Zmieniają się upodobania i zwyczaje Polaków, także w kwestii płatności. Coraz chętniej korzystają z bezgotówkowych metod i doceniają nowoczesne rozwiązania oferowane przez banki. Z danych udostępnionych przez Narodowy Bank Polski wynika, że w III kwartale 2019 roku liczba transakcji przeprowadzonych kartami płatniczymi wyniosła 1,7 mld zł. To imponujący wynik, biorąc pod uwagę, że w analogicznym okresie zeszłego roku było to 1,4 mld zł. Między innymi z tego powodu niektóre banki stawiają na rozwój oddziałów bezgotówkowych.
Rosnąca popularność płatności bezgotówkowych
Są kraje, w których ta zmiana powoli już zachodzi. W Kanadzie, Irlandii, Danii czy Szwecji zamyka się coraz więcej oddziałów i wprowadzany jest model placówek bezgotówkowych. Szczególnie państwa nordyckie odważnie zmierzają w stronę społeczeństwa bezgotówkowego. Według raportu Deloitte, liderem tych zmian jest Norwegia z największą liczbą transakcji bezgotówkowych na mieszkańca i najmniejszą liczbą wypłat z bankomatu. Z danych tamtejszego banku centralnego wynika, że gotówka stanowi jedynie 11 proc. płatności w sklepach. Rynek przewiduje, że co najmniej jeden z krajów skandynawskich może niemal w całości ograniczyć obrót gotówki do 2025 roku.
Mimo że do państw, gdzie obrót gotówkowy stanowi niewielki procent wszystkich transakcji, jeszcze nam daleko, to płacąc za produkty i usługi coraz chętniej wykorzystujemy innowacyjne technologie. Także rynek finansowy cały czas dostosowuje się do oczekiwań Polaków – widać to chociażby w rozwijającej się liczbie punktów akceptujących płatności bezgotówkowe. Według danych Fundacji Polska Bezgotówkowa obecnie na 1000 mieszkańców Polski przypadają 23 terminale, a jeszcze niedawno było to zaledwie 16.
Płacimy już nie tylko kartami, ale również smartfonami i zegarkami. Szybkość, łatwość użycia, a przede wszystkim dostępność w dowolnym miejscu i czasie to główne zalety tych rozwiązań. W związku z tym, że większość spraw można załatwiać za pośrednictwem kanałów cyfrowych, klienci coraz rzadziej odwiedzają oddziały. Rodzi się więc pytanie o to, jaka jest przyszłość tradycyjnej bankowości?
Być bliżej klienta i jego potrzeb
Nie ma wątpliwości, że transformacja cyfrowa musi następować dynamicznie i zgodnie z preferencjami klientów. Większość nieskomplikowanych usług bankowych ma dziś charakter samoobsługowy i realizowana jest bez bezpośredniego kontaktu z pracownikami banku. Zauważalnie rośnie też liczba placówek bez obsługi gotówkowej. Z danych rynkowych wynika, że po III kwartale 2019 r. na polskim rynku istniało już 273 takich oddziałów.
Pomysł placówki, której wśród głównych założeń jest wzmocnienie roli bankiera jako doradcy klienta oraz rezygnacja z obrotu gotówką, sięga początku tej dekady. Oddziały banków bezgotówkowych od 2011 r. wdrożył National Irish Bank, z kolei w 2012 r. First National Bank (FNB) otworzył pierwsze takie placówki w Johannesburgu. W Polsce tego typu miejsca pojawiły się dopiero po kilku latach. Przykładowo, Alior Bank swój pierwszy punkt bez stanowisk kasjerskich udostępnił w 2015 roku. Rok później już 15 proc. jego placówek nie prowadziło obsługi gotówkowej. Co ciekawe, w tych miejscach bank zauważył wzrost poziomu zadowolenia klientów w badaniach NPS i większą efektywność pracy bankierów.
Doświadczenie pokazuje, że przekształcenie oddziałów gotówkowych na bezgotówkowe poprawia nie tylko jakość obsługi, lecz także jej szybkość. Dotychczasowe zadania bankierów związane z realizacją operacji gotówkowych przejmują przeznaczone to tego urządzenia – bankomaty i wpłatomaty. Zaoszczędzony w ten sposób czas, pracownicy instytucji finansowych mogą w pełni poświęcić na bardziej złożone zagadnienia klientów odwiedzających placówkę. Chodzi o to, aby być bliżej klienta i jego potrzeb, a procesy niewymagające ludzkiej interwencji pozostawić maszynom.
Nowy format oddziałów
Jednak celem wycofania obsługi gotówkowej jest przede wszystkim bezpieczne przeniesienie transakcji z kanałów tradycyjnych do cyfrowej bankowości. To może się odbyć wyłącznie przy aktywnym wsparciu bankierów, którzy pracują w nowoczesnych oddziałach, w lokalizacjach najbardziej oczekiwanych przez klientów.
Nie ma obaw, że placówki bankowe znikną z przestrzeni publicznej. Pomimo że mamy do czynienia z systematycznie zmniejszającą się liczbą transakcji gotówkowych realizowanych przez klientów w placówkach bankowych, wciąż istnieje grupa, która woli załatwiać swoje sprawy w oddziale oraz szuka interakcji z pracownikiem banku. Pewne jest więc, że w oddziałach nowego formatu nie zabraknie przestrzeni, w której klienci uzyskają wsparcie konsultantów. Ich pomoc będzie cenna szczególnie dla tych, którzy dopiero wkraczają w świat nowoczesnych rozwiązań i oczekują od banku wskazówek, jak z nich bezpiecznie korzystać.
Autorzy:
Konrad Białek, Dyrektor Departamentu Wsparcia Sprzedaży w Alior Banku
Krzysztof Styś, Menadżer ds. Wsparcia Sprzedaży w Alior Banku
W 2019 roku na giełdzie w Warszawie odnotowano 16 IPO, wobec 20 w 2018 roku. Łączna wartość przeprowadzonych ofert na GPW w minionym roku (łącznie na rynku regulowanym oraz NewConnect) wyniosła 65,9 mln zł (15,4 mln euro), co oznacza spadek o ok. 80% w porównaniu do 2018 roku, który był jak dotąd najsłabszym rokiem pod względem łącznej wartości ofert od 2003 roku. Jedynym debiutantem na rynku głównym warszawskiego parkietu był BoomBit S.A. – spółka zadebiutowała w II kwartale 2019 roku i pozyskała w ramach przeprowadzonej oferty 35,2 mln zł (8,2 mln euro).
Spośród IPO przeprowadzonych na alternatywnym rynku NewConnect największą wartość ofert odnotowały spółki QuarticOn (7,6 mln zł / 1,8 mln euro), Klabater (4,0 mln zł / 0,9 mln euro) oraz DB Energy (3,3 mln zł / 0,8 mln euro). Najbardziej aktywne pozostają firmy z sektora technologicznego i mediów (łączna wartość tych ofert stanowiła ponad 87% wartości IPO na GPW w 2019 roku) – ze szczególnym uwzględnieniem branży gier (komputerowych, konsolowych i mobilnych), którą reprezentuje połowa debiutantów na warszawskim parkiecie w ubiegłym roku.
Przy pozytywnych sygnałach z NewConnect, który okrzepł wśród spółek gamingowych i przyciąga kolejnych debiutantów, zaledwie jedno IPO na rynku regulowanym to już zapaść. Pozostaje mieć nadzieję, że zapowiadane przez potencjalnych emitentów debiuty przełamią coraz gorsze statystyki rynku. Na pewno nie pomogą w tym zaostrzające się regulacje (w tym m.in. konieczność szybszego niż dotychczas dostosowania ładu korporacyjnego przez kandydatów) oraz zyskujące coraz większą popularność alternatywne formy pozyskiwania (crowfunding, czy choćby NewConnect). Bariery regulacyjne i rosnące wymogi coraz silniej polaryzują rynek – debiut na rynku regulowanym staje się w zasadzie realną opcją dla spółek raczej dużych niż średnich, idealnym kandydatem wydają się np. spółki zarządzane przez fundusze equity. – Bartosz Margol, dyrektor w zespole ds. rynków kapitałowych PwC
Podsumowanie europejskiego rynku ofert pierwotnych w 2019 roku
Zgodnie z danymi uzyskanymi przez PwC, łączna wartość IPO w Europie w minionym roku wyniosła 22,1 mld euro i znacząco spadła w porównaniu do analogicznego okresu poprzedniego roku (o 14,6 mld euro). Na europejskich parkietach zadebiutowało jedynie 106 spółek (wobec 200 w 2018 roku), a 5 największych ofert odpowiadało za blisko 40% wartości przeprowadzonych IPO w Europie.
Najwięcej środków w ramach debiutu w 2019 roku pozyskała spółka Nexi SpA – debiutująca na włoskiej Borsa Italiana spółka odnotowała IPO o wartości 2,1 mld euro. Na kolejnych miejscach uplasowały się TeamViewer AG (oferta o wartości 2,0 mld euro przeprowadzona na Deutche Börse) oraz Francaise Des Jeux SA-FDJ (debiut na francuskim parkiecie – Euronext Paris z ofertą na poziomie 1,8 mld euro).
Największą aktywność na europejskim rynku ofert pierwotnych w minionym roku wykazała giełda w Londynie (27 debiutów przy łącznej wartości 6,7 mld euro) wyprzedzając Nasdaq Stockholm, która pomimo słabnącej aktywności w Europe odnotowała wzrost wartości przeprowadzonych IPO (z 2,7 mld euro w 2018 roku do 3,7 mld euro w 2019 roku). Na trzecim miejscu w Europie pod względem wartości pozyskanego kapitału w ramach IPO uplasowała się Deutche Börse (3,6 mld euro pozyskane w ramach zaledwie 4 ofert).
Rynek ofert pierwotnych jest bardzo podatny na utrzymujący się stan niepewności, co można było zaobserwować w minionym roku na kluczowych giełdach w Europie. Za niską aktywność w 2019 roku odpowiadał przede wszystkim negocjowany brexit, a także sytuacja na rynkach światowych, która była pod znaczącym wpływem relacji na linii USA – Chiny. O ile oba te czynniki powinny odegrać dużo mniejszą rolę w 2020 roku, nastroje na rynku będą w dalszym ciągu wynikały w znacznym stopniu z sytuacji geopolitycznej, napędzanej ostatnio napięciami pomiędzy USA i Iranem. – Tomasz Konieczny, partner w PwC, lider zespołu ds. rynków kapitałowych
Setanta S.A., Spółka notowana na Głównym Rynku GPW w Warszawie, połączy się z wydawnictwem gier komputerowych ALL IN! GAMES Sp. z o.o. Decyzję o połączeniu podjęli akcjonariusze Emitenta podczas NWZ w dniu 24.01.2020 r. oraz udziałowcy ALL IN! GAMES Sp. z o.o. w trakcie Zgromadzenia Wspólników.
Setanta S.A. poinformowała, że podczas odbytego w dniu 24.01.2020 r. NWZ akcjonariusze zadecydowali o połączeniu ze spółką ALL IN! GAMES Sp. z o.o. Zgodnie z podjętą Uchwałą połączenie obu podmiotów nastąpi poprzez przeniesienie całego majątku ALL IN! GAMES Sp. z o.o. jako spółki przejmowanej na Setanta S.A. jako spółki przejmującej w zamian za akcje, które spółka przejmująca wydaje wspólnikom spółki przejmowanej. Wartość wydawnictwa ALL IN! GAMES Sp. z o.o. została ustalona przez niezależnego biegłego rewidenta i zgodnie z otrzymanymi wycenami została oszacowana na kwotę 331.527.109,54 zł. W wyniku połączenia spółek Setanta S.A. dokona podwyższenia kapitału zakładowego o kwotę 3.016.000,00 zł w drodze emisji 30.160.000 akcji serii G po cenie emisyjnej wynoszącej 10,00 zł za 1 akcję i zmieni nazwę na ALL IN! GAMES S.A. Zarząd Setanta S.A. ocenia, że połączenie z wydawnictwem ALL IN! GAMES otwiera nowy etap w historii Spółki i umożliwi połączonym podmiotom osiągnięcie silnej pozycji na rynku giełdowym oraz w branży gier komputerowych.
„Podjęta przez akcjonariuszy Setanta S.A. Uchwała na NWZ o wyrażeniu zgody na połączenie z ALL IN! GAMES Sp. z o.o. istotnie przybliżyła nas do zakończenia całej transakcji. Ostatnim elementem będzie zarejestrowanie przez sąd połączenia i wpisanie zmiany nazwy Spółki. Perspektywy rozwoju połączonych spółek są ogromne, bowiem z jednej strony mamy podmiot posiadający status spółki publicznej na rynku głównym GPW w Warszawie, a z drugiej strony mamy podmiot działający w dynamicznie rosnącej branży gier komputerowych, który posiada w swoim portfelu wydawniczym bardzo wiele interesujących produkcji. Jestem zadowolony, że udało nam się doprowadzić cała fuzję do finalnego etapu i liczę, że pozytywnie zaskoczymy cały rynek kapitałowy naszym potencjałem rozwoju.” – podkreśla January Ciszewski, Prezes Zarządu Setanta S.A.
Setanta S.A. otrzymała również informację od spółki ALL IN! GAMES Sp. z o.o. o podjęciu w dniu 24 stycznia 2020 r. przez Zgromadzenie Wspólników tego podmiotu uchwały w sprawie połączenia z Setanta S.A. W ten sposób wraz z podjęciem przez Nadzwyczajne Walne Zgromadzenie Spółki w dniu 24 stycznia 2020 r. uchwały w sprawie połączenia z ALL IN! GAMES Sp. z o.o., a przez to wyrażenia przez akcjonariuszy Setanta S.A. i udziałowców ALL IN! GAMES Sp. z o.o. woli połączenia, Zarządy obu spółek podejmą wspólnie kolejne kroki mające na celu połączenie obu podmiotów.
Jedna z największych Polskich inwestycji transportowych, którą jest Centralny Port Lotniczy, zaczyna nabierać fizycznych kształtów. Trwa przetarg na doradcę strategicznego, który pomoże zaprojektować i wdrożyć w życie najlepsze rozwiązania dla nowo powstającego lotniska. Równolegle z przetargami rozpoczyna się zbiór przyrodniczy, który pozwoli na uzyskanie zgód środowiskowych – niezbędnych do rozpoczęcia budowy. Inwestorzy chwalą się również, że już w bieżącym roku zaczną wykupywać grunty i nieruchomości, na których terenie powstanie lotnisko. Jednak najważniejsze wydarzenie ostatnich dni, które przybliża nas do usprawnienia polskiego transportu, nie jest całkowicie związane z CPK. Podpisaliśmy z Komisją Europejską umowę na dofinansowanie doradztwa przy projektowaniu sieci kolei dużych prędkości. Sieć ma zapewnić Centralnemu Portowi Komunikacyjnemu połączenie z resztą kraju. Eksperci twierdzą jednak, że w nowoczesną sieć kolejową Polska powinna inwestować nawet wtedy, gdy plany budowy CPK zostaną odwołane lub znacznie odsuną się w czasie.
– Abstrahując od Centralnego Portu Komunikacyjnego powinniśmy powoli kończyć modernizację istniejących sieci kolejowych i wykonać krok do przodu – inwestując w nową sieć kolei dużych prędkości. Tylko takie rozwiązanie pozwoli skutecznie walczyć z transportem drogowym – powiedział serwisowi eNewsroom Adrian Furgalski, wiceprezes Zespołu Doradców Gospodarczych TOR. – Nie da się tego robić przy torach przystosowanych maksymalnie do prędkości 160km/h. Dzięki pieniądzom z Unii Europejskiej uzyskamy cenne doradztwo od kolei francuskich, których system chcemy naśladować. Nie warto bowiem budować osobnej sieci kolei, odgrodzonej od pociągów konwencjonalnych. We Francji te sieci się łączą. Pociąg, który jedzie 250-300km/h, może wjechać na linię do 160km/h, i odwrotnie. Jest to więc bardzo cenna współpraca, która zreformuje polski transport. Nawet jeśli Centralny Port Lotniczy nie powstanie, lub powstanie z opóźnieniem, Polska i tak powinna inwestować w budowę kolei dużych prędkości – zaleca Furgalski.
Eksperci uważają, że złożone przez sąd w Gdańsku pytania prejudycjalne do TSUE nie powinny wydłużyć tysięcy rozpoczętych spraw w całym kraju. Jak podkreślają, rozstrzygnięcie ich nie zależy od stanowiska Trybunału wobec ww. wystąpienia. Niedozwolony charakter klauzul przeliczeniowych jest już utrwalony w orzecznictwie. Niemniej można zaobserwować, że prawnicy bankowi posługują się wskazanymi pytaniami, żeby wydłużać rozpoczęte procesy. Znawcy tematu uspokajają jednak, że postępowanie może zostać zawieszone tylko na zgodny wniosek stron. Ich zdaniem, frankowicze raczej prędzej przestaną spłacać swoje zobowiązania, niż się na to zgodzą. A to może postawić banki w dość trudnej sytuacji.
Sprawy się wydłużą?
W ostatnim czasie wielu ekspertów specjalizujących się w sprawach frankowych twierdziło w mediach, że złożone przez Sąd Okręgowy w Gdańsku pytania prejudycjalne do TSUE brzmią jak tezy forsowane w procesach przez banki. Z kolei Związek Banków Polskich podkreślał, że decyzję o zadaniu ich podjął sąd.
– Pytania sugerują, że nieuczciwość umów dawnego GE Money Banku dot. tylko wysokości marży, uzyskiwanej na kursach stosowanych do przeliczeń zobowiązań z umowy kredytu, a nie całego mechanizmu indeksacji. Ponadto sąd pyta, czy aneks, który kilka lat później sprecyzował zasady ustalania tych kursów, uzdrawia poprzednie nieprawidłowości, a więc umowa nie może być już kwestionowana. To wszystko są tezy banków – mówi adwokat dr Jacek Czabański.
Jak stwierdza radca prawny Barbara Garlacz, pytania są zbieżne z twierdzeniami banków. Dotykają bowiem generalnych kwestii a nie konkretnych okoliczności. Zaskakujące jest też m.in. opieranie się wprost na art. 358 k.c. i art 156 (1) k.p.c. Na to dokładnie powoływał się mBank w swoich propozycjach pytań do TSUE w innej sprawie, toczącej się przed Sądem Okręgowym w Warszawie. W jej opinii, Prezes Sądu Okręgowego w Gdańsku powinien podjąć się wyjaśnienia kwestii powstania ww. pytań.
– Obecnie prawnicy bankowi posługują się pytaniami Sądu Okręgowego w Gdańsku, żeby wnioskować o zawieszanie innych procesów, w tym przeciwko pozostałym bankom. Istnieje więc zagrożenie, że część sądów będzie odraczać postępowania do czasu udzielenia odpowiedzi przez TSUE – ostrzega dr Czabański.
Z kolei adwokat Jakub Bartosiak z Kancelarii MBM Legal zapewnia, że sprawy nie ulegają zawieszeniu automatycznie. Każdy sędzia samodzielnie decyduje o tym, czy jego rozstrzygnięcie zależy od wyniku postępowania toczącego się przed TSUE. W opinii mec. Bartosiaka, dotychczasowe orzecznictwo jest raczej jednoznaczne. Niedozwolony charakter klauzul przeliczeniowych jest już przesądzony. Nie trzeba więc czekać na kolejne wyroki, potwierdzające to, co już przecież wiadomo.
– Z pewnością zadane przez sąd pytania będą stanowiły dla banków kolejny pretekst do tego, aby przedłużać, utrudniać czy wręcz próbować zniweczyć dochodzenie przez klientów ich słusznych praw. Wydźwięk ww. wystąpienia jest jednoznacznie probankowy. Jednak należy pamiętać, że sądy orzekające w sprawach CHF nie są w żaden sposób zobligowane do zawieszania postępowania z uwagi na zadane przez SO w Gdańsku pytania prejudycjalne. Trzeba mieć również na uwadze art. 178 k.p.c. Stanowi on, że sąd może zawiesić postępowanie na zgodny wniosek stron. Takiego zaś wniosku kredytobiorcy na pewno nie będą składać ani popierać – uspokaja adwokat Jacek Sosnowski.
Banki bez zysku
Dr Czabański wyjaśnia, że w interesie banków jest przedłużanie postępowań sądowych, bo w ich trakcie kredytobiorcy ciągle płacą znacznie zawyżone kwoty rat spłaty kredytu. Dlatego pełnomocnicy kredytodawców już składają wnioski do sądów, aby specjalnie wydłużać trwające sprawy. Według prawników z Kancelarii MBM Legal, niewykluczone jest, że wskutek tego większa liczba klientów zaprzestanie spłacania swoich zobowiązań. W przypadku masowych działań to może postawić banki w trudnej sytuacji. Zatem w ostatecznym rozrachunku przeciąganie procesów im się zwyczajnie nie opłaca.
– Dążenie banków do tego, aby przedłużać sprawy w efekcie odwróci się przeciwko nim. Klienci przestaną spłacać raty. Takie decyzje są już podejmowane. W mojej opinii, będzie ich coraz więcej. Komisja Europejska w jednym ze swoich stanowisk wskazała, że z uwagi na długotrwałe procesy sądowe, konsumenci powinni mieć możliwość uchylenia się w spełnieniu świadczeń opartych na nieuczciwych warunkach jeszcze przed wydaniem wyroku – podkreśla radca prawny Garlacz.
Z kolei adwokat Jacek Mikołajonek z Kancelarii MBM Legal przypomina sytuację, która kilka lat temu dotyczyła tzw. „polisolokat”. Wówczas pytania prawne były kierowane do Sądu Najwyższego i wiele spraw zostało zawieszonych. Jednak po kolejnych rozstrzygnięciach, korzystnych dla konsumentów, postępowania znacznie przyspieszyły. Obecnie tego typu sprawy są rozstrzygane już na pierwszej rozprawie. I tak też może być w przypadku kredytów frankowych.
– Gdyby pełnomocnik banku podniósł argument, że Sąd Okręgowy w Gdańsku zadał pytania prejudycjalne, kredytobiorca powinien zaznaczyć, że dotyczą one wyłącznie specyficznej konstrukcji umowy dawnego GE Money Banku. Ponadto poruszone w nich kwestie były już przedmiotem wykładni TSUE w szeregu innych orzeczeń – radzi dr Czabański.
Zdaniem Jakuba Bartosiaka, prawna ocena zobowiązań kredytowych nie wymaga oczekiwania na rozstrzygnięcie kolejnych postępowań przed TSUE. W przypadku ustalenia przez sąd nieważności umowy, jest ona za taką uznawana od momentu jej zawarcia. Zatem zagadnienia, jakie zostały przedstawione w pytaniach prawnych, nie będą miały znaczenia. Jeśli zaś sąd stwierdza nieważność, na podstawie przepisów wprost przewidujących takie rozwiązanie, umowa przestaje być ważna w momencie uprawomocnienia się wyroku.
– Zawieszenie postępowania w sytuacji, gdy rozstrzygnięcie sprawy zależy od wyniku postępowania toczącego się przed TSUE, de facto dotyczy tylko sądu, który zadał przedmiotowe pytania. Rozstrzygnięcie tysięcy spraw zawisłych w całym kraju nie zależy od stanowiska Trybunału w odniesieniu do wystąpienia SO w Gdańsku. Miejmy więc nadzieję, odwołując się też do zdrowego rozsądku, że w większości sądy nie skorzystają z tej alternatywy. Niemniej kredytobiorcy powinni pamiętać o tym, że na postanowienie o zawieszeniu postępowania przysługuje zażalenie do sądu drugiej instancji. Nie jest więc ono ostateczne – zaznacza mec. Sosnowski.
W ocenie Barbary Garlacz, procedowanie w powyższym zakresie może potrwać w TSUE od 1,5 roku do nawet 2 lat. Wcześniej należy spodziewać się opinii Rzecznika Generalnego. Klienci banków powinni zatem składać pozwy, bo do tego czasu sprawy sądowe nabiorą tempa. Ukształtowanie się linii orzeczniczej zajmie ok. 2-3 lata. W tym czasie banki mogą zacząć poważnie rozważać ugody z tymi, którzy pójdą do sądów.
W Polsce – jak pokazują dane GUS – rokrocznie odnotowuje się ok. 175 tys. zgonów spowodowanych chorobami układu sercowo-naczyniowego. W ostatnich latach ta dziedzina medycyny poczyniła znaczne postępy i obecnie Polska może aspirować do miana jednego z liderów pod względem leczenia i opieki kardiologicznej nad pacjentami. To przekłada się na spadki śmiertelności, ale wyzwaniem wciąż pozostają finansowanie i starzejące się społeczeństwo. W sprostaniu im mogą pomóc telemedycyna i teleopieka, choć warunkami koniecznymi są edukacja i większa świadomość wśród samych pacjentów.
– Rozwój kardiologii w Polsce jest bardzo dynamiczny na przestrzeni ostatnich dwóch– trzech dekad, a ostatnio szczególnie. Jesteśmy jednym z liderów. Polska kardiologia – w tym kardiologia interwencyjna – bardzo się rozwija i mamy na tym polu znaczne sukcesy, w tym istotną redukcję śmiertelności w porównaniu do stanu z lat 50.–60. – mówi agencji Newseria Biznes dr hab. n. med. Miłosz Jaguszewski, kardiolog z I Katedry i Kliniki Kardiologii Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego.
Jak ocenia, Polska jest jednym z liderów pod względem leczenia i opieki kardiologicznej nad pacjentami. To m.in. zasługa uruchomienia dwóch programów: KOS-Zawał (w końcówce 2017 roku) i KONS (Program Kompleksowej Opieki nad Pacjentem z Niewydolnością Serca), którego pilotaż wystartował rok później. Pierwszy z nich zapewnia pacjentom po zawale ciągłość diagnostyki, rehabilitacji i leczenia kardiologicznego po wypisaniu ze szpitala. Według Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego 90 proc. uczestniczących w nim pacjentów ocenia go pozytywnie.
Z kolei drugi program – KONS – jest unikatowy nie tylko w skali europejskiej, ale i światowej. Jak podkreślało Ministerstwo Zdrowia przy jego inauguracji, wskaźniki pacjentów z niewydolnością serca w Polsce należą do najwyższych w Europie, mimo postępów w leczeniu. Co więcej, do 2029 roku liczba hospitalizacji może wzrosnąć o ok. 25 proc. i będą one związane głównie z chorobami układu krążenia. Statystyki MZ wskazują, że co czwarty pacjent z ostrą niewydolnością serca jest ponownie hospitalizowany w ciągu trzech miesięcy, a co drugi – w ciągu sześciu. Stały postęp w tej dziedzinie jest więc koniecznością. W poprawie sytuacji ma również pomóc przygotowywany Narodowy Program Zdrowego Serca, który ma być ogólnopolską strategią w leczeniu chorób kardiologicznych.
Wyzwaniem polskiej kardiologii jest dostosowanie opieki zdrowotnej do wyzwań demografii, starzejącego się społeczeństwa i większej zachorowalności na choroby układu sercowo-naczyniowego wśród osób w wieku produkcyjnym.
– Ważne, żebyśmy mieli wsparcie ze strony rządowej i administracyjnej. Oczywiście potrzebujemy też finansowania. Jest wśród nas wielu mądrych ludzi, z pasją, którzy chcą tworzyć naukę, chcą leczyć, ale przede wszystkim potrzebujemy zasobów, zarówno ludzkich, jak i finansowych. Głównym wyzwaniem wciąż pozostaje organizacja – mówi dr Miłosz Jaguszewski.
W sprostaniu wyzwaniom demograficznym kardiologów mogą w przyszłości wesprzeć innowacje: telemedycyna i teleopieka.
– Innowacje są tematem numer jeden w kardiologii. Jednak zwracam uwagę, że ważne są nie tylko technologie, ale również wszelkie innowacje, które edukują pacjentów, zwiększają poziom ich wiedzy związaną ze sposobem przyjmowania leków – mówi dr Miłosz Jaguszewski.
Świadomość społeczna zagrożeń związanych z chorobami układu krążenia i ich konsekwencjami wciąż jest w Polsce niewystarczająca. Tymczasem – jak wskazuje Polskie Towarzystwo Kardiologiczne – stanowią one główną przyczynę zgonów w Europie. Odpowiadają za 40 proc. wszystkich zgonów u mężczyzn i 49 proc. u kobiet. Zdaniem ekspertów co najmniej 80 proc. przypadków chorób układu krążenia – takich jak zawał serca, udar mózgu czy niewydolność serca – można by zapobiec poprzez modyfikację czynników ryzyka sercowo-naczyniowego (np. unikanie dymu papierosowego, zmiana diety, rozpoczęcie aktywności fizycznej) oraz kontrolę już występujących zaburzeń i chorób, w tym wysokiego poziomu cholesterolu, nadwagi, nadciśnienia tętniczego czy cukrzycy.
W związku z tym kardiolodzy bardzo wyraźnie podkreślają, że konieczne są edukacja i zwiększanie świadomości pacjentów, co w efekcie pozwoli zmniejszyć śmiertelność spowodowaną chorobami układu sercowo-naczyniowego.
– Polacy chcą się adekwatnie leczyć, ale tutaj jest duża rola dla nas, żebyśmy umiejętnie zarażali ich wiedzą, w jaki sposób się leczyć i jaki tryb życia prowadzić – mówi dr Miłosz Jaguszewski.
Jak wynika z danych Światowej Organizacji Zdrowia, co roku ok. 17,5 mln osób umiera z przyczyn kardiologicznych. Z kolei w Polsce – według GUS – odnotowuje się ok. 175 tys. zgonów spowodowanych chorobami układu sercowo-naczyniowego. Szczególne miejsce zajmuje wśród nich niewydolność serca, określana przez kardiologów mianem „epidemii początku XXI wieku”. Szacuje się, że w Polsce żyje około 800 tys. chorych na niewydolność serca, a w dłuższej perspektywie liczba ta ma się znacznie powiększyć ze względu na starzejące się społeczeństwo (dane Koalicji „Serce dla kardiologii”).
Możliwość zastąpienia taksometru aplikacją w smartfonie i obowiązek posiadania licencji przez kierowców oraz firmy pośredniczące w przewozie osób – to najważniejsze zmiany wprowadzone od początku roku znowelizowaną ustawą o transporcie drogowym. Jak ocenia prezes iTaxi, nowe prawo jest korzystne zarówno dla pasażerów, którym zostanie zagwarantowane większe bezpieczeństwo, jak i dla całego rynku, ponieważ zrównuje prawa i obowiązki firm działających do tej pory na odmiennych zasadach. Co więcej, korporacjom taksówkowym otwiera nowe możliwości związane z wykorzystaniem technologii.
– Część firm uważa, że nowe prawo jest zbyt restrykcyjne i wprowadza zbyt dużą regulację rynku. Z drugiej strony organizacje związkowe kierowców i niektóre firmy realizujące tego typu usługi są zdania, że rynek został otwarty praktycznie bez żadnych ograniczeń. Opinie dotyczące tych zmian są więc w branży bardzo podzielone – mówi agencji Newseria Biznes Jarosław Grabowski, prezes iTaxi. – My jesteśmy dużymi zwolennikami tej ustawy. Dla nas de facto nic się nie zmienia, ale otwierają się nowe możliwości – zwłaszcza związane z kwestią dostępu do rynku czy rozwiązań technologicznych.
Z początkiem 2020 roku weszła w życie przygotowana przez resort infrastruktury nowelizacja ustawy o transporcie drogowym, tzw. lex Uber. Nowe przepisy mają przede wszystkim uporządkować rynek usług taksówkowych i przewozu osób oraz zlikwidować szarą strefę.
– Wszystkie podmioty, które świadczą usługi związane z przewożeniem pasażerów samochodami osobowymi, będą działały według tych samych zasad. W praktyce oznacza to, że będą podlegały tym samym regulacjom prawnym, podatkowym i tej samej odpowiedzialności. To duża zmiana, która miała zostać wprowadzona w życie już kilka lat temu – mówi Jarosław Grabowski.
Jak podkreśla, ważnym aspektem nowych regulacji jest kwestia odpowiedzialności firmy za świadczoną usługę przewozu. Dotychczas na rynku funkcjonowały firmy, które brały na siebie pełną odpowiedzialność, oraz takie, które de facto świadczyły raczej usługę pośrednictwa między kierowcą a pasażerem. Jednak w razie wypadku, reklamacji czy jakiegokolwiek nieprzewidzianego zdarzenia nie brały na siebie żadnej odpowiedzialności.
– Istotny aspekt to także dopuszczenie wszystkich rozwiązań technologicznych i aplikacji w smartfonach do rozliczeń związanych z przewozem taksówką czy inną formą transportu. To duża zmiana, ponieważ dotychczas firmy takie jak nasza, która upatruje swojej przewagi konkurencyjnej właśnie w rozwiązaniach technologicznych, nie mogły z nich korzystać w świetle obowiązujących przepisów – mówi Jarosław Grabowski.
Najważniejsze zmiany to między innymi możliwość zastąpienia kasy fiskalnej i taksometru przez aplikację mobilną w smartfonie, która może posłużyć do rozliczenia usługi przewozu. Nowelizacja wprowadziła też obowiązek posiadania licencji przez firmy pośredniczące w przewozie osób i kierowców. To oznacza, że kierowcy Ubera czy Bolta będą musieli zdobyć licencję, ale w tym celu nie muszą zdawać egzaminów z topografii.
– Według nowej ustawy wszyscy kierowcy będą musieli posiadać licencję taksówkową. To powoduje, że następuje zrównanie praw i obowiązków kierowców świadczących tego rodzaju usługi – mówi Jarosław Grabowski. – Dostęp do licencji będzie łatwiejszy, ale jednak trzeba będzie się zarejestrować, przejść odpowiednie badania. Co prawda zrezygnowano z egzaminów z topografii miasta, ale ten problem w dużej mierze rozwiązują nowoczesne aplikacje, które na bieżąco podają informacje m.in. o natężeniu ruchu w mieście, możliwościach zmiany trasy na optymalną i wyboru jak najkrótszej drogi.
Prezes iTaxi ocenia, że wprowadzenie zmian w przepisach przysłuży się nie tylko firmom świadczącym usługi przewozu, ale przede wszystkim pasażerom, którym zapewni większe bezpieczeństwo.
– Dla pasażerów jest to korzystne, ponieważ będą mieli świadomość, że każdy podmiot i kierowca świadczący taką usługę muszą zapewnić bardzo podobny zakres świadczeń, odpowiedzialności oraz możliwości związanych z reklamacjami – mówi Jarosław Grabowski.
W ostatnich latach banki centralne na całym świecie skupują złoto na potęgę. Przoduje w tym Rosja, ale zainteresowanie tym kruszcem przejawia większość krajów, nie wykluczając Narodowego Banku Polskiego. Globalni ekonomiści zauważają, że jego skala jest największa od półwiecza. Zdaniem Łukasza Chojnackiego z inwestującej w metale szlachetne spółki Chojnacki & Kwiecień przyczyną tego boomu jest utrata wartości pieniądza papierowego. Analitycy prognozują dalszy wzrost wartości złota.
– W moim przekonaniu spowolnienie gospodarcze nie ma wiele wspólnego ze wzrostami cen złota. Ich bezpośrednią przyczyną jest wzrost masy pieniądza lub inaczej inflacja – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Łukasz Chojnacki, prezes zarządu spółki Chojnacki & Kwiecień Metale Szlachetne. – Tym, na co my zwracamy uwagę, jest polityka banków centralnych. To jest pierwsza i fundamentalna rzecz związana z prognozami cen złota i srebra.
W ciągu ostatniego półtora roku cena złota wzrosła o 30 proc., a w ciągu dekady o przeszło 40 proc. Ten, kto zainwestował w kruszec na początku 2019 roku, pomnożył majątek o jedną piątą. Zdaniem ekonomistów przyczynami tego stanu rzeczy są: napięcie geopolityczne na świecie, oczekiwane spowolnienie globalnej gospodarki czy niskie stopy procentowe, zniechęcające do trzymania środków na depozytach. Co więcej, analitycy przewidują, że w 2020 roku ceny kruszcu nadal będą szły w górę, a granica 1600 dolarów za uncję zostanie pokonana. Według Łukasza Chojnackiego przyczynia się do tego polityka globalnych banków centralnych, które akumulują złoto.
– Od 2007–2008 roku istnieje pewna tendencja wśród banków centralnych. Wschodnie banki centralne, na czele z bankiem Rosji i Chin, kupują złoto na potęgę – informuje Łukasz Chojnacki. – Banki zachodnie co prawda nie kupują złota w ten sposób, natomiast dokonują tzw. repatriacji. Oznacza to, że banki Holandii, Austrii czy innych krajów Europy Zachodniej ściągają swoje złoto, które wcześniej przechowywały w skarbcach w Londynie, Zurychu, Nowym Jorku i Paryżu. Do tego grona dołączyła ostatnio Polska, która zarówno ściąga do siebie złoto, jak i je dokupuje.
W listopadzie 2019 roku Polska sprowadziła z Banku Anglii około 100 ton złota, które będzie przechowywane w skarbcu NBP. Wcześniej bank centralny informował, że w 2018 i pierwszej połowie 2019 roku zwiększył rezerwy złota ponad dwukrotnie – z niespełna 103 ton do 228,6 ton, przy czym w 2019 roku zakupił aż 100 ton. To sprawiło, że w lipcu 2019 roku Polska była na 22. miejscu na świecie, przesuwając się o 12 pozycji, i na 11. w Europie, co oznacza cztery pozycje w górę. Zakupów złota dokonywały Chiny, Indie, Turcja czy Rosja, która w ostatnich pięciu latach wydała na ten cel 40 mld dol., choć w 2019 roku zdecydowanie ograniczyła apetyt na ten kruszec.
– Banki centralne mają zarządy, w których są ekonomiści najwyższej klasy i oni wiedzą, że pieniądz papierowy traci wartość, dlatego że jest drukowany non stop – tłumaczy prezes zarządu spółki Chojnacki & Kwiecień. – Banki centralne też oszczędzają, tak jak szary Kowalski, mają tzw. aktywa rezerwowe. Jeżeli składają się one z euro, dolara, funta i szeregu innych walut, a banki widzą, że te papierowe rezerwy tracą wartość, to zwiększają ilość posiadanego złota.
Umiejętność rozpoznawania pomysłów z największym potencjałem, organizacji pracy nad nowymi projektami i zarządzania ryzykiem – takie kwalifikacje powinien posiadać menadżer innowacji, odpowiedzialny za wdrażanie w przedsiębiorstwie innowacyjnych procesów i produktów. W polskich firmach ich jednak brakuje. Lukę kompetencyjną chce wypełnić PARP, który prowadzi specjalny program szkoleniowy dla właścicieli firm i kadry zarządzającej. Ma on wykształcić menadżerów nowej generacji z unikatowymi kompetencjami w zakresie wdrażania innowacji. Do 20 lutego firmy – bez względu na wielkość i branżę – mogą zgłaszać się do PARP o dofinansowanie swojego udziału w tym przedsięwzięciu.
– Innowacje nie tworzą się same. Trzeba zarządzać procesem tworzenia i wychwytywania nowych pomysłów w firmie. Menadżer innowacji dokonuje wstępnej selekcji tych, które mogą zostać wdrożone, i uruchamia w tym celu kolejne zasoby firmy i struktury organizacyjne – mówi agencji Newseria Biznes dr hab. Agnieszka Skala, adiunkt na Politechnice Warszawskiej, jeden z doradców w pilotażu Akademii Menadżera Innowacji. – Menadżer innowacji powinien posiadać pewne specyficzne, nieco inne niż menadżer operacyjny kompetencje. Kluczowa jest umiejętność funkcjonowania w warunkach niepewności, bo każda innowacja to swego rodzaju eksperyment. Trzeba być mentalnie i technicznie przygotowanym, otwartym na to, że podejmuje się przedsięwzięcia, które nie wiadomo, jak się zakończą.
Dla firm – zwłaszcza z sektora MŚP – innowacyjne produkty i metody produkcji to szansa na wyprzedzenie konkurencji, zdobycie nowych rynków i zwiększenie zysków. Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości prowadzi autorski program szkoleniowo-doradczy, który ma przygotować właścicieli i kadrę zarządzającą do sprawnego wdrażania innowacyjnych procesów, produktów i usług w przedsiębiorstwach. To pierwszy i jedyny tego typu program w Polsce.
– Akademia Menadżera Innowacji dostarcza praktycznej wiedzy i umiejętności, po pierwsze, jak taką innowację stworzyć, a po drugie, wdrożyć w konkretnym przedsiębiorstwie – mówi Adam Banaszak, wiceprezes PARP.
Projekt jest skierowany do kadry zarządzającej przedsiębiorstw. Uczy m.in. kształtowania kultury innowacyjnej w firmie, organizacji pracy i zarządzania ryzykiem. Do udziału w nim mogą zgłaszać się firmy bez względu na wielkość i branżę, w której działają. W zajęciach mogą uczestniczyć zarówno właściciele i kadra zarządzająca firm, jak i menadżerowie średniego szczebla.
– Celem jest stworzenie w firmie zespołu, który dzięki pozyskaniu teoretycznej i praktycznej wiedzy, dodatkowo wzmocnionej bezpośrednio doradztwem, będzie w stanie zarządzać innowacjami, kreować je i wdrażać. Po prostu: przekierować firmę na ścieżkę innowacyjności – mówi Michał Waszczuk z Departamentu Rozwoju Kadr w Przedsiębiorstwach w PARP.
– Aby ten projekt rzeczywiście przyniósł firmie konkretne efekty, w przypadku mikroprzedsiębiorstw muszą uczestniczyć w nim co najmniej dwie osoby, w przypadku MŚP i dużych firm – od trzech do pięciu osób. Chodzi o to, aby stworzyć w przedsiębiorstwach silne komórki, które będą w stanie te innowacje przeprowadzić od początku do końca i doczekać się ich efektów – dodaje Adam Banaszak.
Akademia Menadżera Innowacji łączy część szkoleniową i doradczą. Pierwsza to wykłady i warsztaty dla menadżerów i przedstawicieli firm, które odbywają się w dwudniowych zjazdach. Zapewniają one teoretyczną wiedzę, uczą kompetencji i kwalifikacji zawodowych z zakresu zarządzania innowacją. Zajęcia odbywają się w zespołach warsztatowych i są prowadzone przez doświadczonych praktyków biznesu. Uczestnicy sprawdzają m.in., jak z innowacyjnością radzą sobie najlepsi, analizując doświadczenia polskich firm.
– Cykl przewidziany na około osiem miesięcy zakłada połączenie części praktycznej i szkoleniowej, w której najlepsi praktycy biznesu przekazują uczestnikom wiedzę teoretyczną. Podczas cyklicznych zjazdów tematycznych poruszane są kwestie z sześciu głównych obszarów, w których akademia jest merytorycznie osadzona. Pomiędzy zjazdami uczestnicy współpracują w siedzibie swojej firmy z dedykowanym doradcą – mówi Michał Waszczuk.
Doradca zostanie firmie przydzielony na podstawie diagnozy poziomu innowacyjności metodą Innovation Health Check. Wspiera przedsiębiorstwo w pracach nad konkretnymi rozwiązaniami i stworzeniem planu wdrożenia w nim zmian, które pozwolą podnieść jego innowacyjność i zyski.
– To jest clou całego przedsięwzięcia – wiedza teoretyczna i praktyczna pozyskana przez uczestników, wzbogacona od razu o konkretne rozwiązania dopasowywane do sytuacji firmy. Plan wdrożenia zmiany ma być białą księgą, drogowskazem pokazującym, jak innowacje w danej firmie tworzyć i wdrażać od razu po zakończeniu projektu – mówi Michał Waszczuk.
Program przewiduje 60 godzin doradztwa dla mikroprzedsiębiorstw oraz 120 godz. dla firm z sektora MŚP i dużych. Do udziału w nim firmy mogą zgłaszać się do 20 lutego br. (nabór zaplanowany pierwotnie do końca grudnia został wydłużony). Udział w AMI jest płatny, ale z dofinansowaniem ze środków unijnych, które wynosi 80 proc. dla mikro-, małych i średnich firm oraz 50 proc. dla dużych. To oznacza, że maksymalny wkład własny przedsiębiorstwa – przy udziale minimum trzech uczestników – wynosi ok. 6,5 tys. zł netto za uczestnika w przypadku MŚP oraz ok. 16 tys. zł netto w przypadku dużych przedsiębiorstw. Ostateczna kwota zależna jest jednak od liczby uczestników, którzy zostaną zakwalifikowani do programu. Całkowity budżet programu PARP na lata 2018–2023 to blisko 30 mln zł.
W pierwszej edycji programu, która odbyła się w ubiegłym roku, wzięło udział 16 przedsiębiorstw: sześciu przedstawicieli mikro- i średnich firm oraz po dwóch przedstawicieli małych i dużych spółek reprezentujących branże: budowlaną, badawczo-rozwojową, produkcyjną, transportową, energetyczną oraz paliwową. W badaniu przeprowadzonym przez PARP ponad 80 proc. z nich zdecydowanie pozytywnie oceniło dostosowanie programu do oczekiwań i potrzeb zawodowych.
Hongkong daje polskim firmom wiele możliwości współpracy. Tamtejsza gospodarka dynamicznie się rozwija, jest otwarta na produkty z Europy i zna realia współpracy z europejskimi firmami. Dodatkowo może być bramą dla polskich produktów na chiński rynek. Marki wypromowane w Hongkongu łatwiej sprzedają się w Chinach kontynentalnych. – Największy potencjał rozwoju mają branża spożywcza i kosmetyczna – tłumaczy Maciej Wilk z Rady Rozwoju Handlu Hongkongu.
– Hongkong daje niesamowite możliwości robienia interesów. To jedna z najbardziej dynamicznych gospodarek na świecie. Gdyby Hongkong liczyć jako państwo, byłaby to siódma gospodarka świata. Oparta na systemie brytyjskim doskonale zna realia współpracy z firmami europejskimi czy amerykańskimi, a jednocześnie ma przełożenie na Chiny kontynentalne – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Maciej Wilk z Rady Rozwoju Handlu Hongkongu.
Szacuje się, że ponad 90 proc. importowanej do Hongkongu żywności trafia do powtórnego eksportu do krajów azjatyckich. Hongkong może być więc pośrednikiem we wprowadzeniu zachodnich firm i ich produktów na rynek chiński, przede wszystkim ze względu na rozbudowaną sieć kontaktów czy znajomość lokalnych przepisów.
– Chiny to dużo większy kraj niż Europa, a najmniejsza chińska prowincja jest większa od Polski. Każda z nich ma swoje przepisy celne, nie do końca jasny i transparentny system rozpoznawania partnerów. Wszystkie te problemy ominiemy, jeżeli będziemy wchodzić przez Hongkong. Eksport do Hongkongu jest bardziej uproszczony niż do Chin, a dzięki współpracy hongkońsko-chińskiej ten towar ze znacznymi ułatwieniami może wchodzić dalej na rynek chiński – tłumaczy Maciej Wilk.
Z danych GUS wynika, że w 2018 roku eksport z Polski do Hongkongu wyniósł ponad 1,5 mld zł, zaś import – ok. 388 mln zł. Z kolei import z Chin przekroczył 112,6 mld zł, a eksport wyniósł zaledwie ok. 9 mld zł.
– O rynek chiński zabiegają firmy z całego świata. Każdy dobry produkt ma szanse odnieść sukces na tamtejszym rynku, ale do tego potrzebny jest partner, najlepiej z Hongkongu – mówi Maciej Wilk. – W ostatnich latach widać wyraźnie, że w kilku branżach następuje znakomite ożywienie stosunków polsko-hongkońskich i polsko-chińskich.
Są to przede wszystkim branże spożywcza i kosmetyczna. Z „Rocznika statystycznego handlu zagranicznego” GUS wynika, że w 2018 roku do Hongkongu sprzedaliśmy żywność o wartości ponad 586 mln zł (kategoria żywność i zwierzęta żywe), a do Chin – za ponad 455 mln zł. Z kolei według Polskiego Instytutu Ekonomicznego (na podstawie danych Eurostatu) w 2018 roku eksport polskich kosmetyków do makijażu i pielęgnacji ciała na rynek hongkoński wyniósł 16,5 mln euro (ok. 70 mln zł), a na chiński – 7,8 mln euro (ok. 33 mln zł).
– Polskie kosmetyki są bardzo dobre jakościowo, a rynek chiński otwarty jest na produkty europejskie – ocenia ekspert. – Chiny poszukują żywności europejskiej, żywności wysokiej jakości. Praktycznie każdy kraj, który ma je do zaoferowania, ma szansę znaleźć partnera na rynku chińskim, ponieważ Chiny nie są w stanie same się wyżywić.
Dla polskich eksporterów wejście na rynki azjatyckie, ze względu na liczbę konsumentów, może być szansą na dynamiczny rozwój.
– W Chinach są miasta, które mają po kilkadziesiąt milionów mieszkańców, więc współpraca z jednym miastem jest równoznaczna ze współpracą z europejskim krajem – mówi Wilk.
Korzystne możliwości współpracy gospodarczej, infrastrukturalnej i handlowej ma stworzyć powstający Nowy Jedwabny Szlak. Projekt zakłada połączenie Europy i Azji nowymi szlakami, przede wszystkim – lądowymi. Między kontynentami rozwija się sieć połączeń drogowych i kolejowych, która skróci też czas transportu towarów. Dlatego rośnie też zainteresowanie chińskich firm nowymi europejskimi rynkami.
– Możemy spodziewać się dużo większego zainteresowania niż do tej pory. Chiny patrzą globalnie, innych rzeczy poszukują w Stanach Zjednoczonych, innych w Ameryce Południowej czy w Afryce, a innych w Europie. Widzimy zainteresowanie Polską, natomiast Chińczycy są bardzo ostrożni, a proces podejmowania przez nich decyzji wydłużony – mówi Maciej Wilk.
Na rynku pojawiają się bioniczne protezy, dzięki którym użytkownik będzie miał wrażenie zręczności jak z zwykłej kończynie. Islandzka firma Ossur prowadzi próby przedkliniczne kontrolowanych umysłem protez nóg i stóp. Takie postępy mogą znacznie ułatwić osobom po amputacji wykonywanie zadań. Firma BrainCo opracowała protezę ręki wyposażoną w sztuczną inteligencję i siedmiokanałowy rejestrator sygnałów EMG. Odczytuje on impulsy nerwowe przesyłane przez mózg do mięśni, a proteza uczy się z każdym wykonywanym ruchem. Co ważne, kosztuje znacznie mniej niż dotychczas oferowane na rynku bioniczne protezy.
– Nasza proteza jest wyposażona w sztuczną inteligencję, co oznacza, że ciągle się uczy. Im częściej jest używana, tym większa jest ilość informacji przetwarzanych przez SI, co prowadzi do rozbudowy algorytmu i poprawy precyzji i szybkości wykonywanych ruchów. Po pierwszych kilku minutach użytkowania klient może nauczyć się otwierać i zamykać dłoń, po 30 – zacznie posługiwać się palcami, a po 45 – zacznie podnosić i przenosić przedmioty, używać ich prawie tak, jakby używał własnej ręki – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Joshua Varela z BrainCo.
Protezy, które zastępują utracone kończyny, to obecnie wielofunkcyjne urządzenia, maksymalnie ułatwiające życie pacjentom. Na rynku są już protezy kontrolowane przez aktywność neuronową użytkownika. Inne urządzenia połączone są z układem nerwowym pacjenta za pomocą wszczepionych elektrod w amputowanej kończynie, a ramię jest kontrolowane przez sensoryczny program komputerowy. Neuronaukowcy z University of Chicago opracowują z kolei, w jaki sposób osoby po amputacji mogą kontrolować protezy, nawet jeśli urodziły się z brakującymi kończynami.
Firma BrainCo stworzyła zaś inteligentną protezę, która bazuje na sygnałach EMG (elektromiograficznych) mięśni.
– Nasza proteza odczytuje sygnały EMG. Jest wyposażona w siedmiokanałowy rejestrator sygnałów EMG, który odczytuje impulsy nerwowe przesyłane przez mózg do mięśni, co następnie prowadzi do wykonania ruchu, właściwie samoistnie. To narzędzie, które umożliwia osobom po amputacji, zgłębienie tego, w jaki sposób ich mózg wcześniej przesyłał sygnały nerwowe pozwalające im ruszać palcami, kciukami czy chwytać przedmioty – tłumaczy Joshua Varela.
Proteza BrainCo ma modułową konstrukcję mechaniczną. Umożliwia użytkownikom łatwą wymianę uszkodzonych komponentów bez konieczności zakupu nowego wyrobu, co znacznie obniża koszty jej użytkowania.
– Naszą protezę wyróżnia nieograniczony zakres ruchów oraz cena. Protezy takie jak ta kosztują zazwyczaj ok. 60 tys. dol., podczas gdy nasza firma oferuje cenę w przedziale 10–15 tys. dol. – zaznacza ekspert.
Na rynku nie brakuje też inteligentnych protez dolnych kończyn. Islandzki Ossur oferuje bioniczne protezy nóg i stóp. Z kolei dr Tommaso Lenzi wraz z zespołem naukowców z University of Utah stworzyli robotyczną nogę ze sztuczną inteligencją, która „jest w stanie myśleć za użytkownika”. Wykorzystuje kombinację sygnałów skurczu mięśni i danych czujnika z bionicznej nogi, aby odgadnąć, co zrobi użytkownik, i odpowiednio zareagować.
Tymczasem zapotrzebowanie na protezy zastępujące górne lub dolne kończyny jest ogromne. Tylko w USA, według Amputee Coalition, ok. 2 mln ludzi miało amputację lub urodziło się bez którejś z kończyn, a 185 tys. osób co roku poddaje się amputacji.
– Zapotrzebowanie na protezy rąk jest bardzo duże, na całym świecie jest bardzo wiele osób, które je straciły. Przypadki utraty kończyn wiążą się z różnymi poziomami uszkodzeń tkanek. Aby nasze urządzenie działało, konieczne są jednak nieuszkodzone zakończenia nerwowe – mówi Joshua Varela.
Proteza BrainCo już wkrótce trafi do sprzedaży. Firma czeka na zgodę amerykańskiej Agencji Żywności i Leków (FDA).
Zanieczyszczenie powietrza przyczynia się do śmierci nawet ok. 8,8 mln osób rocznie. Dla porównania palenie odpowiada za nieco ponad 7 mln zgonów. Rośnie więc popularność filtrów powietrza, w miastach pojawiają się antysmogowe chodniki, ulice czy farby. Powstały także przenośne oczyszczacze powietrza w formie naszyjników czy bransoletek. Ible Technology stworzyło rozwiązanie oparte na olbrzymiej ilości ujemnych jonów, które łączą się z zanieczyszczonymi cząsteczkami i opadają na ziemię.
– Opracowaliśmy rozwiązanie będące oczyszczaczem powietrza przeznaczonym do noszenia na sobie. Nie jest wyposażone w filtry zewnętrzne, generuje za to olbrzymie ilości skoncentrowanych ujemnych jonów, które łączą się z cząsteczkami pyłów zawieszonych, takich jak np. PM2,5, czy alergenami. Jony błyskawicznie łączą się z tymi cząsteczkami, tworząc cięższe cząstki, które następnie spadają na ziemię. Dzięki temu poprawia się jakość powietrza, które dostaje się do naszych płuc – mówi agencji Newseria Innowacje Elaine Lin z ible Technology.
Badanie międzynarodowej grupy naukowców pod kierunkiem badaczy z Moguncji, opublikowane w „European Heart Journal”, wskazuje, że z powodu zanieczyszczenia powietrza rocznie umiera nawet 8,8 mln osób. To więcej niż z powodu palenia tytoniu, które co roku zabija nieco ponad 7 mln ludzi.
Z zanieczyszczeniem powietrza można skutecznie walczyć. W miastach, także w Polsce, pojawiają się antysmogowe chodniki, farby czy zielone budynki. Coraz popularniejsze są domowe oczyszczacze powietrza. Na rynku dostępne są też przenośne filtry powietrza, skuteczniejsze niż maski, a przy tym niewielkie, o kształcie naszyjnika, breloka czy opaski. Ible Technology niedawno zaprezentowało najmniejsze tego typu urządzenie na świecie.
– Wyglądem przypomina naszyjnik albo spinkę do kołnierza, dzięki czemu znajduje się w strefie oddychania. Zatem gdy w powietrzu pojawią się cząsteczki pyłów zawieszonych lub alergenów, nasze urządzenie złączy je w większe cząstki, przez co opadną i nie dostaną się do naszych płuc. Gdy użytkownik się nie przemieszcza, urządzenie działa z ponad 93-proc. skutecznością, natomiast gdy idzie w normalnym tempie, urządzenie zatrzymuje ponad 70–80 proc. zanieczyszczeń powietrza – podkreśla Elaine Lin.
Oczyszczacz powietrza od ible Technology wykorzystuje technologię jonizacji do usuwania cząstek z otaczającego powietrza. Jonizatory emitują 20 mln jonów na centymetr sześcienny, eliminując cząsteczki, bakterie, pyłki i kurz z otaczającego powietrza. Urządzenie usuwa 99,9 proc. pyłów PM2,5 oraz ponad 90 proc. bakterii i alergenów.
– Normalnie do odfiltrowania pyłów zawieszonych, jak np. PM2,5, potrzebna jest maska, która jednocześnie utrudnia oddychanie i sprawia, że powietrze jest wilgotne. Dlatego postanowiliśmy znaleźć alternatywne rozwiązanie problemu, które umożliwiłoby zachowanie efektywności filtrowania pyłów zawieszonych i ułatwiło życie alergików – tłumaczy Elaine Lin.
Według International Data Corporation światowy rynek urządzeń do noszenia w 2019 roku miał wynieść 198,5 mln sztuk. Ible Technology sprzedało dotychczas 100 tys. egzemplarzy swojego oczyszczacza powietrza.
Według badania przeprowadzonego przez CSA Research (wcześniej znanego jako Common Sense Advisory), w 2020 r. na branżę tłumaczeniową będą miały wpływ trzy główne elementy:
Zwiększona globalizacja
Rozwój sektora handlu elektronicznego
Zwiększenie wolumenu treści online i offline
To samo badanie wykazało, że dostawcy usług językowych nie będą w stanie zaspokoić potrzeb swoich klientów, jeśli nie zmienią sposobu, w jaki działają. Lingwiści i tłumacze będą musieli na nowo odkryć siebie i wymyślić nowe sposoby prowadzenia działalności. Przyszłość dostawców usług językowych zależy od tego, czy zdołają oni przeorganizować swoje usługi w nowe pakiety, dostosowane do potrzeb klientów.
Nie tylko marki muszą się rozwijać, aby zapewnić sobie wzrost. To samo dotyczy również freelancerów i biur tłumaczeń.
Muszą oni zidentyfikować nowe rynki, aby sprzedawać swoje usługi i upewnić się, że są w stanie sprostać nowym wymaganiom językowym, które się z nimi wiążą. Co więcej, potrzebują nowych rozwiązań dla nieustannie pojawiających się problemów, z którymi firmy borykają się na rynkach zewnętrznych.
Wreszcie, co nie jest mniej ważne, powinny one wdrożyć skuteczniejsze sposoby współpracy z innymi tłumaczami lub innymi firmami.
Zwłaszcza dla freelancerów rok 2020 może być trudny. Często mają trudności z zapewnieniem wysokiej jakości pracy i jednocześnie z rozbudową własnej sieci usługobiorców. Praca zespołowa stanie się przełomowym czynnikiem, ponieważ coraz więcej tłumaczy będzie musiało obsługiwać coraz większą ilość treści.
Dzieje się tak, ponieważ ponad połowa treści jest nowa, więc tłumacze nie znajdą wsparcia w swoim tradycyjnym oprogramowaniu pamięci tłumaczeniowej. Będą musieli myśleć nieszablonowo i wymyślać kreatywne sposoby na przekazanie właściwej informacji odpowiednim odbiorcom. Bez pomocy zadanie może stać się przytłaczające, a tłumacze pracujący w pojedynkę mogą poczuć się wypaleni i niewystarczająco dobrzy by zrealizować projekt.
Wydajność tłumaczeń uległa stagnacji
Innym aspektem podkreślonym przez CSA Research jest fakt, że dostawcy usług językowych nie są w stanie zwiększyć wydajności tłumaczeń. Według ekspertów, tłumacz produkuje nieco ponad 2500 słów dziennie (około 400 słów na godzinę). Jest to kamień milowy, który nie zmienił się od ponad dekady, chociaż wielkość rynku w branży usług językowych wzrosła ponad dwukrotnie w ciągu ostatnich 10 lat.
Zwiększenie wydajności tłumaczeń może być największym wyzwaniem w 2020 roku i być może będziemy dysponować technologią, która pozwoli nam temu sprostać. W związku z tym, że coraz więcej początkujących firm opracowuje inteligentne narzędzia napędzane przez SI, tłumacze powinni wkrótce mieć dostęp do lepszego oprogramowania.
Technologia jest obecnie w stanie opracować neuronowe narzędzia do tłumaczenia maszynowego, aby uczynić języki marginalizowane bardziej dostępnymi. Pozwala ona również tłumaczom na bezproblemową obsługę wymogów dotyczących zgodności i prywatności danych.
Jeśli maszyny zdołają dostarczyć dokładniejsze szkice, ludzcy tłumacze będą w stanie wyprodukować więcej słów na godzinę, przy mniejszym wysiłku. Ewolucja ta umożliwi ekspertom językowym skoncentrowanie swoich umiejętności na kreatywnej części projektów tłumaczeniowych, co automatycznie doprowadzi do lepszych tłumaczeń.
Aby dostrzec tę zmianę, dostawcy usług językowych muszą dostosować swój sposób myślenia. Obecnie tylko 55 proc. freelancerów i mniej niż połowa biur tłumaczeń spróbowało tłumaczeń maszynowych. Oznacza to, że znaczna część branży nadal opiera się na tradycyjnych metodach wykonywania pracy.
Przyszłość dostawców usług językowych
Rok 2020 prawdopodobnie zwiększy zapotrzebowanie na wysokiej jakości usługi tłumaczeniowe, ponieważ jeszcze więcej firm będzie poszukiwać rynków światowych niż w ostatnich kilku latach. Jest to dobra wiadomość dla dostawców usług językowych, którzy są gotowi zrobić dodatkowy krok, aby nadążyć za rozwojem swoich klientów.
Zdolność do zaakceptowania zmian będzie kluczowym składnikiem wyróżniającym dostawców usług językowych. Tylko te agencje i freelancerzy, którzy są gotowi uczyć się nowych rzeczy i eksperymentować z nowymi metodami, w przyszłym roku odnotują stabilny rozwój.
W tym tygodniu, spośród danych makroekonomicznych, zainteresowanie wzbudziły przede wszystkim wyniki przemysłu oraz dane dotyczące rynku pracy. Produkcja przemysłowa rozczarowała, w rocznym porównaniu wzrosła jedynie o 3,8%, a biorąc pod uwagę korekcję sezonową o 2,1%. W porównaniu miesięcznym nastąpił jednak znaczny spadek, o 9,4%. Słabe wyniki zanotowała również produkcja linii montażowych, tutaj w grudniu nastąpił spadek o 3,1%. Problemy przemysłu niemieckiego coraz bardziej znajdują odzwierciedlenie w Polsce. Z drugiej strony, sprzedaż detaliczna ma się dobrze, w grudniu wykazała wzrost w rocznym porównaniu o 7,5%. Na większą konsumpcję gospodarstw domowych wpływa głównie sytuacja na rynku pracy. Pomimo spowolnienia wzrostu polskiej gospodarki, płace pracowników nadal rosną w szybkim tempie. W grudniu wynagrodzenia wykazały międzyroczny wzrost o 6,2%. Zatrudnienie było wyższe o 2,6%. Aktualnie wygląda na to, że na wzrost polskiego PKB będzie miała wpływ przede wszystkim konsumpcja. Przemysł powinien również rosnąć, chociaż wpływ problemów Niemiec będzie prawdopodobnie tutaj bardziej widoczny niż w handlu detalicznym.
Podobnie jak w ubiegłym tygodniu złoty lekko się osłabił i jego kurs w piątek rano wynosił 4,26 EUR/PLN. Kurs eurodolara spadł do poziomu 1,105 EUR/USD. Nie doszło do zasadniczych zmian fundamentalnych. W tym tygodniu Europejski Bank Centralny ogłosił, że do końca roku planuje przedstawić nową strategię dla wspólnej waluty. Może to zmienić sytuację euro, a tym samym i wszystkich walut europejskich.+
Najbardziej spektakularne projekty, które będą miały największy wpływ na nowy obraz miasta, realizowane są w okolicy skrzyżowania Prostej z Towarową na warszawskiej Woli i w Śródmieściu
W Warszawie, jak podaje Walter Herz, jest dziś w budowie prawie 850 tys. mkw. powierzchni biurowych. Przeważająca większość prowadzonych inwestycji zlokalizowana jest w centralnej części miasta. Warszawski rynek, który dysponuje już zasobami biurowymi przekraczającymi 5,6 mln mkw. powierzchni, rośnie w szybkim tempie. Zapotrzebowanie na biura od wielu miesięcy utrzymuje się na rekordowo wysokim poziomie.
Bartłomiej Zagrodnik, Partner Zarządzający w Walter Herz
– Zainteresowanie powierzchnią biurową w Warszawie jest ogromne. Szczególnie dużym powodzeniem cieszą się nowoczesne obiekty, powstające w centralnych rejonach miasta. Proces ich komercjalizacji przebiega bardzo sprawnie. Nowe biurowce jeszcze przed wejściem na rynek wynajęte są często w całości. Zdecydowana większość biur będących w budowie jest już zabezpieczonych umowami najmu lub rezerwacjami. Wiele wskazuje na to, że wolumen ubiegłorocznych transakcji najmu będzie największy w dziejach warszawskiego rynku biurowego. W tym roku w Warszawie może zostać oddanych nawet 500 tys. mkw. powierzchni. Około 80 proc. tych biur ma już swoich najemców – informuje Bartłomiej Zagrodnik, Managing Partner/CEO w Walter Herz.
Wieża z widokiem na Europę
Największym projektem realizowanym w Warszawie jest wielofunkcyjny kompleks Varso, który dostarczy łącznie 144 tys. mkw. powierzchni. W inwestycji prowadzonej w pobliżu Dworca Centralnego w pierwszej połowie tego roku mają zostać oddane dwa niższe budynki, w których znajdzie się nowoczesna przestrzeń biurowa, coworkingowa, powierzchnie handlowo-usługowe oraz pierwszy w Polsce czterogwiazdkowy hotel NYX. W niemal całkowicie wynajętych Varso 1 i Varso 2 o wysokości ponad 80 i 90 metrów o łącznej powierzchni 75 tys. mkw. trwają ostatnie prace fasadowe oraz prace wykończeniowe i aranżacyjne wnętrz. Na parterach powstanie ogólnodostępny pasaż z ofertą gastronomiczną, sklepami i usługami. Konstrukcja najwyższej wieży biurowej – Varso Tower – przekroczyła już wysokość 29. piętra, a na budynku zamontowane zostały pierwsze elementy szklanej fasady. W przyszłym roku, po wejściu na rynek 310 metrowy niebotyk z tarasem widokowym zdeklasuje wciąż jeszcze najwyższy w Warszawie Pałac Kultury i Nauki, mierzący 237 metrów.
W kilkunastu dużych projektach, które prowadzone są aktualnie w mieście powstanie też kilka kolejnych, widowiskowych wież. Przy skrzyżowaniu Prostej i Żelaznej oddana zostanie niebawem 140 metrowa Mennica Lagacy Tower, która wraz z ukończonym już 43 metrowym Budynkiem Zachodnim tworzy kompleks, dzięki któremu zasoby stołecznego rynku biurowego wzrosną o 65 tys. mkw. powierzchni. Na rynek wejdzie też niebawem położony w pobliżu biurowiec Chmielna 89, który dostarczy blisko 25 tys. mkw. powierzchni.
W pierwszej połowie bieżącego roku planowane jest również oddanie do użytku kompleksu The Warsaw Hub, który będzie miał bezpośrednie połączenie ze stacją metra Rondo Daszyńskiego. Usytuowana przy Towarowej inwestycja firmy Ghelamco przyniesie 113 tys. mkw. wielofunkcyjnej powierzchni. W skład projektu wchodzi 86 metrowy budynek, w którym znajdzie się hotel sieci Holiday Inn Express i pierwszy w Polsce Crowne Plaza oraz dwa 130 metrowe wieże. Poza najwyższej klasy przestrzenią biurową i hotelową The Warsaw Hub zaoferuje centrum konferencyjne, przestrzeń coworkingową, lokale handlowo-usługowe oraz klub fitness.
Wysokościowce przy rondzie Daszyńskiego
Na terenie kształtującego się właśnie, nowego centrum biznesowego Warszawy w okolicy ronda Daszyńskiego Ghelamco realizuje jednocześnie także inwestycję Warsaw Unit. Dzięki oddaniu powstającego w niej wysokościowca mierzącego 202 metry, w pierwszej połowie przyszłego roku zaplecze biurowe Warszawy wzbogaci się o 57 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni. Budynek wyróżniał się będzie niespotykaną dotąd w Polsce elewacją kinetyczną typu Dragon Skin, dzięki której stanie się ozdobą skrzyżowania Prostej i Towarowej.
Firma Karimpol w tym roku planuje natomiast ukończyć budowę Skylinera. 195 metrowy wieżowiec, który także rośnie przy rondzie Daszyńskiego dostarczy prawie 44 tys. mkw. powierzchni najmu. Na 30 piętrach zaoferuje nowoczesne biura, a powierzchnia czterech kondygnacji przeznaczona będzie na cele handlowo-usługowe. Na wysokości 165 metrów w wieży znajdzie się dwupoziomowy Skybar, a w kilkunastometrowym hallu zaprojektowane zostały ,,schody hiszpańskie”.
W obrębie nowego zagłębia biurowego na warszawskiej Woli trwa też budowa kompleksu Generation Park. W inwestycji położonej pomiędzy ulicą Towarową, Prostą, Wronią i Łucką oddane zostały już dwa biurowce, a ostatni z zaprojektowanych budynków pnie się w górę. Trzy budynki, które wchodzą w skład kompleksu zapewnią łącznie 84 tys. mkw. powierzchni najmu. Rosnąca obecnie wieża, która wraz z iglicą mierzyć będzie 180 metrów ma zostać oddana do użytku w przyszłym roku.
Niedaleko ronda Daszyńskiego, przy alei Solidarności, na tzw. Serku Wolskim trwają również prace przy budowie projektu Spark. W inwestycji zostały ukończone już dwa niższe budynki, a teraz realizowana jest 130 metrowa wieża. W przyszłym roku po zakończeniu budowy całego projektu warszawski rynek biurowy wzrośnie dzięki temu projektowi o 70 tys. mkw. powierzchni.
Nowe wieżowce śródmiejskie
W tym roku planowane jest natomiast oddanie dwóch 95 metrowych, bliźniaczych wież Widok Towers, powstających za nową Rotundą w pobliżu ronda Dmowskiego. Oba biurowce przyniosą miastu około 29 tys. mkw. powierzchni.
U zbiegu ulic Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej powstaje także Central Point. 22 kondygnacyjny budynek firmy Immobel, który będzie miał połączenie ze stacją metra Świętokrzyska, zaoferuje ponad 19 tys. mkw. powierzchni. 93 metrowy biurowiec ma być gotowy w drugim kwartale 2021 roku.
Przy ulicy Świętokrzyskiej w pobliżu ronda ONZ wyrośnie również 155 metrowy wieżowiec SKYSAWA. Flagowy projekt PHN będzie miał charakter biurowo-handlowy. W dwóch budynkach zaprojektowanych w tej inwestycji powstanie 39 tys. mkw. powierzchni. W pierwszym etapie realizacji kompleksu, w 2021 roku oddany zostanie niższy budynek A o powierzchni 11,5 tys. mkw. Wysokościowiec ma być gotowy w trzecim kwartale 2022 roku.
W sąsiedztwie ronda Zgrupowania AK Radosław, w pobliżu centrum handlowego Arkadia w połowie zeszłego roku ruszyła zaś budowa kompleksu Forest. Na 2 hektarowym terenie przy Burakowskiej, na pograniczu warszawskiej Woli i Śródmieścia stanie 120 metrowy wieżowiec i dwa niższe budynki o wysokości od 6 do 8 kondygnacji. Niższa zabudowa ma być gotowa do końca tego roku, a budowa wieżowca potrwa do jesieni 2021 roku. Realizacja kompleksu przyniesie Warszawie 78 tys. mkw. powierzchni do wynajęcia. Na parterach budynków powstaną restauracje i kawiarnie, a pomiędzy nimi przechodni plac i tereny zielone. Zrewitalizowana zostanie również ulica Burakowska.
Projekty miastotwórcze
W Warszawie prowadzonych jest też obecnie kilka dużych projektów miastotwórczych o profilu mixed-use. Ich realizacja, poza nowoczesnymi biurami, przyniesie nowe hotele, powierzchnie konferencyjne, pasaże handlowo-usługowe, strefy gastronomiczne, a także atrakcyjne place i skwery miejskie, miejsca do relaksu i wypoczynku oraz ciekawe udogodnienia dla mieszkańców miasta.
– Projekty wielofunkcyjne to jeden z najważniejszych kierunków rozwoju segmentu komercyjnego. Ich budowa wiąże się często z rewitalizacją terenów pofabrycznych, które przywracane są do życia niosąc atrakcyjną, ogólnodostępną przestrzeń miejską. Powierzchnia biurowa, która powstaje w takich lokalizacjach cieszy się ogromnym powodzeniem wśród najemców. Mieszane funkcje kompleksów zapewniają bowiem najemcom znacznie wyższą użyteczność na co dzień niż tradycyjne biurowce. Dlatego kreowanie atrakcyjnych miejsc do pracy i życia, zamiast dostarczania na rynek kolejnych budynków oferujących nowoczesne powierzchnie komercyjne do wynajęcia staje się dla inwestorów standardem – zauważa Bartłomiej Zagrodnik.
Jednym z warszawskich projektów, bazujących na rewitalizacji historycznych zabudowań fabrycznych jest Elektrownia Powiśle. W odnowionych budynkach dawnej Elektrowni Warszawskiej, które mają zostać oddane do użytkowania w tym roku, znajdzie się strefa gastronomiczna, przestrzeń Beauty Hall oraz sklepy. Inwestycja przyniesie około 15,5 tys. mkw. powierzchni handlowo-usługowej i 23 tys. mkw. nowoczesnej przestrzeni biurowej, a także butikowy hotel ze 150 pokojami i 71 luksusowych apartamentów na wynajem. Na terenie kompleksu powstaną również place miejskie usytuowane pomiędzy odrestaurowanymi i nowymi budynkami.
Podobny charakter mają też dwie inwestycje realizowane na warszawskiej Woli – Browary Warszawskie i Fabryka Norblina. W kwartale ulic Grzybowska, Wronia, Krochmalna i Chłodna w miejscu dawnego Browaru Haberbusch i Schiele, a później Browarów Warszawskich dobiega końca realizacja kompleksu mieszkaniowo-biurowo-usługowego. W skład inwestycji, poza budynkami mieszkalnymi, wchodzą dwa biurowce – Biura przy Willi i Biura przy Warzelni z łączną ofertą 46 tys. mkw. powierzchni. Na terenie Browarów Warszawskich mieści się również XIX-wieczna willa, w której mieszkali niegdyś współwłaściciele firmy, Feliks i Kazimierz Schiele oraz budynek dawnej warzelni i 170 letnie, zabytkowe piwnice, które po rewitalizacji przyjmą charakter gastronomiczny. W historycznej Leżakowni, poza restauracją otwarty zostanie także browar Kumpel Atelier. Na terenie obiektu powstanie również nowa ulica oraz pięć placów miejskich.
Drugim multifunkcyjnym kompleksem mieszczącym się na terenie wolskiego centrum biznesowego jest Fabryka Norblina. Obiekt sytuowany u zbiegu Żelaznej, Prostej i Łuckiej ma być gotowy w drugim kwartale 2021 roku. Fabryka Norblina stanowić będzie integralną część miasta. Na pofabrycznych terenach powstaje ponad 66 tys. mkw. powierzchni użytkowej, z czego 40 tys. mkw. zajmą biura. Ponad 26 tys. mkw. powierzchni będzie miało natomiast funkcję handlową, gastronomiczną, usługową, rozrywkową, kulturalną i wellness. Na terenie, który mieścił niegdyś Towarzystwo Akcyjne Fabryk Metalowych Norblin, Braci Buch i T. Wernera znajdzie się m.in. butikowe kino, BioBazar, muzeum, foodhall z ponad 20 konceptami gastronomicznymi, Piano Bar z muzyką na żywo oraz restauracja z widokiem na centrum Warszawy usytuowana na 9. piętrze. A wśród najemców biurowych znajdzie się m.in. nowy na polskim rynku koncept coworkingowy.
Przychód jednoosobowego przedsiębiorcy może być opodatkowany skalą podatkową (18% [od 1 stycznia 2020 r. 17%] i 32%) albo podatkiem liniowym w wysokości 19%. Część przedsiębiorców może jednak skorzystać z preferencyjnej stawki w wysokości 5%. Mowa tutaj o osobach, które uzyskują dochody ze świadczenia usług niematerialnych w postaci udostępniania własności intelektualnej.
Wybór tego sposobu opodatkowania jest dostępny dla polskich podatników od 1 stycznia 2019 r. i stanowi swego rodzaju ulgę. Warto dodać, że podobny mechanizm funkcjonuje od lat w innych krajach Unii Europejskiej, z których część pozwala na całościowe zwolnienie uzyskiwanych dochodów. Fakt ten nie uszedł uwadze polskim obywatelom, którzy postanowili przenieść swój biznes na tamtejsze terytoria. Prym wiedzie tutaj Malta oferująca nie tylko obniżoną stawkę PIT, ale również całkowite zwolnienie dla dochodów związanych z wykorzystaniem własności intelektualnej.
Podatnicy, którzy nie zdecydowali się na zmianę jurysdykcji podatkowej, mogą skorzystać z rodzimego rozwiązania obwarowanego szeregiem wymogów formalnych. Z uwagi na nie podatnicy dosyć często zwracają się do Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej o potwierdzenie prawidłowości zastosowania omawianego mechanizmu. W jednym z najnowszych orzeczeń (0114-KDIP3-2.4011.457.2019.2.MG) podatnik zapytał o możliwość zastosowania 5% stawki do działalności polegającej na wytwarzaniu oprogramowania komputerowego.
IP BOX po polsku
Ustawa o zmianie ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych, ustawy – Ordynacja podatkowa oraz niektórych innych ustaw (Dz.U. z 2018 r., poz. 2193) wprowadziła do ustaw o podatkach dochodowych korzystne rozwiązanie podatkowe dla przedsiębiorców, którzy uzyskują dochody z komercjalizacji wytworzonych lub rozwiniętych przez nich praw własności intelektualnej (tzw. IP BOX, Innovation Box).
W uzasadnieniu do projektu ustawy wskazano, że proponowane rozwiązanie polega na preferencyjnym opodatkowaniu (5%) dochodów uzyskiwanych z praw własności intelektualnej, których podatnik jest m.in. właścicielem lub użytkownikiem i które są chronione na podstawie obowiązującego prawa krajowego lub międzynarodowego m.in. przez patent, dodatkowe prawo ochronne na wzór użytkowy czy prawo z rejestracji wzoru przemysłowego.
Preferencyjne opodatkowanie dotyczy m.in. dochodu uzyskanego z tytułu należności/opłat licencyjnych lub innych należności związanych z wykorzystywaniem prawa autorskiego do programu komputerowego.
Jednym z warunków skorzystania z projektowanej preferencji jest wymóg prowadzenia przez podatnika działalności badawczo-rozwojowej, bezpośrednio związanej z wytworzeniem, komercjalizacją, rozwojem lub ulepszeniem kwalifikowanego prawa własności intelektualnej. Innymi słowy, oprogramowanie musi być wytwarzane, rozwijane i ulepszane w ramach prowadzonej działalności gospodarczej jako rezultat własnej, indywidualnej, twórczej działalności intelektualnej.
Kolejnym warunkiem skorzystania z ulgi jest prowadzenie szczegółowej ewidencji rachunkowej pozwalającej na obliczenie podstawy opodatkowania, w tym powiązanie ponoszonych kosztów prac badawczo-rozwojowych z osiąganymi dochodami z praw IP powstałymi w wyniku przeprowadzenia tych prac.
Wątpliwości podatnika
W jednym z najnowszych orzeczeń podatnik zapytał, czy preferencyjne opodatkowanie może znaleźć zastosowanie do dochodu uzyskiwanego z tytułu przeniesienia autorskich praw majątkowych do oprogramowania. Podatnik dodał, że jego działalność gospodarcza jest działalnością twórczą obejmującą badania naukowe lub prace rozwojowe, podejmowaną w sposób systematyczny w celu zwiększenia zasobów wiedzy oraz wykorzystania zasobów wiedzy do tworzenia nowych zastosowań. Tym samym podatnik potwierdził, że autorskie prawo do programu komputerowego jest wytwarzane i ulepszane w ramach prowadzonej przez niego działalności badawczo-rozwojowej.
Orzeczenie
Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej zaaprobował stanowisko przedsiębiorcy i tym samym zaakceptował uprawnienie do zastosowania 5% stawki podatku.
Należy jednak dostrzec, że organ nie mógł postąpić inaczej, jako że podatnik na wstępie swojego wniosku zaznaczył, iż spełnia wszystkie przesłanki dla skorzystania z ulgi. Wniosek jest więc taki, że organ nie potwierdził, czy oprogramowanie jest rzeczywiście wytwarzane lub ulepszane w ramach działalności badawczo-rozwojowej, a właśnie ta okoliczność jest najważniejsza, by z ulgi skorzystać. W konsekwencji moc ochronna interpretacji może okazać się iluzoryczna, jeśli działalność badawczo-rozwojowa nie jest rzeczywiście prowadzona. Co istotne, o tym, czy warunek ten został spełniony, decyduje prawo o szkolnictwie wyższym i nauce. Skutkiem tego podatnik musi potrafić udowodnić, że w wyniku jego działalności powstaje coś specjalnego, będącego efektem wykorzystania dostępnej aktualnie wiedzy i umiejętności, co odróżnia taką działalność od działalności rutynowej. Należy zatem pamiętać, że prowadzenie tej ostatniej nie uprawnia do skorzystania w Polsce z przedmiotowej preferencji.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.
Od 1 stycznia działa Baza Danych Odpadowych (BDO), której celem jest utransparentnienie i usprawnienie obiegu informacji i dokumentów związanych z obiegiem odpadów na każdym etapie ich powstawania, transportu i zagospodarowywania. Po analizie danych z pierwszych tygodni funkcjonowania systemu warto przypomnieć kilka podstawowych informacji na temat efektywnego korzystania z Bazy.
Od nowego roku, wpisu do BDO dokonuje się wyłącznie za pomocą systemu elektronicznego (Krajowego Węzła Identyfikacji Elektronicznej), z użyciem podpisu kwalifikowanego lub profilu zaufanego.
Użytkownicy bazy są podzieleni na dwie grupy: na użytkowników głównych (około 115 tys.) oraz na użytkowników podrzędnych (ok 40 tys.). Każdy z nich ma inny poziom uprawnień. Użytkownicy główni logują się przez login.gov.pl, a użytkownicy podrzędni przez login (którym jest adres e-mail).
Uwaga! Jeśli podmiot po raz pierwszy loguje się w systemie BDO powinien wykorzystać dane do powiązania podmiotu z użytkownikiem przez hasło tymczasowe nadane mu przez urząd marszałkowski, jeśli podmiot dokonał już pierwszego logowania w Rejestrze-BDO, to powinien podać aktualne hasło do Rejestru-BDO.
Twórcy systemu BDO, ze względu na wykorzystanie technologii JavaScript oraz CSS rekomendują korzystanie z przeglądarek Google Chrome lub Mozilla Firefox oraz wyczyszczenie historii przeglądarki.
Po zalogowaniu się do Bazy Danych Odpadowych użytkownicy będą mieli dostęp do systemu, który będzie umożliwiaj gospodarowanie odpadami firmy. W module ewidencji warto zaznaczyć, że cyfrową Kartę Przekazania Odpadu i Kartę Przekazania Odpadów Komunalnych można zaplanować na 30 dni wcześniej. Po zatwierdzeniu jest ona widoczna w systemie i zawiera informacje m.in. o rodzaju i ilości przewożonych odpadów, planowanej dacie i godzinie transportu oraz o miejscu, do którego należy dostarczyć odpady. Podmiot transportujący podczas przewożenia odpadów powinien posiadać, na przykład w telefonie, wygenerowane potwierdzenie KPO lub KPOK do okazania w trakcie kontroli.
Inwestorzy liczyli, że EBC poruszy rynkami. Konferencja nie wniosła jednak za wiele. Waluty trochę ruszyły po samej konferencji, ale był to raczej efekt wstrzymywania transakcji przed konferencją niż wpływ posiedzenia.
EBC nie zaskoczył rynków
Europejski Bank Centralny nie podjął żadnej decyzji o zmianach głównych parametrów. Mowa tutaj zarówno o stopach procentowych, jak i o programie skupu aktywów. Pojawił się banał o rozpoczęciu przeglądu strategii polityki pieniężnej. Jest to dużym zaskoczeniem, że dzieje się to tak późno po zmianie kierownictwa. Obecny poziom stóp procentowych ma być utrzymany, aż inflacja w długim okresie nie przekroczy 2%. Ostatni raz na dłużej działo się to (nie licząc kilku miesięcy 2018 roku) 7 lat temu. Po tych danych inwestorzy przychylniej spojrzeli na dolara. Ruch przenoszący kapitał za ocean zaczął się mniej więcej po konferencji. W efekcie dolar poszedł znów w górę, zbliżając się do 3,85 zł.
Indeksy PMI wreszcie rosną
Po wielu już negatywnych zaskoczeniach w końcu musiało się udać. Indeksy koniunktury mierzone za pomocą ankiet wśród menedżerów odpowiedzialnych za zakupy pokazały lepsze rezultaty. W dalszym ciągu nie pokazują one rozwoju w Unii Europejskiej, ale są znacznie bliższe tego punktu, wyznaczanego przez poziom 50 pkt. Dla całej Unii jest to 47,8 pkt wobec 46,3 pkt miesiąc temu. Co ciekawe, pomimo tak dobrych danych, euro kolejny dzień traci na wartości wobec dolara.
Co z wiekiem emerytalnym?
W ramach obietnic przed kampanią wyborczą prezydent Andrzej Duda kategorycznie wykluczył podwyżkę wieku emerytalnego. Problem w tym, że od początku przemian ustrojowych żyjemy już, oczywiście średnio, o niemal 7 lat dłużej jako naród. W tym czasie podstawowy wiek emerytalny nie drgnął, pojawiały się za to różne rozwiązania w ramach wcześniejszych emerytur. Zmienia się za to wysokość składek emerytalnych, jednak nie spowoduje to, że na emeryturze będziemy w stanie utrzymać obecną stopę życia. Problem w tym, że logika wyborcza nakazuje nadal skazywać nas na taką sytuację, by kupić głosy kolejnych grup osób i wątpliwym jest, aby pogląd ten nie został podchwycony przez większość liczących się kontrkandydatów.
Dzisiaj, dzień wolny w Rumunii z okazji Święta Zjednoczenia, a w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
15:45 – USA – indeks PMI dla przemysłu.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl
Uchwalona 30 sierpnia 2019 roku nowelizacja ustawy Prawo upadłościowe wprowadziła szereg istotnych zmian. W dużym stopniu ułatwiła ona procedurę tzw. upadłości konsumenckiej. Na przykład, według starych zasad możliwe było oddalenie przez sąd wniosku o ogłoszenie upadłości w przypadku ustalenia, iż dłużnik z własnej winy doprowadził do swojej niewypłacalności bądź zwiększył jej stopień. Nowy model przewiduje, że wina dłużnika w tym zakresie badana będzie dopiero na etapie ustalania planu spłat wierzycieli. Z pewnością przyczyni się to do wzrostu liczby wniosków o upadłość konsumencką.
Z punktu widzenia przedsiębiorców bardzo istotną, wręcz rewolucyjną zmianą jest jednak objęcie możliwością skorzystania z tego modelu upadłości również osobom fizycznym prowadzącym działalność gospodarczą.
Upadłość konsumencka cechuje się – z punktu widzenia dłużnika – szeregiem korzyści, w porównaniu do klasycznego postępowania upadłościowego. Przede wszystkim, celem upadłości konsumenckiej, poza zaspokojeniem roszczeń wierzycieli w jak najwyższym stopniu, jest również doprowadzenie do sytuacji, w której zobowiązania niewykonane w ramach postępowania upadłościowego zostaną umorzone. Tym samym, w postanowieniu o ustaleniu planu spłaty wierzycieli w ramach upadłości konsumenckiej, sąd określa zakres i termin spłaty długów nieuregulowanych na podstawie planu podziału funduszy masy upadłościowej. Termin ten nie może być dłuższy niż trzydzieści sześć miesięcy. Po wykonaniu przez upadłego planu spłaty wierzycieli, sąd wydaje postanowienie o stwierdzeniu wykonania planu oraz umorzeniu zobowiązań upadłego powstałych przed dniem ogłoszenia upadłości i niewykonanych w wyniku wykonania planu spłaty wierzycieli. Jednocześnie, jeśli osobista sytuacja upadłego „w oczywisty sposób” wskazuje na to, że nie byłby on w stanie dokonać jakichkolwiek spłat w ramach planu, sąd umarza jego zobowiązania bez ustalenia planu spłaty.
Innymi słowy – upadłość konsumencka wiąże się z utratą majątku (jednak nie bezdomnością – jeżeli w skład masy upadłości wchodzi lokal mieszkalny albo dom, w którym zamieszkuje upadły, a konieczne jest zaspokojenie potrzeb mieszkaniowych jego i osób pozostających na jego utrzymaniu, z sumy uzyskanej ze sprzedaży lokalu lub domu wydziela się upadłemu kwotę przeciętnego czynszu najmu lokalu mieszkalnego w tej samej lub sąsiedniej miejscowości za okres od roku do dwóch). Jednocześnie, zobowiązania nieuregulowane w toku realizacji planu spłaty rozpisanego na okres maksymalnie trzydziestu sześciu miesięcy, zostają umorzone. Tymczasem, w przypadku w którym „regularne” postępowanie upadłościowe nie doprowadzi do całkowitego zaspokojenia wierzyciela, ustalona lista wierzytelności stanowi tytuł egzekucyjny przeciwko upadłemu. Nie przewiduje ono zatem możliwości „oddłużenia”, czyli umorzenia wierzytelności zgodnie z mechanizmem analogicznym do opisanego powyżej.
Objęcie przedsiębiorców prowadzących jednoosobowe działalności gospodarcze możliwością skorzystania z modelu upadłości konsumenckiej stanowi krok w kierunku, który zdecydowanie popieramy i aprobujemy. Przedsiębiorcy ci znajdują się w specyficznej sytuacji – są bowiem traktowani jak profesjonaliści w obrocie i w wielu przypadkach objęci są restrykcjami analogicznymi do tych dotyczących dużych firm, a jednocześnie ich możliwości finansowe i organizacyjne pozostają często bardzo niewielkie. Ustawodawca wydaje się w coraz większym stopniu dostrzegać tę dwoistość, o czym świadczy zarówno przedmiotowa ustawa, jak i np. również uchwalona w ubiegłym roku regulacja obejmująca w określonych przypadkach przedsiębiorców prowadzących jednoosobową działalnością ochroną właściwą dla konsumentów. W szczególny sposób wspomniany dysonans odznacza się właśnie w kwestii odpowiedzialności za zobowiązania. W formule jednoosobowej działalności gospodarczej, przedsiębiorca odpowiada za zobowiązania całym swoim majątkiem. Generuje to istotne ryzyko, choćby z uwagi na specyfikę tej formuły, którą wykorzystuje zdecydowana większość przedsiębiorców początkujących, w wyjątkowym stopniu narażonych na popełnianie błędów i podejmowanie nieroztropnych decyzji biznesowych. Do tej pory, rezultatem tego rodzaju postępowania mogła być rozciągnięta na wiele lat utrata całego dorobku życia. Wobec powyższego z zadowoleniem odnotowujemy, że od 24 marca ekspozycja najmniejszych przedsiębiorców na to ryzyko ulegnie znacznej redukcji.
Od sierpnia mocno podrożały opłaty z wpis sądowy za złożenie sprawy. W efekcie wiele firm rezygnuje z odzyskiwania swoich należności na drodze sądowej.
Rosnące koszty, ale także przewlekłość postępowań, w połączeniu z niepewnym wynikiem skutecznie odstręcza przedsiębiorców od tej drogi egzekwowania swoich należności.
Firmy szukają rozwiązań, które zadziałają z dnia na dzień nie wiążąc ich środków finansowych i nie obciążając płynności finansowej.
Wyższe opłaty sądowe obowiązują od drugiej połowy sierpnia. W listopadzie na mocy nowelizacji Kodeksu postępowania cywilnego pojawiły się dodatkowe zmiany – jest sporo takich, które mają usprawnić odzyskiwanie przez przedsiębiorców pieniędzy w sądach. Niestety wielu prowadzących własny biznes, szczególnie ten o mniejszych przychodach, tego nie sprawdzi, bo nie skorzysta z drogi sądowej ze względu na wzrost kosztów przy zakładaniu spraw przez przedsiębiorców. Początkowo nie doceniano negatywnego oddźwięku, jakie podniesione opłaty mogą spowodować, ale obecnie prawnicy potwierdzają, że wzrost kosztów działa wyraźnie zniechęcająco. Oczywiście dla dużych firm wzrost opłat jest niezauważalny, jednak małe podmioty mocno to odczuły.
Sąd sądem, ale ja czekam na moje pieniądze – przedsiębiorcy umieją liczyć swoje pieniądze.
Wzrost kosztów jest znaczący: na przykład w sprawie o wartości ponad 15 tys. zł koszt wpisu wynosi 1000 zł, czyli aż 6,6% wartości roszczenia. Wcześniej przy takiej sprawie opłata wynosiła znacznie mniej. Przy spawach o najniższej wartości, czyli ponad 4 000 zł trzeba wpłacić aż 400 zł, czyli aż 10% wartości (4 razy więcej niż przed zmianami).
– Przedsiębiorcy umieją liczyć swoje pieniądze, a jeśli któryś z nich w sprawie o 1500 zł będzie musiał zapłacić 200 zł, czyli ponad 13% wartości raczej do sądu nie pójdzie, bo kiedy doda koszty prawnika może nic nie zyskać. Wiele małych firm ma problem z odzyskaniem nie 5000 zł, ale znacznie mniejszych kwot – 1 000 czy kilkuset złotych. Do faktoringu zgłaszane są u nas zobowiązania nawet na 100 zł, a to znaczy, że nawet taka kwota w określonych okolicznościach nie jest bez znaczenia dla najmniejszych biznesów. Przekazanie takiej faktury do faktoringu zazwyczaj oznacza to, że przedsiębiorca ma obawy, że płatność będzie bardzo opóźniona, a być może w ogóle będzie kłopot z przelewem tego zobowiązania. W przypadku faktoringu zgłoszenie faktury o wartości 1000 zł to koszt kilkunastu złotych za miesiąc lub mniej niż 100 zł za pół roku. W dodatku większą część kwoty z faktury przedsiębiorca otrzymuje w ciągu doby, a nie jak w przypadku drogi sądowej po kilku miesiącach lub nigdy – mówi Beata Krakowiak, Regionalny Kierownik ds. Sprzedaży w eFaktor.
Zamiast się sądzić, lepiej zarządzić
To nie jedyne podwyżki jakie w ostatnich miesiącach pojawiły się w sądach. Podniesiono opłatę za zawezwanie do próby ugodowej. Do niedawna przy sprawach poniżej 10 tys. zł wynosiła 40 zł, teraz jest to 1/5 stawki, jaką poniósłby wierzyciel wnosząc pozew do sądu. Nowa opłata jest za wydanie uzasadnienia orzeczenia (do tej pory jej nie było) teraz trzeba zapłacić 100 zł.
– Trafia do nas w ostatnich miesiącach więcej przedsiębiorców, którzy odbili się od kasy w sądzie. Często to małe firmy, które wystawiają faktury na kilkaset złotych czy kilka tysięcy. Dla nich te pieniądze to często być albo nie być, ryzyko utraty płynności, a nawet upadku biznesu. W sytuacji, kiedy koszt sprawy sądowej to więcej niż prowizja za nawet najdroższy kredyt i stanowi tak duży procent roszczenia nic dziwnego, że szukają innych rozwiązań, w tym właśnie faktoringowych – mówi Beata Krakowiak z eFaktor.
Właśnie firmy faktoringowe pełnią często rolę pośrednika między wystawcą faktury, a płatnikiem ociągającym się z zapłatą. Przedsiębiorca włączając dodatkową instytucję w rozliczenia z partnerem, zyskuje jego wsparcie, a praktyka pokazuje, że nawet jeśli nie jest to sąd, takie działania są skuteczne.
Zestresowani, równościowi i „niewierni” – oto pracownicy branży medialnej
stresowani, równościowi i „niewierni” – oto pracownicy branży medialnej" title="Zestresowani, równościowi i „niewierni” – oto pracownicy branży medialnej" />
24 stycznia wypada Światowy Dzień Środków Masowego Przekazu. Zawody związane z mediami, takie jak redaktor czy dziennikarz to wyjątkowe profesje. Obowiązuje ich szczególny kodeks etyczny, mają też duży wpływ na kształtowanie opinii publicznej na istotne społecznie tematy. Co ciekawe, jak wynika z badań CBOS-u z 2019 roku, dziennikarze mogą cieszyć się 55 proc. poważaniem społeczeństwa. To mniej niż strażacy, policjanci czy adwokaci, ale więcej niż posłowie, maklerzy czy… księża. Pracownicy szeroko pojmowanych mediów są też w top 10 najbardziej stresujących zawodów według Career Cast.
Obecność stresu, związanego z pracą w mediach, potwierdza nie tylko ranking amerykańskiego portalu poświęconego karierze zawodowej. Jak wynika z badania ADP „Workforce view in Europe 2019”, pracownicy „mediowi” są jedną z najbardziej zestresowanych grup zawodowych. Pod tym kątem wyprzedzają ich jedynie medycy, finansiści oraz pracownicy związani z produkcją. Ponad 25 proc. ankietowanych odpowiada, że stresuje się codziennie, a 23 proc., że 2-3 razy w tygodniu. Co ciekawe, polscy pracownicy branży medialnej są bardziej zestresowani niż ich europejscy koledzy
– do codziennego stresu przyznaje się nieco ponad 20 proc. europejskich pracowników tej grupy zawodowej.
– Pracownicy związani z branżą mediów to wyjątkowa grupa zawodowa, która posiada szeroki wachlarz wykonywanych specjalizacji – możemy zaliczyć do niej dziennikarzy, social media menagerów, ale też rzeczników prasowych, copywriterów czy PR-owców. Ich zawód opiera się przede wszystkim na przekazie medialnym i kontakcie z drugim człowiekiem, co może wywoływać stres. Dodatkowymi czynnikami stresogennymi w tej szeroko rozumianej profesji są szybkie tempo pracy i – niekiedy – działanie pod presją czasu, a także odpowiedzialność społeczna. To wszystko sprawia, że pracownicy związani z mediami są jedną z najbardziej zestresowanych grup zawodowych w Polsce – mówi Anna Barbachowska, szefowa pionu zarządzania zasobami ludzkimi w ADP Polska.
Każdemu po równo albo wcale
Co jeszcze wyróżnia pracowników branży medialnej? Są uważni, pilnują czasu swojej pracy i definitywnie opowiadają się za zrównaniem pensji kobiet i mężczyzn. Jak wynika z badań ADP, aż 80 proc. ankietowanych deklaruje, że zmieniłoby prace, gdyby w ich obecnym miejscu pracy pensje kobiet i mężczyzn na tym samym stanowisku nie były równe. Pytani o to, czy zauważają ten problem
w swoim obecnym miejscu pracy, ponad 16 proc. przyznaje, że tak, a 62 proc, że podejrzewa taką możliwość.
– Praca w mediach zmusza do dbania o każdy detal, opiera się na budowaniu relacji z drugim człowiekiem. Dlatego osoby pracujące w branży mediowej są zazwyczaj otwarte, dociekliwe i energiczne. Śledzą zmieniające się trendy i pojawiające się nowe technologie. To grupa zawodowa, która jest również wrażliwa na kwestie społeczne, znaczna ich część zauważa nierówności płacowe, zwraca też uwagę na dyskryminację w pracy – komentuje Anna Barbachowska.
I że cię nie opuszczę… przez dwa lata
Badania ADP pokazują, że pracujący w mediach nie są za bardzo skłonni do zmiany pracy… Przynajmniej nie w perspektywie kilku miesięcy czy roku. Najwięcej z nich deklaruje chęć zostania w obecnym miejscu zatrudnienia od roku do dwóch lat (ponad 28 proc.) lub od dwóch do pięciu lat (ponad 21 proc.). Jedynie 2,7 proc. deklaruje możliwość zostania w obecnej firmie przez więcej niż dziesięć lat, a nieco ponad 12 proc. – do końca kariery zawodowej. Mniej „wierni” od pracowników branży medialnej są tylko artyści, w tej grupie zawodowej tylko 4,2 proc. deklaruje możliwość pracownia do końca życia zawodowego na tym samym stanowisku.
Fakt, że najbardziej komentowanym elementem konferencji prasowej prezes EBC Christine Lagarde była jej broszka, uwidacznia, jak mało interesujące było to wydarzenie. Bank jest dobrej myśli co do perspektyw gospodarczych, ale nie oszukuje się, że ryzyka przeważają po negatywnej stronie. Jak bardzo te myśli są słuszne, okaże się przy publikacji indeksów PMI z przemysłu i usług.
EBC utrzymał parametry polityki bez zmian i zapowiedział rozpoczęcie procesu przeglądu założeń swojej strategii. Rewizja strategii może mieć konsekwencje dla oceny przyszłej polityki (np. zmiana celu inflacyjnego), ale przegląd ma potrwa cod końca roku, więc na razie nie ma on żadnego przełożenia na rynki finansowe. Sama prezes Lagarde starała się nie wskazywać, że bank jest ukierunkowany na konkretne zmiany. W gospodarce sytuacja od grudnia nieco się poprawiła i EUR nawet na moment zareagowało optymistycznie na słowa, że „są oznaki umiarkowanego wzrostu podstawowej presji inflacyjnej”, ale rynek szybko powrócił do punktu wyjścia, kiedy prezes zaznaczyła, że generalnie inflacja pozostaje stłumiona. Podkreślenie negatywnych ryzyk w postaci protekcjonizmu, niepewności i geopolityki pokazało, że EBC na razie nie ma warunków, by odsunąć widmo dalszego luzowania, jeśli zajdzie taka konieczność. A jeśli bank chce zyskać pole manewru, to potrzebuje do tego przekonujących danych z gospodarki.
Stad tak duże znaczenie dzisiejszych odczytów PMI z Eurolandu. Oczekiwania są optymistyczne, bo podpisanie porozumienia handlowego USA-Chiny i generalny optymizm wyznaczany przez rynki finansowe może pokrzepić przedsiębiorców. Z drugiej strony może się objawić moje największe źródło niepokoju, że rynku przereagowały z optymizmem, a gospodarka realna jeszcze nie prezentuje takiej siły, jaka jest dyskontowana w cenach aktywów. To przede wszystkich zagrożenie dla rynku akcji, gdyż w przypadku EUR ewidentnie widać, że sceptycyzm dominuje. Nie oznacza to jednak, że EUR/USD nie może spaść pod 1,10, jeśli dane będą złe.
Inne, ale równie ważne znaczenie będą miały odczyty PMI z Wielkiej Brytanii. Tam do oddalenia widma wojen handlowych dochodzi pozytywne przyjęcie wysokiej wygranej torysów w wyborach parlamentarnych, co powinno wygładzić dalszy proces brexitu, a przynajmniej usunąć większość niepewności. Jeśli pomimo tego aktywność gospodarcza w przemyśle i usługach nie będzie przejawiać poprawy, oznacza to, że gospodarka ma głębsze problemy, na które Bank Anglii musi zareagować. Aktualne szanse na cięcie stopy procentowej za tydzień wyceniane są 50:50, więc dzisiejsze dane będą silnie ważyć w obu kierunkach. Rajd GPB z ostatnich sugeruje, że część inwestorów przewiduje pozytywną niespodziankę.
Nie tylko osoby fizyczne oraz deweloperzy sprzedają swoje mieszkania. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl sprawdzili, jak wygląda sprzedaż „M” realizowana przez różnego rodzaju instytucje (np. gminy i spółdzielnie).
Transakcje dotyczące sprzedaży mieszkań przez osoby fizyczne (rynek wtórny) oraz deweloperów (rynek pierwotny), generują praktycznie cały obrót na polskim rynku mieszkaniowym. Warto jednak pamiętać, że nie tylko firmy deweloperskie i osoby fizyczne sprzedają swoje mieszkania. Branżowi eksperci dość rzadko zwracają uwagę na sprzedaż nieruchomości mieszkaniowych przez różnego rodzaju instytucje. Dlatego analitycy portalu RynekPierwotny.pl postanowili sprawdzić, ile mieszkań w 2017 r. oraz 2018 r. sprzedały na przykład spółdzielnie i gminy.
Informacji na temat instytucjonalnej sprzedaży mieszkań trzeba szukać w bazie danych GUS. Główny Urząd Statystyczny całkiem niedawno podał, że przez dwa lata (2017 r. oraz 2018 r.) różnego rodzaju instytucje sprzedały 133 997 mieszkań. Taka skala dwuletniej sprzedaży z pewnością zasługuje na pewną uwagę. Bardziej dokładne dane GUS-u informują, że łączna sprzedaż lokali przez różne instytucje w 2017 r. oraz 2018 r. wyglądała następująco:
spółdzielnie mieszkaniowe – 50 686 sprzedanych lokali/37,8% sprzedaży mieszkań realizowanej przez instytucje
gminy – 34 794 sprzedane lokale/26,0% sprzedaży mieszkań realizowanej przez instytucje
zakłady pracy – 6 626 sprzedanych lokali/4,9% sprzedaży mieszkań realizowanej przez instytucje
Skarb Państwa – 1 159 sprzedanych lokali/0,9% sprzedaży mieszkań realizowanej przez instytucje
towarzystwa budownictwa społecznego (TBS) – 336 sprzedanych lokali/0,3% sprzedaży mieszkań realizowanej przez instytucje
inne podmioty – 40 396 sprzedanych lokali/30,1% sprzedaży mieszkań realizowanej przez instytucje
Powyższe informacje wskazują, że instytucjonalna sprzedaż mieszkań w Polsce jest głównie domeną gmin oraz spółdzielni mieszkaniowych. Spore znaczenie ma także sprzedaż realizowana przez „inne podmioty” (patrz powyższe dane). Do tej grupy mogą zaliczać się np. różnego rodzaju fundacje oraz przedsiębiorstwa działające poza branżą mieszkaniową.
21 stycznia 2020 roku Związek Firm Pośrednictwa Finansowego (ZFPF), organizacja skupiająca największe firmy z branży pośrednictwa finansowego, podjął decyzję o zmianie składu Rady Nadzorczej, powołując na funkcję Przewodniczącego Pawła Komara (członka kadry menedżerskiej w Notus Finanse).
Walne Zgromadzenie ZFPF powierzyło również funkcje Członków Rady Tomaszowi Przyrowskiemu (Gold Finance, Alex T. Great) oraz Sławomirowi Rykalskiemu (FinPack). Rada w nowym składzie będzie kontynuowała współpracę z Zarządem Organizacji: Prezesem Adrianem Jaroszem (Expander Advisors) oraz Wiceprezesem Dominikiem Skrzyckim (mFinanse).
Paweł Komar: przedstawiciel młodego pokolenia menedżerów, jeden z najmłodszych członków zarządu spółek z GPW, nagrodzony w 2016 r. tytułem TOP MANAGER branży finansowej w Polsce. Z notowanymi na giełdzie spółkami z branży finansowej związany od 2006 r., odpowiadając w tym czasie za różne obszary zarządcze i projektowe, budując jednocześnie kilka organizacji od zera. Odpowiedzialny głównie za strategię, rozwój przedsiębiorstw i obszary sprzedaży. Zasiadał w radach nadzorczych spółek z branży ubezpieczeń, towarzystwach funduszy inwestycyjnych, związany także z funduszami typu Venture Capital czy Private Equity. Absolwent Uniwersytetu Wrocławskiego oraz Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie na wydziale Zarządzania i Finansów oraz Master of Business Administration, Executive Studies na Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie. Z firmą Notus Finanse związany jest od listopada 2018 r.
Tomasz Przyrowski: absolwent Politechniki Radomskiej na Wydziale Ekonomicznym. Związany z branżą finansową od początku swojej kariery zawodowej. Z Grupą Metrohouse związany od 2012 r., rozpoczął swoją karierę jako ekspert kredytowy, powoli osiągając kolejne szczeble w hierarchii firmy. Od 2015 r. zarządza spółkami z grupy Metrohouse, które zajmują się pośrednictwem kredytowym. Uczestniczył
w procesie zakupu przez Grupę Metrohouse spółek Gold Finance i Alex T. Great, gdzie aktualnie pełni funkcję Prezesa Zarządu.
Sławomir Rykalski: założyciel i członek zarządu FinPack sp. z o.o. oraz Lendi sp. o.o. Absolwent Wydziału Informatyki na Zachodniopomorskim Uniwersytecie Technologicznym w Szczecinie. Jeden z twórców systemu FinPack, wykorzystywanego w codziennej pracy przez wielu ekspertów kredytowych w Polsce. Posiada ponad 8-letnie doświadczenie w sektorze usług finansowych oraz w zarządzaniu siecią agencyjną.
W tym roku konieczne są zmiany w przepisach podatkowych dla przedsiębiorców. Eksperci wskazują, co z negatywnych doświadczeń z ostatnich miesięcy należy bezwzględnie wyeliminować. Nowe regulacje nie powinny być wdrażane szybko i masowo, co obserwujemy od kilku lat. Błędem jest też likwidacja deklaracji w podatku VAT. Konieczne są modyfikacje dot. obowiązku raportowania schematów podatkowych (MDR) czy poboru podatku u źródła. Zastrzeżenia wzbudza również nowa matryca VAT. Najważniejszą zmianą byłaby rewolucja kadrowa w organach administracji skarbowej. Inaczej niż ostatnio trzeba podejść też do kwestii akcyzy.
Od 2015 roku zmiany podatkowe są wprowadzane na zasadzie „dzisiaj musimy uszczelnić system”. To odbywa się w szybko i masowo, co podkreśla Przemysław Pruszyński, ekspert ds. podatków i doradca podatkowy z Konfederacji Lewiatan. Ekspert zaznacza, że Ministerstwo Finansów stara się konsultować kolejne pomysły, ale modyfikacji jest bardzo dużo. To powoduje, że firmy nie są w stanie na spokojnie przygotować się do nowych obowiązków. W 2020 roku takie podejście ustawodawcy powinno zostać definitywnie wyeliminowane.
Prof. Witold Modzelewski, były wiceminister finansów
– Na pewno błędem albo kompletnym nieporozumieniem jest likwidacja deklaracji w podatku VAT. To grozi załamaniem dochodów budżetowych. Jeżeli chcemy osiągnąć w tym roku 195 mld zł, to trzeba ten pomysł wyrzucić do kosza. Kiedy zlikwidowano deklaracje miesięczne w podatku dochodowym z tytułu zaliczek (CIT-2 i PIT-5), to wówczas natychmiast zmniejszyły się dochody budżetowe. My przecież żyjemy z zaliczek w podatkach dochodowych, a nie z rozliczenia rocznego. Każdy podatnik tej daniny płaci tyle w ciągu roku, ile chce. W VAT-cie będzie dokładnie tak samo – komentuje prof. Witold Modzelewski, były wiceminister finansów.
Natomiast Paweł Mazurkiewicz, doradca podatkowy i partner w MDDP, przekonuje, że niezbędna jest gruntowna zmiana w zakresie obowiązku raportowania schematów podatkowych (MDR). W przeciwnym razie Ministerstwo Finansów dalej będzie zasypywane tysiącami bezużytecznych zwykle zgłoszeń. W ciągu dziesięciu miesięcy zeszłego roku wpłynęło ich do resortu ok. 3500, z czego tylko ok. 10% nadano numery porządkowe (tzw. NSP). Ekspert dodaje, że podatnicy generują często wnioski na wszelki wypadek. Robią to w obawie przed drakońskimi sankcjami.
Wojciech Kotowski, doradca podatkowy w Kancelarii Ożóg Tomczykowski
– Z pewnością pilnie trzeba zmienić przepisy dotyczące raportowania schematów podatkowych. Moim zdaniem, akurat w tym przypadku mamy do czynienia z typowym bublem prawnym. Regulacje są bardzo nieprzejrzyste, stosowanie ich w praktyce, nawet po przeczytaniu objaśnień, jest trudne. Wielu podatników ma duży problem z tym, aby ocenić, kiedy schemat podatkowy wymaga raportowania. Za niedopełnienie obowiązku są absurdalnie wysokie sankcje, określone w kodeksie karnym skarbowym – mówi Wojciech Kotowski, doradca podatkowy z Kancelarii Ożóg Tomczykowski.
Natomiast Roman Namysłowski, ekspert BCC ds. podatków stwierdza, że na pewno modyfikacji wymagają dwa zagadnienia. Pierwsze to obowiązek raportowania tzw. schematów podatkowych (MDR). Natomiast drugie – zmiana zasad poboru podatku u źródła przy płatnościach za granicę. Dotyczy to trzech kategorii, tj. dywidend, odsetek i należności za tzw. usługi niematerialne. W odniesieniu do ostatniego tematu, trwały do tej pory prace w tym zakresie. Jednak trudno powiedzieć, co się z nimi dalej stanie, po tym jak zespół podatkowy w MF rozsypał się zupełnie.
– Od początku kompletnie nietrafionym pomysłem jest tzw. nowa matryca VAT. Ludzie ciągle pytają, po co zmieniać nomenklaturę towarów, którą stosujemy praktycznie od 26 lat. Coś się udało ustalić, wyjaśnić i nagle to wszystko mieszamy. Zastępujemy jedną klasyfikację drugą, a każda z nich ma swoje wady i zalety. Po co mamy przerabiać wszystkie kasy rejestrujące oraz fakturowanie i ustalać od nowa, który wyrób jest w tym zgrupowaniu na 5, 8 i 23%. To jest gigantyczna praca, licząca tysiące godzin. A te przepisy mają obowiązywać już od 1 kwietnia tego roku – zaznacza prof. Modzelewski.
Jerzy Martini, doradca podatkowy, członek prezydium Rady Podatkowej PKPP Lewiatan
Jak przekonuje Jerzy Martini, doradca podatkowy, najważniejszą zmianą dla podatników byłaby rewolucja kadrowa w organach administracji skarbowej. Przepisy są istotne, ale zdecydowanie ważniejsze jest to, kto je interpretuje. W opinii eksperta, nasza administracja skarbowa jest dosyć archaiczna, mimo niewątpliwych postępów w informatyzacji. Widać przerost zatrudnienia w porównaniu z innymi państwami UE. Ponadto jest problem z pozyskaniem i utrzymaniem najlepszych ludzi. Oni często zmuszeni są do szukania pracy poza administracją. Płace w skarbówce są bowiem skandalicznie niskie.
– Niestety, w ostatnich latach praktycznie nic się nie wydarzyło w akcyzie. A przecież dzięki niej można zyskać spore pieniądze. To jest podatek o największej efektywności fiskalnej jednostkowej. Był zastój w tym temacie i finał mamy w postaci podwyżki dziesięcioprocentowej dla napojów alkoholowych i papierosów. Akcyza wymaga pielęgnacji i doskonalenia, a tym się po prostu nikt nie zajmował od 2015 roku, ale też wcześniej. Jeżeli nie dba się o nią, to w naturalny sposób traci się pieniądze – podsumowuje prof. Modzelewski.
Jak widać zrównoważony budżet powoli przestaje być priorytetem polskiego rządu. Wzrost inflacji powoduje, że świadczenia socjalne wypłacane w sztywno ustalonej stałej kwocie tracą na atrakcyjności. Skoro inflacja wynosi obecnie 3,4% oznacza to, że 500+ w ciągu roku realnie okazuje się 483+. Pomijając oczywiście, że rodziny z małymi dziećmi mogą mieć inny koszyk wydatków niż standardowy gusowski. W rezultacie pojawiają się w rządzie pomysły podniesienia tego świadczenia do 600 zł. Pomysł taki właśnie sformułował wiceminister rodziny, pracy i polityki społecznej Stanisław Szwed. Niewykluczone, że pomysł ten trafi do postulatów w nadchodzącej kampanii prezydenckiej.
Sprzedaż detaliczna przyspiesza
O ile dane na temat produkcji przemysłowej nie ucieszyły inwestorów, o tyle sprzedaż detaliczna wypadła bardzo solidnie. Rośnie ona o 7,5% wobec oczekiwanych 7,3%. Tak małe odchylenie nie spowodowało większego zawirowania na rynku. Jest to natomiast solidny poziom dla tego wskaźnika. Biorąc pod uwagę duże transfery środków w ramach kolejnych działań rządu nie powinno dziwić, że sprzedaż detaliczna ma się dobrze. Strach pomyśleć co się stanie, gdy strumień tych środków przyschnie.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl
Polscy przedsiębiorcy chcieliby zatrudniać więcej osób z pokolenia 50+ Nie trzeba im powtarzać co robić i swoje obowiązki traktują serio – mówią pracodawcy. Muszą się jednak nauczyć jak z nimi rozmawiać, jak ich rekrutować i dopasować pracę do ich potrzeb.
– Osoba 50+ jest zaangażowana, nie ma większych zobowiązań, bo nie musi pilnować dzieci, do pracy przychodzi regularnie, jest dyspozycyjna, ma życiowe i zawodowe doświadczenie. I traktuje swoje zajęcie poważnie – wylicza Aneta Janik-Barciś, wiceprezes Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia (SAZ). – Dlatego jest bardzo cennym pracownikiem. Ale żeby go zdobyć trzeba mu to okazać i stworzyć dla niego odpowiednie warunki zatrudnienia.
Coraz więcej przedsiębiorców rozumie potrzebę doszkalania się w zakresie zarządzania komunikacji międzypokoleniowej i czerpania korzyści z różnorodnych zespołów. W wielu miejscach w Polsce powstają programy edukacyjne, które uczą przedsiębiorców, zwłaszcza młodych jak efektywnie rozmawiać i rekrutować osoby dojrzałe. W trakcie takich szkoleń przedsiębiorcy dostają niezbędne narzędzia, dzięki którym udaje im się pozyskać i utrzymać taką osobę na stanowisku. Co ważne, przedsiębiorcy dowiadują się też, że osobie starszej trzeba dać czas na zaaklimatyzowanie się w nowych warunkach i we współpracy z kolegami młodszymi od nich o 25-30 lat.
– Chodzi przede wszystkim o zmianę mentalności – mówi Janik-Barciś. – Duża część projektu edukacyjnego, którego jestem współautorką, przygotowywanego dla pracodawcówna Uniwersytecie im. Jana Długosza w Częstochowie, obejmuje właśnie podejście psychologiczne i wiedzę na temat możliwości i potrzeb ludzi dojrzałych.
Praca na produkcji lepsza niż w kasie
Chociaż ofert na rynku pracy jest dużo, nie każde zajęcie cieszy się wzięciem wśród dojrzałych osób. Jak informują szefowie agencji zrzeszonych w SAZ, pokolenia 50+ nie interesuje towarowanie czy obsługa kas fiskalnych w marketach i sieciach handlowych. Ten rodzaj zajęć jest postrzegany przez nich jako zbyt ciężki. Odnajdują się za to na produkcji. Kobiety szukają zatrudnienia głównie w branży spożywczej związanej z gastronomią i jako opiekunki osób starszych. Mężczyźni chętnie biorą lekkie prace w branży budowlanej i automotive.
– Dla tych ludzi dobre są projekty tymczasowe, bo mogą dopasować harmonogram do swojej dyspozycyjności, która jest różna – mówi Michał Król, dyrektor regionalny agencji pracy JobmanGroup. – Często jest też tak, że ktoś chce sobie tylko dorobić i interesuje go tylko niepełny wymiar godzin.
Szuka wtedy ofert niewymagających dynamiki i w niepełnym wymiarze czasu, np. obsługi stoisk na halach marketowych lub wydawania asortymentu klientom.
Zmianę wymusza rynek i młodzież
O ile harmonogram pracy może być elastyczny, to jej rodzaj nie do końca może ulec przekształceniom.
– To pewien problem – przyznaje Michał Król. – Osoby 50+ są grupą, która może być aktywna zawodowo. Niestety, nie da się zmieniać czy dopasowywać charakterystyki danej pracy do wymagań każdego z osobna. Tym samym, choć jesteśmy otwarci na tę grupę, nie możemy zatrudnić tylu osób, ile byśmy chcieli.
Część przedsiębiorców, którzy opowiadają się za zatrudnianiem osób w wieku 50+ przyznaje, że wynika to także w dużej mierze z rozczarowania młodszym pokoleniem. Młodzi często mają wysokie wymagania i łatwo rezygnują z pracy. Zapewnienie ciągłości produkcji i usług to dla firm jedna z kluczowych kwestii, dlatego szukają pracowników właśnie wśród osób dojrzałych. Eksperci mówią wręcz o nieodzowności tego kierunku, ponieważ nasze społeczeństwo się starzeje, młodzi wyjeżdżają za granicę lub nie chcą wykonywać prostych zajęć.
– Sytuacja osób 50+ zmieniła się w ciągu kilku ostatnich lat. Wymusił to rynek pracy oraz rzeczywistość związana z zatrudnianiem młodych ludzi – mówi Martyna Kmiecik, kierownik agencji zatrudnienia Emat. – Kiedy rozmawiamy z pracodawcami, często mówią, że wolą zatrudniać osoby w średnim wieku, ponieważ są one zaangażowane w powierzone im obowiązki i lojalne wobec firmy. Nie generalizowałabym jednak, że tak jest wszędzie, to zależy od branży i specyfiki pracy.
Firma, która oferuje stanowiska w produkcji, budowlance czy branży automotive i ma doświadczenie z pokoleniem, które jest na rynku pracy od niedawna, chętniej zatrudnia osoby dojrzałe. Może nie zawsze mają tyle energii, co młodzi, ale za to nie trzeba im powtarzać co robić i swoje obowiązki traktują serio.
Prowadzenie biznesu za granicą może przyczynić się do powstania tzw. zagranicznego zakładu podatkowego opodatkowanego na zasadach właściwych dla tego państwa. Przed rozpoczęciem działalności w innym państwie przedsiębiorcy powinni dowiedzieć się, jakie formy prowadzenia działalności skutkują powstaniem zakładu podatkowego za granicą oraz w jaki sposób prawidłowo dokonywać rozliczeń podatkowych w Polsce i w państwie prowadzenia zakładu.
Opodatkowanie zagranicznych dochodów
Kwestie dotyczące opodatkowania zagranicznych dochodów przedsiębiorstw zostały uregulowane w Modelowej Konwencji OECD w sprawie unikania podwójnego opodatkowania (dalej: Konwencja OECD), stanowiącej wzór dla większości umów o unikaniu podwójnego opodatkowania oraz w dwustronnych umowach o unikaniu podwójnego opodatkowania, których stroną jest Polska (dalej: umowa UPO), z pewnymi odstępstwami określonymi w polskich ustawach PIT i CIT.
Zasada ogólna mówi, że przedsiębiorcy mający miejsce zamieszkania lub siedzibę w naszym kraju, podlegają w Polsce opodatkowaniu w odniesieniu do całości swoich dochodów, również od tych osiąganych z działalności prowadzonej za granicą. Reguła ta ma zastosowanie do przedsiębiorców opodatkowanych podatkiem od osób fizycznych oraz podatkiem od osób prawnych. Zgodnie z treścią Konwencji OECD oraz uregulowaniami umów UPO, których stroną jest Polska, zyski przedsiębiorstwa umawiającego się państwa podlegają opodatkowaniu tylko w tym państwie (państwie rezydencji), chyba że przedsiębiorstwo prowadzi w drugim umawiającym się państwie działalność gospodarczą poprzez położony tam zakład. W przypadku wykonywania działalności za granicą poprzez położony tam zakład zyski, jakie można przypisać takiemu zakładowi, mogą być również opodatkowane w państwie położenia tego zakładu. Opodatkowanie dochodów zagranicznego zakładu będzie możliwe tylko do takiej wysokości, w jakiej mogą być przypisane do tego zakładu.
W celu zapobieżenia podwójnemu opodatkowaniu jednocześnie w państwie rezydencji przedsiębiorcy i w państwie położenia zakładu zawierane przez Polskę umowy UPO przewidują podatkowe preferencje w tym zakresie. Dla przykładu w umowie UPO z Niemcami uwzględniono tzw. metodę wyłączenia polegającą na zwolnieniu zysków przedsiębiorstwa uzyskanych w tym państwie z opodatkowania podatkiem dochodowym w Polsce. Inną metodą uniknięcia zapłaty podwójnego podatku jest tzw. metoda zaliczenia (odliczenia proporcjonalnego), występująca np. w umowie UPO z Austrią lub Holandią, zgodnie z którą zyski zakładu położonego w tych krajach będą podlegały opodatkowaniu także w Polsce, ale podatnik zaliczy podatek zapłacony za granicą na poczet podatku należnego w kraju.
Przypisanie zysków do zagranicznego zakładu
Uregulowania umów UPO, których stroną jest Polska, wymagają od polskich podatników wykonujących działalność za granicą tzw. fikcyjnego wyodrębnienia w ramach jednego przedsiębiorstwa dwóch podmiotów – jednostki macierzystej położonej w Polsce oraz jednostki zagranicznej położonej w państwie zakładu. W ten sposób realizuje się nadrzędna zasada określona w umowach UPO o fikcyjnej samodzielności zakładu dla potrzeb rozliczeń podatkowych. Od tej pory – na gruncie podatkowym – zakład występuje w charakterze niezależnego przedsiębiorcy realizującego transakcje gospodarcze z jednostką macierzystą w Polsce.
W następstwie powyższego przedsiębiorca prowadzący zakład będzie zobowiązany przypisać zyski do zakładu w takiej wysokości, w jakiej powinny one odpowiadać zyskom, jakie zakład mógłby osiągnąć, gdyby:
spełniał przesłanki odrębnego i samodzielnego przedsiębiorstwa, całkowicie niezależnego od przedsiębiorstwa, którego jest zakładem;
wykonywał taką samą lub podobną działalność;
funkcjonował w takich samych lub podobnych warunkach prowadzenia przedsiębiorstwa (np. funkcje, aktywa, ponoszone ryzyka).
Definicja zakładu podatkowego
Jak już wspomniano, nie każda forma prowadzenia działalności gospodarczej za granicą wiąże się automatycznie z zaistnieniem przesłanek przesądzających o powstaniu zakładu podatkowego. Zgodnie z definicją określoną w Konwencji OECD oraz umowach UPO, których stroną jest Polska, zakład oznacza stałą placówkę, przez którą całkowicie lub częściowo prowadzona jest działalność gospodarcza przedsiębiorstwa. W szczególności pojęcie zakładu obejmuje miejsce zarządu, filię, biuro, fabrykę, warsztat i miejsce wydobywania zasobów naturalnych (np. kopalnię). Plac budowy, prace budowlane lub instalacyjne stanowią zakład podatkowy tylko wtedy, jeżeli trwają dłużej niż dwanaście miesięcy. Praktyka pokazuje jednak, że o stałej placówce możemy mówić również wtedy, gdy przedsiębiorca nie posiada tytułu prawnego do miejsca, w którym przebywają jego pracownicy, bądź do którego przemieszcza swoje towary (np. wynajmowane biuro, lokal itp.). Natomiast o „stałości” zagranicznej placówki można mówić wówczas, gdy działalność za jej pośrednictwem trwa dłużej niż sześć miesięcy, choć niektóre państwa mogą przyjmować inne okresy. Z chwilą upływu tego okresu konstytuuje się zakład zagraniczny w rozumieniu prawa podatkowego.
W myśl zapisów umów UPO nie każda forma działalności zagranicznej wpisuje się w definicję zakładu. Uregulowania umów UPO wyłączają z definicji zakładu czynności, które w głównej mierze odnoszą się do wykonywania działań o charakterze przygotowawczym lub pomocniczym w stosunku do swojej głównej działalności. Cech zakładu nie spełnia również użytkowanie placówek, które służą wyłącznie do składowania, wystawiania lub wydawania towarów należących do przedsiębiorstwa. Faktyczne cechy prowadzonej działalności za granicą trzeba jednak oceniać indywidualnie w odniesieniu do specyfiki branży, w której ta działalność jest prowadzona.
Konsekwencje podatkowe
Zagraniczna działalność gospodarcza wykonywana w sposób ciągły i zorganizowany poprzez stałą placówkę na terytorium innego państwa rodzi określone konsekwencje na gruncie prawa podatkowego kraju, w którym położony jest zakład. Podatnik taki będzie zobowiązany m.in. do rejestracji podatkowej (VAT i podatek dochodowy), prowadzenia odrębnych ksiąg rachunkowych, prawidłowej alokacji przychodów i kosztów do tego zakładu, obliczania zaliczek na podatek dochodowy i składania deklaracji podatkowych w terminach określonych w prawie podatkowym państwa położenia zakładu. Sprostanie tym obowiązkom powinno uchronić podatnika przed zakwestionowaniem jego rozliczeń podatkowych przez krajowe i zagraniczne organy podatkowe.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.
Do zatwierdzenia pakietu mobilności, czyli nowych zmian w prawie transportowym niekorzystnych dla polskich przedsiębiorców, pozostały dwa główne kroki. Czekamy jeszcze na pierwsze czytanie w Radzie UE i drugie czytanie w Parlamencie Europejskim. Eksperci OCRK i Inelo twierdzą jednak, że, jeśli nic niespodziewanego nie wydarzy się w Brukseli, to w pierwszej połowie 2020 roku prace nad unijnymi przepisami dla przewoźników będą zakończone. Jak przygotować się na wejście w życie kłopotliwej dyrektywy?
Długa droga do pakietu mobilności
Hasło „równa płaca za tę samą pracę” rozpoczęło dyskusję nad płacą minimalną i delegowaniem pracowników. Pierwsze kroki w kierunku nowego prawa zmieniającego reguły funkcjonowania międzynarodowego systemu transportu drogowego poczynili Niemcy, wprowadzając MiLoG. Od lipca 2016 roku obowiązuje też francuska ustawa Loi Macron. Natomiast w maju 2017 roku Komisja Europejska wystąpiła do Parlamentu z oficjalnym wnioskiem ustawodawczym nazwanym „pakiet mobilności 1”. Inicjatywa, mająca na celu zmianę i rozszerzenie przepisów UE tak, by znaleźć równowagę pomiędzy bezpieczeństwem, sprawiedliwością społeczną, zrównoważoną gospodarką
a opłacalnością i potrzebami rynków krajów Wspólnoty, od blisko trzech lat jest jednym z najbardziej dyskutowanych i kontrowersyjnych tematów w branży transportowej. Po licznych zmianach, poprawkach i aktualizacjach przepisów nadal skutki wprowadzenia pakietu mobilności nie zostały zbadane przez unijnego legislatora. To jednak nie przeszkodziło przedstawicielom tak zwanej starej Unii doprowadzić procedury do miejsca, z którego pozostały jedynie dwa najbardziej istotne głosowania do zakończenia całego procesu ustawodawczego.
Termin kolejnego głosowania w Radzie nie został jeszcze ustalony, ale można spodziewać się, że odbędzie się po około ośmiu tygodniach od ostatniego spotkania w Komisji TRAN. Tyle bowiem zajmuje prawno-językowe opracowanie postanowień zawartych w ramach ostatnich rozmów trójstronnych. Można się spodziewać, że cały proces zostanie zamknięty, czyli nastąpi publikacja przepisów w pierwszej połowie 2020 roku. Pomiędzy tymi głównymi głosowaniami mogą się wydarzyć jeszcze mniejsze spotkania oraz będą przekazywane informacje pomiędzy instytucjami. To jednak formalności i prawdopodobnie nie będą mieć wpływu na pakiet mobilności w obecnym kształcie – mówi Mateusz Włoch, ekspert Inelo.
Co to jest pakiet mobilności i od kiedy będzie stosowany?
Nowe prawo transportowe to, najprościej mówiąc, zmiany w trzech grupach przepisów:
Wymagania dotyczące maksymalnego dziennego i tygodniowego czasu prowadzenia pojazdu, minimalnych przerw oraz dziennych i tygodniowych okresów odpoczynków, a także przepisy dotyczące tachografów.
Delegowanie kierowców w sektorze transportu drogowego oraz kontrole drogowe.
Warunki wykonywania zawodu przewoźnika drogowego i dostęp do międzynarodowego rynku przewozów drogowych.
Najwcześniej znajdą wejdą w życie zmiany określające czas prowadzenia pojazdów, przerw
i okresów odpoczynków, bo możliwe, że już w drugiej połowie 2020 roku, czyli 20 dni po opublikowaniu rozporządzenia. Po 18 miesiącach zacznie obowiązywać nowa zasada, tj. kierowca będzie dokonywał wpisu kraju po przekroczeniu granicy, a także znajdą zastosowanie zapisy z grup zmian o delegowaniu i dostępie do rynku. Od końca 2024 roku kontrola drogowa będzie obejmować nie 28 jak obecnie, a 56 dni wstecz. Najdłuższy okres na przygotowanie się do nowości w funkcjonowaniu firmy transportowej będą mieli przewoźnicy z flotą pojazdów od 2,5 tony DMC w międzynarodowym transporcie rzeczy oraz kabotażu. Wymóg instalacji i użytkowania tachografów tak, jak w ciężarówkach, będzie obowiązywał od 1 lipca 2026 roku. Dla busiarzy będzie to prawdziwa rewolucja – komentuje Mateusz Włoch, Inelo.
W ciągu 20 dni po opublikowaniu przyjętego pakietu mobilności wejdą w życie m.in.:
Doprecyzowanie zakazu dotyczącego odbierania regularnych tygodniowych odpoczynków w kabinie. Każdy odpoczynek ponad 45 godzin będzie musiał być spędzany poza kabiną w miejscu posiadającym odpowiednie zaplecze sanitarne.
Zaostrzenie reguł dotyczących odbieraniu odpoczynków tygodniowych skróconych, czyli kierowca międzynarodowy będzie mógł zrobić dwa skrócone tygodniowe okresy odpoczynku pod rząd (2x24h) pod warunkiem, że w każdych czterech tygodniach będzie miał co najmniej dwa odpoczynki tygodniowe regularne i dwa skrócone. Po wykonaniu dwóch skróconych odpoczynków tygodniowych pod rząd kolejny będzie odpoczynek tygodniowy regularny wraz z rekompensatami. Taki długi odpoczynek będzie odbierany obowiązkowo
w bazie w kraju siedziby firmy lub miejscu zamieszkania kierowcy. Uwaga, w tym przypadku konieczne jest udokumentowanie powrotu.
Obowiązkowy powrót kierowcy do centrum operacyjnego firmy w kraju siedziby (baza) lub miejsca zamieszkania kierowcy maksymalnie co cztery tygodnie. Kierowca powinien wrócić przynajmniej na odpoczynek 45 godzinny.
Możliwość przerwania odpoczynków tygodniowych na promie – skróconych bez dodatkowych obostrzeń i regularnych – tylko gdy podróż jest zaplanowana na co najmniej osiem godzin, a kierowca ma do dyspozycji kabinę sypialną.
Możliwość przedłużenia jazdy dziennej oraz tygodniowej nawet o dwie godziny przy powrocie na bazę lub do domu na odpoczynek tygodniowy. Warunkiem jazdy dłuższej o dwie godziny jest zrobienie 30 minut przerwy przed dodatkowym czasem prowadzenia pojazdu oraz rekompensata tego czasu z innym dowolnym odpoczynkiem w ciągu trzech tygodni. Uwaga, przedłużenie możliwe wyłącznie ze względu na wyjątkowe sytuacje (np. zator, objazd, inne nieprzewidziane okoliczności).
Przepisy, jakie będą miały zastosowanie 18 miesięcy po opublikowaniu dyrektywy, to m.in.:
Powrót każdego pojazdu do centrum operacyjnego firmy w kraju siedziby raz na co najmniej osiem tygodni.
Ograniczenie dostępu do rynku w zakresie kabotażu. Dotychczasowe zasady dla transportu międzynarodowego to możliwość wykonania trzech operacji w ciągu siedmiu dni. UE w pakiecie mobilności dodała czterodniowy okres przerwy pomiędzy kabotażami tym samym pojazdem
w tym samym kraju.
Nowy obowiązek kierowcy – wpis kraju po przekroczeniu granicy dokonywany
w pierwszym możliwym bezpiecznym miejscu.
Możliwość utraty dobrej reputacji za naruszenia dotyczące kabotażu oraz delegowania pracowników.
Dodanie tzw. ratingu przedsiębiorstwa, określającego np. współczynnik występowania naruszeń do rejestru ERRU i KREPTD.
Wyłączenie z delegowania operacji tranzytowych, przewozów bilateralnych (z/do PL) oraz maksymalnie dwóch załadunków lub rozładunków towarzyszących przewozom bilateralnym (ten ostatni pod pewnymi warunkami np. inteligentny tachograf 2-gen, w drodze z polski dozwolona max. 1 dodatkowa operacja).
Objęcie delegowaniem przewozów cross-trade oraz wszelkich operacji kabotażowych.
Korzystanie z pełnych układów zbiorowych przy rozliczaniu płac minimalnych oraz brak możliwości zaliczania diet i ryczałtów.
Dodatkowe ważne ustalenia to:
56 dni wstecz, czyli nowy okres kontroli drogowej, który będzie obowiązywał od końca 2024.
Montaż nowych inteligentnych tachografów drugiej generacji w nowych pojazdach w dwa lata po wejściu w życie przepisów technicznych.
Obowiązkowa wymiana tachografów w transporcie międzynarodowym na kolejną generację
– analogowe i cyfrowe do trzech lat od wejścia w życie przepisów technicznych
– inteligentne pierwszej generacji do czterech lat od wejścia w życie przepisów technicznych.
Wymóg stosowania się właścicieli firm przewozowych z tzw. flotą lekką do norm czasu jazdy
i odpoczynków takich jak obecnie obowiązują kierowców ciężarówek (rozporządzenie 561),
a także obowiązek instalacji i użytkowania tachografu będzie miał zastosowanie od lipca 2026 roku.
W ciągu 21 miesięcy od daty publikacji pakietu mobilności przewoźnicy, dysponujący busami, będą mieć obowiązek spełniania wszystkich wymogów dotyczących wykonywania zawodu przewoźnika drogowego, w tym m.in. posiadać licencję oraz zabezpieczenie finansowe na każdy pojazd.
Pakiet mobilności – jaki będzie transport drogowy?
Niepewny, ponieważ wszystko, co w gospodarce nie do końca poznane, po prostu budzi niepokój. Jednak transport również w kolejnych latach będzie notował wzrost zapotrzebowania i napędzał koniunkturę w Polsce. Z czego to wynika? Według szacunków w Europie ponad 50 proc. przewozu towarów odbywa się poprzez transport drogowy, co generuje około 500 miliardów euro zysku rocznie, a w samym TSL zatrudnionych jest około pięć milionów osób. Mimo dodatkowych utrudnień, jakie serwuje nam Unia, nie wypadniemy z rynku tak szybko, choć zagrożenie utraty płynności finansowej,
w szczególności przez małe firmy, jest rzeczywiście realne – mówi Łukasz Włoch z OCRK. – Rodzimym przedsiębiorcom najbardziej będą doskwierać wzrost kosztów pracowniczych, nawet
o 30-40 proc., oraz znaczące ograniczenia dostępu do rynku, w tym głównie obostrzenia w zakresie kabotaży oraz konieczność powrotu do kraju po ośmiu tygodniach w trasie. Właściciele firm powinni rozważyć w przyszłości między innymi negocjowanie stawek za frachty objęte pakietem mobilności,
a także planowanie tras i operacji załadunek-rozładunek z większym wyprzedzeniem, jeśli to oczywiście możliwe. Ponadto współpraca z doświadczonym partnerem, znającym się na prawie międzynarodowym, oraz nowoczesne narzędzia telematyczne w dłuższej perspektywie okażą się pomocne i mogą stanowić o dodatkowej przewadze konkurencyjnej – dodaje ekspert.
Istotne jest teraz także silne lobby, by rozpocząć zmiany legislacyjne w Polsce w celu zminimalizowania skutków pakietu mobilności. Chodzi tutaj głównie o dostosowanie zasad rozliczania kierowców do zapisów znowelizowanej dyrektywy o delegowaniu, czyli zmiany regulacji w ustawie o czasie pracy kierowców. Dzięki temu koszty pracowniczy zwiększą się, ale na przykład o 15 proc. – podsumowuje Łukasz Włoch, OCRK.
Ceny noclegów w popularnych kurortach w okresie ferii zimowych przewyższają ubiegłoroczne stawki. Najdrożej zapłacimy w Kościelisku, Szklarskiej Porębie i Białce Tatrzańskiej, średnio ponad 100 zł za osobę. Nieco taniej wyjdzie nas pobyt w mniej znanych górskich miejscowościach – około 60 zł za osobę. W ten weekend wypoczynek kończą uczniowie z pierwszych pięciu województw, ale do wyjazdów szykują się kolejni. Ci, którzy nie mają jeszcze wykupionych noclegów, powinni się spieszyć, bo im bliżej terminu, tym wyższe ceny.
Z raportu portalu Noclegi.pl wynika, że na ferie zimowe najchętniej wybieramy się do Zakopanego – 46 proc. rezerwacji dotyczy właśnie zimowej stolicy Polski. Jednak ceny za nocleg nie są tam najwyższe. Więcej zapłacimy na przykład w Białce Tatrzańskiej, która oferuje turystom atrakcję w postaci źródeł termalnych.
– Ceny noclegów najwyższe są obecnie w Kościelisku, Szklarskiej Porębie i Białce Tatrzańskiej. Tam za osobę zapłacimy od 100 do 130 zł. W popularnych miejscowościach, takich jak Zakopane, Wisła czy Karpacz, ceny są bardziej przystępne – od 70 do 95 zł za noc. Jeżeli chcemy zminimalizować wydatki, polecam poszukać mniej obleganych miejsc, takich jak Poronin czy Biały Dunajec. Tam za nocleg zapłacimy od 45 do 60 zł za osobę – mówi agencji Newseria Biznes Agnieszka Rzeszutek, specjalistka ds. marketingu platformy rezerwacyjnej Noclegi.pl.
Wyjazdy zagraniczne także cieszą się sporą popularnością w tym okresie. Ceny za nocleg na Węgrzech czy w Austrii są porównywalne do tych, z którymi spotkamy się w Polsce.
Polacy coraz częściej planują ferie zimowe z wyprzedzeniem. W porównaniu z poprzednim rokiem liczba wczesnych rezerwacji wzrosła o jedną trzecią. To najlepszy wybór ze względu na koszty. Eksperci ostrzegają, że w przypadku cen noclegów nie należy liczyć na oferty typu last minute, dobrze jest zdecydować się jak najszybciej.
– Ceny wyjazdu na ferie zimowe rosną nie tylko z roku na rok, lecz także z miesiąca na miesiąc, średnio o 19 proc. Im bliżej wyjazdu, tym cena jest wyższa. Obiekty noclegowe podnoszą standard oraz jakość usług. Turystyka krajowa rozwija się, a Polacy zarabiają coraz więcej, dlatego obserwujemy podwyżki cen. Jeżeli ktoś zarezerwował nocleg w Zakopanem w listopadzie, mógł cieszyć się ceną o 25 proc. niższą niż obecnie – tłumaczy Agnieszka Rzeszutek.
W tym roku ferie w województwie mazowieckim rozpoczną się jako ostatnie (potrwają od 10 do 23 lutego). Eksperci tłumaczą, że to w tym okresie ceny będą najwyższe, bo właściciele obiektów podwyższają wtedy ceny. Warszawiacy mogą zatem wydać na wypoczynek więcej niż reszta Polski.
– Właściciele obiektów noclegowych często czekają na ferie województwa mazowieckiego i podnoszą ceny, licząc na większy zarobek. Cena może być wyższa nawet od 20 do 50 zł dla jednej osoby za noc – mówi Rzeszutek.
Nocleg najczęściej rezerwujemy na minimum pięć dni. Zdarzają się jednak wyjazdy dłuższe, 10-dniowe, a także krótsze, weekendowe. Turyści, którzy rezerwują noclegi w górach, najczęściej decydują się na pobyt w drewnianych obiektach, które odzwierciedlają klimat danego regionu. Z kolei osobom spędzającym ferie w miastach najbardziej zależy na samodzielności – aż jedna czwarta rezerwujących wybrała osobne mieszkanie.
– Jeżeli jedziemy do większych miejscowości, takich jak Warszawa czy Kraków, zazwyczaj wybieramy apartament. 25 proc. turystów, którzy dokonali już rezerwacji na portalu Noclegi.pl, wybrało mieszkanie. 15 proc. gości zdecydowało się na pensjonat, w którym można się spodziewać dobrego standardu i śniadania w cenie. Jedynie 14 proc. zdecydowało się na pokój gościnny w kwaterze prywatnej – wyjaśnia Rzeszutek.
Na wypoczynek w okresie ferii najczęściej wyjeżdżają rodziny z dziećmi, co też wpływa na ich oczekiwania co do wyposażenia i lokalizacji obiektu.
– Osoby szukające noclegu najczęściej pytają o odległość obiektu od wyciągu narciarskiego lub centrum miasta. Ważne są udogodnienia dla dzieci – łóżeczko, krzesełko do karmienia. Rodzice pytają również, czy na miejscu będzie obecna wykwalifikowana opiekunka. Niektóre obiekty mają w ofercie możliwość wynajęcia opiekunki, jednak jest to dodatkowy koszt w wysokości 100 zł za godzinę. Poza tym goście lubią atrakcje w postaci jacuzzi, sauny i masaży – zwraca uwagę ekspertka.
– Polska neonatologia jest już na światowym poziomie – mówi wiceminister zdrowia Maciej Miłkowski. Nie brakuje jednak problemów, których rozwiązanie jest konieczne dla prawidłowej opieki nad noworodkami. W lipcu 2020 roku kobiety w ciąży będą miały dostęp do bezpłatnych leków. Jeszcze w tym roku mają też ruszyć prace nad poprawieniem koordynowanej opieki nad wcześniakami. Konieczne jest też zwiększenie liczby neonatologów i zadbanie o ich odpowiednie wynagrodzenie.
– Opieka neonatologiczna w Polsce jest na najwyższym światowym poziomie i jest dobrze finansowana. Ale problemów jest oczywiście dużo, głównie dotyczą one rozproszenia udzielanych świadczeń i ich jakości pod kątem personelu. Mało jest wykwalifikowanego personelu w poszczególnych ośrodkach trzeciego poziomu referencyjnego, czyli najwyższego – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Maciej Miłkowski, podsekretarz stanu w Ministerstwie Zdrowia.
Jak wynika z danych Naczelnej Izby Lekarskiej, w zawodzie neonatologa pracuje ok. 1,5 tys. osób. Brak kadr wynika także z wysokości zarobków – często wynagrodzenie w szpitalach o I stopniu referencji jest wyższe niż w szpitalach wielospecjalistycznych o III stopniu referencji, gdzie trafiają kobiety w wysoko zagrożonej ciąży.
– Jest oczekiwanie, żeby dyrektorzy zwracali uwagę na wynagrodzenia personelu pielęgniarskiego i lekarskiego. Trudno jest zadekretować wysokość wynagrodzenia dla neonatologów, ale dyrektorzy powinni zadbać o tę kwestię – wskazuje Maciej Miłkowski.
Ministerstwo planuje też ułatwienia dla kobiet w ciąży oraz realizację programów, które mają poprawić opiekę nad noworodkiem. W lipcu 2020 roku przyszłe mamy będą mieć gwarantowany bezpłatny dostęp do najczęściej stosowanych przez nie leków. Takie zmiany wprowadza przyjęta przez rząd w połowie grudnia nowelizacja ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych.
– Mamy już plany, jakie leki powinny być bezpłatne – zapowiada wiceminister zdrowia.
Dokładny wykaz tych leków znajdzie się w obwieszczeniu refundacyjnym ministra zdrowia. Resort szacuje, że z darmowych leków skorzysta rocznie ok. 400 tys. kobiet. W pierwszym roku obowiązywania ustawy będzie to kosztowało ok. 14,5 mln zł.
Ministerstwo chce też pracować nad poprawieniem koordynowanej opieki nad wcześniakami. W Polsce co roku przed terminem rodzi się ok. 25 tys. dzieci. Prawidłowa opieka medyczna tuż po porodzie jest kluczowa dla ich rozwoju.
– Chcemy, żeby opieka w tym pierwszym okresie była tak skoordynowana, żeby rodzic mógł podczas jednego wyjazdu umówić się na konsultacje ze wszystkimi lekarzami. Dziecko wcześniacze potrzebuje opieki wielu specjalistów. Ważne, żeby rodzic nie jeździł z tym dzieckiem po różnych szpitalach, tylko w ciągu jednego dnia w jednym miejscu miał wykonany pełny zakres badań – zapowiada Miłkowski.
Jak przekonuje wiceminister, do wprowadzenia takiego modelu potrzeba przede wszystkim zmian organizacyjnych.
– W pediatrii przez ostatnie dwa lata Narodowy Fundusz Zdrowia bardzo dużo zmienił i przemodelował cały system Jednorodnych Grup Pacjentów. Teraz już nie ma konieczności hospitalizowania przez trzy dni, tylko maksymalizujemy tę efektywność na oddziale i pacjent jest na nim tak długo, ile potrzebuje – mówi Maciej Miłkowski.
Niezależnie od tego, ile dni dziecko spędzi w placówce, NFZ pokrywa 100 proc. kosztów leczenia. Wcześniej, przy dwudniowym pobycie Fundusz zwracał 65 proc. kosztów.
Wszystkie auta z napędem alternatywnym, mimo dynamicznych wzrostów sprzedaży, wciąż stanowią raptem kilka procent zarówno polskiego, jak i europejskiego rynku. Klienci nie mają wystarczającej wiedzy na ich temat, więc boją się je kupować. Zwłaszcza że zakup elektryka wiąże się też z większym wydatkiem i problemami z jego ładowaniem. Dlatego też część nabywców wraca do silników benzynowych, co znów prowadzi do większych emisji CO2. – Rynek wymaga edukacji i rozwiązań, które pozwolą na korzystanie z samochodów elektrycznych w modelu abonamentowym i szybkie ładowanie – podkreślają eksperci Bowkett Auto Consulting.
– Sytuacja na europejskim rynku motoryzacyjnym w tym roku niewiele będzie różnić się od poprzednich: auta całkowicie elektryczne typu BEV będą zyskiwać na popularności. Obecnie ich udział w rynku wynosi 1–2 proc., ale szacuje się, że w przyszłym roku ten odsetek wzrośnie już do 3,5 proc. Hybrydy będą również umacniały swoją pozycję na rynku, choć wygląda na to, że hybrydy typu plug-in czasy świetności mają już za sobą – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Dean Bowkett, międzynarodowy ekspert flotowy, dyrektor zarządzający Bowkett Auto Consulting.
Jak wynika z listopadowych danych Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Pojazdów ACEA (raport „Vehicles in use – Europe 2019”), mimo wzrostu rejestracji w ostatnich latach wszystkie pojazdy z napędem alternatywnym wciąż stanowią zaledwie 3,8 proc. floty samochodowej w Unii Europejskiej. 0,7 proc. ogółu stanowią hybrydy, a 0,2 proc. – pojazdy całkowicie elektryczne. Hybrydy typu plug-in stanowią raptem 0,1 proc.
ACEA podaje też, że w III kwartale ubiegłego roku liczba rejestracji samochodów z napędem alternatywnym w UE wzrosła o 46 proc. Głównym motorem tego wzrostu był segment pojazdów w pełni elektrycznych typu BEV (+126,3 proc.), podczas gdy popyt na hybrydy typu plug-in (PHEV) spadł o 7,6 proc.
W Polsce – jak wynika z „Licznika elektromobilności” PSPA i PZPM – w okresie od stycznia do listopada ub.r. liczba rejestracji elektrycznych samochodów osobowych oraz hybryd typu plug-in osiągnęła 3591 sztuk, rosnąc o 98 proc. rok do roku. Z kolei na koniec grudnia po polskich drogach jeździło już w sumie 8637 samochodów osobowych z napędem elektrycznym. Z tego 59 proc. stanowiły pojazdy w pełni elektryczne (BEV – 5091 sztuk), a pozostałą część – hybrydy typu plug-in (PHEV – 3546 sztuk) ładowane z gniazdka, które na polskim rynku wciąż utrzymują stosunkowo dużą popularność.
– Do największych barier dla tego rynku wciąż należą kwestie związane z infrastrukturą. Światowym liderem w budowie ultraszybkich stacji ładowania są Chiny, z kolei w Europie powstają przeważnie wolne lub umiarkowanie szybkie stacje ładowania. Polski rząd wprowadził przepisy, które mają skłaniać samorządy do inwestycji w elektryki, mimo braku wystarczającej liczby punktów ładowania dla takich aut. Z podobną sytuacją mamy do czynienia na innych dużych rynkach. Nie przekonamy nikogo, żeby przesiadł się do elektryka, jeśli ładowanie na stacji będzie trwało 2–3 godziny. To powinna być kwestia maksymalnie 25–30 minut. Gdy to stanie się faktem, z pewnością zaobserwujemy wzrost zainteresowania tymi pojazdami – mówi Dean Bowkett.
Jak podkreśla, wymogiem minimalnym jest 1 punkt ładowania na każde 10 pojazdów elektrycznych i więcej niż jedna stacja szybkiego ładowania w każdym mieście, niezależnie od jego wielkości. Jednak nawet ten poziom nie zapewnia kierowcom wygody.
– Posiadanie elektrycznego samochodu mija się z celem, jeśli jedyna stacja ładowania w mieście, w którym planowaliśmy podładować auto podczas podróży, jest akurat zajęta albo zepsuta – mówi Dean Bowkett.
PZPM zauważa, że w Polsce rozwój ogólnodostępnej infrastruktury do ładowania elektrycznych aut powoli przyspiesza. Na koniec ubiegłego roku sieć ładowarek przekroczyła liczbę 1 tys. sztuk, co oznacza 200-proc. wzrost rok do roku. Blisko 1/3 stanowiły szybkie stacje ładowania prądem stałym, a 72 proc. – wolne ładowarki prądu przemiennego, o mocy mniejszej lub równej 22 kW.
Eksperci zwracają uwagę, że uruchomienie dopłat do zakupu elektryków z Funduszu Niskoemisyjnego Transportu sprawi, że ich liczba na polskich drogach zdecydowanie wzrośnie. Dlatego też niezbędne jest przyspieszenie rozbudowy sieci ładowarek poprzez dalsze inwestycje w infrastrukturę i zmiany legislacyjne. W przeciwnym razie brak punktów ładowania będzie czynnikiem hamulcowym dla rozwoju elektromobilności.
– Rządy muszą kłaść większy nacisk na zachęty do budowy infrastruktury szybkiego ładowania aut elektrycznych. Potrzebne są też działania w kierunku standaryzacji. W większości krajów europejskich korzystanie ze stacji ładowania odbywa się w modelu abonamentowym. To oznacza, że doładowanie elektryka nie jest tak proste jak nalanie paliwa do auta z silnikiem benzynowym lub dieslem, trzeba mieć wykupiony abonament u danego dostawcy usługi. W krajach wielkości Polski, Niemiec czy Francji może to oznaczać konieczność wykupienia abonamentu u czterech–pięciu dostawców, aby móc dotrzeć z jednego krańca kraju na drugi. Taki model nie sprawdzi się w dłuższej perspektywie. Trzeba więc opracować rozwiązanie, które umożliwi korzystanie na dowolnej stacji i płacenie za usługę kartą debetową lub kredytową – mówi Dean Bowkett.
Statystyki pokazują, że Polskę wciąż dzieli duży dystans m.in. do Niemiec, gdzie na koniec ubiegłego roku liczba publicznych punktów ładowania przekroczyła już 20 tys. Z kolei w samym Londynie zainstalowano do tej pory ponad 1,5 tys. ładowarek, więcej niż w całej Polsce.
Ekspert podkreśla, że obok rozwoju infrastruktury rynek potrzebuje też edukacji i zwiększania społecznej świadomości dotyczącej korzyści i zalet samochodów elektrycznych.
– Producenci aut też mają tu swoją rolę do odegrania. Ludzie często obawiają się, że auto elektryczne nie spełni ich potrzeb, a będą z nim związani na kolejnych kilka lat. Odpowiedzią na te obawy może być abonamentowy model użytkowania. Użytkownik wykupuje abonament na miesiąc i nie musi się o nic więcej martwić. Jeśli elektryk okaże się dobrym rozwiązaniem, może wykupić abonament na kolejne miesiące. Jeśli potrzebny będzie większy samochód na urlop, na miesiąc wykupi abonament na większe auto, a potem zamieni je z powrotem na mniejszy model. Ta potrzeba elastyczności i mobilności sprawia, że przed całą branżą motoryzacyjną stoi wyzwanie, które wymaga opracowania nowatorskich rozwiązań – mówi dyrektor zarządzający Bowkett Auto Consulting.
Nowelizacja ustawy o ofercie publicznej to rewolucja, która ustanawia kilka nowych obowiązków dla blisko pół tysiąca spółek publicznych notowanych na głównym parkiecie GPW. Część z nich emitenci już mają obowiązek stosować, ale najistotniejsze – czyli dotyczące wynagrodzeń wszystkich członków ich zarządów i rad nadzorczych – muszą zostać poddane głosowaniu przez ich akcjonariuszy do 30 czerwca br. Do tego czasu spółki muszą opracować sformalizowane polityki wynagrodzeń, które następnie będą zatwierdzać ich akcjonariusze w bezpośrednich głosowaniach na walnych zgromadzeniach. Drugi ważny obowiązek to konieczność wdrożenia z końcem listopada ub.r. specjalnych procedur dla pracowników zgłaszających nieprawidłowości, zapewniających im anonimowość. Obie te zmiany mają zapobiec nadużyciom oraz zapewnić większą przejrzystość.
– Mamy od pewnego czasu falę regulacji, którymi obejmowane są spółki publiczne notowane na Giełdzie Papierów Wartościowych. Te obowiązki wynikają w znacznej mierze z rosnącej liczby regulacji unijnych, czyli efektu realizacji polityki wprowadzania tych samych zasad funkcjonowania rynków kapitałowych wśród państw członkowskich UE tak, abyśmy w pełni mogli korzystać z walorów wspólnego europejskiego rynku. Wśród nowych tego typu europejskich regulacji bardzo ważna jest druga dyrektywa o prawach akcjonariuszy z 2017 roku, która do polskiego porządku prawnego została wdrożona 30 listopada ub.r. – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Bieżuński, prezes firmy konsultingowej Nobili Partners.
Dyrektywę tę (SRD II) implementuje do polskiego prawodawstwa nowelizacja m.in. ustawy o ofercie publicznej i Kodeksu spółek handlowych. Zgodnie z nowymi przepisami spółki publiczne, których akcje są notowane na rynku regulowanym, są zobligowane do opracowania formalnej polityki wynagrodzeń, obejmującej wszystkich członków zarządów i rad nadzorczych. Zgodnie z zasadą „say on pay” o kształcie i szczegółach ich wynagrodzeń – m.in. okresie obowiązywania umów czy warunkach rozwiązania – będą decydować bezpośrednio akcjonariusze. Będą to robić, podejmując uchwałę zatwierdzającą opracowaną przez zarząd tzw. politykę wynagrodzeń. Ma być ona podejmowana ponownie w przypadku każdej istotnej zmiany w tym obszarze, ale nie rzadziej niż co cztery lata.
Ten nowy obowiązek nie dotyczy spółek z rynku NewConnect, choć nie ma przeciwwskazań, aby one również wdrożyły polityki wynagrodzeń, zwłaszcza te z nich, które planują debiut na rynku głównym GPW. Zasada „say on pay” została wcześniej wprowadzona w wielu państwach, m.in. Australii, Szwajcarii czy Stanach Zjednoczonych.
– Wydaje się, że najwięcej wyzwań jest związanych z wdrożeniem polityk wynagrodzeń. Ich treść, a zwłaszcza coroczne sprawozdania na temat ich wykonywania, mają pokazywać wszelkiego rodzaju aspekty dotyczące wypłacania pensji, bonusów czy innego typu dodatków członkom władz spółek – zarówno zarządów, jak i rad nadzorczych. Bardzo ważne jest też to, że ustawodawca zdecydowanie narzucił obowiązek ujawniania każdej formy wynagradzania. A będące na etapie projektu kolejne normy unijne, tzw. wytyczne Komisji Europejskiej, mówią o bardzo szczegółowym, wręcz drobiazgowym poziomie sprawozdawczości spółek na ten temat – mówi Piotr Bieżuński.
Co istotne, uchwalona przez akcjonariuszy polityka wynagrodzeń musi wskazywać, w jaki sposób przyczynia się do realizacji strategii biznesowej, długoterminowych interesów i stabilności spółki. Dla firm oznacza to konieczność pilnej rewizji aktualności i zakresu ujawnianych informacji na temat ich strategii rozwoju.
Nowe wymogi mają przede wszystkim zapewnić większą transparentność i bardziej efektywną kontrolę akcjonariuszy nad członkami władz spółek publicznych. W intencji ich twórców ma to zapobiegać m.in. sytuacjom znanym zwłaszcza z kryzysu finansowego 2007–2009, w których ci przyznawali sobie nadmierne wynagrodzenia, przedkładając własny interes nad interes spółki i jej interesariuszy.
– Kluczowym elementem dla bezpiecznego wdrożenia nowych obowiązków wydaje się właściwa komunikacja z firmowymi interesariuszami. Mówimy o kwestii, która dotyka bardzo wrażliwego obszaru wynagrodzeń. Nie bez kozery na rynku mówi się, że najczęściej czytanym fragmentem prospektów emisyjnych spółek przeprowadzających IPO jest punkt o wysokości wynagrodzeń członków władz. Dlatego warto rozmawiać z akcjonariuszami, zarządzającymi, analitykami, inwestorami indywidualnymi i innymi interesariuszami spółki, z wyprzedzeniem wytłumaczyć im intencje projektu polityki wynagrodzeń i na pewno nie zaskakiwać ich projektem uchwały forsowanej na walnym zgromadzeniu – mówi Piotr Bieżuński.
Dla spółek publicznych wdrożenie sformalizowanej polityki wynagrodzeń dla członków zarządu, rady nadzorczej i najważniejszych menadżerów nie jest nowością – rekomendacja jej stworzenia wynika z zasad ładu korporacyjnego ogłoszonych dla warszawskiego parkietu giełdowego, czyli obecnie „Dobrych praktyk spółek notowanych na GPW 2016”. Jest on jednak zbiorem reguł postępowania i w przeciwieństwie do ustawy o ofercie publicznej nie jest źródłem obowiązków.
– W przypadku niewdrożenia przez spółkę nowych obowiązków ustawodawca przewidział sankcje finansowe. To ważne, gdyż wydaje się, że w ostatnim czasie polityka nadzorcy nad rynkiem kapitałowym uległa pewnemu zaostrzeniu – mówi Piotr Bieżuński.
Jak podkreśla ekspert, zmiany w przepisach – obok opracowania nowej polityki wynagrodzeń – będą wymagać także przeglądu umów i kontraktów menedżerskich z członkami zarządu i rady oraz regulaminów, statutów czy upublicznienia strategii rozwoju spółek. Pozostało na to niewiele czasu, bo nowe rozwiązania muszą zostać wdrożone przed 30 czerwca 2020 roku.
– Pierwsze realizacje pokazują, że projekty te wymagają wiele pracy. Pułapką może być więc kwestia niewielkiej ilości czasu. Wiele spółek sygnalizuje już, że np. trzeba zmienić statut, regulacje wewnętrzne, przygotować właściwą komunikację do rady nadzorczej i akcjonariuszy i oczywiście zwołać walne zgromadzenie. Jeżeli akcjonariusze nie zgodzą się na pierwszy projekt, trzeba będzie podejmować kolejne próby przegłosowania uchwał. To wszystko zajmie co najmniej od trzech do sześciu miesięcy, dlatego wszystkie spółki, które dotąd nie rozpoczęły prac, powinny je niezwłocznie rozpocząć – podkreśla prezes Nobili Partners.
Nowelizacja wprowadziła również nowe obowiązki dla spółek giełdowych w zakresie transakcji z podmiotami powiązanymi. Pojawi się obowiązek zamieszczania na stronach internetowych informacji o transakcjach z podmiotami powiązanymi, których wartość przekracza 5 proc. aktywów firmy. Co więcej, uprzednio musi wyrazić na nie zgodę rada nadzorcza.
– Jeszcze jednym obowiązkiem, który dotyczy spółek publicznych i wszedł w życie 30 listopada, jest konieczność stworzenia procedur dla tzw. sygnalistów. Dotyczy on zarówno spółek z GPW, jak i rynku NewConnect – dodaje Piotr Bieżuński.
W praktyce oznacza to, że firmy muszą wdrożyć dla pracowników specjalną procedurę służącą zgłaszaniu nieprawidłowości (tzw. whistleblowing), która będzie gwarantować im anonimowość i tym samym ochronę przed ewentualnymi represjami.
– Najważniejsze jest sięgnięcie do sprawdzonych rozwiązań, skorzystanie z technologii, ale też dopasowanie procedur wewnętrznych do charakteru i DNA każdej firmy. W każdej spółce warto pochylić się nad tym w sposób indywidualny, nie stosować gotowych wzorców, bo dotykamy tutaj bardzo wrażliwej kwestii, czyli zawiadamiania o nieprawidłowościach – mówi Piotr Bieżuński.
Jak podkreśla, implementacja do polskiego prawa dyrektywy SRD II i zmian, które się z nią wiążą, wymusi na spółkach dużo większe skupienie na obszarze compliance i będzie oznaczać dużo pracy dla działów odpowiedzialnych za ten obszar oraz inne, takie jak dział prawny, biuro zarządu, HR i relacje inwestorskie.
– Nowe zadania stoją w tej chwili przed blisko 500 spółkami stanowiącymi elitę polskiej gospodarki. Przy tej liczbie nowych regulacji należałoby zastanowić się nad wyspecjalizowanymi strukturami, które wspierają i chronią zarząd. W spółkach coraz częściej zatrudniani są wyspecjalizowani eksperci wewnętrzni i zewnętrzni z obszaru compliance, czyli zajmujący się zgodnością z przepisami i normami. Owa zgodność jest hasłem-kluczem, które w ciągu najbliższych dwóch–trzech lat z pewnością będzie najlepszą odpowiedzią, jak dobrze i bezpiecznie dla spółki zarządzić falą regulacji, wypełnić nowe obowiązki i uniknąć strat finansowych czy reputacyjnych – mówi Piotr Bieżuński.
Prezes firmy konsultingowej Nobili Partners ocenia też, że – mimo wielu zmian i ograniczonego czasu na ich wdrożenie – duża część spółek giełdowych w Polsce jest jednak do nich dobrze przygotowana.
– Można spółkom publicznym bić brawo. To są zazwyczaj dobrze zorganizowane firmy, które są organizacyjnie nieźle przygotowane do wdrażania wszelkiego rodzaju procedur. Jestem przekonany, że spółki w większości sobie poradzą. Jednak pewnym wyzwaniem jest fakt, że są to całkowicie nowe regulacje i na rynku brakuje doświadczonych ekspertów. Tutaj więc na pewno bardzo ważne będą: polityka nadzorcy, mądre, edukacyjne wsparcie dla rynku i rozsądne podejście do pierwszych błędów – podsumowuje Piotr Bieżuński.
Jedynie co trzeci internauta interesuje się stanem środowiska i zagrożeniami związanymi ze zmianami klimatu. Blisko połowa neguje globalne zmiany klimatyczne, a aż 80 proc. nie zna pojęcia śladu węglowego. To wnioski z badania „Green Generation” przeprowadzonego przez Mobile Institute wśród polskich internautów. – Niezbędna jest edukacja i zmiana przyzwyczajeń, która przyniesie pozytywne skutki w przyszłości – apelują twórcy badania.
Z raportu prezentującego wyniki badania ,,Green Generation. Wspólnie na rzecz Ziemi” wynika, że Polacy raczej nie śledzą informacji o stanie środowiska. Tym tematem interesuje się jedynie 32 proc. badanych. Co zaskakujące, szczególnie niskie zainteresowanie widać wśród nastolatków (24 proc.) oraz w grupie wiekowej 19–24 lata (14 proc.). Informacje dotyczące środowiska naturalnego śledzą częściej kobiety (43 proc.) niż mężczyźni (23 proc.).
– To duży problem – mówi agencji Newseria Biznes Katarzyna Czuchaj-Łagód, właścicielka firmy Mobile Institute, która przeprowadziła badanie. – Zaskoczył szczególnie wynik dotyczący młodych ludzi. Okazuje się, że młode pokolenie to nie jest „green generation”, bo znacznie mniej interesuje się tematami ekologii niż osoby w wieku 25–34 lat. Młodzi nie są pokoleniem, które może uratować świat. Wydaje się, że przynajmniej w Polsce muszą to zrobić starsi.
Aż 80 proc. internautów nie zna pojęcia śladu węglowego, a tylko 16 proc. skorzystało z możliwości obliczenia emitowanego przez siebie CO2. Brak wiedzy w tym zakresie ma swoje konsekwencje – respondenci najczęściej deklarowali, że nie są skłonni ograniczyć np. podróży samolotem w obliczu dużej emisji dwutlenku węgla (48 proc.).
Jak przyznaje ekspertka, powód, dla którego Polacy w tak niewielkim stopniu interesują się ekologią i środowiskiem naturalnym, pozostaje zagadką. Zaskakująca jest również nieufność ankietowanych wobec informacji o niekorzystnym stanie środowiska.
– Było dla mnie oczywiste, że na pytanie: czy wierzysz, że klimat się ociepla, większość odpowie: „jasne”, a tymczasem tylko 47 proc. ankietowanych powiedziało, że zgadza się z tą opinią. Gdzieś jest problem: albo w edukacji, albo w komunikacji – zauważa Katarzyna Czuchaj-Łagód.
Jej zdaniem to przede wszystkim organizacje i państwo powinny działać na rzecz poprawy tej sytuacji. Respondenci wskazali również na rolę marek, które powinny promować ekologię i zasadę zrównoważonego rozwoju, a przez to edukować konsumentów. Niemalże co czwarty badany oczekuje wsparcia z ich strony. Co trzeci polski internauta chętniej kupuje produkty lub usługi marki, która działa proekologicznie i jest przyjazna środowisku.
– Edukacja ekologiczna w Polsce jest niezbędna – przekonuje Katarzyna Czuchaj-Łagód. – Należy mówić otwarcie o tym, że problem istnieje oraz że konieczne są działania zbiorcze. My wszyscy musimy się zmobilizować i zrobić coś dobrego na co dzień, aby zmienić nasze życie.
Jednocześnie 80 proc. respondentów przyznaje, że stara się podejmować działania na rzecz środowiska w codziennym życiu. Największe trudności sprawiają Polakom: rezygnacja ze spożycia mięsa, ograniczenie ilości zużywanego plastiku, a także przesiadka z samochodu na autobus, tramwaj lub rower. Jednak deklarują, że stosują oświetlenie LED, starają się zużywać mniej wody, użytkują sprzęt AGD o wysokiej klasie energetycznej oraz segregują śmieci.
Proekologiczna postawa Polaków ujawnia się także przy innych czynnościach – 56 proc. badanych posiadających smartfon deklaruje, że odłącza telefon od gniazdka, gdy tylko zostanie naładowany. Z kolei 46 proc. użytkowników smartfonów korzysta z jakiejś aplikacji, która sprzyja ekologicznemu podejściu, np. wspierającej odpowiednią segregację śmieci. Kolejna kwestia to zakupy w sieci.
– Polacy zwracają uwagę na to, w jaki sposób docierają do nich produkty kupione przez internet – wyjaśnia Katarzyna Czuchaj-Łagód. – Dostrzegają, że są w za dużych, plastikowych opakowaniach i dostarcza je kurier. Rozumieją, że lepszym rozwiązaniem z punktu widzenia ekologii byłoby odebranie przesyłki w paczkomacie lub podobnym miejscu.
Z badania Mobile Institute wynika, że osoby kupujące w sieci (57 proc. ogółu internautów) są bardziej świadome stanu środowiska i zainteresowane tym tematem. 83 proc. uznaje Polskę za obszar zagrożony ekologicznie, a 89 proc. zdaje sobie sprawę, że klimat na świecie się ociepla. Odsetek wśród ogółu internautów w obu tych kwestiach jest mniejszy niż 50 proc.
Opinie dotyczące wpływu proekologicznej postawy na budżet domowy nie wróżą jednak rychłych zmian. Ponad połowa badanych (52 proc.) jest zdania, że życie ekologiczne wiąże się z dodatkowymi wydatkami. To przeświadczenie jest szczególnie silne wśród osób z najstarszej grupy wiekowej (55 lat i więcej), ale też wśród mieszkańców dużych miast. Wśród osób, które wykazują się największą aktywnością proekologiczną na co dzień, odsetek uznających działania eko za źródło oszczędności nie przekracza 53 proc.
Ponad 65 proc. osób straciło dane w wyniku przypadkowego usunięcia, awarii sprzętu lub problemów z oprogramowaniem. Jednocześnie tylko 7 proc. twierdzi, że nigdy nie tworzy kopii zapasowych. Także 97 proc. firm chroni swoje dane, a najczęściej wykorzystuje do tego rozwiązania chmurowe. W zarządzaniu nimi pomaga platforma zarządzania danymi NAS. To rozwiązanie, bezpieczniejsze niż przechowywanie danych wyłącznie w chmurze, pozwala uniknąć konsekwencji ataków hakerskich wymuszających okup za odblokowanie dostępu do danych.
– W przyszłości technologia NAS (Network Attached Storage – red.) zastąpi zewnętrzne dyski twarde. Urządzenia NAS są bardziej niezawodne i bezpieczne. Z kolei dzięki rozwiązaniom typu RAID w przypadku awarii jednego z dysków nie dochodzi do utraty danych. Technologia NAS będzie coraz powszechniej adaptowana i stosowana, znajdując coraz szersze grono użytkowników, korzystających choćby z jej najbardziej podstawowych wersji – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Elijah Rhyne, specjalista ds. PR i marketingu w Synology.
Coraz więcej osób i firm chroni swoje dane – badanie Acronis przeprowadzone podczas Światowego Dnia Zapasowego 2019 pokazuje, że 93 proc. konsumentów i 97 proc. firm tworzy kopie zapasowe swoich danych przynajmniej raz w roku. Większość korzysta z rozwiązań chmurowych, ale przyszłością może okazać się NAS, czyli inteligentne urządzenie pamięci podłączone do sieci domowej lub biurowej.
Na serwerze NAS można przechowywać wszystkie pliki. Podstawą platformy zarządzania danymi od Synology jest nowy system operacyjny DiskStation Manager (DSM) 7.0, który usprawnia lokalne zarządzanie pamięcią masową i monitorowanie w chmurze. Zawiera też kilka aktualizacji najważniejszych pakietów – Synology Drive i Active Backup for Business.
– Technologia NAS daje pewność, że dostęp do sieci wewnętrznej mają tylko osoby do tego upoważnione. Innymi słowy, nie ma możliwości, by ktokolwiek zyskał do niej dostęp przez internet, o ile nie udzielimy mu dostępu. Tym samym zyskujemy pełną kontrolę nad poszczególnymi usługami i urządzeniami. Pod pewnymi względami jest to więc rozwiązanie dające większe bezpieczeństwo – podkreśla Elijah Rhyne.
Nowy system DSM 7.0 proaktywnie ostrzega o anomaliach na dowolnym serwerze, daje też szczegółowe porady dotyczące naprawy. Dzięki Active Insight, czyli pierwszej chmurowej usłudze monitorowania i zapobiegania problemom w Synology, serwery są cały czas monitorowane. Synology C2, własna usługa chmury publicznej firmy, obecnie chroni dane kopii zapasowej ponad 28 tys. użytkowników biznesowych i prywatnych.
– Dzięki temu mamy większy komfort psychiczny. Możemy być spokojni, mając świadomość, że nasze zdjęcia są bezpieczne, że żadna korporacja nie wykorzystuje naszych danych do tworzenia algorytmów na swoje potrzeby – przekonuje ekspert.
Dla firm tylko godzina przestoju związana z utratą danych może oznaczać 300 tys. dol. straty (dane Gartnera). Co trzecie przedsiębiorstwo decyduje się na ochronę swoich danych poprzez tworzenie kopii zapasowych co miesiąc, a co czwarte – każdego dnia. W rezultacie 68 proc. firm podaje, że nie ucierpiało w ciągu ostatniego roku w wyniku utraty danych.
– W Stanach Zjednoczonych wiele urzędów wciąż korzysta ze starszych technologii. Dosyć często słyszy się ostatnio o przypadkach zablokowania systemów komputerowych w urzędach przez oprogramowanie szantażujące ransomware. Rozwiązaniem tego problemu mogą być urządzenia NAS. Dzięki nim w przypadku ataku ransomware wystarczy odłączyć sieć i przywrócić z NAS zapasową kopię systemu sprzed ataku. Pozwala to na powrót do normalnej pracy jeszcze tego samego dnia – mówi Elijah Rhyne.
Polacy opracowują wspierane przez sztuczną inteligencję systemy optymalizacji wykorzystania ładowarek dla samochodów elektrycznych. To obecnie jedna z większych barier dla rozwoju elektromobilności. Algorytmy uczenia maszynowego doradzą kierowcy, kiedy i jak najlepiej ma ładować swoje auto. Już dziś sieci neuronowe są natomiast wykorzystywane w uczeniu samochodów autonomicznych zachowania na drodze.
– Rozwiązania problemów elektromobilności wymagają analizy dużych zbiorów danych, nie tylko rozkładów jazdy, nie tylko załadowania baterii, ale również ludzkich nawyków. Do tego trzeba uwzględnić jeszcze pogodę. Dopiero uczenie maszynowe czy metody data science pozwalają na to, żeby właściwie odpowiedzieć na pewne pytania, które pojawiają się, kiedy próbujemy przeprowadzić transformację energetyczną w transporcie, więc w elektromobilności – mówi w wywiadzie dla agencji informacyjnej Newseria Innowacje Kamil Mieszkowski, członek zarządu Project42.
Spółka zajmuje się opracowaniem narzędzia, które pozwoli na optymalizację sposobów ładowania samochodów na podstawie schematów ludzkich zachowań i danych dotyczących prognoz pogody. Wszystkie dane wejściowe opracowywane są przez algorytmy uczenia maszynowego, czego efektem są spersonalizowane zalecenia dla obsługującego pojazd człowieka.
– Nasze narzędzie pozwala uwzględniać m.in. to, w jaki sposób ludzie używają samochodów – kiedy jeżdżą daleko, a kiedy blisko. W efekcie może im sugerować ładowanie, tym samym zmniejszając zużycie prądu i czas potrzebny na naładowanie. W kwestii sieci energetycznej algorytmy generują dla samorządów czy dla miast raporty pokazujące warunki i koszty związane z budową sieci – wyjaśnia Kamil Mieszkowski.
Project42 nie jest jedyną polską firmą zajmującą się rozwiązaniami z zakresu sztucznej inteligencji dla elektromobilności. Synerise tworzy oparty na sztucznej inteligencji ekosystem dla firm. Krakowska firma opracowuje nowe produkty dedykowane elektromobilności jako partner Pilot Maker Elektro ScaleUp. Synerise rozpoczyna w tym celu współpracę z VivaDrive, start-upem specjalizującym się w transporcie i mobilności. Celem współpracy jest zbudowanie platformy ułatwiającej elektryfikację floty samochodowej, a także zarządzanie flotami mieszanymi, składającymi się z pojazdów tradycyjnych i elektrycznych. Jest to rozwiązanie cyfrowe, które łączy analizę jazdy, grywalizację i opartą na sztucznej inteligencji platformę w celu optymalizacji zużycia paliwa i ładowania akumulatora, kosztów serwisu samochodu, ubezpieczenia i wartości rezydualnej pojazdu.
Project42 swoim rozwiązaniem chce natomiast zainteresować nie tylko klientów indywidualnych, ale i samorządy.
– Obecnie rozmawiamy z kilkoma dużymi miastami powiatowymi, ale również z biurami architektonicznymi i dużymi aglomeracjami. Zwłaszcza te ostatnie chętnie zastosują rozwiązanie we własnych gminach. Zainteresowanie jest znacznie większe, niż się spodziewaliśmy. Pierwsze wdrożenia przewidujemy w marcu tego roku, a od maja chcemy prowadzić szerszą kampanię i wdrażać w poszczególnych gminach, których jest ponad 2400. W tym roku może 10 proc. z nich uda się nakłonić do skorzystania z rozwiązania i do zoptymalizowania swoich sieci – wskazuje ekspert.
Rozwiązania z zakresu sztucznej inteligencji wykorzystywane są w elektromobilności nie tylko w celu optymalizacji, lecz także uczenia samochodów autonomicznych zachowania się w ruchu drogowym. Między innymi Nvidia prezentowała na ubiegłorocznych targach CES system inteligentny oparty na przetwarzaniu danych przez karty graficzne, w których algorytmy uczą się poruszania na drodze.
Według analityków z Global Market Insights rynek sztucznej inteligencji dedykowanej motoryzacji wygeneruje do 2026 roku przychody sięgające 20 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu utrzymanym na poziomie 35 proc.
Największe polskie startupy, notują rekordowe wzrosty w 2020 i być może już niedługo doczekamy się pierwszego polskiego jednorożca (wyceniany na co najmniej miliard dolarów amerykańskich). Nie każda działalność gospodarcza może zostać nazwana start-upem, choć widoczna stała się tendencja do takiego upraszczania. Start-up to odrębne zjawisko, pod wieloma względami niezwykłe, cechujące się innowacyjnością i działaniem w nie do końca zbadanej przestrzeni. Czym więc różnią się wymienione przedsięwzięcia?
Wiele osób, słysząc określenie start-up, myśli o nowo powstałym przedsiębiorstwie, budującej się firmie. I choć jest w tym sporo prawdy, nie każde nowe przedsięwzięcie może uzurpować sobie prawo do nazywania się startupem. Każdego dnia pojawiają się nowe firmy, kolejne osoby postanawiają spróbować swoich sił w biznesie, jednak nie każda z nich będzie miała do czynienia ze start-upem, większość otworzy po prostu kolejną podobną do wielu innych firmę usługową czy produkcyjną. Start-up to działalność, którą wyróżnia nowoczesność, innowacyjność, a której celem jest dostarczenie odbiorcom całkiem nowej usługi czy produktu.
W czym start-up przypomina zwykłą działalność gospodarczą?
Niezależnie od tego, czy w planach jest założenie firmy podobnej do wielu innych funkcjonujących na rynku, czy też stworzenie start-upu dającego ludziom całkiem nowy produkt lub usługę, założyciele potrzebują dobrego pomysłu, biznesplanu i odpowiednich funduszy. Zanim pojawi się nowy organizm w postaci przedsiębiorstwa czy start-upu konieczne jest zdobycie środków na rozpoczęcie działalności. O całkowitym wkładzie własnym może pomyśleć bardzo wąska grupa osób, reszta wspiera się pożyczkami, kredytami i programami obejmującymi wsparcie unijne (dotacje z UE). I tak, zarówno młodzi przedsiębiorcy, jak i start-upowcy sięgają po przeznaczone dla nich sposoby dofinansowania, by w ogóle móc zacząć realizować ambitne plany. To, czego potrzebują obie grupy to także wsparcie merytoryczne, wiedza osób trzecich, którym udało się osiągnąć swój własny sukces. Tzw. mentoring to narzędzie, po które warto sięgać zawsze wtedy, gdy wiadomo, że niewiedza i nieznajomość zasad rządzących rynkiem mogą drogo kosztować.
Czym start-up różni się od innych przedsiębiorstw?
Mówiąc start-up (przeczytaj więcej o startupach na https://www.startup.pfr.pl/pl/) należy mieć na myśli innowacyjność, rozwiązania dotąd nieznane, nieistniejące. To właśnie wyróżnia go spośród tysięcy innych przedsiębiorstw – nowoczesność, nowe technologie, pomysły, których nie sposób szukać na rynku. Zaraz za innowacyjnością nieuchronnie podąża ryzyko, które w przypadku start-upów jest znacznie wyższe, niż gdy mowa o zwykłej działalności gospodarczej. Czemu tak się dzieje? Zakładając firmę zbliżoną charakterem do innych, oferującą podobne usługi czy towary, założyciel może posiłkować się wiedzą innych, znacznie precyzyjniej może dobrać grupę docelową, oszacować ryzyko niepowodzenia i strat. Inaczej rzecz ma się w przypadku start-upu, który jest zupełnie nowym organizmem, co sprawia, że założyciele nie mają punktu odniesienia, nie mogą oprzeć się na sprawdzonych obliczeniach i istniejących danych. Trudniej jest w tym przypadku cokolwiek zaplanować i przewidzieć, bardziej skomplikowane jest też zbadanie potrzeb grupy docelowej.
Samodzielne zarządzanie łańcuchem dostaw w przedsiębiorstwie to skomplikowana sprawa. Bez prawidłowo zorganizowanych zasobów nie ma mowy o właściwej kontroli przepływów produktów, informacji i usług. Dlatego też, aby zyskać na czasie i zwiększyć efektywność działań, a także usprawnić procesy w obrębie przedsiębiorstwa warto wdrażać odpowiednie systemy usprawniające pracę. Jednym z takich systemów, który ma bardzo wiele zalet jest SCM – Supply Chain Management. Przekonaj się już teraz jak wdrożenie tego systemu, przełoży się na lepsze zarządzanie łańcuchem dostaw w Twojej firmie.
Czym jest SCM?
System SCM, z języka angielskiego „Supply Chain Management” to sposób na zarządzanie łańcuchem dostaw w przedsiębiorstwie. Ten zaawansowany system planowania i optymalizowania łańcucha dostaw pozwala na sprawną kontrolę przepływu produktów, informacji i usług. System SCM tworzony jest przez grupy zintegrowanych aplikacji, które obsługują poszczególne obszary logistyczne.
Głównym celem wdrożenia systemu SCM w przedsiębiorstwie jest zapewnienie sprawności procesu tworzenia łańcucha dostaw. Co więcej, systemy SCM skupiają się głównie na procesach zorientowanych na klienta.
Zalety wdrożenia SCM w przedsiębiorstwie
Istnieje wiele potwierdzonych w praktyce korzyści, które przynoszą systemu SCM. Po pierwsze, dzięki wdrożeniu systemu można w łatwiejszy sposób planować globalny poziom popytu na określone wyroby. Po drugie, dzięki SCM istnieje możliwość dokonywania bieżących symulacji rynkowych, które umożliwiają szybką reakcję na ciągle pojawiające się nowe zapotrzebowania klientów.
Po trzecie – optymalizacja źródeł dostaw. Po czwarte, dzięki SCM możliwe jest zapewnienie przejrzystości między poszczególnymi ogniwami łańcucha dostaw. Po piąte – możliwość tworzenia zbiorczych planów związanych z zaopatrzeniem oraz po szóste, określanie ograniczeń w obrębie istniejących sieci dostaw.
Szkolenie z SCM – dlaczego warto
Ze względu na liczne korzyści dla firmy, płynące z wdrożenia systemu zarządzania łańcuchem dostaw warto dowiedzieć się jak ten system dokładnie działa i jak krok po kroku wdrożyć go u siebie w przedsiębiorstwie. Warto wybrać się na jedno z wielu dostępnych na rynku szkoleń z SCM. Takie szkolenia przeznaczone są zarówno dla pracowników jak i menedżerów.
Na szkoleniu dowiesz się jak przełamać opór we wdrażaniu SCM, jak przekonać inne działy, że ten system to strzał w dziesiątkę oraz jak zostać ekspertem w zakresie Supply Chain Management i pokazać innym, że dzięki wdrożeniu systemu firma wiele zyska.
Jeśli zainteresowało Cię opisane tutaj działanie systemu SCM i spodobały Ci się zalety wdrożenia takiego rozwiązania, koniecznie zapoznaj się z ofertą szkoleń z zakresu SCM oferowanych przez: mpm24.com . Wybierz jedno z pośród kilku oferowanych szkoleń i poznaj wszystkie tajniki systemu SCM. Sprawdź w praktyce jak wdrożenie zaawansowanego systemu planowania i optymalizowania łańcucha dostaw może przełożyć się na większe zyski w obrębie Twojej działalności. Nie czekaj – zapoznaj się już dziś!
Wielka Brytania prawdopodobnie opuści Unię Europejską 1 lutego br. na podstawie umowy o wystąpieniu. Dokument ten zawiera między innymi przepisy regulujące zasady pobytu obywateli Wielkiej Brytanii w Polsce po brexicie.
22 stycznia br. brytyjski parlament przyjął projekt ustawy implementującej umowę o wystąpieniu Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Po stronie UE do zawarcia umowy konieczna jest zgoda Parlamentu Europejskiego oraz Rady UE, jednak nie przewiduje się żadnych trudności w ich uzyskaniu. Głosowanie w Parlamencie Europejskim zaplanowane jest na 29 stycznia br.
Główne założenia umowy wystąpienia to:
– wprowadzenie okresu przejściowego od daty wejścia w życie umowy do 31 grudnia 2020 r. W jego trakcie zasady pobytu oraz pracy obywateli Wielkiej Brytanii i członków ich rodzin w Polsce pozostaną bez zmian. Swoboda przepływu osób pomiędzy Wielką Brytanią a UE zostanie zatem w tym okresie utrzymana;
– po zakończeniu okresu przejściowego obywatele Wielkiej Brytanii i członkowie ich rodzin będą posiadać prawo pobytu w Polsce jeśli: korzystali z prawa pobytu w Polsce zgodnie z prawem UE przed zakończeniem okresu przejściowego oraz w dalszym ciągu mieszkają w Polsce;
– prawo stałego pobytu będzie przysługiwać, co do zasady, po upływie 5 lat nieprzerwanego pobytu. Okresy legalnego pobytu lub pracy zgodnie z prawem Unii, przypadające na’utb5fd czas przed zakończeniem okresu przejściowego i po nim, będą wliczane do wymaganego okresu uprawniającego do nabycia prawa stałego pobytu;
– potwierdzeniem posiadania prawa pobytu lub prawa stałego pobytu będzie dokument zawierający adnotację, że został wydany zgodnie z umową wystąpienia;
– dokumenty (w formie przypominającej dowód osobisty) będą wydawały urzędy wojewódzkie właściwe ze względu na miejsce pobytu.
Obecnie planuje się, że obywatele Wielkiej Brytanii i członkowie ich rodzin przebywający w Polsce będą mogli ubiegać się o wydanie wspomnianych dokumentów po zakończeniu okresu przejściowego. Dokumenty będą identyfikowały beneficjentów umowy wystąpienia po okresie przejściowym.
Podsumowując, po wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej na podstawie umowy wystąpienia, Brytyjczycy przebywający w Polsce powinni udać się do urzędu wojewódzkiego, żeby uzyskać dokument pobytowy.
Czy gospodarka krajów regionu Europy Środkowo-Wschodniej może być motorem rozwoju gospodarczego dla całego kontynentu? Jak powinien zmienić się jej model po to, by wciąż mogła przyciągać potencjalnych inwestorów? To pytania, na które odpowiedzi szukali uczestnicy zorganizowanej przez Bank Pekao w ramach Światowego Forum Ekonomicznego w Davos debaty „Rosnące ambicje Europy Środkowej, czyli jak wyzwolić nowy potencjał wzrostu Starego Kontynentu?”
Od 1996 r. w regionie CEE PKB na mieszkańca wzrosło średnio o 114 proc. W tym samym czasie średni wzrost największych gospodarek Unii Europejskiej wyniósł tylko 27 proc. Europa Środkowa stała się jednym z najbardziej atrakcyjnych na świecie miejsc do inwestowania, zmniejszyła lukę ekonomiczną w stosunku do Europy Zachodniej i przyczyniła się do znacznej poprawy lokalnych standardów życia. Dzisiaj kraje Europy Środkowej wytwarzają razem 1,4 bln EUR, co odpowiada wielkości 12. największej gospodarki świata. Po 30 latach może się jednak okazać, że potencjał krajów regionu oparty w dużej mierze na niskich kosztach pracy jest na wyczerpaniu, a inwestorzy zaczynają szukać nowych, bardziej atrakcyjnych rynków. Co więc należy zrobić, by zatrzymać ewentualne spowolnienie korzystnej dla Europy środkowej dynamiki? Zdaniem uczestników organizowanej przez Bank Pekao debaty nadszedł czas, by kraje regionu poważnie zastanowiły się nad tym, jak dalej chcą i mogą się rozwijać w tym samym tempie, co dotychczas.
– Europa Środkowa i Wschodnia rozwija się stale prawie dwa razy szybciej niż reszta UE. Z badań wynika, że wciąż istnieje niewykorzystany potencjał. Koszty pracy są nadal niższe niż w Europie Zachodniej. Wydaje się jednak, że powoli słabnie siła „starych motorów” wzrostu w Europie Środkowej, takich jak nieograniczona podaż taniej siły roboczej czy nieco mniej rygorystyczne normy środowiskowe. W celu utrzymania bezprecedensowego wzrostu, jaki obserwowaliśmy w ciągu ostatnich kilku dekad, musimy odkryć siebie na nowo – podkreślał w Davos Marek Lusztyn, prezes zarządu Banku Pekao. Jak dodawał, przed krajami regionu stoi teraz szereg wyzwań, na które muszą jak najszybciej odpowiedzieć. Najważniejsze z nich to m.in. negatywne trendy demograficzne, ryzyko zmniejszenia dostępności funduszy europejskich po 2020 r., a także niska wydajność pracy. – Kraje CEE powinny przekształcić swoje gospodarki zorientowane na pracowników w wysoce innowacyjny, oparty na wiedzy i technologii model. By tak się stało, konieczna jest zarówno automatyzacja procesów w celu zmniejszenia presji na rynek pracy i poprawy efektywności, ale także szeroko pojęta digitalizacja sektora prywatnego i publicznego – zaznaczył Marek Lusztyn. W nowym modelu gospodarki krajów regionu, zdaniem prezesa Pekao, należy również położyć większy nacisk na badania i rozwój oraz promocję i wsparcie ekspansji zagranicznej firm, które mają szansę stać się globalnymi championami.
Zgodnie z analizami ekspertów firmy doradczej McKinsey, którzy zaprezentowali w Davos wyniki analiz dotyczących potencjalnego modelu rozwoju Europy Środkowej, kraje regionu muszą skoncentrować się na nowych czynnikach wzrostu, wykorzystując swoje naturalne atuty. Analiza McKinsey pokazuje, że aż 51 proc. działań w miejscu pracy w Europie Środkowej można potencjalnie zautomatyzować zaledwie w ciągu najbliższych 10 lat. Wykorzystując znane nam technologie możemy złagodzić presję na rynek pracy, zwiększyć produktywność i wzrost PKB, ale także spowodować znaczną zmianę popytu na umiejętności i strukturę zatrudnienia.
Kapitał ludzki to bez wątpienia jedna z największych przewag konkurencyjnych regionu Europy Środkowo-Wschodniej, gdy mówimy o potrzebie transformacji naszego modelu gospodarki. To właśnie te kraje mogą pochwalić się lepszymi od przeciętnych wskaźnikami wykształcenia w zakresie przedmiotów ścisłych, relatywnie dużą pulą talentów
w dziedzinie technologii, inżynierii, matematyki oraz sektorze ICT. Oczywiście, aby odpowiednio wykorzystać ten potencjał, kraje regionu – w tym Polska – muszą wykonać jeszcze sporo pracy.
–Płynne przejście do gospodarki opartej na wiedzy będzie wymagało spełnienia szeregu warunków, takich jak zapewnianie odpowiedniego poziomu wykształcenia
i umiejętności technologicznych. To oznacza konieczność wprowadzenia szeregu zmian, choćby w systemie edukacji, w zakresie przyciągania zagranicznych talentów, a także przeciwdziałania odpływowi najzdolniejszych pracowników z kraju – powiedział Marek Lusztyn.
Innym ważnym wyzwaniem w tym zakresie będzie również zapewnienie źródeł finansowania oraz stworzenie odpowiedniego otoczenia regulacyjnego, które z jednej strony umożliwi wdrażanie innowacyjnych technologii, a z drugiej będzie stymulować przedsiębiorców do ich poszukiwania.
Kraje Europy Środkowo-Wschodniej, by osiągnąć sukces i skutecznie zmienić model swojej gospodarki, mogą i powinny wykorzystać również swoje położenie geograficzne, dynamiczny rozwój infrastruktury, czy łatwość wdrażania nowych technologii cyfrowych w stosunku do krajów starej UE. Najlepszym przykładem może być polski sektor bankowy, który jest liderem cyfrowej transformacji sektora w Europie. Jak zgodnie podsumowują uczestnicy debaty, to właśnie cyfryzacja i wdrażanie nowych technologii będą kluczem do ewentualnego sukcesu naszego regionu. Według danych McKinsey, dzięki wykorzystaniu potencjału cyfryzacji PKB Europy Środkowej mógłby zwiększyć się o 200 mld EUR w ciągu kolejnych pięciu lat.
W tym scenariuszu cyfryzacja oznaczałaby dodatkowy punkt procentowy wzrostu PKB każdego roku. Cyfrowa gospodarka regionu może wzrosnąć z 6,5 proc. PKB dzisiaj do 16 proc. PKB do 2025 r.
W organizowanej przez Bank Pekao debacie wzięli udział: ambasador USA w Polsce Georgette Mosbacher; odpowiedzialny za finanse i strategię wiceprezes OTP Bank László Bencsik; członek zarządu Adris Grupa Marko Remenar; prezes GPW Marek Dietl; Jurica Novak, partner zarządzający w McKinsey & Company; prezes PZU Paweł Surówka; szef rady nadzorczej Ten Square Games, Maciej Zużałek; prezes i założyciel spółki Netguru Wiktor Schmidt.