TOP 10 zawodów, w których brakuje rąk do pracy

Wykwalifikowani pracownicy fizyczni jak elektrycy, spawacze i mechanicy to profesje najtrudniejsze do zrekrutowania w Polsce. Czołówkę zawodów najbardziej dotkniętych niedoborem pracowników zamykają kierowcy oraz operatorzy produkcji i maszyn. Trudności w znalezieniu pracowników deklaruje aż 70% firm nad Wisłą, podczas gdy dwa lata temu mówiło o tym 51% przedsiębiorstw. Jak wynika z opublikowanego dziś raportu ManpowerGroup „Rozwiązanie problemu niedoboru talentów: dowiedz się, czego chcą pracownicy”, wyzwania w pozyskiwaniu rąk do pracy to także problem globalny i dotyczy 54% firm na świecie. Wynik dla Polski jest jednak znacznie powyżej tej średniej, co sprawia, że nasz kraj jest ósmy wśród 44 przebadanych przez ManpowerGroup rynków, gdzie najtrudniej jest znaleźć pracownika o potrzebnych umiejętnościach.

ManpowerGroup opublikował raport przedstawiający skalę niedoboru talentów w Polsce i na świecie. Wykwalifikowani pracownicy fizyczni jak elektrycy, spawacze, mechanicy otwierają polskie zestawienie 10 zawodów dotkniętych największym niedoborem talentów. To specjalizacje, które już od 10 lat typowane są przez pracodawców jako najtrudniejsze do zrekrutowania i niezmiennie zajmują pierwszą pozycję w rankingu. Kolejni w zestawieniu ManpowerGroup znajdują się kierowcy – ciężarówek, pojazdów budowlanych, środków transportu zbiorowego. Trzecie miejsce to pracownicy produkcyjni – operatorzy produkcji i maszyn. Listę zamykają pracownicy restauracji i hoteli, księgowi i finansiści oraz pracownicy biurowi. W porównaniu do rankingu sprzed dwóch lat poza listą znaleźli się przedstawiciele zawodów IT oraz stanowisk technicznych, na przykład kontrolerzy jakości. Po czterech latach nieobecności wrócili pracownicy służby zdrowia oraz niewykwalifikowani pracownicy fizyczni.

Iwona Janas ManpowerGroup
Iwona Janas – ManpowerGroup

– Polskie organizacje w różnym stopniu od lat walczą z niedoborem pracowników o potrzebnych umiejętnościach. Dziś aż 7 na 10 przedsiębiorstw nie może znaleźć rąk do pracy i jest to blisko o połowę więcej niż jeszcze dwa lata temu. Razem z malejącą stopą bezrobocia w naszym kraju wzrasta odsetek firm mających trudności w zrekrutowaniu pracowników, a szybki rozwój naszej gospodarki napędza popyt na ręce do pracy, których zwyczajnie mamy ograniczone zasoby – mówi Iwona Janas, dyrektor generalna ManpowerGroup w Polsce. – Co więcej, wiele z obecnych trendów związanych z rynkiem pracy nie jest optymistycznych dla polskich pracodawców. To duża mobilność pracowników, czyli ich większa otwartość na zmianę miejsca pracy a nawet miejsca zamieszkania. Zmiany demograficzne, czyli kurcząca się liczba osób starszych i jednocześnie malejąca liczba przedstawicieli młodego pokolenia. Ważnym źródłem informacji były ostatnie dane Głównego Urzędu Statystycznego, które potwierdziły, że na świat przychodzi coraz mniej Polaków, a co za tym idzie przyszłe zasoby osób w wieku produkcyjnych będą jeszcze mniejsze – dodaje Iwona Janas.7 na 10 polskich firm nie może znaleźć rąk do pracy

Dominik Malec, dyrektor regionalny w Manpower zauważa, że obecne tak duże trudności w pozyskiwaniu pracowników fizycznych wynikają przede wszystkim z inwestycji poczynionych w Polsce 10-15 lat temu. – Nad Wisłą powstawały wówczas głównie duże magazyny i zakłady przemysłowe, do których przenoszono proste procesy wymagające zatrudnienia pracowników fizycznych, często niewykwalifikowanych. Od tamtego okresu firmy te rozwinęły swoją działalność, zgłaszając z roku na rok większe zapotrzebowanie na ręce do pracy w tym obszarze. Deficyt pracowników fizycznych na rynku to również efekt emigracji po wejściu Polski do Unii Europejskiej. Rozwiązaniem wydawałaby się rekrutacja obcokrajowców, gdyby nie liczne ograniczenia formalne związane z ich zatrudnieniem. Niedobór wykwalifikowanych pracowników fizycznych to również efekt niedopasowanej do rynku pracy edukacji i braku programów, które kształcą uczniów w zakresie praktycznej nauki zawodu. Aby zakończyć ten trend potrzebne są szerokie zmiany, począwszy od strategii aktywizacji osób bezrobotnych uwzględniającej reskilling i uspkilling pracowników, przygotowujący ich do pełnienia deficytowych, technicznych zawodów. Potrzebna jest redefinicja szkół zawodowych i zmiany w edukacji odpowiadające na obecne potrzeby rynku pracy. W zapełnianiu wolnych miejsc pracy pomocna będzie uproszczona procedura zatrudniania obcokrajowców. Antidotum dla polskich przedsiębiorstw na coraz większe problemy z dostępem do pracowników jest również inwestycja w automatyzację procesów – wyjaśnia Dominik Malec.

Prawie ¾ polskich firm nie może znaleźć pracowników

Trudności w obsadzaniu miejsc pracy nowymi pracownikami zgłasza 70% firm, o 19 punktów procentowych więcej niż dwa lata temu. Obecnie o największych wyzwaniach mówią duże organizacje (pow. 250 pracowników) – 85% z nich nie może obsadzić miejsc pracy nowymi pracownikami. Nieco mniejsze trudności mają przedstawiciele średnich przedsiębiorstw (50-249 pracowników) – 76%, a także małych (10-49) – 70%. W najmniejszym, choć nadal w znacznym stopniu problem niedoboru talentów dotyka mikroprzedsiębiorstw – 48%. W ramach badania firmy zostały też zapytane o to, jak porównują stopień trudności w poszukiwaniu pracowników do analogicznego okresu w roku ubiegłym. 32% przedsiębiorstw odczuwa większe trudności w obsadzaniu miejsc pracy nowymi pracownikami, 58% mówi o podobnych wyzwaniach, 3% zanotowało poprawę, a 7% nie wie.

Polska ósma wśród 44 rynków, gdzie najtrudniej o pracownika

Niedobór talentów to również problem globalny – średnia dla 44 przebadanych przez ManpowerGroup rynków to 54%. Spośród 26 krajów regionu EMEA największe trudności w zrekrutowaniu pracowników zadeklarowały przedsiębiorstwa w Rumunii (86%), Grecji (77%) i w Chorwacji (75%). Najmniejsze wyzwania mają firmy w Wielkiej Brytanii (23%), Irlandii (27%) i Norwegii (33%). W ujęciu globalnym najwyższe wyniki uzyskano w Japonii (88%) i Tajwanie (77%), a także wspomnianej wyżej Rumunii i Grecji. Najmniejsze w Chinach (16%).

O badaniu: Bieżące wydanie raportu to 14. globalna edycja i 12. polska edycja badania ManpowerGroup. Na świecie wzięło w nim udział blisko 25 000 respondentów z 44 krajów. Ankietowani to osoby odpowiedzialne za politykę personalną w małych, średnich i dużych firmach. Celem prowadzonego przez ManpowerGroup badania przedsiębiorców jest określenie ich trudności w pozyskiwaniu pracowników a także sprawdzenie, które zawody i dlaczego, jest najtrudniej obsadzić. Raport z badania jest bezpłatny i ogólnodostępny w wersji polskiej i angielskiej na stronie. Dane do raportu zbierane były w ostatnim kwartale 2019 roku. Dane do wcześniejszej edycji badania były zbierane na przełomie 2017 i 2018 roku.

Nawet 320 tys. najmniejszych przedsiębiorców od lutego może skorzystać z tzw. małego ZUS-u plus. Na składkach zaoszczędzą kilkaset złotych miesięcznie

Program „mały ZUS”, czyli niższe składki na ubezpieczenia społeczne dla przedsiębiorców działających na mniejszą skalę, przestaje działać z końcem stycznia. Od lutego zastąpi go „mały ZUS plus”, z którego ma skorzystać znacznie więcej osób dzięki temu, że podniesiono kryterium przychodu – z 67,5 tys. do 120 tys. zł. Zmieni się też sposób obliczania składek, teraz będą one liczone od dochodu. – W efekcie osoba, która osiąga dochód w wysokości 3 tys. zł, zaoszczędzi około 500 zł miesięcznie z tytułu składek ZUS – wylicza Michał Kowalski, doradca podatkowy z kancelarii KNDP.

– „Mały ZUS” to dodatkowa ulga dla przedsiębiorców, którzy uzyskują niskie przychody, do 67 tys. zł przychodów rocznie. On obowiązuje tylko do końca stycznia 2020 roku, natomiast od 1 lutego obowiązuje już „mały ZUS plus” – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Michał Kowalski, adwokat i doradca podatkowy w kancelarii KNDP.

Z danych Zakładu Ubezpieczeń Społecznych wynika, że z „małego ZUS-u” na dotychczasowych zasadach korzystało około 170 tys. przedsiębiorców. Z nowego rozwiązania – według szacunków Ministerstwa Rozwoju – będzie mogło skorzystać nawet 320 tys.

– Podniesiono kryterium przychodowe. Z „małego ZUS-u” mogą więc skorzystać przedsiębiorcy, którzy maksymalnie osiągnęli przychód w wysokości 120 tys. zł rocznie w 2019 roku i jednocześnie osiągnęli dochody do kwoty mniej więcej 60 tys. zł – wskazuje Michał Kowalski.

Zmieni się także sposób obliczania składek. Dotychczas ich wysokość zależała od przychodu. Od lutego podstawą będzie dochód.

– Należy zwrócić uwagę na to, że przedsiębiorca, który zaliczył w koszt uzyskania przychodów składki ZUS swoje i swojej rodziny, musi je doliczyć do dochodu. To jest ten wyjątek i to są te same dochody, które bierzemy do rozliczenia podatkowego – tłumaczy doradca podatkowy.

Sposób wyliczania minimalnej i maksymalnej podstawy wymiaru składek pozostaje ten sam. Musi ona wynosić od 30 proc. minimalnego wynagrodzenia obowiązującego w danym roku kalendarzowym (780 zł w 2020 roku) do 60 proc. prognozowanego przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia ogłoszonego na dany rok kalendarzowy (3136,20 zł). Z ulgi skorzystają więc ci przedsiębiorcy, których miesięczny dochód wyniesie do 6 tys. zł.

– Przejście na „mały ZUS plus” jest opłacalne dla osób, które uzyskują niższe dochody z działalności gospodarczej. Osoba, która osiąga dochód w wysokości 3 tys. zł, zaoszczędzi około 500 zł miesięcznie z tytułu składek ZUS – wyjaśnia Kowalski.

Przedsiębiorcy, którzy nie mogą skorzystać z preferencyjnych składek, muszą co miesiąc płacić na ubezpieczenia społeczne 1431,48 zł.

Przedsiębiorca, który chce od lutego korzystać z „małego ZUS-u plus”, musi do 2 marca złożyć w ZUS odpowiednie dokumenty: ZUS ZWUA (wyrejestrowanie z dotychczasowym kodem ubezpieczenia) oraz ZUS ZUA lub ZUS ZZA (zgłoszenie do ubezpieczeń z kodem właściwym dla „małego ZUS-u”). Dodatkowo musi  też złożyć dokumenty rozliczeniowe z informacją o rocznym przychodzie i dochodzie.

 Przedsiębiorcy, którzy w 2019 roku i w styczniu 2020 roku rozliczali „mały ZUS”, już nie muszą składać żadnej deklaracji do ZUS-u. Automatycznie będą mieli prawo do rozliczenia „małego ZUS-u plus” – wskazuje ekspert kancelarii KNDP.

Aby skorzystać z tego rozwiązania, należy prowadzić działalność w poprzednim roku przez co najmniej 60 dni. Z obniżki składek nie skorzystają przedsiębiorcy, którzy rozliczali się w poprzednim roku w formie karty podatkowej i jednocześnie korzystali ze zwolnienia sprzedaży z podatku VAT.

Przedsiębiorcy, którzy będą płacić preferencyjne składki, muszą się liczyć z możliwością kontroli ze strony ZUS.

– Organy ZUS mają uprawnienia do skontrolowania wysokości zadeklarowanych przez nas przychodów i dochodów z działalności gospodarczej. W ciągu 14 dni trzeba będzie przedstawić wszystkie dokumenty potwierdzające wysokość przychodów i kosztów. Kontrole mogą się zdarzyć, bo nowa regulacja zachęca przedsiębiorców do zaniżania wysokości przychodów i dochodów. Co istotne, dochód przedsiębiorstwa może być kontrolowany zarówno przez ZUS, jak i przez urząd skarbowy – wyjaśnia Michał Kowalski.

PKN ORLEN publikuje wyniki za 2019 rok

W 2019 roku PKN ORLEN osiągnął zysk operacyjny EBITDA LIFO na poziomie 9,4 mld zł oraz zysk netto w wysokości 4,5 mld zł. W ciągu ostatnich czterech lat od 2016 do 2019 r. zysk netto Koncernu wyniósł łącznie ponad 23 mld zł. Wynik EBITDA LIFO  w 2019 roku był o 1,1 mld zł wyższy niż rok wcześniej i został wypracowany przy rekordowym przerobie ropy wynoszącym 33,9 mln ton oraz rekordowej sprzedaży na poziomie 43,3 mln ton. Najwyższy w historii Koncernu rezultat EBITDA LIFO, na poziomie ponad 3 mld zł, osiągnął segment detaliczny oraz obszar energetyki, który w minionym roku dostarczył do wyniku 1,6 mld zł.

Daniel Obajtek
Daniel Obajtek

– Dobre wyniki finansowe Koncernu w 2019 roku zostały wypracowane pomimo zdecydowanego pogorszenia warunków makroekonomicznych, na które spółka nie ma wpływu. Zmiany regulacyjne, globalne trendy gospodarcze, sytuacja w światowym handlu, wszystko to sprawia, że działamy w coraz bardziej konkurencyjnym otoczeniu. Dlatego właśnie o kondycji finansowej Koncernu myślimy w perspektywie długofalowej, realizując działania, które w przyszłości będą konsekwentnie wzmacniać nasze przewagi. Już dziś inwestujemy w nowoczesną petrochemię, zwiększamy efektywność produkcji, rozwijamy sieć detaliczną w całym regionie. Duży udział w wyniku PKN ORLEN miała energetyka, co pokazuje, że obrany przez nas kierunek budowy silnego koncernu multienergetycznego ma głębokie uzasadnienie. Rok 2020 będzie dla nas niezwykle ważnym okresem, pełnym wyzwań, ale też szans rozwojowych, które chcemy w pełni wykorzystać budując wartość Koncernu z korzyścią dla akcjonariuszy i całej polskiej gospodarki – powiedział Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

W 2019 roku PKN ORLEN:

• Osiągnął wzrost przychodów do poziomu 111 mld zł
• Wypracował dobry wynik EBITDA LIFO na poziomie 9,4 mld zł o 1,1 mld zł wyższy niż rok wcześniej
• Wypracował rekordowy wynik EBITDA LIFO ponad 3 mld zł w segmencie detalicznym, przy wzroście łącznych wolumenów sprzedaży o 4% (12M/12M)
• Wypracował rekordowy wynik EBITDA LIFO 1,6 mld zł w obszarze energetyki
• Osiągnął rekordowy przerób ropy na poziomie 33,9 mln ton oraz najwyższą w historii firmy sprzedaż 43,3 mln ton
• Wypracował wynik netto na poziomie 4,5 mld zł

W 2019 roku Koncern utrzymywał dobrą sytuację finansową. Przepływy z działalności operacyjnej wynosiły 9,3 mld zł, zadłużenie netto spadło o (-) 3,2 mln PLN (r/r) do poziomu 2,4 mld PLN na koniec 2019 roku, a dźwignia finansowa utrzymywała się na bezpiecznym poziomie 6,3%.

Wzrost wpływów z detalu i energetyki

Rekordowy wynik segmentu detalicznego został wypracowany przy wzroście łącznych wolumenów sprzedaży o 4% (12M/12M), wzroście udziałów w rynku niemieckim i czeskim oraz kilkunastoprocentowym wzroście marży pozapaliwowej. W 2019 roku dynamicznie rozwijano format gastronomiczny i sklepowy, między innymi w Polsce, gdzie powstały 164 nowe sklepy convenience pod marką O!SHOP i w Niemczech, gdzie liczba punktów star Connect zwiększyła się ponad dwukrotnie. Sieć detaliczna Koncernu pojawiła się na rynku słowackim, na którym na koniec roku 2019 spółka posiadała 10 stacji paliw. Rozpoczęto proces co-brandingu, w ramach którego już niemal na wszystkich stacjach sieci widoczna jest marka ORLEN, Koncern został również sponsorem tytularnym zespołu F1 Alfa Romeo Racing ORLEN.

Znaczący wpływ na  EBITDA LIFO Koncernu miały rekordowe wyniki osiągnięte przez  obszar energetyki. Było to możliwe głównie dzięki utrzymującym się niskim cenom gazu. Rok 2019 był również pierwszym pełnym rokiem działania nowoczesnego bloku parowo-gazowego w Płocku.

Zysk netto Koncernu był pod negatywnym wpływem wyceny zapasów w efekcie spadku cen ropy oraz wzrostu kosztów amortyzacji związanych ze zmianami w sposobie raportowania (MSSF 16).

Czas inwestycji

Miniony rok był czasem ważnych inwestycji i procesów biznesowych mających na celu budowę wartości PKN ORLEN w długiej perspektywie. Łącznie na inwestycje w 2019 roku koncern przeznaczył 5,4 mld złotych.

W 2019 roku w obszarze produkcji zakończono inwestycje Metatezy w Płocku i PPF Splitter w Możejkach. Rozpoczęto rozbudowę zdolności produkcyjnych nawozów, budowę instalacji glikolu propylenowego, dokonano zakupu licencji i projektu bazowego dla instalacji bioetanolu II generacji, a także kontynuowano realizację Programu Rozwoju Petrochemii oraz uruchomiono budowę instalacji Visbreakingu.

Realizowane były kolejne etapy prac związane z przygotowaniem do inwestycji w morskie farmy wiatrowe, prowadzono m.in. badania środowiskowe, badania wietrzności oraz budowy geologicznej dna morza. Rozpoczęto proces wyboru projektanta morskiej farmy wiatrowej, finalizowany jest również proces pozyskiwania partnera do realizacji inwestycji.

W obszarze akwizycji kontynuowano proces przejęcia kontroli kapitałowej nad Grupą LOTOS, a także ogłoszono wezwanie do sprzedaży 100% akcji Grupy Energa. W 2019 roku kontynuowano dywersyfikację kierunków dostaw ropy naftowej. Koncern utrzymał rating inwestycyjny Fitch i Moody’s, a także, zgodnie z zapowiedziami, wypłacił dywidendę w wysokości 1,5 mld PLN, czyli 3,5 zł na akcję. Zadłużenie netto Koncernu na koniec 2019 roku wynosiło 2,4 mld zł i zostało zredukowane o 3,2 mld zł w stosunku do stanu na koniec 2018 roku.

Dobre wyniki w IV kwartale 2019 mimo trudnego makro

W IV kwartale 2019 roku PKN ORLEN osiągnął wynik netto na poziomie blisko 800 mln zł. Odnotowano wyraźny spadek modelowej marży downstream (r/r) o 3 USD/bbl, związany między innymi z przygotowaniami do wdrożenia regulacji IMO i globalnym wzrostem mocy petrochemicznych.

Segment downstream PKN ORLEN w IV kwartale 2019 roku wypracował wynik EBITDA LIFO na poziomie 1,1 mld zł, odnotowując wzrost sprzedaży produktów petrochemicznych (r/r), w tym olefin o 46%, nawozów o 6% i PTA o 63%. Na skutek niekorzystnej sytuacji makro odnotowano niższą sprzedaż produktów rafineryjnych (r/r), skompensowaną poprawą struktury sprzedaży, czyli niższą sprzedażą ciężkich frakcji.

Na wszystkich rynkach, na których obecny jest Koncern odnotowano wzrost konsumpcji oleju napędowego i benzyn, z wyjątkiem rynku niemieckiego, gdzie zużycie diesla utrzymywało się na niezmiennym poziomie.

Segment detaliczny PKN ORLEN w IV kwartale 2019 roku osiągnął wynik EBITDA LIFO na poziomie 592 mln zł, notując wzrost łącznych wolumenów sprzedaży o 3 (r/r) oraz wzrost marż pozapaliwowych na wszystkich rynkach (r/r). PKN ORLEN kontynuował również rozwój oferty pozapaliwowej poprzez otwarcie kolejnych 37 punktów gastronomicznych. Łącznie funkcjonowało już 2145 punktów, w tym: 1699 Stop Cafe w Polsce, 306 Stop Cafe w Czechach, 23 Stop Cafe na Litwie oraz 117 Star Connect w Niemczech. Na koniec 2019 roku Koncern posiadał 2836 stacje, co oznacza wzrost liczby obiektów o 33 (r/r). W IV kwartale PKN ORLEN kontynuował projekt rozwoju elektromobilności, uruchamiając kolejne stacje ładowania, których łącznie w sieci funkcjonuje już 64. W 2019 r. w ramach rozwoju technologii wodorowej Koncern podpisał listy intencyjne o współpracy z Górnośląsko-Zagłębiowską Metropolią oraz firmą PESA Bydgoszcz, a w styczniu br. z Gminą Miasto Płock.

Segment wydobycia PKN ORLEN w IV kwartale 2019 roku dostarczył porównywalny wynik EBITDA LIFO na poziomie 69 mln zł. Średnie wydobycie w tym czasie osiągnęło poziom 18,7 tys. boe/d. Koncern kontynuował realizację strategii w obszarze wydobycia, zakładającej koncentrację na najbardziej perspektywicznych złożach.

Na terenie polskich koncesji zakończono wiercenie otworu Bystrowice-OU3 oraz uzbrojono do wydobycia otwór Bystrowice-OU1. Rozpoczęto wiercenie dwóch otworów w projekcie Bieszczady,  wykonano akwizycje zdjęć sejsmicznych w projekcie Edge oraz Płotki, a także zakończono interpretację zdjęć sejsmicznych w projektach Miocen, Płotki i Karpaty. W Kanadzie, wraz z partnerami, w minionym kwartale rozpoczęto wiercenie 8 odwiertów, zabiegowi szczelinowania poddano kolejnych 10 odwiertów, a do produkcji podłączono 8 otworów. Na bieżąco prowadzone są prace związane z budową i modernizacją infrastruktury wydobywczej oraz przesyłowej w kluczowych obszarach działalności. Przygotowywane są lokalizacje pod kolejne wiercenia. Łączne zasoby ropy i gazu (2P) Koncernu wyniosły na koniec 2019 roku 197,3 mln boe.

W 2019 roku PKN ORLEN nadal cieszył się zaufaniem gremiów eksperckich, ponownie uzyskując tytuł The World’s Most Ethical Company, a także Top Employer Polska. W 2019 roku PKN ORLEN po raz kolejny otwierał „Listę 500” dziennika Rzeczpospolita, w rankingu największych polskich spółek, zajął również 45. miejsce wśród największych koncernów energetycznych na świecie, notowanych w rankingu S&P Global Platts TOP250. Z kolei już na początku 2020 r. PKN ORLEN zostały wyróżniony przez redakcję Parkietu nagrodą Gwiazda Roku 2020 w kategorii Wydarzenie za paliwową fuzję. W tym samym plebiscycie Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN w głosowaniu czytelników otrzymał wyróżnienie Gwiazda Roku 2020 w kategorii Człowiek Roku. Był on często nagradzanym menadżerem również  na przestrzeni 2019 r.  Za realizację inwestycji rozwojowych oraz wsparcie krajowego biznesu oraz polskich sportowców w tym czasie otrzymał szereg nagród, m.in. Wektory 2019, tytuł Prezesa Roku w plebiscycie Parkietu Byki i Niedźwiedzie, czy Nagrodę Prometejską. Wśród najważniejszych aktywności marketingowych Koncernu znalazły się m.in. sponsoring tytularny zespołu F1 Alfa Romeo Racing ORLEN, sponsoring drużyny siatkarskich mistrzów świata, czołowych polskich lekkoatletów oraz PKOl.

Gdzie znaleźć dodatkowe środki finansowe?

Mimo że jako społeczeństwo Polacy nie tylko się bogacą, ale również dbają o posiadanie oszczędności na niespodziewane wydatki, nadal ogromnym zainteresowaniem cieszą się pożyczki oraz kredyty konsumenckie. Oferty bywają atrakcyjne, jednak nie zawsze pożyczkobiorcy potrafią do nich dotrzeć.

  1. Sztuka znajdywania odpowiednich rozwiązań
  2. Gdzie znaleźć najlepszą ofertę?

Nagła konieczność pozyskania dodatkowych środków pieniężnych sprzyja błędnym decyzjom finansowym. Kiedy pojawia się przysłowiowy nóż na gardle, większość osób lekceważy proces analityczny i decyzyjny, z marszu przystając na pierwszą napotkaną ofertę pożyczki lub kredytu. Taki błąd może być kosztowny, zwłaszcza w ujęciu całości kosztów pożyczki. Jeśli chodzi o kredyt gotówkowy najtańszy kredyt gotówkowy znajdziesz na direct.money.pl

Sztuka znajdywania odpowiednich rozwiązań

Podstawowym błędem, jakiego dopuszczają się osoby potrzebujące gotówki „tu i teraz”, jest gwałtowność decyzji, bez wcześniejszej analizy swojej sytuacji finansowej, ani zaistniałych potrzeb. Tymczasem krótka chwila poświęcona na przemyślenie może uchronić przed poważnymi konsekwencjami. W tym celu wystarczy odpowiedzieć sobie na trzy nieskomplikowane pytania.

Jaka kwota jest potrzebna?

Pytanie, które mogłoby się wydawać banalnie proste, w rzeczywistości często bywa problemem dla wielu kredytobiorców. Jeśli bowiem klienci nie oszacują dokładnie swoich potrzeb, może się okazać, że pożyczona kwota jest zbyt niska. Najprostszym rozwiązaniem jest kolejny dług, jednak w ten sposób może powstać tzw. spirala zadłużenia, kiedy jedno zobowiązanie spłacane jest kolejnym, co pogarsza sytuację pożyczkobiorcy. Z kolei skuszenie się na większą kwotę, oferowaną np. przez instytucję finansową, może okazać niemożność spłaty, ze względu na zbyt wysokie raty.

Na jaki okres?

Kwestia okresu spłaty zobowiązania jest równie ważna, chociażby ze względu na instytucję, do której klient zwróci się poszukując najlepszego rozwiązania. Krótkoterminowe pożyczki zazwyczaj udzielane są w formie tzw. chwilówek. Firmy oferujące tego rodzaju kredyty często kuszą atrakcyjnymi promocjami, np. w formie braku prowizji. Jeżeli pieniądze potrzebne na spłatę długu pojawią się już za kilka dni, być może najlepiej będzie skorzystać z promocyjnej chwilówki.

Na jaki cel?

Pytanie o cel kredytu najważniejsze jest w przypadku sporych wydatków, jak zakup nieruchomości albo samochodu. Niestety czasami nieświadomi konsumenci zaciągają na tego typu wydatki tradycyjne kredyty konsumenckie, podczas gdy kredyt hipoteczny albo samochodowy mogą oferować znacznie korzystniejsze oprocentowanie. Warto więc dokonać szybkiego rekonesansu lub poradzić się eksperta finansowego.

Gdzie znaleźć najlepszą ofertę?

Jeżeli brakuje czasu na sprawdzanie w placówkach banków i instytucji finansowych najlepszych ofert kredytów oraz pożyczek, można skorzystać z tzw. porównywarek, które w jednym miejscu zbierają propozycje banków i firm oferujących pożyczki. Eksperci finansowi podpowiadają, gdzie szukać kredytów gotówkowych, mieszkaniowych, pożyczek pozabankowych czy kredytów gotówkowych dla firm. Co więcej, za darmo można porównać oferty kont osobistych, lokat czy innych form oszczędzania pieniędzy. Klient może samemu zdecydować na jakim aspekcie zależy mu najbardziej. Czy chodzi o niskie oprocentowanie, brak prowizji, długi okres spłaty, a może komfort załatwienia wszystkich formalności online, bez konieczności wizyty w placówce banku czy innej instytucji finansowej. Jest to zatem znaczne przyspieszenie oraz uproszczenie całego procesu szukania najlepszej oferty finansowej, bez względu na sytuację.

W Polsce spada liczba przeszczepów, a kolejka oczekujących się wydłuża. Tylko 1/3 szpitali zgłasza potencjalnych dawców

Każdego roku wydłuża się kolejka pacjentów oczekujących na przeszczep, spada za to liczba zabiegów transplantacyjnych. To efekt niewystarczającej liczby dawców – przypada ich raptem 13 na 1 mln osób. Ten wskaźnik mógłby być wyższy, ale szpitale nie są chętne, żeby identyfikować i zgłaszać potencjalnych dawców, bo wiąże się to dla nich z kosztami i problemami organizacyjnymi. W efekcie robi to tylko co trzecia placówka. Problemem polskiej transplantologii jest też finansowanie, bo wyceny NFZ dawno już nie przystają do realnych kosztów ponoszonych przez szpitale.

– W Polsce, podobnie zresztą jak w wielu innych krajach, bolączką jest niedostateczna liczba narządów do przeszczepienia. Wzorcem jest Hiszpania, gdzie na 1 mln mieszkańców przypada ponad 40 zmarłych dawców. W Polsce ten wskaźnik oscyluje wokół 13 i nie zmienia się od trzech–czterech lat, mimo że podejmowane są różne działania – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. dr hab. n. med. Roman Danielewicz, prezes Polskiego Towarzystwa Transplantacyjnego.

Według statystyk Centrum Poltransplant w 2018 roku wykonano w Polsce 1390 przeszczepów narządów pobranych od 498 zmarłych dawców. Ich liczba z każdym rokiem spada. Wydłuża się za to kolejka pacjentów oczekujących na zabieg. W tej chwili liczy ona około 2 tys. pacjentów. Jeszcze w 2015 roku na Krajowej Liście Oczekujących na Przeszczepienie było ok. 1,5 tys. osób, a rok później – już ponad 1,7 tys.

Ta liczba 2 tys. pacjentów jest niedoszacowana, ponieważ są to osoby aktywnie oczekujące na przeszczep, ale przecież są jeszcze osoby w trakcie kwalifikacji do przeszczepienia, więc należałoby ją pomnożyć przez dwa – wskazuje prof. Roman Danielewicz. – Z drugiej strony w Polsce czas oczekiwania nie jest aż tak długi, co być może wynika z faktu, że liczba oczekujących nie jest tak wysoka jak w innych krajach. Na nerkę czeka się średnio 10–11 miesięcy, podczas gdy w Stanach Zjednoczonych nawet pięć lat.

Sukcesem jest fakt, że na przestrzeni ostatnich kilku lat zwiększyła się liczba narządów pobieranych do transplantacji od pojedynczego dawcy, prawie dwukrotnie wzrosła też liczba przeszczepów serca i płuc. Lekarze alarmują jednak, że potrzeby są znacznie większe.

– Niestety nie wzrosła liczba przeszczepów nerek, a jest to najczęściej wykonywany przeszczep w Polsce i na świecie, ani wątroby. Wskaźniki powinny być wyraźnie wyższe – mówi prof. Roman Danielewicz.

Medycyna transplantacyjna w Polsce może poszczycić się bardzo dobrymi wynikami, jeśli już do zabiegu dochodzi. Wskaźniki przeżycia pacjentów po przyjęciu przeszczepu są porównywalne z obserwowanymi w innych krajach Unii Europejskiej, a nierzadko wyższe niż w Stanach Zjednoczonych. Głównym problemem pozostaje jednak fakt, że zbyt mała liczba zmarłych osób jest identyfikowana i zgłaszana jako potencjalni dawcy.

To z kolei efekt niewielkiej aktywności szpitali. W Polsce można pobierać narządy w 388 szpitalach, czyli we wszystkich placówkach, w których jest oddział intensywnej opieki medycznej i blok operacyjny. Jednak tylko co trzecia identyfikuje i zgłasza potencjalnych zmarłych dawców, a pozostałe 250 szpitali pozostaje biernych.

– Wiele szpitali z tzw. potencjałem donacyjnym nie prowadzi rozpoznań śmierci mózgu. Przyczyn jest wiele: niedofinansowanie, brak świadomości w społeczności medycznej, uwarunkowania socjologiczne w danym miejscu i brak kompleksowego podejścia do transplantologii – wymienia prof. dr hab. n. med. Zbigniew Włodarczyk, kierownik Katedry Transplantologii i Chirurgii Ogólnej Collegium Medicum UMK.

Bierność szpitali jest w dużej mierze winą problemów organizacyjnych oraz braków kadrowych i finansowych. Lekarzowi na OIOM-ie dużo łatwiej i szybciej jest wystawić akt zgonu, niż zgłosić potencjalnego dawcę. Z kolei dla dyrektorów placówek jest to problematyczne, bo trzeba w to zaangażować personel medyczny, przeprowadzić badania i pobieranie wielonarządowe.

Wiele szpitali, które zgłaszają zmarłych dawców, nie wykonuje przeszczepów. Te placówki tylko uczestniczą w pierwszym etapie identyfikacji i zgłoszenia zmarłego dawcy. Ale to właśnie od nich zależy, czy będziemy pozyskiwać i przeszczepiać narządy. To wymaga szerszego spojrzenia: ludzie umierają i będą umierać i trzeba na to spojrzeć z perspektywy możliwości leczenia osób czekających na narządy. Od aktywności tych szpitali, anestezjologów, neurologów i neurochirurgów bardzo wiele zależy – przekonuje prof. Roman Danielewicz.

– Wiele ośrodków transplantacyjnych w Polsce realizuje znacznie więcej przeszczepów, niż zgłasza potencjalnych dawców. To szpitale kliniczne, wielospecjalistyczne czy ogromne oddziały intensywnej terapii. Nie znajduję odpowiedzi na pytanie, dlaczego szpital, który powinien być wiodącym i w przeszczepach, i w zgłaszaniu dawców, i w budowaniu edukacji, który ma potencjał szacowany wspólnie z Poltransplantem na 40–50 organów rocznie, zgłasza zaledwie 8–10. To zagadka, na którą nie znajduję odpowiedzi – powiedział podczas debaty „Dar życia. Transplantologia potrzebuje zmian” Sławomir Gadomski, wiceminister zdrowia. – To powinny być ośrodki, które przede wszystkim zgłaszają dawców i biorą na siebie ogromny ciężar odpowiedzialności, żeby spełniać pewne minima określone na podstawie europejskich wytycznych.

Jak wskazuje prof. Danielewicz, oprócz niedostatecznej liczby dawców transplantologia w Polsce boryka się również z niedostatecznym finansowaniem, które nie zostało zwiększone od kilku lat. W efekcie wyceny procedur transplantacyjnych Narodowego Funduszu Zdrowia dawno już nie przystają do rzeczywistych kosztów.

Na szczęście Ministerstwo Zdrowia wraz z Agencją Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji zajęło się tą sprawą. Wyceny będą sukcesywnie zmieniane, dostosowane do poziomu inflacji i rzeczywistych kosztów – mówi prof. Roman Danielewicz. – Skorygowania wymaga też ustawa transplantacyjna z 2005 roku, która nie jest zła, ale zawiera kilka luk i błędów. Ustawa wymaga dostosowania do współczesności i doprecyzowania niektórych przepisów, żeby stymulowały środowisko i aktywizowały medycynę transplantacyjną.

– Transplantologia nerek jest ambitnym zadaniem na najbliższy czas, prowadzimy w ministerstwie  dość duże analizy dotyczące liczby dializowanych w porównaniu z krajową listą oczekujących, analizy leczenia nerkozastępczego. Mam nadzieję, że w marcu sfinalizujemy zasady wyceny i kwalifikacji biorcy do przeszczepienia, co będzie zachęcającym aspektem pod kątem finansowym – dodaje Sławomir Gadomski, wiceminister zdrowia.

W Polsce spada także liczba przeszczepień od dawców żywych. W 2018 roku wykonano tylko 63 takie zabiegi, podczas gdy rok wcześniej było ich 80. To zaledwie kilka procent wszystkich przeszczepów, podczas gdy w krajach skandynawskich czy USA ten odsetek oscyluje wokół 30 proc.

– Niewątpliwie w wielu województwach ma miejsce pewne obniżenie aktywności transplantacyjnej. Nie jestem w stanie sformułować przyczyn, bo znając je, mielibyśmy gotową receptę, jak to naprawić. Dlatego powinniśmy apelować do Ministerstwa Zdrowia i Narodowego Funduszu Zdrowia o współdziałanie. Transplantologia, zwłaszcza przeszczepianie nerek, jest lepsza i tańsza niż inne metody leczenia nerkozastępczego, a w przypadku wątroby i serca – nie ma alternatywy – podkreśla prof. Zbigniew Włodarczyk.

Poziom inwestycji zagrożeniem dla przyszłego wzrostu gospodarczego. Podobnie jak sytuacja na rynku pracy

Polska gospodarka w ubiegłym roku wzrosła o 4 proc. w ujęciu rocznym – wynika ze wstępnych danych GUS. Ten wynik plasuje nas w unijnej czołówce pod względem tempa wzrostu, okresowo tylko wyprzedzają nas znacznie mniejsze rynki, takie jak Estonia czy Węgry. Polska wciąż też jest na podium pod względem niskiej stopy bezrobocia. Jednak według Bohdana Wyżnikiewicza, prezesa Instytutu Prognoz i Analiz Gospodarczych, to właśnie rynek pracy będzie jednym z poważniejszych wyzwań w tym roku. Kolejnymi będą spowolnienie w gospodarce światowej i niski poziom inwestycji.

W tym roku największym wyzwaniem dla polskiej gospodarki będzie poradzenie sobie z pogarszającą się koniunkturą w otoczeniu zewnętrznym, w gospodarce unijnej i światowej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Bohdan Wyżnikiewicz, prezes Instytutu Prognoz i Analiz Gospodarczych. – Są też wyzwania długookresowe, np. bardzo niska stopa inwestycji. Jeżeli chcemy być konkurencyjną gospodarką, która będzie się rozwijała i miała eksport na coraz wyższym poziomie, z dobrymi, chętnie kupowanymi artykułami, to jednak musimy zdecydowanie zwiększyć inwestycje. W tej chwili ich poziom w Polsce zaczyna być już zagrożeniem dla przyszłego wzrostu.

Polska gospodarka wydaje mieć się dobrze. W ubiegłym roku, jak wynika ze wstępnych szacunków Głównego Urzędu Statystycznego, PKB wzrósł o 4 proc. w ujęciu rocznym. Choć to o 1,1 pkt proc. mniej niż rok wcześniej, na tle innych europejskich gospodarek wciąż jest to szybkie tempo. Według Bohdana Wyżnikiewicza w 2020 roku spadnie ono nieco i będzie niższe niż założone przez rząd w ustawie budżetowej 3,7 proc.

Polska gospodarka na tle krajów Unii Europejskiej, a szczególnie na tle krajów regionu, od dłuższego czasu znajduje się na tzw. pudle, czyli jest albo pierwsza, albo druga, albo trzecia. Mniejsze gospodarki niż Polska, takie jak rumuńska czy węgierska, a szczególnie gospodarki krajów nadbałtyckich, notują okresowo wyższe tempo wzrostu. Z kolei wzrost gospodarczy w Polsce utrzymuje się mniej więcej na zrównoważonym poziomie, przynajmniej w ostatnich latach tak było. I teraz, przy spowolnieniu, które ogarnia całą Europę, również będzie podobnie – podkreśla dr Bohdan Wyżnikiewicz.

Kołem zamachowym tego wzrostu jest konsumpcja, wynikająca głównie z coraz wyższych dochodów Polaków. Eksport netto, czyli przewaga eksportu nad importem, rośnie, ale głównie dzięki ograniczeniu importu. Jednak trzeci filar, czyli inwestycje, od kilku lat kuleje, bo szybkie zmiany w prawie powodują, że inwestorzy wstrzymują się z wydawaniem pieniędzy na rozwój. Do tego dochodzi problem niedostatku siły roboczej.

Niedocenianym problemem i wyzwaniem dla gospodarki będzie doprowadzenie do stabilizacji na rynku pracy. Według polityków skoro mamy niskie bezrobocie, wzrost zatrudnienia i wynagrodzeń, to jest dobra sytuacja na rynku pracy, tymczasem największą barierą w kilku sektorach jest brak wykwalifikowanej siły roboczej – wskazuje dr Bohdan Wyżnikiewicz. – Z tego powodu może zmniejszać się produkcja czy usługi i również z tego powodu niektórzy inwestorzy nie podejmują nowych projektów z obawy, że jak je ukończą, to nie będzie można znaleźć ludzi do pracy. Jest też lekcja do odrobienia przez władze w sprawie większych ułatwień dla cudzoziemskich pracowników, zwłaszcza tych, którzy przyjeżdżają z Ukrainy.

Bezrobocie w grudniu 2019 roku wyniosło 5,2 proc. i jest to najniższy grudniowy odczyt w ciągu ostatnich trzech dekad. Minimalnie niższe było w październiku, ale zimą wskaźnik zwykle nieco wzrasta i jest to efekt sezonowy. Pracodawcy skarżą się na brak odpowiednio wykwalifikowanych kandydatów do pracy. W Polsce wciąż jest wysoki udział osób biernych zawodowo – w II kwartale 2019 roku wynosił 43,8 proc. ludności w wieku 15 lat i więcej. Z tego więcej niż jedną trzecią stanowiły osoby w wieku produkcyjnym (36,7 proc.). Ich aktywizacja mogłaby być sposobem na rozwiązanie problemu, podobnie jak automatyzacja produkcji i ułatwienia dla pracowników spoza Unii. Ostatnia kwestia jest o tyle pilna, że 1 marca dla pracowników spoza Wspólnoty otwiera się rynek niemiecki, oferujący znacznie wyższe płace, i przyciągnie część zatrudnionych w Polsce Ukraińców.

Banki udzielają coraz więcej kredytów mieszkaniowych i na coraz wyższe kwoty. 2020 rok może być pod tym względem rekordowy

W ubiegłym roku Polacy zaciągnęli kredyty mieszkaniowe na kwotę 65 mld zł. Rosnące ceny nieruchomości przełożyły się też na wzrost wartości branych kredytów – średnio o 10 proc. Biuro Informacji Kredytowej prognozuje dalszy wzrost w tym segmencie. W tym roku banki mogą udzielić już kredytów mieszkaniowych na ponad 70 mld zł oraz 75 mld zł kredytów konsumpcyjnych. Tak dobrą dynamiką nie może wykazać się jednak segment firm pożyczkowych.

– Ubiegły rok był dobry dla kredytów bankowych i umiarkowany, a nawet dość trudny, dla pożyczek pozabankowych. Polacy zaciągnęli 65 mld zł kredytów mieszkaniowych, czyli o prawie 15 proc. więcej r/r, i był to drugi najwyższy wynik w historii. Z kolei kredytów gotówkowych zaciągnęliśmy w sumie 72 mld zł, co stanowiło wzrost o 5 pkt. proc. w porównaniu do poprzedniego roku – mówi agencji Newseria Biznes Mariusz Cholewa, prezes Biura Informacji Kredytowej.

Według statystyk BIK ubiegły rok na rynku kredytów mieszkaniowych był okresem hossy, natomiast wskaźnik pokazujący relację zadłużenia z tego tytułu do PKB jest jednym z najniższych w Europie, co stwarza przestrzeń dla dalszych wzrostów. Głównymi czynnikami napędzającymi ten segment są rosnące dochody gospodarstw domowych, utrzymujące się niskie stopy procentowe i wzrost cen nieruchomości. Ten ostatni przekłada się na wzrost wartości i liczby udzielanych kredytów wysokokwotowych, które charakteryzują się wyższą szkodowością. Jednak jakość spłaty kredytów mieszkaniowych na koniec grudnia pozostawała na stabilnym poziomie (0,78 proc. niespłacanych w terminie).

– Dużą niepewność stwarza ryzyko spowolnienia gospodarczego, co może wpłynąć zarówno na popyt, jak i podaż kredytów mieszkaniowych, lecz także gotówkowych. Wzrost stóp procentowych może spowodować też większe obciążenie kredytobiorców ratami bieżącymi i mniejszą zdolność do refinansowania swojego długu. Uważamy jednak, że 2020 rok będzie nadal bardzo dobry dla rynku kredytów mieszkaniowych i sprzedaż może osiągnąć poziom 70 mld zł. Szacujemy, że to może być o około 10 pkt. proc. więcej niż w roku 2019, co może stanowić najlepszy wynik w historii – mówi Mariusz Cholewa.

Według statystyk BIK w ubiegłym roku średnia wartość udzielanego kredytu hipotecznego wzrosła o 10 proc. do 272,8 tys. zł. Pewnym zagrożeniem dla tego segmentu rynku jest fakt, że w tej chwili ok. 75 proc. sprzedaży kredytów hipotecznych należy do pięciu banków, co powoduje, że zmiana polityki kredytowej w jednym z nich może wpłynąć na ograniczenie podaży.

W ubiegłym roku banki i SKOK-i udzieliły łącznie również 7,45 mln sztuk kredytów konsumpcyjnych. Najwyższą, 7-proc. dynamikę w ujęciu rocznym zanotował segment kredytów wysokokwotowych (powyżej 30 tys. zł). Kredyty na kwotę przekraczającą 50 tys. zł stanowią 41 proc. wszystkich nowo udzielanych pożyczek gotówkowych.

– Średni okres umowny dla nowego kredytu gotówkowego w tej chwili sięga 45 miesięcy, ale dla kwoty powyżej 50 tys. zł wynosi już 91 miesięcy – mówi Mariusz Cholewa. – Kredyty gotówkowe na wysokie kwoty charakteryzują się dużo większą szkodowością, która może być nawet dwucyfrowa i przekroczyć 10 proc. To jest obszar, który wymaga obserwacji.

Prognozy BIK na 2020 rok zakładają wzrost wartości udzielonych kredytów konsumpcyjnych z 72 mld do 75 mld zł. Przyczynią się do tego rosnąca konsumpcja i popyt na zakup dóbr i usług. Z drugiej strony wzrost mogą zahamować zmiany w polityce banków. Ubiegłoroczny wyrok TSUE dotyczący proporcjonalnego zwrotu prowizji w przypadku wcześniejszej spłaty pożyczki może spowodować, że banki będą skracać umowny okres kredytowania, który zbliży się do rzeczywistego, bo w tej chwili rozbieżność między nimi jest bardzo duża. W ubiegłym roku średni okres udzielania kredytu gotówkowego wynosił 45,5 miesięcy przy 23,1 miesiącach rzeczywistego okresu spłaty.

– Widzimy też zacieśnianie polityk kredytowych w bankach, co może spowodować pewne ograniczenia. Jednak wskaźnik kredytów konsumpcyjnych do PKB jest jednym z najwyższych w Europie i wynosi 8,9 proc. To jest trzeci rezultat po Grecji i Bułgarii. Tak więc wzrosty będą, ale może już nie aż tak bardzo dynamiczne – prognozuje prezes Biura Informacji Kredytowej.

Ubiegły rok nie był z kolei aż tak udany dla sektora pożyczek pozabankowych. Firmy pożyczkowe współpracujące z BIK udzieliły w sumie 2,7 mln pożyczek na łączną kwotę nieco ponad 6,82 mld zł. To oznacza, że ich liczba wzrosła raptem o 0,8 proc. r/r, natomiast wartość spadła o 3,5 proc. r/r.

– Przyczyniła się do tego niepewność regulacyjna oraz fakt, że ludzie mają większe dochody i coraz rzadziej sięgają po takie kredyty. Widzimy jednak, że do firm pożyczkowych zaglądają osoby, które całkiem nieźle zarabiają, i dość często są to przedsiębiorcy – mówi Mariusz Cholewa.

Wśród nowo udzielanych pożyczek pozabankowych dominują te niskokwotowe, do 1 tys. zł. W ubiegłym roku stanowiły 38 proc. udzielonego finansowania. O 7,4 proc. spadła z kolei liczba pożyczek udzielonych na kwoty przekraczające 5 tys. zł.

Co istotne, 77 proc. osób, które korzystają z pożyczek pozabankowych, ma jednocześnie kredyty w bankach. Łączna kwota zadłużenia takich pożyczkobiorców to 29,7 mld zł.

– Z punktu widzenia jakości tych kredytów jest to pewne wyzwanie. Aż 44 proc. osób w tym gronie ma przynajmniej jeden produkt kredytowy lub pożyczkowy przeterminowany powyżej 90 dni. To bardzo wysoki wskaźnik, który stwarza ryzyko zarówno dla banków, firm pożyczkowych, jak i obywateli i należałoby się temu mocno przyglądać – mówi Mariusz Cholewa.

Turystyczne loty kosmiczne coraz bardziej realne. W pierwszej kolejności cywile polecą na orbitę okołoziemską, w przyszłości także na Księżyc

Debiut dużych korporacji w sektorze kosmicznym przybliżył możliwość odbywania prywatnych misji kosmicznych. Jeszcze w tym roku możemy spodziewać się przeprowadzenia pierwszych turystycznych lotów kosmicznych oraz testów technologii, które umożliwią wykonywanie regularnych cywilnych pasażerskich lotów kosmicznych. Do skomercjalizowania podróży orbitalnych przygotowuje się także NASA, która planuje zmodernizować Międzynarodową Stację Kosmiczną.

– Zamożni ludzie są w stanie zapłacić za lot Sojuzem, ale to wciąż jest przyjemność dostępna dla bardzo nielicznych. Masowe podróże turystyczne to jest jednak przyszłość. Widać to po tym, co się dzieje np. z kapsułą załogową SpaceX. Proces certyfikacji wynoszenia ludzi przez prywatne podmioty trwa i nie jest wcale taki prosty. To jest bardzo atrakcyjna dziedzina, która będzie przynosiła w przyszłości dochody, ale nie sądzę, żeby to było w najbliższych latach – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje prof. dr hab. Maciej Konacki z Centrum Astronomicznego im. Mikołaja Kopernika PAN w Toruniu.

Potencjał prywatnych lotów kosmicznych docenili m.in. eksperci NASA, którzy w obliczu rosnących kosztów utrzymania Międzynarodowej Stacji Kosmicznej (ISS) postanowili przystosować ją do obsługi prywatnych lotów. Agencja zleciła startupowi Axiom opracowanie pierwszego komercyjnego modułu mieszkalnego dla ISS, który w przyszłości pozwoli dokować do stacji kapsuły SpaceX Dragon oraz Boeing Starliner funkcjonujące w ramach turystycznych lotów kosmicznych. Jeśli nic nie opóźni prac zespołu inżynierskiego, pierwsi turyści mogą zamieszkać w tym kosmicznym hotelu jeszcze w 2020 roku. Szacunkowy koszt jednodniowego pobytu na ISS to według NASA 35 tys. dol. na dobę. Do tego należy doliczyć koszt podróży, który w przypadku kapsuły od SpaceX wynosi ok. 52 mln dol.

Znacznie przystępniejsze będą za to misje pojazdów suborbitalnych. Odpowiada za nie firma Virgin Galactic, która w 2019 roku przeprowadziła pomyślny test załogowego statku kosmicznego SpaceShipTwo. Korporacja wybudowała już jeden turystyczny terminal kosmiczny i jest gotowa na odbywanie lotów suborbitalnych z załogą liczącą dwóch pilotów oraz sześciu turystów. Koszt takiej podróży kształtuje się na poziomie 250 tys. dol.

Testami pojazdów przystosowanych do obsługi turystycznych misji kosmicznych interesuje się również firma Blue Origin, która opracowała rakietę New Shepard pionowego startu i lądowania. Dotychczas Blue Origin udało się przeprowadzić 12 udanych misji suborbitalnych, które przybliżają firmę do realizacji komercyjnych lotów kosmicznych.

Ambitne plany związane z turystyką kosmiczną ma również Elon Musk, który zapowiedział, że w ciągu pierwszych miesięcy 2020 roku firma SpaceX zorganizuje swój pierwszy turystyczny lot kosmiczny. Misja zostanie zrealizowana przy wykorzystaniu statku Starship, którego prototyp pomyślnie przeszedł pierwsze procedury testowe.

– Najbardziej prawdopodobny scenariusz jest taki, że nowa rakieta SpaceX, która ma służyć m.in. do podboju Marsa, będzie też wykorzystywana do lotów turystycznych. W zeszłym roku pierwszy taki lot wokół Księżyca został ogłoszony przez Elona Muska i to będzie coś w rodzaju wydarzenia turystycznego, medialnego, czyli właściwie już na granicy turystyki kosmicznej, a nie do końca czysta eksploracja przestrzeni kosmicznej przez zawodowych astronautów – twierdzi astronom.

Sektor turystyki kosmicznej nie ogranicza się wyłącznie do misji realizowanych na orbicie. Prężnie rozwijają się także biznesy skupione wokół habitatów symulujących pozaziemskie misje kosmiczne. EBIOS, jeden z najbardziej zaawansowanych projektów, zakłada stworzenie turystycznej wioski kosmicznej, która pozwoli zasymulować warunki panujące w habitatach. Za rozwój tego projektu odpowiadają naukowcy z Interstellar Lab, którzy chcą skonstruować samowystarczalną bazę kosmiczną zdolną do wytwarzania energii, wody oraz żywności na potrzeby 100-osobowej symulacji. Budowa EBIOS rozpocznie się w 2021 roku, a za pobyt w habitacie trzeba będzie zapłacić od 3 do 6 tys. dol.

NASA ma jednak znacznie ambitniejsze plany związane z turystyką kosmiczną. Agencja zapowiedziała, że chce w ciągu najbliższych pięciu lat wybudować stację kosmiczną orbitującą wokół Księżyca, która pozwoli odbyć komercyjne podróże na naszego naturalnego satelitę. W tym celu konieczne będzie skonstruowanie nowego typu rakiet zwanych Space Launch System, przystosowanych do kursowania pomiędzy Księżycem a stacją orbitalną.

– Wynoszenie ludzi na orbitę niską i wyższą jest dużo bardziej ryzykowne niż latanie samolotem. Podejrzewam, że ludzie, którzy będą uprawiali turystykę kosmiczną, muszą się liczyć z dużo większym ryzykiem. Przykładem jest test kapsuły załogowej SpaceX, który w nieodległej przeszłości zakończył się katastrofą, tzn. test naziemny silników spowodował eksplozję całej kapsuły. Istnieją niuanse, które powodują, że nigdy w stu procentach nie będziemy pewni, że to bezpieczeństwo jest takie jak w przypadku lotów samolotem – zauważa prof. dr hab. Maciej Konacki.

Według analityków z firmy Research and Markets wartość globalnego rynku technologii kosmicznych w 2018 roku wyniosła 360 mld dol. Przewiduje się, że do 2026 roku wzrośnie ona do 558 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 5,6 proc.

Na rynek trafia pierwszy inteligentny zegarek dla cukrzyków. Pozwoli w czasie rzeczywistym mierzyć poziom glukozy we krwi bez nakłuwania

Inteligentne zegarki zyskują coraz więcej zastosowań medycznych i skuteczniej pomagają monitorować przebieg przewlekłych chorób. Są już w stanie wykryć np. zmiany aktywności mogące zwiastować zaostrzenie nieswoistych zapaleń jelit, a także rejestrować mimowolne ruchy, które towarzyszą chorobie Parkinsona. Na rynek trafia także pierwszy smartwatch, który pozwoli w czasie rzeczywistym monitorować poziom glukozy we krwi bez konieczności nakłuwania. Cukrzyca jest uznawana przez Światową Organizację Zdrowia za epidemię XXI wieku. W samej Polsce cierpi na nią 3 mln osób.

– Glutrac to smartwatch, który wykrywa i monitoruje poziom glukozy we krwi w sposób bezinwazyjny. Nie nakłuwamy palca czy skóry igłą, nie trzeba nosić plastrów. Wykorzystaliśmy czujniki optyczne, które monitorują cząsteczki glukozy w płynach śródmiąższowych. Gromadzimy wszystkie te dane i przesyłamy do zabezpieczonej chmury. Analizy informacji dokonujemy za pomocą opatentowanego algorytmu opartego na sztucznej inteligencji – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Kerang Tian z firmy Add Care.

Czujniki smartwatcha Glutrac zbierają dane przy użyciu czterech metod monitorowania: spektroskopii absorpcyjnej, EKG, PPG i dynamicznego monitorowania ciepła metabolicznego. Urządzenie wyposażone jest w funkcje typowe dla innych inteligentnych zegarków. To m.in. krokomierz, pomiar tętna, częstotliwości oddechowej, jakości snu itp. Informacje zbierane przez urządzenie przetwarzane są w trybie ciągłym, w czasie rzeczywistym. Dzięki temu użytkownik otrzymuje wiedzę o tym, jak zmienia się funkcjonowanie jego organizmu w ciągu dnia. To szczególnie istotne zwłaszcza dla niedawno zdiagnozowanych cukrzyków, u których dopiero ustalany jest schemat leczenia. W przypadku cukrzycy typu 1 zachodzi w tym okresie konieczność wykonywania nawet 10 pomiarów dziennie.

– Osoby, u których rozpoznano cukrzycę, muszą nakłuwać palce, żeby zmierzyć poziom glukozy we krwi w celu dopasowania leczenia, planów żywieniowych i ćwiczeń. W przeciwnym razie mogą znaleźć się w groźnym dla zdrowia stanie hiperglikemii lub hipoglikemii. Naszym celem jest oszczędzenie ludziom bólu, zachodu i czasu. Większość z założycieli naszej spółki ma cukrzyków w rodzinie, więc naszym marzeniem i dążeniem jest pozbycie się tego bólu – mówi Kerang Tian.

Żeby skalibrować urządzenie, należy w ciągu pierwszego tygodnia wykonać 21 nakłuć palca. Pozwala to ustalić wartość bazową, czyli indywidualny model, na podstawie którego sztuczna inteligencja może nauczyć się, jak funkcjonuje organizm właściciela.

– Im dłużej nosimy zegarek, tym dokładniejsze otrzymujemy wyniki. Połączyliśmy chwilowe i ciągłe monitorowanie poziomu glukozy we krwi w jednym urządzeniu, dzięki czemu pacjent będzie miał dostęp do natychmiastowych odczytów poziomu glukozy w czasie rzeczywistym i do historii pomiarów. Jest to szczególnie ważne przy hospitalizacji czy konsultacjach lekarskich w celu dostosowania leków lub planu leczenia. Przeprowadziliśmy badania kliniczne i dotychczasowe wyniki są bardzo obiecujące – osiągnęliśmy ponad 90-proc. skuteczność – przekonuje ekspertka.

Inteligentne zegarki mogą być urządzeniami niezwykle pomocnymi w kontrolowaniu przebiegu również innych przewlekłych chorób. Badacze z University of Chicago odkryli, że opaski Fitbit mogą przewidzieć zaostrzenia nieswoistych chorób zapalnych jelit, czyli wrzodziejącego zapalenia jelita grubego i choroby Crohna.  Naukowcy dostarczyli urządzenia 56 osobom, u których niedawno zdiagnozowano wrzodziejące zapalenie jelita grubego lub chorobę Leśniowskiego-Crohna. Kiedy choroby są aktywne, powodują zapalenie w przewodzie pokarmowym. Przez rok rejestrowano poziomy aktywności uczestników, częstość akcji serca i wzorce snu wraz z danymi z kolonoskopii oraz dwóch głównych wskaźników zapalenia jelit. Na kilka tygodni przed klinicznie potwierdzonym zaostrzeniem choroby uczestnicy zarejestrowali mniej kroków i wykazywali wyższe tętno spoczynkowe niż ci, którzy pozostali w remisji.

Z kolei Parkinson’s KinetiGraph (PKG) jest urządzeniem działającym na zasadzie takiej jak smartwatch, ale wyposażonym w system czujników wykrywających mimowolne ruchy. Dodatkowo urządzenie może przypominać o konieczności zażycia leku. Analizując zarejestrowane przez PKG ruchy, zespół opieki medycznej może zdalnie zmodyfikować schemat leczenia lub w przypadku konieczności przeprowadzenia konsultacji lekarskiej – umówić wizytę. Urządzenie jest obecnie testowane w Wielkiej Brytanii na grupie 150 pacjentów szpitala klinicznego Uniwersytetu w Plymouth.

Etap testowania przeszedł już natomiast Glutrac. Po sześciu latach badań debiutuje on na rynku detalicznym. Cukrzyca jest uznawana przez Światową Organizację Zdrowia za epidemię XXI wieku. W samej Polsce cierpi na nią 3 mln osób, a kolejnych 5 mln wykazuje stan przedcukrzycowy.

– W tym roku odnotowano aż 463 mln chorych na cukrzycę na świecie, z czego u połowy choroba nie została zdiagnozowana, więc osoby te nie otrzymują odpowiedniego leczenia – alarmuje Kerang Tian.

Według analityków z Fortune Business Insights światowy rynek medycznych wearables przekroczył w 2018 roku wartość 24,5 mld dol. Do 2026 roku ma wzrosnąć do ponad 139 mld dol.

Średnie firmy wprowadzą PPK w 2020 roku

Pracownicze Plany Kapitałowe (PPK) to nowy sposób oszczędzania na emeryturę. Wspierane przez firmę odkładanie kapitału przez pracowników pomaga im monitorować i zarządzać swoimi oszczędnościami. Kapitał gromadzony jest na specjalnych kontach, które powstają przy współpracy firmy i wybranej instytucji finansowej – jaka będzie odłożonymi środkami zarządzać. Pracownicze Plany Kapitałowe mają być wypłacane po 60 roku życia lub wcześniej, zgodnie z przyjętymi zasadami. Do końca 2019 roku obowiązek rozpoczęcia PPK nałożony był na duże firmy. W pierwszej połowie roku 2020 przychodzi kolej na firmy średnie, zatrudniające co najmniej 50 pracowników. Dzięki takiej kolejności właściciele średnich firm napotkają na swojej drodze mniej przeszkód.

– Firmy średnie będą mogły korzystać z doświadczeń dużych firm, jeśli chodzi o wdrażanie PPK. Szlak został już przetarty przez grupę największych przedsiębiorców. Mniejsi pracodawcy będą mieli więc możliwość łatwiejszego wdrażania tego systemu – powiedział serwisowi eNewsroom Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP). – Obowiązkiem tych firm będzie wybór instytucji finansowej, która poprowadzi Pracowniczy Plan Kapitałowy – co musi odbyć się po konsultacji z reprezentacją pracowników. Potem nastąpi proces zawierania umów o zarządzanie PPK, a później zawierane przez pracodawcę konkretnych umów w imieniu jego pracowników. Wierzymy, że chociaż średnie firmy dysponują mniejszymi zasobami finansowymi i potencjałem kadrowym – będą w stanie całkiem sprawnie poradzić sobie z nowym wyzwaniem administracyjnym, przed jakim stoją – zapewnia Kozłowski.

Ministerialna opłata pogrązy polski cydr

Największe koszty poniosą przedsiębiorstwa sprzedające wina i cydry, mimo że dawka alkoholu zawarta w tych wyrobach jest wielokrotnie niższa niż w wódce – tak wynika ze zaktualizowanej właśnie  wersji projektu Ministerstwa Zdrowia dotyczącego nałożenia specjalnej opłaty na alkohole w małych pojemnościach. Będą one znacznie wyższe niż zakładano pierwotnie. – To kolejny raz, kiedy branża winiarska pada ofiarą rozgrywek pomiędzy branżą piwowarską, a branżą spirytusową – tak sprawę komentują szefowie firm zrzeszonych w Związku Pracodawców Polska Rada Winiarstwa.

Związek Pracodawców Polska Rada Winiarstwa wnioskował o wyłączenie wyrobów winiarskich zawierających do 15% alkoholu z opłat od sprzedaży „małpek”. Powód? Wino w wersji „mini” to zupełnie inna kategoria produktów, nabywanych w zupełnie innym celu. Rozwój segmentu małych win wiąże się z trendami premiumizacji i ograniczania konsumpcji alkoholu. Coraz więcej konsumentów woli kupić małą porcję droższego wina, niż dużą butelkę wina bardziej dostępnego cenowo. To dobry trend, który zostanie zahamowany przez projektowaną ustawę – podkreślają eksperci zrzeszeni w Związku Pracodawców Polska Rada Winiarstwa.

Jak przypomina Magdalena Zielińska, Prezes ZP PRW, podstawą do podjęcia prac nad projektem ustawy był niepokój rządzących  związany z rosnącą sprzedażą  napojów spirytusowych  w małych butelkach.  – Aktualna wersja projektu jest sformułowana w taki sposób, że największe koszty poniosą przedsiębiorstwa sprzedające wina i cydry, mimo że dawka alkoholu zawarta w tych wyrobach jest wielokrotnie niższa niż w wódce. Za najmniejsze obecne  na rynku butelki wina dodatkowa opłata wyniesie 1,87 zł, a za cydr aż 2,75 zł, podczas gdy stumililitrowe „małpki” z  wysokoprocentową wódką będą droższe jedynie o 1 zł.  A przecież –przypomnijmy- celem planowanych opłat było ograniczenie nadmiernego spożywania wysokoprocentowego alkoholu. Premiowane jest zatem zamykanie jak najwyższej ilości procentów w jak najmniejszej objętości napoju. To nie jest zgodne z ustawą o wychowaniu w trzeźwości, w której wyraźnie wskazane jest, że akty prawne powinny służyć zmianie struktury spożycia napojów alkoholowych na rzecz tych o niskiej zawartości procentowej alkoholu.

Zdumiewa zwłaszcza dodatkowa opłata nałożona na cydr. To olbrzymie obciążenie, które czyni sprzedaż tego trunku  w małych opakowaniach zupełnie nieopłacalną. – Na koniec roku rząd nie podniósł akcyzy na cydr, aby wspierać w ten sposób sadowników – jabłka bowiem są głównym surowcem w produkcji cydru. Teraz zaskakuje nas nową wersją ustawy, która spowoduje wzrost ceny małej butelki cydru na półce o około 3,5 zł (wzrośnie przecież kwota VAT oraz marże sieci). A to praktycznie wyeliminuje ten produkt z rynku – komentuje Jakub Nowak, Prezes firmy JNT Group. – To kolejny raz, kiedy branża winiarska pada ofiarą rozgrywek pomiędzy branżą piwowarską, a branżą spirytusową – podsumowuje Prezes Nowak.

Grzegorz Bartol, wiceprezes firmy Bartex, mówi jeszcze dosadniej: – Dlaczego nie ogranicza się spożycia piwa (przypomnę statystyki: 100 litrów na osobę rocznie) wprowadzając dodatkową opłatę, jeżeli ewidentnie widać, że w standardowej butelce piwa udział alkoholu jest znacznie większy niż w małej pojemności wina? Czy Ministerstwo Zdrowia lobbując za branżą piwowarską chce kompletnie zrujnować polskich sadowników i pogrążyć produkcję cydru w Polsce? Prezentowana ustawa  jest kompletnie niespójna z polityką rządu i warto, aby ktoś spojrzał globalnie na jej  założenia. A jeszcze nie tak dawno Premier Mateusz Morawiecki obiecywał zniesienie  jakichkolwiek obciążeń fiskalnych dla produkcji cydru w Polsce…

Zgodnie z projektem ustawy, zmiany mają wejść w życie już od 1 kwietnia 2020 roku.

Aurec Home planuje budowę nowoczesnych osiedli

Aurec Home, doświadczony gracz na międzynarodowym rynku nieruchomości, planuje budowę nowoczesnych osiedli. Ma ambicje, by stać się znaczącym graczem w największych miastach, łącząc wysoką jakość z przystępną ceną.

Zrównoważone osiedla opierają się na czterech filarach: środowiskowym, społecznym, kulturowym i ekonomicznym. Chodzi o powstawanie miejsc przyjaznych mieszkańcom
i środowisku pod każdym względem. Inwestycje, które planuje Aurec Home, będą spełniały tę funkcje dzięki dobremu skomunikowaniu z centrum miasta, niskiej, nowoczesnej zabudowie, zastosowaniu przyjaznych środowisku, trwałych materiałów budowlanych, zagospodarowaniu przestrzeni wspólnej sprzyjającej budowaniu więzi społecznych wśród mieszkańców oraz konkurencyjnej cenie.

Wśród rozwiązań proponowanych przez Aurec Home znajdą się m.in. przygotowane przez najlepszych architektów krajobrazu tereny rekreacyjne, szklarnie do użytku mieszkańców, zasilanie części wspólnych energią słoneczną, wyposażenie parkingu w stację ładowania samochodów elektrycznych.

– Chcemy by budowane przez nas mieszkania były dostępne dla każdej kieszeni. Ich metraż dostosujemy zarówno do potrzeb singli, młodych małżonków, jak i par spodziewających się nowych członków rodziny. Osiedla Aurec Home będzie łączyć wysoka jakość z przystępną ceną, a ich wizytówką będą inteligentne technologie i nowoczesne rozwiązania ekologiczne – mówi Shraga Weisman, prezes i współwłaściciel Aurec Home.

Aurec Home jest zainteresowany przede wszystkim rynkiem warszawskim i tu poszukuje interesujących lokalizacji. Na razie firma zarezerwowała dwie działki – jedną we Włochach,
a drugą w Ursusie.

Aurec Home jest częścią międzynarodowej grupy Aurec Capital, która ma na swoim koncie inwestycje deweloperskie w Niemczech, Polsce, USA, Izraelu, Australii oraz na Węgrzech. Jej prezesem i współwłaścicielem jest Shraga Weisman, znany i ceniony manager z 25‑letnim międzynarodowym doświadczeniem w branży deweloperskiej, w tym na rynku polskim.

Prawa pasażerów linii lotniczych zagrożone przez stronniczy raport

  • Raport proponuje stworzenie nierównych warunków działania, sprzyjających tanim liniom lotniczym takim jak Ryanair oraz pasażerom klasy biznes, kosztem regularnych podróżujących.
  • Głównymi uczestnikami przeprowadzonego badania nad prawami pasażerów są linie lotnicze lub inne podmioty silnie stronnicze w stosunku do nich.
  • Wprowadzenie sugerowanych zmian praktycznie zakończyłoby ochronę praw pasażerów linii lotniczych w Unii Europejskiej.
  • Nowelizacja przepisów przyniosłaby korzyści jedynie liniom lotniczym i negatywnie odbiła się na ponad 900 milionach podróżujących rocznie drogą powietrzną.

W styczniu br. został opublikowany raport „Badania nad obecnym poziomem ochrony praw pasażerów linii lotniczych w Europie”, przygotowany na zlecenie Komisji Europejskiej przez firmę konsultingową Steer. W dużym stopniu może on wpłynąć na kierunek podejmowanych zmian w unijnych przepisach i mieć negatywne oddziaływanie na obowiązujące, przyjazne pasażerom Rozporządzenie (WE) 261/2004.

Decydujący wpływ na kształt raportu mieli wybrani do badania respondenci, pośród których znalazły się głównie linie lotnicze oraz instytucje je reprezentujące. W ich interesie jest natomiast dyskredytacja obowiązujących przepisów i ograniczenie własnej odpowiedzialności wobec pasażerów. Warto zaznaczyć, że wykonanie raportu zostało zlecone krótko po publikacji raportu Trybunału Obrachunkowe UE, co może rodzić pytania dotyczące motywów Komisji Europejskiej.

Niezwykle rozczarowujące jest, że najsłabiej w raporcie Komisji Europejskiej reprezentowani są pasażerowie, których przecież jakiekolwiek zmiany wprowadzone w Rozporządzeniu (WE) 261/2004 dotkną najbardziej – komentuje prezes Stowarzyszenia Rzeczników Praw Pasażerów (APRA, Association of Passenger Rights Advocates), Adeline Nooderhaven.

Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady UE chroni przed opóźnieniami i odwołaniami lotów ponad 900 milionów pasażerów rocznie podróżujących w Unii Europejskiej. Stanowi ono skuteczne rozwiązanie prawne, które pociąga linie lotnicze do odpowiedzialności za poważne zakłócenia w sytuacjach, gdy ich przyczyna leżała po stronie przewoźnika.

Efekt prawny Rozporządzenia (WE) 261/2004 odzwierciedlają dane za lata 2018 i 2019. Rok 2018 był rekordowy pod względem liczby zakłóceń uprawniających pasażerów do otrzymania odszkodowania[1]. Doświadczenia roku 2018 przełożyły się na wyższą punktualność i lepszą obsługę pasażera już w następnym roku i w efekcie – zgodnie z danymi statystycznymi APRA dot. lotów – spadek o 25,3% liczby odwołanych lotów oraz zmniejszenie liczby pasażerów, uprawnionych do odszkodowania o 22,6% w 2019 porównaniu do roku poprzedniego[2]. Ograniczenie zakresu uprawnień do odszkodowania obniży motywację linii lotniczych do poprawy jakości usług oraz zwiększy prawdopodobieństwo wystąpienia opóźnień[3]. Nie zaskakuje więc, biorąc pod uwagę narrację przewoźników, brak uwzględnienia w raporcie Steer danych z 2019 roku.

Linie lotnicze próbują stworzyć mylącą narrację, twierdząc, że nie stać ich na ponoszenie kosztów odszkodowań przyznawanych na podstawie Rozporządzenia (WE) 261/2004. Jednocześnie żadna linia nie ujawniła sumy, jaką wypłaciła w ramach odszkodowań. Tych kosztów można uniknąć poprzez lepsze radzenie sobie z punktualnością. Oczywiste jest, że wydatki związane z Rozporządzeniem nie zbliżają się nawet do wysokości, o jakiej przekonują nas przewoźnicy – komentuje Noorderhaven i dodaje:

Raport szczegółowo analizuje wszystkie znaczące bankructwa linii lotniczych i potwierdza, co już wiedzieliśmy: żadne z nich nie było spowodowane przez Rozporządzenie (WE) 261/2004. Koszty jakie ponoszą przewoźnicy są jedynie konsekwencją ich złego zarządzania, a przepisy realizują wizję Komisji Europejskiej, obejmującą zwiększenie wydajności i punktualności ruchu lotniczego w Europie.

Raport wymienia m.in. propozycję dotyczącą wprowadzenia korelacji między wysokością odszkodowania a ceną biletu lotniczego. Byłoby to jednak niesprawiedliwe i przyniosłoby korzyści przede wszystkim posiadaczom drogich biletów (pasażerowie klasy biznesowej często nie płacą za własne bilety), podczas, gdy czekający na lotnisku samotny rodzic z dzieckiem nie otrzymałby prawie nic w związku z posiadaniem najtańszego biletu.

 

Dla wszystkich, którzy dbają o równe i uczciwe traktowanie pasażerów, sugestia, że wysokość rekompensaty powinna zależeć od ceny biletu jest wysoce nieetyczna, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że cena biletu nie stanowi całkowitego kosztu podróży poniesionego przez pasażera. Podróżni, którzy zasługują na odszkodowania będą poszkodowani. Co więcej, mniejsza wysokość odszkodowania zniechęci pasażerów do wypełnienia wniosku i uczyni przepisy Rozporządzenia nieefektywnymi. W rezultacie zyskają tanie linie lotnicze, już dzisiaj osiągające milionowe zyski. Będzie to równoznaczne z przyzwoleniem na jeszcze większe wykorzystywanie swoich pasażerów – wskazuje Noorderhaven.

To nie pierwsza próba osłabienia ochrony praw pasażera. Raport wskazuje także na możliwość podniesienie progu opóźnienia uprawniającego do odszkodowania z 3 do 5 godzin. Takie rozwiązanie jest bardzo niepopularna wśród obywateli UE – zgodnie z wynikami badania przeprowadzonego przez ośrodek YouGov, tylko 3% wszystkich pasażerów w UE byłoby skłonnych zaakceptować taką zmianę[4]. Po jej wprowadzeniu linie lotnicze w większości przypadków nie musiałyby wypłacać rekompensat, a tym samym zniknęłaby zachęta do poprawy przez nie wyników i terminowości.

Innym kontrowersyjnym aspektem raportu przygotowanego przez Steer jest sugestia, że w związku z funkcjonowanie Rozporządzenia (WE) 261/2004, dodatkowy koszt dla linii lotniczych wynosi średnio 4,4 euro na każdy bilet. Jednak w samym raporcie jest już zaznaczone, że większość tej kwoty związana jest z koniecznością zwrotu opłaty za bilet i zapewnienia alternatywnego połączenia, nie wypłaty bezpośrednich odszkodowań pasażerom. Poniesienie tych kosztów jest jednak konieczne by dostarczyć usługi, za które pasażerowie zapłacili i proponowane zmiany do aktualnej wersji Rozporządzenia (WE) 261/2004 nie miałyby na nie wpływu. Pokazuje to całkowity brak zrozumienia, w jaki sposób działa ochrona praw pasażerów linii lotniczych. Dokonanie poprawnych obliczeń ujawnia, że koszt funkcjonowania Rozporządzenia wynosi średnio 1 euro na bilet[5].

Zgadzamy się, że niektóre elementy Rozporządzenia (WE) 261/2004 mogą wymagać przeglądu i uściślenia, byłoby jednak lekkomyślne narażać na szwank prawa ponad 900 milionów podróżnych rocznie poprzez wyciąganie wniosków ze stronniczego raportu, który nie zawiera danych z 2019 roku oraz nie uwzględnia korzyści, jakie czerpią linie lotnicze z unowocześniania systemów europejskiej kontroli powietrznej oraz infrastruktury portów lotniczych – podsumowuje Adeline Noorderhaven.

[1] Na podstawie danych dotyczące wszystkich odlotów z unijnych lotnisk w okresie od 1 stycznia 2016 do 31 grudnia 2017, które zostały porównane z danymi z tego samego region w roku 2018.

[2] Na podstawie danych dotyczących wszystkich odlotów z unijnych lotnisk w okresie od 1 stycznia 2018 do 31 grudnia 2019.

[3] Na podstawie argumentów zawartych w: Hinnerk Gnutzmann, Piotr Śpiewanowski, Consumer Rights Improve Service Quality: Evidence From EU Air Passenger Rights, CEPOB, 2018.

[4] Źródło: FAZ “Flugreisende wollen für kürzere Verspätungen Geld”, 05.06.2019.

[5] Źródło: http://www.passengerrightsadvocates.eu/wp-content/uploads/2019/12/APRA-EIC261.pdf

BIK – prognozy na rok 2020 i podsumowanie 2019 r. na rynku kredytowo-pożyczkowym

BIK podsumowuje kredytowo – pożyczkowy rok 2019 oraz prognozuje rok 2020, zapowiadając 75 mld kredytów konsumpcyjnych oraz powyżej 70 mld kredytów mieszkaniowych. W roku 2019 dzięki Platformie Antyfraudowej BIK przed wyłudzeniem ochroniono ponad 100 mln zł.

Choć rok 2019 charakteryzował się w gospodarce polskiej wysokim około 4% wzrostem PKB, któremu towarzyszył wzrost płac i wciąż rekordowo niski poziom stóp procentowych – czyli dobrym środowiskiem do zaciągania kredytów – był także, szczególne w swej drugiej połowie, naznaczony ryzykiem zbliżającego się spowolnienia gospodarczego. Wprawdzie lekkie spowolnienie stało się pod koniec roku faktem ale nie przełożyło się na spadek dynamiki wzrostu wartości zaciąganych przez Polaków kredytów konsumpcyjnych i mieszkaniowych w ostatnich miesiącach roku.

Rok 2019 wyróżnił się także bardzo wysoką dynamiką sprzedaży kredytów mieszkaniowych i kart kredytowych a także tym, że to właśnie w 2019 roku TSUE wydał dwa wyroki, które mają i będą mieć znaczenie obecnie, jak i w kolejnych latach zarówno dla rynku kredytów konsumpcyjnych jak i mieszkaniowych. Wartości portfela kredytów prywatnych i pożyczek pokazuje dominację kredytów mieszkaniowych, które stanowią 69% portfela, o wartości 460,1 mld zł i konsumpcyjnych – 23% udział o wartości 157,1 mld zł, przy niewielkim udziale kredytów ratalnych – 3%, kart kredytowych – 2%, limitów kredytowych -2% i pożyczek –1%.

Kredyty gotówkowe

Wpływ na wzrost liczby o 1,9% i o 4,9% wartości kredytów konsumpcyjnych, udzielonych w roku 2019, miały utrzymujące się niskie stopy procentowe, i wzrost dochodów gospodarstw domowych oraz wydłużanie umownych okresów na jakie kredyty były udzielane. W 2019 r. banki oraz SKOK-i udzieliły łącznie 7,45 mln szt. kredytów konsumpcyjnych co w ujęciu wartościowym dało 88,66 mld zł. Prawie połowa wartości udzielonych kredytów gotówkowych związana jest z konsolidowaniem. Przełożyło się to na strukturę kredytów konsumpcyjnych – najwyższe dynamiki liczby udzielanych kredytów gotówkowych dotyczą kredytów wysokokwotowych powyżej 30 tys. (dynamika r/r wynosi tu 7%).

Niskokwotowe kredyty gotówkowe mają dynamikę ujemną. Obecnie ponad 41% udzielanych kredytów gotówkowych to kredyty powyżej 50 tys. zł. Wydłużył się także okres udzielania kredytu gotówkowego – wyniósł w 2019 roku 45,5 miesięcy, przy 23,1 miesiącach rzeczywistego okresu spłaty. 54% udzielonych w 2019 roku kredytów gotówkowych jest zawieranych na ponad 5 lat. Tendencja ta może zostać zahamowana w 2020 r. przez tzw. „małe TSUE” czyli wyrok unijnego trybunału dotyczący proporcjonalnego zwrotu prowizji w przypadku wcześniejszej spłaty pożyczki. Przy stałej liczbie kredytobiorców oznaczało to, że Polacy zaciągają coraz więcej wysokokwotowych kredytów gotówkowych w dużej mierze konsolidacyjnych.

– Jest to szczególnie ważne dlatego, że kredyty wysokokwotowe są najbardziej szkodowe i ściśle powiązane z długim okresem kredytowania – mówi Mariusz Cholewa, Prezes Zarządu BIK.

– Przy relacji kredytów konsumpcyjnych do polskiego PKB, która plasuje Polskę na trzecim najwyższym miejscu w Unii Europejskiej, wskaźnik ten, utrzymujący się już od kilku lat na poziomie 9%, nie będzie sprzyjał dalszym wzrostom w bieżącym roku.

Pożyczki pozabankowe

Łącznie w całym 2019 r. firmy pożyczkowe współpracujące z BIK udzieliły 2 745,1 tys. pożyczek na łączną kwotę 6,821 mld zł. W sprzedaży całego 2019 r. w ujęciu liczbowym dominują pożyczki do kwoty 1 tys. zł, które stanowią 38% liczby udzielonego finansowania. W ujęciu wartościowym pożyczki udzielone na kwoty poniżej 1 000 zł miały 9% udział w sprzedaży. Najwyższa dodatnia dynamika liczby udzielanych pożyczek w całym 2019 r. dotyczyła przedziałów pożyczek niskokwotowych (< 1 tys. zł) i wynosiła (+4,8%) i z przedziału 2-3 tys. zł (+5,7%). W ujęciu wartościowym dodatnia dynamika pożyczek z tych dwóch przedziałów kwotowych wynosiła odpowiednio (+5,1%) i (+5,9%). Najwyższą ujemną dynamikę w ujęciu liczbowym oraz wartościowym w całym 2019 w porównaniu do 2018 roku odnotowały pożyczki z przedziału kwotowego powyżej 5 tys. zł odpowiednio: (-7,4%) oraz (-8,0%).

– Dla firm pożyczkowych rok 2019 był rokiem trudnym charakteryzującym się dużą niepewnością regulacyjną, co wstrzymało szereg decyzji inwestycyjnych i negatywnie wpłynęło na kwotę sprzedaży pożyczek – podkreśla Mariusz Cholewa.

– Dodatkowo poprawa sytuacji materialnej Polaków zmniejszyła popyt na pożyczki pozabankowe.

Przełożyło się to na wynik roku 2019 w którym firmy pożyczkowe udzieliły zaledwie o (+0,8%) więcej pożyczek niż w 2018 roku. W ujęciu wartościowym w 2019 r. udzielono finansowania na kwotę niższą
o (-3,5%) niż w poprzednim roku.

77% osób które korzystają z pożyczek jednocześnie posiada aktywne kredyty w sektorze bankowym. Łączna kwota zadłużenia tych pożyczkobiorców to 29,7 mld zł, ich najwyższe zadłużenie jest z tytułu kredytów gotówkowych – 15,8 mld zł. Kolejne to kredyty mieszkaniowe – tu zadłużenie pożyczkobiorców sięga 6,0 mld zł, na trzecim miejscu są ich pożyczki pozabankowe – 5,3 mld zł.

– Jakość spłaty tych zobowiązań w roku 2019 nie była najlepsza i może jeszcze się pogorszyć przy słabnącej koniunkturze – zauważa Mariusz Cholewa – szczególnie jeśli będzie się ona wiązała z kurczącym się rynkiem pracy i malejącymi realnymi dochodami (choćby ze względu na rosnącą inflację).

Kredyty mieszkaniowe

Optymistyczne prognozy Biura Informacji Kredytowej dotyczące sprzedaż kredytów mieszkaniowych w 2019 roku nie były aż tak optymistyczne jaką okazała się być rzeczywista sprzedaż. Ostrożność w prognozowaniu przez BIK liczby i wartości udzielanych kredytów mieszkaniowych w 2019 r. wynikała również z faktu trudnego do oceny skutku braku funkcjonującego wcześniej programu wsparcia mieszkalnictwa MDM.

Na rynku kredytów mieszkaniowych mieliśmy w 2019 roku hossę i wskaźnik pokazujący relację zadłużenia z tytułu kredytów mieszkaniowych do PKB jeden z najniższych w UE – co daje przestrzeń dla dalszych wzrostów. W okresie 12 miesięcy 2019 r. banki udzieliły kredytów mieszkaniowych na kwotę 65,02 mld zł to jest o 14,9 % więcej niż w analogicznym okresie zeszłego roku. Hossa dotyczyła jednak głównie kredytów wysokokwotowych co związane było z rosnącymi cenami nieruchomości. Jakość spłaty kredytów mieszkaniowych była na wysokim stabilnym poziomie 0,78% na koniec grudnia 2019 r. (średnia wartość „Indeksu jakości portfela kredytów mieszkaniowych”).

– Może natomiast niepokoić to, że większość kredytów udzielanych jest nadal na zmienną stopę procentową oraz to, że kredyty wysokokwotowe charakteryzują się wyższym poziomem szkodowości – mówi Mariusz Cholewa.

– Wśród takich kredytobiorców jest bardzo dużo przedsiębiorców, co może znaczyć, że kredyty wysokokwotowe są przez nich brane na finansowanie działalności gospodarczej. Spowolnienie gospodarcze najbardziej dotknie mikroprzedsiębiorców, co w konsekwencji może wpłynąć na spadek ich dochodów a finalnie na nieterminowe regulowanie zobowiązań z tytułu zaciągniętego kredytu mieszkaniowego – dodaje Mariusz Cholewa.

– Dopóki mamy niskie stopy procentowe, dobrą sytuację gospodarczą, jakość kredytów mieszkaniowych jest bardzo dobra, ale istotne spowolnienie i wzrost stóp mógłby ją zmienić. Rata byłaby wtedy znacznie wyższa i mogłyby się pojawić problemy ze spłatą.

Wzrost wartości zaciąganych w roku 2019 kredytów mieszkaniowych wynikał w dużej mierze ze wzrostu średniej wartości udzielonego kredytu – o 10% (272,8 tys. zł). Wśród czynników pozytywnie wpływających na wysoki popyt i wysoką sprzedaż kredytów mieszkaniowych można wskazać rosnące dochody gospodarstw domowych, utrzymujące się niskie stopy procentowe i wzrost cen nieruchomości.

– Na rozwój rynku kredytów mieszkaniowych w 2020 roku wpływ będą miały przede wszystkim rosnące ceny nieruchomości. Wzrostom sprzyja także ciągle wysoki popyt oraz możliwy dalszy wzrost liczby osób traktujących zakup mieszkań jako alternatywę inwestycyjną – tłumaczy prezes Cholewa.

– Hamulcem mogą okazać się istotne braki zasobów gruntowych, które przełożą się na spadek liczby ofert deweloperów oraz zmiany w polityce kredytowej wynikające z prawdopodobnej zmiany cyklu kredytowego, które spowodują zmniejszenie dostępności i wzrost ceny kredytu.

Należy także pamiętać o wysokiej koncentracji na rynku kredytów mieszkaniowych, około 75% sprzedaży kredytów hipotecznych należy do 5 banków, co powoduje, że zmiana polityki kredytowej w jednym z nich może wpłynąć na ograniczenie podaży.

Platforma Antyfraudowa BIK ochroniła rynek kredytów w 2019 r. przed wyłudzeniem ponad 100 mln zł

Na wymierny postęp w dziedzinie zarządzania ryzykiem wyłudzeń w sektorze finansowym w Polsce przekłada się systemowa usługa BIK, której filary stanowią najnowsza technologia i innowacyjne podejście do zarządzania danymi – współdzielenie informacji o nadużyciach pomiędzy wszystkimi uczestnikami wspólnego systemu, co ma istotne znaczenie dla skutecznej ochrony przed nadużyciami.

Sercem stworzonego przez BIK systemu antyfraudowego, są nowatorskie technologie „Hunter” oraz „FraudNet” firmy Experian, światowego lidera usług informatycznych i zarządzania danymi. Rozwiązanie potwierdziło swoją skuteczność. Od czasu jego pierwszego uruchomienia, czyli od listopada 2017 r., Platforma Antyfraudowa BIK uchroniła już sektor bankowy przed wyłudzeniami na ponad 171 mln zł.

– Platforma Antyfraudowa BIK, to inicjatywa, która realizuje ideę szerokiego objęcia ochroną przed nadużyciami całego rynku finansowego w Polsce. To wyjątkowe rozwiązanie z punktu widzenia zastosowania nowoczesnych technologii, ale przede wszystkim przynoszące korzyść dla całego rynku – mówi dr Mariusz Cholewa, prezes zarządu BIK.

Nieporozumienie stulecia?

Rozwiązywanie kwestii Izraelsko-Palestyńskiej to marzenie wielu prezydentów USA. Co ciekawe każdy kolejny wierzy, że to właśnie jemu uda się rozwiązać ten palący problem na Bliskim Wschodzie. Plan Donalda Trumpa oprócz olbrzymiej pewności jego patrona ma jedną podstawową wadę – brak akceptacji jednej ze stron.

Plan Trumpa bez entuzjazmu

Wczoraj zgodnie z zapowiedziami Donald Trump ogłosił swoją wersję porozumienia pokojowego między Izraelem a przyszłym państwem Palestyny. Dotychczas były trzy wersje tych planów. Jedna, którą akceptował tylko Izrael, druga, którą akceptowała tylko Palestyna i trzecia, której nie akceptował nikt. Obecnie skoro w ustaleniach brali udział przedstawiciele strony Izraelskiej, było niemal pewne, że będziemy mieć raczej wariant proizraelski. Tak też się stało. O tym, że nie dojdzie do porozumienia, było wiadomo od dawna, skoro obie strony nie chcą odpuścić kwestii zwierzchnictwa nad Jerozolimą i zachodnim brzegiem Jordanu. Skoro oba te tereny przypadły Izraelowi, to taki kompromis nie został zaakceptowany przez palestyńskich polityków (których od razu poparły państwa niechętne USA i Izraelowi, takie jak Iran, czy Turcja). Przed ogłoszeniem porozumienia izraelska szekla szła w górę, by po nim odbić się w dół do poziomów, skąd zaczynała ten ruch.

Polska gospodarka rośnie o 4%

Dzisiaj rano poznaliśmy szacunki Głównego Urzędu Statystycznego na temat wzrostu PKB w Polsce. Okazuje się, że zwalniamy szybciej, niż sądzono. Szacunki mówią o 4% wzrostu, a oczekiwania dawały 4,2%. Warto zwrócić uwagę, że 2018 rok zamknęliśmy wynikiem 5,1%. Co powoduje, że rezultat jest taki a nie inny? Względem zeszłego roku gorzej wypadła konsumpcja, zapasy i inwestycje, lepiej wypadł eksport netto i wydatki rządowe. Problem w tym, że owe wydatki rządowe już teraz odpowiadają za 0,8% wzrostu i ciężko sobie wyobrazić podnoszenie tego poziomu wraz z koncepcją zrównoważonego budżetu. Po tych danych złoty osłabiał się, jednak szybko wrócił do poziomów sprzed tego ruchu. 

Odbicie na franku

Po przebiciu poziomu 4,00 zł za jednego franka i chwilach grozy u kredytobiorców walutowych dzisiaj obserwujemy odbicie szwajcarskiej waluty. Powodem jest korekta na parze euro do franka. Ta para walutowa uchodzi za swoisty barometr strachu gospodarki. Im mocniejszy frank względem euro tym więcej ryzyk na rynkach, im z kolei robi się spokojniej tym mocniej zyskuje euro. Ten ruch nie jest jednak wynikiem uspokojenia tylko przeszacowaniem ryzyk związanych z koronawirusem. Nie znaczy to jednak, że za kilka dni znów nie zobaczymy wspomnianych poziomów.

Dzisiaj kolejny dzień wolny w Chinach z okazji Nowego Roku Księżycowego, a w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

20:00 – USA – decyzja w sprawie stóp procentowych.

Maciej Przygórzewski główny analityk w Internetowykantor.pl

Wspólny standard “gigantów” smart home

Świat Smart Home zaczął przypominać biblijną wieżę Babel, gdzie mnogość producentów, a co za tym idzie standardów, ogranicza rozwój rynku. Jednak “giganci” świata IT podejmują dialog, który ma doprowadzić do powstania jednego uniwersalnego standardu i uporządkować świat inteligentnej automatyki domowej. Czy głównym celem jest tylko chęć zysku?

Jak twierdzi firma analityczna ABI Research, specjalizująca się w badaniu globalnego rynku technologii, do końca tego roku na świecie powstanie 128 mln inteligentnych domów. Malejący koszt produkcji i znaczny wzrost zainteresowania konsumentów nowymi technologiami to najistotniejsze czynniki wpływające na rozwój inteligentnych domów. – “Technologie bezprzewodowe, takie jak 5G, Bluetooth będą miały znaczący wpływ na ogólny rozwój rynku automatyki domowej w nadchodzących latach.” – twierdzi Marcin Kotarski z Purmo Group i dodaje: – ”Wzrost ten niesie za sobą szereg korzyści, ponieważ zmieni sposób, w jaki ludzie wykonują codzienne obowiązki. Posiadanie inteligentnego domu jest niewątpliwie modne i wygodne. Dzięki temu, że systemy te pozwalają na sterowanie m.in. elektryką w domu, właściciel może nie tylko oszczędzać czas, ale i zmniejszyć ogólne zużycie energii, a co za tym idzie, obniżyć swoje rachunki.”

Wieża babel ery IoT

Kwestie związane z jednolitymi standardami zawsze były uważane za główną przeszkodę w kontekście rozwoju urządzeń i oprogramowania ery Internetu Rzeczy. Wystarczy spojrzeć na rynek Smart TV, gdzie istnieje wiele odmian systemów operacyjnych – niektóre oparte są o oprogramowanie Android, a inne o autorskie rozwiązania producentów. Taka sama tendencja widoczna jest w sektorze Smart Wear oraz niemal każdym innym, związanym z technologiami.

Niestety, dzisiaj niemożliwe jest, by zbudować całą infrastrukturę inteligentnego domu na podstawie rozwiązań opartych o architekturę jednego producenta. Dlatego tak ważną informacją jest to, że Zigbee Alliance zaangażowało największych gigantów technologicznych, w tym Apple, Amazon i Google, w ramach projektu Connected Home over IP (CHIP). Dzięki temu jego członkowie zjednoczą się w celu opracowania i promowania nowego, bezpłatnego i bezpiecznego standardu łączności dla produktów inteligentnego domu.

Co prawda, niektóre sprzedawane obecnie urządzenia mogą na przykład komunikować się zarówno z Alexą, jak i Asystentem Google, ale tylko dlatego, że producent tych produktów zdecydował się na obsługę obu tych rozwiązań. Oznacza to, że produkty są zasadniczo dwujęzyczne, co sprawia, że producent obarczony jest dodatkowym wydatkiem, związanym z czasem programowania, testowania i wsparcia klienta, aby produkt obsługiwał dwa, a nawet trzy lub więcej różnych protokołów.” – tłumaczy Emilia Dudek, Marketing Manager z Purmo Group i dodaje: – „Przyjęcie jednolitego standardu oznacza, że producenci zaoszczędzą mnóstwo czasu i środków, gdyż będą musieli stworzyć tylko jedno rozwiązanie. Zyskają na tym również konsumenci, którzy będą mogli swobodnie żonglować różnymi produktami, bez obawy o ich kompatybilność”.

Wyższy standard

To wyraźny sygnał zarówno dla innych producentów, jak i potencjalnych nabywców. Dotychczas dużą przeszkodą w adaptacji systemów dla inteligentnych domów, była obawa o trwałość, uniwersalność, jak i opłacalność tej technologii. Proces ten jest dopiero początkiem domowej rewolucji. – “Wraz z globalnym wdrożeniem 5G, a także ulepszoną technologią WiFi, taką jak WiFi 6, urządzenia inteligentnego domu zostaną połączone szybszymi, mocniejszymi sieciami, co zaowocuje stabilniejszym i po prostu lepszym dostępem do danych i aplikacji, które przetwarzane są w chmurze.” – twierdzi Marcin Kotarski z Purmo Group.

Największe nadzieje wiążemy z szerokim wdrożeniem technologii 5G, która ma zrewolucjonizować obsługę usług Internetu Rzeczy – w tym technologii inteligentnego domu. Umożliwia bowiem urządzeniom pracować bezprzewodowo przy minimalnym zużyciu energii.

Akcesoria takie jak inteligentne termostaty i zautomatyzowane systemy bezpieczeństwa będą miały dostęp do bardziej zróżnicowanych i aktualnych informacji, dzięki którym można efektywniej wykorzystać ich możliwości. To wszystko sprawia, że 2020 powinniśmy uznać za rok inteligentnych domów.

Chcąc rozliczyć PIT możesz paść ofiarą hakerów. Specjaliści CyberRescue pokazują, jak dochodzi do kradzieży danych

Od 1 lutego do 30 kwietnia Polacy będą musieli rozliczyć się z uzyskanego w 2019 roku dochodu. Okres ten oznacza niestety wzmożoną aktywność przestępców, którzy podszywając się pod witryny i instytucje publiczne będą próbowali wyłudzić nasze dane osobowe bądź dostęp do bankowości internetowej. Jak rozpoznać atak i jak się przed nim obronić?

Jak co roku duża część Polaków będzie zmagać się z wypełnieniem oświadczenia o swoich dochodach. Stale zmieniające się przepisy i wysokość stawek podatkowych nie ułatwiają tego zadania. Dlatego też, pomimo dostępności narzędzi ułatwiających wypełnienie deklaracji, wielu Polaków nie jest pewnych, czy zrobiło to poprawnie. Właśnie na takie osoby czekają cyberprzestępcy, którzy w okresie przesyłania PIT-ów za pomocą różnych metod starają się wyłudzić przelew pieniężny, dane logowania do konta bankowego czy też dane osobowe.

Uważaj na podejrzane maile

Podstawowym narzędziem stosowanym przez przestępców jest poczta e-mail, przez którą rozsyłają do swoich potencjalnych ofiar specjalnie spreparowane wiadomości. Trzy najpopularniejsze metody dotyczą:

– „nieprawidłowości” w złożonym zeznaniu – w ramach tego ataku na skrzynkę mailową spływa wiadomość z adresu sugerującego, że nadawcą jest ministerstwo finansów (np. [email protected]). W treści listu przeczytać można, że w naszym zeznaniu podatkowym wykryto nieprawidłowość, która wymaga wyjaśnień. Nadawca wyraźnie zachęca, by kliknąć w załączony do wiadomości link, prowadzący do fałszywej strony ministerstwa, na której to musimy podać nasze dane celem „weryfikacji”. Informacje te trafiają oczywiście do hakerów, którzy mając np. informacje pochodzące z naszego dowodu osobistego, mogą wziąć na nasz koszt kredyt w wysokości nawet 50 tys. zł.

– niedopłaty podatku – sytuacja tutaj jest bardzo podobna jak w przypadku e-maila o wykrytych nieprawidłowościach. W tym wypadku w wiadomości pada informacja o wykrytej niedopłacie podatku (zazwyczaj dotyczącej małych kwot rzędu 1-5 zł) wraz z linkiem, pod którym ofiara może uiścić płatność. Jeżeli kliknie ona w link, zostanie przeniesiona na stronę, na której może zalogować się do swojego konta w banku. W tym wypadku łupem hakerów padają dane logowania, pozwalające im ukraść wszystkie pieniądze z danego konta.

– możliwości wypełnienia PIT-u przez internet – choć usługa e-PIT z roku na rok zyskuje na popularności, to wciąż korzysta z niej mniejszość Polaków (ok. 12 mln osób). Dlatego też hakerzy wciąż rozsyłają wiele fałszywych e-maili informujących o możliwości złożenia zeznania podatkowego przez internet wraz z linkiem, pod którym rzekomo można to zrobić. Jeżeli zdecydujemy się na wypełnienie podstawionego formularza, hakerzy przejmą wszystkie nasze dane.

Oprócz tych trzech scenariuszy, przestępcy z chęcią wykorzystują także zawiłość przepisów i fakt, że przy wypełnianiu PIT-u Polacy często korzystają z dostępnych w sieci wzorów i programów obliczających wysokość stawek. Jak się okazuje – także one mogą stanowić zagrożenie, szczególnie jeżeli mówimy o aplikacjach na smartfony. – Nie powinniśmy ufać mailom, które zachęcają nas do pobrania programu, który „obliczy za nas PIT”, szczególnie, jeżeli pochodzi on spoza zaufanych źródeł, takich jak Google Play czy Apple App Store. Takie aplikacje nie tylko mogą przekazywać nasze dane przestępcom, ale też najprawdopodobniej zawierają złośliwe oprogramowanie, które może wyrządzić naszemu urządzeniu duże szkody – mówi Weronika Bartczak, specjalistka ds. bezpieczeństwa w CyberRescue, firmy wyspecjalizowanej w pomocy osobom, które padły ofiarą cyberprzestępców.

Co zrobić, jeżeli otrzymam takie wiadomości?

Jeżeli obawiamy się tego, że podczas procesu składania deklaracji podatkowej nasze dane wpadną w ręce przestępców, musimy pamiętać, że bardzo dużo zależy od tego, jak sami je zabezpieczymy. Jeżeli do wypełnienia PIT-u chcemy wykorzystać dodatkowe oprogramowanie, musimy pamiętać, by pochodziło ono z zaufanego, legalnego źródła. W tym celu warto skorzystać z dostępnego od kilku lat narzędzia e-PIT, które możemy znaleźć na rządowej witrynie podatki.gov.pl i które samo obliczy i prześle do urzędu PIT-28, PIT-38, PIT-37 oraz PIT-36.

Jeżeli natomiast jesteśmy odbiorcą jednego z powyżej zaprezentowanych e-maili, również nie należy wpadać w panikę. Każda osoba, która ma podejrzenia, że otrzymana wiadomość jest próbą wyłudzenia pieniędzy bądź danych osobowych powinna pamiętać, że istnieje szereg możliwości zweryfikowania prawdziwości nadesłanej korespondencji. Przede wszystkim, w Polsce istnieją organizacje takie jak CyberRescue, których specjaliści są w stanie szybko sprawdzić, czy mamy do czynienia z atakiem hakerów. W pierwszej kolejności warto więc zwrócić się do takich instytucji z prośbą o weryfikację otrzymanej wiadomości. – Hakerzy bardzo często modyfikują swoją strategię, aby oszukać jak największą liczbę osób. Dlatego też stale monitorujemy sieć i ostrzegamy naszych klientów przed potencjalnymi atakami – mówi Weronika Bartczak z CyberRescue.

Należy pamiętać, że próba podszycia się pod Ministerstwo Finansów to poważne przestępstwo. Dlatego też nawet, jeżeli nie damy się nabrać na sztuczki przestępców, to warto zgłosić taką próbę odpowiednim instytucjom (Policja, Ministerstwo Finansów). Dzięki temu będzie im łatwiej namierzyć oszustów i zakończyć ich działalność.

Oglądając się na innych

Rynkowa panika o koronawirusa została opanowana po doniesieniach, że najdalej, jak pod koniec przyszłego tygodnia liczba zakażonych powinna osiągnąć szczyt. Rynki jednak wciąż pozostają pod wpływem czynnika strachu, a w ciągu 10 dni jeszcze nie raz może dojść do zwrotu w ocenie epidemii. Póki nie pojawi się solidny powód, by przestać martwić się o wirusa, bezpieczne aktywa nie pójdą całkowicie w odstawkę, niezależnie jak przejściowe korekty są silne.

To nie jest miejsce, aby dyskutować, czy koronawirus jest bardziej niebezpieczny dla świata od corocznej fali grypy. Za to podtrzymuję zdanie, że ekonomiczne skutki epidemii nie są na tyle poważne, aby zaprzepaścić fundamenty globalnego ożywienia, w które jeszcze dwa tygodnie temu rynki tak mocno wierzyły. Dla porównania, epidemia SARS z 2003 r. osłabiła wzrost gospodarczy Chin o 1 pkt proc., przy czym śmiertelność wśród zakażonych była trzykrotnie wyższa niż obecnie. Jakkolwiek przemysł turystyczny może ucierpieć, tak efekt niższych cen paliw poprawi atrakcyjność podróży, kiedy cały szum wokół epidemii ucichnie. Globalna gospodarka wciąż ma wsparcie w ekspansywnej postawie czołowych banków centralnych, a być może wkrótce i polityka fiskalna dołoży się do wzrostu. Rok 2020 zapowiada się bez eskalacji wojny handlowej, co czyni ogromną różnicę od warunków panujących w ubiegłym roku. Wirus grypy jest przy tym naprawdę małym czynnikiem.

Jednak z perspektywy rynków finansowych zawsze liczy się to, co jest na topie i jak będą na informacje reagować inni uczestnicy rynku. Inwestorów nie interesują naukowe argumenty i tezy dotyczące koronawirusa, za to na wagę złota jest informacja, co w chwilach strachu zrobi większość. Perspektywa, że wszyscy będą sprzedawać, zmusza takiego inwestora do dołączenia się do tłumu, gdzie każdy chce sprzedać jako pierwszy i najwyżej. To samo myślenie obowiązuje też w drugą stronę i m.in. stało za wczorajszym nagłym odbiciem indeksów i sprzedażą bezpiecznych aktywów. Póki emocje przesłaniają fundamenty, rozważania o fundamentach nie mają znaczenia. W ciągu najbliższych 10 dni inwestorów będzie można łatwiej nastraszyć niż uszczęśliwić. Powrót awersji do ryzyka będzie łatwiejszy i ostrzejszy niż załączanie trybu risk-on.

Dziś kończy się posiedzenie FOMC, które w innych warunkach przeszłoby bez echa. Gospodarka USA rozwija się w kierunku zgodnym z oczekiwaniami Fed. Ostatnie wypowiedzi członków FOMC sugerują, że są oni zadowoleni z obecnego nastawienia. Dziś jednak zadaniem Fed jest niewywoływanie dodatkowych napięć na rynkach. Deklaracja, że bank nie zamierza ukrócać aktywnych programów dostarczania płynności do sektora bankowego może podziałać uspokajająco, choć niewiadomą pozostaje, co z taką informacją będzie chciał zrobić rozemocjonowany rynek. Ale ekspansywna polityka to zawsze dobra wiadomość.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Deloitte: Nowoczesne technologie mogą przyspieszyć postęp w przeciwdziałaniu zmianom klimatycznym o 22 proc.

Działania wspierające ochronę klimatu są jednym z głównych celów Agendy na Rzecz Zrównoważonego Rozwoju 2030, przyjętej przez Zgromadzenie Ogólne ONZ w 2015 r. Przeciwdziałanie kryzysowi klimatycznemu wymaga zintegrowanych i innowacyjnych rozwiązań w wielu dziedzinach. Eksperci firmy doradczej Deloitte i Globalnej Inicjatywy na Rzecz Zrównoważonego Rozwoju (GeSI) w raporcie „Digital with Purpose: Delivering a SMARTer2030”, zauważają, że na 103 ze 169 Celów Zrównoważonego Rozwoju (SDG) mają wpływ technologie cyfrowe. Z analizy wynika, że ich efektywne wykorzystanie przyspieszy postęp realizacji tych celów o 22 proc. Rządy, świat biznesu i społeczeństwo mają do odegrania istotne role w tym procesie. Podczas zakończonego kilka dni temu Światowego Forum Ekonomicznego w Davos przedstawiona została wspólna inicjatywa Deloitte, Salesforce i LinkedIn – UpLink, globalna platforma działania, skupiająca przedsiębiorców i pomysły wspierające wypełnianie Celów Zrównoważonego Rozwoju.

GeSI, Global Enabling Sustainability Initiative oraz zespół ekspertów Deloitte wspólnie opublikowali raport, który ilustruje związek między technologiami cyfrowymi a celami zrównoważonego rozwoju, przedstawiając szereg krytycznych warunków i działań, koniecznych by zmaksymalizować korzyści płynące z tego połączenia do 2030 r.

Nowoczesne technologie w służbie zrównoważonego rozwoju

Z analizy przeprowadzonej na bazie blisko 500 studiów przypadku, wynika, że technologie cyfrowe mogą przyspieszyć realizację celów zrównoważonego rozwoju o 22 proc. a o 23 proc. złagodzić tendencje spadkowe. W raporcie Digital with Purpose eksperci Deloitte i GeSI wskazują, że społeczeństwo powinno dążyć do stworzenia ekosystemu opartego na modelu zrównoważonego i cyfrowego rozwoju. – Jesteśmy świadkami gwałtownych zmian środowiskowych, społecznych i ekonomicznych, którym nie będziemy w stanie sprostać. W zrównoważonym rozwoju mogą pomóc technologie cyfrowe, pod warunkiem jednak, że człowiek będzie w stanie odpowiednio je wykorzystać. Najnowsze odkrycia same w sobie nie wpłyną na rzeczywistość, to my musimy nauczyć się czerpać z ich potencjału – mówi Irena Pichola, Partner, Lider zespołu ds. zrównoważonego rozwoju w Polsce i Europie Środkowej.

Autorzy raportu Deloitte szacują, że na 169 celów Agendy 2030 do realizacji aż 103 konieczne jest wdrożenie nowoczesnych technologii. Wiodącymi w najbliższych latach będą technologie informacyjno-komunikacyjne (ICT), które znajdą szerokie zastosowanie w najważniejszych branżach, takich jak rolnictwo, energetyka, medycyna i transport. Przewiduje się, że do 2030 roku na badania i rozwój ICT zostaną przeznaczone 3 biliony dolarów. Natomiast wartość rynku ICT w tym czasie powinna osiągnąć poziom 6 bilionów euro. Obecnie to 2,3 biliona euro. Jak jednak zauważają eksperci Deloitte, technologii wspierających zrównoważony rozwój jest więcej. – Obok ICT, kluczowe w realizacji celów Agendy będą przetwarzanie w chmurze, sztuczna inteligencja i rozwiązania kognitywne, blockchain, sieć 5G, IoT i wirtualna rzeczywistość. Mogą one wspierać komunikację i łączyć ludzi, monitorować i śledzić wpływ człowieka na środowisko oraz optymalizować nieefektywne czy zbyt energochłonne procesy. Dzięki skutecznej adaptacji tych rozwiązań w 2030 r. możliwe będzie zmniejszenie szacowanej globalnej emisji CO2 o 1,3 proc. Spoglądając kiedyś wstecz na wykorzystanie technologii, nie będziemy oceniać postępu, jakiego dokonaliśmy na podstawie tylko wyników finansowych. Ocenimy go na podstawie wpływu, jaki technologie miały na ludzkość i czy sprawiły, że jesteśmy bezpieczniejsi i szczęśliwsi – mówi Jan Michalski, Partner, Lider Deloitte Digital w Europie Środkowej.

Szanse i ryzyka

Specjaliści z Deloitte zauważają, że realizacja tak długoterminowej i rozbudowanej strategii jest obarczona ryzykiem. Dynamiczny rozwój technologii cyfrowych na całym świecie wiąże się z drastycznym wzrostem powszechnego zastosowania urządzeń i maszyn. To z kolei będzie powodowało zwiększenie zużycia energii elektrycznej oraz większą liczbę elektrośmieci. Jak zauważają eksperci, konieczne jest rozważenie jakie znaczenie dla środowiska będzie miał wzrost spodziewany w sektorze ICT. Szacuje się, że wpływ wykorzystania energii przez technologie informacyjno-komunikacyjne na emisję gazów cieplarnianych może wzrosnąć do 2030 roku o 11 proc.

Powinniśmy mieć świadomość, że tak dynamiczny rozwój sektora technologicznego to nie tylko szansa dla wsparcia osiągania wkładu przedsiębiorstw i gospodarek w realizację koncepcji zrównoważonego rozwoju, ale także sporo wyzwań. Koniecznie będzie m.in. oparcie gospodarek państw na odnawialnych źródłach energii oraz np. wdrożenie efektywnych metod odzyskiwania surowców z e-śmieci. Wszyscy wierzymy, że postęp technologiczny zostanie wykorzystany do pozytywnego oddziaływania na środowisko i nasze otoczenie. Mamy wielkie szczęście, że żyjemy w czasach, w których możemy wpływać na to, jak wygląda świat wokół nas, dlatego naszym celem powinno być rozsądne wykorzystywanie danych nam szans – mówi Rafał Rudzki, Dyrektor w zespole ds. zrównoważonego rozwoju w Polsce i Europie Środkowej.

Ryzykiem społecznym, które dostrzegają eksperci Deloitte, jest polaryzacja społeczeństw na skutek nierównomiernego rozwoju technologii cyfrowych w poszczególnych regionach świata. Powszechny dostęp do informacji może być narzędziem do propagowania fałszywych treści i powodowania konfliktów zbrojnych.

Razem znaczy lepiej

Eksperci zidentyfikowali obszary na jakich powinny skupić się poszczególne kontynenty do 2030 roku.  Przed Europą stoi cel wdrażania efektywnego, czystego przemysłu i rolnictwa, a Ameryką Północną ograniczenie zużycia wody i poprawy wydajności energetycznej. Afryka powinna się skupić na poprawie jakości opieki okołoporodowej matek, co wpłynie pozytywnie na przeżywalność noworodków. Kontynent powinien także pracować nad zwiększeniem wydajności małych gospodarstw rolnych. Celem Azji jest redukcja poziomu emisji gazów cieplarnianych i nawozów.

Według autorów raportu, na obecnym poziomie i w obecnym tempie realizacji założeń Agendy 2030, nie będziemy w stanie sprostać takim problemom jak rosnąca emisja gazów cieplarnianych, narastające nierówności społeczne czy nadmierne wykorzystywanie surowców naturalnych. W tym celu należy podjąć współpracę na wielu szczeblach, w którą zaangażują się rządy, inwestorzy instytucjonalni, organizacje pozarządowe i obywatele.

Jedną z inicjatyw, która ma wykorzystywać potencjał innowatorów społecznych na całym świecie jest rozpoczynający wkrótce działalność UpLink. Ta platforma crowdsourcingowa będąca produktem rocznej współpracy WEF, Salesforce, Deloitte i Microsoft/ LinkedIn, ma gromadzić przedsiębiorców i ekspertów w celu pozyskiwania pomysłów i innowacji wspierających realizację Celów Zrównoważonego Rozwoju.

Musimy zdać sobie sprawę, że rozwój cywilizacyjny nie pozostaje bez wpływu na stan środowiska naturalnego. Wiele zmian jest nieuniknionych, jednak poprzez międzynarodową współpracę jesteśmy w stanie spowolnić wiele z nich. Powszechne wykorzystanie najnowszych technologii w słusznej sprawie, pomoże nam zachować odpowiedni stan planety dla następnych pokoleń. Do realizacji tego, być może najważniejszego celu ludzkości, konieczna jest mobilizacja zarówno światowych decydentów, jak i każdego obywatela z osobna – podsumowuje Irena Pichola.

GeSI skupia firmy będące liderami rynku technologii informacyjno-komunikacyjnych. Wspólnie z największymi organizacjami ekologicznymi, GeSI koncentruje się na badaniach i rozwiązywaniu problemów związanych ze zmianami klimatu poprzez przyspieszenie rozwoju rozwiązań cyfrowych. Jej celem jest zapoczątkowanie ery innowacji i wzrostu gospodarczego opartego na technologiach niskoemisyjnych. Raport Deloitte i GeSi został opracowany przy udziale i wsparciu ekspertów akademickich, liderów biznesu, organizacji pozarządowych i w oparciu o ponad 500 studiów przypadków.

Korporacyjne konferencje celem dla hakerów. Zoom z lukami bezpieczeństwa

Check Point Research wykrył poważną lukę w zabezpieczeniach popularnej usługi wideokonferencji Zoom, z której korzysta ponad 60% firm z listy Fortune 500. Hakerzy, wykorzystując podatność, mogli podsłuchiwać prowadzone za pomocą Zoom rozmowy i konferencje, generując identyfikatory spotkań.

Zoom jest liderem w nowoczesnej komunikacji wideo dla przedsiębiorstw, zapewniając łatwą platformę chmurową do wideokonferencji, współpracy, czatów oraz seminariów internetowych na urządzeniach mobilnych czy komputerach stacjonarnych. Rozwiązanie często stosowane jest w salach konferencyjnych, grupowych i szkoleniowych, a także w biurach dyrektorów czy klasach lekcyjnych. Firma ma ponad 74 tys. klientów, którzy corocznie przez około 80 miliardów minut dokonują rozmów za pomocą usługi Zoom.

Badacze firmy Check Point odkryli technikę, która pozwoliłaby hakerom doprowadzenie do ataku, umożliwiającego uzyskanie dostępu do wszystkiego, co zostało przekazane podczas spotkań firmowych za pośrednictwem usług Zoom.

Jak zhakowano Zooma?

Identyfikatory spotkań Zoom składają się z 9, 10 lub 11 cyfr. Zdaniem badaczy Check Pointa problem polegał na tym, że jeśli nie została włączona opcja „Wymagaj hasła do spotkania” lub „Poczekalnia”, która umożliwia ręczne przyjmowanie uczestników, te 9- 10-czy 11-cyfrowe kody były jedyną rzeczą, która zabezpieczyła spotkanie, uniemożliwiając połączenie się z osobą nieupoważnioną do tego.

Badacze Check Pointa byli w stanie przewidzieć około 4% losowo generowanych identyfikatorów spotkań, co jest wystarczająco dużą szansą na sukces przejęcia łącza!

Check Point skontaktował się z Zoom w lipcu 2019 r. w ramach odpowiedzialnego procesu ujawniania informacji i zaproponował następujące środki zaradcze:

  1. Ponownie zaimplementowanie algorytmu generowania identyfikatorów spotkań
  2. Zastąpienie funkcji randomizacji silną kryptografią.
  3. Zwiększ liczby cyfr lub symboli w identyfikatorach spotkania.
  4. Wymuszanie na hoście do używania haseł \ PIN-ów \ SSO do celach autoryzacji.

Jak informuje Check Point, przedstawiciele Zoom byli chętni do współpracy i wprowadzili szereg poprawek łatających odkrytą podatność.

Uwagi Rzecznika MŚP do ustawy o tzw. podatku od cukru

Rzecznik MŚP przedstawia uwagi do projektu ustawy o zmianie niektórych ustaw w związku z promocją prozdrowotnych wyborów konsumentów zakładającego wprowadzenie od 1 kwietnia 2020 r. tzw. „podatku od cukru”.

W dniu 20 grudnia 2019 r. na stronach Rządowego Centrum Legislacji opublikowany został projekt ustawy o zmianie niektórych ustaw w związku z promocją prozdrowotnych wyborów konsumentów (numer w wykazie: UD 32, dalej: „Projekt”). Projekt zakłada m.in. takie rozwiązania jak nałożenie dodatkowej opłaty na pewne kategorie napojów bezalkoholowych oraz alkoholowych czy reklamę suplementów diety. Pomimo oczywistego wpływu na funkcjonowanie firm z sektora MŚP, o Projekcie Rzecznik MŚP dowiedział się bezpośrednio ze środowiska przedsiębiorców, a nie od Wnioskodawcy.

Do Rzecznika MŚP doszły bowiem sygnały o istotnych utrudnieniach w prowadzeniu działalności gospodarczej dla przedsiębiorców, na których Projekt będzie oddziaływał. Ponadto, w ramach działającej przy Rzeczniku MŚP Rady Przedsiębiorców krytyczne stanowiska względem Projektu zgłosiło pięć znaczących organizacji przedsiębiorców i pracodawców, zarzucając mu niecelowość, generowanie nadmiernych obciążeń administracyjnych, nieproporcjonalność przyjętych rozwiązań, naruszenie zasad stanowienia prawa (w szczególności poprzez zmianę zasad opodatkowania w ciągu roku kalendarzowego oraz potencjalną konieczność jego notyfikacji) czy nieuzasadnione nałożenie obciążeń fiskalnych, które negatywnie wpłyną na popyt oraz podaż.

Pismem z dnia 24 stycznia 2020 r., znak: WPL.41.2020.PD, Rzecznik MŚP przekazał Ministrowi Zdrowia uwagi do Projektu, jego uzasadnienia oraz dołączonej Oceny Skutków Regulacji wraz z krytycznymi opiniami organizacji przedsiębiorców. W ocenie Rzecznika MŚP, analizy i założenia do Projektu winny więc zostać uzupełnione o wskazanie możliwie najbardziej precyzyjnych wyliczeń związanych z wpływem proponowanych regulacji na sektor MŚP, a pożądanym byłoby także przedstawienie scenariuszy alternatywnych oraz uwzględnienie skutków pośrednich dotyczących np. wpływu Projektu na inne branże niż te bezpośrednio zainteresowane.

Cyberbezpieczeństwo 2020 – krajobraz zagrożeń i zabezpieczeń

2019 rok dostarczył nam sporo bezprecedensowych ataków, a ransomware uważany przez biznes za największe zagrożenie, wygenerował globalne straty w wysokości 11,5 miliardów dolarów. Szalejąca cyberprzestępczość, dynamiczny przyrost danych i regulacje prawne wpłynęły na wzrost inwestycji w chmurę publiczną, DLP, uwierzytelnianie wieloskładnikowe i rozwiązania do backupu.

Podsumowanie 2019 – przestępcy nie omijają Polski

Ataki ransomware, luki w systemach i wycieki danych przestały nas dziwić. 2019 rok pokazał nam jednak kilka bezprecedensowych, takich jak upowszechniające się ataki na systemy, które do tej pory były uznawane za niemożliwe do złamania. Mowa tu chociażby o iOS od Apple. Ostatnie tygodnie roku pokazały nam również, że przestępcy nie omijają Polski – ofiarami głośnych ataków ransomware padły m.in. urzędy gmin oraz klinika dziecięca Budzik.

Zapowiadane rozchmurzenie

W 2019 roku ok 52% polskich przedsiębiorstw wykorzystywało chmurę lub miało to w planach. Globalnie możemy mówić nawet o 86% przedsiębiorstw, które już przeniosły do niej swoje dane. Obawy, które jeszcze do niedawna budził w nich cloud computing, stopniowo maleją. Dziś 26% ankietowanych specjalistów IT uważa kwestie bezpieczeństwa za poważne wyzwanie dla stosowania usług chmurowych. Dla porównania – w 2015 roku współczynnik ten wynosił 45%.

Niezaprzeczalnym trendem będzie rozwój praktyk multi-cloud. Odnosi się ona do korzystania z wielu heterogenicznych dostawców usług w chmurze. Dla branży bezpieczeństwa oznacza to konieczność stworzenia przedsiębiorstwom takich narzędzi, które umożliwiają zabezpieczenie danych przechowywanych w wielu chmurach, ich łatwą migrację i odzyskiwanie.

Z roku na rok obserwujemy coraz większe zainteresowanie cloud computingiem w segmencie MŚP i korporacji. Wzrastają również statystyki adaptacji praktyki multi cloud – firmy korzystają średnio z 5 rozwiązań chmurowych. Zarówno pozytywne doświadczenia przedsiębiorstw jak i przykłady udanych realizacji koncepcji “państwa w chmurze” wpłyną na upowszechnienie jej również w sektorze publicznym – wskazuje Paweł Sarol, Cloud Backup Business Development Manager w Xopero Software – i całe szczęście, bo infrastruktura IT w wielu organizacjach publicznych pozostawia wiele do życzenia. Cloud w łatwy sposób rozwiązuje ten problem.

Ransomware w formie

Ransomware niepodważalnie pozostaje jednym z najbardziej kosztownych zagrożeń dla biznesu. Tylko w 2019 roku wygenerował globalne straty w wysokości 11,5 miliardów dolarów. Rośnie również częstotliwość ataków. Na początku 2016 roku uderzał co 2 minuty. Rok temu mówiliśmy o 14 sekundach, a do 2021 roku czas ten skróci się do 11 sekund!

Targetowane ataki, koncentracja na biznesie i organizacjach państwowych, leakware, ransomware-as-a-service i rozwój ataków szyfrujących na urządzenia mobilne to najpoważniejsze aspekty, na które należy przygotować się w 2020 roku.

Bezpieczeństwo w standardzie

Średni koszt pojedynczego wycieku danych w ubiegłym roku wyniósł 3.92 miliona dolarów. Średnio wyciekało ponad 25 tys. rekordów – każdy o wartości ok. 150 dolarów.  Nic dziwnego, że szybkim krokiem na salony bezpieczeństwa IT wkracza DLP (Data Loss Prevention) – technologia zapobiegająca utracie danych i wspomagająca identyfikację osób, które nie powinny mieć do nich dostępu.

Standardem staje się również uwierzytelnianie wieloskładnikowe (MFA/2FA). Popularność zdobywają tu tokeny programowe (np. aplikacje) i biometria – są coraz tańsze i łatwiejsze we wdrożeniu. Na rozwój tego trendu wpływają również regulacje prawne – przykładem jest tutaj chociażby unijna dyrektywa PSD2 (ang. Payment Services Directive), która wraz z wejściem w życie 14 września 2019 r. wprowadziła wymóg silnego uwierzytelniania podczas logowania do usług płatniczych.

Z badań Xopero Software wynika, że przedsiębiorcy najbardziej obawiają się ataków ransomware (79,8%), awarii, utraty lub kradzieży sprzętu (46,8%), uszkodzenia plików (41,5%), ataków malware (37,2%) oraz zagrożeń z wykorzystaniem socjotechnik (35,1%). Jak mogą się zabezpieczyć? Inwestując w rozwiązania do backupu i disaster recovery, które w momencie awarii pozwolą im na niemalże natychmiastowe przywrócenie dostępu do krytycznych usług i aplikacji oraz uniknięcie przestoju. Bo ten, może je sporo kosztować. Przyjmuje się, że globalnie średni koszt przestoju to aż 1,42 mln dolarów (!). Nic dziwnego, że statystycznie 93% firm bez disaster recovery upada w rok po utracie danych…

Nowy, lepszy świat

Wyzwaniem dla branży bezpieczeństwa IT jest stworzenie bezpiecznego Internetu Rzeczy. IoT otworzyło bowiem furtkę do zupełnie nowego świata nie tylko jego użytkownikom, ale i przestępcom. A jeżeli mówimy już o nowym świecie, w raporcie nie mogło zabraknąć tematów o blockchain, sztucznej inteligencji, uczeniu maszynowym i Quantum Computing. Science fiction? Niekoniecznie. Szybki rozwój tych technologii sprawia, że w coraz większym stopniu wpływają na nasze podejście do nowoczesnego cyberbezpieczeństwa.

Dobre rady

Oprócz branżowych prognoz, raport zawiera szereg rekomendacji dla biznesu przygotowanych przez ekspertów z takich firm jak Orange, Xopero, Equinix, Sysclay, Oracle czy Oktawave. Ich analiza i wdrożenie pozwoli firmom nie tylko budować przewagę i efektywnie funkcjonować w cyber-przestrzeni, ale może zdecydować również o ich dalszym istnieniu w 2020 roku.

Eksperci: Lepiej nie rejestrować firmy w tzw. wirtualnym biurze. Można ściągnąć na siebie sporo kłopotów

Firma, wskazująca siedzibę w tzw. wirtualnym biurze, naraża się na odmowę rejestracji jako podatnik VAT. Ubiegłoroczny wyrok NSA wskazuje, że skarga kasacyjna z takiego tytułu nie zasługuje na uwzględnienie. Natomiast resort finansów przekonuje, że w obecnych przepisach podatkowych nie występuje opisywane pojęcie. Eksperci zgadzają się z rozstrzygnięciem Naczelnego Sądu Administracyjnego, ale wskazują też na szereg wątpliwości. Oferty dotyczące wirtualnych biur są na rynku zróżnicowane, obejmują przecież nie tylko udostępnianie samego adresu lub skrzynki pocztowej, ale też np. sal konferencyjnych. Dlatego postulują, aby to, co jest niedozwolone, byłoby wprost wpisane do ustawy.

Odmowa rejestracji podatnika dla celów podatku od towarów i usług oraz podatku VAT-UE to decyzja wobec spółki, która wskazała jako siedzibę tzw. wirtualne biuro. Sprawa finalnie trafiła do Naczelnego Sądu Administracyjnego, który pod koniec ub.r. postanowił, że skarga kasacyjna nie zasługuje na uwzględnienie.

– Samo wskazanie siedziby jako biura wirtualnego nie stanowi przesłanki do odmowy rejestracji podatnika VAT. W przepisach prawa, w szczególności w ustawie Ordynacja podatkowa, ani też w ustawach podatkowych, jak również w ustawie o NIP nie występuje takie pojęcie – jak biuro wirtualne. Natomiast, przed dokonaniem rejestracji do podatku VAT, naczelnik urzędu skarbowego jest zobowiązany do dokonania takiej weryfikacji – wyjaśnia Zbigniew Makowski, zastępca dyrektora departamentu VAT w Ministerstwie Finansów.

Weryfikacja odbywa się w oparciu o art. 96 ust. 4 ustawy z 11 marca 2004 roku o podatku od towarów i usług, danych podmiotu pod kątem wystąpienia przesłanek wskazanych w art. 96 ust. 4a ustawy z 11 marca 2004 roku. Zidentyfikowany fakt rejestracji podatnika pod tzw. adresem wirtualnym jest jednym ze znaczników podwyższonego ryzyka. Okoliczność ta może być także uwzględniania, jako jeden ze znaczników przy typowaniu podmiotów do przyszłych działań kontrolnych. Posiadanie siedziby w wirtualnym biurze dla wielu podatników stanowi dogodny sposób funkcjonowania, co jest zrozumiałe i jest brane pod uwagę przez organy skarbowe przy wydawaniu decyzji o rejestracji dla celów VAT.

– Zgadzam się z wyrokiem NSA. Cała konstrukcja podatku od towarów i usług zbudowana jest na tzw. silnej podmiotowości. Natomiast wirtualne biuro w praktyce wskazuje, że brak jest tej przesłanki. To może być swego rodzaju tworzeniem fikcji. A jeżeli do tego dopuścimy, to zaszkodzimy efektywności tego podatku – komentuje prof. Witold Modzelewski, były wiceminister finansów.

W opinii dr Jacka Matarewicza, adwokata i doradcy podatkowego, wyrok NSA potwierdza linię interpretacyjną organów podatkowych, występującą już od dłuższego czasu. Wniosek końcowy jest jednak pewną nadinterpretacją. Ustawa nie wskazuje bowiem wprost, że nie można prowadzić działalności w biurze wirtualnym. Jednocześnie ekspert BCC ds. podatku VAT jest w stanie wyobrazić sobie przedsiębiorcę optymalizującego koszty, który pracuje głównie w terenie. Nie wydaje środków na stały najem biura oraz pracowników administracyjnych, a jednocześnie potrzebuje kogoś np. do odbierania korespondencji.

– Ten wyrok nie jest dla mnie zaskoczeniem. Ale trzeba zaznaczyć, że są różne umowy dotyczące wirtualnych biur. Są takie, które rzeczywiście udostępniają tylko sam adres. Jednak bardzo często oferowana jest też usługa najmu powierzchni, np. 5 m2. Wówczas to już nie jest takie oczywiste, że pod takim adresem nie można byłoby się odpowiednio zarejestrować. Na tych przykładowych kilku metrach da się podejmować niektóre decyzje biznesowe – stwierdza dr Radosław Piekarz, doradca podatkowy, partner z Kancelarii A&RT.

Natomiast dr Matarewicz zaznacza, że zarządcy wirtualnych biur udostępniają też pokoje czy sale konferencyjne. W takich warunkach można zorganizować m.in. zgromadzenie zarządu spółki. Jednocześnie ekspert BCC przypomina o różnych komunikatach MF czy NIK-u. Wynika z nich, że jedną z okoliczności powtarzających się w sprawach związanych z oszustwami vatowskimi jest fakt, że kontrahent zarejestrowany był właśnie w takim biurze. I w wielu przypadkach taki adres nie wzbudza podejrzeń przedsiębiorców, którzy zostali później wciągnięci w problemy.

– Rację mają m.in. urzędy skarbowe, które twierdzą, że tego typu miejsca były używane do przestępstw karuzelowych. Z tym się absolutnie zgadzam. Natomiast wyrok NSA to z pewnością nie jest koniec biur wirtualnych. Prędzej już może to być schyłek niektórych biur rachunkowych, gdzie faktycznie udostępniano adresy, a danej spółki nigdy tam nie było – podkreśla dr Piekarz.

Jak zaznacza prof. Modzelewski, wyrok NSA jest niekorzystny dla wszystkich tych, którzy przy pomocy wirtualnych biur zajmowali się zwrotami VAT-u. Przy rejestracji podatnika VAT istotne jest, gdzie znajduje się siedziba firmy, miejsce prowadzenia działalności albo zamieszkania podatnika. To są kluczowe dane, dlatego muszą być materialne, twarde oraz rzeczywiste. Z kolei dr Piekarz informuje, że istnieje również możliwość wykreślenia z rejestru vatowskiego podmiotu, z którym nie ma kontaktu. A jeśli wirtualne biuro służy tylko za skrytkę pocztową, to można mieć wątpliwości, czy jest w ogóle jakakolwiek styczność z właścicielem przedsiębiorstwa.

– Dziś nie doradziłbym żadnemu klientowi, żeby przy rejestracji VAT podawał adres wirtualnego biura. To nie jest obecnie bezpieczne rozwiązanie. Fiskus ma bardzo ogólne przesłanki odmowy rejestracji lub wykreślenia podatnika z rejestru podatników VAT. Jeśli wyrok NSA ma być normą, to wpiszmy wprost do ustawy, co jest niedopuszczalne, np. prowadzenie działalności w warunkach wirtualnego biura. Wtedy znikną wątpliwości, których teraz nie brakuje – podkreśla ekspert BCC.

Warto też dodać, że do tej pory do Biura Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców nie wpłynął żaden wniosek ws. wirtualnych biur i rejestracji w VAT-cie. Jeśli tak się stanie, prawnicy biura będą mogli wydać opinię i podjąć decyzję o ewentualnym wejściu do postępowania, oczywiście po wnikliwym przeanalizowaniu kompletu dokumentów takiej sprawy.

Inflacja to niewidzialny podatek, na którym korzysta państwo

Kilka lat temu na polskim rynku mogliśmy zaobserwować umocnienie się waluty i spadek cen produktów. Deflacja, którą straszono polskich pracowników, zamroziła wzrost wynagrodzeń. W konsekwencji jednak zaowocowała spadkiem kosztów życia. Za taką samą cenę można było kupić więcej produktów. Te czasy jednak dobiegły końca. Aktualnie na polskim rynku obserwujemy inflację, czyli osłabienie wartości pieniądza. Mimo tego, że wynagrodzenia rosną, za określoną ilość pieniędzy możemy kupić mniejszą ilość produktów. Rosną więc koszty życia, a w naszych portfelach znajduje się mniej pieniędzy niż moglibyśmy przewidywać, otrzymując większe wynagrodzenia. Wygranym tej sytuacji jest zaś skarb państwa.

– Inflacja jest niewidzialnym podatkiem. Każdy rząd bardzo łatwo go stosuje, czerpiąc z niego wielkie korzyści – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Sadowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha. – Świadczy o tym wypowiedź jednego z ministrów – który cieszył się, że dzięki inflacji wpływy budżetowe będą większe. Ale większe wpływy budżetowe z inflacji oznaczają mniejszą realną wartość pieniędzy w naszych kieszeniach. Niektórzy wprost twierdzą, że inflacja jest formą okradania społeczeństwa z wartości pracy. Jeżeli mamy do czynienia z inflacją czteroprocentową – oznacza to, że rząd nałożył na nas podatek wysokości dodatkowych 4%. Jest to podatek nie nakładany przez żaden z parlamentów, nie zapisany w żadnej ustawie. Nie da się go oprotestować, a żadna z partii nie straci na nim poparcia. A realnie powoduje on, że mamy mniej pieniędzy w portfelach – wyjaśnia Sadowski.

Polacy promują modę na biżuterię z drewna. Konsumenci przy zakupach coraz częściej kierują się ekologią

0

Akcesoria z drewna zyskują na popularności dzięki proekologicznym trendom konsumenckim. Sprzedaż takich produktów jak drewniane ramki do okularów, zegarki czy bransoletki rośnie rok do roku prawie dwukrotnie – wynika z danych lidera tego rynku, firmy Plantwear, która w styczniu zadebiutowała na NewConnect. W tym roku producent chce wprowadzić nową ofertę drewnianej biżuterii premium, łączonej np. z kamieniami lub metalami szlachetnymi.

Biżuteria z drewna staje się coraz popularniejsza. Nasze artykuły miały swoją premierę w 2018 roku i przyjęły się natychmiastowo. Rok do roku notujemy wzrosty powyżej 100 proc. w kategorii biżuterii – mówi agencji Newseria Wiktor Pyrzyk, prezes zarządu Plantwear.

Szacunki spółki mówią o tym, że przychody w ubiegłym roku przekroczyły 9 mln zł i były o 92 proc. wyższe niż rok wcześniej. W ostatnim kwartale roku sprzedaż wyniosła 3 mln zł. Połowę z tego stanowiła biżuteria z drewna, co oznacza ponad pięciokrotny wzrost w ujęciu rocznym. Zegarki z drewna sprzedawały się o 10 proc. lepiej niż rok wcześniej.

– Główną zasługą popularności biżuterii z drewna jest to, że jest ona w formacie hand made. Nasze produkty są w większości ręcznie robione lub obrabiane – mówi Wiktor Pyrzyk. – Mamy także na rynku dość silny trend ekologii konsumenckiej, a po drugie, mamy także do czynienia z patriotyzmem ekonomicznym. Klienci świadomie dokonują wyboru produktów pochodzących z Polski, tworzonych w sposób świadomy i odpowiedzialny.

Jak podkreślają przedstawiciele firmy, jej cała filozofia opiera się na polityce zero waste – korzysta z certyfikowanego drewna i organizuje akcje sadzenia nowych drzew, tak by było ich więcej niż drzew wykorzystywanych do produkcji akcesoriów.

Pierwszym produktem Plantwear były drewniane zegarki z mechanizmem kwarcowym i to one stanowią znaczną część sprzedaży firmy. Jak podkreśla prezes spółki, wyzwaniem jest stworzenie biżuterii naturalnej i oryginalnej, która jednocześnie będzie trwała.

Posiadamy różne rodzaje biżuterii: bransoletki, kolczyki i pierścionki. Bransoletki w Plantwear dostępne są już w siedmiu formach, a w przyszłości ta liczba cały czas będzie rosła – mówi Pyrzyk. – Stosujemy ciekawe połączenia. Łączymy drewno z metalem, a także z włóknem węglowym. W miejscach, w których samo drewno mogłoby się złamać, używamy włókna węglowego jako materiału wzmacniającego. Dzięki temu produkty stają się o wiele bardziej odporne i trwałe. Biżuteria nie wymaga specjalnej uważności podczas noszenia. Wykańczamy produkty w taki sposób, aby dojrzewały, starzały się pięknie i naturalnie. Nie lakierujemy ich na połysk, bo to tworzy dodatkową warstwę, która mogłaby się rysować.

Prezes spółki zapowiada, że w kolejnych miesiącach poszerzy ona swoje portfolio produktowe o akcesoria premium.

Mamy na myśli głównie łączenie drewna z metalami i kamieniami szlachetnymi – mówi Wiktor Pyrzyk.

Na początku stycznia 2020 roku Plantwear zadebiutował na rynku NewConnect. Było to pierwsze na warszawskiej giełdzie upublicznienie projektu, który prowadził kampanię na platformie CrowdConnect.pl, i pierwsza spółka, która pozyskała kapitał przez crowdfunding.

Jasne zasady wynagrodzenia i rozwój zawodowy na szczycie listy oczekiwań bezrobotnych. Pracującym zależy także na elastyczności zatrudnienia

Rozmowy o wynagrodzeniu to jeden z trudniejszych aspektów rekrutacji. Pracodawcy doceniają kandydatów, którzy jasno precyzują swoje oczekiwania finansowe. Z drugiej strony kandydaci do pracy także oczekują transparentnych zasad wynagradzania – wynika z raportu „Rynek pracy 360°” Grupy Progres. Przy czym jest to oczekiwanie przede wszystkim osób bezrobotnych. Badanym, którzy mają zatrudnienie, bardziej zależy na elastyczności w pracy. Obie grupy podkreślały za to zgodnie, że od pracodawcy oczekują możliwości rozwoju zawodowego.

Do udziału w badaniu „Rynek pracy 360°” zaprosiliśmy bezrobotnych oraz osoby pracujące i zadaliśmy im kilka kluczowych pytań dotyczących rynku pracy. Najważniejsze kryteria decydujące o zatrudnieniu to według bezrobotnych przede wszystkim kwalifikacje, doświadczenie oraz polecenia i rekomendacje [odpowiednio 59 proc., 51 proc. oraz 27 proc. – red.]. Z kolei w przypadku osób pracujących najistotniejsze są trzy elementy: po pierwsze doświadczenie, po drugie – kwalifikacje, a po trzecie kompetencje miękkie [odpowiednio 44 proc., 39 proc. i 29 proc. – red.] wymienia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Cezary Maciołek, wiceprezes zarządu Grupy Progres.

W badaniu Grupy Progres widać także różnice w oczekiwaniach wobec procesu rekrutacji między bezrobotnymi a pracującymi.

Według bezrobotnych rekrutacja powinna przebiegać w miarę bezproblemowo, szybko, najlepiej jednoetapowo – wyjaśnia Cezary Maciołek. – Osoby bezrobotne już po pierwszym etapie rozmowy oczekują informacji zwrotnej, czy dana oferta pracy jest dla nich odpowiednia.

69 proc. ankietowanych bezrobotnych uznało, że rekrutacja powinna składać się z jednego etapu, 25 proc. dopuszcza dwa etapy, a tylko 6 proc. – trzy etapy. W grupie ankietowanych pracowników jednoetapową rekrutację preferuje 31 proc., dwa etapy – 62 proc., a trzy etapy rekrutacji – tylko 7 proc.

Im bardziej wymagające stanowiska, uplasowane wyżej w strukturze organizacyjnej firmy, i im więcej umiejętności do weryfikacji, tym procesy rekrutacji są zdecydowanie bardziej skomplikowane. Trwają kilka miesięcy i składają się nawet z pięciu etapów, zakończonych testami psychologicznymi.

Rozmowa na temat płacy to newralgiczny moment, ale szalenie istotny z punktu widzenia obu stron rekrutacji – ocenia ekspert Grupy Progres. – Przede wszystkim należy jasno definiować oczekiwania. Kandydat powinien bezpośrednio z pracodawcą rozmawiać o widełkach płacowych albo o minimalnej kwocie, za którą jest skłonny podjąć się danej pracy. Z moich obserwacji wynika, że pracodawcy oczekują klarownych komunikatów, aby się do nich odnieść i przekazać informację zwrotną, czy dane kompetencje i kwalifikacje mieszczą się w określonym budżecie.

Jak podkreśla Cezary Maciołek, z reguły to pracodawcy pytają, jakie są oczekiwania finansowe danego kandydata, ale przebieg rozmowy o wynagrodzeniu również zależy od poziomu stanowiska. Im ono wyższe, tym szybciej jest definiowana wysokość płac, a jednocześnie tym mniej krępująca jest sama rozmowa. Osoby z dużym doświadczeniem zawodowym są też zwykle bardziej konkretne i zdecydowane co do swoich oczekiwań, więc potrafią określić poziom wynagrodzenia, jakiego oczekują od nowego pracodawcy.

Pracodawcy doceniają pracowników, którzy jasno artykułują swoje oczekiwania względem wynagrodzenia czy też miejsca pracy, elastyczności i dowolności w wyborze godzin pracy – podkreśla Cezary Maciołek. – Wiedzą, że im lepiej zdiagnozują wzajemne oczekiwania i możliwości na poziomie weryfikacji końcowej przed zatrudnieniem kandydata, tym będzie ono trwało dłużej.

91 proc. bezrobotnych oczekuje od pracodawców wsparcia w planowaniu ścieżki kariery, 86 proc. – transparentności wynagrodzenia, a 83 proc. – benefitów pozapłacowych. Blisko połowa z tej grupy badanych chciałaby pracować zdalnie bez ograniczeń. Podobny odsetek badanych zadeklarował, że oczekuje pracy zdalnej częściowo, a tylko dla 14 proc. nie jest to istotne.

 Dla osób pracujących bardzo ważnym elementem, który ujawnił się w badaniu, jest elastyczność form zatrudnienia oraz elastyczność samej pracy, czyli np. możliwość pracy zdalnej z domu – dodaje Cezary Maciołek. – Oczywiście istotne są jasna ścieżka rozwoju zawodowego, zrozumiały system wynagradzania zmiennego – prowizyjnego lub premiowego – oraz dofinansowanie kursów, szkoleń językowych. Na pewno jest głód rozwoju, co widać w przypadku jednej i drugiej grupy kandydatów.

Wśród osób zatrudnionych możliwość pracy zdalnej ma 63 proc. (tylko zdalnie pracuje 14 proc.), a wśród tych, którzy nie mają takiej możliwości, ponad połowa chciałaby jej wprowadzenia.

Rząd chce przyspieszyć rozwój farm wiatrowych na Bałtyku. Mają na tym skorzystać przede wszystkim polskie firmy

Budowa morskich farm wiatrowych na Bałtyku to projekt inwestycyjny obliczony na 100–120 mld zł. Rząd chce, aby jak największa część tych pieniędzy trafiła do polskich firm i dostawców. Mają to zapewnić mechanizmy, które wprowadzi opracowywana  ustawa offshorowa. – Chcemy, żeby parlament jak najszybciej przyjął tę ustawę, bo inwestorzy czekają na stabilne ramy prawne – mówi Zbigniew Gryglas, wiceminister aktywów państwowych. Jak ocenia, docelowo energia z farm na Bałtyku może stanowić nawet 20 proc. polskiego miksu, a pierwsze wiatraki powinny pojawić się w 2024 roku.

Z morską energetyką wiatrową wiążą się dwa ważne aspekty. Pierwszy to nowe moce, których bardzo potrzebujemy, ale równie ważny jest impuls rozwojowy dla polskiej gospodarki. Zależy nam, żeby w procesie budowy, obsługi i serwisowania farm wiatrowych na Bałtyku uczestniczyło jak najwięcej krajowych firm. Choć nie wybudowaliśmy jeszcze żadnej farmy, to mamy już zidentyfikowanych ok. 100 krajowych firm, które działają w tym obszarze. One już dzisiaj eksportują swoje produkty i usługi, ale z całą pewnością zostaną wykorzystane w tym krajowym łańcuchu dostaw, co spowoduje narodziny nowego sektora, nowej polskiej specjalności – mówi agencji Newseria Biznes Zbigniew Gryglas, wiceminister aktywów państwowych.

Polskie farmy na Bałtyku są jeszcze w fazie projektów i zaczną produkować energię około 2025 roku. Mają pomóc w transformacji polskiej energetyki, zwiększyć produkcję energii z odnawialnych źródeł, przyczynić się do zagwarantowania bezpieczeństwa energetycznego kraju i stanowić impuls dla rozwoju gospodarki, przede wszystkim sektora stoczniowego. Według raportu Polskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej („Przyszłość morskiej energetyki wiatrowej w Polsce 2019”) w tej chwili w naszym kraju jest ok. 140 przedsiębiorstw, które mogłyby się włączyć w  procesy przygotowania, budowy i eksploatacji farm wiatrowych na Bałtyku.

– Myślę, że pierwszy wiatrak na polskim wybrzeżu pojawi się w 2024 roku, ale po cichu liczę, że zaawansowany proces budowy przypadnie już na końcówkę 2023 roku – mówi Zbigniew Gryglas.

Zgodnie z projektem „Polityki energetycznej Polski do 2040 roku” do tego czasu w polskiej wyłącznej strefie ekonomicznej na Bałtyku planowane jest oddanie do eksploatacji ponad 10 GW mocy zainstalowanej w morskich farmach wiatrowych.

– Mamy na Bałtyku doskonałe warunki i grzechem byłoby ich nie wykorzystać. „Polityka energetyczna Polski” zakłada 10 GW mocy zainstalowanych, ale liczymy na 12 GW, a może nawet więcej. Docelowo z tej morskiej energetyki wiatrowej możemy mieć nawet ok. 20 proc. całej energii produkowanej w kraju – mówi Zbigniew Gryglas.

Jak wynika z analiz PSEW, rozwój morskiej energetyki wiatrowej na Bałtyku przyniesie Polsce korzyści w kilku wymiarach, m.in. ekonomicznym, środowiskowym, społecznym i gospodarczym. Włączenie polskich firm w łańcuch dostaw dla tego sektora poprawi ich konkurencyjność oraz wygeneruje dodatkowe dochody i miejsca pracy.

– Wpływ na gospodarkę będzie olbrzymi. Według szacunków niezależnych doradców zapewni impuls dla budżetu państwa sięgający ok. 70 mld zł. Projekt natomiast opiewa na 100–120 mld zł, które zainwestujemy na polskim Bałtyku – mówi Zbigniew Gryglas.

W połowie stycznia resort aktywów państwowych opublikował projekt ustawy offshorowej, która ma umożliwić rozwój tego sektora i wesprzeć budowę farm wiatrowych na Bałtyku. Jest to długo oczekiwany dokument przez branżę, która wskazywała, że są to inwestycje liczone w miliardach złotych i wymagają przede wszystkim rządowego wsparcia oraz stabilnych ram prawnych.

– Teraz przystąpimy do fazy konsultacji międzyresortowych. Jesteśmy szeroko otwarci na środowisko branżowe. Ta ustawa generalnie powstawała w dużej otwartości, słuchaliśmy inwestorów, różnych grup interesariuszy i przemysłu. Po naszym wsłuchaniu się w te głosy powstał projekt, który dzisiaj nie budzi większych wątpliwości. To jest dobra regulacja. Będziemy jeszcze mieć drobne autopoprawki, bo zrodziły nam się nowe pomysły w trakcie prac, ale będą to już naprawdę niewielkie zmiany. Chcielibyśmy, żeby parlament przyjął tę ustawę jak najszybciej. Inwestorzy mówią: „Nie rozpoczniemy fizycznej budowy, nie znając reguł gry” – podkreśla Zbigniew Gryglas.

Projekt ustawy offshorowej zakłada m.in., że inwestorzy, którzy będą stawiać na Bałtyku morskie farmy wiatrowe, będą zobowiązani współpracować przy tym z krajowymi firmami (i dokumentować tę współpracę w formie sprawozdań). To mechanizm stosowany już na wielu europejskich rynkach. Morskie farmy wiatrowe będą też objęte odrębnym podatkiem.

– Unia Europejska pozwala na preferowanie lokalnych dostawców, bo nie opłaca się wozić tak wielkich elementów po całym świecie i zostawia to ślad węglowy. Chcemy więc to wykorzystać. Nie chcemy, żeby się skończyło tak jak w latach ubiegłych, kiedy budowaliśmy autostrady, a polskie firmy budowlane upadały – mówi wiceminister aktywów państwowych.

Globalne niedoubezpieczenie szacowane jest na 1,2 bln dol. Ubezpieczyciele muszą wypracować nowe kanały sprzedaży dla młodych klientów

Zarówno w Polsce, jak i w całej Europie ubezpieczyciele zwiększają inwestycje w IT oraz bezpośrednie kanały sprzedaży i kontaktu. Testują też możliwości związane z obsługą roszczeń online. Cyfryzacja jest dla branży warunkiem utrzymania konkurencyjności i przyciągnięcia klientów. Z danych przytaczanych przez Sollers Consulting wynika, że tylko w ten sposób ubezpieczyciele będą mogli poradzić sobie z globalnym problemem niedoubezpieczenia, szacowanym na 1,2 bln dol.

Wśród klientów ubezpieczycieli coraz większy udział mają przedstawiciele młodszego pokolenia, którzy oczekują szybkiego i łatwego dostarczania usług, również za pośrednictwem kanałów cyfrowych. Stąd możliwości ubezpieczycieli na tej płaszczyźnie są niezwykle ważną kwestią na najbliższe lata – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Sławomir Gdyk, lead consultant w Sollers Consulting.

Oczekiwania klientów, zwłaszcza młodszych, którzy preferują cyfrowe usługi i kanały kontaktu, to dziś jedno z głównych wyzwań dla sektora ubezpieczeń obok ryzyk związanych ze zmianami klimatycznymi, konkurencją czy rozwojem insurtechów. Wymuszają zarówno zmiany w obsłudze klientów, jak i cyfryzację wszystkich procesów i kanałów sprzedaży. Dotychczasowe są bowiem przestarzałe i branża musi je digitalizować, żeby utrzymać konkurencyjność i klientów. Za wzór może posłużyć bankowość, z którą już blisko 10,5 mln Polaków kontaktuje się za pośrednictwem kanałów mobilnych i ta liczba rośnie (dane Związku Banków Polskich).

Ubezpieczyciele muszą podjąć dalsze wysiłki, aby skupić się na kliencie i zdobywać jego zaufanie. Jest to jedyny sposób na rozwiązanie problemu 1,2 bln dolarów globalnego niedoubezpieczenia. Statystyki roszczeń za rok 2019 pokazują, że różnica między stratami ubezpieczonymi a stratami ekonomicznymi jest znaczna, co ma poważny negatywny wpływ również na gospodarkę i społeczeństwo – podkreślił podczas konferencji „Innovation in Insurance” Michał Trochimczuk, współzałożyciel i partner zarządzający Sollers Consulting. – Aby zbudować zaufanie, należy stosować innowacyjne technologie.

Sollers Consulting ocenia, że przyszłość dystrybucji ubezpieczeń opiera się na podejściu zbliżonym do e-commerce i wyraża się poprzez spersonalizowane doświadczenie klienta, oferty cross-sell, inteligentne i wspomagane usługi oraz ekosystem wielu partnerów. Kanał affinity, czyli dystrybucja polis połączona ze sprzedażą innych produktów czy usług (np. wycieczek czy AGD), jest dla ubezpieczycieli perspektywiczny, ale wymaga integracji z zewnętrznymi systemami IT partnerów.

Ubezpieczyciele na całym świecie już w tej chwili zwiększają inwestycje w IT oraz bezpośrednie kanały sprzedaży i kontaktu, testują też możliwości związane z udzielaniem wsparcia czy obsługą roszczeń online. W Wielkiej Brytanii czy krajach skandynawskich, które notują dobre wyniki sprzedaży polis online i za pośrednictwem alternatywnych kanałów dystrybucji, jak np. supermarketów, ten proces przebiega jednak nieco szybciej niż w Polsce.

Ubezpieczyciele z krajów nordyckich przechodzą obecnie znaczące zmiany w zakresie infrastruktury informatycznej. Zauważyliśmy, że systemy centralne w tych przedsiębiorstwach są przestarzałe i nieefektywne, w związku z czym najwięksi gracze na rynku realizują obecnie przedsięwzięcia aktualizacyjne lub wdrożeniowe – wskazuje ekspert Sollers Consulting.

Polska firma, która doradza rodzimym podmiotom w cyfrowej transformacji, systematycznie rozszerzając działalność o kolejne kraje, teraz zamierza budować swoją pozycję na jednym z największych rynków europejskich – we Francji.

Nasza działalność początkowo ograniczała się do Polski. Później zaznaczyliśmy swoją obecność w Niemczech, Wielkiej Brytanii i krajach nordyckich oraz na innych kontynentach, w Japonii i Ameryce Południowej w Brazylii. Teraz zupełnie naturalnym krokiem wydaje się wejście na jeden z największych europejskich rynków, jakim jest Francja – mówi Irina Ovcinicov, konsultantka w firmie Sollers Consulting. – Pod względem cyfryzacji Francja w wielu aspektach znajduje się w miejscu, które pozwala nam wykorzystać nasze doświadczenie. Mowa m.in. o  automatyzacji procesów i kreowaniu tzw. customer journey, tworzeniu całych ekosystemów ubezpieczeniowych.

Jak podkreśla, firma zamierza wykorzystać na francuskim rynku doświadczenia z transformacji – od strony technologicznej i doradczej – przeprowadzanych wśród ubezpieczycieli z Europy, Azji i Ameryki Południowej.

Mamy 80 klientów na całym świecie i są to grupy finansowe o znaczących osiągnięciach. Staliśmy się dla nich zaufanym partnerem i to samo chcemy przenieść do Francji – powiew świeżości wsparty międzynarodowym doświadczeniem – mówi Irina Ovcinicov.

Wyzwania związane z transformacją technologiczną były przewodnim motywem tegorocznej konferencji „Innovation in Insurance” organizowanej cyklicznie przez Sollers Consulting. Tegoroczna, ósma edycja zgromadziła w Warszawie ponad 330 ekspertów ubezpieczeniowych z całej Europy. Przedstawiciele m.in. Zurich Insurance, Sagi, Admirala, Beazleya, Axa Direct Japan czy Generali Polska omówili wyzwania dla branży, swoje doświadczenia z transformacji i prowadzone aktualnie projekty. Sześć insurtechów zaprezentowało swoje produkty i rozwiązania, z kolei Sollers przedstawił wielokanałową platformę RIFE, która umożliwia ubezpieczycielom i bankom wdrażanie spersonalizowanej interakcji z klientem, projektowanie ich doświadczeń i zarządzanie wielokanałową strategią.

Przedsiębiorca internetowy na tle wyzwań stawianych przez ustawodawstwo

Przedsiębiorcy, którzy prowadzą swoją działalność gospodarczą za pośrednictwem internetu, muszą zrealizować szereg obowiązków, aby zapewnić zgodność funkcjonowania swojej organizacji z przepisami prawa. Choć w powszechnej świadomości bez wątpienia kluczowym aktem prawnym, który nakłada obowiązki w tym obszarze, jest RODO, to jednak nie należy zapominać o pozostałych regulacjach mających istotny wpływ na kształt procesów w firmie. Warto także pochylić się nad zagadnieniem prawidłowego wdrożenia zasad ochrony danych osobowych, nie tylko z perspektywy realizacji obowiązków stawianych przez prawodawstwo z tego obszaru (m.in. wspomniane już RODO), ale również wycieku informacji i ochrony tajemnicy przedsiębiorstwa, która często stanowi najcenniejsze aktywa w przedsiębiorstwie. Dodatkowo tacy przedsiębiorcy powinni szczególną uwagę skupić na regulacjach dot. ochrony praw konsumenta.

Ustawa o prawach konsumenta

Jedną z kluczowych cech wyróżniających przedsiębiorców internetowych jest fakt, że swoje umowy z konsumentami zawierają oni na odległość lub poza lokalem przedsiębiorstwa. W przypadku takich transakcji przedsiębiorca ma obowiązek poinformować konsumenta w sposób jasny i zrozumiały m.in. o głównych cechach świadczenia, swojej tożsamości, cenie czy adresie do reklamacji najpóźniej w chwili wyrażenia przez konsumenta woli związania się umową na odległość lub poza lokalem przedsiębiorstwa. Uprawnieniem konsumenta w przypadku zawierania tego typu umów jest prawo odstąpienia od tej umowy w ciągu 14 dni, bez podawania przyczyny i obowiązku ponoszenia kosztów (z określonymi wyjątkami określonymi w ustawie – dot. m.in. poniesienia określonych kosztów zwrotu rzeczy). W przypadku umów zawieranych poza lokalem przedsiębiorstwa przedsiębiorca ma obowiązek udzielenia konsumentowi ww. informacji, utrwalonych na papierze lub – jeżeli konsument wyrazi na to zgodę – na innym trwałym nośniku w sposób czytelny i wyrażony prostym językiem. W przypadku umów zawieranych na odległość przedsiębiorca ma obowiązek przekazania takich informacji w sposób odpowiadający rodzajowi użytego środka porozumiewania się na odległość, czytelnie i prostym językiem. Na stronach internetowych służących do prowadzenia handlu elektronicznego wskazuje się w sposób wyraźny, najpóźniej na początku składania zamówienia, jasne i czytelne informacje o ograniczeniach dotyczących dostarczania oraz akceptowanych sposobach płatności.

Prawo telekomunikacyjne / mailing / informacja handlowa

Kolejnym z istotnych obszarów, o które należy zadbać, prowadząc działalność w zakresie e-commerce, jest kwestia kierowania do swoich klientów informacji handlowych czy innego rodzaju wiadomości, czy ofert. Jedną z regulacji, która w tym zakresie kreuje ograniczenia, jest art. 172 ustawy – Prawo telekomunikacyjne, zgodnie z którym zakazane jest używanie telekomunikacyjnych urządzeń końcowych i automatycznych systemów wywołujących dla celów marketingu bezpośredniego, chyba że abonent lub użytkownik końcowy uprzednio wyraził na to zgodę. Powyższe ograniczenie dotyczy stosowania marketingu bezpośredniego, zarówno w stosunku do konsumentów, jak i osób prawnych. Z kolei art. 10 ust. 1 ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną precyzuje, że zakazane jest przesyłanie niezamówionej informacji handlowej skierowanej do oznaczonego odbiorcy będącego osobą fizyczną za pomocą środków komunikacji elektronicznej, w szczególności poczty elektronicznej. W kolejnym ustępie zostało wyjaśnione, że informację handlową uważa się za zamówioną, jeżeli odbiorca wyraził zgodę na otrzymywanie takiej informacji, w szczególności udostępnił w tym celu identyfikujący go adres elektroniczny.

Przedsiębiorcy powinni zadbać zatem o uzyskanie zgody na przesyłanie informacji handlowej i dopilnować, by takie informacje nie były przesyłane osobom, które takiej zgody nie wyraziły.

Należy pamiętać, że w tym aspekcie trzeba zadbać również o to, aby zgoda (jako że dotyczy przetwarzania danych osobowych) spełniała wymagania określone w RODO. Pewne warunki określa także ww. ustawa o świadczeniu usług drogą elektroniczną.

Zgoda

Na ww. podstawie zgoda nie może być domniemana lub dorozumiana z oświadczenia woli o innej treści i musi istnieć możliwość odwołania tej zgody w każdym czasie. Swoiste ograniczenia w zakresie wyrażenia zgody określa RODO. Na jego podstawie zapytanie o zgodę musi zostać przedstawione w sposób pozwalający wyraźnie odróżnić je od pozostałych kwestii, w zrozumiałej i łatwo dostępnej formie, jasnym i prostym językiem. Ponadto zgoda musi być w każdym czasie możliwa do wycofania, a jej wycofanie musi być równie łatwe, jak jej wyrażenie.

Szczególną regulacją objęte zostały w RODO osoby, które nie ukończyły 16 lat. W przypadku usług społeczeństwa informacyjnego oferowanych bezpośrednio dziecku zgodne z prawem jest przetwarzanie danych osobowych nieletniego, który ukończył 16 lat. Jeżeli dziecko nie ukończyło 16 lat, takie przetwarzanie jest zgodne z prawem wyłącznie w przypadkach, gdy zgodę wyraziła lub zaaprobowała osoba sprawująca władzę rodzicielską lub opiekę nad dzieckiem oraz wyłącznie w zakresie wyrażonej zgody. Administrator, uwzględniając dostępną technologię, ma obowiązek podjąć rozsądne starania, by zweryfikować, czy osoba sprawująca władzę rodzicielską lub opiekę nad dzieckiem wyraziła zgodę lub ją zaaprobowała.

RODO

W przypadku RODO należy dodatkowo pamiętać o zabezpieczeniu procesów przetwarzania danych (w tym ww.) w zgodzie z zasadami wynikającymi z tego rozporządzenia – chodzi m.in. o stosowanie zasady privacy by design i privacy by default we wszystkich procesach przetwarzania danych osobowych. Konieczne jest również zadbanie o należytą realizację obowiązku informacyjnego na zasadzie art. 13 RODO. Jest to szczególnie istotne w kontekście różnorodności celów, dla których przetwarzane są dane przez sklepy e-commerce (m.in. kwestie dostawy towaru, zwrotów itp.), co wiąże się z różnymi podstawami do przetwarzania danych oraz różnymi okresami ich retencji. Przedsiębiorcy internetowi muszą ponadto zmierzyć się z problemem należytego poinformowania o przetwarzaniu danych typu cookies, które, upraszczając, służą do wyświetlania strony internetowej i zapewnienia różnych jej funkcjonalności.

Ustawa o cyberprzestępczości

Swoiste obowiązki dla dostawców usług cyfrowych (tj. osoba prawna albo jednostka organizacyjna nieposiadająca osobowości prawnej mająca siedzibę lub zarząd na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej albo przedstawiciela mającego jednostkę organizacyjną na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej, świadcząca usługę cyfrową, z wyjątkiem mikroprzedsiębiorców i małych przedsiębiorców, świadcząca usługi w zakresie funkcjonowania internetowej platformy handlowej, usługi przetwarzania w chmurze czy wyszukiwarek internetowych) określa ustawa o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa. Akt prawny wprowadza szereg obowiązków dla takich podmiotów w zakresie zabezpieczania danych czy zgłaszania incydentów do właściwego podmiotu (CSIRT MON, CSIRT NASK lub CSIRT GOV).

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Nowe technologie będą wspierały nauczycieli w szkołach. Przyszłością są robotyka, programowanie i rozszerzona rzeczywistość

Nauka programowania, robotyka, rozszerzona rzeczywistość – to jedne z głównych trendów, które rewolucjonizują edukację. Technologie mogą motywować uczniów do większego zaangażowania, spersonalizować proces nauczania, a przede wszystkim go uatrakcyjnić. W badaniach zdecydowana większość nauczycieli pozytywnie ocenia wpływ internetu i nowych technologii, choć w polskich szkołach jak na razie są one wykorzystywane w sposób bierny – głównie po to, aby odtwarzać filmy i wyświetlać prezentacje. Na międzynarodowych targach technologii edukacyjnych Bett w Londynie eksperci NASK szukali rozwiązań, które będzie można wdrożyć w polskich szkołach.

– Nowe technologie będą wspierały nauczycieli w procesach edukacyjnych oraz będą pomagały bardziej angażować uczniów. W Polsce często mówi się, że „najpierw nauka, potem zabawa”, ale widać wyraźnie, że cyfryzacja i nowe technologie pomagają wciągnąć ucznia w zabawę po to, żeby czegoś go nauczyć – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Bartłomiej Klinger, zastępca dyrektora NASK PIB, dyrektor ds. projektów administracyjno-edukacyjnych.

Uczniowie powszechnie korzystają z dostępu do sieci w szkole i poza nią. 82,5 proc. uczniów w wieku 9–17 lat codziennie łączy się z siecią przez telefon komórkowy. Dziewięciu na dziesięciu korzysta z internetu codziennie lub prawie codziennie – wskazują badania EU Kids Online. Z kolei z badań NASK wynika, że średni czas korzystania z internetu przez polskich nastolatków wynosi 4 godzin i 12 minut na dobę, a blisko co trzeci (27 proc.) spędza online od 2 do 4 godzin dziennie. 12 proc. szacuje, że ten czas przekracza 8 godzin dziennie.

Socjologowie określają nawet pokolenie urodzone po 1995 roku generacją „always on” albo generacją C (od angielskiego słowa „connected” – połączony), dla której Facebook, Snapchat, youtuberzy, influencerzy i aplikacje to naturalne środowisko. Inaczej przetwarzają treści, inaczej się uczą i zapamiętują, korzystają z innych form komunikacji i rozwijają inne kompetencje. W przyszłości na rynku pracy będą im też potrzebne całkiem inne umiejętności. Dlatego również edukacja musi korzystać z nowych technologii i odpowiadać na to wyzwanie.

 Wśród najważniejszych trendów, jakie można obserwować na Bett Show, są nauka programowania, robotyka i rozszerzona rzeczywistość wykorzystywana w edukacji. Te rzeczy mają potencjał, żeby rzeczywiście pomóc nauczycielom, także w Polsce – mówi Bartłomiej Klinger. – W polskich szkołach wiele z nich już mamy, nie mamy się czego wstydzić. Są zajęcia z robotyki i programowania. Rozszerzona rzeczywistość pojawia się też w podręcznikach czy na lekcjach angielskiego. Ważne, żeby tych technologii w szkołach było coraz więcej, a nauczyciele byli przygotowani do ich wykorzystywania.

Jak wynika z raportu „Nastolatki 3.0” NASK i PBS, dziś w polskim systemie edukacji internet i nowe technologie są na razie wykorzystywane głównie w sposób bierny, nastawiony na odtwórcze przyswajanie wiedzy. Jeżeli nauczyciele wykorzystują internet na zajęciach, to najczęściej po to, aby odtwarzać filmy (81,2 proc. wskazań uczniów) i wyświetlać prezentacje (77,6 proc.). Nieco rzadziej nauczyciele korzystają w trakcie zajęć z programów edukacyjnych (60,6 proc.) lub pokazują zdjęcia (48,1 proc.). Aby promować tych aktywnych, którzy prowadzą kreatywne zajęcia z wykorzystaniem internetu i nowych technologii, Ogólnopolska Sieć Edukacyjna prowadzi od ubiegłego roku projekt OSEhero.

Eksperci podkreślają, że technologie w edukacji mają potencjał, żeby motywować uczniów do większego zaangażowania, spersonalizować proces nauczania, a przede wszystkim go uatrakcyjnić.

– Technologie często są wsparciem dla podręczników i widać, że to jest dobry kierunek. Podręczniki są wyposażone w specjalne znaczniki i czytanie oraz oglądanie obrazków nie jest już płaskie. Staje się dla dzieciaków przestrzenne, wciąga w jakąś zabawę, grę, rozrywkę, w dyskusję z postaciami, które się w tej książce pojawiają – mówi Bartłomiej Klinger.

Jak wynika z raportu „Polska szkoła w dobie cyfryzacji”, opracowanego przez zespół badawczy Wydziału Pedagogicznego Uniwersytetu Warszawskiego oraz PCG Edukacja, 90 proc. pedagogów deklaruje wykorzystywanie cyfrowych technologii w nauczaniu (ok. 40 proc. – kilka razy w tygodniu, a 1/3 badanych – codziennie). Prawie 80 proc. nauczycieli ocenia, że zastosowanie cyfrowych technologii edukacyjnych podczas lekcji zwiększa zaangażowanie uczniów, a 70 proc. uważa, że uatrakcyjniają one zajęcia, choć tylko niewiele ponad połowa wierzy w pozytywny wpływ na ich efektywność. Jednak eksperci zauważają, że nauczyciele najczęściej wykorzystują prezentacje multimedialne lub tablice interaktywne, prowadząc zajęcia nastawione na przekaz informacji – a nie na kreatywny rozwój uczniów.

Przełomem było uruchomienie Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej, która do końca 2020 roku podłączy wszystkie szkoły w całym kraju do szerokopasmowego internetu o przepustowości co najmniej 100 Mb/s. Dzięki temu lekcje będą prowadzone przy wykorzystaniu nowych technologii i internetu, a model kształcenia w polskich szkołach ma się całkowicie zmienić – z analogowego na cyfrowy.

– NASK jest operatorem Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej, co jest dość dużym wyzwaniem. Naszym zadaniem jest też stworzyć usługi i rozwiązania cyfrowe, które będą dostępne dla wszystkich nauczycieli. W tym celu jesteśmy na targach Bett Show w Londynie i podglądamy to, co pokazuje świat i jakie rozwiązania wdrażają inni. Chcemy pewne elementy zapożyczyć i wykorzystać u nas. Idea jest taka, żeby np. technologia rozszerzonej rzeczywistości była dostępna dla każdego nauczyciela w każdej polskiej szkole – podkreśla dyrektor ds. programu OSE.

W trakcie międzynarodowych targów technologii edukacyjnych Bett w Londynie prezentowane są innowacje wykorzystujące technologie wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości, interaktywnych aplikacji mobilnych, e-learningu i inne cyfrowe rozwiązania, które można zastosować w szkołach.

W Polsce działa już nawet 300 start-upów medycznych. Specjalizują się głównie w rozwiązaniach z zakresu telemedycyny oraz sztucznej inteligencji

Na polskim rynku funkcjonuje kilkaset start-upów wyspecjalizowanych w technologiach medycznych. Dominują wśród nich firmy tworzące rozwiązania z zakresu telemedycyny oraz przetwarzania danych medycznych przy wykorzystaniu m.in. technologii uczenia maszynowego i sztucznej inteligencji. Polska Federacja Szpitali przygotowała obszerny raport, który opisuje funkcjonowanie tej perspektywicznej branży na naszym rynku. Według ekspertów medyczne start-upy powinny przede wszystkim myśleć o ekspansji zagranicznej.

– Jest wielu dyrektorów szpitali, którzy są bardzo innowacyjni i chcą wdrażać nowe rozwiązania, natomiast problem jest z brakiem wiedzy. W różnych szpitalach różne osoby zajmują się wdrażaniem takich innowacji. To może być dyrektor generalny, dyrektor ds. medycznych, ordynator oddziału albo lekarz na danym oddziale. Przez to kontakt ze strony start-upów może być utrudniony. Sektor szpitalnictwa rozwija się i dostrzega innowacyjne rozwiązania dotyczące organizacji działania szpitala, dyrektorzy dostrzegają potrzebę rozwoju i ciągłego udoskonalania swojej organizacji – mówi agencji Newseria Innowacje Ligia Kornowska, dyrektor zarządzająca Polskiej Federacji Szpitali.

Według szacunków Polskiego Funduszu Rozwoju w naszym kraju funkcjonuje obecnie 150 start-upów specjalizujących się w technologiach tworzonych na potrzeby rynku medycznego. Faktyczna liczba zespołów zainteresowanych innowacjami z zakresu medycyny może być jednak znacznie większa. Z badań przeprowadzonych przez ekspertów Polskiej Federacji Szpitali wynika, że gdyby wziąć pod uwagę również te grupy, które nie mają jeszcze formy prawnej, w Polsce funkcjonowałoby od 280 do 300 start-upów medycznych.

Eksperci z Polskiej Federacji Szpitali opracowali raport „Top Disruptors in Healthcare”, w którym opisano 74 start-upy funkcjonujące w polskiej branży medycznej. Tak szeroki zakres badań – obejmujący w zależności od szacunków od 25 do 50 proc. całego rynku – pozwala przyjrzeć się dominującym trendom i wskazać najbardziej perspektywiczne rozwiązania technologiczne.

– Jeśli chodzi o obszary, w których start-upy w naszym raporcie się obracają, to jest ich co najmniej kilkanaście. Są to telemedycyna, wyroby medyczne, sztuczna inteligencja czy część organizacyjna szpitala, czyli narzędzia wspomagające jego organizację. Nie mamy niestety ani jednego start-upu, który by się zajmował blockchainem w ochronie zdrowia, a jest to dość popularny temat, jeśli patrzymy na świat i Europę. Jednak mamy nadzieję, że w drugiej edycji raportu już znajdziemy taki start-up – mówi ekspertka.

Wśród przebadanych start-upów największą popularnością cieszą się te wyspecjalizowane w produkcji narzędzi z zakresu telemedycyny – aż 45,9 proc. funkcjonuje w tym segmencie gospodarki. Równie popularne są technologie wspomagające przetwarzanie danych medycznych (40,5 proc.) oraz produkcja wyrobów medycznych (35,1 proc.). Co trzecia firma wdraża także rozwiązania z zakresu sztucznej inteligencji oraz uczenia maszynowego, które pozwalają szybciej, skuteczniej i precyzyjniej przetwarzać informacje w ramach nowych narzędzi informatycznych.

Raport wskazuje także najczęstsze źródło finansowania polskich start-upów medycznych. Połowa firm korzysta z funduszy pozyskiwanych ze środków publicznych, 41,9 proc. badanych współpracuje z prywatnymi inwestorami, a jedynie 31,2 proc. samodzielnie finansuje rozwój swoich technologii. Co ciekawe, mimo iż 83,3 proc. start-upów nadal poszukuje dodatkowych źródeł finansowania w kwotach od 0,5 do 400 mln zł, to 43,2 proc. przebadanych firm już notuje powtarzalne przychody ze sprzedaży swoich usług oraz technologii.

– W Polsce jest bardzo dużo start-upów, które zajmują i chcą się zajmować obszarem medycznym i obszarem ochrony zdrowia. Problem natomiast jest z ich komercjalizacją, dostosowaniem czy wdrożeniem do finansowania ze środków publicznych. A także z wyjściem z tymi rozwiązaniami na rynek europejski czy światowy. Widzimy w naszym raporcie, że dużo więcej start-upów mogłoby starać się o ekspansję zagraniczną, ponieważ polski rynek jest dość mały i trudno będzie zostać jednorożcem start-upowym, czyli osiągnąć powyżej 1 mld dol. przychodu, działając tylko w Polsce – uważa Ligia Kornowska.

Według firmy badawczej Grand View Research wartość globalnego rynku start-upów medycznych do 2025 roku wzrośnie do 509,2 mld dol. W najbliższych latach ma się rozwijać w tempie 22,7 proc. w skali roku.

Inteligentne urządzenie pomoże rozwiązać problem niedoborów wody na świecie. Pozwoli także zaoszczędzić 45 proc. wody zużywanej w gospodarstwach domowych

Do 2025 roku nawet dwie trzecie światowej populacji może stanąć w obliczu niedoboru wody. Badanie Wspólnego Centrum Badawczego Komisji Europejskiej ocenia prawdopodobieństwo wojen o wodę na 95 proc. w ciągu najbliższych 50–100 lat. Dlatego też firmy coraz częściej szukają sposobów na ograniczenie jej zużycia. Hydraloop opracował inteligentne urządzenie do recyklingu wody. Dzięki systemowi można odzyskać do 95 proc. wody z prysznica i wanny oraz opcjonalnie 50 proc. z pralki. Dzięki temu do ponownego użytku trafia do 85 proc. całkowitej wody użytkowej.

– Hydraloop to system recyklingu wody do zastosowania w domach prywatnych i budynkach. Zbiera on wodę z odpływu umywalki, prysznica i wanny, oczyszcza ją, dzięki czemu może być w bezpieczny sposób wykorzystana do spłukiwania toalety, prania w pralce czy podlewania ogrodu – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Arthur Valkieser z Hydraloop Systems.

Ścieki szare, czyli woda po kąpieli, prysznicu, z pralek, zmywarek i zlewów, zazwyczaj stanowią 50–80 proc. ścieków z gospodarstw domowych. Właściwie poddana recyklingowi woda szara może zaoszczędzić około 70 litrów wody na osobę dziennie w gospodarstwach domowych, dlatego jest to jedno z wielu rozwiązań, które mogą znacznie zmniejszyć ilość zużywanej wody i oszczędzić w ten sposób na rachunkach za nią. Choć nawet oczyszczona szara woda nie nadaje się do spożycia, to można ją wykorzystać do spłukiwania toalet czy podlewania ogrodu.

Hydraloop opracował rewolucyjny system recyklingu, bez filtra, za to z samoczyszczącym się mechanizmem.

– Musimy zmienić sposób odzyskiwania wody. Najlepszym i najprostszym sposobem na to jest jej dwukrotne wykorzystanie. Przedsiębiorstwo wodociągowe dostarcza wodę, bierzesz prysznic, a następnie za pomocą urządzenia Hydraloop oczyszczasz ją do ponownego wykorzystania w spłuczce, pralce, do codziennego uzupełniania wody w basenie czy podlania ogrodu. Czteroosobowa rodzina może odzyskać 75 tys. litrów wody rocznie – podkreśla Arthur Valkieser.

Hydraloop pozwala zaoszczędzić 45 proc. wody poprzez recykling do 85 proc. pobieranej wody wodociągowej. Oprócz tego można odzyskać aż do 95 proc. wody z prysznica i kąpieli. Kolejny produkt, Hydraloop Xtra, umożliwia odzyskanie do 95 proc. wody z prysznica i kąpieli oraz dodatkowo 70 proc. wody użytej do prania. Łącznie całkowity odzysk wody użytkowej z Hydraloop Xtra sięga 85 proc.

Całkowita oszczędność energii przy czteroosobowej rodzinie to odpowiednik ok. 600 kWh na rok. Sam Hydraloop zużywa blisko 200 kWh rocznie, więc oszczędność energii netto sięga 400 kWh rocznie.

– Nasz system nie wymaga żadnej konserwacji. Wystarczy profilaktyczna kontrola raz w roku. System podłączony jest do serwera głównego, a właściciel domu otrzymuje informację zwrotną dotyczącą ilości odzyskanej wody oraz sposobów na wypracowanie równowagi między wygodą stosowania a odzyskiwaniem wody – zapewnia Valkieser.

Organizacja WWF szacuje, że obecnie 1,1 mld ludzi na całym świecie nie ma dostępu do wody. Jej brak to problem sanitarny dla ponad 2 mld osób. Sytuacja jest coraz gorsza, a do 2025 roku dwie trzecie światowej populacji może stanąć w obliczu niedoboru wody. Badanie Wspólnego Centrum Badawczego Komisji Europejskiej wskazuje, że w przyszłości wojny o wodę staną się czymś powszechnym. W ciągu 50100 lat ich prawdopodobieństwo naukowcy oceniają na 7595 proc.

– Jeżeli w ciągu kilku dekad połowa ludności na świecie zaczęłaby odzyskiwać wodę w gospodarstwach domowych, zużywalibyśmy jej mniej niż obecnie, i to przy populacji liczniejszej o 2,5 mld – podkreśla Arthur Valkieser.

Bitcoin lubi strach. Dolar dalej mocny

Na rynkach tematem numer jeden powoli staje się koronawirus. Dzisiaj jednak Donald Trump zapowiedział kolejną wersję porozumienia bliskowschodniego. Jeżeli doszłoby do niego, można spodziewać się sporych zmian kursów.

Porozumienie stulecia

Donald Trump ogłosi dzisiaj swój plan pokojowy dla Bliskiego Wschodu. Projekt określany jest mianem “porozumienia stulecia”, problem w tym, że pomimo tej nazwy może do samego porozumienia nie dojść. Palestyńczycy wstępnie odrzucili ten plan, ale prezydent USA wierzy, że zmienią zdanie. Donald Trump zachwala swoją propozycję, ale nie zdradza na razie szczegółów. Gdyby udało się doprowadzić do tego porozumienia, to byłby to bardzo mocny sygnał w ramach tegorocznych wyborów prezydenckich. Na razie rynki patrzą optymistycznie a dolar jest blisko swoich maksimów wielomiesięcznych.

Bitcoin lubi strach

Niepewność na rynkach powoduje, że w górę idą często bardzo dziwne aktywa. Jednym z nich są kryptowaluty, które zyskują zarówno jako inwestycja alternatywna, jak i z powodu zawirowań politycznych na Bliskim Wschodzie. W rezultacie pomimo tego, że w grudniu najpopularniejsza kryptowaluta oscylowała w okolicy 7000 dolarów i analitycy zastanawiali się, kiedy znów spadnie, teraz wzrosła do 9000 dolarów.

Dolar dalej mocny

Wczoraj po słabszych danych z Niemiec również Amerykanie nie zachwycili rynków. Indeks IFO w Niemczech pokazał słabszy odczyt od oczekiwań. Warto jednak zwrócić uwagę na fakt, że patrząc na ostatnie miesiące, były one wyjątkowo optymistyczne. W USA poznaliśmy z kolei dane na temat sprzedaży nowych domów. Pomimo optymistycznych prognoz wskaźnik okazał się taki sam jak przed rokiem. Słabsze dane z rynku nieruchomości nie mają już jednak takiej mocy jak jeszcze kilka lat temu, kiedy mocno łączono je z kryzysem 2008 roku. W efekcie dolar kolejny dzień zbliżał się do bariery 1,10 dolara za euro, przez moment ją uzyskując.

Maciej Przygórzewski główny analityk w Internetowykantor.pl

Sztywne godziny pracy nie zawsze się sprawdzają

Na współczesnym rynku pracy dominuje tzw. pokolenie Y, które szczególnie ceni balans pomiędzy życiem prywatnym a zawodowym.  Bardzo cenią sobie czas wolny, który mogą wykorzystać na rozwój osobisty, hobby czy po prostu odpoczynek, stąd bardzo poświęcają ten czas na dłuższe pozostanie w pracy. Pracownicy z pokolenia Y bardzo doceniają możliwość częściowej pracy zdalnej i elastyczny wymiar pracy. Pracodawcy nie zawsze chcą lub nie mogą zgodzić się na takie rozwiązanie. Warunkowane jest to przede wszystkim branżą. O ile np. w agencjach kreatywnych jest to możliwe, a nawet korzystne dla efektywności pracy, to w przypadku administracji, pracy w instytucjach czy firmach obsługujących klientów stacjonarnie byłoby to trudne w realizacji. W takich przypadkach odgórnie wyznaczone godziny pracy lepiej się sprawdzają, chociaż zależy to również od podejścia pracowników. Zdarzają się osoby, które równo o godzinie 17 wyłączają komputery i wychodzą z pracy niezależnie, od tego, czy wykonali swoje zadania czy nie. Pokazuje to, jak ważna jest komunikacja pomiędzy pracownikami i pracodawcą.

Myślę, że dobrym rozwiązaniem zarówno dla pracowników jak i pracodawców jest rozliczanie godzin pracy oparte na raportach godzinowych. Teoretycznie obowiązuje 8 godzinny dzień pracy, jednak można ten czas dowolnie regulować. Jeśli jednego dnia dużo dzieje się w firmie pracownicy nie mają problemy z pozostaniem w biurze dłużej, bo wiedzą, że innego dnia będą mogli wyjść wcześniej. To też dobry sposób, aby skrócić sobie dzień pracy na koniec tygodnia i mieć dłuższy weekend.

Dobierając sposób wyznaczania godzin pracy warto zwrócić uwagę na indywidualne czynniki. To co sprawdzi się w 80% załogi niekoniecznie będzie dobrze odebrane przez pozostałe 20%. Zdarzają się osoby, które nie potrafią odnaleźć się w systemie innym niż sztywnie wyznaczona 8 godzin pracy dziennie. Tego typu pracownicy lepiej sprawdzą się w zadaniach administracyjnych, które zwykle bez żadnego uszczerbku dla wyniku można wykonywać w niezmiennych godzinach.

Komentarz przygotowany przez Katarzynę Bereś, prezes zarządu w Agencji Pośrednictwa Pracy Polski HR EAST

Co trzeba wiedzieć o split payment w obcej walucie?

W jaki sposób zapłacić za fakturę walutową w mechanizmie podzielonej płatności (MPP)? To jeden z dylematów przedsiębiorców związany z nowymi obowiązkami.

 

Split payment, czyli podzielona płatność, obowiązuje od 1 listopada 2019 roku. Najprościej rzecz ujmując,  split payment dotyczy podatku VAT i sprowadza się do rozdzielenia przez nabywcę towarów lub usług kwoty faktury na dwa osobne rachunki – rachunek rozliczeniowy i rachunek VAT. Obowiązek zapłaty z zastosowaniem mechanizmu podzielonej płatności dotyczy faktur, których wartość brutto przekracza 15 tys. zł, dokumentujących sprzedaż towarów lub usług wskazanych w załącznik nr 15 do ustawy o VAT (tzw. towary i usługi wrażliwe).

Nowe regulacje dotyczące split payment obowiązują już blisko trzy miesiące. Niestety wspomniane przepisy nadal są problematyczne dla wielu przedsiębiorstw. Sporo wątpliwości dotyczących split payment budzą m.in. płatności za faktury w walucie obcej. Warto więc mocniej pochylić się nad tym zagadnieniem.

Prawo o rozliczeniach w obcej walucie

Przedsiębiorcy – mając ku temu podstawy biznesowe – mogą preferować fakturowanie oraz rozliczenia z polskimi kontrahentami w walucie obcej. Jednak zgodnie z art. 106e ust. 11 ustawy o VAT kwoty podatku na fakturze wykazuje się w polskich złotych. Przedsiębiorcy stosując się do przywołanego przepisu wystawiają faktury w walucie obcej, jednocześnie podając kwotę VAT w złotych.

Jak stanowi art. 108a ust. 3 ustawy o VAT zapłata z zastosowaniem mechanizmu podzielonej płatności dokonywana jest w złotych. Powstaje więc problem, w jaki sposób zapłacić za fakturę walutową w mechanizmie podzielonej płatności? Niestety takiej płatności nie można dokonać za pośrednictwem jednego komunikatu przelewu. Przy użyciu split payment należy zapłacić podaną w złotych kwotę VAT, zaś kwotę netto faktury opłacić oddzielnym przelewem w walucie obcej.

Aby lepiej wytłumaczyć sytuację, warto odwołać się do konkretnego przykładu. Wyobraźmy sobie, że podatnik otrzymał od czynnego podatnika podatku VAT fakturę na kwotę netto 1000 euro + VAT  230 euro (988,43 zł), którą chciałby zapłacić w mechanizmie podzielonej płatności. W tym celu musi w komunikacie przelewu MPP jako kwotę podatku wskazać kwotę VAT przeliczoną na polską walutę określoną na fakturze tj. 988,43 zł i tę samą kwotę wskazać jako kwotę brutto, gdyż płatność w split payment dotyczy tylko kwoty podatku. Podatnik musi standardowo podać w komunikacie numer faktury, za którą płaci oraz numer NIP kontrahenta. W oddzielnym komunikacie przelewu walutowego podatnik wskazuje kwotę netto faktury w euro.

– Katarzyna Pożarowszczyk, ekspert ds. podatku VAT w MDDP Outsourcing

Sztorm nad maltańskim sektorem jachtowym

Maltański rejestr statków należy do największych na świecie. Malta to również jeden z najpopularniejszych krajów pod względem rejestracji jachtów rekreacyjnych. Na Malcie obowiązują przepisy unijne, jasne przepisy dotyczące hipotek jachtowych i niskie koszty rejestracji. Jeszcze do niedawna państwo to stanowiło swego rodzaju raj dla właścicieli jachtów. Jednak nawet w raju zdarzają się silne sztormy i gwałtowne burze.

Ognie Świętego Elma nad maltańskim sektorem jachtowym

Z dniem 8 marca 2018 r. Komisja Europejska powiadomiła Maltę o wszczęciu postępowania w sprawie uchybienia zobowiązaniom państwa członkowskiego z powodu niepobierania właściwej kwoty podatku od wartości dodanej w sektorze jachtowym.

Komisja wskazała w swoim oświadczeniu, iż uchylanie się od opłaty podatku VAT na podstawie regulacji maltańskich może powodować poważne zakłócenia w relacjach z innymi państwami członkowskimi.

Postępowanie wszczęte przeciwko Malcie w sprawie uchybienia zobowiązaniom dotyczy przede wszystkim:

  • obniżonej stawki VAT stosowanej przy leasingu jachtów – zgodnie z wytycznymi maltańskimi im większy jacht, tym częściej uznawano, że leasing jachtu nie będzie odbywał się na wodach terytorialnych UE, co znacznie obniżało obowiązującą stawkę VAT;
  • nieprawidłowego opodatkowania na Malcie tzw. zakupu leasingowego – prawo maltańskie klasyfikowało leasing jachtu jako świadczenie usługi, a nie jako dostawę. Skutkowało to tym, że podatek VAT naliczany był według stawki standardowej od niewielkiej kwoty rzeczywistej ceny kosztu jachtu przy ostatecznym jego wykupie. Reszta natomiast była opodatkowana jako świadczenie usługi według znacznie bardziej obniżonej stawki VAT.

Malta dostała 2 miesiące na ustosunkowanie się do argumentów przedstawionych przez Komisję i opracowanie nowych wytycznych do rozliczania VAT w sektorze jachtowym.

Nowe wytyczne rozliczania VAT gwiazdą żeglarską dla maltańskiego sektora jachtowego

Pod koniec lutego 2019 r. komisarz skarbowy na Malcie opublikował nowe wytyczne dotyczące obliczania podatku VAT od transakcji związanych z leasingiem jachtów rekreacyjnych przez podmiot zarejestrowany na Malcie. Zmiany te zostały wprowadzone w celu odzwierciedlenia zmian dokonanych na poziomie UE w sektorze jachtowym przy jednoczesnej transpozycji zasad określonych w dyrektywie VAT.

Wcześniej opłata VAT ustalana była w zależności od rodzaju i długości jachtu, przy czym stawka efektywna mogła zostać potencjalnie obniżona z 18% do 5,4% (w przypadku łodzi żaglowych lub motorowych o długości ponad 24 m). Zgodnie z nowymi wytycznymi stawkę podatku VAT należy uzależnić od czasu spędzonego przez jacht na wodach terytorialnych UE.

Zasadniczo, jeżeli leasingobiorca korzysta z jachtu całkowicie poza wodami terytorialnymi UE, wówczas od tych transakcji nie jest należny podatek VAT. Nowe wytyczne dotyczące podatku VAT nakładają pewne obowiązki na leasingodawcę i leasingobiorcę w celu sprawiedliwego określenia sposobu korzystania z jachtu na wodach terytorialnych UE.

Rejs po nowych wytycznych rozliczania VAT

  1. Leasingodawca musi posiadać maltański numer identyfikacyjny VAT;
  2. Dany jacht musi zostać oddany do dyspozycji leasingobiorcy na Malcie;
  3. Leasingobiorcą nie może być osoba prowadząca działalność gospodarczą (nie może być podatnikiem);
  4. Umowa leasingu musi zostać zatwierdzona przez komisarza skarbowego;
  5. Leasingobiorca musi przekazać leasingodawcy informacje poparte danymi zebranymi metodami technologicznymi/technicznymi pozwalającymi na ustalenie faktycznego korzystania z jachtu na wodach terytorialnych UE i poza nimi;
  6. Przy płatnościach z tytułu leasingu za pierwszy kwartał VAT cała kwota będzie podlegała opodatkowaniu podatkiem VAT w wysokości 18%. Opłaty leasingowe za II kwartał VAT również będą podlegały opodatkowaniu podatkiem VAT w wysokości 18%, jednak w II kwartale zwrot podatku VAT należny na podstawie czasu spędzonego przez jacht poza wodami terytorialnymi UE w I kwartale zostanie obliczony na podstawie zachowanych danych wskazanych w pkt 5 powyżej. Podatek VAT należny w II kwartale zostanie potrącony z wszelkich zwrotów podatku VAT należnych w odniesieniu do I kwartału i różnicy zapłaconej maltańskim organom podatkowym w II kwartale. Takie wyliczenie trzeba będzie wykonać dla każdego kwartału VAT.

Nowe wytyczne dotyczące rozliczania podatku VAT określają sposób naliczania podatku VAT w momencie rozpoczęcia leasingu, w zależności od daty rozpoczęcia leasingu w porównaniu z okresem podatkowym leasingodawcy.

Spokojny kurs w kierunku portu

Opisane powyżej wytyczne VAT dotyczące leasingu jachtów na Malcie w dalszym ciągu stanowią propozycję komisarza skarbowego i nie zostały jeszcze oficjalnie wprowadzone w życie. Mogą one ulec zmianie jeszcze przed oficjalną ratyfikacją.

Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

PZF: ponad 18 tys. firm w Polsce korzysta z faktoringu

Polski rynek faktoringowy zakończył 2019 r. z 16 – procentowym wzrostem obrotów. Firmy zrzeszone w Polskim Związku Faktorów nabyły wierzytelności wynikające z faktur wystawionych przez krajowych przedsiębiorców o łącznej wartości 281,7 mld zł. Dynamika rozwoju sektora pod koniec roku wyhamowała, a największy wpływ na słabnące tempo miały zmieniające się warunki prawne oraz pogarszająca się sytuacja makroekonomiczna. Mimo to faktoring zachował dwucyfrowy wzrost obrotów, dowodząc silnej odporności na negatywne zjawiska rynkowe. Firmy członkowskie PZF pozyskały nowych klientów, a ich łączna liczba w 2019 r. przekroczyła 18 tys.

Polski Związek Faktorów (PZF) skupia obecnie przeważającą część podmiotów świadczących usługi faktoringowe. Zrzesza 31 członków: 5 banków komercyjnych, 19 wyspecjalizowanych firm udzielających finansowania, 4 podmioty o statusie partnera oraz 3 członków honorowych.

Firmy należące do PZF sfinansowały w 2019 r. działalność krajowych przedsiębiorstw na łączną kwotę 281,7 mld zł. Dzięki temu rynek zanotował wzrost o 16 proc.

Wykres 1. Obroty firm zrzeszonych w Polskim Związku Faktorów w 2019 r. (w mld zł) 18 tys firm w Polsce korzysta z faktoringu 1

18 tys firm w Polsce korzysta z faktoringu– Za nami bardzo trudny rok. Najwięcej obaw budziły zmiany prawne, bardzo głęboko ingerujące w funkcjonowanie firm faktoringowych. Adaptacja do nowych regulacji była szczególnie wymagająca i nie pozostała bez wpływu na nasz sektor. Wprowadzenie mechanizmu podzielonej płatności, najpierw dobrowolnego, a następnie – obowiązkowego, uruchomienie białej listy podatników VAT i uregulowania dotyczące terminów płatności, wiązały się z bardzo intensywnym zaangażowaniem rynku zarówno w proces konsultacji legislacyjnych, jak i na dalszym etapie – w adaptację uczestników sektora do nowych warunków. Wszystkie te zmiany wywarły wpływ na wyhamowanie wzrostu rynku zwłaszcza w ostatniej fazie 2019 r. Niestabilne prawo jest także problemem dotykającym przedsiębiorców. Wskazywali je choćby w Szybkim Monitoringu NBP jako jedną z najbardziej dotkliwych barier rozwoju – wyjaśnia Sebastian Grabek, Przewodniczący Komitetu Wykonawczego PZF.

– Dla wyników rynku znaczenie miała także sytuacja makroekonomiczna. Krajowa gospodarka wyhamowuje i wywiera to wpływ na faktoring. Gorszy od oczekiwań okazał się wynik PKB za III kwartał 2019 r. Zamiast oczekiwanych 4,1 proc. wskaźnik wzrósł o 3,9 proc. Również indeks PMI zatrzymał się w październiku na poziomie 45,6 pkt. mimo prognoz na poziomie 48 pkt. W drugiej połowie roku przedsiębiorstwa odnotowały słabnącą dynamikę produkcji przemysłowej i sprzedaży. Tendencja spadkowa ujawniła się także w eksporcie. Dotkliwiej odczuwają ją ci, którzy prowadzą sprzedaż głównie na rynkach europejskich. Jednak w tych trudnych warunkach nasz rynek odnotował dwucyfrowy wzrost. Faktoring kolejny już raz pokazał, że jest usługą odporną na pogorszenie sytuacji w otoczeniu. Dowiódł tego w latach kryzysu, dowodzi tego również dziś, kiedy dotykają go z jednej strony głębokie zmiany prawne, z drugiej – słabnąca siła całej gospodarki – dodaje Sebastian Grabek.

Najpopularniejszą formą faktoringu, podobnie jak na innych rozwiniętych rynkach europejskich, pozostaje faktoring pełny. Umożliwia szybki dostęp do środków na bieżącą działalność, połączony z ochroną przed brakiem zapłaty za dostarczone towary lub usługi ze strony kontrahentów. Podmioty zrzeszone w PZF objęły w 2019 r. w jego ramach blisko 145 mld zł wierzytelności, co stanowi 51 proc. obrotów całego rynku.

Z usług firm należących do PZF korzysta obecnie 18 tys. przedsiębiorstw, szczególnie małych i średnich. Wystawiły one blisko 12,7 mln faktur, na podstawie których krajowi faktorzy udzielili finansowania.

– Pomimo obaw i niepewności związanych z legislacyjnym i regulacyjnym huraganem, liczba podmiotów gospodarczych sięgających po faktoring w 2019 r. wzrosła.

Dostrzegalne rezultaty przynoszą prowadzone wśród przedsiębiorców działania edukacyjne całej branży.

Na uwagę zasługuje też fakt, że rośnie liczba mikroprzedsiębiorstw stawiających na faktoring. Korzystają one z oferty nie tylko młodych fintechów, ale także dużych faktorów o ugruntowanej pozycji.

Przedsiębiorcy dostrzegli, że faktoring pozwala uniknąć ryzyka wpadnięcia w zatory płatnicze. Dlatego przedstawiają coraz więcej faktur do sfinansowania – dodaje Sebastian Grabek.

Wykres 2. Liczba klientów firm zrzeszonych w PZF w latach 2017 – 2019 (w tys.)18 tys firm w Polsce korzysta z faktoringu 2

Z usług firm faktoringowych w ujęciu sektorowym, najczęściej korzystają przedsiębiorstwa: produkcyjne i dystrybucyjne. Utrzymanie płynności finansowej w ich przypadku decyduje o przetrwaniu lub rozwoju. Faktoring umożliwia im zachowanie dobrej kondycji ekonomicznej, a przez to – stabilnej pozycji rynkowej i przewagi konkurencyjnej.

Wykres 3 Struktura obrotów firm zrzeszonych w PZF w 2019 r. w ujęciu sektorowym

18 tys firm w Polsce korzysta z faktoringu 3– Przed nami wiele wyzwań. Chcemy przekonać do naszych usług większą liczbę eksporterów. Obecnie faktoring międzynarodowy rośnie wolniej niż krajowy. Ponadto barierą w uzyskaniu przez przedsiębiorców finansowania są kontraktowe zakazy cesji. PZF zabiega o zmiany prawne zmierzające do tego, aby nie obowiązywały one wierzytelności pieniężnych. Wierzymy, że nasze postulaty w ramach kampanii „Wolne Faktury” zaowocują korzystnymi regulacjami – podsumowuje Sebastian Grabek.

Najmniejsze firmy w największych kłopotach. Są w najgorszej kondycji od 5 lat

W I kwartale 2020 subindeks Barometru EFL dla mikroprzedsiębiorców już po raz trzeci spadł, co pogłębiło rekordowo niski poziom w tej grupie. Wartość wskaźnika wyniosła tylko 46,4 pkt., o 0,3 pkt. mniej niż w ostatnim kwartale ubiegłego roku. Jest to najniższy wynik tej grupy przedsiębiorstw od początku realizacji badania (od stycznia 2015 roku). W przypadku małych i średnich firm nastroje lekko się poprawiły (odpowiednio o 0,3 pkt. oraz o 1,5 pkt.).O ile jednak w firmach średnich obecny poziom plasuje się wśród przeciętnych na przestrzeni ostatnich pomiarów (56,1 pkt.), o tyle w firmach małych wciąż nie przekroczył granicy 50 pkt. (49,8 pkt.) i pozostaje jednym z najniższych.

Radosław Woźniak, prezes EFL, zwraca uwagę, że nie ziścił się pesymistyczny scenariusz nakreślony w ubiegłym roku, zgodnie z którym do firm mikro i małych, znajdujących się poniżej progu ograniczonego rozwoju, dołączą średnie podmioty. – Pierwszy tegoroczny pomiar pokazał, że najmniejsze i największe firmy z sektora MŚP znajdują się na dwóch biegunach. Mikroprzedsiębiorcy z kwartału na kwartał czują, że warunki do prowadzenia ich biznesu są coraz trudniejsze. Obawiają się o swoją przyszłość, rezygnują z dodatkowego finansowania na inwestycje. Z drugiej strony średnie firmy pozostają cały czas odporne na negatywne zewnętrzne czynniki makroekonomiczne i odnotowują coraz wyższe odczyty. Taka polaryzacja nastrojów z pewnością nie służy polskiej gospodarce – komentuje Radosław Woźniak, prezes EFL.

Mikrobiznes w makrokłopotach

W I kwartale br. wartość Barometru EFL po raz kolejny spadła w grupie najmniejszych przedsiębiorstw zatrudniających do 9 pracowników. Subindeks wyniósł tylko 46,4 pkt. i jest to wynik o 0,3 pkt. niższy niż kwartał wcześniej i o 2,5 pkt. niższy niż w I kwartale 2019 roku. Co więcej, jest to już trzeci w ciągu roku pomiar (III kwartał 2019, IV kwartał 2019, I kwartał 2020), gdy wynik dla firm mikro osiąga wartość poniżej 50 pkt. Tak wielu niskich odczytów nie odnotowała do tej pory żadna z grup wyróżnionych z uwagi na wielkość zatrudnienia.

Na niski odczyt dla mikrofirm miały wpływ przede wszystkim pesymistyczne prognozy w obszarze sprzedaży. Tylko 18 proc. ankietowanych liczy na większe zamówienia, podczas gdy kwartał wcześniej sprzedażowych optymistów było nieco więcej, bo 22 proc. Sporo lepiej przedstawia się obszar inwestycyjny, gdyż 26 proc. mikroprzedsiębiorców spodziewa się więcej inwestować – w ostatnim kwartale 2019 roku tylko 8 proc. Mniej „maluchów” niż 3 miesiące temu, spodziewa się też lepszej płynności finansowej – 14,5 proc. vs. 17,5 proc. Jeszcze mniej zapowiada większą potrzebę na finansowanie zewnętrzne – 4,5 proc. vs. 10 proc.

Bez optymizmu także w małym biznesie

O niskim wyniku można powiedzieć również w przypadku firm zatrudniających od 10 do 49 osób. Subindeks Barometru EFL wyniósł tylko 49,8 pkt. i był wyższy, o 0,3 pkt. kwartał do kwartału. Jest to drugi odczyt poniżej progu OR dla tej grupy przedsiębiorstw od początku realizacji badania (od stycznia 2015 roku).

Wśród małych firm odsetek optymistów inwestycyjnych jest na wyższym poziomie niż kwartał wcześniej – 32 proc. vs. 19,6 proc. i niż w analogicznym okresie 2019 roku – 18,9 proc. Więcej jest także małych podmiotów prognozujących wyższą sprzedaż – prawie 29 proc., podczas gdy w IV kwartale 2019 – 25 proc, a w I kwartale 2019 – 24 proc. Podobnie jak w przypadku mikroprzedsiębiorców bardzo mało podmiotów planuje uzyskać większe finansowanie zewnętrzne.

Średniaki radzą sobie najlepiej

Tylko w firmach średnich poziom wskaźnika utrzymuje się powyżej 50 pkt. W I kwartale br. wyniósł 56,1 pkt.i był wyższy o 1,5 pkt. kw./kw. Co więcej, jest to także dużo lepszy wynik niż w I kwartale ubiegłego roku, o 7 pkt. Widać zatem, że średnie firmy zatrudniające od 50 do 249 osób rozpoczęły ten rok w zdecydowanie lepszych nastrojach niż 2019 rok.

Optymizm uwidocznił się wśród średnich podmiotów w szczególności w obszarze inwestycji – aż 4 na 10 uważa, że na początku roku zwiększy swoje inwestycje. Kwartał wcześniej i rok wcześniej tego zdania było tylko po 17 proc. „średniaków”. Odwrotnie jest z obszarem sprzedaży – tutaj to średnie firmy wykazują pesymizm w porównaniu do kwartału wcześniej (30 proc. vs. 36,7 proc.).

Deloitte: Blisko 90 proc. kadry uważa, że skutki zmiany klimatu niekorzystnie wpłyną na działalność ich firm

Warszawa, 28 stycznia 2020 r. – Czwarta rewolucja przemysłowa sprawia, że liderzy, którzy dotąd uważali, że to zysk jest głównym celem organizacji zaczynają dostrzegać wagę społecznej odpowiedzialności biznesu. Według autorów trzeciej edycji raportu firmy doradczej Deloitte „Czwarta rewolucja przemysłowa: gotowi i odpowiedzialni” najlepiej w epoce 4.0 radzą sobie firmy, które mają ukierunkowaną, długoterminową i kompleksową strategię działania. Aż 69 proc. takich organizacji osiąga zysk, przy jednoczesnym pozytywnym wpływie na społeczeństwo. Podobne efekty ma jedynie 10 proc. firm, które funkcjonują bez takiej strategii.

Badanie Deloitte objęło ponad 2 tysiące członków zarządów firm z 19 krajów. W swoich odpowiedziach podkreślali oni, że biznes ma służyć nie tylko akcjonariuszom, ale także klientom, pracownikom, dostawcom i społeczeństwu, potwierdzając tym samym konkluzje Okrągłego Stołu Biznesu i Światowego Forum Ekonomicznego.

Strategia, czyli początek i koniec

W 2019 roku około 90 proc. firm, które miały kompleksową strategię Przemysłu 4.0 wygenerowało co najmniej 5-proc. wzrost przychodów. Dla porównania, takim wynikiem mogło się pochwalić tylko 72 proc. organizacji, które miały strategie doraźne, nie posiadało ich wcale albo dopiero zaczynało je opracowywać.

Jak w swoim najnowszym raporcie zauważają eksperci Deloitte, ważniejsze od tego czy firmy wykorzystują technologie, jest to, w jaki sposób to robią. Dzięki ich szerokiemu zastosowaniu w każdym obszarze działalności, organizacje mogą uniknąć pułapki polegającej na skupianiu się na krótkoterminowych zyskach kosztem możliwości rozwoju w dłuższej perspektywie czasowej. Prawie 70 proc. dyrektorów, których firmy mają taką strategię, deklaruje zysk przy jednoczesnym pozytywnym wpływie na społeczeństwo. Tymczasem tylko 10 proc. ankietowanych firmy doradczej stwierdziło, że ich organizacje mają kompleksowe strategie dotyczące Przemysłu 4.0. Aż dwie trzecie dyrektorów twierdzi natomiast, że ich przedsiębiorstwa w ogóle nie wdrażają rozwiązań czwartej rewolucji przemysłowej i reagują doraźnie.

Rewolucja 4.0 dzieje się tu i teraz. Szybkie tempo zmian sprawia, że posiadanie dostosowanej do niej strategii  staje się kluczową kwestią. Obserwujemy zmianę postaw społecznych, które wymagają od liderów biznesowych i firm większej odpowiedzialności za ekosystem, w którym funkcjonują. Dotyczy to m.in. pracowników, społeczeństwa czy środowiska. Co ciekawe, firmy, które posiadają strategię 4.0 deklarują, że osiągają nie tylko lepsze wyniki, ale również dostrzegają większą efektywności w oddziaływaniu społecznym, zarządzaniu talentami w firmie czy w inwestycjach technologicznych – mówi Tomasz Konik, Wiceprezes Zarządu Deloitte w Polsce.

Po pierwsze społeczeństwo

Badanie Deloitte pokazuje, że biznes ma do odegrania ważną rolę w kształtowaniu tego, jak technologie mogą wpływać na społeczeństwo. W badaniu przeprowadzonym dwa lata temu 35 proc. dyrektorów uważało, że organizacje muszą poświęcić więcej czasu na przygotowanie się do ewentualnego wpływu nowych rozwiązań technologicznych na społeczeństwo. W najnowszej ankiecie blisko sześciu na dziesięciu ankietowanych stwierdziło, że zwiększenie pozytywnego wpływu ich firm na społeczeństwo jest jednym z pięciu najbardziej pożądanych wyników inwestycji w obszar 4.0.

– Cieszy nas to, że zmienia się perspektywa biznesu, która obejmuje nie tylko działania skupione na osiąganiu wyników finansowych, ale również pozytywny wpływ na społeczeństwo. Jak wynika z naszego badania 39 proc. organizacji kładzie nacisk na kwestie społeczne ze względu na klientów czy inwestorów, a 22 proc. pod presją pracowników – mówi Irena Pichola, Partner, lider zespołu ds. zrównoważonego rozwoju w Polsce i Europie Środkowej.

Ośmiu na dziesięciu zapytanych dyrektorów twierdzi, że w ubiegłym roku opracowało produkty lub usługi, które mają pozytywny wpływ na społeczeństwo lub środowisko, a 88 proc., że wysiłki te przynoszą dochód, w porównaniu z odpowiednio 73 i 53 proc. w ubiegłym roku.

Środowisko coraz ważniejsze

Kwestie, które od ostatniego badania Deloitte mocno zyskały na znaczeniu to zmiany klimatyczne i równowaga ekologiczna. Dwa lata temu tylko 10 proc. członków kadry zarządzającej twierdziło, że ich firmy mogą w znacznym stopniu wpływać na zrównoważony rozwój środowiskowy. W tym roku aż 48 proc. deklaruje, że walka ze zmianami klimatycznymi to ich najważniejsza odpowiedzialność, a 38 proc. tak samo myśli o zrównoważonym rozwoju. Prawie połowa liderów (48 proc.) całkowicie zgadza się, że skutki zmian klimatu będą miały negatywny wpływ na ich organizacje. –  Ekstremalne zjawiska pogodowe i ich skutki, takie jak np. ostatnie wydarzenia w Australii, budzą coraz większy niepokój. Kadry zarządzające postrzegają kwestie środowiskowe i klimatyczne, jako potencjalne zagrożenie dla funkcjonowania ich biznesów. Jeszcze dwa lata temu działania na rzecz klimatu, czy przeciwdziałaniu skutkom zmian, były dla przedstawicieli biznesu odległym obszarem. Obecnie ponad połowa twierdzi, że koncentruje się na tej kwestii i ma odpowiednie strategie lub zleci ich opracowanie. Ponadto, 59 proc. ankietowanych oświadczyło, że wdrożyli już wewnętrzne inicjatywy proekologiczne – od ograniczenia podróży służbowych po eliminację plastiku – dodaje Irena Pichola.

Zapytani o to, na jakich kwestiach skupiają się ankietowani, aż 61 proc. odpowiedziało, że na niedoborach zasobów takich jak olej, gaz czy woda, 54 proc. na zmianach klimatu i zrównoważeniu środowiskowym, a 44 proc., iż na aspektach związanych z łańcuchami dostaw.

Odpowiedzialność za pracownika

Podczas gdy wielu pracowników z niepokojem patrzy na rozwój sztucznej inteligencji i automatyzacji, rośnie liczba pracodawców, którzy angażują się w rozwój talentów zatrudnionych w firmie osób. W badaniu przeprowadzonym dwa lata temu, zapytani przez Deloitte dyrektorzy deklarowali, że niewiele mogą zrobić, aby przygotować pracowników do stawienia czoła wymaganiom Przemysłu 4.0. Tylko 43 proc. deklarowało chęć przeprowadzenia szeroko zakrojonych szkoleń dla nich. W najnowszym badaniu o takich planach mówi już 74 proc. ankietowanych. Ponad 80 proc. z nich albo stworzyło, albo tworzy korporacyjną kulturę długoletniego kształcenia. Znacznie mniej, bo tylko 28 proc. chce skupić się na przyciąganiu i zatrzymywaniu nowych talentów.

To bardzo ważny aspekt, ponieważ Rewolucja 4.0 niesie ze sobą nie tylko szereg korzyści, ale również wyzwań. Brak elastyczności czy nowych kompetencji może skutkować pogłębianiem się różnic w społeczeństwie – mówi Tomasz Konik.

Tylko 10 proc. dyrektorów twierdzi, że ich firmy poczyniły znaczące postępy w analizie kwalifikacji, które będą potrzebne w przyszłości, a zaledwie jedna piąta utrzymuje, że ich firmy są gotowe na zmiany jakie niesie czwarta rewolucja przemysłowa.

Możliwości bez granic

Niemal z każdym dniem wydłuża się lista technologii, które oferuje Przemysł 4.0 i możliwości, jakie one dają. W dalszym ciągu jednak liderzy ostrożnie z nich korzystają, jeśli mają one wywołać zakłócenia w ich organizacjach. Tylko dla 17 proc. inwestycje w technologie są priorytetem. To najniższy wynik spośród 12 priorytetów inwestycyjnych, o które w badaniu pytał Deloitte.

Panika mija, ale do optymizmu daleko

Nie sposób ocenić skali zagrożenia związanego z koronawirusem. Metody walki obrane przez Chiny z pewnością przełożą się negatywnie na aktywność sektora przemysłowego. Szczególnie mocno uderza to w metale przemysłowe, których Państwo Środka jest dominującym konsumentem. Miedź potaniała w tydzień ponad 8 proc. a z jej notowań został wymazany cały optymizm wynikający z porozumienia handlowego.

Faza największej paniki prawdopodobnie jest za nami. Inwestorzy przejdą do wyczekiwania na kolejne doniesienia o skali problemu i widać oznaki stabilizowania się nastrojów. Kontrakt na S&P500 nie spadał całą wczorajszą sesję. Dołki zostały ustanowione w pierwszej godzinie handlu. Wrażenie musi robić stwierdzenie, że była to najgorsza sesja na Wall Street od października, ale należy pamiętać, że główny indeks kończył dzień około 1,5 proc. pod kreską. Dziś notowania kontraktu futures zaczynają podbijać. Na amerykańskim rynku akcji wszelkie, nawet płytki korekty były wykorzystywane do zwiększania eskpozycji na akcje. Trwa sezon wyników, dziś pochwalą się nimi m.in. Apple, 3M, Pfizer, AMD, czy eBay. Dobre informacje ze spółek mają potencjał by choć na moment przyćmić strach przed koronawirusem.

Nie wszystkie waluty i aktywa mają jednak taką samą przestrzeń do odbicia. Wróćmy do miedzi, jej perspektywy rysują się najmniej pozytywnie – w tym przypadku dochodzi przecież do nieuniknionego załamania się zapotrzebowania na surowiec. Słabość może zatem okazać się dłuższa niż w notowaniach instrumentów powiązanych w pierwszym rzędzie kanałem rynkowych nastrojów. Idąc tym tropem w kierunku walut, gwałtowne osłabienie AUD i NZD może nie być okazją do kupna tych walut. Bardziej optymistycznie postrzegamy perspektywy korony norweskiej i dolara kanadyjskiego.

EUR/USD osunął się natomiast w kierunku 1,10 i zaczyna flirtować z dołkami z listopada. Ich sforsowanie nie jest naszym scenariuszem bazowym, ale dowody utrzymywania się słabości gospodarki Eurolandu nie wróżą dynamicznego zwrotu i szybkiego marszu do 1,12. Zdecydowanie więcej wartości widzimy w funcie, który naszym zdaniem skorzysta na braku cięcia stóp przez Bank Anglii na czwartkowym posiedzeniu. USD/JPY stabilizuje się przy 109,00 – skala ruchu pokazuje, że rynek nie panikuje, ale nie zakładamy powrotu do wzrostów. EUR/PLN został wywindowany do 4,28. Złotemu nie sprzyja też seria negatywnych sygnałów z niemieckiej gospodarki oraz zamieszanie wokół reformy sądownictwa. Strach przed koronawirusem wypychający kapitał z gospodarek emerging markets jest jednak dominującym ciężarem. Wielokrotnie podkreślaliśmy, że ostatnie poziomy kursu były trudne do utrzymania ze względu na oderwanie od fundamentów i wartości godziwej. Nie widzimy jednak również znacznej przestrzeni do dalszego wzrostu notowań.

Bartosz Sawicki
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.