Boom w firmach doradztwa finansowego

CEO Magazyn Polska

Rośnie ruch w firmach doradztwa finansowego. Do wzrostu popytu na ich usługi przyczyniło się przede wszystkim uruchomienie dopłat rządowych w ramach programu „Mieszkanie dla młodych”. W ubiegłym roku najszybciej rosnącą firmą na rynku był Expander Advisors, który odnotował ponad 60-proc. wzrost sprzedaży produktów. Dzięki wprowadzeniu oferty dla firm, w bazie jego klientów pojawiło się również znacznie więcej przedsiębiorców. 

Doradcy zrzeszeni w Związku Firm Doradztwa Finansowego (ZFDF) w IV kwartale 2013 roku pośredniczyli w sprzedaży kredytów hipotecznych o wartości 3,38 mld zł (w tym Expander – 955 mln zł, Open Finance i Home Broker – łącznie 1,18 mld zł). To wzrost o blisko 5 proc. w porównaniu do III kwartału. Przyczyniło się do niego m.in. zapowiadane wprowadzenie od 1 stycznia Rekomendacji S. Wzrosła również sprzedaż kredytów gotówkowych (o 7,7 proc. do 264 mln zł).

 – Expander odnotował ponad 60-procentowy wzrost oferowanych produktów. Ten rozwój zawdzięczamy przede wszystkim budowie długoterminowych relacji z klientami i wysokiej jakości obsługi. Nie bez znaczenia jest też odpowiednia budowa i zróżnicowanie oferty – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Andrzej Oślizło, prezes spółki Expander Advisors.

Expander powstał w roku 2000 jako portal internetowy pośredniczący w sprzedaży produktów finansowych. Wkrótce stał się największą niezależną firmą doradztwa finansowego na polskim rynku, która, obok oferty skierowanej do klientów detalicznych, otworzyła linię finansowania przedsiębiorstw. 

 – W naszej ofercie znajduje się szeroka gama produktów, których osobno trzeba by szukać na całym rynku, w kilku bankach i u wielu ubezpieczycieli. My natomiast świadczymy kompleksowe usługi doradcze dla wszystkich klientów. Oferujemy zarówno kredyty gotówkowe, hipoteczne, finansowanie dla przedsiębiorców, usługi leasingowe, pomoc w wyborze finansowania rozwoju firmy, ubezpieczenia, jaki i inwestycyjne programy emerytalne – mówi prezes Expander Advisors.

Z bazą ponad 500 tys. klientów i wyraźnym zainteresowaniem nowych, celem Expander Advisors jest obecnie dalszy rozwój, choć prognozy ekonomiczne nie są już tak optymistyczne jak przed rokiem.

 – Mimo możliwego zmniejszenia dotychczasowego tempa wzrostu, uważamy, że na rynku jest jeszcze sporo miejsca do podejmowania nowych działań. Spowolnienie gospodarcze ostatnich dwóch lat wykorzystaliśmy na otwarcie ponad 20 oddziałów i dalej stawiamy na rozwój – informuje Andrzej Oślizło.

Jak podkreśla Oślizło, podstawą tego rozwoju są długoterminowe relacje z klientami, także biznesowymi, oraz kompleksowość i zróżnicowanie oferty. W działaniu Expanderowi pomaga sieć ponad 100 oddziałów w całej Polsce. Firma uczestniczy też w różnego rodzaju targach i imprezach, gdzie każdy zainteresowany pomocą może spotkać się z doradcą.

 – Do naszych oddziałów przychodzi wielu klientów zainteresowanych skorzystaniem z programu „Mieszkanie dla młodych” bądź innymi ofertami kredytów hipotecznych. Na rynku zauważalne jest ożywienie. Coraz więcej osób sięga także po porady i wiedzę doradców – przekonuje Andrzej Oślizło. – Chcemy, by nasi klienci byli zadowoleni. Tak nowi, jak i dotychczasowi, którzy wracają po inne produkty. 

Już nie tylko osoby starsze uprawiają turystykę zdrowotną. Do Polski przyjeżdżają też młodzi Niemcy w poszukiwaniu tańszej opieki medycznej

CEO Magazyn Polska

Turystyka zdrowotna przestaje być domeną osób starszych i chorych. Aż 30 proc. gości sanatoriów to osoby poniżej 35. roku życia. Rośnie znaczenie turystyki medycznej, w ramach której do Polski przyjeżdżają osoby z krajów, w których opieka medyczna jest znacznie droższa. Coraz popularniejsza jest turystyka typowo kobieca, połączona z pobytami w ośrodkach typu spa i wellness.

 – Do tej pory sądziliśmy, że pobyt w sanatorium zarezerwowany jest dla ludzi starszych lub schorowanych. W Polsce po 1989 roku sanatoria przeżywały kryzys. Jednak w momencie, kiedy zostały sprywatyzowane i pojawiła się moda na zdrowy tryb życia, ten trend odkrywamy na nowo. To nie jest tak, że do sanatoriów przyjeżdżają osoby tylko schorowane czy starsze. Okazuje się, że 30 proc. to ludzie poniżej 35. roku życia – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krystyna Szczęsny, wykładowczyni Wyższej Szkoły Bankowej w Chorzowie.

Wiele osób wyjeżdża także w celu przeprowadzenia konkretnych zabiegów medycznych, nie związanych tylko z poprawą samopoczucia. Może to dotyczyć m.in. operacji plastycznych, chirurgicznych czy stomatologicznych.

Według ekspertki tę formę turystyki uprawiają dwie grupy osób. Pierwsza to bogaci turyści z krajów słabo rozwiniętych, gdzie medycyna jest na niskim poziomie. Druga grupa to osoby z Ameryki Północnej i Europy Zachodniej, które szukają tańszej opieki w krajach słabiej rozwiniętych. 

 – Mamy turystów, którzy zamieszkują kraje bardzo bogate, jak Stany Zjednoczone, Anglia, Francja, Niemcy, Holandia, Szwecja, którzy wyjeżdżają do krajów słabiej rozwiniętych, gdzie za różne usługi typu chirurgicznego, operacje plastyczne zapłacą 10 proc. tego, co musieliby zapłacić we własnym kraju. Przyjeżdżają na przykład do Polski, do Czech, na Węgry – mówi Szczęsny.

Kolejnym, nowym trendem w turystyce są podróże kobiet. Sektor ten rozwija się zwłaszcza we Francji. Hotele tylko dla kobiet i z żeńskim personelem umożliwiają nieskrępowany wypoczynek i relaks. Coraz więcej kobiet decyduje się też na turystykę seksualną, do tej pory kojarzoną raczej z mężczyznami. 

 – To trend popularny wśród Amerykanek, kobiet z Niemiec, Francji, w ogóle Europy Zachodniej, choć wszędzie znajdą się panie, które zechcą skorzystać ze swobody poza swoim codziennym środowiskiem, poza miejsce zamieszkania. Najbardziej popularnymi kierunkami są Tajlandia, Sri Lanka, Egipt, Tunezja, może mniej Turcja – wyjaśnia Szczęsny. 

Rośnie także popularność turystyki kulinarnej. Duże znaczenie mają popularyzujące kuchnie świata programy telewizyjne. Turyści chcą nie tylko zwiedzać zabytki i podziwiać krajobrazy, lecz także delektować się lokalnymi przysmakami. W ramach tego typu podróżowania mieści się np. nauka gotowania pod okiem znanych kucharzy, podróże szlakami kulinarnymi lub docieranie do miejsc, z których wywodzą się dane potrawy. Często wiąże się to z poznawaniem innych aspektów folkloru, np. muzyki.

Podobne cele przyświecają osobom uprawiającym enoturystykę (podróże do winnic i rejonów produkcji wina) oraz biroturystykę (związana z warzeniem piwa). 

 – Na pewno ta forma turystyki stanie się bardzo popularna, tym bardziej że dbamy o własne zdrowie, o zdrowe odżywianie, co też będzie sprzyjać rozwojowi turystyki kulinarnej. Nie można określić, który kraj będzie najbardziej atrakcyjny. To może być każde miejsce, które będzie potrafiło wyeksponować to, co jest ciekawe dla osób poszukujących dobrego jedzenia lub chcących poznać kultury produkcji różnych potraw – ocenia Szczęsny.

UKE czeka na głosy konsumentów ws. jakości usług telekomunikacyjnych

Urząd Komunikacji Elektronicznej bada, czy rynek zapewnia w odpowiednim stopniu dostęp do podstawowych usług telekomunikacyjnych, w dobrej jakości i w przystępnej cenie. Do 1 marca regulator czeka na opinie do raportu o stanie tzw. usługi powszechnej w Polsce. Jeśli okaże się, że są z tym poważne problemy, wyznaczy konkretną firmę telekomunikacyjną do obowiązku jej świadczenia, nawet jeśli nie będzie to dla operatora opłacalne biznesowo.

Urząd Komunikacji Elektronicznej przygotował raport o stanie i dostępności usługi powszechnej, czyli zestawu podstawowych usług telekomunikacyjnych, który powinien być dostępny dla każdego mieszkańca Polski w przystępnej jakości i w dobrej cenie. Chodzi o takie usługi, jak m.in. podłączenie do sieci o stałym zakończeniu (czyli do telefonii stacjonarnej), możliwość wykonywania połączeń telefonicznych zarówno krajowych, jak i zagranicznych, możliwość połączenia z biurem numerów i uzyskania informacji o numerach telefonicznych, jak również publicznie dostępne aparaty, czyli budki telefoniczne. Każda osoba, która ma podpisaną umowę ze swoim operatorem, ma prawo zażądać spisu abonentów. Usługi te dziś świadczą na rynku różni przedsiębiorcy telekomunikacyjni na zasadach komercyjnych.

 – W latach 2006-2011 obowiązek świadczenia całego zestawu usługi powszechnej spoczywał na Telekomunikacji Polskiej. Później, przez ostatnie 2,5 roku żaden operator nie był do tego wyznaczony, gdyż rynek na zasadach komercyjnych zapewniał każdemu mieszkańcowi możliwość skorzystania z tego podstawowego zestawu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Strzałkowski, rzecznik Urzędu Komunikacji Elektronicznej.

UKE cyklicznie przygotowuje takie analizy i pod koniec stycznia opublikował raport „Stan i ocena dostępności, jakości świadczenia i przystępności cenowej usług wchodzących w skład usługi powszechnej”  pokazujący, na ile usługa powszechna jest zapewniana przez rynek. Do 1 marca będzie konsultowany i również konsumenci mogą zgłaszać swoje opinie na ten temat.

Po zakończeniu konsultacji prezes UKE podejmie decyzję, czy nadal usługa powszechna może być zapewniana na warunkach rynkowych przez działających operatorów telekomunikacyjnych, czy też cały zestaw lub pojedyncze elementy usługi powszechnej powinny być zapewniane przez operatora wyznaczonego.

 – Prezes UKE może takiego operatora wyznaczyć, nałożyć na niego takie obowiązki i określić, w jakim okresie będzie je świadczył. Jeśli któryś z operatorów świadczyłby usługę powszechną, ma możliwość otrzymania dopłaty i uzyskania zwrotu części kosztów związanych z tą usługą – tłumaczy Jacek Strzałkowski.

Z raportu wynika, że każda osoba, która chciała uzyskać podłączenie do telefonii stacjonarnej, uzyskała je, zaś linia stacjonarna dziś już umożliwia połączenie z siecią i korzystanie z podstawowych usług internetowych na wolnych prędkościach.

Nie ma obowiązku naprawy samochodów w autoryzowanych serwisach

Większość kierowców nie zna unijnej dyrektywy zezwalającej na dokonywanie napraw gwarancyjnych samochodów w dowolnie wybranym warsztacie. Część autoryzowanych serwisów wykorzystuje tę sytuację, uciekając się do nieuczciwej konkurencji. Brak wiedzy o obowiązujących przepisach naraża właścicieli aut na dodatkowe koszty.

Obowiązująca od trzech lat unijna dyrektywa pozwala serwisować samochody w okresie gwarancyjnym w każdym warsztacie. Dozwolone jest także stosowanie części pochodzących od niezależnych producentów, a więc nieposiadających logo wytwórcy samochodu.

 – Bardzo niewielki procent właścicieli samochodów zna te przepisy i z nich korzysta – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Alfred Franke, prezes Stowarzyszenia Dystrybutorów i Producentów Części Motoryzacyjnych. – Równocześnie jednak niewiele niezależnych serwisów stara się przekonać kierowców do swoich usług, upowszechniając nowe zasady.

Franke nie ma wątpliwości, że obowiązujące normy są korzystne dla kierowców i mogą sprzyjać sporym oszczędnościom. Jego zdaniem autoryzowane stacje serwisowe również nie muszą na nich tracić.

 – Warsztat autoryzowany może świadczyć usługi przy wykorzystaniu części niezależnych producentów – wyjaśnia. – Są one zdecydowanie tańsze od tych z logo producenta samochodu, co umożliwia serwisom przyciągniecie większej klienteli niż poprzednio. Kierowca ma wybór i może zdecydować o tym, jakie części mają być użyte do naprawy jego auta. 

Zdaniem eksperta, części niezależnych producentów są nawet o 70 procent tańsze od tych oferowanych z logo koncernu. Ich jakość jest natomiast taka sama.

 – Wszystkie te komponenty powstają w tych samych fabrykach, na tych samych taśmach produkcyjnych i produkowane są według tej samej technologii – mówi. – Różnią się głównie opakowaniem i ceną. 

Wojciech Drzewiecki, prezes Instytutu Badań Motoryzacyjnych Samar, zwraca jednak uwagę na standardy, które obowiązują w serwisach. Koszty jakie ponoszą autoryzowane punkty obsługi są zazwyczaj wyższe niż te obciążające nieautoryzowane warsztaty, które nie muszą spełniać precyzyjnie określonych wymogów.

 – Czynnik ten decyduje o cenie usługi – mówi Drzewiecki. – A klienci kierują się głównie kosztami napraw i uciekają do tańszych warsztatów. Już dziś producenci narzekają, że usługi serwisowe, które w założeniu miały być podstawą utrzymania stacji dealerskich, nie spełniają swojej roli. W tej sytuacji zdarzają się próby uniemożliwienia klientom napraw samochodów w niezależnych warsztatach.

Jest to jednak niezgodne z prawem.

 – Takich przypadków jest stosunkowo dużo – uważa Alfred Franke. – Najczęściej są to samodzielne akcje niektórych dealerów, którzy naklejają pod maską auta lub na jego szybie adnotację informującą, że zachowanie gwarancji możliwe jest tylko przy naprawach w autoryzowanym serwisie. To nie tylko nieprawda, lecz też przejaw nieuczciwej konkurencji. 

Według obowiązujących przepisów, gwarancja pozostaje ważna przy serwisowaniu auta w dowolnym warsztacie, pod warunkiem, że stosowane są części wysokiej jakości, a ich pochodzenie udokumentowane jest odpowiednimi rachunkami. Konieczne jest także oświadczenie mechanika, mówiące o tym, że dokonał on naprawy zgodnie z zaleceniami producenta samochodu.

Ćwierć miliarda euro z nowej perspektywy na walkę z bezrobociem wśród młodych. Będą bony stażowe i migracyjne

CEO Magazyn Polska

W nowej perspektywie budżetowej Polska otrzyma 250 mln euro na walkę z bezrobociem wśród młodych. Rząd planuje przeznaczyć je m.in. na bony stażowe oraz migracyjne. Może to być znacząca pomoc dla wchodzących na rynek pracy, jednak eksperci przestrzegają przed możliwością nadużyć.

Wartość bonów stażowych ma według zapowiedzi rządu wynosić po 10 tysięcy złotych. Bony zatrudnieniowe mają opiewać na podobną kwotę. Środki te byłyby przekazywane firmie, która zgodzi się zatrudnić lub przyjąć na staż młodego pracownika.

 – Pracodawca najprawdopodobniej będzie mógł uzyskać wsparcie na pokrycie wynagrodzenia stażysty, a być może także pozapłacowe koszty pracy czy dostosowanie miejsca pracy. Powinien więc bez obaw organizować programy stażowe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Kotus z firmy Feender.pl, ułatwiającej szukanie staży i praktyk. – Środki te mają być bezzwrotne, co stanowi dodatkowy atut.

W ramach wspierania mobilności zawodowej minister pracy i polityki społecznej Władysław Kosiniak-Kamysz zapowiedział także wprowadzenie bonów imigracyjnych o wartości 7,5 tys. zł. Mają one być przekazywane osobom, które chcą przenieść się do pracy min. 80 km od swojego wcześniejszego miejsca pobytu.

 – Ma to być wsparcie, np. na wynajem mieszkania w nowym miejscu – wyjaśnia Kotus.  

Z bonami dla młodych na rynku pracy wiąże się jednak ryzyko nadużyć. 

Pracodawcy mogą nadużywać tej pomocy w ten sposób, że będą zatrudniali stażystów jako tanią siłę roboczą tylko na okres trwania tego stażu – przestrzega Kotus. – Nikt nie będzie myślał o przedłużeniu zatrudnienia, lecz tylko i wyłącznie o wykorzystaniu go w danym okresie. Dlatego warto, by firmy przyjmujące na staże dawały perspektywy stałego zatrudnienia. Dobrą praktyką może być np. współpraca z firmami, które już wcześniej organizowały praktyki czy staże lub zobowiązałyby się do ich organizowania w przyszłości – radzi.

Plany rządowe zakładają również, że studenci końcowych lat studiów oraz absolwenci do 4 lat po ukończeniu studiów uzyskają możliwość wzięcia nisko oprocentowanej pożyczki w wysokości do 70 tys. złotych na założenie własnej firmy.

Blaski i cienie polskiej motoryzacji

W ostatnich latach jesteśmy świadkami transformacji, która dokonuje się w polskiej motoryzacji. Przedstawiciele Exact Systems, firmy kontrolującej części samochodowe, przygotowali analizę SWOT, w której mocne i słabe strony polskiej branży motoryzacyjnej zestawili z szansami i zagrożeniami, jakie się przed nią rysują. Co prawda nie mamy własnej marki samochodu, ale Polska częściami, nie samochodami stoi.

Geografia i części, czyli nasze mocne strony

Położenie geograficzne to w środowisku motoryzacyjnym jedna z najważniejszych przewag. Polska stanowi dogodne miejsce zarówno dla producentów europejskich jak i azjatyckich. Dojazd do większości OEM, czyli producentów samochodów, zajmuje maksymalnie 5 godzin, a wszystkie europejskie zakłady z sektora poddostawczego są dostępne w ciągu jednej doby. Po drugie, bardzo istotna jest także gęsta sieć firm z sektora – około 850 zakładów – pozytywnie przekładająca się na współpracę producentów z dostawcami i poddostawcami. W I półroczu 2013 r. wartość produkcji sprzedanej części i akcesoriów samochodowych wyniosła w naszym kraju 30 mld zł. To aż o jedną trzeciej więcej niż wartość wyprodukowanych i sprzedanych samochodów (22,8 mld zł). Także więcej części niż „czterech kółek” eksportujemy, co tylko potwierdza, że Polska częściami stoi – mówi Paweł Gos, prezes Exact Systems, ekspert Polskiej Izby Motoryzacji.

Inwestorów zagranicznych do nas przyciąga wykwalifikowana kadra pracownicza, której koszty zatrudnienia są relatywnie niższe nić w Europie Zachodniej. Nie możemy jednak powiedzieć, że Polska jest „low-cost country”, dużo lepiej do naszego kraju odnosi się określenie „best-cost country”. Potwierdzają to wyniki przeprowadzonego przez nas badania, z których wynika, że zdaniem przedstawicieli zakładów motoryzacyjnych zlokalizowanych w Polsce, najlepszymi partnerami pod kątem jakości są polskie firmy – dodaje Gos. W tym miejscu należy także wspomnieć o strefach ekonomicznych, w ramach których inwestorzy mogą uzyskać atrakcyjniejsze warunki pod uruchomienie zakładu produkcyjnego lub centra badawczego.

Brak własnej marki i niska produkcja, czyli o naszych słabościach
Motoryzacja, zdaniem większości, to przede wszystkim własna marka samochodowa oraz liczne fabryki produkujące różne modele aut. Niestety, w przypadku Polski, nie mamy ani jednego ani drugiego. Czesi mają Skodę, Rumunii mają Dacię, a my jako kraj posiadający ogromną bazę motoryzacyjną, nie mamy polskiej marki samochodowej – ocenia Paweł Gos. Bardzo źle wyglądają także wskaźniki produkcji samochodów w Polsce. W 2008 r. z taśm polskich zakładów zjechało blisko 1 mln aut, aby w ubiegłym roku skurczyć się o blisko połowę (575 tys.). Jeśli do tego dodamy sprzedaż nowych samochodów osobowych na poziomie 290 tys. rocznie przy imporcie aut używanych na poziomie ponad 700 tys. (dane za 2013 r.), motoryzacyjna gałąź polskiego przemysłu prezentuje się naprawdę krucho.

Młodsze samochody i napędy elektryczne, czyli o szansach
Średnia wieku samochodu poruszającego się po polskich drogach wynosi 14 lat i mocno odbiega od średniej europejskiej. W związku z tym widać potencjał wzrostu sprzedaży nowych aut w Polsce w najbliższym czasie. Na większą dynamikę sprzedaży pojazdów z pewnością wpłynie w tym roku okienko derogacyjne, które umożliwia firmom odliczenie całego VAT-u od zakupionej floty. Mało kto o tym mówi, ale przy odrobinie wysiłków, zarówno ze strony sektora prywatnego jak i rządowego, nasza motoryzacja ma szansę przyczynić się do popularyzacji napędów hybrydowego i elektrycznego. W Europie nie ma jeszcze wyraźnych liderów w tym obszarze, co przy wykorzystaniu naszych doświadczeń i umiejętności dostosowywania się do rygorystycznych przepisów UE, stwarza możliwość rozwoju polskim przedsiębiorstwom – podkreśla Jacek Opala, dyrektor ds. rozwoju sprzedaży w Exact Systems. Warto także podkreślić, że przedstawiciele sektora Automotive zapytani przez Exact Systems o to, gdzie upatrują możliwości rozwoju polskiej branży motoryzacyjnej, wskazali na jakość produktów (42% odpowiedzi) oraz niższe koszty pracy (34%).

Niepewność za granicą, czyli o zagrożeniach
Każdy przedstawiciel branży motoryzacyjnej liczy na powrót do wolumenu produkcji samochodów w Polsce z 2008 roku. Jednak w związku z tym, że nasza produkcja niemal w całości nastawiona jest na eksport, ogromne znaczenie ma koniunktura na rynkach zagranicznych, przede wszystkim zachodnioeuropejskich. A tutaj, jeśli pod lupę weźmiemy dane ACEA, widzimy, że większość głównych rynków takich jak Niemcy, Włochy czy Francja w 2013 r. odnotowała spadek sprzedaży nowych samochodów osobowych.

Z jednej strony wykwalifikowana kadra jest atutem Polski, z drugiej zaś mamy do czynienia z problemem likwidacji szkół zawodowych, który w przyszłości przyczyni się do pogłębiającego się rozdźwięku między wykształceniem a oczekiwaniami rynku pracy. Zagrożeniem, o którym nie możemy zapomnieć, jest dynamiczny rozwój krajów BRIC. Brazylia, Rosja, Indie i Chiny są obecnie postrzegane jako motor wzrostu światowej branży motoryzacyjnej w ciągu najbliższych dziesięciu lat, i stanowią poważną konkurencję dla Polski – mówi Opala. I od razu dodaje, że na przykład Chiny otwierające się powoli na import w celu nadążenia za popytem swoje rynku mogą być także szansą dla polskich dostawców części i podzespołów samochodowych.

Krótko, o tym, co czeka nas w 2014 r.
Ostatnie dane makroekonomiczne, jak i szanse, które stoją przed polską motoryzacją, skłaniają mnie do optymistycznego przypuszczenia, że obecny rok dla Polski będzie lepszy od minionego. Liczba 310–320 tys. nowych rejestracji w tym roku, co da nam ok. 5-10% wzrost r/r, jest się moim zdaniem realna. Jeśli informacje o uruchomieniu produkcji nowego modelu samochodu użytkowego potwierdzą się, liczę także na lekki, ok. 5% wzrost liczby produkowanych u nas samochodów – ocenia Paweł Gos.
***
Exact Systems Sp. z o.o. działa od 2004 r. i jest obecnie czołowym dostawcą rozwiązań
w zakresie kontroli jakości, czyli selekcji, naprawy i sortowania części, komponentów oraz wyrobów gotowych dla przedstawicieli branży motoryzacyjnej. Głównymi odbiorcami usług firmy są dostawcy
i poddostawcy dla przemysłu motoryzacyjnego oraz producenci samochodów. Klientami firmy są również zakłady zajmujące się produkcją wielkoseryjną z branży elektronicznej, AGD oraz kosmetycznej. Obecnie firma posiada swoje przedstawicielstwa w Polsce, Czechach, Niemczech, Słowacji, Turcji, Rumunii, Rosji i Wielkiej Brytanii.
Firma kładzie duży nacisk na jakość świadczonych usług oraz na rzetelność i stabilność we współpracy ze swoimi kontrahentami. Współpraca z Exact Systems pomaga osiągnąć najwyższe standardy jakości oraz wspiera organizację procesów produkcyjnych. Więcej informacji o firmie dostępnych jest pod adresem: www.exactsystems.pl.

Rośnie zapotrzebowanie na usługi assistance. Polacy chętnie z nich korzystają

Usługi assistance są przez Polaków oceniane najlepiej spośród wszystkich usług okołoubezpieczeniowych. Ponad 90 proc. z 1,1 mln Polaków, którzy w ubiegłym roku skorzystali z usług typu assistance wysoko oceniło ich jakość. 80 proc. Polaków zadeklarowało potrzebę korzystania z usług pomocowych. Klienci najchętniej sięgają po usługi dla auta i w podróży, ale rośnie też popularność assistance domowego i zdrowotnego.

 Według naszego badania, robionego wspólnie z firmą Nielsen, w 2013 roku ponad 1,1 mln osób skorzystało z usług assistance – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Frączek, prezes zarządu Mondial Assistance. – Biorąc pod uwagę ich rodziny, to tak naprawdę około 4 mln ludzi w gospodarstwach domowych korzysta z usług firm assistance, wie o takiej możliwości i zna ich jakość.

Z badania „Rynek usług assistance widziany oczami klientów” wynika również, że Polacy cenią sobie pomoc takich firm i wysoko ją oceniają. Potrzebę skorzystania z ich usług w ubiegłym roku wyraziło 80 proc. badanych (wobec 60 proc. w 2011 roku).

 – Usługi te są oceniane najwyżej jakościowo ze wszystkich możliwych usług ubezpieczeniowych i okołoubezpieczeniowych. Ok. 95 proc. ludzi, którzy skorzystali z usług assistance, wyraża duże zadowolenie z tego faktu – przekonuje Tomasz Frączek.

Wciąż najwięcej klientów korzysta z usług komunikacyjnych, czyli adresowanych do zmotoryzowanych.

 – Interweniujemy np. wtedy, gdy samochód nie może odpalić rano z powodu mrozu. I to zdecydowanie są najbardziej popularne usługi, które weszły do pewnego standardu. Większość kierowców nie wyobraża sobie, by mieć polisę OC czy AC bez pakietu assistance – tłumaczy prezes Mondial Assistance.

Standardem w Polsce zdążyły stać się usługi typu travel, czyli assistance w podróży. Stale rośnie również popularność assistance domowego – w ubiegłym roku z takiej pomocy skorzystało o 7 proc. klientów więcej niż w 2011 roku.

 – Ludzie powoli, ale konsekwentnie przekonują się, że wszystko, co im się w domu przydarza, może mieć również swojego opiekuna. Tym opiekunem jest firma asystencka, która wyśle hydraulika, ślusarza, elektryka czy specjalistę od sprzętu RTV i AGD – mówi Frączek.

Nowością na rynku, która cieszy się coraz większą popularnością, jest assistance dla telefonu komórkowego.

 – To ubezpieczenie smartfonu oraz pewnych usług związanych z odzyskiwaniem danych, z zabezpieczaniem telefonu, bo to są drogie usługi – mówi Tomasz Frączek. – Tym bardziej że telefon komórkowy zaczął służyć nam jako karta płatnicza i te usługi płatnościami zbliżeniowymi powoli się rozwijają.

Postrzeganie wartości poszczególnych usług assistance istotnie różni się ze względu na płeć. Z pomocy dla auta częściej korzystają mężczyźni, a z assistance domowego i zdrowotnego kobiety, chociaż i wśród mężczyzn rośnie popularność tego typu usług.

 – Typowym konsumentem naszych usług jest mężczyzna w wieku lat 30–39, mieszkaniec dużego miasta powyżej 200 tys. osób, nieźle wykształcony i przyzwoicie zarabiający – wyjaśnia prezes Mondial Assistance.

W porównaniu do poprzedniego badania znacznie więcej osób skorzystało z pakietu assistance w ramach posiadanych produktów ubezpieczeniowych (odsetek wzrósł z 75 proc. do 97 proc.). Klienci ubezpieczycieli przyznali, że są lepiej informowani o dodatkowym pakiecie usług pomocowych, z których mogą skorzystać. Na brak takiej informacji narzekali za to klienci banków, mimo że dwie trzecie ankietowanych uznało, że produkt bankowy zyskuje na atrakcyjności, jeśli dołączony jest do niego assistance.

Co nakręca eCommerce?

W styczniu 2014 r. Cube Research po raz trzeci przeprowadził badanie w ramach projektu „Co nakręca eCommerce?”. Udział wzięło w sumie 463 przedsiębiorców prowadzących sklepy internetowe wylosowane z puli ponad 9 tys. podmiotów tego typu działających na polskim rynku. Badanie wykazało, że pomimo świadomości rosnącej roli mediów społecznościowych, polscy przedsiębiorcy e-commerce wciąż nie wykorzystują należycie ich potencjału we przy wspieraniu procesu sprzedaży.

Aż 70% właścicieli polskich sklepów internetowych nich wierzy w skuteczność działań marketingowych w obszarze mediów społecznościowych oraz wyraża przekonanie, że w 2014 roku rola serwisów społecznościowych będzie nadal rosła. Z badania wynika także, że przeważająca liczba badanych sklepów (84 proc.) już w chwili obecnej jest korzysta z serwisów społecznościowych.

Wśród mediów społecznościowych, największą popularnością wśród usługodawców e-commerce cieszy się Facebook (90%). Około 28% przedsiębiorstw zdecydowało się na komunikację za pośrednictwem kanału video i sięgnęło po narzędzia oferowane przez YouTube. Twitter wydał się odpowiednim medium w przekonaniu jednej piątej respondentów, natomiast Pinterest i Google+ to platformy, z których obecnie korzysta odpowiednio 14% i 11% usługodawców. Na końcu rankingu znalazła się Nasza Klasa, której udział osiągnął 4%.

Pomimo deklarowanej przez przedsiębiorców świadomości, że obecność w social media jest potrzebna w celu wsparcia kanału sprzedaży online, z badania wynika, że właściciele sklepów nie przeznaczają wystarczających środków na zarządzanie marką w mediach społecznościowych i nie dbają o komunikację z użytkownikami portali społecznościowych w sposób odpowiedni. Zgodnie z przedstawionymi statystykami przedsiębiorcy e-commerce odpowiadają jedynie na 47% postów na swoich fanpage’ach w serwisie Facebook oraz nie planują odrębnego budżetu na social media (jedynie 6% respondentów przyznało się do planowania takich wydatków). Oznacza to, że nie doceniając potęgi mediów społecznościowych właściciele sklepów internetowych decydują się na ich obsługę we własnym zakresie. Pocieszającą informacją jest jednak fakt, iż prawie ¼ ankietowanych planuje zwiększyć nakłady na social media już w tym roku.

Dlaczego warto docenić social media?

Prognozy rynkowe są jednoznaczne – w 2014 roku rosnąca świadomość oraz wymagania e-konsumentów spowodują, że konieczna będzie bardziej dopasowana do potrzeb i oparta na analizie historii zakupowej komunikacja z klientem. Nie należy bagatelizować tego, że w 2013 roku około 60% badanych internautów zadeklarowało, że śledzi ulubioną markę w sieci aby otrzymywać informacje o produkcie i rabatach. Jest to informacja, wobec której żaden usługodawca z branży e-commerce nie powinien pozostać obojętny. Ponadto, należy pamiętać, że social media stanowią dla potencjalnego klienta sklepu istotny kanał informacyjny, ponieważ oferują możliwość szybkiego pogłębienia wiedzy za pomocą wyszukania opinii znajomych czy odnalezienia opisów czy filmów z produktem. Wdrożenie odpowiednich narzędzi zarządzania marketingiem w obszarze mediów społecznościowych powinno być zatem jednym z priorytetowych założeń dla przedsiębiorców, którzy jeszcze nie zdecydowali się na wprowadzenie tego typu rozwiązań w odniesieniu do ich działalności.

Uświadomienie polskim przedsiębiorcom potencjału, jaki kryją w sobie media społecznościowe może w najbliższym czasie okazać się kluczową kwestią dla rozwoju ich działalności w 2014 roku – komentuje Dominika Strupiechowska, Junior PR Specialist GRUPA 365 NET Analizując potrzeby klientów, profil usług oraz narzędzia, jakie oferują przedsiębiorcom prowadzącym sklepy internetowe konkretne platformy społecznościowe zyskujemy ogromną szansę na dotarcie do rzeszy nowych klientów oraz znaczne zwiększenie sprzedaży.

źródła:

Polskie Badania Internetu (PBI) na podstawie danych SMG, Kelkoo, Forrester Research
http://napoleoncat.com/my-juz-wiemy-co-nakreca-e-commerce/

Warszawa 19115: komunikacja na bazie innowacyjnych technologii

Urząd m.st. Warszawy uruchomił Centrum Komunikacji z Mieszkańcami „Warszawa 19115”, gdzie w trybie całodobowym, siedem dni w tygodniu można uzyskać urzędowe informacje i zgłaszać incydenty, wykorzystując w tym celu telefon, sms, email, czat, faks, aplikację mobilną lub samoobsługowy portal internetowy. Komunikację obsługują systemy CIC firmy Interactive Intelligence oraz Oracle Siebel CRM, wdrożone przez konsorcjum firm Damovo Polska oraz Xentivo.

Projekt Centrum Komunikacji z Mieszkańcami miał na celu pełną integrację wszystkich procesów komunikacji pomiędzy władzami miasta a jego mieszkańcami. Teraz w jednym miejscu można uzyskać informacje i załatwić sprawy podlegające wszystkim dzielnicom i jednostkom miejskim zarządzanym przez Urząd m.st. Warszawy, a scentralizowany system contact center umożliwia spójną i zorganizowaną obsługę zgłoszeń i zapytań wszystkich kanałów komunikacji.

Wdrożona przez specjalistów z Damovo Polska platforma CIC firmy Interactive Intelligence obsługuje połączenia telefoniczne, smsy, emaile, czaty, faksy, została również zintegrowana z aplikacją mobilną i portalem internetowym. Wszystkie interakcje przychodzące do Centrum są kierowane do konsultantów dostępnych w danym momencie i posiadających kompetencje w danej dziedzinie. System na bieżąco monitoruje takie parametry jak czas oczekiwania na połączenie, ilość połączeń porzuconych przed odebraniem itp., umożliwiając przełożonym śledzenie natężenia procesów komunikacyjnych i kontrolę jakości pracy jednostki. Zarządzanie jakością ułatwia również aplikacja planująca czas pracy agentów względem prognozowanej aktywności komunikacji oraz nagrywanie połączeń.

Obsługa zgłoszeń incydentów została zorganizowana według logiki pierwszej i drugiej linii wsparcia. Konsultanci Centrum, stanowiący pierwszą linię wsparcia, rejestrują każde zgłoszenie w systemie Oracle Siebel CRM i przypisują je do danej kategorii. W zależności od rodzaju incydentu system automatycznie uruchamia właściwy dla niego proces biznesowy i przekazuje zadanie upoważnionym pracownikom drugiej linii. Przykładowo, gdy obywatel zgłosi, że zwalone drzewo blokuje ruch miejski, system automatycznie przesyła zgłoszenie do straży miejskiej oraz straży pożarnej. Opcje monitoringu i raportowania pozwalają na dokładne śledzenie szybkości zakończenia procesu, a dzięki integracji z portalem internetowym każdy obywatel może sprawdzić status swojego zgłoszenia logując się na www.warszawa19115.pl. Zarządzający procesami obsługi zgłoszeń system Oracle Siebel CRM został wdrożony przez specjalistów z firmy Xentivo.

Platformę Interactive Intelligence zintegrowano z oprogramowaniem Oracle, co ułatwia pracę konsultantom Centrum. Każda przyjęta interakcja jest automatycznie rozpoznawana i rejestrowana w systemie CRM.

W ramach projektu firma Xentivo przygotowała i wdrożyła również aplikację mobilną, która umożliwia mieszkańcom szybkie i efektywne zgłaszanie swoich problemów władzom miasta. Aplikacja, przygotowana dla systemu Android, iOS oraz Windows Phone, została zintegrowana z CIC Interactive Intelligence oraz Oracle Siebel CRM. W ocenach internautów aplikacja otrzymała 4,5 gwiazdki. W ciągu pierwszego miesiąca działania Centrum zarejestrowano już ponad 3400 pobrań.

„Warszawa 19115 to rozwiązanie problemu sprawnej komunikacji władz miasta z jego mieszkańcami unikalne nie tylko w skali Polskiej, ale nawet na tle największych metropolii europejskich. Każdy obywatel – niezależnie od tego, gdzie przebywa, jakie urządzenie komunikacyjne ma akurat pod ręką, niezależnie od dnia tygodnia i godziny – może teraz uzyskać dowolną informację z zakresu działania Urzędu, zgłosić dowolny incydent i mieć pewność, że jego zgłoszenie nie zostanie pominięte – powiedział Marcin Wojdat Sekretarz Urzędu m.st. Warszawy. – „Wdrożenie zintegrowanego systemu komunikacyjnego to również nowa jakość pracy dla Urzędu. Możemy kategoryzować zgłoszenia, określać problemy najbardziej palące dla mieszkańców Warszawy i podejmować działania na bazie tej wiedzy. Możemy również mierzyć jakość pracy Centrum, definiować istniejące „wąskie gardła” i usprawniać proces komunikacji z mieszkańcami.”

Firmy Damovo Polska oraz Xentivo zostały wybrane do realizacji projektu Centrum Komunikacji z Mieszkańcami w ramach postępowania o udzielenie zamówienia publicznego prowadzonym w trybie przetargu nieograniczonego. Wartość zamówienia wynosiła 4.000.000,00 PLN brutto.

KGHM zainwestuje setki milionów złotych w inteligentne kopalnie

CEO Magazyn Polska

KGHM Polska Miedź zamierza zainwestować kilkaset milionów złotych w przełomowe dla rozwoju górnictwa i hutnictwa projekty. Zarząd spółki liczy, że dzięki współpracy z uczelniami i centrami badawczymi powstaną inteligentne kopalnie. – Uważamy, że tylko gospodarka oparta na wiedzy daje szansę bycia konkurencyjnym – mówi Herbert Wirth, prezes zarządu KGHM.

Jednym z powodów inwestycji w projekt inteligentnych kopalń jest podniesie poziomu bezpieczeństwa.

 – Inteligentna kopalnia to kopalnia, w której miejsce pracy będzie bezpieczne, w którym wkład pracy fizycznej człowieka jest ograniczony, ale wykorzystujemy jego intelekt – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Herbert Wirth.

To właśnie na tego typu projektach skupi się koncern.

 – Ostatnio mieliśmy ważne posiedzenie Top 100, na którym byli obecni głównie młodzi ludzie z całego globalnego koncernu. Jeden dzień przeznaczyliśmy na Targi Wiedzy. Wybraliśmy 20 innowacyjnych projektów na sumę około 530 mln zł, w które teraz będziemy chcieli inwestować – zapowiada prezes KGHM Polska Miedź.

Przełomowe rozwiązania mają dotyczyć zarówno górnictwa, jak i hutnictwa. W ubiegłym roku miedziowy koncern wspólnie z Narodowym Centrum Badań i Rozwoju przekazali 200 mln zł na opracowanie i wdrożenie innowacyjnych technologii w branży metali nieżelaznych. Program ma trwać 10 lat przy udziale uczelni i innych jednostek naukowych.

Dodatkowo, przy Akademii Górniczo-Hutniczej w październiku powstało Laboratorium Pierwiastków Krytycznych AGH. W jego działalność obok KGHM angażują się m.in. Zakłady Górniczo-Hutnicze „Bolesław”. 

 – Jego ideą jest wdrożenie inicjatywy bezpieczeństwa surowcowego, nowych i starych metali dla ekstra nowoczesnych przemysłów oraz  zajęcie się ziemiami rzadkimi, które są w tak zwanym europejskim katalogu metali krytycznych – tłumaczy Wirth. 

Wirth zapewnia jednocześnie, że innowacje to również zmiany w zarządzaniu, które pozwalają lepiej odpowiadać na wyzwania dzisiejszej gospodarki. Tym bardziej że KGHM to firma globalna, działająca już na czterech kontynentach. Dlatego innowacyjne rozwiązania chce wdrażać również w swojej działalności za granicą.

 – W Chile przy przeróbce rud utlenionych chcemy wykorzystać energię pochodzącą z fotowoltaiki przy użyciu panelu opartego na miedzi, tzw. technologię cienkowarstwową, która daje potencjał wzrostowy – mówi prezes spółki.

Kopalnia miedzi w  Sierra Gorda zostanie uruchomiona zgodnie z planem, czyli w II kwartale br.

 – W pierwszej fazie działalności zdolności produkcyjne mają sięgać około 110 tys. ton miedzi, kilkunastu tysięcy ton molibdenu i parę ton złota – mówi Herbert Wirth. 

Europejski nadzór sprawdzi 16 polskich banków. NBP: jesteśmy spokojni o ich kondycję

stres-testy.png” alt=”CEO Magazyn Polska” />

Aż 16 polskich banków weźmie udział w tegorocznych europejskich stress-testach. Wpływ spowolnienia gospodarczego na banki, zaburzenia na rynkach finansowych oraz wzrost kosztów finansowania – to główne obszary ryzyka, które zostaną poddane badaniu. Szczegółowe założenia stress-testów będą znane w kwietniu. Narodowy Bank Polski jest jednak spokojny o kondycję polskiego sektora bankowego. 

 – Bazując na tym, jaka jest sytuacja polskiego sektora bankowego, jakie są wyniki naszych stress-testów, nie sądzę, żeby testy europejskiego nadzoru, w jakiś sposób były dotkliwe dla polskiego sektora bankowego – uważa Adam Głogowski z Narodowego Banku Polskiego.

Stress-testy, czyli testy odporności banków na kryzys, to symulacje, których celem jest poprawa stabilności sektora finansowego. Ich szczegółowe założenia opublikowane będą dopiero w kwietniu.

 – W całej Europie badane będą 124 grupy bankowe, w Polsce będzie to 16 banków, z czego część to banki, które są częścią międzynarodowych grup bankowych, a część to banki wybrane przez Komisję Nadzoru Finansowego ze względu na swoją rolę na polskim rynku bankowym – tłumaczy Adam Głogowski.

Testom zostaną poddane m.in.: Alior Bank, BGŻ, Millennium, BOŚ, Pekao SA, PKO BP, Bank Zachodni WBK, Deutsche Bank, mBank. Europejski Urząd Nadzoru Bankowego wymaga, aby w każdym kraju badane banki miały przynajmniej 50 proc. udział w rynku. Wybrane banki w Polsce stanowią ponad 70 proc. sektora.

Kondycja instytucji finansowych sprawdzana będzie w trzech obszarach ryzyka. 

 – Po pierwsze, będzie to spowolnienie wzrostu gospodarczego, które ma negatywny wpływ na sytuację banków poprzez wzrost wartości niespłaconych kredytów – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Adam Głogowski. – Po drugie, będą to zaburzenia na rynkach finansowych, które wpływają na spadek wartości instrumentów finansowych posiadanych przez banki, takich jak obligacje skarbowe. I po trzecie, to wzrost kosztów finansowania wynikający czy to z konkurencji o depozyty sektora realnego, czy też ze spadku zaufania do banków.

Opierając się na wynikach stress-testów przeprowadzonych w grudniu przez NBP oraz na opublikowanym raporcie stabilności systemu finansowego, Głogowski jest spokojny o wyniki badań europejskiego nadzoru. Tym bardziej że założenia stress-testów banku centralnego są bardzo zbliżone do warunków EBA, a nawet jeszcze bardziej restrykcyjne.

 – Badamy podobne obszary – stress-testy przeprowadzone przez Narodowy Bank Polski obejmują jeszcze jeden dodatkowy obszar, mianowicie pozycję płynnościową banków – zaznacza Adam Głogowski. – W naszym ćwiczeniu banki oceniamy jako potrzebujące dokapitalizowania, nawet jeżeli charakteryzują się wyższym poziomem kapitału, niż to minimum przyjęte w stres-testach EBA.

Stress-testy pokazują, czy dany bank będzie mógł bezpiecznie funkcjonować, jeżeli jego otoczenie gospodarcze istotnie się pogarsza. Taka informacja jest szczególnie ważna dla klientów instytucji finansowych. Pozwalają również nadzorom identyfikować banki, które potrzebują wzmocnienia, bo same nie potrafią sobie poradzić w trudnych warunkach. Badanie pozwala zatem reagować z wyprzedzeniem na sytuacje kryzysowe.

 – Jeżeli dany bank wypada w stress-testach dobrze, to znaczy, że nawet w trudnej sytuacji będzie dla swoich klientów wiarygodnym, dobrym partnerem – podkreśla ekspert. – Badanie pozwala reagować z wyprzedzeniem na sytuacje kryzysowe, np. poprzez rekomendacje zatrzymania dywidendy, czyli zwiększenia kapitału, zwiększenia ich odporności na zaburzenia – wymienia.

Wyniki oraz wnioski z badań zostaną opublikowane w listopadzie.

UE chce pomóc przedsiębiorcom. Zmniejszy biurokratyczne wymogi

CEO Magazyn Polska

Unia Europejska chce pomóc przedsiębiorcom zwiększać ich konkurencyjność. Wsparciem mają być nie tylko pieniądze z funduszy strukturalnych, lecz także uproszczenie unijnych regulacji. Jednym z większych wyzwań dla konkurencyjności unijnego przemysłu będzie pogodzenie jego interesów z polityką ochrony środowiska.

Z badania Eurobarometr wynika, że aż 74 proc. Europejczyków uważa, że UE jest źródłem nadmiernej biurokracji. 

 – Unia bywa przeregulowana na różne sposoby – przyznaje Janusz Lewandowski, komisarz UE ds. budżetu. – Dlatego bardzo mnie cieszy to, że w tym roku po raz pierwszy Komisja Europejska zajęła się nie tyle nowymi regułami, ile przeglądem istniejących reguł pod kątem tego, czy szkodzą konkurencyjności, czy nie.

Zapoczątkowany kilka miesięcy temu program nazywa się REFIT – program spójności i wydajności regulacyjnej (The Regulatory Fitness and Performance Programme). W efekcie kontroli całości przepisów UE, część z nich będzie uchylona, a część uproszczona. Niektóre przepisy regulacyjne, czekające na akceptację Komisji, w ogóle nie będą wprowadzone – wszystko w myśl zasady, że UE wymaga dużych działań w najważniejszych sprawach, a mniejszych w sprawach o mniejszym znaczeniu.

W budowaniu przewagi konkurencyjnej na globalnym rynku przedsiębiorcom mają też pomóc unijne granty. 

 – Zasadniczą częścią inwestycyjną budżetu są mądrze wydawane fundusze strukturalne, które w tej chwili oprócz wielkiej sieci transportowej w Polsce muszą iść w szare komórki. Te pieniądze są zagwarantowane na siedem lat. Ale oprócz tego mamy specjalnie adresowany do małych i średnich przedsiębiorstw program COSME – mówi Janusz Lewandowski.

Program COSME to nowy program UE nastawiony na zwiększanie konkurencyjności i trwałości przedsiębiorstw, w szczególności małych i średnich. Ma na celu m.in. poprawienie dostępu MŚP do finansowania przez instrumenty dłużne i kapitałowe oraz zwiększenie dostępu firm do rynków w Europie i na świecie. Na jego realizację przewidziano ok. 2,3 mld euro.

Dla dużego przemysłu kwestia konkurencyjności na światowych rynkach wiąże się z dyskutowanymi od dawna nowymi założeniami pakietu energetyczno-klimatycznego.

 – Najtrudniejszym problemem jest pogodzenie interesów przemysłowych i wrażliwości środowiskowo-klimatycznej. Znalezienie punktu zbieżności pomiędzy planami budowy bazy przemysłowej w Europie i bardzo wysokimi rygorami środowiskowymi, to największe wyzwanie, zwłaszcza dla gospodarki takiej jak Polska, czyli budowanej na węglu – mówi komisarz.

W tym roku Shell zakończy rebranding stacji Neste. Sieć uzyska drugą pozycję na polskim rynku

CEO Magazyn Polska

Shell w tym roku skupi się na zakończeniu rebrandingu stacji Neste. Zamknięcie tego procesu pozwoli sieci stacji na osiągniecie drugiej pozycji na rynku. Spółka wiąże także duże nadzieje z budową nowych stacji przy skrzyżowaniu autostrad A1 i A2 w okolicy Strykowa oraz nową ofertą kawiarni i barów na stacjach. 

 – Sytuacja na stacjach paliw jest bardzo dynamiczna – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Odrzywołek, dyrektor zarządzający siecią stacji Shell Polska. – Pod koniec 2012 roku przejęliśmy sieć paliw Neste, więc w ubiegłym roku skupiliśmy się głównie na procesie rebrandingu. W tym roku zajmiemy się jego dokończeniem. Pozwoli nam to uzyskać drugą pozycję na rynku polskim, jak również zapewni planowany wzrost.

Do zmiany marki, przejętych samoobsługowych stacji Neste, Shell powołał nową spółkę. Zarządza ona stacjami funkcjonującymi pod starym logo.

W tym roku spółka zamierza, poza zakończeniem rebrandingu stacji Neste, koncentrować się na inwestycjach i rozwoju sieci.

 – Myślę, że najbardziej sztandarową inwestycją będą już rozpoczęte budowy dwóch stacji autostradowych przy autostradzie A2 przed węzłem Stryków jadąc w stronę Warszawy, które na pewno wpasują się w nowo otwartą autostradę A1 od Strykowa na północ – ocenia Odrzywołek. – Przede wszystkim chcemy rozwijać się w ten sposób, aby zasięg terytorialny naszej sieci sprostał oczekiwaniom wszystkich klientów, czyli nie pomijamy regionów.

Shell Polska zamierza skupić się na największych miastach i aglomeracjach, ale nie zapomni o mniejszych ośrodkach. Stacje sieci muszą znaleźć się w całym kraju między innymi po to, by sprostać potrzebom klientów flotowych. Najwięcej stacji powstanie jako punkty własne sieci, ale coraz ważniejszą rolę odgrywają też stacje partnerskie. Wyglądają one identycznie, również pod względem oferty, ale współwłaścicielem biznesu jest partner franczyzowy.

Shell planuje też cały czas poprawiać wygląd i ofertę stacji. Będą się na nich pojawiać nowe usługi, m.in. paczkomaty, dostęp do internetu. Starsze stacje będą sukcesywnie odnawiane.

W ubiegłym roku na stacjach pojawiła się również nowa oferta posiłków pod marką Deli2go, a dzięki współpracy z siecią Coffeeheaven na 120 stacjach klienci Shell mogą skorzystać też z nowej oferty kawiarnianej. Sieć stacji wprowadziła również program badania satysfakcji klientów o nazwie „Voice of Customer”. Każdy klient ma możliwość wyrażenia swojego zdania, które, jak zapewnia Odrzywołek, jest analizowane na badanej stacji.

 – Myślę, że dla klientów ważne jest nie tylko to, co dzieje się na stacji. Shell jest firmą, która zainwestowała w Polsce ogromne pieniądze w serwis klienta. Pod Krakowem, w Zabierzowie funkcjonuje ogromny Shell Service Center, którego 1/3 praktycznie operuje jako Customer Service Center, czyli punkt obsługi posprzedażowej dla klienta. Centrum odpowiada na problemy klientów, które się ewentualnie pojawiają, choćby z fakturami. Tę część nieustannie rozwijamy – mówi Odrzywołek.

Panasonic w dwa lata pięciokrotnie zwiększył sprzedaż tabletów dla profesjonalistów

Choć konsumencki rynek tabletów w Polsce dynamicznie się rozwija, Panasonic na razie nie zamierza na niego wchodzić. Tym bardziej że sprzedaż bardziej wytrzymałych urządzeń dla profesjonalistów, w których producent się wyspecjalizował, również z roku na rok rośnie. W ciągu dwóch lat Panasonic odnotował wzrost o 400 proc.

 – Rynek konsumencki jest bardzo atrakcyjny ze względu na skalę. Ale aktualnie inwestowanie w ten segment z naszego punktu widzenia nie ma sensu. Stawiamy na profesjonalistów, którzy ewentualnie znając specyfikę naszych rozwiązań i bezpieczeństwo, wykorzystują ją w cywilnym wymiarze – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Artur Janczar, product manager w polskim Panasonicu.

Panasonic znalazł swoją niszę na rynku tabletów i od kilku lat specjalizuje się w produkcji wzmacnianych urządzeń odpornych na warunki atmosferyczne, wstrząsy i upadki. W porównaniu do wielomilionowych rynków typowych użytkowników, sektor profesjonalistów jest znacznie mniejszy. Zdaniem eksperta, ten rynek w Polsce nadal dojrzewa i pojawiają się sektory, które po przetestowaniu zwykłych rozwiązań konsumenckich uznały, że nie spełniają one ich oczekiwań i poszukują tak zwanych ragedyzowanych, czyli wzmacnianych urządzeń. Są wśród nich również nabywcy związani szczególnymi wymogami pod względem wytrzymałości i odporności na uszkodzenia.

 – Spójrzmy choćby na armię, obronność, na służby mundurowe. Niezależnie od tego, czy mówimy o leśnikach, czy o straży granicznej, czy o innych służbach. Oni wszyscy pracują w terenie i tam pewnego rodzaju rozwiązania technologiczne nigdy nie spełnią ich oczekiwań – wyjaśnia Artur Janczar.

Choć, jak zauważa menedżer Panasonica, rynek klasycznych tabletów konsumenckich gwałtownie wzrasta, oferta dla klientów z większymi wymaganiami też wymaga odpowiedzi ze strony producentów.

 – Sprzedaż liczymy w dziesiątkach tysięcy. W okresie od 2011 do 2013 roku wzrosła o 400 proc. Obserwujemy kilkudziesięcioprocentowy wzrost zainteresowania w naszym segmencie urządzeń wytrzymałych, odpornych na kurz, wilgoć, upadek, wibracje i promieniowanie elektromagnetyczne – informuje Artur Janczar.

Firma kilka lat temu postawiła na nowatorskie rozwiązania o wzmocnionej wytrzymałości. Nie ma tu klasycznego wentylatora, jest sprawdzająca się w świetle słonecznym matowa matryca klasy IPS, a przy tym normalny procesor i klasyczny system Windows.

 – To de facto normalny komputer klasy PC, tylko w zupełnie innym wydaniu jeśli chodzi o opakowanie. Gwarantuje ochronę przed takimi zdarzeniami, jak pęknięcie matrycy, awaria baterii, czy zwarcie wywołane przez zalanie bądź upadek w wodę – tłumaczy product manager Panasonica.

Menedżer podkreśla, że w takich sytuacjach zwykłe urządzenia nie będą się sprawdzały i prędzej czy później klienci zwrócą się do producentów urządzeń o większej wytrzymałości.

Inwestorzy omijają Polskę. Coraz mniej bezpośrednich inwestycji zagranicznych

CEO Magazyn Polska

Polska od dwóch lat zmaga się z zastojem w napływie bezpośrednich inwestycji zagranicznych. Głównie wynika to z nieudolnych działań administracji publicznej. Nie jesteśmy po prostu na świecie postrzegani jako kraj, który może iść ścieżką dynamicznego wzrostu gospodarczego  zauważa Rafał Antczak z Deloitte.

 – Do tej pory trochę poniżej 1 proc. globalnego kapitału inwestycji zagranicznych do Polski wpływało. W ostatnich dwóch latach coś się zmieniło i kapitał przestał płynąć – mówi Rafał Antczak, członek zarządu Deloitte. – Na to są, wydawałoby się, proste recepty, czyli usprawnienie czynników administracyjnych po stronie sektora publicznego i budowanie zaufania inwestorów opartego na faktycznych liczbach. Kapitał z powrotem może do Polski płynąć. Problem w tym, że na razie nam się nie udaje.

Z danych Narodowego Banku Polskiego wynika, że w latach 2008-2010 napływ bezpośrednich inwestycji zagranicznych do Polski wynosił ok. 10 mld euro rocznie. W 2011 było to nawet blisko 15 mld euro. Rok później nastąpił dramatyczny spadek – o 68 proc. – do Polski napłynęło niecałe 5 mld euro.

 – Wydaje się, że ten kapitał przede wszystkim zaczął wybierać gospodarki, które są na ścieżce dynamicznego rozwoju albo mogą na tę ścieżkę powrócić. Polska gospodarka chyba tak nie do końca jest postrzegana – ocenia Antczak. – Po drugie wiemy, że mamy koszty regulacyjne, które w Polsce są znaczące.

Jako przykład Antczak przytacza historię poszukiwań gazu łupkowego w Polsce. Z inwestycji w ostatnich latach wycofało się kilka dużych koncernów (m.in. Exxon Mobil, Marathon Oil, Talisman Energy). Jednym z powodów były przeciągające się prace legislacyjne nad regulacjami, które określiłyby zasady wydawania koncesji na eksploatację oraz opodatkowanie zysków z paliw łupkowych.

 – Jeżeli cztery duże firmy wychodzą z Polski i Polska mówi, że nie do końca się coś stało, bo my te pieniądze możemy sami z własnych oszczędności znaleźć i wydać, to nie jest właściwe podejście do sprawy – ocenia ekonomista. – Te firmy przez Dwa lata sygnalizowały, że coś się dzieje nie w porządku z regulacjami, że regulacje przeszkadzają w prowadzeniu tak ryzykownego biznesu w Polsce, na którym nam wszystkim zależy. Wtedy powinny zapaść decyzje dotyczące zmiany podejścia do inwestorów.

Zdaniem Antczaka, przyciąganiu kapitału do Polski pomoże postawienie na nowe segmenty przemysłu.

 – Polska na przykład bardzo dobrze rozwija się w obszarze IT, mamy dobrych informatyków i firmy, które się pojawiają na rynku. Są to na razie małe firmy i pozostaje pytanie, jak one mogłyby się rozwinąć – na skalę bardziej regionalną czy globalną – mówi Rafał Antczak.

W zeszłym roku Polacy zaciągnęli kredyty na kwotę 38 mld zł. To o 6 proc. mniej niż w poprzednim roku

CEO Magazyn Polska

38 mld zł wyniosła w ubiegłym roku sprzedaż kredytów hipotecznych, czyli 6 proc. mniej niż w 2012 roku – wynika z danych Biura Informacji Kredytowej. W ostatnich kwartałach rynek wyraźnie się ożywił, chociaż tylko w niektórych miastach. Duży wzrost odnotowały m.in. Gorzów Wielkopolski i Szczecin.

 – W całym roku 2013 sprzedaż kredytów mieszkaniowych wyniosła 38 mld zł. To o 6 proc. mniej niż w 2012 roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Mariusz Cholewa, prezes zarządu Biura Informacji Kredytowej. – Jednak w III kwartale 2013 r. sprzedaż była o 2 proc. wyższa rok do roku, a w IV kwartale już o 13 proc. większa.

Z danych BIK wynika, że rynek kredytów hipotecznych kształtował się różnie na lokalnych rynkach. Np. w Gdańsku i Bydgoszczy sprzedaż spadła o 10 proc. Za to znaczące wzrosty odnotował Gorzów Wielkopolski (25 proc.) i Szczecin (13 proc.).

 – Spadek nastąpił też w Warszawie, która generuje ok. 10 proc. wszystkich kredytów mieszkaniowych sprzedawanych w Polsce – zauważa prezes BIK. – W stolicy sprzedaż kredytów w III kwartale 2013 r. spadła o 3 proc. w stosunku do poprzedniego roku, ale to i tak jest bardzo duży postęp, bo rok temu ten spadek wyniósł 40 proc.

Większość Polaków spłaca solidnie

90 proc. posiadanych przez BIK informacji o spłatach kredytów przez Polaków jest pozytywna.

 – Przechowujemy u nas ponad 116 mln informacji dotyczących 22 mln Polaków. Część z nich jest historyczna, a część dotyczy aktualnie spłacanych kredytów – mówi Cholewa. – Większość z nich jest pozytywna, co znaczy, że Polacy dobrze spłacają kredyty.

BIK posiada także dane na temat przedsiębiorców, którzy zaciągnęli kredyty. W bazie jest ponad 350 tys. informacji i z szacunków biura wynika, że jest to ok. 50-60 proc. wszystkich przedsiębiorców, którzy spłacają kredyty. W Grupie BIK działa także Biuro Informacji Gospodarczej InfoMonitor, przechowujące informacje związane z płatnościami za usługi telekomunikacyjne, energetyczne i czynszowe. W tej bazie jest obecnie ponad 1,5 mln informacji.

Inwestycje w energooszczędność staną się opłacalne. Wchodzą w życie nowe przepisy

CEO Magazyn Polska

Polska ma jeszcze tylko cztery miesiące na dostosowanie przepisów do dyrektywy o efektywności energetycznej. Dzięki niej państwa unijne zmniejszą zużycie energii, co powinno przełożyć się na zwiększenie konkurencyjności firm i gospodarki. Jednak polskie przedsiębiorstwa nie są zainteresowane inwestycjami zwiększającymi efektywność energetyczną.

 – Od 2011 roku obowiązuje w Polsce ustawa o efektywności energetycznej, która między innymi wprowadziła system białych certyfikatów. Zaczął on działać w ubiegłym roku, w tym roku ogłoszono drugi przetarg na te prawa majątkowe. Widać już, że jest to bardzo skomplikowany system – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Agnieszka Tomaszewska z Instytut na rzecz Ekorozwoju (InE).

Białe certyfikaty, czyli świadectwa efektywności energetycznej (można nimi handlować na giełdzie), to mechanizm, który ma stymulować zachowania prooszczędnościowe. Zgodnie z ustawą o efektywności energetycznej przedsiębiorstwa, które sprzedają energię elektryczną, ciepło lub gaz odbiorcom końcowym (czyli konsumentom w gospodarstwach domowych), muszą pozyskać i przedstawić do umorzenia prezesowi URE określoną liczbę takich świadectw. Jeśli przedsiębiorstwo nie pozyskało i nie umorzyło świadectw w 2013 roku, będzie musiało do 31 marca tego roku, wnieść opłatę zastępczą wynoszącą 1 tys. zł za 1 tonę (tona oleju ekwiwalentnego).

 – Przedsiębiorstwa, na które ten obowiązek jest nałożony, raczej nie są zainteresowane inwestycjami w poprawę efektywności energetycznej i wolą płacić opłaty zastępcze, a tak nie powinno być – ocenia ekspertka InE. – Dyrektywa w sprawie efektywności energetycznej raczej będzie wymuszała to, żeby inwestycje w efektywność energetyczną realizować – czy to będzie dotyczyło sektora budynków, czy poprawy efektywności produkcji energii.

Dyrektywa została przyjęta na poziomie europejskim w 2012 roku, a do 5 czerwca bieżącego roku wszystkie kraje członkowskie powinny ją wdrożyć do swojego prawodawstwa. Dzięki niej Unia Europejska ma osiągnąć co najmniej 17-proc. wzrost efektywności energetycznej do 2020 r. (cel zakładany w pakiecie klimatyczno-energetycznym to 20 proc.).

 – Dyrektywa ma kilka kluczowych aspektów, między innymi wprowadza obowiązek poprawy efektywności energetycznej nałożony na przedsiębiorstwa energetyczne, ale dotyczy też wzorcowej roli sektora publicznego czy termomodernizacji budynków – informuje Agnieszka Tomaszewska.

Zgodnie z tymi przepisami od tego roku 3 proc. całkowitej powierzchni ogrzewanych i/lub chłodzonych budynków należących do instytucji rządowych lub przez nie zajmowanych, będzie co roku podlegać renowacji, mającej na celu zmniejszanie zużycie energii. Z kolei w dużych przedsiębiorstwach będą przeprowadzane audyty energetyczne.

 – Efektywność energetyczna zdecydowanie jest powiązana z konkurencyjnością zarówno gospodarki, jak i przedsiębiorstw. Te, które zużywają mniej energii do produkcji – nieważne czy jogurtów, czy samochodów – mogą zaproponować niższą cenę konsumentowi. A więc ich produkty są bardziej konkurencyjne. W Polsce nadal zużywamy bardzo dużo energii do tego, aby produkować cement, papier, i przez to obniżamy swoją konkurencyjność – podkreśla Agnieszka Tomaszewska.

ENEA S.A. nominacja do Złotej Strony Emitenta

0

Zakończył się pierwszy etap VII edycji konkursu Złota Strona Emitenta organizowanego przez Stowarzyszenie Emitentów Giełdowych. Wyłoniono 71 spółek posiadających najlepsze strony internetowe w tym m.in. ENEA S.A.

W II etapie, który trwa od dziś do 4 kwietnia br. wyłonionych zostanie po 3 nominatów w 5 kategoriach konkursowych. Jury będzie oceniać strony pod kątem 9 kryteriów, m.in. jasności komunikatu czy zawartości informacyjnej. Ważne będą też opinie inwestorów indywidualnych, instytucjonalnych i zagranicznych. Decyzja jury zostanie ogłoszona 9 kwietnia br. Na kolejnym etapie spośród 15 nominowanych spółek Kapituła konkursu wybierze jednego laureata z każdego segmentu. Ogłoszenie werdyktu i wręczenie nagród laureatom odbędzie się podczas VI Kongresu Relacji Inwestorskich Spółek Giełdowych SEG.

Tłumaczenia stron internetowych

Zmiana szyldów sklepów Real na Auchan w Polsce

Auchan i Metro dokonały sfinalizowania transakcji, w wyniku której nastąpi integracja sklepów Real w Polsce. Jest to ostatni etap umowy wstępnej uzgodnionej 30 listopada 2012 r. Umowa finalizująca integrację sklepów Real w Polsce została podpisana 6 lutego 2014 roku. Przewiduje ona integrację warunkową 57 hipermarketów Real w Polsce*, zgodnie z decyzją Prezes UOKiK z dnia 21 stycznia br. W wyniku integracji dwóch przedsiębiorstw, docelowo Auchan będzie zarządzać w Polsce 78. hipermarketami, tworząc ponad 20 tys. miejsc pracy.

Zmiana szyldów sklepów Real na Auchan w Polsce odbędzie się stopniowo. Szybkość integracji hipermarketów Real zostanie przeprowadzona równolegle z procesem negocjacji czynszów z właścicielami galerii.

*Zgodnie z decyzją Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów w Polsce z dnia 21 stycznia 2014, Auchan Polska zobowiązana jest do wyzbycia się praw do 8 hipermarketów Real w Polsce.

Stabilizacja cen nieruchomości w Polsce. W Europie rośnie optymizm inwestorów

Trzecia edycja Europejskiego Barometru Inwestycyjnego Rynku Nieruchomości przygotowanego przez firmę doradczą EY pokazuje optymistyczne prognozy dla sektora. Polska w 2014 roku będzie bardzo atrakcyjnym rynkiem dla inwestujących w nieruchomości. Ci, którzy już inwestują w naszym kraju stwierdzili, że jest to rynek bardzo atrakcyjny (33%), albo atrakcyjny (67%). Żaden z inwestorów nie ocenił naszego kraju jako nieatrakcyjny (jest to jedyny taki przypadek w Europie). Zdaniem większości badanych ceny nieruchomości w Polsce, również mieszkaniowych, w roku 2014 będą stabilne.

Europejski Barometr Inwestycyjny Rynku Nieruchomości EY przedstawia opinię inwestorów na temat stanu europejskiego rynku nieruchomości i perspektywy dla tego sektora na najbliższy rok. Badanie przeprowadzono jesienią 2013 roku wśród ponad 500 inwestorów działających na rynku nieruchomości w 15-tu krajach: Austrii, Belgii, Francji, Hiszpanii, Holandii, Luksemburga, Niemiec, Polski, Rosji, Szwajcarii, Szwecji, Turcji, Ukrainy, Wielkiej Brytanii i Włoch.

Poprawiająca się sytuacja makroekonomiczna Eurolandu i coraz lepsze nastroje wśród inwestorów zapowiadają m.in. zwiększenie aktywności na rynku nieruchomości. Przewiduje się, że w 2014 roku wzrośnie liczba transakcji na tym rynku w Europie, a kryzys zadłużenia w strefie euro nie będzie już najważniejszym czynnikiem determinującym skłonność do inwestowania w nieruchomości.

Silna pozycja rynków

W trzeciej edycji badania EY ankietowani inwestorzy wyżej niż przed rokiem ocenili atrakcyjność wszystkich rynków poddanych badaniu. Znaczna większość inwestorów pozostała zgodna co do pozytywnej oceny atrakcyjności swoich rynków w 2014 roku. Na pytanie ‘Czy uważasz swój kraj jako atrakcyjny rynek do inwestycji w nieruchomości?’ najbardziej optymistycznie zareagowali inwestorzy działający na polskim rynku – wszyscy przyznali wysokie noty: 67% odpowiedzi ‘tak’, a 33%: ‘zdecydowanie tak’. Wysoki optymizm wykazali również inwestorzy w Niemczech, Wielkiej Brytanii i Szwecji, gdzie łączne odpowiedzi wskazujące atrakcyjność krajów wyniosły odpowiednio 99%, 96% i 95%. Zarówno w Hiszpanii jak i we Włoszech, krajach gdzie kryzys Eurolandu najbardziej ciążył nad nastrojami rynkowymi, widać szczególną poprawę nastrojów w porównaniu z ubiegłoroczną edycją badania. Aż 84% respondentów w Hiszpanii i 61% we Włoszech (odpowiedzi łączne ‘tak’ i ‘zdecydowanie tak’) wysoko oceniła atrakcyjność swoich rynków. W porównaniu z zeszłoroczną edycją badania jest to znaczna poprawa, wtedy odsetek tych odpowiedzi wyniósł odpowiednio 37% i 30%.

Więcej transakcji

Inwestorzy zgodnie prognozują zwiększenie aktywności na rynku nieruchomości. Spodziewają się wzrostu wolumenu transakcji w 2014 roku i przekroczenia poziomu zaobserwowanego rok wcześniej. Najbardziej optymistyczni w tym zakresie są inwestorzy w Luxemburgu, Wielkiej Brytanii i Holandii. W tych trzech krajach odsetek odpowiedzi wskazujących oczekiwany wzrost wolumenu transakcji wyniósł 87%. W Polsce takiego zdania jest 67% ankietowanych. Jedynie respondenci z Austrii i Szwajcarii mieli bardziej podzielone zdania w tej kwestii, gdzie odpowiednio 44% i 50% respondentów nie spodziewa się wzrostu aktywności na rynku nieruchomości w tym roku.

Wychodząca z kryzysu strefa euro optymistycznie nastraja inwestorów, co wyraźnie pokazują wyniki tegorocznej edycji naszego badania. Inwestycje na rynku nieruchomości znów stają się coraz bardziej atrakcyjne. Rosnące zaufanie zachęca zagranicznych inwestorów, co może przełożyć się na wyższą wartość jak i wolumen transakcji na tym rynku. Jeśli chodzi o ceny nieruchomości – najbardziej wzrosną one na rynkach, które mocno odczuły kryzys strefy euro. W Polsce inwestorzy przewidują utrzymanie cen nieruchomości komercyjnych i mieszkaniowych na tym samym poziomie co obecnie – komentuje Anna Kicińska, Partner w zespole Doradztwa Nieruchomości EY.

Czynniki wzrostu i nowe trendy rynku

Wyniki Europejskiego Barometru Inwestycyjnego Rynku Nieruchomości EY pokazują, że kryzys zadłużenia w strefie euro nie będzie najważniejszym czynnikiem determinującym skłonność do inwestowania w nieruchomości. Jedynie inwestorzy w czterech krajach – w Niemczech, Austrii, Szwecji i Wielkiej Brytanii – w ponad 70% przyznali, że obecna sytuacja gospodarcza Eurolandu przełoży się na wzrost inwestycji na rynku nieruchomości w tym roku. W Polsce takie zdanie podziela 60% ankietowanych.

Czynnikiem wciąż poprawiającym aktywność inwestycyjną na rynku nieruchomości będzie obawa przed rosnącą inflacją. Większość respondentów przewiduje, że w okresie średnioterminowym wysoka inflacja będzie determinować inwestycje na europejskich rynkach. Prawie 90% respondentów w Niemczech i Austrii przewiduje, że czynnik ten będzie napędzał inwestycje w sektorze. Jedynie zdania szwedzkich, ukraińskich i polskich inwestorów były bardziej odmienne, gdzie połowa lub mniej respondentów uznała ten czynnik za napędzający inwestycje w 2014 roku.

Polska uważana jest za najbardziej atrakcyjny rynek w regionie. Na pozytywne postrzeganie naszego kraju jako atrakcyjnego miejsca do inwestycji wpływają korzystne warunki makroekonomiczne, stabilna sytuacja polityczna, jak również rosnąca liczba atrakcyjnych aktywów inwestycyjnych oraz ogólna sytuacja na rynku nieruchomości. W związku z tym, można sądzić, że wartość i wolumen transakcji powinny systematycznie wzrastać. Dowodem tego jest także rok 2013, w którym odnotowano jeden z najwyższych wolumenów transakcji – zbliżony do tych z najlepszych lat przed kryzysem – dodaje Anna Kicińska.

Na rynku obserwujemy też nowe trendy. Inwestorzy częściej korzystają z internetu i mediów społecznościowych w swoich działaniach i poszukiwaniach kolejnych celów inwestycyjnych. Mają coraz większą świadomość zmian zachodzących w branży. Widoczny jest wpływ branży e-commerce na kondycję i obrót nieruchomościami handlowymi, zwłaszcza poza centrami miast. Ponadto wcześniejszy podział, na rynki rozwinięte i wschodzące oraz na europejskie centra i peryferie, stracił na aktualności – ukazując bardziej skomplikowany obraz sytuacji na rynku w regionie.

Bezkonkurencyjne CV w branży IT

Uważa się, że informatyk wszędzie znajdzie pracę. Jednak według danych GUS, 45 proc. dużych firm ma trudności z zatrudnieniem specjalisty. Przygotowania do zmiany pracy dobrze zacząć od stworzenia lub odświeżenia swojego CV. Co powinno znaleźć się w curriculum vitae dobrego informatyka, a czego w nim najczęściej brakuje?

W badaniu „Wykorzystanie technologii informacyjno- (tele)komunikacyjnych w przedsiębiorstwach i gospodarstwach domowych w 2013 r.” Główny Urząd Statystyczny podaje, że aż 45 procent dużych firm (pow. 250 pracowników) napotyka trudności przy zatrudnianiu specjalistów IT.

Najciężej zatrudnić informatyka w województwie mazowieckim, gdzie 13 procent firm wskazuje na problemy przy rekrutacji. Nieco lepiej jest w dolnośląskim (12 proc.) i pomorskim (9 procent). Najbardziej „bezproblemowym” województwem jest świętokrzyskie, gdzie tylko 4 firmy na 100 borykają się z trudnościami przy rekrutacji.

CV, czyli „bilet do kariery”, to zbiór umiejętności i doświadczeń kandydata, umożliwiający pracodawcy zapoznanie się z przebiegiem jego pracy i wykształcenia. W zależności od branży dokumenty mogą się znacznie różnić, np. grafik lub architekt powinien przedstawić swoje portfolio. Czy takie zasady mają zastosowanie także w prężnie rozwijającej się branży IT?

– Na pewno możemy wyróżnić kilka tzw. „dobrych praktyk” pisana CV w branży informatycznej, które czynią dokument kopalnią wiedzy o umiejętnościach kandydata. Z drugiej jednak strony kandydatom zdarza się popełniać błędy mogące zaważyć na wyniku rekrutacji. Dlatego zebraliśmy kilka podpowiedzi, które mogą pomóc w utworzeniu dobrego CV w branży IT – mówi Marta Zerka, HR Specialist w Hicron, firmie IT.

Co powinno się znaleźć w CV?

Celem dokumentów aplikacyjnych jest przedstawienie wykształcenia i doświadczenia zawodowego kandydata. CV jest uważane za wizytówkę, warto jest więc dopilnować zarówno jego zawartości merytorycznej jak i strony wizualnej.

Najistotniejszą informacją dla przyszłego pracodawcy jest znajomość systemów i technologii oraz określonych języków programowania. Te informacje powinny znaleźć się w CV zaraz po doświadczeniu zawodowym i wykształceniu. Według GUS niewystarczający poziom umiejętności jest główną przeszkodą w zatrudnianiu informatyków w małych (0,7 proc.), średnich (1,8 proc.), a przede wszystkim w dużych (6,5 proc.) firmach.

– Posiadane umiejętności można opatrzyć krótkim komentarzem o poziomie ich obsługi, lepiej jednak unikać rozwlekłych i drobiazgowych, dokładnych opisów. Dobrym pomysłem jest przedstawienie tej sekcji w formie graficznej lub opisanie poszczególnych programów w skali 1-10 – mówi Marta Zerka z Hicron. – Kandydat może opisać swoje kwalifikacje np. jako „zaawansowaną znajomość platformy Android, w szczególności części natywnych systemu”, „doświadczenie w korzystaniu z pakietu narzędzi Atlassian (jira, stash)”, czy „doświadczenie w pracy w metodyce SCRUM”.

Mile widziane są również informacje o dodatkowych projektach powiązanych z zawodem. Drobne aplikacje, własny blog lub aktywność na branżowym forum pokazują, że IT to nie tylko praca, lecz także pasja. Kandydat angażujący się w aktywności tego typu jest z reguły lepiej postrzegany przez pracodawców.

Sporą popularnością cieszy się ostatnio podsumowanie zawodowe. To kilkuzdaniowy opis kandydata, treściwie opisujący cechy, atuty, cel zawodowy i aspiracje kandydata. Dobry opis z powodzeniem zastępuje list motywacyjny, który powoli odchodzi do lamusa.

Podsumowanie to rozwiązanie także dla studentów i absolwentów, którzy dopiero poszukują własnej ścieżki kariery, lecz mają sprecyzowany cel zawodowy. Oto przykład podsumowania:

Jestem studentem IV roku informatyki na PWr, którego pasjonuje programowanie obiektowe, analiza danych wielowymiarowych, a także sztuczna inteligencja. Poszukuję stanowiska w którym mógłbym rozwijać swoje umiejętności, pasje i kwalifikacje.

Uzupełnienie CV o zdobyte certyfikaty oraz branżowe kursy i szkolenia to ważna informacja dla rekrutera. Każdy „papier” to udokumentowana wiedza w danym zakresie, która świadczy także o chęci do podnoszenia kwalifikacji. Dodatkowym atutem są szkolenia, w których kandydat występował jako prowadzący. To dowodzi dużego doświadczenia i specjalizacji w danej dziedzinie, potwierdza tzw. soft skills – komunikatywność, wystąpienia publiczne.

CV nie powinno być zbyt długie. Przyjmuje się, że maksymalna objętość dokumentu nie może przekroczyć dwóch stron. Jeśli jednak ciężko zawrzeć wszystkie aktywności zawodowe w podstawowym dokumencie, dobrym pomysłem jest zamieszczenie linka do profilu zawodowego w portalach typu LinkedIn, GoldenLine, lub na własnej stronie internetowej. Strona WWW może być także wizytówką web developera; warto więc poświęcić nieco czasu na jej dopracowanie.

– Portale tego typu umożliwiają szerszy opis doświadczenia zawodowego, a także otrzymanie wirtualnych rekomendacji zarówno od firm, współpracowników jak i klientów. Nie są one przeznaczone dla osób z rozbudowanym doświadczeniem zawodowym, ale mogą także służyć jako narzędzie świadomej i systematycznej pracy nad swoją historią zawodową dla osób z mniejszym doświadczeniem. Tego typu portale społecznościowe pozwalają na rozszerzanie sieci kontaktów, czerpanie informacji z grup tematycznych, a nawet umożliwiają samodzielne prowadzenie takiej grupy. Cenne jest także otrzymywanie pozytywnych rekomendacji tuż po udziale w poszczególnych projektach, ponieważ trudno jest je zgromadzić w perspektywie późniejszych kilku lat – biorąc pod uwagę choćby rotację pracowników – mówi Dorota Pisula, Kierownik Biura Karier Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. – Warto jednak pamiętać, że nie każdy pracodawca korzysta z możliwości rozszerzenia informacji o kandydacie do pracy, dlatego informacje zawarte w CV nie powinny być podane zbyt skrótowo – dodaje.

A czego w CV często brakuje…

Zbyt ogólne sformułowaniaw CV informatyka, np. ponoć najbardziej irytująca z wypowiedzi „bardzo dobra znajomość systemu Windows”, nie dają rekruterowi wiedzy o konkretnym poziomie umiejętności. Zawsze warto wymienić technologie, z którymi mieliśmy do czynienia w karierze zawodowej ze wskazaniem poziomu zaawansowania. Ważne jest jednak, aby zachować umiar w opisach, ponieważ zbyt długie i barwne wyjaśnienia mogą nie wyglądać profesjonalnie.

Kolejną kwestią są przykłady. Kandydaci rzadko piszą o swoich dokonaniach zawodowych, np. o programach czy aplikacjach, które stworzyli, lub brali udział w ich powstaniu. Jeśli jest taka możliwość, zawsze warto się nimi pochwalić, załączając linki. Potencjalny szef chętnie oceni praktyczne umiejętności kandydata na podstawie jego pracy.

Mijanie się z prawdą lub wpisywanie umiejętności, których nie posiadamy, zupełnie się nie opłaca: na rozmowie kwalifikacyjnej wszelkie nieścisłości ujrzą światło dzienne, zaś kandydat raczej pożegna się z możliwością zatrudnienia. Lepiej więc napisać mniej, ale szczerze i bez koloryzowania. Nieścisłości często pojawiają się przy językach obcych. Zawsze starajmy się podać poziom zaawansowania językowego biorąc pod uwagę jego branżową stronę. Lekkość w komunikacji nieformalnej nie oznacza, że bez problemu dojdziemy do porozumienia z programistą z zagranicy.
Jeśli potrzebujemy CV w języku obcych najlepiej powierzyć jego tłumaczenie profesjonalistom. Tłumaczenie można zamówić korzystając np. z serwisu http://123tlumacz.pl/cv

Dlaczego kandydatom zdarza się skłamać?

– Prywatnych uzasadnień kłamstwa autoprezentacyjnego jest tyle, ilu ludzi; ujmując rzecz najogólniej główne powody kłamstwa są dwa. Pierwszy to ochronienie lub podniesienie poziomu swojej samooceny. Okłamując, zwykle odbijamy się w zwierciadle społecznym jako piękniejsi, mądrzejsi, bardziej kompetentni. Chcemy to poczuć, nawet za cenę potencjalnego zdemaskowania. Drugi powód jest bardziej prozaiczny: kłamcy mają większe szanse na zwycięstwo w konkurencji z innymi, pod warunkiem, że kłamstwo nie wyjdzie na jaw oraz, że ci inni nie kłamią. To powszechna strategia – mówi dr Jarosław Polak z Katedry Psychologii Pracy i Organizacji Uniwersytetu Śląskiego, psychoterapeuta.

Dodatkową „motywacją” może być sytuacja na rynku pracy: – Skłonność do stosowania kłamstwa jako strategii w rywalizacji z innymi kandydatami z pewnością rośnie, gdy zwiększa się stawka w grze. A stawką jest tutaj coraz trudniej dostępna praca – dodaje dr Jarosław Polak.

Rzadko który programista umieszcza informacje o swoim hobby w CV. Warto jednak o nim napisać choćby było najbardziej nietypowe, np. sędziowanie ogólnopolskich zawodów marynistycznych. Te – z pozoru – drobne wzmianki wyróżniają CV, dając dodatkowy temat do rozmów.

– Na rozmowie kwalifikacyjnej jest wiele pytań i tematów do poruszenia, o hobby często rekruter nie zdąży zapytać. Może się jednak okazać, że ma podobne zainteresowania, więc podświadomie patrzy na taką osobę przychylniej – mówi Marta Zerka. – W Hicron „sportem firmowym” stało się bieganie, jeśli więc kandydat również okaże się biegaczem, może szybciej odnaleźć się w zespole właśnie ze względu na hobby – dodaje.

Na sam koniec warto przypomnieć o tym, że CV (a zwłaszcza CV informatyka) powinno trafić do działu HR w nieedytowalnej formie, najlepiej jako PDF. Nawet najpiękniejszy dokument może sporo stracić, jeśli na innym komputerze przepadnie całe formatowanie.

Sprawozdania finansowe spółek giełdowych pod lupą Komisji Nadzoru Finansowego

W spółkach giełdowych trwają obecnie intensywne prace nad przygotowaniem sprawozdań finansowych za rok 2013. Jedną z najważniejszych czynności jest wycena bilansowa aktywów i pasywów zgodna z Międzynarodowymi Standardami Sprawozdawczości Finansowej (MSSF). Działy finansowo-księgowe, zarządy, ale także rady nadzorcze firm powinny zwrócić większą uwagę na wycenę wartości firmy, a także utratę wartości posiadanych aktywów. To zdaniem ekspertów firmy doradczej Deloitte może ich uchronić przed możliwymi sankcjami ze strony Komisji Nadzoru Finansowego, która w ostatnim czasie zaczęła uważnie przyglądać się temu problemowi.

Zagadnienie „odpowiedniej wyceny wartości aktywów” po raz pierwszy pojawiło się w styczniu 2013 r. w raporcie ESMA (European Securities and Markets Authority – instytucja nadzorcza, powstała na podstawie Rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady). Dokument był przeglądem przykładowych rzeczywistych sprawozdań finansowych kilku firm w zakresie jakości informacji na temat wyceny wartości firmy i testów na trwałą utratą wartości aktywów, prezentowanych w skonsolidowanych sprawozdaniach finansowych, sporządzanych zgodnie z MSR 36. Raport był alarmujący dla europejskich emitentów giełdowych.

„ESMA wskazała na wiele nieprawidłowości. Trwający na świecie kryzys ekonomiczny przyczynił się do znacznej deprecjacji wielu aktywów, będących własnością spółek giełdowych. Zmiana sytuacji ekonomicznej spowodowała, że dziś aktywa te mogą generować znacznie mniejsze lub nawet ujemne przepływy pieniężne, co oznacza utratę ich wartości, a w konsekwencji wpływa na wycenę firmy. W związku z tym ryzyko istotnego zniekształcenia informacji finansowej staje się bardziej prawdopodobne. Problem ten dotyczy także Polski” – mówi Piotr Świętochowski, Dyrektor w Dziale Audytu, Deloitte.

Dlatego, wkrótce po ESMA, tematem zajęła się także Komisja Nadzoru Finansowego, która jest członkiem tego stowarzyszenia. KNF zwróciła uwagę na ten aspekt w swoim raporcie „Zgodność sprawozdań finansowych emitentów papierów wartościowych z MSSF” (analiza przeprowadzona w 2013 r., publikacja w styczniu 2014 r.). Wyniki analizy, przeprowadzonej na bilansach 87 spółek notowanych na GPW (blisko 20 proc. udział w łącznej liczbie emitentów w rynku regulowanym) także nie były zadowalające. Komisja wezwała spółki giełdowe do poprawy jakości swoich sprawozdań zgodnie z MSSF, w szczególności w obszarach związanych z zagrożeniem kontynuacji działalności, utratą wartości aktywów (zarówno niefinansowych jak i finansowych) oraz ryzykiem związanym z instrumentami finansowymi.

Po opublikowaniu raportu, Komisja wystosowała pisma do spółek notowanych na GPW, które prezentowały w swoich raportach rocznych istotne (wysokie) wartości posiadanych aktywów, z pytaniami odnośnie testów na ich utratę. Pod lupę wzięto również jakość innych ujawnień w sprawozdaniach finansowych. Na jedną ze spółek nałożono nawet karę finansową w wysokości 250 tys. zł.

Dlatego już teraz, podczas przygotowywania sprawozdań za ubiegły rok, spółki giełdowe powinny upewnić się, co do jakości swojego systemu monitorowania i kontroli sprawozdawczości finansowej. Ewentualne nieprawidłowości wynikają bowiem często z niedopatrzenia i niedoskonałości tego systemu oraz niejasności lub nieadekwatności obowiązujących dotychczas polityk rachunkowości, które mogą niejednokrotnie nie uwzględniać ostatnich zmian w gospodarce czy w samej branży. Jak zaznaczają eksperci Deloitte kontrole KNF mogą objąć także sprawozdania za poprzednie lata. „Dlatego, tym bardziej, firmy powinny przeprowadzić testy na utratę wartości posiadanych przez siebie aktywów i jeżeli istnieje taka konieczność nanieść korekty także w swoich wcześniejszych bilansach. Takie testy powinny być przeprowadzane raz do roku” – mówi Katarzyna Pulczukiewicz, Menadżer w Dziale Audytu, Deloitte.

Takie działania profilaktyczne mogą często pomóc w odpowiednio wczesnej identyfikacji zwiększonego ryzyka w obszarach, uznawanych do tej pory za nieistotne. Jak dotąd bowiem częstą praktyką było przepisywanie z roku na rok tych samych wartości pieniężnych w odpowiednich rubrykach sprawozdania finansowego.

Kwestia ta powinna być ważna nie tylko dla służb finansowo-księgowych, ale również dla zarządów i
organów nadzorujących te jednostki. Rady nadzorcze są bowiem odpowiedzialne m.in. za monitorowanie systemu sprawozdawczości finansowej i jej kontroli oraz za finalny kształt raportu rocznego.

„Temat jest trudny i skomplikowany, ale instytucje nadzorujące rynek kapitałowy i giełdowy przyglądają się coraz częściej i takim zagadnieniom. Dlatego naszym zdaniem spółki nie mogą zaniedbywać kwestii utraty wartości swoich aktywów. I nie chodzi tylko o ewentualne kary finansowe, które im za to grożą, ale także kwestie wizerunkowe. Pamiętajmy, że wszystkie sprawy, w których KNF upomina i karze emitenta są upubliczniane i dostępne na stronie Komisji” – podsumowuje Piotr Świętochowski.

Samsung i Swarovski na nowojorskim Fashion Week

Podczas tygodnia mody Mercedes – Benz Fashion Week, Samsung Electronics i luksusowa marka jubilerska Swarovski zaprezentują kolejną odsłonę współpracy. Specjalnie dla najważniejszych gości pokazów – modelek, dziennikarzy i dyrektorów kreatywnych, oddany zostanie salon VIP, zaprojektowany przez obie marki. Podczas nowojorskiego święta mody zostanie też zaprezentowana limitowana kolekcja obudów dla Samsung GALAXY Note 3.

W salonie Samsung GALAXY Lounge na terenie pokazów, pojawią się roziskrzone, specjalnie na tę okazję zaprojektowane elementy dekoracyjne oraz kurtyna wykonana z kryształów Swarovskiego. Salon Samsung gościć będzie najważniejsze osoby w świecie mody – najsłynniejsze modelki, projektantów i inne sławy szukające chwili oddechu od gwaru pokazów Mercedes-Benz Fashion Week. Będzie to dla nich okazja do zapoznania się z najnowszymi urządzeniami marki Samsung, m. in. smartfonem GALAXY Note 3.

Samsung Electronics i Swarovski podczas nowojorskiego tygodnia mody zaprezentują też limitowaną edycję wymiennych obudów dla GALAXY Note 3. Obudowy, z lśniącą bransoletką, zostały pokryte drobnymi, specjalnie dobranymi kryształkami Swarovskiego. Dostępne będą trzy wersje kolorystyczne: czarna, błękitna ze złotym odcieniem oraz srebrna.

Samsung czerpie inspiracje z kreatywności świata mody, przenosząc ją do świata technologii. Podczas tej edycji Mercedes-Benz Fashion Week wspólnie z marką Swarovski podkreślamy tę kreatywność. Zachwycająca obudowa ozdobiona kryształkami Swarovskiego dodaje blasku pięknemu designowi GALAXY Note 3, czyniąc z niego obiekt pożądania podczas tygodnia mody – powiedział Young Hee Lee, wiceprezes firmy Samsung.

Limitowane zestawy zawierające bransoletkę i obudowę dla Samsung GALAXY Note 3 będzie można nabyć w salonie Swarovski przy Piątej Alei na nowojorskim Manhattanie, w cenie 299 dolarów.

Video marketing w pigułce

Skuteczny marketing firmy, wobec dynamicznie rozwijającego się świata biznesu stawia coraz wyże wymagania. Jedną z innowacyjnych metod promowania marki w Internecie jest jest viedo marketing, który przy pomocy odpowiednich działań i narzędzi może okazać się najefektywniejszą formą reklamy w Internecie. Najważniejszymi aspektami podczas realizowania tego typu produkcji są strategie wytwarzania i dobrze skonstruowana polityka promowania.

Jednym z powodów, dla których wielu właścicieli małych firm ma sceptyczne podejście do tworzenia filmów jest brak tematu i pomysłu na jego realizację. Najskuteczniejszą metodą zainteresowania klientów jest podanie rozwiązania problemu, który dręczy rynek docelowy. Aby dotrzeć do istoty zagadnienia należy przeprowadzić analizę rynku docelowego oraz wytypować najczęściej zadawane przez klientów pytania. Zabiegiem przynoszącym kluczowe efekty podczas tworzenia video reklamy będzie również analiza słów kluczowych. Im więcej niszowych fraz umieszczonych przy opisach filmów, tym lepiej.

Ważne jest aby pamiętać, iż treść zawarta w filmie powinna być oryginalna. Powinna być prezentacją własnego, nie wyimaginowanego doświadczenia, wiedzy i know-how. Podczas realizacji filmu nie jest wymagane wybieranie obsady wśród pracowników firmy. Nie każdy czuje się komfortowo przed kamerą. Warto skorzystać z pomocy profesjonalnego aktora albo firmy zajmującej się video produkcją, która stworzy dostosowaną do potrzeb marki animację.

Nie istnieje również żaden przepis, który mówi, że wszystkie filmy wymagają przedstawienia postaci. Istnieje kilka rodzajów filmów, które można śmiało wykorzystywać w marketingu.

Filmy instruktażowe – zalecane do obsługi konkretnego produktu bądź usługi. W ramach filmów instruktażowych powinno znaleźć się mnóstwo ciekawych porad, mile widziane są również print screen’y tłumaczące publiczności jak daną czynność wykonać krok po kroku.

Recenzje produktu – dla trudniących się sprzedażą fizycznych produktów. Opinia w formie narracji może stanowić ciekawy dodatek.

Zza kulis – stwarza możliwości, aby klient mógł przyglądnąć się pracy w obrębie danej firmy. Odbiorcy zawsze czują się bardziej komfortowo dokonując zakupu od osoby, którą znają i której ufają. Taki rodzaj video podkreśla autentyczność działań, produktu oraz uwiarygadnia metody produkcji.

Wywiady – coraz więcej osób identyfikuje wywiad z najbardziej rzetelną formą przedstawienia informacji. Ten rodzaj materiału nie ma żadnych ograniczeń co do treści, może być wykorzystany w każdym segmencie i modelu biznesowym firmy.

Obróbka

Surowe viedo wymaga skrupulatnej obróbki. Należy zadbać o wykończenie tzw. „krawędzi”, dodanie tytułów, przejścia, muzyki oraz ciekawego intro i outro. Końcówka filmu powinna zawierać wezwania do działania, np. kliknij w link, tak aby rozpocząć interakcje z potencjalnymi klientami.

Publikacja

Najważniejszą częścią procesu tworzenia video jest oczywiście jego publikowanie. Jednym z miejsc, na którym powinien się znaleźć każdy film jest serwis sharingowy – YouTube. Jest on drugą, najpopularniejszą wyszukiwarką (zaraz po Google), gdzie każdy film ma możliwość uzyskać miliony widzów dziennie. Przewagą polecanego przez wielu użytkowników sieci serwisu Vimeo, jest możliwość umieszczania filmów w dobrej jakości, co ma bezpośredni wpływ na reakcję oglądających. – komentuje Kamila Szwagiel, Project Manager GRUPA 365NET.

Film, tak samo jak stronę internetową obowiązują zasady optymalizacji SEO. Tytuł video powinien być zwięzły i chwytliwy, jak nagłówek reklamy. Opis musi skupiać wystarczającą ilość informacji, na podstawie których odbiorcy będą mogli zdecydować czy oglądną video do końca. W ramach tych widomości powinien znaleźć się opis zawartości video wraz ze szczegółami dotyczącymi firmy t.j.: kontakt, adresy stron www, Facebook, Twitter. Obok opisu powinny zostać wprowadzone tagi (słowa kluczowe) oraz odpowiednio dobrana miniaturka prezentująca video.

Promowanie filmów online skupia się również wokół serwisów tj.: Facebook i Twitter oraz LinkedIn. Gotowe video warto również „przypiąć” na Pinterest oraz rozważyć przesłanie go do tzw. serwisów social bookmarking, takich jak Reddit czy Delicious. Obsadzenie filmów na odpowiednich blogach również może przynieść pożądany rozgłos. – dodaje.

PIT-owy zawrót głowy – na jakie zmiany muszą szykować się Polacy?

„Na tym świecie pewne są tylko śmierć i podatki” – powiedział kiedyś Benjamin Franklin. A że rozliczyć się z wypracowanych dochodów musi każdy Polak, warto jest już teraz zapoznać się ze zmianami, jakie przygotował rząd. A są one dosyć duże. Ich znajomość pozwoli rozliczyć się z urzędem skarbowym jeszcze przed wyznaczonym terminem, na spokojnie.

Na początek zmiana dotycząca rodziców. Do tej pory ulga na dziecko obowiązywała każdego, niezależnie od dochodu i liczby potomków. Od tego roku osoby, które mają jedno dziecko, a ich przychody są większe niż 112 tys. rocznie, tracą prawo do odliczenia ulgi. Zatem, jak zaznacza Łukasz Piechowiak, Główny Ekonomista serwisu Bankier.pl „[…] patrząc z perspektywy wynagrodzeń miesięcznych wychodzi na to, że ulgę tracą osoby, które zarabiają trochę więcej niż średnia krajowa.” Tym samym, zmiana nie wszystkim rodzicom może się podobać. Sytuacja nie zmieni się dla osób posiadających dwójkę dzieci. Natomiast najbardziej skorzystają na zmianach rodziny wielodzietne, ponieważ limit ulgi zależeć będzie od liczby dzieci – od 1112,04 złotych do 2224,08 złotych rocznie na dziecko.

Kolejną zmianą, która prawdopodobnie nie przypadnie do gustu większości podatników, jest zniesienie ulgi na Internet. „Od teraz będzie można ją rozliczyć tylko dwa razy. Jeżeli ktoś skorzystał z tej ulgi w zeszłym roku, w obecnym będzie mógł ją rozliczyć ostatni raz. Jeżeli ktoś korzystał w przeszłości z ulgi za Internet więcej niż dwa razy, w tym roku traci tę możliwość” – tłumaczy Łukasz Piechowiak.

Dotkliwe są również zmiany dla artystów i twórców. Wprowadzony został próg dla stosowania 50% kosztów uzyskania przychodu – wynosi on połowę górnej granicy pierwszego przedziału podatkowego, czyli 42.764 złotych. Jak podpowiada Łukasz Piechowiak „[…] tylko do tej kwoty będzie można rozliczać koszty uzyskania przychodu w wysokości 50%.”

Minister finansów zapowiedział również duże zmiany w organizacji wypełniania i składania formularzy PIT. Co prawda wejdą one w życie od przyszłego roku, ale już teraz urzędy przygotowują się do tego. O czym mowa? O tym, że rozliczeniem podatku zajmą się urzędy. Jedyne, co będziemy musieli zrobić, to zalogować się do systemu i sprawdzić, czy wypełniony formularz zawiera wszystkie informacje. Jeżeli wszystko będzie prawidłowo – wystarczy zatwierdzić i deklaracja już zostanie złożona.

Jednak oceny tego rozwiązania są podzielone. Według Łukasza Piechowiaka „[…] wypełnienie PIT-u nie jest tak bardzo skomplikowane. Większości osób prawdopodobnie się to spodoba, ale jeżeli będzie obligatoryjne, to wiele osób na tym straci.” Bardziej radykalne zmiany sugeruje Cezary Kaźmierczak, prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, według którego „[…] podatki w istniejącej formie należy po prostu zlikwidować i wprowadzić podatek od funduszu płac. Wówczas obywatel nie miałby do czynienia z żadnymi PIT-ami. Podatki byłyby opłacane zbiorczo przez przedsiębiorcę.”

Niezależnie od tego, czy zmiany w systemie podatkowym okażą się korzystne, czy też nie – PIT należy złożyć. Na pewno nie powinno czekać się z tym do ostatniej chwili, czyli do 30 kwietnia. Niewątpliwie dobrym rozwiązaniem, aby uniknąć kolejek i oczekiwania w urzędach skarbowych, jest złożenie rocznego zeznania podatkowego przez Internet.

NIK skontroluje zakłady karne

Najwyższa Izba Kontroli zaplanowała (jesienią ubiegłego roku) przeprowadzenie w 2014 roku kontroli readaptacji społecznej skazanych na wieloletnie kary pozbawienia wolności. NIK sprawdzi czy warunki wykonania kary pozbawienia wolności, a zwłaszcza prowadzone działania resocjalizacyjne i terapeutyczne oraz pomoc po wyjściu z zakładu karnego redukują u skazanych ryzyko ponownego wejścia w konflikt z prawem oraz ułatwiają im powrót do społeczeństwa.

Readaptacja społeczna osób skazanych na wieloletnią karę pozbawienia wolności ma istotne znaczenie społeczne: jej skuteczność przyczynia się do zapobiegania wejściu tych osób w ponowny konflikt z prawem, a tym samym ma bezpośredni wpływ na zwiększenie poziomu bezpieczeństwa społecznego.

W wymiarze ekonomicznym skuteczna readaptacja społeczna i zawodowa ogranicza koszty utrzymania systemu penitencjarnego i pomocy społecznej.

I wreszcie przygotowanie skazanych do odpowiedzialnego życia w społeczeństwie oraz przeciwdziałanie poczuciu wykluczenia ze społeczeństwa i potępienia przez nie wspomaga powrót do życia społecznego, zawodowego i rodzinnego po okresie izolacji.

NIK zbada (kontrola zostanie przeprowadzona jesienią 2014 roku) m.in.

    • Warunki bytowe osób skazanych na wieloletnie kary pozbawienia wolności w zakładach karnych.

Prowadzone działania penitencjarne, terapeutyczne i resocjalizacyjne oraz nadzór nad ich realizacją.

  • Prowadzone zindywidualizowane formy oddziaływania na skazanych oraz udzielanie pomocy w ich readaptacji społecznej w trakcie wykonywania kary wieloletniego pozbawienia wolności.
  • Udzielanie pomocy po opuszczeniu zakładu karnego przez instytucje pomocy społecznej i rynku pracy.

Izba będzie kontrolowała zakłady karne, w tym zakłady dla więźniów niebezpiecznych, Centralny Zarząd Służby Więziennej, ministerstwo sprawiedliwości. W ramach tej kontroli NIK sprawdzi m.in. przygotowanie do uruchomienia i funkcjonowanie Krajowego Ośrodka Zapobiegania Zachowaniom Dyssocjalnym w Gostyninie, w którym umieszczone będą osoby stwarzającej zagrożenie. NIK interesować będą zarówno warunki bytowe stworzone skierowanym tam osobom, przestrzeganie ich praw, a przede wszystkim warunki do prowadzenia zajęć terapeutycznych (prawne, lokalowe, kadrowe). Izba zbada również, jak wygląda praca osób odpowiedzialnych za bezpieczeństwo w tej placówce terapeutycznej (organizacja ochrony terapeutów, monitoring wizyjny, ochrona przed samookaleczeniami, ochrona osób umieszczonych w ośrodku przed innymi umieszczonymi) oraz organizacja ochrony zewnętrznej – zapobieganie przed samowolnym opuszczeniem ośrodka).

Rozmowy na temat utworzenia na Pomorzu centrów logistycznych dla inwestorów z Chin

CEO Magazyn Polska

Pomorze stawia na współpracę Chinami. Podpisana w październiku umowa pomiędzy portami w Gdyni i w Zhuhai była pierwszym poważnym krokiem do pogłębienia współpracy, która trwała już od dwóch lat. Teraz prowadzone są rozmowy na temat utworzeniu na Pomorzu centrów logistycznych dla inwestorów z Chin.

Jak podkreśla Teresa Kamińska, prezes Pomorskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej, chiński port bardzo się rozbudowuje, a delta Rzeki Perłowej, gdzie się znajduje, ma strategiczne znaczenie dla chińskiej gospodarki.

 – Umowa to jednak dopiero pierwszy krok, bo tak naprawdę wszystko zależy od armatorów. Ale jeśli doprowadzimy do powstania wspólnego projektu między portem w Zhuhai a Portem Gdynia, mam nadzieję, że również gdański port się do tego włączy, jeśli dla armatorów stworzona zostanie wspólna oferta obsługi na Unię i na Indochiny, pojawią się ułatwienia w ramach tej współpracy, to myślę, że  efekty tego porozumienia będą ogromne – zapewnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Teresa Kamińska, prezes PSSE.

Jej zdaniem, to dobry prognostyk dla dalszej współpracy Pomorza z Chinami. Tym bardziej że i chińscy inwestorzy coraz bardziej otwierają się na kooperację z Polską.

 – Dwa lata temu przyjęliśmy strategię, że dążymy do połączenia rynków. Staramy się pomóc Chińczykom wprowadzać produkty na rynki unijne, a naszym firmom – na rynek chiński. Gdyby ta współpraca się rozwijała, mogłyby powstać centra logistyczne, a później chińskie inwestycje w produkcję – dodaje rozmówczyni Newserii Biznes. – W tej chwili jesteśmy na poziomie rozmów o centrach logistycznych, więc zapowiada się nieźle. Ten rok może być przełomowy, bo rozmowy są już bardzo zaawansowane.

W porcie w Zhuhai odbywają się głównie przeładunki suchych i płynnych towarów masowych, petrochemicznych, ropy i kontenerów; świadczone są także inne usługi portowe. Port zarządzany jest przez Zhuhai Port Holdings Group, który osiągnął w 2010 r. obrót 1,5 miliarda jenów. Przedstawiciele holdingu odwiedzali Gdynię m.in. we wrześniu 2012 r. i w czerwcu 2013 r.

Prof. Roman Kuźniar: Ukrainę czekają długie miesiące szamotaniny. Najbardziej obawiamy się zbrojnych rozstrzygnięć

CEO Magazyn Polska

Sytuacji na Ukrainie nie rozwiąże ani pomoc z zewnątrz, ani zmiany na szczytach władzy – potrzebna jest zmiana systemu – podkreśla profesor Roman Kuźniar, doradca polskiego prezydenta. Do tego trudno jednak będzie przekonać rządzących i innych beneficjentów obecnego układu politycznego, a także Rosję, która poprzez naciski utrzymuje Ukrainę w swojej strefie wpływów. Na razie obserwatorzy nie widzą szans na szybkie rozwiązanie patowej sytuacji.

 – Wiemy, że Unia Europejska i USA pracują nad pakietem pomocy gospodarczej, finansowej i osłonowej dla Ukrainy, gdyby zechciała wejść na drogę reform. Ukraińcy zaczynają już powoli dochodzić do tego, że rzecz nie w deszczu pieniędzy, który idzie z zewnątrz, tylko w zmianie systemu, która spowoduje, że ten pracowity i wykształcony naród będzie mógł zarobić na siebie, żeby żyć w godnych warunkach – mówi Newserii Biznes prof. Roman Kuźniar, doradca prezydenta Bronisława Komorowskiego. – Na tym polega sens tego powstania. Wcale nie chodzi o członkostwo w Unii Europejskiej – to jest dalsza historia.

Jego zdaniem, nie widać w tej chwili szans na porozumienie, które mogłoby szybko uspokoić sytuację. Ukrainę czekają więc jeszcze długie miesiące takiej „szamotaniny”, dopóki któraś ze stron nie pójdzie na ustępstwa. Obserwatorzy najbardziej obawiają się, że do tego czasu będzie dochodzić do eskalacji konfliktu z użyciem siły.

Na przychylność władz wobec postulatów społeczeństwa nie ma co liczyć. Sprawą podstawową jest, zdaniem profesora, zmiana systemowa, co jest trudniejsze niż wymiana osób w rządzie. 

 – Niektóre osoby są przywiązane do swoich stanowisk, a także do systemu, który czyni z nich beneficjentów sytuacji. Dlatego nie chcą z niego zrezygnować. Ukraina, jeżeli chodzi o mentalność klasy politycznej, bardzo mocno przypomina mentalność klasy panującej w I Rzeczpospolitej pod koniec XVIII wieku, w okresie tuż przed rozbiorami – mówi prof. Kuźniar agencji Newseria Biznes. – I choć dziś nikt państw nie rozbiera, to przecież groźba podziału Ukrainy w sposób niekoniecznie pokojowy, tak, jak chociażby stało się z Czechosłowacją, nie jest groźbą abstrakcyjną. To byłby bardzo niedobry scenariusz. Mimo że takie pomysły pojawiają się po stronie Partii Regionów, nikt z zewnątrz nie jest tym zainteresowany.

Rosjanie nie odpuszczą. Na razie

Zmiana systemowa na Ukrainie będzie trudna również dlatego, że jest nie po myśli Rosji, która wciąż traktuje Ukrainę jako swoją strefę wpływów i nie chce z tego rezygnować. Zamyka się na rozmowy z Zachodem w tej sprawie i nie przyjmuje na razie do wiadomości, że Ukraińcy mają prawo decydować o własnej drodze (co pokazała 50. Konferencja Bezpieczeństwa w Monachium). Jedyna nadzieja w tym, że Rosjanie dojdą w pewnym momencie do wniosku, że dalsze naciskanie na Ukrainę już im się nie opłaci i zmienią swoją politykę. 

 – Rosjanie nie mają tradycji respektowania wyborów obcych narodów, zewnętrznych państw, o ile są w stanie wywrzeć na nich presję, szantażować tak jak w przypadku ukraińskiego prezydenta Janukowycza – tłumaczy doradca prezydenta. – Potrafią być jednak pragmatyczni. Kiedy widzą, że nie osiągną w dany sposób niczego, potrafią nagle zupełnie odwrócić podejście, po to, żeby uratować cokolwiek w danej sytuacji.

W interesie Rosji leżą też dobre kontakty z Zachodem, więc wycofanie się z Ukrainy może im się w końcu bardziej opłacić.

To jeszcze nie jest ten moment. Rosjanie w dalszym ciągu uważają, że mogą Ukrainę wygrać – mówi prof. Kuźniar. – Gdyby nie przymuszenie Ukrainy do porzucenia umowy o stowarzyszeniu z UE, nie byłoby tego powstania oraz tak radykalnie niekorzystnej sytuacji zarówno dla Janukowycza, jak i samej Rosji, która nie bardzo wie, co z tym fantem teraz zrobić. Na pewno Rosjanie nie mogą czuć się zwycięzcami w tej sytuacji.

MAC: Polska nie jest w ogonie Europy pod względem cyfryzacji. Dorównujemy Niemcom i Francuzom

CEO Magazyn Polska

Wbrew stereotypom Polska nie jest w ogonie Europy pod względem cyfryzacji – przekonuje minister administracji i cyfryzacji Rafał Trzaskowski. Podkreśla, że udziałem gospodarki cyfrowej w PKB dorównujemy takim krajom, jak Francja czy Niemcy. W pewnych aspektach, jak budowa sieci szerokopasmowej czy usługi w ramach e-państwa, mamy jeszcze wiele do nadrobienia względem Europy, ale resort zapewnia, że te zagadnienia będą priorytetowe w programie Polska Cyfrowa, który będzie realizowany do 2020 roku.

 Wbrew stereotypom nie jesteśmy wcale na szarym końcu Unii Europejskiej. Jeżeli porównamy udział gospodarki cyfrowej w naszym PKB, to jest on identyczny, jak we Francji czy w Niemczech. Jest oczywiście całkiem sporo rzeczy, których możemy się nauczyć od naszych partnerów, ale to nie jest tak, że jesteśmy ubogim kuzynem, tylko wymiana doświadczeń może być obustronna – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Rafał Trzaskowski, minister administracji i cyfryzacji.

Unijny urząd statystyczny Eurostat po raz ostatni opublikował dane dotyczące udziału sektora ICT w PKB w 2010 r. W Polsce wartość ta wyniosła wtedy 3,3 proc., w Niemczech było to 4 proc., a we Francji 4,2 proc. Jednak analitycy szacują, że w tym roku w Polsce gospodarka cyfrowa może wyprodukować ponad 5 proc. PKB.

Znacznie gorzej jest pod względem pokrycia Polski siecią szerokopasmową. Zgodnie z danymi publikowanymi na unijnej stronie Broadband For All, tylko 69 proc. Polski ma dostęp do szybkiego internetu. To najgorszy wynik we wspólnocie – na Słowacji jest to 75 proc., a w Czechach nawet 98 proc. Również większe nowe kraje unijne mają lepsze statystyki, np. 87 proc. mieszkańców Rumunii ma dostęp do internetu szerokopasmowego. 

 – To jest problem dużych państw, które mają również peryferyjne regiony. Warszawa czy Kraków mają pokrycie internetowe lepsze niż niejedno miasto w Niemczech czy we Francji – zapewnia jednak Rafał Trzaskowski.

Z raportu Deloitte wynika, że gdyby Polska zwiększyła dynamicznie pokrycie kraju siecią szerokopasmową (do ok. 86 proc. jak w przypadku Wielkiej Brytanii) PKB wzrósłby o kolejne 3 proc., a to oznacza kolejne miejsca pracy. Jeśli dorównalibyśmy liderowi, czyli Norwegii, bezrobocie mogłoby się zmniejszyć o 270 tys. osób.

Budowa sieci szerokopasmowej to jeden z trzech priorytetów w Programie Operacyjnym Polska Cyfrowa, który będzie realizowany w tej perspektywie finansowej. 

 – Po drugie, kwestia wspierania e-usług, czyli tak, żeby państwo było obecne w internecie i świadczyło usługi. I po trzecie, budowanie kompetencji tak, żeby ludzie mogli z tego wszystkiego skorzystać – wymienia minister administracji i cyfryzacji.

Prace nad rozwojem gospodarki cyfrowej trwają nie tylko w Polsce, lecz także na poziomie UE. Unijni urzędnicy pracują m.in. nad nowym prawem telekomunikacyjnym. Planowane są zmiany również w przepisach o ochronie danych osobowych w internecie, o cyberbezpieczeństwie i handlu w sieci.

Rozwój gospodarki cyfrowej może przyczynić się do wzrostu innowacyjności kraju. Jak podkreśla minister Trzaskowski, w tym zakresie zarówno Polska, jak i reszta Europy powinna brać przykład z Izraela, w którym jest rekordowa liczba start-upów, czyli nowych, małych i innowacyjnych przedsiębiorstw. By osiągnąć podobny sukces, niezbędne jest jednak działanie zarówno w zakresie prawa i rozwiązań podatkowych, jak i edukacji i wspierania innowacyjności.

 – W Izraelu start-upów jest więcej niż w całej Unii Europejskiej. I chodzi o to, żeby z tego typu wzorców korzystać. Przede wszystkim chodzi o obniżanie wszystkich barier regulacyjnych, przestawienie się na tory myślenia innowacyjnego, jak również konstruowanie ciekawych instrumentów finansowe, które mogą tego typu działalność wspierać – ocenia Trzaskowski.

Visa: Polacy dokonują najwięcej transakcji zbliżeniowych w Europie. Ostatnie wzrosty są rekordowe

CEO Magazyn Polska

Polacy dokonują już prawie 20 mln transakcji zbliżeniowych miesięcznie wynika z ostatniego okresu sprawozdawczego (do września 2013 r.) Visy w Polsce. To rekordowe wyniki wśród krajów europejskich. Liczba transakcji kartami wzrosła w tym czasie o ponad 11 proc. Polska stała się trzecim państwem w Europie pod względem skali przetwarzania transakcji.

Rosnące zapotrzebowanie na innowacyjne rozwiązania płatnicze będzie największym wyzwaniem w tym roku – deklaruje dyrektor ds. handlowych Visa Europe Steve Perry. Zwiększony popyt na nowe technologie sprawił, że ta organizacja płatnicza planuje w tym roku wdrożyć w bankach na masową skalę usługi elektronicznego portfela w Polsce i innych krajach.

 Wyzwanie, przed którym stoimy, to dostarczanie nowych technologii. Nigdy nie widziałem takiego zapotrzebowania zarówno ze strony konsumentów, jak i handlowców na elektroniczne płatności: e-portfel, płatności osobiste i na inne usługi tego typu. Musimy sprostać rosnącemu popytowi na te usługi – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Steve Perry, dyrektor ds. handlowych Visa Europe.

W Europie szybko rośnie segment związany z płatnościami online i zapotrzebowanie na rozwiązania, które ułatwią zakupy online przy jednoczesnym zapewnieniu bezpieczeństwa płatności kartami. Handel elektroniczny stanowi 23 proc. wartości transakcji kartami Visa na starym kontynencie, które są przetwarzane przez Visa Europe i rośnie dwa razy szybciej niż inne segmenty. W ostatnim roku sprawozdawczym płatności Visa online zwiększyły się o 20 proc.

Firma zamierza w tym roku wprowadzić na masową skalę portfel elektroniczny V.me by Visa, co ma ułatwić płacenie kartami w internecie i pomóc w zniwelowaniu dystansu dzielącego w tym zakresie Polskę od reszty Europy. Jeszcze w tym kwartale udostępni to rozwiązanie swoim klientom ING Bank Śląski.

W Polsce w ostatnim kwartale roku sprawozdawczego Visa Europe (tj. trzecim kwartale 2013 r.) nastąpiło zdecydowane przyspieszenie w zakresie zarówno liczby (wzrost o 16,3 proc.), jak i wartości (wzrost o 9,7 proc.) płatności kartami Visa. Co jest dobrym prognostykiem na przyszłość. Po raz pierwszy łączna wartość transakcji dokonywanych kartami Visa zwiększyła się praktycznie wyłącznie dzięki przyrostowi płatności bezgotówkowych.

Firma zanotowała w Europie wzrosty we wszystkich segmentach. Od kart kredytowych, przez debetowe i pre-paid, aż po służbowe karty płatnicze.

 – Cieszy nas 10-procentowy wzrost w segmencie kart debetowych w Europie. Oznacza to umacnianie się i tak już najsilniejszego segmentu naszej działalności – kart debetowych, które dziś stanowią ponad 80 proc. Karty prepaid i służbowe karty płatnicze również odnotowały wysokie wzrosty – między 15 a 20 proc. – komentuje Steve Perry. – Dwucyfrowy wzrost, szczególnie w okresie spowolnienia gospodarczego, jest dużym osiągnięciem. Dobre wyniki uzyskaliśmy za sprawą Francji i Wielkiej Brytanii. Widzimy, że Hiszpania też wychodzi z kryzysu. Bardzo cieszy nas również dwucyfrowy wzrost w Polsce.

Od soboty dwa nowe kanały telewizyjne na multipleksie pierwszym

TVP ABC i TV Trwam od soboty rozpoczną emisję na pierwszym multipleksie. To oznacza, że będą dostępne dla wszystkich, którzy korzystają z naziemnej telewizji cyfrowej. Warunkiem będzie jedynie uaktualnienie listy programów w dekoderach naziemnej telewizji cyfrowej.

Zgodnie z decyzją Prezesa Urzędu Komunikacji Elektronicznej TVP już za kilka dni udostępni na cyfrowym multipleksie MUX 1 miejsca dwóm programom: TV Trwam oraz TVP ABC. TVP przeniesie część swoich zasobów na trzeci multiplex – MUX 3, przeznaczony wyłącznie dla programów telewizji publicznej.

 – Pojawienie się nowych programów na MUX 1, jak również zmiana w usytuowaniu programów telewizji publicznej, powoduje, że użytkownicy telewizorów powinni przeprogramować swoje odbiorniki – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Strzałkowski, rzecznik Urzędu Komunikacji Elektronicznej.  

Każdy program w multipleksie cyfrowym ma swój numer identyfikacyjny, dzięki któremu telewizor lub dekoder przy telewizorze go rozpoznaje i ustawia go w odpowiedniej kolejności wyświetlania.

Zmiany na multipleksach spowodują konieczność odświeżenia listy odbieranych programów. Rzecznik UKE wyjaśnia, że najlepiej skorzystać z opcji autoprogramowania lub autostrojenia, która jest dostępna zarówno w zewnętrznych dekoderach podłączonych do starszych telewizorów, jak i w wewnętrznych, wbudowanych w nowsze odbiorniki (ze standardem MPEG-4).

 – Za pomocą tej opcji dekoder automatycznie zaprogramuje pełną ofertę programów dostępnych z nadajników naziemnej telewizji cyfrowej, dzięki czemu będziemy mieć dostęp do pełnej oferty. Nasz dekoder zapamięta ustawienie tych programów i tak będzie je wyświetlał – radzi Strzałkowski.

Problem ten nie dotyczy osób, które korzystają z usług platform satelitarnych, czyli mają telewizję kablową, bo za ofertę programową odpowiada dostawca sygnału. Wyjątkiem są takie gospodarstwa, gdzie jeden odbiornik ma dostęp do telewizji kablowej, a drugi korzysta z odbioru telewizji naziemnej.

 – Radzimy, by każdy, kto korzysta z odbioru programu z multipleksów cyfrowych, sprawdził, czy jego dekoder ma poprawnie zaprogramowane wszystkie nowe programy – mówi rzecznik UKE.

Nie zmieni się natomiast położenie nadajników emitujących sygnał cyfrowy, dlatego też nie ma potrzeby zmieniania dotychczasowych ustawień anten odbiorczych.

Neonet w tym roku otworzy 120 sklepów w mniejszych miastach. Za rok firma rozpocznie ekspansję na metropolie

CEO Magazyn Polska

Firma Neonet, która w ciągu ostatnich dwóch lat potroiła swoje obroty, chce kontynuować rozwój sieci sklepów i modernizację już istniejących. W tym roku nowe sklepy powstawać będą w jeszcze mniejszych miejscowościach. Na 2015 r. planowane jest rozpoczęcie działalności w większych miastach.

  W tym roku chcemy otworzyć 120 sklepów w miastach do 200 tys. mieszkańców – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Kiestrzyń, wiceprezes zarządu Neonet SA.

Rok 2015 ma być czasem rozpoczęcia ekspansji sieci na największe polskie miasta.

 – Zaczynając od Warszawy przez wszystkie duże miasta wojewódzkie – mówi Kiestrzyń. – Chcemy zaistnieć dużą liczbą lokalnych sklepów, które będą blisko klienta, będą odpowiadały na jego potrzeby.

Neonet planuje rozwijać sprzedaż w najbardziej perspektywicznych i najszybciej rosnących segmentach, czyli branży IT, RTV i małego AGD. W tych segmentach zapowiadanych jest również najwięcej nowości.

 – Na masową skalę wejdą telewizory OLED-owe produkowane przez największych producentów. Spodziewam się dalszego wzrostu sprzedaży tabletów z wyższych półek cenowych, o lepszych funkcjonalnościach – zapowiada Kiestrzyń. – Liczę też na dalsze wzrosty w branży GSM. Zauważamy przejście klientów od operatorów telekomunikacyjnych do sklepów detalicznych ze względu na coraz mniejsze różnice w cenach telefonów oferowanych przez sklepy – dodaje.

W dwóch poprzednich latach sieć potroiła obroty. Wpłynęły na to nie tylko dobre wyniki sprzedaży sklepów stacjonarnych, lecz także sprzedaży internetowej. Neonet stara się prowadzić taką politykę asortymentową, by sieć sklepów i sprzedaż w sieci wzajemnie się uzupełniały.

 – To, co nas czeka, to mądre połączenie sklepów naziemnych z internetem. Chcemy zachować internetowe ceny i większość towarów udostępniamy przez sieć. Jednocześnie lokujemy stacjonarne sklepy możliwie blisko klienta. Udostępniamy szeroką półkę produktów w sieci, a najlepsze z nich w sklepach – mówi wiceprezes zarządu Neonet SA.

Według danych firmy PMR, w 2012 roku aż 70 proc. sprzedaży sprzętu RTV i AGD w Polsce pochodziło ze sklepów sieciowych. Internet był na drugim miejscu z udziałem ponad 16-proc. Polacy niechętnie za to kupowali elektronikę w hiper- i supermarketach (3,4 proc.), co pokazuje, że cenią sobie specjalistyczne porady obsługi.

 – Nasz model biznesowy to w skrócie: niskie koszty, niewielkie sklepy, szeroka półka produktów w internecie i top lista w sklepie. Staramy się także zapewnić klientom wysoką jakości obsługi w zakresie doradztwa produktowego – wyjaśnia Kiestrzyń.

Na rynkach walutowych będzie niespokojnie. Bardzo prawdopodobne umocnienie złotego

CEO Magazyn Polska

W tym roku trudno oczekiwać stabilności na rynku walutowym. Europejska gospodarka wciąż jest na początku odbicia, a w Stanach Zjednoczonych bank centralny ogranicza wstrzykiwanie pieniędzy do gospodarki. Złoty mimo wahań z początku roku wciąż jest stabilniejszy niż inne waluty regionu i jego kurs powinien zachowywać się dużo spokojniej

 – Cały ten rok powinien charakteryzować się bardzo dużą zmiennością na rynkach walutowych – przewiduje Łukasz Wardyn, dyrektor zarządzający City Index. – Zapomnijmy o tym, że będzie spokój. Jest bardzo duża niepewność na rynku.

Ta niepewność wynika z nierównomiernego rozwoju światowej gospodarki. Niektóre gospodarki rosną stosunkowo szybko, ale nie wiadomo, czy jest to wzrost stały, a nawet – jak w przypadku Chin – w jakiej mierze statystyki odpowiadają rzeczywistości. Wzrost gospodarczy w Europie jest przez sam Europejski Bank Centralny oceniany jako kruchy, a w USA ograniczany jest skup obligacji przez rząd.

 – Stąd bardzo duża zmienność i jednego dnia trend może się zupełnie zmienić. Myślę, że trzeba oczekiwać kontynuacji takich zachowań – mówi Wardyn agencji informacyjnej Newseria Biznes.

W styczniu złoty się osłabiał – w stosunku do dolara stracił blisko 4,5 proc., a wobec euro – nieco ponad 2,2 proc. W ostatnim tygodniu zaczął odrabiać straty (zyskał 2,8 proc. wobec dolara i 1,8 proc. względem euro). Zdaniem Wardyna osłabienie złotego z początku stycznia było chwilowe i kurs powinien zachowywać się względnie spokojnie, szczególnie na tle innych walut regionu i rynków wschodzących.

 – Nasza gospodarka jest stabilna i nie ma dużego wzrostu cen. Dodatkowo jest szansa na wzrost gospodarczy, czyli to, co inwestorzy zagraniczni lubią – tłumaczy.

Przewiduje, że kurs polskiej waluty będzie oscylował w kierunku 4,07 za euro, 3,07 za dolara i 3,37 za franka.

Złoty jest mocniejszy i stabilniejszy od innych walut rynków wschodzących.

 – Nasza gospodarka jest bardziej stabilna i bardziej przewidywalna. Nie można jej porównać do tego, co się dzieje na przykład w Turcji czy w Argentynie, czy innych rynkach z dużą zmiennością. Więc to są dobre wiadomości dla polskiej waluty ocenia Wardyn.

Dziś poznamy ostateczną cenę akcji Comperii, po jakiej zadebiutuje ona na GPW

W ostatni piątek zakończyły się zapisy na akcje Comperia.pl dla inwestorów indywidualnych. Inwestorzy instytucjonalni będą mieli możliwość ich nabycia w dniach 11-13 lutego. Spółka zamierza pozyskać  między 10 a 12 mln złotych netto. Od 2011 roku jest obecna na rynku NewConnect, teraz chce wkroczyć na parkiet główny.

 – Dzięki wejściu na główny rynek Giełdy Papierów Wartościowych Comperia.pl jako porównywarka na pewno zyskuje większy prestiż i większą rozpoznawalność jako marka – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Karol Wilczko, prezes Comperia.pl.

Oferta Comperii to sprzedaż do miliona akcji zwykłych serii F. Maksymalna cena akcji to 22 zł, a spodziewane wpływy z emisji to 10-12 mln zł netto. Zgodnie z prospektem emisyjnym spółka zamierza przeznaczyć pozyskane środki m.in. na stworzenie ogólnopolskiej agencji ubezpieczeniowej oraz inwestycje infrastrukturalne.

 – Chcemy zainwestować w technologię, w aplikację do rozliczania polis skierowaną do agentów, jak również w infrastrukturę, aby móc  rozwijać własną sieć sprzedaży oraz współpracę z agentami – mówi Wilczko.

Planowane jest także utworzenie nowej sekcji porównywanych produktów i rozwój programu partnerskiego „Comperia Lead”.

 – Program ten umożliwia innym wydawcom wzbogacanie treści swoich stron internetowych o nasze  porównywarki i generowanie w ten sposób dodatkowego przychodu – mówi prezes Comperia.pl. – Zamierzamy ponadto jeszcze w tym roku uruchomić porównywarki produktów pozafinansowych takich, jak:  telefonia komórkowa, ceny prądu, a także telewizja kablowa i internet dodaje.

Środki z emisji mają zostać przeznaczone także na marketing i promocję marki.

Chcemy również przeznaczyć pieniądze na marketing Comperii, na inwestycję w brand. Zależy nam na tym, aby Polacy rozpoznawali naszą markę i korzystali z naszych porównywarek, oszczędzając w ten sposób czas i pieniądze – mówi Wilczko.

Zdaniem prezesa Comperia.pl obecne warunki makroekonomiczne sprzyjają debiutom giełdowym firm z branży internetowej.

 – Biznesy internetowe znaczą coraz więcej w realnej gospodarce – zauważa rozmówca Newserii Biznes. – Świadczą o tym choćby ostatnie debiuty na rynku amerykańskim. Oczywiście polski rynek ma lekcję do odrobienia. Jesteśmy przekonani, że będziemy bardzo dobrym przykładem spółki internetowej, która się szybko rozwija, korzysta z rynku kapitałowego i przynosi dobre zwroty inwestorom – przekonuje Karol Wilczko.

E-petrol.pl: ceny paliw w najbliższym czasie wzrosną

CEO Magazyn Polska

Kierowcy nie powinni liczyć na kolejne obniżki na stacjach benzynowych. W kolejnych tygodniach ceny mogą delikatnie wzrosnąć, ale potem się ustabilizują – wynika z prognoz e-petrol.pl. Realizacja tego scenariusza zależy przede wszystkim od tego, jak kształtować się będzie kurs złotego w stosunku do dolara i ceny ropy na światowych rynkach. W lutym litr benzyny Pb95 i oleju napędowego będą kosztować średnio 5,35-5,40 zł.

 – Tendencja zniżkowa trwająca od dobrych kilku tygodni wyhamowała w ostatnich tygodniach. Luty to będzie okres, gdy ceny paliw powrócą do poziomu 5,35 zł.  Ryzyko tego, że podwyżki będą szybkie i wysokie, też nie jest duże, myślę więc, że nastąpi stabilizacja w okolicach 5,35-5,40 zł w przypadku zarówno benzyny bezołowiowej 95, jak i oleju napędowego – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Grzegorz Maziak, analityk rynku paliw e-petrol.pl.

W ubiegłym tygodniu Pb95 podrożała średnio o 4 grosze, a olej napędowy – średnio o 3 grosze.

Na obniżki nie mogą liczyć też kierowcy tankujący autogaz. Ceny powinny utrzymywać się na stabilnym poziomie 2,65-2,70 zł litr.

Największy wpływ na poziom cen paliw mają czynniki zewnętrzne, czyli notowania ropy na światowych giełdach i kurs złotego w stosunku do dolara. W ostatnim tygodniu złoty zaczął odrabiać straty po niekorzystnym styczniu (+ 3 proc.), m.in. za sprawą dość dobrych danych z amerykańskiego rynku pracy, ale nie wiadomo, jak długo będzie się umacniał.

 – Czynnik walutowy w ostatnim czasie nie sprzyjał kierowcom, bo to za sprawą osłabiającej się relacji dolara do złotówki będziemy obserwować podwyżki na stacjach – podkreśla Grzegorz Maziak. – Pewną nadzieję na to, że te podwyżki nie będą duże, daje ropa, bo ceny surowca w ostatnim czasie na giełdach światowych spadają i ten kierunek powinien zostać utrzymany.

W ostatnim tygodniu stycznia i na początku lutego ceny ropy brent wahały się między 105 a 108 dolarów za baryłkę, ale w ostatnich dniach przekroczyły poziom 109 dolarów.

Tradycyjnie kierowcy mogą spodziewać się wyższych cen w ośrodkach turystycznych, szczególnie popularnych podczas zimowych ferii.

 – Ferie trwają w różnych regionach Polski już od II połowy stycznia i nie widać w związku z tym dynamicznych ruchów cenowych w regionach, które korzystają z przerwy w szkole – podkreśla analityk. – Na głównych trasach w kierunku zimowych kurortów i w samych kurortach z reguły należy spodziewać się nieco wyższych cen paliw.

Przyznaje, że wciąż występują znaczące różnice w cenach w poszczególnych województwach. Z analiz e-petrol.pl wynika, że sięgają one kilkudziesięciu  groszy na litrze.

 – Trzeba patrzeć na specyfiki tych mikrorynków, bardziej lokalnych niż regionalnych, bo jeśli przy jednej ulicy mamy dwie, trzy stacje, to wtedy konkurencja cenowa między nimi będzie większa. A w innej części miasta ta cena może być wyższa o 20-30 groszy na litrze tego samego paliwa. To jest charakterystyka rynku paliwowego – wyjaśnia Maziak.

Nowa platforma komunikacji marketingowej PKO Banku Polskiego

„Organizm” to koncepcja reklamowa, która zastąpi dotychczasową komunikację z udziałem Szymona Majewskiego. Pierwszy spot Banku przygotowany w ramach nowej platformy pojawi się 17 lutego.

Po trzyletniej, owocnej współpracy Bank wspólnie z Szymonem Majewskim podjął decyzję o jej zakończeniu. Nowa koncepcja zakłada dalsze wzmacnianie pożądanych atrybutów marki PKO, a także oryginalność i humor kreacji oraz spójność przekazu w dłuższej perspektywie czasowej, ale już bez udziału znanej twarzy.

– Na podstawie obserwacji, naszych doświadczeń i badań odbiorców stworzyliśmy nową platformę komunikacji – „Organizm”, czyli bank z życia wzięty. W tej platformie wykorzystujemy związki frazeologiczne, pewną umowność i humor do połączenia życiowych sytuacji z produktami bankowymi. Są to sytuacje, z którymi wiążą się konkretne emocje, tym samym uruchamiane są odpowiednie reakcje wewnątrz organizmu, a PKO Bank Polski bardzo często towarzyszy swoim klientom w takich momentach. Platforma się zmieni, ale nasze podejście do reklamy nie. Nadal chcemy prezentować spoty wyróżniające się jakością i trafiające w gusta klientów, budujące wizerunek Banku jako spójnej organizacji – powiedział Tomasz Marszałł, dyrektor marketingu PKO Banku Polskiego.

Dla przykładu w pierwszym spocie w ramach nowej platformy wykorzystany został związek frazeologiczny „mieć wypieki na twarzy”. Okazuje się, że za taki stan w organizmie klientki, poruszonej możliwością zakupu nowych mebli dzięki Mini Ratce, czyli pożyczce gotówkowej PKO, odpowiedzialna jest grupa zmobilizowanych krwinek, które prześcigają się w cukierniczych wypiekach. Kampania ruszy 17 lutego w telewizji i internecie. Przygotowały je agencje na stałe współpracujące z Bankiem: DDB (kreacja telewizyjna), Universal McCann i Value Media (zakup mediów) oraz OS3 (kreacja w Internecie).

W czasie współpracy Banku z Szymonem Majewskim i agencjami w tym składzie powstało 27 kreacji promujących m.in. konta osobiste, pożyczki gotówkowe, kredyty hipoteczne i dla MŚP, lokaty oraz płatności mobilne. Nie tylko cieszyły się one niesłabnącym zainteresowaniem odbiorców, ale ustanowiły nowe standardy w komunikacji branży finansowej, co potwierdzają badania ARC Rynek i Opinia oraz Millward Brown SMG/KRC. Spoty z udziałem znanego celebryty wspierały sprzedaż nowych produktów, przykładowo korzystnie zmieniło się saldo otwarć i zamknięć kont osobistych, a w okresie trwania kampanii lokat ich średnia dzienna sprzedaż wzrosła o 80%. Zwiększyła się również spontaniczna znajomość marki, a wizerunek Banku przesunął się w kierunku nowoczesnej, innowacyjnej i przyjaznej klientom instytucji. Dzięki skutecznej komunikacji Bank przyciągnął nowych klientów, odmładzając równocześnie ich strukturę – o niemal 20% wzrósł odsetek klientów do 35. roku życia.

Komunikacja marketingowa z udziałem Szymona Majewskiego była symbolem odważnych zmian i modernizacji PKO. Rynek docenił ten fakt nagradzając ją m.in. Lampartami i Złotymi Orłami, a Tomaszowi Marszałłowi przyznał tytuł Dyrektora Marketingu w 2011 roku.

W Polsce trwa budowa bloków energetycznych wartych 20 mld zł

Wraz z początkiem 2014 r. budownictwo energetyczne w Polsce wyraźnie przyspieszyło. Dzięki rozpoczęciu budowy dwóch bloków w Elektrowni Opole, wartość bloków energetycznych znajdujących się w fazie budowy niemal się podwoiła. Dodatkowo, na kolejne zakontraktowane miliardy złotych można liczyć w roku bieżącym. Do 2024 r. inwestycje w energetykę konwencjonalną, wraz z atomem, mogą sięgnąć 100 mld zł.

Jak wynika z raportu „Budownictwo energetyczne w Polsce 2014 − segment energii konwencjonalnej. Prognozy rozwoju i planowane inwestycje” przygotowanego przez firmę badawczą PMR, dzięki rozpoczęciu budowy dwóch bloków energetycznych w Elektrowni Opole, łączna pula dużych inwestycji energetycznych znajdujących się w fazie budowy niemal podwoiła swoją wartość.

„Obecnie w fazie budowy znajdują się cztery znaczące oraz kilka mniejszych projektów o łącznej mocy ok. 4 000 MWe i wartości blisko 20 mld zł. Co ważne, w dalszym ciągu jest to dopiero faza początkowa tendencji wzrostowej na rynku budownictwa energetycznego”, ocenia Bartłomiej Sosna, główny analityk rynku budowlanego w PMR i autor raportu.

Wraz z początkiem lutego największą inwestycją w fazie budowy stała się budowa w Opolu (inwestor: PGE, moc: 1 800 MWe). Kolejnymi znaczącymi realizowanymi inwestycjami są: blok węglowy w Kozienicach (inwestor: Enea, moc: 1 000 MWe), a także bloki gazowe w Stalowej Woli (Tauron, 400 MWe) i Włocławku (Orlen, 463 MWe). Dodatkowo, w fazie realizacji znajduje się kilka średniej wielkości bloków, m.in. Gorzowie Wielkopolskim (PGE, 700 mln zł), Tychach (Tauron, 600 mln zł), czy Jastrzębiu Zdroju (Spółka Energetyczna Jastrzębie, 500 mln zł). Można zatem mówić o znaczącym przyspieszeniu w budownictwie energetycznym, bowiem niecałe dwa lata wcześniej w budowie były inwestycje warte jedynie 2,5 mld zł.

Co więcej, inwestycje znajdujące się w zaawansowanej fazie przetargowej opiewają na kolejne 32 mld zł, spośród których największy projekt to niepewna wciąż budowa Elektrowni Północ, szacowana na 12 mld zł. Najważniejsze inwestycje w fazie przetargowej bliskie rozpoczęcia realizacji to budowa bloków węglowych w Elektrowni Jaworzno (Tauron, 900 MWe) i Elektrowni Turów (PGE, 460 MWe), budowa bloków gazowych w Grudziądzu (Energa, 420-600 MWe), Puławach (Grupa Azoty i PGE, 800-900 MWe), a także budowa mniejszych bloków w Bydgoszczy, Szczecinie i Płocku.

Jeszcze większy rozmiar ma grupa inwestycji znajdujących się na etapie przygotowania do przetargu, których wartość wynosi 52 mld zł, z czego jednak za 40 mld zł odpowiada planowana w Polsce elektrownia atomowa, która w ciągu najbliższych lat w sposób znaczący nie wpłynie na tempo rozwoju budownictwa energetycznego.

Nie wszystkie przygotowywane projekty trafiają jednak ostatecznie do realizacji. Obecna wartość wstrzymanych inwestycji szacowana jest na ponad 30 mld zł. Istnieje jednak szansa, że w ciągu najbliższych lat niektóre z nich ponownie trafią do fazy realizacji, o ile poprawa sytuacji gospodarczej i zmiana regulacji prawnych na to pozwolą. Obecnie poza inwestycjami najbardziej wartościowymi (elektrownie: Blachownia, Rybnik i Ostrołęka), w grupie wstrzymanych projektów znajduje się też kilka mniejszych projektów, m.in. elektorciepłownie kogeneracyjne koncernu Fortum w Zabrzu i Wrocławiu, oraz bloki gazowe w Katowicach i Gryfinie.

Jednakże budownictwo energetyczne to nie tylko moce wytwórcze, ale także dynamicznie się rozwijające sieci przesyłowe. „Inwestycje w sieci elektroenergetyczne w 2013 r. okazały się być jedną z najprężniej rozwijających się gałęzi budownictwa energetycznego. W tym segmencie większość z zapowiadanych inwestycji rzeczywiście wystartowała i jest albo na etapie przetargowym, albo już po wybraniu wykonawców. W ubiegłym roku nakłady inwestycyjne na sieć dystrybucyjną głównych operatorów przekroczyły 6 mld zł, a drugie tyle warte były przetargi rozstrzygnięte przez Polskie Sieci Energetyczne”, dodaje Bartłomiej Sosna.

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. “Budownictwo energetyczne w Polsce 2014 − segment energii konwencjonalnej. Prognozy rozwoju i planowane inwestycje”.

Pomimo wątpliwości rząd poparł zakaz sprzedaży niektórych produktów w sklepikach szkolnych. Producenci żywności protestują

CEO Magazyn Polska

Aktualizacja 2014-07-02 08:10

Mimo licznych uwag rząd poparł PSL–owski projekt poprawki ustawy o bezpieczeństwie żywności i żywienia. Dotyczy on zakazu sprzedaży części produktów w sklepikach szkolnych, który ma służyć walce z nadwagą i otyłością. Zdaniem producentów żywności w propozycji brakuje analiz potwierdzających zasadność wprowadzenia zakazu oraz zakresu produktów których on dotyczy, np. drożdżówek czy produktów mleczarskich. Występują w nim również liczne błędy powodujące brak zgodności proponowanych  przepisów z prawem unijnym oraz uniemożliwiające ich zastosowanie w praktyce.

Propozycja PSL jest zreformowaną wersją proponowanych zmian w ustawie o bezpieczeństwie żywności, złożonej w ubiegłym roku, która była poddana ostrej krytyce, ze względu na fakt, że dyskryminowała większość dostępnej na rynku żywności. Również ta wersja jest negatywnie oceniana przez producentów żywności. 

 – Ta poprawka jest wadliwa zarówno pod względem skuteczności walki z nadwagą i otyłością, jak i pod względem praktycznego jej zastosowania – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Gantner, dyrektor generalny Polskiej Federacji Producentów Żywności.

Projekt PSL zakazuje  m.in. sprzedaży „słodyczy oraz wyrobów cukierniczych i ciastkarskich”, jeśli więcej niż 10 proc. ich wagi stanowi dodatek cukru. Zabroniona ma być także sprzedaż w sklepikach fast foodów i produktów serwowanych na poczekaniu o zawartości sodu przekraczającej 300 mg na 100 g produktu. Prowadzący sklepiki nie będą mogli sprzedawać także m.in. napojów gazowanych i nadmiernie słodkich, a także innych produktów ze zbyt dużą zawartością cukrów dodanych lub sodu – w tym niektórych wyrobów zbożowych czy mlecznych.

Jednym z problemów, na które wskazuje Gantner, jest niezgodność projektu PSL z prawem unijnym. Poprawki do ustawy o bezpieczeństwie żywności muszą być notyfikowane i zatwierdzone przez Komisję Europejską.

 – Projekt PSL stosuje określenia, które nie mają odzwierciedlenia w prawie unijnym – zauważa Gantner. – Nie ma definicji takich składników, jak cukier dodany czy sztuczne barwniki. Dyskryminowanie produktów w oparciu o takie sformułowania jest więc niezgodne z prawem i rząd bardzo dobrze o tym wie. Zupełnie niemożliwe będzie również określenie tych wskaźników w produkcie, gdyż nie są one uwzględnianie na opakowaniach. Trudno oczekiwać, żeby ajenci zwracali się do producentów z pytaniem o szczegółowe receptury.

Dyrektor  generalny Polskiej Federacji Producentów Żywności zarzuca też autorom poprawki brak powołania się na analizy medyczne.  

 – Zarówno rząd, jak i my wskazujemy, że zasady, na jakich ustalono, jaki poziom pewnych składników tj, np., sól jest dopuszczalny, są kompletnie nieznane – zauważa Gantner. – Nie przedstawiono żadnych analiz na ten temat. Brakuje też uzasadnienia, dlaczego poprawka kasuje nawet znaczną część produktów mleczarskich czy np. drożdżówek – dodaje.

Zmiany w ustawie o bezpieczeństwie żywności mogą być bardzo uciążliwe zarówno dla ajentów, dyrektorów szkół i Państwowej Inspekcji Sanitarnej, która będzie musiała kontrolować szkolne sklepiki i stołówki.

 – Ajenci będą mogli z dnia na dzień stracić prawo do prowadzenia sklepiku, jeśli nie zastosują się do tych kompletnie niejasnych zasad. Co ciekawe również stołówki szkolne będą musiały wykonać pełne badanie wartości odżywczej każdej serwowanej potrawy i wystandaryzować każdą porcję. Zakaz obejmie też takie napoje jak herbata i kompot, który przecież zawiera cukier dodany – mówi Gantner. – Naszym zdaniem, skutki tego typów zakazów dla walki z otyłością będą praktycznie zerowe, przy olbrzymim zakresie obciążeń. Ta propozycja w żaden sposób nie rozwiązuje podstawowych problemów dotyczących systemu żywienia dzieci w szkole oraz spadającej dramatycznie aktywności fizycznej.

Jego zdaniem, problemem nie jest kwestia dostępności różnych produktów w sklepiku szkolnym, ale edukacji dzieci i rodziców.

 – Zamiast dzielić żywność na dobrą i złą, wysyłać dzieci do sklepów poza szkołą, postawmy na wieloletnią edukację w zakresie zdrowego stylu życia, zbilansowanej diety i aktywności fizycznej. Zbudujmy system, który zapewni dzieciom spędzającym długie godziny w szkole dostęp do przynajmniej jednego gorącego posiłku i czas na zjedzenie drugiego śniadania, oraz właściwą porcję aktywności fizycznej.  To dużo trudniejsze niż tworzenie kolejnych bubli prawnych takich jak poprawka PSL – przekonuje dyrektor  generalny Polskiej Federacji Producentów Żywności.

Producenci żywności proponują dużo prostsze i możliwe do realizacji rozwiązanie. 

 – Asortyment sklepików może być dopasowany do zaleceń żywieniowych nie poprzez zakazy ale poprzez wprowadzenie do umów z ajentami listy produktów zalecanych do sprzedaży w sklepikach. Nie wymaga to specjalnej ustawy, a jedynie zalecenia MEN dla dyrektorów szkół – twierdzi Andrzej Gantner. – Wielu ekspertów uważa, że to dobre rozwiązanie i w pełni możliwe do szybkiego wprowadzenia, bez konieczności wprowadzania zmian do ustawy.

Rząd popiera zakaz sprzedaży niektórych produktów w sklepikach szkolnych. Producenci żywności protestują

CEO Magazyn Polska

Mimo licznych uwag rząd popiera PSL-owski projekt poprawki ustawy o bezpieczeństwie żywności i żywienia. Dotyczy on zakazu sprzedaży pewnych niezdrowych produktów w sklepikach szkolnych. Projekt ma służyć walce z nadwagą i otyłością. Zdaniem producentów żywności w propozycji brakuje analiz potwierdzających zasadność wprowadzenia zakazu konkretnych produktów, np. drożdżówek czy produktów mleczarskich. Wątpliwości budzi też zgodność tych przepisów z prawem unijnym oraz skuteczność wprowadzania zakazów w takim zakresie.

Propozycja PSL jest zreformowaną wersją proponowanych zmian w ustawie o bezpieczeństwie żywności, złożonej w ubiegłym roku, która była poddana ostrej krytyce. Również ta wersja jest negatywnie oceniana przez producentów żywności. 

 – Ta poprawka jest wadliwa zarówno pod względem skuteczności walki z nadwagą i otyłością, jak i pod względem praktycznego jej zastosowania – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Gantner, dyrektor generalny Polskiej Federacji Producentów Żywności.

Projekt PSL zakazuje  m.in. sprzedaży „słodyczy oraz wyrobów cukierniczych i ciastkarskich”, jeśli więcej niż 10 proc. ich wagi stanowi cukier. Zabroniona ma być także sprzedaż w sklepikach fast foodów i produktów serwowanych na poczekaniu o zawartości sodu przekraczającej 300 mg na 100 g produktu. Prowadzący sklepiki nie będą mogli sprzedawać także m.in. napojów gazowanych i nadmiernie słodkich, a także innych produktów ze zbyt dużą zawartością cukrów dodanych lub sodu – w tym niektórych wyrobów zbożowych czy mlecznych.

Jednym z problemów, na które wskazuje Gantner, jest niezgodność projektu PSL z prawem unijnym. Poprawki do ustawy o bezpieczeństwie żywności muszą być notyfikowane i zatwierdzone przez Komisję Europejską.

 – Projekt PSL stosuje określenia, które nie mają odzwierciedlenia w prawie – zauważa Gantner. – Nie ma definicji takich składników, jak cukier dodany czy sztuczne barwniki. Dyskryminowanie produktów w oparciu o takie sformułowania jest więc niezgodne z prawem.

Dyrektor  generalny Polskiej Federacji Producentów Żywności zarzuca też autorom poprawki brak powołania się na analizy medyczne.  

 – Zarówno rząd, jak i my wskazujemy, że zasady, na jakich ustalono, jaki poziom pewnych składników jest dopuszczalny, są kompletnie nieznane – zauważa Gantner. – Nie przedstawiono żadnych analiz na ten temat. Brakuje też uzasadnienia, dlaczego poprawka kasuje nawet znaczną część produktów mleczarskich czy np. drożdżówek – dodaje.

Zmiany w ustawie o bezpieczeństwie żywności mogą być bardzo uciążliwe zarówno dla dyrektorów szkół i Państwowej Inspekcji Sanitarnej, która będzie musiała kontrolować szkolne sklepiki, jak i dla samych ajentów.

 – Ajenci będą mogli z dnia na dzień stracić prawo do prowadzenia sklepiku, jeśli nie zastosują się do tych kompletnie niejasnych zasad – mówi Gantner. – Naszym zdaniem, skutki zakazów dla walki z otyłością mogą być praktycznie zerowe.

Jego zdaniem, problemem nie jest kwestia dostępności różnych produktów w sklepiku szkolnym, ale edukacja dzieci i rodziców.

 – Zamiast straszyć dzieci, postawmy na wieloletnią edukację w zakresie zdrowego stylu życia, zbilansowanej diety i aktywności fizycznej – przekonuje dyrektor generalny Polskiej Federacji Producentów Żywności.