GDDKiA w przyszłym roku odda 500 km nowych dróg. Priorytetem są drogi ekspresowe

CEO Magazyn Polska

W tym roku łącznie 350 km nowych dróg, a w przyszłym – 500 km. Takie są plany Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad. Jeszcze w grudniu ogłoszone zostaną kolejne przetargi na projekty finansowane z nowej perspektywy unijnej. Do wydania do 2020 roku będzie nawet 12 mld euro, a priorytetem będzie rozbudowa sieci dróg ekspresowych. Do 2019 r. powstanie m.in. południowa obwodnica Warszawy.

 Na nową perspektywę finansową przetargi zaczęliśmy ogłaszać od czerwca 2013 roku, do dzisiaj łącznie 46 przetargów zostało już ogłoszonych. A jeszcze w grudniu ogłosimy przetarg na obwodnicę Olsztyna, przetarg na drogę S17, czy długo oczekiwaną w Warszawie południową obwodnicę od Ursynowa w kierunku drogi do Lublina. Na tę nową perspektywę priorytetem rządu jest to, żeby uzupełnić sieć dróg ekspresowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Lech Witecki, Generalny Dyrektor Dróg Krajowych i Autostrad.

Od czerwca do końca grudnia GDDKiA ogłosi łącznie przetargi na ok. 700 km dróg. Wśród nich są m.in. ekspresowe S7 (w okolicach Radomia oraz województwach warmińsko-mazurskim i świętokrzyskim), S3 (w woj. lubuskim i dolnośląskim) oraz S8 (w woj. podlaskim). Poza tym trwają postępowania dotyczące również tras S5, S12, S17, S19 oraz S51.

W dobiegającej końca perspektywie GDDKiA otrzymała ok. 10 mld euro. W przyszłej do dyspozycji będzie nieco więcej – 11-12 mld euro. To, na jakich zasadach będą wydatkowane środki, zależy od decyzji ministra infrastruktury i rozwoju.

 – Rozpatruje się rzeczywiście powołanie spec-spółki do budowy autostrady A1, fragmentu między Tuszynem a Pyrzowicami, to jest około 140 km. I na tej autostradzie, na której jest możliwy największy ruch w Polsce, jest szansa na to, że specjalna spółka, która będzie z zewnątrz pozyskiwała finansowanie, zostanie stworzona – zapowiada Witecki.

Najważniejszym zadaniem jest dokończenie autostrady A1. Do maja przyszłego roku powinna zakończyć się budowa odcinka do granicy z Czechami. Realizacja zaledwie 7-kilometrowego fragmentu przy samej granicy ciągnie się już od 2007 r. z uwagi na problemy w wiaduktem w Mszanie oraz zerwanie kontraktu na budowę. Austriacką firmę Alpine Bau zastąpił polski Intercor.

 – To jest termin realny. Teraz prace w zimie również na tym obiekcie są prowadzone, bo w sumie cała autostrada jest gotowa. Chodzi tylko o zakończenie prac na obiekcie mostowym. Ten obiekt, ja po nim już chodziłem, jest w dużej mierze wykończony, brakuje nam ok. 4 proc., żeby zakończyć całą tę inwestycję. Wszystko zależy od pogody, ale maj to jest ten termin, kiedy chcielibyśmy zamknąć realizację tego projektu – mówi Witecki.

Autostrada A2 łącząca Poznań, Łódź i Warszawę, zostanie wydłużona na wschód do Mińska Mazowieckiego. Oznacza to dodatkowych ok. 20 kilometrów drogi. W ciągu autostrady A2 znajdzie się również południowa obwodnica Warszawy. Na tym odcinku trasa będzie miała kategorię drogi ekspresowej S2. Witecki zapewnia, że południową obwodnicę stolicy uda się dokończyć do 2018 lub 2019 r. GDDKiA zakłada, że nie wliczając okresów zimowych, wykonawcy w systemie „projektuj i buduj” potrzebują ok. 36 miesięcy na zrealizowanie inwestycji.

Do tej pory otwartych zostało ok. 13 kilometrów trasy S2 od węzła Konotopa po zachodniej stronie stolicy do węzła Puławska na południu. Droga ma następnie prowadzić przez Ursynów, Wilanów, nowy most nad Wisłą oraz Wawer do skrzyżowania z trasą S17, gdzie obwodnica Warszawy przejdzie w autostradę A2.

A. Kwaśniewski: Ukraina potrzebuje pomocy Rosji i UE

CEO Magazyn Polska

Władze Ukrainy powinny zacząć rozmawiać z protestującymi opozycją i społeczeństwem – podkreśla Aleksander Kwaśniewski. Wspólne rozmowy utrudnia zupełny brak zaufania, ale bez tego – i bez finansowej pomocy z zewnątrz – chaos społeczny i polityczny może się przerodzić w kryzys finansowy państwa.

 Sytuacja na Ukrainie jest patowa, ponieważ opozycja sformułowała bardzo ostre postulaty, ale widzi, że demonstracje jednak słabną – mówi Agencji informacyjnej Newseria Biznes były prezydent RP Aleksander Kwaśniewski.  – Ciężko jest wyciągać tysiące ludzi na mróz, śnieg i wiatr. Jednak myślę, że rząd także zrozumiał, że manifestacje nie są chwilowym kaprysem, lecz wyrazem prawdziwej woli Ukraińców.

Ukraińska opozycja domaga się podpisania umowy stowarzyszeniowej z UE i dymisji rządu Mykoły Azarowa. Zdaniem Kwaśniewskiego, rozpoczęcie rozmów utrudnia zupełny brak zaufania między dwoma stronami sporu.

 – W takiej sytuacji kompromis nie jest łatwy – zauważa Kwaśniewski. – Podczas mojej misji na Ukrainie mogłem się przekonać o braku zaufania. Ono już nawet nie jest zerowe, można je wyrażać w wartościach ujemnych. Tymczasem niezwykle ważne jest, by obydwie strony usiadły do rozmów, dialog jest tu konieczny – dodaje.

W rozmowach z szefową unijnej dyplomacji Catherine Ashton prezydent Wiktor Janukowycz deklarował gotowość do rozpoczęcia rozmów z protestującymi i zamiar podpisania umowy stowarzyszeniowej.

Zdaniem Aleksandra Kwaśniewskiego najgorsze co może przydarzyć się Ukrainie to kontynuacja obecnego chaosu społecznego i politycznego.

 – Parlament nie pracuje, nie można przyjmować kolejnych ustaw, społeczeństwo jest coraz głębiej sfrustrowane, coraz bardziej niechętne. To byłby zły scenariusz – mówi były prezydent.

Istnieje również ryzyko, że obecna sytuacja przerodzi się w jeszcze poważniejszy kryzys w gospodarce Ukrainy. Ze względu na dramatyczną sytuację w finansach państwa Janukowycz powinien wrócić do rozmów z Rosjanami oraz Międzynarodowym Funduszem Walutowym.

 – Rezerwy walutowe są najniższe w ostatnich dwudziestu kilku latach. Brakuje płynności finansowej w budżecie. Wydatki są ogromne, bo zimą trzeba płacić za gaz, więc gospodarczo w tej chwili jest czas na to, żeby przede wszystkim dogadać się z Rosjanami, skoro już takie rozmowy zostały podjęte, by zrealizowali swoje obietnice, obniżając cenę gazu czy prolongując spłaty gazu na wiele miesięcy – mówi Kwaśniewski.

Jego zdaniem, pierwszy krok należy do Rosjan, ale w pomoc Ukrainie powinny włączyć się również MFW i instytucje europejskie i ustalić, jaka pomoc doraźna dla tego państwa wchodzi w grę.

prof. M. Noga: Polska powinna znaleźć się jak najszybciej w przedsionku strefy euro

prof. Marian Noga z Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu, były członek Rady Polityki Pieniężnej

Polska powinna jak najszybciej wejść do ERM2   przedsionka strefy euro, czyli mechanizmu stabilizacji kursu walutowego. Będzie miała wówczas dwa lata na spełnienie wymaganych kryteriów do przystąpienia do Unii Gospodarczej i Walutowej. W przeciwnym razie skaże się na odsunięcie od znaczącego wpływu na podejmowane w ramach UE decyzje – przestrzega były członek Rady Polityki Pieniężnej, prof. Marian Noga.

 – Widzimy wyraźnie Europę dwóch prędkości. Ci, co są w strefie euro, podejmują decyzje strategiczne, te najważniejsze, a ci, którzy są poza nią, muszą prosić, aby mogli coś dopowiedzieć do tej decyzji. Nie możemy pozbawiać się bycia w centrum światowego systemu gospodarczego i zostać na peryferiach. To jest strata nie tylko dla polskiej gospodarki, ale dla polskiej państwowości – przekonuje prof. Marian Noga, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu i były członek RPP.

Przyspieszenie inwestycji, znaczące zmniejszanie oprocentowania kredytów i znalezienie się w gronie unijnych decydentów  to najważniejsze argumenty za przystąpieniem Polski do strefy euro.

 – Popełniliśmy koszmarne błędy marketingowe, zapominając o tym, że euro to nie tylko zmiana waluty, ale przede wszystkim mentalności, sposobu myślenia, a przede wszystkim dwu- albo trzykrotne zmniejszenie oprocentowania kredytów, bo nie może być ono większe niż czterokrotność stopy lombardowej – mówi Newserii Biznes prof. Marian Noga.

Dodatkowo, do kosztów kredytu trzeba doliczyć ubezpieczenie pożyczki, usługi przedsprzedażne i posprzedażne, co sprawia, że oprocentowanie może wynosić nawet pięćdziesiąt procent.

 – Gdyby Polska weszła do strefy euro, to byśmy płacili za kredyty nie więcej jak 10 proc. już ze wszystkimi ubezpieczeniami – mówi prof. Marian Noga.

Dlatego jego zdaniem rząd powinien zdecydować o wstąpieniu do dwuletniej poczekalni, która jest konieczna, by przyjąć europejską walutę. W ERM2 kurs złotego mógłby się wahać w stosunku do euro tylko o maksymalnie 15 proc.

 – Spełnienie kryteriów wejścia do strefy euro, które dokonuje się w ciągu dwóch lat, nikomu jeszcze nie zaszkodziło. Nawet gdybyśmy mieli ostatecznie nie wejść do strefy – tłumaczy wykladowca WSB.

Co czwarty bezrobotny po 50-tce. Nowa ustawa ma pomóc im odnaleźć się na rynku pracy

Co czwarty bezrobotny w Polsce ukończył 50. rok życia. To grupa pół miliona osób. Pomóc w ich aktywizacji zawodowej mają wchodzące od nowego roku zmiany w ustawie o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy. Eksperci podkreślają, że warto przekonywać pracodawców, by postawili na starszych pracowników.

 – Z czerwcowych danych Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej wynika, że w grupie 50+ jest około 500 tys. osób bezrobotnych. Te same dane wskazują, że w pierwszym kwartale tego roku ok. 19 proc. z nich skorzystało z różnych form aktywizacji. A 19 proc. trudno nazwać sukcesem – to niezbyt duża ilość – uważa Agnieszka Engel, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej, współwłaściciel centrum szkoleniowo-rozwojowego „Sapientia”.

Utrata pracy dla pięćdziesięciolatków i osób jeszcze starszych oznacza często koniec ich kariery zawodowej lub zepchnięcie do szarej strefy. Nierzadko sami bezrobotni nie podejmują wysiłków, by wrócić na rynek pracy, często też pracodawcy wolą młodszych pracowników.

Samo zarejestrowanie się w urzędzie pracy nie daje dziś wielkich szans na zatrudnienie. Dlatego trzeba szukać także innych sposobów, by wesprzeć grupę 50+.

 – Ważna jest praca w części psychologicznej, która może pomóc tym ludziom, dać im poczucie wartości, przekonać, że mogą być cenni na rynku pracy. Trzeba też pracować nad świadomością pracodawców, uświadamiać im, że ludzie po pięćdziesiątce mogą być bardzo cennymi pracownikami – stwierdza Agnieszka Engel w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Problemem dla starszych pracowników są zmieniające się wymagania i oczekiwania pracodawców, głównie z zakresu nowych technologii i znajomości języków obcych.

 – Wchodząca na rynek pracy generacja Y dla osób starszych nie stanowi zagrożenia ani konkurencji. Owszem, osoby z grupy 50+ największe problemy mają z najnowszymi technologiami i z językami obcymi, ale tego można się nauczyć. Mają natomiast poważne zalety: zwykle – co ważne dla pracodawców – mają ustabilizowaną sytuację rodzinną, są lojalni, zaangażowani, wciąż chcą się wykazać, udowodnić własną wartość – przekonuje współwłaścicielka Sapientii. – Pracownik 50+ nie będzie być może pracował na 120 proc., ale będzie lojalny, zaangażowany i oddany.

Rząd przyjął projekt nowelizacji ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy. Nowe regulacje mają dostosować oferty urzędów pracy do potrzeb osób szukających zatrudnienia, wprowadzą podział na aktywnych i trwale bezrobotnych. Pojawią się także nowe formy wsparcia dla bezrobotnych.

 – To zmiany niejako dwutorowe. Urzędy będą zobligowane do aktywności, poszukiwania pracy dla konkretnych osób. Sami bezrobotni zostaną podzieleni na trzy rodzaje: aktywnych, potrzebujących wsparcia oraz wykluczonych z rynku. Myślę, że znaczna część osób 50+ znajdzie się w grupie bezrobotnych wymagających wsparcia. Tu też działania będą poszerzone: będzie można skorzystać z usług doradcy zawodowego czy profilowanych szkoleń – informuje Agnieszka Engel.

Planuje się także powołanie Krajowego Funduszu Szkoleń. Co prawda obowiązująca ustawa już porusza kwestie szkoleń, ale pewne jej zapisy zostaną zmienione.

 – Szkolenia będą w pierwszym rzędzie adresowane do osób 45+, a nowelizacja być może pozwoli na dostosowanie szkoleń potrzebnych na rynku pracy tak, by trafiały także w potrzeby osób z grupy 50+. Poza tym pozytywną zmianą będzie przekazywanie osób bezrobotnych w ręce instytucji innych niż urzędy pracy. Takie organizacje będą lepiej wiedziały, jak np. dobrać szkolenia dla osób powyżej 50. roku życia – tłumaczy wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej.

Jeszcze jeden pomysł to dofinansowanie pracodawców z Funduszu Pracy przez starostwa. Na przykład, jeśli praca będzie trwała 12 miesięcy, dofinansowanie pokryje połowę minimalnego wynagrodzenia, jeśli 24 miesiące – jedną trzecią. Warunkiem będzie gwarancja zatrudnienia osoby z grupy 50+ jeszcze przez kolejne pół roku lub rok.

 – Im więcej takich instrumentów, tym szersze pole do działania. Czas pokaże, czy będzie to wędka, czy jednak to będzie rybka podana na tacy – podsumowuje Agnieszka Engel.

Komisja Europejska rozważa udzielenie wsparcia dla budowy elektrowni atomowej

Jeśli Komisja Europejska zgodzi się na formę udzielenia pomocy publicznej dla Wielkiej Brytanii przy budowie elektrowni atomowej, podobny mechanizm mogłaby zastosować Polska. Taka decyzja ułatwi negocjacje dotyczące finansowana elektrowni między PGE, Tauronem, Eneą oraz KGHM Polska Miedź, które zostały wyznaczone przez rząd do zrealizowania tego projektu, ale liczą na pomoc państwa przy tej inwestycji. Jednak z ostatnich informacji wynika, że KE może nie udzielić zgody na takie subwencje.

 – Pierwszy kontrakt różnicowy został zawarty, ale jest uwarunkowany uzyskaniem decyzji Komisji Europejskiej, która może zatwierdzić to albo jako brak pomocy publicznej, albo dozwoloną pomoc publiczną – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Karolina Siedlik, kierująca Departamentem Energetyki i Projektów Infrastrukturalnych w warszawskim biurze CMS Cameron McKenna. – A ostatnie doniesienia mówią, że ta decyzja może być negatywna.

Chodzi o długoterminowe kontrakty różnicowe (CFD), w ramach których inwestorzy otrzymają od państwa gwarancję ceny za sprzedawaną energię. W zamian za ograniczenie ryzyka związanego z inwestycją w nowe moce wytwórcze, firma energetyczna otrzymuje gwarancję od rządu, że jeśli cena energii spadnie poniżej określonego pułapu, dopłaci firmie różnicę. Jeśli natomiast cena energii okaże się wyższa niż ustalona, firma energetyczna odda rządowi uzyskaną nadwyżkę.

Ten mechanizm chce wykorzystać Wielka Brytania przy budowie dodatkowych reaktorów jądrowych w Hinkley Point o łącznej mocy 3,2 GW. Całkowity koszt inwestycji, w tym także eksploatacji i wycofania z użytku reaktorów, ma wynieść 16 mld funtów. Jednak pieniądze wyłoży francusko-chińskie konsorcjum realizujące tę inwestycję, złożone z firm EDF, Areva oraz China General Nuclear Corporation i China National Nuclear Corporation. W ramach porozumienia otrzyma gwarancje mówiące, że przez 35 lat cena sprzedaży energii utrzyma się na poziomie 92,5 funta za MWh. Pod warunkiem, że zgodzi się na to KE.

 – Wydawało się, że rząd brytyjski zawierając ten kontrakt uzyska wstępne zezwolenie Komisji Europejskiej. Jednakże ostatnie wiadomości mówią, że może go nie otrzymać. I okaże się to wówczas ślepym zaułkiem, co będzie wielką szkodą. Dlatego, że otwarcie rynku energii w Unii Europejskiej, było dobrym krokiem na pewnym etapie, kiedy był nadmiar mocy na rynku. Ten rynek z natury swojej nie finansuje inwestycji, bo każda oznacza wyższy koszt i zmniejszoną konkurencyjność dla danego wytwórcy – mówi Karolina Siedlik.

Zwraca uwagę, że Brytyjczycy muszą przekonać KE, że kontrakty różnicowe nie są pomocą publiczną. W przeciwnym razie ten mechanizm nie będzie mógł zostać zastosowany. Podobną formę pomocy, w postaci kontraktów długoterminowych (KDT) stosowała Polska w latach 90., ale ostatecznie musiała się z nich wycofać, bo zaburzyły one rynek.

 – Jeżeli Komisja się na to nie zgodzi, a już ma taką historię, bo u nas poprzednio kontrakty długoterminowe w energetyce nie były pomocą publiczną, jednakże za taką zostały uznane, to zacznie się poszukiwanie kolejnych rozwiązań. W międzyczasie brytyjska inwestycja, która jest już w dość dużym stopniu zaawansowania, upadnie. Być może pojawi się jakaś nowa. A jeżeli chodzi o Polskę, to będziemy wiedzieli, że nie tędy droga – uważa ekspertka.

Dodaje, że zgodnie z harmonogramem ogłoszonym przez regulatora brytyjskiego, decyzja w tej sprawie ma zostać ogłoszona na początku stycznia.

Na świątecznego karpia Polacy wydadzą 200 mln zł

CEO Magazyn Polska

Przed tegoroczną Wigilią Polacy wydadzą na karpie niemal 200 mln zł. To najlepszy okres w roku dla sprzedaży tych ryb. W Polsce wciąż silna jest tradycja kupowania żywych karpi. Są jednak sklepy, jak na przykład Biedronka, które decydują się na sprzedaż gotowych płatów z karpia.

Polacy zjedzą w tym roku ok. 12 kg ryb i owoców morza na osobę. Najwięcej spożywają jednak ryb morskich. Ryby słodkowodne, takie jak karp, mają jedynie 16-17 proc. udziału w rynku.

Na grudzień i listopad przypada aż 90 proc. spożycia karpia. Ten rynek jest wart nawet 200 mln zł. POHiD szacuje, że w tym roku na święta Polacy kupią nawet 20 tys. ton karpia. To nie wyczerpuje możliwości produkcyjnych w naszym kraju. Polskie stawy o łącznej powierzchni 60 tys. hektarów mogą sprostać większemu zapotrzebowaniu na ten gatunek ryby.

To klienci decydują o tym, czy chcą kupić żywego lub świeżo zabitego karpia. Do wyboru mają też płaty z karpia, oferowane na przykład przez sieć Biedronka, która zapowiedziała, że nie będzie sprzedawać żywych ryb i deklaruje, że wymaga od dostawców humanitarnego traktowania ryb przy uboju.

Sieci handlowe skupione w POHiD i sprzedające żywe karpie po raz kolejny zadeklarowały przestrzeganie wytycznych Głównego Lekarza Weterynarii mających zapewnić odpowiednie, humanitarne, traktowanie żywych ryb, zgodne z etyką i prawem o ochronie zwierząt.

 Naszym zdaniem wytyczne Głównego Lekarza Weterynarii w zakresie sprzedaży detalicznej żywych ryb są optymalne – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Karol Stec z Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji.

Najważniejszą cechą karpia jest jego świeżość oraz higieniczne warunki przechowywania i transportu. Choć zagraniczne karpie są o 15-30 proc. tańsze, kupujący nie wiedzą, w jakich warunkach ryby były przewożone. Konkurencja powoduje jednak, że poprawiają się standardy w polskich hodowlach. W dużej części do Polski trafiają karpie z importu. W 2012 r. według danych GUS zza granicy sprowadzono ponad 2,2 tys. ton tych ryb – głównie z Czech, Litwy i Węgier. Wartość importowanego karpia przekroczyła 16 mln zł.

W ocenie Steca polscy hodowcy karpia coraz bardziej dbają o standardy higieny, a nawet planują wprowadzenie własnego systemu certyfikacji. Podobne kroki zapowiedział Główny Lekarz Weterynarii. Mają one nie tylko zwiększyć nadzór, ale także promować wysoką jakość hodowli i dobre warunki dla ryb.

Choć w porównaniu z ubiegłymi latami spożycie karpia w okresie świątecznym wzrośnie, Stec przewiduje zmiany.

 – Z jednej strony mamy tę tradycję karpia, z drugiej strony zmieniają się nawyki żywieniowe Polaków. Odchodzimy od tradycyjnej kuchni, staramy się dostarczać organizmowi coraz bardziej bogate jedzenie. Niewątpliwie do tego jedzenia o wyższych wartościach odżywczych należą ryby i moim zdaniem celem również wszystkich na rynku powinno być to, żeby ryby coraz więcej miejsca zajmowały w naszym jadłospisie – przekonuje Stec.

Cukier coraz tańszy. W ciągu pół roku cena spadła o 1 zł

CEO Magazyn Polska

Produkcja cukru w Polsce w tym roku ma sięgnąć 1,7-1,8 milionów ton, czyli będzie większa niż mówiły wcześniejsze szacunki. Cena spada cukier jest dziś tańszy o ok 20 proc. w porównaniu z ubiegłym rokiem. To, co dobre dla konsumentów, martwi jednak producentów.

Jak podkreśla Krajowy Związek Plantatorów Buraka Cukrowego, okres od września do listopada był bardzo korzystny dla wzrostu buraków cukrowych.

 – Wszystkie cukrownie na początku stycznia zakończą przerób buraka. Nie spodziewamy się żadnych kataklizmów w postaci zamarznięcia i rozmarznięcia. To powoduje, że nasz szacunek produkcji w Polsce wzrósł z 1,6 do 1,7-1,75 mln ton – mówi Kazimierz Kobza, dyrektor biura Krajowego Związku Plantatorów Buraka Cukrowego. –  Niestety nie jest to dobra wiadomość, ponieważ na rynku mamy i tak ponad 2 mln ton cukru zapasu i wyprodukowanie następnych ponadkwotowych ilości spowoduje, że cena zostanie prawdopodobnie poważnie ograniczona.

Już teraz kilogram cukru paczkowanego kosztuje ok. 2,5 zł. Pół roku temu cena była o ponad 1 zł wyższa.

Spadki cen w przyszłości może ograniczyć zniesienie unijnych kwot produkcyjnych na cukier i cen minimalnych na buraki cukrowe od 2017 r., co niedawno uchwalono w Brukseli. Polska chciała przedłużenia ich obowiązywania do 2020 roku. Zwolennicy kwot argumentują, że efektem zniesienia kwotowania może być konieczność koncentracji produkcji i upadek wielu plantatorów. To zmniejszy konkurencję, a co za tym idzie – polityka cenowa producentów może być niekoniecznie korzystna dla konsumentów.

 – 2016 rok to ostatni rok, kiedy będzie kwotowanie. I prawdopodobnie producenci cukru będą chcieli wyprodukować jak najwięcej cukru, żeby mieć go do dyspozycji – mówi Kobza. – Nierozwiązany jest problem eksportu cukru z Unii Europejskiej. Jeżeli ta sprawa będzie otwarta, a więc będziemy mogli eksportować, ta sytuacja może się rozwiązać.

Problemem może być też import cukru do Polski – producenci obawiają się szczególnie rynku brazylijskiego i mówią o jego niestabilności. Brazylia jest bardzo dużym eksporterem cukru, ale – według Kobzy – nastawianie się na to źródło jest ryzykowne ze względu na możliwe wahania wielkości plonów czy problemy logistyczne.

 – Do tego cena ropy naftowej, od której uzależniają oni, czy będą robić z cukru biopaliwa, powoduje, że będziemy mieli zachwianie rynków. A to nie jest dobre ani dla plantatorów, ani dla producentów, ani nawet dla konsumentów – mówi Kobza.

Jak ocenia dyrektor Krajowego Biura Polskiego Związku Plantatorów Buraka Cukrowego, to już trzeci rok nadprodukcji cukru w Unii Europejskiej, więc pewne jest ograniczanie upraw. Jeśli nie będzie rosnąć import buraków, to w najbliższym czasie ceny nie powinny spadać.

 – Jeżeli nie wejdą inne międzynarodowe umowy – te, które weszły do tej pory zwiększyły import cukru trzcinowego z 1,5 mln do 3,9 mln ton – to raczej jestem o ceny spokojny. Ale jeżeli wejdzie układ o wolnym handlu z USA czy z Mercosurem, możemy mieć problem – podkreśla dyrektor KZPBC.

Coraz więcej kobiet rządzi w firmach

CEO Magazyn Polska

Polski rynek pracy coraz bardziej docenia kobiety jako pracowników. Dotyczy to także kluczowych stanowisk w firmach. Na różnorodność płci zatrudnionych stawiają głównie korporacje, dostrzegając, że pozytywnie przekłada się ona zarówno na styl zarządzania, jak i wewnętrzne zasady w firmie.

 – Rynek dojrzewa i są już na ryku kobiety o długim doświadczeniu zawodowym, takie, które mogą zajmować kluczowe stanowiska w firmach – mówi agencji informacyjnej Newseria Paulina Baranowska, partnerka zarządzająca w Horton International Poland, firmie rekrutującej kadrę zarządzającą.

Na różnorodność pracowników pod względem płci stawiają dziś przede wszystkim korporacje. Dostrzegły bowiem, że zatrudnianie kobiet pozytywnie przekłada się zarówno na styl zarządzania, jak i wewnętrzne relacje w firmie.

 – Jeśli chodzi o duże korporacje, korporacje międzynarodowe, bardzo ważne jest dla nich wspieranie takiej różnorodności, zwłaszcza w kadrze zarządczej, kadrze menadżerskiej i jest to jakaś wskazówka dla nas przy kompletowaniu krótkiej listy kandydatów – tłumaczy Paulina Baranowska.

Feminizacja zarządzania to jeden z głównych elementów zmiany pokoleniowej obserwowanej na rynku pracy. Prezesi i menadżerowie młodego pokolenia bardziej niż ich poprzednicy stawiają na tzw. umiejętności miękkie: elastyczność, inteligencję emocjonalną oraz równowagę między życiem zawodowym a prywatnym. Cechy te częściej znajdują u kobiet, choć nadal głównym warunkiem zatrudnienia pozostają wysokie kompetencje.

 – To nie jest tak, że polecamy osobę, która nie ma kompetencji. To ma być osoba spełniająca wymagania – podkreśla Baranowska. – Myślimy też o tym, aby na długiej liście było sporo kobiet, tak żeby była większa szansa na to, że kobietę też będziemy mogli rekomendować. Nigdy nie jest to jednak wymóg czarno-biały.

Jak dotąd jeszcze żadna spółka oficjalnie nie zakomunikowała, że chce u siebie wprowadzić parytety.

 – Pracuję głównie z międzynarodowymi firmami i tam nie ma czegoś takiego. Jest na pewno wspieranie różnorodności i też chodzi tutaj nie tylko  o to, żeby na krótkiej liście była określona liczba kobiet, ale żeby w firmie były warunki, które dla naszych kandydatek, będą odpowiednie – dodaje przedstawicielka Horton International Poland .

Wśród warunków pracy najbardziej sprzyjających kobietom wymienia m.in. elastyczny czas pracy oraz uwzględnianie przez pracodawcę ich potrzeb związanych z rodziną.

 – Firma koncertuje się nie na tym, żeby był sztuczny parytet, tylko na stworzeniu takich warunków, w których te kobiety będą mogły zaistnieć i rozwijać swoją karierę – zaznacza Baranowska.

Horton International jest globalną firmą specjalizującą się w rekrutacji kadry zarządzającej, która weszła na polski rynek w listopadzie tego roku. Wyłącznym partnerem Horton International w Polsce jest polska spółka Executive People. Zgodnie z umową licencyjną, będzie kontynuować swoją dotychczasową działalność rekrutacyjną, ale już pod międzynarodową marką. Obecnie Horton International ma 50 biur w 26 krajach.

Ministerstwo Finansów chce opodatkować w przyszłym roku zyski z polisolokat

CEO Magazyn Polska

Plany Ministerstwa Finansów dotyczące objęcia podatkiem dochodowym zysków z tzw. polisolokat zmniejszą ich atrakcyjność w oczach klientów. – Polisolokaty są produktem, który konsumenci cenią sobie właśnie z powodu jego uprzywilejowania podatkowego – mówi Marcin Tarczyński z Polskiej Izby Ubezpieczeń. Jak podkreśla, na skutek obniżek stóp procentowych, już teraz sprzedaż tych produktów spada.

 Dzięki temu, że polisolokaty nie są objęte podatkiem od zysków kapitałowych, w przeciwieństwie choćby do zwykłych lokat bankowych, można z nich mieć wyższy zysk – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes MarcinTarczyński.

Po tym jak z początkiem 2012 r. podatkiem od zysków kapitałowych, tzw. podatkiem Belki objęto też lokaty jednodniowe, polisolokaty, które łączą inwestycje z ubezpieczeniem na życie, stały się nowym sposobem na ominięcie fiskusa. Według przygotowywanego przez Ministerstwo Finansów projektu nowelizacji ustaw o CIT i PIT, zyski z polisolokat mają jednak zostać opodatkowane. Ma to na celu uszczelnienie systemu podatkowego.

 – Polisolokaty przypominają konstrukcją standardową lokatę bankową – mówi Tarczyński. – Są one korzystniejsze podatkowo i równie bezpieczne, co tradycyjna lokata bankowa. Jednak ich popularność jest zależna od wysokości stóp procentowych i sytuacji na giełdzie.

Zdaniem Tarczyńskiego, obecny spadek zainteresowania klientów polisolokatami to wynik głównie niskich stóp procentowych i giełdowej hossy.

 – Jeśli mamy niskie stopy procentowe, ludzie mają większą skłonność do ryzykownych inwestycji, polisolokaty w tym momencie z rynku wypadają i to się dzieje zawsze, niezależnie od tego, czy się to reguluje, czy nie – twierdzi przedstawiciel PIU.

Opodatkowanie zysków z polisolokat miało w pierwotnej wersji zostać wprowadzone od 2014 r., jednak prawdopodobnie wejście w życie nowych przepisów podatkowych zostanie opóźnione co najmniej o kilka miesięcy.

Analitycy DM mBanku rekomendują „Akumuluj” dla akcji ENEA

Analitycy DM mBanku w raporcie z 6 grudnia zalecają „Akumuluj” dla papierów poznańskiej Spółki. Cena docelowa jednej akcji ustalona została na poziomie 17,22 zł.

Giełdowe wydarzenie roku – ENERGA S.A. debiutuje na warszawskiej giełdzie

ENERGA S.A. przeprowadziła największą od ponad 2 lat ofertę publiczną sprzedaży akcji na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie, której wartość to aż 2,4 mld zł. Oferta zakończyła się sukcesem, a Ostateczna Łączna Liczba Akcji Oferowanych i Stabilizujących wyniosła 141.522.067 Akcji serii AA. Średnia redukcja w obu transzach inwestorów indywidualnych była równa i wyniosła 55,9 proc.

Na otwarciu notowań akcje ENERGA S.A. kosztowały 16,95 zł za jedną akcję. Cena sprzedaży akcji w ofercie publicznej wyniosła 17 zł za jedną akcję. Kapitalizacja Spółki na otwarciu notowań wyniosła 7,02 mld zł, co oznacza, że ENERGA S.A. jest jedną z największych pod tym względem spółek notowanych na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie. Biorąc pod uwagę wartość przeprowadzonej oferty, która wyniosła aż 2,4 mld zł, była to największa oferta publiczna sprzedaży akcji nie tylko w tym roku, ale także od ponad 2 lat.

– ENERGA zbudowała wartość, którą docenili inwestorzy indywidualni oraz instytucje z pięciu kontynentów. Giełdowy debiut otwiera przed nią nowe możliwości. Jestem pewny, że mądra polityka spółki przyniesie wartość akcjonariuszom. To największy i najbardziej oczekiwany debiut w tym roku. Chcemy żeby ważne dla gospodarki spółki były notowane. Od 2008 r. wprowadziliśmy na giełdę jedenaście spółek, a ENERGA jest dwunasta – powiedział Włodzimierz Karpiński, Minister Skarbu Państwa.

– Oferta publiczna akcji ENERGA S.A. spotkała się z bardzo dużym zainteresowaniem. To sukces wszystkich osób zaangażowanych w ten proces, ale przede wszystkim wyraz zaufania jakim obdarzyli nas inwestorzy. Szczególnie cieszą nas zapisy 72 tys. inwestorów indywidualnych, którzy powierzyli nam swoje prywatne środki. Jest to dla nas zobowiązanie, aby konsekwentnie realizować naszą strategię i dalej poprawiać efektywność, budując wartość dla wszystkich akcjonariuszy – mówi Mirosław Bieliński, Prezes Zarządu ENERGA S.A.

ENERGA jest 448 spółką notowaną na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie i 20, która zadebiutowała na jej rynku podstawowym w tym roku.

– O atrakcyjności inwestycyjnej ENERGI świadczy to, co nas wyróżnia. Mam na myśli stabilne źródło dochodu, który w 75 proc. pochodzi z dystrybucji, perspektywę wypłat wysokiej dywidendy i plan inwestycyjny koncentrujący się na rozwoju naszych silnych stron, czyli dystrybucji i energetyce odnawialnej – dodaje Mirosław Bieliński.

W uroczystości debiutu uczestniczyli m.in. przedstawiciele Grupy ENERGA, Ministerstwa Skarbu Państwa, czyli Akcjonariusza Sprzedającego, grono doradców biorących udział w transakcji, a także zaproszeni na uroczystość dotychczasowi oraz nowi akcjonariusze Spółki.

Do obrotu na rynku regulowanym prowadzonym przez Giełdę Papierów Wartościowych w Warszawie dopuszczonych i wprowadzonych zostało 269.139.114 Akcji serii AA ENERGA S.A. Ostateczna Łączna Liczba Akcji Oferowanych i Stabilizujących wyniosła 141.522.067 Akcji serii AA, co stanowi 34,18 proc. istniejącego kapitału zakładowego Spółki. W ofercie udział wzięli udział zarówno polscy jak i uprawnieni zagraniczni inwestorzy instytucjonalni. Transza skierowana do kategorii Inwestorów Indywidualnych została zwiększona na zasadach opisanych w prospekcie emisyjnym i wyniosła 17 proc. Ostatecznej Łącznej Liczby Akcji Oferowanych i Stabilizujących. Wychodząc naprzeciw inwestorom, którzy na giełdowe inwestycje przeznaczają większe środki Akcjonariusz Sprzedający zdecydował się także na wprowadzenie w ofercie specjalnej transzy skierowanej do Dużych Inwestorów Indywidualnych. W tej kategorii zaoferowano 5 proc. Ostatecznej Łącznej Liczby Akcji Oferowanych i Stabilizujących.

Palący pracownik palącym problemem pracodawacy – materiał od ekspertów

Temperatury spadają, deszcz siąpi coraz częściej, ale nawet przy najgorszej pogodzie, pod biurami można spotkać grupki stłoczonych i zmarzniętych pracowników, nerwowo zaciągających się papierosem. Przeważnie nie jest to w smak ich pracodawcom, którzy, szukając nowych sposobów na zniechęcenie podwładnych do tytoniowego nałogu, uciekają się niekiedy do różnego rodzaju zakazów. Niestety nie zawsze przynoszą one pożądane skutki.

O konflikcie interesów między palącym pracownikiem a jego pracodawcą opowiadają Dorota Strzelec, psycholog pracy i dyrektor firmy doradczej StaffPolnad Sp. z o.o. oraz Agnieszka Janowska, radca prawny i dyrektor Departamentu Prawa Pracy w TGC Corporate Lawyers.

Mimo że palenie należy do coraz mniej „modnych” używek, w każdej firmie znajdą się jego amatorzy. Pracodawcom, próbującym walczyć z nałogiem swoich podwładnych, sprzyjają obowiązujące przepisy (tzw. ustawa antynikotynowa – Ustawa o zmianie ustawy o ochronie zdrowia przed następstwami używania tytoniu i wyrobów tytoniowych oraz ustawy o Państwowej Inspekcji Sanitarnej z dnia 8 kwietnia 2010 r. Dz.U. Nr 81, poz. 529), które umożliwiają na przykład nietworzenie palarni w miejscach pracy. Dla osób uzależnionych, zazwyczaj nie jest to jednak wystarczający powód, by ograniczyć lub rzucić palenie. Co więcej, brak specjalnie wyznaczonego miejsca skutkuje tym, że jedynym wyjściem dla pracowników jest przysłowiowe „puszczenie dymka” na zewnątrz budynku. A to niestety może nieść za sobą niepożądane skutki.
Uszczerbek na zdrowiu i wizerunku

Nie chodzi tylko o fakt, że minuty spędzone na papierosie nie są czasem wykonywania obowiązków pracowniczych. Nie bez znaczenia pozostają również kwestie związane z bezpieczeństwem pracowników, zwłaszcza jeśli gromadzą się oni na przykład tuż przy ruchliwej ulicy. W okresie jesienno-zimowym problematyczne są także warunki atmosferyczne – częste wychodzenie na zewnątrz, nierzadko bez odpowiedniej odzieży wiąże się z większym ryzykiem przeziębień i tym samym podwyższoną absencją w zespole. Kolejną, coraz częściej podnoszoną kwestią jest także wizerunek firmy w oczach jej potencjalnych klientów lub kontrahentów – załoga skupiona wokół śmietnika tuż przy wejściu, niestety nie wygląda szczególnie reprezentacyjnie. Próbując zapobiegać tego typu problemom, niektóre firmy wprowadzają, jak się okazuje, nieprzewidywalne w skutkach rozwiązania. Niedawno głośno było o sytuacji zaistniałej w jednym z biur dużej korporacji – wprowadzono tam całkowity zakaz opuszczania budynku w godzinach pracy. Decyzja zarządzających uzasadniana była faktem, iż na pracowników wychodzących na papierosa przed biurowiec skarżyli się okoliczni mieszkańcy. Zatrudnionym w firmie palaczom zarzucano brak kultury i zbyt głośne zachowanie. Interweniowała nawet straż miejska. Wokół tej decyzji rozgorzała dyskusja, czy taki zakaz jest zgodny z prawem i czy na pewno można zabraniać pracownikom wykorzystywania przysługującej zgodnie z prawem przerwy w dowolny sposób – np. na spacer do sklepu. Zdania są podzielone, wydaje się jednak, że wprowadzone zarządzenie idzie nieco za daleko. Znacznie lepszym rozwiązaniem jest wycofanie całkowitego zakazu wychodzenia, przy jednoczesnym wydzieleniu w budynku pomieszczenia na palarnię i wprowadzeniu zakazu palenia jedynie w miejscach do tego niewyznaczonych. Alternatywą bywa także stworzenie palarni „pod chmurką” od strony podwórza. Jednak w tym przypadku nie unikniemy ryzyka związanego z wyższym poziomem zachorowań wśród załogi.

Prawo zezwala na walkę z kłopotliwym nałogiem podwładnych poprzez zakazy. Mimo, że Kodeks Pracy z dnia 26 czerwca 1974 r. (Dz.U. 1998, Nr 21, poz. 94) nie reguluje w żaden sposób choćby kwestii przerw na papierosa, pracodawcy jako podmiotowi, który ma zapewnić bezpieczne i higieniczne warunki pracy, przysługuje prawo, by w wewnętrznym regulaminie zakazać palenia na terenie całego zakładu. Może też zabronić wychodzenia na papierosa na terenie zakładu pracy podczas dozwolonych przepisami prawa przerw. Co więcej, istnieje też możliwość wprowadzenia kar porządkowych za nieprzestrzeganie takich zakazów. Wydaje się jednak, że nie są one w stanie zupełnie rozwiązać problemu. Potwierdzają to wyniki badań CBOS. Pokazują one, że dwa lata po wprowadzeniu zaostrzającej przepisy ustawy, liczba palących Polaków w zasadzie nie uległa zmianie. Wyniki TNS Pentor z grudnia 2011 potwierdzają, że paląca jest nadal niemal 1/3 społeczeństwa (32%).

Mając na uwadze negatywne oddziaływanie zakazów na wewnętrzną motywację pracowników, warto przyjrzeć się rozwiązaniom zmierzających w zgoła przeciwnym kierunku.

Edukuj i nagradzaj

Coraz więcej firm decyduje się na wprowadzenie benefitów pracowniczych w postaci poszerzonej opieki medycznej lub finansowania udziału w programach promocji zdrowego stylu życia, np. takich, które wspierają rzucenie palenia. Wpisuje się to w coraz popularniejszy, choć w naszym kraju nadal słabo rozpowszechniony trend, polegający na współuczestniczeniu organizacji w życiu swoich pracowników. Ma im to nie tylko ułatwić łączenie życia zawodowego z prywatnym, ale także pomagać w kształtowaniu odpowiednich nawyków, sprzyjających dbaniu o własne zdrowie. Nieodłącznym elementem takiej polityki wobec pracowników jest także ich edukacja i wspieranie programów promujących zdrowy styl życia odpowiednią dozą informacji. Nie ma przecież osób, na których wrażenia nie zrobi informacja o tym, że niepalący zarabiają więcej! A na to wskazują wyniki badań przeprowadzonych przez ekonomistki Julie Hotchkiss i Melindę Pitts. Z danych zebranych przez autorki wynika, że osoby palące zarabiają statystycznie 80% tego, co ich niepalący koledzy. Dotyczy to nawet tzw. palaczy okazjonalnych. Co najciekawsze, okazuje się, że w najlepszej sytuacji są ci, którzy kiedyś byli palaczami a potem zdecydowali się porzucić nałóg. Badania wykazały, że najprawdopodobniej ze względu na to, że oceniani są oni przez swoich przełożonych jako osoby zdyscyplinowane i obdarzone silną wolą, zarabiają nawet 7% więcej niż pracownicy, którzy nie palili w ogóle.

Kolejnym krokiem w walce o zdrowie i efektywność pracowników może być nagradzanie ich za niepalenie. Choć wiąże się to z pewnymi kosztami ze strony firmy, wprowadzenie specjalnego dodatku motywacyjnego dla osób niepalących (przynajmniej w czasie pracy) może się opłacić. Natomiast zdeklarowanym palaczom, którzy nie zamierzają rezygnować z nałogu, być może będzie odpowiadał indywidualny rozkład czasu pracy (na podstawie art. 142 k.p.), z częstymi, niewliczanymi do niego przerwami.

Komentarz indeksowy BossaFX 11 grudnia 2013 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 11 grudnia 2013 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

Grupa Azoty zdobywa coraz ważniejsze rynki Afryki i Ameryki Łacińskiej

CEO Magazyn Polska

100 tys. ton fosforytów w tym roku i 400 tys. ton w przyszłym – to plany Grupy Azoty związane ze złożami w Senegalu. Spółka Zakłady Chemiczne „Police” chce w tym kraju zwiększać swoje zaangażowanie inwestycyjne, również poprzez zakup maszyn i urządzeń, które zapewnią większą wydajność pracy. Inwestycja w Senegalu ma być początkiem ekspansji Grupy w Afryce. „Police” wiążą duże nadzieje ze sprzedażą nawozów na dynamicznie rosnącym rynku brazylijskim.

Mocniejsze zaangażowanie w Afryce i Brazylii, nowa oferta dla polskich rolników oraz rozwijanie nowoczesnych technologii i poszukiwanie dodatkowych możliwości dostaw gazu. Dzięki wejściu na dwa kontynenty i sprzyjającej koniunkturze ten rok należał do Grupy Azoty, a kolejny zapowiada się równie obiecująco.

Grupa Azoty Zakłady Chemiczne „Police” zapowiedziały niedawno sprowadzenie z Senegalu jeszcze w tym roku 100 tys. ton fosforytów, a w kolejnym już 400 tys. ton.

 – Mam nadzieję, że to się uda, ponieważ wpłynie dobrze na wyniki, zarówno „Polic”, jak i Grupy Azoty – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Jałosiński, prezes ZCh „Police”. – Natomiast jest to dla nas duże wyzwanie, ponieważ branża wydobywcza jest dla nas zupełnie nowa, a my jesteśmy specjalistami od produkcji chemikaliów i nawozów. Ale mocno angażujemy się w ten sektor, aby spełnić te ambitne cele.

Rynki Afryki i Ameryki Łacińskiej coraz ważniejsze

Pod koniec sierpnia Grupa Azoty Zakłady Chemiczne „Police” przejęły kopalnie fosfortytów w Senegalu. To surowiec używany do produkcji nawozów. Krzysztof Jałosiński zapewnia, że są już pierwsze efekty tej inwestycji.

 – Mamy tam spółkę, która prężnie działa, płyną pierwsze statki z naszym własnym surowcem. Te 100 tys. ton to jest pierwszy etap, ale głównym polem działania jest rok przyszły. Zamierzamy wówczas zaangażować się tam organizacyjnie, biznesowo i inwestycyjnie, bo chcielibyśmy pewne elementy usprawnić przez dokupienie aktywów, które pracowałyby tam na naszą korzyść – zapowiada Krzysztof Jałosiński.

Wyjaśnia, że chodzi o urządzenia, maszyny, części do nich czy instalacje oferowane przez firmy senegalskie. Te oferowane do tej pory, w ocenie szefa „Polic” nie są wystarczająco dobrej jakości.

 – Chcielibyśmy kupić takie urządzenia, które będą spełniały nasze oczekiwania. Mówię o wydajności i niezawodności w działaniu – dodaje.

Senegal ma być przyczółkiem spółki w Afryce dającym możliwość sprzedaży nawozów w kolejnych państwach na tym kontynencie.

Innym ważnym kierunkiem zagranicznej ekspansji ma być Ameryka Łacińska. Na początku listopada Zakłady Chemiczne „Police” podpisały z amerykańską Nitron International Corporation umowę dotyczącą sprzedaży nawozów wieloskładnikowych o szacunkowej wartości 607,91 mln zł netto. Spora ich część trafi na rynek brazylijski. Z kolei na początku grudnia zawarły kontrakt z Comexport Companhia de Comércio Extererior av. Naçoes Unidas na sprzedaż nawozów wieloskładnikowych. Ta brazylijska firma ma kupić od „Polic” w ciągu trzech lat nawozy za 125,5 mln złotych.

 – Rynek brazylijski jest bardzo chłonny i masowo się rozwija. Obserwujemy wykorzystanie nawozów przez tamtejszych farmerów i jest to bardzo optymistyczne. Konkurencję mamy ogromną, bo wszyscy wiedzą o tym, że Brazylia się rozwija i chcieliby tam zaistnieć – mówi Krzysztof Jałosiński. – Mamy w ofercie ważne produkty dobrej jakości, konkurencyjne cenowo i to jest element, który daje nam szansę zaistnienia na tym rynku. Poza tym mamy niezłe kontakty, jeżeli chodzi o firmy, które są już od dawna na tym rynku i mamy nadzieję, że te partnerstwo będzie dobrym biznesem dla obu stron.

„Police” startują też z nową ofertą dla polskich rolników. Zapowiadają rozwijanie chemii specjalistycznej oraz rozszerzenie oferty o środki ochrony roślin. Jest to związane z negocjacjami Grupy z Ciechem w sprawie przejęcia spółki Organika-Sarzyna, która takie środki produkuje. Tą gałęzią miałyby wówczas zająć się „Puławy”, spółka zależna grupy.

 – Czy to się uda? To będzie zależało od negocjacji, jakie prowadzimy z Ciechem i tego, czy ten interes rzeczywiście będzie obopólny, jeżeli chodzi o kwotę, jaka pojawi się na stole – ujawnia prezes.

Powrót do pomysłu zgazowania węgla

Azoty prowadzą też rozmowy m.in. z Tauronem, KGHM i Katowickim Holdingiem Węglowym w sprawie projektu zgazowania węgla, czyli wypracowania technologii jego wysokotemperaturowej konwersji do gazu. Przyszłościowym projektem mają być też systemy poligeneracyjne służące do produkcji czterech lub więcej mediów w jednej instalacji (najczęściej są to: prąd elektryczny, ciepło, chłód oraz para technologiczna).

 – Jest to ciekawy temat pod kątem konkurowania na rynku z gazem jako surowcem podstawowym dla przemysłu nawozowego. Rozmawiamy o tym, zobaczymy co z tego będzie – informuje Krzysztof Jałosiński. – Naszym partnerem jest głównie Tauron, który uczy się wyższej efektywności energetycznej i produkcji energii z węgla. Chcielibyśmy z tego uzyskać surowce dla polskiej chemii, dla naszych firm. Myślę, że z kolei KGHM wesprze, także finansowo, nasze działania.

A. Szczęśniak: Gazprom nie zakręci Ukrainie kurka z gazem

Sterowany z Kremla Gazprom zgodził się odroczyć Ukrainie płatności za gaz. Pogrążony w recesji Kijów ma problemy z regulowaniem rachunków już od lata, tym bardziej więc nie mógł ryzykować napiętych stosunków politycznych z Rosją. Zwłaszcza, że unijne propozycje w ramach umowy stowarzyszeniowej wymusiłyby podwyżki ceny błękitnego paliwa.

 – Gaz jest jednym z podstawowych problemów Ukrainy, bo jest dla niej drogi – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Szczęśniak, ekspert rynku paliw.

Wyjaśnia, że stawki są na podobnym wysokim poziomie jak w Polsce. Jak podaje za rosyjskim dziennikiem „Izwiestia”, w 2012 roku Polska miała najwyższe stawki w EU. Ceny dla Polski w połowie 2012 roku były o 113 dol. wyższe niż przeciętna Unii Europejskiej i Turcji. A ta wynosiła wówczas 413 dol. za 1 tys. m sześć. Jednak podczas ubiegłego roku Gazprom przeprowadził operację restrukturyzacji cen dla kontrahentów w UE i Polska znalazła się w środku skali cen płacąc o 30 dolarów więcej od średniej europejskiej. To oznacza oszczędności rzędu prawie 5 miliardów złotych rocznie. Dziennik „Izwiestia” nie wymienia stawek dla Ukrainy, ale jak podaje ekspert, co miesiąc miała przelewać 600 milionów dolarów do Moskwy za błękitne paliwo.

Zdaniem Andrzeja Szczęśniaka oferta gazowa składana przez Rosję Ukrainie jest znacznie bardziej korzystna, niż ta proponowana przez Unię Europejską. Ta druga miałaby doprowadzić do podwyżek cen gazu na ukraińskim rynku. Tymczasem Kijów już ma zaległości w płatnościach za surowiec.

 – To jest jeden z elementów zagrożenia dzisiejszej sytuacji, ponieważ Ukraina nie ma pieniędzy na zapłacenie za gaz. To są już zaległości z lata tego roku. Ukraina nie zapłaciła za nie i można się było spodziewać, że będą jakieś napięcia – zwraca uwagę Andrzej Szczęśniak. – Ostatnie wiadomości mówią o tym, że Gazprom doszedł do porozumienia, sprolongował płatności z lata i będzie dostarczał gaz zimą z płatnościami na wiosnę. Czyli bardzo znacząco sfinansował swoje dostawy udzielając kredytu kupieckiego na pewien okres.

Dlatego Ukrainie zależy na utrzymaniu dobrych relacji z Moskwą, zwłaszcza w sytuacji, gdy już od połowy ubiegłego roku boryka się z recesją. Arkadiusz Sarna z Ośrodka Studiów Wschodnich podaje, że 1 listopada, po spłacie przez rząd przedostatniej w 2013 roku dużej raty kredytu wobec Międzynarodowego Funduszu Walutowego, na rachunku skarbu państwa pozostawało jedynie 410 mln hrywien (czyli ok. 50 mln dolarów) wolnych środków. A to oznacza najniższy poziom od 10 lat.

 – Nikt z ukraińskiej sceny politycznej nie zdecyduje się na konflikt z dostawcą, który stawia tak dobre warunki i dostarcza gaz praktycznie na kredyt. To dla Ukrainy jest dobra sytuacja, ponieważ do tej pory płaciła każdego ósmego dnia najbliższego miesiąca za gaz, czyli bardzo szybko regulowała rachunki. A teraz mając bardzo słabą sytuację finansową, może odetchnąć z ulgą. My też możemy odetchnąć, ponieważ kryzys gazowy, kryzys dostaw do Europy przez Ukrainę raczej się nie szykuje – komentuje Andrzej Szczęśniak.

Warunkiem podpisania umowy stowarzyszeniowej z UE jest zagwarantowanie wolnej konkurencji na rynku energii. Oznacza to, że Ukraina musiałaby podnieść stawki gazu i elektryczności. Nie mogłyby być niższe dla przemysłu, co jak podkreśla ekspert, podkopie konkurencyjność ukraińskiego przemysłu ciężkiego. Co więcej, Kijów nie będzie miał możliwości eksportowania energii i surowców w innych cenach niż krajowe. To także więc byłby mechanizm podnoszący ceny wewnętrzne dla Ukrainy jako eksportera energii elektrycznej.

Parlament Europejski zatwierdził zamrożenie części uprawnień do emisji dwutlenku węgla

Parlament Europejski ostatecznie zatwierdził wczoraj tzw. „backloading”, czyli zamrożenie 900 mln uprawnień do emisji CO2. Teraz nowe przepisy wymagają jeszcze zgody unijnych ministrów, co ma nastąpić na spotkaniu 16-17 grudnia. Zdaniem ekspertów, rynek już zdyskontował ewentualne zmiany, a uprawnień na rynku nadal będzie więcej niż prognozowano.

Propozycja KE dostała „zielone światło” od Parlamentu Europejskiego, a wcześniej od rządów krajów członkowskich UE i najprawdopodobniej „backloading”, czyli wycofanie na kilka lat z rynku 900 mln uprawnień do emisji CO2, zostanie wdrożony. Decyzja zapadnie prawdopodobnie już za tydzień po spotkaniu unijnych ministrów środowiska. Jednak, jak dowodzą eksperci, nie wpłynie to znacząco na cenę jednostki emisji CO2. Według analiz Grupy Consus, doradzającej w zakresie ochrony klimatu i monitorującej rynek certyfikatów, „backloading” jest już w znacznej mierze zawarty w obecnej cenie uprawnień i wzrosty po przegłosowaniu w PE nie powinny być wielkie – rzędu ok. 10-20 proc. Obecnie cena uprawnień waha się pomiędzy 4,50 a 5,50 euro.

 – Analiza rynku wskazuje, że na rynku jest za dużo uprawnień, ponad 1,53 mld ton na koniec tego roku. A w przypadku „backloadingu” mowa jest o 900 mln ton, to jest zaledwie połowa – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Wiśniewski, prezes firmy doradczej Consus. – Cena już nie rośnie, a spada i zaraz później idzie do góry, czyli widać, że rynek już zdyskontował rozmowy na temat „backloadingu”, już wie, że to nie wpływa na cenę.

Według ekspertów Consusa „backloading” nie usunie problemu nadwyżki uprawnień w unijnym systemie handlu emisjami (ETS). Nadwyżka wynika głównie z zawyżonej prognozy emisji CO2 przygotowanej przy projektowaniu ETS. Tymczasem niższa produkcja w latach 2008-2012 spowodowana kryzysem, obniżyła emisję w instalacjach objętych systemem.

 – Jeżeli Komisja Europejska doprowadzi do „backloudingu”, jej następnym ruchem będzie dodatkowa interwencja. I ona rzeczywiście może wpłynąć na cenę, jeśli będzie polegała na przykład na przeniesieniu części uprawnień na przyszły okres rozliczeniowy lub jeśli nastąpi zwiększenie popytu na uprawnienia, poprzez wprowadzenie dodatkowych krajów czy nowych branż do systemu. To może spowodować większy popyt, czyli wyższą cenę – tłumaczy Maciej Wiśniewski.

Ze zamianami na rynku ETS już dziś muszą liczyć się nie tylko energetyka, ale także najbardziej energochłonne branże polskiego przemysłu, m.in. chemia, hutnictwo i producenci cementu. A ci obawiają się podwyżek cen prądu. I protestują przeciwko propozycji Komisji Europejskiej w sprawie „backloadingu”.

 – Czy te branże ucierpią? Na rynku jest zbyt duża liczba uprawnień, więc ich cena nie jest wysoka w stosunku do tego, czego oczekiwano. Bo opracowania Komisji Europejskiej mówiły, że dziś cena powinny przekroczyć 36 euro – zwraca uwagę prezes Grupy Consus. – Tak więc nie jest to wielkie obciążenie dla przedsiębiorstwa, ale też nie można powiedzieć, że nie ma go w ogóle. To nie są te ceny, które powodują, że trzeba wykonać jakąś inwestycję, żeby ograniczyć wielkość emisji, bo jest to tańsze niż zakup uprawnień na rynku.

Dodaje, że system handlu emisjami oznacza wprowadzenie dodatkowego elementu walki konkurencyjnej i dotyczy przedsiębiorstw z całej UE.

 – Najczęściej mniejsze przedsiębiorstwa nie są przygotowane do funkcjonowania w systemie, bo nie mają kadry, znajdują się gdzieś na uboczu wielkich aglomeracji. Ale trzeba pamiętać, że ten krzyk, że nie jesteśmy przygotowani, jest również polityczny. Czy on jest prawidłowy czy nie, trudno mi to oceniać – mówi Maciej Wiśniewski.

Eksperci z Domu Maklerskiego Consus należącego do grupy, analizując unijne scenariusze emisji w latach 2013-2020, stwierdzili, że nadwyżka uprawnień nie tylko nie zniknie, ale jeszcze się powiększy. Nawet, jeśli emisje w ramach ETS utrzymają się na tym samym poziomie co w 2012 r. i nie zostaną już zredukowane, to w 2020 r. nadwyżka w systemie wyniesie prawie 1,86 mld ton, czyli 100 proc. rocznych emisji UE. Dlatego KE pracuje również nad strukturalną reformą ETS, która ma być zaprezentowana w styczniu 2014 r.

 – Ja bym specjalnie nie liczył, że do roku 2020 coś się zmieni, ale na pewno po tej dacie system musi zostać zmodernizowany – podkreśla Maciej Wiśniewski.

Procter&Gamble otworzy w Warszawie nowe centrum logistyczne dla ponad 100 krajów

500 osób znajdzie pracę w tworzonym w Warszawie przez P&G Europejskim Centrum Planowania i Logistyki. Warszawska inwestycja koncernu będzie zarządzać dostawami w 100 krajach, zarówno od producentów do fabryk firmy, jak i dostawami do centrów dystrybucji i odbiorców. Według zarządzających firmą, o wyborze Polski na miejsce inwestycji zdecydowała możliwość znalezienia wykwalifikowanych pracowników i wcześniejsze, dobre doświadczenia koncernu z inwestycjami w naszym kraju.

Koncern Procter & Gamble inwestuje w Polsce od 20 lat. Obecnie ma w naszym kraju cztery fabryki i centrum eksperckie. Kolejne – właśnie startuje.

 – Nasi pracownicy zatrudnieni w sieci dystrybucji i naszych polskich fabrykach udowodnili, że w Polsce znajdziemy talenty i zasoby, by uruchomić pierwsze w tej części Europy tak duże centrum planowania – mówi agencji Newseria Biznes Yannis Skoufalos, Global Product Supply Officer P&G.

Europejskie Centrum Planowania i Logistyki będzie miało w swoim zasięgu fabryki i centra dystrybucji w 100 krajach. Będzie w nim pracowało 500 osób.

 – Będą kupować materiały do produkcji, organizować dostawy do naszych fabryk w Europie, nadzorować i pomagać w planowaniu, organizować produkcję dla naszych klientów w Europie, planować dostawy dla nich tak, by zoptymalizować koszty dostaw – mówi Yannis Skoufalos.

Polska pokonała inne kraje w wyścigu o tę inwestycję głównie ze względu na dobre doświadczenie koncernu na naszym rynku. Nie bez znaczenia jest też dobry klimat inwestycyjny w Polsce.

 – Po pierwsze szukamy miejsc, które będą miejscami stabilnymi ekonomicznie i politycznie. To kryterium Polska spełnia. Chcielibyśmy mieć dostęp do utalentowanych pracowników. To również znaleźliśmy w Polsce – wymienia Werner Geissler, Vice Chairman, Global Operations.

Poza Polakami w centrum pracę znalazły osoby z ponad 30 krajów.

 – Szukamy miejsc z dobrą infrastrukturą w wielu aspektach: transportową, edukacyjną, bo zatrudniamy wielu ekspertów i ich rodziny potrzebują dostępu do szkół, systemu edukacji czy systemu opieki zdrowotnej. Te kryteria Polska i Warszawa też spełniają – podkreśla Werner Geissler. – Ostatni, choć nie najmniej ważny czynnik to dobra współpraca z partnerami zewnętrznymi: organizacjami pozarządowymi i urzędami państwowymi.

Inwestycje dużych koncernów to poza miejscami pracy szansa na przyciągnięcie kolejnych inwestorów. Szczególnie cennymi ambasadorami Polski są koncerny, które tak jak P&G od ponad dwóch dekad nieprzerwanie działają w Polsce.

 – To jest najbardziej wiarygodny przekaz, globalny przekaz, że w Polsce warto inwestować. Takie firmy, duże mocne marki, które są zadowolone, że funkcjonują w naszym kraju i chcą się w naszym kraju rozwijać. Tworzą w naszym kraju takie inwestycje, które dla nas są najcenniejsze – dodaje Monika Piątkowska, wiceprezes zarządu Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych.

Prof. W. Orłowski: Ministerstwo Finansów nie powinno ograniczać limitów kosztów pożyczek

CEO Magazyn Polska

Regulacje rynku pożyczkowego w Polsce powinny prowadzić do maksymalnej przejrzystości rynku i ofert – uważa główny doradca ekonomiczny PwC. To mógłby zapewnić rejestr takich firm prowadzony przez UOKiK. Prof. Witold Orłowski jest natomiast przeciwny większym ingerencją w ten rynek, w tym wprowadzaniu ograniczeń takich jak maksymalny limit kosztów pożyczki.

 – Regulacje są niezbędne dlatego, że jest to rynek potrzebny, są ludzie którzy potrzebują takich pożyczek. Banki się czymś takim nie zajmują. Jestem jednak absolutnym wrogiem wprowadzania takich regulacji, które powodują, że cała rzecz traci sens – mówi prof. Witold Orłowski, główny doradca ekonomiczny PwC. – Ryzykujemy, że jeżeli nie pozwolimy legalnie udzielać uczciwym firmom takich pożyczek, to może powstać zawsze szara strefa takich pożyczek, jeszcze bardziej brutalna i mniej kontrolowana niż to co się dzieje.

Zdaniem Orłowskiego za potrzebą regulacji przemawia nierównowaga sił w umowach pożyczkowych – pożyczkobiorcy zwykle mają mniejszą wiedzę i doświadczenie niż pożyczkodawcy w określeniu potencjalnego ryzyka i wyliczeniu kosztów pożyczki.

 – Myślę, że warto zadbać o to, żeby nikt swojej siły nie wykorzystywał w stosunku do drugiej strony. Ostrożne regulacje powinny służyć temu, żeby ludzie dobrze wiedzieli, na co się decydują – podkreśla prof. Witold Orłowski.

Ekonomista pozytywnie ocenia m.in. pomysł prowadzenia rejestru firm pożyczkowych, które prowadzą uczciwą działalność na polskim rynku. Dzięki temu potencjalny klient przed podjęciem decyzji o zaciągnięciu pożyczki w danej firmie, będzie mógł sprawdzić, czy działa ona zgodnie z prawem.

Zdaniem Orłowskiego, rolą państwa powinno być takie uregulowanie rynku, żeby pożyczkobiorcy dokładnie znali warunki, na jakich pożyczają, związane z tym obowiązki, prawa i koszty takiej pożyczki. Czyli celem powinna być przejrzystość rynku, co też leży w interesie firm na nim funkcjonujących.

Jest natomiast sceptyczny co do pomysłu narzucania limitów kosztów. Według propozycji resortu finansów ma on wynosić 30 proc. wysokości pożyczki.

 – Uważam, że jeżeli mamy w ogóle wprowadzać maksymalne dopuszczalne poziomy pełnego kosztu, to tylko na takim poziomie, na którym nie byłoby żadnej wątpliwości, że mamy do czynienia z lichwą, kiedy poziom ten rażąco odbiegałby od tego, co można by było uznać za normalną skalę pożyczki. To jest bardzo trudne do zdefiniowania – mówi prof. Orłowski. – To z tego punktu widzenia trzeba będzie oceniać, czy propozycja ministerstwa to będzie rzeczywiście zbyt głęboka ingerencja, czy raczej ograniczenie się do wyeliminowania skrajnych zachowań.

Charakter tego rynku sprawia, że nadzorem nad firmami pożyczkowymi powinien się raczej zająć UOKiK niż KNF.

 – Nadzór finansowy szuka niebezpiecznych sposobów inwestowania pieniędzy, ryzyka i strat. Tutaj natomiast mamy do czynienia z możliwym nadużyciem praw konsumenta. Wydaje mi się, że instytucją, która powinna się temu przyglądać jest Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów – podkreśla ekonomista.

J. Braun: w tym roku będą większe wpływy z abonamentu

Tegoroczne wpływy z abonamentu nieznacznie wzrosną w porównaniu z ubiegłym rokiem. Jednak według prezesa Telewizji Polskiej, Juliusza Brauna są one i tak niewystarczające. Bez wyższych wpływów z abonamentu lub opłaty wizualnej nie będzie możliwa realizacja niedochodowych projektów telewizyjnych.

 – Na pewno będzie w tym roku więcej pieniędzy z abonamentu niż w zeszłym, czyli nie drastycznie mało, tylko bardzo mało – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Juliusz Braun, prezes Telewizji Polskiej.

Problemem wciąż jest niska ściągalność abonamentu – nie płaci go ponad 11 mln Polaków. W przyszłym roku ma on wzrosnąć o ok. 5 proc. Nowa stawka przy korzystaniu z radia i telewizora wyniesie 208,45 zł rocznie. Kara za używanie niezarejestrowanego odbiornika to do 579 zł.

To jednak nie spowoduje, że ludzie zaczną płacić abonament. Dlatego, jak mówi Braun, jedynym rozwiązaniem są zmiany systemowe, odejście od rejestracji odbiorników na rzecz innych sposobów, czyli na przykład wprowadzenie proponowanej powszechnej opłaty audiowizualnej.

 – Na rzecz powszechnej opłaty świadczy to, że w Niemczech to funkcjonuje od roku i bardzo dobrze się sprawdza. Ale do tego potrzebna jest ustawa, takiego projektu wciąż nie ma – mówi prezes TVP. – Nie ma takiego dokumentu, są liczne debaty, rozmowy, ale dokumentu nie ma.

Telewizja publiczna w Polsce, jako jedyna w Europie, opiera się głównie na przychodach z reklam. Jak podkreśla Braun – tak być nie powinno.

 – Ja jestem zwolennikiem, żeby telewizja publiczna nie rezygnowała całkowicie z reklamy. To jest rozwiązanie w Europie dość powszechne, że jakaś część przychodów jest oparta na reklamie – wyjaśnia. – Natomiast nie może to być podstawa utrzymania, bo wtedy realizacja różnych ekonomicznie nieefektywnych zadań jest bardzo utrudniona, a czasami uniemożliwiona. Więc jedyną racjonalną podstawą finansowania publicznych mediów musi być abonament.

Polscy przedsiębiorcy nie dbają o bezpieczeństwo ich firm

CEO Magazyn Polska

Lekceważenie kwestii bezpieczeństwa to częsty grzech polskich firm, który naraża je na poważne straty. Przedsiębiorcy zaczynają myśleć o sprawnym systemie zarządzania ryzykiem dopiero, gdy poniosą straty w wyniku niekompetencji personelu czy ataku z zewnątrz. Eksperci przekonują, że także tu działa zasada: lepiej zapobiegać, niż leczyć.

 – Wydatki na bezpieczeństwo powinny być postrzegane przez firmy jako inwestycje, a nie koszty – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Bartosz Pastuszka, dyrektor generalny IBBC Group. – Są one swego rodzaju poduszką bezpieczeństwa, która w pewnym momencie zadziała i ochroni kluczowe wartości firmy.

Jak przekonuje ekspert, największe zagrożeniem dla bezpieczeństwa stwarzają ludzie. Gdy zawiodą, nie pomogą nawet najbardziej zaawansowane systemy. Zdaniem dyrektora generalnego IBBC Group firmy, które chcą posiadać profesjonalną ochronę przed zagrożeniami informatycznymi nie mogą zaniedbywać inwestycji w kapitał ludzki.

 – Człowiek potrafi przez złośliwość czy niewiedzę wyłączyć nawet najbardziej złożony system bezpieczeństwa czy IT – mówi Pastuszka. – Podobnie jeśli wyposażymy ochroniarza w najlepszy sprzęt, ale go nie przeszkolimy, to będzie on zagrożeniem dla firmy. Jeśli z kolei zatrudnimy ochroniarzy za 5 zł za godzinę, to de facto nie będziemy mieć żadnej ochronyPersonel to największa siła i największe zagrożenie.

Problemem przedsiębiorców jest także niedostrzeganie konieczności prewencji.

 – Firmy często myślą o zarządzaniu ryzykiem na zasadzie „Mądry Polak po szkodzie” – zauważa Pastuszka. – My chcemy uczyć, że warto jednak o tę prewencyjną stronę bezpieczeństwa i zarządzania ryzykiem zadbać. Czyli wyprzedzać pewne fakty, wprowadzać pewne procedury, zbierać informacje etc. Wszystko po to, aby wzmacniać organizację, a nie dopiero reagować w sytuacji kryzysowej.

Lekceważenie problemu bezpieczeństwa przed pierwszą szkodą prowadzi do poważnych strat.

 – Gdyby firmy wprowadzały dobre systemy zarządzania ryzykiem, mogłyby uniknąć kradzieży, przestępstw czy wyłudzeń kredytowych – zauważa Pastuszka. – W tym roku mieliśmy kilka incydentów w sektorze bankowym, gdzie ginęły milionowe kwoty przy wyłudzeniach kredytu czy przez działalność zorganizowaną grup przestępczych. Firmy powinny analizować, z kim współpracują, czy kontrahenci nie są zamieszani np. w afery korupcyjne. Wtedy wielu problemów da się uniknąć – przekonuje rozmówca Newserii Biznes.

Grudzień to ostatni miesiąc, by obniżyć VAT za 2013 rok

Kupując komputer, drukarkę, meble biurowe, a nawet artykuły wyposażenia sklepu jeszcze w grudniu, przedsiębiorcy mogą obniżyć zobowiązania wobec fiskusa. Muszą jednak pamiętać o kilku zasadach, by nie okazało się, że zamiast spodziewanej obniżki podatku, będą musieli zapłacić karę.

 – Pod koniec roku przedsiębiorcy już wiedzą, jak kształtują się ich przychody i koszty. Jeśli przychody były korzystne, a koszty nieznaczne, to wiadomo, że podatek będzie dosyć wysoki. Jeżeli więc firma ma potrzeby, które dobrze byłoby zrealizować, to grudzień jest optymalnym miesiącem – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Katarzyna Rola-Stężycka, ekspertka Tax Care.

Należy pamiętać jednak, że nie wszystkie zakupy uda się rozliczyć w tym właśnie miesiącu. Tak jest w przypadku środków trwałych, które rozliczane są w kolejnym miesiącu od daty wprowadzenia ich do ewidencji.

 – Jeżeli przedsiębiorca decyduje się na zakup czegoś, czego będzie używał dłużej w firmie niż przez rok, a jednocześnie wartość tego zakupu jest wyższa niż 3,5 tys. zł, to stanowi to środek trwały. I nawet jeżeli uda się zrealizować go w grudniu, to amortyzację będzie można zacząć najwcześniej w styczniu – informuje Katarzyna Rola-Stężycka.

Ekspertka podkreśla, że są dwie możliwości, z których mogą skorzystać przedsiębiorcy, by zmniejszyć roczne zobowiązanie, gdy zakupy dokonywane są w grudniu.

 – Można kupić rzecz, która będzie używana krócej niż rok niezależnie od wartości. Jeśli jednak później okaże się, że jednak będzie służyła w firmie dłużej niż rok, to okaże się też, że jest to środek trwały – przestrzega Katarzyna Rola-Stężycka.

W takim przypadku należy zrobić korektę i uwzględnić wsteczną amortyzację.

 – Czyli nie dość, że robimy korektę za grudzień, pojawiają się nam jeszcze odsetki. Warto więc przemyśleć, jaki będzie faktycznie czas używania zakupionego przedmiotu czy sprzętu – radzi Katarzyna Rola-Stężycka.

Z kolei kupując środki trwałe, ale poniżej ceny 3,5 tys. zł (za jeden egzemplarz), jak np. krzesło, biurko, sprzęt biurowy, także można rozliczyć je w miesiącu, w którym zostają przekazywane do użytkowania.

 – Jeszcze pewną możliwość dają środki trwałe podlegające jednorazowej amortyzacji. Jest katalog zakupów, które pozwalają na jednorazowe rozliczenie również w miesiącu oddania do użytkowania, wprowadzenia do ewidencji środków trwałych. Jest to jednak możliwość dostępna tylko dla dwóch kategorii przedsiębiorców: dla tzw. małych podatników, i tych, którzy rozpoczynają działalność gospodarczą i nie mieli firmy w poprzednich dwóch latach – podpowiada ekspertka.

Dotyczy to tylko środków trwałych zaliczonych do grup 3-8 Klasyfikacji Środków Trwałych. Są to m. in. narzędzia czy samochody ciężarowe. Limit jednorazowej amortyzacji, czyli łączna wartość odpisów amortyzacyjnych w 2013 r. nie może przekroczyć 205 tys. złotych.

Stadion Miejski we Wrocławiu planuje w przyszłym roku znaleźć sponsora tytularnego

CEO Magazyn Polska

Stadion Miejski we Wrocławiu planuje w przyszłym roku znaleźć sponsora tytularnego. W sprzedaży prawa do nazwy mają pomóc plany rozwojowe obiektu: organizacja różnych, niekoniecznie związanych z piłką nożną imprez, a także atrakcje dodatkowe, takie jak lodowisko, tor gokartowy czy skoki bungee, które zwiększają popularność areny. Przedsiębiorstwo, które będzie firmować stadion swoją nazwą, musi się liczyć z rocznym kosztem na poziomie 4-5 mln złotych.

 – Do przyciągnięcia sponsorów tytularnych nie wystarczą mecze samego Śląska Wrocław mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adam Burak, dyrektor ds. marketingu i promocji Stadionu Wrocław. – Nie wystarczą też atrakcje dodatkowe ani nośniki reklamowe, które mamy na stadionie i w całym mieście. Tu potrzeba czegoś więcej. Stadion musi się kilka razy w roku zapełniać w 100 proc. I to nie tylko przy okazji meczów piłkarskich, ale także przy okazji imprez rozrywkowych. Pamiętajmy, że przekonanie firmy do wydania 4-5 mln rocznie nie jest prostą sprawą – dodaje.

Sondowanie rynku pod kątem znalezienia sponsora tytularnego Stadion Wrocław rozpoczął jeszcze przed Euro 2012. Później jednak miała miejsce przerwa, wynikająca m.in. ze sporów sądowych, jakie zarządzający obiektem toczył z jednym z organizatorów imprez. W połowie listopada br. Stadion oficjalnie ogłosił, że poszukuje sponsora tytularnego i zaprosił potencjalnych kontrahentów do rozmów.

 – Kilka firm wysłało do nas zapytania dotyczące tego, z czym wiąże się wykup praw do nazwy areny mówi Burak.Odpowiadamy na te pytania na bieżąco i nawiązujemy kontakt z firmami. Wartość marki naszego stadionu powinna stale rosnąć, gdyż w latach 2014-2015 roku odbędą się na nim duże imprezy.

Szukanie sponsora tytularnego jest utrudnione przez fakt, że rynek stadionów w Polsce jest nowy. Inwestorzy często nie wiedzą, czego się mogą spodziewać i na jakie zyski liczyć.

 – Rozmowy będą długie i trudne – mówi Adam Burak. – Mamy jednak opracowaną strategię promocyjną i marketingową, która pomoże przekazać to, co mamy do zaoferowania. Wierzę, że nasze poszukiwania zostaną uwieńczone sukcesem  – dodaje rozmówca Newserii Biznes.

Budowa Stadionu Miejskiego we Wrocławiu została ostatecznie ukończona 1 września 2011 r. Będąca własnością miasta arena spełnia standardy najwyższej 4. klasy UEFA. Na murawie stadionu rozegrano trzy mecze fazy grupowej Euro 2012. Na co dzień swoje mecze rozgrywa tam Śląsk Wrocław. Od początku funkcjonowania stadion odwiedziło ok. 2 mln osób.

PKO Bank Polski mecenasem Galerii Sztuki Średniowiecznej w Muzeum Narodowym w Warszawie

Najbogatsza i najbardziej różnorodna kolekcja sztuki średniowiecznej w Polsce w zupełnie nowej i wyjątkowej oprawie. 11 grudnia Muzeum Narodowe w Warszawie otworzy dla zwiedzających przebudowaną Galerię Sztuki Średniowiecznej. Mecenasem Galerii jest PKO Bank Polski, który kontynuuje wieloletnie zaangażowanie sponsorskie w działalność Muzeum Narodowego.

W 2015 r. światowy rynek Big Data będzie wart prawie 50 mld dolarów

Świat produkuje coraz większą liczbę danych. W 2013 roku, każdego dnia na całym świecie wysyłanych jest 500 mln tweetów, a miesięcznie na Facebooku pojawia się 30 mld nowych wpisów – każdy zawierający informacje o zachowaniach i upodobaniach konsumentów. Zbieraniem i analizą ‘Big Data’ – dużych zbiorów danych – interesuje się cały globalny przemysł, bankowość i handel. Przewiduje się, że coroczny wzrost rynku Big Data będzie wynosił około 40 proc. Zdaniem ekspertów firmy doradczej Deloitte analiza dużych zbiorów danych może być wykorzystywana nie tylko przez największe firmy, ale także przez średnich i małych przedsiębiorców. Kluczem do sukcesu jest jednak zadanie właściwych pytań biznesowych i odpowiednia selekcja danych do analizy.

Jak wynika z raportu „Digital Trends 2013” przygotowanego przez Deloitte oraz Allegro, globalny rynek Big Data w 2015 r. będzie wart 48 mld dolarów, czyli prawie pięć razy więcej niż w roku 2012. Powszechnie uważa się, że Big Data zasłużyła na przydomek ”Big”/„wielkie” ze względu na tzw. cztery V („4Vs”) tj.: Volume (ogromna liczba), Variety (duża różnorodność), Velocity (zawrotna szybkość pojawiania się danych i konieczność analizowania ich w czasie rzeczywistym) oraz Value (znacząca wartość).

Rozwój nowych narzędzi i metod analitycznych wiąże się przede wszystkim z potrzebą analizy rosnącej w bardzo szybkim tempie ilości produkowanych na świecie danych. Przykładowo, tylko sam Twitter generuje 12 TB (terabajtów) danych dziennie, a średnio aż około 200 TB wynosi wielkość danych, przechowywanych przez jedną amerykańską firmę zatrudniającą ponad 1 tys. osób. „Tylko w ubiegłym roku na świecie zainwestowano miliard dolarów w te spółki, które zajmowały się rozwiązaniami Big Data. Dotąd ten rodzaj analityki wykorzystywano głównie w telekomunikacji, instytucjach finansowych i handlu, ale nie ma żadnych przeszkód, by Big Data stosować właściwie w każdej gałęzi przemysłu i usług. Można w ten sposób zbadać choćby przyzwyczajenia, czy preferencje klientów czy dowiedzieć się, co się mówi w sieci o naszych oraz konkurencyjnych produktach” – mówi Dariusz Flisiak, Dyrektor w Dziale Konsultingu Deloitte, lider zespołu Deloitte Analytics.

Jednym z pionierów Big Data na świecie, obok takich gigantów internetowych jak Amazon, Google czy eBay, była amerykańska sieć handlowa Wal-Mart. Firma przy pomocy dużych zbiorów danych zaczęła prognozować popyt na swoje poszczególne produkty, a także przewidywać sprzedaż nowowprowadzanych towarów na podstawie informacji pochodzących z Internetu. Sieci handlowe, w tym nawet marki luksusowe (m.in. Burberry), dzięki Big Data poznają preferencje klientów i śledzą efektywność łańcuchów dostaw. Niektóre źródła podają, że dzięki temu narzędziu sprzedawcy mogą podnieść swoje marże nawet o 60 proc. Również pracownicy takich firm jak Allegro czy eBay codziennie poświęcają mnóstwo czasu na analizę zakupów dokonywanych przez klientów. „Dzięki wykorzystaniu Big Data jesteśmy w stanie rozwijać na przykład efektywne systemy rekomendacyjne proponujące naszym klientom produkty i towary, którymi mogliby być potencjalnie zainteresowani” – wyjaśnia Paweł Klimiuk, Rzecznik Prasowy Grupy Allegro.

Z kolei instytucje finansowe, w tym banki w ten sposób budują szeroką wiedzę o klientach, ich preferencjach, wartościach, skłonnościach do zakupu produktów i pozwalają oferować im lepiej dopasowany produkt. I tak np.: bank proponuje klientowi kartę kredytową, gdy ten zaczyna podróżować lub usługi bankowości internetowej, wtedy gdy zaczyna korzystać z zakupów online. Kopalnią informacji o konsumentach: ich zwyczajach zakupowych, potrzebach, pasjach, kontaktach towarzyskich, a nawet miejscu przebywania są także media społecznościowe.

Przewaga dużych firm polega na tym, że mając ogromną liczbę użytkowników, posiadają odpowiednią wielkość danych porównawczych. Korzyściom wypływającym z Big Data nie oparł się nawet show-biznes. Decyzja firmy Netflix o inwestycji w produkcję serialu „House of Cards”, który przyniósł jej ogromny międzynarodowy sukces i wiele nagród, częściowo była oparta o analizę dużych baz danych.

Sukces analiz często opiera się o możliwość przetwarzania danych w czasie rzeczywistym. Dobrym przykładem są ubiegłoroczne Igrzyska Olimpijskie w Londynie. Zbierane dane, głównie opinie użytkowników mediów społecznościowych, były natychmiast poddawane analizie. Codziennie rano organizatorzy otrzymywali raport, który pozwalał im wszelkie niedociągnięcia skorygować najpóźniej do następnego dnia.

Big Data nie jest przeznaczona jedynie dla największych firm. Jest to narzędzie coraz bardziej dostępne także dla małych i średnich przedsiębiorców. Wystarczy skorzystać z informacji o wielkości sprzedaży i lokalizacji zakupów udostępnianych m.in. przez Factual. Co ważne nie wiąże się to z bardzo dużymi kosztami. Pomocą służą także takie serwisy jak Kaggle, który na całym świecie współpracuje z 60 tys. ekspertów, którzy specjalizują się w rozwiązywaniu problemów analitycznych.

Trzeba jednak pamiętać, że Big Data nie jest panaceum na wszystkie problemy. Przede wszystkim należy zdefiniować swoje potrzeby biznesowe, a pierwsze próby przeprowadzać ostrożnie i raczej na małą skalę. Często jest bowiem tak, że firmy starają się pozyskać zbyt dużo szczegółowych danych z różnych źródeł, podczas gdy większość z nich nigdy nie będzie wykorzystana. Duże pieniądze wydane na narzędzia analityczne i technologie potrzebne do dokonywania analiz nie są gwarancją sukcesu. „Bardzo niewiele firm rozumie, że siła i jakość Big Data mają niewielki związek z kupionymi narzędziami IT. Zamiast kosztownych inwestycji w infrastrukturę i gromadzenie ogromnych ilości danych firmy na początku powinny nauczyć się właściwie wykorzystywać dane już posiadane, a dopiero później stopniowo analizy uzupełniać np. o dane z sieci społecznościowych. Ponad wszystko należy pamiętać, że to wizja biznesowa powinna definiować, jakich danych i technologii potrzebujemy, a nie odwrotnie” – podsumowuje Dariusz Flisiak.

Święta w zaciszu domowym, a może alternatywa w postaci pobytu za granicą?

Do Gwiazdki zostało raptem kilkanaście dni, jednak wszechobecna świąteczna atmosfera sprzyja planowaniu zimowego urlopu zwłaszcza za granicą. Do wcześniejszej rezerwacji wycieczek czy to na Boże Narodzenie czy na Sylwestra zachęcają liczne rabaty i promocje. Początek grudnia to ostatni dzwonek aby zabukować lot po naprawdę atrakcyjnej cenie.

Wielu Polaków nadal będzie podtrzymywać rodzimą tradycję i nie wyobraża sobie najważniejszych świąt bez rodziny, wigilijnego karpia oraz świątecznego zamieszania w domu. Znajdą się jednak i tacy, którzy odważą się spędzić święta bożonarodzeniowe w narciarskim kurorcie, bywa również, że pod palmami – chętnych na egzotyczne wycieczki nie brakuje.

Nieważne gdzie lecimy, aby było tanio powinniśmy rezerwować przelot minimum z kilkutygodniowym wyprzedzeniem. Pierwsze dni grudnia to zdecydowanie ostatni dzwonek aby zabukować lot po naprawdę atrakcyjnej cenie. – Jeśli chodzi o tanie linie lotnicze, reguła im wcześniej tym lepiej nie zawsze obowiązuje. Czasami kilka dni przed świętami czy Sylwestrem tani przewoźnicy wypuszczają pulę lotów w bardzo korzystnych cenach – komentuje Aleksandra Jakiel z Tripsta.pl.

Świąteczna alternatywa

Jeśli chodzi o najchętniej wybierane przez Polaków destynacje w drugiej połowie grudnia – przewyższa górska sceneria. Wiele polskich rodzin nie wyobraża sobie świat bez śniegu a góry są dla nich obowiązkowym elementem świątecznego krajobrazu. Gwarancją białego Bożego Narodzenia jest spędzenie go tam gdzie zimowe szaleństwo trwa kilka miesięcy. Ci, którzy na Święta wyjadą, najchętniej Boże Narodzenie spędzą w Tatrach. Jednak ze względu na doskonałe warunki pogodowe i sprzyjającą aurę oraz stosunkowo niskie koszty podczas samodzielnej organizacji wyjazdu na świąteczny wyjazd w góry za granicę decydujące się coraz więcej Polaków. W popularnych turystycznie słowackich miejscowościach, takich jak: Chopok czy Tatranska Lomnica ceny za nocleg w pensjonacie wynoszą ok 100 pln za osobę. W hotelach, gdzie ceny różnią się w zależności od ilości gwiazdek trzeba będzie zapłacić nieco więcej. W koszt planowanej wycieczki narciarskiej trzeba koniecznie wliczyć opłatę za wejście na stok. Pięciodniowe austriackie karnety kosztują około 200 euro, francuskie i włoskie około 180euro, natomiast słowackie wcale nie są dużo tańsze ich koszt to około 150 euro.

Podobnie jak w roku ubiegłym niesłabnąca popularnością cieszą się Włoskie kurorty na północy kraju – wynika z raportu Tripsta.pl. – Niemiecki przewoźnik Lufthansa oferuje loty do Turynu w terminie 22 – 29 grudnia za 930 pln za osobę w obie strony. Turyn to doskonała baza wypadowa we włoskie Alpy. Kurortem wartym polecenia jest z pewnością wioska Val di Sole położona w jednym z najsłynniejszych regionów narciarskich w Europie – informuje Aleksandra Jakiel z internetowego biura podróży Tripsta.pl.

Samolotem na narty

Samolotem na narty można dostać się bez problemu z większych polskich miast: – Z Warszawy, Krakowa, czy Poznania, dzięki wygodnym połączeniom można polecieć do Bergamo. Z niego, po szybkim transferze – trafia się przykładowo prosto do hotelu w górskiej miejscowości Madesimo oddalonej 2 i pół godziny od Bergamo – dodaje. Stąd również jest blisko do St Moritz, który to połączony wyciągami z miejscowością Campodolcino tworzy najnowocześniejszy narciarski ośrodek w Lombardii. Z Begrano można się wybrać również do Montecampione, kameralnego miasteczka z ponad 40 km tras. oddalonym jedynie godzinę drogi od lotniska. Już od jakiegoś czasu popularne pośród Polaków stają się również pobyty w malowniczych miejscowościach jak: Marilleva, Flogarida, Ponte di Legno, Passo Tonale, głównie ze względu na sporą liczbę słonecznych dni oraz dużą ilość naturalnego śniegu, a przede wszystkim ze względu na 380 km tras zjazdowych na jeden skipass.

Miłośnicy Alp francuskich na święta wybiorą się zapewne do przepięknego Les2Alpes. Lot na trasie Warszawa – Grenoble w terminie 21 – 28 grudnia za 600 pln w obie strony. W tym samym terminie, przelot z Warszawy do Lyonu szwajcarskimi liniami lotniczymi Swiss będzie kosztować ok 900 pln w obie strony. Do ceny biletu należy doliczyć koszt przewozu sprzętu narciarskiego. Lotnisko w Grenoble od uroczego ośrodka Les2Alpes dzieli około 100 kilometrów, z Lyonu około 160km zatem dojazd na miejsce lokalnym transportem nie powinien sprawić problemu.

Dla osób, które święta wolą spędzić w temperaturze wyższej niż pokojowa, najlepiej z widokiem na ocean lub morze, biura podróży w tym sezonie polecają Wyspy Kanaryjskie, zwłaszcza Teneryfę (tu za tygodniowy pobyt zapłacimy około 3000-3500 pln), także portugalską Maderę. Święta pod palmą są jednak opcją dla tych nieprzejmujących się budżetem. Zachodnia Europa zdecydowanie wyparła Egipt i Tunezję dokąd tak chętnie udawali się na Boże Narodzenie Polacy jeszcze w zeszłym roku. – Skoro Święta to musi być Święty Mikołaj, stąd dużym zainteresowaniem cieszą się świąteczne wycieczki do Rovaniemi. Cena lotu w obie strony z Warszawy do wioski Świętego Mikołaja waha się od 900 – 1500 pln – mówi Aleksandra Jakiel z Tripsta.pl

Korzystając z dobrodziejstwa kalendarza i mając co dyspozycji kilka dni urlopu dzięki któremu możemy gospodarować prawe 2-tygodniową przerwą urlopową, co odważniejsi mogą wybrać się do Azji. W tym przypadku popularna jest Tajlandia, Sri Lanka, czy Bali. Przy indywidualnej organizacji wyjazdu – na własną rękę, podróżnik ma szansę obniżyć koszty tego typu wakacji nawet o 2-3 tysiące złotych. Wychodzi to zdecydowanie taniej niż w przypadku wykupienia zorganizowanej wycieczki z biurem podróży. Jego portfel nadal powinien jednak pozostać dość zasobny.

Z analizy Tripsta wynika, że spora cześć podróżujących odwiedzi swoich najbliższych w Niemczech i wielkiej Brytanii oraz Norwegii i Danii, gdzie członkowie ich rodzin wyemigrowali za pracą. Okres świąteczny, to jedna z niewielu szans, kiedy to można spotkać się z długo niewidzianymi najbliższymi.

Sylwestrowe szaleństwa z dala od domu

Zdecydowanie bardziej to Sylwester bardziej przyciąga zwolenników zagranicznych wyjazdów niż Święta Bożego narodzenia, do których tradycji Polacy są niezwykle przywiązani. Ponadto na kilkudniowy wypoczynek może sobie pozwolić coraz więcej z nas, ponieważ koszt biletów lotniczych nie jest tak wysoki, jak miało to miejsce kilka lat temu. Co więcej, z tegorocznego raportu na temat Świąt Deloitte wynika, że to bilet lotniczy znaleziony pod choinką kilku lat znajduje się w pierwszej trójce najbardziej oczekiwanych prezentów obok gotówki i książek. Jak widać, poświąteczne wojaże coraz bardziej skupiają naszą uwagę.

Jeśli chodzi o Sylwestrowe plany, coraz częściej Polacy decydują się na witanie nowego roku w europejskich stolicach. Sylwester spędzony w plenerze w jednym z zagranicznych miast może kosztować tyle, co zorganizowana zabawa w klubie czy elegancki bal. Paryż, Rzym, Londyn a może Stambuł? – Sylwestrowy wypad do Rzymu na trzy dni, na pokładzie jednego z tańszych przewoźnikiem na chwile obecną może nas wynieść 600 pln w obie strony. W tym samym terminie lot w tę i z powrotem do Bolonii kosztuje 570 PLN – zachęca Aleksandra Jakiel z internetowego biura podróży Tripsta.pl. Cena lotu do Londynu w dniach 30 grudnia – 1 stycznia wynosi około 360 pln w obie strony. Hitem w tym roku ma być Sylwester w kosmopolitycznym Stambule. Niestety pula tanich biletów już się rozeszła. Obecnie loty z Krakowa do Stambułu w okresie 30 grudnia – 1 stycznia można kupić za nieco ponad 1000 pl w obie strony. Nigdy nie jest za późno na organizację spontanicznego wyjazdu do Pragi, czy Berlina – miast, w których to bez problemu można dołączyć do imprezy plenerowej. W miastach tych na pewno nikt nie będzie się nudził. – Żeby kupić tani bilet lotniczy, wystarczy skorzystać z dostępnych w sieci wyszukiwarek lotów. Dzięki temu można w łatwy sposób znaleźć połączenie, porównać je z ofertami konkurencyjnymi i wybrać optymalną opcję. Co więcej, bilety kupione w Internecie są z reguły znacznie tańsze od tych, które oferują nam biura podróży – dodaje Jakiel.

Jak bezpiecznie kupować w sieci przed Bożym Narodzeniem

Kto lubi zatłoczone centra handlowe i bieganie po sklepach w poszukiwaniu prezentów? Raczej nikt, dlatego co raz więcej Polaków chcąc uniknąć tłumów, zamawia gwiazdkowe podarunki dla najbliższych zza monitora swojego komputera. Ponad 70% użytkowników internetu w Polsce dokonuje zakupów online. Mogą wybierać spośród serwisów aukcyjnych, portali zakupów grupowych czy wciąż rosnącej liczby sklepów internetowych. Tę tendencje starają się wykorzystać cyberprzestępcy, którzy wietrzą okazję do łatwego zarobku i próbują dostać się do portfeli użytkowników dzięki fałszywym ofertom sprzedaży.

Jakie są cele przestępców przed świętami? Zainkasować pieniądze nie wysyłając zamówionego towaru lub zainfekować komputer użytkownika, by następnie móc wykraść dane dostępowe do bankowości elektronicznej lub poufne informacje, która mogą zostać odsprzedane na undergroundowych forach. Najbardziej pożądane są hasła i dane dostępowe do serwisów bankowych, kont pocztowych i sklepów internetowych. Specjaliści bezpieczeństwa z G Data ostrzegają przed fałszywymi aukcjami i nadzwyczaj atrakcyjnymi ofertami. Trzeba także uważać na zupełnie nowe w sieci i nie wzbudzające zaufania sklepy. G Data wzywa tym samym wszystkich do wzmożonej czujności podczas zakupów online. Niemiecki dostawca rozwiązań antywirusowych przygotował zbiór najważniejszych porad bezpieczeństwa podczas przedświątecznej gorączki zakupów.

Przykładowy SCAM wykorzystywany przez cyberprzestępców przed Bożym Narodzeniem:

Fałszywe potwierdzenie wysyłki

Zakupy dokonane w sieci najczęściej dostarczane są przez pocztę lub firmy kurierskie, dlatego przestępcy opracowali metody preparowania potwierdzeń oraz informacji na temat kosztów nadania przesyłek. Wiadomości informują kupującego o problemach z doręczeniem lub o nowej fakturze dostępnej w internetowym serwisie klienta. Najczęściej taki link przekierowuje do szkodliwej strony lub niebezpiecznego załącznika zdolnego do infekcji naszego komputera!

Niebywałe okazje!

W tym przypadku wykorzystywane są zdobyte wcześniej nielegalnie bazy mailingowe (przykładem niech będzie głośny ostatnio wyciek danych ze strony Adobe) lub zupełnie legalne bazy, oferowane przez różne firmy na rynku reklamowym. Przestępcy masowo wysyłają wiadomości spam z ofertami produktów znanych marek, luksusowych zegarków, smartfonów czy bardzo drogich dizajnerskich artykułów w nadzwyczaj atrakcyjnych cenach. Pierwszy etap jest wspólny dla różnych przekrętów, zmiany następują w kolejnych krokach przez, które brnie nieświadomy użytkownik. Wiadomości zawierają odnośniki przenoszące do stron zawierających złośliwe oprogramowanie lub do fałszywych sklepów internetowych. Podczas tworzenia i podstawiania takich stron przestępcy mają do wyboru dwie drogi. Pierwsza to stworzenie sklepu wyłudzającego dane kart kredytowych (numery CCV), natomiast drugą opcją jest oferowanie produktów, które nigdy nie trafią do osób, które dokonały zakupu.

Niebezpieczne życzenia świąteczne

Kolejną popularną w przedświątecznym okresie strategią jest wysyłanie bożonarodzeniowych e-kartek. Uważajmy na ten rodzaj wiadomości jeżeli nie znamy nadawcy, takie życzenia mogą zawierać dołączone do wiadomości złośliwe pliki np. popularnych odmian wirusów czy trojanów bankowych!

Jak bezpiecznie kupować w internecie radzą specjaliści G Data:

Dobrze chroniony w sieci. Dobre rozwiązanie w kwestii bezpieczeństwa powinno być podstawowym wyposażeniem, każdego użytkownika internetu. Nie powinno się to ograniczać jedynie do programu antywirusowego, niezbędnym uzupełnieniem powinny być filtry spamowe, firewall oraz skaner w czasie rzeczywistym przed zagrożeniami online.
Zamknij luki bezpieczeństwa. Należy używać aktualizacji by mieć pewność, że system operacyjny, oprogramowanie i aplikacje są zawsze w najnowszych wersjach dostępnych u producenta.

Bezpieczna bankowość internetowa. Podczas wykonywania przelewów online lub innych działań na koncie internetowym, jeżeli to możliwe zawsze korzystaj z podwójnego uwierzytelniania. Zintegrowana z wszystkimi produktami G Data technologia BankGuard dostępna we wszystkich produktach G Data oferuję dodatkową ochronę podczas korzystania z bankowości elektronicznej.

Zasada ograniczonego zaufania. Przed złożeniem zamówienia dokładnie sprawdź sklep, w którym planujesz dokonać zakupu. Zapoznaj się z warunkami i kosztami sprzedaży oraz dostawy. Dobrze jest tez poświęcić kilka minut na wyszukanie w sieci opinii innych użytkowników o danym sklepie.

Prosto do kosza. Niezwłocznie kasuj wszelki spam i zawsze unikaj otwierania zawartych w nim linków czy załączników.

Bezpieczne płatności w sieci. Podczas logowania się do systemów bankowości online powinieneś zwrócić uwagę czy znajdujesz się na właściwej stronie oraz czy połączenie jest szyfrowane. Większość serwisów po przejściu do strony logowania wykorzystuję połączenie szyfrowane. Jeśli stwierdzisz jego brak, coś jest nie tak!

Polska Firma – Międzynarodowy Czempion. Asseco Poland wyróżnione za zagraniczne inwestycje.

0

W drugiej edycji edycji konkursu „Polska Firma – Międzynarodowy Czempion” zorganizowanego z inicjatywy firmy doradczej PwC Asseco Poland otrzymało wyróżnienie w kategorii Inwestor.

Celem konkursu jest promocja polskich firm odnoszących znaczące sukcesy na rynkach zagranicznych jako inwestorzy lub eksporterzy oraz promocja korzyści, jakie z tytułu takiej działalności odnosić mogą nie tylko same firmy, ale także cała polska gospodarka. W konkursie udział wzięły działające w Polsce przedsiębiorstwa opierające się na rodzimym kapitale, które w ciągu ostatnich pięciu lat dokonały inwestycji zagranicznej oraz prowadzą szeroko zakrojoną działalność eksportową i odnoszą sukcesy na zagranicznych rynkach. Do końca 2012 r. suma zagranicznych inwestycji zrealizowanych przez polskie firmy wyniosła 57,5 miliarda USD.

W kapitule konkursu zasiedli: Ilona Antoniszyn-Klik, podsekretarz stanu w Ministerstwie Gospodarki, Katarzyna Kacperczyk, podsekretarz stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, Sławomir Majman, prezes PAIiIZ, Dariusz Ostrowski, prezes ARAW, Paweł Rabiej, współwydawca i redaktor naczelny magazynu ThinkTank, oraz Ryszard Petru, partner w PwC.

Polak a nowoczesne technologie płatnicze

Jeszcze niespełna dwie dekady temu na myśl nikomu nie przyszło, że kawałek plastiku zastąpi monety i papierowy pieniądz. Ale świat pędzi do przodu. Obecnie, zamiast szukać w kieszeni gotówki, korzystamy z kart płatniczych. Jako klienci możemy też po prostu zbliżyć swój komórkowy telefon do terminala, a w ciągu niespełna sekundy następuje autoryzacja płatności.

Przyzwyczajenia Polaków niewątpliwie się zmieniają. Nie nosimy już ze sobą gotówki, bo liczenie, noszenie i wydawanie zabiera niepotrzebnie energię. Lepiej wyjąć kartę, wstukać PIN i samo się zrobi. Coraz więcej osób idąc na zakupy portfela nie zabiera ze sobą w ogóle. W jaki sposób płacą? Odpowiedź brzmi – telefonem.

Jak wynika z raportu MasterCard „Polak a nowoczesne technologie” płatność kartą zbliżeniową czy telefonem to atrybut nowoczesności, który pozwala na oszczędność czasu i energii. Ponadto Polacy chcą być na czasie i spróbować czegoś nowego, stąd w portfelu nie jedna, a kilka kart płatniczych, czy telefon umożliwiający przeprowadzenie płatności.

Jak podkreśla Tomasz Sobierajski – socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego „Jest grupa osób, które mają opór wobec tego, ale myślę, że to jest całkiem normalne. Normalne z punktu widzenia naszego społeczeństwa, dlatego, że my w bardzo krótkim czasie musieliśmy zaznajomić się z bardzo wieloma technologiami. W innych krajach zajmowało to kilkadziesiąt lat. My przechodzimy z jednego systemu na drugi i co ciekawe, te osoby, które decydują się na to, […] oszczędzają czas.”

Nowe technologie postrzegane są jako nieodłączny element współczesnego świata. Jednak osoby, które z nich korzystają mają i oczekiwania wobec nowych metod płatności. Najważniejsze to bezpieczeństwo, że nic nie zagraża pieniądzom. Nowe rozwiązania powinny dawać korzyści i przede wszystkim muszą być zrozumiałe w użyciu.

„Bardzo duża rola jest w edukacji społecznej w zakresie nowych technologii. Młodzi ludzie są lepiej wyedukowani, w związku z tym oni pierwsi często po nie sięgają. Ale absolutnie nie jest tak, że oni są jedynymi użytkownikami np. kart zbliżeniowych. Z badań wiemy, że dużo osób starszych […] również w bardzo pozytywny sposób wyraża się na temat tych płatności i bardzo chętnie po nie sięga” – podkreśla Sebastian Januszko, Research Director Domu Badawaczego Maison.

Wydaje się, że przyszłość to rezygnacja z tradycyjnego, wypchanego banknotami i brzęczącego od monet portfela. Czy rzeczywiście tak się stanie? Czas pokaże. Póki co karta zbliżeniowa niewątpliwie jest wygodna, a płacący telefonem z pewnością są trendy.

Więcej oszczędzamy na świąteczne przyjemności

Provident porównał plany świąteczne mieszkańców wsi i małych miast, oraz mieszkańców dużych metropolii. Z badań przeprowadzonych przez Homo Homini w ramach cyklicznego Barometru wynika, że prawie co trzeci mieszkaniec małego miasta i wsi (32 proc.) częściej niż mieszkaniec większego miasta (18 proc.) deklaruje organizację świąt ze zgromadzonych oszczędności.

40 proc. Polaków zamierza wydać na organizację świąt tyle samo co w zeszłym roku. Mniej na tegoroczne święta wydadzą mieszkańcy mniejszych miejscowości. Tylko 18 proc. respondentów z tej grupy przeznaczy na święta więcej pieniędzy w stosunku do poprzedniego roku.

Tradycja ponad pieniądze

Niestety, ponad połowa respondentów twierdzi, że obecna sytuacja gospodarcza wpłynie na koszt organizacji świąt. Jednak atmosfera przy świątecznym stole będzie jak zawsze uświęcona tradycją spotkań w gronie bliskich. Prawie co drugi Polak deklaruje, że zorganizuje święta dla najbliższej rodziny lub przyjaciół. W tej grupie przeważają mieszkańcy wsi i małych miast (54 proc.). Inaczej jest w dużych aglomeracjach – tendencja ta jest dokładnie odwrotna. Badani najczęściej wskazują, że to oni zostali zaproszeni na święta (39 proc.).

Ile to kosztuje?

Czterech na dziesięciu ankietowanych twierdzi, że wydatki na świąteczne smakołyki i prezenty utrzymają się na tym samym poziomie, co rok temu, 28 proc. ankietowanych twierdzi, że będzie musiało je ograniczyć. W tej grupie znaleźli się mieszkańcy wsi i małych miast, którzy zdecydowanie skromniej będą obchodzić tegoroczne święta. Co trzeci ankietowany będzie musiał zacisnąć pasa. W miastach powyżej 50 tys. takie deklaracje składa 23 proc. badanych.Prawie co trzeci ankietowany planuje przeznaczyć na organizację świąt od 300 do 500 zł. Niecałe 48 proc. badanych, gdyby dysponowało wymarzonym budżetem, spędziłoby święta inaczej niż dotychczas. Na drugim biegunie znaleźli się ci, którzy nie wyobrażają sobie świąt poza domem daleko od przyzwyczajeń i wedle ustalonych rytuałów.

Polscy Mikołajowie

Polacy chętnie obdarowują swoich bliskich prezentami. Ośmiu na dziesięciu z nas sprezentuje swoim bliskim jakiś drobiazg. Od lat wśród najpopularniejszych prezentów znajdują się kosmetyki (52 proc.), zabawki (42 proc.) oraz książki (33 proc.). Ankietowani najczęściej na prezenty przeznaczą od 100 do 200 zł (24 proc.). Ponad 17 proc. z nas zamierza przeznaczyć na ten cel ponad 500 zł. Mieszkańcy wsi i małych miast rzadziej obdarują swoich bliskich .Tylko co piąty z nich zamierza zainwestować w świąteczne upominki dla bliskich w tym roku.

Badanie zostało przeprowadzone w grudniu 2013 roku, metodą wywiadu telefonicznego CATI, na losowej próbie 500 osób o zarobkach w wysokości średniej krajowej i poniżej

Bartosz Ciołkowski nowym Dyrektorem Generalnym w polskim oddziale MasterCard Europe

Zmiany personalne w polskim biurze firmy MasterCard. Bartosz Ciołkowski, dotychczasowy szef sprzedaży w polskim oddziale firmy, obejmie stanowisko Dyrektora Generalnego polskiego oddziału MasterCard Europe. Z kolei Kamila Kaliszyk, pełniąca do tej pory obowiązki Senior Account Managera, będzie odpowiedzialna za pion ds. Rozwoju Akceptacji
i Kontaktów z Merchantami.

Kolejne zmiany w MasterCard. Po Pawle Rychlińskim, który awansował na szefa struktur firmy w Niemczech, oraz Michale Skowronku, który we wrześniu mianowany został Dyrektorem Generalnym na Polskę, Ukrainę Czechy i Słowację w MasterCard Europe, przyszła kolej na dwie nowe osoby.

Bartosz Ciołkowski został nowym Dyrektorem Generalnym polskiego oddziału MasterCard Europe. Karierę rozpoczynał w Banku BZ WBK, gdzie odpowiadał za prowadzenie projektów w ramach biznesu akceptacji kart płatniczych. Przed związaniem się z MasterCard pracował również w banku Pekao SA, w którym nadzorował prace Departamentu Rozwoju Biznesu Kartowego, odpowiedzialnego za realizację projektów w zakresie wydawnictwa i akceptacji kart płatniczych. Od 2005 roku, kiedy to rozpoczął pracę w MasterCard, aktywnie wspierał działania sprzedażowe, przyczyniając się do wzrostu udziału firmy na rynku płatności.

Od 2009 roku odpowiadał za dział doradztwa MasterCard® Advisors w krajach Europy Centralnej i Wschodniej. W tym czasie był zaangażowany we wdrażanie ponad 50 projektów. Dotyczyły one m.in.: optymalizacji rentowności produktów płatniczych, rozwoju innowacyjnych produktów, rozwoju programów lojalnościowych oraz co-brandingu. Przez ostatni rok pełnił funkcję szefa sprzedaży w polskim oddziale MasterCard. Ukończył studia na Wydziale Ekonomii Akademii Ekonomicznej w Poznaniu ze specjalizacją w zakresie polityki gospodarczej i strategii przedsiębiorstw.

Kamila Kaliszyk rozpoczęła pracę w pionieds. Rozwoju Akceptacji i Kontaktów z Merchantami. Kamila dołączyła do MasterCard w 2000 roku, jako Technology Account Manager. Później, już jako Senior Account Manager, była odpowiedzialna za rozwój biznesowy i współpracę z większością polskich banków. Brała również udział we wprowadzaniu kart World MasterCard i budowaniu programu lojalnościowego World MasterCard Rewards. Wcześniej pracowała w banku Pekao S.A. oraz Invest Bank S.A. Kamila jest absolwentką ekonomii Uniwersytetu Ekonomicznego w Szczecinie.

Luksus ma się dobrze – Rynek dóbr luksusowych w Polsce

Rynek dóbr luksusowych w Polsce rośnie już kolejny rok z rzędu, do 2016 roku jego wartość osiągnie poziom 12,9 mld zł. W szybkim tempie przybywa potencjalnych konsumentów – liczba osób zamożnych i bogatych w naszym kraju to obecnie 786 tys., a w 2016 roku zbliży się do 1 mln. Polska w dalszym ciągu pozostaje nieodkrytym rynkiem dla światowych graczy. W najbliższych latach firmy oferujące dobra i usługi luksusowe spodziewają się stałego wzrostu liczby klientów. Takie wnioski płyną z czwartej edycji raportu KPMG pt. „Rynek dóbr luksusowych w Polsce”.

Rośnie liczba zamożnych i bogatych konsumentów

Mimo europejskiego kryzysu i spowolnienia krajowej gospodarki, w Polsce szybko przybywa potencjalnych konsumentów dóbr luksusowych. W 2013 roku w Polsce mieszkało 786 tys. osób zamożnych i bogatych, tzn. o dochodach brutto przekraczających 85 tys. zł. Ich łączny dochód netto szacowany jest w tym roku na 130,9 mld zł. W porównaniu z rokiem 2012 grupa ta powiększyła się o 18 tys. osób, a jej łączny dochód netto wzrósł o 4,1 mld zł. W 2016 roku w Polsce może mieszkać już blisko 1 mln osób zamożnych i bogatych, których łączny dochód netto sięgnie prawie 172 mld zł.

Wciąż dzieli nas duży dystans od krajów Europy Zachodniej – zarówno z uwagi na liczbę osób najbogatszych, jak i pod względem zamożności przeciętnego mieszkańca. W Polsce liczbę osób posiadających płynne aktywa o wartości przekraczającej 1 mln dol. szacuje się obecnie na nie więcej niż 50 tys. Nawet w krajach o znacznie mniejszej liczbie ludności, takich jak Portugalia czy Finlandia, grupa ta jest większa (w obu przypadkach obejmuje powyżej 60 tys. osób). Pod względem wartości majątku przypadającego na statystycznego mieszkańca Polska zajmuje jedno z ostatnich miejsc w Unii Europejskiej.

Mieszkaniec Unii Europejskiej posiada średnio 138,6 tys. dol. majątku. Obywatel Polski ze średnim majątkiem 20,8 tys. dol. zajmuje dopiero 24 miejsce wśród obywateli krajów członkowskich UE – mówi Andrzej Marczak, Partner w KPMG w Polsce, i dodaje – Mniejszy majątek od przeciętnego Polaka posiadają jedynie Litwini, Łotysze, Rumuni oraz Bułgarzy. Majątek Polaków rośnie w tempie znacznie szybszym niż średnia dla UE – średnio 4,1% rocznie. Gdyby takie tempo zostało utrzymane, potrzeba jednak blisko 50 lat, aby majątek mieszkańca Polski osiągnął obecną średnią wartość dla UE.

Luksus ma się dobrze

Wraz z coraz większą liczbą bogatych i zamożnych rośnie wartość polskiego rynku dóbr luksusowych, a perspektywy na następne lata są obiecujące. Według raportu wartość rynku w 2013 roku zwiększyła się po raz kolejny, osiągając poziom 10,8 mld zł. Eksperci KPMG prognozują, że w następnych latach utrzyma się pozytywny trend obserwowany do tej pory. Wartość rynku dóbr luksusowych do 2016 roku wzrośnie łącznie o kolejne 20% i wyniesie 12,9 mld zł.

Tegoroczna edycja raportu po raz pierwszy pokazuje specyfikę rynku dóbr luksusowych w podziale na poszczególne segmenty. Zdecydowanie największe znaczenie mają ekskluzywne samochody. Segment ten jest wart aż 4,5 mld zł i tym samym stanowi ponad 40% wartości całego rynku. Rośnie liczba rejestracji nowych pojazdów luksusowych i premium, podczas gdy całość rynku samochodów osobowych przeżywa stagnację. Dużą popularnością wśród zamożnych Polaków cieszą się także luksusowa odzież i dodatki (1,8 mld zł), ekskluzywne usługi hotelowe i SPA (1,2 mld zł), prestiżowe nieruchomości (900 mln zł) alkohole i cygara z najwyższej półki (714 mln zł) oraz luksusowe meble (580 mln zł).
Najszybszy wzrost do 2016 roku odnotują segmenty luksusowych nieruchomości oraz usług hotelarskich i SPA (odpowiednio o 29% i 28%).

Światowi gracze doceniają potencjał polskiego rynku. W kraju dostępne jest już 69% wszystkich globalnych marek luksusowych. Dużą popularnością cieszą się zwłaszcza marki włoskie i francuskie. W 2013 roku liczba dostępnych marek rosła jednak wolniej niż w ubiegłych latach, co wskazuje na coraz większe nasycenie rynku.

Silna pozycja Włoch na rynku międzynarodowym jest zasługą marek motoryzacyjnych (Maserati, Ferrari) i odzieżowych (Dolce&Gabbana, Prada, Gucci). W przypadku Francji największe znaczenie mają marki odzieżowe (Louis Vuitton), ale także marki perfum (Chanel, Dior, YSL) czy alkoholi (szampany Moët & Chandon i Dom Pérignon, koniaki Hennessy) – mówi Tomasz Wiśniewski, Partner w KPMG w Polsce.

Firmy optymistycznie o rynku

Większość firm działających na polskim rynku dóbr luksusowych jest zadowolona z obecnej sytuacji i optymistycznie patrzy w przyszłość – wynika z badania ankietowego przeprowadzonego przez KPMG. Niemal wszystkie firmy spodziewają się stałego wzrostu liczby klientów. Żadna z badanych firm nie obawia się, że jej produkty i usługi nie znajdą w następnych latach tylu nabywców, co dotychczas.

Mimo zadowolenia z sytuacji rynkowej trzy czwarte badanych firm odczuwa bariery ograniczające ich rozwój w Polsce. Do najczęściej wymienianych problemów należą zbyt mała grupa potencjalnych konsumentów, zmienny kurs walutowy, bariery administracyjno-prawne oraz wysokie koszty ekskluzywnej powierzchni handlowej.

Dla wielu firm oferujących dobra luksusowe o charakterze konsumpcyjnym (ubrania, dodatki, biżuteria itp.) dużym problemem jest brak prestiżowej ulicy handlowej w pełnym tego słowa znaczeniu, przede wszystkim w Warszawie. Krokiem w dobrym kierunku było otwarcie ekskluzywnego domu handlowego vitkAc w 2011 roku. Być może dzięki obecnie planowanym inwestycjom na Placu Trzech Krzyży uda się stworzyć luksusową część handlową stolicy w najbliższych latach – uważa Andrzej Marczak, Partner w KPMG w Polsce.

Gdyby nie biurokracja polscy przedsiębiorcy byliby o 200 mld zł bogatsi

Dla połowy przedsiębiorców regulacje i nadmierna biurokracja są największym hamulcem rozwoju – wynika z badania IBR 2013. To dla przedsiębiorców większy problem niż niepewność gospodarcza czy koszty finansowania inwestycji. Firmy szacują, że ich przychody byłyby 5-10 proc. wyższe, gdyby nie musieli się zmagać z problemami biurokratycznymi. W rezultacie podniosłoby to ich przychody o 200 mld zł.

Bariery biurokratyczne to nie tylko kwestia złożonych procedur, ale i nieprzejrzystych przepisów. Przekładają się bezpośrednio na efektywność działania przedsiębiorców, a tym samym ograniczają potencjalny wzrost przychodów.

 – Co trzeci przedsiębiorca wskazał, że po usunięciu głównych przeszkód wzrost przychodów mógłby sięgnąć nawet 10 proc. Jedna czwarta przedsiębiorców oceniała potencjalny wzrost przychodów na 5-10 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Wróblewski, partner zarządzający w Grant Thornton. – Jeśli te oszacowania przeniesiemy na poziom całej gospodarki, to likwidacja barier biurokratycznych podniosłaby przychody polskich przedsiębiorstw o ponad 200 mld zł. To mniej więcej jedna ósma polskiego PKB.

Z badania firmy Grant Thornton wynika, że polscy przedsiębiorcy do kluczowych barier zaliczają złożoność polskiego prawa, zwłaszcza prawa podatkowego, i niejednoznaczne, niejasne interpretacje. Podnoszą też kwestię częstych zmian w prawie oraz przedłużających się procedur przed sądami, zarówno cywilnymi, jak i administracyjnymi.

 – Ministerstwo Finansów wydaje rocznie 30 tys. indywidualnych interpretacji. To oznacza, że urzędnicy codziennie wydają ponad 100 interpretacji, czyli co 4 minuty powstaje jedna nowa. To daje pojęcie o złożoności obowiązujących regulacji i ich niejednoznaczności. Skoro tak wiele pytań dotyczących prawa podatkowego zadają przedsiębiorcy, to znaczy, że mają poważne problemy – przekonuje Tomasz Wróblewski.

Grant Thornton zadał przedsiębiorcom pytanie o konsekwencje wynikające z istnienia barier i konieczności radzenia sobie z nimi. 75 proc. wskazuje na stratę czasu związaną z przerostem procedur biurokratycznych. Ponad połowa mówi, że to prostu kosztuje.

 – Oba te elementy, angażowanie środków i angażowanie czasu, powodują, że na przedsięwzięcia rozwojowe czasu i środków pozostaje mniej. W ten sposób, pośrednio bariery biurokratyczne powodują, że mniej energii idzie na rozwój przedsiębiorstw. Co drugi przedsiębiorca jest gotów zaniechać przedsięwzięcia o charakterze rozwojowym, byle tylko uniknąć walki z przeszkodami i ryzyka administracyjnego. To bardzo poważny skutek – podkreśla Tomasz Wróblewski.

Co więcej, z rozmów prowadzonych przez Grant Thornton podczas II Forum Przedsiębiorców z przedsiębiorcami wynika, że chętnie zgodziliby się na likwidację wszystkich ulg podatkowych w zamian za uproszczony system, w którym skala podatkowa – relatywnie atrakcyjna, biorąc pod uwagę skale podatkowe w krajach europejskich – byłaby skalą rzeczywistą, a nie zapisem w ustawie.

 – Szeroki katalog wydatków nie uznawanych za koszt uzyskania przychodu  powodują, że obciążenie rzeczywiste jest wyższe aniżeli stawka ustawowa – dodaje Tomasz Wróblewski.

Biurokracja ogranicza innowacyjność, wręcz jest jej przeciwieństwem. A rozwiązanie problemów nie jest łatwe, choć wydawałoby się, że wystarczy by biznes i administracja zasiadły razem do stołu i wypracowały rozwiązanie. Ale na takie działania się nie zanosi.

 – Po pierwsze, to nie jest łatwy temat. Po drugie, sądzę, że to też sprawa priorytetów rządowych, a na nieszczęście przedsiębiorców, gospodarka nie jest obecnie oczkiem w głowie administracji publicznej. Ten niski priorytet wynika zapewne z przekonania polityków, że mają ważniejsze zadania i cele – uważa partner zarządzający w Grant Thornton.

Według partnera zarządzającego w Grant Thornton wprowadzenie odpowiedzialności majątkowej urzędników za podejmowane decyzje nie przyniosło żadnych efektów.

 – Statystyka mówi sama za siebie. Do końca  2012 roku nie mieliśmy do czynienia z żadnym postępowaniem przeciwko urzędnikowi właśnie o takie błędne wydanie decyzji. Mamy regulację, która w praktyce nie działa i nie przynosi spodziewanych korzyści – podsumowuje Tomasz Wróblewski.

Patronem II Forum Przedsiębiorców Grant Thornton była Krajowa Izba Gospodarcza, która objęła patronatem również raport, przygotowany na podstawie ankiety przeprowadzonej wśród przedsiębiorców obecnych na Forum.

Rynek energii i gazu będzie bardziej przejrzysty i konkurencyjny

W styczniu rusza na Towarowej Giełdzie Energii specjalna platforma online, dzięki której łatwiejsze będzie wychwycenie ewentualnych naruszeń dotyczących zawieranych transakcji. Uczestnicy giełdy energii będą mieli przejrzysty dostęp do informacji dotyczących kształtowania się cen. Platforma ma także wpłynąć na zwiększenie płynności na rynku gazu.

 – Giełdowa Platforma Informacyjna ma być miejscem, w którym interesujący się sektorem elektroenergetycznym, nie tylko giełdą, znajdą informacje. Wszyscy uczestnicy rynku będą „raportować” tu o zdarzeniach, jakie mają ich zdaniem wpływ na kształtującą się cenę energii elektrycznej i gazu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Ireneusz Łazor, prezes zarządu Towarowej Giełdy Energii.

GPI będzie platformą  elektroniczną, dzięki której ma zostać wzmocniona transparentność rynku. Za jej pomocą będą publikowane m.in. dane operatora systemu przesyłowego oraz od wytwórców energii. Te dane już są dostępne, ale każdy wytwórca publikuje je oddzielnie, co utrudnia śledzenie zmian zachodzących na rynku i np. porównywanie stawek.

 – Dostęp do platformy będzie limitowany, co ma zapewnić bezpieczeństwo. Funkcjonowanie całego sektora elektroenergetycznego, jak i gazowego oraz paliwowego, ma służyć zdobyciu przewagi konkurencyjnej przemysłu. Przemysłu, który jest ulokowany tutaj i bazuje na tutejszych paliwach i cenie. To prowadzi do wyrównania szans, transparentności, obiektywności, dużego wolumenu stanowiącego najlepszy sposób wyznaczenia obiektywnej ceny paliwa – wyjaśnia prezes TGE.

W ocenie Ireneusza Łazora polski rynek energii elektrycznej charakteryzuje się wysoką płynnością – od początku tego roku do końca października łączny wolumen obrotu na Towarowej Giełdzie Energii wyniósł 145 791 GWh, a produkcja krajowa w tym okresie to 133 992 GWh. Oznacza to, że przedmiotem handlu na giełdzie było ponad 108 proc. ilości energii wyprodukowanej w kraju – poinformował niedawno Ireneusz Łazor dodając, że chce podobną płynność osiągnąć na rynku gazu.

Istnienie płynnego, transparentnego hurtowego obrotu energią jest jednym z warunków ukończenia budowy wewnętrznego rynku energii w UE. Prezes giełdy rozważa także możliwość stworzenia platformy, gdzie uczestnicy rynku mogliby skorzystać ze wsparcia analityków.

Naszą gospodarkę przed kryzysem chroni eksport. W przyszłym roku Polska skupi się na ekspansji do 5 krajów

Rosnący eksport chroni polską gospodarkę przed spowolnieniem. W 2014 r. Ministerstwo Gospodarki chce skoncentrować się na budowie relacji z Algierią, Kazachstanem, Turcją, Meksykiem i Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi. Polska korzysta także na unijnych umowach o wolnym handlu.

 – Po dziesięciu miesiącach mieliśmy 6 proc. wzrostu eksportu. Są rynki rosnące ponad przeciętną. Szczególnie w tych krajach, na które mocno postawiliśmy od grudnia zeszłego roku. Po raz pierwszy odwróciliśmy trend w handlu z Chinami. Mamy wreszcie szybciej rosnący eksport niż import, za dziewięć miesięcy było plus 12 proc. naszego eksportu., importu plus 7 proc. W półtora roku po przyjęciu umowy o wolnym handlu UE-Korea mamy blisko 40-proc. wzrost do Korei, ponad 30-proc. do Arabii Saudyjskiej, 80-proc. do Emiratów Arabskich – wylicza w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Janusz Piechociński, wicepremier i minister gospodarki.

Jak wynika z danych Komisji Ubezpieczeń Kredytów Eksportowych, w październiku polski eksport był warty ponad 15 mld euro. To o ponad 9 proc. więcej niż we wrześniu i o 4 proc. więcej niż w październiku 2012 r. Po przeliczeniu na złote, wzrost rok do roku wyniósł 6 proc. Zgodnie z szacunkami KUKE całoroczny wzrost eksportu powinien przekroczyć 5 proc.

Piechociński podkreśla, że to właśnie rosnący eksport stanowi o konkurencyjności polskiej gospodarki. Sprzedaż za granicę pozwoliła nam uniknąć spadku PKB w trakcie kryzysu. Szczególne sukcesy Polska odnosi na dotąd zaniedbywanych rynkach. Jej przewagą konkurencyjną nie jest już tylko tania siła robocza oraz niskie koszty energii i podatki, lecz także innowacyjność.

 – Potwierdziliśmy w wielkim kryzysie, że jesteśmy gospodarką przemysłową, że obok ciężkich, starych dziedzin, które wymagają ciągłej modernizacji, restrukturyzacji, pojawiły się sektory przemysłów nowej generacji, sektor ICT. Co roku 30 tysięcy programistów, informatyków kończą dobre polskie uczelnie i na osi rywalizacji światowej są drugimi informatykami po Brazylijczykach to jest tyle, ile ma dużo większa gospodarka niemiecka – podkreśla Piechociński.

Według niego jednym z najistotniejszych rynków są Zjednoczone Emiraty Arabskie. W rozwoju handlu pomaga bezpośrednie połączenie lotnicze, uruchomione w grudniu ubiegłego roku pomiędzy Dubajem i Warszawą. Wkrótce w Dubaju powstanie także przedstawicielstwo Wydziału Promocji Handlu i Inwestycji MG.

Rząd wzmacnia też kontakty handlowe z Afryką. Owocuje to już pierwszymi dużymi inicjatywami i kontraktami – Ursus sprzedał 3 tys. ciągników do Etiopii, a Asseco chce współpracować z lokalnymi kontrahentami w zakresie rozwiązań informatycznych.

Wicepremier dodaje, że szczególnie cieszy go udział małych i średnich przedsiębiorstw w strukturze polskiego eksportu. Łącznie w Polsce jest ok. 50 tys. firm, które sprzedają swoje towary i usługi za granicę. Z drugiej jednak strony wciąż istnieją duże dysproporcje, np. w handlu z Chinami. Zgodnie z danymi GUS w pierwszym półroczu eksport do Chin wyniósł nieco ponad 1 mld dolarów, podczas gdy import był niemal dziewięciokrotnie wyższy – 8,9 mld dolarów. Eksporterów do tego kraju było zaledwie 200, a importerów niemal 13 tys.

Piechociński dodaje, że przez najbliższych kilka lat Polska będzie miała nadwyżkę eksportu nad importem, więc należy to wykorzystać. Szansą są kolejne umowy o wolnym handlu podpisywane przez UE – z Kanadą, Japonią, a do końca przyszłego roku być może także ze Stanami Zjednoczonymi.

Jednym z priorytetów nowego ministra finansów będzie uregulowanie hipoteki odwróconej

CEO Magazyn Polska

Sprawa tzw. odwróconych hipotek będzie jedną z kluczowych, którymi się zajmie nowo powołany minister finansów Mateusz Szczurek. Ten coraz poważniejszy temat, związany z zabezpieczeniem finansowym osób starszych, jest ciągle bardzo słabo uregulowany w polskim prawie. Ma się to jednak zmienić – w rządzie trwają prace nad nową ustawą.

 – Na rynku jest około siedmiu podmiotów zajmujących się tzw. odwróconymi hipotekami, a właściwie produktami, które są do tego podobne. Oferują przede wszystkim umowy przewłaszczenia własności z zabezpieczeniem dla sprzedającego. Występują one pod postacią np. dożywotnej służebności mieszkania, czyli możliwości przebywania w nim do końca życia – wyjaśnia agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Tomasz Gaweł, radca prawny, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu.

Inną formą tego instrumentu finansowego może być pożyczka z jednorazową wypłatą świadczenia. Zabezpieczeniem jej zwrotu jest hipoteka na nieruchomości klienta. Odwrócone hipoteki występują także w formie ubezpieczenia. 

 – Wszystko to razem składa się na bardzo nieciekawy obraz, przede wszystkim dla konsumentów. Nie jest to w polskim prawie dokładnie uregulowane, co pociąga za sobą bardzo poważne niebezpieczeństwa dla osób, które chciałyby skorzystać z tego typu usług. Klienci nie mogą liczyć na nadzorowanie tych produktów przez organy władzy publicznej np. Komisję Nadzoru Finansowego – przestrzega dr Tomasz Gaweł.

Jedna z propozycji legislacyjnych zakłada, że będzie to usługa świadczona przez banki, które będą przejmować nieruchomości seniora. W zamian za to klient otrzyma odpowiednie świadczenie, wypłacane do końca życia. Innym kierunkiem zmian jest doprecyzowanie przepisów kodeksu cywilnego w zakresie umowy dożywocia. Jego aktualne przepisy są na tyle ogólne, że umożliwiają bardzo wiele nadużyć ze strony ewentualnych instytucji, które się tym zajmują. 

 – Konieczne jest bardzo precyzyjne dopracowanie przede wszystkim zakresu praw seniorów, którzy będą zawierali takie umowy dożywocia, w zamian za rentę dożywotnią. Pozwalałoby to utrzymać się do końca życia, poprawić jego jakość i wydawać te środki wedle własnego uznania. Rozstrzygnąć trzeba problem przenoszenia własności nieruchomości, ewentualnej możliwości wcześniejszej spłaty tego typu instrumentu, również przez spadkobierców. Zabezpieczyć, by nie zajmowały się tym „spółki-krzaki”, tylko wyłącznie poważne instytucje finansowe – sugeruje dr Tomasz Gaweł.

Takie rozwiązanie problemu oznacza de facto powierzenie świadczenia tych usług wyłącznie bankom lub specjalnie do tego powoływanym funduszom inwestycyjnym, emerytalnym i hipotecznym. Chodzi o to, by podlegały kontroli Komisji Nadzoru Finansowego w zakresie świadczonych usług.

Giełda utrudni życie spółkom groszowym. Inwestorzy zadowoleni z nowych regulacji

GPW chce wpisywać spółki, których akcje kosztują mniej niż 50 groszy, na tzw. listę alertów. Spółka, która będzie na tej liście ponad 1,5 roku musi się liczyć z wycofaniem jej z obrotu giełdowego. Planowane zmiany na warszawskim parkiecie są dobrze odbierane przez rynek, bo poważni inwestorzy unikają spółek groszowych, a na ich istnieniu cierpi prestiż giełdy.

Spółka ma trafić na listę alertów na podstawie wyliczenia średniego kursu z ostatnich trzech miesięcy. Taka kwalifikacja będzie przeprowadzana raz na kwartał. Na początku wdrażania zmian limit będzie wynosił 50 gr (w marcu, czerwcu i wrześniu 2014 r.), a potem (od grudnia 2014) – 1 zł. Spółka z listy będzie musiała przygotować plan naprawczy, a jeśli trafi na listę sześć razy, będzie mogła być nawet wycofana z obrotu.

 – Kiedy akcje kosztują poniżej złotówki, kilka groszy, to prestiż tej spółki i prestiż giełdy w tym momencie jest bardzo słaby – uważa Paweł Szczepanik z firmy Szkolenia z Inwestycji Giełdowych.

Problemem jest też to, że w przypadku akcji groszowych spółek nawet minimalna zmiana nominalna kursu (czyli o 1 grosz) może powodować dość dużą zmianę procentową. Jeśli akcja kosztuje 10 gr, to zmiana ceny o 1 grosz to aż 10 proc. skok.

 – Każdy poważny inwestor omija takie akcje – wyjaśnia Szczepanik. – To są dobre spółki dla „żebraczych myśliwych”, który myślą, że po zainwestowaniu 100 zł zrobią milion złotych, bo być może ta spółka z kilku groszy kiedyś będzie kosztowała 10 czy 15 zł.

Obecnie na rynku jest ponad 70 spółek, których akcje kosztują mniej niż 1 zł, ponad 40 z nich ma wycenę nie przekraczającą 50 gr.

 – Jeżeli spółka faktycznie spada do wartości kilku czy kilkunastu groszy, to jest to znak. W przypadku Biotonu wynikało to np. z nowych emisji akcji. A jeżeli cena akcji spółki kosztowała kiedyś ponad 500 zł, przykład Petrolinvest, a dzisiaj kosztuje 16 gr, czy akcje IDM, które kiedyś kosztowały 2 zł, dzisiaj kosztują 15 gr, to należałoby albo tą spółkę wycofać z giełdy i po prostu dać sobie z tym spokój, albo dokonać konsolidacji akcji, co zresztą planuje Bioton – wyjaśnia rozmówca Newserii Biznes.

Zdaniem Szczepanika w sytuacji, gdy cena akcji spada poniżej 1 zł bardzo cierpi na tym prestiż spółki.

 Kiedy spółka spada poniżej złotówki i przekracza potem magiczną barierę 50 gr, to już jest poważny znak ostrzegawczy wręcz, żeby tych akcji nie dotykać. Szczególnie dziwne było, że Boryszew w pewnym momencie znalazł się w indeksie WIG20, kiedy kosztował 50 gr. Bo z jednej strony prestiżowy indeks, z drugiej strony akcje groszowe, które nie przystają do tego prestiżu – mówi ekspert.

Zniknie obowiązek metkowania towarów. Cene konieczne tylko na sklepowych półkach

Rząd ma zająć się dziś przygotowanym przez resort finansów projektem ustawy o informowaniu o cenach towarów i usług. Zakłada on zwolnienie przedsiębiorców z obowiązku metkowania wszystkich towarów, które sprzedają. Na zmianie przepisów skorzystaliby nie tylko handlowcy, ale również klienci, bowiem metkowanie sporo kosztuje. Zamiast na metkach ceny miałyby być czytelnie umieszczone na sklepowej półce.

Polski handel liczy na rychłą likwidację obowiązku metkowania każdego produktu z osobna w małych sklepach.

 – Metkowanie każdego produktu zajmuje dużo czasu pracownikowi, a to są koszty – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Maciej Ptaszyński, dyrektor generalny Polskiej Izby Handlu.

Nowa ustawa ma zastąpić obecnie obowiązującą ustawę o cenach. Obecnie sprzedawcy mają obowiązek oznaczania ceną, czyli metkowania każdego produktu, który sprzedają. Według Ministerstwa Finansów, które jest autorem projektu zmian, obligatoryjne naklejanie cen na każdy produkt z osobna pociąga za sobą koszty związane z dodatkowym nakładem pracy personelu, co finalnie przekłada się na wzrost cen sprzedawanych towarów. Na nowych regulacjach mogliby więc skorzystać zarówno sprzedawcy, jak i klienci, którzy taniej zapłacą za zakupy.

Należy jednak wziąć pod uwagę, że nowa ustawa nakłada na handel również nowe obowiązki.

 – Dotyczą one właściwego i przejrzystego oznaczania ceną towarów – podkreśla dyrektor PIH. – Po ich wprowadzeniu nie każde opakowanie będzie oznaczone ceną, tylko np. całe miejsce na półce.

Projekt ustawy nakłada na sprzedawców również obowiązek informowania o przyczynie przeceny towarów. Za naruszenie tych przepisów przewidziano kary w wysokości do 20 tys. zł. Z kolei w przypadku trzykrotnego naruszenia przepisów w ciągu roku kara ma wynosić 40 tys. zł.

 – Jesteśmy na stanowisku, że ceny powinny być eksponowane jasno, wyraźnie, w sposób niepozostawiający żadnych wątpliwości – dodaje Maciej Ptaszyński.

Ministerstwo Finansów ocenia, że z nowej ustawy wynikną korzyści społeczne i gospodarcze. Przepisy będą miały bowiem pozytywny wpływ na poziom kosztów uzyskania przychodów firm działających w handlu i usługach. W uzasadnieniu do projektu resort szacuje, że zmiana przepisów przyczyni się do ograniczenia firmowych obciążeń administracyjnych, które łącznie wycenia na kwotę ok. 0,5 mld zł rocznie. Jeszcze wyżej resort wycenia tzw. korzyści społeczne. Oszczędności małych i średnich firm dzięki zniesieniu metkowania wyniosą ok. 150 mln zł rocznie, a pozostałe przedsiębiorstwa zaoszczędzą ok. 350 mln zł rocznie. Konsumenci wydadzą natomiast w ciągu roku o ok. 375 mln zł mniej.

Telewizja i prasa tracą reklamodawców na rzecz internetu

CEO Magazyn PolskaReklamodawcy odwracają się od telewizji. Tracą przede wszystkim duże kanały. Ich kosztem rośnie rynek reklamy w internecie. Coraz więcej reklamodawców decyduje się na umieszczenie reklam wideo w sieci, korzystając na rosnącej dostępności szerokopasmowego dostępu do internetu. W coraz trudniejszej sytuacji jest też prasa.

Michał Daniluk, członek zarządu OMD ds. nowych mediów, podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes, że głównym powodem spadków wpływów z reklam w telewizji są nowe zwyczaje konsumentów. Nie można spadków tłumaczyć tylko procesem cyfryzacji i zwiększeniem dostępu do nowych kanałów.

 – Reklamodawcy przyzwyczajając się i dostosowując się do nowej sytuacji, coraz więcej swoich wydatków lokują w internecie, który jest często bardziej efektywny. Nie tak często jak kiedyś patrzą przychylnym okiem na telewizję. Bardzo często mamy do czynienia z sytuacją, kiedy reklamodawcy mówią nam, że działania telewizyjne, jakie podejmowali do tej pory, nie są już tak efektywne – mówi Daniluk.

W ciągu trzech pierwszych kwartałów tego roku rynek reklamy telewizyjnej zmalał o ponad 5 proc. Maleją także wydatki w innych kanałach z wyjątkiem internetu. Według domu mediowego Starlink, wydatki na reklamę w sieci wzrosły o ponad 7 proc.

Z uwagi na ucieczkę reklamodawców od telewizji, reklamy w tym medium są coraz tańsze. Dzięki cyfryzacji telewizji widzowie mają dostęp do większej liczby kanałów, co zwiększa konkurencję i zasięg reklam również w mniejszych stacjach.

 – Jest to wynik presji, która z jednej strony wynika z presji samych reklamodawców, a z drugiej strony – z bardzo dużej konkurencyjności polskiego rynku – podkreśla Daniluk.

Na razie w internecie najpopularniejsze są reklamy w wyszukiwarkach. Jednak rośnie również rynek reklamy wideo. Do tej pory tego typu reklamy były zarezerwowane dla telewizji, ale teraz firmy coraz częściej przenoszą tego typu aktywność promocyjną do sieci.

Duże znaczenie ma rozwój szerokopasmowego dostępu do internetu, w tym poprzez urządzenia mobilne. Rozwój treści internetowych wpływa również na sytuację prasy, która przeżywa duży kryzys i traci reklamodawców.

 – Konsumenci nie mają już takiej potrzeby korzystania z prasy tak masowo jak do tej pory, gdyż te same treści lub często wzbogacone o różnego rodzaju materiały dostają w internecie. Ta technologia, która dzisiaj wkracza we wszystkie sfery reklamy i mediów, chyba najbardziej odcisnęła właśnie piętno na tym, co dzieje się z prasą i z tytułami prasowymi, które na całym świecie przeżywają ogromne problemy – ocenia Daniluk.

Dodaje jednak, że na rynku pojawiają się magazyny, które dobrze wykorzystują istniejące nisze i mimo kryzysu mają szansę na przyciągnięcie reklamodawców i rozwój.

Spośród tradycyjnych mediów zdecydowanie najbardziej odporne na konkurencję internetu okazało się radio.

 – Rewolucja internetowa oczywiście również dotknie radia, natomiast ona przebiega tam wolniej ze względu na to, że dzisiaj korzystanie z radia, np. w samochodzie, jest wygodne i internet sam w sobie nie zastępuje tego tak szybko. Nie ma takiej potrzeby. Jeżeli korzystamy z radia, to niezależnie od tego, czy ono będzie przez internet, czy będzie tradycyjnie dystrybuowane, jeśli chodzi o sygnał, ta konsumpcja wygląda dosyć podobnie, po prostu słuchamy radia – wyjaśnia Michał Daniluk.

Górnictwo przeżywa trudne chwile, ale górnicy mają się dobrze

CEO Magazyn Polska

Niskie ceny węgla i polityka klimatyczna Unii Europejskiej nie sprzyjają polskiej branży górniczej. Kompania Węglowa, największa firma górnicza w Europie, ponosi straty i wymaga restrukturyzacji. Ale samym górnikom powodzi się dobrze.

  Nie jest prawdą, że zawód górnika ma problemy finansowe. W Polsce górnik zarabia ponad 98 proc. więcej od średniej krajowej, czyli średnia górników jest ok. 6,8 tys. zł, a przeciętne wynagrodzenie w 2012 r. wyniosło ok. 3520 złotych. To jest bardzo duża różnica – mówi dr Kazimierz Sedlak, dyrektor w firmie Sedlak & Sedlak.

Podkreśla, że rozbieżność między średnią krajową a płacą górników w Polsce jest wyższa niż w innych krajach europejskich.

 – Oczywiście, mowa o zawodzie trudnym, wymagającym ciężkiej pracy i poświęcenia. Warto jednak zadać pytanie, czy tak duża różnica między średnią krajową a średnią górników jest sprawiedliwa. Porównywaliśmy jak to wygląda w różnych krajach europejskich. W Niemczech górnicy zarabiają tylko 10 proc. więcej od średniej krajowej. Podobnie jest w Czechach, gdzie ta różnica wynosi 20 proc. W Hiszpanii to ok. 40 proc. – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Kazimierz Sedlak.

Wysokie płace to nie jest jedyny przywilej tej grupy zawodowej. Inne to m.in. dopłaty do zwolnień chorobowych, świadczenia na pomoce szkolne i bilety komunikacji, rekompensata węglowa (dopłata do deputatu węglowego, zależna od rodzaju węgla otrzymywanego przez górnika).

Dodatkowym przywilejem jest szybsze przejście na emeryturę, która jest znacząco wyższa niż świadczenie emerytalne w kraju. Emerytowanym górnikom przysługuje też ekwiwalent pieniężny za węgiel. Tylko Kompania Węglowa z tytułu ekwiwalentów ponosi rocznie koszty rzędu 250 mln zł wypłacanych 160 tys. emerytom.

 – Praca w górnictwie jest trudna i wymaga poświęceń, ale nowoczesne technologie i ogólny rozwój techniczny sprawia, że staje się coraz łatwiejsza. Jeżeli chcemy popatrzeć na pracę górnika z punktu widzenia ogólnej sprawiedliwości społecznej, to nasi górnicy mają zbyt dobrą sytuację – komentuje dyrektor spółki Sedlak & Sedlak.

Plany restrukturyzacyjne Kompanii Węglowej zakładają likwidacje części górniczych przywilejów, m.in. zawieszenie niektórych świadczeń finansowych i zamrożenie płac, ale silne związki zawodowe nie chcą o tym słyszeć.