Propozycja Rzecznika MŚP ws. stosowania preferencyjnej stawki Tax Free przez przedsiębiorców

Rzecznik MŚP proponuje korzystne dla drobnych przedsiębiorców zmiany w przepisach dotyczących podatku VAT. Zgodnie z wnioskiem legislacyjnym do Ministra Finansów, zastosowanie preferencyjnej stawki Tax Free powinno być możliwe niezależnie od wielkości obrotów przedsiębiorcy.

Obecnie obowiązujące przepisy ustawy z dnia 11 marca 2004 r. o podatku od towarów i usług (Dz. U. z 2020 r. poz. 106; dalej: „ustawa VAT”) przewidują  możliwość zastosowania przez przedsiębiorców preferencyjnej stawki VAT do eksportu towarów przewożonych w bagażu osobistym podróżnych (tzw. Tax Free). Jednakże, zgodnie z art. 127 ust. 6 ustawy VAT, ustawodawca uzależnił możliwość jej zastosowania od osiągnięcia przez podatnika obrotów za poprzedni rok podatkowy w wysokości powyżej 400 000 zł.

Do Rzecznika MŚP dotarły sygnały o istotnych utrudnieniach w prowadzeniu działalności gospodarczej dla przedsiębiorców ze wschodniej Polski, którzy podnieśli, że są pozbawiani prawa do zwracania podróżnym zapłaconego podatku VAT przy zakupie towarów, które w bagażu osobistym są wywożone za granicę. W konsekwencji, wśród podróżnych malało zainteresowanie zakupami dokonywanymi w małych sklepach po polskiej stronie granicy. Co istotne powyższy limit obrotów rocznych powyżej 400 000 zł został zakwestionowany przez Trybunał Sprawiedliwości UE w wyroku z dnia 28 lutego 2018 r., w sprawie C-307/16, a w ślad za nim przez Naczelny Sąd Administracyjny w wyroku z dnia 10 maja 2018 r., sygn. akt I FSK 1398/14, który wskazał, że „warunek ten, co wynika z ww. orzeczenia TSUE jest niezgodny z prawem unijnym, a w konsekwencji organy podatkowe zobowiązane są do pominięcia (odmowy zastosowania) sprzecznej z prawem unijnym normy prawa krajowego”.

W związku z powyższym, pismem z dnia 15 listopada 2019 r. Rzecznik MŚP zawnioskował do Ministra Finansów o podjęcie działań legislacyjnych mających na celu wykreślenie z ustawy o VAT progu 400.000 zł obrotu za rok ubiegły jako warunku uprawniającego sprzedawcę do zwrotu podróżnym naliczonego podatku od towarów i usług. W odpowiedzi z dnia 13 stycznia 2020 r. Minister Finansów przychylił się do argumentów Rzecznika MŚP i zadeklarował uwzględnienie wnioskowanej zmiany w ramach procedowanego aktualnie projektu ustawy  o zmianie ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych, ustawy o podatku od towarów  i usług oraz niektórych innych ustaw (numer z wykazu UC 11).

Tym niemniej, Rzecznik MŚP pismem z dnia 24 stycznia 2020 r. wystąpił do Ministra Finansów z dodatkowym wnioskiem o potwierdzenie, że również w obecnym stanie prawnym interpretowanym zgodnie z ww. wyrokami TSUE i NSA, osiągnięcie przez przedsiębiorcę obrotu powyżej kwoty 400.000 zł w roku ubiegłym nie jest konieczne, by móc dokonać zwrotu podatku VAT na rzecz podróżnego za dokonane u niego zakupy.

Firmy budowlane w orbicie zainteresowania funduszy private equity

W ubiegłym roku wartość transakcji M&A na rynku budowlanym w Europie wyniosła ponad 53 mld dolarów. Według autorów pierwszej edycji raportu firmy doradczej Deloitte „Global construction M&A monitor 2018-2019” w 2018 r. więcej transakcji dotyczyło rynków lokalnych niż przejęć na poziomie międzynarodowym. Jednym z kluczowych trendów pozostaje także dywersyfikacja działalności budowlanej. Prawie jedna trzecia transakcji dotyczyła przejęcia przez firmę budowlaną podmiotu z innej branży.

W latach 2013-2016 liczba transakcji M&A na europejskim rynku budowlanym była stabilna i oscylowała w granicach 140 transakcji rocznie. Znaczny wzrost nastąpił dopiero w 2017 r., gdy w Europie w sektorze budowlanym dokonano 203 transakcji akwizycji innych firm. Rok później rynek utrzymał się na zbliżonym poziomie 197 transakcji o łącznej wartości 53,8 mld dolarów. Odpowiadał tym samym za 40 proc. światowej aktywności M&A w sektorze. W 2018 r. globalny rynek osiągnął wartość 98 mld dolarów, realizując 484 transakcje.

W Europie, podobnie jak na świecie, trendem M&A w sektorze budowlanym jest stabilizacja nastrojów po okresie wzrostów i skupienie się na transakcjach na rynkach lokalnych. W minionych latach transgraniczne przejęcia odpowiadały średnio za 40 proc. wartości rynku fuzji i przejęć, podczas gdy w 2018 r. było to już tylko 30 proc. Warto podkreślić, że w ostatnim roku tylko 11 proc. akwizycji dokonywanych przez firmy europejskie miało miejsce w krajach spoza naszego kontynentu – mówi Maciej Krasoń, Partner, Lider sektora nieruchomości i budownictwa Deloitte w Polsce i Europie Środkowej.

Średnia wartość jednej transakcji w 2018 r. w Europie wyniosła 271,8 mln dolarów przy 203 mln dolarów na świecie. Wartość europejska została jednak jednorazowo zawyżona, ze względu na przejęcie za 19 mld dolarów hiszpańskiej firmy Abertis przez Grupę Atlantia oraz Grupę ACS. Dla porównania w 2017 r. wartość pojedynczej transakcji opiewała średnio na 55,7 mln dolarów.

Fundusze private equity szukają okazji

Po latach stabilnej aktywności, w 2018 r. nastąpił widoczny wzrost zaangażowania funduszy private equity w fuzje i przejęcia europejskich firm budowlanych.

Do 2017 r. fundusze PE odpowiadały średnio za 22 proc. transakcji na rynku europejskim. W 2018 r. było to już 29 proc. udziału przy 58 zrealizowanych transakcjach. Na taki stan rzeczy wpłynęły przede wszystkim lepsze wyniki finansowe spółek budowlanych i chęć inwestorów do zwiększenia ekspozycji na aktywa generujące wyższe stopy zwrotu
– mówi Mark Jung, Partner w dziale Doradztwa Finansowego Deloitte i Lider zespołu Private Equity w Europie Środkowej.

Przed europejską branżą budowlaną wyzwania

Eksperci Deloitte szacują, że w najbliższym czasie największym wyzwaniem dla europejskiego rynku budowlanego będzie dalsza presja na spadek marż. Dzieje się tak przede wszystkim na skutek rosnących kosztów materiałów budowlanych i wzrostu wynagrodzeń. Kolejnym czynnikiem jest niedobór wykwalifikowanej kadry pracowniczej, a swoje piętno odciska także rosnąca konkurencja wśród europejskich firm, które walcząc o klienta, oferują niskie ceny.

Z tego powodu wzrasta odwaga, by dywersyfikować biznes i chęć, by poszerzać portfolio usług. Firmy budowlane przejmują coraz więcej podmiotów z innych branż. W ostatnich latach liczba transakcji dywersyfikujących kształtowała się na poziomie 25 proc. rynku, ale już w 2017 i 2018 r. tendencja była wzrostowa i ten udział osiągnął 29 proc. Wynik światowy to obecnie 35 proc. Biorąc pod uwagę rosnącą presję kosztową, trend ten będzie się rozwijał – mówi Łukasz Michorowski – Partner Associate w dziale Audytu Deloitte, ekspert usług doradczych dla sektora nieruchomości i budownictwa.

W Europie liczba transakcji strategicznych (przejmowanie firm z tej samej branży) spadła w 2018 r. do 83, ze 110 w 2017 r. Wzrosła natomiast liczba transakcji dywersyfikujących. W 2018 r. miało miejsce 57 takich transakcji, podczas gdy w 2014 r. zaledwie 30.

Wzrostowy rynek budowlany w Polsce

Autorzy raportu Deloitte – analizując sytuację w poszczególnych krajach – zauważają, że po słabym okresie 2015-2016 rynek budowlany w Polsce odnotował odbicie w latach 2017-2018. Z powodu znacznego wzrostu cen materiałów i kosztów pracy w 2018 r., wiele firm zanotowało gorsze wyniki finansowe na poziomie zysku netto i EBITDA (zysk operacyjny przed amortyzacją).

Są dwie przyczyny obecnego ożywienia. Pierwsza to realizacja dużej liczby publicznych inwestycji unijnych. Druga to korzystna sytuacja ekonomiczna w kraju, stymulująca segment inwestycji komercyjnych i mieszkaniowych. Wartość naszego rynku budowlanego w ubiegłym roku wzrosła r/r o 13,3 proc. Patrząc m. in. na znaczną liczbę aktualnych inwestycji infrastrukturalnych czy planowaną budowę Centralnego Portu Komunikacyjnego, oczekujemy utrzymania tendencji wzrostowej w branży – mówi Paweł Sadowski, Partner Associate w dziale Doradztwa Finansowego Deloitte

Nadganianie

Załamanie chińskiego rynku, który wznowił notowania po ponadtygodniowej przerwie, miało dramatyczny przebieg, ale połączone działania rządu i banku centralnego pomogły uspokoić nastroje. Epidemia koronawirusa nie spowalnia w rozroście, co w dalszym ciągu ciąży na rynkach. Wrażliwość inwestorów pozostaje wysoka, zarówno na złe, jak i dobre informacje.

Indeksy w Chinach tąpnęły na starcie o 9 proc. a juan osłabił się do dolara o ponad 10 figur. Wracający z obchodów Chińskiego Roku Księżycowego inwestorzy jak najszybciej chcieli odzyskać pieniądze, obawiając się większej spirali przeceny. Na ratunek przyszły chińskie władze: rząd ogłosił cały szereg środków stymulujących, a Ludowy Bank Chin wstrzyknął w rynek 1,2 bln CNY poprzez obniżenie o 10 pb stawek pożyczkowych. To raczej okaże się niewystarczające, by zapobiec silnemu spowolnieniu ożywienia w I kw. i władze będą musiały zrobić więcej, ale na razie pokazuje, że rynki nie będą pozostawione same sobie.

Tymczasem liczba zakażonych wzrosła do ponad 17 tys. z przypadkami chorych odnotowanych w ponad 20 krajach. Jeszcze nie przekroczyliśmy szczytu rozprzestrzeniania się wirusa, więc niewykluczone są kolejne szokujące informacje. Dalej łatwo jest o rozpalenie awersji do ryzyka, ale też inwestorzy chcą wierzyć, że znajdzie się „lekarstwo”, które uratuje perspektywy wzrostu gospodarczego, a razem z nim hossę. W piątek takiego remedium szukano w Fed, gdyż rynek podbił oczekiwania na cięcia stóp proc. do 50 pb do końca tego roku. Potwierdza to ryzyko, jakie przypisywaliśmy USD – ponieważ Fed ma przestrzeń do luzowania polityki, w obliczu silnej awersji do ryzyka będzie to osłabiać status dolara jako bezpiecznej przystani. JPY i CHF nie mają tego problemu.

Wracamy z brexitem! Wielka Brytania w nocy z piątku na sobotę ostatecznie wystąpiła z UE, ale to dopiero początek nowego rozdziału w relacjach między stronami. Przynajmniej 11 miesięcy potrwają negocjacje nowej umowy handlowej. Oczywistym jest, że rozmowy nie będą łatwe, a z politycznych powodów nie mogą na takie wyglądać przynajmniej na samym początku. Z tym ryzykiem mierzy się dziś GBP, który nerwowo czeka na wystąpienie premiera Wielkiej Brytanii Borisa Johnsona. Johnson ma potwierdzić, że jest gotowy przyjąć umowę na wzór porozumienia UE z Kanadą i nic gorszego od tego. BoJo zamierza też żądać, by po 2020 r. ETS nie miał żadnej jurysdykcji nad Wielką Brytanią. Stanowcze żądania krótkoterminowo odnowią premię za ryzyko na GBP, nawet jeśli nie mówią nic o końcowym rezultacie negocjacji. Pozostajemy pozytywnie nastawieni do funta, oczekując przedłużenia okresu przejściowego, co nie zmienia faktu, że po zeszłotygodniowym rajdzie funt jest teraz narażony na nerwowe domykanie długich pozycji.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Rynek finansowania społecznościowego bardzo dynamicznie rośnie. W tym roku padnie rekord

Liczba kampanii equity crowdfundingowych znacząco wzrosła. Tylko na platformie Beesfund w emisjach otwartych i zamkniętych firmy zebrały w ubiegłym roku ponad 21 mln zł – dwukrotnie więcej niż w ciągu minionych siedmiu lat. W tym roku rynek może urosnąć nawet o 100 proc. Polsce wciąż jednak daleko np. do Wielkiej Brytanii, gdzie tylko dwie największe platformy przeprowadzają rocznie po ok. 140 emisji. Do jeszcze szybszego wzrostu mogą przyczynić się jednak projektowane przez Komisję Europejską przepisy, które mają sprzyjać rozwojowi crowdfundingu.

– Miniony rok był ewidentnie przełomowy dla rynku crowdfundingu w Polsce. Mieliśmy ponad 27 emisji na samej platformie Beesfund i kilka na konkurencyjnych platformach. Trzeba też pamiętać, że na NewConnect odbyło się 15 emisji. Myślę, że w sumie było ich około 35–40, więc cały rynek equity crowdfundingu w ubiegłym roku wręcz eksplodował. To coraz poważniejszy biznes, który został już dostrzeżony przez poważnych graczy na polskim rynku – mówi agencji Newseria Biznes Arkadiusz Regiec, prezes Beesfund.

Jak ocenia, do ubiegłorocznych wzrostów przyczyniła się głównie zmiana przepisów, która miała miejsce w kwietniu 2018 roku – podniesienie limitu emisji bez prospektu emisyjnego do 4 mln zł (1 mln euro) zamiast dotychczasowych 400 tys. zł.

– Dwóch emitentów pozyskało u nas rekordowe jak dotychczas kwoty 4 mln zł. Mieliśmy też dziewięciu emitentów, którzy zebrali ponad 1 mln zł. Myślę, że ten rynek będzie rosnąć i w tym roku będzie ich już kilkudziesięciu – mówi Arkadiusz Regiec.

W ubiegłym roku tylko na platformie Beesfund w emisjach otwartych i zamkniętych firmy zebrały ponad 21 mln zł, czyli ponad dwa razy więcej niż w ciągu poprzednich siedmiu lat, a inwestorzy dokonali w sumie blisko 23 tys. wpłat. Jedną z największych emisji była przeprowadzona w lutym 2019 roku akcja społecznościowego finansowania Wisły Kraków. Na platformie Beesfund klub, który borykał się z poważnymi problemami finansowymi, zaoferował 40 tys. akcji po 100 zł. Wszystkie zostały sprzedane w ciągu zaledwie 24 godzin, a sprzedaż akcji pozwoliła Wiśle uniknąć bankructwa i usunięcia z polskiej Ekstraklasy. W efekcie crowdfundingowej kampanii około 9 tys. kibiców-inwestorów przejęło ok. 5 proc. akcji klubu, który w ciągu doby pozyskał 4 mln zł.

Dotychczasowe statystyki pokazują, że 2020 rok zapowiada się równie dobrze, a liczba kampanii equity crowdfundingowych będzie dynamicznie rosnąć. Beesfund ma zakontraktowanych 50 emisji, z których większość jest już opłacona. Platforma szacuje, że w tym roku przeprowadzi ich łącznie około 60, co będzie stanowić 100-proc. wzrost r/r.

– W ubiegłym roku mieliśmy sześć podpisanych umów na emisję. W tym roku mamy ich już 50, czyli prawie dziesięciokrotnie więcej. Nie wiadomo, czy do wszystkich emisji dojdzie, bo to jest proces, nie każdy emitent zdąży się przygotować w ciągu roku. To jednak pokazuje, jak bardzo wzrosło zainteresowanie equity crowdfundingiem jako formą finansowania – mówi Arkadiusz Regiec.

Z finansowania społecznościowego, w którym w zamian za wsparcie inwestor otrzymuje określone prawa majątkowe czy własnościowe (akcje, udział w zyskach etc.), chętnie korzystają zwłaszcza małe spółki, start-upy i rozwijające się projekty. Eksperci wskazują, że w związku z ograniczeniami dla małych ofert obligacji i rosnącym popytem na finansowanie pozabankowe ten segment będzie się rozwijał. Potencjał dostrzegła w nim też warszawska GPW, która w październiku 2019 roku uruchomiła specjalny program crowdfundingowy przeznaczony dla domów maklerskich, które oferują usługi w zakresie finansowania i inwestowania społecznościowego.

Jak podkreśla prezes Beesfund, polski rynek equity crowdfundingu wciąż jest jednak na początkowym etapie rozwoju i nadal daleko nam do rozwiniętych rynków, takich jak Wielka Brytania.

– W Wielkiej Brytanii dwie największe platformy equity crowdfundingowe przeprowadzają po 120–140 projektów rocznie i rosną rok do roku. To pokazuje, jak duży dystans mamy jeszcze do nadrobienia. Jesteśmy wciąż dwa kroki za Zachodem, ale możemy zwiększać ten potencjał i ewidentnie widać trend wzrostowy – mówi Arkadiusz Regiec.

Do gwałtownego rozwoju tego rynku może dodatkowo przyczynić się jeszcze grudniowe porozumienie Parlamentu Europejskiego i Komisji Europejskiej w sprawie przepisów, które mają sprzyjać rozwojowi crowdfundingu. Najważniejsze projektowane zmiany to możliwość promowania emisji we wszystkich 27 krajach UE (wykluczając Wielką Brytanię), co oznacza, że rynek potencjalnych inwestorów urośnie do 446 mln. W tej chwili jest to mocno utrudnione: emisja polskiej spółki za granicą musiałaby zyskać akceptację lokalnych nadzorów finansowych, które zwykle mają różne wymogi i regulacje. Po wejściu w życie nowych przepisów zgoda na emisję wydana przez KNF będzie zgodą ogólnoeuropejską, a na poziomie UE pieczę będzie sprawować ESMA (Europejski Urząd Nadzoru Giełd i Papierów Wartościowych).

Wyjazdy do Azji coraz bardziej ryzykowne z powodu koronawirusa. Nie w każdym przypadku zadziała ubezpieczenie turystyczne

W Chinach potwierdzono już 2 tys. zakażeń koronawirusem 2019-nCoN, ale dociera on do coraz większej liczby krajów. W związku z rosnącą  liczbą przypadków choroby Światowa Organizacja Zdrowia ogłosiła stan globalnego zagrożenia dla zdrowia publicznego. Polskie MSZ odradza wszelkie podróże do prowincji Hubei w centralnej części Chin i apeluje o śledzenie doniesień przed podjęciem decyzji o wyjeździe do innych krajów Azji Południowo-Wschodniej. Podróżni muszą pamiętać, że w rejonie, gdzie została ogłoszona epidemia, nie mogą liczyć na pomoc ubezpieczyciela w razie nagłego zachorowania.

Dotychczas z powodu koronawirusa zmarło w Chinach 259 osób. Wirus dotarł również do 25 innych krajów, w tym USA, Niemiec, Włoch i Francji.

 Ubezpieczyciele z reguły nie odpowiadają za szkody powstałe w wyniku epidemii. Powinniśmy więc unikać podróżowania do miejsc objętych epidemią zgodnie z decyzjami WHO czy też lokalnych władz, ponieważ to może de facto narazić nas na brak ochrony ubezpieczeniowej – mówi agencji Newseria Biznes Tomasz Masajło, prezes Rankomat.pl.

Ministerstwo Spraw Zagranicznych w oficjalnym komunikacie odradza wszelkie podróże do prowincji Hubei w centralnej części Chin, gdzie znajduje się miasto Wuhan, ale apeluje również o śledzenie bieżących doniesień dotyczących wirusa 2019-nCoV przed podjęciem decyzji o wyjeździe do Azji, w szczególności Azji Południowo-Wschodniej. Krajowy przewoźnik PLL LOT ogłosił, że do 9 lutego wstrzymuje wszystkie połączenia do Chin. Wycieczki do Państwa Środka anulują także biura podróży.

– Większość ubezpieczycieli w przypadku epidemii de facto wyłącza odpowiedzialność. Jednak nie każde towarzystwo to robi, więc warto najpierw przeczytać ogólne warunki ubezpieczenia, gdzie znajdziemy tego typu regulacje – mówi Tomasz Masajło. – Jeżeli mamy wątpliwości, zawsze możemy się skontaktować z ubezpieczycielem i zapytać. Powinniśmy również śledzić informacje, chociażby na stronie Ministerstwa Spraw Zagranicznych, które publikuje zalecenia dotyczące niepodróżowania w miejsca, które mogą być objęte epidemią.

Wyłączenie odpowiedzialności z powodu epidemii oznacza w praktyce, że jeżeli taki stan zostanie ogłoszony na danym obszarze, ubezpieczyciel nie ma obowiązku pokrywać kosztów związanych z leczeniem i skutkami zakażenia wirusem ani wypłacać żadnych odszkodowań z tego tytułu. Wśród towarzystw, których polisę można zakupić na Rankomat.pl, tylko Axa i Wiener nie posiadają zapisu o tym, że epidemia jest generalnym wyłączeniem odpowiedzialności.

Stan epidemii mogą ogłosić lokalne władze, a w przypadku międzynarodowego zagrożenia – Światowa Organizacja Zdrowia. Jak na razie WHO nie ogłosiła zagrożenia epidemiologicznego dla całego świata. Mimo to w chińskim mieście Wuhan, w którym wykryto pierwsze przypadki zarażenia koronawirusem, mamy już do czynienia z epidemią.

– Tam rzeczywiście nie będziemy mogli liczyć na pomoc. Natomiast na pozostałym terenie Republiki Chińskiej możemy liczyć na pomoc ubezpieczycieli. Będzie ona zarówno informacyjna, jak też obejmie pokrycie kosztów leczenia. Należy też pamiętać, że nie zawsze ubezpieczyciel ma swojego przedstawiciela na miejscu, ale zawsze zdalnie – przez telefon, infolinię – możemy próbować zorganizować pomoc polegającą na wizycie w szpitalu czy u lekarza i oczywiście liczyć również na pokrycie kosztów tej wizyty – mówi Tomasz Masajło.

Prezes Rankomat.pl podkreśla też, że wybierając polisę turystyczną do Azji, trzeba pamiętać, iż leczenie na miejscu wiąże się z poważnymi kosztami, podobnie jak transport medyczny między szpitalami czy do Polski. Dlatego też suma ubezpieczenia podczas podróży do bardziej egzotycznych krajów powinna opiewać przynajmniej na 30–40 tys. euro. W przypadku wybrania zbyt niskiej sumy ubezpieczenia różnice w kosztach turysta będzie musiał pokryć z własnej kieszeni.

 Ważne jest również to, aby sprawdzić dokładny zakres wyłączenia odpowiedzialności ubezpieczyciela, czyli właśnie w jakiej sytuacji otrzymamy pomoc, a w jakiej sytuacji nie. Warto także dostosować zakres polisy do tego, co mamy zamiar robić w danym miejscu, czy to jest zwykły wyjazd turystyczny, czy mamy zamiar uprawiać sporty ekstremalne albo brać udział w maratonie. To zawsze wymaga rozszerzenia działania polisy – mówi Tomasz Masajło.

W przypadku epidemii nie zadziała również ubezpieczenie od kosztów rezygnacji z podróży.

– Epidemia to ryzyko, za które ubezpieczyciele nie są skłonni odpowiadać. Jest ono bardzo trudne do przewidzenia, a jego skutki są bardzo poważne – podkreśla Tomasz Masajło.

Polacy przejęli wzorce spożywania alkoholu z Europy Zachodniej i Południowej. Rzadziej sięgamy po najmocniejsze trunki

Na przestrzeni ostatnich 30 lat w Polsce radykalnie zmienił się model spożywania alkoholu. Polacy coraz częściej sięgają po piwo, również bezalkoholowe, wino i wysokogatunkowe trunki, a udział alkoholi wysokoprocentowych w konsumpcji spadł z ponad 70 proc. do 36 proc. Model konsumpcji nie odbiega już od europejskiego. Pracodawcy RP podkreślają, że o tę dobrą sytuację trzeba jednak zadbać, bo ich zdaniem moda na ograniczone picie może zmienić się na niekorzyść np. pod wpływem nieprzemyślanej polityki podatkowej.

– Struktura spożycia alkoholu w Polsce wygląda dziś zdecydowanie lepiej niż przed transformacją ustrojową, kiedy mocne alkohole stały na stole jako obowiązkowy dodatek do posiłków, bez przerwy wznoszono toasty, co właściwie wymuszało picie. Dzisiaj ta sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Pod względem spożycia alkoholu znajdujemy się na 17. miejscu w Europie, zmieniła się też struktura tego spożycia – mówi agencji Newseria Biznes Andrzej Malinowski, prezydent Pracodawców RP.

Jak wynika z nowego raportu „Alkohol w Polsce kontekst społeczny, rynkowy i legislacyjny” Pracodawców RP, jeszcze pod koniec lat 70. Polacy należeli do najwięcej pijących narodów świata, a ok. 5 mln osób upijało się regularnie kilka razy w tygodniu. Od tamtej pory zaszły pod tym względem ogromne zmiany dziś 80 proc. Polaków spożywa alkohol w sposób umiarkowany, bez większego ryzykowania szkód zdrowotnych.

Przemiany ustrojowe i uwolnienie rynku, otwarcie się Polski na świat oraz przejmowanie przez Polaków wzorców konsumpcji alkoholu z Europy Zachodniej i Południowej przyczyniły się nie tylko do zmian w wielkości, ale i w strukturze spożycia alkoholu. Udział trunków wysokoprocentowych w konsumpcji spadł z ponad 70 proc. do 36 proc. Obecnie przeważa w niej piwo (55–56 proc.), dalej są napoje spirytusowe (36 proc.) oraz wino (8-9 proc.). Szybko rośnie również kategoria piw bezalkoholowych – według szacunków w ciągu 10 lat już co dziesiąte piwo sprzedawane w Polsce będzie piwem bez alkoholu.

– Ważniejsza od tego, ile alkoholu wypijamy, jest jego struktura. W Polsce zaszły w niej istotne zmiany na rzecz piwa i wina przy jednoczesnym spadku spożycia mocniejszych alkoholi – podkreśla Andrzej Malinowski.

Eksperci oceniają, że istotną rolę w tych zmianach odegrała ustawa o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi.

– Ta ustawa zrobiła bardzo wiele dobrego. Po pierwsze, ściągnęła uwagę na problem i wywołała dyskusję, a po drugie, jej efekty widać właśnie po zmianie struktury spożycia alkoholu ze wskazaniem na alkohole słabsze. To wciąż nie jest prozdrowotne, ale wydaje się mieć zdecydowanie mniejsze negatywne skutki niż spożywanie dużej ilości alkoholi mocnych – mówi dr hab. n. med. Andrzej Fal z Kliniki Alergologii, Chorób Płuc i Chorób Wewnętrznych w szpitalu MSWiA.

Mimo pozytywnych zmian ograniczanie spożycia alkoholi wysokoprocentowych na rzecz niskoalkoholowych wciąż jest ważnym kierunkiem dla polityki alkoholowej państwa. Według danych Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych wciąż ok. 18,6 proc Polaków spożywa alkohol w sposób ryzykowny i szkodliwy. Łącznie wypijają oni 70 proc. dostępnego na rynku alkoholu. Ponadto w Polsce konsumpcja wódki oraz innych napojów spirytusowych niezmiennie oscyluje na poziomie 8,3–8,8 litrów per capita rocznie, co plasuje nas w pierwszej 10. krajów o największym spożyciu tych trunków.

– Wpływ alkoholu na zdrowie dobrze pokazuje tzw. wskaźnik utraconych lat życia. Okazuje się, że kraje, w których jest tendencja do spożywania alkoholi mocnych, mają ten wskaźnik o wiele wyższy od państw, gdzie kultura picia jest oparta na piwie czy winie – podkreśla Andrzej Malinowski. – Przede wszystkim to jest kwestia świadomości i edukowania społeczeństwa, ale jestem zdecydowanie przeciwny wykorzystywaniu przez państwo otoczki związanej z kulturą picia i zdrowiem dla celów fiskalnych.

Po piwo Polacy sięgają najczęściej, pijąc jednorazowo od dwóch do trzech piw o pojemności 0,5 litra. Taka liczba przekłada się na jednorazowe spożycie od 40 do 60 g czystego alkoholu, czyli od czterech do sześciu tzw. standardowych jednostek alkoholu (SJA). Natomiast pijąc wino, przeciętny konsument wypija jednorazowo cztery lampki po 100 ml, co oznacza spożycie ok. 40 g czystego alkoholu (4 SJA). Z kolei w przypadku wódki jej każdorazowe spożycie wiąże się z dużo większą ilością etanolu. Przeciętnie jest to 11 kieliszków po 30 g, które dostarczają od 94 do 110 g czystego alkoholu (od 9,4 do 11 SJA).

– Alkohol jest zawsze taki sam. Jednak zdecydowaną różnicę robi to, w jakiej postaci go spożywamy, ile i jak często. Zdecydowanie mniejsze skutki zdrowotne powodują trunki o niższej zawartości alkoholu, dlatego że sumarycznie spożywamy go mniej. Jeden mały kieliszek wódki zawiera prawie dwie jednostki przeliczeniowe alkoholu, tyle samo znajduje się w 0,5 litra piwa – mówi Andrzej Fal.

Jak wynika z raportu Pracodawców RP, polityka alkoholowa państwa powinna być ukierunkowana na eliminowanie zjawiska picia ryzykownego i szkodliwego, które jest bezpośrednią przyczyną szkód zdrowotnych i społecznych.

– Państwo jest istotnym regulatorem spożycia alkoholu, bo z jednej strony ma w swoim ręku regulację ekonomiczną, zarówno podatek akcyzowy, jak i inne elementy polityki cenowej, regulowania dostępności alkoholu bardziej czy mniej stężonego. Może też decydować, gdzie, czy i w jakich godzinach sklepy mogą ten alkohol sprzedawać. Państwo jest też odpowiedzialne za edukację i na tym powinny się skupić działania przeciwalkoholowe. Trzeba edukować najmłodsze dzieci i tych, którzy nie zaczęli pić, bo edukacja osób już pijących nie jest zbyt efektywna – mówi Andrzej Fal.

Pracodawcy RP podkreślają w raporcie, że ryzykownemu i szkodliwemu piciu sprzyja popularność małych i tanich formatów wódki, tzw. małpek, oferowanych w pojemnościach od 40 do 200 ml. Wódka w małych formatach stała się odrębną kategorią, dała możliwość picia cichego, w ukryciu, poza kontrolą pijącego i otoczenia. Szacuje się, że dziennie sprzedawanych jest ich od 1,3 mln do nawet 3 mln. Problem ten dostrzegło Ministerstwo Zdrowia, które w końcówce grudnia przedstawiło projekt ustawy w związku z promocją prozdrowotnych wyborów konsumentów. Zakłada on, że przedsiębiorcy prowadzący sprzedaż napojów alkoholowych przeznaczonych do spożycia poza miejscem sprzedaży na podstawie zezwolenia będą zobowiązani do wniesienia opłaty związanej ze sprzedażą napojów alkoholowych o objętości nieprzekraczającej 300 ml.

Europa coraz bliżej wspólnego rynku cyfrowego. Może to wzmocnić jej pozycję wobec gigantów technologicznych

– Jednolity rynek cyfrowy wymaga jeszcze bardzo wielu reguł ujednolicających prawo w Unii Europejskiej – mówi europosłanka Róża Thun. Jak podkreśla, ważnym krokiem w tym kierunku było zniesienie roamingu i geoblokowania na terenie UE, a rok temu została przyjęta nowa dyrektywa dotycząca praw autorskich, tzw. ACTA2. W tej chwili toczą się wstępne prace nad Kodeksem usług cyfrowych, który będzie jednym z fundamentów dla wspólnego rynku cyfrowego. Silna wspólna polityka cyfrowa ma pomóc Europie ograniczyć dominację tzw. bigtechów. 

– Kolosalnym wyzwaniem dla całej Unii Europejskiej jest w tej chwili to, co dzieje się z naszymi danymi i kto nimi zarządza, wspólna chmura europejska i jednoczenie wysiłków państw członkowskich na rzecz cyfrowej gospodarki i wspólnego rynku. Inaczej będziemy przegrywać z gigantami, którzy zarządzają naszymi danymi i przodują w rozwiązaniach technologicznych, oraz dużymi państwami, które wprowadzają właściwe regulacje. Dlatego jednolity rynek cyfrowy wymaga jeszcze bardzo wielu reguł ujednolicających prawo w Unii Europejskiej – mówi agencji Newseria Biznes europosłanka PO Róża Thun.

Jednolity rynek cyfrowy (JRC), który zagwarantuje swobodny przepływ towarów, osób, usług, kapitału i danych, wymaga przede wszystkim likwidacji barier legislacyjnych i uporządkowania różnych porządków prawnych, które obowiązują w państwach UE. W maju 2015 roku Komisja Europejska przedstawiła strategię jednolitego rynku cyfrowego dla Europy („A Digital Single Market Strategy for Europe”), która koncentruje się właśnie na zniesieniu ograniczeń regulacyjnych w kwestiach cyfrowych.

Europejskiej gospodarce JRC ma zapewnić szereg korzyści: pobudzić unijne PKB, usprawnić przepływ informacji, stworzyć nowe możliwości rozwoju dla biznesu i podnieść konkurencyjność europejskich firm. Co najważniejsze, swoboda przepływu danych pobudzi także rozwój innowacji i start-upów. W tej chwili – jak wynika z raportu „Silniejsza cyfrowa Europa” Digital Europe – tylko 11 proc. globalnych „jednorożców” pochodzi z Europy, przy czym 6 proc. z nich ma siedzibę w Wielkiej Brytanii. Zharmonizowanie europejskiego rynku cyfrowego pozwoli nadążyć za globalną konkurencją.

Jak zauważa Róża Thun, jednym z wyzwań dla JRC jest ograniczenie dominacji cyfrowych gigantów, tzw. bigtechów, którzy są monopolistami na cyfrowym rynku. Bigtechy zagrażają zarówno konkurencyjności, jak i konsumentom, którzy często nie mają kontroli nad tym, jak wykorzystywane są ich dane osobowe i informacje o ich aktywności w sieci. Stąd w USA i Europie nasiliły się w ostatnim roku działania urzędów monopolowych wymierzone w tzw. grupę GAFA (Google, Amazon, Facebook i Apple). Z kolei w ramach OECD i KE toczą się prace nad podatkiem cyfrowym dla bigtechów, który również przyczyniłby się do ograniczenia ich dominacji na cyfrowym rynku.

– Walczymy o to, żeby nie było innych reguł dla tego, co dzieje się w rzeczywistości wirtualnej i fizycznej. Dzisiaj wciąż w wielu aspektach łatwiej jest kupować i sprzedawać na rynku fizycznym niż cyfrowym. Znieśliśmy już geoblokowanie, które firmy praktykowały jeszcze do niedawna. Dzisiaj sklep nie może już odmówić sprzedaży czy przyjęcia płatności klientowi z innego kraju, ale właściwie wszystkie treści cyfrowe wciąż są geoblokowane. Muzyki, e-booków, gier, oprogramowania czy filmów nie można kupić transgranicznie, więc ten wspólny rynek cyfrowy de facto nie działa i potrzeba nad nim jeszcze ogromnie dużo pracy – mówi europosłanka.

Dużym krokiem w stronę cyfrowej integracji państw członkowskich było zniesienie roamingu w 2017 roku, a rok później – geoblokowania. Nowe przepisy ograniczyły blokowanie dostępu do serwisów internetowych, automatyczne przekierowywanie klientów na inną stronę internetową czy odmowę akceptacji zagranicznej karty płatniczej. Jak wynika z badań Polityki Insight, geoblokowania na stronach zagranicznych e-sklepów doświadczało nawet 74 proc. polskich internautów, a taką praktykę handlową stosowało 2/3 e-sklepów oferujących swoje towary i usługi mieszkańcom wspólnoty.

W ubiegłym roku Parlament Europejski przyjął z kolei dyrektywę w sprawie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym, dostosowującą prawa autorskie do obecnych realiów. Z badań KE wynika, że w 2016 roku 57 proc. internautów docierało do artykułów prasowych za pośrednictwem serwisów społecznościowych lub wyszukiwarek, a 47 proc. czytało skompilowane przez system fragmenty artykułów i nie klikało na link prowadzący do pełnej wersji. Od tego czasu ten odsetek tylko się zwiększa, a ten sam trend ma miejsce w przypadku muzyki i filmów. Nowa dyrektywa wzmacnia pozycję europejskich twórców i wykonawców w środowisku cyfrowym, ograniczając przy tym dominację platform internetowych.

W tej chwili Komisja Europejska pracuje nad kolejnym bardzo ważnym dla jednolitego rynku cyfrowego instrumentem legislacyjnym – rozporządzeniem, które ustanowi nowe ramy regulacyjne dla wszystkich usług cyfrowych w UE, w szczególności platform internetowych. Tak zwany Kodeks usług cyfrowych (DSA) ma m.in. stanowić odpowiedź na problemy takie jak mikrotargetowanie, fake newsy, ma wprowadzić nowe zasady dla reklamy online i większą odpowiedzialność platform internetowych za publikowane na nich treści. Projektowana regulacja ustandaryzuje też wiele zagadnień związanych z cyfryzacją, które teraz są rozproszone w różnych aktach prawnych. Jak na razie Kodeks usług cyfrowych znajduje się wciąż na wstępnym etapie prac koncepcyjnych. W połowie grudnia w Warszawie odbyło się w tej sprawie posiedzenie przedstawicieli KE i tzw. grupy D9+, czyli państw o zbliżonym podejściu do spraw cyfrowych.

– Dla wszystkich podmiotów politycznych i Komisji Europejskiej, która pełni rolę regulatora, jasne jest, że musimy grać razem, że musi być wspólna przestrzeń europejska. Dzisiaj w sieci funkcjonują wielkie podmioty i jeśli nie chcemy pozwolić skakać sobie po głowie tym wielkim firmom, które zbierają nasze dane, musimy mieć silną politykę europejską – mówi Róża Thun. – Pamiętajmy też, że aby funkcjonował wspólny rynek cyfrowy, musi też działać fizyczny rynek. Wciąż mamy takie utrudnienia jak różne rodzaje ładowarek dla urządzeń przenośnych.

30 stycznia br. Parlament Europejski przyjął rezolucję, w której wezwał KE do zaproponowania stosownych przepisów w celu ujednolicenia ładowarek do telefonów komórkowych, tabletów czy e-booków najpóźniej do lipca 2020 roku. Ma to zarówno ułatwić życie konsumentom, przyczynić się do ochrony środowiska (mniejsza ilość odpadów elektronicznych), jak i ustandaryzować europejski rynek.

Komisja Europejska wskazuje, że wciąż jest zbyt wcześnie, aby zmierzyć faktyczne korzyści ekonomiczne z wdrożenia strategii jednolitego rynku cyfrowego. Jednak samo wdrożenie przez PE środków ustawodawczych zmierzających do utworzenia JRC ma przynieść około 177 mld euro rocznych zysków gospodarczych.

Rewolucja w miejskiej mobilności. Jedna aplikacja pozwoli zamówić taksówkę, kupić bilet autobusowy czy wynająć samochód na minuty

Mobilność jako usługa zdobywa w polskich miastach rosnącą popularność. System wypożyczalni rowerów, hulajnóg czy samochodów na minuty w połączeniu z rozwiniętą komunikacją miejską i siecią taksówek eliminują dziś potrzebę posiadania samochodu na własność. To rozwiązanie ekologiczne, ograniczające smog w miastach. Jednak korzystanie z tych usług do tej pory oznaczało konieczność posiadania wielu aplikacji i systemów płatności. Polski start-up Vooom stworzył platformę, która integruje je wszystkie: pozwala zaplanować trasę, zarezerwować transport i zapłacić za niego z poziomu jednej aplikacji. W projekt zainwestowały już NCBiR i ING Bank Śląski, a twórcy aplikacji pracują nad jej rozszerzeniem, chcąc wykorzystać m.in. sztuczną inteligencję.

– Mobility as a Service dynamicznie rozwija się w krajach Europy Zachodniej czy w Ameryce Północnej. To po prostu mobilność jako usługa. Nie trzeba posiadać środków transportu, przede wszystkim samochodów, żeby poruszać się po mieście. O wiele efektywniej można wypożyczać samochody, skutery czy hulajnogi i łączyć je z komunikacją miejską. To jest wygodniejsze, a co najważniejsze – ekologiczne. Ten czynnik jest bardzo ważny z perspektywy polskich miast, które są pełne smogu – mówi agencji Newseria Biznes Włodzimierz Łoziński, prezes Vooom.

Miejskie wypożyczalnie pojazdów na minuty cieszą się w Polsce rosnącą popularnością. Według raportu „Mobility as a Service PL”, opracowanego przez Straal i fundację Digital Poland, korzystają z nich gównie młodzi, w przedziale wiekowym 18–29 lat. Wynika to z faktu, że mobilność jako usługa niesie ze sobą szereg korzyści: jest tańsza, ogranicza czas spędzany w korkach, eliminuje problem szukania parkingu, pozwala zwiększyć aktywność fizyczną, a na dodatek ogranicza problem spalin i smogu, przez co może być rozwiązaniem problemów, z którymi borykają się polskie miasta.

– W Warszawie mamy ponad 800 samochodów na 1 tys. mieszkańców, w Berlinie jest ich ok. 300. Mobility as a Service to efektywniejszy i tańszy sposób poruszania się po mieście. Posiadanie własnego samochodu wiąże się z olbrzymimi kosztami. Jeżeli ktoś ma samochód w mieście i pokonuje nim mniej niż 10 tys. km, jest to o wiele droższe niż podróżowanie współdzielonymi środkami transportu – podkreśla Włodzimierz Łoziński.

Popularność Mobility as a Service (MaaS) w Polsce cały czas rośnie, choć to wciąż młody rynek, który uczy się, jak najlepiej dopasować swoje usługi do potrzeb użytkowników. Klienci chcą przede wszystkim sprawnie i na czas dotrzeć do celu, mniejsze znaczenie ma dla nich typ pojazdu czy operator. Dlatego też potrzebna jest integracja wielu środków transportu w jednym miejscu, w tym komunikacji publicznej, i jest to zadanie również dla samorządu. Przykład Wrocławia pokazuje, że nawet wybrany w przetargu operator car-sharingowy, czyli dotowany przez miasto, musi być elementem większego systemu transportu, bo inaczej nie będzie rentowny.

– W przyszłości coraz mniej osób będzie posiadać prywatne samochody, bo przy szybko rosnącej populacji miast trudno sobie wyobrazić zmieszczenie ich wszystkich na ograniczonej przestrzeni. Dlatego coraz więcej ludzi będzie korzystać z komunikacji publicznej i środków transportu dostarczanych przez firmy prywatne, takich jak taksówki, hulajnogi czy samochody wynajmowane na minuty – mówi dr inż. Radosław Nielek, dyrektor ds. rozwoju Vooom.

Poruszanie się po mieście zdecydowanie ułatwiają też aplikacje, np. pokazujące w czasie rzeczywistym, gdzie znajduje się autobus, na który czekamy, albo gdzie jest najbliższa e-hulajnoga do wypożyczenia.

– Dzisiaj musimy wchodzić w kilka różnych systemów i przez nie płacić za te usługi. Kolejnym etapem będzie możliwość ułożenia sobie z poziomu jednej aplikacji drogi z punktu A do punktu B w sposób jak najszybszy i jak najtańszy oraz zapłacenia za przejazd jednym kliknięciem zamiast osobno za poszczególne środki transportu – mówi Adrian Furgalski, prezes zarządu Zespołu Doradców Gospodarczych TOR.

Takie rozwiązanie opracował polski start-up Vooom. Stworzona przez niego aplikacja zadebiutowała w kwietniu zeszłego roku i działa w 12 polskich miastach. Jest dedykowana mieszkańcom, którzy korzystają m.in. z pojazdów na minuty, miejskich rowerów i taksówek. Do tej pory każda z tych usług miała własną aplikację i własny system płatności. Vooom integruje je wszystkie – umożliwia zaplanowanie trasy, zarezerwowanie środka transportu i dokonanie płatności z poziomu jednej platformy. W efekcie znacznie ułatwia poruszanie się po mieście.

Aplikacja cały czas się rozwija. W tej chwili Vooom pracuje nad stworzeniem plannera wykorzystującego modele predykcyjne i uczenie maszynowe, który będzie zintegrowany z komunikacją miejską. Już dziś w Warszawie można nie tylko zamówić taksówkę czy wynająć elektryczną hulajnogę, lecz także sprawdzać w czasie rzeczywistym, gdzie znajduje się tramwaj czy autobus, i kupić bilet. Samochody, skutery i hulajnogi na minuty, rowery wybranych operatorów i transport publiczny są dostępne na jednej mapie. To tylko kwestia czasu, kiedy podobne udogodnienia pojawią się w innych polskich miastach.

– Różnorodność dostawców pojazdów i ich specyfika, np. to, że nie ma gwarancji ich dostępności czy że  mają ograniczony zasięg, powoduje, że fundamentalną sprawą jest zbudowanie plannera, który będzie łączył te wszystkie środki transportu, zapewniał ich wysoką dostępność i będzie w stanie przewidzieć możliwość przesiadki. Zbudowanie takiego multimodalnego plannera zrewolucjonizuje sposób, w jaki przemieszczamy się po mieście – mówi dr inż. Radosław Nielek.

W spółkę rozwijającą aplikację Vooom 1 mln zł zainwestował już ING Bank Śląski, a Narodowe Centrum Badań i Rozwoju przekazało na przygotowanie plannera prawie 3 mln zł. Vooom zamierza udostępnić go w swojej aplikacji pod koniec tego roku. Będzie to pierwsza w Polsce tak rozbudowana platforma ułatwiająca poruszanie się po mieście.

– Wszystko to ma na celu zwiększenie zainteresowania komunikacją publiczną i odciągnięcie nas od korzystania z własnego samochodu. Jeżeli zgrupujemy wszystkie środki transportu w jednym miejscu i jednym kliknięciem będzie można zaplanować i zapłacić za całą podróż, to na pewno będzie to strzał w dziesiątkę, z którego wiele osób będzie chciało korzystać – mówi Adrian Furgalski.

Twórcy aplikacji chcą, żeby docelowo była ona elementem pakietu benefitów pozapłacowych, które pracodawcy – zwłaszcza w dużych miastach – oferują swoim pracownikom.

– Pakiety mobilności mogą być dobrym benefitem, z którego każdy pracownik będzie korzystać prawie codziennie. Badania pokazują, że czas i koszt dojazdów do pracy to bardzo ważny czynnik, który może przesądzić o wyborze pracodawcy, już 35 proc. pracowników uznaje to za główne kryterium. Zatem finansowanie lub dofinansowanie dojazdów do pracy może stać się ważnym elementem pakietu benefitów – mówi prezes Vooom.

Polski wynalazek może zrewolucjonizować rolnictwo. Ograniczy użycie pestycydów i przyspieszy plony nawet w warunkach suszy

Polski start-up opracował inkubator do nasion, dzięki któremu o 30 proc. szybciej będzie można uzyskać plony. Urządzenie wykorzystuje naturalne właściwości roślin związane z ich reaktywnością na zmiany pola magnetycznego. Pochodzące z niego nasiona są bardziej odporne na suszę, co może mieć ogromne znaczenie przy ocieplaniu się klimatu. Inkubator pozwoli też zredukować o połowę opryski pestycydów. Tymczasem rolnictwo coraz szybciej adaptuje nowe technologie, zwłaszcza te związane z tzw. rolnictwem inteligentnym.

– GrainER to inkubator bądź mikrofalówka do nasion. Wewnątrz niego indukujemy specjalnie natężone pole elektromagnetyczne, które oddziałuje na nasiona. Nasiona wysiane po indukcji w naszym urządzeniu charakteryzują się szybszym wzrostem, większą odpornością na suszę, lecz także skróconym okresem wegetacyjnym – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Hubert Mrozek, założyciel GrainER.

Dzięki urządzeniu kukurydza, rzepak czy pszenica mogą wyrosnąć nawet o 30 proc. szybciej. GrainER wykorzystywany jest w czasie pomiędzy zakupem nasion a ich faktycznym wysiewem w polu. Rośliny wysadzone z nasion, na które oddziaływał inkubator, charakteryzują się zwiększoną odpornością na panujące warunki atmosferyczne, w tym suszę, i ograniczają do 50 proc. opryski z pestycydów.

– GrainER rozwiązuje problem wyjaławiania gleb i skażenia ich pestycydami. Boryka się z nim nie tylko Polska, ale cały świat. Wyjałowienie gleby, według raportu WHO, sprawi, że do 2050 roku zabraknie nam surowców mineralnych do nażyźniania gleby. Przede wszystkim więc celujemy w ekologiczny aspekt GrainERa i jego wpływu na środowisko, ale też dzięki niemu można naturalne skrócić cykl wegetacyjny, doprowadzić gatunki roślin do obszarów, w których obecnie nie mogą być uprawiane, i oczywiście zwiększyć plony – mówi Hubert Mrozek

Wynalazek został wyróżniony podczas styczniowej gali Szkoły Pionierów Polskiego Funduszu Rozwoju i Allegro. Zdaniem oceniających jest to jedna z technologii, które mogą zmienić obraz polskiego rolnictwa. Urządzenie wytwarza warunki korzystne dla szybszego kiełkowania.

– Pole indukowane wewnątrz GrainERa odzwierciedla naturalne warunki panujące na Ziemi sprzed kilku epok. Używamy wyłącznie naturalnych środków i naturalnych stymulantów. Zwiększamy elektromagnetykę, elektrostatykę i promieniowanie magnetyczne – wyjaśnia założyciel firmy GrainER.

Urządzenie wykorzystuje naturalną właściwość roślin, jaką jest magnetotropizm. Nasiona poddawane działaniu stałych i zmiennych pól elektrycznych szybciej kiełkują, ich siewki są większe, silniejsze, żywotniejsze. Co więcej, rośliny szybciej rosną, a po wzroście wydają więcej nasion. Krótkotrwałe oddziaływanie pola elektromagnetycznego o wysokiej częstotliwości sprawia, że lepiej rozbudowuje się system korzeniowy. Zmiany wywoływane takim oddziaływaniem utrzymują się przez kilka pokoleń.

– Potencjał technologiczny GrainERa i całej technologii jest ogromny. Jako pierwszy etap przyjęliśmy sobie rynek szklarni uprawnych, ponieważ są to zamknięte ekośrodowiska i bardzo łatwo jest nam w nich wdrożyć i kontrolować technologię. Następnie planujemy ekspansję na otwarty rynek rolniczy. W tym roku już mamy zapewniony pilotaż w jednej ze szklarni w Polsce. Naszym docelowym kolejnym krokiem będzie pilotaż europejski, pozyskaliśmy już partnerów z Hiszpanii. Naszym celem jest zostanie światowym pionierem rozwiązań elektrostymulacji elektromagnetycznej dla roślin – zapowiada Hubert Mrozek.

Tymczasem w rolnictwie coraz większe znaczenie zyskują nowe technologie. Szczególne nadzieje wiązane są z rolnictwem precyzyjnym, które polega na opracowywaniu szczegółowego profilu konkretnego pola lub jego fragmentu. Dzięki temu rolnicy mogą otrzymać mapę plonów i zyskują wiedzę na temat tego, jak nawozić konkretne części upraw. Samo zarządzanie gospodarstwem często odbywa się już zdalnie, poprzez aplikacje mobilne, takie jak 365FarmNet. To platforma optymalizująca pracę gospodarstwa poprzez monitoring upraw, nawożenia, a także działania urządzeń.

Analitycy MarketsandMarkets szacują, że do 2023 roku rynek technologii rolniczych osiągnie wartość 729,5 mld dol.

Siedem miliardów ludzi na świecie nie ma dostępu do badań rezonansu magnetycznego. Pierwsze mobilne urządzenie pomoże rozwiązać ten problem

Dzięki miniaturyzacji urządzenia wykorzystywane w diagnostyce lekarskiej stają się coraz bardziej dostępne. Rezonans magnetyczny czy tomografię komputerową będzie można wykonać na szpitalnej sali lub bezpośrednio w miejscu wypadku. Znacznie skróci to czas oczekiwania na badanie. W Polsce czeka się na nie nawet kilkadziesiąt dni. Na świecie jest wiele miejsc, gdzie dostępu do diagnostyki nie ma w ogóle. Pierwszy mobilny aparat do rezonansu magnetycznego może rozwiązać problem braku dostępu w Afryce, Meksyku czy Indiach.

– Mobilny rezonans magnetyczny to aparat do stosowania przy łóżku pacjenta. Tradycyjnie aparaty do tego badania znajdują się w podziemnych kondygnacjach szpitali. Chcemy umożliwić przemieszczanie sprzętu na kółkach i ulokowanie go przy łóżku, aby tam wykonywać badania – nie tylko w szpitalu, ale również poza nim – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Chris Ward, specjalista ds. marketingu w firmie Hyperfine.

Zminiaturyzowany, przenośny sprzęt do diagnostyki medycznej jest coraz łatwiej dostępny także dla zwykłych ludzi. Vision Check to przystawka do smartfona, dzięki której można samodzielnie wykonać badanie wzroku. Podstawową jej funkcją jest pomiar tzw. niemiarowości oka, dzięki czemu można uzyskać niezbędne dane, by dobrać szkła do okularów. Urządzenie pozwala określić wadę z dokładnością do 0,35 dioptrii. Na rynku medycznym dostępny jest już AIRO CT, czyli przenośny aparat do wykonywania tomografii komputerowej. Jest on przeznaczony do wykorzystywania zwłaszcza na oddziałach pediatrycznych.

Urządzenie Hyperfine Portable MRI to z kolei pierwszy mobilny rezonans magnetyczny. Jest gotowy do pracy po dwóch minutach po podłączeniu do zasilania. Może być obsługiwany za pomocą tabletu. Operator wybiera sekwencje i protokoły z prostej listy odtwarzania. Uzyskane w rezonansie obrazy można przeglądać na telefonie, a także wysłać do chmury. Dzięki temu wstępna diagnostyka może być wykonana znacznie szybciej niż przy użyciu stacjonarnego aparatu MRI.

– W największych szpitalach i klinikach na świecie dostęp do rezonansu nie jest jeszcze wystarczający. 48 lat po opracowaniu metody badań z wykorzystaniem rezonansu magnetycznego dostęp do tego rodzaju badań ma zaledwie 10 proc. światowej populacji. Pozostałe 90 proc. ludności, czyli 7 mld, takiego dostępu nie ma. Nasze urządzenia wykorzystują prostszy i tańszy system, który może działać w Afryce, w Meksyku czy w Indiach. Naszym zdaniem właśnie ten system rozwiąże problem dostępności – przekonuje Chris Ward.

Z danych Narodowego Funduszu Zdrowia wynika, że na badanie przy użyciu rezonansu magnetycznego w przypadkach stabilnych czeka się w Warszawie od siedmiu do nawet 45 dni. W mniejszych miastach wojewódzkich, takich jak Kielce, czeka się od 34 dni do nawet ośmiu miesięcy. W przypadkach nagłych, obsługiwanych na szpitalnych oddziałach ratunkowych, trzeba się liczyć nawet z kilkugodzinnym oczekiwaniem na badanie. W mniejszych szpitalach działa zwykle tylko jedna pracownia MRI. Dzieje się tak z uwagi na duże rozmiary aparatury, a także ograniczone możliwości finansowe placówek ochrony zdrowia.

– Aparaty MR to zazwyczaj bardzo silne magnesy nadprzewodzące, po uruchomieniu których przedmioty metalowe mogą poszybować w ich kierunku. Są więc instalowane w podziemnych kondygnacjach szpitali przy zastosowaniu odpowiednich osłon. Ich dostępność jest bardzo niska, nawet w dzisiejszym, dobrze rozwiniętym świecie – wskazuje ekspert.

Przenośne aparaty MRI są od tradycyjnych dziesięciokrotnie mniejsze, dwudziestokrotnie tańsze i zużywają 35-krotnie mniej energii. Waga zredukowana do 635 kg, w połączeniu z wyposażeniem urządzenia w napęd elektryczny i zasilanie bateryjne, sprawia, że można je dostarczyć do każdego pomieszczenia oraz przewieźć w większości współczesnych ambulansów.

– Aby móc przewieźć aparat przez szpitalny korytarz, należy utrzymywać siłę pola na niskim poziomie, żeby nie zakłócać pracy metalowych urządzeń, aparatury monitorującej czy wentylatorów. Poza tym musi on być niewielki, aby mógł wjechać przez drzwi na salę szpitalną. Po osiągnięciu tych celów otrzymujemy stosunkowo niedrogi system, który jest nieporównywalnie tańszy niż tradycyjne aparaty MR – twierdzi Chris Ward.

Aparat pracuje po podłączeniu do gniazda sieciowego z prądem o natężeniu 15 amperów. Maksymalny pobór energii to 900 watów, czyli mniej niż w przypadku czajnika elektrycznego. Producent informuje, że stara się o rejestrację w amerykańskim Urzędzie Żywności i Leków (FDA).

Według Research and Markets światowy rynek przenośnych urządzeń medycznych osiągnie do 2023 roku wartość 47 mld dol. W 2018 roku było to nieco ponad 30,5 mld dol.

Atrakcje warte odwiedzenia na Łazarzu

Łazarz to jedna z części Poznania, w pewnym uproszczeniu można powiedzieć, że pokrywa się ona z granicami osiedla Św. Łazarz. Z reguły jest pomijana podczas wypadów do Poznania o charakterze turystycznym, ale zupełnie niesłusznie. Sam Łazarz jest bowiem bardzo ciekawym fragmentem tej dużej miejskiej aglomeracji, o wielu ciekawych obiektach i rozwiązaniach godnych bliższego poznania.

I właśnie w tym artykule zaprezentujemy Wam subiektywną listę najciekawszych miejsc na poznańskim Łazarzu! Zapraszamy zatem do poświęcenia kilku minut na lekturę.

Rynek Łazarski

Nie należy mylić tego miejsca ze Starym Rynkiem w Poznaniu. To zupełnie inne lokalizacje. Stary Rynek mieści się na Starym Mieście, natomiast Rynek Łazarski znajduje się najprościej rzecz mówiąc między ulicą Głogowską, a ulicą Antoniego Małeckiego. Jest to duży plac targowy o powierzchni około 5 800 metrów kwadratowych, otoczonych bardzo ładnymi, odremontowanymi kamienicami.

Obecnie pełni funkcję typowo targową, stoi na nim mnóstwo, bo około 300 stoisk handlowych. Warto wybrać się na niego na przykład w sobotni poranek, zamiast marnować czas na gry typu Mega Joker, bo wtedy najlepiej można zasmakować w dawnej atmosferze niewielkiego miasta targowego, którą na Rynku Łazarskim można naprawdę poczuć w pełnej krasie.

Budynki Międzynarodowych Targów Poznańskich

Znane na całym świecie Międzynarodowe Targi Poznańskie miały swoją lokalizację właśnie na Łazarzu. Co więcej, na przestrzeni lat liczba budynków wchodzących w skład architektury targowej znacząco rosła. Warto więc poświęcić trochę czasu i rozpocząć zwiedzanie od placu Świętego Marka. To właśnie w tym rejonie powstały pierwsze budynki oraz wieża wodna stanowiąca symbol targów, która po II wojnie światowej została zastąpiona sławną Iglicą.

Ogólnie rzecz biorąc najciekawsze obiekty Międzynarodowych Targów Poznańskich mieszczą się na obszarze ograniczonym ulicami Bukowską, Głogowską, Roosevelta i Śniadeckich. Warto szczególnie zwrócić uwagę na budynki takie jak Collegium Cjemicum, Collegium Anatomicum, Hala Reprezentacyjna, Czteropak, a przede wszystkim na Centrum Targowe ze słynną, wspomnianą powyżej Iglicą.

Hala Widowiskowo-sportowa Arena

Hala Arena to zapewne obok katowickiego Spodka jeden z najładniejszych i najciekawszych pod względem architektonicznym zadaszonych obiektów tego typu w naszym kraju. Budowę ukończono w 1974 i od tego momentu poznańska Arena stała się miejscem organizacji wielu mniej lub bardziej prestiżowych imprez.

W czasach współczesnych za najbardziej godne uwagi wydarzenia goszczące w Arenie należy uznać rozgrywki Ligi Światowej w siatkówce, mecze koszykówki w cyklu mistrzostw Europy, a także liczne koncerty. Łączna pojemność hali to około 7 000 – 7 500 miejsc, na które składa się 4 200 miejsc siedzących oraz około 3 000 – 3 300 miejsc stojących lub dostawnych w rejonie parkietu.

Park Wilsona

Park Wilsona jest jednym z najładniejszych i najciekawszych parków miejskich w Poznaniu. Jego powierzchnia wynosi ponad 7 hektarów, powstał w roku 1834. Oprócz niewątpliwych walorów botanicznych i spacerowych na uwagę zasługuje także Palmiarnia Poznańska znajdująca się na terenie samego Parku, a także ciekawe z punktu widzenia architektonicznego i historycznego budynki zlokalizowane na skraju parku, takie tak willa Paula Ueckera, kamienica Johow-Gelände, Hala Betonowa, czy też kamienica Magnolia.

Na terenie samego parku znaleźć można także sporo ciekawych pomników i rzeźb autorstwa czołowych polskich artystów, a także dwa pomniki przyrody – ogromny platan i jeszcze bardziej rozłożysta wierzba. Ponadto nie można przeoczyć bardzo klimatycznej muszli koncertowej oraz fontanny.

Pierwszy miesiąc 2020 r – od konfliktu na Bliskim Wschodzie po epidemię wirusa.

Od konfliktu na Bliskim Wschodzie po epidemię wirusa. Taki był pierwszy miesiąc 2020 r i strach pomyśleć, co przyniesie kolejne jedenaście. Światowa Organizacja Zdrowia podniosła zagrożenie koronawirusa do rangi globalnej, ale informacja nie zainicjowała świeżej eskalacji awersji do ryzyka. Na koniec tygodnia funt brytyjski jest najsilniejszą walutą G10, odzwierciedlając zadowolenie z opuszczania UE przez Wielką Brytanię.

To ostatnie stwierdzenie mogłoby być żartem w ustach konserwatywnych brexitowców, gdyż pochwały za mocny finisz GBP należą się Bankowi Anglii. Wczorajszy komunikat BoE i późniejsza konferencja prasowa prezesa Marka Carneya miały dość jastrzębi wydźwięk. W uzasadnieniu decyzji o utrzymaniu głównej stopy procentowej na 0,75 proc. bank podkreślił uzależnienie polityki od napływających danych przy oczekiwaniach stopniowej poprawy związanej z pozytywnym odbiorem przez konsumentów i firmy postępów w procesie brexitu. Biorąc pod uwagę, że efekt w twardych danych będzie od ocenienia dopiero po kilku miesiącach, przynajmniej przez taki okres BoE powinien utrzymać pasywne nastawienie. Za odłożeniem dyskusji o obniżkach na dłużej przemawia też zmiana na stanowisku prezesa banku. Od marca za Carneya przychodzi Adrew Bailey. Jeśli jego pierwszą decyzją miałoby być cięcie, byłoby to wyraźne zakwestionowanie wczorajszej decyzji. Zważając na to, że podział głosów za obniżką nie uległ zmianie od poprzedniego posiedzenia (2-7), poparcie dla utrzymania stopy procentowej bez zmian jest szersze i raczej nie ulegnie zmianie, o ile sytuacja ekonomiczna nie pogorszy się drastycznie.

Rynek stopy procentowej już nie wycenia pełnej obniżki w 2020 r., a z funta zdejmuje to premię za ryzyko, która blokowała go w ostatnich tygodniach. Pozostało jeszcze sporo do usunięcia z wyceny GBP z tytułu zeszłorocznej kulminacji strachu o bezumowny brexit i powrót siły funta powinien być długotrwały. Nie będzie to jednak prosta droga. Dane z gospodarki zyskają jeszcze bardziej na znaczeniu i każda słabość będzie potęgować oczekiwania na gołębi zwrot BoE.

Dziś jest ostatni dzień członkostwa Wielkiej Brytanii w UE, a od jutra startuje okres przejściowy przeznaczony na negocjacje warunków handlowych między stronami. Na razie wszystko pozostanie po staremu, ale brak porozumienia przed końcem roku oznacza techniczny bezumowny brexit od 1 stycznia 2021 r. Dogadanie wszystkich warunków handlowych w 11 miesięcy wydaje się zadaniem niemożliwym i przedłużenie okresu przejściowego wydaje się nieuniknione. Z politycznych powodów premier Boris Johnson będzie zwlekał z tą decyzją do ostatniego momentu (termin mija na początku lipca), co dostarczy funtowi dodatkowych wahań. Biorąc jednak pod uwagę, że gospodarka brytyjska nie wykaże zmartwienia ryzykiem braku umowy handlowej przed końcem II kw., do tego czasu powinny przeważać pozytywne czynniki dla funta.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Przekraczanie granicy i pobyt obywateli Wielkiej Brytanii w Polsce

O północy z piątku na sobotę Wielka Brytania opuści Unię Europejską. Zgodnie z umową o wystąpieniu z UE do końca 2020 r. obowiązywać będzie tzw. okres przejściowy. Oznacza to, że m.in. zasady przekraczania granicy i pobytu obywateli Wielkiej Brytanii oraz członków ich rodzin w Polsce pozostaną bez zmian.

Umowa o wystąpieniu Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej z UE zakłada obowiązywanie okresu przejściowego do końca 2020 r. Przewiduje on utrzymanie obecnych relacji pomiędzy Unią Europejską a Wielką Brytanią na dotychczasowych warunkach, w tym m.in. zachowanie swobody przepływu osób.

Tym samym od 1 lutego do 31 grudnia 2020 r. obowiązywać będą dotychczasowe zasady przekraczania granicy między Polską (UE) i Zjednoczonym Królestwem. Obywatele RP będą mogli podróżować do Wielkiej Brytanii na podstawie dowodu osobistego lub paszportu.

W trakcie okresu przejściowego bez zmian pozostaną także zasady przekraczania granicy, pobytu oraz pracy obywateli Wielkiej Brytanii i członków ich rodzin w Polsce. Osoby mieszkające w Polsce w trakcie okresu przejściowego i kontynuujące ten pobyt po jego zakończeniu, utrzymają swoje prawa dotyczące pobytu i nie będą musiały rejestrować się aby je zabezpieczyć. Obowiązek rejestracji po zakończeniu okresu przejściowego będzie dotyczył tylko obywateli Wielkiej Brytanii będących pracownikami przygranicznymi – prowadzącymi działalność zarobkową w Polsce ale mieszkającymi w innym kraju.

Obywatele Zjednoczonego Królestwa będą jednak mogli wymienić swoje dokumenty pobytowe wydane im jako obywatelom UE na dokumenty poświadczające ich prawa na bazie umowy o wystąpieniu lub uzyskać takie dokumenty pobytowe jeśli ich wcześniej nie posiadali. Planuje się, że dokumenty te będą wydawały urzędy wojewódzkie po zakończeniu okresu przejściowego.

Obecnie nieco ponad 6,3 tys. obywateli Wielkiej Brytanii posiada zarejestrowany pobyt lub dokument potwierdzający prawo stałego pobytu w Polsce. Najwięcej osób zarejestrowało swój pobyt w województwach: mazowieckim – 2,3 tys. osób, małopolskim – 960 os., dolnośląskim – 580 os., śląskim – 490 os. oraz pomorskim – 450 os.

Młodzi Polacy nie mogą żyć bez komórki. Eksperci: Zaczyna się robić poważny problem

Z badania, przeprowadzonego przez Mobiem Polska, wynika, że ponad 60% osób w wieku 15-35 lat praktycznie nie rozstaje się z telefonem w ciągu dnia. Przeszło 50% ma w ręku komórkę aż kilka godzin dziennie. Prawie tyle samo respondentów korzysta z niej po trochu od rana do wieczora. Najczęściej odbywa się to w salonie. Blisko 70% młodych Polaków jest gotowych wrócić do domu po aparat, nawet kosztem spóźnienia się, np. do pracy lub szkoły. A niemal 82% musi go mieć przy sobie podczas snu.

Non stop z telefonem

Ogólnopolskie badanie Mobiem Polska wykazało, że ponad 60% Polaków, będących w przedziale wiekowym od 15 do 35 lat, nosi telefon przy sobie przez większość dnia lub w ogóle się z nim nie rozstaje. Niecałe 7% ma aparat blisko siebie przez mniej niż godzinę dziennie.

– Większość osób odczuwa silną potrzebę bycia w stałym kontakcie z innymi. Niektórzy obawiają się, że bez telefonu mogą nie otrzymać ważnych informacji lub zepsuć swoje relacje ze znajomymi. Dotyczy to szczególnie młodych ludzi – komentuje Małgorzata Osowiecka, psycholog z Uniwersytetu SWPS.

Najwięcej respondentów zadeklarowało, że spędza z telefonem w ręku kilka godzin dziennie – ponad 50%. Pozostałe odpowiedzi miały zdecydowanie mniej wskazań. Kilkanaście procent młodych osób korzysta z komórki przez większość lub przez połowę dnia.

– W styczniu 2007 roku, gdy weszły na rynek znane nam obecnie telefony, najmłodsi respondenci mieli dwa lata. Przeszło 5 lat później mogli już bawić się iPhonami piątej generacji. Smartfony towarzyszą im, odkąd sięgają pamiętają. I ta technologia rozwija się razem z nimi. Gdyby nie szkolne obowiązki, uczniowie zapewne spędzaliby z komórkami znacznie więcej czasu – mówi Paweł Murawski z Mobiem Polska.

Zapytani o godziny korzystania z telefonów, respondenci najczęściej wskazywali „cały dzień po trochu”. Tak zadeklarowało 45% badanych. Natomiast 16,6% nie potrafiło tego określić. Konkretny przedział godzinowy, tj. od 18:00 do 21:00, podało 16,4%.

– Badani tak związali się ze swoimi telefonami, że stracili rachubę czasu. Nie są pewni, kiedy z nich korzystają. Są stale gotowi do odebrania połączenia lub przeczytania wiadomości. Wiele osób za pośrednictwem komórek poszukuje m.in. kontaktów społecznych, które w świecie rzeczywistym nie są dla nich satysfakcjonujące lub budzą lęk – dodaje ekspert z SWPS.

Każde miejsce jest dobre

Przeszło 90% badanych, mogąc zaznaczyć kilka opcji, zadeklarowało, że używa telefonu do pisania i odbierania SMS-ów, sprawdzania godziny, przeglądania Internetu i wykonywania połączeń. Z kolei ponad 80% korzysta z nawigacji w terenie i z komunikatorów, a także robi zdjęcia. Niespełna 80% odtwarza muzykę. Ponad 60% wykonuje operacje bankowe i jest obecnych w social mediach. Mniej niż 50% respondentów planuje lub realizuje zakupy oraz tworzy notatki pisemne lub głosowe.

– Kluczowy jest sposób, ale też powód korzystania z telefonu. Jeśli młody człowiek przez kilka godzin dziennie przebywa w social mediach, to może być oznaką patologii albo chęci zdobycia popularności w celach biznesowych. Z kolei wielogodzinne planowanie zakupów niekoniecznie świadczy o oszczędności. To może też być objawem zakupoholizmu – stwierdza prof. Janusz Hryniewicz, socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego.

Z kolei ekspert z Mobiem Polska zwraca uwagę na to, jak dużym zaufaniem użytkownicy darzą swoje telefony. Świadczy o tym fakt, że ponad 60% badanych wykonuje za ich pośrednictwem operacje bankowe. Młodzi ludzie muszą być też zadowoleni z funkcjonalności komórek, skoro niespełna 80% używa ich do odtwarzania muzyki, zamiast sięgać po dedykowane do tego urządzenia. O tym decyduje nie tylko rozwój samych urządzeń, ale też aplikacji streamingowych.

Lepiej się spóźnić, niż zapomnieć

– Prawie 87% respondentów korzysta z telefonu w salonie, a 82% osób – w sypialni. Oba miejsca kojarzą się z odpoczynkiem, który może sprzyjać sięganiu po urządzenie. Osoby zmęczone mają uszczuplone zasoby poznawcze. Brakuje im pomysłów na inne spędzanie wolnego czasu niż z komórką w ręku. To oczywiście bywa ucieczką przed kontaktem z bliskimi i z samym sobą. Niewielki odsetek respondentów może też prowadzić w domu własną działalność i tam dzwonić do klientów – uważa Małgorzata Osowiecka.

Należy dodać, że 82% badanych sięga po telefon na zewnątrz, np. na ulicy. W grupie pracujących osób ponad 76% korzysta z niego w pracy. Z kolei 66% studentów i uczniów „zagląda” do komórki na uczelniach i w szkołach. Niecałe 30% respondentów nie zwraca uwagi na miejsce, w którym zwykle używa tego urządzenia.

– Telefony pomagają w wykonywaniu niektórych obowiązków służbowych i studenckich, a nawet szkolnych. Pozwalają np. na pilnowanie grafiku zajęć czy fotografowanie notatek. Wygodnie jest mieć wszystko w jednym urządzeniu. Jednak problem powstaje wtedy, gdy rozrywka odwraca uwagę od tego, co istotne – podkreśla prof. Hryniewicz.

Prawie 70% młodych Polaków uważa, że wróci po telefon w momencie, gdy zapomni go z domu, nawet kosztem spóźnienia się, np. do pracy. Niecałe 20% deklaruje, że nie cofnie się po aparat. Dla tych osób zadecydowanie ważniejsza jest punktualność.

– Postawa może być determinowana miejscem zamieszkania i charakterem pracy. W dużych miastach stosunek do punktualności bywa swobodniejszy, a integracja użytkownika z telefonem – większa. Brak urządzenia w kieszeni może poważnie zdezorganizować dzień i mieć skutki dużo poważniejsze niż ewentualne spóźnienie. Z kolei w małych, zintegrowanych społecznościach wiejskich prędzej można obyć się bez komórki. Decyduje o tym wolniejsze tempo życia, lepsza dostępność alternatywnych metod załatwiania codziennych spraw i doskonała znajomość terenu – wymienia Paweł Murawski.

Prawie 82%  badanych użytkowników, idąc spać, kładzie telefon blisko siebie. W tym 50% zdecydowanie to wyraża. Zdaniem Małgorzaty Osowieckiej, niepokojące jest to, że komórka bardzo często znajduje się tuż przy poduszce. Zwykle wynika to z przekonania, że trzeba być stale dostępnym dla innych, nawet w trakcie snu. Taki nawyk mają zwłaszcza osoby nadaktywne i impulsywne, o wysokiej potrzebie czerpania bodźców z otoczenia. Niektórzy też mogą mieć poczucie, że „ktoś w telefonie” jest obok nich.

Badanie zostało zrealizowane techniką CAWI, na ogólnopolskiej próbie 856 osób w wieku 15-35 lat, na przełomie grudnia u.br. oraz stycznia 2020 roku.

Walka o pracownika będzie się zaostrzać

Największym wyzwaniem dla pracodawców w 2020 roku będzie pozyskanie pracowników z zagranicy. Z tym problemem zmaga się coraz więcej europejskich gospodarek. Wśród nich największy niedobór pracowników, zwłaszcza tych wykwalifikowanych, odnotowują Niemcy. Na koniec zeszłego roku w całym kraju brakowało niemal 1,5 mln rąk do pracy.

Według danych Eurostatu, w połowie zeszłego roku Niemcy odnotowały ponad 1,4 mln wakatów. Perspektywa niestety nie jest optymistyczna. W ciągu kolejnych 10 lat na emeryturę przejdzie 1,3 mln pracowników sektora publicznego, co w połączeniu z problemami demograficznymi zapowiada raczej pogłębienie kryzysu na rynku pracy niż jego zażegnanie.

Pracownicy z Ukrainy nie rozwiążą problemu

Szans na zmniejszenie liczby wakatów niemiecki rząd upatruje w otwarciu rynku pracy dla pracowników spoza Unii Europejskiej. Ustawa o migracji wykwalifikowanej siły roboczej znosi obowiązek wykazania, że na dane stanowisko pracodawca nie jest wstanie znaleźć niemieckiego pracownika. Pracodawcy często skarżyli się na ten przepis, który znacznie utrudniał im proces rekrutacji. Nowe przepisy, które weszły w życie 1 stycznia, znoszą tę zasadę, co w pewniej mierze prawdopodobnie skróci czas potrzebny na znalezienie odpowiedniego pracownika. Nie jestem jednak przekonana, że ta zmiana sprawi, że pracownicy z państw spoza UE zaczną masowo przyjeżdżać do Niemiec i rozwiążą tym samym problemy na rynku pracy, co było założeniem ustawodawcy. Brak elastycznych form zatrudnienia w niemieckim prawie pracy również nie sprzyja walce z deficytem pracowników. Nie ma takich form zatrudnienia jak umowa zlecenie, umowa o dzieło czy praca sezonowa.  Rząd wprowadzając zmiany liczył szczególnie na przyciągniecie pracowników z Europy Wschodniej, zwłaszcza z Ukrainy. Już zapowiedzi zmian wzbudziły wśród polskich pracodawców obawę o masowe wyjazdy, zwłaszcza, że i w Polsce coraz trudniej o pracowników. Niemiecki rynek pracy potrzebuje przede wszystkim pracowników wykwalifikowanych, posiadających co najmniej dwuletnie kwalifikacje zawodowe potwierdzone certyfikatem. Wszystkie certyfikaty i kwalifikacje muszą zostać zaakceptowane przez niemieckie urzędy.  Dodatkowo wymagana jest również potwierdzona certyfikatem znajomość języka. Realia pokazują, że Ukraińcy, których w Polsce jest ponad 1,2 mln dobrze czują się w naszym kraju. Chociaż spora część z nich, według niektórych badań nawet 70% deklaruje chęć wyjazdu do Niemiec, sądzę, że są to tylko deklaracje, wynikające być może z niepełnej wiedzy o wymaganiach niemieckiego rządu. Tylko ok. 2,6% z nich spełnia postawione warunki.  Zdecydowana ich większość pracuje niezgodnie ze swoim wykształceniem i często poniżej kompetencji. Większość wykonuje prace fizyczne – pracuje na budowach i w gastronomii.

Wprowadzone zmiany są więc szansą dla ludzi młodych, wykształconych i znających języki. O takie właśnie osoby w perspektywie najbliższych lat będą walczyli pracodawcy nie tylko z Europy Zachodniej czy Polski. Ukraińska gospodarka, w którą coraz chętniej inwestują zachodnie koncerny również może zachęcać do pozostania w kraju.

Komentarz przygotowany przez Karolinę Serwańską, prezes Zarządu w Agencji Pośrednictwa Pracy Polski HR

Ciężkie czasy wspólnej waluty

Wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej to nie jest ostatnio jej jedyne zmartwienie. Francuzi właśnie pokazali pierwszy raz od 2016 roku ujemny kwartalny wzrost PKB. Inne dane również nie stawiają tamtejszej gospodarki w dobrym świetle.

Bank Anglii nie wyprzedza działań

Wczorajsze posiedzenie Banku Anglii zgodnie z oczekiwaniami nie przyniosło zmian stóp procentowych. Jedyna zmiana, na którą zwracają uwagę analitycy, to mniejsza skłonność członków tego gremium do obniżania stóp procentowych. Za utrzymaniem głosowało ich 7, za to 2 za obniżką. To jeden więcej za utrzymaniem niż sądzono. Warto zwrócić uwagę, że w przeciwieństwie do Polski Wielka Brytania nie ma problemu rosnącej inflacji, zatem nie odczuwa presji na wzrost stóp procentowych. Inwestorzy przyjęli te dane jako lepsze dla funta, niż wcześniej sądzono, co było najprawdopodobniej powodem wzrostu wartości brytyjskiej waluty.

Euro dobija się do 4,30

Dzisiaj od rana kurs euro względem złotego próbuje przebić poziom 4,30 zł. Klimat dla walut krajów bardziej ryzykownych nie jest najlepszy. Wielu inwestorów wini za to strach przed koronawirusem. Warto jednak zwrócić uwagę, że jest znacznie więcej czynników podnoszących ogólny niepokój. Dane gospodarcze głównych europejskich gospodarek nie zachwycają, zamieszanie związane z wymiarem sprawiedliwości również nie stawia Polski w dobrym świetle. Ten ostatni czynnik ciężko ocenić. Z jednej strony, patrząc na notowania euro względem czeskiej korony, można dojść do wniosku, że to właśnie sądy osłabiają złotego. Z drugiej strony, porównując z forintem, można uznać, że to ogólna słabość naszego regionu. Większość analityków jest jednak zgodna, że na rynku jest ostatnio sporo emocji i nie służą one złotemu.

Francja na skraju recesji

Dane gospodarcze z Francji mogą okazać się trudniejszym tematem dla euro niż niemieckie. Wzrost gospodarczy w IV kwartale okazał się – wbrew oczekiwaniom analityków spodziewających się wzrostu o 0,2% – ujemny. Pamiętajmy, że są to tylko wstępne dane, które zostaną zrewidowane w przyszłym miesiącu. Spadają również wydatki konsumenckie, nawet inflacja w ujęciu miesięcznym jest ujemna. Jest to bardzo zły sygnał dla strefy euro. W sytuacji, gdy największe gospodarki mają zadyszkę, można się spodziewać, że szybko przełoży się to na wspólny pieniądz.

Dzisiaj kolejny dzień wolny w Chinach z okazji Nowego Roku Księżycowego, a w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – USA – dochody Amerykanów,

16:00 – USA – raport Uniwersytetu Michigan.

Maciej Przygórzewski główny analityk w Internetowykantor.pl

Czy obowiązek ujawnienia beneficjentów rzeczywistych polskich spółek wpłynie na ściągalność podatków

Już niedługo przedsiębiorców prowadzących działalność gospodarczą w formie spółki osobowej lub kapitałowej czeka swoisty „coming out”. 13 października 2019 r. weszły bowiem w życie przepisy ustanawiające Centralny Rejestr Beneficjentów Rzeczywistych. Czy mechanizm ten zdoła poprawić ściągalność podatków?

Nowelizacja ustawy o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy

Ustawa z dnia 1 marca 2018 r. o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy oraz finansowaniu terroryzmu jest właściwie konsekwencją nowych aktów prawa unijnego, a dokładniej dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2015/849 z 20 maja 2015 r. w sprawie zapobiegania wykorzystywaniu systemu finansowego do prania pieniędzy lub finansowania terroryzmu. Przepisy unijne nałożyły na poszczególne ustawodawstwa krajowe obowiązek wdrożenia przepisów, które identyfikowałyby i ograniczałyby ryzyka dotyczące prania pieniędzy i finansowania terroryzmu. Dyrektywa ustanawia ramy prawne odnośnie do problemu gromadzenia środków pieniężnych lub mienia na cele terrorystyczne. Stwierdzono bowiem, że charakter zagrożeń i podatności związanych z praniem pieniędzy i finansowaniem terroryzmu zmienia się, a cała Unia Europejska powinna wypracować jednolity schemat działania, aby skutecznie walczyć z tymi zjawiskami. W pewnym zakresie bodźcem do stworzenia nowych przepisów była też rosnąca popularność walut wirtualnych. Ze względu na swą anonimowość pozwalają one na ich potencjalne wykorzystanie do celów przestępczych. Polska regulacja, która ma dopiero niecałe dwa lata, była zmieniana już dziesięciokrotnie. Jedna z ostatnich nowelizacji uregulowała utworzenie Centralnego Rejestru Beneficjentów Rzeczywistych, czyli systemu skupiającego informacje o beneficjentach rzeczywistych.

Kto jest beneficjentem rzeczywistym?

Zgodnie z przepisami ustawy o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy przez osobę beneficjenta rzeczywistego rozumie się „osobę fizyczną lub osoby fizyczne sprawujące bezpośrednio lub pośrednio kontrolę nad klientem poprzez posiadane uprawnienia, które wynikają z okoliczności prawnych lub faktycznych, umożliwiające wywieranie decydującego wpływu na czynności lub działania podejmowane przez klienta, lub osobę fizyczną lub osoby fizyczne, w imieniu których są nawiązywane stosunki gospodarcze lub przeprowadzana jest transakcja okazjonalna”. Zatem co do zasady beneficjentem rzeczywistym spółki, „której papiery wartościowe są dopuszczone do obrotu na rynku regulowanym”, będzie osoba fizyczna, która jest „udziałowcem lub akcjonariuszem i przysługuje jej prawo własności, co najmniej 25% ogólnej liczby udziałów lub akcji tej osoby prawnej”. Może być to również osoba fizyczna, która dysponuje „więcej, niż 25% ogólnej liczby głosów w organie stanowiącym spółki”. Po trzecie beneficjentem rzeczywistym może być „osoba fizyczna, która sprawuje kontrolę nad daną osobą prawną, której to przysługuje prawo własności więcej niż 25% ogólnej liczby udziałów lub akcji albo 25% ogólnej liczby głosów w organie spółki”. Po czwarte natomiast może to być „osoba fizyczna, która sprawuje kontrolę nad spółką ze względu na posiadanie w stosunku do niej uprawnień”, jako podmiot dominujący. Z kolei, jeżeli tożsamość wyżej wymienionych osób fizycznych nie jest możliwa do ustalenia, za beneficjenta rzeczywistego należy uznać osobę fizyczną, która „zajmuje wyższe stanowisko kierownicze w organach spółki”.

CRBR – jakie są obowiązki przedsiębiorców?

W efekcie nowelizacji ustawy o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy Ministerstwo Finansów opracowało Centralny Rejestr Beneficjentów Rzeczywistych. System ten będzie gromadził i przetwarzał wszelkie informacje dotyczące beneficjentów rzeczywistych. Rejestr będzie miał jawny charakter, dzięki czemu każdy podmiot nieodpłatnie zweryfikuje, kto jest beneficjentem rzeczywistym określonej firmy. Centralny Rejestr Beneficjentów Rzeczywistych będzie dotyczył wszystkich spółek, a zatem jawnych, komandytowych, komandytowo-akcyjnych, z ograniczoną odpowiedzialnością, akcyjnych, a od 1 marca 2020 r. również prostych spółek akcyjnych. Obowiązek zgłoszenia spółki do Centralnego Rejestru Beneficjentów Rzeczywistych spoczywa na osobie, która jest uprawniona do reprezentowania danej spółki. Podmioty, które zostały wpisane do KRS przed dniem wejścia w życie przepisów o Centralnym Rejestrze Beneficjentów Rzeczywistych, będą miały na to czas do 12 kwietnia 2020 r. Podmioty nowo utworzone będą musiały to natomiast zrobić w ciągu 7 dni od dnia rejestracji.

Jakie będą skutki ujawnienia beneficjentów rzeczywistych?

Ta swoista „autodenuncjacja” przedsiębiorcy będzie miała daleko idące skutki. Krajowa Administracja Skarbowa poprzez uzupełniony Centralny Rejestr Beneficjentów Rzeczywistych będzie miała szeroki obraz wszelkich powiązań pomiędzy poszczególnymi podmiotami. Publiczne udostępnienie tak istotnych dla działalności danego podmiotu danych przełoży się również na transparentność dokonywanych transakcji. Fiskus będzie mógł prześledzić określone przepływy finansowe. Dla wielu przedsiębiorców polska rezydencja podatkowa może zatem okazać się bardzo niewygodna i generująca wiele trudności.

Oczywiście sytuacja nie jest zupełnie patowa. Polskie prawo wciąż stwarza możliwości, aby w pewien sposób obronić się przed uznaniem za beneficjenta rzeczywistego. Możliwa jest przede wszystkim zmiana prywatnej rezydencji podatkowej. Wiele państw, w tym państw europejskich, oferuje bowiem swoim rezydentom bardzo atrakcyjne zasady opodatkowania poszczególnych dochodów. Zmiana rezydencji jest oczywiście złożonym i trudnym procesem, bo nie sprowadza się wyłącznie do zakupu określonej nieruchomości na terytorium innego państwa albo założenia konta w banku. Z pomocą kompetentnych doradców podatkowych zabieg ten jest jednak możliwy.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Ile kosztuje przestój w działaniu centrów danych?

Żadna z wielu zmian, jakich przedsiębiorstwa doświadczyły w trakcie cyfrowej rewolucji, nie jest tak głęboka, jak wzrost uzależnienia od systemów informatycznych. Dla wielu banków, firm telekomunikacyjnych, dostawców usług online oraz w chmurze ciągłość pracy centrów danych jest wymogiem o znaczeniu krytycznym. Zwłaszcza, że przestoje mogą powodować realne straty, nawet rzędu kilku tysięcy dolarów za minutę.

Prawie każdy, kto ma dostęp do internetu korzysta z popularnych platform i usług jak Facebook, Netflix czy Twitter, bankowości elektronicznej, jak też robi zakupy w sieci. Prawidłowe działanie tych serwisów jest uzależnione od niezawodnego funkcjonowania centrów danych.

Obecnie więcej przedsiębiorstw niż kiedykolwiek wcześniej polega na swoich centrach danych w zakresie obsługi aplikacji o znaczeniu krytycznym dla działalności gospodarczej – mówi Bartłomiej Raab, Country Manager w firmie Vertiv Poland. – Jednak znaczne luki w infrastrukturze IT oraz błędne wyobrażenia na temat częstotliwości występowania awarii i związanych z nimi kosztów narażają wiele firm na zwiększone ryzyko przestoju w ich funkcjonowaniu.

Koszty liczone w tysiącach dolarów

Awarie i będące ich efektem przestoje w pracy centrów danych niosą ze sobą ogromne konsekwencje nie tylko dla użytkowników usług. W ogromnym stopniu cierpią na tym także ich dostawcy. Według wyliczeń Uptime Institute, w 40% przypadków koszty takich incydentów wynoszą więcej niż 100 tys. dolarów, a co dziesiąta awaria to więcej niż milion dolarów strat[1].

Natomiast według danych firmy Vertiv i agencji badawczej Ponemon Institute przyjmując średni zgłoszony czas trwania incydentu wynoszący 90 minut, można oszacować, że koszt pojedynczego przestoju wynosi przeciętnie około 505 tys. dolarów. Co może być zaskakujące, koszty sprzętowe były jednymi z najniższych zgłoszonych w przypadku przestoju i wynosiły średnio ok. 9 tys. dolarów na jedno zdarzenie. Oznacza to, że późniejsze, następujące po sobie skutki, są często o wiele bardziej dotkliwe, niż koszty wykrycia i usunięcia pierwotnej przyczyny.

Trzeba zdać sobie sprawę także z tego, że konsekwencje przestojów mają wymiar nie tylko finansowymówi Bartłomiej Raab. – To także duży problem wizerunkowy dla przedsiębiorstwa, nadszarpnięcie zaufania a nawet odpływ klientów czy też utrata perspektyw biznesowych.

Jakie są przyczyny?

Według Uptime Institute, w 2019 r. przestoje w pracy centrów danych wynikały najczęściej z awarii zasilania w ich lokalizacji (jedna trzecia przypadków), awarii sieci (30%) lub w wyniku błędów w oprogramowaniu i systemach IT (19%). Co warte podkreślenia, w 15% przypadków nie udaje się ustalić przyczyny awarii. Dla porównania: w 2018 r. nie udało się zidentyfikować przyczyny tylko w 5% przypadków[2].

Jak zapobiegać?

Aż 60% respondentów stwierdziło, że przestoju w pracy ich centrów danych można było uniknąć dzięki lepszemu zarządzaniu i odpowiednim procedurom. Zdaniem ekspertów Vertiv najlepsze praktyki przeciwdziałania przestojom to m.in. regularne przeprowadzanie prewencyjnej konserwacji środowiska IT wraz z monitorowaniem infrastruktury krytycznej, obejmującym centra danych należące do firmy oraz zewnętrznych dostawców usług, a także uwzględniającym skutki zmian klimatycznych na poziomie regionalnym. Ponadto, proces weryfikacji usług świadczonych przez podmioty trzecie powinien obejmować nie tylko prosty przegląd umów pod kątem zapisów dotyczących poziomu świadczonych usług, ale też obejmować odpowiedzialność usługodawców i uwzględniać rzeczywiste koszty związane z ewentualnym przestojem. Ważne jest także posiadanie odpowiednich systemów zasilania gwarantowanego, które podtrzymają pracę centrum danych, pomimo problemów z energią.

[1] Annual Data Center Survey Results, Uptime Institute, 2019

[2] Jw.

Są problemy z podpisywaniem e-sprawozdań

Przedsiębiorstwa, w których rok podatkowy pokrywa się z rokiem kalendarzowym muszą sporządzić sprawozdanie finansowe do 31 marca. Dlatego warto przypomnieć najważniejsze kwestie związane z podpisywaniem e-sprawozdań i przedstawić problemy przedsiębiorstw w tym temacie.

Od początku października 2018 roku spora grupa przedsiębiorstw (jednostki wpisane do KRS, które nie sporządzają sprawozdań zgodnych z MSR oraz podmioty prowadzące księgi rachunkowe podlegające podatkowi dochodowemu od osób fizycznych) jest zobligowana do sporządzania sprawozdań finansowych jedynie w formie elektronicznej.

Taka zmiana – wynikająca m.in. z coraz większej cyfryzacji w społeczeństwie – to dość duże wyzwanie dla przedsiębiorców. Dlatego warto przypomnieć i usystematyzować podstawowe informacje w jednej z bardziej problematycznych kwestii dla przedsiębiorców, czyli podpisywaniu e-sprawozdań finansowych.

Kto podpisuje elektroniczne sprawozdanie finansowe?

Aby precyzyjnie odpowiedzieć na powyższe pytanie, warto przytoczyć art. 52 ust. 2 Ustawy o rachunkowości, który mówi, że sprawozdanie finansowe podpisuje (podając zarazem datę podpisu) osoba, której powierzono prowadzenie ksiąg rachunkowych, i kierownik jednostki, a jeżeli jednostką kieruje organ wieloosobowy – wszyscy członkowie tego organu.

Jak podpisać e-sprawozdanie?

Aktualnie można podpisywać e-sprawozdanie finansowe za pośrednictwem jednej z trzech metod:

  • podpisu kwalifikowanego,
  • profilu zaufanego ePUAP,
  • podpisu osobistego.

Początkowo, czyli od początku października 2018 r. do końca grudnia 2019 r., firmy składające e-sprawozdania mogły je podpisywać jedynie za pomocą podpisu kwalifikowanego oraz profilu zaufanego ePUAP. Jednak od początku 2020 r. można także korzystać z tzw. podpisu osobistego.

W ubiegłym roku wiele przedsiębiorstw miało różnorodne problemy z podpisaniem e-sprawozdań. Każda z dostępnych metod podpisu wymaga poświęcenia chwili na kwestie techniczne związane ze złożeniem podpisu pod elektronicznym plikiem. Osoby podpisujące muszą wiedzieć o kilku niuansach związanych z podpisami:

  1. Ważna jest kolejność składania podpisów. Jeśli jeden z członków Zarządu (bądź osoba, której powierzono prowadzenie ksiąg rachunkowych) zdecydował się na złożenie podpisu poprzez ePUAP – musi on być pierwszym. Nie można złożyć podpisu za pomocą ePUAP w pliku, który już wcześniej został podpisany przez inną osobę za pomocą podpisu kwalifikowanego, odwrotna kolejność jest jak najbardziej możliwa.
  2. W przypadku podpisu kwalifikowanego trudności nastręczał również wybór rodzaju podpisu – czy sprawozdanie powinno zostać podpisane podpisem wewnętrznym (otoczonym) czy zewnętrznym. W przypadku podpisu wewnętrznego, podpis zapisuje się w pliku sprawozdania. W przypadku podpisu zewnętrznego, podpis generuje dodatkowy plik z rozszerzeniem XADES – jednak w tym przypadku bardzo ważne jest przesyłanie i zapisywanie pliku sprawozdania i pliku podpisu razem. W ubiegłym roku wiele osób próbowało przeedytować podpisany podpisem zewnętrznym plik XML zawierający sprawozdanie – co powodowało zerwanie integralności sprawozdania i podpisu, i podpis był nieważny.
  3. Problematyczna dla kierowników jednostek była również kwestia odczytania zawartości sprawozdania przed złożeniem podpisu. Ze względu na brak sensownych i darmowych rozwiązań, które umożliwiałyby prostą wizualizację zawartości pliku XML, pojawiały się obawy członków Zarządu, czy podpis jest składany pod poprawnym dokumentem.
  4. Ostatnim sporym problemem zeszłego roku był wymóg składania podpisów pod sprawozdaniem jednego (tego samego) dnia przez wszystkie osoby. Niby Ministerstwo Finansów odniosło się do tego zagadnienia na swojej stronie pisząc, iż sprawozdania nie muszą być podpisane tego samego dnia. Jednak doświadczenie we współpracy np. z biegłymi rewidentami badającymi sprawozdanie pokazuje, iż oczekiwanym było złożenie podpisów pod sprawozdaniem przez wszystkie osoby tego samego dnia. Było to związane z faktem iż podpis elektroniczny zapisuje datę złożenia podpisu – a zatem w interpretacji wielu audytorów data powinna być dla wszystkich taka sama.

Powyższe problemy mogą się pojawić również w tym roku. Kierownicy jednostek powinni zatem przygotować się do procesu składania podpisu również w tym roku.

Kiedy podpisuje się i składa elektroniczne sprawozdanie finansowe?

W kwestii terminów ponownie warto odwołać się do Ustawy o rachunkowości, gdzie w art. 52 ust. 1 czytamy, że kierownik jednostki zapewnia sporządzenie rocznego sprawozdania finansowego nie później niż w ciągu 3 miesięcy od dnia bilansowego i przedstawia je właściwym organom, zgodnie z obowiązującymi jednostkę przepisami prawa, postanowieniami statutu lub umowy. Przykładowo, w sytuacji, gdzie rok podatkowy pokrywa się z rokiem kalendarzowym – termin na sporządzenie sprawozdania finansowego upływa 31 marca. Warto jednak dodać, że dopóki sprawozdanie finansowe nie zostanie zatwierdzone przez właścicieli (mają na to 6 miesięcy od dnia bilansowego), może być ono zmieniane i podpisywane ponownie.

Sprawozdanie finansowe w formie elektronicznej powinno być złożone w ciągu 10 dni od dnia zatwierdzenia do sądu rejestrowego. Obowiązuje oczywiście forma elektroniczna wniosku. Co warto podkreślić, wniosek o złożenie sprawozdania musi również zostać podpisany elektronicznie – w tym przypadku jednak jedynie przez jednego członka Zarządu ujawnionego z numerem PESEL w KRS, prokurenta bądź adwokata, prawnika wpisanego na odpowiednią listę.

Autorka: Magdalena Michniewicz, Senior Manager w MDDP Outsourcing

Styczeń pełen wrażeń: koronawirus, Brexit, konflikty międzynarodowe

Pierwszy miesiąc roku nie pozwolił się nudzić inwestorom. Zaczynając od szybko zażegnanego konfliktu USA – Iran, na koronowirusie kończąc. Przełożyło się to w wyraźny sposób na poziom rynkowej zmienności, gdzie jednak tradycyjnie Stany Zjednoczone kończą miesiąc na niewielkim plusie, zaś krajowy rynek akcji (duże spółki) od początku roku znajduje się pod wodą. Niniejszy komentarz intencjonalnie nie będzie wskazywał na przebieg wydarzeń związanych z problemem koronowirusa, gdyż aktualnie jest on tak dynamiczny, że po kilku godzinach staje się nieaktualny. Patrząc nieco szerzej i skupiając się na rynkach, ostatni miesiąc pozwolił poczynić kilka pożytecznych obserwacji.

Krajowy rynek akcji w dalszym ciągu nie jest homogeniczny

Wrażliwość dużych spółek na wzrost napięć międzynarodowych w dalszym ciągu zaskakuje. Część spadków można tłumaczyć silną wyprzedażą na rynkach wschodzących, związaną wpierw z sytuacją w Iranie, a teraz ze spadkami na rynkach azjatyckich pod wpływem epidemii koronowirusa. Były jednak sesje, gdzie tendencje spadkowe obserwowane na GPW w niczym nie odzwierciedlały tego, co działo się na świecie. Na pewno notowaniom mocno ciąży struktura indeksu. Co prawda spółki energetyczne w mojej ocenie w najbliższych kwartałach mają przed sobą dużo lepszy okres niż poprzednie lata, ale nawis ryzyka politycznego związanego z karuzelą na stanowiskach prezesów oraz różne poboczne projekty ciążą notowaniom. PKN Orlen w zauważalny sposób pogorszył swoje wyniki. Jeden z motorów wzrostu w poprzednich latach, czyli CCC, w dalszym ciągu wyraźnie zwalnia. Banki ogółem znajdują się pod presją rezerw związanych z kredytami frankowymi i gotówkowymi po wyrokach TSUE. Nawet CD Projekt zwolnił tempo po informacjach o przesunięciu premiery Cyberpunka. Wniosek nasuwa się sam, w przypadku dużych spółek widzę szanse jedynie w selektywnej grze na wybrane spółki z wysoką ekspozycją na konsumenta lub długoterminowy zakład na spółki energetyczne, które w mojej ocenie są obecnie niedowartościowane.

Najbardziej perspektywiczny segment

Inaczej przedstawia się sytuacja średnich, a przede wszystkim małych spółek. Indeksowi mWIG40 nieco ciążą banki, sWIG jest praktycznie wolny od tego czynnika ryzyka. Sytuacja techniczna sporej ilości małych i średnich spółek wygląda bardzo dobrze. Cały szeroki rynek akcji, po kryzysie z lat 2017-18, wykazuje zauważalne oznaki wyzdrowienia. `Ryzykiem oczywiście pozostaje płynność, ale zarówno z perspektywy wyników, jak i sytuacji technicznej jest to dla mnie najbardziej perspektywiczny segment.

Amerykański rynek w dalszym ciągu bez większej korekty

Trzecia i ostatnia obserwacja dotyczyć będzie rynku amerykańskiego i jest najbardziej kluczowa. Pomimo wrażliwości amerykańskich indeksów na rynkową panikę, rynek akcji pozostaje mocny. A biorąc pod uwagę skalę wzrostów z ostatnich 12 miesięcy, aż prosi się o większą korektę. Jeśli nawet globalna panika nie jest w stanie zmusić inwestorów do realizacji zysków, a jedynie zatrzymuje dalsze wzrosty, należy pozostać optymistą w perspektywie najbliższych kilku miesięcy. Niemniej jednak ryzyko korekty, nawet jeśli się nie realizuje, w dalszym ciągu istnieje.

Po wydarzeniach ze stycznia luty na rynkach rozpoczyna się w dużych emocjach. Chwilowo czynniki fundamentalne schodzą na dalszy plan. Największe obawy budzą spowolnienie chińskiej gospodarki, wywołane kryzysem spowodowanym epidemią koronowirusa, oraz działania amerykańskiego prezydenta skierowane w stronę Unii Europejskiej. Nie zapominajmy też, że luty zaczynamy w nowej erze, z Wielką Brytanią poza wspólnotą. To w mojej ocenie rodzi jednak więcej szans niż zagrożeń na rynku.

Autor: Kamil Hajdamowicz, zarządzający aktywami Vienna Life TU na Życia S.A. Vienna Insurance Group

Od jutra Wielka Brytania formalnie przestaje być członkiem UE. W okresie przejściowym zostanie ok. 800 umów do negocjacji

0

Od jutra Wielka Brytania formalnie przestaje być członkiem UE. W okresie przejściowym zostanie ok. 800 umów do negocjacji 1

W nocy z 31 stycznia na 1 lutego Wielka Brytania formalnie przestanie być członkiem Unii Europejskiej i rozpocznie się 11-miesięczny okres przejściowy, w trakcie którego de facto nic się nie zmieni. Wciąż będzie można do niej swobodnie podróżować, problemów nie muszą też obawiać się przedsiębiorcy. W tle będą jednak toczyć się negocjacje dotyczące przyszłych relacji handlowych pomiędzy Londynem i Brukselą od 2021 roku. Obie strony muszą renegocjować nawet ok. 800 umów. – Zagrożenie twardego brexitu nadal istnieje i czeka nas na koniec tego roku, jeśli Wielka Brytania i UE nie dogadają się w szczegółach – podkreśla główny doradca Brytyjsko-Polskiej Izby Handlowej.

– Wyjście Wielkiej Brytanii z UE z końcem stycznia to data formalna. 1 lutego rozpoczyna się okres przejściowy, podczas którego w praktyce nic się nie zmieni. Sytuacja na granicy będzie wyglądać dokładnie tak jak w tej chwili. Prawdziwą datą brexitu będzie dopiero 1 stycznia 2021 roku, kiedy powinno być ustalone, na jakich warunkach Wielka Brytania występuje z Unii – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Michał Dembiński, główny doradca Brytyjsko-Polskiej Izby Handlowej.

W piątek 24 stycznia brytyjski premier Boris Johnson podpisał uzgodnione z UE porozumienie o warunkach wystąpienia Zjednoczonego Królestwa z dniem 31 stycznia. To samo zrobili również przewodnicząca KE Ursula von der Leyen i szef Rady Europejskiej Charles Michel. Oznacza to, że w nocy z 31 stycznia na 1 lutego o północy czasu europejskiego Wielka Brytania formalnie przestanie być członkiem Unii Europejskiej i będzie jednocześnie pierwszym państwem, które wystąpiło ze Wspólnoty.

Ta data nie kończy jednak procesu brexitu – 1 lutego rozpocznie się 11-miesięczny okres przejściowy, w trakcie którego de facto nic się nie zmieni. W tym czasie wciąż będzie można swobodnie podróżować do Wielkiej Brytanii bez obaw o kontrole graniczne, choć żeby legalnie mieszkać na Wyspach po brexicie, należy być zarejestrowanym i mieć status osiedlonego. Około 900 tys. Polaków musi w tym celu złożyć odpowiedni wniosek przed 30 czerwca 2021 roku.

W trakcie okresu przejściowego Wielka Brytania będzie niegłosującym członkiem UE, podlegającym unijnym przepisom. Nadal będzie uczestniczyć w unii celnej, jednolitym rynku i płacić składkę do wspólnego budżetu. Jednak w tle będą toczyć się negocjacje dotyczące przyszłych stosunków i relacji handlowych pomiędzy Zjednoczonym Królestwem i UE po okresie przejściowym, który zakończy się 1 stycznia 2021 roku.

– Wielka Brytania miała wyjść z Unii Europejskiej 29 marca ubiegłego roku, potem ta data była wielokrotnie przesuwana. Do ostatniej chwili nie wiedzieliśmy, czy wyjdzie z umową, czy bez niej. Teraz wiemy już, że nie będzie brexitu bez porozumienia, co stanowiło wielkie zagrożenie dla handlu, obywateli, gospodarki polskiej, brytyjskiej i unijnej. Na szczęście do tego nie doszło. Jednak to zagrożenie nadal istnieje i czeka nas na koniec tego roku, jeśli Wielka Brytania i UE nie dogadają się w szczegółach – podkreśla Michał Dembiński.

Wówczas obie strony będą prowadzić wzajemną wymianę handlową zgodnie z przepisami Światowej Organizacji Handlu. To w praktyce oznacza, że import i eksport towarów z Wielkiej Brytanii będzie odbywać się na takich samych zasadach, jakie obowiązują w przypadku tzw. państw trzecich, z którymi UE nie ma umów handlowych.

Czasu jest mało, bo okres przejściowy po tym, jak Wielka Brytania uruchomiła art. 50 traktatu lizbońskiego, skrócił się z 21 do 11 miesięcy, a wciąż jest ok. 750–800 umów do przedyskutowania i ustalenia – mówi Michał Dembiński. – Dwa najważniejsze ustalenia to deklaracja polityczna dotycząca stosunków brytyjsko-unijnych po upływie tego roku oraz właśnie umowa o wolnym handlu.

Jak podaje Ministerstwo Finansów, niezależnie od wyników negocjacji handlowych prawdopodobnie zostaną wprowadzone kontrole na granicy między Unią Europejską a Zjednoczonym Królestwem. Przedsiębiorcy będą mieć m.in. obowiązek dopełnienia standardowych formalności celnych. Dla osób, które dotychczas tego nie robiły, oznacza to np. konieczność zarejestrowania się w usłudze Krajowej Administracji Skarbowej „e-Klient”, składania zgłoszeń i deklaracji celnych oraz regulowania należności celnych i podatkowych (VAT i akcyza).

Pracodawcy RP zwracają uwagę, że Polska ma podpisaną z Wielką Brytanią umowę o unikaniu podwójnego opodatkowania, więc w trakcie okresu przejściowego nie powinny występować poważniejsze problemy, które będą paraliżować działalność przedsiębiorstw, choć te mogą spodziewać się pewnych dodatkowych obowiązków administracyjnych i celnych. Poważniejsze problemy mogą pojawić się w 2021 roku, jeśli do porozumienia Londynu z Brukselą nie dojdzie. „W takim przypadku pojawią się pytania np. o podmioty będące w holdingu z kapitałem brytyjskim i polskim. Problemy będą dotyczyć m.in. podatku u źródła, wypłacanych odsetek, opłat licencyjnych, restrukturyzacji. Będzie to jednak z reguły problem dużych podmiotów, które z pewnością odpowiednio wcześniej przygotują się na taką sytuację” – zwracają uwagę Pracodawcy RP.

W kwestii kształtu relacji Wielkiej Brytanii z UE po okresie przejściowym niektórzy wskazują na przykład Norwegii. Rząd brytyjski nie chce być jednak częścią unii celnej ani jednolitego rynku. Bliższym wzorcem jest Kanada, ale negocjacje umowy handlowej pomiędzy tym krajem i UE zajęły siedem lat. Tutaj trzeba wynegocjować coś podobnego w trakcie 11 miesięcy. Różnica jest taka, że obie strony dobrze się znają i jest nadzieja, że dogadają się pod presją czasu – mówi Michał Dembiński.

Wielka Brytania jest jednym z największych partnerów handlowych Polski obok Niemiec i Czech. PIE ocenia, że Polska znajdzie się w gronie państw UE najsilniej dotkniętych brexitem. W przypadku wynegocjowania porozumienia spadek eksportu obniży polskie PKB o 0,14 proc., czyli ok. 3 mld zł. Jeśli zaś do porozumienia nie dojdzie, obniżka sięgnie 0,24 proc. PKB, czyli ok. 5 mld zł. Z kolei liczba miejsc pracy może spaść odpowiednio o 20 tys. i 35 tys. Konsekwencje będą dotkliwe również dla gospodarki brytyjskiej.

Pod największym znakiem zapytania stanie eksport towarów. Około 50 proc. żywności konsumowanej przez Brytyjczyków pochodzi z innych krajów, w tym połowa z państw UE – wymienia Dembiński. – Wielka Brytania za mało produkuje – produkcja przemysłowa to tylko 9 proc. wartości dodanej do brytyjskiego PKB. Dla porównania w Polsce to jest 19 proc., a w Niemczech – 22 proc. To powoduje, że Brytyjczycy są skazani na import towarów. Kraj ma ogromny deficyt w handlu towarami, których jakość może zastąpić przez nadwyżkę handlową w eksporcie usług, przede wszystkim finansowych. Jednak już w końcówce 2018 roku większość brytyjskich instytucji finansowych, które obsługiwały rynki unijne, przeniosła swoje siedziby na teren UE.

Dla przykładu Prudential przeniósł już swoją europejską siedzibę do Dublina, Bank HSBC rezyduje w Paryżu, a Lloyd’s of London – najstarszy ubezpieczyciel na świecie – już nazywa się oficjalnie Lloyd’s Brussels. W Polsce każda nowa polisa wystawiona przez tego ubezpieczyciela jest już traktowana jako eksport belgijskich, a nie brytyjskich usług finansowych.

– Byłbym zaskoczony, gdyby to przeniesienie 50 największych instytucji finansowych nie spowodowało ogromnego tąpnięcia w nadwyżce handlowej. Jednak sporo unijnych instytucji finansowych już zabiega o pozwolenie, żeby sprzedawać swoje usługi finansowe na terenie Wielkiej Brytanii – mówi Michał Dembiński.

Główny doradca Brytyjsko-Polskiej Izby Handlowej podkreśla, że po zakończeniu okresu przejściowego z umową czy bez niej przedsiębiorcy mogą spodziewać się sporych problemów logistycznych.

– W tej chwili, gdy w porcie Dover cumuje prom, wyjeżdża z niego około 80 tirów. Brytyjskie służby celne są w stanie wychwycić może dwie–trzy ciężarówki podejrzane o jakieś nieprawidłowości. Jeśli jednak zatrzymają cztery, to już pojawiają się kłopoty, jeśli więcej, kolejny prom nie może zacumować. Teraz trzeba będzie kontrolować wszystkie 80 ciężarówek, więc utrudnienia i związane z tym koszty będą ogromne – mówi Michał Dembiński.

Dwa razy wygrał przed sądem spór z fiskusem o zwrot ponad 4 mln zł VAT. Mimo to organ nadal nie chce zwrócić należnych pieniędzy

Przedsiębiorca dwa razy wygrał przed sądem spór z fiskusem o zwrot VAT. Zobowiązany do jego dokonania organ wciąż jednak nie zwrócił przedsiębiorcy pieniędzy. Sądy karzą go za to grzywną, nazywając jego bezczynność rażącym naruszeniem prawa. Mimo to organ nadal nie chce zwrócić należnych przedsiębiorcy ponad 4 mln zł.

Rażące naruszenie prawa przez organ

Warszawski przedsiębiorca wniósł skargę na bezczynność naczelnika jednego z warszawskich urzędów skarbowych (dalej: NUS) w przedmiocie rozpoznania wniosku o zwrot VAT, nadpłaconego w miesiącach październik i listopad 2017 r. Wyrokami z 7 listopada 2019 r. Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie (sygn. akt III SAB/Wa 48/19 oraz III SAB/Wa 49/19) dwukrotnie stwierdził bezczynność naczelnika w zakresie dokonania zwrotu nadwyżki podatku od towarów i usług naliczonego nad należnym, jak i dwukrotnie uznał, że bezczynność ta miała charakter rażącego naruszenia prawa. W każdym z wyroków wymierzył NUS grzywnę w wysokości 1000 zł i zobowiązał go do zwrotu przedsiębiorcy kosztów postępowania sądowego. Co najważniejsze i najistotniejsze: zobowiązał go do dokonania przedmiotowego zwrotu VAT w łącznej wysokości 4,11 mln zł w terminie 14 dni od dnia otrzymania odpisu prawomocnego wyroku wraz z aktami sprawy, lub do wydania w tym terminie decyzji zawierającej odmowę zwrotu.

Siedmiokrotnie przedłużany termin zwrotu VAT

W listopadzie 2018 r. wyrokami o sygn. akt III SA/Wa 1158/18 oraz III SA/Wa 1895/18 Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie orzekł, że naczelnik urzędu skarbowego nie może już dalej przedłużać przedsiębiorcy zwrotu VAT, albowiem postanowienia o przedłużeniu terminu zwrotu, odpowiednio z 27 listopada 2017 r. (w zakresie zwrotu za październik 2017 r.), jak i z 28 grudnia 2017 r. (w zakresie zwrotu za listopad 2017 r.) zostały przedsiębiorcy doręczone po upływie terminu. Wyrokami tymi WSA stwierdził, że w obliczu upływu terminu zwrotu podatku organ nie miał prawa dłużej go wstrzymywać. A czynił to wielokrotnie, w sumie przedłużając termin każdego ze zwrotów VAT aż siedem razy.

Prawnie niedopuszczalne działania organu wobec przedsiębiorcy

Mimo korzystnych wyroków przedsiębiorca nie doczekał się zwrotu. Po ich wydaniu 16 listopada 2018 r. naczelnik urzędu skarbowego wstrzymywał zwroty jeszcze trzykrotnie, postanowieniami z 13 grudnia 2018 r., 22 marca 2019 r. i 13 czerwca 2019 r. Reprezentujący firmę radca prawny Robert Nogacki z Kancelarii Prawnej Skarbiec, wniósł w jej imieniu skargę na bezczynność organu, domagając się wydania przez organ ostatecznego aktu administracyjnego w przedmiocie zwrotu podatku w terminie 14 dni, jak również dokonania przez sąd kontroli przewlekłości postępowania, zobowiązania organu do ukarania pracownika odpowiedzialnego za niezałatwienie sprawy w terminie, jak i ukarania grzywną samego organu. Pełnomocnik firmy podniósł, że organ skarbowy nie zastosował się do prawomocnego wyroku sądu, przedłużając ponownie termin zwrotu należnego firmie VAT, mimo usankcjonowania przez sąd, że jest to prawnie niedopuszczalne.

Sytuacja niedopuszczalna w demokratycznym państwie prawnym

NUS nie zgodził się ze skargą, twierdząc, że zgromadził w sprawie wystarczający materiał dowodowy, potwierdzający uczestnictwo skarżącego przedsiębiorcy w oszustwie podatkowym, a wszelkie jego działania mają na celu nienarażanie Skarbu Państwa na uszczuplenie oraz „możliwie szybkie oraz wnikliwe przeprowadzenie kontroli podatkowej”.

WSA w Warszawie wyrokami III SAB/Wa 48/19 oraz III SAB/Wa 49/19 z 7 listopada 2019 r. stwierdził bezczynność organu skarbowego mającą charakter rażącego naruszenia prawa. Sąd orzekł, że NUS pozostawał w bezczynności już od 29 listopada 2017 r., czyli od następnego dnia po dniu, w którym upłynął termin nieskutecznie przedłużonego przez organ zwrotu podatku. Niemniej z racji tego, że wyrok z 16 listopada 2018 r., w którym sąd stwierdził, że organ nie miał możliwości przedłużania terminu zwrotu, a który organ winien był respektować, wpłynął do organu 15 lutego 2019 r., za rażące naruszenie prawa bezczynność tę można uznać od dnia 16 lutego 2019 r. Sąd zobowiązał organ do zwrotu ponad 4 mln zł na rzecz skarżącego przedsiębiorcy lub wydania decyzji zawierającej odmowę zwrotu i ukarał go dwukrotnie grzywną po 1000 zł każda.

„Naczelnik US nie wydając żadnej decyzji w przedmiocie zwrotu podatku za powyższy okres, w istocie zanegował stan prawny powstały na skutek uprawomocnienia się powyższego wyroku, co oznacza, że zakwestionował treść tego wyroku. Sytuację taką sąd orzekający w tej sprawie uznał za niedopuszczalną w demokratycznym państwie prawnym” (sygn. akt III SAB/Wa 48/19).

Urzędnicze bezprawie

To jednak nie wszystkie aspekty sprawy. 31 października 2019 r. Dyrektor Izby Administracji Skarbowej w Warszawie wskutek wniesionego przez przedsiębiorcę zażalenia umorzył postępowanie w sprawie przedłużania zwrotu, respektując wyroki sądu z 16 listopada 2018 r. Rozstrzygnięcie DIAS za nic wziął naczelnik urzędu skarbowego i zwrotu nadal nie dokonał.

29 listopada 2019 r., w odpowiedzi na zażalenie z 18 października 2019 r. wniesione przez reprezentującego firmę radcę prawnego Roberta Nogackiego na postanowienie NUS w sprawie odmowy uznania zarzutów firmy co do prowadzonego postępowania egzekucyjnego, DIAS postanowił, że nie rozpatrzy go w zakreślonym przepisami prawa podatkowego terminie. Powołując się na konieczność ustalenia wszystkich okoliczności sprawy, wydłużył organom czas na gromadzenie materiału dowodowego, a później na dokonanie jego oceny, przesuwając termin załatwienia sprawy do 14 stycznia 2020 r. Co więcej, jak zaznaczył DIAS, jest to jedynie „przewidywany” termin załatwienia tej sprawy.

To nie wydłużanie czasu na gromadzenie materiału dowodowego – to po prostu danie organowi czasu na dalsze poszukiwanie dowodów przeciw przedsiębiorcy, by nie zwracać ponad 4 mln należnych mu zgodnie z wyrokami sądów, pieniędzy. No a już na pewno, by nie zwracać ich przed końcem roku, i nie zaniżać fiskusowi statystyk ściągalności podatków i finansowych sukcesów w uszczelnianiu systemu VAT. Pytanie jednak, czy są to jeszcze działania, które można uznać „tylko” za naruszenie prawa, czy urzędnicze bezprawie, nazwane przez warszawski sąd niedopuszczalnym w demokratycznym państwie prawa?

„…Naczelnik US naruszył prawo poprzez bezprawny brak dokonania zwrotu spornych kwot nadwyżki podatku naliczonego nad należnym lub wydania decyzji o odmowie zwrotu pozostając w bezczynności, która miała charakter rażącego naruszenia prawa…” (wyrok WSA w Warszawie z 7 listopada 2019 r., sygn. akt III SAB/Wa 48/19).

Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Transformacja energetyczna i transportowa musi być wdrażana równolegle

Zerowa emisyjność samochodów elektrycznych wciąż pozostaje kwestią sporną. Chociaż nie ulega wątpliwości, że silnik elektryczny jest jedynym rozwiązaniem gwarantującym brak emisji spalin z rury wydechowej – to jednak nie jest on pozbawiony śladu węglowego. Eksperci wskazują, że prąd używany do napędzania silników elektrycznych jest w większości przypadków produkowany z węgla – szczególnie w tak tradycyjnej gospodarce elektrycznej, jak polska. Również produkcja wzbogaconego wodoru, potrzebnego do działania technologii wodorowej w silnikach samochodów, wymaga zużycia dużej ilości energii elektrycznej. Podobnie jest z wytwarzaniem części samochodów elektrycznych, szczególnie baterii. Chociaż proces ten jest coraz czystszy i bardziej nowoczesny, wciąż wiąże się z produkcją zanieczyszczeń. Nie jest ona jednak porównywalna z emisyjnością silników spalinowych. Dlatego mimo wszystko skręt w kierunku elektromobilności jest ruchem w dobrą stronę. Topowi producenci samochodów wierzą, że całkowita bezemisyjność transportu drogowego jest możliwa. Potrzebna jest do tego jednak równoległa transformacja przemysłu samochodowego i energetycznego.

– Docelowo nawet te najbardziej tradycyjne rynki energetyczne w Unii Europejskiej, takie jak polski, mają w planie w pewnym momencie przejść na w pełni bezemisyjną gospodarkę elektryczną. To daje nadzieję, że samochody elektryczne będą mogły stać się całkiem czyste – powiedział serwisowi eNewsroom Aleksander Rzepecki, menedżer do spraw pojazdów elektrycznych w Mercedes-Benz Polska. – Czy to będzie wcześniej, czy później, to jest kwestia czasu. Wprowadzenie elektromobilności do powszechnego użycia również jest kwestią czasu. Gdybyśmy dzisiaj w cudowny sposób zmienili całą naszą gospodarkę na wiatraki i panele słoneczne, to od jutra nie będą przecież jeździły po naszych drogach same samochody elektryczne. Wprowadzenie takich samochodów to długi proces. Dlatego bardzo ważne jest, by te dwa procesy działy się jednocześnie. Należy przechodzić na odnawialne źródła energii oraz wprowadzać samochody elektryczne. Dzięki temu w perspektywie kilkudziesięciu lat będziemy coraz bliżej  momentu, gdy na naszych drogach będą samochody elektryczne napędzane przez odnawialne źródła energii – przewiduje Rzepecki.

Tylko 21 proc. Polek deklaruje, że są w pełni szczęśliwe. Brakuje im miłości i bezpieczeństwa finansowego

Aż 42 proc. kobiet w Polsce nie umie określić, czy są szczęśliwe. Do pełnego zadowolenia najczęściej brakuje im bliskości partnera lub bezpieczeństwa ekonomicznego. Wiele pań podkreśla, że wciąż szuka swojej drogi do szczęścia. – Duże znaczenie ma tutaj dbanie o własne potrzeby i umiejętność odpoczywania – podkreślają inicjatorzy kampanii Naturalnie 5zczęśliwe. Kobiety mają dla siebie średnio dwie godziny dziennie i twierdzą, że potrafią w tym czasie odpocząć, jednak zwykle robią to w sposób bierny, oglądając seriale lub przeglądając internet.

 21 proc. kobiet w Polsce deklaruje poczucie całkowitego szczęścia. Pozostałe 79 proc. nie umie określić swojego obecnego stanu lub ciągle szuka właściwej drogi. W tym bardzo mały odsetek pań [5 proc. – red.] mówi otwarcie, że nie są szczęśliwe – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Ewa Łusiak, koordynatorka kampanii Naturalnie 5zczęśliwe.

Jedna czwarta respondentek twierdzi, że w życiu odczuwa brak bliskości partnera. 16 proc. przyznaje, że problemy ze zdrowiem własnym lub bliskich osób nie pozwalają im w pełni cieszyć się życiem. Istotne są również kwestie ekonomiczne. Co piąta badana podkreśla, że do szczęścia brakuje im więcej pieniędzy, 8 proc. chciałoby większego lub własnego mieszkania (lub domu), kolejne 7 proc. – stabilizacji finansowej.

Co ciekawe, na ostatnim miejscu respondentki wymieniły kompleksy związane z wyglądem. Jedynie 0,4 proc. kobiet przeszkadzają one w odczuwaniu szczęścia. Zdaniem większości najważniejsze w życiu są więzi emocjonalne i poczucie spełnienia.

– Zdaniem Polek kobieta szczęśliwa jest spełniona zarówno zawodowo, jak i prywatnie. To osoba otoczoną miłością bliskich i przede wszystkim mająca czas dla siebie. Co ciekawe, nie musi być to typowa zamożna kobieta sukcesu – dodaje Ewa Łusiak.

Wiele kobiet podkreśla, że szczęśliwa kobieta to taka, która dba o własne potrzeby, ma czas dla siebie i bliskich, żyje w zgodzie z samą sobą, realizuje swoje marzenia i cele. Z badania przeprowadzonego w ramach kampanii Naturalnie 5zczęśliwe wynika, że panie mają dla siebie około dwóch godzin dziennie, czyli około 15 godzin tygodniowo. Najmniej zajęte są singielki z dużych miast. Z kolei matki przeznaczają na relaks zdecydowanie mniej czasu. Wprawdzie 24 proc. Polek twierdzi, że potrafi odpoczywać, jednak jakość tego odpoczynku nie jest zadowalająca nawet dla nich samych.

– Okazuje się, że panie odpoczywają głównie pasywnie. Większość z nich ogląda telewizję lub surfuje po internecie. Z kolei kiedy pytamy, na co brakuje im czasu, wśród najczęstszych odpowiedzi pojawiają się sport i czytanie książek. Wynika z tego, że Polki nie do końca wiedzą, jak spędzać wolny czas – zwraca uwagę Ewa Łusiak.

70 proc. kobiet deklaruje, że spędza wolny czas na oglądaniu telewizji, filmów czy seriali, 62 proc. przegląda internet. Dla porównania wyjście na spacer wybiera 41 proc. badanych, a sport – 25 proc. Znacznie częściej Polki w wolnym czasie wybierają aktywność związaną z obowiązkami domowymi: sprzątaniem, gotowaniem czy zakupami.

– Polki nie zdają sobie sprawy, jak ważny jest ruch. Nie chodzi jedynie o utrzymanie zgrabnej sylwetki, lecz także o nasze zdrowie. Aktywność fizyczna ma duży wpływ na poziom hormonów w naszym ciele. Już spacer może sprawić, że będziemy szczęśliwsze – mówi Ewa Łusiak.

Jak podkreśla, kampania Naturalnie 5zczęśliwe ma wspierać kobiety w dążeniu do szczęścia, co przejawia się w dbaniu o siebie i dobrym jakościowo wypoczynku. Podstawą dla inicjatorów jest 200-letnia filozofia duchownego Sebastiana Kneippa, który oparł swoją naukę o leczeniu naturalnym na pięciu filarach: wodzie, roślinach, ruchu, odżywaniu i równowadze.

Musimy pamiętać o tym, że w 80 proc. składamy się z wody. Bardzo łatwe zabiegi z hydroterapii mogą nam pomóc w tym, żeby pobudzić swoją odporność. Pamiętajmy o tym, jak zbawienną rolę ma dla nas kontakt z naturą czy rośliny, które spożywamy. Równowaga to niesamowicie ważny element. Chodzi o to, żeby nasze życie było poukładane i żebyśmy żyły w zgodzie z sobą i naturą. Powinniśmy się również odżywiać zgodnie z porą roku i miejscem, gdzie żyjemy. Kolejnym czynnikiem jest ruch, który jest nieodłącznym elementem tego, żeby być zdrową i szczęśliwą – tłumaczy Ewa Łusiak.

Ile Wielka Brytania straci na Brexicie?

  • 31 stycznia 2020 r. rozpoczął się okres przejściowy, który do 31 grudnia 2020 r. daje czas na wypracowanie ostatecznej umowy handlowej między Unią Europejską, a Wielką Brytanią
  • prawdopodobieństwo ryzyka “braku umowy handlowej” na koniec 2020 r. wynosi 15%
  • w przypadku twardego brexitu prognozujemy, że wzrost PKB Wielkiej Brytanii spadnie do +0.6% w 2020 r. oraz -0.6% w 2021 r.
  • straty Wielkiej Brytanii z tytułu eksportu towarów do UE i wszystkich krajów, z którymi UE ma zawarte porozumienie o wolnym handlu, wyniosłyby ponad 20 mld GBP (lub 22 mld EUR) w 2021 r.

Brexit, który formalnie nastąpi 31 stycznia, rozpocznie okres przejściowy, w którym swobodny przepływ kapitału, towarów, ludzi i usług w ramach Unii Europejskiej będzie miał nadal zastosowanie. Ostateczny termin upływa z dniem 31 grudnia 2020 roku, toteż do tej daty obie strony dały sobie czas na wypracowanie ostatecznej umowy handlowej. Komentarz w sprawie prawdopodobnego ryzyka braku porozumienia przygotowała Ana Boata, Kierownik Działu Badań Makroekonomicznych w Grupie Euler Hermes.

Po ratyfikacji przez parlament Wielkiej Brytanii umowy brexitowej została ona dnia 29 stycznia 2020 r. zatwierdzona przez Parlament Europejski. W związku z tym, 31 stycznia 31 stycznia o godz. 23:00 czasu uniwersalnego Zjednoczone Królestwo znajdzie się poza UE i nie będzie częścią instytucji europejskich, ani organów decyzyjnych w Europie. W ramach porozumienia, będzie musiało stosować zasady europejskie na czas okresu przejściowego, który upływa z dniem 31 grudnia 2020 r. Do tej daty, Wielka Brytania i Unia Europejska będą prowadzić swobodną wymianę handlową. Co prawda, finalizacja pierwszego kamienia milowego brexitu redukuje niepewność, lecz nie usuwa jej całkowicie, gdy weźmiemy pod uwagę otwarcie następnej rundy negocjacji w sprawie nowego porozumienia handlowego z UE. Co więcej, Wielka Brytania musi renegocjować ponad 50 innych umów o wolnym handlu, jakie UE zawarła z państwami trzecimi.

Zawarcie porozumienia w sprawie umowy handlowej z UE do czerwca 2020 r. wydaje się mało prawdopodobne, torując drogę do dłuższego okresu przejściowego.

Patrząc na kalendarz najważniejszych dat dla brexitu w 2020 roku (Rysunek 1), spodziewamy się, że debata szybko przesunie się w stronę ryzyka dla sytuacji „bez umowy handlowej”. Toteż, nawet jeśli premier Boris Johnson nie będzie chciał przedłużać okresu przejściowego sądzimy, że istnieje wysokie prawdopodobieństwo, iż w końcu będzie musiał to zrobić.

kluczowe daty brexitu
Źródło: Various, Allianz Research

Naturalnie, Komisja Europejska pozostaje sceptyczna wobec zdolności obu stron do wynegocjowania „nowego kompleksowego porozumienia” do Szczytu Europejskiego w dniach 18-19 czerwca, które obejmowałoby towary i produkty rolnicze, a także usługi, uwzględniając jednocześnie wymogi EU w zakresie norm społecznych i środowiskowych, pomocy państwa, zwalczania nadużyć i standardów pracy. Naszym zdaniem największym wyzwaniem będzie techniczna organizacja kontroli celnych na Morzu Irlandzkim. Również usługi finansowe straciłyby prawo dostępu do rynków i dlatego potrzebowałyby równoważnego statusu produkt za produkt. Negocjacje oficjalnie rozpoczną się 1 marca, lecz szczegóły techniczne nie zostały do tej pory jasno określone ani w Deklaracji Politycznej, ani Porozumieniu o Wystąpieniu. Porównując ten ostatni dokument z Kompleksową Umową Gospodarczo-Handlową (CETA) pomiędzy UE i Kanadą, na przykład, wciąż brakuje konkretnych słów, takich jak „sektory”, „przemysłowy”, „usługi finansowe”, „korporacje”, „dostęp do rynku” itd.

Naszym zdaniem, prawdopodobieństwo ryzyka “braku umowy handlowej” na koniec 2020 r. wynosi teraz 15% wobec 30% w 2019 r.

Prognozujemy, że wzrost PKB Wielkiej Brytanii spadnie do +0.6% w 2020 r. (z +1.0% w scenariuszu podstawowym) przed recesją w 2021 r. (-0.6% wobec +1.6% w scenariuszu podstawowym), jeżeli nastąpiłby twardy brexit, tj. wyjście na warunkach WTO 31 grudnia 2020 r. To oznaczałoby średnią stawkę celną na przywóz w średniej wysokości 5% na towary importowane z UE i reszty świata.

Sądzimy, że jest bardzo małe prawdopodobieństwo, aby Zjednoczone Królestwo było w stanie powielić niektóre już istniejące porozumienia o wolnym handlu UE (z Australią, Kanadą) przed końcem tego roku lub wynegocjować nowe (np. z USA). UE stosuje średnią stawkę celną w wysokości około 9% na przywóz z USA, podczas gdy USA stosuje stawkę celną w wysokości około 5% na przywóz z UE. W przypadku braku porozumienia o wolnym handlu, bez względu na to, czy brexit będzie twardy czy uporządkowany, UK mogłaby zastosować te same stawki celne wobec USA. Porozumienie o wolnym handlu z USA wydaje się mało prawdopodobne w 2020 r., biorąc pod uwagę fakt, że zgodnie z zapowiedziami Zjednoczonego Królestwa porozumienie z UE będzie miało pierwszeństwo przed porozumieniem z USA w tym roku.

Generalnie, straty Wielkiej Brytanii z tytułu eksportu towarów (do UE i wszystkich krajów, z którymi UE ma zawarte porozumienie o wolnym handlu) wyniosłyby ponad 20 mld GBP (lub 22 mld EUR) w 2021 r. (Rysunek 2). Dla UE wpływ ekonomiczny byłby bardziej ograniczony (około 16 mld EUR z tytułu towarów). Poza UE, Japonia i Kanada znajdują się na czele pośród 15 najbardziej dotkniętych krajów, ponieważ porozumienia o wolnym handlu, jakie mają z UE, nie będą miały zastosowania do UK (Rysunek 3).

Rysunek 2: Prognozowane roczne straty UK z tytułu eksportu według krajów w scenariuszu twardego brexitu, mld GBP

Prognozowane roczne straty UK z tytułu eksportu według krajów w scenariuszu twardego brexitu

Źródło: ITC, Bank Światowy, Allianz Research

Rysunek 3: Oczekiwane roczne straty z tytułu eksportu z UK, biorąc pod uwagę koniec jednolitego rynku i zawartych porozumień o wolnym handlu, mld EUR

Oczekiwane roczne straty z tytułu eksportu z UK
Źródło: ITC, Bank Światowy, Allianz Research

Pokaż swoją ofertę!

Niezależnie od tego, czy twoje produkty znajdują się w sklepie spożywczym, przemysłowym, motoryzacyjnym czy też właśnie szykujesz się na targi, na których chcesz zaprezentować swoją ofertę, musisz zadbać o to, aby się wyróżniać. Paradoksalnie, nie zawsze musi być to aż tak trudne. Często wystarczy przemyślana strategia, kilka dobrze rozmieszczonych ekspozytorów i ciekawe plakaty.

  1. Pokaż się w sklepie
  2. Stoisko reklamowe na poziomie

Pokaż się w sklepie

Sklep to miejsce, gdzie wchodzącego klienta atakuje natychmiast wielość produktów, które ma on na wyciągnięcie ręki. Bardzo często jednak ta wielość powoduje przytłoczenie i dezorientację klienta, który w pewnym momencie ma prawo stracić głowę. Twoim zdaniem jest pomóc mu przypomnieć sobie o twojej ofercie, jej wyjątkowości, konkurencyjnej cenie lub wyjątkowych właściwościach i wartościach dodanych. Jak to zrobić? Ekspozytory reklamowe to jeden z prostszych gadżetów reklamowych, który może w tym pomóc. Wykonanie ekspozytorów na ladę w dobrej drukarni internetowej zajmuje zaledwie kilka dni, a ty możesz znacznie lepiej wyeksponować swój produkt. Oczywiście koniecznie trzeba podjąć negocjacje z właścicielem sklepu, aby zgodził się on na tę dodatkową formę promocji, natomiast naprawdę warto o takie wyróżnienie zadbać. W przypadku produktów spożywczych na przykład klienci dość łatwo i chętnie decydują się jeszcze na zakup dodatkowego produktu, który został wyeksponowany na ladzie. Czekając w kolejce, z ciekawości mogą wziąć ulotkę, którą włożysz do ekspozytora. To wszystko nie wymaga szczególnie skomplikowanych zabiegów z twojej strony, a może przynieść bardzo wymierne efekty. Drukomat.pl zrobi dla ciebie takie gadżety w tydzień.

Stoisko reklamowe na poziomie

Nie każda firma może pozwolić sobie na zakup indywidualnego projektu stoiska reklamowego. Budżety na tego typu wydatki są bardzo wysokie i najczęściej na takie rozwiązania decydują się duże i bogate firmy. Stoisko, aby zwracało uwagę, nie musi jednak kosztować kilkudziesięciu tysięcy złotych. Umiejętne zaplanowanie rozstawienia roll-upów, ekspozytorów, ścianek reklamowych często wystarcza do tego, aby stworzyć przestrzeń, która zachęca klienta lub kontrahenta do rozmowy z tobą. Bardzo ważne jest przygotowanie pomysłowych plakatów (https://www.drukomat.pl/plakat-jednostronny), przyciągających wzrok, skupiających uwagę. Dzięki nim, naprawdę niewielkim kosztem, możesz wyróżnić się spośród innych. Tutaj liczy się przede wszystkim pomysł, koncepcja i jakość wykonania, a nie ilość pieniędzy wydanych na promocję.

Większość Polaków spędza ferie w kraju. Zakopane wśród najczęściej wybieranych kierunków

Ferie zimowe w tym roku potrwają do 23 lutego. Teraz wypoczywają dzieci z województw: kujawsko-pomorskiego, lubuskiego, małopolskiego, świętokrzyskiego i wielkopolskiego. Od 10 lutego przerwę od szkoły będą mieć uczniowie z Dolnego Śląska, Mazowsza, Opolskiego i Zachodniopomorskiego. 60 proc. osób rezerwujących hotele i apartamenty na Noclegi.pl zdecydowało się na spędzenie urlopu w Polsce. Turyści najchętniej udają się do Zakopanego. Popularnością cieszą się również inne górskie miejscowości, takie jak Kościelisko, Szczyrk czy Białka Tatrzańska.

Ponad 60 proc. turystów, którzy zarezerwowali nocleg na ferie zimowe, wybrało Polskę. Największą popularnością cieszą się kierunki górskie. Szukamy miejsc, w których towarzyszyć nam będzie zimowa aura, ponieważ chcemy spędzić czas na stoku – mówi agencji Newseria Biznes Agnieszka Rzeszutek, specjalistka ds. marketingu platformy rezerwacyjnej Noclegi.pl.

Zakopane ponownie okazało się najczęstszym kierunkiem wybieranym przez Polaków na zimowe wyjazdy. Coraz większym zainteresowaniem cieszą się także mniejsze górskie miejscowości.

– Tym razem ponad 40 proc. rezerwacji online dotyczyło właśnie zimowej stolicy Tatr. Inne wyszukiwane kierunki to Kościelisko, Szczyrk, Biały Dunajec czy Białka Tatrzańska. Tam oprócz wyciągów narciarskich czekają na nas atrakcje w postaci term czy gorących źródeł – tłumaczy Agnieszka Rzeszutek.

Ferie zimowe większości społeczeństwa kojarzą się ze śniegiem i sportami zimowymi. Plany wyjazdowe może jednak pokrzyżować pogoda. Nieprzychylne prognozy potrafią zmniejszyć liczbę dokonywanych rezerwacji nawet o 25 proc.

– Jeżeli pogoda w Polsce nie dopisuje, często decydujemy się na miejscowości zagraniczne. Najbardziej popularne kierunki to Węgry, Słowacja, Austria oraz Czechy – mówi Rzeszutek. – Wciąż popularne są Hajdúszoboszló i Balaton na Węgrzech, ale też coraz większą popularność zdobywa czeska Praga.

Coraz częściej planujemy wyjazdy z wyprzedzeniem. To okazuje się szczególnie ważne, gdy podczas ferii chcemy uczestniczyć w różnego rodzaju wydarzeniach i imprezach. Dla przykładu nocleg na weekend, podczas którego odbywa się konkurs skoków narciarskich w Zakopanem, trzeba rezerwować kilka miesięcy wcześniej.

Ceny mogą rosnąć nawet o 19 proc. z każdym miesiącem. Podobnie sytuacja wygląda, jeżeli rezerwujemy wyjazd na jakieś widowisko, koncert czy wydarzenia sportowe. Właściciele obiektów noclegowych potrafią wtedy podnieść cenę nawet z dnia na dzień dla tych, którzy rezerwują na ostatnią chwilę – podkreśla Agnieszka Rzeszutek.

Cena wciąż odgrywa największą rolę przy szukaniu noclegów.

Lubimy  też zniżki i wszelkiego rodzaju pakiety. Obiekty noclegowe mogą zaoferować nam dodatkowe rabaty na atrakcje, takie jak termy czy wyciągi narciarskie – mówi specjalistka platformy Noclegi.pl.

Jeśli chodzi o organizację wyjazdu, Polacy z roku na rok robią się coraz bardziej samodzielni.

Turyści, którzy rezerwują nocleg na portalu Noclegi.pl, najczęściej samodzielnie organizują sobie dojazd. Właściciele obiektów noclegowych mogą jednak zaoferować gościom dodatkowe atrakcje w postaci  pieczenia kiełbasek z ogniska czy kuligu – wyjaśnia Rzeszutek.

WWF: Ustawa o walce z ASF ingeruje w prawa obywateli i szkodzi dobru dzikiej przyrody. Jej skuteczność pod znakiem zapytania

Prezydent Andrzej Duda podpisał w środę ustawę zwaną „lex Ardanowski”, która ma ułatwić walkę z afrykańskim pomorem świń m.in. poprzez wybijanie dzików na terenach, na których stwierdzono obecność wirusa, i karanie więzieniem osób zaangażowanych w przeciwdziałanie odstrzałowi. Zdaniem ekologicznej organizacji WWF nowe przepisy przyniosą wiele szkód środowisku naturalnemu.

Jest szereg rzeczy w ustawie dotyczącej walki z ASF, które bardzo mocno ingerują w nasze prawa obywatelskie. To m.in. karanie więzieniem za utrudnianie polowań, co jest karą absolutnie nieadekwatną – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Katarzyna Karpa-Świderek, rzeczniczka WWF Polska. – Są też inne kwestie, bo według tej ustawy będzie można np. zamykać przejścia nad autostradami. Dzik przecież nie jest jedynym zwierzęciem, który żyje w ekosystemie. Jeżeli zamkniemy korytarze ekologiczne, to będą na tym cierpieć także inne zwierzęta, również te, które są chronione, np. ryś, wilk, sarna.

Podpisana przez prezydenta ustawa, która ma wejść w życie już w dzień po jej publikacji w Dzienniku Ustaw, przyznaje myśliwym większe prawa odstrzału dzików i przewiduje kary więzienia dla osób, które będą usiłowały przeciwdziałać polowaniom. Senat zaakceptował sejmową wersję bez poprawek, choć tylko przewagą jednego głosu, gdyż przepisy poparło PSL. Zgodnie z nowymi regulacjami myśliwi będą mogli prowadzić odstrzał w dzień i w nocy, korzystając z tłumików, które zapobiegną ostrzeżeniu zwierząt przed niebezpieczeństwem. Dodatkowo osoby „spacerujące po lesie” w czasie polowania będą mogły być uznane za przeszkadzające odstrzałowi i skazane nawet na rok więzienia. Zdaniem WWF w ustawie niewłaściwie zostały rozłożone akcenty i rozdysponowane środki. Łącznie na walkę z wirusem państwo chce wydać 133 mln zł.

Wydajemy niewspółmiernie dużo pieniędzy na odstrzał w stosunku do tego, ile wydajemy na bioasekurację. A to właśnie nie odstrzał, ale bioasekuracja, czyli takie zabezpieczanie hodowli, żeby wirus ze środowiska nie dostawał się do trzody chlewnej, faktycznie działa i jest metodą na ASF – przekonuje Katarzyna Karpa-Świderek. – Ta ustawa zamiast rozwiązywać problem, tworzy niejako kolejne problemy i jeszcze do tego polaryzuje społeczeństwo, a nawet penalizuje pewne zachowania, które wydawałyby się dalekie od tego, żeby karać je karą więzienia.

Za dziki pozyskane w ramach polowania dostarczone do punktu skupu lub zakładów powiatowy lekarz weterynarii wypłaci dzierżawcy lub zarządcy obwodu łowieckiego lub dyrektorowi parku narodowego 650 zł brutto za samice przelatki i dorosłe samice dzika oraz 300 zł brutto za pozostałe dziki. Tymczasem zdaniem naukowców to właśnie myśliwi mający kontakt z chorym zwierzęciem są częstym źródłem zarażeń w hodowlach świń, bo dziki bezpośredniego kontaktu ze zwierzętami hodowlanymi nie mają.

Ta ustawa jest przeciwko dzikiej przyrodzie i nie poprawi jej stanu. Sposób jej procedowania był daleki od dobrego procesu legislacyjnego, w którym się słucha głosu naukowców i społeczeństwa, w tym organizacji pozarządowych – argumentuje rzeczniczka WWF. – To jest jeden z bardzo ważnych zarzutów. Nie można stanowić prawa, które będzie dotyczyło tak wielu osób i będzie miało wpływ na przyrodę w Polsce, w ogóle nie słuchając tych, którzy się na przyrodzie znają, czyli naukowców, biologów, zoologów, ale także organizacji pozarządowych zajmujących się ochroną środowiska. To jest niezwykle niebezpieczne i takie sytuacje zawsze się potem mszczą.

Polska walczy z wirusem ASF już szósty rok. W styczniu 2019 roku Polska Akademia Nauk opublikowała swoje stanowisko, w którym stwierdziła, że redukcja populacji dzików powinna być tylko jednym z działań zmierzających do zahamowania rozprzestrzenienia ASF, bo jedynie ok. 5 proc. odstrzelonych wcześniej dzików miało kontakt z tym wirusem. Inaczej jest z dzikami padłymi, gdzie odsetek ten wynosił 80 proc.

Mikrorachunek ułatwi przedsiębiorcom opłacanie podatków. Konieczne jest jednak wskazanie tytułu przelewu

0

W tym roku przedsiębiorcom łatwiej rozliczyć się z fiskusem. Zamiast przelewów na różne konta urzędów skarbowych wszystkie zobowiązania uiszczają na jeden indywidualny mikrorachunek. Jego numer jest generowany automatycznie. Jednym przelewem można dokonać płatności za różne podatki. – Jeżeli jednak nie wskażemy, jakim tytułem dokonujemy wpłaty, urząd przypisze te należności zgodnie ze swoją wolą, niekoniecznie korzystnie dla podatnika – mówi Monika Spotowska, adwokat i doradca podatkowy z Kancelarii Rödl & Partner.

 Mikrorachunek ma ułatwić rozliczenia podatkowe przedsiębiorcy z urzędem skarbowym. Do tej pory przedsiębiorca, który miał różne należności z tytułu podatku dochodowego od osób fizycznych albo  prawnych, czy podatek VAT, musiał przelewać odrębnymi przelewami na różne konta urzędów skarbowych. W tej chwili dokonuje wszystkich płatności na jedno własne, indywidualne konto podatkowe – przypomina w rozmowie z agencją Newseria Biznes Monika Spotowska, adwokat i doradca podatkowy z Kancelarii Rödl & Partner.

Od stycznia 2020 roku przedsiębiorcy rozliczą się z fiskusem za pomocą jednego numeru rachunku bankowego. Numer mikrorachunku można sprawdzić w dowolnym momencie w ciągu roku, korzystając z generatora (na stronie podatki.gov.pl) lub w każdym urzędzie skarbowym. Do wygenerowania numeru potrzebny jest tylko numer PESEL (w przypadku osób fizycznych) lub NIP (w przypadku przedsiębiorców). Mikrorachunek zmniejsza też ryzyko pomyłki. Dotychczas podatnik identyfikował się wyłącznie numerem podatkowym podanym w przelewie.

– Na naszym indywidualnym koncie rachunkowym będą zbierane należności z tytułu różnych podatków, jednak urząd musi mieć możliwość przyporządkowania wpłaty, dlatego w tytule przelewu należy wskazać należność, na poczet której dokonujemy płatności – podkreśla Monika Spotowska.

Mikrorachunek to rozwiązanie podobne do wprowadzonej przez ZUS e-składki, gdzie przedsiębiorcy opłacają wszystkie składki na indywidualny numer rachunku. Z danych Zakładu wynika, że liczba pomyłek znacznie spadła. Udział błędnych wpłat wynosi 0,001 proc. Podobnie ma być w przypadku mikrorachunku, o ile odpowiednio doprecyzujemy przelew.

 Urząd musi umieć przyporządkować te płatności. Jeżeli nie wskażemy, jakim tytułem dokonujemy wpłaty, albo napiszemy ogólnie PIT, CIT lub VAT, urząd najprawdopodobniej przypisze sobie te należności zgodnie ze swoją wolą. Niekoniecznie musi to być korzystne dla podatnika, który może nie mieć świadomości, jakie należności uregulował, a jakie należności są jeszcze otwarte. Z tego powodu zalecałabym dokonywanie płatności z podziałem na konkretne zobowiązanie podatkowe – radzi Monika Spotowska.

Z końcem stycznia formalnie Wielka Brytania przestaje być członkiem UE. W okresie przejściowym zostanie ok. 800 umów do negocjacji

W nocy z 31 stycznia na 1 lutego Wielka Brytania formalnie przestanie być członkiem Unii Europejskiej i rozpocznie się 11-miesięczny okres przejściowy, w trakcie którego de facto nic się nie zmieni. Wciąż będzie można do niej swobodnie podróżować, problemów nie muszą też obawiać się przedsiębiorcy. W tle będą jednak toczyć się negocjacje dotyczące przyszłych relacji handlowych pomiędzy Londynem i Brukselą od 2021 roku. Obie strony muszą renegocjować nawet ok. 800 umów. – Zagrożenie twardego brexitu nadal istnieje i czeka nas na koniec tego roku, jeśli Wielka Brytania i UE nie dogadają się w szczegółach – podkreśla główny doradca Brytyjsko-Polskiej Izby Handlowej.

– Wyjście Wielkiej Brytanii z UE z końcem stycznia to data formalna. 1 lutego rozpoczyna się okres przejściowy, podczas którego w praktyce nic się nie zmieni. Sytuacja na granicy będzie wyglądać dokładnie tak jak w tej chwili. Prawdziwą datą brexitu będzie dopiero 1 stycznia 2021 roku, kiedy powinno być ustalone, na jakich warunkach Wielka Brytania występuje z Unii – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Michał Dembiński, główny doradca Brytyjsko-Polskiej Izby Handlowej.

W piątek 24 stycznia brytyjski premier Boris Johnson podpisał uzgodnione z UE porozumienie o warunkach wystąpienia Zjednoczonego Królestwa z dniem 31 stycznia. To samo zrobili również przewodnicząca KE Ursula von der Leyen i szef Rady Europejskiej Charles Michel. Oznacza to, że w nocy z 31 stycznia na 1 lutego o północy czasu europejskiego Wielka Brytania formalnie przestanie być członkiem Unii Europejskiej i będzie jednocześnie pierwszym państwem, które wystąpiło ze Wspólnoty.

Ta data nie kończy jednak procesu brexitu – 1 lutego rozpocznie się 11-miesięczny okres przejściowy, w trakcie którego de facto nic się nie zmieni. W tym czasie wciąż będzie można swobodnie podróżować do Wielkiej Brytanii bez obaw o kontrole graniczne, choć żeby legalnie mieszkać na Wyspach po brexicie, należy być zarejestrowanym i mieć status osiedlonego. Około 900 tys. Polaków musi w tym celu złożyć odpowiedni wniosek przed 30 czerwca 2021 roku.

W trakcie okresu przejściowego Wielka Brytania będzie niegłosującym członkiem UE, podlegającym unijnym przepisom. Nadal będzie uczestniczyć w unii celnej, jednolitym rynku i płacić składkę do wspólnego budżetu. Jednak w tle będą toczyć się negocjacje dotyczące przyszłych stosunków i relacji handlowych pomiędzy Zjednoczonym Królestwem i UE po okresie przejściowym, który zakończy się 1 stycznia 2021 roku.

– Wielka Brytania miała wyjść z Unii Europejskiej 29 marca ubiegłego roku, potem ta data była wielokrotnie przesuwana. Do ostatniej chwili nie wiedzieliśmy, czy wyjdzie z umową, czy bez niej. Teraz wiemy już, że nie będzie brexitu bez porozumienia, co stanowiło wielkie zagrożenie dla handlu, obywateli, gospodarki polskiej, brytyjskiej i unijnej. Na szczęście do tego nie doszło. Jednak to zagrożenie nadal istnieje i czeka nas na koniec tego roku, jeśli Wielka Brytania i UE nie dogadają się w szczegółach – podkreśla Michał Dembiński.

Wówczas obie strony będą prowadzić wzajemną wymianę handlową zgodnie z przepisami Światowej Organizacji Handlu. To w praktyce oznacza, że import i eksport towarów z Wielkiej Brytanii będzie odbywać się na takich samych zasadach, jakie obowiązują w przypadku tzw. państw trzecich, z którymi UE nie ma umów handlowych.

Czasu jest mało, bo okres przejściowy po tym, jak Wielka Brytania uruchomiła art. 50 traktatu lizbońskiego, skrócił się z 21 do 11 miesięcy, a wciąż jest ok. 750–800 umów do przedyskutowania i ustalenia – mówi Michał Dembiński. – Dwa najważniejsze ustalenia to deklaracja polityczna dotycząca stosunków brytyjsko-unijnych po upływie tego roku oraz właśnie umowa o wolnym handlu.

Jak podaje Ministerstwo Finansów, niezależnie od wyników negocjacji handlowych prawdopodobnie zostaną wprowadzone kontrole na granicy między Unią Europejską a Zjednoczonym Królestwem. Przedsiębiorcy będą mieć m.in. obowiązek dopełnienia standardowych formalności celnych. Dla osób, które dotychczas tego nie robiły, oznacza to np. konieczność zarejestrowania się w usłudze Krajowej Administracji Skarbowej „e-Klient”, składania zgłoszeń i deklaracji celnych oraz regulowania należności celnych i podatkowych (VAT i akcyza).

Pracodawcy RP zwracają uwagę, że Polska ma podpisaną z Wielką Brytanią umowę o unikaniu podwójnego opodatkowania, więc w trakcie okresu przejściowego nie powinny występować poważniejsze problemy, które będą paraliżować działalność przedsiębiorstw, choć te mogą spodziewać się pewnych dodatkowych obowiązków administracyjnych i celnych. Poważniejsze problemy mogą pojawić się w 2021 roku, jeśli do porozumienia Londynu z Brukselą nie dojdzie. „W takim przypadku pojawią się pytania np. o podmioty będące w holdingu z kapitałem brytyjskim i polskim. Problemy będą dotyczyć m.in. podatku u źródła, wypłacanych odsetek, opłat licencyjnych, restrukturyzacji. Będzie to jednak z reguły problem dużych podmiotów, które z pewnością odpowiednio wcześniej przygotują się na taką sytuację” – zwracają uwagę Pracodawcy RP.

W kwestii kształtu relacji Wielkiej Brytanii z UE po okresie przejściowym niektórzy wskazują na przykład Norwegii. Rząd brytyjski nie chce być jednak częścią unii celnej ani jednolitego rynku. Bliższym wzorcem jest Kanada, ale negocjacje umowy handlowej pomiędzy tym krajem i UE zajęły siedem lat. Tutaj trzeba wynegocjować coś podobnego w trakcie 11 miesięcy. Różnica jest taka, że obie strony dobrze się znają i jest nadzieja, że dogadają się pod presją czasu – mówi Michał Dembiński.

Wielka Brytania jest jednym z największych partnerów handlowych Polski obok Niemiec i Czech. PIE ocenia, że Polska znajdzie się w gronie państw UE najsilniej dotkniętych brexitem. W przypadku wynegocjowania porozumienia spadek eksportu obniży polskie PKB o 0,14 proc., czyli ok. 3 mld zł. Jeśli zaś do porozumienia nie dojdzie, obniżka sięgnie 0,24 proc. PKB, czyli ok. 5 mld zł. Z kolei liczba miejsc pracy może spaść odpowiednio o 20 tys. i 35 tys. Konsekwencje będą dotkliwe również dla gospodarki brytyjskiej.

Pod największym znakiem zapytania stanie eksport towarów. Około 50 proc. żywności konsumowanej przez Brytyjczyków pochodzi z innych krajów, w tym połowa z państw UE – wymienia Dembiński. – Wielka Brytania za mało produkuje – produkcja przemysłowa to tylko 9 proc. wartości dodanej do brytyjskiego PKB. Dla porównania w Polsce to jest 19 proc., a w Niemczech – 22 proc. To powoduje, że Brytyjczycy są skazani na import towarów. Kraj ma ogromny deficyt w handlu towarami, których jakość może zastąpić przez nadwyżkę handlową w eksporcie usług, przede wszystkim finansowych. Jednak już w końcówce 2018 roku większość brytyjskich instytucji finansowych, które obsługiwały rynki unijne, przeniosła swoje siedziby na teren UE.

Dla przykładu Prudential przeniósł już swoją europejską siedzibę do Dublina, Bank HSBC rezyduje w Paryżu, a Lloyd’s of London – najstarszy ubezpieczyciel na świecie – już nazywa się oficjalnie Lloyd’s Brussels. W Polsce każda nowa polisa wystawiona przez tego ubezpieczyciela jest już traktowana jako eksport belgijskich, a nie brytyjskich usług finansowych.

– Byłbym zaskoczony, gdyby to przeniesienie 50 największych instytucji finansowych nie spowodowało ogromnego tąpnięcia w nadwyżce handlowej. Jednak sporo unijnych instytucji finansowych już zabiega o pozwolenie, żeby sprzedawać swoje usługi finansowe na terenie Wielkiej Brytanii – mówi Michał Dembiński.

Główny doradca Brytyjsko-Polskiej Izby Handlowej podkreśla, że po zakończeniu okresu przejściowego z umową czy bez niej przedsiębiorcy mogą spodziewać się sporych problemów logistycznych.

– W tej chwili, gdy w porcie Dover cumuje prom, wyjeżdża z niego około 80 tirów. Brytyjskie służby celne są w stanie wychwycić może dwie–trzy ciężarówki podejrzane o jakieś nieprawidłowości. Jeśli jednak zatrzymają cztery, to już pojawiają się kłopoty, jeśli więcej, kolejny prom nie może zacumować. Teraz trzeba będzie kontrolować wszystkie 80 ciężarówek, więc utrudnienia i związane z tym koszty będą ogromne – mówi Michał Dembiński.

Rynek aparatów fotograficznych przechodzi drastyczne zmiany. Wciąż jednak nie maleje popyt na lustrzanki cyfrowe i bezlusterkowce

Smartfony mogły wyprzeć najprostsze i najtańsze aparaty fotograficzne, lecz nie są w stanie zastąpić wszystkich urządzeń z tego segmentu branży technologicznej. Firmy specjalizujące się w produkcji aparatów cyfrowych postawiły na fragmentaryzację: na popularności zyskują aparaty natychmiastowe, a lustrzanki oraz aparaty bezlusterkowe wciąż sprawdzają się w zastosowaniach profesjonalnych.

Upowszechnienie się smartfonów wymusiło na branży fotograficznej wdrożenie drastycznych zmian w portfolio produktowym. Telefony z coraz bardziej zaawansowanymi czujnikami i wieloma obiektywami zastąpiły sektor tanich konsumenckich aparatów. Nie są natomiast w stanie zagrozić profesjonalnym lustrzankom bądź bezlusterkowcom  twierdzą eksperci.

– Rynek aparatów fotograficznych przechodzi dość drastyczne zmiany. Obecnie obserwujemy wiele zmieniających się kierunków dotyczących profesjonalnych lustrzanek cyfrowych, DSLR dla osób rozpoczynających swoją przygodę z fotografią, aparatów bezlusterkowych czy aparatów natychmiastowych – wymienia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Drew MacCallum z Canon USA.

W obliczu popularyzacji urządzeń mobilnych branża fotograficzna postawiła na wyspecjalizowane produkty skierowane do wąskich grup odbiorców. Dobrym przykładem takiej ścieżki rozwoju jest coraz większa popularność aparatów natychmiastowych, drukujących zdjęcia tuż po naciśnięciu zdjęcia migawki. Z badań przeprowadzonych przez analityków z Credence Research wynika, że ten niszowy segment branży fotograficznej będzie rozwijał się do 2027 roku w tempie 2,4 proc. w skali roku. Dziś sprzęty tego typu w swojej ofercie mają takie firmy jak Fujifilm, Canon czy Polaroid.

Największy potencjał wzrostowy wykazuje segment aparatów bezlusterkowych, który według Business Wire do 2023 roku ma rozwijać się w tempie 12 proc. w skali roku. Urządzenia tej kategorii zyskują na popularności dzięki połączeniu kompaktowych rozmiarów oraz możliwości, jakie do niedawna zapewniały wyłącznie cyfrowe lustrzanki. Dobrym przykładem takiego hybrydowego rozwiązania jest nowy aparat od Fujifilm. Model X-T200 ma typowo kompaktowy korpus o wadze wynoszącej zaledwie 370 g, a mimo to jest w stanie kręcić filmy w rozdzielczości 4K oraz w trybie HDR, dzięki czemu sprawdzi się m.in. w rękach twórców produkujących materiały do internetu.

Z kolei rynek cyfrowych lustrzanek zwraca się w stronę zawodowych fotografów poszukujących sprzętów wysokiej niezawodności i wszechstronności. Z myślą o rynku profesjonalnym powstał m.in. Canon EOS 1D X Mark III wyspecjalizowany do pracy w warunkach reporterskich. Sprzęt przystosowano do transmitowania nieskompresowanych materiałów 4K za pośrednictwem złącza HDMI oraz do fotografowania w trybie seryjnym do 20 zdjęć na sekundę. Dzięki tym funkcjom aparat ma sprawdzić się m.in. w rękach fotoreporterów pracujących przy transmisjach sportowych.

– Aparat 1D X Mark III przeznaczony jest dla profesjonalnych fotografów sportowych, fotografów specjalizujących się w uchwytywaniu ruchu czy fotografów zwierząt i natury, którzy wymagają aparatów najwyższej jakości. Wszystko – od systemu autofocus, przez czujnik, po przetwarzanie obrazu – zostało zmodernizowane i zmienione. Jedynie korpus, dopasowanie do dłoni i bateria się nie zmieniły – wskazuje ekspert.

Lustrzanek nie porzuca także Nikon, który odświeży swoją linię D, wprowadzając na rynek aparat Nikon D780. Nowy model również przystosowano do pracy w dynamicznym środowisku sportowym. D780 będzie w stanie uwiecznić do siedmiu pełnoformatowych zdjęć na sekundę przy czasie naświetlania rzędu 1/8000 sekundy.

– Nadal pracujemy nad lustrzankami cyfrowymi. Właśnie wprowadziliśmy na rynek 1D X Mark III, planujemy kolejne produkty. Dopóki jest zapotrzebowanie na aparaty DSLR, będziemy je oferować naszym klientom, a zapotrzebowanie na nie jest nadal ogromne – przekonuje Drew MacCallum.

Firma analityczna MarketWatch szacuje, że w najbliższych latach branża cyfrowych aparatów fotograficznych wykaże średnioroczny spadek na poziomie 0,9 proc. Jej wartość spadnie z 6,44 mld dol. w 2019 roku do 6,16 mld dol. w 2024 roku.

W przyszłości fotowoltaika będzie obecna na każdej przeszklonej powierzchni. Już dziś ogniwa można stosować nie tylko na dachach, lecz także na elewacjach

Innowacje w zakresie fotowoltaiki sprawiają, że nowoczesne ogniwa mogą być niewidoczne dla ludzkiego oka. Dzięki temu panele konwertujące promienie słoneczne na energię elektryczną będą mogły być stosowane właściwie na każdej przeszklonej powierzchni, w tym także na samochodach, pociągach czy jachtach. Panele są coraz lżejsze i bardziej wydajne, a pokrycie ich zabarwioną lub niewidoczną warstwą nie obniża już efektywności ich działania.

– W przyszłości innowacje technologiczne w branży fotowoltaiki zawitają wszędzie. Będą na przeszkleniach samochodów, pociągów czy jachtów. Wszędzie tam, gdzie mamy do czynienia ze szkłem, z lekkimi dużymi powierzchniami wystawionymi na słońce i na działanie temperatury, będziemy mieli do czynienia z fotowoltaiką, z darmową energią. W dobie elektromobilności samochody stojąc na parkingach, będą się ładować z szyb fotowoltaicznych zamiast prądu z wtyczki – przewiduje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Dawid Cycoń, prezes zarządu ML System.

Już dziś ogniwa fotowoltaiczne wykorzystywane do generowania energii elektrycznej potrzebnej do zasilania budynków można montować nie tylko na dachach, lecz także na fasadach. Służą do tego np. ogniwa kolorowe, które nie zaburzają estetyki budynków. Warstwa z barwą jest ultracienka, dzięki czemu nie tracą one na wydajności. Takie rozwiązanie zostało wykorzystane m.in. w siedzibie firmy Pol-Lab w Wilkowicach, Wyższej Szkole Technicznej w Katowicach, Wyższej Szkole Prawa i Administracji w Rzeszowie czy krytej pływalni w Niepołomicach. Ogniwa mogą też znajdować się w szybach okiennych. Warstwa aktywna jest w nich zupełnie niewidoczna dla ludzkiego oka.

– Naukowcy na całym świecie pracują nad coraz lepszymi warstwami aktywnymi fotowoltaicznie, nad coraz bardziej skomplikowanymi układami struktur zbudowanymi zaledwie z kilku atomów. Gołym okiem są one niewidoczne, a zamieniają ciepło na energię elektryczną. Łączą też wiele funkcji, np. tradycyjną fotowoltaikę z fotowoltaiką ultranowoczesną, wzbogaconą o kropki kwantowe czy perowskity. Wiele ośrodków naukowych pracuje nad łączeniem technologii z technologiami krzemowymi, my również pracujemy nad takimi rozwiązaniami. To będzie zapewniało z jednej strony większą wydajność, z drugiej strony obniżenie kosztów fotowoltaiki – wskazuje Dawid Cycoń.

Szczególne nadzieje branży energetycznej, a jednocześnie budowlanej, wiązane są z ogniwami perowskitowymi. Perowskit jest materiałem mającym zdolność pochłaniania światła. Wytwarzany syntetycznie ma możliwość przewodzenia prądu, przez co może stać się alternatywą dla krzemu. Perowskitowe panele fotowoltaiczne wytwarzane przy zastosowaniu druku atramentowego są ultracienkie, elastyczne, lekkie i semi-przeźroczyste. Cechują się wysoką wydajnością w produkcji energii. Pilotażowy program pokrywania fasad budynków ogniwami opracowanymi przez polską fizyczkę, Olgę Malinkiewicz, rozpoczęła w 2018 roku firma Skanska. Do 2021 roku ma być gotowy finalny produkt rynkowy. Na pełne wykorzystanie innowacyjnych technologii fotowoltaicznych będziemy musieli jednak poczekać znacznie dłużej.

– Wdrożenie nowej technologii to nie jest perspektywa dwóch–czterech lat od rozpoczęcia badań, to jest perspektywa od pięciu do nawet 20 lat, taki jest cykl życia wdrożenia. Zatem jeżeli ktoś liczy na to, że za dwa lata rozwiążemy wszystkie problemy z niskoemisyjnością, to tak nie będzie. To jest perspektywa kilkunastu–kilkudziesięciu lat, chociaż trzeba brać pod uwagę technologie wdrażane już od pewnego czasu, jak np. szyby z powłoką kwantową, które badamy od 2012 roku, a pierwsze wdrożenia planowane są już w tym roku – podkreśla prezes zarządu ML System.

Według analityków MarketsandMarkets światowy rynek fotowoltaiki osiągnie w 2020 roku wartość sięgającą 346 mld dol.

Pożyczki długoterminowe – dlaczego warto z nich korzystać?

Zapewne każdy z nas był kiedyś w sytuacji, kiedy potrzebował jak najszybciej konkretnej kwoty pieniędzy, a portfel świecił pustkami. W takiej sytuacji dobrze jest skorzystać z usług internetowej firmy pożyczkowej udzielającej długoterminowego kredytowania. Czym konkretnie jest pożyczka długoterminowa? Dlaczego warto z niej skorzystać? Odpowiedź znajdziesz w poniższym artykule.

  1. Czym jest pożyczka długoterminowa?
  2. Zalety pożyczek długoterminowych

Czym jest pożyczka długoterminowa?

Pożyczki długoterminowe online to zazwyczaj formy kredytowania przyznawane przez pozabankowe instytucje finansowe. Zwykle firmy te działają jedynie w internecie, choć zdarzają się również takie podmioty, które udzielają finansowania w placówkach stacjonarnych. Długoterminowa pożyczka jest przyznawana na kilka, a nawet kilkanaście czy kilkadziesiąt miesięcy, w zależności od kwoty czy pożyczkodawcy. Aby ją uzyskać, należy mieć ukończone 18 lat.

Zalety pożyczek długoterminowych

Dlaczego warto skorzystać z pożyczek długoterminowych? Zalet wspomnianych form finansowania jest wiele. Przede wszystkim decydując się na ową pożyczkę, można w szybki sposób uzyskać potrzebną kwotę pieniędzy. Zazwyczaj składając wniosek w banku, należy liczyć się z długim, nierzadko nawet kilkutygodniowym okresem oczekiwania na weryfikację wniosku. W przypadku instytucji pozabankowych internetowych jest inaczej. Bardzo często czas weryfikacji wniosku wynosi kilkadziesiąt, a niekiedy nawet kilkanaście minut. Jak najbardziej realne jest więc otrzymanie środków jeszcze tego samego dnia, w którym złożono wniosek. Ta forma udzielania pożyczek jest nie tylko szybka, ale i bardzo wygodna. Wszystkie formalności załatwiane są bowiem w domu, bez konieczności wizyty w placówce danej instytucji. Jest to więc szczególnie korzystne rozwiązanie dla osób chorych, niepełnosprawnych czy starszych, dla których wyjście z domu może być bardzo trudnym, wyczerpującym przedsięwzięciem.

Ponadto pożyczkodawcy wymagają często jedynie podstawowych formalności , tzn. złożenia wniosku, bez konieczności przedstawiania zaświadczeń o zatrudnieniu, dochodach czy też innych dokumentów. Zazwyczaj wystarczy jedynie przedstawienie dowodu osobistego.

Zaletą pożyczek długoterminowych jest również ich długi i wygodny okres spłaty. Najczęściej są one rozdzielane na comiesięczne raty na rok, a niekiedy nawet na kilka lat. Dzięki temu miesięczna rata nie jest zbyt obciążająca dla portfela i domowego budżetu.

Warto również wspomnieć o kwotach, jakie można otrzymać. W przeciwieństwie do pożyczek krótkoterminowych, czyli tzw. internetowych chwilówek, w przypadku długoterminowego kredytowania można liczyć na wysokie kwoty. Są to sumy wynoszące nierzadko od kilku do kilkunastu tysięcy złotych, choć niektóre instytucje udzielają również pożyczek w wysokości ponad dwudziestu, a nawet trzydziestu tysięcy złotych.

Czy pożyczki długoterminowe mają wady? Jak każdy produkt finansowy, również i ten posiada cechy, które można uznać za wady. Minusem może być to, że kredyty te udzielane są zazwyczaj jedynie przez internet, tzn. nie ma możliwości, by np. wybrać się do placówki i otrzymać gotówkę osobiście. Jest ona przelewana na konto bankowe klienta, co wiąże się z obowiązkiem posiadania owego rachunku.

Decydując się na skorzystanie z oferty instytucji oferującej pożyczkę długoterminową, należy pamiętać, aby wcześniej dokładnie zaznajomić się z regulaminem przyznawania finansowania. Konieczne jest dokładne przeczytanie i przeanalizowanie umowy, a także zwrócenie szczególnej uwagi na terminy i kwoty płatności kolejnych rat.

Budujemy coraz mniejsze domy na coraz mniejszych działkach

Jak co roku serwis Oferteo.pl przygotował raport na podstawie analizy preferencji budowlanych Polaków. Wyniki tegorocznego badania pokazują, że w 2019 roku budowaliśmy mniejsze domy, na mniejszych działkach niż w poprzednich latach. Zwykle były to budynki parterowe, niepodpiwniczone, z garażem. 

Budujemy na niedużych działkachJaka była powierzchnia działki na której wybudowali Państwo dom

Wybór oraz zakup działki budowlanej to jeden z pierwszych etapów przedsięwzięcia, jakim jest budowa domu. Według analizy Oferteo.pl, największego polskiego serwisu łączącego poszukujących towarów i usług budowlanych z ich dostawcami, w 2019 roku Polacy budowali domy najczęściej na działkach od 10 do 20 arów. Popularność działek takich rozmiarów co roku nieznacznie rośnie (38% w 2017, 41% w 2018 i 43% w 2019 roku). Często nasze domy stawiane są również na działkach o powierzchni liczącej od 5,1 do 10 arów (31% zapytań).

Odsetek osób, które zdecydowały się na największe działki (ponad 30 arów) zauważalnie spada już od 2017 roku.

Polacy budują coraz mniejsze domyJaki jest metraż powierzchni użytkowej Państwa domu

Badania wskazują, że Polacy budują coraz mniejsze domy. W ubiegłym roku inwestorzy badani przez Oferteo.pl najczęściej decydowali się na budynki o powierzchni użytkowej między 101 a 150 m2. Taki metraż wskazywało aż 42% z nich. Był to więc najczęściej wybierany metraż w 2019 roku, mimo że jego popularność spadła o 9 punktów procentowych w stosunku do roku 2018. Nieduże domy do 100 m2 stawiał co trzeci badany. W tym przypadku widać wyraźny wzrost w stosunku do roku poprzedniego, kiedy to na najmniejsze budynki decydowało się tylko 13% inwestorów. Konsekwentnie spada natomiast zainteresowanie największymi domami powyżej 200 m2, które w 2019 roku stawiało 9% badanych. Rok wcześniej odsetek ten wynosił 12%.

Jeśli chodzi o liczbę pięter, to ponad połowa ankietowanych zdecydowała się na parter z poddaszem użytkowym (55%). 27% postawiło dom parterowy, a 10% jednopiętrowy. Tegoroczna edycja „Raportu o budowie domów” pokazuje, że piwnice są w nowym budownictwie rzadkością. W ubiegłym roku swój dom podpiwniczyło tylko 9% badanych. W garaż wyposażonych jest natomiast aż 60% nowych budynków.

Bloczek komórkowy i cegła ceramiczna

W 2019 roku firmy budowlane najczęściej otrzymywały zlecenia doprowadzenia budynku do stanu surowego zamkniętego (28% zapytań) lub stanu deweloperskiego (27%). 52% domów powstało w technologii tradycyjnej murowanej z bloczku komórkowego, a 46% z cegły ceramicznej. Pozostałe 2% zapytań dotyczyło technologii szkieletowej lub kanadyjskiej. To spadek aż o 7 punktów procentowych w stosunku do roku 2018, kiedy to domy z drewna stanowiły aż 9% wszystkich powstających.

Dominację cegły ceramicznej oraz bloczku komórkowego wśród materiałów budowlanych obserwujemy już od pierwszej edycji „Raportu o budowie domów”. Pokazuje to, jak niechętnie Polacy wyłamują się z obowiązujących już w budownictwie trendów zauważa Karol Grygiel z zarządu Oferteo.pl. W tej tematyce inwestorzy cenią sobie przede wszystkim prostotę oraz sprawdzone rozwiązania.

Dach dwuspadowy

W aż 69% domów, które powstały w 2019, zastosowano dach dwuspadowy. Na drugim miejscu znalazła się technologia wielospadowa, wybrana przez 14% budujących dom. Rzadziej stawiano na dach kopertowy (8%), płaski (5%) oraz jednospadowy (4%).

Do jego pokrycia w 44% przypadków wybierano blachodachówkę. To o 9 punktów procentowych więcej niż w roku ubiegłym. Na wzroście popularności blachodachówki straciła dachówka ceramiczna, która spadła z pierwszego na drugie miejsce z wynikiem 39%. 8% inwestorów pokryło dach blachą, 7% dachówką cementową, a 2% karpiówką.

Metodologia badania

Przedstawione dane pochodzą z analizy ponad 21 tysięcy zapytań ofertowych złożonych w 2019 roku w serwisie Oferteo.pl przez osoby poszukujące towarów i usług związanych z budową domów oraz z badania ankietowego przeprowadzonego w styczniu 2020 roku metodą CAWI na próbie 660 osób, które w 2019 roku budowały dom.

Wartość transakcji zrealizowanych przez Savills IM w 2019 r. wyniosła aż 3,5 mld EUR. Firma postawiła na nieruchomości magazynowe w Europie

  •  Wartość aktywów zarządzanych przez Savills IM osiągnęła rekordowy poziom 20,75 mld EUR.
  • W 2019 r. na polskim rynku firma nabyła nieruchomości o łącznej wartości niemal 300 mln EUR.

Savills Investment Management (Savills IM), międzynarodowy menadżer inwestycyjny działający na rynku nieruchomości komercyjnych, w 2019 r. na całym świecie zrealizował transakcje o łącznej wartości 3,5 mld EUR (ok. 3 mld EUR w Europie oraz ok. 500 mln EUR w Azji). W skali globalnej, wartość transakcji sprzedaży wyniosła 1,3 mld EUR, a łączna wartość nabytych aktywów osiągnęła 2,2 mld EUR. Obecnie firma zarządza aktywami o rekordowej wartości ok. 20,75 mld EUR.

W 2019 r. Savills IM zrealizował aż 81 transakcji w 16 krajach. Firma była najbardziej aktywna w sektorze logistycznym, w którym nabyła aktywa o łącznej wartości ponad 1,3 mld EUR. Wśród najważniejszych akwizycji w tym sektorze należy wymienić portfel transakcji typu forward w Niemczech oraz nabycie pięciu projektów logistycznych w Polsce.

Jednym z kluczowych wydarzeń w 2019 r., było utworzenie przez Savills IM funduszu European Logistics Fund 3 (ELF 3), który kontynuuje strategię swojego poprzednika, opartą na inwestowaniu w wysokiej jakości centra dystrybucyjne, magazynowe oraz obiekty typu cross-dock. Fundusz pozyskał już kapitał w wysokości 160 mln EUR.

W ramach swojej działalności, Savills IM koncentruje się także na w sektorze biurowym, Najbardziej znaczące transakcje w tym segmencie rynku nieruchomości komercyjnych,
w 2019 r. zrealizowano w Dublinie, Monachium i Norymberdze.

Piotr Trzciński, Head of Transactions – Poland, Savills IM, powiedział:

Za nami kilkanaście miesięcy intensywnych działań. Jesteśmy bardzo zadowoleni z ich rezultatów. W 2019 r. skoncentrowaliśmy się na sektorze magazynowym, dołączając w sumie siedem tego typu obiektów do naszego portfolio i zabezpieczając umowami przedwstępnymi trzy kolejne. Postrzegamy sektor magazynowy jako jeden z obszarów o najlepszych perspektywach wzrostu. Od 2017 r., kiedy rozpoczęliśmy działalność w Polsce, we współpracy z naszym partnerem Panattoni, zbudowaliśmy portfel magazynowy o wartości niemal 500 mln EUR. Obejmuje on m.in. największe w Polsce centrum dystrybucyjne Amazon Gliwice (200 tys. mkw.) oraz nowoczesne centrum logistyczne H&M w okolicach Bolesławca (75 tys. mkw.). Nie zamierzamy jednak zwalniać tempa i myślę, że w bieżącym roku będziemy mogli pochwalić się kolejnymi akwizycjami.

Dzięki relatywnie atrakcyjnym stopom kapitalizacji, sprzyjającemu otoczeniu makroekonomicznemu oraz konsekwencji w naszej strategii biznesowej, w zaledwie 3 lata obecności na polskim rynku zbudowaliśmy portfolio wysokiej jakości nieruchomości biurowych, handlowych i magazynowych o wartości ponad 1,2 mld EUR. Nie byłoby to możliwe bez niesamowitej pracy, jaką wykonał nasz zespół, partnerzy i doradcy.

Kiran Patel, Chief Investment Officer w Savills IM, podsumował:

„Globalny rynek nieruchomości stoi przed kilkoma wyzwaniami. Zdaniem wielu ekspertów, zbliżamy się do szczytu cyklu koniunkturalnego, a stopy kapitalizacji są niskie, szczególnie w porównaniu z ubiegłymi latami. Wskaźniki pustostanów spadają, a na większości rynków podaż nowej powierzchni jest stosunkowo niewielka.

Jeśli stopy procentowe dłużej utrzymają się na niskim poziomie, nieruchomości pozostaną atrakcyjne dla inwestorów. Nie można powiedzieć, że rynki lokalne są w nierównowadze, jednak wraz ze zmianami strukturalnymi, takimi jak wzrost znaczenia e-commerce, urbanizacja i zmiany demograficzne, różnice między poszczególnymi sektorami rynku nieruchomości będą ewoluować.

Występowanie rozbieżności między rynkami w poszczególnych krajach oraz między sektorami powoduje, że rynki te nie działają efektywnie, co tworzy atrakcyjne możliwości inwestycyjne. W Savills IM wierzymy, że do odkrycia tych nieefektywności niezbędna jest gruntowna wiedza o rynku lokalnym i zespół profesjonalistów na miejscu. Dlatego też ciągle pracujemy nad rozwojem naszej platformy inwestycyjnej złożonej z 17 biur, zlokalizowanych w 13 krajach.”

Projekt ustawy o badaniach klinicznych trafił do Ministra Zdrowia

Zakończyły się prace nad projektem ustawy o badaniach klinicznych produktów leczniczych, które prowadzono w ramach realizacji Programu Rozwoju Badań Klinicznych, który przygotowała Agencja Badań Medycznych. Zespół ds. opracowania projektu ustawy, powołany przez Ministra Zdrowia przekazał w środę (29 stycznia) na jego ręce gotowy koncept.

Nowa regulacja dostosować ma polskie prawo do regulacji unijnych, ale przede wszystkim uporządkować rynek badań klinicznych w naszym kraju, uczynić go atrakcyjnym dla podmiotów niekomercyjnych i  komercyjnych,  a jednocześnie bezpieczniejszym i bardziej dostępnym dla pacjentów.

Projekt ustawy przewiduje rozwiązania zwiększające konkurencyjność Polski jako miejsca prowadzenia badań klinicznych poprzez wdrożenie przejrzystych regulacji prawnych  umożliwiających stosowanie europejskich standardów oraz wprowadzenie dodatkowych ułatwień i mechanizmów zachęcających do prowadzenia badań klinicznych.

W projekcie przekazanym Ministrowi Zdrowia, określono dodatkowe mechanizmy wsparcia badań klinicznych, przygotowano nową definicję niekomercyjnych badań klinicznych, czy  nowy system oceny etycznej wniosku o pozwolenie na badanie. Projekt ustawy zakłada również powstanie  Funduszu Ochrony Uczestników Badań Klinicznych oraz precyzuje regulacje dotyczące odpowiedzialności badacza i sponsora oraz finansowania świadczeń przez sponsora i NFZ.

Przekazany dokument, przewiduje ponadto powołanie Naczelnej Komisji Bioetycznej przy Agencji Badań Medycznych. Jednocześnie, ze względów organizacyjnych nie jest możliwe, aby ten organ opiniował wszystkie wnioski, dlatego będą one recenzowane również przez komisje bioetyczne, które przejdą proces akredytacji. Jako organ kompetentny, zaangażowany w ocenę wniosku o pozwolenie na przeprowadzenie badania klinicznego wskazano natomiast Urząd Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych (URPL).

Nowością ma być także system ubezpieczeń badań klinicznych oparty na Funduszu gwarancyjnym oraz ubezpieczeniu OC badacza i sponsora. Choć wg projektu na sponsorów nałożone zostaną dodatkowe obciążenia związane z partycypacją w funduszu, koszty prowadzenia badań mają się zmniejszyć, m.in. poprzez obniżenie minimalnej sumy gwarancyjnej ubezpieczenia OC. Obecnie, bez względu na rodzaj badania, koszty polis, sięgają nawet kilkuset tysięcy złotych.

Projekt zakłada ponadto, że do rozpatrywania konkretnych roszczeń pacjentów, każdorazowo powoływana przez Prezesa Funduszu będzie komisja składająca się m.in. z ekspertów medycznych i prawników, która orzekałaby o zasadności wypłaty ewentualnego świadczenia dla pacjenta, jeżeli istnieje prawdopodobieństwo związku szkody z badaniem bez względu na winę. Fundusz zasilany miałby być głównie przez składki płacone przez sponsorów badania klinicznego.

Projekt ustawy przewiduje, że sprawy rozpatrywane będą w ciągu maksymalnie czterech miesięcy, co znaczne przyspieszy uzyskiwanie pieniędzy z tytułu roszczeń i zwiększy poczucie bezpieczeństwa pacjentów. Kolejną, ważną z punktu widzenia pacjentów zmianą jest zapewnienie agencji dostępu do centralnej ewidencji badań prowadzonej przez URPL. Dzięki temu możliwe będzie uruchomienie powszechnie dostępnej bazy badań klinicznych, z której pacjenci będą mogli czerpać informacje o prowadzonych badaniach.

Podjęte działania legislacyjne powinny zaprojektować na nowo polski rynek badań klinicznych, tworząc przyjazne oraz konkurencyjne środowisko do ich prowadzenia. Mamy bardzo konkretną i jasną deklarację Ministra Zdrowia, że po przedłożeniu projektu, ustawa trafi do parlamentu i mamy nadzieję w krótkim czasie zacznie obowiązywać, dostosowując nas do prawodawstwa europejskiego i rozwiązując problemy organizacyjne. – podsumowuje dr n. med. Radosław Sierpiński p.o. Prezesa Agencji Badań Medycznych.

Deloitte: Sieci handlowe wciąż będą mierzyć się z wyzwaniem pozyskania pracowników

Handel jest jednym z fundamentów rozwoju gospodarczego, szczególnie na obszarach mniej uprzemysłowionych. W Polsce w sektorze tym pracuje 1,3 mln osób i pod tym względem handel ustępuje miejsca tylko przemysłowi. Zdaniem ekspertów kancelarii Deloitte Legal zmiany w prawie, w tym podwyższenie płacy minimalnej, mogą znacząco wpłynąć na branżę handlową. W związku z tym, że poziom wynagrodzeń w poszczególnych sektorach wyrówna się, sieci handlowe będą musiały zintensyfikować działania, aby wzmocnić swoją markę pracodawcy. 2 lutego w Polsce obchodzony jest Dzień Handlowca.

Począwszy od 1 stycznia tego roku płaca minimalna wynosi 2 600 zł, co oznacza wzrost o 350 zł (15,6 proc.) w stosunku do roku poprzedniego. Natomiast minimalna stawka godzinowa wypłacana na podstawie umów zlecenia i umów o świadczenie usług wynosi 17 zł. Jest to znaczący wzrost w porównaniu z wcześniejszym okresem. Zgodnie z zapowiedziami, docelowo na koniec 2023 roku, wynagrodzenie minimalne będzie wynosić 4 000 zł, co oznacza wzrost o ponad połowę w stosunku do stanu obecnego.

Podwyższenie wynagrodzenia minimalnego może oznaczać presję na podwyżki wśród grup pracowników zarabiających najmniej, choć niekoniecznie na poziomie wynagrodzenia minimalnego. – Dotyczy to wbrew pozorom także sieci handlowych, w których, ze względu na uwarunkowania rynkowe i walkę o pracownika, zarobki już od jakiegoś czasu istotnie przewyższają kwotę ustawowego minimum. Znaczny wzrost progu minimalnego zmniejszy jednak atrakcyjność zarobków oferowanych pracownikom sklepów i może wymusić dalsze działania w celu zwiększenia zachęt do podjęcia pracy w danej sieci lub poszukiwania alternatywnych rozwiązań – mówi Anna Skuza, Radca prawny, Liderka zespołu prawa pracy Deloitte Legal.

Skutkiem podwyższenia płacy minimalnej będzie nie tylko wyższa pensja pracowników. Wyższe, minimalne miesięczne wynagrodzenie wpływa na inne świadczenia pracownicze, których wysokość obliczana jest z uwzględnieniem tego wskaźnika. Z początkiem 2020 r. wzrosła wysokość dodatku za pracę w porze nocnej, co dotyczy sporej grupy pracowników handlu, minimalnego wynagrodzenia za przestój czy minimalnego odszkodowania za naruszenie zasady równego traktowania w zatrudnieniu. Podwyższeniu do 39 000 zł uległ także ustawowy limit wysokości odprawy z ustawy o zwolnieniach grupowych oraz próg zarobków umożliwiający opłacanie niższej składki podstawowej pracownika na PPK. Skutkiem podwyższenia płacy minimalnej będzie także wzrost wpływów budżetowych z podatku dochodowego od osób fizycznych i składek na ubezpieczenia społeczne.

Zakaz handlu w niedzielę zaktywizował PIP

Zgodnie z przedstawionym w grudniu ubiegłego roku planem działania na rok 2020, Państwowa Inspekcja Pracy zamierza przeprowadzić w tym roku aż 72 tys. kontroli. W porównaniu z planami na rok poprzedni ich liczba wzrosła o dwa tysiące. Jednym z powodów takiego bardziej skrupulatnego podejścia jest zakaz handlu w niedzielę. Ten rok jest pierwszym, w którym ograniczenie to obowiązuje w docelowym wymiarze. Zatem mimo tego, że przyzwyczailiśmy się już do niehandlowych niedziel, skutki nowej regulacji w pełni odczujemy dopiero teraz, kiedy to zakupy będziemy mogli zrobić jedynie w ciągu siedmiu niedziel w roku.

Ustawa o zakazie handlu w niedzielę, właściwie od początku jej wprowadzania, była stosunkowo skrupulatnie przestrzegana przez handlowców, co potwierdziło Sprawozdanie Głównego Inspektora Pracy z działalności Państwowej Inspekcji Pracy. Paradoksalnie jednak uchwalenie tej ustawy przyczyniło się do poszukiwania nowych rozwiązań i formatów, które niejednokrotnie okazywały się pozytywnie odbierane przez klientów.

PIP wielokrotnie kwestionowała wykorzystywanie przez placówki handlowe wyjątków od zakazu handlu, w szczególności w zakresie rejestrowania sklepów jako placówek pocztowych czy wyspecjalizowanych w sprzedaży, m.in. tytoniu. – Pomimo negatywnego stanowiska PIP w tej kwestii, sądy, w tym w szczególności odwoławcze, wypowiadały się na korzyść handlowców, uchylając wyroki nakazujące zapłatę grzywny za naruszenie zakazu handlu w niedzielę i święta – mówi Kinga Jezierska, Radca prawny, senior associate w zespole prawa pracy Deloitte Legal

Większe uchybienia w mniejszych sklepach

Branża handlowa jest jedną z częściej kontrolowanych przez PIP. Co ciekawe, zgodnie ze statystykami przedstawionymi przez PIP, najwięcej takich uchybień występuje przede wszystkim w sklepach kontrolowanych po raz pierwszy, a także sklepach mniejszych, niesieciowych lub należących do sieci o rozproszonej strukturze zarządzania, gdzie większość kompetencji została scedowana na kierowników sklepów bądź osoby nadzorujące kilka czy kilkanaście placówek na określonym obszarze.

– Inspekcje koncentrują się na spełnianiu wymogów bezpieczeństwa, przestrzeganiu przepisów o czasie pracy i dotyczących obowiązku wypłacania minimalnej stawki godzinowej czy warunkach wykonywania umów cywilnoprawnych. Kontrolą objęta jest także legalność zatrudnienia obywateli polskich i cudzoziemców, przestrzeganie prawa wobec pracowników tymczasowych i prawidłowość delegowania pracowników na terytorium i z terytorium RP – mówi Anna Wądołowska, Aplikantka adwokacka, associate w zespole prawa pracy Deloitte Legal.

Tak określony zakres przedmiotowy inspekcji znajduje uzasadnienie w wynikach dotychczasowych kontroli prowadzonych w placówkach handlowych. Eksperci Deloitte wskazują również na wagę inspekcji interwencyjnych PIP na skutek złożonych skarg. Jak wynika z deklaracji Głównego Inspektora Pracy, liczba kontroli skargowych z roku na rok wzrasta. Zawiadomienia do inspekcji pracy składane są najczęściej przez byłych pracowników i niezadowolonych klientów. W czasie tych nieplanowanych kontroli na jaw wychodzi szerszy zakres stwierdzanych nieprawidłowości, jak i bardziej dotkliwe dla pracowników skutki nieprzestrzegania przez pracodawców przepisów prawa pracy.

Obawy o skutki epidemii koronawirusa

Mniej niż dobę trwała stabilizacja nastrojów na rynkach finansowych i już wracamy do eskalacji obaw o skutki epidemii koronawirusa. Tymczasowe wstrzymanie operacji zagranicznych firm w Chinach stało się świeżym katalizatorem pesymistycznych wizji dla perspektyw ożywienia drugiej gospodarki świata. Risk-off wywiera presję na indeksy i ceny ropy naftowej, na rynku walutowym w cenie ponownie są jen, frank i dolar.

Podtrzymuję zdanie, że dopóki nie pojawią się sygnały, że tempo rozprzestrzeniania się koronawirusa nie wyhamuje i nie miniemy szczytu w liczbie zakażonych (prawdopodobnie pod koniec następnego tygodnia), rynki pozostaną wrażliwe na wszelkie negatywne informacje związane ze skutkami epidemii. Temat przyciąga uwagę oraz dominuje w dyskusjach inwestorów i nawet, jeśli chciałoby się zbagatelizować ten czynnik, to trzeba respektować konsensus i związane z tym reakcje aktywów.

Wczoraj Fed nie skorzystał z okazji, by uspokoić inwestorów. Decyzja o utrzymaniu celu dla stopy rezerw federalnych bez zmian i gwarancja utrzymania programów płynnościowych co najmniej do kwietnia były zgodne z oczekiwaniami. Na konferencji prasowej prezes Fed Powell wyraził niezadowolenie z utrzymywania się niskiego poziomu inflacji, który może obniżyć oczekiwania inflacyjne. Przez niektórych zostało to doczytane jako gołębi sygnał otwierający furtkę dla obniżki stóp procentowych w kolejnych miesiącach, ale sądzę, że to za daleko idące wnioski podsycone aktualnymi nastrojami paniki. Póki ocena perspektyw gospodarczych pozostaje optymistyczna (a taką prezentuje Fed), a ryzyka dla wzrostu są niskie, Fed będzie preferował nastawienie wait-and-see. Wzrost szans na cięcie w marcu z 5 proc. do 18 proc. jest przereagowaniem. Rynek FX był bardziej powściągliwy w interpelacji słów Powella i osłabienie USD było prawie niezauważalne.

Dziś w centrum uwagi jest Bank Anglii. Decyzja o obniżce stopy procentowej może przejść minimalną różnicą głosów, choć sądzimy, że lepsze od oczekiwań odczyty PMI z Wielkiej Brytanii zdjęły presję z decydentów i dają furtkę do wstrzymania się ze zmianą parametrów polityki pieniężnej. Styczniowe posiedzenie będzie też ostatnim pod kierownictwem Marka Carneya, który kończy swoją kadencję. Przy racjonalnych powodach za i przeciw może on preferować pozostawienie decyzji dla swojego następcy. Decyzji o pozostawieniu stopy procentowej na 0,75 proc. powinien towarzyszyć przekaz, że BoE uważnie obserwuje napływające dane i rozwój sytuacji globalnej dla oceny, czy ostatnia poprawa i wzrost indeksów zaufania jest trwały. Przy wycenie obniżki na poziomie ponad 40 proc., brak zmiany stopy z gołębim przekazem wciąż oferuje pozytywny wynik dla GBP. Przyjęcie przez BoE nastawienia wait-and-see powinno przestać blokować funta, który w średnim terminie wciąż ma do odjęcia z wyceny ogromną premię za ryzyko zbudowana wokół strachu przed bezumownym brexitem. Choć data brexitu jest już faktem, niepewność wciąż dotyczy finału okresu przejściowego i stanu relacji handlowych z UE po 2020 r. Gdy jednak stanie się jasne, że okres negocjacyjny zostanie wydłużony (prawdopodobnie jeszcze w I półroczu) da to więcej pola dla aprecjacji funta.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Rzecznik MŚP wskazuje na problematyczne uregulowania w specustawie mieszkaniowej

Rzecznik MŚP w piśmie z dnia 24 stycznia podnosi kwestię możliwości istnienia istotnych barier i utrudnień w wykonywaniu działalności gospodarczej, wynikających z przepisów ustawy z dnia 5 lipca 2018 r. o ułatwieniach w przygotowaniu i realizacji inwestycji mieszkaniowych oraz inwestycji towarzyszących (Dz.U. z 2018 r. poz. 1496).

W związku z licznymi głosami przedsiębiorców z branży deweloperskiej Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców wystąpił do Minister Rozwoju Pani Jadwigi Emilewicz, wskazując na problematyczne uregulowania w „specustawie mieszkaniowej”, stanowiące poważne utrudnienia w prowadzeniu działalności na rynku budowlanym:

  1. brak trybu odwoławczego do rozstrzygnięcia wójta (burmistrza, prezydenta miasta) o pozostawieniu wniosku o ustalenie lokalizacji inwestycji mieszkaniowej bez rozpoznania. „Specustawa mieszkaniowa” wyłącza stosowanie przepisów Kodeksu postępowania administracyjnego, w związku z tym wnioskodawca nie może korzystać np. z instytucji ponaglenia organu;
  2. wymóg wskazania we wniosku o ustalenie lokalizacji inwestycji mieszkaniowej niesprzeczności ze studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego gminy, która to zgodność jest ustalana niezależnie od ustaleń miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego;
  3. wymóg uzgodnienia wniosku o ustalenia lokalizacji inwestycji mieszkaniowej z Wojewódzkim (Miejskim) Konserwatorem Zabytków – w odniesieniu do obszarów i obiektów objętych formami ochrony konserwatorskiej oraz ujętych w gminnej ewidencji zabytków.

Przedsiębiorcy wskazują, że specustawa mieszkaniowa, która z założenia miała ułatwiać inwestycje deweloperskie, przewiduje większe rygory niż ustawa o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym, zgodnie z którą decyzja o warunkach zabudowy nie musi być zgodnie z ustaleniami studium.

W wielu miastach wojewódzkich w latach 70-tych wydano decyzje administracyjne o wpisaniu całych dzielnic do obszarów cennych pod względem zabytkowym, co powoduje, że dla tych obszarów chronionych nie można uzyskać uzgodnienia konserwatora – nawet w przypadku, gdyby planowana inwestycja stanowiła rewitalizację zdegradowanej tkanki miejskiej.

Rzecznik MŚP zwrócił się do Pani Minister Rozwoju z prośbą o rozważenie ewentualnych zmian legislacyjnych w opisanym zakresie.

PIME: Przydomowe instalacje fotowoltaiczne potrzebują magazynów energii. Program „Mój prąd” powinien zostać rozszerzony

Prosumenci potrzebują magazynów energii. Dodanie funkcji magazynowania do instalacji fotowoltaicznych pozwoliłoby na przechowywanie nadwyżek energii i zużywanie ich np. w nocy, dzięki czemu gospodarstwa domowe mogłyby osiągnąć nawet 90-proc. samowystarczalność – wskazuje Polska Izba Magazynowania Energii. Proponuje uzupełnienie programu „Mój prąd” o „Mój magazyn energii”, zakładający dofinansowanie przydomowych magazynów kwotą do 15 tys. zł. Dziś ich koszt – choć maleje z roku na rok – wciąż jest bardzo wysoki. PIME podkreśla też, że rynek potrzebuje precyzyjnych regulacji, które umożliwią jego rozwój i doprecyzują status magazynów energii.

Rozwój magazynów energii w Polsce hamuje brak odpowiednich regulacji. Przede wszystkim takich, które pozwalałyby magazynom energii na świadczenie usług m.in. energetyce systemowej, która ma problemy z bilansowaniem wzrastającego udziału odnawialnych źródeł energii w systemie. Co więcej, nie mamy też jasno określonej definicji magazynu energii i magazynowania energii – mówi agencji Newseria Biznes Krzysztof Kochanowski, wiceprezes zarządu, dyrektor generalny Stowarzyszenia Polska Izba Magazynowania Energii.

Jak podkreśla, na dziś sprzeczne ze sobą definicje występują w dwóch aktach prawnych – ustawie o odnawialnych źródłach energii oraz ustawie o elektromobilności i paliwach alternatywnych. O magazynach energii wspomina też przyjęta w 2017 roku ustawa o rynku mocy. W dotychczas obowiązujących przepisach brakuje jednak m.in. zasad taryfowania oraz regulujących współpracę magazynów energii z siecią, jednostkami wytwórczymi i odbiorcami.

Brak jednomyślności co do tego, w którym kierunku powinny zmierzać regulacje, powoduje pewien chaos i ostrożność inwestorów, ponieważ dziś te inwestycje się nie spinają. Liczymy, że polskie ustawodawstwo wdroży przepisy, które zostały już wprowadzone w tzw. pakiecie zimowym. Tam zostały bardzo dobrze opisane technologie magazynowania energii i usługi świadczone przez magazyny energii. Bardzo istotne są też zapisy, że wszelkie usługi magazynowania energii, poza pewnymi wyjątkami, mają odbywać się na zasadach komercyjnych, czyli nie będzie monopolizowania tego nowego rynku – mówi Krzysztof Kochanowski.

Uregulowanie statusu prawnego instalacji magazynowania energii to cel nowelizacji Prawa energetycznego, którą Ministerstwo Energii przedstawiło już w końcówce 2018 roku. Ma ona znieść bariery formalnoprawne, takie jak brak szczegółowych wymagań technicznych i przepisów regulujących kwestię przyłączania do sieci, co pozwoli inwestorom odnosić korzyści z magazynowania energii elektrycznej i umożliwić rozwój branży. Rynek liczył, że nowe regulacje wejdą w życie już na początku ubiegłego roku, ale prace się wydłużyły. Jest jednak szansa, że projekt trafi do Sejmu wiosną.

Magazyny energii powinny być budowane przez wszystkie podmioty, które mają problemy z jakością energii i chcą konkurować na tym rynku, ponieważ magazyn taki może zarabiać na tzw. arbitrażu cenowym. Czyli ładujemy magazyn energii w momencie, kiedy cena na rynku jest bardzo tania, a odsprzedajemy, kiedy energia jest najdroższa. To jest jeden ze sposobów zarabiania pieniędzy na magazynie energii. Drugi to świadczenie usług regulacyjnych operatorom systemów dystrybucyjnych, czyli energetyce zawodowej – mówi Krzysztof Kochanowski.

Eksperci są zgodni, że nie można mówić o rozwoju OZE bez odpowiednich technologii magazynowania energii. Jak podkreśla Kochanowski, magazynów energii potrzebują też prosumenci, którzy korzystając np. z rządowego wsparcia, wybudowali instalacje fotowoltaiczne na dachach swoich domów. Dodanie funkcji magazynowania do instalacji PV pozwala na przechowywanie nadwyżek produkcji energii i zużywania ich w nocy. Gospodarstwo może dzięki temu osiągnąć nawet 90-proc. samowystarczalność energetyczną.

Magazyn uelastyczniłby im produkcję tej energii. Kiedy świeci słońce i instalacja współpracuje z magazynem energii, byłaby możliwość wykorzystania tej energii wieczorem. Dziś bez magazynów system jest niepełny. Producent energii oddaje ją bezpośrednio do sieci, która jest naturalnym magazynem dla tej mikroinstalacji, ale ma ona ograniczenia. Jeżeli w danym punkcie sieci jest za dużo generacji z takiej mikroinstalacji, zaczyna działać automatyka, która ją wyłącza. Czyli może się okazać, że energia produkowana z tej fotowoltaiki nie jest przesyłana do sieci, a wobec tego nie pracuje. Efekt? Czas zwrotu z inwestycji dla takiej mikroinstalacji się wydłuża – mówi Krzysztof Kochanowski.

Odpowiedzią na te problemy ma być autorski projekt PIME „Mój magazyn energii”, system dopłat analogiczny do programu „Mój prąd”, który okazał się rządowym sukcesem. Projekt zakłada dofinansowanie do instalacji magazynowania energii kwotą do 15 tys. zł, co przy łącznym budżecie 1,5 mld zł oznacza, że sfinansowałby on blisko 100 tys. magazynów. To da około 1000–2000 MWh zmagazynowanej energii (przy założeniu instalacji magazynu o pojemności 10–20 kWh).

Odbiorca miałby zarówno swoją instalację do produkcji energii, jak i własny magazyn. Wykorzystywałby go do zmagazynowania wyprodukowanej przez siebie energii, ale i wsparcia całego systemu – mówi Krzysztof Kochanowski. – Ten program mógłby też zachęcić ludzi do kupowania samochodów elektrycznych. Mając taki magazyn energii w domu, można ładować z niego elektryczne auto, zamiast korzystać z sieci.

Jak podkreśla, dziś koszt magazynu energii jest wciąż bardzo wysoki, przy czym z roku na rok spada

Taki przydomowy magazyn dla instalacji około 5 kW to jest koszt w granicach 30–35 tys. zł – mówi dyrektor generalny Stowarzyszenia Polska Izba Magazynowania Energii. – Koszt inwestycji w magazyn energii jest uzależniony od technologii. W najbardziej popularnej technologii bateryjnej rozpiętość cenowa jest dość duża, ponieważ tylko w rodzinie baterii litowo-jonowych mamy ich kilka typów. One różnią się m.in. mocą i pojemnością.

Podstawowa kwestia to jasne regulacje, które otworzą drogę dla tej technologii. W zeszłorocznym raporcie  „Rynek magazynowania energii w Polsce” PIME podkreśla też, że w celu zapewnienia prawidłowej pracy krajowy system elektroenergetyczny potrzebuje ok. 6,5 tys. MW mocy zainstalowanej w magazynach energii elektrycznej, a te powinny funkcjonować na komercyjnych zasadach rynkowych, żeby sektor mógł się rozwijać.