Dotacje 2020: Worek z miliardami czeka. Konkursów nie zabraknie, ale jest ich mniej niż w poprzednich latach

W tym roku kolejne środki unijne zostaną przeznaczone na rozwój przedsiębiorczości w Polsce. Jednak konkursów będzie mniej niż w ostatnich latach, ponieważ perspektywa finansowa 2014-2020 zbliża się do końca. Dotacje przewidziane są w ramach PO Inteligentny Rozwój, PO Polska Wschodnia czy PO Wiedza Edukacja Rozwój. Wsparcie będzie można uzyskać też z Funduszy Norweskich i EOG. Potencjalni wnioskodawcy powinni liczyć się z tym, że w przyszłym roku nastąpi znaczny przestój w dostępie do środków zewnętrznych.

PO Inteligentny Rozwój

W ub.r. w ramach Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój 2014-2020 podpisano łącznie 2028 umów na kwotę prawie 4,9 mld zł. Tym samym od początku jego realizacji zakontraktowano w sumie blisko 29,4 mld zł. W 2020 roku w ramach PO IR  planowanych jest do uruchomienia 13 konkursów, związanych z rozwojem przedsiębiorczości, na łączną wartość alokacji co najmniej 3,5 mld złotych. W harmonogramie znajdują się jeszcze 4 nabory, dla których wysokość zostanie określona w terminie późniejszym.

– Ostatni rok programowania jest okresem, w którym odbywa się najmniej konkursów, a fundusze są już w dużej części zakontraktowane. Wynika to z zasady n+3, tzn. środki z perspektywy 2014-2020 muszą zostać wydatkowane i rozliczone maksymalnie do 2023 roku. Dlatego w br. naborów jest mniej niż w latach poprzednich. To powoduje większą konkurencję wśród wnioskodawców i potencjalnych wykonawców. Taka sytuacja może przełożyć się również na wysoką jakość projektów – wyjaśnia Łukasz Klimek z Departamentu Zarządzania Projektami w DGA S.A.

Narodowe Centrum Badań i Rozwoju zamierza przeprowadzić 3 konkursy w tzw. szybkiej ścieżce (poddziałanie 1.1.1 POIR), wspierającej prowadzenie prac B+R przez przedsiębiorstwa. One przewidziane są na łączną kwotę ponad 1 mld złotych (ogłoszenie 7 stycznia br.). Plany zakładają po 1 naborze w ramach poddziałania wspierającego strategiczne programy badawcze dla gospodarki (poddziałanie 4.1.1 – alokacja 155,5 mln złotych). W zakresie projektów aplikacyjnych (poddziałanie 4.1.4) wartość alokacji na konkurs zostanie określona w późniejszym terminie.

– Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości planuje przeprowadzić 1 konkurs w ramach poddziałania 2.3.5 wspierającego design dla przedsiębiorców oraz w zakresie 2.3.6 – Grantów na Eurogranty, z alokacją 5 mln złotych. Ponadto, w ramach poddziałania 3.2.1 – Badania na rynek, planowane są 3 konkursy na łączną kwotę 750 mln złotych. Natomiast w ramach poddziałania 3.3.3, wsparcia MŚP w promocji marek produktowych – Go to Brand –  przewidziany jest 1 konkurs na kwotę 300 mln złotych – informuje Zbigniew Przybysz z biura komunikacji Ministerstwa Funduszy i Polityki Regionalnej.

Zdaniem Joanny Juszczyszyn-Klimek, dyrektor Departamentu Zarządzania Projektami w DGA S.A., warto zwrócić uwagę na Granty na Eurogranty. Celem konkursu jest bowiem sfinansowanie kosztów przygotowania projektu planowanego do realizacji w ramach jednego z programów Unii Europejskiej, w szczególności – Horyzont 2020, COSME, Kreatywna Europa, LIFE. Przedsiębiorcy będą mogli więc sfinansować usługi doradcze, związane z przygotowaniem dokumentacji aplikacyjnej, tłumaczenia, przygotowanie spotkań związanych z organizacją partnerstwa zagranicznego. Według eksperta, przedsiębiorcy docenią to, że wkład własny firmy nie jest wymagany i wynosi 0 procent.

– Instytucja Zarządzająca POIR planuje przeprowadzić 1 konkurs na kwotę alokacji 350 mln złotych w ramach poddziałania wspierającego inwestycje w infrastrukturę B+R przedsiębiorstw. Z kolei oferta Banku Gospodarstwa Krajowego obejmuje 1 nabór na kwotę 350 mln złotych w poddziałaniu 3.2.2, Kredyt na innowacje technologiczne – dodaje Zbigniew Przybysz.

PO Polska Wschodnia

Wsparcie na rzecz rozwoju przedsiębiorstw jest oferowane w ramach osi I Programu „Przedsiębiorcza Polska Wschodnia”. Od początku realizacji Programu Operacyjnego Polska Wschodnia 2014-2020 udzielono firmom ponad 1000 dotacji. Wartość przekazanego dofinansowania przekroczyła 1,5 mld złotych. W 2019 roku zostały ogłoszone nabory do 6 konkursów w ramach (pod)działań POPW skierowanych na wsparcie przedsiębiorczości. Wówczas podpisano z przedsiębiorcami około 320 umów o dofinansowanie projektów o wartości ogółem wynoszącej nieco ponad 1 mld złotych, w tym dofinansowanie UE (EFRR) blisko 600 mln złotych. Wszystkie nabory organizowała Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości.

– Obok toczących się jeszcze naborów uruchomionych w 2019 roku, do końca tego roku zostaną ogłoszone nowe do 4 konkursów dla przedsiębiorców w ramach POPW. Firmy będą mogły starać się łącznie o blisko 400 mln złotych na dofinansowanie swoich projektów. Liczba ostatecznie przyznanych dotacji będzie zależała od wyników oceny wniosków. Wszystkie konkursy są organizowane przez PARP – podkreśla ekspert z Ministerstwa Funduszy i Polityki Regionalnej.

185 mln złotych wyniesie budżet konkursu Rozwój startupów w Polsce Wschodniej (poddziałanie 1.1.2.), do którego będzie można składać wnioski od 1 października br. Z kolei na Internacjonalizację MŚP (działanie 1.2.) przewidzianych jest 50 mln złotych. Zaplanowane są dwie rundy naborów, pierwsza – od 7 kwietnia, druga – od 4 sierpnia. Natomiast 150 mln złotych przygotowano na Wdrażanie innowacji przez MŚP (poddziałanie 1.3.1.). W tym przypadku chętni będą mogli się zgłaszać od 25 sierpnia. Ponadto 5 mln złotych wydzielono na pierwszy etap Wzoru na konkurencję (działanie 1.4.) – audyt wzorniczy . Wnioski będą przyjmowane od grudnia br.

– Biorąc pod uwagę zdiagnozowane wyzwania i potencjały Polski Wschodniej, głównym celem interwencji Programu w latach 2014-2020 był wzrost konkurencyjności i innowacyjności makroregionu. On miał być osiągnięty poprzez koncentrację wsparcia m.in. na stymulowaniu i wzmacnianiu innowacyjności w sektorze MŚP. Zaplanowane konkursy jak najbardziej wpisują się w ten kierunek – mówi Joanna Juszczyszyn-Klimek.

PO Wiedza Edukacja Rozwój

W ramach Programu Operacyjnego Wiedza Edukacja Rozwój dotacje na rozpoczęcie własnej działalności gospodarczej mogą otrzymać osoby młode do 29. roku życia. Do tej pory takie wsparcie uzyskało 68 460 wnioskodawców. Od 2020 roku Ministerstwo wprowadza zmiany w ramach PO WER i przewiduje realizację wyodrębnionych projektów ukierunkowanych wyłącznie na wsparcie z zakresu przedsiębiorczości.

– Wydzielenie projektów na zakładanie własnej działalności o szerszym przedmiocie jest w naszej ocenie bardzo korzystne. Można przewidywać, że przystąpią do niego osoby, które podjęły przynajmniej wstępną decyzję o tym, że chcą zostać przedsiębiorcami. Można więc przyjąć, że będą miały co najmniej podstawową wiedzę w tym zakresie. Z naszego doświadczenia wynika, że istotny dla takiej grupy jest udział nie tyle nawet w szkoleniach, ale doradztwo i mentoring od osób działających w biznesie, możliwość spotkania z przedsiębiorcami i uzyskanie od nich konkretnych porad i praktycznego wsparcia – stwierdza Anna Szymańska, wiceprezes zarządu DGA S.A.

Osoby młode będą mogły starać się o dotacje na założenie własnej działalności gospodarczej w wysokości 23 050 złotych. Objęte zostaną również szkoleniami, dzięki którym zdobędą wiedzę i umiejętności niezbędne do podjęcia i prowadzenia działalności gospodarczej. Ponadto będą mogły otrzymać dodatkową pomoc w postaci wsparcia pomostowego wypłacanego przez okres 6 miesięcy od dnia rozpoczęcia prowadzenia własnej firmy.

– Z naszego doświadczenia wynika, że ww. kwota jest wystarczająca na rozpoczęcie działalności. Młodzi ludzie są w stanie w ramach tej puli zorganizować najważniejsze elementy biznesu, w tym małe inwestycje i remonty. Dodatkowo tego rodzaju wsparcie pomaga w opłatach na ubezpieczenia społeczne, księgowość i inne wydatki niezbędne do prowadzenia działalności przez kolejne miesiące. W naszej opinii, ważny jest też przynajmniej symboliczny wkład własny, który powinien być wniesiony przez przyszłego przedsiębiorcę. Nie stanowi on bariery, a wręcz motywuje do większego zaangażowania i utrzymania biznesu – komentuje Anna Szymańska.

Wsparcie będzie miało charakter regionalny i za wybór projektów będą odpowiedzialne Wojewódzkie Urzędy Pracy (WUP). Zgodnie z planami przedstawionymi przez WUP-y, pierwsze konkursy ruszą już w kwietniu 2020 r. Na ten cel w całym kraju przeznaczone zostanie blisko 205 mln złotych.

– Ponadto działania na rzecz wspierania przedsiębiorczości, głównie w MMŚP, są realizowane w PO WER przez PARP. W zeszłym roku na ten cel zaplanowano 57 mln złotych. Na 2020 rok przewidziane jest rozpoczęcie realizacji dwóch projektów konkursowych, w tym Akademia Menadżera MMŚP 2 z alokacją 56 mln złotych oraz Kompetencje dla sektorów z kwotą 123 mln złotych. Projekty PARP z reguły trwają co najmniej 24 miesiące, a zatem środki na poszczególne konkursy nie będą wydatkowane wyłącznie w jednym roku – tłumaczy Zbigniew Przybysz z Ministerstwa Funduszy i Polityki Regionalnej.

Dodatkowe szanse

Na wnioskodawców czeka również III Edycja Funduszy Norweskich i EOG. W 2019 roku nabór na kwotę 93,7 mln euro dedykowany w całości przedsiębiorcom ogłoszony został w ramach Programu „Rozwój przedsiębiorczości i Innowacje”, finansowanego ze środków Norweskiego Mechanizmu Finansowego 2014-2021 i zarządzanego przez PARP (jako Operatora Programu). Dofinansowanie może być przeznaczone na opracowanie, wdrożenie i komercjalizację innowacyjnych technologii, rozwiązań, procesów, produktów (towarów lub usług).

– Wnioski będą przyjmowane od 7 stycznia do 31 marca 2020 roku. One powinny kwalifikować się do co najmniej jednego obszaru tematycznego, tj. technologie przyjazne środowisku (green industry innovation), innowacje w obszarze wód morskich i śródlądowych (blue growth) oraz technologie poprawiające jakość życia (welfare technologies) – zaznacza ekspert z biura komunikacji MFiPR.

Przedsiębiorcy znaleźli się również w grupie kwalifikowalnych wnioskodawców w naborach ogłoszonych w Programie „Badania” przez NCBiR, na które przewidziano kwotę 61,5 mln euro. Mogą też uczestniczyć w Programie „Kultura” MKiDN, na który przewidziano kwotę 3,7 mln euro, a w dalszej perspektywie planuje się także drugi nabór o wartości 4,9 mln euro. W 2020 roku wsparcie dostępne będzie także w naborach planowanych przez Ministerstwo Klimatu w Programie „Środowisko”, o łącznej kwocie 88 mln euro.

– Perspektywa funduszy europejskich na lata 2014-2020 się kończy. Widać to w harmonogramach wszystkich programów operacyjnych. Z dużym prawdopodobieństwem można stwierdzić, że w 2021 roku nie będzie konkursów. Polska poczeka na kolejną pulę funduszy unijnych na lata 2021-2027. W tym czasie instytucje zarządzające będą przygotowywać się do swoich ról. Dlatego przedsiębiorcy muszą liczyć się z tym, że nastąpi przestój w dostępie do środków zewnętrznych. Tak to bywało we wcześniejszych latach, pomiędzy jedną a drugą perspektywą finansową – podsumowuje dyrektor Departamentu Zarządzania Projektami w DGA S.A.

Siła feedbacku w procesie rekrutacyjnym

Wydawałoby się, że udzielanie informacji zwrotnej wszystkim kandydatom zaangażowanym w proces rekrutacji to standard w pracy rekrutera czy specjalisty ds. HR. O ile jednak chętnie dajemy pozytywny feedback, o tyle nie śpieszy nam się do kontaktu z odrzuconymi kandydatami. Jak mówią eksperci, to poważny błąd w rekrutacji.

Przekazywanie feedbacku może nieść ze sobą ogrom korzyści obejmujących nie tylko kandydata, ale także pracodawcę oraz zaangażowanego rekrutera. Monika Paciorkowska-Krawców, senior technical recruiter/team leader z Bergman Engineering, przekonuje że powinnyśmy zrobić co w naszej mocy, aby podziękować za udział w procesie rekrutacyjnym wszystkim kandydatom, również tym, dla których nie skończył się on pozytywnie. Ekspertka wymienia wiele powodów uzasadniających, dlaczego feedback powinien być obowiązkowym elementem każdego procesu rekrutacyjnego, dzieląc go na trzy grupy beneficjentów: 

  1. Na feedbacku korzysta kandydat, który dzięki niemu wie, na czym stoi w danym procesie rekrutacyjnym i na co może liczyć w kwestii poszukiwań nowego pracodawcy. To wiedza, która pozwala mu skupić się na innych ofertach pracy i poważnym podejściu do negocjacji z pozostałymi, potencjalnymi pracodawcami. Z konstruktywnego feedbacku może też wyciągnąć przydatne dla siebie wnioski, może poznać własne atuty oraz obszary do poprawy. Łatwiej jest mu przygotować się do przyszłych rekrutacji, a nawet pokierować dalszą edukacją, ścieżką rozwoju czy kariery. Wiedząc na przykład, że na tle innych kandydatów, słabo wypadła jego znajomość języka obcego, konkretnego programu czy narzędzia wykorzystywanego w danym zawodzie, może wybrać odpowiedni kurs czy szkolenie dla siebie, podnosząc kwalifikacje, na które zwrócił uwagę potencjalny pracodawca.
  2. Drugim potencjalnym beneficjentem feedbacku jest pracodawca i/lub firma pośrednicząca w procesie rekrutacyjnym. Dzięki udzieleniu informacji zwrotnej budowany jest pozytywny wizerunek przedsiębiorstwa, jako rzetelnego i uczciwego, dbającego o wszystkich interesariuszy, z którymi ma kontakt podczas realizacji różnych działań. Pamiętajmy, że kandydaci biorący udział w procesach rekrutacyjnych oceniają firmy rywalizujące o dostępnych na rynku pracowników i zwracają uwagę na okazywany im szacunek. Swoimi przemyśleniami często dzielą się ze znajomymi oraz ludźmi ze swojej branży, wykorzystując popularne fora internetowe czy media społecznościowe. W dobie obecnego rynku pracy – rynku należącego do pracownika – chyba nikomu nie trzeba przypominać jak ważny jest to aspekt. Popularne employer branding to oczywiście bardzo szerokie pojęcie, ale warto wspomnieć, że realizacja procesu rekrutacji, w tym udzielanie informacji zwrotnej po jego zakończeniu, jest jednym z wykorzystywanych w nim narzędzi, służących budowaniu pozytywnego wizerunku firmy.
  3. Trzecią stroną, która może skorzystać na przekazaniu informacji zwrotnej kandydatowi jest sam rekruter. Po pierwsze buduje profesjonalny wizerunek własnej osoby – w pracy przedstawia się przecież swoim nazwiskiem, a nie jedynie nazwą pracodawcy czy klienta. Dodatkowo sam może uzyskać informacje zwrotne na temat swoich działań i poprawić obszary, które tego wymagają. Miło jest też usłyszeć podziękowania za profesjonalnie poprowadzoną rekrutację i kontakt. Dzięki temu rośnie satysfakcja z dobrze wykonanej pracy. Taka rozmowa to również idealna okazja na zebranie dodatkowych informacji o kandydacie, które mogą przydać się w przyszłości, a o których nie rozmawiało się w ramach danego procesu rekrutacji. Mogą to być informacje dotyczące innych zawodowych preferencji kandydata, obszarów, w których chciałby rozwijać się w przyszłości, stosunku do potencjalnej relokacji czy innych form współpracy. Co za tym idzie – podczas takiej rozmowy rekruter może wzmocnić relację z kandydatem i zostawić sobie furtkę na kontakt w przyszłości. Pamiętajmy bowiem, że pula dostępnych na rynku specjalistów, zwłaszcza doświadczonych w swoich dziedzinach, jest ograniczona. Warto być w dobrym kontakcie z każdym, niezależnie od tego czy w danym momencie możemy zaoferować mu pracę. Nigdy nie wiadomo, co przyniesie przyszłość.

Dlaczego więc nie dajemy feedbacku?

O ile rozmowa kwalifikacyjna zwykle kończy się obietnicą kontaktu niezależnie od wyniku, to rzeczywistość pokazuje coś zgoła innego. Patrząc na wskazane wyżej korzyści, trudno nie zadać sobie pytania, dlaczego firmy nie kontaktują się z osobami, z którymi nie chcą podjąć współpracy?

Jedną z najczęstszych przyczyn jest brak czasu. W końcu zawsze znajdzie się coś bardziej pilnego niż ta niepaląca się przecież formalność. Bywa też, że odkładamy to w nieskończoność, ostatecznie zapominając lub rezygnując z kontaktu. – Niektórzy chcą uniknąć niekomfortowej rozmowy z potencjalnie niezadowolonym czy zdenerwowanym kandydatem. Inni obawiają się pytań od pracowników, którzy chcieliby uzyskać konstruktywną wiedzę na temat przyczyn odrzucenia i dowiedzieć się w jakich obszarach powinni podnieść swoje kompetencje. Niestety zdarza się, że klient, czy to wewnętrzny czy zewnętrzny, nie przekazuje nic merytorycznego, co można by powtórzyć, jednak nie zmienia to faktu, że za udział w rekrutacji trzeba podziękować każdej zaangażowanej osobie – tłumaczy Monika Paciorkowska-Krawców.

Choć proces przekazywania negatywnych wieści nie jest przyjemny, najważniejsze jest, aby pozostać profesjonalnym. Reputacja firmy jako pracodawcy zależy bowiem nie tylko od tego, jak traktuje swoich pracowników, ale również od tego, jakie podejście wykazuje względem osób, na których zatrudnienie się nie zdecydowała.

Źródło: Bergman Engineering

Pracownicy z Ukrainy mniej zadowoleni z pracy w Polsce – najnowszy raport OTTO Work Force Polska

Satysfakcję z pracy w Polsce deklaruje 72% badanych pracowników tymczasowych z Ukrainy. Poziom zadowolenia pracowników obniżył się w stosunku do 2018 roku o 11%, bo choć warunki pracy stają się coraz lepsze to Ukraińcy są bardziej świadomi możliwości jakie daje polski rynek pracy. Ich oczekiwania są wyższe niż jeszcze trzy lata temu i zwracają oni coraz większą uwagę na atrakcyjność ofert pracy.

Według najnowszego raportu, wydanego w grudniu 2019r. przez firmę OTTO Work Force Polska, średnio 72% pracowników tymczasowych z Ukrainy deklaruje, że jest zadowolonych z pracy w Polsce. Jest to o 11% mniej niż w 2018 roku. Pozytywnym jest fakt, że osób, które w trakcie ostatniego badania zadeklarowały niezadowolenie ze swojej pracy jest niecałe 10%. Pozostali badani stanowią grupę, która udzieliła odpowiedzi neutralnej.

Zadowolenie z pracy w Polsce rośnie wraz z wiekiem badanych. W grupie osób najmłodszych, w wieku do 35 lat, satysfakcję z pracy wyraża 65% badanych, natomiast w grupie starszych pracowników (ponad 50 lat) już 89%.

“Spadek poziomu zadowolenia pracowników z Ukrainy nie wynika z pogorszenia się warunków pracy, ale ze zmiany ich oczekiwań. Ukraińcy oswoili się już z polskim rynkiem pracy, są bardziej świadomi możliwości jakie daje i zwracają coraz większą uwagę na atrakcyjność ofert pracy. Interesuje ich możliwość podjęcia legalnego zatrudnienia za wyższe niż na Ukrainie wynagrodzenie, ale także dodatkowe benefity oferowane przez pracodawców, szczególnie te które pozwolą im możliwie jak najwięcej zaoszczędzić. Najbardziej motywującymi dodatkami pozapłacowymi są: prywatna opieka medyczna, dofinansowanie do posiłków w pracy oraz zniżki/rabaty do sklepów” – mówi Tomasz Dudek, Dyrektor Zarządzający OTTO Work Force Polska. Kolejną kwestią, która wpływa na poziom satysfakcji pracowników z Ukrainy, są skomplikowane i długotrwałe procedury związane z zatrudnieniem w Polsce. Ich uproszczenie zdecydowanie poprawiłoby funkcjonowanie polskiego rynku pracy” – dodaje Tomasz Dudek.

Zmiana w czasie poziomu zadowolenia pracowników tymczasowych z Ukrainy z pracy w Polsce.

Pracownicy z Ukrainy mniej zadowoleni z pracy w Polsce – raport OTTO Work Force Polska
Źródło: Opinie pracowników tymczasowych z Ukrainy na temat zatrudnienia w Polsce oraz zadowolenia z pracy, 2019, OTTO Work Force Polska.

Ukraińcy najbardziej zadowoleni z relacji ze współpracownikami

Z raportu OTTO Work Force Polska wynika, że pracownicy z Ukrainy są najbardziej zadowoleni z relacji ze współpracownikami (87%) oraz z pracodawcą (86%). Najmniej satysfakcjonuje ich poziom wynagrodzeń (51%) oraz możliwości rozwoju zawodowego (39%). Szczegółowa analiza wskazuje, że w przypadku pięciu z ośmiu badanych aspektów odsetek osób deklarujących niezadowolenie nie przekracza 7%, a dla kolejnych dwóch wynosi 12-13%. Jednocześnie w zależności od ocenianego elementu od 8% do 36% badanych wskazało ocenę średnią. Tym samym można uznać, że grupa pracowników rzeczywiście niezadowolonych z poszczególnych badanych elementów jest stosunkowo niewielka, a wyraźnie większą frakcję, w przypadku każdego z aspektów stanowią osoby, które podają ocenę neutralną. Jedynie w przypadku oceny możliwości rozwoju zawodowego sytuacja jest nieco inna. Tutaj odsetek niezadowolonych (35%) jest niemal taki sam jak odsetek zadowolonych (39%) co oznacza, że jest to obszar, w którym potrzeby pracodawców i oczekiwania respondentów rozmijają się w największym stopniu.

W obliczu zbliżającej się liberalizacji przepisów w zakresie zatrudnienia obcokrajowców w Niemczech oraz wyższych zarobków u naszych południowych sąsiadów pracodawcy będą zmuszeni są do większej rywalizacji o pracowników tymczasowych z Ukrainy.

Struktura satysfakcji badanych z poszczególnych elementów obecnej pracy.

Struktura satysfakcji badanych z poszczególnych elementów obecnej pracy
Źródło: Opinie pracowników tymczasowych z Ukrainy na temat zatrudnienia w Polsce oraz zadowolenia z pracy, 2019, OTTO Work Force Polska.

Informacje pozyskane w badaniu pochodzą od 500 pracowników tymczasowych z Ukrainy, zatrudnionych poprzez OTTO Work Force Polska sp. z o.o. Wywiady zostały zrealizowane w listopadzie 2019 roku. Przekazane w nich opinie przeanalizowała i opracowała agencja badawcza PBS Sp. z o.o.

2020 nie będzie rokiem zdecydowanej poprawy dla polskich firm

Euler Hermes zbadał sytuację firm w Polsce pod względem niewypłacalności*. Kluczowe wnioski:

  • W 2019 roku w oficjalnych źródłach (Monitorach Sądowych i Gospodarczych) opublikowano informację o 977 niewypłacalnych firmach wobec 990 w 2018
  • Różnica jedynie -1,3% r/r – trudno mówić o przełomie czy poprawie, raczej o stagnacji biorąc pod uwagę wysoką liczbę niewypłacalnych polskich firm w latach ubiegłych (wzrost ich liczby trzy lata z rzędu)
  • Decydująca jest przyczyna wewnętrzna – trwale niska rentowność wielu firm, a nie otoczenie rynkowe (jak nie zawsze sprzyjająca koniunktura w poszczególnych branżach, w skali kraju czy na rynkach eksportowych)
  • Spadek marży zysku (efekt szybszego wzrostu kosztów niż wydajności) do 10-letniego minimum, na poziomie średnio 46% po III kwartale 2019!
  • Nadzieje na powrót zdecydowanie wyższej koniunktury są kruche (napięcia międzynarodowe i rok wyborczy w wielu krajach), ponadto nawet wzrost PKB 5% r/r nie był w ubiegłych latach wystarczający/decydujący dla odwrócenia trendu braku płynności finansowej dużej liczby polskich firm, zwłaszcza z sektora MSP
  • Decydujące dla trwałej poprawy podniesienie marż zysku to proces długotrwały (p.w. inwestycje w zwiększenie wartości dodanej) a wiele firm nie doczeka jego efektów (lub go nawet nie zainicjuje)

Brak korelacji wzrostu gospodarczego i płynności finansowej polskich firm

Brak korelacji wzrostu gospodarczego i płynności finansowej polskich firmSprzyjające czynniki makroekonomiczne, takie jak kolejny rok z rzędu utrzymująca się (rosnąca) konsumpcja,  podobnie jak nakłady na inwestycje infrastrukturalne czy dodatni wynik w handlu zagranicznym dały w rezultacie wyraźny wzrostu polskiego PKB. Jednocześnie kolejny, bo czwarty rok z rzędu wskaźnik kondycji przedsiębiorstw, jakim jest liczba ich niewypłacalności prezentował się na zupełnie przeciwstawnym końcu skali. Liczba firm mających problemy z wypłacalnością pozostawała na niezmiennie wysokim poziomie. W wysokorozwiniętych gospodarkach zachodnich z reguły tempo wzrostu PKB na poziomie 1,5% jest wystarczające dla zrównoważenia, a nawet spadku liczby niewypłacalności tamtejszych przedsiębiorstw.

Budownictwo, sektor produkcyjny czy handel nie korzystały gremialnie na wysokim wzroście obrotów

Wzrost konsumpcji – w tym sprzedaży detalicznej nie okazał się w ostatnich latach wybawieniem dla sektora handlu, przynajmniej nie dla całego. Nie zapobiegł on postępującej koncentracji i kłopotom nie tylko małych, ale także największych dystrybutorów detalicznych. W efekcie rosnąca liczba niewypłacalności hurtowni, ale nie tylko tych towarów pierwszej potrzeby, ale także dóbr trwałego użytku czy inwestycyjnych (pomimo wzrostu rynku budowlanego – kolejny paradoks…)dynamika niewypłacalności

Budownictwo – pewne korekty w porównaniu do szczytu inwestycyjnego na Euro 2012, czyli: ponownie wzrost wartości rynku to także wzrost liczby niewypłacalności w branży, a mniejszy zakres prac to jak na razie mniejsza liczba niewypłacalności. Ewidentny dowód na niewystarczającą rentowność prowadzonych prac budowlano-montażowych.dynamika niewypłacalności w budownictwie

Firmy produkcyjne upadają pomimo trwale wysokiego tempa wzrostu eksportu – wytłumaczeniem może być jego niewystarczająca (do skali ryzyka – częstszych problemów z opóźnionymi należnościami) rentowność jak również rynek wewnętrzny, problemy zaopatrujących go firm (niewypłacalność rodzimych odbiorców – handlu i budownictwa).dynamika niewypłacalności w przemysle

Niska rentowność – dobra koniunktura nie trwa wiecznie, ale uśpiła wiele firm…

Skoro niewypłacalności nie mają związku z czynnikami koniunktury gospodarczej, to jaka jest jej przyczyną? Niska rentowność bardzo dużej części polskich przedsiębiorstw. Trwale niska. Co prawda w wielu z branż wiążąca się z charakterystycznymi dla nich bieżącymi czynnikami koniunkturalnymi. Nie sprzyjają jej m.in. zmiany podatkowe, społeczne (rosnące koszty pracy) czy cywilizacyjne (handel w sieci, także transgraniczny). Ale nie one są głównym czynnikiem sprawczym. Polskie firmy przez wiele lat korzystały z przewag konkurencyjnych, takich jak niskie koszty pracy czy podatkowe. Mimo wszystko nie poprawiły one w tym czasie swojej pozycji konkurencyjnej – nie wspięły się wyżej w łańcuchu dostaw gospodarki światowej, wytwarzając większą wartość dodaną, co wymaga większych wydatków na badania i rozwój. Obecnie odpowiadają one tylko 1% PKB w Polsce, czyli znacznie poniżej 1,8% odnotowanego w Czechach i 1,9% w Słowenii, nie mówiąc już o średniej OECD wynoszącej 2,4% lub o 3% w Niemczech. Ewidentnie więc zarówno część przedsiębiorców, jak i politycy zaspali, poprzestając na „tu i teraz” zamiast działań w dłuższej perspektywie. Nie przygotowało to firm na zmieniające się warunki rynkowe, na spadki, których można oczekiwać po okresach wzrostu.

Spadek marż jako efekt wyższego wzrostu kosztów niż wydajności

W rezultacie tak dotkliwa była podwyżka kosztów pracy w Polsce, średnio +2,4% co roku w latach 2016-2018 – mimo że znacznie powyżej średniej dla strefy euro, to wciąż mniej, niż w innych krajach Grupy Wyszehradzkiej. Ale wzrost płacy nominalnej nie szedł w parze ze wzrostem produktywności. Utrzymał się stosunkowo niski poziom wydajności ogółem, dane Eurostatu pokazują, że wydajność pracy w Polsce wynosiła w 2017 r. zaledwie 75% średniej UE.

Co najistotniejsze – nie pociągnęło to za sobą adekwatnego wzrostu cen produktów i usług polskich firm (o czym świadczy brak inflacji cen producentów), a tym samym rosnące koszty pracy zmniejszyły ich rentowność. W efekcie marże zysku spadły z rekordowo wysokiej średniej 51,4% w IV kwartale 2015 r. do 10-letniego minimum na poziomie średnio 47% na koniec 2018 r. (a po III kwartale 2019 – nawet do 46%!), pomimo poprawy zysków operacyjnych w latach 2017-2019.

Pozytywne sygnały

To nie jest jednostronna krytyka – skala niewypłacalności polskich firm jest bowiem także pochodną ich dużego sukcesu w minionych latach i dekadach po transformacji ustrojowej, gdy tak wiele firm powstało i stanowiło o sukcesie polskiej gospodarki. Inicjowało to pozytywną w wielu względach konkurencję, ale czasami prowadzącą do morderczej wojny cenowej, zamiast rywalizacji produktowej, w tym na ich innowacje. Dynamizm i inwencja polskich przedsiębiorców nie wyczerpała się, a obecna lekcja jaką daje nam rynek pomoże wielu z nich jeszcze nie raz odnieść sukces czy to z bieżącymi, czy z kolejnymi projektami. Takie wnioski płyną z gospodarek o dłuższym wolnorynkowym stażu, jak np. amerykańska czy niemiecka, gdzie przedsiębiorcy powracający na rynek cieszą się kredytem zaufania jako ci, którzy na własnej skórze poznali o co chodzi w biznesie. Tam daje się im drugą szansę (oczywiście tym, którzy na nią zasługują – nie doprowadzili do upadłości w świadomy sposób ze szkodą dla wierzycieli). O dobrych perspektywach świadczy także wynik polskiego eksportu – jego wzrost o 6% r/r (po 11 miesiącach – za GUS) potwierdza, że potrafimy utrzymać konkurencyjność na arenie międzynarodowej, nawet bez tak ewidentnego atutu niskich kosztów pracy (czy podatkowych). Podobnie napływ bezpośrednich inwestycji zagranicznych – ich rekordowa wartość w 2019 roku (2,9 mld euro za PAIH), wyższa aż o 36% r/r świadczy o tym, że wzrost kosztów pracy nie odstraszył inwestorów i Polska wciąż może być i jest atrakcyjnym miejscem inwestycji, które przecież generują kolejne i tworzą nowe zamówienia u lokalnych, krajowych kooperantów.

Spadek liczby niewypłacalności – jeszcze nie teraz

Czy ta zmiana będzie miała miejsce już w bieżącym, 2020 roku? Bez wątpienia jeszcze nie – to nie będzie rok przełomu dla przedsiębiorców. Skala dotychczasowych kłopotów wielu firm i efekt domina jaki to pociąga wśród ich kontrahentów długo jeszcze będzie kształtować rynek.

Tomasz Starus Dyrektor Biura Oceny Ryzyka Towarzystwo Ubezpieczeń Euler Hermes SA.
Tomasz Starus Dyrektor Biura Oceny Ryzyka Towarzystwo Ubezpieczeń Euler Hermes SA.

Tomasz Starus, Członek Zarządu Euler Hermes odpowiedzialny za ocenę ryzyka zauważa: Polski segment MSP ulega polaryzacji: niektóre firmy rozwijają się, także dzięki finansowaniu zewnętrznemu, podczas gdy część nie zdołała zmodernizować swojego modelu biznesowego. Mają one bowiem niską kapitalizację – niewielkie środki własne i jednocześnie małe szanse na uzyskanie finansowania zewnętrznego, są więc na rosnącą skalę uzależnione od kredytu kupieckiego dostawców (stąd wydłużenie się wskaźnika DSO o tydzień na przestrzeni ostatniej dekady). Jest to tym bardziej niebezpieczne, że wiele z tych firm nie “odbije się” i nie zmieni skutecznie swojego modelu działalności, a tym samym nie spłaci swoich zobowiązań wobec dostawców.

Polskim firmom nie będzie sprzyjać także koniunktura zewnętrzna – obarczony ryzykami natury politycznej handel światowy (w tym Brexit – wyjście z UE trzeciego pod względem wielkości polskiego rynku eksportowego). Będzie to dla wielu polskich firm rok dalszego mozolnego budowania zdrowych podstaw (a niekoniecznie skali) biznesu, zwłaszcza w branżach spożywczej, motoryzacyjnej czy budowlanej. I w wielu innych – w tym transportowej, meblowej czy stalowej i wyrobów maszynowych. Czyli wiodących  (nomen omen) w polskim eksporcie! Lub będących jednymi z głównych beneficjentów członkostwa w UE, funduszy z niej płynących (jak budownictwo czy sektor rolno-spożywczy).

Jak podsumowuje Tomasz Starus: Oceniając perspektywy poszczególnych branż w Polsce analitycy kredytowi wciąż częściej je obniżają, niż podnoszą. Nawet np. szczyt napływu środków wspólnotowych na inwestycje infrastrukturalne czy trwający boom mieszkaniowy nie odmieniły kondycji finansowej całego sektora budowlanego – skala produkcji sprzedanej nie świadczy bowiem o sukcesie w sytuacji braku rekompensaty wzrostu kosztów (przez co marża zysku w budownictwie jest i tak średnio o 1/3 niższa od wspomnianej, rekordowo niskiej w skali dekady średniej dla wszystkich firm). Gdy mechanizm wspomnianej rekompensaty zacznie realnie obowiązywać, może dodatkowo uderzyć w wykonawców, a nie ich wspomóc przez przyjęta jego symetryczność (gdy rynek spowalnia – spadają ceny i koszty, czego wykorzystać nie omieszkają zamawiający ze szkodą dla głównych wykonawców). Wskaźniki produkcji betonu, ilości pozwoleń budowlanych, oddanych mieszkań czy powierzchni biurowych świadczą więc przede wszystkim tylko i wyłącznie o tych wąskich kategoriach, a nie koniecznie o kondycji finansowej firm budowlanych… Podobnie w skali całej gospodarki – rosnące obroty nie są synonimem płynności finansowej, gdyż firmy nie korzystają z owoców wzrostu gospodarczego po równo, jest on najhojniejszy dla największych przedsiębiorstw, niespecjalnie wpływając na kondycję tych mniejszych”.

* Niewypłacalności obejmują niezdolność do regulowania zobowiązań wobec dostawców, skutkującą upadłością bądź którąś z form postępowania restrukturyzacyjnego.

Więcej czasu dla przedsiębiorców na naukę obsługi BDO

Parlament przyjął ustawę o zmianie ustawy o odpadach oraz niektórych innych ustaw w zakresie dotyczącym funkcjonowania Bazy Danych Odpadowych[1].

BDO z nowymi modułami dot. ewidencji i sprawozdawczości funkcjonuje od 1 stycznia 2020 r. Od nowego roku przedsiębiorcy mogą realizować zadania związane z gospodarka odpadami w systemie BDO. Jednak uchwalona nowelizacja dopuszcza w terminie 30 czerwca 2020 r. sporządzanie dokumentów ewidencji odpadów w formie papierowej, o ile przekazujący odpady wystawi KPO lub KPOK również w tej formie. To rozwiązanie wymagać będzie od kierowcy pojazdu przewożącego odpady posiadanie przy sobie odpowiednich dokumentów w formie papierowej lub ich kopii. Przedsiębiorcy muszą jednak pamiętać, że do 31 lipca 2020 r. będą mieli czas, aby dokumenty wystawione w 2020 r. w formie papierowej wpisać do systemu BDO.

Nowelizacja ustawy doprecyzowuje również sytuację, w której następuje awaria po stronie Bazy Danych Odpadowych w sposób uniemożliwiający sporządzanie dokumentów w formie elektronicznej. W takiej sytuacji dopuszcza się wystawianie dokumentów ewidencji w formie papierowej lub elektronicznej poza systemem BDO w czasie trwania awarii. Kierowca transportujący odpady musi pamiętać o posiadaniu przy sobie wersji papierowej KPO lub KPOK. Po usunięciu awarii i przywróceniu funkcjonalności BDO przedsiębiorcy mają obowiązek uzupełnienia dokumentacji w systemie nie później, niż w terminie 30 dni.

Na wniosek przedsiębiorców w zakresie wydłużenia czasu na dostosowanie się do nowego sposobu sporządzania sprawozdań w wersji elektronicznej oraz postulatów dotyczących opracowania modułu integracyjnego API, przyjęto w ww. ustawie rozwiązania, które umożliwią przesunięcie terminów na złożenie sprawozdań dot. gospodarki odpadami za rok 2019 składanych w roku 2020. Ponadto, dodatkowo w terminie wcześniejszym udostępniony zostanie moduł integracyjny API, który umożliwi opracowanie sprawozdań również za pośrednictwem wewnętrznych programów poszczególnych przedsiębiorców oraz integracje danych z BDO.

Ustawa ma wejść w życie z dniem następującym po dniu ogłoszenia, z tym, że większość jej przepisów będzie stosowana od dnia 1 stycznia 2020 r., z wyłączeniem przepisów karnych.

Zaproponowane rozwiązania nie ograniczą możliwości przedsiębiorcom, którzy odpowiednio dostosowali swoje działania do prowadzenia ich w ww. okresie, elektronicznie w BDO.

[1] http://www.sejm.gov.pl/sejm9.nsf/PrzebiegProc.xsp?nr=119

Zła dieta i nieodpowiednia pielęgnacja włosów prowadzą do ich nadmiernego wypadania. Odkrycie przyczyny odpowiednio wcześnie może powstrzymać łysienie

Codziennie tracimy średnio od 50 do 100 włosów. Jednak gdy liczba ta znacząco wzrasta, pojawia się powód do niepokoju. Nadmierne wypadanie włosów może być efektem nieprawidłowej pielęgnacji, nieodpowiednio dobranych kosmetyków, złej diety czy niedoboru witamin, ale także złej kondycji organizmu. Kluczowe jest odpowiednio wczesne zasięgnięcie porady trychologa, który pomoże wykryć przyczynę.

– Wypadanie włosów to bardzo indywidualny problem. Właściwie każdy pacjent to osobny przypadek. Przyczyny mogą być zarówno wewnątrzustrojowe, jak i zewnętrzne – mówi agencji Newseria Anna Mackojć, trycholog i biotechnolog z Instytutu Trychologii.

Włosy odzwierciedlają ogólny stan zdrowia człowieka. Dlatego też ich wypadanie lub kruszenie się może być pierwszą oznaką zaburzeń chorobowych, diety ubogiej w niezbędne składniki odżywcze czy życia w nadmiernym stresie. Wymienione przyczyny wewnątrzustrojowe są częstymi powodami wizyt w Instytucie Trychologii.

– Kobiety często eksperymentują z odżywianiem, a to może niekorzystnie wpływać na kondycję włosów. Dla przykładu diety wegetariańskie oraz wegańskie są ubogie w witaminę B12 i ferrytynę, które odpowiadają za jakość włosa i sprawiają, że jest on gruby i sprężysty – tłumaczy Anna Mackojć.

Do zewnętrznych przyczyn wypadania włosów należy zaliczyć działanie szkodliwych czynników atmosferycznych, wyniszczające zabiegi mechaniczne oraz nieodpowiednią pielęgnację. Szczególnie niebezpieczne są nagłe zmiany temperatury, charakterystyczne dla okresu zimowego.

– Powinniśmy dobierać szampon odpowiedni do stanu skóry głowy oraz maskę, która odżywi łodygę włosa. Przed zakupem dobrze jest sprawdzić  pH wybranych produktów. Warto pamiętać o stosowaniu preparatów chroniących łodygę włosa przed wysoką temperaturą, słońcem i wiatrem – zwraca uwagę Anna Mackojć.

Latem włosy również narażone są na działanie szkodliwych bodźców zewnętrznych. Podczas kontaktu ze słońcem otwierają się łuski, które tworzą naturalną barierę ochronną. W konsekwencji promienie UV wnikają do środka i uszkadzają warstwę korową. Wysoka temperatura niszczy białko – podstawowy budulec włosa. Szkodliwe są również takie zabiegi jak prostowanie czy suszenie.

– Kobiety zdecydowanie częściej ingerują w strukturę włosa. Stosują środki do stylizacji, które niekorzystnie wpływają na stan skóry głowy, oraz różnego rodzaju sprzęty, jak prostownica czy suszarka. Mężczyźni rzadziej z nich korzystają, dzięki czemu ich włosy są w mniejszym stopniu narażone na zniszczenia mechaniczne. Wewnątrzustrojowe problemy są podobne u obu płci – mówi Mackojć.

Ekspertka zwraca uwagę, że do trychologa należy udać się jak najszybciej po zaobserwowaniu problemu. Natychmiastowa reakcja warunkuje bowiem efektywne wyniki terapii. Od czasu do czasu dobrze jest również umówić się na wizytę kontrolną.

– Wypadanie włosów i problemy owłosionej skóry głowy w równym stopniu dotyczą kobiet i mężczyzn. Panie jednak częściej się badają i są bardziej przyzwyczajone do profilaktyki. W konsekwencji szybciej zgłaszają się po pomoc. Mężczyźni nie są nauczeni regularnych kontroli zdrowia, w związku z czym bywa, że zgłaszają się do nas za późno. Niektórych negatywnych aspektów utraty włosów nie da się cofnąć – tłumaczy trycholog.

Rozwiązaniem problemu wypadania włosów może być połączenie zabiegów trychologicznych wykonywanych w profesjonalnym gabinecie oraz domowej pielęgnacji. Efekty przynosi także odpowiednia suplementacja.

– Skuteczną metodą potwierdzoną w badaniach jest stosowanie suplementu diety z proteoglikanami, które zarządzają długością życia włosa. Innowacyjnym składnikiem jest również triaminocapitol, który działa przeciwandrogenowo. Hitem w biotechnologii są także komórki macierzyste Malus Domestica, które stymulują podziały włosa. Można zatem powiedzieć, że działają na niego niczym terapia anti-aging – zwraca uwagę ekspertka.

Jak podkreśla, jeżeli włosy zostały zniszczone mechanicznie lub chemicznie, można je ratować odpowiednimi zabiegami estetycznymi.

– Ale zdrowy włos to zdrowy organizm, więc przede wszystkim powinniśmy dbać o to, aby organizm był odpowiednio odżywiony – podkreśla Anna Mackojć.

Podatek od cukru nie musi przełożyć się automatycznie na poprawę zdrowia. Potrzebne tańsze i zdrowsze alternatywy dla słodzonych napojów

– Planowany podatek cukrowy nie zadziała, jeśli państwo wrzuci wpływy z niego do wspólnego budżetowego worka, zamiast przeznaczyć na poprawę zdrowia Polaków. Ponadto uderzy on w najuboższych, którzy będą zmuszeni sięgnąć po tańsze i jeszcze bardziej szkodliwe dla zdrowia alternatywy, jak napoje gazowane – mówi Maria Libura z Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego. To rozwiązanie może być skuteczne tylko wtedy, gdy będzie odpowiednio skonstruowane.

 Nie jesteśmy pierwszym krajem, który myśli o wprowadzeniu takiego podatku. Podobne rozwiązania funkcjonują już w ponad 40 państwach całego świata. I właśnie z lekcji, które w nich odrobiono, wiemy, że podwyższenie cen tego typu produktów nie przekłada się automatycznie na lepsze zdrowie ludności – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Maria Libura, ekspertka ds. zdrowia w Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego. – To zależy przede wszystkim od tego, jak skonstruowany jest podatek i na co pójdą pochodzące z niego wpływy albo jakie inne narzędzia państwo zapewni, aby człowiek, który rezygnuje z zakupu słodkiego napoju, mógł kupić zdrowszą alternatywę.

Podatek cukrowy, czyli danina od napojów dosładzanych cukrem, ma zacząć obowiązywać od 1 kwietnia 2020 roku. Zdaniem producentów napojów zawierających prawdziwy sok to bardzo krótkie vacatio legis, które uniemożliwia reformulację produktów. Producenci podkreślają, że w przypadku niektórych smaków, takich jak czarna porzeczka, wiśnia czy cytryna, nie da się uniknąć cukru, gdyż inaczej napoje te byłyby zbyt kwaśne lub cierpkie, a zastępniki cukru zmieniłyby ich smak. Ponadto projekt zakłada podatek także na mniej kaloryczne erzace cukru, o ile jest ich więcej niż jeden, czyli w większości wypadków. To może spowodować efekt przeciwny od zamierzonego.

W Wielkiej Brytanii producenci dostali dwa lata na zmianę receptur na zdrowsze, zanim wprowadzono podatek cukrowy. W Polsce zaprezentowano branży planowane rozwiązania tuż przed świętami Bożego Narodzenia, dając termin przedstawienia opinii do 10 stycznia, czyli praktycznie czas, w którym wszyscy wypoczywali. Dodatkowo akurat branża napojowa z własnej inicjatywy od ponad dwóch lat zmienia receptury na zdrowsze, a dopiero co wywalczyła niższy VAT na zdrowe napoje z min. 20 proc. soku i wodą w nowej matrycy, która też wchodzi w życie 1 kwietnia.

– Ryzyko jest takie, że biedniejszy konsument kupi tańszy napój słodzony zamiast droższego. Tego chcielibyśmy uniknąć, bo wówczas ten podatek okaże się społecznie niesprawiedliwą dodatkową składką zdrowotną, zamiast mieć efekt prozdrowotny – przekonuje Maria Libura. – To jest bardzo istotne, dlatego że podatki od cukru mają charakter regresywny, czyli mocniej uderzają w gospodarstwa domowe o niższych dochodach. Z tego powodu w wielu krajach, w których wprowadza się tego typu rozwiązania, myśli się o subsydiowaniu zdrowej żywności i odpowiednim dostępie do wody pitnej.

Ekspertka podkreśla, że wprowadzeniu podatku cukrowego powinny towarzyszyć także inne działania na rzecz zdrowia.

– Wielka Brytania zdecydowała się na wprowadzenie całego programu zajęć sportowych dla dzieci i młodzieży, bo populacją, o którą walczymy, są dzieci i młodzież. W Polsce również mamy coraz więcej nastolatków z nadwagą, z których w przyszłości będą nie tylko dorośli z nadwagą, ale także z otyłością i wszystkimi tego konsekwencjami – przewiduje Maria Libura. – Prozdrowotna konstrukcja tego podatku zakładałaby przekierowanie wpływów nie tylko na bieżące potrzeby leczenia osób chorych, ale przede wszystkim na profilaktykę skierowaną do tych grup, które są najbardziej wrażliwe.

Trwają konsultacje społeczne, które doprowadziły już np. do rezygnacji autorów projektu z podatku od reklam suplementów diety – taką informację podała skupiająca przedsiębiorców Konfederacja Lewiatan po Radzie Dialogu Społecznego, która odbyła się w ubiegłym tygodniu. Wciąż jednak jest wiele do poprawienia w ekspresowo wprowadzanych przepisach.

W polskim rozwiązaniu ciekawą rzeczą jest brak progresji. Nie zdecydowano się na to, by dopłaty rosły wraz z zawartością cukru w napojach. To byłoby bardzo korzystne, dlatego że w tej chwili ustawa nie rozróżnia napojów, do których dosypano troszeczkę cukru, i tych z bardzo dużą ilością cukru. Cukier też jest konserwantem i jego niewielka ilość oznacza zupełnie inne skutki zdrowotne, niż mają mocno dosładzane napoje, w szczególności napoje gazowane – mówi Maria Libura. – Tak zwana progresja cukrowa, czyli tym większa opłata, im większa zawartość cukru, jest rozwiązaniem dobrze przećwiczonym w Wielkiej Brytanii, w której doprowadziło ono do redukcji zawartości cukru w napojach.

Spółki dywidendowe oraz małe i średnie zwiększają szanse na zyski na giełdzie. Jednak strategia musi być zgodna z charakterem inwestora

Podczas gdy amerykańskie indeksy biją kolejne rekordy, warszawska giełda wciąż nie może odzyskać impetu. Nie spełniają się na razie nadzieje wiązane z PPK. Jednak w warunkach niskich stóp procentowych, realnych strat na lokatach w obliczu rosnącej inflacji i  szybko rosnących cen nieruchomości możliwości inwestowania gwałtownie się zawężają. – Bycie na rynku giełdowym jest atrakcyjne w dłuższym horyzoncie czasowym – mówi dr Emil Łobodziński z DM PKO BP. Wszystko jednak zależy od przyjętej strategii inwestowania. Ta przede wszystkim powinna być dopasowana do charakteru inwestora.

– Zdecydowanie najbliżej mi jest do inwestycji giełdowych, czyli giełda, spółki, obligacje i fundusze inwestycyjne, w związku z czym to one wydają mi się najciekawsze, gdyż mogą przynieść potencjalnie najwyższe stopy zwrotu i są najsensowniejsze w długim terminie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Emil Łobodziński z Biura Maklerskiego PKO Banku Polskiego.

Od czasu likwidacji OFE warszawska giełda radzi sobie na tle innych parkietów zdecydowanie słabo. Podczas gdy główne europejskie, a przede wszystkim amerykańskie indeksy już kilka lat temu wyrównały rekordy z końcówki 2007 roku, czyli tuż sprzed ostatniego kryzysu, WIG20 ledwo utrzymuje się ponad połową wartości z tamtego okresu. Dla porównania amerykański indeks S&P500 ma dziś ponad dwa razy tyle punktów co w październiku 2007 roku – ponad 3300 punktów versus 1550. Polski indeks blue chipów natomiast niespełna 2150 punktów wobec prawie – nigdy nieprzekroczonej granicy – 4000 przed ponad 12 laty.

Ekspert podkreśla, że giełda daje możliwość zarobku w dłuższym horyzoncie czasowym, np. wymienione właśnie amerykańskie indeksy średnio oferują stopę zwrotu w granicach 7 proc. Jest to jednak średnia, co oznacza, że jeden rok może przynieść o wiele wyższy zysk, inny zaś wyraźną stratę.

– Wydaje mi się, że bycie na rynku giełdowym jest dobrym wyborem. Jest tu całe spektrum spółek, które możemy wybierać. Przede wszystkim warto zwrócić uwagę na spółki dywidendowe, dlatego że jako inwestor i jednocześnie udziałowiec raz do roku najczęściej dostaniemy dywidendę – radzi Emil Łobodziński.

Kluczowa jest ocena ryzyka upadłości wybranej spółki.

– Trzeba się zastanowić, co ta spółka robi, czy dana branża jest rozwojowa, czy spółka rozwija się lepiej, czy gorzej niż branża, czy produkt, który ma, zyskuje na popularności, czy wręcz odwrotnie. Warto spojrzeć na dane finansowe spółki, ocenić jakość zarządu, bo nawet jeżeli chwilowo ma ona gorszy moment, to jeśli ma dobry zarząd, jest duża szansa, że w dłuższym horyzoncie sytuacja się poprawi – mówi Łobodziński.

Warszawski indeks spółek dywidendowych został utworzony na przełomie 2010 i 2011 roku, a jego wartość wahała się w ciągu tej niespełna dekady od -15 proc. do +27 proc. Jego obecny  poziom to ok. 5 proc. powyżej poziomu wyjściowego, ale od końca sierpnia 2019 roku jest w trendzie wzrostowym. Ponadto można z niego wybrać konkretne spółki z 42 podmiotów. Emil Łobodziński, nie mogąc udzielać konkretnych rekomendacji, wskazuje jednak, jakimi kryteriami się kierować.

– Jeżeli inwestorowi bardziej zależy na stopie zwrotu, to warto inwestować w spółki małe i średnie, bo tu ten potencjał zwykle jest większy, ale z tym wiąże się wyższe ryzyko, bo większa jest szansa, że mała spółka zbankrutuje albo zostanie wycofana z giełdy – wyjaśnia analityk BM PKO BP. – Na tych największych spółkach są takie okresy, kiedy też można zanotować bardzo dobre stopy zwrotu. Ale nie jest tak, że jak spółka jest duża, to na pewno jest superbezpieczna. Ryzyko upadłości jest bardzo małe, natomiast w kwestii zmiany kursu różne rzeczy mogą się dziać.

Jego zdaniem kluczową sprawą jest znalezienie takiej strategii inwestowania, która odpowiada charakterowi inwestora, bo tylko to gwarantuje konsekwencję nawet w trudniejszych warunkach rynkowych.

– Niektórzy kierują się analizą techniczną i analizą wykresu i na tej podstawie podejmują decyzję, niektórzy kierują się tylko i wyłącznie analizą fundamentalną, czyli oceną perspektyw i wyceną spółki. Niektórzy lubią się podłączać pod trend, czyli jeżeli coś rośnie, to kupują, bo liczą na to, że dalej będzie rosło – mówi Emil Łobodziński. – Inni kupują dopiero wtedy, gdy coś mocno spadło, bo liczą na odbicie. Wszystkie te strategie mogą działać, natomiast warunkiem kluczowym jest dobranie strategii do swojego charakteru. O tym rzadko się mówi, ale bez tego przy pierwszym gorszym wyniku inwestor tę strategię porzuca i nawet jeżeli ona jest super i w horyzoncie np. dwóch–trzech lat przyniesie znakomite stopy zwrotu, to nie dotrwa do tego czasu, bo w międzyczasie się zniechęci.

Niższa stawka podatku, zwolnienie z podatku dla młodych i nowe ulgi. Na rozliczenie z fiskusem mamy czas do końca kwietnia

0

Zmiana skali podatkowej, wyższe koszty uzyskania przychodu czy wprowadzenie mikrorachunku podatkowego – to tylko część zmian w rozliczaniu podatków za 2019 rok. W tym roku będzie można także odliczyć do 53 tys. zł wydatków na materiały budowlane, urządzenia i usługi związane z termomodernizacją budynku. Miesiąc więcej na rozliczenie będą miały osoby, które rozliczają się zryczałtowanym podatkiem – zeznanie będą musiały złożyć do 2 marca.

 – W rozliczeniu PIT za 2019 rok, które będziemy składać w 2020 roku, zmieniło się kilka podstawowych kwestii, przede wszystkim skala podatkowa, wysokość kosztów zryczałtowanych i kosztów pracy. Zmieniła się również kwota wolna od podatku. Ustawodawca wprowadził nową ulgę termomodernizacyjną. Istotna zmiana, która dotyczy wielu młodych ludzi, to zwolnienie z podatku osób do 26. roku życia – wymienia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Małgorzata Słomka, doradca podatkowy z Instytutu Studiów Podatkowych Modzelewski i Wspólnicy.

Podatników, którzy zarabiają do 85 528 zł brutto rocznie, obejmuje niższa, 17-proc. stawka podatkowa. Dla dochodów przekraczających tę kwotę stawka pozostaje na poziomie 32 proc. Resort finansów szacuje, że z niższej stawki skorzysta ok. 25 mln podatników.

Osoby do 26. roku życia mogą skorzystać z zerowego PIT. To rozwiązanie korzystne dla zatrudnionych na umowie o pracę czy zlecenie. Zwolnienie z podatku obejmuje przychody do wysokości 85 528 zł. W przypadku rozliczenia za 2019 roku ulga w PIT liczy się dopiero od 1 sierpnia, limit jest więc zmniejszony i wynosi 35 636,67 zł.

Podwyższone, ponad dwukrotnie, zostały zryczałtowane koszty uzyskania przychodu ze stosunku pracy. Wynoszą one teraz 250 zł miesięcznie dla osoby, która pracuje i mieszka w tej samej miejscowości, oraz 300 zł dla osoby, która dojeżdża – wskazuje Małgorzata Słomka.

W rozliczaniu podatku za 2019 rok można skorzystać z nowej ulgi termomodernizacyjnej. Pozwala ona odliczyć wydatki na materiały budowlane, urządzenia i usługi związane z termomodernizacją budynku.

– To ulga kilkuletnia. Przedsięwzięcie termomodernizacyjne można prowadzić przez trzy lata od końca roku, w którym poniesiono pierwszy wydatek. Jeśli więc podatnik poniósł pierwszy wydatek w 2019 roku, to może z ulgi korzystać do 2022 roku i jest ona rozliczana za każdy rok częściowo, aż do osiągnięcia limitu 53 tys. zł – tłumaczy doradca podatkowy. – Inną ulgą jest ulga IP Box, ale ona głównie dotyczy przedsiębiorców, podobnie jak ulga na wydatki związane z kształceniem zawodowym.

Przedsiębiorcy będą mogli odliczyć od dochodu darowizny na cele kształcenia zawodowego publicznym szkołom je prowadzącym. Obowiązuje jednak górny limit odliczenia – łącznie z darowiznami na cele kultu religijnego, pożytku publicznego i krwiodawstwa ich łączna wysokość nie może przekroczyć kwoty stanowiącej 6 proc. dochodu. Z kolei dzięki IP Box przedsiębiorcy uzyskujący dochody z kwalifikowanych praw własności intelektualnej mogą zastosować preferencyjną stawkę podatku dochodowego w wysokości 5 proc.

– Od 2020 roku wszystkich podatników podatku PIT, CIT i VAT obowiązują mikrorachunki. Będą na nie wpłacane wszystkie należności z tych tytułów i znikną dotychczasowe rachunki urzędów skarbowych, na które podatnicy wpłacali swoje zobowiązania podatkowe – podkreśla Małgorzata Słomka.

Numer mikrorachunku można sprawdzić w dowolnym momencie w ciągu roku, korzystając z generatora na stronie podatki.gov.pl lub w każdym urzędzie skarbowym. Dzięki temu ma być mniej omyłkowych przelewów na niewłaściwe konta. Zmiana oznacza też sprawniejszą obsługę płatności, co pozwala m.in. na szybsze uzyskanie potrzebnych zaświadczeń, np. o niezaleganiu w podatkach.

 Pierwszym ważnym terminem, który pojawi się dla podatników, jest data 15 lutego. W tym terminie ministerstwo ma opublikować [w systemie Twój e-PIT – red.] wstępne zeznania podatkowe, które podatnicy będą mogli przejrzeć, wprowadzić ewentualne zmiany i zaakceptować. Ostateczny termin na złożenie większości deklaracji przez osoby fizyczne to wciąż 30 kwietnia. Dla zryczałtowanego podatku dochodowego w tym roku termin jest późniejszy niż dotychczas [do 2 marca zamiast do końca stycznia – red.] – wskazuje Małgorzata Słomka.

Osoby, które zdecydują się rozliczyć z fiskusem poprzez usługę Twój e-PIT, zrobią to za pomocą dwóch kliknięć. Administracja skarbowa sama przygotuje dokumenty PIT-28, PIT-38, PIT-37 i PIT-36. Jeśli podatnik nie zaakceptuje rozliczenia, zeznanie zostanie złożone automatycznie. W ubiegłym roku w formie elektronicznej rozliczyło się ok. 16 mln podatników, z czego prawie 7 mln zeznań trafiło do systemu skarbowego właśnie za pośrednictwem usługi Twój e-PIT.

– W przypadku podatników prowadzących działalność gospodarczą te zeznania nie będą przygotowane. Muszą samodzielnie złożyć rozliczenia podatkowe. Jeżeli nie złożą ich w terminie przewidzianym ustawą, to grożą im sankcje karnoskarbowe – przypomina Małgorzata Słomka.

Blisko połowa dorosłych Polaków nie pracuje i się nie uczy. Resort pracy chce w najbliższych miesiącach zająć się ich aktywizacją

Populacja osób biernych zawodowo liczy blisko 13,3 mln osób. To oznacza, że prawie połowa dorosłych Polaków z różnych powodów nie pracuje i się nie uczy. Aktywizacja biernych zawodowo i długotrwale bezrobotnych to priorytety resortu pracy na nadchodzący rok. – Zasiądziemy do stołu z partnerami społecznymi i gospodarczymi i wspólnie będziemy się zastanawiać, jak zwiększać wskaźniki zatrudnienia – zapowiada wiceminister pracy Alina Nowak. Jak podkreśla, w pierwszej kolejności należy aktywizować niewykorzystane dotąd zasoby na polskim rynku pracy i zachęcać do powrotu osoby, które wyjechały z Polski, a dopiero w drugiej kolejności sięgnąć po pracowników z zagranicy.

Według danych GUS na koniec grudnia ub.r. stopa bezrobocia rejestrowanego wyniosła 5,2 proc. To minimalne pogorszenie względem listopada (o 0,1 pkt proc.), ale ten wskaźnik i tak utrzymuje się na poziomie najniższym od 30 lat. Na koniec roku w urzędach pracy zarejestrowanych było 866,4 tys. osób bezrobotnych, o ponad 100 tys. mniej niż rok wcześniej. Według Eurostatu w Polsce bezrobocie jest na jednym z najniższych poziomów w Unii Europejskiej (szóste miejsce).

Dziś już nie walczymy z bezrobociem, ale promujemy zatrudnienie. Ważne, żeby jego wskaźnik był na coraz wyższym poziomie – mówi agencji Newseria Biznes Alina Nowak, podsekretarz stanu w Ministerstwie Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. – W tym roku będziemy koncentrowali się w pierwszej kolejności na aktywizacji osób długotrwale bezrobotnych i biernych zawodowo, które nie zawsze są zarejestrowane jako bezrobotni czy poszukujący pracy.

Polski rynek pracy wciąż boryka się z wieloma problemami, m.in. niedostosowaniem kompetencji pracowników do zapotrzebowania pracodawców, emigracją i niekorzystną demografią, które pogłębiają lukę na rynku pracy, oraz wysokim na tle UE odsetkiem osób biernych zawodowo i długotrwale bezrobotnych (powyżej 12 miesięcy). Według danych GUS na koniec II kwartału ub.r. liczba osób długotrwale poszukujących pracy wyniosła 360,8 tys. To nieco ponad 41 proc. wszystkich zarejestrowanych bezrobotnych.

Co istotne, długotrwałe bezrobocie częściej występuje wśród kobiet. Ponad 45 proc. kobiet zarejestrowanych w urzędach pracy w połowie ubiegłego roku pozostawała bez zatrudnienia przez okres powyżej 12 miesięcy. Wśród mężczyzn ten odsetek wyniósł 35,8 proc.

W urzędach pracy jest zarejestrowanych jeszcze wiele osób, które posiadają status długotrwale bezrobotnych. Dzisiaj aktywizujemy ich już nie tylko od strony zawodowej, ale też bardziej holistycznie. Staramy się objąć takiego człowieka kompleksową pomocą. Angażujemy do tego instytucje pomocy społecznej i NGO-sy – mówi Alina Nowak. – W pierwszej kolejności jest to przede wszystkim aktywizacja społeczna, a nie tylko zawodowa. Musimy zdiagnozować, dlaczego te osoby nie podejmują zatrudnienia. Bierzemy też pod uwagę ich sytuację rodzinną, zwracamy uwagę, czy taka osoba nie musi korzystać z pomocy przy opiece nad rodzicami, czy ma zapewnioną opiekę nad małoletnimi dziećmi.

Kolejny priorytet resortu pracy na nadchodzący rok to aktywizacja osób biernych zawodowo. Za takie uważa się ludzi, którzy ukończyli 15. rok życia, ale nie pracują i się nie uczą. W Polsce odsetek osób biernych zawodowo jest wysoki na tle całej UE. Według danych GUS na koniec III kwartału ub.r. ich populacja liczyła 13 mln 281 tys. osób (w porównaniu z 13 mln 254 tys. w poprzednim kwartale). To oznacza, że blisko połowa Polaków nie pracuje i nie jest gotowa do podjęcia aktywności. Dużą część tej grupy stanowią emeryci, studenci i kobiety, które rezygnują z pracy na rzecz opieki nad dziećmi. GUS wskazuje, że w połowie ubiegłego roku 1,55 mln kobiet było biernych zawodowo z powodu obowiązków rodzinnych i związanych z prowadzeniem domu.

Mamy spore grono osób biernych zawodowo i nie są to tylko bezrobotni. Myślę, że właściwym rozwiązaniem jest tutaj promocja ofert pracy atrakcyjnych dla osób, które są skłonne poszukiwać zatrudnienia. Mamy również sporo osób niepełnosprawnych, które nie mają pracy. Powinniśmy też myśleć o osobach powracających z zagranicy, stwarzać im takie warunki, aby chciały przyjeżdżać i pracować w Polsce – mówi wiceminister pracy. – Mamy materiał analityczny, w niedługim czasie zasiądziemy do stołu z partnerami społecznymi i gospodarczymi i wspólnie będziemy zastanawiać się nad tym, jak zwiększać wskaźniki zatrudnienia i poprawiać sytuację na rynku pracy.

Mimo dużej luki na polskim rynku pracy (firma doradcza PwC szacuje, że do 2025 roku deficyt sięgnie już 1,5 mln pracowników) wiceminister ocenia, że w pierwszej kolejności należy aktywizować niewykorzystane dotąd zasoby w kraju, a dopiero w drugim kroku sięgnąć po pracowników z zagranicy.

Na naszym rynku pracuje około 800 tys. osób z zagranicy. Trzeba się zastanowić, w jaki sposób przyspieszyć procedury, aby te osoby mogły podejmować pracę szybciej. Należy też stwarzać im przyjazne warunki, aby mogły się u nas odnaleźć. Jednak jestem zwolennikiem tego, żeby w pierwszej kolejności przeanalizować nasz rynek pracy i proponować osoby, które mają odpowiednie kwalifikacje, na terenie naszego kraju – mówi Alina Nowak.

Hakerzy mogą włamać się do domowej sieci nawet przez żarówkę. Nowe urządzenie uchroni inteligentny dom przed włamaniami

Z raportu „Smart Living” opracowanego przez analityków Infuture Hatalska Foresight Institute wynika, że w 2020 roku liczba urządzeń funkcjonujących w ramach internetu rzeczy wzrośnie do 20,4 mld. Większość z nich nie jest prawidłowo zabezpieczona, przez co może stanowić realne zagrożenie dla naszej prywatności. Eksperci ds. bezpieczeństwa internetowego pracują nad technologiami oraz rozwiązaniami, które pozwolą ochronić urządzenia funkcjonujące w ramach domowego internetu rzeczy przed atakami hakerów.

– Urządzenia internetu rzeczy mają dostęp do twojego domu, kamery czy inteligentnych głośników, a firmy do tego rodzaju danych osobowych. Z drugiej strony zdarzają się przypadki wykorzystania oprogramowania szantażującego – cyberprzestępcy mając dostęp do urządzenia, zyskują możliwość zablokowania go na odległość i zażądania pieniędzy za udzielenie do niego ponownego dostępu – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Javier Rincón, dyrektor krajowy Avast w Meksyku.

Z analiz przeprowadzonych przez wrocławską firmę TestArmy wynika, że co drugie urządzenie z kategorii internetu rzeczy może stwarzać realne zagrożenie dla bezpieczeństwa sieci domowej. Pracownikom firmy w ramach testów penetracyjnych udało się złamać zabezpieczenia jednej z dużych korporacji przetwarzającej dane osobowe pozyskane za pośrednictwem zgód marketingowych. Wykorzystując lukę bezpieczeństwa w firmowej drukarce, specjaliści przechwycili obraz z kamer bezpieczeństwa, dzięki czemu podejrzeli kod wejściowy do drzwi magnetycznych i włamali się do biura po godzinach jego funkcjonowania.

Atak przeprowadzony przez TestArmy był symulowany, ale z tych samych luk mogą skorzystać cyberprzestępcy, którzy wyrządzą realne szkody w naszych domach. Te nie są tak dobrze chronione jak korporacyjne biurowce. Avast zaprojektował domowy system bezpieczeństwa skierowany do gospodarstw domowych korzystających z urządzeń wchodzących w skład internetu rzeczy.

– Avast Omni łączy się z siecią domową, aby monitorować jej status. Jeśli którekolwiek z urządzeń podłączonych do sieci stało się celem ataku lub wykryto nieprawidłowości w jego działaniu, zostaje odłączone, by  chronić pozostałe. Mamy ponad 30 lat doświadczenia w zakresie cyberbezpieczeństwa, to jest nasz pierwszy krok w branży produkcji sprzętu i internetu rzeczy, ponieważ na rynku nie ma zbyt wielu rozwiązań zabezpieczających tego typu – wyjaśnia ekspert.

Avast Omni jest zintegrowanym systemem bezpieczeństwa, który pozwala w pełni monitorować dane przepływające przez domową sieć internetową. Sprzęt podłącza się do routera i obsługuje za pośrednictwem aplikacji mobilnej, dzięki czemu można mieć wgląd do sieci nawet wtedy, kiedy nie ma nas w domu. Omni korzysta ze sztucznej inteligencji do rozpoznawania potencjalnych luk w oprogramowaniu oraz rozpoznawania potencjalnych zagrożeń, system pomaga także monitorować miejsce przebywania najmłodszych członków rodziny.

O tym, jak ważne jest właściwe zabezpieczenie domowej sieci, przekonali się użytkownicy urządzeń IoT od chińskiej firmy Orvibo. W wyniku błędów w zabezpieczeniu jej serwerów dostęp do jednego z nich nie wymagał podania żadnego hasła, w związku z czym hakerzy mogli włamać się do systemu i przeglądać 2 mld rekordów w bazie danych. Po zlokalizowaniu luki przez specjalistów ds. cyberbezpieczeństwa z vpnMentor i skontaktowaniu się z producentem minęły aż trzy tygodnie, zanim została ona załatana. W tym czasie każdy mógł przeglądać takie informacje jak dane logowania, nazwiska czy adresy domowe użytkowników systemu.

Sprawą zbyt słabo zabezpieczonych urządzeń IoT zainteresowali się nawet oficerowie Federalnego Biura Śledczego. Na portalu FBI Portland opublikowano zalecenia dla użytkowników systemów IoT, w których stwierdzono, że każdy, kto korzysta z urządzeń tego typu, powinien odseparować je od głównej domowej sieci Wi-Fi, w ramach której funkcjonują nasze telefony czy komputery.

– Avast Omni to urządzenie do domu, może być również wykorzystane w małym biurze. Nacisk kładziemy jednak na jego zastosowanie w domach, ponieważ to tam znajduje się nasz telewizor, głośniki, tablety. W ramach rocznej licencji klient otrzymuje samo urządzenie, ale dopiero nasze oprogramowanie i licencja zapewniają ochronę – tłumaczy Javier Rincón.

Według analityków z firmy MarketsandMarkets wartość globalnego rynku internetu rzeczy wzrośnie z 170 mld dol. w 2017 roku do 561 mld dol. w 2022 roku.

Polski sektor kosmiczny poszukuje pracowników. Zatrudnienie znaleźć mogą inżynierowie znający się na elektronice i programiści

Przystąpienie Polski do Europejskiej Agencji Kosmicznej otworzyło przed rodzimymi specjalistami drogę do rozwoju w nowym, innowacyjnym sektorze gospodarki, w którym wciąż brakuje wykwalifikowanych pracowników. Ministerstwo Rozwoju prowadzi skoordynowane działania, które mają wypromować tę branżę wśród obecnych i przyszłych inżynierów.

– Sektor kosmiczny poszukuje specjalistów z wielu dziedzin. Między innymi inżynierów znających się na elektronice, mechanizmach stosowanych w przemyśle lotniczym i kosmicznym. Także programistów, którzy jednocześnie znają się na programowaniu w różnych językach oraz na tym, jak funkcjonują satelity, segment naziemny i w jaki sposób przetwarzamy dane satelitarne. Sektor kosmiczny szuka specjalistów, którzy znają się na wąskiej specjalizacji, ale mają też szersze pojęcie o inżynierii – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Paweł Wojtkiewicz, prezes zarządu Związku Pracodawców Sektora Kosmicznego.

Rząd prowadzi skoordynowane działania, które mają spopularyzować pracę w sektorze kosmicznym. W ramach znowelizowanej ustawy o Polskiej Agencji Kosmicznej wprowadzono szereg rozwiązań sprzyjających dynamicznemu rozwojowi tej branży. Agencja ma stać się organem doradczym dla firm, start-upów oraz naukowców zainteresowanych realizowaniem projektów kosmicznych.

Zgodnie z wyliczeniami Agencji Rozwoju Przemysłu w Polsce działa obecnie ok. 350 firm z sektora kosmicznego. Zwiększenie inwestycji w tę branżę jest jednym z kluczowych elementów Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju, promującej nowy model krajowej gospodarki, bazujący na innowacyjnych rozwiązaniach technologicznych. W realizacji tego przedsięwzięcia ma pomóc m.in. wdrożenie Polskiej Strategii Kosmicznej na lata 2017-2030, która powinna przyczynić się do  zwiększenia obrotów polskiego sektora kosmicznego do poziomu co najmniej 3 proc. obrotów na rynku europejskim.

– Szacujemy, że osoby, które pracują dla sektora kosmicznego w Polsce – inżynierowie, menadżerowie – to niespełna tysiąc osób. Mam nadzieję, że ta liczba będzie rosła w najbliższych latach, ale jest to ściśle połączone z naszym udziałem w programach opcjonalnych Europejskiej Agencji Kosmicznej. W momencie kiedy Polska nie zwiększa znacznie swojego udziału w tych programach, niestety przyrost zatrudnienia nie jest możliwy – twierdzi ekspert.

Polska Agencja Kosmiczna promuje zatrudnienie w tej branży już na poziomie uczelnianym. Pomóc w tym mają m.in. konkursy na najlepsze prace dyplomowe związane z rozwojem sektora kosmicznego. Współpracę z Agencją Rozwoju Przemysłu podjął także Związek Pracodawców Sektora Kosmicznego, który organizuje programy stażowe dla najzdolniejszych studentów. Dzięki nim absolwenci oraz przyszli inżynierowie mogą przekonać się, jak wygląda praca w sektorze kosmicznym i jakie daje perspektywy na przyszłość.

– Zarobki są porównywalne do zarobków w innych branżach, ale możemy powiedzieć, że sektor kosmiczny daje pracownikowi pewną wartość dodaną. Nie w każdej firmie pracujemy z Europejską Agencją Kosmiczną, nie w każdej firmie jesteśmy w stanie projektować urządzenia czy tworzyć oprogramowanie, które będzie używane później na Marsie, nie zawsze tworzymy oprogramowanie, które pozwala sterować satelitą na orbicie – wskazuje Paweł Wojtkiewicz.

Zwiększenie konkurencyjności polskiego sektora kosmicznego pozwoli zatrzymać w kraju wielu uzdolnionych naukowców i specjalistów, którzy dziś współpracują z największymi światowymi agencjami. Dobrym przykładem jest tu polski start-up Immersion, który na zlecenie amerykańskiego Instytutu Smithsonian oraz NASA opracował aplikację Apollo&HASH39;s Moon Shot AR, odtwarzającą misję Apollo w rzeczywistości rozszerzonej.

Według analityków z firmy Research and Markets wartość globalnego rynku sektora kosmicznego w 2018 roku wyniosła 360 mld dol. Przewiduje się, że do 2026 roku wzrośnie do 558 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 5,6 proc.

Polacy coraz rzadziej przenoszą numery komórkowe. Tylko jeden z czterech operatorów na plusie

Prawie 1,7 miliona numerów zostało przeniesionych pomiędzy sieciami komórkowymi w ub.r. To blisko 190 tysięcy mniej niż w okresie od stycznia do grudnia 2018 roku. W opinii ekspertów, może to świadczyć o stabilizacji na rynku i zrównywaniu ofert. W 2019 roku najwięcej zmian było w kwietniu, a najmniej – w czerwcu. Tylko jeden z czterech głównych operatorów zanotował dodatni wynik netto. I jak dodają specjaliści, w najbliższej przyszłości pole konkurowania skupi się na jakości obsługi i usług. 

W minionym roku przeniesiono 1 694 385 numerów w sieciach ruchomych. To o 186 993 mniej niż w 2018 roku, kiedy takich operacji było 1 881 378. Tak wynika ze statystyk systemu Platformy Lokalizacyjno-Informacyjnej z Centralną Bazą Danych (PLI CBD), zarządzanego przez Prezesa Urzędu Komunikacji Elektronicznej (UKE).

– Dynamika liczby przeniesionych numerów spadła, co jest odzwierciedleniem sytuacji konkurencyjnej na rynku telekomunikacyjnym. Udziały czterech głównych operatorów ustabilizowały się, co oznacza, że w mniejszym stopniu walczyli oni o przejmowanie klientów konkurencji. Ponadto oferty postrzegane są jako zbliżone cenowo i funkcjonalnie, stąd zmiana operatora staje się nieopłacalna – komentuje Grzegorz Bernatek, Lead TMT Analyst z Audytel.

Jak zaznacza Sławomir Lubak, lider obszaru Strategii i Integracji Technologii oraz TMT w Deloitte Polska, całkowita liczba przeniesień spadła. Według eksperta, może to świadczyć o pewnej stabilizacji na rynku i wyrównywaniu ofert. Jednak z drugiej strony są to liczby porównywalne do tych z lat 2016-2017. Można więc to uznać za wahania w ramach normy.

– Jeśli parametry cenowe i funkcjonalne są zbliżone, to głównym powodem zmiany operatora stają się negatywne doświadczenia z dotychczasowym usługodawcą. Wynikają one np. z awarii. Część klientów, których możemy określić tzw. wędrowcami, korzysta z tego. Dla nich oferta utrzymaniowa dotychczasowego operatora jest gorsza niż propozycja dla nowych klientów u konkurencji. Są też osoby decydujące się na zmianę ze względu na lepszy zasięg i parametry u danego usługodawcy, przykładowo po przeprowadzce lub zmianie miejsca pracy – dodaje Grzegorz Bernatek.

Jak informuje Martin Stysiak, rzecznik prasowy Urzędu Komunikacji Elektronicznej, w poprzednim roku najwięcej numerów przeniesiono w kwietniu – 180 633, a rok wcześniej w styczniu – 181 079. Zarówno w ubiegłym roku, jak i we wcześniejszym, najmniej tego typu zmian było w czerwcu, odpowiednio 123 156 oraz 138 072.

– Koniec i początek roku są okresami wzmożonej aktywności dla przenoszenia numerów. Należałoby przeprowadzić nieco głębszą analizę danych. Być może elementem decydującym o tym są nowe oferty lub ich zmiany w danej sieci. Nadal mamy dużą część społeczeństwa, która jest wrażliwa na wysokie opłaty, nawet jeśli różnice są niewielkie. Nagłe tąpnięcie, np. jakości oferowanych usług przy większych awariach, nie są raczej czynnikiem decydującym – stwierdza Sławomir Lubak.

Z grona czterech największych operatorów telefonii komórkowej, trzech zakończyło 2019 rok z ujemnym bilansem. W przypadku P4 był to wynik na poziomie -194 013 (526 673 oddane numery i 332 660 przyjętych numerów), Orange -59 295 (427 930 i 368 635), a T-Mobile -21 825 (305 250 i 283 425). Natomiast Polkomtel zanotował rezultat na plus, tj. 107 756 (273 327 i 381 083).

– Różnice w bilansach między operatorami są pewnym wyznacznikiem konkurencyjności oferty. Jednak, moim zdaniem, wyniki te są przeceniane. Każdego roku telekomy pozyskują łącznie od 10 do 15 mln nowych kart SIM – nie tylko w efekcie przenoszenia numeru. Na rynek wchodzą cały czas nowi klienci, a dodatkowo nie wszyscy decydują się na zatrzymanie dotychczasowego numeru po wygaśnięciu umowy. Przenoszenie stanowi więc tylko od 15% do 20% całkowitej pozyskiwanej bazy abonentów – wyjaśnia ekspert z Audytel.

W 2018 roku sytuacja z największymi operatorami telefonii komórkowej była podobna. Trzech z nich miało ujemny bilans roczny. W przypadku Orange było to na poziomie -89 542 (493 726 i 404 184), T-Mobile -22 960 (380 174 i 357 214), natomiast P4 -12 329 (572 821 i 560 492). Z kolei Polkomtel zakończył ten okres z wynikiem 6 568 (353 077 i 359 645).

– Patrząc na bardziej dojrzałe rynki, pole konkurowania w najbliższej przyszłości skupi się głównie na jakości obsługi i usług. W dłuższej perspektywie budowa lojalności będzie następować u tych operatorów, którzy dzisiaj inwestują w doświadczenie klienta, jakość samych usług – w tym nietelekomunikacyjnych. Niewątpliwie w najbliższych latach polem starcia będzie też 5G. I ten element może być czynnikiem, który zmieni nieco rynek – podsumowuje ekspert z Deloitte Polska.

Koronawirus – źródłem strachu na rynkach

Wybuch epidemii, spowodowanej nowym koronawirusem w Chinach, wzbudza niepokój na giełdach. Wirus uderzył w Państwo Środka w szczególnie niefortunnym momencie: tuż przed rozpoczynającymi się w Chinach obchodami Nowego Roku Księżycowego, które dla wielu osób są okazją do podróży wewnątrz kraju. Tymczasem epidemia koronawirusa doprowadziła do wstrzymania przez władze chińskie transportu i handlu do i z niektórych miast, co negatywnie przełożyło się na tamtejszą gospodarkę.

Strach przed epidemią, która się rozprzestrzenia, jest tak duży, że indeksy akcyjne na całym świecie notują dynamiczne przeceny. Zyskuje jedynie złoto, ponieważ kruszec ten przez wielu inwestorów jest traktowany jako „bezpieczna przystań”, a więc jako dobra inwestycja na czasy niepewności i kryzysów.

Na koniec ubiegłego tygodnia GPW w Warszawie zanotowała osłabienie. Indeks szerokiego rynku WIG stracił na wartości 0,73%. Notowania największych spółek (tworzących indeks WIG20) zaliczyły nieco mocniejszy spadek: – 0.99%. Z kolei indeksy małych i średnich spółek zakończyły tydzień: z lekkim wzrostem + 0,61% dla sWIG80 oraz spadkiem o 0,27% dla mWIG40.

W nadchodzącym tygodniu uwaga inwestorów będzie skupiona na danych z USA. We wtorek (28.01.2020) poznamy dane dotyczące zamówień na dobra trwałe. W środę (29.01.2020) zapoznamy się z decyzja FOMC w sprawie stop procentowych oraz danymi o saldzie obrotów towarowych USA. W czwartek (30.01.2020) poznamy indeks PCE. Z kolei w piątek (31.01.2020) nadejdzie kolej na dane o dochodach i wydatkach Amerykanów.

Departament Zarządzania i Analiz SUPERFUND TFI S.A.

Płatność internetowa – wygodne i proste rozwiązanie

Komputery podłączone do internetu dają we współczesnych czasach ogrom możliwości. Wystarczy kilka chwil na to, aby za pośrednictwem portalu podróżniczego wykupić wyjazd na wymarzone wakacje. Zakupy na jutrzejszy obiad można zrobić bez wstawania z fotela. Leżąc w łóżku można czytać ulubioną książkę na czytniku. Możliwości jest naprawdę wiele – jednak niemal wszystkie mają wspólną cechę – trzeba za nie zapłacić. Współczesny świat stawia na wygodę, której doskonałym odzwierciedleniem są płatności online. Jeżeli ktoś w internecie może znaleźć wszystko, czego do szczęścia potrzebuje, to też by chciał móc za to zapłacić szybko i wygodnie. Wycieczka na pocztę z pewnością nie jest szczytem marzeń w takiej sytuacji.

  1. Porzucony koszyk zakupowy – najczęstsze przyczyny
  2. Płatności online – wygodne i proste w obsłudze
  3. Usługa SMS – nowoczesny pomysł na działania marketingowe

To tylko kilka pomysłów na to, w jaki sposób można sprawić, aby sklep internetowy stał się jeszcze bardziej przyjazny dla klientów. Nowoczesne rozwiązania takie jak na przykład wygodna usługa SMS i optymalizacja procesu płatności są w tym przypadkiem jedynym kluczem do osiągnięcia sukcesu.

Porzucony koszyk zakupowy – najczęstsze przyczyny

Korzystanie ze sklepów internetowych jest obecnie niezmiernie powszechne. Zakupy z domowego zacisza cieszą się ogromną popularnością i to u osób w różnym wieku. Nawet spora grupa osób ze starszego pokolenia przekonała się o tym, że taka forma zawierania transakcji jest wygodna i przede wszystkim bezpieczna. Daje to ogromne pole do kreatywnego rozwoju biznesu. Jednak czasem zdarza się tak, że pomimo bardzo rozbudowanej oferty i konkurencyjnych cen, klienci niemal w ostatniej chwili porzucają koszyk zakupowy. Aby móc coś na to zaradzić, trzeba z bliska przyjrzeć się problemowi.

Przyczyn, dla którego klienci postępują w taki, a nie inny sposób może być naprawdę wiele, choć na pierwszą myśl nasuwa się to, że system płatności za wybrane produkty jest mało intuicyjny albo nie spełnia wszystkich oczekiwań klientów, na przykład nie ma możliwość płatności online, albo też płatności tego rodzaju są, jednak nie są obsługiwane wszystkie banki. W takim przypadku istnieje duże prawdopodobieństwo tego, że klient zrezygnuje z zakończenia zakupów i wybierze sklep, który jest w pełni zintegrowany z jego platformą płatniczą.

Płatności online – wygodne i proste w obsłudze

Płatności przez internet to niezwykle wygodna sprawa. Nie trzeba iść na pocztę, aby zrobić przelew. Z poziomu sklepu można zalogować się bezpośrednio do serwisu bankowego. Dzięki takim rozwiązaniom transakcja może zostać zakończona w kilka minut. Na rynku usług płatniczych można znaleźć coraz większą ilość operatorów płatności online. Oferta jest zależna od warunków poszczególnego operatora. Niekiedy umowę o świadczenie usług w postaci płatności online trzeba zawierać podpisując i przesyłając dokumenty pocztą tradycyjną, a w innych przypadkach zawarcie umowy o świadczenie takich usług jest możliwe wyłącznie za pośrednictwem internetu, co jest niewątpliwą oszczędnością czasu dla każdej ze stron. Takie możliwości daje na przykład Cashbill.pl. Jakie korzyści wynikają z wyboru płatności internetowych?

Rozważając te korzyści, trzeba wziąć pod uwagę to, co na zawarciu umowy o świadczenie płatności online zyskać może właściciel sklepu internetowego, a zyskać może naprawdę wiele. Im bardziej intuicyjna jest obsługa koszyka zakupowego i im mniej czasu trzeba na nią poświęcić, tym więcej klientów dokończy zakupy i w systemie analitycznym niemal od ręki będzie można zauważyć znaczący spadek współczynnika, jakim jest porzucenie koszyka zakupowego. Warto wybrać taką usługę, która oprócz sprawnych płatności online oferuje także prosty sposób zarządzania tymi płatnościami, najlepiej taki, który jest w jak najmniejszym stopniu angażujący dla właściciela sklepu.

Usługa SMS – nowoczesny pomysł na działania marketingowe

Marketing w dzisiejszych czasach, aby był skuteczny, to musi być prowadzony na wielu kanałach komunikacji z klientem. Wybór tylko jednej ścieżki promocyjnej, nawet potencjalnie najkorzystniejszej w znacznym stopniu ograniczy potencjał rozwojowy firmy. Warto stawiać na jak największą dywersyfikację w zakresie kanałów reklamowych, nie zapominając także o tym, że usługa sms jest skutecznym narzędziem zarówno do pozyskiwania nowych klientów, jak i do utrzymywania komunikacji z klientami obecnymi. Jakie zalety ma ta usługa i dlaczego warto z niej skorzystać?

Usługa sms premium daje szereg możliwości promowania sklepu internetowego, umożliwiając między innymi kontakt z klientami w celu przedstawienia aktualnej promocyjnej oferty sklepu. Usługa sms to ponadto możliwość wprowadzenia mikropłatności. Takie rozwiązania to na przykład SMS w systemie Cashbill.pl. Z tą tematyką powinien zapoznać się każdy właściciel sklepu internetowego, któremu zależy na tym, aby jego biznes rozwijał się jak najlepiej. Nowoczesne technologie pozwalają na pełną optymalizację kanałów marketingowych, a przy okazji wprowadzają sprawne rozwiązania w płatnościach internetowych.

Unia Europejska traci aż 170 miliardów euro na rajach podatkowych

Co roku do skarbu państw Unii Europejskiej nie trafia 170 miliardów euro, które powinny być zebrane w podatkach. Pieniądze te gubią się między granicami krajów, w wyniku transferu zysków. Wielkie korporacje i zamożni obywatele sztucznie lokują swoje zyski w krajach, gdzie mogą zapłacić mniejszy podatek. W wyniku takich działań straty UE są większe od jej rocznego budżetu. Receptą na tę sytuację byłoby ujednolicenie międzynarodowego prawa podatkowego – które nakazałoby korporacjom i obywatelom płacić podatek od zysku w kraju, w którym został on zarobiony. Eksperci twierdzą, że ta zasada powinna być fundamentem unijnego prawa podatkowego. Wciąż jednak są w Unii kraje, które własne korzyści przekładają ponad interesy innych państw członkowskich. Są albo miejscem przetrzymywania zysków, lub przystankiem na drodze do rajów podatkowych – takich jak Kajmany lub Wyspy Dziewicze. Te państwa blokują rozwiązanie problemu, przez który wszyscy tracimy setki miliardów euro.

– To nie tylko małe państwa, takie jak Cypr, Malta czy Luksemburg. To także większe kraje, znajdujące się w ścisłym centrum Unii Europejskiej – takie jak Holandia, Belgia czy Irlandia. Stosując specyficzne regulacje prawne zachęcają one międzynarodowe korporacje od tego, aby transferowały do nich swoje zyski – powiedział serwisowi eNewsroom Jakub Sawulski, kierownik zespoły makroekonomii w Polskim Instytucie Ekonomicznym. – Na zawrotną kwotę 170 miliardów euro strat składają się trzy elementy. Pierwszy z nich, wysokości 60 miliardów – to sztuczne transferowanie zysków przez międzynarodowe korporacje do tych miejsc, gdzie mogą płacić niższe podatki. Druga kwota, opiewająca na 40-50 miliardów euro – to osoby zamożne, które ukrywają swoje majątki poza granicami swoich macierzystych państw, również ze względów podatkowych. I trzecia kwota, 60-70 miliardów euro – to podatek VAT, który jest tracony przez administracje skarbowe w wyniku działalności zorganizowanych grup przestępczych, wyłudzających podatek VAT na transakcjach wewnątrzunijnych. Te trzy elementy należy regulować, by zamknąć dziurę podatkową – wskazuje Sawulski.

Koniunktura w handlu detalicznym nadal może niepokoić

Styczniowe badania ankietowe koniunktury gospodarczej GUS pokazują nieco bardziej optymistyczny obraz w porównaniu z tym, który widzieliśmy w ostatnim kwartale ubiegłego roku. Nieznaczna poprawa wystąpiła w większości sektorów gospodarki, jednak jest to poprawa symboliczna. W wielu przypadkach styczniowe wyniki badań są słabsze od porównywalnych okresów z poprzednich lat. Ostrzeżeniem powinny być szczególnie wyniki w handlu detalicznym, gdzie wskaźnik ogólnego klimatu nadal ulega pogorszeniu.

Wskaźnik ogólnego klimatu koniunktury gospodarczej w przetwórstwie przemysłowym w styczniu wzrósł do plus 3,2. Oznacza to wyraźny wzrost w porównaniu z grudniem ubiegłego roku, kiedy wskaźnik klimatu wynosił minus 4,9. Porównując jednak pierwsze miesiące ostatnich lat, początek tego roku w przetwórstwie przemysłowym jest najniższy od dwóch lat. Podobna sytuacja jest obserwowana w budownictwie, gdzie wskaźnik ogólnego klimatu koniunktury gospodarczej wzrósł z minus 4,6 do minus 0,7. Jest to najsłabszy początek roku od dwóch lat. Nieznaczna poprawa wskaźnika klimatu koniunktury wystąpiła w transporcie i gospodarce magazynowej (wzrost z minus 2,5 do minus 0,5) oraz w zakwaterowaniu i gastronomii (wzrost z minus 3,1 do minus 0,5). Oznacza to jednak, że mamy do czynienia z najsłabszym styczniem od czterech lat (w pierwszym przypadku) i trzech lat (w drugim przypadku). Poprawa wystąpiła również w przypadku sektorów informacja i komunikacja oraz finanse i ubezpieczenia. Należy jednak poczekać z oceną, na ile trwałe są to zmiany.

Z pewnością najbardziej powinny niepokoić dane z sektora handlu detalicznego, gdzie według badań ankietowych sytuacja zmieniła się co prawda nieznacznie (spadek z plus 0,6 do minus 0,3), jednak jest to najniższy poziom w styczniu od trzech lat. Pamiętajmy, że konsumpcja jest najważniejszym komponentem wzrostu gospodarczego, zatem może to oznaczać słabsze wyniki dynamiki PKB, co zresztą powszechnie jest w tym roku oczekiwane.

Dane ogólnego klimatu koniunktury gospodarczej wskazują na możliwość zatrzymania się negatywnych tendencji w sektorach przemysłowym i budowlanym, jednak dane jakie będą napływały z sektora realnego w pierwszym kwartale, będą zapewne słabsze od tych, które widzieliśmy w ostatnich latach. Największe problemy mogą wystąpić w przypadku popytu konsumpcyjnego. Dynamika sprzedaży detalicznej powinna być w pierwszych miesiącach tego roku słabsza w porównaniu z analogicznymi okresami poprzednich lat. Wskazują na to nie tylko wyniki badań koniunktury gospodarczej, ale również ostatnie dane z rynku pracy, w tym wyraźnie niższy fundusz płac.

Autor: dr Jarosław Janecki, Członek Towarzystwa Ekonomistów Polskich, Szkoła Główna Handlowa w Warszawie

Zagrożenia dla polskiej gospodarki w 2020 r.

Największym zagrożeniem dla naszej gospodarki w 2020 r. będzie sytuacja na zagranicznych rynkach. Niestety możliwości dostosowawcze polskich zmniejszy wzrost wynagrodzeń spowodowany podwyższeniem płacy minimalnej.

Najważniejszy nasz partner handlowy ma duże kłopoty. – Według prognoz Coface niemiecki PKB w 2020 r. wzrośnie zaledwie o 2 proc. – mówi w rozmowie z MarketNews24 Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface w Regionie Europy Centralnej. – Sytuacja w handlu zagranicznym jest niepewna także dlatego, że nie wiadomo jakie będą praktyczne skutki brexitu.

Wojna handlowa USA-Chiny będzie miała wpływ na polskie firmy, ze względu na ich zaangażowanie w globalne łańcuchy produkcyjne.

Jednocześnie słabną zdolności dostosowawcze polskich przedsiębiorstw do trudniejszej sytuacji na zagranicznych rynkach. Te będą musiały liczyć się ze wzrostem kosztów pracy w konsekwencji podwyższenia płacy minimalnej w 2020 r. o 16 proc. Wprowadzanie Pracowniczych Planów Kapitałowych także zwiększa te koszty.

– To będzie powodować, że bezrobocie w Polsce prawdopodobnie będzie rosło – komentuje ekspert Coface.

TEP: Sądy są ważne dla polskiej gospodarki

Próby rządu Zjednoczonej Prawicy podporządkowania sądów większości parlamentarnej budzą głębokie obawy dotyczące podziału władzy i ustrojowych podstaw demokratycznego państwa. Niezależnie od tych uzasadnionych obaw nie można zapominać o kluczowym znaczeniu jakości sądownictwa dla rozwoju gospodarczego. Od lat problemem dla gospodarki w Polsce była przewlekłość postępowań sądowych. Niestety działania obecnego rządu w żaden sposób go nie rozwiązują, jednocześnie tworząc nowy problem poprzez ograniczenie niezależności sądów.

Liczne badania dokumentują istotne znaczenie różnych aspektów jakości sądów dla rozwoju gospodarczego.

  • Barro, 2015 i Guillemette i Turner, 2018 na szerokim panelu krajów pokazują istotny związek szeroko rozumianej praworządności i wzrostu gospodarczego.
  • Voigt et al., 2015 koncentruje się na faktycznej niezależności sądów i pokazuje, że ma ona silny pozytywny wpływ na wzrost gospodarczy; do takich samych wyników dochodzą Rios i Staton, 2014, którzy sprawdzają różne miary niezależności sądów.
  • Nuun, 2007 na panelu międzynarodowym szacuje, że efektywność egzekwowania kontraktów ma większe znaczenie dla struktury eksportu krajów niż ich zasoby kapitału rzeczowego i ludzkiego. Efektywne sądy pozwalają firmom na znacznie dalej idącą specjalizację i bardziej zaawansowany eksport.
  • Kumar et al., 1999 badając 15 państw UE wskazują, że silniejsze instytucje i sprawniejsze sądy sprzyjają większym rozmiarom firm. Efekt jest szczególnie silny w branżach, które inwestują przede wszystkim w dobra niematerialne, a nie fizyczny kapitał. Jest to wątek szczególnie istotny w przypadku naszej gospodarki, którą charakteryzuje nadreprezentacja mało wydajnych mikroprzedsiębiorstw.

W Polsce od lat zwracano uwagę na problem przewlekłości postępowań sądowych, choć trzeba zaznaczyć, że do 2015 roku obserwowany był w tym zakresie pewien postęp. Działania rozpoczęte przez rząd Zjednoczonej Prawicy po 2015 roku nie rozwiązują problemu przewlekłości postępowań sądowych. Co więcej, niektóre dane krajowe wskazują wręcz na pogorszenie w tym wymiarze, jednocześnie tworząc nowy problem – braku niezależności sądów. Nie jest to opinia tylko prawników – ankiety prowadzone wśród przedsiębiorców również wskazują, że po 2015 roku coraz gorzej oceniają oni niezależność sądów.

sady w polsce
Źródło: World Bank Doing Business i Global Competitiveness Report

Atak na praworządność jest jedną z przyczyn załamania stopy inwestycji w Polsce po 2015 roku. Spadek praworządności wynikał nie tylko z ataków na niezależność sądów, ale także pogorszenia procesu legislacyjnego – ekspresowego uchwalania ustaw, które drastycznie zmieniały funkcjonowanie różnych sektorów, od elektrowni wiatrowych, przez handel, banki, branżę farmaceutyczną, spożywczą, po apteki. Do tego jeszcze należy dodać agresywne działania w obszarze systemu podatkowego. Łącznie zwiększyło to do tego stopnia niepewność w gospodarce, że przedsiębiorcy profilaktycznie ograniczyli inwestycje pomimo bardzo dobrej koniunktury, co negatywnie wyróżniało Polskę na tle innych państw UE. Pomimo pewnego odbicia w 2019 roku stopa inwestycji prywatnych w Polsce pozostaje niepokojąco niska, co ogranicza długookresowe perspektywy naszej gospodarki.

Atak na praworządność jest jedną z przyczyn załamania stopy inwestycji w Polsce po 2015 roku
Źródło: European Commision, Autumn Forecast 2019

Autor: dr Aleksander Łaszek – członek Towarzystwa Ekonomistów Polskich, absolwent Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie, Główny ekonomista i Wiceprezes Zarządu FOR. W swoich pracach koncentruje się przede wszystkim na zagadnieniach związanych z długookresowym wzrostem gospodarczym i zmianami strukturalnymi.

Koronawirus wpływa na giełdy. Porozumienie na linii USA-Chiny uspokoiło inwestorów

Początek roku przyniósł wzrosty niemal we wszystkich klasach aktywów. Słabsze dane dotyczyły jedynie surowców przemysłowych i ropy naftowej. Możemy mówić o efekcie stycznia, czyli błyskawicznej hossie na rynkach kapitałowych.

Epidemia w Wuhan wpływa na rynki

Kilka ostatnich dni przyniosło spadki na rynkach wschodzących. Jest to bezpośrednio związane z wybuchem epidemii koronawirusa w chińskim mieście Wuhan. Inwestorów niepokoją informacje o zakazie wjazdu do miasta i rozszerzaniu się epidemii. Skutki wybuchu epidemii najbardziej odczuwają jednak giełdy azjatyckie. Można spodziewać się jeszcze mocniejszej reakcji rynku. Warto jednak zauważyć, że analiza danych historycznych dotycząca wybuchów epidemii w poprzednich latach pokazuje, że tego rodzaju sytuacje zazwyczaj mają chwilowy wpływ na rynki. Strach mija i indeksy odrabiają straty.

Spokój na linii Waszyngton – Pekin

Rynki pozytywnie zareagowały na osiągnięcie pierwszej fazy porozumienia pomiędzy Stanami Zjednoczonymi i Chinami. Podpisana 15 stycznia br. umowa to jeszcze nie koniec sporów handlowych między tymi państwami. Jest to jednak pierwszy krok do ich zakończenia.

Pierwsza część porozumienia obejmuje kilka aspektów. Chiny zobowiązały się do lepszej ochrony własności intelektualnej i zmian w polityce kursowej. Zwiększą też import amerykańskich produktów rolnych, towarów przemysłowych oraz energii. Obiecały także do końca 2021 roku powiększyć pulę zakupów amerykańskich dóbr o 200 mld USD. USA z kolei pozostawi taryfy celne na chińskie towary na niezmienionym poziomie. Będą one obowiązywały do czasu negocjacji drugiej fazy porozumienia. Amerykanie nauczeni doświadczeniem wcześniejszych umów zastrzegli, że będą sprawdzać, czy Chińczycy respektują uzgodnione warunki. Gdyby doszło do niewywiązania się z dotychczasowych ustaleń, Amerykanie mogą nałożyć na produkty pochodzące z Państwa Środka dodatkowe taryfy celne.

Negocjacje dotyczące podpisania drugiej fazy porozumienia mają ruszyć już w maju. Nie spodziewamy się jednak, aby do listopadowych wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych udało się wypracować kompromis. Nie mniej jednak zawarcie dotychczasowego porozumienia uspokoiło inwestorów pozwalając na kontynuację trendu wzrostowego. Wpływa to pozytywnie na ryzykowne aktywa.

 Michał Milewski, Zarządzający funduszami w Generali Investments TFI

CPI Property Group zakupił akcje Globalworth

CPI Property Group (CPIPG lub Grupa) informuje, że Grupa zakupiła 13 391 959 akcji Globalworth Real Estate Investments Limited (Globalworth), co równa się 6% akcji Globalworth pozostających w obrocie. Udziały zostały zakupione za pośrednictwem brokera na rynku wtórnym.

Założony w 2013r. Globalworth, jest pod względem generowanego dochodu, czołowym właścicielem nieruchomości biurowych w Polsce i Rumunii. Firma posiada assety o wartości 2,8 miliarda Euro, generujące łącznie ponad 180mln Euro rocznych przychodów brutto
z czynszów. Do najlepszych aktywów Globalworth należą m.in. Skylight & Lumen w Warszawie oraz Globalworth Tower w Bukareszcie. Globalworth wyróżnia na rynku solidna struktura kapitału inwestycyjnego, mocno zdefiniowane praktyki zarządzania oraz doświadczona kadra.

“Globalwroth posiada jeden z najlepszych portfolio nieruchomości biurowych w rejonie CEE” – mówi Martin Nemecek, CEO w CPIPG. – „Wierzymy, że firma w dalszym ciągu będzie generowała tak wysokie zyski. Z dumą przedstawiam CPIPG jako nowego akcjonariusza.”

Biorąc pod uwagę politykę finansową CPIPG, zaangażowanie w ratingi kredytowe i obecną strukturę kapitału, Grupa nie zamierza w najbliższym czasie złożyć oferty przejęcia Globalworth. Jako nowy akcjonariusz, CPIPG oczekuje współpracy na polu wymiany pomysłów i doświadczeń z zarządem, pracownikami i innymi interesariuszami Globalworth.

Przyszłość tłumaczeń językowych w roku 2020 i w kolejnych

Nie ma wątpliwości, że technologia przyczyniła się do znaczących zmian w branży tłumaczeniowej. Oczywistymi narzędziami są tłumaczenia Google i Skype. Oba mają użyteczne, ale nie do końca doskonałe programy tłumaczeniowe, ale nadal poczyniły znaczne postępy w doskonaleniu tłumaczenia języka z mniejszym niż zwykle wkładem człowieka. Byłyby to tylko mrzonki kilkadziesiąt lat temu. Oprócz powyższej technologii, która odciążyła tłumaczy, są to narzędzia do tłumaczenia wspomaganego komputerowo (CAT), pamięć tłumaczeniowa, komunikacja natychmiastowa i glosariusze.

To, co według profesjonalnych prognostyków czeka nas teraz, to mieszanka inteligentnych urządzeń połączonych z ekspertami z różnych dziedzin, którzy będą ze sobą współpracować, aby dostarczać dokładne tłumaczenia po konkurencyjnych cenach. Jedna rzecz, która z pewnością nie stanowi już bariery dla komunikacji, to fizyczne granice. Oznacza to, że każdy rodzaj biznesu, mały czy duży, może wejść na rynki światowe, pod warunkiem, że wybierze wysokiej jakości tłumaczy, którzy będą wykonywać swoje zadania tłumaczeniowe. Do 2020 r. blisko 45 miliardów dolarów zmieni właścicieli, a coraz więcej przedsiębiorstw będzie dostrzegać korzyści płynące z wejścia na rynki światowe. Ta cena nie będzie się koncentrować na płaceniu za proste tłumaczenia wyrazów, ponieważ nie są one już uważane za skuteczne na rynku światowym. Tłumacze i ich firmy będą promować lokalizacje z wyższej półki jako preferowaną drogę dla firm, które chcą działać globalnie i być konkurencyjne. Przekraczanie barier językowych nie jest zbyt trudne, ale aby to osiągnąć prawdziwy skutek, marki muszą wziąć pod uwagę różnice kulturowe na docelowym rynku. Nie muszą oni koniecznie używać tej samej terminologii marki, takiej jak kolor i symbole, które okazały się skuteczne w pozyskiwaniu klientów w ich ojczystym języku. Mogą nawet być zmuszeni do całkowitej zmiany nazwy marki, jeśli tłumaczone z angielskiego na inny język sformułowanie marki nie jest odpowiednie i może nawet spowodować naruszenie, prowadzące do natychmiastowego bojkotu marki.

Oferowanie konkurencyjnych cen jest kluczem do sukcesu w branży tłumaczeniowej

Wiele firm wchodzi na lukratywny rynek tłumaczeń, więc aby utrzymać się na powierzchni, konieczne będzie zaoferowanie konkurencyjnych cen. Oznacza to również, że aby utrzymać się na rynku, tłumacze będą musieli realizować więcej projektów tłumaczeniowych. To naprawdę oznacza, że tłumacze nie mogą ignorować korzyści płynących z włączenia narzędzi CAT do swoich codziennych zadań tłumaczeniowych. Nie ma mowy, aby czysto ludzki tłumacz mógł kiedykolwiek skutecznie konkurować z tymi tłumaczami, którzy zaakceptowali każdy rodzaj technologii, aby przyspieszyć proces tłumaczenia, aby zapewnić tłumaczenia wysokiej jakości.

Nową normą jest tłumaczenie maszynowe

Oznacza to nie tylko same tłumaczenia, ale również zarządzanie procesem pracy. Szybkie pobieranie wymagań dotyczących tłumaczeń i przesyłanie gotowych tłumaczeń jest jednym z kroków w kierunku wydajności. Istnieje bardziej efektywne oprogramowanie, które szybko konwertuje asortyment różnych typów plików, a także technologia CAT, która skraca czas potrzebny do ukończenia procesu tłumaczenia.

Dzięki zintegrowaniu lepszego systemu zarządzania treścią, skraca się czas realizacji zamówienia.

Podsumowując, na początku tego nowego dziesięciolecia coraz większą rolę w procesie tłumaczeń będą odgrywały następujące elementy:

  • pamięć tłumaczeniowa, która zawiera dane dotyczące terminologii oraz słownictwa technicznego;
  • łatwiejszy dostęp do wszelkich wcześniejszych prac i wiele zasobów dostępnych do gromadzenia informacji;
  • wielojęzyczne SEO, pozwalające na integrację lokalnych słów kluczowych z tłumaczoną treścią;
  • narzędzia śledzące organizację pracy;
  • Narzędzia te ograniczają potrzebę wysyłania e-maili i ręcznego transferu plików. Skraca to czas poświęcany na powtarzające się zadania i zmniejsza możliwość popełnienia błędów;
  • oczekuje się, że narzędzia do sprawdzania poprawności będą znacznie prostsze w użyciu, co zwiększy dokładność i skróci czas potrzebny na sprawdzenie każdego tłumaczenia;
  • sztuczna inteligencja będzie szeroko stosowana przez tłumaczy.

Google wprowadził znaczne ulepszenia w swoim pierwszym oprogramowaniu do tłumaczenia i wykorzystuje więcej sztucznej inteligencji niż kiedykolwiek wcześniej. Ten przełom zostanie użyty przez wszystkich graczy w branży tłumaczeniowej, od klientów firmy, aż do ludzkiego tłumacza. Tłumaczenie maszynowe nie jest jeszcze doskonałe, ponieważ nie może jeszcze obsługiwać wszystkich 7000 języków i dialektów, ale sztuczna inteligencja i głębokie uczenie się mają napisać nowe linie kodu oprogramowania do tłumaczenia. Będzie one w stanie zintegrować więcej kultur, ponieważ coraz więcej osób korzysta z Internetu. Specjaliści z branży IT nie będą mieli tak dużego zapotrzebowania, ponieważ nowe oprogramowanie nie będzie wymagało wyjaśnień.

Wreszcie, przyszłość tłumaczenia leży w chmurze, ponieważ w rzeczywistości SaaS i inne zintegrowane technologie internetowe są najskuteczniejszymi metodami utrzymania bezpieczeństwa informacji klienta. Tak łatwy dostęp, sprawi, że nie będzie potrzeby pobierania dokumentów bezpośrednio na komputer osobisty, co tak często powoduje zagrożenie dla bezpieczeństwa. Przystosowanie się do zmian jest dziś częścią życia codziennego, więc firmy tłumaczeniowe muszą szybko wyprzedzać konkurencję i wejść na lukratywny rynek tłumaczeń.

Wysokie odczyty inflacji mogą osłabić złotego

Polskie obligacje znajdują się obecnie pod presją odczytów inflacyjnych. Obserwujemy istotne przesunięcie ścieżki inflacyjnej w górę. Już w styczniu możemy spodziewać się inflacji na poziomie przekraczającym 4 proc. r/r. Prognozujemy, że będzie się ona utrzymywać przez I kwartał br. Pierwszego spadku inflacji możemy spodziewać się dopiero w okolicach kwietnia. Do końca roku będzie się ona utrzymywać w górnej granicy celu inflacyjnego, czyli w okolicach 3,5 proc.

Wysoki poziom inflacji powinien prowadzić do dwóch zjawisk: osłabienia złotego lub/oraz do wystromienia krzywej dochodowości. Osłabienie złotego w okolice 4,30 EURPLN (obecnie  4,25), przy gołębiej polityce Rady Polityki Pieniężnej, byłoby zupełnie zrozumiałe. Na ostatnim posiedzeniu Rada większością głosów utrzymała stopy procentowe na dotychczasowym poziomie. W obecnej sytuacji jest to optymalne rozwiązanie patrząc na ścieżkę inflacyjną i ścieżkę wzrostu PKB. Możemy spodziewać się, że długoterminowe obligacje przez najbliższe dwa miesiące mogą znaleźć się pod presją. W naszej opinii jest to jednak sytuacja przejściowa i jesteśmy pozytywnie nastawieni do polskich obligacji skarbowych.

W USA nie ma jeszcze oficjalnego reprezentanta Partii Demokratycznej, który będzie walczył z Donaldem Trumpem o głosy wyborców podczas listopadowych wyborów prezydenckich. Z informacji, jakie płyną zza oceanu, wydaje się, że największe szanse ma Joe Biden, natomiast Bernie Sanders wyraźnie  wzmocnił swoją pozycję. Najpewniej walka o nominację demokratów rozegra się między tymi politykami. Ryzyko wyboru Berniego Sandersa na kandydata Partii Demokratycznej jest niedoceniane przez rynek, chociaż w ostatnim czasie obserwujemy wzrost popytu na strategie zabezpieczające kurs EURUSD (tzw. risk reversals).

Osiedlowa walka o miejsca parkingowe

Miejsca parkingowe, a właściwie ich niewystarczająca ilość jest jednym z głównych problemów, jeśli chodzi zarówno o miasta jak i osiedla mieszkaniowe. Kwestie dotyczące liczby miejsc parkingowych w teorii regulują plany zagospodarowania przestrzennego. Jednak w praktyce miejsc na gdzie można zaparkować zwykle brakuje.

Zgodnie z przepisami, przed zagospodarowaniem działki budowlanej należy wyznaczyć na jej obszarze miejsce przeznaczone na parking dla samochodów. Obowiązek ten spoczywa na deweloperze i jest regulowany Rozporządzenia Ministra Infrastruktury.

§ 18. 1. Zagospodarowując działkę budowlaną, należy urządzić, stosownie do jej przeznaczenia i sposobu zabudowy, miejsca postojowe dla samochodów użytkowników stałych i przebywających okresowo, w tym również miejsca postojowe dla samochodów, z których korzystają osoby niepełnosprawne.

Rozporządzenie nie reguluje jednak wystarczająco precyzyjnie, ile miejsc parkingowych deweloper powinien wyznaczyć. Pojawia się jedynie informacja o konieczności dostosowanie jej do planu zagospodarowania przestrzennego. Przewiduje on dokładnie jaka liczba miejsc parkingowych powinna przypadać na mieszkanie w danej inwestycji, najczęściej przyjmowaną wartością jest minimum 120 miejsc postojowych na 100 lokali mieszkalnych. Liczby te są jednak różne w zależności od lokalizacji inwestycji i wynikają ze zróżnicowanych planów zagospodarowanie przestrzennego. Zwykle jest jednak tak, że rekomendowana liczba miejsc jest niewystarczająca i nie spełnia potrzeb mieszkańców.

Miejsce parkingowe to strata dla dewelopera

Każde miejsce parkingowe oznacza dla dewelopera straty finansowe, jeżeli zdecyduje się na parking podziemny, koszty inwestycji dodatkowo rosną. Nawet jeśli przyszli mieszkańcy będą musieli dodatkowo za miejsce parkingowe zapłacić, nie będą to kwoty, które pokryją koszty jego wybudowania. Od stycznia 2018 roku zmieniły się przepisy dotyczące wymiarów miejsc parkingowych. Minimalna długość takiego miejsca wynosi 5 m, a szerokość 2,5 m. Koszty dewelopera w tym zakresie dodatkowo wzrosły, a na tym samym obszarze może powstać mniej miejsc postojowych niż przed zmianami.

Są osiedla na których zdobycie miejsca parkingowego jest więc wyzwaniem. Problem pojawia się zwłaszcza w weekendy, kiedy mieszkańców odwiedzają goście. Nie w przypadku każdego osiedla możliwe jest parkowanie na ulicy. Mieszkańcy w takich sytuacjach wykazują się sąsiedzką empatią i udostępniają wolne chwilowo miejsca parkingowe. Nie jest to jednak rozwiązanie problemu. Deweloperzy powinni mieć świadomość, że o komforcie życia na stworzonej przez nich inwestycji decyduje nie tylko mieszkanie, ale również infrastruktura wokół niego.

Komentarz przygotował Mariusz Łubiński, prezesa firmy Admus, zajmującej się zarządzaniem nieruchomościami

Warszawa w budowie

W Warszawie w budowie znajduje się blisko 800 000 m kw. powierzchni biurowej, z czego ponad połowa zostanie oddana do użytku w 2020 roku, podaje firma doradcza Savills w swoim najnowszym raporcie. Stolica Polski pozostaje olbrzymim placem budowy, głównie dzięki bardzo wysokiemu popytowi ze strony najemców, który w 2019 r. osiągnął rekordowy poziom.

Całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni biurowej na koniec 2019 r. wynosiły w Warszawie 5,6 miliona m kw., wzbogacając się w ciągu minionych 12 miesięcy o 162 tys. m kw. w 17 nowych budynkach. Największym projektem, który powstał w tym czasie była Wola Retro (24 500 m kw.).

Na koniec 2019 roku w budowie znajdowało się 793 000 m kw., z czego 437 000 m kw. powinno zostać ukończonych w 2020 roku, w tym budynki wysokościowe takie jak The Warsaw HUB, Mennica Legacy Tower, Widok Towers i Skyliner. 69% prognozowanej nowej podaży zostało już zabezpieczone umowami przednajmu.

„Warszawa zmienia się na naszych oczach. 2020 rok będzie w pod tym względem przełomowy, gdyż wiele z żurawi budowlanych, które tworzą obecnie krajobraz Woli i Śródmieścia przemieni się w spektakularne wieżowce. Powodem boomu deweloperskiego jest bardzo silny popyt na powierzchnię biurową, co jest oznaką zdrowego rynku” – mówi Daniel Czarnecki, dyrektor działu powierzchni biurowych, reprezentacja wynajmującego, Savills.

Zgodnie z danymi Savills, w Warszawie w 2019 roku wynajęto 878 000 m kw., co było najwyższym wynikiem w historii stołecznego rynku (2,2% więcej w porównaniu do 2018 r.). Był to również rok dużych transakcji. Spośród umów podpisanych w zeszłym roku, 12 dotyczyło powierzchni przekraczającej 10 000 m kw. Zapotrzebowanie na powierzchnię biurową było generowane głównie przez sektor finansowy. Największa umowa najmu 2019 roku, będąca jednocześnie rekordową w historii rynku, została podpisana przez mBank (45 600 m kw. w Mennica Legacy Tower).

Absorpcja netto w Warszawie w dalszym ciągu przekracza podaż nowej powierzchni biurowej, co przełożyło się na spadek poziomu pustostanów o 40 punktów procentowych i skutkuje najniższym od 2012 r. poziomem pustostanów (7,8%).

Jak podaje Savills w raporcie „Rynek biurowy w Warszawie”, w Centralnym Obszarze Biznesu oraz w Centrum czynsze nominalne nie zmieniły się od pierwszego kwartału 2019 r. W najlepszych lokalizacjach w Centrum dochodzą do 22,5 – 25,5 euro za m kw. miesięcznie, a na Służewcu, największym pozacentralnym obszarze biznesowym stolicy, kształtują się na poziomie 13,0-15,0 euro za m kw. miesięcznie.

“Przy tak imponującym poziomie nowej podaży, udział powierzchni biurowej zabezpieczonej umowami przednajmu jest wysoki. W konsekwencji, duże firmy poszukujące powierzchni biurowej w COB nadal posiadają ograniczoną liczbę możliwości. Niedługo, jak tylko pierwsi wielkopowierzchniowi najemcy wprowadzą się do nowych projektów, właściciele starszych obiektów będą musieli jeszcze mocniej się starać, by móc z sukcesem przeprowadzić rekomercjalizację powstałych w ten sposób wakatów. To z pewnością będzie jedno z głównych wyzwań rynku biurowego w Warszawie w najbliższym czasie” – dodaje Daniel Czarnecki z Savills.

Sytuacja na warszawskim rynku biurowym na koniec 2019 r.

W ubiegłym roku podpisano umowy na spektakularne 880 000 mkw., z czego aż 225 000 mkw. stanowiły umowy przednajmu. Firma doradcza JLL podsumowała sytuację na warszawskim rynku biurowym na koniec 2019 r.

Popyt przechodzi do historii

Jakub Sylwestrowicz
Jakub Sylwestrowicz, Dyrektor Działu Reprezentacji Najemcy, JLL

Mimo, że rynek nieruchomości z reguły nie kojarzy się z szybkim tempem zmian, Warszawa, dla której 2019 rok był pełen rekordów, przeczy tej zasadzie. Przede wszystkim mieliśmy do czynienia z historycznie najwyższym popytem – firmy wynajęły blisko 880 000 mkw. powierzchni. Jednym z powodów tak spektakularnego sukcesu stolicy jest różnorodność najemców. To organizacje i firmy działające w Warszawie od lat, takie jak podmioty z sektora bankowo-finansowego, firmy telekomunikacyjne, jednostki należące do Skarbu Państwa, centra usług, dostawcy usług IT czy operatorzy powierzchni elastycznych. Wśród nich są również nowi gracze, którzy wybierają Warszawę jako kierunek swojej ekspansji. – Jakub Sylwestrowicz, Dyrektor Działu Reprezentacji Najemcy, JLL

W 2019 roku zawarto w Warszawie aż dwanaście umów przekraczających 10 000 mkw., z czego dwie opiewały na ponad 40 000 mkw. Co ciekawe, firmy z sektora finansowego odpowiadały za 23% całkowitego zapotrzebowania na biura w stolicy oraz aż 42% popytu w szerokim centrum miasta. Największe umowy w Warszawie zawarły takie firmy jak mBank (45 600 mkw., Mennica Legacy Tower), Orange Polska (44 800 mkw. w Miasteczku Orange) oraz T-Mobile (27 400 mkw. w Marynarskiej 12).

Wyróżnikiem 2019 roku był też dynamiczny wzrost wolumenu przednajmów.

Coraz mniejsza dostępność opcji najmu w istniejących biurowcach skłania firmy do rozważenia obiektów w budowie. W okresie od stycznia do końca grudnia aż 225 000 mkw. popytu przypadło na przednajmy, co jest 60% wzrostem w porównaniu z całym 2018 rok. – Mateusz Polkowski, Dyrektor Działu Badań Rynku i Doradztwa, JLL

Najemcy bardziej otwarci na flexy

Rok 2019 był bardzo intensywny także dla operatorów przestrzeni elastycznych. Otwarto wtedy 50 000 mkw. nowych centrów, w tym największą elastyczną przestrzeń w Polsce: WeWork w kompleksie Mennica Legacy.

Dynamika rynku pracy i wyzwania, które on stawia przed pracodawcami, to powody, dla których rozwiązania flex zyskują na popularności w oczach dużych firm. Jedną z transakcji najlepiej obrazujących ten trend jest decyzja JTI o ulokowaniu Globalnego Centrum Usług Biznesowych w WeWork, w kompleksie Mennica Legacy. W ramach elastycznych powierzchni do pracy swoją działalność postanowiły prowadzić też inne międzynarodowe marki – pośród nich m.in. EY. – Adam Lis, Doradca ds. Elastycznych Rozwiązań Biurowych, JLL

Wysoki popyt na biura napędza aktywność deweloperów komercyjnych. W 2019 roku do użytku oddano ponad 160 000 mkw. biur w siedemnastu budynkach. Do największych należały: Wola Retro (24 500 mkw.), Moje Miejsce B1 (18 700 mkw.) oraz Generation Park Z (17 300 mkw.).

Obecnie w budowie znajduje się ok. 790 000 mkw. biur, z terminem ukończenia do 2022 roku. Co ważne, około 40% tego wolumenu jest już zabezpieczone umowami przednajmu. – Mateusz Polkowski, Dyrektor Działu Badań Rynku i Doradztwa, JLL

Pustostany i czynsze

Współczynnik pustostanów w Warszawie obniżył się do 7,8% (5,3% w strefach centralnych i 9,4% poza nimi), co jest spadkiem o 0,9 p.p. r-d-r. Tak niski wakat przekłada się na ograniczoną dostępność opcji najmu w istniejących budynkach, szczególnie w strefach centralnych, przez co wzrasta wolumen przednajmów. Firmom coraz trudniej jest znaleźć odpowiednią przestrzeń w zakończonych inwestycjach.

Najwyższe czynsze transakcyjne wzrosły w centralnych częściach Warszawy ze względu na wysoki popyt, niski wskaźnik pustostanów oraz rosnące koszty budowy. Największą dynamiką wzrostu cechuje się rejon ronda Daszyńskiego. W szerokim centrum czynsze dla najlepszych nieruchomości wynoszą od 18 do 24 EUR/mkw./miesiąc, a poza nim od 11 EUR do 16 EUR/ mkw./miesiąc.

Zolkiewicz & Partners: Biznes w świecie ujemnych stóp procentowych

Ujemne stopy procentowe pojawiły się na radarze inwestorów w 2009 roku, gdy Szwecja obniżyła stopę procentową do minus 0,25%. Od tego czasu trend ten przybiera na sile. Obecnie teren Japonii oraz całej Europy Zachodniej dotknięty jest tym zjawiskiem. W sierpniu 2019 roku rząd Niemiec uplasował za 860 mln EUR 30-letnie obligacje z oprocentowaniem minus 0,11%. Oznacza to, że inwestorzy oraz fundusze, które zainwestowały w takie obligacje 1 mln EUR, za 30 lat dostaną z powrotem 900-kilkadziesiat tysięcy EUR. Jest to gwarantowana strata w okresie 30 lat.

Gdy Howard Marks, jeden z zarządzających funduszami Oaktree, został poproszony o napisanie eseju o ujemnych stopach procentowych, początkowo odmówił. Uznał, iż nie zna się na tym. Później jednak uznał, iż „nikt się na tym nie zna” i podjął wyzwanie. Warto uzmysłowić sobie, iż mamy z takim zjawiskiem do czynienia pierwszy raz w historii ludzkości. Eksperci nie istnieją. Intuicja (która jest formą zoperacjonalizowanej sumy doświadczeń) nie działa. Istnieją jednak konsekwencje – dla wszystkich, nawet „Kowalskich”.

Konsekwencje te to fakt, że w prawie wszystkich rozwiniętych państwach lokaty bankowe po uwzględnieniu inflacji przynoszą realną stratę.  W Szwajcarii i Niemczech coraz więcej banków wprowadza też konta bankowe i lokaty z po prostu ujemnym oprocentowaniem.  Niedawno w Danii oraz Niemczech wybrane banki wprowadziły do swojej oferty pierwsze kredyty hipoteczne z ujemnym oprocentowaniem. Oznacza to, że bank pożycza nam pieniądze np. na 20 lat i po tym czasie nie płacimy bankowi żadnych odsetek i oddajemy równocześnie mniejszą kwotę niż pożyczyliśmy (a więc tylko część kapitału).

17 trylionów dolarów obligacji rządowych na świecie (i coraz częściej też obligacji firm) jest notowana (a czasami emitowana i sprzedawana!) z ujemnymi stopami procentowymi. Oznacza to, że kupując obligacje danego rządu dziś – mamy całkowitą gwarancję tego, że za 10 czy 20 lat nie otrzymamy żadnych odsetek oraz otrzymamy mniej kapitału, niż wpłaciliśmy. Emeryci w krajach rozwiniętych odkrywają, iż ich oszczędności emerytalne przestały rosnąć (gdyż panuje przeświadczenie, z którym się nie zgadzam, iż im człowiek starszy tym większą część aktywów powinien mieć ulokowaną w obligacjach). Przy ujemnych stopach procentowych systemy emerytalne w krajach rozwiniętych „przestają działać”.  Przestają też działać przepisy podatkowe, które przewidywały płacenie podatków od zysków – a nie od strat (ale mniejszych niż na innych rodzajach aktywów lub gotówce).

Można wymyślić dowolną ilość powodów, które doprowadziły nas do takiej sytuacji – żaden z nich nie jest szczególnie przekonywujący.  W dotychczasowej historii ludzkości, gdy ludzie obawiali się recesji – odwracali się od akcji i ryzyka kupując obligacje i windując ich ceny (a więc obniżając ich rentowność). Ale w ostatnim roku giełdy na rozwiniętych rynkach rosły… Inwestorzy zgadzają się pożyczać rządom i korporacjom pieniądze i na tym tracić, bo mogą spodziewać się, że w kolejnych latach/dekadach będziemy mieli do czynienia z deflacją (ale póki co jej nie widać) lub tym, że stopy procentowe na świecie spadną do mocno ujemnych poziomów. Mało kto zastanawia się nad tym, że nie tylko cała nasza ekonomia, ale też system wartości moralnych i kulturowych oparty jest na dodatniej rentowności pieniądza w czasie. Objawia się to nawet w powiedzeniach, typu „czas to pieniądz”.  Do tej pory firmy telekomunikacyjne i komunalne oczekiwały opłacania rachunków jak najszybciej, aby w możliwie jak najkrótszym czasie dostać pieniądze na konto. A co, jeśli wartość pieniądza w czasie staje się negatywna?  Czy firmy i dostawcy nagle zaczną zachęcać konsumentów i odbiorców by płacili faktury jak najpóźniej? Czy firmy windykacyjne zaczną zachęcać dłużników by nie spłacali swoich długów, a jedynie uznawali je, by się nie przeterminowały? Całe sektory gospodarki (takie jak branża hotelarska czy linie lotnicze) finansowały się głównie z przedpłat od konsumentów. Czy teraz będą musiały podnieść cenę za pokój hotelowy lub bilet lotniczy? Ubezpieczyciele zarabiali w znacznej mierze na tym, iż konsumenci opłacają ubezpieczenie z góry, a ubezpieczyciel obraca tymi pieniędzmi do czasu aż wiadomo, czy nastąpiło nieszczęśliwe zdarzenie. Czy branża ubezpieczeniowa się zmieni?  A jak i na czym będą zarabiały banki?

Czy możemy sobie wyobrazić bank, którego strategia zakłada zarabianie minus 2 procent na kapitale własnym w okolicznościach, gdy stopy procentowe mają wartość minus 8%? System bankowy staje się coraz bardziej zdemolowany – co można obserwować między innymi przez to, iż w USA banki przestały sobie pożyczać pieniądze na krótki termin (1 dzień, operacje overnight) i FED od kilku miesięcy dostarcza bankom w USA nawet kilkadziesiąt miliardów dolarów nowych pieniędzy dziennie poprzez tak zwane finansowanie stopy repo. Jest to bardziej zakamuflowana forma dodruku pieniądza, a jej skala jest porażająca. Czy gdy kapitał nic nie kosztuje nieruchomości i inne aktywa kapitałochłonne powinny/mogą drożeć? Czy może ich ceny powinny spadać? A co z rentownością najmu mieszkania? W końcu, jeśli bank może nam dać kredyt, do którego dopłaca to opłaca nam się wynająć mieszkanie za wartość samych opłat za media i funduszu remontowego. A co z analitykami finansowymi – szacowanie przyszłej wartości akcji i przedsiębiorstw opiera się na dyskontowaniu ich zysków do dzisiaj o koszt kapitału i stopę inflacji. A co, jeśli nie ma inflacji, a koszt kapitału jest ujemny? Nagle wszystkie modele finansowe używane przez banki, fundusze i inwestorów przestają mieć jakikolwiek sens.

A co z rządami? Skoro mogą zadłużać się na długi termin prawie nie płacąc odsetek – zapewne będą to robić. W krótkim terminie, okazuje się, że obsługa odsetek od długu rządowego stanowi niewielki procent budżetu i przez to zadłużenie jest na „bezpiecznym poziomie”. W terminie kilkunastu lub kilkudziesięciu lat może okazać się, że rządy są tak zadłużone, że stopy procentowe nie będą mogły wzrosnąć bez problemów budżetowych lub upadłości wielu państw. Rozwiązaniem, aby tego uniknąć będzie mogło być jedynie dalsze utrzymywanie stóp procentowych na niskich poziomach i dalszy dodruk pieniądza. W międzyczasie stracą głównie Ci, którzy posiadają aktywa niepracujące – jak obligacje, kruszce, gotówkę, częściowo nieruchomości. Zarobią Ci, którzy posiadają aktywa pracujące – jak akcje przedsiębiorstw – czyli najzamożniejszy kwartyl społeczeństwa. Doprowadzi to do jeszcze większego rozwarstwienia majątkowego i do ryzykownych przetasowań politycznych.

Oczywiście i ludzie i firmy odnajdą się z czasem w nowych okolicznościach, ale warto się zastanowić jak wiele rzeczy obecnie powoli zostaje postawione na głowie.  Inwestując musimy o tym myśleć.

Jakie jest moje zdanie? Nie wiem jakie są przyczyny ujemnych stóp. Wydaje nam się, że mogą one być wywołane wieloma czynnikami zachodzącymi na siebie, wśród których mogą znaleźć się: trendy demograficzne; działania banków centralnych (w tym „luzowanie ilościowe / quantitative easing ); konkurowanie największych gospodarek na świecie o obniżenie wartości swojej waluty w celu zachowania konkurencyjności eksportu; starzenie się i bogacenie się społeczeństw i spadek awersji do ryzyka wraz z wiekiem oraz spadek zapotrzebowania na ryzyko wraz z bogaceniem się. Jednak najważniejszym czynnikiem może być wzrost efektywności gospodarki wynikający z gospodarki współdzielenia i upowszechnienia się Internetu.

Czy wiemy jak długo to zjawisko potrwa?  Ja nie wiem. Zakładam zarówno, że to może być przejściowa moda jak i „nowa normalność”.  Myśląc o inwestycjach funduszu, którym zarządzam, staram się przygotować na każdą ewentualność. Ludzie zdają się zapominać, iż w pierwszych dekadach XX wieku mieliśmy w rozwiniętych krajach stopy procentowe rzędu 2% i było to normalne.  Nigdy jednak nie mieliśmy ujemnego kosztu kapitału.

Jakie konsekwencje ujemny koszt kapitału ma dla giełd i inwestorów?  To jedyne, co wiem.  W warunkach niskich lub ujemnych stóp procentowych i niskiego kosztu pieniądza – wszelkie aktywa pracujące (a więc przedsiębiorstwa i ich akcje) są warte kilkakrotnie więcej niż do tej pory. Warren Buffet twierdzi publicznie, że jeśli stopy procentowe miałyby zostać tak nisko jak obecnie lub spaść, to „ceny akcji są najtańsze w jego życiu”. Dla odmiany, wszelkie aktywa niepracujące jak złoto, srebro i po części nieruchomości lub firmy „starej ekonomii”, które nie rosną i mają niskie zwroty na kapitale – powinny być w takich warunkach już na zawsze nieatrakcyjnymi inwestycjami. Warto też zastanowić się, czy banki centralne po kilku recesjach, które nastąpiły od ich powstania, nie nauczyły się w końcu skutecznego drukowania pieniędzy i wpływania na rynki finansowe. Należy zastanowić się, czy za naszego życia zobaczymy jeszcze tak głębokie kryzysy jak w 1929 r. i 2008 r., czy też będą one „zadrukowywane” nowymi pieniędzmi, a łagodniejsze recesje będą „wypłaszczane”. A jeśli rynki akcji będą mieć mniejszą zmienność niż historycznie, może nie powinno być tak jak w poprzednim stuleciu, w którym obligacje rządowe dostarczały średnio 2% a indeksy giełdowe 9% (w warunkach sporej inflacji).  Ta kilkukrotna różnica wynikała z tego, że akcje, mimo że były lepszą inwestycją miały większą zmienność.  Jeśli zmienność będzie mniejsza – to ceny akcji powinny być wyższe, a ich rentowność niższa.

Autorem komentarza jest Piotr Żółkiewicz, zarządzający funduszem Zolkiewicz & Partners Inwestycji w Wartość FIZ

WEI: Ustawa cukrowa to cios dla gospodarki, polskich producentów, rolników i konsumentów

Niestabilność prawa, doraźne i nieprzemyślane rozwiązania podatkowe, stanowią od lat wielką bolączkę polskiej legislacji. Pomimo zapewnień rządu – o jego nieustannej trosce o los przedsiębiorców, o ważnej roli jaką w rodzimej gospodarce odgrywają polskie, szczególnie te małe i rodzinne firmy – gdy tylko pojawi się potrzeba ratowania budżetu państwa, władza nie ma skrupułów przed nałożeniem nowych danin. Nie inaczej było pod koniec ubiegłego roku, w gorącym okresie świątecznym, gdy z Ministerstwa Zdrowia wyszedł gotowy projekt „podatku cukrowego”. Warsaw Enterprise Institute demaskuje fałszywe założenia nowego podatku oraz wskazuje na negatywne konsekwencje dla wszystkich, o których rząd rzekomo tak się troszczy: polskich rolników, producentów oraz samych konsumentów.

Sam projekt ustawy (pełna nazwa: o zmianie niektórych ustaw w związku z promocją prozdrowotnych wyborów konsumentów) zawierał propozycje wprowadzenia trzech nowych podatków (nazywanych przez projektodawcę „opłatami”) – od napojów zawierających cukier lub inne substancje słodzące lub aktywne, od sprzedaży napojów alkoholowych w opakowaniach o niewielkiej pojemności oraz od reklamy suplementów diety (ostatnie rozwiązanie ostatecznie wycofano). Najwięcej uzasadnionych obaw i kontrowersji budzi pierwsza z propozycji.

Jak zwykle bywa w takich przypadkach, rządowa narracja skupiła się na szczytnym celu, jaki nowy podatek ma osiągnąć. Wzrost cen ma zniechęcić Polaków do sięgania po słodkie napoje. Podkreślmy jednak, że analogiczne rozwiązania zastosowane w innych państwach nie przyniosły oczekiwanego efektu w postaci poprawy stanu zdrowia społeczeństwa, w tym w szczególności zredukowania odsetka osób otyłych. Amerykański instytut badawczy McKinsey Global Institute po przeanalizowaniu 44 rządowych programów zwalczania nadwagi podatkami, stwierdził, że podnoszenie podatku od słodzonych napojów jest najmniej skutecznym ze wszystkich celowych podatków. Przykładowo, w Wielkiej Brytanii po wprowadzeniu podatku od napojów słodzonych cukrem, w okresie od 2015 do 2018 roku spożycie wzrosło o 2,6 proc.

Pomijając fakt, czy rząd w ogóle powinien za pomocą instrumentów fiskalnych kształtować nawyki żywieniowe obywateli, należy podkreślić, że prawdopodobnie szacowane na około 2 mld zł wpływy budżetowe są zdecydowanie zawyżone. Ustawodawca zdaje się nie widzieć długoterminowych zagrożeń wynikających z ustawy, koncentrując się wyłącznie na krótkotrwałym efekcie fiskalnym.

Najważniejszą konsekwencją do podniesienia alarmu są możliwe zagrożenia ekonomiczne, jakie nowy podatek może przynieść polskiej gospodarce. Podatki mają zawsze konsekwencje, a najboleśniej odczuwają je najmniejsze i najsłabsze podmioty gry rynkowej. Po kieszeniach dostaną najsłabiej uposażeni konsumenci. Dla nich wzrost ceny napojów owocowych (w tym z wysoką zawartością naturalnego soku) szacowany nawet na około 1,40 zł za litr opakowania, oznacza konieczność wyboru tańszego, gorszej jakości i niekoniecznie zdrowego zamiennika. WEI zwraca również uwagę na ogromną niekonsekwencję polityki fiskalnej państwa. Podatek od konsumpcji to klasyczny przykład podatku regresywnego, czyli podatku gdzie osoby mniej zamożne płacą nieproporcjonalnie więcej niż osoby zamożne. To nie tylko wydaje się sprzeczne z dotychczasowymi deklaracjami rządu, dążącego do wyrównania rozpiętości majątkowych w Polsce, ale również z celowością podatku. Tak oto stworzono sytuację gdzie napoje słodzone, w dużej mierze kupowane przez uboższe rodziny, objęte są jednym z najwyższych podatków „cukrowych” w Europie. Podczas gdy najróżniejsze wysokosłodzone i przetworzone słodycze, jogurty smakowe itd. częściej konsumowane przez osoby zamożniejsze, z podatku są zwolnione.

Kolejna grupa społeczna, której na co dzień rząd deklaruje wsparcie, a za sprawą podatku może być poszkodowana, to małe firmy – drobni producenci, przetwórcy i pośrednicy z branży rolno-spożywczej. Polskie małe i średnie firmy odpowiadają za aż 70 proc. polskiego rynku napojów. Podatek uderzy przede wszystkim w nich. Wielkie zagraniczne sieci handlowe będą przerzucały koszty na dostawców, żeby utrzymać możliwie konkurencyjne ceny w sklepach. Kolejną grupą, która w łańcuchu dostaw będzie musiała wziąć na siebie koszty nowego podatku i ewentualne konsekwencje niższej sprzedaży tanich napojów, to rolnicy. Już teraz rolnicy i sadownicy muszą ostro konkurować i walczyć o nowe rynki zbytu (z uwagi na nadprodukcję już teraz blisko 75 proc. owoców musi być eksportowanych). Nowy podatek na wyroby gotowe to dodatkowy problem z zagospodarowaniem i zbytem ich surowców. Branża szacuje, że ustawa przyczyni się do spadku zapotrzebowania na owoce i warzywa dla przetwórstwa o około 95 tys. ton rocznie.

Podatek cukrowy będzie miał niekorzystny wpływ na kondycję polskiego sektora produkcji cukru. Dla krajowych producentów cukru, w tym również polskich rolników i producentów buraka cukrowego. W przeliczeniu na hektar buraków, zgodnie z propozycją, danina będzie wynosić ponad 10 tys. zł. Już teraz, z uwagi na krytyczną sytuację w tej branży i napływ taniego surowca spoza Unii Europejskiej, z upraw zrezygnowało 10 proc. plantatorów.

Przy okazji, nie po raz pierwszy zwracamy uwagę na sam tryb procedowania ustawy. Projektodawca nie tylko złamał złożoną zaledwie kilka tygodni wcześniej obietnicę. Na początku grudnia przedsiębiorcy z branży spożywczej byli zapewniani, że ewentualne wprowadzenie podatku cukrowego zaplanowane jest na 2022 rok. Co więcej, pozostawił bardzo krótki 21-dniowy termin na zgłaszanie uwag, w trakcie którego mieścił się jeszcze Nowy Rok oraz święto Trzech Króli. Krótkie vacatio legis – ustawa ma wejść w życie już 1 kwietnia br. – to kolejny zarzut. W Wielkiej Brytanii przedsiębiorcy mieli dwa lata na przygotowanie się na wprowadzenie podobnego rozwiązania. To stanowi dodatkowy cios dla całej polskiej branży napojów, która w październiku 2019 roku, w ramach samoregulacji i dobrych praktyk, zobowiązała się, że do 2021 roku doprowadzi do zmniejszenia kaloryczności napojów, m.in. na skutek zmian w składzie w swoich produktach. Nowy podatek zniweczy działania branży i zahamuje rynkowe wprowadzanie nowych, zdrowszych dla konsumentów grup produktów w tym napojów bez dodatku cukru.

Wprowadzenie nowego podatku to zagrożenie dla konkurencyjności polskich przedsiębiorców. W konsekwencji przyczyni się to do wzrostu szarej strefy i stworzy zachęty to sprowadzania produktów z krajów sąsiednich, jak Czechy, Niemcy, Słowacja czy kraje bałtyckie, gdzie takie regulacje nie występują. Dodatkowo na skutek spadku przychodów w eksporcie żywności, ucierpią bezpośrednio dochody państwa.

Podatek cukrowy to kolejny przypadek, gdy ustawodawca proponuje niebezpieczne i nieskuteczne rozwiązanie w imię szlachetnych wartości i ideałów walki o zdrowie publiczne. Warsaw Enterprise Institute apeluje o zaniechanie prac nad nową regulacją, która w proponowanej formie, nie tylko nie spełni swojego prozdrowotnego celu, ale przyczyni się do nieodwracalnej utraty konkurencyjności przez polskie firmy, pociągnie na dno polską branżę rolno-spożywczą i doprowadzi do zubożenia sporą grupę obywateli.

Czy pracownicy z Białorusi zastąpią Ukraińców?

Po 1 marca 2020 roku, w związku z otwarciem niemieckich granic dla emigrantów zarobkowych spoza UE, polscy przedsiębiorcy zmuszeni będą do poszukiwania kolejnych rąk do pracy. Rok 2020 stawia bowiem pod znakiem zapytania liczbę pracowników z Ukrainy, którzy w kolejnych miesiącach wybiorą pracę u naszych zachodnich sąsiadów zamiast w Polsce. Czy Białorusini mogą zająć miejsce opuszczających Polskę Ukraińców? Na to pytanie odpowiada Mariusz Hoszowski, Prezes Agencji Pracy Smart Work.

Niezależnie od aktualnej sytuacji rynkowej, w Polsce nie maleje zapotrzebowanie na pracowników. Niestety, szacunki wskazują na to, że otwarcie granic Niemiec dla pracowników z państw trzecich spowoduje wyjazd z Polski 400 000 z 1,5 miliona Ukraińców. Czy przyszłe braki kadrowe można wypełnić chętnymi do pracy Białorusinami?

Można powiedzieć, że Białorusini są mniej doświadczeni w sferze migracji zarobkowej, a do tego bardziej przywiązują się do miejsca pracy. Każda umowa o pracę na Białorusi jest rejestrowana w białoruskim ministerstwie spraw wewnętrznych. Co do kultury pracy, z pewnością można założyć, że Białorusini są tak samo pracowici, jak Ukraińcy. Pracownicy ze Wschodu są mobilni i chętni do pracy w godzinach nadliczbowych. Z punktu widzenia pracodawcy, pracownicy z Białorusi są efektywni i przynoszą wymierne korzyści dla całego przedsiębiorstwa. Dodatkowo, istnieją stanowiska, na których dostępni na rynku rodzimi pracownicy nie chcą podejmować pracy – w takich przypadkach zastępują ich pracownicy ze Wschodu – mówi Mariusz Hoszowski, Prezes Agencji Pracy Smart Work.

Białorusini w Polsce

Dla obywateli Białorusi nasz kraj jest atrakcyjny ze względu na bliskość kulturową, językową i geograficzną. Znajdują oni zatrudnienie głównie przy pracach fizycznych. Branże, które są zasilane kadrowo przez naszych wschodnich sąsiadów, to przede wszystkim budownictwo, rolnictwo, przetwórstwo oraz transport. Praca znajdzie się także dla kobiet: Białorusinki znajdują zatrudnienie w usługach, przemyśle włókienniczym, odzieżowym oraz spożywczym. Pracownice z zagranicy zajmują się także sprzątaniem oraz opieką nad starszymi osobami. Jak mówi Mariusz Hoszowski, Prezes Agencji Pracy Smart Work, pracownikami z Białorusi nie da się jednak w pełni zastąpić pracowników z Ukrainy. Z jakich powodów nie jest to możliwe? Przede wszystkim mówimy tu o potencjale demograficznym. Białoruś to tylko 9,5 mln ludzi, Ukraina jest czterokrotnie ludniejsza. Ponadto poziom życia na Białorusi przewyższa poziom życia na Ukrainie, a sytuacja polityczna (wojna), ekonomiczna i gospodarcza jest zupełnie inna. Rozważający wyjazd do Polski Białorusini to zatem zupełnie inna grupa niż imigranci zarobkowi z Ukrainy.” – mówi Mariusz Hoszowski.

Kto zatem przyjeżdża do pracy do naszego kraju z Białorusi? Do tej pory – jak twierdzi Prezes Smart Work – byli to głównie specjaliści, którzy nie mogli znaleźć pracy w zawodzie, a oprócz tego osoby młode, które chciały spróbować życia w Europie. Kierowały nimi zatem inne pobudki, niż pracownikami z Ukrainy. W ostatnim czasie widoczne jest jednak większe zainteresowanie emigracją zarobkową ze strony Białorusinów. Jak tłumaczy Mariusz Hoszowski: „Jest ono związane z problemami ekonomicznymi, które powoli, ale konsekwentnie wpływają na obniżenie poziomu życia na Białorusi. Białoruś może więc stanowić źródło pracowników dla polskich pracodawców, ale jedynie jako dopełnienie zasobów kadrowych.

Bez pracowników z zagranicy rozwój i funkcjonowanie polskich firm mogłoby zostać zahamowane. Jak mówi Mariusz Hoszowski: „Szacuje się nawet, że wzrost gospodarczy, który miał miejsce w naszym kraju w ostatnich latach był możliwy dzięki dostępności pracowników z zagranicy.” Gdzie zatem szukać zagranicznych pracowników? Można zwrócić się do wyspecjalizowanych Agencji Pracy, takich jak Smart Work, które konsekwentnie rozwijają sieć rekrutacyjną i poszerzają swoje struktury za granicą.

Koronawirus zaraża rynki. Przestraszony złoty w odwrocie

Rynki boją się konsekwencji koronawirusa. Na razie liczby nie uzasadniają takiego strachu, ale inwestorzy nie chcą ponosić ryzyk w razie eskalacji problemu. Widać odwrót na ropie naftowej oraz walutach krajów bardziej ryzykownych w tym Polski.

Koronawirus a rynki

Epidemia nowego wirusa zgodnie z oczekiwaniami zaczyna mieć istotny wpływ na rynki. Przy tej ilości doniesień medialnych, pomimo na razie relatywnie niskiej ilości ofiar (porównując oczywiście względem znanych już najbardziej śmiertelnych chorób), wchodzimy w stadium paniki. Jest to o tyle uzasadnione, że na tym etapie rozwoju nie wiemy, czy nagle ilość zarażeń gwałtownie nie wzrośnie. Rynki już teraz przewidują negatywny wpływ na gospodarkę Chin. Spowolnienie w Chinach to z kolei spadki na ropie naftowej, która tylko w ostatnim tygodniu straciła ponad 10% na wartości. W górę idą za to tradycyjne inwestycja na tzw. złe czasy, czyli np. złoto.

Bezrobocie w Polsce wzrasta

Miesiące zimowe jak co roku są momentem delikatnego wzrostu bezrobocia w Polsce. Nie inaczej jest w tym roku. W grudniu wskaźnik wzrósł o 0,1%. Warto zwrócić uwagę, że tak małe wzrosty, jak obecnie pozwalają ze spokojem myśleć o przebiciu progu 5% w pierwszej połowie tego roku. Dane te nie miały większego wpływu na rynki walutowe. Widać jednak wpływ ogólnie słabszego klimatu na rynkach wywołanego strachem. W rezultacie od piątku złoty stracił już ponad 2 grosze względem euro, zbliżając się do 4,27 zł. Problem jest widoczny również na innych walutach np. na franku, który zbliża się do 4 zł.

Dolar ignoruje dane

W piątek po dobrych danych z Europy przyszedł czas na wstępne odczyty indeksów koniunktury z USA. Dane te wypadły powyżej punktu oddzielającego rozwój od recesji, problem w tym, że są niestety poniżej oczekiwań analityków. Co ciekawe pomimo tego dolar zamykał tydzień dalszymi wzrostami względem euro, kolejny dzień powoli zbliżając się do poziomu 1,10 dolara za jedno euro.

Dzisiaj, dni wolne w Chinach z okazji Nowego Roku Księżycowego oraz w Australii z okazji święta narodowego, a w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

16:00 – USA – sprzedaż nowych domów.

Maciej Przygórzewski główny analityk w Internetowykantor.pl

Oprogramowanie komputerowe a podatek u źródła. Kiedy nie będzie podatku?

Uwagi wstępne: Zgodnie z zasadą wynikającą z ustaw o podatkach dochodowych podmioty zagraniczne, które nie posiadają w Polsce siedziby oraz zarządu, podlegają obowiązkowi podatkowemu tylko od dochodów osiąganych na terytorium tego kraju. Należy więc wskazać, że nierezydenci podlegają ograniczonemu obowiązkowi podatkowemu, co oznacza, że opodatkowaniu podatkiem dochodowym podlegają wyłącznie dochody osiągnięte na terytorium Polski. Podkreślenia wymaga, że ustawodawca wskazuje przykładowy katalog takich dochodów. Będą nimi w szczególności dochody z tytułu należności regulowanych, w tym stawianych do dyspozycji, wypłacanych lub potrącanych przez polskie podmioty, niezależnie od miejsca zawarcia umowy i wykonania świadczenia.

Należy więc przyjąć, że w praktyce każda wypłata dokonywana przez polski podmiot na rzecz zagranicznego kontrahenta może wiązać się z obowiązkiem poboru tzw. podatku u źródła. Jedynym warunkiem jest, aby wypłata ta była dokonywana za świadczenie objęte obowiązkiem poboru tego podatku.

Oprogramowanie komputerowe a podatek u źródła

Podatek dochodowy z tytułu uzyskanych przychodów z praw autorskich lub praw pokrewnych ustala się w wysokości 20% przychodów. Stawka ta może być inna, jeśli zastosowanie znajdzie odpowiednia umowa o unikaniu podwójnego opodatkowania. Jako że ustawy o podatkach dochodowych posługują się zwrotem „przychodów z praw autorskich lub praw pokrewnych”, to zasadne jest w tym przypadku odwoływanie się do przepisów ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Zgodnie z tym aktem programy komputerowe stanowią przedmiot prawa autorskiego i jako takie mogą być przedmiotem umowy licencyjnej.

Podsumowując, zawarcie umowy licencyjnej z zagranicznym podmiotem, której przedmiotem jest oprogramowanie komputerowe, może podlegać podatkowi u źródła.

Praktyka gospodarcza pokazuje, że podatnicy bardzo często nadużywają pojęcia „licencja”, nazywając tak większość umów, na podstawie których używany jest program komputerowy. Nadużycie to polega na tym, że nie każda umowa stanowi udzielenie licencji, o której mowa w prawie autorskim. Innymi słowy, aby dana umowa stała się umową licencyjną, musi zawierać określone zapisy.

Omawiany stan rzeczy skutkuje w dwojaki sposób. Po pierwsze błędnie sporządzona umowa może wprowadzić w błąd osobę zajmującą się rozliczeniami podatkowymi spółki, co w konsekwencji może być przyczyną bezpodstawnego oddania podatku do budżetu państwa. Po drugie nieprawidłowo skonstruowana umowa wprowadza w błąd również organy podatkowe, które – widząc w nazwie „licencja” – błyskawicznie upatrują obowiązku pobrania i wpłaty podatku. Okoliczność tę można zaobserwować, analizując chociażby orzecznictwo Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej.

Nie ulega wątpliwości, że powodem omawianego stanu rzeczy jest brak lub nieodpowiednia analiza prawa autorskiego, która jest kluczowa i niezbędna w celu ustalenia, czy mamy do czynienia z rzeczywistym udzieleniem licencji i tym samym z obowiązkiem poboru podatku u źródła.

Kiedy nie będzie podatku?

Jak wskazano powyżej, aby doszło do obowiązku zapłaty podatku, umowa licencyjna musi zawierać odpowiednie postanowienia. Samo jej nazwanie licencją nie jest wystarczające dla powstania obowiązku podatkowego. Ten powstanie bowiem dopiero wówczas, gdy umowa licencyjna obejmie prawa majątkowe do programu komputerowego, które są enumeratywnie wskazane w prawie autorskim.

Przykładowo, jeśli umowa obejmuje prawo do zwielokrotnienia programu komputerowego, zmianę jego układu albo rozpowszechnianie, to stanowić będzie udzielenie rzeczywistej licencji.

Z kolei umowa, która:

  • nie pozwala na dokonywanie jakichkolwiek modyfikacji oprogramowania,
  • nie przewiduje udzielania sublicencji czy sprzedaży praw autorskich do oprogramowania,
  • nie przenosi praw autorskich,
  • nie pozwala na kopiowanie, rozpowszechnianie czy dalsze udostępnianie programu,

nie może zostać uznana za licencję. Co oczywiste, dzieje się tak również wtedy, gdy umowa w swej nazwie zawiera zwrot „licencja”.

Powyższy wniosek potwierdza najnowsze orzecznictwo podatkowe (por. 0111-KDIB2-1.4010.325.2019.2.MK).

Podsumowanie

Każdy podatnik, który wypłacał wynagrodzenie za używanie oprogramowania, powinien dokonać analizy zawartej umowy. Może bowiem wystąpić sytuacja, w której podatek został zapłacony bezpodstawnie, co uprawnia do złożenia wniosku o jego zwrot. Możliwy jest również scenariusz negatywny, w którym podatnik nie pobierał podatku, choć istniały ku temu podstawy prawne. W tej sytuacji powstałaby zaległość podatkowa.

Omawiane zagadnienie jest istotne także z punktu widzenia podatników, którzy amortyzują zakupione licencje. Jeśli bowiem okaże się, że licencja nie jest w rzeczywistości licencją, to wymagana będzie korekta kosztów uzyskania przychodów.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Wino w wersji „mini” nie jest małpką

To wzbudza nasz protest– tak pomysł resortu zdrowia dotyczący nałożenia specjalnej opłaty na alkohole w małych pojemnościach, komentują szefowie firm zrzeszonych w Związku Pracodawców Polska Rada Winiarstwa. Powód? „Do jednego worka” wrzucono napoje spirytusowe i winiarskie. Tymczasem wino w opakowaniach „mini”, czyli do 300 ml,  to produkt z  zupełnie innej kategorii niż tzw. „małpka” z wódką. A oba mają być droższe o 1 zł.

Z uzasadnienia do projektu ustawy wynika, że podstawą  podjęcia inicjatywy była troska o  zdrowie publiczne i chęć ograniczenia ryzykownej konsumpcji alkoholu. Zadziwiające wydaje się zatem, że Ministerstwo Zdrowia wszczęło działania, by ograniczyć sprzedaż wina w małych opakowaniach. Jesteśmy głęboko przekonani, że to krok w kierunku przeciwnym do zamierzonego – mówi Magdalena Zielińska, Prezes Związku Pracodawców Polska Rada Winiarstwa.

Dlaczego? Segment wyrobów winiarskich w małych opakowaniach bardzo rozwinął się w ostatnich latach, ale w Polsce wciąż stanowi margines. W małych butelkach zamyka się  głównie wina ze średniej i wyższej półki. – To marki premium, określane jako standard plus, na przykład szampany- mówi Bartosz Werpachowski z firmy Bacardi-Martini Polska.

Trend „mini” w branży winiarskiej to zjawisko obserwowane globalnie, a wynika z premiumizacji oraz dążenia konsumentów do ograniczania konsumpcji.  Nie ilość wina staje się ważna, lecz jego jakość,  a małe opakowania sprzyjają tym pozytywnym trendom. Ta  stosunkowo nowa  i stopniowo rozbudowująca się grupa asortymentowa skierowana jest więc do  wymagających konsumentów.

Wina w małych butelkach pełnią zupełnie inną funkcję niż tzw. „małpki”, czyli wyroby spirytusowe w niewielkich opakowaniach – podkreśla Jakub Nowak, Prezes firmy JNT Group.  – Wino bowiem, po otwarciu, łatwo może stracić właściwy mu smak i aromat. Konsument wybiera więc małą pojemność, jeśli chce wypić tylko kieliszek wina, a nie większą jego ilość. Dodam, że odbiorcami win w małych opakowaniach są głównie kobiety, dla których liczy się przede wszystkim jakość trunku, a nie jego ilość.

Kobiety i …single, dodaje Grzegorz Bartol, wiceprezes firmy Bartex. Pamiętajmy, że w Polsce żyje ich już 7,5 mln!  Chcąc zdegustować  wino, nie zawsze muszą decydować się na zakup  standardowej pojemności  0,75 l. Zresztą także z myślą  o tej grupie naszych odbiorców sukcesywnie wprowadzane  są wina  zamykane  zakrętkami aluminiowymi – mówi Grzegorz Bartol.

A jak zwraca uwagę Anna Kalinowska, Dyrektor ds. Produkcji i Inwestycji w firmie Henkell  Freixenet Polska Sp. z o. o., degustowanie szerokiego spektrum win rozwija kulturę konsumpcji, kształtuje smak i uwrażliwia na wysoką jakość. Dlatego ważne jest, aby bariera wejścia do świata win nie była zbyt wysoka.  – Uważamy, że nieuzasadnionym jest, aby pojemność 200 ml , która już dziś jest droższa w przeliczeniu na standardową pojemność 750 ml, obłożona była dodatkową opłatą. Można przypuszczać, że taka decyzja uczyniłaby zakup 200 ml zupełnie nieekonomicznym i w miejsce 200 ml konsument poczuje się bardziej zachęcony do zakupu pojemności standardowej 750 ml. Powstaje pytanie,  czy temu właśnie ma służyć pomysł Ministerstwa Zdrowia? – pyta Anna Kalinowska.

Warto podkreślić, że koszt zakupu wina w małych opakowaniach jest wysoki w stosunku do dawki alkoholu zawartego w tej porcji.  Sam alkohol, jako substancja psychoaktywna, nie stanowi  tu głównego waloru i  powodu decyzji zakupowej.

–  Nie jest to więc wybór grup społecznych, o które troska – jak wynika z uzasadnienia  –  była podstawą do opracowania projektu regulacji – zauważa Magdalena Zielińska, Prezes ZP PRW. – Zaskakujący jest też  fakt, że resort zdrowia nie objął swoim zainteresowaniem sprzedaży czy reklamy piwa, a przecież to właśnie piwo jest napojem, pod postacią którego Polacy przyjmują zdecydowanie najwięcej alkoholu w przeliczeniu na stuprocentowy etanol. Przeciętny Polak wypija rocznie ok. 100 litrów piwa, a wszystkich napojów winiarskich łącznie (w tym m.in. win, win owocowych, cydrów, miodów pitnych) jedynie poniżej 6,5 l – konkluduje Prezes ZP PRW.

Grzegorz Bartol resortowe plany podsumowuje krótko: –  Ministerstwo Zdrowia pragnie urzędowo zmienić nawyki konsumentów, głównie ograniczyć sprzedaż produktów wysokoalkoholowych w małych pojemnościach wprowadzając dodatkowe obciążenia fiskalne. Obawiam się, że pod płaszczykiem dbania o zdrowie konsumentów  określone sumy zasilą zupełnie inny kanał wydatków budżetowych.

Związek Pracodawców Polska Rada Winiarstwa, największa organizacja ekspercka branży winiarskiej w Polsce, zgłosił już swoje uwagi do  Ministerstwa Zdrowia. Jednym z postulatów jest to, aby z dodatkowej opłaty zwolnione zostały  wyroby winiarskie zawierające do 15% alkoholu.  ZP PRW wyraził także gotowość do dialogu. Zgodnie z projektem ustawy, zmiany mają wejść w życie od 1 kwietnia 2020 roku.

Czego w 2020 roku boją się przedsiębiorcy?

Blisko połowa mikro, małych i średnich przedsiębiorców uważa, że 2019 r. był dla ich firmy lepszy pod względem finansów i rozwoju niż 2018 r. Co szósty przedsiębiorca narzeka, że się pogorszyło, a co trzeci jest zdania, że nie było ani lepiej, ani gorzej. W prognozach na ten rok nad optymistami przeważają pesymiści, najwięcej ma ich branża handlowa. Przedsiębiorcy w 2020 r. boją się głównie wzrostu kosztów zatrudnienia m.in. w efekcie podwyżki płacy minimalnej, składki ZUS dla prowadzących działalność oraz zmian podatkowych i podwyżki cen prądu – wynika z badania zrealizowanego dla Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor wśród mikro, małych i średnich firm handlujących z odroczonym terminem płatności.

W podsumowaniach 2019 r. zadowoleni przedsiębiorcy są górą, niemal połowa przedstawicieli firm (49 proc.) jest usatysfakcjonowana obrotem biznesowych spraw w ostatnich 12 miesiącach. Wśród pozytywnie oceniających miniony rok jedna trzecia przedsiębiorców wskazuje, że powodem były wyższe zyski i większa sprzedaż. Nieco ponad jedna czwarta podaje, że ubiegły rok był lepszy przede wszystkim dlatego, że udało im się pozyskać nowych odbiorców i wejść na nowe rynki. Wskazywano również na lepszą płynność finansową (26 proc.) i poczucie stabilności finansowej (21 proc.). Nie był to bynajmniej efekt poprawy jakości rozliczeń z odbiorcami, bo ten element podkreśliło zaledwie 5 proc. ankietowanych zadowolonych z 2019 r. Jako przyczyny korzystnej oceny minionego roku więcej badanych niż płatności, wskazało na inwestycje, własną konkurencyjność czy też ceny towarów i usług.

biznes trendy 2020To co dla zadowolonych stanowiło podstawę sukcesu, niezadowolonym przysporzyło zmartwień. W grupie firm negatywnie podsumowujących 2019 r. (17 proc. badanych), blisko 30 proc. na pierwszym miejscu wymienia niższe zyski. Podają też spadki sprzedaży oraz rosnące koszty zatrudnienia (po ok. 23 proc.) i wysoko, bo na czwartej pozycji kiepskie rozliczenia z odbiorami (18 proc.).

– Badania nie pozostawiają wątpliwości, że wielu przedsiębiorcom się poprawiło, ale niestety nie zawsze są oni chętni dzielić się swoim sukcesem. Sporej części z trudem przychodzi terminowe rozliczanie się, nawet gdy przybywa im na koncie i poprawia się płynność finansowa. Dlatego, problem opóźnionych należności w sektorze MŚP pozostaje wciąż aktualny – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.

– W zrealizowanym dla nas badaniu podsumowującym ubiegły rok, połowa przedsiębiorców podaje, że ich kontrahenci opóźniali płatności o co najmniej 30 dni. Ponad 25 proc. firm zdarzało się czekać nawet o 90 dni lub dłużej. Blisko jedna czwarta przedsiębiorców przewiduje, że części należności z 2019 roku w ogóle nie otrzyma. I to już brzmi przerażająco, bo jeśli w grę wchodzi znacząca kwota to rodzi to nawet ryzyko upadłości – dodaje. biznes trendy 2020 2Obawy, że pieniędzy nie uda się odzyskać stosunkowo najczęściej mają producenci. Usługodawcy podają, że co do zasady wszystkie płatności realizowane były w terminie lub z drobnymi opóźnieniami i ten problem ich mocno nie dotyka. Natomiast należności przeterminowane o 60 i 90 dni w minionych 12 miesiącach, częściej niż inni deklarują firmy handlowe. Handel przyznaje też, że zdarzyło się mu zalegać z płatnościami na skutek opóźnień lub nieuregulowanych zobowiązań kontrahentów. Doświadczenia w spływie należności z pewnością nie pozostały bez wpływu na ogólną ocenę minionego roku, który jak pokazuje badanie Keralla Research dla Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor, najlepiej postrzega budownictwo, a najgorzej właśnie handel i transport.

Najbardziej zadowoleni budowlańcy i firmy średnie, najmniej handel i transport

Przedstawiciele wielu branż mogą zazdrościć budownictwu. W tym sektorze 7 na 10 badanych przedsiębiorstw uznało miniony rok za lepszy od poprzedniego. W tej branży jest też najmniej zawiedzionych. Sytuacji nie udało się poprawić tylko jednej firmie budowlanej na 10. Najmniej usatysfakcjonowanych zeszłorocznymi osiągnięciami jest w handlu i transporcie. W transporcie jest też najwięcej przekonanych, że w minionym roku było gorzej niż wcześniej. Taką opinię ma co czwarty przedstawiciel firm transportowych, podczas gdy ogólnie o złym obrocie spraw w 2019 r. mówi co szósty przedsiębiorca. W granicach średniej ocen dla wszystkich przedsiębiorstw wypadły natomiast przemysł i usługi. Około połowy ich przedstawicieli podsumowało rok pozytywnie, a jedna szósta negatywnie.

Co zdecydowało o zadowoleniu budownictwa? Częściej niż inni, przedstawiciele firm budowlanych, wymieniają m.in. poprawę własnej konkurencyjności, mniejsze obawy przed konkurencją, poczynione inwestycje oraz lepsze możliwości zatrudniania pracowników niż rok wcześniej. Przemysł jako powody do zadowolenia wymienia przede wszystkim większą sprzedaż i zyski. Najmniej zadowoleni handlowcy mówią o większej sprzedaży, ale na drugim miejscu zamiast zysków wymieniają zdobywanie nowych odbiorców i rynków. W transporcie pozyskiwanie nowych rynków i klientów wyróżnia się najbardziej jako miara zeszłorocznego sukcesu.

Wśród pozytywnie podsumowujących zeszłoroczne osiągnięcia przeważają firmy średnie, zatrudniające od 50 do 249 osób. Tu jako lepszy miniony rok postrzega niemal dwie trzecie ankietowanych, a jedynie jedna ósma (12 proc.) przyznaje, że było trudniej niż wcześniej. Wśród średnich niezadowolonych firm, badani wskazują przede wszystkim, że ostatnie 12 miesięcy były gorsze pod względem zatrudniania pracowników. Z kolei ankietowani z podmiotów zatrudniających 10-49 osób częściej podają, że 2019 rok był słabszy jeśli chodzi o zyski oraz płatności od odbiorców towarów i usług.

biznes trendy 2020 3Jaki będzie 2020?

Czy rok 2020 okaże się lepszy dla firmy niż 2019? Większość, bo ponad 36 proc. zakłada, że będzie taki sam jak poprzedni, ok. 30 proc. że gorszy, a optymistów jest jedynie 20 proc. Nieznacznie powyżej średnich oczekiwań wobec tego co przyniesie 2020 r. wypada przemysł, w którym optymiści nawet dominują nad pesymistami. Najmniej nastawionych na zmianę na lepsze widać w branży budowlanej (17 proc.). Budownictwo, które miało wyjątkowo udany zeszły rok, najwyraźniej nie wierzy, że może być jeszcze lepiej. Prognozę pogorszenia sytuacji najgłośniej słychać w handlu (41 proc.). Tu obawiających się tegorocznego obrotu spraw jest ponad dwa razy więcej niż w przemyśle. Transport, który razem z handlem nie był szczególnie zadowolony z 2019 r., w tym roku częściej niż reszta jest niepewny co do tego, jak potoczą się losy jego biznesu. Obawia się prognozować co piąty przedstawiciel firmy transportowej, jednak co pozytywne, udział pesymistów i optymistów jest tu niemal wyrównany.

biznes trendy 2020 4Czego boją się w tym roku przedsiębiorcy? Z odpowiedzi wszystkich badanych firm, bez względu na prognozę na 2020 r., wynika, że przede wszystkim wzrostu kosztów ze względu m.in. na wzrost płacy minimalnej i wynikającą z tego podwyżkę składki na ZUS dla prowadzących działalność gospodarczą, boją się też zmian podatkowych. Tematy te wskazała ponad jedna trzecia badanych. W drugiej grupie zjawisk, wymienianych przez ponad jedną piątą respondentów, znalazła się podwyżka cen prądu, rosnąca biurokracja i niepewność otoczenia gospodarczego, a także problemy ze znalezieniem pracowników. Obaw nie ma jedynie co dwudziesty badany.

biznes trendy 2020 5Źródło: BIG InfoMonitor

Badanie wykonane dla BIG InfoMonitor przez Keralla Research, Instytut Badań i Rozwiązań B2B, wśród mikro, małych i średnich firmach wystawiających faktury z odroczonym terminem płatności, na próbie n=500. Odpowiadały osoby decyzyjne, właściciele, współwłaściciele firm lub inne osoby wskazane jako zarządzające firmą. Technika wywiadów telefonicznych CATI. Styczeń 2020 r.

W piątek Brexit, w sobotę wszystko po staremu. Wpływ Brexitu na polską gospodarkę

W piątek o północy nastąpi Brexit – czy wobec tego w sobotę obudzimy się w zupełnie nowym świecie? Nie. W sklepach nadal będzie można kupić brytyjskie produkty, a na weekend wybrać się do Londynu bez paszportu. „Brexitoza” czeka nas dopiero od 2021 roku.

Unia Europejska, w tym Polska, pożegna Wielką Brytanię 31 stycznia – będzie to zakończenie brexitowej epopei, rozpoczętej referendum z czerwca 2016 roku. Co jednak Brexit oznacza dla polskich przedsiębiorców oraz konsumentów? Na początku zupełnie nic. – 1 lutego rozpocznie się okres przejściowy, który będzie obowiązywał do końca tego roku – w tym czasie polska gospodarka nie odczuje zmian – tłumaczy Piotr Wołejko, ekspert ds. społeczno-gospodarczych Pracodawców RP. – Wielka Brytania będzie do tego momentu nadal uczestniczyć we wspólnym rynku i unii celnej, bo w tym okresie UE będzie traktować Zjednoczone Królestwo jako państwo członkowskie.

W 2020 roku nadal będzie obowiązywał swobodny przepływ osób, za to rząd brytyjski nie będzie miał swoich przedstawicieli w instytucjach unijnych oraz nie będzie brał udziału w procesach decyzyjnych UE. Wielka Brytania będzie mogła zawierać nowe umowy handlowe, ale będą one mogły wejść w życie dopiero po zakończeniu okresu przejściowego – wyjaśnia ekspert Pracodawców RP.

Okres do 1 stycznia 2021 roku Unia Europejska i Wielka Brytania poświęcą na wypracowanie nowych porozumień dotyczących wymiany handlowej. To szansa na zachowanie dotychczas istniejących łańcuchów dostaw oraz wszelkich innych relacji gospodarczych – inwestycji, czy sytuacji spółek działających poza ojczystymi granicami. Jeżeli nie dojdzie do unijno-brytyjskiego porozumienia, obie strony będą prowadzić wzajemną wymianę handlową w oparciu o zasady WTO (Światowej Organizacji Handlu). W takim przypadku władze celne państw członkowskich UE będą stosować unijne przepisy dotyczące eksportu i importu towarów z Wielkiej Brytanii zgodnie z zasadami, które dotyczą obecnie krajów trzecich, czyli niebędących członkami Unii, z którymi ta nie zawarła umów handlowych.

Niezależnie od wyników negocjacji handlowych, prawdopodobnie zostaną wprowadzone kontrole na granicy między Unią Europejską a Zjednoczonym Królestwem. Przedsiębiorcy będą mieć m. in. obowiązek dopełnienia standardowych formalności celnych. Dla osób, które dotychczas tego nie robiły, oznacza to np. konieczność zarejestrowania się w usłudze Krajowej Administracji Skarbowej „e-Klient”, składania zgłoszeń i deklaracji celnych oraz regulowania należności celnych i podatkowych (VAT i akcyza). Jeśli chodzi natomiast o podatek dochodowy, to mamy podpisaną z Wielką Brytanią umowę o unikaniu podwójnego opodatkowania, która przewiduje podobne regulacje jak te wynikające z dyrektyw UE, więc i tu nie będzie rewolucji. – Reasumując, choć Brexit może w jakimś stopniu skomplikować wymianę handlową i dołożyć przedsiębiorcom obowiązków – głównie wynikających z obowiązków celnych, to trudno w tej chwili mówić o poważniejszych problemach, które paraliżowałyby działalność przedsiębiorstw – mówi Piotr Wołejko.

Dla przedsiębiorców zaangażowanych w wymianę handlową z Wielką Brytanią kluczowe będzie posiadanie numeru EORI, czyli tzw. certyfikatu celnego. To warunek konieczny dla dokonywania zgłoszeń celnych. Wewnątrz Unii Europejskiej numer EORI nie jest potrzebny. Jeżeli przedsiębiorca będzie dokonywał importu do Wielkiej Brytanii lub eksportu z tego kraju lub też realizował operacje tranzytowe ze Zjednoczonego Królestwa, to będzie też musiał mieć brytyjski numer EORI, żeby móc złożyć w Wielkiej Brytanii zgłoszenie celne – wyjaśnia ekspert Pracodawców RP.

Jeśli na koniec 2020 roku nie dojdzie do porozumienia Brukseli z Londynem, wówczas nastąpi tzw. „twardy Brexit”. W takim przypadku pojawią się pytania np. o podmioty będące w holdingu z kapitałem brytyjskim i polskim. Problemy będą dotyczyć m.in. podatku u źródła, wypłacanych odsetek, opłat licencyjnych, restrukturyzacji. Będzie to jednak z reguły problem dużych podmiotów, które z pewnością odpowiednio wcześniej przygotują się na taką sytuację. – Należy się spodziewać, że kwestie gospodarcze, prawne i prawno-podatkowe zostaną w okresie przejściowym uregulowane w sposób korzystny dla przedsiębiorstw, gdyż jest to w interesie obu stron. Zwłaszcza, że Wielka Brytania jest ważnym partnerem gospodarczym Polski – przewiduje Piotr Wołejko. Według danych GUS, Wielka Brytania to dla naszego kraju trzeci największy partner pod względem eksportu (po Niemczech i Czechach). Najważniejsze grupy towarowe to wyroby przemysłu elektromaszynowego (42 proc.), artykuły rolno-spożywcze (20 proc.) oraz wyroby przemysłu chemicznego (11 proc.). Z tych samych danych wynika, że w 2018 r. Wielka Brytania była trzecim najważniejszym odbiorcą usług z Polski, z udziałem 7,5 proc. Po stronie importu usług, Wielka Brytania plasuje się na miejscu drugim z udziałem 8,2 proc. Z kolei polski eksport do Wielkiej Brytanii stanowił w 2018 roku 7,7 proc. polskiego eksportu do państw Unii Europejskiej. Import z Wielkiej Brytanii to 4,2 proc. importu z państw UE, a obroty PL-GB to 6,2 proc. polskich obrotów handlowych z państwami UE. Według Narodowego Banku Polskiego, skumulowane brytyjskie inwestycje w Polsce wyniosły na koniec 2018 roku 7,89 mld EUR, co stanowiło 4 proc. łącznej wartości kapitału zainwestowanego w naszym kraju (tj. 199,8 mld EUR).

Pracodawcy RP

Pułapka optymizmu, czyli jakoś to będzie – wywiad z prof. Dariuszem Dolińskim z PAN

Niemal 50 proc. Polaków, którzy mają zobowiązania finansowe, spóźnia się z ich spłatą – tak wynika z raportu Związku Przedsiębiorstw Finansowych. Co więcej, prawie 62 proc. osób z tej grupy jest tym faktem zestresowanych, martwi się lub wstydzi swojego zachowania.[1]Dlaczego windykator jest często traktowany jak wróg, a nie sprzymierzeniec w spłacie zobowiązań? Jak wyjść ze spirali zadłużenia? Pytamy o to prof. Dariusza Dolińskiego, członka Komitetu Psychologii PAN, przewodniczącego Polskiego Stowarzyszenia Psychologii Społecznej oraz wykładowcę Uniwersytetu SWPS.

Dlaczego Polacy wpadają w pułapkę zadłużenia?

Prof. Dariusz Doliński: Najczęściej przez optymizm. W naszej kulturze zakłada się, że optymizm jest czymś, co motywuje nas do działania. Kult optymizmu jest wszechobecny, ale bywa złudny. Badania pokazują, że wśród studentek, które zachodzą w niepożądaną ciążę, dominują optymistki. Podobną zależność widzimy wśród osób poparzonych promieniami słonecznymi na Wyspach Kanaryjskich. Wpadamy w pułapkę pozytywnego myślenia bierzemy kredyt, bo zakładamy, że jakoś go spłacimy. Kiedy nie mamy pieniędzy na ratę, czekamy aż wpadnie nam dodatkowa fucha, wtedy myślimy, że zapłacimy za 2-3 zaległe raty. Dobrze jest, jeśli ten pozytywny scenariusz się sprawdza. Jednak często bywa odwrotnie dodatkowej gotówki nie ma, a liczba niezapłaconych rat rośnie – to znak, że wpadliśmy w pułapkę własnego optymizmu. Zamiast przezornie, od samego początku, zacisnąć pasa i płacić raty zgodnie z harmonogramem, dochodzimy do wniosku, że tak czy owak wyjdziemy z tej sytuacji obronną ręką. Zadłużenie rośnie, przestajemy je spłacać, a później nie widzimy sensu podejmowania już jakichkolwiek działań.

Bywa również, że ludzie z różnych powodów nie spłacają długu. Chodzi np. o jego koszty w Polsce jesteśmy przyzwyczajeni do myślenia, że uczciwa byłaby sytuacja, w której, jeśli pożyczamy 20 tys. zł., to powinniśmy zwracać tyle samo. Jeśli nie nauczymy się, że koszty są ściśle związane z kredytem, to będziemy mieć ogromny problem. Podobnie z windykacją– musimy zrozumieć, że to droga do wyjścia z problemów finansowych, a nie dalsze, poważniejsze jeszcze kłopoty.

Ludzie często nie wiedzą, jak zachować się, gdy dzwoni windykator. Wolą unikać z nim kontaktu niż spróbować się porozumieć i rozwiązać problem. Dlaczego tak się dzieje?

W nowej, stresującej dla wielu sytuacji, ludzie reagują na jeden z dwóch sposobów. Spłatę zadłużenia traktują albo jako wyzwanie, albo zagrożenie. W tym pierwszym przypadku dążą do rozwiązania problemu. Jeśli jednak potraktują tę sytuację jako zagrożenie, będą starali się jej unikać, ponieważ  wiąże się z silnym napięciem emocjonalnym czy lękiem. Wtedy wyprą ze świadomości myśl o zadłużeniu i nie odbiorą telefonu od windykatora. Nawet jeśli podniosą słuchawkę, to zazwyczaj rozmawiają z nim w taki sposób, jakby ich w ogóle ta sprawa nie dotyczyła. Są to pewne schematy postępowania ze stresem, które formułują się u ludzi już w dzieciństwie. Ci z nas, którzy unikają kontaktu z windykatorem, zazwyczaj postępują w podobny sposób w innych okolicznościach stresowych: nie próbują ich rozwiązać, starają się żyć tak, by oddalić od siebie problem.

 Aż 3/4 badanych nie wie, jak powinien wyglądać proces windykacyjny, jakie przepisy prawne chronią konsumentów w tym zakresie. Może gdyby wiedza ta była bardziej powszechna, to mniej ludzi czułoby blokadę i stres w związku z telefonem windykatora?

Osiągnięcie takiego stanu jest bardzo trudne. Głównym problemem jest sposób, w jaki postrzegany jest windykator przez osobę zadłużoną. Zazwyczaj ludzie myślą o nim bardziej jak o wrogu niż o partnerze, który może wesprzeć ich w rozwiązaniu sytuacji, w której się znaleźli. Kolejną kwestią jest unikanie przez Polaków wiedzy szczegółowej. Badania wskazują, że kupując nową lodówkę lub pralkę, najczęściej nie zapoznajemy się z instrukcją, tylko intuicyjnie próbujemy uruchomić urządzenie. Podobnie działają ci, którzy zaciągają pożyczkę. Nie czytają regulaminu, nie wiedzą, co grozi w przypadku braku terminowej spłaty albo, co stanie się, gdy sprawa trafi w ręce windykatora. Dotarcie do ludzi z tymi szczegółowymi informacjami jest niesamowicie trudne. To wina m.in. systemu edukacji, który nie uczy tego, co przyda nam się w życiu, m.in. właśnie jak poradzić sobie z zadłużeniem.

Wśród najczęstszych wymówek, jakie badani usłyszeli od członków rodziny lub znajomych niespłacających swoich zobowiązań finansowych były: brak pieniędzy na bieżące wydatki (38,2 proc.) oraz zbyt wysoka kwota niespłacanego długu
w porównaniu do oczekiwanego przypływu gotówki (25 proc.).  Niektórzy mówią wprost: „z firmą windykacyjną nie można się dogadać” (16 proc.). 

Ważne, by windykatorzy umieli przekonać konsumenta, że są jego partnerem, a nie wrogiem. Dobrze, gdyby na wstępie od razu zaznaczyli, że to jest ich wspólny problem: windykatora i dłużnika. Następnie zaproponowali konstruktywne rozwiązanie, czyli chociażby możliwość rozłożenia zadłużenia na raty, na okres 2-3 lat. To pozwoli osobie zadłużonej uwierzyć, że z problemem finansowym można sobie poradzić.

Jak możemy pomóc dłużnikom – czy raczej – jak oni sami mogą sobie pomóc?

Najlepiej oczywiście jest się nie zadłużać, czyli na samym początku, kiedy przejdzie nam przez myśl, by wziąć pożyczkę, od razu zrewidować swoje potrzeby. Dobre gospodarowanie domowym budżetem to dzisiaj umiejętność nie do przecenienia. Wystarczy zadać sobie pytanie: „czy koniecznie musimy w tym roku wyjechać na wakacje, albo czy iPhone naprawdę jest nam niezbędny do życia?”. Wystarczy trochę determinacji i cierpliwości, by oszczędzić pieniądze na tego rodzaju zachcianki i uniknąć kredytu. Jeśli jednak już go mamy, to musimy podejść do sprawy odpowiedzialnie i spłacać raty zgodnie z harmonogramem. Chociażby z tego powodu, by uniknąć nieprzespanych nocy i niepotrzebnego stresu. W sytuacji, w której niespłacone raty zaczynają niebezpiecznie narastać, najgorszym z możliwych rozwiązań jest unikanie windykatora lub zaciąganie kolejnych pożyczek, na rzecz spłaty wcześniejszych. O wiele lepiej zacząć od oszczędzania metodą małych kroków. Nie chodzi o to, by odmawiać sobie wszystkich małych przyjemności, ale jeśli oszczędzimy pięć zł dziennie, to w miesiącu możemy spłacić 150 zł zadłużenia. Jeśli sobie z tym poradzimy, to najprawdopodobniej 200, czy 300 zł też nie spowoduje ruiny w naszym domowym budżecie. Jeżeli zaczniemy spłacać dług od małych rat, które będą stopniowo rosły, to prędzej czy później zauważymy, że w dającej się przewidzieć przyszłości, spłacimy swoje zobowiązanie.

Ważne jednak, by w momencie spłaty długu nie wpaść w kolejną pułapkę. Dłużnik, który przez wiele miesięcy zaciskał pasa i osiągnął swój cel, spłacił całe zadłużenie, czuje ulgę. Ale czuje też niekiedy, że za ten trud zaciskania pasa, należy mu się jakaś nagroda. Jaka? Przykładowo,  nowy laptop. A raty za ten nowy laptop są takie korzystne…

[1] Badanie opinii przeprowadzone przez SW Research na zlecenie Związku Przedsiębiorstw Finansowych w ramach kampanii „Windykacja? Jasna Sprawa!”. Badanie zrealizowano w 2019 roku na próbie 1000 osób.

Awersja do ryzyka zaraża rynki

Wzrost przypadków zakażenia koronowirusem prowadzi do nasilenia awersji do ryzyka na rynkach finansowych, a skala wahań cen aktywów została spotęgowana przez święta w Chinach, Singapurze i Australii. Minie jeszcze trochę czasu, zanim niepewność o skalę epidemii zostanie rozwiana. Na FX wygrywają JPY i CHF, na rynku akcji jeszcze czerwono, ropa nurkuje.

Biorąc pod uwagę, że okres inkubacji koronowirusa wynosi 2 tygodnie, jeszcze przez klika dni należy się spodziewać wzrostu liczby przypadków zachorowania oraz zgonów. Chiny przedłużyły o trzy dni do 3 lutego obchody Nowego Roku, zamykając na ten czas szkoły, sklepy i instytucje. Zakazały też sprzedaży wycieczek. Wciąż niewiadomą pozostaję wielkość szkód dla aktywności gospodarczej – w Chinach i globalnie. Strach przed podróżami lotniczymi już uderza w ceny ropy naftowej. Przegrzany rynek akcji doświadcza ucieczki inwestorów. Europa zaczyna dzień na czerwono, tracą też kontrakty na indeksy w USA. Tradycyjnie już rynek FX jest najmniej zmienny, ale i tutaj widać klasyczną ucieczkę w bezpieczne JPY i CHF, a za czasu sesji azjatyckiej pod presją były AUD i NZD.

Jeśli dotychczasowym motorem wzrostów rynku akcji były pozytywne perspektywy globalnego ożywienia, to obecnie musi nastąpić rewizja tych oczekiwań. Jakkolwiek jest mało realne, aby epidemia przewyższyła we wpływie deeskalację wojen handlowych i ekspansję monetarną na masową skalę w wykonaniu Fed i reszty, tak dla spanikowanego rynku ten pierwszy element będzie krótkoterminowo znaczył dużo więcej. Rynek akcji może nadawać tonu w redukcji ryzyka, zanim zaczną napływać informacje, że wirus został opanowany. Pod kątem kierunku ucieczki najwygodniejsze wydają się obligacje skarbowe i JPY. Biorąc pod uwagę, że w tym tygodniu mamy FOMC i prezes Powell raczej zwróci uwagę na ryzyka zewnętrzne, spekulacje o kolejnej obniżce stóp procentowych będą podsycać spadek rentowności i USD/JPY. CHF też jest atrakcyjny, ale mniej w obawie przed furią SNB. Wątpimy jednak, aby bank centralny chciał wytoczyć największe działa w szczycie awersji do ryzyka.

Na lokalnym podwórku złoty ma coraz więcej powodów, by pozbyć się swojej (nieuzasadnionej w moim mniemaniu) siły. Do presji zewnętrznej doszła w piątek popularyzacja w zagranicznych mediach chaosu w polskim sądownictwie, na który krytycznie reaguje Komisja Europejska. Preferujemy stać przy opinii, że póki UE nie postawi jasnego ultimatum z sankcjami gospodarczymi, wymiana listów między Brukselą i Warszawą nie powinna inwestorów zanadto niepokoić. Obecnie jednak obawy KE o praworządność w Polsce dolewają oliwy do ognia, co tylko wzmacnia chęci do sprzedaży złotego.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

TOP 20 najczęściej poszukiwanych produktów w promocji. Eksperci: Zaskoczeń nie ma. Polacy są przewidywalni

Wśród fraz wpisywanych w ub. roku przez użytkowników aplikacji i serwisów agregujących promocje największy udział miało masło, cukier i mleko. Popularne były też art. dla dzieci, w tym Pampersy i Bebiko – odpowiednio 4. i 9. miejsce. Na 5. pozycji w zestawieniu znalazła się kawa. Polacy intensywnie szukali też mięsa. Filet z kurczaka był 6. A piwo i Pepsi były kolejne w rankingu. TOP 10 zamknął basen. Dalej był m.in. papier toaletowy i proszek do prania.

W pierwszej trójce najczęściej poszukiwanych towarów w promocji znalazły się produkty codziennego użytku. Jak zaznacza Marcin Lenkiewicz z Grupy Mobilnej Qpony-Blix, w przypadku masła (1. miejsce) i mleka (3. pozycja) ważna jest świeżość. Dlatego te artykuły są często kupowane. Ekspert dodaje, że ceny żywności rosną najszybciej od 5 lat. To powoduje, że klienci intensywnie szukają okazji.

– Cukier, który zajął 2. miejsce w zestawieniu, wprawdzie nie musi być świeży, ale nie warto go gromadzić na zapas. Większa ilość wymaga odpowiedniego miejsca do przechowywania i dbałości o dość nietrwałe opakowanie. Zatem w tym przypadku również działa efekt rotacji artykułu pierwszej potrzeby – mówi dr Maria Andrzej Faliński, były dyrektor generalny Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji.

Konsumenci często poszukują również produktów dla dzieci. Pampersy i Bebiko znalazły się w pierwszej dziesiątce – odpowiednio na 4. i 9. miejscu. Pieluchomajtki Dada i Bebilon też zajęły dość wysokie pozycje – 11. i 15. Zdaniem Beaty Orcholskiej z Grupy Mobilnej Qpony-Blix, popularność ww. artykułów wnika z tego, że dużo ważą w domowym budżecie, ponieważ są stale stosowane w okresie niemowlęcym i poza nim. Z tego względu są często wykorzystywane przez sklepy w gazetkach w celu zachęcenia klientów do większych zakupów. Generują także wysokie obroty podczas akcji promocyjnych.

– Polacy intensywnie szukają promocji na mięso. Filet z kurczaka zajmuje 6. pozycję. Schab ma 13. miejsce, a karkówka – 17. To jest oczywiście wynikiem kulturowej presji, która określa dietę i preferowane smaki. Wymienione produkty pozwalają na przyrządzenie wielu nieskomplikowanych potraw dla osób w każdym wieku – wyjaśnia dr Faliński.

Co ciekawe, z kategorii warzyw i owoców tylko papryka znalazła się w pierwszej dwudziestce, zajmując 14. miejsce. Beata Orcholska z Grupy Mobilnej Qpony-Blix zauważa, że jest ona składnikiem rozmaitych dań.  Pozwala na przygotowanie wielu zdrowych i modnych potraw, pochodzących z różnych krajów. Z tych właśnie powodów jest ceniona przez konsumentów i często promowana przez sieci handlowe.

– Wyjątkowo popularna jest też kawa, która ma 5. miejsce w rankingu. Dodatkowo jej ziarnista odmiana zajmuje 18. pozycję. Warto podkreślić, że w przypadku tego typu produktów klienci nie szukają konkretnego producenta. Wynika to z tego, że promowane są głównie właściwości aromatyczne. Konsument może nie pamiętać nazwy konkretnej kawy, ale rozpozna jej smak i zapach. Cena ma mniejsze znaczenie – przekonuje były dyrektor generalny POHiD-u.

Z kolei ekspert Marcin Lenkiewicz zwraca uwagę na mocną pozycję piwa – 7. miejsce w rankingu. Gdy ten trunek pojawia się w gazetkach, natychmiast zachęca swoich smakoszy do robienia większych zakupów. Konsumenci poszukują korzystnych cen dla swoich ulubionych browarów lub chcą odnajdywać nowe smaki. W ostatnich latach bardzo zyskuje segment piw bezalkoholowych i kraftowych. I to też wpływa na wybory klientów. Dr Faliński dodaje, że piwo ma silne wsparcie kulturowe. Poza tym może być szeroko promowane, w odróżnieniu od innych napojów alkoholowych.

– Kolejne, 8. miejsce ma Pepsi. Warto dodać, że jej największy konkurent, czyli Coca-Cola jest w zestawieniu na 19. pozycji. To ciekawy przypadek i swoisty fenomen na rynku. W naszej wyszukiwarce, która jest największą w Polsce, wiodącą pozycję faktycznie ma Pepsi. Jest to z jednej strony wynikiem aktywności promocyjnej producenta, a z drugiej – zainteresowania konsumentów tym konkretnym produktem – tłumaczy Beata Orcholska.

TOP 10 zamyka basen. Dr Faliński uważa, że taki artykuł, podobnie jak sprzęt ogrodowy, zawdzięcza swoją popularność m.in. tendencji do wyprowadzania się mieszkańców miast na wieś. Podlega modzie na prezentowanie swego rodzaju sukcesu i zmiany stylu życia, zgodnie z trendami podpatrzonymi w telewizji. Nie są to tanie produkty, ale ich zróżnicowanie cenowe i materiałowe powoduje, że stają się powszechne.

– Coraz dłuższe i cieplejsze sezony letnie wpływają na preferencje zakupowe Polaków. I tę tendencję będziemy obserwować w najbliższych latach. Trendy dotyczące zmiany klimatu będą miały wpływ na wiele obszarów naszego życia. W ub.r. basen, jako produkt dość kosztowny, był często wyszukiwany w tego typu aplikacjach. Klienci szukali najlepszych cen, porównywali parametry wielkościowe i jakościowe – informuje Marcin Lenkiewicz.

Na 12. pozycji jest papier toaletowy. Dr Faliński stwierdza, że to efekt codziennego użycia. Względy higieniczne, estetyczne i zdrowotne stoją na straży zainteresowania tym artykułem. Dość podobnie jest w przypadku chemii gospodarczej – proszku do prania – 16. miejsce, a także kapsułek – 20. To też są rzeczy niezbędne w każdym gospodarstwie. Nabywanie ich w korzystnych cenach lub w pakietach daje poczucie atrakcyjności zakupów.

– Patrząc ogólnie na wyniki, można wnioskować, że polscy konsumenci stają się smart shopperami. Szukają dobrych produktów w najlepszych cenach. Chcą kupować mądrze i odpowiedzialnie m.in. artykuły codziennego użytkowania. Jednocześnie są otwarci na nowości rynkowe. Liczą się dla nich panujące trendy, wśród których można wymienić np. zdrowy styl życia, ale także przyzwyczajenia kulturowe – zauważa ekspert z Grupy Mobilnej Qpony-Blix.

Jak podsumowuje dr Faliński, Polacy nadal uczą się konsumować i coraz lepiej optymalizują swoje wydatki. Promocje bardzo w tym pomagają, bo informują o propozycjach, a zarazem czynią niektóre produkty, jak np. basen, dostępniejszymi. To proces sprzyjający powstawaniu specyficznie polskiej, choć wzorowanej na doświadczeniu innych społeczeństw, kultury zakupu.

Polacy są otwarci na nowoczesne technologie, ale czy są gotowi na oddziały bez gotówki?

Zmieniają się upodobania i zwyczaje Polaków, także w kwestii płatności. Coraz chętniej korzystają z bezgotówkowych metod i doceniają nowoczesne rozwiązania oferowane przez banki. Z danych udostępnionych przez Narodowy Bank Polski wynika, że w III kwartale 2019 roku liczba transakcji przeprowadzonych kartami płatniczymi wyniosła 1,7 mld zł. To imponujący wynik, biorąc pod uwagę, że w analogicznym okresie zeszłego roku było to 1,4 mld zł. Między innymi z tego powodu niektóre banki stawiają na rozwój oddziałów bezgotówkowych.

Rosnąca popularność płatności bezgotówkowych

Są kraje, w których ta zmiana powoli już zachodzi. W Kanadzie, Irlandii, Danii czy Szwecji zamyka się coraz więcej oddziałów i wprowadzany jest model placówek bezgotówkowych. Szczególnie państwa nordyckie odważnie zmierzają w stronę społeczeństwa bezgotówkowego. Według raportu Deloitte, liderem tych zmian jest Norwegia z największą liczbą transakcji bezgotówkowych na mieszkańca i najmniejszą liczbą wypłat z bankomatu. Z danych tamtejszego banku centralnego wynika, że gotówka stanowi jedynie 11 proc. płatności w sklepach. Rynek przewiduje, że co najmniej jeden z krajów skandynawskich może niemal w całości ograniczyć obrót gotówki do 2025 roku.

Mimo że do państw, gdzie obrót gotówkowy stanowi niewielki procent wszystkich transakcji, jeszcze nam daleko, to płacąc za produkty i usługi coraz chętniej wykorzystujemy innowacyjne technologie. Także rynek finansowy cały czas dostosowuje się do oczekiwań Polaków – widać to chociażby w rozwijającej się liczbie punktów akceptujących płatności bezgotówkowe. Według danych Fundacji Polska Bezgotówkowa obecnie na 1000 mieszkańców Polski przypadają 23 terminale, a jeszcze niedawno było to zaledwie 16.

Płacimy już nie tylko kartami, ale również smartfonami i zegarkami. Szybkość, łatwość użycia, a przede wszystkim dostępność w dowolnym miejscu i czasie to główne zalety tych rozwiązań. W związku z tym, że większość spraw można załatwiać za pośrednictwem kanałów cyfrowych, klienci coraz rzadziej odwiedzają oddziały.  Rodzi się więc pytanie o to, jaka jest przyszłość tradycyjnej bankowości?

Być bliżej klienta i jego potrzeb

Nie ma wątpliwości, że transformacja cyfrowa musi następować dynamicznie i zgodnie z preferencjami klientów. Większość nieskomplikowanych usług bankowych ma dziś charakter samoobsługowy i realizowana jest bez bezpośredniego kontaktu z pracownikami banku. Zauważalnie rośnie też liczba placówek bez obsługi gotówkowej. Z danych rynkowych wynika, że po III kwartale 2019 r. na polskim rynku istniało już 273 takich oddziałów.

Pomysł placówki, której wśród głównych założeń jest wzmocnienie roli bankiera jako doradcy klienta oraz rezygnacja z obrotu gotówką, sięga początku tej dekady. Oddziały banków bezgotówkowych od 2011 r. wdrożył National Irish Bank, z kolei w 2012 r. First National Bank (FNB) otworzył pierwsze takie placówki w Johannesburgu. W Polsce tego typu miejsca pojawiły się dopiero po kilku latach. Przykładowo, Alior Bank swój pierwszy punkt bez stanowisk kasjerskich udostępnił w 2015 roku. Rok później już 15 proc. jego placówek nie prowadziło obsługi gotówkowej. Co ciekawe, w tych miejscach bank zauważył wzrost poziomu zadowolenia klientów w badaniach NPS i większą efektywność pracy bankierów.

Doświadczenie pokazuje, że przekształcenie oddziałów  gotówkowych na bezgotówkowe poprawia nie tylko jakość obsługi, lecz także jej szybkość. Dotychczasowe zadania bankierów związane z realizacją operacji gotówkowych przejmują przeznaczone to tego urządzenia – bankomaty i wpłatomaty. Zaoszczędzony w ten sposób czas, pracownicy instytucji finansowych mogą w pełni poświęcić na bardziej złożone zagadnienia klientów odwiedzających placówkę. Chodzi o to, aby być bliżej klienta i jego potrzeb, a procesy niewymagające ludzkiej interwencji pozostawić maszynom.

Nowy format oddziałów

Jednak celem wycofania obsługi gotówkowej jest przede wszystkim bezpieczne przeniesienie transakcji z kanałów tradycyjnych do cyfrowej bankowości. To może się odbyć wyłącznie przy aktywnym wsparciu bankierów, którzy pracują w nowoczesnych oddziałach, w lokalizacjach najbardziej oczekiwanych przez klientów.

Nie ma obaw, że placówki bankowe znikną z przestrzeni publicznej. Pomimo że mamy do czynienia z systematycznie zmniejszającą się liczbą transakcji gotówkowych realizowanych przez klientów w placówkach bankowych, wciąż istnieje grupa, która woli załatwiać swoje sprawy w oddziale oraz szuka interakcji z pracownikiem banku. Pewne jest więc, że w oddziałach nowego formatu nie zabraknie przestrzeni, w której klienci uzyskają wsparcie konsultantów. Ich pomoc będzie cenna szczególnie dla tych, którzy dopiero wkraczają w świat nowoczesnych rozwiązań i oczekują od banku wskazówek, jak z nich bezpiecznie korzystać.

Autorzy:

Konrad Białek, Dyrektor Departamentu Wsparcia Sprzedaży w Alior Banku

Krzysztof Styś, Menadżer ds. Wsparcia Sprzedaży w Alior Banku

Debiuty giełdowe i IPO w 2019 z najsłabszym wynikiem od ponad 15 lat

W 2019 roku na giełdzie w Warszawie odnotowano 16 IPO, wobec 20 w 2018 roku. Łączna wartość przeprowadzonych ofert na GPW w minionym roku (łącznie na rynku regulowanym oraz NewConnect) wyniosła 65,9 mln zł (15,4 mln euro), co oznacza spadek o ok. 80% w porównaniu do 2018 roku, który był jak dotąd najsłabszym rokiem pod względem łącznej wartości ofert od 2003 roku. Jedynym debiutantem na rynku głównym warszawskiego parkietu był BoomBit S.A. – spółka zadebiutowała w II kwartale 2019 roku i pozyskała w ramach przeprowadzonej oferty 35,2 mln zł (8,2 mln euro).

Spośród IPO przeprowadzonych na alternatywnym rynku NewConnect największą wartość ofert odnotowały spółki QuarticOn (7,6 mln zł / 1,8 mln euro), Klabater (4,0 mln zł / 0,9 mln euro) oraz DB Energy (3,3 mln zł / 0,8 mln euro). Najbardziej aktywne pozostają firmy z sektora technologicznego i mediów (łączna wartość tych ofert stanowiła ponad 87% wartości IPO na GPW w 2019 roku) – ze szczególnym uwzględnieniem branży gier (komputerowych, konsolowych i mobilnych), którą reprezentuje połowa debiutantów na warszawskim parkiecie w ubiegłym roku.

Przy pozytywnych sygnałach z NewConnect, który okrzepł wśród spółek gamingowych i przyciąga kolejnych debiutantów, zaledwie jedno IPO na rynku regulowanym to już zapaść. Pozostaje mieć nadzieję, że zapowiadane przez potencjalnych emitentów debiuty przełamią coraz gorsze statystyki rynku. Na pewno nie pomogą w tym zaostrzające się regulacje (w tym m.in. konieczność szybszego niż dotychczas dostosowania ładu korporacyjnego przez kandydatów) oraz zyskujące coraz większą popularność alternatywne formy pozyskiwania (crowfunding, czy choćby NewConnect). Bariery regulacyjne i rosnące wymogi coraz silniej polaryzują rynek – debiut na rynku regulowanym staje się w zasadzie realną opcją dla spółek raczej dużych niż średnich, idealnym kandydatem wydają się np. spółki zarządzane przez fundusze equity. – Bartosz Margol, dyrektor w zespole ds. rynków kapitałowych PwC

Podsumowanie europejskiego rynku ofert pierwotnych w 2019 roku

Zgodnie z danymi uzyskanymi przez PwC, łączna wartość IPO w Europie w minionym roku wyniosła 22,1 mld euro i znacząco spadła w porównaniu do analogicznego okresu poprzedniego roku (o 14,6 mld euro). Na europejskich parkietach zadebiutowało jedynie 106 spółek (wobec 200 w 2018 roku), a 5 największych ofert odpowiadało za blisko 40% wartości przeprowadzonych IPO w Europie.

Najwięcej środków w ramach debiutu w 2019 roku pozyskała spółka Nexi SpA – debiutująca na włoskiej Borsa Italiana spółka odnotowała IPO o wartości 2,1 mld euro. Na kolejnych miejscach uplasowały się TeamViewer AG (oferta o wartości 2,0 mld euro przeprowadzona na Deutche Börse) oraz Francaise Des Jeux SA-FDJ (debiut na francuskim parkiecie – Euronext Paris z ofertą na poziomie 1,8 mld euro).

Największą aktywność na europejskim rynku ofert pierwotnych w minionym roku wykazała giełda w Londynie (27 debiutów przy łącznej wartości 6,7 mld euro) wyprzedzając Nasdaq Stockholm, która pomimo słabnącej aktywności w Europe odnotowała wzrost wartości przeprowadzonych IPO (z 2,7 mld euro w 2018 roku do 3,7 mld euro w 2019 roku). Na trzecim miejscu w Europie pod względem wartości pozyskanego kapitału w ramach IPO uplasowała się Deutche Börse (3,6 mld euro pozyskane w ramach zaledwie 4 ofert).

Rynek ofert pierwotnych jest bardzo podatny na utrzymujący się stan niepewności, co można było zaobserwować w minionym roku na kluczowych giełdach w Europie. Za niską aktywność w 2019 roku odpowiadał przede wszystkim negocjowany brexit, a także sytuacja na rynkach światowych, która była pod znaczącym wpływem relacji na linii USA – Chiny. O ile oba te czynniki powinny odegrać dużo mniejszą rolę w 2020 roku, nastroje na rynku będą w dalszym ciągu wynikały w znacznym stopniu z sytuacji geopolitycznej, napędzanej ostatnio napięciami pomiędzy USA i Iranem. – Tomasz Konieczny, partner w PwC, lider zespołu ds. rynków kapitałowychIPO 2019 GPW

Setanta S.A. połączy się z wydawnictwem gier komputerowych ALL IN! GAMES

Setanta S.A., Spółka notowana na Głównym Rynku GPW w Warszawie, połączy się z wydawnictwem gier komputerowych ALL IN! GAMES Sp. z o.o. Decyzję o połączeniu podjęli akcjonariusze Emitenta podczas NWZ w dniu 24.01.2020 r. oraz udziałowcy ALL IN! GAMES Sp. z o.o. w trakcie Zgromadzenia Wspólników.

Setanta S.A. poinformowała, że podczas odbytego w dniu 24.01.2020 r. NWZ akcjonariusze zadecydowali o połączeniu ze spółką ALL IN! GAMES Sp. z o.o. Zgodnie z podjętą Uchwałą połączenie obu podmiotów nastąpi poprzez przeniesienie całego majątku ALL IN! GAMES Sp. z o.o. jako spółki przejmowanej na Setanta S.A. jako spółki przejmującej w zamian za akcje, które spółka przejmująca wydaje wspólnikom spółki przejmowanej. Wartość wydawnictwa ALL IN! GAMES Sp. z o.o. została ustalona przez niezależnego biegłego rewidenta i zgodnie z otrzymanymi wycenami została oszacowana na kwotę 331.527.109,54 zł. W wyniku połączenia spółek Setanta S.A. dokona podwyższenia kapitału zakładowego o kwotę 3.016.000,00 zł w drodze emisji 30.160.000 akcji serii G po cenie emisyjnej wynoszącej 10,00 zł za 1 akcję i zmieni nazwę na ALL IN! GAMES S.A. Zarząd Setanta S.A. ocenia, że połączenie z wydawnictwem ALL IN! GAMES otwiera nowy etap w historii Spółki i umożliwi połączonym podmiotom osiągnięcie silnej pozycji na rynku giełdowym oraz w branży gier komputerowych.

„Podjęta przez akcjonariuszy Setanta S.A. Uchwała na NWZ o wyrażeniu zgody na połączenie z ALL IN! GAMES Sp. z o.o. istotnie przybliżyła nas do zakończenia całej transakcji. Ostatnim elementem będzie zarejestrowanie przez sąd połączenia i wpisanie zmiany nazwy Spółki. Perspektywy rozwoju połączonych spółek są ogromne, bowiem z jednej strony mamy podmiot posiadający status spółki publicznej na rynku głównym GPW w Warszawie, a z drugiej strony mamy podmiot działający w dynamicznie rosnącej branży gier komputerowych, który posiada w swoim portfelu wydawniczym bardzo wiele interesujących produkcji. Jestem zadowolony, że udało nam się doprowadzić cała fuzję do finalnego etapu i liczę, że pozytywnie zaskoczymy cały rynek kapitałowy naszym potencjałem rozwoju.” – podkreśla January Ciszewski, Prezes Zarządu Setanta S.A.

Setanta S.A. otrzymała również informację od spółki ALL IN! GAMES Sp. z o.o. o podjęciu w dniu 24 stycznia 2020 r. przez Zgromadzenie Wspólników tego podmiotu uchwały w sprawie połączenia z Setanta S.A. W ten sposób wraz z podjęciem przez Nadzwyczajne Walne Zgromadzenie Spółki w dniu 24 stycznia 2020 r. uchwały w sprawie połączenia z ALL IN! GAMES Sp. z o.o., a przez to wyrażenia przez akcjonariuszy Setanta S.A. i udziałowców ALL IN! GAMES Sp. z o.o. woli połączenia, Zarządy obu spółek podejmą wspólnie kolejne kroki mające na celu połączenie obu podmiotów.