Grecja, Turcja, Egipt i Hiszpania w tym roku najpopularniejszymi kierunkami wakacyjnych wyjazdów Polaków

Grecja, Turcja, Egipt czy Hiszpania to jak na razie najpopularniejsze cele zagranicznych podróży wakacyjnych Polaków. Popularne są także Chorwacja czy Bułgaria. Zamożniejsi klienci korzystają też z wycieczek egzotycznych, np. do Tajlandii czy na Karaiby. 

Myślę, że w tym roku nie będzie specjalnego zaskoczenia, jeśli chodzi o wakacyjne wyjazdy Polaków – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Rosset, sekretarz generalny Polskiej Izby Turystyki. – W ścisłej czołówce będą te kraje, które już teraz sprzedają się najlepiej, a więc Grecja, Turcja, Egipt czy Hiszpania. Zainteresowaniem cieszą się również Chorwacja i Bułgaria – dodaje.

Jak zauważa Rosset, Polaków nie odstraszają już niepokoje w Egipcie.

Polacy się już do tych niepokojów przyzwyczaili, a zresztą polskiego turystę niełatwo jest przestraszyć – zauważa Rosset. – Pamiętajmy, że Egipt choć może nadmiernie gorący w sezonie, to oferuje bardzo korzystny stosunek jakości do ceny.

Rozwija się także oferta na Bałkanach.

Mówiąc o Bałkanach, myślimy o takich tradycyjnych już dla Polaka kierunkach, jak Chorwacja czy Bułgaria, a tymczasem pojawiają się kolejne – mówi Rosset. – Rozwija się pod tym względem Czarnogóra, i tu oferta w Polsce jest coraz bogatsza. Stosunkowo nowym kierunkiem jest Albania, a na mapę turystyczną powraca Rumunia, która kiedyś była popularna. Charakterystyczne dla Polaków jest poszukiwanie nowych miejsc i kierunków, a gdy pojawia się nowa oferta, to Polacy chętnie z niej korzystają – dodaje.

Niektórzy decydują się także na wyjazd do Izraela. Przyciąga ich tam turystyka religijna, pielgrzymkowa, a także historia.

Izrael nie należy wprawdzie do tanich krajów, ale wizyta w tym państwie to niezapomniane przeżycie – przekonuje sekretarz generalny Polskiej Izby Turystyki.

 Polacy chętnie podróżują w coraz bardziej egzotyczne miejsca.

Dla tych, którzy mają zasobniejsze portfele, otwierają się inne możliwości – mówi Rosset.

Polskie biura podróży czarterują dreamlinery i proponują bezpośrednie połączenia np. na Karaiby czy Dominikanę, a także do Azji czy na Daleki Wschód, gdzie króluje Tajlandia. Możliwości jest naprawdę mnóstwo. Nie zapominajmy z resztą, że Polska także jest piękna i niekoniecznie musimy sięgać tak daleko, żeby znaleźć atrakcyjne miejsce wypoczynku – dodaje rozmówca Newserii Biznes.

W ubiegłym roku według Raportu Podróżnika travelplanet.pl z biurami podróży na wakacje wyjechało o 12,69 proc. więcej osób niż w 2012 r.
Spadła natomiast liczba osób korzystających z hoteli cztero- i pięciogwiazdkowych. Standard dotyczący wyżywienia nie uległ jednak znacznemu obniżeniu.  Najczęściej Polacy jeździli na tygodniowy urlop. Jedynie mniej więcej co piąty polski turysta decydował się na odpoczynek
trwający dwa tygodnie. Najpopularniejszymi kierunkami były: Egipt, Grecja, Turcja, Hiszpania i Tunezja.

Komentarz indeksowy BossaFX 16 czerwca 2014 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 16 czerwca 2014 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

Będą rosły produkcja i zatrudnienie w polskiej motoryzacji

CEO Magazyn Polska

Przedstawiciele branży motoryzacyjnej z optymizmem patrzą w przyszłość. Blisko 48 proc. z nich spodziewa się wzrostu zamówień i idącego za nim zwiększenia zatrudnienia. Z „Badania opinii i nastrojów przedstawicieli Automotive” przeprowadzonego przez firmę Exact Systems wynika, że ubiegłoroczne problemy tego sektora gospodarki są już przeszłością.

– Zapytaliśmy producentów części i komponentów motoryzacyjnych o przewidywania dotyczące następnych 3 miesięcy w porównaniu z zeszłym rokiem. Z odpowiedzi wynika, że 48 proc. firm spodziewa się wzrostu zamówień i produkcji, a 38 proc. planuje zwiększyć zatrudnienie – mówi Paweł Gos, prezes Exact Systems.

Najwięcej nowych miejsc pracy będzie zarezerwowanych dla pracowników produkcyjnych (65 proc.). Blisko 9 proc. przedsiębiorców planuje zatrudnić koordynatorów jakości, a 4 proc. menadżerów i kierowników.

Dobre nastroje są między innymi efektem pozytywnych sygnałów nadchodzących spoza Polski. Rosną zamówienia koncernów zagranicznych, co pokazuje, że konsumenci w krajach Europy Zachodniej znów ruszyli do salonów samochodowych po nowe auta.

– Rynek jest dziś globalny i my na tym korzystamy – uważa Paweł Gos. – Nasi producenci części i komponentów samochodowych w dużej mierze obsługują przecież zamówienia z zagranicy. Poprawie sytuacji w kraju sprzyjają także zmiany w przepisach podatkowych, dotyczące możliwości odliczania VAT-u. Od dwunastu miesięcy mamy do czynienia z wzrostem liczby rejestracji nowych aut osobowych oraz zwiększeniem produkcji w polskich fabrykach.

Przedstawiciele branży za dobry prognostyk uznali decyzję Volkswagena o budowie we Wrześni nowej fabryki produkującej model Crafter oraz niepotwierdzoną jeszcze oficjalnie decyzję o przesunięciu produkcji Skody Roomster z Kvasiny do montowni w Poznaniu.

– Jesteśmy coraz atrakcyjniejszym krajem dla inwestorów – mówi Gos. – Mamy ponad 600 fabryk produkujących części do aut, co międzynarodowym koncernom zapewnia sprawną logistykę i niskie koszty transportu. Polska uchodzi za państwo bezpieczne i stabilne politycznie. To atuty, które pozwalają nam być konkurencyjnymi w całej branży.

Jak podkreśla Paweł Gos, na jedną osobę zatrudniona w fabryce samochodów przypadają średnio cztery miejsca pracy w przemyśle poddostawczym. Dla gospodarki inwestycje dużych koncernów motoryzacyjnych mają więc znaczenie kluczowe. 

Platformy konsolidujące sklepy przyszłością handlu w internecie

CEO Magazyn Polska

Sprzedaż w internecie rośnie w szybkim tempie. W ubiegłym roku zwiększyła się o ponad 20 procent w porównaniu z 2012 rokiem. Eksperci przewidują, że w tym roku tempo zmian będzie podobne. Przyszłością branży e-commerce mogą stać się platformy, które konsolidują sklepy, sprzedawców lub artystów z określonej branży w jednym miejscu. Taki model stosowany jest już z powodzeniem w tradycyjnym handlu oraz usługach i zdaniem ekspertów sprzedaż w internecie będzie także szła w tym kierunku.

Prowadzenie wąsko wyspecjalizowanego sklepu w sieci często może okazać się nieopłacalne.

Trzeba samemu włożyć pracę w wypromowanie domeny, często też w oprogramowanie. Jeżeli sklep jest bardzo wyspecjalizowany, a produktów jest mało, trudno jest przekroczyć barierę opłacalności. Naturalną konsekwencją takiego myślenia jest stworzenie miejsca, które integruje, skupia wszystkie sklepy w jednym miejscu, co pozwala poszerzyć ofertę, a praca nad wypromowaniem domeny jest podobna – mówi agencji Newseria Biznes Sebastian Kuffel, współwłaściciel platformy EtnoBazar.pl, na której można kupić i sprzedać przedmioty inspirowane lokalną sztuką i folklorem.

Coraz częściej pojawiają się platformy, które oferują produkty określonej grupy artystów lub określonej branży – biżuterii, ubrań czy akcesoriów domowych. Pojedyncze sklepy często mają problem z osiągnięciem opłacalności, zwłaszcza jeśli specjalizują się w niszowej dziedzinie, dlatego też rozwiązaniem może być skupienie ich w większej grupie. Łatwiej jest im wtedy zaistnieć w sieci, niż działać pod własnymi domenami.

Dlatego też platformy konsolidujące sklepy z branży będą się mnożyć, a sprzedaż w internecie będzie zmierzać właśnie w tym kierunku – podkreśla Kuffel.

Platformy pośredniczące w e-handlu zarabiają na każdej transakcji, dlatego im więcej sprzedawców i kupujących, tym lepiej. Prowizje, jakie pobierają platformy, są zróżnicowane – od kilku do kilkunastu procent wartości wystawionych produktów, choć zdarzają się i takie, które pobierają ponad 20 procent ceny sprzedaży.

Jak podkreśla Kuffel, stworzenie biznesu opartego na hobby nie jest trudne – wystarczy wykupić domenę i oprogramowanie. Rozkręcenie niszowego biznesu wymaga jednak sporo odwagi i determinacji. Nie ma pewności, czy nikt wcześniej nie wpadł na taki pomysł, czy też jest na niego zapotrzebowanie.

W naszym przypadku pasją były podróże, co mogłoby sugerować założenie biura podróży. Tymczasem podróże zainspirowały nas do przywożenia różnych ciekawych produktów z całego świata i to nakierowało nas na pomysł założenia sklepu internetowego. Kolejne spostrzeżenie było takie, że sklepów z podobnymi przedmiotami jest więcej i warto stworzyć przestrzeń, żeby skupić całą tę branżę w jednym miejscu, jakim jest właśnie EtnoBazar. Warto szukać pomysłu na biznes wokół naszego hobby, ale nie przekuwać go bezpośrednio w biznes – przyznaje Sebastian Kuffel.

Moda na rękodzieło trwa od kilku lat. W internecie sprzedaż tego typu produktów co roku rośnie o około 25 procent.

Na stronie EtnoBazaru można znaleźć przedmioty inspirowane lokalną sztuką i folklorem – zarówno wytwarzane przez samych sprzedających, jak i przywożone z podróży. Swoje produkty na platformie wystawiło już ponad 50 sprzedających, EtnoBazar ma też w planach stały rozwój, udostępnienie użytkownikom wielu funkcjonalności, m.in. możliwości blogowania. Funkcjonuje też powiązany z nim serwis EtnoSpa, gdzie znajdują się kosmetyki z różnych stron świata. 

Serinus chce zwiększyć wydobycie w Tunezji i na Ukrainie

0

CEO Magazyn Polska

Serinus Energy, spółka wchodząca w skład grupy Grupy Kulczyk Investments, pracuje nad zwiększeniem wydobycia na Ukrainie i w Tunezji oraz poszukuje złóż gazu ziemnego i ropy w Rumunii. Pod względem struktury działalności firmy zdecydowanie jednak większy nacisk kładziony jest na działalność wydobywczą niż poszukiwawczą. Serinus planuje odwierty w Tunezji, gdzie chce powtórzyć dobre wyniki, które osiągnął na Ukrainie.

Tunezja i Ukraina to kraje, na których w najbliższym roku zamierza koncentrować się Serinus.

Będziemy się starali wykorzystać potencjał Tunezji. Jesteśmy tam obecni dopiero od roku, dlatego będzie on uwalniany powoli. W tym roku w Tunezji rozpoczynamy cykl wierceń – jeśli dwa pierwsze okażą się sukcesem, będziemy realizować nawet dwadzieścia kolejnych. Chcemy powtórzyć tam sukces, jaki osiągnęliśmy na Ukrainie, czyli sześciokrotne zwiększenie produkcji i osiągnięcie progu rentowności całego przedsięwzięcia po niespełna trzech latach – mówi agencji Newseria Biznes Jakub Korczak, wiceprezes ds. relacji inwestorskich i dyrektor operacji w Europie Środkowo-Wschodniej w Serinus Energy.

Serinus chce w ciągu kilku najbliższych lat znacząco zwiększyć wydobycie gazu i ropy naftowej w Tunezji. Wciąż jednak udział przychodów z Ukrainy stanowi blisko 70 procent przychodów grupy. Obecnie na terenie Ukrainy trwają prace wydobywcze gazu ziemnego i kondensatu. Na początku czerwca spółka ogłosiła sukces przy odwiercie Olgowskoje-11, gdzie odkryto cztery strefy zawierające gaz, z czego trzy na skalę komercyjną. 

– Ogłosiliśmy zakończenie kolejnego odwiertu, który dotarł do kolejnych gazonośnych stref. Mamy cztery strefy, w tym jedną bardzo produktywną na naszych koncesjach ukraińskich. Myślę, że będzie to miało przełożenie na produkcję i poziom rezerw, który jest bardzo ważną kategorią dla firm z naszej branży – ocenia Korczak.

Z kolei do połowy lipca spółka planuje rozpoczęcie produkcji ze strefy S6 na odwiercie Makiejewskoje-17. Maksymalny przepływ gazu, jaki udało się uzyskać, wyniósł 187 tys. m sześc. Jest to najwyższy poziom, jaki uzyskała spółka od początku działalności na Ukrainie.

Firma KUB-Gas, której Serinus jest udziałowcem, ma siedzibę w Ługańsku, na północnym wschodzie Ukrainy. Ze względów na niepewną sytuację polityczną, a w związku z tym również gospodarczą, firma śledzi wszelkie doniesienia z tego terenu. Jak podkreśla Korczak, do tej pory nie miały tam miejsca żadne zdarzenia, które mogłyby mieć niekorzystny wpływ na firmę.

 Jeżeli chodzi o względy komercyjne, nie odczuwamy, żeby sytuacja na Ukrainie miała wpływ na naszą działalność. Jesteśmy w stanie na bieżąco produkować i sprzedawać gaz, na bieżąco otrzymujemy również płatności. Natomiast przedmiotem naszej wielkiej troski jest bezpieczeństwo naszych pracowników – zaznacza Jakub Korczak.

Serinus notowany jest na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie i Toronto. Portfel aktywów spółki obejmuje koncesje w pięciu krajach. Ze względu na sytuację polityczną, działalność poszukiwawcza w Syrii została zawieszona. Pod koniec tego roku mogą zostać podjęte prace poszukiwawcze w Brunei, również w drugiej połowie roku Serinus planuje wykonanie dwóch odwiertów i badań sejsmicznych w Rumunii.

Oczywiście szukamy tam gazu i ropy, natomiast w tej chwili w strukturze działalności naszej firmy działalność poszukiwawcza jest zdecydowanie mniej obecna niż działalność wydobywcza – podkreśla Jakub Korczak. 

Na statystycznego Polaka przypada więcej powierzchni handlowej niż na Europejczyka. A sklepów będzie wciąż przybywać

Powierzchnia handlowa w Polsce nadal będzie rosnąć, choć już teraz nasycenie rynku przekracza europejską średnią. Nowe obiekty handlowe będą się pojawiać głównie w mniejszych miastach i na ścianie wschodniej. W większych miastach zarządcy obiektów skoncentrują się na poprawie jakości już istniejących powierzchni, natomiast deweloperzy – na rozwoju ulic handlowych.

Rynek nieruchomości w Polsce można uznać za dojrzały. Mamy ponad 11 mln m kw. nowoczesnej powierzchni handlowej rozlokowanej w ponad 400 centrach handlowych, wolumen ten jest powiększany każdego roku o 600-700 tys. mkw. Dominującym trendem jest dywersyfikacja formatów handlowych. Mamy do czynienia również z dywersyfikacją geograficzną – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Agnieszka Mielcarz, dyrektor działu Retail Asset Management w Knight Frank.

Nawet 70 proc. nowych powierzchni handlowych powstanie w najbliższym czasie w miejscowościach liczących 50-100 tys. mieszkańców. Między innymi dzięki powierzchniom w mniejszych ośrodkach nasycenie polskiego rynku przekracza europejską średnią i wynosi 280 mkw. powierzchni handlowej na tysiąc mieszkańców. Europejska średnia to 226 mkw. na tysiąc mieszkańców.

Wśród tych powierzchni wciąż dominują formaty pierwszej i drugiej generacji, czyli niewielkie centra usługowe lub handlowe skupione wokół hipermarketów. Przybywać będzie jednak formatów wyższych generacji, zwłaszcza w dużych miastach. Średnia w tym segmencie to 550 mkw. powierzchni handlowych na tysiąc mieszkańców, choć np. w Warszawie jest to tylko 440 mkw. Ponieważ w dużych miastach często deweloperzy nie mają możliwości budowy nowej powierzchni, decydują się na remodeling, czyli poprawę jakości i wykorzystania już istniejących obiektów.

Z jednej strony konieczne będzie dostarczanie mniejszych formatów. Dominującym trendem jednak wydaje się być remodeling istniejącej już powierzchni handlowej, za pośrednictwem którego z jednej strony uzyskujemy nowocześniejszą, lepszej jakości powierzchnię, z drugiej możemy ją również zwiększyć. Mamy do czynienia z ogromnym zapotrzebowaniem na profesjonalną usługę doradczą związaną z przygotowaniem takiej powierzchni – podkreśla Mielcarz.

Dodaje, że przyrost powierzchni handlowych w Polsce będzie stabilny na poziomie 600-700 tys. mkw. przez kolejne 2-3 lata. Ich liczba szybciej będzie rosła na ścianie wschodniej, bo ten region ma obecnie najniższe nasycenie. Z kolei w bardziej nasyconych sklepami miastach zaczną powstawać ulice handlowe. W skali kraju rozwój nastąpi we wszystkich formatach, także małych powierzchni, np. sklepów convenience.

Zdaniem Mielcarz inwestycje w nieruchomości handlowe stanowią 40 proc. wszystkich inwestycji w nieruchomości komercyjne.

Rynek jest bardzo atrakcyjny dla inwestorów, w szczególności dla inwestorów zagranicznych, ze względu na wysokość stóp kapitałowych, płynność tego rynku oraz stosunkowo niski poziom wakatów w centrach handlowych – są to czynniki, które wpływają na decyzje o inwestycjach – podkreśla Mielcarz.

Nowoczesne telewizory są coraz bardziej inteligentne. Wyczuwają obecność użytkownika i dopasowują do niego ofertę programową

CEO Magazyn Polska

Najnowsze modele telewizorów wyposażone w kamery i czujniki potrafią rozpoznać, który z domowników znajduje się w pobliżu odbiornika. Dzięki temu urządzenie dopasuje do niego konkretną ofertę programową i listę przydatnych stron WWW. Jeden telewizor może zapamiętać maksymalnie pięć osób i spersonalizować interfejs do każdej z nich.
Możemy dla każdego członka rodziny spersonalizować poszczególne ekrany tak, aby w momencie gdy dany użytkownik podchodzi do telewizora, odkrywał się przed nim od razu jego ekran i wybrane przez niego programy telewizyjne i internetowe. Możemy sobie stworzyć np. cztery takie ekrany. Telewizor ma jeszcze taką dodatkową funkcję, że w momencie, kiedy do niego podchodzimy, wysuwa się automatycznie kamera i rozpoznaje twarz lub głos – w zależności od tego, której funkcji chcemy użyć – i od razu przestawia się automatycznie – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle Klara Ufnalewska, PR manager z firmy Panasonic.

Producenci telewizorów stawiają też na doskonalenie technologii Smart TV, która pozwala na swobodne przeglądanie stron internetowych. Nowością jest także funkcja TV Anywhere.

TV Anywhere pozwala na oglądanie wybranych przez nas i spersonalizowanych kanałów gdziekolwiek jesteśmy na świecie. Za pomocą takiej aplikacji, którą instalujemy na smartfonie lub tablecie, jesteśmy w stanie dostać się do wnętrza naszego telewizora i możemy oglądać różne kanały telewizyjne. Mamy też możliwość zaprogramowania nagrywania, a następnie odtworzenia na smartfonie lub po powrocie do domu na dużym ekranie – wyjaśnia Klara Ufnalewska. – Z kolei Smart TV to jest cały pakiet funkcjonalności, które wykraczają poza standardowe możliwości telewizora, czyli szeroki dostęp do treści internetowych, portali społecznościowych, przeglądanie stron WWW, kanałów YouTube, a także dostęp do takich funkcji jak kontrola nad telewizorem, za pomocą której na przykład możemy, używając smartfona, włączyć telewizor z innego pomieszczenia.

Poprzez zdalne połączenie telewizora z urządzeniami przenośnymi będzie można też przesyłać filmy, zdjęcia i informacje tekstowe.

Remote Share pozwala na dzielenie się z domownikami – przy założeniu, że jesteśmy poza domem – zdjęciami, nagraniami wideo czy nawet wiadomościami, zamiast tych zostawianych na lodówce. Możemy wysłać cały album ze zdjęciami lub właśnie nagranie wideo, po prostu nagrywamy się smartfonem i wysyłamy taki plik – dodaje Klara Ufnalewska.

Dzięki ożywieniu gospodarczemu rośnie sprzedaż kosmetyków

CEO Magazyn Polska

Przedstawiciele branży kosmetycznej obserwują zakończenie chudych lat, które były skutkiem gospodarczego kryzysu. Poprawa sytuacji
w gospodarce ma bowiem bezpośrednie przełożenie na rozwój przedsiębiorstw kosmetycznych. – Po trudnym początku roku obserwujemy od kilku miesięcy ewidentny wzrost – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mariusz Grajda, dyrektor finansowy na Europę Wschodnią w firmie Coty Polska.  

Wynika to z wychodzenia gospodarki z kryzysu. Wprawdzie nie wszyscy z naszej branży ten kryzys odczuli, ale dla nas był on dosyć dotkliwy – mówi Mariusz Grajda.

W polskiej branży markowych kosmetyków tzw. efekt szminki, zgodnie z którym w kryzysie ludzie nadal kupują dobra luksusowe, ale z tańszej kategorii (np. właśnie drogie kosmetyki zamiast drogich samochodów) nie zawsze się sprawdza.

Cieszymy się z rozwoju gospodarki, gdyż im więcej ludzie mają w kieszeniach, tym szybciej się rozwijamy. Zresztą na przestrzeni dekady ten rozwój jest znaczący. Pamiętam, że gdy dołączyliśmy do Unii Europejskiej, działało u nas kilka koncernów, a polskie firmy dopiero raczkowały. Tymczasem dzisiejsza sytuacja jest zupełnie inna. O ile mi wiadomo, wzrost wyniósł 60 proc. w ciągu kilkunastu lat – twierdzi Grajda.

Korzystne dla firm kosmetycznych może okazać się podleganie konkurencyjnej presji.  

Konkurencja wzmacnia, motywuje do tego, by  wyszukać wąskie gardło w biznesie i stale poprawiać jakość – zauważa Grajda. – O nasz rozwój dbamy, reklamując się, zarówno w telewizji, jak i bezpośrednio docierając do konsumentów.

Wyzwania stojące przed branżą mają wymiar zarówno ekologiczny, jak i podatkowy.  

Musimy pamiętać, których składników nie możemy testować na zwierzętach – mówi Grajda. – Są też oczywiście wyzwania biznesowe i finansowe. Udało się nam doprowadzić do obniżenia akcyzy na wyroby kosmetyczne. Jednak nadal musimy zmagać się z podatkami, z tzw. opłatami półkowymi – dodaje.

Korzystne dla rozwoju firm kosmetycznych może okazać się podleganie konkurencyjnej presji.  

Konkurencja wzmacnia, motywuje do tego, by  wyszukać wąskie gardło w biznesie i stale poprawiać jakość – zauważa Grajda.  

Według danych z raportu „Rynek kosmetyków do makijażu, I-VI 2013 r.” sporządzonego przez firmę badawczą Nielsen w ubiegłym roku segment kosmetyków kolorowych wzrósł o niemal 8 proc., a jego wartość wyniosła ponad 1 mld złotych. Wzrost wartości rynku zanotowali m.in. producenci podkładów (wzrost o 37 proc.), mascar (36 proc.) oraz lakierów do paznokci (23 proc.) i pudrów (53 proc.). Ponadto o 42 proc. wzrosła wartość rynku błyszczyków (42 proc.) i szminek ( 36 proc.).

Z kolei wg raportu KPMG „Rynek dóbr luksusowych w Polsce” (ogłoszonego w 2013 r.) 2,6 procent polskiego rynku kosmetyków i perfum stanowią produkty luksusowe. Wartość tego segmentu szacowano na 293 mln zł. Dane dotyczyły 2012 r.

Cydr podbija polski rynek. Sprzedaż w tym roku może być trzykrotnie wyższa niż w 2013 r.

CEO Magazyn Polska

W Polsce dynamicznie rośnie sprzedaż cydru. Przed dwoma laty trunek był ledwo widoczny na rynku, w ubiegłym roku sprzedano go blisko 2 mln litrów. W tym roku eksperci spodziewają się nawet trzykrotnie wyższej sprzedaży. Liderem rynku cydru jest Grupa Ambra. Prezes grupy zaznacza, że w ciągu najbliższych kilku lat, w ramach istniejących zasobów produkcyjnych, będzie można wyprodukować nawet 15 mln litrów cydru bez wzrostu inwestycji.

Zakładaliśmy, że przy rozwoju w skali kilku procent rocznie i nowoczesnym zakładzie produkcyjnym bez projektu cydru nasze inwestycje będą właściwie na poziomie odtworzeniowym,  a wydatki inwestycyjny nie będą się w istocie zmieniały. Natomiast sam cydr jako projekt zdecydowanie zwiększa naszą efektywność biznesową – mówi agencji Newseria Biznes Robert Ogór, prezes Grupy Ambra.

Ambra jest liderem na rynku wina w Polsce i w dużej mierze opiera się na produkcji win musujących. Jak podkreśla Robert Ogór, rynek ten cechuje się dużą sezonowością. Największa sprzedaż jest w IV kwartale roku. Produkcja i sprzedaż cydru w pewnym stopniu niweluje dysproporcje między poszczególnymi porami roku.

Cydr to produkt letni i równoważy efekty sezonowości poprzez poprawę obłożenia zakładu produkcyjnego. To z kolei oznacza, że około 10-15 mln litrów cydru możemy obsłużyć w ramach istniejących zasobów produkcyjnych, bez istotnego wzrostu inwestycji. Czyli capex [wydatki inwestycyjne na wdrożenie lub rozwój produktu – red.] może lekko rosnąć w najbliższych latach, ale nie będzie tu zmiany jakościowej – zaznacza Ogór.

Grupa Ambra to największy producent cydru w Polsce, należy do niej blisko 40 procent rynku. Rynek cydru jeszcze dwa lata temu praktycznie nie istniał, w ubiegłym roku sprzedaż napoju wyniosła 2 mln litrów, w tym natomiast eksperci spodziewają się nawet trzykrotnego wzrostu. Docelowo spożycie cydru może osiągnąć blisko 2 procent sprzedaży piwa.

Gdyby rzeczywiście cydr osiągnął wolumen 3040 mln litrów, to wówczas oczywiście konieczne będą większe inwestycje. Mam nadzieję, że będziemy mogli zrealizować te inwestycje również z przychodów i marży. Na dzisiaj jest jednak za wcześnie, żeby powiedzieć że są to konkretne wyzwania i plany, które miałyby zmienić wydatki inwestycyjne spółki – mówi Ogór.

Polska jest największym eksporterem jabłek na świecie, w ubiegłym roku eksport przekroczył milion ton. Także w kraju jabłka cieszą się dużą popularnością – przeciętny konsument spożywa w ciągu roku ponad 13 kilogramów tych owoców. Cydr okazał się jednak nowością.

Jesteśmy otoczeni uprawami jabłek na nie mniejszą skalę niż Hiszpania winogronami. Mimo to cydr to zupełnie nowe zjawisko. Zamiana konsumpcji jabłek na przetworzony napój spowodowała, że sprzedaż nas pozytywnie zaskoczyła. Konsument przyjął naszą propozycję cydru lubelskiego entuzjastycznie – podkreśla Robert Ogór. 

Onet chce postawić na treści premium i walczyć o użytkowników jakością kontentu

Treści dziennikarskie na wysokim poziomie i autorskie materiały wideo mają umożliwić Onetowi utrzymanie palmy pierwszeństwa w polskim internecie. Ten z kolei jest medium coraz chętniej wybieranym przez reklamodawców.

Po dwóch latach lekkiego spadku i korekty rynek reklamy powoli zaczyna się odradzać. W tym roku spodziewany wzrost osiągnie poziom 1-2 proc. – szacuje szef Grupy Onet.pl i podkreśla, że to dobry sygnał dla branży na przyszłość.

Jego zdaniem na tym tle rynek reklamy internetowej będzie rósł znacznie szybciej, co potwierdzają wyniki z pierwszych miesięcy roku. Internet jest w nich liderem, jeśli chodzi o tempo wzrostu wydatków reklamowych.

Pierwszy kwartał pokazuje, że ten rynek rósł w granicach 6 proc. – przypomina w rozmowie z Newserią Biznes.

Za wzrosty odpowiedzialne są przede wszystkim reklama wideo, reklama kontekstowa, akcje specjalne, native advertising oraz reklama mobile. Klasyczna reklama display także generuje wzrost, ale jest on na niższym poziomie niż wspomniane kategorie, Bednarski szacuje go na poziomie 1-2 proc.

Po niedawnym połączeniu sił przez Wirtualną Polskę i o2, Onetowi wyrósł silny konkurent. Szef grupy ma jednak nadzieję na utrzymanie pozycji lidera na rynku.

Onet jest najlepiej rozpoznawalnym brandem online’owym wśród wszystkich wydawców internetowych. Większość naszego ruchu wynika ze znajomości brandu, określanego mianem „top of mind – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Robert Bednarski, prezes Grupy Onet.pl.

Jako główne wyzwania wskazuje dostosowanie do zmieniających się potrzeb użytkowników.

Utrzymanie palmy pierwszeństwa, utrzymanie pozycji najsilniejszej destynacji dla treści online, dla treści premium w polskiej sieci jest wyzwaniem na najbliższe lata – zapowiada Robert Bednarski.

Bednarski wierzy, że orężem w walce o uwagę internauty są przede wszystkim coraz lepsze jakościowo treści dziennikarskie i kontent wideo. Obecność Onetu w grupie Ringier Axel Springer Media ma w tym pomóc.

W ramach grupy mamy w naszym wspólnym, polskim online’owym portfolio szereg premium brandów. Fakt, Newsweek, Forbes, Przegląd Sportowy, Top Gear – to brandy, za którymi stoi gigantyczne doświadczenie dziennikarskie – przekonuje Bednarski i zapowiada, że portal planuje także aktywność na polu marketingowym i kampanie wspierające dotychczasowe i nowe projekty.

Onet należy do niemieckiego wydawnictwa od niespełna dwóch lat.

Cloud Planet S.A. łączy się z Skanuj.to Sp. z o.o.

0

15 maja 2014 r. doszło do połączenia spółek Cloud Planet S.A. („Cloud Planet”), dostawcy usług księgowości online szybkafaktura.pl, oraz Skanuj.to Sp. z o.o. („Skanuj.to”), innowacyjnego dostawcy rozwiązań automatyzujących rozpoznawanie danych z dokumentów księgowych. Cloud Planet S.A. to spółka portfelowa funduszu Helix Ventures Partners z Grupy MCI Management.

Cloud Planet w ramach swoich produktów dostarcza internetowe rozwiązanie do wystawiania faktur, obsługi magazynowej, prowadzenia KPiR w ramach systemu dostępnego online. Spółka buduje w Polsce jedną z największych sieci partnerskich biur rachunkowych i współpracuje z bankami  PKO BP i BOŚ Bank. Skanuj.to ze swojej strony udostępnia platformę online do rozpoznawania danych z zeskanowanych dokumentów księgowych oraz zapewnia integrację z najpopularniejszymi systemami finansowo-księgowymi i ich automatyczne zasilanie danymi z przetworzonych dokumentów.

W rezultacie połączenia powstanie najbardziej atrakcyjna na rynku oferta usług finansowo-księgowych dla klientów z sektora MŚP oraz dla biur rachunkowych. Decyzja o połączeniu obu spółek i stworzeniu wspólnej usługi ma na celu zaadresowanie potrzeb w zakresie sprawnej wymiany informacji pomiędzy biurem rachunkowym i jego klientami. Rozszerzona oferta zapewni nowoczesne rozwiązanie nie tylko do wystawiania faktur i prowadzenia księgowości ale generalnie zwiększy jakość i dostępność informacji oraz w pełni zautomatyzuje obieg dokumentów księgowych pomiędzy klientem a biurem rachunkowym.

Spółki planują zakończyć integrację swoich produktów w drugiej połowie 2014 r.

Polska wyda 7,5 mld zł na trzy okręty podwodne

CEO Magazyn Polska

Jeszcze w tym roku ma zostać rozpisany przetarg na trzy okręty podwodne dla polskiej marynarki. Do tej pory ta część wojska była zaniedbywana, a niemal wszystkie okręty pochodzą sprzed 1989 r. Eksperci podkreślają, że Polska musi kupić takie okręty, które długo zachowają wartość bojową, także ofensywną. Istotne jest wyposażenie w pociski manewrujące.

To są bardzo duże inwestycje, bo każda jednostka pływająca to wielki wydatek. Z tego powodu musi być to zaplanowane w długiej perspektywie czasowej. To powinno być również zaplanowane tak, żeby te okręty za 20 lat nie tylko pływały, lecz także żeby stanowiły wymierną wartość bojową: obronną, a może nawet ofensywną – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał Jach, były wojskowy, obecnie przewodniczący Parlamentarnego Zespołu ds. Wojska Polskiego i poseł Prawa i Sprawiedliwości.

Obecnie polska Marynarka Wojenna dysponuje tylko kilkoma okrętami zwodowanymi po 1989 r. Najmłodszym jest okręt rakietowy ORP „Grom”, na którym banderę podniesiono w 1995 r. Okręty podwodne są jednak znacznie starsze – trzon floty stanowią cztery okręty typu Kobben zwodowane w latach 60., a pod polską banderą pływające od nieco ponad 10 lat. Piąty okręt podwodny, ORP „Orzeł”, został zwodowany w 1986 r.

Dlatego zakup nowych okrętów podwodnych to priorytet w ramach wieloletniego programu modernizacji sił zbrojnych. Jeszcze w tym roku MON chce rozpisać przetarg na trzy jednostki. Wartość zamówienia wyniesie ok. 7,5 mld zł.

Polska, kupując te okręty, musi brać pod uwagę wyposażenie ich w pociski manewrujące. Okręty bez pocisków manewrujących mają wielokrotnie niższą wartość bojową i na to Polska nie może sobie pozwolić, żeby kupić za 7,5 mld zł okręty o obniżonej wartości bojowej i obronnej – uważa Jach. – Wyposażone w pociski manewrujące stają się dla naszego państwa bardzo istotnym elementem strategii odstraszania.

Pociski manewrujące, o których wspomina Jach, to rakiety o bardzo dużym zasięgu i dużej dokładności (mają zasięg ok. 1000 km i dokładność trafienia od 3 do 5 metrów). Jak wyjaśnia Jach, takie pociski poruszają się na niewielkiej wysokości i nie w linii prostej, co czyni je trudno wykrywalnymi i niemal niezniszczalnymi przez obronę.

Jach przekonuje, że takie pociski pozwalają na zwiększenie zdolności bojowej okrętów, bo z daleka umożliwiają trafienie w strategiczne cele. W przypadku konfliktu zbrojnego mogłyby np. uderzyć w sztab, strategiczne elementy infrastruktury (np. mosty) lub budynki rządowe wrogiego kraju.

Zdanie posła Jacha podzielają także inni eksperci i decydenci. O konieczności posiadania okrętów podwodnych wyposażonych w pociski manewrujące wypowiadali się także niedawno publicznie Stefan Niesiołowski, przewodniczący Sejmowej Komisji Obrony Narodowej, oraz gen. dyw. dr Anatol Wojtan, I zastępca szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego.

Trudno wyobrazić sobie, by Bałtyk stał się areną działań wojennych. Jednak ze względu na to, że jest morzem wewnętrznym, wokół którego brzegów jest umiejscowionych wiele państw, w tym nasz główny potencjalny przeciwnik, czyli Rosja, odgrywa on bardzo istotną rolę. Bałtyk jest miejscem, z którego można razić cele lądowe przy obecnej technice nawet bardzo daleko oddalone od brzegu. Jest też bardzo ważną drogą morską, przez którą jest transportowanych bardzo wiele towarów – tłumaczy Jach.

Równocześnie dodaje, że topografia dna Bałtyku ułatwia działania okrętów podwodnych. Mogą się one łatwo ukryć przy dnie, zwłaszcza te najnowocześniejsze, które mogą nie wynurzać się przez nawet 4 tygodnie. Dlatego nowe i dobrze wyposażone okręty podwodne nie tylko zwiększą potencjał bojowy polskiej marynarki, ale i będą istotnym czynnikiem odstraszającym.

PZU po przejęciu spółek z krajów bałtyckich zapowiada kolejne akwizycje – na południe od Polski

0

CEO Magazyn Polska

Po przejęciu spółek ubezpieczeniowych w krajach bałtyckich PZU zapowiada dalsze akwizycje zagraniczne w regionie. Spółka koncentruje się na krajach położonych na południe od Polski. Jednym z celów jest słoweński Triglav, ale tam prywatyzacja ruszy najwcześniej za rok. PZU od kwietnia proponuje też klientom bezpośrednią likwidację szkód, z której skorzystało na razie kilkaset osób.

Cały czas szukamy celów akwizycyjnych w ubezpieczeniach, także w sektorze finansowym, w obszarze środkowej i wschodniej Europy. W tej chwili oglądamy parę potencjalnych firm. Niestety, największa z nich, czyli Triglav w Słowenii, prawdopodobnie będzie do sprzedaży dopiero za rok, ponieważ zaraz będą wybory i zostanie wybrany nowy rząd, który dopiero rozpocznie proces prywatyzacyjny – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Przemysław Dąbrowski, członek zarządu PZU SA i PZU Życie SA.

W kwietniu PZU podpisało umowy przejęcia czterech spółek z grupy RSA: Lietuvos Draudimas (Litwa), AAS Balta (Łotwa), Codan Forsikring (Estonia) oraz polskiego Link4. Transakcja musi jeszcze zostać zatwierdzona przez odpowiednie urzędy, ale Dąbrowski liczy, że w lipcu dokończony zostanie pierwszy zakup, a jesienią pozostałe trzy. Dodaje, że to dopiero pierwszy krok w zagranicznej ekspansji PZU.

Teraz PZU chce się jednak skierować na południe. Spółka nie planuje inwestycji ani w krajach bałtyckich, ani na Wschodzie. Dąbrowski przyznaje, że nie chodzi tylko o słoweńskiego Triglava, ale nie chce zdradzać, którymi krajami i spółkami interesuje się PZU. Dodaje, że poza rynkiem ubezpieczeniowym spółka chce wzmocnić pozycję także na rynku medycznym. Po przejęciu Orlen Medica PZU chce budować sieć placówek medycznych na zasadzie franczyzy. Ekspansji towarzyszy ogólne ożywienie rynku, choć Dąbrowski przyznaje, że nie przekłada się ono na wyniki finansowe.

Widzimy ożywienie w gospodarce i ubezpieczeniach. Polacy kupują więcej polis. Problem jest tylko taki, że poprzednie lata były tak dobre dla rynku ubezpieczeniowego pod względem rentowności, że nasi koledzy zaczęli znacząco obniżać ceny. Te spadki cen zjadają całą korzyść ze wzrostu sprzedaży polis, który wynika z lepszej sytuacji gospodarczej. W efekcie rynek prawdopodobnie urośnie w tym roku może o 1 proc. – ocenił Dąbrowski w rozmowie podczas konferencji WallStreet 2014 w Karpaczu.

Dodaje, że PZU liczy nie tylko na wzrost rynku, lecz także poprawia ofertę. W kwietniu spółka zaproponowała nową usługę w ubezpieczeniach OC, czyli bezpośrednią likwidację szkód. Polega ona na tym, że kierowca ubezpieczony w PZU, który został poszkodowany w wypadku, może zwrócić się do swojego ubezpieczyciela z prośbą o likwidację szkody, a nie do ubezpieczyciela sprawcy wypadku. To zdecydowane ułatwienie dla klientów, którzy mogą wszystko załatwić w swojej firmie. To PZU zajmuje się ściągnięciem odpowiedniej kwoty za naprawy od ubezpieczyciela sprawcy szkody.

Dąbrowski dodaje, że PZU jest wysoko oceniane pod względem oferty likwidacji szkód, więc to dodatkowa korzyść dla klientów. Do tej pory kilkaset osób skorzystało z bezpośredniej likwidacji szkód. PZU wyegzekwowało już pierwsze należności od ubezpieczycieli sprawców wypadków.

W tym roku PZU może osiągnąć dodatkowe zyski związane z malejącą rentownością polskich obligacji skarbowych. 10-letnie obligacje osiągnęły rentowność nieznacznie ponad 3,5 proc., a jeszcze w 2011 r. wartość ta przekraczała 6 proc. PZU ma duże aktywa zgromadzone w obligacjach, więc spadek ich rentowności (czyli wzrost ceny) może przełożyć się na krótkoterminowy zysk w 2014 r., a to z kolei może oznaczać wyższą dywidendę. Ale w dłuższej perspektywie taka rentowność obligacji nie jest korzystna.

Ubezpieczyciel zarabia na tym, że bierze pieniądze od klienta, po jakimś czasie wypłaca mu odszkodowanie i pomiędzy zapłaceniem składki a wypłatą odszkodowania powinien zarobić maksymalnie dużo na pieniądzach, które wpłacił klient. Im niższe są stopy zwrotu, tym te dochody są niższe i długoterminowo to będzie problem. Rzeczywiście stopy obligacji są niskie, zakładaliśmy, że będą wyższe. Za to zakładamy, że jednak na koniec roku i na początku przyszłego stopy pójdą w górę powyżej 4 proc. – prognozuje Dąbrowski.

S&P: Gospodarka w Polsce jest stabilna, źródłem ryzyka jest sytuacja w finansach publicznych i reforma OFE

CEO Magazyn Polska

Za dwa miesiące agencja Standard & Poor’s podejmie decyzję w sprawie ratingu dla Polski w walutach obcych. Na razie podtrzymana w lutym ocena wiarygodności kredytowej jest na poziomie A minus. Jego podniesienie jest możliwe pod warunkiem, że gospodarka będzie dalej szybko rosła i trwale zmniejszy się deficyt w finansach publicznych. Długoterminowym źródłem ryzyka jest jednak system emerytalny, który powiększył swoje zobowiązania z tytułu przejęcia aktywów i części składki do OFE.

– Rating Polski, który podtrzymaliśmy w lutym na poziomie A minus z perspektywą stabilną, jest przez nas dalej podtrzymywany. Uważamy, że jest to rating, który w zbilansowany sposób pokazuje i kształtuje skalę ryzyka dla polskiej gospodarki. Oczywiście, widzimy bardzo pozytywny wzrost polskiej gospodarki oraz trwałe fundamenty makroekonomiczne – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Petrykowski, dyrektor regionalny na Europę Środkowo-Wschodnią w agencji ratingowej Standard & Poor’s.

W opublikowanych we wtorek założeniach do budżetu na rok 2015 rząd przyjął, że polska gospodarka wzrośnie w przyszłym roku o 3,8 proc. po wzroście o 3,3 proc. w tym roku. Pierwszy kwartał 2014 r. był piątym z kolei, kiedy polska gospodarka wyraźnie przyspieszała. Wzrost PKB wyniósł 3,4 proc. w porównaniu z pierwszym kwartałem 2013 r. Ekonomiści spodziewają się, że w całym 2014 r. PKB urośnie o 3,5-3,6 proc., co oznacza, że stopa wzrostu powinna zacząć się stabilizować w następnych kwartałach.

Te prognozy są zbieżne z ostatnimi odczytami indeksu PMI dla polskiego przemysłu, który bada opinie przedsiębiorstw dotyczące obecnej i przyszłej koniunktury. W lutym br. jego wartość wyniosła 55,9 pkt, a więc znacznie powyżej granicy 50 pkt, która jest umowną granicą między ekspansją branży a jej kurczeniem się. W kwietniu 2014 r. wskaźnik PMI wyniósł 52 pkt, a w maju –  już tylko 50,8 pkt. To nie oznacza, że gospodarka zacznie niedługo hamować, ale to, że nie powinna już znacząco przyspieszać. Zgodnie z tym scenariuszem, sama poprawa koniunktury nie będzie już wystarczająca do dalszego zmniejszania deficytu budżetowego, który od 2008 r. pozostaje powyżej 3 proc. PKB.

Zwracamy też uwagę na pewne ryzyko, przede wszystkim średnioterminowa konsolidacja finansów publicznych nie jest jeszcze trwale zapewniona. W konsekwencji reformy OFE pojawiły się dla budżetu długoterminowe zobowiązania, którymi trzeba zarządzać. Więc na tę chwilę wydaje nam się, że ta równowaga dobrze odzwierciedla naszą percepcję polskiej gospodarki – mówi Petrykowski.

Według rządu ograniczenie składki do OFE w 2011 r. oraz przejęcie blisko połowy aktywów funduszy emerytalnych zmniejszą zadłużenie finansów publicznych, zarówno w krótkiej, jak i dalszej perspektywie. Część ekonomistów zwraca jednak uwagę, że w wyniku reformy z 1999 r. Polska ma system emerytalny o zdefiniowanej składce. To oznacza, że wzrost napływu składek do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych jest równoważony przez wzrost zobowiązań w postaci przyszłych wypłat. W rezultacie tymczasowa ulga w finansach publicznych jest tak naprawdę odsunięciem w czasie zobowiązań, które przyrastają na kontach i subkontach w ZUS.

Wpływ systemu emerytalnego na finanse publiczne zacznie ujawniać się z dużą siłą w drugiej połowie bieżącej dekady, kiedy pokolenie powojennego wyżu demograficznego będzie odchodziło na emeryturę. Amortyzacja tego negatywnego zjawiska dla finansów państwa będzie wymagała szybkiego wzrostu PKB, który zapewniłby wysoki napływ składek do FUS.

Obecnie polska gospodarka prezentuje się dobrze na tle państw strefy euro, jednak rysuje się przed nią sporo czynników ryzyka, na czele z demografią i niską innowacyjnością, które powinny skłaniać do ostrożności. Dotyczy to również możliwości podniesienia ratingu lub jego perspektyw.

Musiałby wzrost gospodarczy być trwały, utrzymywać się dalej i iść w parze z dalej postępującą konsolidacją finansów i poprawą wyników makroekonomicznych polskiej gospodarki – wskazuje dyrektor regionalny na Europę Środkowo-Wschodnią w S&P.

Rating państwa jest istotny również z tego powodu, że wyznacza on maksymalny rating dla samorządów i sektora prywatnego. Z tego względu, nawet szybko rozwijające się gminy miejskie w Polsce, o niskim długu oraz deficycie budżetowym, nie mogą otrzymać ratingu AAA, czyli najwyższej wiarygodności kredytowej. 

Porównując polskie samorządy do samorządów regionu, czyli patrząc na Europę Zachodnią: Niemcy, Szwajcarię, Austrię, to oczywiście ratingi polskich samorządów są niższe. Wynika to przede wszystkim z tego, że w Polsce jest mniejsza przejrzystość i przewidywalność. Więcej jest zmian na polu przepisów i legislacji dotyczących alokacji wydatków i przychodów dla samorządów – uważa Marcin Petrykowski.

Polski rząd oraz samorządy mają jednak wyższą wiarygodność finansową od władz centralnych i lokalnych w Rosji, na Ukrainie czy Bałkanach. Sektor publiczny w Polsce jest zobowiązany do przestrzegania konstytucyjnych i ustawowych limitów zadłużenia, co działa korzystnie na rating i rynkowe oprocentowanie długu.

Wynika to z tego, że jednak fundamentalnie polityka zarządzana finansami w naszej części Europy jest prowadzona lepiej. Jest lepsza równowaga między wydatkami a przychodami, która w jasny sposób poprawia jakość kredytową polskich jednostek samorządowych w porównaniu z innymi krajami  Europy Środkowej – twierdzi Petrykowski.

Sephora chce otwierać 3-5 sklepów rocznie i rozwijać sprzedaż przez internet

0

CEO Magazyn Polska

Sephora do swoich 92 perfumerii w tym roku dołączy jeszcze kolejny salon w Olsztynie. W kolejnych latach sieć będzie rozwijać się w podobnym tempie jak do tej pory, czyli planuje 3-5 otwarć rocznie. Dodatkowo tak jak w ubiegłych latach, co roku około 6-8 już działających salonów będzie przechodzić remodeling, dzięki czemu będą jeszcze bardziej atrakcyjne dla klientów. Firma mocno stawia też na rozwój swojego e-sklepu, który powstał zaledwie cztery miesiące temu, a już stał się najbardziej rozpoznawaną spontanicznie marką wśród wszystkich e-sklepów perfumeryjnych z branży beauty w Polsce.

Już w kilku pierwszych tygodniach mieliśmy milion wejść na stronę naszego e-sklepu. W marcu sklep internetowy był trzeci pod względem wielkości sprzedaży w całej naszej sieci. Odczytujemy ten wynik jako sukces – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Adam Kołodziejczyk, dyrektor generalny Sephora Polska. – Jeżeli chodzi o miasta, rozłożenie sprzedaży sklepu internetowego jest bardzo równe. Dotyczy to zarówno dużych miast, jak i mniejszych miejscowości, w których nie ma stacjonarnych perfumerii Sephora.

Sephora ma dziś ponad połowę udziału w rynku sprzedaży kosmetyków selektywnych wśród sieci perfumeryjnych w Polsce. W kraju działają 92 perfumerie marki, a według planów ma powstawać 3-5 nowych placówek rocznie. Firma koncentruje swoją działalność na dużych i średnich miastach – powyżej 100 tys. mieszkańców.

Nasz dalszy rozwój numeryczny jest uzależniony od planów deweloperów i jakości nowo powstających centrów handlowych. W przypadku, gdyby pojawiły się nowe, ciekawe projekty, jesteśmy w stanie zwiększyć liczbę otwieranych perfumerii – deklaruje dyrektor generalny.

Trwa też remodeling już działających salonów – swój wygląd każdego roku zmienia 6-8 perfumerii. W ramach tych działań instalowane są np. w wybranych perfumeriach duże ekrany LCD w strefie kas, wprowadzane jest nowoczesne i energooszczędne oświetlenie LED. Cała przestrzeń jest zmieniana tak, aby łatwiej było się poruszać po salonie i testować produkty.

 – Wszystko po to, aby zwiększyć zadowolenie klientów. Oferujemy też zarówno nowe, unikalne usługi, jak i nowe marki – wyjaśnia Adam Kołodziejczyk.

Perfumerie – poza sprzedażą kosmetyków z segmentu premium– oferują również markę własną Sephora oraz usługi, takie jak regulacja brwi, makijaż czy manikiur.

Oferujemy też klientkom indywidualne lekcje makijażu przeprowadzane przez naszych świetnie przeszkolonych makijażystów. Inwestujemy w ich rozwój poprzez liczne szkolenia, m.in. unikalny w branży program Sephora University. Nasi makijażyści znani są również w branży modowej – ekipa najlepszych, pod wodzą dyrektora artystycznego Sephora Sergiusza Osmańskiego, odpowiedzialna jest za make-up modelek podczas pokazów znanych projektantów mody, z którymi mamy okazję współpracować. Tych samych wizażystów można spotkać na co dzień w perfumeriach Sephora  – mówi Adam Kołodziejczyk.

Sephora prowadzi także Sephora Make Up School, czyli bezpłatne warsztaty makijażu, z którymi odwiedzi w tym roku 20 perfumerii w Polsce. Podczas warsztatów klientki uczone są, jak wykonać jeden z trzech najpopularniejszych makijaży – business make-up, smokey eye oraz makijaż paryski. W ramach tych wydarzeń wspólnie z wielkimi markami np. Esteé Lauder, Givenchy, Guerlain czy Benefit oferowane są też lekcje poświęcone m.in. perfekcyjnemu makijażowi ust, rozświetlaniu cery i podkreślaniu atutów urody.

Tej jesieni zorganizujemy już po raz szósty Sephora Trend Report. To nasza największa impreza prezentująca najgorętsze trendy w makijażu, pielęgnacji i modzie na nadchodzący sezon – tłumaczy dyrektor generalny Sephora Polska.

Firmy przy wyborze dostawcy energii kierują się głównie ceną. Coraz większe znaczenie ma też jakość obsługi

CEO Magazyn Polska

Choć cena pozostaje najważniejszym dla przedsiębiorców kryterium wyboru dostawcy energii, to liczy się także jakość obsługi – wynika z badań PKP Energetyka. Klienci biznesowi oczekują nie tylko dostawy, lecz także kompleksowej porady i pomocy. Większość z nich preferuje kontakt osobisty niż internetowy czy telefoniczny.

Z naszych badań wynika, że przy wyborze dostawcy energii 82 proc. respondentów (przedsiębiorców) jako kryterium wyboru dostawcy energii wskazało cenę – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Monika Żychlińska dyrektor Biura Komunikacji i Promocji w PKP Energetyka. – Wielu klientów jednak wskazało też na jakość obsługi jako istotny czynnik. Potwierdza to trend, który zaobserwowaliśmy już wcześniej. Polega on na tym, że klienci oczekują nie tylko sprzedaży energii, lecz także porady i opieki.

Wśród respondentów badania, które dla PKP Energetyka przeprowadziła firma ARC Rynek i Opinia, 55 proc. zadeklarowało, że szuka ofert dostawców energii i gazu w internecie. Jednak usługę zakupiłby online tylko co czwarty z nich.

To pokazuje, że jednak kontakt bezpośredni jest nadal ważny i pewnie pozostanie na pierwszym miejscu. I potwierdza ogromne znaczenie doradztwa biznesowego – zauważa Żychlińska.

Osobisty kontakt jest także preferowany w serwisie posprzedażowym.

Na pierwszym miejscu respondenci wskazali kontakt bezpośredni – dotyczy to 63 proc. z nich – mówi Żychlińska. – Kontakt telefoniczny czy internetowy był rzadziej preferowany. Nadal człowiek, który przychodzi, doradza, optymalizuje koszty i prowadzenie biznesu, jest pożądany przez klienta – dodaje rozmówczyni.

W badaniu udział wzięło ponad 500 firm. Były to przedsiębiorstwa z różnych branż, które zatrudniały minimum 50 pracowników. Celem badania było rozpoznanie oczekiwań oraz potrzeb respondentów w kwestii wykorzystania energii elektrycznej i gazu oraz wyboru dostawcy.

Coraz więcej Polaków będzie odwiedzać kina. Nowe multipleksy szansą na poprawę statystyk

CEO Magazyn Polska

Statystyczny Polak odwiedza kino raz w roku  ten wskaźnik ma szansę wzrosnąć wraz z otwarciem nowych obiektów. Takie inwestycje ma w planach m.in. Global City Holdings, największy akcjonariusz brytyjskiej spółki Cineworld, drugiego największego operatora kinowego w Europie.

Choć w 2013 roku liczba zakupionych przez Polaków biletów do kin spadła do poziomu nieco powyżej 36 mln i była najniższa od 2009 roku, to prognozy na ten rok mówią o wzroście sprzedaży. Pierwszy kwartał przyniósł zwiększenie frekwencji w kinach o ponad 17 proc., a magnesami przyciągającymi widzów przed duże ekrany były dwa polskie filmy: „Jack Strong” i „Pod mocnym aniołem.”

W Polsce sporą popularnością cieszą się krajowe produkcje filmowe. Nawet 25-30 proc. wszystkich sprzedanych biletów w skali roku obejmuje wstęp na polskie filmy – mówi agencji informacyjnej Newseria Joanna Kotłowska, dyrektor relacji inwestorskich Global City Holdings.

Jej zdaniem te wskaźniki mają szanse wzrosnąć wraz z budową nowych multipleksów i szerszym dostępem do sal kinowych.

Będziemy na pewno otwierać nowe kina, mamy już kilka umów podpisanych w tym zakresie – zapowiada Joanna Kotłowska.

Efektem inwestycji spółki w sektorze kinowym ma być ok. 100 nowych ekranów. Cineworld, którego udziałowcem jest GCH, jest już właścicielem niemal 1900 ekranów i ponad 200 multipleksów na całym kontynencie. W regionie Europy Środkowo-Wschodniej Polska jest największym rynkiem działalności spółki.

Jesteśmy znani z największej sieci kinowej w Polsce, ale tak naprawdę jesteśmy akcjonariuszem drugiego największego operatora kinowego w Europie, czyli spółki Cineworld – przypomina.

W kwietniu br. Global City Holdings za ok. 6 mln zł dokonała zakupu 400 tys. akcji operatora kin Cineworld i obecnie ma już ponad 25 proc. udziałów w kapitale brytyjskiej grupy.

Fundusze private equity stawiają na IT, ochronę zdrowia i handel

0

Dobra koniunktura w polskiej gospodarce sprzyja rynkowi private equity. Fundusze dysponują coraz większym kapitałem, a przedsiębiorcy są bardziej skłonni do podejmowania ryzyka niż w okresie kryzysu. Polski niepubliczny rynek kapitałowy wciąż należy do niewielkich, ale będzie szybko nadrabiał zaległości w stosunku do rozwiniętych rynków w zachodniej Europie. Dla gospodarki ma to ogromne znaczenie, bo fundusze private equity chętnie inwestują w innowacyjne, szybko rosnące firmy.

Polska jest w regionie Europy Środkowo-Wschodniej najbardziej dynamiczną gospodarką, gdzie cały czas są najwyższe stopy zwrotu z inwestycji. Wynika to z wielu przyczyn makroekonomicznych. Tacy gracze jak fundusze private equity są bardzo aktywni tam, gdzie dużo się dzieje w gospodarce – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Karwacki, ekspert kancelarii prawniczej Squire Patton Boggs.

Rynek private equity (PE) w Polsce ma duży potencjał rozwoju. Według wyliczeń KPMG w 2012 r. skupił on 46 proc. wszystkich transakcji w Europie Środkowo-Wschodniej, jednak w porównaniu z rynkami w krajach rozwiniętych pozostaje wciąż niewielki. Wielkość polskiego rynku PE to zaledwie 0,13 proc. PKB, podczas gdy w Wielkiej Brytanii, Niemczech czy Szwecji jest to ok. 0,6 proc. PKB. W najbliższych latach branży private equity będzie sprzyjać także marginalizacja OFE, które przestaną być ważnym źródłem wzrostu notowań na GPW.

Jest coraz większa świadomość tego, czym zajmują się fundusze private equity oraz fundusze venture capital. W związku z tym, że nie wszystkie projekty nadają się do pozyskania kapitału na giełdzie lub do pozyskania finansowania bankowego, fundusze private equity są coraz ciekawszą opcją do pozyskiwania kapitału, w szczególności w związku z ostatnim zamieszaniem na giełdzie związanym z demontażem OFE – uważa Karwacki.

Fundusze private equity inwestują swoje środki w firmy lub start-upy, które ze względu na wysokie ryzyko towarzyszące innowacyjnej działalności, często mają problem z pozyskaniem kapitału w początkowej fazie rozwoju. W przeciwieństwie do inwestorów strategicznych, którzy zazwyczaj wolą inwestować w dojrzałe biznesy, fundusze PE są zainteresowane możliwie szybkim i zyskownym wyjściem z inwestycji. Dla zarządzających funduszami najważniejszy jest realny i jednocześnie ambitny biznesplan, jaki stoi za danym start-upem.

Muszą to być liderzy w swojej dziedzinie z jasno wytyczoną wizją, z perspektywą co do wzrostów, a także – przede wszystkim – co do tego z założeniem, by stać się w pewnym okresie graczem nie tylko w Polsce, lecz graczem regionalnym. Tylko takie firmy przyciągają uwagę funduszy private equity i venture capital – twierdzi ekspert Squire Patton Boggs.

Nie wszystkie fundusze PE mają własne zespoły analityków, którzy zajmują się szacowaniem zysków i ryzyka związanego z inwestycjami. Zwłaszcza zagraniczne fundusze private equity są obecne na polskim rynku, kupując udziały w innych funduszach. Według Michała Karwackiego polscy zarządzający PE dobrze radzą sobie z zagraniczną konkurencją, o czym świadczy wzrost wartości ich aktywów i udziału w transakcjach na rynku.

Widać trend, że polskie fundusze, które były kiedyś nieduże, stają się tak samo aktywne, a nawet czasami przewyższają aktywnością fundusze zagraniczne. Do takich typowych liderów polskich funduszy można zaliczyć MCI Management, Avallon, Resource Partners oraz Value4Capital – to są fundusze, które najwięcej ostatnio robiły lub robią – wskazuje Karwacki.

O rozwoju polskiego rynku świadczy także to, że fundusze PE zaczynają się specjalizować w wybranych branżach.

Przykładem są fundusze technologiczne, wyspecjalizowane w inwestycjach w internet, jak chociażby fundusz MCI oraz Intel Capital. Wyraźną specjalizację zaczyna mieć Mid Europa Partners, który inwestuje przede wszystkim w produkty związane z żywnością, a także zaczyna wchodzić w usługi edukacyjne. Są także fundusze, które inwestują w healthcare, czyli szeroko pojętą ochronę zdrowia i usługi zdrowotne – mówi ekspert Squire Patton Boggs.

Branża zdrowotna cieszy się sporym zainteresowaniem funduszy PE, ponieważ rynek prywatnej opieki medycznej ma wciąż spory potencjał wzrostu. Istnieje tu także wiele okazji do zyskownych fuzji. Należy spodziewać się dalszych inwestycji w innowacyjne spółki z branży ICT, ponieważ pozostanie ona w najbliższych latach jedną z najszybciej rozwijających się w Polsce.

Fundusze private equity są także coraz bardziej aktywne w sektorach żywności, w szczególności w sektorze sprzedaży detalicznej oraz usług edukacyjnych i farmaceutyki, przede wszystkim suplementy diety. W najbliższej przyszłości w tych dziedzinach coraz więcej inwestycji będzie realizowanych z inicjatywy  funduszy – przewiduje Michał Karwacki

Odkrywamy Puszczę Knyszyńską – Tatarzy, żubry, przyroda…

Puszcza Knyszyńska

Urzekające widoki, balsamiczne powietrze i charakterystyczna kuchnia powstała w wyniku mieszanki kultur i wyznań. Kogo zmęczą spacery po leśnych bezdrożach, może się wzmocnić tatarskim pierekaczewnikiem, a pragnienie ugasić naturalnym kwasem chlebowym. A wszystko to zaledwie trzy godziny jazdy od Warszawy. Puszcza Knyszyńska jest jedną z największych w Polsce i wciąż kryje w sobie wiele tajemnic.

Puszcza to doskonałe miejsce dla osób, które potrzebują prawdziwej ciszy i spokoju. Wokół dzika przyroda, tylko w niewielkim stopniu dotknięta ingerencją człowieka i mało skażona. Nie ma tu zgiełku, który niesie ze sobą cywilizacja. Wsłuchując się w szum tysiącletnich drzew można się wyciszyć i chociaż na chwilę uwolnić od codziennych stresów. Sprzyja temu nawet ograniczony zasięg sieci komórkowych. – Puszcza Knyszyńska jest wciąż nieodkryta turystycznie, a oferuje całą masę niezapomnianych atrakcji – mówi Joanna Matowicka, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu w hotelu Lipowy Most Golf Park.

Puszcza Knyszyńska jest drugą co do wielkości w Polsce, wyprzedza ją jedynie Puszcza Białowieska. Jest jednak znacznie mniej znana i popularna wśród turystów. Zdaniem przedstawicielki Lipowy Most Golf park to właśnie jej atut. – Dzięki temu relaks w sercu Puszczy Knyszyńskiej jest naprawdę bezcenny – przekonuje.

Puszcza Knyszyńska znajduje się w Polsce północno-wschodniej i obejmuje swoim zasięgiem aż 11 gmin: Janów, Sokółka, Knyszyn, Czarna Białostocka, Szudziałowo, Dobrzyniewo Duże, Wasilków, Supraśl, Krynki, Gródek i Michałowo. Jej cechą charakterystyczną jest niezwykle malownicza rzeźba terenu.

Oprócz gęstych lasów znajdują się tutaj także rzeki, m. in Supraśl i Sokołda, sztuczne jeziora, stawy rybne i bagna. Są też liczne wzniesienia – najwyższym jest Góra św. Jana położona około kilometra od miejscowości Królowy Most. Występuje tu mnóstwo gatunków roślin. Jest ich aż 850, w tym wiele niezwykle rzadkich – ponad setka z nich jest zagrożona wyginięciem. Szczególnie pięknie puszcza wygląda wiosną, kiedy zaścielają ją łany białych zawilców i niebieskich przylaszczek. Wśród drzew z kolei dominuje sosna, co upodabnia wygląd puszczy do tajgi. Rosną tu także świerki i nieco rzadziej brzozy, czy olchy. Puszczę zamieszkują setki gatunków ptaków i zwierząt. Wśród tych ostatnich najbardziej znany jest żubr – największy polski ssak.

– W puszczy żyje pokaźne stado tych zwierząt, które czasami zbliżają się na bezpieczną odległość do obiektów hotelowych, co jest niesamowitym przeżyciem dla naszych gości – opowiada Joanna Matowicka. Są też między innymi jelenie, sarny, dziki, wilki i lisy.

Amatorzy spędzania wolnego czasu na łonie natury znajdą na terenie puszczy mnóstwo atrakcji. Mogą na przykład pozwiedzać teren wybierając któryś ze szlaków turystycznych. Jest ich ponad 50 – piesze, rowerowe, samochodowe, a także konne i z wykorzystaniem kajaków. Jedne trwają kilka godzin, na inne trzeba zarezerwować nawet kilka dni. Coś dla siebie znajdą zarówno zwolennicy samotnych wędrówek, jak też rodziny. Na przykład Lipowy Most Golf Park oferuje sporo atrakcji dla dzieci. Wewnątrz obiektu znajduje się pokój zabaw, a na zewnątrz plac. Ciekawym przeżyciem jest też zwiedzanie puszczy z perspektywy … wozu ciągnionego przez konie. A zimą przejażdżka saniami.

Dzieciom spodoba się też Silvarium w niedalekim Poczopku. To park leśny, idealny do rodzinnych spacerów. Duże wrażenie na najmłodszych robią zamieszkujące tu sowy. Lipowy Most to dobre miejsce żeby się tutaj wybrać na romantyczny weekend tylko we dwoje. Zjeść romantyczną kolację, pograć w golfa czy wypożyczyć rowery i pozwiedzać okolicę.

Jednak Puszcza Knyszyńska to atrakcje nie tylko przyrodnicze. Znajduje się ona bowiem na terenie niezwykle ciekawym pod względem kulturowym. Okolice były przez wieki zamieszkiwane przez ludność różnych wyznań i kultur, które pokojowo współistniały i oddziaływały na siebie. – Wystarczy wspomnieć choćby o polskich Tatarach – wylicza Joanna Matowicka.

Tatarzy są obecni na Podlasiu od 300 lat. Pojawili się tutaj za sprawa króla Jana II Sobieskiego. Otrzymywali bowiem ziemie w zamian za zasługi wojskowe. Obecnie w Polsce mieszka ok. 5000 Tatarów, w tym najwięcej właśnie na terenie Puszczy Knyszyńskiej. Kto lubi zwiedzać, nie zawiedzie się, bo na Podlaskim Szlaku Tatarskim można zobaczyć niespotykane nigdzie indziej miejsca związane z kulturą i tradycją tych wyznawców islamu.

Miejscowości, które trzeba koniecznie odwiedzić to Kruszyniany i Bohoniki. Znajdują się tam dwa zabytkowe meczety. Tatarzy są często goszczeni w Lipowym Moście. Organizowane tutaj spotkania to okazja do poznania ich wyjątkowej kultury.

Szczególnie atrakcyjne są warsztaty kulinarne, dzięki którym można się dowiedzieć jak zrobić najbardziej znane tatarskie danie, czyli pierekaczewnik. To rodzaj ciasta składającego się z sześciu cienko rozwałkowanych warstw. Między nie można włożyć np. mięso wołowe – wersja pikantna, albo biały ser – wersja słodka. Ciasto się zwija i piecze. Inne atrakcje to pokazy jazdy konnej z widowiskowym łucznictwem.

– Dużą popularnością cieszy się również pokaz szermierki z wykorzystaniem XVII wiecznych technik bojowych przy użyciu szabli tatarskiej i husarskiej – zachęca przedstawicielka Lipowy Most Golf Park.

Na Podlasiu można też spróbować innych charakterystycznych potraw, jak chłodnik, babka ziemniaczana czy kiszka nadziewana ziemniakami. Te jednak miejscowi zawdzięczają wpływom litewskim.

Warto zwiedzić także miejsca związane z religią prawosławną. W tym celu można się wybrać na przykład do Supraśla. To nieduże miasteczko, z niezwykłym klimatem. Znajduje się tutaj pięknie zachowany Klasztor Męski Zwiastowania Najświętszej Marii Panny czy imponujący pałac Buchholtzów, gdzie obecnie działa liceum plastyczne. Można też zajrzeć do Muzeum Ikon w Supraślu, które posiada w swoich zbiorach bardzo bogatą kolekcję.

Istotną zaletą Puszczy Knyszyńskiej jest też to, że będąc jednocześnie oazą ciszy i spokoju, znajduje się stosunkowo niedaleko od dużych ośrodków miejskich. To zaledwie 20 km od Białegostoku i około trzech godzin jazdy z Warszawy.

Pozyskanie inwestora to proces

Dostęp do różnych źródeł wsparcia finansowego, merytorycznego czy coachingowego sprawia, że Polacy coraz śmielej mówią o swoich biznesowych projektach i coraz częściej decydują się na wdrożenie ich w życie. W efekcie do drzwi funduszy inwestycyjnych rokrocznie pukają setki pomysłodawców i przedsiębiorców gotowych na wspólne rozwijanie nowych spółek. Oczywistym jest, że przy takiej podaży projektów nie każdy, komu uda się spotkać z potencjalnym inwestorem otrzyma ofertę współpracy. W dzisiejszych realiach rynkowych nie wystarczy bowiem wzorcowo przeprowadzona prezentacja w biurze funduszu. Rozmowę taką trzeba odpowiednio wykreować.

Do rozmowy z inwestorem należy się przygotować. To oczywiste. Poradniki i eksperci radzą żeby przed spotkaniem dopracować dokumenty, dokładnie przemyśleć odpowiedzi na pytania, jakich możemy się spodziewać (a te już nie są żadną tajemnicą). Warto przeprowadzić gruntowny research nt. inwestora i profilu funduszu inwestycyjnego; rynku, na którym chcemy funkcjonować; konkurencji tej obecnej i potencjalnej, jaka może pojawić się w przyszłości. Koniecznie należy odpowiednio zaprezentować zespół, wszystko to, co wyróżnia projekt i prognozowane korzyści ze współpracy, jakich może oczekiwać inwestor.

– Świadomość dzisiejszych przedsiębiorców nt. konieczności profesjonalnego podejścia do spotkań z inwestorami jest na bardzo dobrym poziomie. Coraz rzadziej na spotkania przychodzą osoby, które przynosząc do nas projekt nie są przygotowane na konkretną rozmowę o warunkach współpracy i inwestycji. Rozmowę o modelu biznesowym projektu, o prognozach, perspektywach, założonych celach i określonych potrzebach. Często przedsiębiorcy zanim się do nas zgłoszą sami wykonują analizy konkurencji, rynku i potrafią odpowiednio zaprezentować się na tle tych danych, czasem przynoszą prototypy swoich rozwiązań czy symulacje wyników. Świadczy to o ich dojrzałości biznesowej, ale też determinacji – mówi Jacek Kajko, Partner WSI Capital.

Ale czy to wystarczy? Samo odpowiednie przygotowanie się do spotkania to dużo. Warto jednak być o krok przed innymi, bo to pomaga przebić się z projektem przez wiele innych mu podobnych. A żeby tak właśnie było, o pozyskaniu inwestora należy pomyśleć, jak o procesie i rozpocząć go na długo przed pierwszym spotkaniem.

– Każdy biznes na początku wymaga finansowania, niezależnie czy jest to nowa spółka czy kolejny projekt w funkcjonującej firmie. Dlatego już na etapie rozpoczynania prac nad jego modelem czy analizami możemy założyć, że takiego finansowania będziemy poszukiwać. I to jest moment, w którym należy rozpocząć przygotowanie gruntu do ewentualnego spotkania z inwestorem– tłumaczy Jacek Kajko.

Dlatego warto z funduszem poznać się wcześniej. Można to zrobić np. podczas wydarzeń, w których uczestniczą jego przedstawiciele – wręczenie wizytówki i kilkuminutowa rozmowa to dobry początek. Ale uwaga nie jest w dobrym tonie mówić od razu o projekcie i ewentualnym poszukiwaniu kapitału. Wystarczy nawiązać w rozmowie do jednej z inwestycji funduszu, która ma zbliżony profil lub duże sukcesy. Dopiero przy kolejnym spotkaniu, kiedy nasz projekt zaczyna mieć solidne podstawy funkcjonowania warto wspomnieć, nad czym pracujemy.

– Wzbudźmy zainteresowanie w inwestorze. Powiedzmy, że pracujemy nad projektem być może z tej samej branży, co jedna ze spółek portfelowych funduszu, że wkrótce wdrożymy ciekawe rozwiązanie, że zauważyliśmy konkretną potrzebę i teraz opracowujemy dla niej rozwiązanie. Zostawmy ślad, ziarno. Po co? Dzięki temu nie będziemy już przypadkowym projektodawcą, umawiając to konkretne spotkanie będziemy mogli powołać się na wcześniejszą rozmowę, będziemy bardziej wiarygodni. I będziemy przy tym odbierani, jako biznesowo dojrzali i profesjonalni. Ponadto ułatwi nam to rozmowę podczas tego konkretnego spotkania – znając człowieka, przed którym będziemy prezentować nasz projekt łatwiej będzie nam wciągnąć go w angażujący dialog – radzi Krzysztof Wiśniewski, Partner Zarządzający WSI Capital.

Oprócz próby poznania samego inwestora, czy funduszu, warto zastanowić się czy ktoś z naszego otoczenia można nas dodatkowo zarekomendować (choćby wspominając, że słyszał o naszym projekcie) – im więcej inwestor ma informacji, również tych z zewnątrz, tym lepiej dla nas i naszego projektu. Decydując się na pozyskanie kapitału z funduszu warto też mimo wszystko wcześniej wybrać się również na rozmowę np. do banku. Dlaczego?

Z takiego spotkania można wynieść wiele cennych wskazówek – zobaczyć, jakie słabe i mocne strony widzi analityk bankowy. To pozwoli nam lepiej przewidzieć niewygodne pytania, czy wątpliwości, jakie mogą pojawić się na spotkaniu z inwestorem i wprowadzić konieczne korekty w naszym projekcie, celach czy oczekiwaniach. I wreszcie, jeżeli na pierwszej rozmowie nie uda nam się przekonać funduszu do inwestycji to pamiętajmy, że pozyskanie inwestora to pewien proces, a spotkanie to krok – zresztą jeden z wielu – prowadzący nas do realizacji naszego pomysłu. Przyjmijmy przekazane przez inwestora uwagi, przemyślmy wskazane wątpliwości, dopracujmy projekt i wtedy spróbujmy raz jeszcze. Najważniejsze w biznesie to się nie poddawać! – mówi Krzysztof Wiśniewski z WSI.

Analiza z przymrużeniem oka na temat wpływu wyników mundialu na globalne rynki akcji

Już dziś, punktualnie o 22:00, zabrzmi pierwszy gwizdek mistrzostw świata w piłce nożnej rozgrywanych w Brazylii. Z tej okazji warto pokusić się o krótką analizę wpływu wyników mundialu na globalne rynki akcji – oczywiście z przymrużeniem oka.

Robert Burdach, zarządzający funduszami akcji Union Investment TFI

Piłka nożna jest najbardziej popularnym sportem na świecie. W niektórych krajach piłkarze mają niemalże status świętych, a wyniki reprezentacji narodowej rzutują na samopoczucie albo nawet na samoocenę milionów ludzi. Dlaczego więc piłkarskie emocje miałyby nie wpływać na napędzane sentymentem rynki akcji? Najkrócej mówiąc, „efekt mundialu” występuje, ale jest on krótkotrwały i z czasem zanika. Historyczne wyniki pokazują, że w pierwszym miesiącu po mistrzostwach, rynek akcji zwycięskiego kraju osiąga stopy zwrotu średnio o 3,5 proc. lepsze od globalnych indeksów akcyjnych. Od 1974 r. tylko raz zdarzyło się, aby ta zależność nie zadziałała. Było to w 2002 r., gdy brazylijski rynek akcji, pomimo zdobycia Pucharu Świata przez Canarinhos, przyniósł stopę zwrotu gorszą o prawie 19 proc. od światowych indeksów. Kryzys walutowy i recesja gospodarcza w Brazylii okazały się wówczas silniejszymi czynnikami niż euforia po zwycięstwie. Z drugiej strony, również największe pobicie indeksów globalnych miało miejsce właśnie w Brazylii, w 1994 r., po mistrzostwach świata w USA. Tamtejszy rynek w skali miesiąca okazał się lepszy o bagatela 21 proc. A co się dzieje, gdy euforia i ekscytacja zaczyna zanikać? Po 3 miesiącach od finału, dodatkowa stopa zwrotu zmniejsza się do niecałych 2 proc., a po roku rynek akcji zwycięskiego kraju okazuje się gorszy o 4 proc. od ogólnoświatowych indeksów – może z tęsknoty do tamtych emocji?

Przyjrzyjmy się jeszcze zachowaniu indeksów w kraju gospodarza mundialu. Sytuacja prezentuje się bardzo podobnie. W pierwszym miesiącu stopa zwrotu z akcji jest lepsza od indeksów światowych o niecałe 3 proc., po 3 miesiącach już tylko o 1 proc., a w skali roku rynek akcji kraju gospodarza okazuje się gorszy o ponad 4 proc.
Ciekawie, choć zupełnie niespójnie z powyższymi obserwacjami, wypada porównanie stóp zwrotu indeksów warszawskiej giełdy z indeksami globalnymi w okresie 1-, 3- i 12-miesięcznym od zakończenia mistrzostw Euro 2012 rozgrywanych w Polsce i na Ukrainie. W pierwszym miesiącu po finale, polski rynek okazał się gorszy o 4,5 proc., po 3 miesiącach pobił indeksy ogólnoświatowe o 5,5 proc., aby znowu okazać się gorszym w skali całego roku – tym razem o prawie 13 proc.

Powyższą analiza pokazuje, że zamiast doszukiwać się zależności, chyba lepiej po prostu głęboko usiąść w fotelu i ekscytować się meczami.

A komu Państwo kibicują?

Od pół miliona do nawet 1 mln Polaków nie może odbierać sygnału cyfrowej telewizji naziemnej. Jednak podatek od niej i tak będą musieli zapłacić

Od 0,5 do nawet 1 mln Polaków nie może odbierać sygnału cyfrowego. Białe plamy na mapie Polski są efektem przeprowadzonej odgórnie cyfryzacji. Problem dotyczy zwłaszcza mieszkańców terenów górskich, gdzie ukształtowanie obszaru utrudnia odbieranie cyfrowej telewizji naziemnej. Opłata audiowizualna, nad którą pracuje resort kultury, miałaby jednak obowiązywać wszystkich.

Nie do wszystkich rejonów Polski dociera sygnał cyfrowy, który jest nadawany przez nadajniki naziemne. To wynik cyfryzacji, która prowadzona była przez ostatnie kilka lat – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Roszkowski, prezes Instytutu Jagiellońskiego.

W efekcie realizowanego przez polskie władze przechodzenia wyłącznie na sygnał cyfrowy telewizji naziemnej w lipcu ubiegłego roku w Polsce pojawiły się miejsca, w których z przyczyn technicznych ten sygnał nie dociera. Według ekspertyz UKE problem ten dotyczyć może nawet do 490 000 osób w przypadku nadajnika MUX 1, 581 000 osób w przypadku MUX 2 i 214 000 w przypadku MUX 3. Jest tak zwłaszcza na obszarach górskich, w południowych województwach. Ponadto 3 proc. Polaków nie może odbierać regionalnej telewizji publicznej. Według Roszkowskiego rozwiązaniem tej sytuacji jest doświetlenie przez satelitę.

Ta droga była zresztą rozważana, natomiast została odrzucona i to naziemne rozwiązanie cyfrowe zostało przyjęte jako podstawowe – mówi Roszkowski. – Uważam, że uzupełnienie cyfryzacji naziemnej przez cyfryzację satelitarną jest niezbędne. W przeciwnym razie wielu Polaków będzie nadal wykluczonych – dodaje.

Do korzystania z sygnału satelitarnego konieczne byłyby zestawy do odbioru wraz z dekoderami. Zdaniem Instytutu Jagiellońskiego do ich zakupu powinno dokładać się państwo. W ten właśnie sposób z problemem poradziły sobie kraje zachodnie.

– W Wielkiej Brytanii czy Niemczech do nadajników naziemnych uzupełniająco stosowany jest sygnał satelitarny – zauważa ekspert Instytutu Jagiellońskiego. – Dzięki temu ten zasięg jest pełny i wszyscy mogą się czuć komfortowo niezależnie od tego, czy mieszkają w dużych miastach, czy na terenach górskich – dodaje.

Opłata audiowizualna, czyli podatek?

Według Instytutu Jagiellońskiego kolejnym, powiązanym z tym problemem jest sposób finansowania mediów w Polsce. W ramach walki z niepłaceniem abonamentu przez wielu Polaków Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego proponuje wprowadzić opłatę audiowizualną, którą uiszczaliby wszyscy obywatele z wyjątkiem osób starszych i niepełnosprawnych, które i dziś są z abonamentu zwolnione. W efekcie płaciliby także ci, którzy nie mają telewizorów lub z winy niedostatków cyfryzacji nie mają możliwości odbierania sygnału cyfrowego.

– Opłata audiowizualna to po prostu dodatkowy podatek, który będzie obciążał osoby, niemogące fizycznie skorzystać z cyfrowego sygnału, a to jest co najmniej nieuczciwe – zauważa Roszkowski. – Jednak rzeczywiście zmiany są potrzebne, gdyż abonament radiowo-telewizyjny w obecnej formie jest w zasadzie dobrowolny – dodaje rozmówca Newserii Biznes.

Choć prace nad poszczególnymi wariantami opłaty jeszcze trwają, a ministerstwo zapewnia, że opłata ta będzie o połowę niższa od obecnego abonamentu, to osoby, które nie korzystają z telewizji, nie chcą za nią płacić. Urzędnicy tłumaczą, że jest to forma utrzymania mediów publicznych, które muszą funkcjonować w każdym cywilizowanym kraju.

Według Instytutu Jagiellońskiego lepszym rozwiązaniem jest model czeski. Tam istnieje wprawdzie abonament, ale można zostać z niego zwolnionym, gdy złoży się oświadczenie, że nie posiada się telewizora.

Zakaz importu wieprzowiny przez Rosję i inne rynki wschodnie uderza w polską gospodarkę. Straty eksporterów mogą przekroczyć 220 mln euro w skali roku

CEO Magazyn Polska

Polscy producenci tracą na rosyjskim embargo na mięso wieprzowe. W ubiegłym roku eksport wieprzowiny do Rosji, Białorusi i Kazachstanu wyniósł 80 tys. ton wyrobów o wartości 220 mln euro. Pod koniec czerwca Rosjanie mają przeprowadzić kontrolę w polskich zakładach, która być może doprowadzi do zniesienia zakazu. Podobne embargo nałożyła na Polskę Ukraina. Ale tu polska dyplomacja już odniosła sukces: wschodni sąsiad otworzy swój rynek na polską wieprzowinę od 17 czerwca.

Nie możemy już być optymistami. Rynek ukraiński nie przyjmie takich ilości produktów, jakie przyjmował w przeszłości. W ubiegłym roku sprzedaliśmy prawie 19 tys. ton mięsa i jego produktów – mówi Wiesław Różański, prezes Unii Producentów i Pracodawców Przemysłu Mięsnego (UPEMI). – Poza tym ze względu na niski kurs hrywny opłacalność eksportu na ten rynek jest minimalna.

Pozytywnie ocenia jednak zmianę podejścia wschodnich sąsiadów do polskich firm.

Sytuacja gospodarcza się zmienia i miejmy nadzieję, że do naszych przyjaciół na Ukrainie będziemy mogli te produkty w dobrych cenach eksportować. Wiemy, że dziś ceny na Białorusi, Ukrainie czy w Rosji są wielokrotnie wyższe niż w Polsce i te produkty są im potrzebne – podkreśla Różański.

Według Agencji Rynku Rolnego eksport żywca, mięsa, tłuszczów i przetworów wieprzowych w pierwszym kwartale 2014 r. osiągnął 140 tys. ton. To o 7 proc. mniej niż w adekwatnym okresie ubiegłego roku. W związku z rosyjskim embargiem w całej Unii Europejskiej wywieziono w tym czasie za granicę 654 tys. ton produktów wieprzowych – o 9 proc. mniej niż rok wcześniej. Zmalał przede wszystkim eksport na Białoruś (o 75 proc.) i do Rosji (71 proc.). Wzrosła sprzedaż do Korei Południowej – o 91 proc. – i na Filipiny (69 proc.). To jednak rynki mniej chłonne niż rosyjski.

W 2013 r. sprzedaliśmy na rynki Unii Celnej [Białoruś, Rosja i Kazachstan – red.] 80 tys. ton wyrobów wieprzowych za 220 mln euro. Utraciliśmy duży rynek ze względu na nie do końca zrozumiałe decyzje polityczne – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Wiesław Różański.

Po wprowadzeniu embarga wydawało się, że polskie firmy będą mogły eksportować przetwory z mięsa wieprzowego zgodnie ze specyficznymi warunkami narzucanymi przez stronę rosyjską, ale w kwietniu okazało się, że blokada objęła cały eksport. Problemy hodowców pogłębiły się po tym, jak po odkryciu kolejnych przypadków afrykańskiego pomoru świń importu polskiego mięsa zakazały także inne rynki, np. Ukraina i Chiny.

Decyzje blokujące eksport zaburzyły światowy rynek. Po pojawieniu się przypadków ASF cena skupu żywca spadła o 1,50 zł na każdym kilogramie. Stracili przede wszystkim hodowcy. Jak podkreśla Różański, to oni są obciążani przez przetwórstwo i handel kosztami związanymi z mniejszą sprzedażą lub niższymi cenami. Sytuacji hodowców i producentów nie sprzyjają również zmieniające się gusta konsumentów.

Nasza organizacja stoi na straży hodowców. Dlatego wdrażamy system jakościowy, który spowoduje, że rolnicy poczują się bezpiecznie – mówi prezes UPEMI. – Tendencja żywieniowa i gusta konsumenckie w Polsce się zmieniają, spożywamy coraz mniej wieprzowiny. W ciągu ostatnich kilku lat spożycie spadło o blisko 4 kg: z 40 kg do 36 kg. Niestety, to jest sytuacja niekorzystna dla polskich producentów żywca i stąd też mamy określone problemy.

Połowę dochodów oddajemy państwu. Dzień wolności podatkowej dopiero w drugiej połowie czerwca

0

CEO Magazyn Polska

W najbliższych dniach podatnicy w Polsce przestaną pracować na państwo, a zaczną zarabiać na siebie. Co roku dzień wolności podatkowej przypada w okolicach 20 czerwca. Oznacza to, że blisko połowę dochodów Polaków pochłaniają daniny publiczne.

Od tego symbolicznego momentu, wyznaczanego przez Centrum im. Adama Smitha, podatnicy zaczynają zarabiać na siebie, spłaciwszy wcześniej swoje zobowiązania wobec państwa. 

W Polsce z reguły jest to czerwiec danego roku, czyli dzień wolności podatkowej przypada najczęściej na drugą, trzecią dekadę czerwca jako ten dzień, kiedy pieniądze zaczynamy zarabiać już tylko dla siebie – mówi Mariusz Unisk, dyrektor generalny ds. doradztwa podatkowego w ISP Modzelewski i Wspólnicy.

W Polsce dzień wolności podatkowej przypada dość późno w porównaniu z innymi krajami świata. Stany Zjednoczone, od lat na czele rankingu, mogą się pochwalić datą zlokalizowaną w połowie kwietna, np. w 2013 roku był to 18. dzień tego miesiąca, a rok wcześniej – 17 kwietnia. Podobnymi wynikami cieszą się mieszkańcy Australii. Nieco później, zwykle pod koniec maja, wolni od fiskusa są Brytyjczycy. Z kolei Szwedzi dopłacają do budżetu aż do końca lipca, mając obciążenia podatkowe na poziomie aż 57 proc. Podobnie wysokie podatki płacą też Francuzi (54 proc.) oraz Niemcy (52 proc.).

– Daleko nam do Stanów Zjednoczonych i niektórych państw członkowskich Unii Europejskiej. Ale też dla porządku rzeczy należałoby dodać, że jest jeszcze sporo takich państw, jak Szwecja, Norwegia, Niemcy, które z kolei są daleko za nami, czyli ten dzień wolności podatkowej przypada później, w lipcu, czasami nawet w sierpniu – przyznaje Mariusz Unisk w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Począwszy od lat 90., dzień, w którym Polacy mogli odkładać zarobione pieniądze do własnej kieszeni, przesuwał się w czasie. Najpóźniej, bo na początku lipca, przypadł w latach 1994–1996. Od tego czasu przez 18 lat jest to już druga połowa czerwca. Wyjątkiem był jedynie rok 2011, w którym wolni od obciążeń na rzecz budżetu byliśmy dopiero 7 lipca, czyli najpóźniej w historii. W ubiegłym roku wolność podatkowa zawitała do Polski ponad dwa tygodnie wcześniej, bo 22 czerwca. Kolejne znaczące przesunięcie czerwcowej daty na wcześniejszą jest mało realne.

– Myślę, że doskonałym wynikiem w przypadku uwarunkowań polskich byłaby końcówka maja lub pierwsza dekada czerwca, biorąc pod uwagę sytuację ekonomiczną kraju i niedawny kryzys. Od 20 lat nigdy nawet nie załapaliśmy się na pierwszą dekadę czerwca – wyjaśnia dyrektor generalny Instytutu Studiów Podatkowych.

Najmniejsze obciążenia Polacy ponieśli w latach 2008–2009, gdy z daninami na rzecz fiskusa uporali się do 14 czerwca. Wyznaczając dzień wolności podatkowej, bierze się pod uwagę stosunek wydatków publicznych, powiększonych o transfery środków do otwartych funduszy emerytalnych, do PKB na podstawie założeń budżetowych opracowanych przez Ministerstwo Finansów.

Dokładne określenie dnia wolności podatkowej będzie możliwe dopiero po podsumowaniu budżetu, a więc po zakończeniu roku. Dotychczas zwykle okazywało się, że założenia budżetowe nie odpowiadały sumie podatków, które rzeczywiście wpłynęły do państwowej kasy.

– Niestety, biorąc pod uwagę to, co dzieje się wokół podatków, raczej w tym roku zostanie czerwiec. Miejmy nadzieję, że to raczej nie późna druga połowa ani nie początek lipca – mówi Mariusz Unisk.

HSBC Bank Polska prognozuje szybkie wyjście Polski ze spowolnienia. Szacunki banku są lepsze niż MFW i KE

CEO Magazyn Polska

Według prognoz HSBC Bank Polska SA polskie PKB w tym i kolejnym roku będzie rosnąć w tempie przekraczającym 3 procent rocznie. Prognoza ta jest trochę wyższa niż szacunki innych instytucji, m.in. Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Komisji Europejskiej, i nieco niższa od założeń rządowych. Szacunki banku związane są z przyspieszeniem inwestycji, szczególnie po uruchomieniu nowej unijnej perspektywy budżetowej.

Naszym zdaniem polska gospodarka szybko otrząsnęła się ze spowolnienia gospodarczego – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes John Rendall, wiceprezes i dyrektor zarządzający HSBC Bank Polska SA. – Przez ostatnie sześć miesięcy nasi ekonomiści skupili się na polskiej gospodarce i zrewidowali w górę prognozy wzrostu gospodarczego dla Polski na 2014 r.

HSBC pod koniec marca podniósł prognozę wzrostu PKB dla Polski na bieżący rok do 3,2 proc. z 3,0 proc. i do 3,6 proc. z 3,3 proc na rok przyszły. To wyższe przewidywania niż opublikowane przez KE i MFW. Według prognoz Komisji Europejskiej polska gospodarka w 2014 r. wzrośnie o 3,2 proc., a PKB w 2015 r. ma zwiększyć się o 3,4 proc. Z kolei Międzynarodowy Fundusz Walutowy przewiduje, że polska gospodarka będzie rosnąć w tempie 3,1 proc. w 2014 r. i 3,4 proc. w 2015 r. Polski rząd zakłada odpowiednio 3,3 i 3,8 proc. Zdaniem Rendalla w przyspieszeniu może pomóc rozpoczęcie realizacji unijnego budżetu na lata 2014–2020.

Powinniśmy wówczas zobaczyć wzrost inwestycji – twierdzi Rendall.

Silnym czynnikiem, wspierającym dalszy rozwój gospodarczy, będzie wciąż eksport. HSBC liczy, że kolejne firmy będą zainteresowane ekspansją za granicą. Rosnąca w siłę polska gospodarka powinna również przyciągać zainteresowanie inwestorów z innych państw.

Jednym z obszarów, w którym jesteśmy bardzo aktywni, jest pomoc polskim firmom, które są zainteresowane możliwością zarówno rozpoczęcia wymiany handlowej za granicą, jak i inwestycji zagranicznych. Dostrzegamy, że nasi klienci podejmują działania dzięki silnemu wzrostowi eksportu. Stale współpracujemy, i jesteśmy zadowoleni z tej współpracy, z firmami, znanymi nam z innej części globu, które są zainteresowane eksportem do Polski lub inwestowaniem w Polsce, oraz chcą tworzyć tutaj bazę na Europę Środkowo-Wschodnią, a nawet na całą Europę dla swojego biznesu – podkreśla Rendall.

Zarówno polskie, jak i zagraniczne firmy korzystają z tego, że polski sektor bankowy w segmencie korporacyjnym jest bardzo konkurencyjny.

Myślę, że największym wyzwaniem dla nas, a także innych firm, jest wypracowanie wyraźnej przewagi nad konkurencją i pokazanie naszym klientom, że dzięki współpracy z nami sami są w stanie zyskać przewagę nad konkurentami – mówi Rendall. 

HSBC Bank Polska SA jest członkiem międzynarodowej Grupy HSBC. Powstała on w 1865 r. pod nazwą Hongkong and Shanghai Banking Corporation, posiada 6000 oddziałów w ponad 75 państwach świata. Centrala Grupy znajduje się w Londynie.

Do końca września Compensa Życie i Benefia Życie połączą się. Powstanie trzeci największy gracz na polskim rynku ubezpieczeń na życie

0

CEO Magazyn Polska

Połączenie Compensy Życie i Benefii Życie ma pozwolić na zwiększenie zarówno kanałów dystrybucji, jak i oferowanych produktów. Marka ma być bardziej widoczna w kanale ubezpieczeń oferowanych przez banki. Ponadto firma chce skupić się na ubezpieczeniach grupowych, a wśród oferowanych produktów mają pojawić się produkty ubezpieczeń na życie z Ubezpieczeniowym Funduszem Kapitałowym. Proces łączenia ma być zakończony za nieco ponad trzy miesiące.

– Zgoda Komisji Nadzoru Finansowego na połączenie Compensy Życie i Benefii Życie oznacza, że ostatnia formalna przeszkoda została usunięta. Do końca września powinniśmy skończyć ten proces i stworzyć trzecią największą firmę ubezpieczeniową na rynku ubezpieczeń na życie w Polsce – mówi agencji Newseria Biznes Artur Borowiński, prezes zarządu Compensa TU SA i TU na Życie Vienna Insurance Group.

W styczniu władze Vienna Insurance Group (VIG), do której należą m.in. Compensa i Benefia, zdecydowały o połączeniu dwóch spółek działających w sektorze ubezpieczeń na życie. Nowy podmiot będzie prowadził działalność pod marką Compensa. Spółki należące do VIG mają już silną, trzecią pozycję na rynku ubezpieczeń w Polsce. Udziały grupy w rynku przekraczają 8 proc. Ubiegły rok był dla grupy rekordowy – spółki osiągnęły łączną składkę 1,1 mld euro. W segmencie ubezpieczeń na życie produkty ze składką regularną wzrosły o ponad 35 proc. Borowiński podkreśla, że połączenie Compensy i Benefii w tym segmencie pozwoli na umocnienie pozycji na rynku i większą konsolidację brandów.

W ten sposób zostaną tylko dwie marki na rynku życiowym w Vienna Insurance Group. Pozwoli nam to bardziej zaistnieć w kanale bancassurance, oczywiście oszczędzić koszty i poszerzyć ofertę produktową dla naszych klientów – podkreśla Borowiński.

Compensa stawia sobie za cel ubezpieczenia grupowe – dotychczas są sprzedawane wyłącznie w Compensie Życie. Jak zapowiada Borowiński, grupa chce rozszerzyć swoją ofertę i wprowadzić nowe produkty ubezpieczeń na życie z Ubezpieczeniowym Funduszem Kapitałowym, czyli unit-linki (łączące ochronę i inwestycję). To oferta przeznaczona dla tych, którzy decydują się na długoterminowe oszczędzanie.

Fuzja spółek ma nie być odczuwalna dla dotychczasowych klientów.

Wszystko zostaje bez zmian. Klienci, którzy mają wykupione ubezpieczenia w Benefii Życie, staną się klientami Compensy, nie odczują zmiany – podkreśla Borowiński.

Przedstawiciele VIG podkreślają, że polski rynek ubezpieczeniowy ma duży potencjał wzrostu – choćby porównując wysokość składek na rynkach zachodniej Europy. Średnia roczna składka na mieszkańca wynosi w Polsce 390 euro, w Austrii pięciokrotnie więcej – 1950 euro.

Vienna Insurance Group to największa grupa ubezpieczeniowa w Europie Środkowo-Wschodniej. W Polsce, która jest dla grupy jednym z ważniejszych rynków (obok Austrii, Czech, Słowacji, Rumunii, Ukrainy, Bułgarii, Chorwacji i Węgier), działa od 1998 roku. VIG – oprócz Compensy i Benefii – jest większościowym akcjonariuszem w Polisa Życie, Skandia Życie i InterRisk.

Polscy absolwenci mają dużą wiedzę specjalistyczną, ale brakuje im umiejętności globalnego spojrzenia

CEO Magazyn Polska

Absolwenci polskich uczelni mają coraz większe kompetencje, obycie międzynarodowe i wiedzę w swojej specjalizacji. Wciąż jednak za bardzo koncentrują się na swoich specjalnościach, przez co brakuje im umiejętności oceny sytuacji w skali makro. Pomóc mogą programy propagujące współpracę międzydyscyplinarną.

Dzisiejszych studentów wyróżnia to, że jeżeli tylko chcą, to mają mnóstwo możliwości poszerzania swoich kompetencji, kontaktów z zagranicą – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Anna Mieleszko, dyrektor Fundacji im. Lesława A. Pagi. – Nie brakuje im wiedzy, nie brakuje im pasji i pracowitości. Jedyne pole do poprawy, które naszym zdaniem jest dosyć spore, to umiejętność dyskusji, umiejętność rozmowy, umiejętność spojrzenia na sytuację z perspektywy makro.

Mieleszko podkreśla, że młodzi ludzie często chcą specjalizować się w wąskich dziedzinach, bo tego wymaga rynek pracy. Zapominają jednak o tym, że każdy obszar wiedzy można wpisać w szerszy ekonomiczny i gospodarczy kontekst. Właśnie na rozwoju tej umiejętności koncentruje się Fundacja im. Lesława A. Pagi.

W przyszłym roku ma wystartować kolejny projekt Fundacji,  nazwany „Young Innovators”. Tym razem Fundacja chce zaprosić młodych naukowców wyspecjalizowanych w wąskich dziedzinach. Celem projektu jest utworzenie interdyscyplinarnych zespołów i nauka pracy w nich, dzięki czemu problemy z wielu dziedzin będą mogły być rozwiązywane kreatywnie, z wykorzystaniem wiedzy ekspertów z różnych dziedzin.

Chcemy uczyć ich, jak to jest pracować w interdyscyplinarnych zespołach. Podczas warsztatów, które będziemy prowadzili wspólnie z naszymi partnerami, będziemy takie interdyscyplinarne zespoły złożone z m.in.: informatyków, lekarzy, inżynierów, biotechnologów stawiać przed różnymi problemami, które będą musieli wspólnie, pod okiem naszych ekspertów opracowywać, a potem prezentować swoje osiągnięcia szerokiej grupie. Wierzymy, że takie łączenie wiedzy z różnych obszarów, to jest przyszłość rozwoju nauki – podkreśla Anna Mieleszko.

Dodaje, że młodzi ludzie nie potrzebują już np. zachęt do wyjazdów za granicę, bo wymiana studencka stała się niemal normą na uczelniach. Dzięki organizacji spotkań, dyskusji i kursów Fundacja chce przede wszystkim nauczyć młodych ludzi spojrzenia w szerszej perspektywie.

Z racji tego, że nasza fundacja mieści się na Giełdzie Papierów Wartościowych i że jesteśmy związani z rynkiem finansowym, działania ograniczają się do pewnego obszaru, czyli rynków finansowych. Kształcimy specjalistów właśnie z zakresu rynku kapitałowego, stricte poprzez Akademię Liderów Rynku Kapitałowego, ale mamy też kilka projektów, które są odpowiedzią zarówno na zainteresowanie młodzieży, jak i zapotrzebowanie partnerów – tłumaczy Mieleszko.

Wylicza, że Fundacja prowadzi także Akademię Energii dla osób zainteresowanych sektorem energetycznym oraz Akademię Analiz i Mediów dla tych, którzy są zainteresowani pracą w mediach biznesowych i instytutach analitycznych oraz w roli komentatorów gospodarczych. Działa także projekt Liderzy w Sektorze Ochrony Zdrowia, skierowany do osób zainteresowanych zarządzaniem szpitalami i innymi placówkami medycznymi.

To są w naszej opinii te miejsca na rynku, gdzie cały czas będą potrzebni specjaliści. Energetyka, ochrona zdrowia czy rynek informacyjny i rynek kapitałowy wciąż się rozwijają, przyrost wiedzy jest przeogromny. Naszą receptą na to jest zapraszanie do prowadzenia warsztatów i wykładów profesjonalistów i ludzi, którzy w tym obszarze są bezpośrednio zatrudnieni – ocenia Mieleszko.

„Enemy Front” od piątku w sklepach. Gra może upowszechnić wiedzę o powstaniu warszawskim na całym świecie

Od wtorku gracze w USA mogą wcielić się w rolę walczącego w powstaniu warszawskim. Polska premiera gry „Enemy Front” odbędzie się w piątek. Wyprodukowana przez CI Games gra przedstawia losy amerykańskiego korespondenta wojennego, który postanawia przyłączyć się do ruchu oporu przeciwko hitlerowskim okupantom.

Na rynku gier dominują w tym momencie szeroko pojęte gry akcji: od strzelanek, których zresztą przedstawicielem jest „Enemy Front”, przez gry z perspektywy trzeciej osoby, po coraz bardziej popularne gry w otwartym świecie lub po prostu dające możliwość wyboru sposobu gry przez gracza. „Enemy Front” tak naprawdę wpisuje się w ten trend. Misje zostały skonstruowane tak, żeby gracz mógł skorzystać z różnych sposobów rozgrywki: otwarty konflikt, przekradanie się czy używanie karabinu snajperskiego – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Łukasz Janczuk, lead level designer CI Games.

Głównym bohaterem gry jest korespondent wojenny Robert Hawkins, dzięki któremu gracz będzie mógł wcielić się w rolę powstańca walczącego z nazistami w Polsce oraz Europie Zachodniej. „Enemy Front” to gra z gatunku FPS (First-Person Shooter), która ma otwartą przestrzeń map i jest osadzona w realiach historycznych powstania warszawskiego oraz Europy w czasie II wojny światowej. Rozgrywka ma trwać 10 godzin, a tryb sieciowy pozwala na grę maksymalnie 12 osób. „Enemy Front” ukaże się zarówno w wersji na PC, jak i konsole Sony PlayStation 3 oraz Xbox 360.

Prace nad grą trwały kilka lat, ponieważ zmienił się pierwotny pomysł.

Początkowo miała to być typowa, jednoosobowa strzelanka, umiejscowiona ze szczegółami w Dunkierce czy w innych, znanych miejscach wydarzeń z II wojny światowej. Podobnie jak Call of Duty – mówi Paul Robinson, senior designer CI Games.

Producenci nie chcieli jednak stworzyć kolejnej gry, w której głównym bohaterem byłyby regularne armie. Unikatowość „Enemy Front” ma polegać na tym, że gracz będzie mógł wcielić się w walczącego w powstaniu warszawskim.

Patrzyliśmy na francuski ruch oporu, partyzantów w Normandii i ostatecznie dotarliśmy do powstania warszawskiego. Jednym z powodów takiego wyboru jest to, że to wydarzenie nie jest dobrze znane poza Polską. Jako Amerykanin, wielki fan historii II wojny światowej czułem, że to musi być pokazane na zewnątrz dzięki takiej grze – dodaje Robinson.

Średnia cena nowych gier na polskim rynku to obecnie 130 zł (gry PC) oraz ponad 200 zł w przypadku gier na konsole.

Gra „Enemy Front” będzie tańsza. Mamy nadzieję, że ceną zachęcimy polskiego odbiorcę. Za wersję konsolową zapłacimy 129 zł – zapowiada Łukasz Janczuk z CI Games.

Według obliczeń PwC polski rynek gier był wart pod koniec 2012 r. 375 mln dolarów, co stanowi ok. 0,56 proc. udziału w światowym rynku. Jego wielkość ma jednak urosnąć w 2016 r. do 437 mln dolarów. Liczbę aktywnych graczy w Polsce szacuje się na 11-12 mln osób, z czego tylko połowa legalnie zaopatruje się w gry. Wśród licznej rzeszy graczy są także twórcy filmu. Przykładem jest Jan Komasa, który czerpał inspirację do swoich filmów „Sala Samobójców” i „Miasto ‘44” z kultowych gier – „Call of Duty” i „Medal of Honor”. Przerobienie rzeczywistości ukazanej w grach wymagało oczywiście pewnego urealnienia scenariuszy. Mimo to widzowie z łatwością dostrzegają inspirację grami w filmach Komasy i doceniają oryginalny sposób pokazania wojny na dużym ekranie.

Gry zakładają raczej, że ma się dużo broni, dużo granatów itd. W powstaniu warszawskim nie było ani dużo broni, ani dużo granatów, często walczono tym, co było akurat pod ręką. Nasz film [„Miasto ‘44” – red.] nieuchronnie, ale uważam, że bardzo dobrze, mierzy w stronę realizmu. Niemniej tych elementów gier bardzo dużo zostało i ludzie to podkreślają na pierwszych pokazach, które mamy, że z takim opowiadaniem o II wojnie światowej, o powstaniu warszawskim szczególnie, jeszcze się nie spotkali – twierdzi Komasa.

Bezpieczeństwo największym problemem startującego mundialu. Gospodarka Brazylii odczuje korzyści z imprezy dopiero za kilka lat

CEO Magazyn Polska

Dla organizatorów rozpoczynających się piłkarskich mistrzostw w Brazylii największym wyzwaniem będzie zapewnienie bezpieczeństwa  trwają demonstracje Brazylijczyków niezadowolonych z wydawania ogromnych kwot na organizację imprezy. Apele o zawieszenie na razie pozostają bez odzewu. Między innymi z tego powodu Brazylia może nie zyskać na imprezie tyle, ile zakładano kilka lat temu. 

Realny wpływ mistrzostw świata w piłce nożnej na gospodarkę kraju, w którym się one odbywają, następuje kilka lat po imprezie. Może to być nawet wzrost PKB o 2-3 pkt proc. Zawsze pozytywnym efektem takich imprez, jak olimpiada czy mistrzostwa świata w piłce nożnej, jest promocja turystyczna kraju.

 Kibice i turyści, którzy przyjadą do kraju zwabieni imprezą sportową, tak jak przyjeżdżali np. do Polski czy teraz do Brazylii, mogą być fenomenalnymi ambasadorami danego kraju na przyszłość – mówi Grzegorz Kita, prezes Sport Management Polska. – Jeżeli oczywiście ten pobyt spełni jego oczekiwania, a z tym może wyjść tu różnie.

Różnie może być właśnie w Brazylii, gdzie atmosfera przed mundialem jest mało sportowa. Według ostatnich informacji jego organizacja kosztowała ten kraj 11 mld dolarów – budżet przekroczono trzykrotnie. Przeciwko tym wydatkom protestują przedstawiciele prawie wszystkich warstw społecznych.

 Kiedy 6 czy 8 lat temu przyznawano mundial Brazylii, ponad 70 proc. Brazylijczyków było z tego powodu szczęśliwych. Dzisiaj też 70 proc. uważa, że nie do końca ta impreza będzie korzystna. Jest wiele rozmaitych oznak niezadowolenia społecznego, bardzo dużo strajków – wskazuje rozmówca Newserii Biznes. – Można powiedzieć, że dzisiaj w Brazylii protestują wszyscy, począwszy od nauczycieli, poprzez pracowników metra, a skończywszy na przedstawicielach indiańskich mniejszości etnicznych itd.

Pewną nadzieją jest to, że według badań ok. 60 proc. Brazylijczyków uważa, że te protesty należałoby teraz przerwać, bo nie tylko są nieskuteczne, lecz także zamykają Brazylii szansę na pozytywne pokazanie się światu. Teraz do opinii międzynarodowej docierają właściwie wyłącznie negatywne informacje – o niedokończonych obiektach sportowych, protestach i niebezpiecznych biednych dzielnicach miast, gdzie będą rozgrywać się mecze.

 Z reguły jest tak, że niezależnie od tego, jakim wskaźnikiem bezpieczeństwa charakteryzuje się dany kraj, to wielka impreza sportowa jest dla tego kraju jednym z niewielu okresów, kiedy jest bardzo bezpiecznie, bo wtedy rząd, organizacje międzynarodowe i inne podmioty zaangażowane w ten projekt rzucają na pokład wszystkie ręce – mówi Kita. W Brazylii jest nieco inaczej. – Rzadko zdarza się tak, żeby gdzieś w trakcie przywracania porządku również same siły porządkowe stawały się obiektami agresji i ataku, a tak dzieje się np. z siłami policyjnymi w Brazylii, więc to mogą być dość specyficzne mistrzostwa.

Zdaniem Grzegorza Kity najmniejszym problemem wizerunkowym będą niedotrzymane terminy wykonawców stadionów.

 W zakresie dotrzymywania terminów praktycznie wszystkie największe imprezy światowe w ostatnich dwóch dekadach miały rozmaite opóźnienia. Do dziś bardzo wiele osób pamięta prawie nieskończone place budowy w Atenach podczas igrzysk olimpijskich, czy problemy z budową stadionu w RPA. Z reguły to się zawsze kończyło dobrze, pozytywnie i bez uszczerbku dla danej imprezy – ocenia ekspert.

Brazylijczycy będą jednak mieli problem głównie z infrastrukturą otaczającą stadiony – nie udało się dokończyć niektórych centrów sportowych czy mediowych. Dziennikarze na części stadionów zamiast w takich centrach będą pracować w prowizorycznych namiotach.

Rośnie sprzedaż aut klasy SUV oraz limuzyn z bogatym wyposażeniem

CEO Magazyn Polska

Sprzedawcy i producenci samochodów od kilku miesięcy odnotowują coraz większą sprzedaż. Największe wzrosty dotyczą segmentu aut droższych z bogatym wyposażeniem oraz pojazdów luksusowych. Wzrosty mogłyby być jeszcze większe, gdyby zmieniły się przepisy dotyczące wyższej akcyzy na auta z silnikami powyżej 2 litrów.

Na dobre wyniki sprzedaży w tym roku wpłynęła w dużej mierze możliwość pełnego odliczenia podatku VAT na auta z kratką w pierwszych trzech miesiącach roku. Pozytywny trend utrzymał się jednak także w kolejnych miesiącach, już po wygaśnięciu ulgi. Sprzedawcy przyznają, że sytuacja poprawia się niemal z miesiąca na miesiąc.

 – Maj zamknęliśmy wzrostem na poziomie 9 proc., a od początku roku odnotowaliśmy sprzedaż lepszą o 23 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Łukasz Paździor, dyrektor zarządzający Mazda Motor Poland. – Największą sprzedaż wygenerował okres, gdy obowiązywała ulga na VAT, I kwartał dał wzrost na poziomie 30 proc. Kolejne miesiące są już nieco słabsze, ale zakładamy, że rok skończymy zdecydowanie na plusie.

Szacuje się, że wzrost w całym roku wyniesie 10–15 proc., a firma sprzeda ok. 320–330 tys. aut.

Dyrektor polskiego oddziału Mazdy wskazuje na pozytywne sygnały wspomagające rynek. Są to między innymi korzystne informacje dotyczące gospodarki i związane z nimi rosnące aspiracje zakupowe Polaków. Zakupom sprzyja także stosunkowo niski koszt pieniądza oraz stopniowe bogacenie się społeczeństwa.

Największy wzrost sprzedaży odnotowujemy w klasie aut droższych – wyjaśnia Paździor. – Klienci wybierają samochody lepiej wyposażone. Dużą popularnością cieszą się też SUV-y.

W przypadku Mazdy jest to przede wszystkim model CX-5. Dobre wyniki sprzedaży dotyczą także Mazdy 6.

Dalsze umacnianie się rynku motoryzacyjnego zdaniem przedstawicieli branży zależy w dużej mierze od rozwiązań prawnych i ewentualnych ulg podatkowych dla firm. Dużym impulsem może być wprowadzenie możliwości pełnego odliczania kosztów paliwa, planowane na rok 2015.

Czynnikiem hamującym sprzedaż samochodów są dość niefortunne zasady naliczania akcyzy – uważa Paździor. – Obowiązuje bardzo wysoka akcyza na pojazdy z silnikami powyżej 2 litrów, wynosząca ponad 18 proc. Dla porównania auta mniejsze objęte są stawką ok. 3 proc. Duże silniki uważa się za luksus, za który trzeba więcej płacić. Tymczasem przy dzisiejszej technologii, auta o dużych pojemnościach często oferują lepszą ekonomię i niższe spalanie, a więc są mniej szkodliwe dla środowiska niż te mniejsze.

Obowiązujące przepisy podatkowe zdaniem Paździora nie nadążają za tendencjami rynkowymi i rozwojem technologii. Lepszym rozwiązaniem byłyby opłaty naliczane nie od wielkości silnika samochodu, ale od jego wpływu na środowisko, a więc podatek ekologiczny. Takie przepisy mogłyby okazać się impulsem do rozwoju całego rynku motoryzacyjnego.

NIK o bezpieczeństwie elektroenergetycznych sieci przesyłowych

Polskie elektroenergetyczne sieci przesyłowe (czyli sieci wysokich i najwyższych napięć) są w dobrym stanie. W ostatnich pięciu kontrolowanych latach (2009-2013) nie wystąpiła sytuacja, w której zagrożone byłoby bezpieczeństwo dostaw energii elektrycznej. NIK ostrzega jednak, że Polska musi przygotować się na możliwe zagrożenie dostaw energii elektrycznej po 2015 roku. Nie będzie ono jednak spowodowane złym stanem sieci przesyłowych, lecz koniecznością wyłączenia wielu przestarzałych bloków wytwarzających energię oraz prowadzeniem ich remontów.

Kontrola pokazała, że dzięki systematycznie prowadzonym pracom modernizacyjnym i konserwującym sieci przesyłowe są w dobrym stanie. Pozwoliło to na podjęcie decyzji o wydłużeniu czasu ich sprawności z 40 do 70 lat. W Polsce średni wiek linii przesyłowych wynosił pod koniec 2012 roku niespełna 40 lat. To mniej niż np. w Szwajcarii (ok. 42 lata) czy w Niemczech (50 lat). Blisko połowa (47 proc.) polskich linii przesyłowych miała ponad 40 lat, natomiast większość (70 proc.) ponad 30 lat.

Z danych uzyskanych przez Polskie Sieci Energetyczne (PSE) oraz Urząd Regulacji Energetyki wynika, że od roku 2015 wiele elektrowni planuje wyłączenia jednostek wytwórczych energii elektrycznej. Oznaczać to może ryzyko przerw w dostawach, szczególnie w ekstremalnych warunkach pogodowych lub w przypadku dynamicznego wzrostu zapotrzebowania na energię w obiektach położonych daleko od elektrowni. Zaznaczyć jednak trzeba, że PSE od dłuższego czasu podejmują działania, które mają minimalizować ryzyko zagrożenia dostaw energii. Poszukują rezerwowych źródeł energii, zawierając umowy z wytwórcami krajowymi i zagranicznymi, inwestują w nowe technologie. Np. wdrażają system inteligentnych sieci, wyposażonych w narzędzia pomiarowe, które pozwolą wyrównać zapotrzebowanie na energię oraz umożliwią wprowadzenie elastycznych taryf.

Istotnym elementem ochrony sieci i ich przygotowania do przyjęcia dodatkowej energii z importu jest konieczność zapobiegania nieplanowym przepływom energii, głównie wiatrowej, z Niemiec do Czech i na Słowację. Przepływy te przeciążają sieci, w skrajnych przypadkach przekraczając kryteria bezpieczeństwa. Ograniczają też możliwości wymiany transgranicznej. Polska na forum Komisji Europejskiej od 2012 r. prowadzi prace zmierzające do prawnego uregulowania tego zagrożenia. PSE podejmują też inne działania, np. zmieniając konfigurację sieci, ograniczając ich zdolności przesyłowe lub zmieniając kierunki przesyłania energii z Niemiec – przez Danię i Szwecję. Działania te są zwykle skuteczne: od roku 2009 system pracował w stanie zagrożenia kilkanaście razy od kilku do kilkudziesięciu godzin.

NIK zgłosiła wniosek do Prezesa Rady Ministrów o przyspieszenie prac nad projektem ustawy o korytarzach przesyłowych, która ułatwi pozyskiwanie prawa do gruntów pod infrastrukturę do przesyłania i dystrybucji energii. Minister Gospodarki stosowny projekt skierował do Stałego Komitetu Rady Ministrów w lipcu 2013 roku. Na potrzebę takich uregulowań wskazują opóźnienia w rozbudowie i modernizacji krajowej sieci przesyłowej. Pięć z 20 szczegółowo zbadanych przez kontrolerów projektów inwestycyjnych przebiegało z opóźnieniami. Okazało się, że spowodowane były najczęściej problemami z uzyskaniem prawa do gruntów oraz wykupem terenów pod infrastrukturę.

Będą kolejne zmiany dla pracujących ojców – informacja ekspercka

Rok od wprowadzenia nowych przepisów rodzicielskich szykują się kolejne zmiany. Wszystko za sprawą głośnego przypadku samotnego ojca pięciorga dzieci i wdowca, któremu zgodnie z obowiązującymi przepisami odmówiono prawa do zasiłku macierzyńskiego i urlopu, które wedle aktualnych uregulowań przysługiwać mogą jedynie matce.

17 czerwca 2013 weszły w życie znowelizowane przepisy wprowadzające urlop rodzicielski oraz dłuższe niż dotychczas urlopy macierzyńskie. – O ile w przypadku matek, zasady korzystania z wszystkich tych przywilejów raczej nie wzbudzają wątpliwości, o tyle w przypadku ojców sytuacja okazuje się nieco bardziej skomplikowana – ocenia Dorota Strzelec, psycholog pracy, dyrektor firmy doradczej StaffPoland Sp. z o.o.

Ojciec (nie) jak matka

– Zgodnie z obowiązującymi dzisiaj przepisami, przy założeniu że ojciec wykorzysta w pełni przysługujące mu urlopy związane z narodzinami dziecka, jego nieobecność w pracy może wynosić maksymalnie 38 tygodni (6 z 20 tygodni urlopu macierzyńskiego – z wyłączeniem pierwszych 14 tygodni, które należą się wyłącznie matce, 6 tygodni dodatkowego urlopu macierzyńskiego oraz 26 tygodni urlopu rodzicielskiego). Niezależnie od powyższych, wkrótce po narodzinach dziecka ojciec może skorzystać z 2 tygodni urlopu ojcowskiego – tłumaczy Agnieszka Janowska, dyrektor Depertamentu Prawa Pracy w TGC Corporate Lawyers.

– Problematyczne okazuje się jednak to, że prawo ojca do urlopu macierzyńskiego i rodzicielskiego oraz do zasiłku jest warunkowane prawem matki – jeśli ona ich nie posiada, bo nie była nigdzie zatrudniona (lub nie pracowała w oparciu o stosunek pracy), to ojciec, nawet jeżeli opłaca składki, nie może z nich skorzystać– dodaje ekspert TGC Corporate Lawyers. Minister Pracy i Polityki Społecznej zapowiada jednak, że to ma się niebawem zmienić. Zwłaszcza w takich sytuacjach jak śmierć matki lub porzucenie przez nią rodziny.

Sytuacja ekstremalna, ale nie jednostkowa
Przypadek samotnego ojca piątki dzieci, którego niepracująca żona zmarła tuż po porodzie, obnażył pewną lukę w prawie. Nie przewidziano bowiem sytuacji, w której na samotnego rodzica spada nie tylko obowiązek utrzymania rodziny, ale i objęcia samodzielnej opieki nad dziećmi. Choć na szczęście takie sytuacje nie są normą, to jednak się zdarzają. Obowiązujące dotychczas zapisy prawa nie pozwalały na systemowe rozwiązanie problemu. Szef resortu pracy zapowiedział jednak wprowadzenie przepisów wypełniających tę lukę. Z zapowiedzi ministra wynika, że ustawa ma zostać uzupełniona o regulacje rozszerzające uprawnienia ojców możliwie jak najszybciej.

To nie jedyne potknięcie związane z urlopami rodzicielskimi – kilka lat temu wprowadzając dwutygodniowy urlop ojcowski, „zapomniano” o ojcach pracujących w służbach mundurowych, którzy poczuli się dyskryminowani. Wtedy również konieczna była szybka nowelizacja.

Zostać supertatą?

W większości „typowych” przypadków w Polsce to nadal matki wykorzystują praktycznie całość przysługujących obojgu rodzicom urlopów związanych z wychowaniem dziecka. Z publikowanych m.in. przez CBOS wstępnych danych z 2013 roku wynika, że co najmniej połowa matek chciałaby skorzystać z łącznego 52-tygodniowego urlopu. Zaledwie kilka procent ankietowanych chciałoby podzielić się nim z ojcem dziecka. Zapewne wpływa na to wiele czynników, nie tylko społecznych, ale przede wszystkim ekonomicznych i rodzinnych.

Sami ojcowie nadal są niewiadomą dla pracodawców. Wprawdzie przemiany społeczne w ostatnim 20-leciu znacząco zwiększyły ich aktywny udział w wychowywaniu dzieci, jak do tej pory jednak sporadycznie korzystają oni z przysługujących im uprawnień rodzicielskich (np. zwolnień lekarskich w przypadku choroby dziecka, urlopów ojcowskich czy wychowawczych). – Biorąc pod uwagę aspekty społeczne i ekonomiczne, mało prawdopodobne wydaje się, by na przestrzeni najbliższych kilku lat znacząco wzrosła częstość korzystania z wprowadzonych uprawnień rodzicielskich przez ojców. Powinniśmy jednak liczyć się z tym, że w nieco dalszej przyszłości ich udział w korzystaniu z przysługujących im praw będzie się sukcesywnie zwiększał. Tak jak to ma miejsce w innych krajach Unii Europejskiej – mówi Dorota Strzelec, dyrektor firmy doradczej StaffPoland Sp. z o.o.

Raport specjalny PARP: współpraca biznesu z edukacją to konieczność

By zapewnić gospodarce płynność i konkurencyjność, w 2035 roku jedna osoba wchodząca na rynek pracy będzie obciążona utrzymaniem trzech innych osób – wynika z Raportu specjalnego dotyczącego współpracy biznesu z edukacją w Polsce, opublikowanego przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości. Aby przygotować młodych ludzi na konsekwencje związane z obciążeniem demograficznym, niezbędna jest rozwinięta współpraca firm z placówkami edukacyjnymi.

Z raportu przygotowanego w ramach projektu systemowego PARP Biznes dla edukacji wynika, że Polska staje przed obliczem systematycznego spadku wskaźnika urodzeń przy jednoczesnym wzroście przeciętnej długości życia. Zmniejszający się odsetek osób w wieku przedprodukcyjnym oraz produkcyjnym mobilnym na rzecz pozostałych grup, prowadzi do obciążenia demograficznego osób wchodzących na rynek pracy. Wskaźnik obciążenia demograficznego* wynosi obecnie 57, co oznacza, że na 100 osób w wieku produkcyjnym, 57 jest w wieku nieprodukcyjnym. Jeszcze bardziej alarmujące są prognozy na 2035 rok, zgodnie z którymi wskaźnik ten będzie wynosił 73. Niezmiernie ważne są zatem wszelkie inicjatywy zwiększające aktywność zawodową społeczeństwa, w tym podejmowanie działań mających na celu kształcenie młodego pokolenia w zawodach, na które jest zapotrzebowanie na rynku pracy.

Aby jednak młodzi ludzie mieli okazję zdobyć odpowiednie kompetencje jeszcze w trakcie nauki, niezbędne jest aktywne współdziałanie strony biznesowej i edukacyjnej. – Współpraca firm ze szkołami i uczelniami pozwala na dostosowanie oferty kształcenia do wymagań i potrzeb pracodawców. Zebrane w naszym Raporcie doświadczenia przedsiębiorstw z różnych branż pokazują, że aktywność firm w tym obszarze przynosi wymierne korzyści w postaci zrekrutowanych młodych talentów. – komentuje Bożena Lublińska-Kasprzak, Prezes Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości.

Raport specjalny dotyczący współpracy biznesu z edukacją w Polsce opisujący warunki i możliwości współpracy pracodawców ze szkołami, został opracowany w ramach projektu Biznes dla edukacji, realizowanego przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości w partnerstwie z Polskim Stowarzyszeniem Zarządzania Kadrami.

Raport dostępny jest na stronie projektu: www.biznesdlaedukacji.parp.gov.pl.

*wskaźnik pokazuje, ile osób w wieku nieprodukcyjnym przypada na 100 osób w wieku produkcyjnym

Asseco kontynuuje podbój rynku afrykańskiego. Chce stać się partnerem rządów afrykańskich przy budowie systemów ubezpieczeń społecznych

0

CEO Magazyn Polska

Asseco Poland planuje zakup spółki w Etiopii oraz założenie start-upu w Nigerii. Spółka chce zarobić na dostarczeniu rozwiązań IT oraz usługach konsultingowych, które pozwolą zbudować efektywne rynki energii w Afryce. Asseco dzięki informatyzacji ZUS może stać się partnerem dla afrykańskich rządów także w sferze ubezpieczeń społecznych.

Sprzedajemy systemy billingowe. Jest szansa w Nigerii, ponieważ niedawno sprywatyzowano tam sprzedaż energii elektrycznej. Nigeryjczycy uczą się, jak organizować takie firmy, a w naszym systemie zaszyte są procesy, które stanowią podstawę funkcjonowania tych firm. To jest nasza nadzieja – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adam Góral, prezes Asseco Poland.

Energetyka i wydobycie paliw w Afryce należą do sektorów z największym udziałem inwestorów zagranicznych.

Punktem przełomowym dla Asseco w Afryce było podpisanie w marcu br. umowy o wartości 10 mln dolarów na wdrożenie systemu billingowego w Etiopii. W ramach kontraktu spółka dostarczy autorskie oprogramowanie z rodziny AUMS oraz przeszkoli pracowników. Celem projektu jest budowa nowoczesnego rynku energii w Etiopii. Obecnie zaledwie co czwarty mieszkaniec tego kraju ma dostęp do energii elektrycznej, dlatego projekt ma priorytetowe znaczenie dla rządu w Addis-Abebie. Rzeszowska spółka liczy na to, że realizacja tego ważnego kontraktu ułatwi dalszą ekspansję w Afryce.

Zambia pozostaje na razie w sferze marzeń, będziemy się temu rynkowi przyglądać. Mamy nadzieję, że ten model, który przyjęliśmy w Etiopii, może być jeszcze w kilku krajach afrykańskich powtórzony. Mam nadzieję, że znajdziemy kolejne kraje, które czekają na nasze produkty – mówi Adam Góral podczas konferencji WallStreet w Karpaczu.

Sektor energetyczny w Afryce nie jest jedynym, który interesuje informatyczną spółkę. W wielu państwach rozwijających się nie ma powszechnego, publicznego systemu ubezpieczeń społecznych. W wyniku wzrostu zamożności oraz zmian społecznych część afrykańskich państw zaczyna pracę nad wprowadzeniem systemu państwowych emerytur, co będzie wymagało specjalistycznego oprogramowania. Asseco, jako twórca rozwiązań IT dla Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, ma doświadczenie i know-how, które mogą być poważnym atutem w staraniu się o kontrakty z afrykańskimi rządami.

– Wydawało się, że nasz projekt w ZUS jest projektem jednego klienta. Tymczasem okazuje się, że w krajach afrykańskich w wielu miejscach dopiero pracuje się nad koncepcją systemu ubezpieczeń społecznych. Dzisiaj dysponujemy wiedzą, jak budować ten system w sensie organizacji, a informatyka jest niezbędna. Pracujemy nad tym dzisiaj w co najmniej jednym miejscu – mówi prezes Asseco.

Portfel zamówień Asseco Poland na 2014 r. ma obecnie wartość ponad 4,6 mld zł. W ubiegłym roku skonsolidowane przychody ze sprzedaży sięgnęły blisko 5,9 mld zł, dlatego rzeszowska spółka liczy na kolejne kontrakty, m.in. dla banków i firm potrzebujących systemów do obsługi klienta. Prezes Asseco spodziewa się, że okres niewielkiego zainteresowania nowymi rozwiązaniami IT ze strony banków dobiega już końca.

Bankowość jest płaska, ale się ożywia. Mamy nowy produkt, na który bardzo liczymy, nazywa się Universal Front End. I to jest produkt, który może być dodawany nie tylko do naszego def-a, ale do dowolnych systemów. I tutaj mamy nadzieję, że z tego produktu uczynimy też produkt eksportowy. Oczywiście w tej chwili trwają poszukiwania pierwszego klienta i to pierwsze wdrożenie będzie dla nas niezwykle ważne – twierdzi Góral.

Universal Front End to system bankowości internetowej, który ma być dostępny na wszystkie platformy. Spółka planuje rozpocząć sprzedaż aplikacji w drugiej połowie roku. Obok bankowości Asseco chce zwiększyć sprzedaż dla klientów z sektora telekomunikacyjnego oraz zdrowotnego.

Mamy nadzieję również na rozwiązania dla firm ubezpieczeniowych, ale tutaj jesteśmy nieco spóźnieni. Jest firma hinduska, która nas wyprzedziła, jest firma bułgarska, która nas wyprzedziła, więc nie będzie to łatwe zadanie, ale mam nadzieję, że też na tym rynku zaistniejmy – mówi Adam Góral.

GPW potrzebuje więcej emisji akcji oraz debiutów. Zbyt niska zmienność dla instrumentów pochodnych

CEO Magazyn Polska

Niewielka zmienność notowań na warszawskim parkiecie zniechęca inwestorów do instrumentów pochodnych. Liczba transakcji na rynku kontraktów terminowych na WIG20 spadła w ciągu roku o 20 proc. GPW stara się przeciwdziałać tej tendencji, dlatego zmieniła indeksy giełdowe oraz podwyższyła mnożnik na kontrakty z 10 do 20 zł. To może rozruszać rynek, choć potrzebny jest również napływ nowego kapitału i zainteresowanie spółek debiutowaniem na parkiecie.

To jest bezdyskusyjne, że koszty zawierania transakcji dzięki mnożnikowi 20 zł zmniejszamy o połowę, czyli już przy jednym punkcie zysku inwestor jedną połowę zysku zabiera dla siebie, a drugą zostawia w prowizji maklerskiej. W przypadku mnożnika 10 zł było to niemożliwe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Szczepanik, analityk z firmy Szkolenia z Inwestycji Giełdowych.

W najprostszym ujęciu daytrading polega na kupnie i sprzedaży instrumentów finansowych w ramach jednej sesji giełdowej. Horyzont inwestycyjny jest zatem bardzo krótki, dlatego gracze stosujący tę strategię starają się zarobić na pojawiających się (i zazwyczaj szybko znikających) okazjach na rynku. Ich źródłem mogą być np. ważne informacje, których rynek nie zdążył jeszcze uwzględnić w wycenach lub co do których istnieje duża niepewność względem ich rzeczywistego wpływu na wyceny.

Prawdopodobieństwo chwilowej, błędnej wyceny w stosunku do fundamentów spółki oraz dostępnych informacji jest tym wyższe, im mniej płynny jest dany instrument. Z tego względu część daytraderów preferuje grę na spółkach o średniej lub niskiej kapitalizacji, np. wchodzących w skład indeksów WIG50 lub WIG250. W przypadku największych spółek zmienność jest statystycznie niższa, co wynika z dużej liczby zaangażowanych inwestorów (w tym handlu automatycznego). 

Z drugiej strony wyższa płynność na rynku zmniejsza ryzyko transakcji, co wraz z mnożnikiem jest zaletą inwestowania w kontrakty terminowe na indeksy. W ostatnim okresie wielu inwestorów narzeka jednak na zbyt niską zmienność na polskiej giełdzie. W tej sytuacji wzrost mnożnika do 20 zł może nie wystarczyć do przyciągnięcia daytraderów na rynek.

Minimalna zmienność musi wynosić przynajmniej 50-60 punktów, aby móc takie transakcje zawierać. Jeżeli ta zmienność będzie wynosiła 20 punktów, to daytradingu nie będzie, bo w przypadku daytradingu i tak nie weźmiemy całego ruchu, jesteśmy w stanie wziąć 1/3, 1/4 dziennego zakresu. W przypadku 50 punktów dziennej zmienności jesteśmy w stanie wziąć dla siebie 10-15 punktów – uważa Szczepanik.

Minimalna zmiana w wysokości 50 punktów oznacza, że przy wartości indeksu WIG20 na poziomie 2500 pkt. powinien on spaść lub urosnąć o 2 proc. Ostatnie miesiące to okres względnego spokoju na GPW, poza momentami podwyższonej nerwowości z powodu zmian w OFE i konfliktu na Ukrainie. W rezultacie w maju 2014 r. wolumen obrotu kontraktami na WIG20 był niższy o 20 proc. w porównaniu z majem 2013 r. Z powodu niskiej zmienności jeszcze silniej spadła liczba transakcji na rynku kontraktów terminowych na akcje. Z danych GPW wynika, że w maju br. była o 36 proc. niższa niż rok wcześniej. 

Na tym tle pozytywnie wyróżniały się kontrakty na indeks mWIG40. W analogicznym okresie wolumen transakcji wzrósł o blisko 90 proc., choć – trzeba przyznać – z niskiego poziomu (w maju 2013 r. zanotowano 3,2 tys. transakcji na tym rynku, w porównaniu z ponad 540 tys. na kontrakcie terminowym opartym o WIG20). Powodem dynamicznego wzrostu handlu kontraktami na mWIG40 mogła być właśnie niewielka zmienność notowań blue chipów, czyli spółek z WIG20 lub WIG30. Dynamice rynku mogła również zaszkodzić niewielka liczba debiutów giełdowych, w tym spółek sprzedawanych przez Skarb Państwa, które w przeszłości cieszyły się dużym zainteresowaniem inwestorów.

Moim zdaniem pomóc rynkowi mogą tylko nowe emisje, które będą wchodziły, pozwalając zarabiać drobnym inwestorom, tak jak się działo w starych dobrych czasach. Dużo nowych spółek, ale które wchodzą z zyskiem. Inwestor musi wiedzieć, że zapisując się na nową emisję, będzie miał notowania po wyższych cenach i wtedy ludzie przyjdą. W innym przypadku, jeżeli te emisje nie będą przynosiły zysków, inwestorzy będą się od rynku oddalać –  uważa analityk.

Okres wakacyjny może jednak przynieść dalszy spadek obrotów na rynkach instrumentów pochodnych na GPW. Wielu inwestorów realizuje wtedy zyski i przygotowuje strategie inwestycyjne na jesień. To może wymagać od daytraderów jeszcze uważniejszego poszukiwania okazji na rynku, czyli potencjalnej zmienności.

Najlepszy statystycznie okres na rynkach światowych i także na rynku polskim to jest listopad-czerwiec, a okres od czerwca do października czy listopada to jest statystycznie okres słaby i większość inwestorów odpoczywa. Uważam nawet tak, że jeżeli ktoś nie zarobił pieniędzy na odcinku listopad-czerwiec 2014, to tym bardziej nie powinien być na giełdzie w III kwartale – twierdzi Paweł Szczepanik.

Ostatnie lata pokazały, że banki centralne są w stanie wywołać duże wstrząsy na rynku. Europejskie parkiety entuzjastycznie przyjęły ostatnią decyzję EBC o obniżce bazowej stopy procentowej do 0,15 proc. oraz obniżeniu stopy depozytowej do -0,1 proc., co jest wydarzeniem bez precedensu w historii strefy euro. Paweł Szczepanik nie spodziewa się jednak dalszych zmian w polityce monetarnej, które mogłyby doprowadzić do gwałtownej zmiany nastrojów na rynkach finansowych. Jak dotąd inwestorzy w USA ze spokojem przyjmują kontynuację ograniczania programu QE3, czyli skupu aktywów przez Fed. Według analityka rekordowe poziomy indeksów na Wall Street oraz niemieckiego DAXa będą hamować apetyt inwestorów na dalsze wzrosty, ale nie nastąpi też gwałtowna wyprzedaż.

Nie chodzi o to, że zatrzymamy wzrosty i dojdzie do poważnej przeceny, natomiast dynamika oczywiście nie będzie już tak wysoka, jak obserwowana do tej pory, bo jesteśmy już po dużych wzrostach. Teraz raczej będzie następować powolne wyhamowanie wzrostów aniżeli przyspieszenie – prognozuje Paweł Szczepanik

Polska ma kłopoty z wdrożeniem unijnej dyrektywy dotyczącej budynków energooszczędnych

CEO Magazyn Polska

Zgodnie z ogłoszonymi 1 stycznia wytycznymi polskich władz, które wynikają z dostosowania się do unijnej dyrektywy, zużycie energii powinno zostać stopniowo zredukowane do 2021 r. Najszybciej powinna poprawić się energooszczędność budynków użyteczności publicznej. Problemem są jednak bariery legislacyjne, finansowe, a także wciąż niska świadomość ludzi.

Do poziomu zakładanego na 2021 rok musimy zredukować zużycie energii (na przykład na potrzeby ogrzewania) o kolejne 31-38 proc. – zgodnie z wytycznymi UE. Bruksela zapowiedziała także, że to budynki użyteczności publicznej powinny stanowić przykład budownictwa zrównoważonego, więc dla nich terminem są lata 2018-2019. W przypadku takich budynków mowa jest o redukcji rzędu 40 proc. w ciągu najbliższych czterech lat.

Czasu jest niewiele – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr inż. Piotr Bartkiewicz z Politechniki Warszawskiej. – Jednak branże związane z budownictwem czekają na silniejsze wymuszenia i o ile będziemy mieli klientów, którzy będą gotowi zapłacić za te budynki, to poprawi się sytuacja na rynku nieruchomości, a te inwestycje będą coraz szerzej proponowane. 

Unijna polityka zmierza na dłuższą metę nie tylko do promowania budynków niskoenergetycznych, lecz także wręcz zeroenergetycznych, a nawet plusenergetycznych, czyli takich, które wytwarzają więcej energii, niż jej zużywają.

Mówimy, że budynki powinny być w  najbliższym czasie prawie zeroenergetyczne – mówi Bartkiewicz. – Oznacza to, że powinniśmy rzeczywiście radykalnie zmniejszać zużycie energii, a tę, którą  zużywamy pozyskiwać z odnawialnych źródeł. Trzeba też dążyć do tego, by bilansować energetycznie budynek w taki sposób, żeby zużycie energii było pokryte tym, co budynek jest w stanie sam wyprodukować.

Na polskim rynku brakuje jednak stosownych narzędzi finansowych. W przeprowadzonym przez firmę badaniu, które objęło branżę budowlaną, respondenci wskazali, że brakuje wystarczających zachęt finansowych ze strony państwa i jest niska dostępność dopłat. 93 proc. badanych stwierdziło, że jest to ważne lub bardzo ważne. UE już dawno zaleciła wprowadzenie takich udogodnień dla inwestorów.

Zidentyfikowaliśmy główne bariery, czyli trudności legislacyjne, brak zachęty ze strony państwa dla deweloperów, którzy mieliby takiego typu budynki budować oraz braku wykwalifikowanej kadry, chodzi tu o firmy projektowe, czy też braku wiedzy na ten temat nawet wśród inwestorów – mówi Tomasz Augustyniak, prezes Go4Energy.

75 proc. ankietowanych oceniło zmiany narzucone przez dyrektywę unijną jako korzystne lub bardzo korzystne. Jednak prawie tylko samo osób uznało, że Polska nie jest na wdrożenie przepisów przygotowana.

Przedstawiciele branży uznali, że ważna w upowszechnianiu budownictwa energooszczędnego jest edukacja rynku oraz stworzenie obiektów pokazowych.

Musimy wyjść na rynek i edukować firmy z którymi współpracujemy oraz społeczeństwo, końcowych użytkowników tych budynków – podkreśla Augustyniak. – To konieczne, żeby ludzie wiedzieli, czego się można po nich spodziewać, jak je użytkować i w ogóle czy chcą takich budynków. 

Eksperci podkreślają, że powinniśmy patrzeć na doświadczenia krajów, które od dawna stawiają na energooszczędne budownictwo. Według Piotra Bartkiewicza, należy uczciwie pokazywać zarówno zalety, jak i wady takich budynków.

Budynek może być tańszy w eksploatacji, będzie zużywać mniej energii, może mieć mniejszy wpływ na środowisko. Druga strona, o której powinniśmy dyskutować, to są sprawy związane z kształtem i formą architektoniczną tych budynków, w jaki sposób je komponować, w jaki sposób znaleźć optymalny koszt tych budynków, żeby one nie były droższe od rozwiązań tradycyjnych, nie tylko na etapie inwestycyjnym. Drugą rzeczą jest uświadomienie użytkownikom, jakie są ograniczenia, na co należy zwrócić uwagę podczas projektowania, podczas eksploatacji i również podczas wykonawstwa, żeby nie popsuć zamierzonego efektu – podkreśla Bartkiewicz.

Lux Med w ciągu ostatniego półrocza dokonał sześciu przejęć. Zapowiada kolejne

CEO Magazyn Polska

Przejęcie części Enel-Medu to szósta transakcja Lux Medu w ciągu ostatnich sześciu miesięcy. Spółka ogłosiła, że jest gotowa na kolejne. Zapowiada rozwój w kolejnych miastach i w większości obszarów działalności. Stawia m.in. na szpitale i opiekę długoterminową. Z kolei Enel-Med, po sprzedaży pracowni diagnostycznych w szpitalach publicznych, zajmie się rozwojem prywatnych szpitali i przychodni specjalistycznych. Do sieci 45 gabinetów stomatologicznych w tym roku dołączy osiem nowych.

Lux Med przejmie od Enel-Medu placówki z aparaturą rentgenowską, tomografią komputerową i rezonansem magnetycznym w kilku szpitalach publicznych. Centrum Medyczne Diagnostyka (CMD) Enel-Medu zostanie sprzedane spółce Lux Med Diagnostyka za 59 mln zł pomniejszone o zadłużenie CMD, czyli 6,25 mln zł.

Rozwijamy się zarówno organicznie, czyli otwieramy nowe przychodnie, jak i przez akwizycje. Transakcja z Enel-Medem to nasza szósta transakcja w ciągu ostatnich sześciu miesięcy – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Anna Rulkiewicz, prezes zarządu Lux Medu.

Spółka ma już kolejne plany przejęć, ale o szczegółach jej przedstawiciele nie chcą jeszcze mówić. Podobnie jak o środkach, które będą przeznaczone na dalszy rozwój. Lux Med stawia na kompleksowy model leczenia obejmujący sieć ambulatoryjną, sieć diagnostyczną – przede wszystkim diagnostyki obrazowej – a także usługi szpitalne i długoterminową opiekę nad pacjentami.

Nasza strategia obejmuje wiele obszarów, bo to jest z jednej strony cały czas rozwój naszej sieci ambulatoryjnej, z drugiej strony – rozwój sieci diagnostycznej; tutaj mówię o diagnostyce obrazowej. Rozwój usług szpitalnych, opieki długoterminowej i to jest cały, tak istotny model prowadzenia pacjenta od początku, czyli od opieki podstawowej, poprzez opiekę specjalistyczną, do leczenia, a również opieki długoterminowej. To jest od lat konsekwentnie prowadzona strategia Lux Medu. Wchodzimy również do nowych miast – wyjaśnia Anna Rulkiewicz.

Zdaniem Adama Rozwadowskiego, prezesa Centrum Medycznego Enel-Med, 59 mln zł za CMD to niezła kwota.

Szukaliśmy możliwości kapitałowych sfinansowania tych inwestycji i analizowane były dwie ścieżki. Jedna to pozyskanie kapitału z funduszu inwestycyjnego, druga to zbycie wydzielonej części przedsiębiorstwa, w której znajduje się siedem centrów diagnostyki obrazowej. Są to centra, które nie tworzą bezpośrednio synergii z obsługą naszych pacjentów, centra rozlokowane w Łomży, Wołominie, Poznaniu, w miastach, gdzie ilości pacjentów są bardzo małe – wyjaśnia Adam Rozwadowski.

Pozyskane ze sprzedaży CMD środki mają być w całości przeznaczone na inwestycje. W najbliższym czasie Enel-Med zamierza otworzyć dużą przychodnię z centrum diagnostyki obrazowej w Katowicach, powstaną też przychodnie we Wrocławiu i w Szczecinie. W planach jest też otwarcie nowych przychodni specjalistycznych w Warszawie dla pacjentów komercyjnych.

Będą to specjalizacje związane z naszymi szpitalami. Chcemy przez nie pozyskać pacjentów na wysokospecjalistyczne zabiegi w obu szpitalach. W związku z tym, że kontrakt z NFZ pokrywa nasz potencjał poniżej 50 proc. naszych możliwości, stąd też konieczność szukania pacjentów komercyjnych – wyjaśnia prezes CM Enel-Med.

Ważne miejsce w strategii firmy zajmuje rozwój gabinetów stomatologicznych. W tym roku do sieci 45 placówek dołączy osiem nowych.

Przy tych 50 mln zł mamy możliwość dobrania przynajmniej drugie tyle z długu, czyli z kredytu. Gdyby się trafiły interesujące akwizycje, to nie wykluczamy takiej możliwości. Na razie nie mamy takich planów, ale na rynku co chwila pojawia się jakaś nowa inicjatywa sprzedażowa. Przyglądamy się każdej z nich – deklaruje prezes.

Dużym przedsięwzięciem planowanym przez spółkę na kolejne miesiące będzie wprowadzenie nowego oprogramowania wspierającego zarządzanie pacjentami i usługi B2B. Prace ruszą w połowie roku i zakończą się w połowie roku 2015.

To jest duży projekt, który musimy zrealizować. Firma się już rozrosła bardzo mocno, natomiast software trochę pozostaje w tyle – podkreśla Rozwadowski.

Internet pełny błędów językowych. Najwięcej jest ich w serwisach dla młodzieży

Powtórki znaczeniowe, źle zapisane słowa „na pewno” i „wziąć” – to najczęściej popełniane przez internautów błędy językowe. Od początku roku do połowy maja w sieci pojawiło się ponad 125 tys. wpisów i artykułów, w których wystąpiło co najmniej jedno błędne sformułowanie. Z badań Instytutu Monitorowania Mediów wynika, że najwięcej błędów można znaleźć w serwisach, z których korzysta przede wszystkim młodzież. Nieomylni nie są także dziennikarze.

Instytut Monitorowania Mediów od początku roku do połowy maja monitorował polskie serwisy społecznościowe i strony internetowe. Jak wskazują przeprowadzone badania, większość błędów można znaleźć na serwisach szczególnie popularnych wśród młodzieży. W pierwszej piątce są trzy takie – photoblog.pl (23 proc.), ask.fm (21 proc.) oraz zapytaj.onet.pl (11 proc.), natomiast na pierwszym miejscu znalazł się Facebook (29 proc.), który cieszy się dużym zainteresowaniem nie tylko młodszych użytkowników sieci.

– Młodzi ludzie podczas komunikacji internetowej mają bardziej swobodne niż dorośli podejście do języka i reguł ortograficznych. Nie przywiązują też dużej wagi do poprawiania błędów swoich rówieśników, a wiadomo, że nauczyciele na takie strony raczej nie zaglądają – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Łukasz Jadaś z Instytutu Monitorowania Mediów.

Instytut Monitorowania Mediów, aby zbadać, jakie błędy popełniane są najczęściej w sieci, poprosił o pomoc samych internautów.

Nawiązaliśmy współpracę z fanpage’em „Poprawna polszczyzna”, na którym są licznie zgromadzeni fani języka polskiego w internecie, i zapytaliśmy, z jakimi błędami językowymi spotykali się najczęściej. Takie samo pytanie zadaliśmy na fanpage’u IMM. Odzew był duży, łącznie na nasz apel odpowiedziało kilkuset internautów – mówi Łukasz Jadaś.

Z ponad 600 komentarzy, które zostawili użytkownicy sieci, wynika, że najczęściej popełnianymi błędami są pleonazmy, czyli wyrażenia zawierające powtórzenia znaczeniowe. Wielu internautów niepoprawnie zapisuje także część słów i wyrażeń – przede wszystkim „wziąć” i „na pewno”.

Od początku roku IMM znalazł w internecie 125 tys. wpisów i artykułów, w których pada choć jeden ze wskazanych przez użytkowników sieci najpopularniejszych błędów.

Pleonazmy były najczęściej wskazywane w komentarzach jako błędy. Jak pokazują badania Instytutu, w blisko 40 proc. przebadanych tekstów znajdują się wyrażenia, w których dwa lub więcej wyrazów ma takie samo znaczenie. W co trzecim monitorowanym wpisie w sieci pojawiło się nieprawidłowo, bo łącznie, zapisane wyrażenie „na pewno”. Taka pisownia króluje przede wszystkim w popularnym wśród nastolatków serwisie ask.fm (od stycznia ponad 7 tys. razy), można ją też znaleźć na stronach wizaz.pl i photoblog.pl. Błędem, który – jak wynika z komentarzy – najbardziej drażni internautów, jest źle zapisane słowo „wziąć” (błędne formy: „wziąść” lub „wziąźć”). I choć to błąd najczęściej spotykany w mowie, to jedna z dwóch niepoprawnych form pojawiła się również w 6 proc. zbadanych publikacji.

Z badań IMM wynika, że w przypadku publikacji w portalach i serwisach internetowych dziennikarze rzadko popełniają najbardziej rażące błędy. Znacznie częściej można trafić w tekstach na pleonazmy, które stanowią 90 proc. błędów popełnianych w internetowych redakcjach.

– Najwięcej błędów językowych zauważyliśmy w publikacjach ogólnoinformacyjnych, czyli na przykład na publicznych osiach czasu na Facebooku. Drugą kategorią są blogi, fora i strony internetowe poświęcone modzie. Tam często używane są zwroty uznawane nie tylko przez słowniki, lecz także przez internautów za niepoprawne – np. „ubrać buty”, „ubrać spodnie”. Na trzecim miejscu znalazły się serwisy związane z finansami i biznesem, w których często używane są określenia nacechowane zbytnią oficjalnością, pleonazmy takie, jak „dzień dzisiejszy” czy „trwa nadal” – wymienia Łukasz Jadaś.

Inne popularne pleonazmy to: „okres czasu”, „kartka papieru” czy „aktywna działalność”.

Błędy nie omijają także serwisów sportowych – tu najczęściej można znaleźć pleonazmy: „drużyna spada w dół tabeli”, „akwen wodny” i w odniesieniu do formy sportowców – „poprawia się na lepsze”.

W internecie często można się spotkać z pejoratywnym określeniem „grammar nazi”, używanym w stosunku do osób, które nadmiernie wytykają błędy ortograficzne i gramatyczne w wypowiedziach. Można je znaleźć przede wszystkim w mediach społecznościowych. W przebadanym okresie takie określenie pojawiło się 400 razy.