Polacy wciąż niewiele wiedzą o stanie środowiska. Prawie połowa neguje fakt, że klimat się ociepla

Jedynie co trzeci internauta interesuje się stanem środowiska i zagrożeniami związanymi ze zmianami klimatu. Blisko połowa neguje globalne zmiany klimatyczne, a aż 80 proc. nie zna pojęcia śladu węglowego. To wnioski z badania „Green Generation” przeprowadzonego przez Mobile Institute wśród polskich internautów. – Niezbędna jest edukacja i zmiana przyzwyczajeń, która przyniesie pozytywne skutki w przyszłości – apelują twórcy badania.

Z raportu prezentującego wyniki badania ,,Green Generation. Wspólnie na rzecz Ziemi” wynika, że Polacy raczej nie śledzą informacji o stanie środowiska. Tym tematem interesuje się jedynie 32 proc. badanych. Co zaskakujące, szczególnie niskie zainteresowanie widać wśród nastolatków (24 proc.) oraz w grupie wiekowej 19–24 lata (14 proc.). Informacje dotyczące środowiska naturalnego śledzą częściej kobiety (43 proc.) niż mężczyźni (23 proc.).

To duży problem – mówi agencji Newseria Biznes Katarzyna Czuchaj-Łagód, właścicielka firmy Mobile Institute, która przeprowadziła badanie. – Zaskoczył szczególnie wynik dotyczący młodych ludzi. Okazuje się, że młode pokolenie to nie jest „green generation”, bo znacznie mniej interesuje się tematami ekologii niż osoby w wieku 25–34 lat. Młodzi nie są pokoleniem, które może uratować świat. Wydaje się, że przynajmniej w Polsce muszą to zrobić starsi.

Aż 80 proc. internautów nie zna pojęcia śladu węglowego, a tylko 16 proc. skorzystało z możliwości obliczenia emitowanego przez siebie CO2. Brak wiedzy w tym zakresie ma swoje konsekwencje – respondenci najczęściej deklarowali, że nie są skłonni ograniczyć np. podróży samolotem w obliczu dużej emisji dwutlenku węgla (48 proc.).

Jak przyznaje ekspertka, powód, dla którego Polacy w tak niewielkim stopniu interesują się ekologią i środowiskiem naturalnym, pozostaje zagadką. Zaskakująca jest również nieufność ankietowanych wobec informacji o niekorzystnym stanie środowiska.

Było dla mnie oczywiste, że na pytanie: czy wierzysz, że klimat się ociepla, większość odpowie: „jasne”, a tymczasem tylko 47 proc. ankietowanych powiedziało, że zgadza się z tą opinią. Gdzieś jest problem: albo w edukacji, albo w komunikacji – zauważa Katarzyna Czuchaj-Łagód.

Jej zdaniem to przede wszystkim organizacje i państwo powinny działać na rzecz poprawy tej sytuacji. Respondenci wskazali również na rolę marek, które powinny promować ekologię i zasadę zrównoważonego rozwoju, a przez to edukować konsumentów. Niemalże co czwarty badany oczekuje wsparcia z ich strony. Co trzeci polski internauta chętniej kupuje produkty lub usługi marki, która działa proekologicznie i jest przyjazna środowisku.

Edukacja ekologiczna w Polsce jest niezbędna – przekonuje Katarzyna Czuchaj-Łagód. – Należy mówić otwarcie o tym, że problem istnieje oraz że konieczne są działania zbiorcze. My wszyscy musimy się zmobilizować i zrobić coś dobrego na co dzień, aby zmienić nasze życie.

Jednocześnie 80 proc. respondentów przyznaje, że stara się podejmować działania na rzecz środowiska w codziennym życiu. Największe trudności sprawiają Polakom: rezygnacja ze spożycia mięsa, ograniczenie ilości zużywanego plastiku, a także przesiadka z samochodu na autobus, tramwaj lub rower. Jednak deklarują, że stosują oświetlenie LED, starają się zużywać mniej wody, użytkują sprzęt AGD o wysokiej klasie energetycznej oraz segregują śmieci.

Proekologiczna postawa Polaków ujawnia się także przy innych czynnościach – 56 proc. badanych posiadających smartfon deklaruje, że odłącza telefon od gniazdka, gdy tylko zostanie naładowany. Z kolei 46 proc. użytkowników smartfonów korzysta z jakiejś aplikacji, która sprzyja ekologicznemu podejściu, np. wspierającej odpowiednią segregację śmieci. Kolejna kwestia to zakupy w sieci.

Polacy zwracają uwagę na to, w jaki sposób docierają do nich produkty kupione przez internet – wyjaśnia Katarzyna Czuchaj-Łagód. – Dostrzegają, że są w za dużych, plastikowych opakowaniach i dostarcza je kurier. Rozumieją, że lepszym rozwiązaniem z punktu widzenia ekologii byłoby odebranie przesyłki w paczkomacie lub podobnym miejscu.

Z badania Mobile Institute wynika, że osoby kupujące w sieci (57 proc. ogółu internautów) są bardziej świadome stanu środowiska i zainteresowane tym tematem. 83 proc. uznaje Polskę za obszar zagrożony ekologicznie, a 89 proc. zdaje sobie sprawę, że klimat na świecie się ociepla. Odsetek wśród ogółu internautów w obu tych kwestiach jest mniejszy niż 50 proc.

Opinie dotyczące wpływu proekologicznej postawy na budżet domowy nie wróżą jednak rychłych zmian. Ponad połowa badanych (52 proc.) jest zdania, że życie ekologiczne wiąże się z dodatkowymi wydatkami. To przeświadczenie jest szczególnie silne wśród osób z najstarszej grupy wiekowej (55 lat i więcej), ale też wśród mieszkańców dużych miast. Wśród osób, które wykazują się największą aktywnością proekologiczną na co dzień, odsetek uznających działania eko za źródło oszczędności nie przekracza 53 proc.

97 proc. firm chroni dane, najczęściej przechowując je w chmurze. Przyszłością mogą być jednak mniej narażone na ataki i wycieki danych inteligentne urządzenia pamięci

Ponad 65 proc. osób straciło dane w wyniku przypadkowego usunięcia, awarii sprzętu lub problemów z oprogramowaniem. Jednocześnie tylko 7 proc. twierdzi, że nigdy nie tworzy kopii zapasowych. Także 97 proc. firm chroni swoje dane, a najczęściej wykorzystuje do tego rozwiązania chmurowe. W zarządzaniu nimi pomaga platforma zarządzania danymi NAS. To rozwiązanie, bezpieczniejsze niż przechowywanie danych wyłącznie w chmurze, pozwala uniknąć konsekwencji ataków hakerskich wymuszających okup za odblokowanie dostępu do danych.

– W przyszłości technologia NAS (Network Attached Storage – red.) zastąpi zewnętrzne dyski twarde. Urządzenia NAS są bardziej niezawodne i bezpieczne. Z kolei dzięki rozwiązaniom typu RAID w przypadku awarii jednego z dysków nie dochodzi do utraty danych. Technologia NAS będzie coraz powszechniej adaptowana i stosowana, znajdując coraz szersze grono użytkowników, korzystających choćby z jej najbardziej podstawowych wersji – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Elijah Rhyne, specjalista ds. PR i marketingu w Synology.

Coraz więcej osób i firm chroni swoje dane – badanie Acronis przeprowadzone podczas Światowego Dnia Zapasowego 2019 pokazuje, że 93 proc. konsumentów i 97 proc. firm tworzy kopie zapasowe swoich danych przynajmniej raz w roku. Większość korzysta z rozwiązań chmurowych, ale przyszłością może okazać się NAS, czyli inteligentne urządzenie pamięci podłączone do sieci domowej lub biurowej.

Na serwerze NAS można przechowywać wszystkie pliki. Podstawą platformy zarządzania danymi od Synology jest nowy system operacyjny DiskStation Manager (DSM) 7.0, który usprawnia lokalne zarządzanie pamięcią masową i monitorowanie w chmurze. Zawiera też kilka aktualizacji najważniejszych pakietów – Synology Drive i Active Backup for Business.

– Technologia NAS daje pewność, że dostęp do sieci wewnętrznej mają tylko osoby do tego upoważnione. Innymi słowy, nie ma możliwości, by ktokolwiek zyskał do niej dostęp przez internet, o ile nie udzielimy mu dostępu. Tym samym zyskujemy pełną kontrolę nad poszczególnymi usługami i urządzeniami. Pod pewnymi względami jest to więc rozwiązanie dające większe bezpieczeństwo – podkreśla Elijah Rhyne.

Nowy system DSM 7.0 proaktywnie ostrzega o anomaliach na dowolnym serwerze, daje też szczegółowe porady dotyczące naprawy. Dzięki Active Insight, czyli pierwszej chmurowej usłudze monitorowania i zapobiegania problemom w Synology, serwery są cały czas monitorowane. Synology C2, własna usługa chmury publicznej firmy, obecnie chroni dane kopii zapasowej ponad 28 tys. użytkowników biznesowych i prywatnych.

– Dzięki temu mamy większy komfort psychiczny. Możemy być spokojni, mając świadomość, że nasze zdjęcia są bezpieczne, że żadna korporacja nie wykorzystuje naszych danych do tworzenia algorytmów na swoje potrzeby – przekonuje ekspert.

Dla firm tylko godzina przestoju związana z utratą danych może oznaczać 300 tys. dol. straty (dane Gartnera). Co trzecie przedsiębiorstwo decyduje się na ochronę swoich danych poprzez tworzenie kopii zapasowych co miesiąc, a co czwarte – każdego dnia. W rezultacie 68 proc. firm podaje, że nie ucierpiało w ciągu ostatniego roku w wyniku utraty danych.

– W Stanach Zjednoczonych wiele urzędów wciąż korzysta ze starszych technologii. Dosyć często słyszy się ostatnio o przypadkach zablokowania systemów komputerowych w urzędach przez oprogramowanie szantażujące ransomware. Rozwiązaniem tego problemu mogą być urządzenia NAS. Dzięki nim w przypadku ataku ransomware wystarczy odłączyć sieć i przywrócić z NAS zapasową kopię systemu sprzed ataku. Pozwala to na powrót do normalnej pracy jeszcze tego samego dnia – mówi Elijah Rhyne.

Sztuczna inteligencja zoptymalizuje ładowanie samochodów elektrycznych. Polskie firmy ważnymi graczami na tym rynku

Polacy opracowują wspierane przez sztuczną inteligencję systemy optymalizacji wykorzystania ładowarek dla samochodów elektrycznych. To obecnie jedna z większych barier dla rozwoju elektromobilności. Algorytmy uczenia maszynowego doradzą kierowcy, kiedy i jak najlepiej ma ładować swoje auto. Już dziś sieci neuronowe są natomiast wykorzystywane w uczeniu samochodów autonomicznych zachowania na drodze.

– Rozwiązania problemów elektromobilności wymagają analizy dużych zbiorów danych, nie tylko rozkładów jazdy, nie tylko załadowania baterii, ale również ludzkich nawyków. Do tego trzeba uwzględnić jeszcze pogodę. Dopiero uczenie maszynowe czy metody data science pozwalają na to, żeby właściwie odpowiedzieć na pewne pytania, które pojawiają się, kiedy próbujemy przeprowadzić transformację energetyczną w transporcie, więc w elektromobilności – mówi w wywiadzie dla agencji informacyjnej Newseria Innowacje Kamil Mieszkowski, członek zarządu Project42.

Spółka zajmuje się opracowaniem narzędzia, które pozwoli na optymalizację sposobów ładowania samochodów na podstawie schematów ludzkich zachowań i danych dotyczących prognoz pogody. Wszystkie dane wejściowe opracowywane są przez algorytmy uczenia maszynowego, czego efektem są spersonalizowane zalecenia dla obsługującego pojazd człowieka.

– Nasze narzędzie pozwala uwzględniać m.in. to, w jaki sposób ludzie używają samochodów – kiedy jeżdżą daleko, a kiedy blisko. W efekcie może im sugerować ładowanie, tym samym zmniejszając zużycie prądu i czas potrzebny na naładowanie. W kwestii sieci energetycznej algorytmy generują dla samorządów czy dla miast raporty pokazujące warunki i koszty związane z budową sieci – wyjaśnia Kamil Mieszkowski.

Project42 nie jest jedyną polską firmą zajmującą się rozwiązaniami z zakresu sztucznej inteligencji dla elektromobilności. Synerise tworzy oparty na sztucznej inteligencji ekosystem dla firm. Krakowska firma opracowuje nowe produkty dedykowane elektromobilności jako partner Pilot Maker Elektro ScaleUp. Synerise rozpoczyna w tym celu współpracę z VivaDrive, start-upem specjalizującym się w transporcie i mobilności. Celem współpracy jest zbudowanie platformy ułatwiającej elektryfikację floty samochodowej, a także zarządzanie flotami mieszanymi, składającymi się z pojazdów tradycyjnych i elektrycznych. Jest to rozwiązanie cyfrowe, które łączy analizę jazdy, grywalizację i opartą na sztucznej inteligencji platformę w celu optymalizacji zużycia paliwa i ładowania akumulatora, kosztów serwisu samochodu, ubezpieczenia i wartości rezydualnej pojazdu.

Project42 swoim rozwiązaniem chce natomiast zainteresować nie tylko klientów indywidualnych, ale i samorządy.

– Obecnie rozmawiamy z kilkoma dużymi miastami powiatowymi, ale również z biurami architektonicznymi i dużymi aglomeracjami. Zwłaszcza te ostatnie chętnie zastosują rozwiązanie we własnych gminach. Zainteresowanie jest znacznie większe, niż się spodziewaliśmy. Pierwsze wdrożenia przewidujemy w marcu tego roku, a od maja chcemy prowadzić szerszą kampanię i wdrażać w poszczególnych gminach, których jest ponad 2400. W tym roku może 10 proc. z nich uda się nakłonić do skorzystania z rozwiązania i do zoptymalizowania swoich sieci – wskazuje ekspert.

Rozwiązania z zakresu sztucznej inteligencji wykorzystywane są w elektromobilności nie tylko w celu optymalizacji, lecz także uczenia samochodów autonomicznych zachowania się w ruchu drogowym. Między innymi Nvidia prezentowała na ubiegłorocznych targach CES system inteligentny oparty na przetwarzaniu danych przez karty graficzne, w których algorytmy uczą się poruszania na drodze.

Według analityków z Global Market Insights rynek sztucznej inteligencji dedykowanej motoryzacji wygeneruje do 2026 roku przychody sięgające 20 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu utrzymanym na poziomie 35 proc.

Działalność gospodarcza a start-up. Różnice, podobieństwa

Największe polskie startupy, notują rekordowe wzrosty w 2020 i być może już niedługo doczekamy się pierwszego polskiego jednorożca (wyceniany na co najmniej miliard dolarów amerykańskich). Nie każda działalność gospodarcza może zostać nazwana start-upem, choć widoczna stała się tendencja do takiego upraszczania. Start-up to odrębne zjawisko, pod wieloma względami niezwykłe, cechujące się innowacyjnością i działaniem w nie do końca zbadanej przestrzeni. Czym więc różnią się wymienione przedsięwzięcia?

Wiele osób, słysząc określenie start-up, myśli o nowo powstałym przedsiębiorstwie, budującej się firmie. I choć jest w tym sporo prawdy, nie każde nowe przedsięwzięcie może uzurpować sobie prawo do nazywania się startupem. Każdego dnia pojawiają się nowe firmy, kolejne osoby postanawiają spróbować swoich sił w biznesie, jednak nie każda z nich będzie miała do czynienia ze start-upem, większość otworzy po prostu kolejną podobną do wielu innych firmę usługową czy produkcyjną. Start-up to działalność, którą wyróżnia nowoczesność, innowacyjność, a której celem jest dostarczenie odbiorcom całkiem nowej usługi czy produktu.

W czym start-up przypomina zwykłą działalność gospodarczą?

Niezależnie od tego, czy w planach jest założenie firmy podobnej do wielu innych funkcjonujących na rynku, czy też stworzenie start-upu dającego ludziom całkiem nowy produkt lub usługę, założyciele potrzebują dobrego pomysłu, biznesplanu i odpowiednich funduszy. Zanim pojawi się nowy organizm w postaci przedsiębiorstwa czy start-upu konieczne jest zdobycie środków na rozpoczęcie działalności. O całkowitym wkładzie własnym może pomyśleć bardzo wąska grupa osób, reszta wspiera się pożyczkami, kredytami i programami obejmującymi wsparcie unijne (dotacje z UE). I tak, zarówno młodzi przedsiębiorcy, jak i start-upowcy sięgają po przeznaczone dla nich sposoby dofinansowania, by w ogóle móc zacząć realizować ambitne plany. To, czego potrzebują obie grupy to także wsparcie merytoryczne, wiedza osób trzecich, którym udało się osiągnąć swój własny sukces. Tzw. mentoring to narzędzie, po które warto sięgać zawsze wtedy, gdy wiadomo, że niewiedza i nieznajomość zasad rządzących rynkiem mogą drogo kosztować.

Czym start-up różni się od innych przedsiębiorstw?

Mówiąc start-up (przeczytaj więcej o startupach na https://www.startup.pfr.pl/pl/) należy mieć na myśli innowacyjność, rozwiązania dotąd nieznane, nieistniejące. To właśnie wyróżnia go spośród tysięcy innych przedsiębiorstw – nowoczesność, nowe technologie, pomysły, których nie sposób szukać na rynku. Zaraz za innowacyjnością nieuchronnie podąża ryzyko, które w przypadku start-upów jest znacznie wyższe, niż gdy mowa o zwykłej działalności gospodarczej. Czemu tak się dzieje? Zakładając firmę zbliżoną charakterem do innych, oferującą podobne usługi czy towary, założyciel może posiłkować się wiedzą innych, znacznie precyzyjniej może dobrać grupę docelową, oszacować ryzyko niepowodzenia i strat. Inaczej rzecz ma się w przypadku start-upu, który jest zupełnie nowym organizmem, co sprawia, że założyciele nie mają punktu odniesienia, nie mogą oprzeć się na sprawdzonych obliczeniach i istniejących danych. Trudniej jest w tym przypadku cokolwiek zaplanować i przewidzieć, bardziej skomplikowane jest też zbadanie potrzeb grupy docelowej.

System SCM – poznaj wszystkie zalety jego wdrożenia

Samodzielne zarządzanie łańcuchem dostaw w przedsiębiorstwie to skomplikowana sprawa. Bez prawidłowo zorganizowanych zasobów nie ma mowy o właściwej kontroli przepływów produktów, informacji i usług. Dlatego też, aby zyskać na czasie i zwiększyć efektywność działań, a także usprawnić procesy w obrębie przedsiębiorstwa warto wdrażać odpowiednie systemy usprawniające pracę. Jednym z takich systemów, który ma bardzo wiele zalet jest SCM – Supply Chain Management. Przekonaj się już teraz jak wdrożenie tego systemu, przełoży się na lepsze zarządzanie łańcuchem dostaw w Twojej firmie.

Czym jest SCM? 

System SCM, z języka angielskiego „Supply Chain Management” to sposób na zarządzanie łańcuchem dostaw w przedsiębiorstwie. Ten zaawansowany system planowania i optymalizowania łańcucha dostaw pozwala na sprawną kontrolę przepływu produktów, informacji i usług. System SCM tworzony jest przez grupy zintegrowanych aplikacji, które obsługują poszczególne obszary logistyczne. 

Głównym celem wdrożenia systemu SCM w przedsiębiorstwie jest zapewnienie sprawności procesu tworzenia łańcucha dostaw. Co więcej, systemy SCM skupiają się głównie na procesach zorientowanych na klienta. 

Zalety wdrożenia SCM w przedsiębiorstwie

Istnieje wiele potwierdzonych w praktyce korzyści, które przynoszą systemu SCM. Po pierwsze, dzięki wdrożeniu systemu można w łatwiejszy sposób planować globalny poziom popytu na określone wyroby. Po drugie, dzięki SCM istnieje możliwość dokonywania bieżących symulacji rynkowych, które umożliwiają szybką reakcję na ciągle pojawiające się nowe zapotrzebowania klientów. 

Po trzecie – optymalizacja źródeł dostaw. Po czwarte, dzięki SCM możliwe jest zapewnienie przejrzystości między poszczególnymi ogniwami łańcucha dostaw. Po piąte – możliwość tworzenia zbiorczych planów związanych z zaopatrzeniem oraz po szóste, określanie ograniczeń w obrębie istniejących sieci dostaw. 

Szkolenie z SCM – dlaczego warto

Ze względu na liczne korzyści dla firmy, płynące z wdrożenia systemu zarządzania łańcuchem dostaw warto dowiedzieć się jak ten system dokładnie działa i jak krok po kroku wdrożyć go u siebie w przedsiębiorstwie. Warto wybrać się na jedno z wielu dostępnych na rynku szkoleń z SCM. Takie szkolenia przeznaczone są zarówno dla pracowników jak i menedżerów. 

Na szkoleniu dowiesz się jak przełamać opór we wdrażaniu SCM, jak przekonać inne działy, że ten system to strzał w dziesiątkę oraz jak zostać ekspertem w zakresie Supply Chain Management i pokazać innym, że dzięki wdrożeniu systemu firma wiele zyska.

Jeśli zainteresowało Cię opisane tutaj działanie systemu SCM i spodobały Ci się zalety wdrożenia takiego rozwiązania, koniecznie zapoznaj się z ofertą szkoleń z zakresu SCM oferowanych przez: mpm24.com . Wybierz jedno z pośród kilku oferowanych szkoleń i poznaj wszystkie tajniki systemu SCM. Sprawdź w praktyce jak wdrożenie zaawansowanego systemu planowania i optymalizowania łańcucha dostaw może przełożyć się na większe zyski w obrębie Twojej działalności. Nie czekaj – zapoznaj się już dziś!

Zasady pobytu Brytyjczyków w Polsce po brexicie

Wielka Brytania prawdopodobnie opuści Unię Europejską 1 lutego br. na podstawie umowy o wystąpieniu. Dokument ten zawiera między innymi przepisy regulujące zasady pobytu obywateli Wielkiej Brytanii w Polsce po brexicie. 

22 stycznia br. brytyjski parlament przyjął projekt ustawy implementującej umowę o wystąpieniu Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Po stronie UE do zawarcia umowy konieczna jest zgoda Parlamentu Europejskiego oraz Rady UE, jednak nie przewiduje się żadnych trudności w ich uzyskaniu. Głosowanie w Parlamencie Europejskim zaplanowane jest na 29 stycznia br.

Główne założenia umowy wystąpienia to: 

– wprowadzenie okresu przejściowego od daty wejścia w życie umowy do 31 grudnia 2020 r. W jego trakcie zasady pobytu oraz pracy obywateli Wielkiej Brytanii i członków ich rodzin w Polsce pozostaną bez zmian. Swoboda przepływu osób pomiędzy Wielką Brytanią a UE zostanie zatem w tym okresie utrzymana;

– po zakończeniu okresu przejściowego obywatele Wielkiej Brytanii i członkowie ich rodzin będą posiadać prawo pobytu w Polsce jeśli: korzystali z prawa pobytu w Polsce zgodnie z prawem UE przed zakończeniem okresu przejściowego oraz w dalszym ciągu mieszkają w Polsce;

– prawo stałego pobytu będzie przysługiwać, co do zasady, po upływie 5 lat nieprzerwanego pobytu. Okresy legalnego pobytu lub pracy zgodnie z prawem Unii, przypadające na’utb5fd czas przed zakończeniem okresu przejściowego i po nim, będą wliczane do wymaganego okresu uprawniającego do nabycia prawa stałego pobytu;

– potwierdzeniem posiadania prawa pobytu lub prawa stałego pobytu będzie dokument zawierający adnotację, że został wydany zgodnie z umową wystąpienia;

– dokumenty (w formie przypominającej dowód osobisty) będą wydawały urzędy wojewódzkie właściwe ze względu na miejsce pobytu.

Obecnie planuje się, że obywatele Wielkiej Brytanii i członkowie ich rodzin przebywający w Polsce będą mogli ubiegać się o wydanie wspomnianych dokumentów po zakończeniu okresu przejściowego. Dokumenty będą identyfikowały beneficjentów umowy wystąpienia po okresie przejściowym.

Podsumowując, po wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej na podstawie umowy wystąpienia, Brytyjczycy przebywający w Polsce powinni udać się do urzędu wojewódzkiego, żeby uzyskać dokument pobytowy.

Rozwój talentów i nowych technologii szansą dla gospodarek państw regionu Europy Środkowo-Wschodniej

Czy gospodarka krajów regionu Europy Środkowo-Wschodniej może być motorem rozwoju gospodarczego dla całego kontynentu? Jak powinien zmienić się jej model po to, by wciąż mogła przyciągać potencjalnych inwestorów? To pytania, na które odpowiedzi szukali uczestnicy zorganizowanej przez Bank Pekao w ramach Światowego Forum Ekonomicznego w Davos debaty „Rosnące ambicje Europy Środkowej, czyli jak wyzwolić nowy potencjał wzrostu Starego Kontynentu?”

Od 1996 r. w regionie CEE PKB na mieszkańca wzrosło średnio o 114 proc. W tym samym czasie średni wzrost największych gospodarek Unii Europejskiej wyniósł tylko 27 proc. Europa Środkowa stała się jednym z najbardziej atrakcyjnych na świecie miejsc do inwestowania, zmniejszyła lukę ekonomiczną w stosunku do Europy Zachodniej i przyczyniła się do znacznej poprawy lokalnych standardów życia. Dzisiaj kraje Europy Środkowej wytwarzają razem 1,4 bln EUR, co odpowiada wielkości 12. największej gospodarki świata. Po 30 latach może się jednak okazać, że potencjał krajów regionu oparty w dużej mierze na niskich kosztach pracy jest na wyczerpaniu, a inwestorzy zaczynają szukać nowych, bardziej atrakcyjnych rynków. Co więc należy zrobić, by zatrzymać ewentualne spowolnienie korzystnej dla Europy środkowej dynamiki? Zdaniem uczestników organizowanej przez Bank Pekao debaty nadszedł czas, by kraje regionu poważnie zastanowiły się nad tym, jak dalej chcą i mogą się rozwijać w tym samym tempie, co dotychczas.

– Europa Środkowa i Wschodnia rozwija się stale prawie dwa razy szybciej niż reszta UE. Z badań wynika, że wciąż istnieje niewykorzystany potencjał. Koszty pracy są nadal niższe niż w Europie Zachodniej. Wydaje się jednak, że powoli słabnie siła „starych motorów” wzrostu w Europie Środkowej, takich jak nieograniczona podaż taniej siły roboczej czy nieco mniej rygorystyczne normy środowiskowe. W celu utrzymania bezprecedensowego wzrostu, jaki obserwowaliśmy w ciągu ostatnich kilku dekad, musimy odkryć siebie na nowo – podkreślał w Davos Marek Lusztyn, prezes zarządu Banku Pekao. Jak dodawał, przed krajami regionu stoi teraz szereg wyzwań, na które muszą jak najszybciej odpowiedzieć. Najważniejsze z nich to m.in. negatywne trendy demograficzne, ryzyko zmniejszenia dostępności funduszy europejskich po 2020 r., a także niska wydajność pracy. – Kraje CEE powinny przekształcić swoje gospodarki zorientowane na pracowników w wysoce innowacyjny, oparty na wiedzy i technologii model. By tak się stało, konieczna jest zarówno automatyzacja procesów w celu zmniejszenia presji na rynek pracy i poprawy efektywności, ale także szeroko pojęta digitalizacja sektora prywatnego i publicznego – zaznaczył Marek Lusztyn. W nowym modelu gospodarki krajów regionu, zdaniem prezesa Pekao, należy również położyć większy nacisk na badania i rozwój oraz promocję i wsparcie ekspansji zagranicznej firm, które mają szansę stać się globalnymi championami.

Zgodnie z analizami ekspertów firmy doradczej McKinsey, którzy zaprezentowali w Davos wyniki analiz dotyczących potencjalnego modelu rozwoju Europy Środkowej, kraje regionu muszą skoncentrować się na nowych czynnikach wzrostu, wykorzystując swoje naturalne atuty. Analiza McKinsey pokazuje, że aż 51 proc. działań w miejscu pracy w Europie Środkowej można potencjalnie zautomatyzować zaledwie w ciągu najbliższych 10 lat. Wykorzystując znane nam technologie możemy złagodzić presję na rynek pracy, zwiększyć produktywność i wzrost PKB, ale także spowodować znaczną zmianę popytu na umiejętności i strukturę zatrudnienia.

Kapitał ludzki to bez wątpienia jedna z największych przewag konkurencyjnych regionu Europy Środkowo-Wschodniej, gdy mówimy o potrzebie transformacji naszego modelu gospodarki. To właśnie te kraje mogą pochwalić się lepszymi od przeciętnych wskaźnikami wykształcenia w zakresie przedmiotów ścisłych, relatywnie dużą pulą talentów
w dziedzinie technologii, inżynierii, matematyki oraz sektorze ICT. Oczywiście, aby odpowiednio wykorzystać ten potencjał, kraje regionu – w tym Polska – muszą wykonać jeszcze sporo pracy.

Płynne przejście do gospodarki opartej na wiedzy będzie wymagało spełnienia szeregu warunków, takich jak zapewnianie odpowiedniego poziomu wykształcenia
i umiejętności technologicznych. To oznacza konieczność wprowadzenia szeregu zmian, choćby w systemie edukacji, w zakresie przyciągania zagranicznych talentów, a także przeciwdziałania odpływowi najzdolniejszych pracowników z kraju –
powiedział Marek Lusztyn.

Innym ważnym wyzwaniem w tym zakresie będzie również zapewnienie źródeł finansowania oraz stworzenie odpowiedniego otoczenia regulacyjnego, które z jednej strony umożliwi wdrażanie innowacyjnych technologii, a z drugiej będzie stymulować przedsiębiorców do ich poszukiwania.

Kraje Europy Środkowo-Wschodniej, by osiągnąć sukces i skutecznie zmienić model swojej gospodarki, mogą i powinny wykorzystać również swoje położenie geograficzne, dynamiczny rozwój infrastruktury, czy łatwość wdrażania nowych technologii cyfrowych w stosunku do krajów starej UE. Najlepszym przykładem może być polski sektor bankowy, który jest liderem cyfrowej transformacji sektora w Europie. Jak zgodnie podsumowują uczestnicy debaty, to właśnie cyfryzacja i wdrażanie nowych technologii będą kluczem do ewentualnego sukcesu naszego regionu. Według danych McKinsey, dzięki wykorzystaniu potencjału cyfryzacji PKB Europy Środkowej mógłby zwiększyć się o 200 mld EUR w ciągu kolejnych pięciu lat.

W tym scenariuszu cyfryzacja oznaczałaby dodatkowy punkt procentowy wzrostu PKB każdego roku. Cyfrowa gospodarka regionu może wzrosnąć z 6,5 proc. PKB dzisiaj do 16 proc. PKB do 2025 r.

W organizowanej przez Bank Pekao debacie wzięli udział: ambasador USA w Polsce Georgette Mosbacher; odpowiedzialny za finanse i strategię wiceprezes OTP Bank László Bencsik; członek zarządu Adris Grupa Marko Remenar; prezes GPW Marek Dietl; Jurica Novak, partner zarządzający w McKinsey & Company; prezes PZU Paweł Surówka; szef rady nadzorczej Ten Square Games, Maciej Zużałek; prezes i założyciel spółki Netguru Wiktor Schmidt.

Efektywna sprzedaż i wzrost konkurencyjności. Nowoczesne, globalne wyzwania tradycyjnych polskich sklepów

Rozwój technologii i nowoczesnych sposobów sprzedaży, a także zmiany makroekonomiczne i społeczne powodują, że rynek detaliczny w Polsce ulega i ulegać będzie dalszym zmianom. Czy w tej sytuacji małe, niezależne sklepy detaliczne mogą skutecznie konkurować z dużymi, sieciowymi punktami handlowymi? Jak mogą efektywniej sprzedawać i skutecznie przyciągać więcej klientów? Czy znajomość najnowszych trendów pomoże w odpowiedzi na te pytania?

Tomasz Jasinkiewicz
Tomasz Jasinkiewicz, Członek zarządu Comp Platforma Usług S.A.

Nowe, wielkie wyzwania

Od okresu transformacji, handel w Polsce notuje rokroczne wzrosty. Motorem tego zjawiska jest ciągły wzrost zamożności polskiego konsumenta idący w parze ze wzrostem konsumpcji, która z kolei ma znaczący wpływ na wzrost polskiego PKB (udział handlu w polskim PKB szacuje się na ok. 18%, a udział firm handlowych na ponad 23% ogólnej liczby przedsiębiorstw). Rynek zareagował na zmiany gospodarcze wzrostem konkurencyjności, zwiększeniem nakładów inwestycyjnych oraz konsolidacją przedsiębiorstw. Po początkowym boomie na supermarkety i hipermarkety, w którym to rozmiar sklepu decydował, co nazywamy handlem tradycyjnym, a co nowoczesnym, w ostatnich latach wzrósł udział dyskontów i sieci sklepów typu „convenience”, gdzie to nie rozmiar, ale model działania decyduje o nowoczesności. Wiele sklepów wielkopowierzchniowych w odpowiedzi na utratę udziałów w rynku zaczęło upodabniać się do dyskontów i sieci convenience, wprowadzając własne małoformatowe placówki oferujące ograniczony asortyment w obniżonych cenach. Równocześnie, wszystkie te duże podmioty gospodarcze przestały ograniczać się do centralnych obszarów miejskich i śmiało wkraczają do coraz odleglejszych dzielnic i coraz mniejszych miejscowości. Wkraczają z coraz większą siłą do tradycyjnego bastionu małych sklepików osiedlowych, wiejskich czy sąsiedzkich.

Handel detaliczny w Polsce podlega też wpływom globalnych trendów technologicznych i społecznych, które kształtują zachowania konsumentów. Przykładem jest tzw. „smart shopping”. „Smart shopper” to klient, które ceni swój czas, korzysta w przemyślany sposób z dostępnych promocji i porównuje ze sobą oferty. Aby sprostać tym oczekiwaniom i zatrzymać takiego klienta, detalista musi zapewnić nie tylko niską cenę, ale także szybko dotrzeć do konsumenta z atrakcyjną ofertą. Ten trend, początkowo utożsamiany z mieszkańcami dużych aglomeracji miejskich, również upowszechnił się na terenie całego kraju i obecnie już połowa Polaków postępuje zgodnie z zasadami „smart shoppingu”.

Kombinacja tych lokalnych i globalnych trendów, rosnących oczekiwań konsumenckich oraz konkurencji na niskie ceny stała się codziennością na rynku detalicznym. Równolegle towarzyszy jej rosnąca presja na wdrażanie innowacji technologicznych, zwiększających efektywność przedsiębiorstw handlowych. Zjawiska te przyczyniają się do nieustannego powiększania nierównowagi konkurencyjnej na rynku detalicznym pomiędzy segmentem nowoczesnym i tradycyjnym. Znaczenie handlu tradycyjnego, obejmującego niezrzeszone lub luźno zrzeszone małe i średnie sklepy, zlokalizowane najczęściej na osiedlach, w małych miastach oraz na obszarach wiejskich, spada z roku na rok zarówno pod względem wartości sprzedaży (ok 6-8% rocznie), jak i liczby sklepów (co roku ubywa około 4 tys. tradycyjnych sklepów spożywczych).

Czy wobec takich wyzwań należy ogłosić apokalipsę polskiego handlu tradycyjnego? Raczej na to za wcześnie, gdyż te same lokalne i globalne trendy, które rzucają małym sklepom duże wzywania, są zarazem źródłem ich siły. Wystarczy wiedzieć, jak je wykorzystać.

Siła małych sklepów

Najmniejsze sklepy w Polsce nadal odpowiadają za ponad jedną trzecią całego rynku detalicznego i na stałe wpisały się w polski ekosystem handlowy. Jest ku temu wiele powodów.

Sklepy sąsiedzkie doskonale wpisują się w ogólnopolskie zjawisko rosnącej konsumpcji i zmieniający się wraz z nią trend zakupowy wśród konsumentów, którzy mając coraz więcej pieniędzy i coraz mniej czasu na zakupy, wolą kupować mniej, ale częściej i bliżej domu (czyli najchętniej w sklepie sąsiedzkim, jeśli tylko będzie miał atrakcyjną ofertę). Konsolidacja w hurcie i rozwój sieci franczyzowych, postrzegane przez niektórych jako niekorzystne dla tradycyjnego handlu, również okazują się pomocne dla tych detalistów, którzy potrafią właściwie skorzystać ze wsparcia większych graczy, posiadających sprawdzone know-how w kwestii logistyki, marketingu czy sprzedaży. Przykładowo, współpraca drobnego detalisty z dużą siecią w formule tzw. miękkiej franczyzy zapewnia mu wsparcie logistyczno-marketingowe, ale nie ogranicza mu (w odróżnieniu od tzw. twardej franczyzy) swobody podejmowania decyzji handlowych i rozwijania własnego, rodzinnego biznesu. Silna pozycja najmniejszych punktów handlowych jest też, jak się okazuje, istotna dla producentów, szczególnie w branży spożywczej, którzy chętnie organizują dla nich rozmaite programy wsparcia w ramach tzw. trade marketingu. Dzieje się tak, gdyż handel tradycyjny jest dla producentów nadal ważnym i rentownym kanałem sprzedaży, choć stanowi dla obu stron duże wyzwanie z uwagi na koordynację działań na tak rozdrobnionym rynku.

Sklepy sąsiedzkie doskonale wpisują się też w specyfikę polskiej demografii, która charakteryzuje się wysokim (jak na skalę europejską) rozproszeniem ludności. Średnia liczba sklepów na liczbę mieszkańców w Polsce jest ponad 6-krotnie wyższa niż w Niemczech (dwukrotnie ludniejszych), zaś w Hiszpanii (o zbliżonej do Polski liczbie mieszkańców) liczba ta jest ponad dwukrotnie niższa niż w Polsce. Różnica ta wynika między innymi z faktu, że w Hiszpanii jest niewiele ponad 8 tys. miejscowości, podczas gdy w Polsce jest ich ponad 52 tys. To typowo polskie rozdrobnienie obszarów zamieszkania pociąga za sobą potrzebę na równie rozdrobnioną strukturę sprzedaży produktów podstawowej potrzeby, a co za tym idzie tworzy przestrzeń dla małych, sąsiedzkich sklepów.

Skoro obok dyskontów, supermarketów i sklepów convenience wciąż pozostaje przestrzeń dla tradycyjnych punktów handlowych, a każdy z segmentów ma swoją grupę odbiorców, to jak powinny działać małe, rodzinne przedsiębiorstwa detaliczne, aby wobec nowych, wielkich wyzwań jak najlepiej wykorzystać siłę małych sklepów? Czy mały sąsiedzki sklep może być równocześnie tradycyjny i nowoczesny?

Sklep mały, ale doskonały

Miła obsługa, dobra lokalizacja, pełne półki, dobrze dobrany asortyment i atrakcyjne ceny to główne elementy, które decydują o biznesowym powodzeniu tradycyjnego sklepu na coraz bardziej konkurencyjnym polskim rynku. Elementy te są zasadniczo takie same jak w dużych przedsiębiorstwach handlu nowoczesnego, w których już od lat stawia się na tzw. „perfect store” – sklep doskonały – czyli zestaw usystematyzowanych praktyk wpływających na zwiększenie sprzedaży w sklepach detalicznych. Opierają się one zwykle o podstawowe pojęcia takie jak dostępność, widoczność, przystępność i jakość produktu oraz o dodatkowe takie jak promocje, rekomendacje i inne działania informacyjne.

W przypadku niewielkich sklepów osiedlowych kupujący zwracają szczególną uwagę na dostępność poszukiwanych produktów we właściwym miejscu i w odpowiedniej liczbie. Jeśli określonego produktu nie ma na półce, klient może zdecydować się na zamiennik, ale mały sklep z reguły ma małe półki, więc może okazać się, że zrezygnuje całkowicie z zakupu, bo zamiennika również nie znajdzie. Poza tym zamiennik może okazać się mniej rentowny dla detalisty, więc w tym scenariuszu również ponosi on stratę, statystycznie w połowie przypadków. Sklepy handlu nowoczesnego od wielu lat radzą sobie z tym poprzez zaawansowane rozwiązania informatyczne, zarządzające stanami magazynowymi i zintegrowane z kasami, które pozwalają na bieżąco analizować rotację towaru i stopień jego zróżnicowania. Dobrą wiadomością dla drobnych detalistów jest to, że istnieją już na rynku podobne rozwiązania dostosowane do potrzeb (i budżetu) małych sklepów. Tańszą, ale dość skuteczną alternatywą jest wykorzystanie samego urządzenia fiskalnego, jeśli posiada opcję raportowania statystyk sprzedaży. Dzięki nim również można oszacować potrzebne zapasy (w tym zamienników) i zaplanować swoje zakupy w hurtowni tak, by niczego nie zabrakło na półce, choć wymaga to trochę więcej wysiłku od detalisty.

Oczywiście, prowadząc niewielki osiedlowy sklep właściciel jest w stanie dość szybko określić profil swojego typowego klienta bez żadnego systemu informatycznego i dopasować do klienteli swój asortyment, ale wiedza o własnych klientach niekoniecznie przekłada się na pełną wiedzę o reszcie rynku i o tym, co jeszcze mogłoby się sprzedawać dobrze u nas, bo sprzedaje się dobrze w innych podobnych sklepach. Tego typu rekomendacje mogą pozytywnie wpłynąć na wynik przedsiębiorstwa, czego przykładem są choćby Amazon i Netflix, które zwiększają swoje obroty oraz lojalność klientów rekomendacjami w stylu „klienci tacy jak ty kupili również tę książkę” albo „jeśli obejrzałeś ten film, to spróbuj koniecznie ten nowy serial”. Działania tego typu sprawdzają się również w handlu tradycyjnym, gdzie podobne rekomendacje umożliwiają drobnemu detaliście zaopatrzenie się w produkty, które dobrze sprzedają się w podobnych sklepach i dzięki temu zaoferować je swoim klientom. Warunkiem do tego jest przyłączenie się do platformy cyfrowej, która oferuje takie możliwości jak analiza sprzedaży, podpowiedzi, które produkty sprzedają się najlepiej, a które rotują trochę wolniej, i co jeszcze dobrze się sprzedaje u innych.

Na efektywność sprzedaży wpływ ma też określona ekspozycja produktów. Przy czym nie wystarczy, by tylko produkt był widoczny dla klienta, ale potrzebna jest też stosowna informacja o produkcie, w tym komunikacja cenowa. Częstym przewinieniem właścicieli małych sklepów jest brak „cenówki” przy produkcie, po który przyszedł klient. Może to spowodować, że klient zrezygnuje z zakupu produktu, którego ceny nie zna, a w przypadku nieprawidłowej ceny przy półce może doprowadzić do kłopotliwych sytuacji, gdy klient dotrze już z koszykiem do kasy. Szczególnym przypadkiem jest odpowiednie eksponowanie i informowanie o produktach promocyjnych – jeśli brak przy nich poprawnej informacji o zasadach promocji oraz promocyjnej cenie, to klient je ignoruje, zaś inwestycja w całą akcję idzie na marne. Nad starannym umieszczaniem winietek cenowych można dość łatwo zapanować, szczególnie korzystając z rozwiązań, w których baza kodów produktów załadowanych na kasie współpracuje z aplikacją do wydruku cenówek, choć zwykłe ręczne opisanie na odpowiednio widocznej podkładce do cenówki bywa wystarczające (pod warunkiem, że nie zapomnimy umieścić jej w dobrze widocznym miejscu).

Kiedy detalista stworzy już miejsce, w którym konsument może zrobić zakupy wygodnie i blisko, kiedy obsługa podejdzie do klienta indywidualnie, a produkty będą dostępne i dobrze wyeksponowane, to przystępność produktu, czyli cena dla ostatecznego nabywcy, wciąż pozostaje elementem, który może spowodować, że klient pójdzie na zakupy do innego sklepu. Rozwiązań dla właścicieli małych sklepów pozwalających na zaoferowanie swoim klientom atrakcyjnych cen nie ma wiele, ale istnieją. Dość powszechne jest przystąpienie do grupy zakupowej lub sieci franczyzowej, dzięki której można sprawniej negocjować rabaty u hurtowników lub producentów. Inną, zupełnie nową alternatywą jest skorzystanie z platformy cyfrowej, która umożliwia bezpośredni dostęp do promocji producentów. W przypadku uczestniczenia w takich akcjach promocyjnych ważne jest, by oprócz tradycyjnych obniżek cen sklep mógł oferować mechanizmy promocyjne, wypróbowane w handlu nowoczesnym, które motywują konsumenta do zwiększenia średniej wartości koszyka zakupowego.

Polski konsument odwiedza małe sklepy spożywcze bardzo często (w porównaniu do pozostałych europejskich krajów), średnio do kilkunastu wizyt miesięcznie. Ta podwyższona częstotliwość wizyt oznacza, że typowa wartość koszyka podczas jednej wizyty jest relatywnie niska, średnio około 18 zł. Wyzwaniem dla detalisty jest więc próba zwiększenia tej wartości podczas każdej wizyty o dosłownie kilka złotych. Jednym z wypróbowanych sposobów, zapożyczonych z sektora handlu nowoczesnego, jest rozwinięcie oferty promocyjnej w kierunku mechanizmów „kup więcej sztuk lub specjalny zestaw, a cena jednostkowa produktu będzie niższa”. Ważne jest, by zadziało się to na odpowiednio szerokim asortymencie tak, aby konsument przy każdej wizycie, niezależnie od misji zakupowej, z jaką przyszedł do sklepu, miał okazję wybrać choć jeden atrakcyjny dla niego produkt promocyjny w takim właśnie mechanizmie. Z danych empirycznych platformy cyfrowej M/platform wynika, że skuteczne wprowadzenie takich mechanizmów do sklepów tradycyjnych skutkuje zwiększeniem wartości koszyka nawet o 60%, jeżeli znalazł się w nim choć jeden produkt promocyjny.

Tradycyjny sklep nowoczesny

Czy tradycyjny polski sklep może już dzisiaj być sklepem działającym nowocześnie? Czy może działać według najlepszych praktyk handlu nowoczesnego, nie rezygnując przy tym ze swoich tradycyjnych wartości takich jak miła obsługa i sąsiedzka lokalizacja?

Od niedawna staje się to możliwe dzięki rozwojowi technologii cyfrowych, które, bazując na doświadczeniach dużych przedsiębiorstw, uwzględniają potrzeby małych firm. Rozwiązania, które kilka lat temu dostępne były tylko dla największych graczy na rynku handlu nowoczesnego, stają się dziś powszechnym standardem w polskim handlu tradycyjnym. Pomagają zwiększać efektywność sprzedaży i utrzymać konkurencyjność tradycyjnych placówek handlowych, które często prowadzone są jako lokalne firmy rodzinne, tworzące lokalne miejsca pracy dla lokalnej społeczności. Odpowiednio wsparte tradycyjne polskie sklepy są w stanie na bieżąco spełniać potrzeby swoich klientów i rozwijać się, a nie tylko walczyć o „utrzymanie się na powierzchni”.

Tomasz Jasinkiewicz, Członek zarządu Comp Platforma Usług S.A.

ZPP: Należy powstrzymać trend upadania małych sklepów

Konsekwentnie spada sprzedaż w małych sklepach. W rezultacie maleje ich liczba. Ekspertyzy wskazują, że to negatywne zjawisko, pogłębia ustawa o ograniczeniu handlu w niedziele. Pomimo apelów organizacji pracodawców, ustawodawca nie planuje żadnych prób liberalizacji zakazu handlu. Należy podejmować wszelkie działania mogące powstrzymać likwidacje małych, polskich sklepów – apeluje Związek Przedsiębiorców i Pracodawców. Jako jedno z rozwiązań, ZPP proponuje szerokie wdrażanie innowacji technologicznych w małym handlu.

Handel w Polsce notuje rokroczne wzrosty. Motorem tego zjawiska jest rosnąca konsumpcja, która jest głównym komponentem w strukturze wzrostu polskiego produktu krajowego brutto. Pomimo korzystnego otoczenia, likwidowane są kolejne małe sklepy. Notuje się konsekwentny spadek sprzedaży w segmencie tradycyjnym (niezorganizowane, pojedyncze sklepy zlokalizowane przede wszystkim w małych miastach i na obszarach wiejskich) na poziomie ok 7,7 proc. rocznie. Ekspertyzy wskazują na wpływ ustawy o ograniczeniu handlu w niedziele, na pogłębianie negatywnego trendu w zakresie spadku roli handlu tradycyjnego – zaznacza w opublikowanym raporcie pt. „Perspektywy poprawy konkurencyjności na rynku handlu detalicznego w Polsce” Związek Przedsiębiorców i Pracodawców.

– Ustawa, która miała pomóc małym sklepom, przynosi odwrotny skutek. Zauważa się, że 49 proc. drobnych handlowców prowadzi dwa lub więcej sklepów. Przepisy dotykają ich więc bezpośrednio – mówi Piotr Palutkiewicz ze Związku Przedsiębiorców i Pracodawców i dodaje, że – rośnie udział dyskontów, które prowadzą aktywną politykę marketingową, zmieniając zachowania zakupowe Polaków. Ponadto duże sieci, korzystając z efektu skali, posiadają silną pozycję negocjacyjną w stosunku do producentów i są w stanie szybko dotrzeć z promocjami do konsumentów. Duzi producenci z kolei nie poświęcają czasu na negocjacje i realizowanie promocji z drobnymi partnerami.

ZPP zauważa w raporcie, że liczba małoformatowych sklepów spożywczych systematycznie maleje, podczas gdy tzw. mały format pozostawał dotychczas główną siłą polskiego rynku FMCG, co jest ewenementem w skali europejskiej. W konsekwencji rekomenduje podjęcie działań mających na celu powstrzymanie likwidacji kolejnych małych sklepów. Aby sprostać temu zadaniu ZPP wskazał na istotę wdrażania innowacji technologicznych mających na celu wyjście naprzeciw oczekiwaniom konsumentów.

– Trzeba powstrzymać negatywny trend wszystkimi możliwymi sposobami. Polacy nadal chcą robić zakupy w okolicznych, osiedlowych sklepach. Obiekty te, jeśli chcą przetrwać, muszą wykorzystywać praktyki stosowane np. przez convenience store. W tym zakresie ciekawą inicjatywą wydaje się M/platform polskiej spółki Comp Centrum Innowacji, do sieci której należy już 9 tysięcy małych sklepów. Narzędzie, które dostarcza spółka umożliwia organizowanie i zarządzanie promocjami i konkurencyjną walkę cenową. To duża szansa do małego polskiego handlu – zauważa Cezary Kaźmierczak, Prezes ZPP. Szef Związku dodaje – wykorzystanie technologii musi być połączone z modernizacją działania zbliżoną do praktyk convenience store. Te dwa elementy mogą spowodować, że wiele małych polskich sklepów będzie miało szanse przetrwać i być rentowne.

ZPP ocenia, że stosowanie narzędzia M/Platform może przyczynić się do zmiany struktury i charakteru polskiego handlu. Przytoczony w raporcie case study pokazuje, że mały sklep decydując się na wykorzystanie platformy, otrzymuje moduł fiskalny połączony z oprogramowaniem do zarządzania sprzedażą. Sklep ma dzięki temu do dyspozycji oprogramowanie rejestrujące sprzedaż oraz dane dotyczące m.in. sprzedaży historycznej, rozliczenia płatności, indeksacji towaru czy też raporty analityczne pozwalające na śledzenie trendów w zakupach klientów. W ramach aplikacji otrzymuje on oferty promocyjne bezpośrednio od producentów.

Dzięki wykorzystaniu narzędzia, klient otrzymuje produkt o cenie niższej, mały sklep oferuje promocje dotychczas dla niego niedostępne, przy równoczesnym utrzymaniu marży na sprzedawanych towarach. Producent zwiększa sprzedaż.

– Jest to rozwiązanie zapewniające sklepom detalicznym dostęp do promocji oferowanych bezpośrednio przez producentów FMCG. W konsekwencji małe sklepy są w stanie podjąć konkurencję cenową ze sklepami wielkopowierzchniowymi, dyskontami oraz dużymi sieciami detalicznymi – dodaje Piotr Palutkiewicz ze Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.

– Należy wszelkimi sposobami powstrzymać trend upadku małych sklepów. Jeśli Rząd nie chce im pomóc liberalizując ustawę o zakazie handlu w niedziele, sklepikarze muszą znów wziąć sprawy w swoje ręce i wdrażać wszelkie dostępne narzędzia, które mogą być pomocne w konkurowaniu z dużymi podmiotami. Równolegle ZPP nie odpuści swoich działań mających na celu wprowadzenie zmian w ustawie o zakazie handlu – konkluduje Cezary Kaźmierczak.

4 wyzwania, z którymi muszą się zmierzyć polskie MŚP w 2020 r.

Rok 2020 może przynieść wiele zmian dla polskiego sektora MŚP. Firmy powinny odpowiednio przygotować się na najważniejsze wyzwania. Które mogą być najdotkliwsze i wpływać na większość sektora? Zdaniem eksperta Siemens Financial Services spowolnienie gospodarcze, gorsza kondycja finansowa, sytuacja na rynku pracy i potrzeba inwestycji to cztery najtrudniejsze z nich.

Spowolnienie gospodarcze

Jednym z głównych wyzwań dla sektora MŚP będzie spowolnienie gospodarcze. Jak wynika z danych GUS, PKB wzrosło w III kw. o 3,9 proc. (w porównaniu do ubiegłego roku). Wcześniejszy kwartał zakończył się z wynikiem 4,6 proc. Co ważne, analizując dane kwartalne od połowy 2018 r., widzimy stały spadek tempa wzrostu PKB, co jest jedną z najważniejszych przesłanek potwierdzających zbliżające się spowolnienie.

Warto także zwrócić uwagę na strukturę ostatnich danych, ponieważ wszystkie części składowe wzrostu się pogorszyły. Co najbardziej zaskoczyło rynek, popyt krajowy urósł o 3,3 proc. – o 1,3 pkt. proc. mniej niż w II kw.  Niepokojący spadek dynamiki widać także w inwestycjach. Według danych GUS wzrosły one rok do roku o 4,7 proc. W poprzednim kwartale dynamika wynosiła 9,1 proc. Jeszcze w II kw. 2019 r. popyt inwestycyjny odpowiadał za 1,5 pkt. proc. PKB, w III kw. już tylko 0,8 pkt. proc.

Niepokojące dane sprawiły, że większość ekspertów spodziewa się spowolnienia. Komisja Europejska jeszcze w lecie prognozowała wzrost PKB na poziome 4,4 proc. w 2019 r. i 3,6 w następnym. Niedawno zrewidowała je do 4,1 proc. w 2019 r. oraz 3,3 proc. w 2020 r. Z kolei według OECD wzrost gospodarczy spowolni do 3 proc. w 2021 r.

– Spowolnienie wzrostu gospodarczego wpłynie na większość firm z sektora MŚP. Najbardziej niepokojące są dane o spadku inwestycji, które są konieczne do zachowania konkurencyjności przedsiębiorstw. Na razie spowolnienie przebiega powoli, dlatego firmy powinny przygotować się na spadek koniunktury – mówi Grzegorz Jarzębski, Szef linii biznesowej Asset Finance w Siemens Financial Services.

Gorsza kondycja finansowa i więcej zatorów płatniczych

Kolejnym wyzwaniem jest systematycznie pogarszająca się kondycja finansowa firm z sektora MŚP. Jak wynika z badania Diners Club Polska, co czwarty przedsiębiorca spodziewa się pogorszenia w 2020 r. Niestety, spada także odsetek firm, które liczą na poprawę.

– Gorsza kondycja finansowa nie wróży najlepiej i jest kolejnym elementem, który dodatkowo utrudni rozwój firm z sektora MŚP. Przedsiębiorcy będą musieli zmierzyć się ze spadkiem wpływów oraz wzrostem kosztów, powodowanych między innymi sytuacją na rynku pracy, słabszą koniunkturą oraz inflacją. Pozytywnym sygnałem jest jednak to, że część przedsiębiorców przewiduje pogorszenie z odpowiednim wyprzedzeniem, co może pozwolić im zminimalizować negatywne skutki trudniejszego okresu – mówi Grzegorz Jarzębski z Siemens Financial Services.

Gorsza kondycja finansowa firm i w konsekwencji problemy z płynnością mogą się przenieść także na partnerów biznesowych. Jak wynika z danych BIG InfoMonitor, w III kw. 2019 r. co drugi przedsiębiorca otrzymał płatność od kontrahentów blisko dwa miesiące po terminie. Co ważne, ponad 58 proc. przedsiębiorców przyznało się, że nie płaci w terminie ze względu na własne problemy z płynnością.

– Jak wynika z badań rynkowych, w tym roku więcej firm będzie zmagać się z pogorszeniem sytuacji finansowej, która z kolei przeniesie się na problemy z płatnościami dla kontrahentów. W konsekwencji będzie to powodować efekt domina – mówi Grzegorz Jarzębski z Siemens Financial Services. – Liczbę zatorów płatniczych mogą zmniejszyć wprowadzane regulacje prawne. Jednak na tym etapie trudno jest ocenić, w jakim zakresie ograniczą one liczbę niezapłaconych na czas faktur – dodaje.

Rynek pracy

Następnym wyzwaniem dla MŚP w 2020 r. będzie kadra pracownicza. Z jednej strony utrzymujące się od dłuższego czasu rekordowo niskie bezrobocie wymusza na przedsiębiorcach presję płacową. Z drugiej strony, w części firm, gdzie płace nie wzrosły, podwyżkę zobligowały regulacje prawne. Od stycznia 2020 r. płaca minimalna została podwyższona do kwoty 2600 zł. Sytuacja mogła zaskoczyć część przedsiębiorców, ponieważ wstępnie płaca minimalna miała urosnąć do 2450 zł. Podwyżka dotyczy w sumie około 1,6 mln osób. Wzrostowi ulegnie również minimalna stawka godzinowa – do 17 zł brutto. Przedsiębiorcy mogą się także spodziewać dalszego wzrostu płacy minimalnej. Ze wstępnych zapowiedzi ma ona wzrosnąć do kwoty 3000 zł brutto do końca 2020 r. Dodatkowo, podwyżka płacy minimalnej może spowodować wzrost wyższych wynagrodzeń.

– Spowolnienie gospodarcze i gorsza kondycja sektora mogą przynieść niewielkie zmiany na rynku pracy. Proces będzie jednak przebiegał bardzo powoli. W 2020 r. nadal będziemy mieć do czynienia z rynkiem pracownika, który w połączeniu z pogorszeniem kondycji finansowej oraz spowolnieniem gospodarczym, może być dla części firm bardzo trudny – mówi Grzegorz Jarzębski z Siemens Financial Services. Od stycznia 2020 r. małe i średnie firmy są zobligowane także do wdrażania Pracowniczych Planów Kapitałowych, co również będzie wyzwaniem dla części przedsiębiorstw – dodaje.

Potrzeba inwestycji

Najbliższy rok będzie stał także pod znakiem inwestycji. W dobie silnej konkurencji, większych kosztów pracowniczych i rosnących kosztów zewnętrznych (m.in. energii elektrycznej), w trosce o swoją pozycję na rynku firmy powinny inwestować.

– Inwestycje nadal są daleko na liście priorytetów dla części firm. W obecnej sytuacji, gdzie z jednej strony rosną wszystkie koszty, a konkurencja uniemożliwia podniesie cen, przedsiębiorcy powinni inwestować w nowoczesne technologie. Dotyczy to zwłaszcza branży przemysłowej. Aby utrzymać się na rynku firmy muszą produkować więcej przy takich samych nakładach lub tyle samo przy niższych kosztach. Kluczem jest przemysł 4.0. – mówi Grzegorz Jarzębski z Siemens Financial Services.

Potrzebę inwestycji potwierdzają badania. Jak wynika z raportu „Smart Industry Polska 2019” przygotowanego przez Siemens i Ministerstwo Technologii i Przedsiębiorczości, w 31,6 proc. polskich MŚP z branży przemysłowej są już wdrożone innowacyjne technologie oparte na koncepcji Przemysłu 4.0., a kolejne 38,3 proc. chce je wdrożyć w ciągu najbliższych 3 lat. Natomiast według globalnego raportu Siemens Financial Services „Countdown to The Tipping Point for Industry 4.0”, w ciągu 9-11 lat ponad połowa producentów z sektora MŚP zaadaptuje nowe technologie i przejdzie na model Przemysłu 4.0. W przypadku dużych firm będzie to jeszcze szybciej (5-7 lat).

– Inwestycje w dobie słabszej koniunktury często są dużym wyzwaniem dla przedsiębiorstw. Jednak jak pokazują badania, aby utrzymać konkurencyjność firmy muszą inwestować. Często problemem jest brak środków. Najlepszym rozwiązaniem jest wtedy skorzystanie z kapitału zewnętrznego np. leasingu lub pożyczki i inwestycja w nowoczesne technologie, które umożliwią spłatę udzielonego finansowania z kapitału zaoszczędzonego dzięki wdrożonym rozwiązaniom – mówi Grzegorz Jarzębski z Siemens Financial Services.

Wahania nastrojów

Wstrzymanie działania komunikacji miejskiej, dworca i lotniska w dużym chińskim mieście nie może umknąć uwadze inwestorów i rynki ponownie ogarnia awersja do ryzyka. Perspektywa zamkniętych rynków w Chinach na czas obchodów Chińskiego Nowego Roku w nocy spotęgowała ucieczkę od ryzyka, ale ostrożny podejście inwestorów w Europie i USA raczej skłoni ich, by nie zbagatelizować obaw zbyt łatwo.

Najbliższe 24 godziny będą trudne do przeczekania rosnących obaw, czy epidemia wirusa będzie nieść poważne konsekwencje dla globalnej gospodarki i czy będzie to wystarczający argument dla korekty po ostatnim rajdzie ryzykownych aktywów. Jednocześnie jeszcze przed weekendem może się udać całkowicie zdławić niepokoje i wrócić do optymizmu. Kluczowe będą jutrzejsze odczyty indeksów PMI z Eurolandu, Wielkiej Brytanii i USA. Jeśli wszystkie pokażą, że aktywność gospodarcza na świecie rozkręca się w obliczu porozumienia handlowego USA-Chiny (i zwycięstwie torysów/wyklarowaniu ścieżki brexitu), będzie to zdecydowanie silniejszy czynnik, który pozwoli hossie trwać. Ale dane muszą być lepsze od oczekiwań, a rynki w międzyczasie nie mogą ulec panice. Wymagające warunki.
Giełda w Szanghaju ucierpiała najwięcej, ale dziś była ostatnia sesja przed tygodniową przerwą związaną z obchodami Chińskiego Roku Księżycowego, więc oczywistym jest, że dla inwestorów ryzyko pozostawiania pozycji mogło być za duże. Dziś rano Europa zaczyna na czerwono, ale kontrakty na indeksy na Wall Street trzymają się neutralnych poziomów. Zatem panika nie jest ostra i powszechna, ale niewiele potrzeba, by wzniecić pożar. Na FX wrócił asekuracyjnie popyt na JPY i CHF, ale nie mamy jeszcze przesadzających przełamań poziomów, by wieścić głębszą korektę.

W międzyczasie (tj. do publikacji PMI w piątek) uwagę rozpraszać mogą decyzje banków centralnych. Norges Bank powinien utrzymać stopę procentową bez zmian. Styczeń przynosi międzyokresowe posiedzenie bez aktualizacji prognoz gospodarczych, więc służy zmianom w polityce tylko w nagłych przypadkach. Od posiedzenia w grudniu z Norwegii napłynęły mieszane dane, ale co najważniejsze, bez jednorazowego przechylenia szali za zmianą nastawienia w którymkolwiek kierunku. To powinno pozwolić NB do utrzymania stanowiska, że „stopa procentowa najprawdopodobniej pozostanie na tym poziomie w nadchodzącym okresie”.

Poznamy też decyzję EBC, gdzie także nie zanosi się na fajerwerki. Bank w ostatnich tygodniach nie otrzymał żadnych nowych informacji, które zmuszałyby go to zmiany nastawienia. EBC prawdopodobnie podtrzyma optymistyczny ton z nadzieją na przyspieszenie ożywienia, choć będzie to bez wpływu na kierunek polityki w krótkim terminie. Na konferencji prasowej po posiedzeniu bardziej niż ocena przez bank gospodarki będą interesować założenia szykowanego przeglądu strategii EBC. Ale dla EUR nie będzie to pretekst do zmienności.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Czynny żal za pośrednictwem ePUAP-u lub e-maila nie działa

Instytucja czynnego żalu pozwala uniknąć kary za przestępstwo lub wykroczenie skarbowe i jest rozwiązaniem często stosowanym, ale wielu zainteresowanych robi to nieprawidłowo. Nie brakuje osób, które o popełnionych czynach zawiadamiają poprzez ePUAP lub za pomocą e-maila. Ale urzędnicy uznają tę formę za nieskuteczną. Zawiadomienie należy złożyć na piśmie lub ustnie do protokołu. Jednak eksperci podkreślają, że czynny żal jest potrzebny zarówno z punktu widzenia podatników, jak również organów skarbowych. Dlatego w obopólnym interesie warto pomyśleć o tym, żeby szerzej dopuścić zgłaszanie tego typu spraw przez elektroniczne narzędzia.  

Podatnik, który popełnił przestępstwo lub wykroczenie skarbowe, może uniknąć kary. Taką szansę stwarza tzw. czynny żal, opisany w art. 16 kodeksu karnego skarbowego (k.k.s.). Według dr. Radosława Piekarza, doradcy podatkowego z Kancelarii A&RT, ta instytucja przydaje się głównie w prostych sprawach. Ekspert zaznacza, że jest stosunkowo często stosowana, ale w wielu przypadkach jednak nieprawidłowo.

– Interpretacja zmierzająca do uznania, że czynny żal złożony z wykorzystaniem ePUAP jest nieskuteczny to nadmierny formalizm urzędników. Jeśli taka tendencja się utrzyma, z pewnością powinien to być asumpt do ingerencji ustawodawcy w obowiązujące przepisy. Należałoby w ustawie kodeks karny skarbowy wprowadzić możliwości składania wszelkiej korespondencji, również poprzez ePUAP – komentuje Marek Niczyporuk, radca prawny i doradca podatkowy z Kancelarii Ars AEQUI.

Jak informuje Konrad Zawada, rzecznik prasowy Izby Administracji Skarbowej w Krakowie, aby skorzystać z instytucji czynnego żalu, sprawca musi spełnić określone przesłanki. Jedną z nich jest zawiadomienie organu powołanego do ścigania o fakcie popełnienia czynu zabronionego. Łączy się to z ujawnieniem istotnych okoliczności tego czynu, w szczególności osób współdziałających w jego popełnieniu.

– Istota ePUAP-u sprowadza się do uproszczenia zasad kontaktu podatnika z administracją skarbową we wszystkich aspektach jej działalności. Dotyczy to również zadań organów związanych ze ściganiem przestępstw i wykroczeń skarbowych z jednoczesnym zapewnieniem pełnej identyfikacji podmiotu składającego pismo w takiej formie. W takim przypadku nie może budzić wątpliwości nie tylko treść pisma, ale też oznaczenie jego autora i adresata – zaznacza Marek Niczyporuk.

Natomiast Agata Bloch, rzecznik prasowy IAS w Gdańsku, zaznacza, że obecnie złożenie czynnego żalu za pośrednictwem np. platformy ePUAP lub poczty elektronicznej nie może być uznane za skuteczne. W przypadku przyznania się do winy w formie elektronicznej, organ postępowania przygotowawczego winien poinformować składającego zawiadomienie o warunkach skorzystania z możliwości wskazanej w art. 16 k.k.s.

– Zawiadomienie może być złożone na piśmie lub ustnie do protokołu, co zostało wprost opisane w art. 16 § 4 k.k.s. Dodatkowo należy zaznaczyć, że w momencie zebrania dokumentacji czy wykonania czynności kontrolnej przez organ, nie można już skorzystać z instytucji czynnego żalu. Szczegóły wskazuje art. 16 § 5 k.k.s. Należy mieć to na uwadze – podkreśla Joanna Kępa z Izby Administracji Skarbowej w Kielcach.

Z kolei Agnieszka Pawlak, rzecznik prasowy IAS w Łodzi, zaznacza, że zawiadomienie powinno spełniać wymogi pisma, wskazane w art. 119 kodeksu postępowania karnego. Należy więc podać m.in. oznaczenie organu, do którego jest skierowane, oraz sprawy, jakiej dotyczy. Natomiast radca prawny Marek Niczyporuk podkreśla, że k.k.s. nie zawiera uregulowań dotyczących wnoszenia pism przez podatników w wersji elektronicznej. One znajdują się jednak w przepisach ordynacji podatkowej, które wskazują, że termin uważa się za zachowany w przypadku wysłania dokumentu elektronicznego do organu podatkowego.

– Załóżmy, że ktoś chce skorzystać z czynnego żalu, bo dokonał błędnych wyliczeń i w efekcie miał zapłacić większy podatek. Z tego, co obserwuję, sporo osób myśli, że wystarczy przyznać się do nieprawidłowego wypełnienia deklaracji. A w takiej sytuacji potencjalnych naruszeń jest jednak więcej, np. zaniżenie podstawy opodatkowania czy nieprawidłowe prowadzenie ksiąg rachunkowych – stwierdza dr Radosław Piekarz.

Jak zaznacza mec. Niczyporuk, warunkiem skuteczności czynnego żalu jest spełnienie przez podatnika również obowiązku, którego wcześniej nie wykonał. Jeżeli spóźnił się z zapłatą podatku, to musi uregulować należność z odsetkami. Natomiast Agnieszka Pawlak dodaje, że nieujawnienie istotnych okoliczności czynu to jeden z błędów formalnoprawnych. Jest nim również złożenie zawiadomienia wtedy, gdy organ miał już wyraźnie udokumentowaną wiadomość o popełnieniu przestępstwa lub wykroczenia skarbowego. Pojawiają się też błędy formalne, takie jak m.in. brak podpisu.

– Istnienie instytucji czynnego żalu jest nie tylko przydatne z punktu widzenia podatników, ale również pożądane przez organy skarbowe. Pozwala bowiem na naprawienie przez podatników błędów, które mają charakter np. oczywistych omyłek lub nie wynikają z celowego działania. Ogranicza to biurokrację, związaną ze ściganiem nawet najdrobniejszych przewinień – podsumowuje radca prawny i doradca podatkowy z Kancelarii Ars AEQUI.

FPP apeluje: koniec z nieoskładkowanymi umowami zlecenie

Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) apeluje do rządu o uporządkowania systemu ubezpieczeniowego. Jednym z kroków, które FPP proponuje rządowi, jest ujednolicenie oskładkowania ZUS na umowach zlecenie. Aktualnie płacenie składek od tych umów jest wymagane do wysokości minimalnego wynagrodzenia, a inne umowy mogą pozostać nieoskładkowane. Wiąże się to z niższym wynagrodzeniem emerytalnym pracownika. Brak odprowadzania składek ZUS od umów zlecenie ma również wpływ na konkurencyjność firm na rynku. Ci przedsiębiorcy, który od umów zlecenie nie płacą składek, mogą zaoferować tańsze produkty i usługi. FPP przekonuje, że obowiązkowe objęcie wszystkich umów zlecenie oskładkowaniem na ubezpieczenie społeczne wyszłoby na dobre wszystkim zaangażowanym stronom.

– Każda umowa zlecenie powinna stanowić tytuł do płacenia składek rentalnych i emerytalnych w pełnej wysokości. Jako Federacja Przedsiębiorców Polskich opowiadamy się za takim rozwiązaniem od dłuższego czasu, ponieważ takie rozwiązanie gwarantuje pewność i bezpieczeństwo prawne dla przedsiębiorców – powiedział serwisowi eNewsroom Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich FPP. – Ozusowanie do kwoty minimalnego wynagrodzenia zostało wprowadzone na początku 2016, przyniosło jednak tylko krótkotrwałą poprawę. Wartość umów nieobjętych ubezpieczeniem społecznym spadła wtedy do około 7 miliardów złotych – ale w kolejnych latach zaobserwowaliśmy ponowne odradzanie się tego precedensu. Tworzy to nierówne warunki konkurencyjne na rynku i wpływa na wysokość emerytur zleceniobiorców. Dlatego też sądzimy, że objęcie umów zlecenie pełnymi ubezpieczeniami społecznymi będzie korzystne zarówno dla ubezpieczonych – którzy będą mieli wyższe emerytury w przyszłości, jak i dla przedsiębiorców – przekonuje Kozłowski.

Innowacyjne terapie trychologiczne rozwiązują problemy z wypadaniem włosów. W ciągu kilku miesięcy mogą pomóc cierpiącym na łuszczycę czy łysienie

Trychologia to coraz popularniejsza dziedzina zajmująca się problemami owłosionej skóry głowy i włosów. Pomaga pacjentom borykającym się z wypadaniem włosów, brakiem ich porostów, łuszczycą owłosionej skóry głowy, łojotokiem i łupieżem. Stale rozwijane są technologie stosowanych zabiegów, które dobierane są do indywidualnych problemów klienta. Gama zabiegów trychologicznych jest bardzo szeroka, te najbardziej skuteczne to m.in. bezbolesna mezoterapia igłowa skóry głowy lub zabieg laserem excimerowym. Celem zabiegów trychologicznych jest uzyskanie zewnętrznego efektu estetycznego u klienta trychologicznego.

– Podstawą terapii trychologicznej jest konsultacja. Dopiero po dokładnym wywiadzie i pełnej diagnostyce jesteśmy w stanie dopasować odpowiednie terapie. Terapie mogą być rozwiązaniem różnych problemów. Dobieramy je indywidualnie do danej osoby, jej schorzenia i problemu owłosionej skóry głowy lub włosów. Ich innowacyjność sprawia, że może skorzystać z nich właściwie każdy i są personalizowane do konkretnego problemu – mówi agencji Newseria Anna Mackojć, trycholog i biotechnolog z Instytutu Trychologii.

Warto podkreślić, że trycholog spogląda na problem owłosionej skóry głowy w sposób holistyczny (kompleksowy). Co ważne, współpracuje z innymi specjalistami, jak endokrynolog, dermatolog, ginekolog, dietetyk czy psycholog. Włosy są papierkiem lakmusowym naszego organizmu, więc jeśli coś złego dzieje się z jego stanem, to zaczynają one wypadać. Stąd tak ważna jest prawidłowa diagnostyka trychologiczna oraz współpraca wielu specjalistów, którzy kompleksowo spojrzą na dany przypadek.

Zabiegi trychologiczne są doskonałą spersonalizowaną terapią dla pacjentów zmagających się z wypadaniem włosów, brakiem ich porostu, łysieniem plackowatym, łojotokiem, świądem skóry głowy czy łuszczycą.

– W zależności od problemu oraz intensywności danego schorzenia terapia może trwać od miesiąca do pół roku. Należy zwrócić uwagę, że włos rośnie w wolnym tempie. Stąd też ważna jest cierpliwość. Ważna jest również systematyka, gdyż zabiegi należy powtarzać w zaleconym odstępie czasowym. Jeśli przyczyna problemu jest wewnątrzustrojowa, wówczas równolegle należy skorzystać z pomocy lekarskiej. Lekarz działa farmakologicznie, a trycholog działa, by uzyskać zewnętrzny efekt estetyczny – mówi Anna Mackojć.

Zabiegi trychologiczne są bezbolesne. Nawet mezoterapia igłowa, jeśli jest wykonywana za pomocą najnowocześniejszych urządzeń jest bezbolesna oraz kilkakrotnie skuteczniejsza. Urządzenie zasysa skórę głowy, odrywając ją od wieńca nerwowego, wówczas dziewięć bardzo cienkich igieł wpuszcza preparat pod skórę głowy. Mezoterapia igłowa jest bardzo efektywna, gdyż w czasie kilku minut możemy wykonać kilkaset mikronakłuć.

– Polega ona na zassaniu skóry głowy i wpuszczeniu igły, która dozuje odpowiednią dawkę preparatu. Jest to zupełnie bezbolesne, a jednocześnie dużo bardziej skuteczne niż klasyczna mezoterapia. Jej efektywność jest aż dziewięć razy większa, ponieważ dziewięć igieł podaje naraz precyzyjną ilość preparatu. Doza podawana jest również na konkretną głębokość, więc środek dociera bezpośrednio do mieszka włosowego. Skład preparatu zależy od indywidualnego problemu. Najczęściej jednak stosuje się koktajle zawierające m.in. peptydy biomimetyczne, które są skuteczne na wiele schorzeń owłosionej skóry głowy – tłumaczy Anna Mackojć.

Szczególnym wyzwaniem są problemy estetyczne wywołane przez choroby autoimmunologiczne. Jedną z najskuteczniejszych terapii służących wyeliminowaniu efektu estetycznego powstałego przez choroby autoimmunologiczne (łysienie plackowate, łuszczyca, bielactwo) jest terapia laserem excimerowym exciplex. Należy podkreślić, że zabieg nie eliminuje choroby autoimmunologicznej, ale działa jedynie na zewnętrzny efekt estetyczny.

– System excimerowy exciplex pomaga osobom, które zmagają się z chorobami autoimmunologicznymi, jak łysienie plackowate, łuszczyca czy bielactwo. Wpływa jedynie na efekt estetyczny. Ma ponad 200 badań klinicznych przeprowadzonych w różnych krajach. Jest to dziś jedna z najbardziej skutecznych terapii ogólnoświatowych. Polega na emitowaniu wiązki 308 nm, co prowadzi do apoptozy limfocytów T, które niwelują stan zapalny w miejscu naświetlenia.  – zwraca uwagę ekspertka.

Zabieg z wykorzystaniem systemu exciplex pozwala między innymi zażegnać nieestetyczne i uciążliwe objawy łuszczycy, bielactwa czy łysienia plackowatego. Często znacząco poprawia to jakość codziennego życia pacjentów i ich komfort psychiczny.

– W przypadku łuszczycy efektem jest prawidłowa proliferacja komórek skórnych i poprawa jakości skóry, która przestaje się łuszczyć. W przypadku łysienia plackowatego apoptoza limfocytów T powoduje zniwelowanie stanu zapalnego w miejscu okołomieszkowym, czego efektem jest odrost włosów. System exciplex w przypadku łysienia plackowatego sprawdzi się zarówno na drobne zmiany, jak i na całą powierzchnię skóry głowy – mówi trycholog.

Kolejne proekologiczne zmiany w McDonald’s. Od dziś znikają plastikowe słomki

Każdego roku ok. 8 mln ton odpadów z tworzyw sztucznych trafia do mórz i oceanów. W walce ze skażeniem dużą rolę ma do odegrania globalny biznes. Ze względu na skalę oddziaływania wprowadzane przez niego zmiany przyczyniają się do ograniczenia zanieczyszczeń i wpływają na nawyki klientów. Sieć restauracji McDonald’s walkę z plastikiem rozpoczęła od wymiany sztućców na 100-proc. recyklingowane. Teraz przyszedł czas na plastikowe słomki, kubeczki do lodów McFlurry i patyczki do balonów, które zostaną wymienione na papierowe odpowiedniki. Takich zmian będzie więcej. Sieć pracuje nad nowymi rozwiązaniami i podkreśla, że nie będą one zauważalne dla klientów, ale odczuwalne dla środowiska.

– Obecny stan planety sprawia, że firmy muszą angażować się w działania na rzecz środowiska i podejmować wyzwania ekologiczne, a nie czekać  na obowiązek, który zostanie nałożony na nie w wyniku działań ustawodawczych. Muszą podchodzić do tego kreatywnie, wykorzystując wszelkie możliwości, które wiążą się z ograniczeniem zużycia zasobów, zmniejszeniem emisji gazów cieplarnianych, wspieraniem różnorodności biologicznej, a przede wszystkim ze zmniejszaniem zanieczyszczania, również zanieczyszczania plastikiem – mówi agencji Newseria Biznes Maria Andrzejewska, dyrektor Centrum UNEP/GRID-Warszawa.

Według Ellen MacArthur Foundation na całym świecie tylko około 14 proc. opakowań z tworzyw sztucznych jest zbieranych i poddawanych recyklingowi. Na poziomie legislacyjnym UE podejmuje coraz więcej działań, które mają podnieść ten wskaźnik. Przykładem jest przyjęta przez Parlament Europejski dyrektywa SUP, która wprowadza zakaz sprzedaży wyrobów jednorazowego użytku z tworzyw sztucznych od roku 2021. Ten obejmie m.in. sztućce, talerze, kubki i mieszadła do napojów, pojemniki na żywność, patyczki higieniczne, uchwyty do balonów i plastikowe słomki. Od 2025 roku również nakrętki do butelek i kartonów na napoje będą musiały być do nich na stałe przytwierdzone, co ułatwi recykling. Część firm już w tej chwili jeszcze przed wejściem w życie nowych przepisów zaczęła wprowadzać takie zmiany.

Jak podkreśla dyrektor Centrum UNEP/GRID, globalny biznes ma do odegrania dużą rolę w walce  ze skażeniem plastikiem. Koncerny i duże firmy – ze względu na swoją skalę oddziaływania – mogą z jednej strony wprowadzać zmiany, które przyczyniają się do ograniczenia zanieczyszczeń. Z drugiej – kreują trendy konsumenckie, mają wpływ na decyzje podejmowane przez swoich klientów i przecierają szlaki dla kolejnych przedsiębiorstw.

– Działania firm mają ogromny wpływ na edukację ekologiczną konsumentów. Pokazują rozwiązania, które klienci przyjmują i zaczynają traktować jako standard. Ten z czasem staje się standardem dla kolejnych firm, które też muszą wprowadzać zmiany. One rozszerzają się na kolejne grona odbiorców, partnerów, podwykonawców i podmioty, które funkcjonują w całym łańcuchu wartości – mówi Maria Andrzejewska. – Takie działania mają szczególne znaczenie w przypadku tych firm, które mają bezpośredni kontakt z konsumentem. Wtedy firma może pokazać, w jaki sposób segregować śmieci czy jak zastąpić pewne produkty innymi, które są bardziej przyjazne dla środowiska.

Biznes dostrzegł już potrzebę zaangażowania w akcje prośrodowiskowe i zrównoważony rozwój. Jak podaje ONZ, 93 proc. z 250 największych firm na świecie udostępnia sprawozdania na temat swoich działań w zakresie zrównoważonego rozwoju. Jest wśród nich globalna sieć restauracji McDonald’s, która od 2018 roku wdraża strategię Scale for Good – jako odpowiedź na globalne problemy dotyczące środowiska i zmian klimatycznych. Jej cele to między innymi znacząca redukcja gazów cieplarnianych z restauracji, biur i w łańcuchu dostaw, recykling wszystkich odpadów z sal jadalnych oraz wprowadzenie opakowań wykonanych ze źródeł odnawialnych, certyfikowanych bądź z odzysku.

– Bieżący rok rozpoczął się od zmian środowiskowych dla McDonald’s. Od 23 stycznia we wszystkich restauracjach w Polsce dostępne będą już wyłącznie papierowe słomki, papierowe kubeczki do lodów McFlurry oraz papierowe patyczki do balonów. Wymieniamy nasze opakowania, a przy ich projektowaniu uwzględniliśmy aspekt ekologiczny – mówi Tomasz Kurpiewski, menadżer ds. zrównoważonego rozwoju w McDonald’s Polska.

Restauracyjna sieć działa na ponad 120 rynkach i w ponad 37 tys. restauracji obsługuje dziennie ok. 69 mln gości. W przypadku takiej skali działania każda zmiana ma duże przełożenie na ochronę środowiska, choć konsumenci nie odczują przy tym żadnej różnicy.

– Sama wymiana słomek to 160 mln sztuk w ciągu roku. Do tego 23 mln papierowych kubków do lodów McFlurry i 3,5 mln patyczków do balonów, które zamieniliśmy na papierowe odpowiedniki. Patrząc przez pryzmat skali, ta jedna słomka to naprawdę dużo dla redukcji plastiku. Ten system cały czas się doskonali i będziemy go stale ulepszać, żeby osiągać kolejne wyznaczone cele – mówi Tomasz Kurpiewski.

Polska będzie pierwszym krajem w systemie McDonald’s, gdzie zostaną wprowadzone papierowe słomki najnowszej generacji. Firma do zmian podchodzi całościowo – od projektowania opakowań i kreowania nowych technologii z dostawcami, aż po recykling.

– Przy projektowaniu słomek przeprowadzono liczne testy dotyczące ich funkcjonalności i wytrzymałości. Mają wszystkie certyfikaty związane z dostępem do żywności, w 100 proc. nadają się do recyklingu. Są przyjazne dla planety i nie obniżają komfortu konsumpcji dla gości naszych restauracji. Słomki mogą bowiem wytrzymać w wodzie 5,5 godziny bez namakania – to dwukrotnie dłużej niż ich poprzednia wersja – mówi Tomasz Kurpiewski.

McDonald’s przykłada dużą wagę również do segregacji i odzysku odpadów. W większości restauracji dostępne są kosze do segregacji. Trwają również prace nad technologią recyklingu dostosowaną bezpośrednio do potrzeb McDonald’s. Zużyte papierowe opakowania w przyszłości zostaną ponownie wykorzystane w formie ręczników papierowych. Strategia sieci zakłada, że do 2025 roku już 100 proc. opakowań we wszystkich restauracjach McDonald’s na świecie będzie poddawanych recyklingowi.

– Zaczęliśmy traktować nasze posegregowane opakowania nie jako odpady, ale jako surowce nadające się do recyklingu. Rozpoczęliśmy współpracę z recyklerami, którzy dysponują specjalistyczną technologią dla naszych opakowań.  To bardzo dobry przykład gospodarki obiegu zamkniętego – podkreśla menadżer ds. zrównoważonego rozwoju sieci.

W ramach strategii Scale for Good w 2018 roku jednorazowe sztućce – łyżeczki, noże i widelce z trudnego do recyklingu polistyrenu – zostały wymienione w polskich restauracjach na czarne odpowiedniki z polipropylenu, który jest w 100 proc. przetwarzalny. Klienci mogą wrzucić je do odpowiedniego pojemnika na odpady. Do 2030 roku McDonald’s obniży też emisję gazów cieplarnianych z biur i restauracji o 36 proc., a w odniesieniu do całego łańcucha dostaw – o 31 proc. W efekcie do atmosfery nie trafi 150 mln ton dwutlenku węgla, co odpowiada rocznej emisji gazów cieplarnianych emitowanych przez 32 mln samochodów osobowych.

Najem drożeje, choć nie tak szybko jak mieszkania. Stawki w największych miastach są podobne do zachodnioeuropejskich

Koszty najmu w grudniu były o 6 proc. wyższe niż rok wcześniej. Przy 13-proc. tempie wzrostu cen mieszkań może się to wydawać niewiele, ale i tak stawki najmu w największych miastach są porównywalne z tymi w miastach Europy Zachodniej. – Przy obecnych cenach stopa zwrotu wynosi średnio 7 proc., ale jak ktoś kupił mieszkanie taniej dwa–trzy lata temu, to może zarobić ok. 1012 proc. – mówi Jarosław Sadowski z Expandera. Na opłacalność tych inwestycji wpływ będzie mieć skala ewentualnego spowolnienia gospodarczego.

Trudno prognozować, jak opłacalność inwestycji w nieruchomości na wynajem będzie się zmieniała w przyszłości – mówi agencji Newseria Biznes Jarosław Sadowski, główny analityk Expander Advisors. – Spowolnienie gospodarcze, które nadchodzi, może spowodować, że zmniejszy się liczba imigrantów zarobkowych napływających do Polski albo część z nich wróci do swojego kraju z uwagi na brak pracy. A imigranci stanowią obecnie bardzo istotny czynnik stymulujący popyt na rynku najmu.

Wiele zależy od tego, jak głębokie będzie spowolnienie gospodarcze i jak wpłynie na rynek pracy.

Istotną grupę najemców stanowią też młodzi Polacy z mniejszych miejscowości, którzy najpierw przenoszą się na studia do dużych miast, a potem rozpoczynają tam pracę. Zarówno w okresie studiów, jak i na początku kariery zawodowej generują popyt na mieszkania na wynajem. Najczęściej dopiero po latach, kiedy zdobywają pozycję zawodową, decydują się na zakup mieszkania – zauważa Jarosław Sadowski.

Z raportu Expandera i Rentier.io za grudzień 2019 roku wynika, że najem zdrożał średnio o 6 proc. w ujęciu rocznym, najwięcej w Katowicach i Lublinie (odpowiednio o 14 i 13 proc. r/r), a najmniej w Łodzi (o 2 proc.). W tym samym czasie ceny nieruchomości w Polsce wzrosły o 13 proc.

– Ceny mieszkań rosną szybciej niż stawki najmu, a to powoduje, że jeżeli ktoś myśli teraz o inwestycji w mieszkanie na wynajem, to jej rentowność będzie trochę mniejsza niż w przeszłości – mówi główny analityk Expander Advisors.

Inwestowanie w nieruchomości na wynajem to wciąż lepsze rozwiązanie niż np. lokata bankowa, gdyż w obecnej sytuacji na rynku przynosi zwrot na poziomie średnio około 7 proc. brutto w skali roku. Jednak jest to możliwe przy założeniu, że mieszkanie jest wynajmowane przez pełnych 12 miesięcy, bez uwzględnienia dodatkowych kosztów, np. remontów czy spłaty kredytu.

Według wyliczeń Expandera i Rentier.io na 8 proc. w skali roku mogą już liczyć tylko wynajmujący nowo zakupione mieszkania w Sosnowcu i Częstochowie. Więcej zarabiają ci, którzy kupili lokale sześćsiedem lat temu, kiedy ceny na rynku były o jedną czwartą niższe. Ich zyski często przekraczają 10 proc. rocznie.

Obecne stawki najmu są bardzo wysokie, bo w największych miastach są porównywalne ze stawkami w miastach Europy Zachodniej – mówi Jarosław Sadowski. – Często się okazuje, że rata kredytu na własne mieszkanie jest niższa niż koszt najmu. Różnica między ratą kredytu a kosztem miesięcznym najmu może wynieść w niektórych przypadkach nawet 50 proc. na niekorzyść najmu. Wiele zależy od tego, czy chcemy się związać z konkretnym miastem. Zakup mieszkania to długoterminowe zobowiązanie i zmiana miejsca zamieszkania może w takiej sytuacji stanowić problem oraz generować koszty. 

Na razie popyt na mieszkania na wynajem jest na wysokim poziomie, dzięki czemu inwestorzy uzyskują atrakcyjne stopy zwrotu. Problemem może być sytuacja, gdy zainteresowanie najmem się zmniejszy. Osiągnięcie średniej stopy zwrotu jest też utrudnione przez okres przestoju między kolejnymi najemcami, ale również przez niezbędne remonty.

Jeśli zakup finansowany jest kredytem, stopa zwrotu z inwestycji również może być niższa. Tego rodzaju inwestycje są najbardziej ryzykowne, bo jeżeli wzrastają stopy procentowe, to rosną także comiesięczne koszty kredytu – wyjaśnia Sadowski. – Warto też pamiętać o tym, żeby mieszkanie na wynajem nie znajdowało się na drugim końcu miasta lub w innym mieście, bo dojazdy zabierają czas i mogą być kłopotliwe.

Do 2050 roku domy jednorodzinne w Polsce z zakazem emisji dwutlenku węgla. Osiągnięcie celu wymaga zwiększenia skali termomodernizacji i wdrożenia skutecznych przepisów

Wszystkie budynki w Unii Europejskiej do 2050 roku mają zostać zdekarbonizowane. To cel znowelizowanej unijnej dyrektywy dotyczącej charakterystyki energetycznej budynków (EPBD), którą Polska powinna wprowadzić w życie do 10 marca 2020 roku. Tymczasem w naszym kraju tylko 1 proc. budynków jednorodzinnych jest energooszczędnych, a niemal 70 proc. jest ogrzewanych przy użyciu węgla i wymaga modernizacji. Eksperci przekonują, że aby osiągnąć ten cel, konieczne jest zwiększenie skali termomodernizacji do minimum 3 proc. A do tego potrzebne są skuteczne wdrożenie przepisów i wzrost świadomości społecznej.

– Celem dyrektywy w sprawie charakterystyki energetycznej budynków jest pomoc w dekarbonizacji zasobów budowlanych do roku 2050. Zgodnie z założeniami w 2050 roku sektor budowlany powinien nie emitować dwutlenku węgla, tylko być neutralny – przypomina w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr inż. Szymon Firląg z Wydziału Inżynierii Lądowej Politechniki Warszawskiej, przedstawiciel na Polskę Buildings Performance Institute Europe.

Państwa członkowskie mają czas do 10 marca 2020 roku na wdrożenie zmienionej dyrektywy w sprawie charakterystyki energetycznej budynków. Według nowych przepisów domy budowane po 31 grudnia 2020 roku mają być budynkami o niemal zerowym zużyciu energii (tzw. NZEB, czyli nearly zero energy building).

– Długoterminowa strategia jest kluczowa z punktu widzenia osiągnięcia celów tej dyrektywy. Dlatego ważne jest, aby rząd przygotował strategię, która realnie połączy efektywność energetyczną budynków z komfortem i klimatem panującym wewnątrz – podkreśla Adam Ambrozik, dyrektor ds. korporacyjnych VELUX Polska.

Jak  wynika z piątej edycji „Barometru zdrowych domów”, który powstał z inicjatywy Grupy VELUX, zgodnie z zaleceniami Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) budynki o niekorzystnym klimacie określane są mianem „chorych budynków”, gdzie więcej niż 30 proc. osób uskarża się na złe warunki. Szacuje się, że 10–30 proc. obiektów należy do tej grupy. W niezdrowym domu mieszka co trzecie europejskie dziecko. W Polsce problem dotyczy ok. 1,5 mln najmłodszych. U dzieci przebywających w złych warunkach mieszkaniowych o 25 proc. zwiększa się ryzyko wystąpienia chorób wieku dziecięcego oraz chorób w późniejszych latach. Nadmierna wilgoć, brak światła czy niskie temperatury mogą doprowadzić do poważnych chorób. Nawet 25 proc. zgonów dzieci przed piątym rokiem życia jest spowodowanych przez zanieczyszczenie środowiska. Modernizacja starszych domów jednorodzinnych jest więc koniecznością.

– Te budynki są słabej jakości, zużywają dużo energii, są głównym źródłem smogu, czyli zanieczyszczeń powietrza spowodowanych przez niską emisję – wskazuje dr Szymon Firląg.

– Istnieje ścisłe powiązanie efektywności energetycznej budynku z klimatem i jakością wewnątrz niego. Poprawiając efektywność energetyczną, nie tylko redukujemy zanieczyszczenie powietrza, smog, ale też poprawiamy jakość, komfort, a tym samym zdrowie – dodaje Adam Ambrozik.

O ile budynki użyteczności publicznej czy wielorodzinne w dużej mierze zostały już zmodernizowane, o tyle problemem jest stan domów jednorodzinnych. W Polsce nawet 70 proc. z nich jest ogrzewanych przy użyciu węgla, a tylko 1 proc. można uznać za energooszczędne. W efekcie, jak wynika z „Krajowego Programu Ochrony Powietrza do roku 2020”, udział gospodarstw domowych w emisji pyłów PM10 i PM2,5 wynosi ok. 40 proc., a w emisji benzo(a)pirenu – 78 proc.

– Budynki jednorodzinne przez wiele lat były pozostawione same sobie, nie było żadnego programu, który byłby im dedykowany. Dochodzi do tego jeszcze źle pojęte poczucie wolności, że w swoim domu jednorodzinnym mogę palić, czym mi się podoba, nikt nie nakłada na mnie zobowiązań, ograniczeń, regulacji. W wyniku tego stan budynków jednorodzinnych jest zły, 70 proc. wymaga termomodernizacji, remontów, wymiany starych kotłów węglowych – przekonuje Szymon Firląg.

Dyrektywa w sprawie charakterystyki energetycznej budynków wskazuje, jakie narzędzia są konieczne, aby przeprowadzić termomodernizację budynków. To m.in. kampanie edukacyjne, indywidualna pomoc, a w nowych budynkach – bardziej czytelne świadectwa charakterystyki energetycznej.

– Nawet najlepsze regulacje, aby osiągnęły zamierzone cele, muszą być praktycznie wdrożone przez osoby bezpośrednio zainteresowane. Potrzebna jest długoterminowa strategia renowacji budynków. Tylko długofalowe podejście do celów wynikających z dyrektywy EPBD ma szansę przynieść skutek w niej zapisany – podkreśla Adam Ambrozik.

Istotne jest przede wszystkim wsparcie finansowe. Przykładem może być rządowy program Czyste Powietrze, który ma zmniejszyć emisję pyłów poprzez wymianę starych pieców i kotłów na paliwo stałe oraz termomodernizację budynków jednorodzinnych. Do 2029 roku taką modernizację ma przejść 4 mln domów, czyli ok. 80 proc. zasobów. Żeby utrzymać to zobowiązanie, co roku powinno zostać zmodernizowanych co najmniej 3 proc. budynków jednorodzinnych, a zdaniem eksperta dziś ten odsetek wynosi 1 proc. Konieczne jest więc zintensyfikowanie działań.

– O ile mamy system zachęt, np. w postaci programu Czyste Powietrze czy ulg termomodernizacyjnych, o tyle bardzo mocno kuleje system kar. W większości są teoretyczne, tylko na papierze, często gminy kontrolują pewne rzeczy, ale nie wystawiają mandatów, bo nie mają podstaw. Tutaj jest bardzo dużo do zrobienia. Aby dyrektywa przyniosła oczekiwane efekty, głównie w zakresie dekarbonizacji, musimy te przepisy wdrożyć tak, żeby były funkcjonalne, efektywne i akceptowalne przez ludzi – podkreśla Szymon Firląg.

Obecnie kary za świadome zanieczyszczenie powietrza, np. poprzez palenie śmieciami, mogą sięgać 5 tys. zł. Straż miejska może teoretycznie wejść do domu, a próbkę popiołu wysłać do laboratorium, jednak wielu osób to nie odstrasza. Dlatego tak istotna jest edukacja.

– Dekarbonizacja ma na celu zmniejszenie emisji dwutlenku węgla i zahamowanie globalnego ocieplenia. Z punktu widzenia Polski ma to na celu ograniczenie emisji zanieczyszczeń z sektora budowlanego, żeby nie było pyłów, benzo(a)pirenu, tlenków siarki, azotu, zanieczyszczeń – tłumaczy Szymon Firląg. – Edukacja społeczeństwa polega na tym, żeby pokazać, że te przepisy nie są przeciwko nam, to nie jest jakaś głupia biurokracja. W wyniku mądrej implementacji dyrektywy będziemy żyli w zdrowszym środowisku.

Koncerny farmaceutyczne nie nadążają z produkcją szczepionek. Niedługo może zabraknąć też preparatów stosowanych w medycynie podróży

W aptekach i hurtowniach brakuje szczepionek m.in. przeciwko ospie, śwince i HPV, ponieważ koncerny farmaceutyczne nie nadążają z ich produkcją. Problemy ciągną się od listopada, ale niektórych preparatów nie ma już od wielu miesięcy. W trudnej sytuacji znaleźli się zarówno pacjenci, którzy nie mogą kontynuować cyklu szczepień, jak i część samorządów. Z kolei lekarze spodziewają się, że niedługo zabraknie również szczepionek stosowanych w medycynie podróży, ponieważ w okresie ferii wielu Polaków wyjeżdża na egzotyczne wakacje za granicą.

Są problemy z dostępnością szczepionek przeciwko odrze, śwince i różyczce. Od jakiegoś czasu brakuje też szczepionek przeciwko HPV i ospie wietrznej. Spodziewamy się, że zabraknie również szczepionek stosowanych w medycynie podróży, ponieważ w tej chwili Polacy w większej liczbie wyjeżdżają za granicę i po prostu zapotrzebowanie przekracza podaż – mówi agencji Newseria Biznes dr hab. n. med. Ernest Kuchar, kierownik Kliniki Pediatrii z Oddziałem Obserwacyjnym Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Problemy z dostępnością szczepionek w aptekach, hurtowniach i przychodniach ciągną się już od listopada. W trudnej sytuacji znalazły się m.in. pacjentki, które na własną rękę rozpoczęły szczepienie przeciwko HPV chroniące przed zachorowaniem na raka szyjki macicy, natomiast teraz nie mogą kontynuować cyklu szczepień.

Problemy mają również samorządy, które prowadzą refundowane programy szczepień dla mieszkańców, a z powodu kłopotów z dostępnością preparatów nie mogą ich kontynuować. W takiej sytuacji znalazł się m.in. Kalisz, który w ubiegłym roku wprowadził miejski program bezpłatnego i dobrowolnego szczepienia przeciwko HPV dla dziewczynek powyżej 12 lat. W grudniu urząd miasta poinformował, że 49 z nich może nie otrzymać drugiej dawki, ponieważ preparat nie jest dostępny na rynku. Miasto zaangażowało w rozwiązanie problemu resort zdrowia, a objęte programem młode pacjentki powinny zostać zaszczepione najpóźniej w marcu br., żeby ta forma profilaktyki była skuteczna.

Koncerny farmaceutyczne tłumaczą, że chwilowe braki szczepionek są spowodowane tym, że zwyczajnie nie nadążają z produkcją, która zaspokoiłaby potrzeby rynku.

Produkcja szczepionek jest bardzo skomplikowanym, długotrwałym procesem, ponieważ chodzi o zapewnienie maksymalnego bezpieczeństwa, więc nie można z dnia na dzień jej zwiększyć. Poza tym sytuacja epidemiologiczna jest zmienna. Jeżeli prognozy dotyczące zapotrzebowania choćby minimalnie różnią się od realiów, to mogą powstawać chwilowe braki – mówi dr Ernest Kuchar.

Szczepionki od producentów kupuje Ministerstwo Zdrowia, nadzór nad ich stanami magazynowymi i dystrybucją sprawuje Główny Inspektorat Sanitarny. Resort już w listopadzie zwołał sztab kryzysowy w sprawie brakujących szczepionek, ale urzędnicy de facto nie mają prawnych możliwości skłonienia koncernów farmaceutycznych do zwiększenia dostaw.

Wszyscy nas uspokajają, że niedługo sytuacja powinna się poprawić, co bez wątpienia nastąpi – mówi dr Ernest Kuchar. – Ten brak szczepionek wynika trochę z naszych reakcji, bo bardzo trudno przewidzieć, jaki odsetek osób będzie się szczepił. Zazwyczaj w przypadku planowych szczepień ten odsetek jest trochę niższy niż optymalny, a potem te osoby, które się nie zaszczepiły, w sytuacji zagrożenia nagle chcą te wszystkie zaległości nadrobić.

Co istotne, osoby chcące zaszczepić się na własną rękę chwilowo nie mają takiej możliwości, a z drugiej strony – rośnie liczba ludzi uchylających się od obowiązkowych szczepień. Dane Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego – Państwowego Zakładu Higieny wykazują, że na koniec III kwartału ub.r. takich osób w Polsce było już prawie 45,5 tys. (w porównaniu do nieco ponad 40 tys. jeszcze na koniec 2018 roku). Liczba niezaszczepionych osób zwiększa się stale od 2010 roku, kiedy wynosiła jeszcze niecałe 3,5 tys.

– Ruch antyszczepionkowy rośnie, ale skutki niepożądane na szczęście nie. Nowe szczepionki są coraz bezpieczniejsze, coraz rzadziej powodują jakiekolwiek działania niepożądane. Jednak ludzie wymagają subiektywnego poczucia bezpieczeństwa. To oznacza, że kiedy takie choroby jak polio czy odra występowały powszechnie, dobrowolnie godzili się na zapobiegające im szczepienia, które sporadycznie powodowały działania niepożądane. W momencie, kiedy te choroby stały się rzadsze, wymagania w stosunku do bezpieczeństwa po prostu się zwiększyły – mówi dr Ernest Kuchar.

Jak ocenia, szczepionki padły ofiarą własnego sukcesu – pacjenci, którzy nie stykają się z chorobami zakaźnymi, przestają się ich obawiać, zaczynają wątpić w skuteczność tej formy profilaktyki i obawiać się działań niepożądanych.

– Działania niepożądane na szczęście są zazwyczaj przejściowe i łagodne, choć sporadycznie trafiają się i cięższe. Kiedy choroby nie występują, to znaczenie tych działań bardzo wzrasta. Rozumiem rodziców bojących się, że zaszczepienie dziecka, które w danym momencie jest zdrowe, będzie wiązało się z jakimiś działaniami niepożądanymi – mówi dr Ernest Kuchar.

Cyberataki groźniejsze niż zmiany klimatyczne. Już w 2020 roku możemy się spodziewać wojny komputerów wywołanej przez sztuczną inteligencję

Dynamiczny rozwój technologii uczenia maszynowego przyczynił się do ewolucji narzędzi wykorzystywanych przez cyberprzestępców. Ataki ransomware coraz rzadziej kierowane są w stronę przypadkowych użytkowników, a na popularności zyskują systemy inteligentne. Specjaliści ds. cyberbezpieczeństwa przygotowują się na wdrożenie nowych metod zabezpieczeń, które będą odpowiedzią na rosnące zagrożenie ze strony hakerów wspieranych sztuczną inteligencją.

Najnowszy raport „Global Risks Report” opracowany przez Światowe Forum Ekonomiczne uznaje ataki cybernetyczne za największe wyzwanie, z jakim będziemy mierzyć się w 2020 roku. Działalność cyberprzestępców uznano nawet za groźniejsze zjawisko niż katastrofy środowiskowe czy zmiany klimatyczne. Co ciekawe, nie jest to odosobniona opinia – aż 39 proc. respondentów przebadanych w ramach „Barometru Ryzyk Allianz 2019” uznało cyberprzestępczość za największe zagrożenie dla prowadzenia biznesu.

– 2019 rok był związany z oddaleniem się przestępców od wykorzystywania ransomware’u. To nie znaczy, że ransomware został wygaszony i potrafimy sobie z nim radzić, cały czas słyszymy o kolejnych przypadkach zaszyfrowania organizacji. Z punktu widzenia przestępców jest to doskonały sposób na monetyzację dorobku i wiedzy w zakresie cyberbezpieczeństwa – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Tomasz Marcin Wodziński, prezes zarządu ISSA Polska.

Firma Check Point w ramach „Raportu bezpieczeństwa bybernetycznego 2020" nakreśliła zmiany, jakie w ostatnich miesiącach zaszły w sektorze cyberbezpieczeństwa. Znamienny okazał się m.in. spadek liczby ataków typu ransomware przy jednoczesnym wyspecjalizowaniu narzędzi tego typu. Cyberprzestępcy odeszli od atakowania rozległego grona przypadkowych użytkowników sieci i skupili się na precyzyjnym dobieraniu celów, aby zmaksymalizować szansę na pozyskanie okupu. Z analiz firmy Emsisoft wynika, że w 2019 roku straty wywołane atakami typu ransomware, które blokują dostęp do danych do czasu zapłacenia okupu, mogły przekroczyć 7,5 mld dol.

– Jednym z bardziej dotkliwych problemów, które dotyczą Polski, są tzw. dopłaty wysyłane SMS-em. Po scrackowaniu jednego ze sklepów internetowych dane kupujących zostały udostępnione przestępcom. Widzimy szereg spamu, który zalewa adresy mailowe i SMS-owe, klienci stali się łatwym celem – zauważa ekspert.

Według Check Point ataki typu Magecart polegające na umieszczaniu złośliwego oprogramowania na stronach e-commerce dotknęły szereg firm z całego świata. W 2019 roku była to jedna z najpopularniejszych metod kradzieży danych umożliwiających przejęcie kontroli nad kontami bankowymi klientów. Z kolei „Raport bezpieczeństwa cybernetycznego 2020" zwraca uwagę na jeszcze jedną bardzo istotną kwestię: wzrost aktywności botnetów. W 2019 roku zetknęło się z nimi 28 proc. organizacji, co oznacza, że ich liczba na przestrzeni ostatniego roku zwiększyła się o 50 proc.

Przyszłością branży cyberbezpieczeństwa mogą okazać się systemy bazujące na sztucznej inteligencji. Firma Synack opisała w raporcie „Trust at Scale” potencjał harmonijnej współpracy człowieka oraz narzędzi automatyzujących pracę. Eksperymentalne ataki wykazały, że człowiek wspierany sztuczną inteligencją wykrywa potencjalne luki i zagrożenia ze skutecznością o 73 proc. większą niż w przypadku pracy bez wykorzystania systemów inteligentnych.

– Możemy się spodziewać, że w 2020 roku liczba automatów, które pracują po stronie obrońców i atakujących, wyeliminuje działanie człowieka. Będziemy mogli obserwować ścierające się pomiędzy sobą systemy komputerowe. Można to porównać do filmu „Gry wojenne”, w którym to komputer podjął ostateczną decyzję o wyłączeniu programu nuklearnego, bo z punktu widzenia równania nie miał on sensu – wskazuje Tomasz Marcin Wodziński.

Aby usprawnić systemy bezpieczeństwa, instytucje często nawiązują współpracę z etycznymi hakerami. Z ich pomocy skorzystała m.in. amerykańska armia, która w ramach programu Hack the Army 2.0 zaprosiła 52 hakerów do zinfiltrowania systemów informatycznych Departamentu Obrony USA. Akcja miała pomóc w identyfikacji luk bezpieczeństwa i zidentyfikowaniu słabych punktów infrastruktury sieciowej.

Podobny program zrealizował Instytut Wymiaru Sprawiedliwości w ramach konkursu Capture The Flag „153+1”. Do zawodów przystąpiło przeszło 1200 uczniów szkół ponadpodstawowych, którzy rozwiązywali łamigłówki kryptograficzne, próbowali przejąć kontrolę nad oprogramowaniem oraz wykazać się umiejętnościami związanymi z przeprowadzaniem inżynierii wstecznej. Celem akcji było zachęcenie uczestników do zainteresowania się branżą cyberbezpieczeństwa, która wciąż zmaga się z niedoborem pracowników.

– Jednym z kluczowych elementów jest brak zasobów ludzkich i niewielka ilość zasobów, które są w stanie najszybciej zrealizować obronę dla celów biznesowych. Rok 2019 zakończył się kilkoma spektakularnymi wdrożeniami rozwiązań automatyzujących. W 2020 roku sztuczna inteligencja w końcu pojawi się w tych narzędziach. Dzisiejszy sposób jej implementacji pozostawia jednak dużo do życzenia. Chciałbym móc w podsumowaniu 2020 roku powiedzieć: tak, mamy sztuczną inteligencję, broni nas i umożliwia bycie o krok przed atakującymi, a nie pół kroku za nimi – podsumowuje prezes zarządu ISSA Polska.

Według analityków z firmy Grand View Research wartość globalnego rynku cyberbezpieczeństwa w 2018 roku wyniosła 116,5 mld dol. Przewiduje się, że do 2025 roku wzrośnie ona do ponad 241 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 11 proc.

Polska firma chce produkować biodegradowalny plastik z fusów po kawie. Z kawowych odpadów już powstaje ekologiczny brykiet do grilla i kominków

W obliczu zmian klimatycznych gospodarka obiegu zamkniętego stanowi jedno z największych wyzwań. Z plastikowych butelek powstają zabawki, produkuje się też buty. Odpady spożywcze mogą służyć jako baza do produkcji tkanin, a ze starych opon można stworzyć wytrzymały asfalt. Do 2030 roku globalna populacja zbliży się do 9 mld ludzi, a już teraz zużywamy więcej zasobów, niż może zapewnić Ziemia. Przyszłość zależy więc od ich ponownego wykorzystania w zrównoważony sposób. Polska firma wykorzystuje fusy po kawie, by stworzyć wydajne brykiety, a w przyszłości technologia posłuży do produkcji  biodegradowalnego plastiku.

– Europa musi iść w kierunku gospodarki zamkniętego obiegu, żeby nie generować odpadów. Trzeba myśleć o tym, żeby właściwie każdy odpad stał się czymś innym. Trzeba próbować, by jak najszybciej stawał się półproduktem, surowcem do czegoś następnego, żebyśmy mogli go ponownie wykorzystać. Mówimy tutaj na razie o recyklingu metali, ale odpowiednio segregując ogromne ilości odpadów spożywczych, możemy je ponownie wykorzystać – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Marcin Koziorowski, prezes EcoBean.

Na świecie marnuje się coraz więcej żywności. Jednocześnie przy coraz większej liczbie ludzi, która już w 2030 roku może sięgnąć 9 mld, zużywamy coraz więcej zasobów. Tylko gospodarka zamknięta, wykorzystywanie odpadów i dawanie im drugiego życia może poprawić sytuację. Dlatego powstają firmy, które przekształcają plastikowe butelki do produkcji butów, inne oczyszczają ścieki, a oprócz czystej wody uzyskują też biogaz.

Także odpady spożywcze da się ponownie wykorzystywać. Z przejrzałych owoców, których nikt nie zbiera, można tworzyć mąkę. Ze skóry drobiowej powstają chipsy, a z zużytego ziarna przy warzeniu piwa piecze się chleb. Wegański majonez wytwarzany przez Sir Kensington’s zastępuje z kolei jajka płynem z gotowania ciecierzyc.

Polski start-up znalazł sposób, by wykorzystać fusy po kawie. Tworzy z nich wysokowydajny i kaloryczny brykiet kawowy.

– Odpad kawowy może być doskonałym biopaliwem i do tego jeszcze wysoce energetycznym. Nasze brykiety kawowe dają więcej ciepła i wyższą temperaturę niż brykiety drzewne. Standardowo dziś jest to 15–17 tys. kJ/kg, nasze mogą dojść nawet do 19–21 tys. – podkreśla Marcin Koziorowski.

EcoBean podaje, że 100 sieciowych kawiarni produkuje rocznie 180 ton odpadów. Można z nich wyprodukować 500 tys. brykietów, które umożliwią ok. 100 tys. grillowań. Jeden brykiet robi się z 25 filiżanek kawy. Jest on nie tylko ekologiczny i zmniejsza emisję CO2, lecz pali się też dłużej i wytwarza więcej ciepła niż tradycyjny brykiet.

– Można to paliwo doskonale wykorzystać do ogrzewania, chociażby fabryk, obiektów przemysłowych, po prostu wytwarzania ciepła, które może być zastosowane w przemyśle. Mieliśmy już takie zapytania z elektrociepłowni, niestety nie jesteśmy jeszcze na takim etapie, żeby dostarczać tak ogromną ilość gotowego produktu – zaznacza prezes EcoBean.

Podobny brykiet z odpadów kawowych tworzy także brytyjski start-up. Polska firma zapewnia jednak, że ekologiczny brykiet nie jest jedynym zastosowaniem kawowych odpadów.

– Pracujemy już dalej nad szczepami bakterii, dla których ten odpad będzie fantastycznym pożywieniem do tego, aby przetworzyć znajdujące się w fusach kawowych cukry na kwas mlekowy. Możemy z niego później tworzyć plastiki biodegradowalne – tłumaczy Marcin Koziorowski. – Możemy więc sobie wyobrazić w niedalekiej przyszłości kubeczki czy talerzyki jednorazowe, z których będziemy mogli skorzystać w kawiarni.

Konferencja „IT w Ubezpieczeniach” już 3-go marca 2020 r.

Rok 2020 będzie pełen wyzwań dla branży ubezpieczeniowej. Jest to czas cyfrowej transformacji tego sektora.

Z jednej strony jest to perspektywa dynamicznego rozwoju, z drugiej konieczność dostosowania rozwiązań i podejścia do klienta oraz do zmieniających się wymagań rynku.
Wyzwaniem jest zrozumieć klienta, jego potrzeby i oczekiwania, aby umieć jak najlepiej na nie odpowiedzieć.

Cyfryzacja ubezpieczeń to także dodatkowe zagrożenia, na które trzeba się przygotować m.in. wyłudzenia, kradzież danych.

Zapraszamy do wzięcia udziału w kolejnej edycji konferencji „IT w Ubezpieczeniach”, która odbędzie się 3 marca 2020 r. w hotelu Novotel Airport w Warszawie.

Podczas konferencji pokażemy najnowsze rozwiązania technologiczne, a nasi goście opowiedzą o nowościach w branży.

Będzie również czas na wymianę doświadczeń z innymi uczestnikami konferencji.

Konsumentowi, który spłaci wcześniej kredyt należy się proporcjonalny zwrot poniesionych kosztów

Konsumentowi, który spłaci wcześniej kredyt należy się proporcjonalny zwrot poniesionych kosztów. To orzeczenie TSUE może dotyczyć nawet kilkudziesięciu milionów kredytów w Polsce. Jest równie ważne, jak to dotyczące frankowiczów.

TSUE wydał w 2019 r. słynne orzeczenie dotyczące frankowiczów. Kolejne orzeczenie Trybunału może wywołać zdarzenia, których skala będzie niewiele mniejsza.

– Mało kto jednak wie, że ten sam Trybunał w 2019 r. zajął również istotne stanowisko w innej kwestii dotyczącej kredytobiorców. Otóż 11 września 2019 r. TSUE wydał orzeczenie w sprawie kredytów konsumenckich spłaconych przed czasem – mówi w rozmowie z MarketNews24 Paweł Wójcik, członek zarządu Robin Lawyers SA. – Zgodnie z treścią opublikowanego wyroku, konsumentowi, który spłaci wcześniej kredyt należy się proporcjonalny zwrot poniesionych kosztów. Co więcej, uprawnienie, którego źródło znajduje się w przepisie art. 49 ustawy o kredycie konsumenckim dotyczy wszystkich kosztów, w tym jednorazowych opłat i prowizji.

Dotychczas banki kwestionowały treść tego zapisu, wskazując, że odnosi się jedynie do ubezpieczeń wprost powiązanych z okresem kredytowania. Trybunał jasno dał do zrozumienia, że również prowizje i inne opłaty powinny zostać w części zwrócone kredytobiorcom.

Co istotne, prawo do roszczeń przysługuje nie tylko konsumentom zaciągającym kredyt w bankach lub SKOK-ach, ale również osób korzystającym z usług „parabanków” i innych instytucji pożyczkowych.

– Skala zagadnienia jest zatem ogromna. Tzw. „małe TSUE” może dotyczyć nawet kilkudziesięciu milionów kredytów – wyjaśnia P.Wójcik z Robin Lawyers SA. – Wartość roszczenia zależy od wysokości naliczonych opłat oraz terminu spłaty kredytu i może oscylować od kilkuset do nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych.

O zwrot może starać się osoba, która zaciągnęła kredyt konsumencki po 17 grudnia 2011 r. lub kredyt hipoteczny po 22 lipca 2017 r. i dokonała jego wcześniejszej spłaty.

Zielona ekonomia – nowy model konsumpcji i ochrona planety

Tegoroczne nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii zwracają uwagę ze względu na zagadnienie, jakimi zajmowali się ich laureaci. Wyróżnienie otrzymali trzej ekonomiści – przedstawiciele nurtu tzw. ekonomii rozwoju, czyli innymi słowy – zielonej ekonomii. Temat ten jest bardzo istotny, a pojęcia te nie bez powodu stają się coraz bardziej popularne. Obecny model konsumpcji oraz oceny zysków i sukcesów firm może nie mieć dalszych perspektyw wskutek wyczerpania zasobów do produkcji towarów i usług. Należy pamiętać, że są one nieodnawialne. Chodzi nie tylko o paliwa kopalne – ale i inne surowce, które widocznie się kurczą.

– Potrzeba dzisiaj nowego modelu, który nazywa się już zieloną ekonomią. Jeżeli zastąpi on starą szkołę w tej dziedzinie, taki scenariusz przyniesie niezaprzeczalne korzyści – powiedział serwisowi eNewsroom Kamil Wyszkowski, przedstawiciel i prezes Rady Global Compact Network Poland. –  Tegoroczne nagrody i decyzja komitetu noblowskiego potwierdza, jak ważną staje się to kwestią. Jeśli rozwój nie pójdzie w tym kierunku, już wkrótce pojawią się skutki złych decyzji. Wyraźnie wzrosną temperatury – co jest spowodowane nadmiernym wytwarzaniem energii, produktu ubocznego w procesie powstawania wszystkich rzeczy codziennego użytku. W ramach globalnego gniazdka elektrycznego pozyskuje się ją aż w 70-ciu proc. z paliw kopalnych. Taki model konsumpcji – mierzony w PKB, bez zwracania uwagi na zasoby – w perspektywie długoterminowej nie może być utrzymany. Koszty związane z obsługą takiego rozwoju będą wyższe od korzyści, jakie zapewnia. Podczas wrześniowego szczytu ONZ, w ramach „Climate Action Summit – zwołanego przez sekretarza generalnego – globalny sektor ubezpieczeniowy wycenił, że 40 proc. zjawisk związanych ze zmianami klimatycznymi nie można ubezpieczyć. W przeciwnym razie sektor ten zostałby doprowadzony do bankructwa. To najlepiej pokazuje, jak poważna jest sytuacja związana ze zmianą klimatu – wskazał Wyszkowski.

Budownictwo mieszkaniowe – deweloperzy w 2019 roku pobili kolejne rekordy

Styczniowa informacja GUS, prezentująca wyniki budownictwa mieszkaniowego, tradycyjnie dotyczy już kompletnych statystyk inwestycyjnych pierwotnego segmentu krajowej mieszkaniówki w zakończonym 2019 roku. Pod względem sprzedażowym był to okres, który rodzimi deweloperzy mogą zaliczyć do nadspodziewanie udanych, zdecydowanie przeczący tezie o słabnącym popycie na mieszkania z pierwszej ręki. Pytanie, jaki był pod względem inwestycyjnym.

Rekordowy potencjał inwestycji rozpoczętych

Pierwszą kategorią gusowskich statystyk budownictwa mieszkaniowego za rok 2019, która może budzić respekt, są dane dotyczące mieszkań, których budowę rozpoczęto. Jak się okazało ponownie osiągnęły one historycznie rekordowe poziomy. W roku 2019 licząc ogółem ruszyła budowa ponad 237 tys. mieszkań i domów jednorodzinnych, poprawiając wynik z 2018 roku o blisko 7 proc. Z tego sami deweloperzy uruchomili w ub. roku budowę 142 tys. lokali, co daje wynik najlepszy w historii i lepszy rok do roku o 8 proc.

Mocno wyśrubowane roczne statystyki nowych budów tym razem są odpowiedzią przedsiębiorców na ponownie wzmożony po okresowym hamowaniu w 2018 roku ruch w deweloperskich biurach sprzedaży. Budowniczy mieszkań na sprzedaż niemal z aptekarską precyzją dostosowują podaż w postaci lokali wprowadzanych do sprzedaży do popytu, którego potencjał jest wciąż znaczący, co nie znaczy, że łatwy do przewidzenia.

Jednak statystyki inwestycji rozpoczętych są pierwszorzędnym wskaźnikiem stanu bieżącej koniunktury rynkowej, a ich rekordowy wymiar mówi sam za siebie.

Rekordowa liczba pozwoleń na budowę

Bodaj jeszcze bardziej optymistycznie prezentuje się sytuacja w kwestii pozyskanych w roku ubiegłym nowych pozwoleń na budowę lub zgłoszeń z projektem budowlanym. W tym przypadku ogólnie ich całoroczny wolumen wyniósł 268,5 tys., poprawiając wynik z roku 2018 o 4,4 proc. Podobnie jak w przypadku mieszkań rozpoczętych bezkonkurencyjni okazali się i tu deweloperzy, którzy zabezpieczyli na własne potrzeby grubo ponad 167 tys. takich decyzji administracyjnych, co ponownie oznacza wynik rekordowy.

Jak wiadomo, statystyki nowych pozwoleń na budowę są podstawowym parametrem oceny potencjału popytowego rynku w przyszłych okresach przez deweloperów. Wygląda wiec na to, że optymizm branży deweloperskiej w kwestii perspektyw rozwoju koniunktury pierwotnego segmentu mieszkaniówki w dłuższym terminie nieprzerwanie pozostaje na stałym od miesięcy bardzo wysokim poziomie. Co ciekawe, pomimo licznych wątpliwości co do możliwości utrzymania wysokich parametrów sprzedaży nowych mieszkań w najnowszej historii rynku pierwotnego, determinacja przedsiębiorców w przedmiotowej kwestii nie słabnie ani na chwilę, co jak się okazuje wciąż jest najlepszym z możliwych wyborem.

Mieszkania oddane również na rekordowej fali

Kolejnym aspektem działalności inwestorów, w ramach którego także udało im się potwierdzić rosnącą rok do roku dynamikę w rekordowym wymiarze, są statystyki mieszkań oddanych do użytkowania. W szczególności ostatni miesiąc ubiegłego roku okazał się w tej kwestii rewelacyjny z ogólnym wynikiem blisko 23 tys. lokali, nigdy wcześniej nie zanotowanym w historii pierwotnego rynku mieszkaniowego. To głównie efekt pracy deweloperów, którzy w grudniu ub. roku oddali 14,6 tys. mieszkań, czyli najwięcej w skali jednego miesiąca.

W efekcie w 2019 roku GUS doliczył się ponad 207 tys. lokali ukończonych, czyli – bagatela – o równe 12 proc. więcej niż rok wcześniej. W tej kategorii rola lidera także przypadła deweloperom, którzy rezultatem 131 tys. poprawili wynik z 2018 roku o blisko 17 proc.

Statystyki mieszkań oddawanych do użytku nie zależą jednak od aktualnej sytuacji rynkowej, ale są efektem stanu koniunktury sprzed około dwóch lat, a wiec okresu odpowiadającego cyklowi inwestycyjnemu w budownictwie mieszkaniowym. W związku z tym w kolejnych miesiącach i kwartałach, niezależnie od bieżącej koniunktury, należy oczekiwać kontynuacji tendencji utrzymywania się tych danych na rekordowo wysokich poziomach.

Perspektywy roku bieżącego pod znakiem zapytania

Pomimo wręcz kapitalnych osiągnieć inwestycyjnych rodzimego pierwotnego rynku mieszkaniowego, bardzo trudno jest przyjąć założenie bezwarunkowej kontynuacji podobnej tendencji w roku bieżącym. Rynek sprawia wrażenie dość mocno już przegrzanego, a wiec takiego, któremu przydałby się nieco dłuższy odpoczynek od pogoni za rekordami kolejnych budów, pozwoleń i sprzedaży nowych mieszkań.

Coraz mocniej niepokojącym zjawiskiem są nieprzerwanie, choć już z nieco hamującą dynamiką rosnące ceny, bezkrytyczny pęd do inwestycji w mieszkania jako absolutnie pewnej lokaty oszczędności i kapitałów, czy wreszcie coraz powszechniejsze przekonanie o braku jakichkolwiek przesłanek do odwrócenia tendencji rynkowej.

Tymczasem tego typu okoliczności odpowiadają raczej symptomom charakterystycznym dla okresów schyłkowych rynkowej prosperity, występującym w czasie kształtowania szczytu cyklu koniunkturalnego. W tej sytuacji rośnie ryzyko cyklicznego przesilenia, które w wypadku materializacji w roku bieżącym wpłynie destrukcyjnie nie tylko na statystyki inwestycyjne pierwotnego rynku mieszkaniowego, ale wszelkie pozostałe parametry stanu koniunktury.

Autor: Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Polska w tegorocznej edycji raportu „2020 Best Countries”

Najnowszy raport „2020 Best Countries” stworzony przez BAV Group (spółka zależna VMLY&R), U.S. News & World Report i Wharton School of the University of Pennsylvania jest już dostępny. Który kraj jest najlepszym miejscem do życia, gdzie zanotowano największy wzrost gospodarczy, a które państwa mają jeszcze sporo do nadrobienia w kwestii równouprawnienia? Na te i inne pytania odpowiadają autorzy publikacji.

Best Countries Report

Raport został podzielony na 9 osobnych dziedzin tworzących oddzielne subrankingi: atrakcyjność turystyczna, społeczeństwo, wpływy kulturowe, przedsiębiorczość, dziedzictwo kulturowe, wzrost gospodarczy, otwartość na biznes, pozycja na arenie międzynarodowej oraz jakość życia. Każdy subranking dotyczy innego obszaru, a ich zestawienie dało możliwość stworzenia ogólnego obrazu przebadanych państw oraz wyciągnięcia przekrojowych wniosków.

Polska wśród najlepszych krajów do rozpoczęcia kariery

W ogólnym zestawieniu Polska uplasowała się na 34 miejscu. Znaleźliśmy się także w TOP 5 krajów, w których warto rozpocząć karierę. W zestawieniu dotyczącym Otwartości na Biznes poprawiliśmy wynik i z 41 pozycji przeskoczyliśmy o 9 pozycji – zajmując 32 miejsce. Polska zajęła 20 miejsce w kategoriach: Najlepsze Miejsce do Wychowania Dzieci oraz Najbardziej Przejrzysty Kraj Pod Względem Praktyk Biznesowych. Od ubiegłego roku największy wzrost (14 punktów) zanotowaliśmy pod względem Zmniejszenia Wskaźnika Biurokracji i wzrost w rankingu Liderów. Uplasowaliśmy się na 16 miejscu pod względem Dbałości o Środowisko oraz jako Miejsce Przyjazne Rodzinie, na miejscu 17 znaleźliśmy się jako państwo z Wykwalifikowaną Siłą Roboczą oraz Bezpieczne Miejsce do Życia.

Szwajcaria, Kanada i Japonia w czołówce raportu

W tegorocznej edycji raportu przebadano 73 państwa w różnych kategoriach: od wpływów ekonomicznych i siły militarnej po edukację i jakość życia, aby określić, które kraje mają największy wpływ i najsilniejszą pozycję na arenie międzynarodowej. W pierwszej piątce znalazły się również Niemcy i Australia. Wielka Brytania pojawia się na 6 miejscu, a USA awansowało o jedną pozycję – na 7 miejsce.

Spadek zaufania do USA

Mniej ufamy innym nacjom. Chociaż Stany Zjednoczone są postrzegane jako najpotężniejszy kraj na świecie, nie są darzone zaufaniem. Kanada jest postrzegana jako najbardziej godny zaufania kraj od czasu pierwszego raportu „Best Countries” z 2016 roku. W tym samym czasie postrzeganie USA jako kraju godnego zaufania obniżyło się do rekordowo niskiego poziomu 16,3 w skali 100-punktowej. Wielka Brytania również zanotowała spadek zaufania, podczas gdy Grecja, Korea Południowa i Hiszpania poprawiły swój dotychczasowy wynik.

Zmiana klimatu – widzimy, nie reagujemy

Istnieje globalny konsensus w sprawie skutków zmiany klimatu. Większość respondentów (87%) zgadza się, że zmiana klimatu jest realna. Spośród 36 badanych krajów respondenci w Rosji potwierdzili świadomość zmian klimatu w najmniejszym stopniu (71%), natomiast współczynnik zgodności z tą tezą w Indonezji był najwyższy (97%) wraz z narodami afrykańskimi, w tym z Nigerii, Kenii i Południowej Afryki. Co ciekawe – tylko 60% respondentów zgadza się, że ich kraj skutecznie zajmuje się przeciwdziałaniu i zwalczaniu skutków zmian klimatycznych.

Technologia powodem globalnego niepokoju

Globalny niepokój związany z technologią utrzymuje się. Niemal 3 na 4 badanych (74%) sądzi, że duże firmy technologiczne, takie jak Facebook, Google i Amazon są zbyt silne, przez co znacząco kontrolują rynek, a mniej więcej tyle samo osób zgadza się, że technologia zastępuje miejsca pracy ludzi. Respondenci z Wielkiej Brytanii, Kanady i Australii najliczniej zgadzają się z ograniczaniem wpływu dużych korporacji technologicznych. W Japonii, która jest postrzegana jako siła napędowa technologii, tylko 31,5% badanych zgadza się, że technologia zastępuje obszary pracy ludzi, a 55% zgadza się, że wpływ gigantów technologicznych powinien być ograniczony.

Równość płci obowiązuje jedynie w teorii

Równość płci jest postrzegana pozytywnie, ale istnieje różnica między teorią a rzeczywistością. Dziewięćdziesiąt procent respondentów zgadza się, że kobiety powinny mieć takie same prawa jak mężczyźni. Jednocześnie, zapytani o to, czy reprezentanci wszystkich płci mają takie same możliwości ekonomiczne w swoich krajach, tylko 64% respondentów odpowiedziało twierdząco. 69% badanych uważa, że tradycyjny podział ról jest ważny ze społecznego punktu widzenia – uważa tak 73% mężczyzn i 66% kobiet.

Metodologia badania

Metodologia „2020 Best Countries Report” wykorzystuje dane zebrane poprzez szerokie badania, na grupie ponad 20 000 liderów biznesu; osób z wykształceniem wyższym, z klasy średniej lub wyższej oraz grup reprezentatywnych mieszkańców poszczególnych krajów.

Michał Pietruszka dołączył do Mobiem Polska

Na początku roku do agencji Mobiem Polska, która należy do Grupy Interia.pl i specjalizuje się w mobile marketingu, dołączył Michał Pietruszka, obejmując stanowisko Head of Mobile Product. Jego najważniejszym celem na 2020 rok będzie stworzenie w pełni kompleksowej oferty firmy, obejmującej nie tylko aplikacje mobilne. Ponadto będzie odpowiadał m.in. za konsultacje w zakresie rozwoju produktów reklamowych, doradztwo w kwestii rozpoznania nowych obszarów biznesowych, a także wdrażanie proponowanych rozwiązań i monitoring branżowych trendów.

Michał Pietruszka wcześniej pracował w CR Media Consulting, ostatnio jako Senior Media Planner and Buyer. Następnie rozwijał swoją karierę w Clickad, gdzie pełnił między innymi funkcję Account Directora. Z kolei w Spicy Mobile zbudował od podstaw sieć reklamy mobilnej. Piastował tam stanowisko Head of Trading. Przez kilka lat odpowiadał też za wiele kluczowych obszarów, tj. trading, wdrażanie i rozwój nowych produktów, szkolenie oraz poszerzanie kompetencji pracowników, a także optymalizację procesów zakupowych.

– Współpracowałem wcześniej z Michałem i bardzo wysoko oceniam jego kompetencje. Dlatego wiem, że nasza agencja zyskała solidnego i godnego zaufania specjalistę. Ma on duże doświadczenie w mobile marketingu. Stale śledzi trendy oraz nowości branżowe. Dzięki takiemu wzmocnieniu kadrowemu spółka szybko rozwinie swoją ofertę. Stanie się jeszcze bardziej konkurencyjna niż dotychczas i lepiej spełni wysokie oczekiwania klientów wobec efektywności kampanii reklamowych – mówi Michał Giera, prezes zarządu Mobiem Polska.

Na nowym stanowisku Michał Pietruszka będzie odpowiadał m.in. za konsultacje w zakresie rozwoju produktów reklamowych i doradztwo w kwestii rozpoznania nowych obszarów biznesowych. Zajmie się również monitoringiem branżowych trendów, wdrażaniem proponowanych rozwiązań, zarządzaniem zbieranymi przez spółkę danymi oraz rekomendowaniem sposobów ich monetyzacji. Ponadto będzie nadzorował dział realizacji zleceń oraz kreacji reklamowych.

– Wdrażając się w nowe obowiązki, rozpocząłem pracę od analizy marżowości produktów reklamowych i optymalizacji procesów zakupowych. Obecnie poszukuję ciekawych i innowacyjnych produktów, które będą odpowiedzią na potrzeby dynamicznie zmieniającego się otoczenia biznesowego. Moim najważniejszym celem na ten rok będzie stworzenie w pełni kompleksowej oferty dla spółki. Będzie ona obejmowała nie tylko aplikacje mobilne, ale również rozliczenia w modelach efektywnościowych oraz realizacje działań niestandardowych zarówno na rynku polskim, jak i zagranicznym – podsumowuje Michał Pietruszka.

Davos 2020. PZU i Pekao promują Trójmorze

Zorganizowany po raz drugi i otwarty wczoraj Dom Polski w Davos ma służyć promocji regionu Europy Środkowo-Wschodniej jako naturalnego kierunku działania globalnych inwestorów. PZU i Bank Pekao – już nazwani gospodarczymi ambasadorami Polski – wskazują kluczowe dane makroekonomiczne i demograficzne jako czynniki warunkujące atrakcyjność regionu, łączącą w sobie stabilność polityczną właściwą krajom członkowskim UE oraz rozwój gospodarczy właściwy krajom szybko rozwijającym się.

Według danych publikowanych przez renomowane ośrodki i agendy badawcze, 11 krajów tworzących Trójmorze cieszy się stabilnością i rozwojem. Siła regionu bierze się również z udanej transformacji, jaką przeszły tworzące go kraje. Od gospodarek opartych na centralnym planowaniu do gospodarek z powodzeniem konkurujących już nie tylko na rynku Unii Europejskiej, ale śmiało wychodzących na arenę światową. Zaledwie 30 lat wystarczyło, żeby kraje, które znajdowały się za żelazną kurtyną, teraz były pełnoprawnymi członkami Unii Europejskiej, Paktu Północnoatlantyckiego czy Światowej Organizacji Handlu. Kraje, które wkraczały do globalnego systemu wolnorynkowego z bagażem funkcjonowania w gospodarce centralnie planowanej, stały się ważnym motorem wzrostu gospodarczego Unii Europejskiej, co potwierdzają dane makroekonomiczne.

Łączny produkt krajowy brutto 11 krajów regionu Trójmorza (Bułgaria, Chorwacja, Czechy, Estonia, Litwa, Łotwa, Polska, Rumunia, Słowacja, Słowenia, Węgry) wynosi blisko 1,2 biliona euro. Ich gospodarki generują łącznie 20 proc. wzrostu gospodarczego Unii Europejskiej. Bezpośrednie inwestycje zagraniczne w Europie Środkowo-Wschodniej stanowiły w 2015 roku zaledwie 2 proc. wartości dla całej Unii Europejskiej. W 2018 roku było to już 15 proc., czyli ponad siedem razy więcej niż zaledwie trzy lata wcześniej. Wzrost PKB dla krajów Trójmorza w 2018 roku był ponad dwa razy większy od średniej dla wszystkich 28 krajów UE (4,3 proc. vs. 2,0 proc. rok do roku w 2018). Udział Trójmorza w globalnej wymianie handlowej wzrósł w latach 2005-2018 z 3,4 do 4,7 proc.

O sile regionu świadczy również potencjał jego mieszkańców, których obecnie jest ponad 100 milionów. Dawne kraje bloku wschodniego wchodzące skład regionu Trójmorza posiadają wysoki odsetek osób z wyższym wykształceniem w wieku 25-64, co wskazuje na olbrzymi potencjał zawodowy regionu. Sama Polska ma więcej absolwentów kończących kierunki STEM (nauki ścisłe, technologia, inżynieria, matematyka) niż Włochy czy Hiszpania. Testy PISA potwierdzają, że młodzież z Polski i Estonii należy do światowej czołówki we wszystkich trzech obszarach objętych badaniem: czytaniu i interpretacji, matematyce i rozumowaniu przyrodniczym.

Biorąc pod uwagę twarde dane makroekonomiczne oraz coraz większą aktywność różnego rodzaju i wielkości firm wywodzących się z regionu, nie dziwią zapowiedzi i ogłoszenie ścisłej współpracy środowisk biznesowych, pod patronatem głów państw Trójmorza. Udział PZU i Banku Pekao w tym przedsięwzięciu podyktowany jest chęcią promowania rozwoju polskiej i regionalnej gospodarki, a zarówno PZU jako największy ubezpieczyciel w kraju, jak  i Pekao – czołowy bank – mają ambicje stać się globalnymi graczami gospodarczymi.

Które reklamy są najskuteczniejsze? Największy wzrost zysków przynoszą pozycjonowanie oraz Google Ads

Budżet marketingowy nie jest z gumy. Świadomi tego faktu właściciele firm stale poszukują takich narzędzi promocji, które przy relatywnie niewielkich wydatkach przyniosą im krociowe zyski. Takie formy reklamy oferuje internet, z usługami świadczonymi przez Google na czele. Rzecz jasna główną rolę odgrywa tutaj najpopularniejsza na świecie wyszukiwarka, dzięki której można wybić się na kilka różnych sposobów.

300% więcej wejść na stronę w ciągu kilku miesięcy. Takie wyniki w SEO da się osiągnąć

Pozycjonowanie firmowej strony w internecie opiera się na stałym ulepszaniu jakości witryny, optymalizowaniu jej pod najnowsze wytyczne Google oraz pozyskiwaniu odnośników. Idealnie jest w momencie, kiedy to internauci sami, z chęci podzielenia się interesującą treścią, zostawiają linki w serwisach zewnętrznych. Kolejne audyty, poprawa kodu strony oraz regularne aktualizowanie jej wartościowymi, przydatnymi treściami pozwalają poprawiać miejsce w internetowym rankingu. To złożony proces, trzeba na bieżąco śledzić trendy i zmiany w algorytmach wyszukiwarki.

Dlatego najbardziej opłacalnym wyjściem jest korzystanie z usług specjalistycznych agencji – Afterweb byłby tutaj bardzo dobrym przykładem. Zachowanie pełnego profesjonalizmu oraz najwyższych standardów w pozycjonowaniu przynosi trwałe efekty, najbardziej korzystne w perspektywie długofalowej. Po zajęciu miejsca na pierwszej stronie w Google liczba użytkowników rośnie lawinowo, a wraz z nią firmowe zyski, płynące wartkim strumieniem dzięki pozyskiwaniu kolejnych klientów za pośrednictwem wyszukiwarki.

Wykładasz 2000 zł na reklamę, a w zamian nabija Ci sprzedaży za 10 razy tyle

Powyższe liczby chyba jeszcze bardziej przemawiają do wyobraźni. Takie rezultaty mogą przynosić kampanie w Google Ads, platformie służącej do wykupywania linków sponsorowanych. W końcu najczęściej klikalnymi odnośnikami w całej wyszukiwarce są reklamy, te prezentowane powyżej wyników organicznych. Tutaj jednak pozycje poszczególnych stron zmieniają się w sposób zdecydowanie bardziej dynamiczny. Aby nie marnować budżetu w Google Ads na kliknięcia, które nie konwertują, należy precyzyjnie ustawić wszelkie parametry oraz zakresy w panelu. Dobór fraz kluczowych, na które ma wyświetlać się reklama firmy w Google, ma tutaj ogromne znaczenie. Im ich więcej, tym bardziej uzasadniona staje się pomoc certyfikowanych specjalistów Ads, potrafiących optymalizować rozbudowane kampanie.

źródło: https://afterweb.pl/

Rynek nietypowych domen urósł w Polsce o 181% w 2019 roku

Domena .icu, należąca do chińskiego koncernu Alibaba, jest obecnie najpopularniejszą i jednocześnie najszybciej rosnącą na świecie domeną z nietypowym rozszerzeniem. Wyprzedza ona następujące domeny: .top .xyz, .site, .vip, .online, .club, .wang, .live, .shop. W Polsce niezmiennie najpopularniejszą nietypową domeną jest .online, która wyprzedza kolejno: .site, .xyz, .ovh, .tech, .cloud, .shop, .store, .space, .app – wynika z zestawienia przygotowanego przez serwis Domeny.pl.

Sukces domeny .icu (skrót od „I see you”) jest tym większy, że jest ona dostępna zaledwie od maja 2018 roku, a zrejestrowano już prawie 5.4 milionów adresów stron internetowych z takim rozszerzeniem, ze średnią liczbą rejestracji na poziomie 51850 na tydzień. To zdecydowanie więcej niż niedawny lider – domena .top – która ma obecnie 3.44 milionów rejestracji na świecie, a tygodniowo – 720. Trzecia w zestawieniu domena .xyz została wykorzystana do tej pory 2.1 miliona razy, ale rośnie ona szybciej niż domena .top, bo w tempie 3626 rejestracji na tydzień.

„75 proc. wszystkich rejestracji domeny .icu przypada na Chiny. Kolejne kraje, w których ta domena jest popularna, to USA, Japonia, Rosja, Indie i Indonezja. Chiny, dzięki swojej ogromnej populacji, są także odpowiedzialne za sukces domeny .wang, która pod koniec 2019 roku weszła do pierwszej dziesiątki najpopularniejszych nietypowych domen na świecie. Jest to także obecnie druga po .icu najszybciej rosnąca domena na świecie, która notuje średnio prawie 6 tys. nowych rejestracji na tydzień” – mówi Elżbieta Kornaś, Brand Manager serwisu Domeny.pl.

Wedle danych Domeny.pl, w Polsce w rankingu najpopularniejszych nietypowych domen nie zaszły aż tak duże zmiany, jak globalnie. Na uwagę zasługuje jednak awans domeny .site na drugie miejsce, a także wejście do pierwszej dziesiątki takich domen, jak .store, .space oraz .app. Najbardziej dramatyczny spadek zanotowała domena .loan, która wypadła z pierwszej setki najpopularniejszych nietypowych domen w Polsce, a jeszcze na początku 2019 roku zajmowała pozycję nr 3. Domena .icu w krajowym rankingu plasuje się na miejscu nr 28.

„W Polsce jest obecnie zarejestrowanych 48830 domen z nietypowymi rozszerzenia, czyli o 181 proc. więcej niż rok wcześniej! Na świecie ogólna liczba nietypowych domen to już 31852537, co oznacza wzrost o 20,7 proc. w stosunku do minionego roku. Powody popularności nietypowych domen to przede wszystkim możliwość utożsamienia adresu internetowego z profilem działania firmy oraz lepszego pozycjonowania w wyszukiwarkach internetowych” – dodaje Elżbieta Kornaś.

Domeny z nietypowymi rozszerzeniami (tzw. „new gTLD” – „generic top-level domains”) pojawiły się w świecie internetu od 2014 roku. Było to 2 lata po tym, kiedy to ICANN – organizacja odpowiadająca za przyznawanie nazw domen internetowych, ustalanie ich struktury oraz za ogólny nadzór nad działaniem serwerów DNS na całym świecie – dopuściła taką możliwość dla wszystkich zainteresowanych firm. Wcześniej w internecie funkcjonowało zaledwie 22 domeny gTLD (jak .com, .info czy .travel).

PGS planuje akwizycje

Sieć franczyzowa Polska Grupa Supermarketów (PGS) planuje dalszy rozwój i utrzymanie obecnego tempa przychodów w 2020 roku. Dziś pod parasolem PGS funkcjonuje ponad 600 placówek, należących do prywatnych przedsiębiorców. W 2020 PGS chce rosnąc poprzez rozwój organiczny jak i przejęcia sklepów wcześniej pracujących pod innymi markami. Już w styczniu br. PGS przyłączył 57 nowych sklepów. W ciągu najbliższych 3 lat PGS może dołączyć ok. 100 placówek w kraju.

– Dziś coraz bardziej powszechny staje się trend zakupów convenience, blisko domu, od znanego producenta i sprzedawcy. Kliencie coraz częściej pytają o produkty BIO. Dlatego też staramy się bardzo umacniać pozycję „bliskiego” sklepu – podkreśla Michał Sadecki, prezes Polskiej Grupy Supermarketów.

Nie oznacza to, że sieć – znana polskim konsumentom z takich marek jak Top Market, Delica i Minuta8– rezygnuje z większych sklepów. Top Market planuje otwarcie w tym roku flagowego marketu o powierzchni ponad 1000 m2 w nowo powstałej Galerii Otwockiej. Placówka ta ma być wyznacznikiem nowego standardu i nowej identyfikacji sieci, która – po 15 latach – zmieniła swoje logo. To jedna z kilku inicjatyw prezesa Sadeckiego, który obchodzi swoje 17-lecie pracy. To właśnie zmiana logo wszystkich placówek staje się strategicznym celem PGS w 2020 roku i będzie kontynuowana przez 2021.

Marki własne

Rok 2020 ma również stać się okresem zwiększonej dynamiki poszerzania portfolio produktowego marki Spiżarnia Dworska. Obok dotychczasowych alkoholi i produktów gotowych, mają znaleźć się wędliny i nabiał – wszystko od lokalnych, polskich producentów. Celem PGS jest poszerzenie i promocja produktów BIO, marek własnych – tak, aby na koniec 2020 stanowiły one ok. 15% przychodów Grupy.

Bliska współpraca z polskimi producentami żywności –wędlin, nabiału, owoców, warzyw – od dawna zapowiadana była przez PGS. Teraz sieć przechodzi do czynów, zacieśniając współpracę z W tym celu PGS z lokalnymi producentami na Mazurach i na Podlasiu.
PGS nie zapomina o marce O… Dobre, Pewne, Twoje! Aktualnie oferta obejmuje ponad 200 produktów różnych kategorii, w tym m.in. napoje, makarony, kasze, ryż, dżemy, sosy, żywność w puszkach.

– Na konkurencyjnym rynku musimy wychodzić na przeciw oczekiwaniom klientów. Klienci muszą wiedzieć, że znajdą w sklepie szeroki katalog podstawowych artykułów w cenach porównywalnych do dyskontowych, dlatego rozwijamy ofertę wysokiej jakości produktów marki własnej – dodaje M. Sadecki.

Obecnie za około 50 proc. sprzedaży sklepów w sieci odpowiada asortyment, którego zakup od producentów i dostawców oferuje centralny magazyn PGS. Ponad 9 proc. obrotów stanowią produkty pod marką własną — od artykułów spożywczych, chemicznych, higienicznych i przemysłowych po alkohol. Około 30 proc. sprzedaży generują produkty od lokalnych dostawców.

Współpraca z partnerami

PGS od kilku lat wypracował model współpracy z partnerami – przedsiębiorcami prowadzącymi sklepy – pozwalający na elastyczne dopasowanie do regionalnej specyfiki oraz oczekiwań klientów. PGS wspiera właścicieli sklepów w zakresie marketingu, negocjacji cenowych z producentami (zaopatrzenie większości sklepów pochodzi z magazynu centralnego PGS), przy zachowaniu swobody dla franczyzobiorcy przez realizacji zakupów towarów ze źródeł własnych.

– Oferujemy narzędzia i wsparcie finansowe z tytułu realizacji wspólnej polityki handlowej. Celem jest umożliwienie przedsiębiorcom poprawy rentowności prowadzonej działalności. Służy temu platforma zamówień z magazynu centralnego, system dystrybucji oraz inwestycje w nowe technologie, mi.in. wprowadzany system kas samoobsługowe – podkreśla prezes PGS.

Miliony ton plastiku w wodzie obciążają gospodarkę

Zanieczyszczenie plastikiem rzek i oceanów może kosztować światową gospodarkę nawet 19 mld dolarów rocznie, ale jego zastąpienie nie jest proste i efektywne energetycznie.

Rocznie do wód, rzek i oceanów dostaje się od 0,8 do 2,7 mln ton plastiku. Dla gospodarek 87 krajów przybrzeżnych zjawisko to w samym 2018 roku wygenerowało straty w wysokości od 6 do 19 mld dolarów1. Szacuje się, że łączny koszt usunięcia pływających śmieci na świecie może oscylować między 5,6 a 15 mld dolarów – wynika z raportu firmy doradczej Deloitte „The price tag of plastic pollution”. Jutro, 23 stycznia, obchodzimy Dzień bez Opakowań Foliowych.

Trafiające do akwenów wodnych odpady z tworzyw sztucznych blokują odpływ rzek, kanałów czy wodociągów. Żeby zminimalizować ilość wprowadzanych codziennie na rynek na całym świecie opakowań z plastiku, kumulujących ogromne zanieczyszczenia, coraz więcej krajów decyduje się na ograniczenia prawne w ich dystrybucji. Jedna trzecia z 3,5 mln ton tworzyw sztucznych zużywanych przez polski rynek2, wykorzystywana jest do produkcji opakowań. Unia Europejska rozpoczęła wdrażanie przepisów, których celem jest zminimalizowanie negatywnych skutków oddziaływania odpadów powstałych z tworzyw sztucznych na środowisko. Niektóre nowe wymogi zaczną obowiązywać już w 2021 roku. Odczują je nie tylko firmy wytwarzające jednorazowe plastikowe sztućce i opakowania, ale też producenci napojów, chusteczek nawilżanych czy papierosów. Wszystko po to, by ograniczyć zanieczyszczenie mórz i o oceanów.

Równocześnie szybkie znalezienie alternatywy dla zastosowań plastiku w naszym codziennym życiu nie jest proste. Pomimo pojawiających się innowacyjnych pomysłów dotyczących kompostowalnych polimerów, nie udaje się zapewnić wszystkich funkcjonalności dotychczasowych opakowań plastikowych i na masową skalę przerzucić się na inne materiały. Zwłaszcza przy opakowaniach żywności trudne jest zachowanie barierowości, czyli podstawowej, ochronnej funkcji opakowania. Dlatego aby ograniczać straty gospodarek i lepiej chronić środowisko naturalne, należy w krótkim czasie przede wszystkim tak zmienić zachowania, aby wspierać ograniczanie powstawania odpadów oraz ich przedostawanie się do środowiska naturalnego.

Środowisko naturalne dotkliwie odczuwa skutki rosnącego poziomu zanieczyszczeń, a zły stan środowiska niesie za sobą poważne skutki finansowe. Pokazała to firma doradcza Deloitte, która wspólnie z organizacją The Ocean Cleanup (holenderska organizacja non-profit mająca na celu oczyszczenie oceanów z plastiku) zebrała dane z 87 krajów, których gospodarki tracą w wyniku zanieczyszczenia wód plastikowymi odpadami.

Gospodarka narzeka na plastikową wodę

Zanieczyszczenie rzek i oceanów kosztowało gospodarki państw przybrzeżnych w 2018 roku między 6 a 19 mld dolarów.

Patrząc na całościowe podsumowanie strat finansowych powinniśmy pamiętać, że w takiej sytuacji tracą konkretne branże i ludzie. Zanieczyszczenie wód plastikiem sprawia, że obroty branży turystycznej maleją od 0,2 do 2,4 mld dolarów – mówi Julia Patorska, liderka zespołu analiz ekonomicznych w Deloitte.

Eksperci Deloitte dzielą wpływ zanieczyszczenia wód plastikiem na dwie grupy. Pierwsza to wpływ pośredni, który łączy koszty finansowe z długoterminowymi zmianami środowiskowymi. Niszczenie przyrody ma ogromny wpływ na otoczenie, który finalnie trudno jest przeliczyć na pieniądze. Przede wszystkim wiąże się to z pogorszeniem stanu zdrowia społeczeństwa i degradacją morskiego środowiska naturalnego. Druga grupa to bezpośrednie skutki ilościowe, które finansowo i krótkoterminowo obciążają gospodarkę. Tutaj wyróżnia się m. in. spadek przychodów z turystyki i innych branż oraz obciążenie lokalnych władz kosztami oczyszczania wód.

Z powodu zanieczyszczenia wód plastikiem straty dla gospodarki Azji wynoszą od 0,2 do 2,3 mld dolarów rocznie. W Ameryce Północnej to skala „zaledwie” 44-465 mln dolarów, a w Europie 0,1-1 mld dolarów – dodaje Julia Patorska.

Kosztowne sprzątanie

Specjaliści Deloitte podkreślają, że największym kosztem związanym z zanieczyszczeniem wód jest ich oczyszczanie. Usunięcie plastiku z terenów morskich, portów i plaż może kosztować globalnie od 5,6 do 15 mld dolarów. Kontynentem, który może ponieść najwyższe koszty oczyszczania jest Azja, gdzie takie działania mogą pochłonąć między 5,3 a 14 mld dolarów.

Nie dziwią tak wysokie koszty oczyszczania w Azji, ponieważ bazując na gęstości zanieczyszczeń w rzekach widzimy, że 19 badanych krajów z tego kontynentu odpowiada za aż 82 proc. globalnej emisji plastikowych śmieci spływających do oceanów – ocenia Julia Patorska. W Ameryce Północnej oczyszczanie może wiązać się z wydatkami w przedziale 47-139 mln dolarów, natomiast w Europie od 73 do 308 mln dolarów.

Środowisko naturalne wciąż najważniejsze

Mimo negatywnego oddziaływania zanieczyszczeń na gospodarkę, warto przede wszystkim pamiętać, że szkody dla środowiska są dużo trudniejsze do odwrócenia i będą wpływać na funkcjonowanie przyszłych pokoleń. Potencjał recyklingowy plastiku nie jest w pełni wykorzystany. Lekkie odpady plastikowe celowo lub przez czynniki atmosferyczne przedostają się do rzek, które znajdują ujście w morzach i oceanach. Rocznie przedostaje się od 0,8 do 2,7 mln ton takich śmieci.

Najbardziej znanym „efektem” procesu zanieczyszczenia wód plastikiem jest Wielka Pacyficzna Plama Śmieci, która na Oceanie Spokojnym osiąga powierzchnię trzykrotnie większą od powierzchni Francji. Plastikowe śmieci na wodach mórz i oceanów rozkładają się na drobne fragmenty, które dostając się do organizmów zwierząt powodują ich śmierć z powodu uduszenia. Rządy państw, lokalne władze, prywatne firmy i organizacje pozarządowe powinny współpracować na szczeblu lokalnym i globalnym, aby ograniczyć rozwój tego zjawiska – mówi Julia Patorska.

Podczas trwającego właśnie Forum Ekonomicznego w Davos przedstawiona została wspólna inicjatywa Deloitte, Salesforce i LinkedIn – UpLink, globalna platforma działania, skupiająca przedsiębiorców społecznych chcących wspierać wypełnianie Celów Zrównoważonego Rozwoju. Pierwsza odsłona platformy, która zostanie uruchomiona w lutym skupi się na 14 Celu, związanym właśnie z „Życiem pod Wodą”.

Badanie „Price Tag of Plastic Pollution” nie objęło swoim zasięgiem Polski, ale istniejące dane pokazują, że Bałtyk to jedno z najbardziej zanieczyszczonych mórz świata, a 56 proc. wszystkich odpadów znajdujących się na bałtyckich plażach to tworzywa sztuczne, takie jak plastikowe opakowania, worki czy torebki po żywności3.

Słabe wiatry dla zielonej energii, czyli polski problem z OZE

Zmiany klimatyczne i debata o przyszłości energetyki zdominowały spotkania szefów państw, m.in. podczas Światowego Forum Ekonomicznego. Tymczasem Polska wciąż w zbyt małym stopniu rozwija zieloną energię. Władze mówią o „nietypowym miksie energetycznym” i składają sprzeczne deklaracje. Eksperci przyznają, że odejście od węgla jest kosztowne, ale przypominają, że OZE to znacznie niższe koszty produkcji i jedyny kierunek dla branży.

Zmiany klimatyczne to temat, który zdominował ostatnio dyskusję o kierunku rozwoju gospodarki. Przykładem jest chociażby trwające właśnie Światowe Forum Ekonomiczne w Davos, przy okazji którego organizatorzy opublikowali coroczny raport „Global Risks Report” poświęcony najistotniejszym zagrożeniom na najbliższe lata. Wśród nich znalazły się, m.in.: porażka w przeciwdziałaniu anomaliom atmosferycznym, utrata bioróżnorodności, ekstremalne zjawiska pogodowe oraz kryzys związany z brakiem dostępu do wody.

O tym, że jesteśmy na skraju przepaści, alarmowała kilka dni wcześniej na łamach dziennika „The Guardian” młoda aktywistka Greta Thunberg:
Wzywamy światowych liderów do zaprzestania inwestycji w gospodarkę związaną z paliwami kopalnymi, które stanowią sedno kryzysu planetarnego. Zamiast tego należy przeznaczać te środki na rozwój zrównoważonych technologii, badania oraz ochronę przyrody. (…) Dzisiejszy biznes popełnia zbrodnię przeciwko ludzkości. Żądamy od przywódców zatrzymania tego szaleństwa. Stawką jest nasza przyszłość i niech ona będzie postrzegana jako najlepsza inwestycja.

Wahania polityków: rozwijamy wiatraki, ale i uruchamiamy kopalnie

To właśnie sposób pozyskiwania energii jest postrzegany jako jeden z największych problemów do rozwiązania, aby zapobiec katastrofie czekającej planetę. Jak wynika z ustaleń NIK (grudzień, 2019), Polska jest po Niemczech drugim w Unii krajem co do ilości wyprodukowanej energii elektrycznej opartej na węglu kamiennym (80 TWh) i brunatnym (49 TWh). Przy tym była jedynym krajem we Wspólnocie, w którym odnotowano wzrost produkcji w oparciu o węgiel kamienny (o 2 TWh). To daje nam tytuł niechlubnego lidera w tym zakresie i staje się dla Polski coraz większym problemem, nie tylko wizerunkowym, ale i ekonomicznym.

Rządzący coraz wyraźniej zdają sobie z tego sprawę. 21 stycznia podczas wizyty w Japonii, premier Mateusz Morawiecki stwierdził, że Polska ma „nietypowy miks energetyczny”, który jednak traktuje jako szansę. Deklarował także, że jesteśmy u progu podjęcia kluczowych decyzji dotyczących atomu i energetyki atomowej.

– Problemem Polski jest przede wszystkim znikomy udział w gospodarce odnawialnych źródeł energii. Rząd wyraźnie waha się między chęcią utrzymania tradycyjnego górnictwa, które generuje miejsca pracy, a koniecznością dopasowania się do unijnych wymogów, zakładających osiągnięcie neutralności klimatycznej w 2050 roku. Z jednej strony mamy plany uruchomienia odkrywki Złoczew, a z drugiej programy takie jak „Mój Prąd”, promujące fotowoltaikę. Otrzymujemy zapowiedź ogromnych inwestycji wiatrowych na Bałtyku, a jednocześnie informację, że do 2035 roku istniejące turbiny lądowe zostaną zezłomowane, a w ich miejsce nie powstaną nowe. W expose premier zapowieda, że energetyka prosumencka, fotowolatika i elektromobilność będą ważnymi obszarami dla rozwoju polskiego przemysłu, ale też deklaruje, iż tradycyjna energetyka jeszcze długo nie straci na ważności. – Tomasz Żołyniak, prezes Energii Polskiej.

Stagnacja OZE: ambitne plany i wciąż za wolny rozwój

O tym, że zapowiedzi nadal dość mocno rozmijają się z rzeczywistością, najlepiej świadczy analiza wykorzystywania źródeł energii. Jak wynika z danych Urzędu Regulacji Energetyki na koniec czerwca 2019 roku moc zamontowanych instalacji OZE wynosiła w przypadku tych wykorzystujących biomasę – 1 467,962 MW, energię wiatru – 5 881,158 MW, hydroenergię – 972,512 MW, energię promieniowania słonecznego – 259,256 MW, biogaz – 239,009 MW. Co więcej wykorzystanie mocy różnych typów OZE wzrastało wolniej niż w ubiegłych latach. W 2016 roku łączny przyrost wynosił 1 445,508 MW, a w 2018 zaledwie 55,083 MW. Najszybciej rozwijały się inwestycje wykorzystujące energię wiatru (2 496,748 MW w 2012 roku i 5 881,158 MW w 2019 roku) oraz biomasę (820,700 MW w 2012 roku i 1 467,962 MW w 2019 roku). Mimo to udział węgla w branży to wciąż ok. 87%. Komisja Europejska oceniła w kwietniu 2019 roku, że Polska jest w grupie 11 państw, których aktualne lub planowane do wdrożenia kampanie promujące odnawialne źródła energii wydają się być niewystarczające.

– Rezygnacja z tradycyjnej energetyki nie jest prosta, a przede wszystkim jest kosztowna. Niemcy za odejście firm od węgla do 2038 roku będą musiały zapłacić około 2,6 miliarda euro. Mają też problem z zablokowaniem uruchomienia elektrowni Datteln 4 w Nadrenii Północnej-Westfalii ze względu na zbyt wysokie ewentualne rekompensaty. Jednak zielona energia to kierunek, od którego nie da się odejść. To wysokie zyski dla społeczeństwa i przyszłych pokoleń, a jednocześnie dużo niższe koszty eksploatacji i produkcji, czyli rachunek, który musimy zapłacić. – Sebastian Biela, wiceprezes Energii Polskiej

Mamy dekadę, by ograniczyć marnowanie o połowę

Nie bez przyczyny marnowanie żywności stało się jednym z najczęściej nagłaśnianych tematów ubiegłego roku. Jako trzeci największy emitent gazów cieplarnianych na świecie, zmarnowane jedzenie w znacznym stopniu przyczynia się do wzrostu emisji CO2 również w Polsce. Jak przypomina Too Good To Go, Polska, będąca krajem członkowskim ONZ, zobowiązała się do osiągnięcia założeń strategii “Cele Zrównoważonego Rozwoju”, które obejmują między innymi odpowiedzialną konsumpcję i produkcję oraz działania w dziedzinie klimatu. Wszystko to, aby do 2030 roku zmniejszyć o połowę globalną ilość marnowanej żywności per capita w sprzedaży detalicznej i konsumpcji.

Choć droga jeszcze daleka, Polska już zaczęła wprowadzać zmiany systemowe w tym zakresie. Do 18 lutego 2020 roku przedsiębiorstwa o powierzchni powyżej 250 metrów kwadratowych, których sprzedaż żywności stanowi co najmniej połowę przychodów, mają obowiązek podpisania umów z organizacjami pozarządowymi. Do tej pory przepisy obowiązywały tylko sklepy wielkopowierzchniowe.

Jeśli chodzi o obywateli, przytłoczeni ilością i złożonością danych o stanie środowiska, zwykli ludzie często czują się bezradni. Dobra wiadomość jest taka, że już teraz obywatele mogą wesprzeć starania ONZ, angażując się w proste, acz przynoszące wymierne efekty, działania. Przedstawiamy cztery proste kroki, dzięki którym każdy z nas może znacznie ograniczyć marnowanie jedzenia.

#1 Grunt to dobry plan – niezawodna lista zakupów

Jak podaje przygotowany przez Banki Żywności raport “Nie marnuj jedzenia 2019”, 42% Polaków przyznaje się do marnowania jedzenia. Według badania, w 22% przypadków jest to spowodowane zbyt dużymi zakupami. Brak wcześniej przygotowanej rozpiski potrzebnych produktów zwiększa szanse uleganiu promocjom i kompulsywnym decyzjom zakupowym. Dlatego idąc do sklepu, warto sprawdzić stan lodówki i uzbroić się w niezawodną listę zakupów.

#2 Pokochaj resztki – “Doggy bag”

Popularne na Zachodzie, a w szczególności w Stanach Zjednoczonych, “doggy bags”, czyli przygotowane na wynos resztki (np. z restauracyjnej kolacji), w Polsce są dopiero rozpoczynającym się trendem. Restauracje coraz częściej oferują klientom zabranie niezjedzonej potrawy do domu, dzięki czemu nie ląduje ona w koszu. Każdy klient ma również możliwość samemu poprosić o zapakowanie niedojedzonej porcji i nie powinno być to powodem do wstydu, a wręcz przeciwnie. Dzięki temu wyprodukowane jedzenie nie marnuje się, a resztki mogą zyskać drugie życie, jako baza nowej potrawy w domowej kuchni.

#3 Niezmarnowany 1% podatku dla Banków Żywności

Banki Żywności obejmują pomocą około 1,6 miliona osób, a każda złotówka to 8 kg uratowanej żywności, z której można przygotować aż 16 posiłków. 31 Banków Żywności działających na terenie całego kraju tworzy Federację Polskich Banków Żywności. Wszystkie są organizacjami pozarządowymi o statusie stowarzyszenia lub fundacji, którym można przekazać 1% podczas rozliczenia podatkowego. Środki z darowizny przeznaczane są na działalność, a w szczególności transport uratowanego jedzenia, dzięki czemu trafia ono do najbardziej potrzebujących.

#4 Zostań Pogromcą Marnowania Jedzenia

Od początku jej działania w Polsce, użytkownicy aplikacji Too Good To Go uratowali 45 000 posiłków, co odpowiada 112 500 kg mniej zmarnowanego CO2. Idea Too Good To Go jest prosta, firma chce inspirować jak najszersze grono do podjęcia wyzwania walki z marnowaniem żywności i robi to przy wykorzystaniu nowoczesnych technologii. Aplikacja bardzo skutecznie łączy użytkowników z piekarniami, cukierniami, sklepami czy hotelami, gdzie na koniec dnia zostaje niesprzedane jedzenie. Misja firmy i jej społeczny wpływ zostały uhonorowane niedawno certyfikatem B Corp. Każda firma, która znajdzie się w gronie B Corps, jest zaliczana do globalnych liderów ruchu, w którym wykorzystuje się biznes do czynienia dobra i budowania bardziej zrównoważonej i inkluzyjnej gospodarki. Firma ogłosiła także plany wejścia na rynek amerykański

Czy rośnie liczba obcokrajowców kupujących mieszkania w Polsce?

Czy obcokrajowcy kupują mieszkania w Polsce? Czy wielu jest takich nabywców? Z jakich krajów pochodzą? Jakie mieszkania wybierają? Sondę przygotował serwis nieruchomości Dompress.pl

Mirosław Kujawski, członek zarządu Develia S.A. 

W strukturze naszych transakcji udział obcokrajowców waha się w okolicy 3 proc. i nie widzimy w tym przypadku większych zmian. Podobnie, jak w poprzednim roku najwięcej mieszkań kupowanych jest przez obywateli z Ukrainy i Białorusi, choć nominalnie ostatnio takich transakcji było mniej. Nowy trend, jaki można dostrzec to większa ilość zakupów w celach inwestycyjnych. Ceny mieszkań w Polsce, mimo iż rosną od kilku lat, są jednymi z najniższych w tej części Europy. Jako pierwsze dostrzegły to zagraniczne fundusze, kupujące całe budynki pod wynajem. Do tego grona powoli dołączają inwestorzy detaliczni, choć póki co są to osoby związane z Polską traktujące zakup mieszkania, nie tylko jako inwestycję, ale także alternatywę do późniejszego zamieszkania.

Zbigniew Juroszek, prezes Atal

Obserwujemy tendencję związaną z rosnącym zainteresowaniem zakupem mieszkań ze strony obcokrajowców, przede wszystkim zza wschodniej granicy. W niektórych miesiącach transakcje realizowane przez cudzoziemców stanowią blisko 20 proc. umów. Obcokrajowcy, podobnie jak Polacy, zwykle decydują się na mieszkania o powierzchni do 50-60 mkw. Warto dodać, że liczba klientów zza wschodniej granicy wzrosła na tyle, że postanowiliśmy zatrudnić do ich obsługi pracowników mówiących w języku ukraińskim i rosyjskim.

Sebastian Barandziak, prezes zarządu Dekpol Deweloper

W tym roku obserwujemy nieco większe zainteresowanie lokalami ze strony zagranicznych inwestorów w porównaniu z sytuacją w latach ubiegłych. Popyt zapewniają głównie obywatele z Ukrainy oraz Niemiec. Najchętniej wybierają lokale w dobrych lokalizacjach, sprzyjających wynajmowi. Dotyczy to niewielkich apartamentów z funkcjonalnym układem pomieszczeń, który umożliwia zamieszkanie kilku osobom.

Małgorzata Ostrowska, członek zarządu i dyrektor Pionu Marketingu i Sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

Dużym zainteresowaniem klientów z zagranicy cieszyły się mieszkania w kameralnym osiedlu Zielona Dolina na warszawskiej Białołęce, którego sprzedaż już zakończyliśmy. Obecnie, mamy nabywców przeważnie z Ukrainy wśród klientów  Osiedla Bliska Wola w Warszawie. Mieszkania i apartamenty w Hanza Tower w Szczecinie kupują głównie szczecinianie, ale jest też niewielka liczba nabywców z Niemiec czy krajów skandynawskich. We wszystkich naszych inwestycjach liczba klientów z zagranicy utrzymuje się na stałym, niewielkim poziomie.

Monika Perekitko, członek zarządu Matexi Polska

Obcokrajowcy to stale widoczna grupa klientów. Wyraźnie widać zainteresowanie inwestorów zagranicznych  mieszkaniami w Warszawie. Z naszych obserwacji wynika, że najczęściej są to nabywcy z Izraela, Azji, a także Ukrainy.

Wojciech Duda, wiceprezes Duda Development

Wśród osób nabywających nasze mieszkania i domy liczba obcokrajowców nie rośnie. Utrzymuje się na niezbyt wysokim, ale stałym poziomie. Trudno wyróżnić narodowości, które najbardziej są zainteresowane mieszkaniami. Naszymi klientami są zarówno mieszkańcy Unii Europejskiej, jak i Europy Wschodniej oraz Chińczycy.

Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest

Obserwujemy wzrost liczby klientów z zagranicy, którzy kupują mieszkania w naszych inwestycjach, a także Polaków mieszkających za granicą, którzy być może planują w przyszłości powrót do kraju. Najwięcej klientów pochodzi z Ukrainy. Wybierają najczęściej nieduże, kompaktowe mieszkania, chociaż zdarzają się również transakcje związane z zakupem lokali o większych metrażach. Ilość transakcji z udziałem obcokrajowców nadal jednak jest niewielka w przypadku naszych inwestycji.

Zuzanna Należyta, dyrektor ds. handlowych w Eco Classic

Nie zauważyliśmy znaczącej zmiany, jeśli chodzi o udział obcokrajowców wśród nabywców mieszkań, które mamy w ofercie.

Wojciech Chotkowski, prezes zarządu Aria Development

Nie zauważamy wzrostu zainteresowania zakupem mieszkań wśród klientów z zagranicy. Takie osoby stanowią niezmiennie około 5-7 procent nabywców. Najczęściej są to obywatele Ukrainy, którzy dobrze odnajdują się w polskich realiach.

Agnieszka Kozak, pełnomocnik zarządu ds. sprzedaży w Republice Wnętrz

Obserwujemy rosnące zainteresowanie zakupem mieszkań ze strony klientów z zagranicy, szczególnie z krajów Unii Europejskiej. Zainteresowani są głównie mikroapartamentami pod wynajem. Na tą chwilę nie stanowią jednak znaczącej grupy kupujących w grupie naszych klientów.

Andrzej Gutowski, wiceprezes Ronson Development, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu

Klienci z zagranicy nie stanowią dużej grupy kupujących, a ich liczba nie zwiększa się znacząco. Największą grupę w tej chwili stanowią Ukraińcy, którzy kupują mieszkania na własne potrzeby. Mowa o osobach, które mają już w Polsce stałą pracę i mogą bez większych przeszkód wziąć kredyt, ponieważ banki zaczęły traktować klientów z Ukrainy podobnie jak Polaków. Takie osoby zaczynają wycofywać się z rynku najmu i poszukują własnego M. Wybierają podobne lokale, jak klienci kupujący pierwsze mieszkania, o mniejszych metrażach, oddalone nieco od centrów miast. W przypadku naszych projektów ukraińscy klienci najchętniej decydują się na mieszkania w inwestycji Miasto Moje położonej na warszawskiej Białołęce.

Aleksandra Goller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu w spółce mieszkaniowej Skanska

Wśród naszych klientów są osoby różnej narodowości. Bardziej jednak niż kraj ich pochodzenia liczą się dla nas ich oczekiwania i potrzeby. Za każdym razem pomagamy naszym klientom określić, czego oczekują od mieszkania, osiedla oraz okolicy i wybrać lokal idealny.

Autor: Dompress.pl

Współpraca sektora bankowego z administracją państwową kluczem do sukcesu gospodarczego

Współpraca rządów z bankami poprawia warunki wzrostu gospodarczego i pozytywnie wpływa na klimat inwestycyjny – zgodnie podkreślają uczestnicy debaty zorganizowanej w Davos w ramach Światowego Forum Ekonomicznego przez Bank Pekao S.A. wraz z firmą doradczą Deloitte. W dyskusji na temat kooperacji rządów z sektorem finansowym wzięli udział Tadeusz Kościński, Minister Finansów Rządu RP, profesor Nouriel Roubini, prezesi Charlotte Hogg z Visa Europe i Gilberto Caldart z Mastercard oraz Laszlo Benscik reprezentujący bank OTP. Dyskusję moderowała Anna Celner, Lider praktyki Global Banking and Capital Markets w Deloitte.

WP1_9475Europejska gospodarka stoi przed wieloma wyzwaniami, którym musi sprostać, by dalej dynamicznie się rozwijać. Współpraca rządów, instytucji finansowych i sektora bankowego jest jednym z najważniejszych czynników, które bez wątpienia pomagają przezwyciężyć bariery wzrostu. Bez wzajemnego zaufania i współpracy systemy gwarancji kredytowych, płatności bezgotówkowych, otwartej bankowości, czy uwierzytelniania tożsamości praktycznie nie mogłyby istnieć.

Współpraca administracji państwowej z sektorem bankowym generuje ogromne korzyści dla całej gospodarki. Obserwujemy to na co dzień u nas w kraju. Projekty współpracy pomagają Polsce poprawić usługi publiczne. Dzięki takiej kooperacji gospodarstwa domowe i firmy mogą korzystać z lepszych usług, dostępu do technologii i bardziej przystępnego finansowania – podkreślał w trakcie dyskusji Marek Lusztyn, prezes Zarządu Banku Pekao S.A. i dodał: – Współpraca pomaga także polskim bankom lepiej reagować na nowe technologie i regulacje. Co ważne, dzięki niej możemy osiągać skalę niezbędną dla wprowadzania nowych rozwiązań oraz zwiększać efektywność kosztową.

Jak zaznaczył prezes Lusztyn, jest to korzystne nie tylko dla banków, jako bezpośrednich beneficjentów takiej współpracy, ale przede wszystkim dla ich klientów – przedsiębiorstw. Dzięki temu mogą one skuteczniej prowadzić swoje interesy w oparciu o stabilne finasowanie, w przyjaznym otoczeniu regulacyjnym. Kiedy rządy udzielają gwarancji kredytowych i subwencji za pośrednictwem banków, wykorzystywane są inwestycje publiczne, klienci i firmy mają lepszy dostęp do kredytów, a banki korzystają z wyższych wolumenów klientów biznesowych.

Dobrym przykładem udanej współpracy banku z rządem jest ta w ramach programu Mieszkanie dla Młodych. Pekao, jako wiodący dostawca finansowania potrzeb mieszkaniowych, przyznał i obsługiwał aż 48 proc. kredytów hipotecznych w ramach MdM. Pomogliśmy w ten sposób wielu tysiącom rodzin sfinansować zakup mieszkania. Kolejnym ogromnym sukcesem, z którego korzystać mogą także nasi klienci, są gwarancje COSME i program gwarancji de minimis. Dzięki nim małe i średnie firmy mogą finansować kredyty obrotowe i inwestycyjne – zauważył prezes Pekao.

Jako inny przykład można podać również program „Polska bezgotówkowa” (Cashless Poland). Jest to wspólna inicjatywa uczestników rynku usług płatniczych w Polsce: wydawców kart, agentów rozliczeniowych, organizacji Visa i Mastercard oraz Związku Banków Polskich i Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii. Dzięki programowi obrót bezgotówkowy w Polsce staje się codziennością dla tysięcy firm, usługodawców i ich klientów. Rozwiązania płatnicze to najbardziej rozpowszechniona kategoria współpracy. Płatności stale się zmieniają. Stają się wygodniejsze dzięki technologii, za którą odpowiadają banki, i bezpieczniejsze – dzięki przepisom wprowadzanym przez rządy. Jedni i drudzy mają jednak jeszcze jedno zadanie do wykonania. Współpraca między bankami a rządami powinna odbywać się nie tylko na szczeblu krajowym, ale także międzynarodowym. Dzięki temu będzie mogła następować odpowiednia standaryzacja tego typu usług na szczeblu ogólnoeuropejskim czy światowym.

– Polska wyróżnia się pozytywnie na tle Europy i ma wiele ciekawych rozwiązań, którymi moglibyśmy się podzielić z innymi krajami. Dalszy dynamiczny wzrost współpracy między bankami i rządami może się okazać kluczowy dla zapewnienia konkurencyjności europejskiego sektora bankowego – mówił dr Grzegorz
W. Cimochowski, Partner, Lider Sektora FSI w Polsce, Deloitte.

Według analizy przeprowadzonej przez firmę Deloitte, współpraca między bankami
i instytucjami publicznymi rośnie nieprzerwanie od dwóch dekad, choć istotnie przyspieszyła w okresie ostatnich 10 lat. Wynika to przede wszystkim z przyspieszenia trendu digitalizacji gospodarek oraz sektora bankowego. Różne formy współpracy pomagają przyspieszyć wzrost gospodarczy poprzez stymulowanie inwestycji oraz dostarczanie usług publicznych, osiąganie skali i zwiększanie przychodów – umożliwiając także ograniczanie kosztów i ryzyka. Popularność i skala adopcji różni się w zależności od kategorii. Najpopularniejsze są stowarzyszenia, rozwiązania płatnicze oraz programy gwarancji kredytowych i subsydiów. Najmniej popularne natomiast są usługi e-administracji oraz współdzielenie infrastruktury (np. bankomaty).

Raport dotyczący naruszeń danych osobowych kancelarii DLA Piper

Ponad 160 000 naruszeń danych osobowych zostało odnotowanych w 28 krajach członkowskich Unii Europejskiej, Norwegii, Islandii i Liechtensteinie od dnia wejścia w życie RODO, 25 maja 2018 r. Według najnowszego Raportu dotyczącego naruszeń danych osobowych (Data Breach Survey – Raport dostępny tylko w angielskiej wersji językowej) przygotowanego przez kancelarię DLA Piper, organy regulacyjne ds. ochrony danych osobowych nałożyły kary w wysokości 114 mln euro za szereg naruszeń wskazanych w RODO.

Zgodnie z oficjalnymi danymi za okres od 25 maja 2018 r. do końca maja 2019 r. w Polsce odnotowano 4 538 naruszeń danych osobowych zgłoszonych do PUODO. Francja, Niemcy i Austria zajmują pierwsze miejsce w rankingu dotyczącym wartości nałożonych kar, wynoszących odpowiednio ok. 51 mln euro, 24,5 mln euro i 18 mln euro.  Holandia, Niemcy i Wielka Brytania znalazły się na czele tabeli dotyczącej liczby naruszeń wskazanych organom regulacyjnym i jest to odpowiednio 40 647, 37 636 i 22 181 zgłoszeń.

Dzienny wskaźnik liczby zawiadomień wzrósł o 12,6% – z 247 zawiadomień dziennie w ciągu ośmiu miesięcy od 25 maja 2018 r. do 27 stycznia 2019 r., do 278 w bieżącym roku.

Biorąc pod uwagę populację danego kraju, Holandia ponownie znalazła się na czele z liczbą 147,2 naruszeń na 100 000 osób, w porównaniu z 89,8 w zeszłym roku. Na kolejnych pozycjach znalazły się Irlandia i Dania. Włochy, Rumunia i Grecja zgłosiły najmniejszą liczbę naruszeń na jednego mieszkańca. Włochy, kraj zamieszkały przez ponad 62 miliony ludzi, odnotowały jedynie 1886 zawiadomień.

Najwyższa dotychczas kara nałożona na Google przez francuski organ regulacyjny za m.in. rzekome naruszenie zasady przejrzystości wyniosła 50 mln euro. Po dwóch znaczących naruszeniach, brytyjska organizacja ICO opublikowała w lipcu 2019 r. informacje o zamiarze nałożenia dwóch kar w wysokości 282 mln funtów, przy czym żadna z nich nie została nałożona do dnia sporządzenia niniejszego Raportu.

„Wprowadzenie RODO otworzyło dyskusję dotyczącą naruszania danych osobowych. W porównaniu z ubiegłorocznym Raportem wskaźnik zgłoszeń wzrósł o ponad 12%, a organy regulacyjne zaczęły korzystać z nowych uprawnień w zakresie nakładania kar.  Łączna kwota kar nałożonych do tej pory wyniosła 114 mln euro i jest stosunkowo niska w porównaniu z potencjalnymi możliwościami organów regulacyjnych. Spodziewamy się, że w nadchodzącym roku będziemy świadkami wzrostu liczby kar o dużej wartości.” – mówi Ewa Kurowska-Tober, partner kierująca praktyką własności intelektualnej i nowych technologii.

Tylko udowodnienie przedsiębiorcy świadomego uczestnictwa w oszustwie może go pozbawić możliwości odliczenia VAT

zostało ustalone, że zaświadczenie to było sfałszowane, ale nie stanowi to potwierdzenia świadomego udziału przedsiębiorcy nabywającego towar w oszustwie. Wręcz przeciwnie, fałszerstwo ma jakiś cel i swojego adresata. Gdyby przedsiębiorca był uczestnikiem oszustwa, to po co zaświadczenie fałszowano celem przedstawienia go właśnie jemu.

Dowody przeciwne twierdzeniom organów

NSA zwrócił również uwagę, że z akt sprawy wynika, iż przebywając już w zakładzie karnym, pośrednik w złożonych zeznaniach potwierdził, że sprzedawany przedsiębiorcy towar był jego własnością, a faktury na jego prośbę wystawiał brat. Co więcej, zeznał, że zawsze dostarczał towar przedsiębiorcy wraz z właścicielem firmy, który wystawiał fakturę. Organy same potwierdziły, że przedsiębiorca rzeczywiście poniósł wydatki wynikające z zakwestionowanych faktur.

„Skoro, w ocenie Sądu I instancji skarżąca miała wiedzę o tym, że działalność prowadził G. K., to jaki byłby cel posługiwania się przez niego sfałszowanym dowodem zatrudnienia. Sąd nie przedstawił racjonalnej oceny tych okoliczności. Także treść wpisu do ewidencji działalności gospodarczej K. K., z którego wynikało, że zgłosił on prowadzenie działalności w zakresie usług transportowych i gastronomicznych, niczego w sprawie nie przesądza. Możliwe jest prowadzenie działalności w dziedzinie, która nie została zgłoszona do ewidencji” (wyrok NSA z 7 maja 2019 r., sygn. akt I FSK 973/17).

Organy nie mogą odmawiać podatnikowi odliczenia VAT bez udowodnienia mu zawinienia

WSA w Łodzi podkreślił, że wolą ustawodawcy ustanawiającego regulację art. 88 ust. 3a pkt 4 lit. a) ustawy o podatku od towarów było uniemożliwienie odliczania VAT z faktur i dokumentów celnych w przypadku, gdy stwierdzają one czynności, które nie zostały dokonane w części dotyczącej tych czynności. Jednak przy wykładni tego przepisu należy mieć na uwadze wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE z 21 czerwca 2012 r. w sprawach połączonych C 80/11 i C 142/11, w którym stwierdził, że przepisy unijnej dyrektywy 2006/112 stoją na przeszkodzie praktyce krajowej, dopuszczającej, by organy podatkowe odmawiały podatnikowi prawa do odliczenia VAT z tytułu świadczonych mu usług z tego powodu, że wystawca faktur lub jeden z jego usługodawców dopuścił się nieprawidłowości, podczas gdy podatnikowi temu nie udowodniły, że wiedział lub powinien był wiedzieć, iż faktura ta jest elementem popełnianego przez nich przestępstwa.

„Z wyroku tego wynika, że nie powinno się odmawiać podatnikowi prawa do odliczenia podatku naliczonego nie tylko wtedy, gdy nieprawidłowości dotyczą wcześniejszej lub późniejszej transakcji, ale nawet wtedy, gdy dotyczą one bezpośrednio transakcji zakupu zawartej przez tego podatnika, czyli tej transakcji, której dotyczy podatek naliczony do odliczenia, pod warunkiem jednak, że na podstawie obiektywnych przesłanek nie da się stwierdzić, że podatnik wiedział lub powinien był wiedzieć, że zawierana przez niego transakcja zakupu wiązała się z przestępstwem popełnionym przez wystawcę faktury” (wyrok WSA w Łodzi z 19 listopada 2019 r., sygn. akt I SA/Łd 633/19)

Podsumowanie

Prawo wspólnotowe nie zezwala więc państwom członkowskim, aby dopuszczały do sytuacji, w której organy podatkowe odmawiają podatnikom prawa do odliczenia VAT z tytułu rzeczywiście opłaconych faktur, jeśli ich wystawca lub jeden z jego kontrahentów dopuścił się nieprawidłowości bez udowodnienia przez organy temu podatnikowi, że o nieprawidłowościach tych wiedział lub powinien był wiedzieć.

Jedną z gwarancji wynikających z „powołanej dla przedsiębiorców” Konstytucji Biznesu jest zasada domniemania uczciwości przedsiębiorcy. Jak wyjaśnia tę darowaną przedsiębiorcom gwarancję Ministerstwo Finansów: „Administracja nie może zakładać, że przedsiębiorca działa nieuczciwe lub niezgodnie z prawem. Jeśli organ chce obciążyć Cię obowiązkiem albo ograniczyć Twoją swobodę, musi mieć do tego podstawę prawną i przedstawić niepodważalne dowody” (www.gov.pl).

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Jeff Bezos zhakowany przez saudyjskiego Księcia

Jeff Bezos, miliarder i twórca Amazona, padł ofiarą ataku hakerskiego na swój telefon komórkowy w 2018 roku po otrzymaniu wiadomości WhatsApp, która najwyraźniej została wysłana z osobistego konta księcia Arabii Saudyjskiej – wskazuje The Guardian. Uważa się, że zaszyfrowana wiadomość wysłana z numeru używanego przez Mohammeda bin Salmana zawierała złośliwy plik, który infiltrował telefon najbogatszego człowieka na świecie.

Analiza kryminalistyczna wykazała, że ​najprawdopodobniej włamanie do telefonu zostało wywołane przez zainfekowany plik wideo wysłany z konta spadkobiercy rodziny królewskiej Arabii Saudyjskiej. Niewykluczone, że do ataku wykorzystano lukę, wykrytą w zeszłym roku przez specjalistów bezpieczeństwa cybernetycznego z Check Point Software Technologies.

– Używanie popularnych aplikacji społecznościowych do infekowania ludzi za pomocą złośliwego oprogramowania to trend, który przewidywaliśmy i o którym ostrzegaliśmy od ponad roku. Jak wskazaliśmy w naszych badaniach dotyczących WhatsAppa z grudnia ubiegłego roku oraz w analizach aplikacji prowadzonych od sierpnia 2018 r., złośliwe linki mogły zostać wysłane dzięki niektórym lukom istniejącym w platformie (dopóki nie zostały załatane po naszej współpracy z Facebookiem) – komentuje Oded Vanunu, szef działu podatności produktów w Check Point.

Uważamy, że ten sposób działania jest bardzo prawdopodobny w przypadku ukierunkowanych ataków na osoby korzystające z tych aplikacji. Hakerzy są skłonni zapłacić coraz większe kwoty za podatności wykrywane w tak popularnych platformach (które przecież przechowują dane miliardów ludzi na całym świecie), a exploity takich błędów mogą służyć jako bardzo skuteczna broń cybernetyczna. Kompleksowe bezpieczeństwo cybernetyczne wymaga wyznaczonych rozwiązań dla wszystkich obecnych i przyszłych platform cyfrowych, a im bardziej powszechne się stają, tym trudniejsze jest to zadanie – dodaje specjalista Check Pointa

Produkcja przemysłowa wolno, ale wzrasta

Pomimo przyspieszenia wzrostu produkcji przemysłowej złoty zareagował spadkami. Powodem jest fakt, że analitycy spodziewali się szybszych wzrostów.

Produkcja przemysłowa wolno wzrasta

Po fatalnych danych na temat produkcji przemysłowej w Polsce w listopadzie dane grudniowe wypadły znacznie lepiej. Rośnie ona o 3,8% w skali roku, a nie jak wcześniej oczekiwano o 1,4%. Problem w tym, że oczekiwania analityków wyniosły 6,1% i jak widać nie zostały spełnione. W wyniku tych danych złoty od rana stracił względem głównych walut około grosza.

Dobre dane z Niemiec

Indeks Instytutu ZEW z Niemiec opublikowany wczoraj okazał się wyraźnie lepszy od oczekiwań. 26,7 punktów to znacznie lepiej od oczekiwanych 15. Warto zwrócić uwagę, że miesiąc temu było to zaledwie 10,7 punktów, zatem analitycy spodziewali się poprawy, ale nie aż takiej. Co ciekawe wczoraj pomimo tych danych nie udało się euro odrobić strat względem franka. Udało się za to (co powinno trochę uspokoić kredytobiorców frankowych) zatrzymać wzrost wartości franka wobec euro przekładający się negatywnie na stan portfeli osób ze zobowiązaniami w tej walucie.

Lepsze dane z brytyjskiego rynku pracy

Wczoraj poznaliśmy liczbę wniosków o zasiłek dla bezrobotnych w Wielkiej Brytanii. Pomimo oczekiwań na poziomie 33,4 tysiąca wynik wyniósł zaledwie 14,9 tysiąca. Dane te spowodowały kolejne wzrosty na funcie i to pomimo tego, że złoty miał dobry dzień, zyskując ponad grosz wobec euro. Finalnie funt nie przebił bariery 5zł, ale zarówno dzisiaj jak i wczoraj otarł się o nią, przebijając 4,99 zł.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 16:00 – Kanada – decyzja Bank of Canada w sprawie stóp procentowych,
  • 16:00 – USA – sprzedaż domów na rynku wtórnym.

Maciej Przygórzewski główny analityk w Internetowykantor.pl

Zachowując spokój

Niedługo trwała panika związana z wybuchem nowej epidemii grypy i już następnego dnia na rynki wraca spokój. Mimo że odnotowano pierwszy przypadek zarażenia koronowirusem w USA, dla inwestorów ważniejsza jest szybka reakcja chińskich władz i starania powstrzymania epidemii. Apetyt na ryzyko odbudowuje się.

Futures na DAX wyznacza nowe historyczne szczyty, a za jego śladem idzie reszta rynku akcji w Europie. Na FX mamy osłabienie jena i franka i korektę wczorajszej ucieczki w stronę bezpieczeństwa. Ogólnie jednak zmiany nie są duże, gdyż też i panika wczoraj była niewielka. Wczoraj podkreślaliśmy, że z ekonomicznego punktu widzenia ryzyka wynikające z epidemii grypy należy uznać za niskie, a dla perspektyw globalnego ożywienia wciąż silniejszy wpływ mają odreagowanie strachu o eskalację wojny handlowej USA-Chiny oraz masowa ekspansja monetarna banków centralnych. Głównym zagrożeniem było wykorzystanie koronowirusa jako pretekstu do korekty, co byłoby szczególnie niebezpieczne dla rozgrzanych rynków. Wygląda jednak na to, że element szokowy był zbyt słaby, by podkopać zaufanie inwestorów do stabilności rajdu ryzyka.

Odsuwając na bok ryzyka biologiczne, rynki wracają do śledzenia wydarzeń makro. Dziś najciekawiej zapowiada się ogłoszenie decyzji Banku Kanady. Powszechnie oczekuje się utrzymania głównie stopy procentowej na 1,75 proc., ale nie ma już takiego konsensusu dla wydźwięku komunikatu i konferencji prasowej prezesa Poloza. Sądzimy, że bank podtrzyma neutralne nastawienie, ale z komunikatu będzie bił ostrożny optymizm. Choć w ostatnim czasie dane gospodarcze z Kanady miały swoje mocne i słabe strony, najważniejsze miary inflacji bazowej utrzymują się celu 2 proc. Pewne niebezpieczeństwo wiązało się z silnym odwróceniem trendów na rynku pracy, ale po fatalnych danych za październik i listopad kolejny miesiąc przyniósł wyraźne odbicie w zatrudnieniu i spadek stopy bezrobocia. Z drugiej strony ostatnie raporty o sprzedaży detalicznej i inicjatywach inwestycyjnych przedsiębiorstw wypadły poniżej oczekiwań. W tej mieszaninie dobrych i złych informacji decydująca może być opinia prezesa Poloza, a ten kilkanaście dni temu brzmiał mniej gołębio niż rynek zakładał. Prezes BoC bagatelizował zagrożenia z tytułu konfliktów handlowych, co w obliczu porozumienia USA-Chiny i finalizacji prac na USMCA okazało się słuszne. Pod tym kątem ryzyka dla perspektyw przeważają po pozytywnej stronie, co od strony BoC ogranicza rozważania do szokowania podwyżki stopy procentowej lub robienia niczego. A jednak rynek uparcie dyskontuje 50 proc. szans na cięcie w 2020 r. Stąd jest przestrzeń do tego, aby przekaz Banku Kanady był odebrany pozytywnie i umocnił CAD.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.