszkań, przez ten czas majątek ulegał deprecjacji ekonomicznej, a także pewnej dezintegracji – ocenia Dariusz Czajka.

Przy restrukturyzacji każda z grup wierzycieli może liczyć na zaspokojenie roszczeń, nawet jeśli w przypadku największych wierzycieli nie w pełnej wysokości. Przy upadłości odzyskanie należności może się okazać bardzo trudne, zwłaszcza dla podwykonawców czy właśnie klientów indywidualnych, a cały proces może się ciągnąć latami.

– W postępowaniu przyspieszonym zawarta jest umowa przedwstępna z jednym z banków, który ma hipotekę. Istotą tego porozumienia jest to, że po prawomocnym zatwierdzeniu układu przez sąd uwolni się hipoteki i dzięki temu mieszkańcy będą mogli nabyć swoje lokale bezobciążeniowo. W opcji upadłościowej będzie z tym duża trudność. Jeżeli nie dojdzie do konsolidacyjnego przedsięwzięcia, z punktu widzenia finansowania inwestorzy indywidualni mogą czekać parę lat na rozwój sytuacji – przekonuje Dariusz Czajka.

Postępuje cyfryzacja polskich uczelni. Już 100 tys. studentów korzysta z elektronicznych legitymacji umożliwiających płatności

Postępuje cyfryzacja polskich uczelni. Już 100 tys. studentów korzysta z elektronicznych legitymacji umożliwiających płatności 9

W Polsce wydano już 100 tys. elektronicznych kart, które łączą funkcje akademickie i płatnicze. Legitymacje Smartcard to część programu Santander Universidades, przez który Bank Zachodni WBK chce promować ideę przedsiębiorczości wśród studentów i zwiększyć ich mobilność. W Polsce w tym zakresie z bankiem współpracuje już pięć uczelni.

– Banki bardzo dużo inwestują w nowe technologie, znacznie bardziej niż uniwersytety. Uczelnie mogą skorzystać z naszych osiągnięć, by zaoferować więcej usług swoim studentom i wykładowcom z wykorzystaniem naszej technologii. Cele są więc różne, a pole do współpracy bardzo szerokie – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Vicente Prior, który odpowiada globalnie za programy uniwersyteckie w Globalnej Grupie Santander Universidades.

Globalny projekt Santander Universidades, poprzez który wprowadzane są innowacje technologiczne, wspomaga nauczanie i lepiej przygotowuje studentów do wymagań stawianych przez współczesny rynek. Bank zaś w ten sposób realizują ideę społecznej przedsiębiorczości.

– Efektem jest bliższa współpraca pomiędzy dwoma stronami. Nie ogranicza się ona tylko do samej karty czy aplikacji Campus ID, ale przy okazji propagujemy ideę przedsiębiorczości. Krzewienie jej wśród studentów zachęca ich do zakładania własnych firm, start-upów. Bierzemy udział w tym procesie. Dzięki stypendiom pomagamy uniwersytetom zwiększyć mobilność pomiędzy nimi. Pomagamy m.in. w wymianach naukowych z Ameryką – przekonuje przedstawiciel Grupy Santander.

Santander Universidades regularnie od 2013 roku organizuje serię cyklicznych spotkań International University Smart Card Congress. Mają one stanowić platformę do wymiany doświadczeń i przestrzeń do współpracy między uczelniami a biznesem. W tym roku, w dniach 30–31 marca, kongres odbył się po raz pierwszy w Polsce, w siedzibie Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie.

– Współpraca nauki, szkolnictwa wyższego, z biznesem i otoczeniem gospodarczym jest nieodzownym atrybutem funkcjonowania dobrych uczelni wyższych, które chcą, aby ich absolwenci znajdowali z sukcesami miejsca pracy i kreowali rozwój gospodarczy naszego kraju. Bez takiej współpracy uczelnia nie dowie się, czy są usterki w kształceniu ani jakie są bieżące problemy, które trzeba rozwiązywać, a pracodawcy nie będą mieli dobrych kandydatów do pracy – wskazuje prof. dr hab. Marek Rocki, rektor Szkoły Głównej Handlowej.

Nowoczesne nauczanie wymaga wprowadzenia innowacyjnych rozwiązań. Zwłaszcza że na rynku pracy rośnie zapotrzebowanie na kompetencje cyfrowe u pracowników.

– Bank Zachodni WBK należy do klubu partnerów naszej uczelni, jest też korporacyjnym członkiem CEMS-u, czyli konsorcjum europejskich szkół zarządzania, biznesu. Z każdego kraju wybierana jest przez klub tylko jedna uczelnia do członkostwa, stąd uczestnictwo Banku Zachodniego WBK w tym elitarnym klubie firm jest dla nas bardzo wartościowe, bo daje możliwość wejścia do firm europejskich i współpracy z europejskimi uczelniami – tłumaczy prof. dr hab. Marek Rocki.

Częścią globalnego projektu realizowanego przez Grupę Santander, głównego akcjonariusza Banku Zachodniego WBK, w ramach Santander Universidades jest Smartcard. Pierwszą elektroniczną legitymację studencką Grupa Santander wydała 20 lat temu. Obecnie działa ich już ponad 9 mln na 280 uczelniach w 12 krajach, w tym w Polsce.

Karta nie tylko potwierdza tożsamość w bezpieczny sposób, lecz także pozwala sprawdzić liczbę wolnych miejsc parkingowych, zarezerwować książkę w bibliotece czy sprawdzić terminy egzaminów. Jest też powiązana z programem rabatowym, m.in. w sklepach Apple czy Spotify. Z założenia ma uprościć życie studentom na uczelniach i poza nimi.

– Koncepcja Smartcard w odniesieniu do uniwersytetów pozwala na dostęp do lepszej technologii i udostępnia większej liczby usług środowiskom akademickim – studentom, wykładowcom i pracownikom. Uniwersytety same mogą wydawać legitymacje, ale technologia jest mniej zaawansowana i daje mniejsze możliwości świadczenia usług – podkreśla Vicente Prior.

Trwają prace nad nową ustawą refundacyjną. Może być szansą na dynamiczny rozwój krajowego przemysłu farmaceutycznego

Trwają prace nad nową ustawą refundacyjną. Może być szansą na dynamiczny rozwój krajowego przemysłu farmaceutycznego 10

Resort zdrowia uzasadni w czwartek na sejmowej komisji najważniejsze założenia nowelizacji ustawy refundacyjnej. Zmiana ma skorygować błędy dotychczasowych przepisów obowiązujących od 2011 roku. Branża farmaceutyczna pozytywnie ocenia część jej założeń, ale obawia się, że nowe przepisy mogą faworyzować zagraniczne koncerny. Tymczasem polska branża farmaceutyczna odpowiada za bezpieczeństwo lekowe kraju i jest jednym z najbardziej innowacyjnych sektorów rodzimej gospodarki. 

Zmiany w ustawie refundacyjnej powinny być wprowadzane stopniowo i racjonalnie, żeby zabezpieczyć interes pacjentów i zapewnić im dostęp do leków, zarówno tych podstawowych, jak i nowej generacji. Po drugie, powinny uchronić Narodowy Fundusz Zdrowia przed nadmiernymi wydatkami, a po trzecie – zabezpieczyć krajowy rynek przed czynnikami zewnętrznymi. Wszystkie te elementy może zapewnić zwiększona produkcja leków tutaj, w Polsce – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Błaszczyk, prezes Polskiego Związku Pracodawców Przemysłu Farmaceutycznego.

Sejmowa Komisja Zdrowia zajmie się w czwartek, 6 kwietnia, nową wersją projektu nowelizacji ustawy refundacyjnej. Ministerstwo Zdrowia najpierw skierowało dokument do konsultacji z innymi resortami i organizacjami branżowymi. Kilka tygodni temu odbyło się jego pierwsze czytanie w Sejmie. Według zapowiedzi nowelizacja ustawy refundacyjnej ma wejść w życie jeszcze w tym roku.

– Będziemy obserwować rozwój zmian w przepisach w trakcie prac parlamentarnych oraz wnosić konstruktywne uwagi – zapowiada Piotr Błaszczyk – Z zadowoleniem przyjęliśmy autopoprawkę ministra zdrowia mającą na celu rozwiązanie dużego problemu, jakim jest nielegalny wywóz leków z Polski. Autopoprawka zahamowała mechanizm, który w sposób pośredni odbiłby się na krajowym przemyśle farmaceutycznym, uniemożliwiając wprowadzanie na rynek nowych odpowiedników, co powoduje zwiększoną dostępność leków dla pacjentów.

Projekt nowelizacji ustawy refundacyjnej przewiduje też wprowadzenie tzw. refundacyjnego trybu rozwojowego. Firmy farmaceutyczne, które lokalizują swoje zakłady produkcyjne w Polsce, będą mogły dzięki temu liczyć na przywileje w trakcie negocjacji refundacyjnych. Budżet państwa będzie dopłacał nawet 10 proc. do refundacji produkowanych przez nie leków. W ten sposób rząd chce premiować podmioty, które pracują nad nowymi terapiami i prowadzą działalność inwestycyjną na tutejszym rynku.

Rozwojowy tryb refundacyjny postrzegamy jako bardzo istotny element wspierający inwestycje i rozwój krajowego przemysłu farmaceutycznego – uważa Piotr Błaszczyk.

Polski Związek Pracodawców Przemysłu Farmaceutycznego negatywnie ocenia za to regulacje związane z paybackiem, czyli zwrotem kosztów nadmiernych wydatków Narodowego Funduszu Zdrowia poprzez producentów leków. Obawia się on, że tymi wydatkami nadmiernie obciążony zostanie krajowy przemysł farmaceutyczny.

Powinno być odwrotnie, ponieważ polskie leki, produkowane w kraju, to produkty, które dzięki niskim cenom, zapewniają oszczędności systemowi refundacyjnemu. Niesprawiedliwy payback mógłby wpłynąć na stan polskiego przemysłu farmaceutycznego, dlatego będziemy zabiegać o zmiany w tym zakresie. Chcielibyśmy, żeby zwrot zwiększonych wydatków obciążał również tych, którzy te wydatki zwiększają. Są to na przykład nowe bardzo drogie terapie, które wchodzą do receptariusza Narodowego Funduszu Zdrowia. One wpływają na zwiększone wydatki systemu refundacyjnego, a więc powinny też partycypować w zwrocie kosztów do Narodowego Funduszu Zdrowia – mówi Piotr Błaszczyk.

Prezes związku reprezentującego pracodawców branży farmaceutycznej podkreśla, że jest to jeden ze strategicznych sektorów rodzimej gospodarki. Dzięki dobrej sytuacji krajowych firm Polska nie musi się obawiać takich problemów jak Grecja czy Ukraina, które borykały się ostatnio z ograniczonym dostępem do leków.

Jesteśmy jednym z najbardziej innowacyjnych sektorów gospodarki. Zapewniamy 1 proc. produktu krajowego brutto i 100 tys. miejsc pracy, a krajowi producenci leków mogą się pochwalić dużą liczbą patentów. Część przychodów reinwestujemy w badania i rozwój, czego efektem są nowe wdrożenia i nowe rozwiązania – zaznacza Piotr Błaszczyk.

Kilka tygodni temu Ministerstwo Zdrowia przedstawiło oficjalne sprawozdanie z funkcjonowania ustawy refundacyjnej, która weszła w życie w 2011 roku. Resort negatywnie ocenił realizację zapisów ustawy, a błędy ma skorygować nowelizacja, która znajduje się obecnie na etapie prac parlamentarnych.

Przecena złotego, jego dalsze losy zależą od banków centralnych

Po południu złoty zdołał odrobić część przedpołudniowych strat, ale te i tak pozostają duże. W ostatnim czasie sentyment do polskiej waluty zdecydowanie się pogorszył, a jej dalsze losy będą uzależnione od sygnałów z banków centralnych i trochę od polityki.

Fala wyprzedaży złotego przetoczyła się w godzinach przedpołudniowych przez polski rynek walutowy. Jednym z jego efektów był wzrost kursu USD/PLN powyżej psychologicznej bariery 4 zł z poziomu 3,9690 zł wczoraj na koniec dnia i wobec zanotowanego w ubiegłym tygodniu 4,5-miesięcznego minimum na poziomie 3,8924 zł.

Po południu presja podażowa nieco ustąpiła, a złoty nawet odrobił część strat. Te jednakże pozostają znaczące. O godzinie 16:43 kurs EUR/PLN testował poziom 4,2530 zł, co oznacza wzrost o 1,8 gr. Dolar podrożał o 2,4 gr do 3,9930 zł. Szwajcarski frank natomiast o wzrósł o 2,1 gr do 3,9840 zł. Tym samym sentyment do polskiej waluty pogorszył się i już niewiele zostało z dobrych nastrojów panujących w marcu, gdy zyskiwała ona wraz z napływem kapitałów do Polski i do innych dużych gospodarek emerging markets.

Gdyby aktualną sytuację oceniać tylko i wyłącznie przez pryzmat analizy wykresów polskich par, to należałoby postawić tezę mówiącą o tym, że w ubiegłym tygodniu zostały wyznaczone średnioterminowe dołki, a kwiecień upłynie pod znakiem drożejących walut.

Dzisiejsza przecena złotego, która korelowała m.in. z podobnych zachowaniem węgierskiego forinta, nieco zaskoczyła. Brakowało bowiem bezpośrednich mocnych impulsów do takiego zachowania. Relatywnie spokojnie zachowywała się para EUR/USD. Bardzo dobre nastroje panowały na warszawskiej giełdzie i wielu innych europejskich parkietach. Spokojnie też było na rodzimym rynku długu, gdzie wprawdzie miała miejsce niewielka realizacja zysków, ale zdecydowanie przeważało wyczekiwanie na wyniki rozpoczętego dziś dwudniowego posiedzenia Rady Polityki Pieniężnej (RPP) i czwartkowe wyniki aukcji o wartości 3-5 mld zł.

Nie mniej jednak przecena miała miejsce, a jedną z jej konsekwencji jest gorsze nastawienie inwestorów do złotego. To czy będzie on w dalszej części tygodnia tracił na wartości przede wszystkim zależało będzie od sygnałów płynących z banków centralnych (bardziej od Fed i ECB, niż od RPP) i trochę od polityki.

W środę zostaną opublikowane tzw. minutki z ostatniego posiedzenia Fed, a w czwartek z ostatniego posiedzenia ECB. Inwestorzy będą tam szukali odpowiedzi na pytania o ilość podwyżek stóp procentowych w USA w tym roku oraz o to, czy w łonie ECB toczy się dyskusja nad przyszłym wyjściem z ultraluźnej polityki monetarnej. Im bardziej jastrzębie będą sygnały, tym gorzej dla złotego. I odwrotnie.

Większego wpływu na notowania złotego nie będzie za to miało posiedzenie RPP. Jego wyniki rynek pozna w środę. Jest pewne, że Rada nie zmieni stóp procentowych i nie zmieni swej retoryki. Owszem rynek walutowy mógłby reagować, ale tylko wówczas, gdy pojawi się ze strony Rady sugestia wydłużenia okresu rekordowo niskich stóp procentowych w Polsce.

Innym impulsem, który może potencjalnie wstrząsnąć złotym oraz innymi walutami emerging markets jest polityka. Wstrząs ten miałby wpływ pośredni, poprzez dolara. W najbliższy piątek dojdzie do spotkania prezydenta USA z prezydentem Chin, podczas dwudniowej wizyty tego ostatniego w USA. Niewątpliwie podczas rozmowy będą poruszane tematy gospodarcze, na co czuły właśnie może być dolar.

Drugim politycznym tematem są pojawiające się głosy, że jeszcze w tym tygodniu Kongres może głosować nad likwidacją Obamacare. Gdyby tak się stało i prezydent Trump obaliłby ten program zdrowotny, to rynek odebrałby to jako sygnał skuteczności działań prezydenta, oczekując w kolejnych krokach reformy podatków i pakietu fiskalnego. Dla rynku walutowego oznaczałoby to silny impuls do umocnienia dolara, co z pewnością w sposób bezpośredni uderzyłoby w waluty emerging markets (w tym złotego).

Marcin Kiepas, główny analityk Fundacji FxCuffs

Marcowa korekta bez konsekwencji

Marzec przyniósł niewielkie spadki głównych indeksów warszawskiego parkietu, które nie zachwiały jednak w najmniejszym stopniu perspektywami naszego rynku. Ciekawostką może być fakt, że korekta wystąpiła mimo dobrych nastrojów zarówno na największych giełdach światowych, jak i na emerging markets.

W marcu WIG20 i WIG poszły w dół o 0,7 proc. Biorąc pod uwagę wcześniejszy dynamiczny ruch w górę, korektę można określić mianem symbolicznej. Realizacja zysków zaczęła się dopiero w drugiej połowie miesiąca, po zaatakowaniu przez indeks największych spółek 2300 punktów i 60 tys. punktów przez wskaźnik szerokiego rynku, a więc poziomów mających raczej charakter psychologiczny, niż istotnych z technicznego punktu widzenia. Niewielka skala spadku nie zdołała doprowadzić do pojawienia się jakichkolwiek sygnałów skłaniających do niepokoju i zwiastujących pogłębienie przeceny, choć miejsca do bezpiecznego rozwinięcia korekty jest jeszcze sporo. Do  tezy, że mamy do czynienia z naturalnym zjawiskiem realizacji zysków, skłania fakt, że korekta rozpoczęła się bez żadnego istotnego negatywnego impulsu. Z pewnością ani powodem, ani pretekstem nie mogły się stać czynniki fundamentalne. Większość spółek, w tym także tych największych, raportowała poprawę wyników finansowych, a perspektywy polskiej gospodarki rysują się zdecydowanie optymistycznie. Tempo wzrostu PKB w tym roku z pewnością będzie wyższe niż w 2016 r., nic też nie wskazuje na napięcia w sferze finansów państwa. Pozytywne zjawiska dostrzegają coraz częściej zagraniczne ośrodki analityczne, podwyższając prognozy oraz zarządzający aktywami, wyrażając się pozytywnie o naszej gospodarce i rynku. Poprawę postrzegania Polski potwierdza także zachowanie się złotego i obligacji skarbowych. Złoty od początku roku należy do grupy najlepiej radzących sobie walut, korzystając z pozytywnego nastawienia inwestorów do rynków wschodzących. Pod koniec marca dolar był najtańszy od pięciu miesięcy i aż o 34 grosze tańszy niż w połowie grudnia ubiegłego roku. Kurs euro osiągnął poziom najniższy od listopada 2015 r. Rentowność polskich dziesięcioletnich papierów skarbowych w ciągu miesiąca spadła z prawie 3,9 do 3,47 proc. Na tym tle niewielka słabość indeksów warszawskiego parkietu wyglądała wręcz nienaturalnie.

Nienaturalnie także w porównaniu do sytuacji na głównych parkietach europejskich, gdzie indeksy we Frankfurcie i Paryżu zwyżkowały po 4-5 proc. Można przypuszczać, że hamująco na zwyżkę naszych wskaźników wpływało nieco gorsze zachowanie giełdy nowojorskiej, gdzie nastroje nie były najlepsze, szczególnie od momentu porażki Donalda Trumpa w kwestii zmian w systemie ubezpieczeń zdrowotnych, stawiającej pod znakiem zapytania szybką realizację pozostałych jego planów. To jednak nie Wall Street, lecz rynki wschodzące są benchmarkiem dla naszych indeksów. Tymczasem MSCI Emerging Markets od drugiej dekady marca radził sobie bardzo dobrze, rosnąc w skali miesiąca o prawie 4 proc. i kończąc go na poziomie najwyższym od połowy 2015 r. Warto jednak zwrócić uwagę, że słabości naszego WIG20 towarzyszył także sięgający 1,3-1,5 proc. spadek indeksów giełd w Budapeszcie i Bratysławie.

Spośród czynników wewnętrznych, warto zwrócić uwagę na słabszą postawę sektora energetycznego oraz banków. W przypadku tego pierwszego powodów należy szukać w kontynuacji zaangażowania w proces dokapitalizowania Polskiej Grupy Górniczej oraz znikającej perspektywy wypłaty dywidendy. Ten drugi czynnik ma także zastosowanie w odniesieniu do przedstawicieli sektora finansowego. Jeśli dodać do tego sięgające 10 proc. spadki notowań akcji KGHM i JSW, trudno się dziwić słabszej postawie indeksu naszych największych firm. Zjawisko realizacji zysków znacznie mocniej było widoczne w przypadku segmentu średnich spółek. mWIG40 stracił w marcu 2 proc. Tu zagrożenie pogłębieniem przeceny wydaje się nieco większe, ale także daleko jeszcze do pojawienia się obaw dotyczących zmiany głównego trendu. Charakterystycznym zjawiskiem w przypadku wielu spółek był brak pozytywnej reakcji kursu na informacje o dobrych wynikach finansowych, czy wręcz wykorzystywanie publikacji raportów do pozbywania się akcji. O ile można tego typu zjawisko racjonalnie wyjaśnić, to jednocześnie trudno obawiać się, że doprowadzi ono do negatywnych konsekwencji w dłuższym horyzoncie. Na poszukiwanie zysków w mniej wyeksploatowanych obszarach rynku wskazuje natomiast bardzo dobre zachowanie indeksu najmniejszych spółek. sWIG80, odmiennie niż pozostałe indeksy, zyskał w marcu ponad 3 proc., zaliczając jedynie krótką korektę w pierwszej połowie miesiąca i kończąc go na poziomie zbliżonym do niedawnego lokalnego szczytu.

Aktywność inwestorów na rynkach Grupy GPW – marzec 2017 r.

  • Wzrost wartości obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń[1] na Głównym Rynku o 47,5% rdr do poziomu 24,6 mld zł
  • Średnia dzienna wartość obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń – 1,1 mld zł (+34,7% rdr)
  • Wzrost wolumenu obrotu kontraktami terminowymi o 36,0% rdr do poziomu 1,0 mln szt.
  • Wzrost łącznej wartości obrotu obligacjami na TBSP o 98,6% rdr do poziomu 54,6 mld zł
  • Wzrost wolumenu obrotu gazem na rynku spot o 3,4% rdr do poziomu 2,3 TWh

Łączna wartość obrotu akcjami na Głównym Rynku wyniosła w marcu 2017 r. 25,1 mld zł, czyli o 43,9% więcej niż rok wcześniej. Wartość obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń wzrosła rok do roku o 47,5%, do poziomu 24,6 mld zł, a średnia dzienna wartość obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń osiągnęła w marcu 2017 r. poziom 1,1 mld zł, o 34,7% wyższy niż rok wcześniej. Wartość indeksu WIG na koniec marca 2017 r. wyniosła 57 911,31 pkt i była o 18,1% wyższa niż rok temu.

Również na rynku NewConnect odnotowano wzrost łącznej wartości obrotu akcjami o 16,1% rok do roku. W ramach arkusza zleceń wartość obrotu akcjami na rynku alternatywnym GPW wyniosła 149,7 mln zł (+37,5% rdr).

W marcu 2017 r. łączny wolumen obrotu instrumentami pochodnymi wyniósł 1,0 mln szt.,
o 36,0% więcej niż rok wcześniej. Wolumen obrotu kontraktami terminowymi na indeksy wyniósł 674,6 tys. szt., co oznacza wzrost o 37,2% wobec marca 2016 r. Również kontrakty na akcje odnotowały wzrost o 84,2% do poziomu 209,0 tys. sztuk.

Wartość notowanych na rynku Catalyst emisji obligacji nieskarbowych wyniosła na koniec marca 2017 r. 83,5 mld zł, co oznacza wzrost o 17,4% rok do roku. Wartość obrotu obligacjami nieskarbowymi na rynku Catalyst w ramach arkusza zleceń wzrosła rok do roku o 45,5%, do poziomu 207,2 mln zł.

Łączna wartość obrotu obligacjami na TBSP wyniosła w marcu br. 54,6 mld zł i była o 98,6% wyższa niż rok wcześniej.

Łączny wolumen obrotu gazem ziemnym wyniósł w marcu 2017 r. 7,3 TWh, o 39,9% mniej niż rok wcześniej. Na rynku spot wolumen obrotu wzrósł o 3,4% osiągając poziom 2,3 TWh. Z kolei łączny wolumen obrotu energią elektryczną na rynkach spot i terminowym w marcu 2017 r. wyniósł 7,7 TWh, czyli o 27,8% mniej niż rok wcześniej.

Wolumen obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia z wyłączeniem praw ze świadectw związanych z efektywnością energetyczną („białe certyfikaty”)[2] na rynkach spot i terminowym wyniósł 8,1 TWh co oznacza wzost o 21,2% w stosunku do marca 2016 r. Wolumen obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia związanych z efektywnością energetyczną („białe certyfikaty”) wyniósł w marcu 2017 r. 14,6 ktoe[3].

Kapitalizacja 433 spółek krajowych notowanych na Głównym Rynku (GR) na koniec marca 2017 r. wyniosła 621,3 mld zł (147,2 mld EUR). Łączna kapitalizacja 486 spółek krajowych i zagranicznych notowanych na GR GPW wyniosła na koniec marca br. 1,260 mld zł (298,6 mld EUR).

Na Rynku Głównym GPW w marcu 2017 r. zadebiutowała spółka UNIMOT S.A., gdzie wartość oferty wyniosła 99 mln PLN. Na Catalyst w marcu 2017 r. zadebiutowały obligacje spółki PGB (wartość emisji to 387,160 mln PLN). Na rynku Catalyst zadebiutowały obligacje Województwa Opolskiego o wartości 28 mln PLN.

W marcu 2017 r. na GPW odbyło się 23 sesji giełdowych, o 2 więcej niż rok wcześniej.

W załączeniu dane o obrotach na rynkach prowadzonych przez Grupę GPW.

[1] transakcje sesyjne, bez transakcji pakietowych

[2] świadectwa pochodzenia związane z efektywnością energetyczną (tzw. białe certyfikaty) są wystawiane , notowane i rozliczane w innych jednostkach metrycznych niż pozostałe świadectwa na TGE (toe – tona oleju ekwiwalentnego; energetyczny równoważnik jednej metrycznej tony ropy naftowej o wartości opałowej równej 10.000 kcal/kg;)

[3] ktoe = 1000 toe, Mtoe = 1000 000 toe

Poczta Polska: porozumienie w sprawie premii – ponad 950 zł brutto w kwartale

Zarząd Poczty Polskiej oraz reprezentatywne organizacje związkowe, działające w firmie – Związek Zawodowy Pracowników Poczty oraz Organizacja Międzyzakładowa NSZZ „Solidarność” Pracowników Poczty Polskiej – uzgodniły nowy Regulamin premiowania. Zgodnie z nowymi zapisami, pracownicy okienek i listonosze będą mogli otrzymać nawet 950 zł brutto premii w kwartale. Pierwsze pieniądze trafią na konta już w drugim kwartale 2017 roku.

Dokument przewiduje wpływ indywidualnych wyników pracy na wysokość tej części wynagrodzenia. W przypadku doręczycieli i pracowników sortowni prawie 2/3 premii będzie stanowiła premia czasowo-jakościowa, na której wysokość wpłynie jakość wykonywanej pracy i zaangażowanie, a także liczba przepracowanych dni w danym miesiącu. Do tego dojdzie premia zadaniowa wypłacana, jeśli zarówno pracownik jak i jego jednostka organizacyjna zrealizują zaplanowane na dany okres zadania. Dodatkowo, gdy firma w danym kwartale osiągnie zakładany wynik na poziomie co najmniej 100%, wszystkie osoby, które otrzymały premię zadaniową dostaną dodatkową gratyfikację w postaci premii wynikowej.

– Premie to konieczny element wynagradzania i motywowania Pracowników Poczty Polskiej. Porozumienie jest niełatwym kompromisem pomiędzy uzasadnionymi oczekiwaniami pracowników naszej firmy i jej trudną sytuacją finansową – powiedział Przemysław Sypniewski, Prezes Zarządu Poczty Polskiej.

Poprawa warunków pracy i wynagrodzeń jest jednym z kluczowych elementów nowej strategii Poczty Polskiej przyjętej przez Radę Nadzorczą firmy. Pracownicy Poczty Polskiej są największym kapitałem. Dlatego stabilne zatrudnienie, płace adekwatne do kompetencji i wymagań rynku są priorytetem działań obecnego Zarządu. Zarząd Poczty Polskiej, podobnie jak pracownicy, widzi konieczność zmiany wynagrodzeń w Spółce i podejmuje konkretne działania by to zmienić. Trwają prace nad możliwością wprowadzenia rozwiązań systemowych, związanych z systematycznym wzrostem wynagrodzeń w firmie.

Średnie miesięczne wynagrodzenie listonoszy z nagrodami jubileuszowymi, odprawami emerytalno-rentowymi oraz premią roczną wynosi obecnie 2818, 07 zł. Listonosze miejscy średnio otrzymują miesięcznie 2825, 77 zł. brutto, natomiast wiejscy: 2807, 97 złotych brutto.

Okiem rekrutera: aktywny kandydat vs bierny kandydat

Rekruterzy co roku kontaktują się z tysiącami kandydatów, poszukując tych najodpowiedniejszych na dane stanowisko. Spotykają ludzi o różnych osobowościach, oczekiwaniach i pomysłach na swoją ścieżkę kariery. Rekruterzy często dzielą ich na dwie kategorie: kandydatów aktywnych i kandydatów biernych. Kim są, czym się charakteryzują i jaka jest specyfika rekrutacji kandydatów z poszczególnych grup? Na te pytania odpowiada doświadczony ekspert ds. rekrutacji firmy HRK.

Według raportu LinkedIn „Talent Trend” 25% badanych pracowników aktywnie poszukuje pracy, natomiast pozostałe 75% to osoby niepodejmujące znaczących aktywności w tym zakresie. Nie oznacza to jednak, że ta większość nie rozważa w bliższej czy dalszej perspektywie zmiany pracodawcy. Ich motywacja do zmian jest mniejsza, a blisko połowa tej grupy wyraża swoje zainteresowanie ewentualną rozmową z rekruterami.

Eksperci branży HR dzielą kandydatów na aktywnych i biernych. Na podstawie tych dwóch kategorii dobierają odpowiednie narzędzia i sposób rekrutacji, tak by trafić z odpowiednim przekazem do kandydata z danej grupy.

Aktywny kandydat – jak go przyciągnąć?

Aktywny kandydat to oczywiście ten, który samodzielnie i aktywnie szuka pracy. Przeszukuje portale z ofertami pracy, nie kończąc na jednym, systematycznie zagląda do mediów społecznościowych, jak LinkedIn czy GoldenLine, a także buduje i korzysta ze swojej sieci kontaktów zawodowych. Ten typ kandydatów poszukuje otwartej okazji do zmiany pracy, najczęściej z powodu braku perspektyw rozwoju w obecnej lub potrzeby zwiększenia wynagrodzenia.

Aktywni kandydaci są łatwi do odnalezienia, ponieważ systematycznie wysyłają swoje CV, a także budują pożądaną markę własną dzięki m.in. portalom społecznościowym popularnym wśród rekruterów.

Osoby aktywne często biorą udział w przynajmniej kilku procesach rekrutacyjnych, łatwo do nich dotrzeć, więc szansa na zatrudnienie takiego kandydata wynosi zaledwie kilka procent. Są to jednak osoby zdecydowanie bardziej elastyczne co do terminów spotkań rekrutacyjnych i rozmów telefonicznych – mówi Katarzyna Rzepka, Managing Consultant IT Tech z działu ICT w firmie HRK. – Osoby te są otwarte na rozmowy z rekruterami, są również bardziej nastawione na efektywną autoprezentację i chętniej polecają znajomych, podczas gdy ich bierni na rynku pracy koledzy niechętnie dzielą się informacjami.

Bierny kandydat – czym go skusić?

Bierny kandydat nie szuka aktywnie nowych możliwości. Dlaczego? Pracownik tego typu może mieć ugruntowaną pozycję u swojego pracodawcy i czerpać satysfakcję z tego, co robi. W grę może wchodzić również osobowość. Niektórzy ludzie przywiązują się do miejsca pracy, niezależnie od zapewnianych przez pracodawcę warunków.

Ten typ pracowników nie szuka aktywnie nowego miejsca zatrudnienia, lecz nie oznacza to, że jego decyzja się nie zmieni, zwłaszcza kiedy otrzyma lukratywną propozycję. Zaletą kontaktu z taką osobą jest brak konkurencji wśród rekrutrów. Należy go przekonać do profitów, jakie uzyska wraz z nową pracą.

Osoby bierne są bardziej roszczeniowe, ważna jest też dla nich informacja, jakie warunki finansowe pracodawca jest im w stanie zaoferować. I często jest to jedyna motywacja do rozważenia propozycji oferty pracy. Osoby nieposzukujące pracy są także zdecydowanie skłonniejsze do przyjęcia kontroferty od obecnego pracodawcy – wyjaśnia Katarzyna Rzepka.

Branża i stanowisko mają znaczenie

Nie bez wpływu na motywację do szukania pracy pozostaje branża. Istnieją obszary takie jak sprzedaż, handel, marketing czy szeroko pojęte media, w których rotacja pracowników jest duża. Mamy w nich do czynienia z osobami, które aktywnie poszukują nowych wyzwań, a pozostanie w jednej firmie przez wiele lat postrzegane jest jako stagnacja i zatrzymanie rozwoju osobistego. Oczywiście istnieją branże, w których u jednego pracodawcy pracuje się przez wiele lat. Stabilne zatrudnienie, zadawalające zarobki i poczucie bezpieczeństwa sprawiają, że pracownicy mogą spędzić w firmie sporą część swojego życia zawodowego.

Według eksperta HRK wpływ na bycie aktywnym czy biernym kandydatem ma również poziom zajmowanego stanowiska. Im wyższe stanowisko (project manager, manager, team lider, dyrektor itp.), związane z dużym doświadczeniem, tym trudniejsza decyzja o zmianie pracy. Tu najczęściej mamy do czynienia z osobami koło 40. roku życia i więcej. Duża część tych pracowników ma już rodziny, a także stałe zobowiązania finansowe, dlatego wszelkie zmiany w ich życiu muszą być przemyślane.

Jak wskazują powyższe analizy – kandydatów biernych jest na rynku więcej niż kandydatów aktywnych. Jest to wyzwanie zarówno dla rekruterów, którzy muszą znaleźć i skłonić takiego kandydata do spotkania, jak i dla pracodawców, którzy muszą zaoferować takim kandydatom naprawdę konkurencyjne warunki.

Zmiany na rynku pracy: pieniądze tracą na znaczeniu, a Internet zyskuje

3 na 10 Polaków chce zmienić pracę z powodu nudy i rutyny – wynika   najnowszych badań Work Service. Na znaczeniu zaczynają tracić pieniądze, ale zyskują potrzeba awansu i samorealizacji. Zmianę widać również w sposobach szukania pracy. Już nie tylko znajomości, ale w coraz większym stopniu Internet ma pomóc w znalezieniu najlepszych ofert. Blisko 60% pracowników szuka ich na portalach pracy, a 45% bezpośrednio na stronach firm. To wymusza na pracodawcach większą aktywność w sieci, bo właśnie tam są kandydaci.

Pieniądze to główny powód, dla którego ludzie codziennie idą do pracy. Dla 45,5% to też podstawowy czynnik motywujący do zmiany pracodawcy. Ludzie szukają firm, gdzie mogliby zarabiać więcej, ale jak pokazują najnowsze badania Work Service pieniądze tracą na znaczeniu. W ciągu ostatniego pół roku odsetek osób deklarujących zmianę miejsca zatrudnienia z powodów finansowych zmniejszył się o 13,6 p.p. Tak duży spadek oznacza, że dziś prawie równie ważny jest inny czynnik – brak perspektyw awansu. Nie bez znaczenia dla pracowników jest także możliwość samorealizacji i nuda oraz rutyna, która do zmiany pracy skłania 29,3% osób.

Obserwowana zmiana to efekt poprawy sytuacji na rynku pracy. Już w zeszłym roku uwidocznił się trend wzrostowy w poziomie wynagrodzeń, który w nadchodzących miesiącach powinien się jeszcze umocnić. Wyższe pensje spowodowały, że pracownicy zaczęli zwracać większą uwagę na inne aspekty niż finanse – na rozwój, atrakcyjność i ciekawość wykonywanej pracy. To wyraźny sygnał dla pracodawców. Tym bardziej, że 1/3 Polaków twierdzi, że nową pracę znajdzie w miesiąc. Część niezadowolonych pracowników może zatem odejść z dnia na dzień, bo uważa, że nie będzie mieć problemu ze znalezieniem innego pracodawcy – komentuje Andrzej Kubisiak, Dyrektor Zespołu Analiz Work Service S.A.praca a internet

Pracy szukamy przez znajomych i Internet

Obserwowany w ostatnim czasie wzrost wynagrodzeń wpłynął na odsetek tych, którzy zastanawiają się nad zmianą pracy. Z „Barometru Rynku Pracy VII”, przygotowanego przez Work Service, wynika, że myśli o tym 17,9% pracowników i jest to najniższy wynik w historii. Ci, którzy jednak się na to decydują najczęściej korzystają z pomocy znajomych (58,3%) i portali pracy (57,2%), których popularność rośnie. Właśnie w Internecie kandydat ma szeroki dostęp do różnorodnych ofert i nie musi już chodzić po urzędach pracy i targach, żeby zdobyć kompleksowe informacje dotyczące pracodawcy i stanowiska, na które chce aplikować. To wszystko może zrobić nie wychodząc z domu.

Rynek pracy ulega ciągłym zmianom, ale jeden trend jest niezmiennie kontynuowany. To narastająca rola nowych technologii i opanowywanie procesów rekrutacyjnych przez narzędzia on-line. Sami pracodawcy zaczynają podążać ścieżkami, którymi poruszają się kandydaci, przez co stawiają na rozwijanie swojego wizerunku w sieci i budowanie nowych narzędzi promujących ich warunki zatrudnienia. Na tym trendzie zyskują portale pracy, których popularność na przestrzeni ostatnich 6 miesięcy wzrosła o niemal 10 p.p. – twierdzi Piotr Adamczyk, Prezes Zarządu serwisu Kariera.pl.praca a internet 2

Strony firmowe z ofertami pracy

Szukanie pracy w Internecie to nie tylko odwiedzanie portali. 45,5% osób samodzielnie przegląda też oferty w zakładkach „Kariera” na stronach firm, dzięki czemu ma bezpośredni dostęp do stanowisk, na które prowadzona jest rekrutacja. W związku z tym pracodawcy powinni zwrócić uwagę na czytelność i atrakcyjność zamieszczonych tam treści. Pozwoli to przyciągnąć uwagę kandydatów, tak bardzo poszukiwanych w wielu branżach.

Wpisując się w panujące na rynku trendy postawiliśmy na nowy standard komunikacji z kandydatami. Przygotowaliśmy stronę internetową dedykowaną w całości kandydatom i poszukiwaniu pracy. Wystarczy, że kandydat wejdzie na naszą stronę i wpisze swoje podstawowe dane, a my skontaktujemy się z nim i zaproponujemy oferty dopasowane do jego potrzeb. Tym, którzy preferują samodzielnie przeglądać oferty pracy, służy prosta i intuicyjna wyszukiwarka. Kandydaci mogą również skorzystać z praktycznych poradników, np. jak efektywnie poszukiwać pracy, jak przygotowywać dokumenty aplikacyjne czy rozwijać swoje kompetencje. Zależy nam, aby kandydat czuł się odpowiednio otoczony opieką we wszystkich kanałach obsługi, czy to odwiedzając nasz oddział czy aplikując na ofertę online. – komentuje Katarzyna Kowol, Digital Marketing Manager Work Service S.A.

***

Metodologia badania:

Dane prezentowane w ramach „Barometru Rynku Pracy VII” zostały przygotowane i opracowane na zlecenie Work Service S.A. przez instytut Millward Brown S.A. Badanie zrealizowano na próbie osób pracujących (N=522) dobranej z ogólnopolskiej reprezentatywnej próby dorosłych Polaków N=1000 (dobranych zgodnie ze strukturą populacji pod względem płci, wieku, wykształcenia oraz klasy wielkości i województwa miejsca zamieszkania), wyniki poddano procedurze ważenia. Maksymalny błąd pomiaru dla całej próby pracujących to +/-4,4%. Badanie zostało przeprowadzone za pomocą wspomaganych komputerowo wywiadów telefonicznych CATI okresie 16-20.01.2017 r.

Kurs EUR/USD na rozdrożu. Złoty traci

Niejednoznaczna sytuacja na EUR/USD. Polska waluta zaczyna tracić na bazie gorszego sentymentu ale też sytuacji technicznej. Najbliższe dni powinny być niekorzystne dla EUR/PLN i CHF/PLN. Bilans handlowy w USA w centrum uwagi.

Święto w Chinach

Dzisiejszy handel na rynkach rozpoczął się dość spokojnie. A to w głównej mierze dlatego, że w Chinach nie ma dziś sesji w związku z obchodzonym tam Świętem Zmarłych. Na EUR/USD jesteśmy dość nisko w okolicach 1,0660. Sytuacja jest dość newralgiczna bo tak naprawdę zdecydowanego kierunku nie widać. Wczorajsze wypowiedzi członków Fed nie dotyczyły polityki pieniężnej więc niewiele wniosły na rynki.

Dane z Europy

Z drugiej strony mieliśmy informacje o inflacji producenckiej w strefie euro, która w lutym wzrosła już 11 miesiąc z rzędu. W kolejnych miesiącach jednak powinniśmy obserwować spadek tego wskaźnika zważywszy choćby na to, że ceny surowców a przede wszystkim energii spadły. Również rekordowo niska stopa bezrobocia w strefie euro nie wpłynęła na wycenę euro.

W końcu złoty traci

Polska waluta od rana dość zauważalnie słabnie. Można powiedzieć, że to lekko opóźniona reakcja po wczorajszej gorszej publikacji wskaźnika PMI dla przemysłu. Ale trzeba też zauważyć, że złoty zanotował bardzo dobry kwartał gdzie dotarliśmy na większości głównych par do 1,5 rocznych minimów korekta więc jest zupełnie czymś naturalnym. Tym bardziej jak już wspominaliśmy atrakcyjność polskiej waluty po publikacji niższej inflacji nieco spadła.

Czynniki zewnętrzne niekorzystne dla złotówki

Wynika to z tego, że wskutek słabszego wzrostu cen RPP raczej do końca roku nie zdecyduje się na podwyżkę stóp w Polsce. Scenariusz na najbliższe dni to powolne osłabienie krajowej waluty tym bardziej, że dojdą czynniki ryzyka na szerokim rynku choćby wybory we Francji. Niby już przesądzone ale trzeba pamiętać, że brexitu też miało nie być według sondaży. Inwestorzy mając to w pamięci będą redukować pozycje w ryzykownych aktywach.

Kilka danych

Dzisiaj na rynkach kilka ciekawych danych makro się pojawi. O 10.30 mamy PMI sektora budownictwa z Wielkiej Brytanii. Temat brexitu cały czas jest na wokandzie więc może oczekiwać większej wrażliwości na publikacje.

Dolar pod presją bilansu handlowego

O 14.30 poznamy bilans handlowy USA za luty. W styczniu deficyt był najwyższy od dwóch lat. Tym razem spodziewany jest nieco niższy poziom. Negatywne zaskoczenie mogło by wyhamować impuls aprecjacyjny na dolarze.

Prezes EBC raczej bez niespodzianki

O 15.30 przemawiał będzie Mario Draghi. Rynki raczej spodziewają się obrony programu luzowania polityki monetarnej przez prezesa EBC. Nie spodziewamy się też żadnych głosów o tym, że trzeba podwyższyć stopy jeszcze przed wygaszeniem QE. Jeśli padną słowa o podążaniu drogą USA w kwestii odejścia od luźnej polityki monetarnej to euro może nieco stracić.

Krzysztof Pawlak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Brutalnie zakończony rynkowy spokój

Czasami niewiele potrzeba, by zmącić spokój rynków finansowych, a wczorajsze tragiczne wydarzenia w Rosji przechyliły szalę na rzecz awersji do ryzyka. Wciąż daleko jesteśmy od oznak rozkręcania się spirali głębszej wyprzedaży, ale rynek akcji jest niżej, spadają rentowności obligacji, zyskuje złoto i jen.

S&P500 stracił wczoraj 0,2 proc., a rentowności 10-letnich obligacji skarbowych USA spadły do 2,33 proc. Ten ostatni czynnik pomaga w sprzedaży USD/JPY, który wrócił pod 110,50. Za to EUR/USD stoi w miejscu, gdyż euro nie może znaleźć nabywców po tym, jak wyparowały oczekiwania na zwrot w polityce ECB wyparowały. Waluty surowcowe i rynków wschodzących straciły animusz, a GBP został zdołowany przez słabsze od oczekiwań dane z Wielkiej Brytanii. Ogólnie jednak tempo zmian jest dość spokojne i nie widać oznak głębszej ucieczki od ryzyka. Inwestorzy nie chcą się łatwo poddać powiewowi pesymizmu, szczególnie że tło makroekonomiczne pozostaje sprzyjające (co wczoraj potwierdziły wysokie odczyty indeksów PMI dla przemysłu). Nie będzie trudnym odwrócić dziś sentyment na pozytywną stronę, choć przydałaby się iskra.

RBA zgodnie z oczekiwaniami utrzymał stopę kasową na 1,50 proc., ale komunikat zawierał lekko gołębie niespodzianki. Bank porzucił fragment o silnym wzroście konsumpcji oraz zauważa pogorszenie danych na rynku pracy. RBA stwierdził też, że polityka makroostrożnościowa powinna wystarczyć dla ostudzenia silnego rynku nieruchomości, więc studzi do oczekiwania na szybsze podwyżki. Ogólnie zmiany w komunikacie nie były przełomowe, choć utrzymywana siła AUD w ostatnich dniach mogła sugerować, że część rynku liczyła na zwrot RBA w jastrzębią stronę. Skromne rozczarowanie połączone z pogorszeniem ogólnego sentymentu rynkowego pomaga w osłabieniu AUD i możemy widzieć zalążki mocniejszego ruchu AUD/USD do 0,75.

W kalendarzu na dziś mamy PMI dla sektora budowlanego z Wlk. Brytanii i wczorajszy odczyt z przemysłu pokazał, że GBP pozostaje bardziej wrażliwy na gorsze do prognoz dane. Sprzedaż detaliczna z Eurolandu raczej przejdzie bez echa. Dane o handlu zagranicznym z USA i Kanady są drugorzędne, choć te drugie mogą mieć mocniejszy wpływ na USD/CAD. USD będzie czekał na zamówienia przemysłowe z USA. Wieczorem odbędzie się telewizyjna debata kandydatów na prezydenta Francji – poprzednia nie była wielkim impulsem dla EUR, ale polityka potrafi zaskakiwać.

Pozostajemy konstruktywnie nastawieni wobec USD, szczególnie przy wsparciu wczorajszego odczytu ISM i nie wykluczając jastrzębich niespodzianek w jutrzejszym protokole FOMC. EUR/USD może mieć łatwiejszą drogę do spadków przy wyparowaniu oczekiwań względem ECB, ale techniczne poziomy przy 1,0630/50 stanowią barierę. Awersja do ryzyka uderzyła wczoraj złotego i podsyciła realizację zysków z zeszłotygodniowego umocnienia. Nie mamy jeszcze oznak silniejszej spirali ucieczki od ryzyka, więc poziomy techniczne powinny hamować wyprzedaż złotego. Dla EUR/PLN oznacza to opór przed 4,27. Dalej widzimy też potencjał do spadków EUR/CAD w oparciu o ostatnią serię lepszych danych z Kanady i opóźnienie w reakcji dolara na zeszłotygodniowe odbicie cen ropy naftowej, choć wczorajsze pogorszenie ogólnego sentymentu nie działa na naszą korzyść.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

JR HOLDING S.A. razem z POLMAN S.A. będzie rozwijał spółkę Investoria

JR HOLDING S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od listopada 2012 r., podpisała porozumienie inwestycyjne z notowaną na alternatywnym rynku spółką POLMAN S.A. oraz dwoma osobami fizycznymi w zakresie rozwoju spółki zależnej Dinero Sp. z o.o. Podmiot ten zmieni nazwę na Investoria Sp. z o.o. i będzie zajmował się rozwojem systemów i serwisów przeznaczonych dla uczestników rynku kapitałowego.

JR HOLDING S.A., Polman S.A., Dinero Sp. z o.o., Artur Górski oraz Tomasz Rogalski podpisali porozumienie inwestycyjne w zakresie dalszego rozwoju spółki Dinero Sp. z o.o., która zmieni nazwę na Investoria Sp. z o.o. Podmiot ten będzie zajmował się prowadzeniem i rozwijaniem systemów oraz serwisów internetowych przeznaczonych dla inwestorów i spółek publicznych, m.in. AlertSerwis.pl, RaportySpolek.pl oraz NewConnector.pl. System AlertSerwis.pl jest narzędziem dla spółek publicznych, które umożliwia automatyczne udostępnianie na ich stronach internetowych raportów ESPI/EBI, a także na budowanie własnych baz inwestorów i realizowanie mailingów do nich. Z kolei system RaportySpolek.pl pozwala na bieżące monitorowanie raportów spółek z rynku regulowanego GPW w Warszawie oraz z rynku NewConnect i otrzymywanie bezpłatnych powiadomień. Serwis NewConnector.pl istnieje na rynku od stycznia 2011 r. i jest pierwszym serwisem internetowym zajmującym się tematyką rynku NewConnect. Plany rozwoju spółki Investoria Sp. z o.o. nie wykluczają jej upublicznienia na rynku NewConnect.

„Jesteśmy bardzo zadowoleni, że będziemy mogli realizować nowe przedsięwzięcie biznesowe ze spółką POLMAN S.A., która jest notowana na rynku NewConnect niemal od samego początku jego istnienia. Wejście w segment nowoczesnych technologii związanych z rynkiem kapitałowym będzie dla nas bardzo dużym wyzwaniem, jednak widzimy ogromny potencjał tego projektu. Chcemy, aby wszystkie systemy i serwisy przeznaczone dla spółek oraz inwestorów giełdowych funkcjonowały w ramach jednego, silnego podmiotu, jakim będzie Investoria Sp. z o.o., co pozwoli nam na skuteczne wykorzystanie efektów synergii. Spółka będzie oferowała bardzo innowacyjne i pożądane narzędzia dla uczestników rynku kapitałowego. Naszym celem jest osiągnięcie przez Investoria Sp. z o.o. takiego etapu rozwoju, który pozwoli realnie myśleć o upublicznieniu tego podmiotu na rynku NewConnect.” – ocenia January Ciszewski, Prezes Zarządu Spółki JR HOLDING S.A.

„Współpraca z nowym partnerem – JR HOLDING S.A. – jest dla nas kolejnym, obiecującym etapem konsekwentnego rozwoju w obszarze nowej działalności, a mianowicie Nowoczesnych technologii IT. Połączenie doświadczeń, jakie obie Spółki zdobyły na rynku NewConnect, przyniesie korzyść nie tylko dla nas jako partnerów, ale również pozwoli na dynamiczny rozwój projektów skierowanych do interesariuszy rynku kapitałowego. Nasze istniejące już produkty jak RaportySpolek.pl czy AlertSerwis.pl oraz platforma jednego z partnerów NewConnector.pl Artura Górskiego są doskonałym fundamentem budowania przewagi konkurencyjnej na rynku narzędzi dla Inwestorów pod jedną silną marką Investoria Sp. z o.o. Interesuje nas współpraca z solidnymi partnerami, z którymi wspólnie będziemy realizować zamierzenia i cele dotyczące tworzonych produktów z portfolio działu Nowoczesnych Technologii IT w POLMAN. Porozumienie z JR HOLDING S.A. jest dla nas krokiem w tym właśnie kierunku.” – komentuje Mariusz Nowak, Prezes Zarządu POLMAN S.A.

To będzie dobry rok dla firm eksportowych

Są dobre prognozy dla firm eksportowych. W 2017 roku sprzedaż polskich towarów do krajów Unii Europejskiej może wzrosnąć nawet o 8 proc., a najlepiej ma być w drugiej połowie roku. Pozytywnie na handel zagraniczny wpłynie utrzymujące się ożywienie gospodarcze zarówno w Europie, jak i na całym świecie. Polscy eksporterzy mogą z nadzieją patrzeć w przyszłość, sięgać po dotacje unijne, ale z ostrożnością powinni podejmować decyzje o wchodzeniu na nowe rynki.

Kraje unijne kupują coraz więcej  

Zgodnie z danymi GUS w 2016 roku wartość naszego eksportu była wyższa o 2,3 proc. w porównaniu z rokiem poprzednim. Ten wzrost udało się osiągnąć głównie dzięki sprzedaży do krajów Unii, bo aż około 79 proc. wszystkich towarów trafiło na unijne rynki. Cały czas najwięcej naszych produktów kupują Niemcy (27 proc. całego eksportu). Dobrze prezentowały się również wyniki sprzedaży do pozostałych krajów unijnych, osiągając wzrost o 1,9 proc. Coraz więcej produktów z Polski kupują m.in. Hiszpanie (wzrost o 6,4 proc.), Holendrzy (3,4 proc.) czy Włosi (1,8 proc.). W 2016 roku zwiększyła się też (o 6,7 proc. w stosunku do 2015 roku[1]) sprzedaż do krajów rozwiniętych spoza Unii Europejskiej.

Dalekie rynki zamiast Rosji

Od kilku lat polscy eksporterzy borykają się ze skutkami zachodnich sankcji gospodarczych wobec Rosji. W odpowiedzi na te sankcje rosyjskie władze ogłosiły embargo na import żywności z państw Unii Europejskiej, USA, Kanady, Australii i Norwegii. To postawiło wiele firm z Polski przed widmem bankructwa. Sytuację uratowała szybka reakcja rządu, który zdecydował o wsparciu dla najbardziej poszkodowanych. Skomplikowana sytuacja polityczna ze Wschodem wymusiła na polskich eksporterach poszukiwanie nowych, często dalekich rynków zbytu i potrzebę nawiązywania nowych kontaktów handlowych.

„Od dłuższego już czasu obserwujemy rosnącą liczbę zleceń z języków wcześniej mało popularnych, takich jak np.: turecki, arabski czy chiński. Zapotrzebowanie na specjalistów znających rzadkie języki powoduje, że cały czas rekrutujemy nowych tłumaczy i dostosowujemy naszą ofertę biznesową do zapotrzebowania rynku” – powiedział Vasilijs Ragacevics z agencji tłumaczeń i szkoły językowej Skrivanek. „Najczęściej tłumaczymy teksty na strony internetowe, materiały marketingowe (jak na przykład ulotki i katalogi), a także opisy i składy produktów. Zakładamy, że ten trend się utrzyma i w najbliższych latach polskie firmy nadal będą dynamicznie rozszerzać swoją działalność zagraniczną” – dodał Ragacevics.

Perspektywy i unijne wsparcie polskiego eksportu

Piotr Soroczyński, Główny Ekonomista KUKE, zapowiada w 2017 roku stabilizację nastrojów konsumentów, co w pierwszej kolejności ma przełożyć się na zwiększenie popytu na dobra szybko zbywalne, w tym żywność i kosmetyki. Zdaniem Soroczyńskiego w dalszej kolejności wzrosną zamówienia na dobra konsumpcyjne o trwałym charakterze, jak artykuły z grup AGD i RTV, a także zwiększy się popyt związany z wykańczaniem i wyposażaniem wnętrz. Wzrost sprzedaży powinna też odnotować branża motoryzacyjna, zarówno w zakresie aut, jak i części do ich produkcji.

Zdaniem ekspertów KUKE w 2017 roku uda się sprzedać polskie towary za 188,9 mld euro, co oznacza wzrost o 8 proc. Największe oczekiwania dotyczą rynków Europy Wschodniej (wzrost rzędu 9–10 proc.), co ma być wynikiem odreagowania kilku poprzednich słabych lat. Eksport do krajów Unii może sięgnąć 8 proc. (w tym do Niemiec szacowany jest na około 8,2 proc.), a do pozostałych krajów strefy euro ma być na poziomie 8,5 proc. Oczekiwany wzrost do krajów Unii spoza strefy euro to 7,9 proc. Sporą niewiadomą stanowi natomiast przyszłoroczny popyt krajów rozwijających się. Po słabym roku 2016 eksperci widzą szansę na silne odreagowanie, ale są ostrożni w swoich szacunkach i zapowiadają wzrost sprzedaży na około 5–6 proc.[2].

Siła polskiego eksportu systematycznie rośnie, między innymi dzięki wsparciu Unii Europejskiej zapewniającej finansowanie wszystkim tym firmom, które chcą rozwijać się na skalę międzynarodową. Aktualna perspektywa finansowa na lata 2014–2020 to dotacje eksportowe głównie w regionalnych programach operacyjnych w poszczególnych województwach. Oznacza to, że dofinansowanie na ekspansję przydzielane jest na szczeblach lokalnych na wybrane w danym regionie działania. Dotacje na aktywność eksportową mogą także zostać przyznane w ramach programów krajowych: Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój (PO IR) oraz Programu Operacyjnego Polska Wschodnia (PO PW).

„Do dyspozycji przedsiębiorców jest wiele konkursów dających możliwość pozyskania dofinansowania, jednakże wybór odpowiedniego nie jest łatwy. Interesanci ubiegający się o wsparcie często muszą pokonać zawiłe procedury i dostarczyć całe stosy wymaganych dokumentów. Wówczas z pomocą zagubionym przedsiębiorcom przychodzą profesjonalne firmy doradcze, takie jak nasza. Do każdego klienta podchodzimy indywidualnie, aby jak najlepiej poznać i scharakteryzować jego projekt. Następnie przygotowujemy dokumentację wymaganą w danym naborze, eksponując silne strony projektu”– powiedział Jerzy Orłowski, prezes pl grants. „Droga po dotacje nie jest łatwa, ale warto ją pokonać ze względu na możliwości rozwoju, które zapewnia dofinasowanie” – podsumował Orłowski.

Mimo dobrych prognoz działalność polskich eksporterów nie będzie wolna od niebezpieczeństw. Głównym zagrożeniem nadal pozostanie chwiejący się złoty, dlatego warto pamiętać o zabezpieczeniu ryzyka kursowego. Trudno również przewidzieć, co przyniosą polityka Donalda Trumpa i brexit.

[1] http://www.kuke.com.pl/serwis-ekonomiczny/handel-zagraniczny-polski/handel-zagraniczny-polski-wg-gus-w-2016-r-,1.html

[2] http://www.kuke.com.pl/serwis-ekonomiczny/prognoza-eksportu/prognoza-kuke-eksport-w-2017-roku-wzrosnie-o-8,13.html

SAF-T – nowy obowiązek m.in. dla polskich firm działających na Litwie i w Norwegii

Polskie firmy od niedawna muszą wdrażać w swoich systemach księgowych rozwiązania do przygotowywania Jednolitego Pliku Kontrolnego. Od stycznia przyszłego roku przed podobnym wyzwaniem staną przedsiębiorcy prowadzący działalność na Litwie i w Norwegii, gdzie zacznie obowiązywać SAF-T. Będzie to dotyczyło również firm z Polski, które mają tam swój oddział lub powiązaną spółkę. Litewski i norweski obowiązek raportowania do urzędów skarbowych jest oparty na standardzie OECD. Zdaniem ekspertów firmy doradczej Deloitte nauczone doświadczeniami ekspresowego wprowadzenia JPK w Polsce, przedsiębiorstwa, które operują w tych krajach, powinny już teraz rozpocząć dostosowywanie swoich systemów księgowych.

Standard Audit File for Tax (SAF-T) to format wymiany danych księgowych, zalecany krajom należącym do OECD. Zmierza on do zwiększenia efektywności kontroli podatkowych przy zmniejszeniu kosztów. Dane w formacie SAF-T mogą być przekazywane przez podatników do organów podatkowych oraz zewnętrznych audytorów. Obowiązuje on już w Portugalii, Luksemburgu, Austrii, Francji i w Polsce (polskim odpowiednikiem jest Jednolity Plik Kontrolny). „Polski standard raportowania znacząco odbiega jednak od swojego pierwowzoru, rekomendowanego przez OECD. Dostawcy systemów księgowych, którzy przystosowali swoje programy do międzynarodowych rozwiązań, nie byli przygotowani na to, co ogłosił polski resort finansów. Rynek szybko wypełnił tę niszę, ale pozostało poczucie, że polskie rozwiązanie raportowe stawia przed podatnikami nadzwyczajne wyzwania” – mówi Paweł Hulewicz, Senior Technology Officer w Zespole Tax Management Consulting, Deloitte Doradztwo Podatkowe.

Zarówno w Norwegii, jak i na Litwie, podatnicy będą musieli składać plik SAF-T na żądanie organów podatkowych, np. w toku kontroli. Wdrożony w obu krajach standard SAF-T, bazujący w prostej linii na zaleceniach OECD, przewiduje tylko jeden plik, w odróżnieniu od JPK, który obejmuje ich aż siedem. „Aby odpowiednio przygotować się do nowego obowiązku, podatnicy powinni wdrożyć w swoich systemach komputerowych mechanizmy, które umożliwią automatyczne generowanie pewnych typów danych, w określonym zestawieniu. Po wdrożeniu odpowiednich rozwiązań informatycznych, zgodnie z zaleceniami OECD, firmy mogą, a nawet powinny prowadzić samodzielną kontrolę swoich rozliczeń w oparciu o zaimplementowany standard raportowy” – mówi Paweł Hulewicz.

Przystosowanie danych z systemów finansowo-księgowych do SAF-T wymaga czasu. SAF-T różni się od typowych deklaracji podatkowych, w których pokazuje się zagregowane dane, czyli sumy mające wpływ na wynik podatkowy. Wymaga on przekazania urzędowi skarbowemu danych wprost z ksiąg rachunkowych. W pliku należy wykazać każdą pojedynczą transakcję, produkt czy ruch magazynowy. Ogromna ilość danych w praktyce uniemożliwia przygotowanie SAF-T ręcznie.

Wygenerowanie danych podlegających raportowaniu w SAF-T wymaga przeprowadzenia tzw. mapowania, czyli dopasowania pól i sekcji w systemie księgowym do odpowiednich pól w pliku raportowym. Biorąc pod uwagę poziom skomplikowania plików, które obowiązują w Norwegii i na Litwie oraz ilości informacji, etap ten może wymagać asysty specjalistów. Źle przeprowadzone mapowanie spowoduje, że plik SAF-T będzie zawierał nieprawidłowe dane. Podatnicy muszą więc przystosować swoje systemy księgowo-finansowe (zainstalować tzw. nakładki do SAF-T). Mogą również skorzystać z oprogramowania, które pośredniczy pomiędzy księgami a resortem finansów: wyciąga odpowiednie dane z systemów podatnika, zestawia je, układa zgodnie ze strukturą SAF-T i konwertuje do wymaganego formatu XML. Przedsiębiorców w tym procesie wspiera stworzona przez Deloitte aplikacja taxCube, która automatyzuje rozliczenia podatkowe. Oprócz Polski, korzystają z niej już klienci w wielu krajach Europy, a międzynarodowy zasięg aplikacji ciągle się zwiększa. Dzięki temu program może obsłużyć różnorodne obowiązki raportowe oparte na standardzie SAF-T. „Na potrzeby klientów dostosowaliśmy aplikację taxCube również do litewskiego i norweskiego obowiązku składania pliku SAF-T. Dzięki temu firmy działające na Litwie i w Norwegii już wkrótce będą mogły wykorzystać sprawdzone rozwiązanie do elektronicznego raportowania. W tym zakresie wykorzystaliśmy doświadczenia, które zdobyliśmy podczas tworzenia i wdrażania oprogramowania do przygotowywania i wysyłki plików JPK w Polsce” – mówi Ernest Frankowski, Dyrektor w Zespole Tax Management Consulting, Deloitte Doradztwo Podatkowe.

USD/CAD szuka swej szansy

Niewielkie zmiany na rynku walutowym oraz spore na warszawskim parkiecie przywitały w poniedziałek inwestorów. Eurodolar niemal nie zmienił swej wartości na zamknięciu, taniała ropa.

Większość głównych par walutowych zakończyła wczorajszy dzień niewielkimi zmianami. Pod tym kontem dużo atrakcyjniej prezentował się rodzimy rynek akcyjny. Indeks WIG20 zyskał na koniec dnia 2,02%. Główne indeksy w Europie nie prezentowały się tak dobrze. Co ciekawe, duże wzrosty miały miejsce pod koniec sesji. Za oceanem sytuacja nie wyglądała jednak już tak dobrze. Po dobrym otwarciu indeks SP500 wyraźnie tracił na sile, aby wrócić w okolice otwarcia dopiero przed zamknięciem wczorajszego handlu.

Wczorajszy dzień obfitował w wiele wydarzeń makroekonomicznych. Słabsze od oczekiwań dane opublikowano zarówno w Japonii jak i Australii. Bez większych zmian zakończyło się w przypadku indeksów PMI dla przemysłu Niemieckiego oraz strefy euro. Inwestorów zaniepokoiły słabsze dane z amerykańskiego rynku motoryzacyjnego, po raz kolejny podnosząc obawy o realizację zapowiedzi prezydenta Trumpa w zakresie poprawy sytuacji gospodarczej. Dziś tymczasem RBA pozostawił główną stopę procentową w Australii na poziomie 1.5%.

usdcad04042017r

Tymczasem rynek USD/CAD próbuje wzrostów, zbliżając się do niepokonanego dotychczas poziomu 1.36. Tuż pod nim wszelkie wzrosty w ostatnim półroczu były zatrzymywane. Jeśli uda się tę barierę pokonać, wzrosty mogą sięgnąć 1.3850. Wskaźnik RSI odbił się od poziomu 50 i dopóki znajduje się ponad widoczną linią zwyżkującą, wzrosty mają szansę się rozwijać. Wsparcie byki znajdą między 1.31 oraz 1.32.

Sylwester Majewski
www.forex-desk.net

Przygotuj się na kwiecień – sezonowość na rynku

USD/PLN

Przyszedł kwiecień, a razem z nim możliwe umocnienie PLN-a. Od 2000 roku w kwietniu para walutowa USD/PLN traciła średnio 1 procent. Przez 17 ostatnich lat tylko w 7 przypadkach zanotowaliśmy wzrosty, zatem prawdopodobieństwo umocnienia się rodzimej waluty wynosi prawie 60 procent.

Sezonowość na USD/PLN

Sezonowość na USD/PLN

Źródło: Bloomberg

Maksymalna wyprzedaż pary walutowej USD/PLN przypadła na 2003 rok, gdzie zobaczyliśmy spadki rzędu 6.77 procenta. Gdyby doszło do podobnego zdarzenia, to para walutowa mogłaby znaleźć się w okolicy 3.70. Aczkolwiek taki scenariusz zdaje się być mało prawdopodobny, ale trend spadkowy powinien być kontynuowany i pod koniec miesiąca USD/PLN może spaść w okolicę poziomu 3.80.

Notowania USD/PLN, interwał dzienny

Notowania USD/PLN, interwał dzienny

Źródło: Admiral Markets

GOLD

Złoto, podobnie jak PLN powinno umocnić się do dolara amerykańskiego. W kwietniu średnio zyskiwało na wartości 1 procent. Na 17 ostatnich okresów w 11 zakończyło miesiąc kwiecień na plusie, zatem prawdopodobieństwo dalszych wzrostów wynosi 65 procent.

Sezonowość na złocie

Sezonowość na złocie

Źródło: Bloomberg

Najwięcej na wartości zyskało w 2006 roku, stopa zwrotu wyniosła bowiem ponad 12 procent. Czy tym razem pobijemy ten wynik? Bardzo wątpliwe, ale gdyby do tego doszło, to notowania złota znalazłyby się w okolicy 1400 USD.

Notowania złota, interwał dzienny

Notowania złota, interwał dzienny

Źródło: Admiral Markets

Na chwile obecną notowania złota starają się przełamać opór w okolicy 1246-1258 USD. Gdyby stronie kupującej się powiodło, to moglibyśmy zobaczyć dalsze wzrosty na złocie nawet w okolicę 1304 USD.

WTI

Dla notowań ropy naftowej kwiecień powinien być życzliwy. Przez 17 przebadanych okresów ropa naftowa umocniła się w 11, a średnia stopa zwrotu oscylowała w okolicy 3.42 procenta!

Sezonowość na ropie naftowej

Sezonowość na ropie naftowej

Źródło: Bloomberg

Maksymalna stopa zwrotu pojawiła się w 2015 roku, ale zawdzięczamy to głównie bardzo niskim cenom, które po raz kolejny mogą się nie powtórzyć. Z wykresu dziennego oraz sezonowości ropa naftowa mogłaby dotrzeć w okolicę 53 USD, po czym następnie kierować się w stronę górnej bandy krótkoterminowego kanału wzrostowego.

Notowania ropy WTI, interwał dzienny

Notowania ropy WTI, interwał dzienny

Źródło: WTI

S&P 500

Analiza sezonowości dla indeksu S&P 500 jest bardzo uproszczona, ponieważ przeważa kolor zielony. W 17 badanych latach aż 12 miesięcy kwiecień zakończyło się na plusie. W związku z tym prawdopodobieństwo korekty w tym miesiącu jest znikome i wynosi 30 procent. Czy do tego dojdzie? Za korektą przemawia zbyt duży optymizm, który z pewnością nie zostanie utrzymane na dłuższą metę.

Sezonowość na S&P 500

Sezonowość na S&P 500

Źródło: Bloomberg

Na wykresie dziennym notowania indeksu S&P 500 znalazły się w kanale spadkowym. Najbliższym wsparciem jest poziom 2290-2300. Niemniej jednak byki z pewnością będą chciały przetestować okrągły poziom 2400 punktów.

Wykres S&P 500, interwał dzienny

Wykres S&P 500, interwał dzienny

Źródło: Admiral Markets

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Raport: Sytuacja mikro i małych firm w województwie wielkopolskim

W Wielkopolsce inwestuje co drugi  przedsiębiorca – takie wnioski płyną z siódmej edycji „Raportu o sytuacji mikro i małych firm w roku 2016” Banku Pekao SA. Przedsiębiorcy coraz więcej eksportują i stawiają na naukę języków obcych. Wysoko oceniają zatrudnienie i sytuację firmy.

W Wielkopolsce rośnie odsetek inwestujących firm. W 2016 r. inwestowała co druga firma (równe 50% firm), co oznacza 2 pp. wzrostu w ujęciu rocznym. Wynik jest też nieznacznie wyższy od średniej dla kraju, która wynosi 49%. Najwyższy odsetek przedsiębiorców inwestował w podregionie leszczyńskim – 59%. Na kolejnych miejscach znaleźli się przedsiębiorcy z Poznania (51%), podregionu poznańskiego (49%) oraz konińskiego (49%). Najrzadziej inwestowali przedsiębiorcy z podregionu kaliskiego (45%) i pilskiego (44%). W kolejnych miesiącach w wielkopolskim zamierza inwestować 37% przedsiębiorców, to o 2 pp. mniej niż średnio w kraju. Najwięcej inwestycji planują przedsiębiorcy z kaliskiego (51%), najmniej z leszczyńskiego (29%) i pilskiego (32%). W podregionach poznańskim i konińskim inwestycje będzie prowadzić 38% przedsiębiorców, a w Poznaniu 35%.

W Wielkopolsce przedsiębiorcy realizują inwestycje, żeby poprawić efektywność (59%), dokonać wymiany środków trwałych (40%) oraz w odpowiedzi na popyt na produkty i usługi firmy na rynku (22%).

W tegorocznym badaniu autorzy zapytali także o inwestycje w kapitał ludzki. Przedsiębiorcy z województwa wielkopolskiego podnoszą swoje kwalifikacje przede wszystkim poprzez samokształcenie oraz kursy i szkolenia. Właściciele firm chcą zwiększać swoje kwalifikacje – zwłaszcza w obszarze specjalistycznej wiedzy związanej z prowadzoną działalnością gospodarczą (28%), języków obcych (27%) oraz marketingu i reklamy (21%).

Nakłady na kapitał ludzki w mikro i małych firmach są stosunkowo niewielkie. Tylko w co piątej firmie przekraczają one w skali roku kwotę 2 tysięcy złotych. Można jednak założyć, że w najbliższych latach będą one rosnąć. Zmniejszająca się liczba pracowników, jak również szybko zmieniające się uwarunkowania rynkowe będą w wielu branżach wymuszać znacznie większe środki na kształcenie pracowników – mówi Tomasz Kierzkowski, współautor Raportu.

Odsetek innowacyjnych firm oraz nakłady na innowacje w województwie wielkopolskim są nieznacznie poniżej średniej krajowej. W ubiegłym roku, 23% przedsiębiorców w Wielkopolsce wprowadziło innowacje produktowe (w kraju odsetek ten wynosi 24%). Najlepszy pod tym względem jest podregion kaliski (27%), najsłabszy Poznań (21%). Natomiast, innowacje procesowe w województwie wprowadziło 15% (średnia dla kraju to 17%). Najlepszy pod tym względem jest Poznań, na przeciwległym biegunie znalazły się podregiony: pilski i poznański.

W Wielkopolsce eksportuje coraz więcej firm. W 2016 r. odsetek eksporterów wyniósł 15% (13% w ubiegłym roku). Było to jednak o 3 pp. mniej niż średnio w kraju. Najwięcej eksporterów jest wśród przedsiębiorców z Poznania (21%) i podregionu konińskiego (17%). W kolejnym roku, odsetek eksporterów wzrośnie do 19% (tym samym zrówna się ze średnią dla kraju). W Poznaniu (24%) i podregionie kaliskim (22%) będzie eksportować najwięcej firm.

Jak co roku, w Raporcie Banku Pekao został wyliczony Ogólny Wskaźnik Koniunktury Mikro i Małych Firm – miernik nastrojów przedsiębiorców. W Wielkopolsce oceny ubiegłego roku są zbliżone do średniej dla kraju i wynoszą 95,3 pkt[1] (średnia dla kraju to 95,4 pkt). Natomiast ocena przyszłych 12 miesięcy jest nieco gorsza w porównaniu ze średnią krajową – 97,4 pkt vs. 97,9 pkt. Najlepiej ubiegłe 12 miesięcy ocenili przedsiębiorcy z podregionu kaliskiego, najgorzej ci z konińskiego. Najlepiej perspektywy 2017 roku oceniają przedsiębiorcy z podregionu pilskiego, a najgorzej podregionu poznańskiego.

Średnia wartość Wskaźnika dla województwa (wypadkowa ocen ostatnich i kolejnych 12 miesięcy) wyniosła 96 pkt i była o prawie 3 pkt wyższa od średniej z lat 2010 -2015. Podobnie jak dwa lata temu wynik ten był niższy o 1 pp. w porównaniu ze średnią dla kraju, która wyniosła 97 pkt.

Ogólny Wskaźnik Koniunktury kalkulowany jest na podstawie ocen przedsiębiorców w ośmiu obszarach: ogólnej sytuacji gospodarczej, sytuacji branży, firmy, przychodów firmy, wyniku finansowego firmy, zatrudnienia, dostępności zewnętrznego finansowania i oczekiwania na zapłatę. Zatrudnienie oraz sytuacja firmy to obszary, które wielkopolscy przedsiębiorcy ocenili najlepiej.

Przedsiębiorcy byli również proszeni o skwantyfikowanie barier, gdzie 1 to brak bariery, a 5 to bardzo ważna bariera. Średnia wartość barier w Wielkopolsce wzrosła w porównaniu z 2015 r. i wyniosła 2,85 pkt. Najważniejszymi barierami w województwie są wysokość podatków, koszty pracy oraz przepisy prawne.

[1] Wskaźniki w ramach badania mogą przyjmować wartości od 50 do 150, przy czym  50 oznacza „dużo gorzej”, 75 – „gorzej”, 100 – „ani lepiej, ani gorzej”, 125 – „lepiej”, 150 – „dużo lepiej”